IV a Mania Lewandowska - scenariusz

Komentarze

Transkrypt

IV a Mania Lewandowska - scenariusz
"Mały KsiąŜę"
Role:
Mały KsiąŜę x3(mk)
Pilot(narrator)x3(pn),
śmija(Ŝa),
RóŜa(ra),
Król(kl),
PróŜny(py)
Pijak(pk)
Bankier(br)
Latarnik(lk),
Geograf (gf),
Kwiat (kt)
Lis (ls).
Akt 1
PN1:Kiedy miałem
sześć lat, zobaczyłem pewnego razu obrazek w ksiąŜce. Obrazek przedstawiał
węŜa boa, połykającego drapieŜne zwierzę. Pod obrazkiem było napisane: "WęŜe boa połykają w
całości schwytane zwierzęta. "Po obejrzeniu obrazka wiele myślałem o dŜungli. Pod wpływem
tych myśli narysowałem rysunek numer 1.Wyglądał on tak:(rysunek słonia połkniętego przez
węŜa).Pokazałem me dzieło dorosłym i spytałem czy ich nie przeraŜa.
Dorośli( ok 3 dorosłych):Dlaczego kapelusz miałby przeraŜać?(odchodząc kręcą kapelusze na
dłoniach i podśpiewują: „ Kapelusze, kapelusze, kapelusze mają dusze”)
PN1:Mój obrazek nie przedstawiał kapelusza. To był wąŜ boa który trawił słonia. Narysowałem
następnie przekrój węŜa, aby dorośli mogli zrozumieć. Im zawsze trzeba tłumaczyć. Mój rysunek
numer 2 wyglądał tak:(wąŜ w przekroju ze słoniem w środku).Dorośli poradzili mi abym porzucił
rysowanie węŜy otwartych i zamkniętych i zajął się lepiej geografią. A więc wybrałem inny
zawód: zostałem pilotem. Latałem po całym świecie więc muszę przyznać, Ŝe znajomość
geografii bardzo mi się przydała. Lecz i tak zawsze nosiłem przy sobie rysunek nr.1 i
pokazywałem ludziom których spotykałem. Zawsze mówili, Ŝe to kapelusz. Nie znajdując z
nikim wspólnego języka wiodłem monotonne Ŝycie, aŜ do przymusowego lądowania na Saharze.
Coś zepsuło się w motorze. Nie towarzyszył mi nikt, więc musiałem zabrać się trudnej naprawy.
Miałem zapasy wody tylko na osiem dni. Była to dla mnie kwestia Ŝycia i śmierci.
Akt II
MK1:Proszę, narysuj mi baranka
PN2:Co takiego?
MK1:Narysuj mi baranka
PN2:Ale co ty tutaj robisz?
MK1:Proszę, narysuj mi baranka...
PN2:Od czasu gdy miałem 6 lat nic nie rysowałem.
Nie umiem rysować.
MK1:To nic nie szkodzi, narysuj mi baranka.
PN2:Nie umiem rysować baranków.
Umiem rysować tylko to (pokazał rysunek nr 1 i 2)
MK1:Nie, nie. Nie chce słonia połkniętego przez węŜa boa.
Boa jest zbyt niebezpieczny, a słoń za duŜy.
Mam za mało miejsca. Potrzebny mi baranek. Narysuj mi baranka.
PN2:(rysuje)
MK1:Nie, ten baranek jest juŜ bardzo chory. Zrób innego.
PN2:(rysuje)
MK1:Przyjrzyj się. To nie jest baranek to baran. On ma rogi.
PN2:(rysuje)
MK1:Ten baranek jest za stary. Chcę mieć baranka, który będzie długo Ŝył.
PN2:(rysuje) To jest skrzynka. Baranek, którego chciałeś mieć jest w środku.
MK1:To jest właśnie to czego chciałem. Czy myślisz, Ŝe trzeba duŜo trawy dla tego baranka?
PN2:Czemu pytasz?
MK1:Bo mam tak mało miejsca...
PN2:Na pewno wystarczy. Dałem ci zupełnie małego baranka.
MK1:Nie taki znowu mały. Zobacz zasnął...
Akt III
MK1:Co to za przedmiot?(wskazując na samolot)
PN2:To nie jest przedmiot. To lata, to samolot.
MK1:Jak to? Spadłeś z nieba?
PN2:MoŜna powiedzieć Ŝe tak.
MK1:Ach, to zabawne.(śmiech)
A więc, ty teŜ spadłeś z nieba. Z jakiej planety pochodzisz?
PN2:Czy ty przybyłeś z innej planety?
MK1:(to nie jest odpowiedź na pytanie pilota) To prawda.
Przy pomocy czegoś takiego nie mogłeś przybyć z daleka.
PN2:Skąd pochodzisz mały? Gdzie chcesz zabrać baranka?
MK1:Dobrą stroną tej skrzynki,
którą mi dałeś jest to, Ŝe w nocy będzie jego domkiem.
PN2:Naturalnie. JeŜeli będziesz grzeczny dam ci jeszcze linkę i palik abyś mógł go w dzień
przywiązywać.
MK1:Przywiązywać? TeŜ pomysł!
PN2:Jeśli go nie przywiąŜesz to pójdzie gdzieś i zginie.
MK1:(śmiech)To nie ma znaczenia. I tak mam mało miejsca.
Idąc prosto przed siebie nie moŜna zajść daleko...
Akt IV
MK1:Czy baranki zjadają krzaki?
PN2:Tak, zjadają.
MK1:To bardzo się cieszę. Wobec tego jedzą takŜe baobaby?
PN2:Baobab to nie krzak tylko drzewo, i to tak duŜe, Ŝe gdybyś zabrał nawet ze sobą całe stado
słoni, nie dały one by rady jednemu baobabowi.
MK1:(śmiech)Trzeba by poustawiać jednego na drugim. Ale zanim staną się drzewami są
malutkie.
PN2:A dlaczego chcesz aby baranek zjadał baobaby?
MK1:Dobrze, dobrze...
PN2:(domyślił się o co chodzi)
MK1:jest to kwestia dyscypliny. Rano, trzeba zrobić dokładna toaletę planety.
Trzeba regularnie wyrywać pędy baobabów,
i to natychmiast po odróŜnieniu ich od
krzewów róŜy. Jest to praca bardzo nudna ale łatwa.
Akt V
MK1:Bardzo lubię zachody słońca. Chodźmy obejrzeć zachód słońca.
PN2:Ale trzeba poczekać.
MK1:Poczekać na co?
PN2:AŜ słońce zacznie zachodzić.
MK1:(śmiech)Ciągle mi się wydaje, Ŝe jestam u siebie.
Pewnego dnia oglądałem zachód słońca 43 razy. Wiesz, gdy jest ci bardzo smutno to
kochasz zachody słońca.
PN2:Więc gdy oglądałeś je 43 razy, byłeś aŜ tak smutny?
Akt VI
MK1:Jeśli baranek je krzaki, to zjada równieŜ kwiaty?
NP2:Baranek je wszystko, co napotka.
MK1:Nawet kwiaty które mają kolce?
NP2:Nawet kwiaty które mają kolce.
MK1:A więc do czego słuŜą kolce?
