STÓ-wa 11 - Społeczna Szkoła Podstawowa Nr 1 STO

Komentarze

Transkrypt

STÓ-wa 11 - Społeczna Szkoła Podstawowa Nr 1 STO
Gimnazjum S.T.O., 71-761 Szczecin, ul. Tomaszowska 1, tel. 091 442 30 28
Kolejna klasa odchodzi… Taka kolej rzeczy, nie można przecież wymagać od czasu, aby
się zatrzymał, a jednak lubimy się przyzwyczajać, żal nam się rozstawać z ludźmi, z którymi
łączy nas tyle dni, wypełnionych codziennymi radościami i smutkami. My także doroślejemy,
stajemy przed coraz to nowymi wyzwaniami… Z nutą nostalgii zapraszamy do lektury „STÓwy”. Zgodnie z tradycją numer czerwcowy poświęcony jest przede wszystkim odchodzącej
klasie III. Mamy nadzieję, że zechcą go zachować, może po latach miło będzie przypomnieć
sobie kolegów ze szkolnej ławy?..
STÓ-wa 1
Moja klasa
Czas pożegnań, podsumowań, myślenia o tym, co za nami, marzeń o przyszłości.
Niektórych z Was znam prawie sześć lat, niektórych aż trzy. Ten czas ma dla nas
inny wymiar – dla Was to czas dorastania, dojrzewania, nieustannego zmagania się
ze światem dorosłych, czas walki o swoje prawa. To początek Waszej drogi. Dla mnie
sześć lat to inna sprawa, inna rzeczywistość.
Kiedy poznałam Was w czwartej klasie, byliście dzieciaczkami, które potrzebowały
opieki, prowadzenia za rękę. Teraz, po latach, odchodzicie jako prawie dorośli ludzie. Niesamowita to przygoda bycie wychowawcą. Kiedy o Was opowiadam w domu,
wśród przyjaciół mówię: moje dzieci, moi uczniowie, moja klasa. Trudno przychodzi
mi myślenie, że już za chwilę nie będziecie moi - tylko świata… A może zawsze tak
było? Często zastanawiam się, co w Was zostanie ze mnie? We mnie z Was na pewno
bardzo dużo.
Będę pamiętała malutkie bukieciki róż, które dostałam od Was na Dzień Nauczyciela i taki wielki kosz z różami na koniec roku. Kubek z Waszą szóstą klasą, który
służy mi do dziś. Małą koszulkę z Waszymi podpisami i dynię – takie drobiazgi, rzeczy, miłe wspomnienia. Przede wszystkim jednak będę pamiętała słowa „fajną masz
klasę”, „to dobre dzieciaki”. Bardzo Was polubiłam, cieszę się, że mogliśmy tę drogę
przejść razem. Życzę Wam dobrych wyborów, otwartości na świat, przyjaciół, zadowolenia z siebie i dobrych wspomnień.
Wasz wychowawca – pani Basia
STÓ-wa 2
Pani Basia
– altruizm doskonały – nasza wychowawczyni, przyjaciółka, sercem i duszą oddana
naszej (swojej) klasie, do rany przyłóż. Świetny nauczyciel, wspaniały pedagog – w końcu
tylko ktoś tak wyjątkowy mógł ogarnąć naszą
wiecznie rozkojarzoną i rozbrykaną klasę.
Przez trzy lata nauki w gimnazjum pani
Basia towarzyszyła nam w naszych radościach
i smutkach. Potrafiła znaleźć chwilę na rozmowę. Próbowała nas poznać, pozostawiając
w nas cząstkę siebie. Ze zrozumieniem odnosiła się do naszej potrzeby odrębności.
Zawsze pomocna – „kiedy walił się świat
i trzęsła ziemia”, stawała za nami murem,
broniąc i walcząc o nasze jak najwyższe stopnie, nawet u pani Wandy (fizyka i chemia…
ulubione przedmioty większości klasy), potrafiła zdziałać cuda.
I te niezapomniane lekcje biologii. Zwłaszcza jedna utkwiła chyba nam wszystkim
w pamięci - zajęcia o budowie morfologicznej
korzenia w pierwszej klasie, kiedy to najpierw
chłopcy, a zaraz po nich dziewczyny dostały
ataku niekontrolowanego śmiechu tak, że pani
Basia nie mogła prowadzić lekcji.
Ale tak już najzupełniej poważnie, to pani
Basia zaraziła kilkoro z nas pasją do tego
przedmiotu, choć nie zawsze udawało się nam
zachować powagę.
Jak na nauczyciela biologii przystało, pani
Basia nosi się w stylu ekologicznym, zawsze
stonowana, ale kiedyś zaskoczyła nas swoimi
szałowymi pomarańczowymi trampkami z futerkiem i cudowną fryzurą „EMO”.
Jedno z zabawniejszych zdarzeń, które
utkwiło nam (uczestniczkom koła naukowego
z biologii) w pamięci była wycieczka do Muzeum na Wałach Chrobrego – gdy Pani Basia
zrobiła piękne kółeczko, zanim wyjechała
na dobrą drogę… w efekcie na miejscu byłyśmy po zamknięciu wystawy.
Cóż mogę jeszcze powiedzieć, żeby nie
brzmiało to zbyt patetycznie… To, czego do-
świadczyliśmy od pani Basi, to ogromne pokłady serca i życzliwości. Uważamy, że jest Pani
wyjątkową i niepowtarzalną osobą, tak jak niepowtarzalne było spożywanie cukierków – znalezionych w kantorku – podczas koła. Te klimaty niestety już się nie powtórzą. Czas jest
nieubłagany. Trzy lata minęły jak jeden dzień.
Pani Basiu, mamy cichą nadzieję, że nigdy
o nas Pani nie zapomni i będzie wspominać
z uśmiechem na twarzy.
Weronika
STÓ-wa 3
III G - portret gorzkogorzko-słodki
Na samym początku, kiedy byliśmy jeszcze
klasą pierwszą, podzieliliśmy się na dwie grupy: chłopcy oraz dziewczyny – i tak już zostało. Sporadycznie …bardzo sporadycznie, pracowaliśmy w grupie jako „klasa”, a jeśli już do
tego dochodziło, to nie wychodziło to najlepiej,
zdecydowanie się nie dogadywaliśmy. Było
mnóstwo zgrzytów, niektórzy „wyłamywali” się
z podziałów i rozpoczynali pewien dialog, lecz
najczęściej nie kończył się on sukcesem.
Pierwsza klasa była dla nas chyba najbardziej „gorącym” okresem, obfitującym w wiele
konfliktów i sprzeczek, przeradzających się
czasami w problemy klasowe. Wszystkie te
sytuacje sprawiły, że sobie nie ufaliśmy. Nie
istniało nic na kształt poświęcenia się dla klasy, zrobienia czegoś dla jej dobra… Zwykle
wyglądało to tak, że chłopcy załatwiali wszystko w swoim gronie, a dziewczyny - swoim, po
czym ewentualnie wspólnie naradzaliśmy się
lub po prostu któraś ze stron wprowadzała
swój plan w życie.
Druga klasa nie obfitowała już w tak wiele
konfliktów. Zamknęliśmy się w swoich grupach. Myślę, że my (chłopcy) znaleźliśmy
wspólny język, oczywiście nie obyło się bez
problemów, lecz zazwyczaj je rozwiązywaliśmy i nie wpływały ona na nasze relacje. Raczej trzymamy się razem i rozumiemy się dość
dobrze, sądzę, że jesteśmy zgrani i w naszej
grupie nie byłoby problemu z zrobieniem czegoś dla dobra ogółu. Potrafimy działać razem,
dobrze się przy tym bawiąc. Mamy dość specyficzny humor, nie każdego śmieszy, a niektórych może nawet dziwić lub odrzucać.
Generalnie jako klasa jesteśmy dość specyficzni… Na przykład na lekcji polskiego zachowywaliśmy się tak flegmatycznie, że pani
Ewa czasem wychodziła z siebie, ale co poradzić na to, że nigdy nie możemy się wyspać…
Poza tym narzekanie jest również naszym
STÓ-wa 4
znakiem firmowym - staliśmy się „najbardziej
zrzędzącą” klasą w historii naszej szkoły, jak
to któryś z nauczycieli trafnie zauważył.
Myślę, że pomimo wszystko zostaniemy
w pamięci szkoły i nauczycieli, przede wszystkim w pamięci pani Basi – jako klasa grzeczna, z którą – w naszym odczuciu - nie miała
wielkich kłopotów (może właśnie przez to,
że byliśmy tak flegmatyczni).
Tomek i Mateusz
O sobie...
Kuba Kawałko
Prędzej będzie nudno na lekcjach pani Ewy
i przestanie ona hodować swoje krzewy.
Prędzej psy będą miauczeć, koty zaczną szczekać,
a z pójściem do dentysty człek nie będzie zwlekać.
Prędzej w piłkę nożną zostanie mistrzem Polska,
a Zakopane to będzie miejscowość nadmorska.
Prędzej niemy przemówi, a głuchy usłyszy,
prędzej kobiety lękać przestaną się myszy,
A mężczyźni kobiet – wszyscy dobrze to wiedzą,
że pod damskim obcasem cicho oni siedzą.
Prędzej w końcu zacznę śpiewać głosem altowym,
Niźli nauczę się pisać w stylu barokowym.
