nu m er - i.pewu

Komentarze

Transkrypt

nu m er - i.pewu
28
ISSN 1732-9302
20.11.2006
Zrób to sam / Targi Stypendiów Zagranicznych 2006 / Poeta na Politechnice /
Fenomen kiczu / Otoczeni przez ściany i słupy / Moda jak z lumpeksu / Gospel /
„I.pewu” poleca / Powrót trupa, kosmos i totalna katastrofa / Je m’appelle Emmanuelle
/ Układ politechniczny otwarty
numer
Zrób to sam 3
Spis
Treści
Wstępniak
Lato przyszło dość późno, gwałtownie i niespodziewanie, bijąc na łeb ilością Celsjuszy jakiekolwiek inne odnotowane w kraju lato, wypalając ziemię i lasy, rozpalając ciała i zmysły. Długo też nie
chciało się poddać, a wyprowadzone w błąd kasztany zakwitły raz jeszcze. Amnestia?
Po najcieplejszym lecie w historii zostało już jedynie kilka wspomnień, 867 zdjęć zrobionych nową
cyfrówką, mapa znaleziona na szlaku, smak morza
w ustach i piasek w kąpielówkach.
Przyszła jesień. Liście spadły z drzew. Zdjęcia
powędrowały do albumów. Kartki z wakacji wylądowały w szufladzie. Nieopalone części ciał coraz
mniej kontrastują z opaloną resztą. To chyba znak,
że pora wrócić do codzienności.
My również wracamy- po wielu przygodach- z numerem o kiczu, campie i innych „złych” wytworach
naszej kultury. Życzymy przyjemnej lektury.
Chętnych zaś, którym nie wystarczy tylko czytanie, zapraszamy do współtworzenia pisma- szczegóły z tyłu.
W Studenckim Kole Przewodników
Beskidzkich nauczysz się, jak dobrze
zorganizować każdy wyjazd. O kursie
przewodnickim.
Targi Stypendiów
Zagranicznych 2006 4
Gdzie wyjechać, jak załatwić
formalności, jakie trzeba spełnić
wymagania- wszystkiego dowiesz się 28 i
29 listopada podczas tegorocznych TSZ
Poeta na Politechnice 6
Krzysiek Fornalski przyznaje, że zapowiadał się na dobrego humanistę.
Wybrał jednak studia na Politechnice. To jednak nie przeszkadza mu w
byciu poetą.
Fenomen kiczu 8
Dlaczego kicz tak drażni? Bo jest lichy, tandetny, spłyca najważniejsze treści,
służy tylko rozrywce i pozornemu poczuciu szczęścia. Ale problem tkwi w
tym, że potrzebujemy go.
Otoczeni przez ściany i słupy 10
Billboardy, reklamy, neony, bannery- wszechobecne świadectwo naszego
coraz bardziej konsumpcyjnego stylu życia.
Moda jak z lumpeksu 11
Refleksja nad współczesnymi trendami w modzie.
ADRES KORESPONDENCYJNY:
CRS, ul. Waryńskiego12, 00-631 Warszawa, z dopiskiem [i.pewu]
Gospel 12
Czyli dobra nowina.
tel./faks: (022) 234 91 05
e-mail: [email protected]
www.ipewu.pw.edu.pl
REDAKCJA:
„I.pewu” poleca 13
Recenzje książkowe, filmowe i teatralne
Redaktor Naczelny: Agata Burczyńska PR: Maciek Falkowski Sekretarz
Redakcji: Karolina Zarębska Dział Graficzny: Adam Jeziorski Fotografia: Jacek
Jermakowicz, Bartek Michalski Korekta: Weronika Abramczuk, Marzena
Cieślik Marketing: Małgorzata Janikowska Redakcja: Asia Andrysiak,
Monika Goszczyńska, Małgorzata Janikowska, Marcin Jeżo, Andrzej
Curkowski, Darek Giska, Maciek Falkowski, Weronika Abramczuk, Ada
Łoniewska, Natalia Gierymska, Piotr Proczek, Adam Surmacz, Wiktor
Powrót trupa, kosmos i totalna katastrofa 16
Umarłą żonę nad jej trumną żegna mąż i grupa przyjaciół. W parę chwil
później również mąż jest martwy – zrozpaczony rzucił się pod koła
samochodu. Potem giną jeszcze dwaj grabarze oraz inspektor policji, który
przybył na cmentarz, by tajemniczą śmierć dwóch poprzednich wyjaśnić.
Sułkowski
PRODUKCJA:
Wydawca: Samorząd Studentów Politechniki Warszawskiej
Druk: Instytut Poligrafii Politechniki Warszawskiej
Naświetlarnia: Studio Beta
Papier: Amber Graphic 100g/m² - Arctic Paper S.A.
Je m’appelle Emmanuelle 17
Sztuka, której dziełem był ten obraz, zwykle zaliczana jest do kultury „złej”
lub z potępieniem nazywana kiczowatą. Jeśli artysta
kiczem epatuje świadomie, wtedy jego dzieła określa się jako campowe.
Układ politechniczny otwarty 19
O współpracy Plusa i PW słów kilka
intensywny. Można powiedzieć, że to drugi
fakultet.” Rzeczywiście, nauki jest sporo, a
kilka weekendów i dwie przerwy w nauce
zajęte przez kurs są obciążeniem. Wycieczki
nie należą do najlżejszych. Wędruje się
dużo, aby maksymalnie wykorzystać
czas spędzony w górach i sprawdzić się
w niecodziennych warunkach – ot, uroki
kursu górskiego.
W takim razie, po co się w to
pakować?
Kurs oznacza zdobycie wspomnianych
umiejętności, ale nie tylko. „Poza tym, a
może przede wszystkim, ten rok to świetna
zabawa, a także okazja do poznania nowych
ZRÓB TO SAM
W Studenckim Kole
Przewodników Beskidzkich
nauczysz się, jak dobrze
zorganizować każdy
wyjazd. Czy to wyprawa
górska, wypad na rowery
czy podróż w nieznane.
Początek kursu już w
październiku!
radzenia sobie z niebezpieczeństwami
w górach, organizacji i planowania,
komunikacji z grupą, pierwszej pomocy.
Okazją do tego są wyjazdy tematyczne
– około dziesięciu podczas całego kursu.
Zwykle są to wycieczki weekendowe, ale
mają miejsce także trzy dłuższe: obóz
zimowy (w czasie ferii akademickich),
wiosenny (podczas długiego weekendu
majowego) i tzw. przejście letnie,
dwutygodniowy intensywny obóz-egzamin
w czasie wakacji.
W czasie roku akademickiego, w
niemal każdy piątek wieczorem na Dworcu
Wschodnim można zobaczyć grupkę
młodych ludzi z plecakami. Wsiadają
do pociągu jadącego na południe,
w sobotę rano wysiadają gdzieś w
Beskidach i wyruszą w góry – jest to kurs
przewodników górskich.
Instruktorami są przewodnicy SKPB
posiadający uprawnienia państwowe do
prowadzenia grup w Beskidach. Posiadają
oni doświadczenie przewodnickie z
wyjazdów w Karpaty (m. in. Ukraina i
Rumunia) jak i w góry świata. Wszyscy
członkowie Koła pracują społecznie
– SKPB nie zarabia na prowadzeniu kursu.
Wydatki, które ponoszą kursanci, to głównie
materiały szkoleniowe i wyjazdy.
Trochę faktów
W październiku rozpoczyna się kolejny
kurs przewodnicki warszawskiego SKPB,
klubu górskiego o pięćdziesięcioletniej
tradycji. Członkowie Koła organizują rajdy
i wyprawy zarówno w polskich Beskidach,
jak i w całych Karpatach oraz innych
pasmach górskich. Zanim jednak do tego
dojdzie, trzeba skończyć kurs.
Przez rok kursanci (głównie studenci
warszawskich uczelni, w większości
Uniwersytetu Warszawskiego i Politechniki
Warszawskiej) uczą się szeregu
umiejętności praktycznych związanych
z przewodnictwem: orientacji w terenie,
Raz w tygodniu kursanci spotykają
się na wieczornych zajęciach, gdzie
poznają teorię dotyczącą radzenia sobie w
górach oraz prowadzenia grupy, historię,
etnografię i geografię Karpat, a szczególnie
Beskidów Wschodnich (Beskidu Niskiego
i Bieszczadów). Znajdzie się też miejsce
na wiadomości o wyznaniach i narodach
występujących na tym terenie, o sztuce
ikony i innych, pokrewnych tematach.
„Rok, a tak naprawdę dziesięć miesięcy,
to krótki czas na naukę przewodnictwa” –
mówi Tomek Smykowski, świeżo upieczony
przewodnik. „Dlatego kurs musi być
ludzi. To często przeradza się w długoletnie
przyjaźnie” – mówi Wojtek Makarewicz,
kursant SKPB. Zamiłowanie do gór silnie
przyciągają ludzi do siebie nawzajem.
Motywacje do rozpoczęcia kursu są
różne. Niektórzy zaczynają tylko po to,
by mieć okazję do wyrwania się w góry.
Inni szukają ciekawych przygód lub
ludzi. A potem ich wciąga i kończą jako
przewodnicy, zaangażowani w życie Koła.
Są oczywiście ludzie, dla których wyraźnym
celem jest od początku prowadzenie
innych i zarażanie ich pasją do gór. Trzeba
pamiętać, że kurs jest także solidnym
przygotowaniem do egzaminu państwowego
na przewodnika beskidzkiego III klasy.
Może to być pierwszy krok do poważnego
zajęcia się turystyką.
Wielu ludzi orientuje się w pewnym
momencie, że kurs nie jest dla nich. Mimo
to, często zostają w kręgu kursowych
przyjaciół i ludzi z SKPB, jeżdżą na rajdy i
inne imprezy. Są też tacy, którzy potrzebują
przerwy. Zaletą kursu jest elastyczność
– przerwaną naukę można podjąć mniej
więcej w tym samym miejscu, na którym się
zatrzymało.
No to na co jeszcze czekać?
Właśnie! Wejdź na stronę SKPB :
www.skpb.waw.pl . Tam znajdziesz więcej
informacji o tegorocznym kursie 2006/7,
a także relacje i zdjęcia z poprzednich
oraz zaproszenie na wiele imprez
organizowanych przez Koło.
Marek Cichy
Wśród wielu studentów
wciąż panuje przekonanie,
ze wyjazd w ramach stypendiów zagranicznych
jest możliwy tylko dla tych
bogatszych i trzeba przejść
długą drogę zanim zostanie
się zakwalifikowanym. Targi Stypendiów Zagranicznych pozwalają zmienić tą
opinię i przybliżyć studentom szczegóły dotyczące
aplikowania na stypendia,
niezbędne do załatwienia
formalności, spełnić wymagania językowe.
