Wstęp - Słowo i myśl

Komentarze

Transkrypt

Wstęp - Słowo i myśl
Wstęp
Niedziela, ostatnie minuty przed początkiem
nabożeństwa, w drzwiach wejściowych pojawia się
nieznana twarz. Twarz zdaje się w popłochu szukać
czegoś przy wejściu. Jeśli w poszukiwania włącza
się też ręka, obcy rozpoznany jest błyskawicznie.
Jeśli po zrobieniu paru kroków przyklęknie, obcość
jest niemal pewna. A jednak tak w naszym kościele
wyglądają pierwsze minuty wielu polskich luteranów. Kiedy więc obcy staje się swój?
W Europie zadajemy to samo pytanie wobec przybywających z całego świata imigrantów,
którzy szukają tutaj lepszego życia. W odpowiedzi
wyliczamy akceptację naszych wartości, znajomość
naszego języka i poczucie więzi ze społeczeństwem
(czyt. z nami). Być może to właśnie w kondycji imigranta powinniśmy szukać obrazu naszych konwertytów, luteranów, którzy do naszego kościoła przyszli
z zewnątrz. W ludziach, którzy jak konwertyci robią
to, co Szymon Samoraj w swoim tekście nazywa
społecznym skokiem na głęboką wodę.
Ich historie są rozmaite. Dla jednych poczucie
obcości we własnym Kościele staje się impulsem do
poszukiwań na zewnątrz. Dla innych decydujące
okazuje się to, co widzą w luteranizmie. Kiedy obcy
staje się swój? Z czasem. I nie ma w tym nic dziwnego. Rozumie to chyba każdy, kto zna doświadczenie uczenia się czegoś od nowa, w zupełnie nowym
miejscu, kto przez lata uczył się obcego języka, by
z czasem poczuć, że mówi nim swobodnie.
Zresztą, skaczą nie tylko oni, konwertyci.
Skacze też Kościół, my. Nasze bycie Kościołem
to zdolność skoku w nieznane, ukryte w każdym
innym. Pierwszy komentarz Lutra w Małym Katechizmie, którego znajomości oczekujemy od naszych konwertytów, brzmi tak: powinniśmy Boga
nade wszystko bać się, miłować Go i ufać Mu. Żeby
skoczyć, tyle wystarczy.
Romuald Długosz
Redaktor naczelny
-1-
Spis treści
WSTEP Temat numeru: Konwersja
„Dziki”, „oswojony”, „swój”? O konwersji słów kilka
Szymon Samoraj Matka Ewa – kiedy wyznanie staje się wyzwaniem
Anna Seemann-Majorek Jestem konwertytą... „Twarde lutry” i konwertyci
Andrzej Idon -2-
1
4
8
10
11
Historia
Klejnoty koszalińskiej katedry
Krystyna Rypniewska Kobiety i reformacja na Pomorzu Zachodnim (I)
Małgorzata Grzywacz 15
Społeczeństwo
Co to jest prawo wyznaniowe?
Jakub Cupriak 19
religia
Czy nadzieja jest nam potrzebna? Teologia nadziei – Jürgen Moltmann
ks. Karol Niedoba 22
Z kroniki Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego 25
konferencje
Kobiety i reformacja
Małgorzata Grzywacz Kobiety w społecznościach Kościołów ewangelickich
Maria Drapella 28
warte polecenia
Anioł i skrzypce
Joanna Rączkowiak
Znieście tolerancję! Pozbądźcie się strachu przed dyskusjami i debatami!
Lena Gorelik 37
38
listy do redakcji 40
informacja 43
-3-
12
30
Temat numeru:
Konwersja
„Dziki”, „oswojony”, „swój”?
O konwersji słów kilka
Szymon Samoraj
Lata 70. ubiegłego stulecia na Górnym
Śląsku to okres gwałtownego rozwoju – rozbudowa infrastruktury, powstawanie nowych
i rozwój już istniejących zakładów przemysłowych (zwłaszcza kopalń węgla kamiennego).
Wraz z ogromną liczbą inwestycji powstawały tysiące miejsc pracy. Nic dziwnego, że
w tamtym czasie przybyły na Górny Śląsk
rzesze pracowników z innych, mniej perspektywicznych zakątków kraju. Przyjechali
tu oni za chlebem, w poszukiwaniu własnej
„ziemi obiecanej”. I choć zwykle znajdowali
to, czego szukali, znaleźli się w zupełnie nowej
dla siebie sytuacji. Jako ludność napływowa,
nowa i nieznana, często traktowana z dystansem i nieufnością przez rdzennych Ślązaków,
musieli funkcjonować w środowisku, które nie
było „ich”. Między „swoimi” (autochtonami)
i „obcymi” (przyjezdnymi) często dochodziło do konfliktów. Wprawdzie z czasem coraz
częściej obie grupy przenikały się nawzajem
(choćby za sprawą małżeństw), ale przybyszom z zewnątrz zawsze towarzyszyła etykieta
„gorola” (w najlepszym razie „oswojonego”).
Dopasowanie się do nowych realiów życia moglibyśmy określić mianem konwersji.
Dziś to pojęcie kojarzymy głównie z procesem
informatycznym, a w sferze społecznej – ze
zjawiskiem natury duchowej, religijnej.
Czym właściwie jest konwersja?
W przypadku pojęcia konwersji, podobnie jak w przypadku innych zjawisk społecz-
nych, mamy do czynienia z dużą ilością ich
interpretacji i definicji. Źródeł samego określenia należy szukać w łacinie: conversio oznacza
skręt, zmianę, przewrót. I na tym poziomie
ogólności panuje zgoda – konwersja jest daleko
idącą zmianą, swoistym przewrotem w życiu
człowieka. W Słowniku języka polskiego znajdujemy – wśród różnych innych – znaczenie
religijne: „zmiana wyznania w obrębie wyznań
chrześcijańskich” (jeszcze w wydaniu z 1988
roku widnieje uzupełnienie w duchu stereotypu Polaka-katolika: „zwłaszcza przejście na
katolicyzm”). Dopiero później formułowane
jest szersze znaczenie społeczne: „gwałtowna
zmiana światopoglądu jednostki lub grupy”.
W innych językach termin ten – w sensie religijnym – odnosi się do jakiejkolwiek zmiany przynależności wyznaniowej, z reguły ma
też wydźwięk pozytywny (zastąpienie złego,
opartego o fałszywe reguły światopoglądu na
lepszy, prawdziwszy), bywa też utożsamiane
z pojęciem nawrócenia. Mamy więc do czynienia z głęboką i radykalną zmianą sposobu życia, obejmującą wszystkie jego aspekty
i zmieniającą położenie jednostki względem
otoczenia. Co ważne, o konwersji mówimy
nie w momencie rytuału przejścia (np. uroczystości w kościele), ale w momencie podjęcia decyzji o zmianie, jest to bowiem jej kluczowy moment. Konwertyta dokonuje oceny
dotychczasowego systemu wartości, zasad
kierujących jego życiem, dostrzega alternatywę i dokonuje wyboru. Biorąc pod uwagę
-4-
to, że po jednej stronie znajduje się styl życia
wpojony od dzieciństwa (a zatem bardzo mocno zakorzeniony w świadomości), z drugiej
zaś – nie do końca możliwe do przewidzenia
konsekwencje, jest to decyzja niezwykle trudna i wcale nie oczywista. Wybór między tym,
co być może niewłaściwe, ale jednak „swoje”
i pozbawione tajemnic, a tym, co lepsze, ale
jednak „cudze” i nowe, wymaga dużej odwagi
i samozaparcia – to społeczny „skok na głęboką wodę”.
Na krawędzi
Choć o konwersji mówimy dopiero
w momencie decyzji, trudno sobie wyobrazić, by tak wielka rewolucja wybuchała bez
żadnej przyczyny. Co więc prowadzi naszych
„skoczków” na krawędź? Z reguły obserwujemy
rosnące rozczarowanie dotychczasowym modelem życia (czy to religijnym, czy społecznym)
z jednoczesnym pojawieniem się i wzrostem
zainteresowania jego alternatywnymi formami.
W zależności od tego, które czynniki dominują
przy podjęciu decyzji, mówimy o „popychaniu” (gdy o podatności na konwersję decydują
kwestie związane z sytuacją sprzed „skoku”)
lub „przyciąganiu” (kiedy decydująca jest atrakcyjność alternatywy). Oczywiście każdy człowiek – czy to rozczarowany, czy poszukujący
nowych przestrzeni społecznego funkcjonowania – proces podejmowania decyzji przeżywa indywidualnie, w różnym tempie i z różną
intensywnością. W każdym jednak przypadku
konwertyta staje w tym samym miejscu – na
krawędzi, z której rusza ten sam (ale już nie
taki sam) w zupełnie nową rzeczywistość. Brak
perspektyw, brak możliwości rozwoju, trudna
sytuacja finansowa – te i podobne powody przyświecały robotnikom szukającym na Górnym
Śląsku szansy na lepsze życie.
-5-
Konwersja to zmiana jakościowa
we wszystkich aspektach. W każdej konwersji zawiera się dążenie do poprawy, rozwoju,
odnalezienia lepszej drogi. Tylko taka perspektywa bowiem może człowieka pociągnąć do
tego rodzaju trudnej i rewolucyjnej decyzji.
Co jest za zakrętem?
Nieznane, tajemnicze, nowe… Co takiego
zmienia konwersja w życiu człowieka, który jej
doświadczył? Każdy, kto decyzję o konwersji
podjął lub ma konwertytę w gronie swoich
znajomych, może na tak postawione pytanie
odpowiedzieć na różne sposoby. Nigdy nie
dzieje się tak, że po konwersji nic się nie zmienia (wtedy nie ma mowy o jej doświadczeniu).
Zmiana wcale nie musi zresztą dotyczyć miejsca, w którym człowiek żyje – nieraz porusza
się on w tej samej przestrzeni, wśród tych samych ludzi, a jednak funkcjonuje już w inny
sposób, zajmuje w społeczeństwie inne miejsce, odgrywa inną rolę i jest zupełnie inaczej
postrzegany. Chłopak z centralnej Polski otoczony kolegami z podwórka nagle stawał się
pojedynczym robotnikiem w grupie Ślązaków,
którzy nie tylko znali się „od bajtla”, porozumiewali się gwarą, której nie rozumiał, a być
może oswajali obecność „innego”, dworując
sobie z jego nieporadności w „ich” świecie.
Jeszcze trudniejszy jest odbiór tak radykalnej zmiany w sferze duchowej. Wspomniany już stereotyp Polaka-katolika jest wciąż
w naszej narodowej tradycji bardzo solidnie
zakorzeniony. Wciąż jesteśmy społeczeństwem
tradycyjnym i wartości religijne towarzyszą
naszemu wychowaniu (i to niezależnie od wyznania) już od najmłodszych lat. Stąd też decyzja o zmianie przynależności wyznaniowej
jest trudna nie tylko dla podejmującej ją osoby
(to w końcu odrzucenie jednej z podstaw wychowania), ale też – a może przede wszystkim
– dla rodziny i najbliższego otoczenia; rodziny,
która nie chce i nie może zrozumieć motywacji
takiego kroku i która obawia się złośliwych
komentarzy. Wyrozumiałość i wsparcie to nadal postawy mało powszechne w takich sytuacjach. W skrajnych przypadkach mówimy raczej o odrzuceniu i osamotnieniu zmagającego
się ze swoim nowym położeniem konwertyty.
Bywa, że szok mija i nadwyrężone społecznym
„trzęsieniem ziemi” relacje odbudowują się,
nieraz – zahartowane w tej sytuacji – stają się
nawet silniejsze niż przedtem, nie wszystkie
jednak dają się całkowicie odtworzyć.
Reakcja otoczenia „opuszczonego” to jedna strona medalu. Po drugiej znajduje się grupa, do której konwertyta wkracza. Jej reakcja
również nie musi być jednoznaczna. Pozorna
otwartość i przychylność to nieraz fasada ciekawości, podejrzliwości i czujnej obserwacji
„nowego”. To reakcja znana i powtarzalna
w każdej grupie, która jest już wewnętrznie
zintegrowana, a do której dołącza ktoś z zewnątrz. Rozpoczyna się proces „oswajania
dzikiego”, w którym z „obcego” wśród „nas”
stopniowo przeistacza się on w „swojego”.
Po konwersji – wielkiej zmianie – następuje etap testu, sprawdzenia wytrwałości
w podjętym postanowieniu. I tu znowu dróg
jest kilka. Część na tym etapie gubi się, traci
pewność podjętej decyzji i wycofuje się – albo
wraca do grupy pierwotnej, albo marginalizuje swoją aktywność w nowej, by po pewnym
czasie ostatecznie zniknąć z pola widzenia.
Żeby utwierdzić siebie i/lub innych we własnym postanowieniu, niektórzy podejmują
wzmożoną aktywność, angażują się, „brylują”
w nowej grupie, aspirując do zajęcia miejsca
możliwie bliskiego centrum jej struktury.
Choć jest to postawa początkowo imponująca,
rzadko jednak długotrwała, z czasem bowiem
efekty stają się niewspółmierne do włożonej
energii, początkowy entuzjazm ustępuje rutynie i wypaleniu – niedawny lider opada z sił
i usuwa się w cień. Istnieje też droga zrównoważonego rozwoju, może mniej spektakularna
od poprzedniej, ale zdecydowanie od niej skuteczniejsza. Nie wymaga szaleńczego tempa,
-6-
wytężonego wysiłku, ale raczej systematyczności i sumienności. Przywiązanie i trwała
więź tworzą się w niej poprzez konsekwentne
i rzetelne działanie.
Całkiem nowy „ja”
Mówiąc o konwersji jako radykalnej i całościowej zmianie sposobu życia, zasad i wartości nim kierujących, a także roli odgrywanej
w społeczności (zarówno tej porzuconej, jak
i tej, do której się dołącza), musimy pamiętać, że nie jest to zjawisko z kanonu zachowań
społecznych. To „sport ekstremalny” – próba
świadomego zbudowania swojej nowej tożsamości, siebie od nowa także wobec nieznanej
dotąd grupy i to bez wykorzystania znanych
od dzieciństwa fundamentów. Na wstępie artykułu mówiliśmy o ludziach przyjeżdżających
za chlebem na Górny Śląsk (analogii można
by się doszukiwać w sytuacji współczesnych
młodych ludzi szukających swojej „ziemi obiecanej” w krajach zachodnioeuropejskich) – nie
wszyscy przybysze jednak na Górnym Śląsku
zostali. Część z nich wróciła „do siebie”, inni,
czy to wraz z rodzinami z głębi kraju, czy poprzez wejście do rodzin śląskich z czasem stali
się integralną częścią tej społeczności. I choć
niejednokrotnie była to prawdziwa próba
ognia, oswoili swoją obcość i swoje nowe
środowiska. Skoczyli na głęboką wodę i nie
utonęli – odnalazłszy się w nowej roli.
Choć konwersja to jednorazowa decyzja, nie można rozpatrywać jej tylko jako odosobnionego wydarzenia. Równie istotne jak
samo podjęcie decyzji (co ważne – samodzielne i suwerenne), są procesy przygotowujące
konwertytę do wykonania decydującego kroku i wdrożenie go w nową rolę w strukturze
społecznej. W obu przypadkach ważne jest
wsparcie, także to ze strony wspólnoty, której
częścią chce się stać konwertyta. Pamiętajmy
o tym, kiedy na przykład w naszej parafii pojawi się ktoś „nowy”.