Ada Martynowicz
Prędzej mama kupi mi zebrę,
Prędzej zacznę rozumieć algebrę,
Prędzej pojadę w podróż daleką,
Prędzej w końcu zacznę pić mleko,
Prędzej wyrzucę przez okno komputer,
Prędzej kupię sobie wodny skuter,
Prędzej dostanę rolę w serialu,
Prędzej wezmę udział w festiwalu,
Prędzej zasnę na lekcji fizyki,
Prędzej kupię sobie diamentowe kolczyki,
Prędzej zacznę chodzić spać wcześnie,
Niźli rano wstanę radośnie.
Daniel Przybylski
Mateusz Zagórski
Prędzej miną w lecie ciepłe dni,
Prędzej wyważę ze szkoły drzwi,
Prędzej minie jesień pełna kolorowych liści,
Prędzej moje najskrytsze marzenie się ziści,
Prędzej skończę gimnazjum w Szczecinie,
Prędzej zasnę w kinie,
Prędzej wyjadę do Włoch studiować,
Prędzej będę po sylwestrze do rana biesiadować,
Prędzej zrobię prawo jazdy,
Prędzej stanę u boku jakiejś gwiazdy,
Prędzej kupię kota w worku,
Prędzej umrę stojąc w korku,
Prędzej się fizycznych nauczę wzorów,
Prędzej ucieknę od wszystkich konduktorów,
Prędzej znajdę w Polsce dobrą pracę,
Niźli się w lustrze bez loków zobaczę!
Prędzej przestanę grać na komputerze,
Prędzej schwytam dzikie zwierzę,
Prędzej będę miał łańcuch złoty,
Prędzej zacznę lubić koty,
Prędzej zwaśnieni się pogodzą,
A Polska będzie pod dobrą wodzą,
Prędzej mur chiński się zawali,
A pan G. polskiej edukacji nie rozwali,
Prędzej zliczę wszystkie atomy,
Prędzej zburzą się wszystkie domy,
Prędzej złowię stukilowego suma,
Prędzej pryśnie moja męska duma,
Prędzej nie obejrzę się za piękną kobietą,
Niźli zostanę świetnym poetą.
Rafał Garus
Prędzej każdy będzie miał szóstkę z fizyki,
Prędzej mafioso zostanie specem od etyki,
Prędzej wszyscy oddadzą książki do biblioteki,
Prędzej uczeni wynajdą na głupotę leki,
Prędzej spadną ceny w każdym sklepiku,
Prędzej skąpiec da kolegom po batoniku,
Prędzej szóstoklasista będzie się z nami uczył,
Prędzej chipsami nikt nie będzie się tuczył,
Prędzej przestaniemy się kłaniać paniom od niemieckiego,
Niźli nudna dla mnie będzie lekcja polskiego!
STÓ-wa 5
Imiona: Barbara, Ludwika
Nazwisko: Rakicka
Data urodzenia: 31.03.1966
Data imienin: 04.12.
Ulubione jedzenie: makarony, naleśniki,
owoce (czereśnie, śliwki)
Ulubione picie: herbata zielona, czerwona, z cytryną i miodem i inne paskudztwa
Ulubiona książka: wiele
Ulubiony film: Pod słońcem Toskanii, Lot
nad kukułczym gniazdem
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka) wielość, zazwyczaj nie pamiętam wykonawcy, dobieram muzykę
do nastroju, wolę utwory spokojne, łagodne (po kilku godzinach w szkolnych hałasach)
Ulubiony kolor: pomarańczowy, ciepły
żółty, brązy
Ulubiony sport: kajakarstwo (nie wyobrażam sobie wakacji bez kajaków)
Ulubiony serial/program: brak, ale ostatnio „Skazany na śmierć”
Ulubiony przedmiot w szkole: biologia
Boje się... chorób, bólu, braku zrozumienia.
Mam obsesję na punkcie... wyrywania się
z domu, nie umiem usiedzieć spokojnie,
kiedy są wakacje lub kilka wolnych dni,
już teraz mam zaplanowane prawie całe
lato :D (nie szkodzi, że nie wszystkie plany
się spełnią, planowanie także jest przyjemne).
Chciałabym... być wolna.
W wolnym czasie... marzę, słucham muzySTÓ-wa 6
ki, wyjeżdżam gdziekolwiek, robię i oglądam zdjęcia, pielęgnuję kwiaty, czytam,
wygrzewam się w słońcu, spotykam
z przyjaciółmi.
Zamykam oczy, gdy... chcę uciec, uspokoić się, przypominam sobie coś miłego
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum –
dostałam naprawdę fajną klasę, inną niż
wszystkie inne, nie byliśmy zgrani, a jednak jest w naszej klasie „coś”, co pozwala
mi o Was myśleć ciepło, mimo Waszych
malutkich wad i z powodu Waszych wielkich zalet.
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum –
zdarzenia, w których nie mogłam Wam
pomóc, chwile, kiedy nie mogłam być
z Wami, kiedy nie umiałam rozwiązać Waszych problemów.
Imiona: Tomek
Nazwisko: Dietrich
Data urodzenia: 16.10.1991
Data imienin: 28.01; 22.06; 03.07; 29.12;
Ulubione jedzenie: pizza, ale raczej
nie mam ulubionego jedzenia
Ulubione picie: coca cola, ale raczej
nie mam ulubionego picia
Ulubiona książka: „Alchemik” Paulo
Coelho
Ulubiony film: „Requiem dla snu”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): Slipknot
Ulubiony kolor: czarny
Ulubiony sport: windsurfing, motocross
Ulubiony serial/program: staram się nie
oglądać telewizji
Ulubiony przedmiot w szkole: niemiecki
w II klasie, w III nie mam ulubionego
przedmiotu
Boje się śmierci.
Mam obsesję na punkcie muzyki.
Chciałbym być wartościowym człowiekiem.
W wolnym czasie słucham muzyki, gram
na gitarze.
Zamykam oczy, gdy jest mi dobrze.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
wycieczka do Holandii
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum zachowam dla siebie...
Imiona: Rafał Piotr
Nazwisko: Garus
Data urodzenia: 12 stycznia 1991
Data imienin: nie obchodzę
Ulubione jedzenie: niezbyt zdrowe, czyli
pizza, a na deser coś słodkiego
Ulubione picie: sok jabłkowy
Ulubiona książka: trudno wybrać jedną,
ogólnie thrillery oraz sensacja
Ulubiony film: saga „Gwiezdnych Wojen”
Ulubiony zespół: Red Hot Chili Peppers
Ulubiony kolor: niebieski
Ulubiony sport: tenis, badminton, bieganie oraz oczywiście piłka nożna
Ulubiony serial/program: telewizji
nie oglądam
Ulubiony przedmiot w szkole: niemiecki
z panią Martą
Boje się dużych psów biegających samotnie po dworze oraz pomysłów ministra
edukacji.
Mam obsesję na punkcie - chyba nie posiadam żadnej, no, może tylko jedną…
Chciałbym umieć dobrze grać w tenisa.
W wolnym czasie uczę się, a także siedzę
przy komputerze oraz staram się uprawiać
któryś z ww. sportów.
Zamykam oczy, gdy idę spać.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
każda szkolna przerwa, każdy mecz
na boisku szkolnym, każda wycieczka
i oczywiście każda lekcja niemieckiego
z panią Martą
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
tylko jedno - niemiecki w I klasie z taką
jedną panią
Imiona: Jakub
Nazwisko: Kawałko
Data urodzenia: 24.11.1991
Data imienin: nie pamiętam
Ulubione jedzenie: kurczak, frytki, pizza
Ulubione picie: coca-cola, sok wieloowoSTÓ-wa 7
cowy
Ulubiona książka: nie mam ulubionej,
myślę, że może to być „Punkt Przełomu”
Ulubiony film: trudno wybrać, lubię sagę „Gwiezdne Wojny”, „300”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): Red Hot Chili Peppers,
Fatboy Slim
Ulubiony kolor: niebieski
Ulubiony sport: łucznictwo
Ulubiony serial/program: „Skazany
na śmierć”
Ulubiony przedmiot w szkole: chemia
Boje się: liceum, matury.
Mam obsesję na punkcie: komputera,
chemii.
Chciałbym być archeologiem, chemikiem
i pisarzem w jednym.
W wolnym czasie gram na komputerze,
czytam.
Zamykam oczy, gdy zasypiam.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
co lekcję zdarza się coś śmiesznego, tyle
tego, że trudno spamiętać, każda przerwa
jest dobrym wspomnieniem z gimnazjum
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
lekcje niemieckiego w pierwszej klasie
z pewną nauczycielką
Imiona: Piotr Paweł
Nazwisko: Kobus
Data urodzenia: 09.03.1991
Data imienin: 29.06
Ulubione jedzenie: pizza, spaghetti i cos
tam jeszcze by się znalazło.. XD
Ulubione picie: nestea i fanta
Ulubiona książka: „Krzyżacy”
Ulubiony film: „The fast and the furious”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): Linkin park
Ulubiony kolor: czarny, czerwony
Ulubiony sport: football amerykański
Ulubiony serial/program: nie mam
Ulubiony przedmiot w szkole: w-f : )
Boje się. gdy coś jest mi nieznane.
Mam obsesję na punkcie prędkości.
Chciałbym wygrać kiedyś w totka 6 :].
