Dom WielkoPolski Janina KłoPocKa : PoLicHRoMiE

Komentarze

Transkrypt

Dom WielkoPolski Janina KłoPocKa : PoLicHRoMiE
Dom WielkoPolski
Dom
WielkoPolski
Janina
Kłopocka
:
POLICHROMIE
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2014
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
s. 12
s. 122
s. 140
s. 160
K łopock a
Sąsiad
dom polski � zakrzewo
The Polish House � Zakrzewo
Das Polnische Haus � Zakrzewo
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Tytuł :
Podtytuł :
K łopock a
Dom WielkoPolski
Janina Kłopocka: POLICHROMIE
K łopock a
S. 15
S. 14
Michał Kruszona
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Dojeżdżając do Zakrzewa, zakręt za zakrętem, mijałem położone na północnych
rubieżach województwa wielkopolskiego, krajeńskie wioski. Krajna to ziemia na skraju, tu
kiedyś kończyła się Polska. Analogicznie patrząc z drugiej, zachodniej strony, kończyły się tu
Niemcy. Jakże kusi poprowadzenie etymologicznej wycieczki w stronę odległej Ukrainy. Za
kierownicą niemieckiego auta siedział znakomity poznański fotografik Andrzej Grabowski,
to on namówił mnie do napisania opowiadania. Inspiracją miały być wykonane przez niego fotografie Roku Obrzędowego, cyklu obrazów zrealizowanych w 1937 roku, przez Janinę
Kłopocką, w Domu Polskim w Zakrzewie. Odtąd miałem spory kłopot z Kłopocką. Świadomie
postanowiłem abstrahować od dokumentowania losów artystki. Pogmatwane losy autorki
Znaku Rodła pozostawiam dociekliwości historyków. Patrząc na obrazy, starałem się dostrzec
ślady bliskie ideom Zadrugi. Ponoć za sprzyjanie temu antyklerykalnemu, neopogańskiemu
ruchowi komuniści aresztowali po wojnie Janinę Kłopocką. Ona sama musiałaby nam opowiedzieć, jak było naprawdę. Nie miałem prawa oceniać jej życiowych wyborów, dodawać
do nich niczego, ponad to, co wyczytałem z zakrzewskich obrazów. Łatwo o nadinterpretację
i grzech nadużycia. Przyjrzałem się utrwalonym na ścianach Domu obyczajom. Z ascetycznych kolorów spływa spokój. Choć to malowane na tynku freski, widać drzeworytniczy zmysł
artystki, wyuczony w pracowni Władysława Skoczylasa. Harmonię pomiędzy ludźmi a naturą
oddawała duchowa prostota obrazów. Symbioza piękna z dobrem i malarska dyscyplina dały
klarowną kompozycję. Wszystko niczym u miejscowych kucharek, w ich sztuce gotowania
potraw smacznych, wyważonych i pożywnych. Tylko tak powinniśmy dziś opowiadać o Janinie
Kłopockiej, nie znamy wszak, skądinąd, jak tylko z książek, komplikacji świata, w którym
powstała jej najsłynniejsza malarska praca. Świadectwa, nawet pozornie rzetelne, bywają
złudne. Świat jest pełen niuansów, których nie uświadczymy w dokumentach, brak ich nawet
w subiektywnych relacjach świadków. Historia to zaledwie sztuka spekulacji. Nie da się jej
zbadać szkiełkiem i okiem, zmierzyć i opisać wedle z góry ustalonych wzorów. Opisywanie
dziejów zawiera w sobie coś, czego przewidzieć się nie da, a co w decydujący sposób wpływa
na ich bieg — to niedające się żadną miarą przewidzieć ludzkie emocje.
1
K łopock a
S. 19
Michał Kruszona
1
S. 18
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
W styczniu 1933 roku nastały złe czasy, szaro-brunatne, niespokojne, zimne i hałaśliwie rozkrzyczane. To wówczas ludziom zamieszkującym krajeńską ziemię zaczęły od
wilgoci skręcać się włosy. Zresztą nie tylko im. Później rozmiękały im nawet paznokcie, przybierając przy tym siny
kolor. Mieszkańcy Krajny, znani dotąd z prostych jak druty
włosów, budzili się zaskoczeni płowymi puklami loków na
głowach. Włosy większości ludzi przypominały sprężynki,
kłębiły się niczym bujna koniczyna, te zaś rosnące rzadziej,
wiły się niczym perz. Większy problem był z paznokciami,
nie nadawały się do niczego. Nie dało się przykręcić nimi
nawet najmniejszej śrubki. Nie dziwota, do czasu gdy dzieje
się ta historia, z małymi przerwami padało już siódmy rok.
Powietrze przesiąkło wilgocią, dawno już przestały się jej
opierać drzewa, drogi i domy. Woda szczególnie dawała się
we znaki ceglanym murom, odparzała tynki, drążyła kanaliki
w miękkich fugach. Wilgoć tworzyła na fasadach budynków
plamy i zacieki, niczym liszaje świadczyły one o jakiejś zakaźnej chorobie toczącej dużą wieś, prawie miasteczko. Belki
podtrzymujące na strychach dachowe więźby ledwie opierały
się wodzie, chłonąc ją nie tylko z powietrza. Leniwie, wąskimi strumyczkami, woda płynęła bezpośrednio po heblowanym drewnie, kapiąc na utwardzone gliną stropy. Kropelka
po kropelce wodę wchłaniała sucha zazwyczaj glina, teraz,
z każdym kolejnym jesiennym dniem, powoli zmieniająca się
w błotnistą, żółtą maź. Było zbyt wcześnie nawet na śniadanie, kiedy z podwórza należącego do kowala Wernera Kuhnke
K łopock a
S. 21
wytoczył się wóz zaprzężony w jednego, kroczącego pomiędzy
dwoma dyszlami, konia.
– Hüh, Hans! Woźnica, będący już jednak dawno po
solidnym wiejskim śniadaniu, niedbale machnął batem, koń
szarpnął wozem i wyciągnął wóz na bruk. Koła zaturkotały
z przeraźliwym hałasem i potoczyły się po czerwonobrązowych kamieniach wybrukowanej ulicy. Kamienie wymyte w dwutygodniowym deszczu mieniły się niczym opale.
Niejeden przybrał odcień fioletu, inny uciekał swą barwą
w stronę bordo. Hans idealnie wkomponowywał się w owe
kamienie swoją nieokreśloną maścią. Patrząc z góry, z okien
któregokolwiek z piętrowych domów, można było rzec, że
umaszczenie zlewało się z brukiem. Zaspanym oczom mogło
się wydawać, że ożyły ułożone na ulicy kamienie. Koń powolnie reagował na komendy woźnicy, przyzwyczajał się
do nowych podków, co chwila któraś z nich ślizgała się na
mokrym bruku, wprawiając pociągowe zwierzę w konsternację. Przyjechał do miasteczka przed dwoma godzinami aż
z Lugetal. Polacy nazywali jego wieś, nieco prześmiewnie –
Peterkowo. Faktycznie, od dwustu lat najpopularniejszym
męskim imieniem nadawanym we wsi, było imię Peter.
Gospodarz, jak wszyscy, z wyjątkiem jedynego w jego
wiosce Polaka, był Niemcem. W zasadzie chwalono sobie wza-
Michał Kruszona
1
S. 20
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
jemne sąsiedztwo. W wiosce, do której właśnie przyjechał,
mieszkańcy mówili wyłącznie po polsku. Większość ludzi
w okolicy, podobnie jak kowal Kuhnke, mówiła naprzemiennie, po polsku lub po niemiecku. Było to tak: Polak spotykał
Polaka, zagadywał do niego po polsku, Niemiec – Niemca,
to rzecz jasna „szprechali” po niemiecku, problem pojawiał
się, gdy Polak spotykał Niemca. W takiej sytuacji przyjęło
się, że gdy Polak przychodził w interesie do Niemca, mówił
po niemiecku, a jak Niemiec do Polaka, to rozmawiali po
polsku. Inaczej było w urzędach. Tam Polak zawsze przychodził do Niemca, dlatego mówiono w nich po niemiecku, co
prawdę mówiąc nikomu wielce nie przeszkadzało. Nawet to,
że w szkołach uczono dzieci po niemiecku, nikogo wielce nie
dziwiło. Utarło się przekonanie, że niemiecki lepiej nadaje się
do czytania i pisania.
Wóz przetoczył się w poprzek ulicy. Minął dwóch starych Żydów. Pozostało ich w okolicy niewielu, większość
dawno wyjechała w głąb Niemiec. Najbliższa Dawidowa
świątynia od wilgoci chyliła się ku upadkowi. Jej dach ledwie już chronił przed deszczem. Dzisiaj Żydzi mieli święto,
ledwie kilku, mieszkających jeszcze w okolicy, za chwilę rozpocznie sobotnie modły. Dobrze widział wyniosły kościół –
najokazalszy budynek w wiosce. Wzniesiony z czerwonej
cegły, niczym czerwona piramida górował majestatem nad
miastem. Poza swoją funkcją, był on schronieniem sów, nietoperzy i pustułek. Miasteczko było otwarte dla wszystkich.
W czasach naznaczonych początkiem tej historii, tradycyjna
lokalna otwartość chyliła się już jednak ku końcowi. Winne
Szopka
Wieczerza wigilijna
1
K łopock a
S. 25
temu były rozmaite ideologie. Woźnica zdawał się tego nie
dostrzegać, podobnie jak miejscowi: fryzjer, rymarz, piekarze,
rzeźnicy, bednarz, kołodziej i kilku murarzy. Był sierpień 1939
roku. W miasteczku nie mieszkało wielu młodych mężczyzn,
od czerwca wyjeżdżali, jeden po drugim, w transportach
po kilku, kilkunastu a ostatnio nawet po trzydziestu naraz.
Mobilizacja; wzywała na ćwiczenia i coraz to nowe manewry.
Miejscowi Niemcy i Polacy ramię w ramię przygotowywali się
do ponownego bicia Francuzów, szerzących, jak powszechnie
mówiono, czerwoną, bezbożną zarazę. Pamiętano, jak przed
laty, w nieodległym Proch, osiedliła się pewna polska rodzina.
Osadnicy przybyli z Francji. Dokładnie przyjechali z Lille,
tam pracowali w fabryce, tutaj pomagali w majątku – mówiono o nich, że to komuniści. Nikt nigdy nie widział ich w kościele, a niemiecka policja raz po raz robiła w ich niewielkim
mieszkaniu rewizje. Kibicowano policji, niechby coś znalazła
i pognała precz obce tałatajstwo. Tak myślący mieszkańcy
miasteczka chętnie jechali walczyć z czerwoną francuską
zarazą na front, ciesząc się, że darmo poznają kawał świata.
Byle przy tym nie szkodzić Polsce. Tego nie pozwalało im
Michał Kruszona
1
S. 24
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
wyniesione z domów wychowanie. Bicie komunardów i nie
bojących się Boga wolnomyślicieli nikomu z tutejszych nie
szkodziło. Bo co by nie mówić, Niemcy mieli przed Bogiem
respekt, modlili się, stąd Bóg darzył im nienajgorzej.
Tymczasem koń doczłapał pod kościelną bramę.
Woźnica uwiązał go do jednego ze specjalnie w tym celu wbitych w mur kółek. Koń uderzał podkutym kopytem o bruk,
jakby chciał dopasować nowe podkowy, a może po prostu
wystukiwał sobie jakąś końską melodię. Tak łatwiej znosił
padający na grzbiet deszcz i uciążliwe, spływające do oczu,
krople wody. Skórzane orenklapy ograniczające koniowi
widoczność były dla zwierzęcia wystarczająco dokuczliwe.
Gospodarz nazywał się Graetz, nie był katolikiem, co nie było
niczym nadzwyczajnym u miejscowych Niemców. W żadnym
jednak razie nie przeszkadzało mu to sprzedawać na polskie
probostwo ziemniaki. Czyste, umyte, jak to u Niemców. Było
świeżo po pierwszych wykopkach.
– Szczęść Boże – powiedział po polsku do kościelnego,
który najwyraźniej ucieszył się na jego widok. Wypakowali
dwa jutowe worki pełne wczesnych ziemniaków, wcześniej
jeden zostawił u kowala, w zamian za podkucie konia.
– A pamiętał pan o specjalnych okazach?
– Ja, ja – odparł Peter, wynosząc z wozu wiklinowy kosz
pełen nieforemnych, ogromnych kartofli.
– Ale pyry – zachwycił się pochodzący z Poznańskiego
kościelny, przestając z przejęcia dłubać w nosie, te wielkie
będą na plyndze… dla proboszcza, dodał po chwili, choć było
widać, że sam czuł już smak owych plyndzy ze świeżych pyrów.
K łopock a
S. 27
– Mam coś jeszcze dla waszego księdza – to mówiąc
Peter wyjął z wozu kolejny wiklinowy kosz pełen dorodnych,
rudych rydzów.
– To z naszego lasu – powiedział, dodając, że w tym
roku grzybów jest tyle, że nie nadążają ich zbierać. W tamtych czasach okolice Lugetal słynęły z grzybów. Lasy rozpościerały się na zachód od wioski, akurat od strony gdzie znajdowało się gospodarstwo Graetza. Rzeka zawsze zapewniała
odpowiednią ilość wilgoci, teraz w deszczowych czasach, nie
miało to większego znaczenia. Starczyło pójść ze wsi wzdłuż
rzeki, aby nazbierać wszystkiego, co las dawał w wielkiej obfitości. Padający deszcz sprzyjał grzybom, a widać nie za bardzo przeszkadzał ziemniakom.
– Szczęść Boże, Piotrze – z sieni wyłoniła się korpulentna,
zdecydowanie pucołowata, postać proboszcza. – A wejdziecie
na małą herbatę? Proboszcz skrzyżował ręce na opasłym brzuchu. Służył parafianom od niedawna. Nastał tu po legendarnym księdzu Domańskim, zmarłym w kwietniu tego roku.
– Bóg zapłać – odpowiedział po chrześcijańsku Niemiec.
Nie będę robił nieporządku. Cały przemoczony, niemal ociekał wodą.
– Ksiądz pozwoli, wejdę na chwilę do kościoła, popatrzę
na nasze obrazy. Mówiąc „nasze” nie wiadomo, co miał na
Michał Kruszona
1
S. 26
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
myśli, czy to, że były nasze wspólne, miejscowe, czy może ich,
niemieckie. Pewne było, że nie były protestanckie, skoro niemal na co drugim z nich widniała postać Matki Bożej, przez
protestantów zwanej zwyczajnie Marią.
– A, idź, idź, może będzie z tego co dobrego – ksiądz
stracił zainteresowanie dla gościa, z ulgą przyjąwszy wiadomość, że jednak na herbatę nie wejdzie i nie nabrudzi w sieni,
dalej musiałby, rzecz jasna, zzuć buty. W takiej obfitości ociekającego deszczową wodą nawet nie byłoby gdzie posadzić,
bo przecież nie przy stole w jadalni, a i w kuchni gosposia
nie pozwoliłaby mu usiąść przy stole. Nie dość, że mokry to
jeszcze luterański innowierca, co to pewnie diabła w zadek
całuje – takie miała zdanie na temat gościa.
Peter poszedł z plebani wprost do kościoła. Nad chodnikiem rozłożyły swe gałęzie wyniosłe drzewa, ich gałęzie
słaniały się pod ciężarem wody. To, że nie zalegały wprost na
chodniku, zawdzięczały solidnemu ogrodzeniu, stanowiącemu teraz także podporę dla pozornie rozmiękłych konarów. W kruchcie minął stary, jak świątynne mury, krucyfiks.
Cofnął się, dotknął prawą ręką stóp Chrystusa i przeżegnał się
po chrześcijańsku. Nie dotknął jednak święconej wody, zebranej w kamiennej misie. Wszedł do kościelnej nawy. Siedziało
w niej kilkanaście otulonych w chusty kobiet, same staruszki.
Nie wszystkie milczały, niejedna modliła się głośno o wspomożenie dla dopiero co zabranych do wojska synów i wnuków.
„Wyglądają jak czarne kukły” – pomyślał Peter, nie zważając
na obraz patronki kościoła. Przedstawiał on Matkę Boską;
Peter nijak nie mógł pojąć, jak można się do niego modlić.
K łopock a
S. 29
Było to dla niego bałwochwalstwo w czystej postaci. – Nie
będziesz miał Bogów cudzych przede mną – wyszeptał po
niemiecku i wyszedł z kościoła.
Mimo wszystko wnętrze świątyni przywołało dumę
z tego, że jest Niemcem. Tchnęło Dürerem, Cranachem,
Holbeinem, Grünewaldem. Peter znał ich obrazy z książek,
przywożonych do parafialnej szkoły przez protestanckich duchownych, prawdziwe perełki, nie jakieś płaskie malowidła
z wyobrażeniem kobiety. „Niemcy dawały tej ziemi to, na co
sama nigdy by się nie zdobyła” – medytował Peter. Odwrócił
się w stronę wyjścia. Tymczasem koń mókł na deszczu, pierwsze lekko pożółkłe liście klonów spadały jeden po drugim,
niektóre niesione wiatrem przyklejały się do dziwnie maszczonej sierści zwierzęcia, wzdrygającego się, co jakiś czas, aby
zrzucić z siebie owe zapowiedzi nadchodzącej jesieni. Z oddali
dochodził śpiew kadetów, kolejny oddział maszerował, kierując się w stronę dworca kolejowego.