Temat numeru:
Konwersja
Matka Ewa
– kiedy wyznanie staje się wyzwaniem
Anna Seemann-Majorek
Przez wiele lat pamięć o Matce Ewie była
skutecznie niszczona. Natomiast dziś budzi się
jak Feniks z popiołów. Wielu porównuje ją do
Matki Teresy z Kalkuty, podkreślając jednocześnie, że gdyby Ewa pozostała katoliczką – już
dawno wyniesiono by ją na ołtarze1. Jednak czy
wobec całego jej dzieła kwestia wyznania jest
aż tak bardzo istotna? Skąd wzięła się w Ewie
potrzeba zmiany? Czy doszło do tego wskutek
kategorycznego odrzucenia nauki Kościoła
katolickiego? Otóż nie.
Przypadek konwersji Matki Ewy wychodzi poza problemy wyznaniowe. Z analizy jej
wspomnień wynika, że nie szukała ona jedynej i słusznej racji Kościoła. Nie zastanawiała
się nad kościelnymi doktrynami, niczego nie
porównywała i nie dokonywała żadnej selekcji, szukając w Kościele miejsca dla siebie.
Młodziutka Ewa chciała natomiast znaleźć
sens życia, stawiała sobie wiele pytań natury
moralnej i etycznej. Jej konfirmację można
potraktować raczej jako symboliczny rytuał
przejścia, jako archaiczną formę zaakcentowania nadejścia Nowego: „To był początek nowego życia! (…). Wiedziałam jedno: że Jego już
wyrzec się nie mogę. (…) Pan objawił mi swoją wolę, odtąd należę do Niego!”2. Właściwie
B. Beckier-Kalicińska, Wspomnienie o Ewie, „Tygodnik
Krapkowicki” 2010, nr 46 (16).
2
Znamion charakterystycznych trzech faz obrzędu przejścia
można doszukać się w szczegółowo opisanych wspomnieniach Matki Ewy, zob. Ewa von Tiele-Winckler. Matka Ewa. 31 X 1866 – 21 VI
1930, [w:] Ostoja Pokoju. Bytom-Miechowice, Katowice 2002, s. 17-19.
1
jednocześnie młodziutka Ewa odkryła swoje
powołanie. Wczytując się w Księgę Izajasza3,
zrozumiała, co jest sensem i celem jej życia:
„Zbudziła się we mnie nowa, gorąca miłość
do biednych i cierpiących ludzi. Nagle otrzymałam nowe spojrzenie na bezmiar cierpienia
przepełniającego ziemię (…). Pojęłam, że nie
mogę żyć dla siebie, gdy tyle koło mnie nędzy
i potrzeb. Zrozumiałam, że Jezus szukał mnie
i znalazł dla konkretnego celu. Celem tym była
służba i praca dla ludu mojej ojczyzny”4. Od
tamtej pory nigdy już się nie oszczędzała. Ta
niezwykle zahartowana i jednocześnie wyjątkowo wrażliwa kobieta całkowicie wyzbyła
się przysługujących jej zaszczytów, tytułów
i ogromnego majątku. Wszystko, co miała,
oddała biednym, a sama poświęciła się ciężkiej i niejednokrotnie wyniszczającej pracy na
rzecz potrzebujących. Czyniła to jednak z pełnym zaangażowaniem i oddaniem. Za sprawą jednej decyzji, podjętej w bardzo młodym
wieku, odmieniła los tysięcy istnień ludzkich.
Doskonałą bazę dla drogi, którą obrała
Matka Ewa, było wychowanie, jakie otrzymała
od swoich rodziców. Od początku uczyła się
skromności, pracowitości, pobożnego życia,
znoszenia wyrzeczeń, nieulegania trudnościom, troski i współczucia wobec ludzkiej
niedoli. Tego samego wymagała później od
wszystkich dziewcząt, które decydowały się
wstąpić w szeregi założonego przez nią diakonatu.5 Na terenie Miechowic, gdzie powstał
Diakonat Ostoja Pokoju, pod tą samą nazwą
powołała do życia także potężne zakłady opiekuńcze. W środku całego kompleksu wybudowała kościół, w którym od początku posługę
pełnili duchowni luterańscy. Matka Ewa miała
w sobie niezwykłą moc i siłę, dzięki którym
inicjowała wiele przedsięwzięć charytatywnych. Angażowała się w służbę bliźniemu na
5
Reguła Sióstr Diakonatu Ostoja Pokoju w Miechowicach
oraz Testament Matki Ewy, zob. Ewa von Tiele-Winckler…,
s. 127-129.
każdym polu. Pomagała dzieciom, sierotom,
chorym psychicznie, samotnym, starcom,
więźniom, żołnierzom, uzależnionym od alkoholu, organizowała wyjazdy misyjne w najodleglejsze zakątki świata. Prowadziła bardzo
intensywne życie, w centrum którego znajdował się Bóg. Całkowicie podporządkowała się
Jego woli. Dlatego studiując jej pisma, nigdzie
nie znajdziemy słów wskazujących na to, żeby
szczególnie upodobała sobie któryś Kościół.
Przeciwnie, była otwarta na wszystkie wierzące
środowiska. Żyła i działała ponad religijnymi
podziałami; dla niej sam Bóg był najważniejszy. Dziś postawa Matki Ewy – w kontekście
ducha pojednania zwanego ekumenizmem
– stanowi dla nas nie lada wyzwanie. Czy jesteśmy gotowi je przyjąć?
3
Mowa o wersetach: „Podzielisz twój chleb z głodnym
i biednych bezdomnych przyjmiesz do domu, gdy zobaczysz
nagiego, przyodziejesz go, a od twojego współbrata się nie
odwrócisz” (Iz. 58, 7). „Potem usłyszałem głos Pana mówiącego: kogóż poślę? A kto tam pójdzie? Tedym rzekł: Otom
ja, poślij mnie!” (Iz. 6, 8).
4
Ewa von Tiele-Winckler…, s. 20.
-8-
-9-
Temat numeru:
Konwersja
Jestem konwertytą...
Jestem konwertytą. To określenie, podobnie jak większość nazw kończących się
przyrostkiem „-yta”, nie brzmi zbyt zachęcająco. Bandyta czy łachmyta, hipokryta czy troglodyta – z nimi nikt nie chciałby mieć wiele
wspólnego. Sybaryta jest daleki wartościom
chrześcijańskim, bo (znamy to) wielbłąd, igła,
ucho i te sprawy. Neutralnie nacechowani wydają się husyci, w tym i taboryci, szerszemu
gronu przedstawieni w prozie Andrzeja Sapkowskiego. Mnie pozostaje – czy tego chcę,
czy nie – noszenie tytułu konwertyty.
Od mojego pierwszego kontaktu z Kościołem ewangelicko-augsburskim do aktu
konwersji minęły cztery lata. Bez formalnego
przystąpienia do Kościoła można korzystać
z wszystkich dobrodziejstw, jakie ten oferuje,
więc nie czułem presji, aby ekspresowo dokonać konwersji. Z drugiej zaś strony, kimże
wtedy byłem? Luteraninem z przekonania,
ale formalnie katolikiem? Czyli kim? Sam
akt konwersji nie wynikał z jakichś duchowych potrzeb – te zaspokajałem normalnym
uczestnictwem w życiu parafii, słuchaniem
Słowa i przyjmowaniem Eucharystii. Decyzję o terminie „formalnej” konwersji wymogła raczej potrzeba pełnej identyfikacji z tym
konkretnym wyznaniem. Oraz zbliżający się
wielkimi krokami ślub.
Moje poznawanie Kościoła ewangelickoaugsburskiego polegało na porównywaniu go
z Kościołem rzymskokatolickim. Coś zostało
mi w głowie z lekcji religii, więc taka metodologia wydawała się naturalna. Wciąż z niej
korzystam, gdy chcę komuś przedstawić pokrótce, co to ten luteranizm i czym to się je.
Jej wadą jest to, że w relacjach między mną
a Kościołem rzymskokatolickim – opartych
na systemie separacji wrogiej – wszystko, co
stoi w opozycji do katolicyzmu i ma w miarę
sensowne uzasadnienie, wydaje się atrakcyjne.
Gdy się głębiej zastanowię nad czteroletnim okresem przygotowującym do konwersji,
to uznaję, że był mi on potrzebny – nie dlatego,
by uczyć się na pamięć Małego Katechizmu,
lecz aby ochłonąć z neofickiej gorliwości, aby
pogodzić się z Kościołem katolickim i przejść
na model separacji czystej, w porywach do
skoordynowanej. Również po to, by poznać
różne smrody i smrodki, od których Kościół
ewangelicko-augsburski, zarówno w Polsce
jak i na świecie, nie jest wolny.
Choć od konwersji minęło już trochę
czasu, to – mimo ciepłego przyjęcia w parafii
– mam wewnętrzne poczucie, że nie jestem
ewangelikiem pełną gębą. Nie mam wyniesionych tradycji ewangelickich z domu. Co
więcej, nasiąknięty jestem tradycjami katolickimi – jak przyjadę na Wielkanoc do rodziców,
pobiegnę z mamą ze święconką. Przecież nie
powiem: „Mamo, to nie jest ewangelicki zwyczaj, jajek na spacer wyprowadzać nie będę.
Idźże sama”. Obrzędowości ewangelickiej cały
czas się uczę. Bywa to o tyle trudne, że jest
dużo skromniejsza od katolickiej.
Wszystko jednak wymaga czasu. Jako
„ewangelicy w pierwszym pokoleniu”, jak
mawia moja żona, poznajemy wiarę na nowo,
szukamy odpowiedzi na nurtujące nas pytania
i patrzymy odważnie w przyszłość, pokładając
nadzieję w Bogu.
[Imię i nazwisko znane redakcji]
- 10 -
„Twarde lutry” i konwertyci
„Słowo i Myśl” 1993, nr 12 (54)
Andrzej Idon
W ostatnim czasie do naszego Kościoła zgłasza się coraz więcej osób pragnących wyznawać
wiarę zaszczepioną nam przez Marcina Lutra. Mówi się nawet, iż nasz Kościół bardziej przystaje do
czasów współczesnych i uważany jest za wyznanie dla „ludzi myślących” i refleksyjnych. Fakt, iż każdy
człowiek w naszym Kościele odpowiada sam za siebie w ocenie moralności i etyki w życiu, a także – co
nie jest bez znaczenia – brak podporządkowania we wszystkim osobom duchownym stanowią walory,
które przyciągają ludzi do naszego Kościoła. Ludzi, którzy zdecydowali się na zmianę wyznania, czyli
dokonanie konwersji, w potocznym języku nazywa się KONWERTYTAMI. Chciałbym z tym terminem
polemizować. Otóż moim zdaniem nazywanie KONWERTYTĄ kogoś, kto przeszedł do Kościoła luterańskiego, jest poważnym błędem, ponieważ takie pojęcie nie istnieje. Kogoś, kto przeszedł konwersję i stał
się członkiem Kościoła luterańskiego, można nazywać wyłącznie LUTERANINEM lub EWANGELIKIEM
wyznania ewangelicko-augsburskiego. Niestety, na ludzi, którzy przechodzą do naszego Kościoła, patrzy
się w parafiach z pewnym dystansem. Czy nie słyszy się często opinii: „To porządny człowiek, ale KONWERTYTA”? Słyszałem, jak pewien proboszcz, wydawałoby się światły, który sam zresztą dokonywał
konwersji, kiedy chciano pewnego nuworysza wybrać do władz Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego,
zgłosił sprzeciw: „Jeszcze za wcześnie, to zbyt świeży wyznawca wiary luterańskiej”. Uważam, iż nic
bardziej szkodliwego w pracy misyjnej niż takie pojmowanie problemu. W naszej małej społeczności
każdy chętny do przejścia do naszego Kościoła powinien być witany z radością, pełną otwartością
i zaufaniem. I jest ku temu kilka powodów. O ludziach z ojca i matki luteranów powiada się „twarde
lutry”. A przecież wśród tych „twardych lutrów” jakże często dzieci a także dzieci dzieci zrywają więź
z Kościołem – czy to przez małżeństwa mieszane, czy też z własnej, nieprzymuszonej woli. Znam kilka
rodzin wysoko postawionych w piramidzie Kościoła, których dzieci nie są nawet członkami parafialnej
społeczności. Czy to także „twarde lutry”? A ruch społeczno-wyznaniowy, z jakim spotykamy się na
ziemi cieszyńskiej, wywodzący się w prostej linii z protestantyzmu luterańskiego – to jeszcze „twarde
lutry”? Człowiek, który zdecydował się na konwersję do naszego Kościoła, z całą pewnością decyzję
swą poprzedził przemyśleniami, czasem nawet latami doświadczania reguł naszego wyznania, zanim
podjął decyzję ostateczną. Taki człowiek zasługuje na wielki szacunek i jest więcej niż pewne, iż można
na niego liczyć. Czy nie jest on właśnie „twardym lutrem”? Pejoratywny stosunek do zmieniających
wiarę jest postawą nieracjonalną, a co gorzej – mającą na celu podkreślenie wyższości „twardego
lutra”. Na ostatniej sesji Synodu w Bielsku Białej ks. biskup Jan Szarek omawiając sytuację w naszym
Kościele, wysoko ocenił dokonujących konwersji, uznając ich za godnych zaufania i dających gwarancję
oparcia w potrzebie. Paradoksalna sytuacja wytwarza się w parafiach (nie wszystkich oczywiście),
kiedy to proboszcz z jednej strony szczyci się dużą liczbą konwersji, z drugiej zaś – przykleja etykietę
nowo przyjętemu do parafii: „ale to konwertyta”. Takie rozdarcie duchownego jest bardzo niepokojące i winno być moim zdaniem tematem pogadanki na diecezjalnych konferencjach księży. Czas
najwyższy, aby wymazać ze świadomości „twardych lutrów” pojęcie „KONWERTYTY”. Zgódźmy się
bowiem, iż takiego pojęcia nie ma. Nie znajdziemy hasła KONWERTYTA w żadnej dostępnej na rynku
encyklopedii. Kościół ewangelicko-augsburski składa się wyłącznie z luteranów, którzy chcą do tego
Kościoła należeć. AMEN
- 11 -
Historia
Klejnoty
koszalińskiej
katedry
Krystyna Rypniewska
Rubiny, szafiry, szmaragdy i topazy w całym przepychu barw są na wyciągnięcie ręki.
Znajdziemy je w oknach koszalińskiej katedry.
Uniesione wysoko i pokazane pod światło –
mimo że prawdziwymi klejnotami nie są –
tak jak one lśnią i błyszczą swą wspaniałością.
Witraże w prezbiterium i nawach kościoła
katedralnego jawią się naszym oczom jako
„samoświecąca ściana barwna”, zachwycając
wyrazem artystycznym i duchowym jednocześnie, kompozycją i doborem kolorów.
