Pobierz PDF - UKS Żeglarz Wrocław

Komentarze

Transkrypt

Pobierz PDF - UKS Żeglarz Wrocław
ISSN 1730-251X
czerwiec 2011
Nr 2 (28)
Pismo Wrocławskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego
ukazuje się od 2002 roku
www.wrozz.wroclaw.pl
W numerze między innymi:
str.
str.
str.
str.
3
7
8
9
15
Wiosenne spotkania Bractwa Szyprów
str.
Otrzymaliśmy Nagrodę im. Leonida Teligi!
str.
Jubileusz 45-lecia HOW Rancho
str.
50-lecie patentu kapitańskiego Karmeny
str.
18
27
32
Rozmowy spisane – Ryszard Jan Błacha
Morze Weddella
Tajemnice Yellowstone
Zbigniew Gutek Gutkowski
Odrzańskie regaty
Zdjęcia z archiwum WrOZŻ
Żeglarstwo
1-2 sierpnia 2011 r.
Wrocław, Zalew Osobowicki 1
Zapraszamy
| OD REDAKCJI
WrOZŻ
Marzena Knap
Prenumerata Szkwału . ..................................2
Marzena Knap
Nowe władze WrOZŻ wybrane. ........................2
Remigiusz B. Trzaska
Wiosenne spotkanie Bractwa Szyprów
w Przemiłowie..................................................... 3
Jacek Edmund Zasada
Spotkania jachtowarzyskie ...............................4
Jacek Edmund Zasada
Szanta szyprów .................................................. 5
Wyróżnienia
Leszek Mulka
Szkwał laureatem
Nagrody Przyjaznego Brzegu 2010 .................6
Redakcja Żagli
Nagrody im. Leonida Teligi rozdane! .............. 7
Redakcja Szkwału
Otrzymaliśmy Nagrodę im. Leonida Teligi! . ... 7
Bliżej Odry
Izabela Żurowska
Jubileusz 45-lecia Rancho . ...............................8
Wspomnienia/Rocznice/Wydarzenia
Remigiusz B. Trzaska
50-lecie patentu kapitańskiego Karmeny .........9
Ewa Skut
S/y Bagatelą przez Atlantyk............................ 10
Leszek Mulka
Mariusz Zaruski ............................................... 12
Jerzy Knabe
Rok Wagnera ................................................... 14
Rozmowy spisane
Jolanta Maria Palczyńska
Ryszard Jan Błacha.......................................... 15
POSTAĆ
Jolanta Maria Palczyńska
Wacław Jerzy Petryński . ................................. 17
MORZE
Ewa Skut
Morze Weddella................................................ 18
Piotr Graczyk
Przetrawersowaliśmy Biskaje! . .......................24
WARTO WIEDZIEĆ
Jan Mejer
Ciekawostki meteorologiczne i inne................. 27
Bogdan Sienkiewicz
Wizyta w Gdyni ................................................29
RECENZJE
Katarzyna Lesisz
Polarny sezon
Rozpoczęliśmy sezon żeglarski na Antarktydzie na Morzu Weddella. Tam,
gdzie pływał Schackleton i Nordenskiöld, gdzie w tym roku po raz pierwszy
zawitał jacht z polską banderą (str. 18). Pływania po wodach polarnych stały się
wrocławską specjalnością. Tak więc s/y Selma powróciła z Antarktydy, s/y Pano­
rama płynie na Svalbard, a s/y Spirit (nowy wrocławski jacht) jeszcze dalej na
północ, na Ziemię Franciszka Józefa. Przypomnę, że drogę w rejony polarne
otworzył nam w 1980 r. pionierski rejs s/y Ballady pod dowództwem kpt. Jana
Mejera dookoła Islandii i za północne koło podbiegunowe (Szkwał 2003 nr 1 (3)),
a także w 2005 r. wyprawa s/y Panoramy na Antarktydę pod dowództwem
kpt. Piotra Kuźniara (Szkwał 2005 nr 2 (10)).
Wiele osób zadaje mi pytanie: skąd we Wrocławiu tylu wspaniałych żeglarzy?
Gdzie uczycie się żeglować? Przecież macie tylko Odrę?
Odra wychowała wiele pokoleń żeglarzy. Rzeka, która jest bardzo wymagająca
dla wszystkich wodniaków, uczy wspaniałego rzemiosła żeglarskiego nie tylko tych
pływających po śródlądziu, ale także po morzu. Zawsze jednak powracają oni nad
Odrę, aby wychować następne pokolenie żeglarzy i pokazać, że świat stoi przed
nimi otworem. Tradycje AZS-owskie Jacht Klubu AZS od 65 lat oraz 45 lat pracy
Harcerskiego Ośrodka Wodnego Rancho (str. 8) na rzecz środowiska akademic­
kiego, harcerskiego i żeglarskiego są cennym wkładem w wychowanie młodego
pokolenia.
Odra łączy również wszystkie środowiska żeglarskie. W tym roku jesteśmy
współorganizatorami prestiżowej imprezy: XV Światowych Letnich Igrzysk
Polo­nijnych Dolny Śląsk 2011, które w żeglarstwie odbędą się we Wrocławiu na
akwenie Osobowice I w dniach 1-2 sierpnia 2011 r. Zapraszamy do kibicowania
zawodnikom.
Przed nami wakacje i kolejny sezon żeglarski. Wiele wspaniałych rejsów
śródlądowych i morskich oraz sukcesów sportowych. Przysyłajcie nam, proszę,
relacje z Waszych wypraw, porady techniczne, informacje o odrzańskich przystaniach, a także wspomnienia z historii naszego żeglarstwa. To dzięki Wam, Drodzy
Czytelnicy, Szkwał otrzymał tak prestiżowe nagrody (str. 6-7). Bądźcie dalej
współtwórcami pisma wrocławskich żeglarzy. Czekamy na Wasze artykuły.
Drodzy Czytelnicy, życzę Wam udanego sezonu żeglarskiego, odkrywania
nowych, ciekawych miejsc, wiatru z rufy oraz bezpiecznych powrotów.
Wyprawa szaleńców................................... 30
Ewa Skut
Leszek Mulka
Pod żaglami wśród polarnych lodów............. 31
LISTY DO REDAKCJI
Wojciech Skóra . ............................................... 31
REGATY
Marzena Knap
Zbigniew Gutek Gutkowski
– skipper niezwykły..........................................32
Andrzej Rusek
Nie byłem ostatni . ...........................................34
Leszek Mulka
Wyniki Regat 2011............................................36
Wydawca: Wrocławski Okręgowy Związek Żeglarski, 50-244 Wrocław, Pl. Św. Macieja 5, tel./fax: 71 343 56 65
Nr konta: PKO BP 18 1020 5242 0000 2802 0152 7498
Redakcja: Ewa Skut – redaktor naczelna, [email protected], 602 699 424; Krzysztof Słonina – [email protected]
awf.wroc.pl; Jolanta Maria Palczyńska – [email protected]; Małgorzata Mejer – korekta, [email protected]
Okładka: fot. Krzysztof Jasica; Skład: Agnieszka Kanafa; Druk i oprawa: Drukarnia DUET
Redakcja serdecznie dziękuje wszystkim osobom, które poświęciły swój czas na napisanie artykułów, służyły
pomocą oraz cennymi uwagami. Redakcja zatrzega sobie prawo do selekcji, skrótów i adjustacji nadesłanych
materiałów. Kopiowanie i rozpowszechnianie materiałów zawartych w piśmie w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej
zgody redakcji jest zabronione.
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 1
WrOZŻ |
Nowe władze
WrOZŻ wybrane
Marzena Knapp
Drodzy Czytelnicy!
W maju 2011 roku minęło już 9 lat
od kiedy Szkwał trafia w Wasze
ręce, a grono jego czytelników z roku
na rok stale się powiększa. Pismo uka­
zuje się trzy razy w roku, przybliżając
czytelnikom wyprawy i rejsy nie
tylko wrocławskich żeglarzy, ale
również informując o pracy klubów
żeglarskich, przedstawiając wiele
żeglarskich ciekawostek i praktycz­
nych porad.
Chcielibyśmy zaprosić Was do czę­­
stego odwiedzania naszej nowej strony:
w w w . s z k w a l. w ro z z . w ro c l a w . p l
Zmieniliśmy nie tylko szatę
graficzną, ale daliśmy Wam możliwość
uzyskiwa­nia Szkwału w dwojaki
sposób:
– wysyłka do domu: należy wpłacić
kwotę 10 PLN za jeden ­numer
Szkwału („na działalność statu­
tową-wydawanie Szkwału”) na
po­niższe konto, podając adres, na
który Szkwał ma zostać wysłany
oraz numer(y), które mają do
Państwa trafić.
– wersja elektroniczna z nieogra­
niczo­nym dostępem do wszystkich
nu­me­rów Szkwału w dwóch
wariantach abo­namentowych:
a) 6 miesięcy = 25 zł
b) 12 miesięcy = 50 zł
Dane potrzebne do przelewu:
Wrocławski Okręgowy Związek
Żeglarski
Pl. Św. Macieja 5
50-244 Wrocław
PKO BP IV Odział Wrocław
Nr konta:
18 1020 5242 0000 2802 0152 7498
Jeśli zdecydujecie się Państwo na
Szkwał w wersji elektronicz­nej, to
prosimy o podanie w tytule prze­lewu
następujących informacji: rodzaj
abonamentu, który wybiera­cie oraz
zapis „na działalność statutową-wyda­
wanie Szkwału”. Po wy­ko­naniu tych
czynności należy wysłać na adres:
[email protected]
e-mail, a w odpowiedzi otrzymacie
dane dostępowe umożliwiające pobra­
nie dowolnej liczby poszczególnych
numerów Szkwału.
Marzena Knap
W dniu 12 marca 2011 r. miał miejsce
XXXI Sejmik Sprawozdawczo-­Wyborczy
Wrocławskiego Okręgowego Związku
Żeglar­skiego.
Na zebranie stawili się żeglarze
z 29 klu­bów działających w dolnośląskim
okręgu, a frekwencja okazała się wręcz
przykładowa – 82%. Żeglarze potrafią się
zmobilizować! Zanim nastąpiły właściwe
wybory do nowych władz, wręczono
odznaczenia Zasłużonych dla Żeglarstwa.
Otrzymali je ludzie, którzy poprzez swoje
niezwykłe poświęcenie dzia­łają na rzecz
wrocławskiego, a co za tym idzie, również
polskiego żeglarstwa. Po części uroczy­
stej, delegaci z klubów przeszli do kolejnego punktu programu obrad. Wybrano
Przewodniczącego i Sekretarza Sejmiku,
a następnie Komisję Skrutacyjną, Komisję
Wyborczą i Komisję Wniosków. Zostało
omówione sprawozdanie ustępującego
Zarządu Wrocławskiego Okręgowego
Związku Żeglarskiego za lata 2007-2010.
Po ożywionej dyskusji delegaci przeszli do
wyborów nowego Zarządu.
Zgłoszone kandydatury na Prezesa WrOZŻ:
- Ewa Skut – ubiegająca się o reelekcję
Pre­zes WrOZŻ
- Piotr Gluz – Komendant Harcerskiego Ośrodka Wodnego Zatoka
z Wrocławia
Każdy z pretendentów miał możli­
wość przedstawienia swojej wizji dzia­
łalności WrOZŻ na kolejną 4-letnią
kadencję, a także odpowiedzieć na pytania zadawane przez zebranych na sali
żeglarzy. Wygrała Ewa Skut, która zaraz
po wyborach zaproponowała swojego
kontrkandydata – Piotra Gluza – do
Zarządu. Następnie zostało wygłoszone
expose nowego prezesa Wrocławskiego
Okrę­gowego Związku Żeglarskiego, a po
nim przystąpiono do dalszego głosowania
na członków zarządu.
W szranki stanęli i zostali wybrani:
1. Zarząd:
- Janusz Pełka – Wiceprezes
- Piotr Gluz – Sekretarz
- Krzysztof Słonina – Skarbnik
- Piotr Piwowarczyk – Przewodniczący
Komisji Szkolenia
- Leszek Mulka – Przewodniczący
Komisji Sportu, Turystyki i Rekreacji
- Rafał Staniec – Przewodniczący
Komisji Techniczno-Organizacyjnej
- Kazimierz Sobczak – Przewodniczący
Okręgowego Kolegium Sędziów
- Remigiusz B. Trzaska – Członek Za­rzą­du
- Marzena Knap – Członek Zarządu
ds. kontaktu z mediami
2. Komisja Rewizyjna:
- Jerzy Stępniewski
- Lesław Chudzyński
- Hieronim Rozwalka
3. Sąd Koleżeński:
- Wojciech Dacko
- Karmena Stańkowska
- Tomasz Gil
XXXI Sejmik Sprawozdawczo-Wyborczy był czasem nie tylko poświęconym
wyborom nowych władz, ale również dyskusji. W środowisku polskich żeglarzy
już od dłuższego czasu toczy się gorąca
rozmowa dotycząca patentów żeglarskich
i uprawnień z nimi związanych. Na
spotkaniu można było usłyszeć głosy
za i przeciw w tej sprawie. Do Komisji
Wniosków wpłynęło również podanie
o skierowanie do Rzecznika Praw Obywatelskich wniosku w sprawie interpretacji
zapisu art. 87 Ustawy o porcie z dnia 25
czerwca 2010 r. Problem dotyczy zapisu,
według którego Instruktorzy PZŻ oraz
PZMWiNW tracą możliwość szkolenia.
Obrady
tegorocznego
Sejmiku
przebiegły pod znakiem dobrych wyborów
i ożywionej debaty.
Nowym władzom Wrocławskiego Okrę­­gowego Związku Żeglarskiego ży­czy­my
powodzenia w ich działaniach mających na celu integrację dolnośląskich środowisk
żeglarskich oraz walkę o słuszną sprawę w ich imieniu.
Marzena Knapp
2 | SZKWAŁ | nr 2 (28) 2011
| WrOZŻ
Wiosenne spotkania
Bractwa Szyprów
w Przemiłowie (4 czerwca 2011 r.)
Remigiusz B. Trzaska
Zdjęcia z archiwum Piotra Piwowarczyka
Tegoroczne spotkanie wiosenne odbyło
się wyjątkowo późno. Dzięki temu ominęło
nas majowe załamanie pogody z opadami
śniegu włącznie. Masyw Ślęży przywitał
nas iście letnią aurą. Gorący dzień, pełny
rozkwit zieleni i brak jakichkolwiek oznak
deszczowo-burzowych spowodował, że szyprowie i osoby przez nich zaproszone stawili
się wyjątkowo licznie. A może informacja, że
do Bractwa przystąpi mandaryn, jak kiedyś
nazywaliśmy kapitana z uprawnieniami do
prowadzenia dużych żaglowców, zachęciła
dodatkowo do uczestnictwa w spotkaniu.
Zanim przeszliśmy do ceremoniału
przyjęcia, rozpoczęliśmy dyskusję na temat
szykowanych zmian w systemie szkolenia
i egzaminowania żeglarskiego. Stan aktualny oraz nową ustawę przedstawił Piotr
Piwowarczyk, który obecnie kie­ru­je Komisją
Szkolenia WrOZŻ. Brak w nowym systemie miejsca dla instruktorów PZŻ i oddanie
całego szkolenia w ręce trenerów żeglarstwa
i instruktorów sportu został przez wszystkich
zabierających głos oceniony negatywnie.
Brak przepisów wykonawczych do ustawy
o sporcie został jednoznacznie zinterpretowany jako możliwość szkolenia i egzami­
nowania na dotychczasowych warunkach.
Czas do ich pojawienia się postanowiono
wykorzystać do przekazywania właściwemu
ministrowi krytycznych uwag co do wpro­
Od lewej: Piotr, Zbigniew i Remigiusz
Piotr jest młodym kapitanem, który
doświadczenie samodzielnego prowadzenia mniejszych jachtów poszerza poprzez
staż oficerski na Pogorii. Sylwetki obydwu
kandydatów przedstawili piloci – Karmena
Stańkowska i Zbigniew Lubczański. Być
może staż obydwu kandydatów na żaglowcu
rejowym spowodował, że w eliksirze zwyczajowo podawanym kandydatom znalazło
się zdecydowanie więcej soli niż zwykle.
Od lewej: Remigiusz, Karmena i Zygmunt
wadzanych zmian, przy założeniu, że przepisy wykonawcze pozwolą na wyeliminowanie
sytuacji, w której do szkolenia żeglarskiego
będą dopuszczone wyłącznie osoby nieprzygotowane, a za takie uważa się przygotowywanych według aktualnych programów
nauczania trene­rów i instruktorów sportu.
Ewa Skut poinformowała,
że Wrocławski Okręgowy
Związek Żeglarski prze­
słał już do ministerstwa
(poprzez Rzecznika Praw
Obywatelskich) sporo uwag
i wniosków poruszanych
w dyskusji. Ewentualne
dodatkowe uwagi można
nadsyłać
do
Komisji
­Szkolenia WrOZŻ lub na
adres grotmaszta.
Szczególnym
punktem wiosennego spotka­nia
w Przemiłowie są zawsze
przyjęcia ­nowych kapitanów. Tym razem dołączyło
do nas dwóch kapitanów
–
Zygmunt
Biernacik
z Opola i Piotr Piwowar­
czyk z Wrocławia. Zygmunt
jest od wielu lat kapitanem
Pogorii, a do Bractwa
Szyprów przyciągają Go
coraz mocniejsze związki
z Wrocławiem i naszym
środowiskiem żeglarskim.
Obydwaj dzielnie przeszli przez ceremoniał
przyjęcia i zostali powitani w naszym gronie.
Na spotkaniu odnotowano przyzna­
nie Nagrody im. Leonida Teligi czasopismu Szkwał. Nagrodę w imieniu redakcji
odebrały, w dniu 27 maja br. w Warszawie,
Ewa Skut i Małgorzata Mejer. Jest nam
szcze­gólnie miło, gdyż członkowie Bractwa
bardzo często goszczą na łamach Szkwału.
W relacjach ze spotkań rzadko pojawia
się okazja do podkreślania obecności zaproszonych gości. Wyjątkową przyjemność
sprawili Barbara i Jacek Zasadowie. Są
że­glarzami po sąsiedzku mieszkającymi
w Przemiłowie. Organizują podobne spotkania żeglarskie u siebie, chociaż rzadko (do tej
pory) pojawiali się u Nich kapitanowie. Za
zaproszenie na spotkanie Bractwa Szyprów
odwzajemnili się ułożeniem Szanty Szy­
prów. Dziękujemy i za przybycie, i za szantę.
Może teraz ktoś podejmie się ułożenia melodii, abyśmy mogli ją zaśpiewać.
Ciepły wieczór sprzyjał dłuższym rozmowom w mniejszych grupach wokół ­ogniska.
Najwyraźniej wiele było tematów do omó­
wienia i wyjątkowo mało zaangażowania
zostało na śpiewanie szant, chociaż spotka­
nie przeciągnęło się w głęboką noc i odżył
zwyczaj, jeszcze skromny, pozostawania
w Przemiłowie do dnia następnego.
Remigiusz B. Trzaska
Grotmaszt Bractwa Szyprów
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 3
WrOZŻ |
W wakacyjnym nastroju
Spotkania jachtowarzyskie
Jacek Edmund Zasada
Rysunki wykonane przez Jacka Zasadę
Trochę teorii żeglarstwa
Bycie żeglarzem, tak jak je pojmuję,
można rozpatrywać w dwu ­­wymiarach lub
obszarach. Jednym, kluczowym i nie­zbęd­­
nym, jest samo pływanie, żeglowanie,
związane z nim szkolenie i niezliczone
wydarzenia i przygody sportowe, pełne
radości, które jachting ze sobą niesie
(a raczej, po prostu, w sobie immanentnie zawiera). ­Cechami dobrze pojętego
i godnie uprawianego żeglarstwa są:
posiadanie określonych umiejętności,
przestrzeganie
koniecznych
reguł,
(rów­nież etykiety), a także wierność
pewnym cechom i wartościom takim jak
odpowiedzialność, solidarność, służba
innym. Potrzeba uprawiania żeglarstwa
bierze się z różnych przesłanek (właśnie
tęsknota za przygodą, stawianie czoła
przeszkodom i trudnościom, oczarowa­
nie żywiołem wody itd.), ale ostatecz­nie
można je wszystkie spro­wadzić do stwier­
dzenia: Navigare necesse est (Plutarch).
Drugim wymiarem, który powinien
rodzić się z pierwszego, jest koleżeństwo,
braterstwo, czasem przyjaźń. Właściwie
jest to wymiar równie oczywisty i koniecz­
ny jak pierwszy. Trudno żegluje się z kimś,
kogo nie lubimy lub kto nas nie lubi. To
chyba oczy­wiste i nie trzeba rozwijać
tematu.
Natomiast warto zauważyć, że
każdy z tych dwu wymiarów żeglarstwa
prowa­dzi nas w pewien rodzaj wtajemniczenia (czegoś, co działa może na
zasadzie prawa pierwszych połączeń),
które później jest naszym udziałem
przez wiele lat albo na całe życie.
Sparafrazuję tu motto powieści Heming­
waya, opowiadającej o latach jego
4 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
młodości spędzonych w Paryżu (E. Hemingway, Święto ruchome) i powiem:
Jeżeli miałeś to szczęście, za swych mło­
dych lat, że poznałeś żeglarstwo, to
kimkolwiek będziesz później, gdziekol­
wiek się znajdziesz – ono będzie ciągle
szło za tobą, bo żeglarstwo jest świętem
ruchomym.
I aby wyjaśnić tę metaforę, dodam:
niko­go, kto poznał żeglarstwo, nie trzeba przeko­nywać, że jest ono swoistym,
rados­nym, odważnym świętem. A dlacze­
go ruchomym? Różnie bowiem układa
się życie; jedni pływają więcej, inni
mniej, jedni do późnych lat, inni kończą
wcześniej. Niektórzy dopiero po latach
wracają na wodę, gdy odchowają dzieci.
Jednak ten bakcyl, a może to naznaczenie
pierwszym wtajemniczeniem, pozostają
na zawsze. Podobnie bywa z harcerstwem
i innymi mocnymi przeżyciami młodości.
A więzi zadzierzgnięte za młodu są trwałe
i w wypadku żeglarzy manifestują się
spotkaniami jachtowarzyskimi (mój neo­
logizm – JZ).
Fenomen Przemiłowa
Mieliśmy ostatnio oboje z żoną za­sz­
czyt i radość uczestniczenia, w charakterze gości, w wiosennym spotkaniu
Bractwa Szyprów, które tradycyjnie odbywa się w Przemiłowie u kpt. Zbyszka
Lubczańskiego i jego żony Izy. Zbyszka znam od 40 lat, kiedy zdawałem
u niego egzamin na sternika, Izę, architekta, pamiętamy od dawna z naszego
środowiska zawodowego.
Nie mnie opowiadać o przemiłowskim
spotkaniu szyprów, choć poważna dyskusja i obrzędy inicjacji nowych członków
Brac­t­wa, które tam obserwowaliśmy
w części oficjalnej, a także miły nastrój
części towarzyskiej, pozostają w pamięci.
Nato­miast refleksję dotyczącą tego
drugiego jachto­warzyskiego wymiaru że­
glarstwa wywołała myśl o szczególnym
fenomenie Przemiłowa.
Oto mała wieś koło Sobótki na Dolnym Śląsku, mogąca pochwalić się jedynie
zarośniętą tatarakiem kałużą w starym
kamieniołomie, jest od wielu lat miejscem
spotkań żeglarskich. Albo na poziomie
kapitańskim dostojnego Bractwa, albo
nieopodal na poziomie żeglarzy i sterni­
ków, znających się właśnie jeszcze z końca
lat 60.
Te drugie spotkania od pewnego czasu
przybrały formę towarzyskich regat na
tarasie domu, z zaszczytnym udziałem
kapitanów Zbyszka Lubczańskiego i Janka Mejera. Są to imprezy kameralne (6-8
załóg), raczej niskoprocentowe, a jednak
o wysokiej temperaturze emocjonalnej
i z pełnym poszanowaniem tradycji i zwy­
czajów żeglarskich. Bawimy się tym,
ciesząc się wspomnieniami, wprowadzając
młode pokolenie, nadając tym spotkaniom
oprawę plastyczną (zaproszenia, plakaty,
mapa piratów itp.). Liczymy, że jesienią
znów będą kolejne regaty.
Być może jest to całkiem zwyczajne
i nie ma się czym chwalić, jednak jest
świadectwem trwałości przyjaźni, nastrojów i tradycji, afirmacją żeglarskiej
urody życia i gorącej potrzeby serca.
Z tejże potrzeby serca powstał też
wierszyk, którym chciałem uczcić grono
uczestników spotkania Bractwa Szyprów.
Został przychylnie przyjęty i to dodało mi
odwagi (żeglarskiej).
Jacek Edmund Zasada
| WrOZŻ
SZANTA SZYPRÓW
Ahoj! Ahoj! – na łódź! – za ster!
Skrzyknijcie się szyprowie!
Kto z was osiągnął śmiały cel,
niech o tym nam opowie.
Bermudzki Trójkąt, Bosfor, Cypr,
Markizy, czy Seszele
– z dobrym sekstantem, każdy ship
po falach biegnie śmiele.
Jak dobrze wspomnieć bratni zew
gdzieś na bezkresnych wodach
– gdzie żagli szum i krzyki mew.
Samotność i swoboda.
I płynie morskich gawęd moc,
o wichrach, sztormach, szkwałach.
Lśni nad głowami gwiezdna noc.
– Żeglarskim śmiałkom chwała!