Jednak nie kościół był celem wizyty Petera Graetza.
Poprzedni proboszcz pozwalał mu oglądać obrazy, namalowane przed dwoma laty w ludowej świetlicy. Wykonała je
przybyła z Berlina Polka. Niby przyjeżdżała tu na wakacje,
spacerowała, zbierała zioła, a tak naprawdę malowała te „ich”
święta. Zapadły mu w pamięć i nie dawały spokoju. Wzmogło
Michał Kruszona
1
S. 28
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
się to zwłaszcza ostatnio. Od kilku tygodni odczuwał wielką chęć oglądania tych sielskich scen, jakby za chwilę miały zniknąć. Nie pytając nikogo o zgodę, wszedł do Domu
Polskiego. Wydawało mu się, że za przywiezione ziemniaki
należy mu się podobny przywilej.
Najbardziej lubił przyglądać się ptaszkom. Odkrywał
coraz to nowe. Było ich tu całkiem sporo. Jaskółki nad głowami dziewcząt, wróble odprowadzające wyświęcaną krowę
na pastwisko. Bliskie były mu wrony, spokojnie wybierające
robaki spod nóg siewcy. Ten nad procesją to chyba skowronek – pomyślał. Kiedy Polacy mają procesję? Nie mógł sobie przypomnieć. Brakowało mu tylko bociana, był za to ul
z miododajnymi pszczołami. Sam miał kilka rojów, szczerze
podziwiał pszczoły: ich pracowitość i zdolność podporządkowywania się nadrzędnemu celowi. Ten ul był, według niego,
zdecydowanie mało niemiecki. Nie będzie z niego wielkiego
pożytku – myślał Peter. Tego dnia przyglądał się obrazom
wyjątkowo długo. Po co przychodzić do polskiej świetlicy?
Narysuję je dla siebie, takie same i zabiorę ze sobą gdziekolwiek pojadę. Tak właśnie wymyślił.
Cmoknął na konia. – Hans – ledwie mruknął Peter –
nie musiał wymawiać imienia, zwierzę samo wiedziało, że nareszcie nadszedł czas powrotu do odległej stajni. Rozmoknięte
kopyta z trudem utrzymywały nowe podkowy, dopiero gdy
wyschną, gwoździe szczelniej zakleszczone zostaną w stwardniałej tkance. Wracali do domu, mieli do przejechania kilka kilometrów polem i lasem, bardziej zmoknąć już się nie
dało. O ile na Hansa czekała gwarna stajnia z meczącymi
K łopock a
S. 31
kozami, świniami kwiczącymi za ścianą, dwiema muczącymi
krowami i cielakiem, stojącym przy jednej z nich, o tyle na
Petera nie czekał nikt. Od przeszło roku był wdowcem, żona
umarła rodząc martwe dziecko, ta podwójna tragedia dotknęła go do tego stopnia, że długo wahał się nad sensem wiary.
Kobieta nie mogła urodzić źle ułożonego w łożysku dziecka.
Przyjechał felczer, rozciął jej podbrzusze niczym rzeźnik, naostrzonym na podwórkowym kamieniu metalowym nożem.
Polała się krew, a ona umierała w męczarniach. Nie było rady,
Bóg zawiódł oczekiwania Petera. Został sam i nie za bardzo
wiedział, czy potrafi ten nienaturalny stan rzeczy zmienić.
Wracając z miasteczka, mijał położony przy wjeździe do wsi
cmentarz, skręcił w jego stronę. Cmentarz przypominał mały
dworski park, kasztany i lipy powoli zasypywały go już liśćmi.
Padający deszcz spowodował, że tego dnia stał przy grobie
krócej niż zwykle. Wiedział, że zmarła życzyłaby sobie, aby
jak najprędzej ktoś zajął jej miejsce przy kuchennym piecu.
Kobieta, którą sobie upodobał, była Polką, do tego, rzecz jasna, katoliczką. Takie załatwienie sprawy na pewno nie ucieszyłoby zmarłej. Peter wiedział, że wybrana Polka nie stanie
u jego boku, póki żyje jej brat. Po cichu liczył, że ten nie wróci
z wojska, do którego trafił przed kilkoma tygodniami. Teraz
Michał Kruszona
1
S. 30
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
zastanawiał się, czy samemu nie warto mu było wyjechać,
odnaleźć go w ćwiczebnych okopach i zamordować bagnetem. Nie miał jednak żadnej pewności, że trafi do tej samej
jednostki, w której służy brat Marianny, bo tak na imię miała
upatrzona przez niego polska dziewczyna. Zastanawiał się,
jak po podobnym bratobójstwie mógłby palić z nią w jednym
piecu, siadać przy tym samym stole i kłaść się do jednego
łóżka? Z siostrą swej ofiary! Myśl o takim załatwieniu sprawy
nie dawała mu jednak spokoju. Prześladowała go w dzień i, co
mniej dziwi, w nocy. Mieszkańcy okolicznych wiosek niemal
w komplecie ćwiczyli już w okopach strzelanie do Francuzów,
a ostatnio nawet do Polaków. Prędzej czy później przyjdzie im
ze sobą walczyć. Peter, gospodarz samotnie doglądający gospodarstwa, nie był powoływany do wojska. Oprócz gospodarzy poboru unikali jedynie mieszkańcy okolicznych dworów.
Hrabiostwo nie garnęło się do wojenki, nie dlatego, że było
zbyt mało patriotyczne. Mający oficerskie szarże ziemianie,
chętniej widzieli się na defiladach niż na froncie. Część z nich
wykpiwała się od służby, wynajdując choroby. Nie był to z ich
strony wielki wysiłek, w dużej części byli oni admiratorami
nowej angielskiej mody, paląc opium lub zażywając morfinę.
Ich organizmy były w takim stanie ogólnej degeneracji, że na
nic zdałyby się na wojnie. Mogliby co najwyżej doglądać chorych w lazaretach, ale to była domena kobiet, pochodzących
często z zamożnych niemieckich rodzin. Słowem, nawet tam
się nie nadawali. Było też prawdziwe junkierstwo, zapatrzeni
w wodza straceńcy, pragnący pomścić poległych na wojnie
światowej ojców i braci. Oni jednak byli już w armii od dawna.
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Fragment
:
Polichromia
Fragment
:
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
K łopock a
S. 41
Uwolnił konia z zaprzęgu. Pozbawiony uprzęży Hans
sam powędrował do stajni. Peter napalił w kuchennym piecu.
Naukładał pod fajerkami, ile tylko się dało, drewna. Suche,
smoliste szczapy szybko zaczęły dawać oczekiwane ciepło.
Ułożone w drewutni drewno dawało gwarancję ciepła najmniej do połowy zimy. Reszta opału trafi tam w czasie mroźnych dni stycznia i lutego, kiedy, pomagając przy wyrębie,
można będzie koniem wyciągnąć z lasu sztywne od mrozu
drewniane konary. Jeszcze zanim rozgrzały się białe kafle,
z których zbudowany był piec, ciepło zaczęło buchać od metalowej płyty i stojącego na niej czajnika z wodą. Otworzył
wmurowany w piec piekarnik, przyjemne ciepłe powietrze
zaczęło wypierać z kuchni wilgoć. Mokre ubranie rozwiesił
na przytwierdzonej do pieca mosiężnej poręczy. Kraciasta
koszula, czarne spodnie, lniana bielizna, poprzecierane
onuce, wszystko zawisło, napełniając kuchnię mdłym zapachem schnącej odzieży. Na otwartej klapie piekarnika postawił skórzane buty. Wcześniej zostawił w sieni ociekającą
skórzaną pelerynę i nasiąknięte wodą koce, którymi obłożył
nogi w czasie podróży. Uchylił okno, zaparowane szyby zaczęły odzyskiwać swoją chwilowo utraconą przezroczystość.
Peter mieszkał w typowej niemieckiej chałupie. We wsi było
ponad trzydzieści podobnych. Porządne, murowane domy
Michał Kruszona
1
S. 40
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
z czerwonej cegły były centralnym miejscem zadbanego murowanego gospodarstwa. Oprócz sieni i kuchni domy miały
po dwa pokoje: jadalnię i sypialnię, były podpiwniczone. Nad
mieszkaniem miały rozległe strychy, na które wchodziło się
po stabilnej drabinie ze szczeblami z desek, co upodabniało
drabinę do schodów. Od czasów śmierci żony Peter praktycznie mieszkał w kuchni. Rzadko wchodził do pokoju, a z sypialni nie korzystał w ogóle. Można by rzec, że jadł w kuchni,
spał w pokoju jadalnym, a sypialnia była terenem zakazanym,
niczym ziemia skalana jakimś przekleństwem – to w niej
zmarła Gizela. W sypialni oprócz zrobionego u stolarza podwójnego łóżka, stała pokaźnych rozmiarów szafa. Peter bał
się pełnej znanych mu kobiecych ubrań szafy. Jadalnia była
podobnie prosto urządzona: stół, kredens i sześć krzeseł, nie
wiadomo dla kogo. Starczyłoby ich dla małżeństwa i czwórki dzieci. Przyszedł mu na myśl jeden z obrazów w Domu
Polskim. Tam dzieci było sześcioro, aż czworo z nich siedziało na ławie. Marianna miałaby u mnie lepiej niż u swoich
Polaków – pomyślał. Podobnie schludne było gospodarskie
obejście. Czyste i uporządkowane podwórze nie dawało po
sobie poznać, że brakuje w nim gospodyni. Może tyle, że nie
było w nim tego roku młodych kurek, kaczek i gęsi – przychówku, o który tradycyjnie dbały gospodynie.
Na rozgrzany do czerwoności piec powędrował garnek
z namoczoną wcześniej fasolą. Na stole pojawiła się słonina,
która pokrajana zaskwierczy za chwilę na patelni. Kupiony
w mieście bochen chleba był tak nasiąknięty wodą, że nie nadawał się do jedzenia. Peter wysunął schowaną w kuchennym
K łopock a
S. 43
stole szufladę. Wyjął z niej rulon sztywnego papieru i kopiowy ołówek, napluł na szklany podstawek i zamoczył w ślinie
końcówkę ołówka. Zaczął w pamięci odtwarzać to, co widział
rano w świetlicy – polskie święta.
Wigilia z choinką, zupełnie jak dawno temu w jego rodzinnym domu. Matka umarła ze zgryzoty przed dwudziestoma laty. Ojciec, jak wielu z okolicy, nie wrócił z wielkiej wojny. Podobno poległ w zwycięskiej bitwie pod Tannenbergiem,
zresztą kto go tam wie; ludzie mówili, że żyje do dzisiaj, gdzieś
wśród Mazurów. Ożeniony po raz drugi dochował się może
wnuków? Peter nie wykluczał, że w ludzkim gadaniu tkwiło
ziarno prawdy. Inni dostawali zawiadomienia o śmierci bliskich, do nich nigdy podobna wiadomość nie dotarła. Rysował
z pamięci świąteczną izbę. Dalej przyszła kolej na siewcę, ten
obraz też bardzo lubił. Wrony towarzyszyły siewcy, tak jak
i jemu. Ziarno niczym deszczowe krople zmierzało ku ziemi,
da plon, chleb. „Człowiek sieje Bóg urodzaj daje” – napisał po
polsku. Chleb, worek z ziarnem i wrony, wszystko było tu proste i oczywiste niczym dwa drzewka namalowane w tle. Skąd
jednak na polu zapalona świeca? Nadzieja, płonna i złudna.
Ludzki żywot pełen podobnych nadziei. Póki płonie, jest po
co żyć. Peter malował, szczegół po szczególe, myśli zaś kołatały mu w głowie.
Michał Kruszona
1
S. 42
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
Słońce dawno minęło południe. Rozleniwiony ciepłem bijącym od pieca Peter musiał jeszcze, jak co dzień, oporządzić
inwentarz. Postanowił, że fasolę ze słoniną zje później, zanim
ponownie zajmie się rysowaniem. Odłożył kartkę i ołówek.
Założył buty na bose stopy, nakrył się peleryną i poszedł
do stajni. Nasypał koniowi obroku, poklepał go po zadzie,
sprawdził ilość wody w poidle, wygarnął świeży krowi nawóz.
Ze świniami obszedł się bez sentymentu, nakarmił je i tyle.
Kozy były niemal samowystarczalne. Podobnie krzątające
się stare kury i gęsi, pozostałości przychówku Gizeli. Kury
zniosły w czasie jego nieobecności cztery jajka. Pozostało mu
jeszcze wydoić jedną krowę, druga stojąca z cielakiem dojenia
nie wymagała. W myślach ponarzekał na zbliżającą się wojnę, wymiotła już ze wsi większość parobków, poszedł na nią
nawet jego Maryś. Jak takiego głupka mogli wziąć do wojska,
postrzeli kogoś albo sam się zabije? – myślał, zastanawiając
się, w co schować świeżo zniesione jajka. W niedzielę pojedzie do miasta wprost do protestanckiego kościoła i ogłosi,
że sprzedaje cały przychówek. To będzie inna podróż niż ta
dzisiejsza. Hansa zaprzęgnie do bryczki, będą jechać szybciej
i bardziej dostojnie, nawet w deszczu. Chętni do kupna inwentarza znajdą się bez problemu. Wszystko zależało od
ceny, oby uzyskał dobrą. Postanowił, że za pieniądze kupi
złoto, włoży je do słoja, zalakuje, owinie szmatem i schowa
w grobie Gizeli Graetz, swojej przedwcześnie zmarłej żony.
Gdyby nie wrócił z mającej wybuchnąć wojny, nikt nie będzie miał z nich pożytku, gdy przeżyje, wyciągnie je spod nagrobnego kamienia i zakupi nowy przychówek. Czuł potrzebę
Przebierańcy z kozą
Chłopcy z gwiazdą
2
K łopock a
S. 47
wyruszenia do wojska w ślad za Polakiem, bratem Marianny.
Wcześniej jednak musiał dokończyć rysunki.
Sąsiedzi do końca nie powinni o niczym wiedzieć, postanowił zaskoczyć ich swą decyzją. Nigdy dotąd nie wspominał o wojnie, a co dopiero o swoim w niej udziale. Klucze
do chałupy przekaże sołtysowi, ziemię wydzierżawi pod sołecką kuratelą. Jak dobrze pójdzie, nowa wojna całkiem mu
się opłaci.
Późnym popołudniem Peter ponownie zasiadł przy stole. Rozwinięty zwój papieru zdążył się już nieco wyprostować.
Przyduszony trzema słojami z ogórkami lepiej nadawał się do
rysowania. Teraz przyszła kolej na rysunek kobiet z gromnicami „W dzień Panny Gromnicznej”, tym razem zaczął od
napisu. Podobnie jak wcześniej wykaligrafował go po polsku.
Wyobrażał sobie, że jedna z kobiet to Marianna, idąca do kościoła w Zakrzewie, czyli Buschdorf, jak ostatnio nazwała wieś
niemiecka władza. Idą chętnie, bo lubią słuchać tego księdza,
mówiącego im, że po pierwsze są Polakami. Gdyby nie te jego
kazania, pewnie dawno Marianna byłaby jego żoną. Ksiądz
zmarł w kwietniu, ale jego słowa ciągle są wśród Polaków żywe.
Narysował z pamięci cały obraz. Nie zapomniał nawet
o rękawiczkach na dłoniach dziewczynki. W tle ledwie za-
Michał Kruszona
1
S. 46
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
znaczył kościół. Na szklanym spodku zamiast śliny umieścił
kilka kropel wody. W sam raz tyle, aby można było zwilżać nią koniuszek kopiowego ołówka. Na stole leżał jeszcze
scyzoryk do ostrzenia i jeszcze jeden nienaostrzony ołówek,
tak na wszelki wypadek. Ekscytacja zamiarem odtworzenia
obrazów sprawiła, że omal zapomniał o prześladującym go
od jakiegoś czasu głodzie. Podszedł do pieca, zdjął wiszącą
nad paleniskiem patelnię i wrzucił na nią pokrojoną słoninę. Zaskwierczało, izba zapachniała dostatkiem. Drewnianą
łyżką wyjął miękką fasolę, nałożył ją do ceramicznej michy,
postawił ja na brzegu pieca, by trzymała temperaturę. Po
chwili polał fasolę tłuszczem ze skwarkami. Z dzbanka nalał
do kubka mleka, resztę białego płynu tradycyjnie pozostawił
w dzbanku, nieopodal pieca, żeby zsiadło. Zrobi z niego biały
jak śnieg, słodki w smaku, ser. Gdy tego będzie zbyt dużo, pozwoli mu sfermentować i przetopi go na patelni z dodatkiem
kminku. Mleko, twaróg, smażony ser – taka była kolej rzeczy w jego niemieckiej, oszczędnej i wydajnej kuchni. Teraz
jednak jadł fasolę ze skwarkami popijając świeżo udojonym
mlekiem. Fasola była nie tylko bardzo pożywna, ale i bardzo
smaczna. Jej żółtozielony kolor został podkreślony przez nadający jej połysku gorący tłuszcz. Woń ziaren została wyparta
przez zapach wysmażonej słoniny. Peter mógł być szczęśliwym człowiekiem gdyby nie to jedno nieszczęście, za jednym
razem zabrało mu ono dziecko i żonę. Do tego, wymyślił sobie,
że zwiąże się z poddaną braterskiej woli Marianną. Bezczelny
Polak, któremu nie w smak niemiecka krew płynąca w żyłach
siostrzeńców. Pojedzie, zabije go dla dobra kanclerza i nowego,
K łopock a
S. 49
silnego państwa. Potem posiądzie nieświadomą jego kainowej
zbrodni, Mariannę.