W wolnym czasie gram na komputerze.
Zamykam oczy, gdy idę spać.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
każda wycieczka ;]
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
chyba nie ma…
Imiona: Mateusz
Nazwisko: Korczyc
Data urodzenia: 26.07.1991
STÓ-wa 8
Data imienin: nie pamiętam
Ulubione jedzenie: nie mam
Ulubione picie: nie mam
Ulubiona książka: „Krzyżacy”
Ulubiony film: Fast and the Furious
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): DJ Hazel , DJ Tiesto , DJ
Tomekk i wielu innych
Ulubiony kolor: zielony , niebieski
Ulubiony sport: piłka nożna
Ulubiony serial/program: Walki k1
Ulubiony przedmiot w szkole: informatyka
Boje się... - sam nie wiem, czego.
Mam obsesję na punkcie motoryzacji.
Chciałbym mieć już 18 lat ;D
W wolnym czasie siedze na gg.
Zamykam oczy, gdy śpię.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
nie mam
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
jest ich sporo
Data imienin: 21.06.
Ulubione jedzenie: owoce morza
Ulubione picie: wyciskany sok z pomarańczy
Ulubiona książka: „Chemia śmierci”
Ulubiony film: „Szkoła uwodzenia”
Ulubiony zespół : Placebo
Ulubiony kolor : czarny oraz żółty
Ulubiony sport : wszystkie sporty wodne
Ulubiony serial/ program : -----Ulubiony przedmiot w szkole : biologia
i chemia
Boje się pająków.
Mam obsesje na punkcie czekolady
i owoców.
Chciałabym mieszkać w Australii.
W wolnym czasie przebywam z przyjaciółmi.
Zamykam oczy, gdy oglądam horrory.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
wyjazd do Holandii
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
zdecydowanie testy kompetencji
Imię : Alicja
Nazwisko: Kowalczyk
Data urodzenia: 28.04.1991
Imiona: Sylwek
Nazwisko: Makowski
Data urodzenia: 15.07.1991
Data imienin: 31.12.
STÓ-wa 9
Ulubione jedzenie: pizza i wszystko,
co ostre
Ulubione picie: czekoladowy shake
z McDonalda ; p
Ulubiona książka: raczej nie czytam takich wynalazków
Ulubiony film: „300”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): Children of Bodom
Ulubiony kolor: zależy od padania światła
Ulubiony sport: street-fighting
Ulubiony serial/program: TVN
Ulubiony przedmiot w szkole: ołówek,
gumka, kartka (ewentualnie przerwa)
Boje się... o innych.
Mam obsesję na punkcie poprawiania
chłopaków, którzy mówią „poszłem” itp.
Chciałbym mniej się nudzić.
W wolnym czasie mam wolne.
Zamykam oczy, gdy mrugam i śpię.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
za każdym razem, gdy myślę, że już niedługo się to wszystko skończy.
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
kiedy przyszedłem tu pierwszy raz.
Imiona: Adrianna
Nazwisko: Martynowicz
STÓ-wa 10
Data urodzenia: 21.09.1991
Data imienin: 08.09.
Ulubione jedzenie: pizza, sałatka grecka
Ulubione picie: sok porzeczkowy
Ulubiona książka: „Pora na miłość”,
„Zahir”
Ulubiony film: „Greese”, „Szkoła
uczuć”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): ???
Ulubiony kolor: czarny, zielony
Ulubiony sport: jeśli można nazwać
to sportem to…. taniec
Ulubiony serial/program: „Magda M .”
i „Oficerowie”
Ulubiony przedmiot w szkole: historia,
wos, biologia
Boje się samotności
Mam obsesję na punkcie SŁODYCZY!!!
Chciałbym dostać się na studia aktorskie
w Warszawie….., nigdy nie być sama
W wolnym czasie oglądam filmy
(najchętniej musicale;)
Zamykam oczy ,gdy rozmyślam.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
wycieczka do Czaplinka i Przelewic
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
cała 1 klasa; /
Imiona: Igor
Nazwisko: Nastarowicz
Data urodzenia: 2.04.1991r.
Data imienin: 2.10.
Ulubione jedzenie: pizza
Ulubione picie: gazowane
Ulubiona książka: krótka
Ulubiony film: „Chłopaki nie płaczą”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): Radio
Ulubiony kolor: nie mam
Ulubiony sport: futbol
Ulubiony serial/program: TE
Ulubiony przedmiot w szkole: wf
Boje się pani Wandy.
Mam obsesję na punkcie kompa.
Chciałbym mieć dużo FRUTU.
W wolnym czasie uczę się.
Zamykam oczy, gdy idę na polski.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
PANI THUROW
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
odejście PANI THUROW
Ulubione jedzenie: pizza
Ulubione picie: red bull
Ulubiona książka: krótka
Ulubiony film: „Ocean’s Twelve”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): Red Hot Chili Peppers
Ulubiony kolor: czarny
Ulubiony sport: tenis
Ulubiony serial/program: „Szymon Majewski show”
Ulubiony przedmiot w szkole: polski, matematyka i fizyka
Boje się niczego się nie boję :D
Mam obsesję na punkcie komputerka.
Chciałbym dostać się do wybranego
liceum.
W wolnym czasie odpoczywam.
Zamykam oczy, gdy chce zasnąć.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
wycieczka do Holandii
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
lekcje niemieckiego sprzed paru lat
pewną panią
Imiona: Wiktor
Nazwisko: Pasieczny
Data urodzenia: 01.07.1991.r.
Data imienin: 23.08
Imiona: Daniel Adrian
Nazwisko: Przybylski
Data urodzenia: 10.03.1991
Data imienin: nie obchodzę
STÓ-wa 11
Ulubione jedzenie: pizza
Ulubione picie: sprite
Ulubiona książka: „Specnaz” Wiktora
Suworowa
Ulubiony film: „Chłopaki nie płaczą”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): polscy dj’e
Ulubiony kolor: czerwony lub czarny
Ulubiony sport: sztuki walki
Ulubiony serial/program: „Szymon Majewski Show”
Ulubiony przedmiot w szkole: wf
Boje się... strachu
Mam obsesję na punkcie sztuk walki.
Chciałbym odwiedzić Japonię.
W wolnym czasie gram na komputerze,
oglądam TV, wychodzę na dwór, trenuję.
Zamykam oczy, gdy leżę na plaży, jestem
zmęczony i słucham muzyki.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
szkolne wycieczki
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
nie ma takiego
Imiona: Weronika
Nazwisko: Sajkowska
Data urodzin: 27 marca 1991r.
STÓ-wa 12
Data imienin: 4.02.
Ulubione jedzenie: pizza (z „laskami”
w parku ;] )
Ulubione picie: „Biały patyk”,
„Krimskoje igristoje” i „Mustak”
Ulubiona książka: „Zielona Mila”
Ulubiony film: „Zielona Mila”
Ulubiony zespół: Enter Shikari, Road
Trip Over, Defekt Muzgó, AFI, Billy Talent, Children of Bodom, Jefree Star, Robots in Disguise
Ulubiony kolor: czerń, kolory
„rasty” (razem)
Ulubiony sport: siatkówka, łyżwiarstwo
i narciarstwo
Ulubiony serial/ program: „Prison
Break”
Ulubiony przedmiot w szkole: biologia,
historia i wos
Boję się, że nic z moich planów na przyszłość się nie ziści.
Mam obsesję na punkcie EMO boy’ów
xD.
Chciałabym „być w dwóch miejscach
na raz”, „doświadczyć cudu”…, a tak
na życie: zamieszkać i studiować w Krakowie J
W wolnym czasie spotykam się z przyjaciółmi bądź rozmawiam z nimi na gg.
Zamykam oczy, gdy idę spać…;P i myślę
o pewnej osobie…<bujam w obłokach>
Najlepsze wspomnienia z gimnazjum:
wycieczka do Czaplinka… Gdy Kaja
urządzała w naszym domku „wyścigi
w posuwaniu po podłodze” … zawsze wygrywała, bo tylko ona brała w nich
udział…;D
I drugim z takich miłym wspomnieniem
jest wycieczka do Warszawy (mniejsza
z tym, że w nocy było tak zimno, że spałyśmy w płaszczach)
Najgorsze wspomnienia z gimnazjum:
I klasa …;| do dziś niemile ją wspominam…
Imiona: Iwona, Marta
Nazwisko: Wiśnik
Data urodzenia: 21.03.1991
Data imienin: 13.05.
Ulubione jedzenie: spaghetti
Ulubione picie: sok pomarańczowy, woda
jabłkowa
Ulubiona książka: „Chemia śmierci”,
„Zabawa w śmierć” Anne Frasier
Ulubiony film: „Szkoła uwodzenia”
Ulubiony zespół (piosenkarz/
piosenkarka): Sum 41, Metallica
Ulubiony kolor: niebieski, czarny
Ulubiony sport: jazda konna, sporty wodne, snowboard
Ulubiony serial/program: nie mam
Ulubiony przedmiot w szkole: niemiecki,
fizyka ;)
Boje się... Pająków.
Mam obsesję na punkcie… koni, wody
oraz dobrej zabawy ;)
Chciałabym zwiedzić świat.
W wolnym czasie odpoczywam, czytam.