NP2:(nie słucha, jest zajęty naprawą samolotu)
MK1:Do czego słuŜą kolce?
NP2:Kolce nie słuŜą do niczego. To tylko złośliwość kwiatów.
MK1:Nie wierzę ci. Kwiaty są słabe, naiwne.
One bronią się jak mogą.
Im się wydaje, Ŝe z kolcami są groźne.
I ty sądzisz Ŝe kwiaty...
NP2:Ja nic nie sądzę. Odpowiedziałem byle co. Zajmuję się powaŜnymi sprawami.
MK1:PowaŜnymi sprawami? Mówisz jak dorosły. Nie rozumiesz nic.
Mieszasz wszystko.
Znam planetę na której mieszka pan o czerwonej twarzy.
On nigdy nie wąchał kwiatów. Nigdy nie patrzył w gwiazdy.
Nigdy nie kochał nikogo. Niczego w Ŝyciu nie robił poza rachunkami.
I cały dzień powtarzał:
"Jestem człowiekiem powaŜnym, jestem człowiekiem powaŜnym."
Nadyma się dumą. Ale to nie jest człowiek, to grzyb.
NP2:Co?
MK1:Grzyb!
(blady ze złości)Od milionów lat kwiaty mają kolce.
Mimo to od milionów lat baranki jedzą kwiaty.
Czy nie wydaję ci się godne wyjaśnia,
dlaczego kwiaty zadają sobie tyle trudu dla wytworzenia kolców
które nie słuŜą do niczego?!
JeŜeli ja znam jedyny kwiat, który nigdzie poza moją planetą nie istnieje,
i jeśli mały baranek, któregoś ranka moŜe go zniszczyć
za jednym zamachem, nie zdając sobie sprawy z tego co czyni,
czyŜ nie ma to Ŝadnego znaczenia?!(poczerwieniał)
Jeśli ktoś kocha kwiat który jest jedyny na milionach,
milionach planet, to wystarcza mu patrzenie na gwiazdy i mówienie sobie:
"Gdzieś tam jest mój kwiat".
Lecz gdy baranek zje kwiat to tak jakby wszystkie gwiazdy zgasły.
I to nie jest powaŜne?!(nie mógł mówić dalej, wybuchnął płaczem)
NP2:(pocieszając) Twojemu kwiatu nie grozi niebezpieczeństwo.
Narysuje ci kaganiec dla twojego baranka,
narysuje osłonę dla twojego kwiatu...Ja....
(jąkającym się trochę tonem ,na końcu wzdycha i juŜ nie wie co powiedzieć)
Akt VII
(planeta Małego Księcia jakiś niecały rok wcześniej)
RA1:(wyłoniła się, otworzyła i śpiewa:)
Ze słońcem się urodziłam,
Dopiero się obudziłam,
A więc proszę pana,
Nie jestem uczesana,
Na płatkach rosę mam,
MoŜe strzepnie ją pan?
Niech pan się gapić przestanie,
JuŜ czas jest na śniadanie!
Na imię RóŜa mam,
Niech zapamięta pan!
Więc proszę mnie proszę mnie przykryć kloszem,
Bo ja przeciągów nie znoszę!
-Ach, dopiero się obudziłam....
Przepraszam bardzo...Jestem jeszcze nie uczesana...
MK2:AleŜ pani jest piękna!
RA1:Prawda?Urodziłam się równocześnie ze słońcem.
Sądzę Ŝe czas na śniadanie. Czy byłby pan łaskaw pomyśleć o mnie?
MK2:(zawstydzony, poszedł po konewkę i podlał RóŜę)
RA1:Mogą zjawić się tygrysy uzbrojone w pazury...
MK2:Na mojej planecie nie ma tygrysów. A poza tym tygrysy nie jedzą trawy.
RA1:(słodko i zarazem nieprzyjemnie)Nie jestem trawą.
MK2:Proszę mi wybaczyć...
RA1:Nie obawiam się tygrysów, natomiast czuję wstręt do przeciągów.
Czy nie ma pan moŜe parawanu?
Wieczorem proszę mnie przykryć kloszem.
U pana jest bardzo zimno. Złe są tu urządzenia.
Tam skąd przybyłam...
(szybko urwała, bo zorientowała się Ŝe nie moŜe pamiętać miejsca z
którego przybyła jako nasionko,
i zakaszlnęła dwa czy trzy razy aby pokryć zaŜenowanie)
A ten parawan?
MK2:Przyniósłbym,ale pani mówiła...
RA1:(zaczęła kaszleć, aby KsiąŜę miał wyrzuty sumienia)
MK2:(wziął jej słowa na powaŜnie i zaczął być nieszczęśliwy)
(Teraz znowu na ziemi Mały KsiąŜę(1) bardzo smutny
mówi ni to do publiczności, ni to do pilota, który jest
obecny, ale najbardziej do siebie:)
MK1:Nie potrafiłem jej zrozumieć.
Powinienem ją sądzić według czynów, a nie słów.
Czarowała mnie swoim pięknem i zapachem.
Nie powinienem nigdy od niej uciec.
Powinienem odnaleźć w niej czułość pod pokrywą małych płatków.
Kwiaty mają w sobie tyle sprzeczności. Lecz byłem za młody aby ją kochać...
Akt VIII
(znów na planecie Małego Księcia)
MK2:(mówi do siebie, porządkując planetę
(przeczyszcza wulkany, wyrywa pędy baobabów, nakłada osłony na wulkany
( np. słoik, korek od butelki po np. kleju,
butelka szklanka itp.)
strzepuje miotełką kurz, szmatką wyciera zewnętrzną stronę wulkanów,
i na końcu podlewa RóŜę juŜ ma ją przykryć kloszem, ale:)
-Do widzenia...(powiedział, to bardzo,
bardzo smutno prawie płacząc tonem nie wierzącym w swój powrót)
RA1:Byłam niemądra. Przepraszam cię. Spróbuj być... szczęśliwy
(równieŜ była bardzo smutna ale próbowała to ukryć)
MK2:(zdziwiony brakiem wymówek RóŜy trzymał klosz w powietrzu był oniemiały)
RA1:Ja cię kocham. Nie wiedziałeś o tym z mojej winy. To nie ma Ŝadnego znaczenia.
Ale ty byłeś równie niemądry jak ja.
Spróbuj być szczęśliwy. Pozostaw spokojnie tę planetę.
MK2:AleŜ...przeciągi...
RA1:Nie jestem juŜ tak bardzo zakatarzona.
Chłodne powietrze w nocy dobrze mi zrobi. Jestem kwiatem...
MK2:Ale dzikie bestie...
RA1:Muszę poznać dwie lub trzy gąsienice, jeśli chcę zawrzeć znajomość z motylem.
To podobno takie rozkoszne. Bo któŜ by mnie odwiedzał gdy ty będziesz daleko..
.A jeśli chodzi o dzikie bestie nie boję się nikogo.
Mam kolce(pokazała dumnie cztery kolce, na chwilkę zapominając o smutku)
Nie zwlekaj to tak draŜni. Zdecydowałeś się odejść(przełknęła ślinę i bardzo posmutniała).
Idź juŜ!
(nie chciała Ŝeby zobaczył Ŝe płacze ale kilka
łez popłynęło jej po policzku tego nie dało się ukryć)
MK2:Do widzenia...
