WRÓG

Komentarze

Transkrypt

WRÓG
Remigiusz Koczy
WRÓG
Remigiusz Koczy
ul. Goździkowa 22
44-307 Wodzisław Śl.
0324561367
28
1
od zarania ludzie chcieli stworzyć sobie „widzialnego Boga”, ale Ten,
który jest Duchem, kategorycznie się temu sprzeciwił. Dziś wielu ludzi,
podających się za chrześcijan, ignoruje BoŜą prawdę o jedynym pośredniku oraz prawdę o zakazie czynienia sobie podobizn, którym oddaje się cześć. Rzym.1:25: „Prawdę BoŜą przemienili oni w kłamstwo
i stworzeniu oddawali cześć, i słuŜyli jemu, zamiast słuŜyć Stwórcy,
który jest błogosławiony na wieki. Amen.”
Jakim człowiekiem jesteś? Tym, który ceni BoŜe Słowo i pragnie
Ŝyć według jego zasad? Czy teŜ moŜe tym, który woli trzymać się
ludzkich tradycji, wciąŜ dodając do nich swoje pomysły na zaspokojenie
własnego, religijnego sumienia oraz Boga? Czy tych, którzy dochodzą
Prawdy w Biblii nazywasz gorliwymi, czy teŜ wrogami twojej religii?
Czy Bóg jest sednem i sensem Twojego codziennego Ŝycia, czy teŜ
traktujesz Go jako niedzielną dokładkę do szarego menu kaŜdego tygodnia?
Zapamiętaj, proszę, Ŝe chrześcijanin to człowiek, który przyjął
Jezusa Chrystusa jako swego Pana i Zbawiciela, co prowadzi go do
prawdziwego poddania Panu, do uznawania krwi Chrystusa jako jedynej
i całkowicie wystarczającej ofiary za grzechy, by nic nie dodawać swymi religijnymi uczynkami do dzieła zbawienia. Dobre czyny nie mogą doprowadzić do Ŝycia, ale mają wypływać z Ŝycia. Czy przyjąłeś zatem to
śycie, BoŜe śycie? Czy modliłeś się, by Jezus stał się Twoim Zbawicielem i Panem? Czy uwierzyłeś, Ŝe Jego krew zapłaciła za Twoje wszystkie grzechy? Czy zobaczyłeś, Ŝe nie potrzebujesz wizerunków religijnych, ani innych pośredników oprócz samego Jezusa Chrystusa? Czy
jesteś pośród tych, „którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli,
ani z woli męŜczyzny, lecz z Boga” (Jana 1:13)?
Tylko BoŜe Słowo jest w stanie wykazać nam, jakimi jesteśmy
i to samo Słowo moŜe wzbudzić w nas wiarę, która otwiera Bogu drogę
do zmiany naszego Ŝycia, do zmiany naszego serca. Bóg nie chce religijnych ludzi, Bóg pragnie ludzi oddanych Mu swoim sercem. Czy i Ty jesteś „Rodrygiem” uciekającym przed BoŜym Słowem, albo walczącym
z nim? Czy jesteś moŜe „wędrowcem”, który poświęcił się Bogu i bez
względu na koszty idzie tam, gdzie Bóg go posyła? Odpowiedz sobie jak
najszybciej, by nie było za późno...
2
27
***
„Czy dlatego stałem się waszym wrogiem, Ŝe mówiłem wam prawdę?” - słowa apostoła Pawła skierowane do Galacjan w bardzo trafny
sposób oddają sytuację naszych czasów. KaŜdy, kto pragnie dochodzić
prawdy, będzie naraŜony na sprzeciw większości. Czy zatem w Twoim
sercu, drogi Czytelniku, jest rzeczywiste pragnienie dochodzenia
prawdy? Czy zdecydujesz się dziś na wzięcie do ręki Słowa BoŜego,
które jest Ŝywe i skuteczne, ostrzejsze niŜ wszelki miecz obosieczny,
przenikające aŜ do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne
osądzić wymysły i rozumienia serca? (Heb.4:12).
Tylko BoŜe Słowo jest miarodajnym źródłem wskazującym, jaki
jest Bóg, co jest Jego pragnieniem oraz jakie prawa rządzą duchową
rzeczywistością. JakŜe wielu ludzi chce dziś przypodobać się Bogu,
uratować się od wiecznego potępienia i Ŝyć wiecznie, ale jednocześnie
zupełnie ignoruje BoŜe Słowo! Czy i Ty naleŜysz do tych, którzy: „mają
gorliwość dla Boga, ale gorliwość nierozsądną; bo nie znając usprawiedliwienia, które pochodzi od Boga, a własne usiłując ustanowić, nie podporządkowali się usprawiedliwieniu BoŜemu” (Rzym.10:2-3)? Ludzka
religijność jest bogata i wymyślna, ale takŜe w zdecydowany sposób
sprzeciwia się Bogu. Przykład? W 1Tym.2:5 Paweł pisze: „Albowiem je-
den jest Bóg, jeden teŜ pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek
Chrystus Jezus”, a człowiek dodał do tego Jednego Pośrednika wielu
innych! BoŜe przykazanie mówi w 5MojŜ.20:4-25: „Pilnie się wystrzegajcie - skoroście nie widzieli Ŝadnej postaci w dniu, w którym mówił do
was Pan spośród ognia na Horebie—abyście nie postąpili niegodziwie i
nie uczynili sobie rzeźby przedstawiającej podobiznę męŜczyzny lub
kobiety, podobiznę jakiegokolwiek zwierzęcia, które jest na ziemi, podobiznę jakiegokolwiek ptaka, latającego pod niebem, podobiznę czegokolwiek, co pełza po ziemi, podobiznę ryby, która jest w wodach - pod
ziemią. Gdy podniesiesz oczy ku niebu i ujrzysz słońce, księŜyc i gwiazdy, i wszystkie zastępy niebios, obyś nie pozwolił się zwieść, nie oddawał im pokłonu i nie słuŜył, bo Pan, Bóg twój, przydzielił je wszystkim
narodom pod niebem. StrzeŜcie się, byście nie zapomnieli przymierza
Pana, Boga waszego, które zawarł z wami, i nie uczynili sobie wyobraŜenia w rzeźbie tego wszystkiego, co wam zabronił Pan, Bóg wasz. Bo Pan,
Bóg wasz, jest ogniem trawiącym. On jest Bogiem zazdrosnym ”! JuŜ
26
Wędrowiec szedł juŜ kilka godzin. Niemłode ciało dawało znać
o sobie coraz wyraźniejszymi oznakami zmęczenia. Postanowił nieco odpocząć.
Gęsty jak dotąd las rozpostarł przed nim miły widok duŜej polany, na której dostrzegł mnóstwo krzewów jeŜyn i jagód. Postanowił przycupnąć przy obfitszym
w owoce krzaczku i odpoczywając poŜywić się. Zszedł z wydeptanego traktu, wyjął z przewieszonej przez ramię torby, oprawioną w skórę grubą Księgę, gliniany
kubek i usiadł. UwaŜając, by się nie pokłuć ostrymi kolcami, pozrywał najpierw
do kubka jeŜyny, po czym otworzył Księgę na stronie, gdzie skończył poprzednio
czytać. ZmruŜył oczy i odsunął nieco Księgę od siebie, by lepiej widzieć. To juŜ
nie te lata, pomyślał z delikatnym uśmiechem na ustach, nie te lata. Kiedy był
młody, nie robił planów na przyszłość, gdyŜ jego Ŝycie nie zapowiadało się na
długie. Teraz ze starości przestawał dobrze widzieć. Za cud długiego Ŝycia był
wdzięczny Temu, któremu naleŜało być wdzięcznym.
Kiedy jego oczy dobiegły końca strony, do uszu doleciał charakterystyczny odgłos skrzypienia wozu i parskanie konia. Tak, tego był pewien. Uszy miał
w najlepszym porządku. Ktoś zbliŜał się traktem ku polanie. Szybko schował
Księgę i poczłapał ku drodze. Miał nadzieję, Ŝe jadą wędrowcy tacy jak on i zabiorą go ze sobą, jeśli tylko pozwoli na to wolne miejsce na wozie. Wyszedł na
środek traktu i nasłuchiwał. Tak, podąŜali z właściwej strony. Będzie im po drodze. Być moŜe jego podróŜ stanie się lŜejsza.
Po kilku chwilach na polanie pojawili się dwaj zbrojni jeźdźcy, za nimi
dwa wozy i jeszcze jeden koń z uzbrojonym człowiekiem w siodle. Wędrowiec
wrzucił do ust jeŜynę i czekał, aŜ się zbliŜą.
— Dobrze urodzeni – mruknął pod nosem.
Jeden z jeźdźców, gdy tylko go dostrzegł, spiął konia i kłusem wyprzedził
pozostałych, by sprawdzić, co on za jaki. Był to młody chłopiec, moŜe dwudziestokilkuletni, o słusznej posturze i odwaŜnej twarzy. Groźnego wyglądu dodawał
mu pokaźny miecz u boku, kołczan pełen strzał i łuk. Na zadzie konia tkwiła
okrągła tarcza z wymalowanym herbem.
— Z drogi starcze, bo rozjedziemy – rzucił takim tonem, jakby chciał go
przestraszyć. Wędrowiec natychmiast usłuchał „rozkazu” i usunął się na bok. Jeździec zmierzył go z wysokości. Widać długa do ziemi, wypłowiała szata, obute w
rzemienne sandały stopy, płócienna torba i siwe włosy dziwnego podróŜnika, nie
wyglądały jakoś szczególnie niebezpiecznie, gdyŜ jego ton jakby zmiękł.
— Dokąd to tak samemu po puszczy? Nie strach? Mało to zbójców po
okolicy grasuje?
— A czy ja mam, co by mi to rabować? – odrzekł z nutką rozbawienia
w głosie wędrowiec. — Tylko Ŝycie, a i to stare. Ale za troskę bardzo dziękuję.
Zaraz dojechały wozy i pozostali jeźdźcy. Na jednym wozie siedziały dwie
starsze kobiety, obie w strojnych szatach. Na drugim słuŜba. Wędrowiec ukłonił
się z szacunkiem.
— Pielgrzym? – spytała jedna z kobiet.
— Tak, pani. Z Ziemi Świętej idę – przyznał.
3
— Nie boisz się samemu w tej okolicy? – zagadnęła druga.
— TeŜ go o to pytałem – powiedział młodzieniec, który nagle zaczął mieć
kłopoty z utrzymaniem konia. Wierzchowiec drugiego jeźdźca równieŜ zaczął
przejawiać oznaki niepokoju.
— Jestem stary. Moje Ŝycie nie jest dla mnie tak waŜne jak kiedyś, jak dla
was teraz.
Powietrze przecięło głośne wycie wilka. Wszyscy zaczęli rozglądać się
wokoło.
— To nie wilk – powiedział z przekonaniem drugi jeździec. Był starszym
człowiekiem, doświadczonym, na jego twarzy widać było długą bliznę. Zaraz
wziął do lewej ręki łuk i uchwycił kilka strzał, tak by szybciej móc je wystrzelić.
