Format Książki - Wydawnictwo Format

Komentarze

Transkrypt

Format Książki - Wydawnictwo Format
jesień 2011
f o r ma t
Kto czyta książki, żyje podwójnie.
Umberto Eco
k s ią ż k i
Nowe szaty Ezopa
Literatura - szczepionka na świat
Rozmowa z Michałem Rusinkiem o książkach Tomiego Ungerera
Miffy: dwie kropki i krzyżyk
Ilustracja: Jean-François Martin
Aoki, czyli jedziemy do Tokyo
To ja, Orwo, twoja antologia
I rarytas: Bomby i leje – opowiadanie Janusza Rudnickiego
PL AKAT Z KOKESHI!
Rozmowa z Michałem Rusinkiem*,
tłumaczem książek Tomiego Ungerera
Chwała wydawnictwu Format za odkurzenie Ungerera z pożytkiem dla nowych pokoleń.
Joanna Olech, „Tygodnik Powszechny”
*Michał Rusinek – literaturoznawca, tłumacz, pisarz. Sekretarz Wisławy Szymborskiej.
W latach 1991–1996 studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 2002 roku otrzymał
stopień doktora na podstawie pracy Między klasyczną retoryką a ponowoczesną retorycznością.
Pracuje w Katedrze Teorii Literatury na Wydziale Polonistyki UJ. Autor m.in. przekładów opowieści
o Paddingtonie, Piotrusiu Panu, serii o Fistaszkach i wielu innych arcydzieł dla dzieci.
Dla wydawnictwa Format przełożył trzy książki Tomiego Ungerera: Trzej Zbójcy, Otto i Księżycolud.
Otto to autobiografia
pluszowego misia.
O czym w istocie
jest ta opowieść?
W tej książce autor
porusza dość trudny,
zwłaszcza dla dzieci, temat
– temat wojny. O wojnie
opowiada się niełatwo,
szczególnie w naszych
czasach, kiedy to większości
młodych ludzi wojna
kojarzy się jednie z grą
komputerową albo z czymś,
co można obejrzeć
w telewizji, co jest zatem
bardzo odległe. Pojęcie
wojny stanowi coś
w rodzaju abstrakcji,
a już II wojna światowa
jest dzisiejszym odbiorcom
tak bliska jak, powiedzmy,
epoka dinozaurów…
Bardzo się zatem cieszę,
że wydawnictwo Format
zdecydowało się wydać
książkę Otto właśnie teraz,
choć jako tłumacz miałem
świadomość, że muszę
mówić językiem
współczesnego dziecka.
Na szczęście Ungerer
– zarówno w warstwie
obrazu, jak i słowa – operuje
bardzo prostym przekazem.
A propos obrazu…
Mamy w tej książce
piękne ilustracje.
Ilustracje są rzeczywiście
niezwykłe, bo niedzisiejsze
i zupełnie niedisnejowskie.
No ale Ungerer to przecież
przede wszystkim ilustrator
i to ilustrator z najwyższej
półki. Wspomnijmy, że mamy
już w polskich księgarniach
inne znakomicie ilustrowane
książki tego autora, m.in.
Trzech Zbójców,
Przygody rodziny Mellopsów
i Księżycoluda.
O czym jest
Księżycolud?
To historia o tolerancji.
Książka opowiada
o mieszkańcu srebrnego
globu, nieco znudzonym
życiem na górze, który
pragnie zejść na Ziemię,
by dołączyć do ludzi
i zabawić się z nimi.
Przygoda nie kończy się
jednak dla niego dobrze,
bo ludzie na Ziemi, owszem,
są skłonni do zabawy,
ale okazują się szalenie
nietolerancyjni.
Z jednej strony mamy
zatem zabawną historię,
z drugiej – gorzką opowieść
o tym, jak traktujemy
innych. Lubię książki
Ungerera, ponieważ
są nieoczywiste…
Nieoczywiste w tym sensie,
że nie są to typowe
bajki czy opowieści
oparte na utartym
schemacie bajkowym czy
baśniowym. Przeciwnie,
zawsze zawierają element
zdziwienia (to u odbiorców
dziecięcych), ale także
zmuszają odbiorców
dorosłych (tych czytających
dzieciom) do tego,
by – nawiązując do
opowiadanej w książce
historii – mówili o ważnych
sprawach, takich jak wojna
czy nietolerancja.
To doskonałe preteksty
do tego, co najważniejsze:
do rozmowy o świecie.
To zatem książki
do wspólnego czytania.
Tak bym sobie pewnie
życzył i tak na pewno by
sobie życzył Tomi Ungerer.
Czy na polskim rynku
ukażą się kolejne tytuły
tego autora?
Ta opowieść to niespodzianka dla tych, którzy myślą, że Księżyc jest zrobiony z sera (z dziurami!) i dla tych,
którzy wyobrażają sobie, że mieszka na nim wyłącznie Pan Twardowski. W swej książce Tomi Ungerer opowiada,
kto naprawdę żyje na Księżycu...
Pewnego dnia Księżycolud postanawia odwiedzić naszą planetę i zakosztować ziemskiego życia. Jednak ludzie,
zzamiast serdecznie powitać dostojnego gościa, traktują go jak wroga i skazują na więzienie. Księżycolud użyje jednak
swych specjalnych mocy, by wymknąć się z niewoli (użyje fortelu, który jest zbyt oryginalny i sprytny, by można go było
tutaj ujawnić). Jego dalsze przygody i – najważniejsze – spotkanie z dziwacznym trzystuletnim naukowcem składają się
na pełną humoru, mądrą opowieść, która zachwyci i da do myślenia czytelnikom w każdym wieku.
