Kajetan Wlazło

Komentarze

Transkrypt

Kajetan Wlazło
1/2014
1
S
pis treści
Marek Kaźmierczak
Małżeństwo, czyli krótki traktat
o kolonizacji........................................... 4
Krzysztof Henszke
Bez maski................................................. 9
Kajetan Wlazło
Czy można zapomnieć wylądować?
czyli o podejmowaniu decyzji
błędnych, złych i całkiem
absurdalnych.......................................... 18
Katarzyna Bednarek
Przypadki prokrastynatora..................... 28
O prokrastynacji –
rozmowa Katarzyny Bednarek
z psycholog Ewą Łęcką- Francuzik........ 34
Czy jesteś prokrastynatorem?............... 37
Ja ku b Pa wlic ki
Anioł w pancerzu. Piękno, przemoc,
krew i nadludzkie moce.......................... 38
Janina Rudowicz-Nawrocka
Maluch człowiekiem,
a tata w dodatku....................................... 41
Monika Knapik
Felieton rodzicielski................................ 44
Marta Piechowiak
SMS-em spod lady ................................ 46
Marta Grabowska-Kaźmierczak
Dookoła świata utkanego z liter............. 48
Lech Nawrocki
Moje trzy grosze..................................... 50
Elżbieta Bednarek
Krzyżówka ............................................. 51
Międzynarodowy kącik poezji
Yevgeniy Boginskiy................................ 50
Krzysztof Henszke
Ja kocham polskie plaże,
czyli przebój lata pisze tata.................... 52
O
K
O
2
Od redakcji
(Uwaga! Słowo wstępne od Redakcji udaje
trochę recenzję, trochę omówienie; zapowiada
teksty prowokujące do rozważań, ważne, dlatego
ma takie „parcie na czcionkę”).
Każdy nasz nowy dzień jest jak nowy świat.
Każdy nasz gest, każdy wybór – nowe światy. Podobnie jest z każdym tekstem – literackim czy publicystycznym.
Nasz trzeci numer nieregularnego kwartalnika
ŌKŌ jest również nowym światem. Tak na marginesie, czy wszystko musi być regularne, w tym wydawanie kwartalnika?
Derek Walcott w wierszu Nowy Świat napisał
tak: „Więc po wygnaniu z Raju / jednak zaskoczenie? / O tak. Strach Adama / na widok pierwszej
kropli potu”. Prosimy, drogi Czytelniku, byś zwrócił uwagę na dwa pojęcia: „zaskoczenie” i „pierwsza
kropla potu”. Dziś mało kto pamięta, że z raju wypędzamy się sami...
Trzeci numer jest takim Nowym Światem, w którym wciąż jest pamięć o raju, ale także codzienność
łzawi kolejnymi kroplami potu. Rzeźba z soli na
okładce nie jest przypadkowa. Proponujemy wygnanie z raju w 3D – dogłębnie, dobitnie, dobrowolnie.
Dogłębnie analizujemy problemy, dobitnie wyrażamy tezy, dobrowolnie piszemy i wybieramy tematy.
Tekst Marka Kaźmierczaka mówi o zaskoczeniu
i kroplach potu, które żłobią w miłości rowy mariańskie przyzwyczajeń i zwątpień. Artykuł o małżeństwie jako formie kolonizacji pokazuje, że zniewalając
ukochanego/ukochaną odbiera się jemu/jej autentyczność; prywatyzując jego/jej raj, proponuje się własny
strach przebrany za wspólną hipotekę.
Krzysztof Henszke wyjaśnia nam, na czym polega życie w maskach oraz – jaki może mieć sens
życie bez masek. Henszke nie daje nam wytchnienia. Zachęca do trudnej rozmowy, dlatego jest wiarygodny. Maska konieczności, maska bezradności,
maska ignorancji – każda z tych masek jest komplementarna wobec pozostałych. Krzysztof Henszke
mówi nam o maskach społecznych, politycznych,
Redaktor naczelny: Marek Kaźmierczak
Skład redakcji:
Katarzyna Bednarek, Yevgeniy Boginskiy, Krzysztof Henszke, Marta Grabowska-Kaźmierczak,
Krzysztof Grabowski, Monika Knapik, Tomasz Magdziak, Jakub Pawlicki,
Janina Rudowicz-Nawrocka, Kajetan Wlazło
Korekta: Marek Kaźmierczak
Wydawca: Informatyka Bankowa POLSOFT Adres: Plac Wolności 18, 61-739 Poznań
www.ibpolsoft.pl e-mail: [email protected] tel. 61 852 75 46
1/2014
ale także biologicznych. Można żyć bez maski,
ale także nie można żyć bez maski. Sprzeczność – możliwe, że tak. Aby ją zrozumieć, aby
unikać zaskoczenia po wygnaniu z raju, najpierw przeczytajmy tekst, a potem starajmy się
uwierzyć w słowa jego autora, gdy pisze on do
nas „dobranoc”.
Kajetan Wlazło powinien pisać podręczniki dotyczące zarządzania. Gdyby zaczął to robić, być może mniej osób pociłoby się w pracy
na widok swojego przełożonego, popełniało
błędy lub przestałoby się bać ich konsekwencji. ­Kajetan Wlazło uczy sztuki latania, wyjaś­
niając nam powody naszych błędnych decyzji,
złych decyzji, a nawet całkiem absurdalnych.
Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile jest podobieństw między losami pasażerów samolotów
oraz losami pracowników zatrudnionych w źle
zarządzanych firmach. Upadek ma wiele spalonych w słońcu skrzydeł, ale zawsze ten sam
koniec. Kajetan Wlazło ma w sobie wrażliwość
Dedala, nam po przeczytaniu jego tekstu uda
się być może uniknąć błędu Ikara. Gdyby wąż
umiał latać, inaczej potoczyłyby się losy Adama.
Jakub Pawlicki pokazuje, że na świecie są
zwierzęta groźniejsze niż węże, a jednocześnie
równie piękne. Zaskoczenie? Uzasadnione szczególnie wtedy, gdy nie postrzegamy świata wokół nas w milionach kolorów. Ciekawie napisany
tekst o śmierci głęboko wpisanej w naturę. Jest to
artykuł o krewetce, która chwaląc swe życie – wali we wszystko, co może pożreć, z delikatnością
wirtuoza lub demonizmem tyrana. Tak, niektóre anioły żyją w pancerzu. Po co aniołom pancerze? Z tego samego powodu, dla którego krewetki
potrzebują tego świata. Nikt im nie mówił o wypędzeniu z raju. Nie musiał, same ustalają jego
granice w swojej rzeczywistości.
Nareszcie. Odkładany przez dwa ostatnie
numery – ukazuje się długo zapowiadany tekst
o prokrastynacji. Artykuł Katarzyny ­Bednarek
jest ważny, bo jest formą intelektualnego egzor­
cyzmu. Jesteśmy przepracowani, to prawda.
Mamy zbyt wiele obowiązków i zbyt mało odpoczynku, to fakt. Przepracowanie oraz nadmiar
zadań do wykonania powodują, że zaczynamy
niemal wszystko odkładać na później. Między
innymi właśnie w takiej sytuacji rodzi się pierwszy raz prokrastynacja. Dlaczego egzorcyzm? Bo
im bardziej przytłacza nas praca, obowiązki, tym
bardziej stajemy się Sheratonem dla naszych demonów. A Bednarek stara się je wypędzić, mówiąc nam: spokojnie. Nad wieloma problemami
wynikającymi z prokrastynacji można zapanować. Jak? Przeczytajmy tekst, znajdziemy odpowiedź. Kontekst takiej odpowiedzi wzmacnia
wywiad autorki z psycholożką Ewą Łęcką-Francuzik. Ważnym elementem tekstu są ilustracje
wykonane przez niezwykle utalentowany duet Anny Bednarek oraz Bartka Farbotko. Tekst
Katarzyny Bednarek i jej wywiad z psycholożką
warto czytać razem, by zrozumieć, że nie musimy
wypędzać siebie z raju, myląc węża z banałem,
że problemy związane z prokrastynacją są często
pozorne, jak pozorne jest nasze przekonanie, że
w raju można być tylko raz.
Janina Rudowicz-Nawrocka nie oszczędza
czasopism o dzieciach wychowywanych przez
rodziców przekonanych, że nie da się ukształtować dziecka bez lektury odpowiednich czasopism. I nie jest ważne, ile w nich uproszczeń,
głupoty, niedorzeczności. Rudowicz-Nawrocka
broni ojców, widząc, że czasopisma o dzieciach
są głównie adresowane do mam. Ojcowie są dyskryminowani. To trochę tak, jakby Adam z cytowanego wiersza nie istniał, a jego zaskoczenie
i krople potu były trochę jak uśmiech kota z Ali­
cji w krainie czarów – zostaje uśmiech kota, ale
nie ma kota. Janina Rudowicz-Nawrocka jest polemiczna, dobitna, dogłębna nie tylko wtedy, gdy
powołuje się na prawo żywnościowe z 2006 r., ale
także wtedy, gdy na różne sposoby – poprzez ironię, metaforę czy pytanie retoryczne pozdrawia
wyobraźnię oraz wrażliwość swojego Czytelnika.
Strach Adama na widok pierwszej kropli potu oznacza, że Adam stał się człowiekiem, który czasami grzęźnie w małżeńskich
mokradłach, kiedy indziej próbuje zdjąć jakąś
z masek, nie wiedząc, która z nich może być
pierwszą, a która ostatnią. Zaskoczenie Adama
po wypędzeniu z raju stać się może zadowoleniem, gdy uświadomi sobie, że czasami życie obchodzi się z nim, jak krewetka ze swoimi
ofiarami. Adam wygnany z raju najpierw jest
bohaterem czasopism o dzieciach, potem pisuje
do tych czasopism, w międzyczasie zdaje maturę i chodzi na zakupy, następnie wznosi się
i upada, by na koniec pojąć, że życie znajduje swój kres wtedy, gdy zrozumie się, że każda wypełniona krzyżówka ma swoje puste pole,
nawet jeśli rozwiąże się ją do końca.
Trzeci numer ŌKŌ jest do Twojej dyspozycji, drogi Czytelniku. Uważaj tylko, by nie mylić podczas jego lektury węża z Adamem.
Redakcja
1/2014
3
Małżeństwo,
Marek Kaźmierczak
czyli krótki traktat o kolonizacji
Reklamy czekolad
Udane małżeństwa wydają się istnieć tylko
w reklamach czekolad, serów, detergentów czy
samochodów. Dzieje się tak dlatego, że zdecydowana większość tych rzeczy pełni funkcję totemu, wokół którego tańczą małżonkowie, ich
pociechy – wszyscy w szatach rytualnych kolorystycznie dopasowanych do tła, w którym najlepiej prezentuje się wybrany przedmiot. Tak
jest, szczęśliwe małżeństwa są zapewne tylko
w reklamach, choć to szczęście jest wtedy silnie
sfunkcjonalizowane, tam „ja” jest przedmiotem, a postawy mężczyzn, kobiet i ich dzieci są
tylko różnymi funkcjami tego „ja”. Prawdziwe
szczęście trwa do 30 sekund, później im dłużej –
tym drożej. Dlatego reklamy rzadko wykraczają
poza stereotyp. Jeśli żona/matka przygotowuje sos grzybowy, to dzieci i mąż/partner czekają przy stole uśmiechnięci, wiadomo – kobieta
musi usługiwać do stołu. Podmiotem jest jednak
sos. Żona, mąż, dzieci są przedmiotami, w których ten sos się „przegląda”.
Wycinanki, tak można określić opisaną sytuację. Małżeństwa w świecie poza reklamami byłyby udane, gdyby wszyscy mieli w sobie
wrażliwość wycinanki. Jak się domyślamy,
sprawa jest bardziej złożona, wielowymiarowa
i w dużej mierze niedająca się pokazać. Wycinanki nie cierpią, są odtąd dotąd, ich świat jest
prosty i schematyczny. Świat międzyludzkich
spraw okazuje się z wiekiem, a myślę, że jest to
nie tyle konsekwencją starzenia się, lecz dojrzałości, albo bólem w różnych odmianach, albo
kompromisem (chyba w dużej mierze będącym
eufemizmem wobec nieszczerości). Są różne rodzaje bólu, w tym ten rodzaj, który gorzki jest i uwiera, a którego pokazać się nie da.
Ma on liczne odmiany: niepewność, kompleksy, niejasność, niedopowiedzenia, wymagania,
roszczenia, nakazy i zakazy, wątpliwości, nieszczerość, nadmierna szczerość, satysfakcja,
jej brak, kłamstwo, fałsz, pożądanie przedmio4
1/2014
tów i obcych ciał, stałe porównywanie, naśladowanie, prześladowanie. Coraz częściej uczucia
wymieniamy na przedmioty – co to oznacza,
antropologicznie rzecz ujmując, chcemy substancjalnie (za pomocą rzeczy) potwierdzić to,
kim jesteśmy. Metafizyka w stylu „kocham cię”
jest pustą grą językową. Większość z nas wypowiada te słowa, bo na drodze naśladowania
innych uczy się powtarzać słowa wtedy, gdy
wypada je wypowiadać. Z czasem już nawet się
ich nie powtarza, tego też się można nauczyć.
Wtedy zapewne coś się już ma: hipotekę, samochód, parę zdjęć z wakacji, biżuterię, krawat czy spinki do koszuli. Od niego, od niej.
Bo inni mają dzieci, samochody, mieszkania
i kurczaka w sosie majonezowym. I jakoś leci. Duszno i ciasno w takim świecie, prawda?
A przecież większość z nas tak właśnie żyje.
Ten tekst nie będzie zbiorem porad, jak żyć
szczęśliwie. Nie będzie w nim żadnej pociechy w stylu, zawieś dzwonki w oknie, a feng
shui zmieni nastrój w twojej sypialni, albo mów
jej/jemu częściej, że go kochasz, albo połączy
was wiara we wspólną przyszłość dzieci, narodu, państwa, banku, czegokolwiek, albo zas­
kocz ją i jutro zrób śniadanie, albo nie bój się
iść na całość, zarezerwuj miejsce dla dwóch
osób w restauracji na kolację z winem. Te trochę przerysowane przykłady pokazują, jak
płytko wnikamy w rzeczywistość bycia razem.
Od razu powiem: płytko nie oznacza źle, nie
wiem, co to oznacza, wiem tylko, że tam gdzie
głębia, tam większy mrok, który trudno opanować, którego można się bać.
Ten tekst ma na celu pokazanie, że małżeństwo to w dużej mierze nieustanna kolonizacja
drugiej osoby, wyrażanej przez nią kultury, religii, tradycji i obyczajów. Nauczyliśmy się na
lekcjach historii, że kolonizowano cały świat,
co wiązało się ze zdobywaniem złota, ale też
z ogromnym poświęceniem, milionami ofiar
i niszczeniem kultur, których piękna można się
obecnie już tylko domyślać.
Jeszcze całkiem niedawno media masowe
wmawiały nam, że należy cieszyć się z tego,
iż w brytyjskiej rodzinie królewskiej narodzi
się zapewne przyszły król. Co za smutne czasy, skoro wmawia się nam, że uczestniczymy
w święcie wyreżyserowanym przez specjalis­
tów od public relations. Jak smutną egzystencję musi mieć odbiorca przekazu, dla którego
ta wiadomość staje się azymutem jego sensu
życia. A czy wiemy, że ta tak radosna, kolorowa, świetnie medialnie opakowana rodzina
królewska dźwiga brzemię tradycji, w której
na handlu niewolnikami w XVIII wieku zbijała krocie? Czy wiemy, że Wielka Brytania
– kolonizując świat – handlowała ludźmi na
taką skalę, że jej flota, posiadająca w 1760 roku sto czterdzieści sześć statków do transportu
schwytanych ludzi, mogła jednocześnie przewozić trzydzieści sześć
tysięcy niewolników?
Przeszłość, tak wiem. Co
to ma do małżeństwa?
Ano, na tym makropoziomie widzimy, jak
zarządza się pamięcią
i jak działa zapominanie. Z czasem idealizujemy to, co u swych
podstaw było niszczycielskie. Ko­lonizacja jest
z natury swojej ambiwalentna. Myśląc o niej,
mamy na uwadze masy
ludzi ustawiane przeciwko masom innych ludzi,
a ja chcę powiedzieć, że
małżeństwo jest formą
kolonizacji indywiduum przez inne indywiduum, w której pamięć i zapominanie mogą się
stać substytutami miłości i odpowiedzialności.
On i ona, czyli kolonizatorzy
Oczywiście śródtytuł jest anachroniczny. Przecież może być on i on albo ona i ona.
Pewnie, czytam gazety, macie rację, ale ostatecznie ponad płcią w tekście tym stawiam rolę
społeczną, którą nazywam rolą kolonizatorów.
Co przydarza się związkowi mężczyzny i kobiety – przydarza się związkom homoseksualnym, piszę o sprawach zwyczajnych. Nie będę
także uwzględniał związków partnerskich,
tylko małżeństwa, ze względu na ich bardziej
sformalizowany charakter. Małżeństwo sakral-
ne lub cywilne jest przecież usankcjonowaniem kolonizacji opartej na określonym wzorze
aksjo­logicznym, obyczajowym, politycznym,
religijnym oraz kulturowym. Zbiorowość, czyli tzw. inni, godzi się na to, by para wzajemnie
się kolonizowała. Kolonizacja zaczyna się jeszcze przed ślubem, ba, często ślub jest skutkiem
kolonizacji różnie motywowanej. Bo wiek, bo
grzech, bo hipoteka, bo ciąża, bo inne „nie
wypada”. Kolonizacja może istnieć bez małżeństwa, ale małżeństwo bez kolonizacji jest
niewyobrażalne. Skoncentruję się jednak na
uwagach dotyczących podbojów małżeńskich.
Zacznę od tego, że nie znam szczęśliwych
małżeństw. Zapewne dlatego nie bardzo wiem,
czy mogę używać sformułowania „szczęśliwe
małżeństwo”, bo co by ono oznaczało? To, że
Ilustracja: Ziemowit Adamski
nie znam, nie oznacza, że takich małżeństw nie
ma, nie oznacza to także, że szczęśliwe małżeństwo to udane małżeństwo. Może szczęśliwe małżeństwo jest tylko we wspomnieniach.
A może zbyt szybko bycie dwojga zamykamy
w dybach ciasnej semantyki, która nic innego
nie robi, jak tylko zmusza nas do pochopnych
ocen, a w konsekwencji tego – do szybkich
­zazwyczaj rozczarowań.
Kolonizacja
Jak definiuję kolonizację? Jest to podbój nieustanny, kolonizacja raz rozpoczęta
nie kończy się nigdy, chyba że kolonizatorzy
zmieniają mapę osobową. Jest to podbój na
1/2014
5
poziomie ciała, pozornie najłatwiejszy (szczególnie widać to wtedy, gdy potrzeby małżonków zaczynają się rozchodzić, zamieniając
się w kolejne bóle głowy i „dzisiajniemamochoty”, choć w gruncie rzeczy oznacza to zazwyczaj, że nie tyle dzisiaj, co zawsze nie ma
się nawet potrzeby zbliżenia z drugą osobą),
podbój umysłu – narzuca się język („dla mnie
zawsze będziesz misiem ptysiem”), styl myślenia („staraj się to zrozumieć, jest tak, jak ja
ci mówię”) oraz sposób odnoszenia się do nas
(„nie życzę sobie, żebyś tak mówił o mnie”),
do innych (do mojej mamusi mów „mamusiu”,
a do tatusia „tatusiu”), obyczaju i religii (musisz ze mną chodzić do kościoła, przyjąć kolędę, pójść na mecz piłkarski, pójść do kina
lub na kręgle), podbija się systemy wartości
(„nie lubię lewaków, a więc i ty ich nie lubisz”,
„nie lubię prawicowej konserwy, więc i ty jej
nie znosisz”, „wszystkich złodziei trzeba wystrzelać”, „jestem za aborcją i przeciw karze
śmierci”), podbija się warstwę strojów i rytuałów („chcę, żebyś ubierała się tak, jak mi się
podoba”, „chcę, żebyś urodziła mi dziecko”,
„chcę, byś był ojcem dla naszych dzieci”, „nie
wyobrażam sobie, żebyś miała być niemiła dla
moich kolegów”). Sfer podboju jest tak wiele, jak wiele jest
naszych myśli, domen pragnień i wyobrażeń –
i każda z nich jest powoli, niekoniecznie systematycznie podbijana. To, co piszę, w ogóle nie
dotyka banałów typu – kobiety są z Kentucky
Chicken, a mężczyźni z McDonalds’s albo kobiety są z fitness, a mężczyźni z siłowni. Kolonizacja opiera się na tym, że podbój polega
nie tylko na potrzebie dominacji, ale także na
trwałym okiełznaniu odmienności akceptowanej o tyle, o ile oznacza ona podporządkowanie
się założonej w jej domenie kolonii. Kiedy to
dostrzegamy? Kiedy zaczynamy mówić językiem ukochanego, patrzeć jego oczyma, smakować jego ustami, płacić jego kartą płatniczą.
Zaczyna się niewinnie. Ja zajmuję się finansami, ty jedzeniem. To takie proste. Mów, ile potrzebujesz pieniędzy, a ja wypłacę odpowiednią
kwotę. Powoli zgadzamy się na taki stan rzeczy.
A po jakimś czasie okazuje się, że nie chodzi
o cenę ogórka z promocji, ale o to, że współcześnie ten, kto zarządza pieniędzmi – nieważne
kobieta czy mężczyzna – wyznacza horyzont
autonomii. W naszej kulturze pieniądz staje
się nadrzędną wartością określającą różne relacje, więc ten, kto dysponuje pieniędzmi, zarządza poniekąd całą sferą aksjologii. Co będzie
kolonią w omawianym przykładzie? Systema6
1/2014
tycznie przelewana kwota, której wysokość pokazuje granice rzeczywistej autonomii drugiej
osoby.
Kolonizacja polega więc na stałym podboju,
ten zaś opiera się na zakładaniu kolonii, które
wysyłają do centrali, czyli do osoby kolonizującej, odpowiednie komunikaty. W tym rozumieniu „kocha” oznacza zazwyczaj: dostosowuje
się, umie się dopasować, rozumie i akceptuje
moje reguły, czyli właściwie jedyne mądre reguły obowiązujące w małym świecie wielkich
małżeńskich spraw.
Bo „szczęśliwe małżeństwo” w tym rozumieniu oznacza małżeństwo, w którym jedna strona dała się skolonizować drugiej. Są kolonizacje
mniej lub bardziej krwawe, wszystkie zaś okupione są bólem i cierpieniem, rzadziej rozmową
i cierpliwością. Nagrody, które można uzyskać,
są albo ulotne jak rozkosz, albo kruche jak święty spokój. Mam wiele obaw, co do tak rozumianego „szczęśliwego małżeństwa”. Oznacza to, że
jedna ze stron albo ma wrażliwość wycinanki,
albo jest obojętna na to, co się z nią i wokół niej
dzieje. W tym drugim wariancie oznacza to, że
małżeństwo jest swoistą ofiarą złożoną bóstwu
lęku przed staropanieństwem lub starokawalerstwem czy jak współcześnie określa się ten stan
– lęku przed „byciem singlem”, lęku przed samotnie wziętym kredytem, lęku przed byciem
stygmatyzowanym społecznie, lęku przed samotnością czy lęku przed brakiem pomysłu na
siebie. Często jest tak, że z im większą pompą
przygotowuje się ofiarę (na przykład ślub), tym
większy lęk staramy się ukryć pod jej rytuałami
i symbolami.
Skrajnym i mrocznym przykładem skoloni­
zowania drugiej osoby jest przemoc fizyczna
w rodzinie. Jeśli to kobieta jest ofiarą takiej przemocy, to nie możemy się dziwić, że nie odejdzie
od męża, bo przecież odpowiednio wcześniej
podbił jej umysł, styl myślenia, sposoby wyrażania się i postrzegania świata i ludzi (dlatego
ofiara przemocy często zakłada, że ludzie dzielą
się na tych, którzy nie potrafią ukryć swego bólu i na tych, którzy to potrafią, lecz w ogóle nie
ma ludzi, którzy mogliby żyć inaczej), uzależnił ją finansowo, zastraszył, wreszcie zawładnął jej ciałem. Podbite oko jest konsekwencją
wcześniejszych podbojów.
Powyżej omówiłem najbardziej charakterystyczny przykład kolonizacji, co nie oznacza
– banalny. Zakładam przy tym, że nie jest możliwe, aby żadna ze stron nie chciała kolonizować
drugiej, nie jest to możliwe z powodów ewolucyjnych. Uznajemy systemy wartości i zbiory
postaw, w których wzrastamy, za najważniejsze, bo dzięki nim istniejemy, więc – aby
przetrwać, staramy się do tych samych zasad przekonać (ładne słowo, raczej eufemizm)
drugą stronę. Małżeństwo nie jest królestwem
rozumu, a im jesteśmy starsi, tym bardziej
zau­ważamy, jak w miejsce namiętności i chęci prowadzenia rozmowy wprowadzamy treści
będące roztworem, w którym wygotowaliśmy
nasze wspomnienia, naszą przeszłość, wpływ
rodziców i otoczenia. Ten roztwór jest tak subtelny jak słoń w składzie porcelany, a wylanie
go w najmniejszej nawet ilości przypomina wybuchy po rozlaniu nitroglicereny.
Najpierw jako kolonizatorzy myślimy, że
jesteśmy z tego dobrego świata, nad którym
panujemy całkowicie, a właściwie ze świata
lepszego. Spotykamy równie optymistycznie
nastawionych kolonizatorów. I zaczyna się. Ja
lubię spać od ściany, a ja od krawędzi. Ja wolę kołdrę, a ja koc. Ja wolę niedzielę bez rodziców, a ja u swoich. Ja wolę dawać prezenty, a ja
wszystkim, tylko nie tobie. Ja wolę sąsiadkę,
bo twoja siostra nie składa mi życzeń, a ja wolę twego wujka, bo ciocia ma za długi język.
Ja wolę się uczyć, a ja, żebyś była w domu. Do
absurdu zaczynają być sprowadzane sprawy
ważne, będące przecież obrazami odmiennych
kultur, obcych sobie języków i światów. Pod
tym „ja wolę” kryje się przeszłość, to, jak zos­
taliśmy wychowani. Nawet sobie nie zdajemy
sprawy, że jeśli ktoś nas wychował „bezdotykowo”, to nie staniemy się ekspertami w miłości
francuskiej, jeśli ktoś nas wychował na „sobków”, to nie staniemy się hybrydą Matki Teresy z Kalkuty i Gandiego. Miłość to nic innego
jak złudzenie, że nasza przeszłość jest dla nas
bez znaczenia. Przeszłość to nic innego jak złota kula, którą sprytnie udaje nam się przywiązać do nogi naszej żony lub męża. Trudno być
dobrym mężem, jeśli jako chłopiec nie usłyszeliśmy od ojca, że cokolwiek zrobiliśmy dobrze.
Trudno być namiętną żoną, jeśli do czterdzies­
tego roku życia matka powtarza nam, że nie damy sobie rady, gdy jej zabraknie. Irving Yalom,
psychoterapeuta amerykański, napisał w książce Psychoterapia egzystencjalna, że nawet nie
zdajemy sobie sprawy, jak straszne konsekwencje ma dla małego dziecka straszenie go, że się
odejdzie w świat albo nawet umrze. Dla małych dzieci lęk przed utratą rodzica jest jednym
z najważniejszych lęków. Ilu z nas nie słyszało
podobnych słów? Wypowiadanych przez rodziców głównie po to, by ich dostrzegać i sytuować w centralnym miejscu naszej egzystencji.
Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że lęk umiera
w nas ostatni.
Kolonizacja nie byłaby zła, gdyby kolonizatorzy byli ludźmi mądrymi, wolnymi od lęków, obaw i kompleksów. Jest jednak tak, że
raczej kochamy mądrość, pragniemy jej, wystarczy nam świadomość jej istnienia. Kolonizując, wnosimy na nowy, podbity ląd nie tylko
Ilustracja: Ziemowit Adamski
nasze, naszym zdaniem najlepsze, zachowania, rytuały, postawy, przenosimy również choroby – w sensie dosłownym i metaforycznym.