To lekki wiew, to mocny szkwał,
prowadzi dziób z bukszprytem
– żaglowiec w wodną płynie dal,
na szlaki nieodkryte.
W dalekim porcie, w którymś z miast,
gdy spotka szyper szypra
– wypiją szklankę, siedząc wraz
i gwarzą o swych kliprach.
Czterdziestek nam nie straszny ryk,
Cap Hornu zdradne tonie.
Byleby mocny, pewny bryg,
żagle i chętne dłonie.
Przygodą – każdy nurt i prąd,
wyspa i kanał i cypel.
I cóż, że są daleko stąd?
– znajdzie je dobry szyper.
Kusi nas wiatr, po falach bieg,
lecz jak wędrowne ptaki
wracamy – gdzie rodzinny brzeg,
do portu swej Itaki.
Galeon, szkuner – jol czy ketch?
Kuter czy brygandyna?
Na każdej łajbie – w tym jest rzecz –
– przygoda się zaczyna.
Nie zawsze łatwo trzymać kurs
wśród raf i skalnych progów,
– wspólny z załogą tworzyć chór,
lecz pierwszym być po Bogu.
Dopóki znów nie zadmie wiatr
wśród przydomowych sosen.
I znów ruszymy zwiedzać świat,
pędzeni szyprów losem.
Południa Krzyż, Polarnej blask
– podają nam kierunek;
na pełnym morzu, w morzu gwiazd
– drogowskaz i ratunek.
My, wilki morskie z różnych wód,
poskromiciele wichrów,
radosny nasz niesiemy trud,
związani bractwem szyprów.
Ahoj! Ahoj! – na łódź! – za ster!
Skrzyknijcie się szyprowie!
Kto z was osiągnął śmiały cel,
niech o tym nam opowie.
Dedykacja
Zdobywcy różnych morskich stron
– żeglarze i szyprowie –
cenimy też gościnny dom
u Zbyszka, w Przemiłowie
Tu w przyjacielski stajem krąg,
ze szklanką cnego trunku.
Dobrze czuć uścisk bratnich rąk,
zapomnieć o frasunku.
To – jak żeglarski słyszeć śpiew
o srebrnej zmierzchu porze.
Patrzyć w ognisko, słuchać drzew
i marzyć, że to morze.
Izie i Zbyszkowi od Basi i Jacka
Przemiłów, 4 czerwca 2011 r.
NN
ZAPRASZAMY ZAŁOGĘ
YCH REGATACH
DO UDZIAŁU W JESIENN
IE W PRZEMIŁOWIE”
pod ŚLĘŻĄ, NA „AKWEN
9 (SOBOTA)
200
NIA
ZEŚ
W DNIU 26 WR
Z. 12.00
UROCZYSTY START GOD
ówki przewiduje się:
oprócz klasycznej manewr
canie balastu,
Wznoszenie toastów, zrzu
kotwicy;
anie
rzuc
icy
różn
bez
albo
szanie bomu.
wie
pod
u
srom
i
bez wstydu
towe
rega
y
tras
e,
now
Różne, całkiem
wpadnie, ten pływa.
i jak zwykle bywa - kto
lewy, hals prawy,
Dla dobrej zabawy - hals
być zwroty.
też
ą
mog
oty
a wedle och
st zenzowej wody.
Dla dalszej przygody - hau
pijemy fanty,
prze
Gdy napniemy wanty,
zagryziesz zakąską,
,
sko
grzą
zie
będ
jak
lecz
y,
- wśród przybrzeżnej rzęs
- „na ząb” choć dwa kęsy
ie.
liźn
mie
na
et
naw
i każdy coś liźnie
dostaniecie,
A na regat mecie i tort
OWE
UNK
TEN TORT - KOŁO RAT
złoży)
ZATORZY (reszta - jak się
ANI
ORG
JĄ
NIA
EW
ZAP
H ZAŁÓG
KILKU ZAPRZYJAŹNIONYC
PRZEWIDYWANY START
e
leni
tach i usta
Zgłoszenia udziału w rega
”do dnia 20.09.2009 r.
„warunków brzegowych
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 5
WYRÓŻNIENIA |
Szkwał laureatem
Nagrody Przyjaznego Brzegu
za rok 2010
Leszek Mulka
Zdjęcia z archiwum autora
Laureaci Nagrody Przyjaznego Brzegu za rok 2011.
5 marca 2011 r. w Warszawie na uroczystej
gali w czasie XXII Targów Wiatr i Woda po
raz siódmy zostały wręczone Nagrody Przy­
jaznego Brzegu, przyznawane co roku za materialne inwestycje służące ulepszaniu turystycznej infrastruktury na brzegach polskich rzek
i je­zior i ułatwiające życie wodniakom, a także
za działania promocyjne i inne formy wspierania tu­rystyki wodnej. Nagroda jest uznaną
w środowisku wodniackim formą wyróżnienia.
Znaczenia nagrodzie dodaje patronat hono­rowy
Ministra Sportu i Turystyki Adama Giersza.
Uroczystość prowadzili wspólnie Andrzej
Gordon – Przewodniczący Jury Na­grody Przy­
jaznego Brzegu i zarazem Sekretarz Generalny
ZG PTTK oraz Mirosław Czerny – sekretarz
Jury i dyrektor ds. programowych Centrum
Turystyki Wodnej PTTK. Przy tłumnie zgro­
madzonej publiczności dyplomy i nagrody
wręczali: Lech Drożdżyński – Prezes Zarządu
Głównego PTTK oraz Wojciech Borzyszkow­
ski – wiceprezes Zarządu Głównego Polskiego
Związku Żeglarskiego.
Z wielką radością przyjęliśmy wedykt jury,
że jednym z laureatów Nagrody Przyjaznego
Brzegu za rok 2010 jest pismo Wrocławskiego
Okręgowego Związku Żeglarskiego Szkwał.
Nic w tym dziwnego, bowiem Szkwał od wielu
lat popularyzuje turystykę żeglarską, publikując
liczne artykuły na ten temat. Opisywane są
w nim rejsy i turystyczne imprezy żeglarskie,
konferencje na temat turystycznych szlaków
wodnych, konkurs o Nagrodę Przyjaznego
Brzegu i jego wrocławscy laureaci oraz komunikaty i regulaminy różnych imprez wodniac­
kich. W ubiegłym roku Szkwał włączył się do
akcji promującej Rok Turystyki Wodnej 2010
i Żeglarską Odznakę Turystyczną ŻOT.
Przypomnijmy pokrótce historię Szkwa­łu.
Czasopismo Szkwał powstało w 2002 roku. Inicjatorem przedsięwzięcia była Małgorzata Talar
6 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
wraz z Agnie­szką Pełką-Szajowską
oraz Iwoną Palczyńską. Pierwszy numer Szkwału ukazał się w maju 2002
roku. Wydawcą Szkwału od początku jest
Wrocławski Okręgowy Związek Żeglarski.
Redaktorem naczelnym Szkwału były
kolejno:
– w latach 2002-2005 (od nr 1 do nr 10)
Małgorzata Talar,
– w latach 2005-2009 (od nr 11 do nr 24)
Agnieszka Pełka-Szajowska,
Od roku 2010 (od nr 25) redaktorem
naczelnym jest Ewa Skut. Również skład
zespołu redakcyjnego zmie­niał się. W zespole redakcyjnym znajdowali się:
– od 2002 do 2003 roku: Iwona Palczyńska,
– od 2003 roku: Jolanta M. Palczyńska,
Ewa Skut
– od 2003 do 2005 roku:
Krystyna Weyde-Mejer
– od 2005 roku: Małgorzata Mejer
– od 2010 r. Krzysztof Słonina
W latach 2002-2010 Szkwał miał 26 wydań
(średnio 3 wydania w roku), każde po ok. ­32-40
stron, zawierając średnio 20-35 artykułów,
co daje liczbę ponad 900 opublikowanych
artykułów. Redakcja ma nadzieję, że w przy­
szłości uda się wydawać Szkwał w wersji kolo­
rowej (obecnie ze względu na dysponowane
środki Szkwał wychodzi w wersji czarno-białej
z kolorową okładką).
W 2004 roku Szkwał pozyskał pierwszych
sponsorów oraz indywidualnych darczyńców.
Należy zaznaczyć, że mimo zaangażowania
redakcji tryb ich pozyskiwania, przy ograni­
czo­nych środkach oraz dysponowanym czasie,
jest bardzo trudny i żmudny, a efekty nie są
satysfakcjonujące.
W 2005 roku z okazji kolejnego 10 numeru
Szkwału Redakcja czasopisma zorganizowała
pierwszy konkurs plastyczny dla dzieci do
lat 10. Nagrodzone prace były prezentowa­
ne w postaci wystawy w siedzibie WrOZŻ,
a zwycięska praca została opublikowana na
okładce Szkwału. Jesie­nią 2005 roku dodatkiem do Szkwału był kalendarz żeglarski na
rok 2006 w formacie A3. W 2008 roku z okazji 50-lecia WrOZŻ został wydany jubileuszowy
Szkwał ukazujący żeglarstwo dolnośląskie od
czasów powojennych. Było to jedyne wydanie
kolorowe Szkwału.
Szkwał jest wysyłany do redakcji innych
czasopism żeglarskich oraz mediów elektro­
nicznych (m.in. do serwisu internetowego­
Sail-ho.pl Jacka Kijewskiego oraz serwisu internetowego kpt. Jerzego Kuliń­skiego, w którym
autor publikuje swoją recenzję każdego numeru
Szkwału), do Polskiego Związku Żeglarskiego
oraz Okręgowych Związków Żeglarskich, a tak­
że do znanych postaci z polskiego świata
żeglarskiego i do Polonii Amerykańskiej oraz
bibliotek jako egzemplarz obowiązkowy.
W ramach serwisu internetowego WrOZŻ
(www.szkwal.wrozz.wroclaw.pl) utworzono stro­
nę internetową Szkwału.
Szkwał jest pismem o żeglarstwie
polskim i polonijnym. Treść
pisma stanowią artykuły o historii żeglarstwa, re­portaże
z ­rej­sów, artykuły na temat
turystyki żeglarskiej, relacje
z regat żeglarskich, bio­gra­
fie słynnych żeglarzy i za­słu­
żonych działaczy że­glar­stwa
wrocławskiego i dol­no­ślą­skie­
go, wywiady, ­wspom­­nienia, porady, recenzje. Czytelnicy znajdą
w nim zarówno artykuły merytoryczne na temat żeglarstwa, jak i materiały
edukacyjne, a także wiele innych wia­domości
interesujących żeglarzy.
Ze zrozumiałych względów ­Redakcja
i czy­telnicy Szkwału są zainteresowani pro­
blematyką odrzańską. Redakcja promuje wszelkie inicjatywy związane z zagospodarowaniem
Odry dla potrzeb turystyki wodnej, budowa­
niem przystani dla żeglarzy, kajakarzy i innych
wodniaków, a także wszelkie działanie służące
turystycznemu ożywieniu Odry.
Od kilku lat Szkwał promuje budowę
ośrodka żeglarskiego na Odrze na terenie dawnego zimowiska barek Osobowice 1, który
w przyszłości będzie ogólnodostępną bazą dla
żeglarzy i innych turystów płynących Odrą.
Akwen ten nazwano już w fazie projektu Dolno­
śląskim Morzem.
Należy podkreślić coraz większe zaan­ga­
żowanie klubów oraz osób ­indywidual­nych
w nadsyłanie interesujących artykułów i cie­
ka­wych relacji. Wysoki poziom meryto­rycz­ny
i edytorski pisma spowodował, że w ciągu 9 lat
istnienia Szkwał stał się czasopismem cenionym
i poszukiwanym w śro­dowisku żeglarskim.
W 2007, 2009 i 2010 roku Szkwał był
nominowany do Nagrody im. Leonida Teligi
przy­znawanej przez miesięcznik Żagle w kate­
gorii popularyzacja żeglarstwa, najbardziej
prestiżowego wyróżnienia przyznawanego przez
polskie czasopismo poświęcone żeglarstwu.
Ale dopiero rok 2011 przyniósł sukces. Szkwał
zdobył uznanie Jury i został laureatem Na­
grody Przyjaznego Brzegu za rok 2010.
W imieniu czytelników i sympatyków
Pisma serdecznie gratuluję Redakcji i jej
współpracownikom, i życzę kolejnych suk­ce­
sów. Tak trzymać!
Leszek Mulka
| WYRÓŻNIENIA
Nagrody
im. Leonida Teligi
rozdane!
Otrzymaliśmy
Nagrodę
im. Leonida Teligi!
W piątek 27 maja 2011 r. w Centrum
Olimipijskim w Warszawie wręczono Na­
grody im. Leonida Teligi. Lista nomi­
nowanych do Nagrody im. Leonida Teligi
2010 była wiadoma od stycznia 2011 r.
Do trzech razy sztuka! Po trzech nomi­
nacjach, w 2007, 2009 i 2010 r., Szkwał
otrzymał Nagrodę im. Leonida Teligi
– prestiżowe wyróżnienie przyznawane już
od 40 lat przez miesięcznik Żagle. Gala wrę­
czenia Nagród odbyła się 27 maja 2011 r.
w Centrum Olimpijskim w Warszawie.
Uroczystość uświetniły szanty w wykonaniu
Mirka Kowala Kowalewskiego. Cieszymy się
ogromnie, że znaleźliśmy się w zaszczytnym
gronie laureatów nagrody przyznawanej od
1971 r. za popularyzację żeglarstwa.
To nagroda dla wszystkich autorów,
którzy zamieszczali swoje artykuły na
łamach Szkwału i brali udział w jego
współtworzeniu. Niektóre z tych osób ode­
szły już na wieczną wachtę.
Za rok będziemy obchodzić 10. rocznicę
powstania Szkwału. Kto mógł przy­pusz­
czać, że po kilku latach pismo, które zrodziło
się z pasji i zapału wrocławskich żeglarek,
otrzyma tak prestiżowe wy­róż­­nienie. Tym
większa nasza radość, że entuzjazm i starania osób, które przez wszystkie lata ukazywania się Szkwału pracowały nad jego
kolejnymi wydaniami, zostały dostrzeżone
i docenione.
W kategorii publikacja o tematyce że­glar­
skiej:
- Małgorzata Czarnomska za książ­kę An­
gielski dla żeglarzy
- Ewa Skut za książkę Pod żaglami wśród
polarnych lodów
- Jacek Czajewski za książkę Morze i ża­gle
w poezji polskiej
- Wiesława Śleszyńska za książkę Oczy
pełne morza
W kategorii żeglarski wyczyn sportowy:
- Piotr Myszka za tytuł mistrza świata
w olimpijskiej klasie RS:X
- Krzysztof Małecki i Mikołaj Mickiewicz
za zdobycie mistrzostwa świata w klasie
Cadet
- Michał Burczyński za mistrzostwo świata
w bojerowej klasie DN
- Kamila Smektała za zdobycie mło­dzie­
żowego mistrzostwa świata w klasie
RS:X
W kategorii popularyzacja żeglar­stwa:
- Żeglarz za wieloletnie wydawanie cen­nego
polonijnego biuletynu żeglar­skiego
- Puchar Polski Jachtów Kabinowych za
15 lat organizowania regat żeglarskich
dla amatorów
- Szkwał (magazyn WrOZŻ) za wkład
w popularyzację i rozwój polskiego że­
glarstwa
Nagrodę im. Leonida Teligi za rok
2010 w kategorii publikacja o tematyce
żeglarskiej otrzymał – Jacek Czajew­ski
za książkę Morze i żagle w poezji polskiej,
w kategorii wyczyn sportowy – Piotr
Myszka za tytuł mistrza świata w olimpij­
skiej klasie RS:X, w kategorii populary­
zacja żeglarstwa – Szkwał (magazyn
WrOZŻ) za wkład w popularyzację i rozwój
polskiego żeglarstwa.
Od 40 lat miesięcznik Żagle przyznaje
co roku Nagrodę im. Leonida Teligi za
twórczość literacką, osiągnięcia spor­to­we
i działalność przyczyniającą się do popularyzacji żeglarstwa w Pol­sce. Jej laureatami
byli najwybitniejsi pisarze, publicyści,
żeglarze, redakcje i organizacje. Nagroda
im. Leonida Teligi jest jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych wyróżnień
żeglarskich w kraju. Przyznawana jest przez
jury pod przewodnictwem re­daktora naczel­
nego Żagli. Awers medalu zaprojektował
w 1970 roku Adam Myjak, dziś profesor
­Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
Rewers projektował jego kolega z ASP,
późniejszy olimpijczyk w klasie Star w 1980
roku, Zbigniew Malicki.
Redakcja Żagli
Mamy nadzieję, że Szkwał nadal będzie
popularyzował i przybliżał żeglarstwo
­Czy­telnikom, ukazując się przy tym w coraz
lepszej, kolorowej szacie graficznej. To nasze
marzenie. Czy uda się je zrealizować? Wie­
rzymy, że tak.
Redakcja Szkwału
Od lewej: Małgorzata Mejer, Ewa Skut, Piotr Myszka, Jacek Czajewski, Waldemar Heflich
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 7
BLIŻEJ ODRY |
Jubileusz obchodów
45-lecia Harcerskiego
Ośrodka Wodnego Rancho
Izabela Żurowska
zdjęcia Jolanta Wiśniewska
W dniu 14 maja br. na terenie HOW
Rancho spotkało się wiele pokoleń harcerzy
i instruktorów, którzy przez lata związani
byli z Harcerską Banderą. 45 lat działalności
Harcerskiego Ośrodka Wodnego Rancho
to setki osób ofiarnej służby i bardzo wiele
zastępów prawych obywateli. Te prawie
pół wieku to mnóstwo stopni i sprawności,
moc ciepła, harcerskigo ogniska, woni lasu,
przygód pełnych wzruszeń i radości. To
służba całym życiem – serce, miłość, łzy
i trud oddane dla innych.
45 lat Ośrodka to niekończąca się
opowieść o ludziach starszych i młodszych,
o przygodach i sympatiach, o wspólnych
pozarządowych nie jest dobra. Nie żalimy
się jednak, a podejmujemy zadania dające
możliwość coraz lepszej pracy. Życzliwość
i ofiarność, z jaką spotykaliśmy się i spotykamy nadal ze strony przyjaciół harcer­
stwa, pozwala mieć nadzieję, że nasza
współpraca będzie nadal służyć wychowaniu
młodego pokolenia Polaków na dobrych
i wartościowych ludzi.
Zapoczątkowanie działalności Rancha
to powstanie 34. Wodnej Drużyny Harcer­
skiej w ówczesnym Technikum Energetycznym w roku 1966. Drużynowym był
wtedy Zbyszek Maciek Ryng. I tak to się
zaczęło. Przez lata drużyny zuchowe, har-
poczynaniach, a co najważniejsze, to
opowieść o życiu i potędze przyjaźni. Nie
zmarnowaliśmy danej nam szansy na
realizację wspólnej pasji, jaką jest harcer­
stwo i żeglarstwo.
Były wzloty i gorsze lata, ale ani na
moment nie zaprzestaliśmy działalności
z dziećmi i młodzieżą. Wspólna zabawa,
praca, zdobywanie nowych doświadczeń
– to codzienność. Jesteśmy Ośrodkiem
z ogromem stopni żeglarskich na wszystkich poziomach – od żeglarza po kapitana,
mamy zatem duże możliwości w kształceniu
żeglarskim i w szeroko pojętej rekreacji na
wodzie.
Dziś trudno prowadzić szczep harcerski czy Ośrodek, jakim jest Rancho,
bowiem sytuacja ekonomiczna organizacji
cerskie i starszo- harcerskie zdobywały
sprawności i stopnie żeglarskie. Z roku na
rok przybywało sprzętu. Pierwszą jednostką
pływającą była poniemiecka mahoniowa
łódka o nazwie Ossolińczyk. Małymi krokami
8 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
Przy sterze retmani kierujący Ośrodkiem od początku
jego istnienia
zdobywaliśmy środki na zakup kolejnego
sprzętu. Nasze Omegi o wdzięcznych, muzycznych nazwach jak Fuga, Symfonia, Etiu­
da, Suita, Rondo, Kantata, Sonata, Wari­
acja, czy Toccata dały szansę poruszania się
po wodach śródlądowych. Pierwsze obozy
żeglarskie odbyły się nad jeziorem Niesłysz
w roku 1971. Zaraziliśmy się tym wspaniałym
jezio­rem tak bardzo, że powracamy tam co
roku aż do dzisiejszego dnia.
Dzięki hojności władz dzielnicy Krzyki zakupiliśmy jacht Cumulus, którym
mogliśmy wypłynąć na Bałtyk. Rancherów
pasjonowało również ­motorowodniac­two.
Zaczynaliśmy od motorówki Mewa z sil­
ni­kiem od ciężarówki Lublin. Potem
była piękna kabinowa motorówka Sokół
enerdow­skiej produkcji z lat 50., którą
dostaliśmy od Żeglugi na Odrze.
Rancho było zawsze miejscem, gdzie
obok spraw żeglarskich toczyło się normalne harcerskie i klubowe życie, pełne
rozmaitych imprez, konkursów i rajdów.
Każdego roku, od wielu lat, późną jesienią
wodniacy jeżdżą na Rajd Ranchoczłap.
Przez lata dopracowaliśmy się szerokiego
grona przyjaciół i sponsorów, którzy dzielnie wspomagają naszą codzienną pracę.
Bez ich pomocy trudno byłoby utrzymać tak
duży obiekt. Właśnie w dniu świętowania
jubileuszu wyrażaliśmy swoją wdzięczność
naszym największym sponsorom takim jak:
PPG Deco Polska i Volvo Polska.
W sobotnie popołudnie 14 maja do­
pisywały humory i pogoda, a wspomnieniom
nie było końca. Wyświetlane zdjęcia z okresu
minionego 45-lecia przywoływały wspomnienia. W tym samym dniu rozpoczął się sezon żeglarski we Wrocławiu, który otworzyła
Ewa Skut, Prezes Wrocławskiego OZŻ.
I choć bardzo żałujemy, że władze
Wrocławia nie zawitały do nas, nie mogliśmy
zatem pochwalić się naszymi dokonaniami, to
jednak wypróbowani przyjaciele świętowali
z nami do późnych godzin nocnych.
Izabela Żurowska
WSPOMNIENIA | ROCZNICE | WYDARZENIA
50-lecie patentu
kapitańskiego
Karmeny
Remigiusz B. Trzaska
Zdjęcia z archiwum K. Stańkowskiej
Kiedy zaczynałem żeglować, Karmena
już była kapitanem. Ba, w ten sposób mówi
wielu, którzy zaczynali przede mną. I nic
w tym dziwnego, bo w okręgu dolnośląskim
był to pierwszy patent jachtowego kapitana żeglugi wielkiej. Od tego czasu minęło
50 lat. 50 lat wspaniałej kariery kapitańskiej
i żeglarskiej. Kariery kapitańskiej, bo w latach, kiedy samo wyjście za główki portu
było swego ro­dzaju osiągnięciem, prowadziła
rejsy, o których wielu tylko marzyło – Morze
Północne, Morze Śródziemne, Morze Czar­
ne. Można by długo wyliczać. Kariery
żeglarskiej, bo mimo posiadanego patentu
nie odmawiała uczestnictwa w ciekawych
przedsięwzięciach żeglarskich na stano­
Trening na Odrze na Finnie
wisku innym niż kapitan. Wspomnę udział
w szkole pod żaglami najpierw na Pogorii,
potem na Fryderyku Chopinie, czy w pierw­
szym etapie wyprawy dookoła świata na
Panoramie.
Trzeba też pamiętać o roli, jaką Kar­me­
na Stańkowska odegrała w wie­lu wyprawach, w których z różnych względów sama nie
uczestniczyła. Z Jej doświadczenia zarówno
żeglarskiego, jak i medycznego korzystano
w przy­gotowaniach do pierwszego rejsu
Ballady na drugą stronę Atlantyku, wielu
rejsach Josepha Conrada czy Panoramy.
Jej energia, a nie­rzadko i finanse, pozwalały
pokonać trudności piętrzące się przed organizatorami niejednej wyprawy.
Dlatego dziękujemy za 50 lat kapi­tań­
stwa, w trakcie których Karmena, dowodząc
kolejnymi jachtami, odkrywała przed nami
odległe miejsca albo wspierała nasze już
samodzielne działania żeglar­skie. Chciałbym
te podziękowania wyrazić zarówno w imie­
niu Bractwa Szyprów, którego jest zało­ży­
cielem, jak i w imieniu wielu żeglarzy, którzy
mieli przyjemność wspólnego pływania czy
to pod Jej ko­mendą, czy w Jej towarzystwie,
czy tylko z Jej duchowym wsparciem.
Wyrażam przekonanie, że ta wspaniała
rocznica będzie etapem dalszej żeglarskiej
aktywności naszej Jubilatki, czego z całego
serca życzę.
Remigiusz B. Trzaska
Grotmaszt Bractwa Szyprów
Pierwszy rejs kapitański Karmeny
Na spotkaniu Bractwa Szyprów w Przemiłowie. 2011 r.
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 9
WSPOMNIENIA | ROCZNICE | WYDARZENIA
s/y Bagatelą przez Atlantyk
Ewa Skut
Janusz Mariański. Fot. Jan Dziedzicki
Mija 30 lat od samotnego rejsu kpt.