2
Ungerer dyskretnie wyśmiewa świat tych dorosłych, którzy – w swej pyszałkowatości – boją się wszystkiego
(i wszystkich), co odmienne i nieznane. Jego zdolność do wychwytywania absurdu i operowania subtelnym humorem
czyni tę książkę dziełem ponadczasowym, odpowiednim dla całego grona najmłodszych (ale i dorosłych) odbiorców.
„Outside In”
Mam nadzieję. Sprawa
jest dość trudna, bo te
książki – choć pięknie
ilustrowane – są,
jak powiedzieliśmy,
niedisnejowskie.
Tymczasem rynek jest w tej
chwili zarzucony wszelkiego
rodzaju różowościami,
kolorami, które mają
uderzać w oczy. A książki
Ungerera – jako nierzucające
się mocno w oczy – mają
kłopot z przebiciem się
na rynku. Trudno z nich
zrobić bestsellery. Wiele
zatem zależy od samych
czytelników, a nie tylko od
decyzji wydawcy – decyzji
skądinąd chwalebnej.
Może jestem nadmiernym
optymistą, ale wydaje mi
się, że Polacy są znudzeni
tą dominującą na rynku
różowością, od której bolą
zęby, że coraz częściej
szukają książek innego
rodzaju, takich, które są
małymi dziełami sztuki,
przygotowującymi przecież
dzieci do tego, by potem
mogły być odbiorcami
poważnej sztuki.
Jakoś strasznie patetycznie
mi wychodzi to, co mówię
do Pana…
Te książki wychodzą
naprzeciw niepokojowi
związanemu z problemem:
kiedy zacząć mówić
dzieciom o tym,
że świat nie jest tylko
radosną historią…
No właśnie, tu zawsze
przypomina mi się stara
chińska bajka spisana przez
Marguerite Yourcenar:
pewien malarz
został aresztowany
i przyprowadzony
przed oblicze cesarza.
fot. Jürg-Peter Lienhard
Literatura –
,
szczepionka na swiat
Tomi Ungerer
Urodzony w 1931 roku w Strasburgu, światowej sławy
francuski ilustrator i autor ponad 70 dzieł, w tym dwóch
tuzinów książek dla dzieci. Laureat nagrody zwanej Noblem
literatury dziecięcej – Hans Christian Andersen Award (1998).
Jako niestrudzony obrońca wartości, takich jak tolerancja
i wzajemne poszanowanie kultur, a także zagorzały przeciwnik
rasizmu, Tomi Ungerer został w 2000 roku mianowany przez
Radę Europy Ambasadorem Dobrej Woli ds. Dzieci
i Edukacji. Książki Tomiego Ungerera przetłumaczono na 39
języków. W Polsce ukazują się od 2009 roku, wyłącznie
nakładem wydawnictwa Format.
Wybitny autor literatury dziecięcej. Jego książki
są ponadczasowe.
„Libération”, Paris
Jeden z najznakomitszych ilustratorów naszych czasów.
„The New York Times”
To cudownie, że są jeszcze autorzy z takim
bogactwem wyobraźni.
„Hamburger Abendblatt”
Cesarz rzekł do malarza:
„Wychowywałem się
w pałacu, który był pełen
twoich dzieł, znałem świat
tylko z twoich pięknych
obrazów. Kiedy jednak
dorosłem i okazało się,
że świat jest zupełnie inny,
wpadłem w rozpacz. Za to
muszę ci teraz ściąć głowę”.
Nie będę bajki opowiadał
do końca… Chcę jedynie
powiedzieć, że jeśli – jak
w tej bajce – otaczamy dzieci
wyłącznie słodkościami,
to wrzucamy je w pewną
fikcję. Literatura może mieć
funkcję szczepionki na
świat. I tak działają właśnie
książki Ungerera. To nie jest
jednak tak, że one epatują
złem, że mówią nam,
iż świat jest okrutny,
że ludzie są źli. Pokazują
jedynie, że ludzie są różni i
że świat bywa różny.
Nie są to też książki czysto
problemowe. Są natomiast
wspaniałym punktem
wyjścia do rozmowy na
trudne tematy. Bardzo cenię
taką literaturę dla dzieci.
Czy myśli Pan,
że książki naszego
dzieciństwa są ważne,
że w jakiś sposób
nas determinują?
Są bardzo ważne.
Nie chciałbym wchodzić
tu w jakieś motywy
psychoanalityczne, ale na
pewno jest tak, że książki
porządkują nam świat,
pokazują, kim jesteśmy.
Bo przecież utożsamiamy
się z bohaterami, którzy
w pewnym sensie są
projekcją naszego ego, jak
pisał Freud…
Książki pokazują nam,
jak jest zorganizowany świat
wokół nas, dają obraz tego,
jacy my powinniśmy być
w tym świecie. I to wszystko
jakoś w nas zostaje
na dłużej… Jakże zatem
ważne jest, by trafić na
odpowiednie lektury!
Wierzy pan, że literatura
ma siłę sprawczą,
że zmienia ludzi?
Nie wiem, czy zmienia,
ale jakoś sytuuje. Daje nam
model świata, w którym
jakoś się mieścimy.
not. dh
NOWE
SZATY
EZOPA
ilustracje: Jean-François Martin
adaptacja: Jean-Philippe Mogenet
wersja polska: Dorota Hartwich
adaptacja projektu: Julita Gielzak
rok wydania: 2011
liczba stron: 64
format: 260 x 315 mm
oprawa twarda
ISBN: 978-83-61488-80-4
Prosty, bardzo przystępny,
a zarazem mądry przekaz,
mistrzostwo obrazowania,
inteligentny dowcip
– oto największe bogactwo
bajek Ezopa. O tym
półlegendarnym autorze
wiemy niewiele ponad to,
że żył w VI wieku p.n.e.,
był niewolnikiem
na greckiej wyspie Samos
i tworzył bajki, które
dały początek historii
tego gatunku.
Bajki Ezopa,
prawdziwy skarb literatury,
doczekały się już tysięcy
edycji na całym świecie.