Syn ojca, który nigdy nie powiedział nic dobrego o jego pracy, ma małe szanse, by cierpliwie
znosić błędy swej żony, niedowartościowany –
swoją słabość przekuje w egocentryzm, w perspektywie którego każda najmniejsza nawet
krytyka z ust żony potraktowana będzie niczym fala tsunami. Córka wciąż umierającej
matki nieustannie będzie żyła na emocjonalnych i zdrowotnych walizkach, myśląc, że on
jej nie kocha, że znajdzie sobie młodszą, że ona
1/2014
7
jest brzydka i on ją na pewno opuści, bo jest
zły, że gdy ona zachoruje, to będzie zdana wyłącznie na siebie. Kolonizując, przenosimy nie
tylko skarby i wiktuały, które sami uznajemy
za cenne i którymi chcemy się dzielić, kolonizując, przenosimy choroby naszej duszy, w tym
chorobę na śmierć i wpuszczamy szczury na
wyspy, na których dotychczas nie były one
w ogóle obecne.
Kolonizacja nie jest zła ze swej istoty, jest
zła ze względu na konsekwencje wynikające
z relacji między ludźmi, którzy przecież wbrew
całemu światu, wybrali właśnie siebie. A przecież miało to być coś tak pięknego. Jak to się
dzieje, że wybieramy ukochaną, ukochanego,
ale tak naprawdę żyjemy z jej rodzicami, jego
rodziną, a po cichu wbrew różnym absurdom
wzdychamy do własnych rodziców? Zapominamy. Kolonizacja nie miałaby typowej dla siebie
dynamiki, gdyby nie była zdominowana przez
różne formy zapominania. Potrzebne jest ono,
by idealizować i bronić tego, co – choć może
mroczne i gorzkie, to zapewne okazuje się jedynym rodzajem tego, co fundamentalne, czyli
na zawsze nasze. Tutaj dochodzimy do smutnej
konstatacji: tym silniej kolonizujemy, im bardziej nie akceptujemy odmienności mogącej
być źródłem wyzwolenia, tym intensywniej kolonizujemy, im bardziej nas boli, tym bardziej
jesteśmy zaciekli w naszym podboju świata,
im większy mamy problem z wiarą we własne
prawdy. Potrafimy bronić tych prawd do ostatniej kropli krwi lub wódki, ale nie staramy się
ich nawet za grosz zrozumieć. Można to powiedzieć przez analogię do krwawej części historii
inkwizycji – tym więcej osób płonęło na stosach, im mniej wiary było w wierzących, którzy mieli monopol na ogień.
Często zaczynamy kochać tę drugą osobę
dopiero, gdy ją stracimy, bo odeszła lub zmarła.
Ale nawet wtedy we własnych myślach upraszczamy i sterylizujemy wspomnienia, płaczemy
za samymi sobą, którzy kochali tę ukochaną
tzw. „drugą połowę”. Tak jesteśmy rozpędzeni
w kolonizowaniu, że podbijamy nie tylko świat
rzeczywisty, ale też symboliczny świat coraz
intensywniej konstruowany w naszej pamięci.
Osoby kolonizowane męczą się szybciej niż
kolonizatorzy. Dlatego wyobrażają sobie zdrady małżeńskie albo chociaż sytuacje, w których
odchodzą od swych ukochanych (to słowo mam
ochotę pisać przez ó- zamknięte, ókochany to
właśnie kwintesencja kolonizatora). Te wyobrażenia są protezą wolności i autonomii, a w dużej
mierze po prostu złomowiskiem bezradności.
8
1/2014
Niech nie dziwią nas tzw. gwiazdy z kolorowych czasopism, które częściej rozchodzą się
i biorą ślub, niż my obcinamy paznokcie. Stać
je na te odejścia. Ich niedojrzałość jest naszą
niedojrzałością, ich lęki i działania są obrazami naszych lęków i postaw. One są nami podniesionymi do potęgi przemysłu kulturowego
i kondycji moralnej współczesnego człowieka.
Kiedyś czytałem, że starożytni greccy bogowie byli kimś w rodzaju ludzi, tylko że wszystko przeżywali intensywniej niż ich ­w yznawcy.
Dziś politeizm zastąpiony został kakofonią celebrytów. W ich zachowaniach jak w lustrach
się przeglądamy, dokonując kolejnych podbojów, w których wiarę w nasze wartości przybijamy do ścian naszych lęków i obaw dłońmi
ukochanej osoby.
Często w biedzie wykuwamy nasz etos, a jak
dotrwamy do starości, to zbudujemy z tego, co
skolonizowaliśmy, piękną historię, do której
będziemy wzdychać w przerwie między jedną
a drugą reklamą czekolady lub detergentów.
Powinno być podsumowanie. Może nawet jakieś zakończenie, choćby trochę optymistyczne. Nie. Umówmy się, że ten tekst jest
otwarty. Że każdy z nas – jeśli nie zgadza się
z tą interpretacją, dopisze swoje zakończenie,
ba, nawet wyśle je do redakcji. Z chęcią się
czegoś nauczę, dowiem. Chciałbym się mylić. Ale na szczęśliwe zakończenie w ogóle nie
mam ­siły.
Co nam pozostaje na tej pustyni? Jedynie
świadomość, że wiążąc się z kimś lub ślubując, wchodzimy w świat innej kultury, innych
obyczajów, innych systemów wartości, innego języka, innych myśli, odmiennych nawyków, obcego ciała. Modne ongiś uproszczenie,
że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus
w ogóle nie ma sensu. Naprawdę spotykają się
dwie obce sobie kultury, a małżeństwo, by nie
okazało się krwawą odmianą kolonizacji, powinno stać się szeregiem translacji. Tylko wtedy można unikać prób krwawego, bezlitosnego
podboju, jeśli w jego miejsce wprowadzamy
kompromis oparty na rozmowie. Ustalamy sobie wspólne pojęcia, wykształcamy wspólne rytuały, szanujemy naszą wiarę i niewiarę.
Małżeństwo nie jest krzyżem, jak chcą niektórzy, ta metafora urąga tajemnicy krzyża
oraz nie sięga do granic akceptacji osoby niewierzącej. Małżeństwo jest kolonizacją, która
może wyrastać ze świadomości, że nasz ukochany lub nasza ukochana to świat, do którego
wchodzimy zawsze na prawach gościa.
¢
Krzysztof Henszke
PRZY
KOMINKU
Wstęp
Definicja maski
Niełatwo było mi znowu zasiąść przy kominku, aby po raz kolejny wpuścić szacownego czytelnika w świat moich myśli. Głównym
powodem był zgubny wpływ lektury artykułu
naszego kolegi redakcyjnego Kajetana, który w
poprzednim numerze ŌKŌ tak pięknie roztoczył przed nami uroki życia hedonisty, że trudno
było mi ponownie zabrać się do pracy. Dopiero
z nastaniem nowego roku zapał zaczął ponownie
rozpalać ogień w stygnącym już kominku mojej
weny twórczej. I tak, iskierka po iskierce, słowo
po słowie, zaczął powstawać kolejny zbiór – lepiej lub gorzej ułożonych zdań – który chciałby
zasłużyć w oczach czytelnika na miano artykułu, a nie tylko grafomańskich i nikomu niepotrzebnych przemyśleń autora. Gdy ten numer
ŌKŌ ujrzy światło dzienne – zapewne będziemy już wygrzewać się na plażach, rozkoszując
się urokami letnich urlopów.
Ale kiedy to piszę, jest dopiero początek roku, czyli upragniony czas karnawału. Karnawał
to okres, w którym bardzo chętnie – i całkowicie słusznie zresztą – oddajemy się szaleństwu
zabaw, tańców i swawoli. Począwszy od domowych prywatek (coraz rzadziej spotykanych),
poprzez imprezy masowe, a kończąc na tradycyjnych balach maskowych. Tak, karnawał to
bardzo miły i długo wyczekiwany przez nas
okres. To czas, w którym bardzo chętnie zakładamy maskę, aby choć przez krótką chwilkę poudawać kogoś innego. Później jednak ściągamy
te maski i wracamy do normalnego życia. Nie
jest to jednak życie tak normalne, jak by się pozornie wydawało, a już na pewno nie jest ono
pozbawione masek. Zakładamy je codziennie,
aby odbiór otaczającej nas rzeczywistości nie
był zbyt przytłaczający. Zaglądanie pod te codzienne maski bywa czasami zabawne, czasami
smutne, ale zazwyczaj jest pouczające. Spróbujmy zatem...
Zacznijmy od wyjaśnienia, czym w ogóle są te abstrakcyjne maski, które towarzyszą
nam każdego dnia. Maski to głęboko zakorzenione schematy myślowe, przez które filtrujemy dane z otaczającego nas świata. Dzięki nim
nie musimy zastanawiać się przez cały czas,
skąd się wzięliśmy, jak powstał nasz wszechświat, czy naprawdę żyjemy w wolnym i demokratycznym kraju etc., etc. Gdyby nie te maski,
człowiek zapewne nadal siedziałby przed swoją
jaskinią i – z miną zadumanego filozofa spod
budki z piwem – zadawał sobie jedyne sensowne w takiej sytuacji pytanie: pić albo nie pić?
Chociaż w takiej sytuacji bardziej sensowne
byłoby pytanie nie o to – czy pić, tylko – ile
i jak często? Na szczęście mamy swoje maski
i dzięki nim możemy normalnie funkcjonować. Przynajmniej większość z nas. Niektórzy
ludzie, którzy mają „niezdrową” skłonność do
zbyt częstego uchylania swoich masek, kończą zwykle zapadając na nieuleczalną chorobę
zwaną potocznie filozofią. Na szczęście są to
przypadki jednostkowe, niemające wpływu na
dynamikę rozwoju naszej cywilizacji. Oczywiście, żartuję. Dorobek filozofii to bardzo cenne – choć rzadko doceniane – źródło wiedzy na
najbardziej nurtujące nas pytania. Jednak gdyby każdy był filozofem, świat byłby tak samo
ekscytujący, jak noworoczne orędzie naszego
Prezydenta. Ale istnieją maski i na szczęście
rzadko je ściągamy. Czas zatem powiedzieć
dokładniej, czym są maski i z czym nie powinniśmy ich mylić. Jak już wspomniałem, maski
to schematy myślowe, które częściowo dostajemy „na starcie”, a częściowo wypracowujemy sobie sami w początkowym okresie życia.
Maski są potrzebne, aby zapewnić spójność
naszego systemu postrzegania świata. Czasami, po otrzymaniu jakichś nowych informacji,
maski zaczynają nas uwierać do tego stopnia,
1/2014
9
że modyfikujemy je częściowo lub zastępujemy nowymi. Większość z nas nie lubi jednak
tego procesu. Lubimy swoje maski. Im jesteś­
my starsi, tym rzadziej je ściągamy. W końcu
w pocie czoła sami je w dużej mierze tworzyliśmy. Nie należy jednak mylić masek z naszymi
poglądami lub gustami. Poglądy i gusta zmieniamy chętnie i dosyć często. Dziś popieramy
jedną partię, za cztery lata inną. Kiedyś ubós­
twialiśmy skoki narciarskie, dzisiaj interesuje
nas najbardziej polska z niemieckich drużyn
Bundesligi – Borussia Dortmund. O swoich poglądach lubimy rozmawiać, o gustach się nie
dyskutuje, ale z istnienia naszych masek czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy. Dla przykładu: lubimy dyskutować, a nawet spierać się,
która z partii politycznych jest lepsza. Ale kto
jest w stanie ściągnąć swoją maskę i powiedzieć, że problemem nie jest ta czy inna partia
polityczna, ale my sami, dopuszczając do tego, by model polskiej demokracji pozwalał rządzić ludziom, którzy mają tylko umiejętności
do zdobywania władzy, a nie do jej sprawowania? Ta maska to schemat myślowy, określający naszą pozycję jako nic nieznaczącego i na
nic niemającego wpływu wyborcy. Sam ją noszę. Pomaga mi nie czuć odpowiedzialności za
cały obecny stan naszej gospodarki, finansów,
służby zdrowia, szkolnictwa etc., etc. Czasami,
gdy ściągam tę maskę, mam ochotę wskoczyć
na swojego rumaka, dobyć szabli i rzucić się
na miliony, żeby tylko coś zmienić. Ale nies­
tety, za bardzo lubię swoją maskę, więc jak już
ochłonę – zakładam ją z powrotem. Nie wiem,
czy takie postępowanie jest dobre, czy złe. Ale
na pewno jest wygodne. Uchylmy jednak mimo
wszystko niektóre z masek. W końcu jest karnawał. Czas się zabawić...
(Uwaga!!! Dalsze czytanie może doprowadzić do chwilowego zachwiania spójności
naszego systemu postrzegania świata. Ale
bez obaw. Wszystko wróci do normy szybciej, niż byśmy tego chcieli.)
Maska konieczności
– dla spokojnej starości
W dzisiejszych czasach większość osób zakłada, że momentem zakończenia ich karier za10
1/2014
wodowych będzie wiek, w którym przejdą na
emeryturę. Czasami słyszy się głosy, że musimy teraz pracować do 67. roku życia, a w przyszłości będzie jeszcze gorzej. Żeby uświadomić
sobie, jaką maskę zakładamy w takiej sytuacji,
cofnijmy się w niedaleką przeszłość. Pierwszy
zakład ubezpieczeń społecznych w Polsce powstał dopiero w 1934 roku, żeby już w 1955 zostać zlikwidowanym. Co się stało z pieniędzmi
ludzi, którzy byli zmuszeni w niego inwestować, można się tylko domyślać. Jednak pierwsze niepowodzenie tego typu instytucji nie
skłoniło ówczesnych władz do wyciągnięcia logicznych wniosków, gdyż już pięć lat później
w 1960 roku doszło do jej reaktywacji. I jak dotąd nadal funkcjonuje. Czy kiedyś zakończy
swoje działanie? Pewnie tak. Myślę, że nastąpi to wtedy, kiedy dożycie wieku emerytalnego
przestanie być już dla zdecydowanej większości z nas osiągalne. Dlaczego jednak w ogóle powstał taki zakład ubezpieczeń? Przecież
przez prawie tysiąc
lat ludzie w Polsce
dobrze sobie bez
niego radzili. Nie
chcę tutaj tworzyć
teorii spiskowych,
co do przyczyn jego
powstania. Można
jednak założyć, że
ówczesne władze komunistyczne były na tyle bystre, żeby dostrzec
krótkoterminowy potencjał tego typu piramidy finansowej. Dało to bowiem natychmiastowy zastrzyk środków finansowych dla państwa
oraz umożliwiło szybkie i wygodne przechodzenie w stan spoczynku uprzywilejowanym
przez tamte władze grupom społecznym. A jak
pokazywało doświadczenie, skoro raz można było już taki system zlikwidować, gdy stawał się nierentowny, można będzie i drugi raz.
Kto by się tam przejmował daleką przyszłością.
Ale kto wie, może było zupełnie inaczej. Może ówczesne władze natchnione socjalistycznymi ideałami równości wszystkich ludzi oraz
„chrześcijańską” miłością do bliźniego postanowiły reaktywować ten „cudowny” system
dla zapewnienia bezpiecznej przyszłości swoim ukochanym rodakom na ich stare lata. Nie
chcę tutaj nikogo przekonywać, która z tych
dwóch opcji jest bardziej prawdopodobna. Czy-
telnikowi pozostawiam przemyślenie kwestii
i wyciągnięcie własnych wniosków.
Wróćmy jednak do maski z tym związanej i do czasów, kiedy ludzie na takie zakłady
ubezpieczeń liczyć nie mogli. Wyobraźmy sobie zatem świat bez ZUS-u. Jak w takiej rzeczywistości planowalibyśmy swoje życie na
stare lata? Prawdopodobnie pierwsze, co kiedyś w takiej sytuacji przychodziło ludziom do
głowy, to rozmnażać się na potęgę. W końcu,
na kogo jak na kogo, ale na własną rodzinę najbardziej, zdawałoby się, można liczyć. Stąd rodziny wielodzietne były kiedyś raczej normą
niż wyjątkiem. Miało to też atut dla rządzących
państwem, bo nie musieli nikogo przekonywać
jakimś becikowym do płodzenia kolejnych podatników. Na pewno żyli też w tamtych czasach
ludzie wyznający zasadę: umiesz liczyć, licz na
siebie. Ci nie pokładali nadziei tylko w swoim potomstwie, ale starali się również tak gospodarować swoim dobytkiem, aby w pewnym
wieku móc zawiesić rękawice na kołku i zająć
się już tylko puszczaniem bąków na werandzie.
Ta przedsiębiorczość z konieczności miała również dobre strony dla gospodarki kraju, bo sprawiała, że ludzie szybciej i chętniej zaczynali
zdobywać praktyczną wiedzę na temat tworzenia własnych biznesów oraz inwestowania
środków na przyszłość. Takie pozytywne działania wymuszał wtedy na ludziach najsilniejszy
ze wszystkich naszych instynktów – instynkt
przetrwania.
A jak sprawa ta wygląda dzisiaj? Świat
z ZUS-em. Wszyscy wiemy. Początkowa wizja zapewnienia pogodnej starości przez państwo, za nasze własne, ciężko zapracowane
pieniądze przytępiła trochę ostrość widzenia
i instynkt przetrwania. Złożyliśmy więc swoją starość w ręce państwa, zakładając przy
tym maskę konieczności pracy do określonego przez system wieku. Jak się okazuje – coraz wyższego wieku. Uchylmy więc trochę tę
maskę. Czy naprawdę musimy pracować do
czasu, który proponuje nam państwo? Oczywiście, że nie. Możemy założyć to, co dla naszych
przodków było oczywiste. Że sami musimy zapewnić sobie spokojną przyszłość wcześniej.
Jednak w dzisiejszych czasach nie jest już tak
łatwo wprowadzać schematy, które sprawdzały się kiedyś. Rodziny wielodzietne to dzisiaj
luksus, na który stać niewielu. Trochę łatwiej
jest pójść drogą edukacji finansowej i zostać
rentierem w młodszym – niż określony przez
państwo – wieku emerytalnym. Spójrzmy jednak na to z trochę większego dystansu i zbadajmy, jakie opcje ma do wyboru osoba, która
zechce zrzucić maskę nakazującą jej myśleć,
że musi pracować tak długo, jak wymaga tego
państwo. Najbardziej malowniczo przedstawia
się w tej sytuacji opcja zostania kloszardem,
bezdomnym włóczęgą, który wolny i nieskrępowany przemierza świat, niczym prezydent
Kwaśniewski podczas wykładów na Ukrainie.
Czasami współczujemy takim bezdomnym wędrowcom, nie wiedząc nawet, że oni równie
mocno współczują nam. Przeciętnym szaraczkom wstającym rano do pracy, zamartwiającym się codziennie o setki różnych spraw,
które, jak się później okazuje, nie mają większego znaczenia. Warto więc poważnie przemyśleć tę opcję. Te romantyczne noclegi pod
mostem przy świetle księżyca. Podróżowanie
pociągiem na gapę w nieznane. Niekłamane zainteresowanie u zwykłych ludzi przy wsiadaniu latem do zatłoczonego tramwaju. Tak... to
najciekawsza z opcji, jeśli nie chcemy, by ktoś
nam narzucał, do kiedy mamy pracować. Ale
są też inne. Można na przykład spróbować zos­
tać milionerem. Wiąże się to nies­tety z tym, że
szybko stracimy dobre relacje z większą częś­
cią rodziny i przyjaciół. Trudno bowiem ukryć
przed innymi nadmiar gotówki, a jak wiadomo
– zazdrość jest w stanie zniszczyć każdą relację. Dlatego sytuacja milionera w niektórych
kwestiach jest patowa, ale ma też swoje dobre
strony. Można spełniać swoje marzenia, nie
martwić się o przyszłość finansową i latać prywatnym odrzutowcem. ­Jeśli więc ktoś już teraz
nie ma dobrych relacji z rodziną i przyjaciółmi oraz nie boi się latać odrzutowcami, to jest
to dla niego – zaraz po kloszardzie – najlepsza
z możliwych do wyboru opcji. Jeśli jednak ktoś
jest na tyle wybredny, że żadna z powyższych
propozycji mu nie odpowiada, to zawsze może
wybrać opcję przebiegłego patrioty. Na czym ta
opcja polega? Już wyjaśniam. Jeśli dożyje się
emerytury, trzeba się jej całkowicie zrzec na
rzecz państwa i pracować dalej. Nie wiem, co
o takiej postawie mówi psychiatria. Jeśli jednak mamy dobre relacje z bliskimi, nie lubimy
­podróżować na gapę i – co najistotniejsze – boimy się latać odrzutowcami, to jest to dla nas
1/2014
11
najlepszy ­w ybór, aby pozbyć się wreszcie tej
uciążliwej maski. Oczywiście, celowo nie podałem tutaj opcji tak banalnych, jak znalezienie
sobie bogatego partnera, który od razu uwolni nas od obowiązku pracy zarobkowej. Czy
wykonanie skoku ze spadochronem bez spadochronu, co uwolni nas już kompleksowo od
wszystkiego. W życiu bowiem zawsze warto
być ambitnym...
Maska bezradności
– w państwie nieprawości
Maska bezradności w kwestii braku wpływu ogółu społeczeństwa na kształt państwa
i jakość polskiej demokracji należy do tych masek, które zaczynają nas coraz częściej i mocniej uwierać. Przyzwyczajonym przez setki lat
do życia pod rządami różnej maści królów, zaborców i okupantów trudno jest się nam dzisiaj
odnaleźć w rzeczywistości, w której wszystko zależy od nas samych. Ten garb historii wypracowany przez kolejne pokolenia sprawił, że
gdzieś głęboko w podświadomości nadal nam
się wydaje, że na nic nie mamy wpływu. Niestety, takie myślenie sprawia, że tak się właśnie
dzieje.
Przytłaczająca większość naszego społeczeństwa nie ma na nic wpływu. Paradoks
polega jednak na tym, że mówimy tu o społeczeństwie, zdawałoby się, demokratycznego
państwa. A jeśli mnie pamięć nie myli, demokracja to przecież „rządy ludu”. Tak, definicja
demokracji jako „rządów ludu” musi zapewne budzić uśmiech politowania u tak zwanych
„grup trzymających władzę”. No bo co to za
rządy ludu, gdy jedyne, co lud może, to wybrać
sobie co kilka lat nową lub tę samą partię rządzącą, której przedstawiciele za nic mają swoich wyborców. Czy tylko tyle da się wycisnąć
z ustroju demokratycznego? Oczywiście można
więcej, ponieważ głównym problemem nie jest
sam ustrój demokratyczny, ale jego implementacja w naszym kraju. Nawet w Wikipedii można przeczytać, że polska demokracja zalicza
się do kategorii wadliwych i według wskaźnika demokracji znajduje się dopiero na 45. miejscu z 78 państw, które zostały uznane za mniej
lub bardziej demokratyczne. Wyprzedzają nas
takie tuzy demokracji, jak Jamajka, Trynidad
i Tobago czy Timor Wschodni. Spokojnego ży12
1/2014
cia w iluzji demokracji nie ułatwiają nam również znani politycy. Włączam telewizor, a tam
nasz były premier – znany z sentymentu do angielskiego słówka „yes” – mówi prosto z mos­
tu, że w Polsce nie ma demokracji. Wchodzę do
księgarni i od razu wpada mi w ręce – gruba na
chyba tysiąc stron – nowa książka Leszka Balcerowicza, w której autor rozwodzi się nad deficytem polskiej demokracji. Otwieram lodówkę,
a tam... zimne piwko. Chciałbym je sobie wypić w jakimś spokojnym miejscu. Na przykład
w lasku koło mojego domu, gdzie przy akompaniamencie kukań zozul i krakań gawronich
mógłbym się w pełni oddać kontemplacji przyrody, rozkoszując się jednocześnie tym złocis­
tym napojem, który – jak powszechnie wiadomo – stanom kontemplacyjnym bardzo sprzyja.
Nies­tety, w naszej niby-demokracji nawet piwa nie można się napić w miejscu publicznym.
Swoją drogą, gdyby tak przenieść się w czasie
w okres drugiej wojny
światowej i powiedzieć
jakiemuś partyzantowi,
że w tej wolnej i demokratycznej Polsce,
o którą walczy, nie będzie mógł w lesie – jako miejscu publicznym
– legalnie: napić się,
zajarać czy pochędożyć, to nie wiem, czy
nie przeszłaby mu ochota do wojaczki. Oczywiście, wszystkie te zakazy – jako ewidentnie
nieżyciowe – są nagminnie lekceważone. Sam
je lekceważyłem, lekceważę i lekceważyć będę, dopóki zdrowie pozwoli. Co ciekawe, większość tych zakazów nie istniała, kiedy w Polsce
panował ustrój totalitarny. Paradoks demokracji? Nie. To raczej ułomność demokracji,
w której nikt nie raczy zapytać obywatela w referendum nawet o tak banalne sprawy.
Kiedy ostatnio w Polsce było jakieś referendum? Dziesięć lat temu, gdy decydowaliśmy, czy chcemy wejść do UE. Przez 10 lat
rządzący tylko raz zapytali obywateli o zdanie!
W całej historii III RP zapytali „aż” cztery razy! Dla przykładu, w takiej Szwajcarii obywatele mieli okazję wypowiadać się w referendum
już 570 razy. Zarówno w sprawach błahych, jak
i istotnych. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że
są kwestie, które trzeba rozstrzygać na wyż-
szych poziomach władzy. Nie można o wszystkim decydować w referendum. Ale na pewno
jest wiele spraw, o których możemy zdecydować wspólnie. Na szczęście coraz więcej ludzi
dostrzega ten problem. Widzi, że coś jest nie
tak, ale co najważniejsze – zaczyna wierzyć,
że można to zmienić. Ludzie zaczynają zrzucać
maski bezradnego wyborcy, który na nic nie ma
wpływu, i krzyczą: „Obywatele decydują!”. Powoli zaczynamy dopominać się nieśmiało o nasze prawa. Zaczynają pojawiać się pojedyncze
inicjatywy, takie chociażby, jak akcja „Ratujmy
maluchy” organizowana przeciwko wysyłaniu
sześciolatków do szkoły, a wspierana między
innymi przez znanych aktorów. Czy też akcja
„Zmieleni.pl”, w której domagano się jednomandatowych okręgów wyborczych, kojarzona
między innymi z osobą Pawła Kukiza. Oczywiście to wszystko to tylko kropla w morzu bezradności. Ale przecież od czegoś trzeba zacząć.
Wielkie lawiny też zaczynają się od małych kamyczków.
Mam nadzieję, że takie akcje to właśnie te
małe kamyczki, które powoli zaczną wtłaczać
w masowe myślenie wiarę w to, że mamy jeszcze na coś wpływ. Tym bardziej, że nie musimy daleko szukać, żeby znaleźć przykłady
państw, w których udało się wprowadzić pełną demokrację. W pierwszej piątce najlepszych
demokracji na świecie znajdują się bowiem takie państwa, jak Norwegia, Dania czy Szwecja.
Można by więc – mówiąc w gwarze uczniowskiej – „zerżnąć” od nich najlepsze wzorce
i zaimplementować je u nas. Niestety, tu poja­
wia się problem. Żadna z czołowych partii, jakie musimy tolerować w naszym kraju, nie jest
zainteresowana poprawą jakości polskiej demokracji. Nie jest im na rękę dzielenie się ze
społeczeństwem choćby odrobiną władzy.
Chcą wszystkiego dla siebie. Nie byłoby to może jeszcze takie uciążliwe, gdyby szło w parze
z umiejętnością sprawnego i uczciwego zarządzania naszym krajem. Niestety, takie pojęcia,
jak: „sprawny”, „uczciwy”, „przedsiębiorczy”,
„zorganizowany”, „pomysłowy”, „otwarty” nie
znajdują się w zestawie pojęć określających
kolejne ekipy rządzące. Mamy za to: „chaos”,
„prymitywizm”, „nieodpowiedzialność”, „powolność”, „niegospodarność”, „interesowność”
i „zamknięcie”. W takich warunkach nie da się
zbudować nic dobrego.
Jak jednak w ogóle doszło do sytuacji, że
w państwie demokratycznym nie ma praktycznie żadnej demokracji? Gdzie podziały się skuteczne mechanizmy, które powinny ją chronić?
Nie dopuszczać do sytuacji, w której wybory
parlamentarne przypominają randkę w ciemno,
a rola obywatela sprowadzana jest do roli osła,
który musi tylko przyjść raz na kilka lat do żłobu (urny wyborczej) i zaryczeć (oddać swój
głos). A potem hasta la vista baby. Zrobiłeś
swoje – teraz siedź cicho. W dobrze zaimplementowanej demokracji, posiadającej odpowiednie mechanizmy obronne, taka sytuacja
nie powinna mieć miejsca. Niestety, nasza demokracja nie ma takich mechanizmów. Mamy
co prawda konstytucję i Trybunał Konstytucyjny, ale skoro sytuacja wygląda tak tragicznie,
to jest to zdecydowanie za mało. Dlatego nasza
demokracja jest obecnie jak róża bez kolców.