To samo chciał uczynić młodzieniec, ale nie zdąŜył. Jego koń nagle stanął na zadnich nogach i zrzucił z siebie jeźdźca. Kobiety krzyknęły z przeraŜenia,
a dwaj słudzy rzucili się na pomoc. Trzeci jeździec równieŜ spadł z konia, ale on
trafiony został w plecy dwiema strzałami. Starszy Ŝołnierz wystrzelił pierwszą
strzałę w niewidoczny cel i zaraz naciągnął cięciwę z następną. Koń młodzieńca
ruszył galopem przed siebie, a nieszczęśnik zamroczony leŜał na ziemi. Słudzy
zostawili go tam i rzucili się do wozu po broń. Następna strzała trafiła jednego
z nich i ten upadł przy samym wozie. Inny ledwo zdąŜył odskoczyć przed następną strzałą. Drugi jeździec zeskoczył z konia, porwał tarczę i w ostatniej chwili zasłonił się przed trafieniem go w pierś. Kobiety skuliły się w wozie, do którego
z niespodziewaną szybkością wskoczył stary pielgrzym. Jego oczy zwęziły się
w wąskie szparki, ale twarz była niezwykle spokojna, pełna równowagi, zupełnie
jakby nie była to dla niego zaskakująca sytuacja.
W polu widzenia pojawił się pierwszy napastnik, zaraz potem następni, cała zgraja. Otoczyli ich ze wszystkich stron. Wędrowiec wiedział, Ŝe kiedyś byłaby
to sytuacja bez wyjścia, całkowicie beznadziejna, ale nie dziś, nie teraz. Sięgnął
do płóciennej torby, by na ułamek chwili połoŜyć dłoń na skórzanej okładce Księgi. Jego spojrzenie wzniosło się ku górze i szybko wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowa, aby natychmiast gwałtownym ruchem ramienia zasłonić się przed
nadlatującą strzałą. Kobiety widziały ten ruch. Ich zdumienie było ogromne.
Śmiertelny pocisk wbił się w duŜą, prostokątną tarczę. Zaraz potem następne.
Wszystkie płonęły. W drugiej ręce równieŜ znikąd pojawił się obosieczny miecz,
na głowie dziwny hełm. Wędrowiec przemienił się w wojownika, był jakby z innego świata, innej epoki.
Napastnicy zbliŜali się w błyskawicznym tempie. Mieli przeraŜające twarze, pełne pogardy, nienawiści i Ŝądzy krwi. Nie mieli juŜ łuków, ale w ich dłoniach błyszczały ostrza kling. SłuŜba pierzchła w las. Pozostał leŜący na ziemi
młodzieniec, trafiony jeździec i sługa oraz doświadczony Ŝołnierz, który cofnął
się blisko wozu, by osłonić starsze kobiety.
— Jesteś wierny – powiedział pielgrzym do niego. Ten dopiero teraz zobaczył zmienionego staruszka. Jego oczy stały się wielkie ze strachu. On słyszał
o takich ludziach jak ten starzec. Nigdy Ŝadnego jeszcze nie spotkał, ale wiedział
4
w leŜącą na ziemi największą część kamiennej figury. Ta rozprysła się na dziesiątki mniejszych części, pierzchając spod ostrza na wszystkie strony.
— „Ja, Pan, a takie jest moje imię, nie oddam mojej czci nikomu ani mojej chwały bałwanom.” - krzyknął wędrowiec, by jego głos nie zgubił się w szalejącym tumulcie. Potem uderzył drugi i trzeci raz, by figurę rozkruszyć na jak najmniejsze części.
Spadające „słońce” znikło w jednej chwili i powróciło normalne światło
spoczywającego na firmamencie prawdziwego słońca. Oniemiały tłum zastygł,
jakby pozbawiony czucia. Wędrowiec spojrzał na „kobietę” i struchlał. Zjawa nie
była juŜ kobietą, ale... Posłańcem! Tym Posłańcem, który przyprowadził wędrowca na to miejsce i zapewniał o swym poparciu... W jego dłoni równieŜ był miecz,
który uniósł w górę, by zadać cios, a celem był on sam, człowiek, któremu zaskoczenie i strach odjęły w ułamku chwili broń i zbroję. Tego nie mógł się spodziewać. Jego własny obrońca... zdrajcą...
— Nieeee! - krzyknął i w ostatniej chwili w swej dłoni poczuł znajomy
cięŜar tarczy. Atakujący „posłaniec” zamiast jasnych oczu miał czarną czeluść otchłani. Wędrowiec był niemal pewny, Ŝe uderzenie przygniecie go do ziemi, cios
jednak nie nadszedł. Wędrowiec usłyszał jedynie coś, co mógłby nazwać krótkim
świstem. OstroŜnie opuścił tarczę, by móc zobaczyć, co się stało. Zjawa chciała
zrobić krok w jego stronę, ale nie pozwolił na to łańcuch, który spętał ramiona
i nogi. Ponad posłańcem ciemności unosił się inny Posłaniec. Wędrowiec od razu
rozpoznał w nim Aina, jego własnego Anioła, który nie miał czarnych oczu pełnych otchłani, ale jasne i radosne spojrzenie, którym wyraŜał triumf zwycięstwa.
— Aniołów zaś, którzy nie zachowali zakreślonego dla nich okręgu, lecz
opuścili własne mieszkanie, trzyma Bóg w wiecznych pętach, w ciemnicy na
wielki dzień sądu - powiedział Ain obwieszczając wyrok całemu zgromadzonemu
tłumowi. — Wierz, bo nie zawsze to, co widzisz i słyszysz, jest Prawdą. Zawsze
trzeba ci będzie Ducha mądrości i rozumu, Ducha rady i mocy, Ducha poznania
i bojaźni Pana, aby nie według widzenia swoich oczu sądzić ani według słyszenia
swoich uszu rozstrzygać, ale według Sprawiedliwości i Prawdy, które są w Pomazańcu Jezusie. On sam jest Prawdą, Drogą i śyciem.
Powietrze za aniołami „otworzyło się” niczym wrota.
— Nie jesteś sam - powiedział Ain. — Jak za dni Eliasza Pan pozostawił
sobie resztkę, która nie dała zwieść się ciemności.
Ain pociągnął fałszywą „Marię” za sobą i powietrze zasklepiło się, pozostawiając ludzi w niemej fascynacji.
Wędrowiec spojrzał na plac przed zamkiem. Jak okiem sięgnął od skraju
zgromadzonego tłumu w stronę muru posuwały się wyraźnie dostrzegalne błyski.
Wędrowiec nie miał wątpliwości, co to jest. Błysk takiego światła dawało tylko
jedno: miecz Ducha - Słowo BoŜe, które uderza w śmierć ludzkiego ducha, by dać
mu Prawdziwe śycie. A błysków było wiele, bardzo wiele.
25
do prawdziwej radości swobodnych wyborów, które nie krzywdzą, ale dają pokój
i harmonię wszystkim dzieciom. To matka karmi i ubiera, otacza ciepłem i bezpieczeństwem...
— Nie stanę się łupem twojej zachłanności, bo twoje zamysły są nam dobrze znane! - przerwał wędrowiec.— Nie jesteś niczyją matką. Nawet ta, która
jest matką mojego Pana, nigdy nie była tak przez Niego nazwana. Zawsze mówił
do niej „niewiasto”, Ŝebyś ty nie mógł się na to powołać... ojcze kłamstwa.
Zjawa nie zmieniła wyrazu twarzy, ale zapach kwiatów nagle znikł. Wędrowiec natychmiast to zauwaŜył i był pewien, Ŝe inni równieŜ.
— Zaczyna brakować fałszywej słodyczy? - spytał z przekąsem.
— Bluźnisz mi? - odpowiedziała rzekoma „matka” pytaniem i zaraz dodała: — Nie zaszkodzi mi jeden bluźnierca. Spójrz, jak wielu mnie kocha i szanuje.
Dla nich będę Matką i będą mi wierzyli, bo dbam o nich.
— Ja mam Ojca w niebie, Pana u Jego boku i matkę, którą jest Nowe Jeruzalem: zgromadzenie ludzi tak samo wywołanych z tego świata jak ja, ludzi, którzy uwierzyli Ewangelii o zbawieniu za darmo, z łaski, przez krew Pomazańca Jezusa. Powiedz, ile dla ciebie znaczy krew Jezusa? Jaką ma wartość?
Zapanowało milczenie. W powietrzu począł unosić się nowy zapach, coś
co przypominało rozkładające się zwłoki.
— Jestem jego Matką, a Ŝeby nią być, zostałam poczęta bez grzechu.
— Bez grzechu? I dlatego nigdy nie potrzebowałaś Jego krwi, czy tak?
Słowo BoŜe mówi, Ŝe nie ma ani jednego sprawiedliwego, wszyscy zgrzeszyli
i brak im chwały BoŜej! A ty jesteś bez grzechu? To miałeś na myśli, prawda?
Zjawa poruszyła się, a obłok błękitnej mgiełki zaiskrzył niczym wielobarwna tęcza.
— Potrzebujesz dowodów? - tembr głosu zmienił się. Miękkie ciepło przyjaznej niewiasty zgubiło gdzieś swą przychylność. — Spójrz na słońce, niedowiarku.
Dotychczasowy blask słonecznej tarczy stracił w jednej chwili na swej wyrazistości. Choć nie moŜna było powiedzieć, Ŝe jest ciemniejsze, to jednak kaŜdy
bez obaw mógł spojrzeć na nie, nie tracąc wzroku. Kolor zmienił się z Ŝółtego na
niemal biały, a wokół migotała mglista poświata podobna do tej, która towarzyszyła zjawie. Po chwili słońce poczęło wirować wokół swej osi, nabierając coraz
większej szybkości. Z jego wnętrza tryskała feeria tęczowych barw rozrzucając
się na wszystkie strony, jakby z zamiarem objęcia całej ziemi. Wszyscy patrzyli
ze zdumieniem, jak wirujące słońce coraz bardziej zmieniało swą barwę, teraz stając się pomarańczowe, czerwone i wreszcie zastygło w kolorze zakrzepłej krwi,
by ponownie wprawione w ruch runąć na kłębiący się w przeraŜeniu tłum. Błyskawicznie zapadały ciemności. Krzyki rozpaczy i strachu poraŜały piszczeniem
wysokich tonów. Ludzie padali na kolana, chowali twarze w dłoniach, a niektórzy
pragnąc uciekać, potykali się o innych i padając na twarze, naraŜali się na stratowanie.
Wędrowiec wiedział, co zrobić. Uniósł miecz i bez skrupułów uderzył
24
o nich z wielu opowieści, Ŝe byli niebezpieczni, szybcy i bardzo wielu ludzi po
spotkaniu z nimi po prostu się zagubiło, znikło bez śladu. Tych wędrownych
szarlatanów nie moŜna było rozpoznać, zanim sami się nie ujawnili. Do głowy mu
nie przyszło, Ŝe moŜe to być tak stary człowiek.
— Nie bój się kłamstw, ale ufaj – powiedział starzec i zeskoczył z wozu,
by dać odpór najbliŜszemu przeciwnikowi. Kątem oka spostrzegł, Ŝe młodzieniec
odzyskuje przytomność. Chciał przesunąć się w jego stronę. Przyjął tarczą pierwszy cios napierającego z impetem wielkiego napastnika. Z ust wędrowca padał
potok niezrozumiałych słów, a miecz ciął ze świstem powietrze odbijając głośnym zgrzytaniem klingę broni przeciwnika. Walka nie trwała długo, ledwie kilka
spięć. Napastnik stanął ze zdumieniem, a z dłoni wypadł mu miecz. Jego wzrok
padł na własną klatkę piersiową, w której utkwił miecz starca. Ten puścił rękojeść, a swą uwagę skupił na kolejnym nacierającym, który z wielkim krzykiem na
ustach biegł w jego stronę. Starzec wykonał nagły unik i cała energia szarŜującego minęła się z zamierzonym celem. Po szybkim zwrocie napastnik stał naprzeciw dziwnego wojownika, którego jedyne uzbrojenie stanowiła teraz wielka tarcza. Uśmiechnął się z pogardą i splunął, po czym natarł raz jeszcze. Starzec znów
w nieznanym języku szybko, acz spokojnie wypowiedział kilka słów. Zdziwienie
kolejnego napastnika było ogromne, gdy w ostatniej chwili tuŜ przed oczami błysnęła mu zimna stal ostrza. Zaraz padł na kolana z wbitym w serce mieczem. Jego
usta szeroko się otworzyły, ale nic nie mógł wypowiedzieć.