Program obejmował zarówno prezentacje
na Małej Auli Politechniki Warszawskiej, jak
i odczyty w salach wykładowych. W Auli
odwiedzający studenci mieli okazję zebrać
wiele materiałów informacyjnych i ulotek
prezentujących się organizacji. Wtedy też
swoją premierę miał „Informator o wymianach zagranicznych” wydany przez Samorząd
Studentów PW, który zawiera najważniejsze
informacje na temat wyjazdów w ramach
programu Sokrates Erasmus oraz wzmianki o
innych programach edukacyjnych: programie
Leonardo da Vinci, Programie Młodzież,
Erasmus Mundus czy JRC (Joint Research
Centre). Podczas odczytów można było
poznać szczegóły dotyczące ofert konkretnych
fundacji czy uczelni.
Targi Stypendiów Zagranicznych mają
także na celu ukazać studentom szerokie
możliwości, jakie oferują im zagraniczne
uczelnie oraz organizacje przyznające stypendia. Najbardziej interesującymi ofertami dla
studentów Politechniki Warszawskiej mogą
pochwalić się: Narodowa Agencja Programu Socrates – Erasmus, British Council,
Niemiecka Centrala Wymiany Akademickiej
(DAAD), EduFrance, Polsko – Amerykańska
Komisja Fulbrighta, Przedstawicielstwo Szkół
Zagranicznych PERFECT, GFPS Polska – Stowarzyszenie Naukowo – Kulturalne w Europie
mickiej (DAAD) jest wspólną organizacją
niemieckich szkół wyższych. Jej zadaniem jest
wspieranie współpracy z uczelniami zagranicznymi przede wszystkim poprzez wymianę
studentów i naukowców.
- EduFrance stworzono w celu promowania francuskiego szkolnictwa wyższego na
całym świecie i ułatwienia studentom wszystkich narodowości zorganizowanie pobytu we
Francji
- Polsko – Amerykańska Komisja Fulbrighta oferuje m. in. stypendia badawcze
przed doktoratem (Junior Fulbright Advanced Research Grants), stypendia studenckie
(Graduale Student Awards), letnie programy
(Study of the U.S. Institutes), stypendia na wykłady (Fulbright – University of Washington
Lectureship Award) i wiele innych
- Przedstawicielstwo Szkół Zagranicznych
PERFECT jest polsko – australijską spółką
organizującą głównie wyjazdy edukacyjne
do Australii, zapewniającą kompleksowe
przygotowanie wyjazdu oraz obsługę w Polsce
i Australii
- GFPS Polska – Stowarzyszenie Naukowo
– Kulturalne w Europie Środkowej i Wschodniej przyznaje polskim studentom stypendia
naukowe w wybranych ośrodkach uniwersyteckich Niemiec
- Vilnus Gemidas Technical University
Środkowej i Wschodniej, Vilnus Gemidas
Technical University. Poniżej znajdują się
krótkie opisy tychże organizacji:
- Narodowa Agencja Programu Socrates
– Erasmus, to obecnie najbardziej znana międzynarodowa organizacja oferująca wymiany
zagraniczne. Umożliwia studentom z Europy
odbycie części studiów na uczelni w innym
europejskim kraju oraz zaliczenie wyjazdu do
okresu studiów na uczelni macierzystej.
- British Council, to brytyjska instytucja
działająca na rzecz współpracy kulturalnej
i oświatowej. Obejmuje ona informowanie
o możliwościach studiowania i uczenia się
języka angielskiego w Wielkiej Brytanii, organizowanie brytyjskich egzaminów językowych
oraz nauczanie języka angielskiego.
- Niemiecka Centrala Wymiany Akade-
jest uczelnią, która oferuje wiele programów
studiów w języku angielskim dla studentów
zagranicznych.
Spore zainteresowanie ze strony studentów
skłoniło organizatorów do kontynuowania
przedsięwzięcia w roku 2005 oraz 2006.
Tegoroczne Targi odbędą się w dniach 28 – 29
listopada i mają być projektem o większym
zasięgu. Fundacje oraz zagraniczne uczelnie zaprezentują na Dużej Auli swe oferty
dla studentów kierunków technicznych. W
programie przewidziany jest cykl seminariów,
których ogólna tematyka będzie bezpośrednio
wiązała się z wyjazdami na studia za granicę.
Ponadto organizatorzy przewidzieli liczne nagrody, które mają zachęcić do aktywniejszego
udziału studentów w Targach.
STYPENDIUM
DLA KAŻDEGO
W listopadzie 2004 roku po raz pierwszy
odbyły się na Politechnice Warszawskiej Targi
Stypendiów Zagranicznych zorganizowane
przez Samorząd Studentów PW. Głównym
celem przyświecającym organizatorom było
zwiększenie zainteresowania studentów
zdobywaniem wiedzy poza granicami kraju
i rozpropagowanie idei mobilności – swobodnego wybierania miejsca studiowania.
Odbycie choć jednego semestru na uczelni
zagranicznej to okazja nie tylko do poznania
ciekawych osób lecz także niepowtarzalna
możliwość efektywnej nauki języka obcego,
poznania odmiennej kultury oraz porównania standardów nauczania w danym kraju z
polskim systemem edukacyjnym. Wyjazd na
studia to bardzo dobry kapitał przy poszukiwaniu zatrudnienia, już po ukończeniu nauki.
Sam przyznaje, że
zapowiadał się na dobrego
humanistę. Ostatecznie
wybrał jednak zgłębianie
nauk ścisłych. Krzysztof
Fornalski jest studentem
IV roku studiów na
Wydziale Fizyki PW. Nie
byłoby w tym niczego
niezwykłego, gdyby nie
to, że od kilku lat zajmuje
się również poezją. Za
swoje wiersze otrzymał
nagrodę publiczności
na Grudniowym
Artystycznym Przeglądzie
Akademickim GAPA
2005. Czekając na kolejne
wyróżnienia, rozmawiamy
z Krzyśkiem na temat jego
twórczości i tego, co go
inspiruje w studenckim
życiu.
dodał, że jeszcze lubię poezję... Na szczęście
najbliżsi znajomi wiedzą, że jestem
zwariowany!
Kiedy zacząłeś pisać wiersze?
Mój pierwszy wiersz powstał w 1996 roku,
był to sonet „Samotne drzewo”. Pamiętam,
że polonistka była zachwycona i dostałem
szóstkę. Na początku traktowałem pisanie
jak zabawę. Chowałem rymowanki do
szuflady. W podstawówce startowałem w
konkursach recytatorskich, a w IV klasie
liceum otrzymałem dyplom w pierwszym
„poważnym” konkursie. Zostałem jednym
z laureatów Ogólnopolskiego Przeglądu
Twórczości Poetyckiej „Rzeźba Słów”
zorganizowanym pod patronatem Michała
Bajora. W zeszłym roku odniosłem
sukces na GAPA. Tak jak inni uczestnicy
wygłosiłem kilka moich wierszy na
wieczorku poetyckim w Kawiarence
Rektorskiej na PW. Mimo tremy, chyba
fajnie się zaprezentowałem, bo zdobyłem
nagrodę publiczności.
W GAPA wzięli udział głównie
studenci PW. Czy to znaczy, że na
uczelni jest tylu poetów?
Rzeczywiście najwięcej osób było z naszej
uczelni. Nagrodę główną, przyznawaną
przez jury, otrzymała osoba z MeiLu, Magda
Duro. Oczywiście można powiedzieć, że
są inni poeci na Polibudzie, choć to trochę
górnolotnie brzmi.
materiałem, żeby móc go używać. Kiedyś
fascynowałem się romantykami, teraz
inspirują mnie W. Szymborska, L. Staff oraz
inni twórcy.
O czym najchętniej piszesz?
Na początku mojej przygody z poezją
pisałem staroświeckie teksty, czego
dowodem są sonety. Potem przeszedłem
do krótkich liryków i obecnie skupiam
się przede wszystkim na wierszu
współczesnym. Podejmuję tematykę
egzystencjalną, piszę o człowieku i jego
problemach. Często pojawiają się w moich
utworach motywy nieskończonej drogi
i lustra. Ten pierwszy jest symbolem
cykliczności życia, drugi to odzwierciedlenie
dwóch światów, ziemskiego i tego nad
nami. Przyznaję, że mam tendencję do
pisania smutnych tekstów, przepełnionych
mrokiem, w których nieomal krew się leje.
Po przeczytaniu mojego utworu „Armia
wybawienia” koleżanka nazwała mnie
nawet „Władcą ciemności”. Z myślą o
moich odbiorcach staram się być bardziej
optymistyczny. Zwykle ludzie mają tyle
zmartwień, że nie potrzebują jeszcze o nich
czytać.
Szukałam w twojej twórczości
motywów typowo studenckich.
I znalazłam, w wierszu „Pustka”
pojawiają się puszki po piwie...
POETA
NA POLITECHNICE
Tak, w końcu o wszystkim trzeba pisać
(śmiech).
Jak powstają twoje teksty?
Wiersz zawsze rodzi się z jakichś emocji.
Piszę nagle, pod wpływem chwili. Po prostu
mnie nachodzi...Pewnego razu obudziłem
Co robi poeta na Wydziale Fizyki?
Wbrew pozorom nie jest to takie dziwne.
Jeśli poczytasz biografie wielu fizyków, to
zobaczysz, że jeden z nich zajmował się
malarstwem, inny pisaniem lub muzyką.
Zamykając się w jednej dziedzinie,
przestajemy się rozwijać w innych. Nie chcę
mieć klapek na oczach, więc interesuję się
różnymi sprawami.
Dla wielu ludzi uprawianie poezji
to zajęcie anachroniczne. Czy
spotykasz się z taką opinią?
Niestety dość często tak bywa, dlatego
nie mówię wszystkim, czym się zajmuję.
Chętnie rozmawiam o poezji z osobami,
które wykazują nią zainteresowanie. Nie
stanę na piedestale i nie będę ogłaszał, kim
jestem. Wystarczy, że wywołuję zdziwienie,
kiedy na pytanie, jaki kierunek studiuję,
odpowiadam, że fizykę. Często słyszę: „Jak
można studiować coś takiego?” Gdybym
A ty jak siebie nazywasz?
Gdy ktoś nazywa mnie poetą, nie protestuję.
Jednak sam o sobie tak nie myślę. Według
mnie za poetę możemy uznać jedynie osobę
wykształconą w kierunku literackim. A ja
przecież jestem fizykiem.
Jak zareagowali wykładowcy na
twoje wyróżnienie?