Nie licząc murów miejskich, gotycka katedra pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP jest najstarszym i najważniejszym
zabytkiem naszego miasta. Została wzniesiona
w latach 1300-1333 jako trzynawowa bazylika z wydłużonym, zamkniętym trójbocznie
prezbiterium od wschodu i masywną wieżą
od zachodu. Ściany korpusu tej masywnej budowli opinają uskokowe szkarpy oraz dzielą
duże, ostrołukowo zwieńczone okna. Witraże,
które możemy dzisiaj podziwiać w oknach kościoła, nie pochodzą z czasu budowy świątyni.
Są znacznie późniejsze: zostały zamontowane w 1914 roku. Pojawiły się w czasie drugiej
wielkiej i znaczącej restauracji katedry, wielkich prac budowlanych. Oprócz przywrócenia
pierwotnego ukształtowania bryły budowli na
zewnątrz dokonano wówczas także istotnego remontu we wnętrzu. Malarz Otto Weck
z Berlina wykonał nowe polichromie ścian,
w oknach umieszczono witraże, położono
ceglaną posadzkę i ustawiono nowe ławki.
Kościół wyposażony został w centralne ogrzewanie i oświetlenie elektryczne. Uroczystość
zakończenia remontu i otwarcia świątyni miała
miejsce 28 stycznia 1915 roku.
Szczególnego wyrazu odnowionemu kościołowi nadały przede wszystkim wspaniałe
barwne witraże w potężnych oknach prezbiterium i naw. Do dziś budzą podziw swoim
blaskiem, natężeniem barw, kosztownością.
Zachwycają coraz to innymi, zmieniającymi
się smugami światła – rozświetlając się z brza-
skiem dnia i gasnąc z ostatnimi promieniami
zachodzącego słońca. Ornamentalne dekoracje
okien naw bocznych i głównej z barwnymi
szybkami o różnych odcieniach bladej żółcieni,
błękitu, zieleni kontrastują ze wspaniałością
kompozycji figuralnych i intensywnością kolorów witraży z prezbiterium. Tutaj wprost
dech zapierają nasyceniem barw – od rubinowej czerwieni przez szmaragdowe zielenie
po głębokie, ciemne ultramaryny.
W pięciu smukłych, gotyckich oknach
umieszczono kolejno od lewej: postać Marcina
Lutra – twórcę reformacji, Jezusa spotykającego Marię i Martę, pośrodku: gołębicę jako
symbol Ducha Świętego, Jezusa z młodzieńcem w Emaus i Filipa Melanchtona, bliskiego
współpracownika Lutra.
Dzisiaj zwykle uwagę patrzącego zwracają
zwłaszcza dwa witraże: jeden z przedstawieniem Lutra, drugi – Melanchtona. Dziwi ich
obecność we wnętrzu kościoła katolickiego. Są
one jednak świadectwem długiej ewangelickiej historii katedry, która do 1945 roku była
kościołem protestanckim. Pierwotna, wzniesiona w średniowieczu świątynia związana
była z katolicyzmem. Patronat nad kościołem
miejskim sprawowały wówczas cysterki koszalińskiego klasztoru. Po reformacji kościół stał
się świątynią protestancką, a pierwsze kazanie
luterańskie w dniu 16 lipca 1530 roku wygłosił kaznodzieja Mikołaj Klein z Lubeki. Po
II wojnie światowej katedra ponownie stała się
świątynią katolicką. Ale nie tylko z powodu
ewangelickiej historii katedry wspomniane
wizerunki w niej umieszczono.
Niezwykle ciekawe objaśnienie obecności Lutra i Melanchtona w prezbiterium oraz
króla szwedzkiego Gustawa Adolfa i Bugenhagena w zakrystii (żaden z tych witraży nie
zachował się do dzisiaj, oba zastąpione zostały innymi) zamieszczono w lokalnej gazecie
równo miesiąc po uroczystości poświęcenia
kościoła na zakończenie remontu. 28 lutego
1915 roku w pierwszym, niedzielnym nume-
rze nowego dodatku do ówczesnej „Gazety
Koszalińskiej” – na który udało mi się całkiem
niedawno trafić – opublikowano obszerny artykuł zatytułowany w tłumaczeniu z języka
niemieckiego Z okazji poświęcenia odnowionego kościoła Mariackiego. Autor artykułu
wyjaśnia tam, że wizerunki Lutra i Melanchtona w kościele Mariackim w Koszalinie to
nie jedynie aluzja do Kościoła ewangelickiego
w ogóle, ale także wyraz roli samego miasta
i jego mieszkańców oraz ich związków z tymi
postaciami. Przypomina mianowicie, że syn
koszalińskiego burmistrza, Johannes Freder,
przez jedenaście lat był domownikiem u Lutra
i jego współbiesiadnikiem, a koszaliński rajca
miejski, Peter Schweder, jako profesor gimnazjum magdeburskiego – towarzyszem ich
obu: i Lutra, i Melanchtona. Schweder posiadał nawet – jak pisano – Biblię z odręcznymi
uwagami swego mistrza, która niestety spłonęła w wielkim pożarze miasta w 1718 roku.
Inny z kolei koszalinianin, Jakob Fabricius,
połnił rolę duchowego doradcy króla Gustawa
Adolfa i stąd właśnie jego wizerunek w oknie
zakrystii, tuż obok Bugenhagena, który był
reformatorem i organizatorem gmin protestanckich Pomorza.
Witraże z wyobrażeniem Lutra i Melanchtona ufundowała gmina miejska w 1914
roku, co poświadcza inskrypcja u dołu każdego z tych okien, dobrze widoczna z poziomu
posadzki kościoła. Witraż środkowy z symbolem gołębicy ufundował prokurent Rudnick,
a witraż z Jezusem i młodzieńcem w Emaus
– żona radcy handlowego, Gustawa Schlichtinga. Ostatni witraż prezbiterium z postaciami
Jezusa, Marii i Marty „oczekuje jeszcze – jak
wówczas napisano – na fundatora”.
Jednak absolutnie bezcenną informacją,
na którą natrafiłam w owym tekście z 1915
roku, jest wzmianka o dotychczas nieznanym
wykonawcy naszych wspaniałych katedralnych
witraży, która brzmi: „witraże wykonał zakład
artystyczny Ferdinanda Müllera w Quedlin-
- 13 -
historia
burgu”. Zakład ten najpewniej wykonał i projekty okien, tzw. kartony, oraz szkice, szablony i same witraże. To tyle, jeśli chodzi o stare
wzmianki. W pewnym stopniu potwierdzają
je także zachowane inskrypcje ryte diamentem na taflach okien, które zapisał w notatniku
wykonawca jedynej przeprowadzonej konserwacji witraży w katedrze, Krzysztof Mazurkiewicz – koszaliński mistrz-witrażysta,
specjalizujący się w renowacji zabytkowych
okien. Ciekawostką będzie zapewne fakt, iż
w trzecim oknie nawy głównej, patrząc od
strony prezbiterium na chór, wysoko, tuż pod
sklepieniem widnieje ryty napis – teraz zrozumiały: „Quedlinburg”.
Konserwacja witraży koszalińskiej katedry miała miejsce w latach 1996-1998. Polegała na wyjęciu wszystkich kolorowych ramek
z okien, oczyszczeniu szkła, sklejeniu pęknięć, rekonstrukcji brakujących fragmentów
taką samą techniką jak oryginalnie, wreszcie
– wymianie wszystkich ołowianych ramek,
tzw. dwutówek.
Firma produkcji witraży Ferdinanda Müllera rozwinęła się z niewielkiego zakładu szkła
budowlanego i właśnie swojemu właścicielowi
zawdzięczała swój ogromny rozwój oraz wkład
w osiągnięcie znaczenia dla witrażownictwa
końca XIX i początku XX wieku. Dość powiedzieć, że w 1904 roku zatrudniała siedem-
dziesięciu sześciu pracowników, a wśród nich
m.in. kształconych w akademiach malarzy na
szkle i rysowników, jak też specjalistów od
cięcia tafli szkła diamentem, mistrzów-szklarzy, rysowników kartonów, mistrzów wykonujących ramki ołowiane, stolarzy i ślusarzy.
W tym potężnym zakładzie witrażowniczym
podstawą była jednak praca wykonywana
ręcznie. Pracujący tam malarze na szkle podczas całego swojego zatrudnienia wykonywali zadania tylko w bardzo wąskim zakresie,
to znaczy na przykład jedni malowali głowy
postaci, inni zaś – elementy architektury. Jak
wiadomo, w dużej, jasnej sali, w której pracowano nad kartonami, przebywali rysownicy.
To tam powstawały pierwsze projekty witraży, zwykle przygotowywane w skali 1:10. Inni
artyści wykonywali szkice kartonów i rysunki
detali, które musiały odpowiadać już naturalnej wielkości przyszłego okna. Następnie wykonywano szablony i przycinano odpowiednio
według rodzaju szkła. Po naniesieniu malatury
wypalano szkła w piecu, a następnie oprawiano je w ołów. Tak właśnie musiały powstawać
również witraże naszej koszalińskiej katedry.
Warto na koniec wspomnieć, że znakomity
warsztat Ferdinanda Müllera z Quedlinburga
wykonał także witraże w kaplicy dawnej koszalińskiej szkoły kadetów, obecnej siedziby Straży
Granicznej. Ale to już zupełnie inna historia…
Kobiety i reformacja
na Pomorzu Zachodnim (I)
Księżna Erdmuta Brandenbursko-Pomorska
protektorką nowej wiary
Małgorzata Grzywacz
Istotnym elementem kultury ewangelickiej na terenie dzisiejszej Polski stało się Pomorze Zachodnie, stanowiące znaczną część
diecezji pomorsko-wielkopolskiej, bogatej
w dziedzictwo ewangelicyzmu. Terytorium
to rozumiemy (w odróżnieniu od Pomorza
Gdańskiego, zwanego inaczej Wschodnim
bądź Nadwiślańskim) jako krainę historyczną
nad Morzem Bałtyckim, położoną pomiędzy
Pomorzem Gdańskim a Meklenburgią, obszarowo rozciągającą się na wschód poza Lębork,
a na zachód poza Stralsund. Do tych terenów
zaliczamy także wyspy położone na Bałtyku,
tzn. Uznam, Wolin, Rugię i kilka pomniejszych1. Przez wiele stuleci ziemiami pomorskimi rządzili książęta z dynastii Gryfitów –
którzy pomimo kłótni i sporów dynastycznych
potrafili stworzyć u początku nowożytności
państewko liczące się na arenie międzynarodowej. Głównymi miastami pomorskimi były
Szczecin, Wolgast (Wołogoszcz), Stralsund,
Koszalin, Kołobrzeg i Słupsk. Relacje Pomorza z Rzeszą Niemiecką uzupełniał odnawiany
wielokrotnie sojusz z Polską, skierowany przeciw zakusom Brandenburgii i Prus.
U progu reformacji duchowym centrum
i podglebiem, na którym dobrze mogła się rozwinąć nowa nauka, okazał się w tamtym czasie
Trzebiatów nad Regą. Działał tam nieistniejący od końca lat 30. XVI w. klasztor norbertanów (premonstratensów) w Białobokach.
Ok. 1521 r. powstał, skupiony wokół rektora
szkoły łacińskiej, Jana Bugenhagena (14851558), krąg duchownych, zainteresowanych
teologią Marcina Lutra i wprowadzaniem
jej w życie. W następnych latach w różnych
miejscowościach pomorskich rozwijał się ruch
kaznodziejski, któremu przewodzili teologowie z Białoboków2. Na czas kształtowania się
ruchu reformacyjnego przypadały rządy księcia Bogusława X, wybitnego władcy i męża
stanu. Legendarna stała się jego wyprawa do
Palestyny, uwieczniona w łacińskich utworach
poetyckich. Kronikarz pomorski Thomas Kantzow bardzo ciekawie opisał zachowanie księcia i jego politykę kościelną. Zainteresowany
osobą reformatora Marcina Lutra książę Bogusław miał okazję słuchać jego kazań podczas
swej podróży na sejm wormacki w 1521 r, choć
nie czynił tego zbyt chętnie3. Podjął wówczas
Por. Europa. Regiony i państwa historyczne, pod red.
M. Kamlera, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2000, s. 287-289.
2
R. Burkhardt, Dr. Pommer und seine Zeit. Bilder aus der
Zeit der Reformation Pommmerns, Langensalza bdw., s. 1-16.
3
T. Kantzow, Chronik von Pommern in hochdeutscher
1
- 15 -
Lutra śniadaniem4. Jeden z synów Bogusława,
Barnim IX (XI) zwany Starym bądź Pobożnym
(ok. 1501-1573), który studiował w Wittenberdze i uczęszczał na wykłady Lutra, stał się
później mentorem nowej wiary. Nie można do
końca stwierdzić, na ile Bogusław X był przychylny reformacji, gdyż ucinał jednocześnie
zdecydowanie wszelkie akty nieposłuszeństwa
i buntu wśród kleru5.
Prześladowania ze strony władzy świeckiej i biskupiej nie zatrzymały postępującego
rozwoju reformacji, tym bardziej że włączyli się weń inni kaznodzieje, m.in. Johannes
Knipstro (1497-1556), franciszkanin, który
działał aktywnie w Pyrzycach, Stargardzie
i Stralsundzie. Klasztor franciszkański w Pyrzycach należał obok konwentu w Białobokach
do najsilniejszych ośrodków propagowania
reformacji na Pomorzu6. Ruch kaznodziejski
w Księstwie Pomorskim wspierali swą aktywnością np. Peter Suave, Hermman Bonus,
Georg Normann, Johannes Äpinus, Chrystian
Kettelhut czy też znany ze swojej radykalności
dr Johannes Amandi7. Ten ostatni przyjechał
do Słupska w 1525 r., będąc uprzednio w Gdańsku i Królewcu, i swoimi kazaniami podburzył
lud miejski przeciwko radzie i panującym porządkom. Splądrowano wówczas kościół Mariacki, podpalono szkołę katedralną oraz zadano
duchownym rany cielesne. Aby uspokoić tłum,
przyjechał do Słupska książę Jerzy I, syn Bogusława X, sprawujący rządy wespół z bratem Barnimem IX (XI). Wystąpienia i niepokoje miały
miejsce także w Szczecinie i Stralsundzie (1525).
Mundart, Stettin 1897, s. 387.
4
M. Luter w liście do Spalatina, (WA-Briefe), t. 2. nr 375,
s. 260.
5
T. Kantzow, op. cit., s. 388-389. Aby uniknąć „niebezpieczeństwa” z klasztoru w Białobokach, Bogusław X zarządził
przeniesienie go pod ścisłą kontrolę władzy książęcej. Por.
K.T. Inachin, Die Geschichte Pommerns, Hirnstoff 2008, s. 46.
6
Por. H.J.W. Lüdecke, Die letzten Tage der Franziskanermönche in Pyritz [w:] „Baltische Studien” (AF), 32 (1882),
s. 147-158.
7
Por. K.T. Inachin, op. cit., s. 47-48. Przejęcie klasztoru
w Białobokach pod jurysdykcję książęcą było precedensem
także na tle całej Rzeszy Niemieckiej.
Najwcześniej, nie oglądając się na władzę
książęcą, napisano nowy porządek kościelny
dla Stralsundu (1525). Można powiedzieć,
że przyjmowanie nowej nauki rozwijało się
wielotorowo i zakończyło przyjęciem reformacji na sejmie w Trzebiatowie w r. 1534.