Ustawił na stole naftową lampę i dwie świece, na razie
nie musiał ich zapalać. Wcześniej starannie wyczyścił zakopcony podłużny klosz, nakładany na dymiący knot. Na
stole postawił też wyjęty z szafy słoik ulubionego przez siebie dżemu z rabarbaru. Dotąd konfitury te otwierał tylko na
specjalne okazje. Z pewnością należały do nich świąteczne
dni Wielkiej Nocy, ale także dzień Nowego Roku. Rabarbar
w Nowy Rok smakował wyjątkowo dobrze, był jak obietnica
słodkiego dostatku. Za to Wielkanoc wypadała na przednówku, kiedy nie było już obaw, że zapasy ulubionej konfitury
skończą się przed pierwszymi ciepłymi, słonecznymi dniami.
Wówczas, często jeszcze pod ostatnią warstwą śniegu, przebijały się do światła, zabarwione karminowo, młode łodygi
smacznej rośliny. Nieco odurzony rabarbarowym aromatem,
mógł się wreszcie skupić na rysunku, bez niego nie mógł wyjechać na zbliżającą się wojnę. Czuł, że bez pomocy sił nadprzyrodzonych nie uda mu się stworzyć pozostałych rysunków. Czekał zatem, aż wydarzy się coś niezwykłego.
Niezwykłe rzeczy działy się w Europie dawno temu.
Nim do nich doszło, Jan Gutenberg musiał wynaleźć druk,
Michał Kruszona
1
S. 48
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
co samo w sobie było niezwykłością. Wszystko, co stało
się później, było konsekwencją tego genialnego wynalazku.
Niemcy i ich sąsiedzi powoli zmieniali swoje oblicze. Zaczęli
od czytania Biblii, dotąd niedostępnej nie tylko prostemu
ludowi, ale także książętom i zwykłej szlachcie. Teraz wystarczyło ją już przetłumaczyć na niemiecki, no może nie
tylko, ludzie ze wsi i miast musieli jeszcze nauczyć się czytać. Upłynie jeszcze sporo czasu, zanim za tłumaczenie
natchnionej księgi zabierze się inny geniusz, wyśmiewany
i posądzany o konszachty z szatanem Marcin Luter. Według
części katolików, specjalnie wymyślających oszczerstwa,
Luter był nikim innym, jak dzieckiem diabła. Szatan począł
go, jak twierdzili, w miejskiej łaźni. Jego matka była w tej
łaźni służącą. Takie brednie wygadywali katolicy o wielkim
doktorze. Niech jego geniusz poprowadzi teraz moją dłoń,
niech ołówek sam stworzy obrazki tkwiące w mojej pamięci – modlił się sam, nie wiedział do kogo. Do Boga? Do Lutra?
Do kogokolwiek? Przyłożył ołówek do papieru i stał się cud.
Czerwono zabarwione drewienko wypełnione cienkim alchemicznym pręcikiem prowadziło jego dłoń po twardym,
niczym karton, papierze. Spod jego dłoni zaczęły wyłaniać
się kształty kolejnych postaci. Peter miał łzy w oczach, po
raz pierwszy został wysłuchany, jego modlitwa nie została
odrzucona. Wysłuchano jej od razu, bez zbędnej zwłoki. Cud.
Takie rzeczy mogą się dziać tylko w samotności, jeśli już się
zdarzają to najpewniej w przededniu wyjazdu na wielką wojnę. Tam, gdzie nikt podobnych gestów nie będzie w stanie
docenić, wobec ogromu bólu i w obliczu tańcującej dookoła,
K łopock a
Michał Kruszona
1
S. 50
hulającej jak nigdy dotąd, śmierci. Obrazy powstawały samoistnie, same z siebie; Peter wiedział, że rzecz ma się nijak
do jego miernego talentu, tak naprawdę nie umiał rysować.
Od dawna, chyba nawet od początku stycznia, może nawet
od samego dnia Trzech Króli, wzmagała się w nim obsesyjna myśl, nakazująca mu wykonanie rysunków. Nauczył się
wówczas na pamięć fragmentu Ewangelii św. Mateusza, tego,
który wspomina o podążających w stronę gwiazdy mędrcach
ze Wschodu. Chciał, aby mędrcy obdarowali go talentem niczym Dzieciątko, któremu przekazali mirrę, kadzidło i złoto.
S. 51
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
Oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony
król żydowski? Widzieliśmy bowiem gwiazdę jego na Wschodzie i przyszliśmy, aby się mu pokłonić. (...) Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania
się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię,
a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi,
aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się
uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją upadli na twarz i oddali
Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.
Zaraz po tym, jak mędrcy odjechali nie zdawszy królowi relacji z tego co ujrzeli, Herod wpadł w gniew i kazał
wymordować niewiniątka. Może mogli jednak do niego
wrócić? – zastanawiał się Peter. Postąpiliby wówczas wbrew
anielskiemu poleceniu. Tak miało być – Peter uciął heretyckie myśli i chwycił w dłoń ołówek. Rysował kontury postaci
panien i chłopców – dożynkowych żeńców, plon niesiemy,
plon; śpiew niósł się z kolejnego rysunku. Zaraz po nim narysował procesję, bał się tego obrazu, tym razem nie napisał
po polsku: „Twoja cześć chwała”, nie za bardzo udał mu się
też wizerunek Matki Boskiej. Z monstrancją umieszczoną na
sztandarze nie miał żadnych problemów, była promienista
niczym ta w Domu Polskim i ten mały skowronek, jego narysował na końcu. Dlaczego oni wszyscy mają wąsy? Niby tak
jak Niemcy, ale jakieś inne – zastanawiał się, rysując idących
w procesji polskich gospodarzy.
Protestanci lubili konkretne sytuacje. Oczywiste niczym wyprowadzanie bydła na pastwisko. Spod kopiowego ołówka wyłaniały się krowy, święcone na wiosnę przez
Procesja w dzień Matki
Boskiej Gromniczej
Obraz Matki Boskiej Radosnej
3
K łopock a
S. 55
gospodynie. Nad kropidłem, cóż za dziwny przedmiot, frunęło stado wróbli, a może to szczygły? Trochę rozproszyła go
niemożność rozwikłania zagadki, co to za ptaszki tak radośnie podążają za krowami. Wszystko to sprawnie wychodziło
spod prowadzącego jego dłoń ołówka, gdy nagle pękł barwiący na fioletowo czubek. Trach i koniec, rysunek skończony był
ledwie w połowie. Peter niespokojnie sięgnął po nóż, musiał
naostrzyć swój kopiowy rysik. Nie był pewien, czy cud będzie
trwał dalej.
Peter zanurzył w rabarbarowej konfiturze metalową
łyżkę, miał takich w domu kilka, do tego noże i nawet widelce. Te ostatnie wcale nie były powszechnymi narzędziami.
Słodki smak i aromat przypominający czerwcowy poranek
rozpłynął się w jego ustach. Wrócił spokój nadwątlony złamanym ołówkiem. Wróciła pewność siebie, rysownika czerpiącego talent bezpośrednio od… no właśnie, od kogo? Miał
nadzieję, że od tego samego Anioła, który we śnie nakazał
mędrcom ze Wschodu pominąć w drodze powrotnej Heroda.
Wśród dziewczyn, stojących pod wierzbą, znów rozpoznał
Mariannę. Tym razem na rysunku z jaskółkami. Niezwykłość
trwała zatem dalej, choć ołówek stawiał już nieco większy
opór, nie zachowywał się tak lekko i swobodnie, jak wcześniej. W mokrym powietrzu roznosił się po okolicy głos kruka.
Michał Kruszona
1
S. 54
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
1
Po chwili, jakby przywołane głosem kruka, stado tysiąca gawronów, jak każdego wieczora, wracało z pól do lasu. Tego
wieczora Peter pracował dłużej niż ptaki. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku gotowe były wszystkie postaci i najważniejsze elementy rysunków. W zasadzie fioletowe kopiowanie
było gotowe, starczyło teraz skupić się na detalach, do tego
nie był już potrzebny żaden cud. Peter ponownie posilił się rabarbarem. Tym razem jedna łyżka nie wystarczyła, był bardzo
zadowolony. To, co czuł podczas rysowania, przerosło jego
wyobraźnię, wyszło daleko poza nią. Odebrał to za znak, że
w niebie (jeśli to było niebo), pochwalono jego decyzję udania
się na wojnę. Zapalił lampę i kilka świec, nie było już po co
oszczędzać paliwa. Rozświetlił całą kuchnię, miał ochotę na
prawdziwą iluminację. Przemył twarz w emaliowanej miednicy. Użył do tego świeżej studziennej wody, stojącej nieopodal pieca w dużej blaszanej kance. Podostrzył ołówek. Po raz
trzeci i ostatni zasiadł do rysowania. Teraz już wyłącznie siłą
własnej woli spokojnie nanosił detale, ornamenty, szlaczki,
uzupełniał detale strojów, w tym młodziutkiej twarzy, może
Marianny? Za oknem odezwała się sowa. Deszcz delikatnie
uderzał o szyby. W stajni i w oborze dawało się słyszeć nerwowe potupywanie i rżenie, zwierzęta czuły, że zbliża się coś tak
bardzo nieprzewidywalnego jak zmiana gospodarza. Pójdą na
sprzedaż. Peter po raz drugi, tym razem specjalnie, złamał
ołówek. Rysunki były gotowe. Wziął lampę i wyszedł na podwórze. Zasyczały spadające na gorący klosz krople deszczu.
Brama była zamknięta, spojrzał w niebo: nic, żadnej gwiazdy,
śladu księżyca, tylko deszcz, rzęsisty deszcz. Ile razy zatęskni
K łopock a
1
Michał Kruszona
S. 57
za tym podwórzem? Sam się sobie dziwił, że porzuca spokojne
życie.
Marianna też żyła w samotności. Układała swoją głowę
do snu w niedalekim Zakrzewie. A może w blasku świecy
pisała list do Andrzeja? Miała jasne włosy i szaroniebieskie
oczy, niespełna dwadzieścia pięć lat przeżyła u boku starszego o dwa lata brata. Nie pamiętała rodziców. Siostrzana
miłość, jedyna jaka przypadła jej w udziale, była totalna i ślepa. Andrzej czy, jak o nim myślał Peter, Andreas, zastępował jej ojca, wcześniej, na ile potrafił to zrobić, także matkę.
Utrzymywał ją ze swojej rymarskiej pensji. Andrzej praktykował u jednego z dwóch miejscowych rymarzy, potrafił zrobić nie tylko lejce i całą uprząż, ale nawet siodła. Wysokie,
pięknie profilowane, jak było trzeba z herbem dla hrabiego
albo z monogramem klienta. Andrzej i Marianna nazywali się
Chlebek i, jak wskazywało nazwisko, byli Polakami. Często
było ich widać w kościele. Ksiądz proboszcz bardzo sobie cenił
ich pobożność. Andrzej, rzecz jasna, nie poszedł do wojska na
ochotnika. Nie zrobił tak, jak zamierzał on, dziesięć lat od
niego starszy, niemiecki bauer z Lugetal. Peter pożegnał się
1
z Hansem, prosząc go o zrozumienie. Jeszcze jutro zaprzęgnie
go do bryczki. Hans pociągnie ją w stronę protestanckiego
kościoła. Co będzie dalej… Peter będzie się wsłuchiwał w to,
co mają mu do powiedzenia cudownie narysowane obrazki.
S. 56
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Skoro świt, Peter pracował w stajni i w oborze. Gawrony wstały wraz z nim, przywitały go krakaniem, przelatując kilkadziesiąt metrów nad jego głową. Wydawało mu się, że niektóre z ptaków szczególnie mu się przyglądały, odrywając
się od czarnej chmury i zerkając w stronę podwórza. Splunął
w błoto, chcąc odegnać zły omen. Z nieba leniwie siąpiła gęsta
mżawka. Zastąpiła deszcz, potęgując odczuwalną wszechobecność zgnilizny pożerającej wszystko co pozostało do
strawienia. W niedzielę wstawał wcześniej niż miał to w
zwyczaju w dzień powszedni. Należało obejść całe gospodarstwo i oporządzić zwierzęta. Trzeba to było zrobić sprawniej
niż zwykle. Nabrał ze studni tyle wody by starczyło jej do
poniedziałkowego ranka. Jeszcze tego samego ranka zrobi
z tej świeżej wody użytek, myjąc się i goląc staranniej niż
co dzień. Brzytwa starannie naostrzona na pasku, pachnące piżmem mydło, to wszystko przynależało do niedzieli.
Na koniec brązowym, żywicznym grzebieniem ułoży sobie
dokładnie włosy, w niedzielę czynność ta nie jest zwykłym
czesaniem, przemienia się w prawdziwe misterium. Założył
ciemne, pumpiaste spodnie w drobne, gęsto ułożone wąskie
Święcenie ziół
Procesja Bożego Ciała
4
2
K łopock a
S. 63
Michał Kruszona
2
S. 62
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
Skoro świt, Peter pracował w stajni i w oborze. Gawrony wstały wraz z nim, przywitały go krakaniem, przelatując kilkadziesiąt metrów nad jego głową. Wydawało mu się, że niektóre z ptaków szczególnie mu się przyglądały, odrywając
się od czarnej chmury i zerkając w stronę podwórza. Splunął
w błoto, chcąc odegnać zły omen. Z nieba leniwie siąpiła gęsta mżawka. Zastąpiła deszcz, potęgując odczuwalną
wszechobecność zgnilizny pożerającej wszystko co pozostało do strawienia. W niedzielę wstawał wcześniej niż miał to
w zwyczaju w dzień powszedni. Należało obejść całe gospodarstwo i oporządzić zwierzęta. Trzeba to było zrobić sprawniej niż zwykle. Nabrał ze studni tyle wody by starczyło
jej do poniedziałkowego ranka. Jeszcze tego samego ranka
zrobi z tej świeżej wody użytek, myjąc się i goląc staranniej
niż co dzień. Brzytwa starannie naostrzona na pasku, pachnące piżmem mydło, to wszystko przynależało do niedzieli.
Na koniec brązowym, żywicznym grzebieniem ułoży sobie
dokładnie włosy, w niedzielę czynność ta nie jest zwykłym
czesaniem, przemienia się w prawdziwe misterium. Założył
ciemne, pumpiaste spodnie w drobne, gęsto ułożone wąskie
K łopock a
S. 65
paski, wpuścił je wprost w wysokie cholewy butów. One też
nie były przypisane do dnia powszedniego, podobnie jak kaftan i filcowy kapelusz. Kapelusz miał na tyle szerokie rondo, aby nieco zachodząc, na czoło czynić z niego bauera jak
się patrzy. Nawet bat, osadzony w bryczce, w niedzielę był
inny niż w dzień powszedni. Wypleciony z wąskich pasków
czerwono barwionej skóry uchwyt, przechodził w czarno
zabarwiony drzewiec, zakończony pojedynczym skórzanym
rzemieniem. Bryczka wyposażona była w podnoszony daszek,
niewiele chroniący siedzącego na koźle woźnicę. Można jednak było powozić z ławki dla pasażerów, nie dbając o fason,
nakazujący świątecznie wystrojonemu woźnicy, siedzieć na
koźle, tuż za końskim zadem. Bat osadzony był w specjalnej metalowej tulei, dopełniając wystroju, w żaden sposób
nie był potrzebny do poganiania Hansa. Koń sam doskonale
wiedział co ma robić i dokąd dowieść gospodarza. Skórzane
orenklapy powodowały, że skupiał się wyłącznie na jeździe,
nie zauważał mijanych ludzi, psów a nawet nierozważnych
chłopców, rzucających za bryczką ogryzkami dzikich jabłek,
krzycząc: Szwaby, Szwaby. Czasem Peterowi chciało się wziąć
do ręki bat i świsnąć nim w powietrzu. Pokazując, jak mają
się Szwaby wobec obutych w drewniaki dzieciaków. Miał
jednak dla nich dość litości. Nie wiedzą nawet, jak wiele
Michał Kruszona
2
S. 64
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
zawdzięczają niemieckim kolonizatorom – tak sobie myślał,
gdy zatrzymał go patrol policji. Wcześniej to się nie zdarzało.
Policjant przywitał gospodarza.
– Spokojnie we wsi?
– No spokojnie, a co?
– Jak to co, wojna lada chwila, a wy tam pod lasem;
może być, że kręcą się tu jakieś podejrzane typy, przechodzące z drugiej strony granicy. Jak coś zauważycie, natychmiast meldujcie. Chodzą słuchy, że tutejsi Polacy dezerterują
z wojska, albo, co gorsze, zawiązują narodowe organizacje.
Gdyby kręcił się ktoś obcy pod lasem, albo cokolwiek działo
się inaczej niż dotąd, meldujcie. Peter przytaknął.