W najnowszym wydaniu,
dzięki zjawiskowym
ilustracjom
Jeana-François Martina,
bajki zyskały wyraźny rys
współczesności,
pozostając zarazem wierne
tekstom źródłowym.
Doskonały przykład
klasyki, która na zawsze
pozostaje aktualna.
Książka otrzymała
Bologna Ragazzi Award –
nagrodę główną
w kategorii „Fikcja”
na Międzynarodowych
Targach Książki
Dziecięcej w Bolonii.
Oto fragment
uzasadnienia werdyktu:
Doskonałe ilustracje
rozbrzmiewające mocą
tajemnych pieśni, linie
pełne aluzji, intrygujące
twarze, mistrzostwo
w modulowaniu tonacjami,
symfonia ochry i szarości
– wszystko to skąpane
jest w zniewalającym,
spinającym całość
surrealistycznym świetle.
Ta książka – prawdziwa
„bajka nad bajkami”
– jest arcydziełem sztuki
typografii perfekcyjnie
łączącym w sobie piękno
liternictwa z wyjątkową
i pełną harmonii grą
delikatnych, ulotnych barw.
Powyższy tekst jest zapisem
fragmentów rozmowy
przeprowadzonej
przez Grzegorza Chlastę
w radiu TOK FM.
Pluszowy miś opowiada wzruszającą historię swojego
życia – pełnego zabawnych, ale i tragicznych zdarzeń. Otto
należy do Dawida, żydowskiego chłopca mieszkającego
w niemieckim miasteczku. Podczas jednej ze szczęśliwych
zabaw, idyllę brutalnie przerywają zmiany polityczne.
Otto rozpoczyna podróż w nieznane,
przechodząc z rąk do rąk, zanim po wielu latach
znów trafi w kochające ramiona.
Wspaniała, piękna książka... W sposób delikatny
dotyka jednego z najmroczniejszych rozdziałów historii,
stanowiąc cenny wkład w wojenną literaturę dla dzieci.
Otto ma ujmującą naturę, jego historia
ogrzewa dziecięce (a także dorosłe) serca.
„Outside In”
3
www.wydawnictwoformat.pl
Copyright © Annelore Parot
AOKI, do Tokyo
autor: Annelore Parot
wersja polska: Dorota Hartwich
rok wydania: 2011
liczba stron: 48
format: 220 mm x 220 mm
oprawa twarda
(z tkaniną i lakierowaniem)
ISBN: 978-83-61488-56-9
wiek: od 3 do 12 lat
AOKI to druga – obok
YUMI – książka, którą
wydawnictwo Format
wydaje w serii « Strony
Świata ». AOKI (uznana
za najbardziej kawai,
czyli śliczną, i największą
strojnisię wśród wszystkich
tradycyjnych japońskich
laleczek kokeshi) zabiera
małych czytelników
do Tokio. W stolicy Japonii
Aoki spędza dzień pełen
przygód i niespodzianek,
który przynosi jej – jak to
bywa w świecie kokeshi
– mnóstwo wrażeń, dużo
śmiechu, ale i wzruszeń.
Książka, jak w przypadku
pierwszej części serii,
jest interaktywna: zawiera
zabawy pozwalające
rozwijać spostrzegawczość,
pobudza ciekawość
i wyobraźnię. Publikację
wyróżnia oryginalność
i wysmakowanie projektu
graficznego. Uwaga!
Książkę można oglądać
nawet przy zgaszonym
świetle!
KOKESHI
HISTORIA I TRADYCJA
Historia tradycyjnych
japońskich laleczek kokeshi
zaczyna się w ostatniej
części ery Edo (1603-1867).
Pod koniec XIX wieku,
liczni turyści zaczęli
odwiedzać gorące źródła
w górzystym regionie
Tohoku, na północy
Japonii. Kokeshi to małe
rękodzieła miejscowych
rzemieślników (zw. Kijiya),
którzy produkowali zwykle
drewniane przedmioty
domowego użytku. Laleczki
o prostej cylindrycznej
formie były uzupełnieniem
ich rzemieślniczej
działalności – stanowiły
źródło dodatkowego
dochodu. Szybko zaczęły
się cieszyć coraz większym
powodzeniem; kupowane
jako pamiątki z pobytu
u źródeł, zaczęły podbijać
całą Japonię.
6
Kokeshi nie były jednak
tylko pamiątkami;
używano ich także jako
narzędzia komunikacji,
służące do wzajemnego
poklepywania się po
ramieniu podczas kąpieli,
by wyrazić swe zadowolenie
z ciepła bijącego ze źródeł.
Pierwotnie nie wszystkie
laleczki były malowane.
Dziś większość z nich nosi
wymalowane ręką artysty,
kwieciste kimona i inne
tradycyjne ubiory japońskie.
Tradycyjne kokeshi
są malowane ręcznie,
nie ma dwóch takich samych
twarzy – stąd tak wielki
urok tych lalek. Najczęściej
używanymi kolorami były:
czerwienie, purpury, żółcie.
Kokeshi szybko
rozpowszechniły się
w Japonii, zwłaszcza wśród
tych, których nie było stać
na laleczki z porcelany.
Symbolizowały młodość,
odzwierciedlały dziewczęce
piękno. Ponadto, dzięki ich
urokliwości i skojarzeniom
z dzieciństwem, często
ofiarowywano je
w prezencie z okazji narodzin
i w prezencie urodzinowym.
Kokeshi były też ważnym
elementem zabaw, wierzono
bowiem, że pozytywne
oddziaływanie kokeshi
na bogów zapewni dobre
żniwa, pod warunkiem,
że laleczkami bawią się
dzieci rolników.