Brakuje jej skutecznych mechanizmów obronnych, aby w pełni rozkwitnąć. Brakuje kolców,
które nie dopuściłyby do sytuacji, w której kluczowa jest wiedza, jak zdobyć władzę, a nie
jak ją sprawować. Kolców, które ułatwiałyby
sprawne wyrażanie woli obywateli w kwestiach
ogólnych. Kolców, które nie dopuszczałyby do
podejmowania decyzji niezgodnych z interesem państwa i jego obywateli. Kolców, które
nakładałyby na rządzących większe wymagania i odpowiedzialność. Warto powalczyć o to,
aby ta róża dorobiła się takich kolców. Warto
przypomnieć rządzącym, że są tylko czasowo
przez nas zatrudnionymi pracownikami. Warto pozbyć się tej uciążliwej maski bezradności.
W końcu to my tu rządzimy. I możemy zmienić
wszystko...
Maska ignorancji
– dla cudów tolerancji
Chyba każdy, kto oglądał kultowy film
Matrix, pamięta scenę, w której jeden z bohaterów, zajadając się smacznym, acz nieistniejącym przecież stekiem, wygłasza słynną
sentencję: „Ignorancja to błogosławieństwo”.
Nie chodzi tu jednak o taki rodzaj ignorancji,
jaki na przykład przejawiają politycy względem swoich wyborców, twórcy filmu Wiedźmin
względem fanów twórczości Andrzeja Sapkowskiego czy mężowie wobec swoich żon, kiedy
te pragną ­miłosnych igraszek właśnie wtedy,
1/2014
13
gdy w telewizji pokazywany jest finał ligi mistrzów. O jaki więc rodzaj ignorancji chodzi?
O ten wrodzony pierwotnie, który każdy z nas
otrzymuje „na starcie”, aby móc cieszyć się
pełnią życia. Dzięki któremu wszystko wydaje się nam naturalne, chociaż po głębszym zastanowieniu okazuje się, że wcale takie nie jest.
W szczególności, jeśli głębszemu zastanowieniu towarzyszy kilka „głębszych”, które – jak
wiadomo – uchylają trochę nasze maski. To zabawne, ale właśnie w stanie wskazującym na
spożycie u sporej części ludzi budzi się dusza
filozofa. Zdarza się nam wtedy zastanowić nad
naturą wszechświata, zagłębić w problemy powstania życia na ziemi lub po prostu położyć
w rowie i podziwiać gwiazdy na niebie. Potem
jednak flaszka się kończy, maska powoli wraca na swoje miejsce i znowu wszystko wydaje
się nam tak naturalne, jak to, że rano będziemy mieli kaca. Jednak ocean problemów i niewiadomych, który na co dzień udaje się nam
ignorować, ciągle istnieje. Dlatego ten wrodzony mechanizm ignorancji przyczyn i sposobu powstania naszej rzeczywistości jest czymś
fantastycznym. To zaiste prawdziwe błogosławieństwo. Spójrzmy zresztą na kilka faktów.
Żyjemy we wszechświecie, którego rozmiar
jest dla nas niewyobrażalny. Naokoło miliardy galaktyk, a mimo to jesteśmy tu sami. Nikt
nie wie, czy istnieje coś ponad naszą rzeczywistością. Nie wiemy, po co tu jesteśmy i czy
nasze życie ma w ogóle jakikolwiek sens. Nie
wiemy też, co czeka nas po śmierci. Wiemy tylko, że każdy z nas będzie miał okazję to kiedyś
sprawdzić. A my co? Wstajemy rano, myjemy
zęby, robimy sobie jajecznicę na boczku i spokojnie jedziemy do pracy. Tak... ignorancja to
błogosławieństwo. Postarajmy się jednak mimo
wszystko przyjrzeć kilku ciekawszym zagadnieniom, które z lubością na co dzień ignorujemy. Zacznijmy od czegoś lekkiego – iluzji
przemijania.
Pewien grecki filozof powiedział wieki temu, że jedyną stałą rzeczą na tym świecie jest
prawo ciągłej zmiany. I miał niewątpliwie rację. Nasz świat jest perfekcyjnie stworzony do
tego, aby dawać złudzenie przemijania i upływającego czasu. Na każdym kroku coś nam
o tym przypomina. Mijający dzień, zmieniające się pory roku, coraz więcej siwych włosów w trzydniowym zaroście. Jeśli człowiek
14
1/2014
naprawdę ma nieśmiertelną duszę, to pobyt na
ziemi stanowi dla niej wakacje all inclusive.
Prawdziwy raj na ziemi. Ma tu wszystkie atrakcje, jakich dusza zapragnie. Iluzję przemijania,
wrażenie upływającego czasu, smak śmiertelności. Żyć i umierać. A jeśli nieśmiertelna dusza nie istnieje? Cóż, dla naszego ciała i umysłu
są to również idealne warunki do życia. No bo
któż chciałby żyć w świecie, w którym nic się
nie zmienia, w którym ciągle bylibyśmy tacy
sami? Któż chciałby żyć wiecznie? Chyba nie
ma nic bardziej przytłaczającego niż wizja nieśmiertelności. Na szczęście nasz świat ciągle
się zmienia. Nasze życie trwa tyle, ile trwać powinno, żeby się nim nie znudzić. A dzięki masce ignorancji możemy naprawdę uwierzyć, że
nie jest to tylko iluzja czegoś, co tak naprawdę
nie istnieje. Przemijania...
Następnym, łatwo przez nas ignorowanym
problemem jest brak większego wpływu na
funkcjonowanie naszego organizmu. Człowiek
bowiem jest tylko kimś
w rodzaju użytkownika
swojego ciała i umysłu.
Nie musimy się specjalnie przejmować wszystkimi procesami, jakie
zachodzą w naszym organizmie, aby mógł on
­normalnie funkcjonować
i utrzymać się przy życiu. Przykładowo, mamy
wpływ na to, co i gdzie zjemy czy wypijemy.
Ale na to, jak zostanie to strawione i wykorzystane przez nasz organizm – już nie. I bardzo
dobrze. Kogo obchodzą takie szczegóły? Podobnie jest z umysłem. Mamy przydzieloną na
prywatne potrzeby część zasobów mózgu, ale
cała reszta wykorzystana jest na procesy, których kompletnie nie kontrolujemy. Czy ktoś
z nas steruje osobiście tym, jak obraz odbierany przez nasze gałki oczne przekazywany jest
do mózgu? Nie. Czy ktoś z nas ma wpływ na
to, gdzie i jak zapisywane są informacje, które
ciągle odbieramy przez wszystkie nasze zmys­
ły? Nie. Większość z nas nie zdaje sobie nawet
sprawy z tego, że system operacyjny zainstalowany w naszych umysłach – zwany potocznie podświadomością – zapisuje wszystko to,
co zobaczymy, usłyszymy, poczujemy bądź
pomyślimy. Człowiek ma bezpośredni dostęp
tylko do ułamka tych danych, takich, które są
dla niego najbardziej istotne lub są zabarwione emocjonalnie. Nie zmienia to jednak faktu,
że podświadomość zapisuje każdą informację,
jaką odbieramy zmysłami. Zagadką ciągle pozostaje to, gdzie zapisywane są te wszystkie informacje? Mózg ludzki – choć pojemny – jest
jednak ograniczony. W takim razie, gdzie Bóg
ma swoją serwerownię? Czy wszystkie twory
we wszechświecie to tylko przypadkowe konsekwencje wielkiego wybuchu, czy może środowisko „uruchomieniowe” dla światów takich
jak nasz? Zostawmy jednak te niewiadome
i wróćmy do poziomu kontroli człowieka nad
własnym ciałem i umysłem. Spójrzmy na oddychanie. To najbardziej istotna czynność dla
przeżycia. Wystarczy zapomnieć o niej na kilka minut, żeby móc sprawdzić osobiście – czy
w niebie czeka na nas zaiste tyle dziewic, ile
powinno. Oddychanie to podstawowa kwestia. Ale czy ktoś z nas się tym przejmuje? Nie.
Przez większość życia oddychamy nieświadomie. Steruje tym proces w tle. Wyobraźcie
sobie, jakim koszmarem byłoby ciągłe pamiętanie o oddychaniu. Nie mówiąc już o tym, że
podczas snu byłoby to po prostu niemożliwe.
Możemy wprawdzie na chwilę przejąć świadomą kontrolę nad oddychaniem, ale gdy tylko
skupimy się na czymś innym, zadanie to szybko zostanie przejęte przez automatyczny proces działający w tle. Nasz awatar to perfekcyjna
maszynka, która zrobi za nas wszystko, żeby
żyło się nam przyjemnie. Dlatego wszystkie
nudne procesy, których osobiście nie kontrolujemy, są przed nami dobrze ukryte lub odseparowane od naszej świadomości. Oczywiście,
istnieje interfejs komunikacji pomiędzy świadomością i podświadomością. Dzięki temu zapalają się nam kontrolki, kiedy trzeba coś zjeść,
wypić czy odpocząć. Możemy co prawda do
pewnego stopnia lekceważyć sygnały wysyłane przez podświadomość, jednak na zdrowie
nam to raczej nie wyjdzie. Upraszczając, relacje człowieka z jego ciałem i umysłem oraz
to, w jaki sposób z nich korzysta i nimi steruje,
można porównać do kierowania samochodem.
Wsiadamy do naszego auta, jedziemy, gdzie
chcemy, ale nie przejmujemy się specjalnie tym,
jak działa silnik, skrzynia biegów, wspomaganie kierownicy czy układ hamulcowy. Dopóki
wszystko działa, to nas to nie interesuje. Gdy
się zepsuje, jedziemy do mechanika. Jak pojawi się jakaś kontrolka ostrzegawcza, robimy, co
trzeba. Różnica polega jednak na tym, że z samochodu możemy zawsze wysiąść. Z naszego
ciała i umysłu wychodzimy zazwyczaj tylko
raz. Nie wiadomo jednak dokąd...
Kolejnym faktem, który łatwo przychodzi
nam ignorować, są automatyczne aktualizacje
naszego oprogramowania, zarówno w warstwie
fizycznej (kod genetyczny), jak i umysłowej
(system operacyjny podświadomości). Oczywiście, już sam fakt posiadania przez nas takiego
oprogramowania jest czymś niezwykłym i –
jakżeby inaczej – powszechnie ignorowanym.
Dzięki nauce wiemy już od dawna, że w naszym kodzie genetycznym zawarta jest pełna
specyfikacja techniczna naszej materialnej powłoki. Od koloru oczu, poprzez iloraz inteligencji, aż po upodobania kulinarne. Wiemy też,
że każdy z nas ma na wyposażeniu coś takiego, jak podświadomość. Czyli – jak już pisałem
wcześniej – system, który kontroluje wszystkie
procesy zachodzące w organizmie. Każdy element naszej fizyczności, każdy etap naszego
życia – wszystko to jest dokładnie zaprogramowane. Począwszy od niemowlaka wykonującego automatycznie szereg ćwiczeń, aby w końcu
stanąć na nogi, a skończywszy na starcu potykającym się o własne myśli – wszyscy podążamy
tą samą ścieżką. Wszyscy przechodzimy przez
te same etapy. Wszyscy mamy to samo oprogramowanie. Ale co ciekawsze, to oprogramowanie podlega ciągłym aktualizacjom. Kiedyś
może trudno byłoby nam to sobie uzmysłowić,
a co dopiero zaakceptować. Ale dzisiaj, z całą wiedzą naukową na temat genetyki? Z setkami książek na temat naszej podświadomości?
Akceptujemy już fakt, że zostaliśmy zaprogramowani, co zresztą nie przeszkadza nam tego
faktu na co dzień beztrosko ignorować.
Trochę trudniej pewnie przyszłoby nam zaakceptować fakt, że ktoś lub coś to nasze oprogramowanie celowo aktualizuje. Co prawda
dzisiaj większość z nas posiada komputer lub
tablet działający pod kontrolą jakiegoś systemu
operacyjnego i nie jest dla nas niczym niezwykłym, kiedy w takim urządzeniu dokonywana
jest automatyczna aktualizacja oprogramowania. Wiemy, że stoi za tym jakiś Microsoft,
Apple czy Google. Ale czy ktoś zaakceptowałby fakt, że to samo dzieje się – bez naszej
1/2014
15
zgody – z naszym kodem genetycznym i podświadomością? Że ktoś od początku do końca
nas zaprogramował, a w razie potrzeby wypuści odpowiedniego dla nas patcha lub zupełnie nową wersję, aby lepiej przystosować nas
do nowych wymagań rynku – czyli do ciągłych
zmian w otaczającej nas rzeczywistości? Zdaję sobie sprawę, że takie bezpośrednie analogie świata ludzi do świata komputerów trącą
trochę fantastyką. Znajdą się też tacy, którzy
zaczną się zastanawiać, co autor popija w przerwach pomiędzy kolejnymi akapitami. Prawda
jest jednak taka, że wiele jest analogii pomiędzy naszym światem a światem komputerów
i są one bardzo sugestywne. Zresztą to, że nasz
kod genetyczny podlega zmianom (aktualizacjom) jest faktem. Dużo trudniej byłoby taką
tezę udowodnić w odniesieniu do zmian w naszej podświadomości, której przecież nie da
się zobaczyć pod mikroskopem. Mówiąc w nomenklaturze informatycznej, kod genetyczny
stanowi o naszym hardwarze, podświadomość
jest naszym softwarem. Problemem nie jest jednak to, że hardware i software się zmieniają, ale
to, co za tym stoi. Naukowcy od lat starają się
wyjaśnić ten fenomen mniej lub bardziej udanymi teoriami.
Początkowo teorie te mówiły, że nasz kod
genetyczny podlega przypadkowym mutacjom
wymuszanym przez mechanizmy działające
w przyrodzie. Jednak bazowanie na przypadku
sprawiło, że – aby doszło do większej zmiany
w naszym kodzie – przypadkowo musiało dojść
do wszystkich pomniejszych zmian. To była
bardzo naiwna teoria. To tak, jakby Microsoft
wypuszczał kolejną wersję swojego Windowsa
po dodaniu każdej nowej linijki kodu. Przy takiej polityce nie utrzymałby się długo na rynku.
Tak samo, jak żywe organizmy nie utrzymałyby się przy życiu w naszej rzeczywis­tości, gdyby zarządzanie kodem genetycznym odbywało
się w tak głupi sposób. Na szczęście natura nie
jest głupia i nawet naukowcy zaczęli to powoli
zauważać. Nowsze teorie skłaniają się już bardziej do zasady skokowych zmian w naszym
kodzie genetycznym. Problem w tym, że zmiany skokowe wykluczają przypadkowość. A czy
takie celowe, skokowe zmiany w naszym kodzie genetycznym nie nasuwają analogii właś­
nie do świata komputerów, wyjaśniając przy
tym wiele? Zawsze, gdy patrzę na rysunki form
16
1/2014
przejściowych niektórych gatunków, które
w końcowej wersji żyją jeszcze na ziemi, od razu nasuwa mi się analogia do kolejnych wersji
systemu Windows. Poczynając od wersji pros­
tych i radosnych, jak Windows 3.0, poprzez
bardziej przełomowe i zarazem kłopotliwe,
jak Windows 95, a poprzestając na bardziej
stabilnych i dopieszczonych, jak Windows 7.
Natura jednakże jest w swoim działaniu nieporównywalnie doskonalsza niż Microsoft.
Nie zmienia to jednak faktu, że też musi dokonywać mniejszych lub większych zmian
w swoich dziełach (produktach). Czasami są
to nieduże zmiany, które da się przeprowadzić
w obrębie tego samego gatunku (tej samej wersji programu), a czasami są to zmiany większe – wymagające utworzenia nowego gatunku
(nowej wersji programu). Oczywiście, wraz ze
zmianami kodu genetycznego danego gatunku
(hardware) natura musi również przystosować
podświadomość (software), która przecież tym
wszystkim
steruje
i zapewnia użytkownikowi odpowiednią
porcję rozrywki. Tak
więc wypada się tylko cieszyć, że istnieje coś, co tak dobrze
dba o to, żebyśmy
­zawsze byli właściwie zaktualizowani. Zapewnia nam to bowiem odpowiednie przystosowanie do świata.
Co prawda życie ze świadomością, że jesteśmy
tylko użytkownikami czegoś, co od początku
do końca zostało zaprogramowane, podlega
okresowo celowym aktualizacjom, a co gorsza, nie wiadomo przez kogo wprowadzanym,
byłoby w normalnych warunkach dla nas bardzo uciążliwe. Na szczęście nasza podświadomość zakłada nam odpowiednie maski, abyśmy
mogli takie mało istotne detale z łatwoś­cią
ignorować.
Na koniec poruszę jeszcze jedną kwestię,
z której ignorowania uczyniliśmy wręcz sztukę. Chodzi o sprawy związane z powstaniem
naszej rzeczywistości, naszego wszechświata
i nas samych. Ludzkość od zarania dziejów musiała sobie jakoś poradzić z dylematami rodzącymi się wokół tych kwestii. Musiała komuś
lub czemuś przypisać to wszystko, aby później
móc w spokoju skupić się już tylko na bardziej
przyjemnych aspektach życia. I tak powstał cały panteon bogów, zmieniający się wraz z rozwojem cywilizacji i lokalnych upodobań.
I wcale nie mam zamiaru krytykować tutaj ani
roz­machu, ani pomysłowości ludzi w zakresie
wymyślania istot nadprzyrodzonych, aby na ich
barki można było zrzucić ciężar pytań, które
do dzisiaj pozostają bez odpowiedzi. Wszyscy
przecież musimy sobie z tym jakoś poradzić.
Każdy człowiek potrzebuje w tej kwestii włas­
nej – dobrze dopasowanej – maski ignorancji.
Jednym wystarczy wiara w to, że istnieje Bóg,
który to wszystko sam stworzył. Innym wys­
tarczy powierzchowna wiedza na temat teorii
ewolucji, na podstawie której wysuwają mylny wniosek, że to wszystko – w całej rozciągłości – powstało zupełnie przypadkowo. Ci,
którzy znają teorię ewolucji trochę lepiej, zadowalają się wiarą w to, że – oprócz przypadku –
za powstanie wszystkich form życia na ziemi
odpowiedzialne są również mechanizmy, które nie działają przypadkowo, chociaż przypadkowo powstały. To pewien paradoks, ale przy
wyższym poziomie wiedzy maski stają się coraz bardziej wyrafinowane, jednak wyjaśnienia
niekoniecznie stają się przez to od razu bardziej
logiczne. Na koniec mamy ludzi, których nie
interesują wyjaśnienia religijne czy te mniej lub
bardziej naukowe, ale naga prawda. Tacy ludzie
nie zadowolą się byle jaką maską. Nie przyjmą
na wiarę ślepego założenia niektórych propagatorów teorii ewolucji, że nie może istnieć żadna rzeczywistość ponad naszą, tylko dlatego,
że musiałaby być bardziej od tej naszej złożona. Tacy ludzie szukają optymalnie logicznych
wyjaśnień opartych jedynie na wiedzy, którą
posiadają, i pokorze względem wiedzy, której
na naszym obecnym poziomie myślenia jeszcze
nie mamy. Maski takich ludzi są bardzo niestabilne, przez co trudno jest im się skupić tylko
na samej egzystencji. Ale to właśnie dzięki takim ludziom udaje się nam często przełamywać stereotypy myślenia, które – nawet jeśli są
uważane za naukowe – z prawdą nie mają wiele wspólnego. Nie chce mi się tutaj przytaczać
­historii największych pomyłek w dziejach nauki. Wszyscy dobrze je znamy.
Strach pomyśleć, jak wyglądałby dzisiaj
świat, gdyby nie ludzie, którzy odważyli się
myśleć inaczej. Wyłamać ze schematu. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się śmieszne, że
naukowcy wierzyli kiedyś, iż ziemia jest płas­
ka. Może w przyszłości będziemy się śmiać
z naukowców, którzy uważają dzisiaj, że nasza
rzeczywistość jest tą ostateczną i poza nią nie
ma już żadnej innej. Bo gdyby była, musiałaby być bardziej złożona od naszej. Też mi argument. Takie niesprawdzalne – na naszym
poziomie wiedzy – założenia, już wyrządziły nauce wiele szkody. Sprawiły, że większość
aspektów związanych z powstaniem naszego
świata badana jest tylko przez pryzmat przypadkowości. Dopóki nie mamy pewności w tej
kwestii, nauka powinna badać wszystkie te
aspekty również przez pryzmat celowości. No
bo niby dlaczego nie? Dlaczego na przykład nie
mogłaby istnieć jakaś rzeczywistość ponad tą
naszą? Przecież ludzie już teraz potrafią tworzyć własne rzeczywistości wirtualne, choćby
te w grach komputerowych. Jest tylko kwestią
czasu, kiedy sztuczna inteligencja osiągnie poziom umożliwiający tworzenie wirtualnych
światów z postaciami potrafiącymi myśleć
i uczyć się podobnie jak my. Zaprogramowanych na nasze podobieństwo. Mających do dyspozycji świat, który im stworzymy, fizyczność,
którą im damy, wiedzę, którą im przekażemy.
Ale jakichkolwiek informacji byśmy im dostarczyli, to czy będą w stanie sobie wyobrazić, że
cały ich wszechświat znajduje się w kości pamięci RAM naszego komputera, tabletu czy
smartphona? Czy kiedyś również dojdą do
przekonania, że ich rzeczywistość jest tą ostateczną i nic ponad nią już nie ma? Że powstała
przypadkowo? Zapewne tak. Zrobimy bowiem
coś, co znacznie ułatwi im ignorowanie złożoności świata, który im stworzymy. Coś, co
sprawi, że będą mogli w takiej wirtualnej rzeczywistości normalnie funkcjonować i cieszyć
się życiem. Założymy im maski...
Dobranoc!
(Uwaga!!! W poprzedniej uwadze trochę skłamałem. Niektóre z naszych masek,
po przeczytaniu tego artykułu, mogą jednak
ulec pewnym – nieodwracalnym już – deformacjom. Żeby uniknąć tych przykrych dolegliwości, należy jak najszybciej zalać się
w trupa – aby wszystko zapomnieć. Powodzenia ;-)
1/2014
17
Kajetan Wlazło
Czy można zapomnieć wylądować?
Czyli o podejmowaniu decyzji błędnych, złych
i całkiem absurdalnych
Rażą swoją banalnością stwierdzenia typu „błądzić jest rzeczą ludzką” lub „nie popełnia
błędów ten, kto nic nie robi”. Doskonale bowiem wiemy, że jesteśmy omylni, błędy popełniamy i będziemy popełniać zawsze. Zaczynamy jednak odczuwać pewien niepokój, gdy uświadomimy sobie, że podobnie jak my, omylni bywają piloci, lekarze, politycy, prezesi – ludzie,
w rękach których leży często nasz los, nasze życie, nasze zdrowie. Tylko w samych Stanach
Zjednoczonych w ciągu roku popełnia się ponad dwa tysiące tzw. błędów strony, czyli ktoś
wycina nie tę nerkę, co potrzeba czy operuje nie tę nogę. Skąd się biorą błędy i czy faktycznie
jesteśmy skazani na ich popełnianie?
Czy leci z nami pilot?
20/100 – tyle wynosiło prawdopodobieństwo śmierci amerykańskich marines podczas
desantu na Iwo Jima. Żołnierz japońskiego
garnizonu, który bronił tej wyspy, miał jeszcze mniejsze szanse na przeżycie, ryzyko jego śmierci wynosiło – 97/100 (z setki żołnierzy
zostawało przy życiu tylko trzech).
1/100 – to ryzyko śmierci podczas wyprawy himalajskiej.
1/250 – 1/1000 – tak ryzykujemy, gdy
­jesteśmy kładzeni na stół operacyjny. Jeden
z 250 pacjentów (w najlepszym wypadku jeden
z 1000) nie przeżywa operacji chirurgicznej.
1/10 000 – to ryzyko utraty życia, które podejmujemy, gdy wsiadamy do samochodu.
1/1 000 000 – 1/4 000 000 – ryzyko śmierci
w katastrofie lotniczej, gdy korzystamy z usług
dużej linii lotniczej.
Samolot to najbezpieczniejszy środek transportu. Trzymamy się kurczowo tej myśli, gdy
do niego wsiadamy. Niby wiemy, że statystyka jest po naszej stronie i ryzyko zejścia z tego
świata w wyniku katastrofy lotniczej jest raczej
minimalne, to sam fakt spędzenia kilku godzin
w pojeździe, z którego na wysokości 10 km nie
da się łatwo wysiąść, nie nastraja optymistycz18
1/2014
nie. Dodatkowo nastrój zawsze psuje stewardesa, która odgrywając teatrzyk z zakładaniem
masek tlenowych, brutalnie nam przypomina,
że choć ryzyko podczas podróży lotniczej jest
minimalne, to jednak nie jest zerowe, i raz na
jakiś czas, jakiś samolot gdzieś na świecie spada w sposób mniej lub bardziej gwałtowny na
ziemię, udowadniając przy okazji, że spadanie
to też jest pewna forma lotu.
Jeśli mamy w życiu szczęście i stać nas
na podróże w klasie biznes, to lęk przed lataniem ukoi nam lampka szampana serwowana
przed startem. Jeśli natomiast zmuszeni jesteś­
my do podróżowania w klasie turystycznej lub
nie daj Boże tanimi liniami lotniczymi, i do tego nierozważnie wsiedliśmy do samolotu bez
wcześniejszego wypicia drinka na lotnisku, to
musimy ze strachem przed lataniem poradzić
sobie sami. Spędzamy zatem lot, pilnie wsłuchując się w zmieniające się odgłosy maszyny,
obserwując uważnie skrzydła, czy nie odpadają, oraz silniki, czy się nie palą, przyglądając
się bacznie współpasażerom o nieeuropejskim
wyglądzie, gotowi w każdej chwili rzucić się
na nich, aby udaremnić próbę podpalenia lontu wystającego z buta lub zmieszania podejrzanych mikstur w termosie.
Badamy wzrokiem przechodzące stewardesy, próbując odgadnąć, czy czasem nie wie-
dzą o czymś, o czym nie chcą nam powiedzieć,
i wzdrygamy się lękliwe, słysząc kolejny komunikat o konieczności zapięcia pasów, bo wlatujemy w strefę turbulencji.
Ani jednak turbulencje, ani terroryści, ani
odpadające skrzydła czy palące się silniki nie
są dla nas tak groźnie, jak ci dwaj faceci (choć
już często to kobiety) siedzący na przedzie samolotu. Prawda bowiem jest brutalnie bolesna:
lwią część katastrof lotniczych powodują właśnie oni – piloci samolotów. W typowej sytuacji
wymagamy od nich niewiele – mają tylko wystartować i wylądować, a podczas samego lotu
mogą w zasadzie iść spać (co wielu chętnie czyni), bo i tak samolot pilotuje automat. Zdarza się
jednak, że coś lub ktoś wyrywa pilotów z błogostanu i, czy chcą, czy nie, zmusza do przejęcia sterów. Oczekujemy wtedy od nich, że są
lotowanie maszynie – może wtedy część z pasażerów miałaby jakieś szanse na przeżycie…
Większość katastrof lotniczych na świecie jest powodowana przez banalne błędy i pomyłki pilotów: niepoprawny odczyt jakiegoś
wskaźnika, niezrozumienie polecenia obsługi
naziemnej, podejście do lądowania pod złym
kątem, przechylenie dźwigni w lewo zamiast
w prawo itp. Często jest to łańcuch drobnych
błędów i zdarzeń, które dopiero kumulując się,
doprowadzają do tragicznego końca. Bardzo
istotnym czynnikiem katastrofy bywa czas,
a w zasadzie jego brak. Piloci mają przeważnie ułamki sekund na właściwą reakcję i każda chwila wahania w podejmowaniu decyzji
sprawia, że katastrofa staje się nieuchronna.