Jechał dalej w stronę kościoła, mijając dostojnie ubranych wąsatych mężczyzn. Nosili takie same wąsy, jak ci na
obrazach. Niejeden przypominał siedzącego w zimie na gałęzi
gila, w czerwonej kamizelce, czarnej katanie i takim kapeluszu. Młode kobiety niebieściały w błękitach, stare były zaś
czarne niczym te gawrony, które dwa razy dziennie przelatywały nad jego gospodarstwem. Wszyscy oni szli w kierunku
kościoła. Wśród nich była zapewne Marianna, której niemożność do podejmowania samodzielnych życiowych decyzji
utwierdzała go w niechęci względem męskiej części polskiej
społeczności. Polacy, jeśli nie żyli z roli, byli robotnikami
w nieodległej cukrowni lub w którymś z młynów. Pracowali
też u niemieckich gospodarzy, choćby na jego ziemi. Byli
też rzemieślnikami – dla nich Peter miał większy szacunek,
żyli z pracy swoich rąk, udoskonalając otrzymane od Boga
talenty. Gdyby nie plany rychłej wojaczki, sam zatrudniłby
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Fragment
:
Polichromia
Fragment
:
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
K łopock a
S. 75
na zimę nowego parobka. Maryś, półgłówek dochodzący do
gospodarstwa z sąsiedniej wioski, od dwóch tygodni ćwiczył
już w koszarach. Poszedł do wojska na własne życzenie, właściwie to uciekł, pożyczając od niego dzień wcześniej rower.
Odjechał na tym rowerze i już się więcej nie pokazał. Jasne,
że go nie oddał, pewnie sprzedał za parę marek. Po kilku
dniach Peter dowiedział się, że Maryś pojechał na wschód, do
Prus. Teraz on chce iść w jego ślady. Zauważył znajomą postać. Wstrzymał konia, Hans spokojnie stanął, nowe podkowy
nie drażniły go już tak jak wczoraj. Znał ją od dawna. Jako
dziecko przychodziła do ich gospodarstwa. Matka pracowała
u Graetzów w polu, najczęściej jesienią, przy ziemniakach.
Marianna, rok po roku, dorastała na jego oczach. Rozkwitała.
– Marianno! Podwieźć cię pod kościół? Siadaj obok
mnie.
– Nie Peter, mam blisko.
– Siadaj.
– Nie Peter, proszę cię. Nie wolno ci podwozić mnie
gdziekolwiek.
– Przyjdę na herbatę, w południe. – Po raz pierwszy
tego dnia użył bata. Strzelił nim Hansowi nad głową, koń
mimo nowych podków, poślizgnął się z wrażenia na bruku.
Michał Kruszona
2
S. 74
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
Marianna nic nie odpowiedziała, a może odpowiedziała, ale
on już tego nie słyszał. Hans szarpnął i żwawym kłusem pociągnął bryczkę w stronę Flatow, zwanego przez Polaków
Złotowem. Dotarł do protestanckiego kościoła. Z daleka
rozpoznawał bryczki znajomych gospodarzy. Tutaj czuł się
pewniej niż w pobliskim Zakrzewie. Uwiązał konia tuż przy
murze. Konie spotykały się tu co niedziela, zdawało się, że
poznawały się nawzajem, można było sądzić, że tak jak wśród
ludzi miały swoje antypatie i sympatie. Hans zdecydowanie lubił, gdy gospodarz stawiał go koło przyjeżdżającej ze
Stewnitz białej klaczy, nazywanej Weisstern. Na tym w zasadzie kończyła się ich znajomość, uwięzione w uprzężach
konie co najwyżej mogły dotknąć się pyskami, a i to rzadko.
Towarzystwo zebrane w protestanckim przybytku wyglądało zamożniej od tego schodzącego się do katolickiego
kościoła. Gospodarze i gospodynie pełną gębą, do tego urzędnicy, policjanci, zdarzali się nawet wojskowi. Tej sierpniowej
niedzieli większość zebranych była w kiepskim humorze,
nowa wojna stała się już niemal pewna. Nie we wszystkich
rodzinach zagoiły się rany zadane przed dwudziestu kilkoma
laty. Zdarzały się płaczące matki i żony, do tego ciągle padający z nieba deszcz lub tak, jak tej niedzieli, gęsta mżawka,
kazały z troską myśleć o tych, którzy poszli do wojska. Po
nabożeństwie Peter, za zgodą protestanckiego pastora, zabrał głos do wszystkich zebranych. Czas był niezwyczajny,
dlatego duchowny nie robił żadnych problemów parafianinowi, chcącemu się pożegnać przed wyjazdem. Peter był osobą
znaną, do tego po śmierci żony powszechnie mu współczuto.
K łopock a
S. 77
– Będę mówił krótko, spieszę się na herbatę. Moi drodzy, kocham ojczyznę ani więcej, ani mniej od was. Chciałem
wam powiedzieć, że idę na ochotnika do wojska. Czynię to z
własnej woli, tak pokierowało mną życie i innego miejsca dla
siebie nie widzę. Nie mam nikogo w gospodarstwie, dlatego
wyprzedaję inwentarz, zapraszam wszystkich do siebie. We
wtorek będę sprzedawał dwie krowy, w tym jedną z cielaczkiem, kozy, sześć świń, konia Hansa, mądrego i zmyślnego
towarzysza i co tam jeszcze. Kury gęsi i kaczki wydam darmo
najbiedniejszym z was, niech ich wskaże kapłan, do niego
idźcie po prośbie. Bóg wam zapłać za dobre sąsiedztwo i oby
nam wszystkim Bóg błogosławił.
Krótka mowa zrobiła spore wrażenie, ludzie wzdychali,
niektóre kobiety uroniły nawet łzę; była w tej mowie, jakaś
zapowiedź kończącego się świata. Pastor Helmut Dorth podszedł do Petera i westchnął.
– Mam nadzieję , że wiesz, co robisz?
– Tak , długo o tym myślałem.
– Polka, do tego katoliczka, nie będzie na ciebie czekała. Wojna nie potrwa krótko, może trwać nawet ze dwa
lata.
– To nie ma znaczenia. Mam pewien rysunek, będzie
mnie strzegł…
Michał Kruszona
2
S. 76
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
– Słyszałem, że zachodzisz do ich kościoła i tego ich
domu.
– Tylko dlatego, że mają tam te obrazy. To dobre miejsce.
– Nie chcę nawet tego słuchać. Boga nie ma w obrazach,
jest w nas.
– Te obrazy są nami, to wszystko nasze wspólne, nikomu nie wolno zawłaszczać historii dla siebie.
– Pójdziesz na wojnę?
– Najpierw na wojnę.
– A dalej dokąd?
Peter nie odpowiedział.
– Jedź zatem z Bogiem – zakończył Dorth.
Peter uścisnął kapłańską dłoń i wyszedł w stronę cmentarza; nie miał na nim bliskich sercu zmarłych, wszyscy
krewni spoczywali na małym wiejskim cmentarzu. Wsiadł
do bryczki. Dopiero teraz ze zdziwieniem stwierdził, że
przestało padać. Przejechał przez miasteczko. Wypiękniało
tu ostatnio – pomyślał. Wcześniej jakby tego nie zauważał.
Zbudowano wodociągi, linię kolejową, uregulowano i pogłębiono rzekę, niegroźne były już powodzie, zalewające kiedyś
całą okolicę. Od wielu lat w miasteczku i niektórych wioskach była nawet elektryczność. No i drogi, wybrukowano
prawie każdą ulicę. Ludzie nie muszą się już taplać w błocie,
nawet po dwóch tygodniach nieustannego deszczu. Wrócił do
Zakrzewa. Zatrzymał się pod domem Marianny. Nie zastanawiał się, co nim kierowało: miłość, pragmatyzm czy zwyczajne pożądanie. Pragmatyczna była chęć posiadania gospodyni i przezwyciężenie samotności, tej dojmującej, dopadającej
K łopock a
S. 79
człowieka na starość. Miłość i pożądanie nie wymagały głębszej refleksji, były uzasadnione.
Marianna miała w domu kran z bieżącą wodą, jak mu
się błędnie wydawało, tylko tego mógł jej zazdrościć, reszta
sprzętów ustępowała tym, które zgromadził w swoim domu.
Kilku skromnym meblom daleko było do określenia ich solidnymi. Jedyny stół wydawał się mieć nie do końca oheblowane nogi. Proste drewniane krzesła, no i szamotowy piec
kuchenny; gdzież mu tam było do kaflowego pieca z jego
kuchni? Było jeszcze coś, czego za dnia nie mógł dostrzec,
a z czego Marianna łatwo zrezygnować by nie chciała – pod
sufitem wisiała żarówka. Marianna mieszkała na piętrze okazałego domu. Z ciemnego korytarza wchodziło się wprost do
wymalowanej niebieską farbą kuchni. Dalej był jeden pokój,
nazwijmy go sypialnią. Całe jej domowe życie toczyło się między piecem a kuchennym stołem. Przy piecu stała skrzynia
z drewnem i pojedynczymi grudkami węgla, co łatwo mogło
doprowadzić do pożaru. Marianna nie była zachwycona wizytą, wiedziała jednak, że musi przyjąć to spotkanie, wszak była
kobietą. Kobiety pokornie brały od życia to, co dostawały;
to mężczyźni i wyłącznie oni mieli dar kreowania rzeczywistości. Życie kobiet było, według niej, wyłącznie wynikiem
Michał Kruszona
2
S. 78
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
mniej lub bardziej udanych działań męskich. Podobnie było
z Polakami i Niemcami.
– Dużo płacisz za mieszkanie? – Peter zaczął od bardzo
konkretnego pytania.
– Dzięki Bogu, niedużo. Sprzątam gospodarzom, piorę
ich rzeczy, ostatnio podnieśli mi czynsz, to muszę prasować
także rzeczy trojga ich dzieci. Podobno kupią mi elektryczne
żelazko, będę mogła dorabiać i prasować dla innych.
– U mnie nie musiałabyś tak ciężko pracować.
Marianna nie odpowiedziała, stawiając przed nim filiżankę z herbatą.
– Codziennie modlę się, by Bóg dobrze pokierował
moim losem, będzie tak, jak On zechce. Na razie każe mi
czekać na brata.
– Wcześniej nie wyjdziesz za mąż?
– Dopóki on nie wróci, nie wyjdę za nikogo.
– A jeśli w ogóle nie wróci?
– Co też mówisz – przeraziła się, kryjąc twarz w dłoniach.
– Ucieczka do Boga jest tchórzostwem. Usprawiedliwione są tylko kobiety, one muszą wychować dzieci, im
Bóg jest potrzebny.
– Co chcesz mi przez to powiedzieć?
– Że ja też jadę na wojnę, jutro idę się zgłosić do komendy Landwehry.
Peter nie usiłował wymóc na Mariannie niczego szczególnego. Wszelkie obietnice miałyby lichy dar spełnienia.
Nie mógł liczyć na nic poza dobrym słowem i prośbą, aby
Zaduszki
Sianie zboża
5
K łopock a
S. 83
przekazała mu list do brata. Miał zamiar z nim porozmawiać,
jeśli tylko uda mu się go znaleźć – tak kłamliwie powiedział
Mariannie. Nie było to działanie pozbawione sensu; dzięki
listowi dowiedział się, gdzie szukać Andreasa. Nie musiał
specjalnie o to wypytywać. Na kopercie, jak to w takim czasie bywa, nie było miejsca zakwaterowania, było jednak coś
o wiele cenniejszego – numer jednostki. Dzięki temu Peter
dowiedział się, do jakiej jednostki będzie chciał być przydzielony. To był warunek jego ochotniczego zrywu, pozornie
odpowiadającego na wezwanie ojczyzny. Andreas Chlebek – 12
Komp. Füsiliers - Regiment 1 – tak było napisane. Wiedział już,
w jakiej jednostce chce stacjonować. Gdziekolwiek znajduje
się pierwszy regiment dwunastej kompani fizylierów, musi
tam dotrzeć. Służba w piechocie nie bardzo go przerażała.
Mało to razy chodził pieszo z wioski na nabożeństwo? Hans
nie zawsze zaprzęgany był do wozu; po ciężkiej pracy w polu
Peter pozwalał mu odpoczywać w stajni, samemu, skrajem
lasu i dalej łąkami, idąc do miasta. Po drodze przeprawiał
się przez rzekę. Bywało, że w głębszych miejscach na zakolach, gdzie woda podmywała stromy brzeg, stawiał więcierze.
Wracając, wyciągał z nich płocie i karasie. Wczesną jesienią
zdarzało się, że wpadła do siatki płynącą na tarło troć. To zdarzało się jednak bardzo rzadko, za swego życia Peter pamiętał
Michał Kruszona
2
S. 82
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
ledwie trzy takie połowy. Za to wszystkie trzy rzadkie ryby
były dorodne, blisko dwukilogramowe.
Podziękował Mariannie za herbatę, wyraził przekonanie, że niebawem się zobaczą. Schował list do skórzanej
sakwy. Przyszła wojna według niego mogła zakończyć się do
Wielkanocy, to ledwie pół roku. Niemcy były silne i miały
najnowocześniejszą armię. Jako fizylier widział się już z karabinem maszynowym – to była nowoczesna broń. Taki karabin
zabijał kilkunastu ludzi na minutę. W parę godzin sam mógł
położyć trupem kilkuset Francuzów albo… Polaków. Takich
karabinów Niemcy będą mieli na froncie setki, jeśli nie tysiące. Polska padnie, nim skończy się zima, nieco później podda
się Francja. Był o tym przekonany. Jawił mu się rychły ślub
z upokorzoną porażką Marianną. Na Boże Narodzenie, tysiąc
dziewięćset czterdziestego roku, mogą już nawet spodziewać
się potomka. Małego fizyliera.
Niedzielne popołudnie spędził w gospodzie w Lugetal,
pijąc piwo z innymi bauerami. Panował tam nastrój powszechnego optymizmu. Podawano sobie z rąk do rąk przywieziony koleją egzemplarz berlińskiej gazety. Gdzie jak gdzie, ale
w stolicy wiedzą najlepiej, co i jak. Wszystko, co przeczytał,
potwierdzało plotki o rychłym wybuchu wojny. Wraz z gazetą podawano sobie ociekające piwną pianą, kufle. Piwo wypełniało niebieskawe naczynia, solidniejsze od jakichkolwiek
innych szklanych naczyń. Mężczyźni poklepywali Petera po
plecach. Wcześniej nikt nie podejrzewał, że będzie z niego
ochotnik. Przy drewnianym, kiedyś eleganckim stoliku, toczono rozmowy nie tylko o wojnie. Gospodarze, także Polacy,
K łopock a
S. 85
nieśmiało podpytywali Petera o wtorkową wyprzedaż żywego
dobytku.
– Przy piwie niczego nie będę obiecywał – Peter odtrącał ich niczym namolnych zalotników – zresztą dziś niedziela,
ostatni dzień do interesów. Wszystkich zapraszał we wtorek.
– Będzie licytacja – myśl o licytacji pojawiła się w
jego głowie nagle, potraktował ją jako znakomity pomysł.
Licytacja – słowo to przebiegło po gospodzie, od stołu do ławy,
od ławy do baru. Licytacja – powtarzano przy każdym kuflu
piwa. Biało-czarno odziany barman, zadowolony z niedzielnego utargu, wzniósł toast za zdrowie Petera. Wszyscy wstali.
Wtenczas zabrzmiał głos starego Bernutha, weterana z ostatniej francuskiej, jak mawiał, wojny: „Ich bin ein Preuβe! Kennt
ihr meine Farben? Die Fahne schwebt mir weiss und schwarz…” Tymi
słowami zaczynała się marszowa pieśń Preuβen Gloria, znał ją
każdy, nawet Polacy, u których wywoływała złe skojarzenia.
Szyby zadrżały w oknach. Cała zielono wymalowana gospoda
zahuczała od śpiewu kilkunastu gardeł. Polacy, choć znali
słowa, milczeli.
Peter wrócił do swego gospodarstwa porządnie podpity,
nie miał zamiaru iść spać. Zdjął klosz, przykładając zapałkę
do knota naftowej lampy. Zazdrościł Mariannie tej małej żarzącej się pod sufitem szklanej bańki – żarówki.
Michał Kruszona
2
S. 84
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
– Jak skończy się wojna, doprowadzą prąd i do mojego domu. Postęp musi być, gdzie jak gdzie, ale w niemieckiej wiosce prąd na pewno się pojawi – mruczał pod nosem.
Tymczasem nadeszła pora oporządzania zwierząt. Dziś należało z nimi porozmawiać dłużej niż zazwyczaj, pożegnać się.
Został im jeszcze ledwie jeden dzień wspólnego gospodarowania. – Prawda, Hans? – Prawda? – wypytywał konia, sam nie
wiedząc, o co. Wieczorem rozłożył na stole rysunki z wizerunkami polskich świąt. Pomodlił się. Postanowił, że będzie
to jedyna rzecz, jaką zabierze z domu na żołnierską tułaczkę.