Z tego co wiem, mówiono o mnie na Radzie
Wydziału. Podobno wykładowcy ucieszyli
się, że nagrodę otrzymał student wydziału.
Potem na korytarzu jeden z profesorów
przystanął i pogratulował mi, co było
bardzo sympatyczne.
Czy kiedykolwiek myślałeś o tym,
żeby zmienić kierunek i rozpocząć
studia polonistyczne?
Nie. Jedyne co robię, aby rozwijać moje
zainteresowanie literaturą piękną, to
czytam utwory innych. Muszę obcować z
się nad ranem po imprezie. Leżąc jeszcze
w łóżku, napisałem na poduszce „Sufit”.
Mam taką zasadę, że nigdy nie poprawiam
swoich utworów. Jeśli nie mam pomysłu na
ich zakończenie, to trudno, zostają urwane.
Nie mogę dokończyć tekstu później, bo
i emocje będą inne. Wszystko zależy od
odpowiedniego momentu. Potrafię w jeden
wieczór napisać kilka wierszy, a potem przez
pół roku żadnego.
Czy zdarzyło Ci się napisać wiersz
dla kogoś?
Napisałem kilka utworów dla pewnej
dziewczyny, ale były zbyt intymne i nie
odważyłem się ich nikomu pokazać, nawet
adresatce. Na pewno nie chciałbym, żeby
wszystko, co stworzyłem, ujrzało światło
dzienne.
Czy planujesz wydać tomik?
Cóż, planować zawsze można. Na razie
mam na swoim koncie jedynie dwa
poważne wyróżnienia. Żeby znaleźć
wydawcę, muszę postarać się o następne
sukcesy. Wysłałem już swoje wiersze na
kilka innych konkursów, zobaczymy, jak mi
pójdzie.
Rozmawiała: Natalia Gierymska
Krzysztof Wojciech Fornalski- ur. w
1983 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim.
Obecnie jest na V roku studiów na Wydziale
Fizyki PW. Swój pierwszy wiersz napisał
już w 1996 roku, ale za datę rozpoczęcia
poważnej przygody z poezją należy uznać
rok 2000. Początkowa jego twórczość
skupiała się wokół formy klasycznej,
głównie sonetu, która dalej ewoluowała
w krótkie liryki, by obecnie skupić się na
wierszu współczesnym. Autor jest laureatem
I Ogólnopolskiego Przeglądu Twórczości
Poetyckiej „Rzeźby słów” zorganizowanego
w 2002 roku pod honorowym patronatem
Michała Bajora we Włocławku. Także
zdobywcą poetyckiej nagrody publiczności
na Grudniowym Akademickim Przeglądzie
Artystycznym GAPA 2005. Występował
także na 54. Nocy Poetów w PKiN w
Warszawie.
„Dom”
Pośród kart dziecinnych
W pamięci szufladach
Stoi
Z daleka zamglony
Dumny piękny strojny
Stoi
I z bliska zamglony
Razi wadzi płonie
I boli
/2004 r./
„Każą”
Każą
Być pięknym
Każą
Być mądrym
Wpatrzeni w Wielki Biceps
Kłaniają się Młodości
Śpiewają
Litanię Jędrnej Skóry
Każą
Być idealnym
Gdyś ułomny
Karzą...
/2004 r./
„Przyśniłeś się”
Przyśniłeś się, wytliłeś się
Liściu gładki, ptaku rzadki,
Diable czarny, strachu marny,
Smutku wszelki, płaczu wielki,
Mózgu trupi, wierszu głupi
Przyśniłeś się, wytliłeś się.
/2001 r./
„Kołysanka”
Śpij
I nie myśl więcej
Śnij
O dobrym świecie
Idź
Tą swoją drogą
/październik 2005 r./
„Świat”
Urodziłeś się
I wychowałeś
Patrzyłeś nań codziennie
Bawiłeś się
I radowałeś
Na nim, z nim i przy nim
Patrzysz i dziś
Przez zdjęcia stare
I okno twego domu
Kreujesz go
Myślami swymi
Opowieściami przodków
Dumasz i myślisz
Marzysz codziennie
Jak ulepszyć, upięknić
By żyć beztrosko
We własnym raju
Wyśnionej arkadii
Otwierasz oczy
Widzisz go całym
Od brzegu po krańce
Patrzysz nań dzisiaj
Przez telewizor
Na krew, łzy, na szańce...
Międzysłowia też ujrzałem
Nawet własne cudzysłowy
Wpadło słowo przez otwarte okno
Wpadło szybko, nieostrożnie
Zbiło moją ulubioną szklankę
I ugrzęzło gdzieś w doniczce
Nieproszone tu wyrosło
Bez nawozu i bez wody
W suchej jak donica klatce
W sercu twardym niczym kamień
Czuję, jak kiełkuje żywo
Puszcza pędy, latorośle
I przepełnia mnie nadzieją
Na kolejne twoje słowo
/2006 r./
„Złote lata”
W zakamarkach mej pamięci
Pomieszanej z wyobraźnią
Kwiaty kolorami błyszczą,
Chmury wiatr po niebie pędzi.
Złota kropla na listeczku
Rannej rosy nieskalanej
Tańczy w słońcu, skacze, śmieje,
Tworzy siłę, nowe dzieje,
Nowe kwiaty, nowe chmury,
Nowe łąki, nowe drzewa,
Niezdobyte jeszcze góry,
Nieodkryte jeszcze lądy.
Czy jej blask mnie tak olśniewa?
Czy jej piękno i prostota
Daje siłę i nadzieję,
Nowe plany, horyzonty?
Czy to siła wyobraźni
Tworzy przyszłość na przeszłości
Pomieszana z mą pamięcią,
Tak jak drzewa wśród zarośli?
Czy ta siła, złota kropla
Rannej rosy nieskalanej,
Czy jest z deszczu? Może z gradu?
Może to śmiech? A może łza?
„Nie domknąłem okna”
Złota kroplo na listeczku
Rannej rosy nieskalanej!
Byłaś zawsze, bądź w przyszłości!
Zraszaj drogę mą codziennie!
Wpadło słowo przez otwarte okno
Z twoich ust rzucone szybko
A ja z lękiem się ocknąłem
Z monotonni codzienności
Bo to moje złote lata
Złotą kroplą nasycone
W zakamarkach mej pamięci,
W wyobraźni mego świata.
I widziałem każdą z liter
Każdą kropkę i przecinek
/2006 r./
/3.IX.2004 r./
„Publiczność to
masa, której należy
się przypodobać,
ponieważ ona żyjąc
pozwala innym żyć.
Najpewniejszym źródłem
oddziaływania na masę
jest dostarczanie jej
masy różnego pokarmu,
z którego każdy coś
dla siebie wybierze.
Publiczność ta nie
przywykła do wyższych
wartości; jej gusty
zaspokajają kolorowe
obrazki, źdźbło prawdy
zmieszane z masą błędu i
błazeństwo obok rozumu
i namiętności; ale nade
wszystko przyciąga ją
zwykły obraz pospolitego
ludzkiego życia, które
każdy przeżywa, ale
niewielu tylko przeżywa
świadomie. Nie zdobyciu
sławy u potomności, ale
zabawie współczesnych
służyć ma sztuka
zgodnie z dyrektywami
tej praktycznej filozofii
kultury.”
Powyższe słowa, choć napisane przez
Goethe’go we wstępie do „Fausta” 200 lat
temu, są aktualne także dzisiaj. Bo tłumaczą
fenomen kiczu.
Słów kilka o słowie kicz
Kicz (z niem. kitsch - lichota, tandeta,
bubel) to „dzieło” o miernej wartości,
schlebiające popularnym gustom, które w
opinii krytyków sztuki i innych artystów
nie posiada wartości artystycznej. Kicz jest
określeniem silnie pejoratywnym i często
kontrowersyjnym. To, co dla jednych jest
kiczem przez innych może być uznane za
wartościową sztukę. Określenie to powstało
ok. 1870 r. w monachijskich kołach
malarskich i pierwotnie dotyczyło tylko
obrazów.
W 2004 roku angielskie słowo „kitsch”
zostało uznane przez firmę Today
użyteczność danego przedmiotu; dodać
należy, że jest to użyteczność chwilowa,
bo w przeciwieństwie do XIX-wiecznych
produktów - trwałych i solidnych, w
przedmiot z przełomu XX i XXI wieku
wpisane jest na stałe zużycie. Z drugiej
strony dochodzi do apologii gadżetu
- elementu, którego wygląd ma większe
znaczenie niż użyteczność. Wobec tego
społeczeństwo konsumpcyjne będzie
utrzymywać, że: „każdy bezużyteczny
przedmiot, jaki powstaje, jest funkcjonalny”.
Dochodzi również do sakralizacji kiczu
- kicz zaczyna być uznawany za syndrom
nowej epoki w sztuce, „nagromadzenie” zaś,
tak dla niego charakterystyczne, staje się
wartością samą w sobie.
Najczęściej kicz kojarzy nam się ze
złym smakiem, brakiem gustu. Kiczowate
są krasnale ogrodowe i inne podobne
FENOMEN
KICZU
Translations za jedno z najtrudniejszych do
przetłumaczenia angielskich słów. Zostało
ulokowane na 10. miejscu. Jako ciekawostkę
dodam, że na liście najtrudniejszych do
przetłumaczenia słów ze wszystkich języków
świata na trzecim miejscu jest polskie słowo
– radiostukacz, które obecnie już i tak nie
funkcjonuje.
Sztuka wysoka jest passe?
Kicz bazuje na powielaniu stereotypów,
posługuje się szablonem, który ktoś kiedyś
już wykorzystał, i co ważne, odniósł sukces,
czyli najprościej rzecz ujmując – kicz
powiela na ogromną skalę sprawdzone
schematy.
Abraham Moles w książce „Kicz, czyli
sztuka szczęścia” przedstawia sytuację
społeczeństwa przełomu XIX i XX wieku:
jednostka zmęczona jest już sztuką wysoką,
potrzebuje odrobiny przyjemności,
dobrego samopoczucia, dlatego zaczyna się
otaczać przedmiotami, które najogólniej
można by nazwać kiczowatymi. Chwilowe
„rządy” ascetyzmu, który wiązał z
przedmiotem tylko jedno znaczenie - jego
funkcjonalność - zastąpiła już w drugiej
połowie XX wieku etyka konsumpcyjna.
Z jednej strony nadal kładzie się nacisk na
im akcesoria o charakterze pseudozdobniczym, sztuczne kwiaty- piękne i
zarazem praktycznie niezniszczalne. Obrazy
przedstawiające zachód słońca czy jelenie na
rykowisku. Muzyka disco-polo. Można by
jeszcze długo wymieniać rzeczy, zjawiska,
produkcje, które ewidentnie niemalże
każdemu z nas kojarzą się z kiczem.