Kobiety równieŜ z szeroko otwartymi ustami obserwowały bieg wydarzeń.
Starzec uwijał się szybko i z mistrzowską precyzją w ten sam sposób pozbył się
kolejnych, trzech przeciwników. KaŜdy z nich kończył walkę z wbitym w pierś
mieczem. Jednak z Ŝadnego przeciwnika starzec nie wyjmował swej broni. W jego dłoni pojawiał się natychmiast taki sam nowy. Kiedy pozostali napastnicy zorientowali się, Ŝe mają do czynienia z kimś niezwykłym, natychmiast zrezygnowali z walki i uciekli do lasu. Na placu boju pozostało ich pięciu, kaŜdy z mieczem w sercu, na kolanach. Jeszcze jeden raniony przez broniącego się rycerza
leŜał nieopodal. Widok był niesamowity. Wszyscy napastnicy mieli otwarte oczy,
oddychali, ale bez najmniejszego ruchu pozostawali na swych miejscach.
Starzec szybko podszedł do rannego i z właściwą sobie precyzją, z obcymi
słowami na ustach wbił miecz w jego serce. Potem przyjrzał się młodemu chłopcu, który właśnie z pojękiwaniem przewracał się na bok. Kiedy ruszył w jego
stronę, starszego obrońcę kobiet miał za swymi plecami. Ten nie wahał się długo.
Błyskawicznie odnalazł łuk, naciągnął cięciwę i wystrzelił strzałę wprost w plecy
starca. Nie osiągnął jednak zamierzonego celu. Choć strzała uderzyła w jego plecy, z charakterystycznym metalicznym zgrzytem odbiła się i spadła na ziemię.
Pod szatą był pancerz. Wędrowiec odwrócił się. W jego oczach nie było złości ani
cienia zdenerwowania. Był rozczarowany.
— Rodrygu... – starsza z kobiet chciała krzyknąć, ale przejęta niezwykłymi wydarzeniami, jego imię ledwo dosłyszalnie wyszeptała.
— Myślałem, Ŝe twoje serce jest wierne i dobre – powiedział starzec ła5
godnie, ale w jego dłoni błysnął następny miecz. Rodryg cofał się małymi krokami. Jego strach był większy niŜ wtedy, gdy zobaczył zgraję rzezimieszków.
W końcu zrobił nagły zwrot i ile sił w nogach zaczął biec tam, skąd przyjechali.
— Rodrygu! – krzyknęła druga kobieta, ale tamten był coraz dalej.
— To strach przed innym Ŝyciem – powiedział pielgrzym i uklęknął przy
niemal juŜ przebudzonym młodym człowieku.
***
W karczmie wrzało. Wszyscy obecni poruszali jeden temat: niedaleko pojawił się wróg, poŜeracz ludzi, czarownik, który sam przepędził zgraję zbójców,
kilku z nich zabijając i zjadając, oraz porywając szlachetnie urodzone niewiasty
z towarzyszącymi im jeźdźcami. Banda rzezimieszków była jedynie mało znaczącym tłem. Szarlatan był wrogiem najistotniejszym, niósł strach i śmierć tak niespodziewaną, Ŝe mógł znajdować się wszędzie, nawet w tej karczmie. Źródłem
tych wieści był rycerz, któremu ledwie udało się ujść z Ŝyciem. Pieszo dotarł do
karczmy, w wielkim pośpiechu rzucił kilka zdań i po otrzymaniu konia popędził
przed siebie, by jak najszybciej dotrzeć do rodziny porwanych niewiast.
KaŜdy, kto miał coś do powiedzenia, wiedział o wrogu prawie wszystko:
jak wyglądał, co powiedział i co zrobił. Większość słuchaczy kiwała jedynie głowami i czuła narastające przeraŜenie. KaŜdy z nich mógł być przecieŜ następną
ofiarą.
— Nie da się ich rozpoznać, dopóki sami nie uderzą – mówił czerwony od
grzanego wina kupiec, który z powodu swego obycia w róŜnych stronach przyciągnął największą liczbę słuchających. — Są mili, ułoŜeni, potrafią pięknie mówić,
a wszystko po to, by porwać, zabić i zjeść!
Zaraz rozniósł się szmer komentarzy.
— Ale jak to moŜliwe, Ŝeby sam jeden dał radę tylu naraz? – spytał ktoś
ciekawy.
— Znają się na czarach i są nieśmiertelni.
Znów szmer.
— To jak się moŜna bronić przed nimi? – spytał ktoś inny.
— Trzeba trzymać się swego patrona, najlepiej mieć przy sobie relikwie
i krzyŜ na piersi, Ŝeby zasłonił serce. Diabeł boi się krzyŜa, święconej wody i najświętszej panienki.
— Tak i odpusty trzeba wykupić – dodał ktoś z boku.
— Dobre i odpusty – potwierdził kupiec. — Zakonni bracia mawiają, Ŝe na
msze trzeba co niedziela chodzić, to taki nawet się nie zbliŜy .
— A ja słyszałem, Ŝe oni przekupić nawet próbują, Ŝeby do nich przystać –
powiedział ktoś trzeci. — Potrafią konia wyczarować, albo i sakiewkę złota na
stół wyłoŜyć, Ŝeby tylko z nimi iść, gdzie zechcą.
— Wina! – zakrzyknął starszy jegomość w bogatym odzieniu. — Wy gawędzić będziecie bez końca, a ja mieczem rozpłatam na dwie połowice szarlatana
6
Wędrowiec stał gotowy na następny atak. Jego mięśnie były napięte do
granic wytrzymałości, ale serce miał spokojne. Pomimo przewagi jaką mieli jego
przeciwnicy, widział, Ŝe się go boją. Nikt nie chciał być kolejną ofiarą. Nawet
najznamienitszy dostojnik, który prowadził koronację figury, cofnął się, jak mógł
najdalej. Wędrowiec zrobił krok w jego stronę. W hełmie, pancerzu, z tarczą
i mieczem nie był starcem zdanym na pogardę. Wszyscy widzieli jego zadziwiającą szybkość i zwinność ruchów. Wszyscy dostrzegli, Ŝe Rodryg pomimo wbitego
w serce miecza nie padł trupem, ale zgiąwszy kolana, wypowiadał bezgłośnymi
ustami jakieś słowa, których nikt nie słyszał.
Po kolejnym kroku stało się coś, co zatrzymało oddech wszystkim. Trzy
części kamiennej rzeźby drŜały przez chwilę, po czym wypłynęło z nich niebieskawe światło tworząc falującą poświatę, która skupiła się w środku utworzonego
przez głowę oraz dwie połowy tułowia trójkąt. W powietrzu począł unosić się
słodki zapach. Wędrowiec nie miał wątpliwości. Świetlista mgiełka, słodki zapach kwiatów i gęsta lepkość, której nie moŜna było zobaczyć, ale poczuć w słabnącym z kaŜdą sekundą umyśle. To, co widział przed sobą nie było jakimś urojeniem, ale takŜe nie było czymś w pełni prawdziwym. Wróg nie wytrzymał napięcia i objawiał się w całej swej krasie.
— I nic dziwnego, wszak i oskarŜyciel przybiera postać anioła światłości wyszeptał wędrowiec i cofnął się, by dać miejsce zjawisku. Miejsce przed nim,
ale nie w sobie samym. Sam wzdychał w niewysłowionych westchnieniach do
Tego, który jedynie jest Kyriosem, jest Panem posiadającym potęŜną moc, dającą
mu zbroję, dzięki której mógł ostać się przed zasadzkami złego. Bo bój toczył nie
z krwią i ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. Musiał być trzeźwy
i czujny, bo przeciwnik właśnie nadchodził...
Niebieska mgiełka z poświaty przeistaczała się w kształty, które moŜna było juŜ rozpoznać. Długa do stóp pofałdowana tunika, chustka na głowie okrywająca niemal w całości włosy, otwarte dłonie i rozchylone ręce, jakby w geście przygarnięcia wszystkich i przytulenia do siebie. Wschodnie kobiece rysy i karnacja
miały zdradzać pochodzenie z dalekich stron.
Oprócz pielgrzyma nie było nikogo, kto ustałby na swoich nogach. Wszyscy padli na swe kolana i z szeroko otwartymi ustami patrzyli na tę, którą czcili
dotąd wyłącznie jako figury oraz obrazy.
Kobieta uśmiechała się łagodnie i aksamitnie miękkim głosem przemówiła:
— Pokój wam. Pokój tym, którzy mnie kochają... I tym, którzy mnie nienawidzą.... - spojrzała jakby z Ŝalem na skrywającego się poza podniesioną po same oczy tarczą wędrowca.— Przyszłam, bo nie wszystkich jest wiara, nie wszystkich ufność, nie wszyscy rozumieją drogę do prawdziwej poboŜności. Ja znam
drogę do tego, który moŜe was uratować przed zgubą wiecznej niewoli, przed ciągłym poniŜeniem. Ja dam wam radość wiecznego bycia sobą, bycia szczęśliwym
i wolnym od trosk, bólu i łez. KtóŜ, jeśli nie matka wie najlepiej, czego potrzeba
23
konawszy wszystkiego, ostać się. Stójcie tedy, opasawszy biodra swoje prawdą,
przywdziawszy pancerz sprawiedliwości i obuwszy nogi, by być gotowymi do
zwiastowania ewangelii pokoju, a przede wszystkim, weźcie tarczę wiary, którą
będziecie mogli zgasić wszystkie ogniste pociski złego. Weźcie teŜ przyłbicę zbawienia i miecz Ducha, którym jest Słowo BoŜe... - powiedział pielgrzym ni to do
siebie, ni to Rodrygowi, po czym odbił mieczem następne uderzenie.
— Ty bluźnierczy heretyku, stos świętej inkwizycji spali twoje szczątki,
a popiół rozniesie wiatr na wszystkie strony świata! - wrzasnął Rodryg nacierając
z desperacką furią. Wędrowiec skupił się na jego ruchach i bez zbędnych manewrów przyjmował uderzenia na tarczę lub parował je mieczem. Wiara, wiara, wiara - powtarzał sobie w myślach - nie jestem sam, a śmierć moim zyskiem.
Obecni w pobliŜu ludzie zrobili miejsce walczącym. Twarz Rodryga nabrzmiała od złości i wysiłku. Pot spływał z czoła wprost w oczy, a usta wyrzucały
z siebie złowieszcze postękiwania. Nie mógł pozwolić, by bezkarnie poniewierano jego Królową, by rzucano obelgi, by rąbano jej świętą figurę!
Wędrowiec widział w oczach napastnika nienawiść. Ta sama nienawiść
pojawiała się zawsze, kiedy podwaŜał wysiłki ludzkiej natury, która chciała być
religijną, która chciała zapracować sobie swymi wysiłkami i pomysłami na sprawiedliwość, nie chcąc przyjąć sprawiedliwości, która jest z Góry.
— Nie moŜe mnie nikt potępić, kto ma upodobanie w poniŜaniu samego
siebie i w oddawaniu czci aniołom, i opierając się na swoich widzeniach, pyszni
się bezpodstawnie cielesnym usposobieniem swoim i nie trzyma się Tego, który
jako jedyny został ustanowiony Głową!