Sztuka wyrobu kokeshi
przechodziła z pokolenia
na pokolenie. Tradycyjny
sposób wytwarzania laleczek,
ich charakterystyczne
kształty i sposób
dekorowania zachowały
się jednak tylko w regionie
Tohoku. Kokeshi z tego
regionu to kokeshi tradycyjne
(dentō) – ich kształty
i elementy dekoracji
nie zmieniły się na
przestrzeni dwustu lat.
Obecnie istnieje jednak
kilkanaście odmian
tradycyjnych kokeshi,
a ich kolekcjonowanie stało
się hobby powszechnym
w wielu krajach świata. dh
Tworząc zestaw
najbardziej eksportowych
produktów Holandii, nie
możemy ograniczyć się do
kostki sera z Goudy, butelki
piwa Heineken i tulipana.
Pakiet eksportowy będzie
kompletny, kiedy uzupełnimy
go o książkę Dicka Bruny
z królikiem w roli głównej.
Ilustracje uderzają prostotą
– buzia Miffy to zaledwie
dwie kropki (oczy) i krzyżyk
(usta). Kontur postaci
jest mocno zarysowany
na czarno, z bliska widać
lekkie rozedrganie linii
– to ślad ruchu pędzla,
„pieczęć” jego emocji („linie
rysuję moim
bijącym sercem”, mówi
Bruna w wywiadzie
dla „The Telegraph”).
Ważna jest kolorystyka
– autor od początku swojej
twórczości posługuje się
ograniczoną paletą barw,
stosuje ich podstawowy
zestaw (niebieska, zielona,
żółta i czerwona), czasem
dodając pomarańcz i brąz.
Kolory lekko różnią się
od standardowych, bo
Bruna skomponował je
samodzielnie, tworząc
unikalny zestaw, znany dziś
jako „Dick Bruna colours”.
Książki mają mały format
(zazwyczaj 16 x 16 mm),
by – jak chciał autor
– dobrze dopasowały się
do małych rąk czytelników.
Odbiorcą jest tu bowiem
nade wszystko dziecko:
„Robię książki dla dzieci,
nie staram się zabawiać
rodziców czy nauczycieli”,
powiada Bruna.
Historia Miffy nigdy by
nie powstała, gdyby nie
ojcowska troska o spokojny
sen dziecka. Był rok 1955,
kiedy Dick Bruna, dziś
potrójny tata oraz dziadek
pięciorga wnucząt, wyjechał
na wakacje na wydmowe
tereny nad Morzem
Północnym. Jego syn Sierk
wypatrzył królika kicającego
w okolicach wynajętego
domu. Wieczorami, przed
snem, Bruna opowiadał
synowi historie o zwierzaku.
Potem królika narysował
i ułożył rymowany tekst.
Tak powstała pierwsza
książka ze słynnej serii
o Miffy. Tak też zaczęła
się kariera jednego
z najwybitniejszych
ilustratorów i autorów
literatury dziecięcej
na świecie.
Miffy
Nie od razu jednak został
Bruna twórcą książek dla
najmłodszych. Urodził się
w 1927 roku, w Utrechcie,
w żydowskiej rodzinie, która
w czasie II wojny światowej
ukrywała się w Loosdrecht.
Ojciec Bruny prowadził
wydawnictwo Uitgeverij
A.W. Bruna & Zoon i w nim
widział przyszłość swojego
syna. Dick nie miał jednak
ochoty na prowadzenie
interesu ojca, choć odbywał
staże w wydawnictwach
w Londynie i Paryżu. „Ojciec
zrozumiał, że objęcie przeze
mnie jego firmy oznaczałoby
koniec tej firmy!”, żartował
Dick po latach. Marzył,
by zostać artystą.
Kluczowy i decydujący
był wyjazd do Paryża,
gdzie Bruna bliżej poznał
twórczość Henriego Matisse’a,
Ferdynanda Légera
i Georgesa Braque’a.
Najbardziej inspirujące
były dzieła Matisse’a.
Ważna była dla Bruny
także twórczość wybitnego
holenderskiego malarza
XX wieku Pieta Mondriana,
a także działalność grupy
artystycznej De Stijl (Styl),
z którą Mondrian był
związany. Artyści z De Stijl
hołdowali prostocie i zawęzili
paletę barw do podstawowych
(czerwona, niebieska
i żółta), które dopełniały
czerń, biel i szarość.
Chris Reinewald w tekście
From the Heart twierdzi,
że w stylistyce Bruny
widać tradycję całego
współczesnego designu
niderlandzkiego, dla którego
charakterystyczny jest
rodzaj twórczego dystansu,
rezygnacja z dekoracyjności,
funkcjonalność, a przy tym
emocjonalne zaangażowanie.
Zainteresowania Dicka
Bruny podziela bohaterka
jego książek – kiedy Miffy
odwiedza galerię sztuki
(w książce Miffy at the
gallery), podziwia m.in.
dzieła Mondriana
i Matisse’a. „Miffy
at the gallery” to ulubiona
książka samego autora;
tytuł sprzedaje się dobrze
nie tylko w księgarniach,
ale także w Rijksmuseum
(Muzeum Królewskie w
Amsterdamie) czy
w The Museum of Modern
Art w Nowym Jorku.
Amsterdamskie Muzeum
Królewskie przyjęło zresztą
tego lata prace Dicka Bruny
Miffy w zoo
Miffy::
Miffy
do swej stałej kolekcji.
Kuratorzy wybrali ponad
120 oryginalnych dzieł
artysty.
które Miffy świętuje w jednej
z książeczek) w sukienkę
w kwiatki. Rodzice składali
życzenia córeczce.
Króliczek szybko podbija
świat. W 1964 roku pierwsza
książka Bruny wychodzi
w Japonii, potem Miffy
poznają dzieci w Anglii,
Francji, Niemczech.
Dziś książki o Miffy
znane są na wszystkich
niemal kontynentach.