(jemu teŜ zabłysła w oku łza, ale w końcu wsiadł do windy i ... odjechał)
Akt IX
Planeta małego Księcia krąŜyła nie daleko sześciu planetek Mały KsiąŜę
postanowił zwiedzić najbliŜszą:
(mała planeta z tylko jednym tronem, na którym siedział król w bardzo,
bardzo długiej szacie)
KL: Oto poddany!
MK2:Widzisz mnie pierwszy raz, jak więc mogłeś mnie rozpoznać?
KL: ZbliŜ się, abym lepiej cię widział.
MK2:(szukał wzrokiem miejsca gdzie mógłby usiąść ale całą planetę zajmowała szata króla,
więc nadal stał i tylko ziewnął)
KL: Etykieta nie zezwala na ziewanie w obecności króla. Zakazuje ci ziewać!
MK2:Nie mogę się powstrzymać. Odbyłem długą podróŜ i nie spałem.
KL: Wobec z tego nakazuje ci ziewać. Od lat nie widziałem ziewających.
Zaciekawia mnie ziewanie. Ziewaj jeszcze! To jest rozkaz!
MK2:To mnie onieśmiela...Nie mogę więcej.
KL: Hm, hm!
MK2:Czy mogę usiąść?
KL: Rozkazuje ci siąść!(majestatycznie podciągnął jedną połę szaty)
MK2:Najjaśniejszy panie, proszę mi wybaczyć moje pytania...
KL: Rozkazuję ci pytać.
MK2:Najjaśniejszy panie, kim najjaśniejszy pan rządzi?
KL: Wszystkim.
MK2:Wszystkim?
KL:(wskazał na inne planety, gwiazdy)
MK2:Tym wszystkim?
KL: Tym wszystkim.
MK2:I gwiazdy najjaśniejszego pana słuchają?
KL: Oczywiście. Słuchają natychmiast. Nie znoszę nieposłuszeństwa.
MK2:Chciałbym zobaczyć zachód słońca. Proszę mi zrobić przyjemność. Proszę rozkazać słońcu,
aby zaszło...
KL: Jeśli rozkaŜę generałowi ,aby jak motyl przeleciał z kwiatka na kwiatek, albo rozkaŜę mu napisać
tragedię lub zamienić się w morskiego ptaka, a generał nie wykona otrzymanego rozkazu, kto z nas będzie
nie miał racji: ja czy on?
MK2:Jego Królewska Mość.
KL: Słusznie. NaleŜy wymagać tego, co moŜna otrzymać. Autorytet opiera się na rozsądku. Jeśli
rozkaŜesz swojemu ludowi rzucić się do morza, lud się zbuntuje. Ja mam prawo Ŝądać posłuszeństwa,
poniewaŜ moje rozkazy są rozsądne.
MK2:Więc jak z moim zachodem słońca?
KL: Będziesz miał swój zachód słońca. Zarządzę go. Lecz zaczekam, w mądrości rządzenia, aŜ warunki
będą przychylne.
MK2:Kiedy to będzie?
KL: Hm, hm!(zaczął przeglądać bardzo gruby kalendarz)Hm, hm, to będzie około...około...to będzie dziś
wieczorem o godzinie 19.40.I zobaczysz, jaki mam posłuch.
MK2:(ziewnął)Nie mam tu nic do roboty. Odejdę.
KL: Nie odchodź. Nie odchodź, mianuję cię ministrem.
MK2:Ministrem czego?
KL: Hm....Sprawiedliwości!
MK2:Ale tu nie ma kogo sądzić!
KL: Nie wiadomo. Nie zwiedziłem jeszcze mojego królestwa. Jestem bardzo stary, nie mam miejsca na
karocę, a chodzenie mnie męczy.
MK2:Ale ja juŜ widziałem.(wychylił się Ŝeby zobaczyć jeszcze raz drugą stronę planety)Tam takŜe nie
ma nikogo.
KL: Wobec z tego będziesz sądzić sam siebie. To znacznie trudniejsze.
MK2:Ja mogę się sądzić byle gdzie. Nie ma potrzeby, abym mieszkał tutaj.
KL: Hm, hm. Zdaję mi się, Ŝe na mojej planecie jest stary szczur. Słyszę go nocą. Będziesz mógł go
skazywać na śmierć. W ten sposób jego Ŝycie będzie zaleŜne od twojej sprawiedliwości. Lecz za kaŜdym
razem ułaskawisz go, aby go oszczędzić. Bowiem jest tylko jeden.
MK2:Nie lubię skazywać na śmierć. I odchodzę juŜ.
KL: Nie.
MK2:JeŜeli Wasza Królewska Mość chce, aby rozkazy były wykonywane natychmiast, proszę mi dać
jakiś rozsądny rozkaz. Niech na przykład Wasza Królewska Mość rozkaŜe mi odejść stąd przed upływem
jednej minuty. Zdaje mi się, Ŝe okoliczności są sprzyjające.(zaczął odchodzić, wcisnął juŜ guzik w
windzie)
KL: Mianuję cię ambasadorem!
MK2:(wsiadł juŜ do windy, i jeszcze powiedział do siebie:)Dorośli są bardzo dziwni.
Akt X
PY: Ach! Ach! Odwiedziny wielbiciela!
MK2:Dzień dobry. Zabawny ma pan kapelusz.
PY :Po to, aby się kłaniać. Aby się kłaniać gdy mnie oklaskują. Niestety nikt tędy nie przejeŜdŜa.
MK2:Ach tak?
PY: Uderzaj dłonią w dłoń.
MK2:(zaczął klaskać)
PY:(zaczął się kłaniać i uchylać kapelusz)
MK2:(po chwili znudziła mu się jednostajność gry, przestał klaskać i zapytał:)A co trzeba zrobić aby
kapelusz spadł?
PY:(nie zwrócił uwagi jakby nie słyszał)
PY: Czy ty mnie uwielbiasz?
MK2:Co znaczy uwielbiać?
PY: Uwielbiać to znaczy uznać mnie za człowieka najpiękniejszego, najlepiej ubranego, najbogatszego i
najmądrzejszego na całej planecie.
MK2:Ale poza tobą nikogo na tej planecie nikogo nie ma!
PY: Zrób mi tę przyjemność: uwielbiaj mnie mimo wszystko.
MK2:Uwielbiam cię. Ale co to daje?
PY:(wniebowzięty, wzdychał i wyraźnie się cieszył)
MK2:(wsiadł do windy)Dorośli są zdecydowanie śmieszni.
Akt XI
(planeta na której był pijak siedzący przy stoliku przed sobą miał stosy butelek: pustych i
pełnych)
MK2:Co ty tutaj robisz?!
PK: Piję.(ponuro)
MK2:Dlaczego pijesz?
PK :śeby zapomnieć.
MK2:O czym zapomnieć?
PK: śeby zapomnieć, Ŝe się wstydzę.(schylił głowę)
MK2:Czego się wstydzisz?(wyraźnie chciał mu pomóc)
PK: Wstydzę się…(przęknął ślinę)Ŝe… piję.
MK2:(wsiadł do windy)Dorośli są naprawdę bardzo, bardzo śmieszni.