— Nie moŜesz przyjść do Niego bez Jego matki. Ona zna swego Syna najlepiej - syknął Rodryg z trudem łapiąc powietrze.
Wędrowiec szybkim zwrotem wbił miecz wprost w serce Rodryga:
— On powiedział: „Wszystko mi zostało przekazane przez Ojca mego
i nikt nie zna Syna tylko Ojciec, i nikt nie zna Ojca, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić. Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciąŜeni,
a ja wam dam ukojenie.”
Rodryg stanął z szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierząc w to, co
usłyszał. Wędrowiec puścił rękojeść Słowa, by pozostało ono w sercu Rodryga.
Nie musiał szukać nowej broni, ona sama dzięki wierze pojawiała się w jego dłoni
ku obronie i natarciu. Od kiedy poznał Prawdę, był szczęśliwy, Ŝe nie musiał juŜ
zadawać fizycznego bólu, gdyŜ oręŜ, którym walczył, nie był cielesny, lecz mocny Bogiem, by burzyć warownie dla sprawy BoŜej i nim unicestwiał złe zamysły
i wszelką pychę, podnoszącą się przeciw poznaniu Boga. Tym oręŜem zmuszał
wszelką myśl do poddania się w posłuszeństwo Jedynemu Pomazańcowi: Jezusowi. Bo Słowo BoŜe jest Ŝywe i skuteczne, ostrzejsze niŜ wszelki miecz obosieczny, przenikające aŜ do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić wymysły i rozumienia serca. I nie ma stworzenia, które by mogło ukryć się
przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnaŜone i odsłonięte przed oczami tego,
przed którym musimy zdać sprawę.
22
i końmi przywlokę, Ŝebyście jeszcze bardziej portkami zatrząść mogli. Kto ze
mną rusza na polowanie?!
Odpowiedział mu nerwowy śmiech i sterta kpin.
— Same tchórze! Pochowajcie się w swych norach, tylko o tyłkach nie zapomnijcie! – wykrzyknął i siarczyście przeklinając, wyrwał kielich z winem nadchodzącemu karczmarzowi.
— Ani by się spostrzegł, juŜ by nie Ŝył – ironicznie stwierdził kupiec. —
Trza uwaŜać, oczy mieć szeroko otwarte i z byle kim nie przestawać.
Wszyscy pokiwali głowami. Rozumieli zagroŜenie.
— MoŜe trzeba się zebrać do kupy i obławę zrobić – powiedział młody rycerz, który od jakiegoś czasu przysłuchiwał się wszystkiemu. – Ale nie tak na łapu-capu. Księdza z pobliskiej parafii wziąć ze sobą i niech on dzieła dokończy.
Po karczmie przeszedł szmer.
— Co tam po jednym księdzu – Ŝachnął się jakiś starszy jegomość. – Po
rycerzy zakonnych trza listy słać. Oni znają się i na rzemiośle wojennym, i na egzorcyzmach.
— Tak, ale do tego czasu ten szarlatan albo poŜre nas wszystkich, albo wyniesie się stąd w inną okolicę.
— I niech się wyniesie! – ktoś zakrzyknął.
— Niech się wyniesie! – zawtórowali mu inni.
***
Wędrowiec pomógł usiąść młodemu nieszczęśnikowi, który powracał
z zamroczenia do rzeczywistości. W jego rękach nie było juŜ miecza i tarczy.
— Nic ci nie będzie, dzielny rycerzu – zawyrokował ze spokojem w głosie.
— Kim jesteś, człowieku? – spytała z wyraźnym drŜeniem w głosie jedna
z kobiet.
— Pielgrzymem, łaskawa pani – odrzekł delikatnie się uśmiechając.
— Ale te... czary... Rodryg, który uciekł... ci ludzie... zabici?...
— Czary? Nie, z czarami nie mam nic wspólnego.
— Jeśli nie czary, to co takiego?
— Wiara, łaskawa pani, wiara. To ona jest silniejsza niŜ zło, niŜ stal tych
przesiąkniętych duchem władcy powietrza synów buntu. A wasz Ŝołnierz uciekł,
bo nasłuchał się bajek i bredni, które opowiadają po karczmach i zakonnych pustelniach.
— Ale widziałyśmy, jak znikąd w twych rękach pojawia się broń i jak sieczesz nią tych zbójców...
— Miłościwa pani, oni wszyscy Ŝyją, jak sama pani widzisz. To zło, któremu się poddali, wzięło ich w swoje ręce i kazało niszczyć, palić i zabijać.
Starzec podszedł do najbliŜszego z napastników, który nadal tkwił nieruchomo na jednym miejscu.
— Ja znam ten stan, dobrze wiem, dlaczego tak się dzieje i kto za tym stoi.
7
Młody rycerz powoli dochodził do siebie, ale nieprzytomnymi jeszcze
oczyma zobaczył starca, który właśnie stał obok kogoś klęczącego z mieczem
w piersi. Zupełnie nie rozumiał tego, co widzi. Porwał do ręki swoją broń i ruszył
do natarcia.
— Patryku, nie! – krzyknęła starsza kobieta, która zobaczyła szarŜującego
na starca młodzieńca.
Wędrowiec w ostatniej chwili odskoczył i ostrze miecza ze świstem przecięło powietrze. W jego lewej ręce znów pojawiła się tarcza, którą natychmiast
zasłonił się przed następnym uderzeniem. Dźwięczne uderzenia rozlegały się
z błyskawiczną szybkością. Młodzieniec wpadł w furię. Był zupełnie nietrzeźwy.
Za wszelką cenę chciał powalić starca, widząc w nim swego wroga. Ten zaś robił
wszystko, by nie dać się trafić i szukał odpowiedzi na to dziwne zachowanie. Po
chwili juŜ wiedział. Ucieczka bandy rzezimieszków nie była ucieczką tego, któremu tę napaść zawdzięczali. Pielgrzym zobaczył w oczach młodzieńca zło, które
opuściło trafionych mieczami napastników. Ono trafiło wprost w jego serce, spotęgowane, wściekłe i nienawidzące. To zło nienawidziło jego, ale takŜe tego młodzieńca i wszystkich, którzy tu byli. To zło omotało młodego Ŝołnierza, by wysłuŜyć się nim i zniszczyć agresora, który przybył w tę poddaną jego władzy okolicę.
— Patryku! – kobieta próbowała jeszcze raz powstrzymać chłopca.
— To nic nie pomoŜe – rzucił szybko starzec. – On nie usłyszy.
W jego dłoni pojawił się miecz. Tarcza zniknęła, by mógł swobodnie
uchwycić jego rękojeść oburącz i z większą siłą dać odpór kolejnym uderzeniom.
Z jego ust popłynął potok stanowczych słów, których znaczenia nikt nie potrafił
zrozumieć, prócz tego, kto je wypowiadał i tego, do kogo były one skierowane.
— Kai ek tou autou ekporeuetai romfaia kseia, ina en aute patakse ta etna...
Zon gar ho logos tou Teou kai energes kai tomoteros uper pasan mahairan distomon... – powiedział starzec i wykonawszy szybki unik z półobrotem, wbił precyzyjnie miecz w serce Patryka. Ten puścił swój oręŜ i zdumiony spojrzał na błyszczącą klingę w swej piersi, potem na wędrowca, a na końcu na kobiety, które
w tej chwili opuszczały wóz.
— Patryku! – krzyczała starsza. — Co mu zrobiłeś, człowieku?!
— Chcę, by miał nowe Ŝycie – powiedział ze spokojem pielgrzym.
— Kim jesteś? – ponownie spytała druga niewiasta.
— Jestem uczniem mojego Pana, który jest Prawdą i Światłością.
— Zabiłeś go!
— Mój Pan przeze mnie zabija jedynie zło, bunt przeciw Prawdzie, bałwochwalstwo, czary, wszeteczeństwo, nieczystość, zazdrość, gniew i knowania, waśnie i odszczepieństwo, zabójstwo, pijaństwo, kłamstwo i wszystko, co sprzeciwia
się Światłu. Nie zabijam ludzi. śycie ma prawo odebrać kto inny. Kobiety popatrzyły na niego z niedowierzaniem. Nie zrozumiały sensu jego słów. Bardziej wierzyły swoim oczom.
— Jesteś czarownikiem! – wrzasnęła młodsza z kobiet. — JuŜ wiem, jesteś szarlatanem, który porywa ludzi!
8
głosem po ziemi... Wędrowiec stał tuŜ za wywyŜszoną postacią, która bez głowy
nie była juŜ tak majestatyczna i godna podziwu. Jego oczy błyszczały, a mięśnie
twarzy pracowały jakby w nadludzkim wysiłku. Rękojeść miecza trzymał wysoko, gotowy do natychmiastowej obrony.
— Jeden jest tylko Kyrios i jeden tylko Król! - powiedział tak głośno, jak
tylko mógł. — Jeden i nikt nie moŜe odebrać Jego chwały dla siebie, nikomu nie
wolno stawiać się w Jego miejsce!
Wszystko wokół zastygło, jakby zatrzymał się czas. Nikt nie zrobił najdrobniejszego ruchu. Powietrze równieŜ jakby stało w miejscu i nikt nie śmiał burzyć tej stagnacji choćby oddechem. Wędrowiec był zaskoczony takim stanem
rzeczy. Spodziewał się, Ŝe uderzą w niego całą swoją siłą, kiedy tylko się ujawni.
Ten dziwny stan zawieszenia dawał jedną bardzo waŜną moŜliwość: mógł mówić.
— Jeden tylko przyszedł, by dać prawdziwą łaskę i to On wstawia się za
nami, byśmy nie musieli ginąć, bo On sam jest Drogą, Prawdą i śyciem! On wyparł się samego siebie, by przyjąć postać sługi i był posłuszny aŜ do śmierci, nie
łamiąc prawa ani razu! Oprócz Niego nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie ma
kto by był wolny od siebie samego, kto by nie popełnił zła ani razu w swym Ŝyciu, nawet ta, którą czcicie! Ona tak samo jak my potrzebowała ratunku od poŜerającej serce zgnilizny zła! Wołajcie do Tego, który sam siebie poświęcił, by ratować was od zagłady! Bo choć umarliście przez grzechy wasze, to jednak On ma
moc oŜywić was dla nowego istnienia! Ta, którą czcicie, przyniosła wam Tego,
który jako jedyny mógł wymazać obciąŜające was długi waszej niesprawiedliwości i odeszła w cień! Nie czcijcie cieni, ale zwróćcie swoje serca ku Rzeczywistości, ku Prawdzie Jedynej!
W tej chwili coś się zmieniło. Wędrowiec poczuł to natychmiast. Ludzie
drgnęli, a ta odrobina miejsca, jaką mieli tuŜ obok podwyŜszenia, nagle jakby powiększyła swe rozmiary. Niektórzy, stojący najbliŜej wejścia pierzchnęli, zrozumiawszy, z kim mają do czynienia. Inni jednak powoli dobywali swej broni. NajbliŜej stał Rodryg, który tym razem nie miał najmniejszej chęci, by uciec.
— Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie
w górze i na ziemi na dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się
im kłaniał i nie będziesz im słuŜył, gdyŜ Ja, Kyrios-Pan, Bóg twój jestem Bogiem
zazdrosnym, którzy karze winę ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą, a okazuję łaskę do tysięcznego pokolenia tym,
którzy mnie miłują i przestrzegają moich przykazań! A wy zamieniliście chwałę
nieśmiertelnego Boga na obrazy przedstawiające śmiertelnego człowieka... I zamieniliście Boga prawdziwego na fałszywego i oddajecie cześć, i słuŜycie stworzeniu zamiast Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki!... - Zawołał z całych
sił i mocnym zamachem przeciął stojącą obok postać wpół. Kamień uderzył o posadzkę, a wędrowiec szybkim obrotem przyjął pierwsze uderzenie Rodryga na
właśnie pojawiającą się na ramieniu tarczę. W ułamku chwili pojawił się równieŜ
pancerz, hełm i mocny pas na biodrach.