Zamykam oczy, gdy chce mi się spać.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum:
wycieczka do Holandii ;)(trochę tego było)
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum:
pierwsza klasa? (tego też trochę było :P)
Imiona: Mateusz, Artur
Nazwisko: Zagórski
Data urodzenia: 10.04.91
Data imienin: 21.09.
Ulubione jedzenie: kurczak z rożna
Ulubione picie: coca – cola
Ulubiona książka: „Pielgrzym”
Ulubiony film: “Pulp Fiction”
Ulubiony zespół: ˛Slipknot
Ulubiony kolor: niebieski
STÓ-wa 13
Ulubiony sport: piłka nożna
Ulubiony serial/program: LOST
Ulubiony przedmiot w szkole: niemiecki w klasie II
Boje się młodo umrzeć.
Mam obsesję na punkcie - nie mam obsesji.
Chciałbym zostać psychologiem.
W wolnym czasie odpoczywam, słucham muzyki, czytam.
Zamykam oczy, gdy nie chcę na coś patrzeć.
Najlepsze wspomnienie z gimnazjum: pani Thurow
Najgorsze wspomnienie z gimnazjum: zachowam dla siebie
Nasze lekcje i przerwy...
Lekcja polskiego. Omawiamy „Sonety krymskie” Mickiewicza. Pani Ewa wychwala wiersz
pod niebiosa, mówi, że zawiera niezwykle plastyczne opisy krajobrazu oraz wiele wyrazistych
uczuć, że Mickiewicz napisał sonet pod wpływem emocji towarzyszących podróży i tęsknoty
do ojczyzny. Jak dla nas, to pan Adam był pod
wpływem pewnego zioła. Zresztą drugi z sonetów, w którym autor myśli, że jest ptakiem i fruwa, zdaje się potwierdzać naszą tezę. Szczęście, że pani Ewa nie kazała nam jej uzasadniać
w formie rozprawki (minimum 3 argumenty, Krokodyle!).
- Wiktor, podoba ci się wiersz?
- Oczywiście, bardzo ciekawy.
- Rafał, ile byś mu dał w skali od 1 do 6?
- Siedem!!
Pani oddaje nasze streszczenia „Rybki” Mickiewicza. Igor, dzięki zastosowaniu interesujących zwrotów typu „wsadzała w to wiele serca”
oraz „bo zrobił jej dziecko” zyskał uznanie
w oczach klasy. Tylne rzędy śmieją się, aż miło.
Dziewczyny jak zwykle znoszą wszystko ze stoickim spokojem. Sylwek rysuje intrygujące stworzenia po intrygujących mutacjach. Tomek i Mateusz ps. „Loku” dyskutują zawzięcie, po czym
wybuchają śmiechem. Daniel stara się rozgryźć,
co kierowało poetą przy tworzeniu wiersza, ale
w końcu poddaje się i włącza do dywagacji Tomka i Loka. Pani Ewa - zauważając absurd sytuacji - wzmacnia ją, opowiadając kawał:
Stoją dwie krowy na rozdrożu i spotykają
STÓ-wa 14
lecące trzmiele: - Którędy do Paryża?- pytają. - W lewo - odpowiada jedna z krów.
Potem przylatują kolejne trzmiele, zadają to
samo pytanie, ale tym razem ta sama krowa
mówi: - W prawo. Trzmiele odlatują, druga
krowa pyta: - Czemu powiedziałaś,
że w prawo, a nie w lewo? - Bo pomyślałam, że w Paryżu byłoby za dużo trzmieli *
Śmiejemy się, udając, że tylko z uprzejmości,
chociaż żart nie był wcale taki zły. Z upływem
czasu narasta w nas dramatyczne napięcie,
oczekiwanie na melodyjny wręcz dźwięk dzwonka. Większość wpatruje się w drzwi, superdokładny zegar Rafała odlicza czas – 10, 9, 8, 7
i ak dalej do zera - dzwonek dzwoni i z poczuciem ulgi opuszczamy salę.
Wypadamy na boisko i większość gra w piłkę. Megamocne strzały padają, gdzie się da,
obowiązuje tylko jedna zasada: nie strzelać do
swoich. Niektórzy podejmują heroiczne próby
zestrzelenia ptaków na niebie, inni starają się
przebić do przedszkola przez ogrodzenie. Daniel
pomysłowo stwierdza, że „trzeba tę akcję zakończyć silnym akcentem” i - nadając piłce prędkość
zbliżoną do pierwszej prędkości kosmicznej kieruje ją w kierunku odwrotnym do kierunku
działania siły ciążenia. Mateusz, kopnięty przypadkowo przez Wiktora, stara się zrewanżować,
ale omyłkowo umiejscawia piłkę na górnych
partiach gałęzi drzewa. Niezastąpiona pani Tereska udostępnia nam sprzęt do tego typu za-
dań: parę kijów do sklejenia, by ściągnąć piłkę.
Po kilku próbach cel zostaje osiągnięty i, nie
bacząc na to, czy Mateuszowi uda się zejść
na ziemię, beztrosko gramy dalej. Zabawę
urozmaica dźwięk szkolnego dzwonka, chwila,
co on oznaczał? A, trzeba iść na lekcję! Większość z klasy spełnia powinność i maszeruje
do szkoły.
Za czym będę tęsknił, myśląc o tym gimnazjum? Ano za niezwykłym luzem, jaki tu panuje. Nie mówię o beztroskim nicnierobieniu
na lekcjach, ale o partnerskim podejściu
do nas nauczycieli, z którymi można swobodnie porozmawiać, pouzgadniać zaliczenia
sprawdzianów, poćwiczyć materiał. Dzięki
temu, że w klasach jest maksymalnie 18 osób,
nauczanie jest niemal indywidualne, przez
co uczeń wie, że nie jest sam i zawsze uzyska
pomoc. Wspaniałe było również oglądanie
mądrych filmów na lekcjach, a także wyjazdy
na wycieczki. Jedyna rzecz, która nas złościła: nie mieliśmy wolnych dni w czasie rekolekcji, egzaminów podstawówki itd., ale potrafimy
zrozumieć, iż chodziło tu o nasze dobro – abyśmy cały czas pogłębiali swoją wiedzę.
Na pewno nie zapomnimy naszej świetnej
wychowawczyni – pani Basi, która zawsze
stała za nami murem, pomagała nam rozwiązywać problemy, opiekowała się nami, służyła
pomocą. To ona była naszym łącznikiem
z nauczycielami w trudnych sprawach i wstawiała się za nami. Bardzo wiele jej zawdzięczamy i na pewno wszyscy uważamy, że trafiliśmy na wspaniałego wychowawcę.
Nie wiem, czy w liceum trafię na równie
przyjaźnie nastawionych nauczycieli, opiekuńczych i wspierających wychowawców, ale
co zrobić. W końcu trzeba zmagać się z nowym...
Kuba Kawałko
* Komentarz pani Ewy:
W trosce o swoją reputację spieszę wyjaśnić, iż fragment ten, jakkolwiek z życia
wzięty, można uznać za element fikcji
literackiej :-)))
STÓ-wa 15
Swój świat,
swoje boisko...
boisko...
Co by tu napisać... Mili, sympatyczni,
grzeczni (przynajmniej pozornie), kulturalni,
ale też... zagadkowi, tajemniczy i - niestety,
podzieleni. Tak w telegraficznym skrócie określiłabym odchodzącą klasę trzecią. Trudno ich
oceniać, niewiele o nich wiedząc...
Próbowaliśmy się do siebie zbliżyć głównie
podczas wycieczek, czasem na przerwach,
jednak - szczerze mówiąc - najlepiej było i im,
i nam we własnym gronie. Staraliśmy się sobie
nie przeszkadzać, odnosić się do siebie przyjaźnie, szanować swoją odrębność. Nie powiem, obserwowaliśmy ich i słuchaliśmy pokornie, jacy to oni są spokojni i dojrzali, a my niepoważni i dziecinni... Coś w tym jest, zarówno klasa druga, jaki i pierwsza temperamentem zdecydowanie odbiegają od trzeciej.
Oni - zawsze w cieniu, z dala od centrum wydarzeń, co na przykład obce jest zupełnie II
klasie. Nie przypominam sobie, by wywołali
jakąś aferę czy choćby aferkę...
Chłopcom chyba łatwiej było się dogadać,
znaleźć wspólny temat do rozmowy czy po
prostu razem zagrać w piłkę (choć przeważnie
w różnych drużynach). Dziewczynom nie udało
się znaleźć odpowiednika piłki nożnej :-)
A jednak zostaną miłe wspomnienia. Może
jako grupa klasa trzecia nie zaprzyjaźniła się z
inną klasą (jak to było na przykład rok temu),
lecz na pewno niektóre osoby nawiązały
ze sobą kontakt „ponadklasowy” i razem spędziły mnóstwo cudownych chwil.
Każda klasa jest inna, a poznawanie ludzi
diametralnie innych od nas samych na pewno
jest trudniejsze, ale też ciekawsze.
Pamiętajmy, że co by się nie działo podczas wspólnie spędzonych trzech lat, warto
zachować o sobie miłe wspomnienia.
Martyna z II
STÓ-wa 16
Nasza twórczość...
Rano obudziłem się w łóżku z niespokojnych snów i stwierdziłem, że zamieniłem się
w nocy w psa! Brązowa sierść, długi ogon oraz
cztery łapy – tak wyglądałem w lustrze,
do którego od razu podszedłem. Nie wierzyłem
w to, co widziałem. Ja, trzydziestoletni właściciel sklepu obuwniczego – psem? To nie może
być prawda…
Próbowałem każdego sposobu, aby przebudzić się z tego, co wydawało mi się snem.