Akt XII
(bankier siedzi przy stole ma papierosa w zębach, ma przed sobą,
koło siebie pod sobą papiery z działaniami i liczbami
a on wodzi palcem po liczbach po cichu coś liczy,
obok stołu stoi otwarty sejf w którym są takŜe
karkti z narsowanymi gwiazdami a pod nimi liczby)
MK2:Dzień dobry. Pański papieros zgasł.
BR: Trzy plus dwa równa się pięć. Pięć plus siedem-trzynaście. Dwanaście i trzy -piętnaście.
Dzień dobry. Piętnaście i siedem-dwadzieścia dwa.
Dwadzieścia dwa i sześć-dwadzieścia osiem. Nie mam czasu zapalić
.Dwadzieścia osiem i trzy-trzydzieści jeden. Och!
To razem daje pięćset jeden milionów sześćset
dwadzieścia dwa tysiące siedemset trzydzieści jeden.
MK2:Pięćset jeden milionów sześćset dwadzieścia
dwa tysiące siedemset trzydzieści jeden czego?
BR: Co? Jeszcze tu jesteś? Pięćset jeden milionów...Sam juŜ nie wiem czego...
Tak cięŜko pracowałem! Jestem człowiekiem powaŜnym, tak,
nie robię niedorzeczności, nie bawię się głupstwami. Dwa i pięć...
MK2:Pięćset jeden milionów czego?
BR: Przez pięćdziesiąt cztery lata, odkąd mieszkam na tej planecie,
trzy razy zakłócono mi spokój.
Pierwszy raz, przed dwudziestoma dwoma laty, zjawił się
nie wiadomo skąd chrabąszcz. Tak strasznie hałasował,
Ŝe zrobiłem cztery błędy w dodawaniu.
Drugi raz, jedenaście lat temu, miałem atak reumatyzmu.
Nie gimnastykowałem się. Nie mam czasu na włóczęgę.
Jestem człowiekiem powaŜnym.
Tak. Trzeci raz... To w tej chwili. Powiedziałem więc:
Pięćset jeden milionów...
MK2:Milionów czego?
BR:(cicho westchnął, zrozumiał Ŝe nie łatwo będzie się pozbyć małego gościa,
zaczął mówić zrezygnowany:)
Milionów tych małych rzeczy, które widzimy na niebie.
MK2:Muszek?
BR: AleŜ nie, małych, błyszczących rzeczy.
MK2:Pszczółek?
BR: AleŜ nie. Małych złotych błyskotek, o których marzą leniuchy.
Lecz ja jestem człowiekiem powaŜnym. Tak. Nie mam czasu na marzenia.
MK2:Aha...(powiedział zrezygnowany, spuścił głowę,
bo juŜ nie wiedział co moŜe być takie jakie opisywał bankier,
lecz nagle podniósł powoli głowę i
zdumiony powiedział:)Gwiazd?!
BR: A, tak jest, gwiazd.
MK2:I co ty robisz z tymi pięciuset milionami gwiazd?
BR: Pięćset jeden milionów sześćset dwadzieścia dwa tysiące
siedemset trzydzieści jeden... jestem powaŜny, jestem dokładny.
MK2:Co robisz z tymi gwiazdami?
BR: Co ja z nimi robię?
MK2:Tak, co z nimi robisz.
BR: Nic. Posiadam je.
MK2:Posiadasz gwiazdy?
BR: Tak.
MK2:JuŜ widziałem Króla, który...
BR: Królowie nie posiadają. Oni panują. To zupełnie co innego.
MK2: A co ci daje posiadanie gwiazd?
BR: Bogactwo.
MK2:Co ci z tego Ŝe jesteś bogaty?(strasznie zdziwiony)
BR: Mogę kupować inne gwiazdy, o ile ktoś je znajdzie.
MK2:Ten człowiek rozumuje jak mój pijak.
(powiedział szeptem do siebie, tak aby Bankier nie słyszał)
MK2:W jaki sposób moŜna posiadać gwiazdy?
BR: A czyje one są?(odburknął)
MK2:Nie wiem.(wzruszył ramionami)Niczyje.
BR: Wobec z tego (bardzo pewny i dumny z siebie)
są moje, poniewaŜ pierwszy o tym pomyślałem.
MK2:To wystarcza?
BR: Oczywiście. Jeśli znajdziesz diament, który jest niczyj,
naleŜy on do ciebie. Jeśli odkryjesz wyspę, która nie naleŜy do nikogo, jest twoja.
Jeśli zrobisz wynalazek i go opatentujesz, jest twój.
Ja mam gwiazdy, poniewaŜ nikt przede mną nie pomyślał o tym, aby je przywłaszczyć.
MK2:To prawda.(zgodził się niechętnie)Ale co z nimi robisz?
BR: Zarządzam. Liczę je i przeliczam. To bardzo trudne.
Lecz jestem człowiekiem powaŜnym. Dla mnie nic nie jest trudne.(dumnie)
MK2:Jeśli mam szal, to mogę nim owinąć szyję, i zabrać go ze sobą gdziekolwiek
.Jeśli mam kwiat, mogę go zerwać, postawić w wazonie i co dzień oglądać.
A ty nie moŜesz zerwać gwiazd.
BR: Nie, lecz mogę umieścić je w banku.
MK2:Co to znaczy?
BR: To znaczy, Ŝe ilość mych gwiazd zapisuję na kawałku papieru.
Następnie zamykam ten papier na klucz w szufladzie.
MK2:To wszystko?
BR: To wystarczy.(dumnie, ale Księcia to nie przekonało)
MK2:Ja posiadam kwiat, który podlewam codziennie.
Posiadam trzy wulkany, które przeczyszczam co tydzień.
Jestem poŜyteczny dla wulkanów, które posiadam, dla kwiatu, który jest mój.
BR:(otworzył usta ,ale nie znalazł odpowiedzi więc znowu je zamknął
i zaczął po cichutku znów robić swoje rachunki, jakby nic przed chwilą nie zaszło)
MK2:(wsiada do windy)Dorośli są nadzwyczaj dziwni.
Akt XIII
(planeta najmniejsza ze wszystkich, stała na niej latarnia, Latarnik a Mały KsiąŜę,
ledwo juŜ się na niej zmieścił, Latarnik co minutę zapala lub gasi lampę
i widać Ŝe jest zmęczony)
MK2:Dzień dobry. Dlaczego przed chwilą zgasiłeś swoją latarnię?
LK: Taki rozkaz. Dzień dobry.
MK2:Co to znaczy rozkaz?
LK: Rozkaz gaszenia lampy.(zapalił lampę)Dobry wieczór.
MK2:Dlaczego zapaliłeś?
LK2:Taki jest rozkaz.
MK2:Nie rozumiem.
LK: Nic tu nie ma do rozumienia.
Rozkaz jest rozkazem.(zgasił lampę)Dzień dobry.
(otarł czoło chusteczką)
Mam straszną pracę. Kiedyś miała ona sens.
Gasiłem latarnię rano, a zapalałem wieczorem.
W dzień mogłem odpoczywać, a w nocy spałem...
MK2:A czy teraz rozkaz się zmienił?
LK: Rozkaz się nie zmienił. Na tym polega tragizm sytuacji.
Z roku na rok, planeta obraca się coraz szybciej,
a rozkaz się nie zmienia.