— Weźcie całą zbroję BoŜą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, do21
i jeszcze raz potwierdzić jej prymat nad tą ziemią nie tylko ustami, ale czynem.
Wędrowiec wszedł na miejsce uroczystości nie zwracając niczyjej uwagi.
Stał na samym końcu, za plecami wszystkich tu obecnych, gotowy do dopełnienia
dzieła. Wszyscy byli skupieni na słowach odświętnie ubranego dostojnika, który
w zrozumiałym jedynie dla nielicznych języku, wymawiał długimi zdaniami formuły, niczym magiczne zaklęcia mające sprowadzić na to miejsce błogosławieństwo świątecznej radości. Tak, im więcej takich słów, tym uroczyściej, tym
wznioślej i wiarygodniej! Tłum pod murem chłonął je, nic z nich nie pojmując.
Miał za to wielki podziw dla uczonych, którzy byli w stanie zgłębiać księgi, by
rozumieć ich treść i przekazywać ją im tak, by nie mieli wątpliwości.
Na niewielkiej przestrzeni przebywało około piętnastu osób. Miejsca było
wystarczająco duŜo, by postawić tu jeszcze podwyŜszenie dla najwaŜniejszej persony całego zgromadzenia i ustawić kilka krzeseł, ale poza tym nie było juŜ moŜliwości swobodnego przemieszczania. Pielgrzym szybko myślał, jak dać sobie radę naAtak małej przestrzeni, ale długo myśleć nie musiał. Dostojnik prowadzący
uroczystość dał sygnał innym celebrantom i ci zaintonowali jakiś hymn, na który
stojący obok ludzie rozstąpili się, by dać miejsce nadchodzącym z korytarza
trzem rycerzom. Jeden z nich niósł czerwoną, aksamitną poduszkę, a na niej spoczywała błyszcząca złotem korona.
Wędrowiec przycisnął się niemal do muru, by nie być widzianym przez
nadchodzących. Pośród nich był człowiek, którego miał okazję juŜ poznać. Rodryg szedł wyprostowany i dumny ze swej roli. Nie niósł wprawdzie poduszki, lecz
eskortowanie tak waŜnego przedmiotu było dla rycerza wielkim zaszczytem. Kiedy minęli wędrowca, uczynione dla nich przejście nie zasklepiło się. To było to,
czego było mu potrzeba. Tłum, kiedy tylko dostrzegł koronę wnoszoną na podest,
zafalował i jeszcze głośniej śpiewał. Prowadzący uroczystość wziął do ręki wielką, oprawioną w skórę księgę ze złoconymi literami i otworzył ją na miejscu, które zaznaczone było purpurową wstąŜką. Gdy ucichł śpiew, począł przemawiać:
— Zebraliśmy się tu, aby uczcić wielką chwałę tej, do której naleŜy nasza
ziemia i my wszyscy. Od najdawniejszych czasów zwracamy się do naszej matki,
by chronić się w objęciach jej miłości, przemoŜnej opieki i wstawiennictwa we
wszelkich sprawach, z którymi borykają się mali i wielcy, biedni i bogaci, matki
i ojcowie, dziateczki i starcy. Ona to czuje nasze cierpienia i najlepiej wie, jak nas
wesprzeć i gorliwą troską macierzyńską zjednuje obfite potoki łaski. To ona sprowadza na nas Dobroć NajwyŜszą, świeci jak zorza poranna wśród gwiazd i jest
przybytkiem naszego ratunku. Bez niej nie mielibyśmy Ŝadnego ratunku. Dlatego
uczcijmy jej wielką chwałę i królewski majestat, bo to ona jest matką naszą i królową naszą...
Korona została uniesiona z poduszki i pokazana powolnym łukiem wszystkim zebranym od prawej po lewą stronę. Zaintonowano kolejny hymn ku czci
i chwale tej, na której skroniach miał spocząć symbol wielkiego majestatu. Celebrant obrócił się, by podniesioną wysoko koronę złoŜyć na właściwe jej miejsce,
ale zastygł w nagłym bezruchu. TuŜ obok niego błysnęła klinga obosiecznego
miecza i głowa, na która miał połoŜyć złoty klejnot potoczyła się z głuchym od20
Wędrowiec cięŜko westchnął. ZmruŜył oczy, jakby chciał lepiej widzieć.
— Nie masz dość ofiar, synu kłamstwa – powiedział patrząc jakby na kobietę, ale jego słowa wyraźnie były skierowane do kogoś innego. — Od początku
Ŝądny jesteś władzy i krwi, ale sąd nad tobą jest postanowiony. Mój hełm, moja
tarcza i mój miecz nie są moje. Nie złamiesz mnie, bo wiem, do kogo naleŜę. Idź
precz, bo mój Kyrios kupił mnie swoją śmiercią.
Młodsza kobieta zaniemówiła. Nie zrozumiała pełnego sensu tych słów,
ale coś dotknęło i jej serca. To nie był miecz starca, ale coś bardzo bliskiego jego
ostrza. Zapanowała dziwna atmosfera, pełna lepkiej gęstości. Czas wydawał się
stanąć w miejscu. Wszyscy prócz wędrowca opadli z sił. Obie kobiety jakby pokonane przez przyciąganie ziemi padły na swe kolana. Starzec wyciągnął z płóciennej torby Księgę i po ułamku chwili znalazł odpowiednie miejsce na jej poŜółkłych stronach.
***
Dzień powoli chylił się ku zachodowi. Stary pielgrzym drugi juŜ dzień
bacznie przyglądał się ze swego ukrycia pośród gęstego lasu, wznoszącemu się
ponad całą okolicą wzgórzu. U jego podnóŜa roiło się od krytych strzechą, niewielkich domostw, ale nie one przykuwały uwagę. PowyŜej wznosiły się wysokie
mury, a za nimi potęŜny zamek z licznymi obronnymi basztami. Cała budowla robiła ogromne wraŜenie, przytłaczała swą majestatyczną potęgą i zniewalała. Pielgrzym jednak juŜ dawno otrząsnął się z tego przygnębiającego wraŜenia. Wiele
lat temu zostawił je w Ziemi, do której przywędrował jako ten, który miał tam
przynieść wolność i prawdę. Ziemia ta jednak nie potrzebowała jego wolności,
ona dała wskazówkę do wolności dla niego. Obdarła go z fałszywych ideałów, naiwnych wyobraŜeń i ślepoty. Wskazała drogę do innego, nowego Ŝycia. Kiedy
tam jechał z wieloma jemu podobnymi, był całkowicie przekonany o słuszności
swej misji. Nie spodziewał się, Ŝe wszedł na swoją drogę do Damaszku. Pałał Ŝądzą zdobywania dla jedynie słusznej sprawy wszystkich i wszystkiego, co spotka
na swojej drodze. W szczęku oręŜa wielkiego wojska oraz wezwaniu biskupa
Wiecznego Miasta do spełnienia wiekopomnego dzieła czuł swą siłę i miał swą
motywację. Nie spodziewał się jednak, Ŝe jego losy potoczą się zupełnie inaczej.
Teraz stał i patrzył na miejsce, dokąd nakazał mu udać się nowy Zwierzchnik. Zwierzchnik, ponad którego władzą nie było juŜ innej władzy.
— Mój Kyrios Swoje Ŝycie za mnie oddał, ja oddaję Mu swoje – powiedział cicho i uśmiechnął się. Kiedyś nie rozumiałby tych słów, dziś dobrze wiedział, co mówi.
— JuŜ czas, gotów jestem – dodał, poprawił płaszcz, torbę i wyszedł zza
krzaków. Bardzo się cieszył, Ŝe udało mu się zmienić ubranie. Teraz nie rzucała
się tak w oczy jego znoszona tunika i wschodni płaszcz. Był podobny do wszystkich. MoŜe tylko ta ogorzała od mocnego słońca twarz...
Kończący się dzień przyspieszał powrót mieszkańców z okolicy do do9
mów, a i podróŜni chcieli zdąŜyć przed zamknięciem bram. Pielgrzym szedł spokojnym krokiem i patrzył na krzątających się przy domostwach ludzi. Sprawiali
wraŜenie zwykłych i normalnych, ale on wiedział, Ŝe ich wnętrza są niespokojne,
pełne rozterek, pytań o przyszłość i udręk teraźniejszości. śaden z nich nie miał
w sobie pokoju i prawdziwego odpocznienia, w zamian zaś często nawiedzał ich
strach a z nim i ułuda, Ŝe moŜe kiedyś zaczną sobie radzić z nim tak dobrze, Ŝe
przestanie im dokuczać. Wędrowiec wiedział od wielu lat, Ŝe nie moŜna sobie poradzić z tym wszystkim samemu i Ŝe naleŜy to oddać w ręce, które zaznały juŜ
wszystkiego – nawet śmierci. Teraz szedł nową drogą. Nie była ona pozbawiona
trudów i bólu, ale miały one sens, wskazywały cel, do którego warto było dąŜyć,
bo przynosił on prawdziwe uwolnienie - doskonałe i ostateczne.
Idąc, rozglądał się w poszukiwaniu karczmy. Dzień chylił się ku końcowi,
a jemu potrzebny był odpoczynek. Wiedział, Ŝe następny dzień będzie pełen trudu.
Mieszkańcy podzamcza uwijali się w pośpiechu. Przygotowywali się do
nadchodzącego nazajutrz święta. Co bogatsi będą paradować w swych strojnych
szatach i rozdawać hojniejsze niŜ zwykle jałmuŜny błagającym o grosz Ŝebrakom.
Ci biedniejsi z większym zaangaŜowaniem niŜ zwykle słać będą swe prośby tam,
gdzie i tak nikt niczego usłyszeć nie moŜe. Wszyscy ulegną wzniosłej atmosferze
i jak jeden mąŜ ruszą ku wysokim murom zamku, by tam oddać cześć tym, którym zawierzyli swe Ŝycie.
Pielgrzym przystanął. TuŜ przed nim kołysał się szyld karczmy. Wszedł do
środka z nadzieją, Ŝe nie będzie musiał dalej szukać miejsca, gdzie mógłby odpocząć. Wewnątrz nie było tłoku, ale większość ław była zajęta przez jedzących
i gwarnie rozmawiających ludzi. Odszukał gospodarza i po krótkiej rozmowie
mógł odetchnąć z ulgą. Pomimo późnej pory znalazł się dla niego jakiś mały pokój. Nikt nie chciał go wziąć, gdyŜ jedyne okno wychodziło na stajnię bogatego
sąsiada. Jemu to nie przeszkadzało. Większość swego Ŝycia spędził w obozach
pełnych zapachu i rŜenia koni.
Zza szynku unosił się miło draŜniący nozdrza zapach jakiejś potrawy. Wędrowiec od kilku dni pościł, dziś jednak musiał coś zjeść. Nie dlatego, Ŝe ów zapach tak bardzo kusił, ale dlatego, Ŝe musiał nabrać sił. Zamówił potrawę i znalazł
wolne miejsce w samym kącie karczmy. Stąd mógł widzieć wszystkich wchodzących. Zaraz do stołu podeszła młoda kobieta, połoŜyła na stole półmisek z jedzeniem, chleb, nieduŜy dzban z wodą i kubek.
— A moŜe wina? – spytała miło się uśmiechając.
