Data wydruku: 31 sierpień 2005

Komentarze

Transkrypt

Data wydruku: 31 sierpień 2005
Data wydruku: 31 sierpień 2005
2
Prolog
Pewnego dnia postanowiłem odpocząć, pooddychać świeżym
powietrzem, poznać nowych ludzi, popływać w ciepłym morzu,
zrobić coś nowego, uciec od codzienności, zobaczyć, jak żyją
inni, posmakować egzotycznej kuchni, poczuć wolność w
każdym kroku, popłynąć statkiem, cieszyć się każdą chwilą,
spojrzeć w oczy przeznaczeniu, znaleźć swoją ścieżkę,
posłuchać cykad, porozmawiać ze sobą, zobaczyć drzewko
oliwne, nie spieszyć się, odwiedzić meczet, przestać się
martwić, zgubić się w ciasnych uliczkach, poczuć wiatr we
włosach, wdrapać się na skałę, nacieszyć oko widokami.
Spakowałem więc swój plecak i wyszedłem z domu.
3
4
30 maja. W drodze do Pragi
Wyruszyłem o 5:27 z dworca w Szczecinie, fajnym
szynobusem w stronę Angermünde. Z Angermünde przesiadka
w do Berlina, gdzie miałem złapać EC w kierunku Pragi.
Pogoda się popsuła, ze wczorajszych upałów pozostało
wspomnienie, jest pochmurno, przelotnie pada i jest zimno –
18st. W każdym razie EC do Pragi odjeżdżał o 7:42 – ja byłem
na peronie o 7:43, więc nawet kurzu po pociągu nie
zobaczyłem. Pociąg z Angermünde spóźnił się, a wg rozkładu
miałem tylko 6 minut bufora na przesiadkę. Cóż, chciałem
szybko, a teraz kwitnę na Ostbahnhofie. Nie chce mi się
nigdzie ruszać, bo pogoda jesienna na zewnątrz. Miejscówkę
wymieniłem za darmo w kasie, ale niestety nie na najbliższy
EC o 9:42 tylko na 11:42. Będę w Pradze o 16 z groszami. Na
razie trochę poczytam i zjem śniadanko. W końcu jestem na
wakacjach.
…
Jadę właśnie pociągiem. Myślałem, że niemieckie EC to będzie
wypas, a tu maksymalnie standard naszego ekspresu. Pierwszy
kibel czynny 2 wagony dalej… Dopiero po chwili zobaczyłem,
że pierwsze napisy są po węgiersku, więc to trochę tłumaczy –
węgierskie wagony. Właśnie, myślałem, że będę jechał srebrną
strzałą, a tu pociąg jak każdy inny. A – i jest gorąco, jakieś
grzanie włączone czy coś, ale chyba również dlatego, że
wyjechałem przed zimny front i na zewnątrz znowu upał.
Niestety, według prognozy cały ten syf przejdzie nad Pragą w
nocy.
…
Mam gdzie spać, przed chwilą dostałem sms-a o Maji z klubu
HC. Zauważam, że nie należy się martwić zawsze na zapas –
jakoś rzeczy same się dzieją. Ja jestem tylko małym ich
elementem. Poddaję się temu prądowi. Zobaczymy gdzie mnie
poniesie.
…
5
Czytam książkę Nicolasa Shrady „Sacred Roads”. Własne jego
opowiadania, o pielgrzymkach w różne miejsca człowieka
wątpiącego. Ciekawe, ale nieporywające.
…
Jakoś odzwyczaiłem się od pisania ręcznego i strasznie
kulfonię, nie wiem czy coś później będę w stanie odczytać.
…
Drezno. Dworzec w remoncie. Jadą po całości. Z okna widzę
jak maszyna do rozwalania betonu naparza w coś, co było
kiedyś peronem. Jakoś długo tu stoimy – jestem sam w
przedziale – wszyscy wysiedli. O, ruszyłem .
…
Wesoła podróż. Pociąg zatrzymał się w szczerym polu i już stał
z 1,5 godziny. Konduktor powiedział, że będziemy stać
minimum 2 godziny. Już chciałem wyjść i łapać stopa, ale
dowiedziałem się, ze jest to trochę daleko, a przecież nie będę
wysiadał gdzie popadnie. Jest gorąco – węgierskie wagony
mają popsutą klime. Ruszyliśmy. Mam nadzieję, że już bez
przerw teraz dojedziemy. Maja się już niepokoi.
W przedziale jadę z parą i ich dwuletnim synem
Maximilianem. Pocieszny chłopczyk, wciąż daje mi swoje
zabawki.
…
Praga. Pije sobie właśnie Staropramena, leżę wykąpany w
czystej pościeli. I jestem w Pradze, w dzielnicy willowej, coś
jak nasze Pogodno. Ale po kolei. Po dotarciu do Holesovic
zdzwoniłem się z Mają, spotkaliśmy się koło metra i
pojechaliśmy razem do jej mieszkania. Ma potężny dom i
mieszka wraz z mamą, bratem, dziadkami i koleżanką ze
studiów – razem 7 osób. Dla mnie przypadł pokój w piwnicy,
bardzo przytulny z całkiem niezłym łóżkiem. Jest kibelek,
wanna – czego chcieć więcej. Maja studiuje pedagogikę dla
niepełnosprawnych – ciężkie studia, właśnie z koleżanką Ewą
uczą się do końcówki semestru. Maja będzie pisać pracę
dyplomową o leczeniu z wykorzystaniem psów. Ma świetną
sukę golden-retivera – Sarę, bardzo wyszkolona i będzie jej
6
służyć w praktycznej części pracy. Pokazałem Maji zdjęcie
Demona, trochę widać podobieństwo do Sary. Kończę piwo i
lulu, jutro pobudka wczesna i jazda na miasto.
31 maja. Praga
Właśnie sobie siedzę na trawie i odpoczywam. Objadłem się
knedlikami za całe 60 koron. Ale od początku. Byłem już
chyba wszędzie gdzie chciałem być. Zwiedziłem Hradczany,
gdzie urzekła mnie katedra i złota ulica. W katedrze przepiękne
witraże, szkoda, że niebo było zachmurzone i nie było pełnego
efektu wpadającego słońca. W ogóle to rano było tak chłodno,
że myślałem, że cofnę się do domu po polar. Ale rozpogodziło
się i przez cały dzień słoneczko z małymi chmurkami. Nie było
upału – idealna pogoda do łażenia. Z Hradczan udałem się na
Małą Stranę zgubić się pomiędzy wąskimi uliczkami i
zaułkami. Potem poszedłem zobaczyć Tańczący Dom. Była to
druga po zamku rzeczy, którą chciałem zobaczyć. Jest
śmieszny i oto chyba autorom chodziło. Rozbawić widza.
Widziałem miasto z dwóch wież, jednej w katedrze na
Hradczanach, drugiej w Ratuszu koło Rynku Głównego. Nie
7
wiem, dlaczego, ale zawsze chcę oglądać miasta z góry. Wieże,
ostatnie piętra wieżowców – to jakaś mania…
Mają tu bardzo dobrze zorganizowane metro, pomimo, że jest
stylu ruskiego. Dojechać można wszędzie gdzie trzeba. W
Warszawie metro dla turysty jest wg mnie w ogóle nie jest
funkcjonalne. Z Rynku udałem się na dzielnicę żydowską.
Mają tam niesamowite kamienice. Chciałem wejść do
Synagogi, ale chcieli ode mnie 200 koron, więc dałem sobie
spokój.
Most Karola oczywiście przespacerowałem, ale bez rewelacji.
Z politowaniem patrzyłem na długą kolejkę ludzi do dotknięcia
płaskorzeźby przy pomniku Jana Nepomucena. Aż miedź
pojaśniała od tysięcy łapsk. Widziałem gdzie sięgał poziom
wody podczas powodzi w 2002r. Nie sposób sobie wyobrazić
tyle wody.
Jutro mam chytry plan dotarcia do Wiednia. W miarę rano
pociąg do Ceskich Budejovic – tam szybkie zwiedzano i stop w
kierunku granicy. Zobaczymy czy się uda.
1 czerwiec. W drodze do Wiednia
Wstałem rano i pożegnałem się z Mają i Ewą. Wczoraj
wieczorem wypiliśmy sobie winko – był jeszcze chłopak Maji
pracujący na lotnisku. Wymieniliśmy się muzyką. Ja dałem jej
polskie kawałki, ona mi czeskie, a od jej brata dostałem czeski
hip-hop .
Droga do Wiednia była całkiem niezła, nie obyło się jednak bez
ciekawych wydarzeń. W Pradze dojechałem do dworca
autobusowego i ruszyłem w stronę Budziejovic. Po drodze
trochę pospałem – nic praktycznie nie jadłem ani nie czytałem,
bo bagaż dałem do luku. W Budziejovicach przeszedłem się
trochę po okolicy w poszukiwaniu kafejki internetowej. Nic
jednak nie znalazłem i wróciłem na dworzec. Okazało się, że
nie ma połączeń do granicy austriackiej – jest tylko autobus do
Nowy Hrady, którym pojechałem. W Hradach (trochę dziura)
ruszyłem drogą do Ceskej Valenicy (piechotą). Szedłem
paręnaście minut, przejeżdżał samochód – wystawiłem kciuka
8
i… zatrzymał się mój pierwszy autostop. Młody koleś jechał
właśnie do Valenic – 17km pokonałem błyskiem. Wysiadłem
koło przejścia granicznego dla pieszych i z tej euforii
przekroczyłem granice, zapomniałem wymienić korony.
Zostało mi ze 150Kć. Trudno. Miasto graniczne po stronie
Austriackiej nazywa się Gmünd. Przeszedłem je całe
(oczywiście naokoło, bez mapy) poszukując dworca.
Na dworcu zobaczyłem, że za 150km drogi koleją przyjdzie mi
zapłacić 18€. Popatrzyłem na mapę i po chwili namysłu
postanowiłem wyjść na stopa.
Tu trzeba było przypomnieć sobie dwa przykazania
autostopowicza. No i szczególnie potwierdziła się teza, że im
bardziej uczęszczana droga tym trudniej o stopa. Zatrzymała się
po chwili straż graniczna – chcieli zobaczyć mój paszport.
Pokazałem, podziękowali i pojechali. Cholera – mogli mnie
wziąć ze sobą. Ale i tak nie czekałem długo. Zatrzymał się
gość o ciemnej karnacji – chyba pochodzenia tureckiego i
podwiózł mnie do Schrems, 6km dalej. Stamtąd prowadzi
droga krajowa do Wiednia. Po kilku minutach stania (w
obydwu przypadkach nawet nie ściągałem plecaka) zatrzymała
się kobieta – na imię jej było Ewa (mam coś szczęście do Ew?)
i po chwili jechałem już z nią prosto do Wiednia! Ewa jest
pielęgniarką, ma córkę 23 letnią i chłopaka w Wiedniu.
Odbyliśmy bardzo miłą rozmowę. Dałem jej namiar na moją
stronę, aby zobaczyła i poczytała o mojej podróży. Była bardzo
zdziwiona, ale ciekawa.
Wysadziła mnie we Wiedniu, koło jednej ze stacji metra.
Kupiłem bilet za 5€ i pojechałem do centrum (Stefanplatz). W
drodze przeczytałem sms-a od Mamy, że ma dla mnie kontakt
we Wiedniu i podała numer. Zadzwoniłem, dogadałem się i
czekam teraz na ławeczce na ulicy Graben na spotkanie. Życie
jest piękne i pełne nieoczekiwanych niespodzianek, tylko
trzeba pozwolić mu się ponieść.
9
2 czerwiec. Wiedeń
Wieczorem z Harrym byłem na piwie i pogadaliśmy trochę.
Bardzo sympatyczny starszy facet. Jeździ Mercedesem.
Przepraszał, że nie może mnie jednak przenocować, bo jego
pokój gościnny jest w remoncie, ale zamówił mi już hotel.
Trochę oponowałem, ale powiedział, że zapłacił, więc jakie
miałem wyjście. Hotel 3 gwiazdki, przedtem mały tour
samochodem po mieście. Aha, piliśmy piwo w
Schweizerhousie przy Wesołym Miasteczku. Byłem miło
zaskoczony klimatem i obsługą. Pełen profesjonalizm.
Rano po zjedzeniu śniadania w hotelu spytałem o kafejkę
internetową. Pokazali mi gdzie jechać, także załatwiłem
najważniejsze (pocztę i wpis w bloga). Zapisałem telefon do
Marileny (znów HC) i wyruszyłem na pole kempingowe.
Trochę mi to zajęło, ale Wiedeń ma genialnie skonstruowaną
komunikację miejską. Na kempingu wreszcie rozłożyłem
namiocik i zjadłem zupkę przygotowaną we własnej kuchence.
W końcu nie po to to wszystko targam na plecach! Marileny
odpisała. Zwijam graty kuchenne i idę zobaczyć ile kosztuje
wypożyczenie roweru.
Wypożyczenie roweru to porażka. 24€ za dzień. Koszmar.
Spodziewałem się maksymalnie 10€. Ale i tak tu pięknie.
10
Poszedłem na wyspę (sztuczną – ma 20km – ciągnie się wzdłuż
rzeki – DonauInsel). Widać, że to miejsce rekreacji. Widziałem
wyciąg do nart wodnych, jednak wszyscy jeździli na
wakeboardach. Na wyspie są ścieżki rowerowe, równiutki
asfalt. Mnóstwo ludzi jeździ tu na rowerach i na rolkach. Jak
wrócę to kupuje sobie rolki. Kurde, jaki to fajny sport.
Widziałem nawet takich, którzy mieli kijki i jeździli jak na
nartach biegowych. Też tak chce.
W związku z tym, że wyglądałem głupio jako jedyny pieszy, a
z wyspy daleko było do jakiegoś przejścia dla pieszych na
drugą stronę rzeki, wróciłem, wsiadłem do autobusu, potem do
metra i znalazłem się w centrum. Szybko stamtąd uciekłem,
mnóstwo ludzi, głośno, chaos, wygląda to jak centrum
handlowe na świeżym powietrzu. Poszedłem do parku i
zgadałem się z Marileną. Spotkaliśmy się i trochę pogadaliśmy.
Pochodzi z Rumunii – studiuje tu na pierwszym roku. Bardzo
ładna. Trochę miałem problemy z wysłowieniem się. Jest
również bardzo miła i komunikatywna. Niestety również
bardzo zajęta. Tysiąc spraw na minutę. Umówiliśmy się, że
jakby coś się działo to da mi znać.
Wróciłem na kemping z myślą, że dziabnę sobie wieczorem
piwko i pobuszuje w sieci. A tu sms: „spotkajmy się na
przystanku koło Belwederu”. Ha, pognałem. Byłem 40 minut
później na miejscu. Pospacerowaliśmy trochę a potem do
restauracji. Wziąłem rybę i piwo. Dobre, ale drogie jak cholera.
Potem poszliśmy na dworzec. Mari odbierała tam dwóch
Włochów i dwie dziewczyny z Łotwy. Okazało się, że są
umówieni z jeszcze jednym gościem z HC, dziewczyny do
Mari, chłopaki z tym drugim (nie pamiętam imienia). Ja
poszedłem z dziewczynami. Umówiliśmy się na piwo za
godzinę. W domu pogadaliśmy trochę, a gdy nie było telefonu
od reszty – dziewczyny postanowiły iść spać. Ja wyszedłem w
nadziei, że złapię jeszcze s-bahn na mój kemping. Nic z tego.
Za późno. Trafiłem do namiotu po 2 godzinach marszu przez
miasto.
11
3 czerwiec. Wiedeń
Dziś wstałem dość późno, po
dziesiątej.
Zrobiłem
sobie
śniadanie, lekkie pranie i
postanowiłem jedną godzinę
posiedzieć w Internecie. Nic z
tego, zanim się zebrałem zrobiła
się dwunasta, a od 12 do 13
mają przerwę. Nie chciałem
czekać,
więc
pojechałem
zobaczyć zamek Schoenbrunn, a
właściwie jego ogrody. Piękne,
napstrykałem trochę. Szkoda
tylko, że sam pałac restaurują i
pełno rusztowań. Ale ogrody i
Glorietta (coś w rodzaju altany,
ale ogromnej) robi wrażenie.
Aha, Mari powiedziała mi, żebym spróbował pożyczyć rower
koło ratusza. Są to Citybiki i kosztuję tylko 1€ na godzinę. Jadę
zaraz to sprawdzić.
…
Faktycznie tak jest, ale automat
nie przyjmuje mojej karty.
Trudno. Po drodze do domu na
stacji metra spotkałem Włochów
i Łotwinki, przypadkiem na
stacji. Ponieważ szli obejrzeć
jakiś ciekawy budynek, zabrałem
się z nimi. Faktycznie był niezły,
każde okno inne, kolorowy, po
ścianach pięły się bluszcze. Z
balkonów wyrastały drzewa. Coś
jak tańczący dom w Pradze, ale
bardziej kolorowy i żywy. Grupa
była dość ociężała, dziewczyny
12
chciały do sklepów, chłopaki gdzieś indziej, więc się
pożegnałem i pojechałem nową drogą na kemping. Dobrze to
wiedzieć jak przyjdzie mi znowu wracać piechotą do domu.
…
Wypiękniłem się, kupiłem wino i czekam na s-bahn, bo jadę na
urodziny Petera (jeszcze go nawet nie znam).
4 czerwiec. Wiedeń
No to się działo. Na imprezie poznałem mnóstwo ludzi. Peter i
Anna są parą austriacko-gwatemalską, bardzo mili i przyjaźni.
Poznałem również Tina, Draco (Chorwat) i parę innych.
Nieprawdopodobna mieszanka. Oczywiście pogadałem sobie
również ze spotkanymi wcześniej ludźmi: Riccardo, Maurizio,
Natasza i Jelena. Gdy powiedziałem, że mieszkam na
kempingu Neue Donau nie pozwolili mi wracać po nocy i
zaproponowali nocleg. „No problem, we are all at hospitality”,
powiedział Peter. No i zostałem. Spał tam też Gerard z
Wiednia. Nie miał ochoty po pijaku wracać na chatę.
Rano śniadanko: bułeczka i jajeczko na miękko. Oglądałem
zdjęcia zrobione podczas imprezy. Jakoś trudno mi było
wyjeżdżać tak wcześnie, więc postanowiłem opuścić sobie
Bratysławę i pojechać bezpośrednio do Budapesztu.
Spakowałem się i wio na dworzec. Nie używałem nawet mapy
– po prostu trafiłem.
…
Jadę! W pociągu jacyś weseli Szwedzi śpiewają na cały głos
śmieszne piosenki. Ile jeszcze lat upłynie zanim tak będzie w
Polsce?
…
Krótko, o wrażeniach z Wiednia. Tak, jak powiedział mi
pewien Austriak, gdy jechałem s-bahnem: „You know, Vienna
is crazy”. Po trochu to fakt. Wiedeń to po części cały świat.
Mało już pozostało z arystokratycznego, purytańskiego miasta.
Teraz oblegany jest przez przeróżnych ludzi, starających się
żyć tu i pracować. A jak widać pracy jest dosyć dla wszystkich.
Jeśli jakiś Austriak nie chce sprzedawać gazet na ulicy – robi to
13
jakiś murzyn. Jeśli Austriacy pracują w drogich restauracjach,
tanie żarcie można zdobyć w tureckich budkach z kebabem. I
sprzedają je Turcy – nie Austriacy. U nas mało jest
oryginalnych Turków w kebabowniach.
Jak powiedziała mi Marilena: „respect other people and they
will respect you. Be rude to them – and they will be rude to you
or will just ignore you”. Myślę, że tak właśnie jest w Wiedniu.
Każdy zna swoje miejsce i pracuje, zbierając na swoją kupkę i
stara się żyć jak potrafi.
Zastanawiam się, kiedy tak zacznie być w Polsce. Nie ma co
ukrywać – na razie mamy Polskę dla Polaków. Ta garstka
mniejszości, wszelakich: skośnych, Turków, innych białych
etc. w naszym kraju jest taka jak w jednej dzielnicy Wiednia. A
różnorodność jest potrzebna. Różnorodność rozwija miasta i
kulturę. Izolacja zabija ją. Może, gdy bezrobocie spadnie
poniżej dziesięciu procent, będzie się to dziać. Miejsca pracy
nielubianych i naszym zdaniem niskopłatnych zajmą
obcokrajowcy. Życzę naszemu krajowi, aby tak się stało.
Otwórzmy drzwi na świat, a będzie nam lepiej. Wszystkim.
Nawet obecnym malkontentom. Ruszą może wreszcie dupska!
Nie wiem, co jeszcze napisać. Kłębią mi się różne myśli w
głowie, głowie pełnej przecież świeżych wrażeń. Chętnie bym
z kimś popolemizował, ale niestety w przedziale siedzi dwóch
Hiszpanów. Oni ni w ząb angielskiego – ja zapomniałem cały
hiszpański jakoś. Sorry – Marta!
…
Muszę przestać się martwić. Ogólnie martwienie się jest bez
sensu. Nawet takie małe – nic nieznaczące. Po drodze trochę
martwiłem się jak to będzie ze znalezieniem kempingu,
dogadaniem się w Budapeszcie. Aż tu nagle, ni stąd ni z zowąd
wpada do przedziału piękna, opalona brunetka i zagaduje z
lekkim amerykańskim akcentem:
- Does anyone of you speak English?
W pierwszej chwili oniemiałem, ale pomyślałem, że biedaczka
ma jakiś problem i szuka pomocy. Automatycznie wydukałem:
- Yes, I do.
14
Ona na to:
- I have a few informations about Budapest for you. Would you
care for a free map?
SZOK! Chodząca, piękna informacja turystyczna w pociągu!
Tego jeszcze nie widziałem. Trochę krzywo patrzyłem na te
38€ wydane na bilet – teraz zupełnie nie żałuję. Laseczka
pokazała mi na mapie gdzie wysiądziemy (przecież po
węgiersku nawet się czytać nie da), w które muszę wsiąść
metro, gdzie się przesiąść i gdzie wysiąść, aby dojść do
kempingu. Odpadłem. Chciałem coś pogadać, zagadać, ale
tylko chyba głupio się patrzyłem, to na mapę to na nią.
Dziewczyna szybko zwinęła się do dalszych przedziałów. W
korytarzu zagadałem jeszcze jej koleżankę, również
informującą o wszystkim i dowiedziałem się ile kosztuje bilet,
żeby nie kupować żadnej karty miejskiej i zaznaczyła mi na
mapie najlepsze kąpieliska. Cud.