Zamykałem i otwierałem oczy, gryzłem się
w ogon, w desperacji wspiąłem się na stół
i zeskoczyłem z niego. Niestety, nie pomogło.
Postanowiłem więc opuścić mieszkanie. Może
łyk świeżego powietrza wyrwie mnie z tej absurdalnej sytuacji? Łatwo powiedzieć, trudniej
wykonać. Na noc zawsze zamykałem wejściowe drzwi. Jak pies mógłby je otworzyć? Rozejrzałem się więc po pokoju i dostrzegłem klucz
leżący na krześle przy łóżku. Nie pozostawało
mi nic innego, jak tylko wziąć go, włożyć
w dziurkę i przekręcić. Kolejna ironia losu. Bez
rąk jest to praktycznie niewykonalne. Ja jednak nie poddałem się i przesunąłem krzesło
pod drzwi. Wskoczyłem na nie, zębami złapałem klucz i przez parę następnych minut próbowałem wpasować go w dziurkę. Nareszcie!
Z radości aż zamachałem ogonem. Potem
przekręciłem zamek i otwarcie drzwi było już
tylko formalnością. Pomyślałem sobie, że jednak jest to bardzo skomplikowane i gdybym
musiał robić to każdego dnia, zamieszkałbym
w budzie przystosowanej dla psa.
Schodząc klatką schodową, natknąłem się
na sprzątaczkę. Strasznie zdziwiło ją to, że nie
zauważyła mnie wcześniej. Jednak chwilę potem ciekawość zniknęła i starsza pani zaczęła
drapać mnie po plecach i za uszami. Było
to bardzo miłe uczucie, lecz nagle coś mnie
zaintrygowało. Zapach. A dokładniej zapach
kiełbasy. Obrzuciłem spojrzeniem całą klatkę
i dostrzegłem, że z torby sprzątaczki wynurza
się smakowita kanapka. Właśnie, przecież od
wczorajszej kolacji nic nie jadłem! Ruszyłem
w stronę mojego przyszłego posiłku, gdy
uprzedziła mnie ręka kobiety. Odwinęła ona
papier śniadaniowy i podała mi kawałek kiełbasy. Natychmiast złapałem ją zębami i połknąłem. Jednak po chwili znów byłem głodny,
na domiar złego sprzątaczka zaczęła jeść
swoje drugie śniadanie. Był to zbyt duży cios
dla mojego pustego żołądka. Nadal okrutnie
głodny, opuściłem kobietę i jej kanapkę. Udałem się na ulice miasta.
Po otworzeniu wejściowych drzwi, co
nie okazało się wcale takie trudne, znalazłem
się na malutkim, wydeptanym trawniku pomiędzy wysokimi blokami domów. Mieszkałem tu
od ponad pięciu lat, jednak wszystko wydawało mi się zupełnie nowe. Nawet jedno jedyne
drzewo, rosnące w pobliżu, które zawsze omijałem bez żadnych emocji. Teraz poczułem,
że jest mi do czegoś potrzebne. A mianowicie
do załatwienia potrzeb fizjologicznych. Po
chwili byłem gotowy do dalszego zwiedzania
okolicy. Ruszyłem wzdłuż chodnika, aż doszedłem do osiedlowego sklepiku spożywczego.
I kolejna niespodzianka. Spotkałem przywiązanego na smyczy owczarka niemieckiego. Przeszedłbym obojętnie obok niego, gdyby nie to,
iż odezwał się do mnie. Żaden człowiek nie
zna języka psów, co najwyżej tak mu się wydaje. Jednak ja rozumiałem każde słowo,
a raczej szczeknięcie, wypowiedziane przez
owczarka. „Na co się gapisz?” – spytał.
Od razu zorientowałem się, iż nie jest on
do mnie przyjaźnie nastawiony. „Na biednego
pieska przywiązanego do płotu” – odpowiedziałem złośliwie. Widać było, że gdyby nie
smycz, rzuciłby się na mnie. Pośmiałbym się
z niego jeszcze, jednak trzymająca go lina nie
wyglądała na zbyt mocną. Ruszyłem więc dalej, mijając po drodze wielu ludzi. Każdy dziwnie na mnie patrzył, nie wiedzieć czemu. Może
STÓ-wa 17
miałem coś na nosie? Straciło to znaczenie,
gdy zobaczyłem grubego mężczyznę z dużą,
smakowitą kiełbasą w ręku. Nie wyczuwając
żadnego podstępu, podbiegłem do niego. Może to głód przyćmił mój zmysł wyczucia zagrożenia albo też psy nie posiadają czegoś takiego. Nieważne. Mężczyzna położył kiełbasę na
chodniku, a ja zacząłem ją jeść. Jegomość
tylko na to czekał. Wyczułem w powietrzu
ruch, lecz było już za późno. W mgnieniu oka
znalazłem się w ogromnej siatce, która całkowicie mnie skrępowała, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Nieznajomy, który okazał się
rakarzem, przewiózł mnie do gabinetu weterynaryjnego, gdzie miałem zostać uśpiony, ponieważ byłem bezpański. Wiedziałem już, czemu każdy pies, będący w identycznej sytuacji,
ma taką smutną minę. Ja jednak nie chciałem
tak skończyć. Mając w głowie plan ucieczki,
przez całą podróż dokładnie przegryzałem
każdy węzeł, który mnie oplatał. Gdy rakarz
dostarczył mnie do gabinetu, nie czekałem ani
chwili dłużej. Urwałem się z siatki, podbiegłem
do otwartego okna i wyskoczyłem, mając nadzieję, że pokój ten znajduje się na parterze.
Niestety, było to trzecie piętro. Żałowałem, że
nie jestem ptakiem. Albo chociaż kotem. Ziemia zbliżała się coraz szybciej. Już miałem
w nią uderzyć, gdy… wreszcie się obudziłem.
Faktycznie, był to tylko zły sen. Oby więcej
się nie powtórzył. Choć... kto wie? Może któregoś ranka będę tym owczarkiem sprzed
sklepu?...
Rafał Garus
STÓ-wa 18
Opowiadanie
widma...
Pojawiłem się przed wami tej nocy, żeby
opowiedzieć koleje swojego życia i przestrzec przed postępowaniem wbrew moralności. Wiedzcie, że za każdą winę spotka
was kara. A zbrodniarzy czeka po śmierci
kara większa niż za życia…
Byłem panem tej wsi. Miałem mnóstwo
pieniędzy i chętnie z nich korzystałem. Otaczałem się kosztownymi przedmiotami i organizowałem wystawne przyjęcia. Czy pomogłem biednym? Nie, nawet przez myśl mi
to nie przeszło, byłem strasznym egoistą.
Nigdy nie pomogłem żadnemu biedakowi, a
moi poddani do bogatych nie należeli. Wręcz
przeciwnie. Ale oni dla mnie nie istnieli,
chciałem tylko mieć z ich pracy jak najwięcej
zysków. Zabijałem…
Pamiętam, jak kiedyś do mojego sadu
wkradł się głodny mężczyzna. Zerwał kilka
jabłek, ale z zarośli zobaczył go mój ogrodnik. Byłem skąpy, nie znałem litości. Skazałem go na śmierć przez chłostę. Innym razem, w dzień Wigilii, kiedy był straszny
mróz, pod bramę mojego domu przyszła
wdowa. Miała na utrzymaniu maleńkie
dziecko i chorą matkę. I znów nie miałem
litości. Kazałem służącemu ją wygnać i z
uśmiechem patrzyłem, jak wlecze ją za włosy i kopniakiem wyrzuca za bramę. A potem
wróciłem do zabawy. Jadłem, piłem, cieszyłem się z życia i nie obchodził mnie los tej
kobiety. Co się z nią stało? Nie znalazła
noclegu ani żadnego wsparcia - pobita, rzucona w śnieg, zamarzła razem z dzieckiem.
Jakieś wyrzuty sumienia? Skąd, miałem inne
sprawy na głowie, niż opłakiwać bezdomną
żebraczkę i jej bachora.
Dziś przemawiam do was spoza grobu.
Pragnę przestrzec przed egoizmem i okrucieństwem. Teraz, po śmierci, odbywam moją pokutę. Muszę błąkać się po ziemi. Jedynym celem tej wędrówki jest moja męczarnia. Przebywam w miejscach, w których
jeszcze trzy lata temu bawiłem się i cieszyłem życiem. Widzę też zło, które wyrządziłem moim poddanym. Widzę je dopiero teraz, kiedy cierpię tak, jak prawdopodobnie
cierpieli ci, którym nie chciałem pomóc. Cierpię głód i pragnienie. Czuję wyrzuty sumienia, żal, tęsknotę i wszechogarniający ból.
Nie wyobrażam sobie błąkania się tak w nieskończoność! Wolę najciemniejsze zaułki
piekła, niż to, co przeżywam teraz. Wystarczyłaby tylko jedna miarka wody i dwa ziarnka pszenicy i byłbym wolny od tych tortur.