— Nie, bardzo dziękuję – odrzekł równieŜ z uśmiechem. – Nie lubię szumu w uszach i chwiejącej się ziemi.
Zaraz poszła. Po krótkim dziękczynieniu wędrowiec zabrał się do jedzenia.
Nie zauwaŜył człowieka, który właśnie wszedł do karczmy. Człowiek ten podszedł do szynku, zamówił grzane wino i usiadł przy jednym ze stołów, bacznie się
przy tym rozglądając. Napięte mięśnie jego twarzy zaznaczały bliznę po dawno
otrzymanej ranie. Był skupiony i czymś podekscytowany. Ruchy zdradzały wiel-
10
jednak ufać swoim oczom i uszom. One zawodziły. Musiał umocnić się w wewnętrznym człowieku, który znał Prawa Nowego śycia.
Przed sobą miał wąski korytarz, który stromymi schodami prowadził do
góry. Miał przeczucie, Ŝe jeśli tam wejdzie, znajdzie się na poziomie, na którym
odbywają się uroczystości. Po swojej lewej stronie dostrzegł wnękę, w której
ukryte były okute drzwi. Pomrukiwanie zebranej pod zamkiem gawiedzi świadczyło, Ŝe uroczystość jeszcze się nie rozpoczęła. Musiał poczekać. Być moŜe nie
będzie to trwało długo, ale przecieŜ nie mógł stać w samym przejściu. Cicho podszedł do drzwi i przytknął do nich ucho. Po drugiej stronie nie dosłyszał nic, więc
delikatnie nacisnął masywną klamkę. Ustąpiła z trudem. Powolne naciskanie
i pchnięcie drzwi wywołało ciche skrzypienie. Wśliznął się do środka i zamknął
za sobą. Znalazł się w niewielkiej komnacie. Jak się domyślił po wystroju, naleŜała do słuŜby. Proste ławy, gliniane naczynia, prycza z siennikiem. Niewielkie
okienko wpuszczało niewiele światła, ale z całą pewnością wychodziło na stronę,
gdzie za murem zebrali się ludzie. Usiadł w rogu za drzwiami, by, jeśli ktoś wejdzie, od razu nie był dostrzeŜony.
Myśli na nowo zaczęły w nim swój taniec. Co teraz będzie? Nie miał juŜ
odwrotu. Musiał stawić czoła wszystkiemu, co miało się wydarzyć i dokończyć
dzieła, po jakie tu przyszedł. I miał pamiętać, Ŝe nie jest sam. Gdyby był sam, nie
miałby najmniejszych szans, ale nie jest sam. U boku miał Posłańca, który natchnął go nadzieją i dał pokrzepienie. Jego obietnica musiała być niezłomna, gdyŜ
Posłańcy nigdy nie kłamali. Musiał sobie to powtarzać, bo był ktoś, komu zaleŜało na tym, by zrezygnował i sobie stąd poszedł.
Na dworze bezładny tumult ucichł i zaraz potem rozległ się chóralny
śpiew. Zaczęło się, pomyślał Wędrowiec i zamknął oczy. Teraz nie było miejsca
dla jego własnych myśli, uczuć i pragnień. Chciał całkowicie oddać całego siebie
Temu, któremu zawierzył i dla którego gotów był teraz oddać swoje Ŝycie do końca.
Śpiew ucichł i ktoś głośno przemawiał do zgromadzonych ludzi. Nadszedł
właściwy moment. Teraz nie mógł być niepewny i opieszały. Teraz nie mógł wątpić. Przycisnął torbę do ciała i wznosząc twarz ku niebu wyszeptał:
— Nie naleŜę do siebie. Tyś Kyrios mój. Ty narzędziem w swoim ręku
mnie czynisz .– I wyszedł z ukrycia.
Schody pokonał szybko i bez wahania otworzył następne drzwi. Przed sobą miał wąski korytarz, na którego końcu następne były juŜ otwarte. Na przeszkodzie stało jednak kilku ludzi w długich płaszczach. Rycerze zakonni, pomyślał
bez cienia przestrachu. Szybkimi krokami pokonywał dzielącą ich odległość, gotów, by zepchnąć ich z drogi. Kiedy jednak był zaledwie pięć kroków od nich, sami postąpili naprzód i utworzyli przesmyk w świetle drzwi na tyle duŜy, by mógł
wśliznąć się pomiędzy nich, bez konieczności uŜywania siły. Wędrowiec dostrzegł gdzieś pomiędzy głowami sylwetkę postaci, która przyciągnęła tu owe tłumy i jego samego. Ubrana w białe szaty wznosiła się ponad wszystkich i wszystko. To ona była tą, dla której wielu poświęciło swój czas i wysiłek, by ją uczcić
19
ną świadomością wyruszył na wyprawę, w której wielu miało postradać zdrowie
i Ŝycie. Wtedy jednak, tak jak wielu, maskował swój strach, by nie być posądzanym o tchórzostwo i odstępstwo od wiary. Czuł wielką niepewność. Nie wiedział,
czy dobre uczynki, których dokonał nie tak wiele, przez swe trzydziestoletnie Ŝycie, przykryją wszystkie grzechy, których było zaś niemało. Jakąś nadzieją napawały jedynie zapewnienia przewodników, którzy twierdzili, Ŝe zdobycie Świętej
Ziemi pokryje wszelkie ich winy i da wejście do Raju. Rany lub śmierć miały
więc być zyskiem. Dziś wiedział juŜ jakie to oszustwo i jak bardzo dali się wtedy
zwieść. Gdyby nawet całą drogę pokonali na klęczkach i miecze przekuli na lemiesze, a całe bogactwo oddali biednym, nic nie dałoby im ratunku od potępienia,
bo tylko jedna cena była za sprawiedliwość i nikt z nich, nawet gdyby zebrali wysiłki wszystkich, nie mógł jej zapłacić. Kiedy zrozumiał, Ŝe ta cena została zapłacona i uwierzył, Ŝe zapłacono ją właśnie za niego, a nie tylko za winy całego
świata, otrzymał wolność. Wolność od wszystkich win i od strachu przed śmiercią. Ta wolność dała mu jeszcze moc do porzucenia starego Ŝycia i odwagę, by
stawić czoła przeciwnościom i niebezpieczeństwom, które niesie ze sobą odmienność od większości.
Kiedy tylko powrócił z wyprawy w ojczyste strony, został wyklęty i wydziedziczony. Ojciec nie chciał słuchać jego „bajdurzenia” o Prawdzie. Racja była
jedna i oczywista, ugruntowana od wieków i przekazywana z pokolenia na pokolenie. Tylko płaczowi matki zawdzięczał, Ŝe wygnano go, a nie oddano pod sąd
prawej nauki. śal utraconej rodziny nękał go długo, ale nie przysłonił tego, co
Prawdziwie Święte. Został pocieszony, nakarmiony i wynagrodzony. Niedługo
później dano mu spotkać podobnych jemu wygnańców, którzy stali się dla niego
nową rodziną i ostoją. Rodziną, której nie łączył jakiś wspólny interes, chwiejący
się cel, czy dziedziczone po przodkach włości, ale przelana za nich krew Odkupiciela.
Ta krew była dla niego podstawą pewności. Nie jego działania, nie mądrość, nie poświęcenie, ale krew przelana za jego grzechy. Kiedy uwierzył w jej
moc, wszystko uległo drastycznej zmianie. Doznał przeobraŜenia, runęły dotychczasowe wartości i w proch poszły pomniki przeszłości. Jeszcze dziś dziwił się,
jak mogło do tego dojść, jeszcze dziś nie pojmował wszystkiego, jeszcze dziś
uczył się nowego Ŝycia, lecz wiedział na pewno, Ŝe nie Ŝałował tego wszystkiego,
co pozostawił za sobą. Miał Ŝal jedynie do siebie, Ŝe zmarnował tyle lat na poszukiwanie marności i tyle lat dał wieść się szeroką drogą na zatracenie.
Teraz szedł wąską drogą. Była trudna i pełna niebezpieczeństw, ale miała
pewny koniec. Nie musiał się obawiać tego, co miał zastać po przekroczeniu progu śmierci, pomimo, Ŝe teraz niedoskonałość jego natury pociła mu dłonie i przyspieszała bicie serca.
Był juŜ bardzo blisko. Słyszał pomruk zebranego pod murami tłumu. Spodziewał się, Ŝe w kaŜdej chwili odkryją jego obecność. „Nie będziesz sam” - te
słowa dźwięczały w jego umyśle ze zdwojoną siłą. Tak, czuł, Ŝe nie jest sam, bo
obietnice składane przez Posłańców nie mogły być złamane. Nie wolno mu było
18
ką nerwowość jego umysłu. PrzymruŜonymi oczyma przyglądał się siedzącym
wokół ludziom, jakby kogoś szukał, bez nadziei, jakby z obawami. Raz po raz
podnosił do ust ciepły napój, ale tak naprawdę nie był nim zainteresowany. Ledwo sączył małymi łyczkami i intensywnie myślał. W głowie miał ułoŜony plan,
co zrobi, kiedy ujrzy człowieka, którego szuka. Wszystko dobrze przemyślał.
Wiedział juŜ, co naleŜy zrobić, jak się przeciwstawić szarlatanowi, jak zwycięŜyć.
Wędrowiec skończył posiłek. Teraz mógł udać się do swego pokoju na
spoczynek. Podszedł do szynku. Musiał chwilę poczekać, gdyŜ młoda kobieta,
która miała wskazać mu pokój gościnny, podawała komuś kolejną miskę strawy.
W tej samej chwili człowiek z blizną zamarł. PrzyłoŜonym do ust kubkiem wina
starał się zasłonić sobie twarz, by stary męŜczyzna przy szynku go nie rozpoznał.
Rodryg niemal nie oddychał. Choć szukał tego starca, nie spodziewał się odnaleźć
go tak szybko. Nie spodziewał się równieŜ, Ŝe ten człowiek będzie tak bezczelny,
tak śmiały, Ŝe przyjdzie właśnie tu i teraz. Jutrzejsze święto to czas wyjątkowy.
Z wszystkich stron kraju przybędzie tu wielu pielgrzymów, by oddać hołd swej
królowej i matce, a on – wróg wszystkiego i wszystkich – w swej naturze ma
sprzeciw i stanie się tu jak zatruta kropla w bezkresnym morzu. Po co ten starzec
tu przyszedł, nie wiedział, ale co teraz ma zrobić, miał czas przemyśleć kilka tygodni.
***
Zmierzch zapadł szybko. Pielgrzym nie miał zbyt wiele czasu na to, by zająć się studiowaniem Księgi, więc więcej czasu poświęcił głębokim przemyśleniom tego, co miało wkrótce nastąpić. Wiedział, Ŝe planowanie czegokolwiek nie
ma najmniejszego sensu, dlatego skupił się na tym, by samemu być gotowym na
kaŜdą ewentualność, nawet na najgorsze. Całego siebie powierzył Temu, za sprawą którego tu przyszedł i dla którego tu przyszedł. Cała ta wyprawa nie była
w jego interesie, ale w interesie Tamtego. Tak naprawdę, gdyby pielgrzym miał
wybór, byłby teraz w zupełnie innym miejscu. W miejscu bardzo dalekim i bezpiecznym. Jednak będąc tutaj nie Ŝałował. Pomimo wszelkich trudności i niebezpieczeństw.
Powierzył się pieczy swego Protektora i zamknął powieki, by wreszcie odpocząć.
