2. Człowiek zwyczajny, duchowy, świadomy swego powołania Jorge

Komentarze

Transkrypt

2. Człowiek zwyczajny, duchowy, świadomy swego powołania Jorge
2. Człowiek zwyczajny, duchowy, świadomy swego powołania
Jorge Mario Bergolio urodził się w czwartek 17 grudnia 1936 roku w rodzinie włoskich
imigrantów, która przybyła do Argentyny w roku 1929 – siedem lat przed narodzinami
przyszłego papieża. Jego ojciec, Mario José Francisco był księgowym, matka zaś – Regina
María Sívori – gospodynią domową. Poznali się w 1934 roku w jednej z dzielnic Buenos Aires;
rok później się pobrali. Jorge był najstarszym z pięciorga dzieci – miał dwóch braci i dwie
siostry. Do dziś żyje tylko jedna z jego sióstr – María Elena.
Decydującą rolę w życiu małego Jorge odegrała jego babka Rosa Margarita Vasallo,
która mieszkała tuż obok. Kiedy rodzice zajmowali się pracą, domem i wychowaniem
młodszych dzieci, Jorge zwykle spędzał dzień u niej oraz u swego dziadka Angelo. To oni
nauczyli go języka piemonckiego. I pierwszych modlitw. Zwłaszcza babka Rosa zadbała o
wychowanie wnuka w duchu głębokiej wiary; nie przypuszczała pewnie wówczas, że po latach
ten mały urwis – już jako papież – będzie się na nią wielokrotnie powoływał…
To ona nauczyła mnie, jak się modlić. Naznaczyła moje życie wiarą. Opowiadała mi historie o
świętych. Moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa wiążą się z czasem, który dzieliłem między
dom rodziców a dom dziadków. Ale modlitwy nauczyła mnie babcia
– mówił kard. Jorge Mario Bergolio w trakcie swego ostatniego wywiadu, jakiego
udzielił przed wyborem na papieża w radiostacji w parafii Nuestra Señora de los Milagros. W
dniu śmierci Rosy Bergolio – już jako jezuita – cały czas czuwał przy niej. Gdy umarła, padł na
ziemię i powiedział: „Przyszła chwila decydująca w całym życiu mojej babci. Bóg ją sądzi. To
jest tajemnica śmierci”.
Lata dziecięce przyszłego papieża upływały w miarę spokojnie. Choć w domu się nie
przelewało, to jednak rodzina nie cierpiała niedostatku. Pracował tylko jego ojciec; matka
zajmowała się wychowaniem dzieci.
Z matką słuchaliśmy w każdą sobotę o drugiej po południu oper, które transmitowało Radio del
Estado. Sadzała nas wokół radioodbiornika i przed rozpoczęciem opery tłumaczyła, o co w niej
chodzi. Gdy zbliżała się słynna aria, mówiła: „Słuchajcie uważnie, teraz będzie piękna pieśń”.
– wspomina Bergolio w swojej książce Jezuita. Jako dziecko Jorge interesował się
zbieraniem znaczków, czytaniem książek i grą w piłkę nożną. Ponoć był dobrym zawodnikiem –
według relacji świadków udało mu się wybić kilka szyb w okolicy. Lubił też koszykówkę i boks.
W szkole podstawowej zbierał same dostateczne. Cóż, w owych czasach w Argentynie
wystawiano uczniom tylko dwie oceny: dostateczny i niedostateczny…
Po ukończeniu szkoły podstawowej zapisał się – za namową ojca – do technikum
przemysłowego w dzielnicy Floresta, gdzie uczono głównie fizyki i chemii. Jednakże Jorge – jak
zwierza się jeden z jego szkolnych kolegów Nestor Carabajo – był dobry przede wszystkim z
literatury, psychologii i religii. Czytał Borgesa, José Hernándesa, Boską Komedię Dantego.
Bardzo lubił muzykę – najchętniej słuchał Astora Piazzolę, Edith Piaff i muzykę klasyczną.
Zdążył się też zakochać w dziewczynie z sąsiedztwa o imieniu Amalia. „Jeśli się z tobą nie
ożenię, to zostanę księdzem” – napisał w pierwszym i jedynym liście do wybranki swego serca.
Niestety, list wpadł w ręce niedoszłego teścia papieża, który w przypływie złości sprawił córce
burę i tęgie lanie. Platoniczna miłość Jorge i Amalii na tym się skończyła. Dzięki Bogu! Ojciec
dziewczyny nie wiedział zapewne, jak bardzo przysłużył się Kościołowi i całej ludzkości…
Ot, zwykłe ludzkie życie. Życie dziecka, następnie młodzieńca o imieniu Jorge, gdzieś na
drugim końcu świata, w jednej z południowoamerykańskich metropolii. Życie zwyczajne,
podobne do wielu innych. Można by przytaczać różne inne epizody opisane czy zapamiętane
przez jego kolegów i przyjaciół. Niektórzy z nich żyją do dziś….