Patrzyłem na szybko zmieniający się krajobraz, pewny, że
Budapeszt będzie mój już niedługo. Przejeżdżając mostem
przez Dunaj zobaczyłem przez moment to, co będę zwiedzał
już niedługo i micha mi się cieszyła od samego dworca. Z
Hiszpanami pożegnałem się tradycyjnym „Hasta la vista” i w
drogę. Na dworcu wziąłem polski przewodnik za darmo i
kupiłem lepszy plan za 3€. Zabankomaciłem przy kasie do
metra, a ponieważ poknociły mi się zera wybrałem 50 tysięcy
forintów (jakieś 200€). Trochę za dużo gotówki jak na jeden
raz, ale tu już nie będę tak sknerzył jak we Wiedniu. Tu chcę
trochę wydać, choć mam nadzieję, że uda mi się dojechać z tą
gotówką do Bułgarii. Wymieniłem z kantorze papierowe
korony czeskie (blaszaków nie chcieli). Nawet nie wiem, po
jakim kursie, ale śmieszne pieniądze zamieniłem na inne
śmieszne. Jestem za wprowadzeniem Euro wszędzie, będzie
wtedy znacznie łatwiej.
Wsiadłem do metra (z biletem za 2550F – 10€ na 72 godziny) i
pojechałem w drugą stronę. Skumałem się dwie stacje dalej,
więc zmieniłem kierunki i z powrotem. Metro mają tu takie jak
w Warszawie – stare ruskie. Ale trzy linie i skomunikowane z
15
kolejami dojazdowymi. Warszawa przy tym wydaje się
miastem na dalekiej Syberii.
W każdym razie jadąc metrem wyczytałem, że jest turecka
łaźnia niedaleko miejsca gdzie się przesiadam i że jest czynna
do 20:00 i w soboty dla mężczyzn (każdy dzień na przemian
kobiety albo mężczyźni – cóż, naleciałości islamskie). Niewiele
kombinując poszedłem – z plecakiem. Kupiłem bilet,
przebrałem się w gatki, dali mi ręcznik (a raczej prześcieradło),
zaproponowali masaż (odmówiłem – jakby mnie miała
masować ta laska z pociągu to owszem, ale jakiś gejowaty facet
– brrrrr). Łaźnia robi wrażenie. Klimat niesamowity – mury
mające z pięćset lat (to łaźnie wczesno-osmańskie z XVI w.).
Oczywiście sami faceci. Zobaczyłem dwóch gejów
obściskujących się w łaźni parowej – fuj! Przez chwile miałem
wątpliwości, czy jakoś źle nie trafiłem, ale reszta panów spoko.
Jeden tylko popatrzył na mnie ukradkiem, ale gdy
zmarszczyłem brwi od razu przestał. Cholera – gejowisko
jakieś. Starałem się ignorować to, co mocno rzucało się w oczy.
Przesiedziałem we wszystkich salach po trochu i wyszedłem.
Reasumując – klimat i architektura niezła, łaźnia jak to łaźnia –
ciepło i mokro. Całość psują geje – no, ale gdzieś się muszą
biedaki podziać . Swoją drogą w świecie islamu musi być
sporo gejów, skoro razem z laskami nie mogą chodzić do łaźni,
poza tym one poubierane w szmatki, że nic nie widać. Nic
dziwnego, że ten cały testosteron musi gdzieś ujść i kieruje się
w niewłaściwe miejsce.
Po kąpieli – odświeżony, wsiadłem do kolejki podmiejskiej –
coś jak warszawskie WKD i pojechałem na kemping.
Znalazłem. Widać, że nadciągała burza i zaczęło wiać, więc
wziąłem sobie bungalow za 2300F (9€), zamiast rozstawiać
namiot na polu za 3000F. Trochę głupie te ceny. Ale dobrze, bo
zaczęło padać. Front zimny. Z tego, co napisała mi Mari w
Wiedniu przeszedł po południu. Idealnie się wyrobiłem z
czasem. Ugotowałem zupkę, zaplanowałem jutrzejsze
zwiedzanie, napisałem to powyższe i idę spać. Jutro chce być
wyspany i pełen sił na Budapeszt. A sporo tego będzie.
16
5 czerwiec. Budapeszt
Muszę chyba przestać szczegółowo planować następny dzień,
bo potem tylko się wkurzam, że nic z tego nie wychodzi.
Zaplanowałem zwiedzanie miasta tak, aby niepotrzebnie nie
jeździć. Budzik zadzwonił rano, koło siódmej, patrzę przez
okno – szaro i wieje, trochę pada. To nici z wycieczki.
Zasnąłem znowu, myśląc, że jeszcze jeden dzień będę musiał tu
zostać, bo nie uda mi się zwiedzić nawet tego minimum.
Wstałem koło dziewiątej, powoli się ogarnąłem, ubrałem się
ciepło i wziąłem przeciwdeszczówkę oraz kąpielówki (jak nie
zwiedzanie, to chociaż się trochę pomoczę) – no i znów:
zmiana planów poskutkowała tym, że zaraz wyszło słońce,
zrobiło się ciepło i pięknie. Postanowiłem pozwiedzać jednak
tak jak zaplanowałem poprzednio. Dopadł mnie paradoks
planowania.
Wysiadłem na końcowej stacji kolejki podmiejskiej i ruszyłem
pustymi o tej porze jeszcze uliczkami i schodami pod górkę. Na
jednej z ławeczek zobaczyłem z daleka żulka. Przynajmniej tak
wyglądał – miał przybraną dziwną pozę. Gdy podszedłem
bliżej zobaczyłem, że ubrany jest w stary płaszcz, ma okulary i
długą, siwą brodę. A więc staruszek. Był pochylony tak
dziwnie, ponieważ przed sobą miał stos zapisanych kartek i
dalej coś pisał. Poczułem nagle dziwną więź z tym staruszkiem,
może dlatego, że sam piszę ten dziennik. Chciałem zagadać,
przysiąść się i porozmawiać z nim, ale… jakoś zabrakło mi
odwagi. Nie wiem, jeszcze chyba nie jestem na tym etapie
otwarcia na innych ludzi – za krótko jestem w podróży.
Poszedłem dalej, ale poczułem, że coś straciłem, coś mnie
ominęło. Chociaż jakbym się spytał czy rozumie po angielsku i
by nie rozumiał, nie miałbym takiego uczucia. Cóż, następnym
razem może…
Znalazłem się w dzielnicy zamkowej. Szał fotografowania.
Kościół, Baszta Rybacka, wszystko piękne. Jest tu dużo
turystów ze Skandynawii. Jest relatywnie chłodno (jakieś 18
stopni) i lekko wieje – a oni w szortach i koszulkach bez
rękawów.
17
Na dziedzińcu zamkowym – przepięknie, teraz jest to kompleks
muzeów. Na tarasie widokowym dochodziły do mnie jakieś
trzaski z drugiego brzegu Dunaju. Pomyślałem – „trochę
głupio, że tramwaje słychać aż tutaj”. Tak to brzmiało. Po
chwili jednak uzmysłowiłem sobie, że to nie tramwaje – tylko
na drugim brzegu ktoś gra na bębnach. Tak! – rytm i
nawalanie. Niezły hałas robią jak aż tu słychać. Zszedłem ze
wzgórza zamkowego ładnym traktem. Kupiłem wodę i
wsiadłem w tramwaj. Chciałem podjechać troszkę w stronę
cytadeli, ale nie wysiadłem na właściwym przystanku.
Dojechałem do placu gdzie jest hotel i kąpielisko. Ładna
fontanna, zobaczyłem gościa nabierającego z niej wody, a że
już prawie całą swoją wydudliłem – też sobie uzupełniłem po
brzeg. W końcu wzgórze cytadeli to trochę pod górkę.
Po drodze zobaczyłem wejście do kościółka. Nie ma go w
przewodniku ani na mapie. Wszedłem do środka. Jest to
malutki kościółek mieszczący się w grocie w skale cytadeli.
Nieprawdopodobna atmosfera. Piękniej niż w niejednej
wolnostojącej katedrze. Olśniony – wyszedłem. Czyżby to był
przedsmak Kapadocji? Jeśli tak to nie mogę się doczekać.
18
Wgramoliłem się na cytadele. Bardzo ładna panorama. Chociaż
w oddali, na obrzeżach miasta widać wszędzie betonowe
osiedla. To przypomina, ze Węgry były kiedyś w układzie
warszawskim.
Siedzę i odpoczywam. Zaraz schodzę na dół i na kąpielisko, ale
oczywiście nie planuje nic – już wiecie, dlaczego…
…
Jest wieczór. Siedzę nad brzegiem Dunaju. Czekam, aż zapalą
światła i oświetlą most łańcuchowy i zamek abym mógł zrobić
zdjęcia.
Po zejściu z cytadeli poszedłem do łaźni, ale innej niż wczoraj.
Mniej gejowato, więcej turystów, co akurat w tym przypadku
mi odpowiadało. Zapłaciłem 2800F, czyli jakieś 13€ za wstęp,
dali mi kartę i rachunek. Przy wejściu do łaźni kazali oddać
rachunek i się przebrać. Jakieś to wszystko dziwne, ale co tam.
Łaźnia pięknie dekorowana, na styl turecki – kolorowo i
przepysznie. Leżałem w basenie 38˚C, potem do zimnej wody 8˚C i do łaźni parowej - 60˚C. Potem znów do zimnej i od
początku. Tak kilka razy. Rewelacja. Wyszedłem odświeżony.
Przy oddawaniu karty automat oddał mi 500F. Czemu? Nie
wiem, może nie skorzystałem ze wszystkiego? Ale i tak mi
19
wystarczyło. Po łaźni dwie
godziny w Internecie. Musiałem
poodpisywać na maile i napisać
nowe do osób z HC po drodze.
Potem jedzonko. Być w BP i nie
zjeść gulaszu? Gorący, super
przyprawiony i dużo mięcha. Na
drugie już wegetariańsko –
zapiekany
Camembert
z
brzoskwinią
w
sosie
porzeczkowym i ryż. Też pycha.
Ale drożyzna nie w moim stylu.
Po obiadku poszedłem robić
zdjęcia. BP to kopalnia motywów.
O, właśnie zapalili światła. Pięknie – idę pstrykać dalej.
6 czerwiec. Budapeszt
Dziś wstałem późno. Dopiero o 10. Wiem, dlaczego. To przez
ten bungalow. Jest jakiś ciemny i z paździerzowych ścian
wydobywa się jakiś usypiający zapach. No jakoś przynajmniej
muszę usprawiedliwić moje lenistwo.
Pojechałem do centrum. Chciałem się najpierw wykąpać w
upatrzonym w przewodniku kąpielisku leczniczym, ale gdy
przy wejściu zobaczyłem same babcie i dziadków to
zrezygnowałem. Pójdę na normalny basen z normalnymi
ludźmi (czyt. wreszcie chcę zobaczyć kobiety na pływalni).
Zobaczyłem z bliska budynek parlamentu – jest duży i świetnie
odwzorowuje neogotycki styl. Zdobienia jak w kościołach
gotyckich, a jednak okrągła kopuła renesansowa. Cudeńko.
Potem pospacerowałem do bazyliki św. Stefana. To już
neorenesans (chyba) – zachwyciłem się wnętrzem – za darmo.
Potem przeszedłem się ulicą Andreassy – ponad 2km
zaplanowanej architektury miejskiej – robi wrażenie, niestety
większość kamienic zasłonięta przez drzewa. Teraz
odpoczywam w parczku koło kąpieliska.
20
Zaszalałem dziś zakupowo. Kupiłem 1kg jabłek, worek
słodkich bułek, wodę, jogurt i batona za całe 800F (3€). Muszę
się ograniczać, bo jak przeliczyłem ile wydałem wczoraj na
obiad wyszło mi prawie 80zł. No, ale jadłem praktycznie w
samym centrum.
…
No to sobie zapodałem. Spędziłem 3 godziny w prawdziwym
spa. To było to. Piękny, neobarokowy wystrój wnętrza i
dziedzińca, na którym były trzy baseny o różnych
temperaturach. Zasilane naturalnym gorącym źródłem
podziemnym, ponoć nie zmieniają temperatury nawet zimą. A
woda fajniutka - 38˚C. Aż nie chce się wychodzić. Ponadto
siedziałem w fińskiej saunie, w jakiejś zielonej, leczniczej
wodzie i suszyłem się beztrosko leżąc na słonku. Rewelacja. A,
no i koedukacyjnie – wreszcie jakieś porządne, kształtne
bioderka, biuściki i buzie. Miodzio. Można by tak od rana cały
dzień. Potem zjadłem w jakimś lokalnym szynkwasie michę
ziemniaków w jakimś sosie i kotleta mielonego z papryką. A
wszystko super tanie – 500F i smaczne. Internet i do domu.
Jutro wczesna pobudka i w drogę na wschód.
21
7 czerwiec. W drodze Budapeszt -> Cluj
- Czy podróżowanie jest przyjemne?
- Zależy, kto co lubi, ale raczej tak.
- Czy podróżowanie może być tanie?
- Oczywiście, można kombinować z różnymi zniżkami, kartami
euro26, podrabiać legitymacje itp.
- Czy podróżowanie może być darmowe?
TAK! Wystarczy mieć sprawną prawą rękę (przynajmniej na
kontynencie europejskim), stanąć na drodze i wystawić kciuka.
No i jeszcze trzeba spakować trochę szczęścia po kieszeniach i
wziąć plecak pełen cierpliwości. Marzenia nie są po to, aby
marzyć, tylko aby je realizować.
Tyle filozofii na dziś. Teraz fakty. Wstałem rano – 7:30.
Prysznic, sprzątanko i w drogę. Wyjechanie z miasta zajęło mi
sporo czasu. Kolejka, metro, metro, tramwaj. Dopiero koło
jedenastej byłem na rogatkach (powiedzmy). Cóż zrobić
innego, jak wystawić kciuka? Wystawiłem i czekam… Minuty
mijają, dużo samochodów, ale nikt się nie zatrzymuje. Ale co
tam, mam cały dzień na to i plecak cierpliwości. Stoję.
Zatrzymała się kobieta chyba z matką. Pyta, czy ja na lotnisko?
Odpowiedziałem, że nie, że dalej – no to nam przykro – i
odjechały. Szit, mogłem się zabrać, chociaż do lotniska –
zawsze trochę dalej. Minęła chwila i zdecydowałem się przejść
gdzieś dalej – może lepsze miejsce wyhaczę? Poszedłem, w
innym miejscu znowu nic. Jeszcze kilometr – tu też nic.
Następne skrzyżowanie – to skręt na lotnisko. Za
skrzyżowaniem czekam. Czekam. Czekam. Cholera - może
mam zły dzień? A może jakoś źle stoję? Worek cierpliwości,
który miałem na początku jakoś zaczął przeciekać i teraz
pozostała najwyżej siatka. Może jednak nie dziś? A może coś
mnie czeka jeszcze w Budapeszcie i powinienem wrócić?
Widzę w oddali przystanek autobusowy z lotniska, bez
problemu mogę się tam cofnąć i wrócić do miasta. E tam,
jeszcze jedne światła, no jeszcze jedne… Zacząłem się
zastanawiać jak najlepiej wrócić na Keleti (dworzec wschodni)
i stamtąd wyhaczyć coś do innego miasta…
22
Skręca? Nie – podjeżdża do mnie!
- Hi! Do you speak English?
- A bit.
- I would like to go to Szolnok.
- Solnok?
- Yes.
- Get in. I will drive you a bit.
Jest! To, co chciałem. Przełamanie złej passy! Jadę – terenowy
Mitsubishi. Po drodze dowiedziałem się, że „sz” czyta się jak
„s”, a „zs” jak „ż”. Po 20km koniec, ale gościu podwiózł mnie
do stacji gdzie wygodnie mogę czekać na następnego stopa.
Czekam, czekam. Nagle słyszę klakson z tyłu. Odwracam się.
Zatrzymało się Punto, nawet nie wiem kiedy.
- Hello, do you speak English?
- No
Konsternacja.
- Solnok?
- No, &^%&^ (niezrozumienie)
Po chwili skumałem, że jedzie bliżej niż Solnok, ale mogę się
zabrać. Jechaliśmy słuchając muzyki, bo „no english, no
deutsch”. Swoją drogą zastanawiam się jak w dziesięcio
milionowym kraju z dziwnym językiem można nie znać
żadnego innego języka. Jak się okazuje – można.
Nie jest źle, 50km do Solnok, jakieś 150km do granicy i jakieś
300km do Cluja – tam, gdzie chcę jechać. Jest piętnasta,
hmmm… Stoje na rondzie. Czekam. Po 3 minutach zatrzymuje
się VW Transporter. Pytam czy do Solnok. Niby tak, ale języka
ni cholery. Jadę. Jakoś się dogadałem, w pół na migi w pół po
polsku/angielsku, że ja faktycznie nie to Solnok, tylko do
granicy rumuńskiej, powiedziałem Oradea najpierw. Nie ma
sprawy – jedziemy. Byle do Rumunii.
Naparza węgierskie techno i magyar-polo (tak jak nasze discopolo tylko po węgiersku). Volume na maksa. Jedziemy. Jak
skończyło się magyar-polo, przełączyliśmy na CD z napisem
„Oldies” – sama CC Catch. Nie ma sprawy.
23
Kierowca to młody chłopak. Dałbym mu maks 23 lata. Przed
granicą mówie mu, że ja faktycznie do Cluj-a. Jak się okazało –
on też! Trochę się podejrzliwie na mnie patrzył. Najpierw chce
do Solnok, potem Oradea, a teraz Cluj? Co jeszcze?
Przekroczyliśmy granice. Jak do tej pory po stronie węgierskiej
było płasko jak stół i żywego ducha, po stronie rumuńskiej
zaczęły się malownicze wzniesienia i wioski przyklejone do
drogi. Przy domach kwitnie handel. Koronki, koszyki
wiklinowe, szmatki, czereśnie (już dojrzałe – w Polsce to
dopiero za miesiąc!). Na łąkach pasą się stada owiec, dzieci
latają boso i brudnych szmatkach, dziadzio prowadzi krowę
przez jezdnię… Ruch jak diabli, droga kręta, pełno Tirów, mój
kierowca wyprzedza na całego. Ale robi to bardzo pewnie – zna
drogę. Nie boję się z nim jechać – choć czasem na odległość
lusterka. Mkniemy. Przepiękne widoki, wjeżdżamy na przełęcz,
aby zjechać serpentyną w dół. Tak parę razy. Siedzę wygodnie
– 1 klasa, klima, muzyczka – co chcieć jeszcze – zwłaszcza, że
za darmo. Wyprzedzamy autobus, stary Ikarus napchany
ludźmi. Machają do nas. Odmachuję. Jak mi jest ich żal,
zapłacili, męczą się w duchocie tego Ikarusa i, nie
przymierzając, jadą jak świnie na rzeź.
Już widać Cluj. Dotarłem do centrum o 19:30. W
najśmielszych marzeniach nie myślałem, że uda mi się
zrealizować to dziś, szczególnie czekając o 14 koło lotniska w
Budapeszcie. Podziękowałem ślicznie za mój najdłuższy
dotychczasowy stop (300km) i poszedłem szukać hotelu.
No i jestem teraz, leżę wykąpany w łóżeczku, właśnie
skończyłem piwko i oglądam rumuńskie teledyski (całkiem
niezłe). Jeszcze wcześniej zrobiłem sobie godzinny spacer po
mieście w poszukiwaniu kafejki – niestety wszystko już
zamknięte. Ale miasto wydaje się ładne. Mam jutro cały dzień
na jego zwiedzanie.
Czy już pisałem, że marzenia się spełniają? Trzeba tylko zacząć
je realizować?
24
8 czerwiec. Cluj-Napoca
Rano śniadanko, wymiana kasy (z tysięcy forintów na miliony
lei), szukanie Internetu. W międzyczasie skumałem, że żyję w
europejskiej strefie czasu, a tu wszystko o godzinę do przodu.
Pognałem więc do hotelu, powiedzieć, że zostaję jeszcze jedną
noc. I to był błąd. Znalazłem potem kafejkę, w której
odczytałem pocztę i maila od Raula, że oczywiście, mogę u
niego przenocować – tylko abym zadzwonił. Cóż, czasem
czasu nie można oszukać .
W każdym razie zadzwoniłem do
Raula, spotkaliśmy się, poszliśmy
do niesamowitego, ukrytego pubu
„Insomnia” na piwo. Potem, do
jego mieszkania na dalsze
pogaduchy. Raul podróżował
wiele, jest w moim wieku. Był w
Chinach, koleją transsyberyjską,
zwiedził kraje bliskiego wschodu:
Iran, Syrię, Jordanię, Egipt,
Liban, Izrael itp. Powiedział mi
sporo o Turcji. Oczywiście był
wszędzie w Europie, parę razy w
Polsce i nawet raz w Szczecinie.
Późnym wieczorem wróciłem do hotelu. Postanowiłem zostać
jeszcze jeden dzień, ale tym razem przenieść się do Raula.
9 czerwiec. Cluj-Napoca
Rano wyniosłem się z hotelu do Raula. Pogoda zrobiła się
syfiasta. Trochę pada, jest szaro - 15˚C.
Przegadaliśmy całe popołudnie i poszliśmy zobaczyć miasto z
góry. Nie pisałem jeszcze, jak wiele jest tu różnorakich
kościołów: rzymsko-katolickie, prawosławne, wszelkie
protestanckie: unitarianie, kalwiniści, również greckokatolickie. Nawet jedna synagoga. I to wszystko w mieście
wielkości Koszalina. Wieczorem spotkaliśmy się z Niko,
koleżanką Raula, pracującą w opiece społecznej i przy
25
recydywistach. Bardzo ładna, naturalna, wesoła. Wieczorem
wróciliśmy na obiad. Zjadłem jakąś rybę, która mi zaszkodziła,
więc wyrzygałem wszystko i poszedłem spać.
10 czerwiec. Cluj -> Alba Iulia.
Rano, już rześki, pogadałem jeszcze z Raulem na różne tematy,
powiedział, że zaprowadzi mnie tam, gdzie łatwo o stopa, dał
napisy miejscowości, flamaster, kupiliśmy ser dla Andrei
(mojej gospodyni w Albie) i w drogę. Na stopa czekałem
maksymalnie 5 minut i za półtorej godziny byłem u Andrei.
Jest na urlopie macierzyńskim, ma przerozkoszną, wesołą
córeczkę – Timi. Mąż – Robi – spokojny i bardzo troszczący
się o małą. Żyją w Albie, on jest Węgrem, ona pół węgierką pół
rumunką. Rozmawiają w domu po węgiersku. Andrea
naświetliła mi sporo o historii Transylwanii i Rumunii, a także
o cyganach. Ciekawy, ale trudny temat. Andrea pracowała
wcześniej jako psychiatra i orzekała o niepoczytalności
pacjentów. Jak trudna to była praca, łatwo sobie wyobrazić, w
szczególności gdy cyganie udawali niepoczytalnych dla
wyłudzenia renty od państwa.
26
Wieczorem odwiedził nas jeszcze Norbi, przyszły ksiądz (ma
być wyświęcony za 2 tygodnie). Rozmawialiśmy ze sobą po
niemiecku. Jutro, razem z Andreą, chce mi pokazać miasto.