Sen być moŜe nadszedł, ale nie zdąŜył przynieść Ŝadnych obrazów. Huk
wywaŜanych drzwi wtargnął w głąb umysłu niczym nagły grom. Wędrowiec nawet nie poderwał się z łoŜa. W ułamku chwili dopadło do niego kilku silnych
męŜczyzn i mocarnymi ramionami skrępowało jego ciało. Chwilę później wywlekli go na zewnątrz, gdzie czekało ich jeszcze kilku, po czym uderzony w głowę
stracił przytomność.
Jasność umysłu przychodziła powoli. W głowie huczało niczym przy wielkim wodospadzie. Tępy ból wędrował, jakby nie mógł znaleźć właściwej drogi,
a powieki nie chciały dać oczom światła. Światła i tak było w tym miejscu niewiele. Pielgrzym powoli rozumiał, Ŝe znalazł się w lochu. Zapach stęchlizny po
11
chwili przerodził się w przejmujący smród. Gdzieś u powały kopciła niewielka
pochodnia. Kiedy tylko się poruszył, ktoś zaraz nad nim się pochylił.
— Wraca do siebie, panie! – głośny krzyk wdarł się w pierwsze myśli
gwałtownie i boleśnie.
Otwierane drzwi skrzypiały metalicznym dźwiękiem bardzo krótko. Komuś wyraźnie się śpieszyło. Tupot wielu nóg zdradzał, Ŝe zmierzało do niego kilku ludzi. Pielgrzym poczuł zbliŜające się do jego twarzy ciepło. Uchylił powieki,
by zobaczyć blask migocącej pochodni.
— Nareszcie cię dopadliśmy, ty... – głos był pełen satysfakcji, choć brak
właściwego słowa pozbawił go zamierzonego tonu groźby.
— To on, Eminencjo. Ten człowiek porwał panią Wilbornu. – Ten głos
wydał się znajomy. Po chwili wspomnienie przyniosło właściwą twarz i imię. To
Rodryg, dzielny rycerz, który uciekł przed nim w wielkim popłochu.
— JuŜ nie będziesz siał zgrozy – powiedział pierwszy głos – ani tu, ani
nigdzie indziej. Dziś mamy święto, ale jutro rozprawimy się z tobą czarowniku na
stosie pełnym piekielnego ognia. Mamy twoją magiczną księgę. Jesteś bezbronny,
a łańcuch da ci przyjemność odpoczywania na tym uroczym miejscu.
Złośliwy chichot wielu głosów zakończył krótką przemowę i całe towarzystwo równie szybko opuściło celę.
Pielgrzym głęboko westchnął. Stos. Tak, widział juŜ takie przedstawienie
niejeden raz. Krzyk palonego człowieka i smród ciała chodziły z nim zawsze bardzo długo. Kiedy myślał o swojej śmierci, zawsze miał nadzieję, Ŝe nie będzie mu
dane ginąć w płomieniach. CóŜ, teraz musiał być gotowy i na taką ewentualność.
— Kim jesteś? – usłyszał blisko siebie.
— Jestem pielgrzymem z Ziemi Świętej – odpowiedział cicho.
— Z Ziemi Świętej? Jesteś krzyŜowcem?
— Kiedyś nim byłem.
— To dlaczego cię tu trzymają? – głos dalej pytał.
— Bo uznali mnie za wroga.
— Wroga?
— Dla nich wrogiem jest ten, który Prawdę przynosi. W Ziemi Świętej
znalazłem Prawdę.
— Jaką prawdę?
— śe nie ma wielu dróg do Nieba, Ŝe Nieba nie da się wywalczyć, Ŝe Niebo ma inne zasady, niŜ nam się to zdaje.
— Inne zasady, niŜ nam się zdaje?
— Tak. Nasze prawa to bezprawie, nasze pomysły bez wartości,
a działania śmierdzą naszym potem. Tak wiele zła wyrządziliśmy, Ŝe teraz usiłujemy to ukryć i udawać dobrych. A zło, które mamy jeszcze zamiar uczynić,
szczytnymi celami tłumaczymy. Jesteśmy przez to wszystko skazani na zagładę.
Śmiem o tym mówić, dlatego wrogiem mnie uczynili. Śmiem przeciwstawiać się
złu, zakłamaniu i władcom tego świata, dlategom wróg. Śmiem zdobywać dla
Prawdy tych, których oni mają w swoim ręku, dlatego jestem wrogiem.
12
cuchnąca breja. Wędrowiec znał te fundamenty wystarczająco dobrze, by nie dać
się zwieść pozorami wysokich murów, które dla wielu oznaczały bastion obrońców prawdy, a w rzeczywistości chroniły kiesy i interesy najlepiej urodzonych.
Za tymi murami mieszkało coś jeszcze gorszego, coś, do czego tu przyszedł z tak
daleka.
Kiedy doszedł do trzeciej furty, usłyszał zbliŜające się kroki. Po chwili rubaszny śmiech zdradził, Ŝe nadchodziło przynajmniej trzech ludzi. Natychmiast
przylgnął do ściany, by na tle przejścia być jak najmniej widocznym. Ludzie zbliŜali się bardzo szybko. Nie miał czasu, by uciec poza mury. Musiał czekać na ich
ruch. Kiedy byli juŜ bardzo blisko, nagle poczuł delikatny podmuch powietrza,
który wyraźnie róŜnił się od przeciągu w korytarzu. Pochodnia zgasła, choć silniejszy przeciąg jej ognia zdławić nie potrafił. Jeszcze mocniej przywarł do kamiennej ściany, przyciskając do siebie torbę i luźny płaszcz. Trzej męŜczyźni
przeszli obok wejścia do korytarza. Jeden z nich przelotnie spojrzał do wewnątrz
i bez reakcji poszli dalej. Wędrowiec odetchnął i juŜ miał zamiar ruszyć z miejsca, kiedy stwierdził, Ŝe tamci zatrzymali się, a nawet któryś zawrócił. Po krótkiej
chwili kilka kroków od niego pojawiła się sylwetka tego samego człowieka, który
zajrzał tu wcześniej. Teraz stanął na wprost wejścia i nieco mruŜąc oczy, przyglądał się korytarzowi. Chwila wydłuŜała się w nieskończoność. Wędrowiec dokładnie widział niepewność na jego twarzy.
— Co jest? - spytał któryś z pozostałych.
— E... nic - odpowiedział niepewnie i z lekkim ociąganiem poszedł za towarzyszami.
Wędrowiec odczekał, aŜ kroki zupełnie ucichły. Wystarczyło, by ten człowiek zrobił dwa, trzy kroki i mogliby podać sobie wyciągnięte dłonie. Jak mógł
go nie dostrzec? Ten delikatny podmuch powietrza... moŜe to on... moŜe nie jest
tu sam...
OstroŜnie wychylił się z załomu i rozejrzał. Droga wolna. Ruszył w lewo.
Musiał teraz pokonać całą przestrzeń, którą pokonał wzdłuŜ muru na zewnątrz
zamku w odwrotnym kierunku. Ta droga jednak będzie o wiele trudniejsza. Liczył
na to, Ŝe ostatnie przygotowania do koronacji będą wystarczająco absorbowały
mijanych ludzi, by nie zainteresowali się nim zbyt szybko. Nie chciał skupiać na
sobie uwagi, chciał dostać się w pobliŜe platformy jak najciszej.
Wspinając się na drewniane schody, tulił do siebie płócienną torbę, by lepiej czuć kształt Księgi. Ta Księga od lat stanowiła dla niego źródło pewnej nadziei i zachęty. Ona otworzyła mu oczy i wyprostowała kręte drogi, pozwalała
zmieniać myślenie i wybierać to, co naprawdę istotne w Ŝyciu. Od lat nie rozstawał się z nią, gdziekolwiek szedł. Choć nie wszystko z niej rozumiał, to jednak
zawsze stanowiła dla niego pokarm, który dawał więcej niŜ chleb z najprzedniejszym miodem. Dziś nie pojmował juŜ, jak mógł kiedyś istnieć bez niej. Tulił ją
więc niczym najdroŜszy skarb.
Pokonując wąskie korytarze pomyślał, Ŝe mogą to być ostatnie chwile jego
Ŝycia i delikatnie się uśmiechnął. Kiedyś bał się śmierci. Nawet wtedy, gdy z peł17
nien być jak najbliŜej bramy. Musiał dostać się na teren zamku, ale jak to uczynić
niezauwaŜenie? Po jego lewej stronie była główna brama. Dostępu do niej broniła
szeroka fosa i podnoszony potęŜnymi łańcuchami most. Przed mostem nad fosą
stała straŜ, która bacznie przyglądała się przybyłym. Jeśli miał dostać się do zamku, musiałby przejść po tym moście, jednak nie mógłby zrobić tego niezauwaŜony, gdyŜ do wewnątrz wpuszczała straŜ tylko wybranych, zaproszonych gości.
Przez chwilę przyglądał się, jak znamienici rycerze przejeŜdŜają po moście i nikną za bramą. To niemoŜliwe. Nie da się tędy przejść bez zwracania na siebie uwagi.
Własne myśli. Wędrowiec potrząsnął głową, jakby chciał coś z niej zrzucić. Poczuł delikatne pchnięcie w nieco innym kierunku, niŜ dotąd obrał. Ruszył
w prawo, choć wydawało mu się to nieco dziwne. Wspiął się na niewielki wzgórek oddzielający płaski teren błoni od okalającej mur wody w fosie. Im dalej
szedł, tym mniej napotykał ludzi. Wszyscy kłębili się daleko za nim, by jak najlepiej widzieć szeroką platformę, na której teraz ustawiano wytworny baldachim
i wysokie krzesła dla najwaŜniejszych gości. Zadarł głowę, by przyjrzeć się
szczytowi muru. Nie dostrzegł tam nikogo, mógł więc iść dalej z nadzieją, Ŝe nikt
nie zwróci na niego uwagi. Po jakimś czasie był juŜ tak daleko, Ŝe wokół nie widział Ŝywej duszy. Przed nim rysował się załom muru. Jeśli się za nim znajdzie,
straci z pola widzenia ostatni kawałek błoni, na których gromadzą się tłumy. Po
kilkudziesięciu krokach na jego starej twarzy pojawił się uśmiech. TuŜ za rogiem
zobaczył nieco ponad taflą fosy wąską kładkę, która prowadziła do wąskiego
przejścia w murze. Przejścia takiego jeszcze nigdy, nigdzie nie widział. Być moŜe
miało ono znaczenie jakiegoś tajemnego wyjścia, być moŜe w razie wojny by je
zamurowano, albo podniesiony poziom wody w fosie uczyniłby je niewidocznym.
Jeszcze raz upewnił się, Ŝe nikt go nie obserwuje.
— O, dzięki Ci, Kyrios - wyszeptał i poprawiwszy przewieszoną przez ramię torbę, ostroŜnie zszedł po stromym wale ku kładce. Przejście po niej nie sprawiło mu Ŝadnego kłopotu, ale gdy dotknął dłonią kamienia w murze, zawahał się.
Jeśli znajdzie się po drugiej stronie, nie będzie juŜ odwrotu. Nie, źle myśli. Odwrotu nie ma, od kiedy zdecydował się podjąć zadanie. Nie moŜe się wahać, musi
wierzyć i być w tej wierze dojrzały - tak mówił Posłaniec.
Zajrzał do wewnątrz. Mniej więcej w środku wąskiego przejścia paliła się
pochodnia. Jej płomień targał przeciąg, ale pomimo to nie gasła. W drgającym
świetle dostrzegł Ŝelazną furtkę, za nią kilka kroków drugą, a jeszcze dalej następną. Wszystkie były otwarte i nikogo nie słyszał! Musiał się spieszyć. Nie było
chwili do stracenia. Lada moment mógł ktoś stanąć mu na drodze i podnieść
alarm. Wtedy będzie bardzo trudno przedostać się dalej.