Kim jest chrześcijanin według Jorge Mario Bergolio – papieża Franciszka?
Chrześcijanin to – po pierwsze – ktoś zwyczajny, jeden z wielu, żyjący w danym miejscu
i w określonym czasie, kto zazwyczaj niczym szczególnym się nie wyróżnia. Równocześnie to
ktoś, żyjący inną jakością swojego życia – według wiary. Z jednej strony to człowiek jak każdy
inny, z drugiej zaś – otwarty na „tu i teraz”, jakie ofiarowuje mu Bóg. Bardzo dobrze pasują do
niego słowa starożytnego anonimowego autora Listu do Diogneta z II w. – z okresu pierwszych
chrześcijan, do którego często nawiązuje papież Franciszek:
Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani
strojem. Nie mają własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób
życia nie odznacza się niczym szczególnym. Mieszkają w miastach jak komu wypadło, stosując
się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim
postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz paradoksalne prawa, jakimi się rządzą.
Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze. Każda ziemia obca jest im
ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą. Żenią się jak wszyscy i mają dzieci, lecz nie porzucają
nowo narodzonych. Wszyscy dzielą jeden stół, lecz nie jedno łoże. Są w ciele, lecz żyją nie
według ciała. Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba. Słuchają ustalonych praw, a
własnym życiem zwyciężają prawa. Kochają wszystkich ludzi, a wszyscy ich prześladują. Są
ubodzy, a wzbogacają wielu. Wszystkiego im nie dostaje, a opływają we wszystko. Pogardzają
nimi, a oni w pogardzie tej znajdują chwałę. Ubliżają im, a oni błogosławią. Obrażają ich, a oni
okazują wszystkim szacunek. Czynią dobrze, a karani są jak zbrodniarze. Prześladują ich, a ci,
którzy ich nienawidzą, nie umieją powiedzieć, jaka jest przyczyna tej nienawiści. Jednym
słowem: czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie.
(List do Diogneta, 5)
Gdy Jorge Mario Bergolio miał siedemnaście lat w jego życiu miało miejsce znamienne
wydarzenie. Jak to sam potem określił, Bóg urządził mu „otrzęsiny”. Oddajmy głos samemu
zainteresowanemu:
Uczyłem się w szkole średniej o profilu chemicznym, aż tu nagle 21 września – tej daty nie
zapomnę nigdy, bo miałem iść na spacer z grupą kolegów – znalazłem się przy kościele Flores.
To był kościół, do którego zawsze chodziłem na nabożeństwa. No i po prostu wszedłem.
Poczułem, że muszę wejść. Taki przymus, płynący gdzieś ze środka. Człowiek sam nie wie, skąd
się to bierze. Tego wrześniowego poranka było dość ciemno. Zobaczyłem, że idzie jakiś ksiądz.
Nie znałem go. Nie był z tego kościoła. Usiadł w ostatnim konfesjonale po lewej, wpatrzony w
ołtarz. I nie wiem, co się tam ze mną stało. Poczułem się, jakby ktoś mnie złapał od środka i
ciągnął do konfesjonału. Nie pamiętam, co się tam zdarzyło. Pewnie opowiedziałem mu o
sobie, wyspowiadałem się. A kiedy skończyłem spowiedź, spytałem tego księdza, skąd pochodzi,
bo go nie znam. Powiedział, że z Corrientes i mieszka tu blisko, w domu kapłańskim, i że
czasami przyjeżdża do parafii, żeby odprawić mszę. Chorował na raka, na białaczkę. Rok
później zmarł. Tam poczułem, że muszę zostać księdzem. Nie miałem wątpliwości, żadnych
wątpliwości.
Jorge wrócił do domu i do niczego się nie przyznał. Po ukończeniu technikum
powiedział tylko mamie, że chce studiować medycynę. Ta była uszczęśliwiona. Do czasu aż
pewnego dnia, wszedłszy do pokoju syna, zobaczyła stertę książek filozoficznych i
teologicznych. Wpadła w złość, sądząc, że syn ją okłamał. „Nie kłamałem – odpowiedział Jorge.