Nigdy nie zachowywałem się jak człowiek w
stosunku do potrzebujących, a teraz to ja
potrzebuję pomocy. Już wiem, jak czuły się
moje ofiary…
Zabija mnie świadomość moich grzechów, ale też okrucieństwo mojej kary. Nigdy nie przestanę błądzić po ziemi, nie pozwolą mi na to moi prześladowcy – ptaki,
duchy skrzywdzonych przeze mnie ludzi.
Zdałem sobie też sprawę, że nie pomoże mi
żaden człowiek, ponieważ ja nikomu nigdy
nie pomogłem. Muszę odbyć swoją wieczną
karę, a moje dawne ofiary stały się moimi
oprawcami. I teraz to one nie mają dla mnie
litości. Tak, jak kiedyś ja dla nich…
Muszę odejść z „dziadów”, przepędzony
i potępiony… Moje winy był zbyt ciężkie,
by zostały wybaczone. Uratować mnie teraz
mogą tylko ci, których ja kiedyś nie chciałem
uratować… To oni zadecydują, kiedy moje
męki się skończą. Ale czy mogę liczyć na
ich łaskę?
Katarzyna Klukowska
POWRÓT
(rozdział V)
- Kim?!!!! – spytał Ray krzycząc.
- Seintya. Wojownikiem Seintya. Teraz
dam ci treningowe ubranie, które musisz
ciągle nosić – Shinbo wyjął zza pazuchy
kapsułkę, rzucając ją w ziemię. Ta nagle wybuchła, a na jej miejsce pojawił się złożony
w kostkę niebiesko-biały strój oraz czarne
buty. – Włóż to – chłopak powoli zakładał
spodnie, koszulę, bluzę, frotki na nadgarstki
i pas. Kiedy był już ubrany, chwiejnie wstał
i od razu upadł.
- Co jest, u licha?!!!! – krzyknął.
- Strój waży 60 kg. Możesz go zdejmować
tylko do spania. Masz tydzień na przyzwyczajenie się do tego świata, otoczenia i...
stroju – Son uśmiechnął się. – Ja spadam,
od tej pory musisz radzić sobie sam.
- Co to ma znaczyć?! – rozpaczliwie krzyknął Ray, lecz nie uzyskał odpowiedzi, ponieważ Son szybko teleportował się w niewiadome dla nas miejsce. - Jak to mogło się zdarzyć? O co w tym wszystkich chodzi?! Jak
mam się stąd wydostać? – użalał się nad
sobą. Nie miał żadnych pomysłów na ratunek... Wyczerpany zasnął pod gołym niebem.
Następnego dnia szukał czegoś do jedzenia, ale nic nie znalazł. Choć wiedział, że to
wyspa Sensei’a Motosuwy, to nie znajdował tu
się żaden budynek, domek czy chatka. Ray
bał się, że nie przeżyje. Codziennie modlił się
o każdy nowy dzień. Próbował złowić rybę,
niestety, w nowym stroju nie był zbyt szybki,
dlatego wszystko mu uciekało. Tymczasem
Shinbo obserwował swojego podopiecznego,
martwiąc się, czy nie popełnił błędu, budząc
w Ray’u moc. Czekał jeszcze 6 dni…
Ray po tym czasie był już dość przyzwyczajony do ciężaru i mógł się normalnie poruszać. Złapał parę ryb i - nie mając wyboru STÓ-wa 19
zjadł je surowe. Dalej jednak nie wiedział, jak
wrócić do domu. „Chcę jak najszybciej wydostać się z tej przeklętej wyspy” – myślał.
Gdy pojawił się Shinbo, Ray nie potrafił
opanowac wściekłości:
- Ty…, ty…, ty mnie tu sprowadziłeś i ty
stąd mnie zabierzesz !!!! Nie chcę żadnego treningu i żadnej mocy!
- Spokojnie – opiekun powoli unosił się
w powietrze. – Naprawdę chcesz wrócić
do domu?
- TAK!
- To dlaczego tam nie idziesz, lecisz
czy płyniesz?
- Bo nie mogę, nawet nie wiem, w którą
stronę mam się udać!
- Jeśli zależy ci na rodzicach i Lily, to
drogę wskaże ci serce… - tymi słowami Son
pożegnał Ray’a i odleciał. Chłopak stanął jak
sparaliżowany.
Wyszeptał: „Lily…” i rzucił się do wody.
Płynął, choć nie wiedział, gdzie. Wtedy poczuł
ukłucie w okolicy serca i zaczął płynąć jeszcze
szybciej. Wciąż powtarzał jedno słowo: „Lily”.
Po godzinie był tak wykończony, że dryfował
na wodzie. Nagle poczuł, iż jest blisko lądu.
To niebywałe, czyżby od razu popłynął
we właściwym kierunku? Wyszedł z oceanu
i podszedł do pierwszego przechodnia, jakiego napotkał, pytając:
- Dzień dobry. Wie Pan może, czy mieszka w tej okolicy rodzina Crens?
- Nie, nie słyszałem o nich nigdy – padła
chłodna odpowiedź.
Chłopak rozpoczął poszukiwania bliskich.
Pytał o nich każdego, kogo spotkał. Nastała
noc. Ray położył się na ławce w parku i usnął.
Następnego dnia od rana kontynuował poszukiwania. Niespodziewanie przed oczami pojawił mu się jego „mistrz”.
- Gratulacje! Poradziłeś sobie z pierwszym zadaniem. Teraz możesz wykonać
STÓ-wa 20
drugie. Ciągle kieruj się głosem serca…
Ledwie mistrz wypowiedział ostatnie słowo,
ze sklepu wyszła kobieta podobna do jego
mamy. Pobiegł do niej.
- Mamo, mamo to ja! Nie poznajesz swojego syna ?!!! – krzyczał.
- Ray?! To ty, Ray ?
- Tak!!!
- Wreszcie się odnalazłeś! Myśleliśmy
z ojcem, że nigdy do nas nie wrócisz!
W domu chłopak opowiadał rodzicom,
co mu się przydarzyło. Powiedział o dziwnym
mężczyźnie – Shinbo i o dziwnych treningach, które miał odbywać.
- Widzieliście może Lily? – spytał nieśmiało.
- Tak, właśnie wróciła ze szkoły. Jak
chcesz, możesz do niej iść.
Ray wziął tylko kurtkę i pobiegł do dziewczyny.
- Cześć! Dawno nie widzieliśmy, prawda?
- Ray?!!!! To naprawdę ty?!!!! Nareszcie!!!! Gdzie byłeś przez te 8 miesięcy?!!!
- CO?!!!!!! Jakie 8 miesięcy?! Raptem
tydzień temu byłem w szkole! To niemożliwe. Coś ci się pomyliło...
- Nie. We wszystkich gazetach i stacjach
telewizyjnych oraz radiowych mówią tylko o tobie. Twoi rodzice wszczęli ogólnoświatowe poszukiwania... Jak się znalazłeś?
- To długa historia... Przez ostatni tydzień
przebywałem na bezludnej wyspie jakiegoś Sensei’a Motusuwy. Zabrał mnie tam
Shinbo dzięki teleportacji, ale ja w to nie
wierzę.
- Skąd znasz SonShinbo…? – wyszeptała
Lily zmieniona na twarzy...
Kasia
Holenderska
wyprawa, której
się
się nie zapomina!
Tak długo i niecierpliwie oczekiwany wyjazd
do Holandii już za nami. Choć wycieczka się
skończyła, wspomnienia będą jeszcze świeże
bardzo długo, a dzięki zdjęciom pamiętać będziemy o niej zawsze.
Już od początku czekały nas wyzwania.
Zaczęło się tradycyjnie, gdy wieczorem w sobotę wpadliśmy do autokaru zajmować najlepsze miejsca. Warto było, od tego w znacznej
mierze zależał nasz los podczas wszystkich
przejazdów. Na razie pełni energii, rozmawiamy, śmiejemy się, jednym słowem - życie towarzyskie kwitnie.
Dzień pierwszy, a my już zmęczeni, bo mimo wielkich starań nie pospaliśmy za długo.
Mimo tego jakimś cudem regenerujemy siły
i szturmujemy park rozrywki - Walibi World.
Adrenalina to był nasz wierny towarzysz. Te
rollercostery... Tak, to jest coś, co lubimy! Biegaliśmy od jednego do drugiego, byle na
wszystko wsiąść i poszybować w powietrze...
Strach rzadko kiedy brał górę nad chęcią zaliczenia każdej kolejki, choć wszystkie zaliczyło
tylko kilka osób :D
Po południu przejazd do schroniska, tam
równie ważna część wyprawy jak odpowiednie
miejsce w autokarze, czyli przydzielenie pokoi.
My, dziewczyny z drugiej klasy, a także większość chłopców, możemy mówić o szczęściu,
ponieważ miałyśmy większy pokój, w dodatku
z łazienką. Nie obyło się bez przestawiana
łóżek i małego narzekania: a to na brak szaf,
małą ilość światła, niemożność otwarcia okna,
kartonowe ściany, przez które wszystko słychać (wszystko, co mówili sąsiedzi i sąsiadki
z pokoi obok, lecz tylko jeśli we własnym pokoju było cicho, a ponieważ to się zdarzało niezwykle rzadko, ominęliśmy sprytnie ten proSTÓ-wa 21
blem). Można by jeszcze do tego dodać nieco
poważniejsza sprawę: wszystkie panie oraz
dziewczyny miały do dyspozycji tylko jedną
łazienkę!!!