Janusza Mariańskiego ( 25 X 1980 – 05 VII
1981). Po samotnym rejsie kpt. Stanisława
Ciska przez Atlantyk (w 1972 r. przez kanały
Francji, 23 grudnia 1973 roku wypływa z Las
Palmas, po 40 dniach zawija do Bridgetown
na Barbados – Szkwał nr 3 (11)/2005)
rejs Janusza był największym sukcesem
wrocławskich samotnych żeglarzy. Rozpoczął
i zakończył swoją wyprawę w polskim porcie, Świnoujściu. Z reguły samotni żeglarze
omijają, zwłaszcza w zimowym okresie, Bał­
tyk i Morze Północne, rozpoczynając start
na Atlantyk za kanałem La Manche. Janusz
zdecydował się pokonać wszystkie zimo­we
przeszkody.
s/y Bagatela, to Carter 30, mały jacht
o długości ok. 9,5 m. Dokonano na nim wielu zmian: wymieniono podwięzi wantowe,
wzmocniono zamocowanie balastu, zamontowano samoster. Problem wody pitnej na
długich przelotach rozwiązany został przez
zabranie dodatkowo czterech zbiorników
z tworzywa sztucznego o pojemności po
30 l każdy. Z wyposażenia nawigacyjnego
do najważniejszych można zaliczyć log elektroniczny, echosondę, wskaźnik wiatru,
radionamiernik i dwa kompasy. Cały rejs
finansowany był przez Janusza, a pomoc macierzystego klubu polegała na udostępnieniu
jachtu oraz pokryciu wydatków związanych
z rozszerzeniem ubezpie­czenia na plano­wany
rejon żeglugi. Pamiętam również atmosferę
przygotowań w klubie. ­Wszyscy wspierali
Janusza pomagając mu logistycznie w zgromadzeniu żywności oraz niezbędnego
10 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
wyposażenia jachtu. Należy pamiętać, że
były to czasy pustych półek sklepowych.
Kpt. Mariański wypłynął ze Świnoujścia
25 października 1980 r., 20 listopada
zawinął do Lizbony. Pogoda, jak na tę porę
roku na Bałtyku, nie była zbyt sprzyjająca,
panowała sztormowa pogoda oraz było
bardzo zimno, poniżej 10ºC. Nastrój samotnej żeglugi oddaje list wysłany z Lizbony:
Po wyjściu z Elby 31 października do­
stałem się w sztorm o sile 6-9ºB z NE, przy
temperaturze 6-7ºC. Nie było na co czekać.
Pod sztormowym fokiem, a czasem i bez
niego, gnałem ile sił w szotach. W nocy przy
wyjściu z Elby strzelił mi samoster, tzn. nie
wytrzymała warunków płetwa. Złamała
się jak słomka. Naprawa (wy­miana) była
o tyle kłopotliwa, że na wolnym kursie
trzeba było cały czas równo­miernie
sterować. Takie warunki były przez całe
Morze Północne, które przeleciałem przez
3 dni. 3 XI wieczorem byłem przy Do­
ver, 4 XI rano przy Wight, 5 XI rano przy
Start Point. Tam już zaczęły się tropiki,
po raz pierwszy temperatura osiągnęła
10ºC … Patrząc wstecz – chyba najbardziej
dostałem na Bałtyku, przede wszystkim ze
względu na zmęczenie. W tych warunkach
odbiły się też braki w przygotowaniach.
Za bardzo byłem zajęty dużymi sprawami.
W całej sprawie tego rejsu zauważyłem
pewną prawidłowość, prawie nic mi się nie
udaje, tzn. nie wychodzi samo. Oczywiście
cudów nie ma, jeśli coś zrobię solidnie i do
końca to musi wyjść, ale jeśli coś zostawię,
że jakoś tam będzie, zawsze jest źle. Tak
jest w dalszym ciągu i muszę się cholernie
pilnować. Zaczynam wreszcie kapować na
czym polega to wychowawcze działanie
żeglarstwa.
A w ogóle, to żyje mi się nieźle, zwła­
szcza po wyjściu z La Manche. Poszedłem
szerokim łukiem i mam przynajmniej
spokój ze strony statków. Odespałem
już wszystkie zaległości. Już przestają
dokuczać mi ręce. Jeszcze na Bałtyku
mia­łem opuchnięte i obolałe końce pal­
ców, dosłownie tak jakbym huknął
młotkiem w każdy palec z osobna. Miałem
trudności z wzięciem czegokolwiek do ręki.
Oczywiście tam „na strychu” przy robocie,
to się nawet tego nie czuło, ale na dole to
czasem po parę minut zastanawiałem się,
jak wziąć cokolwiek do ręki i czy nie le­
piej zrezygnować. Zegarek np. musiałem
nastawiać kombinerkami, inaczej nie dało
rady … Obawiam się, że z tonu tego listu
możecie wysuwać fałszywe wnioski. Otóż
mogę Was zapewnić, że jedyne co jest
naprawdę nie do zdarcia, to moje samopo­
czucie. Nie bardzo mogę sobie wyobrazić,
co mogłoby je zepsuć.
Już myślałem, że najgorsze poza mną,
bo minąłem Biskaje, zresztą dość łatwo.
­Wczo­raj po południu (13 XI) zaczęło
dmuchać z N. Zrobiła się duża fala z ru­
fy. Wyszedłem, żeby trochę posterować
dla oszczędzania samosteru. Pół ­godziny
później fala złamała drugą i ostatnią
płetwę. Fala tak wzrosła, że nie mogłem na
moment puścić steru. Myślałem, że to przej­
dzie, a zrobiło się jeszcze gorzej. Kilka razy
przekołowało mnie tak, że miałem śmierć
w oczach. Nie bardzo wiedziałem, jak wyjść
z tego. Jedyne wyjście to stanąć na dryf­
kotwie. Ale zapa­kowana była w samym
dziobie, gdybym puścił ster na minutę,
mogłoby rozwalić jacht. Nie miałem
nawet jak zrzucić foka (grota nie niosłem).
O piątej nad ranem zacząłem już sztywnieć
na dobre, musiałem zaryzykować. W kilku
skokach zwaliłem foka i właściwie było
po sprawie. Jacht ustawił się do fali, ale
dryfował bardzo spokojnie. Wyciągnąłem
i wywaliłem dryfkotwę, ale nie obróciła
jachtu bardziej dziobem do fali… Wła­do­
wałem się do koi i mam wszystko w nosie.
Po zawietrznej parę tysięcy mil, statki
daleko …
W Lizbonie spotyka m.in. Henryka
Jaskułę, który rozpoczyna swój samotny
rejs dookoła świata na Darze Przemyśla.
Dokonuje napraw jachtu i porządkuje jego
wnętrze. Po tygodniu 26 listopada wychodzi
z portu obierając kurs na Maderę.
Wieści od Janusza z Atlantyku:
Dziś zacząłem drugi tydzień podróży.
Idzie dość niemrawo. „Bagatela” ma opi­
nię bardzo szybkiego jachtu, bo ktoś nie
wykalibrował logu i później wszyscy
mówili: „Wydaje się, że jacht prawie stoi,
nie ma wiatru, a płynie dwa węzły”. Ja
tutaj muszę się zdrowo nagimnastykować,
żeby (w pasatach!) przeskoczyć 100 mil na
dobę. Na szczęście udaje mi się to. W ciągu
tygodnia przebyłem 800 mil.
Zrobiłem przerwę w pisaniu, prze­
pły­­nąłem ocean w tym czasie. Żeglowało
mi się bez specjalnych problemów. Na­
jgorsze było około 10 dnia. Miałem już zde­
cydowanie dosyć tej pustyni. Później się
przyzwyczaiłem. Któregoś dnie, podczas
zupełnej ciszy, zobaczyłem kilka dużych
ryb płynących za jachtem. Chwyciłem
hak i zacząłem robić przynętę. Na salami
WSPOMNIENIA | ROCZNICE | WYDARZENIA
– nic, na ozorki wołowe – też bez skutku.
Spróbowałem więc coś swojskiego – śledzie
z puszki. Żeby to się trzymało na haku,
pakowałem w gazę. Byłem pełen podzi­
wu, z jaką precyzją ryby zdejmowały tę
przynętę, nie ruszając haka. Używałem
więc haczyków. Okazały się niezawodne –
pięć minut później miałem zdobycz. Złościła
się, co znaczyło, że to chyba dorada. Spo­
ra – 85 cm długości. Zrobiłem jej hara­
kiri, wydłubałem robaki i przez cztery dni
miałem jedzenia w bród.
Gdy patrzę wstecz, wydaje mi się, że
zleciało to bardzo szybko (25 dni), choć to
jednak kawał czasu. Z nawigacją nie było
najmniejszych kłopotów.
Na Barbadosie stałem dwa dni. Praco­
wicie nurkując po kilka godzin, szczot­ką
i nożem oskrobywałem kadłub z zielska
i kaczenic. Oczyściłem wreszcie porządnie
log. Przez ostatnie dwa tygodnie pokazywał
ledwie jedną trzecią prędkości – nic dziw­
ne­go, bo w obudowie propellera rosło pięć
dorodnych kaczenic.
Przejście do St.George na Grenadzie
– 140 mil – zajęło mi ponad dobę, z tym
że przez kilka godzin dryfowałem niemal,
czekając na dzień, by nie wchodzić po
ciemku.
Z Grenady popłynąłem na Grenadiny.
Piękne wyspy, wspaniałe nurkowanie. Doje­
chałem mniej więcej do połowy Grenadin
i zdecydowałem się wybrać na Trynidad.
Słyszałem, że jest tam karnawał. Po drodze
dobiłem do St.Georg’s na Grenadzie i co za
radość! Jest „Asterias”, którego spotkałem w
Lizbonie. Załoga nie poprzednia, ale kapitan ten
sam. Pętałem się przy nich aż do Dominiki. Potem
oni odpłynęli na Kajmany, a ja popłynąłem
na północ na Marie Galante, Les Saintes
i Guadelupę. Potem wróciłem na Martynikę
w ­nadziei, że znów znajdę kogoś znajomego.
I rzeczy­wiście – spotkałem amerykańskiego
Węgra, z którym zaprzyjaźniłem się w Las Pal­
mas. Wybierał się właśnie na Guadelupę, więc
i ja tu wróciłem. Było mi to zresztą po drodze.
Nie jest tu specjalnie ciekawie, ale za to
dobre warunki techniczne. Miałem ­zamiar
przygotować się do żeglugi ­oceanicz­nej na
wyspie Antigua, ale tam byłoby o wie­le
gorzej. Zrobiłem wielkie porządki, przejrza­
łem i przepakowałem jedzenie – jest w wy­
jątkowym dobrym stanie. Udała mi się jed­
na z ważniejszych dla mnie spraw – jest tu
szwedz­ka wypożyczalnia jachtów i od nich
dostałem gaz do kuchni. Napełniłem dużą
butlę i myślę, że powinno mi to wystarczyć do
końca.
Wyczyściłem znów zbiornik wody,
przejrzałem silnik, wymieniłem filtr i olej.
Właściwie już jutro mógłbym wyruszyć
na ocean, ale bardzo chciałbym zobaczyć
Antiguę. Nie zostanę tam dłużej niż dwa
dni – w tutejszych warunkach jednak
pracuje się kiepsko. Przez cały dzień taki
upał, że mózg wyparowuje i wieczorem jest
się prawie nie do użytku. Prawdopodobnie
wypłynę z Antiguy w sobotę i liczę, że uda
mi się dotrzeć na Azory w około 22 dni.
Coraz częściej myślę o Kraju, o Was
i o powrocie. Na ogół starałem się unikać
takich myśli, ale jest coraz trudniej. Całe
szczęście, że do domu z górki.
Wielu wrocławskich żeglarzy pływało sa­
motnie, lecz wyczyn Janusza sprzed 30 lat
nie został do tej pory powtórzony, pomimo
obecnych udogodnień komunikacyjnych
w żegludze oceanicznej (GPS, telefony
satelitarne, komputery), a także możliwości
przygotowania jachtu pod względem technicznym i logistycznym.
Janusza Mariańskiego będziemy pamię­
tać jako wspaniałego przyjaciela, szkoleniowca i regatowca morskiego. Zginął tragicznie
21 maja 1989 r. w wieku 49 lat, startując na
lotni.
Ewa Skut
Trasa samotnego rejsu kpt. Mariańskiego liczyła 11692 Mm
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 11
WSPOMNIENIA | ROCZNICE | WYDARZENIA |
Mariusz Zaruski
Leszek Mulka
8 kwietnia 2011 r. minęło 70 lat od
śmierci człowieka niezwykłego, wyjątkowego,
czołowej postaci polskiego żeglarstwa Polski
przedwojennej, autora wielu inicjatyw i niekwestionowanego autorytetu.
To generał Mariusz Zaruski – człowiek
wszechstronny i wielce zasłużony dla Polski.
Działacz niepodległościowy, zesłaniec polityczny, żołnierz walczący o niepodległość
Polski. Marynarz, żeglarz i podróżnik. Twórca polskiego żeglarstwa morskiego i pionier
wychowania morskiego młodzieży. Wybitny
taternik, grotołaz, ratownik, narciarz, instruktor i popularyzator narciarstwa i turystyki górskiej. Twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Instruktor
Związku Harcerstwa Polskiego i wychowaw­
ca młodzieży. Fotografik, artysta malarz, poeta, pisarz. Historia Jego życia mogłaby być
scenariuszem pasjonującego filmu, a Jego
dokonaniami można by obdzielić wielu
ludzi.
Mariusz Zaruski urodził się 31 stycz­
nia 1867 roku w Dumaniowie koło Ka­
mień­ca Podolskiego na Kresach Wschodnich dawnej Rzeczypospolitej. Naukę
rozpoczął w prywatnej szkole powszechnej
w Mohylewie Podolskim, którą kontynuował
dalej w gimnazjum rosyjskim w Kamieńcu
Podolskim. Wraz ze stryjem, który się
nim opiekował, brał udział w działalności
12 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
konspiracyjnej. W 1885 roku, po zdaniu
matury, podjął studia matematycznofizyczne na uniwersytecie w Odessie. Tam
po raz pierwszy zetknął się z morzem,
które Go zauroczyło. Malował je i pisał o
nim wiersze. W czasie wakacji zaciągał się
jako marynarz na różne statki rosyjskie i
odbywał egzotyczne podróże, m.in. do Indii i na Daleki Wschód
do Chin i Japonii. Za
przynależność do polskiej
organizacji sportowo-nie­
podległościowej
Sokół
zostaje w 1894 r. zesłany
do guberni archangielskiej. W Archangielsku
kończy szkołę morską
z tytułem ­Szturmana
Żeglugi Wielkiej i do
końca zesłania pływa
po morzach arktycz­
nych jako kapitan na
statku Nadzieja. Po
odbyciu kary zsyłki
wraca w 1899 roku
do Odessy i żeni się
z Izabelą Kietlińską.
W 1901 roku przy­
jeżdża do Krakowa
i podej­muje studia
w krakowskiej Akademii Sztuk Pięk­­nych.
Na­stęp­nie prze­nosi
się do Zakopanego,
gdzie w 1909 roku
zakłada Tatrzańskie
Ochotni­cze Pogoto­
wie
Ratunkowe
(póź­niejszy GOPR),
którym kieru­je do
1914 roku. Była to
pierwsza tego typu
placówka w historii
alpinizmu świa­to­
wego.
Był pionierem
taternictwa zimo­
wego – jako ­pierw­szy
wszedł w zimie na około 20 szczy­tów, m.in.
w 1904 roku na Giewont. Był też jednym
z pionierów polskiego narciarstwa i pierw­
szym organizatorem szkolenia instruktorów
narciarstwa, przewodników i ratowników.
Był także pionierem badania jaskiń metodami taternickimi. Współdziałał również
przy organizo­waniu polskich wypraw alpi­
nistycznych.
W 1914 roku wstąpił do Legionów Pol­
skich jako kawalerzysta. W latach 1919-1923,
w niepodległej już Polsce, był dowódcą pułku
kawalerii, a w latach 1923-1926 generalnym adiutantem Prezydenta RP Stanisława
Wojciechowskiego. W roku 1926 został mia­
nowany generałem brygady.
W następnych latach całkowicie po­świę­
cił się intensywnej działalności społecznej,
propagandowej i organizacyjnej na rzecz
tworzenia polskiego żeglarstwa, szczególnie morskiego oraz wychowania morskie­
go młodzieży. Propagował i praktycz­nie
realizował wychowanie i kształtowanie
charakterów młodzieży przez żeglarstwo,
taternictwo i narciarstwo. Znany był z po­wie­­
dzenia, że W twardym trudzie żeglarskim
hartują się charaktery. Uczył młodzież,
jak się zachować na morzu i w górach oraz
walczył o ochronę przyrody. Propagował
jachting morski i sport żeglarski. Wychował
wielu żeglarzy morskich. Wraz z Antonim
Aleksandrowiczem zorganizował Yacht Klub
Polski i był jego
pierwszym
komandorem. Przyczynił się do zakupu
pierw­szego w Polsce pełnomorskiego jachtu Witeź dla YKP. Był współzałożycielem
Polskiego Związku Żeglarskiego, a latach
1932-1934 jego prezesem. Z Jego inicjatywy
powstała Liga Morska i Rzeczna (później
Liga Morska i Kolonialna), która istnieje
do dzisiaj. Był faktycznym twórcą Komitetu
Floty Narodowej, z którego składek kupiono żaglowiec Dar Pomorza. Był pro­
jektodawcą Inspektoratu Wychowania Morskiego Młodzieży. Zorganizował Morską
Komisję, która opracowała i wydała drukiem sześć zeszytów Słownika Morskiego
(polsko-angielsko-francusko-niemieckorosyjskiego).
W 1929 roku na kursie żeglarskim
zetknął się z harcerzami i związał się z harcerstwem na wiele lat. W 1935 roku objął
funkcję kapitana na szkunerze Harcerz,
który na życzenie generała przemianowano
na Zawisza Czarny. Ostatni rejs na Zawiszy
WSPOMNIENIA | ROCZNICE | WYDARZENIA
Czarnym generał Zaruski kończył w 1939
roku przed wybuchem wojny. Generał
świadomie zwlekał z wyruszeniem w kolejny
rejs przygotowany na sierpień 1939 roku.
Wierny swym zasadom, postanowił nie
opuszczać Ojczyzny w potrzebie, choć mógł
uratować siebie, załogę i statek. Po wkroczeniu 17 września 1939 roku do Polski Armii
Czerwonej został aresztowany we Lwowie
przez okupacyjne władze radzieckie. Zapadł
na cholerę i zmarł z dala od kraju 8 kwietnia
1941 roku w więzieniu NKWD w Chersoniu
na Ukrainie.
Jeszcze za życia generał Mariusz
Zaruski był otaczany wielkim szacunkiem.
Za swoją waleczność i odwagę w walkach
o niepodległość Polski oraz
działalność państwową i społeczną
został odznaczony najwyższymi
odznaczeniami: Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyżem Komandorskim
Orderu
Odrodzenia
Polski, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem
Niepodległości, Krzyżem Walecznych (pięciokrotnie), Me­da­lem
Pamiątkowym Za Wojnę 19181921. Postanowieniem Pre­zy­
denta Rzeczypospolitej ­Polskiej
z dnia 7 listopada 1997 r. generał
Zaruski został odznaczony po­
śmiertnie Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. W tymże
roku z inicjatywy Związku Harcerstwa Polskiego sprowadzono
do Polski urnę z ziemią z grobu
generała Zaruskiego i złożono na
Starym Cmentarzu (Pęksowym
Brzysku) w Zakopanem. 12 sty­
cznia 2007 roku Sejm Rzeczypospolitej Polskiej podjął uchwałę,
w której stwierdził, że generał
Mariusz Zaruski dobrze zasłużył
się Polsce.
Również działalność literac­
ka generała Zaruskiego zasługuje
na uwagę. Napisał 20 książek
i wiele opracowań poświęconych
morzu i górom oraz szereg wier­
szy i opowiadań ­taternickich i że­
glarskich, m.in. Wśród wichrów
i fal i Sonety morskie. Był autorem
kilku podręczników żeglarskich
oraz pierwszego w dziejach Polski (1904 r.) podręcznika żeglugi morskiej. Opublikował także wiele artykułów
o tematyce żeglarskiej.
Imię Generał Zaruski nosi flagowy
żaglowiec szkoleniowy LOK, drewniany kecz
gaflowy zbudowany w 1939 roku w Szwecji.
Jest to jedyny zbudowany jacht z zamówionych przez Ligę Morską i Kolonialną tuż
przed wojną w Szwecji dziesięciu jedno­
stek z przezna­czeniem na masowe morskie
wychowa­nie młodzieży. Miały one stanowić
trzon przyszłej harcerskiej flotylli morskiej.
Inicjatorem tego zamówienia był właśnie
generał Zaruski.
W Gdyni znajduje się Basen Jachtowy
im. Zaruskiego i jego pomnik, w Łodzi
Park im. Zaruskiego z obeliskiem Generała
i napisem: W hołdzie Generałowi Mariu­
szowi Zaruskiemu ludzie morza i Tatr.
Łódź, 1998 r. Imię generała Mariusza
Zaruskiego noszą w wielu miastach ulice,
szkoły i drużyny harcerskie o specjalności
wodnej i żeglarskiej.
Dla uczczenia 70. rocznicy śmierci gen.
Mariusza Zaruskiego rok 2011 został ogłoszony
Rokiem Mariusza Zaruskiego. Celem tego
przedsięwzięcia jest przypomnienie Osoby
Generała i ożywienie Jego dzieła, jakim było
stworzenie polskiego żeglarstwa morskiego i
morskie wychowanie młodzieży, zasługi dla
harcerstwa, taternictwa, turys­tyki górskiej,
narciarstwa i ratownictwa górskiego.
Główne uroczystości upamiętniające
po­stać Generała odbyły się 18 kwietnia
2011 roku w Chersoniu na Ukrainie i miały
charakter państwowy. Patronat nad obcho­
dami objął Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Bronisław Komorowski. Miejsce wiecz­
nego spoczynku Generała, jako miejsce
pamięci narodowej, znalazło się pod opieką
Państwa Polskiego. Przedsięwzięcie było realizowane przez Kancelarię Prezydenta RP
wspólnie z Polskim Związkiem Żeglarskim,
Polskim Związkiem Motorowodnym i Narciarstwa Wodnego, Polskim Towarzystwem
Turystyczno-Krajoznawczym, Urzędem ds.
Kombatantów i Osób Represjonowanych,
Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
W dniu uroczystości żołnierze Wojska
Polskiego wystawili posterunek honorowy
przy tablicy pamięci generała Zaruskiego
w kościele katolickim przy ul. Suworowa
oraz przy Jego grobie, oddając honory
wojskowe. Złożono wieńce i kwiaty oraz
została odprawiona msza święta w Jego intencji. Z wieży kościelnej rozległo się po­
dzwonne dla generała Zaruskiego – symbo­
liczne 70 uderzeń dzwonu. Na trąbce został
odegrany capstrzyk i Śpij kolego, a następnie
uczestnicy uroczystości odśpiewali wspólnie
Na pokładzie Zawiszy.
Stronę polską reprezentowali przedstawiciele: Kancelarii Prezydenta RP, Urzędu
ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych,
Rady Ochrony Pamięci Walk
i Męczeństwa, przedstawiciele
środowisk żeglar­skich, górskich
i turystycznych, harcerstwa oraz
szkół imienia ge­nerała Zaruskiego.
W trakcie uroczystości Se­
kretarz Generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa,
prof. Andrzej Kunert w imie­
niu Państwa Polskiego przekazał
opiekę nad grobem i miejscami
poświęconymi pamięci generała
Zaruskiego przedstawicielom Polonii chersońskiej.
Natomiast przedstawiciel Pre­
zydenta RP przekazał merowi
Chersonia puchar przechodni
imienia
generała
Zaruskiego,
ufundowany przez Prezydenta RP
dla zwycięzcy biegu w dorocznych
regatach organizowanych w Dni
Chersonia.
Dla uczczenia pamięci generała
Zaruskiego odbędzie się w tym
roku jeszcze wiele imprez że­
glarskich, m.in.:
– żeglarsko-motorowodny rejs
pa­mięci gen. Mariusza Zaruskiego
Warszawa – Chersoń, rzekami Wisła, Bug, Prypeć, Dniepr,
w dniach 20 lipca – 25 września
2011 r.,
- udział polskich załóg w regatach
żeglarskich 18 września 2011 r.
w ramach Dni Chersonia,
– dziewiczy rejs, po odbudo­
wie i remoncie, żaglowca Generał
Zaruski do Chersonia w celu oddania hołdu prochom Generała.
Opracował Leszek Mulka
Bibliografia:
1. N. Drucka, Kurs na słońce. Opowieść o generale
Mariuszu Zaruskim, Warszawa 1979.
2. H. Stępień, Mariusz Zaruski. Opowieść biogra­
ficzna, Warszawa 1997.
3. Wikipedia
Zdjęcia zamieszczone w tekście:
1. Pomnik Mariusza Zaruskiego w Gdyni
2. Kwiestionariusz orderu Virtuti Militari
(z archiwum PZŻ)
3. STS Generał Zaruski w Jastarni
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 13
WSPOMNIENIA | ROCZNICE | WYDARZENIA |
Rok Wagnera
Jerzy Knabe
Zdjęcia z archiwum autora
Władysław Wagner
Polscy żeglarze mają w większości do­
syć mgliste pojęcie o Władysławie Wagne­
rze. Gdy dawnymi czasy na kursach na
żeglarza historia żeglarstwa była tematem
wykładanym (a nawet egzaminowanym!), to
jego nazwisko pojawiało się, chociaż z rzadka i wbrew przepisowym ustaleniom programowym. Wagner był bowiem emigran­
tem, czyli człowiekiem z założenia niechętnie
nastawionym do ustroju panującego w Pol­
skiej Rzeczpospolitej Ludowej. I w tym
akurat wypadku to oficjalne założenie było
całkowicie słuszne.