11 czerwiec. Alba Iulia.
Miasto samo w sobie trochę smutne, ale cytadela, zbudowana w
czasach romańskich, a potem udoskonalana, nigdy nie zdobyta
przez podbój – robi wrażenie. Szczególnie podwójny,
gwiaździsty system murów, podziemne korytarze, bramy. W
środku cytadeli znajduje się dziś katedra katolicka, cerkiew i
muzea oraz uniwersytet. Niektóre części murów są
średniowiecznego pochodzenia.
Wróciliśmy, bo się rozpadało. Po drodze zrobiliśmy zakupy.
Wracając Andrea przypomniała sobie, że nie ma śmietany,
więc szybko skoczyłem do sklepu ją kupić (co ciekawe nazwa
„śmietana” tak samo brzmi po rumuńsku). Gdy wróciłem,
miałem już na talerzu gołąbki, ale zawijane w liście winogron.
Pycha. Gadaliśmy sporo, na różne tematy – historyczne, jak to
było jak byliśmy dziećmi, opowiadałem jej trochę o
komunizmie w Polsce, ona mi o czasach Czałaczesku. W
między czasie, jak gdyby nigdy nic, zagniotła ciasto. Od czasu
27
do czasu rozśmieszała nas Timi, choć kaszląca – to pełna
wigoru.
Jestem zdumiony tą rodziną. Nie sypią kasą z rękawa,
właściwie jak na nasze postrzeganie są biedni, ale serca mają
wielkie i otwarte.
Wieczorem wymieniliśmy się muzyką.
12 czerwiec. Podróż po Transylwanii
Rano Andrea zrobiła mi sporo kanapek, dała porcje sera i
wczorajsze ciasto – i wdroge.
Chciałem pojechać autobusem do Sebeş – to tylko 15km.
Wyszedłem na przystanek i czekam. Pojawił się jakiś kolo i
zagaduje. Jak tylko skumał, że jestem z Polski – poszedł sobie.
Potem jeszcze jeden – nic nie kumam, co gada. Przyszedł
następny – też nic. O co im chodzi? Mówię, że czekam na
autobus. I koniec. Podchodzi dziewczyna i mówi mi wreszcie
po angielsku, że ten gość może zabrać nas wszystkich po cenie
autobusu so Sebeş. OK, jedziemy – 20000 lei, czyli 2,4zł. Tak
mogę jeździć. Andrea powiedziała mi, że popularne jest tutaj
28
dawanie napiwków na stopa, zazwyczaj do 30 tysięcy lei –
powiedzmy aby było na paliwo. To dlatego tak łatwo tu o
stopa.
W Sebeş nie było nic nadzwyczajnego. Andrea mi coś mówiła
o cytadeli, ale bez przewodnika nie chciało mi się zwiedzać.
Posiedziałem przy fontannie i poszedłem na stopa dalej.
Pojechałem do Sibiu. Połaziłem po starym mieście i porobiłem
zdjęcia. Bardzo romantyczne
zakamarki.
Zrobiło
się
pogodnie, ale nie za ciepło,
więc miło się zwiedzało, nawet
z ciężarem na plecach.
Chciałem sobie znaleźć spanie
tutaj i może wybrać się na
wycieczkę
w
góry,
ale
postanowiłem
przyspieszyć
moją podróż. Za długo już tu
jestem, powinienem raczej
zbliżać się do Istambułu. Ale
cóż zrobić, jak spotkałem tu tak
miłych ludzi. Korzystając z
tego, że i tak prawdopodobnie
wylądowałbym
w
hotelu,
postanowiłem przenieść się jeszcze dalej. Tym razem na
północ, do polecanej przez wszystkich Sighişoary.
Oczywiście stopem. Podróżowanie autostopem jest bardzo
wciągające. Szybko można się uzależnić, bo profity, czyli jazda
za darmo i możliwość poznania kierowcy są nie do
przecenienia. Tym razem czekałem dłużej, ponad 30 minut, bo
droga bardziej lokalna – ale miało to swój cel. Zatrzymał się
gość, który jechał z kumplem do Sighi i miał już dwóch, a
właściwie trzech pasażerów. Ja na szóstego. No problem. Obok
mnie mama z dzieckiem, z drugiej strony jakiś Rumun. Z
przodu, jak się okazało dwóch żołnierzy, byli kiedyś w Żaganiu
na ćwiczeniach. Jeden z nich – kierowca sierżant, służył sześć
miesięcy w Iraku. Ciekawych rzeczy się dowiedziałem.
29
Wszyscy pokazywali do niego wymownym gestem, ż już po
nim. Generalnie żołnierze uważają, że Mahomet był pierwszym
terrorystą. Ciężko z nimi było polemizować, szczególnie, że
znają islam z autopsji i to z tej najgorszej strony. Drugi z nich
jeszcze nie służył, ale chce pojechać do Iraku albo do
Afganistanu. Gdy spytałem, dlaczego – odpowiedział, że po to
się szkolił tyle lat.
Wymieniliśmy również parę zdań na temat religii. Oni obydwaj
są prawosławni. Nie uważają Papieża za zwierzchnika kościoła,
ponieważ uważa się za następcę Jezusa. Starałem się
wytłumaczyć, że to nie tak, że nie Jezusa a najwyżej św. Piotra
– ciężko mi było trafić. Nie rozumieli, jak można tak ślepo w
niego (Papieża) patrzeć. Mówię, że dla wielu Papież to
duchowa podpora, dla innych po prostu człowiek, któremu
należy się szacunek. Z tym się zgodzili i byli również pod
wrażeniem, gdy Papież przyjechał do Rumunii i mówił bardzo
płynnie po rumuńsku.
Fajnie nam się rozmawiało. Droga do Sighi minęła dość
szybko. Pożegnałem się i poszukałem hoteliku, w którym teraz
jestem. Szybko wyskoczyłem na rekonesans z aparatem nim się
ściemni. Pierwsze wrażenie Sighi robi niesamowite.
30
Zachowana, niezmieniona średniowieczna struktura miasta i
zabudowania, zamieszkałe i używane. Będzie jutro uczta
fotograficzna, ale oczywiście niczego nie planuję. Kończę
piwko i lulu, wschłuchując się w odgłosy świerszczy
dochodzące z łąk. Oj, po przytulałbym teraz jakąś aksamitną
brunetkę…
13 czerwiec. Sighişoara -> Braşov
Tak, najlepiej nic nie
planować – po prostu
realizować marzenia. Dziś
obudziłem się rano, to
znaczy bardzo rano – około
siódmej. O ósmej byłem już
po sporym śniadaniu, z
aparatem gotowym na nowe
tematy. A ich tu nie brakuje.
Średniowieczne
uliczki,
budynki jak z bajki,
wszystko w artystycznym
nieładzie, piękne i urocze. I
do tego poranne słońce, bez
tłumu dzikich turystów, bo
jeszcze zbyt rano. O 10:30,
wysprtykawszy dwie rolki
filmu wróciłem do hotelu. Tam prysznic, pakowanie i w drogę,
to znaczy na stopa do Braşov.
Ponieważ nie chciałem stać w tłumie autostopowiczów,
postanowiłem pójść dalej, w inne miejsce. To dalej to było 45
minut marszu z plecakiem w pełnym słońcu. Cóż, trzeba
przyzwyczajać schaby. Nogi mam spoko wytrenowane od
biegania, mogę iść godzinami, co innego barki od dźwigania
plecaka. To boli. Ale z każdym dniem plecak wydaje się jakby
lżejszy – przyzwyczajam się powoli. Po drodze rozmyślałem o
wypowiedziach wczoraj spotkanych żołnierzy na temat islamu.
Wydaje mi się, że trochę mają sprane mózgi w wojsku i stąd te
31
przeświadczenie. Zobaczę niedługo sam i będę miał przykład
na żywo. To mi się właśnie podoba, podczas podróży słucham
opinii innych, a na podstawie swojego doświadczenia
wyrabiam sobie własne.
Doszedłem do końca zabudowań. Stanąłem i czekam. Zagadał
mnie jakiś lokal, również czekający na stopa. Ni cholery nie go
nie rozumiem, on mnie również. Mówię mu, że ja do Braşov,
on gdzieś indziej. I gawęda, opowiada mi chyba historie
swojego życia, ale oczywiście po swojemu. Zrozumiałem, że
jest biedny i nie ma na pociąg, dlatego stoi na stopa. A ja, ten z
UE to mam i czemu nie jeżdżę pociągiem? Hehe, od paru dni
mają tu strajk na kolei – skumałem oglądając wczoraj TV – ot,
dlatego.
Zatrzymał się TIR. Zawsze chciałem pojechać Tirem, ale
wepchał się ten gość. Ponieważ jakoś nie chciało mi się go
dalej słuchać puściłem go i jeszcze jakiegoś gościa. Dobrze,
zostałem sam na miejscówce. Stoję, macham, mam kartkę z
napisem BV (skrót od Braşov) – jeszcze od Raula. Poczekałem
trochę, ale wiedziałem, że czekanie zawsze się opłaca. Zabrał
mnie kierowca rozwożący towar do sklepików. Niby nic, bo nie
umiał po angielsku, ale po paru kilometrach zatrzymał się i
wziął następnego gościa. Podczas jazdy okazało się, że ma na
imię Ovidio i jest tłumaczem francusko-rumuńskim. Na
szczęście zna też angielski. Wraca stopem do Bukaresztu, bo
nie jeżdżą pociągi.
Pogadaliśmy sobie, o przeszłości i przyszłości Rumunii, jak
piękny to kraj i jak jeszcze nie odkryty. Ovidio ma 38 lat,
dziewczynę w Bukareszcie, Targu Mureş i w Braşov, gdzie
jeździ w zimie na snowboardzie. Ma zamiar w przyszłym roku
wyjechać na 6 miesięcy do Indii, aby zobaczyć jak tam jest.
Zarobki starczają mu na normalne życie, a pracuje tylko parę
dni w miesiącu. Tak rozmawiając dojechaliśmy do Braşova.
Ovidio odprowadził mnie kawałek, pokazał, w którą stronę do
centrum. Po jakimś czasie błąkania dotarłem do informacji
turystycznej, gzie dali mi namiar na hostel, w którym właśnie
jestem. 10€/dobe, łóżko, prysznic, 1 godzina Internetu, pranie,
32
1 piwo i śniadanie – wszystko wliczone w cenę. To jest to – nie
jakiś drogi hotel. Oddałem brudy do prania, zostaje tu 3 noce.
Zrobiłem wieczorną rundę po mieście, kupiłem piwka w
spożywczaku i sącze na balkonie, mając widok na wzgórza.
Jest pięknie. Jutro raniutko po śniadaniu chcę pozwiedzać.
Braşov jest bardzo ładnym i czystym miastem, położonym
malowniczo między górami. Właściwie czuję się tu, jak w
Pradze czy w Krakowie, a nie jak w Rumunii. Wyzbywam się
stereotypów…
14 czerwiec. Braşov
Drugi dzień piszę siedząc na balkoniku w hostelu i drugi dzień
mam przepiękny zachód słońca. Promieniste wstęgi otaczające
chmurki. Dziś jeszcze ładniej, niż wczoraj. W niektórych
religiach tak obrazowany jest Bóg.
Dzień w mieście. Należy powiedzieć, że je zwiedziłem.
Wstałem rano, przed ósmą już byłem w kuchni. Zrobiłem sobie
herbatę (można brać za friko). Pytam się jednego gościa, gdzie
jest chleb? Ponoć mają przynieść zaraz. No to czekam, spijam
powoli herbatkę i kontempluję nad planem miasta. Wypiłem,
chleba nie przynieśli, więc przecież nie będę czekał jak idiota
33
na darmowe pajdy. Za dużo socjalizmu w tym hostelu troszkę.
Wyszedłem, w stronę kolejki na górę Tampa. Po drodze w
spożywczaku kupiłem ekstra bułki z czekoladą i z serem, do
tego picie i za 7zł obżarłem się w parczku na maksa. Teraz do
kolejki. Jestem trochę za leniwy
żeby przez godzinę podchodzić,
a jest 300 metrów różnicy
poziomów. Kolejka na górę
30000 lei – 3,3 zł, więc niedrogo.
Ale poskąpiłem na zjazd i zejdę
piechotą laskiem. A co, jestem
na wakacjach. Do kolejki
ustawiła się jakaś dzieciarnia z
nauczycielem. Najpierw byłem
zdegustowany – wiadomo –
wrzask maluchów. Ale potem
uświadomiłem sobie, że kolejka
rusza, gdy zapełni się 20 osób –
więc te dzieci to było
błogosławieństwo. Ruszyliśmy i w dwie minuty byłem na
górze. Czym prędzej opuściłem komunistycznie wyglądającą
restaurację na górze (taki Kasprowy) i udałem się na
„Belvedere” – czyli miejsce widokowe. Rzeczywiście niezłe,
tak jak się spodziewałem, cały Braşov na dłoni i widać dość
daleko równiny. Poszedłem w dół, przez las, krętą ścieżką.
Potem wzdłuż murów obronnych do twierdzy, która okazała się
marna, w środku jakieś armaty, disco i restauracja. Nie
zostałem tam ani chwili. Po drodze wstąpiłem do cerkwi –
bardzo ładne wnętrze, jak zwykle. Potem wdrapałem się na tak
zwaną „Białą wieżę”, aby znów zobaczyć miasto z góry, ale z
innej strony. Potem jeszcze parę zabytków. „Czarny kościół”,
który wcale nie jest czarny kosztował mnie 30 tysięcy lei –
zdzierstwo. Ale, jak założyć, że odwiedzają go sami niemieccy
turyści… Poczytałem trochę w środku o historii Braşova. W
odległych czasach konkurował z Krakowem. Powłóczyłem się
jeszcze tu i ówdzie, zajrzałem do innej cerkwi, Internet i do
34
hostelu. W sumie dziś spokojny dzień, było mocno
turystycznie. W hostelu spiłem darmowe piwo oraz swoje
kupione i pożyczyłem przewodniki „Lonely Planet”, aby
pospisywać parę adresów na dalszej drodze.
„Lonely planet” są niezłymi
przewodnikami, ale mają je
cały czas w kieszeni stajesz
się zwykłym turystą, który
prowadzony jest za rączkę.
Oczywiście,
jest
tam
zaznaczony ten hostel, stąd
tak dużo tu obcokrajowców.
Ale są jacyś czerstwi. Grupka
Amerykanów (wnoszę po
akcencie) zupełnie się nie
asymiluje. Zresztą reszta też.
Takie zachodnie – „nie mam
potrzeby się zaprzyjaźniać, bo
nie widzę z tego zysku dla
mnie”. Może mam zbyt
radykalne odczucia, albo po
wizytach u ludzi z HC mam może za wysoko postawioną
poprzeczkę? Ale obsługa jest bardzo miła, jest tanio. Ja bym
tam zrezygnował z darmowych dodatków typu Internet czy
śniadanie, gdyby mogło być jeszcze taniej. Ale nie narzekam,
właściwie to można się tu zaszyć na wiele dni. Brakuje trochę
„tej” drugiej osoby do pogadania…
Koniec pierduszenia, kończę piwo, poczytam jeszcze LP i
lulam, jutro wycieczka za miasto. Oczywiście bez planów,
niech się dzieje…
15 czerwiec. Braşov i okolice
„Niech się dzieje” – podoba mi się to zdanie. Dziś rano po
śniadaniu wyruszyłem w drogę. Chciałem dotrzeć do Bran,
gdzie jest ładny zamek, przez turystów uważany za zamek
księcia Drakuli. Oczywiście jest to legenda, nikt taki nigdy nie
35
istniał, ale w autobusie
anglojęzycznych turystów.
(wziąłem
wyjątkowo)
pełno
Dojechałem. Zamek na skale, ładny, ale bez rewelacji. Raul
powiedział, abym nie zwiedzał wnętrza, tylko okolicę, tak też
uczyniłem. Postanowiłem obejść go trochę i znaleźć jakieś
fajne miejsce do sfotografowania zamku. Poszedłem wzdłuż
drogi. Dalej i dalej. Wśród pięknej okolicy, pachnących łąk i
pasących się owiec. Widoki na niesamowite wzgórza. Sielanka.
Oddalałem się od zamku coraz bardziej. W pewnym momencie
zobaczyłem mapę na jakiejś tablicy. Zobaczyłem też
oznaczenie wodospadu. Zapragnąłem tam dotrzeć, więc
ruszyłem przed siebie po prostu. Maszerowałem długo, zieloną
od lasów i łąk doliną. Strumyczek szemrał cicho wzdłuż drogi.
Zapytałem o kierunek staruszkę, przerzucającą wysychające
siano na polu. Jeszcze 2 kilometry. Nie wiedziałem, co mnie
czeka, czy jest to jakaś turystyczna atrakcja, czy jakaś mała
kaskada – po prostu to był mój cel i pragnąłem go osiągnąć.
Krajobraz stał się bardziej górzysty, las bardziej gęsty. Obok
drogi jest rzeczka, więc na pewno idę w dobrym kierunku. I zza
któregoś zakrętu wyłonił się. Nie był to ogromny wodospad
(zresztą tak przypuszczałem), ale taras wody z dopływającej
małej rzeczki. Małe, ale jakie piękne. Wiedziałem, że jestem na
36
miejscu. Powiesiłem sobie na drzewku mokrą od potu koszulę,
przeprawiłem się na drugą stronę i wziąłem prysznic pod
spadającą z 10 metrów wodą. Nie wiem, czy można czuć się
lepiej. Zimna, rześka woda.
Rzeczka, mała kaskada, szum wody, rzeczy jakby banalne, ale
dla takich chwil się żyje…
Pisząc te słowa moczę sobie stopy w
rzeczce
i
patrzę
na
„mój”
wodospadzik. Marzenia, cele i ich
realizacja, czy muszę coś jeszcze
pisać?
Wróciłem do Bran stopem i piechotą.
Zrobiłem parę zdjęć zamku i
poszedłem w stronę Raşnova – miejsca
gdzie zaczynała się droga do Sinaia.
Zobaczyłem, że za parę minut będzie
autobus, więc poczekałem. Wysiadłem
w Raşnov (notabene też ma zamek na wzniesieniu, chyba
nawet lepiej się prezentuje niż Bran). Poszedłem na stopa.
Widoki piękne, mam nadzieję, że chociaż trochę będzie to
widać na fotografiach. Szedłem przez biedna zabudowania, ale
nie wydawały się cygańskie…
37
Stop zawiózł mnie bezpośrednio do Sinaia. Przyjemny gość –
dałem mu wodę, bo jechał aż do Bukaresztu. Widać, że miałem
szczęście i przybyłem po deszczu. Jest chłodniej, ludzie nawet
poubierani w kurtki. Pobiegłem (prawie) zobaczyć pałac i
monastyr. Pięknie się prezentował w prześwitującym słońcu i
parnej atmosferze podeszczowej.
Szybko na dół i na stopa, bo już po 19. Przybyłem z miłym
gościem, który wysadził mnie prawie w centrum Braşova. 1
godzina darmochy w Internecie i na chatę. Na balkonie
spotkałem jedną z trzech dziewczyn, które wprowadziły się do
mojego pokoju wczoraj wieczorem. Dwie z USA, jedna z
Kanady. Właśnie z jedną z USA siedzieliśmy na balkonie
popijając piwko. Zupełnie nie w moim typie, szwedzka uroda.
Ale miło się gadało, o zwyczajach, podróżach tu i tam, o religii,
o Polsce, o wizach do stanów itp. Miłe zakończenie jakże
intensywnego dnia. Jutro wyruszam. Jestem już połowicznie
spakowany. Cel: Morze Czarne, choć kolejarze strajkują. Co
będzie – to będzie.
16 czerwiec. W drodze nad morze
Rano dokończyłem pakowanko i w drogę. Wziąłem minibus do
Bukaresztu. Na początku myślałem, że wywiezie mnie w jakiś
centralny punkt (dworzec etc), w którym łatwo znajdę busa
dalej. Naiwniak. W Bukareszcie wysiadłem na jakimś
podwórku (dosłownie), który był końcowym przystankiem. I
szukaj wiatru w polu. Cóż, poszedłem w kierunku centrum (tak
mi się wydawało). Nie będę przecież kupował planu miasta jak
w ogóle nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Trochę
pobłądziłem i dotarłem do stacji metra. Tam była mapa, więc
zorientowałem się gdzie jestem. Poszedłem na dworzec, a nuż
jakiś pociąg będzie jechał? Okazało się, że dopiero za 2
godziny – o 18. O nie, nie będę kwitł 2 godziny na dworcu, a
pewnie zajechałbym po ciemku. Chrzanić to, wyszedłem z
dworca i wsiadłem w taksówkę. Kazałem się zawieźć w
miejsce, gdzie odjeżdżają autobusy nad morze. Kierowca
zaproponował mi jazdę nad samo morze – tanio – 100€.
38
Wyśmiałem go. Autobusy do Konstancji odjeżdżają z
podobnego dworca, po prostu podwórko gdzieś tam.
Pojechałem, krajobraz po drodze płaski jak stół, dopóki nie
zaczęła się dolina Dunaju. Tam lekkie wzniesienia, pokaźne
mosty i kanały. Wydać komunistyczny rozmach. W Konstancji
nawet nie wysiadłem z busika, bo okazało się, że jedzie dalej
do Mangalii. W Mangalii wysiadłem, wziąłem plecak i
poszedłem w stronę obrzeży na stopa. Robiło się już ciemno,
słońce zaszło. Gdy tak szedłem, zatrzymał się Opel z trzema
chłopakami. Jeden z nich krzyczy:
- Vama Veche?
- Yes, Vama Veche, but I do not speak Romanian.
- That is no problem. Where are you from?
- Poland
- Great! We will drive you to Vama.
I się zaczęło…
17-18 czerwiec. Vama Veche.
Tu chronologia się kończy, ponieważ nie jestem w stanie
specjalnie ustalić, kiedy co dokładnie robiłem. W każdym razie
poznałem mnóstwo ludzi, jednego nawet z HC, spędziłem miłe
wieczory w jeszcze milszym towarzystwie, kąpałem się nago w
morzu (jak prawie wszyscy) kilka razy i generalnie luzowałem
się na całego. Jakaż odmiana, po zwiedzaniu zamków. Dużo
39
ludzi opowiadało mi o Vama Veche i chciałem tu się znaleźć,
ale nie przypuszczałem nawet, że będzie tu tak fajnie. Namiot
rozbiłem na plaży – za darmo – jak większość. Nie ma tu
wydm, więc bar jest zaraz koło plaży. Słodkie reggae, piasek,
słonko. Jak za gorąco, to na piwko pod słomiany daszek.