Zdarzają się jednak wypadki, podczas których
załoga ma wystarczająco dużo czasu na ocenę
Pieter Bruegel, Pejzaż z upadkiem Ikara, 1557
świetnie wyszkoleni oraz przygotowani na taką
okoliczność. Wierzymy, że będą działać szybko
i pewnie, że podejmą racjonalne decyzje, że zażegnają każde niebezpieczeństwo i szczęśliwie
sprowadzą samolot na ziemię. Niestety okazuje
się, że dla wielu pasażerów lepiej byłoby, gdyby
piloci się jednak nie obudzili i pozostawili pi-
zagrożenia i wybór właściwego sposobu postępowania, a mimo to podejmuje decyzję całkowicie błędną i uparcie w niej tkwi do samego
końca na przekór wszystkim okolicznościom,
które wskazują, że jednak się myli.
Jednym z najbardziej zadziwiających przykładów takiego nieracjonalnego zachowania
1/2014
19
załogi była katastrofa Boeinga 737-400 w dniu
8 stycznia 1989 roku. Samolot linii British
­Midland niedługo po starcie z lotniska Heathrow roztrzaskał się o nasyp autostrady. Bezpośrednią przyczyną katastrofy była awaria
jednego z silników. W trakcie wchodzenia na
wysokość przelotową z lewego silnika maszyny
nagle zaczyna wydobywać się dym i płomienie,
a w kabinie samolotu dają się odczuć silne wibracje. Do kokpitu przedostaje się dym i piloci
podejmują decyzję o wyłączeniu uszkodzonego silnika, po czym... wyłączają silnik dobry.
To zdanie przejdzie do historii: na pytanie kapitana, który silnik źle funkcjonuje, drugi pilot
odpowiada It’s the left one... No, the right one.
Pasażerowie są zdumieni, wyraźnie widzą wydobywające się płomienie z lewego, a nie z prawego silnika. Ich niepokój nie wzrusza załogi,
bo przecież piloci wiedzą lepiej. Tym bardziej,
że po wyłączeniu prawego silnika wydaje im
się, że wibracje ustały i dymu w kokpicie też
jakby mniej. Niestety jest to tylko czysty zbieg
okoliczności – do uszkodzonego silnika zaczyna docierać mniejsza ilość paliwa i spadają jego
obroty, a co za tym, idzie słabną też wibracje.
Tuż przed lotniskiem, na którym mieli awaryjnie lądować, silnik już całkowicie się rozsypuje,
a samolot zamienia w szybowiec. Piloci dopiero
wtedy zdają sobie sprawę, że popełnili fatalny
błąd i próbują ponownie uruchomić pomyłkowo wyłączony silnik. Niestety jest już zdecydowanie za późno, samolot się rozbija, pociągając
za sobą śmierć 47 osób.
Innym równie zdumiewającym przypadkiem była katastrofa lotu United Airlines 173.
Studiując opis tego zdarzenia, ma się wrażenie, że piloci zapomnieli... wylądować. Znamy
wiele przykładów katastrof lotniczych, których
powodem była zbytnia chęć lądowania, ale żeby zapomnieć wylądować! Trudno uwierzyć.
A jednak...
Historia ta zdarzyła się w roku 1978, było to
w czasach, gdy w samolocie można było zjeść
lunch, posługując się normalnymi sztućcami,
kiedy nikt nie żądał 5 dolarów za drinka na pokładzie, a po posiłku (co w dzisiejszych czasach
jest niewyobrażalne) można było zapalić papierosa, nie ruszając się z fotela. Samolot rejsowy
lecący na trasie Nowy York – Portland zbliżał
20
1/2014
się już do lotniska docelowego. Pasażerowie –
zrelaksowani po spokojnej podróży, dobrym
posiłku i zapewne kilku drinkach – oczekiwali na lądowanie, gdy nagle wszystkich zaniepokoił dziwny wstrząs mający prawdopodobnie
związek z wysuwaniem podwozia. Kapitan ze
zdziwieniem stwierdza, że kontrolka podwozia
zamiast świecić się na zielono (potwierdzenie,
że podwozie jest prawidłowo wysunięte) lub na
czerwono (gdy nie jest), tylko mruga. Przerywa zatem podchodzenie do lądowania, wznosi
samolot na wysokość 5000 m i zaczyna krążyć
nad Portland, usiłując ustalić, czy podwozie
jest prawidłowo wysunięte, czy też nie. Przez
prawie godzinę szuka rozwiązania problemu,
dyskutując z obsługą naziemną oraz angażując całą załogę do zbadania stanu podwozia.
Zachowuje przy tym zimną krew, spokojnie i profesjonalnie, jak przystało na bardzo
­doświadczonego pilota, wydaje polecenia oraz
prowadzi konsultacje z kontrolą lotów. W całym tym zdarzeniu zapomina tylko o jednym
– że istnieje grawitacja, i czy podwozie jest
wysunięte, czy nie, to jednak wylądować trzeba. Przypominają mu o tym – zbyt późno – silniki jeden po drugim gasnące z braku paliwa.
Samolot rozbija się na gęsto zaludnionych
przedmieściach Portland. Tylko cud sprawił,
że spośród 189 osób będących na pokładzie
zginęło zaledwie 10. Szczęście w nieszczęściu polegało również na tym, że samolot po
zderzeniu z ziemią nie zapalił się, bo nie było
już w nim paliwa… Podczas badania przyczyn
katastrofy stwierdzono, że podwozie było prawidłowo wypuszczone.
Choć w obydwu przytoczonych przykładach katastrof wina leżała ewidentnie po stronie pilotów, to na ich usprawiedliwienie można
wskazać, że w czasie lotu zaistniał realny problem techniczny, z którym musieli sobie poradzić. Nie da się tego niestety powiedzieć
o innym nieprawdopodobnym zachowaniu pilota, które kosztowało życie wszystkich osób
będących na pokładzie samolotu Airbus linii
Aerofłot lecącego z Moskwy do Hongkongu.
W tym przypadku nie było żadnego problemu
technicznego, rosyjski pilot posadził po prostu za sterami samolotu swojego syna, 15-letniego Eldera, aby mógł przez chwilę poczuć się
jak ojciec, król przestworzy. Elder, bawiąc się
w kapitana statku powietrznego, przechylił stery zbyt mocno w jedną stronę, co spowodowało
wyłączenie autopilota oraz nagłe przeciążenie
samolotu zakończone lotem nurkowym w stronę ziemi. Zabawa nastolatka w pilota zakończyła życie 75 osób.
Co może kapitan?
Samoloty rejsowe pilotowane są przeważnie
przez dwie osoby – kapitana (dowódcę samolotu)
oraz przez drugiego pilota. W niektórych samolotach w skład załogi wchodzi jeszcze mechanik
pokładowy. Do lamusa natomiast wraz z postępem technologicznym odeszły takie funkcje jak
nawigator czy radiooperator. W trakcie lotu kapitan i drugi pilot wymieniają się zadaniami.
Mniej więcej przez połowę lotu samolot prowadzony jest przez kapitana, a zastępca zajmuje się
w tym czasie łącznością radiową i innymi zadaniami lub po prostu idzie spać. W drugiej połowie lotu role się odwracają.
Badania wypadków lotniczych przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych pokazały,
że dużo częściej dochodzi do katastrofy, gdy
za sterami zasiada kapitan, niż gdy jest to jego zastępca. W latach 1978-1990 odnotowano w USA 37 wypadków lotniczych będących
wynikiem błędu ludzkiego, z tego aż 30 zdarzyło się, gdy samolot był prowadzony przez
kapitana.
Wyjaśnieniem tego fenomenu wcale nie
jest fakt, że kapitanowie są mniej sprawni jako piloci, bo przeważnie jest odwrotnie – są to
osoby często bardziej doświadczone, o wysokich kompetencjach, poddane wcześniej wielu
testom i egzaminom. Rozwiązania tej zagadki należy raczej szukać w obszarze psychologii czy nawet socjologii. Okazuje się, że gdy
popełnia błąd kapitan siedzący za sterami,
drugiemu pilotowi bywa często niezręcznie
zwrócić mu uwagę i skorygować jego działanie – kapitan bowiem jest jego dowódcą
i przełożonym. Z kolei w sytuacji odwrotnej,
kapitan nie ma żadnych oporów, aby upomnieć
drugiego pilota.
Bardzo wyraźnie wpływ zależności hierarchicznych w kabinie pilotów na bezpieczeństwo
lotów widać było na przykładzie koreańskiej linii lotniczej Korean Air. W linii tej latało sporo
pilotów wywodzących się bezpośrednio z wojska, przyzwyczajonych do wojskowego drylu.
Na to nakładały się uwarunkowania kulturowe
patriarchalnego, azjatyckiego społeczeństwa,
w którym niedopuszczalne jest kwestionowanie zdania i opinii przełożonego. Podczas lotów
piloci byli traktowani jak rekruci, strofowani
i często obrażani przez kapitana. W przerwach
pomiędzy lotami mieli dbać o jego komfort,
robić zakupy, przygotowywać posiłki, obdarowywać prezentami i pić z nim alkohol, jeśli
kapitan wyrażał taką wolę.
Tylko w latach 1990-2000 doszło do 12 tragicznych wypadków samolotów tej linii, które pociągnęły za sobą 750 ofiar śmiertelnych.
W samym roku 1998 w ciągu 2 miesięcy odnotowano 7 poważnych incydentów podczas lądowania.
Najbardziej kuriozalnym z tej serii przypadkiem była katastrofa koreańskiego samolotu transportowego, który, pikując, roztrzaskał
się niedługo po starcie z londyńskiego lotnis­
ka Stansted. Bezpośrednią przyczyną katastrofy był problem ze sztucznym horyzontem,
który sprawił, że kapitan podczas startu wykonał skręt pod złym kątem, po czym nie przywrócił maszynie właściwego położenia. Drugi
pilot, widząc, że samolot znajduje się w ekstremalnie groźnym położeniu, nie zgłosił tego
kapitanowi, próbując za to dyskretnie, tak aby
przełożony tego nie zauważył, korygować tor
lotu samolotu. Zapisy rozmów pomiędzy pilotami z kabiny samolotu odsłoniły przyczynę –
kapitan podczas startu co chwilę bez powodu
beształ drugiego pilota niczym uczniaka. Nic
więc dziwnego, że drugi pilot w końcu przestał
się odzywać i wyraźnie obrażony na przełożonego zachował milczenie do samego tragicznego finału.
Kobiety kochają kapitanów. Kochają ich
za piękne mundury, szpakowate włosy, pewność ręki i doświadczenie. Kochają ich za to,
że są najważniejsi na pokładzie, że są następni
po Bogu. Kapitanowie o tym wiedzą i powodzenie u kobiet traktują jako jeden z oczywistych benefitów ich zawodu. Wiedział o tym
również Francesco Schettino, kapitan Costa
1/2014
21
­ oncordia, który 13 stycznia 2012 r. emabloC
wał blond Rosjankę o zielonych oczach podczas
kolacji tête-à-tête. Niestety tym razem kolacja­
z piękną blondynką pozostała nieskonsumowana, bo niespodziewanie statek, wykonując ryzykowny manewr w celu pozdrowienia
mieszkańców małej wysepki, nadział się na
przybrzeżne skały i przystojny kapitan zamiast
rzucić się w objęcia blondynki, rzucił się do
szalupy i uciekł z tonącego okrętu. Kapitan bowiem nie zwrócił uwagi, że 13 stycznia 2012
roku, to był piątek... i choć się jest pierwszym
po Bogu, to jednak nie jest się wszechmogącym, i że w ten piątek, trzynastego, lepiej było
nie opuszczać własnej ­kabiny.
Czucie się wszechmogącym to typowa cecha większości kapitanów. Kapitanem nie jest
oczywiście tylko ten, kto nosi mundur kapitana
i stoi za sterem statku czy pilotuje samolot. Kapitanem będzie także prezes firmy w garniturze
od Hugo Bossa, ordynator szpitala w lekarskim
fartuchu czy szef projektu informatycznego
w dżinsach i koszulce polo. Kapitanem jest każda z osób, które kierują lub którym wydaje się,
że kierują statkiem, samolotem, firmą, szpitalem, projektem itp. Wszyscy oni są niezastąpieni, nieomylni i wszechmogący.
Trudno jest dzisiaj zliczyć, ile ludzkich istnień kosztowała nieomylność kapitanów, tak
jak trudno jest zliczyć, ile firm zbankrutowało
tylko dlatego, że nikt nie miał odwagi powiedzieć prezesom, że się mylą.
Co dwie głowy to nie jedna?
Dnia 28 stycznia 1986 roku, 73 sekundy po
starcie rozpada się prom kosmiczny Challenger.
Rozpada się w wyniku uszkodzenia uszczelki w prawym silniku rakiety dodatkowej. Ginie cała 7-osobowa załoga. Ta katastrofa stała
się pierwszym gwoździem do trumny amerykańskiego programu promów kosmicznych.
Ostatecznie program pogrzebie katastrofa wahadłowca Columbia w 2003 r.
Uszkodzenie uszczelki opisywanej także w literaturze jako O-ring można byłoby
traktować w kategorii tych nieszczęśliwych
zdarzeń losowych, na które nikt specjalnie
wpływu nie miał. Po prostu pech – zawiódł je22
1/2014
den z tysięcy elementów bardzo złożonej konstrukcji, jaką jest prom kosmiczny. Nie miał
prawa zawieść, a jednak zawiódł. Trudno...
postęp cywilizacyjny wymaga ofiar – można byłoby cynicznie stwierdzić. Można byłoby tak stwierdzić, gdyby nie fakt, że o tym,
że konstrukcja silników pomocniczych została źle zaprojektowana i że owe uszczelki mogą stać się potencjalnym powodem katastrofy,
wiedziano już od roku 1977! Jeszcze dzień
przed startem odbyła się telekonferencja inżynierów z firmy Morton Thiokol odpowiedzialnej za silniki z menadżerami z NASA.
Obawiano się bowiem, że w wyniku ochłodzenia, które było prognozowane na Florydzie na
dzień startu, i spadku temperatury do – 0,5º C
uszczelki stracą elastyczność i dojdzie do rozszczelnienia zbiorników z paliwem. Chociaż
w trakcie telefonicznej rozmowy większość
osób była przeciwna startowi promu w tych
warunkach atmosferycznych, to na koniec narady nikt ­oficjalnie nie zaprotestował i prom
nazajutrz wystartował.
Jak to się dzieje, że grupa osób inteligentnych, osób będących wybitnymi ekspertami
w swojej dziedzinie, zdających sobie sprawę ze
wszystkich uwarunkowań technicznych, mających zapewne dobre intencje, jest w stanie
podjąć tak absurdalną i tragiczną w skutkach
decyzję, choć każda z tych osób, działając samodzielnie, zadecydowałaby inaczej?
Dzisiaj coraz częściej decydujemy grupowo, bo świat zrobił się bardziej złożony i podjęcie nawet prostej decyzji często wymaga
analizy i przetworzenia dużej ilości informacji
z wielu źródeł i obszarów. Działanie w zespole
niewątpliwie daje korzyści, pozwalając na włączenie do procesu decyzyjnego osób mających
adekwatną do problemu wiedzę, umiejętności
czy doświadczenie. Niesie jednak z sobą wiele
pułapek, i nie chodzi tutaj tylko o tę najbardziej
banalną z nich, w jaką wpadają decydenci – czyli ciągły kołowrót dziesiątków spotkań i narad.
(Szacuje się, że menedżer średniego szczebla
spędza przeciętnie 80% swojego czasu pracy
na różnego typu spotkaniach. Jeśli do tego doliczymy czas niezbędny na przejrzenie napływających lawinowo maili oraz na oddzwanianie
na nieodebrane podczas spotkań połączenia
sprawiać iluzoryczne wrażenie, że w grupie zapanowała jednomyślność. Stanowisko raz zajęte przez grupę jest potem trudno zmienić, bo
pojawiają się samozwańczy „strażnicy”, którzy w trosce o spójność zespołu, bronią podjętej ­decyzji.
Występowanie syndromu groupthink można było bez wątpienia zaobserwować podczas
narady przed startem Challengera – na początku niedoszacowanie ryzyka przez menedżerów
NASA, którzy oceniali prawdopodobieństwo
katastrofy promu kosmicznego na 1 do 100 000,
czyli zakładając, że promy będą startowały codziennie, do katastrofy dojdzie raz w ciągu
300 lat! W rzeczywistości to ryzyko ­w ynosiło
Foto: NASA
telefoniczne, to czas na samodzielną refleksję
nad podejmowaną decyzją jest bliski zeru.) Dużo większym zagrożeniem, bo często skutkującym podjęciem przez grupę decyzji całkowicie
błędnej lub szkodliwej, jest zjawisko określane przez socjologów jako syndrom groupthink.
Paradoksalnie padają jego ofiarą najsilniejsze
zes­poły złożone z osób wysoko postawionych
w hierarchii oraz ekspertów o najwyższych
kompetencjach. Członkowie takiej grupy mają tendencje do niedoszacowywania ryzyka
i przeszacowywania korzyści wynikających
z ich decyzji. Decyzje podejmowane w grupie
są także znacznie radykalniejsze, niż podejmowane indywidualne. Efekt ten jest bardzo łatwo
Prom kosmiczny Challenger w drodze na miejsce startu. Odbył tylko 10 lotów
wytłumaczyć – gdy w grupie panuje przewaga
zwolenników jednej opcji, to siłą rzeczy w dyskusji częściej słychać ich argumenty niż oponentów, co dodatkowo utwierdza w słuszności
zajmowanego stanowiska. Oponenci, którzy są
w mniejszości, przytłoczeni argumentami strony przeciwnej, często wtedy milkną, co może
aż 1/100. Nie doszacowali ryzyka także eksperci z firmy Morton Thiokol, mając zapewne przed oczami obrazki wiecznie słonecznej
Florydy z filmu Miami Vice i oceniając zdalnie stan uszczelek zbiorników promu, optymistycznie wierzyli, że na Florydzie nigdy nie
zapanuje zima. Okazało się jednak, że w nocy
1/2014
23
przed startem temperatura ­mierzona przy silnikach promu kamerą termowizyjną spadła do
–13,0º C.
Na koniec, po dyskusji, ewidentnie wystąpił
efekt iluzorycznej jednomyślności – pomimo
początkowych istotnych obiekcji, żaden z oponentów jawnie nie sprzeciwił się startowi.
Z zagrożeń, jakie niesie podejmowanie decyzji w grupie, zdawali sobie sprawę już starożytni. W Sanhedrynie, trybunale żydowskim
składającym się z 23 sędziów, istniała zasada,
że po wydaniu wyroku śmierci, sędziowie mieli
jeszcze całą noc na ponownie przemyślenie decyzji i znalezienie argumentów na korzyść skazanego. Jeśli następnego dnia 23 sędziów było
jednomyślnych w swojej decyzji i nadal uważało, że wyrok jest właściwy, to skazany był automatycznie... uwalniany. Uważano bowiem,
że jednomyślność, wskazuje na to, że nie odbyła się prawdziwa debata dotycząca sądzonego
przestępstwa i wyrok stawał się nieważny.
Inny sposób na uniknięcie pułapki zbiorowego myślenia mieli Persowie i Germanie.
Choć to ludy znacznie od siebie geograficznie
oddalone, to stosowały tę samą metodę. Jeśli
Persowie czy Germanie mieli do podjęcia ważną decyzję, to na początku debatowali nad nią
na trzeźwo, a następnie upijali się i powracali
do debaty jeszcze raz.
Gdyby menedżerowie z NASA i inżynierowie z Morton Thiokol zastosowali pomysł
starożytnych Persów i po naradzie dotyczącej
startu promu poszli się wszyscy upić, aby rano
wrócić do dyskusji, do tragedii Challengera zapewne by nie doszło.
Prezes racjonalny inaczej?
Błędne decyzje podejmowane przez pilotów, kapitanów czy dowódców, choć często pociągają za sobą katastrofalne skutki, to jednak
większość z nas mało obchodzą. Latamy samolotami stosunkowo rzadko – raz, dwa razy do
roku, a promami kosmicznymi wcale. Większość podróży lotniczych zaczyna się i kończy
szczęśliwie, więc w zasadzie nie mamy czego się obawiać. Istnieje jednak na świecie inna
grupa osób, których decyzje mają dużo istotniejszy, bo codzienny wpływ na nasze życie.
24
1/2014
Tą grupą są oczywiście wszelkiej maści menadżerowie, którzy licznie zaludniają firmy małe
i duże, instytucje prywatne i publiczne, korporacje o zasięgu lokalnym oraz te o zasięgu
światowym. Ludzi takich często nazywamy de­
cydentami, bo większość czasu spędzają właś­
nie na podejmowaniu decyzji. A mają oni ich do
podjęcia bez liku – począwszy od najbardziej
banalnych, jak zamówienie kawy do firmowego ekspresu czy zatrudnienie sekretarki, po takie, które będą ważyły o być albo nie być firmy
czy instytucji.
Uznajemy powszechnie, że organizacja
bądź firma jest dobrze zarządzana, gdy decyzje w niej podejmowane są decyzjami dobry­
mi. Co to znaczy, że podjęta decyzja jest dobra?
Za decyzję dobrą będziemy uważali decyzję racjonalną, czyli taką, która pozwoli nam
osiągnąć założone cele. Podjęcie decyzji racjonalnej bywa niestety procesem kosztownym
energetycznie i czasowo – wymaga od decydenta właściwej diagnozy i sformułowania problemu, pozyskania i przetworzenia dużej ilość
informacji, analizy możliwych wariantów rozwiązania, wyboru takiego, który zapewni
maksymalizację oczekiwanych efektów, oraz
oszacowania jego skutków. Jeśli do tego dorzucimy dużą zmienność i nieprzewidywalność otoczenia biznesowego, presję czasu oraz
stres, to należy się zastanowić, czy dzisiejszy
menedżer ma w ogóle szansę być w pełni racjonalny w swoich decyzjach. Teoretycy zarządzania odpowiadają na to, że szansę ma,
ale niewielką...
Proces podejmowania decyzji musi zostać
zasilony danymi. Tych danych jest przeważnie zbyt dużo. Zarządzający zasypywany jest
­codziennie dziesiątkami maili, telefonami, analizami, notatkami ze spotkań, ustaleniami i wytycznymi. Aby nie utonąć w zalewie informacji,
menedżer wyczula „zmysły” na te wiadomości,
które są ważne do podjęcia decyzji, a pomija
inne, dla niego nieistotne.
Do takiej strategii przetrwania natura przygotowywała ludzki mózg od tysiącleci. Wartownik pilnujący obozowiska na skraju lasu nie
mógł reagować na każdy dochodzący z otoczenia sygnał i wszczynać alarmu, bo zapewne po
drugim lub trzecim niepotrzebnym rzuceniu
się grupy do ucieczki zostałby przez współplemieńców zjedzony lub w najlepszym wypadku
wygnany do lasu. Wyostrzał więc swoje zmysły
na sygnały zwiastujące zbliżające się faktyczne niebezpieczeństwo, starając się ignorować
wszystkie pozostałe.
Choć współczesnemu homo economicus
zjedzenie przez współplemieńców raczej nie
grozi, to już wygnanie do lasu jest całkiem realne. Czuwa więc on nieustannie, starając się
na sicie swojej percepcji odsiać rzeczy istotne i ważnie od rzeczy mniej istotnych i mniej
ważnych, wpadając niestety przy okazji w inne pułapki, które tym razem zastawia na niego
jego własny mózg. W procesie selekcji informacji bowiem ludzki umysł ma tendencje
do ignorowania, pomijania, minimalizowania
wszystkich tych elementów, które wydają się
niespójne oraz zbyt różne w stosunku do tego, co do tej pory wiemy lub co do tej pory
sądziliśmy. Menedżer łatwiej więc przyjmie
do wiadomości i uwzględni wyniki raportu,
który jest zbieżny z jego poglądami, niż tego, który od tych poglądów odbiega. To zjawisko często wykorzystują podwładni, którzy
przygotowują na przykład badanie dotyczące
wprowadzenia na rynek nowego produktu czy
usługi. Wiedzą, że jeśli wyniki będą zgodne
z oczekiwaniami zarządu, to zostaną przyjęte
bez dyskusji i ich praca będzie uznana za dobrze wykonaną.
Inną cechą ludzkiego umysłu jest przyjmowanie informacji bezpośredniej za bardziej
wiarygodną i ważniejszą. Decydent bardziej
ufa temu, co sam zobaczy, niż temu, co ktoś
mu opisze w najgrubszym nawet raporcie. Stąd
­w ynika obecna moda na PowerPointa, który zdominował większość zebrań i narad. Prezentacja zrobiona w nim daje zarządzającemu
złudne wrażenie „namacalności” i konkretności informacji. Widząc wykres lub winietki projektowanego systemu, ma wrażenie, że
ogląda rzeczywistość, a nie tylko projekcję
­czyichś wyobrażeń czy przypuszczeń.
Kolejną pułapką związaną z selekcją informacji, w którą wpadają menedżerowie, jest
przeszacowanie istotności zdarzeń na podstawie niereprezentatywnej próby danych. Menedżer, któremu trzy razy pod rząd uda się zrobić
biznes z Niemcami bądź Chińczykami, będzie
uważał, że z Niemcami bądź Chińczykami zawsze biznes wychodzi.
Podobnie musieli myśleć menedżerowie
z NASA – kilkanaście udanych lotów wahadłowców utwierdziło ich w przekonaniu, że
technologia promów kosmicznych jest niezawodna. Rzeczywistość okazała się dramatycznie inna.
Oprócz problemów związanych z percepcją i selekcją informacji na podjęcie właściwej
decyzji ma wpływ inne zjawisko, które polega
na standaryzacji i uproszczeniu procesu decyzyjnego. W życiu codziennym każdy z nas temu podlega. Idąc rano po bułki, nie robimy za
każdym razem dogłębnej analizy oferty produktów okolicznych piekarni czy sklepów. Najczęściej postępujemy najprościej jak to tylko
możliwe – idziemy tam, gdzie byliśmy wczoraj. Podobnie postępuje menedżer stawiany
przed koniecznoś­cią podjęcia ważnej i złożonej
decyzji. Dzieli ją w sposób mniej lub bardziej
świadomy na fragmenty, szukając ich podobieństwa do spraw, o których już decydował.
Stara się ostateczną decyzję złożyć z klocków,
„półfabrykatów” wypracowanych przy okazji
innych tematów. Takie postępowanie bywa dużą oszczędnością czasu i energii, bywa jednak
także przyczyną zejścia na manowce, bo często
się okazuje, że klocki przestały już do siebie pasować w wyniku nieuchronnych zmian otoczenia biznesowego, z czego zabiegany decydent
nie do końca zdaje sobie sprawę.
Ocena po fakcie, czy podjęta decyzja była
racjonalna, czy nie, wymaga informacji zwrotnej feed-backu. Często jednak pomiędzy momentem decyzji a jej rezultatem upływa dużo
czasu, w wielu przypadkach nawet miesiące
lub lata. Dodatkowo na oczekiwany efekt mogą nakładać się także dziesiątki czynników lub
działań niezależnych od woli decydenta. Zdarza się, że przyjęte w wyniku decyzji ustalenia
ewoluują w trakcie realizacji. Na końcu okazuje
się, że osiągnięty wynik ma niewielki związek
lub nie ma go wcale z decyzją, która zapadła
wcześniej. Gdy później zapytamy prezesa (jeśli oczywiście mamy na to odwagę), czy jego
­decyzja była dobra, znajdzie on tysiące argumentów na jej uzasadnienie.
1/2014
25
Racjonalność, którą wykazują wtedy prezesi, przypomina racjonalność szczura z jednego ze znanych doświadczeń. Szczur zamknięty
w klatce zazwyczaj otrzymywał jedzenie do
miseczki, która znajdowała się poza klatką.
Karma wpadała do niej zaraz po otwarciu
drzwiczek klatki. Szczur oczywiście rzucał się
na jedzenie natychmiast. Po pewnym czasie
zmodyfikowano doświadczenie i szczur otrzymywał jedzenie tylko pod warunkiem, że po
otwarciu klatki chwilę poczekał, zanim popędził do miski. Na początku szczur był niemile
zaskoczony, gdy po dobiegnięciu do miseczki
zastawał ją pustą. Z czasem jednak odkrył zależność, która według niego decydowała, czy
do miseczki wpadała karma, czy nie – zaczął
do miski przemieszczać się zygzakiem. Stworzył więc szczur własną szczurzą racjonalność postępowania w zastanej sytuacji i choć
nie miała ona wiele wspólnego z rzeczywistymi przyczynami obserwowanego przez niego
zjawiska, to była skuteczna – przemieszczanie
się zygzakiem gwarantowało wytracenie czasu decydujące o tym, że otrzymywał jedzenie.