W najważniejszych sprawach dla całego państwa decyzję podejmował sejm, choć książęta dokonali w 1532 r. kolejnego, tym razem
terytorialnego podziału kraju8. Zwołano do
Trzebiatowa posiedzenie stanów na 13 grudnia 1534 r. Książęta pomorscy nie spieszyli
się, także ze względu na cesarza, z wprowadzeniem nowych porządków kościelnych.
Jednakże przyjęcie przez większość miast
w północnej Europie luteranizmu doprowadziło ostatecznie do rozstrzygnięć w tej kwestii
także na Pomorzu, choć decyzje podjęte na
sejmie w Trzebiatowie były raczej uzurpacją
książąt niż zgodnym działaniem władz miast
i szlachty. Wizja Kościoła luterańskiego, którą zaaprobowano na Pomorzu, stanowiła de
facto kopię rozwiązań, jakie Jan Bugenhagen
znał z doświadczeń saksońskich9, ale po raz
pierwszy spisana i zaaplikowana do konkretnej
realizacji została w jego pomorskiej ojczyźnie. Przebieg sejmu pokazał, że książęta mają
przeciw sobie nie tylko biskupa kamieńskiego Erazma Manteuffla, lecz także sporą część
ludności miast i szlachty, oraz rycerstwo, które
sejm po prostu opuściło. Wprowadzenie reformacji przyczyniło się do wzmocnienia władzy
książęcej, a przejmowanie dóbr kościelnych
wzbudzało konflikty, szczególnie w przypadku przejmowania dóbr klasztornych. Klasztory męskie zlikwidowano, a dobra zasiliły
książęcą kiesę – precedens Białoboków był
przykładem dla wielu innych działań władzy
świeckiej. Szlachta i mieszczanie nie zgadzali się na przejmowanie klasztorów żeńskich,
Tamże, s. 224-225.
Por. V. Gummelt, Johannes Bugenhagen: Ein Kirchenmann
in Zeiten des Umbruchs [w:] Johannes Bugenhagen (14851558), Leipzig 2010, s. 289-302.
- 16 -
8
9
Księżna Erdmuta i książę Jan Fryderyk
Obraz „Ukrzyżowanie”.
Kościół św. Jacka w Słupsku.
np. w Słupsku, Kołobrzegu, Marianowie,
wnioskując o przekształcenie ich w zakłady
opiekuńcze dla panien niezamężnych10 przy
zachowaniu zwierzchności książęcej (patronatu).
Podobnie sprawy miały się z biskupstwem kamieńskim, które z racji przysługującego księciu
prawa (ius episcopale) stało się wkrótce elementem polityki dynastycznej, a obsadzanie stanowisk w kapitule katedralnej czyniło z niej jeszcze
jedno miejsce realizacji interesów władcy11. Od
10
Badania nad zjawiskiem fundacji dla kobiet po przekształceniach okresu reformacyjnego znajdują się na gruncie polskim w fazie zupełnie szczątkowej. Pionierska praca Agnieszki
Chlebowskiej „Stare panny”, wdowy i rozwiedzione. Samotne
szlachcianki w Prusach w latach 1815-1914 na przykładzie
prowincji Pomorze, Szczecin 2012, omija ze zrozumiałych
względów cezury badawczej kwestie wstępne istnienia tego
typu placówek i ich aspekt religijny.
11
Por. R. Marciniak, Dobra kapituły kamieńskiej do połowy
1556 r. biskupem kamieńskim stał się książę Jan
Fryderyk (1542-1600)12, rozpoczynając w ten
sposób poczet biskupów kamieńskich z nadania książęcego, które zakończyło się włączeniem
terytorium biskupiego do obszaru pozostałego
Pomorza w 1650 r. jako struktury zeświecczonej. Zaraz po sejmie w Trzebiatowie dokonano
pierwszych wizytacji kościelnych – razem z księciem Barnimem podróżował Johannes Bugenhagen, odwiedzając Darłowo, Sławno i Słupsk.
Książę Filip podjął podróż wizytacyjną w 1539r.,
także w obecności doktora Pomeranusa13.
XV w. Studium z dziejów społecznych gospodarstwa feudalnego,
Szczecin 1970.
12
Z. Boras, Książęta Pomorza Zachodniego, Poznań 1996, s. 247-273.
13
H. Heyden, Wie Luthers Lehre in Pommern Eingang fand.
Festschrift zur 400-Jahrfeier des Landtages Treptow an der Rega,
Stettin 1934, s. 47-48.
- 17 -
Społeczeństwo
Życie religijne na Pomorzu kształtowało się w następnych stuleciach głównie pod
wpływem małżonek na książęcym tronie. Bez
wątpienia najwybitniejszą postacią była Erdmuta (1561-1623) z dynastii Hohenzollernów brandenburskich. W domu rodzinnym
na zamku Zechlin, nieopodal Berlina, spędziła
bardzo szczęśliwe dzieciństwo. Ze względu na
zamiłowanie do nauki oraz literatury łacińskiej stała się szybko ulubienicą ojca, księcia
elektora Brandenburgii Jana Jerzego. W wieku
siedemnastu lat poślubiła na zamku w Szczecinie wspomnianego wyżej księcia Jana Fryderyka Pomorskiego (1542-1600). Małżeństwo
okazało się bardzo szczęśliwe, lecz, jak wielu
Gryfitom, także i temu stadłu nie sprzyjało
szczęście w kwestii potomstwa: Erdmuta nie
urodziła następcy tronu. W r. 1600 zmarł jej
mąż, a wdowa osiadła w Słupsku. Nastąpiły
wówczas wśród ludności istotne zmiany w podejściu do życia i praktyk religijnych. Księżna
dbała bardzo o zachowanie „czystości wiary”. Znana ze swego mecenatu artystycznego
jeszcze ze Szczecina, nie zaniechała starań
o budowę świątyń, zaspokojenie potrzeb ich
duchownych oraz wiernych. Za jej przyczyną
rozpoczęto remont kościoła podominikańskiego, zniszczonego w trakcie rozruchów
w roku 1524. Wschodnia część dawnej budowli stała się wkrótce kościołem zamkowym,
a zachodnia spełniała różnorodne funkcje
gospodarcze. W r. 1602 konsekrowano nowy
kościół z pełnym wyposażeniem. Mieszczanie słupscy starali się nie ustępować księżnej
w staraniach o wystrój świątyni i od 1609 r.
rozpoczęli remont kościoła Marii. Szczególną
troską otaczała księżna Erdmuta mieszkańców
pochodzenia kaszubskiego i słowiańskiego.
Nakazała np. zakupienie dla parafii w Rowach
Biblii w języku polskim, wspierała także duszpasterstwo wśród tych mieszkańców regionu
nadmorskiego. Mimo sporów i sprzeciwów
niemieckich duchownych ewangelickich promowała zwiastowanie Ewangelii w językach
parafian. W 1608 r. Erdmuta weszła w posiadanie dóbr smołdzińskich, sprawując nad tym
terenem patronat kościelny. Świadoma trudu
pracy duchownych w takich parafiach, tworząc
na nowo parafię ewangelicką w Smołdzinie,
księżna zapewniła bardzo wysokie uposażenie dla pastora – pod warunkiem, że będzie
on w stanie sprawować nabożeństwa i katechizować w języku niemieckim oraz językach
słowiańskich.
Jej wybrańcem okazał się ks. Michał
Mostnik (Brüggemann,1583-1654), pochodzący ze Słupska syna stolarza. Peregrynując po Niemczech, studiował w Magdeburgu,
Helmstedt, później w Saksonii Ernestyńskiej.
Księżna, sama obeznana z kwestiami duchowymi i teologicznymi, ceniła sobie Mostnika
za jego zdolności językowe i płomienne kazania. Mostnik przygotował także do druku Mały
Katechizm ks. Marcina Lutra oraz fragmenty
z Postylli Domowej. Chociaż niektórzy historycy (m.in. Zygmunt Szultka) spierają się o znaczenie aktywności ks. Mostnika we wspieraniu
duszpasterstwa ewangelickiego w językach słowiańskich, nie ulega kwestii, iż promotorką
tych działań była księżna Erdmuta. W 1596 r.
zebrała dla swej przyrodniej siostry Zofii modlitwy, tworząc jeden z pierwszych ewangelickich modlitewników dla kobiet.
Erdmuta przeżyła męża o dwie dekady
i na wdowim chlebie aż do końca życia przebywała w Słupsku. Po dziś dzień obecne są w tym
mieście trwałe ślady jej obecności. Księżna
należała do pierwszej generacji kobiet europejskich, które stopniowo zaczęły zagospodarowywać pierwsze owoce reformacji. Wkrótce
jednak nadeszła potężna wojna religijna, zwana trzydziestoletnią, która wiele w tej kwestii
miała zmienić. Ale o tym przy innej okazji.
- 18 -
Co to jest prawo wyznaniowe?
Jakub Cupriak
Prawdopodobnie większość ludzi uważa,
że prawo wyznaniowe to prawo kościelne, czyli
prawo związane z Kościołem. Myli je z prawem kanonicznym i przypuszcza, że prawnik będący adeptem tej dziedziny zajmuje się
tzw. rozwodami kościelnymi, kanonizacjami
albo relacjami między biskupem a proboszczem. Zdarza się, że nawet absolwent pięcioletnich studiów prawniczych nie wie, czego
ta gałąź prawa dotyczy – na pytanie, co to jest
prawo wyznaniowe, odpowie, że „prawo wyznaniowe to prawo kanoniczne” lub że „prawo
wyznaniowe to coś z kościołami”. No właśnie
– coś z kościołami, tylko co?
Rozważania na temat pojęcia prawa wyznaniowego należałoby zacząć od próby zdefiniowania tego, czym jest samo prawo. W ujęciu subiektywnym prawo to uprawnienie,
np. prawo do wynagrodzenia, prawo wyborcze
czy prawo własności. Takim prawem nie będziemy się jednak zajmować – przyjrzymy się
prawu w ujęciu obiektywnym. Najpowszechniej
akceptowana, pozytywistyczna definicja mówi,
że prawo w ujęciu obiektywnym to zespół norm
regulujących stosunki między ludźmi.
Brzmi to zrozumiale, ale czy na pewno
wiemy, co znaczy użyte w tej definicji słowo
„norma”? Otóż norma to ustanowiona przez
władzę reguła postępowania. Ma ona dwa
aspekty – jest generalna, czyli odnosząca się
do nieokreślonego kręgu osób, oraz abstrakcyjna, czyli dotycząca zachowań, które mogą
się powtarzać. Według Georga Jellinka, niemieckiego teoretyka prawa z przełomu XIX
i XX wieku, norma prawna charakteryzuje
się trzema podstawowymi cechami: dotyczy
jedynie zewnętrznych zachowań ludzi (a nie
ich zamierzeń czy przeżyć wewnętrznych), została ustanowiona przez zewnętrzny autorytet
(a nie przez głos wewnętrzny, np. sumienie)
oraz jest opatrzona sankcją (władza może użyć
przymusu w celu jej wyegzekwowania). Możemy zatem powiedzieć, że w ujęciu pozytywistycznym prawo reguluje zachowania ludzi,
jest ustanowione przez władzę i przymusowe.
W świetle powyższych rozważań łatwo
dojdziemy do przywoływanego już wniosku,
że prawo wyznaniowe to zespół norm, które „mają coś wspólnego z kościołami”. Nadal
jednak nie wiemy, co wspólnego. Żeby się tego
dowiedzieć, przyjrzyjmy się podziałowi prawa na gałęzie. Na pewno każdy słyszał nazwy
dziedzin prawa, takie jak „prawo karne” czy
„prawo cywilne”. Dwie podstawowe gałęzie
prawa to jednak prawo publiczne i prawo prywatne. Podział na nie odnosi się do charakteru
stosunków społecznych, które prawo reguluje
– prawo publiczne dotyczy stosunków między
jednostką a władzą, prawo prywatne reguluje
zaś relacje pomiędzy jednostkami. W ramach
prawa publicznego wyróżnić możemy prawo
administracyjne, karne, konstytucyjne, a także
prawo procesowe. Do gałęzi prawa prywatnego należy zaś prawo cywilne, prawo handlowe
i prawo rodzinne.
Wśród tych dziedzin nie znajdujemy
jednak prawa wyznaniowego. Gdzie go zatem
szukać? W XIX i XX wieku powstały nowe
gałęzie prawa, zwane gałęziami pochodnymi.
Zawierają one zarówno normy prawa publicz-
- 19 -
nego, jak i prywatnego. Wyodrębniły się na
zasadzie związku z dziedzinami życia, które regulują. Do pochodnych gałęzi prawa należą np.
prawo pracy, prawo ubezpieczeń społecznych
czy prawo rolne. Wszystkie te dziedziny łączą
w sobie normy publiczno- i prywatnoprawne
– przykładowo w prawie pracy znajdziemy nie
tylko normy prawa cywilnego (np. dotyczące
zawieranej między pracodawcą a pracownikiem umowy o pracę), ale także administracyjne (np. określające uprawnienia kontrolne
niektórych urzędów), a nawet karne.
Taką pochodną dziedziną prawa jest również prawo wyznaniowe. Prawo wyznaniowe to – w szerokim ujęciu – dziedzina prawa
odnosząca się do zjawiska religii. Zajmuje
się ona dwoma obszarami życia związanymi
z tym zjawiskiem. Pierwszy z nich to obszar
relacji jednostki z państwem ze względu na
jej wyznanie. Do tego obszaru należy przede
wszystkim jedno z praw człowieka, jakim jest
prawo do wolności sumienia i wyznania. Należą do niego również inne normy, z reguły
stanowiące rozwinięcie tego prawa, np. zakaz
dyskryminacji w zatrudnieniu ze względu na
wyznanie, prawo do nieujawniania światopoglądu i przekonań religijnych czy prawo do
odmowy służby wojskowej.
Drugi duży obszar zainteresowania prawa
wyznaniowego to stosunek między państwem
a zorganizowanymi wspólnotami religijnymi,
zwanymi w polskiej nauce prawa wyznaniowego „związkami wyznaniowymi” (podgrupą
związków wyznaniowych, wyróżnianą jedynie
ze względu na swoją nazwę, są Kościoły). Do
tego obszaru należą przede wszystkim normy
o charakterze organizacyjnym, czyli np. sposób
powstawania nowych związków wyznaniowych (jak założyć własny Kościół?), prawa
poszczególnych związków wyznaniowych
(czy religia danego wyznania może być nauczana w szkole?) i ich obowiązki (czy Kościół
płaci podatki?), sposób ich reprezentacji (czy
proboszcz może sprzedać działkę należącą do
parafii?), wykonywanie przez nie funkcji publicznych (czy ślub kościelny wywołuje skutki cywilne?), a także status ich pracowników
(kto płaci składki na ubezpieczenie społeczne
duchownych?) oraz sprawy finansowe (skąd
Kościół ma pieniądze?).
Widzimy, że prawo wyznaniowe odpowiada na wiele pytań związanych z bieżącym
funkcjonowaniem związków wyznaniowych.