Mario, Ferry, Bogdan, Anka, Andrea (hmmm), mnóstwo
innych o zbyt skomplikowanych imionach, zabawa…
19 czerwiec. Przez Bułgarie
Wstałem, zebrałem się, pożegnałem z ludźmi i ruszyłem w
drogę. Piechotą do granicy jakieś 2 kilometry. Bogdan zmartwił
mnie wczoraj, że nie jest to przejście dla pieszych i muszę
przekroczyć je samochodem – także tylko stop wchodzi w
rachubę. Ale droga jest pusta, jeśli ktoś jedzie to tylko do
granicy. Przystanąłem odpocząć koło nieczynnej stacji
benzynowej (niedziela). Podszedł do mnie kulawy pies, bardzo
smutny. Pogłaskałem go - trochę mu ulżyło. Biedaczysko,
złamał przednią nogę i powoli się poruszał. Widać z pyska, że
mocno cierpi. Mój jedyny kompan, jak na razie. Chciałem mu
dać wody, ale nie wypił. Postanowiłem przejść się do granicy.
Pies odprowadził mnie trochę i długo patrzył jak się oddalam.
40
Wziąłem do jako pożegnanie i dobry znak. Granica – pikuś. Z
czerwonym paszportem jako turysta przeszedłem bez
problemu. „Welcome to Bulgaria”. Dobrze, że uczyłem się
ruskiego, przynajmniej łapię nazwy pisane cyrylicą, chociaż na
razie na drodze wszystko dwualfabetowo. Przy granicy zagadał
mnie taksówkarz, ale nawet nie spytałem o cenę tylko
pomaszerowałem wzdłuż drogi. Nikt się nie zatrzymał, więc
doszedłem 5 kilometrów do najbliższej wioski, Durankulak.
Wygląda biednie, ale nie gorzej niż nasze wioski przy
wschodniej granicy. Jeżdżą stare duże fiaty, łady i inne takie.
Spytałem się na stacji benzynowej o autobus. Tu przynajmniej
trochę mnie rozumieją i ja trochę ich kumam, więc nie muszę
szaleć po angielsku. Autobus – owszem – jeździ, muszę tylko
iść na przystanek. Ok, poszedłem. Na przystanku postanowiłem
odpocząć i zdjęć plecak. Coraz bardziej się przyzwyczajam do
ciężaru, ale nie lubię mieć pleców ociekających potem. Na
szczęście jest ciepło i wszystko szybko schnie.
Specjalnie nie ochłonąłem, a podjechał busik. Pytam – gdzie i
za ile. Kavarna, jakieś 30 kilometrów, 4 lewy. Mówię, że
chętnie, ale nie mam lewów tylko rumuńskie leje. „Nu evro,
dulary?” Odpowiadam, że mogę mu dać 10 dolarów, ale musi
mi wydać resztę. OK., dostałem 26 lewów z powrotem.
Transport i kantor w jednym. Nie jestem pewien, czy mnie nie
oszwabił, ale według moich danych powinien mi wydać jakieś
10 lew, bo jedna lewa do 2,1 złotego. Coś tu śmierdzi.
Przesiadłem się w Kavarnie i jade drugim busikiem do Varny,
60km. Nagle zrobił się ładny krajobraz. Wzniesienia, wioski na
wzgórzach i morze. Jadę krętą drogą i się rozglądam.
…
Varne widziałem praktycznie tylko z okien autobusów.
Blokowiska, tak jak u nas. Nad morzem oczywiście kolosalne
hoteliska. Ale krajobraz bardzo urzekający. No i komunikacja
autobusowa działa tu bez zarzutu. Przyjechałem, kupiłem bilet
do Burgas i zaraz odjeżdżam. Pierwsza klasa, bo nie kwitnę na
dworcach.
…
41
Przejeżdżam właśnie przez Nesebar. No tutaj to pełen zachód.
Hotel za hotelem, wszystko ładnie zrobione, nawet ciekawa
architektura, lecz wszystko pod masowego turystę. Niemniej
jednak zjeżdżając w dół ze sporych wzniesień miałem piękny
widok na wyspę Nesebar (czyli starą część miasta) i trochę mi
żal, że nie mogę zatrzymać się tu na trochę, aby odkryć to
miejsce. Może kiedyś, z kimś, na tydzień…
…
Burgas. Duże, trochę brzydkie portowe miasto. Wymieniłem
baksy, bo nie chcą tu rumuńskich lei. Jednak zrobiłem dobry
interes w Kavarnie, jestem przynajmniej 15 lew do przodu.
Gościu się pomylił przy przeliczaniu na lewy i to dwukrotnie.
Wychodzi na to, że podróżowałem dziś za darmo .
…
Dotarłem na kemping Kevatsi niedaleko Sozopola około 21.
Zainstalowałem się i poszedłem obadać teren. I właśnie żałuję,
że najpierw nie obadałem terenu, bo rozbiłem się w dość
lipnym miejscu – a mogłem to zrobić na plaży, która notabene
jest idealna. Żółty piaseczek, czysty i miękki. Woda nawet
ciepła i nie ma wodorostów. W porównaniu do plaży w Vama
Veche to raj. No, ale to dla turystów. W restauracji, pomimo, że
cały czas mówię po polsku – odpowiadają mi po niemiecku.
Tak, jakby wstydzili się po bułgarsku. Widać, kto ich
najczęściej odwiedza. Wróciłem do namiotu po uprzedniej
toalecie i właśnie uzupełniam dziennik. Postanowiłem pospać
tylko w tropiku, mam nadzieję, że w nocy nie będzie padać…
20 czerwiec. Byle do przodu…
Kemping bardzo przyjemny. Naprawdę warto tu się zaszyć na
tydzień minimum. Z namiotami gdzieś na plaży. 24 złote za
dobę to nie dużo. Piwo w knajpie 3zł, podejrzewam, że w
sklepie poniżej 2zł, jedzenie tanie i bardzo dobre: kebaby,
owoce morza itp. No i można się dogadać bez problemu.
Rano (około 6) wstałem, zrobiłem lekki jogging po plaży i
wykąpałem się w ciepłej wodzie. Plaża jest super – a zejście do
wody jeszcze lepsze. Łagodne i bez żadnych kamieni. Poezja.
42
No i plaża jest długa gdzieś na 2 kilometry, więc można robić,
co się chce.
…
Zauważam, że powoli w miarę posuwania się na południe
kontynentu, zmienia się fauna i flora. W Rumunii jeszcze tego
nie dostrzegałem. Natomiast teraz widziałem pierwsze drzewa
oliwkowe, dużo akacji. Dziś oprócz standardowych ptasich treli
słyszałem całkiem nowe dźwięki. Pewnie od ptaków
niewystępujących u nas. No i widziałem kraba, blisko brzegu.
Nie wiem czy chodził przodem, bokiem czy tyłem, ale jak
zobaczył mój cień to nastroszył kleszcze. Niedługo będę takie
wcinał…
…
Zebrałem się, zapłaciłem i w drogę – w stronę Turcji. Stoję na
przystanku. Jeżdżą samochody, ale postanowiłem poczekać na
autobus. Parę przejechało, żaden się nie zatrzymuje. Czemu?
Może są pełne? Półtorej godziny czekania w południowym
słońcu. Zjadłem za 1 lewa placki z serem – bardzo dobre,
pewnie będą mi musiały na dziś wystarczyć. Wreszcie
zatrzymał się jakiś autobus. Do Primorsko, 15 kilometrów
dalej. Po dojechaniu, na dworcu autobusowym pytam czy jest
jakiś autobus do Malko Tarnovo (przy granicy tureckiej) – pani
mi odpowiada, że owszem, ale z Burgas. Więc muszę się
cofnąć 50 kilometrów? O nie! I poszedłem zmienić formę
transportu na autostop. Trudno, chciałem zapłacić i pojechać,
ale wracać to się nie będę. Czekam…
Kurcze, to jednak nie Rumunia, ludzie raczej mnie olewają –
nawet ci w biedniejszych autach. Po jakimś czasie jest! Stary,
dostawczy Mercedes. Tylko 10 kilometrów dalej – do Cerewa.
Ale, byle do przodu. Jest szesnasta, mam 330 kilometrów do
Istambułu. Z Cerewa – stop dalej. Ale tu nikt nie jeździ! Ruch
tylko lokalnych ciężarówek do pobliskiej fabryki. Nic
dziwnego – droga wygląda na okrutnie zrytą. Ale jest to
zarazem jedyna, jaką mam na mapie. Autostrada biegnie z
Sofii, więc mogę zapomnieć. Czekam. Przechodzi wyglądający
43
na zmęczonego gość pchający wózek, z dużym workiem chyba
mąki. Zagaduję:
- Wody?
- a?
Podaję mu butelkę. Wypija, uśmiecha się. Wstydzi się
powiedzieć dziękuję, bo wie, że jestem obcokrajowcem. Ale
jest OK. Turla wózeczek dalej…
Podjeżdża autobus. Pytam, czy do Malko Tarnovo? Nie, gdzieś
bliżej. Nie ma sprawy, wsiadam, byle do przodu.
Ujechałem z 10 kilometrów. Płacenie i wysiadka. Zostało mi
1,5 lewa, nie za dużo. Wysiadłem, bo jest kontrola graniczna.
Dałem paszport, sprawdzili – jest OK. Spytałem ich, jak daleko
do Malko Tarnovo? Ile?? 50km?? Spytałem, czy mogę napełnić
butlę z wodą. Spoko. I w drogę, na piechotę. Co tam 50
kilometrów? Idę i rozmyślam, co jeszcze ciekawego mnie dziś
spotka. Celem jest Istambuł, a już jest po siedemnastej i
przejechałem dopiero jakieś 40 kilometrów z 350 ogółem. Ale
nie tracę nadziei – przecież „jeśli jest droga, jakieś samochody
jeżdżą itp…”. Staję przed tablicą informacyjną, na której jest
napisane, że wchodzę na teren parku z endemicznymi roślinami
i zabroniona jest tu jakakolwiek działalność ludzka. Łącznie z
jakimkolwiek kampowaniem. No to nie mogę tu zostać na noc,
niech sobie roślinki rosną w spokoju. Ruszam, ale słyszę szum
zbliżającego się samochodu. Kciuczek – i zatrzymuje się, tak
jak w Czechach. Wsiadłem. Droga kręta i podziurawiona, ale
zasuwamy ostro. Mój plecak obija się na pace co chwila. Ale
kierowca jedzie bardzo pewnie, widać, że zna teren. Zostawia
mnie na skrzyżowaniu z napisem „Turcja – 9, Istambuł – 275”.
Dałem mu w podzięce te 1,5 lewa, które mi zostały. I w drogę,
znowu. Pod górkę z plecakiem, w oddali widzę Malko Tarnovo
i nadciągającą burzę. Cholera, może przejdzie bokiem?
Zatrzymuję starą Ładę, gościu pokazuje mi, że tylko kawałek,
ale mnie każdy kawałek urządza. Byle dalej, byle przez
granicę. Wiem, że Turcja nie jest problematyczna, jeśli chodzi
o stopa. Zaczęło wiać. No to burza nie chce mnie obejść.
Chowam
się
pod
drzewem,
wyciągam
polar
i
44
przeciwdeszczówkę. Trochę beznadziejna sytuacja. Na drodze
nikogo, pada i robi się późno. Ale, byle do przodu…
Skończyło padać, lecz się ochłodziło. Idę. Widzę w oddali
Ładę. Kobieta w środku patrzy na mnie. Krzyczę:
- Granica!?
- OK. Granica - koniec. Dalej pieszkom.
- No problem!
- Ty z kuda?
- Ja Polak.
- Dzień Dobry, Warszawa?...
Zawieźli mnie do granicy. Chyba żyją z handlu, bo samochód
obładowany bananami i arbuzami. Za kierownicą mąż, z boku
żona, na tyle dwie małe córeczki i ja. Na granicy wysiadłem i
przeszedłem przez dwie kontrole. Puścili mnie. Pytam, czy
muszę wizę? Niet.
Może coś się zmieniło? Z tego, co wiem potrzebuję wizy do
Turcji. Ale cóż, idę.
Aha, to były kontrole bułgarskie, teraz dopiero turecka. Wielki
terminal, tłoczno na odprawie wyjazdowej. Gdzie oni wszyscy
jadą? Kupiłem wizę za 10€, podbili mi i w drogę.
Po chwili następna bramka. Gość się pyta: Auto? No. Bus? No.
Taxi? No! Zdziwiony, puszcza mnie. Widzę taksówkę stojącą
przy budce, ale nie ma kierowcy. Idę z lacza. Najbliższa wioska
– 11 kilometrów, miasto – 42 kilometry. Ale jestem w Turcji,
tu musi być jakaś cywilizacja. Macham do paru
samochodów, ale pokazują, że za pieniądze. A, to dziękuję.
Zbliża się taksówka. Widziała mnie, jadąc pod górkę.
Pogadam, zobaczę. Za taksówką podjeżdża wojsko. Coś tam
gadają, każą mi pokazać paszport. Jakoś nie poznają mnie na
zdjęciu. Trochę się nie dziwię – jestem chudszy i ma dłuższe
włosy niż na zdjęciu paszportowym. Patrzą na pieczątki i wizy.
Taksówkarz włącza się w rozmowę. Ja stoję spokojnie – może
zawiozą mnie gdzieś na komisariat? Było by miło, bo na pewno
trochę do przodu. Puścili mnie i zostawili na łasce taksówkarza.
On mi pokazuje trzy palce, czyli 3€. Zgadzam się, 40
kilometrów za 3€ wydaje się OK. Już w drodze pytam ile to
45
będzie w lirach, a on odpowiada, że 50 milionów. Wiem, że
mieli denominację ostatnio, ale nie pamiętam ile zer ucięli, a ta
cena to jakoś drożej niż 3€. Pokazuje mu 5 nowych lirów – on
na to, że chce 50. Ja mu mówię, że 5 lirów to przecież około 3€
właśnie (wiem, bo wymieniałem na granicy, nie mogli aż tak
przyciąć). Coś nie gra. On wyciąga kartkę i pisze: 30. Pytam –
„Euro”? „Yes”! „Ooo, to możesz mnie wysadzić, nie mam 30
euro tylko tyle, ile pokazuje”. Gościu staje i marudzi, że to tyle
musi być, coś kreśli na kartce. To nie jest dla mnie ważne, nie
będę w żadnym wypadku płacił 30 euro za podrzucenie gdzieś
tam. Wolę na piechotę. Wysiadam. Gościu krzyczy, że OK,
podwiezie mnie do tej wioski niedaleko. OK, ale nie dam mu
nic więcej. Tłumaczę, że ja podróżuję autostopem i nie płacę za
przejazdy. Podjeżdżamy do wioski. Dziękuję i zabieram plecak,
a taksówkarz zaprasza mnie na herbatę. Najpierw się kłócił, a
teraz herbatka? Ale wiem, że tu jest taka tradycja i się nie
odmawia. Wypijam, bardzo dobra, mocna. Gościu mówi, że
będę miał problem dojechać dziś do Istambułu. Tylko taxi. Ja
mu pięknie dziękuję za jego usługi. Plecak i w drogę. Wszyscy
we wiosce się na mnie patrzą, szczególnie dzieci, więc
pozdrawiam ich mówiąc Hello (jeszcze nie nauczyłem się po
turecku).
Idę kawałek i nadjeżdża samochód. Macham i się zatrzymuje.
Jakie to proste. Gdzie jadą – 30 kilometrów do najbliższego
miasta – Kirklareli. Dziewczyna za kierownicą, chyba
bułgarka, uczy się jeździć. Z boku chłopak, Turek, podpowiada
jej jak jechać. Ale dziewczyna radzi sobie, jedziemy spokojnie.
Podziwiam krajobraz, który zaczął się mocno zmieniać. Po
stronie bułgarskiej były gęste lasy, teraz wzniesienia są jakby
bardziej jałowe, więcej trawy, rzadsze drzewa i więcej nagich
skał. Oczywiście bajecznie, szczególnie w promieniach
wieczornego słońca.
Para odstawia mnie na wyjazdówce z Kirklareli w stronę
Istambułu. Jeszcze 220 kilometrów. Kciuk w górę, teraz musi
się już udać!
46
Po chwili zatrzymuje się jakieś Berlingo. Gdzie? Do Babaeski,
30 kilometrów dalej. Byle do przodu. Oglądam zachód słońca.
Muszę coś złapać zanim się ściemni, bo inaczej to kicha. Może
na autostradzie?
Rozmawiam z Turkami w samochodzie. Pokazują mi katalog z
częściami do traktorów i innego sprzętu rolniczego - z
pojedynczych słów rozumiem, że są serwisantami takich
maszyn. Ja wyciągam mapę i pokazuję im skąd jestem. Mówię
im, że jestem na wakacjach, w Istambule mam kolegę (z HC) i
jeszcze będę w Kapadocji, Pamukkale i gdzie nie tylko. Padają
różne nazwy miast, Turcy są zachwyceni i uśmiechnięci.
Przejeżdżamy skrzyżowanie z autostradą do Istambułu.
Myślałem, że tu mnie wysadzą, ale nie – jedziemy dalej. Nie
protestuję – zdaję się na ich wiedzę.
Od jakiegoś czasu przyglądam się meczetom. Każda osada
ludzka ma ich przynajmniej jeden z minimum jednym
minaretem. Wreszcie je widzę na własne oczy. Trochę jestem
zauroczony tą architekturą, choć wiem, że pewnie takie
osiedlowe meczety to żadna rewelacja. Dla mnie jednak jest to
nowość.
Kierowcy przejeżdżają Babaeski, tankują i jedziemy dalej w
stronę Istambułu. Oj, czyżby? Pytam ich:
- Are you going to Istanbul with me?
- Yes.
Cudownie! Podwiozą mnie? Tak sobie? Dwieście kilometrów?
Nie mogę uwieżyć!!
Dzwonie do Serdara (HC), aby umówić spotkanie. Okazuje się,
że nie może mnie dziś ugościć, bo mieszka po azjatyckiej
stronie miasta i ciężko z promem o tak późnej porze.
Przeprasza i prosi abym wziął hostel a jutro się spotkamy.
Mówię, że nie ma sprawy i proszę, aby pogadał z kierowcami
gdzie mają mnie wysadzić. Oddaje im telefon. W tym
momencie wjeżdżamy na dworzec autobusowy w następnej
miejscowości. Już wiem, co jest grane. Podwieźli mnie po
prostu na autobus. I tak super. Kierowca wysiada i leci gdzieś.
Ja zabieram plecak i idę z drugim. Wchodzę do małego biura,
47
gdzie dostaję kupiony już bilet. Pokazują mi, że miejsce 43, na
22:00. Żegnają się. Dziękuję serdecznie, nawet nie zdążyłem
im odpowiedzieć, że mogę zapłacić. Dziesięć lirów – to jakieś
24zł. W sumie niewiele.
Gość z biura zaprasza mnie do klapnięcia na fotelu u niego.
Mam 50 minut czasu, który poświęcam na uzupełnienie
dziennika o tą właśnie relację.
Ładuję się do autobusu, zajmuję miejsce. Niestety nie ma
włączonego oświetlenia dla pasażerów tylko ogólne światło w
korytarzu, więc nie mogę pisać. Ale patrzę, co wyprawia gość
obsługujący. Najpierw popatrzył, czy wszyscy są (ma jakąś
listę czy coś). Potem posprawdzał bilety. Za chwilę podaje
wodę w kubeczkach. Teraz chodzi i polewa dłonie
odświeżającym płynem. Bardzo mi się to przydało, po całym
dniu podróżowania. Zapach trochę cytrynowy i kwiatowy.
Czuję jakieś dejavu – przecież dokładnie takie opisy czytałem
kilkakrotnie w dziennikach Kuby. Jak miło. Następnie gość
rozdaje ciastka. Och, to także rewelacja dla mnie, ostatnio
jadłem kawałek czekoladki od tej pary z Kirklareli, wcześniej
te placki w Bułgarii. Teraz serwowane jest picie – ja wybieram
herbatę. No full serwis jak w samolocie.
Przełącza światła, więc mogę to opisać. Zauważam również
znaczki zakazu używania komórek. Kolejne dejavu…
Jest 23:25 – zostało mi około 50 kilometrów do Istambułu…
21 Istambuł
… czuję, że ktoś mną trzęsie… budzę się – to ten steward…
„Otogar, come”. Wysiadłem z autobusu – trochę nie kapuję, o
co chodzi. Powoli do mnie dociera, że dojechałem i mam
zabrać plecak. A taki miałem miły sen…
Nie daję się wsadzić do taksówki – idę z plecakiem między całą
kolejką autobusów wyjeżdżających z dworca. Dokąd jadą o tej
porze? Dworzec autobusowy jest ogromny, jak terminal
lotniska. Znalazłem metro i pojechałem do Centrum. Mam
mapę i adres hostelu. W centrum poszedłem piechotą wzdłuż
ulicy. Minąłem tramwaje, które niestety o tej porze już nie
48
kursowały, stały po prostu w kolejce na pętli. Żadnych
taksówek – o nie! Widzę jakiś meczet. Jest ogromny,
oświetlony. Czy to już Aya Sofia? Może. To hostel powinien
już być niedaleko. Pytam jakichś ludzi jak trafić na ten adres.
Po chwili robi się tłumek. Jakieś chłopaki obiecują mnie tam
zaprowadzić. Idę z nimi. Znam mniej więcej kierunek, więc nie
dam się wyprowadzić na manowce. Wreszcie widzę Aya Sofie
i Błękitny Meczet (to, co widziałem przedtem to był jakiś
mniejszy meczecik). Obydwie monumentalne budowle lśnią na
tle nocnego nieba. Ale to wszystko może poczekać, bo teraz
marzę tylko o łóżku. Chłopaki mówią, że te hostel jest pewnie
drogi i mogą mi pokazać tańsze. Nie ze mną te numery.
Najpierw zaprowadzicie mnie tam, a jak będzie drogo to
poszukamy innego.
Sinbad Hostel – 7€ za dobę. Biorę i żegnam się z lekko
niezadowolonymi chłopcami. Ale bym wdepnął, jakbym z nimi
poszedł (a może wcale nie?). Ale teraz szybko prysznic i lulu.
Udało się! Jestem w Istambule – tu gdzie tak bardzo chciałem
się znaleźć. Zasypiam w 2 sekundy…
W środku nocy budzi mnie jakiś krzyk. Po chwili dociera do
mnie, że to śpiewy z meczetu. Sprawdzam godzinę – 4:45, na
pewno wołanie na poranną modlitwę. Mogą nawet czołgami po
mnie jeździć – zasypiam…
…
Rano pobudka o ósmej, ale poleżałem do dziewiątej. W moim
pokoju – dormitorium, śpi jeszcze Niemiec – Jan, który
przyjechał tu rowerem z Bawarii i jedzie dalej do Egiptu przez
Syrie. Może się spotkamy w Pamukkale. Jest też
Kalifornijczyk, który 2 lata uczył angielskiego w Kazachstanie.