Rymowane teksty Bruny
czytać można w większości
języków europejskich,
książki przetłumaczono
także na japoński, chiński,
surinamski, zulu, arabski,
turecki i wiele innych
języków. Wydano je też
po łacinie i w alfabecie
Braille’a.
Choć wpływy mistrzów
widać w twórczości
Bruny wyraźnie, artysta
zdecydowanie wypracował
własny, powszechnie
rozpoznawalny plastyczny
język. Oszczędność,
prostota, swoista siermiężność
stylu widoczna jest już na
okładkach, które Dick
projektował dla
publikowanych przez
wydawnictwo ojca książek
Georgesa Simenona,
Leslie Charterisa. Te same
cechy stylu znajdziemy
na plakatach, które Bruna
tworzy od początku swojej
kariery do dziś, wspierając
m.in. działalność organizacji
charytatywnych i akcje
humanitarne, działając
dla UNICEF-u, Terre des
Hommes czy Czerwonego
Krzyża (m.in. kampanie
społeczne na rzecz
aktywności sportowej
niepełnosprawnych czy
zwalczające proceder
zatrudniania dzieci).
.
dwie kropki i krzyzyk
– Nie ma w Holandii
domu, w którym nie byłoby
choć jednego przedmiotu
z wizerunkiem Miffy.
Tak samo jak w Europie
zachodniej czy w Polsce
nie ma domu bez jednego
przynajmniej przedmiotu
z Ikei – zauważa Remco
van der Kroft, Holender
mieszkający w Warszawie.
– Co najmniej trzy generacje
w Holandii wychowały się
na książkach Dicka Bruny.
Do Miffy dzieci przywiązują
się bardzo wcześnie.
Na rynku jest mnóstwo
artykułów z króliczkiem
dla niemowląt i bardzo
małych dzieci. Dziecko
poznaje Miffy na długo
przed wzięciem do ręki
jakiejkolwiek książki
W 1953 r. ukazuje się
pierwsza książka dla dzieci
autorstwa Bruny (de appel),
w tym samym roku artysta
żeni się z Irene, która do
dziś jest najważniejszym
recenzentem jego książek.
Każdorazowo, po stworzeniu
projektu książki, Bruna
zdaje się na opinię żony,
która albo sugeruje mu
poprawki albo wyraża
aprobatę, dając tym samym
zielone światło otwierające
książce drogę do wydawcy.
W pierwszych
opowieściach, które zanosił
Bruna do wydawcy,
nie było jednak Miffy
– był po prostu królik,
czyli nijntje (czyt. neinczie,
po niderlandzku
to dosłownie „króliczek”).
Dopiero pierwszy tłumacz
książek na język angielski
Olive Jones, w 1970 roku,
przemianował zwierzaka
i nadał mu dużo prostsze
fonetycznie imię Miffy,
które przyjęło się
w pozostałych,
nieholenderskich wersjach
językowych. Nie od razu też
Miffy była dziewczynką.
Po 15 latach od momentu
stworzenia postaci Bruna
ubrał ją (przy okazji urodzin,
Urodziny Miffy
– dodaje Remco van der
Kroft.
Wokół Miffy rozwinął
się cały przemysł –
króliczek trafił na miliony
przedmiotów sprzedawanych
w wielu krajach. Najbardziej
rozpowszechnione są
zabawki, gry i układanki,
przybory szkolne oraz inne
akcesoria dziecięce. Firma
Mercis bv, wydawca książek
Bruny, licencjodawca
marki, kontroluje jakość
produktów. Jak zapewniają
przedstawiciele firmy,
wszystkie przedmioty są
testowane i produkowane
z materiałów nieszkodliwych
dla dzieci. Mercis czuwa też
nad tym, by produkty
z wizerunkiem Miffy
współgrały w swoim
Miffy
fot. Ferry André de la Porte
czyli jedziemy
Miffy – króliczek (a właściwie królicza
dziewczynka) narysowana po raz pierwszy
w 1955 r. przez Holendra Dicka Brunę – od prawie
sześćdziesięciu lat podbija świat. Książki Bruny
o Miffy przetłumaczono na 50 języków, sprzedaż
szacuje się na ponad 85 mln egzemplarzy.
W Polsce nakładem wydawnictwa Format ukazało
się dziewięć tytułów tej kultowej serii.
Największa Miffy-mania
ogarnęła Japonię. W Kraju
Kwitnącej Wiśni twórczość
Bruny cieszy się ogromnym
powodzeniem nie tylko
wśród dzieci, ale i wśród
dorosłych. Otwarto
specjalistyczne sklepy
„Dick Bruna” w Tokio
i Nagasaki, firma
MOS Food Service
uruchomiła sieć restauracji
zaprojektowanych
wedle estetyki z książek
holenderskiego autora.
Wystawę „Pięćdziesiąt lat
z Miffy”, zorganizowaną
w 2005 roku w domu
towarowym Matsuya,
obejrzało prawie 200 tysięcy
gości w ciągu zaledwie
dwóch tygodni. Znane są
też przypadki młodych par,
które w podróż poślubną
udały się do Utrechtu,
by sfotografować się na tle
domu Dicka Bruny. Miffy
wzbiła się też w japońskie
przestworza – podczas
jednego z ostatnich festiwali
balonów, w japońskiej
prefekturze Saga, ku uciesze
ponad 877 tysięcy widzów,
można było obserwować
wielki balon z wizerunkiem
króliczka. Inny przykład: na
liście najczęściej używanych
w Japonii emotikonów
wysokie miejsce zajmuje
,
emotikon Miffy
w popularyzowaniu postaci
w portalu YouTube także
zdecydowanie przodują
Japończycy.