Czy rozstrzyga też, kto i jak powołuje nowego
biskupa, jakie są obowiązki duchownego albo
jak wybiera się radę parafialną? Zadając sobie
to pytanie, dochodzimy do kwestii poprawności skojarzenia prawa wyznaniowego z prawem
kanonicznym. Każda organizacja ma swoje
normy wewnętrzne, którymi kieruje się w załatwianiu własnych spraw: w spółce normy te
ujęte są w umowie, na podstawie której spółka
ta powstała, a w przypadku stowarzyszenia,
fundacji czy spółdzielni – w statucie. Normy
te rozstrzygają, jak powinni zachowywać się
ludzie wewnątrz danej organizacji. Związki
wyznaniowe również posiadają własne prawo
wewnętrzne, które reguluje sprawy dotyczące
zachowań ich członków w stosunku do siebie.
To ono rozstrzyga sposób powołania biskupa,
obowiązki duchownego czy procedurę wyboru rady parafialnej. W zależności od tradycji
wyznaniowej bywa ono nazywane prawem kościelnym, prawem kanonicznym lub po prostu prawem wewnętrznym. Prawo kanoniczne
to zatem nie to samo co prawo wyznaniowe.
To termin historyczny, używany przez niektóre Kościoły do nazwania swojego prawa
wewnętrznego. Posługuje się nim w szczególności Kościół katolicki, Kościoły starokatolickie, prawosławne i orientalne. Przepisy prawa
kanonicznego zebrane są w artykuły zwane
kanonami – stąd tradycyjna nazwa tej gałęzi
prawa.
Warto zauważyć, że z punktu widzenia
państwa normy prawa wewnętrznego związków wyznaniowych nie są normami prawnymi. Po pierwsze, brak im generalności – wiążą
- 20 -
one jedynie członków danego związku wyznaniowego, a nie nieokreślony krąg osób. Po
drugie, nie mają one żadnej z trzech cech norm
prawnych wyróżnionych przez Georga Jellinka: nie są narzucone przez władzę (związek
wyznaniowy sam decyduje o ich ustanowieniu), regulują nie tylko zachowania (odnosząc
się często również do sfery przeżyć i myśli)
oraz nie są opatrzone sankcją (państwo nie
używa przymusu w celu ich wyegzekwowania). Możemy zatem stwierdzić, że dla państwa
prawo wewnętrzne związków wyznaniowych,
a więc i prawo kanoniczne, nie jest prawem.
Staje się ono prawem tylko wtedy, gdy wyraź-
nie odsyła do niego norma prawa państwowego (w Polsce np. w kwestii określenia, kto jest
osobą duchowną).
Podsumowując: prawo wyznaniowe to
dziedzina prawa państwowego zajmująca się
zjawiskiem religii. Jej dwa podstawowe obszary
zainteresowań to wolność sumienia i wyznania
oraz stosunki między państwem a związkami
wyznaniowymi. Prawo wyznaniowe to nie to
samo, co prawo wewnętrzne (kanoniczne)
związków wyznaniowych – pierwsze jest prawem powszechnie obowiązującym, drugie to
zbiór norm wewnętrznych regulujących życie
danej wspólnoty wyznaniowej.
- 21 -
religia
nia do »Dnia Ostatecznego«, przyczyniano
się do tego, że traciły one swoje znaczenie –
kierownicze, konstruktywne i krytyczne dla
wszystkich dni mijających tutaj, w ziemskiej
historii. W ten sposób owe doktryny o Końcu
żyły życiem szczególnie bezpłodnym na końcu chrześcijańskiej dogmatyki”3. Zauwżając
więc brak należytej uwagi ze strony teologii
wobec eschatologii a tym samym nadziei,
Jürgen Moltmann stara się na nowo ukazać
wartość nauki o rzeczach ostatecznych. Pisze
dalej: „Dlatego dobra teologia winna zostać
przemyślana z punktu widzenia swojego przyszłego celu. Eschatologia nie powinna być jej
zakończeniem, lecz jej początkiem”. Próba rewitalizacji nadziei w teologii doprowadziła do
ukształtowania się nowej teologii, czyli teologii
nadziei.
Warto tutaj zauważyć, że nadzieja według Jürgena Moltmanna jest ściśle związana z osobą Jezusa Chrystusa. Na pytanie, jak
chrześcijańska eschatologia może wysłowić
przyszłość, teolog odpowiada: „Chrześcijańska eschatologia mówi o Jezusie Chrystusie
i o Jego przyszłości. Ona rozpoznaje rzeczywistość Zmartwychwstania Jezusa i głosi
przyszłość Zmartwychwstałego”. W ten sposób
przyszłość Zmartwychwstałego staje się także
przyszłością tych, którzy w Niego wierzą i tej
przyszłości oczekują. Nadzieja na Jego przyjście pozostaje jednak jeszcze w zawieszeniu.
Przyszłość jest bowiem ukryta w zwiastowanych obietnicach i stąd na razie oddziałuje
na teraźniejszość przez nadzieję, którą wzbudza. Ponadto chrześcijańska nadzieja według
Moltmanna „(…) jest nadzieją zmartwychwstania; ofiarowując i zapewniając perspektywę przyszłości, wykazuje ona swoją prawdę
przeciwstawieniu przyszłej sprawiedliwości
– grzechowi, przyszłego życia – śmierci, przyszłej chwały – cierpieniu, przyszłego pokoju
– rozdarciu”. W tym sensie eschatologia nie
może być abstrakcyjna, ale „winna formułować
wypowiedzi nadziei w przeciwstawieniu do
doświadczanej w teraźniejszości: cierpienia,
zła i śmierci”.
Teolog porusza również kwestie wzajemnego stosunku nadziei i wiary. Pisze, iż „(…)
wiara w życiu chrześcijańskim jest pierwsza,
lecz nadzieja dzierży prymat. Bez poznania
Chrystusa wiarę, nadzieja staje się utopią,
wybiegającą w próżnię. Ale bez nadziei wiara
znika, stając się małą wiarą, a w końcu wiarą
martwą”. Teolog próbuje zaktywizować wiarę,
by nie stała się martwą wiarą, a przez to łaska
Boża nie była tanią łaską, jak pisał Dietrich
Bonhoeffer. Wiara chrześcijańska ma być więc
odpowiedzialna i żywa, jako świadek w świecie
realnej przyszłości Chrystusa. Możliwe jest to
tylko wtedy, gdy wiara i nadzieja są ze sobą
związane. W przeciwnym razie, jak zauważa
teolog, rodzą się w człowieku zarozumiałość
albo rozpacz. Jürgen Moltmann odwołuje się
tutaj do myśli Josefa Piepera i jego traktatu pt.
Über die Hoffnung (1949)4. „Zarozumiałość
jest niewczesnym i samowolnym uprzedzeniem spełnienia tego, czego się spodziewa od
Boga. Rozpacz zaś jest niewczesny, i samowolnym przyjęciem a priori nie spełnienia tego,
czego się spodziewa od Boga”. W kontekście
3
W niniejszym artykule cytaty pochodzą z fragmentu książki pt. Theologie der Hoffnung, opublikowanym w miesięczniku
„Znak”, 1976 nr 8-9, tłum. K. Bukowski.
4
Josef Pieper (1904-1997), niemiecki filozof katolicki, jeden
z czołowych autorów fali odrodzenia filozofii neotomistycznej
w XX wieku.
Czy nadzieja jest nam potrzebna?
Teologia nadziei – Jürgen Moltmann
ks. Karol Niedoba
Na zadane w tytule pytanie jedną z możliwych odpowiedzi możemy odnaleźć w książce
pt. Theologie der Hoffnung Jürgena Moltmanna
(ur. 1926) – ojca całego nurtu teologii nadziei.
Udzielił on swym czytelnikom pozytywnej odpowiedzi na owo pytanie, ponieważ dostrzegał
w nadziei moc stwarzającą nową rzeczywistość. Należy tutaj podkreślić, że koncepcja
teologii nadziei nie była tylko kwestią spekulacji teologicznych Moltmanna. Patrząc na
jego biografię, możemy odnaleźć momenty,
w których osobiście doświadczył on mocy żywej nadziei1. To z pewnością ukształtowało
w nim pierwsze myśli na temat nadziei i odbiło
się później w jego twórczości. Sądzę, że jego
przemyślenia mogą być dobrym materiałem
do ponownego przemyślenia kwestii nadziei
przez czytelników.
We wstępie swej książki teolog podkreśla, iż eschatologia2, której istotą jest nadzieja,
miała drugorzędne znaczenie. Pisze, że „eschatologia długo nazywała się »nauką o rzeczach
ostatecznych«. (…) Te ostateczne wydarzenia
mają nadejść na ziemię niespodziewanie, przychodząc spoza historii, w której wszystko się
na ziemi dzieje. Ale odsyłając owe wydarze1
We własnej autobiografii pt. Weiter Raum. Ein Lebensgeschichte pisze że miało to miejsce w obozie jenieckim. Dzięki
lekturze Nowego Testamentu odzyskał nadzieję i radość życia
pomimo doświadczeń wojennych oraz trudów życia obozowego. Z pewnością był to jeden z istotniejszych elementów
kształtujących jego poglądy na temat chrześcijańskiej nadziei.
2
Eschatologia – nauka o rzeczach ostatecznych.
- 22 -
tez Piepera teolog dokonuje interesującej interpretacji XIX i XX wieku, ten pierwszy charakteryzując jako epokę zarozumiałości, a ten
drugi – rozpaczy. Przeciwstawienie się zarozumiałości i rozpaczy w kolejnej epoce może
nastąpić jedynie poprzez dostrzeżenie mocy
chrześcijańskiej nadziei, ponieważ nadzieja
nie opiera się na stanie aktualnym, ale patrzy
na rzeczywistość w aspekcie dziejowym i antycypuje przez to przyszłość – stąd nadzieja decyduje o przyszłości. Ponadto „nadzieja widzi
rzeczywistość i ludzi w ręce Tego, który czyni
»wszystkie rzeczy nowe«. I słuchając owego
słowa obietnicy, nadzieja znajduje wolność,
aby odnawiać ziemskie życie i przekształcać
postać tego świata”.
Czy nadzieja pozbawia człowieka obecnego szczęścia? To pytanie zadaje sam sobie
Moltmann, zastanawiając się nad teologią nadziei. Szukając odpowiedzi, odwołuje się do
takich myślicieli jak Blaise Pascal, Johann W.
Goethe, Georg W.F. Hegel, Friedrich Nietzsche
i inni5. Za Pascalem pisze, że jedynym celem
człowieka jest przyszłość, teraźniejszość zaś
to tylko moment, w którym czerpie się treści
związane z przyszłością lub wspomina przeszłość. Dla Moltmanna jest to powód, dla
którego człowiek sam ogołaca się z własnej
teraźniejszości, która ma mu dać szczęście.
Wspomnienia i nadzieje „(…) ogołacają go
one z jego teraźniejszości i wciągają go w czasy,
których już nie ma, albo których jeszcze nie
ma”. Dopiero nadzieja chrześcijańska rodzi
w człowieku wieczną teraźniejszość, ponieważ
istotą jej jest Bóg teraźniejszości. On to jest też
Bogiem obietnicy i wyjścia poza teraźniejszość
ku przyszłości. Inaczej mówiąc, teraźniejszość
człowieka zmienia się wraz z otwierającą się
przed nim Bożą przyszłością. „(…) prawdy do5
Blaise Pascal (1623-1662), francuski matematyk, fizyk
i filozof religii; Johann W. Goethe (1749-1832), niemiecki
poeta; Georg W.F. Hegel (1770-1831), niemiecki filozof, twórca
nowoczesnego systemu idealistycznego; Friedrich Nietzsche
(1844-1900), niemiecki filozof.
świadcza się w dziejach, w miarę jak obietnica
odsłania horyzont przyszłości”. Ludzkie „teraz”
to według J. Moltmanna żywa nowość obiecanej przyszłości. Dlatego paruzja Chrystusa
to nie wieczne praesentia Christi lecz adventus
Christi – inaczej mówiąc, nie jest to wieczna obecność, która każe zatrzymać czas, ale
Jego przyszłość, która „(…) inauguruje życie
w czasie, bowiem życie doczesne jest nadzieją”.
Wierzącego człowieka nie zatrzymuje zatem
w czasie, ale otwiera przed nim dzieje i motywuje do stwarzania czegoś nowego.
Reasumując, warto przywołać zmianę,
której dokonał Moltmann w wypowiedzi
Anzelma z Canterbury6. Słynne powiedzenie
Anzelma fides quaerens intellectum (wiara poszukująca rozumu) zamienił na spes quaerens
intellectum (nadzieja poszukująca rozumu)
i uważa je za punkt wyjścia dla eschatologii.
Nadzieja jest więc kluczem dla jego teologii
i myślenia o życiu chrześcijańskim. Można
pokusić się nawet o opinię, że nadzieja jest
dla niego nie tylko metodą teologiczną, ale
również zasadą i sposobem na życie. Warto
więc zastanowić się, czy my sami posiadamy
prawdziwą nadzieję, czy też w pogoni za życiem utraciliśmy ją. Pytanie, czy nadzieja jest
nam potrzebna, niesie ze sobą jedną poprawną
odpowiedź: „tak”. Wszelkie inne odpowiedzi
będą tylko substytutem albo odciągną nas od
życia z nadzieją na przyszłość, pod warunkiem
jednak, że nasza nadzieja swe źródła będzie
miała w Bogu.
6 Anzelm z Canterbury lub Anzelm z Aosty (1033-1109),
benedyktyn.
- 24 -
Z kroniki
Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego
grudzień 2013 – luty 2014
Jan Szturc
30 stycznia 2014 r. zmarł ks. Tadeusz
Szurman, biskup diecezji katowickiej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP. Zmarły duchowny był orędownikiem Polskiego
Towarzystwa Ewangelickiego, podobnie jak
wszelkiej aktywności społecznej w Kościele.
Na plebanii parafii w Katowicach, której był
proboszczem, mieści się siedziba Zarządu
Głównego PTEw. W pogrzebie ks. biskupa
w dniu 3 lutego wzięli liczny udział członkowie PTEw oraz przedstawiciele Oddziałów
i Zarządu Głównego. Przedwczesne odejście
księdza biskupa jest wielką strata dla Kościoła, w tym dla PTEw.
Wiosną w wielu oddziałach przeprowadzono zebrania sprawozdawcze, w tym roku
miały one charakter wyborczy w Cieszynie,
gdzie prezesem został ponownie wybrany
Władysław Sosna, oraz w Ustroniu, gdzie
w miejsce Urszuli Wantuły-Rakowskiej nowym prezesem została Danuta Pilch.
W Bielsku-Białej zorganizowano
projekcję filmu dokumentalnego TVP pt.
Dzieło Łaski, uzupełnioną prelekcją dr.
hab. Jana Szturca Luteranie w górnośląskim
okręgu przemysłowym, Andrzej Kowalczyk
przedstawił temat Saduceusze, faryzeusze,
esseńczycy, zeloci – świat religijny czasów
Chrystusa, natomiast Sylwia Grudzień –
etnolog, adiunkt Muzeum Historycznego
w Bielsku-Białej, z okazji ogólnopolskiego
Roku Oskara Kolberga przedstawiła sylwetkę kompozytora i etnografa – pioniera polskiej folklorystyki.