Pozostała dwójka jeszcze śpi.
Poszedłem z Janem do kafejki internetowej (znał tanie miejsce i
blisko), po drodze kupił mi takie ciastko-bułkę z sezamem.
Bardzo smaczna.
Po Internecie, poszedłem nad brzeg morza Marmara. Na redzie
pełno statków. Postanowiłem obejść Sultanahmet (czyli
dzielnicę w której jestem) nadbrzeżną promenadą. W miarę
49
posuwania się naprzód wyłaniał mi się niesamowity krajobraz
wzgórz usianych domami, wielki most łączący Europę z Azją,
potem Złoty Róg i most Galatasaray.
Uczta fotograficzna. Na wodzie ruch „jak w Rzymie” (a może
jak w Istambule?). Jakiś wielki meczet po prawej, nawet nie
znam jego nazwy, ale orient pełną gębą. Poszedłem tam, gdzie
było tłoczno. Zgubiłem się w małych uliczkach pełnych ludzi,
szyldów reklamowych, dźwięków i zapachów. Wszystko na
sprzedaż. Dotarłem do Grand Bazaru. Nikt mnie na nic nie
namawiał. Popatrzeć – tak.
Zrobić
zdjęcie
–
no
problem. Przecież nie kupię
zestawu
do
parzenia
tureckiej herbaty. Chodzę
jak w narkotycznym transie.
To trzeba zobaczyć na
własne oczy. Chyba nie ma
drugiego takiego miejsca na
ziemi.
Mój wewnętrzny kompas
nie zawiódł i wyszedłem
wprost na Hipodrom, blisko
informacji
turystycznej.
Wziąłem stamtąd mnóstwo
papierów.
Popstrykałem
foty
meczetom.
Postanowiłem
jutro
je
50
zwiedzić. Wróciłem do hostelu, zabrałem rzeczy i poszedłem
na spotkanie z Serdarem – moim nowym hostem z HC.
Przepłynęliśmy Bosfor promem, ponieważ Serdar mieszka w
azjatyckiej części miasta. Pięknie się płynie – wyobraźcie sobie
codzienną drogę do pracy promem, a nie śmierdzącym
autobusem. Na przystani po drugiej stronie spotkaliśmy Zeneb,
koleżankę Serdara. Razem w tróję pojechaliśmy do jego domu.
Serdar pracuje jako koordynator w Czerwonym Półksiężycu.
Praca to ponoć ciężka, ale dla niego satysfakcjonująca. Z Zeneb
znają się ze studiów. Ona obecnie szuka pracy. Nie jest wcale
brzydka, nie nosi chusty lecz ubiera się „po europejsku”.
Spędziliśmy przyjemny wieczór, ciągle się z czegoś śmiejąc.
Serdar na przykład dziwił się z mojego wymawianego „h” w
„have”. Według niego wymawiam je bardzo twardo – jakbym
charczał. On (i Zeneb też) wymawiają „h” bardzo miękko,
cicho, jak westchnienie. Taka ciekawostka.
Uczyłem się podstawowych zwrotów po turecku. Przyszła
jeszcze siostra Zeneb, niestety nie pamiętam imienia – ma 15
lat i jest pływaczką, ale chce zostać informatykiem…
51
Z balkonu jest piękny widok na część Istambułu, redę oraz
malownicze wyspy na Morzu Marmara. Może się tam wybiorę,
ponoć kursuje tam prom.
Teraz już w łóżeczku – spokojnie, najedzony omletem z
makaronem i jogurtem oraz opity turecką herbatą – wszystko
przygotowane przez Serdara i Zeneb – pycha!
Idę spać, bo jutro pobudka o 5:45. Dobranoc, mój pamiętniku
.
22 czerwiec. Istambuł
Rano ledwo wstałem, ale robiłem wszystko najszybciej jak
mogłem. Wyszedłem z Serdarem na autobus, który akurat nam
uciekł. Kurde, minutę za późno. Serdar bardzo się tym przejął,
mi się trochę głupio zrobiło, bo czekał na mnie. On wsiadł do
jakiegoś minibusa, ja postanowiłem poczekać na następny
autobus (10 minut). Pożegnaliśmy się na prędce. Nawet nie
zdążyłem mu podziękować za gościnę ani ofiarować pocztówki
ze Szczecina. Nie wiem czy jeszcze uda nam się spotkać, bo
możliwe, że dziś wieczorem będzie u niego rodzinka (dlatego
zostałem tylko jedną noc i musiałem z plecakiem wrócić do
Sultanahmet). Miał napisać sms-a jak i co – jak dotychczas
cisza – może się obraził?
Rano w centrum – byłem krótko po ósmej – zaniosłem plecak
do hostelu i przystąpiłem do zwiedzania. Najpierw Hagia Sofia.
To teraz muzeum – przedtem był to meczet, a za czasów
Bizancjum – kościół. Turcy po podboju zostawili w środku
mozaiki średniowieczne (uważali je za zbyt piękne). Jaka
dalekowzroczność w porównaniu do na przykład
konkwistadorów w Ameryce Południowej? Wszedłem do
środka z rozdziawioną gębą (pamiętacie scenę wejścia do Morii
z Władcy Pierścieni?). Jaka przestrzeń, jaka potęga! Chodziłem
po głównej nawie zadzierając głowę na wysokie sklepienie
kopuły. Wszedłem na galerie, aby popodziwiać ten ogrom z
góry. Błąkałem się po obrzeżach czytając historię tego miejsca.
Byłem zahipnotyzowany. To jest najstarszy, w pełni
52
funkcjonalny budynek, w jakim byłem dotychczas – ma prawie
1500 lat.
Potem odwiedziłem Pałac Topkapy. Szczerze powiem, że nie
wart swojej ceny, a kupiłem również bilet do Heremu. Niestety,
nie mogłem zwiedzać do indywidualnie, tylko w grupie z
przewodnikiem. Wnętrza bardzo ładne, taki Sułtan to sobie
pożył, miał setki konkubin i sług. Widziałem jego sypialnie,
łazienki, jadalnie i pokoje do relaksu (wiadomo, o co chodzi).
Wszystko psuł jednak tłumek ludzi łażących wszędzie. Ani
chwili spokoju dla zrobienia zdjęcia. Żal mi troche na nich
patrzeć. Jak owce – bez pastucha ani rusz.
Zgłodniałem, więc kupiłem sobie donera. Są tu tanie – 1 lirę i
dostępne prawie na każdym rogu. Odwiedziłem meczet
Suleymana oraz Sultanahmeta (zwany potocznie Błękitnym).
Obydwa zachwycają konstrukcją i zdobieniami wewnątrz.
Oczywiście, w środku chodzi się bez butów po miękkich
dywanach. Atmosfera całkiem przyjemna, co jakiś czas tylko
wpada grupka turystów i pstryka fleszami na całego.
Zauważyłem, że na zewnętrznej ścianie meczetu są miejsca do
mycia nóg.
53
Wychodząc z Błękitnego umyłem sobie więc nogi, bo czułem,
że muszą nieźle walić po całym dniu łażenia. Zszedłem nad
morze i obserwuję statki na redzie. O szóstej idę odebrać filmy
z labu.
23 czerwiec. Istambuł
Jeden z chłopaków w Vama Veche powiedział mi raz: „If you
don’t try, you don’t get”. Proste słowa, a ile w nich mądrości.
Już od przedwczoraj kołatała mi w głowie wycieczka na jedną
z wysp na morzu Marmara (widziałem je z balkonu u Serdara) i
teraz właśnie siedzę na promie, który tam płynie. Myślałem, że
będzie to jakiś niesamowity koszt – a tu 2 liry w jedną stronę.
Jak za darmo. Idę pstryknąć zdjęcia i popatrzeć na jakieś
kobiety tańczące i śpiewające na pokładzie.
…
Atmosfera na statku jest bardzo luźna. Ludzie się cieszą,
żartują, jakieś kobiety śpiewają i tańczą w kółeczku, pomiędzy
wszystkimi śmigają sprzedawcy (proponują precelki lub wodę).
Ktoś gra na bębenkach. Mijam kolejne wyspy (moja jest na
końcowej stacji). Widzę góry po stronie Anatolii – i – nie do
54
wiary – śnieg na szczytach. Już nie będę wątpił, że w Turcji też
można jeździć na desce. Może w przyszłą zimę?
Woda i w ogóle wyspy wyglądają malowniczo. Aż zachciało
mi się Grecji – ale na to jeszcze znajdzie się czas…
…
Nie do wiary! Cały horyzont po
drugiej stronie to krajobraz
miejski Istambułu. Piętnaście
milionów mieszkańców.
…
Zrobiłem sobie długi spacer po
wyspie. Cicho i spokojnie. Nie ma
żadnego
samochodu.
Ludzie
poruszają się dorożkami albo
rowerami. Co ciekawe, konie są
podkute
kawałkami
opon
samochodowych, więc nawet nie
słuchać
charakterystycznego
stukotu gdy się poruszają. Ja – na
piechotę, mam jeszcze siłę w
nogach a poza tym muszę ćwiczyć
przed Kapadocją. Po drodze miałem wspaniałe widoki, stara
zabudowa przeplata się z luksusowymi rezydencjami, potem
domów coraz mniej, zaczyna się rzadki sosnowy las i cisza.
Droga prowadzi pod górkę, więc widać daleko – statki
przecinające wodę, w oddali miasto Yalova po drugiej stronie
morza Marmara.
W rezultacie nie wykąpałem się (a miałem taki zamiar). Gdzie
nie spojrzeć – woda w miarę czysta i przejrzysta, ale również
stada meduz, a ja jakoś nie lubię się kąpać w ich towarzystwie.
Wracając, zobaczyłem mój prom odbijający od kei – znowu
zawiodło mnie jakiekolwiek planowanie. Następny prom za
półtorej godziny.
55
24 czerwiec. Istambuł
Postanowiłem zostać jeszcze jeden dzień. Wróciłem wczoraj po
dwudziestej, zabrałem z naprawy mój długi obiektyw (nie
działała przysłona) – się zapiaszczył w Vama Veche – jestem
50 lir do tyłu. Wieczorem piwko (drogie) na dachu hostelu z
Janem i Peterem (Canberra/AU). Rano postanowiłem wysłać
paczkę do domu z niepotrzebnymi rzeczami. Zrobiło się tego z
1kg. Przewodniki, mapy miast, w których już byłem, no i
odebrane wczoraj wywołane slajdy. I miałem ciekawą
przygodę:
Oczywiście w drodze próbowało mnie zagadać z 5 osób.
Ciekawe, większość z nich sądzi, że jestem z Australii… W
pewnym momencie zagadał mnie gościu – sympatycznie i
miło, chciał trochę pogadać po angielsku. Postanowiłem go nie
przeganiać od razu i sprawdzić, co się stanie. Spytałem, czy wie
jak trafić na pocztę (sam wiedziałem, bo miałem ją na mapie).
Gościu po drodze próbował mnie wybadać, skąd jestem, gdzie
pracuję, gdzie mieszkam w Istambule i jak długo już tu jestem.
Powiedziałem prawdę, oczywiście bez szczegółów. Gościu
pomógł mi na poczcie, chociaż i bez niego dałbym sobie radę
(personel – kulawo, ale mówił po angielsku). Jak załatwiłem
sprawę, gość powiedział, że skoro mi pomógł - to ja stawiam
herbatę (ok., wcześniej to on chciał mi postawić). Poszliśmy do
pobliskiego ogródka herbacianego, kupiłem dwie herbaty,
czekając na ciąg dalszy. Trochę go wypytałem. Powiedział mi,
że mieszka w Izmirze, ma żonę i dzieci, sam utrzymuje rodzinę
i akurat nie ma pracy, bo szuka i nie może znaleźć. Czołg
zaczął mi wyjeżdżać z oczu…
Jasne, ubrany przyzwoicie i mi ściemnia, że jest bezrobotny.
Bezrobotny naciągacz. Ale słucham dalej.
Pyta mnie, czy wierzę w Boga. Mówię, że tak, jestem
chrześcijaninem rzymsko-katolickim. A on mi na to, że jest
teraz protestantem (przyjął chrzest, wcześniej był
muzułmaninem), pod wpływem jakiegoś człowieka ze
Szwajcarii, który pokazał mu właściwą drogę.
56
Jasne, za przejście z islamu na chrześcijaństwo grozi kara
śmierci. No może nie w Turcji, ale takie ściemy do nie mi tutaj!
Słucham dalej. Nawet byłem ciekaw, co wymyśli. Oczywiście,
chciał ode mnie 30 lirów na bilet autobusowy do Izmiru by
wrócić do żony. A ja mu na to, że może wziąć stopa! Ja tak
podróżuję i to za darmo. W jeden dzień może się wyrobić
spoko. To tylko jakieś 300 kilometrów.
Trochę mu mina zrzedła, ale jeszcze coś tam próbował
pomieszać. Powiedziałem mu, że nic z tego, postawiłem mu
herbatę za pomoc na poczcie i basta. Podziękowałem mu
grzecznie za rozmowę i się rozstaliśmy. Dla niego była to strata
czasu, dla mnie pouczająca lekcja asertywności.
Tak, jak napisałem pewien gość na stronie internetowej:
„najważniejszą rzeczy w podróży jest paszport, pieniądze i
zdrowy rozsądek - nigdy nie wychodź z domu bez niego”.
I mała dygresja. W Istambule praktycznie co druga osoba
próbuje mnie zagadać. Pytają skąd jestem, witają się grzecznie,
jak się masz itp. Oczywiście, prawie każdy chce coś wcisnąć,
sprzedać, namówić na coś itp. Przechodząc koło restauracji
kelnerzy zapraszają do stolika, pytają, czy jestem głodny, czy
mam ochotę na herbatę itp. Na pierwszy rzut oka to miłe, ale po
jakimś czasie naprawdę ma się tego dosyć.
Na każdym prawie stoisku nie ma wywieszonych cen, tylko
próbują zgadnąć – ile kto jest w stanie zapłacić. Szanuję ich
styl, po prostu dla nich handel to całe życie. Im więcej utargują
– czysty zysk dla nich.
Niestety, ja nie jestem w ich grupie docelowej. Jeśli ktoś mi
proponuje stolik – zawsze uprzejmie dziękują i odmawiam,
choć bez namawiania może nawet bym skorzystał. Jeśli nie ma
ceny w sklepie – nie kupuję. I sami Turcy tracą w ten sposób
sporo. Większość ludzi „z zachodu” zachowuje się podobnie.
Ostrożnie, aby nie zostać oszukanym.
…
Teraz siedzę pod mostem na Bosforze. Tym dużym. Dotarłem
tu na piechotę. Patrzę na przepływające pod nim statki i myślę
o tobie, Tato.
57
…
Siedzę w autobusie, który ma zaraz ruszać do Göreme
(Kapadocja). Mam już dość Istambułu. Cztery dni to trochę za
dużo. Fakt, jest parę rzeczy, których nie zobaczyłem, ale to
tylko pretekst, aby tu kiedyś jeszcze wrócić.
Podsumowując, właściwie tak sobie wyobrażałem to miasto.
Generalnie chaos, nikt nie przestrzega świateł, zarówno piesi
jak i samochody. Ktoś trąbi, ktoś krzyczy, normalka. A jednak
z tego chaosu wyłania się jakiś porządek. Nie widziałem ani
jednej stłuczki na drodze, promy działają perfekcyjnie i
punktualnie. Nie ma problemu z komunikacją. Jechałem tu
najnowocześniejszymi tramwajami – cichutkie, szybkie i klima
w środku. Metro również bez zarzutu, działa nawet w nocy.
Uważam, że to dobre miasto na tydzień odskoczni, zakupów i
zasmakowania orientu, ale na pewno nie dla odpoczynku.
Oczywiście najlepiej we dwoje…
25 czerwiec. Göreme, Kapadocja
Przyjechałem około dziewiątej rano. Powiedzmy, że się
wyspałem, jeśli wziąć pod uwagę, że autobus był pełny i
płakały jakieś dzieci. Obudziły mnie do reszty krajobrazy, jakie
ujrzałem. Najpierw poranek wokół ogromnego, słonego jeziora
Tuzgölü (jechaliśmy wzdłuż jego brzegu chyba z pół godziny),
potem wulkan Hasan (grubo ponad trzy tysiące metrów),
wreszcie zerodowane doliny Kapadocji.
Oczywiście na miejscu chcieli mi wcisnąć jakąś wycieczkę
objazdową za 45 lirów, wmawiając mi, że zobaczę wszystko w
jeden dzień. Mogą się pocałować! Spytałem się dziewczyny w
moim hoteliku (notabene bardzo fajny, Paradise Cave Hotel, 10
lirów za łóżko ze śniadaniem), czy można spacerować tak
sobie, bez żadnych przewodników. Oczywiście. No to w drogę!
…
Łażę tak już ze cztery godziny, w ogóle nie czuję się zmęczony.
Jest jak w bajce, krajobrazy kosmiczne, domy w skałach
wulkanicznych, w których kiedyś mieszkali ludzie. Nawet
znalazłem przejście do jednego, jak się okazało
58
dwupiętrowego. Oczywiście wszedłem do środka i obadałem
wszystkie komnaty. Rewelacja, jest pokój, który wyglądał na
sypialnię, spiżarnia i kuchnia oraz miejsce na konsumpcję
posiłków. Można tu spędzić noc na dziko bez problemu.
Oczywiście – uczta fotograficzna. Z okien domku widziałem
jedną wycieczkę z przewodnikiem. Dosłownie przebiegli
ścieżką poniżej mnie. To ma być zwiedzanie? Chrzanić taki
styl.
Koszulka mi już wyschła, czas ruszać dalej. Powoli, bez
pośpiechu. Delektacja.
…
Jestem królem świata! Zobaczyłem skałę, wdrapałem się
prawie na szczyt i mam piękny widok na całą dolinę z góry!
Wieczorem poznałem paru ludzi z hotelu. Peter (pochodzi z
Korei – mieszka w L.A.), Dan i Rachel – para z Australii,
niestety w nocy wyjeżdżali do Ankary, jeszcze jacyś starsi
państwo z Australii. Ciekawie było porozmawiać po angielsku.
26 czerwiec. Göreme
Ponieważ zwykłem chodzić swoimi ścieżkami, nie umawiałem
się z nikim na żadne wyjścia. Postanowiłem przejść się tak
59
zwaną Doliną Gołębi (Pigeon Valley). Jest to ponoć bardzo
malownicza dolina blisko Göreme. Nawet zatrzymują się tam
wycieczki, aby popatrzeć z góry. Ja chcę ją obadać od
wewnątrz, kanionem podejść do góry. Wypytałem w hotelu
mniej więcej jak iść i w drogę. Peter postanowił zwiedzić z
dwoma poznanymi Anglikami „Open Air Muzeum” – groty i
kościółki wykute w skałach – płatne, więc nie byłem
zainteresowany.
W pełni zaopatrzony w prowiant i wodę – ruszyłem.
Odnalazłem ścieżkę, biegnącą w górę doliny, jak myślałem –
właśnie Doliny Gołębi. Nawet parę ich tu lata, więc raczej
jestem na dobrej drodze. Strome ściany kanionu, a w nich
gdzieniegdzie wykute okna wskazywały, że żyli tu kiedyś
ludzie. Część mieszkań i korytarzy uległa erozji i widać tylko
kawałki wnętrz. Nagle, dolina się skończyła. Naokoło
zerodowane skały tworzą wyżłobienia, z których spływa
pewnie woda. Można się przedostać na górę – tylko trzeba
znaleźć łatwe podejście. Próbuję jednego – za stromo gdzieś od
połowy. Ale – mam dobry punkt obserwacyjny – wypatruję
inne podejście, zdaje się łagodniejsze.
60
Wracam kawałek i próbuję podchodzić. Słyszę jakieś odgłosy
ludzi – za chwilę zauważam tych dwóch Anglików razem z
Peterem. Co ich tu przygnało?
W każdym razie, po krótkiej rozmowie, też próbują podejść
pod górę. Jeden z nich – Jack, ma normalne kryte buty. Drugi –
Nathan – ma sandały, ale najgorszy jest Peter – ubrał laczki
plażowe, bo myślał, że będzie zwiedzał muzeum.
Dwóch Anglików radzi sobie jakoś, Peter wymięka i wraca w
dół doliny – do hotelu. Szkoda – na górze mamy piękny widok.
Zobaczyliśmy żółwia! Po prostu szedł sobie drogą. A jednak
warto było się wspinać. Żółwik przesympatyczny, pewnie było
mu za gorąco i próbował się zagrzebać piaskiem. Patrzymy i
podziwiamy, jak pracuje. Idziemy dalej, postanowiliśmy zejść
do hotelu i znaleźć tam Petera. Schodzimy kawałkiem innej
doliny, przepięknej i niesamowitej jak każda tutaj. Już we
wiosce, maszerując wzdłuż drogi woła nas jakaś kobieta.
Zaprasza nas do domu. Pokazuje pokoje, taras. Pojawia się jej
mąż, częstuje nas arbuzem i suszonymi czarnymi winogronami
(rodzynki?). Siedzimy boso na poduszkach, oczywiście po
turecku. Zapraszają nas na obiad, oczywiście nie za darmo – 10
lirów od twarzy. Po krótkim namyśle – zgadzamy się. A co
61
tam, obiad w tureckiej wiejskiej chacie może być tyle wart.
Umówiliśmy się na siódmą wieczór.
Wróciliśmy do hotelu. Tam czekał Peter, który wybierał się do
łaźni tureckiej. Ja postanowiłem jeszcze dziś zwiedzić wzgórze
we wiosce Uçhisar – widać je dobrze z każdego miejsca w
dolinie – jakieś 3 kilometry stąd. Powinienem zdążyć przed
siódmą. Jest trzecia. Postanowiłem spróbować stopa, aby
szybko się dostać pod górę do wioski i zejść jakąś ciekawą
drogą powrotem do Göreme. Tak jak się spodziewałem – stop
to tu żaden problem. Kciuk w górę i po chwili już jadę. Całe 5
minut później jestem koło upatrzonego wzgórza. Wygląda
trochę, jak gniazdo szerszeni, albo lepiej kopiec termitów, całe
pokryte jest dziurami, balkonami i przejściami. Chodzę
dookoła i pstrykam. W pewnym momencie zacina mi się
cyngiel w aparacie. No ładnie, pewnie za dużo pyłu się dostało
do środka. Koniec. Zwijam do połowy zrobiony film, próbuję
coś popchnąć, nic z tego. Rozpacz. Cały urok tego miejsca
nagle pryska. Siedzę na ziemi, załamany. Przecież zdjęcia to
prawie esencja wyprawy – szczególnie takiej samotnej jak
moja! Złapałem lekkiego doła, i to w jednym z piękniejszych
miejsc, w jakich byłem w życiu.