MK2:Więc?
LK: Więc dzisiaj, gdy planeta robi obrót w ciągu minuty, nie mam chwili odpoczynku.
W ciągu kaŜdej minuty muszę ją zgasić i zapalić!
MK2:U ciebie jeden dzień trwa jedną minutę! Jakie to zabawne!
LK: To wcale nie jest zabawne. Minął juŜ miesiąc odkąd rozmawiamy.
MK2:Miesiąc?!
LK: Tak. Trzydzieści minut- trzydzieści dni.(zapalił lampę)Dobranoc.
MK2:Wiesz...Znam sposób, dzięki któremu mógłbyś w dowolnej chwili odpocząć.
LK: Zawsze chciałbym odpoczywać.
MK2:Twoja planeta jest tak mała, Ŝe trzema krokami moŜesz ją okrąŜyć
. Wystarczy, abyś szedł powoli i stale był w świetle
Słońca. Gdy zechcesz odpocząć, będziesz szedł przed siebie,
a dzień będzie trwał tak długo, jak długo zechcesz.
LK: Niewiele mi to da. Najbardziej lubię spać.
MK2:Szkoda.
LK: Szkoda.(zgasił lampę)Dzień dobry.
MK2:(wsiadając do windy)Tylko ten człowiek mógłby zostać moim przyjacielem.
Ale jego planeta jest na prawdę za mała dla nas dwóch.
Akt XIV
(planeta jest 10 razy większa od poprzedniej, stoi na niej stół(biurko)
obok stołu siedzi na wózku inwalidzkim stary człowiek (geograf)
po przeciwnej stronie stołu stoi krzesło, a na stole ogromne księgi,
kilka jest otwartych, lecz w większościach są puste(bez napisów, rysunków)
GF: O proszę! Oto badacz!(radośnie)
MK2:(usiadł za stołem na krześle, lekko dysząc bo był bardzo zmęczony)
GF: Skąd przybywasz?
MK2:Co to za gruba księga? Co pan tu robi?
GF: Jestem geografem.
MK2:Co to znaczy geograf?
GF: Jest to uczony, który wie, gdzie znajdują się morza, rzeki, miasta, góry i pustynie.
MK2:To bardzo ciekawe. Nareszcie odkryłem poŜyteczne zajęcie!
Pańska planeta jest bardzo ładna. Czy są na niej oceany?
GF: Nie mogę tego wiedzieć.(trochę zawstydzony)
MK2:Ach... A góry?
GF: Nie mogę tego wiedzieć.
MK2:A miasta?
GF: Nie mogę tego wiedzieć.
MK2:Rzeki, pustynie, morza?!
GF: Nie mogę tego wiedzieć.
MK2:AleŜ pan jest geografem?!
GF: To prawda. Lecz nie jestem badaczem.
Brak mi badaczy.
Zadaniem geografa nie jest liczenie miast, gór, rzek, oceanów i pustyń.
Geograf jest zbyt powaŜną osobistością, aby mógł pozwolić sobie na łazikowanie.
On nie opuszcza swojego biura, lecz przyjmuje badaczy,
wypytuje i notuje ich spostrzeŜenia.
A gdy uwagi któregoś uzna za interesujące,
wtedy kaŜe zrobić wywiad o moralności danego badacza.
MK2:Po co?
GF: PoniewaŜ kłamiący badacz wywołałby katastrofy w księgach geografii.
A takŜe badacz, który zbyt duŜo pije.
MK2:A dlaczego?
GF: PoniewaŜ pijany widzi podwójnie,
więc geograf zanotowałby dwie góry w miejscu gdzie jest tylko jedna.
Jeśli jakiś podróŜnik wziąłby ze sobą w podróŜ księgę z takim błędem,
a dwie góry wyznaczył dla siebie jako punkt orientacyjny,
zgubiłby się poniewaŜ nie byłoby dwóch gór tylko jedna!
MK2:Znam kogoś kto byłby bardzo złym badaczem.
GF: To bardzo moŜliwe.
Kiedy więc moralność badacza wydaje się zadowalająca,
sprawdza się prawdziwość jego odkrycia.
MK2:Sprawdza się na miejscu?
GF: Nie, to było by zbyt skomplikowane.
śąda się od badacza dowodów.
Gdy na przykład chodzi o odkrycie wielkiej góry,
Ŝąda się, aby dostarczył wielkich kamieni.
AleŜ chwilkę! Ty przybywasz z daleka! Jesteś badaczem!
Opisz mi swoją planetę!
(otworzył nową księgę, resztę ksiąg ruchem
ręki zrzucił ze stołu na podłogę,
zaostrzył ołówek i widać był zapalony do
wysłuchiwania opowieści Małego Księcia)
GF: Więc?
MK2:U mnie wcale nie jest ciekawie...Planeta jest bardzo mała.
Mam trzy wulkany: dwa czynne i jeden wygasły.
Ale nigdy nic nie wiadomo.
GF: Nigdy nic nie wiadomo.
MK2:Mam teŜ kwiat, RóŜę.
GF: Kwiaty mnie nie interesują.
MK2:Dlaczego? To najładniejsze z istniejących rzeczy!
GF: PoniewaŜ kwiaty są efemeryczne.
MK2:Co to znaczy "efemeryczne"?
GF: Księgi geografii są najcenniejszymi księgami ze wszystkich ksiąg.
Nigdy nie tracą aktualności. Bardzo rzadko zdarza się aby góra zmieniła miejsce.
Bardzo rzadko zdarza się aby ocean wysechł.
My opisujemy tylko rzeczy wieczne(dumnie).
MK2:Lecz wygasły wulkan moŜe się obudzić.
Co to znaczy "efemeryczne"?
GF: Dla nas obojętne jest czy wulkan jest czynny czy teŜ nie.
Nam chodzi o górę, a góra się nie zmienia.
MK2:Co to znaczy "efemeryczny"?
GF: Znaczy to "zagroŜony bliskim unicestwieniem".
MK2:Mojej RóŜy grozi bliskie unicestwienie?(przeraŜony)
GF: Niestety, ale tak.(ze smutkiem)
MK2:(mówi do siebie dramatycznie)Moja RóŜa jest efemeryczna.
I ma tylko cztery kolce do obrony przed niebezpieczeństwami.
(z ogromnym poczuciem winy)A ja zostawiłem ją zupełnie sam.
Co radzi mi pan zwiedzić?.
(odwaŜnie, trochę zrezygnowany, ledwo przełykając łzy)
GF :Planetę Ziemię. Ma dobrą sławę.
(KsiąŜę zbliŜył się do wózka i uścisnął rękę geografa)
(odwzajemnił uścisk)śegnaj, dobry chłopcze. I kochaj swoją RóŜę.
MK2:(wsiadł do windy, smutny i zamyślony)
Akt XV
PN3:Siódmą planetą była Ziemia.
Liczy sobie około stu jedenastu królów,
siedem tysięcy geografów,
dziewięćset tysięcy bankierów,
siedem i pół miliona pijaków,
trzysta jedenaście milionów próŜnych,
czyli jednym słowem około czterech miliardów dorosłych.
No, i jeszcze zapomniałem powiedzieć wam o latarnikach.