W Cieszynie, gdzie spotkania prowadzone są z największą częstotliwością – cotygodniowo – czwartkowe spotkania odczytowe
tradycyjnie koncentrowały się na przypominaniu postaci ważnych dla ewangelicyzmu oraz
historii i kultury Polski. Przypomniano więc
Adama Wawrosza – aktora i reżysera z Zaolzia
(Władysław Sosna), poetę Ludwika Staffa –
Ustroń
Cieszyn
- 25 -
Kraków
Koszalin
Warszawa
Żory
brata Leopolda (Stanisława Ruczko), Bartosza
Stęczyńskiego – rysownika (Władysław Sosna), ks. Jana Lumnitzera – superintendenta morawsko-śląskiego (Władysław Sosna),
ks. Leopolda Szersznika – jezuity z Cieszyna (Stefan Król), Xawerego Dunikowskiego
– rzeźbiarza (prof. Jan Herma), prof. inż. Jerzego Buzka – metalurga (Władysław Sosna),
Galileusza – astronoma (Władysław Sosna)
i Oskara Kolberga (Stanisława Ruczko).
Przed Świętami Bożego Narodzenia podczas osobnego spotkania wspominano wszystkie imprezy Oddziału w 2013 r. (40 spotkań
odczytowych i 9 wycieczek!), a także przeprowadzono tradycyjną Wigilijkę.
W Jaworzu również zorganizowano
wieczór adwentowy, podczas którego przypomniano kończący się rok w życiu oddziału. Już po Nowym Roku odbyło się spotkanie
opłatkowo-noworoczne wspólnie z oddziałem
Akcji Katolickiej w Jaworzu. Podczas spotkania odczytowego Janusz Buzek, radny Sejmiku
Śląskiego, opowiedział o rodzie Buzków, w tym
o Jerzym Buzku, metalurgu.
Podczas spotkań w Katowicach Karol Długosz przedstawił zdjęcia i wrażenia
z wyjazdu na „Świętą górę Athos” w Grecji,
a prof. Tadeusz J. Zieliński (ChAT) omówił temat: III Rzeczypospolita a Kościoły protestanckie
w perspektywie minionego ćwierćwiecza.
W Koszalinie zorganizowano panel dyskusyjny Do Kościoła przez media z udziałem
przedstawicielek lokalnych mediów: Anny
Rawskiej, Ewy Marczak i Mai Ignasiak.
W Krakowie w grudniu 2013 r. zakończył się projekt „Dziedzictwo ignorowane –
sztuka i kultura ewangelicka w Małopolsce”
finansowany przez Województwo Małopolskie, współrealizowany przez tamtejszy Oddział PTEw. Natomiast z okazji Roku Kolberga o tym wybitnym ewangeliku mówiły dr
Magdalena Kwiecińska (Muzeum Historyczne
Miasta Krakowa) i Agnieszka Godfrejów-Tarnogórska (parafia w Krakowie).
- 26 -
Oddział Gdański z siedzibą w Sopocie zaprosił dr. Piotra Bireckiego (UMK w Toruniu)
na prelekcję pt. Ewangelickie budownictwo
kościelne na Pomorzu w XIX wieku. Przy Oddziale działa Biblioteka Ewangelicka „Etos”.
W Ustroniu ks. Zdzisław Sztwiertnia
przypomniał postać ks. Pawła Nikodema –
dawnego proboszcza miejscowej parafii.
W stołecznym Oddziale w Warszawie
zorganizowano promocję trzytomowej pracy zbiorowej pt. Kościoły luterańskie na ziemiach polskich XVI-XX w. pod redakcją
prof. Jarosława Kłaczkowa, wydanej w 2013
r. Gośćmi byli współautorzy, profesorowie
Tadeusz Stegner, Grzegorz Jasiński i Karol
Karski (prezes warszawskiego Oddziału).
Podczas następnych spotkań Małgorzata
Platajs, dyrektor generalna Towarzystwa Biblijnego w Polsce, mówiła o działalności tej
placówki, ponadto spotkano się w parafii
Wniebowstąpienia Pańskiego, gdzie członkowie parafii przedstawili jej problemy
i plany.
W najmłodszym Oddziale w Żorach
Marcin Gabryś, kustosz Muzeum Protestantyzmu w Cieszynie, mówił o luteranach
w tym mieście.
Bieżące informacje o działalności
PTEw i poszczególnych oddziałów można znaleźć pod adresem: www.ptew.org.pl,
a także na Facebooku (www.facebook.com/
pages/Polskie-Towarzystwo-Ewangelickie-PTEw/172506156233031) i Twitterze (twitter.
com/PTEwangelickie).
- 27 -
konferencje
Kobiety
i reformacja
Garść uwag na marginesie
Spotkania Chrześcijan Europy Środkowo-Wschodniej we Wrocławiu
Małgorzata Grzywacz
Jestem pasjonatką Ewangelickich Dni Kościoła (Evangelische Kirchentage) w Niemczech.
Już od czasów studenckich fascynowały mnie
bogactwo protestantyzmu, jego różnorodność
i koloryt.
Niezwykła atmosfera takiego spotkania
udzielała się nam zazwyczaj już pierwszego dnia
i do dziś w pierwszy wieczór Kirchentagu spotykamy się ze starymi znajomymi np. ze Światowego
Dnia Modlitwy Kobiet. Już wiem, że w przyszłym,
2015 roku powinnam się spakować i planować
podróż do Stuttgartu. Trochę daleko…
Tym razem było podobnie, choć się tego nie
spodziewałam. Do Wrocławia, miejsca Spotkania Chrześcijan Europy Środkowo-Wschodniej
wcale się nie wybierałam: to raczej samo zjawisko
pojawiło się u mnie. Zeszłoroczne (2013) Forum
Ewangelickie w gościnnym Koszalinie zainspirowało Synodalną Komisję Kobiet, aby za rok,
w pierwszy lipcowy weekend, zaprezentować
dotychczasowe efekty projektu „Kobiety i reformacja”, realizowanego aż do jubileuszu 500-lecia
reformacji w 2017 r. przy współpracy z Akademią
Ewangelicką w Wiedniu.
Faza wstępna przygotowań, prowadzonych
wspólnie z kobietami z Austrii i Słowacji, trwała
kilka miesięcy. Warto by ją kiedyś opisać, poddając refleksji procesy zachodzące wewnątrz takiej
grupy, gdyż doświadczenie bycia ewangeliczką
widziane z wnętrza Europy Środkowej i Wschodniej jest bardzo różne. Podobnie rzecz ma się z odniesieniami historycznymi – dlatego fascynująca
podróż w przeszłość oraz pytanie o aktualność
przesłania reformacyjnego po pięciu wiekach prowokują do myślenia. Istotną częścią przygotowań
do wrocławskiego spotkania było zaangażowanie
naszej parafialnej młodzieżówki. Studenci – bądź
świeżo upieczeni absolwenci poznańskich szkół –
podeszli do zadania z ogromną odpowiedzialnością. I dyskutowali: o wartości życia i działalności
Anny Wazówny, określanej „królową botaniki
polskiej”. Poznawaliśmy życiorys Elżbiety Czobor, Słowaczki węgierskiego pochodzenia, protoplastki sławnego (do dziś!) europejskiego rodu
Schwarzenbergów, Austriaczki Anny Neumann,
której zdolność pomnażania majątku i jego wykorzystania budzić powinna podziw niejednego
menedżera koncernu światowego formatu.
- 28 -
Różne historie życiowe opowiedziane z perspektywy XXI wieku uwalniają zupełnie nowe
sensy i konteksty: kobiety aktywne w pierwszej
fazie reformacji przynależały zazwyczaj do wysokich warstw społecznych, miały jednak świadomość swej odpowiedzialności za promowanie
postawy sprzyjającej nowemu odczytaniu wiary
chrześcijańskiej. Robiły dużo dla innych, spełniały
się na różnych polach i zapewniły ewangelicyzmowi fundamenty pod wielowiekowe trwanie,
także w bardzo trudnych warunkach.
Projekt „Kobiety i reformacja” jest od początku zjawiskiem wielojęzycznym, dlatego
w trakcie prezentacji można było usłyszeć język
polski, niemiecki, słowacki i angielski – polifoniczność reformacji i jej przesłania wybrzmiała
we Wrocławiu bardzo szczególnie. Podobne odczucia nie opuszczały mnie w trakcie głównego
nabożeństwa w Hali Ludowej: jedność w różnorodności. Zastanawiałam się nad tym zjawiskiem
i myślę, że wyrasta ono z hasła, będącego mottem
wrocławskiego spotkania: „Być wolnym w Chrystusie”. Wolność, jako kluczowe pojęcie ruchu
reformacyjnego, odbiła na tych dniach swoje
specyficzne, istotne piętno.
- 29 -
konferencje
Kobiety w społecznościach
Kościołów ewangelickich
tradycja, współczesność, perspektywy
Maria Drapella
Forum Ewangelickie (początkowo Sympozjum Ewangelickie, później Forum Inteligencji Ewangelickiej) powstało w 1994 r.,
dzięki inicjatywie i pasji prof. Pawła Puczka
i jego brata Jana Puczka. U zarania tego ruchu chodziło o wsparcie dla odradzającego się
szkolnictwa ewangelickiego, zwrócenie uwagi
na potencjał intelektualny polskiej społeczności ewangelickiej, także o zintegrowanie środowiska pracowników naukowych, inżynierów,
lekarzy, nauczycieli, artystów – ewangelików
rozproszonych w diasporze. Można uznać za
swoisty fenomen fakt, że społeczny, niezinstytucjonalizowany ruch utrzymał się przez 21
lat (jedynie w 2000 r. Forum nie odbyło się).
W tym czasie przedyskutowano wiele tematów ważnych dla naszej społeczności – dotyczących m.in. edukacji, poczucia tożsamości,
kondycji polskiego ewangelicyzmu, relacji
między tradycją a współczesnością. Większość obrad jest udokumentowana w formie
publikacji, spośród których aż 11 zredagował
Jan Puczek. Od pierwszych lat istnienia do
dziś Forum skupia aktywnych ewangelików
augsburskich i reformowanych (na kilku obradach, również na jubileuszowych, obecni byli
także przedstawiciele Kościoła ewangelicko-metodystycznego). Niezwykle ważna dla tego
ruchu, zainicjowanego i rozwijanego przez
świeckich, jest współpraca z duchownymi, ich
obecność na obradach, wsparcie organizacyj-
ne i finansowe Parafii, których członkowie są
działaczami Forum.
W ciągu 21 lat Forum Ewangelickie stało
się w pewnym sensie czynnikiem opiniotwórczym, dowiodło niezbywalnej potrzeby wspólnej dyskusji świeckich i duchownych, toczącej się nie tylko w strukturach kościelnych.
Niewątpliwie Forum zintegrowało znaczącą część naszego środowiska, nawiązały się
trwałe przyjaźnie ewangelików mieszkających
w diasporze, których jednoczy wspólna troska
o kondycję polskiego ewangelicyzmu.
Tradycją Forum stały się wycieczki, odbywające się w przeddzień obrad, podczas
których uczestnicy z całego kraju mogą nieco
bliżej poznać miasto czy region gospodarzy.
Tegoroczna wycieczka, zorganizowana i prowadzona przez Jana Puczka – „Śladami Jury
Gajdzicy” – miała szerszy zakres tematyczny,
niż sugerował tytuł. Zaczęła się w Cieszynie,
gdzie po „Uliczce Cieszyńskich Kobiet” oprowadziła uczestników jej inicjatorka – Władysława Magiera. Po spacerze na Wzgórzu Zamkowym i wizycie w Rotundzie św. Mikołaja
uczestnicy przybyli do Cisownicy. W Domu
Parafialnym sylwetkę Jury Gajdzicy – chłopa,
furmana, zbieracza książek, twórcy własnych
ekslibrisów, autora zapisków „Dlo pamięci
rodu ludzkiego” – przedstawiła jego potomkini, Henryka Szarzec, a w cisownickim kościele
ks. proboszcz Marek Twardzik opowiedział
- 30 -
o dziejach parafii. Ukoronowaniem wycieczki
było zwiedzanie Izby Pamięci Jury Gajdzicy,
utrzymywanej z wielką pieczołowitością przez
potomków.
Obrady XX Forum Ewangelickiego otworzył Jan Puczek. Dzieląc się jubileuszową refleksją, wspomniał o dokonaniach tego ruchu
i ciągle aktualnych wyzwaniach. Na prośbę
uczestników pozostawił na mównicy – jako
swoistych patronów obrad – plik publikacji
materiałów z Forum i statuetki Nagrody im.
ks. Leopolda Otto, którą Paweł i Jan Puczkowie
otrzymali w 2011 r. „za ideę i długoletnie organizowanie ogólnopolskich spotkań w ramach
Forum Ewangelickiego, które (…) są miejscem
refleksji nad dziedzictwem przodków oraz inspiracją do współczesnej aktywności, szczególnie w dziedzinie edukacji”.
Na otwarcie tegorocznych obrad przybyli
przedstawiciele władz samorządowych: Jerzy
Nogowczyk – starosta powiatu cieszyńskiego,
Jan Poloczek – burmistrz miasta Wisła, Janusz Buzek – radny Sejmiku Województwa
Śląskiego, Stanisław Kubicius – przewodniczący Rady Powiatu Cieszyńskiego. Obecna
była także Aleksandra Trybuś – posłanka na
Sejm Rzeczpospolitej.
Jubileuszowe słowa powitania wygłosili
ks. Paweł Anweiler – Biskup Diecezji Cieszyńskiej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego
w RP i ks. prof. dr hab. Bogusław Milerski
– rektor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Odczytano także list prof. dr hab.
Grażyny Szewczyk, która nie mogła przybyć
na obrady.
Referat inauguracyjny, będący ukłonem
dla Roku Kolberga, powierzono dr Arlecie
Nawrockiej-Wysockiej z Instytutu Sztuki
Polskiej Akademii Nauk: Nurt ewangelicki
w działalności Oskara Kolberga. Dr A. Nawrocka-Wysocka jest autorką publikacji Śpiewy protestanckie na Mazurach: tradycja ustna i pisana
- 31 -
(Nagroda Związku Kompozytorów Polskich
im. ks. prof. Hieronima Feichta z 2001 r.).
Ponadto w latach 2005-2008 realizowała projekt badawczy, finansowany przez MNiSW,
„Repertuar religijny społeczności ewangelickich w Polsce”, którego efektem było m.in.
wydanie dwupłytowego albumu „Pieśniczki
z kancenoła. Pieśni religijne ewangelików ze
Śląska Cieszyńskiego” (I nagroda w I edycji
konkursu Fonogram źródeł organizowanego
przez Polskie Radio Program 2, w 2009 r.).
Autorka, jako jedyny polski muzykolog, zauważyła wyznanie Oskara Kolberga, podjęła pionierskie badania nad tym aspektem
życia i działalności naszego współwyznawcy.
Na podstawie znakomitej znajomości literatury źródłowej, w tym korespondencji O. Kolberga, dr A. Nawrocka-Wysocka dowiodła,
że etos ewangelicki miał znaczący wpływ na
dokonania wielkiego etnografa, folklorysty
i kompozytora.