Ruszył przed siebie bardziej zdecydowany. Zaraz poczuł chłód i zapach
stęchlizny. Doznanie to nie dotyczyło wyłącznie fizycznych zmysłów, ale emanowało gdzieś spoza nich, wydobywało się z tego wszystkiego, czym było to miejsce oraz jego mieszkańcy - twardy zlepek tradycji i nieprzejednania. Twierdza
zbudowana na fundamencie ludzkich przekonań, które w istocie rzeczy są niczym
16
Zapadło milczenie. Po chwili głos znowu się odezwał:
— W twojej skórze być bym nie chciał.
Pielgrzym uśmiechnął się.
— Nie mam powodu, by się zamartwiać. Mogą mnie zabić, nic więcej.
Potrząsnął krępującymi go łańcuchami.
— Wydają się mocne – powiedział.
***
Przez zamknięte powieki wtargnęła jasna plama światła. Pielgrzym drgnął.
Poczuł tuŜ obok siebie Obecność. Zaraz potem został trącony w bok.
— Wstań prędko!
Łańcuchy opadły z jego rąk. Kiedy otworzył oczy, intensywność światła
nie była juŜ tak raŜąca.
— Czas byś dokonał dzieł, dla których zostałeś tu wysłany – powiedział
wysoki męŜczyzna w długim do stóp, białym, wschodnim płaszczu. — Chodź za
mną.
Wędrowiec teraz mógł zobaczyć, jak wyglądała jego cela. Kamienne ściany z przytwierdzonymi do nich Ŝelaznymi kołami, łańcuchy, słoma i człowiek
zwinięty w jakiś udręczony kłębek.
— Szybko - ponaglił męŜczyzna ze wschodu.— Nie ma czasu do stracenia.
Wędrowiec ruszył za swym przewodnikiem juŜ całkiem rozbudzony. Kiedy jednak drzwi lochu otworzyły się same, przez krótką chwilę zwątpił w rzeczywistość widzianych obrazów i doznań.
Minęli drzwi, przy których nieruchomo spało dwóch straŜników. Wąskie
korytarze z kopcącymi pochodniami przemierzali szybko i bez zatrzymywania.
MęŜczyzna, choć nietutejszy, dobrze znał to miejsce. KaŜdy zakręt pokonywał
zdecydowanie, bez chwili zawahania. Kolejne drzwi znowu otworzyły się same,
nawet nie zaskrzypiały. Wędrowiec juŜ wiedział, Ŝe ma przed sobą Posłańca. śaden Posłaniec nie pokazywał się jednak od tak, dla kaprysu, ale tylko w sytuacjach waŜnych, kiedy wymagał tego najwyŜszy interes. Było to dla niego zadziwiające, ale mógł z całą pewnością stwierdzić, Ŝe został powołany do misji wyjątkowej.
Posłaniec nagle stanął i odwrócił się do niego tak, by mogli stać twarzą
w twarz.
— Zaraz wyjdziemy na zewnątrz. Zaprowadzę cię w miejsce, gdzie będziesz mógł skryć się w tłumie i zaczekać na właściwą porę. Ona nadchodzi szybko, bardzo szybko. Pamiętaj, abyś był męŜny i nie daj zwieść się swym własnym
myślom. One będą największym przeciwnikiem w tej walce. Kiedy będziesz zwycięŜał, twoje oczy będą widziały więcej, znacznie więcej, niŜ widzisz teraz. Ale
bez zaufania nie zwycięŜysz, bez wary nie będziesz mógł osiągnąć nic. Pamiętaj,
to wiara zwycięŜa świat. Niech twoja wiara teraz dojrzewa, niech będzie mocniejsza, niezachwiana. PołoŜono przed tobą zwycięstwo i dano ci prawo podnieść je.
13
JuŜ nieraz wybierałeś dobrze, teraz musisz podjąć kolejną decyzję — zamilkł wyczekująco.
Wędrowiec patrzył na niego przez chwilę. Z całą pewnością nie miał zamiaru rezygnować. Obecność Posłańca dodawała mu pewności, Ŝe jego droga jest
właściwa i jedyna. Jego chwilowe milczenie brało się raczej z wzbierającej w nim
radości. Tak, prawdziwej radości.
— Dobrze, Ŝe się radujesz — Posłaniec uśmiechnął się i sięgnął w zanadrze swego płaszcza. — Twój Miecz — podał mu jego własną płócienną torbę —
proszę.
Wędrowiec przycisnął ją do piersi, poczuł kształt Księgi i zaraz zadałby
mnóstwo głośnych pytań, gdyby Posłaniec nie powstrzymał wydobywającej się
z niego eksplozji radości.
— Pamiętaj, czym jest ta Księga. To ona potrafi wskazywać Prawdę i nazywać fałsz. Przeciwnik jej nienawidzi i nie mogąc jej zniszczyć, od dawna przekręca jej treść. Korzystaj z tego, co ci dano, bo dar Światła rozświetla wszelkie
ciemności i objawia Rzeczywistość. Nie daj się zwieść kłamstwom, bo ich mądrość jest pozorna, a ciemność juŜ pokonana. Masz prawo z tego zwycięstwa korzystać. Potrzeba ci zaufania i wiary. Nie pozwól sobą zachwiać. — Na zakończenie wejrzał w jego oczy z powagą, która zapieczętowała głęboką wartość wypowiedzianych słów. — MoŜemy iść?
— Jak się zwiesz, panie? — zapytał wędrowiec nieśmiało.
— Nie jestem panem. Pan jest tylko jeden, a ja jestem twoim sługą, byś
mógł osiągnąć cel. Nazywaj mnie Ain.
— Ainie, dotąd myślałem, Ŝe jestem posłany do boju sam, ale dodałeś mi
sił i odwagi.
— Pamiętaj, Ŝe choć nie będziesz mnie widział, będę blisko ciebie, na wyciągnięcie ręki. Kiedy będzie trzeba, przyjdę ci z pomocą raz jeszcze i jeszcze,
i tyle razy, ile będzie to potrzebne, by osiągnąć cel, do jakiego zostałeś powołany.
Teraz jednak musimy się rozstać, by nie spłoszyć wiatrów. Ukryj się w tłumie
i czekaj chwili, kiedy będziesz pewien, Ŝe masz działać. Miej oczy szeroko otwarte i bacz na ludzi, których znasz. Musisz ich unikać, dopóki nie nadejdzie czas.
Bądź mocny i męŜny, pamiętaj do kogo naleŜysz i komu słuŜysz. Prawda jest
z tobą.
Po tych słowach wędrowiec został sam. Posłaniec rozpłynął się w powietrzu. Wszystkie doznania ostatniego czasu przekraczały ludzkie pojęcie, ale jednocześnie napawały wielką otuchą, której teraz bardzo potrzebował. Kiedy szedł
tutaj z dalekich stron, wiedział, Ŝe ma przed sobą trudne zadanie. Teraz, kiedy
znajdował się juŜ na miejscu, widok napierającego na miasto tłumu, bez świadomości obecnego w pobliŜu Posłańca, byłby trudny do zniesienia. Sam jeden przeciw takiej masie? Sam jeden. Nie, nie był sam, ale czy we dwóch będą mogli
zwycięŜyć? Posłaniec jest kimś wyjątkowym, przekonał się o tym bez najmniejszych wątpliwości, ale czy on wystarczy? Zamknął oczy. Wątpliwości. Nachodzą
go wątpliwości. Posłaniec uprzedzał, Ŝe jego własne myśli będą największym
14
wrogiem. Jeszcze przed małą chwilą był pewien wzbierającej w nim siły.
Słyszał wokół siebie szum wielu głosów. Ludzi przybywało. Nie moŜna
było ich zliczyć. Święto przyciągało ich ku zamkowemu wzgórzu niczym ul
pszczoły. Wszyscy chcieli mieć udział w jego lepkiej słodyczy, nie zdając sobie
sprawy, po co tak naprawdę tu przychodzą. Wędrowiec wiedział. Znalazł łaskę
i zobaczył to przed laty. Szedł, by walczyć przeciw Prawdzie, ale Prawda zwycięŜyła i otworzyła mu zaślepione oczy, pozbawiła złudzeń. I teraz nie mógł ulegać
złudzeniom. Ani trochę.
Powoli przeciskał się przez gęstniejący tłum, by znaleźć się jak najbliŜej
zamkowego muru. Okalające go szerokie błonia pozbawione były jakichkolwiek
zabudowań na wypadek wojny. Miejsca było tam tak duŜo, Ŝe z całą pewnością
pomieści tysiące nadciągających pielgrzymów, jednak on musiał stanąć moŜliwie
blisko wysokiego muru, na którym zbudowano juŜ szeroką platformę dla najznamienitszych gości i wnoszono tam konieczne do uroczystości sprzęty.
— Miejsce dla księcia, miejsce dla księcia! — krzyczał ktoś z daleka, by
kłębiąca się czeladź ustąpiła drogi nadciągającemu szlacheckiemu pochodowi.
Lud rozpychał się łokciami, byle nie znaleźć się pod prącymi naprzód końmi. Wędrowiec dobrze jeszcze pamiętał, jak on sam oczekiwał schodzenia mu z drogi
i kornych pokłonów. Z nieduŜej odległości mógł zobaczyć wyprostowaną i dumną
postać jeźdźca, który jechał obojętny na kłębiące się wokół pospólstwo. Niebawem przybędzie następny wielmoŜa, po nim kolejny i kolejny, gdyŜ uroczystość
była nie byle jaka i nikt z nich nie mógł pozwolić sobie na nieobecność. Cały
szlachecki ród tej ziemi i okolicznych włości ściągał na koronację.
Wędrowiec zatrzymał się na chwilę. Tak wielu znamienitych rycerzy i on
jeden. Kiedy napadli go w gospodzie, nie zdąŜył nawet zrozumieć, co się dzieje.
Czy nie zaskoczą go czymś znowu? Wydawało mu się, Ŝe wszystko idzie dobrze,
a jednak coś przegapił. Trudności. Nie mógł mieć nadziei, Ŝe będzie ich coraz
mniej, ale wręcz przeciwnie - musiały się przed nim piętrzyć niczym ten mur, do
którego się zbliŜył. Trudności chciały pozbawić go siły i przekonania. Wędrowiec
zauwaŜył, Ŝe koncentrując się na nich traci poczucie celu. Posłaniec przewidział,
Ŝe największą przeszkodą będą jego własne myśli. Trudności były od zawsze
i nigdy nie dało się ich ominąć, ale pokonać - tak. Ci wielcy rycerze, od lat zaprawieni w bojach z całą pewnością będą chcieli stanąć mu na drodze, ale poczucie
samotności było fałszywe. Ono pochodziło z jego własnych odczuć, a nie z obiektywnej rzeczywistości. Musiał zaufać zapewnieniom Posłańca. Jego słowa nie
miały w sobie nawet cienia niepewności. Posłaniec miał bystry wzrok, którym widział więcej, niŜ mogą widzieć ludzkie oczy, rozumiał więcej, niŜ mógł zrozumieć on - zwykły człowiek. Z tych teŜ powodów powinien w pełni zrezygnować
z własnej oceny sytuacji i zdać się na tego, który widział i wiedział więcej.
Ludzi wokół kłębiło się coraz więcej. Wędrowiec rozglądał się bacznie
i jak najostroŜniej. Nie chciał zwracać na siebie uwagi, a jednocześnie musiał unikać ludzi, którzy mogli go poznać. Narzucił na głowię kaptur płaszcza i nieco
przygarbił sylwetkę. Ile to czasu minęło, od kiedy rozstał się z Posłańcem? Powi15

Podobne dokumenty