Na szczęście jedzenie okazało się smaczne, a pora na tyle późna, że pozostało nam
tylko iść spać, bo następnego dnia musieliśmy
wstać bardzo wcześnie ze względu na wycieczkę do Amsterdamu!
Rano zaczynają się problemy z czasem,
to przez jedną łazienkę. A tu jeszcze śniadanie, po którym należy posprzątać. W końcu
wyruszamy, nawet nie mamy wielkiego opóźnienia, ale niestety po godzinie drogi zaczynamy mieć poważny problem z czasem, ponieważ trafiamy na kilkukilometrowe korki. Mimo
wszystko docieramy do Amsterdamu na tyle
wcześnie, że przed zwiedzaniem Muzeum
van Gogha idziemy na spacer wzdłuż słynnych kanałów, wpadamy na chwilę na targ
kwiatowy, gdzie kupujemy pierwsze pamiątki.
W muzeum na szczęście oglądaliśmy obrazy
indywidualnie, każdy w swoim tempie. Byliśmy
do tego dobrze przygotowani - zadbali o to
przed wyjazdem nauczyciele.
Z muzeum gnaliśmy na statek - tym razem
oglądaliśmy Amsterdam z innej perspektywy.
Czas wolny był bardzo okrojony, ale zawsze
coś, szkoda tylko, że sklepy zamykają już
o 18.00, mieliśmy więc tylko około 10 minut
na zakupy. Pani przewodniczka przez cały
dzień starała się robić nam zdjęcia grupowe,
ale tylko druga klasa chciała pozować… Próbowała także przybliżyć nam historię Holandii,
opowiadała o zabytkach, my jednak chyba
jesteśmy wzrokowcami i skupialiśmy się wyłącznie na zwiedzaniu „wizualnym”.
Gdy wieczorem wróciliśmy do schroniska,
wbrew pozorom byliśmy wypoczęci, ponieważ
nabraliśmy sił w autokarze. Przyszedł więc
czas na karaoke, na początku śpiewaliśmy
niechętnie, a potem nawet ci z bólem gardła
się nie oszczędzali. Reszta samodzielnie organizowała sobie czas…, aż do ciszy nocnej,
kiedy to pani Ewa, pani Basia i pan Przemek
STÓ-wa 22
oraz panie przewodniczki ogłosili, że czas
spać… My jednak wiedzieliśmy, że to jeszcze
nie koniec, że noc jest nasza! I była… .
Dzień trzeci wycieczki całkowicie poświęcony był wycieczce rowerowej. Pospaliśmy trochę dłużej, nie obyło się bez kolejki do łazienki i kolejnego spóźnienia (nie z naszej winy!).
W miejscowości oddalonej od naszego schroniska o blisko 3 kilometry zostały wypożyczone
dla wszystkich rowery . Kto pierwszy, ten ma
jeszcze czas poćwiczyć jazdę, a o tym, że było
to niezbędne, świadczyły okrzyki: „Nie mam
hamulców! Uwaga!!!”. Po chwili ktoś odkrył
istnienie „urządzenia służącego do okiełznania
rowerów” – okazało się, że aby się zatrzymać,
musimy pedałować… do tyłu. Mimo najszczerszych chęci i starań ta „nowość” okazała się
niekiedy nie do opanowania.
Ruszamy… Pierwsze skrzyżowanie, pierwsze światła, pierwsze zderzenia, pierwsze błądzenie, pierwsze pytania o drogę. Mijamy pola,
łąki, jedziemy ponoć piękną leśną ścieżką –
ponoć... ja niewiele pamiętam, przez te hamulce... Za to wiem, że nie było obiecanych tulipanów! Po kilku godzinach dojeżdżamy do Eindhoven i tam zaczynają się prawdziwe trudności. Dokąd teraz? Aha, tamtą drogą w las i już
będziemy w wytwórni sera (w rzeczywistości
trwało to dużo dłużej). Opowieść sympatycznego pana o produkcji sera, „wizyta” w chlewie i w oborze, degustacja wyrobów farmy,
zakupy i już jedziemy do znajdującego się
niedaleko muzeum przyrodniczego, po zwiedzeniu którego ruszamy w drogę powrotną.
Zmęczenie dawało się nam we znaki, jazda
była więc mniej przyjemna niż rano, zdarzyły
się - na szczęście niegroźne - stłuczki i upadki
(jak na przykład zbyt bliskie spotkanie z rowerzystą Holendrem, który na szczęście nie miał
do nas żadnych pretensji, był wręcz bardzo
miły, mimo nabitych siniaków…). Po drodze
zauważyliśmy wiatrak, który wykorzystaliśmy
jako tło sesji fotograficznej.
Późnym popołudniem oddajemy rowery,
czynimy to z wyraźną ulgą. Wracamy
do schroniska i, o nie, jeszcze nie odpoczywamy. Idziemy grać w palanta!!! W końcu każda
minuta wycieczki jest na wagę złota.
No i ostatnia noc jest… ZIELONA!!!
Niestety przed nami już tylko Eindhoven
i dłuuga droga do domu. Pokoje wysprzątane,
autokar zapakowany – możemy ruszać! Pierwszy punkt to stadion PSV, czyli dla niewtajemniczonych, stadion piłkarski obecnego mistrza
Holandii. Żeby u nas były takie stadiony…
może byśmy wygrywali... Wyjątkowo wszyscy
bardzo chętnie pozowali do zdjęć. Tam nawet
szatnie były takie, o jakich nam się nie śniło...
przynajmniej, mnie, ale ja się nie znam, więc
nie śniłam o żadnych... Jeszcze tylko ostatnie
pamiątki i do autokaru.
Tyle filmów pod rząd to ja chyba nigdy nie
obejrzałam, a wszystko przez koszmarne korki, które nas więziły przez parę godzin.
Do Szczecina przyjechaliśmy z opóźnieniem...
Biedni rodzice. I biedna pani przewodniczka,
która następnego dnia miała egzamin. Mam
nadzieję, że nie przeszkadzaliśmy jej za bardzo w nauce.
Podczas podróży spaliśmy tylko trochę,
na ziemi, na fotelach, gdzie i na kim się dało, do
dzisiaj nie wiem, czyja to głowa była na moim
ramieniu... Wszyscy porozrzucani, w dziwnych
pozycjach, żeby chociaż na chwilę się zdrzemnąć i muszę przyznać, że się udawało!
Takich wycieczek się nie zapomina. Miejmy
nadzieję, że każda następna, jeśli nie będzie
lepsza, to chociaż niech będzie taka sama, to
wystarczy.
Martyna
Dag!!!
STÓ-wa 23
Biwak
sportowy
Jak co roku pojechaliśmy do Podgrodzia na
biwak sportowy i oczywiście nie obyło się bez
niespodzianek.
Pierwszego dnia towarzyszyła nam koszmarna pogoda. Mocno padało, wręcz lało
i było dość zimno. My jednak z niecierpliwością czekaliśmy na rozpoczęcie biwaku.
Mieliśmy nadzieję, że deszcz zostawimy
w Szczecinie, tak się jednak nie stało, pierwsze zawody sportowe przeprowadziliśmy więc
na sali gimnastycznej. Godzinę później przestało padać, mógł się więc odbyć bieg na dystans stu metrów.
Po pysznym obiadku mieliśmy w planie
zajęcia „na wodzie” i na szczęście aura nam
dopisała, nawet wyszło słońce. Piękna zapowiedź lata, poczuliśmy, że wakacje tuż, tuż...
W pewnym momencie zobaczyliśmy dym,
unoszący się złowrogo ponad drzewami i usłyszeliśmy dźwięk syreny alarmowej. Zaczęły
krążyć plotki, że spalił się domek chłopców,
ale okazało się, że palił się stary budynek gospodarczy w ich sąsiedztwie. Natychmiast
zjawiła się straż i szybko ugasiła pożar, zapobiegając jego rozprzestrzenieniu. A jak do niego doszło? Przyczyną okazała się… ciekawość i niedosyt doświadczeń po lekcjach chemii!
Po kolacji niektórzy grali w piłkę, inni znów
nadrabiali towarzyskie zaległości, a późnym
wieczorem udało się nam rozpalić ognisko.
Mieliśmy pecha, bo drewno było jeszcze mokre po ostatnim deszczu i ani OFF, ani inne
łatwopalne substancje nie działały. W porę
jednak zjawił się pan Przemek, przynosząc
stos kartek.
Pierwszy dzień minął bardzo aktywnie
i ciekawie. Szkoda tylko, że trwał tak krótko
STÓ-wa 24
Podgrodzie
dzień 2
Wstaliśmy jak to się to zazwyczaj wstaje
na wycieczkach, czyli dość wcześnie. Potem
śniadanko i przygotowania do wycieczki rowerowej, którym towarzyszyły nasze pojękiwania: „Nie, nie chce mi się, jest za gorąco,
a jak będzie padać?” Najwyraźniej nie każdy
palił się do jeżdżenia rowerem w takim upale...
Jednak mimo wszystko znalazła się siódemka z klasy pierwszej, którzy z uśmiechem
na twarzy pojechali wraz z panem Przemkiem
i panią Magdą do Nowego Warpna . Reszta w
tym czasie leniuchowała, opalała się, rozmawiała, grała w piłkę (raczej tylko chłopcy)
w towarzystwie swoich opiekunów .