Prawdopodobnie skupilibyśmy się na tym,
co jednoznacznie utożsamiamy z kiczem, co
nie może być niczym innym. Trzeba jednak
zdać sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach
wszystko właściwie może być uznane za
kicz.
Kicz jako bunt
Kiczowatość bywa świadomie
wykorzystywana przez wybitnych artystów
jako forma przekornej wypowiedzi,
tworzonej na przekór „akademickim
standardom”, pokazująca, że często
zaliczanie czegoś do kiczu jest raczej
wyrazem arogancji kulturowej niż
obiektywną oceną artystyczną. Jednym
z pierwszych przejawów tego rodzaju
podejścia do sztuki był dadaizm. Podejście
to jest najbardziej widoczne w sztuce zwanej
pop-artem, którego najwybitniejszym
przedstawicielem był Andy Warhol.
Podobny nieco charakter posiada też
kierunek sztuki zwany hiperrealizmem.
Współcześnie, elementy tego rodzaju
podejścia są widoczne wśród ludzi
związanych z muzyką techno.
Kultura masowa, która nastawiona jest
tylko i wyłącznie na zysk, nie dając nic
odbiorcy otrzymuje od niego to, co dla
niej najcenniejsze - pieniądze. Szukając
coraz nowszych rynków zbytu, wytwarza
coraz prymitywniejsze towary, opatrzone
nadmierną ornamentyką, która ma
zatuszować wszelkie niedostatki. Ciągle
upraszczając i tak już nieskomplikowane
formy, tworzy kolejne odmiany kiczu.
Kicz ten rzadko bezpośrednio kole w
oczy jak ludowe makatki czy grube na
centymetr złote kolie na szyjach dzianych
dorobkowiczów, jest czasem nawet tak
zakonspirowany, iż ciężko go dostrzec.
4 zasady kiczu
Moles wyróżnił 4 zasady, którymi
kieruje się kicz: zasada niedostosowania,
kumulacji, przeciętności i komfortu.
Zasada niedostosowania istnieje w każdym
przedmiocie, jest to pewna dewiacja, czyli
stałe odchylenie w stosunku do funkcji
jaką dany przedmiot winien pełnić.
Zasada kumulacji to takie wypełnianie
pustki za pomocą nadmiaru środków,
nakładanie się religii i różnych kultur czyli
znany nam doskonale eklektyzm. Zasada
przeciętności polega na tym, że ze względu
na nagromadzenie środków i przedmiotów
„na pokaz” kicz znajduje się wpół drogi
do wolności, przeciwstawiając się jednak
awangardzie i pozostając sztuką masową.
Proponuje on siebie jako system. Ze
względu na swoją przeciętność wywołuje
on wrażenie autentyczności, swojskości i
powoduje uśmiech pobłażania. Odbiorca,
próbujący ocenić kicz czuje się od niego
wyższy. Zasada komfortu odnosi się do
dobrego samopoczucia, małego dystansu
i przeciętności wymagań, a prowadzi
do łatwej akceptacji i zwiększa zatem
zapotrzebowanie na komfort, które
w dużym stopniu zaspokaja. Cechuje
się ładnymi kolorami i percepcyjną
spontanicznością.
Święta bez Kevina?
Kicz zawsze charakteryzuje
się nagromadzeniem elementów
powierzchniowych, pozbawionych
charakteru funkcjonalnego. Jest obliczony
na natychmiastowe dotarcie do odbiorcy,
często wykorzystuje wątki silnie
zabarwione sentymentalnie. Bo czy na
przykład można sobie wyobrazić Boże
Narodzenie bez „Kevina samego w domu”
(albo w Nowym Jorku)? Denerwujemy się,
że telewizja co roku powtarza te same filmy,
a jednak miło nam się robi na duszy, gdy
patrzymy jak mały Kevin sprytnie kpi sobie
z dwóch głupkowatych złodziejaszków.
W pewnym sensie kolejne obejrzenie
tych samych przygód Kevina staje się
dopełnieniem rytuału świątecznego. I
tak, poprzez skojarzenia sentymentalnofamilijne, kicz zostaje nobilitowany do
bycia elementem ceremonii.
Kicz jest nam potrzebny
Dlaczego kicz tak drażni? Bo jest
lichy, tandetny, spłyca najważniejsze
treści, służy tylko rozrywce i pozornemu
poczuciu szczęścia. Ale problem tkwi w
tym, że potrzebujemy kiczu, nie umiemy
bez niego żyć, na stałe wpisał się w
naszą rzeczywistość: „kicz jest bowiem
zasadniczo estetycznym systemem
komunikacji masowej.”
Gatunki bezpośrednio związane
z telewizją, która obok Internetu jest
najważniejszym środkiem komunikacji
masowej, takie jak telenowela, teleturniej,
sitcom, serial sensacyjny, reality-show
są powszechnie akceptowane przez
masy, o czym świadczy ich wysoka
oglądalność; równocześnie realizują zasadę
przeciętności charakterystyczną dla kiczu:
„osiągają autentyczną fałszywość oraz
wywołują niekiedy pobłażliwy uśmiech
odbiorcy, który w momencie, kiedy zaczyna
je oceniać, czuje się od nich wyższy”.
Oglądając serial telewizyjny widz
zaspokaja potrzebę nowych podniet
estetyczno-intelektualnych, może
„przeżywać” tragedię bohaterów lub
rozkoszować się doznaniami seksualnymi
o jakich marzy (podczas oglądania filmów
erotycznych). Pozostając w domu, może
brać udział w teleturnieju, i podbudować
swoje ego, gdy udaje mu się prawidłowo
odpowiadać na zadawane pytania.
Jednocześnie nie naraża się na publiczne
wyśmianie w razie błędnej odpowiedzi.
Może wreszcie zobaczyć niby-realny
świat i niby-prawdziwych ludzi, którzy są
tacy, jakich chciałby widzieć. To poczucie
komfortu, jakie daje telewizja, powoduje,
że staje się ona często „najlepszym
przyjacielem człowieka” - pocieszy,
poinformuje, dowartościuje, a może
nawet nagrodzi (gdy nam się poszczęści w
„Audiotele”).
Studenci zafascynowani kiczem,
zapytani o to, czemu go lubią odpowiadają:
„kicz uwielbiam za jego ryzykowność,
balansowanie na krawędzi dobrego smaku
i tandety. Umiejętnie stosowany poprawia
humor. Jest przyjemny dla oka.”, „kicz to
różowe okulary dla szarej rzeczywistości”,
„kicz jest wesoły, nie ma w nim codziennej
nudy, jest w nim natomiast wiosenna
wesołość”. A więc korzystajmy z wiosennej
wesołości kiczu! Może warto sobie kupić
jakiś kiczowaty gadżet, aby po prostu
uprzyjemnić sobie prozę życia?
Weronika Abramczuk
10
OTOCZENI PRZEZ...
ŚCIANY I SŁUPY
Znajdują
się wszędzie.
Jesteśmy przez
nie otoczeni. Na
każdym kroku
polują na naszą
uwagę. Atakują
na osiedlach,
wzdłuż dróg, na
przystankach i
w budynkach. A
jednak nie dajemy
się osaczyć. Mimo
największych
starań ich
autorów, zwykle
zbywamy
je jednym
spojrzeniem.
Czasami przez
przypadek
zauważymy, że
proponują coś
ciekawego, po
promocyjnych
cenach. Billboardy, reklamy i banery,
bo o nich tutaj mowa, są w pewien
sposób portretem dzisiejszych czasów,
zwierciadłem, w którym odbija się
konsumpcyjne społeczeństwo.
Niektórzy sądzą, że
billboardy pojawiły się w
Polsce razem z początkiem
gospodarki rynkowej.
Jednak starsi pamiętają
namalowane na ścianach
reklamy banku PKO, czy
Totalizatora Sportowego.
Ich pastelowe kolory
i odrealnione slogany
doskonale kontrastowały
z szarą rzeczywistością,
będąc swoistym panaceum
na nieciekawy świat. Wtedy
były czymś ciekawym,
jednak obecnie nie można
o nich powiedzieć nic
innego, jak to, że były
kiczowate. Dzisiajsze
banery reklamowe,
zajmujące każdą wolną
powierzchnię, stały się
naturalnym elementem
miejskiego krajobrazu.
Krzykliwe kolory,
zróżnicowane kształty
przekazujące zaskakujące
treści i coraz dziwniejsze
formy, wymyślone w pocie
czoła przez copywritterów
i skomponowane przez
grafików w pracowniach
firm reklamowych mają
jeden cel – przekazać
odpowiednio zakodowaną
informację. Tysiące metrów
kwadratowych ścian
pokrytych odpustowymi
obrazkami, setki słupów
stojących w pobliżu dróg
sugerują, namawiają, wręcz
każą kupować pralki w
kredycie 0%, kosmetyki
reklamowane przez
znanych ludzi, czy coraz
bezpieczniejsze i szybsze
samochody. Efekty pracy
przemysłu reklamowego na
nowo tworzy architekturę
miast. Zależnie od
lokalizacji, billboardy mogą
niszczyć kunsztownie
zaprojektowany
przez urbanistów
układ przestrzenny,
odwracając uwagę od
jego najważniejszych
elementów. W innych
warunkach, szybko i często
zmieniające się, wnoszą
choć nieco świeżości w
bezgraniczne hektary
blokowisk. Czasem zdarza
MO
DA
się nawet, że dopiero po
zasłonięciu jakiejś ściany,
okolica wygląda lepiej,
straszący zaniedbaną
i obdrapaną z farby
elewacją budynek w kilka
chwil nagle się odmienił.
Wszystko zależy od formy
i rodzaju zamontowanej
reklamy, czy jest
odpowiednio dobrana do
otoczenia, czy też nie.
Czy się chce tego,
czy nie, niemożliwym
wydaje się zmiana
dawno obranego kursu.
Zajmująca wszelkie
możliwe płaskie i pionowe
miejsce, reklama stała się
naturalnym elementem
krajobrazu miasta. Czasem
takie billboardy stają się
charakterystycznymi
punktami na mapie
każdego mieszkańca
poruszającego się po
określonej okolicy,
przywołując różne, czasami
przecież także przyjemne,
uczucia.
