TDHTLD GOLDie SZACHTER KALIB DTDHTL

Komentarze

Transkrypt

TDHTLD GOLDie SZACHTER KALIB DTDHTL
D
Z
B
O
Z
E
N
T
Y
N
A
D
O
A
U
S
C
H
W
I
T
Z
i
B
E
R
G
E
N
−
B
E
L
S
E
N
GOLDie SZACHTER K ALIB
Z
B
O
E
N
T
Y
N
A
D
O
A
U
S
C
H
W
I
T
Z
i
B
E
R
G
E
N
−
B
E
L
S
E
D
Z
GOL Die SZA CHT ER K ALIB
T
O
W
A
R
Z
Y
S
T
W
O
D
A
W
I
D
A
R
U
B
I
N
O
W
I
C
Z
A
www.tdr.org.pl
ISBN 978-83-929339-0-8
1
2
3
Tłumaczenie: Emilia i Jan Pałysiewicz
Redakcja: Marek Maciągowski
Korekta: Anna Zdonek
Projekt okładki: Radosław Nowakowski
Copyright 1991 by Goldie Kalib, Sylwan Kalib i Ken Wachsberger
Copyright for the Polish translation 2009 by Towarzystwo Dawida Rubinowicza
Publikacja współfinansowana jest ze środków
Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej
w ramach Programu Operacyjnego
„Fundusz Inicjatyw Obywatelskich”
Egzemplarz bezpłatny
ISBN 978-83-929339-0-8
4
Spis treści
Wstęp do wydania polskiego .........................................................................................•7
Wstęp do wydania amerykańskiego ............................................................................•9
I. Moje dzieciństwo w Bodzentynie ..........................................................................•19
1. Rodzinne miasto .......................................................................................................•21
2. Nasz dom ....................................................................................................................•30
3. Radości wczesnego dzieciństwa .............................................................................•35
4. Posiadłość dziadka Nusyna .....................................................................................•40
5. Wieczór w domu .......................................................................................................•45
6. Rodzinny szabat ........................................................................................................•47
7. Pory roku w Bodzentynie .......................................................................................•53
ZIMA ...........................................................................................................................•60
WIOSNA ....................................................................................................................•63
LATO ..........................................................................................................................•66
II. Pod rządami nazistów wojna przychodzi do Polski .........................................•75
8. Oznaki zagrożenia .....................................................................................................•77
9. Wybuch wojny ..........................................................................................................•85
10. Początek niemieckiej okupacji .............................................................................•93
11. 1940: Nowe dekrety. Napływ uchodźców do Bodzentyna ..........................•100
12. 1941: Konfiskata majątku rodzinnego. Aresztowanie wuja Froima ...........•107
13. 1942: Ojciec ukrywa się przed Niemcami ......................................................•115
14. Decyzja o opuszczeniu Bodzentyna .................................................................•121
III. Z Bodzentyna do obozu pracy w Starachowicach .........................................•125
15. Opuszczamy Bodzentyn .....................................................................................•127
16. W gospodarstwie Surowieckich w Świętomarzu ...........................................•134
17. Likwidacja żydowskiego Bodzentyna ..............................................................•138
18. Likwidacja Żydów w Starachowicach ..............................................................•142
19. Zmienne koleje mojego losu ..............................................................................•149
20. Rodzina w obozie pracy w Starachowicach ....................................................•159
21. Świętomarz nie może dłużej pozostać moim niebem ...................................•169
22. Krótki pobyt w Jadownikach .............................................................................•173
23. Dłuższy pobyt w Świślinie ..................................................................................•177
24. Razem z rodziną w obozie pracy ......................................................................•183
5
IV. W obozach śmierci ...............................................................................................•195
25. W pociągu do Auschwitz ...................................................................................•197
26. Spotkanie z obozem śmierci ..............................................................................•199
27. Organizacja do zabijania .....................................................................................•202
28. Przystosowanie do „życia” w obozie .................................................................•205
29. Ostatnia złota moneta .........................................................................................•209
30. Choroba znaczy śmierć .......................................................................................•211
31. Przez Dolinę Cieni ...............................................................................................•214
32. Ostatnie tygodnie w Auschwitz .........................................................................•218
33. Marsz Śmierci do Bergen-Belsen ......................................................................•221
34. Bergen-Belsen: walka o przeżycie ....................................................................•224
V. Wyzwolenie i to, co nastąpiło później ...............................................................•227
35. Brytyjczycy wchodzą do Bergen-Belsen .........................................................•229
Epilog ............................................................................................................................•235
Lista nazwisk bliskich krewnych ..............................................................................•237
Słowniczek ................................................................................................................... •238
6
Wstęp do wydania polskiego
Książka Z Bodzentyna do Auschwitz i Bergen-Belsen jest doskonałą okazją do
tego, by starsze pokolenie mieszkańców Bodzentyna i okolic przypomniało sobie żydowskich sąsiadów, handlarzy i sklepikarzy. Dla młodszych jest to okazja
poznania tego zaginionego świata. Żywię nadzieję, że opowieść Gołdy Szachter
Kalib wspomoże proces przywracania pamięci o Żydach bodzentyńskich.
Dziękuję Ewie Wymark, niezależnej dziennikarce ze Szwecji, autorce strony
internetowej o Bodzentynie w języku angielskim, od której otrzymałem w prezencie angielskie wydanie książki Gołdy Szachter Kalib.
Dziękuję Gołdzie Szachter Kalib i jej mężowi za udzielenie pozwolenia na
przetłumaczenie książki na język polski oraz wydawnictwu Uniwersytetu Massachusetts za udzielenie praw autorskich do polskiego wydania książki Last selection
Towarzystwu Dawida Rubinowicza.
Markowi Maciągowskiemu składam niniejszym wyrazy wdzięczności za redakcję wersji polskiej i opracowanie słowniczka. Książkę przetłumaczyłem wraz
z żoną Emilią Pałysiewicz późną jesienią roku 2008 i zimą roku 2009.
Wydawca książki, Towarzystwo Dawida Rubinowicza, powstało w Bodzentynie
na początku 2009 roku. Jego najważniejszym celem statutowym jest promowanie tolerancji i wzajemnego zrozumienia między różnymi narodami, kulturami
i religiami.
Jan Pałysiewicz
Prezes Towarzystwa Dawida Rubinowicza
7
8
Wstęp do wydania amerykańskiego
15 kwietnia 1945 razem z moimi siostrami Rachelą i Irką, moją kuzynką Rywcią, matką i sześćdziesięcioma tysiącami żydowskich więźniów zostałam wyzwolona przez Armię Brytyjską w Bergen-Belsen. Niecały miesiąc później, 8 maja 1945 –
w dniu, w którym Niemcy skapitulowały – moja matka zmarła w prowizorycznym
szpitalu, założonym przez Brytyjczyków. Przeżyła prawie dwa lata i siedem miesięcy w obozie pracy w Starachowicach i w Auschwitz. Przeżyła haniebny Marsz
Śmierci do Bergen-Belsen. Na nieszczęście do czasu naszego wyzwolenia jej stan
zdrowia pogorszył się do tego stopnia, że już nie wydobrzała. Została pochowana
9 maja w zbiorowej mogile w obozie, po odprawieniu mszy żałobnej.
Przez następne cztery lata ci z nas, którzy przeżyli, włącznie z wujem Lejbusiem, jednym z ocalonych z naszej licznej niegdyś rodziny, mieszkali w Bergen-Belsen. Prawdę mówiąc, praktycznie wszyscy uwolnieni więźniowie, którzy nie chcieli
wrócić do Polski i nie mogli wyemigrować do Palestyny albo Stanów Zjednoczonych z powodu rygorystycznie przestrzeganych limitów dla wyjeżdżających, pozostali w Bergen-Belsen, w obozie dla przesiedleńców w brytyjskiej strefie okupacyjnej, głównie jako bezpaństwowcy i osoby niechciane.
W obozie powoli rozwijało się nowe życie. Zakwaterowano nas w małych
mieszkaniach, w których wcześniej mieszkali niemieccy żołnierze, żywność i ubrania dostarczały żydowskie i nieżydowskie organizacje międzynarodowe. Wkrótce
przyjechała grupa żołnierzy z Brygady Żydowskiej Armii Brytyjskiej i zorganizowała szkoły. Powstały grupy reprezentujące wszystkie opcje polityczne syjonizmu.
Dzięki tym wysiłkom edukacja młodych przerwana przez wojnę została podjęta
na nowo.
Stare przyjaźnie sprzed wojny i z obozów koncentracyjnych zostały odnowione, a nowe nawiązane. Kwitło życie towarzyskie, przyjęcia, tańce, wspólnie śpiewano piosenki o powstającej żydowskiej ojczyźnie. Dorośli uczyli się zawodów
i otwierali interesy poza terenem obozu. Wielu spotkało przyszłych współmałżonków. Ludzie brali śluby, rodziły się dzieci.
Dzięki wysiłkom i pod wpływem żołnierzy oraz nauczycieli z Brygady Żydowskiej, znaczna grupa naszych przyjaciół nielegalnie wyemigrowała do Palestyny.
Po powstaniu państwa Izrael 14 maja 1948 roku wielu innych również zdecydowało się wyemigrować, tym razem legalnie.
9
My byliśmy pośród tych, którzy nie skorzystali z tej szansy, nawet po powstaniu państwa. Ponieważ wciąż jeszcze odczuwaliśmy ból lat wojennych, perspektywa
niepewnego i trudnego życia w nowym państwie żydowskim nie wydawała się zachęcająca. Kiedy Kongres Stanów Zjednoczonych przegłosował ustawę o przesiedleńcach z 1948 roku, umożliwiając setkom tysięcy Żydów z obozów wyjazd do
Stanów, wyemigrowaliśmy tam. Szmiel Weintraub, stary przyjaciel naszej rodziny,
który był teraz członkiem Centralnego Komitetu Żydowskiego w obozie przesiedleńców w Bergen-Belsen, pomógł nam i byliśmy jednymi z pierwszych, którzy zarejestrowali się do wyemigrowania. Po około roku oczekiwania przyszła nasza kolej.
Tydzień przed wyjazdem odwiedziłyśmy po raz ostatni grób matki. Irka i ja przybyłyśmy do Stanów Zjednoczonych 13 września 1949 roku. Rachela, Rywcia i wuj
Lejbuś przyjechali w następnej turze.
Hebrajskie Towarzystwo Pomocy Imigrantom pomogło nam zaaklimatyzować
się w Stanach Zjednoczonych. Do 1954 roku wszyscy znaleźliśmy sobie małżonków. Od 1953 do 1959 roku los obdarzył każde z nas dwójką dzieci. Życie toczyło
się dalej, byliśmy zajęci życiem zawodowym, interesami, wychowywaniem dzieci,
zapewnieniem im wykształcenia i wyborem kariery.
W sierpniu 1984 roku odwiedziłam Izrael z mężem Szolomem (hebrajskie imię
Sylvana, którym go nazywam). Minęło 35 lat, od kiedy opuściłam Bergen- Belsen
z ocalałymi członkami naszej rodziny. W tym czasie żadne z nas nie było na grobie
matki, więc Szolom i ja zdecydowaliśmy, że w drodze powrotnej zatrzymamy się
w Amsterdamie i stamtąd pojedziemy do Bergen-Belsen. We wtorek 21 sierpnia
o 7 rano w Amsterdamie wsiedliśmy do pociągu jadącego do Hanoweru w zachodnich Niemczech, dużego miasta położonego najbliżej Bergen-Belsen. Dwie godziny
później wjechaliśmy do Niemiec Zachodnich.
Pierwsze słowa, które usłyszałam w Niemczech, wypowiedział umundurowany
Niemiec. Poprosił o paszporty i bilety kolejowe, a ja zastanawiałam się, jak czułby
się w tej samej sytuacji Żyd w latach trzydziestych, kiedy Hitler doszedł do władzy.
Żaden Żyd nie mógł być tutaj od około 1940 roku oraz przez okres drugiej wojny
światowej. Jak niemiecki konduktor lub niemieccy pasażerowie zareagowaliby na
jego widok? Co oni teraz o tym myślą? Ilu z nich lub ich starszych krewnych było
nazistowskimi żołnierzami, oficerami, mordercami? Powiedziałam Szolomo, że
widok Niemca w mundurze lub kogoś mówiącego po niemiecku przypomina mi
niezliczone sceny z mojej młodości. Szolom wcale nie był zdziwiony.
Gdy pociąg mijał miasta i wioski, patrzyliśmy na otaczające nas cudowne
krajobrazy, małe, zadbane domy w europejskim stylu, ze stromymi czerwonymi
dachami, stojące wzdłuż czystych, wąskich i pięknych uliczek ze sklepami, wiele
zabudowań przemysłowych. Wszystko to wydawało się tak jasne w ten sielski,
słoneczny poranek.
– Ile tej malowniczej ziemi zostało przesiąknięte niewinną żydowską krwią? Zastanawiałam się, jak wiele z tego bogactwa zrabowano niewinnym, bezsilnym Żydom. Czy ci, którzy tu teraz żyją, mają jakiekolwiek współczucie dla żydowskich
sąsiadów, których zmuszano do opuszczania domów, których majątek konfiskowano i którzy byli wywożeni do obozów śmierci w celu eksterminacji i kremacji? Czy
10
może ci niegdysiejsi sąsiedzi pomagali i brali udział w tych okropieństwach? Czy
te piękne budynki powstały na terenach, gdzie kiedyś znajdowały się synagogi,
szkoły religijne lub cmentarze?
Przed południem dojechaliśmy do głównej stacji kolejowej w Hanowerze.
Kiedy zeszliśmy z peronu, zobaczyliśmy ogromny kompleks usługowy z kolorowymi neonami i punktami usługowymi. Wszędzie kłębili się ludzie, w pośpiechu
wchodzący i wychodzący, a wszystko to odbywało się w gwarze nieustających rozmów w języku niemieckim. Nie mogłam się powstrzymać od wyobrażenia sobie
tej sceny w czasach przedwojennych i wojennych: olbrzymie flagi ze swastykami
zwisałyby z czterech stron ogromnego wysokiego sufitu, a nazistowski personel
w wojskowych mundurach przechadzałby się arogancko po dworcu w wysokich,
błyszczących butach, siejąc grozę w sercu każdego Żyda.
Z Hanoweru złapaliśmy pociąg do Celle, małego miasteczka, położonego około 30 kilometrów od Bergen-Belsen. Podróż trwała pół godziny. Z Celle wyruszyliśmy autobusem do Bergen, około 5 kilometrów od Bergen-Belsen. Podróż
autobusem pozwoliła nam lepiej przyjrzeć się wiejskiemu niemieckiemu krajobrazowi. Co ciekawe, Szolom powiedział głośno to, o czym ja pomyślałam sobie
po cichu:
– Popatrz jak wszystko tutaj jest piękne i czyste. Zastanawiam się, jak wiele
z tego okupione zostało zrabowanym żydowskim bogactwem.
W Bergen złapaliśmy taksówkę i kazaliśmy młodej kobiecie zawieźć się do
Bergen-Belsen. Kiedy tam przybyliśmy, powiedziałam jej, że chcemy dojechać na
cmentarz żydowski. Nie wiedziała, gdzie to jest, więc zatrzymała taksówkę i zapytała przechodnia, starszą kobietę po sześćdziesiątce, o dokładny adres cmentarza.
Kobieta powiedziała, że są dwa. Który chcemy odwiedzić? Powiedzieliśmy, że nie
wiemy, więc skontaktowała się ze swoim biurem przez telefon w taksówce. Byliśmy zniechęceni, kiedy biuro potwierdziło istnienie dwóch różnych cmentarzy.
Usłyszawszy, że jesteśmy zainteresowani miejscem, na którym kiedyś znajdował
się obóz koncentracyjny, nasz kierowca zawiozła nas do pięknie utrzymanego
miejsca. Czterech robotników, dwóch mężczyzn i dwie kobiety, pracowało przy
pielęgnowaniu terenu, a zraszacze podlewały kwiaty i inną roślinność.
Szolom przeszedł pierwszy obok robotników i wszedł do czegoś w rodzaju
okrągłej, zakrzywionej, kamiennej budowli, aby poprosić o wskazówki, jak się dostać do cmentarza. W budynku było jednak tylko jedno dość duże pomieszczenie
z gablotami, zawierającymi coś jakby eksponaty muzealne, a około 25 młodych
i w średnim wieku turystów oglądało je z żywym zainteresowaniem. Nie spodziewając się z ich strony żadnej pomocy, Szolom poszedł do robotników, pokazał im
fotografię pomnika matki i poprosił o wskazówki. Odpowiedzieli, że na żadnym
z tutejszych cmentarzy nie ma takich pomników i wskazali drzwi obok głównego
budynku, gdzie mieszkała osoba stale opiekująca się tym miejscem.
Opiekun był siwowłosym mężczyzną w wieku około 65 lat. Kiedy Szolom pokazał mu fotografię, mężczyzna powiedział, że grób najprawdopodobniej znajduje się na „innym cmentarzu”. Pojechaliśmy do miejsca, które wyglądało na obóz
11
wojskowy. Tam czekał na nas właściciel firmy taksówkarskiej w swoim samochodzie. Pojechaliśmy za nim na teren obozu do miejsca, które wyglądało jak brama
wejściowa na cmentarz. Przypuszczając, że jesteśmy na właściwym miejscu, wysiedliśmy z taksówki, zapłaciliśmy kierowcy i poprosiliśmy, żeby wróciła za 45 minut.
Kiedy odjechała, jej pracodawca przeprowadził nas przez bramę. Po drugiej stronie
były tylko trzy pomniki – żaden z nich nie był matki.
Zaprotestowaliśmy, że musi być jeszcze jeden cmentarz, ale nasz przewodnik,
mieszkający tutaj od 43 lat, utrzymywał, że nie wie o żadnych innych. Jednakże,
zauważywszy nasz smutek i rozczarowanie, współczując nam w trudnej sytuacji,
zaoferował się zawieźć nas za darmo do brytyjskiej kwatery wojskowej na terenie
obozu. Tam skonsultował się z urzędnikiem i pokazał mu nasze stare zdjęcie. Czystym angielskim urzędnik wytłumaczył, że grób znajduje się na „innym cmentarzu”,
gdzie już poprzednio spotkało nas rozczarowanie. Z zamierającym sercem powróciliśmy na pierwszy cmentarz i poszliśmy od razu do znajdującego się obok muzeum
mieszkania opiekuna. Jednakże kiedy starszy pan nas zobaczył, powtórzył to samo,
co powiedział nam już wcześniej. Ale kiedy nasz towarzysz pokazał opiekunowi fotografię pomnika matki, starszy pan wyjaśnił, że muzeum znajduje się na miejscu
obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen.
– Kiedy Armia Brytyjska zajęła ten teren w kwietniu 1945 roku – dodał – żołnierze odnaleźli wiele tysięcy nie pogrzebanych zmarłych i tysiące innych, umierających każdego dnia. Natychmiast założyli więc nowe obozy na terenie obecnego
obozu wojskowego oraz cmentarz na tym zamkniętym terenie, poza który pojechał
nasz przewodnik.
Nabraliśmy ponownie otuchy, niemniej trudno nam było uwierzyć, że nie pozostał żaden ślad po barakach niegdysiejszego obozu. Rząd wysokich, iglastych drzew,
schludnie utrzymany, tworzący geometryczne dopełnienie okrągłej kamiennej
budowli, siedziby muzeum i mieszkania opiekuna, zasłaniał widok przesiąkniętej
krwią ziemi.
Gdy jechaliśmy znowu do obozu wojskowego, uderzył mnie widok długich
szpalerów drzew po obu stronach drogi łączącej przedmieścia Bergen z Bergen-Belsen. Dwa rzędy drzew tworzyły coś w rodzaju sklepienia, którego piękno jaskrawo
kontrastowało z dawnym obozem śmierci, do którego prowadziły. Przypuszczalnie
władze nazistowskie uważały za rozsądne ukrywać nawet przed swoimi wiernymi
niemieckimi zwolennikami ogrom i skalę swoich zbrodni.
Nasz przewodnik po raz drugi wjechał na teren obozu wojskowego, ale tym razem przejechał obok bramy malutkiego cmentarza po naszej lewej stronie. Jeden
kwartał dalej, po prawej stronie, znajdowało się wejście na cmentarz założony przez
Brytyjczyków. Przy wejściu stał pomnik, który znaliśmy z fotografii i wiedzieliśmy,
że jest zbiorowym pomnikiem ofiar Bergen-Belsen. Wreszcie byliśmy pewni, że jesteśmy we właściwym miejscu.
Pospiesznie zaczęliśmy szukać pomnika z naszej fotografii. Byliśmy zdziwieni,
że cały cmentarz Bergen-Belsen, na którym pogrzebano szczątki tysięcy ludzi, jest
tak mały w porównaniu nawet z lokalnymi cmentarzami w Stanach Zjednoczonych.
12
W ciągu nie więcej niż kilku minut stwierdziliśmy, że nigdzie na terenie całego cmentarza nie ma stojącego kamienia, który przypominałby pomnik matki.
Prawdę mówiąc, ponad połowa grobów nie miała żadnych napisów i była zupełnie zarośnięta bluszczem. Z oznaczonych grobów może połowa miała kamienie
z wygrawerowanym napisem „Nieznany zmarły”. Pamiętam, że na naszym zdjęciu widać było nagrobek po lewej stronie od grobu matki. Gdybyśmy mogli go
rozpoznać i zlokalizować, wiedzielibyśmy gdzie znajduje się grób matki.
Napis na zdjęciu był tak mały, że ani Szolom, ani ja nie mogliśmy go
rozszyfrować, nawet w okularach. Zapytałam przewodnika, czy potrafi odczytać
część napisu po łacinie. Nie umiał, ale zidentyfikował część napisu po polsku
i nazwiska Feldman i Herling na nagrobku. Wyryliśmy sobie te nazwiska
mocno w pamięci i ruszyliśmy na dalsze poszukiwania, szukając teraz nagrobka
z napisem Feldman-Herling. Zauważywszy nasz niepokój i determinację, nasz
przewodnik zapytał Szolomo:
– Kim są te młode dziewczyny stojące przy grobie na zdjęciu?
Szolom wskazał na mnie i powiedział:
– Ta po prawej, to ona. Druga to jej siostra.
Przewodnik nie zapytał, czyjego grobu szukamy, ale oczywiście domyślał się
i cierpliwie pomagał nam go znaleźć. Wreszcie odnalazł jedyny grób na cmentarzu kształtem przypominający grób Feldman-Herling z naszego zdjęcia, ale
napis nie był tym, którego szukaliśmy.
Przygnębieni, zaczęliśmy sądzić, że nagrobek, do którego podróżowaliśmy
tak długo i z tak daleka, już nie istnieje. Przeminął, zniknął w tym wymarłym,
opustoszałym miejscu, na którym staliśmy. Czy była jeszcze jakaś szansa na
odnalezienie go?
Prawie wszystkie stojące pomniki na cmentarzu znajdowały się na końcu
jego terenu. Stamtąd powoli przesuwaliśmy się w dół, alejka za alejką mijając
groby – z coraz mniejszą nadzieją na dostrzeżenie na jednym z kilku płaskich
nagrobków imienia matki. Byliśmy prawie pewni, że nasza długa, kosztowna podróż okazała się bezowocna.
Co więcej, czas nas gonił: była prawie trzecia po południu i jeśli spóźnilibyśmy się na ostatni pociąg z Celle do Hanoweru, który według rozkładu wyjeżdżał o 4.35, nie zdążylibyśmy na nasz powrotny samolot do Stanów Zjednoczonych, odlatujący z Amsterdamu. Byliśmy przygnębieni i mieliśmy coraz mniej
czasu, musieliśmy się spieszyć. Nasz pośpiech, byliśmy przekonani, miał wpływ
na nasze poszukiwania, a odczytywanie napisów na pomnikach stało się mniej
ważne od spoglądania na zegarek.
Ale jak mogliśmy opuścić to pełne grozy miejsce nie odnajdując grobu matki? Zmusiliśmy się do wolniejszego przechodzenia obok każdego nagrobka,
kierując się w stronę wejścia na cmentarz. Z jednej strony zdeterminowani, by
odczytywać wszystkie napisy, wiedząc, że nie mamy czasu na wszystkie, z drugiej strony podświadomie pogodziliśmy się z faktem, że nasze poszukiwania są
daremne.
13
Kilka minut później z miejsca, w którym stałam, blisko lewego końca przedniej części cmentarza, zawołałam:
– Szolom, podejdź tutaj.
Pospieszył do mnie i spojrzeliśmy na nagrobek znajdujący się przed nami. Razem odczytaliśmy imię: Rywka. Ale nie Rywka Szachter.
Przeszliśmy do przednich rzędów, kierując się w prawo. Mimochodem przeszliśmy obok jednego szczególnego nagrobka. Był płaski, tak jak inne nagrobki w tej
części cmentarza, więc z początku nie zwróciliśmy na niego szczególnej uwagi.
Ale spojrzeliśmy jeszcze raz: znajdowały się na nim nazwiska Feldman i Herling!
Następny nagrobek po prawej musiał być naszym nagrobkiem. I kiedy dokładnie
się przyjrzeliśmy – to był on! Płaski nagrobek z wyrytym hebrajskim napisem
„Miriam Rivkah bat Irah – Szachter” (Miriam Rywka, córka Iry – Szachter)!
W swoim życiu matka przy kilku okazjach miała przeczucia wskazujące na jej
zdolności postrzegania pozazmysłowego. Przyszła mi do głowy myśl, że to może
jej duch przyciągał nas coraz bliżej, nie pozwalając, by ogarnęło nas zwątpienie, aż
wreszcie znaleźliśmy jej grób? Szolom szybko wyjął modlitewnik i razem odmówiliśmy modlitwę El Male Rachamim (Panie pełen Miłosierdzia). Odmówiliśmy
po cichu, ponieważ byliśmy tak przepełnieni emocjami, że głos nam się łamał.
Pozostaliśmy tam przez kilka chwil w głębokiej zadumie.
Kiedy opuściliśmy grób, zarówno Szolom, jak i ja doświadczyliśmy głębokich
i sprzecznych emocji związanych z faktem, że odwiedziliśmy miejsce przerażające, a zarazem najbardziej uświęcone. Odpowiedź na pytanie, jak i dlaczego stojące
pomniki z naszych zdjęć zostały zastąpione płaskimi nagrobkami, pozostanie tajemnicą. O wiele ważniejszy jednak był fakt, że odnaleźliśmy grób matki.
Jedna sprawa wciąż mnie nurtowała i drażniła, byłam zła i oburzona. Jak to się
mogło stać, że w takim monstrualnym obozie śmierci, gdzie w okrutny sposób
unicestwiono tysiące ludzkich istnień, nie pozostał najmniejszy ślad po barakach,
w których przetrzymywane były ofiary? Jakikolwiek ślad byłby niemym świadectwem dla potomności, świadczącym o niehumanitarnym traktowaniu ludzkich
istot przez innych ludzi. Jednakże, pomyślałam, nie ma tu nic, tylko cmentarz,
składający się z około 200 grobów. Co więcej, z tej garstki grobów niewiele więcej
niż połowa jest zidentyfikowana. W tych nieoznaczonych grobach i w tych z napisami „Nieznany zmarły” z pewnością znajdują się kości i prochy tysięcy innych
ofiar. Życie toczy się nadal i ludzie, którzy mieszkają i pracują w pobliżu, nie zdają
sobie nawet sprawy z istnienia cmentarza.
Gdy piszę te słowa, mija 46 lat od chwili, kiedy zostałam wyzwolona
z Bergen-Belsen. Do momentu, kiedy rozpoczął się Holokaust, moje wczesne
dzieciństwo można by porównać do bajkowych opowieści o szczęściu i radości.
Jednakże rozwój wypadków, który stopniowo prowadził mnie od szczęśliwego
dzieciństwa do tego, co można przyrównać do paszczy piekielnej bestii, był szokujący i przerażający. Upływ czasu w jakimś stopniu złagodził świadomość okropieństw, jakie przeżyłam i ogromnego ryzyka, które musiałam podejmować, aby
mieć choćby najmniejszą szansę przeżycia. Nawet w momencie wyzwolenia makabryczna rzeczywistość, w której żyłam przez dwa tysiące dni i nocy, od ósmego
14
do czternastego roku życia, stała się tak normalna, wprowadzająca w takie odrętwienie, że nigdy nie pragnęłam mówić ani pisać o tym koszmarze.
Z jednej strony, rzeczywistość była zbyt przytłaczająca, żeby móc ją opisać.
Każdy pojedynczy incydent był tak uwikłany w sieci szczegółów. Jak mogłabym
go opisać i przekazać w pełni i dokładnie? A gdybym mogła, to kto będzie chciał
przeczytać czy usłyszeć tak długą i skomplikowaną opowieść? Z drugiej strony,
mam w pewnym sensie poczucie wstydu, nawet winy w związku z moimi przeżyciami w trakcie Holokaustu, które wciąż trudno mi zrozumieć: rozmowa o tamtych czasach wymaga ujawnienia najskrytszych i drażliwych spraw, a prawda jest
tak dziwaczna, że boję się, iż wszystko to wyda się niewiarygodne. Pomimo takich
odczuć – a może z ich powodu – odczuwam teraz wewnętrzny przymus, żeby
opowiedzieć moją historię.
Co więcej, 46 lat po wyzwoleniu pokolenie tych, którzy przeżyli, przerzedziło się i starzeje się. Na dodatek w ostatnich latach liczne grono fałszerzy historii
podejmuje usilne próby „udowodnienia”, że ta tragedia nigdy się nie zdarzyła.
W końcu – jestem głęboko rozczarowana i zła, że wszystkie ślady po Bergen-Belsen zostały wymazane. Jakże bezmyślne i okrutne było usunięcie ostatnich pozostałości dowodów tak, żeby przyszłe pokolenia nie miały żadnych widomych
i namacalnych śladów przeszłości.
Z tych przyczyn zdecydowałam się opowiedzieć moją historię dzieciom,
wnukom, całej mojej rodzinie i wszystkim, którzy zechcą ją usłyszeć i poznać.
Opowiadając ją, odnoszę się do członków rodziny i przyjaciół, szczególnie dzieci, nie używając ich formalnych imion, ale raczej takich, jakimi ich zwyczajowo
i zdrobniale nazywaliśmy, na przykład: Ruchcia raczej niż Rachel, Bruchla raczej
niż Brucha, Mojshełe albo Mojszeniu raczej niż Mojsze, Jankiel raczej niż Jaakov.
Co więcej, literowanie imion odpowiada sposobowi, w jaki były one wymawiane
przez Żydów przed II wojną światową w Polsce centralnej. Z drugiej strony, słowa hebrajskie, których używa się w mówionym języku jidysz, pisane są zgodnie
z nowożytną sefardyjską hebrajską wymową w sposób, w jaki obecnie mówi się
w państwie Izrael. Na przykład: hachnasat orchim zamiast hachnusas oirchim –
jak wymawiali Żydzi z centralnej Polski. Nazwy miast i wiosek pojawiają się w ich
oryginalnej wymowie, albo tak, jak się je pisze na angielskojęzycznych mapach.
Ponieważ w czasie Holokaustu straciliśmy wszystkie nasze dobra, nie ma absolutnie żadnych fotografii niezliczonych rzeczy, które moja rodzina kiedyś posiadała. Jestem głęboko wdzięczna mojemu przyjacielowi pochodzącemu z tego
samego miasteczka, Szmielowi (późniejszemu Seymourowi) Weintraubowi za
fotografie dołączone do tej książki. Wyemigrował on do Stanów Zjednoczonych
zaledwie kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej i miał w swoim posiadaniu wiele fotografii z domu, włącznie z dwiema z tej książki, które pokazują
członków mojej rodziny: fotografię dziadka Nusyna Szachtera i zdjęcie grupowe
zrobione w Krakowie w 1938 roku z okazji ślubu wuja Mojsze. Zdjęcie matki,
będące powiększeniem fragmentu zdjęcia grupowego, okazało się jej jedyną
ocalałą fotografią. Zdjęcie pani Zofii Surowieckiej, stojącej przed swoim domem
w Świętomarzu, wysłała mi ona sama tuż przed swoją śmiercią w 1961 roku. Zdję15
cia pana Józefa Surowieckiego dostałam od Marysi Dekiel ze Świętomarza. Inne
zdjęcia z tej książki zostały zrobione w Bergen-Belsen po naszym wyzwoleniu
w 1945 roku.
Ponieważ byłam bardzo młoda, kiedy wydarzenia z mojej opowieści miały
miejsce, w trakcie pisania książki potrzebowałam pomocy starszych osób z naszego miasteczka i członków rodziny. Pomogli mi oni uzupełnić wiele szczegółów,
o których zapomniałam i dostarczyli mi informacji na temat tła historycznego wydarzeń tamtych czasów. Miałam szczęście otrzymać nieocenioną pomoc ze strony moich współmieszkańców Samuela (Szmiela) Weintrauba i Morrisa (Mońka)
Grossmana; od moich sióstr Irene (Irki) Szachter Horn i Racheli Szachter Eisenberg i od mojej kuzynki Ruth (Rywci) Ehrlich Turek. Każdemu z nich pragnę
wyrazić moją wdzięczność.
Pan Weintraub, stary przyjaciel rodziny, wiedział o moich przodkach z dwóch
czy trzech pokoleń przed moimi narodzinami. Ze szczegółami pamiętał ślub
moich rodziców w 1923 roku. W dodatku znał detale z życia Żydów z naszego
miasteczka z czasów przedwojennych i wojennych i prawdopodobnie jest on jedynym żywym Żydem, który był świadkiem likwidacji swojego miasta. Przeżył
również trzy obozy, w których nas internowano: obóz pracy w Starachowicach,
obozy śmierci w Auschwitz i Bergen-Belsen.
Pan Grossman pamięta wiele szczegółów z życia Żydów w Bodzentynie tuż
przed wojną i w czasie wojny, ponieważ miał wtedy około 20 lat. Był w Bodzentynie
od czasu, kiedy opuściliśmy miasteczko i wyjechał z niego tuż przed likwidacją
Żydów. Pan Grossman przeżył likwidację Starachowic i był tam internowany
w obozie pracy.
Moje siostry Irka i Rachela oraz kuzynka Rywcia doświadczyły w większości
tego samego losu, co ja, zarówno w Bodzentynie przed i w czasie wojny, jak również w Starachowicach, Auschwitz oraz Bergen-Belsen. Ich wspomnienia dotyczące członków rodziny, jak i wydarzeń rodzinnych, pomogły mi uzupełnić liczne
luki w mojej pamięci. Podobnie nasze wspólnie przeżywane doświadczenia z czasów wojny i z trzech obozów wpływały na proces przypominania sobie wydarzeń
z przeszłości. W dodatku moje siostry i kuzynka przypominały sobie konkretne
sytuacje, które były częścią ogólnej sytuacji, ale nie wszystkie brałyśmy w nich
udział, bo nie zawsze byłyśmy razem; wręcz przeciwnie – bywały godziny w ciągu
dnia, a czasami tygodnie czy nawet miesiące, kiedy jedna z nas – albo więcej –
była oddzielona od pozostałych. Wszystkie te wspomnienia włączyłam do mojej
opowieści.
Gizela Fudem z Wrocławia, którą znam od czasu, kiedy byłyśmy razem w Bergen-Belsen, skontaktowała mnie z Artemiuszem Wołczykiem z Bodzentyna.
Dostarczył mi on materiały archiwalne, które udokumentowały historię moich
przodków od 1855 roku. Pan Wołczyk dał mi też mapę Bodzentyna, która została
przystosowana na potrzeby tej książki i pokazuje miasteczko w okresie, o którym
piszę. Byłoby niedbalstwem z mojej strony, gdybym nie podziękowała pani Beth
Anderson, która przepisała na maszynie i uważnie przeczytała pierwszą wersję
16
tego tekstu i poczyniła wiele pomocnych sugestii oraz Mary D. Teal z wydziału
muzyki Uniwersytetu Eastern Michigan, za to, że przeczytała drugą wersję tekstu i za jej pomocne uwagi. Chciałabym także podziękować personelowi wydawnictwa Uniwersytetu Massachusetts za pracę, którą wykonali przy publikacji tej
książki, a szczególnie pani Brendzie Hanning, która adiustowała tekst.
Wreszcie jestem wdzięczna za pracę, której się podjęli i doprowadzili do końca
mój mąż, Szolom Kalib z wydziału muzyki Uniwersytetu Eastern Michigan, oraz
Ken Wachsberger z wydziału języka angielskiego Uniwersytetu Eastern Michigan. To dzięki inicjatywie Szolomo i z powodu jego nalegań historia ta została zrekonstruowana. Zaczął on od tego, że często mnie wypytywał; a następnie razem
wypytywaliśmy moje siostry, kuzynkę i panów Weintrauba i Grossmana. W następstwie tych rozmów Szolom połączył ze sobą liczne zdarzenia oraz szczegóły
i stworzył z nich tę opowieść – w ten oto sposób napisał ją w moim imieniu. Ken
przepisał książkę w jej obecnej formie. Jestem głęboko wdzięczna za jego talent,
wiedzę i oddanie.
Goldie (Gołda) Szachter Kalib
17
Polska, 1919-1939
18
I
Moje dzieciństwo
w Bodzentynie
19
20
1.
Rodzinne miasto
Urodziłam się w Polsce, w małym miasteczku Bodzentyn, 15 grudnia 1931,
jako najmłodsza z pięciorga dzieci Jechiela i Miriam Rywki Szachter. Lata mojego wczesnego dzieciństwa wypełnione były radością i szczęściem, których tylko
małe dzieci mogą doświadczać w pełni. Miałam szczęście cieszyć się miłością oraz
uwagą, którą tylko najmłodsze dziecko może otrzymać od rodziców oraz starszego rodzeństwa, dziadków, ciotek, wujków, kuzynów i przyjaciół.
Muszę przyznać, że mojemu szczęśliwemu dzieciństwu nic nie stało na przeszkodzie, ponieważ urodziłam się w najbogatszej rodzinie w mieście. Jak na kogoś,
kto zawsze kochał naturę, miałam niesamowite szczęście z tej racji, że wychowywałam się na wsi, a w pobliżu naszego miasteczka znajdowały się wspaniałe łąki,
pola i lasy. Tych radości i przyjemności doświadczałam w pierwszych siedmiu latach, ośmiu miesiącach i dwóch tygodniach mojego życia. Stoją one w najbardziej
jaskrawym do wyobrażenia kontraście z wydarzeniami, które miały mieć miejsce
w następnych latach.
Bodzentyn jest położony 28 kilometrów na północny wschód od Kielc
i w trochę bliższej odległości na południowy zachód od Starachowic i stanowi
środkowy punkt na wyobrażonej, lekko zakrzywionej ukośnej linii łączącej te
dwa miasta Polski. Usytuowany jest w dolinie u podnóża malowniczej Miejskiej
Góry. W Bodzentynie, miasteczku z około czterema tysiącami mieszkańców,
otoczonym dziesiątkami gospodarstw oraz wiosek, panowała wiejska atmosfera. Jego mieszkańcy angażowali się głównie w przedsięwzięcia, które zaspokajały potrzeby okolicznych wiosek. Potrzeby te sprowadzały do miasta rolników
oraz wieśniaków, którzy przybywali żeby kupować i sprzedawać towary. Budynki
w mieście w większości były drewniane i kryte gontem, mało było domów z cegły.
Większość była parterowa, a żaden nie miał dwóch pięter. Ulice w naszym małym
miasteczku były brukowane, z wyjątkiem pewnej liczby polnych dróg. Konie oraz
powozy i furmanki ciągnięte przez konie aż nadto zaspokajały lokalne potrzeby
transportowe.
Powiedziano mi, że autobus z Bodzentyna do Kielc po raz pierwszy zobaczono
w miasteczku w 1928 roku. Wydarzenie to wydawało się być tak wielkiej wagi, że
21
praktycznie wszyscy mieszkańcy wylegli na ulice o piątej rano, aby być świadkami jego odjazdu. Fama głosi, że kierowca obracał i obracał korbą, za każdym razem z coraz większym wigorem, w coraz bardziej desperackich próbach zapalenia silnika, jednak wszystkie jego wysiłki okazały się próżne. Niecierpliwy tłum
stawał się coraz bardziej sceptyczny wobec szumnie zapowiadanych zalet nowoczesnej maszyny i jej domniemanej wyższości nad ponadczasowym, wypróbowanym i sprawdzonym koniem oraz furmanką. W końcu kierowcy udało się
zakręcić korbą i silnik zaczął pracować, jednak do tego czasu tłum się rozszedł.
Bez wątpienia wielu mieszkańców miasteczka było przekonanych, że przede
wszystkim nigdy nie powinni byli żywić nadziei o zastąpieniu konia i furmanki.
Poza autobusami jeżdżącymi do Kielc nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek widziała automobil albo autobus w naszym miasteczku.
Jak w większości miasteczek we wschodniej Europie, żydowska ludność
Bodzentyna tworzyła społeczność wewnątrz społeczności całego miasteczka.
Jidysz był naszym językiem ojczystym, chociaż od wczesnych lat trzydziestych
język polski stawał się jego poważnym rywalem w towarzyskim żargonie młodszej generacji. Podczas gdy młodzi mówili w jidysz do rodziców i rodzeństwa,
w rozmowach z żydowskimi przyjaciółmi i rówieśnikami używali polskiego.
Jednakże jidysz wraz z narodową i religijną kulturą oraz charakterystycznym
stylem życia jednoczył nas wszystkich jako grupę. Równocześnie wszystkie te
rzeczy odsuwały nas od rdzennej, nieżydowskiej miejscowej społeczności. Ta
izolacja dość często wzbudzała w rdzennych mieszkańcach uczucia podejrzliwości, rywalizacji, nieprzyjaźni, a czasami wrogości wobec nas, co z kolei sporadycznie doprowadzało do przemocy w wielu żydowskich społecznościach
w Polsce.
Na ogólną liczbę czterech tysięcy mieszkańców, w Bodzentynie mieszkało
1400 osób pochodzenia żydowskiego, około trzystu żydowskich rodzin. Żydowskie mieszkania skupiały się w centrum miasteczka, podczas gdy Polacy
mieszkali głównie, choć nie tylko, na jego obrzeżach. Większość mieszkań, zarówno Żydów, jak i nie-Żydów, znajdowała się na tyłach sklepów, które zajmowały frontową część, wychodzącą na ulicę.
Życie żydowskiej społeczności Bodzentyna było typowe dla setek, a być
może tysięcy żydowskich miasteczek we wschodniej Europie. Jak wszystkie żydowskie społeczności, Bodzentyn miał swój żydowski samorząd, składający się
z przewodniczącego, sekretarza oraz komitetu administracyjnego w liczbie sześciu albo siedmiu osób – do którego należało zajmowanie się wszystkimi potrzebami społeczności żydowskiej. W zakres jego najważniejszych zadań wchodziło
organizowanie personelu do utrzymywania miejskiej synagogi, łaźni rytualnej
(mykwy) oraz personelu do zajmowania się różnymi aspektami żydowskiej
edukacji; zajmowanie się pochówkami i utrzymaniem cmentarza przez towarzystwo zajmujące się grzebaniem zmarłych (Chewra Kadisza). W zakres jego
obowiązków wchodziło też reprezentowanie żydowskiej społeczności przed
policją i przed urzędem burmistrza, kiedy wymagały tego okoliczności.
22
Jak w wielu wschodnioeuropejskich żydowskich społecznościach, także
w Bodzentynie stosunkowo mało było żydowskich rodzin bogatych, czy choćby
tylko zasobnych finansowo. Życie większości było trudne. Dla przykładu, ubrania
dla dzieci często były szyte znacznie na wyrost, tak żeby mogły do nich dorosnąć,
a nie szybko z nich wyrosnąć. Oczywiście, w większości rodzin wszystkie ubrania,
a nawet buty, dzieci dostawały po starszym rodzeństwie. Jednak życie było dość
szczęśliwe. Wszyscy Żydzi z reguły znali się poprzez częste kontakty. W rezultacie każdy Żyd cieszył się pewną bliskością, ciepłem, sympatią i zrozumieniem dla
swoich problemów i radości – czy to finansowych, czy narodowo-religijnych – ze
strony wszystkich pozostałych Żydów.
W mojej rodzinie obydwaj dziadkowie byli Szachterami. Co więcej, obydwaj
wywodzili się od Szmiela Szachtera, mojego prapradziadka ze strony matki oraz
od pradziadka ze strony ojca. Zgromadził on znaczny majątek, przekazywany
w częściach jako spadek jego dzieciom i wnukom. Najmłodszym z jego trzech
synów był mój pradziadek ze strony ojca, Mejer Szachter. Mejer poślubił Małkę Zwigenbaum, moją babcię ze strony ojca, której nigdy dobrze nie poznałam,
ponieważ zmarła w 1933 roku, kiedy miałam zaledwie dwa lata. Pamiętam tylko
drugą żonę dziadka Mejera i jej jedną młodszą siostrę. Mejer i Małka mieli jedno
dziecko – mojego ojca Jechiela Szachtera, który urodził się w 1900 roku.
Moja mama, Miriam Rywka Szachter, pochodziła od prapradziadka Szmiela Szachtera poprzez jego najstarszego syna Altera, mojego pradziadka ze strony
matki. Ojciec i matka byli więc kuzynami w pierwszej linii zanim zostali małżeństwem. Alter i jego żona, Mandzia Zucker, mieli jednego syna i trzy córki. Ich
jedyny syn, Nusyn Szachter, kuzyn ojca w pierwszej linii, był moim dziadkiem ze
strony matki. Dziadek Nusyn poślubił moją babkę, Irkę Grinbaum. Ojciec babci
Irki był rabinem Bodzentyna do swojej śmierci w 1906 roku. Taki rodowód, tak
się składa, postrzegany był jako niezmiernie prestiżowy we wschodniej Europie.
Mama urodziła się w 1902 roku, jako druga z dziesięciorga dzieci dziadka Nusyna i babci Irki. Pozostałe dzieci to: ciotka Gitla (urodzona około 1900 roku),
Fajgla (urodzona w 1904 roku), Bruchla (urodzona około 1906 roku) i Dina (urodzona około 1908 roku), wujek Mojsze (ur. około 1910 roku), wujek Froim (urodzony około 1912 roku), ciotka Perel (urodzona około 1914 roku), wujek Lejbel
(urodzony w 1916 roku ) i wujek Jankiel (urodzony w 1919 roku). Ciotka Perel
zmarła we wczesnym dzieciństwie, kiedy wujek Jankiel miał niewiele ponad rok,
około 1920. Babka Irka zmarła z powodu komplikacji w jedenastej ciąży. Dziadek
Nusyn powtórnie się ożenił, ale na krótko, ponieważ druga żona wydawała się
niezdolna do tego, aby żyć w zgodzie z jego dziećmi. Ponownie już się nie ożenił.
W 1923 roku moi rodzice pobrali się. W rezultacie kuzyn ojca w pierwszej linii,
dziadek Nusyn, został również jego teściem. W sumie moi rodzice mieli pięcioro
dzieci: mojego brata Mojsze (urodzonego w 1925 roku), moją siostrę Irkę (urodzoną w 1927 roku; pierwsze dziecko noszące imię po babce ze strony matki),
mojego brata Szlojme (urodzonego w 1928 roku), moją siostrę Rachelę (ur. 1929)
oraz mnie, Gołdę (urodzoną w 1931 roku). Powiedziano mi, że kiedy matka była
23
ze mną w ciąży, lekarze poradzili jej, aby się poddała aborcji, twierdząc że jeśli tego
nie zrobi, ciąża zagrozi jej zdrowiu. W tym czasie sławny rabin mieszkał w mieście
Ożarów, około 55 kilometrów na południowy wschód od Bodzentyna. Matka, która miała mocną wiarę co do osądów szacownego rebe z Ożarowa i która nie była
zadowolona z pomysłu dotyczącego aborcji, zdecydowała się przedsięwziąć eskapadę do Ożarowa, żeby poszukać jego rady. Kierując się zaleceniem rebego matka
utrzymała ciążę i urodziłam się bez żadnego uszczerbku dla jej zdrowia.
Żydowskie życie społeczne w dużej mierze było wyznaczane poprzez wartości i zwyczaje religijne, chociaż w o wiele mniejszym stopniu niż to miało miejsce
przed I wojną światową. Kiedyś mówiło się, że przeciętny wschodnioeuropejski
Żyd posiadał dwie pary modlitewnych filakterii, a jedną parę spodni. Jednakże
w latach trzydziestych XX wieku walka o byt stała się dla przeciętnego Żyda równie ważna, jak sprawy religijne.
Wiekowe tradycje i zobowiązania wynikające z Biblii wciąż w dużym stopniu
wpływały na każdy aspekt codziennego życia wszystkich grup wiekowych żydowskiej społeczności Bodzentyna. Można było jednak zaobserwować pojawianie się
nowoczesności, i to w różnych aspektach. Nie najmniej ważnym z nich była rosnąca liczba męskich twarzy z przyciętymi i krótszymi brodami albo w ogóle bez
bród. Inną oznaką zmian było otwarte, społecznie akceptowane przechadzanie się
młodych żydowskich mężczyzn i kobiet, szczególnie w szabas, oraz w świąteczne
popołudnia i wieczory, a także rozluźnienie tradycyjnych religijnych praktyk.
Szmiel Weintraub był bliskim przyjacielem braci mojej matki: Mojszego, który
był około rok starszy od Szmiela, oraz Froima, który był o rok młodszy. Podobny
wiek oraz wspólne zainteresowania powodowały, że prawie codziennie wzajemnie
się odwiedzali; czasami przychodzili razem do posiadłości dziadka Nusyna, a kiedy
indziej na podwórze, będące magazynem towarów ojca Szmiela, Herszla Weintrauba, na północnej stronie ulicy Langiewicza. Ponieważ już wtedy stawało się normą
wśród młodych Żydów zajmowanie się studiami religijnymi raczej po niż przed
porannym nabożeństwem, Szmiel wspomina, jak jego matka oraz moja babka Irka
wypychały chłopców z domu w bardzo wczesnych godzinach porannych i przynaglały ich do pójścia do synagogi na religijne studia. Tam pogrążali się w świętych
tekstach od czwartej do ósmej, robili przerwę, zjadali bajgle przyniesione z domu
i byli gotowi wziąć udział w drugim codziennym porannym nabożeństwie, zaczynającym się w synagodze o 8 rano.
Szmiel z wielką przyjemnością wspomina incydent, który miał miejsce
w 1927 roku, kiedy jako 16-letni chłopiec przechadzał się z młodą damą ścieżką
prowadzącą za miasto. Dwoje młodych ludzi czuło się całkiem pewnie, ponieważ
prawdopodobieństwo, że ktoś ich zobaczy było naprawdę nikłe. Ku ich zdziwieniu, tak się akurat zdarzyło, że przechodziła tamtędy żona rabina Hirsza Szwarca,
religijnego przywódcy społeczności. Stanęła nieruchomo, lustrując ich krytycznie
od stóp do głów. Potem, nie rzekłszy nawet słowa, ruszyła w dalszą drogę. Dwa
dni później młody Szmiel był u rabina w domu, aby w grupie prowadzić studia.
Chodziło mu po głowie, że być może rabin Szwarc nie dowiedział się o jego śmiałej
przechadzce. Nagle zauważył, że rabin patrzy w jego kierunku i usłyszał jego cierp24
ką uwagę: „Dochodzą mnie słuchy, panie Weintraub, że już się pan stał młodym
dżentelmenem!”.
Takie pełne szacunku niepodporządkowanie się uświęconym tradycjom zaczynało pojawiać się po części jako reakcja przeciwko ciągłym prześladowaniom
Żydów wschodnioeuropejskich, a po części po tym, jak Polska zdobyła niepodległość od carskiej Rosji w następstwie I wojny światowej, z powodu kontaktu młodych żydowskich umysłów z kulturą świecką oraz publiczną edukacją. Czynniki
te razem wzięte miały udział w powstaniu syjonizmu, w jego różnych odcieniach,
ponieważ polityczny syjonizm dał młodym ludziom nadzieję na to, że pewnego
dnia będą mogli żyć swobodnie w swoim własnym kraju. Szczególnie w następstwie pogromu w Kiszyniowie w 1903 roku, Żydzi na całym świecie zaczęli poważniej niż kiedykolwiek wcześniej myśleć o utworzeniu swojego żydowskiego
kraju ojczystego na starożytnej ziemi Palestyny. Była to, poza wszystkim, biblijna
Ziemia Obiecana naszych patriarchów Abrahama, Izaaka i Jakuba oraz ziemia,
w kierunku której zwracali się Żydzi w modlitwach trzy razy dziennie, i o powrocie do której marzyli od czasów swojego wypędzenia przez Rzymian w roku 70
naszej ery.
Mając to marzenie na uwadze, Szmiel Weintraub, wujek Mojsze oraz ich
przyjaciel, Szlojme Zailes, założyli w Bodzentynie miejscowy oddział Mizrachi
– religijnej partii syjonistycznej. Dla bardzo pobożnych Żydów polityczny syjonizm był bluźnierstwem. Czyż prawdziwie wierzący nie powinni cierpliwie czekać, dopóki Święty Bóg nie ześle Mesjasza, żeby nas uwolnić i poprowadzić do
Ziemi Obiecanej, jak zostało przepowiedziane w żydowskich pismach świętych?
A zatem nie było to dziwne, że matka Szmiela była załamana, gdy pewnego dnia
przechodziła obok grupy młodych żydowskich mężczyzn i zobaczyła i usłyszała
swojego syna, który stał na czele zgromadzenia i entuzjastycznie zachwalał cnoty Teodora Herzla, założyciela ruchu syjonistycznego oraz Chaima Nachmana
Bialika, poety, propagatora nowoczesnego, odrodzonego, świeckiego języka hebrajskiego. Poirytowana i rozczarowana, uważając swojego syna za straconego dla
wszystkiego, co święte dla pobożnych Żydów, pospieszyła do domu, aby rozpocząć tradycyjny siedmiodniowy okres żałoby, znany jako sziwa, który następuje
po pochówku członka najbliższej rodziny. Niektórzy ze starszych ze społeczności
pytali później:
– Kto dał młodym pozwolenie na publiczne spotkania, o zgrozo, dyskusje bez
nadzoru oraz polityczne zgromadzenia? Wielki Boże, co się dzieje z naszą młodzieżą?
I tak rozprawiali, nawet wtedy, gdy bardziej zasymilowani Żydzi tworzyli, również w Bodzentynie, lokalne oddziały wszystkich innych większych partii syjonistycznych.
Ponieważ tak wielu wyznawców tej samej religii zapisywało się do takiej czy
innej partii syjonistycznej, najbardziej pobożni w społeczności w końcu też poczuli potrzebę zorganizowania się na sposób polityczny, więc partia Agudas Jsroel
została założona na religijnej, niesyjonistycznej podstawie i naturalnie szczyciła
25
się tym, że pośród jej członków byli najbardziej przestrzegający zasad religijnych
Żydzi w mieście, włącznie z wujkiem Froimem.
Trzeba nadmienić, że generalnie dyskusje oraz debaty stanowiły popularną
formę zajęć rekreacyjnych dla Żydów z Bodzentyna, a dotyczyły spraw daleko
mniej ważnych niż syjonizm dla wschodnioeuropejskich Żydów. Wielu spośród
młodszego pokolenia zostało wyedukowanych w sprawach świeckich, jak również
w przedmiotach żydowskich. Większość ze starszego pokolenia posiadała jednak
niewiele książek, poza podstawowymi świętymi księgami przeciętnie religijnego
Żyda, takimi jak modlitewnik sidur, świąteczny modlitewnik machzor, Pięcioksiąg
oraz kilka tomów Talmudu. Jedyna żydowska biblioteka w mieście, założona
we wczesnych latach dwudziestych przez Jechiela Mandelkerna, mieszkańca
Bodzentyna i zwolennika lokalnej lewicowej robotniczej partii syjonistycznej,
liczyła kilkaset tomów świeckich książek żydowskich. Woluminy te postrzegane
były jednak jako sprzyjające asymilacji, a nawet jako antyreligijne, i były odrzucane
przez bardziej religijne frakcje w żydowskiej społeczności. W rezultacie ludzie
mieli znikomą styczność z laicką tematyką. Niemniej, wdając się w głębszą analizę,
gorące częstokroć kontrowersje dostarczały zawsze przyjemnej rozrywki, nawet
jeśli bazowały na ograniczonej wiedzy czy wówczas, gdy przedmiot dyskusji
wydawał się prawie niewart dyskutowania. Co więcej, grupa składająca się z nie
więcej niż pięciu-sześciu osób mogła, i czasami zakładała, polityczną partię
w Bodzentynie, więc w skład grup politycznych w Bodzentynie wchodziły osoby,
których polityczne poglądy zróżnicowane były od skrajnej lewicy do skrajnej
prawicy. Partia lewicy, znana jako lewicowa Partia Robotnicza Syjonistów (Poalej
Syjon Lewica) przewidywała, że socjalistyczny w marksistowskim stylu program
będzie podstawą przyszłego żydowskiego państwa w Palestynie; podczas gdy partia
prawicowa, walcząca Partia Rewizjonistyczna (Betar), przewidywała i wspierała
jako najważniejszy cel żydowskie państwo w Palestynie, składające się z dwóch
brzegów Jordanu, wschodniego i zachodniego. Ta właśnie partia była źródłem
największej inspiracji dla wielu osób z młodszego pokolenia w Bodzentynie. Sądzili
oni, że zbawienie nie przyjdzie poprzez modlitwy oraz mesjańskie odkupienie,
ale poprzez jednoznaczne, pewne i zdecydowane działania własne. Pogląd ten
podzielał wujek Lejbel, gdy buntował się przeciwko większości tradycyjnych
praktyk religijnych. Powstrzymywał się jednak przed jawnym obrażaniem swojego
ojca oraz starszych braci, zarówno słowem, jak i czynem.
Wszystkie partie odbywały regularne spotkania, co było z korzyścią dla zarówno ideologicznych, jak i społecznych potrzeb ludności, a szczególnie dla młodych.
Podczas tych zebrań członkowie partii dyskutowali, śpiewali pieśni oraz tańczyli
w rytm muzyki młodego syjonistycznego marzenia. Rewizjonistyczna grupa Betar praktykowała nawet sztukę samoobrony. Wszystkie grupy okazjonalnie przygotowywały udramatyzowane przedstawienia o tematyce interesującej dla Żydów,
jednakże, z powodu małej liczby członków, grupom nierzadko brakowało utalentowanych wykonawców. W takich przypadkach partyjna rywalizacja oraz ideologiczne różnice były pomijane z korzyścią dla wzajemnego braterstwa i członkowie
26
rywalizujących organizacji chętnie udostępniali swoje talenty na potrzeby amatorskich prób teatralnych swoich rówieśników.
Miasteczko Bodzentyn w moich czasach było skoncentrowane wokół ulicy
Langiewicza, która była wtedy jego osią centralną. Ulica ta łączyła dwa główne
place, usytuowane na wschodnim i zachodnim jej końcu. Duży, zachodni rynek
znany był jako Rynek Górny. Mały, wschodni plac znany był jako Rynek Dolny albo Plac Żwirki. Wiele bocznych ulic odchodziło od każdego z tych trzech
centralnych miejsc. Małe domy stojące po obu stronach ulic dochodzących do
Langiewicza były w posiadaniu i zamieszkane głównie, ale nie wyłącznie, przez
Polaków. Na przykład synagoga i żydowska biblioteka znajdowały się przy jednej
z tych ulic. Przy innych bocznych ulicach znajdowały się łaźnia (mykwa), do której uczęszczała i z której regularnie korzystała większa część żydowskiej społeczności, oraz trzypokojowe biuro zarządu gminy wyznaniowej.
Na Rynku Górnym, pośród wielu domów i sklepów, znajdował się kościół,
jedyna apteka w mieście, bodzentyńska straż pożarna, świetlica, kino oraz jedyna szkoła podstawowa w miasteczku. Idąc na zachód i trochę na południe około
kilometr uliczką odchodzącą z zachodniego placu, przechodziło się obok niezabudowanych działek. Stał tam mały domek i skromna firma handlująca tarcicą,
należące do Abrahama Silberberga, oraz domowe studio miejskiego fotografa.
Tuż za studiem fotograficznym znajdowała się rozległa posiadłość, należąca do
kościoła. Do tej posiadłości należały pięknie utrzymane grunty, a opadające zbocza prowadziły do pozostałości piętnastowiecznego zamku, o którym mówiło
się, że pochodzi z czasów króla Kazimierza Wielkiego. Idąc za ruiny zamku w dół
małym wzgórzem i cały czas w kierunku zachodnim, napotykało się idylliczną,
malowniczą rzekę Psarkę.
Główny nurt życia żydowskiej społeczności ogniskował się w obrębie
dwóch rynków oraz ulicy Langiewicza. Wzdłuż granic tych dwóch placów oraz
po obydwu stronach głównej ulicy posadowione były domy oraz kombinacje
domy-sklepy, domy-magazyny. Ponieważ Bodzentyn był miastem obsługującym głównie pobliskich rolników oraz wieśniaków, większość mieszkańców
Bodzentyna stanowili rzemieślnicy, rękodzielnicy oraz handlarze, zatem głównymi źródłami utrzymania były sklepy spożywcze i piekarnie, magazyny i małe kuźnie, wytwarzające wyroby żelazne oraz blaszane, narzędzia rolnicze oraz sklepy
z igłami, przędzą, materiałami i wieloma innymi rozmaitościami. Sklepy z przędzą
i materiałami dostarczały rzeczy potrzebnych krawcom i krawcowym, którzy szyli
odzież gotową oraz na miarę w każdym asortymencie, stylu oraz cenie, zarówno
dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Inni specjaliści robili kapelusze, czapki oraz peruki,
jak również zelówki, obcasy czy cholewki. Handlarze drewna sprzedawali towar
cieślom, meblarzom, wytwórcom kół, beczek oraz wanien drewnianych. Oprócz
nich, był też w Bodzentynie jeden młyn, sklep z wapnem, byli handlarze piórami,
kilka restauracji, gospód i nie tylko. W dwóch sklepach ze słodyczami od frontu
sprzedawano gazety oraz napoje, czekoladę, różne cukierki i lody, podczas gdy
na zaplecza sklepów młodzi ludzie przychodzili żeby posiedzieć oraz pogadać.
27
Zazwyczaj pozwalali sobie na przekąskę, a może nawet na bardziej luksusowe
„coś na ząb”, w rodzaju kaczki albo gęsi. Często grywali w karty, a nawet uprawiali
hazard. Właścicielką jednego z tych sklepów cukierniczych była „ślepa Chancia”.
Sklep usytuowany był w połowie północnej strony ulicy Langiewicza, pomiędzy
placem z towarami i domem Herszla Weintrauba oraz sklepem z ziarnem i spożywczym, wraz z domem należącym do naszego przyjaciela Jechiela Grossmana
i jego rodziny.
Z wielu firm i przedsiębiorstw w mieście, Żydzi byli właścicielami jednego
młyna oraz sklepów: żelaznego i z narzędziami rolniczymi. Także prawie wszyscy
wytwórcy kapeluszy, czapek, krawcy – zarówno strojów gotowych, jak i na miarę,
prawie wszyscy cholewkarze byli Żydami. Dobrze ponad połowa sklepów z ziarnem oraz spożywczych należała do Żydów. Żydzi, jak również Polacy, angażowali
się też w inne przedsięwzięcia mające na celu świadczenie usług dla miasteczka
i okolic.
Bramy na podwórza mojej najbliższej rodziny oraz dziadka Nusyna usytuowane były przy Placu Żwirki.
28
Elementy mapki:
1. Studnia
2. Szkoła podstawowa dla wyższych
oddziałów
3. Pozostałości kościoła
4. Przystanek autobusowy
5. Podwórze Jechiela Szachtera
6. Mieszkanie Nusyna i Rejzel Perl
7. Mieszkanie-sklep Altera Szachtera
8. Mieszkanie Mendla „Kapuśnika”
9. Mieszkanie Jechiela Szachtera
oraz mieszkanie-piekarnia
dziadka Mejera
10. Skład Jechiela Szachtera
11. Ogródek dziadka Mejera
12. Cmentarz
13. Urząd Pocztowy
14. Posiadłość dziadka Nusyna
15. Młyn
16. Posiadłość Jakubowskiego
17. Restauracja Seweryńskiego
18. Biblioteka
19. Posterunek Policji
20. Cmentarz Żydowski
21. Mykwa (żydowska łaźnia rytualna)
22. Synagoga
23. Żydowska biblioteka Mandelkerna
24. Szkoła podstawowa dla niższych
oddziałów
25. Kino (Dom Ludowy)
26. Straż Pożarna
27. Apteka
28. Kościół
29. Ruiny zamku
30. Ratusz
29
2.
Nasz dom
Plac Żwirki był znacznie mniejszy od Rynku Górnego, niemniej zajmował duży
obszar. Idąc wzdłuż zachodniej części placu od ulicy Langiewicza, napotykało się
ulicę odchodzącą na południe, nazywaną ulicą Kielecką, ponieważ służyła jako
trasa dla autobusów oraz furmanek jeżdżących z Bodzentyna do Kielc. Na rogu
znajdował się przystanek autobusowy i dom-sklep żydowskiego szewca oraz elegancka polska restauracja Bielawskiego. Na przeciwległym rogu znajdowała się jak
na bodzentyńskie standardy raczej duża i schludnie wyglądająca księgarnia. Dalej,
w dół Kieleckiej, znajdowały się żydowski sklep mięsny, rytualna łaźnia oraz biuro
jedynego lekarza w mieście, doktora Pabijana, a ponadto domy oraz sklepy, których właścicielami byli w większości Żydzi. Idąc wciąż w dół ulicą Kielecką można
było dotrzeć do żydowskiego cmentarza w Bodzentynie.
Kilka mniejszych ulic odchodziło po drugiej stronie Placu Żwirki w kierunku
północnym. Przy jednej z nich, Świętokrzyskiej, znajdował się posterunek policji, w którym urzędowały siły policyjne w liczbie czterech policjantów. Stały tam
nowsze murowane domy, w których mieszkali nauczyciele, większość miała ślicznie utrzymane balkony. Przechadzki wzdłuż ulic były popularną formą rozrywki
w czasie wolnym. Pomiędzy ulicami odchodzącymi od wschodniej i zachodniej
części Placu Żwirki znajdowała się rozległa posesja dziadka Nusyna. Rozciągała się
ona w kierunku południowych obrzeży Bodzentyna.
W północnej części Placu Żwirki była studnia, z której mieszkańcy ciągnęli
wodę. Przychodzili z jednym albo dwoma pustymi wiadrami, przymocowywali wiadro do haka na końcu długiego grubego sznura albo łańcucha, i opuszczali
je do studni poprzez obracanie korbą z boku studni. Kiedy wiadro wypełniło się
wodą, wyciągali je do góry znów kręcąc korbą, dopóki nie znalazło się w zasięgu
ręki; zdejmowali je i powtarzali całą operację. Bardzo lubiłam chodzić do studni
z wiaderkiem-zabawką: kręciłam korbą w dół i do góry, aby ciągnąć wodę dla zabawy. Przeciętna rodzina magazynowała wodę w dużych drewnianych beczkach.
Nasza rodzina, jak również kilka innych bogatych rodzin w mieście, zatrudniała zawodowego nosiciela wody do wykonywania tej usługi. Nosił on do naszego domu
dwa wiadra jednocześnie – zawieszone na dwóch końcach drewnianych nosiłek,
30
umieszczonych na jego ramionach. Po przyniesieniu wylewał wodę do dużej, ładnej, porcelanowej beczki w naszej kuchni. Czasami wystawialiśmy dużą drewnianą beczkę na tyłach domu, żeby nałapać deszczówki, której używaliśmy do mycia
włosów. W pobliżu studni, przy wschodniej stronie Placu Żwirki, stał budynek
szkoły publicznej dla uczniów klas ponadpodstawowych.
Naprzeciwko domu i posesji dziadka Nusyna, przy północnej części Placu
Żwirki, znajdowała się brama, która prowadziła na nasze podwórko. Do bramy od
strony wschodniej przylegał mały jednopokojowy dom, w którym mieszkał garncarz o nazwisku Nusyn Perl oraz jego żona, kuzynka ojca w pierwszej linii, Rejzel Szachter, znana w miasteczku jako Rejzel Szloch. Nysyn i Rejzel byli bardzo
biedni, w dużej mierze z tej przyczyny, że mieli dwanaścioro dzieci. Co więcej,
ich dom był zawsze brudny, ponieważ jedyne duże pomieszczenie miało zamiast
podłogi grubą warstwę brudu. Dom, który miał dwa wejścia, od Placu Żwirki i od
podwórka, służył jako skład wapna; Rejzel odziedziczyła go po swoim ojcu. Po
wyjściu za mąż za Nusyna w dalszym ciągu sprzedawała wapno, które brudziło
całą czarną od brudu podłogę. Na środku pokoju Nusyn reperował przedmioty
z blachy, więc część podłogi była zastawiona narzędziami, skrawkami blachy oraz
wieloma naprawianymi garnkami.
Przed ich małym domem siadywała Rejzel i robiła peruki dla co bardziej pobożnych żydowskich kobiet. Ponieważ żydowska tradycja religijna zabrania mężatkom pokazywania swoich naturalnych włosów, peruki były poszukiwanym
towarem dla przestrzegających przepisów religijnych żon, chociaż wiele z nich po
prostu zasłaniało głowy chustkami. Można więc było zobaczyć peruki umieszczone na głowach kilku manekinów przed mieszkaniem Nusyna i Rejzel, a na dodatek kosmyki zagubionych włosów na brudnej podłodze, leżące pośród wapna
i skrawków blachy. Mówiło się, że Rejzel nosiła swój brudny fartuch dopóki nie
zesztywniał od brudu, a wtedy przewracała go na drugą stronę i zaczynała używać
z tej drugiej, „niezabrudzonej”. Obejście Rejzel Szloch dalece odbiegało od standardów czystości, a jej dwanaścioro dzieci dawało sobie radę, lepiej lub gorzej,
chodząc samopas od rana do wieczora, praktycznie bez żadnego rodzicielskiego
nadzoru.
Od strony wschodniej i północnej do domu Nusyna i Rejzel przylegało małe
mieszkanie, w którym był sklep spożywczy Altera Szachtera, dalekiego krewnego
naszej rodziny. Jego dom też miał dwa wejścia: od Placu Żwirki i od podwórka,
i był trochę większy. Alter był żonaty i miał dwie córki, Gołdę i Szpryncię, oraz
dwóch synów, Lejbla i Jojne.
Jeszcze dalej na północ na podwórzu znajdował się skromny dom Mendla
Szachtera. Mieszkańcom miasteczka był on znany jako Mendel Kapuśnik z powodu swojej tępoty. Mendel był żonaty i miał dwie nastoletnie córki. Sprzedawał nabiał w swoim małym domu na naszym podwórku, chociaż w jego domu nie było
wydzielonego miejsca na sklep. Naprawdę z trudem wiązał koniec z końcem.
Podwórko było duże. Po jego zachodniej stronie, naprzeciwko domów Nusyna oraz Rejzel, Altera i Mendla, stały dwa budynki zajmowane przez moją rodzi31
nę: piętrowy dom, który moja najbliższa rodzina dzieliła z dziadkiem Mejerem i –
od strony północnej – duży budynek, który był początkowo pomyślany jako nasz
nowy dom. Pozostał on jednak niedokończony, przypuszczalnie z tego powodu, że
ojciec czasem myślał o emigracji z Polski, i był używany do przechowywania kłód
drewna potrzebnego do ogrzewania domu i do gotowania. Przechowywaliśmy tam
też pudła z warzywami i owocami, a w szczególności z jabłkami, słoje z przetworami oraz beczki z winem. Pomiędzy budynkami ze strony wschodniej i zachodniej
znajdował się duży plac, gdzie bawiły się dzieci. Bliżej północnego krańca podwórza można było zobaczyć małe wygódki, a jeszcze dalej znajdował się śliczny, ogrodzony ogród dziadka Mejera – uprawiał w nim kwiaty, warzywa i owoce. Nam,
dzieciom, nie wolno było wchodzić do ogrodu, ale mnie prawie każdego dnia udawało się tam wejść, żeby wąchać rośliny, zerwać listek albo kwiatek.
Nasz dom był jedynym piętrowym budynkiem w podwórzu oraz jednym
z nielicznych piętrowych domów w Bodzentynie. Dziadek Mejer odziedziczył go
po śmierci swego ojca; nasza rodzina mieszkała w nim od czasu ślubu rodziców
w 1923 roku. Dziadek Mejer mieszkał z tyłu na pierwszym piętrze wraz ze swoją
drugą żoną i jej siostrą. Od frontu znajdowała się piekarnia, która wychodziła na
Plac Żwirki. Oddzielne wejścia prowadziły do domu i do sklepu.
W bramie na lewo od wejścia znajdowały się schody prowadzące w górę na
podest na pierwszym piętrze. Lampa naftowa na górze klatki schodowej oświetlała podest. Idąc kilka kroków w prawo wzdłuż podestu docierało się do naszego
mieszkania. Podwójne drzwi były zamykane od wewnątrz na dwie sztaby. Po wejściu przez otwarte drzwi stawało się przed dużym korytarzem, pierwszym z czterech kwadratowych bądź prostokątnych głównych pomieszczeń na naszym piętrze.
Podczas jesiennego święta Sukot (Święto Namiotów) cały korytarz zamieniał się
w kuczkę – tradycyjny świąteczny szałas, gdy po pociągnięciu sznurka część sufitu
oraz dachu rozstępowała się, ukazując niebo. Na końcu korytarza były drzwi prowadzące do dużego magazynu.
Drabina po lewej stronie korytarza prowadziła na strych. Chociaż nigdy tam
nie weszłam, wiem, że trzymano tam kury i gęsi na rytualny ubój, do czasu aż utuczyły się na tyle, by dostarczyć dużej ilości smalcu. W tamtych czasach smalec był
używany do gotowania, smażenia oraz pieczenia różnych potraw. Na strychu przechowywano też niewielkie ilości drewna do kuchennego pieca, które wcześniej zostało porżnięte i porąbane na mniejsze kawałki.
Na prawo od drabiny znajdowały się drzwi do naszej kuchni. Pierwszą rzeczą, która rzucała się w niej w oczy, była jasna, niemalowana drewniana podłoga.
Podłogi były charakterystyczne dla bogatszych domów, w większości domów
w Bodzentynie były polepy. Na środku kuchni znajdował się duży drewniany stół
i krzesła.
W lewym rogu, tym bliżej drzwi, stał stołek z drewnianą balią do zmywania naczyń. Trochę dalej, wzdłuż ściany po lewej stronie, znajdował się mały stół z przymocowanymi do niego z każdej strony ławkami – to często był „mój” stół, a bliżej
środka ściany duże szerokie okno, które wychodziło na północ, na nasze podwó32
rze. Kilka drewnianych skrzynek stało na betonowym parapecie, wystającym spod
okna od zewnętrznej strony.
Wzdłuż ściany naprzeciwko drzwi stał zaskakująco piękny, lakierowany na bananowy kolor kredens, w którym można było zobaczyć naszą delikatną porcelanę.
Matka przez lata marzyła o posiadaniu takiego wspaniałego mebla w tym właśnie
miejscu w kuchni. Pewnego dnia, po powrocie do domu z jednego z naszych letnich
wakacyjnych wyjazdów, przeszedł ją dreszcz, gdy zobaczyła ten przedmiot swojego
pożądania stojący w naszej kuchni. Podczas gdy byliśmy na wakacjach, ojciec dopilnował, aby został on zrobiony i dostarczony do naszego domu. W obu rogach ściany,
na której ustawiono kredens, znajdowały się piękne porcelanowe beczki, w których
przechowywano wodę, oraz piec kuchenny.
Drzwi pośrodku tej ściany prowadziły do dużego, szerokiego pokoju, gdzie
spali moi bracia i siostry. Pokój ten przedzielony był pośrodku piękną, hiszpańską
przesuwaną ścianką podobną do parawanu, którą meblarz zrobił specjalnie dla nas.
Chłopcy zajmowali wschodnią część pokoju, dziewczęta zachodnią. Mogliśmy
przemieszczać się z jednej strony na drugą, przechodząc dookoła parawanu z jednej
bądź z drugiej strony.
W północno-wschodnim rogu, na lewo od drzwi do kuchni, stała kanapa. Jej
schowek na pościel otwierał się w ten sposób, że tworzył podwójne łóżko dla Mojsze oraz Szlojme. Podwójne łóżko na zachodnim końcu pokoju dzieliły Irka z Rachelą. Wzdłuż południowej ściany, na wprost drzwi, po każdej stronie parawanu
znajdowało się jedno biurko oraz jedna lampa naftowa. Pośrodku tej samej ściany
były drzwi prowadzące do salonu, który był najważniejszym pomieszczeniem w naszym domu.
Salon wyróżniał się tym, że miał mocno wypastowaną, bogato wyglądającą, koralowoczerwoną, lakierowaną podłogę. Na środku tego dużego, kwadratowego pokoju, pod pięknym żyrandolem na lampę naftową, na wspaniałym perskim dywanie
stał duży stół i krzesła. To tutaj nasza rodzina spożywała posiłki w czasie szabasu
i różnych świąt oraz gdy przyjmowaliśmy gości.
Spałam w tym pokoju razem z rodzicami. Nasze łóżka stały wzdłuż ściany na lewo
od drzwi. Prawdę mówiąc, moje łóżko to była przerobiona kołyska. Bliżej środka tej
ściany znajdowały się dwa pojedyncze łóżka, używane przez ojca i matkę. Przykryte
były luksusowymi narzutami z zielonego aksamitu i oddzielone nocną szafką. Nad
łóżkiem matki wisiał oprawiony w ramy portret, który został zrobiony, gdy miała
około dziewiętnastu lat. Często wychodziłam ze swojego łóżka i wskakiwałam do
łóżka mamy, które było najbliżej mojego, aby poleżeć albo spać z nią. W rogu za
łóżkiem ojca stał zegar dziadka, na którym siedziała lalka należąca do Irki.
Na wprost mojego łóżka, w północno-zachodnim rogu pokoju, znajdowała się
komoda z pościelą. Stało na niej radio z dużymi głośnikami, przykryte obrusem,
oraz wysoka szafa, w której przechowywaliśmy dłuższą garderobę. Bardzo lubiłam
grzebać w szafie w poszukiwaniu należących do mamy starych, niemodnych, śmiesznych, jedwabnych bluzek, sukienek i butów. Uwielbiałam przebierać się w nie, a czasem przyłączała się do mnie Rachela. Wyjmowała srebrną siatkową torebkę z szufla33
dy i nasza wyobraźnia szybowała gdzieś daleko, w miarę jak wcielałyśmy się w rolę
dorosłych, pięknie ubranych, modnych dam z towarzystwa.
Wzdłuż tej samej ściany w kierunku południowym znajdował się wysoki piec
kaflowy, który sięgał od podłogi do sufitu. Piece tych rozmiarów, w takim stylu
i tak piękne były tylko w domach nielicznych bogatych rodzin w mieście. Nasz
piec zbudowany był z kwadratowych białych kafli i miał dwoje przylegających do
siebie, zdobionych ornamentami w stylu koronki drzwiczek, które otwierały się
na dole frontowej części pieca. Dodatkowe drzwiczki wewnątrz powstrzymywały
bryłki węgla i kawałki drewna przed wypadnięciem. Piec w połowie wysokości
miał też otwór, gdzie można było podgrzewać jedzenie. Węgiel palił się bardzo powoli, pozwalając ciepłu promieniować przez długie godziny i czyniąc piec naszym
podstawowym źródłem ciepła podczas zimy.
Pośrodku południowej ściany, naprzeciw drzwi do salonu, znajdowały się podwójne drzwi, które prowadziły na balkon. Miały one po obu stronach okna, każde zasłaniane eleganckimi koronkowymi firankami. Sam balkon zamykany był na
poprzeczne czarne, wykonane z kutego żelaza sztaby oraz na kraty.
Stojąc na balkonie, patrzyłam w dół na środek Placu Żwirki i dalej na jego południową stronę, gdzie znajdowała się posesja dziadka Nusyna, oraz na otaczający krajobraz. Przed sobą na horyzoncie widziałam wznoszące się w oddali góry.
Skrzynki z kwiatami ustawione były latem wzdłuż dolnej części balkonu, między
nimi stały dwie albo trzy skrzynki szczypiorku. Bardzo lubiliśmy zrywać szczypiorek: siekaliśmy go drobniutko, posypywaliśmy nim chleb z masłem, a potem
z przyjemnością jedliśmy ten specjał.
To właśnie w rejonie tych miejsc oraz w takiej scenerii przemijały cudowne
lata mojego wczesnego dzieciństwa. Wiele chwil, przeżyć oraz wydarzeń złożyło
się na tamte niezapomniane lata.
34
3.
Radości wczesnego dzieciństwa
Być może najbardziej żywiołowym wydarzeniem w Bodzentynie był cotygodniowy dzień targowy, który w języku jidysz nazywaliśmy jarid. Wczesnym
rankiem w każdy poniedziałek okoliczni rolnicy przybywali na Plac Żwirki i wykładali swoje produkty na straganach dookoła studni. Przywozili żywy dobytek
w postaci krów, koni, kur oraz, rzadziej, gęsi lub kaczek, a poza tym jaja, masło,
sery, śmietanę, zboża, marchewkę, sałatę i jagody wszelkiego rodzaju.
Na placu targowym Żydzi ustawiali stragany – w szczególności z takimi towarami jak zatrzaski, szczotki, igły oraz przędza. Ludzie kupowali tu ciepłe mleko
prosto od krowy, a następnie wypijali kubek na miejscu. Smakowało cudownie.
Przed kupieniem kury, gęsi czy kaczki kobiety rutynowo wybierały jedną sztukę, dmuchały w pióra wokół kupra, sprawdzając i porównując grubość tłuszczu.
Oczywiście, szukały najtłuściejszej sztuki, aby mieć jak najwięcej smalcu.
Krzątanina, wzajemne przepychanie się oraz targowanie powodowały, że
atmosfera była głośna i żywiołowa, a trwała przez większą część dnia. Zarobiwszy dobrze na targu, wieśniacy udawali się na zakupy do miejscowych sklepów.
Pod wieczór, gdy obroty na placu targowym spadały, a rynek powoli opróżniał
się z produktów oraz klientów, wieśniacy zamykali stragany i wracali do swoich
gospodarstw. Część z nich jednakże zostawała w mieście, aby odwiedzić knajpy,
a w szczególności knajpę Seweryńskiego, znajdującą się obok posesji dziadka
Nusyna. Tam upijali się. Jak tylko handel na placu targowym się kończył, Żydzi
starali się siedzieć w swoich domach, zamknięci bezpiecznie za zaryglowanymi
drzwiami, ponieważ było na porządku dziennym, że pijani wieśniacy wychodzili
z knajp i wdawali się w gwałtowne kłótnie, wymiany ciosów oraz, ogólnie mówiąc, wszelakie wzajemne bijatyki, zanim opuścili miasto na dobre. Pewnego
razu wyszłam na balkon o zachodzie słońca i obserwowałam plac. Nagle na placu
targowym zobaczyłam walczących ze sobą wieśniaków z nożami, dźgających się,
zobaczyłam też krew płynącą z ich ran. Dopiero gdy się kompletnie wyczerpali,
opuścili miasto.
Bardzo miło wspominam kobietę, Polkę o nazwisku Zbroska, która przychodziła dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki, żeby sprzątać nasz dom. Była ona
35
przyjacielską, trochę tęgą kobietą w średnim wieku, z jasnobrązowymi włosami
i oczami. Podziwiałam sposób, w jaki na czworakach, za pomocą wody z mydłem
i szczotki, szorowała naszą podłogę w kuchni tak dokładnie, że drewno świeciło
białością i wyglądało jak nowe. W czwartki brała do domu większość naszych
lżejszych osobistych rzeczy do prania i przynosiła je z powrotem w piątek, wyprane i wyprasowane.
Jeden dzień w miesiącu wyznaczony był na nasze grubsze pranie. Dzień wcześniej Zbroska przychodziła do naszego domu, brała dużą, okrągłą, drewnianą
balię zrobioną z drewnianych klepek, połączonych na górze metalową obręczą,
a następnie umieszczała balię na dwóch krzesłach pośrodku kuchni. Następnie
nalewała wody z porcelanowej beczki do dwóch dużych garnków, grzała ją na
kuchni, a potem wlewała gorącą razem z kilkoma małymi kawałkami mydła do
drewnianej balii i zostawiała ubrania i bieliznę do namoczenia na noc. Następnego dnia rano znów przychodziła, wkładała deskę do prania do balii, trąc i szorując brudne plamy. Większość naszych bardziej zabrudzonych rzeczy, takich jak
ręczniki kuchenne, była gotowana w dużych metalowych garnkach na kuchni.
Kiedy pranie było gotowe do płukania, Zbroska zawiązywała w pojedyncze prześcieradło tyle rzeczy ile tylko mogła, a następnie zarzucała tobołek na plecy i niosła go do rzeki do płukania.
Czasami dla zabawy towarzyszyłam jej. Nad rzeką Zbroska zanurzała każdą
praną sztukę w wodzie, uderzała ją energicznie drewnianą łopatką, żeby wypłukać mydliny. Po wyżęciu i wypłukaniu prania jeszcze raz wkładała wszystko do
dużego prześcieradła, zawiązywała je w pakunek i niosła na plecach do naszego
domu, gdzie rozwieszała każdą sztukę do wysuszenia. W lecie wywieszała pranie
na zewnątrz na sznurkach, a zimą wieszała je na strychu.