Wypadało zrobić futerał. Początkowo nie miał na to pomysłu,
póki jego wzrok nie napotkał stojącej w kącie solidnej miotły
z nowym, twardym jak stal, jesionowym kijem. Poszedł po
piłę i uciął miotle spory kawałek trzonka. Teraz starczyło wsadzić do rozpalonego pieca gruby pręt. Gdy ten rozgrzał się do
czerwoności, wyjął go z pomiędzy węgli żelaznymi obcęgami.
Zaczął mozolnie wypalać środek twardego drewna. Co chwila
dmuchał, gasząc pojawiające się, chcące strawić drewno, płomienie ognia. Cała ta misterna robota trwała dobrą godzinę.
Pręt co jakiś czas wracał między węgle dla nabrania czerwonego koloru. Była to żmudna praca, dawała jednak podwójną
gwarancję. Po pierwsze, wsunięte do wypalonego fragmentu
trzonka obrazki będą zabezpieczone od wilgoci i całkowicie
chronione przed mechanicznym zniszczeniem. Po drugie, nie
będzie trzeba ich składać, wystarczy je zwinąć w rulon i wsunąć do drewnianej tuby. Trzydziestocentymetrowy kawałek
jesionu, tak naprawdę był teraz wykonanym domowym sposobem futerałem. Będzie jego jedynym bagażem, o nic innego
K łopock a
S. 87
nie będzie musiał dbać, no może jeszcze o list, ale to tylko do
czasu spotkania z Andreasem. List i rysunki szybko zwabią
brata Marianny w jego pobliże. Peter miał plan.
Nazajutrz ostatecznie przestało padać. Pojechał do komendy stawić się do wojska. Okazało się, że Hans też będzie
zaciągnięty. Nie pojedzie walczyć razem z Peterem, będzie
służył na tyłach. Na potwierdzenie tego Peter otrzymał kwit.
Po powrocie z wojny dostanie od państwa nowego konia. Taki
los, nie lepszy od swojego, zgotował Hansowi. Nie przyszło
mu do głowy najgorsze dla Hansa rozwiązanie. W razie przedłużającej się wojny Hans mógł trafić do kotła i posłużyć za
prowiant dla wiecznie głodnych żołnierzy. Tak też ostatecznie się stało, o czym gospodarz nigdy nie miał się dowiedzieć.
Wszystko zaczęło się od kłopotów z przydziałem wybranej
jednostki. Komendant nie chciał nawet słyszeć, aby Peter sam
wybrał sobie miejsce służby. Wszystkich obowiązywało losowanie, o tym gdzie kto trafił, decydował ślepy los. Nadrenia,
Karpaty, Prusy Wschodnie – wszędzie potrzebni byli żołnierze. Ostatecznie przeważył argument przekazania Hansa do
dyspozycji armii. Komendant wypisał Peterowi kartę mobilizacyjną do stacjonującej pod Berlinem dwunastej kompanii
fizylierów. Miał się stawić w piątek, w wojsku niczego mu nie
zabraknie. Zostanie wyekwipowany, zapewnił komendant.
Michał Kruszona
2
S. 86
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
Zafasuje mundur i buty. Później przyjdzie czas na szybkie szkolenie. Tygodniowy obóz, na którym oprócz musztry wpajano
umiejętności strzeleckie, rzut granatem i technikę walki bagnetem. Tyle w zupełności wystarczy. Obóz miał przypomnieć
Peterowi umiejętności zdobyte podczas dwuletniej służby wojskowej, odbytej przed piętnastu laty w Duisburgu nad Renem.
Starczy, że zorientuje się w nowej technice – pozna karabin
maszynowy, maskę przeciwgazową i posłucha o taktyce walki
u boku ruchomych bunkrów – niepokonanej broni, zwanej
czołgami. Dalej to już tylko marsz na front! Miał po prostu
się tylko stawić. Z domu niczego nie musiał zabierać, oprócz
rzecz jasna rysunku, ale to stanowiło jego tajemnicę. Fakt
chętnego przejęcia przez wojsko Hansa nie wzmógł w nim
gospodarskiej czujności. Koń, na tak nowoczesnej wojnie,
ostatecznie i tak musiał trafić do żołnierskich menażek. Peter
marzył o wojnie i rychłym spotkaniu z Andrzejem Chlebkiem.
Pozostały mu niecałe dwa dni poza wojskowym drylem. Nie
bał się musztry i ślepego posłuszeństwa rozkazom. Kanclerz
dbał o żołnierzy, w wojsku od dawna nie było kar cielesnych,
a doświadczona kadra oficerska wyzbyta była sadyzmu w stosunku do podwładnych. W zamian oczekiwała jednego – ślepego posłuszeństwa i bezwzględnego wykonywania rozkazów.
Można powiedzieć, że gospodarz z Lugetal nie mógł się już
doczekać chwili, kiedy przywdzieje wojskowy mundur ze
skórzanym pasem i doskonałym hełmem Wehrmachtu. Do
tego zafasuje długi, ciemnoszary płaszcz. Będzie wyglądał tak,
jak nikt w gospodzie. Powiesi na haku roboczą kufajkę, kapelusz wymieni na wojskową czapkę z daszkiem, widły zastąpi
(Plon niesiemy), Ul
Dożynki
6
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
2
S. 90
karabinem, do tego ten piękny płaszcz! Dlaczego zdecydował
się na to tak późno? Pytał o to sam siebie. Tymczasem trzeba
było sprzedać inwentarz, co w obliczu przekazania Hansa
wojsku wydawało się dużo łatwiejsze.
Puszczanie wianków (Wianki)
Święcenie krów (wiosenny wagon bydła)
7
3
K łopock a
S. 97
Michał Kruszona
3
S. 96
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
3
We wtorek już z samego rana niemały ruch zapanował na skraju Lugetal. Pod Peterowe obejście podjeżdżały
bryczki z wąsatymi gospodarzami. Przyjechał nawet Josef
Golisch, wielki gospodarz. Dotarł też pastor Dorth. Wszyscy
mieli cichą nadzieję na kupno Hansa. Z wielkim żalem przyjęli wiadomość, że koń jest już własnością Rzeszy i jako taki
wyjęty został spod licytacji. Wobec takiego obrotu sprawy
nikt nie śmiał protestować, choć miny gospodarzy zdradzały
rozczarowanie. Większość z nich przyjechała specjalnie po
niego. Byłoby o czym opowiadać w gospodzie, taka licytacja!
Tymczasem prawdziwa klapa!
O przeprowadzenie licytacji pozostałego inwentarza
Peter poprosił sołtysa Jurgena Haneke. Wszystko musiało
się odbyć w majestacie prawa. Sołtys doglądać miał pustych
budynków, ustanowi stróżujących gospodarzy. Na zmianę
obchodzić będą puste gospodarstwo żołnierza. Najpierw
wszystko dokładnie spisano. Nie tylko oporządzone kozy,
umyte krowy, w tym jedną z cielaczkiem i odkarmione świnie. Także podwórzowe łopaty, wiadra, widły i mnóstwo
innych zbytecznych ruchomości. To, co potrzebne zostało
w domu, będzie czekało pod kluczem. Jak się rzekło, drób
poszedł pod kuratelę duszpasterza, z pewnością trafi dzięki niemu do najbiedniejszych parafian. Licytacja, wbrew
oczekiwaniom, nie trwała długo. Peter zadowolony był z jej
przebiegu. Gospodarze kupując, starali się wyrazić swym
gestem wsparcie dla przyszłego obrońcy ojczyzny. Czasami
nawet nieco przepłacali ku zadowoleniu Petera. Robili to tym
Baranek Wielkanocny
Powitanie wiosny (Dziewczęta z gaikiem)
8
K łopock a
S. 101
chętniej, widząc aprobatę pastora Dortha. Skoro nawet konia oddał w służbę, trzeba go wspomóc – myśleli. Nie wiedzieli, że w dokumentach Peter miał kwit nakazujący mu,
gdy tylko powróci z wojny, wydanie nowego. Potwierdziła
to wojskowa Landwehra, zobowiązując do tego każdy magistrat w Rzeszy. Mimo to pieniądze niezbyt ucieszyły Petera.
Gdy koło południa wszyscy rozjechali się do swoich domów,
został sam. Ogarnęła go poczucie samotności. Tym bardziej
prześladowały go myśli o Mariannie. Bez brata nie będzie
miała dokąd pójść. Praktyczna kobieca dusza każe jej wyjść za
mąż. Ta sama praktyczność powinna spowodować, że zmieni wyznanie, stając u jego boku w protestanckiej świątyni.
Przespacerował przez puste podwórze. Pustka była mniej
przerażająca od ciszy! Nic nie gdakało, nic nie muczało, ani
nie beczało. Hans wydawał się być przerażony obrotem spraw.
Stał przy żłobie, nie próbując obroku. Nie było nawet psa
przy budzie; tego Peter pozbył się już wcześniej, jeszcze zanim
postanowił wyruszyć na wojnę. Pies ten ujadał bez przerwy
z byle powodu. Peter odpiął mu obrożę i kazał się wynosić.
Nawet nie musiał tego mówić, uwolniony z łańcucha wybiegł
z podwórza i nigdy już nie wrócił. Biegł przed siebie, jakby
jakaś siła nakazywała mu najszybszą z możliwych ucieczkę
z gospodarstwa.
Michał Kruszona
3
S. 100
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
3
Następnego dnia rano, mimo dziennej pory, gospodarz
zapalił świecę, stawiając ją na kuchennym stole. Wyjął z szuflady laseczkę laku. Twardy, połyskiwał szkliście, podkreślając swoją wiśniowobrązową barwę. Peter nie przeliczywszy
pieniędzy, włożył je do słoja, przykrył go szklanym wiekiem,
uszczelniając gumą. Nie zdążył wymienić ich na złoto. Wojna
potrwa krótko, marka wzmocni się po szybkim zwycięstwie
Niemiec. Kanclerz wie, co jest dobre dla Niemiec. Nie trzeba
bać się dewaluacji. Zamknął słój, tak jak to się robiło z zaprawami na zimę. Wziął do ręki lak i uniósł go nad płomieniem
świecy. Twarda skorupa szybko zaczęła mięknąć, by za chwilę
stopnieć, niemal wrząc na rozgrzanej powierzchni. W kuchni
zapachniało alchemiczną substancją. Kropla po kropli lak
kapał na słój, uszczelniając go w miejscu, w którym szklane
wieko dotykało gumowej uszczelki. Po chwili podziwiał efekt
swojej pracy. Na tym było mało, znalazł drugą laseczkę laku
i stopił ją, pokrywając nim całą szklaną przykrywkę słoja.
Teraz, jak mniemał, mógł swój skarb przechować nawet na
dnie studni.
Znużony wrażeniami poszedł na cmentarz. Przedwcześnie opadłe liście zasypały nie tylko ścieżki, ale całe groby. Między liśćmi wyróżniały się te z kasztanowców, ich owoce ciągle jeszcze wisiały na drzewach w kolczastych łupinach.
Uprzątnął jedne i drugie z mogiły Gizeli, uklęknął i pomodlił
się o spokój jej duszy. Dopiero po tym geście, z wielkim wysiłkiem, usunął sporych rozmiarów przełupany na pół polny kamień z wykutym imieniem i nazwiskiem zmarłej. Wygrzebał
dłonią płytki dołek i umieścił w nim starannie zalakowany
K łopock a
S. 103
słoik z pieniędzmi. Ręczne grzebanie w żyznej, cmentarnej
ziemi nie było łatwe. Rozkrzewiły się w niej korzenie pokrywającego cały grób barwinka. Barwinek pięknie otulał grób,
przyozdabiając go niebieskimi kwiatkami. Zmagania gołych
dłoni ze splątanymi kłączami stanowiły nie lada problem,
nawet dla przywykłego do pracy w ziemi Petera. – Pilnuj
ich, będą potrzebne na dobry początek – powiedział ni to do
zmarłej, ni to do barwinka. Ciężki kamień wrócił na swoje
miejsce, śliski i mokry opierał się Peterowi jak tylko mógł.
Wszystko starannie zamaskował, na powrót rozrzucając liście
kasztanowców, lip i klonów. Peter dobrze to obmyślił, w czasie
wojny nie warto było ufać bankom, tym bardziej żadnemu
z sąsiadów. Gdyby, co nie daj Boże, nie wrócił, nikt nie będzie
się cieszył z łatwo zdobytych pieniędzy. Majstrując przy grobie, nie odczuł żadnego sygnału od nieboszczki, nie było przestrogi. Nie wysłała żadnego czytelnego znaku. Najwyraźniej
jeszcze nie wzywała go do siebie – tak to sobie wytłumaczył, co w obliczu wyjazdu na wojnę nie było bez znaczenia.
Do zacienionego stuletnimi lipami cmentarza od
wschodniej strony przylegało jego pole. Kiedyś wydarto je
lasowi, teraz las cofnął się kilkaset metrów poza wieś. Podczas
jego nieobecności będzie o nie dbał pastorowski parobek; co
Michał Kruszona
3
S. 102
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
3
ziemia urodzi, pójdzie na rzecz parafii. Zresztą do następnych
żniw wróci z wojny, wówczas obgadają z pastorem, ile kto
komu jest winien. Dorth szczególnie był mu rad za podjęcie
takiej decyzji. Peter położył się na nasiąkniętej wodą ziemi.
Czuł zimno bijące z jej wnętrza. Zatopił palce w brunatnej
bryi, zacisnął pięści tak, że ziemia z trudem przeciskała się
między palcami, oddając przy tym nadmiar wody. Leżał tak
kilka minut, nim podniósł się zdrętwiały z zimna i ociekający
wodą. Wrócił do domu. Po drodze zebrał kilka dorodnych sów.
Obtoczy je w jajkach, posoli i rzuci na tłustą patelnię. Kiedy
znów przyjdzie mu jeść miejscowe sowy? A rydze? A zalane
octem prawdziwki? Grzyby spowodowały, że przez chwilę
pożałował pochopnej decyzji zaciągnięcia się do wojska. Nie
trwało to długo, ich smak nie przesłonił uczucia pożądania
odczuwanego wobec Marianny. Bez wojny nie miałby najmniejszych szans na spełnienie swego pragnienia. Nie wiedzieć dlaczego, akurat teraz z obrzydzeniem pomyślał o zjadających żaby Francuzach. Przypomniał mu o tym ślimak
pełznący po kapeluszu jednego z grzybów. Podniósł grzyby
do twarzy i zaciągnął się ich zapachem. Uwielbiał ten przejmujący zapach ni to lasu, ni pleśni. Zdecydowanie był w nim
ukryty zapach jego domostwa.
Po raz pierwszy, od czasu jak sięgał pamięcią, nie musiał oporządzać przychówku. Zajął się porządkowaniem
rzeczy, przy okazji udoskonalił jesionowy futerał na obrazek. Wyczyścił otwór ze śladów spalenizny. Nietkniętą prętem stronę, podobnie jak wcześniej słoik, zabezpieczył lakiem. Teraz był to kawałek drewna z podłużną norką dla
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Fragment
:
Polichromia
Fragment
:
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Dom W i elkoPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
K łopock a
S. 113
polskich rysunków. Otwór zatkał małym korkiem, podobnie
jak w butelce.
Zgodnie z powszechnie rozwieszanymi obwieszczeniami o werbunku, do wojska należało się stawić należycie umytym i schludnie ubranym. Peter potraktował to wezwanie bardzo poważnie, zamierzał się mu całkowicie podporządkować.
Krótko wahał się czy pójść do fryzjera, czy poczekać i oddać
się w ręce wojskowego balwierza. Ostatecznie postanowił
wstąpić w szeregi armii wzorowo przygotowany do służby.
W czwartkowy poranek, ostatniego dnia sierpnia 1939
roku, jadąc do fryzjera, odbyli z Hansem tym samym przedostatnią wspólną podróż. Nie miał już czasu na zbędne sentymenty. Wcześniej naniósł wody ze studni. Dwa pełne wiadra
wlał wprost do drewnianej balii, zawartość trzeciego przelał
do miski ustawionej na gorącym, świeżo rozpalonym piecu.
Odnalazł, dawno nieużywaną, ryżową szczotkę. Przynajmniej
od śmierci Gizeli nie była ani razu do niczego potrzebna.
Przez to wydawała się sztywna i twarda w dotyku. Gizela
brała ją w obroty każdej soboty. Szczotka nie zdążyła nawet
dobrze wyschnąć, kiedy znów była zanurzana w namydlonej
wodzie. Teraz była sucha – na przekór wszechobecnej wilgoci. Uszykował czyste, ale nie najlepsze ubranie. Trzeba je
będzie zostawić w wojskowym magazynie, miał to na uwadze.
Michał Kruszona
3
S. 112
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
3
Spodnie, w ledwo widoczne brązowe pasy, choć lekko cerowane, mogły jeszcze uchodzić za całkiem eleganckie, przynajmniej w jego oczach. Nalał do balii podgrzaną wodę, wziął do
ręki pachnące piżmem mydło i ostrożnie stanąwszy nago na
dnie balii, rozpoczął staranne, niemal symboliczne, ablucje.
Wyobrażał sobie, że z pomocą szczotki zmywa nie tylko brud
z ciała, ale wraz z nim, wszystkie grzechy z duszy. Nie znał
się dobrze na technice mycia, dopiero na sam koniec polał
sobie głowę mydlinami. Wytarł się dokładnie starym prześcieradłem, które od dłuższego czasu służyło mu właśnie do
tego celu. Ubrany, miał zamiar się ogolić, porzucił jednak tą
myśl, przypomniawszy sobie, że jedzie przecież do balwierza.