Adam Surmacz
Idę ulicą i się potykam, rozdzieram jeansy, ścieram kolano, załamana przychodzę na
Polibudę, a znajomi krzyczą „Ale masz wypasione spodnie!”. Myślę „Ale o co chodzi?”
robiąc przy tym niewyraźną minę i dziwiąc
się ich zachwytem co do mojego „idealnego
rozdarcia”. Wszystko staje się jasne, gdy kilka
dni później wybieram się na zakupy. . . Boże,
chyba samoobrona wraz z ligą opanowały też
modę – myślę.
Wielość sklepów jakie nas otaczają narzuca wielość i różnorodność rzeczy, które
moglibyśmy w nich zakupić, niestety jedynie
w marzeniach, bo rzeczywistość jest bardziej
szara. W oddali, za mgłą przebija się klasyka,
jednak nad wszystkim górują teraz brak gustu
w parze z lumpeksiarstwem. Gdzie czystość
formy i prostota, gdzie szyk i elegancja? O
zgrozo, na wszystkich wieszakach to samo,
podarte i pościerane spodnie, pogniecione
i powyciągane bluzki, postrzępione i nie
wykończone ubrania, niczym odwirowane i
wyjęte wprost z pralki. Wszędzie spódnice do
kolan z wielkimi haftami, kwiatami, koronkami, wiszące kolczyki na pół twarzy, torebki
i koszulki jak z szafy mojej babci. A moda
męska to już totalna katastrofa. Jeśli masz
ochotę być chłopakiem niczym z „filipinki”
to gratulacje jesteś szczęściażem, bo 99%
sklepów oferuje właśnie taką odzież. Człowiek
ma ochotę kupić coś fajnego, przeznacza na
to niemałą sumę pieniędzy, a tu towaru brak,
tylko „ocet” został na półkach jak za czasów
PRLu. Chodząc po centrach handlowych,
czuję się jak w ciucholandzie z napisem „nowa
dostawa używanych ubrań z USA” – porażka.
Ciekawa jest specyfika całości zjawiska, gdyż
kicz spowszedniał i zrobił się wszechobecny,
tracąc tym samym swą bezcenną indywidualność. Już nie jest fajny i oryginalny, już nie
zachwyca i ciekawi, robi się tendencyjny i
szpanerski. Niczym blond pasemka i baleiage.
Nie dziw, że wszystkie kobiety wyglądają tak
samo, skoro idąc do sklepu, ma się duży wybór-szkoda, że wciąż w tym samym. Nie dziw,
że mężczyźni zazwyczaj nie mają stylu skoro
sklepy oferują jedynie badziew i tandetę.
Gohus
11
12
GOSPEL EURO
Gospel – angielskie
słowo oznaczające
dobrą nowinę, czyli
Ewangeilię. Pochodzi od
staroangielskiego „God’s
spell’ czyli Boże słowo,
Jego nowina. Ten radosny
i pełen nadziei gatunek
pieśni wiary wywodzi się
od chrześcijan , którzy
mało mieli powodów do
świętowania tkwiąc w
niewoli u swych białych
braci w Chrystusie.
Niewolnictwo w Afryce istniało
jeszcze przed przybyciem białych, ale
podobnie jak w czasach biblijnych
nadawało niewolnikowi często status
członka rodziny. Biali natomiast pory­wali
Afrykańczyków z kontynentu i skazywali
ich na nieludzkie warunki transportu.
Niektórzy usprawiedliwiali to twierdząc,
że nawet największy ucisk jest lepszy od
okrucieństwa pozo­stawiania ich w stanie
pogaństwa i pozbawienia ich możliwości
zbawienia.
Właściciele niewolników w
Ameryce uważali za swój obowiązek
chrystianizowanie swych ludzi. Niewolnicy
w Ameryce słuchali głównie kazań opartych
na wersecie „słudzy bądźcie posłuszni
swoim panom” (Kol 3:22). Biblia cała jest
jednak księgą przesiąkniętą wolnością
lub krzykiem o wyzwolenie. Pełna jest
historii wyjścia z Egiptu, Mojżesza,
Daniela i niewoli babi­lońskiej, Chrystusa
– wykupiciela ludzi!”
Nietrudno było zidentyfikować swoje
tak trudne położenie z opowieściami
biblijnymi. Ode­rwani od ziemi, domów
i wolności w swych pieśniach wyrażali
pokrewieństwo dusz z Izraelita­mi. Śpiew
dawał wolność. W wielu pieśniach wyrażali
przekonanie, że Bóg zrobi to samo dla nich,
co dla uprowadzonego Izraela.
Niemożliwość mówienia wprost sprzyja
poezji, aby zamaskować przesłanie, lecz
też odkryć nieoczekiwane symboliczne
możliwości znaczeń. Także wiele z pieśni
spirituals oprócz dosłownego znaczenia
religijnego mogło opowiadać całkiem
inną historię. Przez lud Boży, czyli
Izrael rozumiano niewolników. Mojżesz
to wyzwoli­ciel, czasem Nat Turner przywódca powstania niewolników. Egipt
lub Babilon reprezentował Południe, a
piekło oznaczało głębokie Południe. Faraon
symbolizował właściciela niewolników.
Rzeka Jordan była rozumiana jako
rzeka Ohio lub inna pomiędzy stanami
północnymi a południowymi. Morze
Czerwone było skojarzone z Oceanem
Atlantyckim. Dom, Kanaan, czy Ziemia
Obiecana oznaczać mogły: Afrykę, wolne
stany lub Kanadę.
Kapitanowie statków niewolniczych
nie zdawali sobie sprawy, że Afrykańczycy
porozumiewali się przez pieśni jak i
przez rytmy. Konkretny rytm mógł być
sygnałem do buntu. Wiedziano, że w Afryce
posługiwano się bębnami do komunikacji,
stąd wszelkie instrumenty perkusyj­ne
zostały w pewnym momencie zakazane.
Zamiast tego rytmy były wykonywane
stopami, na podłogach swoich chat
lub w tańcu. W ten sposób posyłano
wiadomości na sąsiednie plantacje. Niektóre
pieśni używano by przekazać konkretny
komunikat. Te o wolności mogły oznaczać
pragnienie i plan ucieczki na północ, do
Stanów, w których nie było niewolnictwa.
Pieśni spirituals i gospel opowiadają
historię ludu Bożego, uniwersalną dla
wszystkich ludzi przez swoje przesłanie
biblijne. Zawiera też historię swego ludu
„my people”, ich przeszłości oraz dążenia do
wolności i sprawiedliwego traktowania. Jest
to doświadczenie tej żywej grupy i jest to ich
„historia święta”. My, śpiewający te pieśni
dziś nie powinniśmy pomijać kontekstu
historycznego ludzi, od których ta muzyka
wyszła. Pamiętając zaś i rozumiejąc o wiele
głębiej uczestniczymy.
Alina Krajewska.
Opracownie Roman Bator
EUROCITY
Komedia Alek(Z Przemyśla do Przeszowy)
sandra Fredry,
Aleksander Fredro
wyreżyserowana
Reżyseria: Andrzej Łapicki
przez Andrzeja
Scenografia: Łucja Kossakowska
Łapnickiego,
Teatr Polski
powstała na podCzas: 1 h 20 min
stawie zachwytu
wprowadzonym
ówcześnie, nowym środkiem lokomocji,
jakim była kolej. Niespełna półtoragodzinna
„podróż”, jaką odbywamy w Teatrze Polskim
KSIĘŻY
PARK
Coś skłoniło mnie, by przed rozpoczęciem lektury “Księżycowego parku” przeczytać krótką notkę na skrzydle obwoluty.
Wymienia ona książki Ellisa i kończy się
zdaniem: “Nieżonaty, nie ma dzieci ani
zwierząt”. Zwróciłem na nie uwagę, bo
wydało mi się zupełnie zbędne. Myliłem się
bardzo.
Koncepcja powieści jest ciekawa. Oto
czytamy historię o... Brecie Eastonie Ellisie!
Historię z początku całkiem prawdopodobną: sukces pisarski, sława, nowobogackie
życie, uzależnienie od narkotyków. W końcu
kłopoty ze zdrowiem zarówno fizycznym jak
i psychicznym. A później szansa na nowe
życie - żona, dzieci, dom na przedmieściach.
I pies. W perspektywie notki z obwoluty
łapiemy wreszcie, że to nie pamiętnik Ellisa,
lecz fikcyjne opowiadanie. I w samą porę...
Akcja zawiązuje się w momencie przeprowadzki głównego bohatera. Nagle ktoś
zaczyna dokonywać morderstw w ten sam
sposób, w jaki Ellis (który wciąż pozostaje na wpół realną postacią) opisał w jego
najgłośniejszej książce “American Psycho”.
Później zachodzą pewne absurdalne wydarzenia, które przypominają opowiadania
pisane przez Breta w wieku dziecięcym. Z
drugiej strony jego nieżyjący ojciec wysyła
mu “puste” e-maile a dom zaczyna coraz
bardziej przypominać posiadłość rodziny
Ellisa. To wszystko tworzy niesamowity
świat “Księżycowego parku”.
OCITY
pokazuje, jak społeczeństwo przyjęło możliwość zamiany potocznej bryczki na ogromną, szybką i „parującą” maszynę. Podróż, jak
i sposób jej odbywania zmieniły się diametralnie. Znaczne odległości pokonuje się w
zdecydowanie krótszym czasie, najczęściej
wśród obcych, poznanych dopiero w trakcie
jazdy – osób, których obecność nierzadko
powoduje różnorakie, mniej lub bardziej
śmieszne sytuacje. W naszym przedstawieniu okoliczności takich wydarzeń pozna-
13
jemy na poszczególnych stacjach podróży,
kiedy w kawiarenkowych dworcowych poczekalniach, bohaterowie „dzielą” się z nami
relacjami, jakie ich natenczas łączą. I dodać
należy, relacjami na każdej kolejnej stacji
drastycznie odmiennymi.
Należy też dostrzec jeszcze nieco inne
podłoże tej komedii, które stara się nam
również chyba zasugerować nasz najwybitniejszy komediopisarz. Otóż pokazuje
społeczeństwo, którego życie mknie i mknie
wespół z tą „nowoczesną” lokomotywą w
chaosie, kłótniach, zgodach. Ta nowoczesność, za którą często gonimy, postępuje
nadal, ale może w tej naszej życiowej podróży, warto sobie również czasem zrobić mały
przystanek. Może czasem przydałoby się
„wysiąść”, jak zrobili to niektórzy nasi boha-
terowie, może należałoby na chwile się zatrzymać, by nie ominęło nas coś ciekawego,
a może po prostu całkiem zmienić kierunek
swojej wędrówki..
Podsumowując, jest to lekki i przyjemny
spektakl dla nieco może nudzących się.