– Chcę studiować medycynę duszy”. Medycyna duszy – przedmiot ten stał się pasją młodego
Jorge Mario… Nie literatura, nie muzyka, nie sport, nie psychologia… Choć wszystkim tym
papież interesuje się do dziś. Już jako Franciszek pisał w swojej adhortacji Evangelii gaudium:
Bóg z czystej łaski pociąga nas, by nas zjednoczyć z sobą. Posyła On swojego Ducha do naszych
serc, aby uczynić nas swoimi dziećmi, aby nas przemienić i uczynić zdolnymi do udzielenia
naszym życiem odpowiedzi na Jego miłość. Bóg nas pociąga, biorąc pod uwagę złożoną sieć
relacji międzyludzkich, z jaką łączy się życie w ludzkiej wspólnocie. Chętnie chciałbym
powiedzieć tym, którzy czują się z dala od Boga i od Kościoła, którzy są lękliwi i obojętni: Pan
powołuje również ciebie, byś stanowił część Jego ludu, i czyni to z wielkim szacunkiem i
miłością!
(EG 112-113)
Z powyższych zdań wynika, że chrześcijanin to – po drugie – ktoś powołany przez Pana.
Ktoś, kto wie, że jego życie ma sens. Że Bóg wezwał go do jakiegoś szczególnego zadania. To
ktoś, kto nie żyje bezrefleksyjnie z chwili na chwilę, lecz często zastanawia się nad swoim
życiem, nie chcąc, by przeciekło mu ono między palcami.
A ja? Czy w tym zwyczajnym życiu, jakie prowadzę, widzę palec Boży, który wskazuje
mi drogę? Ojcowską rękę ogarniającą mnie z każdej strony, podtrzymującą, wspierającą?
Nawet wówczas, gdy przechodzę przez ciemną dolinę. Czasem bardzo ciemną... Bóg
proponuje mi jakiś styl życia: małżeński, kapłański, zakonny, samotny – to bardzo ważne!
Winienem wejść na jedną z tych dróg w sposób świadomy, odpowiadając na wezwanie
samego Mistrza: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to,
abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał” (J 15, 16). Ale jeszcze ważniejsze są te
małe wybory, jakich dokonujemy w każdej chwili – by więcej służyć, by być bardziej uważnym,
by więcej myśleć o innych niż o sobie, by modlić się…
Nikt nie buduje przyszłości izolując się, ani też jedynie o własnych siłach, ale rozpoznając siebie
w prawdzie komunii, która zawsze otwiera się na spotkanie, dialog, słuchanie, wzajemną
pomoc i chroni nas przed chorobą zamknięcia się w sobie
– pisze Franciszek w Liście z okazji Roku Życia Konsekrowanego (nr 4).
Po trzecie chrześcijanin to człowiek wierzący Chrystusowi. To ktoś żyjący w pełnym
zawierzeniu. Tematyce tej poświęcone jest wiele stron encykliki Lumen Fidei z roku 2013.
Encykliki niezwykłej, gdyż zredagowanej przez dwóch papieży: Benedykta i Franciszka (dlatego
nazwano ją encykliką „na cztery ręce”).
Chrześcijanie wyznają konkretną i potężną miłość Boga, który naprawdę działa w historii i
decyduje o jej ostatecznym przeznaczeniu. W wierze Chrystus nie jest tylko Tym, w którego
wierzymy, najwyższym objawieniem miłości Bożej, ale także Tym, z którym się jednoczymy, aby
móc wierzyć. Wiara nie tylko patrzy na Jezusa, ale patrzy z punktu widzenia Jezusa, Jego
oczami: jest uczestnictwem w Jego sposobie patrzenia. Wierzymy Jezusowi, gdy przyjmujemy
Jego słowo, Jego świadectwo, ponieważ On jest prawdomówny (por. J 6, 30). «Wierzymy w»
Jezusa, gdy przyjmujemy Go osobiście w naszym życiu, przyłączając się do Niego w miłości oraz
idąc za Nim na naszej drodze. (…) Człowiek wierzący przemieniony jest przez Miłość, na którą
otworzył się w wierze, a gdy otwiera się na tę ofiarowaną mu Miłość, jego egzystencja
wykracza poza własne ramy. Św. Paweł może powiedzieć: «Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we
mnie Chrystus» (Ga 2, 20) i wzywać: «Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych
sercach» (Ef 3, 17). W wierze «ja» wierzącego poszerza się, by zamieszkał w nim ktoś Inny, by
żył w kimś Innym, i w ten sposób jego życie poszerza się w Miłości. Tutaj ma miejsce działanie
właściwe Duchowi Świętemu.
(LF 17-18. 21)
Koniec końców chrześcijanin to człowiek głębokiej modlitwy. Szczególnie modlitwy w
ciszy, która prowadzi go do tego, by oddać się całkowicie Jezusowi. To ktoś świadomy, że
mieszka w nim Inny – Boski Oblubieniec… Co więcej – cała Trójca Święta! Chrześcijanin to ktoś,
kto potrafi powtórzyć za św. Pawłem: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”
(Ga 2, 20).

Podobne dokumenty