PN2: A oni są jednymi z najbardziej pracowitych.
Pracują oni jak aktorzy wychodzący na scenę;
Jeden schodzi, drugi wchodzi,
drugi schodzi, wchodzi trzeci.
Był to wspaniały widok,
gdy patrzyło się z pewnej odległości.
Pierwsi wchodzili ci z Nowej Zelandii i Australii,
Później na scenę wkraczali latarnicy z Chin i Syberii.
Następnie przychodziła kolej na tych z Rosji i Indii.
Potem Afryki i Europy.
PN3: Jeszcze później na latarników z Ameryki Południowej.
Po jakimś czasie nadchodziła kolej Ameryki Północnej.
I nigdy nie pomylono kolejności wchodzenia na scenę.
To było wspaniałe.
Tylko dwaj latarnicy dwóch lamp na Ziemi
prowadzili Ŝycie niedbałe i próŜniacze:
pracowali dwa razy do roku.
Byli to latarnicy z Bieguna
Północnego i Południowego.
Akt XVI
(Mały KsiąŜę idzie przez pustynię, na której nie ma nikogo, jest trochę przestraszony, aŜ widzi
na piasku Ŝółtawą Ŝmiję)
MK3: Dobry wieczór (powiedział to tak „na wszelki wypadek”)
śa: Dobry wieczór.
MK3: Na jaką planetą spadłem?
śa: Na Ziemię, do Afryki.
MK2: Ach… więc Ziemia nie jest zaludniona?
śa: Jesteśmy na pustyni. Na pustyni nikogo nie ma. Ziemia jest wielka.
MK3: (przysiadł na kamieniu, wzniósł oczy ku niebu)
Zadaję sobie pytanie, czy gwiazdy świecą po to, aby kaŜdy mógł
Znaleźć swoją?... Popatrz na moją planetę. Jest dokładnie nad nami.
Ale jak bardzo daleko…
śa: Jest piękna. Ale po co tu przybyłeś? Ziemia to jest okropne miejsce.
Nie warte Twojej młodej duszy…
MK3: Mam pewne trudności z RóŜą…
śa: Ach tak…(chwila ciszy)
MK3: Gdzie są ludzie? Czuję się osamotniony na pustyni…
śa: Wśród ludzi jest się jeszcze bardziej samotnym.
MK3: Jesteś zabawnym stworzeniem. Cienka jak palec…
śa: Ach, jestem znacznie potęŜniejsza niŜ palec króla.
MK3: (uśmiechnął się) Nie jesteś zbyt potęŜna… Nie masz nawet łapek…
Nawet nie moŜesz podróŜować…
śa: Mogę cię unieść dalej niŜ okręt. Tego kogo dotknę, odsyłam tam skąd przybył/
Lecz ty jesteś niewinny i przybywasz z gwiazdy…
Wzbudzasz we mnie litość, taki słaby na granitowej Ziemi…
Mogę ci w przyszłości pomóc, gdy zatęsknisz za swoją planetą.
Mogę…
MK3: Och, chyba nie bardzo dobrze zrozumiałem…
Dlaczego ciągle mówisz zagadkami?
śa: Rozwiązuję zagadki.
Akt XVII
(idąc dalej KsiąŜę spotkał tylko jeden kwiat, nędzny, mizerny)
MK3:Dzień dobry.
KT: Dzień dobry.
MK3: Gdzie są ludzie?
KT: Ludzie? Jak sądzę, istnieje tylko sześciu czy siedmiu ludzi.
Widziałem ich przed laty. Lecz nigdy nie wiadomo,
gdzie moŜna ich odnaleźć. Wiatr nimi miota. Nie mają korzeni-to im bardzo przeszkadza.
MK3: Do widzenia.
KT: Do widzenia.
Akt XVIII
(szedł długo przez pustynię, aŜ odkrył drogę, później wszedł do ogrodu pełnego róŜ)
MK3:Dzień dobry.
RE: Dzień dobry.
MK3: (przyjrzał się im) Kim jesteście?
RE: Jesteśmy róŜami.
MK3: Ach…(wyszedł z ogrodu, połoŜył na jego progu, i zaczął mówić sam do siebie)
Sądziłem, Ŝe posiadam jedyny na świecie kwiat, a w rzeczywistości mam zwykłą róŜę jak
wiele innych… Posiadanie róŜy i trzech wulkanów, nie czyni ze mnie potęŜnego księcia…
(posmutniał i schylił głowę)
Akt XIX
(wtedy pojawił się lis)
LS: Dzień dobry.
MK3: Dzień dobry.( rozejrzał się do góry ale nic nie zobaczył)
LS: Jestem tutaj. Pod jabłonią!
MK3: Kim ty jesteś? Jesteś bardzo ładny…
LS: Jestem lisem.
MK3: Chodź pobawić się ze mną. Jestem taki smutny…
LS: Nie mogę bawić się z tobą. Nie jestem oswojony.
MK3: Ach, przepraszam. Co to znaczy „oswojony”?
LS: Nie jesteś tutejszy. Czego szukasz?
MK3:Szukam ludzi. Co to znaczy „oswojony”?
LS: Ludzie mają strzelby i polują. To bardzo kłopotliwe. Hodują takŜe kury, to jest
interesujące. Poszukujesz kur?
MK3: Nie. Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”?
LS: Jest to pojęcie całkiem zapomniane. „Oswoić” znaczy „ stworzyć więzy”.
MK3: Stworzyć więzy?
LS: Oczywiście. Teraz jesteś dla mnie małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych
chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty takŜe mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem,
podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeŜeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem
potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny.
MK3: Zaczynam rozumieć. Jest jedna róŜa… Zdaje mi się, Ŝe ona mnie oswoiła…
LS: To moŜliwe. Na ziemi zdarzają się róŜne rzeczy…
MK3:Och, to nie zdarzyło się na ziemi…
LS(zaciekawił się)Na innej planecie>
MK3: Tak.
LS: A czy na tej planecie są myśliwi?
MK3: Nie.
LS: To wspaniale! A kury?
MK3: Nie.
LS: Nie ma rzeczy doskonałych. śycie jest jednostajne. Ja poluje na kury, ludzie polują na mnie.
To mnie nudzi. Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje Ŝycie nabrałoby blasku. Z daleka będę
rozpoznawał twoje kroki- tak róŜne od innych. Na dźwięk cudzych kroków chowam się pod
ziemię. Widzisz tam łany zboŜa? Dla mnie jest ono bezuŜyteczne. Lecz ty masz złociste włosy.
Jeśli mnie oswoisz, będzie cudownie. ZboŜe które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I
będę kochać szum wiatru w zboŜu…
Proszę cię… Oswój mnie.
MK3: Bardzo chętnie. Lecz nie mam za duŜo czasu. Muszę znaleźć przyjaciół i nauczyć się wielu
rzeczy.
LS: Poznaje się tylko to, co się oswoi. Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek oswoić, a
przez to- poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A poniewaŜ nie mają sklepów z
przyjaciółmi, a więc przyjaciół nie maja w ogóle. Jeśli chcesz się ze mną oswoić, a równieŜ
dzięki temu poznać coś- oswój mnie!
MK3: Jak to się robi?
LS: Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku usiądź w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na
trawie. Będę patrzeć na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz.
Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz kaŜdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliŜej…
Akt XX
(następnego dnia, Mały KsiąŜe przyszedł w oznaczone miejsce)
LS: Najlepiej jest przychodzić o tej samej godzinie. Gdy będziesz miał przyjść np. o godzinie
czwartej po południu, juŜ o trzeciej zacznę odczuwać radość. Im będzie bliŜej naszego spotkania
tym będę szczęśliwszy. A jeśli przyjdziesz nieoczekiwanie, nie będę mógł się przygotować…
Potrzebny jest obrządek.
MK3: Co to znaczy „obrządek”?
LS: To takŜe jest juŜ całkiem zapomniane. Dzięki obrządkowi pewien dzień odróŜnia się od
innych, pewna godzina od innych godzin. Moi myśliwi, na przykład, mają swój rytuał. W
czwartki, tańczą z dziewczynami z wioski. Stąd czwartek jest cudownym dniem! Nie muszę się
obawiać, poniewaŜ nikt nie będzie na mnie polował.
(mały KsiąŜę oswoił Lisa, przychodząc do niego co dzień, lecz pewnego dnia gdy nadchodził
czas rozstania:)
LS : Ach, będę płakać.
MK3:To twoja wina. Nie Ŝyczyłem ci nic złego. Sam chciałeś Ŝebym cię oswoił….
LS: Oczywiście.
MK3: Ale będziesz płakać?
LS: Oczywiście.
MK3: A więc nie zyskałeś nic na oswojeniu?
LS: Zyskałem coś ze względu ma kolor zboŜa. Idź jeszcze raz zobaczyć róŜe. Zrozumiesz wtedy,
Ŝe twoja róŜa jest jedyna na świecie. Gdy przyjdziesz poŜegnać się ze mną, zrobię ci prezent z
pewnej tajemnicy.
MK3:(wszedł do ogrodu z róŜami)Nie jesteście podobne do mojej róŜy, nie macie jeszcze Ŝadnej
wartości. Nikt was nie oswoił i wy nie oswoiłyście nikogo. Jesteście takie, jakim dawniej był lis.
Był zwykłym lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów.
Lecz zrobiłem go swoim przyjacielem i teraz jest dla mnie jedyny na świecie.
RE:(zawstydziły się)
MK3: Jesteście piękne, lecz próŜne. Oczywiście moja róŜa wydawałaby się zwykłemu
przechodniowi podobna do was. Lecz ona jest dla mnie jedyna na świecie, bo ją właśnie
podlewałem. PoniewaŜ ją przykrywałem kloszem. PoniewaŜ dla jej bezpieczeństwa zabijałem
gąsienice. PoniewaŜ słuchałem jej skarg, jej wychwalań, a czasem jej milczenia. PoniewaŜ… jest
moją róŜą.(wrócił przed ogród, do lisa)
MK3:śegnaj.
LS: śegnaj. A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. NajwaŜniejsze
jest niewidoczne dla oczu.
MK3: NajwaŜniejsze jest niewidoczne dla oczu.
LS: Twoja róŜa ma dla ciebie tak wielkie znaczenie, poniewaŜ poświęciłeś jej wiele czasu.
MK3: PoniewaŜ poświęciłem jej wiele czasu….
LS: Ludzie zapomnieli o tej prawdzie. Lecz tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz się
odpowiedzialny na zawsze za, to co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją róŜę.
MK3: Jestem odpowiedzialny za moją róŜę…
LS: śegnaj.
MK3: śegnaj… Lisie jakŜe inny od stu tysięcy pozostałych lisów. śegnaj na zawsze.
(i odszedł)
Akt XXI
(mały KsiąŜę z Pilotem ponownie siedzą na pustyni)
NP3: Twoje wspomnienia są bardzo ładne. Lecz nie naprawiłem jeszcze samolotu, nie mam nic
do picia… I ja takŜe byłbym szczęśliwy bardzo, gdybym mógł powoli udać się w kierunku
studni.
MK3:Mój przyjaciel lis powiedział…
NP3:Mój maleńki, nie chodzi juŜ o lisa…
MK3: Dlaczego?
NP3:PoniewaŜ umrzemy z pragnienia…
MK3:Nawet w obliczu śmierci, przyjemna jest świadomość posiadania przyjaciela. Bardzo się
cieszę, Ŝe miałem przyjaciela-lisa.(spojrzał na pilota) Mnie takŜe chce się pić…Poszukajmy
studni…
NP3:(zrobił gest niechcenia, ale jednak poszli i szli bardzo długo)Więc ty takŜe odczuwasz
pragnienie?
MK3: Woda moŜe takŜe przynieść korzyść sercu…(usiadł, a obok niego siadł pilot)
Gwiazdy są piękne, poniewaŜ na jednej z nich istnieje kwiat, którego nie widać…
Pustynia jest piękna. Pustynię upiększa to, Ŝe gdzieś w sobie kryje studnię…
NP3: Tak. To, co upiększa dom czy gwiazdy, czy pustynie, jest niewidzialne.
MK3: Jestem zadowolony, Ŝe zgadzasz się z moim lisem.
Akt XXII
(był ranek oboje stali przy studni, lecz w okolicy nie było Ŝadnej wioski)
NP3: To zadziwiające. Wszystko jest przygotowane: blok, lina, wiadro…
MK3:(zaśmiał się i puścił blok w ruch) Słuchaj, obudziliśmy studnię i ona śpiewa…
NP3:Pozwól mi, to za cięŜkie dla ciebie.(oddał Pilotowi linę)(zanurzył wiadro i juŜ zaczął je
wyciągać)
MK3:Chcę się napić tej wody. Daj mi…
NP3:(wziął wiadro i przystawił Księciu do warg)
MK3:(pił z zamkniętymi oczami) Ludzie z twojej planety hodują pięć tysięcy róŜ w jednym
ogrodzie… i nie znajdują w nich tego, czego szukają…
NP3:Nie znajdują.
MK3:A tymczasem to, czego szukają, moŜe być ukryte w jednej róŜy lub odrobinie wody…
NP3: Oczywiście.
MK3: Lecz oczy są ślepe. NaleŜy szukać sercem.
NP3:(napił się wody z wiadra, po chwili usiedli oboje)
MK3: Powinieneś dotrzymać obietnicy.
NP3: Jakiej obietnicy?
MK3: Widzisz… kaganiec dla baranka… Jestem odpowiedzialny za mój kwiat!
NP3(wyciągnął z kieszeni swoje szkice)
MK3: Twoje baobaby przypominają trochę główki kapusty…
NP3: Och!
MK3:Twój lis… z takimi uszami, które przypominają rogi… Są za długie!
NP3: Jesteś niesprawiedliwy, mały przyjacielu, mówiłem, Ŝe poza węŜem boa, zamkniętym i
otwartym, nigdy nie umiałem rysować.
MK3: Och, twoje rysunki nie są takie złe. Dzieci poznają się na nich.