Prof. dr hab. Tadeusz Stegner, historyk
z Uniwersytetu Gdańskiego, wybitny badacz
polskiego ewangelicyzmu, zwłaszcza XIX
-wiecznego, w referacie Czy tylko „Kuchnia,
Kościół, Dzieci”? Kobiety w polskim protestantyzmie w XIX i w pierwszej połowie XX w., sięgnął do opinii Marcina Lutra na temat roli kobiet w małżeństwie (i społeczeństwie), a na ich
tle przedstawił sylwetki kobiet, którym udało
się przełamać stereotypy, zaistnieć publicznie
i działać poza triadą Kościół-Kuchnia-Dzieci.
Szczególnym walorem tego referatu było połączenie erudycji z poczuciem humoru.
Tę „historyczną” część obrad, prowadzoną przez prof. dra hab. Jarosława Świderskiego, zakończył referat mgr Alicji Saar-Kozłowskiej, z Uniwersytetu Mikołaja
Kopernika w Toruniu: Anna Wazówna – infantka Szwecji i Polski. Sylwetka tej niezwykłej kobiety przedstawiona została bardzo
oryginalnie, gdyż dla Autorki, będącej historykiem sztuki, punktem wyjścia stała się
symbolika pomnika Anny Wazówny, ufundowanego przez Władysława IV. Z interpretacji
symboli, z informacji o relacjach rodzinnych,
okolicznościach śmierci, o spóźnionym (i powtórzonym) pochówku wyłaniał się stopniowo obraz kobiety, która – mimo komplikacji
rodzinnych, poważnych kłopotów zdrowotnych i nieprzychylności środowiska – trwała w swym wyznaniu i służyła ludziom jako
dobroczyńca, zielarka i lekarka.
Na jubileuszowych obradach nie zabrakło komunikatów poświęconych szkolnictwu.
Działalność szkół ewangelickich, w drugiej
części piątkowych obrad, prowadzonych przez
prof. dra hab. Juliusza Gardawskiego, przedstawili:
Piotr Machowski – Dyrektor VII Prywatnego Liceum Ogólnokształcącego i Prywatnego Gimnazjum Nr 8 im. M. Reja w Krakowie;
szkoły prowadzi Fundacja Edukacyjna im. J.S.
Bandtkiego w Krakowie;
- 32 -
Lidia Janik (dyrektor Szkoły Podstawowej) – Szkoły Ewangelickiego Towarzystwa
Edukacyjnego im. Alberta Schweitzera
w Gliwicach: szkoła podstawowa, gimnazjum
i liceum ogólnokształcące;
Agnieszka Bednarkiewicz-Sowińska –
prezes zarządu warszawskiej fundacji „Ewangelickie Towarzystwo Oświatowe”; fundacja
prowadzi przedszkole i szkołę podstawową;
Lidia Pałac – dyrektor Liceum Ogólnokształcącego i Gimnazjum Towarzystwa Ewangelickiego w Cieszynie; zaprezentowano także
Szkołę Podstawową TE (dyrektor Joanna Gibiec-Smierna) oraz Przedszkole TE (dyrektor
Grażyna Podżorska);
Józef Król – członek Zarządu Towarzystwa Szkolnego im. M. Reja w Bielsku-Białej,
który omówił działalność szkół w ogólnym
zarysie.
Powstanie Ewangelickiego Towarzystwa
Oświatowego w Warszawie sygnalizowano już
na zakończenie Forum w 2011 r., ale podczas
tegorocznych obrad po raz pierwszy przedstawiona została jego działalność, dzięki której
odradza się ewangelickie szkolnictwo w Warszawie, mające ambicje nawiązania do wielkich
jego tradycji.
Wszystkie zaprezentowane polskie szkoły ewangelickie są w bardzo dobrej kondycji.
Pokonując różnorodne trudności, proponują
wartościową, atrakcyjną ofertę edukacyjną
i wychowawczą, dysponują znakomitą kadrą
pedagogiczną, są wysoko notowane w rankingach, ich uczniowie osiągają bardzo dobre
wyniki testów i egzaminów. Placówki te mogą
pochwalić się laureatami olimpiad przedmiotowych, śledzą losy swych absolwentów.
Dwa kolejne referaty odwoływały się do
osobistych, lecz jakże różnych, doświadczeń
Autorów. Obrazy z przeszłości a współczesność
diakonek to temat wystąpienia Haliny Radacz,
diakonki w Kościele ewangelicko-augsburskim. „Obrazami” były fakty, sytuacje, które zdarzyły w ciągu wielu lat pracy autorki.
Współczesnością – aktualny status prawny
diakonek i jego konsekwencje. Opowieść
tę cechowały powściągliwość emocjonalna
i piękny język literacki. A jednak, mimo nar-
- 33 -
racyjnego dystansu, bardzo wyraziste stały się
uprzedzenia doświadczane zarówno ze strony niektórych objętych opieką duszpasterską
parafian, jak i (raczej zwłaszcza) kolegów pastorów. Trud pokonywania tych uprzedzeń
był niemały, ale prowadził do serdecznych,
opartych na zaufaniu relacjach z parafianami.
Po tym referacie, w toku ożywionej, rzeczowej
dyskusji pojawił się projekt uchwały Forum
w sprawie zmiany prawa Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. Jak wiadomo, inna sytuacja
prawna istnieje w Kościele Ewangelicko-Reformowanym, niemniej nie porównywano pracy
kobiet służących pracą duszpasterską w obu
tych Kościołach w Polsce. Referat księdza Tomasza Pieczki dotyczył Udziału kobiet w życiu
Kościołów reformowanych języków romańskich.
Autor pracował wiele lat w Kościołach ewangelicko-reformowanych we Francji, zwłaszcza
w Alzacji oraz w Belgii. Oprócz bardzo interesujących informacji na temat najnowszej
historii tych Kościołów i ich prawodawstwa,
w referacie znalazły się fakty świadczące o tym,
że prawo kościelne stanowiące równość mężczyzn i kobiet w dostępie do funkcji i urzędów
nie jest gwarantem owej równości w praktyce.
Kobiety-„pastorki” w tych krajach także napotykają trudności i bywają traktowane jak
duszpasterze minorum gentium.
Można powiedzieć, że piątkowe obrady Forum były obramowane folklorem – od
Kolberga po kończący dzień występ grupy
śpiewaczej „Wańcy”, która zaprezentowała się
w znanym i ciągle chętnie słuchanym śląsko
-cieszyńskim repertuarze.
Sobotnie obrady, prowadzone w części
przedpołudniowej przez prof. T. Stegnera,
rozpoczął referat prof. dr hab.. Kaliny Wojciechowskiej: Obecność Biblii w dokumencie
Światowej Federacji Luterańskiej „Gender Justice Policy”. Recepcję tego dokumentu utrudnia
fakt, że nie ukazał się jeszcze pełny jego przekład na język polski. Autorka referatu zwróciła
uwagę na dyskusyjny dobór cytatów zarówno
- 34 -
staro-, jak i nowotestamentowych, które komentowane są w sposób niekoniecznie spójny
metodologicznie, gdyż egzegeza stopniowo
ustępuje podejściu hermeneutycznemu. Z założenia dokument ten, przygotowywany przez
prawie trzydzieści lat, konsultowany z wieloma
środowiskami świeckimi i kościelnymi, ma być
istotnym głosem na temat polityki równościowej w Kościołach luterańskich.
Z kolei Doświadczenia kobiety-prezbitera w Kościele Ewangelicko-Reformowanym
w Polsce były tematem komunikatu Biruty
Przewłockiej-Pachnik. Autorka pracowała jako prezbiter w Kolegium Kościelnym
parafii warszawskiej w trudnych czasach
stanu wojennego. Przez dwie kadencje była
prezesem Konsystorza Kościoła Ewangelicko-Reformowanego. Na tym urzędzie
poprzedzały ją prof. Zofia Lejmbach i dr
Dorota Niewieczerzał. Obecnie B. Przewłocka-Pachnik jest prezesem Diakonii
Kościoła E-R i przewodniczącą Komisji
Diakonijnej Polskiej Rady Ekumenicznej.
Była to skromna relacja na temat doniosłej
działalności.
Referat zamykający tę część obrad –
Gender w perspektywie antropologicznej – wygłosiła dr Grażyna Kubica z Uniwersytetu
Jagiellońskiego – socjolożka, antropolożka,
autorka m.in. książek „Siostry Malinowskiego, czyli kobiety nowoczesne na początku
XX wieku”, „Śląskość i protestantyzm. Antropologiczne studia o Śląsku Cieszyńskim,
proza, fotografia”. W bardzo ciekawej formie
zostały zasygnalizowane antropologiczne
prace i wnioski badawcze, zwłaszcza Margaret Mead. Autorce udało się przekonać
nawet osoby dotychczas nieufne, że pojęcie
„gender” nie oznacza ideologii i nie zasługuje
na odium.
Bardzo ważna dla wszystkich uczestników Forum była obecność na tej części obrad
ks. biskupa elekta Mariana Niemca (w przeddzień konsekracji).
- 35 -
warte polecenia
Uczestnicy XX Forum Ewangelickiego
przyjęli uchwałę, zainicjowaną przez Jana
Puczka, adresowaną do synodu Kościoła
Ewangelicko-Augsburskiego w RP, o następującej treści:
Uczestnicy XX Forum Ewangelickiego,
formułując swoje stanowisko wobec ograniczonych praw kobiet, zawartych w Zasadniczym
Prawie Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego
w RP,
wnoszą, co następuje:
Wyrażając sprzeciw wobec prawnego
ograniczenia dostępu kobiet do ordynacji na
duchownego prezbitera, wnioskujemy o zmianę prawa kościelnego tak, aby gwarantowało
pełną równość mężczyzn i kobiet w dostępie
do wszystkich funkcji Urzędu Duchownego.
W głosowaniu niniejszej Uchwały uczestniczyli wyłącznie uprawnieni członkowie Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP.
Uchwała została przyjęta bezwzględną
większością głosów.
Wisła-Jawornik, 13 września 2014 r.
Sobotnie obrady popołudniowe,
prowadzone przez Bogusława Tonderę
(dziennikarza, politologa, filozofa), rozpoczęły się komunikatami. Władysława
Magiera, autorka trzytomowej książki
Cieszyński szlak kobiet i nowo wydanej
pozycji Szlak kobiet Śląska Cieszyńskiego, przedstawiła sylwetkę Marii Geysztowt-Bernatowicz – działaczki społecznej,
współzałożycielki Polskiego Ewangelickiego Stowarzyszenia Niewiast w Cieszynie, tłumaczki Zarysu dziejów powstania
i upadku reformacji w Polsce Waleriana
hr. Krasińskiego. Było to preludium do
niedzielnej uroczystości. Po nabożeństwie
w Kościele Jezusowym w Cieszynie, na
którym kazanie wygłosił proboszcz parafii ewangelicko-reformowanej w Warszawie, ks. Michał Jabłoński, odbyło się
uroczyste osłonięcie tablicy poświęconej
Marii Geysztowt-Bernatowicz. Tablica,
zaprojektowana przez Urszulę Górnicką-Herma, a ufundowana przez Halinę
Molak-Olczak, umieszczona została na
ścianie domu parafialnego przy placu Kościelnym.
Sylwetkę Zofii Lejmbach, wybitnej
lekarki, profesora i prorektora Akademii
Medycznej w Warszawie, pierwszej kobiety
w urzędzie Prezesa Konsystorza Kościoła
E-R, przedstawił prof. J. Świderski, który
tradycyjnie już prowadził kolejny punkt
obrad: Krąg dyskusyjny. Rozmawiano
o różnych aspektach ról mężczyzn i kobiet
w społecznościach ewangelickich.
W podsumowaniu obrad podkreślano
spójność tematyczną Forum, dzięki której
można było rozpoznać różne uwarunkowania społecznej roli kobiet, zwracano
uwagę na wysoki poziom merytoryczny
referatów i dyskusji, a także na fakt, że po
raz pierwszy w pełni zabrzmiał na Forum
głos diakonek. Najskromniej chyba wypadła dyskusja nad przyszłością Forum. Nie
rozstrzygnięto: czy należy ten ruch kontynuować w dotychczasowej, niezinstytucjonalizowanej formie, co nie jest sprawą prostą, czy też warto powołać stowarzyszenie
lub fundację. Kwestia pozostała otwarta.
Sobotni wieczór zakończył się projekcją filmów Katarzyna von Bora i Cieszyńska uliczka kobiet.
Bardzo ważną częścią XX Forum były
ciekawe, merytoryczne dyskusje, toczące
się wokół problematyki wygłaszanych referatów. Można będzie zapoznać się z nimi
w materiałach z jubileuszowych obrad,
które organizatorzy obiecali opublikować.
W roku 2015 przypada sześćsetna
rocznica śmierci Jana Husa. Z pewnością
jego działalność będzie jednym z wątków
przyszłorocznych obrad, na które przedstawiciele Kościoła Ewangelicko-Reformowanego zaprosili uczestników Forum
do swej parafii w Zelowie.
- 36 -
Anioł
i skrzypce
O swojej płycie Anioł i skrzypce artystka
powiedziała: „kolejna ostatnia płyta”. Cieszę
się, że powstała, i mam nadzieję, że będzie
następna „ostatnia”. Płytę Anioł i skrzypce Joanny Rzyczniok wydało wydawnictwo Warto
z Dzięgielowa.
Tytułowy utwór z płyty Joanny Rzyczniok, Anioł i skrzypce, powstał do słów
wiersza Katarzyny Zychli. Piosenka o wyraźnych folkowych wpływach opisuje historię Betlejem i anioła, który stroi skrzypce,
by za pomocą muzyki opowiadać ludziom
sprawy Boże.
Szczególnymi utworami na płycie są
bardzo osobiste: Chwila i Dla Zosi. Pierwszy
utwór, Chwila, napisany został na uroczystość weselną. Występuje tu upersonifikowana Chwila, która przychodzi i odchodzi,
dając do zrozumienia, że wszystko, co piękne, przemija. Choć zupełnie nie potrafimy
sobie tego wyobrazić, kiedyś sam czas skończy się i wszystko trwać będzie wiecznie.
Z kolei Dla Zosi to piosenka powstała pod
wpływem uroków macierzyństwa, w nocy,
podczas karmienia najmłodszej córki Joanny.
Utworem niezwykle ciekawym jest także Gawęda o miłości do ziemi ojczystej, która
powstała w oparciu o wiersz Wisławy Szymborskiej. Wisława Szymborska trafnie opisała
ludzi żyjących z dala od swojej ojczyzny, Joanna Rzyczniok natomiast wyśpiewała – jak
sama skomentowała – życie ludzi będących
z dala od Boga.
Mnie osobiście najbardziej – obok utworu
tytułowego – spodobały się dwa: Wiosna, ze
względu na jego żywiołowy charakter, oraz
W grodzie niebieskim, ze względu na jego archaiczność.
Całość, tak bogata i różnorodna, choć
jednocześnie urzekająco prosta, przemawia do
słuchacza w sposób pełen emocji i z ogromną
wrażliwością, niosąc prawdy o przemijającym
czasie, pamięci, wiośnie, miłości i Bożej łasce.
Płytę Joanny Rzyczniok pt. Anioł i skrzypce znajdziecie w księgarni Warto w Cieszynie
oraz w księgarni internetowej warto.com.pl.