Mieszkańcy Kraju
Kwitnącej Wiśni kochają
Miffy, ale kochają także
swoją kotkę Hello Kitty
– wytwór rodzimej firmy
Sanrio z 1974 r. Obie postaci
są do siebie podobne
– są narysowane w tak samo
minimalistycznym stylu,
mają podobne proporcje
i rysy. Zdecydowanie różnią
się jednak oprawą. Hello
Kitty uwielbia jaskrawy róż,
jej ucho zdobi kokardka,
strojnie się ubiera. Miffy,
ascetyczna w formie, jest
przeciwieństwem japońskiej
kotki. Tutaj zresztą tkwi
geniusz Dicka Bruny:
stworzył postać
o maksymalnie prostej,
surowej formie, dając
Dick Bruna
A kuku, Miffy!
przeznaczeniu z filozofią
Dicka Bruny – mają służyć
zabawie, pobudzać
wyobraźnię i w najmniejszym
stopniu nie mogą skłaniać
do agresji.
A kuku! Miffy w zagrodzie
Miffy i króliczątko
Miffy w przedszkolu
jej zarazem ciepło
i magnetyczną siłę
przyciągania. Czy twórca
Hello Kitty inspirował się
twórczością Dicka Bruny
i stworzył kotkę na wzór
Miffy? Nikt nie potwierdził
takiego przypuszczenia,
nie da się jednak zaprzeczyć,
iż holenderski króliczek jest
starszy od japońskiego kotka
o całe 19 lat.
Miffy przyniosła Dickowi
Brunie fortunę. Magazyn
biznesowy „Quote” umieścił
autora książeczek na liście
najbogatszych Holendrów.
Autor przyjął ten fakt
z irytacją, bo znany jest
z wielkiej skromności.
Od ponad 40 lat żyje w tym
samym domu w Utrechcie,
pracuje siedem dni
w tygodniu. Do pracowni,
mimo swego wieku, jeździ
co rano na rowerze.
Co roku tworzy co najmniej
dwa nowe tytuły. Jest
perfekcjonistą, w jego pracy
nie ma rutyny. Do każdej
książeczki (na którą składa
się zazwyczaj 12 ilustracji)
powstaje kilkaset szkiców.
„Staram się, by każdy
rysunek był lepszy od
poprzedniego. Stawiając
dwie kropki i krzyżyk,
muszę narysować Miffy
szczęśliwą, czasem trochę
tylko radosną, czasem
smutną – rysuję więc nadal,
dalej i dalej. W końcu
przychodzi moment, kiedy
się udaje. Wtedy, za każdym
razem, odkrywam ją na
nowo”, opowiada autor.
Polskie dzieci poznały
Miffy dopiero w 2008
roku, kiedy nakładem
wydawnictwa Format
ukazały się trzy pierwsze
tytuły serii. Książkami
Dicka Bruny polscy
wydawcy interesowali się
od dłuższego czasu. Zanim
jednak wydawnictwo
Mercis zdecydowało się
na współpracę z polskim
wydawcą, Holendrzy
zbadali gruntownie polski
rynek. – Stworzyliśmy listę
wybranych partnerów
i pojechaliśmy do Polski,
by zapoznać się
z warunkami na rynku
księgarskim. Następnie
spotkaliśmy się
z zainteresowanymi
wydawcami na targach
książki we Frankfurcie
– opowiada Karin van
Zwieten. – Po dokonaniu
Miffy nad morzem
skrupulatnej oceny
zdecydowaliśmy się podjąć
współpracę z Formatem.
Uznaliśmy, że fakt,
iż Format jest małym
wydawnictwem i nowym
graczem na rynku, może
okazać się atutem. To pełna
entuzjazmu profesjonalna
ekipa, z dużym wyczuciem
w kwestii reklamy i promocji.
Jesteśmy przekonani,
że to doskonały partner
do współpracy – zaznacza
Karin van Zwieten.
Dlaczego Miffy udaje się
przywiązać do siebie małych
czytelników z wielu
kontynentów? Co ma w sobie
tak uniwersalnego,
że kochają ją dzieci
z najróżniejszych
kulturowo zakątków
świata? Ów działający na
różnych szerokościach
geograficznych magnetyzm
Miffy badała psycholog
dziecięca Dolf Kohnstamm.
Według niej charyzmatyczna
siła króliczka bierze się
z pary kropek, czyli z oczu,
które patrzą wprost w oczy
czytelnika (Bruna nigdy nie
przedstawia swoich postaci
z profilu, zawsze od przodu
lub od tyłu). Spojrzenie
wprost gwarantuje kontakt
wzrokowy z małym
odbiorcą, a stąd już blisko
do przywiązania. Trzeba
jednak podkreślić,
że wartość książek Bruny
tkwi nie tylko w ilustracjach,
ale i w słowie. Teksty są
proste, rymowane, łatwo
wpadają w ucho. Nie ma
tu niesamowitości w stylu
Harry’ego Pottera, lecz
proste historie inspirowane
codziennością. To nie bajki,
lecz bajkowe opowiastki
o tym, co naprawdę zdarza
się dzieciom. I choć Bruna
konfrontuje czasem swoich
bohaterów z mroczną stroną
życia (np. w Dear Granda
Bunny umiera babcia
Miffy), największa siła
książeczek o Miffy tkwi
w odkrywaniu uroku
zwykłej codzienności.
W znajdowaniu wielkiej
radości w małych rzeczach.
Dorota Hartwich
Tekst w formie pierwotnej
i skróconej publikowany był
w tygodniku „Newsweek” 17/08.
Illustrations Dick Bruna
© Mercis bv 1953-2011
Miffy, dziadek i babcia
7
Janusz Rudnicki
O bombach i lejach
Zapytajcie, kiedy to było. To było w czasach, kiedy ludzie pisali do siebie listy ręcznie, na
papierze. A kiedy stało się coś bardzo strasznego, wysyłali telegramy. A kiedy stało się coś bardzo radosnego, też wysyłali telegramy.