Hans, spokojnie, jak zawsze, wiózł go w stronę miasta. Jasno
określony plan Petera nie pozwalał na ckliwe rozglądanie się
po okolicy. Miał zamiar niebawem tu wrócić, z nowym koniem, a może przy odrobinie szczęścia, Hans doczeka jego
powrotu? W mieście było kilka zakładów fryzjerskich, on
wybrał ten u Noumana. Z reguły chodził właśnie do niego,
choć nie lubił zdziwaczałego fryzjera, opowiadającego w kółko o tym, co komu się przytrafiło na polu miłosnych podbojów. Niepowodzenia, jakie notował w skromnych zalotach
do Marianny powodowały, że nie lubił podobnych tematów.
Nouman był tutejszym Niemcem, z dziada pradziada i jako takiego należało go wspierać. Poza tym był niezłym fachowcem.
– Dzień dobry, panie Graetz, wiem, wiem, wiem – niemal wykrzykiwał podekscytowany fryzjer.
– Skoro pan wiesz, to zabierz się pan do roboty, czasu
wiele nie mam – Peter usiadł w wygodnym zielonkawym fo-
K łopock a
S. 115
telu, ustawionym na wprost dużego lustra. Z wnętrza zwierciadła spoglądał na niego siedzący na fotelu mężczyzna, osłonięty przez fryzjera białym fartuchem. Jego blond włosy były
poskręcane i zmierzwione od wilgoci; była to w tamtych czasach przypadłość wszystkich Niemców. Na siłę zaczesywał
je do tyłu, aby zakrywały uszy, zachodząc na szeroki kark.
Szaroniebieskie oczy nie miały w sobie nic poza zwyczajną
tajemnicą, jaką nosi w sobie każdy człowiek. Nigdy nie wiemy, co widziały, oczy drugiego człowieka. Teraz oczy Petera
spoglądały we własne lustrzane odbicie. Nie przejawiał przy
tym zadowolenia z niskiego czoła i dużego, płaskiego nosa,
nie pozwalającego na zapuszczenie modnych w tamtym czasie wąsów. Gdyby je zapuścił, wyglądałby jak borsuk, albo co
gorsze, małpa z książkowej ilustracji.
– Wiem, wszystko wiem – powtarzał fryzjer, ostrząc
na pasku brzytwę.
– Co pan takiego wiesz?
– Idziesz pan do wojska, bohater. Płakać będą panny
po takim gospodarzu, a wdowy to pomdleją.
– A która tam by po mnie mdlała? – zapytał Peter, miło
podłechtany wyznaniem fryzjera.
Michał Kruszona
3
S. 114
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
3
– A choćby Inga po starym Schneiderze, niczego sobie
i z kamienicą jak się patrzy, na samym Rynku.
– Przecież ona ma dwoje dzieci – zaniepokoił się propozycją takich swatów Peter.
– Zaraz dzieci, chłopak pójdzie w świat, a córkę wydacie za mąż – fryzjer mydlił już pędzel na sztyfcie, snując
życiowe plany dla klienta.
– Daj pan spokój, obce, stać mnie na własne, do tego
one miastowe, nie z roli – chciał jeszcze coś dodać, ale namydlony pędzel przemykający po twarzy, nie wyłączając
okolic ust, skutecznie odebrał mu możliwość mówienia. Był
to ulubiony moment dla fryzjera, który miał w ten sposób
klienta niemal na łopatkach, mógł spokojnie mówić, a klient
zmuszony był do słuchania, bez możliwości protestu.
– O, widzę dzieci się marzą, dzieci urodzić to musi młoda kobieta, taka rzecz. No, no, to będzie wesele z Heike, albo
z młodą Haneke, to sąsiadka. Ma już chyba czternaście lat,
ale zanim szanowny pan wróci z wojny, to będzie jak znalazł. Jeśli nie jesteście już po słowie z sołtysem, to ja mu tę
myśl podsunę, będzie dbał o wasze gospodarstwo jak o swoje.
Peter drgnął, balwierz wyczuł jego zdenerwowanie i natychmiast przerzucił rozmowę na techniczną stronę zabiegu.
– Wyżej broda, wyżej – brzytwa dotknęła gardła – jeszcze trzy, cztery ruchy i golenie będzie zakończone. Wytarł
klientowi twarz ręcznikiem i spryskał wodą kolońską. Peter
nie chciał komentować tego, co usłyszał. Powiedział tylko
mocno i zdecydowanie, tak, aby przeciąć wszelkie spekulacje.
– Wrócę z wojny z żoną, tak postanowiłem.
K łopock a
3
Michał Kruszona
S. 117
– Ooo, po żonę na wojnę, żeby tylko nie była to Francuzka, bo zamiast na grzyby będzie szanowny pan chodził
na żaby. Choć mówią, że te Francuzki, ho, ho, panie Graetz,
co też o nich mówią! – podniecał się fryzjer, operując przy
tym grzebieniem i nożyczkami. Na podłogę spadały kolejne
obcięte blond włosy.
– No, co mówią?
– No jakby to powiedzieć, że jak pan się z taką zadasz
to żadna już panu nie dogodzi.
– Tak samo gadają o pasterzach, co to z owcami chodzą od wiosny do jesieni, że niby nie ma jak owca – śmiał się
Peter – bzdury pan klepiesz, będę miał żonę taką, jaka mi się
widzi, a dogadzać nikt inny nie będzie mi już musiał – Peter
podniósł się z fotela i chciał zapłacić.
– Mowy nie ma, oddasz pan, jak wrócisz z wojny.
– Chociaż tyle mądrego pan wymyślił. Dziękuję, oddam – powiedział Peter i wyszedł z zakładu szczęśliwy, że
rozmowa dobiegła końca. Dobrze, że nic nie wie o Mariannie –
pomyślał. Gdyby w mieście o tym mówiono, fryzjer na pewno
zagadnąłby cokolwiek na ten temat.
Wymyty, ogolony, z przyciętymi włosami do tego
pachnący mydłem i wodą kolońska udał się Peter do kościoła. Może przed którymś ze sklepów spotka Mariannę? Może
3
przyjechała ze swojej polskiej wioski na targ? Postanowił, że
dopóki nie spotka na swej drodze jej brata, do Zakrzewa nie
pojedzie. Nazajutrz zaczynał się wrzesień, powinien wrócić
jeszcze w tym roku.
S. 116
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a: POLICH ROMIE
Z
K
R
Z
—
E
D O M
O L S K
W
I
Barbara
Matysek-Szopińska
A
P
O
Z
K
R
Z
—
E
D O M
O L S K
W
I
Barbara
Matysek-Szopińska
A
P
O
Dom
Polski
Zakrzewo
Dom Polsk i
Zakrzewo to jedna z największych wsi powiatu złotowskiego. Jej przeszłość jest nierozerwalnie związana z dziejami większego regionu, zwanego Krajną: obszaru przejściowego,
granicznego, położonego między Pomorzem a Wielkopolską. Pierwsza wzmianka o istniejącej
osadzie w Zakrzewie pochodzi z 1432 roku, wieś zbudowana była na planie owalnicowym.
Jednak ogólne ożywienie gospodarcze i kulturalne w powiecie złotowskim, a szczególnie
w Zakrzewie, łączy się z przybyciem do Zakrzewa w 1903 r. ks. dra Bolesława Domańskiego. Jest
to postać, z którą nieodłącznie kojarzy się Zakrzewo. Wywodzący się z patriotycznej rodziny
z Kaszub, wieloletni proboszcz, działacz społeczny i gospodarczy, prezes V Dzielnicy Związku
Polaków w Niemczech, dla Polaków był po prostu księdzem Patronem, liczącej ponad 4000
wiernych, parafii polskiej. Dzięki niemu znajdujące się po drugiej stronie granicy Zakrzewo
było nazywane stolicą Polaków w Niemczech i twierdzą polskości, także Małą Warszawą.
W tej duchowej stolicy polskości, na Krajnie, w północnej Wielkopolsce, prężnym
ośrodku życia polonijnego, w centrum wsi, w latach 1934—1935, ze składek Związku Polaków
w Niemczech, powstał okazały budynek Domu Polskiego. Dom ten od początku stanowił
centrum życia społeczno-kulturalnego Zakrzewa oraz powiatu złotowskiego, a nawet całego
Pogranicza. Tutaj, oprócz szkoły polskiej, przedszkola i banku, mieściła się także biblioteka
oraz wielka Sala Rodła ze sceną. Miały tu swoją siedzibę zespoły śpiewacze, chór, orkiestra
dęta, zespoły teatralne i sportowe. Choć starania o jego budowę rozpoczęto już w 1921 roku, władze niemieckie zezwolenia udzieliły dopiero w roku 1932, w ostatnim możliwym momencie.
Ksiądz Domański przyspieszył budowę tej „ostoi polskości”, której w 1933 roku Zarząd V Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech nadał nazwę Dom Polski. Nowe władze niemieckie nie
wsparły w żaden sposób „mniejszościowej” inwestycji, więc kontynuowano ją wyłącznie ze
składek Polaków i dzięki gospodarskiej zapobiegliwości wspaniałego Patrona budowę zakończono już w 1935 r.
W dniu jego otwarcia i poświęcenia do będącego własnością Banku Ludowego
Domu Polskiego 30 czerwca 1935 r., przybyli przedstawiciele i delegacje ze wszystkich Dzielnic
Związku Polaków w Niemczech z drem Janem Kaczmarkiem z Berlina — sekretarzem generalnym Związku na czele.
S. 125
S. 124
Barbara Matysek-Szopińska
Dom Polsk i � Z a k r zewo
PL
Dom Polsk i � Z a k r zewo
Dom Polsk i
Barbara Matysek-Szopińska
Otwierając Dom Polski ksiądz Patron powiedział: „30 lat czekałem na tę chwilę,
by dzisiaj z Wami przeżywać to uroczyste otwarcie. Mogę Was dzisiaj pozdrowić w naszym
własnym domu. Dom ten nie ma być domem nienawiści, a ma być miejscem zgody i jedności.
Nie wybudowaliśmy go po to, aby komuś czynić na złość, lecz tylko dlatego, że marzyliśmy
od lat o własnym domu. Dziś ten 30-letni sen stał się rzeczywistością. Pytają mnie się, kto
ten dom budował? Mam na to tylko jedną odpowiedź — lud polski go zbudował. Bez Was,
ludu polski, dom ten byłby martwym tworem. Wy jesteście życiem tego domu. Dom ten jest
własnością naszego ludu i jemu też oddaję go w opiekę. Niech Wasze dzieci znajdą w nim
naukę i rozrywkę. Gdy rozpocząłem starania o budowę tego domu, powiedziano mi, że nie
warto się o to trudzić. W tym morzu i tak wszystko zginie. Od tego czasu minęło 14 lat, a my
tutaj jesteśmy i nie zginęliśmy.”
W sytuacji narastającego szowinizmu niemieckiego, hitlerowskiej buty, Polacy czerpali siły do przetrwania z solidarnej pracy, ale także z życia i działalności społeczno-kulturalnej,
zjazdów i spotkań, które odbywały się właśnie w Domu Polskim w Zakrzewie.
W każdą niedzielę Sala Rodła Domu Polskiego gościła zespoły teatralne, śpiewacze,
orkiestry dęte. Obradowały w nim również najwyższe władze Związku, tutaj podjęto ważne
historyczne uchwały, m.in.:
— o budowie Kaplicy Matki Boskiej Radosnej w Zakrzewie (1937),
— o Kongresie Berlińskim (1937),
— uchwałę po śmierci ks. Patrona (zmarł 21 kwietnia): „On nadal przewodzi ludowi polskiemu” (1939).
S. 127
S. 126
W 1936 roku ks. dr Bolesław Domański oraz dr Jan Karczmarek proponują autorce
Znaku Rodła i obrazu Matki Boskiej Radosnej — Janinie Kłopockiej, by w głównej sali Domu
Polskiego, duże, mansardowo pochylone ściany przyozdobiła freskami o polskiej, ludowej
tematyce. Artystka wykonała zadanie już w 1937 roku, na podstawie wcześniej opracowanych
projektów. Z uwagi na olbrzymi zakres prac wymagało to dużego nakładu czasu, a przede
wszystkim niezwykłej koncentracji sił twórczych i zwyczajnie — fizycznych. Aby sprostać temu
zadaniu, artystka dobrała sobie do pomocy koleżankę ze studiów, Jadwigę Koniuszewską
i Romana Soleckiego — plastyka, należącego do Związku Polaków w Niemczech.
Dekoracja z 16 obrazów, naturalnej wielkości, nazwana przez Janinę Kłopocką „Polskim rokiem obrzędowym”, składa się z 16 scen:
PL
Dom Polsk i � Z a k r zewo
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
Barbara Matysek-Szopińska
5
6
Prace w głównej sali Domu Polskiego, zwanej odtąd Salą Rodła, zakończono 2 grudnia 1937 roku; już dzień później odbyło się w niej uroczyste posiedzenie Rady Naczelnej
Związku Polaków w Niemczech.
Zharmonizowana stylistycznie całość prezentowała się okazale i znakomicie wyrażała swoistość ludu polskiego i jego przywiązanie do tradycji narodowych i religijnych. Miało
to szczególną wymowę w kontekście wszechogarniającego butnego hitleryzmu, symbolizowanego programem odmiennej, choć też ludowej sztuki i bałwochwalczymi okrzykami „Heil!”.
Technika kazeinowa, zastosowana przez Kłopocką, okazała się tak bardzo trwała, że Niemcy,
w 1939 roku, nie mogąc zdrapać malowideł, polecili freski te przykryć tynkiem. To pod jego
warstwą przetrwały i drugą połówkę III Rzeszy, i okres powojenny, aż do 1972 r. Wówczas,
w 50. rocznicę Związku Polaków w Niemczech, odsłonięto spod tynku w Domu Polskim słynny zakrzewski „Polski rok obrzędowy”. Autorka — Janina Kłopocka — z wielkim wzruszeniem
śledziła prace renowacyjne, obawiała się bardzo, że dzieło Jej życia nie przetrwało… Salę
Rodła w Domu Polskim odtąd zdobi „Polski rok obrzędowy”, największe dzieło życia artystki,
przez dziesięciolecia zasłonięte — choć w założeniu na zawsze — tynkiem!
Dom Polski był i jest świadectwem-pomnikiem wiary oraz walki o wolność. Mimo
trudów, przemyśl/a/nych przeciwności, trwał na stanowisku obrońcy miejscowych wartości
cywilizacyjnych i kulturowych: religijnych oraz regionalnych, nieodłącznie związanych z narodowymi.
Jest udanym przykładem powstałej oddolnie instytucji, w której głęboko osadzone
i z uporem realizowane są w codziennej pracy ponadczasowe wartości dziedzictwa kulturowego. Przykładem zachowania tożsamości z wykorzystaniem dostępnych w danym miejscu
i czasie adekwatnych do sytuacji form działania.
Dom Polski w Zakrzewie — to magiczne miejsce Krajny — pogranicza Wielkopolski
i Pomorza, wsławionego przecież skutecznym działaniem Kaszubów, przodków księdza
Patrona dra Bolesława Domańskiego.
Tu każdy dzień jest ważny, już każdy poranek kryje w sobie magiczną chwilę, która
historię umiejętnie łączy z teraźniejszością… Każdy dom jest pusty, jeśli nie ma w nim dążących
do szlachetności ludzi. W „naszym Domu” byli i są ludzie, którzy z wielką pasją i oddaniem
tworzyli (i nadal tworzą!) historię tego miejsca.
S. 129
3
4
Obraz Matki Boskiej Radosnej,
Procesja w dzień Matki Boskiej Gromnicznej,
Powitanie wiosny (dziewczęta z gaikiem),
Baranek Wielkanocny,
Święcenie krów (wiosenny wygon bydła),
Sianie zboża,
Procesja Bożego Ciała,
Puszczanie wianków (Wianki),
Dożynki (Plon niesiemy, plon),
Ul,
Święcenie ziół,
Zaduszki,
Wieczerza wigilijna,
Szopka,
Chłopcy z gwiazdą,
Przebierańcy z kozą.
S. 128
1
2
Dom Polsk i
PL
Dom Polsk i � Z a k r zewo
Dom Polsk i
Barbara Matysek-Szopińska
Wcześniejszym najbardziej znanym dziełem Janiny Kłopockiej było „Rodło”, graficzny
symbol Związku Polaków w Niemczech, powstały z woli przeciwstawienia się uzurpacyjnej,
narzuconej swastyce, która po 1933 r. stała się godłem III Rzeszy, a przez to również części
zachodnich ziem polskich — ziem gospodarza.