Pomimo wydatnej najemnej pomocy, którą matka miała do sprzątania i prania, sama też zajmowała się prasowaniem. Szczególnie skrupulatnie porządkowała i utrzymywała w należytym stanie zawartość rodzinnych szaf, okazjonalnie
prasując śmieszne małe sukieneczki i bluzeczki. Przygotowywała żelazko, przenosząc kawałek żarzącego się węgla z kuchennego paleniska do żelazka; potem
dokładnie rozciągała jedną część garderoby na desce do prasowania. Pamiętam,
jak pewnego razu pozwoliła mi wziąć żelazko i uprasować kilka małych rzeczy,
uważnie mnie obserwując. To było bardzo zabawne.
Źródłem mojej nieustającej radości były okazjonalne sprawunki, po które
wysyłała mnie matka. Pamiętam, jak poszłam do blacharza z garnkiem do zreperowania. Jak tylko Rejzel Szloch zobaczyła mnie wchodzącą z garnkiem w ręku,
od razu pokierowała mnie przez brudną podłogę – zarzuconą wapnem, blachą
i włosami – do swojego męża Nusyna Perla. Pokazywałam mu rączkę albo dziurę
w garnku, która wymagała naprawy, a on pokazywał mi, gdzie na podłodze postawić garnek pomiędzy innymi przedmiotami, które naprawiał. Następnie instruował mnie, abym powiedziała matce, że garnek będzie gotowy za dzień albo dwa.
Czasami matka wysyłała mnie w górę przez całą ulicę Langiewicza do apteki na
Górnym Rynku. Tam kupowałam trochę rumiankowej herbaty, której później
36
używała do mycia moich włosów, ponieważ uważała za ważną rzecz, żeby zachować ich naturalny kolor – jasny blond.
Od czasu do czasu biegłam do pradziadka Altera, ojca dziadka Nusyna, którego dobrze pamiętam i którego bardzo lubiłam w dzieciństwie. Starszym dzieciom w mieście czasami wydawał się on starym dziwakiem, w szczególności jeśli
hałasowały w synagodze akurat kiedy on recytował modlitwy. Dla mnie jednak
był zawsze jowialny i żartobliwy. Był on, żeby nie było wątpliwości, mocno posunięty w latach i słabo słyszał. Bardzo mnie lubił i nie można było nie odczuć jego
miłości. Szczególnie lubił chwytać mnie, zahaczając rączką swojej laski za moją
szyję. Był dumny ze swojego ogrodu i chętnie się nim chwalił.
Często odwiedzałam podwórze z magazynem towarów ciotki Gitli i wujka
Froima Bidermana. Trójka ich dzieci: Mojsze, Icie oraz Szloim, była moimi kuzynami. Mojsze, najstarszy, był łagodnym i wrażliwym młodym mężczyzną. Miał
zdolności techniczne. Posiadanie radia było rzadkością w Bodzentynie, Mojsze
zbudował je sobie sam. Zawsze mnie fascynowało i intrygowało słuchanie muzyki dochodzącej z radia przez słuchawki, które zakładał mi na uszy. Icie, brat Mojszego, był w wieku Irki i był bardzo inteligentny. Szloim, najmłodszy, był w wieku
Racheli.
Plac magazynowy Bidermana znajdował się w przedniej części ich posesji,
która była blisko naszej. Sprzedawał on ekskluzywne tkaniny, których kilka belek umieszczonych było w widocznym miejscu we frontowym oknie wystawowym. Kiedy było ciepło wiele much bzyczało w oknie. Ja zapędzałam je do rogu
i chwytałam w pułapkę pomiędzy moją zwiniętą dłonią i szybą. Bzyczały przez
jakiś czas, próbując się uwolnić, a potem uwalniałam je i łapałam następne.
Sklep Bidermana był bardzo ruchliwym miejscem. Ludzie kupowali w nim
materiały na garnitury, suknie, draperie i wszelakie inne rzeczy. Wujek Jankiel
często tam pracował. Irce również pozwalano pomagać – pokazywała materiały
klientom. Rachela przychodziła do sklepu, gdzie dawano jej skrawki na ubranka
dla lalek. Ona tak naprawdę też chciała pomagać w sklepie, ale ponieważ miała
zwyczaj żuć ołówki oraz kołnierzyki swojego szkolnego fartucha, ciotka Gitla sądziła, że jest jeszcze zbyt niedojrzała. Często widywało się wujka Froima polerującego lampy i bacznie przyglądającego się wszystkiemu, co się działo w sklepie.
Podsuwał on pomysły i doradzał kupującym, którzy potrzebowali materiału do
konkretnych celów. Jeśli potrzebnego materiału nie było na stanie, solennie obiecywał nabyć go podczas następnej podróży w interesach.
Jedną spośród wielu zarówno żydowskich, jak i nieżydowskich klientek, która miała zwyczaj zaglądania do ich sklepu w celu kupna materiału, była polska
wieśniaczka, pani Surowiecka z pobliskiej wioski Świętomarz. Robiła ona wrażenie bardzo uczciwej i wielce przyzwoitej osoby. Mój wujek oraz ciotka lubili
ją bardzo i mieli o niej dobre zdanie. Z czasem miała ona odegrać kluczową rolę
w jednym z najbardziej niebezpiecznych okresów mojej opowieści.
Spośród wielu nostalgicznych wspomnień z mojego wczesnego dzieciństwa,
jedno jest szczególnie związane z moją siostrą Rachelą. Kiedyś miała ona parę
37
butów, od których oderwał się pasek i trzeba go było przymocować. Rachela dostała pieniądze od ojca, żeby nareperować buty, ale nie chciała iść do szewca,
więc poprosiła mnie, żebym je zaniosła. Ja też nie byłam w nastroju, żeby tam
pójść, a wtedy Rachela powiedziała, że tak prawdę mówiąc, to jej na tych butach
już nie zależy i że one dobrze wyglądają na mnie. Jeślibym poszła i naprawiła
pasek, to ona obiecuje, że pozwoli mi je zatrzymać. Po takiej zachęcie wzięłam
buty, pieniądze i popędziłam wesoła do polskiego szewca, Zwady. Często chodziliśmy do niego, żeby naprawiał buty naszej rodziny. Jego warsztat znajdował
się przy ulicy Opatowskiej, która odchodziła w kierunku północno-wschodnim
od wschodniej części Placu Żwirki, niedaleko naszego domu. Pokazałam Zwadzie oderwany pasek, wziął but ode mnie i poszedł do maszyny do szycia na tył
pokoju. Po kilku minutach oddał mi nareperowany but. Zapłaciłam i udałam się
z powrotem do domu, szczęśliwa z powodu nowych butów. Kiedy dotarłam do
domu i pokazałam je Racheli, ona powiedziała, że się rozmyśliła i że chce mieć
swoje buty z powrotem. To były jej buty, twierdziła, i jeśli zdecydowała, że jej się
podobają, to nie ma obowiązku pozwolić, bym je zatrzymała. Poczułam się głęboko rozczarowana i zła, ponieważ, jak sądziłam, oszukała mnie wysyłając w drogę do szewca po nic. W złości wzięłam buty, pobiegłam po nożyczki i obcięłam
pasek, po czym oddałam Racheli buty z odciętym paskiem. Teraz ona była zła, że
ja celowo zepsułam jej buty. Powiedziała, że pójdzie do ojca naskarżyć na mnie
i tak też zrobiła.
Ojciec cierpliwie wysłuchał jej wersji wydarzeń, a później mojej. Po około
dziesięciu minutach słuchania, udzieleniu reprymendy i po rozważeniu wszystkiego, wreszcie orzekł, że obie nie mamy racji. Dał mi jeszcze pieniędzy i zażądał,
żebym poszła od razu do Zwady, aby przyszył pasek do buta jeszcze raz. Udzielił
też reprymendy Racheli za niedotrzymanie obietnicy. Pozwolił jej jednak zatrzymać buty, ale tylko pod warunkiem, że nie powtórzy takiej sztuczki. Cała
we łzach, bardzo niechętnie poszłam znowu do Zwady i czekałam, aż przymocuje pasek. Potem wróciłam do domu i oddałam buty Racheli. Byłam zła, a moja
duma była zraniona, ale trwało to tylko przez chwilę. Zanim dzień dobiegł końca
bawiłyśmy się razem, jak gdyby ten incydent nigdy nie miał miejsca.
Matka często wysyłała mnie po kilka rzeczy, takich jak cukier czy sól, do pobliskiego małego sklepu spożywczego Altera Szachtera. Alter trzymał cukier i sól
luzem w wielkich, wysokich workach z grubego płótna, które stały na ubitej ziemi. Odważał ilość towaru, jakiej potrzebowałam, przesypywał go do papierowej
torby i dawał mi, abym zaniosła do domu. Często bawiłam się z jego młodszą
córką, Szpryncią, która była w moim wieku, jednakże jeden z jej nawyków mnie
irytował. Kiedy tylko widziała mnie, jak wychodzę z ich sklepu spożywczego
z torbą albo z dwiema, podbiegała i wścibsko dopytywała się:
– Co kupiłaś? Co masz w tych torbach? Naciskała torebki, czasami próbowała
otworzyć je, żeby zerknąć do środka, ale im bardziej była ciekawska, z tym większym uporem ja walczyłam, aby jej ciekawość nie została zaspokojona. Niemniej,
naprawdę lubiłyśmy się razem bawić. Jedną z najczęstszych naszych zabaw była
38
gra w klasy. Patykiem rysowałyśmy na ziemi prostokąty. Półokrągła przestrzeń
u ich podstawy nazywana była gehenem. Karą za wylądowanie tam była degradacja. Gehenem w języku jidysz znaczy piekło, ale przenośnie odnosi się do dziury,
do której ktoś wpadł i jest to traktowane jako kara za błędny krok. Wydaje się, że
im bardziej próbowałyśmy uniknąć tego piekła, tym łatwiej do niego wpadałyśmy.
W każdym razie dobrze się bawiłyśmy grając w klasy.
Prawdopodobnie najbardziej ulubioną przeze mnie czynnością było chodzenie przez plac do domu dziadka Nusyna oraz do jego rozległej posiadłości, która
rozciągała się aż do południowych obrzeży miasta.
39
4.
Posiadłość dziadka Nusyna
Podwórze dziadka Nusyna znajdowało się na przeciwległym końcu placu. Posiadłość po jego zachodniej stronie należała do bogatego Polaka Jakubowskiego.
W jej skład wchodziła duża wytwórnia kiełbasy, małe gospodarstwo rolne, gdzie
właściciel hodował krowy i konie, a od frontu był duży sklep, w którym były wystawione i sprzedawane duże ilości towaru. Na północnym krańcu posiadłości dziadka Nusyna był duży sklep żelazny, gdzie sprzedawano artykuły żelazne, blaszane
i narzędzia rolnicze. Dodatkowe wejście prowadziło do niego od strony Placu
Żwirki. Sklepem zajmował się mój wujek Mojsze. Sklep był zamykany w szabas
i dni świąteczne.
Za sklepem żelaznym znajdowały się przylegające do niego obszerne pomieszczenia mieszkalne dziadka Nusyna oraz jego czterech nieżonatych synów, a moich wujków: Mojsze, Froima, Lejbela oraz Jankiela. Ciotka Dina też tam mieszkała i zajmowała się domem od czasu, gdy zmarła jej matka, moja babka Irka, do
czasu swojego małżeństwa z Joselem Schreibmanem z Koprzywnicy w 1933 roku.
Mieszkając tam, pomagała również w prowadzeniu sklepu żelaznego, odbierała telefon, jedyny w prywatnym posiadaniu telefon w Bodzentynie, a także prowadziła
dziadkowi firmę.
Pomieszczenia mieszkalne składały się z dużej kuchni, dużego, pięknie umeblowanego salonu i dużej sypialni. Chociaż w kuchni był duży stół i wiele się w niej
działo, to salon używany był jako jadalnia. Tam też najwięcej się przebywało. Wszelakiego rodzaju wizyty towarzyskie odbywały się właśnie tutaj. Po prawej stronie
od wejścia stało ogromne biurko, a na nim telefon z korbką. Dziadek Nusyn zwykł
był siadywać przy tym biurku we wczesnych godzinach rannych, studiując Talmud.
Okno na ścianie po prawej stronie wychodziło na posesję Jakubowskiego. Na środku pokoju stał duży stół z krzesłami. Po obu stronach drzwi na południowej ścianie
stały dwa łóżka, gdzie spali wujkowie Lejbuś i Jankiel, a ponad ich łóżkami wisiały
dwa piękne gobeliny. Przy wschodniej ścianie, naprzeciwko okna, stał ogromny
lakierowany żelazny sejf i duża szafa. Sejf był wykończony w ten sposób, że wyglądał jak elegancki mebel, no i miał zamek szyfrowy. Ważne papiery dotyczące
interesów leżały w sejfie i tylko dziadek Nusyn oraz wujek Lejbuś znali szyfr. Wu40
jek Lejbuś trzymał też w nim listy od swoich dziewczyn. Kiedy sejf był otwarty,
my, dzieci, zakradaliśmy się, żeby przeczytać choć kilka listów. Gdy wujek Lejbuś
przyłapał nas, przybiegał, dawał klapsa, rugał nas, a później zamykał sejf. Drzwi na
południowej ścianie prowadziły do pokoju, gdzie sypiał dziadek Nusyn. Kiedyś
ten pokój był salonem, stały w nim dwa łóżka. Dziadek spał na jednym; drugie,
nieużywane, należało do babci Irki, kiedy jeszcze żyła. Oba łóżka przykryte były
luksusowymi zielonymi, aksamitnymi narzutami z dużym kwiecistym wzorem
w stylu Bordeaux. Narzuty były podobne do tych w naszym domu, ale były starsze i miały mniej nowoczesny wzór. W tym pokoju stały też dwie piękne sofy.
Dziadek zakazał wchodzenia do tego pokoju, prawdopodobnie przez wzgląd na
pamięć babci, chociaż okazjonalnie wchodził tam z klientami, aby zawierać interesy na osobności.
Na południe od niego był pokój-przechowalnia, który podczas Sukot zamieniany był na kuczkę w ten sam sposób jak nasz wejściowy korytarz: poprzez pociągnięcie sznurem część sufitu oraz dach otwierały się. Za tym pokojem znajdował się niewykończony pokój, w którym stały dwa łóżka; sypiali tam wujkowie
Mojsze oraz Froim.
Dom dziadka Nusyna znany był w mieście jako jedyny, gdzie przychodzili
wszyscy. Często polska szlachta, bogaci właściciele ziemscy, ubrani w stroje do
jazdy konnej, bryczesy oraz wysokie buty, wjeżdżali do miasta na pięknych koniach, aby spotkać się z dziadkiem Nusynem w interesach. Podczas tych spotkań
negocjowali transakcje kupna i sprzedaży dotyczące jego trzech dużych interesów: artykułów żelaznych, narzędzi rolniczych oraz zbóż i mąki. Kiedy indziej
odbywały się tu spotkania i dyskusje na każdy aktualny temat, a dyskutanci reprezentowali różne opcje polityczne. Co więcej, jeśli tylko moje ciotki, wujowie
czy kuzyni przyjeżdżali z wizytą ze swoimi rodzinami, zawsze zatrzymywali się
u dziadka Nusyna. Ponieważ cały czas byli tu jacyś goście i dom tętnił życiem,
a dziadek był zawsze jowialny i miły, uwielbiałam tam chodzić. Szczególnie my,
dzieci, naprawdę go kochaliśmy.
Na podwórzu za domem stał ogromny nowszy budynek, który służył do przechowywania zboża. Był on podzielony na pokoje jak dom i tak duży (tak mi mówiono), że pewnego razu został wynajęty jako sala na prezentację sprowadzonego
do miasta filmu niemego.
W 1933 roku na ślub cioci Diny z moim wujkiem Joskiem Schreibmanem
dom-magazyn został opróżniony ze zboża, posprzątany i przygotowany na uroczystość. Część domu z kuczką za pomieszczeniami mieszkalnymi dziadka Nusyna została zastawiona baliami z wodą, gdzie trzymano żywe karpie przed przygotowaniem posiłku. Zaproszono około 300 gości. Wydawało się, że przyszło całe
miasto, włącznie z nieżydowskimi nauczycielami żydowskich dzieci i nieżydowskimi partnerami od interesów. Dostawcy, klezmerzy – muzycy ludowi, którzy
zabawiali ludzi na żydowskich weselach, marszalik – tradycyjny żydowski, moralizujący, weselny artysta, czasami zwany badchen, który wygłaszał retoryczne
rymowanki na wpół je recytując, na wpół śpiewając – wszyscy oni zostali sprowadzeni spoza miasta.
41
Irka, która miał wtedy około siedmiu lat, sama ułożyła wierszyk na tę okazję
i wyrecytowała go, ku radości zebranych gości. Chociaż ja miałam mniej niż dwa
lata, pamiętam, jak w bardzo wyrazistym śnie, że po posiłku weselnym klezmerzy
przyszli do naszego domu i grali taneczną muzykę w naszym salonie. Pamiętam
również, jak ojciec podniósł mnie i postawił na nocnej szafce, trzymając mnie mocno tak, bym mogła zobaczyć muzyków i tańce. W pewnym momencie matka dała
mi do potrzymania piękną, wysadzaną paciorkami torebkę, a sama dołączyła do tańczących. Ubrana była w bardzo ekskluzywny strój weselny, przygotowany specjalnie
na tę okazję przez doświadczonego krawca w Kielcach.
Po ślubie ciotka Dina i wujek Josek zamieszkali w Starachowicach, gdzie prowadzili swój sklep żelazny. Mieli dwoje dzieci: moją kuzynkę Irkę, na którą mówiono
Lalunia, oraz Mojszego.
Za wielkim magazynem dziadka Nusyna rozciągał się duży, pięknie utrzymany,
okolony płotem ogród. W sadzie rosły grusze, jabłonie, czereśnie oraz krzaki białych
lilii. W ogrodzie znajdował się też duży gołębnik, zbudowany przez wujka Lejbusia.
Wujek Lejbuś, trzeci syn dziadków ze strony matki po Mojsze i Froimie, był mechanikiem, złotą rączką w rodzinie. Większość czasu spędzał w dużym pomieszczeniu,
gdzie była maszynownia rodzinnego młyna. To właśnie on zajmował się wszystkimi
naprawami, budował i wymyślał nowe konstrukcje. Wujek Lejbuś zbudował swój
gołębnik w taki sposób, że trzeba było wspiąć się po paru stopniach, żeby do niego
wejść. Z tego pomieszczenia można było wyciągnąć rękę i zerwać gruszkę z drzewa.
Tutaj wujek Lejbuś naprawdę był w swoim żywiole. Hodował gołębie, ale robił również lody dla dzieci z rodziny.
W ogrodzie znajdował się też wychodek, ponieważ domy w Bodzentynie nie
miały kanalizacji, nie miały też bieżącej wody ani ubikacji. Wychodek utrzymywany
był w nieskazitelnej czystości. Aby wejść do ogrodu potrzebny był klucz. Za ogrodem stała kryta buda, gdzie przechowywano narzędzia rolnicze.
Na końcu posesji znajdował się olbrzymi młyn rodzinny, którego właścicielami byli pospołu dziadek Nusyn i ojciec, więc ojciec był kuzynem w pierwszej linii
dziadka Nusyna, jego zięciem oraz jego partnerem w trzech największych w mieście
interesach: w jedynym młynie w Bodzentynie, w poważnym interesie zbożowym
oraz w eksporcie narzędzi rolniczych, które uczyniły naszą rodzinę najbogatszą
w mieście. Po pięćdziesiąt procent własności młyna odziedziczyli początkowo moi
dziadkowie. Dziadek Mejer przekazał w spadku swoje 50 procent ojcu, prawdopodobnie w tym czasie, kiedy rodzice się pobrali. W skład interesu zbożowego wchodził eksport koniczyny oraz dużej ilości innych nasion i zbóż do Niemiec, jak również do licznych miast i miasteczek w Polsce. Wujek Froim i ojciec byli głównymi
biznesmenami w rodzinie. To właśnie oni podróżowali w interesach do pobliskich
miast, miasteczek, wiosek, a nawet dalej, aby kupować i sprzedawać zboża i towary.
Dziadek Nusyn poza tym, że był ojca partnerem w młynie i w dwóch przedsięwzięciach eksportowych, posiadał też największy w mieście sklep żelazny i handlował
narzędziami rolniczymi. Wujek Mojsze prowadził ten sklep do czasu swojego małżeństwa w późnych latach trzydziestych. Wujek Froim był również bardzo zaangażowany w prowadzenie tego interesu.
42
Wujek Jankiel był najmłodszym z dziewięciorga dzieci, które przeżyły moich
dziadków ze strony matki. Ponieważ babka Irka zmarła, kiedy wujek Jankiel był
dzieckiem, nie pamiętał on matki. Wychowały go starsze siostry, które mieszkały
w domu dopóki nie wyszły za mąż. Był raczej chorowitym dzieckiem, a później
nie był silnym, pełnym werwy młodym człowiekiem, nie miał ryzykanckiej natury
biznesmena ani większych ambicji. Jego największą radością i źródłem zadowolenia było pomaganie rodzinie: zawsze pomagał starszym siostrom, kiedy mieszkały
w domu, często chodził pomagać na plac magazynowy ciotki Gitli i wujka Froima
Bidermana, pomagał także przy sprzedaży w sklepie żelaznym swojego ojca. Innymi razy pomagał swoim starszym siostrom pilnując ich dzieci.
Rodzinne interesy były tak liczne, że do ich obsługi wynajmowano pracowników, włącznie z pracującym na pełnym etacie młodym księgarzem Aronem Silberbergiem, synem Abrahama Silberberga, który był częstym gościem w naszym
domu.
Wewnątrz wielkiego młyna znajdowały się urządzenia do mielenia ziarna na
mąkę. Z tyłu była maszynownia, gdzie prawie zawsze można było znaleźć wujka
Lejbusia, zajętego ciężką pracą. W maszynowni był silnik wraz z dużymi kołami
i różnymi innymi urządzeniami. Kiedy silnik pracował, młyn stawał się bardzo,
bardzo głośnym miejscem. Pewnego razu ojciec wziął mnie do młyna, a był wtedy
w nastroju do zabawy w chowanego. Kiedy nie patrzyłam, schował się przede mną.
Szukałam go wszędzie, ale nie mogłam znaleźć. Przestraszyłam się nagle, wyobrażając sobie siebie samą w tym ogromnym, strasznie głośnym młynie. Wołałam ojca
z niepokojem, prawie we łzach, kiedy nagle wyskoczył z ukrycia.
Gdy młyn pracował, zwykle do około ósmej wieczorem, mógł dostarczać energię elektryczną, która poza nim nie była dostępna w Bodzentynie. Druty elektryczne biegły w poprzek Placu Żwirki, podtrzymywane przez dwa słupy, łącząc szczyt
młyna na dziadkowym podwórzu z naszym domem, zaopatrując w ten sposób
dom w elektryczność w godzinach funkcjonowania młyna. Przez jakiś czas dostarczał też prąd do publicznej szkoły podstawowej, znajdującej się na placu, oraz do
oświetlania ulicy. Po jakimś czasie miasto przestało płacić za te usługi, a ponieważ
koszt prowadzenia młyna, a wraz nim opłaty ciągle rosły, więc przestaliśmy dostarczać energię elektryczną miastu. Nie upłynęło jednak dużo czasu, gdy polska państwowa firma elektryczna zaczęła dostarczać energię elektryczną w całym kraju.
Do roku 1937 słupy elektryczne zostały postawione w większości miast w Polsce.
Dla mieszkańców Bodzentyna było to wydarzenie rewolucyjne. Dla naszej rodziny
oznaczało tylko to, że po 8 wieczorem nie potrzebowaliśmy już lampy naftowej.
Za młynem i krytą budą znajdowało się duże, szerokie podwórze. Tutaj dziadek Nusyn miał stajnię dla koni oraz kilka konnych zaprzęgów. Jeden powóz miał
siedzenia dla czterech pasażerów i używaliśmy go podczas wakacyjnych podróży.
Inne wozy służyły głównie do przewożenia materiałów i miały zaledwie jedno
miejsce do siedzenia – z przodu, dla woźnicy.
Za podwórzem wzniesiono nowy budynek, miał służyć jako nowa maszynownia i nowy młyn. Stary młyn zrobił się przestarzały, ponieważ silnik wyma43
gał szczególnego rodzaju paliwa, które stawało się niezmiernie drogie, a nowszy
młyn mógł pracować na wszystkich rodzajach paliw do silników tego typu używanych w tamtych czasach w Polsce. Ponadto, interes z mąką rozwijał się i wymagał
dwóch młynów, żeby móc zaspokoić lokalne i zamiejscowe interesy. Mąkę sprzedawano hurtowo w stufuntowych workach z surowego płótna. Były one ważone
i zaszywane od góry przez najemnego pracownika. Worki ładowano następnie na
furmanki i rozwożono do piekarni w różnych miastach i miasteczkach; większość
w promieniu 30 kilometrów od Bodzentyna.
Ogromne drewniane wrota za nowym młynem zamykały posiadłość dziadka
Nusyna z najbardziej na południe wysuniętej strony, na obrzeżach Bodzentyna.
Nic nie sprawiało mi większej przyjemności niż otwieranie tych wrót i wychodzenie z posesji. Bezpośrednio za bramą biegła mała wiejska uliczka. Po jednej
jej stronie była fabryka, w której wytwarzano i butelkowano wodę sodową, a po
drugiej rozciągała się łąka. Kiedy było ciepło, wybiegałam tam sama i buszowałam po łące. Brałam kij i idąc wzdłuż płotu uderzałam w druty łączące drewniane
sztachety. Zakradałam się do nieruchomych motyli i gdy odfruwały, goniłam za
nimi, próbując je złapać; zawsze na próżno. Zrywałam kwiaty i rozkoszowałam się
zapachem każdego z nich, jak również nieskończonym bezmiarem pól dookoła.
Często matka zabierała mnie na przechadzkę nie tylko tam, ale także dalej,
w rejony, gdzie sama nigdy się nie zapuszczałam. Razem spacerowałyśmy wzdłuż
małych strumyków, a ja zrywałam niebieskie bławatki. Z bagiennej roślinności na
skraju wody wystawały niebieskie niezapominajki. Zapach w powietrzu był niebiański. Świeżo skoszona trawa i kopki siana wydawały mocny, dodający wigoru
zapach, szczególnie gdy znajdowały się w pobliżu strumienia. Ponieważ byłam
dzieckiem szczupłym i miałam słaby apetyt, matka zabierała na spacer pieczone
w domu, podłużne bułki z jagodami, jak również jabłka, gruszki, czereśnie zerwane w sadzie dziadka Nusyna. Zakładała, że na łonie natury będę jadła, i miała
rację. Często przechodziłyśmy obok gospodarstw, a wtedy matka kupowała dla
mnie szklankę mleka prosto od krowy. Ciepłe, spienione mleko smakowało lepiej
niż cokolwiek innego.
Mijałyśmy wiele gospodarstw, łąki i pola poprzetykane potokami i strumykami. Wszędzie rosły kwiaty. Miałam ochotę zjeść wszystkie te cudowne zapachy
natury. Jakże lubiłam tę idyllicznie spokojną i sielską, wiejską atmosferę. Nie mogłam się jej napatrzeć.
44
5.
Wieczór w domu
W tygodniu pod wieczór zazwyczaj jedliśmy obiad w kuchni. Pamiętam, jak
pewnego wieczoru matka przyrządziła rosół z kluskami, który mi nie smakował,
przynajmniej tego wieczoru. W ogóle miałam kiepski apetyt, więc kiedy postawiono przede mną talerz – uciekłam od stołu i wybiegłam z kuchni korytarzem
przez podwójne drzwi i podest w dół schodami do małej skrytki pomiędzy dolną
częścią klatki schodowej a frontową ścianą domu i piekarni dziadka Mejera.
W tej małej wnęce znajdowała się drewniana skrzynia; na tyle duża, że kucając mogłam się tam zmieścić i schować. Dobrze było być tutaj całkiem samemu, gdy nikt nie wiedział gdzie jestem. Wyobrażałam sobie, jak miłe byłoby to
miejsce do mieszkania, jeśli kiedykolwiek zdecydowałabym się uciec z domu.
Nie musiałabym jeść, jeślibym nie chciała i mogłabym się bawić cały czas. Nagle
spojrzałam do góry i zdałam sobie sprawę, że mój brat Mojsze odnalazł moją
kryjówkę. W przekonujący, troskliwy sposób poprosił mnie, żebym wróciła,
mówiąc, że matka chciała zjeść moją kolację. Ja upierałam się, że nie pójdę. Kiedy jednak zaoferował mi 50 groszy, zmieniłam zdanie i poszłam z nim na górę.
Matka postawiła przede mną talerz z zupą jeszcze raz, a kiedy jej spróbowałam,
zdałam sobie sprawę, że smakowała mi bardziej niż myślałam.
Jeśli była ładna pogoda, po kolacji chodziłam czasami na podwórze bawić się
z dziećmi Nusyna garncarza i Rejzel Szloch. Ponieważ oni byli tak biedni i Rejzel
musiała pomagać w utrzymaniu rodziny, zawsze była bardzo zajęta i zafrasowana, a dzieci były prawie zupełnie pozostawione samym sobie. Najbardziej lubiłam się bawić z małą Marmełe, najmłodszą; miała około dwóch lat. Często przyprowadzałam ją na górę do naszego domu, gdzie matka i Irka kąpały ją używając
gorącej wody z mydłem toaletowym, a czasami ubierały ją w ubrania, z których ja
wyrosłam. Rejzel Szloch była tak pochłonięta swoimi obowiązkami, że nie zdawała sobie sprawy, iż Marmełe była poza domem nawet przez kilka godzin.
Około 8 wieczorem, kiedy odłączano elektryczność, zapalaliśmy światło
przekręcając pokrętło w lampie naftowej – knot stawał się dzięki temu dłuższy
i można go było zapalić. Dość długo po tym, jak kończyliśmy kolację i długo po
45
tym, jak moja matka troszczyła się o małą Marmełe, ku rozbawieniu nas wszystkich nagle słyszeliśmy przenikliwy, piskliwy, rytmiczny głos Rejzel Szloch, terkoczący dwanaście imion na jednym wydechu:
– Lejzerłe, Jankiełe, Szmielełe, Mojszełe, Liberełe, Szlomełe, Mirełe, Marmełe,
szybko do domu na kolację.
Gdy słyszeliśmy jej długo oczekiwane wezwanie, wiedziałam, że zbliża się
pora pójścia spać, która mnie zawsze wydawała się zbyt wczesna. Kiedy już jednak
znalazłam się w łóżku, po długim dniu wypełnionym różnymi zajęciami, szybko
zapadałam w mocny sen.
Pamiętam jak pewnego razu przebudziłam się w środku nocy. Księżyc
za oknem rzucał cienie postaci w naszym salonie, które wydawały się pasować do mojego snu i przeraziłam się, wyobrażając sobie, że ktoś jest w pokoju.
Zawołałam:
– Och! Boję się!
Ojciec natychmiast znalazł się przy moim łóżku, dodając mi otuchy:
– Dlaczego się boisz, moja Gołdele? Nie ma się czego bać.
– Nie, coś jest w pokoju. Popatrz! – nalegałam, wskazując na cień o dziwnym
kształcie rzucany przez księżyc.
Głaszcząc mnie, ojciec powiedział:
– Nie bój się, moje dziecko. Popatrz, coś ci pokażę.
Posadził mnie, a później zapalił zapałkę i knot w lampie.
– Widzisz, Gołdele, nie ma nigdzie niczego dziwnego – zapewnił mnie, wskazując na półmrok pokoju. – Wszystko, co widziałaś, to były cienie rzeczy, które
widać wyraźnie w pełnym świetle.
Wyjaśnienia ojca uspokoiły mnie, więc czule poprosił:
– Teraz idź spać, moje dziecko.
Kiedy się położyłam, przykrył mnie, potem zgasił lampę, pocałował mnie, wyszeptał czule – śpij dobrze – i wrócił do swojego łóżka. Wkrótce wróciłam do
sennej krainy marzeń mojego dzieciństwa, podczas gdy ciemna noc przemijała
w spokoju.
46
6.
Rodzinny szabat
Szabat w Bodzentynie był wyjątkowym wydarzeniem każdego tygodnia. Począwszy od wczesnego rana w piątek, cały dzień spędzano na przygotowaniach do
tego nakazanego przez Biblię dnia odpoczynku. Jeśli tylko był w planach mięsny
posiłek, a my prawie zawsze mieliśmy mięso w szabat i dni świąteczne, zwierzęta
musiały być wpierw zabite w sposób rytualny. Zazwyczaj kupowaliśmy czerwone
mięso od żydowskiego koszernego rzeźnika, którego obowiązkiem było dopełnić wszystkich koszernych, rytualnych wymagań. Kiedy zamierzaliśmy spożywać
drób, musieliśmy zlecać zabicie go człowiekowi zwanemu szojchet, który był zalecanym, rytualnym rzeźnikiem. Było dwóch takich w Bodzentynie: Mojszele Szojchet i Awremele Szojchet. Z reguły Żydzi w mieście przynosili do tych rzeźników
swoje kury, kaczki albo gęsi. Przez wzgląd na bogactwo i prestiż społeczny naszej
rodziny, nasz rzeźnik Mojszełe, kiedy był młodszy zwykł przychodzić do naszego
domu, żeby dokonać uboju drobiu. W późniejszych latach, z szacunku dla jego podeszłego wieku, matka wysyłała nas z drobiem do jego domu na ulicy Langiewicza.
Trzymaliśmy wtedy kury lub kaczki bezpiecznie pod pachą. Na miejscu Mojszełe
dokonywał uboju zgodnie z wymaganiami żydowskiego prawa i odsyłał nas z powrotem do domu.
Pewnego razu, kiedy matka rozcięła ubitego kurczaka przygotowując go do
gotowania, znalazła w tłuszczu w środku igłę. Sytuacja taka stanowiła dla nas
problem, gdyż mieliśmy wątpliwości, czy kurczak kwalifikuje się jako koszerny.
W przypadku takich wątpliwości wymagano uczonego osądu rabina, więc matka
wysłała mnie z kurczakiem do rabina Szwarca z prośbą o profesjonalną opinię. Rabin Szwarc był starszym mężczyzną z długą, siwą brodą. Zawsze nosił długi, czarny,
przepasany płaszcz, podobny do kaftana. Przyjrzał się kurczakowi i oświadczył, że
jest trejf, czyli nie kwalifikuje się jako koszerny, więc matka musiała przygotować
innego kurczaka. Innym razem rabin poprosił, żeby mu kurczaka zostawić, tak aby
mógł przeanalizować trudną kwestię prawną, zanim wyda osąd. Później usłyszałam
stukanie do naszych głównych drzwi wejściowych i pobiegłam otworzyć drzwi.
Przywitał mnie syn rabina, który przyszedł poinformować nas o decyzji swojego
ojca. Był wysokim, szczupłym, młodym mężczyzną, którego bardzo jasna karnacja
47
skóry świadczyła o siedzącym trybie życia oraz o długich godzinach poświęcanych
na studiowanie Talmudu. Tak jak i ojciec, ubrany był w długi, czarny płaszcz i czarną czapkę z daszkiem, o której Żydzi mówili jako o żydowskiej czapce. Nieśmiało
zapytał, czy matka jest w domu i czy może się z nią zobaczyć. Zbroska, nasza sprzątaczka, dopiero co skończyła szorować podłogę i pomyślałam, że nie powinnam
pozwolić mu po niej przejść. Zauważyłam zaskoczenie na jego pociągłej, bladej
twarzy, kiedy ja, dziecko w wieku około 6 lat, poprosiłam, aby wytarł buty przed
wejściem do domu.
Każdego czwartku wieczorem matka zaczynała przygotowywanie naszej chały,
specjalnej plecionej bułki z jajkiem, którą jedliśmy w szabat i święta. Wyrabiała
ciasto drożdżowe i zostawiała je do wyrośnięcia na noc. Regularnie korzystała też
z usług garbatej wdowy, zwanej Jentel, która mieszkała z dwiema córkami przy ulicy Kieleckiej. Matka zlecała jej przygotowywanie wypieków dla potrzebujących
rodzin ze społeczności Bodzentyna. Jentel zwykle przychodziła do nas w czwartek
wieczór po duże ilości składników potrzebnych do zrobienia chał i innych pieczonych wyrobów. Upieczone chały przynosiła nam następnego dnia.
W piątek rano matka wałkowała ciasto drożdżowe, które przygotowała poprzedniego wieczoru, ugniatała je, a następnie zaplatała. Aby uczcić szabat, mieszała składniki jednego albo dwóch rodzajów ciasta. Jednego razu robiła ciasto jabłkowe albo kawowe, kiedy indziej przygotowywała podłużne bułki z nadzieniem
owocowym, albo nawet sernik, żeby pasował do mlecznych posiłków. Surową chałę i surowe ciasto zanosiła na dół do piekarni dziadka Mejera. Często chodziłam
razem z nią.
Dziadek Mejer był mężczyzną mocnej budowy, miał długą, zaokrągloną, białosiwą brodę i, według mnie, wyglądał na bardzo starego. W rzeczywistości był około
piętnaście lat starszy od dziadka Nusyna. Dzieci z rodziny czuły się przez niego
odtrącane. Chociaż lubił zabierać nas do swojego ogródka, krzyczał, jeśli przyłapał
nas na wchodzeniu tam bez pozwolenia. Gdyby tylko wiedział jak często chodziliśmy tam bez jego wiedzy! Jednak to nie ta dziwaczna strona jego osobowości trzymała nas na dystans.
U dziadka Nusyna zawsze coś się działo i było zabawnie, a co mieliśmy robić
u dziadka Mejera? Jego druga żona, która była dużo młodsza od niego, w ogóle nie
była miła dla dzieci. Nigdy nie pozwalała nam wchodzić do domu i krzyczała na
nas zawsze, gdy daliśmy się ponieść zabawie. Nie interesowała się wcale naszą rodziną i raczej unikaliśmy jej. Matka była bardzo bliska swemu ojcu, naszemu dziadkowi Nusynowi. Nawet ojciec prawie nigdy nie rozmawiał z drugą żoną swojego
ojca. O wiele milsza była siostra jego macochy. Estera, około dziesięć lat młodsza
od swojej siostry, była karzełkowata i miała wodogłowie. Mówiła mało i prawie nic
nie robiła własnoręcznie. Prawie zawsze siedziała w domu, czasem tylko wychodziła na podwórze. Jej nienaturalnie niskie, grube ciało i nieproporcjonalnie duża
głowa sprawiały, że wyglądała niezwykle i dziwnie. Jednak Estera była schludna,
inteligentna i pogodnego usposobienia. Wykazywała zainteresowanie nami, dziećmi, a my lubiliśmy ją. Kiedy jej siostra była poza domem, zapraszała nas do środka
48
i opowiadała nam o swoim życiu w Rzeszowie. Pomimo różnych okoliczności,
które sprawiły, że woleliśmy dziadka Nusyna, dziadek Mejer bardzo chciał być
lubiany przez nas i, prawdę mówiąc, przekupywał nas od czasu do czasu 50 groszami, aby pozyskać nasze względy. Pomimo to dziadek Nusyn zawsze wydawał
się zwyciężać.
Matka i ja zwykle przechodziłyśmy przez mieszkanie-piekarnię dziadka Mejera na tyły posiadłości. Wielki piec stał po jednej stronie, skromne pomieszczenie
mieszkalne było po drugiej. Kiedy dotarłyśmy do pieca wsuwałyśmy ciasta do
środka, aby się upiekły. Później wracałyśmy na górę po schodach, a matka pracowicie obierała marchewkę, gotowała fasolę i przygotowywała inne potrawy na szabatowy posiłek. Zawsze gotowała dużo więcej jedzenia niż nasza rodzina potrzebowała, tak aby można było się nim podzielić z potrzebującymi. Bardzo lubiłam
obserwować jak robi farfelki albo kluski, które były przygotowywane nie tylko
na szabat. Jeśli matka robiła farfelki, to ugniatała kulę ciasta, tarła je, a następnie
wkładała starte ciasto do piekarnika, żeby zbrązowiało. Jeśli robiła kluski, to brała kulę ciasta, rozwałkowywała je, układała na blachach do pieczenia i zostawiała
na łóżku, aby częściowo obeschły. Następnie zwijała na wpół obeschnięte ciasto
i ostrym nożem krajała je na cienkie skrawki w poprzek zwiniętego ciasta, tak aby
utworzyły kluski, które następnie wrzucała do garnka z gotującą wodą.
Innym tradycyjnym szabatowym daniem, które matka często przygotowywała, był czulent – łagodnie przyprawiona potrawa z mięsa i ziemniaków. Po tym
jak matka wymieszała je razem, zabieraliśmy czulent na dół i wstawialiśmy go do
pieca dziadka Mejera, żeby tam doszedł przez noc na wolnym ogniu. Następnego
dnia wyjmowaliśmy go na nasz szabatowy południowy posiłek. Inni sąsiedzi też
zostawiali swój szabatowy czulent w piecu dziadka Mejera na noc do upieczenia.
W skład cotygodniowych piątkowych zajęć kulinarnych wchodziło przygotowywanie ryb, rosołu albo innego mięsnego dania. Apetyczne zapachy rozchodziły
się w czasie gotowania i pieczenia w naszym domu, jak również w domu dziadka
Mejera. Panował też rozgardiasz, związany z tym, że trzeba było wykonać wiele
czynności przed zachodem słońca, co tylko pobudzało nasze niecierpliwe oczekiwanie na uświęcony dzień odpoczynku.
Kiedy Jentel przychodziła z chałami i ciastami, które dla nas upiekła, matka
robiła z nich pakunki i wysyłała nas, dzieci, żebyśmy zaniosły je ubogim i chorym,
aby mogli świętować szabat bez zakłopotania, wynikającego z żebrania o jedzenie.
Byli i tacy, którzy sami pukali do naszych drzwi w piątek, prosząc o jedzenie, tak
aby mogli mieć szabatowe posiłki na swoich stołach. Pomimo skrajnego ubóstwa,
w swojej wytrwałości do przestrzegania szabatu byli naprawdę godni podziwu.
Nawet Rejzel Szloch rozrzucała trociny po swojej brudnej podłodze w piątek późnym popołudniem, aby nadać swojemu ubogiemu domostwu czysty wygląd na
czas szabatu. Sporadycznie odwiedzała nas też polska wędrowna żebraczka, prosząc o jedzenie. Matka zawsze postępowała ze współczuciem i hojnością wobec
wszystkich, którzy byli w potrzebie i przychodzili po pomoc.
49
Przed zachodem słońca zazwyczaj kąpaliśmy się, aby oczyścić się zarówno fizycznie, jak i duchowo na szabat. Każdy członek rodziny wlewał gorącą wodę do
garnka, zabierał go w ustronne miejsce w naszym domu, następnie namydlał się,
mył, wycierał się i przywdziewał ubranie godne świątecznej atmosfery.
W tygodniu ojciec nosił fraki, najczęściej w odcieniach szarości. W dzień świąteczny zakładał specjalny, ładny, jedwabny, przepasywany w pasie długi czarny
płaszcz podobny do kaftana i czarną żydowską czapkę z daszkiem. Kiedy wychodził z moimi braćmi do synagogi na nabożeństwo w wigilię szabatu, zapalaliśmy
lampę naftową, a matka świece szabatowe. Duch wigilii szabatu rozświetlał nasze
wnętrza, podczas gdy nad Bodzentynem zapadał zmierzch.
Jedną z ulic odchodzących na północ od Langiewicza była ulica Wesoła, nazywana też Bóżniczą, ponieważ w bliskiej odległości na tej ulicy znajdowała się duża
miejska synagoga i przylegający do niej mały dom modlitwy, który nazywaliśmy
hebrajskim odpowiednikiem Bet Midrasz.
W drodze na ulicę Synagogi, drogi ojca i moich braci oraz praktycznie całej dorosłej, męskiej żydowskiej ludności Bodzentyna schodziły się, kiedy dziadkowie,
ojcowie i synowie z każdej rodziny zmierzali do synagogi w rodzinnych grupach,
wszyscy świeżo, schludnie i czysto ubrani, aby w ten sposób uczcić nowy szabat.
W synagodze mogło modlić się razem na parterze do 550 mężczyzn. Drewniane,
brązowe poręcze wzdłuż wznoszących się schodów prowadziły na balkon dla kobiet, który miał około 90 miejsc siedzących.
Oprócz wszystkich szabatowych i świątecznych nabożeństw, synagoga była
używana do drugiego i trzeciego z trzech codziennych rannych nabożeństw (szacharit), o 8 i 9 rano, oraz do jednego codziennego, późnopopołudniowego (mincha maariv). Mały dom modlitwy miał około 80 miejsc siedzących i używany był
podczas pierwszego porannego nabożeństwa o godzinie 7 rano, ale generalnie
służył do studiów religijnych. Nabożeństwo o 8 rano przyciągało średnio około
125 wiernych, podczas gdy na nabożeństwo o 7 rano w kaplicy modlitw przychodzili głównie biedniejsi członkowie społeczności, którzy musieli być w pracy
wcześniej niż pozostali. Przychodziło na nie około 80 wiernych. Na nabożeństwo o 9 rano, dla tych, co późno wstają, przychodziła najmniej liczna grupa. Na
późnopopołudniowe nabożeństwo przychodziło średnio około 250 wiernych,
podczas gdy w szabat i dni świąteczne było ich od 400 do 500.
Na zakończenie piątkowego wieczornego nabożeństwa ludzie pozdrawiali się
ciepło, życząc sobie dobrego szabatu – git szabes.
Jak tylko ojciec i bracia wracali do domu z synagogi, zbieraliśmy się w salonie dookoła stołu, który był odświętnie nakryty białym obrusem, z zapalonymi
świecami oraz dwiema przykrytymi chałami, butelką wina, a przy miejscu ojca
u szczytu stołu stał srebrny kielich. Ojciec był wysokim, barczystym mężczyzną,
miał krótko przystrzyżoną brązową brodę i wystające kości policzkowe. Kiedy
śpiewnie recytował kidusz – błogosławieństwo nad kielichem wina – spojrzenie
jego brązowych oczu było bardzo wymowne, ujawniając oddanie i wdzięczność
dla Wszechmocnego za wiele błogosławieństw, którymi obdarzał naszą rodzinę.
50
Po rytualnym obmyciu rąk przez ojca i wymówieniu błogosławieństwa nad
chałami, siadaliśmy i kontynuowaliśmy świąteczny posiłek, który zawsze zaczynaliśmy smacznym daniem z ryby. Wielki kawał karpia z głową wędrował do ojca.
Ponieważ Szlomo i ja też lubiliśmy głowę, ojciec odkrawał po kawałku dla każdego
z nas. Następnie jedliśmy rosół, mięso i inne dania, przy których śpiewaliśmy zmirot – hymny szabatowe.
Nasz deser często składał się ze świeżych owoców. Siadałam ojcu na kolanach,
a on krajał jabłko na kawałeczki i karmił mnie nimi. Po herbacie, cieście i modlitwie wigilia szabatu zlewała się z nocą. Światło lampo naftowej bladło i gasło, podczas gdy my udawaliśmy się na spoczynek.
Szabatowe poranki zawsze rozpoczynaliśmy uczestnictwem w porannym nabożeństwie w synagodze – przynajmniej mężczyźni tak czynili. Były dwa zaplanowane nabożeństwa, o 7 i o 8.30, ale ponieważ większość wiernych niechętnie wstawała w szabatowe ranki wystarczająco wcześnie, aby zdążyć na nabożeństwo o 8.30,
zaczynało się ono wtedy gdy wreszcie w pośpiechu przybyła wystarczająca liczba
spóźnialskich. Kiedy wszyscy już przyszli, w synagodze znajdowało się od 400 do
500 Żydów, włącznie ze zwolennikami niereligijnej lewicowej Syjonistycznej Partii Pracy. Nabożeństwo było narodowo-kulturalnym przeżyciem i rozrywką nawet
dla nich. Co bardziej utalentowani miejscowi, świeccy kantorzy wytężali swoje
głosy, aby obudzić pośród wiernych prawdziwego ducha pełnej oddania, szabatowej radości. Ich płynące z serca interpretacje były źródłem duchowej inspiracji dla
Żydów z Bodzentyna, którzy często przez cały dzień komentowali wrażenia, jakie
wywarły na nich śpiewy tego czy tamtego utalentowanego kantora-amatora.
Kiedy mężczyźni wracali z synagogi, zaczynaliśmy szabatowy, południowy
posiłek, poprzedzony przez kidusz. Kiedy w szabat mieliśmy jeść czulent, matka
posyłała mnie po niego na dół do dziadka Mejera. Kontynuowaliśmy nasz szabatowy posiłek w południe, jedząc takie same dania co w piątkową wigilię szabatu.
Spędzaliśmy go też podobnie, łącznie ze śpiewaniem zmirot i odmawianiem modlitwy.
Przez resztę dnia unikaliśmy pracy i codziennych zajęć, aby zachować uświęcony charakter tradycyjnego dnia odpoczynku. Matka, zmęczona pracochłonnymi przygotowaniami do szabatu, ucinała sobie popołudniową drzemkę. Wyciągała
się na rozkładanym łóżku mojego brata i po chwili mocno spała. Ja ciągle chodziłam zobaczyć, czy już się obudziła, w niecierpliwym oczekiwaniu na sposobność
wyjścia na przechadzkę po jej drzemce.
Ojciec i bracia od czasu do czasu grywali w szachy. Ojciec był świetnym szachistą, ale ciągle przegrywał ze Szlomo, niekoronowanym mistrzem szachowym
miasteczka, który zawsze wygrywał nie tylko z członkami rodziny, ale też ze swoimi przyjaciółmi. Pewnego razu, gdy Szlomo i jego przyjaciel pogrążeni byli w głębokiej zadumie nad strategią następnych posunięć, chwyciłam brzeg szachownicy
i potrząsnęłam nią, zrzucając z niej wszystkie figury, a zarazem niwecząc ich wysiłki. Szlomo od razu wpadł we wściekłość i krzyknął – wynoś się stąd! Podniósł
rękę w takim geście jakby mnie chciał złapać, ale ja już byłam poza jego zasięgiem,
uciekając podekscytowana i zadowolona z tego, że udała mi się psota. Pogodzeni
51
z sytuacją chłopcy ustawili figury na szachownicy na tyle dokładnie, na ile im pamięć pozwalała i kontynuowali partię.
Szlomo czasami próbował, z trudnością, nauczyć mnie gry w warcaby. Innymi
razy grał ze mną w domino albo w karty. Grałam w te gry zarówno z członkami
rodziny, jak i z koleżanką.
W sobotnie szabatowe popołudnia zwyczajowym zajęciem męskiej części społeczności było gromadzenie się w synagodze w celu studiowania świętych pism.
W letnie szabaty sesje poświęcone były „Pirke Avot” – „Sentencjom Ojców”; podczas gdy w inne szabaty studiowano niektóre fragmenty Talmudu. Jeszcze innym
popołudniowym zajęciem w synagodze było farher’n – publiczne sprawdzanie
chłopców z ich wiedzy dotyczącej studiów nad Talmudem z poprzedniego tygodnia. Każdy z czterech miejskich mełamedów, profesjonalnych nauczycieli hebrajskiego, usiłował wykazać społeczności wyższość swoich uczniów nad uczniami
swoich kolegów. Biada jego uczniom, jeśli go zawiedli!
W świąteczne dni często praktykowanym zajęciem były popołudniowe spacery. Kiedy pogoda do tego zachęcała, mama po drzemce wychodziła z ojcem na
przechadzkę – albo ulicami odchodzącymi od Placu Żwirki, albo na pola i łąki za
posiadłością dziadka Nusyna. Rozumie się samo przez się, że ja wlokłam się za
nimi. Czasami siostra Rachela i inne dzieci też szły z nami.
Kiedy ojciec i matka zabierali nas za miasto, przechodziliśmy przez pola, łąki
i wioski do chłodnego, ciemnego lasu, gdzie spotykaliśmy dorosłych Żydów również przechadzających się i wdychających aromatyczne leśne zapachy. Spędzali oni
wspólnie czas, a nawet czasami flirtowali. Znakiem nowych czasów było to, że rozmawiali po polsku raczej niż w jidysz. Las wydzielał bardziej intensywne i aromatyczne zapachy niż pola i łąki, głównie z powodu obfitości wysokich, majestatycznych sosen. Opadłe igły tworzyły śliski dywan na ziemi. Jagody i grzyby rosły tam
w obfitości. Śpiewałam i wykrzykiwałam „ha-ha” albo „ha-lo” i czekałam aż echo mi
odpowie, odbijając się od drzew. Powtarzałam tak wiele razy.
W drodze do domu mijaliśmy polskich wieśniaków, którzy pracowali dla ojca.
Zatrzymywał się on, aby zapytać jak im się wiedzie, czy mają wystarczająco dużo
paszy dla kur, albo wystarczające oszczędności na pokrycie kosztów leczenia chorób. Jeśli się skarżyli na niewystarczające fundusze, oferował pomoc i pilnował, aby
wkrótce nadeszła.
Po powrocie do domu jedliśmy lekki szalosz seudot – trzeci posiłek szabatowy. Później mężczyźni powracali do synagogi na popołudniowe, poszabatowe
wieczorne modły, a kobiety zostawały w domu. Kiedy było ciepło siadywałyśmy
na balkonie, podczas gdy znów zapadał zmierzch, sygnalizując koniec świętego dnia szabatu. Matka śpiewała czułe pieśni w jidysz. Miała śliczny głos i bardzo lubiłam słuchać, jak śpiewała. Ponieważ zapadnięcie nocy oznaczało koniec
szabatu, wracałyśmy do środka i zapalałyśmy lampy naftowe. Wkrótce ojciec
i bracia wracali z synagogi, ojciec śpiewnie recytował hawdala – błogosławieństwo nad winem, pudełkiem z przyprawami i małą plecioną świecą, co oznaczało oficjalne pożegnanie szabatu, najpiękniejszego i wyjątkowego dnia tygodnia.
52
7.
Pory roku w Bodzentynie
Tak jak w żydowskich społecznościach we wschodniej Europie, cykl roczny
w Bodzentynie zaczynał się jesienią sezonem świątecznym z Rosz ha Szana, Jom
Kipur i Sukot. Sezon jesienny zapoczątkowywał też nowy rok szkolny oraz oznaczał
wyczekiwanie długiej zimy, która po nim następowała. Witaliśmy Nowy Rok zamawiając nowe ubrania. Przygotowania kulinarne wyglądały mniej więcej tak samo jak
przed szabatem, z wyjątkiem dodatkowych kawałków jabłek maczanych w miodzie,
których spożywanie symbolizowało nasze nadzieje i modlitwy o słodki Nowy Rok,
wypełniony radością i powodzeniem. Modlitwy na ten okres świąteczny są uroczyste i pełne powagi, ponieważ czas między Rosz ha Szana – żydowskim Nowym Rokiem i Jom Kipur, naszym Dniem Pojednania, nazywany jest Jamim Noraim, czyli
Dniami Pokuty. W te dni Żydzi modlą się o odnowienie życia w intensywny, budzący strach i podziw sposób.
Nasza synagoga podczas tych nabożeństw była wypełniona, jak przy żadnej innej okazji. A że mogła pomieścić nie więcej niż 600 mężczyzn, niektórzy tworzyli
grupy modlitewne w prywatnych domach. Wnętrze synagogi przystrojone było na
biało, aby podkreślić powagę tych świętych dni: zasłona zakrywająca Świętą Arkę,
w której trzymane były zwoje Tory, okładki samej Tory oraz satynowe bądź aksamitne nakrycia pulpitu, wszystko to przystrojone było na biało. Rabin, kantorzy honorowi i co bardziej pobożni mężczyźni w społeczności ubrani byli w białe szaty.
Uroczysty charakter nabożeństwa podkreślał dźwięk szofar – trąbki z rogu barana – oraz śpiewanie specjalnych tradycyjnych melodii. Towarzyszącą czytaniu Tory
zawodzącą melodię można było usłyszeć w wykonaniu mającego piękny głos naszego balkojre – odczytującego Torę – Herszla Weintrauba, ojca Szmiela Weintrauba.
Żydowska społeczność Bodzentyna miała też szczęście mieć w swoich szeregach
wyjątkowo uzdolnionego kantora – baal tfila, o nazwisku Izrael Icie Miodownik.
Srul Icie, bo tak uroczo był nazywany, pełnił najważniejsze funkcje kantora w okresie świątecznym, włącznie z drugą połową porannych nabożeństw, bardziej prestiżową, zwaną musaf. Ubrany był w długi wełniany szal, modlitewny talit, okrywający
jego głowę i ramiona, a jego poruszająca interpretacja otwierającej modlitwy jasno
i wyraźnie oddawała pełen respektu i podziwu nastrój tych świętych dni, jak i jego
własne poczucie religijnej odpowiedzialności względem społeczności i Wszechmocnego. Prawie wszyscy w synagodze mieli łzy w oczach, inspirował chyba wszystkie dusze.
53
Na zakończenie nabożeństw, opuszczając synagogę wierni pozdrawiali się
wzajemnie przepełnionymi uczuciem życzeniami: „obyś był zapisany i przypieczętowany w Księdze Życia”. Kiedy mężczyźni wracali do domu, intonowano
świąteczny kidusz nad winem oraz smakowano wino wraz z jabłkami, miodem
i lekkim ciastem. Później podawano świąteczny posiłek.
Późnym popołudniem nasza rodzina dołączała do żydowskich rodzin
z Bodzentyna i corocznie przechadzała się nad rzeką, za ruinami zamku, gdzie recytowano i odgrywano ceremonialny obrzęd – taszlich. Nad rzeką ludzie otwierali swoje świąteczne modlitewniki – machzor – i odczytywali modlitwy z wielkimi
emocjami, ceremonialnie opróżniając swoje kieszenie do rzeki, symbolizując tym
samym wyrzucanie grzechów do strumienia wody. Przechodziły mnie dreszcze,
gdy szłam za tłumem, wyciągałam swoje kieszenie i wytrząsałam moje grzechy do
rzeki, tak jak to czynili starsi.
Jom Kipur, najbardziej święty dzień w żydowskim roku kalendarzowym, oznaczał kulminację okresu świątecznego. Żydowska tradycja twierdzi, że los każdej
jednostki, zapisany w niebie w Rosz ha Szana, finalizuje się i zostaje przypieczętowany w Jom Kipur. W wigilię Jom Kipur można było zobaczyć na Placu Żwirki
tłumy Żydów, nabożnie życzących sobie wzajemnie pomyślnego niebiańskiego
werdyktu na nadchodzący rok. Atmosfera była przepełniona powagą chwili.
Tego samego dnia zwykliśmy odgrywać ceremonię kaparot. Po odmówieniu
modlitwy, braliśmy białego kurczaka do ręki i, trzymając go za nogi, machaliśmy
nim trzy razy nad głową, co oznaczało oddanie go w ofierze jako kozła ofiarnego
za nasze grzechy. Następnie kurczaki rozdawano potrzebującym. To było ekscytujące, kiedy matka dawała mi białego kurczaka, żeby odkręcić nim moje grzechy.
Następnie pilnowała procedury, pomagając mi utrzymywać kontrolę nad ptakiem, aby nie obezwładnił mnie swoim uduchowionym machaniem skrzydłami.
Ceremonialna atmosfera rytuału przyczyniała się w wielkim stopniu do tego, że
z utęsknieniem wyczekiwaliśmy tego najbardziej świętego dnia roku.
Jom Kipur wyróżnia się tym, że pości się od zachodu słońca w wigilię święta
do zachodu słońca w Jom Kipur, jak również tym, że nabożeństwa trwają przez
całą wigilię i cały następny dzień. Ponieważ według prawa rabinicznego byłam
zbyt młoda, żeby pościć, miałam pozwolenie na spożywanie jedzenia. Natomiast
od moich starszych braci, sióstr i kuzynów wymagano, aby pościli i uczestniczyli
w nabożeństwach z dorosłymi. Jednakże po południu, zmęczonym długim dniem
postu i modlitwy pozwalano pójść do domu i odpocząć chwilę. Zakradałam się
do ich sypialni, szybko zrywałam z nich koce i drażniłam się z nimi, machając im
przed nosem kromką chleba z masłem. Dla mnie ta psota była dobrą zabawą, ale
jestem pewna, że nie zaskarbiałam sobie wtedy ich sympatii.
W synagodze kulminacją Jom Kipur i jego zakończeniem była neila – czyli
nabożeństwo zamykające. Ponieważ nabożeństwo było tak święte, śpiewał je sam
rabin. Post w domu kończył się wtedy lekkim, świątecznym posiłkiem.
Cztery dni po Jom Kipur nadchodził Sukot – Święto Namiotów, które upamiętnia czasy, kiedy nasi przodkowie zamieszkiwali w szałasach na Pustyni Synaj,
54
po tym jak zostali uwolnieni z niewoli egipskiej. To był ten dzień w roku, w którym zamienialiśmy nasz frontowy korytarz w kuczkę – tradycyjny namiot spotkań. Była to okazja do dobrej zabawy i ekscytacji dla dzieci. Moja siostra Rachela,
czasami Irka, Szlomo i ja pracowaliśmy przy dekorowaniu namiotu. Z kolorowego
papieru robiliśmy pierścienie i łączyliśmy je w łańcuchy. Robiliśmy też papierowe
koszyki, wkładaliśmy do nich kasztany i zawieszaliśmy je. Następnie rozwieszaliśmy łańcuchy z kolorowego papieru od jednego do drugiego końca namiotu.
Część sufitu i dachu otwierana była za pociągnięciem przymocowanej do niego
liny albo łańcucha, a otwór pokryty było grubą warstwą witek i gałęzi drzew, ale
w taki sposób, aby gwiazdy były widoczne nocą – żeby zachować tymczasowy
szałasowy i mieszkalny charakter kuczki.
Przesuwaliśmy stół kuchenny oraz krzesła do namiotu i jadaliśmy tam przez
świąteczny okres siedmiu dni. Specjalnym przysmakiem tego święta były kreple
– knedle nadziewane mięsem. Ileż zabawy mieliśmy, siedząc i pałaszując je w namiocie... To było prawie tak, jakbyśmy jedli na zewnątrz. Zaraz po Sukot następują dwa dodatkowe dni świąteczne nakazane przez biblię: Szmini Aceret (Święto
Zgromadzenia) oraz Simchat Tora (Radość Tory). To ostatnie kończy okres jesiennych świątecznych dni i jest obchodzone w mniej formalny sposób niż pozostałe. Nabożeństwo w synagodze charakteryzuje się tym, że Tora jest przenoszona
przez dorosłych mężczyzn w siedmiokrotnej procesji dookoła synagogi. Dla nas,
dzieci, to było ekscytujące wydarzenie. Każde z nas otrzymywało flagę na kijku,
z jabłkiem nabitym na jego końcu, którą nosiliśmy w procesji Tory. Pamiętam,
jaka byłam szczęśliwa w czasie jednej z Simchat Tora, kiedy ojciec posadził mnie
na swoich ramionach i niósł w procesji.
Gdy minęły jesienne świąteczne dni, nasza uwaga w głównej mierze skupiała
się na nowym roku szkolnym. Dla dzieci żydowskich w Bodzentynie chodzenie
do szkoły w latach trzydziestych XX wieku różniło się bardzo od tego, co było
przed I wojną światową. W tamtych czasach, za Rosji carskiej, do szkoły publicznej mogły chodzić tylko nieliczne żydowskie dzieci, przeważnie bogatych Żydów,
a dla przeciętnego żydowskiego dziecka edukacja szkolna równała się edukacji
religijnej. Żydowscy chłopcy wysyłani byli do jednego z trzech albo czterech
miejskich mełamedów (nauczycieli), którzy prowadzili cheder, szkołę hebrajską,
w swoich domach. Dzieci spędzały cały dzień, od wczesnego rana do wieczora,
w chederze z jedną krótką przerwą na obiad. Przechodziły tam gruntowne i intensywne szkolenie dotyczące każdego aspektu judaizmu, począwszy od modlitw
Pięcioksiągu, a skończywszy na studiach talmudycznych.
Szmiel Weintraub opowiadał, że jako młodzieniec, w latach dwudziestych,
pewnego razu przeszmuglował do chederu w Bet Midrasz egzemplarz dzieła Barucha Spinozy, sławnego siedemnastowiecznego żydowskiego filozofa agnostyka.
Ciekawość młodego Szmiela popychała go do poszukiwania logiki za zakazanymi
przemyśleniami Spinozy, choć powszechnie wiadomym było, jak społecznie ryzykowne były konsekwencje bycia przyłapanym na czytaniu tego, cieszącego się złą
sławą, dzieła. Podczas gdy jego koledzy ślęczeli nad swoją porcją Talmudu, młody
55
Szmiel kładł mały tomik Spinozy na dużych stronach traktatów w swoim Talmudzie i z daleka wyglądał na pogrążonego w studiach. Jego umysł, oczywiście, pochłaniał zakazaną filozofię Barucha Spinozy zamiast Talmudu. Zaabsorbowanie
Szmiela było tak wielkie, że nie zauważył swojego nauczyciela, Ber Mełameda,
cicho idącego pomiędzy ławkami, oferującego swoją pomoc uczniom. Nagle Ber
Mełamed dostrzegł zakazaną książkę. Z niedowierzaniem, trzęsąc się z oburzenia,
rzucił się do przodu i chwycił ją. Z wybałuszonymi oczyma oraz z wyrazem złości
i oburzenia na twarzy, Ber Mełamed rozpoczął werbalną napaść, która przeszła
w diatrybę wydającą się nie mieć końca. Któż mógłby sobie wyobrazić, że syn tak
pobożnego, szanowanego Żyda Herszla Weintrauba zniży się do poziomu czytania tak bluźnierczych śmieci i sprowadzi wstyd i niełaskę na swoją rodzinę, swojego nauczyciela i swoją społeczność! Tyrada trwała, zatrzymywała się i znów nabierała tempa. Wieść o skandalu szybko się rozeszła, w miarę jak ludzie w różnych
sprawach wchodzili i wychodzili z Bet Midrasz tamtego dnia. Wielkie poruszenie
trwało aż do świtu następnego dnia.
Od tamtej pory czasy się zmieniły. Po I wojnie światowej, kiedy Polska odzyskała niepodległość, szkoły publiczne stały się powszechnie dostępne dla dzieci żydowskich. W rezultacie chodziły one do szkół publicznych codziennie od
wczesnego rana do pierwszej po południu, a do chederu od pierwszej trzydzieści
do szóstej, więc miały kontakt z nauczaniem świeckim, jak również żydowskim
religijnym. Dzieci najpierw uczęszczały do niższej szkoły podstawowej w budynku na Rynku Górnym. Po ukończeniu z powodzeniem niższych klas, uczniowie
uczęszczali do wyższej szkoły podstawowej – włącznie z klasą siódmą – w budynku przy Placu Żwirki.
Na studia religijne żydowscy chłopcy wysyłani byli popołudniami do domu
jednego z czterech bodzentyńskich mełamedów, którzy wciąż prowadzili chedery w tradycyjny sposób. Pomimo braku wyrafinowanych metod pedagogicznych
oraz braku w klasie warunków sprzyjających nauce, mełamedowi w chederze
w niezawodny sposób udawało się wpoić każdemu żydowskiemu dziecku gruntowną wiedzę oraz gorące uczucia do tradycyjnej żydowskiej filozofii i jej wartości. Uczeń kończył też szkołę z biegłą znajomością modlitw, Pięcioksiągu i takiej
części Talmudu, jaką kurs obejmował. Opanowanie materiału było całkowite,
często do tego stopnia, że uczeń znał go na pamięć.
Ponieważ kształcenie żydowskich dziewcząt nie było uważane za obowiązkowe, szkoła stowarzyszenia Dom Jakuba (Bejt Jakow) została założona około roku
1937 i uczęszczały do niej wszystkie żydowskie dziewczęta, których rodziny stać
było na czesne, jak również dziewczęta z rodzin mniej zasobnych, którym Komitet Żydowski przyznał zasiłki. Irka i Rachela oczywiście chodziły do tej szkoły. Od
czasu do czasu przedstawiano tam sztuki w jidysz – wokalny talent Irki sprawiał,
że często grała w nich główne role. W jednej ze sztuk grała przyjaciółka Racheli,
niejaka Rejzel Winograd i jej siostra Hadasa. W sztuce była rola żaby i rola anioła.
Nauczyciel przygotowujący sztukę do roli anioła wybrał Hadasę, która była ładną
blondynką; a jej siostrze Rejzel, która była ruda, piegowata i zdecydowanie mało
56
atrakcyjna, dał rolę żaby. Wybór pasował do rzeczywistego wyglądu sióstr tak
bardzo, że powodował niepohamowane wybuchy wesołości w całej klasie. Następnego dnia matka sióstr przyszła do szkoły i zażądała, aby odwrócono role.
Co więcej, zagroziła, że jeśli jej życzenie nie zostanie spełnione, to ona zabroni
swoim córkom uczestnictwa w przedstawieniu. Ponieważ rodzina Winogradów
w dużej mierze wspierała szkołę finansowo, role zostały zamienione: ładna Hadasa zagrała żabę, a nieatrakcyjna Rejzel była aniołem.
Mój starszy brat Mojsze został zapisany do szkoły jesienią 1931, w wieku
lat sześciu. Wkrótce zaczęły go spotykać reperkusje antyżydowskich nastrojów
i uprzedzeń polskiej części społeczności Bodzentyna. Sześcioletni nieżydowscy koledzy z klasy Mojsze, a także starsi uczniowie, wynoszący z domu, a i bez
wątpienia z kościoła wpojone antysemickie nastawienie, zwykle zmawiali się
przeciwko Mojsze, drwili z niego, krzycząc „parszywy Żyd” i znęcali się nad nim.
Mojsze wkrótce stał się spięty i zaczął nerwowo mrużyć oczy, więc ojciec zdecydował się zabrać go ze szkoły na pewien czas. Ojciec zaczął też podejmować
wysiłki na rzecz zorganizowania żydowskiej szkoły dziennej w mieście. Zwołano
społeczne zebranie, które miało miejsce w naszym domu, a przewodniczył mu
ojciec. Ku jego rozczarowaniu, bardzo niewiele osób chętnych było do zainwestowania koniecznych funduszy w taki projekt. Jeden z handlarzy wykrzyknął:
– Ja mam tylko córki. Niepotrzebne mi szkoły dzienne.
Podobne odczucia mieli inni współmieszkańcy, w rezultacie próby utworzenia szkoły spełzły na niczym.
Nie upłynął rok, gdy Mojsze znów został zapisany do szkoły. Zapisana została też Irka. Co prawda nie miała sześciu lat, ale ojciec z matką uznali, że jest
wystarczająco dojrzała, by chodzić do szkoły. Gdy Irka zaczęła uczęszczać do
szkoły, ona i Mojsze mogli przynajmniej chodzić razem, a dokuczanie żydowskim dziewczętom nie było tak powszechne jak dokuczanie chłopcom. Tak więc
Mojsze i Irka zostali zapisani do tej samej klasy i codziennie rano chodzili razem
do i ze szkoły podstawowej na Rynku Górnym.
Mojsze był bardzo dobrym uczniem. Był inteligentnym i odpowiedzialnym
chłopcem. Dużo czytał, a nawet sam uczył się języków obcych. Miał też talent
do rysowania map. Irka też była bardzo dobrą uczennicą, skrupulatną i pracowitą. Będąc najmłodszą w klasie musiała pracować ciężej, aby dorównać najlepszym. Niemniej starała się bardzo, często z ojca pomocą, i udało jej się uplasować
wśród najlepszych w klasie. Irka była też uzdolniona muzycznie. Nauczyciel muzyki w szkole miał zwyczaj uczyć swoje klasy polskich piosenek, grając melodie
na skrzypcach, i wymagał od uczniów, aby dopasowywali słowa piosenki do melodii w trakcie śpiewania. Pewnego razu, kiedy uczniowie nie mogli nauczyć się
piosenki w ten sposób, wywołał Irkę na środek klasy, aby im zaśpiewała – chociaż
byli starsi od niej.
Jesienią 1934 roku zapisano do szkoły mającego sześć i pół roku Szlomo. Rachela miała wtedy pięć lat i chciała dostać pozwolenie na chodzenie do szkoły
w najgorszy z możliwych sposobów:
57
– Irka zaczęła szkołę jak miała pięć lat, więc dlaczego ja nie mogę? – poskarżyła się.
Chociaż ojciec z matką byli zdania, że jest wciąż zbyt niedojrzała, to ona nie
pogodziła się z negatywną odpowiedzią. Krzyczała i żądała:
– Ja chcę iść do szkoły! Ja chcę iść do szkoły!
Następnie położyła się na podłodze i świadomie dostała ataku złości, kopiąc
i kopiąc w podłogę swoimi małymi nóżkami z całą siłą, na jaką mogła się zdobyć, aż
poczerwieniała na twarzy ze złości i frustracji. Burzyła się i krzyczała:
– Chcę iść do szkoły! Jestem dojrzała! Chcę iść do szkoły! Wydawała się tak
zdeterminowana, że ojciec z matką zaczęli się wahać i wkrótce ustąpili jej żądaniom. Na szczęście dla Racheli, matka, która była wrażliwa na żydowskie ludowe
przesądy wolała, aby dzieci chodziły do szkoły dwójkami. Bała się „złego oka” pilnując aż pięciorga dzieci z jednej rodziny chodzących do pięciu różnych klas.
Następnego dnia wujek Jankiel zaprowadził Rachelę do szkoły. Władze szkoły wyczuwając, że Rachela jest za mała, utrzymywały, że dzieci muszą mieć sześć
lat by można je było przyjąć. Kiedy wujek Jankiel stwierdził, że Rachela ma sześć
lat i tak naprawdę to jest bliźniaczką Szlomo(!) odpowiedzieli, że będzie musiał
przynieść świadectwo urodzenia Racheli. Wujek powiedział, że Rachela nie ma
żadnego świadectwa urodzenia i prawdę mówiąc, żadne z dzieci w rodzinie nie
miało takowego. Rachela została przyjęta pod warunkiem, że świadectwo zostanie
doniesione i zapisano ją do tej samej klasy co Szlomo. Ich nauczyciel sporadycznie
przypominał Racheli o tej weryfikacji, ale z czasem temat został porzucony i Rachela postawiła na swoim.
Szlomo był naprawdę błyskotliwym chłopcem i zapalonym czytelnikiem – czytał wszystko, co wpadło mu w ręce. Chociaż do jego ulubionych należały książki
matematyczne oraz z zakresu nauk ścisłych, nie miał nic przeciwko czytaniu komiksów w odcinkach z polskich gazet codziennych, a szczególnie Tarzana. Bez
wątpienia jego inklinacje do matematyki i nauk ścisłych były w jakiś sposób związane z jego prawie genialnymi uzdolnieniami do szachów.
Rachela strasznie chciała zachowywać się i być tak dojrzałą uczennicą jak jej
starsi koledzy z klasy. Choć miała tylko pięć lat, uparcie nalegała na to żeby ćwiczyć
pisanie tylko atramentem. Ma się rozumieć kleksy były wszędzie: na jej biurku, na
podłodze, na każdym stole i obrusie w domu. Z czasem jednak wyrosła na wyśmienitą, metodyczną i bardzo sumienną uczennicę.
Ponieważ ja byłam najmłodszym dzieckiem w rodzinie i zdaniem rodziców byłam zbyt niedojrzała, by zacząć szkołę w wieku sześciu lat, zostałam zapisana do
szkoły dopiero w wieku prawie siedmiu lat, jesienią 1938 roku. W przeciwieństwie
do Racheli, byłam tak zaabsorbowana radościami płynącymi z zabawy i z dzieciństwa w ogólności, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, iż nie zaczęłam szkoły
w tym samym wieku co moje rodzeństwo. Kiedy poszłam do pierwszej klasy, byłam przerażona wymaganiami oraz dyscypliną: siedzeniem cicho w ławce, byciem
uważnym przez cały czas i koniecznością przestrzegania poleceń. Dzieci w mojej
klasie siedziały w typowych szkolnych ławkach, ich blaty miały wydrążone dziury
58
na kałamarze w prawych górnych rogach. Siedzieliśmy w tych ławkach, podczas gdy
nasza nauczycielka, pani Krogulcowa, zaczynała uczyć nas alfabetu. Czytała nam
również dziecięce wierszyki i bajki. Jednakowoż bardzo tęskniłam za wolnością, do
której przywykłam oraz za rodziną i przyjaciółmi, z którymi wolałabym się bawić,
no i zaczynałam płakać. Błagałam:
– Chcę się zobaczyć z moją siostrą. Chcę iść do domu.
Nie mogąc mnie uspokoić, pani Krogulcowa posyłała po Rachelę do piątej klasy. Kiedy Rachela przychodziła, od razu czułam się lepiej. Ona rozmawiała ze mną
i udawało jej się mnie uspokoić; to znaczy w danej chwili.
W początkowym okresie mojej nauki taka sytuacja powtarzała się dosyć często. Pewnego razu nauczycielka czytała nam wiersz o leśnym grzybie i mój umysł
wędrował do tych cudownych leśnych grzybów i jagód, które znajdowałam w lesie
podczas pamiętnych przechadzek w szabatowe popołudnia. Nagle przywrócił mnie
do rzeczywistości rozzłoszczony głos pani Krogulcowej:
– Panienko Szachter – grzmiała – dlaczego nie zwracasz uwagi na to, co
ci czytam?
Byłam zbyt przerażona, aby odpowiedzieć.
Potem rozkazywała:
– Podejdź do biurka.
Byłam posłuszna i podchodziłam.
– Wyciągnij rękę – żądała. Potem brała linijkę z biurka i uderzała nią w moją
wyciągniętą dłoń.
Upokorzona, boleśnie odczuwając szczypanie, znowu zaczynałam płakać. I kolejny raz, poirytowana i nie mogąc sobie poradzić z moimi niedojrzałymi zachowaniami, pani Krogulcowa wzywała na pomoc Rachelę, która już wtedy stawała się
niecierpliwa i coraz mniej mi współczuła, ponieważ za każdym razem, kiedy wywoływano ją z klasy żeby mnie pocieszała, traciła cenne chwile nauki.
Stopniowo przyzwyczajałam się do życia w szkole i w końcu mogłam cieszyć się
poczuciem ważności z bycia uczniem. Pamiętam nawet radość płynącą z nauki pisania kredą słowa „Mama”. Powoli pani Krogulcowej udało się nauczyć mnie alfabetu,
jak również podstaw czytania i pisania po polsku oraz arytmetyki.
Jedynym elementem programu szkolnego, który zawsze bardzo lubiłam, były
przerwy. Co za radość być uwolnionym w jednej chwili od rygorów i dyscypliny
w klasie! Jednakże przerwy nie przebiegały bezproblemowo. Wszystkie dziewczynki w naszej szkole musiały nosić krótkie czarne sukienki zapinane z przodu, z małym
białym kołnierzykiem. Mamie nie podobałam się w tym mundurku. Przez wzgląd
na bogactwo i pozycję naszej rodziny w mieście pozwalano jej, aby mnie ubierała
inaczej niż pozostałe dzieci, więc chodziłam do szkoły w białych, szydełkowanych
fartuszkach z oczkami z organzy, zawiązywanymi w kokardę na ramionach. Pewnego razu, kiedy już było zimno, założyłam nowy kożuszek i czapkę podczas przerwy
na dworze. Strój został kupiony w Krynicy, uzdrowisku, które matka często odwiedzała. Tylko dzieci z najbogatszych rodzin nosiły kurtki takiego kroju i jakości. Zrobiona była z jasnej, podobnej do zamszu owczej skóry z futrzanymi wykończeniami
i była haftowana. Czapka była wełniana, w pasującym do kożuszka jasnobeżowym
59
kolorze. Jedna z dziewcząt z mojej klasy, ku radości pozostałych dzieci, ściągnęła
mi czapkę i zaśmiała się wyniośle. Pogardliwie naśmiewała się z odmiennego od
innych dzieci ubioru i fryzury – moje włosy opadały luźno, przewiązane kokardą.
Chociaż w końcu oddała mi czapkę, o incydencie doniesiono dyrektorowi szkoły,
liberalnemu mężczyźnie, który zdawał sobie sprawę, że przyczyna psoty leżała zarówno w zazdrości, jak i w antyżydowskich uprzedzeniach. Dziewczynka została
ukarana, ale na nieszczęście inne antyżydowskie zachowania zaczęły pojawiać się
często i we wszystkich klasach, szczególnie wobec chłopców. Jednym z ulubionych
szyderstw było „Żydzie Bejlisie”, odnoszące się do Mendla Beilisa, Żyda z carskiej
Rosji, który został oskarżony o zamordowanie chrześcijańskich dzieci dla celów
rytualnych; w końcu uznano go za niewinnego.
Po szkole wracaliśmy do domu na szybki obiad. Po południu chłopcy byli
w chederze, a dziewczęta w szkole Bejt Jakow od 13.30 do 18.00. Po wieczornym
posiłku młodsze dzieci zostawały w domu i odrabiały lekcje, aż do momentu pójścia spać. Nastolatki, szczególnie chłopcy, mogli spotykać się na placu albo na ulicy
Langiewicza. Chłopiec mógł towarzyszyć dziewczynie, czy to podczas spaceru, czy
podczas wizyty w jednym ze sklepów cukierniczych, gdzie zbierały się grupki młodzieży, aby wspólnie spędzać wolny czas we wczesnych godzinach wieczornych.
ZIMA
Gdy przychodziła do Bodzentyna zima, śnieg zaczynał się zbierać na uliczkach
i dachach domów. Ponieważ w mieście nie było samochodów i nie było potrzeby
usuwania śniegu – przybywało go, dopóki cały krajobraz nie został pokryty malowniczym dywanem z bieli.
Pewnej zimy poważnie się przeziębiłam i kaszlałam. W przypadkach niegroźnych dolegliwości udawaliśmy się do miejscowego lekarza, doktora Pabijana. Jednakże w przypadkach chorób uznawanych za bardziej groźne szukaliśmy porady
medycznej w większym mieście. Kiedy istniała potrzeba zabiegu chirurgicznego,
jechaliśmy do Warszawy. Pewnego razu Rachela została zabrana do Warszawy, aby
usunąć jej narośl na nosie. W sprawie mojego kaszlu zadecydowano, że powinnam
pojechać do Kielc. Wujek Jankiel pojechał tam wraz ze mną autobusem, a zatrzymaliśmy się w domu ciotki Bruchli i wuja Pincie Greenbauma. Ciotka i wuj byli
kuzynami w pierwszej linii. Mieli dwoje dzieci, Mojszełe i Ksylusia, prowadzili firmę transportową eksportującą i importującą towary dla swoich klientów. Bardzo
podobała mi się wizyta u nich oraz zabawy z Mojszełe i Ksylusiem. Byłam pod
wielkim wrażeniem dużego miasta, jego ulic i samochodów, budynków i sklepów,
a w szczególności bieżącej wody i spłukiwanej ubikacji w domu ciotki. Ma się rozumieć byłam strasznie rozczarowana, kiedy musiałam wrócić do domu po krótkiej
wizycie. Jednakże ożywiłam się, kiedy ciotka Bruchla powiedziała, że może przyjadą, wraz z Mojszełe i Ksylusiem, odwiedzić nas w Bodzentynie następnego lata.
Pamiętnym wydarzeniem w zimie były radosne ośmiodniowe obchody święta
Chanuki. Każdy z ośmiu wieczorów rozpoczynał się zapaleniem przez ojca świec
chanukowych: jednej świecy w pierwszy wieczór, dwóch świec w drugi wieczór
60
i tak dalej, aż do ósmego wieczoru, kiedy wszystkie świece płonęły. Specjalnym
przysmakiem w święto Chanuki były placki ziemniaczane posypywane cukrem,
zwane latkes, które przyrządzała matka. Mnie podawano moje latkes przy „moim”
stole, gdzie siedziałam sama bądź z jednym albo z dwójką innych dzieci. Pewnego
wieczoru Szlomo, zawsze mocno pogrążony w lekturze, w roztargnieniu włożył
placek do kieszeni nowej marynarki i odszedł w stronę biurka do chłopięcej części
sypialni. Jak zirytowana musiała być matka, kiedy zobaczyła plamę z oleju na jego
nowej marynarce!
W przeciwieństwie do szabatu i innych dni świątecznych, w święto Chanuka
nie było żadnych zakazów wykonywania jakichkolwiek prac. Co więcej, graliśmy
w gry, śpiewaliśmy piosenki i dostawaliśmy Chanuka gelt – podarunki albo monety od dorosłych. Matka zwykle śpiewała śliczną piosenkę zatytułowaną „O Ihr
Kleine Lichtelech”, która w czuły sposób wyjaśniała znaczenie świec, odnosząc
się do historycznych wydarzeń, które te święta upamiętniały: cudownego zwycięstwa Machabeuszy nad syryjskimi Grekami w roku 165 p.n.e.
Pamiętam bożonarodzeniowe lampki i dekoracje naszych chrześcijańskich
sąsiadów. Były one tak piękne i odświętne. Ale to, o czym my, Żydzi, zawsze pamiętaliśmy, to było ślepe uprzedzenie i nienawiść, jakie przeciętny Polak żywił
w stosunku do nas, wyrażane przez jadowite hasło „parszywy Żyd” oraz ciągłe
nękanie żydowskich dzieci i dorosłych przez pojedyncze osoby, jak i zorganizowane grupy.