Teraz historii żeglarstwa prawie nikt nie
uczy, więc, chociaż szlabanu już nie ma, to
dalej postać Wagnera i jego pionierski pierwszy polski rejs pod żaglami dookoła świata
są jakby nieobecne w polskiej społecznej
świadomości – nawet w środowisku żeglar­
skim. Oczywiście wiadomości te są teraz
do­stępne – dla tych, co ciekawi i dobrze
poszukają. Ale kto będzie szukał w interne­
cie Władysława Wagnera, jeżeli wcześniej
nigdy o nim nie słyszał? Dla chętnych i za­­
ciekawionych – koniec nitki prowadzącej do
kłębka to: www.projektwagner2012.glt.pl
Streszczenie wygląda tak: W latach mię­
dzywojennych, wkrótce po odzyskaniu przez
Polskę niepodległości i dostępu do morza,
młody żeglarz i harcerz uległ pokusie hory­
zontu i wyruszył w rejs, w którym przez siedem lat opłynął świat dookoła, zmieniając po
drodze współtowarzyszy podróży i trzy jachty
o powtarzanej zawsze na nowo nazwie Zjawa.
Był to wyczyn pionierski dalekich rejsów nie
tylko na skalę krajową. W tym samym okresie
pływał też Alain Gerbault, z którym zresztą
Wagner po drodze się spotykał. Francuz Gerbault jest znany na całym świecie, Wagner
nieznany nawet w Polsce.
Oczywiście jego triumfalny powrót do
Polski byłby zapewne głośny i jego rejs
pozostałby w naszej społecznej pamięci, ale
we wrześniu 1939 r., gdy wybuchła II Wojna
Światowa, zdążył dopłynąć tylko do Wielkiej
Brytanii. I nigdy już do Polski nie wrócił.
Teraz o jego pamięć postanowili się
upomnieć polscy żeglarze zamieszkali poza
Polską. Mieli oni jeszcze okazję poznać Wagnera osobiście, gdy kolejno mieszkał na
Karaibskich Wyspach Dziewiczych, w Porto
Rico i na Florydzie. Inicjatywa wyszła od
założyciela i prezydenta Karaibskiej Repu­bliki
Żeglarskiej kapitana Andrzeja Piotrow­skiego
z Chicago.
Od grudnia 2010 roku działa społeczny
komitet organizacyjny spotykający się w sie­ci
w grupie http://uk.groups.yahoo.com/group/
wagnerw2012/. Zaprasza on do swojego grona każdego, kto ma pomysły lub chęć konstruktywnej współpracy i przy­czynienia się
do tego, by osiągnąć trzy cele:
– po pierwsze: umieszczenia na Beef
Island, w archipelagu Brytyjskich Wysp Dzie­
wi­czych, tablicy pamiątkowej podkreśla­jącej,
oprócz historycznego rejsu, wieloletnią tam
pionierską rezydencję Wagnera. Ma to się stać
w asyście polskich żeglarzy przybyłych z całego
świata na uroczystości Wagner Sailing Rally
2012 w dniach 21-22 stycznia 2012. Proszę
przyjąć to rów­­nież jako zaproszenie na uro­czy­s­
tość i jeśli wola – rozpocząć ­planowanie swojego
rejsu i obecności;
S/y Zjawa
14 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
– po drugie: ogłoszenia roku 2012 Ro­kiem
Wagnera z racji trzech okrągłych rocznic z nim
związanych: 100 rocznica urodzin (17 września
1912), 80. rocznica jego wyruszenia w rejs ze
świeżo zbudowanej Gdyni (8 lipca 1932) i 20.
rocznica śmierci (15 września 1992);
– po trzecie: pobudzenia inicjatywy krajowych działaczy i organizacji żeglarskich
i harcerskich w popularyzacji Roku Wagnera
w Polsce oraz ufundowania Wagnerowi pomnika w Gdyni, w rocznicę rozpoczętego rejsu
dookoła świata, a przy okazji powstającego
tam Muzeum Emigracji.
Jak przebiegnie Rok Wagnera i co zo­
sta­nie dokonane, zależy bezpośrednio od
rozpowszechnienia informacji o nim i indy­
widualnej dobrej woli polskich żeglarzy na
całym świecie, którzy zechcą się czynnie
zaangażować w ten projekt. Inicjatorzy są
zdania, że Wagner jest godzien wdzięcznej
pamięci z naszej strony.
D0bra wola rośnie, słychać o planie symbolicznego dokończenia rejsu Wagnera na odcinku
z Great Yarmouth do Gdyni na uroczystość 80.
rocznicy wyruszenia, rosną nadzieje na udział
brygu Fryderyk Chopin na uroczystości karaibskie, przybywają patronaty medialne. Nasz
najnowszy sojusznik to wrocławski periodyk
żeglarski Szkwał. Dziękuję i witam w gronie
tych, co za rok będą mieli satysfakcję…
Jerzy Knabe
| ROZMOWY SPISANE
Ryszard Jan
Błacha
JMP: Powiedziałeś, że gdybyś nie był tym,
kim jesteś, byłbyś malarzem i że tematyka
Twoich prac związana jest ściśle z Twoim ży­
ciem. Twoje prace malarskie i grafika, wykony­
wane różnymi technikami, są odbi­ciem Twoich
przeżyć, można powiedzieć, że są Twoją auto­
biografią, czy tak? A witraże? Jakie one są?
Czy miałeś jakieś wystawy swo­ich dzieł? Gdzie
i kiedy? I jakie prace wystawiałeś?
RJB: Prawdę mówiąc, to maluję dla
siebie. Jest to moja własna interpretacja
rzeczywistości, którą przeżyłem. Zostawia
ona w mojej pamięć ślad, który muszę
wyrazić za pomocą farb, tworząc szkice lub
grafiki. Wytwarza się wtedy pewnego rodzaju napięcie – być może emocjonalne, które
prowadzi moją rękę i powstaje krajobraz,
martwa natura lub inne tematy – czasami
nawet abstrakcyjne. Kolor, a tym samym
barwa przedstawianych tematów żyje,
wibruje i jest przyczyną głębokich odczuć
emocjonalnych. Stąd też zainteresowanie
szkłem i witrażami, a właściwe obrazami
Jolanta Maria Palczyńska
Zdjęcia z archiwum R. J. Błachy
Kapitan jachtowy, kapitan motorowod­
ny, instruktor wykładowca PZŻ, instruktor
żeglarstwa PZŻ, instruktor żeglarstwa mo­
torowodnego, trener II kla­sy o specjalności
żeglarskiej; członek, były wicekomandor
ds. technicznych i kierownik wyszkolenia
żeglarskiego w Jacht Klubie AZS, wice­
prezes ds. wyszkolenia instruktorskiego
w PZŻ, obecnie wiceprezes Stowarzysze­
nia Instruktorów i Trenerów Żeglarstwa
Hals; delegat na sejmik PZŻ; doktor nauk
w kulturze fizycznej, pracownik nauko­
wo-dydaktyczny Akademii ­Wychowa­nia
Fizycznego we Wrocławiu; otrzymał
m.in. Brązowy Krzyż Zasługi, Honorową
Odznakę Zasłużonego dla Żeglarstwa
Dolnośląskiego oraz Medal 50-lecia WrOZŻ.
JMP: Żeglarstwo zacząłeś uprawiać pod
wpływem książek z serii Sławni żeglarze
i Ekranu z bratkiem z kpt. Krzysztofem Ba­
ranowskim, będąc już studentem AWF. Byłeś
na wielu rejsach morskich, oceanicznych
i śródlądowych. Czy rejs do Australii w 1997
roku należy do najdłuższych i najdalszych?
A może piękne krajobrazy wpłynęły na Twoje
doznania artystyczne i zaowocowały w Twoich
pracach, bo jesteś nie tylko żeglarzem, ale
i malarzem?
RJB: Tak, rejs do Australii to mój
najdłuższy rejs i dzisiaj mogę powiedzieć,
że jest on rejsem mojego życia. W planach...
chciałbym popłynąć dookoła świata wspólnie
z żoną i może te plany zostaną zrealizowane.
A malarstwem zająłem się jeszcze przed
rejsem do Australii. Natomiast w trakcie
rejsu miałem ze sobą farby wodne i nama­
lowałem kilkadziesiąt kolorowych ­szki­ców,
które do dzisiaj są pewnego rodzaju inspi­
racją do pracy twórczej.
witrażowymi. Kolor obrazu ze szkła cały
czas się zmienia, ponieważ zależy on od
pory dnia. Można powiedzieć, że obraz żyje
swoim własnym niepowtarzalnym życiem.
A ja, wykonując określoną kompozycję z ko­
lorowych szkiełek, życie to tworzę…
Na organizację wystaw swoich prac nie
mam czasu. Wolę ten czas poświęcić na
malowanie. Należałem do Stowarzyszenia
Artystów Amatorów we Wrocławiu i tam
w latach 90. wystawiałem swoje prace.
W roku 2005 miałem małą wystawę swoich
prac w PWSZ im. Witelona w Legnicy.
JMP: Jesteś pracownikiem naukowodydaktycznym w trakcie pisania pracy habili­
ta­cyjnej. Masz więc zajęcia ze studentami,
prowadzisz badania naukowe. Publikujesz
w zakresie sportów wodnych oraz bierzesz
udział w organizacji konferencji naukowo-dy­
dak­tycznych. Gdzie można przeczytać Twoje
artykuły? Specjalizujesz się w naukach bio­lo­
gicznych w zakresie fizjologii wysiłku fizycz­
nego. Czy możesz nam przybliżyć temat swoich
badań? Jaki jest cel tych badań?
RJB: Moja praca wymaga działalności
publikacyjnej. Artykuły dotyczące sportów
wodnych ukazują się w pracach ­naukowych
i tam można je znaleźć pod hasłem mo­
jego nazwiska. Ostatnia publikacja uka­
za­ła się po konferencji w Gdańsku, która
została zorganizowana w dniach 21-22.
10.2010 roku na temat: Kierunki rozwo­
ju żeglarstwa i turystyki wodnej (Wies­
ner W. Błacha R., Zarządzanie ryzykiem
jako metoda edukacji dla bezpieczeństwa
w nauczaniu żeglowania. W: (Monografii)
Kierunki rozwoju żeglarstwa i turystyki
wodnej, pod red. Komoroskiego A. F., Fundacja Promocji Przemysłu Okrętowego i Gos­
podarki Morskiej, Gdańsk 2010, s. 57-63).
Moje zainteresowania naukowe wiążą
się z naukami biologicznymi, a głównie
z fizjologią wysiłku fizycznego. W tej
dziedzinie współpracuję z prof. dr hab.
Markiem Zatoniem, który jest Kierownikiem Katedry Fizjologii i Biochemii. Pracujemy nad tematami dotyczącymi czucia
kinestetycznego oraz proprioceptywnego.
Głównym celem mojej pracy jest analiza
możliwości oceny zdolności różnicowania
kinestetycznego za pomocą powtarzalności
generowanej siły w statyce przez mięśnie
kończyn górnych i dolnych przy użyciu
kinestezjometru. Odruchy postawne oraz
czucie kinestetyczne mają duże znaczenie
w żeglarstwie, ponieważ umożliwiają bezpieczne poruszanie się po pokładzie jachtu
Na Mazurach
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 15
ROZMOWY SPISANE |
w czasie żeglugi na wodach śródlądowych
i morskich (Błacha R., Wpływ uprawiania
żeglarstwa na zdolności utrzymania piono­
wej postawy ciała. W: Aktywność ruchowa
w świetle badań fizjologicznych, część 1, pod
redakcją Marka Zatonia i Zbigniewa Jethona.
Wydawnictwo AWF, Wrocław 2002, s .6-36).
JMP: Twoja praca społeczna w JK AZS
w latach 80. i 90. to pełnienie odpowie­
dzialnych funkcji. Byłeś ­wicekomandorem
­Klubu i kierownikiem wyszkolenia żeglar­skie­
go, a w PZŻ jako wiceprezes w latach 2005–
2009 brałeś udział w organizacji systemu szko­
lenia na stopnie instruktorskie i podstawowe
stopnie żeglarskie. Czy praca społeczna dawała
Ci satysfakcję i jak patrzysz teraz na swoje
wysiłki, zwłaszcza w zakresie szkolenia, wobec
zmian jakie zachodzą w szko­leniu żeglarskim
i tragicznych w skutkach wypadkach np. na Ma­
zurach? Czy warto było aż tyle pracy wkładać,
gdy teraz nazbyt liberal­ne przepisy zbierają
takie żniwa w ­posta­ci ofiar śmiertelnych wśród
bardzo młodych i nie­do­świadczonych żeglarzy?
Z żoną razem na rejsie
macje dotyczące szkolenia i uprawiania
żeglarstwa w Polsce (http://sto.flexart.kei.
pl/pl/home/).
JMP: Wobec licznych obowiązków, które
na siebie przyjąłeś, Twój dzień zaczyna się skoro
świt, a zimą chyba jeszcze przed świtem? Czy
takie bardzo wczesne wstawanie jest dla Cie­
bie narzuconym rygorem, koniecznością, czy po
prostu jesteś tzw. rannym ptaszkiem i wczesne
wstawanie nie jest dla Ciebie nieprzyjemnym
obowiązkiem? A o której kładziesz się spać?
Chyba też wczesnym wie­czorem, a nie późną
nocą? A kiedy znajdujesz czas na lektury?
RJB: Lubię wcześnie wstawać, ponieważ
wtedy najlepiej mi się pracuje. Rano umysł
jest wypoczęty i można w krótkim czasie du­
żo zrobić. Wstaję między 5.00 a 6.00, a idę
spać między 21.00 a 22.00. Prawie całkowicie
zrezygnowałem z telewizji. Każdą wolną
chwilę poświęcam na czytanie lub słuchanie
(MP3) wybranych pozycji literatury oraz
oczywiście na malarstwo.
cd. na str. 17
RJB: Żeglarstwo zawsze było i jest
waż­nym elementem mojego życia. ­Zmia­ny
w przepisach dotyczących uprawiania że­
glarstwa ulegają ciągłym przekształceniom
w zależności od tego, kto ma głos decydujący
w tej dziedzinie na poziomie organizacji
żeglarskich i instytucji państwowych. Na­
szym zadaniem (żeglarzy) jest współpraca
w organizacji życia żeglarskiego w Polsce.
Więc to robię, ze skutkiem większym lub
mniejszym. Oczywiście sprawia mi to nadal dużo satysfakcji i zmusza do ciągłej
pracy w zakresie popularyzacji aktywności
człowieka w środowisku wodnym ze szcze­
gólnym uwzględnieniem zasad ­szkolenia
i bezpieczeństwa na wodzie. W ­ostatnim
okresie uczestniczyłem w pracach zwią­za­
nych z powstaniem Stowarzyszenia Instruktorów i Trenerów Żeglarstwa Hals, w którym
pełnię funkcję ­wice­prezesa. Zapraszam na
stronę internetową stowarzyszenia. Można
tam znaleźć wszystkie najistotniejsze infor­
Mój jacht Aga
16 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
| POSTAĆ
Wacław Jerzy
Petryński
Jolanta Maria Palczyńska
Fot. z arch. kpt. W. J. Petryńskiego
Urodził się 2 września 1951 roku we
Wrocławiu pół kilometra od Odry – jak
sam to stwierdził – bo przy ul. Kasprowicza. Od roku 1956 mieszkał na Biskupinie, też pół kilometra od Odry. Ukończył
Szkołę Podstawową nr 70 i następnie Liceum Ogólnokształcące nr 11. W 1974 roku
skończył studia na leżącej tuż nad Odrą
Politechnice Wrocławskiej jako magister inżynier mechanik. Będąc na II roku
studiów doktoranckich i mając do wyboru
kontynuowanie nauki lub wyprawę na s/y
Joseph Conrad dookoła Europy, zdecydował
się na rejs, czego skutkiem była konieczność
odejścia z Politechniki. Po rejsie rozpoczął
pracę w Instytucie Niskich Temperatur
i Badań Strukturalnych PAN jako fizyk.
Od 1986 roku pracował jako starszy asystent w Akademii Wychowania Fizycznego
we Wrocławiu, gdzie w 1992 roku uzyskał
tytuł doktora nauk o kulturze fizycznej na
podstawie pracy poświęconej żeglarstwu.
Promotorem pracy była doc. ­Karmena
Stańkowska, której we wrocławskim śro­
do­wisku żeglarskim nikomu przedstawiać
nie trzeba. W latach 1994–2003 był zatrudniony w Akademii Wychowania Fizycznego
w Katowicach. Od 2003 roku jest adiunktem
w Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej
w Katowicach, gdzie prowadzi zajęcia z teorii
i metodyki rekreacji, biofizyki, kinezjologii
oraz pedagogiki czasu wolnego. Zawodowo
zajmuje się głównie kinezjologią. Wiele jego
prac ukazało się m.in. w czasopismach Mo­
tor Control, Kinesiology, Tieoria i Praktika
Fiziczeskoj Kultury, Antropomotoryka, Hu­
man Movement.
Pierwsze pływania rozpoczął jeszcze
pod koniec szkoły podstawowej na kajakach
w Klubie Chemik. Codziennie przechodził
obok Klubu Eol i tam właśnie rozpoczął
swoja przygodę z żeglarstwem. Jego pierw­
szym instruktorem był Wojciech Miecie­
lica. W 1966 roku uzyskał w Jacht Klubie
AZS patent żeglarza, a w roku następnym
– sternika jachtowego. W pierwszy rejs
morski wybrał się w 1968 roku na s/y Jo­
seph Conrad z kpt. Zdzisławem Hippe i po
rejsie stwierdził: Nigdy więcej na morze...
Stało się inaczej. W 1969 roku odbył staż
u kpt. Zbyszka Szpetulskiego i zdobył pa­
tent jachtowego sternika morskiego. W ro­
ku 1971 został najmłodszym kapitanem
bałtyckim w Polsce. W wieku 24 lat otrzymał
patent jachtowego kapitana żeglugi wielkiej
i do dzisiaj nie wymienił tego patentu. Posiada też patent instruktora żeglarstwa od
1969 r. i kapitana motorowodnego, a także
jest obserwatorem radarowym II klasy, ma
świadectwo SRC i ukończony kurs ratow­
niczy oficerów pokładowych I klasy.
Był członkiem Zarządu Jacht Klubu
AZS we Wrocławiu, Okręgowego Związku
Żeglarskiego we Wrocławiu i Polskiego
Związku Żeglarskiego. Przez jedną kadencję
był przewodniczącym Głównej Komisji
Szko­lenia PZŻ. Był też członkiem władz
International Sailing Schools Association
oraz członkiem Training and Development
Committee, będącym jednym z komitetów
International Yacht Racing Union, która
w trakcie jego kadencji przekształciła się
w International Sailing Federation. Z ramienia PZŻ działał również w European Boating
Association. Jest sekretarzem generalnym
International Association of Sport Kinetics.
Czynnie uczestniczył w około 30 że­
glar­skich konferencjach naukowo-meto­
dycznych i opublikował ponad 20 artyku­łów
fachowych i kilkanaście naukowych na temat
żeglarstwa. Jest autorem i współ­autorem
licz­nych publikacji różnego rodzaju: skryptu, słowników, encyklopedii i książek.
Napisał ponad 50 ­artykułów, które ukazały
się w: Żaglach, Rejsach, Jachtingu, Świecie
Żagli i Szkwale, a w Sporcie Wyczynowym
ma stałą rubrykę zatytułowaną Barbarzyńca
w Pałacu Nauki. Zajmuje się również translatorstwem. Oprócz książek żeglarskich
przetłumaczył ok. 30 innych dzieł z języka
angielskiego i niemieckiego.
Pływał po Wielkich Jeziorach Mazur­
skich, Bałtyku, Morzu Północnym i Śród­
ziemnym, po Oceanie Atlantyckim. Uko­
chane jachty to Chrobry, Joseph Conrad
i Ballada, a ostatnio również Barlovento.
Z pierwszą żoną Sławomirą, która jest
jachtowym sternikiem morskim, płynął na
s/y Balladzie przez Atlantyk z Nowego Jorku
do Świnoujścia. Obecna żona Maria nie
żegluje, ale troje dzieci posiada uprawnienia:
Kuba, mgr prawa, jest sternikiem jachtowym
i motorowodnym, Kasia, studentka II roku
dietetyki, ma patent żeglarza jachtowego
i sternika motorowodnego i maturzystka
Basia również posiada takie uprawnienia.
Rodzinnie pływali po Mazurach i po Zatoce
Gdańskiej.
Kpt. Wacław Jerzy Petryński należy
do grona odznaczonych Medalem 50-lecia
WrOZŻ. Jest to jedno z wielu odznaczeń,
jakie otrzymał.
Jolanta Maria Palczyńska
Wywiad z kpt. W. J. Petryńskim ukaże się
w następnym numerze Szkwału.
cd. ze str. 16
JMP: A teraz Rysiu, ­porozmawiamy o pły­
waniu rodzinnym. Twoja żona Małgorzata
i córka Agnieszka – zawodowa baletnica
odnosząca sukcesy – też posiadają uprawnie­
nia żeglarskie. Żona pracuje w ­Przedszkolu
nr 36 we Wrocławiu. Przedszkole organizuje
wspaniałe Spotkania z Piosenką Żeglarską
i Morską. Byłam na jednym z nich. Występy
przedszkolaków były piękne i bardzo wzru­
szające. Ukazało się na ten temat kilka
artykułów autorstwa Twojej żony w naszym
Szkwale (2005 nr 2 s. 33 – 34, 2006 nr 2 s. 35,
2007 nr 3 s. 43). Czy razem dużo pływacie?
Kiedy, na czym i gdzie najczęściej i dlaczego
właśnie tam?
RJB: Poznaliśmy się w JK AZS. Od
samego początku wspólnie spędzamy każdy
wolny czas, ponieważ dobrze czujemy się
w swoim towarzystwie. Dla nas żeglarstwo
jest sposobem na życie i bez niego trudno
byłoby funkcjonować we współczesnej rze­
czywistości. Oprócz żeglowania, jeździmy
na nartach lub rowerze. Naszymi pasjami
zainteresowaliśmy córkę, która także żegluje
i nabyła uprawnienia żeglarskie i instruktorskie. Posiadamy własny jacht śródlądowy
i na nim najczęściej żeglujemy. Pływamy
także po morzu w Grecji i Chorwacji. Planujemy wspólny rejs morski dookoła świata,
lecz jest on na razie w sferze marzeń.
JMP: I na koniec: jakie masz plany na ten
sezon żeglarski?
RJB: Pracuję w żeglarstwie, szkoląc
i popularyzując tę formę aktywności wodnej
– są to moje obowiązki zawodowe związane
z pracą w Akademii Wychowania Fizycznego
we Wrocławiu. Stąd, chcąc oderwać się od
wody choć na chwilę, w tym roku planujemy
wędrówkę po Europie samochodem. Jednak bez
żeglarstwa nie da się żyć i będziemy też żeglować
na własnym jachcie po Pojezierzu Leszczyńskim.
JMP: Dziękuję za miłe rozmowy i życzę
ciekawych wakacji.
Rozmawiała:
Jolanta Maria Palczyńska
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 17
MORZE |
Fot. Krzysztof Jasica
Morze Weddella
Ewa Skut
Per aspera ad astra
(Przez trudy do gwiazd)
Ponownie w drodze na Antarktydę, tym
razem celem jest Morze Weddella. Jest to
druga próba wpłynięcia na to morze przez
s/y Selmę.
Miasto na końcu świata – Ushuaia, do
którego przylecieliśmy 7 stycznia 2011 r.
– przywitało nas iście letnią pogodą.
Temperatury na poziomie 20ºC i słońce,
w którym pięknie wyglądały ośnieżone
góry Ziemi Ognistej. Zamieszkaliśmy w hotelu Los Lupinos, przyjechaliśmy bowiem
4 dni wcześniej, żeby się zaaklimatyzować
i zwiedzić okolice.
Po zaokrętowaniu na s/y Selmie,
dokonaniu zakupów i drobnych napraw
następnego dnia, 12 stycznia wyruszyliśmy
w kierunku Puerto Williams w Chile. Silny
wschodni wiatr nie pozwolił nam pokonać
Kanału Beagle w kierunku wschodnim
i po wyjściu zza osłony wysp skierować się
w kierunku południowo – wschodnim,
dokładnie na Morze Weddella. Najbliższe
prognozy pogody również skłoniły nad
do zatrzymania się w Puerto Williams,
ostatniej osadzie na dalekim południu.
Ze względu na spodziewany silny ­wiatr
Chilijczycy zamykają port. Wykorzystu­je­
my to na krótki wypad w góry otaczające
osadę położoną na wyspie Navarino,
ro­bi­my ostatnie porządki na jachcie
i spotykamy się wieczorem w klubie Micalvi
z załogami innych jachtów, pijąc ostatnie
pisco sour, biorąc ostatni prysznic i w drogę.
Jest na jedenaścioro: kapitan Piotr
Kuźniar i załoga: Krzysztof Jasica, Aleksandra Król, Tomasz Łopata, Andrzej
Sieczak, Michał Składanowski, Ewa Skut,
Maciej Sokołowski, Damian Święs, Paweł
Wiśniewski i Andrzej Zadura. Piotr dzieli
nas na pary: Ola z Pawłem, ja z Maćkiem,
Damian z Michałem oraz Andrzej z Andrzejem. Krzyś z Tomkiem nie wchodzą
w układ wacht. Krzyś kończy remont instalacji elektrycznej, a Tomek wypoczywa po
wcześniejszych rejsach, których był kapitanem. Stanowią też stałą załogę do obsługi
jachtu. Czujemy się jak na turystycznym
statku. Nasza starannie dobrana śmietanka
żeglarska (tak przynajmniej nas zapewniano, że musimy czuć się wyróżnieni) świetnie
daje sobie radę w pełnieniu wacht przy kole
sterowym i w prowadzeniu nawigacji oraz
wacht kambuzowych.