W tych czasach, wyobraźcie sobie, książka była królową świata. A biblioteki były jak jej pałace. A panie bibliotekarki były jak damy jej dworu, które unosiły się w powietrzu i bezszelestnie fruwały między regałami. Do biblioteki wchodziliśmy, zdejmując czapki z głów, rozmawialiśmy szeptem…
Tak, tak, macie rację, jak w kościele. Z tym, że biblioteki biją kościół na głowę. Wiecie
dlaczego? Ponieważ w kościele cuda są niewidzialne i dostępne wybranym, a w bibliotekach – widzialne i dostępne wszystkim. I namacalne. I mają zapach. Pirackich statków. Bezludnych wysp. Pustyni i puszczy, wojennych ścieżek. Dzikich psów, żywicy, srebrnego jeziora. Kopalni, Gór Skalistych i Placu Broni. A kościoły pachną tylko kadzidłem – to ich jedyny, mroczny zapach.
Z biblioteki do domu wracałem jak myśliwy z polowania, nową zdobycz trzymałem mocno pod pachą, jak termometr. Porównanie do termometra pasuje tu jak ulał, w tamtych czasach
mieliśmy bowiem o jedną gorączkę więcej… Nie domyślacie się jaką? To była, oczywiście,
gorączka czytania. Opanowała nas, bo nie miała konkurentów. To były czasy, kiedy miliony
dzieci siedziały przed telewizorem z buzią otwartą ze zdziwienia, bo na ekranie pewna pani
w czarnych rękawiczkach poruszała palcami obu rąk, a na palcach miała dwie pomalowane
piłeczki pingpongowe, udające chłopczyka i dziewczynkę... Nie, piłeczki właściwie nikogo nie udawały, dla nas one były naprawdę chłopcem i dziewczynką.
A było tak dlatego, że wtedy mieliśmy coś, czego dzisiaj mieć nie trzeba – mieliśmy wyobraźnię. Za pomocą jednej małej rzeczy, na przykład dwóch ping-pongów, mogliśmy zobaczyć
rzecz o wiele większą niż one same. Mogliśmy nie tylko przedstawić sobie powiększony obraz tej rzeczy, ale i obraz ten uruchomić, wprawić go w ruch. Zasiąść w pierwszym rzędzie
i samemu włączyć sobie w głowie film wymyślony przez siebie samego.
Jak wracałem z biblioteki do domu – to już wiecie. Jak tylko się pojawiałem, zawsze słyszałem ten sam krzyk:
– Co masz?! Co masz?!
Tak wołali z daleka młodsi ode mnie chłopcy z naszego podwórka. A najgłośniej Duduś. Tak
go nazywaliśmy, bo włosy stały mu na głowie tak samo jak u tego ptaka. A ja, dla nich jak dorosły, bo już w szóstej klasie, odkrzykiwałem zawsze to samo:
– Prawdziwą bombę! Poczekajcie, małe gnojki, do jutra, jak przeczytam!
To ja ORWO, twoja antologia
Autorzy tekstów: Justyna
Bargielska, Anna Brzezińska,
Julia Fiedorczuk, Inga Iwasiów,
Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Anna
Nasiłowska, Łukasz Orbitowski,
Małgorzata Rejmer, Janusz
Rudnicki, Zyta Rudzka, Adam
Wiedemann, Jakub Żulczyk
Ilustracje: Iwona Chmielewska,
Sławomir ZBIOK Czajkowski,
Ignacy Czwartos, Agata Dudek,
Emilia Dziubak, Krzysztof
Gawronkiewicz, Paweł Jarodzki,
Jagoda Kidawa, Patryk Mogilnicki,
Adam Quest, Kama Sokolnicka,
Kasia Walentynowicz.
PARTNERZY
7. Międzynarodowy Festiwal
Opowiadania, Centrum
Kultury Zamek
PATRONI MEDIALNI
TOK FM, Gazeta Wyborcza, TVP
Kultura, Merlin.pl, Bluszcz,
Lampa
koncepcja, wybór, opracowanie, wstęp: Dorota Hartwich,
Agnieszka Wolny-Hamkało
projekt graficzny: Julita Gielzak
oprawa: srebrny karton
ze skrzydełkami
liczba stron: 124
ISBN 978-83-61488-76-7
Dwunastka pisarzy z grona najlepszych autorów polskiej literatury współczesnej obok dwunastki
wybitnych ilustratorów. I ona, która mówi: „To ja, twoja antologia.
Twój nowy portal społecznościowy. Mitologia twoja. (…) Tak, opowiadam o bohaterach nie z tego
świata, wyświetlonych na kineskopach 2D, które lubiły wybuchnąć.
Jestem ze świata książek z papieru, kin bez klimy. Jestem linkiem,
którego nie klikałaś od lat”.
Oni kliknęli, przywołując – słowem
i obrazem – ulubione postaci z dzieciństwa: Pippi, Nemeczka, Rambo,
Pana Maluśkiewicza, Szarika, Kapitana Nemo i innych. Nie są to jednak tylko fotografie z przeszłości, lecz nowe dotlenione historie,
pełne nowych znaczeń i emocji.
Rzecz bardziej na serio, dla całkiem dużych dzieci i dorosłych.
ilustracja: Sławomir ZBIOK Czajkowski
Raz, kiedyś, zdarzył się wyjątek. A tym wyjątkiem była wyjątkowa książka. Przeczytałem
ją jednym tchem, od początku do końca. Połknąłem ją, zjadłem jak lody Calypso, łyżeczka za
łyżeczką (drewnianą), strona za stroną, aż nie było już nic, tylko twardy papier, to znaczy sama
okładka. I rozchorowałem się. Była to jednak choroba wyjątkowa, piękna choroba, taka, przy
której chowa się najlepsze zdrowie. Chroniczne zapalenie uczuć. Książka, którą przeczytałem,
była jak trąba powietrzna, która wciągnęła mnie w swój wir tak, że stałem się niewidzialny, że
tam, gdzie byłem, nic już ze mnie nie zostało...