Podobnie własną racjonalność tworzą prezesi,
którym tylko wydaje się, że rozumieją i panują nad zjawiskami ich otaczającymi i nad podejmowanymi decyzjami, jednak tak naprawdę
rzeczywistość jest zupełnie inna, a oni przemieszczają się zygzakiem.
Jak uniknąć błędów?
Gdyby jakimś cudem kapitan Arkadiusz Protasiuk przeżył katastrofę smoleńską, to zapewne
siedziałby teraz w więzieniu lub w najlepszym
wypadku przez wiele lat byłby ciągany po sądach. Podobnie jak to było z pilotem rządowego
śmigłowca MI-8, który rozbił się z premierem
Leszkiem Millerem na pokładzie ponad 10 lat
temu pod Piasecznem. Prawie 6 lat trwało zanim pilot, o którym sam Miller mówił, że tylko dzięki niemu jeszcze żyje, został po wielu
procesach uniewinniony od zarzutu spowodowania katastrofy.
Opinia, że należy karać za błędy jest powszechna. Oczekujemy kary dla lekarza, który spartolił operację, urzędnika wydającego złą
decyzję, pilota niepotrafiącego we mgle wylą26
1/2014
dować czy dla prezesa, który źle ocenił popyt
na produkt i swoją decyzją rozłożył firmę. Pojawia się jednak pytanie, czy zawsze karanie
jest najlepszą metodą na uniknięcie podobnych
błędów w przyszłości. Czy należy zatem karać
pilota za to, że był niedostatecznie wyszkolony, że kazano mu lądować na kartoflisku, a nie
lotnisku, że lot był opóźniony, bo czekano na
najważniejszego pasażera, że nie przewidziano właściwych procedur awaryjnych? Czy należy karać chirurga, że wyciął pacjentowi nie
tę nerkę co trzeba, jeśli w dokumentacji lekarskiej był bałagan, a zespół wykonywał już tego
dnia szóstą operację z kolei? Czy należy karać
pojedynczego człowieka za błędy systemowe,
na które on nie miał wpływu lub miał wpływ
znikomy?
Do wniosku, że uczenie się na błędach jest
ważniejsze niż karanie za nie, najwcześniej doszło, o dziwo, wojsko. Tutaj bowiem najdrobniejsze błędy miewają najczęściej tragiczne
konsekwencje. Od wielu lat w lotnictwie wojskowym amerykańskim i zachodnioeuropejskim obowiązuje zasada niekarania za błędy.
W organizacjach tych wprowadzono specjalne mechanizmy zapewniające możliwość anonimowego zgłoszenia błędu lub faktu złamania
procedury. Każdy z błędów jest dokładnie analizowany i wnioski z tego płynące są później
wdrażane w życie. Jeśli okazuje się, że jakaś
procedura jest nieprzestrzegana przez załogi
samolotów i nie przynosi to złych skutków, to
procedura jest zmieniana lub anulowana. Uważa się, że procedura nierespektowana jest bardziej szkodliwa niż jej brak.
Innym sposobem stosowanym w wojsku
pozwalającym na zmniejszenie liczby błędów jest tzw. wzmocnienie wizualne informacji. Na lotniskowcach na przykład każda
z ekip przygotowujących samolot do akcji
ubrana jest w inny kolor kamizelki – żółty
noszą ekipy zajmujące się ustawieniem samolotu do startu, niebieski mają mechanicy,
a osoby odpowiedzialne za uzbrojenie kolor
czerwony. Dzięki temu można jednym rzutem oka sprawdzić, w jakim miejscu na płycie lotniskowca znajduje się dana ekipa, co ma
często niebagatelne znaczenie dla jej bezpieczeństwa. Kolejnym sposobem, z pozoru dro-
biazgiem, poprawiającym bezpieczeństwo jest
umieszczanie czerwonych chorągiewek na samolocie w miejscach otwieranych na czas serwisowania lub tankowania. Chorągiewka,
która pozos­t anie na samolocie po zakończeniu
serwisu od razu alarmuje obsługę naziemną,
że nie wszystkie elementy samolotu zostały
prawidłowo zamknięte. Oprócz tego na lotniskowcach stosuje się także metody wizualizacji, które na dzisiejsze czasy wydają się
archaiczne, makiety. W punkcie dowodzenia
oficerowie przemieszczają małe samolociki na
makiecie lotniskowca niczym dzieci bawiące
się w wojnę. Okazuje się, że mimo istnienia
wyrafinowanych programów komputerowych
do wizualizacji przestrzennej, nic nie dorówna
prostej makiecie i ustawionym na niej samolocikom, które można łatwo przesuwać.
Oprócz czytelności sygnału ważne jest
też właściwe zrozumienie informacji do nas
docierającej. To kwestia kluczowa nie tylko
w wojsku. Aby jednak informacja mogła być
prawidłowo odebrana, musi być prawidłowo przygotowana przez nadawcę. Z tym niestety mamy coraz większy problem, bo wraz
z postępem technologicznym zanika u nas, nie
wiadomo zresztą dlaczego, umiejętność klarownej komunikacji, zarówno w mowie, jak
i w piśmie. A sprawa nie jest specjalnie trudna, bo wystarczy przestrzegać kilku podstawowych zasad, żeby uniknąć błędów z tym
związanych.
Po pierwsze, zawsze powinniśmy mieć
na uwadze to, do kogo kierujemy informację. Sposób prezentacji informacji powinien
być adekwatny do możliwości percepcji odbiorcy. Innego słownictwa będziemy używali,
zwracając się do specjalisty z danej dziedziny, a innego, gdy zwracamy się do laika. Inaczej będziemy mówili do dorosłego, a inaczej
do dziecka.
Po drugie, nie komplikujmy przekazu. Im
prostszy będzie przekaz, tym łatwiej zostanie
zrozumiany przez odbiorcę.
Po trzecie, nie używajmy w tekście skrótów
i określeń specjalistycznych, jeśli ich odbiorcy
wcześniej nie objaśniliśmy.
Po czwarte, rzeczy nowe wyjaśniajmy, nawiązując do tego, co odbiorca już zna. Szu-
kajmy analogii. Pokazujmy podobieństwa lub
przeciwieństwa. Porównujmy do zjawisk, wydarzeń, problemów, zagadnień, z którymi odbiorca już się zetknął.
Po piąte, akcentujmy, wytłuszczajmy lub
podkreślajmy najistotniejsze elementy przekazu, zachowując jednak przy tym umiar, bo co
za dużo, to niezdrowo.
Po szóste, zachowajmy właściwą strukturę przekazu. Niech odbiorca nigdy nie ma wątpliwości, gdzie informacja się zaczyna, a gdzie
kończy.
Po siódme, powtarzajmy, bo jak już mawiał
starożytny filozof Empedokles – co warto powiedzieć raz, warto też powiedzieć dwa razy.
Dbanie o czytelność przekazu oraz jego jednoznaczność – obok zasady uczenia
się na błędach (najlepiej cudzych) – jest jednym z najprostszych sposobów na uniknięcie
błędów. Metod postępowania jest oczywiś­
cie dużo więcej. Organizacje, instytucje czy
przedsiębiorstwa wypracowują procedury,
normy, regulaminy, okólniki, check-listy, które mają pomóc wyeliminować błędy. Wszystko to jednak kosztuje, bo wymaga ludzi, czasu
i zasobów. I wtedy pojawia się u decydentów
dylemat, czy wydać na to pieniądze dzisiaj
(wydatek pewny), czy lepiej wydać pieniądze
później na usuwanie skutków błędu (wydatek
hipotetyczny). Podejmowana przez nich decyzja nie jest wówczas tak oczywista, jak można
by oczekiwać…
Nie uda się zapewne nigdy wyeliminować
błędów i złych decyzji. Na razie mamy jednak to szczęście, że błędy te są nasze, ludzkie,
bo w naszej, ludzkiej naturze one leżą. Pokolenia kolejne będą już nawet tego pozbawione, bo decyzje za nich będą już podejmowały
maszyny, komputery, algorytmy. I pewnie tak
jak my dzisiaj, tak w przyszłości maszyny,
komputery i algorytmy będą błądziły i podejmowały w naszym imieniu złe decyzje. Czy
będą jakieś sposoby, żeby tych błędów unikać – prawdopodobnie tak. Na pewno warto
o tym napisać kolejny artykuł. To zadanie jednak pozostawię do zrobienia jakiejś maszynie
w przyszłości.
¢
1/2014
27
Katarzyna Bednarek
PRZYPADKI
PROKRASTYNATORA
Mianownik: kto? co?
A.B.
PROKRASTYNATOR – słowo o nieprzyjemnym dla ucha brzmieniu, ostatnimi czasy
popularne. Jego znaczenie nie jest już dla Czytelników ŌKŌ zagadką, lecz dla zasady spieszę
wyjaśnić, że terminem tym określa się osobę
permanentnie odkładającą wykonywanie ważnych obowiązków, by w zamian wykonać kilka
innych mało znaczących czy też sprawiających
przyjemność czynności. Zatem prokrastynator
czy leń po prostu? Aby wiedzieć, z kim ostatecznie ma się do czynienia, niezbędne jest
poz­nanie przyczyn niepodejmowania się zajęć.
Leń, jak uczy nas Jan Brzechwa, nie ma ocho-
ty wykonywać czegokolwiek albo też szkoda
mu na cokolwiek czasu, a zadowolenie z siebie
przynoszą mu najprostsze czynności z reguły
niewymagające zbyt dużego wysiłku, zwłaszcza intelektualnego. Każdy przecież pamięta
mowę obronną tego konkretnego, najsłynniejszego w Polsce lenia: „A uszu dzisiaj nie myłem?”, „A nie chodziłem się strzyc?”1.
Prokrastynator natomiast jest osobą o dużych ambicjach, ciężko pracującą na swoje
osiągnięcia, przykładającą wagę do jakości
1 28
J. Brzechwa, fragment wiersza Leń.
1/2014
wykonania swoich wszystkich zadań, a ponieważ niektóre z nich wydają mu się zbyt trudne czy czasochłonne, jak na jego możliwości
(do czego przed nikim się nie przyzna), odkłada ich realizację tak długo, jak to jest tylko możliwe, a czasami niestety nie wykona ich
wcale. W początkowej fazie jest perfekcjonis­
tą. Równie dokładnie potraktuje przygotowanie sprawozdania dla szefa, jak i ugotowanie
zupy dla rodziny, zakupienie do przedpokoju
tapety pasującej do lustra czy też zorganizowanie wyprawy ratunkowej dla przyjaciela.
Taka postawa w podejściu do obowiązków
kształtuje się już w jego najmłodszych latach
i może wynikać z zupełnie skrajnych wobec
niego zachowań rodziców czy nauczycieli.
Dotyka zarówno potencjalnie pewne siebie
osoby, jaki i te z niską samooceną. Pierwsza
grupa osób miała w dzieciństwie wysoko pos­
tawioną przez opiekunów poprzeczkę i nie
mogła sobie pozwolić na chwile wytchnienia,
zwątpienia czy słabości, opiekunowie bowiem
zagłuszali te chwile swoją wizją o niepodważalnie najzdolniejszym i nieomylnym dziecku,
przyjmując postawę „nic się nie stało” – dyskretnie usuwali problemy, z którymi dziecko
zwracało się do nich, a następnie mobilizowali
je do podejmowania kolejnych wyzwań. Natomiast osoby o niskim poczuciu własnej wartości – w dzieciństwie musiały permanentnie
udowadniać wszystkim wokół, że są warte zainteresowania, że są równie zdolne jak inni,
jeśli nie zdolniejsze, i ponieważ opiekunowie
często pozostawali obojętni, same sobie zmuszone były stawiać wysoko poprzeczkę, by
„zasłużyć” na dobrą opinię najbliższych. Te
postawy rodzicielskie, i zapewne kilka do nich
podobnych, prowadzą do wychowania potencjalnego prokrastynatora, który właśnie w obliczu bardziej skomplikowanego zadania czy
na skutek konieczności podjęcia ważnej decyzji będzie odczuwać lęk przed oceną, krytyką, brakiem akceptacji, porażką czy też przed
Dopełniacz: kogo? czego?
Nie ma PROKRASTYNATORA bez planu
idealnego wykonania danego zadania, doskonale bowiem zdaje sobie sprawę, jak ogromny
wpływ ma taki plan na efektywność prac. Nie
musi on być nawet spisany, ważne, że gdzieś
„z tyłu głowy” jest wizja, w której są określone
założenia, cele i sposób realizacji. Jest pomysł.
W tej wizji z reguły również efekt końcowy jest
pięknie zadowalający: znawcy tematu chwalą
i gratulują sukcesu, najbliżsi są tacy dumni, sąsiedzi umierają z zazdrości, a sam prokrastynator już wybiera sobie nagrodę… Prawda jest
jednak taka, że dla niego rzadko wizja pokrywa się z rzeczywistością. Żeby ziściło się marzenie, powinien przystąpić do działania. Tylko
jak, skoro włączają się te jego „strachy” i obawy, że nie da rady, a ponadto przeprowadzenie
wszystkich działań według jego perfekcyjnie
przygotowanego zamysłu, zwłaszcza w czasach „więcej, szybciej, taniej”, jest praktycznie
niemożliwe. A oprócz tego, o zgrozo, te dekoncentratory! Gry komputerowe, portale społecznościowe, telefon albo nawet dwa, książki,
zabałaganione biurko czy pulpit. No i wreszcie
– jak zabrać się do pracy, skoro w garażu jeszcze nie jest posprzątane, a jutro przyjeżdża teś­
ciowa?
Zatem „odwlekacz” odkłada moment zabrania się za realizację istotnych zadań na rzecz
spraw codziennych czy takich, po wykonaniu
których efekt jest widoczny natychmiast lub takich, które sprawiają radość (bo przecież mu
się należy). Wykonywanie tych wszystkich prac
zamiast tego jednego, konkretnego zadania łagodzi jego wyrzuty sumienia wobec siebie oraz
względem osób, które swoją prokrastynacją rani lub zawodzi. Oczywiście, dopóki byłoby tylko kilka zadań, kilka decyzji do podjęcia, to
pewnie bohater tego artykułu pomęczyłby się
trochę, ale wcześniej czy później zadania zos­
tałyby wykonane, a decyzje podjęte, natomiast
choroba pozostałaby w ukryciu i nie miałaby
większego wpływu na jego egzystencję. Gorzej, gdy prokrastynator w porę nie zorientuje się, że liczba zaległych prac niebezpiecznie
zbliża się do granicy jego percepcji lub jeśli,
oprócz tych prokrastynatorskich dolegliwości,
w tym samym czasie „dopada go życie”, czyli
choroba dziecka, niespodziewana wizyta przyjaciół, konieczność przejęcia na kilka tygodni
obowiązków współpracownika, niespodziewany remont, bo „sąsiad z góry” przez dłuższy
czas miał za dużo wody w kranie oraz wiele innych scenariuszy, w pisaniu których życie
jest mistrzem, a których wystąpienie powoduje niezaplanowaną kumulację obowiązków.
Wówczas prokrastynator zmuszony jest szukać
sposobu na zapanowanie nad zadaniami. I naturalnie „poradzi” sobie w sposób, który ma najlepiej opanowany – poprzekłada je.
Oczywiście, w całej tej jego doskonałości
przechodzi mu przez myśl scedowanie ­zadań,
A.B.
sukcesem i potencjalnie większymi wymaganiami w stosunku do niego. Dlatego trudno
mu się zmotywować do działania i traci wiarę
we własne możliwości. Ale obmyśla plan.
ale niestety – nie w każdym przypadku jest
to możliwe, a jeśli już jest, to jednak bardzo
rzadko korzysta z takiej opcji, myśląc, że nikt
inny nie wykona ich tak dobrze, jak on. Praktycznie nie zdarza się, aby prokrastynator prosił kogokolwiek o pomoc w realizacji swoich
obowiązków. Uważa bowiem, że o wiele lepszym rozwiązaniem jest przeniesienie ich części na inny termin. Wtedy w końcu wszystko
będzie mógł zrobić zgodnie z własnymi założeniami. Bo przecież to on będzie oceniany!
A po wyznaczeniu nowego terminu na chwilę
poczuje ulgę i radość, że teraz, mając więcej
1/2014
29
A.B.
czasu, na pewno porządnie się do wszystkiego przyłoży i nie będzie musiał się wstydzić
efektu końcowego. Nie zdaje sobie jednak sprawy, przynajmniej na początku, jak złudne to
myślenie. Kiedy nastanie ten, wydawałoby się
odległy, termin – klasyczny prokrastynator nadal nie będzie miał skończonej pracy, do ostatniej chwili bowiem zajmowały go inne tematy,
a ponadto lepiej by mu się koncentrowało na
tych zasadniczych sprawach, gdyby tylko miał
jeszcze więcej czasu… Kiedy ten proces przekładania przedłuża się, zagadnień ważnych
przybywa w zastraszającym tempie. Szczególnie, że każda pracowita i mająca duży apetyt na
życie osoba ma to życie zorganizowane przynajmniej kilka tygodni naprzód.
Zmiana terminu zakończenia kilku zadań
powoduje, że te następne, wcześniej już zaplanowane, najprawdopodobniej również będą musiały mieć zmieniony termin. Zatem do
lęków przed konsekwencjami dojdzie kolejna
przeszkoda w wykonywaniu zadań – brak czasu na ich realizację. Wreszcie zadania tak się
nawarstwią, że trudno będzie zdecydować, które z nich jest ważniejsze, od którego zacząć.
Przerażać go będzie ogrom pracy, której – re30
1/2014
alnie oceniając – nie będzie w stanie wykonać
w określonym czasie, w sposób go satysfakcjonujący. Jeśli już zabierze się za realizację
jednego, to niewątpliwie w efektywnej pracy
będzie mu przeszkadzać myśl o tych „czekających w kolejce”, których przybywa z każdą
chwilą, a doba niezmiennie i perfidnie wrednie
ma wciąż tylko 24 godziny! Pojawią się kłopoty z koncentracją na zadaniu, przez co wydłuży
się czas potrzebny na jego realizację. Produktywność spadnie.
Permanentny wyścig z czasem oraz próby
sprostania oczekiwaniom potencjalnych osób
oceniających powodują, że prokrastynator –
na rzecz obowiązków – zaczyna rezygnować,
ogólnie rzecz ujmując, z przyjemności, często
też ograniczając czas potrzebny na wypoczynek. To z kolei nie może nie mieć wpływu na
jego zdrowie i relacje z otoczeniem. Częstokroć odsuwa się od rodziny i przyjaciół lub też
re­z ygnuje z zajęć dodatkowych, bo przecież
tylko zabierają czas.
Przemęczony, sfrustrowany z powodu nieradzenia sobie z sytuacją oraz pogarszającym
się stanem zdrowia i stylem życia, jednak cały
czas na placu boju z „odbezpieczonymi” zadaniami. Próbuje realizować którekolwiek spoś­ród
tych, na jakie pozwala mu stan ducha, byle tylko coś już „odhaczyć”. Niestety często robi przy
tym błędy i wykonane już raz czynności musi
powtarzać. Bylejakość staje się chlebem pow­
szednim, co dla – mentalnego już tylko – perfekcjonisty jest niewyobrażalnym bólem. Wtedy też
coraz częściej w stosunku do zadań przyj­muje
strategię: „skoro i tak nie zdążę, skoro nie jestem w stanie zrobić tego po swojej myśli, to po
co w ogóle się za to zabierać?”. Rezygnuje więc
z projektów, mniej lub bardziej świadomy konsekwencji. Naturalnie wcale mu to nie poprawia samopoczucia, w końcu wiele osób zawiódł,
a zawodowo funkcjonuje „na ostatniej szansie”.
W tym wszystkim, naturalnie, pojawia się stres,
dużo stresu. A przez to w życiu prokrastynatora niepostrzeżenie mogą również wystąpić stany
depresyjne z całym dobrodziejstwem inwentarza, a więc i z poprawiaczami nastroju (alkohol,
leki, narkotyki). W efekcie obraz prokrastynatora w zaawansowanym stadium choroby przedstawia się dość koszmarnie: przepełniony żalem
i przemęczony samotny człowiek, niepotra­
fiący zapanować nad swoim życiem, popadający w choroby. Opisany proces będzie oczywiście
mocno rozłożony w czasie. Z reguły, na szczęś­
cie, potrzeba kilku lat zaniedbań, by po sumiennej osobie zostało wspomnienie.
Celownik: komu? czemu?
Przyglądając się PROKRASTYNATOROWI i jego jestestwu, mam nieodparte wrażenie,
że mimo wszystko jest mistrzem, wprawdzie
wymówek, ale mistrz to mistrz. Szczerze podziwiam jego wyobraźnię. Znałam kiedyś osobę, która przez blisko trzy miesiące nie mogła
dowieźć mi planów budowy – jednego razu na
przeszkodzie stanął wypadek samochodowy
i zakorkowane z tego powodu miasto, innego
razu pożar w bloku, potem jeszcze uszkodzony bark na siłowni, zapalenie płuc, ukradzione dokumenty. A kiedy już miał być ten dzień,
kiedy na sto procent powinnam była otrzymać
moje plany, okazało się, że nie przyjechała niania do dziecka i znów trzeba było wyznaczać
inny termin. Tyle nieszczęść spadło na jedną
osobę w ciągu jednego kwartału! To były czasy, kiedy pojęcia nie miałam o prokrastynacji,
ale już wtedy wiedziałam, że osoba dysponująca takim wachlarzem wymówek jest na swój
sposób mistrzem.
Prokrastynator zaskakuje wielością pomys­
łów, zanim wykona pierwszy krok w kierunku
rozpoczęcia ważnego przedsięwzięcia. Wyos­
trza mu się nagle zmysł estetyki, a także ogarnia
go potrzeba zadbania o harmonię wewnętrzną i spokój ducha. Zanim zabierze się do pracy, wstawi wodę na herbatę, zapali papierosa
(tak na czas gotowania wody), szukając czegoś do pisania – poukłada w szufladzie, sprawdzi pocztę e-mail, podleje kwiaty, zadzwoni do
babci, bo przecież dawno nie dzwonił, przygotuje kolejną herbatę, bo poprzednią zdążył
wypić, zrobi wcześniejszą kolację, aby potem
już nic go nie rozpraszało, wstawi pranie, obejrzy Wiadomości, zje jabłko, przeczyta dwa
wiersze, poukłada ikony na pulpicie, zrobi 50
brzuszków, dla rozluźnienia umysłu rozwiąże
„jolkę”, pójdzie na balkon zaczerpnąć świeżego
powietrza, poprawi przekrzywione obrazki na
ścianie i zetrze z nich kurz, zaparzy kawę, poobserwuje niebo, poczeka – aż będzie pełna godzina, w końcu to tylko siedem minut…
Tak, prokrastynator powie wiele i zrobi jeszcze więcej, aby główne zadanie jak naj­dłużej
pozostało nienaruszone. Po prostu mistrz!
Biernik: kogo? co?
Czy można wyleczyć PROKRASTYNATORA? Zdania są podzielone. Jedni sądzą, że
prokrastynatorem się jest i już, zatem można jedynie okiełznać złe nawyki poprzez stosowanie
różnego rodzaju metod samokontroli. Jeszcze
inni uważają, że możliwe jest całkowite wyleczenie. Są też tacy, według których nie zawsze
warto przejmować się tym i leczyć. Zdaniem
psycholog Ewy Łęckiej-Francuzik, umiarkowana prokrastynacja bardzo często pomaga w podejmowaniu dobrych decyzji. Niemniej jedno
jest pewne: jeśli psuje ona komfort życia, to należy z nią walczyć i można z powodzeniem ten
komfort przywrócić. I jak to z różnymi przypadłościami bywa, również w tym przypadku
wszystko zależy od woli samego zainteresowanego. Długość procesu leczenia determinuje
stopień zaawansowania oraz podłoże prokras­
tynacji, która może być zarówno skutkiem, jak
i przyczyną.
Nasz bohater, o którym wspomniałam
wcześ­n iej, klasyczny przypadek prokrastyna­
cji jako przyczyny, zanim zaczął ćwiczyć
techniki motywacyjne i techniki służące organizacji czasu, musiał pozbyć się jej skutków.
Zapewne, gdyby nie najbliżsi, nie udałoby mu
A.B.
Przypadek artykułowego prokrastynatora
skończył naprawdę źle. Rozstał się z ukochaną osobą, stracił zaufanie dzieci i przyjaciół,
stracił pracę, jest w głębokiej depresji, jest narkomanem. Rodzice musieli podjąć za niego decyzję o rozpoczęciu leczenia…
się tak szybko – albo nie udałoby mu się wcale – poskromić narkomanii i depresji. Po blisko
dwóch latach, od kiedy trafił do ośrodka leczenia uzależnień, uzyskał emocjonalną zdolność do samodzielnego zamieszkania, zaczął
być ponownie odpowiedzialny za swoje życie.
W międzyczasie odbudował kontakt z córkami,
kontrolowany, ale to zawsze coś. Udało mu się
znaleźć pracę, nie tak prestiżową i dochodową,
jaką miał wcześniej, ale – jak mówi – ta daje mu
o wiele więcej satysfakcji. Na moje pytanie, czy
wie, ­w którym momencie zaczął przegrywać,
1/2014
31
stwierdził, że niepotrzebnie zaangażował się
w tak wiele dużych projektów – robił je dobrze,
płacili mu za nie dużo – najpierw nie odmawiał,
bo dzięki temu sytuacja finansowa rodziny naprawdę mocno się poprawiła, a to cieszyło. Ale
potem przyszedł brak asertywności: na prośbę
znajomych przyjął na siebie dwa ogromne tematy. A to był właśnie ten moment – chwila,
kiedy będąc już lekko przemęczonym, źle wymierzył swoje siły. I machina zniszczenia ruszyła.
Narzędnik: z kim? z czym?
A.B.
Z PROKRASTYNATOREM żyje się dość
niekomfortowo, aby nie powiedzieć: źle. Przez
swoje podejście do realizacji zadań spowalnia
on, a w skrajnych przypadkach nawet blokuje, działania całej społeczności, z którą na co
dzień przystaje. Partner życiowy „aktywnego”
p­ rokrastynatora po jakimś czasie niepostrze­
żenie staje się żandarmem i bynajmniej nie
tym sympatycznym z francuskiej komedii
z Louisem de Funès w roli głównej. Bo jak tu
być serdecznym w stosunku do osoby, która nic
albo niewiele robi sobie z twoich próśb, a jak
już posłucha i zaangażuje się na chwilę w życie
rodzinne, to robi to niechlujnie lub wręcz przeciwnie – zbyt dokładnie, kiedy w ogóle nie ma
takiej potrzeby. Jak uśmiechać się do człowieka, który staje się obcy, który nie ma dla ciebie i dla ważnych dla was dotąd rytuałów czasu
i serca? Jak kochać człowieka, który nie wykazuje zainteresowania twoimi sprawami, nie
dostrzega twoich smutków i radości, ignoruje
32
1/2014
twoje potrzeby, który dobrowolnie2 rezygnuje
z ciebie? Jak szanować i akceptować człowieka, który permanentnie zrzuca na twoje barki
podejmowanie decyzji i związaną z tym odpowiedzialność?
Przez takie zachowanie winowajcy wzorcowa relacja dwóch osób, w której nie brakowało czułości, przyjaźni i miłości, przekształca się
w relację czysto służbową z trybem rozkazującym w tle: wynieś śmieci, poodkurzaj, odbierz
dzieci z treningu, co dziś do jedzenia itd. Tylko
na tyle starcza czasu na tym etapie, który nies­
tety może trwać latami. I u wzmiankowanego
prokrastynatora etap ten trwał blisko cztery lata – wiadomo też, jak się skończył…
Nawet z umiarkowanym prokrastynatorem
komfort życia nie jest zbyt wysoki: konieczność ciągłego przypominania o wszystkim
i proszenia o wszystko, jak choćby o skoszenie
trawnika, zrobienie zakupów, zmycie podłogi
czy załatwienie sprawy w urzędzie. To jak życie z wiecznym dzieckiem, nad którym wciąż
trzeba czuwać, któremu wciąż trzeba wycierać nos.
Oczywiście, jeśli osoby pozostające w takim związku, właściwie zdiagnozują problem
swój czy partnera, to mają szansę na szybkie
uzdrowienie swoich relacji. Odpowiednio skierują siły do walki o związek – przeciw chorobie, a nie przeciw sobie.