Wypływamy z Puerto Williams w piątek
14 stycznia o godz. 1320. Płyniemy na silniku
18 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
pod wschodni wiatr o sile 3-4ºB wzrastający
do 5ºB. Przy niezbyt szerokim Kanale Beagle taki kierunek wiatru nie pozwala nam
rozwinąć żagli. Utrzymujący się wschodni
wiatr koryguje nasze plany. Mijamy wyspę
Picton i płyniemy w kierunku południowowschodnim. Wieczorem odstawiamy silnik,
stawiamy genuę i bezana. Po przepłynięciu
Przy utrzymującym się ­wschodnim
wie­trze zbliżamy się do Szetlandów Połud­
niowych, pod osłoną których zmniejsza się
wysokość fali. Na horyzoncie pojawia się
wyspa Livingston, tuż po północy robi się
ciemno. Na dwie godziny stajemy w dryfie, ponieważ nie chcemy wpływać nocą
między wyspy. Co prawda noc jest szarawa,
ale zbyt ciemna, żeby zauważyć pływające
w wodzie growlery. Spotkaliśmy już ­bowiem
pierwszą górę lodową. Wiatr cichnie, o świ­
cie ruszamy na silniku. Omijając Snow Island, płyniemy w towarzystwie pingwinów
i wielorybów i po południu docieramy do
Deception Island. Wyspa jest wierzchołkiem
kaldery wulkanu wypełnionej wodą, zajmuje
obszar o średnicy 12 km i ma kształt podkowy. Wpływamy do środka wyspy zwanej
Puerto Foster, jednym z nielicznych bezpie­
cznych portów na Półwyspie Antarktycz­nym.
Pingwiny przy Porcie Lockroy. Fot. Ewa Skut
cieśniny Richmond między wyspami Lennox i Nueva obieramy kurs na Archipelag
Szetlandów Południowych, zostawiając
Przylądek Horn daleko na zachodzie. Nad
ranem wiatr cichnie, do południa płyniemy
więc na silniku.
Jest to dzień wachty kambuzowej mojej
i Maćka. Duża fala, pozostałość po silnym
wietrze, zagania wielu do koi, więc ilość
przygotowywanego posiłku jest niewielka.
Życie towarzyskie również umiera na kilka
dni. Rozpoczęliśmy żeglugę przez Cieśninę
Dreake’a spokojnie przy zmiennych wiatrach 0-5ºB z kierunków wschodnich. Krzyś
z Tomkiem stawiają wszystkie żagle, wspo­
magamy się silnikiem. Niebo od pełnego
zachmurzenia po pełne słońce. Czasami mży.
Następne dwa dni żeglujemy przy wietrze
E-SE. Pomimo zachmurzenia jest pięknie:
piękna żegluga, wiatr 4-6ºB, duża fala (stan
morza 4), dostojnie szybujące albatrosy
i petrele. Osiągamy prędkości 6-7 węzłów,
płynąc cały dzień na pełnych żaglach.
Zbliżamy się do granicy konwergencji, temperatura w sterówce spada do ok. 9ºC.
Wąskie wejście, przesmyk Neptun’s Bellows o szerokości około 230 m. Dość płytki
i występujący tam prąd 1,3 kn pozwala wejść
i wyjść tylko w dobrej pogodzie i małym
zafalowaniu. Do trzech razy sztuka … tym
razem udało się (wysoka fala i silny wiatr nie
pozwolił nam wejść w 2008 i 2009 roku).
Kierujemy się do zatoki Pendulum Cove
w północno-wschodniej części Port Foster.
Tutaj w zatoce była kiedyś stacja chilijska,
która została zniszczona ­podczas erupcji
w 1969 r. Krajobraz jest ponury. Wystające
z ciepłego, czarnego piasku wulkanicznego kikuty stacji i poskręcane od żaru
konstrukcje stalowe budynków. Miejsce to
ożywia kilka pingwinów maskowych, które
z ciekawości podchodzą do nas. O 1800
powrót na jacht, herbata ciasteczka i kierujemy się do Telefon Bay sprawdzić, czy zatoka ta jest osiągalna dla naszego jachtu.
Niestety, wejście jest zbyt płytkie. Słyszymy
natomiast w UKF-ce, że statek wycieczkowy
Bremen, który wpłynął przed nami do kaldery, opuszcza Zatokę Wielorybniczą, którą
my również chcemy odwiedzić. Nazwana
| MORZE
tak została przez francuskiego badacza rejonów polarnych Jeana-Baptiste’a Charcota ze względu na inten­sywne użytkowanie
jej przez wielorybników na początku XX
wieku. Rdzewiejące kotły do wytapiania
tłuszczu wielorybniczego, znisz­czone budynki, łodzie wielorybnicze, groby, kości
wielorybów i mnóstwo ptaków – skuł, które
całym stadem wylegiwało się w słońcu
oraz myło się w pobliskim oczku wodnym. Cały krajobraz robi ponure wrażenie.
­Jedynie wycieczka do Neptunes ­Windows,
wysokiego klifu, roztacza przed nami
niesamowity widok na Bransfield Strait
i Antarktydę. Tu prawdopodobnie amery­
kański podróżnik i badacz Nathaniel Palmer
po raz pierwszy ją zobaczył w 1820 roku.
Po czterech godzinach powracamy na
jacht i wkrótce wypływamy z Deception I.
Marzenie kilku lat (wpłynąć do Decepion I)
spełniło się, ale ponownie stwierdziłam, że
wyspa zasługuje na taką nazwę (ang. decep­
tion – oszustwo, rozczarowanie). W przewodnikach piszą o koloniach pingwinów,
uchatek. Ale one występują na zewnętrznych
brzegach wyspy. Wewnątrz wyspa robi wra­
żenie cmentarzyska.
Płyniemy w kierunku NE – cel King
George Island i Polska stacja PAN im. Henryka Arctowskiego. Jest jasna noc, wiatr
NE 4-5ºB, stan morza 1-2, ale dopiero rano
stawiamy genuę. W południe odstawiamy
silnik. Wiatr się wzmaga, refujemy żagiel.
Po południu wpływamy do Admiralty Bay.
Kontaktujemy się ze stacją i jesteśmy tam
zaproszeni na wieczór. Przy stacji zbyt mocno wieje, wpływamy więc do Ezcurra Inlet
i stajemy w dryfie, spokojnie zjadając obiad.
Wieczorem rzucamy kotwicę przed stacją.
Miła atmosfera, ciepłe i serdeczne przyjęcie,
wycieczka po pingwinisku – olbrzymia kolonia pingwinów Adeli z młodymi, haremy
słoni morskich, internet, kolacja i kąpiel.
Odczucia: spokój i radość z tego, że tu
jesteśmy.
Prognozy pogody nie są dla nas korzy­
stne, silny wschodni i południowo-wschodni
wiatr, czyli z kierunku, w którym chcemy
płynąć. Zostajemy dzień dłużej na kotwicy.
Jest wietrznie i duża fala wchodzi do Admiralty Bay. Pontonem lądujemy w oko­
licy kapliczki, pod osłoną szkierów, które
uspakajają trochę fale.
Leniwy dzień, grupami udajemy się na
ląd, jedni prowadzą rozmowy na stacji, inni
zdobywają okoliczne szczyty lub idą na spotkanie z pingwinami, słoniami morskimi oraz
foczką Weddella, która pojawiła się na plaży.
Zwierzęta z zaciekawieniem oglądają ludzi,
zupełnie nie płosząc się.
Nad ranem 21 stycznia wiatr cichnie,
podnosimy kotwicę i kierujemy jacht na
Morze Weddella.
Morze
Weddella,
o
­powierzchni
2,8 mln km², stanowi część Oceanu
Południowego i położone jest u wybrzeża
Antarktydy pomiędzy Półwyspem Antarktycznym, Zie­mią Królowej Maud oraz od
południa Lodowcem Szelfowym RonneFilchnera. Odkrył je w 1823 r. James
Weddell, angielski żeglarz i odkrywca, kapitan statku wielorybniczego i badacz mórz
południowych, docierając tu do 74°15 S.
Odkrył też i opisał foki Weddella. Morze
Weddella jest bar­dzo zimne, ponieważ
jego temperatura często oscyluje w pobliżu
zera, jest również najbardziej czystym
morzem świata. Prze­zroczystość wody sięga
głębokości 80 metrów. Dla nas ważne są
występujące tu prądy, które mają kierunek
zgodny z ruchem wskazówek zegara, a to
wiąże się z przemieszczającym pakiem, który
krąży również w tym kierunku. Występują tu
także silne prądy pływowe, które pomagają
wyrwać się lodom w kierunku północnym.
Ktoś nieopacznie powiedział: JAK do­
trzemy na Weddella…? Neptunie, ja jestem
pewna, że tam wpłyniemy!
Zmienia się układ wacht, przed nami
bowiem pola lodowe i każda wachta na
pokładzie musi być wzmocniona o osobę na
oku oraz osoby do odpychania kier lodo­
wych. Kapitan dzieli nas na dwie wachty
5-oso­bowe co 8 godzin, kambuz co drugi
dzień. Płyniemy na silniku. Wiatr z kierunku
SSE 1-2ºB, w dzień wzmaga się do 3ºB, niebo zachmurzone, a temperatura w sterówce
ok. 10ºC, wieczorem i w nocy S 1-2ºB – cały
czas płyniemy na silniku, praktycznie pod
słaby wiatr. Łagodne warunki wietrzne
i małe zafalowanie pozwala nam złożyć
życzenia urodzinowe kapitanowi. Jest tort
i szampan!
22 stycznia po północy wpływamy do
Cieśniny Antarktycznej, między wyspą
Joinville a przylądkiem Trinity. Niewiel­
kie zalodzenie, mijamy zatokę Hope,
gdzie znaj­duje się antarktyczna stacja
argentyńska ­Esperanza. Przed wyspą
Andersson pojawiają się olbrzymie pola
Drake Passage. Fot. Ewa Skut
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 19
MORZE |
ale nikt nie odpowiada. Później Czesi opo­
wiadali nam, że nie mogli uwierzyć, że to
polska mowa, więc nie odzywali się.
Spokojne miejsce znajdujemy między
wyspami Vortex i Corry. Noc jest jednak
pełna roboty. Sypie śniegiem i widoczność
się pogarsza, stajemy w dryfie, a potem
osłonięci przed wiatrem za górą lodową,
stojącą na mieliźnie, cumujemy do niej.
Nie na długo. Jest przypływ, ta góra i inne
w okolicy zaczynają płynąć na Selmę. Klucząc
wśród nich, po kilku godzinach zostajemy
sami, prądy pływowe wymiotły lód z naszego
miejsca schronienia. Sypiący śnieg oprószył
jakby pudrem pobliską wyspę oraz góry
lodowe. Do rana się wywiewa, płyniemy w
kierunku Wyspy James ­Rossa. Czeska stacja
polarna położona jest w północnej jej części.
Około południa 23 stycznia rzucamy
kotwicę przy Mendelu. Ciepłe słowiańskie
przy­jęcie, zwiedzanie stacji, na której
12-oso­­bowa załoga prowadzi badania z za­
kresu geologii, paleontologii i biologii. Rozmowy toczą się w swoich językach oj­czy­stych
Humbak na Morzu Weddella. Fot. Ewa Skut
lodowe z wypiętrzonymi krami i górami
lodowymi. Jest 0430. Zostaję obudzo­
na przez Olę, bo widoki lodu przy
wschodzącym słońcu i gładkim morzu
są niepowta­rzalne. Niesamowite światło
i sceneria lodu o różnorodnych kształtach
i kolorach. Ten niebieski ma wiele milio­
nów lat! Gigantyczne góry lodowe mają
postać zamczysk, katedr, a te, które się
niedawno oderwały od szelfu, są płaskie
o wielkości kilku boisk piłkarskich. Michał
bardzo ładnie to opisał: Opisywa­nie ich
piękna to jak fotografowanie muzy­
ki, czy tańczenie w rytm architektury.
Zatrzymaliśmy silnik, jedna osoba wchodzi
na maszt, inne wsiadają do pontonu, krążąc
wśród lodów i szukając kanału wolnej wody.
Zza wysokiego paku wypływa statek-wycie­
czkowiec, kontaktuje się z nami, pytając, czy
znamy aktualną sytuacje lodową.
Kierujemy się na zachód na Devil Island, maleńką wysepkę przy Vega Island.
Po śniadaniu przy burcie jachtu pojawiła
się para wielorybów, dla których nasz
jacht wydawał się ciekawostką-zabawką.
Podziwialiśmy ich niesamowitą sprawność
i poczucie humoru humbaków. Oczywiście
nie obyło się bez zrobienia zdjęć ich ogonów.
Ok. 1400 dopływamy do Devil Island.
Dokładne informacje od Henia Wolskiego
o głębokościach i gdzie można dobić bezpiecznie do brzegu, kierują nasz jacht do
północno-zachodniej części wyspy. ­Stajemy
w dryfie, gdyż rzucenie kotwicy jest nie­
wskazane ze względu na dużą ilość paku
i małych gór lodowych. Lądujemy na wy­
spie, na której gniazduje około 20000 par
pingwinów. Dorosłe osobniki opiekują się
młodzieżą mającą jeszcze puch na piórach.
Siadamy obok pingwiniska, obserwując całe
rodziny pingwinów. Niektóre podchodzą
do nas, dziobiąc i sprawdzając, co to za istoty pojawiły się na ich wyspie, przy czym
są bardzo wdzięczne w tym swoim chodzie.
W górze krążą skuły, olbrzymie ptaki, które
20 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
Przed czeską stacją antarktyczną. Fot. Damian Święs
potrafią zaatakować pingwiny, zwłaszcza
młode. Niesamowite jest to, że zwierzęta
nie widzą w nas zagrożenia. Szukaliśmy
skamieniałości, z których wyspa słynie, ale
nie udało się nam ich znaleźć. Około 1800
powracamy na jacht, a kapitan wsiada do
pontonu i płynie zdobyć pobliski szczyt.
Prognozy pogody zapowiadają silny
wiatr, szukamy spokojnego miejsca na noc.
Wpływamy do Prince Gustav Channel. Na
maszt na zmianę wdrapuje się jedna osoba, która prowadzi nas przez pola lodowe.
Każdy wraca z masztu bardzo zmarznięty,
ale zachwycony widokami oglądanymi
z tej wysokości. Nazwaliśmy to miejsce
słonecznym pokładem.
Jesteśmy w okolicy czeskiej stacji im. Johanna Gregora Mendela. Słyszymy ich na
UKF-ce, próbujemy ich wywołać, Tomek na
maszcie próbuje zaśpiewać czeską piosenkę,
i nie stanowi to przeszkody w porozumie­
waniu się.
1708 uruchamiamy silnik i kotwica
góra, kurs Prince Gustav Channel, chcemy
bowiem opłynąć Wyspę Rossa od zachodu.
Po trzech godzinach zawracamy. Prince
Gustav Channel niepokonany. Klucząc
wśród paku spiętrzonej kry i gór lodo­
wych, dotarliśmy do miejsca, gdzie nie
było już wolnej wody. Ogrom gór lodowych
i spiętrzonego paku daje nam wyobrażenie,
w jakich warunkach lodowych poruszała
się Endurance ­Shackletona. Na pozycji
63°47,8’S 058°08,74’W kapitan zarządza
odwrót. Kierujemy się w stronę Herbert
Sound, czyli Wyspę Jamesa Rossa będziemy
próbowali opłynąć od wschodu, kierując się
na południe. Ok. 2200 mijamy ponownie
Mendela, kontakt przez UKF. Obiecujemy
zabrać z argentyńskiej stacji Marambio
| MORZE
Mapę wykonała Bożena Skut
Daniela, członka czeskiej stacji i przywieźć
na Mendela.
Sypie śnieg, jest mgła i wietrzno.
W nocy przepływamy przez Cieśninę Herberta wolną od lodu na szerokość od
300 do 1000 m. Wiatr i prądy przegnały
bowiem pola i góry lodowe pod brzeg.
U wyjścia z Herberta pojawia się mnóstwo
lodu i pokład słoneczny ponownie obsa­
dzony jest przez jednego członka załogi jako
oko.
Góry lodowe ponownie fascynują, mają
kształty i kolory niespotykane chyba nigdzie
indziej. Ten lód krąży długo po Morzu Weddella ukształtowany przez falę, słońce i ­wiatr.
Stąd tak dużo niebieskiego lodu sprzed
milio­nów lat, który nie tak szybko uwolni się
i popłynie na północ.
Piękne góry lodowe, foki i lamparty morskie na krach i … nagle płynące kry … Niesamowity ruch lodów, szybki i nagły. Porzucamy wszystkie myśli, jesteśmy tu i teraz
w innym magicznym świecie. Zbliżamy się
do wyspy Seymour, gdzie na wysokim klifie położna jest stacja argentyńska Marambio. Do stacji można się dostać głównie
helikopterem. Wyspa jest pochodzenia
wulkanicznego, ma powierzchnię około
110 km2, długość około 21 km i szerokości
3-8 km. Została odkryta w 1843 r. przez
Jamesa Clarka Rossa. W 1892 r. norweski
badacz polarny Carl Anton Larsen znajduje
tam wiele skamieniałości i od tej pory wyspa jest odwiedzane przez paleontologów.
Również tu zimowała część ekspedycji Nordenskiölda. Wyspa jest jedynym miejscem
w Antarktyce, gdzie znaleziono kości pingwinów kopalnych, które żyły w warun­kach
klimatu umiarkowanego. Od grudnia 1969 r.
mieści się tu argentyńska stacja Marambio.
Między nami a wyspą są olbrzymie pole
lodowe. Noc 24 stycznia spędzamy w dryfie
wśród pól lodowych, obserwując startujące
i lądujące helikoptery na Marambio. Na
horyzoncie pojawia się statek-lodołamacz
o czerwonych burtach. Po obiedzie (krwiste
befsztyki!) kierujemy się do wyspy Seymour. Ponownie prądy przeganiają lód
i podpływamy blisko wyspy. Od rana
próbujemy połączyć się przez UKF-kę ze
stacją. Mimo że słyszymy rozmowy prowa­
dzone przez Argentyńczyków, oni nam nie
odpowiadają. Łączymy się więc przez telefon satelitarny z Czechami z Mendela i to za
ich działaniem stacja Marambio odezwała
się do nas. Rozmawiamy z Danielem, który
za godzinę zejdzie z klifu na brzeg i tam
podejmiemy go na jacht. Płyniemy Selmą
pod sam brzeg. A tu odzywa się ponownie
UKF-ka i Daniel, który nie może opuścić
bazy. Nie ma zgody dowódcy, który
stwierdził, że podróż tak małym jachtem
jest zbyt niebezpieczna. Cóż, pozostało nam
uruchomić ponton i dotknąć stopami wyspy
Seymour. Lód ponownie się przemieszcza
i musimy uciekać. Na południe droga
zamknięta. Nie dopłyniemy do wyspy Snow
Hill, znanej z ekspedycji Otto Nordenskiölda. W 2009 roku utknął tu również
rosyjski lodołamacz z setką turystów na
pokładzie. Pasażerowie lodołamacza brali
udział w wycieczce na Snow Hill Island,
gdzie oglądali pingwiny cesarskie. Załoga
i pasażerowie czekali, aż pogoda się zmieni,
bowiem ze względów technicznych nie mogli
opuścić pokładu statku na helikopterach.
O 1700 odnotowujemy pozycję naj­bar­
dziej na południe 64°16,16’S, 056°37,4’W,
uruchomiamy silnik, wracamy na Mendela.
Droga powrotna przez Admiralty Sound
i Herberta jest niemożliwa, wszystko zapchane lodem. Płyniemy na północ, okrążając
szerokim łukiem Vega Island. W nocy na
dwie godziny stajemy w dryfie na wolnym od
lodu morzu, sypie śnieg, nad ranem mgła,
w nocy SE 3-5ºB. Nad ranem cichnie, od
południa skręca na W-SW 2-3ºB.
25 stycznia ok. 1300 ponownie rzucamy
kotwicę przed stacją Mendela, rozwiewa
się z SW 6-7 ºB. Sypie śnieg, jest wietrznie
i zimno. Wewnątrz jachtu kominek ociepla
atmosferę. Z głośników płynie wspaniały
głos Grechuty. Wszyscy zaszywają się w
książkach, porządkach pod pokładem, tylko
Piotr z Michałem płyną pontonem na stację
umówić się na jutrzejszy dzień. Wieczorem
pieczemy wraz z Krzysiem biszkopt na tort
urodzinowy dla Oli.
Poranek jest niezwykły, słońce na
chwilę wychodzi zza chmur i obserwu­je­
my niesamowitą grę światła. Przez wyso­
kie, ośnieżone góry na Trinity Penisula
przepływają chmury oświetlone wschodzącym
słońcem. Spokój i cisza. Widoki rozpierające
wnętrze duszy, radość i niesamowite poczu­
cie bycia kimś wyjątkowym, oglądającym
taaakie widoki! Czujemy się zaczarowani.
Piękna i magiczna Antarktyda ponownie nas
zauroczyła.
Rano na pokład przybyła 5-osobowa
ekipa czeska. Uruchomiamy silnik, kotwica
góra, kierunek Botany Bay na Trinity Penisula. Lądowanie na stałym kontynencie
antarktycznym! Tam Czesi prowadzą nas
do swoich stanowisk paleontologicznych
i meteorologicznych, do których ze względu
na trudną sytuację lodową nie mogliby
dotrzeć, dysponując jedynie swoimi Zodia­
kami. Pokazują nam skamieniałe drze­wa,
paprocie i muszle. Wszystko to pochodzi
z okresu sprzed kilkudziesięciu milionów
lat, kiedy Antarktyda była zielonym kontynentem. Piękne słońce jest przez cały dzień,
praktycznie brak wiatru i woda gładka jak
lustro. W tej to scene­rii, w drodze powrotnej, spotkaliśmy parę wielorybów, która zaciekawiona naszym jachtem długo pływała
wokół jachtu i przepływała wiele razy pod
nim. ­Zaciekawienie było obu­stronne. My
zrobiliśmy wspa­niałe zdjęcia oraz fil­my,
zwłaszcza nakręcony przez Krzysia w wyso­
kości słonecznego pokładu. Wieczo­rem
kotwiczymy przy Mendelu i udajemy się na
uroczystą kolację połączoną z urodzinami Oli.
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 21
MORZE |
Selma w Porcie Lockroy. Fot. Damian Święs
Nocna wachta kotwiczna i ponownie
wspaniały, ale jak inny od poprzedniego
dnia poranek.
27 stycznia rano ostatnie pożegnanie
przez UKF-kę z przyjaciółmi Czechami,
kotwica góra i płyniemy w kierunku Poulet
Island. Jest wspaniała, słoneczna pogoda,
woda gładka jak lustro, w której odbijają się
góry lodowe. Maciek z Andrzejem opalają
się na pokładzie. W sterówce temperatura
upalna, kapitan zakłada tropikalny strój
i okulary. Widoki przez cały dzień można
oglądać tylko przez okulary słoneczne i przy
tak niesamowitej przejrzystości powietrza
zapierają nam dech, a maszt przeżywa dziś
prawdziwe oblężenie. Ten spokój i cisza
przez cały dzień, czyżby przed burzą?
2230 odstawiono silnik, dryfujemy pod
Poulet Island. Przed wyspą ogromne ilości
lodu. Poczekamy do rana, może sytuacja
lodowa się zmieni i wylądujemy na tej małej,
historycznej wysepce, gdzie są pozostałości
po wyprawie Nordenskiölda.
Piękna, jasna księżycowa noc. Od rana
rozwiewa się NW od 4-5 ºB do 6-8 ºB, stan
morza 3, wysokie ciśnienie i ­wiatr urywający
głowę. Ruszyła cała armia paku lodowego,
growlerów i gór lodowych, próbując nas
uwięzić przy wyspie Poulet. Odpychamy
się od gór lodowych i szukamy przejścia
w rwącej, lodowej rzece. Widzimy małe
sku­pisko lodu i szybko z tego korzystamy,
przebijając się na wolną od lodu przestrzeń,
chowając się przed wiatrem i falą za
22 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
osłoną wyspy Dundee. Na kawałku wolnej przestrzeni przy porywającym do 50 kn
wietrze, z deszczem ze śniegiem, pływamy
cały dzień i noc tam i z powrotem wzdłuż
lodowca. Rano trochę wiatr cichnie i robimy
żabi skok do Joinville Island, gdzie w Active
Sond, również pod osłoną lodowca, przeczekujemy do wieczora północny wiatr o sile do
9 ºB. Cały dzień pada, wieczorem jak wiatr
cichnie, pojawia się mgła.
30 stycznia – noc w miarę spokojna
od wiatru, N-NW 2ºB. O 0300 ruszamy
w drogę przez Antarctic Sound do Bransfield Strait. W cieśninie wiatr wygonił
pak lodowy, zostały tylko lodowe giganty,
jeden z nich oceniony na 1x5 km. Spada
na nas gęsta mgła. I wtedy się zaczęło. Pięć
osób na pokładzie: jedna za sterem, dwie
na oku przypięte szelkami do want, dwie
odpoczywają. Zmiana co 10 minut. Było
cie­mno, zimno i pojawiła się nieprzyjemna
fala. W południe poprawia się widoczność,
odstawiamy silnik, genua w górę, pada
deszcz.