Po chwili przypomniałem sobie jednak, że przecież nie należy
się martwić. Coś się wymyśli, rozwiązanie się znajdzie. A więc
tylko znaleźć zejście w dół doliny – do hotelu.
62
Pokrążyłem chwilę i schodzę. Oczywiście krajobraz
nieziemski, kanion ma pionowe ściany i jest wysoki na jakieś
40 metrów. W dole płynie strumyczek. Pusto, nikogo nie ma.
Schodzę w dół dalej, trzymają się ścieżki, która czasem
podchodzi bardzo blisko pionowych rozpadlin wyciętych przez
wieki erozji. Dobrze, że mam świetne buty do chodzenia po
takich terenach. Warto je było targać w plecaku tyle czasu.
Widzę jakichś lokali. Pozdrawiam, pytam, czy tą drogą trafię
do Göreme. Mówią, że tak, zapraszają mnie na wino(!) i szluga.
Grzecznie odmawiam i idę dalej. Pięć minut później stoję na
końcu ścieżki, która zamienia się w wąski trawers i stromy
kawałek w dół, którym chyba trzeba zejść. Ale strach mnie
oblatuje. Jeden fałszywy krok i lecę 20 metrów w dół, w
najlepszym razie połamany, w najgorszym już po mnie.
Zastanawiam się chwilę, próbuję – za ślisko, nie dam rady. We
dwójkę, z jakimś sprzętem – to luz, samemu nie będę głupio
ryzykował. Cóż, zawracam.
Po drodze spotykam młodego gościa z małą dziewczynką –
pewnie córką. Rozmawiamy chwilę, próbują zejść tą samą
drogą, ale po chwili też się poddają. Wracamy. Spotykamy tych
dwóch Turków z winiaczem. Pytamy o drogę. Jeden z nich
mówi, że faktycznie to trudna droga, ale możliwa do przejścia.
Jest jeszcze inna, łatwiejsza. Idzie z nami – pokazać.
Faktycznie, ścieżka wyprowadza nas z powrotem na dolinę,
poniżej tego trudnego kawałka, wiedzie przez tunele w skałach
i wąskie przejścia. Dajemy naszemu przewodnikowi po dychu.
Dobrze się spisał. Po chwili dociera do nas, że pewnie nie
przypadkowo tam siedzi i popija winko.
…
Schodzimy prostą drogą w dół, przechodząc przez tunele. Po
drodze rozmawiamy. Izaak pochodzi z Norwegii, jego córka –
Enya jest półnepalijką. Żonę swoją Izaak poznał podróżując po
Indiach i Nepalu – teraz się rozstali i on opiekuje się małą. Od
niego też dowiaduję się, że przeszliśmy Dolinę Gołębi. Czyli
jednak osiągnąłem dzisiejszy cel, nie mając nawet do końca o
tym pojęcia.
63
Rozstajemy się we wiosce, ja wracam do hotelu. Jestem o 6:50.
Idealnie. Jack i Nathan już czekają. Wybieramy się na obiad do
tej poznanej tureckiej rodziny.
…
Siedzimy na poduchach. Gospodarz opowiada nam jak suszyć
winogrona, jak ugniata się je nogami robiąc melasę (taki syrop
z winogron, bardzo słodki i dobry – próbowaliśmy). Mówi
również jak wypiekają coś podobnego do paschy, chleb w
kształcie wielkiego naleśnika robiony tylko z wody i mąki.
Pokazuje również swój stożek z tufu, który służy teraz za
spiżarnię, ale jego pradziadek kiedyś w nim mieszkał. Jesteśmy
pod wrażeniem. Wreszcie gospodyni woła na obiad. Siadamy w
koło ogromnej tacy, tylko my trzej i gospodarz. Gospodyni nie
je z nami – taki zwyczaj.
Wsuwamy najpierw makaron z pomidorami i jogurtem. Bardzo
dobre – zagryzamy chlebem albo tymi naleśnikami własnego
wyrobu. Potem drugie danie – bakłażan duszony z mięsem i
innymi warzywami. Na koniec sałatka, z zielonych liści czegoś,
co rośnie w doniczkach na ich tarasie (nie znam tej rośliny) i
arbuz na deser. Dania w sumie nie wykwintne, ale za to
oryginalnie podane i bardzo smaczne. Podczas jedzenia
rozmawiamy z gospodarzami. Wypytują nas o Polskę i Anglię,
opowiadają po trochu o swoim życiu i o trzech synach. Po
jedzeniu zostajemy obejrzeć końcówkę meczu Argentyna –
Meksyk, ja tylko kurtuazyjnie, Anglicy zachwyceni.
Bardzo miły wieczór, jestem pod wrażeniem. Idziemy na piwo.
Przedtem pomagam chłopakom dopić Raki w hotelu – dość
mocna. Oni rozcieńczają ją wodą i powstaje z tego mętny
drink, ja się nie certolę i ładuje czystą. Spotykamy Petera i
idziemy we czwórkę do knajpki. Jak to przystało na azjatę,
Peter upija się dość szybko i rzyga na całego. Pomagamy mu i
kładziemy go spać. Wchodzimy we trójkę na pobliską skałę i
tam gadamy długo i różnych głupotach. Śmiejemy się z postaci
z serialu „Alo, alo…”.
64
27 czerwiec. Göreme
Od Daniele, holenderki pracującej w hotelu dowiaduję się gdzie
mogę naprawić aparat. Pojadę tam. Peter ma kaca giganta. Jack
i Nathan pojechali rano na wykupioną wycieczkę.
Ruszyłem w drogę do Avanos. Miałem zapisane na kartce
nazwy sklepów fotograficznych. Poszedłem po prostu drogą,
czasem od niechcenia próbując łapać stopa. Pozdrawiałem
niektórych przejeżdżających ludzi. Jeden jechał traktorem i się
zatrzymał, tak po prostu. Podwiózł mnie ze dwa kilometry do
wioski. Wreszcie złapałem traktor na stopa, a właściwie to
traktor mnie złapał. Było super, jechaliśmy dość szybko, bo z
górki, przyczepa pełna była kamieni, więc podskakiwaliśmy na
wybojach. Trzymałem się jak na rollercosterze. Ale jazda!
Potem po prostu poszedłem wzdłuż drogi. Nawet nie łapałem
stopa. Szedłem i czułem wolność w każdym moim kroku. Jeśli
w życiu piękne są tyko chwile, tę mogę spokojnie do takich
zaliczyć.
Niestety żaden punkt fotograficzny nie podjął się naprawy
mojej Praktyki. Kupiłem za 30 lirów idiotenkamere. Trudno.
Żegnajcie piękne artystyczne zdjęcia. Ale przynajmniej jakieś
będą. Ciekawe jak sobie nowy aparat poradzi ze slajdami. Mam
teraz w plecaku 2 kilogramy zbędnego złomu.
Złapałem stopa do wioski Ügrüp. To był prawnik, dał mi numer
telefonu, jakbym popadł w jakieś tarapaty. Ügrüp brzydkie,
turystyczne. Kupiłem parę rzeczy w supermarkecie i kasjerka
chciała mnie naciąć na 5 lirów. Po prostu zdzira. Zawołanie
szefa rozwiązało problem. Niektórzy muszą się jeszcze wiele
nauczyć. Poszedłem wzdłuż drogi do Göreme zbaczając
czasem w dolinę, wdrapując się na szczyt skały, na której
właśnie jestem. Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo.
Porobiłem trochę zdjęć moim nowym aparatem. Będę musiał je
szybko wywołać, aby zobaczyć czy w ogóle się do czegoś
nadają.
Po drodze do hotelu doznałem pewnego rodzaju oświecenia.
Mniej więcej, jak wtedy w Istambule, jak zobaczyłem wyspy na
morzu Marmara. Robiłem się głodny, a nie chciałem nic
65
kupować, ponieważ miałem jeszcze zapas w pokoju. A więc
gotowanie. Ale, czemu na tarasie w hotelu, a nie na przykład w
jednej z jaskiń? Zostałem tak opętany tą myślą, że popędziłem
do hotelu i zebrałem szybko rzeczy. Namówiłem jeszcze Jacka
i Nathana oraz jednego Fina (Kari), aby poszli ze mną.
Odnalazłem jaskiniową chatkę, w której wcześniej byłem.
Ugotowałem sobie kolacje – jaskiniowe spaghetti – zrobiłem
reszcie także po porcji. Z zapasem piwa spędziliśmy tam sporo
czasu. Właściwie na upartego można by tam zamieszkać za
darmo. W środku jest niezłe echo, więc śpiewaliśmy piosenki
acapella. Niesamowity wieczór.
28 czerwiec. Podróż do Konyi
Rano pakowanko, śniadanko, wymiana emaili i w drogę.
Dolmusz za 1 lirę do Nevşehir i stamtąd na pozycję
autostopową. Pierwsza pozycja trochę nieudana, nikt się nie
chce zatrzymać i pełno kurzu z budowy. Poszedłem trochę
dalej. Czekam. Podjechały jakieś dzieci na rowerach. Pytają,
skąd jestem i dokąd jadę. Czemu nie autobusem? Po chwili się
66
znudziły i odjechały. Zatrzymał się pracownik hotelu i
podrzucił mnie 70 kilometrów do Aksaray. Nie mówił po
angielsku, więc przez większość jazdy milczeliśmy.
Walczyłem, aby nie zasnąć.
Przeszedłem prawie cały Aksaray na piechotę. Jak nic z pięć
kilometrów. Po drodze wszyscy mnie pozdrawiali. Starsi,
dzieci, traktorzyści – wołali „Hello!”. Nawet miło się szło, choć
plecak ciążył i upał jak cholera. Tak to jest, w nieturystycznych
miejscach.
Przy jakimś znaku postanowiłem odpocząć i poczekać aż mi
koszulka na plecach wyschnie na słońcu. Oczywiście, co
chwilę miałem rękę w górze pozdrawiając przejeżdżających –
„Merhaba!”. Jakie to niezwykłe.
Ok., odpocząłem i zacząłem znowu łapać. Stoję chwilę i widzę
powoli zbliżającego się Tira – jest! Tak bardzo chciałem się
takim przejechać. Ale odwracam głowę, bo słyszę trąbienie.
Dziesięć metrów dalej stoi jakieś Berlingo i z otwartych drzwi
krzyczą abym wsiadał. Cóż zrobić – oni byli pierwsi.
Pozdrawiam tirowca i lecę do tych z przodu. Okazuje się, że
jadą do Adany, a nie do Konyi – podrzucili mnie tylko 2
kilometry do skrzyżowania. Ale, byle do przodu. Przeszedłem
skrzyżowanie i znowu trafiłem na jakieś niefortunne miejsce.
Wszyscy skręcają blisko. Poszedłem dalej z kilometr, za zajazd
dla tirów. Złapałem gościa, który podwiózł mnie do Sultanhany
– 40 kilometrów. Trochę gadaliśmy, pracuje jako weterynarz.
Gdy się zatrzymaliśmy, napisał mi na kartce te słowa:
Bismillahirrahmenirrahiym
Allachu ekber
La ilahe illallah Muhammeden Rasulullah
Dał mi ją i powiedział, abym zawsze nosił przy sobie. Nie
muszę chyba tłumaczyć powyższych słów?
Poczułem się dziwnie wyróżniony. Zaraz, jak wysiadłem z
samochodu, zawołał mnie jeden gościu. Wytłumaczył, że mogę
67
u niego kupić jedzenie, gdzie jest przystanek i tu najlepiej o
stopa. OK., to czekam. Przyczepiły się jakieś dzieci – chciały
„one dolar”. Nie dałem, założyłem plecak i poszedłem wzdłuż
drogi, co chwila próbując coś złapać. Jest! TIR! No nie ten
największy, ale na pewno powyżej 10 ton. Jadę, kierowca ma
na imię Mustaf i mówi mi, że jeździ w Gruzji, Iranie i innych
krajach bliskiego wschodu. Na zachodzie jeszcze nie był.
Oglądam krajobraz za oknem. Jest sucho, pustynno-stepowo.
Bydło wyjada szczątki trawy. Zboże rośnie, ale jest aż
pomarańczowe od suchości. Obserwuję pierwszy raz w życiu
małe tornada z pyłu. Kręcą się dość szybko, ale nie wyglądają
groźnie. Jest ich nawet sporo, kilka obok siebie. Powietrze przy
ziemi jest tak nagrzane, że występuje efekt fatamorgany.
Wioska oddalona o 6 kilometrów, a domy wydają się być nie
dalej niż o kilometr stąd. Patrzę z zaciekawieniem.
Mustaf wysadził mnie na obrzeżach Konyi – jechał do
pobliskiej fabryki cementu. Cóż począć, trzeba złapać stopa do
centrum.
Po chwili jadę pickupem z dwoma starszymi mężczyznami.
Chyba mocno tradycyjnymi, bo mają wełniane czapki na
głowach, w taki upał. Wiozą mnie gdzieś tam, a ja chciałem do
centrum. Ale po raz kolejny nie protestuję, na pewno coś mają
w zanadrzu. Nie mylę się. Wysiadam niewiadomo gdzie, dają
mi jedną lirę i pokazują, w który dolmusz wsiąść. Dziękuję im
pięknie i jadę dolmuszem. Konya to niby najbardziej
tradycjonalne i religijne miasto w Turcji, a do środka wsiada
blondynka, długie rozpuszczone włosy, koszulka na
ramiączkach, obcisłe spodnie do pół łydki. Nikt się nie dziwi,
szczerze powiem – oprócz mnie. Ale jest fajny kontrast, bo
siadła obok totalnie zawoalowanej kobiety. Obydwie
rozmawiają przez komórki. Idealne byłoby zdjęcie!
Wysiadłem w centrum, pokazałem nazwę hotelu z ulicą
jakiemuś sprzedawcy. Dogadaliśmy się na migi i bezbłędnie
trafiłem. Zabukowałem się i poszedłem coś zjeść i pozwiedzać.
Kebab + ayran (taki kefirek) – 1 lira, więc wrócę tu jutro na
śniadanie. Ponadto smakują mi ich maczane w miodzie
68
obwarzanki. Tanie, jak barszcz. Wykumałem geografie miasta,
jutro zajrzę tu i tam. Miałem dwie rozmowy z lokalami. Chcieli
mi sprzedać dywan. Ale szybko się kończyły, jak zacząłem
opowiadać o moich podróżach autostopem. Trochę śmiać mi
się chce – jak łatwo ich tym zgasić. Ale można się przed tym
dowiedzieć paru ciekawych rzeczy.
Wróciłem do hotelu i zjadłem schłodzonego arbuza z trzeba
Koreankami. Cały czas śmiały się i dziwiły jak im trochę
poopowiadałem, gdzie byłem. Ale same zwiedziały mnóstwo,
tylko oczywiście w konwencjonalny sposób. Ale same, nie z
jakąś zrytą wycieczką autokarową. To się liczy.
Padam na pysk. Idę się kąpać i spać.
29 czerwiec. Tego nie znajdziesz w przewodniku
Rano poszedłem zwiedzić meczet. Naprawdę jest stary,
datowany na 1221 rok, stanowił centrum stolicy Seldżuków.
Styl meczety zupełnie inny niż tych, które wcześniej
oglądałem. Nie imponuje z
zewnątrz, ale wewnątrz jest
ogromny. Niewysoki (może 5
metrów), ale na pewno mieści
mnóstwo ludzi. Ja byłem tam sam.
Wracając zagadał mnie gość
pytając, czy jestem z Australii.
Oczywiście,
sprzedawca
dywanów. Wypiłem u niego dwie
herbaty, ale nic nie kupiłem.
Pogadaliśmy sobie za to dość
sympatycznie. Znów na ulicy –
znów dywanowiec. Tym razem
byłem dla niego Niemcem. Już wiem, przez co. Gdy mam
okulary – jestem z Australii, jak nie mam – na pewno
zachodnia Europa. Muszę zacząć z tego korzystać.
Następna herbata, ale nawet nie kupiłem kiczowatej serwetki za
grosze.
69
Pobiegłem do hotelu. Zbliża się południe, a przecież chciałem
dojechać dziś 400 kilometrów do Pamukkale. Plecak i autobus
do granic miasta. Tam, pierwszy stop – 70 kilometrów do
Beyşehir. Ojciec z małym synem, który wracał od dentysty
(miał pełno drutów w zębach). Po drodze zatrzymaliśmy się
nabrać wody ze źródełka w górach. Oni napełnili baniaki, ja
zamieniłem kranówę z Konyi na tą – znacznie smaczniejszą. Z
Beyşehir powoli. Stop tylko 10 kilometrów ze sprzedawcą
butów. Drugi – następne parę kilometrów z trzema facetami.
Następny – ciężarówką wypełnioną na maksa, przejechałem z
50 kilometrów minimum. Nie jest źle, mam jakieś 100
kilometrów do Isparty, a potem jeszcze 160 kilometrów do
Denizli.
Stoję na rozstaju dróg. Zobaczyłem na mapie, że droga, którą
jadę, przez Ispartę, jest faktycznie dłuższa niż ta obok, która –
niby gorszej kategorii prowadzi bezpośrednio do Denizli.
Większość pojazdów jedzie właśnie tą drugą drogą. Co robić?
Poczekam jeszcze trochę.
W takich chwilach można uwierzyć, że oprócz własnych
wyborów, jakaś siła wyższa stawia nam wyzwania na drodze.
Na takich rozstajach dróg uwydatnia się to szczególnie. Może
dlatego na wielu skrzyżowaniach w chrześcijańskiej Europie
stawia się kapliczki, aby odgonić złe duchy i aby Bóg
poprowadził wędrowców dobrą drogą.
Ale tu jest Turcja, nie ma kapliczek. Przejechał koło mnie Ford
Focus. Zatrzymał się trochę dalej, zawrócił, kierowca
podjeżdża i pyta się po angielsku skąd jestem.
Po chwili już jadę w środku, oprócz kierowcy jeszcze jeden
gościu z przodu. Nie jadą wprawdzie do Isparty, ale bliżej – do
70
miasta o nazwie Egirdir (czyt. „eeirdir”). Okazuje się, że
obydwaj są z Niemiec, więc przechodzimy na niemiecki. Karl,
kierowca, jest entomologiem i od dwudziestu lat zajmuje się
łapaniem żuków. Młodszy, Manfred, jest dendrologiem i razem
z Karlem jest na wyprawie łowieckiej.
Jedziemy wzdłuż pięknego jeziora. Miasteczko Egirdir leży nad
tym jeziorem i ma wyspę, na której są pensjonaty. Wyspa
połączona jest groblą z lądem (przypomina to trochę Nesebar w
Bułgarii). Niemcy mają zarezerwowany tam pokój.
Jadąc brzegiem jeziora widać było ją z oddali. Pomyślałem, że
nie jestem tu przypadkiem. Miejsce jest na tyle magiczne, że
zostaję tu na noc. Pogadałem z właścicielem pensjonatu, u
którego zatrzymali się Niemcy i dostałem dobrą cenę.
Karl i Manfred jadą wieczorem na łowy. Jadę z nimi!
Wyjeżdżamy wieczorem, jedziemy kilkanaście kilometrów
asfaltem, potem podjeżdżamy sporo w górę, w dębowy las.
Dowiedziałem się, że żuki, na które dziś będziemy polować
piją soki z dębu i tu właśnie należy się ich spodziewać. W
Turcji
można
złapać
najdorodniejsze okazy tego
gatunku. Instalujemy sprzęt
– tzn. rozkładamy na ziemi
białe
prześcieradło
i
wieszamy
na
kawałku
gałęzi lampę podłączoną do
akumulatora. To ma zwabić
żuki. Czekamy, aż się
ściemni.
Nadlatują
pierwsze. Moim zdaniem są
ogromne – sześć, siedem centymetrów. Dla łowców to nic
specjalnego. Pokazują mi, jak je chwytać. Na początku czuję
się nieswojo, po chwili treningu jakoś przełamuję to dziwne
uczucie chwytania żywego owada w ręce.
Klimat niesamowity. Cisza, światło w lesie i żuki.
Rozmawiamy sobie popijając piwko. Jak dla mnie - rewelacja.
Przyglądam się z bliska żukom. Są wielkie, mają rogi i
71
lśniącobrązowy kolor. Gdy wrzuci się je na prześcieradło,
podnoszą rogi oraz przednie kończyny i wydają się zadowolone
ze stanu rzeczy, ponieważ nie próbują uciekać.
Niestety, nadlatują w nasz wabik same samce, a chłopaki
szukają samicy (czy to dziwne?).
Las dębowy, w którym jesteśmy jest bardzo stary. Od
Manfreda dowiaduję się, że większość drzew ma po trzysta,
czterysta lat, a widzieliśmy pomnik przyrody, który liczy sobie
600 lat. Ten dąb jest starszy niż Błękitny Meczet w Istambule. I
ciągle rośnie!
Zmieniliśmy miejscówkę, zjechaliśmy trochę niżej. Tu znalazł
się inny gatunek żuka. Podobny do wielkiego karalucha, miał
czułki dłuższe niż całe ciało. I piszczał, jak go chwytałem.
Niesamowity. Raz podniosłem go nawet z kamieniem, do
którego przyległ, takie miał mocne kończyny.
Wróciliśmy z paroma sztukami. Kto by pomyślał, że tak się
skończy ten dzień?
Droga jest celem. Jestem na wyspie, kumkają żaby, zasypiam…
30 czerwiec. Egirdir -> Pamukkale
Rano – śniadanko i kąpiel w jeziorku. Słodka woda,
superczysta, widać w głąb na 4-5 metrów. Aż nie chciało mi się
wychodzić. Pozwoliłem sobie wyschnąć na słoneczku rzucając
kaczki do wody i rozmawiając z Manfredem.
Płacąc za nocleg dostałem od właściciela namiar na hotel w
Pamukkale, w którym właśnie sobie siedzę. Prawdopodobnie z
jego rekomendacji dostałem niską cenę. Mam prysznic i basen
w ogródku. W hotelu puściutko. Rewelacja.
Ale zanim tu dotarłem, miałem oczywiście ciekawą podróż –
jak zwykle to bywa – autostopem.
Karl i Manfred podwieźli mnie z wyspy do miasta. Pożegnałem
się tym tekstem:
- Ich hoffe, dass du diese Käfer weibchen findest. (Mam
nadzieję, że znajdziesz tą samiczkę żukową)
Na to Karl:
72
- Ich hoffe dass du auch deine Weibchen findest. (Mam
nadzieję, że ty też znajdziesz swoją samiczkę)

Jestem zaproszony do obejrzenia kolekcji żuków Karla u niego
w domu pod Monachium. Na pewno przy okazji się tam
wybiorę!
…
Złapałem stopa do Isparty. Kierowca zabrał przedtem dwie
kobiety, a że ja stałem trochę dalej – podjechał i też mnie
zabrał. Chciał mnie odwieźć na dworzec autobusowy, ale
powiedziałem mu, że ja podróżuję stopem, więc wysadził mnie
na skrzyżowaniu w kierunku Denizli.