Na niwie zawodowej z prokrastynatorem również nie jest lekko. Współpracownicy albo muszą tolerować ambitną postawę
i częstokroć lepsze wykonywanie przez niego zadania, co z reguły przekłada się na to,
że pozostają w cieniu takiej osoby, zwłaszcza
w chwili przydzielania nagród, albo też muszą
wykonywać znaczną część zadań za swojego
niedysponowanego z powodu prokrastynacji
kolegę3. Żadna z tych sytuacji nie jest dobra
i bardzo ważną rolę spełnia tu przełożony. Jeśli będzie dobrym „wodzem”, wówczas nie dopuści do żadnej z wyżej opisanych sytuacji.
Będzie równomiernie rozdzielał zadania, nawet kosztem jakości niektórych z nich, a także
2 Tak to wygląda z perspektywy partnera prokrastynatora, ale prokrastynator robi to mimowolnie.
3 Dla równowagi dodam, że niestety dość częstym zjawiskiem jest też wyrachowane zachowanie współpracowników prokrastynatora, polegające na przerzucaniu zleceń
na kolegę-perfekcjonistę-prokrastynatora, argumentując:
skoro ty zawsze to robiłeś, tobie pójdzie sprawniej, to dla
dobra firmy. Oczywiście, taka postawa przyczynia się do
pogłębienia prokrastynacji ich kolegi.
nie dopuści do przepracowania i przeciążenia projektami żadnego pracownika. Do tego
stopnia, że przy pierwszych objawach przemęczenia któregokolwiek z nich – wyśle go na
urlop. Tak po prostu.
Miejscownik: o kim? o czym?
O PROKRASTYNATORZE napisano już
wiele, głównie są to opracowania anglojęzyczne. Kiedy kilka lat temu dane było mi poznać
pojęcie procrastination, w jednej z najpopularniejszych wyszukiwarek internetowych można było znaleźć na ten temat jedynie dwie-trzy
wzmianki w języku polskim. A teraz, oprócz
tego, że zapewne poprawiły się algorytmy wyszukiwania, to powstało naprawdę wiele teks­
tów dotyczących problemu odkładania zadań
na później – zarówno takich pobieżnie czy
nawet żartobliwie traktujących temat (demotywatory, youtube), jak i takich dogłębnie analizujących umysł prokrastynatora. I powinno
takich publikacji pojawiać się coraz więcej,
by uwrażliwiały na problem, by dzięki nim
rosła świadomość w tym względzie nie tylko
„czynnych” prokrastynatorów, ale i ludzi z ich
otoczenia. Z racji tego bowiem, że żyjemy
w czasach miliona możliwości, o wiele więcej
osób narażonych jest na to, że wpadną w pułapkę prokrastynacji. Dlatego właś­nie warto poz­
nać tę pułapkę zawczasu, aby w odpowiednim
momencie ją zidentyfikować i przes­koczyć,
o czym przekonuje William J. Knaus w swojej
książce Nie odkładaj spraw na później4, i pro­
ponuje swoim czytelnikom metodę w stylu
„jeśli masz coś zrobić dziś, zrób to w tym momencie”.
Ponadto cieszy fakt, że sami prokrastynatorzy dzielą się doświadczeniami na stronach
swoich blogów. Są to wartościowe serwisy, ponieważ opisując sprawdzone na sobie sposoby,
przekonują o ich skuteczności i mobilizują innych do podjęcia działań w kierunku „samonaprawy”. Proponują na przykład metodę GTD
(Getting Things Done), co oznacza „doprowadzanie spraw do końca”. Tę metodę w książce Getting Things Done. The Art of Stress-Free
Productivity5 opisał jej twórca David Allen,
a głównym jej założeniem jest kilkuetapowy
proces zarządzania projektami – gromadzenie,
analizowanie, porządkowanie, przeglądanie
i realizacja. Często też chwalonym sposobem
radzenia sobie z prokrastynacją jest „zjedzenie od rana ogromnej i paskudnej żaby”, by potem już nic gorszego nie mogło nas spotkać.
To z kolei filozofia Briana Tracy’ego, o której
opowiada w swoim audiobooku Zjedz tę żabę6.
Jak łatwo się domyślić, żaba występuje u niego w roli metafory długo odkładanego zadania
czy projektu.
Również szanujące się czasopisma nie
„przespały” tematu, i tak np. magazyn „Charaktery” w 2012 roku przynajmniej trzykrotnie
podjął tę problematykę:
Dorota Krzemionka, Jutro to dziś… tyle że ju­
tro, „Charaktery”, styczeń 2012,
Wiesław Łukaszewski, Zwlekanie, „Charaktery”, styczeń 2012,
Rafał Albiński, Od kamyka do chińskiego mu­
ru, „Charaktery”, styczeń 2012.
Polecam!
Wołacz: o!
Drogi PROKRASTYNATORZE! Zamiast
szukać skomplikowanych recept na okiełznanie
swojej słabości,
po prostu znajdź
w sobie siłę, luz
i mądrość:
Źródło: http://demotywatory.com/8054 (data dostępu:
31.08.2013).
4 W.J. Knaus, Nie odkładaj spraw na później, Santorski & Co, 2007.
B.F.
„Siłę, abyś
nie zwlekał ze
zrobieniem tego,
co zrobić trzeba.
5 Wydanie polskie Getting Things Done, czyli sztuka
bezstresowej efektywności, Onepress, 2008.
6 B. Tracy, Zjedz tę żabę, MTBiznes, Listopad 2011.
1/2014
33
Luz, abyś umiał
odpuścić sobie
to, czego robić
nie trzeba.
O prokrastynacji
rozmowa Katarzyny Bednarek
z psycholog Ewą Łęcką-Francuzik
B.F.
Nie każdy, kto wypije lampkę wina – jest alkoholikiem, tak samo, jak nie każdy, kto przełoży
kilka razy swoje obowiązki – jest prokrastynatorem. Ale zgodzi się Pani, że prokrastynacja
jednak jest uzależnieniem. Zatem, kiedy trzeba
rozpocząć walkę z nawykiem odkładania życia
na później?
B.F.
A mądrość,
abyś odróżniał
pierwsze
od drugiego”7.
Powodzenia!
Autorka tekstu:
KB – nie jest ani profesorem, ani doktorem psychologii na
Uniwersytecie Jagiellońskim, Warszawskim czy im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Nie jest nawet psychologiem.
Nie prowadzi żadnych badań naukowych. Nie napisała
żadnej książki i nie planuje, dla dobra literatury. Temat
podjęła z czystego zainteresowania i opierała się na swoich obserwacjach, opowieściach ludzi spotkanych na swojej drodze oraz na relacjach blogerów.
Autorzy rysunków:
Anna Bednarek – jest emerytowanym pedagogiem nauczania przedszkolnego. Przez 30 lat pracy przygotowała
do szkoły setki dzieciaków. Dla nich to właśnie, wielokrotnie po nocach, rysowała kolorowe i niespotykane
nigdzie indziej liczmany oraz inne pomoce naukowe mające rozwijać wyobraźnię jej wychowanków. Pisała dla
nich wiersze i opowiadania. Jest autorką kolorowanki dla
dzieci. W niniejszym artykule zobrazowała historyjki
prokrastynatora.
Bartek Farbotko, lat 7 – jest uczniem szkoły podstawowej.
Uwielbia układać klocki lego i grać w piłkę nożną. Niesamowicie zwinny i sprawny. Obecne w nim pokłady energii wykorzystuje na treningach karate oraz judo, a gdy mu
jeszcze mało, to skacze na trampolinie. Szkoła, jego zdaniem, jest fajna, ale tylko dlatego, że chodzą tam też koledzy, a nauka... jest przy okazji. Bartek przygotował rysunki
siłacza, luzaka i mądrali, które stały się pierwowzorem postaci w historyjkach obrazkowych do artykułu. Postacie powstały w kilka godzin po przekazaniu prośby, mimo że miał
na nie dwa tygodnie – nie zostanie prokrastynatorem.
7 Na podstawie D. Krzemionek, Jutro to dziś… tyle że
jutro („Charaktery”, styczeń 2012).
34
1/2014
Rzeczywiście, prokrastynacja, jak wszystko
inne, może uzależniać. Ale przeszkadza realnie
tylko wtedy, kiedy dotyczy problemów decy­
zyjnych i wykonawczych we wszystkich obsza­
rach naszego życia (zawodowym, osobistym)
i je dezorganizuje, kiedy owa asekuracja-od­
raczanie powoduje realne kłopoty i wpływa na
kwestie życiowe „tu i teraz”, i może zagrozić
przysz­łości. Jedynie skrajne postawy i sposo­
by reagowania mogą stwarzać problemy. Na­
tomiast w wielu przypadkach odłożenie decyzji
i wykonania zadania powoduje większy dystans
do sprawy, większy obiektywizm – z daleka wi­
dzi się więcej… Ponadto odłożenie, np. decy­
zji, co do których mamy wątpliwości – „studzi
emocje” i powoduje, że skupiamy się na zada­
niu, a nie na emocjach. Zmierzam do tego: być
może w całym kontekście problemu zabrzmi to
prowokująco, ale diagnozując u siebie zespół
objawów opisujących prokrastynację, nieko­
niecznie wskazana jest od razu walka z nimi
– prokrastynacja może być po prostu naszym
„sposobem na życie”. Każdy z nas jest inny
i niektórzy z natury potrzebują więcej czasu
na przemyślenie tematu. Nie powinni się więc
z tego powodu leczyć, tylko siebie takimi zaak­
ceptować i uwzględniać swoją naturę w organi­
zowaniu zadań.
Co towarzyszy prokrastynacji, jakie inne zachowania „żyją w symbiozie” z tą pos­tawą?
Niezdecydowanie, niedojrzałość, problemy
z samooceną, nieprzyjmowanie krytyki własne­
go postępowania…
Wiele spośród osób, którym opowiadałam
o tym zjawisku, stwierdzało: „jestem prokras­
tynatorem”. Przyznawały się, że mają problem.
Na pewno przeczytają ten artykuł. Co Pani
poradziłaby takim osobom? Jakie działania
prewencyjne powinny podjąć, aby z powodu
skłonności do prokrastynacji nie zepsuć sobie
jakości życia?
Zawsze warto zrobić sobie krótki „bilans
zysków i strat”, tzn. analizę strategii działania,
jakie stosujemy, i stwierdzić – czy w naszym
przypadku i konkretnej sytuacji stosowanie od­
kładania wykonania zadania w gruncie rze­
czy wpłynęło korzystnie na końcowy efekt, czy
też dezorganizująco, co straciliśmy przez pro­
krastynację. Podejmowanie decyzji, realiza­
cja planów, zamierzeń, do których jesteśmy
przekonani i mamy wystarczający poziom we­
wnętrznej motywacji, nie stanowi przecież dla
większości osób problemu. Zdarza się, że przy
niskim poziomie zaangażowania, zainteresowa­
nia, „mając w głowie” jakiś czas, kiedy może­
my odraczać wykonanie zadania – pozwalamy
sobie na „przeniesienie” wykonania go do gra­
nic bezpieczeństwa.
Jak znaleźć w sobie tę motywację wewnętrzną?
Szeroki temat. Najważniejszy jest wewnętrz­
ny plan działania rozłożony na etapy, bliższe
i dalsze (np. rozpoczynając studia, nie my­
ślimy, ile egzaminów i pracy nas czeka, bo
niektórych to mogłoby przerazić i nawet znie­
chęcić do podjęcia studiowania, a co dopiero
zakończenia go), skupienie się na realizacji po­
szczególnych zadań, wyznaczenie sobie dyscy­
pliny czasowej, tzn. – bez względu na to, czy się
to lubi, czy nie, rozłożenie zadań w określonym
czasie i konsekwentna ich realizacja, pilnowa­
nie higieny psychicznej – tzn. niezostawianie
na ostatni moment realizacji zadań, gdyż cza­
sowo i napięciowo może nas to przerastać i ko­
jarzyć się z ogromnym wysiłkiem, a wręcz
nieprzyjemnością; robienie sobie bez wyrzu­
tów sumienia, a nie tylko w kategorii nagrody,
okresów „nicnierobienia”, ładowania akumu­
latorów – inwestowania w siebie (odpoczynek,
hobby, inwestowanie we wzmacnianie relacji
międzyludzkich itd.). Taka właśnie konsekwen­
cja i dyscyplina wewnętrzna – wewnętrzny
plan działania – jest najbardziej przydatny dla
osób, które sobie ,,odpuszczają”. I co zawsze
podkreślam – bez emocji i motywacji nie uda
nam się nic...
na poziomie tworzenia planów. Mają fantastycz­
ne plany na biznes, sukces, a brakuje im „tyl­
ko” wytrwałości w realizacji owych zamierzeń,
gdyż nie starcza im energii, zaangażowania do
rozpoczęcia i doprowadzenia zadania do końca.
Myślę, że osoby, które mają świadomość tego,
że są decyzyjne, że to od nich zależy realizacja
celu, do którego są przekonane, mają mniejsze
problemy z ich wykonaniem. Oprócz wcześniej
wspomnianej motywacji wewnętrznej (która sta­
nowi dojrzalszą formę – zinternalizowaną moty­
wację) na tempo i skuteczność realizacji zadań
wpływa motywacja zewnętrzna – chęć spełnie­
nia oczekiwań osób z otoczenia, które są dla
nas ważne w procesie socjalizacji: najpierw ro­
dziców, nauczycieli, potem grupy rówieśniczej,
zwierzchników, partnerów życiowych.
Skuteczniej funkcjonujemy i nie odkładamy
realizacji naszych decyzji w sytuacji, kiedy jes­
teśmy do nich przekonani, są „nasze”, a koń­
cowa realizacja przyniesie oczekiwany efekt…
A w związku z tym nagrodę (zdanie egzaminu, za­
kończenie projektu, studiów, zdobycie interesują­
cej pracy, zorganizowanie wyprawy, wakacji).
Po czym rozpoznać, że opanowaliśmy prokras­
tynację, że ją przezwyciężyliśmy – czy jest to
w ogóle możliwe?
O przezwyciężeniu problemu świadczy po
prostu to, że osoba realizuje plany i zadania,
od początku do końca w określonym czasie.
Oczywiście, że jest to możliwe w sensie psycho­
logicznym, tak jak przezwyciężenie nawyków,
przyzwyczajeń, nałogów.
Czy gdyby w ICD–101 prokrastynacja widniała jako jednostka chorobowa, znalazłaby Pani
pośród swoich pacjentów osoby, którym pos­
tawiłaby Pani taką diagnozę? Wysłałaby je Pani z tego powodu na zwolnienie lekarskie?
Przy założeniu, że ktoś postanawia uporać się
z prokrastynacją za pomocą tzw. metody małych kroków – rozpoczyna dzień od planu, faktycznie realizuje część zadań – każdego dnia
więcej i więcej, ogranicza do minimum „rozpraszacze”… Czy to wystarczy? Czy wystarczy silna wola i postanowienie poprawy?
Z pewnością jest grupa osób, pacjentów,
która ma problemy w zakresie realizacji za­
dań w określonym czasie lub w ogóle z do­
prowadzeniem zamierzeń do finału – i z tego
powodu ma realne problemy życiowe. Jako
psycholog nie odważyłabym się na podstawie
jednego czy nawet kilku symptomów stawiać
diagnozy. Jeden i ten sam objaw może towa­
rzyszyć różnym ­zaburzeniom. Dlatego osobom
zgłaszającym się z tego typu problemami za­
proponowałabym diag­nostykę: ocenę poziomu
funkcji poznawczych, koncentracji uwagi, moty­
wacji, emocji, charakterystykę cech osobo­wości
„Dobrymi chęciami piekło wybrukowane”…
Plany i zamierzenia to pierwszy etap złożonego
procesu, jakim jest realizacja celu. Znam osoby,
które całe życie są bardzo twórcze i kreatywne
1 ICD-10 – Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych (ang. International
Statistical Classification of Diseases and Related Health
Problems).
1/2014
35
(stwierdzenie lub wykluczenie zaburzeń tych
sfer). Ustaliłabym z pacjentem, na podstawie
przeprowadzonej diagnostyki, rozmowy i ana­
lizy poszczególnych sytuacji utrudniających
funkcjonowanie w zakresie prokrastynacji, in­
dywidualny program naprawczy. Na pewno nie
jest to możliwe na podstawie jednej wizyty, jed­
nego spotkania z pacjentem.
Zwolnienia lekarskiego nie dałabym z tego
powodu – problemy decyzyjne i wykonawcze to
nie choroba.
Bardzo istotne, według mnie, w takich sytu­
acjach jest zadanie pacjentowi pytania, jak on
się z tym (z prokrastynacją) czuje. Bo poczu­
cie szczęścia jest subiektywne… Powracam do
„bilansu zysków i strat” w działaniu – jeśli sto­
sowanie strategii prokrastynacji ,,zwalnia pa­
cjenta z poczucia odpowiedzialności”, której
nie chce lub obawia się podejmować, odracza
w czasie zrobienie czegoś, co nie jest dla pa­
cjenta przyjemne, daje „dodatkowy” czas – to
ona czemuś służy.
Żyjemy w erze presji czasowej. W procesie
wychowania jesteśmy „modelowani” na osią­
gnięcie sukcesu w różnych sferach życia… „Mu­
simy” zdążyć zrealizować wszystkie zadania na
czas. W gabinecie goszczę wielu pacjentów,
którzy nie wytrzymują tego tempa, podwyższa­
nia poprzeczki, którą sami, często przez presję
otoczenia, podnoszą. Na poziomie zadaniowym
wykonują, realizują plany, „bo muszą, bo trze­
ba’’. Na poziomie emocjonalnym nie dają rady
– wtedy włącza się psychosomatyka – organizm
odpowiada symptomami nerwicowymi (zabu­
rzenia krążenia, gastryczne, lękowe, migreny,
zaburzenia snu, problemy z nastrojem, zrów­
noważeniem emocjonalnym itd.). Układ ner­
wowy odpowiada spadkiem wydolności funkcji
poznawczych, problemami skupienia uwagi,
problemami z pamięcią i skuteczną realizacją
zadań. Prokrastynacja wówczas jest skutkiem
zaburzeń, a nie przyczyną.
Czy społeczeństwu grozi epidemia prokrastynacji?
Nie nazwałabym tego zjawiska epidemią,
raczej utrudnieniem, które ma tendencje do
narastania, które dotyczy coraz większej licz­
by osób, ale nie z powodu kontaktu z innymi,
lecz z powodu zjawisk, jakie zachodzą wokół.
Zaliczam prokrastynację do problemów na­
tury przystosowawczo-adaptacyjnej, o które
nietrudno w czasach, w których przyszło nam
żyć.
Czy to oznacza, że „bohaterka” naszej rozmowy jest chorobą cywilizacyjną?
36
1/2014
Prokrastynacja jako choroba cywilizacyj­
na – tak, można tak to określić. Nasze czasy
­cechuje niesamowity postęp cywilizacyjny, na­
biera on coraz większego tempa, a więc, jak
już wspomniałam, działamy pod presją czasu,
konieczności dotrzymywania terminów i dużej
liczby zobowiązań – przy tej samej wydolności
psychofizycznej. Niejednokrotnie możliwości
psychofizyczne stanowią nasze ograniczenia.
Niektórzy z nas na otaczającą rzeczywistość
reagują stresem, który z kolei objawia się właś­
nie problemami w podejmowaniu jakichkolwiek
działań czy decyzji.
Na ile prokrastynacja, będąca w dużej mierze
rezultatem przemian cywilizacyjnych, jest problemem psychicznym, a na ile społecznym?
Prokrastynacja jest problemem psychicznym
w aspekcie jednostki, społecznym – w odniesie­
niu do grupy. Jeśli osoba, która jest członkiem
grupy (rodziny, grupy zawodowej), ma problemy
z dotrzymywaniem terminu wykonania obowiąz­
ków, może to w istotny sposób zaważyć na re­
lacjach z innymi, a także może mieć wpływ na
stopień realizacji zadań, za które odpowiada ca­
ły zespół. To z kolei powoduje potencjalny spa­
dek wydajności całego zespołu, społeczności.
I tym samym staje się problemem społecznym.
Czy są jakieś ośrodki specjalizujące się w leczeniu prokrastynacji?
Nie znam ośrodków, które w nazwie mają
słowo „prokrastynacja”, np. „ośrodek lecze­
nie prokrastynacji”, tak jak ośrodki leczenia
nerwic, chorób psychicznych czy uzależnień.
Uważam, że każda placówka psychologicz­
na zajmująca się problemami natury psychicz­
nej i udzielająca wsparcia, opierając się na
diagnostyce, jest w stanie podjąć się leczenia.
Należy jedynie pamiętać, że jedna wizyta nie
pomoże – „wychodzenie” z uzależnienia jest
procesem, czego świadomość trzeba mieć przy
ewentualnym wyborze ośrodka.
Na zakończenie, jakie książki na ten temat poleciłaby Pani czytelnikom?
Poleciłabym dokładnie taką samą literatu­
rę, o jakiej mowa w Pani artykule. Więcej nie
trzeba i nie potrzeba.
Ewa Łęcka-Francuzik –
psycholog z ponad
15-letnim doświadczeniem
z zakresu psychologii
klinicznej i wychowawczej.
Czy jesteś prokras tynatore m?
Lęk przed porażką, perfekcjonizm, a może
unikanie dyskomfortu – co jest powodem Twojego zwlekania z realizacją zadań?
W Polsce książka ta ukazała się pod tytułem Nie od­
kładaj spraw na później (Warszawa 2007). Niniejsze
opracowanie znalazło się również w artykule Jutro
to dziś… tyle że jutro (D. Krzemionek, „Charaktery”, styczeń 2012).
Do każdego z poruszonych tematów należy wybrać spośród niżej wymienionych najbliższą prawdy odpowiedź i przypisać odpowiadającą jej liczbę
punktów: zdecydowanie mnie to nie dotyczy – 1 pkt,
zwykle mnie to nie dotyczy – 2 pkt, czasami mnie to
dotyczy – 3 pkt, zdecydowanie mnie dotyczy – 4 pkt.
Jeśli to Cię interesuje, wystarczy zrobić „rachunek sumienia”, udzielając szczerych odpowiedzi na
pytania zawarte w poniższej tabeli. Wykaz tematów i metodologia analizy odpowiedzi zostały opracowane na podstawie książki The Procrastination
Workbook (Oakland 2002) Williama J. Knausa, psychologa badającego m.in. zjawisko prokrastynacji.
Nr
pytania
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.
15.
16.
17.
18.
19.
20.
21.
22.
Temat
Liczba punktów
Mówisz sobie, że zaczniesz jutro
Czujesz się przytłoczony, kiedy masz do zrobienia zbyt wiele rzeczy
Nie znosisz, kiedy ktoś Ci zajmuje czas
Nie spełniasz własnych oczekiwań
Kiedy czeka Cię nieprzyjemne zadanie, masz tendencje do zajmowania się czymś innym
Zanim zaczniesz działać, czekasz na natchnienie
Zanim zaczniesz działać, chcesz mieć gwarancję powodzenia
Boisz się, że popełnisz błąd
Jeśli coś jest frustrujące, unikasz tego
Po zakończeniu prac – krytykujesz sam siebie
Boisz się porażki
Twoje zachowanie zależy od nastroju
Abyś czuł się coś wart, musisz spełniać wysokie wymagania
Masz wobec siebie wysokie wymagania, nawet w sytuacji, kiedy zwlekasz
Gdy inni od Ciebie zależą, jesteś bardziej niezawodny
Kiedy masz do zrobienia coś nieprzyjemnego, odkładasz to na później
Łatwo się rozpraszasz
Kiedy nie jesteś pewny efektu swojej pracy, odkładasz ją na później
Oczekujesz od siebie więcej, niż jesteś w stanie zrobić
Nie jesteś dość dobry, aby radzić sobie tak, jakbyś chciał
Martwisz się, co ludzie powiedzą
Ludzie oczekują od Ciebie więcej, niż jesteś w stanie im dać
Po uzupełnieniu powyższej tabeli należy zsumować punkty w poszczególnych grupach tematów, tj.
(2, 3, 5 i 9), (7, 8, 11 i 22), (10, 18, 20 i 21), (4, 13, 14
Grupa tematów
Suma punktów
w danej grupie tematów
i 19), (12 i 15) oraz (1, 6, 16 i 17). Najwyższy wynik
w danej grupie wskazuje na Twój powód odkładania
zadań na później.
Powód odkładania, gdy dana grupa ma największą
liczbę punktów
2, 3, 5 i 9
7, 8, 11 i 22
10, 18, 20 i 21
4, 13, 14 i 19
12 i 15
Tendencja do unikania dyskomfortu
Lęk przed porażką
Niska samoocena, brak poczucia własnej wartości
Perfekcjonizm
Służy regulacji nastroju
1, 6, 16 i 17
Niska samoregulacja i podatność na czynniki rozpraszające
1/2014
37
JAKUB
PAWLICKI
Anioł w pancerzu
Piękno, przemoc, krew i nadludzkie moce
Foto: Jakub Pawlicki
Tunel, którego użyła, drążyła mozolnie
nocami przez ostatnie trzy dni. Miał twarde,
gładkie ściany, a jego wylot był usytuowany
w doskonałym miejscu. Starannie oczyszczony
z większych kamieni teren nie ograniczał widoczności i umożliwiał błyskawiczną ucieczkę... lub atak. Wiedziała, że musi być gotowa
w każdej chwili. Delikatnie pogładziła lśniący
pancerz. Czy jej się wydaje, czy nie jest już tak
lśniący? Czy to rysa, pęknięcie? Niemożliwe,
minęło przecież tak niewiele czasu. Jednak to
już. Niedługo będzie musiała skryć się pod ziemią i przeczekać okres słabości. Do tego czasu
musi nabrać sił. Musi zabić.
Wystawiła głowę z tunelu i ostrożnie się
rozejrzała. Coś na pewno się pojawi, miejsce
jest idealne. Spokojnie, jasno, prąd jest łagodny, a kolor skał taki jednolity i kojący...
Czy tam się coś porusza? Jest ostrożne, szare
tak jak
38
1/2014
podłoże, zmienia położenie zgodnie z rytmem
otaczającej je wody. Nieregularnie, niemal niezdecydowanie, lecz – jak na przedmiot – zbyt
obsesyjnie. Szur, ruch, oczekiwanie. Szur,
oczekiwanie, ruch. Zamaskowany, wtopiony,
niewidoczny. Nie dla niej. Roześmiałaby się,
gdyby mogła. Gdyby jej twarz nie składała się
z grubych, twardych płyt. Jak ktoś mógł przypuszczać, że go nie zauważy. Jego ciało było
dla niej niczym jarzący się, wielobarwny neon.
Każdy ruch powodował doskonale widoczne
wiry, które mówiły „tutaj jestem”, wręcz krzyczały „w tę stronę zmierzam!”.
Nie czuje podniecenia czekającą ją walką, nie doznaje tego szczególnego przypływu
sił dzięki zastrzykom adrenaliny. Nie spina
się, nie przygotowuje się do ataku. Ona zawsze jest gotowa. Zawsze maksymalnie skupiona, czujna, obserwator, łowca, ostateczna
nemezis. Skoczyła. Potężne uderzenie ogona
wystrzeliło ją z tunelu niczym z prowadnicy
pocisku. W ułamku sekundy znalazła się przy
swoim przeciwniku. Był szybki. Jakimś cudem dostrzegł zbliżający się kształt i zastawił
się olbrzymią kończyną uformowaną w groźnie
wyglądające szczypce. Kłapnęły i zacisnęły
się z siłą, która mogła jej z łatwością odciąć nogę. Zmuszona do wykonania uniku
poczuła wzbierającą wściekłość. Co on
próbuje osiągnąć? Ten poczwarny, bury stwór chce ze mną walczyć? Wydaje mu się, że może mi wyrządzić
krzywdę? Niszczy tylko doskonałość mojego ruchu! Jest podły!
A jeśli... A może przekształcając
się z ofiary w przeciwnika, chce
właśnie moje zwycięstwo uczynić piękniejszym? Dostrzegł
mnie i jako hołd przekazuje mi
intencję, bo przecież nie za-
Tymi słowy mogłaby owa istota zadeklarować swoją postawę wobec świata, gdyby odczuła
taką potrzebę. Niewiele jednak o jej potrzebach
* Powiadam wam: trzeba mieć chaos w sobie, by zrodzić tańczącą gwiazdę.
w tym
k ie r u n ku wiadomo,
żyje bowiem w innym
świecie. Żyje w morzu. Dla wielu
ignorantów jest po prostu „robalem”, większość
dość niesłusznie zwie ją „krewetką modliszkową”.