Z pewnością jednak starannie wyreżyserowany i z dobrą grą aktorską, ale czy w
dzisiejszych czasach właśnie takiego czegoś
oczekujemy? Ja nie podejmę się ocenić. Niemniej ani nie odradzam, ani tez specjalnie
zachęcam do obejrzenia.. :)
W przedstawieniu występują m.in.
Olgierd Łukaszewicz, Zuzanna Lipiec, Arkadiusz Głogowski, Małgorzata Lipmann,
Michał Maciejewski
el proczo
“SKANDALISTA
YCOWY WOJACZEK” BRET EASTON
ELLIS
Obok tego istnieje świat zupełnie realny:
kłopoty Breta w relacjach z synem, ciągoty
w stronę narkotyków, romans z jedną ze
studentek, praca nad kolejną powieścią. I
życie na bogatych przedmieściach, które
przytłacza i jednocześnie przeraża głównego
bohatera - z powodu wszystkich uprzejmości koniecznych względem sąsiadów, naszpikowywania dzieci lekami psychotropowymi,
i wizytami u psychoanalityków.
W pewnym momencie granica między
tymi stronami zaciera się, a świat staje na
głowie.
Język powieści jest bardzo przystępny
i współczesny. Myślę, że za 20 czy 30 lat
część motywów stanie się niezrozumiała dla
czytelników (bo kim dla nich będzie Harry
Potter? albo David Duchovny pojawiający
się na jednym z przyjęć?), jednak obecnie
ugruntowuje to mocno świat przedstawiony
wśród tego, co spotykamy na ulicy czy w
mediach.
Powieść ciągnie się przez 400 stron i
można śmiało uznać, że zmieściłaby się w
połowie tej objętości. Mimo tego, wstawki
czynione przez Ellisa, zbędne względem
fabuły, tak pochłaniają uwagę czytelnika, że
objętość ulega zapomnieniu a książkę kończy się w 2-3 dni. I choć ciężko doszukiwać
się w niej głębszych treści, to na deszczowe
dni nadaje się idealnie.
Wydawnictwo: Rebis
Krzysztof Grudnik
STANISŁAWA SROKOWSKIEGO
W połowie lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku pojawił się
we Wrocławiu nikomu
nieznany młody poeta
z Mikołowa, który swoim debiutem wstrząsnął
polską sceną literacką.
Spowodował wiele skandali i naraził się wielu
czynnikom. Wyskakiwał przez
okna, pisał wiersze na plecach swoich
kobiet, ciął sobie żyły, nacinał twarz i
nieustannie prowokował otoczenie. A
przede wszystkim gorszył tradycyjnych
czytelników nową, odważną, wręcz
heretycką metaforyką i obscenicznością. Wyrąbywał nową ścieżkę w polskiej
Literaturze.
Srokowski znalazł motywy jego
gorszących zachowań. Dał oryginalną i
zaskakującą wykładnię etyczną jego drogi
życiowej, a także obnażył kulisy śmierci.
Znalazł nowe dokumenty i nowych świadków. Książka Srokowskiego może okazać się
książką wręcz sensacyjną. Po raz pierwszy
ujawnia bunt poety w więzieniu, a także
zachowania konfidentów wobec Wojaczka
i środowiska literackiego. Poznajemy też,
co poeta czytał i o czym z przyjaciółmi
rozmawiał, czego się bał i jak reagował na
strach. Jaki był dla swoich kobiet i jaką
rolę odegrała w jego życiu miłość. A także
jak dziewczyny Wojaczka były o niego
zazdrosne. Dowiemy się też, jak Wojaczek
po śmierci stypendia dostawał. I dlaczego
pewien znany poeta boi się o Wojaczku
mówić. A przede wszystkim dowiemy się,
jaką szkołę interpretacji wierszy zastosował
autor wobec poezji Wojaczka.
Stanisław Srokowski - “Skandalista Wojaczek”, “Światowit” Izba Wydawnicza, 2006
14
PECUNIA NON
OLET?
Bardzo współczesna
sztuka Cezarego
Harasimowicza jednego z najlepszych
PECUNIA NON OLET?
(Pieniądze nie śmierdzą?)
Cezary Harasimowicz
Reżyseria: Wojciech Malajkat
Scenografia i kostiumy: Ewa i Andrzej
Przybyłowie
Teatr Syrena
Czas: 1 h 50 min, 1 przerwa
Teatr Tańca
Zawirowania jest
jedynym stałym teatrem
tańca w Warszawie.
Zespół składa się
z solistów Teatru
Wielkiego oraz tancerzy
tańca współczesnego
polskich scenarzystów,
i ściśle współpracuje z
wyreżyserowana przez
Polskim Teatrem Tańca
Wojciecha Malajkata. W
Ewy Wycichowskiej w
sposób sarkastyczny i
Poznaniu. Wyjeżdża na
komediowy porusza kilka
występy do Berlina, Pragi
aktualnych problemów,
i na Kretę. W budynku Starej
Prochoffni powstają autorskie spektakle,
których zadaniem jest opowiadanie o
m.in. bezrobocia
„DLA KONE
wśród humanistycznej
inteligencji, która by jakoś
przetrwać, utrzymać
siebie, rodzinę i nie polec
Żadna praca nie hań-
w obecnej rzeczywistości,
bi- każda męczy zawsze.
ima się coraz to
ciekawszych zajęć.
Ciekawszych, a zarazem niespodziewanie
i kusząco intratnych. Szybkie pieniądze,
jak to bywa przeważnie, niosą za sobą
różne niespodzianki i co ważniejsze konsekwencje. I tak nasz główny bohater
- Adam (Piotr Polk), wplątuje się w dobrze
znane na naszym „podwórku” afery
polityczno-biznesowe. O ile jednak te realne
kombinacje ludzi „władzy” powodują u
nas bardziej poczucie frustracji, o tyle na
sztuce Harasimowicza będziemy się tylko
dobrze bawić, a pojawienie się killer-a
(Jacek Pluta) zza wschodniej granicy, jeszcze
tylko to wzmocni. Oczywiście nie należy
się spodziewać poważnej odpowiedzi na
przecież całkiem słuszne i ponadczasowe
pytanie, ale.. wszakże nie o to tu nawet
chodzi.
Doborowa obsada! Występują: Wojciech
Malajkat/Jan Jankowski, Gizela Bortel,
Zwłaszcza ta nielubiana.
Grażyna Wolszczak/ Małgorzata Pieczyńska,
Hanna Śleszyńska.
Co kryje się pod „śmierdzącym” niejako
tytułem i komu „prawo i sprawiedliwość
nie przepuści”, przekonajcie się sami, bo
warto. Jasne, że niekiedy można by pokusić
się o inteligentniejszy i celniejszy dowcip,
ale i tak będziecie zadowoleni. Ogólnie
świetna okazja do zapewnienia sobie bardzo
przyjemnego wieczoru. Radzę się jednak
spieszyć, bo bilety podobno nie zalegają w
kasach..
el proczo
Szczęśliwym człowiekiem
zwany jest ten, kto realizuje się w interesującym go
zawodzie. W pewnym momencie
życia trzeba zadać sobie „to” bardzo ważne pytanie: „Co lubię w życiu robić?”. Tak
przynajmniej radzi kultowy, polskojęzyczny
bohater z filmu o chłopakach, co podobno
nie płaczą. Idąc jego tropem... Co lubi robić
Kevin Smith? Otóż kontrowersyjne, niekomercyjne filmy.
I wychodzi mu to wyśmienicie. „Clerks
– Sprzedawcy” został nakręcony już ponad
dziesięć lat temu, a kolejne klatki filmu
coraz mocniej przybliżały nam skomplikowane postacie dwóch cynicznych pracowników sklepu Mini-mart. Dante i Randal- bo
15
emocjach przy pomocy ruchu. Liderką
zespołu jest Elwira Piorun, solistka
Teatru Wielkiego, która przez kilka lat
występowała w teatrach baletowych w
Niemczech. Tańczyła wiele solowych ról,
zajmuje się choreografią. Teatr prowadzi
działalność edukacyjną – od tego roku
odbywają się całoroczne warsztaty, których
spodziewanym efektem będzie spektakl
wieńczący pracę młodych tancerzy.
Teatr jest organizatorem Festiwalu
Teatrów Tańca Europy Środkowej
Zawirowania, odbywającego się co roku
w czerwcu – tegoroczna edycja odbyła się
od 22 do 30 czerwca w Starej Prochowni.
Wydarzenie to gromadzi w czasie
tygodniowego przeglądu teatry tańca z
Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Białorusi
dając im rzadką możliwość spotkania i
konfrontacji dokonań artystycznych. Teatry
porównują swoje doświadczenia, nawiązują
znajomości, które mogą zaowocować
ciekawymi projektami artystycznymi.
Festiwal ma także na celu popularyzację
współczesnego teatru tańca, dziedziny
nieznanej w naszym kraju szerszej
publiczności. Kilkudniowe warsztaty
prowadzone przez instruktorów wielu
rodzajów tańca współczesnego, zażarte
dyskusje, całodniowe próby. Świat wirujący
TEATR TAŃCA
ZAWIROWANIA
od tańca.
„W stronę światła... z zawiązanymi
oczami”, trzeci spektakl Teatru Tańca
Zawirowania przy Starej Prochowni, po
„Przytul mnie” i „Jeśli kochasz zabij” jest jak
poprzednie, próbą opowiadania za pomocą
ruchu o emocjach. Przedstawia historię
współczesnej tancerki, która mdlejąc
przenosi się w czas pomiędzy jawą a snem,
gdzieś na pograniczu XIX i XX wieku.
Lęki, skrywane emocje personifikują się
w postaciach kobiety i mężczyzny, którzy
stają się jej przewodnikami, otwierają drzwi
do innego świata. Świata zbudowanego
z marzeń, tęsknot, przeczucia śmierci
ludzi, którzy już kiedyś, gdzieś w odległej
epoce przeżywali podobne problemy.
Nagromadzone emocje związane z
codziennym stresem wykonywania zawodu
tancerki nie dają się już powstrzymać. Nie
wiadomo, czy po tak głębokim wejściu
w swoje uczucia będzie możliwy jeszcze
powrót do codzienności. Ale pobyt w tym
nierealnym świecie zbyt dużo kosztuje.
Jedynym wejściem jest dążyć w stronę
światła, mimo że z zawiązanymi oczami.
Klasyczna muzyka w połączeniu z
żywiołowym tańcem współczesnym
sprawiają, że opowieść głównej bohaterki
trafia bezpośrednio do widza nie
potrzebując przy tym pośrednictwa słów.
Spektakl został zaprezentowany
na tegorocznej edycji poznańskiego
festiwalu Malta oraz na Festiwalu Teatru
Niezależnego na Krecie.