W nocy 30/31.01 dopływamy do Wyspy
Trinity, rzucamy kotwicę w Mikkelsen
Harbour. Do południa, pomimo ­deszczu,
zwiedzamy małą wysepkę przy ­Trinity
Island, pełną pingwinów, kormoranów
i uchatek. Około południa odchodzimy
z kotwicy. Genua góra, później bezan. Wiatr
NE 2-3ºB.
Rano, 1 lutego, wiatr SW 2-4-1ºB, stan
morza 2-1, wpływamy do Noumayer Channel
i rano rzucamy kotwicę przy Port Lockroy.
Tego roku bazę-muzeum prowadzą cztery
Angielki. Nim oprowadziły nas po bazie,
opowiedziały historię rozszyfrowania Enigmy tu w Porcie Lockroy przez Brytyjczyków.
Nasze sprostowanie ich wiadomości nic nie
dały, one wierzyły brytyjskim podręcznikom.
Następnie udaliśmy się na pingwinisko
na sąsiedniej wyspie, część osób poszła
w góry na lodowiec, a pozostali podjęli próbę
umycia się w kubku wody.
2 luty – od dziś 5 wacht dwuosobowych.
Rano o 0500 kotwica w górę. Przy bazie
pełne zachmurzenie, śnieg i wiatr. Wygląda
to na przeciąg lub wiatr spadowy, bo po
wyjściu z zatoki wiatr zelżał. Płyniemy przez
Bismark Strat, okrążając od południa Anvers
Island. Przez chwilę widzimy Lemaire Channel – najpiękniejszy kanał przywołujący
najpiękniejsze wspomnienia poprzednich lat
pobytu na Antarktydzie.
Wpływamy w Dreake’a. Wiatr z kierun­
ków N-NW 2-3ºB, rano stawiamy genuę
i bezana. Wiatr tężeje: NW 4-5ºB, ok. 1700
5-6ºB, wieczorem 7ºB, koło północy cichnie do 4ºB, w nocy 1-2ºB. O 0115 zrzucamy
żagle i płyniemy na silniku. W nocy pada
śnieg.
Przez dwa dni mamy wiatry SSW 2-4ºB
i czasami śnieg. Płyniemy pod pełnymi
żaglami. 3 lutego przepływamy południk
Hornu z żeglugi ze wschodu na zachód.
Jesteśmy na Oceanie Spokojnym. Wieczo­
rem pojawia się słońce, a w nocy mgła.
| MORZE
4 lutego od rana brak wiatru, gładkie morze,
trochę słońca, płyniemy na silniku.
Następnego dnia od północy do rana
wieje wiatr z kierunku NW 1-4ºB. O 0600
stawiamy genuę, którą po dwóch godzinach zrzucamy, rozwiewa się bowiem do
5-6ºB z kierunku WNW. Stawiamy kliwra na baby sztagu i bezana. Pojawia się
duża fala, chmury, deszcz. To ­dopiero
początek,
mamy
bowiem
zapowiedź
bardzo silnych wiatrów. Kończę wachtę
o 1600. Zanurzam się w ciepły śpiwór
i… nagle huk! Wybiegam. Piotr ocenia
awarię: urwała się lewa tylna wanta kolumnowa grotmasztu. Szybki zwrot przez sztag.
Wkrótce prawie wszyscy meldują się na
pokładzie gotowi do pomocy. W ciągu pół
godziny założono linę dynamiczną, zrzu­
cono kliwer, postawiono genuę. Wieczo­
rem założono dodatkową linę na maszcie.
W nocy (06/07.02) wiatr NW 5, 7-8ºB,
stan morza 5, deszcz, śnieg, zarefowano
genuę i bezana, rano dostawiono fok sztormowy. Ok. południa spada deszcz, wiatr
tężeje i odkręca na WNW 6-8ºB, wieczorem
wieje z zachodu 8ºB, stan morza 6. Noc
07/08 lutego bez zmian, wiatr W 7-8ºB. Poranek przynosi nam jeszcze większy wiatr
z zachodu do 9ºB. W południe zrzucamy
bezana, płyniemy tylko na foku sztormo­
wym. Nie spieszymy się do Hornu, nawet
gdybyśmy nie zdążyli na samoloty. Lepiej
przeczekać trudne warunki na głębokiej
wodzie, bo przy Hornie musi być olbrzymia fala i małe piekiełko. Tam bowiem
głębokości zmieniają się z ok. 4000 m na
ok. 100 m. Fakt ten powoduje, że fala idąca
z zachodu napotyka na wypłycenie, spiętrza
się nad powierzchnią wody i przy silnym
wietrze wiejącym z zachodu powodującym
jeszcze większe spiętrzenie się mas wody,
uzyskuje niespotykane na świecie rozmiary.
Nie chcemy tego oglądać.
My mamy teraz olbrzymie fale o wy­
sokości 5-6 m, czasami załamujące się nad
nami. Płyniemy półwiatrem, żeby mieć zapas
wysokości przy Hornie. Wachtę na pokładzie
pełnimy w dwie osoby. Jedna steruje, druga
wypatruje dużych fal i daje sygnał sternikowi
do szybkiego odpadania tak, żeby ustawić się
rufą do nadchodzącej fali. Niektóre załamują
się nad kokpitem. Nieopatrznie otwarte
­drzwi sterówki sprawiają, że wpływa raz
około tony wody do wnętrza jachtu. Każda
wachta obrywa olbrzymi prysznic, mimo
że ciężko pracuje przy sterze. Wieczorem
wiatr zelżał do 6-7ºB. Przed północą widzi­
my latarnię na Hornie. Uruchomiamy silnik
przed wejściem między wyspy. Wieje już ok.
2ºB i cała załoga może świętować mijaną
legendarną skałę Hornu.
Jesteśmy na Atlantyku! Noc i dzień 8 lu­
tego nadzwyczaj spokojny i słoneczny. Przez
Bahia Nassau i Beagle Channel prowadzą
nas delfiny. Po południu cumujemy do
boi w Puerto Williams. Zabrakło dla nas
miejsca, bowiem wszystkie jachty znalazły
tu schronienie przed przemieszczającym
się głębokim niżem. Po odprawie, kąpieli
i uroczystej kolacji wypływamy do Ushuaia.
9 lutego o godzinie 0630 cumujemy w Ushu­
aia. O 0800 zostaje wyokrętowana załoga.
Jeden dzień spóźnienia powoduje, że kilku
z nas spieszy się na samolot. Na szczęście ja
z Damianem, Maćkiem i Michałem wylatujemy jutro. Potrzebuję czasu, żeby przemyśleć
to, co pokazała nam tego roku Antarktyda.
Zamykam oczy i widzę niesamowite krajobrazy Morza Weddella. Pomimo tego,
że będę je długo trzymać mocno pod powiekami, jestem bezradna w opisaniu tego, co
Selma na Morzu Weddella. Fot. Krzysztof Jasica
Morze Weddella o świcie. Fot. Ewa Skut
zobaczyłam. Antarktyda – bajkowe piękno
niezniszczone przez cywilizację, surowa,
wymagająca, potężna, ponownie mnie
wyciszyła i uspokoiła, i pozwoliła z pewnym
dystansem spojrzeć na codzienne proble­
my. W wielu miejscach jest pięknie, ale tu,
na Antarktydzie, jest pięknie absolutnie.
Każdego dnia coś nowego, innego, nieziem­
skiego i bajkowego, i ta ogromna CISZA
i SPOKÓJ.
I jeszcze… czuję się dumna i wyróżniona,
że pływałam po Morzu Weddella tak jak
Shackleton i Nordenskiöld, i inni dzielni
żeglarze i podróżnicy z początku XX wieku.
Podsumowując: przepłynęliśmy 2285 Mm
w czasie 508 godzin (104 godziny przy
wietrze powyżej 6ºB), w tym na silniku:
306 godzin, pod żaglami: 202 godziny.
Pływaliśmy na jachcie Selma Expeditions,
pierwszym polskim jachcie, który dotarł na
Morze Weddella.
Ewa Skut
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 23
MORZE |
Przetrawersowaliśny Biskaje
Piotr Graczyk
Zdjęcia z archiwum autora
1 czerwca 2011 r.
Szef eskadry Bertrand podjął decyzję
i mimo bardzo flauciastej prognozy pogody
obraliśmy w sobotę 27 maja o 1100 kurs na
Port Crouesty (Południowa Bretania) – Gijon (Asturia), 271Mm w 66h, z których tylko
14h na silniku.
Biskaje dały nam wiatr przynajmniej
3ºB, czasem 4ºB, przez 14 godzin 1-2ºB,
kiedy to martwiak uniemożliwiał płynięcie
na żaglach. Do Gijon wpłynęliśmy o 0430
w poniedziałek rano, w solidnych ulewach,
na szczęście przelotnych, bo w tych prze­
lo­tach bez deszczu mogliśmy zobaczyć
światła wejściowe portu. Dużo pięknej
żeglugi na genakerze (który we Francji
zwie­my spinakerem asymetrycznym), jedno popołudnie z wiatrem z tyłu, następne
w półwietrze. Takie długie wachty na
spinakerze w 3-4ºB to dobry trening w je­go
opanowaniu i ustawieniu, w dodatku na fali
to nie jest łatwe, zwłaszcza w fordewindzie.
Prędkość dochodziła do 7,5 węzła.
Trawersowanie Biskajów (po francusku
ła­dnie to zwiemy traversee) zaczęliśmy
w stro­jach karaibskich i ciemnych okula­
rach, a skończyliśmy w mokrych sztormia­
kach i cie­płych ubraniach pod nimi. Takie to
okolice.
To jest najważniejsza i jedyna dłuższa
(9 dni) wyprawa mojego klubu żeglarskiego
CNA w Angers. Płyniemy w 14 osób na
2 jachtach: s/y Oceanite (Dufour 385) i s/y
Arlequin (Oceanis 37). Niestety, oba są
(przynajmniej na niektórych kursach) szafo­
wate i nie płyną szybko, zwłaszcza gdy wiatr
nie przekracza 3ºB. W dodatku szafowatość
nie jest wspólna dla 2 jednostek i często
musimy na siebie czekać. W niedzielę wy­
przedziliśmy pod spinakerem Oceanite na
naszym Arlequinie o kilka dobrych mil i wra­
canie (bo trzymamy sie razem) trwało 2h...
Na Biskajach mocne dmuchanie nas
więc nie spotkało, za to z innych atrakcji:
dużo delfinów, pasażerskie gołębie i wró­be­
lek, niesamowicie ciemnoniebieska woda
tam, gdzie Biskaje mają 4500 m głębokości,
ryby złowione i skonsumowane na entree
na kolację (bo na główne danie był już zaplanowany i nie do ominięcia wek JeanPierre: wieprzowina w tomacie i oliw­kach).
Wyżywienie na klubowych rejsach jest
nadzwyczaj staranne i bogate, zaplano­
wane na wiele tygodni naprzód, żeby nic
się nie powtórzyło! Za to wejście do portu
w Gijon ja z moim kapitanem Nicolasem
przygotowywałem parę godzin wcześniej,
reszta załogi mniej się tym interesowała...
W Gijon, po odespaniu nocy do 0930,
prysznicu i zatankowaniu ropy, aperitifie i lunchu (sałata warzywna z kluskami
kokardkami, bez hiszpańskich niebezpiecz­
nych ogórków), był czas wolny po południu.
Zaproponowałem wypożyczyć w marinie
ro­wery. 2 załogantów z Oceanite, Claudine
i Francois, zgłosiło się i popedałowaliśmy
za miasto. Widzieliśmy piękne rzeczy, ale
najbardziej zaskoczyły nas strome wzgórza
z podjazdami, które pokonywaliśmy często
na piechotę. Claudine i Francois po 12 km
zostali odpocząć w nadmorskim starym
mia­steczku Candas, a ja popedałowałem
jeszcze 16 km na Przylądek Cabo de Penhas
– bardzo imponujące skały wznoszące się
140 m nad rozfalowanym białym oceanem.
Warto było, choć rowery były niewygodne
i w drodze powrotnej zaczęły nas łapać
skurcze. Przed wczorajszą wycieczką nigdy
w życiu nie miałem skurczu w udach na
rowerze i nikomu tego nie życzę! A w domu
Aperitif dwóch załóg w Gijon
24 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
| MORZE
Arlequin pod spinakerem
często jeżdżę na (wygodnym!) rowerze po
okolicznych pagórkach pokrytych winnicami. Zdaje się że po 3 dniach w morzu nogi
słabną...?
W drodze powrotnej, aby ominąć kilka
gór, przejechaliśmy przez tunel wiodący
do portu handlowego Gijon i niechcący
wjechaliśmy w pejzaż Górnego Śląska
połączonego ze Szczecinem z czarnymi
hałdami, ciężarówkami pędzącymi w pyle
po drodze (na szczęście było pobocze dla
rowerów), dźwigami i hangarami. W środku
pejzażu stał fotograf, który wyjaśnił nam,
że fotografuje ten przemysłowy widok póki
go nie zamkną (bo mają rychło zamknąć,
górnictwo w Asturii jest już całkiem
nieopłacalne).
Z powodu przedłużenia wycieczki rowe­
rowej, bo stukilogramowy Francois zaczął
szybko słabnąć (ale przyznał się, że nie
jeździł na rowerze od roku), spóźniliśmy
się na aperitif. Na szczęście uprzedziliśmy
o spóźnieniu kapitanów przez komórkę
i nie czekali na nas w raczeniu się rozmaitymi trunkami. Ja przekazałem na aperitif (przewidując spóźnienie) 3 polskie
butelki: Pana Tadeusza, Benedyktynkę
i Żołądkową Gorzką, z nieodzownymi polskimi harcerskimi metalowymi kieliszkami, które (i wódki, i kieliszki) niesłychanie
podobają
się
Francuzom.
Wspólnie
poszliśmy o 2100 na kolację do restauracji
El Palacio w starym Gijon, w starym pałacu
gubernatora. Mieliśmy naszą salę i stół dla
14 osób i naszą asturiańską kelnerkę, która
świetnie mówiła po francusku ku uciesze
12 załogantów (bo tylko dwóch, Jean Pierre
i ja, mówimy po hiszpańsku). Były cuda
lokalne do jedzenia, długo by opowiadać,
z winem Rioja, które robią niedaleko stąd
w Asturii.
Okazało się, że Asturia to region świata,
w którym robi się najwięcej różnych serów
(we Francji jest więcej, ale w danym regio­
nie Francji nie ma tyle różnych serów,
co w Asturii!). Te różne sery (naliczyłem
10 rodzajów) jedliśmy z dodatkiem mio­
du, konfitury i orzechów. Na gorąco były
panierowane kalmary (bardzo miękkie jak
krewetki) i smażone małe rybki. Wszystko
z tutejszego biskajskiego morza. Za wszystko
zapłaciliśmy po 20 EUR (80zł) na osobę, co
jak na super restaurant w zachod­niej Europie nie jest dużo (wino i woda były wliczone w cenę i do woli).
6 czerwca 2011 r.
Wróciliśmy z Hiszpanii! Biskaje z po­
ł­udnia na północ były fantastycznie
żeglarskie, cały czas wiatr 4-5ºB z N i NE,
zgodnie z piosenka Jurka Porębskiego:
Gdzieś na Biskajach z Nordu wieje...
Mieliśmy też 100% północnego słońca
z tej samej piosenki i bezchmurne niebo
przez 4 dni! Atlantycki wyż przesunął się
nad Irlandię i my na jego wietrznym skraju halsowaliśmy przez 3 dni i 3 noce.
Po 70 godzinach żeglugi dopłynęliśmy do
wyspy Belle Ile położonej o kilka mil od
południowego wybrzeża Bretanii.
3 dni i 3 noce życia w bajdewindzie
na biskajskiej fali były dla większości
załogantów klubowego rejsu nowym do­
świad­czeniem. Pierwszy problem: kuchnia! W pierwszy dzień zaniechano dalszej
planowej realizacji rejsowego menu i kola­
cja, najważniejszy i najobfitszy we Francji
posiłek, została zredukowana do odgrza­
nia zupy rybnej z kartonu i podania jej
z (gotowymi) grzankami i tartym (od razu
w torebce) żółtym serem. Nota bene bre­
tońska zupa rybna, jak mi się wydaje, już
samym zapachem i kolorem, o smaku nie
wspominając, może przyprawić o mdłości,
był to więc dobry test na odporność na
chorobę morską, pozytywnie zdany przez
100% załogi. Okolicznością sprzyjającą był
fakt, że wszyscy oprócz mnie spożywali
posiłki w kokpicie, na powietrzu.
Dziś rano wstałem o 0630, a reszta
załogi o 0900, co pozwoliło mi na pobranie
z Internetu prognozy meteo, wyczyszczenie
mojej skrzynki e-mailowej i... napisanie dla
Was tej relacji.
Wypływamy po lunchu ok. 1300, mamy
260 Mm na NE przed nami, zapowiadają
wiatr 4-5-6ºB z N i NE na najbliższe 4 dni,
fale 2-3 m, będzie więc chyba mało silnika,
a dużo (i długo) żagli. Ale o tym już w innej relacji. Koniec rejsu w niedzielę, mamy
więc 4 doby, powinno starczyć (ale halsowa­
nie to dwa razy droga i trzy razy czas, więc
Następnego dnia nadal nieźle bujało, co
wychodzi mi, że może to potrwać nawet
od pierwszych bałtyckich rejsów bardzo lubię
i 6 dni...). Pozdrawiam Was serdecznie.
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 25
MORZE |
w kambuzie i z radością przygotowałem
na lunch spaghetti z wędzonym łososiem
w sosie śmietanowym, powracając w ten
sposób do wykonywania planowego menu
i pokazując załodze, że gotować normalnie
w morzu można. Co prawda nowoczesny
francuski Oceanis37 z 2009 roku kuchenkę
ma taką, że na prawym halsie samowarowy
garnek z niej natychmiast wyjeżdża. Trzeba
było umocować go moim prywatnym krawatem. Na podwieczorek usmażyłem polskie naleśniki pospolite (przepis z 6 jajami
z Kuchni Polskiej z biblioteki s/y Selma Ex­
peditions) i ostatecznie przełamałem w ten
sposób biskajski kryzys gastronomiczny.
Fale, które spotkaliśmy w Zatoce Biskaj­
skiej, były z NW i przychodziły gdzieś
z oceanu, natomiast wiało najczęściej z NE.
Na prawym halsie mieliśmy więc dokładnie
pod fale. Na pograniczu szelfu kontynentalnego, gdzie dno ze 100 m opada bardzo
szybko na ponad 4000 m, fale były zdecydowanie większe. Podobne zjawisko
obserwowaliśmy w wielokrotnie większej
skali na s/y Selma Expeditions na południe
od Hornu. Ale nie wolno lekceważyć Biskajów: nam wiało regularnie 4-5ºB, w tym
samych miejscach w sztormowych warun­
kach biskajskie wody błyskawicznie się
wypiętrzają i stają się niebezpieczne.
Problemem w bajdewindzie staje się
też na nowoczesnym francuskim Oceanisie
spanie. Są 3 dwuosobowe kabiny, ale we
wszystkich trzech jest tak jak w 2-osobowym
namiocie (albo jak w wielkim małżeńskim
hotelowym łożu, jeśli wolicie takie porównanie). Jeśli 2 osoby zechcą jednocześnie
w takiej kabinie spać, to natychmiast jedna
będzie przygniatała drugą do zawietrznej
burty. W naszej załodze była tylko 1 para zakochanych, Gloria i Marc, w dodatku w jednej wachcie, co rozwiązywało częściowo
noclegowy problem. Michel i Jean-Pierre,
oboje emeryci, mieli rufową wielką kabinę
i jakoś się w niej wspólnie klinowali. Natomiast ja z Rolandem dostaliśmy dziecięcą
kabinę - małą i niską (pod kokpitową
bakistą spinakera), na 1,5 dorosłej osoby.
Zajmował ją Roland, a ja kładłem się, za
zgodą załogi, najpierw 3h na dziobie, kiedy
zakochani byli na wachcie; potem Gloria
mnie z niej eksmitowała na następne 3h
do dużej rufowej kabiny na czas wachty
emeryckiej. Kapitan Nicolas spał w mesie,
z Boules Quies w uszach i bardzo sobie
chwalił szerokie spanie za stołem, gdzie
wygodnie klinował się na obu halsach
z użyciem poduszkowych oparć.
Kabinę dziobową zaprojektowano na
Oceanis37 dla właściciela i skipera jachtu, jest więc bardzo ładna i przestronna,
z masą półek i szafek. Jest jednak dziobowa
i w czwór­kowych Biskajach już się w niej
lata na fali – zwłaszcza w nocy, kiedy ­sternik
nie widzi fal – nie wspominając o stukaniu
od czasu do czasu dziobu o wodę za bardziej
stromą falą, co nie wszystkich nastraja do
26 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
spania. Nasi zakochani, nie pytając nikogo,
wybrali sobie tę kabinę na początku rejsu,
a teraz zaczęli się skarżyć na latanie i stuka­
niowe hałasy. Marc, o którym wiedzieliśmy,
że jest konfliktowy i że najlepiej z nim nie
rozmawiać, przystąpił do ataku: po pierw­
szej powrotnej nocy powiedział mi bardzo
poważnie rano, że przeze mnie jest niewy­
spany, bo ja sterowałem nocą. Odparłem
na to, że to nie tylko ja sterowałem
(w rze­czywistości sterował głównie ­Roland
i kapitan, ja może przez pół godziny) i że
zobaczymy, jak Marc będzie sterował
na fali. Krew we mnie trochę jednak za­
wrzała na takie dictum, bo po szkole
ocea­nicznego sterowania u R. B. Trzaski
i P. Kuź­niara jako tako zręcznie udaje mi
się za kołem sterować. Marc nie popuszczał
i stwierdził, że to właśnie mnie można
z dziobowej koi na odległość rozpoznać
po beznadziejnym sterowaniu. Nic już
nie powiedziałem i poszedłem poczytać
do ­dziobu pasjonującą żeglarską książkę
(Equipier Felixa Aubry de Noel, czyli
Załogant, przeczytajcie koniecznie). Po 20
minutach usłyszałem, jak przez optymistycznie lekko otwarty luk w mesie kilka wiader wody wpada do środka. Faktycznie
nieźle ten Marc steruje – pomyślałem
i wyszedłem ze śpiwora, aby posprzątać
i wysuszyć zmoczone czekolady i ciasteczka.
Woda zmoczyła głównie plecak kapitana.
wariata, bo go przy każdym kotwiczeniu
pompuję – przecież warto, moim ­zdaniem,
przeprawić się na brzeg i zobaczyć, co
tam jest. Ale często kompanów do takiej
bączkowej wyprawy nie znajduję.
Po południu popłynęliśmy do Palais,
głównego portu Belle Ile i tam spędziliśmy
ostatnią noc rejsu. W tych okolicach ­Anglicy
chcieli ongiś zawładnąć Bretanią i dlate­go
portu broni potężny Fort Vauban z Cytadelą.
Gdy się do Palais wpływa, mury cytadeli
górują ponad 50m nad wejściem do portu.
Imponujące!
Prysznic i rytuał ostatniego wieczoru:
bar (bo na dworze gorąco, prawie 30ºC),
aperitif, kolacja (dziś kurczak po baskij­
sku z weku kapitana z winem St. Joseph
znad Rodanu, gruszki w gorącej czeko­
ladzie na deser), digestif (Benedyktyn­
ka, Żołądkowa i wiśnie w alkoholu)
i bar na zakończenie wieczoru po północy.
Wiele z tych etapów pomijam, a raczej
piję wodę mineralną. Groźba bólu głowy
następnego dnia każe być rozważnym.
W niedzielę 5 czerwca płyniemy do macie­
rzystego portu Crouesty. Koniec rejsu – i już
czegoś żal...
Piotr Graczyk
Kiedy świtem po trzeciej nocy zoba­
czyłem, wędrując po wachcie ze śpiworem
na dziob, że koja zakochanych została
zdemontowana (jeden materac wsunięty
pod drugi i wszystko starannie obwinięte
prześcieradłami i śpiworami), spokojnie to
rozpakowałem i przespałem się dwie godzi­
ny. Marc spóźnił się wtedy 10 minut na
swoją wachtę. Morał? Współczesne francuskie jachty nie są przystosowane do nominalnych 7-8 osobowych niezgranych załóg
(nasz był na 8 osób, pływaliśmy w 7). A tak
łatwo byłoby to usprawnić: fartuch w środku
kabiny przywiązywany w razie potrzeby do
sufitu (bo materace są 2-częściowe). Ale
właściciele takich jachtów nie żeglują w 99%
przypadków w przechyle i na fali.
Pierwszy przystanek po ­70-godzin­nym
przelocie zrobiliśmy na kotwicy w prze­
pięknej zatoczce Port Kerel na południowym
dzikim i skalistym wybrzeżu Belle Ile,
Pięknej Wyspy. W Polsce o Belle Ile ma­
ło kto, jak sądzę, wie, a to prawdziwa perła
atlantyckiego wybrzeża Francji. Na­pom­
powałem ponton i zaproponowałem moim
oraz załogantom drugiego jachtu wyprawę
na piaszczysta plażę w końcu zatoczki.
Ale akurat był czas na aperitif i lunch, no
i zmęczenie po 70h w morzu – samotnie
więc powiosłowałem na plażę. Odkryłem
też skalistą grotę z mini-plażą schowaną
w sąsiedniej zatoczce. Woda, jak to
w Bretanii, szmaragdowa jak na Polinezji lub
Lofotach, tylko że nie taka sama w niej temperatura... Co do samotności na ponto­nie,
w moim klubie mam opinię pontonowego
Fordewindem na południe
PS. Jeśli interesują Was rejsy po
południowej Bretanii (Belle Ile, Glenan i inne
cuda) lub 9-dniowe rejsy przez Biskaje:
południowa Bretania – północna Hiszpania,
to piszcie na [email protected] Zorganizujemy i poprowadzimy (jeśli trzeba) takie
rejsy.