Zawsze byliśmy świadomi faktu, że to uprzedzenie nie było w najmniejszej
mierze spowodowane rolą, jaką odegrali Żydzi współcześni Chrystusowi w jego
ukrzyżowaniu, jak napisano w Nowym Testamencie. Nie było żadną tajemnicą,
że rola ta była tradycyjnie dramatyzowana i przekazywana kolejnym pokoleniom
Polaków poprzez inspirowane przez Kościół religijne pouczenia, i że ich nienawiść wyładowywała się na współczesnych im Żydach z ich miast, miasteczek i wsi.
Przez stulecia słabo wykształceni lub wcale nieumiejący czytać i pisać Polacy przechowywali tę prawdę w swoich sercach i w swoich domach. Pielęgnowali ją i nie
słabła, pomimo edukacji prowadzonej przez współczesne szkolnictwo publiczne.
W rezultacie Wigilia Bożego Narodzenia dla Żydów tak naprawdę była okazją
do upamiętnienia, ale nie do świętowania. Ten wieczór, dla Żydów różniący się
od innych, nazywano nitl – był to wieczór protestu przeciwko antysemickiemu
nauczaniu Kościoła. Był to wieczór wyróżniający się tym, że świadomie unikano
studiowania żydowskich pism, wieczór nie uświęcony oddaniem się świętemu żydowskiemu słowu i myśli, ale spędzany na grze w karty.
W zimie główną zabawą dla dzieci z naszej rodziny była jazda na łyżwach i sankach. Moi bracia i siostry uwielbiali jeździć na łyżwach, w szczególności w dół
i w poprzek zamarzniętej rzeki Psarki w pobliżu ruin zamku na zachodnim krańcu
miasta. Ja też bardzo chciałam jeździć na łyżwach, ale ojciec z matką uważali jazdę na łyżwach za zbyt niebezpieczną dla mnie i nie pozwalali mi na nią. Zamiast
tego, zwykle jeździłam na sankach po chodniku, przed naszym podwórzem na
Placu Żwirki, który był nachylony w kierunku północno-wschodnim. Najlep61
sza ze wszystkiego była cudowna zimowa przejażdżka, którą wymyślił dla nas ojciec. Przymocowywał on płozy do pozbawionej kół furmanki, której normalnie
używano do transportu zboża, i zaprzęgał do niej konia. Następnie usadzał nas
w tych prowizorycznych saniach, wsiadał na konia i ruszaliśmy poprzez pokryte śniegiem tereny. Ojciec, doświadczony jeździec, miał cały czas pełną kontrolę
nad wszystkim.
Przejażdżki te przyprawiały nas o dreszcz emocji, a czasami strachu, szczególnie wtedy, kiedy ojciec powoził sanie w dół. Śmialiśmy się i krzyczeliśmy, desperacko trzymając się wzajemnie. Nasze policzki stawały się czerwone od zimnego
powietrza, a z naszych ust podczas wydechów unosiły się kłęby pary. Zabawa była
przednia i nigdy nie mieliśmy dość. Co to było za rozczarowanie, kiedy taka przejażdżka dobiegała końca; nie mogliśmy się doczekać, kiedy ojciec zabierze nas na
następną.
Ojciec często przebywał poza domem i poza miastem, odwiedzając polską
szlachtę i właścicieli ziemskich, prowadząc negocjacje albo realizując transakcje
sprzedaży zboża, czasami bardzo daleko – w Gdyni czy Warszawie. Załadowywał
furmankę workami ze zbożem i wyruszał w drogę. Zimą ubierał się ciepło: zakładał
wysokie buty, futrzaną czapkę i płaszcz, zanim odważył się stawić czoło żywiołom
zimy. Żeby nie było wątpliwości, w pewnym stopniu podróżowanie samemu było
dla niego niebezpieczne, szczególnie w nocy, z furmanką wypełnioną zbożem. Ojciec miał pozwolenie na posiadanie i noszenie broni dla obrony własnej. Strzelba
była zawsze trzymana pod zamknięciem, kiedy ojciec był w domu, a żadne z dzieci
nie wiedziało, gdzie trzymano klucz.
W zimowe wieczory w naszym domu było ciepło i przytulnie. Często siadywaliśmy dookoła kaflowego pieca w salonie, dzieląc się przeżyciami dnia. Piec miał
na dole otwór, do którego wkładaliśmy najpierw szczapy, które łatwo się zapalały, następnie kilka kawałków normalnego drewna i dużo węgla. W wieczory, kiedy
spodziewaliśmy się powrotu ojca z podróży w interesach, matka trzymała dla niego
kolację w piecu, tak aby była ciągle gorąca.
Matka często szyła albo robiła na drutach. Kiedy pracowała przy jakiejś części
garderoby, zawsze trzymała kawałek nitki w ustach.
– Dlaczego to robisz? – zapytałam ją pewnego razu.
– Żeby nie zaszyć sobie głowy w trakcie szycia – odpowiedziała.
Rachela też lubiła szyć. Często robiła dla swoich lalek ubranka ze skrawków,
zabranych ze sklepu z materiałami ciotki Gitli i wuja Froima Bidermana. Odczuwałyśmy niekończącą się radość bawiąc się razem lalkami. Sporadycznie robiłyśmy
chipsy. Obierałyśmy ziemniaki, krajałyśmy je na plasterki tak cienkie plasterki, jak
tylko było to możliwe, i kładłyśmy je na rozpalonej blasze kuchni. W ciągu minuty
przypiekały się, a my przewracałyśmy je na drugą stronę. Po następnej minucie plasterki zaczynały się zwijać. Wciąż pamiętam chrupkie i smaczne gorące chipsy.
My, dzieci, często wieczorem czytaliśmy albo odrabialiśmy pracę domową do
szkoły. Ja zazwyczaj odrabiałam prace pisemne i arytmetykę przy moim stole. Ojciec często pomagał Irce. Pewnego razu zadanie z geografii polegało na narysowaniu mapy, takiej, którą Mojsze już wcześniej zrobił po mistrzowsku, ale która dla
62
Irki wydawała się przedsięwzięciem nie do wykonania. Ojciec wziął mapę Mojsze, podłączył żarówkę elektryczną do kabla, który dostarczał energii wytwarzanej przez młyn, umieścił zapaloną żarówkę w rondlu, następnie umieścił kawałek
szkła na rondlu i odwzorował mapę Mojsze dla Irki. Przez wiele wieczorów po
kolacji Irka chodziła do szkoły Bejt Jakow, gdzie odbywały się próby do sztuki
teatralnej, ponieważ często dawano jej role wymagające śpiewu solo. Próby trwały
do późnego wieczora, więc niektóre starsze dzieci odprowadzały ją do domu.
Ponieważ zimą piec w salonie był naszym głównym źródłem ciepła, jego komin często wymagał czyszczenia. Nierzadko buchał z niego ogień, siejąc wśród
nas popłoch. Pewnego razu, gdy tak właśnie się zdarzyło, matka przeraziła się i kazała nam wszystkim szybko uciekać z domu. Wszyscy w pośpiechu posłuchaliśmy
rozkazu – z wyjątkiem Szlomo, który był tak pochłonięty czytaniem, że nie był
świadomy tego, co się działo. Mimowolnie chodził, cały czas czytając, aż w końcu
Mojsze wyrwał mu książkę z rąk i krzyknął:
– Nie stój jak jakiś kretyn! Rusz się!
Zdziwiony wyraz twarzy Szlomo wskazywał, jak bardzo był zaskoczony, jakby
go nagle wyprowadzono ze stanu oszołomienia. Po niezłym zamieszaniu i wylaniu kilku wiader wody ogień został ugaszony.
Kiedy zbliżała się pora snu po kolei przyciskaliśmy puchowe pierzyny do kafli
pieca, następnie szybko biegliśmy do swoich zimnych łóżek i przykrywaliśmy się.
Było nam bardzo dobrze w ciepłych łóżkach i pod ciepłymi pierzynami, chroniącymi nas w zimne i wietrzne noce.
WIOSNA
W połowie albo pod koniec marca, gdy wiosna szykowała się do powrotu do
Bodzentyna, rosnące temperatury zaczynały topić śnieg. Wkrótce nie mogliśmy
przejść przez ulicę bez brodzenia w strumykach zimnej wody. Można było zobaczyć ludzi rozkruszających grube kawały topniejącego lodu na chodnikach przed
swoimi sklepami-mieszkaniami. Od tego czasu przez cały kwiecień musieliśmy
nosić gumowce, aby nie przemoczyć nóg. Surowa zimowa aura zmuszała nas do
zaniechania cudownych przechadzek po polach i lasach; teraz piękno listowia
oraz kwiaty ponownie wypełniały powietrze odnowioną świeżością i zapachem.
Pewnej niedzieli wczesnym rankiem obudziło mnie ostrożne, na paluszkach,
poruszanie się matki i ojca. Wybierali się na pierwszą przechadzkę na łono natury w nowym sezonie. Szybko wyskoczyłam z łóżka i nalegałam, aby mnie ze
sobą zabrali. Poszliśmy daleko na pola i łąki, gdzie spacerowaliśmy przez dwie
godziny. Wiosenne powietrze i rozbudzona natura były jak zawsze wspaniale
orzeźwiające.
Następnym zwiastunem nadchodzącej wiosny było święto Purim, upamiętniające udaremnienie przez królową Esterę i jej sprytnego kuzyna Mordechaja
spisku perskiego namiestnika Hamana z przełomu piątego i czwartego wieku
przed nasza erą, mającego na celu unicestwienie wszystkich Żydów. Purimowe
przedstawienia i skecze przedstawiające w udramatyzowany sposób tę opowieść
63
były rokrocznie wielkim wydarzeniem w szkole Bejt Jakow i innych religijnych organizacjach w mieście. Starsze dzieci, a nawet dorośli, występowali w kostiumach
i z umalowanymi twarzami, bądź w maskach przedstawiających główne postaci
dramatu. Chodzili oni do domów przyjaciół i rodzin, pukali w drzwi, przynosili
kosze łakoci dla biednych, i serdecznie ich pozdrawiali, ku uciesze i zadowoleniu
wszystkich. Tradycyjnym przysmakiem tych świąt były trójkątne ciasteczka z nadzieniem z owoców bądź z maku zwane hamantasze, czyli uszy Hamana.
Od momentu zakończenia Purim zostawały tylko cztery tygodnie do najważniejszego żydowskiego święta wiosennego – Pesach. Trwa ono osiem dni
i upamiętnia uwolnienie Żydów z niewoli egipskiej. W czasie tego święta Żydów
obowiązuje zakaz spożywania jedzenia przygotowywanego z użyciem zaczynu,
bądź zakwasu, takiego jak chleb. Zamiast tego nakazane jest spożywanie chleba
bez zakwasu, podobnego do wafla, zwanego macą. Te i inne religijne zarządzenia
przypominają pospieszny exodus Izraelitów z Egiptu, niepozwalający im nawet na
upieczenie chleba na zakwasie.
Pamiętam tygodniami trwające wielkie przygotowania do Pesach, ciągłe zamieszanie i poruszenie. Zamawiane i przymierzane były nowe buty; dom był sprzątany
bardziej gruntownie niż zwykle; firanki były zdejmowane, prane i zawieszane z powrotem; dodatkowe pranie było wywieszane do wyschnięcia na dworze. Wszystkie
przedmioty trwalszego użytku, włącznie z niektórymi meblami, były wynoszone
na dwór i dokładnie szorowane z użyciem wody z mydłem, aż wyglądały jak nowe.
Zostawiano je na zewnątrz do wyschnięcia w słońcu przed ponownym przyniesieniem do domu, w pełni przygotowanego na święto. Zgodnie z żydowskim prawem,
nasza całoroczna zastawa stołowa i sztućce były wymieniane na specjalną zastawę
używaną podczas Pesach. Wielkie garnki i patelnie, których używaliśmy przez cały
rok, lecz były potrzebne także podczas Pesach, mogły być używane, jeśli przeszły
specjalną procedurę zwaną koszerowaniem, czyli rytualnym oczyszczeniem.
To była domena dziadka Nusyna. Na swoim podwórzu przed kuchnią ustawiał
kilka ogromnych kotłów na kolumnach zbudowanych z cegieł, zostawiając pod
czajnikami miejsce na małe kawałki drewna. Następnie zapalał drewno, napełniał
czajniki wodą i doprowadzał ją do wrzenia. Następnie chwytał pojedynczą cegłę
obcęgami, kładł ją w ogień płonący pod czajnikami do momentu, aż zrobiła się
czerwona z gorąca i wkładał ją do naczyń; dzbanem szybko nabierał gorącej wody
z jednego z czajników i polewał nią cegłę, dolewając jej do momentu, aż zaczynała
się przelewać z naczynia. Powodowało to gwałtowne wydobywanie się obłoków
syczącej pary. Oto sposób, w jaki dziadek Nusyn rytualnie oczyszczał garnki i patelnie, których potrzebowaliśmy. Matka przynosiła swoje garnki, ciotka Gitla swoje, a my staliśmy z boku i zaintrygowani obserwowaliśmy dziadka, powtarzającego
rytuał.
Specjalne mace na Pesach były pieczone w piecach dziadka Mejera, specjalnie
oczyszczonych na to święto. Okrągłe mace wielkości przeciętnego rozmiaru talerza
perforowane były w równoległe do siebie rowki z małych dziurek za pomocą małego kółka. Po upieczeniu umieszczano mace w wielkich białych prześcieradłach,
64
których cztery rogi zawiązywano na węzeł. Wypełnione macami prześcieradła,
które tworzyły swego rodzaju pakunki, wieszano na hakach wzdłuż korytarza
w naszym domu.
W dzień wigilii Pesach byliśmy bardzo zajęci w domu. Matka była zaabsorbowana cały dzień przygotowywaniem uroczystej kolacji – zwanej seder, na dwa
pierwsze wieczory Pesach. Atmosfera bardzo przypominała piątki w przygotowaniach do szabatu, ale w jakiś sposób odczuwało się ją bardziej wyjątkowo, była
bardziej świąteczna. Jedzenie przygotowane bez mąki czy zakwasu miało inny
wygląd i smak.
Chociaż ubieraliśmy się świątecznie i nakrywaliśmy do stołu odpowiednio
godnie w każdy dzień szabatu, w Święto Pesach zakładaliśmy nowe ubrania po raz
pierwszy. Te same zapalone świece i biały obrus, których używaliśmy na szabat,
przyozdabiały nasz stół w salonie, ale naczynia i sztućce były w Pesach inne. Na
kolację sederową kielich na wino ustawiony był dla każdego z członków rodziny.
Specjalny talerz, nazywany również seder, zawierający sześć zalecanych ceremonialnych rodzajów jedzenia, nadawał stołowi wyjątkowy, pesachowy charakter.
Zamiast chał przed ojcem u szczytu stołu znajdował się specjalny talerz zawierający trzy ceremonialne pajdy macy, które umieszczone były w pięknej, zdobionej
pokrywie na mace. Egzemplarze Pesachowej Hagady – specjalnej książeczki, która opowiada historię wygnania, leżały przed każdym członkiem rodziny.
Ojciec na seder ubrany był w białą szatę modlitewną i siedział na dodatkowej
poduszce położonej na krześle, ponieważ seder był czasem odpoczynku i wygody. Ceremonia trwała długo. Śpiewanie specjalnych pieśni i hymnów przydawało
nabożeństwu, szczególnie pod koniec, muzycznego piękna.
Dwa pierwsze i ostatnie dwa dni Pesach, będące głównymi dniami świątecznymi, uświęcone były poprzez unikanie pracy i innych codziennych zajęć, tak
jak w szabat. Jednakże cztery środkowe dni, zwane chol ha-moed, określone były
w prawie żydowskim jako półświęta, więc wykonywanie czynności dnia powszedniego było dozwolone. Dni te były szczególnie ekscytujące, ponieważ co roku
o tej porze ciotka Fajgla, wuj Jeszaja Ehrlich i ich trzy córki – nasze kuzynki Chancia, Rywcia i Ruchcia – przyjeżdżali w odwiedziny z Szydłowca. Mieliśmy mnóstwo zabawy będąc razem. Niestety, ich wizyty były krótkie, ponieważ Chancia
i Rywcia musiały być na czas z powrotem w szkole. Wuj Jeszaja, pobożny i uczony
Żyd, który nosił długą brodę, był miejskim szojchetem i też nie mógł być poza
domem zbyt długo.
Po Pesach wyczekiwaliśmy jeszcze jednego święta, siedem tygodni później,
dwudniowego święta Szawuot (Zielone Świątki), a następnie początku lata i letnich wakacji. Ostatnim ważnym wydarzeniem w roku szkolnym był często muzyczny koncert na otwartym powietrzu w ruinach zamku. Odbywały się tam próby,
a dzieci wyczekiwały finałowej gali z wielkim entuzjazmem, ponieważ oznaczała
ona koniec roku szkolnego i długo oczekiwany początek letnich wakacji. Podczas
koncertu prezentowano piosenki, skecze i tańce ludowe, wykonywane przez tancerzy w kolorowych strojach. Wykonawców spośród uczniów wybierano na pod65
stawie ich uzdolnień. Pewnego roku Irka znalazła się wśród tych wybrańców. Była
jedynym pośród uczestników dzieckiem żydowskim i inni występujący dokuczali
jej. Irka czuła się odtrącona i nieszczęśliwa w grupie i wraz z matką zdecydowała
o wycofaniu się z występów. Na następnej próbie stało się jasne, że zespół pieśni
prezentował się znacznie gorzej bez głosu Irki, wobec czego nauczyciel śpiewu poprosił Irkę o ponowne przemyślenie swojej decyzji. Irka zastosowała się do jego
życzenia: dołączyła tylko do zespołu pieśni i wzięła udział w wielkim koncercie
tamtego roku.
LATO
Ze wszystkich pór roku lato było najbardziej przyjemne i najbardziej pamiętane. Nawet nasze regularnie odbywane spacery wydawały się bardziej ożywcze
i ciekawsze niż w każdej innej porze roku. Powietrze było upajające – chłodne, ale
nie zimne, rankami i wieczorami, ciepłe, lecz nie nieprzyjemnie gorące w trakcie
dnia i po południu, więc zawsze mogliśmy ubierać się lekko. W letnim powietrzu
na dworze czułam się wolna.
Przed 6 rano słońce już wstawało, a w niedzielne poranki rodzice wstawali
wcześnie, aby podziwiać letni wschód słońca. Moi bracia i siostry wciąż jeszcze
mocno spali, ale ja nie mogłam się doczekać, żeby wyskoczyć z łóżka, ubrać się
szybko i dołączyć do ojca i matki, idących na spacer w pola i łąki. Często zbieraliśmy szczaw – małe, zielone listki, mniejsze i jaśniejsze niż szpinak, z których matka
robiła zupę szczawiową. Podczas spacerów po kolacji i podczas szabatu po południu Rachela zwykle też do nas dołączała.
Sklepy cukiernicze były otwarte od rana do późnego wieczora. Można tam było
zobaczyć ludzi pałaszujących lody albo czekoladowe batoniki. Nawet dla młodych
ludzi, którzy przychodzili tam przez cały rok, żeby posiedzieć i porozmawiać, lato
oznaczało nowy, zupełnie odmienny okres w ich całorocznym cyklu życia. Nie
trzeba już było nosić węgla i drewna do domu, żeby palić w piecu, nie było konieczności siedzenia w domu z obawy, że się przemarznie na zewnątrz. Lato przyczyniało się do odnowienia pogody ducha i optymizmu, ludzie mogli znów spacerować,
spotykać się i wspólnie spędzać czas na świeżym, ciepłym powietrzu.
Nadejście lata zawsze zbiegało się z wizytami, zarówno naszymi u ciotek, wujów
i wielu kuzynów, jak i ich u nas. Nie mogłam się doczekać tych odwiedzin. Przez
kilka letnich sezonów podróżowaliśmy powozem ojca, żeby zobaczyć się z ciotką
Diną i wujkiem Joselem Schreibmanem w Starachowicach. Bardzo lubiłam bawić
się tam z moją kuzynką Irką. Dano jej takie imię po naszej babce ze strony matki,
tak jak mojej siostrze Irce, ale kuzynka miała przezwisko Lalunia. Lalunia była trzy
lata młodsza ode mnie. Miała jeszcze młodszego brata, naszego małego kuzyna
Mojszeniu.
Pewnego razu Lalunię wysłano na kilka tygodni do Bodzentyna, gdzie wuj Jankiel opiekował się nią w domu dziadka Nusyna. W ferworze zabawy któregoś dnia
przypadkowo pociągnęłam ją za rękę zbyt mocno i zaczęła płakać. Wuj Jankiel, który zazwyczaj był bardzo łagodny, podbiegł, dał mi klapsa i udzielił reprymendy. Po66
biegłam do domu przestraszona, że poważnie uszkodziłam rękę Laluni, ale i mając nadzieję, że zdarzenie to nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji. Dzień
mijał i nie doszły mnie o tym żadne słuchy, więc pomyślałam, że chyba wszystko
było z nią w porządku.
Latem dość często przyjeżdżała do nas z wizytą ciotka Bruchla Greenbaum
z Kielc wraz z kuzynami Mojszełe i Ksylusiem. Czasami przyjeżdżał z nimi wuj
Pincie. Oni też zawsze zatrzymywali się w domu dziadka Nusyna. Niektórzy z naszych wujów, czyli synów dziadka Nusyna, wynajmowali pokój w sąsiadującej
posiadłości Jakubowskiego, aby zwolnić łóżka naszym krewnym spoza miasta.
Zazwyczaj było ciepło i słonecznie, więc często chodziliśmy na dalekie spacery po
okolicznych łąkach. Tam włóczyliśmy się i bawili, podczas gdy matka i ciotka Bruchla siedziały i gawędziły. One zawsze wydawały się mieć tak wiele do przedyskutowania i czerpały wielką przyjemność z przebywania razem. My ani nie rozumieliśmy, o czym rozmawiały, ani nie miało to dla nas znaczenia. Kuzyn Mojszełe
był mniej więcej w wieku Racheli. Miał proste włosy w kolorze tak jasny blond,
jak tylko można było sobie wyobrazić, piegi i jasnoniebieskie oczy. Jego młodszy
brat, Ksyluś, był mniej więcej w moim wieku. Był szczupły tak jak i ja i miał blond
włosy podobne do moich. Ludzie mówili, że wyglądamy jak bliźnięta. Czasami
ciotka albo dzieci drażniły się z nami, mówiąc, iż ja pewnego dnia zostanę jego
żoną. Nie miałam nic przeciwko temu, ponieważ bardzo go lubiłam.
Ciotka Bruchla bardzo lubiła drażnić się ze mną. Pewnego razu, gdy leżałam
na ziemi, a moją uwagę zaprzątał zapach kwiatu, włożyła małą witkę pomiędzy
palce nóg i łaskotała mnie. Lubiłam ją bardzo, a szczególnie podziwiałam sposób,
w jaki się ubierała i dobierała kosmetyki. Dawała mi puste słoiczki i pudełeczka po
kremach i pudrach, uwielbiałam je wąchać i bawić się nimi.
Bardzo lubiłam kłaść się na szczycie trawiastego pagórka na łące i turlać się
w dół jego zboczem. Kuzyn Ksyluś brał ze mnie przykład i też się turlał. Matka nakłaniała Rachelę do turlania, ale ona była dość pulchna i nie miała zamiaru próbować. Ciotka Bruchla zachęcała Mojszełe, ale on też nie chciał. Ksyluś i ja biegliśmy
w górę i staczaliśmy się, biegliśmy w górę i staczaliśmy w dół, znów i znów, dopóki
nie zmęczyliśmy się. Czasem zbieraliśmy kwiaty, a szczególnie niebieskie chabry.
Następnie pletliśmy z nich wianki na głowę, lecz nie robiliśmy tego w szabat, ponieważ nie wolno wtedy zrywać kwiatów.
Przynajmniej raz każdego lata kuzynki Chancia, Rywcia i Ruchcia z Szydłowca przyjeżdżały do nas z wizytą na kilka tygodni. Rywcia tęskniła za domem i po
trzech tygodniach wracała wraz z małą Ruchcią. Natomiast Chancia uwielbiała Bodzentyn tak bardzo, że często przyjeżdżała zaraz po ostatnim dniu szkoły
w czerwcu i zostawała do ostatniego dnia przed rozpoczęciem szkoły we wrześniu. Podczas pobytu w Bodzentynie nasze kuzynki zawsze mieszkały w domu
dziadka Nusyna. Często nasza rodzina i rodzina Bidermanów zbierały się tam na
obiad w jego salonie. Naturalnie, dziewczęta często jadły i spały w naszym domu.
Jedną z charakterystycznych rzeczy w lecie w naszym domu były lepy na muchy, które zwisały z sufitu upstrzone owadami. Ale my nie spędzaliśmy wiele czasu
67
wewnątrz – dwór był o wiele bardziej kuszący. Zwykle bardzo lubiliśmy włóczyć się
razem koło młyna, a także po całym obszernym podwórzu dziadka Nusyna, koło
ogromnych dwuskrzydłowych wrót, które prowadziły na obrzeża Bodzentyna,
a nawet dalej. Tam często włóczyłam się sama albo z najbliższą rodziną. O wiele
zabawniej było z wszystkimi naszymi kuzynami, gdy szliśmy zbierać kwiaty i warzywa, siedzieć na łąkowych pagórkach oraz biegać i bawić się.
Ulubionym miejscem, gdzie chodziliśmy razem był plac zamkowy i jego okolice w pobliżu rzeki na zachodnim brzegu miasta. Chancia była w wieku Irki, Rywcia
w wieku mojej siostry Racheli, a Ruchcia była około piętnaście miesięcy młodsza
ode mnie. Cała nasza szóstka często spacerowała tam razem. Czasami towarzyszyła
nam matka. Krajobraz był malowniczy i piękny, górzysta okolica otoczona łąkami
i dolinami. U podnóża górzystej łąki płynęła spokojnie niebieska Psarka. Okolica
ta była wymarzonym terenem rekreacji i wypoczynku, wiele osób spędzało tam
wolny czas. Fotograf, który mieszkał w pobliżu, ustawiał tam swój aparat i robił
zdjęcia.
Pewnego razu spotkaliśmy tam przyjaciółkę Irki, Ruchcię Barańską, i jej matkę.
Mówiono, że byłam nadzwyczaj pięknym dzieckiem. Matka Ruchci, która bardzo
mnie lubiła i była bardzo miła, powiedziała do mnie:
– Gołdełe, wyglądasz dokładnie jak twój ojciec. Twoje wysokie kości policzkowe są dokładnie jak jego.
Innego razu Ruchcia powiedziała Irce, że średniowieczny król Bodzanta, od
którego pochodzi nazwa Bodzentyn, kiedyś mieszkał w tym zamku. Ja nigdy nie
wchodziłam do zamku z powodu wielu legend: że w nim straszy, że duchy wychodzą z niego nocą, że jeśli ktoś wejdzie do wnętrza z zapaloną świecą, to płomyk gaśnie. Dzieci, a nawet wielu dorosłych bało się kusić duchy zamku. Ale nie
ojciec. Według jednej z rodzinnych opowieści, ojciec założył się, że wejdzie do
zamku z zapaloną świecą i że będzie się ona palić, kiedy wyjdzie. Jestem pewna,
że wszedł i wyszedł, ale nie wiem, czy świeca wciąż płonęła. Ponieważ kuzynka
Ruchcia i ja byłyśmy w podobnym wieku, stanowiłyśmy dobraną parę do zabaw.
Pewnego razu, kiedy wszyscy przyszliśmy na zamek, znaleźliśmy ogromną stertę
słomy i siana. Ja wspięłam się na jej szczyt, Ruchcia zrobiła to samo i zjeżdżałyśmy
razem w dół. Wspinałyśmy się i zjeżdżałyśmy w dół, znowu na górę i znowu w dół,
w górę i w dół, i tak całe popołudnie. Ile miałyśmy zabawy! Chancia i Rywcia uważnie pilnowały nas obu.
Kiedy siedziałyśmy odpoczywając, Rywcia, która miała wrodzone macierzyńskie skłonności, zaplatała w warkocze włosy swojej siostry Ruchci i dobierała
odpowiednią wstążkę, żeby związać nią koniec każdego warkocza. Zazdrościłam
Ruchci włosów, ponieważ moje były zbyt cienkie, żeby upleść z nich grube warkocze. Matka musiała wsuwać wstążkę w moje włosy, aby nadać im grubość odpowiednią do zaplatania.
Latem, kiedy ojciec wyjeżdżał z miasta w interesach, okazjonalnie zabierał ze
sobą niektóre z dzieci. Kiedy w podróżach docierał aż do Warszawy, często wracał z rzeczami, które były niedostępne w Bodzentynie, takimi jak specjalna skóra,
68
z której można było zrobić określonego koloru wysokiej jakości buty albo specjalną tkaninę, z której można było uszyć wyjątkowy garnitur albo suknię. Przywoził
też niezwykłe podarunki dla żony albo dla dzieci.
Pewnego razu Szlomo chciał pojechać z nim. Z jakiegoś powodu, mnie nieznanego, ojciec nie pozwolił żadnemu z dzieci towarzyszyć sobie w tej konkretnej
podróży. Szlomo jednakże zawziął się, żeby jechać, więc schował się w ostatniej
chwili pod stertą słomy z tyłu furmanki, gdy ojciec wdrapywał się na siedzenie
woźnicy. Ojciec ruszył w drogę nie mając pojęcia, że ma pasażera. Dopiero po
jakichś trzydziestu kilometrach Szlomo nagle wyskoczył i nie posiadając się z radości, zawołał:
– Tato, popatrz kto tu jest! Ojciec zazwyczaj był łagodnym, pełnym ciepła i kochającym rodzicem, ale w pewnych okolicznościach, takich jak ta, okazywał żelazną wolę i niepowściągliwość. Chociaż przez moment był zaskoczony, rozsądnie
oświadczył:
– Natychmiast wracamy do domu.
Pomimo gorących próśb Szlomo, ku jego rozczarowaniu, ojciec zawrócił zaprzęg do domu, żeby zostawić Szlomo.
Kilka lat wcześniej, kiedy kuzynka Rywcia była u nas z wizytą, ojciec podróżował pociągiem do Warszawy. Za 25 groszy na dziecko, dorosły mógł zabrać ze
sobą czworo dzieci, więc ojciec wziął Irkę, Rachelę i kuzynkę Rywcię. Gdy pociąg
zbliżał się do Szydłowca, rodzinnego miasta Rywci, ona odczuła nagle przypływ
wielkiej tęsknoty za domem. Błagała ojca:
– Chcę wysiąść i pójść do domu. Proszę, wujku, pozwól mi wysiąść!
Ojciec starał się jej wytłumaczyć, najlepiej jak tylko potrafił:
– Musisz zdać sobie sprawę, moja droga Rywciu, że stacja kolejowa znajduje
się w odległości pięciu kilometrów od twojego domu. Jak się tam dostaniesz?
Ale głęboka tęsknota za domem zupełnie owładnęła małą Rywcię i ta
nalegała:
– Wszyscy na stacji mnie znają, a ja znam ich. Zabiorą mnie do domu. Proszę,
wuju, pozwól mi wysiąść.
Widząc jej determinację, ojciec zabrał Rywcię z pociągu, wsadził w dorożkę,
która miała ją zawieźć do domu, zapłacił woźnicy, poinstruował go, aby zawiózł
Rywcię pod adres ciotki Fajgli i wuja Jeszai. Ucałował małą na pożegnanie i wrócił
do pociągu.
Największą atrakcją naszego sezonu letniego były coroczne rodzinne wakacje.
Przygotowania, wyczekiwanie i sama podróż przywoływały ekscytujące wspomnienia ubiegłych wakacji. Te z kolei pobudzały moją wyobraźnię i niecierpliwą
chęć znalezienia się w miejscu nadchodzących wakacji oraz już, zaraz, doświadczania ich ciągłej radości. Pewnego razu przed wyruszeniem w letnią podróż poczułam, że powinnam pójść pożegnać się z pradziadkiem Alterem. Weszłam do
jego domu, pozdrowiłam go i powiedziałam, że przyszłam się pożegnać, ponieważ
wkrótce wyjeżdżamy na letnie wakacje. Uśmiechając się, pradziadek gestem pokazał mi, bym do niego podeszła. Wsadził prawą rękę do kieszeni, wyjął pół złote69
go i dał mi jako podarunek na wyjazd. Kiedy powiedziałam: – Nie, dziadku, to ja
wyjeżdżam, to ja powinnam ci dać prezent na wyjazd (bo taki był zwyczaj pośród
polskich Żydów), jego stara, zarośnięta brodą twarz rozpromieniła się w pięknym
ojcowskim uśmiechu, kiedy przyciągnął mnie do siebie i pocałował serdecznie
na pożegnanie.
Odpowiedział łagodnie:
– Jedź z Bogiem i bądź zdrowa, moje dziecko.
Były trzy wakacyjne miejsca docelowe, do których zwykle jeździliśmy. Pierwszym było malutkie gospodarstwo rolne w wiosce Celiny, leżące na uboczu, do
którego można było dotrzeć na piechotę, około dwóch albo trzech kilometrów
od Bodzentyna. Tam zwykle wynajmowaliśmy dwa pokoje z możliwością gotowania w wiejskim domu Bartkiewiczów. Na początku jechała cała rodzina, ojciec
i matka, wszystkie dzieci i służąca. Później ojciec wyjeżdżał w interesach i z reguły
wracał na obiad i na wieczór co drugi dzień. Jednak jeśli interesy wymagały podróży do odleglejszych miejsc, wracał w piątek i zostawał z nami na sobotę i niedzielę.
Nasz młyn pracował w soboty, ale ojciec nigdy tam nie chodził tego dnia.
Kiedy młodsze dzieci były małe, Celiny były idealnym miejscem na wakacje,
ponieważ były bardzo blisko domu. Nasza służąca chodziła do miasta po zakupy,
chociaż od czasu do czasu podwożono ją furmanką. W Celinach zawsze spotykaliśmy ojca kuzyna, Chaima Lejbusia Wandersmana, który siadywał na trawiastym
polu, jedząc jajka na twardo i kanapki przyniesione z domu. Mieliśmy ogromną
frajdę włócząc się po okolicy i bawiąc się w tym wiejskim otoczeniu. Nasz dom
wydawał się być całe światy stąd.
Drugim miejscem, gdzie zwykliśmy jeździć na wakacje, była Czarniecka Góra,
około 50 kilometrów z Bodzentyna. Aby się tam dostać, zwykliśmy wynajmować
mały autobus, który przewoził nas, służącą i nasze rzeczy.
Naszym trzecim ulubionym miejscem na letnie wakacje był Berezów, wioska
na obrzeżach Suchedniowa, około 15 kilometrów od Bodzentyna. Jeździliśmy tam
bryczką zaprzężoną w konia ze stajni dziadka Nusyna. W Berezowie wynajmowaliśmy mały, biały domek w środku lasu. Ojciec i matka zwykle chodzili na długie
spacery przez łąkę nad rzekę. Nigdy nie przegapiłam okazji, aby z nimi pójść. Godziny wydawały się mijać niepostrzeżenie. Czasami zabieraliśmy w głąb lasu leżak
dla odpoczynku, albo rozwieszaliśmy hamak pomiędzy dwoma drzewami. Jakże
to było relaksujące. Powietrze było niezwykle ożywcze pośród wysokich, pachnących sosen. Mama chciała, aby wszystkie dzieci świetnie się bawiły, ale szczególnie troszczyła się o mnie, o to abym rozkoszowała się powietrzem i w ten sposób
pobudziła swój apetyt, ponieważ byłam szczupła i generalnie byłam niejadkiem.
Zawsze zabierała ze sobą mnóstwo jedzenia, z jajkami na twardo i kanapkami
włącznie. Wiedziała, że na świeżym powietrzu będę jeść: bardzo lubiłam pikniki.
Graliśmy też w gry – piłkę, warcaby albo szachy, bawiliśmy się.
Chociaż nasze miasto rodzinne miało wiejski charakter, nasze miejsca wakacyjne były jeszcze bardziej wiejskie, więc mieliśmy o wiele więcej przestrzeni do
biegania i zabawy. Mojsze i Szlomo zwykle przywozili rowery do domku w lesie.
70
Kiedy padało, grzmoty i ulewa wydawały się silniejsze niż w Bodzentynie. Ponieważ jazda na rowerze w czasie wyładowań atmosferycznych uważana była za niebezpieczną, trzymali rowery w domku, dopóki deszcz nie przestał padać.
W głębi lasu nawiązywaliśmy przyjaźnie. Pośród ludzi, których tam spotkaliśmy, była młoda, otyła kobieta, która wydawała się cokolwiek niezrównoważona
umysłowo, i która chodziła o lasce. Zawsze zatrzymywała nas i prosiła o jedzenie.
Matka za każdym razem chętnie dzieliła się z nią jedzeniem przygotowanym na
piknik, ale bez względu na to, jak dużo jedzenia dostała, jej apetyt wydawał się
niezaspokojony, a ona miała gotową tę samą odpowiedź:
– Dała mi pani dość jedzenia, aby zaspokoić dokładnie połowę jednego zęba!
Kiedy wspominam wspaniałe lata dzieciństwa, jedno z szabatowych popołudni wyróżnia się szczególnie. Ojciec zabrał mnie wtedy na spacer przez las obok
leśnej polany, do miejsca, gdzie nie było drzew. To był ten jeden raz, kiedy ojciec
i ja poszliśmy tam sami. Łąka prowadząca w dół nad rzekę była niezwykle malownicza, a powietrze tak rześkie, jak może być tylko pośrodku rozległych, wolnych,
niezmierzonych przestrzeni.
Ale najbardziej ekscytujące chwile naszych letnich wakacji były wtedy, gdy
dołączały do nas ciotki z dziećmi. Przyjeżdżały z Szydłowca, Kielc, ze Starachowic
i z Bodzentyna. Przynajmniej trzy spośród pięciu sióstr przebywały razem ze swymi dziećmi przez większość czasu. Każda wynajmowała mieszkanie w odległości
około kilometra od domku, w którym my mieszkaliśmy.
Mężczyźni przyjeżdżali tylko w piątki, późnym popołudniem, zostawali przez
szabat i wracali do domu w niedzielę, żeby pilnować interesów. Trasa, którą ojciec
jeździł w interesach przebiegała blisko Suchedniowa, tak więc w niedziele często
opuszczał nasz domek, aby odwiedzić klientów i poodbierać co większe rachunki.
Rachela zwykle jechała z nim. Bardzo lubiła te podróże i wyczekiwała ich z utęsknieniem. Zwykle wyjeżdżali około 9 rano bryczką zaprzężoną w konia. Przejeżdżali przez rozległe przestrzenie otwartych, zielonych pól z nielicznymi rozrzuconymi pośród nich domkami pod niebieskim, słonecznym niebem. Od czasu do
czasu drogi zaprzęgów krzyżowały się. Na niebrukowanych drogach stukot końskich podków stopniowo stawał się głośniejszy, w miarę jak zaprzęgi się zbliżały.
Na nowszych, asfaltowych drogach, w chwili gdy konie były bardzo blisko, stukot
podków rozbrzmiewał nagle i Rachela bardzo się go bała. Ojciec tłumaczył jej
cierpliwie, dlaczego głośny odgłos końskich kopyt pojawiał się tak nagle i ona już
się nie bała – do następnego razu. Bez względu na to, jak wiele razy ojciec powtarzał swoje wyjaśnienie, Rachela następnym razem zawsze panikowała.
Ojciec zazwyczaj wracał o pierwszej albo drugiej popołudniu, aby przywieźć
Rachelę. Zostawał przez resztę popołudnia, potem wieczorem sam jechał do
domu. Nasz domek znajdował się w gęstym lesie, podczas gdy inne domki położone były bliżej polany albo łąki, około kilometra od naszego. Bardzo lubiliśmy spacerować lasem, by spędzać czas z resztą rodziny. Wokół ich domków było o wiele
więcej miejsca do wałęsania się. Zwykle chodziliśmy razem z naszymi matkami
do pompy wodnej albo do lasu. Biegaliśmy po lesie, z wyjątkiem Racheli, która
71
nie lubiła biegania pomimo nalegań matki. Graliśmy w dwa ognie albo w siatkówkę,
albo po prostu odbijaliśmy piłkę do siebie. Bawiliśmy się razem w piaskownicy, budując zamki z piasku, burząc je i budując ponownie. Chodziliśmy na długie spacery,
jedliśmy na zewnątrz, bawiliśmy się w chowanego, śpiewaliśmy hebrajskie pieśni,
tańczyliśmy Horę, której starsze dziewczynki nauczyły się w szkole Bejt Jakow.
Czasami my, młodsze dzieci, jeździliśmy na hulajnogach, a starsze na rowerach.
Często starsze dzieci nie chciały bawić się z nami, ale nie pozwalano im drażnić się
z nami. Jeśli tak się zdarzyło, skarżyliśmy się naszym mamom i ciotkom, a dręczyciele dostawali reprymendę. Często starsze dzieci chodziły popływać w głębokim
jeziorze w pobliżu; młodsze nie mogły tam z nimi chodzić. Innymi razy oni chodzili
do oddalonej o dwa kilometry stacji kolejowej, żeby popatrzeć na przybywających
i wyjeżdżających pasażerów, albo do tartaku na Bugaju, około dwóch kilometrów
w innym kierunku, gdzie rżnięto drewno i przewożono je wielkimi wozami. Sporadycznie cała rodzina jadła w lesie w hotelu „Szerman”, który był własnością żydowskiej rodziny z Kielc.
Czas płynął tak szybko, prawie niezauważenie. Gdy pewnego razu wracaliśmy
z długiego spaceru, ciotka Bruchla zauważyła, że nikt z nas nie zdawał sobie sprawy,
jak daleko zaszliśmy. Bycie razem i wspólna zabawa sprawiały nam tyle radości, że
koniec każdego dnia nadchodził niemalże jak rozczarowanie, ale takie rozczarowanie, które łatwo i szybko mijało z nastaniem następnego ranka.
Matka i ja miałyśmy przerwę w rozkoszowaniu się tymi błogimi letnimi dniami.
Przerwa jednakże była dla mnie jeszcze jednym cudownym doświadczeniem. Przez
kilka lat pod koniec lat trzydziestych, kiedy moi bracia i siostry byli wystarczająco
dorośli, aby można ich było zostawić samych, matka zwykle opuszczała nasze wakacyjne miejsca, by pojechać na cztery tygodnie do uzdrowiska zwanego Krynica. Krynica położona była na południe od nas, w pięknym otoczeniu gór Karpat,
w pobliżu granicy z Czechosłowacją. Tam ordynowano jej mineralne kąpiele wodne, terapie, nadzór dietetyczny na dolegliwości woreczka żółciowego i reumatyzm.
Zwykle zabierała ze sobą naszą służącą, która opiekowała się mamą podczas kuracji.
Tymczasową służącą wynajmowano dla reszty rodziny na ten okres, gdy my byłyśmy w Krynicy, aż do 1938 roku, kiedy to matka zaczęła zabierać tylko mnie samą.
Pamiętam długą, całonocną podróż pociągiem do Krynicy. Nad ranem, gdy
pociąg mijał Tarnów, a potem Nowy Sącz, wiedziałam, że zbliżamy się do miejsca
naszego przeznaczenia. Serce biło mi szybciej na myśl, że wkrótce po raz kolejny
dotrzemy do tego cudownego uzdrowiska.
W Krynicy byłam pod wielkim wrażeniem eleganckich sklepów z kolorowymi, bogato zdobionymi reklamami na wystawach. Bodzentyn w porównaniu z nią
wydawał się tak prowincjonalny. Matka zwykle zabierała mnie na plac u podnóża
ślicznych kamiennych schodów, gdzie była fontanna. Jej kamienna konstrukcja była
bogato rzeźbiona na obrzeżach, a woda w fontannie była wieczorami kolorowo podświetlona. Ławki wzdłuż trasy spacerowej wyznaczały granice skweru z fontanną.
Tutaj ludzie przysiadali, aby odpocząć i porozmawiać, a równie wiele osób spacerowało dookoła.
72
W uzdrowisku dwa rzędy srebrnych schodów prowadziły do lasu, gdzie było
wiele ogrodzonych ogródków, każdy z rabatami kwiatów w innych kolorach.
Zrywanie jakichkolwiek kwiatów było surowo zabronione, ale te były tak piękne
i pewnego razu tak mnie urzekły, że zerwałam jeden cudowny kwiatek tu, jeszcze
jeden o boskim zapachu tam... i uniosłam je do nosa, wdychając cudowny zapach.
Nagle podbiegł do nas młody mężczyzna, poinformował matkę, że dotykanie
kwiatów jest surowo zabronione i ukarał ją mandatem za mój postępek. Nie miała
innego wyjścia jak tylko zapłacić.
Wieczorami w Krynicy tłumy elegancko ubranych ludzi spacerowały po lesie.
Każdego wieczoru widziałam tam grupy pobożnych Żydów z brodami i pejsami,
chasydów ubranych w płaszcze przypominające kaftany i czarne kapelusze, stojących razem, kołyszących się w medytacji, podczas gdy intonowali mincha maariw,
swoje modlitwy z późnopopołudniowych i wieczornych nabożeństw.
Bardzo lubiłam, kiedy matka zabierała mnie do jednej z restauracji na herbatę.
Pewnego razu duża mucha siadła na naszym stoliku i odpoczywała sobie. Uważając to miejsce za niehigieniczne, wstałam i z oburzeniem oświadczyłam matce:
– Och, ja wychodzę! Nie mogę pić herbaty razem z muchami! To miejsce jest
po prostu niezbyt czyste! Proszę, mamo, chodźmy stąd!
Matka, cokolwiek zaskoczona, wzruszyła ramionami, jednocześnie współczująco się uśmiechając, ale nie próbowała przekonać mnie do pozostania, więc wyszłyśmy.
Pewnego razu pod koniec czterotygodniowego pobytu poczułam się samotna
i zaczęłam tęsknić za resztą rodziny. Matka apelowała do mnie:
– Moja droga Gołdełe, jak możesz czuć się samotna, gdy jest tak dużo ludzi
dookoła?
– Ależ mamo – odpowiedziałam – dla mnie ci ludzie są jak rój mrówek. Chcę
jechać do domu.
– Nie – matka wyjaśniła, że będę musiała cierpliwie poczekać jeszcze parę dni,
dopóki nie skończą się jej sesje terapeutyczne.
W pewnych godzinach, kiedy matka miała umówione zabiegi, zwykle zostawiała mnie na placu zabaw, gdzie bogate rodziny za opłatą zostawiały dzieci
pod nadzorem opiekunek, Bawiliśmy się na huśtawkach, zjeżdżalniach i innych
urządzeniach. Ja jednak już dłużej nie życzyłam sobie, żeby mnie tam zostawiano i nalegałam, aby matka zabierała mnie ze sobą, gdziekolwiek by szła. W końcu matka wymogła na władzach sanatorium, aby pozwoliły mi dołączyć do niej
podczas jednych z jej kąpieli na reumatyzm. Bardzo lubiłam obserwować matkę
siedzącą w wannie w wodzie pełnej bąbelków; zazwyczaj spędzała tam pół godziny. Później poddawano ją zabiegom, suszono i ubierano, po czym udawała się na
konsultację lekarską.
Pewnego razu, kiedy matka miała wizytę u jednego z lekarzy, poprosiła mnie
abym zaczekała w poczekalni. Zamiast siedzieć i czekać, zdecydowałam się przespacerować po okolicy. Powoli rozpoczęłam swój własny obchód, przemieszczając się trochę dalej, i znów trochę dalej, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że nie
73
znam drogi powrotnej do gabinetu lekarza. Przestraszona, zaczęłam pytać ludzi,
jak dostać się z powrotem. Ale gdzie, do kogo i jak? Dopiero po jakimś czasie, który wydawał się nieskończonością wypełnioną niepewnością i męką, udało się tym
ludziom przyprowadzić mnie z powrotem do gabinetu lekarza. Tam czekała na
mnie matka, strasznie przejęta i oczywiście doprowadzona do rozpaczy z powodu
mojej niefrasobliwej eskapady.
Kiedy czterotygodniowy okres leczenia dobiegał końca, matka prawdopodobnie bardziej ode mnie nie mogła się doczekać powrotu do naszego wakacyjnego
domku w lesie i do bycia razem z naszą rodziną. Przed powrotem matka zawsze
kupowała pamiątki dla dzieci. Górale z okolic Krynicy robili śliczne, ręcznie rzeźbione laski. Hodowali też owce, robili kożuchy, które później ręcznie haftowali,
a hafty te były różnokolorowe i robiły duże wrażenie. Z tymi pamiątkami w walizce powracałyśmy do naszego letniska, gdzie spędzaliśmy pozostałą część wakacji
z resztą rodziny.
W takim otoczeniu spędzałam wczesne lata mojego dzieciństwa. Lata te wypełnione były bezgraniczną radością, przyjemnościami i zabawą. Dane mi było
doświadczać szczęścia i tego szczęścia byłam zawsze świadoma. Cieszyłam się
miłością dziadków, rodziców, sióstr, wujów, ciotek i kuzynów. Nasze relacje były
bliskie i serdeczne. Ten cudowny czas spędzany razem i na zabawie powraca
w mojej pamięci, stanowiąc jakże cenne wspomnienia. Jak bardzo lubiłam przyrodę i wiejską atmosferę Bodzentyna i jego okolic, gdy włóczyłam się za ogromną,
drewnianą bramą na końcu posiadłości dziadka Nusyna, po polach i łąkach, i po
następnych polach i łąkach. Jakże mogłabym kiedykolwiek zapomnieć zapach
świeżo skoszonej trawy, kwiatów, strumyków, i jeszcze intensywniejszy, orzeźwiający zapach lasu. Jakże mogłabym kiedykolwiek zapomnieć przejażdżki saniami
zaprzężonymi w konie zimą; albo cudowne spacery z matką i ojcem w lecie; albo
ekscytujące letnie odwiedziny moich kuzynów, ciotek i wujów spoza miasta; albo
przyprawiające o dreszcz letnie wakacje z matką i ojcem, Mojsze, Szlomo, Irką
i Rachelą. Było to życie ziemskiej błogości. Sądziłam, że nigdy nie będzie inaczej,
że będzie trwało zawsze, nigdy się nie skończy. Gdyby tylko tak mogło być...
74
II
Pod rządami nazistów
Wojna przychodzi
do Polski
75
76
8.
Oznaki zagrożenia
Już gdy byłam sześciomiesięcznym dzieckiem, z sąsiadujących od zachodu
z Polską Niemiec zaczęły napływać wieści o wydarzeniach, które stawały się coraz
bardziej groźne i złowieszcze dla Polski, Europy i dla świata w ogólności, a szczególnie dla Żydów. Do tej pory świat nie znał zła tak potężnego i wszechogarniającego, tak zdeterminowanego do wcielenia w życie swoich planów, tak rozmyślnie
oszukańczego w swoich działaniach, jak Adolf Hitler i jego partia nazistowska.
W rezultacie narody świata, duże i małe, długo nie rozpoznawały okropnych niebezpieczeństw, które czaiły się za pozornie idealistycznymi oświadczeniami we
wprawiających w zauroczenie oracjach Hitlera.
Od momentu kiedy naziści przejęli władzę w Niemczech, Żydzi zaczęli odczuwać na własnej skórze ich terror i wściekłość. Potęgowały się one z taką zuchwałością i zdziczeniem, że rozzuchwaleni i zainspirowani nimi antysemici w Polsce
także podejmowali działań przeciwko Żydom. Wciąż narastające zagrożenie wojną wróżyło nieskończenie większe niebezpieczeństwo dla Żydów w Polsce niż dla
jakiejkolwiek innej grupy etnicznej – jeśli nazistowskie Niemcy dadzą upust swojej wściekłości, w parciu na wschód uderzą na Polskę i jej bezbronnych Żydów.
Świadomość takich realiów powoli lecz nieuchronnie zaczęła się pojawiać
w myślach Żydów w Polsce. Poprzez gazety i radio napastliwe przemówienia
Hitlera poznawał cały świat wraz z wiadomościami o wojowniczych oświadczeniach i czynach podejmowanych przez jego nazistowski rząd. Inne doniesienia
mówiły o bezustannych, zajadłych antysemickich pomówieniach i o antysemickich aktach przemocy, których dopuszczano się prawie codziennie w państwie
nazistowskim. Co więcej, gdy niemieccy Żydzi zaczęli uciekać do Polski, polscy
Żydzi dowiadywali się z pierwszej ręki o okropieństwach doświadczanych przez
braci Żydów w nazistowskich Niemczech i tym samym przekonywali się o potencjalnym niebezpieczeństwie grożącym im samym.
Wojowniczy duch nazistowskich Niemiec był obwieszczany za pomocą buńczucznych sloganów partii nazistowskiej od pierwszych dni nastania reżimu, nawet przed dojściem do władzy: Deutschland über alles (Niemcy ponad wszystko), i Heute Deutschland, morgen die Welt (Dzisiaj Niemcy, jutro świat). Przed
1935 rokiem Niemcy wprowadziły w życie pełny program militaryzacji: pobór
77
do wojska całych roczników i masową produkcję czołgów i innego uzbrojenia,
rozbudowę na szeroką skalę sił lądowych, morskich i piechoty. W marcu 1936
roku Hitler rzucił światu wyzwanie, wysyłając swoje wojska i zajmując Nadrenię,
która pozostawała strefą zdemilitaryzowaną od zakończenia I wojny światowej.
Dwa lata później Niemcy zaanektowały Austrię. Partia nazistowska rozpętała
kampanię nienawiści przeciwko Żydom jeszcze przed dojściem do władzy. Propaganda nazistowska obwiniała Żydów za klęskę Niemiec w I wojnie światowej
i za obecny kryzys ekonomiczny szalejący w Niemczech. Slogany i pieśni dawały wyraz tak przerażającym resentymentom, jak Juda Verrecke (Śmierć Żydom)
i Und wenn das Judenblut vom Messer spritz, dann geht’s nochal so Gut (Kiedy żydowska krew spływa z noża, sprawy mają się lepiej). Podżegające nagłówki
krzyczały z pierwszych stron oficjalnej gazety partii nazistowskiej „Der Volksicher
Beobachter”: „Ostrzegamy Żydów”, 3/27/33; „Bojkot Żydów”, 3/28/33; „Uderz
w światowego wroga”, 3/31/33; „Walka obronna [przeciwko Żydom] rozpoczęła
się”, 4/1/33.
Już w pierwszych miesiącach nazistowskiego reżimu wprowadzono w życie ustawy wykluczające Żydów z zawodów medycznych i prawniczych, a także z urzędów państwowych, doprowadzając tym samym ofiary tych sankcji do
utraty tytułów i stałego zatrudnienia, a także przywilejów płacowych. Żydzi byli
też prawnie wykluczani z dziennikarstwa, sztuk pięknych oraz pozbawiani prawa
własności ziemi. Nawet naturalizowanych Żydów ze wschodniej Europy mieszkających w Niemczech pozbawiano obywatelstwa.
W lokalnych społecznościach kontakty towarzyskie pomiędzy Żydami i nieŻydami były zakazane pod karą więzienia. Żydów usuwano z teatrów, sal koncertowych, muzeów, parków, a oddziały szturmowe często robiły naloty na sklepy,
kawiarnie, teatry i parki w poszukiwaniu Żydów. Wszędzie pojawiły się znaki:
„Żydzi tutaj niepożądani”; „Zakaz kupowania w tej żydowskiej instytucji”. Na
drzwiach gabinetów żydowskich lekarzy i prawników można było przeczytać:
„Uwaga! Żyd! Wizyty zakazane”. Łamiący te zakazy byli bici, więzieni albo wyrzucani z posady. Wschodnioeuropejscy Żydzi, którzy spacerowali ulicami Berlina,
byli napadani przez grupy nazistów, a policja często łapała przechodzących Żydów i zmuszała ich do sprzątania ulic.
Na mocy specjalnego dekretu z 1934 roku, wschodnioeuropejskich Żydów
mieszkających w Niemczech zaczęto deportować do krajów ich pochodzenia. W następnym roku wydano dekrety wyrzucające dzieci żydowskie ze szkół
w Niemczech i wykluczające Żydów ze służby w niemieckich siłach zbrojnych.
Niesławne ustawy norymberskie z 15 listopada 1935 roku definiowały Żyda jako
posiadającego więcej niż jednego żydowskiego dziadka, a wszystkich, których
prawnie określono jako Żydów, pozbawiono obywatelstwa niemieckiego. W przemówieniu, w którym Adolf Hitler proklamował światu wprowadzenie tych praw,
złowieszczo oświadczył, że celem nowego prawa jest stworzenie znośnego rozwiązania kwestii żydowskiej. Ale jeśli to rozwiązanie nie przyczyni się do osiągnięcia założonego celu „wtedy problem będzie musiał być przekazany prawem
78
partii nazistowskiej do ostatecznego rozwiązania”. Tak oto po raz pierwszy świat
usłyszał eufemistyczne stwierdzenie, które w owym czasie oznaczało wypędzenie
całej społeczności żydowskiej z Niemiec na wyspę Madagaskar, ale sześć albo siedem lat później oznaczało planowe ludobójstwo całego żydowskiego narodu.
Mowa Hitlera z roku 1937 zawierała następujące niewiarygodne stwierdzenia:
„Tylko ten kto zna radości płynące z okrucieństwa może być historycznie efektywny dzisiaj... Podstawy mojego programu to krew i ogień... Nienawidzę wszystkiego, co jest duchem i człowieczeństwem”. Przed rokiem 1938 znaki z napisem
„Zakaz wstępu dla Żydów” można było spotkać przed hotelami, sklepami spożywczymi, sklepami mięsnymi, piekarniami i mleczarniami w całych Niemczech.
Mleko było niedostępne nawet dla dzieci żydowskich. Lekarstw też już nie wolno
było sprzedawać Żydom. Rok 1938 był świadkiem dekretów wykluczających Żydów z przedsiębiorstw przemysłowych i wymuszających przekazywanie żydowskich interesów nie-Żydom, jak również dekretów wprowadzających obowiązek
rejestracji wszelakiej żydowskiej własności oraz noszenia przez Żydów specjalnych kart identyfikacyjnych, ostemplowanych dużą, czarną literą J.
Antysemityzm w Polsce miał długą historię. Jednak rozmiary i intensywność
antyżydowskiej propagandy, zarządzenia, przemoc zalewająca Niemcy były zachętą i pobudką dla antysemickich nastrojów i czynów w Polsce. Wielu Polaków
przez długi czas zazdrościło Żydom ich przedsiębiorczości i zdolności, ale teraz,
w połowie lat trzydziestych, ich niezadowolenie coraz bardziej się ujawniało. Żydowskie mieszkania-sklepy w centrum miast, jak również zdominowane przez
Żydów rzemiosło, dostarczające niezbędne towary i usługi lokalnej gospodarce
i społeczności, były coraz jawniej postrzegane z zazdrością i wrogością.
Pełnym urazy spojrzeniom towarzyszyło coraz więcej i więcej złych czynów.
W oświadczeniu z 1936 roku kardynał Hlond oskarżył Żydów o praktykowanie
oszustwa oraz lichwy i doradzał swoim krajanom: „robi dobrze ten, kto preferuje
swoje własne przedsięwzięcia handlowe i unika sklepów żydowskich i straganów
żydowskich na targu”. Polacy szybko zastosowali się do zalecenia arcybiskupa.
W Bodzentynie krawcy, kapelusznicy i cholewkarze byli w większości żydowskimi rzemieślnikami. Podobnie handel żywnością znajdował się głównie w żydowskich rękach. Teraz Polacy zaczęli wchodzić do tych zawodów i przedsięwzięć
– z zamiarem wyparcia bodzentyńskich Żydów. Jawnie zachęcano do bojkotu istniejących żydowskich placówek. W poniedziałek, cotygodniowy dzień targowy,
kiedyś przyjaźnie nastawieni Polacy pikietowali w Bodzentynie przed żydowskimi straganami na Placu Żwirki, z hasłem: „Nie kupuj od Żyda”, Inni stawali przed
wejściami do sklepów, próbując uniemożliwić swoim rodakom Polakom dostanie
się do nich i fotografując klientów, którzy ignorowali ich wysiłki.
W tym czasie antyżydowski pogrom wybuchł w Przytyku, małym miasteczku blisko Radomia. Pogrom ten zapoczątkował nową falę antysemityzmu w całej
Polsce i przyprawiał o dreszcz zgrozy każdego Żyda w kraju. W Bodzentynie na
budynkach, płotach i ławkach pojawiały się napisy: „Polska bez Żydów”, „Żydzi
do Palestyny”, „Nie handluj z Żydem”.
79
Na ulicy Langiewicza antyżydowski incydent miał miejsce w sklepie spożywczym i zbożowym należącym do Jechiela Grossmana, który kiedyś miał udział
w naszym rodzinnym młynie. Nieżydowski sąsiad Grossmanów przychodził od
czasu do czasu do ich sklepu, aby pożyczyć wagę, którą pan Grossman z reguły
chętnie pożyczał. Pewnego popołudnia w sobotę sąsiad przyszedł znów pożyczyć
wagę. Ponieważ był dzień szabatu, sklep był zamknięty. Przestrzegający zaleceń
religijnych Żyd powstrzymuje się w szabat od dotykania jakichkolwiek rzeczy
związanych z codziennymi, nie tylko zawodowymi obowiązkami, więc pan Grossman odmówił pożyczenia swojemu sąsiadowi wagi tego dnia.
Dwa dni później wysoki, muskularny sąsiad, widocznie poirytowany, wszedł
do sklepu. Zbliżył się do Jechiela Grossmana, chwycił go za brodę, wyciągnął
przez ladę i wykrzyknął ile sił w płucach, czerwieniejąc na twarzy z rozdrażnienia
i wściekłości:
– Dlaczego, u diabła, nie dałeś mi tej przeklętej wagi, śmierdzący Żydzie?
Pan Grossman, obolały i krwawiący, krzyczał zdesperowany, ponieważ jego
broda pozostawała w stalowym uścisku potężnego sąsiada. Szybko jego syn Nuter podniósł żelazny odważnik, podbiegł do dręczyciela ojca i uderzył go mocno
w głowę. Krew płynąca z czubka głowy zmusiła napastnika do zwolnienia uścisku,
w którym trzymał pana Grossmana.
W ciągu kilku minut incydent przyciągnął uwagę praktycznie całej społeczności. Sąsiad, krwawiąc i boleśnie cierpiąc z powodu rany na głowie, ale jednocześnie bardziej zaślepiony nienawiścią niż cierpiący z bólu, pobiegł do domu.
Wkrótce wkroczył z powrotem do sklepu, tym razem z pałką w ręku, i wściekle
przeklinając zaczął gonić pana Grossmana po sklepie. Starszy syn pana Grossmana, Alter, chwycił odważnik i rzucił się na nieustępliwego sąsiada. W całym zamieszaniu podczas ucieczki pan Grossman upadł na podłogę zraniony, podczas gdy
Alter kontynuował pościg za napastnikiem, aż udało mu się powalić go na ziemię
mocnym ciosem w głowę. Kiedy synowie Grossmana poskromili mściwego sąsiada, zagrozili mu, że jeśli kiedykolwiek w przyszłości sprowokuje podobne zajście,
bez wahania zabiją go. Niestety, niektórzy z nie-żydowskich obserwatorów udzielili moralnego wsparcia swojemu pobratymcowi i zaczęli wykrzykiwać: „Hitler
wkrótce przyjdzie i wyrzuci was stąd. On będzie wiedział, jak się wami zająć”.
Z powodu tych, coraz bardziej narastających, antyżydowskich nastrojów ojciec zaczął rozważać możliwość opuszczenia domu w Polsce, mimo głęboko zapuszczonych korzeni, i przeprowadzenia się do Palestyny albo do Kanady. Prawdę
mówiąc, nie po raz pierwszy przemyśliwał o tym. W 1920 roku, zanim jeszcze
ożenił się z matką, brał pod uwagę możliwość przeprowadzki do Kanady, ale ponieważ matka była niechętna temu pomysłowi, ojciec zrezygnował. Teraz jednak
zaczął korespondować z bratem wuja Froima Bidermana, który mieszkał w Palestynie i z kuzynem mieszkającym w Kanadzie. Dowiedział się, że w Palestynie warunki życia pozostawiały wiele do życzenia. Liczne dobra, usługi i udogodnienia
albo były niedostępne, trudno osiągalne, albo ich ceny były niebotyczne. Co więcej, zagrożenie atakami arabskimi było wszechobecne. Korespondencja z Kana80
dy wskazywała, że ziemia do uprawy była łatwo dostępna, ale działki w większych
miastach były drogie.
Matka, przyzwyczajona do względnych luksusów w Polsce, nie chciała słyszeć
o przeprowadzce do Palestyny. Co do Kanady, argumentowała, że nie będzie szczęśliwa mieszkając na obszarach wiejskich w Kanadzie, gdzie nie było prawie w ogóle
Żydów i gdzie dzieci utraciłyby swoją żydowską tożsamość. Ponieważ wydarzenia,
które miały miejsce sto czy nawet dwa kilometry stąd nie dotykały nas bezpośrednio, tłumaczyła sobie, że warunki w Polsce nie są jeszcze tak złe, żeby usprawiedliwiały kosztowną przeprowadzkę do nieznanego kraju. Wolała zostawić rzeczy
samym sobie i pozwolić, aby wydarzenia w Polsce potoczyły się swoim torem. Co
więcej, bardzo chciała aby ojciec przebudował duży magazyn przylegający do naszego domu i zamienił go na nowy dom dla naszej rodziny, jak to było pierwotnie zamierzone. Ojciec ustąpił jej pragnieniu pozostania w Bodzentynie, jednakże
sprzeciwił się i odrzucił pomysł przebudowy. Uważał, że sytuacja polityczna w Europie i otoczenie społeczne w Polsce jest zbyt nieprzewidywalne i niepewne, żeby
pozwalać sobie na dużą inwestycję w nieruchomości.
Niemniej dzień za dniem upływał w atmosferze względnej normalności. Wiosną 1938 roku powstał budynek przy najbardziej wysuniętej na południe części
młyna, składający się z kilku pokoi. Pokoje te używane były na potrzeby administrowania i zarządzania młynem. W tym budynku wuj Lejbuś miał biuro, gdzie
trzymał dokumenty związane z transakcjami kupna urządzeń mechanicznych.
Tego lata spędziliśmy jedne z najbardziej udanych rodzinnych wakacji w Berezowie, na obrzeżach Suchedniowa. Cudowne powietrze, kwiaty oraz zieleń
pobudzały i dodawały nam wigoru jak zawsze, a cudowne letnie niebo zadawało
kłam zbierającym się politycznym chmurom. Matka zabrała mnie na swoją czterotygodniową kurację do Krynicy w Karpatach, gdzie piękno przyrody było tak
bardzo urzekające i emanujące spokojem, jak tylko można było sobie wyobrazić.
Jesienią 1938 roku poszłam do pierwszej klasy, podczas gdy Szlomo i Rachela
poszli do piątej, a Mojsze i Irka do siódmej i ostatniej klasy szkoły podstawowej
w Bodzentynie.
Najważniejszym wydarzeniem roku dla rodziny był w tym czasie ślub wuja Mojsze z młodą kobietą z Krakowa o nazwisku Chawcia Gitler. Pamiętam zamieszanie
i ekscytację w domu, gdy matka przygotowywała się do ślubu. Kilka razy jeździła
do Kielc do przymiarki specjalnego stroju do bardzo znanego, wyjątkowo dobrego
krawca. Byłam pod wielkim wrażeniem jej pięknego, bogatego futrzanego płaszcza
i kapelusza. Z naszej najbliższej rodziny tylko matka i Irka pojechały na ślub. Oczywiście, dziadek Nusyn i wujowie Froim, Jankiel i Lejbuś też brali w nim udział, jak
również ciotka Bruchla i wuj Pincie Greenbaum z Kielc i wujek Jeszaja Ehrlich oraz
kuzynka Chancia z Szydłowca. Pamiętam, że matka przywiozła mi dużą czerwoną
piłkę jako pamiątkę, kiedy wróciła z uroczystości weselnych. Bardzo lubiłam bawić
się nią z koleżankami. Po ślubie wuj Mojsze i jego nowa żona przeprowadzili się do
Kielc, gdzie otworzyli sklep żelazny podobny do sklepu dziadka Nusyna, którym
wuj Mojsze zarządzał do momentu swojego ożenku.
81
Podczas gdy w Polsce życie toczyło się normalnie, kilka posunięć Niemiec
doprowadziło Europę na skraj wojny. Na początku września 1938 roku Hitler zażądał, aby Czechosłowacja oddała mu Sudety pod pretekstem przyniesienia „wolności prześladowanym” Niemcom sudeckim. 12 września zagroził wojną w celu
doprowadzenia do owego „oswobodzenia”. Ustępując jego bezczelnym groźbom,
prezydenci i premierzy Anglii, Francji i Włoch spotkali się z nim w Monachium
29 września i zaakceptowali ultimatum. Dwa tygodnie później, 11 października,
wojska niemieckie weszły i zajęły Sudety nie napotykając oporu.
28 października 1938 roku ponad piętnaście tysięcy Żydów, byłych obywateli
polskich, zostało aresztowanych przez gestapo, spędzonych razem i przetransportowanych do Zbąszynia, małego miasteczka na granicy polsko-niemieckiej. Stamtąd przepędziła ich przez granicę do pasa ziemi niczyjej niemiecka policja i oddziały SS. Od jednego z tych nieszczęsnych Żydów, którego znaliśmy z Bodzentyna,
mieliśmy relację z pierwszej ręki o ogromnej tragedii i upokorzeniach, jakich doznawały żydowskie społeczności w Niemczech. Powiedział, że tylko podczas tej
ostatniej deportacji wielu naszych braci zginęło od ciosów i wyczerpania w trakcie podróży.
7 listopada w Paryżu, we Francji, Herszel Grynszpan, siedemnastoletni syn
jednego z tych nieszczęsnych małżeństw, które zostały deportowane do Polski,
pomścił okrutne traktowanie swoich rodziców – zabił urzędnika ambasady nazistowskich Niemiec w Paryżu. Wykorzystując to wydarzenie jako pretekst do
zintensyfikowania wściekłej kampanii szczucia na Żydów, władze nazistowskie
w Niemczech doprowadziły do ogólnonarodowego pogromu. Od tego wieczoru – 9 listopada – który stał się znany jako Kryształowa Noc, przez cały dzień
10 listopada Niemcy zniszczyli 76 synagog, podpalili albo zniszczyli 191 innych,
ofiarą wandalizmu bądź podpalenia padło 7500 żydowskich sklepów, domów
i firm. Zabito 36 Żydów, 36 doznało poważnych obrażeń, a ponad 30.000 zostało
aresztowanych i zesłanych do obozów koncentracyjnych w Buchenwaldzie, Sachsenhausen i Dachau. Szczytem ironii w tej tragedii było to, że władze nazistowskie
ukarały społeczność niemieckich Żydów grzywną w wysokości miliarda marek
w ramach odszkodowania za wyrządzone szkody.
15 listopada, nowym dekretem, pozwolono rządowi nazistowskiemu na konfiskatę złota i kosztowności będących własnością Żydów. Dwa miesiące później,
w styczniu 1939 roku, Hitler oświadczył: „Jeśli międzynarodowe Żydostwo jeszcze raz pogrąży narody świata w wojnie, skutkiem tego będzie unicestwienie rasy
żydowskiej w Europie”.
14 marca 1939 roku, tym razem bez żadnego pretekstu, Hitler rozkazał swoim
wojskom zająć Czechosłowację. Dokładnie tydzień później siły niemieckie zajęły
znajdujące się na granicy litewskiej portowe miasto Memel i od razu zażądały od
Polski wolnego miasta Gdańsk oraz prawa zbudowania drogi przez polski korytarz – tak Niemcy nazywali Pomorze Gdańskie. Polski rząd natychmiast odrzucił
te żądania i zaapelował o poparcie rządów Anglii i Francji. Obydwa rządy odpowiedziały i publicznie zagwarantowały nienaruszalność polskich granic, zapew82
niając, że wypowiedzą wojnę Niemcom w razie nazistowskiego ataku na Polskę.
Sześć tygodni później, w mowie wygłoszonej 28 kwietnia, Hitler odpowiedział
wypowiedzeniem polsko-niemieckiego paktu o nieagresji.
Pomimo rosnącego politycznego napięcia, szczególnie pomiędzy Niemcami
i Polską, rutyna naszego codziennego wiejskiego życia w Bodzentynie nie odbiegała od względnej normalności. W końcu czerwca wszyscy ukończyliśmy rok
szkolny bez przeszkód. Jednakże dorośli obawiali się niebezpieczeństw związanych z prawdopodobną wojną. Z powodu obaw ojca lato 1939 roku spędziliśmy
w domu. Po raz pierwszy w ostatnich latach matka nie pojechała do Krynicy.
Jednak kuzynki Chancia i Rywcia z Szydłowca przyjechały do nas w odwiedziny,
a nam bardzo podobało się spędzanie lata w Bodzentynie. Rywcia jak zwykle wyjechała do domu po trzech tygodniach, podczas gdy Chancia została z nami przez
całe wakacje.
Nasze radosne lato zaburzyła nagła śmierć pradziadka Altera. Miał on długie
i szczęśliwe życie, niemniej jego śmierć pogrążyła w smutku całą rodzinę. Równocześnie jednak miały miejsce dwa radosne i obiecujące wydarzenia rodzinne:
wujek Froim zaręczył się z młodą kobietą spoza miasta, a wujek Mojsze i ciotka
Chawcia, którzy teraz mieszkali w Kielcach, doczekali się jasnowłosego chłopczyka, któremu nadali imię Samuś.
Wiadomości, które do nas dochodziły przez całe lato, informowały o negocjacjach pomiędzy aliantami – Wielką Brytanią i Francją – a Rosją oraz o ostrzeżeniach płynących ze strony rosyjskiej, przewidujących możliwość wznowienia
rozmów pomiędzy nią i Niemcami. W Polsce czarne chmury zwiastujące wojnę
wydawały się bardziej złowieszcze niż kiedykolwiek wcześniej przed kończącym
się sierpniem. W jednej ze swoich podróży w interesach ojciec dotarł do Katowic,
w pobliżu granicy z Niemcami, gdzie sprzedawał nasiona czosnku niemieckiemu
klientowi, który następnie wysyłał ładunek do Niemiec. W Katowicach ojciec rozmawiał o polityce ze swoim partnerem od interesów i od niego usłyszał przerażającą ocenę bieżących wydarzeń z niemieckiego punktu widzenia. Klient ojca był
przekonany, że wojna w każdej chwili może wybuchnąć i że Polska jest zupełnie
nieprzygotowana do walki z nowoczesną, zmotoryzowaną armią niemiecką. Jakiekolwiek usiłowania podjęcia walki obronnej przez Polskę, jego zdaniem, będą
bezsensowne i skazane na klęskę w ciągu kilku dni.
Kiedy ojciec wrócił do domu, zdał relację z przewidywań swojego klienta i wyraził wielki niepokój, co może się stać z Żydami, jeśli przewidywania klienta okażą
się trafne. Matka przypomniała ojcu, że już kiedyś przeżyliśmy wojnę i straszne
czasy i przetrwaliśmy. Tak prawdę mówiąc, ciągnęła, podczas I wojny światowej,
kiedy Niemcy okupowali Bodzentyn, ich władze okupacyjne były bardzo rozsądne i rozważne. To Rosjan i ukraińskich Kozaków musieliśmy się bać. W międzyczasie, zasugerowała, jesteśmy tutaj, nie ma żadnej wojny i nie ma tutaj żadnych
Niemców.
Nagle 23 sierpnia radio i gazety doniosły o oficjalnym podpisaniu paktu o nieagresji pomiędzy Niemcami i Rosją. Nie trzeba było wiele wyobraźni, by zdać
83
sobie sprawę, że jeśli Niemcy zaatakują Polskę, to Anglia i Francja już nie będą
mogły liczyć na to, że Rosja razem z nimi zagwarantuje nienaruszalność granic
Polski. W Bodzentynie gorączka wojenna zapanowała wszędzie. Pamiętam jak
ludzie stali w grupach na Placu Żwirki, z niepokojem dyskutując o sytuacji politycznej. Chociaż ja nie rozumiałam samych dyskusji, to czułam podekscytowanie,
oczekiwanie czegoś nagłego, co się może zdarzyć w każdej chwili. Nigdy czegoś
takiego nie doświadczyłam, więc nie miałam pojęcia, jak to może wyglądać. Może
to będzie coś dobrego? Coś złego? Intensywność dyskusji doprowadzała do powstania we mnie uczucia prawie że niecierpliwego wyczekiwania.
Słyszałam, jak ludzie mówili, że bomby mogą spadać z powietrza. Jeden mężczyzna mówił, że jeśli wojna wybuchnie, to on ucieknie do Warszawy. Kiedy ojciec zapytał go, dlaczego do Warszawy, odpowiedział, że w 1917 roku, podczas
I wojny, kiedy Austriacy wycofywali się przed ofensywą rosyjską, Bodzentyn został doszczętnie spalony, a Warszawa uniknęła zniszczeń wojennych. Ojciec zripostował:
– Ale jest jedna istotna różnica tym razem. Teraz w Niemczech jest Hitler,
i wszystko na to wskazuje, że nie oszczędzi on dużych miast w innych krajach po
to, aby zachować ich piękno i miejsca pamięci narodowej.
Mężczyzna odpowiedział:
– Może masz rację, ale mam przeczucie, że będę bardziej bezpieczny w Warszawie niż w Bodzentynie.
29 sierpnia gazety i radio doniosły, że Niemcy ogłosiły powszechną mobilizację swoich sił zbrojnych. Wojna była tuż-tuż.
84
9.
Wybuch Wojny
O świcie w piątkowy poranek 1 września 1939 roku wojska nazistowskich
Niemiec przedarły się przez polską granicę. W pełnej mobilizacji, z najnowocześniejszymi czołgami i innym wyposażeniem, 70 dywizji najlepiej wyszkolonych
wojsk przedostało się w głąb Polski w siedmiu różnych miejscach. W tym samym
czasie równie dobrze przygotowane siły lotnictwa zrzuciły bomby z samolotów
bojowych na niezliczone miasta i wioski, siejąc zniszczenie i strach w całym kraju. Anglia i Francja zareagowały natychmiast – wypowiadając Niemcom wojnę,
a świat zadrżał w posadach zdając sobie sprawę z tego, że właśnie zaczęła się II wojna światowa. Na nieszczęście, ani Francja, ani Anglia nie miały takiego położenia
geograficznego, aby mogły udzielić Polsce bezpośredniej pomocy, nie były też
przygotowane do ataku na Niemcy od zachodu, a tym samym do udzielenia pośredniej pomocy wojskowej. W rezultacie, Polska pozostała bez sprzymierzeńców,
pozostawiona sama na przyjęcie głównego uderzenia niemieckiego najazdu.
Polska rozpoczęła swoją mobilizację w czwartek 31 sierpnia, zaledwie godziny przed niemiecką inwazją. Polska armia w liczbie 350.000 żołnierzy składała
się głównie z piechoty, niewielu czołgów, 800 samolotów wojennych i nielicznej
ciężkiej artylerii. Jej główną siłą mobilną była liczna, ale przestarzała i nieskuteczna
kawaleria. Już pod koniec pierwszego dnia wojska niemieckie zdołały wedrzeć się
w głąb Polski. Do soboty wciąż uziemione polskie lotnictwo zostało zbombardowane i zniszczone atakami z powietrza. Polskie dowództwo wojskowe planowało
wycofanie sił i stworzenie linii obrony na rzece Wiśle. Jednakże siły niemieckie
z niespotykaną szybkością, która wkrótce doczekała się określenia Blitzkrieg, albo
wojna błyskawiczna, przedostały się na tyły wojsk polskich i okrążyły je, doprowadzając do odcięcia małych jednostek od sił głównych, które następnie mogły łatwo
pokonać.
W Bodzentynie wieści o ponurej wojnie przyczyniały się do rozprzestrzeniania
strachu i rozpaczy. W domu pojawiło się wiele trosk. Wuj Lejbuś został powołany
do armii polskiej. Teraz, kiedy wojna wybuchła, a polska obrona wydawała się tak
nieskuteczna i zdezorganizowana, kto mógł wiedzieć, jakie niebezpieczeństwa nas
czekały...
85
Dziadek Nusyn pojechał na wizytę do lekarza do Kielc kilka dni wcześniej.
Usłyszawszy w radio, że Kielce zostały zbombardowane, bardzo się martwiliśmy
o niego. Wrócił do domu dopiero wieczorem, po pełnej niebezpieczeństw podróży.
Kuzynka Chancia przebywała u nas na wakacjach; odwiezienie jej do domu w Szydłowca na pewno nie było priorytetem ze względu na ogromne ryzyko. Pierwsze
dyskusje koncentrowały się na planach związanych z bardzo prawdopodobnymi
bombardowaniami Bodzentyna, wkroczeniem jednostek niemieckich, ewentualnymi walkami o Bodzentyn i zdobyciem go. Ojciec zaczął przymocowywać zielone paski papieru do okien, aby w czasie bombardowania z powietrza zapobiec ich
wibracjom, mogącym doprowadzić do pęknięcia. Włożył też dużą sumę w walucie amerykańskiej do butelki, zrobił otwór w ścianie w kuchni i schował butelkę
w ścianie, aby pieniądze były bezpiecznie ukryte.
Po całym Bodzentynie bezładnie biegały tłumy ludzi, Żydów i nie-Żydów, nie
wiedząc, w którym kierunku się udać. Ci, którzy mieli furmankę i konia, wyjeżdżali. Inni szli na piechotę. Wielu kierowało się w stronę Rosji. Już w sobotę 2 września rozeszły się po mieście pogłoski, że szczególnie Żydzi, jeśli są mądrzy, powinni
uciekać z Bodzentyna. Pogłoski prawdopodobnie rozpuszczały pośród polskich
chłopów antysemickie grupy niemieckich sympatyków. Niemniej przyczyniały się
one do zaognienia i tak już gorącej atmosfery, bliskiej paniki.
Nasza rodzina nie była przygotowana do natychmiastowej ucieczki z miasta.
Ponieważ były małe dzieci, ojciec zdał sobie sprawę, że nie jesteśmy tak mobilni jak
inne rodziny. Niemniej uważał, że powinniśmy podjąć wszelkie wysiłki by przedostać się do potężnego, sąsiadującego z nami od wschodu kraju. Matka odczuwała
wielką niepewność co do wyjazdu do dziwnego kraju, gdzie warunki życia uważane były za, w najlepszym razie, wątpliwej jakości.
– Jesteśmy zupełnie nieprzygotowani do surowych rosyjskich zim – argumentowała. – Nasze ubrania są nieodpowiednie i możemy tam zamarznąć na śmierć.
Prawdopodobnie nie będziemy mieć nic do jedzenia poza chlebem i olejem, a być
może nawet i to nie. A co będzie, jeśli się znajdziemy w pobliżu wycofujących się
wojsk polskich, albo w rejonie walk? Boję się jechać do Rosji.
Niemniej, stojąc wobec wyboru pozostania w Bodzentynie na drodze nadciągającej armii niemieckiej, a później życia pod niemiecką okupacją, ojciec zadecydował, że musimy opuścić Bodzentyn i udać się w kierunku granicy rosyjskiej. A konkretnie zdecydował, że powinniśmy jechać do Koprzywnicy, miasta oddalonego
o jakieś 75 kilometrów na południowy wschód od Bodzentyna, gdzie mieszkali
w rozległych posiadłościach bogaci polscy właściciele ziemscy i ojca klienci w interesach. Ojciec miał nadzieję, że będziemy mogli się tam zatrzymać na kilka dni
i będziemy mieli sposobność rozważyć wszystkie możliwości przed wyruszeniem
w dalszą drogę.
W ten oto sposób plan się wykrystalizował: wyruszymy do Koprzywnicy już
następnego dnia. Ojciec załatwił z polskim chłopem, że będzie powoził jednym
z dwóch wozów, których będziemy używać w podróży i poinstruował go, żeby się
przygotował do wyjazdu z samego rana. Wydarzenia jednak potoczyły się szybciej
niż ojciec oczekiwał.
86
Zostaliśmy gwałtownie przebudzeni, około czwartej rano następnego dnia,
gorączkowym kołataniem do drzwi. To był wuj Froim, który przyszedł poinformować nas, że w mieście wybuchła panika.
– Wszyscy wydają się uciekać – oświadczył. – Jankiel i ja wyruszamy natychmiast do Rosji.
A później dodał:
– Róbcie co tylko chcecie, byle szybko. Nie ma czasu do stracenia.
Pamiętam bieganinę, poruszenie i ogólne zamieszanie, podczas gdy spieszyliśmy się, aby wyjechać z Bodzentyna. Ojciec zaprzągł konie do dwóch wozów,
jak to pierwotnie było planowane, i pobiegł po chłopa, najętego dzień wcześniej.
W stanie bliskim paniki, wszyscy pomagaliśmy w szybkim załadunku jednej
z furmanek jedzeniem, ubraniami i różnymi innymi rzeczami, których według
matki mogliśmy potrzebować w drodze.
W pośpiechu ojciec upuścił butelkę, którą uprzednio napełnił pieniędzmi,
i dolary amerykańskie leżały na podłodze w kuchni. Wyraźnie zdenerwowany,
rzucił porywczo:
– Och, mamy wystarczająco pieniędzy i bez tego. Jedźmy już.