„W stronę światła... z zamkniętymi
oczami”
Premiera: 23 kwietnia 2006
o nich mowa- sarkastyczni dwudziestolatkowie z minimalistyczną wizją swojego
miejsca w hierarchii społecznej, zdawali się
być po kres swych dni niereformowalnymi,
zblazowanymi prześmiewcami. Sequel owej
czarno-białej, tak wulgarnej jak intrygującej
komedii, odpowiada na wiele pytań tych,
którzy zastanawiali się nad przyszłością
owych uroczych na swój sposób obiboków
(a czy byli tacy w ogóle?).
Przy pomyślnych wiatrach każdy z nas
będzie kiedyś o dziesięć lat starszy. Jak dobrze pójdzie, to nawet nie raz. Druga część
komedii Smitha przedstawia dylematy człowieka po trzydziestce, który najbardziej wydajne chwile swej młodości wykorzystał na
irracjonalne spory z najlepszym przyjacielem, udowadniając mu wyższość „Gwiezdnych Wojen” nad „Władcą Pierścieni” czy
„Transformersami”. Ich poprzednie miejsce
pracy, „Mini Mart” strawiły płomienie, a
Dante i Randal znaleźli wygodne posadki
w jednej z sieci restauracji fast- foodowej.
Losy ich przyjaźni stają przed trudnym
wyzwaniem. Obydwaj muszą się zmierzyć
z czającym się na nich od dłuższego czasu
demonem– dojrzałością. Dante zamierza
poślubić Emmę, przyjaźń z menadżerką
restauracji Becky nabiera intrygujących
rumieńców, a Randal w perspektywie wyjazdu kumpla, z którym spędził najpiękniejsze
chwile młodości, czuje, że traci grunt pod
nogami. Robi się zabawnie(?)...
Powyższy znak zapytania odnosi się do
specyficznego poczucia humoru, w którym
rozsmakowuje się reżyser filmu. Otóż w
jednym z wywiadów radośnie zakomunikował, iż udało mu się jeszcze dalej przesunąć
granicę żartu. Problem w tym, że nie wiem,
czy to dobrze. Ten, kto widział pierwszą
część filmu, czy też „Dogmę”, rozumie moje
zafrasowanie. Ale to nie wszystko. Nie dość,
że niektóre z żartów są mocno żenujące, to i
tak się z nich śmiejemy, co powoduje jeszcze
większe zakłopotanie widza. Jeżeli jesteś w
stanie wytrzymać taką oto huśtawkę nastrojów, to być może dotrwasz do końca seansu
(a miejscami nie jest to łatwe). Chociaż
biorąc pod uwagę scenę finałową, w której
czynny udział bierze niewinny osioł, do kin
na powyższy film zapraszam ludzi gotowych
na wszystko. Fanów Jaya i Cichego Boba.
Koneserów.
ablalahala
ESERÓW...”
„Clerks – Sprzedawcy 2”
Scenariusz i reżyseria: Kevin Smith
W rolach głównych: Kevin Smith,
Jason Mewes, Rosario Dawson, Brian
O’Halloran, Jeff Anderson, Jason Lee
USA 2006
Czas trwania: 97 minut
16
Kiedyś w telewizji widziałem czechosłowacki western dla dzieci. Pamiętam
jedną scenę – do pełnego rozbawionych kowbojów saloonu wchodzi postawny szeryf. W środku dym, rozgardiasz i rozpusta. Nie oglądając się na nikogo,
z kapeluszem zsuniętym na czoło, szeryf podchodzi do barowej lady, siada na
POWRÓT TRUPA,
KOSMOS I GLOBALNA
KATASTROFA
wysokim stołku i milczy. Po chwili
zauważa go barman i wywiązuje się
krótki dialog w języku czeskim: Co
podać? – pyta barman, a postawny
szeryf unosi głowę znad kontuaru.
Szklankę mleka, proszę – odpowiada
szeryf. W saloonie zapada cisza... Czechosłowacki film podsu-
wa parę ważnych wątków – nieudolna powaga, powtarzany banał i
ostentacyjna sztuczność.
W „Notatkach o kampie” Susan Sontag – cytując „Vera, albo nihiliści” Wilde’a – mówi, że „życie jest zbyt poważną sprawą, aby o niej
mówić poważnie”. Sontag przewrotnie jednak w artykule tym jako
własną przedstawia postawę, która polega na umiłowaniu jednego z
oblicz artystycznej powagi – powagi chybionej.
Współczesny dandys – twierdzi Sontag – jest w pewnym sensie
anty-dandysem. O ile bowiem dawniej estetyczne wyrafinowanie polegało na wynajdowaniu tego, co dla wielu niedostępne, o
tyle dziś chodzi raczej o obcowanie z przedmiotami masowymi.
Współczesnego masowego odbiorcę od anty-dandysa dzieli jednak
przepaść – sam sposób przeżywania pospolitej kultury, dla większości niedostępny. Co więcej, chociaż mówi Sontag o pewnym
umiłowaniu pospolitości, to jednak nie każda pospolitość może być
w ten sposób umiłowana. Tylko niektóre filmy, powieści, meble,
czy radiowe przeboje potrafią dostarczyć współczesnemu dandysowi estetycznej przyjemności. Chodzi tu o przedmioty „tak złe,
że aż dobre” – przy czym „tak złe” nie oznacza tu wcale: najgorsze,
najbrzydsze, czy najbardziej nieudane. Na odróżnienie tego, co po
prostu złe, od tego, co „tak złe” pozwala tylko niepospolita wrażliwość anty-dandysa. Z dandysem dawnym łączy go więc to, że ma
niezwyczajny smak.
Nakręcony w 1959 roku Plan 9 from outer space uznawany jest za
najgorszy film w historii. Reżyser, Ed Wood, początkowo obstawał
przy innym tytule: Hieny cmentarne z kosmosu, który nieporównanie lepiej koresponduje z fabułą. Jednak pierwotny tytuł przepadł
pod naciskiem ze strony producenta i sponsora. Faktem jest, że filmowi niewiele to pomogło – Plan
9 from outer space ostatecznie nie
wszedł do kin.
Fabuła nie jest prosta. Film rozpoczyna się od pogrzebu. Umarłą
żonę nad jej trumną żegna mąż
i grupa przyjaciół. W parę chwil
później również mąż jest martwy
– zrozpaczony rzucił się pod koła
samochodu. Potem giną jeszcze
dwaj grabarze oraz inspektor policji, który przybył na cmentarz, by
tajemniczą śmierć dwóch poprzednich wyjaśnić. Wszyscy oni nie są
jednak dla filmu straceni - martwi,
z wyjątkiem dwóch grabarzy, powracają jako żywe trupy.
Powracają jednak niesamodzielnie. Zadziwiająco ludzcy i biegle
władający angielskim przybysze z
kosmosu, za pomocą specjalnych
pistoletów, wskrzeszają umarłych,
by posłużyć się nimi w walce z
Ziemianami. Ponieważ pokojowe
negocjacje z amerykańskim rządem poniosły fiasko, kosmici użyć
muszą siły. Przeciw ludziom wystawić chcą umarłych.
Po co jednak kosmici atakują
Ziemię? Nasza planeta nie jest im
potrzebna - przylecieli jedynie
ze strachu. Ludzkość zbliża się
bowiem, jak twierdzą, do wynalezienia „solarnitu” – potężnej
broni, przez samych kosmitów już
odkrytej, która pozwala zniszczyć
wszechświat. O ile w rękach kosmitów „solarnit” nie jest niebez-
pieczny, o tyle zła natura ludzka
nie pozwoli używać go pokojowo.
Szef dwuosobowej załogi kosmitów
– kapitan Eros – przedstawia katastroficzną wizję, zgodnie z którą
niebawem po odkryciu „solarnitu”
ludzkość wysadzi w powietrze
Słońce i cały wszechświat przepadnie. W nagraniu podesłanym
Ziemianom kapitan Eros zapytuje
słuchaczy retorycznie: „How can
any race be so stupid?”.
Na samym początku oraz w
finale na ekranie pojawia się ubrany w garnitur mężczyzna, który
wprowadza w historię i komentuje,
co zaszło. Ostatnie jego słowa
brzmią tak: „Niegdyś śmialiśmy się z
wozów bez konia, z samolotu, telefonu, elektrycznego światła, witamin,
radia, a nawet telewizji! Teraz
niejeden z nas śmieje się z kosmosu.
Boże pomóż nam... w przyszłości!”.
Już w tym fragmencie zarysowuje
się krytyczna dwuznaczność, czyli
rozdarcie między zamierzoną powagą a nieuniknioną porażką.
Stare filmy wyzwolone są z
treści – uwolnione od ważności
moralnej, albo społecznego odniesienia. Gdy Maciek Chełmicki
podpala kieliszki z wódką nie
do końca wiadomo już, czy są to
znicze na grobach dziadów i pradziadów – może być tak, że bohater
„Popiołu i diamentu” w legendarnej scenie już tylko zachwyca. Na
tym też polega czasowe zwycięstwo stylu nad treścią, zwycięstwo
estetyki nad moralnością. Sontag
17
Pokój w postkomunistycznym słowackim pensjonacie, w którym zdarzyło mi
się mieszkać podczas tegorocznych ferii
zimowych, miał bardzo ciekawy wystrój.
Oto na ścianie nad moim łóżkiem, wisiał obraz przedstawiający górską dolinę,
oświetloną różową łuną zachodzącego
słońca, nad którą górowały ostre, niedostępne szczyty, skryte w chmurach. Pośrodku
niej zaś wił się błękitny, górski strumyk, ocieniany przez rozłożyste,
soczyście zielone drzewo. Widok był wprost oszałamiający. Brakowało tylko dopełnienia, jakby dominanty kompozycyjnej, którą na
tego rodzaju obrazach zwykle stanowi jelonek. W tym wypadku
mówi, że „czas wydaje dzieło sztuki
kampowej wrażliwości”, a chodzi
jej po prostu o to, że z biegiem
czasu rzeczy stają się mniej ważne.
Powiedzmy inaczej: tracą ważność, dzięki czemu mniej się nimi
przejmujemy i wreszcie zaczynamy
zabawę.
Sontag zauważa też, że nie tylko
czas wyzwala z treści - podobnie
nieudolna powaga. Gdy ma miejsce
niezgodność poważnego zamiaru
z jego wykonaniem, wtedy niekonieczne jest przeterminowanie, a i
tak zachodzi utrata ważności. Zły
styl – szczególnie niezamierzony
- pozwala treść uczynić zabawną,
nawet jeśli skądinąd wiadomo, że
taka nie jest. Sontag mówi: to, co
poważne obraca się we frywolne.