Wyszedłem z nią na podwórko. Pierwszy zauważył mnie Duduś. On zawsze zauważał mnie
pierwszy – Duduś, lat sześć, mieszkał tuż nade mną, co wieczór jego mama wołała z okna:
– Krzysiu! Do domu!
I co wieczór Duduś odpowiadał tak samo:
– Jeszcze trochę, mamo! Jeszcze trochę!
Tak odpowiadał każdego wieczoru poza niedzielami, kiedy odwiedzał go jego tata. Aż do
dnia, o którym właśnie wam opowiadam. Wyszedłem więc i Duduś krzyknął:
– Już?! Tak szybko?!
Nie odezwałem się, skinąłem tylko głową na potwierdzenie, i poszliśmy. Jak zawsze – do
leja. Ja na przedzie, jak ministrant, a za mną mali pielgrzymi.
8
Poszliśmy. Do leja po bombie. Jaka to musiała być bomba, żeby wyrwać w ziemi dziurę tak
wielką, że można było spędzić w niej pół dzieciństwa? Były dni, kiedy w ogóle nie wychodziliśmy na powierzchnię. Siła rażenia wyrwy w ziemi skończyła się dopiero wtedy, kiedy ją zasypano, a na jej miejscu powstał nowy blok. Taki sam jak inne bloki, z takimi samymi ludźmi
(wtedy wszyscy wyglądaliśmy tak samo). A może tylko mi się wydaje, że lej był bardzo duży?
Pamięć jest jak ruda małpa – płata figle.
Szliśmy, maszerowaliśmy i Duduś pytał jak zawsze:
– O czym będzie? O czym będzie?
A ja, jak zawsze, odpowiadałem:
– Poczekajcie. W leju, w leju.
Czytałem im duże fragmenty, dobrane tak, żeby mieli wrażenie, że poznali całość. I wszystko było jak zawsze, do momentu, kiedy skończyłem czytać, już prawie w ciemności. Lej przestał być lejem i zamienił się w zatokę łez. Myślałem, że zaraz znajdziemy się na powierzchni ziemi, że jakimś cudem woda z tych łez uniesie nas w górę i popłyniemy ławą do bloku.
Wracaliśmy po zmroku, z daleka było słychać zachrypnięty głos mamy Dudusia. Ale Duduś nie odpowiadał, milczał. A w domu słyszałem, jak na niego krzyczy, i pyta, czemu milczy jak zaklęty.
O czwartej rano Duduś wyskoczył z okna. Obudził mnie głuchy odgłos uderzającego o ziemię ciała. Gdyby nie jego matka, która uparła się, by mieszkać na pierwszym piętrze, nie wyżej, karetka nie miałaby do kogo pędzić. W szpitalu nie stwierdzono żadnych poważnych urazów ciała, Dudusiowi brakowało tylko jednego szczegółu – końcówki języka. Odgryzł ją sobie
przy upadku. Po powrocie ze szpitala Duduś nie był już „Dudusiem”, stał się „Kluską” – bo
odtąd mówił tak, jakby miał kluskę w ustach.
Skończyło się dzieciństwo, czas nacisnął na pedały. Ukończyłem szkoły, zacząłem pracować, a potem wyjechałem z kraju, na długo. Po powrocie zauważyłem, że miasto, choć nie ruszyło się z miejsca, posunęło się bardzo daleko do przodu, aż do samej Europy. Nawet bloki przestały wyglądać tak samo, choć wcale nie wiem, czy musiały aż tak bardzo się upodabniać do klocków Lego.
Próbowałem odnaleźć Kluskę, ale było trudno. Jedni mówili, że wyjechał, drudzy, że siedzi w więzieniu. Znalazłem go dopiero wczoraj. Tak, wczoraj, naprawdę! I to przypadkiem.
Byłem w szpitalu w Koźlu, u mamy, a ona powiedziała mi, że na intensywnej leży „chyba ten
cały wasz Kluska, ten, co kiedyś z okna wyskoczył”. Przypomniała sobie jego nazwisko, kiedy usłyszała, jak pielęgniarki mówiły, że „Widoniak to kwestia paru dni, ile można żyć na jednym płucu z rakiem i ostrym zapaleniem”. Wszedłem do jego sali, na łóżku leżał starszy, łysy
i gruby pan. Powiedziałem „cześć, Duduś”, a on popatrzył na mnie i twarz mu się rozjaśniła
tak, jakby ktoś nagle odsłonił wszystkie okna. I powiedział:
– Szszczcz ochoch e.
Co? Nie domyślacie się? Posłuchajcie jeszcze raz:
– Szszczcz ochoch e.
Już wiecie? Nareszcie, jasne! Powiedział: „Jeszcze trochę”.
A teraz już chodźmy stąd. Chodźmy, bo robi się ciemno.
Zanzibar, luty 2011
Opowiadanie pochodzi z tomu ORWO. Antologia.
Wydawnictwo FORMAT
biuro: ul. Przyjaźni 34f/1u, 53-015 Wrocław
tel. 71 339 71 68, 71 339 47 01, [email protected]
layout: julitagielzak.com
ilustracja: Patryk Mogilnicki
wydawnictwoformat.pl
Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej o naszych książkach, otrzymywać nasz newsletter,
korzystać z promocji cenowych, odwiedzaj naszą stronę: www.wydawnictwoformat.pl

Podobne dokumenty

format książki - Wydawnictwo Format

format książki - Wydawnictwo Format powieści dla dorosłych i lekkie (ale zdecydowanie „myślące”) teksty dla młodych odbiorców. Po nagrodzie Nike najpierw wydał „Nussi i coś więcej” (z ilustracjami Adama Wójcickiego), potem „Księcia w...

Bardziej szczegółowo