Myśl-ideę „Rodła”, zrodzoną przez redaktora „Polaka w Niemczech” — Stefana Murka
oraz ks. dra B. Domańskiego, aby to rodzima, polska Wisła stała się symbolem Polaków, w graficzny kształt zamknęła Kłopocka w 1932 r. Prostą linią, kilka razy załamaną, jak załamuje się
w swym biegu Wisła, wytyczyła drogę rzeki i również prostą linią połączyła ją z Krakowem,
historycznie, a i współcześnie duchową stolicą. Ta rzeka i to miasto, w umyśle i sercu każdego
Polaka (i Polonusa!), miały kojarzyć się z Macierzą. Znak Janiny Kłopockiej, szlachetny w swej
prostocie, piękny w graficznej realizacji, nazwano Znakiem Rodła. Stał się symbolem Polaków
w Niemczech, królował w zastępstwie Orła na biało-czerwonych sztandarach, a w X-lecie
powstania Związku Polaków został wprowadzony jako odznaka dla wszystkich członków.
Głęboka wiara i nieco odmienne praktyki religijne natomiast krzepiły i były spójnią,
umożliwiającą przetrwanie Polaków w Rzeszy. Ostoją wiary i nadziei był kult Matki Bożej.
W okresie wzmagającej się fali nordyckiego hitleryzmu z religią katolicką, Polacy z Pogranicza
zamanifestowali swoją wierność Kościołowi powszechnemu, obierając (który to już raz!) jego
Matkę: Matkę Boską — teraz Radosną, za swoją patronkę. Jej wizerunek — wzorem był drzeworyt przedstawiający wiejską dziewczynę — to Pani, bosymi stopami wsparta na sierpie
księżyca, z anielską asystą po bokach, trzymająca na ręku Dziecinę — wykonała także Janina
Kłopocka. Ks. dr Bolesław Domański nadał jej przydomek: Radosna.
Mająca nadzieję i wizję jutra w oswobodzonej Ojczyźnie. Tak jak „Rodło” stało się
symbolem łączącym wszystkich Polaków w Niemczech, tak Matka Boska Radosna stała się ich
Patronką. Jej siedzibą miała być drewniana kaplica. Wizerunek obrazu i projekt kaplicy, obok
olbrzymiego Znaku Rodła, stanowiły główną dekorację na Kongresie Polaków w Niemczech,
w dniu 6 marca 1938 r. w Berlinie, w sali Theater des Volkes… Podczas tego Kongresu ogłoszono i przyjęto Pięć Prawd Polaków w Niemczech — katechizm Polaków spod Znaku Rodła.
Prawdy, mające wartość i ponadczasowy charakter:
Prawda Pierwsza: Jesteśmy Polakami.
Prawda Druga: Polak Polakowi Bratem.
Prawda Trzecia: Wiara Ojców naszych jest wiarą naszych dzieci.
Prawda Czwarta: Co dzień Polak narodowi służy.
Prawda Piąta: Polska Matką naszą, nie wolno mówić o Matce źle.
S. 131
S. 130
Testament ks. dra B. Domańskiego oraz uchwała Kongresu Berlińskiego, aby kaplica Matki Boskiej Radosnej stanęła w Zakrzewie, mogły zrealizować się dopiero w roku 1989.
W 50. rocznicę śmierci księdza Patrona na zakrzewskiej ziemi, w centrum wsi, stanęła kaplica
z obrazem Matki Boskiej Radosnej — dziś Patronki Zakrzewa. PL
Prawda Druga
:
Prawda Trzecia
:
Prawda Czwarta
:
Prawda Piąta
:
Jesteśmy Polakami.
Polak Polakowi Bratem.
Wiara Ojców naszych jest wiarą
naszych dzieci.
Co dzień Polak narodowi służy.
Polska Matką naszą, nie wolno mówić
o Matce źle.
Barbara Matysek-Szopińska
:
S. 132
Prawda Pierwsza
Dom Polsk i
S. 133
Dom Polsk i � Z a k rzewo
Dom Polsk i � Z a k r zewo
Znak Rodła oraz Matka Boska Radosna, autorstwa Janiny Kłopockiej, stanowią herb
gminy Zakrzewo. Prawdy Polaków nie są obce żadnemu mieszkańcowi — czy to młodemu, czy
starszemu.
Dumą naszą jest Dom Polski, dzieło przodków, ma on swoje szczególne miejsce na
historycznej i współczesnej mapie kulturalnej Północnej Wielkopolski.
„Jesteśmy Polakami i tego żadna moc nie zmieni.
Rodło królewskie mamy — jesteśmy Polakami”.
Barbara Matysek-Szopińska
Dyrektor
Domu Polskiego w Zakrzewie
S. 134
Z
Barbara
Matysek-Szopińska
akrzewo
—
T h e
P olis h
Ho u se
Z
Barbara
Matysek-Szopińska
akrzewo
—
T h e
P olis h
Ho u se
The Polish
House
Zakrzewo
T h e Pol ish House
S. 143
S. 142
Barbara Matysek-Szopińska
T h e Pol ish House � Z a k r zewo
Zakrzewo is one of the biggest villages of the Złotów district. Its past is inextricably linked to the history of a larger
region, called Krajna: the transition region, border, situated
between Pomerania and Wielkopolska. The first mention of the
existing settlement in Zakrzewo dates back to 1432, the village
was built on oval plan. However, the overall economic growth
and cultural revival of the Złotów district, especially in Zakrzewo,
is linked to the arrival of the Father D. Boleslaw Domański to
Zakrzewo in 1903. This is a person strongly associated with
Zakrzewo. Born in a patriotic family from Kaszuby, a longtime
pastor, social activist and economic, president of the V Quarter
Union of Poles in Germany, for the Poles he was just the Father
Patron of a numbering more than 4,000 faithful Polish parish.
Thank to him, Zakrzewo, located on the other side of the border,
was named the capital of Poles in Germany and the fortress of
Polish traditions or the Little Warsaw.
In this spiritual capital of Polish, in Krajna in the northern Wielkopolska, in a springy center of Polish life, in the center
of the village, in the period 1934—1935, from the contribution of
the Union of Poles in Germany, the magnificent building of the
Polish House was created. This house, from the very beginning,
was the center of social and cultural life of Zakrzewo, the Złotów
EN
T h e Pol ish House � Z a k r zewo
T h e Pol ish House
S. 145
S. 144
Barbara Matysek-Szopińska
district and even the entire Pogranicze. Here, apart from a Polish
school, a kindergarden and a bank, you could find a library and
a big Hall Rodło with a stage. It was a headquarter for singing
groups, a choir, a brass band, theatre and sports teams.
Although the efforts to build it started in 1921, the German
authorities granted their permission only in 1932, at the last possible moment.
Father Domański accelerated the construction of this ‘refuge
of Polish’, which, in 1933, was given the name ‘the Polish House’
by the Board of V District Union of Poles in Germany. The new
German authorities did not support the “minority” investment
in any way, so it was only continued thanks to the contributions
of the Poles and thanks to the farm thrift of the magnificent
Patron and the building was already completed in 1935.
On the day of its opening and dedication, the Polish House
owned by the People’s Bank on June 30, 1935 was attended by the
representatives and delegations from all Districts of the Union of
Poles in Germany with D. Jan Kaczmarek from Berlin — Secretary
General of the Association at the front.
When opening the Polish House the priest Patron said: ‘I’ve
been waiting 30 years for this moment to celebrate this grand
opening with you. I can greet you today in our own home. This
house is not meant to be the home of hate, but the place of harmony and unity. We did not build it so someone could be angry,
but because we dreamt about our own house for years. Today, the
30-year-old dream has become a reality. They ask me: who built
this house? I’ve only got one answer — the Polish people built it.
Without you, the people of Poland, this house would be a dead
creature. You are the life of this house. This house is owned by
EN
T h e Pol ish House � Z a k r zewo
T h e Pol ish House
S. 147
S. 146
Barbara Matysek-Szopińska
our people and to them I give it to look after. Let your children
find knowledge and entertainment in it. When I started my efforts to build this house, I was told that I should not bother. In
this sea everything will be destroyed anyway. Since then it’s been
14 years, and we’re here and are not dead. ’
In the situation of growing German chauvinism, Nazi arrogance, the Poles drew the strength to survive from their solidarity
work, but also from life and socio-cultural activities, conventions
and meetings, which took place in the Polish House in Zakrzewo.
Every Sunday the Polish Hall Rodło hosted theater groups,
singing groups and brass bands. The highest authorities of the
Union also debated in it, here the most important historic resolutions were passed, for instance,:
— About the construction of the Chapel of Our Lady of Joy in Zakrzewo (1937),
— About the Congress of Berlin (1937),
— Resolution on the death of Father Patron (died April 21): ‘He still leads the Polish people’ (1939).
In 1936, Father D. Boleslaw Domański and D. Jan Kaczmarek
suggested to the author of the Rodło Sign and the image of Our
Lady of Joy — Janina Kłopocka, that the domer leaning walls
in the main hall of the Polish House could be decorated with
frescoes in Polish folk themes. She had already finished the job
in 1937, using previously developed projects. Due to the enormous
scope of work, it required a large amount of time and, above all,
an extraordinary concentration of creative forces and of course —
physical strength. To meet this challenge, the artist chose her
friend from college, Jadwiga Koniuszewska and Roman Solecki —
an artist, belonging to the Union of Poles in Germany to help her.
The decoration including 16 paintings which are life-scale
and were named by Janina Kłopocka ‘Polish ritual year’, consists
of 16 chapters:
EN
2
The procession on the day of the Candlemas,
3
Welcoming spring (girls with a bosket)
4
The Easter lamb,
5
Blessing of cows (spring herding of cattle),
6
Sowing cereals,
7
The Procession of Corpus Christi,
8
Letting garlands (wreaths),
9
The harvest festival (seminal yield, yield),
10
The beehive,
11
The blessing of herbs,
12
The All Souls’ Day,
13
The Christmas Eve,
14
The crib,
15
The boys with the star,
16
Dressed-up people with the goat.
T h e Pol ish House
S. 149
The image of the Lady of the Joy,
S. 148
1
Barbara Matysek-Szopińska
T h e Pol ish House � Z a k r zewo
The work in the main hall of the Polish House, called from
that time on the Hall Rodło, was completed on December 2, 1937;
a day later it held the ceremonial meeting of the Supreme Council
of the Union of Poles in Germany.
Stylistically harmonized building presented richly and perfectly the specificity of the Polish people and their attachment
to national and religious traditions. This had a special significance in the context of pervasive arrogant Nazi, symbolized by a
different kind, but also folk art and idolatrous shouts of ‘Heil’.
The Casein technique, used by Kłopocka, proved so durable
that Germany, in 1939, unable to scrape the paintings and frescoes,
ordered to cover those with plaster. It was under this layer that
the paintings survived even the other half of the Third Reich, and
the post-war period until 1972. Then, on the 50 th anniversary of
the Union of Poles in Germany, the famous ‘Polish ritual year’
in Zakrzewo was unveiled under the plaster at the Polish Home.
The author — Janina Kłopocka — followed the restoration work
with great emotion, very worried that the work of her life did not
survive ... From that moment the Hall Rodło in the Polish House
is decorated with the ‘Polish ritual year’ the greatest work of
the artist, covered for decades — although the assumption was
to cover it with — plaster forever!
EN
T h e Pol ish House � Z a k r zewo
T h e Pol ish House
S. 151
S. 150
Barbara Matysek-Szopińska
The Polish House was and is the evidence and the monument symbolizing the faith and the fight for freedom. Despite the
hardships, thoughtful adversity, the House took the position of
a defender of the local civilization and cultural values​​: religious,
regional, inseparably linked to national values.
It is a successful example of the resulting bottom-up institution in which there are timeless heritage values deeply embedded and implemented with stubbornness in the daily work. It is
also an example of preservation of the identity with the use of
available forms of action in a given place and time adequate to
the situation.
The Polish House in Zakrzewo — is a magical place of
Krajna — on the border of Wielkopolska and Pomerania, which
became famous after the effective operation of the people from
Kaszuby, the ancestors of Father Patron D. Boleslaw Domański.
Here, every day is important, every morning hides a magical
moment that skillfully combines history with the present ... Every
house is empty if there are no people aspiring to nobility in it. In
‘Our House’ there were and are people who create and have been creating the history of this place with great passion and dedication.
Earlier ‘Rodło’ was the most famous work by Janina Kłopocka. It was a graphic symbol of the Union of Poles in Germany,
developed because of the will to oppose the imposed swastika,
which after 1933 became the emblem of the Third Reich, and at
the same time the emblem of some western Polish lands — the
land of the host.
The idea of ‘Rodło’ born by the editor of “The Pole in
Germany”— Stefan Murka and Father D. B. Domanski, for the
native Vistula to become a symbol of the Poles, was closed by
Kłopocka in 1932 in a graphic form. With a straight line, broken
EN
T h e Pol ish House � Z a k r zewo
T h e Pol ish House
S. 153
S. 152
Barbara Matysek-Szopińska
several times just like Vistula in its run, she paved the way of the
river and connected it with Cracow being historically and up today the spiritual capital with another straight line. This river and
this city, in the mind and the heart of every Pole (and Polonus!)
were to be associated with the Macierz. Janina Kłopocka’s sign,
noble in its simplicity, beautiful in its graphic realization was
called the Rodło Sign. It became the symbol of Poles in Germany
and it reigned in the place of an eagle on red and white banners,
and on the 10 th anniversary of the Union of Poles it was introduced as a badge for all members.
Deep faith and slightly different religious practices, however, strengthened the Poles and allowed them to survive in the
Reich. The cult of the Virgin Mary was the mainstay of faith and
hope. In the time of the increasing Nordic wave of Nazism with
the Catholic religion, the Poles from Pogranicze manifested their
loyalty to the church by choosing (how many times in a row!) its
Mother: the Mother of God — now of Joy, to be its patron. Her
image by Janina Kłopocka — a woodcut depicting a girl from a
village was a model — is a lady resting with her bare feet on the
crescent with angelic assistance on each side who is holding the
Holy Baby in her arms. The Father D. Boleslaw Domanski gave her
the nickname: of Joy. She hopes and has a vision of tomorrow’s
in the liberated homeland.
Just like ‘Rodło’ became the symbol connecting all people
in Germany, Our Lady of Joy became their patroness. A wooden
chapel was to be her seat. The image and the design of the chapel,
next to a giant Rodło Sign, were the main decorations of the
Congress of Poles in Germany organized on 6 March 1938 in Berlin
in the hall of the Theater des Volkes ... During this congress the
Five Truths of Poles in Germany — the Catechism of Poles from
EN
T h e Pol ish House � Z a k r zewo
Truth
Truth
Barbara Matysek-Szopińska
Truth
We are Poles.
Pole is a brother to another Pole.
Faith of our Fathers is the faith of our children.
Every day a Pole serves the nation.
Poland is our mother, one does not talk
bad things about Mother.
S. 155
Truth
S. 154
1
2
3
4
5
Truth
T h e Pol ish House
EN
T h e Pol ish House � Z a k r zewo
T h e Pol ish House
Truth One: We are Poles.
Truth Two: Pole is a brother to another Pole.
Third Truth: Faith of our Fathers is the faith of our children.
Truth Four: Every day a Pole serves the nation.
Truth Five: Poland is our mother, one does not talk bad things about Mother.
Barbara Matysek-Szopińska
Rodło were announced and adopted. The truths which have values and timeless character:
The will of the Father D. B. Domański and the resolution
of the Congress of Berlin for the chapel of Our Lady of Joy to
be in Zakrzewo could be fulfilled in the year 1989. On the 50 th
anniversary of the death of the Father, a chapel with the image
of Our Lady of Joy — the Patroness of Zakrzewo today — was
constructed.
The Rodło Sign and Our Lady of Joy by Janina Kłopocka,
are the crest of the Zakrzewo municipality. The truth of the
Poles are not unknown to any resident — whether young or old.
The Polish House is our pride and the work of our ancestors. It has its special place on the historical and cultural maps
of the Northern Wielkopolska.
‘We are the Poles and no power will change it,
We have the royal Rodło — we are the Poles.’
Barbara Matysek-Szopińska
The director
S. 157
S. 156
of the Polish House in Zakrzewo.
EN
P
ol
D as
n is c
Ha u s
h
e
Z
P
Z
—
D as
n is c
Ha u s
h
e
Barbara
Matysek-Szopińska
akrzewo
ol
Barbara
Matysek-Szopińska
akrzewo
—
Das Polnische
Haus
Zakrzewo
Da s Pol n isch e H aus
Zakrzewo ist eines der größten Dörfer im Kreis Złotów [deutsch: Flatow]. Seine
Vergangenheit ist mit der Geschichte einer größeren Region Krajna untrennbar verbunden.
Krajna ist eine Übergangslandschaft, ein Grenzgebiet zwischen Pommern und Großpolen.
Erstmals wird Zakrzewo im Jahr 1432 erwähnt. Es war ein Kirchdorf. Der Kreis Złotów und
besonders Zakrzewo lebten wirtschaftlich und kulturell 1903 auf, als der Pfarrer Dr. Bolesław
Domański hierher kam. Sein Name und Zakrzewo gehören untrennbar zusammen. Der aus
einer patriotischen Familie aus der Kaschubei stammende langjährige Pfarrer, soziale und
wirtschaftliche Aktivist, Vorsitzender der 5. Region des „Bundes der Polen in Deutschland”,
war für die Polen einfach ein Patron und Pfarrer einer polnischen Gemeinde mit über 4000
Mitgliedern. Ihm ist es zu verdanken, dass das auf der anderen Seite der Grenze gelegene
Zakrzewo die Hauptstadt der Polen in Deutschland und die Hochburg des Polentums, ja sogar
Kleines Warschau genannt wurde.