Chwilę potem, ku mojemu zdziwieniu, złapałem na stopa
motor! No tak jeszcze nie jechałem. Właściwie, to w ogóle
jeszcze nigdy nie jechałem motorem, i to jeszcze z plecakiem
na plecach. Zapinaliśmy z 80km/h, aż mi łzy leciały od pędu
powietrza. Ale jazda! Chłopak (zapomniałem imienia) odstawił
mnie parę kilometrów dalej. Pogadaliśmy trochę stojąc na
przystanku.
I po co się pocić w autobusie i jeszcze za to płacić, jak można
za darmochę mieć takie wrażenia? Pytanie retoryczne.
Z tego miejsca złapałem ciężarówkę do samego Denizli z
przerwą na herbatę, bo kierowca dogonił swojego kolegę
jadącego w innej ciężarówce.
„Bir me Türkyie (pierwszy raz w Turcji)” – tego się nauczyłem.
Przyjemna herbata przy stoliku w cieniu, i w drogę. Po drodze
dziubałem orzeszki ziemne. Mam znowu zadać to retoryczne
pytanie?
Kierowca wysadził mnie przy drodze wiodącej do Pamukkale.
Tutaj poczekałem na autobus. A co tam, 12km za jedną lirę
(taki mam ostatnio budżet podróżny). Dojechałem i zostałem
wprost napadnięty przez chłopców oferujących jakieś hotele.
Mówię im, że już mam, a oni swoje, że tanio i w ogóle.
Podjechał rolnik traktorem. Pyta, czy mam hotel. Mówię mu,
że mam. A on na to, żebym wskakiwał – zawiezie mnie do tego
hotelu. No proszę, traktorem po Pamukkale. Po drodze jakiś
73
siedzący gość krzyczy do mojego traktorzysty – „Co ty robisz?
Przecież jesteś rolnikiem, a nie taksówkarzem!”. Nie chciał ode
mnie pieniędzy, więc to mój drugi stop traktorowy. Co jeszcze
złapię na stopa?
1 lipiec. Pamukkale
Dzień zacząłem od kąpieli w basenie. Potem tureckie śniadanie,
podane do przybasenowego stoliczka. Polubiłem je bardzo.
Szczególnie kozi ser i kawałki arbuza na koniec.
Poszedłem zobaczyć słynną bawełnianą twierdzę (to właśnie
dosłowne tłumaczenie tureckiego „Pamukkale”). Wstęp – 5
lirów – zaszalałem. Godzina dziewiąta – już pełno turystów.
Pierwszy raz od miesiąca słyszę język polski – niestety uszy
więdną.
Podchodzę pod górę. Tarasy jak na razie wyglądają sztucznie –
jak z betonu, a nie jak z wapienia. Na górze koszmar. Parking
załadowany autobusami, z których kolejno wysypują się
Niemcy, Polacy, Japończycy… Sporo też jest Turków, można
ich poznać po strojach. Wstęp do niby-źródeł termalnych ze 18
lirów. Daruję sobie, pewnie głowa na głowie. Idę oglądnąć teatr
grecki. Grecy, a potem Rzymianie zbudowali przy tarasach
miasto-uzdrowisko – Hierapolis. Teatr wygląda fajnie (to mój
pierwszy), ale nie można wejść na scenę. Chodzę po ruinach
miasta. Trochę go szkoda, na pewno było ładne – teraz to tylko
kupa kamieni. Zawracam po jakimś czasie. Jest piekielnie
gorąco, a wybrałem się bez wody. Część tarasów jest
wyschnięta, widać, że poczynione zniszczenia przez głupią
gospodarkę turystyczną zmusiły władze tego miejsca do
podjęcia drastycznych kroków. Całość jest praktycznie w
przebudowie. To, co jest dostępne dla zwiedzających, to tylko
skrawek. I chyba już nie będzie się można kąpać tu wkrótce.
Budują promenadę z betonu do oglądania, nie do kąpieli.
Szkoda, przybyłem tu o parę lat za późno.
Schodzę tą samą drogą w dół i staję przy wapiennej ścianie.
Pozwalam wodzie spływać mi po plecach – miłe uczucie.
Potem wchodzę pod wodospad i jest pięknie. Woda cieplutka i
74
orzeźwiająca. Aha, zapomniałem wspomnieć, że wcześniej
próbowałem wody z betonowego kanału prowadzącego od
źródełka. I – jaka niespodzianka: woda ciepła, prawie gorąca i
do tego gazowana! Nie mogłem uwierzyć. Opiłem się jej na
maksa, pomimo, że była ciepła. Smakowała mniej więcej jak
woda sodowa zostawiona cały dzień na słońcu. Ale co tam.
Wróciłem do hotelu i resztę dnia spędziłem relaksując się w
basenie (który chyba też jest zasilany wodą z Pamukkale –
mają tu niezły system kanalików i przegród wodnych).
Zjarałem się po trochu z przodu i z tyłu. Z tyłu bardziej,
szczególnie w miejscach, gdzie nie sięgałem kremem.
Spokojny dzień, ale jutro już chcę się stąd ruszyć.
Jeszcze dopisek. Muszę naprawdę pochwalić mój hotelik –
Allgau Melrose. Atmosfera sielska, cisza, spokój, stoliki w
ogródku, basen, wentylator w pokoju (bardzo przydatny w
nocy) i to wszystko za 36zł ze śniadaniem!
2 lipiec. Pamukkale -> Marmaris
Dzisiejszy dzień to lekcja nieplanowania, a także tego, że nie
należy zawsze być upartym. Ale po kolei.
75
Rano oczywiście pływanie i śniadanie. Po śniadaniu
rozliczyłem się i ruszyłem w stronę Denizli busikiem. Autobus
do Marmaris miałem za 20 minut – o 11:30. Dobrze trafiłem,
tylko powiedzieli mi, że podróż będzie trwała 4 godziny –
olaboga!
Nudy w autobusie jak nie wiem. Faktycznie, o 15:30 byłem na
miejscu. O 16:00 odchodził prom na Rodos. Nie wsiadłem do
taksówki tylko poszedłem pieszo. Nie miałem pojęcia, w którą
stronę się kierować. Wyszedłem na bulwar nad wodą i
szukałem portu. Oczywiście na próżno – nie zdążyłem przed
16:00. Zły jak pies siedziałem cały mokry od potu w parku.
Pierwszy raz przeklinałem po polsku od czasu opuszczenia
kraju. Nie chciałem tu zostać, a jednak muszę. Liczyłem na
Rodos dziś – przeliczyłem się. Marmaris jest bardzo
turystyczne, pełno grubych Angielek i Niemek. Przelazłem
miasto ze złości w te i z powrotem. Znalazłem w końcu port i
zapłaciłem 45€ za bilet na jutrzejszy poranny prom. Wracając i
szukając informacji turystycznej zagadał mnie dziadek i
zaproponował hostel za 12 lirów. Poszedłem tam i jest w
porządku, mam gdzie spać. Kupiłem 3 piwa i 3 jabłka na
kolacje. Postanowiłem się dziś upić. Poszedłem w jakieś
ustronne miejsce i je wypiłem. Przespacerowałem się bulwarem
– już na spokojnie. Wrażenie ciągle jest takie same – miasto
turystów, nawet po zmiękczeniu się piwami. Jak najszybciej
stąd uciekać! Gadałem ze sprzedawcami dywanów i fajek
wodnych – dwie herbaty gratis.
Dzisiejszy dzień dał mi w pełni do zrozumienia jak nie warto
niczego planować, a także może czasem warto wziąć taksę –
może bym zdążył na tą ferę na Rodos? Nie wyszło, trudno –
mam zaliczone następne tureckie miasto.
Bym popisał jeszcze trochę, ale po tych piwach na czczo
wydaje mi się, że reszta nie będzie do rozczytania.
…
Właściwie to nie jest tak źle – spotkałem gościa z Göreme –
Dave’a i pijemy piwo…
76
3 lipiec. Rodos
Razem z Davem rano zjadłem śniadanie (co ciekawe nie
zapłaciłem za nie) i wsiadłem do autobusu, który zawiózł mnie
i innych do portu (również nielegalnie). A co tam, musiałem się
trochę odgryźć za wczoraj.
Procedura ładowania się na prom uświadomiła mi, jak
bezsensowne było wczoraj moje zdenerwowanie. I tak bym nie
zdążył. Na pół godziny przed wypłynięciem promu nie
przyjmują już nikogo do odprawy. To dopiero była by skucha,
jakbym zapłacił za taksówkę z dworce do portu i zobaczył
zamkniętą bramkę. Nieważne, to było wczoraj…
Jazda katamaranem była niesamowita, część podróży spędziłem
na zewnątrz, na dziobie statku. Pęd powietrza, podskakiwanie
na falach – wszystko było tak, jak sobie wymarzyłem.
Po dotarciu na Rodos – inny świat! Wszędzie ceny na półkach,
zdążyłem się od tego odzwyczaić. Ale też drożyzna. Hostel –
8€ i żadnych rarytasów. Ale jest nieźle usytuowany, bo w
środku starego miasta Rodos, które zachwyca, jak mało które.
Pełno ciasnych uliczek, przejść i ukrytych tawern. Istny
labirynt. To coś dla mnie, już widzę jak z przyjemnością się tu
zgubię. Ale najpierw poszedłem z Davem do portu pobrać
rozkłady promów na dalszą podróż. Niestety, w niedzielę
wszystkie budki zamknięte.
Dave’a poznałem jeszcze w Kapadocji, ale wtedy nie mieliśmy
okazji długo rozmawiać, tylko razem z innymi, pijąc piwko.
Teraz dowiedziałem się, że zaczął swoją podróż w Indiach,
gdzie miał być miesiąc, a spędził tam prawie pół roku. Potem
wracał przez Pakistan, niestety jako Brytyjczyk nie dostał
Irańskiej wizy, więc przeleciał bezpośrednio do Turcji i tu
powoli kieruje się na zachód – do domu. Jest starszy ode mnie
sporo, zbliża się chyba do czterdziestki, ale nie widać tego z
wyglądu, raczej z jego opowieści. Dwadzieścia lat temu był na
Rodos i zatrudnił się jako pomocnik w odnawianiu jakiegoś
starego jachtu w marinie. Mieszkał i pracował na nim ponad 2
miesiące. Od tego czasu ponoć wszystko się zmieniło na
wyspach greckich – szczególnie umasowienie turystyki
77
przyczyniło się do tego. Cóż począć, trzeba w takim razie
odwiedzać te miejsca, bo nie wiadomo jak będą wyglądać za
następne 20 lat.
Po obiedzie poszedłem sam trochę pozwiedzać. Wykąpałem się
wreszcie w Morzu Śródziemnym. Słono, ale woda ciepła.
Rodos, jako miasto ma dwie fajne plaże – pierwsza, na
wschodzie nie ma fal, na plaży ustawiono gęsto parasolki i
leżaki. Druga, po zachodniej stronie cypla jest atakowana przez
fale i wieje tam całkiem nieźle. Ja wybrałem oczywiście tą
drugą, bo co to za morze bez fal. Wykąpałem się i wyschnąłem
na leżaczku.
Dalej zwiedzałem miasto. Odkryłem tanią wypożyczalnię
skuterów,
jednodniowe
wycieczki na Tilos (tam jest
Jan, ten z rowerem poznany w
Istambule). Zjadłem sobie
grosa.
Wieczorem
poszliśmy
z
Davem na piwo. Było drogo i
mocno dyskotekowo, więc
pokręciliśmy się trochę i
wróciliśmy do hotelu. Dobrze
być znowu w „normalnym”
europejskim kraju, ale jednak
mimo wszystko w Turcji było ciekawiej, a przede wszystkim o
wiele taniej.
4 lipiec. Rodos
Jeszcze wczoraj wieczorem rozmawiałem z Davem na temat
wypożyczenia skutera. Dogadaliśmy się, że lepiej będzie
wypożyczyć samochód, 35€ za dobę plus własne paliwo nie
wyglądało źle.
Rano, szukając spożywczaka kupiłem bilet na prom na wyspę
Santorini (na pojutrze), oddałem rzeczy do pralni (oj, należało
im się) i wróciłem do hostelu skonsumować zakupy. Poznałem
parę z Danii, Tinę i Rino, pogadaliśmy trochę i okazało się, że
78
też są chętni na wycieczkę samochodem. Świetnie, we czwórkę
to już w ogóle tanio wyjdzie. Ale zrobiło się już późno, więc
przełożyliśmy całą wycieczkę na jutro, aby mieć samochód od
wczesnego ranka na cały dzień.
Dave poszedł na plażę, Tina i Rino pozwiedzać zabytki w
Rodos, a ja, bez planów, postanowiłem nie brać nic oprócz
kąpielówek i drobnych i wyjść na miasto. Coś się wymyśli.
Po drodze zobaczyłem dworzec (?) autobusowy. Kupiłem sobie
bilet do Afantou. Wsiadłem i… zasnąłem jak dziecko.
Obudziłem się niewiadomo gdzie, ale co tam, jadę dalej, bo
widoki są ładne. Jadę już tak prawie godzinę – dobrze, że
miałem mapę, więc po nazwach mijanych miejscowości
zorientowałem się gdzie jestem. Raczej przespałem Afantou,
ale to nic nie szkodzi. Chciałem pospacerować sobie po plaży,
a tu ich nie brakuje. Ostatecznie wylądowałem w Lindos.
Ładne, malutkie miasteczko, białe domki – na górze zamek
Joannitów. Postanowiłem nie wchodzić do miasteczka, bo
prawdopodobnie jutro i tak przyjedziemy tu we czwórkę
samochodem. Ruszyłem na północ, czyli jakby z powrotem w
kierunku miasta Rodos – 50 kilometrów stąd. Koncept był taki,
aby cały czas iść wybrzeżem. Jednak akurat tu nie szedłem
plażą, tylko przeprawiałem się wzdłuż klifu, po skałach.
Widoki piękne, woda-kryształ 20 metrów niżej, aż kusiło, aby
tak skoczyć w otchłań ze skały. Szybko odgoniłem te – jakby
nie patrzeć – samobójcze myśli. Obszedłem tym klifem spore
wzgórze dookoła i wyszedłem na plażę w małej zatoczce.
Ładna, piaszczysta, zamieniała się w kamienistą w miarę
posuwania się naprzód. Nie nadawała się do długich spacerów.
Ale też sama nie była długa. Na końcu plaży – hotel. A ja
chciałem brzegiem, nie chcę obchodzić terenu hotelu na około.
Wszedłem jakby nigdy nic na teren hotelu. Minąłem basen,
leżaki pełne zalegających turystów. Cały ośrodek okupowany
przez Włochów. Nikt mnie nie zatrzymywał, ani nie pytał o nic.
Za hotelem była jakaś siatka i tabliczka, ale zignorowałem ją,
bo zobaczyłem zejście do morza i skały, przez które mogę się
przebić do widocznej z oddali długiej plaży. Idę. Podoba mi się
79
łażenie po skałach. Ostre, ciemne, prawdopodobnie
pochodzenia wulkanicznego. Kicam jak kózka. Woda jest tak
czysta, że widać podwodne skały daleko w głąb. Pięknie. Moja
ścieżka. Nikogo tu nie ma. Widzę jakieś betonowe odlewy i
zbudowany z nich falochron. Wchodzę na niego i widzę w
oddali żołnierza z bronią stojącego na straży. Ups! Teren
wojskowy? Tak mi popsuli moją ścieżkę? No nie! Muszę
zawrócić. Niepocieszony, wracam na teren hotelu i obchodzę
całkiem niemały teren wojskowy. Skubani, zajęli cały cypel i
spore skaliste wzniesienie na brzegu. Widać, że mają
wydrążone bunkry w skale. Spacer dookoła zajmuje mi trochę,
ale w rezultacie dochodzę do tej upatrzonej wcześniej plaży.
Ale, jakie rozczarowanie! Plaża kamienista na całej długości.
To nie dziwota, że jest tu tak pusto i mało tu hoteli. No cóż,
trzeba wracać do domu. Spacer po skałach jednak mnie trochę
wymęczył, a nie miałem ochoty na chodzenie po niewygodnych
kamieniach.
Wyszedłem na drogę, znalazłem przystanek. Jest rozkład, ale ja
nie mam zegarka. Pewnie jest koło szóstej, ale skąd mam
wiedzieć, czy autobus będzie za 5 minut czy za 1,5 godziny?
Wchodzę do pobliskiej tawerny, spytać się, która godzina.
Zgadłem, była szósta, kelnerki dzwonią na informację spytać
się, o której mam autobus, bo ponoć rozkłady na przystankach
są nieaktualne. Za 40 minut. Myślały, że się rozsiądę u nich, ale
nie mam kasy na rarytasy.
Podziękowałem i nie trzeba się chyba domyślać, poszedłem
łapać stopa. Jeszcze w Grecji nie próbowałem. I to na wyspie.
Muszę się przekonać jak to tu działa.
Droga ruchliwa, trochę postałem, ale zawsze długie czekanie
zostaje wynagrodzone. Zabrała mnie piękna dziewczyna,
Włoszka, pracująca na wyspie jako agent turystyczny.
Pogadaliśmy trochę. Miły głosik, piękny uśmiech i w ogóle
wszystko na miejscu. Mógłbym dla niej przeprowadzić się do
Włoch, a nawet choćby na Rodos.
Niestety jazda skończyła się, dziewczyna skręcała do
pobliskiego Kolimpos. OK., to ja dalej, byle do przodu. Jeśli tu
80
jest tak fajnie, że dziewczyny zabierają autostopowiczów to
nawet nie myślę o czekaniu na autobus. Łapiąc stopa
przejeżdża Suzuki z pięcioma dziewczynami. Machają do mnie
i coś krzyczą. Jejku, jak tu pięknie!
Niestety następne stopy były męskie. Jeden do Afantou,
odstawił mnie na postoju taksówek (hihi). Następny do Faliraki
- nie umiał po angielsku. Ostatni, młody grecki hip-hopowiec
wysadził mnie pod jedną z bram wjazdowych do starego miasta
Rodos.
Wieczór spędziłem pijąc piwko z Davem i Duńczykami,
przyjemnie i spokojnie.
5 lipiec. Rodos i Atos
O 8:30 zwarci i gotowi poszliśmy odebrać samochód.
Formalności, kluczyki i Hyundai Atos jest nasz na cały dzień.
Tankujemy i jedziemy malowniczą szosą wzdłuż wybrzeża do
Lindos. Ja prowadzę. W Lindos uciekamy od tłumu turystów w
jakieś spokojniejsze uliczki i jemy śniadanie. Po śniadaniu
Rino gna na górę, zobaczyć twierdzę, my krążymy po skałach
wokół wzniesienia. Spotykamy się przy samochodzie.
Teraz prowadzi Dave. Na początek trochę chaotycznie szuka
biegów w drzwiach i włącza wycieraczki zamiast
kierunkowskazów (Anglik) – potem jakoś już mu idzie.
Jedziemy oglądnąć monastyr w górach. Moni Ipsoni jest
cichutki i samotny. Aby wejść do środka, musimy przywdziać
stroje, ja mam krótkie spodenki
i koszulkę bez rękawów, więc
narzucam na nogi i ramiona
kolorowe szmatki. Tina mówi,
że wyglądam jak sygnalizator
na skrzyżowaniu.
Krótka wizyta w monastyrze i
parę zdjęć – jedziemy dalej.
Zaznaczona na mapie droga
prowadzi
do
innego
miasteczka. Droga staje się
81
kamienista, na pewno nie dla takiego samochodu jak nasz
Atosik. Ale co tam, podążamy w górę. Dave mówi, że to
byłaby dobra droga w Afryce. Parę rozjazdów i decyzji, w
którą stronę jechać wywozi nas na bród rzeczki. Cholera, miała
być jedna droga, a tu jakieś safari się zrobiło. Przekraczamy w
sumie dwa razy rzeczkę w różnych miejscach, nie znajdujemy
wyjazdu. Wreszcie po jakimś czasie spotykamy inny samochód
(para Niemców w środku), którzy prowadzą nas do wyjazdu z
tego drogowego labiryntu – z powrotem do Monastyru. Ja
jestem niepocieszony, wierzyłem, że uda się jakoś znaleźć
drogę. Dave, który prowadził, miał już dość, a Tina i Rino byli
przestraszeni, że zgubiliśmy się na dobre. Dojeżdżamy do
miasteczka Learma normalną drogą i odpoczywamy chwilkę.
Dalej ja prowadzę, szutrową drogą do Emponas. Reszta myśli,
że to znowu jakaś zła droga, ale (po kontrolnym zapytaniu
operatora koparki) dojeżdżamy do Emponas. Trochę mi też
ulżyło, bo w baku zostały tylko opary. Jemy obiad (ja wciągam
ogromną sałatkę grecką i pastitsio – najadam się do syta). Po
wizycie na stacji jedziemy dalej – na zachodnie wybrzeże.
Fotografujemy pasące się na plaży kozy – zachowując się
trochę jak japońscy turyści. Plaża jest super! Drobniutki
piaseczek i dzikie fale. Postanawiamy się zatrzymać, a ja po
chwili stwierdzam, że czas na kąpiel. Cudo! Rino też wskakuje
i razem bawimy się z falami przez moment. Dalej, drogą do
jakichś ruin – już zamknięte. No to znowu na północ – do
Doliny Motyli. Wstęp kosztuje 5€, ale nikt nie sprzedaje
biletów, więc zwiedzamy darmo. Rzeczywiście jest tu ogrom
motyli, jak siedzą na drzewach to są szare, jak latają – widać
ich piękne pomarańczowe skrzydła. Przyjechaliśmy chyba już
zbyt późno, bo większość już nie lata. Tylko wysoko, w
koronach drzew, gdzie dociera słońce dzieje się sporo. Setki
kolorowych skrzydełek mrugają w świetle słonecznym. Dave
przejmuje stery i wracamy do miasta Rodos. Po drodze
zatrzymujemy się i oglądamy zachód słońca.
82
Odstawiamy samochód i idziemy na piwo. Wrażenia mamy
spore, wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale zadowoleni z wyprawy.
6 lipiec. Rejs
Budzik dzwoni o 3 rano. Przez chwile nie wiem, o co chodzi.
Ah, tak – trzeba ruszać na prom. Dobrze, że wieczorem się
spakowałem, niedobrze, że nie zabrałem chleba z lodówki a
teraz kuchnia jest zamknięta. Ruszam na przystań. Wchodzę na
prom i szukam wygodnego miejsca do spania. W mesie
tłoczno, ludzie śpią na podłodze albo na kanapach. E tam, tu
nie jest fajnie. Wychodzę na zewnątrz i kładę się w śpiworze na
ławce. Zasypiam, gdy odbijamy od brzegu…
Przespałem wschód słońca, ale się nie martwię. Właśnie
dopływam do pierwszego przystanku – to wyspa Chalki.