Piotr Graczyk – j.st.m., matematyk, pływał
w latach 1984-1988 na s/y Balladzie i s/y Panoramie. Od 1992 r. mieszka i pracuje w Angers
we Francji. Od 4 lat znów aktywnie żegluje po
morzu z kolegami z Polski i Francji.
| WARTO WIEDZIEĆ
Ciekawostki meteorologiczne i inne…
Tajemnice Yellowstone
Jan Mejer
Meteorologia jest nauką ścisłą,
ale mało dokładną.
(Nieznany szyderca, połowa lat 70. XX w.)
Jednym z bardziej istotnych czynników
mających wpływ na zmiany klimatu Ziemi
są wybuchy wulkanów i związane z nimi
olbrzymie ilości emitowanych do atmosfery pyłów wulkanicznych i gazów (CO2,
SO2, H2S). Erupcje wulkaniczne mają duży
wpływ na spadek temperatury powietrza
trwający czasem nawet kilka lat. Pyły i gazy
skutecznie bowiem ograniczają dopływ ener­
gii słonecznej do Ziemi i stąd ochłodzenie.
Wybuch wulkanu Pinatubo na Filipi­
nach w połowie lipca 1991 r. wyrzucił do
atmosfery 20 mln ton dwutlenku siarki,
który w stratosferze przekształcił się w kwas
siarkowy i błyskawicznie rozprzestrzenił się
wokół globu, obniżając temperaturę Zie­
mi o około 0,5ºC. Duże stężenie aerozoli
utrzymywało się w atmosferze ponad 2 lata,
kompensując efekty jeszcze wtedy globalnego ocieplenia. Co ciekawe, obecnie uważa
się, że najbardziej niekorzystny wpływ na
temperaturę powietrza ma emisja dwutlenku siarki, a nie popioły i pyły.
Największy spadek temperatury (2ºC
– 3ºC) po wybuchu wulkanu, w ostatnich
200 latach, miał miejsce w 1815 r., kiedy
wulkan Tambora (na południe od wyspy
Borneo) wyrzucił w przestrzeń około 50 km3
pyłów i dwutlenku siarki (wulkan Pinatubo
tylko 10,5 km3). Skutkowało to ogromnymi
brakami żywności, a także zamieszkami we
Francji, głodem w Europie i Ameryce. Kolej­
ny rok 1816 nazwany został rokiem bez lata.
Jak widać, tylko jeden duży ­wybuch wulkanu potrafi znacznie obniżyć temperaturę
na Ziemi, zmienić (na kilka lat) klimat i znacznie, negatywnie, wpłynąć na
produkcję żywności [1]. Obecnie nie mamy
pewności, czy aktywność wulkaniczna
rośnie, maleje, czy może pozostaje na stałym
poziomie. Tak naprawdę nie wiemy nawet
dokładnie, ile jest na świecie wulkanów. Ich
ogólna liczba na powierzchni Ziemi niezna­
cznie przekracza tysiąc, w tym 550–660 to
wulkany aktywne (różne źródła podają różne
dane) i ponad 500 uśpionych. W zestawieniu tym nie uwzględniono wulkanów podmorskich, ale szacuje się, że może być ich
znacznie więcej [2].
Przypomnieliśmy sobie ogólne wiado­
mości o wulkanach na świecie i ich niebagatelnym wpływie na globalne zmiany
klimatu. A teraz zajmijmy się tylko jednym
superwulkanem Yellowstone, który jest
nie tylko najsłynniejszym i najbardziej
urzekającym parkiem narodowym, ale
przede wszystkim jednym z największych
wulkanów na Ziemi. Znajduje się na pogra­
niczu stanów Oregon, Nevada i Idaho. Ten
superwulkan spędza sen z powiek uczonym,
ponieważ leży nad olbrzymimi złożami uranu i jego erupcja spowodowałaby skażenie
radioaktywne na niewyobrażalnie dużym
obszarze. Wiadomo, czym to grozi: nowo­
tworami oraz przedwczesnymi, licznymi
zgonami i zmianami genetycznymi, które
ujawniają się w przyszłych pokoleniach.
Przemieszczający się nad Stanami Zjedno­
czonymi pył zatykałby silniki odrzutowe,
uniemożliwiałby oddychanie, a przesłaniając
światło słoneczne, doprowadziłby do spadku
temperatury z katastrofalnymi skutkami dla
rolnictwa i całej gospodarki. Doszłoby do
gigantycznego, międzynarodowego kryzysu
spowodowanego niedostatkiem żywności
i załamaniem się psychicznym ludzi potęgo­
wanym przez ciemności.
Uczeni szacują, że superwulkan Yellowstone ma wielkie erupcje co około
600–700 tysięcy lat. Ostatnia erupcja była
około 640 tysięcy lat temu. Do atmosfe­
ry dostało się około 1000 km3 popiołów.
Jest to masa, która pokryłaby całe tery­
to­rium Stanów Zjednoczonych metrową
warstwą sadzy i rozżarzonych pyłów.
Taka ilość pyłów mogłaby odciąć dopływ
światła słonecznego do Ziemi na kilka lat,
a nawet dłużej. W 1993 r. NASA w trakcie
testowania aparatury do fotografowania
w podczerwieni wykonała zdjęcie Yellowstone, odkrywając pod powierzchnią Ziemi
największą z dotych­czas znanych kalder.
Kalderami nazywamy wielkie podziemne
komory zawierające magmę – mieszaninę
roztopionych i pół­stałych skał oraz silnie
sprężonych gazów (nazwa pochodzi od
hiszpańskiego słowa kaldera i oznacza
kocioł).
Odkryto wtedy, że kaldera w Yellowstone
ma niesamowite rozmiary - około 50 na 20
km. Badania geologiczne wykazały, że od
1992 r. poziom magmy w kalderze podniósł
się o około 75 cm, co w skali geologicznej
jest bardzo dużym wzrostem, grożącym,
być może, eksplozją. Zauważono również
różne zmiany topograficzne w rejonie superwulkanu, na przykład podniósł się po­
ziom wody w jeziorze Yellowstone z powodu
wypiętrzenia podłoża, podmywając drzewa,
które kilka lat temu rosły nad brzegiem.
Szacuje się, że eksplozja superwulkanu byłaby równa eksplozji w ciągu jednej
sekundy tysiąca bomb atomowych takich
jak ta zrzucona na Hiroszimę. W ciągu jednej minuty odpowiadałoby to energii ma­
teriałów wybuchowych zużytych we wszystkich wojnach, jakie kiedykolwiek toczono na
świecie.
Superwulkany są oczywiście o wiele
po­tęż­niejsze od zwykłych wulkanów. Na
ośmiostopniowej skali indeksu erupcji
wulkanów (VEI) zajmują najwyższe, ósme
miejsce. Indeks erupcji wulkanów ma
charakter logarytmiczny, czyli każdy kolejny
poziom oznacza dziesięciokrotnie silniejszą
energię wybuchu. Przykładowo, uważany
za bardzo potężny wybuch wulkanu Świętej
Heleny w 1980 r. oznaczono w skali VEI
cyfrą 5.
Duże wulkany i superwulkany nazywa
się gorącą plamą (hot spot). Gorące plamy
są słupami czy wytryskami gorących, roztopionych skał, które wyrastają z głębokości
około 2800 km, czyli tam, gdzie dolna warstwa płaszcza Ziemi styka się z jądrem i pod
wpływem temperatury z wolna pną się
w górę przez warstwę płaszcza i skorupę [2].
Gorące plamy pojawiają się głównie na
styku płyt tektonicznych pływających po
powierzchni roztopionych skał. Występują
głównie na dnie mórz i oceanów, ponieważ
większą część powierzchni Ziemi pokrywa
woda.
Prawie wszystkie z około 30 aktywnych
gorących plam na Ziemi, z wyjątkiem Yellowstone, znajdują się na dnie oceanów,
w pobliżu brzegów morza lub na granicach
między płytami tektonicznymi. Naj­bardziej
znane gorące plamy to te, które utworzyły
Islandię, a także wyspę Surtsey, Hawaje
i wyspy Galapagos.
Na naszym flagowym niegdyś ­jachcie
Jacht Klubu AZS Wrocław s/y ­Balladzie,
w rejsie dookoła Islandii w 1980 roku,
przepływaliśmy bardzo blisko wyspy Surtsey, zaledwie w kilka lat po jej wynurzeniu
się z dna Oceanu Atlantyckiego. W naszych
archiwach zachowały się zdjęcia tej wyspy.
Wracając do tematu. Gorąca plama Yellowstone znajduje się w samym środku kontynentu, a więc z dala od styku płyt tekto­
nicznych (najbliższy styk płyt tektonicz­nych
przebiega wybrzeżem Pacyfiku). Co ciekawe,
plama Yellowstone jest stosunkowo płytka.
Sięga zaledwie około 200 km w głąb Ziemi,
a więc dziesięciokrotnie płycej niż inne. Nie
czerpie więc energii z płynnego jądra Ziemi.
Wydaje się, że zawdzięcza powstanie głównie
temperaturze stwarza­nej przez znajdujące
się tam ogromne złoża uranu i innych pierwiastków radioaktyw­nych. Wysoka temperatura wywołana przez pierwiastki radioaktywne roztapia obfitującą w żelazo skałę
bazaltową, która co jakiś czas wydostaje się
na powierzchnię w postaci ogromnych bąbli.
Występuje tutaj skała magmowa głębinowa
o składzie chemicznym na pograniczu obo­
jętnego i zasadowego. Nosi ona nazwę
gabro.
Gorąca plama w Yellowstone powstała
około 16,5 mln lat temu. Od chwili jej po­
wstania już kilkadziesiąt razy dochodziło do
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 27
WARTO WIEDZIEĆ |
erupcji, z których każda oznaczałaby koniec
cywilizacji, gdyby taka istniałaby już wów­
czas. Uczeni nie mają żadnych wątpliwości,
że gorąca plama Yellowstone musi w końcu
pęknąć i wyrzucić swą zawartość. Potem uspokoi się i znów będzie powoli nabrzmiewać
przez kolejne 600 tysięcy lat, aż do kolejnej
eksplozji. Czy obecna cywilizacja przetrwa tę
erupcję?
W Parku Yellowstone i na jego obrze­
żach zainstalowano dziesiątki sejsmografów
i czuj­­ników temperatury mających z wyprze­
dzeniem przekazywać nawet najdrobniejsze
niepokojące sygnały, takie jak m.in.:
- nasilenie niewielkich trzęsień Ziemi,
- powstawanie nowych szczelin, którymi
uchodzi para,
- zmiany chemiczne w składzie lawy,
- zwiększenie temperatury gruntu itp.
Natomiast gwałtowne i znaczne pęcz­
nie­nie kaldery pod wpływem przyboru lawy
i gazów byłoby już oczywistym znakiem
zbliżającej się erupcji.
W ostatnich latach pojawiało się wiele
informacji o podniesieniu się dna jezio­
ra Yellowstone o 30 m. Władze Parku nie
potwierdzały ani nie dementowały tych
wiadomości, w rezultacie zakazano wstępu
na teren Parku o powierzchni ponad
300 km2, co stanowi 1/3 powierzchni całego
Parku.
Wulkanolog R. B. Trombley z Połud­
nio­wo-Zachodniego Centrum Badawczego
w Arizonie stwierdził: Jedyny racjonalny
wniosek, który wynika z badań otoczenia
kaldery Yellowstone, brzmi, że w ogóle nie
da się tam w sposób racjonalny i dokładny
prognozować erupcji [2].
Tak więc do eksplozji może dojść
niespodziewanie, tym bardziej że takie
przypadki odnotowano w przeszłości. Na
przykład wybuch wulkanu Świętej Heleny
w Stanach Zjednoczonych 8 marca 2005 r.
zaskoczył wulkanologów, ponieważ erupcji
nie poprzedziły żadne wykrywalne symptomy zwiększonej aktywności. Wielką
niespodzianką był pióropusz pary i popiołów
tryskający z krateru na wysokość 10 km.
Uczeni wykazali, że wypełniona płynem
(magmą) kaldera superwulkanu nie zacho­
wuje się jak balon z wodą, który po przedziurawieniu stopniowo i powoli pozbywa
się swej zawartości, a przypomina raczej
balon z gazem wybuchający po nakłuciu.
Jest to o tyle niepokojące, że narzucająca
się najprostsza próba zapobieżenia erupcji – wywiercenie otworu w kalderze i upu­
szczenie pary spowodowałoby gigantyczną
eksplozję.
Yellowstone jest kontrolowane nieustannie przez władze lokalne, stanowe i fede­
ralne. W latach 2000 i 2005 sprawą Yellowstone zajęła się grupa uczonych związana
z BBC. W marcu 2005 r. kierownictwo BBC
zaprezentowało dwuczęściowy, czterogodzinny dokument fabularny, emitowany również
w Stanach Zjednoczonych, w którym przedstawiono skutki możliwej erupcji w Yellowstone. Najtragiczniejszym jej następstwem
byłby zanik azjatyckich monsunów, co
sprowadziłoby na najgęściej zaludniony region świata klęskę głodu i epidemii.
Cyrkulacja monsunowa, jak już od kilku­
dziesięciu lat wiadomo, stanowi wielkie
zakłócenie globalnej cyrkulacji atmosfery,
najlepiej zbadanej w Azji południowo-wschodniej. Monsun jest charakterystycz­
nym rodzajem prądów powietrza w dolnej
troposferze, które dwa razy w roku zmieniają
kierunek na przeciwny, tzn. występuje
­mo­nsun letni i monsun zimowy. Kiedyś
traktowano monsuny jako rodzaj makro-bry­zy. Wieloletnie badania nie potwierdziły
jednak takiej lokalnej termicznej przyczyny
formowania się tej cyrkulacji.
Obecnie przyjmuje się, że ­cyrkula­cja monsunowa stanowi fragment ­ogólnej cyrkulacji
atmosfery. Zależy ona głównie od sezonowego
przesunięcia osi międzyzwrotnikowej strefy
niskiego ciśnienia. W pierwszym półroczu
front równikowy przesuwa się na półkulę
północną, a w drugim półroczu na półkulę
południową.
Bezpośrednią przyczyną pojawienia się
monsunu jest sezonowa zmiana ciśnienia
nad kontynentami i oceanem oraz sezonowa
zmiana właściwości zwrotnikowych prądów
strumieniowych.
No cóż, obyśmy nigdy nie musieli się
przekonać osobiście, jaki wpływ na zmiany
klimatu i monsuny miałby wybuch superwulkanu Yellowstone.
Część uczonych sądzi, że również zmiany
klimatu mogą mieć wpływ na erupcję wulkanów. Wciąż nie znamy jednak odpowiedzi
na intrygujące pytanie: Czy zmiany klimatu
stanowią przyczynę, czy skutek zmieniającej
się aktywności wulkanów – pisze w Encyklo­
pedia of Vulcanoes Hozel Rymer z brytyjskiego Otwartego Uniwersytetu.
Jeżeli globalne ocieplenie, jak sugeruje Rymer, rzeczywiście sprawia, że rośnie
aktywność wulkanów, która w efekcie spowoduje ochłodzenie planety przez popioły
i dymy osłaniające powierzchnię Ziemi przed
słońcem, możemy spodziewać się większych
erupcji. Wygląda na to, że być może wulkany tworzą coś w rodzaju globalnego sy­stemu
chłodzenia. Działają niczym termostat,
łagodząc wzrosty temperatury, do których
dochodzi pomiędzy poszczególnymi erami.
Pozostaje otwarte pytania – czy aktyw­
ność wulkanów wzrasta w miarę ocieplania
się klimatu? Powyższe pytanie pozostanie
jednak pytaniem retorycznym, gdyż nie ma
pewności, czy aktywność wulkanów rośnie,
maleje, czy może pozostaje na stałym po­
ziomie. Dodatkowo od kilkunastu lat obserwuje się systematyczne globalne oziębianie
się klimatu Ziemi. I tym optymistycznym
(oby) akcentem zakończmy niniejszy artykuł.
Jan Mejer
Schemat wulkanu:
1) Komora wulkaniczna; 2) Skała macierzysta; 3) Ka­
nał lawowy; 4) Podnóże; 5) Sill; 6) Przewód boczny;
7) War­stwy popiołu emitowanego przez wulkan; 8) Zbocze;
9) Warstwy lawy emitowanej przez wulkan; 10) Gardziel;
11) Stożek pasożytniczy; 12) Potok lawowy; 13) Komin;
14) Krater; 15) Chmura popiołu. Źródło: http://pl.wikipedia.org
Literatura:
Szkwał 2009 nr 1.
Lawrence E. Joseph: Apokalipsa 2012. Kiedy
skończy się cywilizacja, Warszawa 2007.
28 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
| WARTO WIEDZIEĆ
Wizyta w Gdyni
Bohdan Sienkiewicz
Zdjęcia z archiwum autora
W dniach od 22 do 26 kwietnia br. gościł
w Gdyni zacumowany przy nabrzeżu na
­Skwerze Kościuszki, w miejscu tradycyjnego
postoju Daru Młodzieży, norweski ­Sorlandet
– trzymasztowa fregata znana z udziału
w The Tall Ships Races Gdynia 2009.
Na pokładzie płynie kanadyjska mło­dzież
tamtejszej Szkoły pod Żaglami. Ich Concor­
dia, zbudowana zresztą w stoczni w Szcze­
cinie, zatonęła 8 lutego ubiegłego roku
w dramatycznych warunkach u wybrzeży
Brazylii 300 mil od Recife. Teraz na wyczar­
terowanym żaglowcu, zawijając do różnych
portów, animator ich Class Afloat, Terry
Davies, zbiera fundusze z myślą o wybudo­
waniu następcy Concordii.
Przygotowaniem
wizyty
młodzieży
w Gdy­ni zajęło się The Sail Training Asso­
ciation Poland. Władze portowe Gdyni
zwolniły Sorlandeta od wszelkich opłat.
Miasto zorganizowało autokarowe zwiedzanie Trójmiasta. W świąteczny poniedziałek
Sorlandeta udostępniono do zwiedzania.
Chętnych, jak zwykle przy tego typu okazjach, nie brakowało.
Wizyta norweskiej fregaty, która dalej
popłynęła na Bornholm, jest zapowiedzią
przewidzianego na wrzesień kolejnego zlotu
żaglowców w Gdyni, tym razem pod nazwą
Culture 2011 Tall Ships Regatta.
Bohdan Sienkiewicz
Bohdan Sienkiewicz – redaktor, pochodzi z Polesia, mieszka
w Gdyni. Obecnie na emeryturze, ma 80 lat. Ukończył Wyższą
Szkołę Handlu Morskiego w Sopocie i Wyższą Szkołę Filmową,
Teatralną i Telewizyjną w Łodzi. Pracował w wielu mediach morskich.
Przez cztery lata był korespondentem Polskiego Radia i Telewizji
w Afryce. Jest autorem serii filmów poświęconych Afryce i kilkuset
programów podróżniczych Dookoła świata, ale największą sławę
przyniosła mu realizacja Latającego Holendra. Program ukazywał się
w TVP w latach 1967-1993 i był najpopularniejszą audycją morską
w jej historii.
Sorlandet w całej krasie choć bez żagli
Wśród młodzieży na Sorlandecie czternastka to rozbitkowie z Concordii
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 29
RECENZJE |
Peter Nichols
Wyprawa szaleńców
Katarzyna Lesisz
Był to ostatni bastion do zdobycia na
morzu i największa przygoda naszego po­
ko­lenia. Cud, że się udało, cud, że prze­ży­
liśmy.
Sir Robin Knox-Johnston
(człowiek, który jako pierwszy opłynął
Ziemię, nie zawijając do portów – specjalnie
dla polskiego wydania)
Opis
Latem 1968 r. stary świat stanął w pło­
mieniach na ulicach Paryża i Nowego Jorku,
a nowy rodził się na skrzydłach Apollo 8
opuszczającego ziemską orbitę. 9 śmiałków
wyruszyło śladami Lorda Chichestera
w podróż dookoła świata. Tym razem jednak bez zawijania do portów. Peter Nichols
kreśli sylwetki Moitessiera, Knox-Johnsona,
Ridgway’a, Blytha, Kinga – żeglarzy, których
nazwiska do dzisiaj elektryzują ludzi morza.
Przypomina tragedię Donalda Crowhusta,
odtwarza świat regat z ery przed wynalezieniem GPS. Sunday Times Golden Globe był
chyba ostatnim rejsem niezdominowanym
przez wszechobecne loga sponsorów, relacje
telewizyjne i monstrualną elektronikę. Był
prawdziwym rejsem ludzi morza, w których
liczył się tylko człowiek i jego łódź.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat po­ja­wiło
się wiele niesamowitych książek opisujących
zmagania żeglarzy na otwartym morzu, jednak żadna z nich nie jest tak przejmująca
jak opowieść Petera Nicholsa. Wyprawa
szaleńców jest niewątpliwie najmocniejszą
literaturą z wątkiem marynistycznym, jaka
kiedykolwiek powstała. Wziąwszy pod
uwagę fakt, że zdążyliśmy przywyknąć do
informacji podawanych w mediach o kolej­
nych śmiałkach, którzy wyruszają w samotny rejs, trudno wyobrazić sobie, że jeszcze
kilkanaście lat temu podobne wyczyny były
wyczynem nie tylko ekstremalnym, ale
porównywalnym do podróży w kosmos.
O autorze:
Peter Nichols spędził na morzu dziesięć
lat. Był kapitanem jachtu, żył i podróżował
na pokładzie małej drewnianej łodzi, obecnie zaś zajmuje się pisaniem książek. Jest
autorem dwóch cenionych publikacji
opisujących jego przygody na morzu: Sea
Change: Alone Across the Atlantic in
a Wooden Boat oraz Voyage to the North
Star. Prowadził także warsztaty literackie
na Uniwersytecie w Georgetown. Mieszka
w północnej Kalifornii i Francji.
30 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
Z przedmowy
Czytając książkę o pierwszych samot­
niczych regatach do­okoła świata, mam
wrażenie, że opowia­da ona również
o mnie. Szczególnie w chwili, gdy znajduję
się sam, na niewiele większym jachcie
pośrodku Oceanu Południowego. Wyzwa­
nie, jakim jest rejs dookoła świata, nie
zmieniło się od dziesięcioleci. Cały czas
narażamy życie w strasznych sztormach,
o których sile destrukcji nie mieliśmy
wcześniej pojęcia. O awariach łódki,
z którymi w normalnych warun­kach trud­
no sobie poradzić, frustracji w strefach
bezwietrznych, tęsknocie i samotności,
która dominuje podczas całej wyprawy
po najdalej położonych akwenach kuli
ziemskiej.
Prawie pół wieku temu decyzja o ucze­
stnictwie w regatach dookoła świata, bez
zawijania do portów z trasą wiodącą
przez Ocean Południowy, była ogrom­
nym aktem odwagi, a zarazem wariac­
twa, z którego nie zdawano sobie sprawy.
Sprzęt, jakim dysponowali żeglarze, był
marny i nienadający się do takiego rej­
su, a samo podjęcie się zadania wynikało
w dużej mierze z braku świadomości
czyhających niebezpieczeństw. Oprócz
Slocuma i Chichestera nie bardzo było
na kim się wówczas wzorować. Pierwsi
śmiałkowie siłą woli dokonywali jednak
rzeczy, wydawałoby się, niemożliwych do
wykonania.
Dzisiaj łódki do tego typu rej­sów na­
szpikowane są niezawodną elektroniką
do nawigacji i komunikacji, a sztaby
ludzi na stałym lądzie
monitorują
postępy
­uczestników regat. Do
dyspozycji jest nie tylko
telefon i internet, ale
również system pozyc­
jonowania łódki, który
co sekundę ustala jej
położenie. Wszystko dzięki
satelitom bez przerwy
krążącym nad naszymi
głowami. Wydawać się
może, że w dzisiejszych
czasach rejs dookoła świata
jest dużo łatwiejszy. Otóż,
nie. Nadal jesteśmy sami,
z dala od lądu i pomocy.
Przez ostatnie cztery dekady
zmieniło się wiele na Ziemi,
nato­miast wiem, że Ocean Południowy się
nie zmienił od tysięcy lat. Był, jest i będzie
ogromny i niebezpieczny dla człowieka,
który jest intruzem w świecie wody.
Składam hołd wszystkim żeglarzom,
którzy ponad 40 lat temu brali udział
w dziewiczym wyścigu Golden Globe
dookoła świata, za pokazanie, że nie­mo­
żliwe jest możliwe!
Zbigniew Gutek Gutkowski
(ur. w 1973 r., pierwszy w historii Polak,
który wystartował w regatach około­ziem­
skich Velux 5 Oceans Race 2010)
Książka jest dostępna w sprzedaży
z dwoma filmami:
• Na głęboką wodę (aka Deep Water) – obraz
Louise Osmond z narracją Tildy Swinton.
• Tabarly – film producentów Makrokosmosu z muzyką Yanna Tiersena, twórcy ścieżki
dźwiękowej do Amelii.