Nie zbierając nawet pieniędzy, pośpiesznie wybiegliśmy z domu do wozów,
które stały gotowe na podwórzu.
Polski chłop już czekał na zewnątrz. Wdrapał się na siedzenie furmanki z naszymi rzeczami, podczas gdy nasza cała rodzina – matka, Mojsze, Szlomo, Irka,
Rachela i ja – w pośpiechu załadowała się na pusty wóz, a ojciec wdrapał się na
siedzenie woźnicy. Ruszyliśmy w drogę, jadąc drogami zatłoczonymi spanikowanymi ludźmi: jedni jechali, inni szli, wszyscy szukali schronienia, ale nikt nie
wiedział, gdzie je można znaleźć. Nasza podróż była długa, mieliśmy choć tyle
szczęścia, że dzień był słoneczny. Niemniej fakt, że przyszłość była tak niepewna, a ruch na drogach tak duży, przyczynił się do tego, że podróż wydawała się
bardziej męcząca niż gdyby miała ona miejsce w normalnych okolicznościach.
Ojciec był dość optymistycznie nastawiony co do udzielenia nam gościny przez
klienta. Sprzedawał mu duże ilości ziarna i nasion na kredyt przez długi czas, i tak
się złożyło, że był on winien ojcu pieniądze za ostatnie transakcje. Na dodatek,
on i ojciec utrzymywali serdeczne osobiste stosunki, a bogaty właściciel ziemski
wydawał się darzyć ojca jako człowieka głębokim szacunkiem.
Przed południem, zmęczeni podróżą, dotarliśmy do posiadłości. Ojciec podszedł do jej właściciela i wytłumaczył mu nasze kłopotliwe położenie. Ulżyło
nam, gdy zobaczyliśmy, że odpowiedział ciepło i życzliwie. Oddał nam mieszkanie swojej służby do dyspozycji. Jak dobrze było rozładować wozy nawet na tak
tymczasowe zamieszkanie! Właściciel kazał nam przynieść jedzenie, poczuliśmy
się bezpiecznie. Następnego ranka podano nam śniadanie. Mieliśmy nadzieję, że
czeka nas dzień odpoczynku i względnego spokoju.
W tym czasie ojciec, niespokojny, chciał poznać rozwój ostatnich wojennych
wydarzeń, żeby dokładnie przemyśleć nasze następne kroki. Na jego barkach
spoczywała odpowiedzialność za decyzję, której następstwa były na wagę życia
87
i śmierci. Jeśliby wybrał podróż do Rosji, nie mielibyśmy pomocy ani rodziny,
ani przyjaciół. Kto mógł wiedzieć, jakie ryzyko wiąże się z próbą przekroczenia
granicy, szczególnie z piątką dzieci w wieku od 7 do 15 lat? Czy w dziwnym komunistycznym kraju, gdzie się zatrzymamy, ojciec będzie miał taką samą swobodę
postępowania, jak w Polsce, gdzie za pieniądze i łapówki można było załatwić prawie wszystko? Czy jedzenie, ubranie i schronienie zawsze będzie można kupić?
Z drugiej strony, jeśli zostaniemy w Polsce pod niemiecką okupacją, być może
będziemy mieć szansę na przeżycie, jeśli Niemcy będą rządzić Polską tak jak
w czasie I wojny światowej. Sądząc jednak po publicznych wypowiedziach Hitlera i prześladowaniach, których już doświadczyli Żydzi w Niemczech, kto mógł
przewidzieć, jak źle będzie się traktować Żydów w okupowanej przez nazistów
Polsce? Ojciec wiedział, że wielkie ryzyko groziło nam bez względu na to, jakie
kroki podejmie, miał więc nadzieję, że przez kilka dni będzie miał względny spokój na podjęcie decyzji.
Po śniadaniu wyczuliśmy mniej przyjazną postawę żony właściciela i znacznie
mniej serdeczne zachowanie samego gospodarza w porównaniu z ciepłym przyjęciem poprzedniego dnia. W rodzinnej pogawędce snuliśmy przypuszczenia, że
jego żona czuje się niespokojna udzielając schronienia tak dużej grupie Żydów,
posiadających tak wielki dobytek. Ojciec zdecydował, że powinien skonfrontować te przypuszczenia w bezpośredniej rozmowie z gospodarzem i dowiedzieć
się, czy naprawdę już nie jesteśmy mile widziani. Podszedł do niego i został zaproszony do domu, gdzie naradzali się dość długo. Kiedy ojciec wrócił, powiedział
nam co się zdarzyło.
Gospodarz przyznał, że sama nasza obecność w jego posiadłości tworzy atmosferę niepokoju i paniki wśród służących. Zdali oni sobie sprawę, tłumaczył,
że my oczywiście przed czymś uciekamy, więc przypuszczali, że Niemcy szybko
przemieszczają się w naszym kierunku i że wkrótce tu przybędą. Na dodatek, zarówno on jak i jego żona obawiają się tego, że zostaną przyłapani na udzielaniu
schronienia Żydom. Co więcej, dodał, że gdy Niemcy znajdą nas w jego posiadłości, to będzie to nawet bardziej niebezpieczne dla nas niż dla niego. Jednakże nie
poprosił bezpośrednio abyśmy wyjechali. Niemniej ojciec jasno zdał sobie sprawę, że nie jesteśmy już dłużej mile widziani. Zaczął się też bać, że służący mogą
nas nawet zabić. Odpowiedział więc gospodarzowi, że rozumie jego punkt widzenia i że zostaniemy tylko do następnego ranka.
Wczesnym rankiem następnego dnia, we wtorek, znów załadowaliśmy jeden
wóz naszymi rzeczami, sami zajęliśmy drugi i wyruszyliśmy na tułaczkę. Tym razem jednak ojciec był zawiedziony i zniechęcony. Jeśli to było to, czego mogliśmy
spodziewać się po ludziach w Polsce, i jeśli nawet pieniądze nie mogły zapewnić
nam bezpieczeństwa – zastanawiał się, o ile większe byłoby ryzyko udania się do
Rosji. Ojciec nie podejmował pochopnych decyzji w sprawach życia i śmierci. Musiał mieć sposobność przemyślenia spraw jasno i w spokoju przez kilka dni, więc
zdecydował, że powinniśmy pojechać do domu pana Langera, bogatego żydowskiego handlarza ziarnem, od dawna zaufanego przyjaciela i klienta. Pan Langer
88
mieszkał z rodziną w Waśniowie, małym miasteczku około 60 kilometrów na północny zachód od Koprzywnicy i około 26 kilometrów na południowy wschód od
Bodzentyna. Zawróciliśmy więc około dwie trzecie drogi w kierunku Bodzentyna,
ale ojciec sądził, że będzie miał sposobność wysłuchać opinii innych tutejszych Żydów, co pomoże wykrystalizować się jego własnym zamierzeniom. Był pewny tego,
że będzie mile widziany i że będziemy mogli się zatrzymać u pana Langera i jego
rodziny tak długo, jak to będzie konieczne.
Wczesnym popołudniem przybyliśmy do Waśniowa. Po trwającej zaledwie parę
chwil rozmowie ojca z gospodarzem stało się jasne, że naprawdę będziemy mogli
czuć się tutaj jak u siebie w domu tak długo, jak to konieczne. Bardzo sympatycznie wobec całej masy Żydów i całkowicie w duchu tradycji starodawnej żydowskiej
gościnności, rodzina Langerów przywitała nas ciepło i z największą życzliwością zaprosiła nas do swojego domu. Przez następne trzy dni dzielili się z nami wszystkim
co posiadali, tak jakbyśmy byli rodziną. Prawdę mówiąc, pan i pani Langer oraz ich
troje dzieci nie mogli nas potraktować bardziej serdecznie i kurtuazyjnie. Wychodzili z siebie, abyśmy czuli się mile widziani. Zdołali znaleźć w swoim domu miejsca
do spania dla nas wszystkich. Nasz woźnica spał w jednym z wozów i doglądał koni,
furmanek i rzeczy.
Podczas tych trzech dni ojciec spotykał się z innymi żydowskimi przyjaciółmi
i podjął decyzję co do naszych następnych kroków. Doszliśmy do porozumienia, że
jeślibyśmy mogli dostać się do Rosji, bylibyśmy tam bardziej bezpieczni. Chociaż
ryzyko podróży było naprawdę wielkie, to ryzyko pozostania pod okupacją sił, które były tak jawnie i otwarcie antysemickie, było znacznie większe. Ojca plan w końcu był taki, aby próbować dostać się do Rosji. Jeśli jednak okoliczności w drodze
wykluczyłyby taką możliwość, zabierze nas z powrotem do Bodzentyna i pozwoli
wypadkom toczyć się swoim torem, mając nadzieję na lepsze.
Na wszelki wypadek jasno i wyraźnie ojciec przewidywał niebezpieczeństwa,
które stały nam na drodze i które mogły kosztować utratę życia przynajmniej niektórych z nas. Podkreślił to wyraźnie jeszcze w Waśniowie, żeby przygotować psychicznie nas, dzieci, na taką możliwość. Powiedział nam, tak jak tylko kochający ojciec to potrafi, jak radzić sobie w gorszych czasach, które z pewnością są przed nami.
Zaklinał nas, najbardziej poważnym głosem, jaki u niego kiedykolwiek słyszałam,
aby każde z nas myślało tylko o swoim własnym bezpieczeństwie, jeśli kiedykolwiek
znajdziemy się w sytuacji zagrażającej życiu:
– Nie oglądajcie się do tyłu – powiedział. – Nie myślcie o innych członkach
rodziny. Biegnijcie, żeby uratować swoje własne życie. Bardzo możliwe, że rodzina
będzie rozdzielona. Jest możliwe, że ani matka, ani ja nie przeżyjemy. A jeśli będziecie próbować pomóc komuś innemu, narazicie tylko swoje własne życie, lecz nie
będziecie w stanie pomóc innym.
My, dzieci, zaczęliśmy płakać, ale ojciec nalegał z przerażającą surowością na to,
aby każde z nas wkładało najwięcej wysiłku i koncentracji tylko w to, aby walczyć
o uratowanie swego życia.
W czwartek, trzeciego dnia pobytu w Waśniowie, ojciec zdecydował, że powinniśmy ruszać. Argumentował, że mądrzej jest podróżować nocą niż za dnia, aby nie
89
być rozpoznanym jako uciekający Żydzi. Poinformował pana Langera, że będziemy wyjeżdżać pod wieczór. Jak tylko słońce zaczęło zachodzić i stopniowo zapadał
zmierzch, znów przygotowaliśmy wozy do następnego etapu naszej podróży. Pożegnaliśmy się ciepło z Langerami i wyraziliśmy naszą z serca płynącą wdzięczność
za ich wyjątkową gościnność. Życzyliśmy sobie wzajemnie „Z Bogiem” i zbawienia
w niebie. Następnie wdrapaliśmy się na wozy i wyruszyliśmy na wschód w stronę
granicy z Rosją.
Jechaliśmy zatłoczonymi drogami w dość optymistycznym nastroju. Przez
kilka godzin prawie nic się nie zmieniało w monotonnym krajobrazie. Mijaliśmy
pola, później gospodarstwo z pasącymi się zwierzętami, później następny odcinek otwartej przestrzeni i znowu gospodarstwo z pasącym się bydłem. Prawie nie
zdawaliśmy sobie sprawy z upływu czasu do momentu, kiedy zmierzch przeszedł
w całkowitą ciemność. Kontynuowaliśmy jednak podróż nocą, jadąc za chmarami ludzi. Niektórzy szli pieszo z pakunkami na plecach, niektórzy jechali konno,
a jeszcze inni w wozach zaprzężonych w konie. Nagle z daleka usłyszeliśmy huk
wybuchających bomb i pocisków artyleryjskich. W oddali na niebie można było
zobaczyć oślepiające, krzyżujące się ognie, podobne do rac. Wkrótce zdaliśmy
sobie sprawę, że weszliśmy w drogę wycofującemu się oddziałowi polskiej armii.
Wielu żołnierzy rzucało się w stronę jakichkolwiek cywili z końmi, by zarekwirować je do celów wojennych.
Ojciec zatrzymał się na chwilę, aby zapytać żołnierza, co się dzieje. Ten odpowiedział, że mnóstwo koni zostało zabitych albo rannych w bitwie i że wojsko
planuje reorganizację i przegrupowanie swoich sił, aby stawić czoło wrogowi, tworząc skuteczną linię obrony przed Warszawą. Wojsko bardzo potrzebowało koni
i wozów – dodał i ostrzegł ojca, żeby lepiej zjechał z głównej drogi, bo w przeciwnym razie możemy stracić konie na potrzeby wojenne. Ledwie ojciec skierował
wóz w stronę bocznej drogi, a już pojawił się jeden żołnierz, a po nim następny,
czyniąc zakusy na konia, który ciągnął nasz wóz. Ojcu, który był doświadczonym
woźnicą, udało się, z wielkim trudem, odeprzeć ich ataki, jednak zdał sobie sprawę,
że w ciągu minut konie i wozy zostaną nam zabrane przez zdesperowane wojsko
i że musimy natychmiast zjechać z tego szlaku.
Najszybciej jak mógł, ojciec zjechał z głównej drogi w pierwszą przejezdną
drogę boczną. Uznał, że sytuacja była zbyt niebezpieczna, abyśmy mogli kontynuować podróż do Rosji, więc zdecydował się na plan awaryjny, czyli powrót
w stronę Bodzentyna. Jednak nie chciał powrócić do samego miasta. – Będziemy
bezpieczni bliżej lasów, gdzie armia niemiecka raczej nie będzie się zapuszczać –
argumentował. Idealnym miejscem, zadecydował, będą Celiny, jedno z naszych
miejsc wakacyjnego wypoczynku. Drogi prowadzące tam były wąskie i wyboiste,
ale wioska leżała pośród gęsto porośniętych obszarów leśnych, nie dalej niż trzy
kilometry od Bodzentyna.
Ojciec poprowadził nas drogą, która – był przekonany – prowadzi do Celin.
Jednak wkrótce zdał sobie sprawę, że się pomylił. Przypomniał sobie, że zna drogę do domostwa znajomego polskiego chłopa o nazwisku Piórczyk, którego lubił
90
i któremu ufał, a który bez wątpienia będzie wiedział, jak pokierować nas na Celiny. Zmieniliśmy szybko kierunek jazdy i ruszyliśmy drogą prowadzącą do wioski,
w której mieszkał Piórczyk.
Po przejechaniu dość długiego odcinka, wreszcie dotarliśmy do domostwa
Piórczyka. Ojciec zatrzymał konia, podszedł do drzwi i zastukał. Jakże mu ulżyło,
kiedy chłop podszedł do drzwi z zapaloną lampą naftową. Ojciec wytłumaczył mu,
w jakiej znaleźliśmy się sytuacji i zapytał, czy mógłby nas pokierować na Celiny.
Ponieważ Piórczyk zawsze, przez całe lata był dobrze traktowany przez ojca, od
razu się zgodził, prosząc jedynie o kilka chwil, aby mógł się przygotować do drogi.
Wkrótce wyszedł, wskoczył na nasz wóz i pokazywał drogę. To był łut szczęścia.
Aby uniknąć dróg, którymi mogłyby się przemieszczać wycofujące się wojska,
Piórczyk prowadził nas drogami bocznymi w bardzo złym stanie, błotnistymi, co
w ciemną noc wymagało doświadczenia, które tylko on posiadał. My, dzieci, na
wpół śpiąc, wyczerpane psychicznie i fizycznie, kilka razy budziłyśmy się z powodu wstrząsów, kiedy furmanka przez przypadek wjeżdżała do rowu. Musieliśmy
wszyscy schodzić z wozu, aby pomóc go podnieść i wyciągnąć na drogę. Podróż
wydawała się nie mieć końca. W nieregularnych odstępach czasu ojciec zatrzymywał się, aby porozmawiać z ludźmi idącymi wzdłuż drogi i dowiedzieć się od nich
najnowszych wieści, następnie odwracał się i mówił coś do matki. Długa, męcząca podróż była traumatycznym przeżyciem, jechaliśmy i jechaliśmy, nie wiedząc
gdzie jesteśmy, ani jakie niebezpieczeństwa czają się na nas po drodze.
Wreszcie, wczesnym rankiem, z jednym wozem mocno uszkodzonym, dotarliśmy do bramy gospodarstwa Bartkiewiczów w Celinach. Po takich okropnych
przeżyciach, to była ulga móc odnaleźć znajome miejsce blisko lasu, którego idylliczna cisza kojarzyła nam się z radościami minionych wakacji i które być może
zaoferuje nam przynajmniej czasowe schronienie.
Ojciec zastukał w drzwi. Wkrótce pan Bartkiewicz pojawił się z zapaloną lampą
naftową, cokolwiek zaskoczony. Kiedy ojciec wyjaśnił mu, w jakim jesteśmy położeniu, natychmiast zgodził się przenocować nas w stodole. Chociaż byłoby nam
wygodniej w naszym starym domku letniskowym, zdawaliśmy sobie sprawę, że
bezpieczniejsi będziemy w stodole. Pan Bartkiewicz był bardzo miły i sprawił, że
czuliśmy się mile widziani. Stodołę otaczała plantacja chmielu, używanego do wyrobu piwa. Zapach chmielowych pnączy i świeżość wczesnojesiennego powietrza
w wiejskiej okolicy w pobliżu lasu przyniosła nam wspomnienia cudownych lat
tu spędzanych. To sprawiło, że poczuliśmy spokój i wytchnienie od wojennej zawieruchy, która w tym momencie wydawała się być nieskończenie odległa. Jednak
nasza nostalgia szybko przeminęła. Zdaliśmy sobie sprawę, że naprawdę mieliśmy
szczęście, że dano nam stertę słomy i siana, na którym mogliśmy odpocząć, przynajmniej na razie.
Odpoczywaliśmy spokojnie w stodole przez resztę nocy. Rankiem zjedliśmy
śniadanie w miłej atmosferze. Po śniadaniu ojcu bardzo zależało na tym, by poznać
najnowsze wiadomości dotyczące wojny. Usłyszał, że Niemcy posuwali się bardzo
szybko do przodu na wszystkich frontach i napotykali niewielki opór. Jedyną po91
myślną wiadomością pośród ponurych wieści był fakt, że droga, którą ojciec początkowo wybrał, uciekając przed wycofującymi się polskimi wojskami poprzedniego
dnia, i która, mieliśmy taką nadzieję, zaprowadzi nas do Celin, została zbombardowana. Być może to, że ojciec pobłądził i zjechał z tamtej drogi uratowało nam życie.
Mieliśmy nadzieję, że to był dobry omen.
Podczas naszego pobytu u Bartkiewiczów nasz gospodarz pilnował, aby regularnie przynoszono nam jedzenie. W jednym albo dwóch przypadkach zaprosił nas
nawet do swojego domu. Mieliśmy poczucie względnego bezpieczeństwa w naszej
znajomej wakacyjnej okolicy. Zostaliśmy tam przez trzy dni, czekając, jak rozwinie się sytuacja na wojnie. Ojciec jednak, zdając sobie sprawę, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko zostać w Polsce pod prawdopodobnie nieuniknioną okupacją
niemiecką, znów powtarzał nam swoje wcześniejsze poważne rady. Dodał, że przy
pierwszej sposobności zaszyje nam pieniądze w ubraniach i zaklei je nam w butach.
Te pieniądze miały być na czarną godzinę: na jedzenie albo na przekupienie kogoś
w celu ratowania życia. Naszym jedynym priorytetem musi być przeżycie.
Po kilku dniach, w następny wtorek, w oświadczeniu radiowym miejscowej policji poinformowano, że cała okolica znalazła się w rękach niemieckich i że sytuacja
się ustabilizowała. Uprzejmie proszono, aby miejscowa ludność współpracowała
z nowym rządem, żeby wrócić do domu i do swoich codziennych rutynowych zajęć, tak jak to miało miejsce przed rozpoczęciem działań wojennych. Policja gorąco
zapewniała okolicznych mieszkańców, że zmiana statusu politycznego nie powinna
być powodem zmartwień dla przestrzegających prawa obywateli.
Tego popołudnia ojciec, matka i pięcioro dzieci wyruszyli do Bodzentyna, tym
razem na piechotę. Był łagodny i piękny, słoneczny, wczesnojesienny dzień, a grupy
ludzi na drogach już znacznie mniejsze niż w wypełnionych paniką dniach na początku wojny. Za zgodą gospodarzy zostawiliśmy konie, mocno uszkodzone wozy
i nasze rzeczy w stodole i dołączyliśmy do innych Żydów i nie-Żydów na trzykilometrowej trasie do Bodzentyna. Szliśmy bez pośpiechu w stronę domu.
Kiedy zbliżaliśmy się do Bodzentyna nie mogliśmy się doczekać, żeby zobaczyć
co tu się zdarzyło od czasu, kiedy wyjechaliśmy tydzień temu. Nie mogliśmy się
doczekać wejścia na nasze podwórze. Wbiegliśmy do domu, w górę po schodach do
naszego mieszkania. Jakże zdziwieni byliśmy, że mieszkanie jest dokładnie w takim
samym stanie, w jakim je zostawiliśmy. Nawet porozrzucane na podłodze dolary,
które zostawiliśmy podczas naszej gorączkowej ucieczki z miasta, pozostały nietknięte. Również paski zielonego papieru, które ojciec przymocował do okien, żeby
zminimalizować wibracje na wypadek bombardowania, były nietknięte. Nigdzie
w całym domu nie było śladów jakichkolwiek zniszczeń czy włamania, żadnego
znaku świadczącego o tym, że wojna kiedykolwiek miała miejsce.
Zebraliśmy dolary i włożyliśmy je z powrotem do butelki oraz do dziury w kuchennej ścianie. Wyjęliśmy pościel i pościeliliśmy łóżka. Byliśmy z powrotem
w domu, razem, cali i zdrowi. Być może decyzja o powrocie była słuszna. Być może
sprawy przybiorą nie gorszy obrót niż za niemieckiej okupacji podczas I wojny
światowej. Być może wszystko będzie dobrze. Być może.
92
10.
Początek niemieckiej okupacji
Po powrocie do domu mieliśmy wiele pytań i trosk. Najważniejsza była oczywiście otwarta kwestia naszej przyszłości w okupowanej przez nazistów Polsce i nadzieja, że okupacja nie będzie trwać bez końca. Bardzo się też martwiliśmy o wuja
Lejbusia. Czy jego oddział brał udział w walkach? Czy, Boże broń, znalazł się wśród
ofiar? Gdzie może być teraz? Myśleliśmy też oczywiście o wujach Froimie i Jankielu.
Czy dotarli bezpiecznie do Rosji? Gdzie mogą być teraz, i jak im się wiedzie?
Byliśmy bardzo szczęśliwi, gdy się dowiedzieliśmy, że wszystko jest dobrze z naszą rodziną w Bodzentynie, z dziadkiem Mejerem, jego żoną i siostrą; z dziadkiem
Nusynem i kuzynką Chancią, która została u dziadka w Bodzentynie; i z ciotką Gitlą, wujem Froimem Bidermanem oraz kuzynami Mojsze, Ickiem i Szlomo.
Jednakże byliśmy zszokowani i zasmuceni wieścią, że Niemcy wkraczając do
Bodzentyna poprzedniego tygodnia, zastrzelili niewinnych ludzi z zimną krwią. Poinformowano nas, że wprowadzono godzinę policyjną i że było surowo zabronione
przebywanie poza domem od 7 wieczorem do rana. I faktycznie oddział niemiecki
pojawiał się w Bodzentynie codziennie pod wieczór po to, aby pilnować przestrzegania godziny policyjnej.
Bardzo się też martwiliśmy o innych członków naszej rodziny w Szydłowcu,
Kielcach i Starachowicach. Gdzie się znajdowali podczas działań wojennych? Czy
ich miasta bądź domy zostały zbombardowane? Gdzie byli teraz i jak się czuli?
Dzień po tym, jak wróciliśmy do domu, była wigilia Rosz ha Szana, a my nie
mieliśmy prawie w ogóle czasu, żeby się przygotować na to najważniejsze z żydowskich świąt. Na szczęście, z pomocą całej rodziny, matka zdołała przygotować posiłki dorównujące tym z poprzednich lat.
Było zawsze zwyczajem wśród Żydów składać sobie pobożne i z serca płynące
życzenia na nadchodzący nowy rok, gdy spotykali się oni w dniu wigilii Rosz ha
Szana, ale w tym roku było inaczej. Plac Żwirki jak zwykle tętnił życiem, Żydzi robili
ostatnie sprawunki na święto, ale nastrój towarzyszący ich spotkaniom z przyjaciółmi i współmieszkańcami był raczej smętny i łzawy. Nie można było nie wyczuć,
że tradycyjne życzenia noworoczne były nieskończenie głębsze, a trwoga i obawa
pojawiała się w nich częściej niż kiedykolwiek. Jak zawsze, atmosfera wypełniona
93
była mieszaniną strachu i nadziei, ale w tym roku niepokój i potrzeba modlitewnej
nadziei były zauważalne i przekazywane sobie wzajemnie jak nigdy wcześniej.
Myśli wyrażane podczas modlitw okresu świątecznego przepełniały umysł
i ciało wszystkich żydowskich dusz w Polsce. W Rosz ha Szana decyduje się los,
a decyzja co do niego podejmowana jest przez Boga: „którzy będą żyć a którzy
umrą...... kogo pochłonie ogień a kogo woda...... kto zginie od miecza, a kto od
dzikiej bestii”. „Ale żal za grzechy, modlitwa i dobroczynność wymazują złe wyroki”, czytamy podczas nabożeństw. Te myśli były głęboko odczuwane w tegoroczną
wigilię Rosz ha Szana, tuż po wybuchu wojny i w pierwszych dniach okupacji pod
obcymi rządami, które były znane ze swoich antysemickich słów i czynów. Byłam zbyt młoda, aby zrozumieć w pełni powagę sytuacji albo trwogę w umysłach
dorosłych Żydów w moim otoczeniu, niemniej byłam wstrząśnięta ich słowami
pełnymi napięcia oraz powagą w ich głosie.
Pod wieczór usłyszeliśmy zbliżające się motocykle. Ze strachem podeszliśmy do okien w salonie i wyglądaliśmy na Plac Żwirki. Tam zobaczyliśmy, po raz
pierwszy, około 25-30 umundurowanych żołnierzy niemieckich, maszerujących
gęsiego dookoła placu, widocznie z zamiarem wystraszenia i sterroryzowania
miejscowej ludności. Doprawdy, ich obecność i ostentacyjny pokaz siły militarnej
w przerażający sposób przypomniały nam, że teraz jesteśmy pod okupacją okrutnej, obcej władzy.
My, Żydzi, uważaliśmy, że byłoby niemądre, a może nawet zagrażające życiu,
aby w synagodze odbywały się w tym roku nabożeństwa świąteczne. Zamiast tego,
pozamykaliśmy bramy prowadzące na nasze podwórza i zorganizowaliśmy miniany, czyli modlitewne kworum, polegające na uczestnictwie co najmniej dziesięciu żydowskich mężczyzn we wspólnej modlitwie w prywatnych mieszkaniach
w Bodzentynie. Nasza rodzina udała się na nabożeństwo do prywatnego domu
dalekiego krewnego, który mieszkał dwa podwórza na wschód od nas. Nie ośmieliliśmy się przejść przez Plac Żwirki, poszliśmy więc tyłami dwóch podwórzy,
częściowo burząc jeden z płotów, aby nie być zauważonymi przez niemieckich
żołnierzy, którzy mogliby odczuć pokusę dręczenia nas.
Podczas gdy nabożeństwo odbywało się wewnątrz domu, my, dzieci, siedzieliśmy na zewnątrz, przed domem. Wstawaliśmy od czasu do czasu i wyglądaliśmy
przez płot, żeby zobaczyć, czy nie ma gdzieś w pobliżu żołnierzy. Ulice były puste
i ciche, jakby wyludnione, z wyjątkiem polskiej policji, którą widocznie rozlokowano w okolicy, aby zniechęcić Żydów do wychodzenia do synagogi. Spokój
na ulicach był wręcz nienormalny i przerażający, atmosfera zaś ponura i bardzo
niepokojąca.
Wydarzenia na froncie, które miały miejsce podczas dziesięciodniowego okresu od Rosz ha Szana do Jom Kipur, doprowadziły do zupełnego załamania się oporu armii polskiej i praktycznie do końca wojny w Polsce. W drugi dzień Rosz ha
Szana, w piątek 15 września, Niemcy dotarli do Warszawy. Dwa dni później armia
rosyjska przeprowadziła inwazję na Polskę od wschodu i doszła, nie napotykając
prawie żadnego oporu, do linii niemieckich. Do 20 września Polska została podbi94
ta i podzielona przez dwóch potężnych sąsiadów, Niemcy okupowały zachodnią
połowę, a Rosja wschodnią.
W środę 27 września, wigilię pierwszego dnia święta Sukot, Polska poddała się
oficjalnie. Życie codzienne biegło normalnie, na tyle, na ile to było możliwe pod
okupacją. Przygotowaliśmy i udekorowaliśmy nasz namiot na święto, a matka jak
zawsze przygotowała specjalne świąteczne posiłki. Spędzaliśmy czas siedząc i jedząc w namiocie przez siedem świątecznych dni. Pominąwszy fakt, iż nie przedsięwzięto żadnych kroków w celu odprawienia nabożeństw w synagodze, święta
przebiegły spokojnie i w miarę radośnie, wzorem lat ubiegłych.
Pewnego dnia podczas świąt Sukot siedzieliśmy w salonie dziadka Nusyna, radując się spokojną wizytą, pozostałością czasów przedwojennych. Nagle
wstrząsnął nami dźwięk czegoś tłukącego się w pokoju. Spojrzeliśmy w kierunku,
z którego dochodził dźwięk i zauważyliśmy puste miejsce na ścianie, gdzie wisiało
oprawione w ramki zdjęcie wuja Lejbusia. Spadło ono w tajemniczy sposób na
podłogę, bez żadnej widocznej przyczyny. Szkło z ramki rozbiło się i rozprysło
wokół. Matka wykrzyknęła spontanicznie:
– To jest znak mazeł (pomyślności). Teraz wiem, że chłopcy Lejbuś, Froim
i Jankiel spotkali się. Są razem i wszystko jest z nimi dobrze. Już się nie martwię.
Dzięki Bogu.
Starając się nie stłumić jej entuzjastycznego optymizmu, wszyscy zaczęliśmy
ją wypytywać, jak może być tak pewna, że wszystko jest dobrze, tylko z tej przyczyny, że obraz spadł ze ściany? Matka jednakże upierała się:
– Nie mówcie mi. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ostatniej nocy
moja matka, wasza babka Irka, przyszła do mnie we śnie i powiedziała mi, że
chłopcy się spotkali i są bezpieczni. Już samo to było dla mnie wystarczające. Ale,
na dodatek, szkło na zdjęciu Lejbusia rozbiło się na kawałki, a rozbite szkło jest
oznaką mazeł. Chłopcy są razem i są bezpieczni. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Zapamiętajcie moje słowa. Możecie zapisać datę i kiedy wrócą do domu
zobaczycie, że miałam rację.
Rozumie się samo przez się, że mieliśmy nadzieję, iż matka się nie myli. Ale to,
co dla niej było przekonującym dowodem, dla reszty nie było żadnym. Niemniej
zanotowaliśmy datę wydarzenia i trwaliśmy w nadziei.
Podczas gdy wojna w Polsce dobiegła końca, miejscowa ludność nie miała żadnego innego wyjścia, jak tylko przystosować się do warunków życia pod okupacyjnymi rządami niemieckimi. Powrócono do rutyny dnia powszedniego w bardziej normalnym rytmie. Sklepy, usługi i firmy znów funkcjonowały na prawie
przedwojennym poziomie aktywności. Znów odbywały się targi w poniedziałki
i jak zwykle przepychano się na nich, targowano i handlowano.
Pewnego dnia ojciec przypadkiem spotkał znajomego, który zbiegł do Warszawy, gdzie – jak kiedyś utrzymywał – miało być bezpieczniej niż w Bodzentynie.
Ojciec ostrzegał go, że z Hitlerem u władzy w Niemczech takie przypuszczenia są
bezpodstawne. Teraz ten dżentelmen przypomniał ojcu o ich dyskusji i ze smutkiem przyznał:
95
– Miał pan rację, panie Jechiel. Gdybym tylko pana posłuchał. Warszawa została
bezlitośnie zbombardowana i kompletnie zniszczona przez tych drani, podczas gdy
Bodzentyn pozostał prawie nietknięty. Miałem szczęście, że przeżyłem.
Byliśmy w euforii, gdy w końcu otrzymaliśmy wiadomości od naszej rodziny
w Kielcach i w Szydłowcu i dowiedzieliśmy się, że oni wszyscy przeżyli te ciężkie
czasy i wszystko było z nimi dobrze. Zdecydowano, że kuzynka Chancia powinna
pozostać w Bodzentynie z dziadkiem Nusynem, przynajmniej do czasu kiedy bezpieczna podróż do Szydłowca będzie bardziej prawdopodobna.
Rachela i Szlomo podjęli naukę w szkole, przystąpili do szóstej klasy w szkole podstawowej dla wyższych oddziałów, mieszczącej się w budynku przy Placu
Żwirki w pobliżu studni, a ja zaczęłam uczęszczać do drugiej klasy w budynku
szkoły podstawowej dla niższych oddziałów przy Rynku Górnym. Ponieważ Irka
i Mojsze ukończyli siódmą i ostatnią klasę państwowej edukacji szkolnej dostępnej
w Bodzentynie, w normalnych okolicznościach wysłano by ich prawdopodobnie
do Kielc na dalszą naukę. Z powodu wojny zostali w domu bez żadnych planów na
niedającą się przewidzieć przyszłość.
Władze niemieckie zaczęły zakładać w Bodzentynie agendy, które miały odpowiadać za wykonywanie zarządzeń władz okupacyjnych. Żandarmeria niemiecka,
której zadaniem było zajmowanie się obszarem, na którym leżał Bodzentyn, znajdowała się w Bielinach, małej wiosce około 20 kilometrów na południe od Bodzentyna.
Podczas gdy we wczesnym okresie okupacji Niemcy pojawiali się w Bodzentynie
codziennie, to z czasem, stopniowo zaczęli przyjeżdżać do miasta rzadziej. Zazwyczaj przyjeżdżali na motocyklach w poniedziałki, w dni targowe, ale godzin ich
przyjazdów nie można było przewidzieć. Większością obowiązków związanych
z administrowaniem i wykonywaniem zarządzeń i rozkazów żandarmerii niemieckiej obciążano miejscową policję polską, która wykonywała je bez oporów.
Przez całe wieki istnienia Polski, także w historii Bodzentyna, żydowska społeczność miała swój własny, wybierany, samorządny komitet – gminę wyznaniową,
która dbała o potrzeby społeczności i reprezentowała ją we wszystkich sprawach
z miejscowymi władzami. Żydzi tradycyjnie nazywali gminę Jidisze Gemainde
albo Jidisze Komitet. Władze niemieckie postanowiły wykorzystać teraz tę społeczną organizację do wprowadzania w życie swojej polityki skierowanej przeciwko żydowskim społecznościom w Polsce. Dekretem wydanym przez Generalnego
Gubernatora zarządzającego okupowaną przez Niemców Polską z 28 listopada
1939 roku, każdej z żydowskich społeczności nakazano utworzenie lokalnego
komitetu, zwanego Judenrat albo Rada Żydowska, która „będzie zobligowana do
wykonywania, poprzez przewodniczącego albo jego zastępcę, rozkazów władz niemieckich” i która „będzie odpowiedzialna za ścisłe wypełnianie tych rozkazów do
najmniejszych szczegółów”. Według dekretu, „rozkazy wydane przez tę Radę Żydowską w celu spełnienia żądań niemieckich muszą być przestrzegane przez wszystkich żydowskich mężczyzn i kobiety”.
Dawnej gminie wyznaniowej w różnych okresach przewodniczył dziadek Nusyn,
jak również inni szanowani starsi ze społeczności. Tym razem dziadek Nusyn znów
96
został przewodniczącym komitetu, więc odwiedzała go żandarmeria niemiecka, żądając dużych sum pieniędzy i złota oraz niezliczonych innych rzeczy, a w szczególności materiałów budowlanych i kawy.
Obecność armii okupacyjnej odczuwaliśmy dojmująco z powodu powtarzających się akcji, które terroryzowały lokalną społeczność. Nigdy nie zapomnę ich
pierwszego bestialskiego czynu, którego byłam świadkiem. W ostatnich dniach
września i na początku października pogoda była piękna i było ciepło. Kiedy oddział wojskowy wjechał do miasta, około godziny policyjnej, czyli siódmej po
południu, na dworze wciąż było jasno. Często widziano żołnierzy niemieckich
myjących się przy studni. Pewnego wieczoru stałam na naszym balkonie i patrzyłam w dół na Plac Żwirki, kiedy zobaczyłam dziewczynę, którą znałam z leniwych spacerów w pobliżu studni. Nie mogłam zrozumieć ruchu niemieckiego
żołnierza, kiedy wyjął broń z kabury i powoli, rozmyślnie mierzył do niej z pistoletu. Zastrzelił ją. Byłam niewymownie zszokowana. Pobiegłam do domu, żeby
opowiedzieć, co zobaczyłam. Rodzina już słyszała o podobnych czynach. To, czego byłam świadkiem, służyło ledwie za potwierdzenie przerażającego faktu, że
było teraz śmiertelnie niebezpiecznym przebywać na dworze, jeśli Niemcy byli
w mieście.
Innym razem siedziałam na dole klatki schodowej prowadzącej do naszego
mieszkania i przez szczelinę w ścianie wyglądałam na tylne podwórze domu stojącego naprzeciwko naszego. Widziałam jednego z naszych dalekich kuzynów przy
czymś pracującego. Nagle dwóch niemieckich żołnierzy weszło na tylne podwórze
i podeszło do niego. Popychali go w stronę ściany i zaczęli zabawiać się, drażniąc go
wyrywaniem włosów z jego brody. Podczas gdy on jęczał z bólu, bili go i w dalszym
ciągu torturowali bezlitośnie, dopóki ich sadystyczna żądza nie została zaspokojona. Było to bardzo bolesne być świadkiem cierpienia niewinnych ofiar tak niepohamowanej brutalności.
Przyjaciele opowiadali o innych Żydach, na których napadali żołnierze i obcinali
im nożycami część albo całą brodę, albo pejsy. Inne doniesienia mówiły o Niemcach, którzy wyszukiwali przestrzegających religijnych nakazów Żydów podczas
porannych nabożeństw, a następnie pogardliwie nękali ich, kpili, torturowali, a czasami zabijali tych pobożnych, bezbronnych ludzi.
Bardziej przerażający był incydent, który posłużył za precedens dla niezliczonych powtarzających się takich samych okropieństw. Mieszkał w Bodzentynie Żyd,
który miał w zwyczaju upamiętniać rocznicę śmierci swoich rodziców poprzez odwiedzanie ich grobu na cmentarzu żydowskim przy ulicy Kieleckiej i odmówienie
tam modlitwy pamięci. Pewnego dnia, gdy stał przed nagrobkiem intonując swoją
modlitwę, akurat przejeżdżała obok cmentarza niemiecka żandarmeria w drodze do
Bodzentyna. Widocznie Niemcy zauważyli Żyda na cmentarzu i szef żandarmerii
Dumker zatrzymał jadącą grupę. Żyd był prawdopodobnie przesłuchiwany, a później rozkazano mu jechać z Niemcami na działkę przylegającą do synagogi. Tam
widziano, jak Dumker wyjął rewolwer i zastrzelił niewinnego Żyda z zimną krwią.
Sfotografował on swoją zabitą ofiarę przed pogrzebaniem jej na tej działce. Od tego
97
momentu szef żandarmerii od czasu do czasu wyszukiwał ofiary do swojego nowego żydowskiego cmentarza w Bodzentynie, gdziekolwiek i kiedykolwiek czuł
się w odpowiednim do tego nastroju. Każdy pochówek miał miejsce dopiero po
tym, jak ofiara została sfotografowana.
Niemcy niewątpliwie zdawali sobie sprawę, że ich okropieństwa będą obrazą
uczuć dla wszystkich myślących ludzi jakiejkolwiek religii. Aby zminimalizować
możliwość ponownego oporu przeciwko ich dominacji, żandarmeria aresztowała
wielu inteligentów w społeczeństwie, Żydów i nie-Żydów uważanych za kulturalnych i mających liberalne inklinacje. Zabierano ich z domów, wywożono do nieznanych miejsc i słuch po nich ginął.
Ponieważ takie brutalne akcje zdarzały się regularnie, wydawało się niemożliwym, żeby życie mogło toczyć się dalej z jakimikolwiek pozorami normalności.
Ale że takie incydenty wydawały się mieć miejsce sporadycznie – może raz na
kilka dni – życie wydawało się powracać do swojej rutyny i normalnego biegu
wydarzeń. W każdym razie my powoli stawaliśmy się niemal uodpornieni na szok
i z tej racji byliśmy w stanie dać sobie radę z emocjonalnym oddziaływaniem przerażających przeżyć.
Już w październiku 1939 roku Generalny Gubernator okupowanej przez
Niemców Polski zaczął wydawać oświadczenia, jak również antyżydowskie dekrety. Były one często wywieszane na kioskach na Placu Żwirki i na Rynku Górnym. Jedno z pierwszych głosiło, że wszystkie ziemie polskie, które należały do
Niemiec przed I wojną światową, przylegające do okolic Łodzi w Polsce, zostały
zaanektowane przez III Rzeszę. Reszta Polski, na terenie której leżało nasze miasto, została uznana za terytorium okupowane. Na tym terytorium wszyscy Żydzi
zostali zakwalifikowani jako obywatele drugiej kategorii.
Do końca października wydano inne dekrety, które były bezpośrednio wymierzone przeciwko ludności żydowskiej:
1. W miejscach publicznych wszyscy Żydzi od lat sześciu musieli nosić
na ramieniu białą opaskę z niebieską sześcioramienną żydowską gwiazdą.
2. Rytualny ubój zwierząt, podstawowy wymóg prawa żydowskiego, był
zakazany.
3. Godzina policyjna, od 7 wieczorem do rana, obowiązywała
bezterminowo.
4. Żydom nie wolno było już dłużej posiadać radia. Rozkazano im oddać
odbiorniki radiowe do miejscowego komisariatu policji.
Kiedy tylko było to możliwe, Żydzi usiłowali nie stosować się do tych okrutnych dekretów, chociaż ryzyko było wielkie. W Bodzentynie, na przykład, zanieśliśmy kurczaki i inny drób do rytualnego uboju, kiedy Niemców nie było w mieście.
Podobnie oddaliśmy nasz duży odbiornik radiowy z salonu, ale ojciec zatrzymał
małe radio i ukrył je. Jednakże w większych miastach, gdzie Niemców było więcej,
Żydzi nie mieli tyle szczęścia.
W tych coraz cięższych czasach wielu Polaków wyczuwało okazję do podporządkowania sobie nas, jak nigdy wcześniej. Pikietowanie żydowskich sklepów
stało się bardziej powszechne niż kiedykolwiek, a widok Polaków stojących przed
98
żydowskimi sklepami, blokujących wejście potencjalnym klientom był prawie na
porządku dziennym.
Pewnego dnia w październiku wszyscy nauczyciele w bodzentyńskim systemie szkolnictwa publicznego ogłosili, co ja słyszałam w mojej klasie w szkole
podstawowej dla młodszych dzieci na Rynku Górnym i co Rachela i Szlomo słyszeli w swojej klasie w budynku dla starszych dzieci na Placu Żwirki: – Od jutra
żydowskie dzieci nie będą mogły chodzić do publicznej szkoły.
Po prostu w ten sposób, poprzez pojedyncze ogłoszenie, wyrzucono nas ze
szkoły. Z powodu przestępstwa polegającego na byciu Żydami nie mieliśmy prawa do publicznej edukacji. Ponieważ nasza rodzina miała to szczęście, że była
bogata, wyrzucenie ze szkoły publicznej nie stanowiło dla nas tak wielkiego
problemu jak dla mniej zamożnych. Zorganizowano nam prywatne lekcje z wykwalifikowanymi nauczycielami z lokalnej społeczności, nie tylko Racheli, Szlomo i mnie, ale również Irce i Mojsze. Ja regularnie pobierałam lekcje u pani Nawrotowej, byłej nauczycielki Irki i Mojsze ze szkoły publicznej, która teraz była
żoną skrzypka i nauczyciela muzyki. Mieszkali razem z ich małym dzieckiem
w budynku Bielawskiego, w pobliżu przystanku autobusowego na ulicy Kieleckiej. Inni nauczyciele przychodzili do naszego domu, żeby uczyć nas czytania,
pisania, angielskiego i hebrajskiego. Jedna z nich, Roma Saksówna, była nauczycielka angielskiego w Konsulacie Brytyjskim w Warszawie, uczyła angielskiego
Irkę i Rachelę. Ponieważ trzymanie zeszytów i książek na widoku uważane było
za niebezpieczne, po lekcjach chowaliśmy je pod drewnianymi skrzynkami na
kwiaty na parapecie, na zewnątrz kuchennego okna.
99
11.
1940: Nowe dekrety.
Napływ uchodźców do Bodzentyna
W styczniu 1940 roku nowym dekretem zakazano Żydom praktyk religijnych
w miejscach publicznych. To zarządzenie miało niewielki wpływ na żydowską
społeczność, ponieważ kiedy tylko naziści wtargnęli do Bodzentyna w tygodniu
poprzedzającym Rosz ha Szana, Żydzi zdali sobie sprawę, że korzystanie z synagogi w celach religijnych może się równać utracie życia. W zamian organizowano minjany w prywatnych domach na czas święta Rosz ha Szana. Podobnie, od
momentu, kiedy Niemcy zajęli Bodzentyn, zaprzestano uczęszczania do chederu.
Teraz żydowskie dzieci pobierały lekcje w prywatnych domach.
Nazistowskie jarzmo narzucano, stosując nieustannie prześladowania. Jednego dnia Żyd mógł być napadnięty, następnego dnia jako cel napaści mógł zostać
wybrany polski inteligent. Jednego dnia ktoś mógł się włamać do domu, drugiego ktoś mógł splądrować sklep. Kiedyś przyjaciel przybiegł nam powiedzieć, że
dopiero co kilku Niemców grasowało na placu składowym sklepu ciotki Gitli
i wuja Froima Bidermanów, najprawdopodobniej żeby zabrać trochę materiałów,
i wtedy ciotka Gitla zemdlała. Współczuliśmy jej bardzo. Gdybyśmy tylko mogli pomóc. Ale co byśmy zdziałali, biegnąc tam? Mogliśmy tylko zagrozić sobie
i prawdopodobnie ciotce Gitli, jak również jej rodzinie. Wszystko co mogliśmy
zrobić, to czekać, mieć nadzieję i modlić się. Przeżywaliśmy mękę przez ten cały
dzień, aż w końcu Niemcy opuścili miasto i mogliśmy przyjść i odkryć, że ciotka
i jej rodzina przeżyli tę straszną napaść. Ale kto mógł wiedzieć, co przyniesie następny dzień?
Pogarszające się warunki w Kielcach zaczęły odbijać się w wielu żydowskich
gospodarstwach domowych. Wuj Pincie Greenbaum zarabiał na życie wożąc towary przedsiębiorcom do różnych miast Polski, ale interesy szły tak źle, że był
prawie bezrobotny. W tym samym czasie dziadek Nusyn wymagał opieki w domu
w Bodzentynie. Od wujów Froima, Lejbusia i Jankiela nie mieliśmy wiadomości
od początku wojny, a ich długa nieobecność z każdym dniem powodowała co100
raz większy niepokój. Co więcej, służąca dziadka Nusyna zaszła w ciążę i nie mogła
dłużej wykonywać uciążliwych obowiązków domowych. Zdecydowano, że ciotka
Bruchla, wuj Pincie oraz nasi kuzyni Mojszełe i Ksyluś wprowadzą się do dziadka
Nusyna. Ciotka Bruchla przyprowadziła ze sobą swoją służącą, co było z pożytkiem
dla wszystkich.
W tym czasie, późną zimą i wczesną wiosną 1940 roku, sytuacja polityczna zdawała się uspokajać. Przez chwilę rygor na granicy między Niemcami a Rosją nieco
się rozluźnił i można było przechodzić z jednej strony granicy na drugą. Wszyscy
byliśmy uszczęśliwieni, zwłaszcza dziadek Nusyn, gdy pewnego dnia wujowie Froim, Lejbuś i Jankiel wrócili do domu. Teraz, dzięki Bogu, wszyscy byliśmy znowu razem. Matka nie omieszkała przypomnieć nam, że ona cały czas wiedziała, że chłopcy są bezpieczni i razem, i że wrócą do domu. Wszyscy byliśmy ciekawi, ale matka
w szczególności, w jaki sposób chłopcy odnaleźli się na tym ogromnym obszarze
zwanym Rosją.
Wtedy wuj Lejbuś opowiedział swoją historię. Kiedy polska armia była bliska
kapitulacji, zdecydował, że mądrzej będzie zdezerterować i uciec do Rosji. Jego jednostka stacjonowała blisko nowo utworzonej rosyjsko-niemieckiej granicy, więc
wiedział, że będzie mógł ją przejść. Jednakże zdał sobie sprawę, że nie może poruszać się w polskim mundurze, więc w odpowiednim momencie, kiedy nikogo nie
było w pobliżu, popędził za stodołę, wyjął swoje cywilne ubranie z plecaka i przebrał się. Jak tylko wepchnął mundur do plecaka, został zauważony przez polskiego
chłopa, który pobiegł zawiadomić miejscową policję i wszystkich wkoło. Wiedząc,
że ucieczka byłaby bezcelowa, wuj Lejbuś nie sprzeciwiał się aresztowaniu i został
wtrącony do więzienia, osądzony i skazany. W noc poprzedzającą dzień egzekucji
do celi wuja Lejbusia przyszedł strażnik z jedzeniem. Kiedy otwierał drzwi celi,
usłyszał swoje imię wywoływane z biura budynku. Wiedząc, że nie będzie go przez
kilka sekund, zostawił drzwi celi otwarte. Wuj Lejbuś wykorzystał cudowną sposobność, wymknął się pod osłoną nocy i uratował życie. Udało mu się dotrzeć do
granicy, przekroczył ją i dostał się do Rosji. Następnego dnia pod wieczór dotarł do
przygranicznego miasteczka, gdzie ludziom stojącym w długich kolejkach rozdawano jedzenie. Głodny i znużony wstrząsającym wydarzeniem dnia i poprzedniej
nocy, ustawił się w kolejce. Kiedy czekał, wydawało mu się, że widział, był prawie
pewien – tak, w rzeczy samej – widział swoich braci Froima i Jankiela!
Matka już nie mogła się doczekać. Musiała wtrącić:
– Kiedy się spotkaliście? Pamiętasz datę? Musisz pamiętać.
– A co to ma za znaczenie? – zapytał wuj. – Dlaczego dokładna data jest tak
ważna?
Matka nalegała:
– Nieważne. Powiedz mi datę, kiedy spotkałeś Froima i Jankiela, jeśli pamiętasz.
Wuj Lejbuś pomyślał przez chwilę, zdołał ustalić kolejność zdarzeń i podał dzień
ich spotkania: ten dzień, o którym matka już wcześniej wiedziała! Matka radośnie
zawołała:
101
– Mówiłam wam, że nasza matka przyszła do mnie we śnie i powiedziała, że
chłopcy się spotkali. Och, dzięki Bogu!
Kiedy podniecenie z powodu powrotu wujów osłabło, skoncentrowaliśmy
się na szukaniu miejsca dla ciotki Bruchli i jej rodziny. Pomieszczenia mieszkalne
u dziadka Nusyna były za małe, by pomieścić jego, jego trzech nieżonatych synów
oraz czterech członków rodziny Greenbaum. Tak więc znaleziono mieszkanie dla
Greenbaumów na ulicy Synagogi. Wuj Pincie, teraz całkiem bezrobotny, spędzał
dnie na czytaniu Pięcioksiągu i Talmudu. Przerywał swoje studia jedynie po to, by
dołączyć do rodziny podczas posiłków.
Kiedy sytuacja stała się względnie spokojna, dziadek Nusyn poczuł, że to odpowiedni czas, by wysłać kuzynkę Chancie do jej rodziców i sióstr w Szydłowcu;
mieszkała z dziadkiem od wczesnego lata 1939 i pragnęła być znowu z rodziną.
Rozumie się samo przez się, że i oni chcieli mieć ją z powrotem u siebie. W towarzystwie wuja Jankiela, Chancie bezpiecznie wróciła do domu furmanką.
W międzyczasie Irka potrzebowała pomocy dentysty, zatem zdecydowano, że
to najlepszy czas, by wysłać ją do Kielc na profesjonalne leczenie. Pojechała autobusem, a podczas pobytu w Kielcach mieszkała u wuja Mojsze i ciotki Chawci
Szachter. Ich mieszkanie było okropnie przeludnione, dlatego że w czasie wojny
zamieszkały u nich dwie inne rodziny, więc Irka pomagała sprzątać i zajmować się
dziećmi. Pierwszej nocy wszystkich domowników obudził płacz jednego z dzieci. Kiedy dorośli ociężale wstawali, nagle uświadomili sobie, że są półprzytomni.
Gorączkowo otwierali wszystkie drzwi i okna. Gdyby nie płacz dziecka, wszyscy
podusiliby się tlenkiem węgla wydobywającym się z pieca w salonie. Poza tym
epizodem, wszystko poszło gładko i po kilku dniach Irka wróciła do domu cała
i zdrowa.
Kiedy sytuacja w Bodzentynie uspokoiła się, w innych miejscach, przeważnie
w większych miastach, nasiliły się nazistowskie antyżydowskie okrucieństwa. Wielu naszych nieszczęsnych rodaków z miast, którzy mieli rodziny w Bodzentynie,
przeniosło się tutaj. Najbardziej ucierpiały społeczności żyjące na terenach zaanektowanych do III Rzeszy. Tutaj okrucieństwo było bezprecedensowe.
W Łodzi na przykład utworzono getto dla Żydów już w lutym 1940 roku. Żydzi, których domy leżały poza terenem getta, byli zmuszeni przeprowadzić się,
zabierając ze sobą tylko to, co zdołali unieść na plecach. Wielu z nich uciekło do
Kielc, niektórzy do Bodzentyna; kilkoro Żydów z Kalisza zdołało uciec do innych
miast, również do Bodzentyna. W Sosnowcu na początku rządów nazistów spalono synagogę. Krótko przed Paschą 1940 roku, kiedy cała żydowska społeczność
pobliskiego Oświęcimia (przyszłe miejsce niesławnego obozu koncentracyjnego
Auschwitz) została z niego wysiedlona, żydowska społeczność Sosnowca wzięła
na siebie niemal niemożliwe zadanie zaproszenia wszystkich 5000 ludzi, aby świętowali razem z nimi.
Wśród żydowskich mieszkańców Sosnowca był stary przyjaciel rodziny Szmiel
Weintraub. Przeprowadził się tam w czasach swojego małżeństwa, jakieś 5 lat
wcześniej. Teraz znów przeniósł się do Bodzentyna, by być bliżej rodziców i ro102
dziny. Miał dwójkę dzieci, z których starsze było młodsze ode mnie. Pamiętam, jak
bawiliśmy się na naszym frontowym balkonie.
Poprzez kontakty pomiędzy Żydami podróżującymi do i z Bodzentyna dowiedzieliśmy się, że nawet poza zaanektowanymi terenami bestialstwo nazistów
ujawniało się od początków okupacji. W Krakowie na przykład naloty nazistów
i grabieże w domach i sklepach żydowskich były na porządku dziennym. Pewnego razu w szale zabijania, do Żydów siedzących na balkonach Niemcy strzelali na
oślep, kiedy indziej wywoływali ich z domów i po prostu mordowali. W połowie
1940 roku wielu krakowskich Żydów deportowano do Kielc, gdzie lokalna społeczność żydowska stanęła przed trudnym wyzwaniem zapewnienia dachu nad
głową i jedzenia bezradnym ofiarom.
Wkrótce narastająca presja i ciężkie warunki życia dały się głęboko we znaki
Żydom kieleckim i wielu z nich, którzy mieli rodziny w Bodzentynie, zaczęło się
przenosić do naszego miasta. Pośród nich był nasz biedny odległy krewny, brat
wuja Pincie Greenbauma. Znajdował się on w równie kłopotliwym położeniu
jak brat, bo przedwojenny interes importowo-eksportowy Jechiela Greenbauma
upadł z powodu wojny. Był on żonaty i miał dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę,
ale jego żona miała depresję i nie mogła normalnie funkcjonować. Matka bardzo
lubiła Jechiela i współczuła mu tej tragicznej sytuacji, więc ich dzieci przychodziły
do nas na posiłki.
Wuj Mojsze i ciocia Chawcia również zdecydowali się opuścić Kielce w tym czasie, z ich synem Samusiem, który miał wtedy 10 miesięcy. Wrócili do Bodzentyna
i zamieszkali w budynku do przechowywania zboża, za domem dziadka Nusyna,
gdzie wykończono dla nich pokój. Młodsza siostra cioci Chawci, Pola, również zamieszkała z nimi.
Pośród wielu uchodźców przenoszących się do Bodzentyna była dziewczyna
z Łodzi o imieniu Elżunia. Pochodziła z bogatej rodziny, która miała fabrykę mydła
w Łodzi. Była piegowata, raczej pulchna, miał krótkie, cienkie, rude włosy i często
nosiła podkolanówki. Elżunia i ja miałyśmy wiele wspólnego i bardzo ją polubiłam.
W dodatku podziwiałam jej sposób ubierania oraz zachowania, które były bardzo
światowe. Pokazała mi książki dla dzieci napisane po polsku i ilustrowane kolorowymi obrazkami oraz kilka niezwykłych plastikowych zabawek, jakich nigdy nie
znałam i nie widziałam. Te nowoczesne wielkomiejskie produkty – niedostępne
w Bodzentynie – wywarły na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie lubiłam czytać
książki, które pożyczała mi Elżunia. Czasem chodziła ze mną do mojej prywatnej
nauczycielki, pani Nawrotowej lub przychodziła do naszego domu, gdzie siadywałyśmy przed piecem w salonie lub bawiłyśmy się na podwórku. Gdy społeczność
żydowska zaczęła się powiększać o napływających uchodźców i zwiększała się presja na nią niemieckiej żandarmerii, dziadek Nusyn poczuł, że nie będzie w stanie
pozostawać dalej na czele Judenratu. Zwołał spotkanie członków i poprosił, aby
zwolnili go z tych obowiązków. W obecnych okolicznościach i tych, jakie mogły
się wyłonić w najbliższej przyszłości, starszyzna miasta uznała za rozsądne wybrać
na jego miejsce młodszego mężczyznę, który będzie w stanie lepiej poradzić sobie
103
z oczekiwanymi, ciężkimi do wykonania żądaniami okrutnego rządu okupacyjnego. Komitet przychylnie ustosunkował się do kandydatury wuja Froima.
Wuj Froim był bardzo pobożny, a do tego gładko ogolony, wysoki i niebieskooki. Prowadził osiadły tryb życia, był przenikliwy i mądry. Jako dwudziestoośmiolatek był już niezwykle roztropnym mężczyzną. Jako głowa gminy wuj Froim stosował różnorakie sposoby, jakie mógł wymyśleć tylko jego genialny umysł,
by udobruchać niemiecką żandarmerię w ciągłych żądaniach stawianych naszej
społeczności. Udało mu się zawrzeć niemal przyjacielskie stosunki z Niemcami,
którzy zdawali się dobrze bawić podczas częstych wizyt u dziadka Nusyna, gdzie
wuj mieszkał. Siadali w jadalni pochłonięci wesołą rozmową, w czasie której wuj
ich karmił i poił. Gdy wychodzili, wuj Froim odprowadzał ich do gospody Seweryńskiego i tam częstował ich trunkami w dużych ilościach.
Usiłując zminimalizować częstotliwość nazistowskich nalotów na domy
i sklepy, zawsze próbując mitygować ich wygórowane żądania dostarczania coraz
większej ilości złota i kosztowności przez społeczność żydowską, utrzymywał serdeczne stosunki z niemieckimi władzami. Kiedyś żandarmeria zaskoczyła wuja,
ofiarowując mu skrzynkę pomarańczy.
Mimo to jesienią 1940 roku nowy kryzys spadł na społeczność Żydów
z Bodzentyna. Wcześniej rząd nazistowski rozpoczął deportację Żydów z miast
leżących na zajętych przez siebie terenach w inne rejony okupowanej Polski, pozwalając im zabrać nie więcej niż zdołają unieść na swoich plecach. W październiku około 200 zubożałych Żydów z Płocka przybyło do Bodzentyna i natychmiast
blisko 300 żydowskich rodzin poczuło się odpowiedzialnymi za tych wszystkich,
którzy znaleźli się w naszej, już i tak przeludnionej społeczności. Komitet Żydów
z Bodzentyna pod kierownictwem wuja Froima umieścił tę grupę nieszczęsnych
uchodźców w tak wielu żydowskich domach, jak to było możliwe. Wielu uchodźców zamieszkało w synagodze, pozostali musieli tłoczyć się w pustych sklepach.
Matkę dwóch dziewcząt z Płocka zabrał sklepikarz, którego dom-sklep stał po
przeciwnej stronie rynku niż nasz dom. Niestety, sklepikarz nie chciał przyjąć pod
swój dach dziewcząt, więc nasza rodzina zgodziła się udzielić im gościny. Starsza
z dziewcząt, Adela, była rok lub dwa starsza od Irki, a jej młodsza siostra, która
miała na imię Lili, ale wołaliśmy na nią Lilka, była dokładnie w tym samym wieku co Irka. Dzięki temu Adela i Lilka mogły często widywać się z matką. Nasza
matka wzięła na siebie przygotowywanie posiłków dla tych dziewcząt, dla dwójki
dzieci Jechiela Greenbauma, jak również dla piątki dzieci z naszej rodziny, ojca
i dla siebie.
Kiedy starsze dzieci z Płocka zostały zabrane do domów rodzinnych, gmina
założyła sierociniec dla młodszych; zamieszkało w nim około 70 dzieci. Sierociniec mieścił się na tyłach domu-sklepu, dwa domy na wschód od naszego, w miejscu, gdzie kiedyś był jeden z czterech bodzentyńskich chederów. Tam właśnie
braliśmy udział w nabożeństwach w czasie świąt Rosz ha Szana i Jom Kipur, kiedy
wróciliśmy do Bodzentyna we wrześniu 1939. Sierociniec prowadził Hirsz Wolf
Weinryb, samouk, młody człowiek z poczuciem obywatelskim, który był również
104
jednym z organizatorów i stałym członkiem rady szkoły dla dziewcząt Bejt Jakow
w Bodzentynie.
Poza ulokowaniem biednych ofiar z Płocka, gmina utworzyła komitet wolontariuszy piekących chleb, gotujących ziemniaki lub zupy dla głodnych ludzi w synagodze. Widok biedy sprawiał ból każdemu, kto był jej świadkiem. Byłam zszokowana, kiedy po raz pierwszy w życiu widziałam Żyda z Płocka pijącego wodę, w której
wcześniej gotowały się ziemniaki. Wielu uchodźców z Płocka było bezrobotnych,
zubożałych i głodujących, a ogromna większość z nich zmarła w ciągu kilku pierwszych tygodni; wśród nich duchowy przywódca rabi Aszkenazi i jego żona.
Krótko po otwarciu sierocińca, pan Weinryb zebrał kilka byłych uczennic szkoły Bejt Jakow Jakuba i poprosił, by utworzyły komitet odpowiedzialny za rozrywkę
małych dzieci z sierocińca. Irka była całkowicie zajęta, bo pomagała matce w tych
ciężkich czasach, ale Rachela przyłączyła się i nawet objęła rolę kierowniczą w grupie ośmiu dziewcząt, włączając moją przyjaciółkę i koleżankę z podwórka Szpryncię, oraz swoją koleżankę ze szkoły, Rejzeł Winograd. Ja również pomagałam. Zbierałyśmy dziecięce książki i ubrania oraz otrzymywałyśmy pieniądze od gminy na
drobny poczęstunek dla chłopców i dziewczynek. Grupa chodziła do sierocińca
prawie codziennie. Niektóre dziewczęta czytały książki, inne śpiewały piosenki,
których nauczyły się w szkole. Jeszcze inne przygotowywały małe przedstawienia,
wystawiane przez dzieci. Przy ładnej pogodzie wychodziły na dwór, by bawić się na
Placu Żwirki lub gdzieś w pobliżu. Przy takiej liczbie dzieci w sierocińcu często obchodzono urodziny. Przy takich okazjach stoły były złączane, a do tortu lub ciastka
podawano mleko i czekoladowy cukierek. Do zadań komitetu należało zbieranie
resztek i sprzątanie przed wyjściem. Dzięki swojej działalności dziewczęta podnosiły na duchu młodsze dzieci i miały pożyteczne zajęcie w tych ciężkich czasach.
Szczęśliwie, pośród uchodźców była pewną liczba wykwalifikowanych nauczycieli – stali się oni naszymi prywatnymi korepetytorami, co było korzystne dla obu
stron. My potrzebowaliśmy edukacji, a oni chętnie skorzystali z okazji otrzymania
zatrudnienia i zapłaty. Byli więc zapraszani do naszego domu jako nasi nauczyciele.
Jednym z nauczycieli była panna Goldberg – malutka młoda kobieta, o średniej
długości blond włosach i brązowych oczach. Uczyła Rachelę i mnie. Przypominam
sobie, jak usiłowała mnie nauczyć, która jest godzina na wysokim dziadkowym zegarze w kącie salonu nieopodal balkonu. Pan z Kalisza przychodził, by uczyć starsze dzieci hebrajskiego. Jeszcze jednym nauczycielem była kobieta z Płocka, która
uczyła angielskiego Mojsze i Irkę. Między lekcjami Mojsze i Irka współzawodniczyli ze sobą, jeśli uczyli się w różnych częściach szerokiego, podzielonego pokoju.
– Jak wielu nowych słów się nauczyłeś? – stawiali sobie wyzwania. – Możesz je
przeliterować? Zgadnij ilu ja się nauczyłam? Tak oto mogliśmy w pewnym stopniu
kontynuować edukację, której odmówił nam nazistowski dręczyciel.
Czuliśmy się ogromną wdzięczność dla naszych nauczycieli, ale nikt nie doceniał ich wysiłków tak jak matka. Rozumiejąc ich trudne położenie aż nazbyt dobrze, matka często podawała im duże porcje smacznych i pożywnych przekąsek.
Pamiętam, jak kiedyś poczęstowała ich ciastem domowej roboty – zachwycali się
jego smakiem.
105
Przygarnięte dziewczęta z Płocka, Adela i Lilka, w tym czasie generalnie zachowywały się ujmująco i życzliwie. Młodsza, Lilka, kiedyś zaprowadziła mnie przez
Plac Żwirki na teren posiadłości dziadka Nusyna, gdzie siedziałyśmy razem na podwórku. Wtedy cierpliwie pomogła mi ćwiczyć tabliczkę mnożenia. Niestety, obie
niezbyt chętnie pomagały w domu, choć ich pomoc z pewnością by się przydała.
Co więcej, Lilka czasami zdawała się zagniewana, a nawet rozgoryczona, choć niewątpliwie był to rezultat życia wśród obcych i bycia zależną od dobroczynności.
Pierwszy rok pod okupacją nazistów kończył się niezliczonymi brutalnymi zachowaniami oraz niewyobrażalnymi niedogodnościami, spowodowanymi okrutnymi dekretami, jakich nie doświadczył dotąd żaden Żyd.
Mimo wszystko nasza rodzina przetrwała. Tak jak nasi przodkowie nie tracili
nadziei w czasie minionych prześladowań, teraz my pokładaliśmy nadzieję, że okupacja nie potrwa długo i będziemy w stanie przetrwać.
106
12.
1941: Konfiskata majątku rodzinnego.
Aresztowanie wuja Froima
Kiedy sytuacja w Bodzentynie była jeszcze względnie spokojna, złowieszcza
zapowiedź nowych antyżydowskich kroków miała miejsce na Placu Żwirki, na
dziedzińcu posiadłości dziadka Nusyna. W ostatnich miesiącach 1940 roku niskiej
rangi niemiecki oficer wprowadził się do miasteczka i zamieszkał w posiadłości
Jakubowskiego, sąsiadującej z domem dziadka. Właściwie był to volksdeutsch,
Niemiec mieszkający w Polsce. Jak wielu innych jego rodaków mieszkających
w Polsce, którzy, jak sądzono, sympatyzują z nazistami, został wybrany przez rząd
okupacyjny i awansowany na komisarza. Rzekomo do jego obowiązków należało
administrowanie i nadzorowanie dużych posiadłości i firm żydowskich. Ponieważ
nasze rodzinne firmy były największymi w miasteczku, oczywiście znalazły się pod
jego nadzorem.
Nowy komisarz zazwyczaj witał się serdecznie z sąsiadami i niezmiennie zachowywał się wobec nich grzecznie i po przyjacielsku. W czasie świąt Bożego
Narodzenia on i jego żona zaprosili naszą rodzinę do siebie, abyśmy obejrzeli ich
świątecznie udekorowaną i oświetloną choinkę. W następną sobotę poprosili nas,
abyśmy dołączyli do nich podczas robienia zdjęć. Ponieważ Żydzi powstrzymują
się od wykonywania jakichkolwiek zajęć codziennych w dzień szabatu, włącznie
z byciem fotografowanym, matka grzecznie odmówiła. Pomimo zewnętrznych pozorów przyjaźni okazywanej przez komisarza i jego żonę, jego władza nad młynem
stopniowo ciągle rosła, podczas gdy nasza rodzina napotykała coraz to nowe ograniczenia w prowadzeniu interesów. Nie trzeba było długo czekać, a władze niemieckie zaplombowały drzwi do naszego młyna, a komisarz przepraszającym tonem
poinformował, że jego przełożeni nakazali mu zabronić żydowskim właścicielom
wstępu do młyna. Nasz rodzinny młyn został skonfiskowany przez rząd okupacyjny i przekazany komisarzowi. Na początku ojciec potajemnie usuwał w nocy
pieczęć, wchodził na krótko do młyna, a następnie przymocowywał pieczęć tak
zręcznie, że nie było widać, iż ktoś przy niej majstrował. W ten sposób jeszcze przez
107
jakiś czas mógł nadal prowadzić potajemnie interes. Jednakże wkrótce zdał sobie
sprawę, że było to zbyt niebezpieczne i pogodził się ze smutną rzeczywistością, że
młyn naprawdę już nie jest nasz.
Rozmawiając z rodziną na ten temat, powiedział:
– Mamy wszystko, czego nam trzeba. Nie będę już prowadził żadnego interesu. Nie będę podejmował żadnego ryzyka. Będę spacerował z rękami założonymi
za plecy. W żaden sposób nie będę niepotrzebnie ryzykował, podejmując środki
odwetowe wobec Niemców, ani nie będę narażał bezpieczeństwa mojej rodziny,
nawet w najmniejszym stopniu.
Rzadko przedtem ojciec wypowiadał się tak wyraźnie i dobitnie. Od tego momentu żaden Żyd nie pracował w młynie, ani nie zajmował się w jakikolwiek sposób jego zarządzaniem, a my nie mieliśmy już bezpośredniego dostępu do mąki
i ziarna. Niemniej, nie brakowało nam jedzenia; jeśli ktoś posiadał wystarczającą
ilość pieniędzy, a nasza rodzina miała je w obfitości, żywność wciąż można było
kupić w Bodzentynie.
Teraz, kiedy młyn znajdował się pod zarządem komisarza, ściśle określone ilości mąki i ziarna pod jego kontrolą rozwożone były do właścicieli sklepów, aby następnie mogły być sprzedane. Na początku dostarczanej mąki i ziarna było nawet
w nadmiarze w stosunku do miejscowych potrzeb; niektórzy sklepikarze zaczęli
handlować nadwyżkami mąki i ziarna na czarnym rynku. Praktyki te stały się tak
powszechne, że dowiedziały się o nich władze nazistowskie. Pewnej nocy niemiecka żandarmeria przyjechała do miasteczka z zamiarem zrobienia obławy i aresztowania nielegalnych handlarzy. Chodzili po domach, wściekle waląc do drzwi podejrzanych o nielegalny handel, ale znaleźli ich w domach nie więcej niż dziesięciu.
Widocznie w miasteczku szybko rozeszła się wieść o trwających poszukiwaniach
i wielu ludziom udało się uciec z domu, zanim przybyli Niemcy. Ponieważ nie byli
w stanie złapać znaczącej liczby nielegalnych handlarzy, żandarmi zaprzestali rewizji i zwolnili tych, których wcześniej pojmali.
Tydzień później żandarmeria złożyła wizytę wujowi Froimowi u dziadka Nusyna. Przedłożyli mu, jako przewodniczącemu Rady Żydowskiej, listę podejrzanych
o nielegalny handel mąką i ziarnem i zażądali informacji o miejscu ich pobytu. Na
liście znajdowało się też nazwisko naszego przyjaciela Jechiela Grossmana, który
kiedyś trzymał ziarno do swojego sklepu w naszym młynie. Wuj Jankiel, w sąsiednim pokoju, podsłuchał nazwiska, które były wyczytywane. Kiedy usłyszał nazwisko swojego przyjaciela, przeraził się. Szybko wymknął się z domu i pobiegł co sił
w nogach do Grossmana na ulicę Langiewicza. Jechiel położył się już spać. Wuj
gorączkowo tłumaczył przyjacielowi grożące mu niebezpieczeństwo i nalegał, aby
natychmiast uciekał i ratował życie. Jak tylko wuj Jankiel wyszedł od nich, przybyła
tam żandarmeria. Walili wściekle w drzwi, dopóki nie wpuściła ich pani Grossman.
Zażądali zobaczenia się z mężem, ale powiedziała, że nie ma go w domu i rodzina
nie zna miejsca jego pobytu. Żandarmi, pełni podejrzeń, zaczęli rozglądać się po
mieszkaniu i przeszukiwali posiadłość. Jeden z Niemców zauważył, że łóżko było
pościelone, więc podszedł do niego i dotknął ręką pościeli. Następnie odwrócił się
108
w kierunku rodziny Grossmanów i, sardonicznie się uśmiechając, powiedział:
– Łóżko jest jeszcze ciepłe, a wy nie macie pojęcia, gdzie przebywa Jechiel
Grossman? Bardzo interesujące.
Podszedł do pani Grossman, stanął przed nią wysoki i wyniosły, ręce opierając
na biodrach, i mówił do niej z coraz większą zjadliwością:
– Więc pani nie ma pojęcia, gdzie jest pani mąż?
Z rosnącej wściekłości zaczął krzyczeć:
– Łóżko jest jeszcze ciepłe. Dopiero co wyszedł. Musiał wyjść przed chwilą.
Gdzie on jest? Gdzie on jest?
Prawie nieprzytomna ze strachu, pani Grossman błagała i płakała:
– Nie wiem. Nie wiem.
Rozwścieczony Niemiec rozkazał żandarmom przeszukać każdy centymetr posiadłości, ale nie przyniosło to żadnego skutku. Nie mogli znaleźć Jechiela. Ukrywał się w małym pomieszczeniu za przechowywanymi materiałami, gdzie było tak
ciasno, że jedna osoba ledwie mogła stać. W końcu Niemcy wyszli, źli i pełni podejrzeń.
Pewnej nocy kilka dni później żandarmeria złożyła niezapowiedzianą wizytę
wujowi Froimowi. W przeciwieństwie do poprzednich wizyt, którym okupacyjni oficjele nadawali pozory serdeczności, tym razem szef żandarmerii nawet nie
usiadł i tonem chłodnym i oficjalnym oświadczył:
– Panie Szachter, gestapo w Kielcach wzywa pana na przesłuchanie. Ma pan
natychmiast jechać z nami.
W momencie zabrali wuja Froima, aby postawić go przed budzącą postrach
nazistowską państwową policją pod nieokreślonymi zarzutami. Któż mógł znać
konkretny powód przesłuchania, albo kiedy, jeśli kiedykolwiek, wuj Froim będzie
zwolniony?
Dorośli członkowie rodziny natychmiast zebrali się w salonie dziadka Nusyna, żeby dociec przyczyny, albo przyczyn, prawdopodobnego aresztowania wuja.
Koncentrując się na możliwych sposobach doprowadzenia do jego uwolnienia,
zdecydowali, że najbardziej logicznym rozwiązaniem będzie załatwianie tego przy
pomocy komisarza. Przede wszystkim, on też był Niemcem, tak jak aresztujący
oficerowie. Jeśliby mu odpowiednio zapłacić, to może doprowadzi do uwolnienia
wuja Froima?
Kiedy przedłożyli komisarzowi prośbę, wydawał się przychylnie nastawiony.
Jednakże wytłumaczył, że nie może po prostu interweniować u swoich przełożonych na korzyść wuja Froima, ponieważ procedury są ogromnie skomplikowane
i niebezpieczne. Dał do zrozumienia, że może poczynić wysiłki w tym kierunku za
odpowiednim wynagrodzeniem. Dziadek Nusyn przekazał komisarzowi znaczną
„zaliczkę,” którą on chętnie przyjął. Następnie zapewnił nas, że zrobi, co w jego
mocy.
Dzień za dniem czekaliśmy w wielkim napięciu, podświadomie obawiając się
najgorszego, a zarazem żywiąc nadzieję na ratunek ze strony przekupionego komisarza. W końcu komisarz odwiedził nas. Z drżącym sercem czekaliśmy na wieści.
109
Zrobił długi wstęp, opisując wszystkie trudności, jakie napotkał, zanim wreszcie
ujawnił, że dowiedział się, że wuj Froim przebywa w więzieniu w Kielcach. Został oskarżony o sabotowanie oraz, jako szef Rady Żydowskiej, o niewypełnianie
w zadowalającym stopniu rozkazów władz niemieckich. Dowiedziano się też, powiedział komisarz, że od początku wojny do wiosny 1940 wuj Froim przebywał
w Rosji i wobec tego podejrzewano go, że był komunistą.
– Zarzuty są dość poważne – zauważył komisarz. Podkreślił jednak, że oczywiście jest nadzieja na załatwienie sprawy. Znów zaoferowano mu, a on znów przyjął
ogromną sumę pieniędzy za swoje wysiłki. Zapewnił raz jeszcze, że zrobi wszystko,
co w jego mocy, aby nam pomóc i że da nam znać o nowych wydarzeniach w tej
sprawie, jak tylko czegoś się dowie.
Te ciężkie przejścia zaczęły odbijać się bardzo niekorzystnie na całej rodzinie,
a szczególnie na matce i na wuju Jankielu. Matka bardzo się zmieniła; była spięta,
niespokojna i w sposób nienormalny pogrążona w swoich myślach. Wuj Jankiel
był przygnębiony i niepocieszony. Nabawił się poważnego przypadku czkawki,
w którym każdemu czknięciu towarzyszył długi, głęboki, astmatyczny wdech. Ta
czkawka wydawała się trwać jak jeden nieprzerwany, niesłabnący atak. Stres, jaki
przeżywaliśmy, był nie do zniesienia. Jednak w kolejnych dniach i tygodniach komisarz na bieżąco informował nas o postępach w swoich poczynaniach. W pewnym momencie posunął się nawet tak daleko, że zasugerował, iż wuj Froim wróci
do domu w ciągu tygodni. Komisarz wciąż dostawał kolejne sumy pieniędzy, a my
pozwalaliśmy sobie na ostrożny optymizm co do tej sprawy.
22 czerwca 1941 nazistowskie Niemcy rozpoczęły regularną wojnę przeciwko
Rosji sowieckiej. W tym samym czasie zaostrzyli intensywną kampanię antyżydowskich ustaw i działań. Pierwszym aktem było wydanie dekretu zmuszającego
każdego Żyda do noszenia przy sobie cały czas żółtej kenkarty; karty identyfikacyjnej z dużą, odbitą na niej, czarną literą J.
Niedługo po wydaniu tego dekretu, komisarz oświadczył dziadkowi Nusynowi
z przykrością, że jego przełożeni rozkazali mu wręczyć nakaz eksmisji. Dziadek będzie miał ograniczoną ilość czasu, aby załatwić sobie mieszkanie, a w końcu będzie
musiał zrzec się swojej posiadłości na rzecz komisarza. Ciężko nam było sobie wyobrazić, że sprawy mogą przybrać jeszcze gorszy obrót w przyszłości. Niemcy już
wcześniej skonfiskowali nasz rodzinny młyn, wuj Froim został aresztowany i wciąż
nie wiadomo było, jaki los go czekał, a teraz ich autorytarne ramię zawłaszczało posiadłość dziadka. Czyżby nie było końca nieszczęściom, które Niemcy zamierzali
na nas sprowadzić? Jak dużo ludzie jeszcze zniosą?
Jednak nie mogliśmy odmienić biegu wypadków i nasze myśli kierowały się
ku najnowszej potrzebie: znalezienia mieszkania zastępczego dla dziadka Nusyna.
Podjęto decyzję, że budynek służący za magazyn, przylegający do tego, w którym
mieszkaliśmy my i dziadek Mejer, zostanie przebudowany na ten cel. Przed wojną
matka chciała, aby ojciec rozbudował go na potrzeby naszego mieszkania, ale ojciec nie był chętny. Teraz jego przebudowa na dom mieszkalny stała się koniecznością. Ojciec i wuj Lejbuś natychmiast zaczęli planować remont.
110
Nadeszła jesień 1941 roku, święta Rosz ha Szana, Jom Kipur i Sukot nadeszły
i przeminęły – po raz ostatni nasza rodzina obchodziła je w Bodzentynie. Od tego
czasu warunki życia pogarszały się w przyspieszonym tempie, w miarę jak pojawiały
się nowe i coraz bardziej dotkliwe rozporządzenia. Jeszcze zanim skończył się okres
świąteczny, naziści wydali rozporządzenie, które nakładało na Żydów najbardziej
surowe jak do tej pory ograniczenia, dotyczące przemieszczania się: opuszczenie
miejsca pobytu przez jakiegokolwiek Żyda było uważane za zbrodnię karaną śmiercią. Podróże do mieszkających poza miastem członków rodziny, jak i ich wizyty
u nas, podróże służbowe, podróże za miasto na leczenie do dentysty bądź lekarza
albo jakiekolwiek ważne zakupy były teraz zakazane prawem, uważane za przestępstwo i karane karą śmierci.
Powagę nowego rozporządzenia unaocznił w najbardziej złowrogi sposób incydent, jaki miał miejsce zaraz po tym, jak je wydano, a który doprowadził do tragedii naszych przyjaciół. Rodzina Kornblumów mieszkała na obrzeżach Bodzentyna.
Jeden z ich synów przechadzał się w pobliżu domu, kiedy zauważył go nazistowski
żandarm. Przyjmując, że żydowski chłopiec jest mieszkańcem Bodzentyna, który
wyszedł poza granice miasteczka, nazista wyjął rewolwer i zabił młodego mężczyznę. Wieść o tym okropieństwie przepełniła serca wszystkich Żydów paraliżującą
boleścią i strachem.
Chociaż w Bodzentynie wciąż jeszcze była jesień, w głębi Rosji, wzdłuż rosyjsko-niemieckiej linii frontu, surowa zimowa pogoda zadomowiła się na dobre. Rosyjska zima była tak ciężka, że wszystkie ubrania i dostawy przygotowane dla armii
nazistowskiej były zupełnie nieodpowiednie i nie zaspokajały potrzeb marznących
wojsk. Aby zaradzić tej nadzwyczajnej sytuacji, naziści wydali dekret, że wszystkie
futra i odzież futrzana będące w posiadaniu Żydów mają być oddane w trybie natychmiastowym do miejscowych komisariatów policji, skąd miały zostać przekazane rządowi. Pomiędzy futrami oddanymi przez naszą rodzinę znalazł się piękny
kożuszek z futrzanym kołnierzem i futrzanymi wykończeniami, który matka mi kupiła w uzdrowisku w Krynicy i który tak bardzo lubiłam. Naprawdę nienawidziłam
tego, że musiałam z niego zrezygnować. Jednak nie wszystkie futra zostały oddane.
Niektóre zostały ukryte zarówno przez nas, jak i przez innych Żydów. Niektórzy oddali swoje wartościowe futra przyjaciołom Polakom na przechowanie do lepszych
czasów, z nadzieją, że kiedyś będą mogli je odzyskać. Inne kosztowności też zostały
powierzone Polakom albo ukryte tak, by były bezpieczne przed plądrowaniem i rabunkiem niemieckich żandarmów. Ciotka Gitla i wuj Froim Biderman, na przykład,
dali dużą ilość najdelikatniejszych tkanin ze swojego sklepu swojej zaufanej klientce, pani Surowieckiej ze Świętomarza.
Dbano, aby kroki te były podejmowane bez wielkiego ryzyka. Przewidując zawczasu takie zachowania, Niemcy praktykowali robienie nalotów na przypadkowo
wybrane domy w poszukiwaniu ukrytych kosztowności. Kiedy znajdowali zakazane
prawem rzeczy – zabijali „winnego” posiadacza na miejscu, czyniąc z tego pokaz
dla reszty społeczności. W ten sposób władze nazistowskie siały terror, zniechęcając
i dusząc w zarodku próby, które mogły być podejmowane przez innych w celu uniknięcia brutalnych rozporządzeń.