Dlatego też współczesnemu
dandysowi chodzi przede wszystkim o takie dzieła, których zasadniczym elementem jest chybiona
powaga, a dodatkowym atutem
może być przeterminowanie.
Sontag wspominając secesyjną
lampę, dawną wersję King Konga,
stare komiksy o Flash Gordonie
i damskie ubiory z lat dwudziestych mówi: „Kamp widzi wszystko
w cudzysłowie – nie lampa, ale
<<lampa>>”. Widzenie świata jako
fenomenu estetycznego - i to nie
w kategoriach piękna, lecz sztuczności – właśnie dzięki uzyskaniu
dystansu staje się możliwe.
GL
powinien on pić wodę ze wspomnianego strumyka, stojąc w cieniu
wspomnianego drzewa. Kontemplując podobne obrazy w pokojach
innych uczestników obozu, ze zdziwieniem stwierdziłam, że owego
jelonka nie ma na żadnym z nich. Albo więc brakujące jelenie stadnie zasiedlały obrazy w pokojach dla „lepszych” gości, albo też płodny malarz postanowił stworzyć cykl, którego przedmiotem miało
być poczucie braku. Poczucie braku bowiem rodziło się w umysłach
odbiorców zawiedzionych nieobecnością tak naturalnego w tych
okolicznościach przyrody zwierzęcia.
Sztuka, której dziełem był ten obraz, zwykle zaliczana jest do
kultury „złej” lub z potępieniem nazywana kiczowatą. Jeśli artysta kiczem epatuje świadomie, wtedy jego dzieła określa się jako
campowe. Co jednak z twórcami nonszalanckimi, gwiżdżącymi na
wszystkie kategorie estetyczne i tworzącymi dzieła, które mają się
nam podobać – i to nie tylko po to, byśmy za nie zapłacili, ale też po
to, żeby nas ucieszyć? Ostatnio dzięki uprzejmości kanału Hallmark,
który nie rości sobie pretensji do wyświetlania wyłącznie arcydzieł
pierwszej próby, udało mi się obejrzeć doskonały odcinek Sherlocka
Holmesa. W błyskotliwej scenie wyjaśniającej rozwiązanie zagadki,
następowało zbliżenie na przymrużone oczy, wąskie usta i skupioną
twarz detektywa, na której nieodmiennie malował się triumf. Potem
zwrócono uwagę na detal − przybrudzone buty przestępcy, stano-
JE M’APPELLE
EMMANUELLE
wiące niezbity dowód, który jednak umknął uwadze wszystkich,
poza niezawodnym detektywem. Reżyser spełnił wszystkie moje
oczekiwania, a trzeba przyznać, że był tylko jednym z 220, którzy,
ekranizując Sherlocka Holmesa, postanowili przysporzyć radości
widzom.
Gatunkiem filmowym niejako wyklętym, który z tej racji nie
mógł być zaliczony do sztuki wysokiej, a należy do ulubionych przez
widzów jest erotyk. Pierwsze filmy erotyczne – nieme – powstały
w 1906 roku w austriackiej wytwórni Saturn, niespełna 10 lat po
narodzinach sztuki filmowej. Zobaczyć w nich było można zmysłowe… ramiona, kolana i pantalony odważnych diw. Trzeba przyznać,
że erotyk, jako gatunek, przeszedł sporą ewolucję do roku 1975,
w którym powstał jego klasyk – Emanuelle w reżyserii Francisa
Giacobettiego, z Sylvią Kristel w roli głównej. Była to ekranizacja
powieści Emmanuelle Arsan, a stopień, w jakim własne przeżycia
autorki przełożyły się na perypetie jej alter ego pozostaje nieznany.
Tym razem możemy podziwiać imponująco doskonałe kobiece
ciało w całej okazałości i być świadkami rozkoszy, jakiej przysparza ono swej właścicielce. Obraz jednak nie epatuje wulgarnością,
nie zbliża się niebezpiecznie do granicy filmu pornograficznego.
Przeciwnie, kobiety są tu naturalnie piękne, mężczyźni prawdziwie
przystojni, stroje i wnętrza wysmakowane, a sceny aktów miłosnych nienarzucające się. Scenerię dla przygód tytułowej bohaterki
stanowi tropikalna Tajlandia. Francuski dyplomata wiezie swoją
przybyłą z Paryża żonę ekskluzywnym, jasnożółtym kabrioletem
przez biedne dzielnice Bangkoku, ukazując widzowi cały ich koloryt. Gdy wyzwolona Emmanuelle wybiera się w egzotyczną podróż
z fascynującą i niebezpieczną dziennikarką Bee, zachód słońca, na
tle którego piękne kobiety jeżdżą na słoniach, pływają po tropikalnych rzekach, wspinają się na skały, nie pozostawia w nas miejsca na
poczucie braku. To, co jednak cieszy najbardziej, to ideologia, którą
kierują się bohaterowie. Żony dyplomatów w Tajlandii zabijają nudę
18
grą w tenisa, pływaniem, opalaniem i miłością cielesną bez ograniczeń jakościowych co do
płci i pochodzenia partnerów. Groteskowe są sceny, w których, wstrzemięźliwa z początku,
Emmanuelle jest kuszona przez leżące nad basenem nagie, piękne kobiety. W dodatku mąż
zachęca ją by była wolna − wspaniałomyślnie nie odmawia jej prawa do miłości. Filozofia ta
ucieleśnia się jednak najpełniej na końcu filmu, kiedy podstarzały włoski mistrz erotyzmu
wprowadza Emmanuelle na ścieżkę ostatecznego wyzwolenia seksualnego, która wiedzie
przez kolejne akty miłości z tubylcami, w zgoła nieoczekiwanej dla delikatnej Paryżanki scenerii. W ostatnim kadrze odmieniona bohaterka zmysłowo zamiera przed lustrem w oczekiwaniu nowych przygód – reżyser zmyślnie pozostawił sobie otwartą drogę, by móc cieszyć
widzów kolejnymi częściami ulubionego przeboju.
O wielkiej liczbie kontynuacji przeboju przekonałam się na rogu dwóch warszawskich
arterii komunikacyjnych, gdzie za jedyne 5 złotych mogłam nabyć Emmanuelle-Sekret,
Emmanuelle-Miłość bądź Emmanuelle 4. Właścicielka łóżka polowego i pokupnej kolekcji
płyt DVD przekonywała mnie z dużą werwą, że ta ostatnia to rarytas, gdyż główną rolę gra
w niej znowu boska Silvia Kristel. Przekonana o jej biegłości w temacie postanowiłam przekonać się sama. Reżyser – tym razem Francis Leroi – stanął przed nie lada zadaniem: musiał
sprawić, by, starsza o niemal 10 lat, bogini wolnej miłości okazała się równie pociągająca.
Uciekł się do fenomenalnego tricku – wysłał ją do brazylijskiej kliniki chirurgii plastycznej,
gdzie otrzymała nową twarz i ciało, w realnym świecie należące do modelki Mii Nygren.
Fabuła, która musiała sprostać usprawiedliwieniu tego zgoła nieoczekiwanego zwrotu akcji, stała się wprost fascynująca. Oto bohaterka porzuca Hollywood, zmienia kontynent i
tożsamość, by uciec przed natarczywym
kochankiem. Nie przestaje przy tym zadawać sobie poruszających w swej treści i
formie pytań: czy kobieta może zapomnieć
o swej wielkiej namiętności, czy prawdziwą
miłość można porzucić? Myśli podążającego za nią mężczyzny układają się w zdania
w stylu: Miłość jest jak ptak, który zaciska
swe pazury wokół naszych serc. Nigdy nie
puszcza raz schwytanej zdobyczy. Wielka
namiętność potrafi rozwiać szare chmury
codzienności…
W Brazylii nowe ciało Emmanuelle
musi przejść na nowo edukację seksualną.
Trzeba przyznać, że reżyser czwartej części
okazał się mniej powściągliwy, jeśli chodzi
o ilość i długość aktów miłosnych. Jedyne,
czego jednak nie można mu wybaczyć, to
tego, że nie wszystkie one wynikają z fabuły.
Bo całkiem naturalne jest w filmach tego
rodzaju, że bohaterki, płynące razem łodzią
po gorącej rzece, zaczynają się kochać, kiedy
tylko z niej wysiądą. Zostaje to zasygnalizowane widzowi jedynie przez finezyjny
splot ich długich nóg. Skąd jednak, chwilę
później, biorą się nikomu nieznani kobieta
i mężczyznana modernistycznym fotelu w
dżungli, czy oplatający ich ciała wąż, którego krewny użyczył wcześniej swej skóry
na pantofle − jedyne odzienie kobiety? Na
to pytanie odpowiedzieć mogłaby chyba
tylko obeznana w temacie właścicielka łóżka
polowego w atrakcyjnym punkcie stolicy.
Emmanuelle wynagradza nasze ewentualne
niezadowolenie, podróżując w czwartej
części jeszcze do Gwadelupy, Rio de Janeiro,
Sao Paulo, Walencji, Barcelony i Paryża,
w którym – niezdolna, jak się okazuje, do
ucieczki przed miłością – w nowym ciele
powraca w ramiona dawnego kochanka. Po
drodze odbywa jeszcze duchowy i cielesny
romans ze swoją panią psycholog, której ciało tuż przed pożegnaniem pokrywa złotym
pyłem i pocałunkami.
Cała historia tak
płodnego cyklu filmów o
Emmanuelle zaczyna się
poetycką sceną w paryskim
mieszkaniu bohaterki. Ten
moment chyba najlepiej
wyjaśnia, dlaczego film
zaliczany jest do nurtu artystycznie wysmakowanego
kina erotycznego. Miękkie,
ciepłe światło wkrada się
przez duże okna do przytulnego mieszkania, pełnego łososiowych kwiatów.
Nagle pada na delikatną,
krótkowłosą dziewczynę,
która ubrana u jedwabny
brązowy szlafrok ,wciąga na stopy absurdalne,
czerwone skarpetki. Słowa
i muzyka romantycznej
piosenki przewodniej,
obiecują wyjaśnić nam,
co śpiewa serce, co śpiewa
ciało Emmanuelle. Kto tego
nie wie, niech czym prędzej
podąży na ulicę Świętokrzyską, gdzie właściciel
stolika kempingowego rozstawionego na wysokości
hotelu Warszawa, powinien
mieć jeszcze kilka rzadkich
egzemplarzy Emmanuelle
[1975]. Sprzeda je chętnie,
bez zbędnych słów i z godnością. Wie, że do klasyki
zachęcać nie trzeba.
Asia.A
19