Kontakt:
Katarzyna Lesisz (PR, marketing)
tel. kom. +48 512 147 413
[email protected]
Rafał Wilczewski (dystrybucja, sprzedaż)
tel. kom. +48 509-332-515
[email protected]
Materiały do pobrania:
www.mayfly.pl/360stopni;
www.360stopni.org
Fragment książki jest do pobrania na stronie:
www.mayfly.pl/ftp/press/360stopni/
Katarzyna Lesisz
| LIST DO REDAKCJI
Ewa Skut
Pod żaglami
wśród polarnych lodów
Leszek Mulka
Książka Ewy Skut Pod żaglami wśród
polarnych lodów jest zbiorem wspomnień
i niesamowitych przeżyć autorki z jej po­
larnych rejsów po wodach Arktyki i An­
tar­ktyki w latach 2005–2009. Oprócz
pisanych na gorąco wrażeń i osobistych
­refleksji, książka zawiera wiele cennych
­informacji geograficznych, przyrodniczych
i żeglarskich, a także praktyczne wskazówki dla żeglarzy planujących rejsy na wody
Arktyki i Antarktyki.
Wspaniałe opisy surowej, dzikiej, a za­
ra­zem pięknej przyrody mórz polarnych,
bogato ilustrowane znakomitymi zdjęciami,
dla wielu żeglarzy będą stanowić zachętę do
popłynięcia jachtem w te trudne, ale pełne
zachwycającego piękna rejony świata.
Pod żaglami wśród polarnych lodów to
pasjonująca lektura. To książka, którą warto i należy przeczytać. Polecam ją nie tylko
żeglarzom.
Leszek Mulka
Wiceprzewodniczący
Komisji Turystyki Żeglarskiej
Zarządu Głównego PTTK
Ewa Skut,
Pod żaglami wśród polarnych lodów
Wydawnictwo: Mapro s. c., Wrocław
Druk: Anex, Wrocław
ISBN 978-83-931102-0-9
Wymiary: 165 x 235 mm
272 strony
203 fotografie
oprawa miękka
książka w sprzedaży od października
2010 r., strona książki: www.skut.pl
zamówienia: [email protected]
do nabycia również w:
- www.sklep.sail-ho.pl
- www.seamaster.pl
Wrocław:
- Księgarnia Akademicka, ul. Skłodowskiej-Curie 39
- Księgarnia Marco Polo, ul. Wyszyńskiego 96/98
- Księgarnia Pod Arkadami, ul. Świdnicka 49
- Księgarnia Podróżnicza, ul. Wita Stwosza 19/20
Warszawa:
- Księgarnia M.D.M., ul. Piękna 31/37
- Sklep Żeglarz, ul. Waryńskiego 3
Gdynia
- Sklep Żeglarski Sail-ho!, al. Jana Pawła II 9
Barlinek:
- Księgarnia AGA, ul. Kozia 1
Wielce Szanowna Pani Ewo!
Z najwyższą atencją pragną złożyć
na ręce Redaktorki Naczelnej gratulacje
honorujące otrzymanie tak za­szczy­t­
nego wyróżnienia, jakim w naszym
środowisku żeglarskim jest Nagroda
im. Leonida Teligi.
Konsekwencja i zaangażowanie
ca­łego zespołu redakcyjnego w two­
rzeniu tak wspaniałego periodyku
żeglarskiego, jego wszechstronność
i bezstronność, żeńska subtelność
w podejmowaniu wszelkich tematów,
robi zawsze wrażenie.
A już mniej oficjalnie, płyń Ewo
obranym kursem, zachowując swój
nieskrępowany punkt widzenia i omi­
jając góry lodowe, burze i mielizny
naszej biurokracji.
Życzę całemu, tak wspaniałemu
damskiemu zespołowi redakcyjnemu,
zawsze trafnych tekstów, niezależności
i suwerenności w swoich sądach.
Z żeglarskimi pozdrowieniami
Wojciech Skóra
Przewodniczący Komisji Turystyki
Żeglarskiej ZG PTTK
Dyrektor
Centrum Turystyki Wodnej PTTK
Wiceprzewodniczący Komisji
Żeglarstwa Śródlądowego PZŻ
nr 2 (28) 2011 | SZKWAŁ | 31
REGATY |
Zbigniew Gutek Gutkowski
skipper niezwykły
Marzena Knapp
Na początku chciałabym podzielić się z Wami chyba jedną z najważniejszych wiadomości
dla polskich żeglarzy w ostatnim czasie. Zbyszek Gutkowski nie dość, że wystartował
jako pierwszy Polak w historii regat Velux 5 Oceans, to jeszcze zdobył w nich drugie
miejsce. Czyż to nie piękna wiadomość?
Ten jeden z najbardziej doświadczonych
regatowców w Polsce spędził ostatnie pięć
miesięcy na jachcie Operon Racing w wa­
run­kach dla większości z nas skrajnie
ekstre­malnych. Oprócz kłopotów z babcią
(jak pieszczotliwie nazywał swoją łódź),
problemem z kilem, czy uszkodzonym
bukszprytem, miewał również kłopoty ze
swoją własną osobą – przypomnijmy sobie
chociażby rozciętą głowę, czy złamane żebra.
Nic jednak nie było w stanie go zatrzymać
i za tę determinację należą mu się wyrazy
szacunku od naszej żeglarskiej braci.
Regaty Velux 5 Oceans rozpoczęły się
we francuskiej miejscowości La Rochelle.
Wyścig składał się z pięciu oceanicznych
odcinków: La Rochelle, Cape Town, Wellington, Puenta del Este, Charleston, La
Rochelle. Na linii startu stanęli: Christophe
Bullens, Derek Hatfield, Brad Van Liew
(zwycięzca tegorocznej edycji), Christopher
Stanmore-Major (zwany CSM) oraz Zbigniew Gutkowski. Niestety, już na początku
zmuszony był się wycofać francuski skipper
Christophe Bullens.
Należy podkreślić, jak trudny jest to
wyścig.
Po pierwsze i najważniejsze: to przede
wszystkim samotne regaty okołoziemskie.
A co to oznacza, wie każdy, kto kiedykolwiek
żeglował samotnie po morzach i oceanach.
Po drugie: wyścig ten odbywa się od
1982 roku z częstotliwością co 4 lata i gromadzi najlepszych żeglarzy na świecie. Dla
wielu zapewne znajomo zabrzmią poprzednie nazwy jak BOC Challenge czy Around
Alone (dzisiaj Velux 5 Oceans).
Po trzecie: w tym roku po raz pierwszy skipperzy wystartowali na jachtach
klasy Eco 60, która ma być bardziej przyjazna zarówno dla środowiska naturalnego,
jak również dla samych żeglarzy. Do tej
pory sternicy pływali na jachtach Open 40
i Open 60. Niestety, wiązało się to z ogromnymi nakładami finansowymi, przez co
zamykało drogę na start wielu znakomitym
fot. Ainhoa Sanchez/w-w-i.com
żeglarzom. Eco 60 ma to zmienić. Głównym
założeniem jest zmniejszenie kosztów
związanych z kupnem i obsługą tych jednostek (jachty w tej klasie muszą być zbudo­
wane przed styczniem 2003 roku) oraz zniwelowanie zużycia paliw kopalnianych.
I wreszcie po czwarte: regaty Velux 5
Oceans to najbardziej ekstremalne regaty
samotników na świecie. Od roku 1982,
realizując swoje marzenia, zginęło dwóch
sterników, kilkudziesięciu zmuszonych było
do wycofania się, a niektórzy stracili swoje
jachty. 30000 mil samotnej żeglugi po
5 oceanach to nie zabawa w żeglarstwo, ale
ciężka praca fizyczna często na granicy ludzkiej wytrzymałości.
Tak w dużym skrócie można przytoczyć
historię regat Velux 5 Oceans.
fot. Ainhoa Sanchez/w-w-i.com
32 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
| REGATY
fot. Richard Walch
A kim jest Zbigniew Gutkowski przez
przyjaciół zwany Gutkiem? Urodzony
w 1973 roku gdańszczanin w wieku 10 lat
rozpoczął swoją żeglarską karierę. W latach
1987-1995 wielokrotnie stawał na ­podium
oraz zajmował czołowe lokaty w Mistrzo­
stwach Polski jako członek kadry narodowej w klasie 470, reprezentując barwy
Jacht Kubu Stoczni Gdańsk. Należał do MK
Cafe Sailing Team, a od 1998 r. do Race
Team 2000. W latach 1998–2003 startował
w klasie 49er (zdobył: dwa razy drugie, czte­
ry razy trzecie, a także dwa razy pierwsze
miejsce między innymi w Mistrzostwach
Polski oraz Volvo Cup).
Gutek w swojej karierze płynął już w regatach okołoziemskich – rok 2000 to start
w regatach The Race na jachcie Warta-Pol­
pharma jako kapitan wachtowy. W roku
2004 brał też udział w projekcie bicia rekordu okołoziemskiego na jachcie Volvo 60
– Bank BPH. Warto w tym miejscu dodać,
iż Zbyszek Gutkowski, pływając na tych jednostkach, żeglował z innym znakomitym
polskim skipperem Romanem Paszke. Lata
2006–2009 to starty w wyścigach w formule
match-race. Ale to nie wszystko, bo Gutek
nie byłby sobą, gdyby tylko tyle osiągnął. Ma
za sobą starty również w klasach:
- Tornado,
- 730 jako członek Volkswagen Yacht
Race Team,
- F18, gdzie jako pierwsi Polacy wraz
z Adamem Skomskim stanęli na starcie
regat Archipelago Raid i zajęli szóste
miejsce,
- Orma 60 (trimaran) o nazwie Bonduelle,
jako skipper wystartował w Nokia Oops
Cup.
Śledząc wszystkie dotychczasowe osiąg­
nięcia żeglarskie, nie sposób nie pomyśleć,
iż Gutek był stworzony do tego, by stanąć na
starcie Velux 5 Oceans. Zbyszek miał w planie start w poprzedniej edycji, jednakże wówczas nie było takiej możliwości. I jak ­zwykle
w takich sytuacjach bywa, dzięki ogromnej
dawce samozaparcia i pomocy przyjaciół
oraz sponsorów, udało się to osiągnąć
w roku 2010-2011. Ważne jest również to,
jakim sprzętem dysponował nasz ­skipper,
którego Eco 60 – Operon Racine – ma
równie wspaniałe CV, co sternik. Ten jacht
to Globe, na którym w 1991 roku Alain Gautier zwyciężył Vendee Globe. Cztery lata
później Globe ponownie stanął do rywalizacji
i po­nownie w Vendee Globe, tym razem pod
sterem Erica Dumont i o włos sięgnęliby podium, ostatecznie jednak kończąc na czwartym miejscu. Oprócz tego Globe startował
w trzech edycjach Transat Jaques Vabre.
Operon Racing Zbyszka Gutkowskiego
to, jak widać, doświadczony w oceanicz­
nych bojach jacht, który mimo swoich
niedoskonałości okazał się po raz kolejny
godnym zaufania kompanem. A należy tutaj
dodać, iż często łódź to jedyna osoba, z którą
żeglarz-samotnik może porozmawiać pod­
czas setek godzin na wodzie.
Kolejny atut naszego pierwszego Polaka
startującego w regatach Velux 5 Oceans to
rodzina. Bardzo ważne dla samotnych skipperów jest to, by wiedzieli, że najbliżsi są ich
największymi kibicami. Zbyszek Gutkowski
ma to szczęście, że niezależnie od tego, jakim
żeglarskim projektem zajmuje się w danej
chwili, to ma w domu najzagorzalszych
fanów, czyli żonę Elizę (która tym razem
była również członkiem teamu) oraz córkę
Zuzę. I chociaż żadnej z nich żeglarstwo nie
pociąga, to rozumieją i wspierają kolejne
pomysły Gutka. Jak on sam określił: (...)­
Pomimo tego, że nieraz pytam sam sie­
bie: Po co to wszystko, co ja tutaj robię, to
w końcu i tak się nie poddaję. Bo żeglarstwo
to moja największa miłość…
Może będę dość stronnicza i nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale, moim zdaniem,
Zbyszek Gutkowski swoim wyczynem
zapisał się w panteonie naszych najlepszych
żeglarzy. Pokazał również, że warto walczyć
o swoje marzenia i wygrywać ze swoimi
słabościami. Mało kto z nas – żeglarzy
pływających często od kilku, kilkunastu lub
kilkudziesięciu lat byłby w stanie wytrzymać
z samym sobą tyle dni na oceanie.
Artykuł przygotowany na podstawie
materiałów własnych oraz zawartych na
stronie Zbyszka Gutkowskiego informacji
(www.polishoceanracing.com.pl).
Marzena Knap
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 33
REGATY |
Nie byłem ostatni
Andrzej Rusek
Zdjęcia z archiwum autora
Lipiec 2009. Trwa The Tall Ships Races
Baltic 2009. Wiemy już, że Pogoria straciła
maszty, płynie bliźniacza Kaliakra. Wybie­
ramy się na drugą część zlotu od Turku do
Kłajpedy i z powrotem do Szczecina. Wymia­
na załóg ma nastąpić 25 lipca, wyjeżdżamy
z Wrocławia 4 dni wcześniej. Warszawę
prze­jeżdżamy w nocy i rano jesteśmy w Su­
wał­kach. Kiedyś była tu kontrola granicz­na,
dzisiaj tylko opuszczone budynki i zada­
szenia.
Za granicą zapada decyzja: Wpadniemy
na chwilę do Wilna. To tylko trochę w bok
od naszej trasy. Zobaczyliśmy centrum miasta i obiecaliśmy sobie: Wrócimy tu jeszcze
kiedyś. Jedziemy dalej. Następny punkt to
Ryga. Do Tallina dojeżdżamy następnego
dnia wieczorem. Do rana czekamy na prom
do Helsinek.
Wcześnie rano wjeżdżamy na prom i po
2 godzinach dopływamy do Helsinek. Przed
wpłynięciem do portu widać stację ratow­
nictwa i trochę pław.
– Co to za boja? – pytam przyszłych
załogantów.
– Znak kardynalny – pada błyskawiczna
odpowiedź.
– A co on oznacza, z której strony
należy go ominąć? – głuche milczenie. Albo
uzupełnimy wiedzę na początku rejsu, albo
będę spał tylko w portach.
Wyjeżdżamy z promu. Jeszcze niecałe
200 km i jesteśmy w Turku. Odszukujemy
nasz jacht Brego (13,3 m dł., 80 m2 żagli).
Zwiedzamy Turku. Muzeum marynis­
tyczne posiada dużą kolekcję starych
silników, w większości przyczepnych, marki
Volvo. Obok zacumowany jest pięknie zdobiony i odrestaurowany żaglowiec Sigyn
z portu Vardö zbudowany w Göteborgu
w 1887 r. Sigyn w mitologii nordyckiej
była żoną boga kłamstw, ognia i śmierci –
Lokie­go. Według niektórych źródeł jej imię
oznacza Dawczyni Zwycięstw. Ciekawym
urządzeniem zainstalowanym na pokładzie
jest wiatrak napędzający, jak sądzę, pompę
zęzową. W pobliżu muzeum jest restauracja
z małym jachtem morskim (pod żaglami)
w środku. Linia wodna jest na poziomie
podłogi wykonanej ze szkła. W basenie portowym, na wodzie, jest umieszczona fontanna mająca kształt ogona wieloryba. W ten
sposób pewnie dolewają wody do basenu
portowego.
Oglądamy wspaniałe żaglowce i jachty.
Na Gedanii płynie załoga z Wrocławia. Mamy
okazję zobaczyć jacht w środku. Trochę dziw­
ne – trzy poziomy podłogi w mesie.
Następuje zmiana załogi i następnego
dnia, 26 lipca 2009 r., wychodzimy z portu. Start do regat wyznaczono na następny
dzień. Do rana płyniemy pomiędzy wysepkami i skałami na pełne morze. Startujemy
klasami – my jesteśmy w klasie C – jachty
morskie bez spinakera od 9,14 m do 40 m
długości.
Żaglowiec Sigyn
Wszyscy z klasy chcą wystartować punktualnie. Robi się dość tłoczno przed linią
startu, ale panuje przyjemna atmosfera.
Wspaniały widok! Takie skupienie jachtów
blisko siebie. Obok nas płynie Gedania
i Spa­niel z Francji. Za linią startu robi się
luźniej.
Trasa regat wyznaczona została na
zachód od Gotlandii nazywanej wyspą
wikin­gów. Wyspa ma 176 km długości
i 50 km szerokości. Mamy obowiązek dwa
razy w ciągu doby zgłaszać swoją pozycję.
Radio­stacja nareszcie się przydaje. Można
dokończyć wczorajszą rozmowę z kimś z innego jachtu. Wiatr słaby, morze spokojne
– pełny relaks. Większe szanse mają jachty
lekkie z dużą powierzchnią żagli. Wyścig ma
trwać 3 dni.
Drugiego dnia jesteśmy na wysokości
Visby, największego miasta na Gotlandii
z dobrze zachowaną średniowieczną zabu­
dową wraz murami obronnymi. Korci mnie,
aby wejść do tego portu, ale to regaty i trzeba
się spieszyć. Obok płynie Gedania. 30 lipca
S/y Brego
34 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
| REGATY
dłoni w Międzyzdrojach, to mam odciśniętą
stopę w Kłajpedzie. Ciekawe, co z tymi
odciśnięciami zrobili. Inna impreza odbyła
się w pobliżu portu dla wszystkich uczestników zlotu.
Otrzymujemy wyniki regat. Brego został
sklasyfikowany na 34. miejscu w klasie C. Za
nami jest jeszcze jeden jacht. NIE JESTEM
OSTATNI!!! Podana jest też klasyfikacja ge­
neralna. A tu jesteśmy na 80 miejscu. Zdecydowanie nie jest to czołowe miejsce, ale
jak wyprzedzić Siedowa – największy szkolny żaglowiec świata (122 m długości, prawie
4200 m2 żagli), Dar Młodzieży, czy Mira
(109 m długości, 3000 m2 żagli). W zlocie
biorą udział jachty z całej Europy. Mam więc
80. miejsce w Europie! Daleko, jeżeli jednak
porównać ten wynik z sukcesami naszych
piłkarzy, to właściwie jest to całkiem niezłe
miejsce.
3 sierpnia koniec zlotu i powrót do
Szcze­cina. Po drodze wstępujemy jeszcze
na Christianso i do Nexo. Przez UKF-kę
usłyszałem, że Sharki znalazł kontener pływający po morzu. Ktoś go zgubił.
Ostrożności nigdy zbyt wiele.
Ideą tej imprezy jest możliwie pełny
kontakt żeglarzy z różnych krajów. Ale gdyby zaprezentować floty poszczególnych krajów, to Polska wypadłaby najokazalej – 34
jednostki, Rosja – 17, Finlandia – 11,Wielka
Brytania – 10, Holandia – 8, Niemcy – 7.
A kto wygrał w tej imprezie? Moim
zdaniem każdy, kto brał w niej udział.
Poznaliśmy nowe porty i innych żeglarzy.
Chętnie popłynę na następny The Tall Ships
Races.
Żaglowiec Mir
o godzinie 13:45 zostaje zamknięta meta
wyścigu dla klasy C. Podajemy swoją pozycję.
Wyścig trwał 3 dni i 4 godziny. Miejsce na
mecie zostanie ustalone po przeliczeniu podanej pozycji w chwili zamknięcia biegu.
Teraz już można popchnąć się silnikiem.
Wejście do portu jest szerokie i w środku
też jest dużo miejsca. W razie potrzeby
można tu wejść bez silnika. Cumujemy do
wolnego miejsca obok Legii i robimy rozeznanie terenu. Odprawa kapitanów odbywa
się w nowym hotelu zbudowanym z dwóch
budynków w kształcie litery K. Lepszy znak
orientacyjny niż hotel Neptun na naszym
wybrzeżu. Szukam znajomych jachtów.
Jest Gwarek i Joseph Conrad. Widać po
nich lata służby. Zwiedzamy również duże
żaglowce np. Siedowa. Jest też kilka nowych
jachtów.
Następnego dnia konsulat polski za­
pra­sza na spotkanie na pokładzie Daru
Młodzieży. Nie było żadnych przemówień.
Kto jest kim trzeba się było dowiadywać
od załogi Daru. W środku miasta na rzece
tuż za mostem jest przycumowany stary
żaglowiec Meridian. Widać, że wymaga renowacji i będzie atrakcją turystyczną.
Gospodarze Kłajpedy zorganizowali
przyjęcie na terenie ruin dawnego zamku.
W czasie przyjęcia zbierano odciski stóp
uczestników. Nie mam szans na odciśnięcie
Porty, w których odbywały się
spotkania:
Gdynia: 2-5 lipca.
St. Petersburg: 11-14 lipca.
Turku: 23-26 lipca.
Kłajpeda: 31 lipca - 3 sierpnia.
Andrzej Rusek
Kłajpeda
SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28) | 35
REGATY |
Wyniki
regat żeglarskich
w 2011 r.
Leszek Mulka
XII Regaty o Puchar Dolnego Śląska,
21-22.05.2011, Wrocław – Osobowice 1
Klasa Optimist A
1. Śmigielski Kamil
2. Chamerski Joachim
3. Przybysz Rafał
3. Strzelczyk Grzegorz
UKS Żeglarz
KŻ Wyspy Zaczarowane
KŻ Wyspy Zaczarowane
JK AZS
Klasa Optimist B
1. Hanys Kaja
2. Kalinowska Agata
3. Chamerska Paula
4. Czerwińska Dominika
5. Mazur Ewa
6. Kucner Jakub
7. Kompa Sara
8. Buszyk Piotr
9. Knap Kacper
UKS Żeglarz
UKS Żeglarz
KŻ Wyspy Zaczarowane
UKS Żeglarz
KŻ Wyspy Zaczarowane
JK AZS
JK AZS
JK AZS
UKS Żeglarz
Klasa Europa
1. Pękalska Ariadna
2. Grzesińska Natalia
KŻ Wyspy Zaczarowane
JK AZS
Klasa Cadet
1. Szlachcic Piotr
Czerwiec Łukasz
2. Markiewicz Marcin
Całka Grzegorz
3. Cebrat Tomasz
Szumigraj Wojciech
IV Wrocławska Olimpiada Młodzieży w Żeglarstwie,
11-12.06.2011, Wrocław – Osobowice 1
Klasa Optimist – chłopcy do13 lat
1. Śmigielski Kamil
UKS Żeglarz
2. Stróżyk Antoni
KŻ Wyspy Zaczarowane
3. Kuncer Jakub
UKS Żeglarz
4. Dorywała Piotr
UKS Żeglarz
5. Purzyk Eryk
JK AZS
6. Strzelczyk Grzegorz
JK AZS
7. Buszyk Piotr
JK AZS
8. Knap Kacper
UKS Żeglarz
9. Cygański Jakub
JKAZS
Klasa Optimist – chłopcy do 15 lat
1. Chamerski Joachim
KŻ Wyspy Zaczarowane
2. Przybysz Rafał
KŻ Wyspy Zaczarowane
3. Orwaldi Krzysztof
JK AZS
Klasa Cadet – chłopcy do 17 lat
1. Szlachcic Piotr,
Czerwiec Łukasz,
Romanowicz Pasek
UKS Żeglarz
2. Markiewicz Marcin,
Całka Grzegorz
UKS Żeglarz
3. Cebrat Tomasz,
Szumigraj Wojciech
UKS Żeglarz
Klasa Optimist – dziewczęta do 13 lat
1. Hanys Kaja
UKS Żeglarz
2. Czerwińska Dominika UKS Żeglarz
3. Kompa Sara
JK AZS
4. Mazur Ewa
KŻ Wyspy Zaczarowane
5. Chamerska Paula
KŻ Wyspy Zaczarowane
Klasa Optimist – dziewczęta do 15 lat
1. Sowizdrzał Marta
KŻ Wyspy Zaczarowane
UKS Żeglarz
UKS Żeglarz
Klasa Europa – dziewczęta do 15 lat
1. Pękalska Ariadna
KŻ Wyspy Zaczarowane
2. Grzesińska Natalia
JK AZS
UKS Żeglarz
Sędzia Główny: Kazimierz Sobczak,
Sędzia klasy I, licencja PZŻ nr 153
Sędzia Główny: Kazimierz Sobczak, Sędzia klasy I, licencja PZŻ nr 153
Wyniki regat o Błękitną Wstęgę Komendanta
Chorągwi Dolnośląskiej, Harcerskie Mistrzostwa
14 maja 2011, Wrocławia, Odra
Regaty o Puchar Przechodni JM Rektora AWF
we Wrocławiu,
11-12.06.2011, Olejnica
Jacht Drużyna
1. Wariacja 16 WrWDH 2. Toccata 21 WrWDH 3. Cały Dobytek 3 WrWDH 4. Siwy Dym 24 WWDH 5. Bidula 96 WrWDH 6. Pegaz 5 WrWDH 7. Posejdon 25 WrŻDH 8. Sonata 6WrWDH 9. PKP PDW przy LO XVII 10. Agat 17 WrWDH 11. Kalarepa 11.8 WDSH 12. Huragan 3 WrWDH 13. Czajka 69 WDH Przystań 14. Problem 12 HDW BRYG 1. Piotr Piwowarczyk
Anna Bojko
Jakub Bogdanowicz 36 | SZKWAŁ | 2011 nr 2 (28)
Środowisko
HOW Rancho
HOW Rancho
HOW Stanica
HOW Rancho
HOW Stanica
HOW Stanica
ZHR HOW Zatoka
HOW Rancho
Hufiec Wrocław
HOW Stanica
HOW Wrocław
ZHR HOW Zatoka
Zgorze­lecki Szczep Harcerski
Hufiec Nowa Sól
YC Sharks
2. Dawid Piestrak
Natalia Figoń
Wojciech Świstek
KŻ Dal AWF
3. Ireneusz Guz Anna Firlej
Sebastian Mikołajczyk YC Viator
4. Karol Boroń
Sławomir Knapek
Jacek Paśliński JK AZS Wrocław
5. Jakub Koziej Stanisław Styś
Agnieszka Guzowska Sędzia Główny: Janusz Sroka
YC Viator

Podobne dokumenty