111
Ojciec i wuj Lejbuś przebudowywali nasz magazyn na mieszkanie dla dziadka
Nusyna. W takich czasach uważano za rozsądne przygotowanie miejsca, gdzie poszukiwany członek rodziny mógł być ukryty na wypadek niebezpieczeństwa. Ojciec i wuj Lejbuś wpadli na pomysł wybudowania sekretnego pokoju na poddaszu,
ukrytego za podwójną ścianą, z wejściem, które było nie do rozpoznania dla kogoś
niezaznajomionego z jego dokładnym położeniem. Co więcej, można się było do
niego dostać tylko po drabinie, która zawsze trzymana była z dala od wejścia do
tego pokoju. Za ścianą zewnętrzną znajdowały się drzwi do sekretnego miejsca.
O istnieniu pokoju nie wiedziałam ani ja, ani Rachela, jednak wiedziały o nim
starsze dzieci i dorośli z rodziny. Irka dowiedziała się o nim tuż po jego wybudowaniu: ojciec chciał koniecznie sprawdzić, czy pokój jest dobrze ukryty, wskazał jej
ścianę, na której znajdowało się wejście i powiedział
– Zobacz czy będziesz potrafiła odnaleźć wejście.
Irka opukała ścianę wzdłuż, w prawo i w lewo, raz w dół, raz do góry, jeszcze raz
tu i jeszcze raz tam, ale bezskutecznie. Ojciec podpowiadał jej ciepło-zimno, ale
wciąż nie mogła zlokalizować wejścia. Było naprawdę dobrze ukryte.
Irka zapytała wtedy ojca:
– Dlaczego musimy oddawać nasze futra, mając taki pokój? Dlaczego ich po
prostu tu nie ukryjemy?
Ojciec odpowiedział:
– Nie, moja droga Irciu, ten pokój został zbudowany nie dla rzeczy, ale dla ludzi: dla rodziny, dla nas. Rzeczy i tak nas przeżyją, ten pokój musi być zachowany
dla ratowania życia, naszego życia.
Mniej więcej w tym czasie nagle nowy komisarz zastąpił naszego. W przeciwieństwie do poprzednika, który przynajmniej stwarzał pozory serdeczności,
nowy komisarz był zimny, zdystansowany, oficjalny i można było o nim powiedzieć wszystko, tylko nie to, że był przyjaźnie nastawiony. Niemniej ojciec czynił
przyjazne gesty, aby udobruchać go i zdobyć jego przychylność. Ojciec zdjął piękne, szare, owcze futro z płaszcza Irki i ofiarował je żonie komisarza. Wkrótce po
przekazaniu podarku, widziano żonę komisarza paradującą w pięknym płaszczu,
które sobie zrobiła z tego futra.
Nie marnowano czasu i w podobny sposób urabiano nowego komisarza w sprawie wuja Froima. Przekazano mu dużą sumę pieniędzy w dowód wdzięczności za
jakiekolwiek wysiłki, które mógłby podjąć w celu doprowadzenia do uwolnienia
wuja. Podobnie jak poprzednik, przyjął podarunek i zapewnił, że będzie robił, co
w jego mocy w tej sprawie. Pewnego dnia, około tygodnia później, żona komisarza
odwiedziła dziadka Nusyna. Oczywiście, zaproszono ją do środka i poproszono
do salonu. Jak tylko wszyscy usiedliśmy za stołem, z radością poinformowała nas,
że dopiero co wróciła z kwatery głównej gestapo w Kielcach i może nam przekazać
wspaniałą wiadomość, że wuj Froim prawie na pewno zostanie zwolniony i wróci
do domu w ciągu kilku dni.
Nasze nadzieje odżyły. Jednak minął jeden tydzień, drugi, trzeci, a my traciliśmy powoli nadzieję. Stopniowo staliśmy się sceptyczni, a później pesymistyczni.
112
Naszą rodzinę znów ogarnęła depresja, ponieważ zaczął się okres pełnego obawy
wyczekiwania, nadziei, strachu i modlitwy o uwolnienie wuja Froima.
Żeby wynagrodzić mi utratę kożuszka z owczej skóry, rodzice zamówili dla
mnie nowy płaszcz. Miał być zrobiony z granatowego materiału, z ładnym aksamitnym kołnierzem i miał mieć jako dodatki kapelusz i torebkę. Kiedy był gotowy, nie
mogłam się doczekać, kiedy go założę, ale matka jakoś nie była w stanie martwić się
moimi nowymi ubraniami, podczas gdy sytuacja rodziny była tak niepewna. Była
całkowicie pogrążona w swoich myślach, a nad domem unosiły się ciężkie chmury
z powodu niepewności co do losu wuja Froima. Poprosiła mnie, abym wstrzymała
się z noszeniem nowego płaszcza do czasu, aż sytuacja się unormuje. Wyczuwałam
powagę sytuacji i zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam jej drażnić.
Gdy nadeszła zima, los Żydów z Płocka pogarszał się. Panował wielki głód
i z wielu osób została tylko skóra i kości, często ludzie byli napuchnięci z braku
jedzenia. Ci, którzy mieli dość szczęścia i przywieźli ze sobą biżuterię w torbach,
które nosili na plecach, teraz sprzedawali albo wymieniali swoje kosztowności na
chleb. Pewnego razu przy obiedzie, kiedy dyskusja zeszła na temat strasznej tragedii,
jaka spadła na Żydów z Płocka, powiedziałam o tym, jak podsłuchałam towarzyszy
swoich zabaw mówiących, że chcieliby, aby ich rodzice kupili piękną biżuterię za
niewielkie pieniądze. Ojciec był przygnębiony i pesymistycznie nastawiony:
– Może kupią biżuterię, a może nie. Twoi przyjaciele może będą ją mieć, a może
nie. Z nią czy bez niej i tak nie będzie można za nią kupić ani kawałka chleba.
Nasze nadzieje na ewentualne uwolnienie wuja Froima zostały zniweczone,
a nasze najgorsze przeczucia się spełniły. Pewnego dnia komisarz przyszedł zakomunikować nam wiadomość, że wuj Froim nie był już w więzieniu gestapo w Kielcach, ale został zesłany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Przyznał, że od
tej chwili nie ma już żadnej nadziei na jego uwolnienie. W wieku 29 lat, w sile wieku,
wuj Froim został wyrwany z życia. Błyskotliwy, inteligentny, bardzo pobożny, zaręczony, ale mający już nigdy nie spotkać swojej narzeczonej. Został zabrany, a jego
zbrodnią było to, że był Żydem oraz to, że usiłował wpłynąć na tempo i surowość
morderczych represji wobec swoich braci Żydów. Z perspektywami na najlepszą
przyszłość, został zesłany. Już nigdy więcej nie zobaczyliśmy go i nie mieliśmy od
niego żadnych wieści. Zaskoczona i załamana wiadomością o tej strasznej tragedii
rodzina w bardziej normalnych czasach potrzebowałaby wytchnienia, aby przystosować się do nowej rzeczywistości. Ale ponieważ prześladowania wciąż trwały,
a nowe niebezpieczeństwa zagrażały całej społeczności, nie mieliśmy sposobności
rozpamiętywać tej straty.
Na miejsce wuja Froima Rada Żydowska wybrała na swojego przewodniczącego innego młodego mężczyznę, Szmiela Weintrauba. Szmiel od dziecka był
przyjacielem wuja i naszej rodziny. Około rok starszy od wuja, był jego szkolnym kolegą z chederu, bystry, przenikliwy, oczytany. Był synem jednej z najbardziej poważanych i szanowanych rodzin w mieście. Teraz ciężar załatwiania spraw
z nazistowską żandarmerią w imieniu społeczności żydowskiej spoczął na jego
30-letnich barkach.
113
Kiedy prace wykończeniowe przy budynku magazynowym dobiegły końca,
dziadek Nusyn i wujowie Lejbuś i Jankiel wprowadzili się do nowego domu. Wuj
Mojsze, ciotka Chawcia, Samuś i siostra ciotki Chawci, Pola, opuścili budynek magazynowy za starym domem dziadka Nusyna i wprowadzili się do nowego mieszkania. Bardzo lubiłam tam chodzić i bawić się z małym Samusiem, który miał teraz
prawie dwa lata. Był cudownym dzieckiem, z jasnymi lokami i niebieskimi oczami,
a zabawa z nim była jak bawienie się lalką. Miał tak wiele uroku i ciekawą osobowość, jak na dwuletnie dziecko. Ciotka Chawcia zawsze była dla mnie miła i bardzo
ją lubiłam. Pewnego razu podarowała mi małą bransoletkę, trzy w jednej: różową, białą i niebieską połączone całość. Z utęsknieniem czekałam na wizyty w ich
mieszkaniu.
Ponieważ nasza rodzina opuściła posiadłość dziadka Nusyna, komisarz przeprowadził się i zajął dom. Przejął też sklep żelazny i całą posiadłość. W ten oto
sposób najważniejsze posiadłości i interesy zapoczątkowane przez prapradziadka
Szmiela Szachtera: jedyny młyn w mieście, największy sklep żelazny w mieście,
największa posiadłość w mieście, przekazywane z pokolenia na pokolenie przez
trzy generacje. zostały teraz po prostu skonfiskowane i przekazane komisarzowi
dekretem rządu nazistowskiego.
114
13.
1942: Ojciec ukrywa się przed Niemcami
Pewnego wieczoru podczas ostatnich tygodni 1941 roku miejscowy żydowski
piekarz został złapany przez niemieckiego żandarma na przewożeniu ukrytego
stufuntowego worka mąki. Było to niezwykle dużo mąki, prawie nikt nie kupował
wtedy takiej ilości w Bodzentynie. Co więcej, nikt w Bodzentynie nie miał legalnego źródła, z którego mógłby kupić tak dużo mąki. Niemiec natychmiast zażądał,
aby mu powiedzieć, gdzie mąka została zakupiona. Podejmując desperacką próbę
odwrócenia uwagi od siebie, bądź przypuszczając, że nasza rodzina ma wystarczające zasoby finansowe, by wybrnąć z tak kłopotliwego położenia, Żyd powiedział,
że kupił mąkę od Jechiela Szachtera. Znając postawę ojca wobec niebezpieczeństw
grożących naszej rodzinie z powodu prowadzenia nielegalnych interesów, wydawało się wątpliwe, aby oskarżenie mogło być prawdziwe. Jednakże fakt, że ojciec został
oskarżony o sprzedaż mąki, postawił go w sytuacji, z której wynikało, że popełnił
przestępstwo. Niewątpliwie będzie teraz poszukiwany w celu przesłuchania.
Przyjaźnie nastawiony do ojca polski policjant akurat przechodził obok i usłyszał rozmowę pomiędzy niemieckim oficerem a Żydem. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, Polak szybko przyszedł ostrzec ojca. Ojciec udał się pospiesznie
do domu dziadka Nusyna i ukrył się w sekretnym pokoju na poddaszu. Chwilę
później usłyszeliśmy natarczywe kołatanie do drzwi. Była już noc, matka i wszystkie dzieci były w domu, ale matka nie mogła się zdecydować na wysłanie któregokolwiek z nas do drzwi. Otworzyła je sama. Dwóch wysokich niemieckich żandarmów zażądało zobaczenia się z Jechielem Szachterem. Chociaż byliśmy przerażeni,
zdołaliśmy zachować spokój. Matka, która nauczyła się rozmawiać płynnie po niemiecku podczas kilku faz okupacji państw centralnych w czasie I wojny światowej,
grzecznie odpowiedziała doskonałą niemczyzną, że ojca nie ma w domu. Żandarmi chcieli wiedzieć, gdzie jest i kiedy wróci do domu. Gdy matka odpowiedziała,
że nie wie, starszy rangą żandarm chłodno wręczył jej oficjalne wezwanie dla ojca
i kazał pojawić się na miejscowym posterunku policji bez zwłoki. Niemcy wyszli.
My aż za dobrze zdawaliśmy sobie sprawę, że stawienie się na przesłuchanie na
komisariacie w tej sytuacji oznaczało pewny areszt, deportację do obozu koncentracyjnego albo egzekucję. Ojciec zdecydował się zignorować wezwanie i nie po115
szedł na posterunek. Jednakże taką decyzją, chociaż była mniejszym złem w danych okolicznościach, ojciec postawił siebie w sytuacji największego możliwego
zagrożenia. Nigdy więcej nie mógł pozwolić sobie na przebywanie w domu, jeśli
Niemcy byli w mieście. Będzie musiał ciągle mieć się na baczności przed żandarmerią zjawiającą się w Bodzentynie i ukrywać się w domu krewnego do czasu, aż
wyjadą. A taki sposób życia na dłuższą metę wydawał się zbyt niepewny i ryzykowny. Może byłoby lepiej uciec do Kielc, gdzie mógłby zatrzymać się u rodziny?
Ale opuszczenie miejsca zamieszkania przez Żyda teraz równało się karze śmierci i jeśli ojciec z jakiegokolwiek powodu byłby kiedyś zatrzymany, poproszony
o wylegitymowanie się, zostałby aresztowany, jeśli nie natychmiast zastrzelony.
W rezultacie, ojciec uznał, że najrozsądniej będzie zostać w Bodzentynie, aż załatwi sobie fałszywe papiery, a następnie przenieść się do Kielc i pozostać tam
w ukryciu na czas nieokreślony.
Tak więc ojciec zaczął załatwiać sobie wyrobienie fałszywych dokumentów,
ale okazało się to niezwykle trudne. Ludzie bali się i niechętnie angażowali się
w tak jawnie nielegalne i ryzykowne przedsięwzięcie, nawet gdy w grę wchodziła
duża suma pieniędzy. W końcu jednak ojcu udało się zdobyć dowód tożsamości
na nazwisko Jechiel Silberberg, który przypuszczalnie zgodził się sprzedać swoje papiery, ponieważ bardzo potrzebował pieniędzy. Mając w ręku nowy dowód,
przebrany w inne ubranie, włącznie z okularami, ojciec umówił się z zaufanym
Polakiem, że go przewiezie furmanką do Kielc, gdzie planował zatrzymać się u kuzyna tak długo, jak to możliwe. Nie powiedziano mi, gdzie pojechał. Wiedziałam,
że wyjechał, aby ukryć się w innym mieście, ale czułam, że matka nie chce, abym
ją więcej o to pytała i właściwie wolałam nie znać szczegółów. Co by się stało, gdybym została złapana przez Niemca i przesłuchiwana? Jeśli byłabym przerażona,
a może torturowana, czy byłabym w stanie nie ujawnić takich informacji, które
może, Boże zachowaj, oznaczałyby śmierć ojca?
Oczywiście, życie było trudne bez ojca. Prawdą jest, że w normalnych czasach,
przed wojną, całymi dniami przebywał poza domem w interesach, ale odbieraliśmy jego nieobecność całkiem inaczej. Teraz ciągle zagrażające życiu, ale konieczne ryzyko stało się normalną jego częścią. Jednak niepewność przyszłości i ciągły
strach przed nieznanym oznaczał dodatkowy stres dla całej rodziny, a zwłaszcza
dla matki. Chociaż usiłowała chronić dzieci przed problemami dorosłych, nastrój
w domu był zdecydowanie bardziej poważny i nieprzyjemnie ponury. Starsze
dzieci, szczególnie Mojsze i Irka, od razu wyczuły, że muszą działać razem żeby
wesprzeć matkę. Ode mnie nie wymagano pomocy, ale ja bardzo dotkliwie zdawałam sobie sprawę z nienormalnej sytuacji braku ojca w domu. Minęło już wiele
tygodni od wyjazdu ojca z miasta i nie mieliśmy powodów przypuszczać, że zaistniała sytuacja kiedykolwiek ulegnie zmianie. Pewnego dnia bawiąc się na dworze
zauważyłam, jak matka zanosi jedzenie do sąsiadującego z nami nowego domu
dziadka Nusyna. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, ale potem zauważyłam, że
nosiła tam jedzenie dość często. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego, ale jakoś nie
mogłam zebrać się na odwagę, by o to zapytać.
116
Kiedyś często bawiłam się na podwórzu. Bardzo lubiłam grać z dziewczynami
w łapanego dużą czerwoną piłką, którą matka przywiozła mi z wesela wuja Mojsze. Pewnego razu matka wyszła i poprosiła mnie, żebym przestała grać i nie robiła
już tyle hałasu. Ta prośba mnie zastanowiła. Matka nigdy wcześniej mnie o to nie
prosiła. Zaciekawiło mnie to i zaczęłam podejrzewać, że ojciec musi się ukrywać
w nowym domu dziadka Nusyna. Pewnego późnego piątkowego wieczoru zebrałam całą swoją odwagę i wymknęłam się niezauważona. Ostrożnie podeszłam do
frontowych drzwi wejściowych sąsiedniego domu, ponownie zebrałam się na odwagę, i zapukałam. Po dłuższej chwili usłyszałam kroki. Drzwi lekko się uchyliły
i wyjrzał zza nich wuj Jankiel.
– Mogę wejść? – zapytałam.
– Zaczekaj tu chwilę – odpowiedział.
Potem zamknął drzwi i odszedł. Za chwilę wrócił i powiedział:
– Teraz możesz wejść.
Za stołem w salonie siedzieli dziadek Nusyn, wuj Lejbuś i ojciec! Wyglądał
strasznie blado, był wymizerowany i przygnębiony. Ale ja byłam bardzo szczęśliwa,
że go widzę, a on był szczęśliwy widząc mnie. Podbiegłam do niego, ucałowaliśmy
się i uściskali, a następnie usadowiłam się u niego na kolanach. Zapytał, czy matka
mnie wysłała, a ja wytłumaczyłam, że nie, ale podejrzewałam, że może się tu ukrywać i zdecydowałam się przyjść i sprawdzić. Uśmiech zadowolenia rozpromienił
twarz ojca. Był dumny z tego, że byłam tak bystra. Rozmawialiśmy przez chwilę, ale
wcale nie prosił, abym zachowała w sekrecie miejsce jego obecnego pobytu. Widocznie wiedział, że można mi zaufać. Uważałam, że rozsądniej będzie nie zostawać
zbyt długo i wróciłam do domu. Później dowiedziałam się, że ojciec przebywając
w Kielcach uznał pozostawanie tam samemu za bardziej ryzykowne niż ukrywanie
się w Bodzentynie. Po kilku tygodniach incognito wrócił do Bodzentyna i skierował się prosto do dziadka Nusyna; odtąd przebywał w sekretnym pomieszczeniu.
Nie miałam pojęcia, gdzie znajduje się ten pokój i wolałam nie wiedzieć. Ojciec
się ukrywał, oczywiście, w pokoju na poddaszu za podwójną ścianą, który razem
z wujem Lejbusiem zbudował na potrzeby takiej właśnie nagłej sytuacji, podczas
przebudowy magazynu dla dziadka Nusyna.
Teraz zrozumiałam, dlaczego matka nosiła tam gotowane jedzenie tak często.
Zdałam sobie również sprawę, dlaczego prosiła mnie, bym nie grała w piłkę na podwórku. Hałas spowodowany grą i ekscytacja dzieci drażniły ojca, kiedy siedział
w całkowitym odosobnieniu, w ukryciu. Dowiedziałam się, że tajny pokój był
małym boksem, ledwie wystarczającym, aby jedna osoba mogła w nim stać albo
siedzieć. Miał jedno małe okno, przez które ojciec mógł zerkać i złapać podmuch
świeżego powietrza. Późno w nocy, kiedy Niemców nie było w mieście, a na zewnątrz było cicho, ojciec mógł zejść na krótki spacer i trochę się poruszać.
Żyliśmy w tym czasie – ojciec, jak i cała reszta – pod ogromną presją. Matka
cierpiała z powodu dolegliwości woreczka żółciowego i artretyzmu od wielu lat.
Teraz doświadczała niespotykanego wcześniej napięcia, więc artretyzm doskwierał jej, jak nigdy wcześniej. Na dodatek dokuczała jej rwa kulszowa, tak paraliżu117
jąca, że matka ledwie mogła się poruszać. W ostatnich przedwojennych latach
jeździła do Krynicy na specjalne leczenie, kąpiele mineralne i konsultacje. Teraz
wszystko to było, oczywiście, nieosiągalne.
Dziadek Nusyn sprowadził doktora Poziomskiego z pobliskiego Suchedniowa, aby zbadał matkę. Doktor zasugerował, że być może okłady błotne w opakowaniach, specjalnie przygotowane i używane w uzdrowisku w Busku, ulżą matce
w dolegliwościach rwy kulszowej. Ojciec, mimo ukrywania się, załatwił sprowadzenie okładów błotnych pocztą. Dotarły w formie suchej, z instrukcją użycia,
której Mojsze ściśle przestrzegał. Następnie, z pomocą Irki, aplikował gotowe
okłady błotne na lewe biodro i udo matki. Ta terapia przynosiła czasową ulgę,
a matka była w stanie znowu się poruszać; do następnego ataku, kiedy okłady
błotne znowu musiały być aplikowane. Od tego czasu musiała ona leżeć w łóżku
przez większość ośmiomiesięcznego pobytu ojca w ukryciu.
Z ukrywającym się ojcem i matką, która cierpiała fizycznie oraz poddawała
się rozpaczy, było nam coraz trudniej utrzymywać Adelę i Lilkę z Płocka, od
pewnego czasu stale u nas goszczące. Ojciec uważał, że prawdopodobieństwo
odkrycia przez nie jego kryjówki niosło ze sobą zbyt wielkie ryzyko, a matka
czuła się niezręcznie, gdyż starsza z dziewcząt, Adela, coraz bardziej zadurzała
się w Mojsze. Same zaś dziewczęta tęskniły bardzo za swoją matką. Lilka otwarcie poprosiła o to, aby mogły z nią mieszkać razem. Z pomocą Komitetu Żydowskiego jej prośba została spełniona. Kilka tygodni później podobne kroki podjęto w sprawie Adeli. Problem mieszkaniowy został rozwiązany, ku zadowoleniu
wszystkich zainteresowanych.
Zima 1941/1942 bardzo różniła się od poprzednich. Wieczorami jak dawniej siadywaliśmy koło pieca w salonie, każdy pogrążony w swoich myślach i zaabsorbowany swoimi troskami. Ale tego roku ojciec był od nas odseparowany,
a matkę złożyły ataki rwy kulszowej i artretyzm. Doktor Pabijan przychodził
regularnie i dawał matce zastrzyki, przynoszące jej ulgę w boleściach. Irka i Rachela wykazywały zdwojoną aktywność, przejmując na siebie obowiązki matki.
Od czasu do czasu zachodziła do nas ciotka Gitla, aby poinstruować dziewczyny w sprawach prowadzenia gospodarstwa domowego, albo by im pomóc.
Irka często zanosiła jedzenie dla ojca do domu dziadka Nusyna. Jako jedyna
ze starszych dzieci znała dokładne umiejscowienie podwójnej ściany i ukrytych
drzwi. Z natury Irka bała się wysokości, jednak przemagała strach i wspinała się
po drabinie, aby zobaczyć się z ojcem, dać mu jedzenie albo gazetę, zabrać puste naczynia i pomagać – w czymkolwiek tylko mogła. Kiedy zamknęła ukryte
drzwi, schodziła po drabinie i przenosiła ją w oddalone miejsce.
W zimie nadeszły ciężkie czasy dla wszystkich żydowskich mieszkańców
Bodzentyna. Jeśli wcześniej nasza rodzina nie napotykała żadnych przeszkód,
gdy chodziło o kupno jedzenia, to teraz żywności nie było już w takiej obfitości. Targi w poniedziałki odbywały się jak zwykle, ale towarów w sklepach było
niewiele i trudniej je było kupić. Nasi nieszczęśliwi bracia, biedni uchodźcy
z Płocka, najbardziej odczuwali brak żywności i pogarszające się warunki życia.
118
Racje żywnościowe wyznaczane Żydom były ledwie w połowie wysokości racji
przyznawanych nie-Żydom i grubo poniżej poziomu niezbędnego, aby przeżyć.
Tylko Żydzi z zasobami gotówki mogli kupować żywność z nielegalnych źródeł,
ale nawet oni prawie nie mieli jedzenia na zbyciu. W ograniczonym zakresie, ponieważ możliwości były niewielkie, ci w lepszym położeniu pomagali tym, którzy
byli w trudniejszej sytuacji. Ale potrzeby znacznie przekraczały możliwości kupna żywności. Żydzi z Płocka chodzili po miasteczku po prostu spuchnięci z głodu.
Ich oszpecone stopy często pokrywały okropne, otwarte wrzody. Poważnie niedożywieni, żyjący w brudzie i ubóstwie, w nieogrzewanych pomieszczeniach, ci
nieszczęśnicy przeszukiwali pojemniki na śmieci w nadziei na znalezienie jedzenia. Niestety, nie było w nich żadnych resztek, ponieważ żadna rodzina nie mogła
sobie pozwolić na luksus wyrzucania jedzenia.
Głód i choroby rozprzestrzeniały się. Kiedy w mieście wybuchła epidemia tyfusu, Żydzi z Płocka zaczęli masowo umierać. Codziennie osiem do dziesięciu zamrożonych ciał znajdowano na ulicach. Synagogę zamieniono w prowizoryczny
szpital i centrum pomocy w nagłych przypadkach, ale ogromne potrzeby oraz fatalne warunki znacznie przewyższały zasoby, a te istniejące nie mogły ulżyć w dramatycznej sytuacji. W miarę jak pogarszały się warunki, ludzie stawali się osowiali
i pesymistycznie nastawieni do wszystkiego. Jak to niemądrze skomentował jeden
doktor z Płocka, gdy uświadomił sobie, że na ziemi leży martwe ciało, które wcześniej widocznie przeoczył: „Nu, a loch in himl, a bargl oif der erd!” (A więc dziura
w niebie, kopczyk na ziemi!).
Na domiar złego pewnej nocy wybuchł pożar w prowizorycznym szpitalu w synagodze. Płomienie strawiły nie tylko budynek synagogi, ale również przerzuciły
się na kilka sąsiednich domów, powodując wielkie zniszczenia i siejąc zamieszanie. Panika wkrótce ogarnęła całe miasteczko i istniała obawa, że Niemcy mogą
je spalić do szczętu, tak jak zrobili to wycofujący się Austriacy w czasie I wojny
światowej. Kiedy ogień zaczął się przesuwać w stronę naszego domu, ojciec zszedł
na dół z kryjówki, żeby pomóc pakować tobołki, w przewidywaniu konieczności
ewakuowania się z domu. My już wtedy byliśmy na parterze. Na szczęście pożar
został wreszcie powstrzymany. Ojciec wrócił do kryjówki, a my wszyscy weszliśmy na górę na resztę nocy.
Następnego dnia kilkoro ludzi mówiło nam:
– Wydawało mi się, że widziałem twojego ojca zeszłej nocy. Nie jestem pewien, ponieważ nie było żadnego światła poza migoczącymi płomieniami pożaru,
ale mógłbym przysiąc, że to był on.
Naturalnie odpowiadaliśmy:
– Masz bogatą wyobraźnię. Naszego ojca nie ma w Bodzentynie już od miesięcy. Nie wiedziałeś o tym? – i na tym sprawa się kończyła.
Wkrótce dowiedzieliśmy się, że ogień, który strawił synagogę, podłożyła grupa podpalaczy, młodych Polaków. W jego rezultacie wielu Żydów z Płocka zginęło
od poparzeń albo udusiło się od dymu, a nieliczni, którzy przeżyli, zostali przyjęci
do domów. Nie było jasne, czy podpalenie nastąpiło z pobudek antysemickich,
119
czy władze niemieckie rozkazały to zrobić, czy może zamierzone to było celowo,
aby powstrzymać szerzącą się epidemię tyfusu poprzez unicestwienie większości
z jego nosicieli, którzy znaleźli schronienie w synagodze. W każdym razie, ciotka Bruchla i wuj Pincie, Mojszele i Ksyluś, którzy mieszkali w pobliżu synagogi,
zdecydowali się wyprowadzić ze swojego mieszkania. Przenieśli się do dziadka
Nusyna, wuja Lejbusia i Jankiela, gdzie mieszkali przez cały czas naszego pobytu
w Bodzentynie.
120
14.
Decyzja o opuszczeniu Bodzentyna
Ojciec pozostawał w ukryciu, w sekretnym pomieszczeniu na poddaszu, przez
osiem miesięcy. W tym czasie miał wiele czasu do obserwacji i namysłu nad
szybko pogarszającymi się warunkami życia w Bodzentynie. Zastanawiał się też
generalnie nad bieżącymi wydarzeniami wpływającymi na życie Żydów w całej
Polsce i brał je pod uwagę w perspektywie bezpośrednich szans naszej rodziny na
przeżycie. Słuchał radia, czytał gazety codzienne i był aż nadto świadom tego, co
spotykało Żydów w Polsce, w nazistowskim jarzmie. Zaobserwował niedające się
wyrazić okrutne traktowanie Żydów w innych społecznościach, znane z opowieści uchodźców, którzy przybyli do Bodzentyna z innych miast. Zwrócił uwagę na
deportację dużej części społeczności żydowskiej z Płocka. Był świadomy istnienia żydowskiego getta w Kielcach i wszystkich okropieństw, opowiadanych przez
uchodźców z Krakowa, którzy zostali tam zesłani. Ludzie twierdzili, że wiedzą
o masowych egzekucjach Żydów, zabieranych do lasu i zabijanych na miejscu.
Inni opowiadali, że słyszeli o transportowanych w dużej liczbie do nieznanych
miejsc Żydach, których później już nikt nigdy nie widział. Rozumował, że wydarzenia te były nierozerwalnie związane z aktami terroru i okropieństwami, które
miały miejsce w Bodzentynie: konfiskatą własności i przedsiębiorstw; systematycznym ubożeniem Żydów jako jednostek i jako społeczności; niewystarczającymi do przeżycia racjami żywnościowymi przydzielanymi Żydom; zagłodzonymi,
chorymi i umierającymi na ulicach Bodzentyna Żydami z Płocka. Na dodatek coraz więcej było doniesień o programach masowych „przesiedleń” i likwidacjach
coraz to nowych społeczności żydowskich.
W połowie roku 1942 ojciec doszedł do wniosku, że wszystko to jest częścią
misternie zaplanowanej akcji, mającej na celu całkowitą eksterminację polskiego
żydostwa. Był przekonany, że jest to tylko kwestia czasu, i to bardzo bliskiego czasu, a cała społeczność żydowska w Bodzentynie będzie unicestwiona. Co można
było zrobić, jeśli w ogóle coś było możliwe, w celu ratowania życia członków naszej rodziny? Rozważał wszystkie możliwe warianty. Analizował za i przeciw każdego planu. Pewnej nocy pod koniec lata, kiedy Niemców nie było w mieście, ojciec zszedł z ukrycia do salonu dziadka Nusyna, by podzielić się z rodziną swoimi
121
obawami, przemyśleniami i planami dotyczącymi naszego przetrwania. Pojawił się
blady i znużony, wstrząśnięty i smutny z powodu wielkiej presji, jaka na nim ciążyła.
Na jego zmęczonych barkach spoczywało wydające się niemożliwym do wykonania
zadanie uratowania naszej rodziny.
Wytłumaczył dlaczego, według niego, pozostanie w Bodzentynie będzie równoznaczne z oczekiwaniem na pewną deportację i śmierć. Z jego punktu widzenia,
jedyną nadzieję na uniknięcie tego losu można było pokładać w tym, że nasza sytuacja stanie się ważna z punktu widzenia interesów nazistowskich Niemiec. Powiedział nam o istnieniu fabryki zbrojeniowej w Starachowicach, w której zatrudniano
już Żydów. Co więcej, rodowity bodzentyniak i jego dawny przyjaciel z dzieciństwa,
Szlomo Ejnesman, który był cholewkarzem i obecnie mieszkał w Starachowicach,
robił buty dla nazistów w tej fabryce. Jako pracownik fabryki, Szlomo zajmował stanowisko, które dawało mu możliwości w zakresie „załatwiania” czegokolwiek, co
się mogło wiązać z zatrudnianiem siły roboczej i wyrobieniem pracowniczej karty
identyfikacyjnej dla każdego członka rodziny.
W tym ojciec pokładał naszą jedyną nadzieję na przetrwanie nadciągającej tragedii. Ponieważ sam nie mógł się przemieszczać, bo był poszukiwany przez Niemców,
zadaniem wuja Lejbusia było nawiązanie kontaktów i poczynienie niezbędnych
ustaleń ze Szlomo. Mając na uwadze różny wiek poszczególnych członków rodziny,
jak również liczbę kobiet i dziewcząt, „załatwienie” zatrudnienia dla każdego z nas
nie mogło być tanie, jeśli w ogóle miało się udać. Wuj Lejbuś natychmiast wyruszył
do Starachowic, gdzie zatrzymał się u ciotki Diny i wuja Josela Schreibmanów na
czas dopracowywania szczegółów planu ojca.
W międzyczasie wynajęliśmy żydowskiego szewca z Bodzentyna, Josela Szistera, do wykonania specjalnego zadania. Zleciliśmy mu usunięcie obcasów z butów
wszystkich członków rodziny, aby pomiędzy podeszwą a obcasem umieścić rosyjskie dwudziestorublowe złote monety, a następnie ponownie przymocować obcasy.
W ten sposób każdy z nas był zaopatrzony w szybko dostępne źródło gotówki, żeby
w nagłej potrzebie móc zapłacić okup, albo kupić sobie bezpieczeństwo, żywność
czy schronienie. Zdawałam sobie sprawę z tego, co Josel robił i rozumiałam, dlaczego chował pieniądze w naszych butach. Jego praca jeszcze bardziej uświadomiła mi,
jak niebezpieczne nadchodziły dla nas czasy.
Ojciec obmyślił też plan bezpiecznego ukrycia dużych rodzinnych nadwyżek
złota i srebra oraz biżuterii. Zamiast przechowywać całą fortunę w jednym miejscu,
zdecydował się ukryć ją w kilku różnych miejscach w ogródku dziadka Mejera, na
północnym końcu naszego podwórza. Następnie narysował mapę z dokładnie zaznaczonymi miejscami ukrycia. Pewnej ciemnej nocy ojciec wyszedł z ukrycia i sam
zakopał skarby. Wkrótce wuj Lejbuś powrócił ze Starachowic i zrelacjonował rodzinie, co był w stanie tam załatwić. Spotkał się ze Szlomo i udało mu się, z grubsza
biorąc, wprowadzić plan ojca w życie. Najpierw, powiedział, rodzina będzie musiała
znaleźć się w Starachowicach. Następnie będzie można załatwić karty identyfikacyjne. Wujowi Lejbusiowi udało się również, przez Szlomo i za wysoką cenę, załatwić
z wysokim rangą niemieckim oficerem pracującym w fabryce przewóz całej naszej
122
rodziny ciężarówką z Bodzentyna do Starachowic jako grupę pracowników do
jego fabryki.
Przygotowując się na przyjazd ciężarówki, ojciec powiedział wujowi, że zakopał naszą rodzinną fortunę w bezpiecznym miejscu i poradził mu, by uczynił to
samo z fortuną dziadka Nusyna. Wuj natychmiast potajemnie zakopał pieniądze
i biżuterię w innym odosobnionym miejscu. Zakopał również piękny futrzany
płaszcz należący do Poli, siostry ciotki Chawci, którą wuj zdawał się coraz bardziej
lubić. Była ona ładną kobietą, ujmującą i inteligentną, a wuja Lejbusia widywano
spacerującego lub spędzającego z nią czas, kiedy tylko nadarzała się sposobność,
od kiedy przeniosła się ona z Kielc do Bodzentyna.
Fakt, że mieliśmy ustalone zamierzenia na przyszłość i wcielaliśmy je w życie,
w jakiś sposób dawał nam poczucie bezpieczeństwa w złowieszczych, strasznie
niebezpiecznych dniach, które nas czekały. Pojawił się teraz promyk nadziei na
ratunek i ponowne szczęście oraz powrót do normalności w niedalekiej przyszłości. Z mieszanymi uczuciami czekaliśmy na ciężarówkę, która miała nas zabrać
z Bodzentyna do Starachowic. Nasze obawy w jakimś stopniu uśmierzała perspektywa ucieczki przed możliwą likwidacją społeczności Żydów z Bodzentyna.
Cieszyliśmy się mając w perspektywie ochronę, jaką dawała nam praca w fabryce amunicji. Z drugiej jednak strony opuszczaliśmy nasz dom rodzinny i miasto
w sekrecie, jak ścigani przestępcy. Porzucaliśmy miejsce, gdzie cała nasza rodzina
urodziła się, wychowała, żyła i umierała przez pokolenia. Ograbieni z rodzinnego
młyna, sklepu żelaznego, własności i posiadłości ziemskiej, zostaliśmy pozbawieni prawa do zdobycia utrzymania i wolności postępowania, uciekaliśmy w nikłej
nadziei na uniknięcie stryczka, oszukanie prześladowców i odebranie im satysfakcji wynikającej z pozbawienia nas życia.
Czy kiedykolwiek będziemy mogli wrócić i odzyskać wszystko, co nam się
prawnie należy? Czy kiedykolwiek będziemy mogli wrócić i wieść normalne życie, jak kiedyś, cieszyć się domem, rodziną, spacerami, szabatami, świętami, ślubami, naszym zwykłym życiem? Ach, kiedy, kiedy? Zło nigdy jeszcze nie zwyciężyło
na zawsze. Możemy tylko mieć nadzieję, że pewnego dnia nastanie jaśniejsze jutro
po głębokich ciemnościach dnia dzisiejszego. Musi tak być! Musi tak być!
123
124
III
Z Bodzentyna
do obozu pracy
w Starachowicach
125
126
15.
Opuszczamy Bodzentyn
Pewnego późnego popołudnia 1942 roku, w tygodniu poprzedzającym Rosz
ha Szana, niemiecki kierownik do spraw personelu i pracowników fabryki zbrojeniowej im. Hermana Goeringa w Starachowicach, komendant Schwertner,
osobiście zajechał ciężarówką na nasze podwórze, aby przewieźć naszą rodzinę
jako jego nową załogę pracowniczą. Wszystkich 22 członków rodziny przewieziono dwoma kursami. Pierwszym kursem pojechali: najbliższa rodzina: matka,
Mojsze, Szlomo, Irka, Rachela i ja oraz Bidermanowie – wuj Froim, ciotka Gitla i ich trzech synów. Ponieważ ojciec był ciągle poszukiwany przez niemiecką
żandarmerię, uważał za zbyt niebezpieczne dla całej rodziny opuszczenie miasta
ciężarówką ze wszystkimi. Poczynił więc osobne ustalenia, by samemu wyjechać
potajemnie z Bodzentyna. Drugą turą zabrała się reszta rodziny: dziadek Nusyn,
wujowie Lejbuś i Jankiel, ciotka Bruchla, wuj Pincie Greenbaum z dwoma małymi synkami, wuj Mojsze, ciotka Chawcia Szachter i Samuś.
Ojciec poczynił widocznie inne ustalenia co do swojego ojca, dziadka
Mejera, ponieważ przyjechał on do Starachowic oddzielnie. Jego druga żona i jej
siostra zostały w Bodzentynie. Widocznie ojciec przekonał dziadka Mejera, że
z powodu upośledzenia jego szwagierki obie kobiety nie miałyby żadnej szansy
na przeżycie.
Oczywiście ojciec wyszedł z ukrycia i pilnował, aby wszystkie drobne sprawy
zostawione na ostatnią chwilę zostały załatwione. Zrobił sobie przerwę tylko po
to, by przypomnieć starszym dzieciom, że pieniądze zostały schowane pomiędzy
podeszwami a obcasami ich butów i zaszyte w zaszewkach pasków wszystkich
członków rodziny: mieliśmy ich użyć w nagłej konieczności. Ojciec powiedział
również starszym dzieciom, gdzie ukrył pozostałą rodzinną fortunę, zakopaną
w ogrodzie dziadka Mejera na tyłach podwórza. Następnie skierował nas szybko
do ciężarówki.
Ładowanie się Bidermanów do ciężarówki wydawało się jednak trwać całą
wieczność. Kuzyn Mojsze, który miał wtedy około 17 lat, widocznie zakochał się
w dziewczynie z Płocka i kategorycznie stwierdził, że bez niej nie wyjedzie. Ciot127
ka Gitla i wuj Froim usilnie prosili go, żeby do nas dołączył. Błagali, że nie można
wszystkim kazać czekać w nieskończoność, ale on nie mógł znieść myśli o rozłące
z ukochaną. W końcu ustąpił i ze złamanym sercem wsiadł na ciężarówkę razem
z rodzicami i dwojgiem młodszych braci. Tym samym pierwsza tura była gotowa
do wyjazdu.
Wyjazd z rodzinnego miasta był traumatycznym przeżyciem dla nas wszystkich. Wstrząs emocjonalny spowodowany strachem, że już nigdy nie wrócimy
do naszego domu, wywołał u matki fizyczne objawy w postaci tak ostrego ataku
biegunki, że musiała wziąć ze sobą nocnik na wszelki wypadek. Zabraliśmy naprawdę niewiele rzeczy, aż nazbyt dobrze zdając sobie sprawę, że jako pracownicy
w obozie niewolniczej pracy będziemy mieli niewiele pożytku z wielu naszych
rzeczy osobistych i żadnego miejsca, aby je przechowywać.
Kiedy wszyscy byli na ciężarówce, ojciec po raz ostatni poszedł do domu,
zamknął drzwi, wrócił szybko z powrotem i powiedział, że możemy ruszać. Komendant został poinstruowany, żeby jechać przez pięć kilometrów w kierunku
północno-wschodnim, do małej wioski i zaczekać na ojca, który miał tam do nas
dołączyć. Następnie ojciec zniknął. Zajmowaliśmy tylną część odkrytej ciężarówki. Byliśmy osłonięci, ale nie schowani przed wzrokiem przechodniów i ludzi
w przejeżdżających pojazdach. Ciężarówka ruszyła, znaleźliśmy się w drodze do
Starachowic – do nieznanego miejsca, do niewiadomej przyszłości. Słońce zachodziło, zapadał zmrok, kiedy zaczęła się nasza podróż. Po około 10-15 minutach
ciężarówka zatrzymała się w umówionym miejscu, gdzie przez kilka minut czekaliśmy na ojca. Pozostałe 14 kilometrów pokonaliśmy w stosunkowo krótkim
czasie.
Wczesnym wieczorem przyjechaliśmy do Starachowic, do domu ciotki Diny
i wuja Josela Schreibmanów. Mieszkali w dużej kamienicy, która była uważana za
najnowszą, najbardziej nowoczesną i najmodniejszą w mieście, przy ulicy Kolejowej w Wierzbniku, bliźniaczym mieście Starachowic, gdzie większość mieszkańców stanowili Żydzi. Parter służył jako sklep żelazny, w którym sprzedawali
arkusze blachy, gwoździe i inne rzeczy podobne do tych, jakie sprzedawał dziadek Nusyn w swoim sklepie, zanim skonfiskowali go naziści. Poniżej parteru była
duża pusta piwnica z wybetonowaną podłogą, a piętro nad sklepem służyło jako
mieszkanie ciotki i wuja, kuzynki Laluni, która miała wtedy około siedmiu lat,
jakieś trzy lata mniej niż ja, i jej młodszego brata Mojszeniu.
Na parterze po drugiej stronie budynku Szlomo Ejnesman miał sklep obuwniczy. Tutaj wykrawał skórę i robił cholewki butów i kozaków. Jego mieszkanie
również znajdowało się na pierwszym piętrze, nad sklepem. W podobny sposób
wyglądała druga strona budynku, z gabinetem dentystycznym na parterze i mieszkaniem żydowskiego dentysty o nazwisku doktor Kurta na pierwszym piętrze.
Właścicielem całego budynku był Żyd ze Starachowic Jeszaja Kozeh.
Kiedy przyjechaliśmy do ciotki Diny i wuja Josela, zdziwiliśmy się, że kuzynki Chancia i Rywcia Ehrlich również tam były. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że
sytuacja w Szydłowcu była dla całej żydowskiej społeczności wielce niepokojąca
128
i napięta. Żydzi od 16. do 60. roku byli zabierani do obozów pracy, a ludzie z zazdrością patrzyli na te rodziny, których młodsze dzieci również zostały zabrane
z nimi jako siła robocza. Przypuszczano, że ci, których zabierano do obozów niewolniczej pracy, i ci, których Niemcy potrzebowali – będą względnie bezpieczni,
a kto wiedział, jaki los czekał tych, którzy nie zostali zabrani do obozów pracy?
W tych okolicznościach ciotka Fajgla i wuj Jeszaja Ehrlich przekupili Niemca,
żeby przewiózł ciężarówką do ciotki Diny i wuja Josela Chancię i Rywcię, które
nie zostały zabrane jako siła robocza. Powiedziano dziewczętom, i one naiwnie
w to uwierzyły, że jadą w odwiedziny do ciotki i wuja i że zostaną tam, dopóki
sytuacja w Szydłowcu nie unormuje się.
Wuj Jeszaja w Lublinie miał brata, który zginął tam wraz ze swoją rodziną,
tuż po kapitulacji Polski we wrześniu 1939 roku. W rezultacie wuj Jeszaja przyjął
całkowicie pesymistyczną i fatalistyczną postawę: uważał, że Żyd zawsze będzie
Żydem, bez względu na to, gdzie może się znaleźć.
– Nie chodzi im tylko o mojego brata Mojsze – upierał się z gorzką rezygnacją.
Tak więc wydawało mu się zupełnie nieważne, gdzie się znajdował: w Szydłowcu,
Starachowicach, czy gdziekolwiek indziej; idąc po linii najmniejszego oporu wolał zostać z ciotką Fajglą i pozwolić, by sprawy toczyły się swoim biegiem. Jako że
wuj Jeszaja nie miał żadnej nadziei na uratowanie małej Ruchci, która była nawet
młodsza ode mnie, zdecydował się nie wysyłać jej razem z Chancią i Rywcią, lecz
zostawił w domu.
Tragiczny rozwój sytuacji potwierdził słuszność decyzji ojca o opuszczeniu
Bodzentyna i skorzystaniu z „przywileju” służenia sprawie niemieckiej jako niewolnicza siła robocza. Co więcej, w tydzień przed Rosz ha Szana dowiedzieliśmy
się, że zlikwidowano całą żydowską społeczność Kielc – wszyscy żydowscy mężczyźni, kobiety i dzieci zostali wywiezieni z miasta w nieznanym kierunku, pozostawiając miasto Judenrein (oczyszczone z Żydów).
W takich ponurych i przerażających okolicznościach zamieszkaliśmy w domu
ciotki i wuja Schreibmanów. 22 duszom z naszej rodziny z Bodzentyna musiano
udzielić gościny. Razem z ciotką i wujem, ich dwójką dzieci oraz Chancią i Rywcią
w sumie było nas 28 osób. W tych nienormalnych warunkach dziadek Nusyn,
wujowie Lejbuś i Jankiel oraz Chancia i i Rywcia spali w mieszkaniu na piętrze
z ciotką, wujem i dwójką ich dzieci. Nasza najbliższa rodzina zajmowała zaplecze
sklepu, gdzie spaliśmy na podłodze, stłoczeni w ogromnej niewygodzie. Bidermanowie i Greenbaumowie, każda rodzina z osobna, wynajmowali po jednym pokoju w tym samym budynku, podczas gdy wuj Mojsze i jego rodzina wynajmowali
pokój w sąsiednim budynku.
Ojciec i matka regularnie chodzili do sklepu po jedzenie i inne niezbędne rzeczy. Wśród chłopów sprzedających w mieście nabiał, owoce i warzywa ze swoich
gospodarstw była pani Zofia Surowiecka z wioski Świętomarz koło Bodzentyna.
Pani Surowiecka była kiedyś klientką sklepu z materiałami u Bidermana. To właśnie jej Bidermanowie powierzyli na przechowanie duży zapas swych najlepszych
materiałów. Ojciec załatwił z nią, że będzie nam dostarczała żywność do ciotki
129
Diny przez swojego bratanka. Z reguły pojawiał się on regularnie, ale pewnego
razu to młody parobek o imieniu Józek, który pracował w gospodarstwie pani Surowieckiej, przyniósł skrzynkę jabłek.
Naszą najpilniejszą potrzebą było załatwienie dowodów tożsamości, potrzebnych do pracy w fabryce amunicji. Dorośli spotykali się często ze Szlomo Ejnesmanem, ustalając szczegóły przygotowania dowodów. Kuzynka Rywcia przypadkowo podsłuchała jedną z rozmów dorosłych.
– Jak to jest, że Fajgla i Jeszaja nie są tutaj z wami? – usłyszała, jak wuj Mojsze
pytał ciotkę Dinę. – Czy nie są siostrą i bratem? Chancia i Rywcia są tutaj jedynymi dziećmi bez rodziców.
Pełne zgromadzenie dorosłych zgodziło się z punktem widzenia wuja Mojsze
i podjęło decyzje o wynajęciu Polaka, który pojedzie do Szydłowca i bezzwłocznie przywiezie ciotkę Fjaglę, wuja Jeszaja i kuzynkę Ruchcię Ehrlichów do Starachowic. Wuj Josil Schreibman natychmiast poczynił odpowiednie kroki w tym
kierunku.
Polak wyjechał następnego ranka do Szydłowca i szybko powrócił, ale bez
Ehrlichów. – Było już za późno – powiedział. Miasto było otoczone przez Polaków, którzy asystowali Niemcom podczas likwidacji społeczności żydowskiej.
W środę 23 września 1942, dwa dni po Jom Kipur, to miasto również zostało
ogłoszone Judenrein.
Biednym Chanci i Rywci nigdy się nie śniło, że już więcej nie zobaczą rodziców lub młodszej siostry, Ruchci, a teraz wszystkie nadzieje na spotkanie znikły
bezpowrotnie. Dziewczęta były sierotami.
Wydarzenia toczyły się dokładnie tak, jak ojciec przewidział: miasto po mieście były likwidowane w przyspieszonym tempie, ludzie uciekali do Starachowic
ze wszystkich miast całej Polski, włączając w to starych przyjaciół z Bodzentyna.
Wszyscy gromadzili się tutaj w nadziei, że zostaną pracownikami fabryki amunicji
i dzięki temu unikną prawie pewnej deportacji i śmierci. Prawie żadnej rodzinie
nie udało się tego dokonać, ale kilku członków rodzin Jechiela Grossmana oraz
Herszla Weintrauba znalazło się pośród tych, którym się poszczęściło. Wynajęli
pojedyncze pokoje i zamieszkali tam ze wszystkimi członkami swoich rodzin.
Czasy stały się jeszcze bardziej nienormalne niż dotychczas. Ludzie opuszczali
swoje domy i przeprowadzali się do tymczasowych mieszkań, tak przeludnionych,
że prawie nie dało się tam żyć. Obawiali się przyszłości, a nad ich życiem ciążył
niepokój, potęgowany brakiem stabilizacji. Młodsze dzieci bawiły się i zawierały
znajomości z dziećmi rodzin z sąsiedztwa, jednak nikt z nas nie był wolny od grozy wydarzeń rozgrywających się wokół. Naziści pojawiali się okresowo na ulicach
i często plądrowali domy lub sklepy. Często robili łapanki. Łapali ludzi, czasem
bardzo młodych, i wywozili ich do pracy w obozach w Polsce oraz Niemczech.
Niebezpieczeństwo to bardziej groziło starszym dzieciom, które byłyby w stanie
sprostać niewolniczej pracy w obozach, więc kiedy tylko widziano nazistów, dzieci uciekały w popłochu. Dzieci z naszej rodziny ukrywały się w piwnicy u ciotki Diny. Gdy kilku klientów wchodziło do ich sklepu, szybko znikaliśmy z pola
130
widzenia. Życie było niezwykle przerażające i nieprzewidywalne, a naszą główną
troską było bezpieczne schowanie się przed nalotami nazistów.
W międzyczasie ojciec dowiedział się od Szlomo Ejnesmana, że dowody dla
każdego członka naszej rodziny powyżej 12. roku życia są już przygotowane. Jednakże Szlomo nie będzie mógł sporządzić dowodów dla młodszych osób. Ta sytuacja, oczywiście, stanowiła nowy, bardzo poważny problem. Co powinno się
uczynić z młodszymi dziećmi: kuzynami Mojszełe i Ksylusiem Greenbaumami,
kuzynkami Lalunią i Mojszeniu Schreibmanami, małym Samusiem i mną?
Istniało tylko jedne wyjście: czasowo będziemy adoptowani przez polskie rodziny. Ale które rodziny? Czy możemy im ufać? W jaki sposób mamy się z nimi
skontaktować? Czas mijał szybko. Dorośli odbywali narady i rozpatrywali polskie
rodziny, które znali, a które mogłyby się zgodzić wziąć jedno lub więcej dzieci.
Wuj Froim Biderman szczerze wierzył, że jego byłej klientce, pani Surowieckiej
ze Świętomarza, można ufać i bardzo prawdopodobne, że zechce ona przyjąć do
siebie dziecko. Szczerze wierzył w jej dobroć, szczerość i prawość. Brano również
pod uwagę Piórczyka, polskiego chłopa, który zawiózł nas do zagrody Bartkiewiczów w Celinach na początku wojny, jak i kilku innych. Zainicjowano kontakty,
podjęto negocjacje i planowanie, mające na celu oddanie wszystkich młodszych
dzieci do przyjaźnie nastawionych polskich rodzin.
Ojciec zdecydował się przedstawić pani Surowieckiej propozycję zabrania
mnie do jej domu i otoczenia opieką na czas dominacji nazistów. Wyjaśnił jej
ogromne niebezpieczeństwo, które wisiało nad każdym Żydem, nawet dzieckiem,
i fakt, że wzięcie żydowskiego dziecka na ten czas było równoznaczne z uratowaniem mu życia. Błagając ją, aby poważnie zastanowiła się nad tą propozycją,
ojciec zaproponował pani Surowieckiej 50 procent zysków z młyna, jeśli przetrwa wojnę, o ile tylko zgodzi się ugościć i zaopiekować się jego najmłodszym
dzieckiem. Nie odpowiadając wprost na bardzo korzystną finansowo ofertę ojca,
powiedziała, że jest zdecydowanie życzliwie ustosunkowana i przychylnie nastawiona uczynić, co w jej mocy, by ocalić niewinne dziecko, ale biorąc pod uwagę
oczywiste dla wszystkich niebezpieczeństwa, będzie potrzebowała trochę czasu,
by rozważyć sprawę dokładniej przed podjęciem ostatecznych zobowiązań. Obiecała dać nam odpowiedź w ciągu kilku dni.
W tym samym czasie ojciec poczynił wstępne ustalenia z inną, raczej bogatą
polską rodziną, by wzięła moją siostrę Rachelę. Pomimo że Rachela miała prawie
13 lat, ojciec uważał, że wygląda niedojrzale i byłaby bezpieczniejsza u polskiej
rodziny niż w obozie pracy.
Wkrótce pani Surowiecka udzieliła ojcu odpowiedzi twierdzącej. Rodzina,
choć z mieszanymi uczuciami, odczuła ulgę. Istniała nadzieja, że przeżyję. Po
drugie, nasza najbliższa rodzina z pewnością znajdzie się w bardziej bezpiecznej
sytuacji w obozie bez ciągłej obecności dziesięciolatki. Następną trudnością dla
ojca było poinformowanie najmłodszego dziecka, że będzie musiało być z dala od
rodziny, zostanie samo. Ojciec posadził mnie koło siebie i cierpliwie tłumaczył, że
cała nasza rodzina ma duże nadzieje na przeżycie wojny dzięki pracy w miejsco131
wej fabryce amunicji. Niestety, ja nie mogę otrzymać karty pracy, ponieważ jestem
zbyt młoda. Ojciec tłumaczył dalej, że poczynił ustalenia z życzliwą, uczciwą, polską rodziną, że zabierze mnie i zaopiekuje się tak długo, jak to będzie konieczne.
Powiedział, że ludzie ci nazywają się Surowieccy, i że mieszkają w małej wiosce
tylko pięć kilometrów od Bodzentyna, zwanej Świętomarz. Nie byli oni zupełnie
obcy, dodał, ponieważ byli kiedyś klientami wuja Froima, a wuj zapewnił ojca, że
można im ufać.
Pomimo zapewnień wuja, byłam strasznie nieszczęśliwa na myśl o opuszczeniu
rodziny i przebywaniu w jakimś obcym, polskim obejściu. Z drugiej strony, zdawałam sobie sprawę, że nie będzie w porządku pozostać i tym samym narażać życie
reszty rodziny. Chociaż ojciec nie do końca w ten sposób to ujął, rozumiałam, że cała
rodzina może przeze mnie zginąć. Jeśli rodzina zostałaby w Starachowicach razem,
ja byłabym nie do zaakceptowania jako pracownik, a wtedy cała rodzina mogłaby
być wyrzucona z pracy. Co więcej, byłam prawie pewna, że gdybym odmówiła,
ojciec niewątpliwie oddałby mnie wbrew mojej woli, ponieważ nie zaryzykowałby
poświęcenia całej rodziny dla mnie. A nawet jeśli ojciec uważał, że mogę zginąć
w trakcie tego pobytu, nie postąpiłby inaczej. Czyż ciągle nie przestrzegał nas:
– Jeśli brat czy siostra zostanie zastrzelony, nie oglądaj się, bo i ciebie zastrzelą.
Uciekaj!
Zdecydowałam, że w takiej sytuacji było tylko jedno wyjście: pojechać do Surowieckich do Świętomarza.
Pewnego wieczoru, gdy wchodziłam po schodach do mieszkania ciotki Diny,
podsłuchałam, jak dorośli dyskutowali o krokach podejmowanych w celu odesłania mojej małej kuzynki Laluni. Pobiegłam do ojca i błagałam:
– Ach, ojcze, wiesz jak bardzo chcę pojechać do Surowieckich. Ale dlaczego
Lalunia nie może pojechać ze mną? Proszę! Proszę!
Ojciec oczywiście zdawał sobie sprawę z nierealności mojego gorącego pragnienia. Niewątpliwie wiedział, ile mieliśmy szczęścia, że pani Surowiecka zgodziła się
mnie przyjąć. Jakże mogło przyjść mu do głowy narażanie na niebezpieczeństwo
już poczynionych ustaleń poprzez wzięcie na swoje barki nowego ciężaru w i tak
już niepewnej i ryzykownej sytuacji? Ojciec po prostu odpowiedział:
– Nie, Lalunia nie może z tobą pojechać.
W tym momencie przyszło się zmierzyć z dwoma kluczowymi pytaniami: kiedy rodzina powinna zacząć pracować w fabryce amunicji i kiedy młodsze dzieci
powinny być odesłane do rodzin zastępczych? Oczywiście, nikt nie chciał zaczynać niewolniczej pracy do czasu, aż będzie to absolutnie konieczne; i z pewnością
to było okropne odsyłać młodsze dzieci wcześniej niż to było konieczne. Z drugiej
strony, z dużą pewnością można było powiedzieć, że nie było sensu ryzykować czekając, aż będzie za późno.
Ojciec postawił sobie za punkt honoru przechadzać się, szczególnie wieczorami, aby się dowiedzieć czegokolwiek o nadchodzących planach Niemców. Rozmawiał ze Szlomo Ejnesmanem, podsłuchiwał rozmowy dochodzące z otwartych
okien mieszkań, zdobywał strzępy informacji, podsłuchując rozmowy ludzi na uli132
cy, kiedy nonszalancko przechodził obok nich. Chociaż nie było żadnych oznak
planowania przez nazistów w najbliższej przyszłość likwidacji Starachowic, ojciec
wiedział, że akcje nazistów zazwyczaj przeprowadzane były według wcześniej
ustalonych planów, o których chodziły plotki. Zdecydowano, że powinniśmy rozpocząć nowe życie tak szybko, jak to tylko możliwe.
Natychmiast skontaktowano się z małżeństwem, które miało wziąć Rachelę.
Jednakże kiedy przyjechali do ciotki Diny i przedstawiono im Rachelę, naszły
ich wątpliwości. Zmiana ich nastawienia spowodowana była tym, że Rachela
wyglądała jak typowa Żydówka. Gdyby tylko Rachela nie miała tak charakterystycznych żydowskich rysów, wytłumaczyli, z chęcią by zaryzykowali i zabrali
ją do domu. Ale ponieważ jej wygląd od razu zdradziłby Niemcom żydowskie
pochodzenie, zarówno jej, jak i ich życie niewątpliwie znalazłoby się w wielkim
niebezpieczeństwie. Cały plan spalił na panewce. Zamiast tego zdecydowano, że
ponieważ Rachela może otrzymać kartę identyfikacyjną, może będzie mogła zostać pracownikiem w fabryce. Nie było innej możliwości.
Następnie ojciec skontaktował się z panią Surowiecką i poprosił, aby przyjechała po mnie w najbliższym dogodnym dla niej terminie. Odpowiedziała, że
przyśle swojego siostrzeńca, Kazimierza, w najbliższy wtorek albo czwartek późnym popołudniem. W miarę jak zbliżał się czas rozstania, matka stawała się coraz
bardziej niespokojna. Kiedy jej umysł stał się klarowny, stwierdziła:
– Tylko jeśli młody człowiek przyjedzie we wtorek pozwolę Gołdełe pojechać,
ponieważ wtorek jest szczęśliwym dniem. Jeśli jednakże nie zdoła przyjechać we
wtorek, a zamiast tego pojawi się w czwartek, Gołdełe nie pojedzie. Nie puszczę
jej.
Na szczęście los sprowadził Kazimierza w upragniony wtorek, 29 września,
podczas jednego z dni święta Sukot. Musiałam się rozstać, po raz pierwszy w życiu, z moimi rodzicami, siostrami, braćmi i całą rodziną. Rozstanie było dla mnie
bolesne, ale chyba bardziej dotkliwe dla rodziny. Jednak wszyscy dzielnie się trzymaliśmy. W pełni zdawałam sobie sprawę, że nie mam innego wyjścia, byłam gotowa i chętna do drogi. Rodzina odetchnęła też z ulgą, że będę bezpieczna w innym
miejscu, a oni w tym czasie będą mieli większą możliwość przemieszczania się
i swobodę czynów. Matka dała mi torbę z kilkoma rzeczami, które przygotowała
dla mnie na drogę. Następnie pocałowałam się i uściskałam po kolei ze wszystkimi. Kiedy tylko pomachaliśmy sobie na do widzenia, Kazimierz wziął mnie za
rękę i wyprowadził.
133
16.
W gospodarstwie Surowieckich w ŚWIĘTOMARZU
Słońce już zachodziło, kiedy późnym wtorkowym popołudniem Kazimierz prowadził mnie z domu ciotki Diny na obrzeża miasta, gdzie zostawił swoją furmankę.
Byłoby niebezpieczne, gdyby go ktoś zobaczył jak wyjeżdża ze Starachowic w towarzystwie żydowskiego dziecka, które ludzie mogliby rozpoznać. Z powodu kary
śmierci grożącej Żydom za podróżowanie między miastami, szliśmy wolno, wyglądało to na długi spacer w kierunku obrzeży miasta. Nie uszliśmy daleko, kiedy zobaczył nas Tewie Szachter, kuzyn w pierwszej linii ojca i dziadka Nusyna. Podszedł do
nas, pochylił się by mnie pocałować i bez słowa odszedł. Wydawało się, że rozumiał
okoliczności, z powodu których się tu znalazłam. Jego oczy i zachowanie potwierdzały z serca płynące uczucia bardziej przekonująco, niż jakiekolwiek słowa mogłyby
wyrazić. Podczas spaceru owładnęło mną poczucie samotności i przerażenia. Byłam
zbyt przestraszona, by jasno myśleć; moje uczucia sparaliżował strach. Wiedziałam,
że muszę iść dalej. Światło słoneczne powoli nikło i zanim dotarliśmy do furmanki
słońce coraz bardziej czerwieniało na ciemniejącym niebie. Znowu ogarnęło mnie
dręczące poczucie izolacji i strach. Byłam oszołomiona, ale w jakiś sposób zdołałam
zebrać się na odwagę. Wiedziałam, że muszę wytrwać: muszę wytrwać.
W czasie drogi Kazimierz wyjął kanapki, które wziął ze sobą na drogę: jedną
dla siebie, drugą dla mnie. Byłam zaskoczona, widząc i czując wieprzowinę w kanapkach. Zadrżałam na myśl o wzięciu jej do ust. Całe życie byłam wychowywana
w ściśle przestrzegającym zasad żydowskim domu i społeczeństwie. Nasze zwyczaje
żywieniowe, ustalone w naszych świętych pismach, wyraźnie zakazywały nam spożywania mięsa świni. Sama myśl o połknięciu i próbie strawienia wieprzowiny wydawała mi się wstrętna i była fizyczną niemożliwością. Grzecznie podziękowałam,
mówiąc, że nie jestem głodna.
Zanim furmanka zajechała na gospodarstwo, była noc. Kazimierz podjechał pod
drewnianą bramę i miał już wysiąść, by ją otworzyć, kiedy przeraziło mnie głośne
szczekanie zbliżającego się psa. W jakiś sposób połączyło się to z dziwnym uczuciem bycia z dala od rodziny z nieznanym mężczyzną, w zupełnych ciemnościach,
w nieznanej okolicy.
134
Kiedy wreszcie weszliśmy do chaty, byłam wyczerpana długim spacerem,
strachem i podróżą. Poczułam ulgę, kiedy Kazimierz pokazał mi pokój, w którym
miałam spać. Odsunął ładną szydełkową narzutę na łóżko i ciepło życzył mi dobrej
nocy. Przebrałam się w piżamę, którą matka włożyła do mojej torby, i położyłam
się. Szybko zasnęłam i spałam spokojnie przez całą noc. Obudziło mnie światło
poranka i odgłosy budzącego się gospodarstwa. Wkrótce pani Surowiecka pojawiła się u mnie. Przedstawiła się, ciepło mnie przywitała i zaprosiła na śniadanie,
jak tylko będę gotowa.
Niedługo potem znalazłam się w kuchni, gdzie przedstawiła mnie domownikom jako Halinkę Bertusównę, jej siostrzenicę z Krakowa. Faktem było, że rzeczywiście miała siostrzenicę o tym nazwisku w Krakowie, ale nikt z gospodarstwa jej nie widział i nie spotkał, więc ukryła moje żydowskie pochodzenie przed
resztą domowników, włączając własnego męża, i nie widziała żadnego problemu
w przedstawieniu mnie również pozostałym mieszkańcom wioski. W ten sposób,
jako „Halinka Bertusówna” zostałam przedstawiona gospodarzowi domu, panu
Józefowi Surowieckiemu, oraz dwóm nastoletnim, zatrudnionym na stałe dziewczętom, Marysi i Józi.
Kazimierz, bratanek pani Surowieckiej, był oczywiście świadom mojego pochodzenia. Był bystrym, liberalnie nastawionym mężczyzną trochę po trzydziestce. Wysoki, średniej budowy ciała, blondyn o inteligentnym spojrzeniu, z powodu
noszonych okularów był szanowany i podziwiany przez pozostałych mieszkańców
wioski. Jako żarliwy obrońca społecznej sprawiedliwości i równości, był przywódcą lokalnej grupy komunistycznych działaczy walczących z okupacją nazistów. Intelektualista, szczególnie według wiejskich standardów, był głównym wsparciem
dla ciotki, kiedy pojawiło się pytanie, czy powinna udzielić schronienia żydowskiemu dziecku. Kiedy ojciec wstępnie zjawił się u niej w mojej sprawie, a ona
odpowiedziała, że będzie potrzebować trochę czasu by rozważyć propozycję,
prawdopodobnie uważała, że będzie musiała skonsultować się ze swoim uczonym
bratankiem. A Kazimierz, którego pani Surowiecka kochała i ufała mu, tak jakby
był jej adoptowanym synem, był mocno przekonany, że to jedyna właściwa i ludzka postawa, pomimo ryzyka, niedogodności i potencjalnego poświęcenia.
Na śniadanie wszystkim podano miskę czerwonego barszczu z ziemniakami.
Był to typowy posiłek na stole polskich wieśniaków, ale ja nigdy w życiu nie jadłam barszczu i ziemniaków na śniadanie i nie byłam w stanie ponieść łyżki tej
zupy do ust tak wcześnie rano. Pani Surowiecka zauważyła, że nie jem i widocznie
zdała sobie sprawę, że nie przywykłam do tego rodzaju śniadań, więc uprzejmie
przygotowała dla mnie jajka, chleb i masło oraz mleko czekoladowe. To jedzenie
było już bardziej podobne do tego, co jadałam w domu, i zjadłam je ze smakiem.
Szczególnie w czasie pierwszych dni pobytu w gospodarstwie Surowieckich często tęskniłam, czułam się samotna i ogarniał mnie strach. Oczywiście, wiedziałam, że nie mogę narzekać. Pocieszałam się dwie rzeczami, które ze sobą wzięłam:
zdjęciem ojca i pojedynczą stroną z modlitewnika z początkiem porannej modlitwy: Jestem Ci wdzięczna żyjący i wieczny królu, że przywróciłeś mej duszy wielką
135
łaskę... Właściwie to nie wiedziałam, że wzięłam tę stronę ze sobą. Ale kiedy ją
odkryłam, kurczowo się jej trzymałam i radowałam się nią. Była to wzruszająca
pamiątka mojego dziedzictwa i dawała mi duchową siłę.
Pani Surowiecka obserwowała mnie, by zobaczyć, jak przystosowuję się
do nowego „domu” i środowiska. Z łatwością zauważyła, jaka byłam smutna
i samotna z powodu rozłąki z rodziną, i że czasami siedziałam sama w pokoju
i płakałam. Z niezwykłą czułością usiłowała mnie pocieszać i podnosić na duchu. Sugerowała, bym napisała list do rodziny i obiecała, że go dostarczy. Tak
też uczyniłam. Pisanie listu przyniosło mi wielką pociechę, ponieważ był to
sposób, bym mogła komunikować się, nawet jeśli nie bezpośrednio, z moją rodziną. Listy do domu pisałam codziennie. W jednym z nich napisałam: Róże są
czerwone, a fiołki niebieskie Gdybyście tylko wiedzieli, jak za wami tęsknię! Podpisano: Halinka Bertusówna. Kiedy tylko pani Surowiecka lub Kazimierz jechali
do Starachowic w interesach, dostarczali listy rodzinie i mówili im, że mam się
dobrze, że dobrze się aklimatyzuję w nowym miejscu. Po powrocie przekazywali mi pozdrowienia od nich i pocztę. Pamiętam, jak pewnego razu otrzymałam
listy od każdego członka rodziny: od ojca, matki, Mojsze, Szlomo, Irki i Racheli.
Jak dobrze się poczułam. Na różne sposoby każde z nich zachęcało mnie, bym
się trzymała i była dzielna oraz żebym była dobrą dziewczynką. Wiedziałam, że
muszę się starać, by tak było, by się trzymać i być dzielną, ale nie mogłam uniknąć chwil melancholii i ukłuć serca z powodu samotności. Kiedy pani Surowiecka widziała, że siedzę zamyślona, posmutniała i czasem we łzach, okazywała mi
współczucie. Zachęcała mnie, bym szła z nią na spacer po cudownych wiejskich
terenach, gdzie wczesnojesienne powietrze było tak świeże i orzeźwiające. Spacerowałyśmy w górę wioski do cmentarza i z powrotem, i czułam się dużo lepiej.
Pani Surowiecka zdobyła również kilka polskich książek dla dzieci i od czasu
do czasu siadała i czytała ze mną. Szczególnie przypominam sobie jedną opowieść, pt. Kot w butach. Pani Surowiecka była niezwykle rozsądną osobą. Kiedy
tylko podawała domownikom mięso, o którym wiedziała, że Żydom nie wolno
go jeść, i co byłoby odpychające dla mnie, starała się przyrządzić dla mnie coś
innego. Reszcie domowników wyjaśniała, że jej „siostrzenica Halinka” jest miastową dziewczyną i nie przywykła do wiejskiego jedzenia i kuchni. Stopniowo
przyzwyczajałam się do obcego otoczenia, ale pewnego dnia dowiedziałam się,
że już dłużej nie można dostarczać listów do mojej rodziny. Pani Surowiecka zamierzała już wyjechać do Starachowic tego poranka, kiedy zjawiłam się z listem,
który dopiero co napisałam. Biorąc list ode mnie powiedziała:
– Halinka, usiądź na chwilę. Muszę ci coś powiedzieć. Nie mam wyboru, muszę cię poinformować, że miasto Starachowice zostało zlikwidowane, a wszystkich Żydów wywieziono.
A potem dodała:
– I od tej chwili nie mam pojęcia, czy ktokolwiek z twojej rodziny przeżył.
Byłam zbyt otępiała by zareagować, ale zanim zaczęłam rozważać to, co usłyszałam, pani Surowiecka kontynuowała:
136
– Halinka, powinnaś wiedzieć, że Żydzi znikają ze wszystkich miast i wsi Polski. Ale chcę byś wiedziała, że chociaż nie ma już nigdzie Żydów, ty jesteś tu mile
widziana, a w swoim czasie staniesz się spadkobierczynią tego, co tu widzisz. Nie
bój się. Nie jesteś sama. Nie jesteś zgubiona.
Czułam się osamotniona, ale nie załamana czy nawet zagubiona. Jakoś nie
mogłam się przed sobą przyznać, że moja rodzina mogła zginąć. Nie mogłam
tego stwierdzenia zaakceptować jako faktu dokonanego; przynajmniej jeszcze nie
teraz. Usiadłam i zatopiłam się w myślach, a pani Surowiecka udała się na targ
w Starachowicach. Zdarzyło się to niespełna cztery tygodnie po tym, jak Kazimierz przyprowadził mnie do gospodarstwa Surowieckich. Podczas tych tygodni
w Starachowicach i Bodzentynie zaszło wiele wydarzeń o strasznym i przerażającym wymiarze.
137
17.
Likwidacja żydowskiego Bodzentyna
Od czasu, kiedy nasza rodzina opuściła Bodzentyn, życie i zwyczaje Żydów uległy tam pogorszeniu. Bieda, deprawacja i głód pozbawiały życia coraz większą liczbę
Żydów. Chociaż Żydzi ciągle uczestniczyli w poniedziałkowych targach, ich sytuacja stale się pogarszała – do tego stopnia, że wymieniali się towarami, ponieważ nie
mieli pieniędzy by kupić niezbędne rzeczy. Podobnie sklepy żydowskie cierpiały
z powodu ciągle zmniejszającej się ilości towarów, aż w końcu nie było ich już wcale
i handel stał się niemożliwy. Żydzi imali się różnych sposobów, by utrzymać się przy
życiu poprzez pracę lub sprzedawanie usług. W międzyczasie wiadomości o wielu
likwidacjach docierały do społeczności żydowskiej i przerażały. Wiedziano, że dla
Bodzentyna też może nadejść dzień likwidacji.
Kiedy dowiedziano się w mieście, że Szachterowie uciekli do Starachowic by
pracować tam w fabryce amunicji, inne żydowskie rodziny rozważały możliwość
uczynienia tego samego. Jednakże bardzo niewielu miało po temu środki lub podjęło inicjatywę, by to zrobić i prawie żadna rodzina nie przyjechała do Starachowic
cała, tak jak Szachterowie. Zamiast tego prawie cała żydowska społeczność pozostała w Bodzentynie, czekając na swoje przeznaczenie.
Przed rozpoczęciem najważniejszego okresu świątecznego, jesienią 1942, większość Żydów uważała za ryzykowne pójście do świątyni. Niemniej jednak mała
grupka podjęła ryzyko, by zebrać się w kilku prywatnych domach i uczcić Jom Kipur, najbardziej uświęcony dzień w całym żydowskim kalendarzu, oraz by połączyć
się i oddać swe serca Stwórcy w nigdy dotąd niedoświadczanym głębokim błaganiu i poszukiwaniu Łaskawego Boga. W dniu święta Jom Kipur, w poniedziałek
21 września, jeden z obrzędów miał miejsce w domu Herszla Weintrauba, który
w synagodze zwykle był wzywany do czytania Tory. Około 60-70 Żydów zgromadziło się w jego salonie. Jego syn, Szmiel, pełnił obowiązki pierwszego kantora. Ten
Dzień Pojednania, główny dzień postu i najbardziej uświęcony dzień dla Żydów, był
przeżywany w atmosferze przeczucia, że może to być ostatnie święto Jom Kipur dla
każdego Żyda z Bodzentyna.
Przed południem społecznością wstrząsnął Żyd z Suchedniowa, który uciekał
pieszo i był zdenerwowany, wyczerpany i przerażony. Powiedział, że tamtejsza żydowska społeczność jest właśnie w trakcie likwidacji i prawdopodobnie do tej pory
138
żadnego Żyda nie ma już w całym Suchedniowie. Żydzi z Bodzentyna zdali sobie
sprawę, że jeśli nie zdarzy się jakiś cud, to z wielkim prawdopodobieństwem staną
się następnymi ofiarami nazistowskich planów likwidacji. Późnym popołudniem
pojawiła się niemiecka żandarmeria i wkroczyła do domu, gdzie rodzina Jechiela
Grossmana uczestniczyła w nabożeństwie z okazji Jom Kipur, po to, by obserwować co się dzieje w tej prowizorycznej synagodze. W pewnej chwili jeden z nazistowskich żandarmów zaczął drwić:
– Módlcie się Żydzi! Módlcie się! Módlcie! Módlcie się, ile dusza zapragnie.
Żadne modlitwy na świecie wam nie pomogą.
Z wyniosłym, szyderczym śmiechem żandarmi odwrócili się na pięcie i wyszli.
W tych ponurych okolicznościach niektórzy Żydzi wyszli z nabożeństwa i zaczęli dyskutować o możliwościach ucieczki z zaciskającej się na ich szyi pętli barbarzyńskich najeźdźców. Gdzie mogą się udać? Co, jeśli cokolwiek, można zrobić?
Nieliczni, a było ich naprawdę niewielu, optowali za tym, by uciec do Starachowic, jak Szachterowie, i może znaleźć sobie pracę w fabryce amunicji. Reszta nie
była w stanie podjąć takiego kroku. Niektórzy czuli, że nie mogą z czystym sumieniem opuścić żon, dzieci lub starych rodziców czy dziadków, podczas gdy jeszcze inni myśleli, że ryzyko z tym związane powoduje, że plan taki jest praktycznie
nie do wykonania, obojętnie czy z młodymi i starymi, czy bez nich. Jeszcze inni
byli sceptyczni co do swojej przyszłości, nawet jeśli udałoby im się dostać aż do
Starachowic.
Nadszedł czas na końcowe modlitwy. Tradycja określa to nabożeństwo jako
towarzyszące zamykaniu wrót Niebios, ponieważ czas próśb i pokuty dobiega
końca w ostatnich godzinach Jom Kipur. Nabożeństwo to kończy się ostatecznie
dźwiękiem szofaru i odpowiedzią wiernych „Le Szana haba be Jerushalaim” (Za
rok w Jerozolimie), które oznacza oficjalne zakończenie najważniejszego okresu świątecznego. Nabożeństwo to zawsze charakteryzowało się głęboką powagą
i skruchą, w stopniu znacznie przekraczającym jakąkolwiek część jakiegokolwiek
innego nabożeństwa w roku żydowskim. Wiele ustępów czytanych w jego trakcie
doprowadzało wiernych do łez podczas modlitwy oraz żalu za grzechy.
Kiedy Szmiel Weintraub podszedł do prowizorycznej mównicy, żeby przewodzić wiernym tego dnia, szloch spowodowany tą wzruszającą modlitwą oraz
strach wypełniły salonową kaplicę modlitewną. Kiedy intonował te przejmujące
modlitwy, podłoga w pokoju stała się mokra od łez płynących z oczu bodzentyńskich Żydów, w desperacji modlących się o cudowne wybawienie od nieuchronnie
zbliżającego się nieszczęścia. Cztery dni po Jom Kipur nadeszło Święto Namiotów
i jego siedem świątecznych dni minęło względnie spokojnie.
Ten straszny dzień, którego od dawna się obawiano, zaczął się przed świtem,
tuż przed piątą, rankiem Szmini Aceret, ósmego dnia święta Sukot, w sobotę – nasz
szabat – 3 października 1942 roku. Niemiecka żandarmeria wjechała do miasta
i kołatała do drzwi żydowskich domów, krzycząc: „Juden, raus!” (Żydzi wychodzić!). Towarzyszyli im miejscowi polscy policjanci, którzy chodzili po wszystkich
żydowskich domach w mieście, wzywając wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci
139
do natychmiastowego stawienia się na Placu Żwirki. Policja informowała Żydów,
że będą przesiedleni do nieznanego miejsca i mogą zabrać ze sobą tyle rzeczy, ile
zdołają unieść w rękach. Nasi nieszczęśni bracia przez stulecia raz za razem byli
stawiani w takim położeniu, że tylko nadzieja utrzymywała ich przy życiu, więc
teraz łudzili się, że być może nie wysyła się ich na śmierć, ale tylko do jakiegoś nieznanego miejsca, w celu „przesiedlenia”. W rzeczy samej, większość przyszła z pakunkami i tobołkami na plecach, przygotowana do obiecanego przesiedlenia, nie
sprzeciwiając się, ani nie stawiając żadnego oporu wobec rozkazów nazistowskiej
żandarmerii oraz ich marionetek z polskiej policji. Plac Żwirki szybko się zapełnił,
kiedy cała miejscowa ludność żydowska tłumnie tam napłynęła. Znaczna grupa
polskich chłopów została zorganizowana odpowiednio wcześniej przez miejscową
polską policję. Wjechali teraz furmankami zaprzężonymi w konie. Kazano Żydom
wsiadać kolejno, aż sześciu do ośmiu z nich tłoczyło się na każdej małej furmance. Cała operacja została przeprowadzona z typowo niemiecką sprawnością i bez
żadnych zakłóceń; nie było żadnych krzyków, żadnego bicia, żadnego strzelania.
Wszystko odbyło się zgodnie z planem. Furmanka za furmanką, Żydzi odjeżdżali
na pobliską stację kolejową w Suchedniowie, gdzie zostali wyładowani z furmanek,
zapędzeni, upchani do bydlęcych wagonów i wywiezieni. Furmanki wróciły z powrotem na Plac Żwirki, ponownie zostały załadowane i znów odjechały na stację
kolejową do Suchedniowa w celu wyładowania ludzkiego towaru, w tę i z powrotem, wciąż i wciąż, cały ranek – aż do południa. Do tego czasu prawie wszyscy
Żydzi z Bodzentyna zostali wywiezieni. Jak wielu? Do jakiego miejsca przeznaczenia? Według Dumkera, komendanta nazistowskiej żandarmerii: „Z Bodzentyna
i okolic około 3850 Żydów zostało wywiezionych do Treblinki”. Do obozu śmierci
w Treblince! Wszyscy Żydzi z miasta Bodzentyn, oprócz 32, gwoli dokładności,
zostali wysłani na śmierć!
Pośród tych 32 był Szmiel Weintraub, przywódca bodzentyńskich Żydów;
29 żydowskich mężczyzn i kobiet, głównie uchodźców z Płocka, którzy zostali
przydzieleni pod dowództwem Szmiela do pomocy miejscowej polskiej policji
przy sprzątaniu i porządkowaniu miasta po masowej akcji wysiedleńczej, i dwoje
Żydów, jeden dorosły i jedno dziecko, którzy nie zmieścili się na ostatnie zatłoczone furmanki. Nazistowski żandarm potem wyjął pistolet z kabury, wycelował
w ostatniego pozostałego dorosłego Żyda i zabił go. Następny nazista chwycił ostatnie żydowskie dziecko z Bodzentyna i rzucił nim o ścianę, gdzie stało się celem dla
grupy szydzących nazistowskich strzelców wyborowych. Wszystko, co było jeszcze
do zrobienia, aby zostawić Bodzentyn w ładzie i porządku, spełniającym standardy
niemieckiej czystości i dyscypliny, to zamieść i posprzątać ulice.
Pozostałym Żydom nakazano zamieszkać, a raczej tłoczyć się, w domu
Weintrauba. Szmiel miał nad nimi pieczę i był odpowiedzialny za całkowite uprzątnięcie miasta, w którym dopiero odbyła się czystka. Prawdę mówiąc, zakres jego
obowiązków wykraczał dalece poza sprzątanie. Każdy opuszczony dom miał być
dokładnie przeszukany w celu znalezienia kosztowności i futer, które miały być
oddane na bodzentyński posterunek policji. Podczas operacji oczyszczania i prze140
szukiwania Szmiel uświadomił sobie, jak bardzo zwykli wieśniacy zadowoleni byli
z tego, że Żydzi zostali usunięci spośród nich. Ponieważ w następstwie operacji Polakom zezwolono na zabieranie praktycznie wszystkiego, co pozostało: ręczników,
prześcieradeł, ubrań, starych mebli, przyborów, pasmanterii, i tym podobnych,
nie tylko nie musieli już dłużej zmagać się z żydowską konkurencją w interesach,
ale stali się teraz właścicielami rzeczy byłych sąsiadów. Ich gorliwość zawładnięcia niezliczonych, do nikogo nienależących przedmiotów była widoczna w ich zachowaniu i w wyrazie twarzy. Nigdy nie zdołaliby osiągnąć tak wiele bez pomocy
Niemców.
W trakcie przeszukiwania opuszczonych domów swoich zamęczonych braci
Żydów, Szmiel znajdował tysiące tomów świętych ksiąg, modlitewników, egzemplarzy Biblii i komentarzy do niej, tomów Talmudu i innych, które pozostały osierocone w opuszczonych domach. Ze złamanym sercem oglądał drogocenne księgi
należące do ofiar. W normalnych okolicznościach przestrzegano by procedury tradycyjnego pochówku, zastrzeżonego dla świętych pism. Nie tylko świętym księgom odmówiono honoru właściwego pochówku, ale i ich właścicielom! Pewnego
dnia wczesnym wieczorem, jakieś dziesięć dni później, kiedy wyznaczone zadanie
zostało wykonane, nazistowska żandarmeria nagle odwiedziła Szmiela w domu.