NP3:(narysował kaganiec)Masz plany, których nie znam…
MK3:Wiesz.. mój przyjazd na Ziemię… jutro jest rocznica.. .Spadłem niedaleko
stąd…(poczerwieniał, jakby się zawstydził)
NP3: Więc to nie przez przypadek przechadzałeś się tutaj samotnie, o tysiąc mil od
zamieszkanych terenów, kiedy poznałem cię tydzień temu?(znów poczerwieniał) Powróciłeś na
to miejsce na które spadłeś? A moŜe z powodu rocznicy? Wiesz… boję się…
MK3: Musisz teraz pracować. Musisz iść do twojej maszyny. Będę tu czekał na ciebie.
Wróć jutro wieczorem…
Akt XXIII
(po dwóch dniach pilot wracał w to miejsce, był jeszcze daleko, ale zobaczył Księcia siedzącego na
murze, lecz pod murem nie zobaczył Ŝmiji, którzy ze sobą rozmawiali)
MK1: Więc sobie nie przypominasz?... Miejsce niezupełnie się zgadza…
śA:(mówiła za cicho, pilot jej nie słyszał)
MK1: AleŜ na pewno! Data się zgadza, lecz miejsce nie…
śA:(znów mówiła za cicho)
MK1: Oczywiście. Zobaczysz, gdzie zaczyna się mój ślad na piasku. Poczekasz tam na mnie. Będę tej
nocy. Czy masz dobry jad? Czy jesteś pewna, Ŝe nie będę długo cierpiał?
śA:(znowu mówiła zbyt cicho)
MK1: Teraz idź sobie. Chcę zejść!
NP3:(zobaczył teraz Ŝmiję podbiegł, szukając pistoletu, lecz Ŝmija opuściła się na piasek i odpełzła)
Co to za historia?(zdjął Księcia z muru) Rozmawiasz teraz ze Ŝmijami?
MK1: Jestem zadowolony, Ŝe udało ci się naprawić samolot. Będziesz mógł powrócić do siebie.
NP3: Skąd wiesz?
MK1: Ja takŜe dzisiaj wracam do siebie… To znacznie dalej… i znacznie trudniej…
NP3: Mam twojego baranka. I mam skrzynkę dla niego… I mam kaganiec…
(Mały KsiąŜę uśmiechnął się smutno)Mały przyjacielu, bałeś się…
MK1: Dzisiejszego wieczoru będę bać się znacznie bardziej…\
NP3: Mały przyjacielu chcę usłyszeć twój śmiech…
MK1 Tej nocy mija rok. Moja gwiazda znajduje się dokładnie nade miejscem nad którym spadłem rok
temu…
NP3:Mały przyjacielu, prawda, to był tylko zły sen o Ŝmii, o spotkaniu i gwieździe…
MK1: Tego, co najwaŜniejsze, okiem zobaczyć nie moŜna…
NP3: Oczywiście.
MK1: To samo jest z kwiatem.
NP3: Oczywiście…
MK1: To samo z wodą. Ta której dałeś mi się napić, była jak muzyka. Przypominasz sobie.. była taka
dobra…
NP3: Oczywiście.
MK1: Nocą będziesz oglądać gwiazdy. Moja jest zbyt mała Ŝebym mógł ci ją pokazać, gdzie jest. Moja
gwiazda będzie dla ciebie jedną spośród wielu gwiazd.. Dlatego przyjemnie ci będzie patrzeć w gwiazdy.
KaŜda z nich będzie twoim przyjacielem. Chcę ci zrobić prezent.(zaśmiał się)
NP3: Mały przyjacielu, twój uśmiech sprawia mi tyle radości…
MK1: To właśnie będzie mój prezent.. W zamian za wodę..
NP3: Nie rozumiem…
MK1: Gwiazdy mają dla ludzi róŜne znaczenie. Lecz te wszystkie gwiazdy milczą. Ty będziesz miał
gwiazdy, jakich nie ma nikt.
NP3: Co chcesz przez to powiedzieć?
MK1: Gdy popatrzysz na niebo, wszystkie gwiazdy będą śmiały się do ciebie, poniewaŜ ja będę mieszkał
i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.(zaśmiał się)
A gdy się pocieszysz, będziesz zadowolony, Ŝe mnie znałeś. Będziesz zawsze moim przyjacielem.
Będziesz od czasu do czasu otwierał okno. Twoich przyjaciół zdziwi to, Ŝe śmiejesz się patrząc na
gwiazdy. Pomyślą, Ŝe zwariowałeś. Zrobiłem ci brzydki figiel.(zaśmiał się)
(po chwili spowaŜniał)
Tej nocy… wiesz… nie przychodź…
NP3: Nie opuszczę cię.
MK1: Będę robił wraŜenie cierpiącego… będę wyglądał tak, jakbym umierał. Nie przychodź patrzeć na
to, nie warto.
NP3: Nie opuszczę cię.
MK1: Mówię ci to takŜe… z powodu Ŝmii. Nie chcę, Ŝeby cię ukąsiła. śmije są złośliwe. Mogą ugryźć
dla przyjemności.
Co prawda Ŝmija nie ma dostatecznej ilości trucizny, aby ugryźć drugi raz…
Akt XXIV
(jest noc, oboje śpią przy samolocie, aŜ KsiąŜę wstaje, i po cichu idzie w kierunku umówionym przez
Ŝmiję, po chwili budzi się pilot, i widząc, Ŝe Małego nie ma pobiegł w tamtym kierunku.
Spotkał Małego po chwili biegu)
MK1: O, jesteś tu…(wziął go za rękę)Nie masz racji. Będzie ci przykro. Będę robić wraŜenie umarłego, a
to nieprawda. Rozumiesz. To bardzo daleko. Nie mogę zabrać ze sobą tego ciała, jest za cięŜkie. To
będzie jak stara porzucona łupina. W starych łupinach nie ma nic strasznego.
(zaczął cichutko nucić, lecz po chwili przestał bo z jego oczu popłynęły łzy i popłakał się)
To tu. Pójdę sam jeden krok naprzód. Wiesz… moja róŜa… jestem za nią odpowiedzialny. A ona jest tak
słaba. I tak naiwna. Tak… to wszystko…(podniósł się, i zrobił krok na przód. śółta Ŝmija owinęła mu się
wokół nogi, chwilę stał nieruchomo, nie krzyczał, chwilę potem osunął się powoli jak pada drzewo. Pilot
ukląkł nad nim i schował głowę(płakał). śmija powoli odpełzła w swoją stronę)
Akt XXV
NP2: A dzisiaj minęło juŜ 6 lat. Nigdy jeszcze nie opowiadałem tej historii. Moi koledzy bardzo cieszyli
się z mojego powrotu. Byłem smutny, lecz mówiłem im: - To zmęczenie…
Gdyby ktoś z was usłyszał kiedyś jego śmiech powiedzcie mi o tym. Jego śmiech jest szlachetny.
Prawdziwy. Dla mnie to był najpiękniejszy i jednocześnie najsmutniejszy obraz świata. To jest miejsce w
którym zjawił się i znikł Mały KsiąŜę. śegnajcie, więc koledzy, i niech Mały KsiąŜę, zostanie Waszym
przyjacielem na zawsze, tak jak został moim, ucząc mnie świata.
KONIEC
Ten scenariusz dedykuję klasie 4a - najwspanialszej klasie świata
oraz
Pani Iwonce oraz Pani Marcie – moim najwspanialszym wychowawczyniom.
Dziękuję, Ŝe ze mną byliście

Podobne dokumenty