In dieser geistigen Hauptstadt des Polentums, in Krajna, im nördlichen Großpolen, in
dem dynamischen Zentrum des polnischen Kulturlebens, mitten im Zentrum des Dorfes wurde
in den Jahren 1934-1935 das prächtige Gebäude des Polnischen Hauses [poln. Dom Polski]
errichtet, dessen Bau mit den Beiträgen der Mitglieder des Bundes der Polen in Deutschland
finanziert wurde. Von Anfang an konzentrierte sich in dem Haus das gesellschaftliche und
kulturelle Leben von Zakrzewo und vom Kreis Złotów, und sogar vom ganzen Grenzgebiet.
Neben einer polnischen Schule, einem Kindergarten und einer Bank befanden sich hier auch
eine Bibliothek und der große Rodło-Saal mit einer Bühne. Hier fanden Gesanggruppen, ein
Chor, ein Blasorchester, Theater- und Sportgruppen ihr Zuhause.
Um die Errichtung des Hauses bemühte man sich bereits seit 1921. Die deutschen
Behörden erteilten jedoch die Genehmigung erst im Jahr 1932, zum letzten möglichen Zeitpunkt.
Pfarrer Domański beschleunigte den Bau dieses „Hortes des Polentums”, dem
der Vorstand der 5. Region des Bundes der Polen in Deutschland im Jahr 1933 den Namen
Polnisches Haus gegeben hat. Die neuen deutschen Behörden unterstützten in keinerlei
Weise diese Investition der „Minderheit“. Sie wurde also ausschließlich mit den Beiträgen der
Polen weiter finanziert und dank der Umsichtigkeit des wunderbaren Patrons bereits 1935
abgeschlossen.
S. 163
S. 162
Barbara Matysek-Szopińska
Da s Poln isch e H aus � Z a k r zewo
DE
Da s Poln isch e H aus � Z a k r zewo
Da s Pol n isch e H aus
Barbara Matysek-Szopińska
Am 30. Juni 1935 — am Tag der Eröffnung und Weihe — kamen in das Polnische Haus,
das das Eigentum der Volksbank [poln. Bank Ludowy] war, Vertreter und Delegationen von
allen Regionen des Bundes der Polen in Deutschland, mit Dr. Jan Kaczmarek aus Berlin — dem
Generalsekretär des Bundes — an der Spitze.
Bei der Eröffnung des Polnischen Hauses sagte der Patron-Pfarrer: „30 Jahre lang
habe ich auf diesen Augenblick gewartet, um heute mit Euch diese feierliche Eröffnung erleben zu dürfen. Ich kann Euch heute in unserem eigenen Haus begrüßen. Dieses Haus soll
nicht das Haus des Hasses sein, es soll der Ort des Friedens und der Einheit sein. Wir haben
es niemandem zum Trotz gebaut. Wir haben es gebaut, weil wir seit Jahren von unserem eigenen Haus geträumt haben. Heute wird dieser 30-jährige Traum wahr. Man fragt mich, wer
dieses Haus gebaut hat. Ich habe nur eine Antwort: das polnische Volk hat es gebaut. Ohne
Euch, ohne das polnische Volk, wäre dieses Haus ein totes Gebilde. Ihr seid das Leben dieses
Hauses. Dieses Haus ist das Eigentum unseres Volkes und ihm gebe ich es in die Obhut. Eure
Kinder sollen hier Bildung und Unterhaltung finden. Als ich mit den Bemühungen um diesen
Bau begonnen habe, wurde mir gesagt, dass er meiner Mühe nicht wert sei. In diesem Meer
würde sowieso alles verloren gehen. Es sind seitdem 14 Jahre vergangen, und wir sind hier
und sind nicht verloren gegangen.”
In der Zeit des immer stärkeren deutschen Chauvinismus, des nationalsozialistischen Hochmuts, schöpften die Polen die Überlebenskraft aus einer solidarischen Arbeit, aber
auch aus dem sozialen und kulturellen Leben, aus den Zusammentreffen und Begegnungen
im Polnischen Haus in Zakrzewo.
Jeden Sonntag waren im Rodło-Saal im Polnischen Haus Theater-, Gesanggruppen
und Blasorchester zu Gast. Hier tagten auch die obersten Behörden des Bundes, hier wurden
die historischen Beschlüsse gefasst, u.a.:
— über den Bau der Marienkapelle in Zakrzewo (1937),
— über den Berliner Kongress (1937),
— der Beschluss nach dem Tod des Patron-Pfarrers (er starb am 21. April): „Er führt
das polnische Volk nach wie vor” (1939).
S. 165
S. 164
Im Jahr 1936 haben der Pfarrer Dr. Bolesław Domański und Dr. Jan Kaczmarek
der Autorin des Rodło-Zeichens und des Bildes von der Hl. Maria der Freudigen — Janina
Kłopocka — vorgeschlagen, dass sie die großen schrägen Wände im Hauptsaal des Polnischen
Hauses mit Fresken mit polnischen, volkstümlichen Motiven schmückt. Die Künstlerin hat
DE
Da s Poln isch e H aus � Z a k r zewo
Da s Pol n isch e H aus
1
Das Bild von der Hl. Maria der Freudigen,
2
Die Prozession zum Festtag Mariä Lichtmeß,
3
Die Begrüßung des Frühlings (Mädchen mit Birkenzweigen),
4
Das Osterlamm,
5
Die Viehweihe (Viehaustreiben im Frühjahr),
6
Die Aussaat,
7
Die Fronleichnamprozession,
8
Das Fest der Kränze (Wianki),
9
Das Erntefest (Wir tragen die Ernte [Plon niesiemy, plon]),
10
Der Bienenstock,
11
Die Kräuterweihe,
12
Allerseelen,
13
Das Weihnachtsessen,
14
Die Krippe,
15
Die Jungen mit dem Stern,
16
Verkleidete Sternsinger mit der Ziege.
Die Arbeiten im Hauptsaal des Polnischen Hauses, seitdem Rodło-Saal genannt,
wurden am 2. Dezember 1937 abgeschlossen. Bereits am nächsten Tag fand dort die feierliche Sitzung des Hauptrates des Bundes der Polen in Deutschland statt.
Die stilistisch harmonische Komposition präsentierte sich prächtig und verkörperte die Eigentümlichkeit des polnischen Volkes und seine Bindung an die Volks- und
Religionstradition. Dies hatte vor dem Hintergrund des allgegenwärtigen hochmutigen
Nationalsozialismus, der von einer anderen, obgleich auch volkstümlichen Kunst und von
den abgöttischen Ausrufen „Heil!” symbolisiert wurde, eine besondere Aussage.
Die von Kłopocka angewandte Kaseintechnik erwies sich so beständig, dass die
Deutschen im Jahr 1939, als sie die Fresken nicht abkratzen konnten, diese verputzen ließen.
Unter dem Putz überdauerten sie auch den Dritten Reich und die Nachkriegszeit bis 1972.
Zum 50. Jahrestag des Bundes der Polen in Deutschland wurde das berühmte „Polnische
S. 167
S. 166
Barbara Matysek-Szopińska
diese Aufgabe bereits 1937 aufgrund der früheren Entwürfe erfüllt. Aufgrund des immensen
Umfangs waren die Arbeiten sehr zeitaufwendig und verlangten vor allem eine außergewöhnliche Konzentration der schöpferischen und ganz einfach der körperlichen Kräfte. Um dieser
Aufgabe gerecht zu werden, nahm sich die Künstlerin zur Hilfe ihre Studienkollegin Jadwiga
Koniuszewska und den Bildhauer, Mitglied des Bundes der Polen in Deutschland, Roman Solecki.
Die Dekoration umfasst 16 naturgroße Bilder und wurde von der Autorin Janina
Kłopocka „Das polnische Brauchtumsjahr” genannt. Sie besteht aus 16 Szenen:
DE
Da s Poln isch e H aus � Z a k r zewo
Da s Pol n isch e H aus
beharrlich umgesetzt werden. Es ist ein Beispiel für die Erhaltung der Identität mithilfe der
am gegebenen Ort und zum gegebenen Zeitpunkt möglichen, der jeweiligen Situation entsprechenden Aktivitätsformen.
Das Polnische Haus in Zakrzewo ist ein magischer Ort in Krajna, im Grenzgebiet
zwischen Großpolen und Pommern, das durch die erfolgreiche Wirkung der Kaschuben, der
Vorgänger vom Pfarrer Dr. Bolesław Domański, berühmt wurde.
Hier ist jeder Tag wichtig, jeder Morgen verbirgt den magischen Augenblick, der die
Geschichte mit der Gegenwart gekonnt verbindet… Jedes Haus ist leer, wenn es nicht von
Menschen bewohnt wird, die nach Edelmut streben. In „unserem Haus” waren und sind immer
Menschen, die die Geschichte dieses Ortes mit großer Hingabe und Leidenschaft gestalteten
(und weiterhin gestalten!).
Das frühere, am meisten bekannte Werk von Janina Kłopocka, war „Rodło”, das graphische Symbol des Bundes der Polen in Deutschland, welches als Zeichen des Widerstands gegen das aufgezwungene Usurpationszeichen des Hakenkreuzes, nach 1933 im Staatswappen
des Dritten Reiches und folglich auch teilweise der westlichen Gebiete Polens, entstand.
Die Idee von „Rodło” stammt von Stefan Murek, Redakteur des „Polak w Niemczech”
[Der Pole in Deutschland] und vom Pfarrer Dr. B. Domański und verweist darauf, dass die polnische, heimische Weichsel zum Symbol der Polen werden sollte. Im Jahr 1932 gab Kłopocka
dieser Idee eine graphische Form. Die gerade Linie stellt den stilisierten Flusslauf der Weichsel
dar und verbindet sie auch mit Krakau, der historischen und auch gegenwärtigen geistigen
Hauptstadt. Dieser Fluss und diese Stadt sollten im Geist und Gemüt eines jeden Polen die
Assoziationen nach der Heimat hervorrufen. Das Zeichen von Janina Kłopocka, edel in seiner
Schlichtheit und graphisch schön gestaltet, wurde Rodło-Zeichen genannt. Es wurde zum
Symbol der Polen in Deutschland, herrschte auf den weiß-roten Fahnen statt des Adlers und
wurde zum 10. Jahrestag der Gründung des Bundes der Polen in Deutschland als Abzeichen
aller seiner Mitglieder eingeführt.
Ein tiefer Glaube und etwas andere religiöse Praktiken stärkten und verbanden die
Polen und halfen ihnen, im Dritten Reich zu überleben. Eine Zuflucht für den Glauben und
die Hoffnung fanden sie im Marienkult. In der Zeit der immer stärker spürbaren Welle des
S. 169
S. 168
Barbara Matysek-Szopińska
Brauchtumsjahr” von Zakrzewo vom Verputz im Polnischen Haus befreit. Die Autorin Janina
Kłopocka verfolgte die Renovierungsarbeiten in großer Aufregung. Sie fürchtete, dass das
Werk ihres Lebens nicht erhalten geblieben ist… Den Rodło-Saal im Polnischen Haus schmückt
seitdem „Das polnische Brauchtumsjahr”, das größte Werk der Künstlerin, welches jahrzehntelang mit dem Verputz bedeckt war, mit der Absicht, es sogar für immer verdeckt zu lassen.
Das Polnische Haus war und ist ein Zeugnis-Denkmal vom Glauben und Freiheitskampf. Trotz der Schwierigkeiten, der raffinierten und durchdachten Hindernisse, verharrte
das Haus als Verteidigungsposten für die lokalen Zivilisations- und Kulturwerte: religiöse und
regionale Werte, die mit den nationalen Werten untrennbar verbunden sind.
Es ist ein gelungenes Beispiel für eine von unten kommende Initiative und Einrichtung,
in der die zeitlosen Werte des Kulturerbes tief verankert sind und durch die alltägliche Arbeit
DE
Zweite Wahrheit
:
Dritte Wahrheit
:
Vierte Wahrheit
:
Fünfte Wahrheit
:
Wir sind Polen.
Ein Pole ist dem anderen Polen ein Bruder.
Der Glaube unserer Väter ist der
Glaube unserer Kinder.
Der Pole dient jeden Tag seinem Volk.
Polen ist unsere Mutter — über die Mutter
darf man nichts Schlechtes sagen.
Barbara Matysek-Szopińska
:
S. 170
Erste Wahrheit
Da s Pol n isch e H aus
S. 171
Da s Poln isch e H aus � Z a k rz ewo
Da s Poln isch e H aus � Z a k r zewo
Da s Pol n isch e H aus
Berlin, im Theater des Volkes… Bei diesem Kongress wurden die Fünf Wahrheiten der Polen in
Deutschland verabschiedet und bekanntgegeben — der kleine Dekalog der Polen, die unter
dem Rodło-Zeichen versammelt waren. Es sind Wahrheiten, die einen zeitlosen Wert und
Charakter haben:
Barbara Matysek-Szopińska
nordischen Nationalsozialismus gegen die katholische Religion demonstrierten die Polen vom
Grenzgebiet ihre Treue der allgemeinen Kirche gegenüber und wählten (nicht zum ersten
Mal!) ihre Mutter — die Mutter Gottes — diesmal die Freudige, als ihre Beschützerin. Ihr Bild,
dem als Vorbild ein Holzschnitt mit einem Dorfmädchen galt, stellt Maria dar, die sich mit
bloßen Füßen an die Mondsichel stützt, seitlich von Engeln begleitet, im Arm hält sie das
Jesuskind. Es wurde auch von Janina Kłopocka gemalt. Der Pfarrer Dr. Bolesław Domański
gab ihr den Beinamen: die Freudige.
Sie ist die Trägerin der Hoffnung und der Vision von morgen im freien Vaterland.
Ähnlich wie „Rodło” zu einem Symbol wurde, das alle Polen in Deutschland verband, wurde Maria die Freudige ihre Beschützerin. In einer Holzkapelle sollte ihr Daheim sein. Die
Abbildung von dem Marienbild und der Entwurf der Kapelle waren neben dem großen RodłoZeichen die Hauptdekoration auf dem Kongress der Polen in Deutschland, am 6. März 1938 in
Erste Wahrheit: Wir sind Polen.
Zweite Wahrheit: Ein Pole ist dem anderen Polen ein Bruder.
Dritte Wahrheit: Der Glaube unserer Väter ist der Glaube unserer Kinder.
Vierte Wahrheit: Der Pole dient jeden Tag seinem Volk.
Fünfte Wahrheit: Polen ist unsere Mutter – über die Mutter darf man nichts Schlechtes sagen .
Der letzte Wille vom Pfarrer Dr. B. Domański und der Beschluss des Berliner Kongresses, dass in Zakrzewo eine Marienkapelle errichtet werden soll, konnten erst 1989 verwirklicht
werden. Zum 50. Todestag des Patron-Pfarrers wurde im Zentrum des Dorfes eine Kapelle mit
dem Bild von der Hl. Maria der Freudigen — heute die Schutzpatronin von Zakrzewo — gebaut.
Die Gemeinde Zakrzewo hat das Rodło-Zeichen und die Hl. Maria die Freudige von
Janina Kłopocka im Wappen. Die Wahrheiten der Polen sind keinem Einwohner fremd, ungeachtet seines Alters.
Wir sind stolz auf unser Polnisches Haus, das Werk unserer Vorfahren. Es hat einen
besonderen Platz auf der historischen und heutigen Kulturkarte vom nördlichen Großpolen.
„Wir sind Polen, keine Kraft kann das ändern.
Wir haben das königliche Rodło — wir sind Polen”.
Barbara Matysek-Szopińska
Direktorin
des Polnischen Hauses in Zakrzewo
S. 173
S. 172
DE
Dom W i el koPolsk i
Ja n i na K łopock a
:
POLICH ROMIE
Dom WielkoPolski
Janina Kłopocka
:
POLICHROMIE
Dom WielkoPolski
Projekt graficzny, obróbka
fotografii i skład: Ryszard Bienert
Zdjęcia i reprodukcje: Andrzej Grabowski
Opowiadanie: Michał Kruszona
Tekst historyczny:
Barbara Matysek-Szopińska
Idea i redakcja albumu: Iwona Pasińska
Korekta i redakcja tekstów: Bronisław Witt
Tłumaczenia: Magdalena Fajkus
(angielski), Anna Jaremko (niemiecki)
Szczególne podziękowania
dla Prezesa Andrzeja Krzewiny, który
dostrzegając niezwykłość projektu,
postanowił zastosować awangardowe
techniki poligraficzne.
Limitowane wydawnictwo
nieprzeznaczone do sprzedaży.
ISBN 978-83-935706-0-7
© wszelkie prawa zastrzeżone
Poznań 2014.
Produkcja: Fundacja Movements Factory
Producent: Katarzyna
Drzażdżyńska-Tenderowicz
Druk, oprawa i partnerstwo:
INTERAK PRINTING DIALOG
Font: Portrait, Portrait Cond, Graphik
Papier: Munken Lynx 120
Zbiorowy portret Zakrzewian związanych
z Domem Polskim, zdjęcia Zakrzewa
i okolic oraz fotografie polichromii
wykonano w 2014 roku.
Wydawnictwo finansowane
ze środków Samorządu Województwa
Wielkopolskiego

Podobne dokumenty