Po powrocie rowerzystów nastąpił uroczysty moment ogłoszenia wyników zawodów
i rozdania nagród . Najpierw medale dla naszych pływaków. Potem dla sportowców roku?
Kto zasłużył na ten zaszczytny tytuł ? . Borys
Rybak oraz Kasia Jaworska (nie było to dla
nas zaskoczniem). Serdecznie gratulujemy!
Potem obiadek, pół godzinki na spakowanie się, porządki i... do domu!. I choć w tym
roku nie było nas zbyt wiele, bawiliśmy się
świetnie. Będziemy wspominać ten biwak jeszcze długo, czekając na Podgrodzie 2008 .
Róża
STÓ-wa 25
Olecko
- wspaniała
wyprawa, kolejny
zawód...
Wyjazd do Olecka na festiwal teatralny
szkół STO powoli staje się naszą tradycją.
Lubimy atmosferę rywalizacji, cieszy nas
poznawanie innych fanów sztuki scenicznej,
no i jesteśmy razem - dzień i noc :-)
Podróż (dłuuuga - prawie 650 km) minęła
wyjątkowo bezboleśnie i choć nie wszyscy
porządnie się wyspali, byliśmy w dobrej formie. Po zakwaterowaniu u sympatycznych
państwa, zjedzeniu śniadania i wypiciu paru
filiżanek kawy, udaliśmy się na próbę
do Oleckiego Domu Kultury. Zachwyceni
ogromną przestrzenią sceny nawet nie poczuliśmy, że pracujemy prawie 4 godziny!
Czuliśmy się dobrze przygotowani do występu, więc z czystym sumieniem poszliśmy
na pizzę, a potem mieliśmy chwilę wytchnienia przed warsztatami aktorskimi, które miał
poprowadzić przewodniczący jury - pan Marek Frąckowiak.
Wieczorkiem nagle poczuliśmy zmęczenie, więc wyjątkowo grzecznie, bez marudzenia, zaszyliśmy się w swoich pokojach.
Następnego dnia czekał nas wielki aktorski
sprawdzian…
Szpilka
Rano nie mogliśmy zmarnować ani minuty, ponieważ graliśmy jako pierwsi - mieliśmy rozgrzać festiwalową publiczność naszym „Płotem”. Na początku graliśmy nieco
STÓ-wa 26
stremowani, ale po kilku minutach poczuliśmy się w swoim żywiole i pozwoliliśmy sobie na chaos sceniczny (zamierzony, oczywiście). Zeszliśmy ze sceny z uczuciem niedosytu - zagraliśmy przecież przedstawienie, na którym zwykle ludzie się śmieją, dużo i głośno, a tutaj panowała dziwna cisza…
czyżby coś poszło nie tak? Przetrenowanie?
Nie było czasu na dogłębną analizę, ponieważ bardzo chcieliśmy zobaczyć inne spektakle - żaden nas nie zachwycił, ale jeden
zainteresował - sztuka „Leży człowiek” zespołu z Białegostoku.
Po krótkiej przerwie mieliśmy zagrać premierową „Aurelię, czyli intrygę kawą zbożową pisaną” autorstwa pana Marcina Kowalskiego. Starannie przygotowywaliśmy się
do spektaklu. Ostatnie poprawki w strojach,
poszukiwanie rekwizytów, krótka charakteryzacja i byliśmy gotowi.
Do teatru dotarliśmy pozytywnie nastawieni, w garderobie odbyliśmy ostatnie powtórki, rozgrzaliśmy aparaty mowy i odliczaliśmy minuty do naszej premiery. Gdy prowadzący zapowiedział nasze przedstawienie, nogi większości z nas odmówiły posłuszeństwa (zapewne teraz się nie przyznają,
ale my wiemy...;) ). Ostatnie sekundy.…
każdy zajął swoje miejsce… cztery… trzy…
dwa… jeden… akcja! Przenieśliśmy się
z publicznością w „inny świat”, pamiętając,
że jesteśmy obserwowani przez krytyczne
oko jurorów. Zaciekawienie na twarzach widzów dodało nam skrzydeł i zaczęliśmy wierzyć, że może „widownia tym razem nie zaśnie”, jak zdarzyło się na pewnym przedstawieniu... Każda scena naszego spektaklu to
żywa akcja, przemyślany ruch sceniczny,
błyskotliwe dialogi, dzięki czemu czterdzieści minut minęło w okamgnieniu. Szczęśliwi
i usatysfakcjonowani wbiegliśmy do garderoby, oddając się radosnym okrzykom i uściskom. Następnie ,już przebrani, poszliśmy
na widownię, skąd oglądaliśmy pozostałe
zespoły.
Po udanym dniu wybraliśmy się na zasłużoną pizzę i pochłonięci rozmowami czekaliśmy, aż nadejdzie wieczór, czyli ognisko z…
dyskoteką, organizowane przez gospodarzy.
Przy dźwiękach gitary naprawę miło spędziliśmy czas. Na dyskotekę dotarło niewielu,
ponieważ pochłonęła nas rozmowa z innymi
zespołami, zwiedzanie zakamarków szkoły
i zostawianie pamiątkowych zapisów na tablicach.
Muszę przyznać, iż większość naszego
koła spędziła wieczór w towarzystwie grupy
z Białegostoku, co na pewno będziemy bardzo miło wspominać. Usatysfakcjonowani
tak bogatym w wydarzenia dniem powróciliśmy do domu, gdzie oddaliśmy się zasłużonemu odpoczynkowi.
Kinga
Długi wieczór za nami. Poznaliśmy wielu
ciekawych ludzi z innych szkól i mimo wcześniejszych, muszę przyznać, uprzedzeń,
okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów i chętnie razem spędziliśmy długie
godziny, rozmawiając, śpiewając, żartując,
poznając wiele nowych imion i wymieniając
się życzliwymi uwagami na temat przedstawień. Najchętniej gawędziliśmy z gimnazjalistami z Białegostoku, może dlatego, że to
jedyne na przeglądzie gimnazjum (oprócz
oleckiego). Było bardzo sympatycznie, nie
przypuszczałam, że może być aż tak miło,
bo na to „ognisko” szłam raczej niechętnie,
a później zgodnie stwierdziliśmy, że moglibyśmy stamtąd nie wracać .
Ale zdaje się, że ja miałam opisywać
dzień trzeci. Do rzeczy. Rano szybkie pakowanie i jesteśmy gotowi do drogi, jeszcze
tylko zajdziemy na galę i wręczenie nagród.
Czy mieliśmy nadzieję na nagrodę główną?
Zdecydowanie tak, chociaż staraliśmy się jej
nie mieć… Tymczasem… II miejsce, 2. naSTÓ-wa 27
groda… Ale i tym razem nie Maskara.
W tamtym roku - nie jest to określenie złośliwe, tylko prawdziwe - wygrały skaczące
po scenie króliczki, tak było i tym razem,
niestety. Główną nagrodę otrzymały trzy
zespoły: szkoła podstawowa z Siedlec
za spektakl, który miał na celu uświadomienie nam, jak należy dbać o środowisko; oraz
z Krakowa (zapamiętałam, bo przewodniczący jury powiedział: „Za poświęcenie i przyjazd z tak daleka”- A my to niby co - pod
Oleckiem mieszkamy??) oraz gimnazjum
z Białegostoku - jedyna według mnie zasłużona nagroda za interesujące i poruszające
przedstawienie „Leży człowiek” z wieloma,
godnymi zapamiętania rolami („Litwo, Ojczyzno moja...”- to dla wtajemniczonych). A my
usłyszeliśmy parę ciepłych słów, odebraliśmy scrablle, pandę (jeszcze nieochrzczoną,
gdyż trwają spory odnośnie jej płci) i tylko
brakowało nam grilla do pełni szczęścia
(odsyłam do artykułu z tamtego roku...) oraz
Gośki, która powiedziałaby na scenie,
co o tym wszystkim sądzi.
I jak zwykle, szybko chcemy wyjeżdżać, mimo że było ciekawie i mamy wiele dobrych
wspomnień, dużo się nauczyliśmy, bo próby na prawdziwej scenie, to już coś… Zarzekamy
się, że to ostatni raz, ale pewnie i tak w przyszłym roku przyjedziemy! A jak! Coś w sobie ma
to Olecko… Co, może przyjedziemy po to, żeby się dowiedzieć...
Martyna
Z ostatniej chwili... Egzamin na piątkę!
Klasa trzecia może sobie pogratulować – z egzaminu gimnazjalnego uzyskała wynik 77,36
punktów: 41,93 z testu humanistycznego i 35,43 z matematyczno-przyrodniczego, zajmując
pośród szczecińskich szkól – publicznych i niepublicznych – piąte miejsce.
Cieszymy się razem z nimi, gdyż tak dobry wynik daje im dużą szansę na dostanie się
do wybranej szkoły. Gratulujemy!!!
REDAKCJA: Agnieszka Awiżeń, Martyna Kawecka,
Katarzyna Klukowska, Kinga Kociszewska, Róża Kawałko,
Martyna Sroczyńska, Iga Szuman-Krzych, Karolina Wojdała
SKŁAD KOMPUTEROWY: Tomek Arciszewski, Alex Poniedzielski,
Igor Smolny wspólnie z p. Przemkiem S.
Opiekun: p. Ewa Madruj
STÓ-wa 28

Podobne dokumenty