Właściwie z krewetkami ma niewiele wspólnego, lecz należy do osobnego rzędu ustonogów,
a jej polska nazwa to rawka. Wśród akwarystów jest legendą. Powiadają, że może jednym
ciosem rozbić szybę akwarium. Powiadają, że
kto włoży do zbiornika rękę, może stracić
­palec. I zaprawdę, powiadają prawdę. Przede
wszystkim rawka zachwyca. Nawet gdyby to
była jedyna cecha wyróżniająca ją spośród innych mieszkańców mórz, to sam wygląd mógłby jej dać koronę królowej. Ten pancerz utkany
z tęczy. Te cool błękity i sexy czerwienie. Tylko czy ludzkie oko jest w stanie docenić całe to
piękno? Mocno wątpliwe, ponieważ jesteśmy
przy niej ślepi niczym dwunogie krety.
Pomyślmy, ile barw widzi człowiek? Każdy wie, że mnóstwo. A kobiety podobno nawet
więcej niż trzy. Ale dlaczego tak się dzieje, że
czarna jagoda jest czerwona, kiedy jest jeszcze
zielona? To wszystko dzięki czopkom. I nie mam
tu na myśli wyrafinowanej metody aplikowania
niedozwolonych substancji, które mogłyby wywoływać barwne wizje. Mowa o fotoreceptorach w naszym oku. Taki pojedynczy fotoczopek
1/2014
39
Foto: Jakub Pawlicki
miar prawdziwy, równej walki?
Czyżby w tej nędznej kreaturze
kryła się dusza wojownika? Czy
to możliwe, że on również bywa
prześladowcą dla swoich prześladowanych? Te mocarne szczypce,
grzbiet kryty pancerną płytą... Dobrze, zatem zginie jak wojownik,
dodając zaszczyt śmierci w boju do
zaszczytu śmierci z mojej ręki.
I uderzyła. A cios był tak potężny, że sama materia rozstąpiła się
wokół pędzącego oręża i zagotowała,
ustępując mu miejsca. Na ułamek sekundy świat wydał się nieruchomy i wyssany
z barw. A potem błysk i uderzenie gorąca, niczym ciś­nięty odłamek słońca umieszczony na
końcu ramienia, aż wreszcie grzmot przetoczył
się po okolicy, przesuwając mniejsze kamienie
i strząsając pył ze skał. Pancerz pokrywający kleszcze przeciwnika pękł, niczym skorupka jajka. Dookoła wystrzeliły odłamki chityny
i fragmenty mięśni. Uderzyła ponownie, tym
razem w grubą płytę na grzbiecie, która przełamała się na dwie części, odsłaniając miękkie
tkanki i tryskając sokami. Uderzyła jeszcze raz.
I jeszcze. I jeszcze. Martwy przeciwnik przewrócił się na grzbiet, rozrzucając szeroko odnóża. Na chwilę zamarła w bezruchu. Kikut
odrąbanego ramienia ofiary falował lekko poruszany prądem. Poza tym w najbliższej okolicy panowała cisza. Spokój. Walka skończona.
Wpatrując się w pokonanego wroga, czuła lekki zawód. To było takie łatwe. Jednak na
samym końcu okazał się bardziej ofiarą niż
przeciwnikiem. Czy na tym polega samotność zwycięzcy? Czy jestem istotą skończoną? Siejąc śmierć, tworzę doskonałość. Czy to
ja, Überwurm, jestem zniszczeniem, entropią,
najwyższą formą zbliżenia z naturą wszechświata? Ich sage euch: wurm muss immer noch
Chaos in sich haben, um einen tanzenden Stern
gebären zu können*.
dzę sferycznie w promieniu niemal 360 stopni”. Bez ruszania głową. I jeszcze... jakby to
powiedzieć... Cóż, może bez owijania w bawełnę, prosto z mostu i brutalnie: one widzą,
w jaki sposób światło jest spolaryzowane.
Ehe, rawka widzi, pod jakim dokładnie kątem fala świetlna przemieszcza się w przes­
trzeni. W całej przestrzeni, która ją otacza. Tak
właś­nie widzi. Od podczerwieni do ultrafioletu. Wszędzie. Wszystko. By zabić. Cóż, taka jej natura, chociaż trzeba jej przyznać, że
w odróżnieniu od niektórych innych gatunków, nie zabija dla sportu ani dla pieniędzy, ani
z przyczyn politycznych, religijnych, naukowych, z ciekawości, z nudów ani na skutek nagłej potrzeby powrotu do domu po imieninach
u szwagra. Nie, nie, to tylko czysta, szlachetna
walka o przetrwanie. Doskonałe w swej prostocie
mano a mano, na gołe pięści, ponaddźwiękowe
ciosy i fireballe. I nie, nie zmyślam... Przednie
z grubsza sposób działania monitorów komputera (i podobnie naszych ocznych czopków). Teraz,
jeśli dla każdego z tych kolorów przyjmiemy 256
możliwych poziomów natężenia (to taka okrągła
komputerowa liczba), otrzymujemy 16 777 216
kombinacji. Ponad szesnaście milionów kolorów,
w tym zapewne również tajemniczy burgundowy i legendarny écru. Natomiast monitor dla
rawki posługiwałby się kodem, hm... powiedzmy RGBFETMKAFVP i emitował kolorów
79 228 162 514 264 337 593 543 950 336. Nooo,
drogie panie, jak dobrać teraz torebkę do butów?!
Też coś, mógłby ktoś powiedzieć, za to my
mamy oczy umieszczone w ten sposób, że widzimy stereoskopowo i potrafimy świetnie ocenić odległość. „Fiu-bździu”, odrzekłaby raw­ka,
„ja mam oczy umieszczone na wypustkach i wi-
kończyny uformowane są w szpikulce lub młoty przeznaczone do przebijania pancerzy ofiar
(a te ofiary to kraby, małże i inni podmorscy
twardziele). Rawka uderza nimi z taką szybkością, że cząsteczki wody rozstępują się wokół nich. Ktoś może kojarzy – rosyjskie łodzie
podwodne, torpedy, kawitacja, taka sytuacja...
Kiedy następnie kawitacyjne bąble ulegają
spłaszczeniu, powstaje fala uderzeniowa, tak
silna, że potrafi ogłuszyć ofiarę, nawet – jeśli
cios nie dosięgnął celu. Do tego dochodzi temperatura rzędu kilku tysięcy kelwinów. Towarzyszące temu sololuminescencyjne błyski są
już tylko dla efektu. To nie żarty, pomiary wykazały, że ramię rawki może osiągać przyspieszenie do 10 000 G (dobra metoda na przecier
z kosmonauty) i uderzyć z siłą 1500 newtonów.
Foto: Jakub Pawlicki
potrafi, mówiąc w pewnym uproszczeniu, zanotować, że dociera do niego światło jednego określonego koloru. Tak, każdy czopek to jeden kolor.
I tych czopków mamy w oku trzy rodzaje. Mieszają nam się w oku trzy kolory. Jak w telewizorze. Tylko na odwrót, bo to my patrzymy na
telewizor, a nie on na nas (jak dotąd). I to tyle. No
dobra, niektóre kobiety mają jeszcze jeden dodatkowy, czwarty rodzaj, ale to jakiś zmutowany
gen jest, jak u Spidermana, czy coś. Zdecydowana większość ludzi musi sobie jednak radzić
z trzema czopkami i trzema barwami podstawowymi. A tymczasem rawka ma ich 12. Słownie:
dwanaście, tuzin, zwelf. Pobudźmy nieco wyobraźnię i ten niewyraźny, zapomniany obszar
naszego umysłu, który zajmuje się matematyką.
Każdy chyba słyszał o kodowaniu barw za pomocą wartości RGB: jedna liczba na ilość czerwonego (Red), jedna na ilość zielonego (Green)
i jedna dla niebieskiego (Blue). Odzwierciedla to
40
1/2014
To jest 150 kilogramów z ręki stworzenia, które
nie waży nawet 100 gram! Gdyby człowiek potrafił się zamachnąć z 1/10 tej mocy, moglibyś­
my wrzucać jabłka na orbitę (strach pomyśleć,
co też by do tego czasu po niej krążyło). A walki
bokserskie? Bang! – i głowa jednego z uczestników ląduje w sąsiednim mieście. Zaprawdę, jest
to moc godna nordyckich bogów. Rawka uderza
niczym sam Thor, z błyskiem i grzmotem przerabiając swoich przeciwników na sałatkę frutti
di mare. A co z młotem Thora? Jak to się dzieje, że „pięść” skorupiaka nie rozpada się na kawałeczki? Czy to jakiś supermateriał, z którego
można by produkować kuloodporne pancerze?
Takie właśnie pytania zadawali sobie amerykańscy naukowcy odpowiedzialni za zbrojenie
tego miłującego pokój narodu. Nie wiemy, czy
zaowocuje to nową generacją marines odzianych w tęczowe pancerze, dowiedzieliśmy się
jednak co nieco na temat budowy tych, którymi
posługuje się rawka. Okazuje się, że za niezwykłą odporność na uderzenia odpowiedzialne są
trzy warstwy materiałów. Zewnętrzna jest bardzo twarda, złożona z substancji, z której wykonane są nasze kości, dodatkowo wzmocniona
dzięki ułożeniu w ciasną, krystaliczną strukturę. W drugiej warstwie znajduje się ten sam
materiał, lecz ułożony bardziej chaotycznie,
natomiast trzecia składa się z chityny. Dzięki
temu, że każda z warstw ma nieco inne właś­
ciwości, jeśli chodzi o sprężystość, pęknięcia
nigdy nie przenikają w głąb z jednej na drugą
i nie rozprzestrzeniają się. Co najciekawsze,
cząsteczki chityny zorganizowane są w formie
spiral. Jeśli pęknięcie dotrze na sam spód, rozchodzi się właśnie spiralnie zamiast w poprzek,
co praktycznie nie osłabia całej struktury.
Rawka zadziwia również swoimi zdolnościami komunikacyjnymi. Po prostu stworzenie zna
języki. Umie zagadać po krewetkowemu i wielorybiemu... No może przesadziłem. Tak naprawdę, naśladuje jedynie odgłosy wydawane przez
skorupiaki, na które poluje. No wiecie, „Chodź
do mnie piękny marynarzu, ugoszczę Cię grogiem i stawonogiem”. Czy coś w tym stylu.
W każdym razie na krewetki te teksty działają.
Być może właśnie świadomość, jak łatwo innych, przepraszam za wyrażenie, zrobić w konia, spowodowała, że rawki porozumiewają się
między sobą przy pomocy zajączków. Przyczepiają im do ogonków karteczki z wiadomościami, dają klapsa i w drogę. Nie no, co za głupi
pomysł. Chodzi o takie zajączki, jakie się robi
lusterkiem i słoneczkiem. Tylko że rawki używają do tego zwierciadełek umieszczonych na
końcu tułowia. Wspominałem wcześniej, że widzą, w jaki sposób światło jest spolaryzowane?
Te zwierciadełka właśnie polaryzują światło.
Przy czym normalnie w przyrodzie (w sensie,
gwiazdy tak emitują) światło zwykle jest spolaryzowane liniowo, czyli prostopadle do kierunku rozchodzenia się fali. Taką polaryzację
są w stanie zobaczyć jeszcze niektóre owady
(np. pszczoły) i taką wykorzystujemy do oglądania filmów w 3D. Ale rawka lubi prywatność.
Co tam jedna drugiej nadaje, żaden PRISM nie
przechwyci. Dlatego właśnie te zwierciadełka na
ogonie puszczają zajączki spolaryzowane spiralnie, co jedynie ona i tylko ona na całym świecie
może zobaczyć. Totalna obfuskacja z oślepieniem. Tu znowu zainspirowali się nasi dzielni
amerykańscy naukowcy, tym razem poszukując pomysłu na ulepszenie napędów DVD. Jak
na razie rezultaty nie są znane, podobno rawki
wniosły pozew zbiorowy o naruszenie praw patentowych. Doprowadziło to do pewnych napięć,
flota pacyficzna została postawiona w stan gotowości, stracono kontakt z jedną z atomowych łodzi podwodnych, a w poszyciu lotniskowca USS
Nimitz odkryto tajemnicze wgniecenie.
A jednak mówimy na nie „robale”. Że prymitywne organizmy, co stoją od nas niżej w drzewie stworzenia. Ha, ha! Może się tylko rawka
zaśmiać. I zacytować ponownie: „Nigdy nie zapominajcie! Im wyżej wzlatujemy, tym mniejsi
wydajemy się tym, co nie umieją latać”. Kogo niby Bóg ukochał bardziej? Kogo uczynił na swój
obraz i podobieństwo? Jeśli nas, to czyim jest obrazem i czyje moce posiada rawka? Że niby dos­
taliśmy, ten tam, rozum... No tak, piękna rzecz,
ale jakoś nie zaufano nam na tyle, abyśmy mogli uderzeniem pięści kruszyć skały i przenikać
wzrokiem otchłań kosmosu. I pewnie słusznie,
bo małżeńska kłótnia mogłaby zatopić kontynent, a mecz piłkarski zapewne kończyłby się
formowaniem supernowej. Tyle naszej wspaniałości. A rawka siedzi sobie w norce i kontempluje, a w pięściach trzyma słońce... ¢
1/2014
41
Będąc młodą
matką, w celu poszerzenia swojej
wiedzy na przeogromny
temat:
Dziecko, sięgnęłam po czasopisma
dla rodziców. Wiedzę poszerzyłam,
aczkolwiek nie taki zakres miałam
na myśli. Czego się dowiedziałam, czego można się dowiedzieć z czasopism dla rodziców?
Poza bardzo konkretnymi informacjami i radami (np. jak postępować, gdy dziecko straci
przytomność) – wielu zaskakujących, przynajmniej dla mnie, rzeczy.
Przede wszystkim czasopisma dla rodziców
okazały się zdecydowanie czasopismami dla
mam. Jako tata czułabym się dyskryminowana. Tatusiowie pojawiają się jako dodatek (dosłownie i w przenośni), o ile w ogóle, a przecież
jedyna rzecz, której ojciec nie zrobi przy niemowlęciu/dziecku, to karmienie piersią. W takim dodatku dla
ojców (np. „strefa
taty”, „strony dla
dwojga”) można np.
poczytać (dowiedzieć się – byłoby
za dużo powiedziane) o tym, dlaczego warto pomyśleć
o polisie ubezpieczeniowej. Temat
zdecydowanie tylko dla panów, panie, a tym bardziej
mamy, nie zajmują się finansami.
Chyba, że robiąc
zakupy i stąd pewnie o finansach dla mam na zasadzie „oszczędzanie przy okazji robienia zakupów”. Wiedza
o oszczędzaniu w dobie kryzysu jest bezcenna,
ale że jest to kwestia tylko dla mam?
Kolejne tematy w dodatku dla ojców – to
wózki i foteliki samochodowe. Sprawa bezspornie ważna i oczywiście nie dla mam. W kontekście samochodów można poczytać również
o tym, jaki samochód wybrać na dojazdy do
pracy – niby nic dziwnego, ale akurat z Raszyna do Warszawy? Od razu wiadomo, kto i gdzie
redaguje czasopismo. – I jeszcze o wynikach
tes­towania samochodu x przez rodzinę z czwórką czy piątką dzieci. Wkoło głośno o niżu
d­ emograficznym,
więc kolejny niesamowicie istotny
temat. Wśród moich znajomych (od
podstawówki przez
studia po pracę)
są aż cztery rodziny z trójką dzieci,
reszta ma mniej.
Czwórka czy piątka? Przychodzących mi na myśl rodzin z taką
liczbą dzieci nie stać na wspomniany, testowany
samochód; ale chyba zaczynam myśleć stereotypami. I pewnie jestem nieżyciowa, nieświadoma,
niesprawiedliwa, a temat aut to przecież tylko
wabik, żeby tatusiowie w ogóle zajrzeli do czasopisma o dzieciach i dzięki temu zainteresowali się tematem dziecka i swoim dzieckiem. A nie
interesują się nim (tematem, dzieckiem)? To naprawdę byłoby dla mnie odkryciem.
Tak na marginesie, gdy potem przeczyta się
tytuł Maluch też człowiek – to trzeba się zastanowić, czy aby na pewno w czasopiśmie dla
rodziców nie jest
to artykuł o fiacie
126p?
Zagłębiając się
w lekturze stron
dla tatusiów, możemy znaleźć rady:
„zabierz
dziecko
na spacer”, „naucz
dziecko kopać, łapać i odbijać piłkę”,
„puść maluchowi
latawiec”, „zbuduj
z dzieckiem mias­
to” – no tak, jeżeli nie przeczytam
o tym w czaso­
piśmie, to nie przyjdzie mi to do głowy… Poza tym, jeżeli mowa
o tatusiach, to obowiązkowo: gadżety elektroniczne, gry komputerowe itp. oraz, jakżeby inaczej, seks. Seks w ciąży, „rodzice zgrani
w łóżku” – oczywiście, bez seksu nic się nie
sprzeda, a przecież to jest ważne. Bardzo ważne? Najważniejsze?
Byłam zaskoczona, zagłębiając się w takie
kwestie, ale gdy trafiłam na artykuł, rozmowę
z psychologiem, pod tytułem: Do czego dziec­
ku potrzebny ojciec, to doceniłam dodatki dla
ojców. Przez sam fakt istnienia taki dodatek
mówi, że ojciec jest potrzebny, a może nawet
ważny. Brawo. Plus dla czasopism.
Janina Rudowicz-Nawrocka
Maluch człowiekiem,
a tata w dodatku
42
1/2014
Zostawmy tatusiów. Czego mogą dowiedzieć się mamy? Czego mogę się dowiedzieć,
czego się dowiedziałam? „Dla niemowlęcia najlepsze jest mleko.” „Temperatura powyżej 39o
– Musisz ją obniżyć.” „Dla dziewczynki nie
musisz kupować różowego.” To ostatnie jest
chyba najlepszym zdaniem, jakie przeczytałam. Odkrycie na miarę XXI wieku. Nie tylko
różowy nie jest bezwzględnie konieczny, obowiązkowy, ale „nie muszę” – od razu świat nabiera rumieńców, żeby nie powiedzieć: patrzę
na niego przez różowe okulary. Do tego pomysły na „idealny prezent”, „idealny gadżet”,
„idealne wakacje” i znowu przecieram oczy ze
zdumienia; nie wierzę w istnienie jakichkolwiek ideałów, a tu co rusz jakiś.
Dalej przytaczam wybrane cytaty, część
z nich to tytuły artykułów. Staram się powstrzymać od komentarzy…
„Ela przekonała mnie, że mam pokarm.”
„Dzięki Magdzie odkryłam matczyną intuicję.”
– Ani Ela, ani Magda to nie córki-niemowlęta,
a matki to nie nastolatki. Cóż, widocznie oczy­
wis­tość nie jest oczywista dla wszystkich. Jeżeli
­jednak są chętni, chętne, żeby się takimi przeżyciami dzielić, to przepraszam – czepiam się.
„A jeszcze lepiej stosować jednorazowe
chus­teczki do mycia blatów.” – Higiena tak i to
przez wielkie H. Ale może nie dajmy się zwariować jednorazówkom? Aczkolwiek bezrobocie rośnie – producenci muszą mieć rynek zbytu,
ale z drugiej strony wszystko jest eko, a jednorazówki raczej nie. I jak tu być w porządku?
Nie da się ukryć, że na poziom czasopisma
spory wpływ mają pytania czytelników, czyli rodziców, niestety głównie mam. Przykłady: „Czym myć miejsca intymne półtorarocznej
dziewczynki: mydłem czy płynem do higieny intymnej?” Odpowiedź: „Dziewczynka nie jest małą kobietą” i uzasadnienie tegoż faktu (odkrycia?).
„Czy 15-miesięcznemu dziecku myć włosy
codziennie?” Odpowiedź: „W miarę potrzeb –
podobnie zresztą jak u osoby dorosłej”.
„Czy zawsze trzeba myć pupę?” i odpowiedź: „Lekarze mówią, że tak powinno się robić […]. Prawdziwe mamy (przynajmniej te,
które ja znam) tego nie robią – używają wilgotnych chusteczek – i zazwyczaj nic złego się nie
dzieje”. – Hmm, „prawdziwe mamy”. Czy ja jes­
tem prawdziwa czy nieprawdziwa? Chyba nieprawdziwa, bo myłam pupę mojego niemowlaka.
Właściwie w czasach, kiedy każdy może
pisać o wszystkim i publikować to w dowolny
sposób dla, uwzględniając Internet, niezliczonych odbiorców, nic nie powinno mnie dziwić,
jednak dziwi i nie tylko dziwi. Gdybym wzię-
ła do ręki czasopismo lewicowe, prawicowe,
feministyczne czy jeszcze jakieś inne o ściśle
określonej linii, nie byłabym zaskoczona tym,
o czym się w nich pisze (mogłoby mnie zaskoczyć, że tak można myśleć), ale wzięłam do ręki
czasopisma o tematyce wydawałoby się ogólnoludzkiej i dowiedziałam się, że farmazony
i stereotypy to nie tylko język ulicy. Do tego
jeszcze nierzetelność dziennikarska, niestety
coraz pow­szechniejsza na co dzień. Podam jeden przykład z dość bliskiej mi branży.
W artykule – rozmowie z właścicielką restauracji/klubu/miejsca dla mam i dzieci (tatusiowie chyba też tam mogą wejść) możemy
przeczytać zapewnienie i zachętę właścicielki: „Tylko ekologiczna żywność! Warzywa
bez dodatku chemii i mięso bez antybiotyków
i hormonów”. I pani redaktor pisze to z wykrzyknikiem zachwytu, choć to manipulowanie w głowach rodziców, bo przecież: Prawo
żywnościowe od 2006 r. zakazuje dodawania
do pasz dla zwierząt antybiotyków jako stymulatorów wzrostu. Niedopuszczalne jest również
stosowanie w gospodarstwach utrzymujących
zwierzęta gospodarskie substancji o działaniu hormonalnym (art. 64 ust. 1 ustawy z dnia
11 marca 2004 r. o ochronie zdrowia zwierząt
oraz zwalczaniu chorób zakaźnych). Inspekcja Weterynaryjna zajmuje się monitoringiem
tych kwestii na podstawie rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 28 lipca 2006 r. (Dz.U. nr 147, poz. 1067, z późn.
zm.). Zdaję sobie sprawę, że na rynku działają nieuczciwi producenci żywności, ale zgodnie z zasadą, że bez udowodnienia nie ma winy,
wypowiedzi powyższego typu mogą uczciwym
producentom przynieść ogromne szkody.
Na szczęście zdarzają się też rozsądne zdania. „Pamiętaj także, że nawet bez bardzo praktycznych akcesoriów można się obyć – w końcu
nasze mamy to robiły.” I przykład: stół zamiast
przewijaka. Ponadto artykuł dość płytki, ale
jest tekst o mamach i dzieciach w innych krajach (i wielkie ach, że z dzieckiem można pracować w polu) czy polecenie filmu Bobasy
(reżyseria Thomas Balmes, produkcja Francja
2010). Film również polecam.
To chyba dobry moment na zakończenie tego subiektywnego i stronniczego przeglądu.
Moja wiedza o społeczeństwie poszerzyła się.
Potwierdziły się obserwacje z ulic i placów zabaw – szkoda. Dużo pracy jeszcze przed nami.
***
Wszystkie cytaty pochodzą z czasopism „Mamo, to
ja” i „Mam dziecko” z VI-VIII 2011.
1/2014
43
F E L I E T O N
R O D Z I C I E L S K I
Monika Knapik
M A T U R A T O
CZYLI WYTRZYMAM!
– Nie będę zdawał, mama! Nie ma takiej
opcji!
Te słowa uderzyły mnie jak obuchem
w pewien styczniowy, smutny dzień. W ten
oto sposób mój syn obwieścił mi swoją decyzję. Oględnie, jak to on. I bardzo skrótowo.
Dlaczego? Jak to? Matura jest przecież
w końcu ważna. Bywa zwieńczeniem całej
tej harówy, tej męczarni szkolnej, cudownym finałem drogi przez mękę, którą ramię
w ramię razem przeszliśmy.
Czy jednak mam jeszcze cokolwiek do
powiedzenia? Mój chłopiec ma już przecież
19 lat. Jest bytem niezależnym. Wprawdzie
wciąż na naszym utrzymaniu, ale dopóki się
uczy…
No właśnie, a co dalej? Co mu pozostaje? Chyba rejestracja w Urzędzie Pracy i zasilenie szeregów bezrobotnych bez prawa
do zasiłku. No bo, co z nim będzie? Nie ma
zawodu, doświadczenia, a tacy mogą tylko ściany podpierać. Oczywiście nie mówię
mu tego, bo od razu wyszłabym na zgreda.
Tylko straszne myśli kłębią się w głowie,
a niepokój ściska serce. A on? Ma już plany
– wyjedzie do UK. Tam się zawsze coś znajdzie. Albo jakąś pracę podłapie na miejscu,
na czarno oczywiście. Bo cóż, taka jest nasza smutna rzeczywistość.
– Poradzę sobie, będzie dobrze, mamuśka – uspokaja mnie i znika w jaskini.
Dobrze, optymizm to bardzo cenna cecha charakteru, lecz trzeba czasem trzeźwo
spojrzeć na świat. Dla mojego syna jednak
liczy się tylko „tu i teraz”. Zero planowania,
jakiejś wizji przyszłości. Oczywiście rozumiem, że w jego wieku nie robi się jeszcze
44
1/2014
B Z D U R A,
planów. Żyje się dniem dzisiejszym. Lecz
serce matki umiera z niepokoju!!!
On ma to jednak gdzieś, to moje serce. Wiosna się robi na całego, można posiedzieć w przepięknych okolicznościach
przyrody, z dziewczyną się umówić na spacer, z kumplami na piłkę. No dobrze, a co
z tym życiem? Życie poczeka, nie ma poś­
piechu.
Czy właśnie z tych powodów młodzi
ludzie obecnie coraz później zakładają rodziny. Bo proces dojrzewania się wydłużył do trzydziestki? Dopiero w tym wieku
są gotowi, choć też nie zawsze, by poukładać sobie życie osobiste – jakaś żona, jakieś dziecko…
Obserwuję to zjawisko również w moim najbliższym otoczeniu: zbliżające się do
trzydziestki lub ją przekraczające kobiety całymi stadami włóczą się po klubach
i dyskotekach, garściami korzystając z wolności i swobody, jaka im jeszcze pozostała.
Gdy są już wreszcie gotowe, by się z kimś
związać, okazuje się, że jest trochę za późno. To jednak czysta biologia decyduje za
nie wtedy.
A ci kandydaci na mężczyzn ich życia?
Wieczni chłopcy z joystickami w dłoniach,
liczący czas od piątku do piątku, kiedy można wydać na balowanie większość wypłaty,
bo przecież raz się żyje! I dalej do przodu,
kolejna laska zaliczona, kolejny blant wypalony. I super, i o to w życiu chodzi!
Cóż, nie mogę zaprzeczyć, że mój syn
też do tego pokolenia należy. Dojrzeje kiedyś? Czy ja tego dożyję? Na razie jest dzieckiem o wzroście 196 cm. Oburza się i bardzo
gniewa, gdy za dużo pytam lub cokolwiek
sugeruję, ale sam niewiele ma do powiedzenia w konkretnych kwestiach.
Po pierwsze: nie czyta. Starszy brat
zdał maturę z języka polskiego, bazując
wyłącznie na streszczeniach, to po co on
się będzie wysilał? Tym bardziej, że matury w ogóle nie zdaje. Ogląda mnie praktycznie od urodzenia w każdej niemal
wolnej chwili z książką w ręku i nie ma
to na niego żadnego wpływu. Jako dzieciak nie zasnął, jeśli mu nie poczytałam
ulubionych Muminków czy Kubusia Pu­
chatka. I co? I nic. Absolutne zaprzeczenie
ogólnopolskiej akcji „Cała Polska czyta
dzieciom”. To chyba jednak nie tak działa,
jak nam się to próbuje wmówić. Przynajmniej na mojego potomka.
Po drugie: nie ogląda programów informacyjnych ani publicystycznych. Polityka go nie interesuje, brzydzi go i mierzi.