Warto posłuchać, polecam.
- 37 -
Joanna Rączkowiak
warte polecenia
nym, kulturalnym, uprzejmym i wiernym demokracji – takim, jakim jestem: tolerancyjnym
człowiekiem. Nic mu nie powiem.”
I właśnie w ten sposób przemilcza się wiele spraw, nie miesza się tam, gdzie mogłoby to
być konieczne, pozuje się na kogoś innego niż
w rzeczywistości, unikając wszelkich dyskusji
i konfliktów, albo jeszcze gorzej – zamiatając
wszystko pod dywan.
Kolejnym objawem zakłamania jest to, że
człowiek szuka sobie ludzi podobnie usposobionych (albo ma przestrzeń takiej komunikacji w domu, z partnerem), z którymi zgadza
się, że tolerowane stanowisko „jest w ogóle
wykluczone”. Wraz z tymi ludźmi – a za plecami tych, których należy tolerować – człowiek może się do woli konsternować, oburzać
i złościć.
Jeśli człowiek uchodzi za tolerancyjnego,
nie przyjmuje ani tych, którzy myślą inaczej,
ani tych, którzy inaczej wyglądają, mówią,
pytają, sprawiają nietypowe wrażenie albo
postępują i żyją inaczej niż on. Przyjęcie ich
oznaczałoby akceptację.
Tolerancja natomiast oznacza wytrzymanie, wytrwanie, znoszenie – „jakoś”, „pomimo czegoś”, a nawet „jeśli”. Będę tolerancyjnie
potraktowany, jakoś przecierpiany czy nawet
ścierpiany za to, że jestem taki, jaki jestem. Od
tolerancyjnej osoby więcej nie należy oczekiwać.
Tolerancja to często nastawienie bardzo
aroganckie, które powstaje w wyniku spojrzenia pełnego wyższości, poniżającego drugiego
człowieka: „Ach, spójrz no, czyż ja nie jestem
miły, że ciebie takim, jakim jesteś, toleruję?
Chociaż ty… ale dobrze, nie mówmy o tym
teraz”, ponieważ JA jestem tolerancyjny. JA
jestem świadomy, że nie wszyscy są tacy sami
i dlatego właśnie JA jestem lepszy niż inni.”
Otwarty w skrytości
Ale nie tylko zachowanie jest zakłamane.
Zakłamane jest także uczucie, które się wówczas rodzi: jestem lepszy, ponieważ jestem
człowiekiem otwartym na innych. Otwartym
w skrytości, przez przemilczenie – do tego
jeszcze nieszczere: „Ach, to jest naprawdę interesujące. Ach, z tego punktu widzenia nigdy
nie patrzyłem na tę sprawę. Więc w taki sposób
też można to zrobić?!” Dodatkowo należy się
jeszcze mocno postarać, żeby te słowa brzmiały możliwie naturalnie.
Usunąć hierarchię
Tolerancja ma niewiele wspólnego zarówno z równouprawnieniem, jak i ze wspólnotą
z drugim człowiekiem. Tolerancja buduje hierarchie, których nie sposób zburzyć, bo przynależne każdemu miejsca w tej strukturze są
precyzyjnie wybrane i odgórnie ustalone.
W wielu sytuacjach zaś tolerancja po
prostu śmierdzi tchórzostwem. Łatwiej jest
uchodzić za tolerancyjnego człowieka i takim
się czuć, niż dopytywać się, mieć inne zdanie,
kłócić się, dostrzegać różnice. Odnosi się to
Znieście tolerancję!
Pozbądźcie się strachu
przed dyskusjami i debatami!
Lena Gorelik
Lena Gorelik urodziła się w 1981 roku w Rosji (w ówczesnym Leningradzie), a w 1992 roku ze swoją
rodziną o rosyjsko-żydowskich korzeniach wyemigrowała do Niemiec. Jej powieści „Meine weiße
Nächte“, „Hochzeit in Jerusalem“ i „Verliebt in Sankt Petersburg“ zostały wyróżnione wieloma nagrodami. Niedawno na rynku pojawiły się jej dwie kolejne powieści pt. „Sie können aber gut Deutsch“
i „Lenas Tagebuch“.
Tłumaczył: Grzegorz Olek
Pewne sprawy nie wymagają wprowadzenia i należy je po prostu wypowiedzieć – tyczy
się to poniższego żądania i z tego powodu wypowiadam je bez żadnych ubarwień: Tolerancję należy znieść.
Należy wyrzucić ją z dozwolonego repertuaru postaw i działań, tak jak oczyszcza się
szafę, piwnicę, czy pozbywa przyjaciół z facebooka. To tchórzliwe, zakłamane i marnotrawiące czas uczucie, które szkodzi kulturze
sporu i istocie wspólnoty. A więc precz z nią!
Najczęściej zmusza nas ona bowiem do kłamstwa czy też – w wersji minimalistycznej – do
milczenia.
„Czy on naprawdę to powiedział? Może
lepiej nie będę się w to wgłębiał… Wprawdzie
przeczy to wszystkiemu, w co wierzę i co uważam za słuszne, ale, no właśnie, może wtedy
zmieniłbym swój pogląd… a tego lepiej nie
będę robić. Nie, nie, nie. On ma prawo do własnego zdania. Nie, muszę to znieść, bo przecież
nie bez powodu nazywam siebie wykształco-
- 38 -
w tym samym stopniu do przyjaźni i relacji
z innymi, co do całego życia w społeczeństwie.
Czy tolerancja jest spowodowana strachem? Strachem przed starciem, dyskusją,
przed dysharmonią? Bez rozmowy i debaty,
bez konfliktów i bez kłótni nie ma przecież
ani szansy na rozwój, ani na zmiany.
Już sama próba życia bez tolerancji jest
wiele warta. Jak to byłoby rozmawiać ze sobą,
kłócić się, dyskutować i sprzeciwiać się innym,
zamiast tolerować się wzajemnie? Okazywać
uczucia, a nie udawać je?
Można śmiało rozpocząć, biorąc pod
uwagę następujący postulat:
Nikt nie musi tolerować pomysłu zniesienia tolerancji.
- 39 -
listy do redakcji
listy do redakcji
Droga Redakcjo,
Droga Redakcjo!
Ponieważ w jednym z poprzednich numerów „Słowa i Myśli” pisaliście o Centrum Misji
i Ewangelizacji, postanowiłam podzielić się swoimi przemyśleniami w związku z tegorocznym
Tygodniem Ewangelizacyjnym w Dzięgielowie.
Wzbraniałam się przed wyjazdem na niego, bo wydawało mi się, że nie odpowiada mi formą
– namioty, gitary, koncerty, błoto i kamienie nie pasują według mnie ani do osoby w moim wieku,
ani do Kościoła. Kilka lat temu byłam w Dzięgielowie i nie planowałam jechać znów. Ale we
wtorek było przypadkiem jedno wolne miejsce w samochodzie, którym jechali na TE członkowie
młodszego pokolenia z mojej rodziny. Namawiali mnie, najpierw mówiąc o seminariach, potem
o ewangelizacji. Przyznam szczerze, że tak naprawdę skusiły mnie ciasta z kawiarni Cafe TE, bo
słynne są już chyba na całą Polskę, i pomyślałam, że dla kawałka pysznego kołocza przecierpię
jeden dzień telepania się w upale po kamieniach.
I nie żałuję! Ten dzień był dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem. Miło było zobaczyć, że organizacyjnie TE wypada o wiele lepiej niż dawniej, chociażby ze względu na catering
oraz budki z goframi, różne stoiska, lepszy standard toalet, rozszerzenie terenu o szkołę itp., i że
bardzo się stara ogarnąć swoją „ofertą” ludzi w każdym wieku. Owszem, najwięcej widać młodych
ludzi (choć właściwie chyba malutkich dzieci na rękach matek!), ale poruszająca ewangelizacja
była wyraźnie skierowana również do osób w sile wieku (rodziców, dziadków). Żałuję tylko, że
nie odważyłam się podnieść ręki pod koniec, chociaż czułam taką potrzebę. Przyjeżdżałam potem do końca codziennie i bardzo wiele wyniosłam z seminariów, wspólnego śpiewu i zwłaszcza
ewangelizacji. I wcale nie odstawałam wiekowo!
Dziwi mnie negatywna dyskusja o TE i działalności CME, której echa słyszalne są na łonie
Kościoła. Przyznaję, że dopóki nie pojechałam do Dzięgielowa ponownie, uczestniczyłam w niej
po stronie przeciwników CME. Teraz czuję, że pod wielkim namiotem naprawdę działa Duch
Święty, w co czasami można zwątpić, uczestnicząc w „normalnym” nabożeństwie w „normalnym”
kościele. Brakuje nam Ducha, ale nie brakuje nam sił, by krytykować tych, którzy chcą naprawdę
działać na Jego rzecz. Sama biję się w piersi.
Barbara P.
- 40 -
Piszę, bo jestem poruszona artykułem „Nie samym chlebem człowiek żyje”. Jestem przerażona
tak pędzącą cywilizacją techniczną. Mam już sporo lat, ale wiek i marudzenie ludzi starych mnie
nie dotyczy. Chodzi mi o to, że te wszystkie „nowinki” coraz bardziej oddalają ludzi od siebie.
Jest to sztuczna bliskość i trudno mi zrozumieć, że ludzie postrzegają te wszystkie „urządzenia”
jako coś, co nas zbliża. Jestem z zawodu pielęgniarką, dlatego cenię bliski kontakt z człowiekiem.
Lubię dotyk ręki, lubię patrzeć na rozmówcę, lubię czuć jego fizyczną obecność. Myślę, że ludzie
stracili radość, jaką daje bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem. Wolą czuć dystans, siedzieć
bezpiecznie przed ekranem. Czasem robią straszne rzeczy przez Internet. Czują się bezkarni, co
dla mnie jest objawem tchórzostwa. W świecie realnym musieliby patrzeć w twarz człowiekowi,
któremu wyrządzają krzywdę, bądź mówić prawdę – a to o wiele trudniejsze i wymaga odwagi.
Myślę, że to izolowanie się (tak, wiem, co piszę), spowodowane „gadżetami”, osiąga powoli apogeum. Moi znajomi (starszawi) chełpią się, że „opanowali” komputer, a tak naprawdę nie umieją
poradzić sobie z osamotnieniem. A przecież wystarczy tylko telefon, żeby powiedzieć: wpadnę do
was, posiedzimy i pogadamy. Te „gadżety” nie zastąpią ciepłego uścisku dłoni. Są tylko namiastką
prawdziwego kontaktu. Ludzie nie czują wstydu, siedząc przed komputerem i wyrządzając innym
krzywdę. Czasami, doprowadzając do tragedii, uważają się za bohaterów. Tracą kontakt z rzeczywistością, jakby zapomnieli, że po drugiej stronie jest żywy, wrażliwy człowiek, który czuje,
przeżywa. Wielką tragedią jest to, że ludzie uzależniają się od tych „wynalazków”. Wiem, jakie
to nieszczęście, bo pracowałam z takimi ludźmi. Cieszę się, że ten artykuł wyraża moje emocje,
myśli, refleksje. Kiedyś przeczytałam myśl Marka Twaina: „Cywilizacja to niekończący się ciąg
potrzeb, których nie potrzebujemy!”. Spytałam raz mojego dorosłego wnuczka, czy jest w stanie
wyjść bez telefonu (wypasionego) z domu. Zobaczyłam w jego oczach chyba strach. Zmartwiło
mnie to bardzo, ale powiedziałam: „spróbuj”. Przecież ja bez żadnego telefonu wyrosłam na
całkiem mądrą, porządną babcię.
G. Chmiel
P.S. Serce mnie jeszcze boli, gdy słyszę o tzw. „singlach”…
- 41 -
listy do redakcji
informacja
Szanowna Redakcjo,
Postanowiłam napisać w związku z głównym tematem poprzedniego numeru, czyli z Konfirmacją. Wydaje mi się, że problem z odchodzeniem młodych ludzi z Kościoła po Konfirmacji jest
bardzo duży, a u jego podstaw leżą dwa bardzo istotne problemy: po pierwsze we współczesnym
świecie zupełnie zdewaluowała się wartość przysięgi czy ślubowania (co nie dotyczy tylko Konfirmacji, ale wszelkiego rodzaju zobowiązań, także np. przysięgi małżeńskiej, przysięgi sądowej),
a po drugie – często przystąpienie do Konfirmacji traktowane jest jako coś zewnętrznego: młody
człowiek, nauczony przez rodziców, że to jest „końcowy punkt”, wieńczący luterański rozwój (od
tego momentu jest on pełnoprawnym, dorosłym parafianinem), po prostu przystępuje do Konfirmacji „z rozpędu”. Zdarza się, że jest do tego zmuszony przez rodziców, sama byłam świadkiem
tego, że każe się iść na naukę konfirmacyjną synowi pod groźbą szlabanu na komputer.
Moim zdaniem konieczne jest więc zwrócenie podczas nauki konfirmacyjnej uwagi konfirmantów na ich własną odpowiedzialność za decyzję o przystąpieniu do Konfirmacji oraz
na ogromną wagę tej decyzji – nie chodzi przecież tylko o znajomość Katechizmu (choć także),
ale o zbudowanie w młodym człowieku poczucia, że bierze on swoją relację z Bogiem we własne
ręce i że będzie z tej relacji rozliczony. Nie chodzi o to, co pomyśli rodzina, co pomyśli parafia (ten
wątek pojawił się w artykule Konfirmantki Zuzanny Kowalskiej) – najważniejsze jest przecież,
co pomyśli Bóg, w jaki sposób dotrzymamy naszej przysięgi wobec Niego.
Nie do przecenienia jest kwestia szacunku do wyborów młodego człowieka, którego często
brakuje rodzicom – być może wydaje im się, że rezygnacja ich dziecka z Konfirmacji uderza jakoś
w nich jako rodziców (że nie potrafili dziecka wychować na „porządnego” luteranina). To moim
zdaniem duży błąd: na łono Kościoła można zawsze wrócić, a o ileż więcej warty będzie szczery
powrót niż nieszczere ślubowanie i jak najszybsza pokonfirmacyjna ucieczka.
W samo południe 15 października 2010 częściowemu zniszczeniu uległ zabytkowy kościół
ewangelicki w Sierakowie, w północnej Wielkopolsce. Wybudowany w latach 1782-85 nad Wartą,
służył jako kościół zborowy tamtejszej społeczności ewangelickiej. Ufundował go Piotr Mikołaj
von Gartenberg-Sadogórski, od 1763 roku właściciel miasta Sieraków. Szkieletowa konstrukcja
wypełniona była cegłami, prezbiterium skierowane na północ, nawa okolona z trzech stron emporami, dach zaś – pokryty dachówką ceramiczną.
W 2010 roku uległa zawaleniu czworoboczna wieża. Zdjęcia wykonane latem 2014 roku
ukazują obraz smutnej rzeczywistości, którą chyba mało kto się przejmuje, bo i po co? W końcu
to kościół „heretycki”…
Tekst i zdjęcia: Romuald Długosz
Pozdrawiam Redakcję i Czytelników
(imię i nazwisko znane redakcji)
- 42 -
- 43 -
- 44 -

Podobne dokumenty