Kazano mu iść z nimi na posterunek. Po drodze jeden starszy żandarm spojrzał na
Szmiela i rzucił: Nie jest dobrze. Nie jest dobrze – i nie rozwodził się nad tym więcej. Kiedy już byli na posterunku, komendant Dumker chłodno i oficjalnie zwrócił
się do Szmiela:
– Herr Weintraub, zrobił pan co do pana należało, a teraz ja muszę zrobić co
należy do mnie. Będę musiał pana zastrzelić.
Skutecznie ukrywając swoje emocje, Szmiel spokojnie poprosił, by mu pozwolono wrócić do domu i pożegnać się z przyjaciółmi i współpracownikami. Dumker z uprzejmością osobiście odprowadził Szmiela do domu. Kiedy zbliżyli się do
mieszkania Weintrauba, Szmiel poszedł w stronę wejścia do bocznych drzwi przez
alejkę. Otworzył drzwi i gestem pokazał komendantowi, aby wszedł pierwszy. Jak
tylko komendant przekroczył próg, Szmiel gwałtownie zatrzasnął drzwi i gorączkowo pobiegł w dół uliczki, by ratować swoje życie. W ciągu sekund skręcił za róg
w inną uliczkę i znalazł schronienie w opuszczonym żydowskim domu, w bliskiej
odległości.
Biegnąc, Szmiel zauważył polską wieśniaczkę, ona też widziała, jak wchodził
do pustego domu. W domu pozostawał w ukryciu, ale intensywnie nasłuchiwał
kroków Niemców i miejscowej policji, którzy go szukali. Słyszał, jak prześladowcy
pytają pojedyncze osoby czy go widziały. Nabrał otuchy słysząc, jak kobieta, która
go widziała, odpowiedziała, że nie widziała absolutnie nic. Poszukiwania trwały
godzinami, aż do nocy.
Kiedy wszystko się uspokoiło, a Szmiel był całkiem pewny, że Niemców nie ma
w mieście, uciekł na piechotę w ciemną noc do Starachowic. Sądzi się, że pozostali
Żydzi w liczbie 29, którzy przebywali w domu Weintrauba, zostali wysłani do Auschwitz. Nigdy od tamtej pory nie słyszano o nich.
Tak oto skończyły się losy żydowskiej ludności Bodzentyna.
141
18.
Likwidacja Żydów w Starachowicach
Po odesłaniu mnie do gospodarstwa Surowieckich w Świętomarzu, ojciec poczuł, że nadszedł czas, by rodzina rozpoczęła pracę w fabryce amunicji. Regularnie
kontaktował się ze Szlomo Ejnesmanem oraz nadal okresowo spacerował i podsłuchiwał pod otwartymi oknami na tyłach mieszkań tych, którzy zatrudnieni byli
przy robieniu butów i odzieży dla żołnierzy niemieckich. Słuchając i obserwując
zachowanie tych, którzy byli w kontakcie z nazistowskim obozem komendanta
Schwertnera, miał przynajmniej pośrednią wiedzę o planowanych niemieckich
akcjach i dowiedział się, że przypuszczalnie ci „dobrze poinformowani” już zaczęli
wysyłać swoje rodziny do pracy w fabryce. Ojciec uznał, że czas zrobić to samo.
Domyślał się również, że zbliża się dzień likwidacji.
Co więcej, ojciec dowiedział się lub wydedukował, że likwidacje miast rozpoczynały się przed świtem i dlatego w Starachowicach z powodu istnienia fabryki,
jeśli będzie selekcja, to tylko ci najlepiej zbudowani przydadzą się do pracy. Desperackie przepychanki będą niewątpliwie mieć miejsce, kiedy najsilniejsi, najbardziej
agresywni osobnicy będą torowali sobie drogę do wybranej grupy przyszłych pracowników. W takiej sytuacji z pewnością ani matka, ani Irka czy Rachela, nie wspominając dziadków lub pozostałych kobiet z rodziny, nie będą mieli najmniejszej
szansy na przeżycie. Ojciec załatwił przez Szlomo Ejnesmana umieszczenie naszej
najbliższej rodziny i obu dziadków na nocnej zmianie w fabryce, więc kiedy nadejdzie likwidacja, przypuszczalnie przed świtem, cała nasza rodzina będzie pracować
w fabryce i tym samym ominie ich obserwowanie i przeżywanie horroru i strachu
oraz beznadziejnych przepychanek, które z pewnością będą mieć wtedy miejsce.
Trzymając karty w dłoniach, przydzieleni na nocną zmianę, nasza najbliższa
rodzina i dziadkowie rozpoczęli pracę w fabryce od 23 do 7 rano, o której to godzinie wracali, by się przespać. Dzieciom, które nigdy wcześniej nie pracowały, do
takiego rozkładu dnia ciężko się było przyzwyczaić, ale teraz wszyscy żyli w strachu
i napięciu. Na pewno złowieszcze wydarzenia o tragicznym wymiarze zbliżały się
nieuchronnie, kolejne dni były traumatycznym okresem czekania. Wszyscy Żydzi
zmagali się z nieuniknionymi myślami: – Co dokładnie się wydarzy? Kto przeżyje?
Kto zginie? W jakich warunkach? Jak szybko?
142
Jako głowa rodziny ojciec nigdy nie ulegał panice. Cały czas był opoką. Jego
sprytny, wnikliwy umysł ciągle obserwował i analizował każdy nowy ruch i zdarzenie, a on przypominał rodzinie o konieczności walki o przetrwanie:
– Pieniądze służą jednej sprawie – podkreślał. – Ocaleniu życia.
Rodzina zachowywała spokój, tak dorośli, jak i dzieci. Nie było miejsca na żadne przekleństwa lub krzyki. Wszyscy byli silni, spokojni i zdeterminowani i nikt
nie żądał niczego od nikogo i nikogo nie winił. Nikt by się nie ośmielił przygnębiać lub demoralizować pozostałych.
Podczas tych ponurych dni, wiedząc, że likwidacji można się spodziewać
w każdej chwili, Żydzi zebrali się i spekulowali, co można zrobić, by się ratować.
Pewnego dnia Żyd z Suchedniowa przybył do Starachowic po ucieczce z obozu
koncentracyjnego w Majdanku. Opowiadał o przeżyciach bardziej przerażających
niż te, o których słyszało się do tej pory. Mówił o Żydach zagłodzonych i zapracowanych na śmierć; o przypadkach bicia, napastowania i torturach. Najbardziej
odkrywczą i szokującą była wiadomość, że Żydzi byli regularnie masowo zapędzani z obozu na otwarte tereny, gdzie pod groźbą broni kazano im kopać swoje własne groby. Kiedy groby były już gotowe, powiedział, Żydzi byli rutynowo
rozstrzeliwani seriami z karabinów maszynowych nad tymi grobami, a następnie
zasypywani przez nazistowskich morderców, nawet jeśli niektórzy z nich jeszcze
oddychali. Wieść o tych dzikich potwornościach skłoniła niektórych Żydów do
ucieczki do lasu, w nadziei na przetrwanie tam wojny. Zaproszono ojca, by razem
z synami Jechiela Grossmana, Nuterem i Mońkiem, przedyskutowali plan ucieczki ojca, starszego Grossmana i jego synów. Ojciec był widocznie ciekawy sposobu
rozumowania i niepewnych planów ucieczki z miasta, ale, oczywiście, nie mógł
opuścić rodziny.
Ojciec wynajął żydowskiego szewca z Bodzentyna, Josela Szistera, który zdołał dotrzeć do Starachowic. Wcześniej, w Bodzentynie, Josel umieścił pieniądze
w naszych butach. Teraz ojciec czuł, że pieniądze powinny być ukryte w kozakach,
na wypadek, gdybyśmy musieli iść lub przebiec duże odległości w pośpiechu lub
w poszukiwaniu jedzenia. W takich sytuacjach kozaki byłyby bardziej solidne
i wytrzymałe niż buty. Po raz kolejny Josel usunął podeszwy i obcasy, umieścił
rosyjskie dwudziestorublówki pomiędzy obcasem a podeszwą, a następnie znów
przytwierdził obcasy do kozaków. Pieniądze zostały zaszyte także w ubraniach.
Odszyto paski od spódnic i umieszczono tam amerykańskie banknoty dolarowe. Następnie ojciec znowu zgromadził razem najbliższą rodzinę: matkę, Mojsze, Irkę, Szlomo i Rachelę i powiedział, co zrobił Josel. Przypomniał im jeszcze,
że rodzinna fortuna została zakopana na tyłach ogrodu dziadka Mejera i opisał
szczegółowo miejsca ukrycia kosztowności. Jeszcze raz ojciec apelował do każdego członka rodziny, aby był ciągle czujny i walczył o swoje przetrwanie. Następnie
zapakował do kilku plecaków najpotrzebniejszą garderobę, butelki na wodę ciepłą
i zimną oraz papier toaletowy. Był pewny, że likwidacja jest absolutnie nieunikniona i prawdopodobnie rychło nastąpi. Wiedział, że mądrze jest mieć te wszystkie
rzeczy spakowane pod ręką, by można je było szybko zabrać ze sobą.
143
Mijały dni, a sytuacja młodszych dzieci pozostawionych w domu niebezpiecznie się pogarszała. Jednakże ciotka Bruchla i wuj Pincie Greenbaum, ciotka Dina
i wuj Josel Schreibman oraz wuj Mojsze i ciotka Chawcia Szachter nie mogli rozstać się ze swoimi ślicznymi, małymi dziećmi. Każdy mijający dzień, który nie
przynosił likwidacji, dawał im nadzieję na jeszcze jeden dzień i kolejny, a może
i następny. Kiedy pojawią się najmniejsze oznaki zbliżającej się likwidacji, myśleli, wtedy załatwią ten problem. Ale może jakieś niespodziewane wydarzenie
sprawi, że Niemcy wcale nie przeprowadzą likwidacji Starachowic? Zdecydowali
się oceniać sytuację z dnia na dzień, podświadomie mając nadzieję na cud, który zapobiegnie temu, co powszechnie uważano za nieuniknione. We wtorkowy
wieczór 27 października nie było najmniejszych oznak zbliżającej się likwidacji.
Później owej nocy, kiedy rodzina przygotowywała się do pracy w fabryce, Rachela
nagle się wzdrygnęła. Nie była w nastroju, by pójść do pracy. Reszta członków
rodziny próbowała ją przekonać, że to zbyt niebezpieczne pozostać na noc samej
w mieszkaniu.
– A co, jeśli dojdzie do likwidacji? – pytali.
Rachela pozostała jednak niewzruszona. Płakała i prosiła:
– Nie chcę iść do pracy. Zostawcie mnie w spokoju. Nie będzie likwidacji dziś
w nocy, tak jak nie było wczoraj, przedwczoraj i jeszcze poprzedniego dnia.
Ponieważ rzeczywiście nie było żadnych oznak, że ta noc będzie inna od poprzednich, rodzina wkrótce udała się do pracy; z wyjątkiem Racheli i ojca, który
nie zostawiłby jej samej w mieszkaniu. Prawdopodobnie nic nie wydarzy się tej
nocy, myśleli, więc położyli się spać. Było cicho i spokojnie. Około godziny 4.45
następnego ranka, w środę 28 października, rozległo się głośne, natarczywe stukanie do drzwi. Towarzyszył mu wykrzyczany rozkaz:
– Żydzi, musicie natychmiast opuścić swoje domy i niezwłocznie pojawić się
na rynku! Rozpoczęła się likwidacja Starachowic. Teraz było już niemożliwe, by
nasi kuzyni Ksyluś i Mojszełe Greenbaum, Lalunia i Mojszeniu Schreibman, czy
mały Samuś zostali oddani polskim rodzinom, które zgodziły się ich wziąć. Było
za późno. Ojciec szybko chwycił dwa plecaki, zapakował do nich kilka kawałków
chleba i butelkę wody. Następnie udali się na plac. Ojciec był w pełni świadomy
tego, że Rachela wygląda jak dziecko, uprzedził ją, by nie śmiała iść z ciotkami czy
małymi kuzynami. Był pewien, że nie znajdą się oni w grupie przyszłych pracowników, a jeśli Rachela będzie się wlec z tyłu z nimi, niewątpliwie, Boże zachowaj,
zginie. Ojciec umyślnie ociągał się, dopóki nasze ciotki i kuzyni nie oddalili się
trochę. Rozmyślnie rozłączył Rachelę i siebie od nich, kiedy chmary Żydów ściągały i zbierały się na placu. Podczas marszu dokładnie poinstruował Rachelę:
– Jak tylko zobaczysz, że wybrano mnie do pracy, musisz natychmiast wskoczyć w tę samą kolejkę i użyć siły, kiedy to będzie konieczne. Jeśli będziesz do
tego zmuszona, musisz popchnąć, wcisnąć się, wczołgać, zrobić cokolwiek będzie
konieczne, ale musisz dostać się do tej kolejki.
Wkrótce cała ludność żydowska Starachowic tłoczyła się na rynku. Ponad
wrzawą tysięcznego tłumu, stłoczonego na tak ciasnym terenie, w przerażających
144
Dziadek Nusyn Szachter
Od lewej: Symcha Weintraub, kuzynka Chancia Ehrlich, matka (Rywka Szachter),
Aron Silberberg, Irka, Pola Ginter, wujek Jankiel Szachter. Zdjęcie zrobione w Krakowie w 1938 roku, przy okazji ślubu wujka Mojsze Szachtera z Chawcią Gitler
z Krakowa
Wujek Lejbel Szachter
Pani Surowiecka przed swoim domem w Świętomarzu
Pani Zofia Surowiecka
Pan Józef Surowiecki
Matka Rywka Szachter (1938)
Rachela i Gołda Szachter przy grobie matki
w Bergen-Belsen (1949)
Irka, kuzynka Rywcia, Gołda i Rachela
Golda Szachter (około 1946)
okolicznościach trwającej likwidacji, słyszano rozkazy wykrzyczane do osób z pracowniczymi kartami identyfikacyjnymi, by ustawiły się w kolejce do grupy wybranej do pracy. Jakież zamieszanie powstało! Jaki zamęt! Krzyk i płacz rozlegały się
ze wszystkich stron, kiedy ludzie, z kartami pracowniczymi lub bez, szamotali się,
współzawodniczyli, popychali się i szturchali z całą siłą, desperacko próbując znaleźć się w grupie wybranych do pracy. Niemcy wykrzykiwali rozkazy, przeklinali
oraz bili i strzelali do Żydów, którzy nie wykonywali szybko ich rozkazów. Rodziny
prosiły o litość, kiedy rozdzielano ich z najbliższymi.
Wśród tego horroru i cierpienia, Rachela zobaczyła ojca zmierzającego do wyznaczonej grupy. Tak jak ją poinstruował, używała całej swojej siły, ale była odpychana od grupy pracowników. Próbowała jeszcze raz i kolejny raz została odepchnięta. Zdeterminowana by dotrzeć do miejsca, szamotała się parokrotnie, aż
wreszcie udało jej się osiągnąć to, co zamierzała, z pomocą starszych i wyższych
przyjaciół z Bodzentyna, włączając w to dwie siostry Grossman, krewne Jechiela
Grossmana, które z rozmysłem ją otoczyły, by była mniej widoczna. W tej grupie
znalazło się 500 szczęśliwców lub tych, którzy przetrwali likwidację. Po drugiej
stronie rynku stali ci, którzy nie mieli tego szczęścia, przytłaczająca większość. Tutaj starzy, chorzy i słabi byli odrzucani i odpychani. Tutaj małe dzieci odbierano
młodym rodzicom i skazywano na śmierć. Rozdzierające serce pożegnania można
było usłyszeć i zobaczyć wszędzie. W niektórych rodzinach wybuchały kłótnie o to,
które z rodziców powinno zostać z dziećmi. W większości przypadków to matka
decydowała się pozostać z ukochanymi pociechami. Wielu mężczyzn, opuszczając
żony i dzieci, walczyło by dostać się do kolejki pracowników, ale byli i tacy, którzy pozostali ze swoimi żonami i dziećmi. Te masy naszych braci zostały załadowane na ciężarówki. Kurs za kursem byli odwożeni na stację kolejową, gdzie ich
załadowano i przewieziono w bydlęcych wagonach do obozu koncentracyjnego
w Treblince.
Podczas gdy ciężarówki z ludzkim towarem jeździły, wielu z kolejki pracowników, którzy opuścili rodziny, poczuło wyrzuty sumienia. Jak mogli z pełną świadomością ocalić swoje życie, pozwalając by ich najbliższych spotkała śmierć? Z drugiej strony, co zdziałaliby nie ratując swojego życia? Czy mogliby zapobiec rzezi
swoich ukochanych? Oczywiście, że nie. Ale kto powiedział, że ojciec bardziej
zasługuje na przetrwanie niż matka? Z drugiej strony, gdyby sytuacja uległa odwróceniu, dlaczego byłoby właściwsze gdyby to matka przeżyła, poświęcając ojca?
Dlaczego więc torturuję się, obarczając siebie winą? Pomimo całej logiki, takie zarzuty i poczucie winy dręczyło wielu i jeszcze bardziej pogłębiało ich cierpienie.
Około południa odjechały ostatnie ciężarówki. Zakończono likwidację Starachowic. Zastęp tych, którzy przetrwali, odmaszerował w rzędach pięcioosobowych do obozu pracy poza terenem miasta. Był gorący jesienny dzień i niemieckie patrole, z wycelowanymi karabinami, rozkazały pracownikom biec. Niemcy
bili karabinami każdego Żyda, który nie dotrzymywał kroku. Moniek Grossman
wspominał, że – biorąc pod uwagę konfiskatę każdej dodatkowej części odzieży –
miał na sobie dwie koszule i dwie pary spodni. Zmuszony do ciągłego biegu, tak
145
poubierany w ten gorący dzień myślał, że nie wytrzyma tej męki. Gorzko, starając
się sprostać swemu kłopotliwemu położeniu, w myśli ganił stwórcę: – O Boże! Wydaje się, że jesteś po ich stronie! Jak mogłeś? Czy cierpienia wymierzone w nas nie
mają granic?
Kiedy wreszcie dotarli do obozu pracy, kazano im usiąść na ziemi. Następnie
polecono wstać i przejść kontrolę, gęsiego, jednocześnie w dwóch rzędach. W centralnym punkcie obu rzędów znajdowało się stanowisko ze stołem i kilkoma skrzyniami. Kiedy poszczególne osoby docierały do stanowiska, urzędnicy mówili, że
wszelkie kosztowności: pieniądze, złoto, srebro i biżuteria muszą być oddane do
jednej ze skrzyń. Jakakolwiek dodatkowa odzież ma być złożona do drugiej skrzyni. Aby zastraszyć potencjalnych opornych, jednego z Żydów zastrzelono na miejscu za opóźnianie oddania swojej własności.
Czekająca na swoją kolej Rachela uświadomiła sobie, że ma w plecaku znaczną
sumę pieniędzy i zdecydowała, że nie chce się z nią rozstać. Wyjęła z plecaka kawałek szarego papieru, owinęła nim pieniądze, następnie skręcała papier tak długo,
aż pieniądze były tam bezpiecznie upchnięte. Później wyjęła z plecaka butelkę, wyciągnęła korek i wcisnęła w butelkę zwitek z pieniędzmi tak, że wydawał się substytutem korka. Kiedy nadeszła jej kolej, Rachela przeszła inspekcję z nienaruszoną
butelką.
Kolejka ciągnęła się i ciągnęła. Kiedy skrzynia wypełniała się kosztownościami,
zamykano ją, odnoszono i stawiano inną. Na koniec ludzie byli kierowani do jednej z dwóch grup, którym przypisano określone miejsca pracy w fabryce.
Cały teren fabryki składał się z dwóch głównych części, i dodatkowo z jednej
mniejszej. Ta ostatnia, zwana tartakiem, mieściła skład drzewny i tartak. Tylko
kilku wybranych ludzi tam pracowało. Dwiema głównymi częściami były Hermann GÖring Werke – czyli fabryka amunicji, oraz Wielki Piec – ogromna odlewnia. Kiedy już zebrano pracowników, wprowadzono ich do jednego z dwóch
kompleksów: obozu Strzelnica i obozu Majówka. Z tego miejsca byli kierowani do
obozowych baraków, gdzie mężczyźni byli odłączani od kobiet. Po ulokowaniu się
w barakach, wszyscy szli zarejestrować się oficjalnie w wyznaczonym obozie. Było
to dla wszystkich traumatyczne przeżycie, szczególnie dla niedawno przybyłych
uchodźców do Starachowic. W ciągu kilku tygodni zmuszono ich do opuszczenia
domów, umieszczono na czas przejściowy w zatłoczonych mieszkaniach w obcym
mieście i wypędzono ich stamtąd, jeśli Bóg pozwolił, nie do jakiegoś odległego
nieznanego miejsca, by się ich pozbyć, ale do zatłoczonego baraku pracowniczego,
bez urządzeń sanitarnych. Ich myśli niespokojnie krążyły wokół jednej podstawowej sprawy: przeżycia, z godziny na godzinę, z dnia na dzień. W ich umysłach budziły się dręczące pytania: – Co z nami tutaj zrobią? Czy będziemy w stanie przeżyć? Jeśli tak, jak długo będą nas tu trzymać? Gdzie nas potem wyślą i co potem
z nami zrobią? Kolejną troską był los członków rodziny: – Którzy z nich przeżyli,
którzy nie?
Fabryka pracowała na trzy zmiany: ranna zmiana, od 7 rano do 15; popołudniowa, od 15 do 23; i nocna, od 23 do 7 rano. Dopiero gdy ludzie powracali
146
z pracy, można było dowiedzieć się, kto z naszej rodziny został wysłany na śmierć,
a kto przeżył w obozie pracy. Z rodziny Greenbaumów ciotka Bruchla wybrała
śmierć ze swoimi drogimi dziećmi Ksylusiem i Mojszełe, tylko wuj Pincie przeżył. Z rodziny Bidermanów nie wiadomo, czy ciotka Gitla zdecydowała się pójść
ze swoim najstarszym synem Mojsze, ponieważ nie udało mu się przedrzeć do
grupy pracowników, albo nie udało się to ciotce. Faktem jest, że kuzyn Mojsze
był tak wrażliwy, że mógł zasłabnąć na widok krwi nawet w normalnych okolicznościach. W każdym razie, ani on, ani jego matka, nasza ciotka Gitla nie przeżyli;
tylko wuj Froim Biderman i jego dwóch młodszych synów Icie i Szlomo pozostali
przy życiu.
Kuzynki Chancia i Rywcia Ehrlich przeżyły i opowiedziały rozdzierające serce
szczegóły dotyczące losów rodzin wuja Mojsze Szachtera i Josela Schreibmana.
Kiedy kazano im opuścić miejsce zamieszkania i natychmiast pojawić się na placu, wszyscy oni: wuj Mojsze, ciotka Chawcia, mały Samuś, ciotka Dina, wuj Josel
Schreibman, Lalunia i Mojszeniu, razem z kuzynkami Chancią i Rywcią poszli
razem na plac miejski. Kiedy usłyszeli rozkazy dla ludzi z pracowniczymi kartami identyfikacyjnymi żeby ustawili się w kolejce do grupy pracowników, ciotki
Chawcia i Dina zdecydowały się pozostać i zaakceptować los, który czekał ich
dzieci. W tamtej chwili wujowie Mojsze i Josel zdecydowali się również zostać
z nimi. Protestując, że było to zupełnie bezsensowne, oboje poświęcali swoje życie, ciotka Dina trzymając dzieci blisko siebie błagała ze łzami w oczach wuja Josela, żeby ich zostawił, dołączył do grupy pracowników i ratował swoje życie. W odpowiedzi na to on chwycił Lalunię i trzymał ją mocno, kategorycznie upierając
się, że ich nie zostawi. Kuzynka Chancia, ulegając namowom dorosłych, chwyciła
swoją siostrę Rywcię za rękę i poszła do kolejki pracowników. Obu udało się do
niej dostać.
Ironią losu było to, że wujów Mojsze i Josela, którzy wykazali się nadludzką
odwagą, oddaniem, lojalnością i poświęceniem, czekał okrutny los: fakt, że musieli być świadkami przerażającego przeżycia, kiedy ich ukochani, żony i dzieci,
zostali od nich oderwani na ich oczach, podczas gdy oni sami powrócili jako
robotnicy do obozu pracy. Nazistowscy prześladowcy zdecydowali, że potrzeba
jeszcze dodatkowych 200 mężczyzn do pracy w obozie oprócz grupy, którą wyselekcjonowano w trakcie likwidacji. Jeszcze tego samego popołudnia, po likwidacji, wujów Mojsze Szachtera i Josela Schreibmana przywieziono do obozu razem
z dodatkowymi pracownikami. Ich żony, ciotki Chawcia i Dina wraz ze swoimi
małymi dziećmi Samusiem, Lalunią i Mojszeniu – zginęli.
Obaj nasi dziadkowie, Nusyn i Mejer, przeżyli, tak samo jak wujowie Lejbuś
i Jankiel. Ze wszystkich rodzin wywodzących się od dziadka Nusyna i Mejera jedyną, która przeżyła w całości, była nasza rodzina: ojciec, matka, moi bracia i siostry. Tak więc z 28 członków naszej rodziny, którzy zebrali się u ciotki Diny, tylko
18 przeżyło makabryczną likwidację Starachowic. 10 osób z naszej drogiej rodziny zostało wywiezionych do obozu koncentracyjnego w Treblince na śmierć:
czworo dorosłych i sześcioro dzieci.
147
Desperacka walka o przeżycie pozbawiła pozostałych przy życiu dorosłych nawet spokoju umysłu, potrzebnego do opłakiwania śmierci swoich bliskich. Młodsi, którzy przeżyli, nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, co się stało. Naiwnie
żywili przekonanie, że może ich krewni zostali zesłani gdzieś indziej, do jakiegoś
innego obozu, a starsi mieli wiele innych trosk i nie mówili im ponurej prawdy.
Kto wie, jak wielu bliskich z naszej rodziny musiałoby poświęcić swoje życie, gdyby nie roztropna zdolność ojca przewidywania i przenikliwego planowania, gdyby nie przewidział prawie w najdrobniejszych szczegółach każdego diabelskiego
posunięcia wroga. Wszyscy członkowie naszej rodziny zostali umieszczeni w obozie Strzelnica, z wyjątkiem dziadka Mejera, który zamieszkał w obozie Majówka.
Oczywiście, wszyscy byli teraz internowanymi więźniami, niewolniczą siłą roboczą na potrzeby wroga. Ale przynajmniej wszyscy żyli.
148
19.
Zmienne koleje mojego losu
Wkrótce po osiedleniu się rodziny w obozie pracy w Starachowicach, Polak,
który pracował w fabryce amunicji, skontaktował się z panią Surowiecką. Ojciec
wysłał go, by poinformował ją, że moja najbliższa rodzina jest cała i zdrowa w obozie. Powiedział, że inni krewni również przeżyli. Byli to: moi dwaj dziadkowie,
wujowie Mojsze, Lejbuś i Jankiel Szachter, Pincie Greenbaum, Josel Schreibman,
wuj Froim Biderman i jego dwóch synów Icie i Szlomo oraz kuzynki Chancia
i Rywcia. Pozostali zostali wywiezieni i wszelki słuch o nich zaginął.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy dowiedziałam się, że większość rodziny przeżyła,
a szczególnie, że przeżyła cała najbliższa rodzina. Jednakże prawdopodobnie nie
do końca zdawałam sobie sprawę z ogromu tragedii 10 drogich mi osób, które
zostały wywiezione. Miałam świadomość, że moje życie zależy od umiejętności
przystosowania się do nowego otoczenia bez ujawniania mojego żydowskiego
pochodzenia i to spowodowało, że nie rozpamiętywałam tragicznych losów ciotek Gitli, Bruchli, Diny, Chawci, i kuzynów Mojsze Bidermana, Mojszełe i Ksylusia Greenbaumów, Laluni i Mojszeniu Schreibmanów i Samusia Szachtera. Nie
mogłam sobie pozwolić na luksus odwrócenia uwagi od ciągłego niebezpieczeństwa, jakie mi groziło, ani na to, by obarczać panią Surowiecką moimi smutkami.
Fakt, że ojciec i państwo Surowieccy wymieniali wiadomości ustnie, a okazjonalnie również listy, bardzo podnosił mnie na duchu.
Proces przystosowania się do nowego otoczenia w gospodarstwie Surowieckich, z dala od rodziny, był dla mnie bolesny i trwał długo. Niemniej jednak po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do tej sytuacji. W pełni zdawałam sobie sprawę, że
nie miałam innego wyjścia. Co więcej, pani Surowiecka z czasem poświęcała mi
coraz mniej uwagi, bynajmniej nie z powodu braku zrozumienia dla mojej trudnej
sytuacji. Uważała, że szybciej się zaadaptuję i że wzmocni to moją determinację,
jeśli nie będzie mnie rozpieszczać i powstrzyma się od okazywania mi współczucia. Na dodatek zaczęła mnie wdrażać w obowiązki w wiejskim gospodarstwie
i wymagać ode mnie pomocy w codziennych pracach. Na ironię losu, pan Surowiecki, który w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że jestem żydowskim dzieckiem
i był przekonany, że jestem siostrzenicą jego żony z Krakowa, zupełnie nie zgadzał
się z wymaganiami, które stawiała mi jego żona.
149
– Halinka jest dziewczyną z dużego miasta – mawiał. – Ani nie jest nauczona,
ani przyzwyczajona do ciężkiej pracy na wsi, i uważam, że powinnaś zostawić ją
w spokoju.
– To nie ma znaczenia – odpowiadała pani Surowiecka. – Halinka jest całkiem normalną i zdrową dziewczyną. Nauczy się i przyzwyczai do pracy. Nic jej
nie będzie.
Oczywiście, na samym początku byłam okropnie niezdarna. Jednym z pierwszych obowiązków, który mi przydzielono, było wypędzanie krowy na pastwisko.
To była jedyna krowa Surowieckich w owym czasie, ponieważ Niemcy skonfiskowali im pozostałe krowy oraz dwa z czterech koni, które mieli przed wojną. Obowiązkiem Marysi i Józi było doglądanie pozostałych koni oraz karmienie i dojenie
krowy. Obie dziewczyny zajmowały się krową w oborze, a moim obowiązkiem
było tylko wypędzenie jej na pastwisko i pilnowanie tam. Kiedy ją wyprowadziłam
po raz pierwszy, krowa zaczęła biec przez łąkę do ogrodu. Pobiegłam za nią, ale
nie miałam pojęcia, jak ją zatrzymać. Podczas ucieczki stratowała i zabiła jedno
z małych, żółtych kurcząt. Kiedy pani Surowiecka dowiedziała się o tym, była rozczarowana i zła. Czułam się okropnie i byłam przestraszona. Zawiodłam osobę, od
której zależało moje bezpieczeństwo i życie. Co miałam powiedzieć lub zrobić?
Wszystko, co mogłam zrobić, to zadręczać się wewnętrznie.
Następnego dnia, kiedy pani Surowiecka wracała z jednego z wypadów na targowisko do Starachowic, zatrzymała się by powiedzieć mi, że dopiero co widziała
mojego ojca i dała mu trochę truskawek dla rodziny. Jednakże później wieczorem
oznajmiła mi straszną wiadomość, że mój kuzyn Icie, średni z trzech synów Bidermana, zginął w wypadku w fabryce amunicji. Olbrzymi młot spadł na niego
i zmiażdżył śmiertelnie. Byłam zszokowana i głęboko wstrząśnięta. Przeszło mi
przez myśl, że powinnam była wiedzieć, że coś złego się wydarzy, kiedy poprzedniego dnia mały żółty kurczak został stratowany na śmierć przez krowę, a pani Surowiecka się na mnie zdenerwowała. Czyż to nie był zły omen, zapowiadający straszną tragedię, która teraz spotkała mojego ukochanego kuzyna Icie? Po raz kolejny
nie miałam żadnego wyjścia, tylko musiałam znosić swoje cierpienie w samotności
i funkcjonować na tyle, na ile byłam w stanie, jak gdyby nic się nie stało.
Z czasem nauczyłam się wstawać wcześnie rano oraz doglądać i wyprowadzać
krowę. Nauczyłam się też pracować w ogrodzie. Kiedy było ciepło, pracowałam
tam codziennie. Wkrótce pani Surowiecka poprosiła mnie, żebym nosiła wiadra
wody do ogrodu i podlewała warzywa. Kiedy pan Surowiecki zauważył, że wytężam wszystkie siły podczas noszenia, pokłócił się z żoną:
– Nie powinnaś wymagać od Halinki, by nosiła wiadra z wodą. Są o wiele za
ciężkie dla niej.
Pani Surowiecka z oburzeniem odparła:
– Skąd wiesz, że są za ciężkie dla niej? Przyzwyczai się do pracy. To jej
dobrze zrobi.
I jak zwykle stanęło na jej zdaniu. Jeszcze jednym moim obowiązkiem było
plewienie. Innymi razy wyrywałam warzywa z ziemi, odcinałam, robiłam pęczki
150
i wkładałam do koszyka na sprzedaż. Pewnego razu zobaczyłam, jak Marysia i Józia zabrały około tuzina jabłek ze sterty przygotowanej na sprzedaż. Powiedziały
mi, że mają zamiar ukryć je na strychu dla siebie. Wiedziałam, że pani Surowiecka będzie zła, kiedy się dowie, ale nie mogłam się zdecydować, czy jej powiedzieć.
Z jednej strony były one przyjaźnie do mnie nastawione, nie chciałam zepsuć tej
przyjaźni. Z drugiej strony zdawałam sobie sprawę, że będzie to dla mnie groźne, jeśli się na mnie zezłoszczą i będą chciały się zemścić. Dlatego zataiłam to przed panią
Surowiecką.
Wkrótce jednak zetknęłam się z o wiele bardziej poważną sytuacją. Kiedy nasza
rodzina była jeszcze u ciotki Diny w Starachowicach, jak wcześniej o tym pisałam,
pani Surowiecka wysłała swojego parobka, Józka, by zawiózł nam skrzynkę jabłek.
Niestety, teraz rozpoznał mnie i wyszeptał na ucho do Marysi i Józi, że jestem żydowską dziewczyną. Nagle zaczęły się do mnie zwracać: „Żydówica” i w momencie
wszyscy parobkowie zaczęli nazywać mnie „Żydówica”. Zdawałam sobie sprawę, że
ta nowa sytuacja jest dla mnie niesamowicie niebezpieczna i z pewnością nie mogłam zataić tej informacji przed panią Surowiecką. Kiedy jej o tym powiedziałam,
natychmiast wyczuła niebezpieczeństwo, zarówno dla mnie, jak i dla siebie, i nie
czekała ani chwili. Wezwała ich natychmiast i stanowczym, mocnym głosem, jednoznacznie i kategorycznie oświadczyła z całą jasnością:
– Rozumiem, że zabawiacie się w jakieś przezywanie. O co chodzi z tą całą Żydówicą? Ostrzegam was, nie chcę więcej słyszeć tego słowa od żadnego z was. Jeśli
usłyszę, będę musiała was nauczyć nie wtrącać się w cudze sprawy. Teraz wracajcie
do swoich obowiązków. I lepiej róbcie co wam się każe, jeśli wiecie, co jest dla was
dobre.
Widocznie obawiali się jakiejś możliwej kary albo tego, że zostaną wyrzuceni
z pracy, a może szanowali panią Surowiecką jako wybijającą się osobowość pośród
mieszkańców wsi. W każdym razie już więcej nie nazywali mnie „Żydówica”.
Kolejny incydent jednakże spowodował, że pani Surowiecka zaczęła się zachowywać inaczej. Znajomy handlarz przejeżdżał kiedyś konno koło domu pani Surowieckiej. Kiedy mnie zobaczył, zatrzymał się.
– Dzień dobry – przywitał panią Surowiecką. – Jestem po prostu ciekawy. Powiedz mi, kim jest to dziecko, które wygląda tak inaczej?
Ona spontanicznie odparła:
– A, to moja siostrzenica z Krakowa.
– Rozumiem – odpowiedział handlarz, ale wydawał się lustrować mnie od
stóp do głów przenikliwym spojrzeniem. Następnie bardzo grzecznie pożegnał się
i odjechał.
Pani Surowiecka zdała sobie sprawę, że musi działać tak szybko jak to możliwe,
by zminimalizować różnice w wyglądzie i zachowaniu pomiędzy mną a rodowitymi wieśniaczkami. Podłużyła moje sukienki, by bardziej przypominały te noszone
przez polskie dziewczęta. Z tego samego powodu czesała mnie i rozprostowywała
moje blond kręcone włosy, aż stały się długie i proste.
Stopniowo pani Surowiecka nauczyła mnie modlitw i rytuałów nabożeństw
w wiejskim kościele. Pokazała mi, jak chrześcijanie splatają ręce do modlitwy i w jaki
151
sposób czynią znak krzyża. Wkrótce zaczęła zabierać mnie do kościoła. Z czasem
albo ona, albo pan Surowiecki zabierali mnie tam prawie codziennie. W niedługim czasie zapoznałam się z rytuałami oraz nauczyłam się hymnów i pieśni. Nic
na świecie nie było w stanie odwrócić mojego serca od wiary mojej rodziny i od
wszystkiego, co było święte dla naszych rodziców i dziadków przez pokolenia
i stulecia. Niemniej jednak widziałam duchowe piękno nabożeństw kościelnych,
jak również ich zbawienny wpływ na polskich wieśniaków. Z czasem nabożeństwa
stały się dla mnie przyjemnym i miłym doświadczeniem. Pani Surowiecka była
zadowolona z mojego rozwoju pod wieloma względami, a życie w Świętomarzu
zaczęło nabierać pewnej normalności.
Można powiedzieć, że wiejskie życie dla Polaków pod rządami nazistów
było rajem w porównaniu z okrutnymi dekretami i prześladowaniami Żydów
z Bodzentyna, Starachowic i całej Polski. Nie wprowadzono godziny policyjnej,
a Polacy mogli o każdej porze wyjść do pracy czy w interesach. Mogli w dowolny sposób podróżować, robić zakupy lub bawić się. Nie mogli jednak nie odczuwać jarzma obcej okupacji w kilku aspektach. Na przykład, byli pozbawiani
swojej własności, jak wtedy, kiedy byli zmuszani oddawać swoje konie czy krowy
Niemcom. W dodatku władze nazistowskie okazjonalnie przeszukiwały polskie
domy, co przerażało ludność. Kiedy Niemcy złapali Polaka podejrzanego o bycie komunistą, antynazistowskiego działacza lub kogoś, kto nie stosował się do
ich zarządzeń, byli wobec niego nie mniej brutalni niż względem Żydów, więc
nie było zaskoczeniem, że Niemcy nie cieszyli się sympatią Polaków. Wyraźnie
wypatrywali oni dnia, kiedy Niemcy opuszczą ich ziemię. Optymistyczny punkt
widzenia chłopów najlepiej wyrażał ich sympatie: – Mogą nosić futra, ale i tak nie
wygrają wojny.
Jednakże pomimo antyniemieckich uczuć, większość Polaków nie okazywała potępienia dla sposobu, w jaki najeźdźcy traktowali Żydów. Pewnego razu na
przykład mieszkaniec wsi powiedział do pani Surowieckiej:
– Niemcy naprawdę zajęli się Żydami, nieprawdaż? Prawie się ich
pozbyliśmy.
Pani Surowiecka szybko zripostowała:
– Nie ciesz się zbyt szybko. Niedługo ty sam możesz nie przeżyć. Żydów mają
na śniadanie, a nas na kolację.
Od kiedy znalazłam się sama w polskiej wiosce, z dala od rodziny, za każdym
razem, gdy słyszałam takie antysemickie wypowiedzi lub byłam nazywana „Żydówicą”, wstrząsało to mną do głębi. W duchu wolałam być w obozie pracy z rodziną
niż narażać się antysemitom, którzy byli wokół mnie. W czterech rzeczach znajdowałam pociechę. Pierwszą była pojedyncza strona z hebrajskiego modlitewnika,
którą znalazłam w torbie z moimi rzeczami przywiezionymi ze Starachowic i którą trzymałam dobrze ukrytą wśród ubrań. Strona ta była ogniwem prowadzącym
mnie do mojej przeszłości i moich braci.
Drugim źródłem wytchnienia była ciągła wymiana wiadomości pomiędzy ojcem a mną, które przechodziły przez panią Surowiecką i jej bratanka. Wymiana ta
152
dochodziła do skutku dzięki położeniu fabryki amunicji i obozu. Pracownicy mieli
sporą odległość do przebycia z baraków do fabryki. Zarówno Żydzi, jak i nieinternowani Polacy pracowali w fabryce, dlatego nie była ona strzeżona przez Niemców
z wielką surowością. Tak więc Żydzi mogli się spotykać i kontaktować z Polakami,
nawet z tymi, którzy nie pracowali w fabryce. W ten sposób pani Surowiecka i Kazimierz byli w stanie przekazywać wiadomości i pozdrowienia między mną a rodziną podczas handlowych wyjazdów do Starachowic. Od czasu do czasu można
było przemycić list, zarówno do, jak i od rodziny. To było dla mnie nieocenioną
ulgą. Poza listami znajdowałam pociechę w zdjęciu ojca, które ze sobą przywiozłam.
Kiedy tylko byłam sama, wyjmowałam je i patrzyłam na nie. Czwartym źródłem
pociechy był niesłabnący wysiłek i życzliwość Surowieckich i Kazimierza względem mnie. Miał on swój własny pokój, gdzie słuchał radia, studiował wiadomości
i przeglądał mapy. Często był poza domem, prawdopodobnie działał w podziemiu
komunistycznym, ale kiedy był w domu, był zarówno miły, jak i tolerancyjny. Kiedyś, w środku października 1942 roku, próbował pokazać mi na mapie, jak daleko
Niemcy zaszli w głąb Rosji, aż do rejonu kaukaskiego, na drodze do Stalingradu blisko rzeki Wołgi. Gdy było zimno, często przychodził do kuchni, by się ogrzać. Kiedy
wszyscy parobkowie byli zajęci obowiązkami, Kazimierz brał za rękę jedną z dziewcząt i zaczynał tańczyć szybką polkę. W ten sposób okazywał, że nie wywyższa się
ponad nich, ale raczej chciałby ich traktować jak równych sobie. Podobnie pani Surowiecka miała w zwyczaju wspominać, jak kiedyś sama była robotnicą i przez jakiś
czas była kucharką w restauracji. Z tego powodu, choć teraz sama była właścicielką
pól i hektarów ziemi i miała swoich parobków, zawsze była w stanie wyobrazić sobie
siebie na ich miejscu oraz okazywać współczucie, pracując z nimi.
Pan Surowiecki był od niej o wiele starszy, a mnie wydawał się bardzo stary. Niemniej jednak, kiedy wypowiadał się w sprawie, która mnie dotyczyła, lub kiedy się
do mnie zwracał, zawsze był miły, łagodny i wyrozumiały. Zaprzyjaźniłam się również z dziewczynami ze wsi w moim wieku i lubiłam się z nimi bawić. W żadnym
wypadku nie mogłam pozwolić sobie na popełnienie jakiejś gafy w trakcie zabawy.
Ciągle pilnowałam się, by nie zdradzić się komukolwiek z moją prawdziwą tożsamością i dziedzictwem, nieważne czy dziecku, czy dorosłemu – w obawie, że mogliby
się o tym dowiedzieć Niemcy. Pomimo tej nieustannej ostrożności, potrafiłam cieszyć się ich towarzystwem i zabawkami, którymi się ze mną dzieliły.
Nadeszły święta Bożego Narodzenia. W gospodarstwie Surowieckich Wigilia
była wyjątkowym dniem. Przygotowano i podano specjalnie skomponowany siedmiodaniowy posiłek, razem z winami i słodkościami. Śpiewano kolędy, świąteczna atmosfera i radość udzieliły się wszystkim. Atmosfera stała się jeszcze bardziej
uroczysta, gdy z wizytą przyszedł wiejski ksiądz, ojciec Eugeniusz Skrzypczyk,
który osobiście złożył wszystkim życzenia świąteczne. Stało się tak pewnie dlatego, że Surowieccy byli znaczącymi członkami społeczności zarówno wiejskiej, jak
i kościelnej. Wysoki, szczupły, pod czterdziestkę, ubrany w tradycyjny strój księży:
czarną sutannę i wykrochmalony kołnierzyk, dostojnie wszedł, witając zebranych
domowników: – Pochwalony Jezus Chrystus. Stojąc blisko niego, kiedy wypowia153
dał pozdrowienie, odpowiedziałam jak należało: – Na wieki wieków amen, na co
on z uśmiechem pokiwał głową. Następnie przystąpił do wymiany uprzejmości,
sprawiając wszystkim zaszczyt i radość. Przed wyjściem podchodził do każdego
i kładł mu opłatek na język. Znając tę ceremonię, kolejny raz właściwie postąpiłam,
ostrożnie naśladując chrześcijański rytuał. Ksiądz Skrzypczyk następnie podszedł
do pani Surowieckiej z pożegnalnym słowem. Przed wyjściem powiedział każdemu i wszystkim –Wesołego Bożego Narodzenia – i wyszedł. Później tego wieczoru, kiedy zostałam sama z panią Surowiecką, usiadła obok mnie i powiedziała:
– Halinka, nigdy ci wcześniej tego nie mówiłam, ale ksiądz obawiał się tego,
że jesteś żydowskim dzieckiem. Od samego początku był o tym poinformowany, wyznałam mu to na spowiedzi. Chcę, żebyś wiedziała, że był pod wrażeniem
tego, jak wiele się nauczyłaś i sposobu, w jaki dziś odpowiadałaś. Chwalił mnie
za postęp, jaki uczyniłaś w tak krótkim czasie będąc u nas, i dodał, że jest z ciebie
bardzo dumny.
Było w zwyczaju zostawiać dzieciom ze wsi prezenty świąteczne pod poduszką. Ja wcale nie spodziewałam się otrzymać żadnego prezentu, ale kiedy z ciekawości zajrzałam pod poduszkę w świąteczny poranek, ku mojemu zdziwieniu
znalazłam jedną luźną, długą, szeroką i szorstką wiechę ze starej miotły. Czułam
się głęboko dotknięta. Zdałam sobie sprawę, że albo Marysia, albo Józia umieściły
wstrętną miotłę pod moją poduszką jako okrutny żart. Ale wiedziałam, że pod
tym żartem kryło się coś jeszcze. Pani Surowiecka zakazała im otwarcie nazywać
mnie „Żydówicą”, ale nic nie mogło ich powstrzymać przed postrzeganiem mnie
w ten sposób. Oczywiście, doceniałam piękno świąt Bożego Narodzenia, z jego
obrzędami i kolędami, ale im częściej dziewczyny stawiały mnie w sytuacji, w której dawały mi odczuć swą urazę jedynie dlatego, że byłam tym kim byłam, tym
bardziej separowałam się od tego, co było dla nich uświęcone. Całe zajście jedynie
wzmogło moją determinację, by trzymać się jeszcze bardziej uporczywie tego, co
było moje – mojego dziedzictwa i mojej żydowskości.
Nigdzie nie byłam wolna ani spokojna, ciągle ścigana jako „Żydówica”, nawet
w gospodarstwie Surowieckich. Ciągle przypominano mi, że byłam samotną Żydówką otoczoną przez Polaków, którzy, z kilkoma wyjątkami, w najlepszym razie
okazywali mi współczucie, a w najgorszym okazywali się antysemitami. Od samego początku ustalenia dotyczące mojego pobytu związane były z nieuniknionymi
i nieodłącznymi niedociągnięciami. Z jednej strony ojciec nigdy nie powierzyłby
mojego bezpieczeństwa i życia komuś, kogo dobrze nie zna, ani komuś, kto mieszka daleko od Starachowic, co uniemożliwiłoby nam utrzymywanie regularnych
kontaktów. Z drugiej strony właśnie te warunki mogły spowodować, że zostanę
rozpoznana przez tego czy innego wieśniaka,wcześniej czy później. W rzeczy samej, wiejski parobek Józiek ciągle spotykał mnie w gospodarstwie.
Na dodatek wioska Świętomarz leżała pięć kilometrów od Bodzentyna. Nie
było to dziwne, że w mroźny zimowy dzień do Surowieckich przyszła żebraczka
po prośbie za jedzeniem. Była to ta sama żebraczka, która czasem przychodziła do
naszego domu w Bodzentynie. Gdy mnie zobaczyła, powiedziała:
154
– Znam tę dziewczynę.
Pani Surowiecka szybko zripostowała:
– Nie możesz jej znać, ponieważ jest moją siostrzenicą z Krakowa, która niedawno przyjechała mnie odwiedzić.
Na co żebraczka odrzekła:
– Nieważne. Zapewniam cię, że ją znam, ale nie musisz się martwić. Nie powiem nikomu tego, o czym nie powinni wiedzieć. Jej matka była dla mnie miła.
Kiedy tylko przychodziłam do ich domu, miała w zwyczaju dawać mi chleb.
Na domiar złego, wkrótce u Surowieckich pojawił się nie kto inny jak Zwada,
szewc z Bodzentyna, którego moja rodzina była stałym klientem. Naturalnie od
razu mnie rozpoznał. Pani Surowiecka nie zdołała nawet spróbować zaprzeczyć
mojemu prawdziwemu pochodzeniu, bo Zwada wtrącił:
– Znam tę dziewczynę. A właściwie nie tyle ją znam, tylko te buty, które
ma teraz na sobie. Są dziełem moich rąk i zostały zrobione w moim warsztacie
w Bodzentynie. Ale nie obawiaj się. Jej rodzice byli dla mnie dobrzy. Możesz być
pewna, że nie doniosę ani na nią, ani na ciebie Niemcom.
Byliśmy raczej przekonani, że ci dobrzy ludzie nie zdradzą pani Surowieckiej
ani mnie Niemcom. Ale czy można było od nich oczekiwać, że nigdy nie wspomną swoim wiejskim przyjaciołom i znajomym, że dziewczynie Szachterów
z Bodzentyna potajemnie udzielono schronienia w gospodarstwie Surowieckich?
Jak długo to potrwa, zanim Niemcy dowiedzą się o tym z rozmów lub zostaną
bezpośrednio poinformowani przez jakichś Polaków?
Pomimo tego potencjalnego zagrożenia dni i tygodnie mijały spokojnie. Jednakże jakieś trzy albo cztery miesiące po tym, jak przeprowadziłam się do Surowieckich, zdarzył się pewien incydent. Chociaż niegroźny, pozostawił uczucie
niesmaku u tych, którzy brali w nim udział. Zaczęłam chodzić codziennie do
kościoła na mszę wkrótce po tym, jak przybyłam na gospodarstwo, i teraz już
mogłam uczestniczyć w obrzędach i śpiewaniu pieśni całkiem odruchowo, stało
się to prawie moim nawykiem. Jednakże pewnego dnia, kiedy byłam w kościele
z panem Surowieckim, nieświadomie przeżegnałam się lewą ręką zamiast prawą.
Pan Surowiecki zauważył moją pomyłkę, ale powiedział mi o tym dopiero, kiedy
wróciliśmy do domu.
– Halinka – zaczął wolno. – Zdaję sobie teraz sprawę, że nie jesteś siostrzenicą
pani Surowieckiej z Krakowa, ale raczej żydowską dziewczyną, której moja żona
zgodziła się udzielić schronienia bez mojej wiedzy. Gdyby mnie na samym początku zapytano, muszę ci szczerze powiedzieć, że nie zgodziłbym się na to, żebyś
zamieszkała w naszym domu, ponieważ zarówno twoje życie, jak i nasze jest teraz
w niebezpieczeństwie. Jednak skoro już tu jesteś, nie będę cię traktował inaczej
niż do tej pory. Tego możesz być pewna.
I rzeczywiście, ani on, ani pani Surowiecka nie traktowali mnie inaczej niż
dotychczas. Pod pewnymi względami pan Surowiecki był nawet bardziej miły
i uprzejmy niż pani Surowiecka. Tak się zdarzyło, że mniej więcej w tym samym
czasie niektóre z moich ubrań wymagały naprawy. Pani Surowiecka poprosiła, że155
bym naprawiła je używając jej maszyny do szycia. A ponieważ my nie mieliśmy
maszyny do szycia w domu w Bodzentynie, nie miałam bladego pojęcia, jak się jej
używa. Kiedy przyznałam, że nie umiem szyć na maszynie, z miny pani Surowieckiej można było wyczytać, że jest zarówno rozczarowana, jak i poirytowana. Pan
Surowiecki, interweniując w mojej obronie, powiedział:
– Jak możesz wymagać, żeby takie małe dziecko z miasta wiedziało, jak używać
maszyny do szycia?
Pani Surowiecka szybko ucięła:
– Halinka jest wystarczająco dorosła. Powinna wiedzieć, jak jej używać.
Było mi przykro widząc i słysząc, że pani Surowiecka była mną tak rozczarowana. Czekałam na chwilę, kiedy nie będzie jej w domu, żeby próbować szyć na
maszynie, aż udało mi się naprawić ubrania, co sprawiło, że odzyskałam swoją
dumę i jej poważanie.
Po kilku tygodniach względny spokój w gospodarstwie został nagle zakłócony.
W środku mroźnej zimowej nocy domowników obudziło gwałtowne kołatanie
do drzwi, a męskie głosy zza drzwi domagały się:
– Otwierać drzwi. Otwierać drzwi albo je wyważymy.
Zarówno pani Surowiecka, jak i jej mąż krzyczeli najgłośniej jak tylko mogli:
– Na pomoc, policja! Ratunku!
Ale żadnej policji nie było w pobliżu domu Surowieckich. Intruzi ciągle żądali
wpuszczenia do domu. Jeden z nich krzyknął:
– Jestem policjant Gałązka. Musicie mi otworzyć drzwi.
– Znam policjanta Gałązkę bardzo dobrze, ty nie jesteś nim i nie wpuszczę cię
– odpowiedziała pani Surowiecka.
Wreszcie intruzom udało się włamać do domu. Zaczęli wszystko przeszukiwać i zażądali, żeby pani Surowiecka oddała im materiały ze sklepu Bidermana
w Bodzentynie. Kiedy usłyszałam te słowa, zamarłam ze strachu. Może mnie rozpoznają, pomyślałam. Może wiedzą, że tu jestem. Natychmiast wyczułam ogromne niebezpieczeństwo. Poczułam się trochę bezpieczniej, kiedy zauważyłam, że
Marysia i Józia też są przerażone. Widocznie obawiały się o swoje bezpieczeństwo,
w pełni zdając sobie sprawę, że mogą zostać porwane, zgwałcone lub zastrzelone.
Obie wskoczyły do mojego łóżka i, przytulając się do mnie, zakryły nas kołdrą po
uszy. Kiedy rabusie weszli do mojego pokoju i zobaczyli wszystkie trzy przytulone
do siebie w łóżku, drżące ze strachu i ukrywające się pod kołdrą, odezwali się do
nas uspokajającym tonem:
– Dzieci, dzieci, nie bójcie się.
Jednakże zabrali z domu dużą ilość materiałów pochodzących ze sklepu Bidermana.
Pani Surowiecka nie należała do osób, które podarowałyby rabusiom towar
bez walki. Zdecydowała się donieść na drani Niemcom. Była tak zdeterminowana
w swoim postanowieniu, by sprawiedliwości stało się zadość, że zapomniała, jakie
niebezpieczeństwo może sprowadzić na siebie, nie mówiąc już o mnie. Ukradziono jej materiały, które zostały oddane jej na przechowanie przez Żyda. Nielegalnie
156
udzieliła schronienia żydowskiemu dziecku, co przestało już być tajemnicą dla
przynajmniej kilku miejscowych wieśniaków. A ona poszła do Niemców po pomoc w odzyskaniu tychże żydowskich materiałów od rabusiów, którzy wiedzieli
o jej nielegalnych poczynaniach. Była jednak zdecydowana zrobić to i nie można
było jej od tego odwieść.
Następne ranka pani Surowiecka poinformowała mnie, że załatwiła z panem
Bugajskim, organistą, że spędzę dzień w jego domu. Wyjaśniła, że zamierza iść
na policję, by donieść niemieckim władzom o włamaniu z poprzedniej nocy i że
oczywiście będzie to dla mnie niebezpieczne, kiedy będę w jej domu, gdy Niemcy
przyjadą na wieś. Miałam pozostać w domu organisty do czasu, gdy ona po mnie
przyjdzie.
Lubiłam spędzać czas i dobrze się bawiłam z córkami organisty Alicją i Bogusławą, a i tym razem nie było inaczej, z wyjątkiem dwóch drobnych incydentów.
Pierwszy, gdy bawiłyśmy się w jakąś grę, i przyszła moja kolej by skoczyć, jedna
z dziewcząt zauważyła:
– Halinka, muszę ci powiedzieć, że skaczesz jak żydowska dziewczyna.
Wszystkie się śmiałyśmy, ale w duchu mojemu śmiechowi towarzyszył strach,
który sprawił, że nie czułam się bezpiecznie. Później, kiedy byłyśmy w domu, pan
Bugajski wdał się w rozmowę ze mną. Na ogół był bardzo uprzejmy i gościnny
wobec mnie. Tym razem podczas rozmowy wspomniał mimochodem, że znał
bardzo miłego Żyda z Bodzentyna o nazwisku Biderman. Prawdopodobnie był
ciekaw, jak zareaguję słysząc nazwisko mojego wuja, Żyda Bidermana, o którym
wspomniał jako o swoim znajomym. Udawałam obojętność i nie dałam poznać
po sobie, że zrobiło to na mnie wrażenie, ale kosztowało mnie to wiele wysiłku.
Przed wieczorem pani Surowiecka przyszła mnie zabrać. W domu poinformowała mnie, z jawnym zadowoleniem, że Niemcy szukali i złapali kilku rabusiów i przyprowadzili ich do jej domu. Opisała, w jaki sposób ich zidentyfikowała,
Niemcy ich bili, torturowali, i łamali im palce, dopóki nie przyznali się do winy
i powiedzieli, gdzie trzymają materiały. Następnie Niemcy wyszli z rabusiami. Po
kilku godzinach wrócili z pokaźną ilością materiałów i oddali je pani Surowieckiej. Była zadowolona, że rabusie zostali sprawiedliwie ukarani i że większość ze
skradzionych materiałów zdołano odzyskać. Ja jednak byłam przerażona perspektywą możliwej zemsty, która mogła być rezultatem jej czynów, ale nic nie mogłam
powiedzieć ani zrobić. Mogłam jedynie zachować swoje obawy dla siebie, żywiąc
nadzieję z minuty na minutę, z dnia na dzień.
Mijały dni i tygodnie w atmosferze względnego spokoju, ale pewnego dnia
pani Surowiecka poinformowała mnie, że ma powody przypuszczać, że Niemcy
w każdej chwili mogą zjawić się na wsi. Nie byłoby to dla mnie bezpieczne pozostawać w domu do czasu, gdy przeszukania się nie skończą. W suficie obory
był otwór, prowadzący na strych, gdzie przechowywano słomę i siano. Pani Surowiecka zabrała mnie tam i powiedziała, bym tam pozostała tak długo, jak to
konieczne. Na podłodze strychu znajdowała się ruchoma słomiana klapa, której
używano do zakrywania wejścia. Pokazała mi ją i poinstruowała, że kiedy tylko
157
usłyszę w oborze jakiś hałas, powinnam zakryć otwór tak, by widać było tylko słomę i siano. Trzy razy dziennie, rano, w południe i na wieczór, przynosiła mi jedzenie, przystawiała drabinę do wejścia, wchodziła i podawała mi je. Byłam uwięziona
na wiele godzin na zimnym strychu w oborze, przez co ogarniał mnie niepokój
i lęk, zwłaszcza w nocy. Ale lęk zdawał się teraz być nieodłączną częścią mojego życia. Kiedyś w ciągu dnia nagle usłyszałam, jak ktoś wchodzi do obory. Nieprzygotowana, instynktownie pochyliłam się, by podejrzeć, kto przyszedł. Stał tam młody
człowiek, którego nigdy wcześniej nie widziałam, widocznie nowy lub zatrudniony
czasowo robotnik. Szelest poruszonej słomy przyciągnął jego uwagę, a kiedy spojrzał w górę w stronę strychu – zobaczył mnie. Wycofałam się z pola widzenia, kiedy
on pracował w oborze. Był tu tylko przez krótki czas, ale bardzo się przestraszyłam.
– Kim jest ten człowiek? – myślałam. Czy powie pani Surowieckiej, że widział kogoś ukrywającego się na strychu jej obory? A może to Niemiec?
Obawiałam się powiedzieć o tym pani Surowieckiej, ponieważ uznałam, że pomyśli – i słusznie – że nie przestrzegam jej instrukcji, by cicho leżeć i ukrywać się
przed ludźmi. Wiedziałam, że mój pobyt w domu sprawiał jej wiele kłopotu; moja
nieostrożność mogła narazić życie jej i moje. Gdybym jej powiedziała, bałam się,
że mogłaby być na mnie zła i może by mnie ukarała, kto wie jak poważnie. Więc
zdecydowałam się nic jej nie mówić.
Ciągle przynosiła mi jedzenie trzy razy dziennie przez kilka dni, aż pewnego
dnia zawołała mnie:
– Halinka, już wszystko w porządku. Możesz zejść.
Rzecz jasna, nie muszę dodawać jak bardzo się ucieszyłam. Tak dobrze było
znów prowadzić normalne życie na wsi. Na ten czas wydawało się, że niebezpieczeństwo minęło. Ciągle miałam na uwadze potencjalne niebezpieczeństwo przez
to, że widział mnie na strychu nieznany młody robotnik, ale nigdy nie znalazłam
odwagi, by powiedzieć o tym pani Surowieckiej. Im więcej czasu mijało, tym bardziej bałam się, że się na mnie rozzłości, że trzymałam tę informację w tajemnicy
tak długo. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nigdy nie usłyszę i nie zobaczę młodego
wieśniaka lub nie dosięgną mnie skutki tego, że mnie zobaczył na strychu.
W miarę upływu czasu ja ciągle a to wpadałam w tarapaty, to znów wydostawałam się z nich. Unikałam niebezpieczeństwa związanego z faktem, że mogłam
zostać rozpoznana i że mogli na mnie donieść do Niemców, albo że zrobię jakiś fałszywy krok, który postawi mnie w niebezpiecznej sytuacji. Wszystko to powodowało, że moje myśli krążyły wokół rodziny w obozie pracy w Starachowicach: wokół
ojca, matki, Mojsze i Szlomo, Irki i Racheli, dziadka Nusyna i Mejera, i wszystkich
wujów i kuzynów, którzy przeżyli. Miałam nadzieję, że wszyscy są cali i zdrowi.
Żywiłam nadzieję, że warunki ich życia nie są zbyt ciężkie i że nie przepracowują
się. Gdybym tylko mogła być z nimi i dzielić ich los i życie! Gdybym przynajmniej
mogła być z nimi, by upewnić się, że mają się dobrze...
158
20.
Rodzina w obozie pracy w Starachowicach
Obóz pracy w Starachowicach składał się z dwóch osobnych kompleksów:
obozu Strzelnica i obozu Majówka. Oba pierwotnie były bazami wojsk polskich,
które zostały przejęte przez Niemców na sypialne kwatery dla ich żydowskiej
siły roboczej. Każdy z obozów otoczony był wysokim płotem, a w centralnej części każdego stały dwie wieże. Na szczycie każdej wieży stacjonowali niemieccy
strażnicy z bronią maszynową, nieustannie obserwując teren obozu, gotowi do
oddania strzału bez ostrzeżenia, jeśli jakiekolwiek ruchy wywołałyby choćby
cień ich podejrzenia. Ponad ich głowami znajdowały się reflektory – szperacze
obracające się o 360 stopni, co sprawiało, że i w nocy ucieczka stawała się bardzo
ryzykowna.
Tylko dziadek Mejer był przydzielony do obozu Majówka, reszta rodziny
przebywała w obozie Strzelnica. Na prawo od wejścia do obozu stały: budka wartownicza, biuro administracyjne niemieckich strażników, kuchnia i pralnia. Po
lewej znajdował się szpital obozowy i jeden barak dla członków Judenratu i ich
rodzin. Judenrat był komitetem siedmiu Żydów, wybranych przez Niemców, którzy pilnowali wykonywania rozkazów za pomocą około 10 podkomendnych – żydowskich policjantów wybranych przez komitet.
Dwa piętra schodów prowadziły na teren w formie tarasów, gdzie było 20 ponumerowanych baraków, które kiedyś należały do wojska. Pięć z nich przeznaczonych było dla kobiet-więźniów, a 15 używali mężczyźni. Każdy barak składał
się z ogromnego pomieszczenia, podobnego do stodoły. Wzdłuż każdej z czterech
dużych ścian umieszczone były dwupoziomowe rzędy prycz, na których spali
więźniowie. Prycze zrobione były z drewna, na kształt wąskich półek. Ponieważ
stały blisko siebie, trudno było wejść i zejść z nich z powodu ciasnoty. Na dolnym
poziomie dorosła osoba mogła usiąść jedynie z pochyloną głową. Na początku
nie było pościeli, z wyjątkiem rozrzuconych tu i tam słomianych worków, które
umieszczono na gołym drewnie, po jednym dla każdego. Ludzie zamieniali się
miejscami na pryczach tak, żeby każdy mógł mieć dostęp do okien. W ten sposób
przez większość czasu ludzie siedzieli, leżeli i spali stłoczeni razem, bez możliwości złapania odrobiny świeżego powietrza.
159
Ojciec, Mojsze i Szlomo byli razem w jednym z męskich baraków, a dziadek
Nusyn, wujowie Mojsze, Lejbuś i Jankiel Szachterowie, wuj Pincie Greenbaum
i jego brat Mojsze byli razem w innym. Wuj Froim Biderman, jego najmłodszy syn
Szlomo i wuj Josel Schreibman byli w trzecim baraku. Wuj Josel stał się okropnie
posępny. Nie mógł się pogodzić z gorzkim losem, jaki spotkał jego ukochaną żonę
i dwoje drogich dzieci. Jeżeli chodzi o kobiety, to matka, Irka i Rachela były razem
w jednym baraku, a kuzynki Chancia i Rywcia Ehrlich – w drugim.
Więźniowie pracowali, z małymi wyjątkami, na jednej z trzech zmian w fabryce. Chociaż nasza najbliższa rodzina była przydzielona na nocną zmianę od
czasu zlikwidowania Starachowic, to ustalenie nie trwało cały czas, ze względu
na to, że przydziały na zmiany ciągle się zmieniały. Kiedy więźniowie opuszczali
obóz, w drodze do fabryki żydowscy policjanci liczyli wszystkich dokładnie. Pilnowani przez Niemców maszerowali do fabryki w rzędach po pięciu, ramię przy
ramieniu. Kiedy jedna zmiana przychodziła do pracy, zastępowała poprzednią.
Następnie znowu przeliczano więźniów przed powrotem do obozu. W ten sposób naziści byli w stanie zminimalizować, poprzez zastraszanie, szansę ucieczki:
uświadamiając Żydom, że ich ucieczka wyjdzie na jaw i że powstrzymają się od
niej z obawy przed odwetem, który spotkałby członków ich rodzin wciąż przebywających w obozie.
Droga z obozu do fabryki miała 4 kilometry. Wkrótce stało się jasne, że matka
już długo nie będzie w stanie sprostać codziennej wędrówce w tę i z powrotem.
Ojciec załatwił ze Szlomo Ejnesmanem, teraz członkiem Judenratu, że matka
i Rachela będą pracować w obozowej pralni. Takich przysług nie wyświadczano tylko za „dziękuję”. Prawdą było, że ojciec i Szlomo byli kolegami od dziecka
i Szlomo będzie bardziej skłonny wyświadczyć przysługę ojcu niż innym Żydom,
nawet bez dodatkowej opłaty. Jednakże te przysługi sporo kosztowały. Łapówka
była w obozie na porządku dziennym. Ojciec sporo płacił Ejnesmanowi za niezliczone interwencje korzystne dla naszej rodziny, chociaż niekoniecznie tak było
w każdym przypadku.
Kiedy matka i Rachela zostały przeniesione do pomieszczenia, gdzie znajdowała się pralnia, pozwolono im również zająć prycze w barakach na niższym
poziomie, by mogły iść prosto do pracy w pralni. Był to wyjątkowy przywilej. Ponieważ jednak strażnicy pomiędzy niższym a wyższym poziomem baraków byli
surowi i bezlitośnie okrutni, matka i Rachela zostały odizolowane od reszty rodziny. Ojciec załatwił ze Szlomo Ejnesmanem, że zostały z powrotem przydzielone
do jednego z baraków na wyższym poziomie, by znów mogły być z Irką. Podobnie
ojciec załatwił sobie pracę poza fabryką – pomagał przenosić duże kawały żelaza do fabryki, gdzie podlegały dalszej przeróbce i które tam składano. Załatwił
sobie to stanowisko nie dlatego, by nie wykonywać ciężkiej pracy w fabryce, ale
raczej dlatego, że ta szczególna sytuacja umożliwiała mu pozostawanie w kontakcie z Polakami, zwłaszcza z panią Surowiecką i Kazimierzem. Od nich ojciec kupował jedzenie i inne rzeczy, ale również był na bieżąco z tym, co dzieje się ze mną
160
i z ogólną sytuacją w ich gospodarstwie. Tym sposobem wymieniano i przemycano wiadomości i listy. Wszyscy pozostali członkowie rodziny pracowali w fabryce
amunicji, zarówno Irka, jak i kuzynki Chancia i Rywcia. Zadaniem Irki i Chanci
było czyszczenie i polerowanie łusek armatnich, podczas gdy Rywcia pracowała z najmłodszymi, oliwiąc maszyny i motory. Przez krótki czas Irka pracowała
przy roznoszeniu zupy w fabrycznej jadalni. Zwolniono ją, gdy niemiecki oficer
na służbie zauważył, że nie jest konieczne, by dwie dziewczyny pracowały przy
roznoszeniu zupy na jednej zmianie, i powróciła na swoje dawne stanowisko. Starając się, by Irka zatrzymała pracę w jadalni, którą wolała, ojciec zdjął pierścionek
z jej palca, poszukał oficera i zaofiarował mu go, prosząc by Irka mogła tam powrócić. Chociaż Niemiec ten nienawidził większości Żydów, lubił ojca. Odmówił
przyjęcia łapówki i zatrzymania przez Irkę stanowiska, ale zgodził się przydzielić
ją do lżejszej pracy niż czyszczenie łusek armatnich. Teraz miała je malować. Nasi
przyjaciele z Bodzentyna, Grossmanowie, również pracowali w fabryce amunicji, podczas gdy Weintraubowie byli wśród tych, których przydzielono do pracy
w tartaku i składzie drzewnym.
W większości robotnicy nie byli świadomi funkcji ani celu ich konkretnych
zajęć, czy pracowali nad częściami czołgów, broni, czy innego rodzaju urządzeń
wojskowych. Niemniej jednak wiele z ich zajęć mogło być i było niebezpieczne.
Moniek Grossman mówił, jak któregoś dnia, kiedy był w drodze do fabryki, zobaczył znajomego Żyda z Bodzentyna bez nogi! Łuska armatnia spadła mu na stopę
i oderwała całą nogę. Podobnie, kiedy kuzyn Icie Biderman zginął w odlewni, pracował w ogromnej kuźni, gdzie odlewano wyroby z żelaza. Kierował olbrzymim
młotem, który spadł na niego i zabił na miejscu. Icie pracował na nocnej zmianie;
moja siostra Irka dowiedziała się o tej tragedii, idąc na poranną zmianę. Icie i Irka
mieli wtedy około 16 lat.
Po powrocie z pracy do baraków generalnie ludzie kładli się od razu spać.
Z podstawowej przyczyny – co innego mogli robić lub gdzie mogliby pójść? Na
dodatek włóczenie się po terenie obozu było ryzykowne. Ktokolwiek potrzebował wody, musiał opuścić baraki, dostać pozwolenie i dopiero potem mógł zejść
niżej do kuchni i z powrotem. Toalety były w wychodku na tyłach. W obozie
Strzelnica nawet takie przemieszczanie się było potencjalnie niebezpieczne z powodu dużej liczby strażników, szczególnie tych, którzy chętnie pociągali za spust
na wieży wartowniczej. W skład oddziałów armii niemieckiej wchodzili Ukraińcy o pronazistowskich sympatiach, którzy urodzili się i wychowali w odwiecznej
atmosferze antysemityzmu. Zarówno niemieccy strażnicy, jak i ich ukraińskie
marionetki byli bardzo surowi i barbarzyńsko okrutni w egzekwowaniu swoich
rozkazów. Chociaż więźniowie nie mieli żadnego zakazu spacerowania oraz tego,
by kobiety i mężczyźni odwiedzali się wzajemnie w barakach – było to niebezpieczne z powodu beztroskiej, niefrasobliwej skłonności strażników do strzelania
przy najmniejszym ruchu, który mógł zostać poczytany za prowokację. Pomimo
to członkowie rodzin widywali się prawie codziennie, odwiedzając się na krótko
w barakach lub w drodze z albo do pracy.
161
Posiłki dawano dwa razy dziennie. Najpierw w drodze powrotnej z pracy pracownicy kierowani byli do stołówki w fabryce, gdzie żydowscy policjanci dawali
im miskę zupy i dziurkowali kartę żywnościową. Jeśli miał ochotę, albo dostarczono mu „odpowiedni powód”, żeby nabrał ochoty, żydowski policjant mógł
dać dodatkową kromkę chleba lub ziemniaka wybranym osobom. Jednak jeśli
pracownika złapano na kradzieży ziemniaka, mógł zostać zastrzelony na miejscu.
Poza zupą po pracy, więźniowie raz dziennie ustawiali się w kolejce do kuchni
po pajdę chleba z dżemem. Pracownicy kuchni również dostawali pajdę chleba,
ziemniaka lub miskę zupy. Oczywiście, te porcje nie były pożywne ani nie zapewniały minimalnego zapotrzebowania na składniki odżywcze. Ci, którzy posiadali
odpowiednie środki finansowe, mieli wybór. Jedzenie i inne artykuły pierwszej
potrzeby kupowano za wysoką cenę od Polaków w fabryce, którzy byli nielegalnymi pośrednikami pomiędzy internowanymi Żydami a światem zewnętrznym.
Szmuglowanie kupionych produktów przy żydowskich policjantach było problemem, ponieważ liczyli oni uważnie pracowników wracających do obozu z pracy.
Ale żydowskich policjantów można było przekupić, by patrzyli w drugą stronę.
Ponieważ ojciec umieścił pieniądze w obcasach naszych kozaków, a u kobiet
– w paskach, nasza rodzina nie cierpiała na brak jedzenia, odzieży lub innych
rzeczy przez cały okres uwięzienia. Mężczyźni z najbliższej rodziny odwiedzali matkę i dziewczęta w pomieszczeniu pralni, by wspólnie jeść posiłki. Wujowi
Lejbusiowi udawało się kupić żywność, którą dzielił się zarówno z pozostałymi
mężczyznami z rodziny, jak i z kuzynkami Chancią i Rywcią.
Ludzie, którzy byli mniej zasobni, sprzedawali odzież lub kosztowności, które
zdołali przynieść ze Starachowic za odrobinę dodatkowego jedzenia. Przyjaciółka Irki pewnego razu ukradła sukienkę, którą Irka miała zamiar sprzedać kiedyś
za jedzenie. Ludzie, którzy nie posiadali pieniędzy lub niczego do sprzedania,
głodowali. Nie można się dziwić, że ci w gorszym położeniu, szczególnie rodowici starachowiczanie, odczuwali urazę w stosunku do takich rodzin jak nasza.
Można było usłyszeć, jak pomrukiwali:
– Patrzcie na tych nowych. Wykupują całe jedzenie, kupują przysługi, a my
siedzimy tutaj zmarniali i zagłodzeni.
Matka, powodowana wrażliwością i współczuciem, dzieliła się z tymi w gorszej sytuacji, a oni byli jej naprawdę wdzięczni.
Członkowie Rady Żydowskiej byli uprzywilejowaną grupą w obozie. Nadano im wysoką rangę nadzorców bezpośrednio pod niemieckim dowództwem.
Jak Niemcom, wydzielano im odpowiednie ilości wysokokalorycznego jedzenia,
które gotowały im żydowskie kobiety przydzielone do kuchni. Przydzielono
im też specjalne baraki na dolnym poziomie, przylegające do baraków niemieckiego personelu wojskowego. Były w nich w piece i mogli mieszkać w nich ze
swoimi rodzinami. Dopóki skrupulatnie wypełniali rozkazy swoich niemieckich
panów, pozostawiano im znaczną swobodę działania w zakresie administrowania obozem. Kiedy tylko pojawiała się sposobność, uprawiali nepotyzm przy
mianowaniu policjantów i barakowych nadzorców, co było zrozumiałe w takich
162
okolicznościach. Można ich było do pewnego stopnia przekupić i uzyskać od nich
przysługi, takie jak zmiana przydziału pracy albo pozwolenie przeniesienia się do
innego baraku. Przyjmowanie przez nich łapówek było usprawiedliwione, ponieważ świadczenie przysług tego rodzaju wiązało się z ryzykiem ściągnięcia na siebie
nazistowskiego gniewu lub potrzebą przekupienia niemieckiego przełożonego.
Członkowie Rady Żydowskiej generalnie liczyli się z naszą rodziną, zwłaszcza Szlomo Ejnesmanem, z powodu długiej znajomości oraz głębokiego szacunku względem ojca. Ich reputacja w obozie była jednak nie do pozazdroszczenia – z powodu
wysokich oczekiwań stawianych im przez internowanych, którym nie byli w stanie
sprostać. Spełniając prośbę uważaną za zbyt wygórowaną przez władze niemieckie
lub specjalnie traktując zbyt dużą liczbę ludzi, w każdym momencie ryzykowali
swą pozycję, życie lub los swoich rodzin. Żydowscy policjanci nie mieszkali w specjalnie wydzielonych barakach, oni i ich rodziny byli przydzieleni do baraków
z innymi internowanymi. Jednakże wymagano od nich, by nosili mundury i wykonywali rozkazy Niemców przekazane przez Radę, takie jak: patrolowanie terenu
obozu, liczenie internowanych w drodze do i z pracy, rozkazywanie internowanym
w i poza barakami, roznoszenie jedzenia w stołówce i tym podobne. Ich również
można było przekupić, a kilku z nich nie było miłych względem naszej rodziny.
Jednakże w obecności Niemców zachowywali się surowo. Takie zachowanie było
zrozumiałe w kontekście tego, że byli na stanowisku żydowskich policjantów. Tak
samo jak członkowie Rady, ocalali oni życie swoje oraz żon i dzieci. Prawdą było,
że kilku z nich zastrzelono za „nadmierną” łagodność względem braci Żydów.
Jednak w wielu wypadkach nadużywali swojej władzy ponad „poczucie obowiązku”. Ich zachowanie wobec dawnych przyjaciół i znajomych z miasta często
przeradzało się w ściśle oficjalną relację pomiędzy nadzorcami a internowanymi. Moniek Grossman opowiadał, jak kiedyś kupił kilka koszul od żydowskiego policjanta, który pilnował magazynu, gdzie trzymano skrzynie z ubraniami
skonfiskowanymi w czasie likwidacji Starachowic. Drugi policjant złapał Mońka
z nielegalnie kupionymi koszulami i zbił go bezlitośnie. Zdarzyło się, że inny żydowski policjant, dawny przyjaciel Grossmana, przechodził obok. Moniek zawołał
do niego:
– Proszę, pomóż mi. Biją mnie bez powodu.
Dawny przyjaciel przyglądał się przez chwilę nieporuszony, choć Moniek
w dalszym ciągu był bity, po czym odszedł. Panowało ogólne przekonanie, że naprawdę uczciwa osoba nigdy nie zostałaby policjantem pracującym dla Niemców.
Każdy barak miał barakowego nadzorcę, którego zadaniem było doglądanie baraków, upewnianie się, że wszystko jest czyste i schludne oraz, że nie dochodzi do
kradzieży. Niektórzy nadzorcy nie byli agresywni. Inni, bojąc się okazać zbyt pobłażliwymi, wykrzykiwali rozkazy lub policzkowali internowanych, obnosząc się
tym samym z posiadaną władzą, co wywoływało żal i urazę więźniów.
Specjalna grupa została umieszczona w bloku mieszkalnym blisko biur administracyjnych w obozie Majówka. Grupa ta składała się z krawców i szewców, którzy wyrabiali wszelką odzież na rozkaz Niemców. Inaczej niż pozostali internowa163
ni, ci rzemieślnicy, pracujący w swoim zawodzie, podobnie jak członkowie Rady
mieszkali z żonami i dziećmi. Mieli do własnej dyspozycji kuchnię i dostatecznie
dużą ilość jedzenia, więc stanowili uprzywilejowaną grupę w swoich komunalnych barakach.
Po trzech miesiącach ciągłego niedożywienia w nieznośnie zatłoczonych i niehigienicznych warunkach, nie można się było dziwić, że w styczniu 1943 roku
wybuchła w obozie epidemia tyfusu. Gorączka tyfusowa, łatwo zakaźna choroba,
szybko rozprzestrzeniła się wśród robotników. Doświadczyło jej 75 procent internowanej ludności. W naszej rodzinie wszyscy źle się czuli, z wyjątkiem matki,
która chorowała na tyfus jako mała dziewczynka podczas I wojny światowej, więc
była uodporniona. Ponieważ był tylko jeden lekarz na cały obóz, matka musiała
opiekować się wszystkimi chorymi członkami naszej rodziny. Irka nie tylko padła
ofiarą tyfusu, ale cierpiała również na komplikacje związane z dolegliwościami
nerkowymi, które z kolei spowodowały wysoką gorączkę, a nawet halucynacje.
Ojciec natychmiast skontaktował się z jedynym lekarzem w obozie, Żydem ze
Starachowic o nazwisku Kramarz, który przepisał i dał odpowiednie lekarstwa.
Irka jeszcze zanim zachorowała, ale teraz szczególnie, marzyła o tym, aby ją przenieść blisko okna. Ponieważ była tak chora, współmieszkańcy dogadali się i pozwolili jej przebywać przy jedynym oknie w rogu ich baraku przez tydzień trwania
choroby.
Nazistom i ich żydowskim podwładnym groźbami i biciem udawało się zmuszać wielu chorych, by poszli do pracy, jednakże wielu było tak chorych i zawszonych, że po prostu odmawiali. Wydawali się załamani i zaprzestawali walki o przeżycie. Pozostawali w łóżkach, pozwalając wydarzeniom toczyć się swoim torem.
Ci nieszczęśnicy byli pierwszymi, których wyciągano z baraków i rozstrzeliwano.
Niemcy byli zdeterminowani, by odseparować zarażonych chorobą i powstrzymać epidemię. Rozkazali, żeby przenieść wszystkich chorych, którzy przeżyli, na
izbę chorych do baraku numer pięć. W krótkim czasie barak ten stał się bardzo
zatłoczony. Niemieckim zarządem obozu dowodził komendant Althof, którego
natura i osobowość wpływały na charakter obozowego życia. Już sam widok cierpienia, bicia i rozstrzeliwania sprawiał mu widoczną przyjemność. Dźwięk jego
wrzaskliwego głosu i trzask wielkiego bicza, z którego strzelał, były na porządku
dziennym. Zazwyczaj krzykiem co sił w płucach, przy akompaniamencie bicza,
terroryzował nie tylko więźniów, którzy słyszeli go w całym obozie, ale też żydowskich policjantów i innych uprzywilejowanych Żydów. Nawet ukraińscy strażnicy
i podwładni Althofa zamierali ze strachu podczas jego histerycznych wybuchów
wściekłości. Tylko regularne bicie i krzyki więźniów mogły zaspokoić głód jego
sadystycznej natury.
Pewnego dnia Althof osobiście złożył wizytę w baraku numer pięć i, niczym
niesprowokowany, wyjął rewolwer i zastrzelił wszystkich w baraku, czyli około
200 osób. Po tym, jak je wszystkie zastrzelił, ziemia na zewnątrz baraku numer
pięć była skąpana we krwi. Kiedy wieść o krwawej masakrze rozeszła się po obozie, ci którzy byli już zarażeni, bali się i przestali chodzić do izby chorych, woląc
cierpieć swoje dolegliwości w barakach. Ale kiedy absencja w fabrykach osiągnęła
164
rozmiary niedające się tolerować, Niemcy i ich żydowscy podkomendni przychodzili do baraków i rozkazywali wszystkim internowanym wychodzić w celu
przeprowadzenia procedury, która wkrótce miała stać się haniebnie znana jako
„selekcja”.
Celem selekcji w obozie pracy w Starachowicach było wybieranie najciężej
chorych i ich eksterminacja. Procedura zaczęła się w ten sposób, że kazano tym,
którzy wyglądali na najbardziej chorych, szybko zejść dwa piętra w dół – z oczywistym zamiarem zidentyfikowania tych, którzy byli osłabieni z wycieńczenia lub
wysokiej gorączki, i usunięcia ich z grona pozostałych, w celu dokonania wcześniej zaplanowanej egzekucji.