No chyba że zdarzy się jakaś spektakularna katastrofa! To budzi jakieś zainteresowanie, wywołuje emocje, ale poza tym
– strata czasu. W to miejsce lepiej obejrzeć sport. No dobrze, szanuję tę jego pasję, której jest wierny od najmłodszych
lat. Piłka nożna to jego żywioł – mecze,
turnieje, obstawianie wyników w zakładach bukmacherskich. Kiedyś grał w klubie, dziś to już tylko liga osiedlowa, ale
kontakt z dyscypliną pozostał. Pewnie będzie grał jeszcze jako oldboy, faceci tak
mają i chwała im za to. Poza tym jest to
coś, co choć na chwilę przerywa ten marazm i bezczynność, kręci go i ożywia.
No i dobrze, że ma jakiś wentyl bezpieczeństwa. Inaczej tyłek przyrósłby mu do
krzesła komputerowego.
No cóż, pocieszam się tylko, że nie on
jeden jest taki. Mnóstwo moich przyjaciół i znajomych ma też pociechy w tym
wieku. Prawie nikt nie jest pozbawiony
rozterek podobnych do moich. Cudowni
chłopcy rozbijają rodzicielskie auta, tracą prawo jazdy z różnych powodów, balują, niekoniecznie imając się pracy. Po co
wyliczać dalej, tylko się człowiek wkurza.
No, ale to jest przecież przyszłość naszego narodu!
Dam radę, wytrzymam…
SMS-em spod lady
Marta Zielonacka
Globalizacja i obyczaje
Globalizacja to coraz większe zależności między państwami, gospodarkami i kulturami, ale także między
konsumentami. To integracja państw,
z których może się stworzyć w przyszłości jeden wielki system społe­
czno-polityczny. Wszyscy wiedzą o tym
i nikogo już nie dziwi, że kupowane
przez nas bluzki, spodnie czy filiżanki nie są wyprodukowane w kraju producenta, tylko np. w Chinach.
Autorka za ladą
Większość klientów jest temu przeciwna, ba, nawet zbulwersowana, że
za markową rzecz płacą dużo pieniędzy, a robiły to niemal za darmo malutkie rączki chińskich dzieci. Na
całym świecie wszyscy mówią o wyzys­
ku i krytykują go, a jednak dalej
kupują towary po „cudownie” niskiej
cenie. Wniosek: Chiny łączą świat,
czyli mają realny wpływ na rozwój
globalizacji.
W dziwny sposób stajemy się częścią wspólnie kosumowanej rzeczywistości. Przykładem tak pojmowanej
globali­
zacji są zjawiska zachodzące
w przestrzeniach sklepowych. Kupując towary – manifestujemy określony
styl myślenia, sferę wartości i wolę
istnienia, które podlegają swoistemu
upodobnieniu.
1/2014
45
Podam kilka przykładów ze sklepu,
w którym pracuję. Mam w nim duży wybór porcelany i ceramiki z różnych
państw, np. Portmeirion z Walii – za
każdym razem robi wrażenie na Anglikach i chyba są mile zaskoczeni, że
ich narodowa porcelana dociera i do
nas. Niestety – żaden z nich nigdy
jej u nas nie kupił.
Inaczej jest z Danią, wyroby z Kopenhagi przyciągają swym urokiem nie
tylko Polaków, ale i samych Duńczyków, Szwedów i Holendrów i – uwaga –
oni u nas je kupują. Widać opłaca im
się kupić u nas i zawieźć do domu,
gdzie mają to prawdopodobnie pod ręką. To jednak jest zrozumiałe. Natomiast bardziej zadziwiające jest, że
ktoś nie zna firmy czy producenta,
kupuje produkt i jest pełen zachwytu
dla tej rzeczy, a potem okazuje się,
że produkt ten został wyprodukowany w jego ojczyźnie. Zawsze zastanawiam się, czy np. Niemiec zdziwi się,
gdy zajedzie do domu, rozpakuje walizki, weźmie do ręki rzecz, którą
kupił w Polsce i – jak coś go tknie
– sprawdzi w internecie nazwę wyrytą
pod naczyniem (dajmy na to Hoff), gdy
zrozumie, że przejechał taki szmat
drogi i kupił coś ładnego, co mógłby kupić taniej u siebie w sklepie
na osiedlu. Jaką będzie miał minę,
kiedy okaże się, że wyprodukowano to
w jego ojczystym kraju?
Najbardziej skomplikowane w kontekście globalizacji były dla mnie
zakupy dwóch Rosjanek. Rozumiem, że
panie te zbierały na przykład matrioszki i że, gdy zobaczyły te
w moim sklepie, to musiały je mieć.
Tylko, jaki dziwny jest ten świat,
że musiały przyjechać aż do Polski, żeby kupić matrioszki wyprodukowane w Niemczech i zabrać je do
Rosji. Hmm, jak dla mnie – globalizacja jest mocno zakręcona. Zachowania ludzkie również. Nie będę
się skupiała na naszych rodakach,
bo większość z nas już rozumie, że
z kulturą osobistą jest nam niekiedy
nie po drodze. Panie sprzedawczynie,
ekspedientki czy po prostu studentki
pracujące w różnych sklepach wiedzą
o tym chyba najwięcej. Czy wiecie,
że wchodząc do sklepu, już nikt nie
mówi „dzień dobry”, za to wychodząc
nagle słyszalne jest „do widzenia”,
jakby klient doznał olśnienia na sa46
1/2014
mym końcu. O tym, żeby ktoś uczył
dzieci, że trzeba powiedzieć jakąkolwiek formułkę, należy zapomnieć
definitywnie. Ani młodzi rodzice,
ani zapatrzeni w pociechę dziadkowie niczego nie wymagają i niczego nie uczą. Przykra jest również
obserwacja klientów, którzy na całe gardło muszą artykułować zdania
typu: „jak byłam w Prowansji, były tam identyczne sklepy” albo „jak
byłam w Austrii – były tam identyczne misie”, albo: „jak byłam we
Francji, to tam pije się kawę tylko
w takich kubkach bez uszka”. Temu
nadętemu tonowi towarzyszą równie
sztywni ludzie: zero uśmiechu, zero życzliwości. Ech, więcej nie napiszę na temat naszych rodaków (no,
może pod koniec coś jeszcze dodam –
rarytasik). Inaczej sprawy się mają, kiedy do sklepu wchodzą Włosi...
pachnący, rozsiewający radość życia,
emanujący pięknem i cudnymi butami,
i pięknymi włosami, i tymi ślicznymi, rozpiętymi koszulami :-) Podobnie zresztą Hiszpanie (panie będą
wiedzieć, o co chodzi), nawet jak
nic nie kupują, bo wiadomo – mają
teraz kryzys, to zostawiają po sobie
miłe wspomnienie. Japończycy kryzysu nie mają, a to dlatego moim zdaniem, że nad każdą rzeczą medytują
pół godziny. Niewiarygodnie skromni zastanawiają się niemiłosiernie
długo, czy coś kupić, czy nie kupić.
Potrafią odłożyć to i wrócić na drugi dzień, znów postać wystarczająco
długo, po czym – nieprzekonani do
końca do zakupu – zmierzają do kasy, by tam spytać o rabat (chociaż
w sklepie nie ma wywieszek o promoc­
jach czy rabatach). Oznacza to, że
analizują potencjalny wydatek, mając na uwadze swe ciężko zarobione
pieniądze. Być może dlatego w ogóle je mają.
Rosjanie w ogóle nie zastanawiają się nad kwotami. Oni wchodzą wyprostowani i pewni siebie, biorą to,
co im się podoba i nigdy nie pytają
o cenę. Po prostu płacą (a to za obrus 300 zł, a to za butelkę do oliwy 100 zł, za dzbanek kolejne 200 zł
– bez upominania się o rabat). Rzucają złotą kartą, cyk i zapłacone,
cyk i „daswidania”, bo ten wesoły
naród nie „zniży się” do nauczenia
się i powiedzenia „do widzenia” po
polsku. Inaczej niż Anglicy czy Irlandczycy (których w czasie Euro
było pod dostatkiem i których łączyła globalna sieć Intersport, gdzie
wszyscy kupowali piłki i koszulki). Ci z kolei zawsze starają się
powiedzieć i podziękować w naszym
rodzimym języku, i to jest bardzo
miłe. Pozostają Niemcy, tu – wiadomo – wiek 60plus, ubiór wycieczkowy, poziom decybeli rozmów bardzo
wysoki. Kochają polski Bolesławiec,
po ichniemu Bunzlau, są także mili
i uśmiechnięci, ale dziękują również
tylko po swojemu („danke”).
I teraz pytanie, gdzie tu ta globalizacja, jeśli każdy naród zachowuje się (przynajmniej w sklepie)
inaczej. Każdy obcokrajowiec ma inną
postawę i charakter..., ano już wyjaśniam – jaki to wspólny punkt odkryłam.
To dialog, dialog męsko-damski.
Dotyczy zarówno zachowań Polaków,
jak i innych narodowości. W sklepie
pełnym kubeczków, dzbanuszków, miseczek i talerzyków trudno jest się
opanować jakiejkolwiek kobiecie, natomiast mężczyznom... ech, standard
zachowań jest następujący:
Mężczyzna stoi w progu lub na zew­
nątrz sklepu, bo boi się. Przeważnie
czuje się, jak słoń w sklepie z porcelaną (co w sumie nie jest dziwne
u mnie), a kobieta wchodzi do sklepu i wszystkiego dotyka. Facet stoi
i stoi, sapie i prycha, w końcu po
10 minutach postanawia dołączyć do
swej wybranki celem wyciągnięcia jej
ze sklepu. Ale kiedy do niej dochodzi, zostaje zaatakowany przez achy
i echy. Ma podtykane pod nos cudeńka
i ona prosi i błaga, żeby jej tylko
to wszystko kupił. W końcu on ulega
i pozwala jej na kupno jednego kubeczka. Ona szczęśliwa idzie do kasy,
kładzie go na ladzie i mówi do kas­
jerki (i do swego mężczyzny): „jeszcze chwileczkę” i znów znika pośród
regałów. Jemu już gorąco i duszno,
ma dosyć, no ale, co zrobić, taką
sobie ją wybrał, więc stoi i czeka, i sapie, i dmucha... stara się
uśmiechać, kiedy ona patrzy w jego kierunku. Jak nie patrzy, patrzy
sprzedawca i widzi, że bez względu na język, jakim włada ów pan,
wszystko się w nim gotuje. Wszystko kipi. A tu kobietka oznajmia, że
do tego kubeczka pasowałaby jeszcze
łyżeczka. Hmm, no dobra – myśli on
– to mała rzecz, więc znów się zgadza. Ale za chwilę słyszy, że do tego kompleciku przydałaby się jeszcze
cukierniczka, a jak cukierniczka, to
drugi kubeczek, a do tego dzbanuszek na mleczko itd., itp... Wtedy
przeważnie każdy mężczyzna tłumaczy
swojej wybrance (drukowanymi literami), że mają bardzo długą podróż
przed sobą, że np. samolotem nie dadzą rady tego przewieźć. Ale ona ma
asa w rękawie i rzecze, że jego mama też by się ucieszyła z takiego
prezentu i wtedy on już wymięka (bo
kto by nie kochał własnej matki).
I teraz znów znajduję wspólny mianownik dla wszystkich mężczyzn na
ziemi. Mianowicie – kiedy przychodzi do płacenia, ujjj, wtedy każdy
robi dobrą minę do oczywiście złej
gry. Niektórzy, patrząc na kasjerkę,
wznoszą oczy do nieba. Globalizacja
więc rozprzestrzenia się nie tylko
w polityce, gospodarce, ale i w zachowaniach damsko-męskich.
Jeszcze na koniec muszę podzielić się pewnymi przypadkami klientek (to ten końcowy rarytasik). Nie
będzie dotyczył wyżej wymienionych
zagadnień ani mych społeczno-kulturowych obserwacji, ale, mam nadzieję, zaistnieje tu jako ciekawostka.
Pierwsza pani, lat na oko 40plus
kolekcjonuje misie firmy Bukowski.
Wtajemniczeni wiedzą, że są unikatowe, niepowtarzalne i owa klientka
ma w domu sporą ich liczbę. Musiała nawet zrobić dla nich osobny pokój i zamówić specjalne regały, żeby
misie dobrze się w nich prezentowały. Żeby zawsze były czyste i nie
miały roztoczy, zakupiła specjalnie
dla nich wszystkich duuuużą zamrażarkę, w której to je zamyka. Po kilku dniach wyjmuje te zdezynfekowane
cuda i układa na półeczkach, a te
zainfekowane z półki idą do zamrażarki.
Co nas na pewno łączy w wymiarze globalnym z paniami zamrażającymi misie, skromnymi Japończykami,
umiarkowanymi w mówieniu „dzień dobry” Polakami czy pachnącymi Włochami? Przede wszystkim układ kostny
– wszyscy mamy po 206 kości.
1/2014
47
Marta Grabowska-Kaźmierczak
Dook o ł a ś wiata u tka nego z lit e r
Nieokiełznani, zabieram Was w podróż po świecie tekstów. Prezentowane poniżej powieści i reportaże powstały w oddalonych od siebie miejscach, w różnych
językach i kulturach. Są fantastycznie napisane. Uwodzą narracją, porażają
prawdą. Tym razem zapraszam na tête-à-tête z oryginalnymi postaciami, kontrowersyjnymi, bywa, że odpychającymi, ale intrygującymi. Rozsmakujcie się
w literaturze faktu, zanurzcie się w historii.
Bruce Chatwin, Na Czarnym Wzgórzu, tłum. P. Lipszyc, Świat
Książki, Warszawa 2010
Ta powieść to podróż w czasie poprzez historię. Aby odbyć tę
­ ędrówkę z Chatwinowskimi bohaterami, przeniesiemy się ponad sto
w
lat wstecz. Będzie chwilami sielsko-anielsko, więc proponuję zaparzyć zawczasu herbatę, najlepiej angielską.
Rzecz dzieje się na pograniczu Anglii i Walii, na odludnej farmie.
Klimat i pejzaż wydają się monotonne, rytm życia mieszkańców stały.
Centrum opowieści stanowią losy ludzi „nieważnych”, zwyczajnych,
choć bywa, że dziwnych, ekscentrycznych. Akcja powieści obejmuje życie trzech pokoleń rodziny Jonesów i ich sąsiadów. Głównymi
bohaterami są śpiący od ponad czterdziestu lat w jednym łożu (takie czasy!) bliźniacy, Benjamin i Lewis. W prostym, chronologicznym układzie widzimy życie wiejskiej społeczności od końca XIX
wieku po drugą połowę XX wieku. Rozmaite losy ludzkie wydają się
banalne, naznaczone przez miłość, przemoc, nienawiść, współczucie – wszystko to prozaiczne, ale oddane za pomocą języka prostego,
celnego, pozbawionego nadmiaru i okraszonego dyskretnym humorem. A zarazem historia, ta wielka historia wojen, polityki i przemian
społeczno-gospodarczych, nie przytłacza – równie frapujące i ważne
są prozaiczne wydarzenia dotykające poszczególnych mieszkańców
walijskiego pogranicza. Siła oddziaływania prozy Chatwina polega
na tym, że dzięki konstrukcji fabuły i prostocie języka (narracja jest
oszczędna, a jednak wciągająca) łatwo zanurzamy się w świat sprzed
stu lat, by razem z bohaterami odbyć podróż w czasie.
J. Patrick Lewis, Roberto Innocenti, Dom, tłum. M. Pasicka,
Wydawnictwo Bona, Kraków 2012
Powieść Chatwina przywodzi mi na myśl cudną książkę – ilus­
tratorskie dzieło sztuki! – Dom Lewisa i Innocentiego. Oto opowieść o dwudziestym wieku z perspektywy... domu: „Słyszałem
śmiech i strzały. Poznałem co to burze, młoty i piły, a w końcu –
opuszczenie”. Życie ludzi – rodzin zamieszkujących kamienny budynek – splata się naturalnie z cyklem natury. Wiosenna sielanka,
zaślubiny, szkoła, piękno (ach, można znów zaparzyć herbatkę, może malinową), miłość, cud jesieni, podróż dziecka. Życie. Czas
na rozpacz i nienawiść, ubóstwo, cierpienie. ­Czyjaś wojna, rozpacz. „Z żony – wdowa...” (wszystkie cytaty pochodzą z książki Dom). I tak wielka historia splata się z tą „małą”, intymną.
Dom – do oglądania, do czytania, do smakowania i snucia własnej
opowieści.
48
1/2014
Katherine Boo, Zawsze piękne. Życie, śmierć i nadzieja w slumsach Bombaju, tłum. A. Sokołowska-Ostapko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013
Herbatka się skończyła. Zmieniamy klimat. Będzie gorąco. Zanurzamy się w rynsztokowym świecie, którego mieszkańcy nie stąpają
po „zawsze pięknych” włoskich kaflach podłogowych (jak głosi rekla­
ma widniejąca na murze wyznaczającym granicę pomiędzy slumsami i nowoczesną przestrzenią lotnis­ka w finansowej stolicy Indii).
Gdyby nie obrzydliwa sceneria oraz autentyczność bohaterów i zdarzeń, byłoby nawet banalnie – ot, snucie opowieści o codzienności:
marzeniach, radoś­ciach, lękach i „życiowych” trudnościach. Ktoś się
zakochał, zrobił „interes życia”, ktoś kogoś oszukał, a inny podpalił. ­Jednak zostajemy wciągnięci w sam środek piekła slumsów i – za
sprawą ­siły sugestywnych opisów miejsc i bohaterów, ale czynionych
z pewną powściągliwością i dystansem – zaczynamy współodczuwać
(no, może co wrażliwsze jednostki...), przeżywając różne „warianty”
człowieczeństwa. Niespecjalnie pokrzepiające, ale – na szczęście –
„łzawe” też nie.
Elisabeth Åsbrink, Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia,
tłum. I. Kowadło-Przedmojska, Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2014
Pozostańmy w kręgu literatury faktu. Tym razem dajmy się
wciąg­nąć w reporterskie śledztwo. Proponuję coś mocniejszego…
Pamiętacie włoski dramat, który polską premierę kinową miał
w 2013 roku, pt. Cezar musi umrzeć, wyreżyserowany przez Paolo
i Vittorio Tavianich? Dla przypomnienia: autentyczni więźniowie odsiadujący wieloletnie wyroki przygotowują adaptację znanej sztuki teatralnej Szekspira; film braci Taviani jest swoistym zapisem tego
teatralnego eksperymentu. Albo Reality w reżyserii Matteo Garrone
(premiera kinowa odbyła się w 2013 r.), w którym główną rolę brawurowo zagrał mafioso – zabójca odsiadujący dożywotni wyrok
– Aniello Arena? Podobnie znany szwedzki dramaturg postanowił
stworzyć spektakl z udziałem więźniów, jednak w tym wypadku
zdarzenia wymknęły się spod kontroli. Skazani, odsiadujący wyroki
w więzieniu o wysokim rygorze, okazali się bardziej kreatywni, niż
założył to reżyser – w czasie przepustek napadali na banki, a skradzione pieniądze przekazywali na konta… organizacji nazistowskich!
Elisabeth Åsbrink opisała fascynujące, rzetelne, reporterskie śledztwo, odsłaniając związki teatru, zbrodni i nazizmu. Rzecz przekonująco udokumentowana, zręcznie napisana.
Marek Łuszczyna, Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię, PWN, Warszawa 2013
Igły. Podczas lektury tej książki dobrze jest sączyć whisky lub
wino wytrawne o barwie świeżo przelanej krwi. Już sam tytuł jest
znakomity – Igły. Bohaterki książki – pozornie zwykłe kobiety, w rzeczywistości agentki, o których wiadomo stosunkowo mało. Są rozwiązłe, czułe, waleczne, naiwne, mądre – pełnokrwiste. Autor książki
znakomicie odmalował tło epoki. Poznajemy fakty z przeszłości,
o których nic nie mówią podręczniki do nauczania historii. Igły są
tragiczne, pracując dla różnych wywiadów – polskiego, niemieckiego
czy brytyjskiego – zawsze są osamotnione, zawsze. Marek Łuszczyna
koncentruje się przede wszystkim na losach Polek w okresie II wojny
światowej – pisze o tym mądrze, ufa czytelnikowi, pewnych rzeczy
nie dopowiada, ale łatwo się domyśleć treści ukrytych za przemilczeniami. Książkę czyta się szybko, za szybko. I jeszcze jedno – II wojnę
światową wygrały również kobiety, a nie tylko Czterej pancerni i pies
oraz kapitan Kloss.
1/2014
49
Moje trzy grosze to książka pisana „na gorąco”, dlatego raz ­bawi,
niekiedy niepokoi, czasem irytuje, ale też często zmusza do ­refleksji.
Autor po prostu rozmawia z czytelnikiem, przysiada się do niego,
zagaduje. Jego książkę można czytać na wiele sposobów, alinearnie,
płynnie przechodząc od jednego wątku do innego. ­Możemy się z nim
zgadzać lub nie, ale nie możemy udawać, że nie słyszymy jego głosu,
w którego barwie poznajemy wrażliwość, ­emocjonalność oraz liczne
wymiary racjonalności.
Z posłowia Marka Kaźmierczaka
ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö ö
MOJE TRZY GROSZE
L e c h
N a w r o c k i
50
1/2014
Międzynarodowy
Yevgeniy Boginskiy
Я умолять тебя не стану,
И не прощу уж никогда,
Лишь боль в руки замкну руками
И вдруг исчезну навсегда.
Всё больше Вами восхищаюсь,
Всё ближе к Вам я быть хочу,
Всё чаще в жизни вир бросаюсь,
Всё чаще я о Вас грущу.
ką c i k po ezji
ö Mucha ö
Jeśli istnieje niebo i idą do niego też psy,
to chciałbym tam spotkać się z Muchą. Kiedy
byłem dzieckiem, każde niemal wakacje letnie spędzałem w Mórce, rodzinnej wsi mojej
babci. Pasłem tam bydło – było to całkiem spore stado, jak na owe czasy, bo około dwunastu
krów, kilka jałówek i jeszcze kilka owiec. Najważniejszy jednak był pasterski pies, który mi
towarzyszył i z którym połączyła mnie wyjątkowa przyjaźń i zażyłość.
Mucha była średniego wzrostu suką, o czarnym ubarwieniu, pochodzenia wielorasowego, jak to się elegancko mówi o kundlach. Była
bardzo inteligentnym i pracowitym psem. Potrafiła wykonać kilka trudnych poleceń, jak na
przykład zaganianie stada z powrotem, ­jeśli
weszło „w szkodę”, czyli na obcy lub zabroniony teren, albo zbyt daleko wypuściło się na
łące, mając ograniczenia, ponieważ mój wuj
codziennie dokładnie instruował mnie, do jakiego miejsca mam wypasać zwierzęta. Mucha potrafiła odróżnić stare krowy od młodych.
­Jeśli krzyknąłem: „biegaj po starą”, wiedziała,
o którą chodzi. Reagowała także na gwizdanie
melodii, która była sygnałem do powrotu.
Miała też swoje za uszami. Była nauczona, żeby nie gryźć i tylko szczekaniem przeganiać krowy, ale od czasu do czasu musiała
dać sobie upust i popełnić przestępstwo, wbijając zęby w tylną nogę którejś ze swoich podopiecznych. Wuj, zauważywszy ranę, zawsze
mnie ganił, że nie przypilnowałem psa, ale co
ja mogłem. Mucha musiała co pewien czas odreagować, to było silniejsze od niej. Pewnego
razu oberwała jednak mocno racicą w głowę
i straciła przytomność. Było to w drodze na
odległe pastwisko, więc nie mogłem się nią zająć, bo krowy szły dalej. Padła bez oznak życia. ­Myślałem, że już po niej. Zostawiłem ją
w rowie i płacząc, popędziłem dalej krowy. Po
godzinie może dwóch patrzę, biegnie Mucha,
jak gdyby nigdy nic. Dotarła na pastwisko. Ja
szalałem ze szczęścia, że ożyła, a ona nie rozumiała mojego zachowania. No przecież nic
się nie stało, bagatela, o co chodzi, żaden problem – zdawała się mówić.
Kiedy przyjeżdżałem po dziesięciu miesiącach, zaraz po zakończeniu roku szkolnego,
Mucha, zobaczywszy mnie, dostawała spaz­
mów radości. Kładła się na grzbiecie, oddawała
z emocji mocz, skomlała i wyła tak, jak nigdy
w żadnej innej sytuacji.
Mucha była moim wielkim i wiernym przyjacielem. Nigdy jej nie zapomnę.
Zabiorę Was w świat gięcia i cięcia słów
oraz kluczenia w meandrach zawiłości naszego
pięknego języka ojczystego.
Tematem dzisiejszej lekcji są
KRZYŻÓWKI HETMAŃSKIE.
Instrukcja obsługi krzyżówki hetmańskiej
Krzyżówki hetmańskie na pierwszy rzut oka
nie różnią się niczym od tradycyjnych krzyżówek. Odgadnięte hasła wpisujemy w diagramy, normalka. Jednak bliższe zapoznanie się
z określeniami do haseł wprawi niejednego
w osłupienie. Bo czym może być przykładowo
„Prezent z kalendarza”?
Określenia do haseł krzyżówki hetmańskiej
składają się z dwóch części: tradycyjnej definicji i zabawy słowno-językowej. To do rozwiązującego należy zadanie rozszyfrowania (choć
czasami bardziej prawidłowo będzie napisać:
zgadnięcia albo nawet: wyczucia), która część
określenia jest ogólną definicją, a która zabawą wyrazami i literami. W części zabawowej
wszystkie chwyty są dozwolone – zmiana kolejności liter (anagramy), branie części wyrazów,
wkładanie jednych słów lub ich części w inne,
usuwanie liter ze słowa, synonimy, homonimy,
sklejanie wyrazów, odwracanie kolejności liter...
Jednak każda z tych operacji musi zostać zakomunikowana w określeniu.
Naszym „prezentem z kalendarza” będzie
więc dar. Prezent jest definicją, natomiast z kalendarza zabawą słowno-językową. Wyciągamy z wyrazu kalenDARza – dar.
Przykłady określeń hetmańskich
– Gdy się słoma rozsypie do ziemniaków
w mundurkach.
Do ziemniaków w mundurkach jest definicją, rozsypie pokazuje nam, by przestawić litery
w słowie słoma. Hasło: masło.
– Skradziony na początkach całkowitych
uskoków.
Skradziony jest definicją, na początkach
całkowitych uskoków zabawą – na początkach
wskazuje, by brać pod uwagę początki wyrazów
całkowitych uskoków, czyli CAŁ i US. Całus.
– Zniszczył statek Żeglarza z Bagdadu
i wszedł do Dariusza w biurze.
Tutaj w biurze jest definicją. Zniszczył statek
Żeglarza z Bagdadu – tym Żeglarzem jest Sindbad, jego statek został zniszczony przez smoka
o imieniu Ruk. Ten Ruk wchodzi do Dariusza,
czyli do darka: d-ruk-arka. Drukarka.
– Średniowieczny ja lub ty, ale niecały.
Średniowieczny to definicja, ja lub ty, ale niecały zabawa. Ja lub ty to są zaimki. Bierzemy
więc wyraz zaimek, ale niecały, co nam daje
­hasło: zamek.
Teraz Wasza kolej. Zapraszam
na trening głowy (i języka).
POWODZENIA!
Pionowo:
1. Niepokoi się najpierw z kolegami między bramkami.
2. Promocyjna zgrzewka pary skrzyń.
3. Transport bez statków z wizjami.
4. Bela w połowie, w połowie wielka marionetka.
9. Dzwonki teraz, przedtem naga ręka.
10. Jaś za kilkadziesiąt lat utarguje z sercem bałtyckie złoto.
12. Trójka radzi bez końca i z uporem.
13. A w transie bez granic kariera.
Poziomo:
3. W zasypkach, w zastawkach i w kontrolkach.
5. Dziura to odwrócony duży worek.
6. Ze studentami, ze studentkami u konsula.
7. Szarpie i dziurawi go pazur.
8. Muzyka z Jamajki w Japonii imituje skórę.
11. Niszcząca katorga bez znacznika czeka ugory.
14. Współczesny smok z Akademii Rolniczej w środku ogólnej sieci komputerowej.
15. Chore płuca od mamy wzięły początek.
16. Zielona w lodówce na wyciąg, ot kalarepa.
17. Doping – klub sportowy – w środku jest w porządku.
(C) 2013 Elżbieta Bednarek
1/2014
51
52
1/2014

Podobne dokumenty