83
Nawet się nie ruszam z ławki, pstrykam zdjęcie i zasypiam
dalej.
Około dziewiątej mijam Karpathos. Tu mam dwa przystanki.
Rozbudzam się, zwijam śpiwór i obserwuję ruch na przystani.
Pozornie to chaos, ale wszystko idzie bardzo sprawnie. Ludzie,
towary, ciężarówki, nawet karawan wjechał do środka, aby
wywieźć trumnę.
Wpływamy w cieśninę i tu następny przystanek – miasteczko
Fry na wyspie Kasos. Teraz spory kawałek na południe na
Kretę. Jem obiad i luzuję się na pokładzie. Statkiem powoli
buja… sielanka.
…
Muszę przyznać, że na pokładzie śpi mi się wyśmienicie, to
lekkie kołysanie pomaga mi chyba zasnąć. Obudziłem się w
jednym porcie na Krecie, potem trochę popatrzyłem na
krajobraz, znowu pospałem – pobudka w innym porcie. To
również jeszcze Kreta. Widać ogromne góry. 2500 metrów
patrząc z poziomu morza to sporo. Zdałem sobie sprawę, że
Kreta jest najbardziej na południe wysuniętym miejscem, w
jakim się znalazłem dotychczas.
…
84
Obudził mnie głód. Chyba już czas na kolację. Jeszcze 3
godziny jazdy do Santorini, powoli Kreta przestaje być
widoczna, a słońce jest już coraz bliżej horyzontu.
…
Na Santorini dotarłem już po ciemku. Wpływając do kaldery
widziałem setki światełek na krawędzi krateru. Kolorowy,
długi koralik. Widok w dzień musi być nieprawdopodobny.
W drodze na kamping poznałem Brazylijczyka – Fabrizio.
Kupiliśmy browary i poszwędaliśmy się trochę po stolicy
wyspy. O tej porze to jedna wielka dyskoteka.
7 lipiec. Santorini
Królewski ranek – najpierw basen (mają go na kempingu)
potem omlet na śniadako.
I następne spełnione marzenie – wypożyczyłem sobie skuter.
10€ za dobę. Wydałem jeszcze 4,50€ na benzynę, ale chyba nie
sposób tyle spalić.
Byłem w Arkhea Thira, na trzystumetrowym wzgórzu –
znajdują się tu ruiny dawnego miasta sprzed dwóch tysięcy lat.
Wjechałem skuterem najwyżej, jak się dało – jak szaleć to
szaleć. Z góry widziałem tak zwaną czarną plażę z gorącymi
kamykami pochodzenia wulkanicznego. Nie mogłem sobie
odmówić. Ale cudnie. Woda czysta, rybki, glonojady i małe
85
skałki. Dobrze, że wziąłem ze sobą okulary pływackie.
Moczyłem się chyba z godzinę. Potem pojechałem do
Megalochorii, wbrew nazwie – malutkiej, przytulnej wioski z
wąskimi białymi uliczkami, następnie na południowy cypel
zobaczyć latarnię, która wczoraj wieczorem witała mnie jak
płynąłem promem. Zjechałem na Kabia Beach (droga szutrowa,
więc mało ludzi) i postanowiłem tam zjeść obiad –
Souvlaki. Odkopana wioska z czasów wybuchu wulkanu była
już zamknięta, więc objechałem całą wyspę na drugi koniec.
Tam przejechałem cudowne miasteczko Oia, zjechałem do
porciku i znalazłem ścieżkę wiodącą do wspaniałego miejsca.
Kąpało się tam parę osób. Istne akwarium, jeszcze ładniej niż
na czarnej plaży. Znowu godzinę spędziłem w wodzie,
podziwiając podwodne żyjątka.
Wieczór spędziłem na polu, poznałem Polkę, Izę, pracującą w
barze na kempingu. Miło było pogadać po polsku pierwszy raz
od pięciu tygodni.
8 lipiec. Santorini
Rano rutynowo – kąpiel i śniadanko. Pojechałem oddać skuter
do centrum, przynajmniej nie musiałem podchodzić pod górkę.
Kupiłem wycieczkę na wulkan i gorące źródła.
Sam wulkan to w sumie porażka, niby jest czynny, ale tylko
dymi się lekko siarka, za to widoki są księżycowe. Natomiast
gorące źródła to było to! Trzeba wyskoczyć z jachtu, który
86
cumuje jakieś 200 metrów od brzegu i popłynąć do małej
zatoczki. Woda robi się w miarę wpływania do środka coraz
cieplejsza, bardziej mętna. Wreszcie nabiera całkiem
czerwonego koloru. Wydobywają się bąbelki i można
usmarować się czerwonym błotkiem z dna. Przyjemnie.
Po powrocie do portu wyjechałem kolejką na górę. Nie chciało
mi się drugi raz czuć oślego gówna na ścieżce (schodziłem nią
rano), nie miałem również ochoty na wjazd osłem. Porobiłem
zdjęcia w miasteczku i wróciłem na kemping. Poznałem jeszcze
Asię, koleżankę Izy. Obie przez trzy miesiące będą tu
pracować.
…
Spakowałem się na prom.
Już płynąc usłyszałem znajomy język i poznałem parę Polaków
– Pawła i Kingę – z Rzeszowa. Na wspólnych opowieściach
minęła nam wyspa Ios i Naksos. Teraz dopływamy do Paros,
ale idziemy już spać. Rano – Pireus.
9 lipiec. Ateny -> Meteory
Budzi mnie wycie głośnika i rozmowy ludzi. Tam smacznie mi
się spało, na samej rufie pod gwiazdami. Nie wierzę, że już
dopływamy, sprawdzam czas – faktycznie 5:25. Z mozołem
zwijam śpiwór – Polaków już nie ma.
87
Paweł spotyka mnie w kiblu, gdzie staram się oprzytomnieć
chłodząc twarz zimną wodą. Dopłynęliśmy. Teraz trzeba się
jakoś z tego miasta wydostać. Nie mam czasu na Ateny tym
razem, za cztery dni muszę być w Rzymie.
Spytałem się strażnika, jak dojechać do dworca autobusowego.
Metrem, a potem autobusem, który muszę znaleźć. OK.
Jadę z Kingą i Pawłem metrem, żegnamy się, ja wysiadam –
oni jadą dalej. Wychodzę na powierzchnię – jestem na jakimś
placu. Pytam policjanta – jak dojść do autobusu numer 51.
Policjant pyta sklepikarza, sklepikarze gadają coś między sobą,
podchodzi klient – też coś rozmawiają, policjant odchodzi –
rozmowa zamilkła. Nic się nie dowiedziałem. Pięknie. Wielkie
miasto – typowe zachowanie – nikt nic nie wie. Ale po
Bukareszcie i innych dużych miastach jestem uodporniony na
oschłość lokali. Nie martwię się, mam cały dzień na dotarcie do
Meteorów – jakoś pójdzie. Jest to świetna metoda na wszystko.
Znajduję przystanek linii 51, korzystając z mapki, którą znaleźć
można na każdym przystanku. Wsiadam i ruszamy. Podchodzę
do kierowcy, aby kupić bilet – odpowiada, że bilety są w
kiosku. Wspaniale, tylko o tej porze wszystkie kioski są jeszcze
zamknięte! Jadę na gapę na końcowy, który okazuje się
dworcem autobusowym. Pytam w informacji o autobus do
Meteorów – okazuje się, że jednak to nie ten dworzec. Kurde,
następny Bukareszt. Nie mogą zrobić jednego, centralnego
dworca? Ale pani daje mi karteczkę z adresem tego drugiego
dworca i sugeruje mi wzięcie taksówki. No, jeszcze tak
zdeterminowany to nie jestem. Zresztą na karteczce jest
napisane, że można dojechać autobusem 420. No to w drogę,
do kiosku po bilety. Kupuję od razu dwa, aby znów nie jechać
na gapę. Pytam kioskarza, gdzie jechać, aby znaleźć linię 420.
Okazuje się, że ten autobus odjeżdża z dworca, muszę tylko
kawałek przejść na inny przystanek. I potrzebuję tylko 1 bilet.
Kioskarz zabiera mi ten drugi i oddaje kasę.
Jakież trafne wydaje się w tym miejscu powiedzenie, „kto pyta
– nie błądzi”. Trzeba dodać – „ i nie buli frycowego za
taksówki”. Autobus wywozi mnie na właściwą ulicę, ale
88
dworca nie widać. Pokręciłem się trochę, popytałem mniej lub
bardziej pomocnych ludzi, aż wreszcie trafiłem. Jest drugi
dworzec. Trochę mniejszy, niż ten poprzedni. Wpadam do hali,
w informacji nie ma nikogo. Za chwilę wychodzi naprzeciw
mnie jakiś facet:
- Where u go?
- To Meteora
- Come fast, ticket 21€. Bus go now, 8 o’clock.
Jest 7:59. Szybko płacę za bilet, facet pokazuje mi, który to
autobus. Ładuję bagaż, wsiadam i momentalnie ruszamy. Czy
można mieć więcej szczęścia? Załatwiłem Ateny po królewsku,
bez cienia stresu. Za parę godzin będę w Meteorach.
Tradycyjnie w autobusie, po chwili wpadam w objęcia snu.
…
W miejscowości Trikala miałem przesiadkę, ale do tego
samego autobusu (wiem – dziwne). Zagadałem gościa, który
okazał się Amerykaninem wyznania grecko-katolickiego. Jamie
jedzie do Meteorów zapoznać się z mnichami, przenocować w
monastyrze i porobić parę zdjęć ukradkiem dla swoich
studentów. Jakaś cząstka mnie podpowiadała, abym pojechał z
nim, spróbował również przenocować w monastyrze. Ale tym
razem wygrało zmęczenie podróżą, potrzeba prysznica,
jedzenia i snu.
To też uczyniłem, na kempingu Vrachos we wiosce Kastraki.
Wieczorkiem połaziłem trochę po okolicy, wlazłem na jakąś
skałę i podziwiałem zachód słońca. Jutro wyprawa do
monastyrów.
10 lipiec. Meteory
Zacząłem rano, ale od zonka. Na mapie pomylili oznaczenia
monastyrów. Ruiny były oznaczone jako działające i
odwrotnie. Chciałem zobaczyć, jak się okazało, ruiny. Wstęp
wzbroniony.
Po jakimś czasie dotarłem do pierwszego z 7 czynnych
monastyrów. Wchodzi się po stromych schodach, ale warto.
Byłem dość wcześnie, więc nie zapłaciłem za bilet. Agios
89
Nikolaos, czyli monastyr św. Mikołaja. Piękne freski w środku,
datowane na 1527 rok.
Potem stroma ścieżka do góry
i
słynny
monastyr
Metamorphosis
–
czyli
Megalo
Meteoro.
Tam
spotkałem Pawła i Kingę!
Kupili wycieczkę i strasznie
się spieszyli, bo mieli mało
czasu. Cóż – turystyka
masowa. Następnie byłem
jeszcze w Varlaam. Jest to
pierwszy monastyr ze wszystkich i nosi imię ascety, który
spędził na tej skale 7 lat. Nie ma co, nieźle rozruszał biznes 500
lat później.
Odwiedziłem jeszcze trzy pozostałe monastyry i poszedłem w
dół do miasteczka Kalambaka. Nie zobaczyłem tylko jednego,
najbardziej odległego monastyru – Ypapantis – jest pretekst,
aby tu wrócić.
Porobiłem sporo zdjęć, niestety w połowie filmu skończyły się
baterie a z nowymi coś się blokowało, więc musiałem do
zwinąć do połowy zrobioną rolkę slajdu. Pieprzone aparaty!
Założyłem ostatni kolorowy negatyw. Slajdy już wyszły – mam
jeszcze trzy rolki czarno-białe.
90
11 lipiec. Meteory -> Igoumenitsa
Chciałem opuścić Grecję w dobrym stylu – to jest autostopem.
Miałem na to cały dzień, bo dowiedziałem się, że prom do
Brindisi we Włoszech odchodzi dopiero późno w nocy.
OK., więc stoję za miasteczkiem Kalambaki. Trochę mi się
schodzi, a słoneczko przygrzewa mocno. Ale wiem, że czekam
na odpowiednią osobę, więc na luzie sobie macham. Słyszę
trąbienie z tyłu. Znowu się zagapiłem i nie zauważyłem, że ktoś
się zatrzymał. Biegnę. Kobiety robią dla mnie miejsce w
samochodzie. Jadą do jakiegoś miasteczka po drodze – 70
kilometrów dalej. Jedna jest angielką, druga z Fracji. Droga
schodzi nam na pogaduchach. Jedziemy przez niezłe góry,
widać daleko, głębokie doliny. Wjechaliśmy dość wysoko,
krętą drogą. Kap, kap, och – to deszcz! Staram się
przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem deszcz. Tak, to było
jeszcze w Bułgarii, jakieś trzy tygodnie temu… Kobiety
wysadzają mnie na jakimś postoju dla Tirów. Jakoś mi nie idzie
łapanie stopa tutaj, więc postanawiam się przejść. Idę wzdłuż
drogi. Chmurzy się – chyba będzie padać. Postanowiłem
odpocząć na pobliskim uciętym pniu drzewa. Zaczęły padać
pierwsze krople. Dobrze, że jestem pod drzewem. Po chwili tak
już leje, że znikł mi całkiem widok na dolinę. Niestety, moje
drzewko zaczęło przemakać. No ładnie, środek Grecji, a ja
sięgam po przeciwdeszczówkę! Przeczekałem ulewę. Koło
mnie zaczął płynąć strumyczek, wcześniej go nie było.
Wychodzę spod drzewa się wysuszyć, spodnie mam mokre,
plecak też. Słońce już świeci, po ulewie prawie nie ma śladu.
Droga schnie, strumyczek zanika…
Jednak to, że tu przyszedłem, zmokłem i teraz tutaj stoję miało
jakiś sens. Zatrzymuje się stary Opel Kadett. Nie łapałem go,
sam się zatrzymał. Wyskakuje młoda dziewczyna i chłopak
kierowca. Pytają, dokąd zmierzam. Odpowiadam, że w stronę
morza. Po chwili, już z nimi jadę. Christos ma długie dredy i
brodę, Joanna, jego dziewczyna – zwiewną sukienkę i pełno
91
różnych koralików i ozdóbek na rękach, stopach i we włosach.
Okazuje się, że jadą do Lecce we Włoszech i przeprawiają się
tym samym promem, co ja!
Dużo rozmawiamy po drodze. Zatrzymujemy się na kawę koło
miasta Ioannina. Jest malowniczo położone, nad jeziorem
wciśniętym we wzgórza. Obserwujemy je z tarasu tawerny z
góry, musimy tam zjechać serpentyną.
Christos studiował historię i architekturę, pyta mnie czy nie
chciałbym zwiedzić miasta. Czemu nie? Parkujemy w centrum
i idziemy zwiedzać. Christos opowiada mi historię o Baszarze
Alim, który stworzył z obecnej Albanii i tych terenów własne
państwo, sprzeciwiając się Sułtanowi. W Ioanninie zbudował
fort, zamek i oczywiście parę meczetów. Dwa z nich, oraz
mury obronne miasta zachowały się do dziś, można po nich
chodzić za darmo. Poszwędaliśmy się trochę. Joanna ma w tym
mieście sporo znajomych, bo tu studiuje. Generalnie super
wypad – darmowa turystyka.
Dalsza droga nad morze
zleciała nam na gadkach o
wszystkim: polityka, ludzie,
podróże,
ekonomia,
historia,
alkohole…
Dotarliśmy
przed
wieczorem,
kupiliśmy
bilety na prom i dalej
toczyliśmy dysputy na
nadmorskiej promenadzie.
Od nich dowiedziałem się o
zamachach w Londynie parę dni temu. Straszne!
Rozmawialiśmy również na temat terroryzmu.
Czekając na przystani w kolejce zobaczyłem samochód na
rumuńskich blachach. Bez wahania podszedłem: „Buna seara!”,
i nawijam. Chciałem wymienić moje nieszczęsne 1 milion
lirów na Euro. Początkowo nie chcieli, ale jak im trochę
poopowiadałem, gdzie w Rumunii byłem i co robiłem –
zgodzili się! Dostałem 25€. Raczej zrobiłem dobry interes.
92
Po załadowaniu się na prom byliśmy już strasznie zmęczeni.
Nie było ławek na zewnątrz, tylko krzesła, więc urządziliśmy
sobie miły kącik w mesie. Przez okno zobaczyłem, że
płyniemy, padłem, jak kafka zaraz po tym.
12 lipiec. Bella Italia
Rano obudziło mnie wycie telewizora. Christos mówi, że
jeszcze z godzina drogi – widać już włoskie wybrzeże.
Odświeżyłem się i wychodzę na pokład popatrzeć jak powoli
zbliżamy się do portu. Spory industrial, widać dużą elektrownię
i fabrykę chemiczną. Postanawiam pojechać z nimi dalej, do
Lecce, trochę w przeciwnym kierunku niż Rzym.
Podczas kontroli granicznej (niby Schengen, ale po zamachach
wznowiono kontrole) włosi pytają czy jesteśmy artystami
ulicznymi. Nieźle musimy w trójkę wyglądać.
W Lecce żegnam się z Christosem i Joanną niedaleko dworca,
może się spotkamy gdzieś w mieście? Wchodzę na dworzec i
dowiadując się, że za półtorej godziny mam bezpośredni
ekspres do Rzymu nie ryzykuję wyjścia do miasta. Zresztą z
plecakiem nie chce mi się łazić, a tu nie ma przechowalni
bagaży. Kupuję kanapki w pobliskiej paninotece i czekam na
pociąg.
…
Jestem mile zaskoczony jakością włoskich pociągów. W środku
klima, każde siedzenie ma rozkładany stolik i kontakt
elektryczny. Mkniemy dość szybko. Dojeżdżam właśnie z
powrotem do Brindisi. O szóstej wieczorem pewnie będę w
Rzymie.
Spodziewałem się jakiejś kanapki albo batonika, jak w PKP, a
tu nic. Z drugiej strony chętnie zrezygnowałbym z tych
batonów w PKP, na rzecz choćby cząstki takiego komfortu.
…
W Rzymie – rewelacja! Z peronu odbiera mnie Ela, kiedyś
byliśmy sąsiadami z tej samej ulicy. Teraz ona mieszka i
pracuje w Rzymie. Szybciutko do mieszkania (5 minut na
93
piechotę od dworca Termini), tam prysznic, jedzonko i
wychodzimy na miasto.
Ela bardzo fajnie opowiada, można rzec, że miałem swojego
indywidualnego przewodnika. Colloseum, Foro Romano,
Kapitol (tam trafiliśmy na próbę pokazu mody), Ołtarz
Narodów. Wszystkie te miejsca są przepiękne. Robią wrażenie
szczególnie o tej porze, oświetlone po zmroku. Potem Plac
Świętego Piotra. Tak, przekroczyłem jedną nogą Watykan –
plac niestety był zagrodzony ze względu na wydarzenia w
Londynie. Jest tu tyle do zwiedzania, że chyba nawet tydzień
by nie wystarczył. Wracamy koło północy Pełno ludzi na
ulicach, niektórzy tańczą na chodnikach. To miasto żyje!
Wspaniała atmosfera. Dlaczego już jutro muszę wyjeżdżać?
Rozmawiamy z Elą do późna. Kładę się około drugiej. O piątej
pobudka. Czemu?!
13 lipiec. Rzym -> Berlin -> Szczecin
Ela rano odprowadza mnie na pociąg jadący na lotnisko.
Zdzierają za bilet 9,50€. Ale to i tak najtańszy sposób dotarcia
na Fiumicino. Zdałem bagaż (19kg razem z dwoma winami,
jakoś już nie czuję tego ciężaru na plecach), prześwietliłem się i
czekam na samolot.
Podczas lotu pierwszy raz widziałem Alpy z góry. Piękne.
Śnieg na lodowcach, miasteczka w dolinach. Całe Alpy
przeleciałem w 10 minut. Z lotniska do domu zabrali mnie
rodzice – samochodem.
Tak oto, po sześciu tygodniach i trzech dniach, zakończyłem
moją pierwszą dużą podróż.
94
Epilog
Z perspektywy ciepłego domu, swojego łóżka, wygodnego
krzesła i mojego komputera, przed którym teraz siedzę, moja
podróż wydaje się czymś abstrakcyjnym, wręcz szalonym.
Robiąc korektę, szczególnie interpunkcyjną dziennika czytałem
go jeszcze raz i czasami wydawało mi się, że to, co przeżyłem
było tylko snem. Ale jednak są to rzeczywiste wspomnienia,
których nikt mi nigdy już nie odbierze.
Zmieniły się priorytety w moim życiu, na wiele spraw potrafię
popatrzeć z innej perspektywy. Wcześniej dążyłem do
szczęścia, którego szczytem było posiadanie samochodu, domu
i może jachtu, a jedyną drogą to jego osiągnięcia była wytężona
praca. Teraz szczęście potrafię znaleźć idąc drogą, czując wiatr
we włosach lub zanurzając twarz w strumyku.
„Podróże kształcą” – to znany wszystkim slogan. Na pewno to
w jakimś sensie prawda, ale pytanie pozostaje, co faktycznie
kształcą? Moim zdaniem kształcą osobowość każdego, kto
podróżuje. Nauczyłem się przede wszystkim tolerancji. Rumun
– to od teraz dla mnie równy gość i przyjaciel, a nie cygan
żebrzący na ulicy. Turek, to bardzo gościnny człowiek zawsze
uśmiechnięty, a nie oszust, który wciśnie ci stary dywan.
Przykłady można mnożyć.
Podróż – to ludzie. Wyjechałem z myślą, aby zobaczyć inne
kraje, popodziwiać krajobrazy czy wreszcie wykąpać się w
ciepłym morzu. Ale tak naprawdę dopiero pod koniec
zrozumiałem, że największą wartością wyniesioną z mojej
tułaczki byli poznani ludzie. Mieszkańcy krajów, którzy mnie
gościli w swoich domach, kierowcy pojazdów, którzy
podwozili mnie autostopem oraz inni podróżnicy spotkani po
drodze, dzielący ze mną tą samą pasję. Ich twarze, rozmowy i
uśmiechy będę pamiętał dłużej, niż kosmiczną scenerię
Kapadocji.
95
Kiedyś, jeszcze podczas pracy w Warszawie, zastanawiałem się
głośno nad jakimś wyjazdem (przypuszczalnie w góry, na
snowboard). Wtedy jeden z moich kolegów powiedział:
„Pamiętaj, że za 10 lat będziesz żałował każdej, najmniejszej
nawet szansy, którą zmarnowałeś bardziej niż tej, z której nic
nie wyszło”. Polecam to, jako napis na koszulkę.
Podsumuję moje trochę nieskładne wypowiedzi jednym
zasłyszanym zdaniem: „Życie jest krótkie, więc podróżuj
więcej!”
96