Moniek Grossman, który sam był wówczas bardzo chory opowiadał, jak zdał
sobie sprawę z tego co się dzieje i wiedząc, że jest zbyt chory, by szybko zejść po
schodach, nie licząc się z ryzykiem, uciekł na tyły swojego baraku. Tam, ukrywając się pod workiem ze słomą, który leżał na jego pryczy, obserwował przez okno,
co się dzieje, i zobaczył żydowskiego policjanta, który chodził po wszystkich barakach i wypychał z nich internowanych. Moniek zauważył, że policjant ominął
barak, w którym przebywał jego własny chory zięć. Zobaczył również, jak komendant Althof stał i decydował, których z internowanych, co potknęli się lub upadli,
skierować do baraku numer pięć.
Z baraku numer pięć wybranych chorych załadowano na ciężarówki razem
z grupą zdrowych internowanych, wywieziono ich na tereny leśne poza miasto
i nigdy więcej o nich nie słyszano. Później dowiedzieliśmy się, że zdrowym najpierw kazano wykopać groby dla chorych, następnie chorych rozstrzelano przy
grobach razem ze zdrowymi, a potem Niemcy i ich żydowscy podwładni zasypali
groby ziemią.
Niedługo po tym incydencie Moniek powiedział bratu, że podjął nieodwołalne postanowienie:
– Kiedy tylko wyzdrowieję nie zostanę tutaj – zapewnił. – Nie zamierzam tu
zostać i czekać, aż ci dranie mnie zastrzelą. Przy pierwszej nadarzającej się okazji
ucieknę.
Wkrótce Moniek starał się chodzić, by sprawdzić, czy wydobrzał na tyle, by
mógł powrócić do pracy. Naśladując jego nieudolne wysiłki, ukraiński strażnik
stojący w pobliżu rozkazał w żartach: – Żydzi, śpiewać! Ten młody człowiek potrzebuje muzyki, żeby mógł zatańczyć!
Dziadek Nusyn, który był na tej samej pryczy co Moniek, cierpko zażartował:
– No, Moniek, śpiewaj. Dlaczego nie śpiewasz?
– Jeszcze zobaczysz – odpowiedział Moniek cicho, ale śmiertelnie poważnym
głosem. – Wkrótce mnie tu nie będzie.
Próba dezercji była bardzo ryzykowna i oczywiście groziła za nią kara śmierci;
wielu więźniów zostało zastrzelonych na miejscu za o wiele mniejsze wykroczenia. Ale pewnej nocy, w styczniu 1943 roku, Moniek razem z dwoma braćmi, Alterem i Nuterem, ośmielił się uciec: uniknął szperaczy oświetlających obóz z dwóch
165
wież, przeskoczył ogrodzenie otaczające obóz i pobiegł w ciemny las. Policja zarządzająca obozem widocznie nie wezwała do podjęcia jakichkolwiek kroków
w odwecie za tę udaną ucieczkę. Niemniej podwójne niebezpieczeństwo wynikające z perspektywy bycia rozstrzelanym w przypadku złapania wywoływało
poważne wątpliwości w umysłach tych, którzy mogliby ośmielić się powtórzyć
ten wyczyn i niewielu podejmowało ryzyko.
Kiedy w obozie wybuchła epidemia tyfusu, wiele osób miało zbyt wysoką
gorączkę lub było zbyt słabe by pracować. Jednak ciągle wisiała nad nimi groźba:
jeśli jesteś za słaby, by pójść do pracy, wyślemy cię do baraku numer pięć. Wiele
osób z uwagi na tę groźbę zmuszało się by iść do pracy. Jednak, kiedy absencja
w fabryce osiągała zbyt wysoki poziom, okresowo przeprowadzane selekcje stały się postrachem wszystkich internowanych, zarówno zdrowych, jak i chorych.
Podczas jednej z selekcji zachorował dziadek Nusyn. Z powodu wieku z pewnością mógł zostać wybrany do baraku numer pięć. Ocalał jedynie dzięki wysiłkom
jednego z młodszych żydowskich policjantów, który za sowitą opłatą ukrył go
na poddaszu baraku do czasu, aż selekcja dobiegnie końca. Podczas tej samej
selekcji niemiecki oficer wszedł, aby ponownie sprawdzić pobliski barak i znalazł
chorego internowanego, którego żydowski policjant „nie zauważył”. Natychmiast
przeprowadzone śledztwo ujawniło tożsamość policjanta odpowiedzialnego za
osobę, o której była mowa. Postawiono go przed całym zgromadzeniem i przykładnie rozstrzelano.
Najstraszniejsza selekcja, jeśli chodzi o naszą rodzinę, zdarzyła się pewnego
dnia, kiedy rozkazano wszystkim internowanym, by opuścili swoje baraki i żwawo zeszli po schodach. Jak zwykle naziści i ich żydowscy podwładni szukali tych,
którzy osłabli z powodu gorączki wywołanej tyfusem. Rachela chorowała w tym
czasie i wyglądała źle. Kiedy schodziła po schodach, zasłabła i potknęła się, kazano jej więc wejść do ciężarówki ze skazańcami. Matka podążyła za nią. Z tłumu
rozległo się mruczenie:
– Pani Szachter nie jest chora, ale weszła do ciężarówki.
U stóp schodów stał komendant Althof, razem z towarzyszącym mu starszym
stopniem żydowskim nadzorcą. Szlomo Ejnesman patrząc w kierunku mruczących dostrzegł matkę w ciężarówce. Natychmiast powtórzył Althofowi:
– Kobieta, która nie jest chora, właśnie weszła do ciężarówki.
Komendant odparł:
– Zabierz ją stamtąd.
Szlomo Ejnesman szybko podszedł do żydowskiego policjanta w pobliżu
ciężarówki i wyszeptał mu rozkaz do ucha. Policjant natychmiast wspiął się na
ciężarówkę i kazał matce zejść. Wyszeptał jej do ucha:
– Nie martw się, zajmę się twoją córką. Pospiesz się i zejdź z ciężarówki.
Policjant, Jankiel Szczęśliwy, dobry przyjaciel naszej rodziny, kręcił się wśród
tłumu przez jakiś czas, aż zobaczył, że uwaga komendanta została odwrócona.
Szybko wspiął się na ciężarówkę, wziął Rachelę na ręce i wyniósł ją, zrobił dwa
duże kroki i umieścił ją wśród internowanych, którzy natychmiast zasłonili ją.
166
Tej nocy około 120 osób zostało wywiezionych poza teren obozu, gdzie kazano im
wykopać własne groby, po czym zamordowano. Mieliśmy szczęście, że Irka w czasie selekcji była w pracy w fabryce. Trudno sobie wyobrazić, jak przeżyłaby widok
matki i Racheli wsiadających na ciężarówkę ze skazanymi. W drodze powrotnej
z popołudniowej zmiany spotkała przyjaciółkę, Rejzel Rabinowicz, która szła do
pracy. Rejzel poinformowała Irkę, krztusząc się od łez:
– Moja matka i siostry zostały zabrane podczas selekcji. Twoja matka i siostra
również zostały wskazane, ale kazano im zejść z ciężarówki. Ile ty masz szczęścia.
Irka wyraziła Rejzel swoje najgłębsze wyrazy współczucia. Kiedy się rozstały, nie
była sobą dopóki nie dotarła do baraków i nie zobaczyła na własne oczy matki i Racheli, żywych i bezpiecznych.
Dziadek Mejer był jedyną ofiarą tyfusu w rodzinie. Odizolowany od pozostałych członków rodziny w obozie Majówka, nie posiadał środków materialnych na
dodatkowe racje żywnościowe. Dość wiekowy, piętnaście lat starszy od dziadka
Nusyna, cukrzyk i cierpiący z głodu, oczywiście nie miał żadnych szans. Umarł
wiosną 1943 roku.
Krótko po śmierci dziadka Mejera, Niemcy podjęli decyzję o zamknięciu obozu
Strzelnica. Widocznie żniwo śmierci zabrało ze sobą wielu pracowników, a utrzymywanie obu obozów nie miało dalszego sensu, więc połączono je, a wszyscy internowani przenieśli się do obozu Majówka. Warunki były tam zdecydowanie lepsze
niż w obozie Strzelnica. Mimo że doświadczenia obozowe ciągle miały charakter
traumatyczny, to jednak życie nie było tak ciężkie. Można się było swobodniej
przemieszczać, a ryzyko z tym związane było znacznie mniejsze. Internowani mieli
więcej swobody.
W tym czasie ojciec zdecydował, że trzeba zdobyć trochę kosztowności, które
zakopał w ogrodzie dziadka Mejera w Bodzentynie. Jak tego dokonać, kiedy internowano całą rodzinę? Na szczęście ojciec przed opuszczeniem Bodzentyna zdecydował, żeby w specjalnie wyznaczonych miejscach ogrodu zakopać rodzinną fortunę i wyrysował mapę z dokładnie zaznaczonymi schowkami. Kiedy był w obozie,
cały czas troskliwie chował tę mapę w wewnętrznej kieszeni ubrania. Miał teraz
tylko jeden dający się wykonać plan: Surowieckich. Ojciec postanowił zapoznać
z problemem panią Surowiecką lub Kazimierza następnym razem, kiedy spotka
jedno z nich poza terenem fabryki.
Niedługo potem Kazimierz był w Starachowicach. Jak zwykle zatrzymał się
przy fabryce, by zobaczyć ojca. Ojciec automatycznie zapytał, jak się miewam,
a Kazimierz odparł, że poza jednym przypadkiem, kiedy najedli się strachu, mam
się tak dobrze jak to tylko możliwe podczas okupacji. Wszystko jest w porządku
w Świętomarzu. Następnie ojciec zaczął tłumaczyć położenie rodziny i powiedział mu o szczegółowej mapie. Prosił tylko o złote i srebrne monety umieszczone
w specjalnym miejscu, i zaofiarował pozostałe kosztowności z nimi zakopane, jeśli
tylko Kazimierz lub pani Surowiecka zlokalizują je, wykopią i potajemnie przyniosą pieniądze ojcu. Widocznie ojciec wiedział, że kamienie szlachetne będą miały
małą, jeśli w ogóle jakąś, wartość w obozie.
167
Nie odpowiadając na propozycję wynagrodzenia, jednakowoż w tym samym
duchu szlachetności i wyrozumiałości, w którym kiedyś jego ciotka zgodziła się
mnie wziąć do siebie, Kazimierz odpowiedział ojcu, że w pełni rozumie nasze położenie i uczyni wszystko co możliwe, by znaleźć i przynieść pieniądze. Ojciec
włożył mu w rękę złożoną mapę, a Kazimierz jeszcze raz zapewnił, że przestudiuje
ją i wykopie skarb. Zdecydowali, że spotkają się jeszcze raz, żeby ustalić dzień, godzinę i miejsce dostarczenia pieniędzy. Ojciec jeszcze raz wyraził swoje serdeczne
podziękowania, Kazimierz pożegnał go i wrócił do Świętomarza.
168
21.
Świętomarz nie może dłużej pozostać
moim niebem
Była wiosna 1943 roku. Dni były coraz dłuższe, a ja pracowałam cały czas w ogrodzie i na pastwisku. Nic groźnego nie wydarzyło się w Świętomarzu od kilku tygodni, a życie na wsi pod niemiecką okupacją toczyło się jak zwykle. Jednak wkrótce
sprawy przybrały taki obrót, że moja sytuacja w gospodarstwie Surowieckich znacznie się pogorszyła i w końcu mój wyjazd stąd stał się koniecznością.
Dowiedziałam się, że ojciec potrzebuje rodzinnych kosztowności już po tym, jak
pani Surowieckiej i Kazimierzowi udało się odnaleźć je w ogrodzie dziadka Mejera
i przywieźć do Świętomarza. Pewnego wieczoru pani Surowiecka przywołała mnie
do stołu i pokazała mi imponującą kolekcję kosztowności, leżących przed nią.
– Halinka, to wszystko należy do twojego ojca – powiedziała i opowiedziała mi
o niedawnym spotkaniu ojca z Kazimierzem.
– Były dokładnie w tym miejscu, które zaznaczono na mapie – dodała. – Są naprawdę piękne, nieprawdaż?
Widziałam wiele złotych i srebrnych monet, o które prosił ojciec. Na dodatek,
zobaczyłam pluszową, miękką, srebrną, siatkową torebkę matki, którą Rachela i ja
miałyśmy w zwyczaju się bawić, jak i niezliczone ilości szpilek, naszyjników, zegarków i pierścionków; wszystko to było mi znane. Pani Surowiecka powiedziała mi,
że Kazimierz jedzie do Starachowic następnego ranka i spotka się z ojcem, aby dać
mu monety. Dodała, że ojciec ofiarował jej i Kazimierzowi kamienie szlachetne jako
nagrodę, ale ona weźmie je tylko na przechowanie.
Następnego dnia pracowałam w ogrodzie. Po południu nie mogłam się doczekać, by zawołano mnie na kolację. Chciałam usłyszeć, że wszystko poszło zgodnie
z planem. Dzień wydawał się nie mieć końca i zaczęłam się coraz bardziej niepokoić,
że jeszcze mnie nie wołają. Słońce zaczynało zachodzić, a mnie wciąż nie wołano. Ta
zwłoka była niezwyczajna. Kolacja nigdy nie była tak późno. Zaczęłam się niepokoić
i czułam się nieswojo, ale nie ośmieliłam się wejść do środka nieproszona. O co mogłabym zapytać i jak mogłabym o to pytać? Byłam przestraszona.
169
W końcu usłyszałam wołanie pani Surowieckiej:
– Halinka! Czas na kolację!
Pobiegłam do domu i dołączyłam do Surowieckich i ich pracowników siedzących przy stole. Nie padło żadne słowo dotyczące Kazimierza lub wydarzeń w Starachowicach. O nic nie pytałam, byłam zbyt przerażona. Wieczór mijał w nieznośnym napięciu, a tego tematu nie poruszano, tak jakby nic groźnego nie zdarzyło
się tego dnia. Wszyscy domownicy udali się na spoczynek. Następny ranek zaczął
się tak samo. Byłam zbyt przestraszona, by zapytać o wydarzenia poprzedniego
dnia. Wreszcie po śniadaniu pani Surowiecka poprosiła, abym poszła za nią do
pokoju Kazimierza. Leżał na łóżku i było widać, że bardzo cierpi. Kiedy mnie
zobaczył, usiadł na łóżku, podciągnął górę od piżamy i pokazał mi straszne rany
na plecach. Opanowanym głosem opowiedział mi, że spotkał ojca poprzedniego
dnia poza terenem fabryki, tak jak było wcześniej ustalone, i przekazał mu torbę
zawierającą złote i srebrne monety. Widocznie ukraiński strażnik zauważył moment przekazywania torby i zaalarmował pozostałych strażników. Jak tylko zaczął
odchodzić, zaatakowali go. Ojcu udało się jakoś zniknąć, on na próżno usiłował
uciec od niebezpieczeństwa. Złapano go i zmuszono do powrotu na teren fabryki,
gdzie go dotkliwie pobito, a następnie wypuszczono. Czułam się strasznie z powodu tego, co się stało, ale byłam zbyt przestraszona, aby cokolwiek powiedzieć.
Nie tylko udzielono mi schronienia w domu Surowieckich, czym automatycznie
narażałam ich życie na niebezpieczeństwo, ale jeszcze teraz Kazimierz cierpiał
z powodu dotkliwego pobicia, do którego doszło wskutek tego, że się osobiście
poświęcił dla ojca. Pomimo tego wszystkiego ani państwo Surowieccy, ani Kazimierz nigdy nie okazali mi w żaden sposób, że żywią do mnie choćby najmniejszą
urazę. Wydawało się, że ojciec wyszedł z tego incydentu bez szwanku, ale nie mogłam zebrać się na odwagę, by o to zapytać.
Po następnym dniu targowym w Starachowicach pani Surowiecka przyniosła
mi pozdrowienia od ojca i powiedziała, że rzeczywiście nie odniósł on żadnych
obrażeń i że cała rodzina ma się dobrze. Poinformowała mnie też, że kiedy Kazimierza złapali i pobili, był on przesłuchiwany co do zawartości torby, którą przyniósł. A nawet więcej, poddany został brutalnym torturom, aż w końcu ujawnił
nazwisko Szachter jako należące do mężczyzny, któremu przekazał torbę. Ponadto zmuszono go do opisania wyglądu ojca.
Całe szczęście, że dowiedziałam się o tym teraz, kiedy pani Surowiecka zobaczyła się już z ojcem i był on cały i zdrowy. Była to oczywiście ostrożność z mojej
strony, że nie ujawniałam swoich myśli pani Surowieckiej, ale przypuszczałam, że
ojciec uniknął pojmania, ponieważ strażnicy bez wątpienia poszukiwali mężczyzny o jego wyglądzie i nazwisku Szachter, podczas gdy ojca fałszywa karta identyfikacyjna, przygotowana jeszcze podczas ukrywania się w Bodzentynie, była
wyrobiona na nazwisko Jechiel Silberberg. Co za ulga.
Przez krótki okres sytuacja w gospodarstwie Surowieckich unormowała się –
do czasu, aż straszna tragedia spadła na domowników. Pani Surowiecka, chociaż
z pozoru silna psychicznie, ale pogrążona w smutku, bez emocji zdała mi relację
170
z tego, jak znów złapano Kazimierza, kilka dni po tym wydarzeniu. Tym razem złapano go za angażowanie się w komunistyczne podziemie antynazistowskich działaczy, po czym skazano. Został rozstrzelany.
Pani Surowiecka nie okazywała tego, ale tragedia ta musiała być dla niej ogromnym szokiem i niepomierną stratą. Nie tylko dlatego, że Kazimierz był bardzo
wysoko ceniony i szanowany w społeczności, ale również był ostoją, źródłem siły
i moralnego wsparcia dla pani Surowieckiej we wszystkich przedsięwzięciach: od
prowadzenia gospodarstwa po udzielanie schronienia dziecku z żydowskiej rodziny. A teraz go zabrakło. Oczywiście, ciągle miała męża, pana Surowieckiego. Chociaż był o wiele starszy od niej, jego wsparcie głównie polegało na angażowaniu się
w sprawy związane z prowadzeniem ich gospodarstwa. Nadzorował robotników
i upewniał się, że praca została wykonana; czasem sam pracował w ogrodzie. Często
zawoził produkty na targ. Ale to głównie pani Surowiecka nadzorowała i zarządzała
gospodarstwem. Pan Surowiecki był nieszczęśliwy z powodu okupacji niemieckiej
i pochwalał działalność polityczną Kazimierza. Ale tylko jej ukochany bratanek Kazimierz z wrodzoną mądrością i godnym naśladowania współczuciem mógł udzielić
pani Surowieckiej moralnego wsparcia, którego potrzebowała w tych ciężkich czasach. Teraz nikt, włączając nawet pana Surowieckiego, nie posiadał wykształcenia,
bystrości i siły moralnej, by wypełnić pustkę w życiu pani Surowieckiej po śmierci
bratanka.
Po jakimś czasie, będąc w jednym z jej melancholijnych nastrojów, pani Surowiecka podjęła ze mną temat mojej przyszłości w Świętomarzu.
– Halinka, nie wiem czy zastanawiałaś się nad tą sprawą, ale nigdy nic nie wiadomo – zaczęła. – Kiedy trwa wojna, a sytuacja Żydów jest taka, jaka jest, kto to może
wiedzieć? Prawie nigdzie nie ma już Żydów. Możliwe, że twoi rodzice nie przeżyją
wojny. A jeśli tak się stanie, tak jak powiedziałam ci jakiś czas temu, jesteś mile widziana, by dorastać tutaj i mieszkać do końca życia. Jak ci wiadomo, nie mam własnych dzieci lub bliskiej rodziny, więc w swoim czasie możesz odziedziczyć wszystko, co posiadam.
Po chwili odrzekłam:
– Jest pani bardzo miła, pani Surowiecka – i zaniemówiłam. Jednakże wewnętrznie nie byłam poruszona. Z jednej strony, chociaż nigdy tego nie powiedziała wprost,
wyczuwałam, że byłaby dość zadowolona, gdybym została w gospodarstwie, przyjęła chrzest i prowadziła chrześcijańskie życie w Świętomarzu. Możliwe, że uważała takie rozwiązanie za znaczące misjonarskie osiągnięcie ze swej strony. Z drugiej
strony nie mogłam wyobrazić sobie życia bez matki i ojca oraz rodziny. Nie mogłam
sobie wyobrazić siebie mieszkającej tu bez końca, otoczonej antysemityzmem, który – zdawało się – owładnął wioską Świętomarz. W głębi duszy miałam nadzieję,
że wkrótce wszystko będzie dobrze i że rodzina w jakiś sposób przetrwa. W tym
czasie miałam nadzieję, że będę bezpiecznie mieszkać w Świętomarzu do chwili,
gdy niebezpieczeństwa się skończą. Ale nie było już Kazimierza. A kiedy nie było go
tu z nami, sytuacja w Świętomarzu już nigdy nie będzie taka sama. Moja tożsamość
nie była już tajemnicą dla wieśniaków, plotkowano w okolicy. Chociaż nigdy nie
171
zachowywali absolutnego milczenia, teraz chłopi czuli się mniej zastraszeni i zaczęli traktować sprawę bardziej normalnie, można powiedzieć bez zahamowań.
Śmielej mówiono o tym, że pani Surowiecka przechowuje w domu żydowskie
dziecko.
Pewnej nocy wieśniacy dowiedzieli się, że Niemcy idą do Świętomarza. Pani
Surowiecka przestraszyła się i zaczęła szybko działać. Obudziła mnie i ostrzegła.
Pośpiesznie wyjaśniła:
– Halinka, boję się. Muszę cię ukryć. Chodź szybko ze mną do ogrodu.
W mgnieniu oka ubrałam się i podążyłam za nią. W ogrodzie pełno było uli.
Poprowadziła mnie do pustego ula, poinstruowała abym kucnęła i wcisnęła się
do środka. Była to niska budowla, podobna do małej psiej budy ze spadzistym
dachem, więc musiałam siedzieć pochylona i ściśnięta. Byłam bardziej przerażona
niż kiedykolwiek. Choć panowała wiosna, a powietrze było łagodne i ciepłe, było
mi zimno. Kiedy pani Surowiecka zobaczyła, że szczękam zębami i drżę z zimna i strachu, pobiegła do domu i przyniosła koc, bym się przykryła, oraz aspirynę, by ukoiła moje poszarpane nerwy. Wciąż drżałam i szczękałam zębami, więc
wróciła znowu do domu po drugi koc. Niestety, w ulu było zbyt mało miejsca na
kolejny koc.
Siedziałam skulona w kucki w ulu, co wydawało się trwać wiecznie. Moje nogi
były skurczone. – Gdybym tylko mogła na chwilę je wyprostować – myślałam.
Ale wiedziałam, że to zbyt niebezpieczne. Pani Surowiecka przybiegała co 15 minut lub pół godziny by zapewnić mnie, że wszystko jest w porządku. Za każdym
razem błagała: – Nie bój się, Halinka, wszystko jest w porządku. Staraj się zrelaksować. Czasem po prostu wołała: – Halinka, Halinka. Kiedy nie odpowiadałam,
wiedziała, że zasnęłam i wracała do domu. Własna matka nie mogłaby być bardziej miła, wyrozumiała i wrażliwa niż ona.
Tuż przed świtem przyszła, otworzyła coś jakby małe drzwi, więc wreszcie
mogłam rozprostować nogi. Powiedziała, że Niemcy wyjechali z wioski, niebezpieczeństwo minęło. Dodała jednak, że sytuacja w Świętomarzu przybrała taki
obrót, że mój powrót do jej domu nie byłby wskazany. Stało się to zbyt niebezpieczne dla nas obu. Powiedziała, że zostanę zabrana prosto stąd do innej wioski,
zwanej Jadowniki. Kazała mi zostać w ulu aż do jej powrotu.
172
22.
Krótki Pobyt w Jadownikach
Później tego dnia pani Surowiecka odwiozła mnie furmanką zaprzężoną w konia do Jadownik, siedem kilometrów na północny wschód od Świętomarza. Wzięłam tylko jedną torbę z rzeczami, którą dla mnie przygotowała. Pani Surowiecka
była właścicielką kilku hektarów ziemi w Jadownikach, które dzierżawiła i uprawiała jej przyjaciółka, Maria Sawiczka. W drodze wyjaśniła, że zostanę w Jadownikach tylko tymczasowo, zanim znajdzie mi bardziej stałe miejsce. Powiedziała,
że poinformowała przyjaciółkę, że jestem Żydówką, a pani Sawiczka zgodziła
się, ale niechętnie, bym z nimi przez jakiś czas została. Pod jednym warunkiem:
w żadnym wypadku nie wolno mi przebywać w domu; nie chciała być w żadnym
stopniu obciążona, że udzieliła schronienia żydowskiemu dziecku. Jednakże pozwoliła mi zostać w stodole, ale tylko dlatego, że należy ona do Surowieckich.
Obiecała przynosić mi jedzenie do stodoły trzy razy dziennie.
W razie gdybym została złapana przez Niemców, pod żadnym pozorem nie
mogę sugerować, że jej przyjaciółka udzieliła mi schronienia – mam obarczyć winą
i odpowiedzialnością samą panią Surowiecką. Stanowczo podkreśliła, że gdybym
kiedykolwiek została znaleziona i przesłuchiwana przez Niemców, powinnam
odesłać ich prosto i zdecydowanie do niej, tylko do niej. Zapewnienia pani Surowieckiej były na pewno szlachetne i odważne, jednak ja ciągle byłam pełna obaw
co do moich nowych, obwarowanych zastrzeżeniami warunków życia.
Kiedy przyjechaliśmy do gospodarstwa w Jadownikach, pani Surowiecka
wysiadła z furmanki, pomogła mi zejść i przedstawiła swojej przyjaciółce. Pani
Sawiczka pokazała nam stodołę, w której miałam zostać. Jak tylko się tam ulokowałam, pani Surowiecka pożegnała się i wróciła do Świętomarza.
Mój pierwotny strach uśmierzyła teraz życzliwość mojej nowej gospodyni.
Była ona raczej otyłej budowy, a jej sposób mówienia zdawał się oddawać naturę
dobrej osoby. Była wdową i matką trzech córek: Zosi, Hani i Stasi, które miały
odpowiednio 19, 16 i 12 lat. Chociaż przez cały czas, dzień i noc, zamknięta byłam w stodole, moja sytuacja nie była tak tragiczna, jak sobie początkowo wyobrażałam. Po pierwsze, stodoła była ogromna i przestronna, co minimalizowało
poczucie zamknięcia. W środku były ogromne, wygodne sterty słomy, na których
173
mogłam siedzieć lub leżeć o każdej porze. Bardziej istotna dla mnie była jednak świadomość, że moje życie było chronione przed coraz większym niebezpieczeństwem,
zagrażającym mi w Świętomarzu. Co więcej, dostawałam jedzenie, tak jak obiecano, trzy razy dziennie, miło się ze mną witano i rozmawiano za każdym razem, tak
więc przerywano moje długie odosobnienie przynajmniej trzy razy w ciągu dnia.
W dodatku przyniesiono mi dużo książek, które lubiłam czytać. Fakt, że dostałam
te książki, dobrze świadczył o wrażliwości i opiekuńczości moich gospodyń, to było
bardzo miłe z ich strony.
Przypominam sobie dwa przypadki, kiedy pan Surowiecki przyjechał na farmę
w Jadownikach. Za każdym razem przychodził do stodoły i kilka chwil rozmawiał
ze mną. Te krótkie wizyty również pomagały mi przetrwać godziny odosobnienia
w stodole.
Był już prawie początek maja i pogoda była piękna. Mogłam w ciągu dnia wyglądać przez szczeliny w ścianach stodoły i widzieć jasne, promienne słońce ponad polami pszenicy oraz nad obszernymi przestrzeniami pięknego wiejskiego krajobrazu,
który zawsze kochałam, a do którego teraz tak bardzo tęskniłam. W pełni zaakceptowałam swoją sytuację, nawet traktowałam ją jak mile widziane schronienie, ale myślałam sobie: – Gdybym tylko była wolna, gdybym tylko mogła wyjść na zewnątrz
i znowu być dzieckiem, gdybym tylko mogła...
W nocy spałam na stertach słomy. Przez pierwsze dwie noce byłam przestraszona, przebywając w takiej ogromnej, czarnej jak smoła stodole zupełnie sama.
Od czasu do czasu jeden albo dwa ptaki wlatywały do stodoły. Nagły trzepot skrzydeł, który czasami wydawał się tak bliski, brutalnie przerywał ciszę ciemnej nocy.
Dźwięk był gwałtowny i nieprzyjemnie głośny, tym bardziej że nic nie widziałam.
Pewnego razu kot wbiegł, zatrzymał się i znowu przebiegł przez stodołę. Ponieważ
nie mogłam go widzieć i z początku nie zdawałam sobie sprawy, co spowodowało hałas, bałam się, że być może jakaś obca, nieprzyjazna ludzka istota dostała się
do stodoły i chce mnie skrzywdzić. Jednak po dwóch nocach przemogłam strach
powodowany hałasami i przyzwyczaiłam się do nowego dziwnego otoczenia. Przypomniało mi to, jak pewnego razu w domu w Bodzentynie cienie w naszym salonie
przestraszyły mnie w nocy. Wówczas ojciec zapalił lampę i pokazał mi, że cienie są
nieszkodliwe i od tego czasu już się nie bałam. Podobnie tutaj, w stodole, mogłam
się przekonać o nieszkodliwości różnych dźwięków wydawanych przez zwierzęta,
a nawet zaczęłam ich ze spokojem wyczekiwać.
Załatwianie się stanowiło dodatkowy problem, szczególnie w nocy, z powodu
mojego strachu przed ciemnościami. Musiałam sama otwierać ogromne wrota
stodoły, wychodzić sama na zewnątrz w nieznanym, ciemnym, wiejskim gospodarstwie, następnie wracać, zamykać się znowu w stodole, zamykając gigantyczne
wrota. Tak jak w przypadku odgłosów, po dwóch takich eskapadach zdałam sobie
sprawę, że nic złego nie czai się w gospodarstwie nocą, i nawet zaczęło mi się podobać wychodzenie właśnie wtedy. Cichy spokój na dworze i balsamiczne podmuchy
majowej nocy były pobudzające i odświeżające. Bardzo lubiłam przebywać na zewnątrz, spacerować w pobliżu, wdychając cudowne wiejskie powietrze, zanim wróciłam do swej kryjówki.
174
W jednym szczególnym przypadku pozwolono mi przyjść do domu gospodyni, gdzie spałam w nocy, dzieląc łóżko z najstarszą córką, Zosią. W miłej atmosferze
rozmawiałyśmy o snach. Spytała, czy pamiętam jakieś swoje sny, a kiedy opowiedziałam kilka, próbowała je zinterpretować w sposób, który ujawniał jej religijną
praktykę i pochodzenie. Ujawniło to również robiący wrażenie poziom inteligencji i spostrzegawczość, a nawet podejrzewałam, że może wiedziała, że jestem​
Żydówką.
Po dwóch tygodniach mojego pobytu w Jadownikach, pani Surowiecka doszła
do wniosku, że początkowa niechęć pani Sawiczki do udzielenia mi schronienia
nawet wzmogła się. Ponadto pani Surowiecka była kobietą z zasadami, która naprawdę troszczyła się o moje bezpieczeństwo i samopoczucie; gdy przebywałam
w Jadownikach nie była w stanie kontrolować biegu wydarzeń w sposób, który by
ją satysfakcjonował. Wreszcie tłumaczyła sobie, że może moja dwutygodniowa
nieobecność w Świętomarzu spowodowała, że tam sytuacja też się unormowała.
Zdecydowała się sprowadzić mnie z powrotem do jej domu i gospodarstwa, w nadziei, że wszystko będzie dobrze. Poczułam się bardzo dobrze, widząc znowu pana
Surowieckiego na gospodarstwie w Jadownikach, ale tym razem przyjechał, by zabrać mnie ze sobą. Byłam szczęśliwa, że wróciłam do miejsca, gdzie mogłam znowu spędzać całe dnie na dworze, na świeżym powietrzu, pracując w ogrodzie i na
pastwisku, i gdzie mogłam spać w moim własnym, ciepłym łóżku. Przez następne
kilka dni życie powróciło do znajomej mi rutyny i byłam względnie zadowolona
i spokojna.
W tym czasie dowiedziałam się, jakie miałam szczęście, że mnie tu nie było.
Pani Surowiecka zdała mi relację z tego, jak pewnej nocy banda wieśniaków przyszła do ich domu, zakołatała w drzwi i zażądała:
– Wiemy, że ukrywasz żydowskiego bachora w swoim domu. Wydaj ją nam tak,
żebyśmy się mogli nią zaopiekować raz na zawsze. Zrób to szybko.
Pani Surowiecka odpowiedziała im:
– Jakie żydowskie dziecko? Macie chyba na myśli moją siostrzenicę z Krakowa,
ale ona już tu nie mieszka. Wróciła do rodziców.
I rzeczywiście już tam nie mieszkałam, a konfrontacja została odłożona
na później.
W przelotnej rozmowie pani Surowiecka wspomniała, że pewna żydowska kobieta, którą znała z Bodzentyna, mieszka ze swoim dzieckiem incognito w dużym
mieście w Polsce. Kobiecie udało się dostać oficjalne papiery z polskim obywatelstwem i w jakiś sposób przeżyć, przynajmniej jak do tej pory. Pani Surowiecka
dodała, że koresponduje z tą kobietą, ponieważ jest niezwykle ważne, by ta kobieta
otrzymywała pocztę z kraju. W ten sposób stwarzała pozory tego, że utrzymuje
normalne, długotrwałe relacje z przyjaciółmi i znajomymi, nie dopuszczając do
podejrzeń, że jest nową mieszkanką, której nikt nigdzie nie zna.
Przyszła mi do głowy pewna myśl, więc zapytałam:
– Czy nie byłby to dobry pomysł, by wysłać mnie do tej kobiety? Jeśli mieszka
w dużym mieście jako Polka i ma własne dziecko, czy nie mogłabym dostosować
się do jej sytuacji, nie wzbudzając nadmiernych podejrzeń?
175
– Zapomnij o tym, moje dziecko – pani Surowiecka zareagowała natychmiast.
– Biedna kobieta nie może sobie dać rady nawet z tą sytuacją, w jakiej się znajduje. Ani ona, ani ty nie potrzebujecie dodatkowych kłopotów oprócz tych, które
macie.
Kilka dni później kiedy wyprowadzałam krowę na pastwisko, zaskoczył mnie
głos polskiej wieśniaczki, która była w moim wieku. Tak się zdarzyło, że przechodziła obok, kiedy doglądałam krowy i zadrwiła ze mnie złośliwie, mówiąc: „Żydówica”. Kiedy ją zobaczyłam, zaniepokoiłam się, ponieważ nigdy wcześniej jej nie
widziałam i nagle zaczęłam się bać, że teraz wszyscy w wiosce z pewnością wiedzą,
że jestem Żydówką. Ta sytuacja była teraz bardziej niebezpieczna niż kiedykolwiek wcześniej. Jak tylko zaprowadziłam krowę do obory, pobiegłam powiedzieć
pani Surowieckiej o tym zdarzeniu.
Przybita, odparła z zadumą:
– Gdyby tylko mój bratanek żył, gdyby był w pobliżu, nie ośmieliliby się
strzępić języka i zachowywać tak bezczelnie. Ani nigdy nie mieliby śmiałości, by
przyjść i żądać, żebym cię wydała, by mogli cię zabić.
Dodała, że w takich okolicznościach nie pozostało jej nic innego, jak tylko wprowadzić w życie plan zastępczy, który wcześniej przygotowała z myślą
o takiej właśnie nagłej sytuacji. Będę musiała być znowu odesłana, tym razem
do Świśliny.
176
23.
Dłuższy pobyt w Świślinie
Świślina jest małą wioską, położoną w połowie drogi między Świętomarzem
i Jadownikami. W wiosce tej mieszkało młode chłopskie małżeństwo, Stefan i Julianna Gałek. Julianna pracowała kiedyś przez rok jako pomoc w gospodarstwie
pani Surowieckiej. Małżeństwo to było bliskimi przyjaciółmi pani Surowieckiej.
Zaledwie kilka miesięcy temu urodziła im się dziewczynka, a pani Surowiecka
była gościem na chrzcinach. Była z nimi na tyle blisko, że poprosiła ich o pomoc
w sprawie udzielenia mi schronienia. Jednakże zdawała sobie sprawę, że nawet im
nie może ujawnić mojej prawdziwej tożsamości, ponieważ antysemityzm w Świślinie był bardziej zakorzeniony w środowisku miejscowym niż w Świętomarzu.
Zamiast tego pani Surowiecka poinformowała swoją niegdysiejszą pomocnicę
w gospodarstwie, że jestem jej siostrzenicą z Krakowa, nazywam się Halinka Bertusówna i że moi rodzice są komunistami poszukiwanymi przez Niemców w Krakowie. Z tej racji, ponieważ było dla mnie zbyt niebezpieczne bym mieszkała
z moimi rodzicami w takich warunkach, ona, pani Surowiecka, zgodziła się wziąć
mnie do siebie. Jednakże było zbyt niebezpiecznie, żebym pozostawała w Świętomarzu przez dług czas, ponieważ mogło to wzbudzić podejrzenia mieszkańców
wioski, jak również Niemców. Było konieczne, żebym od czasu do czasu przebywała przez jakiś czas poza Świętomarzem. Pani Surowiecka mogłaby wtedy mówić, że pojechałam do domu, do rodziców.
Powinnam dodać, że choć wszyscy w Świętomarzu zdawali się wiedzieć, że
jestem żydowskim dzieckiem, to pani Surowiecka miała nadzieję, że moja dłuższa
nieobecność w wiosce przekona ich, że naprawdę jestem jej siostrzenicą z Krakowa i że pojechałam do rodziców. W każdym razie pani Surowiecka ostrzegła mnie,
że jest to sprawa życia lub śmierci, żebym jak najlepiej odgrywała rolę Halinki
Bertusówny, siostrzenicy pani Surowieckiej z Krakowa, i bym nigdy nie zdradziła
słowem, gestem albo czynem mojej żydowskiej tożsamości.
Poczyniono ustalenia, że Stefan przyjdzie wcześniej pewnego ranka do Świętomarza żeby mnie zabrać do swojego domu w Świślinie, który był trzy i pół kilometra stąd. O wyznaczonym czasie przyszedł na piechotę, a pani Surowiecka
przedstawiła mnie. Przygotowała mi torbę z rzeczami na drogę, a zanim wyszli177
śmy, dała Stefanowi wielki kawał tuszy wieprzowej, jako dodatkową rekompensatę za obowiązek, który wzięli na siebie z życzliwości dla niej. Dopiero później
dowiedziałam się, że ta rekompensata była bardzo cenna dla młodego chłopskiego małżeństwa, które było tak ubogie, że kawał mięsa był dla nich prawdziwym
luksusem.
Wkrótce byliśmy w drodze, na trasie kilkukilometrowego spaceru ze Świętomarza do Świśliny. Balsamiczne wiosenne powietrze było boskie w ten późnomajowy ranek. Wędrowaliśmy przez śliczne pola i rozległe łąki gęsiego, wdychałam
cudowny zapach chłodnego, świeżego powietrza. Po raz kolejny marzyłam o wolności. Kiedy wdychałam zapach kwiatów, roślin i obserwowałam krople porannej
rosy na ich liściach, myślałam sobie, jak ekscytujące i pobudzające to wszystko
było kiedyś dla mnie i wciąż mogłoby być. Co za ironia losu, że jestem tutaj teraz, ciesząc się wolnością i otwartą przestrzenią cudownego świata, podczas gdy
tak naprawdę nie jestem wolna, a moje życie ciągle jest w niebezpieczeństwie.
W każdej chwili mogłam zostać znaleziona i wysłana do jakiegoś złowrogiego
miejsca, gdzie prawdopodobnie zostałabym zgładzona. Te myśli przerywane były
sporadycznymi rozmowami z towarzyszem podróży. Wszystko to, włącznie z cudownym powietrzem wiosennego poranka i wiejskim otoczeniem sprawiło, że
wędrówka minęła niespodziewanie szybko.
Dotarliśmy do Świśliny przed południem. Mój nowy gospodarz zaprosił mnie
do swojego nowego domu. Powiedział, że jego żona pracuje w polu i on wkrótce
też będzie musiał udać się do pracy. Pokazał mi, gdzie mogę znaleźć drugie śniadanie, powiedział żebym się czuła jak u siebie w domu i że oni wrócą pod wieczór.
Tego popołudnia poszłam na krótką przechadzkę po najbliższej okolicy i czytałam książkę od pani Surowieckiej. Poza tym nic się nie wydarzyło. Pod wieczór
młode małżeństwo powróciło do domu ze swoim dzieciątkiem, Zosią, którą
przez cały dzień opiekowała się matka Julianny, mieszkająca w domu obok. Stefan formalnie przedstawił mnie Juliannie, a ona poprosiła, bym pomogła jej zrobić kolację. Widok i zapach przygotowanej słoniny i smażonej wieprzowiny nie
był dla mnie apetyczny, ale przemożna świadomość mojej sytuacji dała mi siłę
do udawania apetytu. Nie mogłam sobie pozwolić na okazanie jakiegokolwiek
niezadowolenia z niekoszernego jedzenia, by nie zdradzić się ze swoją żydowską
tożsamością. Nie mogłam też sobie pozwolić na to, żeby być kłopotem dla moich gospodarzy i wyjść na osobę, którą ciężko zadowolić. Siadłam z nimi do stołu
i zjadłam kolację, nie robiąc problemu.
Spędziliśmy miło wieczór na luźnej rozmowie do czasu, aż Gałkowie poszli
spać. Pokazali mi gdzie będę spać: na ławie po przeciwnej stronie tego samego pokoju, gdzie oni spali. Położyli na ławie płaski płócienny materac wypełniony słomą. Małe insekty skaczące po brudnym materacu powodowały, że ława nie była
zachęcającym miejscem do spania, ale nie miałam wyboru. Moje życie zależało
od zdolności przystosowania się do otoczenia, bez względu na to, jak trudnym
mogłoby się to wydawać. Wkrótce wszyscy spaliśmy. Mój pierwszy dzień w Świślinie upłynął spokojnie, choć niezbyt komfortowo.
178
Rano Stefan poszedł do pracy w fabryce amunicji w Starachowicach. Chodził
do i z pracy przez las, w to samo miejsce, w którym moja rodzina i kilkuset innych
Żydów pracowało jako niewolnicza siła robocza. Niedługo po nim również Julianna poszła do pracy w polu, gdzie spędzała cały dzień. Zanim wyszła, poinstruowała
mnie, jakie prace domowe mam wykonać i kazała opiekować się Zosią, która nawet
jeszcze nie raczkowała. Jeśli dziecko zapłacze, powiedziała, powinnam włożyć kostkę cukru do gumowego smoczka i dać jej do ssania. Opiekowanie się Zosią stało się
moim podstawowym obowiązkiem, kiedy Stefana i Julianny nie było w domu.
W drodze powrotnej z fabryki Stefan od czasu do czasu wstępował do Świętomarza, a pani Surowiecka dawała mu kawał mięsa do domu. Przynosił też pozdrowienia dla mnie. W ten sposób, oczywiście, pani Surowiecka była na bieżąco
informowana o mojej sytuacji. Ona z kolei przekazywała wiadomości o mojej sytuacji ojcu.
Pewnego wieczoru Stefan opowiadał Juliannie i mnie, że idąc przez las do domu
spotkał Żydów.
– Najchętniej własnoręcznie bym zabił kilku z tych przeklętych zabójców
Chrystusa! – stwierdził z oburzeniem.
Ciarki przeszły mi po plecach. – Co za zacofany bigoteryjny wieśniak – pomyślałam, ale zachowałam spokój i nie pokazałam niczego po sobie. Jednak przez głowę przeszła mi myśl, żebym się nie ważyła we śnie wymówić słowa w jidysz. Jakże
to byłoby niebezpieczne. Nie waż się. Nie waż się.
Matka Julianny i dwie niezamężne siostry mieszkały w domu obok. Czasem
chodziliśmy tam po kolacji, by miło spędzić wieczór. Inni młodzi dorośli chłopi
również przychodzili tam w celach towarzyskich. Kobiety robiły na drutach skarpety i rękawiczki, i spędzały wieczór na luźnej rozmowie. Wiele z ich pogawędek
dotyczyło Żydów, zabawiały się zwykłymi antysemickimi oszczerstwami. Wszyscy
Żydzi byli w ich wyobrażeniu jednym stereotypem. Większość prawdopodobnie
nigdy nie widziała Żyda, ani nie rozpoznałaby żadnego. Pośród tych uwag i odważnych twierdzeń, śpiewały rymowankę:
Żydóweczka Chajusia, miała Żydka Lejbusia;
Rzuciła go w pokrzywy, a Żydek już nieżywy.
Wszystko to rozdzierało moje serce. Jak nieprzyjemnie było siedzieć spokojnie
pośród takich złośliwych obelg, wypowiadanych obojętnie i całkowicie naturalnie.
Do tego moje życie zależało od takiego właśnie zachowania. Znów modliłam się,
bym nie wyrzekła słowa w jidysz przez sen.
Mieszkańcom wioski przedstawiono mnie jako siostrzenicę pani Surowieckiej z Krakowa. Ludziom ze Świśliny Kraków i Bodzentyn, a nawet Świętomarz
wydawały się metropoliami. Nigdy nie widzieli wielkiego miasta i byli ciekawi
dowiedzieć się czegoś o Krakowie. Czasem pytali mnie, jak wygląda życie w wielkim mieście. Ja również nie widziałam Krakowa, jednak odwiedzałam moją ciotkę
Bruchlę w Kielcach, które w porównaniu z Bodzentynem były wielkim miastem.
Powiedziałam im, że ludzie w Krakowie mają bieżącą wodę w nieograniczonych
ilościach u siebie w domu.
179
– To znaczy, że nie muszą po nią chodzić do rzeki lub do studni? – pytali
zdumieni.
– Nie muszą.
– To w jaki sposób dostaje się ona do domu? – zapytał jeden z wieśniaków.
– Przez metalowe rury zbudowane i zainstalowane pod ziemią, które doprowadzają wodę z rzeki lub studni do domu. Woda wpływa przez rury do domu –
odpowiedziałam.
Wydawali się oniemiali z wrażenia i drążyli:
– Ale w jaki sposób sprawiasz, że przestaje płynąć i nie zaleje całego domu?
Nie mogłam wprost uwierzyć w ich ignorancję i zacofanie. Zdałam sobie jednak sprawę, jak ważne było dla mnie to, że ich zadziwiłam. Przez to mogli uwierzyć, że naprawdę jestem dziewczyną z wielkiego miasta. Korzystając z okazji, opowiedziałam im z przesadnym entuzjazmem o cudach wielkomiejskiej hydrauliki.
Wyjaśniłam, że woda wypełniająca rury wydostaje się przez mały otwór w ścianie.
Przyłączony do końca rury mały kawałek, zwany kranem, kieruje wodę do miejsca
przypominającego ceber, zwanego zlewem.
– Ale w jaki sposób powstrzymują wodę, by nie przelała się z cebra? – domagali
się wyjaśnienia.
Pewnym tonem uczonej pedantki wyjaśniłam, że na szczycie długiej śruby
przyłączonej do kranu znajduje się rączka. Kiedy śruba jest zakręcona, przepływ
wody jest zablokowany. Ale kiedy wolno obracając rączkę uwalniamy przyłączoną śrubę, woda stopniowo zaczyna płynąć, a kiedy obracamy rączką z powrotem,
w przeciwnym kierunku, zakręcamy śrubę, przepływ wody maleje, aż w końcu całkowicie ustaje. Wydawali się onieśmieleni każdym kolejnym cudownym szczegółem wielkomiejskiej hydrauliki. Zamierali z otwartymi ustami.
Następnym razem, kiedy opowiedziałam im o cudzie elektryczności, zareagowali jeszcze większym zdumieniem i zadziwieniem. Chociaż było ważne, by wierzyli mi i byli pod wrażeniem przesadnego sposobu, w jaki opowiadałam szczegóły
zdumiewających historii nowoczesnego życia miejskiego, jednak ich wyjątkowy
prowincjonalizm, ignorancja i naiwność były zdumiewające. Ja, małomiasteczkowa jedenastolatka, potrafiłam raz za razem wprawić ich w osłupienie – dorosłych
w wieku 18-25 lat. I nigdy nawet nie podejrzewali, że obracałam na własną korzyść
ich zacofanie lub, że jestem Żydówką.
Letnie dni i tygodnie minęły w Świślinie względnie spokojnie. Nie doświadczyłam żadnych nagłych niebezpieczeństw tak długo, jak grałam rolę Halinki Bertusówny z Krakowa. Pewnego dnia jednak dowiedziano się w wiosce, że Niemcy idą
do Świśliny. Pierwszą myślą Julianny było, że Niemcy mogą znaleźć i skonfiskować
połeć wieprzowiny, jaką Stefan dopiero co przyniósł od Surowieckich. Powiedziała, bym wzięła połeć i poszła przez łąki do doliny i została tam do czasu aż mnie
zawoła.
Ja oczywiście miałam bardziej poważną troskę. Co, jeśli Niemcy znajdą mnie
z ogromnym kawałem mięsa? Wzięliby mnie na przesłuchanie. Co by było, gdyby
mnie torturowali do czasu, aż mimowolnie wyznam, że jestem Żydówką? Oczywi180
ście, nie mogłam wyjawić tych myśli Juliannie, więc wzięłam mięso i pobiegłam
przez łąki, ale kiedy zbiegałam w dół doliny, wyrzuciłam je. Na wypadek gdyby
Niemcy znaleźli mnie lub połeć mięsa, myślałam, nie skojarzą mnie z nim. Po
kilku godzinach usłyszałam, jak Julianna mnie woła, ale wracając do domu nie
mogłam odnaleźć mięsa. Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie je wyrzuciłam
i paraliżował mnie strach. Na pewno nie mogłam wyznać Juliannie prawdy. Na
szczęście po jakimś czasie, który wydawał się wiecznością, wreszcie zobaczyłam
połeć mięsa pośród wysokiej trawy, przygniecionej jej ciężarem. Szybko ją chwyciłam i pobiegłam do domu.
Julianna wspomniała, że Niemcy opuścili wioskę i wszyscy odetchnęli z ulgą.
Była już prawie pora kolacji, więc poprosiła, bym obrała ziemniaki. Kiedy usiadłam i zaczęłam je obierać, nagłe, głośne kołatanie dobiegło od drzwi.
– O nie – pomyślałam. – Nie może być.
Kilku niemieckich żołnierzy weszło do domu. Julianna była zaskoczona, że są
jeszcze w wiosce. Byłam przerażona, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Pochyliłam nisko głowę w obawie, że jeśli zobaczą moją twarz mogą rozpoznać moje
żydowskie pochodzenie. Z pochyloną głową i wzrokiem utkwionym w ziemniakach obierałam je i obierałam. Siedziałam pochłonięta pracą, a Niemcy kręcili
się po całym domu, najwidoczniej czegoś szukając. Przeszli blisko mnie, ale nie
zwrócili się do mnie ani o nic nie zapytali. Po piętnastu strasznych minutach wyszli z domu i opuścili wioskę.
Letnie miesiące już się kończyły. Pod koniec sierpnia minęło już prawie trzy
miesiące jak byłam w Świślinie. W tym czasie pani Surowiecka zdecydowała, że
powinnam wrócić do Świętomarza. Miała nadzieję, że po mojej długiej nieobecności miejscowi uwierzą, gdy powie, że byłam u rodziców w Krakowie przez lato.
Pewnego niedzielnego poranka na początku września Stefan odwiózł mnie furmanką do Świętomarza. Kolejny raz cieszyłam się, że wróciłam do Surowieckich.
Czułam się tu z nimi bezpieczniej i powróciłam do moich starych gospodarskich
obowiązków – wyprowadzania krowy i pracy w ogrodzie. Niestety, moja trzymiesięczna nieobecność nie zmieniła sytuacji w Świętomarzu: było powszechnie
wiadome, że jestem żydowskim dzieckiem. Zwracano się do mnie lub nazywano
„Żydówicą”, albo osądzano poprzez nieprzyjazne gesty. Moje żydowskie pochodzenie było wszystkim znane, a chłopi plotkowali o obecności niechcianego żydowskiego dziecka w wiosce. Sytuacja ta była tak samo nieprzyjemna, jak niebezpieczna – zarówno dla Surowieckich, jak i dla mnie.
Przebywanie znów u Surowieckich umożliwiło mi wznowienie korespondencji z moją rodziną w obozie pracy, którą pani Surowiecka dostarczała przez
przekupionego policjanta. Napisałam do ojca, jak bardzo tęsknię za rodziną. Napisałam również o moich doświadczeniach w Świślinie i Świętomarzu. Skarżyłam
się, że nie mogę już dłużej znieść złośliwych antysemickich uwag chłopów, ich
przechwałek, jak są szczęśliwi, że wszystkich Żydów deportowano lub zabito i że
prawie nigdzie nie ma już Żydów. Zdecydowanie bardziej wolałabym zginąć z rodziną, dodałam, niż przeżyć z tymi żałosnymi antysemitami.
181
W międzyczasie pani Surowiecka poinformowała ojca o pogarszającej się sytuacji w Świętomarzu i o tym, że moje życie tutaj nie było już bezpieczne. Wkrótce należało podjąć zdecydowane kroki. Świętomarz nie mógł już dłużej pozostać
moim niebem. W pewnym momencie zapytałam panią Surowiecką o tę żydowską
kobietę z Bodzentyna, która mieszkała z córką w dużym mieście jako Polka, po
to tylko, by usłyszeć, że ona i jej dziecko zostały znalezione i stracone. Pani Surowiecka powiedziała, że sugerowała ojcu, że może zorganizować umieszczenie
mnie w chrześcijańskim sierocińcu, gdzie mogłabym być ochrzczona i żyć tam
bezpiecznie z polską tożsamością. Jednakże ojciec uznał, że ta propozycja jest nie
do przyjęcia, ponieważ bał się, że rodzina straci ze mną kontakt.
Znów napisałam do ojca, tym razem błagając, by zabrał mnie do obozu pracy,
jeśli to tylko możliwe. Tęskniłam ogromnie za rodziną. Niezależnie od tego co los
im przeznaczył, chciałam go z nimi dzielić. Wreszcie ojciec powiedział, że w obecnych warunkach będę bezpieczniejsza w obozie pracy niż u Surowieckich w Świętomarzu czy w jakiejkolwiek okolicznej wsi. Co więcej, za trzy miesiące skończę
12 lat. Ojciec przypuszczał, że prawdopodobnie mogę zostać pracownikiem, jeśli
tylko opracuje plan, jak przemycić mnie do obozu.
182
24.
Razem z rodziną w obozie pracy
Rodzina ciągle mieszkała w obozie Majówka, gdzie wszyscy internowani
z obozu Strzelnica zostali przeniesieni z powodu decyzji o jego zamknięciu.
Ogólnie warunki tutaj były względnie lepsze od tych w Strzelnicy. Matka i Rachela znów pracowały w pralni, pozostali członkowie rodziny pracowali na różnych stanowiskach w fabryce amunicji; nic szczególnego nie wydarzyło się do
momentu wybuchu kolejnej epidemii tyfusu.
Ostatnia epidemia pojawiła się na początku września. Do tego czasu komendanta Althofa zastąpił komendant Kolditz. Tak jak jego poprzednik, Kolditz
skutecznie wykonywał rozkazy swoich dowódców, jednak nie terroryzował ludzi krzykiem i biciem lub kapryśnym rozstrzeliwaniem. Nie okazywał również
sadystycznej satysfakcji z zadawania cierpienia. Pokazał jednak, na co go stać,
starając się sprostać najwyższym standardom dzikiej nazistowskiej brutalności.
Poza rzadkimi przypadkami rozstrzeliwania osób uważanych za ofiary tyfusu,
pewnego razu wywołał w obozie wrzawę i chaos, rozkazując internowanym
wyjść z baraków na niesprecyzowany okres czasu, do momentu, aż teren budynków zostanie gruntownie odkażony. W ten sposób pragnął wykorzenić tyfus raz
na zawsze, bezlitośnie, nie bacząc na ogrom ludzkiego cierpienia i niewygodę,
które spowodował.
Trwało to kilka dni, a internowani pozostawali na zewnątrz bez jakiegokolwiek schronienia. Warunki były tak samo żałosne jak chaotyczne, tysiące internowanych krążyło lub skupiało się w nieokreślonych miejscach na terenie obozu. Mieli przy sobie tylko to, co zdołali zabrać opuszczając baraki. Wszystko, co
w nich zostało, spalono na popiół, ludzie nawet bali się myśleć o horrorze, jaki
może przynieść kolejna noc. Działo się to w tym samym czasie, kiedy czyniono
plany przemycenia mnie do obozu.
Opracowując plan by mnie do siebie wziąć, ojciec napotkał kilka przeszkód.
Po pierwsze, nie mogłabym dostać się do obozu czy fabryki niezauważona; musiałabym wmieszać się w grupę pracujących na zewnątrz i zostać przemycona do
obozu, kiedy grupa wróci z pracy. Po drugie, żydowski policjant dokładnie prze183
liczał wszystkich pracowników, kiedy opuszczali teren obozu i kiedy wracali do
niego, na każdej z trzech zmian: liczba wychodzących i wracających musiała być
taka sama. Większa liczba wracających, co byłoby spowodowane moim wejściem
do obozu, zostałaby natychmiast zauważona. Poza tym musiałabym wiedzieć dokładnie dokąd iść, co robić, abym mogła okazać się wiarygodnym pracownikiem.
Gdzie udać się po pracy, jak dostać się do obozu, a będąc już tam – gdzie znaleźć
innych członków rodziny pośród kilkuset internowanych.
Tak jak w wielu innych sytuacjach, ojciec opracował genialny plan. Był to
plan kompleksowy, który obejmował kilka poziomów ostrożnego planowania.
Z wszystkich miejsc, w których pracowali internowani, tylko jedno leżało poza
obozem. Był to kamieniołom, w którym wielu ludzi zaangażowanych było do wykopywania kamieni. Sam teren był strzeżony tylko przez pomocnika żydowskich
brygadzistów i dwóch niemieckich żołnierzy. Prawdopodobnie władze wierzyły,
że tylko nieliczni Żydzi zaryzykowaliby ucieczkę w zdecydowanie nieprzyjaznym
polskim otoczeniu. Ponieważ teren ten był ogólnie dostępny, ojciec wierzył, że
będę mogła wmieszać się w grupę, niemniej uważał, że ktoś z naszej najbliższej
rodziny również powinien tam być, kiedy przyjadę. Na szczęście kuzynka Rywcia
pracowała w tym czasie w kamieniołomie. Po przestudiowaniu sytuacji ojciec dowiedział się, że przyjaciółka Racheli, Nachcia Baum, również pracowała w kamieniołomie. Co więcej, była w tym samym wieku i nosiła ten sam rozmiar ubrania co
Rachela. Pozostałe części układanki zaczęły do siebie pasować. Ojciec najpierw
zaplanował, by Rachela zajęła miejsce Nachci w kamieniołomach w dniu, kiedy
miałam dostać się do obozu. Przekupił również żydowskiego policjanta, którego
obowiązkiem było liczenie pracowników opuszczających i wracających do obozu
tego dnia, aby inna ich liczba nie była problemem. Dodatkowo zatrudnił jednego
z żydowskich brygadzistów pilnujących kamieniołomu, aby „miał na oku” sytuację tego dnia, gdy wejdę do obozu.
Kiedy ojciec spotkał się z panią Surowiecką podczas jej następnej podróży handlowej do Starachowic, powiedział, by mnie przyprowadziła w następny
wtorek rano blisko kamieniołomu. Miałam szukać Racheli, która będzie ubrana
w sweter z domu z Bodzentyna. Na pewno go rozpoznam. Rachela i Rywcia również będą mnie szukać. Miałam wejść pewnym krokiem do kamieniołomu i iść
dyskretnie w ich kierunku. Później miałam wykonywać cokolwiek zobaczę, że
inni ludzie robią i po prostu pozostać z nimi i podążać za nimi od tej pory. Z tak
sprecyzowanymi planami, pani Surowiecka zostawiła ojca i wróciła do Świętomarza. Tego wieczoru powiedziała mi, że ojciec ukończył plany dotyczące mojego
przyjazdu do obozu i dokładnie przedstawiła jego instrukcje. Wkrótce ogarnęło
mnie zniecierpliwienie. Nie mogłam się doczekać wyjazdu, by znowu być razem
z rodziną.
Kiedy dzień mego przyjazdu się zbliżał, w obozie Majówka ojciec jeszcze raz
sprawdził wszystkie szczegóły skomplikowanego planu. Przypomniał Racheli by
mnie szukała i zachowywała się w sposób nierzucający się w oczy, kiedy zobaczy jak wchodzę do kamieniołomu. Przypomniał jej, że zostałam poinstruowana
184
bym pracowała z resztą grupy, by nie zapomniała o zmianie i podążała ostrożnie, aż
wszyscy bezpiecznie wrócą do obozu. W podobny sposób ojciec wyjaśnił wszystkie szczegóły kuzynce Rywci.
W wyznaczony drugi wtorek września 1943 roku kuzynka Rywcia poszła jak
zwykle do kamieniołomu, z niecierpliwością wyczekując mojego przyjazdu. Rachela poszła tam również zamiast swojej przyjaciółki, Nachci, ale najpierw ubrała się w granatową spódnicę i stary sweter w niebiesko-białe pasy z Bodzentyna,
który, jak była pewna, rozpoznam. Pożyczyła również niebieską babuszkę i biały
trenczowy płaszcz, które Nachcia często nosiła w drodze do kamieniołomu i w ten
sposób mogła zająć jej miejsce. Kiedy internowani opuścili teren obozu tego ranka,
żydowski policjant odpowiedzialny za liczenie, wcześniej przekupiony przez ojca,
zapisał o jednego więcej, niż ich było naprawdę. W międzyczasie Rachela prześliznęła się niezauważona. Kiedy już weszła na teren kamieniołomu, zdjęła babuszkę
i trenczowy płaszcz Nachci, żebym mogła ją łatwo zauważyć, gdy znajdę się na terenie kamieniołomu. Następnie Rachela, która nigdy nie była w kamieniołomie,
zabrała się do pracy, przez cały czas niespokojnie wyczekując mojego przybycia.
W tym czasie w Świętomarzu pani Surowiecka czyniła przygotowania do zabrania mnie do Starachowic. W ramach ostrożności, na czas podróży zakryła moje
lewe oko białą opaską. Wytłumaczyła, że gdyby nas zatrzymali i zaczęli wypytywać,
będzie mogła twierdzić, że mam zapalenie oka i że jesteśmy w drodze do lekarza
w Starachowicach. Następnie przygotowała konia i furmankę i wkrótce byłyśmy
w drodze do obozu pracy, który znajdował się w odległości czternastu kilometrów.
Podczas jazdy moje myśli koncentrowały się na byciu razem z moją rodziną. Nie
mogłam się już doczekać, żeby tam być z matką i ojcem, Irką i Rachelą, Mojsze
i Szlomo. Miałam nadzieję, że nas nie zatrzymają, że wszystko pójdzie zgodnie
z planem. Po drodze minęłyśmy ciało mężczyzny leżące na poboczu drogi. Zdałyśmy sobie sprawę, że to musi być Żyd, który albo zginął z głodu, albo został zastrzelony. Kto inny, jak nie Żyd, zostałby pozostawiony martwy, opuszczony w ten
sposób, żeby zgnił sromotnie na drodze? Pani Surowiecka zauważyła:
– To straszne, gdy się widzi, co Niemcy robią z Żydami. To jest okropne i haniebne. Ale kto wie, może Żydzi zostali pokarani za to, co zrobili naszemu Panu,
Jezusowi Chrystusowi.
Nic nie odpowiedziałam, ale jej uwaga wzmocniła tylko moje przekonanie, że
z pewnością uważałaby to za godne pochwały osiągnięcie, gdyby udało jej się nawrócić mnie na chrześcijaństwo. Niemniej jednak ryzykowała swoim życiem przy
niezliczonych okazjach i wstawiała się w mojej obronie w sposób, który przechodził moje najśmielsze oczekiwania, po to żeby mnie uratować od niechybnej śmierci. Nie ma słów, które mogłyby wyrazić moją wdzięczność wobec tej niespotykanej, odważnej i bardzo pryncypialnej kobiety.
Około 11.30 dotarłyśmy do terenu, na którym znajdował się obóz pracy. Kiedy zbliżyłyśmy się do kamieniołomu, pani Surowiecka zwolniła i zatrzymała się.
Zeszłyśmy z furmanki, przeszłyśmy kilka kroków na trawnik naprzeciwko kamieniołomu i usiadłyśmy. Ostrożnie zdjęłam opaskę z oka i zaczęłam wypatrywać Ra185
cheli w swetrze w granatowo-białe pasy, który tak dobrze pamiętałam. Wkrótce
zauważyłam ją i zdałam sobie sprawę, że ona też mnie widziała. Zobaczyłam też
kuzynkę Rywcię, która była blisko nas i wciąż się przybliżała. Teren był strzeżony
tylko przez dwóch żołnierzy w mundurach i kilku mężczyzn nadzorujących pracę
dziewcząt.
Rywcia podeszła do nas i natychmiast zapytała o naszą podróż do Starachowic. Pani Surowiecka chciała się dowiedzieć o sytuację naszej rodziny i czy będę
bezpieczna w obozie. Wyznała, że się o mnie obawia i kocha mnie. Przeszkodził
nam jeden z brygadzistów, który znał Rywcię i upomniał ją, by odsunęła się od
„cioci” i „małej dziewczynki”. Jak tylko odszedł, Rywcia powiedziała, bym dyskretnie podążała za nią na teren kamieniołomu. Pani Surowiecka siedziała na
trawniku około godziny zanim odeszła.
Powoli posuwałyśmy się w kierunku Racheli i wkrótce wmieszałam się w grupę. Cokolwiek zobaczyłam, że inni ludzie robią: zbierają kamienie, składają je na
stertę do wywiezienia – czyniłam podobnie, w miarę jak ciągle, stopniowo zbliżałyśmy się do Racheli. Kiedy już byłyśmy razem, przytuliłyśmy się i pocałowały,
Rachela i ja, następnie Rywcia i ja, ale tylko przez chwilę. Rachela i Rywcia ciekawe były jak się mam, ale roztropność i doświadczenie nauczyły je dużo nie mówić.
Ja, z drugiej strony, nie mogłam się powstrzymać.
– Gdzie tu ludzie mieszkają? – spytałam. – Śpicie tu, na zewnątrz?
Błagały mnie bym zachowała ciszę i pracowała, i tak uczyniłam, zbierając i nosząc najpierw kamienie, potem kawałki drewna, a następnie gałęzie.
W miarę, jak mijał dzień, dopytywałam:
– Co wy tu jecie? Co pijecie? W co się ubieracie? Jak wygląda obóz?
Powstrzymywały mnie:
– Nie mów tak wiele. Zajmij się pracą.
A ja miałam jeszcze więcej pytań. Wykonywałyśmy pracę wśród sporadycznych rozmów, godzina za godziną, aż nadszedł koniec porannej zmiany. Grupa
pomaszerowała do stołówki na dzienny przydział zupy, a ja podążałam za nimi
i dostałam swoją porcję. Ten skromny posiłek zrekompensowała mi świadomość
bycia z powrotem z rodziną. Po wyjściu ze stołówki ustawiliśmy się w rzędy po
pięcioro ramię w ramię, i wróciliśmy do obozu. Rachela jeszcze raz założyła niebieską babuszkę i biały trenczowy płaszcz Nachci, a mnie przeszmuglowano do
środka rzędu, w którym maszerowały Rachela i Rywcia. Wszystko przebiegło
zgodnie z tym, jak mnie wcześniej poinstruowano. U bram obozu żydowski policjant przeliczył osoby wchodzące do środka. Wyszła mu taka sama liczba jak rano,
ponieważ doliczył wtedy jedną dodatkową osobę. Tym sposobem zapracował na
daną mu przez ojca łapówkę. Bezpiecznie dostałam się do obozu. Wszystko poszło zgodnie z planem.
Dalej szłam za Rachelą i Rywcią, minęłyśmy budynek administracyjny, kuchnię i pralnię, kierując się do baraków, które tu, w obozie Majówka, wszystkie były
parterowe. Po drodze mijałyśmy grupy ludzi stojących, siedzących i leżących na
ziemi, jak i pewną liczbę umundurowanych strażników. Wreszcie z daleka zoba186
czyłam matkę i Irkę, szukające nas, stojące pośród wielu innych krążących kobiet.
Jak tylko matka mnie zobaczyła, wybuchła płaczem, wciąż szlochając i drżąc.
Kuzynka Rywcia poszła do swojego baraku, kiedy Rachela i ja podeszłyśmy do
matki i Irki. Cudownie było wreszcie być razem z matką i Irką. Minął prawie rok
odkąd widziałyśmy się ostatni raz, kiedy odesłano mnie do Surowieckich. Miałyśmy tyle do omówienia. Moje pierwsze pytanie dotyczyło chaosu panującego
na zewnątrz:
– Jak to jest, że wszyscy są na dworze? – zapytałam. – Zawsze przebywacie tu,
jecie i śpicie na świeżym powietrzu? Czy matka zapala świece w piątkową noc?
Rozbawione moimi naiwnymi pytaniami, siostry powiedziały mi o obecnym poruszeniu wywołanym ostatnią epidemią tyfusu i rozkazem komendanta
Kolditza, by zdezynfekować wszystkie baraki. Zapewniły mnie, że warunki te są
tymczasowe i że, jakkolwiek były straszne, i tak wydawały się rajem w porównaniu z tymi z obozu Strzelnica. – Nie masz co żałować, że cię tu nie było.
Kiedy rozmawiałyśmy, ciągle przerywali nam przyjaciele i ci, którzy dobrze
nam życzyli, a wiedzieli o moim przyjeździe. Cały barak, obozujący tymczasowo na zewnątrz, zdawał się wiedzieć, że przyjechałam. Mój przyjazd był czymś
w rodzaju atrakcji w obozie; internowane kobiety witały mnie jak jakąś znaną
osobę.
Nie widziałam żadnego internowanego mężczyzny, więc zapytałam gdzie
są ojciec, Mojsze, Szlomo i reszta rodziny. Usłyszałam, że mężczyźni normalnie
przebywają w innych barakach, ponieważ zostali odseparowani. Podobnie kuzynki Rywcia i Chancia nie mieszkały w tym samym baraku co matka i moje siostry, więc również były gdzie indziej. Kiedy warunki się ustabilizują, zapewniono
mnie, mężczyźni i kobiety będą mogli odwiedzać się wzajemnie w barakach, jak
było przed obecnym zamieszaniem.
Rozmowa skierowała się na moje przeżycia u Surowieckich. Irka zauważyła,
że jest pod wrażeniem tego, jak dobry jest mój polski z listów pisanych ze Świętomarza. Nawiązywała oczywiście do tego, że skończyłam edukację w szkole
podstawowej po pierwszych kilku dniach w drugiej klasie, kiedy to żydowskim
dzieciom oficjalnie zakazano kontynuowania nauki w Polsce. Poza tym uczyłam
się prywatnie w domu w Bodzentynie, ale nieregularnie i z przerwami. Tematy rozmów pierwszego dnia koncentrowały się na panującej epidemii; jak wielu
i którzy przyjaciele i znajomi zachorowali, kto ostatnio zmarł oraz jak wielu i kto
padł ostatnio ofiarą strzałów kapryśnych strażników. Irka wskazała komendanta
Kolditza, który stał nieopodal, mając oko na obóz. Najwidoczniej wypatrywał
najbardziej chorych, by ich wymordować. Kto wie, co kogo czeka następnego
dnia?
Mijały godziny, wkrótce nadeszła pora snu. Tak jak wszyscy, położyłam się na
ziemi pod gołym niebem, z poduszką pod głową i lekkim kocem do przykrycia.
Było mi niewygodnie i byłam zbyt podekscytowana, by zasnąć. Cieszyłam się, że
znów jestem z rodziną. Cokolwiek oni znosili zniosę i ja. Następnego dnia, kiedy
poranna zmiana poszła do pracy, poszłam z matką i Rachelą do obozowej pralni.
187
Chociaż nie miałam takiego przydziału, pomagałam im składać ubrania. Stało się
to moim regularnym zajęciem i sprawiało mi przyjemność tak długo, jak przebywałam z matką i Rachelą.
Później tego samego dnia ojciec przyszedł do pralni, by nas zobaczyć. Cudownie było go spotkać, zwłaszcza po tym długim roku niewidzenia. Świadoma tego,
że nie byliśmy w swoich barakach i przebywaliśmy niekoniecznie wśród przyjaciół,
powstrzymałam się by go nie objąć, z obawy że Niemcy mogliby odkryć, że jestem
tu nielegalnie. Ale nasze oczy wyrażały radość z tego, że znów się widzimy. Twarz
ojca wydawała się blada i postarzała w porównaniu z tym, kiedy go ostatni raz widziałam, ukazując niesamowity ciężar, jaki wziął na swoje barki by zapewnić nam
przetrwanie. Co więcej, wyraz jego twarzy zdradzał wątpliwości co do słuszności
decyzji przeszmuglowania mnie tutaj. Czy moja szansa na przetrwanie zwiększy
się, skoro Żydzi umierają każdego dnia?
Dwa dni później wszystkim internowanym kazano wejść do swoich baraków,
a warunki w obozie „wróciły do normy”. Tak jak w obozie Strzelnica, było tu kilka baraków dla kobiet i znacznie więcej dla mężczyzn. Dodatkowo wyposażenie
baraków w obu obozach było podobne: zawierały dwa długie rzędy piętrowych
prycz wzdłuż wszystkich czterech ścian baraku, a prycze podzielone były na sektory, w których spało po 10 osób. Inaczej niż baraki w obozie Strzelnica, te były
duże i obszerne, a prycze bardziej wystawały ze ściany. Nasza rodzina zajmowała
kąt przy oknie, które mogliśmy otwierać. Każda osoba leżała na wypełnionym słomą worku ze zgrzebnego płótna, miała poduszkę i koc. Warunki do spania były
znośne.
W obozie Majówka można się było poruszać zdecydowanie swobodniej niż
w Strzelnicy. Nie znaczy to, że nie wiązało się to z żadnym ryzykiem, ale przynajmniej internowani mogli odwiedzać się w barakach, by zobaczyć, jak się mają ich
krewni, pogawędzić trochę i poznać ostatnie wydarzenia. Tym sposobem nie tylko
najbliższa, ale cała rodzina widywała się prawie codziennie – jeśli nie u kogoś w baraku, to mijając się w drodze do lub z pracy, w pracy lub w stołówce.
Sytuacja z dziennym wyżywieniem wyglądała tak samo jak w obozie Strzelnica:
zupa podawana po pracy oraz pajda chleba z dżemem o innej porze. Tak jak w obozie Strzelnica ludzie, którzy mieli pieniądze, włączając mojego ojca i wuja Lejbusia,
kupowali potrzebne rzeczy od Polaków w fabryce i przynosili je po kryjomu do
obozu. Ojciec często przychodził z jedzeniem do naszego baraku, a wuj Lejbuś
przynosił żywność kuzynkom Rywci i Chanci oraz mężczyznom z rodziny.
Podczas gdy w obozie Strzelnica matka miała dostęp do pieca tylko w pralni,
w obozie Majówka w centralnym miejscu każdego baraku znajdował się piec, na
którym ona i pozostałe kobiety gotowały. Korzystanie z pieca zawsze wiązało się
z niepewnością, ze względu na zażartą walkę o dostęp do wszelkich rzeczy ułatwiających życie. Matka często nie mogła dostać się do pieca lub nie mogła niczego
dogotować, bo inne internowane odpychały ją, zanim buraki, ziemniaki czy drób
dobrze się ugotowały. Sfrustrowana, płakała gorzkimi łzami, nie wiedząc czy powiedzie jej się lepiej jutro lub pojutrze.
188
Zdając sobie sprawę, że nasze zdrowie zależy od tego, czy będzie w stanie
przygotować dodatkowe jedzenie, matka używała pieca w baraku albo w pralni.
Niestety, walka w pralni była równie zacięta. Jednak odkryła, że można w łatwiejszy sposób gotować na piecu – w męskich barakach, szczególnie za dnia, kiedy
mężczyźni byli w pracy. Podczas gdy w obozie Strzelnica było zbyt niebezpiecznie
zanosić ugotowane jedzenie do męskich baraków, w obozie Majówka matka, Irka,
Rachela i ja często chodziłyśmy tam z jedzeniem, które matka przygotowała, by
zjeść razem z ojcem, Mojsze i Szlomo.
Ponieważ zazwyczaj matce udawało się przygotować dodatkowe jedzenie dla
nas, mogliśmy oddawać nasze dzienne porcje chleba i dżemu. Niestety, niektórzy mężczyźni z naszej rodziny nie mieli takich możliwości, więc matka posyłała
mnie do męskich baraków, bym zaniosła nasze porcje chleba z dżemem wujowi
Pincie Greenbaumowi i jego bratu Mojsze. Podobnie kuzynki Chancia i Rywcia
gotowały zupę z surowych warzyw, które przynosił im wuj Lejbuś, i dzieliły się
z dziadkiem Nusynem oraz wujami Mojsze, Lejbusiem i Jankielem.
Przeludnienie, niehigieniczne warunki i niewystarczające przydziały jedzenia
– wszystko to razem stało się przyczyną następnej epidemii tyfusu. Jak tylko nowa
fala choroby rozprzestrzeniła się tak bardzo, że dużo ludzi nie mogło pracować
w fabryce, komendant Kolditz zdecydował przeprowadzić budzącą postrach selekcję i eksterminację zarażonych, co po raz kolejny wywołało przerażenie w całym obozie.
Kilka tygodni po tym jak przybyłam do obozu, zachorowałam na tyfus. Pomimo wysokiej gorączki, osłabienia i ogólnego fizycznego dyskomfortu, odzyskałam siłę przede wszystkim dlatego, że byłam razem z rodziną. Na szczęście reszta
rodziny była uodporniona na zarazę, ponieważ przeszli ją w obozie Strzelnica,
więc matka z pomocą Irki i Racheli opiekowała się mną, aż choroba ustąpiła. Ale
kiedy jeszcze byłam chora, ogłoszono selekcję. Wszystkim internowanym kazano zebrać się na zewnątrz pralni. Matka nie była sobą: przerażona ze względu na
mnie, była blada, chuda i wycieńczona warunkami obozowego życia. Irka i Rachela jednak działały szybko. Pomalowały mi usta i policzki, założyły mi buty na
wysokim obcasie, bym wydawała się starsza. Pomalowały również matkę, by ukryć
jej bladość i by wyglądała młodziej i zdrowiej niż się wydawała, pomimo jej 41 lat.
Wyszłyśmy na selekcję przed pralnię i zajęłyśmy swoje miejsca w tłumie. Kiedy
komendant i jego kohorta szukali chorych i słabych, przeszli koło mnie i matki,
najwidoczniej nie zauważając nic niezwykłego. Przetrwałyśmy selekcję. Wróciliśmy do naszych baraków odczuwając ulgę, bo, choć byliśmy bliscy śmierci, cała
rodzina ciągle była razem.
Pewnego dnia, niedługo po selekcji, matka, Rachela i ja pracowałyśmy jak
zwykle w pralni, kiedy odwiedziła nas Irka. Nagle nie kto inny jak nazistowski
komendant Kolditz wszedł do pralni bez zapowiedzi. Oniemiałyśmy ze strachu.
A jeśli mnie zauważy i zda sobie sprawę, że mam ledwie 12 lat i że nie jestem całkowicie wyleczona z tyfusu? To mogłoby być bardzo niebezpieczne. Stałam obok
wielkiego gara używanego do podgrzewania wody, więc kiedy komendant się od189
wrócił, prędko schowałam się za garem. Irka spostrzegłszy, że trochę mnie widać,
zaczęła zbliżać się do garnka, by mnie sobą zasłonić. Komendant, nabrawszy podejrzeń co do jej nagłego przesunięcia się, uderzył Irkę kolbą karabinu. Widząc, że
znalazłam się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, Rejnia Laks, przyjaciółka Irki,
która stała blisko mnie, wykorzystała chwilowe odwrócenie uwagi komendanta –
śmiało wyszła przed gar, zasłaniając mnie przed wzrokiem Kolditza. Ten obrócił się
i podejrzliwie spojrzał w stronę garnka. Ruszył w jego kierunku, rozglądając się na
boki, ale nie zauważył niczego niezwykłego. Odwrócił się, rozejrzał po pomieszczeniu, jakby szukał czegoś, czego nie mógł znaleźć, i wyszedł.
Pomiędzy selekcjami i wydarzeniami takimi jak powyższe, życie w obozie Majówka było stosunkowo spokojne i względnie normalne. Wieczorami, kiedy nie
było strażników, dziewczyny siedzące w barakach nuciły melodie lub śpiewały piosenki. Chłopcy i dziewczęta sporadycznie wychodzili na spacer na teren obozu, ale
widywano ich przechadzających się, całujących i umizgujących się. Nocą młodzi
mężczyźni mogli przychodzić do kobiecych baraków, wspinali się na prycze i leżeli
obok swoich dziewczyn. Czasem kochali się, nie kryjąc się z tym. Matka starała się
uchronić nas przed takimi widokami, nawołując:
– Idźcie spać, dzieci, idźcie spać.
Jej wysiłki były jednak nadaremne. Z jednej strony, nie było to możliwe, byśmy
nie były świadome tego, że takie rzeczy mają miejsce. Co więcej, wszystkie kobiety
zdawały sobie sprawę z tego co się dzieje i komentowały to jawnie i krytycznie.
Generalnie pogardzały każdą dziewczyną, która dawała się w ten sposób wykorzystywać lub która była „odwiedzana przez kuzyna”, jak w żargonie komentowano to
zachowanie, i uważały takie kobiety za ulicznice i prostytutki.
Niedługo nadeszła zima i rok 1944. W chłodny, zimowy poranek ojciec zjawił
się w naszym baraku, by powiedzieć matce, że słyszał z pewnego źródła, że komendant odwiedzi obóz później tego dnia. By zminimalizować ryzyko, sądzi, że byłoby
rozsądniej dla mnie, bym poszła tego dnia do fabryki zamiast zostawać w obozie.
Zapytał, czy chciałabym z nim pójść, a ja ucieszyłam się, że będę z ojcem cały dzień
i oderwę się od codziennej rutyny.
Poszłam z nim przez bramę, gdzie liczono wychodzących pracowników, i całą
drogę do fabryki, około 4 kilometry od obozu. Kiedy byliśmy w fabryce, los mnie
zetknął nie z kim innym, jak z moim gospodarzem ze Świśliny, Stefanem Gałką,
u którego mieszkałam przez trzy miesiące! Kiedy zobaczył mnie z ojcem, od razu
zdał sobie sprawę, że nie jestem Halinką Bertusówną, siostrzenicą pani Surowieckiej z Krakowa. Ze zdumieniem zwrócił się do ojca:
– Nie mogę w to uwierzyć. Była w moim domu przez trzy miesiące i nawet nie
śniłem, że jest Żydówką.
– Jakie miałam szczęście, że nie wiedział tego wcześniej – pomyślałam sobie.
Gdyby wiedział, prawdopodobnie nie byłoby mnie teraz tutaj. Dzień minął przyjemnie, a na koniec zmiany poszłam z ojcem i jego grupą do stołówki po dzienną
porcję zupy. Potem wróciliśmy do obozu, gdzie przeliczano całą grupę, kiedy każda pięcioosobowa kolumna przechodziła przez bramę.
190
W lutym przywieziono do obozu pracy w Starachowicach specjalną grupę Żydów z obozu koncentracyjnego na Majdanku. Przyciągali większą uwagę niż zazwyczaj nowi internowani z powodu ich szczególnego zachowania, jak i wyglądu
zewnętrznego, które zdradzały, co robili w obozie. Na Majdanku znani byli jako
Konzentrationslager Sonderkommando – Oddział Specjalny Obozu Koncentracyjnego. Ich zadaniem, mówiono, było wyciąganie zagazowanych ofiar i przewożenie zwłok do krematorium, gdzie je palono. Kiedy armia Związku Radzieckiego
zbliżyła się na odległość 100 kilometrów do Majdanka, obóz został zlikwidowany,
a dużą część więźniów przewieziono do obozu koncentracyjnego w Auschwitz.
Sonderkommando jednak przywieziono do Starachowic. Wszyscy osobnicy z tej
grupy byli bardzo widoczni, ponieważ nosili niezwykle duże litery KL umieszczone przed numerem seryjnym wytatuowanym na ich prawych przedramionach.
Zahartowani przez krwawe, nieludzkie prace, które były na porządku dziennym na Majdanku, byli wyjątkowo agresywni w swoich żądaniach, by nadano im
status żydowskich liderów w obozie. Byli bezlitośnie zdeterminowani by przejąć
specjalne przywileje przyznane osobom takim jak Szlomo Ejnesman i jego towarzyszom z Rady Żydowskiej lub żeby przynajmniej ich przydzielono do grupy osób
mających władzę, takich jak żydowscy policjanci czy blokowi. Rada Żydowska
jednakże stanowiła klikę, która zapamiętale strzegła statusu swojej grupy. Kiedy
zwalniało się miejsce, członkowie grupy oferowali stanowiska krewnym lub „starym” przyjaciołom. W żadnym wypadku nie ulegali agresywnym naciskom ludzi
spoza ich grupy, którym nie ufali. Niemniej jednak naciski K-L Sonderkommando
stanowiły poważne zagrożenie dla żydowskich przywódców, ponieważ nazistowskie dowództwo nie tolerowało walk między grupami społecznymi. Nie tolerowało
również żadnych oznak słabości czy braku kontroli ze strony żydowskich pomocników. Stawką tej walki było nic innego, jak życie żydowskich administratorów
oraz ich żon, dzieci i krewnych. Tak więc obozowi żydowscy przywódcy nie poddawali się, egzekwując w pełni przyznaną im władzę. Stawiali opór i utrzymywali
w ryzach Żydów z K-L Sonderkommando, którzy uparcie żądali równie dużych
przywilejów. Sporadyczne nawroty epidemii tyfusu stały się częścią życia razem
ze straszliwymi selekcjami, które im towarzyszyły. Martwiliśmy się o matkę, której zdrowie widocznie się pogorszyło. W Bodzentynie była aktywną, przystojną
i ciężko pracującą żoną i matką. Jednakże kiedy ojciec się ukrywał, jej rwa kulszowa
i ból artretyczny prawie całkowicie ją unieruchomiły przez większą część ośmiomiesięcznego okresu. Teraz, w Starachowicach, była chora; straciła na wadze tak
dużo, że zostały z niej prawie skóra i kości, a jej ciało miało żółtą barwę. Jednak
nie narzekała. Była zdeterminowana, by ciągnąć ostatkiem sił w celu nakarmienia
rodziny i opiekowania się nami na tyle, na ile pozwalały żałosne warunki obozu.
Obawialiśmy się o jej zdrowie, ale drżeliśmy bardziej z obawy, że jej niezdrowy
wygląd może stać się powodem wskazania jej przez Niemca podczas selekcji. Namawialiśmy ją, by więcej jadła, nie traciła na wadze i by odzyskała słabnące siły.
Przyjaciele z Bodzentyna i Starachowic dawali nam również puder w kremie do
malowania matki i mnie przed każdą selekcją.
191
Ojciec też zaczął odczuwać ciężar obozowych warunków. Powiedział matce, że widział się z lekarzem i ten zauważył u ojca objawy, które mogą świadczyć
o chorobie serca. Niestety, niewiele można było zrobić w warunkach obozowego
życia. Bolały go stopy i puchły kostki od codziennego czterokilometrowego marszu do i z fabryki, bez względu na warunki pogodowe. Musiał moczyć stopy co
wieczór po pracy. Pewnego razu, gdy szłam odwiedzić mężczyzn z naszej rodziny,
spostrzegłam sterty słomy na ziemi blisko ich baraków. A kiedy w środku baraku
zobaczyłam ojca odczuwającego boleści, moczącego nogi, siedzącego na cienkim,
wypełnionym słomą worku z szarego płótna, coś mi przyszło do głowy. Poprosiłam ojca, by na chwilę wstał. Następnie wyniosłam jego worek do miejsca, gdzie
znajdowały się stery słomy. Wyciągnęłam starą, zgniecioną słomę i ponownie napełniłam worek świeżą słomą, przyniosłam z powrotem do baraku i umieściłam
na pryczy, na której spał ojciec. Potem powtórzyłam tę czynność z workami Mojsze i Szlomo.
Ponieważ stopy ojca przysparzały mu tak wiele bólu, zapytał Szlomo Ejnesmana, czy mógłby zostać przydzielony do prac na terenie obozu, tak by nie nadwerężał nóg chodzeniem. Później, w czasie jednej z rozmów w naszym baraku, ojciec
powiedział matce, że zaoferowano mu pozycję blokowego, ale odmówił.
– Nie chcę być barakowym nadzorcą, nie chcę być policjantem – powiedział
– ponieważ nie chcę, by ktoś żywił do mnie urazę. Jeśli rzeczywiście przeżyjemy
wojnę, nie chcę, by ktokolwiek miał mi coś za złe. Co więcej, pragnę pozostać
anonimowy i nie rzucać się w oczy Niemcom.
I wybrał dalsze cierpienie raczej niż przyjęcie wątpliwego wyróżnienia bycia
barakowym policjantem.
W połowie lipca 1944 roku armia Związku Radzieckiego znajdowała się około
100 kilometrów od Starachowic, a Niemcy najwidoczniej postanowili zlikwidować obóz pracy w całości. Liczba internowanych bardzo się zmniejszyła z powodu wielu nawrotów epidemii tyfusu i powtarzających się selekcji i eksterminacji
zarażonych. W ostatnich dniach lipca zbudowano drogę z drobnych kamieni,
prowadzącą z obozu Majówka do pobliskich torów kolejowych. W ostatnią środę
miesiąca dwa kompleksy obozów złączono w jeden w obozie Majówka.
Wszyscy w obozie wiedzieli już teraz, że w różnych obozach koncentracyjnych
Żydów umieszczano w łaźniach, gdzie byli zagazowywani na śmierć, a ich ciała
umieszczano w wielkich krematoriach i masowo spalano na popiół. Obawialiśmy
się, że cały obóz pracy zostanie przewieziony do jednego z takich obozów – do
Auschwitz.
Kiedy internowani ze składu drewna obozu Tartak zostali zapędzeni na ciężarówki w celu przewiezienia ich do innego obozu, zdarzył się złowieszczy wypadek, który był zapowiedzią strasznych wydarzeń, jakie miały być udziałem nas
wszystkich. Zanim ciężarówki wyjechały, wysoki rangą oficer niemiecki wszedł do
każdej z nich, aby przeliczyć wywożonych internowanych. Na jednej z ciężarówek
młoda kobieta podeszła do oficera i spoliczkowała go raz, a następnie kolejny raz.
Ku ogólnemu zdziwieniu oficer stał spokojnie, aż wreszcie odszedł. Brak reakcji
192
ze strony wysokiej rangi nazistowskiego oficera w obliczu jawnego aktu nieposłuszeństwa zasygnalizował nam ze względną pewnością, że istnieją plany wysłania
całego obozu na śmierć.
Kiedy rozeszły się wieści, że wysłanie nas do Auschwitz wisi w powietrzu, internowani zaczęli rozważać możliwość ucieczki. Pewnego dnia po pracy wujowie
Lejbuś i Jankiel ukryli się w pobliżu fabryki. Stamtąd udało im się uciec do pobliskiego lasu i na ten czas przynajmniej uratować się od śmierci z rąk nieprzejednanego wroga. Ich ucieczka nie spowodowała żadnej widocznej reakcji czy prób
odwetu władz nazistowskich w obozie.
Jak się spodziewaliśmy, następnego dnia, w czwartek 27 lipca, wszyscy internowani zostali wyprowadzeni z baraków na duży plac. Niemcy, zdając sobie sprawę,
że ludzie w kozakach mogą mieć większą pokusę ucieczki rozkazali, aby wszystkie
kozaki złożyć na stertę. Naziści stali z wymierzonymi karabinami po obu stronach
kamiennej drogi, a wszyscy internowani zostali zagonieni w rzędy, po czterech
ramię przy ramieniu, do wagonów kolejowych jadących do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Ale z powodów nieznanych internowanym pociągi nie jechały
tego dnia do Auschwitz. Niektórzy przypuszczali, że Niemcy źle oszacowali liczbę
wagonów potrzebnych do przetransportowania tak wielkiego ludzkiego ładunku.
Wyładowano nas z pociągów i wróciliśmy do baraków.
Było teraz całkowicie pewne, że pociągi jeździły do Auschwitz i że nosimy piętno śmierci. Następstwem tego wydarzenia był szaleńczy bieg w kierunku drewnianego ogrodzenia obozu, ze Szlomo Ejnesmanem i jego synem na czele. Kiedy
zobaczono, że Ejnesmanowie podejmują ogromny wysiłek, by przeskoczyć ogrodzenie i uciec do lasu, dziesiątki internowanych podążyło za nimi. Nazistowscy
strażnicy w wieżach wartowniczych natychmiast otworzyli ogień, ostrzeliwując
zdeterminowanych uciekinierów. Inni nazistowscy strażnicy i ich ukraińska kohorta pośpieszyli do ogrodzenia i do bram, strzelając we wszystkich kierunkach.
Przez okno baraku widziałam, jak zastrzelono Szlomo i jego syna. Serie z broni maszynowej nie milkły, dopóki nie zastrzelono około 150 osób w pobliżu
ogrodzenia, na ogrodzeniu lub za nim. Wielu, którzy rozważali ucieczkę, straciło
odwagę, podczas gdy inni uważali, że nie mają nic do stracenia i podjęli ryzyko.
Niektórym rzeczywiście udało się zbiec do lasu, włącznie z wujem Joselem Schreibmanem.
Kiedy siedziałam w baraku z matką, Irką i Rachelą, ojciec powiedział nam, że
opracowywał plan ucieczki. Ale nie mieliśmy już kozaków, w których była schowana większa część naszych pieniędzy. Ojciec opowiedział, jak żarliwie starał się
je odzyskać, ale bezskutecznie. Teraz, powiedział, nie mamy środków, by zapewnić sobie najbardziej potrzebne rzeczy ani kupować przysługi u nieprzyjaznych
polskich chłopów. Ucieczka byłaby równoznaczna z samobójstwem. Mój brat
Szlomo przysiągł, że w żadnym wypadku nie pojedzie do Auschwitz. Upierał się,
że w odpowiednim momencie wyskoczy z pociągu.
Następnego popołudnia, w piątek 28 lipca, kiedy zachodzące słońce zapoczątkowało szabat, wszyscy internowani zostali zapędzeni do pociągów. Wpychano
193
nas i pakowano do wagonów pociągu tak ciasno, że mogliśmy tylko stać. Mężczyzn oddzielono od kobiet. Matka, Irka, Rachela i ja byłyśmy w tym samym wagonie. Kuzynki Chancia i Rywcia Ehrlich były razem w innym. W męskim wagonie było ośmiu mężczyzn z naszej rodziny: ojciec, Mojsze i Szlomo, dziadek
Nusyn, wuj Mojsze Szachter, wuj Froim Biderman i jego najmłodszy syn Szlomo,
oraz wuj Pincie Greenbaum.
Kiedy załadowano nas do wagonów, zamknięto wszystkie drzwi i okna. Tym
razem nie było żadnych fałszywych alarmów. Tym razem pociągi jechały, jechały
i jechały w kierunku cieszącego się złą sławą miejsca przeznaczenia.
194
IV
W obozach śmierci
195
196
25.
W pociągu do Auschwitz
Podróż pociągiem ze Starachowic do Auschwitz w ostatnich dniach lipca 1944
była kolejnym doświadczeniem przysparzającym cierpienia. Jak można było się
spodziewać, podczas schyłku lata było niesamowicie gorąco. Niektórzy mieli więcej szczęścia i jechali w otwartych wagonach, ale większość męczyła się w zamkniętych. Stojąc w ścisku przez długie godziny, w dusznej atmosferze lata, ludzie prawie
się dusili. Ponadto w podróży nie mieliśmy ani jedzenia, ani wody, ani ubikacji.
Nie było możliwości przebrać się, umyć, czy skorzystać z jakichkolwiek urządzeń
sanitarnych. W pewnym momencie aż jęczałam z głodu, nigdy wcześniej nie byłam
tak głodna. Nikt w pociągu nie miał jedzenia. Matka miała kostkę cukru i dała mi ją
do ssania. Ta kostka cukru musiała mi wystarczyć na całą podróż. A mając ją, o ileż
bardziej szczęśliwa byłam od pozostałych współtowarzyszy niedoli.
Każdy wagon był pilnowany przez niemieckich strażników. Za radą niektórych
starszych kobiet, kilka atrakcyjnych żydowskich dziewcząt podchodziło do młodych niemieckich żołnierzy w nadziei na pobudzenie ich męskich instynktów i błagało o przyniesienie wody lub otworzenie okna. Czasem zdarzało się, że Niemcy
rzeczywiście otwierali okna na chwilę. Niemniej podróż była traumatycznym przeżyciem. Zdarzały się strzelaniny, zwłaszcza w nocy, kiedy wielu Żydów próbowało
wyskoczyć z pociągu. Niektórym się powiodło, wielu zastrzelono. Poza tym strażnicy strzelali w powietrze, by wystraszyć potencjalnych uciekinierów.
Strach ogarniał wszystkich pasażerów, niezależnie od tego, co wybrali. Zarówno podjęcie, jak i powstrzymanie się od ucieczki było tak samo niebezpieczne.
Męczyły nas niewypowiedziane, straszne myśli: czy jeśli nie uciekniemy, zdołamy
przetrwać podróż? A jeśli przetrwamy ją, ile czasu minie zanim zostaniemy zagazowani w Auschwitz, a nasze ciała spalą w krematorium? Jak straszne jest bycie zagazowanym? Jak bardzo się cierpi przed śmiercią? Jedni zawodzili, drudzy krzyczeli,
inni zachowywali spokój, nie dopuszczając do siebie myśli, że jest to nasza ostatnia
podróż w życiu; jeszcze inni byli w stanie zachować iskierkę nadziei, że nie spotka
nas gehenna.
W naszej rodzinie nikt nie ośmielił się wypowiadać swoich myśli z obawy, że te
straszne lęki, których doświadczamy, jeszcze się pogłębią. Świadomie zachowywa197
liśmy swoje myśli dla siebie. O wiele rzeczy się obawiałam, ale nie wypowiadałam
ich, poddając się nieznanemu losowi.
Ze Starachowic do Auschwitz nie było więcej niż 120 kilometrów i nie powinniśmy jechać pociągiem dłużej niż trzy godziny. Ale nasza podróż trwała
piątek, sobotę i dopiero w niedzielę rano dojechaliśmy do strasznego miejsca
przeznaczenia.
O świcie tego nieszczęsnego niedzielnego poranka 30 lipca pociąg zatrzymał się przy obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Według żydowskiej tradycji
dziewiątego dnia hebrajskiego miesiąca Av pościło się, a był to dzień narodowej
żałoby, upamiętniającej zburzenie Świątyni w Jeruzalem najpierw przez Babilończyków w 586 przed Chrystusem, a następnie przez Rzymian w roku 70 naszej
ery. Tradycja nakazywała, że jeśli dziewiąty dzień Av wypadnie w szabat, post ma
zostać odłożony do następnego dnia po nim, żeby w szabat nie było postu ani
żałoby. Dziewiąty dzień miesiąca Av w tym roku wypadał, o ironio losu, po szabacie, który właśnie minął. Tak więc nasz pociąg wjechał do Auschwitz w niedzielę
wcześnie rano, właśnie wtedy, kiedy Żydzi z całego świata pościli, by upamiętnić
dwa najtragiczniejsze wydarzenia w żydowskiej historii. Jak zjadliwie zauważyli
pasażerowie, Żydzi z całego świata pościli i obchodzili dzień żałoby z wyboru; my
doświadczaliśmy postu i żałoby doprowadzonych do skrajności – bez wyboru.
198
26.
Spotkanie z obozem śmierci
Trzymano nas w pociągu przez dłuższy czas, może przez kilka godzin. Wyglądając przez okno pociągu zobaczyłam dużą, łukowatą, metalową bramę, nad
którą znajdował się napis „ Arbeit macht frei”, co znaczyło „Praca daje wolność”.
Kiedy tak wyglądałam, zobaczyłam grupę więźniów z ogolonymi głowami, spacerujących lub biegających. Niektórzy z nich nosili coś, co wyglądało jak pasiasty
garnitur, jak wierzchnia część garderoby, inni otulili się kocami – 30 dnia lipca.
Wyobraziłam sobie, że przywieźli nas do gigantycznego miejsca dla psychicznie
chorych. Wszystko zdawało się zdumiewające, a ja zastanawiałam się, jak straszne jest to nieznane miejsce. Bałam się, chciałam płakać i krzyczeć, ale potworna
rzeczywistość tego makabrycznego miejsca paraliżowała wszystkie te odruchy.
Ustały wszelkie szlochy i krzyki. Ludzie byli przerażeni i otrzeźwieni spokojną
rezygnacją. Wreszcie ze względnym spokojem i w zorganizowany sposób rozładowano pociągi.
To, co najbardziej uderzało, to makabryczny, niedający się znieść odór palonego ciała i widok dymiącego komina w pobliżu. Połączenie tych potwornych
realiów z muzycznym występem w tle, z węszącymi psami tu i oddziałem SS tam,
z wyglądającymi na obłąkanych więźniami z ogolonymi głowami, którzy biegali
w koło, z cynicznym napisem „Praca daje wolność” wywieszonym nad łukowatą
bramą – wszystko to ukazywało szaleństwo naszego nowego miejsca w cieszącym
się złą sławą obozie w Auschwitz.
Kiedy internowani ze Starachowic wyszli z pociągów, niektóre z kobiet dostrzegły swoich mężów, braci i innych krewnych. Niestety, nie my. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że wielu zginęło w pociągach w czasie podróży. Rachela natknęła się na przyjaciółkę ze Starachowic z obozu pracy. Powiedziała ona Racheli:
– Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale właśnie dowiedziałam się od brata, że
twój ojciec i młodszy brat nie żyją. Strasznie mi przykro.
Kiedy Rachela chciała się przekonać o prawdziwości słów przyjaciółki, ta wyjaśniła smutno, że kiedy członkowie Rady Żydowskiej weszli do pociągu w Starachowicach, więźniowie z K-L Sonderkommando, którzy przyjechali do Starachowic z obozu koncentracyjnego na Majdanku, agresywnie przepchali się do
tego samego wagonu. Ojciec, Szlomo i brat przyjaciółki Racheli również tam byli.
199
Gorąco i brak powietrza w zapchanym wagonie sprawiły, że ludzie prawie się udusili. Kiedy niektórzy z członków Rady Żydowskiej starali się poruszyć, by zmienić
niewygodną pozycję stojącą, osobnicy z K-L zaczęli drwić:
– Za kogo się uważacie, rozpychając się w ten sposób? Myślicie, że ciągle jesteście takimi samymi grubymi rybami jak w obozie? Co sprawia, że uważacie się za
kogoś lepszego od innych?
Napięcie rosło po obu stronach, aż członkowie K-L Sonderkommando zagrzmieli:
– Wy świnie, nie chcieliście dzielić się przywilejami ze wszystkimi z wyjątkiem tych, którzy chcieli i mogli uczynić was bogatymi. Pokażemy wam, jakimi
ważniakami jesteście teraz.
Wywiązała się bójka. Ojciec desperacko starał się zapobiec przemocy, ale tylko wywołał gniew tych z K-L Sonderkommando, którzy teraz zwrócili się przeciw niemu. Kiedy Szlomo ruszył, by obronić ojca, zbiry napadły i na niego. Walka
skończyła się wieloma ofiarami śmiertelnymi; wśród nich byli ojciec i Szlomo.
Ojciec miał tylko 44 lata, Szlomo 16 lat.
Zanim Rachela miała szansę pogodzić się z tymi druzgocącymi wiadomościami, zdała sobie sprawę, że wiedza o tej tragedii całkowicie załamie matkę,
szczególnie że miała ona tak mało sił, by sprostać czemukolwiek. Szybko zaczęła
szukać mnie, Irki, Chanci i Rywci, by podzielić się z nami straszną wiadomością,
zanim matka się o tym dowie. Rachela wyszeptała nam to tak, że matka niczego
nie zauważyła. Irka zasugerowała, na co wszystkie się zgodziłyśmy, że pod żadnym
pozorem matka nie powinna się dowiedzieć o tragicznej śmierci jej męża i syna
Szlomo.
W jednej chwili tłumy nowych więźniów wmaszerowały przez dużą bramę do
obozu. Grupa muzyków stojąca przy bramie grała popularną piosenkę sentymentalną „Rozamunda” i niemieckie marsze.
Zasadą było, że każdy transport nowo przybyłych do Auschwitz najpierw
przechodził „selekcję” początkową, kiedy to pozbywano się najstarszych i najmłodszych więźniów, wysyłając ich prosto do komór gazowych. Czasami nowy
transport mógł być w całości wysłany do krematorium. Kiedy my przyjechaliśmy
nie było żadnej selekcji i żadnych nowo przybyłych nie wysłano do komór gazowych. Było to dość niezwykłe i wyjątkowe wydarzenie. Wieść niosła, że władze
obozu otrzymały rozkazy, by zrezygnować z selekcji naszego transportu.
Do lata 1944 szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Związku Radzieckiego
– podczas gdy armia radziecka posuwała się w kierunku zachodnim, kampania
nazistów mająca na celu pozbycie się Żydów z Europy została wstrzymana. Jak
można sobie było wyobrazić, krematoria w Auschwitz niedzielnego poranka
30 lipca 1944 roku były załadowane do granic możliwości i nie pomieściłyby
dodatkowych ofiar. Ta okoliczność prawdopodobnie uratowała mi życie, bo
jeśli selekcja miałaby miejsce tego dnia, ja z pewnością zostałabym skazana na
zagładę.
Zamiast ustawić się do selekcji, maszerowaliśmy i maszerowaliśmy około
trzy kilometry, aż dotarliśmy do Birkenau – obozu przylegającego do Auschwitz,
o którym więźniowie mówili jako o części Auschwitz; przypuszczalnie dlatego, że
200
w zamierzeniu powstał jako przedłużenie Auschwitz. Tam zaprowadzono nas bezpośrednio do baraków i wepchnięto do ogromnego pomieszczenia. W pomieszczeniu kazano nam się rozebrać do naga i zostawić wszystkie ubrania, kosztowności
i buty. Staliśmy nago, przerażeni z zakłopotania i strachu przed nieznanym, zasłanialiśmy się rękami i zbliżaliśmy się do siebie, podczas gdy naziści biegali pośród
całego tego zamieszania. Podczas gdy naziści szukali złota i innych kosztowności,
wszystkie ubrania i buty zostały zebrane i rzucone na dwie ogromne sterty. Kozaki zabrano nam, zanim załadowano nas do pociągu w Starachowicach, ale nasza
rodzina przyjechała do Auschwitz z pieniędzmi, które mieliśmy ukryte w butach
i paskach. Teraz zabrano nam i to. Usiłowaliśmy zabrać je ze sterty, ale na próżno.
Straciliśmy nasze pieniądze.
Następnie przepychano nas do przylegającego pomieszczenia, gdzie kazano
nam wziąć prysznic i poddano dezynfekcji. Jeszcze w Starachowicach dowiedzieliśmy się, że zagazowywano ludzi w komorach podobnych do tych z prysznicami,
więc byliśmy pewni, że urządzenia do dezynfekcji są komorami gazowymi, w których się udusimy. Ku naszemu zdziwieniu nie zostaliśmy zagazowani, ale naprawdę poddani dezynfekcji. Następnie naziści przeprowadzili inspekcję, sprawdzając
stan naszej czystości. Oczywiście, po prawie trzydniowej podróży pociągiem wiele
kobiet miało wszy we włosach. Ogolono im głowy na łyso. Z naszej najbliższej rodziny tylko Rachela nie została ogolona. Następnie wszystkim wydano niedopasowane więzienne ubrania i drewniane buty. Wkrótce przydzielono nam pasiaki,
które widzieliśmy na innych więźniach, kiedy przybyliśmy do obozu. Widocznie
nie było wystarczającej ilości tych strojów, żeby ubrać tysiące więźniów przebywających w tym czasie w Auschwitz. Mówiło się, że ubrania i buty, które nam wydano,
wcześniej nosili ci, których zagazowano. Wieść niosła, że Żydzi, którzy pracowali
w krematoriach znajdowali czasami ubrania należące do ich ukochanych, którzy
ponieśli śmierć i że następnie ci pracownicy też byli zabijani, a ich miejsce zajmowali nowi.
Patrzyliśmy się na siebie. W naszych nowych „ubraniach” i z ogolonymi głowami ledwie się poznawaliśmy. Gdyby okoliczności, w jakich znaleźliśmy się, nie były
tak makabryczne i groteskowe, może byśmy się śmiali ze swego wyglądu. Ale nasza
sytuacja była naprawdę tragiczna. Zanim zdołaliśmy się zastanowić nad naszym
ciężkim losem, kazano nam ustawić się w kolejce jeszcze raz i przejść do jeszcze
jednego pomieszczenia, do rejestracji. Przed wyjściem nadano nam numery identyfikacyjne.
W sąsiednim pomieszczeniu wytatuowano każdemu więźniowi numery identyfikacyjne na lewym ramieniu. Kiedy przyszła moja kolej na zrobienie tatuażu i zobaczyłam ostre narzędzie z krótką igłą, którego używano do tej operacji, zaczęłam
histerycznie krzyczeć. Kuzynka Rywcia, widząc jak bardzo się boję, podeszła do
mnie i zapewniła, że to nie boli. Trzymała mnie za rękę, więc trochę się uspokoiłam
widząc, że jej już zrobiono tatuaż i słysząc jej uspokajający głos. Zrobiono mi tatuaż
w kolorze niebieskim, w dolnej części przedramienia, z numerem A14313. Strach
wyczekiwania okazał się być dużo większy niż faktycznie doznany, lekki ból.
Dezynfekcja, golenie głów, przydzielanie ubrań, rejestracja i tatuowanie trwały
cały dzień. Dopiero gdy słońce zaczęło zachodzić zaprowadzono nas do baraków.
201
27.
Organizacja do zabijania
Auschwitz-Birkenau był gigantycznym kompleksem, składającym się z trzech
ogromnych obozów: A, B i C. Każdy z nich otoczony był ogrodzeniem z drutu
kolczastego pod napięciem, który oddzielał od siebie obozy. Cały obszar otoczony był wewnętrznym łańcuchem budek wartowniczych, umieszczonych dookoła.
W odległości około dwóch kilometrów poza pierścieniem składającym się z wewnętrznego łańcucha był drugi, zewnętrzny łańcuch budek wartowniczych, które
otaczały cały kompleks.
Na dwukilometrowym obszarze, oddzielającym wewnętrzny i zewnętrzny
pierścień budek strażniczych, znajdowały się wysokie na pięć metrów wieże strażnicze. Te wieże wyposażone były w karabiny maszynowe i światła szperacze, pełniono na nich wartę w nocy. Było praktycznie niemożliwe, żeby więzień uciekł
z obozu. Więźniom nie wolno było przechodzić z jednego obozu do drugiego,
ale niektóre osoby mogły czasami przechodzić przez bramę i wchodzić do innego
obozu, gdy poinformowały strażnika o tym, dokąd idą.
Z trzech obozów, obóz A składał się wyłącznie z pracowników, podczas gdy
obóz B miał bardziej przejściowy charakter: nie wszyscy mieszkający w nim więźniowie pracowali. Obóz C uważany był za najgorszy, ponieważ przebywający
w nim byli pierwszymi w kolejności do komór gazowych. Każdy obóz składał się
z 50-60 drewnianych bud, w których spali więźniowie, zwanych blokami albo barakami. Pozostałe baraki służyły do innych celów. Na przykład kompleks ośmiu
takich bud to była izba chorych i klinika. Jeszcze inny stanowiły baraki, w których
więźniowie z chorobami zakaźnymi przechodzili kwarantannę. Kolejne przeznaczone były dla rekonwalescentów. Jedna buda z prysznicami i latrynami służyła
ludziom z 6-8 baraków.
Baraki składały się z dużego pomieszczenia: 30 metrów długości i 9 metrów
szerokości. Nie miały sufitów i widać było ze środka dwuspadowy dach. Trzy poziomy desek przymocowane były do ścian, tworząc w ten sposób piętrowe łóżka.
Na pryczach leżały cienkie worki wypełnione słomą i dwa koce oraz pochyłe deski przymocowane do ścian, które służyły za poduszki. Prycze były zbyt wąskie,
żeby więźniowie mogli się na nich w pełni wyciągnąć, i za niskie, żeby siąść w po202
zycji wyprostowanej. Na dodatek korytarze były bardzo wąskie, więc przy 250
więźniach w każdym baraku sypialnie były strasznie zatłoczone.
Każdy barak nadzorowany był przez hierarchię, składającą się z mianowanych
nadzorców. Najwyższym rangą nadzorcą w kompleksie baraków był blokowy.
Podlegał mu sekretarz.
Chociaż Auschwitz był przede wszystkim obozem śmierci dla Żydów, przetrzymywano w nim również więźniów politycznych, kryminalistów, prostytutki,
homoseksualistów i innych. Więźniom tym wydawano większe porcje jedzenia
i pracowali w lepszych warunkach niż żydowscy więźniowie. Co więcej, były też
grupy, które traktowano w sposób cywilizowany i przyznawano im przywileje
niedostępne innym. Więźniowie z Belgii i Holandii, na przykład, traktowani byli
z prawdziwą rozwagą i dostawali wygodne baraki oraz łóżka, żeby naziści mogli zaprezentować je Międzynarodowemu Czerwonemu Krzyżowi jako typowe
przykłady humanitarnego traktowania więźniów politycznych przez Niemców.
Robiono tak, usiłując widocznie zadać kłam doniesieniom, które przedostawały
się do opinii publicznej, dotyczącym barbarzyńskich metod, jakie naziści stosowali wobec więźniów politycznych, a szczególnie Żydów.
Mówiło się też, że pracownicy w fabryce I.G. Farben produkującej farby i chemikalia mieszkali w czystych, wygodnych barakach, z prawdziwymi łóżkami, kocami i poduszkami. Podobnie członkowie zespołu muzycznego, którzy mieszkali
przy bramie wejściowej, byli dobrze żywieni i ubrani w ładne mundury. Mówiło
się, że muzyków dobierano spośród wszystkich więźniów, włącznie z Żydami.
Podstawowymi zadaniami zespołu było granie podczas przyjmowania każdego
nowego transportu ofiar przybywających do Auschwitz i akompaniowanie codziennym przemarszom więźniów do i z pracy. Poza tymi rutynowymi zajęciami,
zespół grał, żeby zabawić nazistowskie dowództwo.
Podstawowym zadaniem obozu była oczywiście masowa eksterminacja Żydów w możliwie najbardziej sprawny sposób. Aby osiągnąć ten makabryczny cel
zbudowano w obozie cztery krematoria, dwa duże i dwa małe. Wszystkie cztery pracowały na pełnych obrotach, czasami dniami i nocami bez przerwy, i były
otoczone nazistowskimi żołnierzami uzbrojonymi w karabiny maszynowe, z psami u nogi. Oba duże krematoria posiadały ogromne kominy, które wznosiły się
z kotłowni, a nad nimi unosiły się wysokie słupy ognia. Dwa mniejsze krematoria
pracowały z połową wydajności tych większych. Widok płomieni, jak również
mocny, przenikający wszystko odór ciągle przypominały o ponurym i najważniejszym celu obozu. W cynicznym kontraście do tych ohydnych, bezprawnych
rzeczy, w Auschwitz dotrzymywano procedur czystości i skrupulatnie pilnowano
porządku dnia. W barakach wymagano drobiazgowej schludności. Na przykład
pewnego ranka obudzono więźniów o świcie i natychmiast zażądano, żeby składali swoje koce idealnie płasko i równo na swych skrzynkach-poduszkach. Wymagano też, żeby więźniowie czyścili swoje buty smarem do maszyn i usuwali
plamy błota z ubrań. Więzień, który nie spełniał wysokich standardów dyscypliny
i porządku, był dotkliwie bity. Raz w tygodniu więźniowie musieli brać prysznic,
203
bez względu na pogodę, zimą czy latem, a od czasu do czasu musieli przechodzić
odwszawianie, które było integralną częścią reżimu w Auschwitz.
Pomimo wszystkich niekonsekwencji i sprzeczności, ponura egzystencja
w Auschwitz zdeterminowana była faktem, że w obozie przeprowadzano regularnie selekcje. Główny lekarz obozu rozkazywał wszystkim więźniom z jednego
albo więcej baraków, żeby przemaszerowali do dużych pomieszczeń barakowych
i by stali na baczność. Następnie przypatrywał im się i badał ich, żeby sprawdzić,
jaki jest stan ich zdrowia. Mógł rozkazywać jednemu po drugim, żeby truchtali
przed nim w rytm jego regularnych uderzeń. Następnie wskazywał albo na prawo
tym, którym pozwalał pozostać w grupie, albo na lewo tym, których przeznaczył
do wydalenia. Zazwyczaj wyszukiwał tych, którzy wyglądali na młodych i chorych, bądź tych, którzy byli starzy. Jeśli pechowi wybrańcy zostali wyciągnięci,
nigdy nie wracali. Powszechnie było wiadomym, że umieszczano ich w komorach
z urządzeniami podobnymi do pryszniców, w których ginęli przez uduszenie,
a logika podpowiadała, że ciągle płonący ogień krematoriów spalał ich ciała na
popiół.
Liczba więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz szybko się zmniejszała,
ale nie tylko z powodu selekcji. Rutyna koszarowej egzystencji sama w sobie miała na celu dziesiątkowanie i unicestwianie ludzi w coraz szybszym tempie.
204
28.
Przystosowanie do „życia” w obozie
Po zakończeniu całodniowej procedury dezynfekcji, golenia głów, wydawania ubrań, rejestracji i tatuowania, skierowano nas do baraków w Birkenau – obóz
B-2-b. Chociaż kuzynki Chancia i Rywcia były w tym samym baraku co my, nie
zostały umieszczone w sąsiedztwie matki, Irki, Racheli i mnie. W czasie rejestracji
one, nosząc nazwisko Ehrlich, zostały umieszczone na liście pod literą E, zaś my,
nosząc nazwisko Szachter, pod S. Inni ludzie celowo podawali fałszywe nazwiska,
by pozostać razem ze swoimi rodzinami lub przyjaciółmi, ale żadna z nas o tym nie
pomyślała, a teraz było już za późno. Widywałyśmy się jednak przez cały czas.
Blokowa – najstarszy rangą nadzorca naszych baraków – była niską, grubą
i młodą Czeszką o ładnej twarzy. Była tak podła, jak ładna. Jej zadanie polegało
na nadzorowaniu więźniów oraz codziennych czynności i wyglądu baraku. Szczegóły dotyczące wykonywania tych obowiązków nadzorowały w poszczególnych
barakach niższe rangą funkcyjne więźniarki zwane Schreiberin i Stubenalteste lub
Stube.
Nasza blokowa była zawsze elegancko ubrana, nosiła dobrej jakości swetry
i ubrania. Pracowała ciężko, na ile jej małe, grube ciało pozwalało, żeby zadowolić
swoich nazistowskich przełożonych. Zazwyczaj siedziała z krótkim biczem w ręku.
Rządziła twardą ręką, rozkazując podwładnym bić więźniów, jeśli nie wykonali rozkazu co do najdrobniejszego szczegółu. Zachowywała się podle i krzyczała,
żeby pokazać swoją władzę, szczególnie jeśli przełożeni byli w pobliżu.
Schreiberin w baraku była, w przeciwieństwie do blokowej, ogólnie w porządku, ale Stube okazała się nikczemną, brutalną kobietą bez skrupułów. Starsza i zdecydowanie podlejsza niż jej przełożona, bezpośrednia zarządczyni naszego baraku
była o wiele bardziej nieczuła i szorstka. Ostentacyjnie nosiła kurtki ze strusimi
piórami w wymyślnych kolorach, żółtym lub różowym, albo białe swetry i eleganckie ubrania zabrane więźniom, które dostawała od nazistów. Generalnie sprawiała
wrażenie dziwki. Co więcej, jej bardzo eleganckie stroje kontrastowały tak dramatycznie z nędznymi, poszarpanymi ubraniami tysięcy więźniów, że dziwiłyśmy się,
jak ohydnym może się stać człowiek. Wykazując zupełny brak współczucia, obnosiła się ze swoją władzą żądając, by szybko i precyzyjnie, z irracjonalną dokładno205
ścią wykonywać jej rutynowe rozkazy. Nie miała najmniejszych oporów przed
używaniem bicza i sama wymierzała karę za najmniejsze przewinienie.
Dzień zaczynał się o świcie. Na dźwięk porannej pobudki zapalały się światła
i wszyscy więźniowie zaczynali się gorączkowo krzątać: wytrzepywali koce, ścielili łóżka, czyścili buty, szybko się ubierali, biegali na wpół ubrani do latryny i do
umywalni. Stubenalteste znajdowała się w środku tego rejwachu, krzycząc i bijąc
ludzi, pospieszając ich do wyjścia i powrotu o wiele szybszego niż było to konieczne. Nie było niczym niezwykłym, że nagle uderzała albo kopała więźniarki
i krzyczała za to, że nie pościeliły łóżek perfekcyjnie. Cały barak zmuszany był do
gorączkowej bieganiny, żeby wrócić na czas, otrzymać pajdę ciemnego chleba
i trochę okropnego ciemnego płynu przypominającego kawę.
Natychmiast po tych wstępnych rytuałach miał miejsce poranny apel. Kolumny więźniów w pośpiechu wychodziły przed baraki na ogromny plac apelowy, który znajdował się w środku obozu. Tam ustawialiśmy się szybko w rzędy piątkami
na budzący postrach apel, który odbywał się dwa razy dziennie, rano i wieczorem,
bez względu na ekstremalne warunki pogodowe: upał, deszcz, śnieg, mróz czy
burzę. Kiedy zabrzmiał gwizdek, Stubenalteste natychmiast zaczynały się uwijać: liczyły, gadały, biegały dookoła, jednych biły za to, że się poruszają zbyt wolno, na innych krzyczały i wrzeszczały, żeby zrobić wrażenie na władzach obozowych, jeszcze innych zmuszały, by stali w pozycji wyprostowanej bądź wyrównali
w rzędzie.
Jeśli po przeliczeniu liczba więźniów się zgadzała, rozpuszczano całe zgromadzenie. Jeśli jednak brakowało choć jednej osoby gdziekolwiek w całym obozowym kompleksie, wszyscy musieli stać i czekać – bez końca. Więźniów trzymano
całymi godzinami, dopóki rachunki się nie zgodziły. Ludzie byli przerażeni, jeśli
zdarzała się jakakolwiek rozbieżność, ponieważ władze obozu z pogardą ignorowały niedogodności i cierpienia stojących na placu. Pewnego dnia apel trwał do
południa, aż wreszcie rachunki się zgodziły. Wtedy nikogo przykładnie nie ukarano. Jednakże kiedy indziej kobieta, która uciekła z obozu i została złapana, była
publicznie torturowana na oczach wszystkich więźniów, którzy stali bez słowa na
baczność, zmuszeni do patrzenia na jej cierpienie.
Całą procedurę apelu dało się wytrzymać przy dobrej pogodzie. Zimą jednak
ranki były ciemne, ponure i strasznie zimne, szczególnie gdy padał deszcz lub
śnieg. Kiedy Stubenaltesten byli zajęci przeliczaniem i podliczaniem więźniów,
mieli ciepłe swetry, niektóre wykonane z dobrych materiałów. Nieszczęśni więźniowie, w zupełnym przeciwieństwie, nie mieli na sobie ciepłej odzieży tylko
letnie łachy. Niektórzy nie mieli butów, albo mieli tylko jeden. Pewnego razu
Irka musiała stać w kałuży w jednym bucie, który oczywiście całkiem przemókł
od lodowatej wody. Więźniowie, którzy byli ubrani w dziwnie wyglądające pasiaste stroje, mieli więcej szczęścia niż pozostali, ponieważ były one dość ciepłe.
Ale dla większości jedynym źródłem ciepła były ich ciała, więc więźniowie przybliżali się do siebie, podczas gdy ich zęby szczękały w niekontrolowany sposób
na mrozie.
206
Po zakończeniu porannego apelu więźniów rozpuszczano. Pracownicy maszerowali w grupach do pracy, a niepracujących popychano, policzkowano i zapędzano do baraków. Ja z matką nigdy nie poszłyśmy do pracy, po prostu siedziałyśmy
w baraku. Jednakże Irkę, Rachelę, Chancię i Rywcię przydzielono do pracy poza
obozem.
Pewnego razu pani Polska, która była Stubenalteste w pobliskim baraku, i jej
pomocnica, młoda kobieta o imieniu Lidia, przyszły do nas, żeby znaleźć kilka
dziewcząt do pomocy w swoim baraku. Pani Polska wybrała Irkę i Rachelę, następnie poprosiła i otrzymała pozwolenie od naszej Stubenalteste, żeby zabrać je na
cały dzień. Pani Polska była wyjątkowa, bowiem starała się pomagać więźniom ze
swojego baraku. Pilnowała, żeby w barakach było czysto i by łóżka były schludnie
pościelone, gdy więźniowie jej podlegli byli w pracy. W ten sposób oszczędzała
im gorączkowego pośpiechu, do którego zmuszani byli inni więźniowie. Zarówno
koce, jak i rzeczy osobiste należące do więźniów umieszczane były pod deskamipoduszkami i pilnowane. Pani Polska korzystała z pomocy Irki i Racheli kilka razy
i za każdym razem dawała im dodatkowe jedzenie i ubranie za pracę. Ona okazała
się naprawdę dobrym człowiekiem.
Niestety, Stubenaltesten uprzejme i przyzwoite jak pani Polska były rzadkością w Auschwitz. Przeciętne warunki pracy wyglądały zupełnie inaczej. Zazwyczaj więźniów ustawiano w rzędach po pięciu i maszerowali z placu apelowego do
pracy, czasami w rytm muzyki granej przez zespół stacjonujący za bramą obozową. Podczas gdy więźniowie maszerowali, naziści z owczarkami niemieckimi i dobermanami chodzili wzdłuż całej kolumny, żeby ich pilnować. Jeśli więzień przez
przypadek pomylił krok albo był zbyt zmęczony, aby wytrzymać tempo marszu,
uderzali go kolbą karabinu lub zabijali. Jeśli nazista był bardziej łagodny, szydził
i wpychał pechowca do szeregu.
Praca w Auschwitz polegała głównie na tym, żeby zmęczyć więźniów. Przez
dwa dni pracownikom kazano nosić cegły i kamienie z jednego miejsca w inne.
Przez następnych kilka dni kazano im odnosić je z powrotem. Innymi razy wydawano więźniom łopaty i kazano kopać rowy w ramach „regulacji rzeki”. Nigdy nie
mieliśmy pewności, czy takie plany naprawdę miały miejsce, ponieważ wiele nazistowskich planów było zupełnie niezrozumiałych. Kiedy indziej naprawdę coś budowano – budynki przeznaczone do tego, żeby usprawnić tę gigantyczną fabrykę
śmierci, baraki, albo drogi prowadzące z baraków do komór gazowych i krematoriów. Zmuszano więźniów do pracy od świtu do zmierzchu, z jedną przerwą na południowy posiłek, który składał się z wodnistej zupy. Czasami można było znaleźć
kawałek słoniny w swojej porcji, innym razem kawałki brukwi lub ziemniaków.
Więźniowie byli cały czas pilnowani podczas pracy przez nazistów, ich żydowskie marionetki kapo i ich ogromne, zaciekłe psy. Jeśli ktoś zwolnił tempo pracy,
kapo biciem doprowadzał go do właściwego tempa. Można było trochę odpocząć,
kiedy naziści i kapo sami szli na przerwę, zwłaszcza w zimie, kiedy chodzili zagrzać
się do baraków. W takich przypadkach, i tylko wtedy, ludzie mogli trochę odetchnąć i odpocząć.
207
Wieczorem, kiedy słońce zaczynało zachodzić, a długi dzień pracy się kończył, pracownicy wreszcie ustawiali się w pośpiechu do latryn. W drodze powrotnej do obozu znów maszerowali pięciu ramię przy ramieniu, pod przerażającym
nadzorem nazistów, kapo i psów. Następnie więźniowie spieszyli do kolejki po
wieczorny posiłek, który zazwyczaj był jeszcze jedną porcją zupy. Te dwie porcje
zupy uzupełniane były tylko jedną pajdą ciemnego chleba, którą dawano rano.
Niedługo potem rozlegał się gwizd, wzywający na wieczorny apel. Kiedy liczba
więźniów się zgadzała i zgromadzenie rozpuszczono, pracujący więźniowie wracali do baraków i padali ze zmęczenia na łóżka.
Aby oddać w nocy mocz, musieliśmy wychodzić z baraków i iść do latryny.
Widok wielkich słupów ognia wydobywających się z ogromnych kominów krematoriów widocznych stamtąd budził grozę. W jakiś sposób czarne tło nieba powodowało, że jasne płomienie migotały bardziej dramatycznie w nocy, gdy ogień
podsycany ludzkim ciałem wspinał się do nieba.
Nie ma się co dziwić, że kiedy ludzie pracowali do 12 godzin dziennie przy
tak niewielkich racjach żywnościowych, musieli często chodzić do ubikacji, ciągle
byli głodni i tracili na wadze. Nic dziwnego, że większość nie była w stanie przetrwać męki dłużej niż 10 tygodni. Ludzie słabli i chorowali. Chorych, umierających i zmarłych można było codziennie znaleźć w barakach i przy drogach.
Z pewnością w izbie chorych przychodni znajdowało się przynajmniej 10 procent populacji całego obozu. Czasem zdarzało się nawet kogoś wyleczyć, jednak
w większości przypadków izba chorych była niczym innym, jak przystankiem na
drodze do komory gazowej. Było to pierwsze miejsce, gdzie główny lekarz obozu
szedł dokonać selekcji.
Oprócz wycieńczenia spowodowanego warunkami życia oraz selekcji, które
przerzedzały szeregi więźniów, wielu leżało na ziemi, zastrzelonych i zbroczonych
krwią, za kradzież dodatkowej odrobiny jedzenia lub za niewykonywanie poleceń
z właściwą precyzją, zgodnie ze standardami hitlerowskiej dyscypliny. Więźniom
kazano podnosić ciała zmarłych, ładować je na wozy i odwozić do krematoriów.
Z powodu selekcji z jednej strony i wyniszczeń spowodowanych chorobami
i częstymi strzelaninami z drugiej, w obozie było coraz mniej ludzi starych i bardzo młodych. Auschwitz było gigantycznym ludobójczym ośrodkiem śmierci,
o jakim nigdy nie słyszano ani nie śniono przez stulecia historii ludzkości. Było
kombinacją technologii, siły i porządku, a jego celem było to, co zaistnieć mogło
tylko w koszmarze, tylko w podświadomości chorego umysłu.
208
29.
Ostatnia złota moneta
Kilka tygodni po naszym przyjeździe do Auschwitz staliśmy na porannym
apelu, kiedy w pewnej odległości ujrzeliśmy grupę maszerujących młodych mężczyzn w więziennych strojach. Rachela była pewna, że zobaczyła pośród nich naszego starszego brata Mojsze. W rzędzie przed nami przyjaciółka szturchnęła Irkę
i wyszeptała:
– Widziałaś grupę mężczyzn, którzy przed chwilą maszerowali? Oni są ze Starachowic i jestem pewna, że widziałam twojego starszego brata pośród nich.
Zaraz po apelu Irka i Rachela z podnieceniem wymieniły się informacjami
i zdecydowały podążyć dokładnie w tym samym kierunku, co maszerujący mężczyźni. Ich determinacja, by zlokalizować mężczyzn była zdecydowanie ryzykownym przedsięwzięciem. Musiały przejść przez bramę prowadzącą z naszego
obozu B do obozu A. Bramy strzegły młode strażniczki, które nosiły mundury
i specjalne czapki. Na szczęście bramy były otwarte, a dziewczyny pozwoliły
Irce i Racheli przejść. Najwidoczniej można było, przynajmniej raz na jakiś czas,
przejść z jednego obozu do drugiego w obrębie kompleksu Birkenau. Na pewno
Irce i Racheli groziło to, że zostaną pobite, wysłane do obozu dla prostytutek,
a nawet zastrzelone. Szły przez obóz A, zbliżając się do mężczyzn pracujących na
tym terenie. Kiedy pojawiły się tam, nazistowska kobieta zobaczyła je i rzuciła:
– Spójrzcie na te dwie dziwki biegnące poflirtować z chłopcami.
Na szczęście nazistka znowu zajęła się swoimi sprawami. Kiedy się odwróciła,
dziewczyny pobiegły, aż dotarły wreszcie do miejsca, gdzie zobaczyły mężczyzn
zajętych kopaniem. Zobaczyły pośród nich Mojsze i kilka razy bezskutecznie próbowały zwrócić jego uwagę, żywo gestykulując rękami i wzywając go stłumionym
wołaniem:
– Mojsze, Mojsze!
Kiedy wreszcie je spostrzegł, Rachela pokazała mu, że obie z Irką idą do pobliskiej latryny. Następnie kiedy one weszły do kobiecej części, on wszedł do męskiej. Byli w stanie porozumieć się przez szczelinę w ścianie. W czasie ich krótkiej
rozmowy Mojsze – nie wiedząc, że dziewczęta słyszały już, że ojciec i Szlomo nie
żyją – łamiącym się głosem powiedział, że rzeczywiście zginęli oni w pociągu,
209
w drodze ze Starachowic do Auschwitz. Irka i Rachela oznajmiły, że dowiedziały
się o tej strasznej wiadomości już wcześniej. Wtedy Mojsze wsunął złotą monetę
przez szczelinę w ścianie i wyjaśnił, że jest to ostatnia i jedyna moneta, którą ocalił
i chciałby, żeby dziewczyny ją wzięły. One argumentowały:
– Nie, Mojsze, zatrzymaj ją. Bardziej przyda się tobie niż nam. Może będziesz
mógł zamienić ją na jedzenie.
Pozostał jednak nieugięty i ze łzami w oczach nalegał, aby dziewczyny ją wzięły, więc Rachela ją wzięła i ukryła na piersi.
Jako że niebezpiecznie było rozmawiać przez dłuższy czas, Rachela wyszła zobaczyć, czy jacyś naziści lub kapo są w pobliżu. Nie było nikogo, ale dziewczyny
zdecydowały, że mądrzej będzie nie kusić losu. Rachela pobiegła, ale Irka, która nie chciała wychodzić tak szybko, została jeszcze kilka chwil. Kiedy wreszcie
wyszła, natknęła się na nazistkę, która ciągle gromiła ją za to, że przyszła poflirtować z chłopcami. Potem rozkazała jej klęknąć na kamieniach, co było bardzo
bolesną karą.
Kiedy inna sprawa odwróciła uwagę nazistowskiej kobiety, Irka uciekła. Biegła
ratując swoje życie i udało jej się to. Dołączyła do Racheli blisko naszych baraków. Przed wejściem do baraków kolejny raz zgodnie stwierdziły, że pod żadnym
pozorem nie można powiedzieć matce, czy komukolwiek innemu, o tragicznych
losach ojca i Szlomo. W naszym baraku podeszły do mnie i matki i powiedziały
o spotkaniu z Mojsze oraz o tym, jak nalegał, by wzięły ostatnią złotą monetę.
Następnie Rachela ostrożnie wyjęła monetę zza pazuchy i podała matce.
210
30.
Choroba znaczy śmierć
Kilka tygodni po naszym przyjeździe do Auschwitz, dwoje przyjaciół powiedziało nam, że dowiedzieli się od kilku mężczyzn ze Starachowic, iż wuj Mojsze
zachorował oraz że on i dziadek Nusyn zostali wskazani w czasie selekcji. Tę
straszną wiadomość powiedziano Irce i Racheli, które kolejny raz postanowiły nie
mówić o niczym matce. Mnie również trzymały z dala od tej nowiny z obawy, że
mogę zrobić coś, co sprawi, że matka wszystkiego się domyśli.
We wrześniu kuzynka Rywcia miała ropień w kolanie i nie mogła chodzić. Na
początku wydawało się to być lekką infekcją. Rywcia ukrywała to tak długo, jak to
było możliwe, w nadziei, że uniknie wysłania do izby chorych – zwykle najbardziej
niebezpiecznego miejsca w Auschwitz. Powszechnie wiedziano, że główny lekarz
obozowy, Josef Mengele, przychodził tam regularnie dokonywać swoich selekcji.
Nazywany przez więźniów „aniołem śmierci”, robił rundy ciężarówką, na której
wybrani jechali prosto do komór gazowych. Ropień Rywci tak się jednak rozwinął,
że nie mogła się poruszać i pomimo straszliwych perspektyw musiała być hospitalizowana. Nasza blokowa zachowała się po ludzku i sama odprowadziła Rywcię
do izby chorych, gdzie troskliwie oddała ją w ręce doktora. Lekarzem była doktor
Lubow, Rosjanka, również więźniarka. Zdecydowała, że ropień wymaga operacji.
Idąc za doktor Lubow do sali operacyjnej Rywcia dostała koszulę nocną, zamiast
szpitalnej, którą normalnie dostawali żydowscy pacjenci. Oddział żydowski był
przepełniony i umieszczono ją na niemieckim. Tutaj pielęgniarką Rywci była polska zakonnica, która zajmowała się nią w szczególny sposób, prawdopodobnie
dlatego, że Rywcia była mała i młoda. Zakonnica, która bardzo współczuła Rywci, zdawała się ciągle płakać i rozmawiała z Rywcią po polsku. Dzień po operacji
Rywci w izbie chorych zrobiono selekcję. Podczas selekcji pacjenci stali na środku
pokoju rozebrani i bez asysty, tak by doktor Mengele mógł ich obserwować i osądzać, kto wygląda na najbardziej niesprawnego fizycznie i tym samym najbardziej
nadaje się, by skazać go na śmierć w komorze gazowej. Było oczywiście niemożliwe, by Rywcia stała bez asysty tego dnia, ale ona kategorycznie odmówiła pomocy lub zaniesienia jej do pomieszczenia, gdzie dokonywano selekcji, w obawie, że
wtedy na pewno zostanie wybrana. Jak tylko doktor Mengele przestąpił szpitalne
211
drzwi, rozglądając się we wszystkich kierunkach, dostrzegł, że Rywcia leży przykryta kocem. Zatrzymał się i zaczął krzyczeć z rosnącą wściekłością:
– Kim jest ta dziewczyna? Dlaczego nie wstała do selekcji? Kto jest odpowiedzialny za nieprzestrzeganie rozkazów podczas selekcji?
Podczas swojej tyrady przeglądał kartę informacyjną Rywci, by dowiedzieć się
jak ciężko jest chora. Jeśli tylko zobaczył gruby plik kart, oznaczający długą chorobę lub wywnioskował z karty, że pacjent jest poważnie chory, trafiał on do komory
gazowej. Kiedy czytał kartę Rywci, doktor Lubow i polska zakonnica-pielęgniarka
podeszły do Mengele i usilnie tłumaczyły, że jest to pierwszy dzień po operacji kolana, ale Rywcia jest młoda i w doskonałej formie, na pewno w niedługim czasie stanie
na nogi. „Anioł śmierci” wydawał się przekonany. Odwiesił na łóżko kartę i odszedł,
a Rywcia przeżyła. Unieruchomiona na kilka tygodni, pozostała w izbie chorych
dwa pełne miesiące, podczas których odbyły się jeszcze dwie selekcje. Była podczas
nich wystarczająco zdrowa, by uniknąć śmierci.
W tym czasie ja również zachorowałam: złapałam infekcję i miałam wysoką gorączkę. Ja również drżałam przed pójściem do izby chorych. Byłam jednak tak chora, że nie miałam wyjścia. Najpierw zabrano mnie do rejestracji, gdzie przechodziło
się wstępne badania, by przekonać się, czy w ogóle leczenie szpitalne jest potrzebne.
Moja wysoka gorączka oczywiście dowiodła, że naprawdę byłam chora i z miejsca
zostałam umieszczona w szpitalu. Dostawałam różne zastrzyki, a pielęgniarka często przychodziła zmierzyć mi gorączkę, która nie ustępowała. Byłam tak chora, że
nie mogłam jeść ani pić. Przynoszono mi biały chleb i kawę, ale nie byłam w stanie
nic przełknąć. Chowałam chleb pod poduszkę w nadziei, że przyjdzie chwila, gdy
poczuję się lepiej.
Przez kilka dni nie było poprawy i władze szpitala zdecydowały, że powinnam
zostać przeniesiona na inny oddział. Obawiałam się, że teraz będę na jednym z tych
oddziałów, gdzie pojawiał się „anioł śmierci” i rutynowo dokonywał selekcji. Zdawałam sobie również sprawę, że jeśli moja gorączka nie spadnie, kiedy on przyjdzie
na następną selekcję, z pewnością wyśle mnie prosto do komory gazowej. Jednakże
tak się rozchorowałam, że wszystkie problemy odeszły. Lekarstwa i osłabienie spowodowały, że głęboko zasnęłam i obudziłam się dopiero następnego ranka. Tego
ranka poczułam się lepiej, o wiele lepiej. Najwidoczniej kryzys minął. Byłam bardzo
spragniona. Podniosłam się na łóżku i bardzo chciałam, by podano mi trochę kawy.
Byłam też bardzo głodna i powiadomiłam o tym doglądającą mnie pielęgniarkę.
Wkrótce dowiedziałam się, że mają mnie odesłać na oddział, z którego mnie przeniesiono poprzedniego dnia. Byłam bardzo zadowolona. Pamiętałam, że schowałam tam trochę chleba pod poduszką. Nie mogłam się doczekać powrotu. Jak tylko
wróciłam na moje dawne łóżko, włożyłam rękę pod poduszkę, ale tu, ku mojemu
przerażeniu, chleba nie było. Prawdopodobnie ktoś go ukradł. Wkrótce jednak
przyniesiono mi znów biały chleb i kawę, które bardzo mi smakowały i natychmiast
wszystko zjadłam.
W ciągu kilku dni zupełnie wyzdrowiałam. Chociaż był późny październik i temperatura spadła poniżej zera, zabrano mnie pod prysznic. Po prysznicu wydano mi
212
ubranie, ale wciąż było mi zimno. Przeniesiono mnie do baraku, w którym przechodziło się kwarantannę. Był to bardzo ładny barak, nawet luksusowy jak na Auschwitz, z prawdziwymi poduszkami i pościelą. Jednak czułam się samotna. Byłam tu odseparowana od matki, sióstr i kuzynek, nikogo nie znałam. Poprosiłam,
żeby pozwolono mi wrócić do rodziny. Miałam nadzieję i modliłam się szczególnie o to, aby być z matką. Dwa dni później odesłano mnie do baraku. Znów byłam
z matką, Irką i Rachelą.
Matka powiedziała mi, że miała niezwykły sen. Śniło jej się, że miała czarny
szal, który wpadł do strumienia. Usiłowała gonić go i złapać, ale wydawał się odpływać spoza jej zasięgu, ciągle się jej wymykał i nie mogła go pochwycić. Odpływał coraz dalej i dalej, i już nie można go było odzyskać. Była teraz pewna, że jej
ojciec, nasz dziadek Nusyn, został wskazany podczas selekcji i wysłany do krematorium. Irka i Rachela usiłowały przekonać matkę, że jej sen niczego nie dowodzi,
choć one oczywiście wiedziały, że dziadek Nusyn został posłany do komory gazowej kilka tygodni wcześniej.
Wkrótce potem matka dowiedziała się od przyjaciół, że jej ojciec już nie żyje.
Wiadomość ta wcale jej nie zdziwiła. Unikała rozmów na ten temat, usiłując widocznie chronić nas, jej dzieci, przed swoimi głębokimi obawami. Co więcej, fakt,
że nigdy z nami nie rozmawiała ani nie wyrażała swojego zaniepokojenia o ojca
i naszych braci wskazywał, że domyślała się najgorszego, ale powstrzymywała się
od mówienia o tym, żeby nas nie przerazić lub przygnębić. Zdecydowała nie dzielić się z nikim swoimi ponurymi podejrzeniami i zatrzymała je dla siebie, cierpiąc
w samotności.
213
31.
Przez Dolinę Cieni
Późną jesienią pewnego listopadowego dnia po obozie rozeszła się wieść, że
cieszący się złą sławą doktor Mengele będzie odwiedzał baraki i prawdopodobnie
przyjdzie też do naszego, żeby dokonać selekcji wśród niepracujących więźniów.
Irka, Rachela i kuzynka Chancia były już w pracy, ale matka i ja przebywałyśmy
w baraku razem z wieloma innymi osobami, które nie pracowały. Matka uważała,
że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż nas wskaże, a jedynym sposobem uniknięcia tego będzie zniknięcie z baraku na czas selekcji. Przyszło jej na myśl, że może
pani Polska, Stubenalteste w pobliskim baraku, dla której Irka i Rachela kilkakrotnie pracowały, może okazać nam współczucie i udzieli nam schronienia do czasu
zakończenia selekcji w naszym baraku. Pani Polska zachowywała się naprawdę po
ludzku wobec Irki i Racheli. Nie mając nic do stracenia, poszłyśmy z matką do jej
baraku. Aby się tam dostać, musiałyśmy przejść przez bramę prowadzącą z obozu B
do A. Na szczęście tylko młodzi strażnicy pilnowali bramy. Pozwolili nam przejść,
kiedy matka powiedziała, że idziemy pomagać pani Polskiej. Kiedy przybyłyśmy
do jej baraku, matka podeszła do niej i wytłumaczyła, że doktor Mengele ma lada
moment pojawić się w naszych barakach w celu dokonania selekcji, a ponieważ ja
jestem tak młoda, a zdrowie matki bardzo się pogorszyło, nasze szanse na uniknięcie śmierci są znikome. Matka poprosiła panią Polską, żeby pozwoliła nam zostać
do czasu, aż selekcja się skończy. Potwierdzając raz jeszcze szlachetność swojego
charakteru, pani Polska pozwoliła zostać nam w jej baraku, przynajmniej na razie.
Mijały minuty, godziny, a nic nie wskazywało na to, że selekcja wkrótce się odbędzie. Zaczynało się już zmierzchać i zbliżał się czas wieczornego apelu. Wiedziałyśmy, że nie możemy dłużej pozostawać w baraku pani Polskiej, bo gdybyśmy się
nie pojawiły na apelu, wszystkich więźniów trzymano by w nieskończoność, aż do
czasu znalezienia nas. Jakoś nie mogłyśmy się zebrać, by wstać i opuścić bezpieczne
miejsce, w końcu jednak wróciłyśmy do naszego baraku na apel. Kiedy przyszłyśmy, więźniowie stali już w rzędach po pięć osób. Byłyśmy trochę spóźnione i gdy
nasza młoda blokowa zobaczyła nas, uderzyła matkę kijem w ramię. Kiedy starałam
się zasłonić matkę, blokowa brutalnie uderzyła mnie w twarz. – Co za nienawistna
suka – pomyślałam. Apel wkrótce się skończył. Dzień przeminął, a żadnej selekcji
214
nie było. Kilka dni później po zakończeniu porannego apelu i po tym, jak Irka,
Rachela i Chancia poszły do pracy, ja z matką jak zwykle zostałyśmy w baraku.
Nagle nadzorcy baraków rozkazali nam ustawić się na zewnątrz. Zebrano kilkuset
niepracujących więźniów z różnych baraków i pomaszerowaliśmy w nieznanym
kierunku. Rozpoczęła się procedura selekcji.
Po drodze matka nalegała, żebym uciekła próbując ratować swoje życie. Jednakże nie było mowy, żebym ją zostawiła, nawet jeśli byłabym pewna, że się uratuję. Oczywiście, nie było mowy o takiej pewności w Auschwitz, nie mogłam zatem
biec. Maszerowałyśmy dalej. Maszerowałyśmy i maszerowałyśmy, aż w pewnym
momencie matka zauważyła, że zbliża się do nas nasza Schreiberin. Matka przysunęła się do niej i korzystając z ostatniej szansy, by uniknąć przeznaczenia, dała
jej naszą ostatnią złotą monetę, błagając, żeby zrobiła co w jej mocy, żeby nas uratować.
– Proszę cię – powiedziała matka – proszę, zrób co w twojej mocy, by ocalić
moją najmłodszą córkę i mnie od śmierci. A jeśli nie dałoby się uratować nas obu,
proszę, błagam cię, ocal przynajmniej moje dziecko.
Maszerowaliśmy, aż dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Tam zapędzono nas
do ogromnego baraku. Wkrótce pojawił się doktor Mengele. Swoim zwyczajem
uważnie oglądał każdego więźnia, zanim wydał werdykt – rechts lub links – oznaczające życie lub śmierć dla każdego obecnego internowanego. Za chwilę nadeszła moja kolej, a on wypowiedział straszne słowo links, oznaczające „do krematorium”. Następnie nadeszła kolej mojej matki, a on znów wypowiedział fatalne
słowo links. Obie z matką zostałyśmy wybrane do zagazowania i spalenia. Stanęłam przed faktem dokonanym. – To już koniec – myślałam. – Nigdy więcej nie
zobaczę już swojej rodziny. Jak bliscy i drodzy byliśmy wszyscy dla siebie. A teraz
nie ma już odwrotu. Jesteśmy bezradni. Nikt nie może nic zrobić.
Wszystkie okropne myśli i obawy, które dręczyły mnie w trakcie przeżyć
w różnych obozach, teraz stały się jawą w obliczu śmierci. Na próżno było żywić
jeszcze jakąkolwiek nadzieję, znikła ona bezpowrotnie. Nie mogłam sobie nawet
wyobrazić wyjścia z tej sytuacji. Nikt nigdy nie wrócił z komory gazowej.
Kiedy zakończono selekcję, matka i ja byłyśmy pośród około 200 osób, które zostały wskazane. Tę grupę, w której byłam najmłodsza, następnie zapędzono
do autobusów i zawieziono w dokładnie wyznaczone, robiące straszne wrażenie
miejsce. Tam skierowano nas do szarego pomieszczenia i zamknięto. Wiedząc,
że zostaliśmy wybrani do zagazowania, ludzie wyczekiwali śmierci lada moment.
Wielu przypuszczało, że właśnie jesteśmy w komorze gazowej. Niektórzy siedzieli na podłodze, inni leżeli. Niektórzy łkali, inni się modlili. Niektórzy recytowali
„Szema Israel”, żydowskie credo, które wypowiada się przed śmiercią. W zamkniętym pokoju nie było okien tylko mały lufcik, może o rozmiarach wentylatora,
umieszczony wysoko nad podłogą. Matka nakłaniała mnie, bym spróbowała i zobaczyła, czy uda mi się przez niego uciec i ocalić życie. Matka z pomocą kilku
innych kobiet podniosła mnie na tyle wysoko, że mogłam wyjrzeć przez lufcik.
Niestety, był zbyt mały, by osoba mogła się przez niego przeczołgać. Co więcej,
215
budynek wydawał się całkowicie otoczony wodą i drutem kolczastym. Postawiono mnie na ziemi, a nadzieje na ucieczkę zostały zniweczone.
Od czasu do czasu nazistowscy oficerowie wchodzili do pomieszczenia, mówili coś do siebie, wychodzili i zamykali drzwi. Pewnego razu jeden z nich zwrócił
się do ludzi z grupy cynicznie:
– Czy waszym życzeniem jest, byście zostali zagazowani tutaj, czy w komorze
gazowej?
Niektóre kobiety odpowiedziały:
– Tu i teraz. Równie dobrze możecie zrobić to tutaj i mieć to z głowy.
Chwilę później kilku nazistów weszło do pomieszczenia, rozrzucając jakiś proszek podobny do mąki. Wszystko stało się jasne. Ten proszek był trucizną, a my
byliśmy o włos od śmierci. Wszyscy się położyli, a zawodzenie i modlitwy nasiliły
się. Pomyślałam sobie: Za młoda jestem żeby umierać. Nie mam nawet trzynastu
lat. Dlaczego, och, dlaczego oni nam to robią?
Czekanie trwało bez końca. Ludzie zastanawiali się: czy umieramy? Lub: czy
może już jesteśmy martwi? Czy może jakimś sposobem doświadczamy tego, co
jest po śmierci? Mijały chwile i godziny. Niemcy ciągle wchodzili i wychodzili,
zadając różne pytania. Kobieta, która była obłąkana, w niedorzeczny sposób odezwała się do Niemców, ponownie wchodzących do pomieszczenia. W odpowiedzi
zbili ją okrutnie, walili bezlitośnie, aż napuchła jej twarz i była cała posiniaczona.
Męka w zamkniętym pomieszczeniu trwała cały dzień i noc. Rano grupa nazistów nagle wtargnęła do środka i zabrała całe zgromadzenie na dwór do ciężarówek. Wszystko było jasne – zabierano nas do pieca. Ku naszemu zdziwieniu
odtransportowano nas z powrotem do baraków, nie do tych, w których mieszkaliśmy, ale tam, gdzie przechodziłam rekonwalescencję.
Co mogło się wydarzyć? Jak to możliwe, że wyrwaliśmy się z objęć śmierci?
Coś takiego nigdy wcześniej nie zdarzyło się w Auschwitz. Jak ci brutale mogli tak
strasznie i cynicznie bawić się z nami, rozmyślnie znęcając się psychicznie, pozwalając byśmy wierzyli, że jesteśmy w trakcie procesu unicestwiania i doprowadzając
do tego, że zastanawialiśmy się, czy jesteśmy jeszcze żywi, czy już martwi, przez
15 godzin lub dłużej? Chociaż rozkazano im nie dokonywać na nas eksterminacji,
jednak zabawiali się okrutną grą.
Pomimo całej tej gry i cynizmu fakt, że zostaliśmy skazani na śmierć, ale jej
nie doświadczyliśmy, był niewyobrażalnym cudem, który przyćmił wszystkie
poprzednie, jakie przeżyłam w czasie Holokaustu. To był cud, że nie rozpoznali
mnie złodzieje u Surowieckich, którzy domagali się materiałów ze sklepu Bidermana. To był cud, że byłam w Jadownikach, kiedy banda Polaków przyszła do
Surowieckich żądając, by mnie im wydano, aby mogli się mnie pozbyć. To był
cud, kiedy w dniu naszego przybycia do Auschwitz odwołano selekcję; jako dwunastoletnie dziecko prawdopodobnie zostałabym wysłana na śmierć. To był cud,
kiedy w szpitalu w Auschwitz moja gorączka spadła dzień po tym, jak przeniesiono mnie na oddział poważnie chorych, gdzie selekcje odbywały się rutynowo. Jednak ten ostatni cud przewyższył wszystkie: byliśmy zamknięci w komorze
śmierci, czekając na zagazowanie, a wyszliśmy z niej cali i zdrowi.
216
Tego wieczoru, kiedy mnie i matkę wybrano do selekcji, gdy Irka i Rachela
wróciły z pracy, po apelu znajome więźniarki powiedziały im o nas. Przepełniła
je ogromna rozpacz. Szok, horror, niedowierzanie i strata były nie do zniesienia.
W barakach Schreiberin zawołała Irkę do swojego gabinetu. Tam wyjęła ostatnią
złotą monetę, którą Mojsze dał Racheli, i wręczyła ją Irce.
– Twoja matka poprosiła, bym zrobiła co w mojej mocy by ocalić życie jej
i twojej młodszej siostry – wyjaśniła. – Błagała, abym ocaliła przynajmniej twoją
siostrę, jeśli tylko jest to możliwe. Niestety, byłam bezsilna. Dlatego oddaję tę monetę tobie i twojej średniej siostrze.
Przez wiele dni Irka i Rachela pogrążone były w wielkim bólu, ale zdołały sobie poradzić najlepiej jak umiały. Jak zawsze regularnie pojawiały się na apelach
i maszerowały do i z pracy. Pewnego dnia w czasie apelu jakieś kobiety powiedziały Irce i Racheli, że widziały grupę spacerujących ludzi, a pośród nich matkę
i mnie. Irka i Rachela nie mogły uwierzyć. Nikt nigdy żywy nie wrócił z krematorium. Zmarli nie wracają. Wypytywały więc kobiety:
– Gdzie je widziałyście? Gdzie je kierowano? Gdzie poszły?
Natychmiast po apelu Irka i Rachela – zbyt sceptyczne, by pozwolić sobie na
radość i nie mogąc uwierzyć w to, że żyjemy – z płaczem pospieszyły we wskazanym przez kobiety kierunku. Musiały przejść przez kilka bram, ale na szczęście pilnowali ich tylko strażnicy, którzy pozwolili im przejść. Weszły do baraku
rekonwalescentów i zobaczyły tam matkę i mnie! Oniemiały. Jak to możliwe, że
zostałyśmy wskazane, zabrane do krematorium – i przyprowadzone z powrotem
żywe do baraków?!
Wieść niosła, że rosyjskie wojska szybko zbliżają się do Auschwitz, a Niemcy
już rozpoczęli likwidację obozu. Co więcej, mówiło się, że wszystkie krematoria
z wyjątkiem jednego zostały zamknięte, a gazu nie używa się już w Auschwitz. Irka
następnie opowiedziała matce, jak Schreiberin oddała jej złotą monetę, ponieważ
nie była w stanie uratować ani matki, ani mnie. Kiedy Irka oddała monetę matce,
ta dumnie stwierdziła:
– Wiedziałam, że wybrałam odpowiednią osobę. Cały czas miałam przeczucie,
że ona jest uczciwą i porządną osobą, że można jej ufać.
217
32.
Ostatnie tygodnie w Auschwitz
Byłyśmy szczęśliwe, że jesteśmy znów razem wśród żywych, jednakże byłyśmy
też niecierpliwe z powodu przebywania w osobnym miejscu. Irka i Rachela pytały,
czy możemy być przeniesione znowu do naszych baraków. Ich wysiłki jednakże nie
przynosiły rezultatu. Co więcej, matka i ja zostałyśmy wkrótce przeniesione, jednak
nie do baraków w obozie B, tylko do obozu C, „obozu śmierci”, gdzie najmłodsi
i najstarsi ludzie przebywali razem z tymi, którzy byli niezdatni do pracy, by stać
się pierwszymi w kolejności do eksterminacji. Kontaktowanie się z nami było teraz
oczywiście trudniejsze. Jednak w dalszym ciągu Irka i Rachela zdołały się z nami widywać. Każdego ranka wstawały przed świtem, by wpaść na krótką wizytę i wrócić
na czas na apel. Prawdę mówiąc, dzięki łasce losu, przynosiły nam nawet dodatkową
porcję chleba, która była mile widziana przy naszych prawie głodowych porcjach.
Tuż przed tym, jak zostałyśmy wysłane z matką do krematorium, Irka i Rachela
skontaktowały się z Henochem Szejnem, znajomym ojca. Dowiedziały się, że grupa, w której był ojciec, pracowała blisko naszych starych baraków. Pan Szejn był
w stanie wyświadczać różne przysługi i ciągle posyłał nam dodatkową porcję chleba.
Kiedyś miał nawet buty, które posłał Irce. Dziewczęta musiały przejść przez bramę,
by skontaktować się z osobą, która dostarczała jedzenie lub zapasy od pana Szejna.
Później musiały wrócić przez tę samą bramę, by znaleźć się z powrotem w starych
barakach. Tym sposobem Irka i Rachela otrzymywały tak bardzo potrzebną dodatkową porcję chleba i udawało im się przemycić coś dla nas. Ale takie postępowanie
niosło ryzyko.
Pewnego dnia pan Szejn wysłał dla nich dwa bochenki. Rachela sama po nie
poszła. Przy bramie umieściła je za pazuchą i zakryła płaszczem. Gdy przechodziła
przez bramę wracając do baraków, strażnik zauważył wybrzuszenie na jej piersi i zatrzymał żądając, by pokazała, co ukrywa. Za znaleziony chleb wielokrotnie obito
Rachelę pejczem i zmuszono, by uklękła na kamieniach. Ta dotkliwie bolesna kara
wydawała się trwać wiecznie, zanim naziści puścili Rachelę wolno. Pomimo tego
niefortunnego wypadku Irka i Rachela w dalszym ciągu chodziły po chleb od Szejna. Następnie przerzucały go przez drut kolczasty pod napięciem do obozu C, dla
mnie i matki.
218
W tym okresie kuzynka Rywcia była hospitalizowana przez prawie dwa miesiące. W końcu wysłano ją na krótki czas na rekonwalescencję, a następnie do obozu
C, gdzie dowiedziała się, że ja z matką również tam jesteśmy. Nie marnowała czasu
i prędko nas odszukała. Po tak długim odosobnieniu wszystkie wyczekiwałyśmy
chwili, kiedy będziemy mogły znowu się spotykać.
Wydarzenia w Auschwitz zdeterminowane teraz były przez coraz szybciej
przesuwające się wojska radzieckie, które każdego dnia były bliżej. Irka i Rachela
pracowały w oddziale, który miał za zadanie likwidację obozu. Aby przegrupować zmniejszającą się liczbę więźniów, stopniowo likwidując w tym czasie obóz,
obóz B zamknięto całkowicie. Irka, Rachela i Chancia znalazły się w obozie A. Stamtąd Irka i Rachela ciągle mogły widzieć nas przez kolczasty drut pod napięciem, ale
już nie mogły nas odwiedzać.
Był późny grudzień, a Irka i Rachela pracowały na dworze w czasie mroźnej
zimy. Niskie temperatury sprawiały, że ciągła praca była ponad ludzkie siły. Pewnego razu Irka weszła na minutę do bunkra, by ogrzać dłonie. Natychmiast podeszła
do niej kapo, spoliczkowała ją i wyrzuciła na zewnątrz. Jadowicie powiedziała Irce,
że za karę wyśle ją na stałe do obozu C. Kapo nie zdawała sobie sprawy, że Irka nie
tylko nie była załamana jej groźbą, ale wręcz uszczęśliwiona, że przeniosą ją do tego
samego obozu, gdzie mieszkałyśmy matka i ja.
Rachela błagała kapo, by ją również tam wysłała. Wszyscy młodzi, zdrowi ludzie z jej grupy uważali prośbę Racheli za lekkomyślną i nierozsądną. Dlaczego ktoś
chciał, by wysłano go do „obozu śmierci”? – zastanawiali się. Niemniej jeśli Rachela
sama prosi się, by ją tam wysłać – myślała kapo – dlaczego nie pozwolić jej na ten
„przywilej”? Tak więc obie zostały wysłane do obozu C. I znowu kolejny raz matka,
Irka, Rachela, Rywcia i ja byłyśmy razem.
Pracowałyśmy przy długim stole, gdzie naszym zadaniem było skręcanie i splatanie podobnego do liny sznurka, który miał być przytwierdzany do skórzanego
paska od spadochronu. Zupełnie zaprzestano zagazowywania, a ludzie już nie obawiali się, że będą wysłani do krematorium. Racje żywnościowe oraz generalnie warunki panujące w obozie nie zmieniły się, ale ten okres był najcichszym momentem
w czasie całego pobytu w Auschwitz.
Z powodu braku jedzenia nie miałam sił, by dość mocno ściskać linę w czasie
splatania. Pewnego razu wyśliznęłam się z budynku niezauważona. Rozglądając
się ostrożnie na boki i wypatrując Niemców lub kapo, pobiegłam do kuchni, gdzie
przygotowywano jedzenie dla nazistów i dla całego obozu. Tam zobaczyłam stos
obierek z ziemniaków w koszu na śmieci. Szybko przetrząsnęłam je, szukając kawałków ziemniaków. Złapałam kubeł stojący w pobliżu i w pośpiechu napełniłam go
resztkami. Zaraz po napełnieniu wiadra uświadomiłam sobie, że zobaczył mnie Niemiec. Mocno trzymając kubeł, uciekłam, ratując życie. Byłam szczupła, a nogi same
mnie niosły. Udało mi się uciec przed niebezpieczeństwem i bez szwanku dotarłam
do naszych baraków. Kiedy matka przeszukała zawartość skradzionego kubła, nie
zdziwiła się, że większość resztek jest przegniła. Niemniej jednak udało się je ugotować i wszyscy uraczyliśmy się gotowanymi, częściowo zepsutymi ziemniakami Na219
sza sytuacja z żywnością nieznacznie poprawiła się dzięki przyjaciółce Racheli,
Nachci Baum, która odważnie i hojnie kilka razy podała dodatkową porcję zupy
przez kolczaste ogrodzenie oddzielające obóz A, gdzie ona była, od obozu C.
Wkrótce Niemcy byli zmuszeni ewakuować się z Auschwitz, gdyż armia rosyjska mogła się zjawić lada moment. Był styczeń 1945 roku. Niemcy szukali teraz
osób, które mogłyby wykonać najtrudniejsze prace. Tych ludzi wysłano do Bergen-Belsen w zachodnich Niemczech, aby zaczęli tam budowę nowego obozu.
Pośród wybranych znalazła się Rywcia. Chociaż była pewna, że nie będzie mogła
pracować z powodu ropy w kolanie, została wybrana i kazano jej jechać.
Dzień przed jej wyjazdem całą grupę z obozu C, którą wybrano do
Bergen-Belsen, tymczasowo wysłano do obozu A. Tam Rywcia spotkała swoją
siostrę Chancię, która obawiała się, że Rywci coś się stanie i nie przetrwa, więc
apelowała do niej by uciekła i została z nią. Chancia tego dnia pracowała przy
układaniu torów kolejowych. Jej myśli jednak koncentrowały się na siostrze. Zastanawiała się, jak niebezpieczne będzie to dla Rywci, że wyślą ją samą, bez rodziny, do obcego obozu. Kiedy Chancia pochłonięta była myślami o siostrze, straciła
kontrolę nad niezwykle ciężką szyną. Szyna spadła na jej stopę, raniąc ją dotkliwie. Nie mogła chodzić i wysłano ją do szpitala.
Rywcię wysłano do Bergen-Belsen razem z grupą z obozu C, która składała
się z dziewczyn ze Starachowic. W Bergen-Belsen Rywcia nie załamywała się i nie
pogodziła się z niezwykle ciężką sytuacją. Zamiast tego cały czas miała nadzieję,
że przyjdą lepsze dni. Z jej kolana ciągle sączył się płyn, ale nadal była w stanie
chodzić do pracy. Naziści wskazywali zawsze najmłodsze i najzdrowsze kobiety
do pracy w fabryce, a Rywcia każdego dnia znajdowała się wśród tych wybranych.
W czasie, gdy transporty nowo przybyłych więźniów przyjeżdżały codziennie,
Rywcia postanowiła nie iść do pracy, aby szukać rodziny w każdym z transportów
lub w barakach. Ta motywacja dodawała jej sił każdego dnia.
18 stycznia 1945 roku armia rosyjska dotarła do Krakowa, który leżał nie
więcej niż 60 kilometrów od Auschwitz. Niemcy zdecydowali, że nadszedł czas
ewakuować się z Auschwitz. Wielu więźniów przewieziono do innych obozów
koncentracyjnych. Pozostałym kazano, jeśli mogli, maszerować do Bergen-Belsen. Tych, którzy byli zbyt chorzy by chodzić, zostawiono dla Rosjan, by się nimi
zajęli. Kuzynka Chancia desperacko chciała, by wysłano ją z nami: z matką, Irką,
Rachelą i mną, ale z powodu wypadku nie była w stanie chodzić, więc nie wybrano jej do grupy udającej się do Bergen-Belsen.
W nocy 18 stycznia około 20 tysięcy zmęczonych więźniów, wyniszczonych
z powodu miesięcy głodu i niedożywienia, zebrano razem. Matka, Irka, Rachela
i ja znajdowałyśmy się w tej grupie. Następnego ranka rozpoczęłyśmy haniebny
Marsz Śmierci do Bergen-Belsen.
220
33.
Marsz Śmierci do Bergen-Belsen
Grupa około 20 tysięcy „zdrowych” więźniów rozpoczęła marsz w kierunku
Bergen-Belsen wczesnym rankiem. Powietrze było mroźne, a ziemia pokryta śniegiem tak daleko, jak okiem sięgnąć. W tym marszu nie było regularnego ustawienia.
Grupa szła w rzędach dwu- , trzy- lub czteroosobowych. Matka, Irka, Rachela i ja
chciałyśmy pozostać w środku grupy, starając się nie rzucać w oczy niemieckim nadzorcom. Setki ludzi szły przed nami i za nami. Maszerowaliśmy i maszerowaliśmy
bez końca.
Ciepło ubrani Niemcy jechali w jeepach i ciężarówkach, obserwując więźniów,
którzy wydawali się niezdolni do kontynuowania marszu lub dotrzymania kroku
całej grupie. Tych Niemcy rozstrzeliwali. Więźniowie, którzy byli niedożywieni
i wyniszczeni z powodu prawie głodowych racji żywnościowych w Auschwitz, musieli maszerować długie godziny w mroźne styczniowe dni, bez jedzenia, wody czy
ciepłego ubrania. Wielu spośród tych, których nie zamordowano, padało martwych.
Droga pokryta była ciałami, a białe śnieżne ścieżki pokrywały strumienie świeżej,
czerwonej krwi.
Przed wieczorem umieszczono nas w stodole na noc, wreszcie mogliśmy odpocząć. W nocy jednak niektórzy ludzie zostali zabrani ze stodoły i wysłani do nieznanego miejsca przeznaczenia. Jeszcze nie zdołaliśmy wypocząć po nieznośnym
maratonie z poprzedniego dnia, a już o brzasku czekał nas kolejny dzień marszu.
Znowu maszerowaliśmy bez wytchnienia w mroźny dzień, głodni, zmarznięci i coraz słabsi.
Raz zgubiłam się. Najwidoczniej szłam szybciej, aż znalazłam się na czele. Przestraszyłam się i zdałam sobie sprawę, że muszę odnaleźć matkę, Irkę i Rachelę.
Niebezpiecznie było się oddzielić. Tak dyskretnie, jak to tylko możliwe, zdołałam
pobiec w tę i z powrotem, mijając rzędy maszerujących ludzi. Raz natknęłam się na
siostry Grossman z Bodzentyna. Kiedy mnie zobaczyły, powiedziały, że moja rodzina jest chora ze zmartwienia i upomina mnie, bym się pospieszyła, odnalazła
ją i z nią została, więc szukałam ich, biegając w górę i w dół między rzędami, obok
Niemców, którzy wydawali się koncentrować na strzelaniu do zmęczonych i chorych. Wreszcie je znalazłam. Miałam szczęście, że odnalazłam je przed zmrokiem.
Gdyby nas odłączono na noc, mogłybyśmy trafić do różnych miejsc.
221
Marsz wymagał wysiłku i dawał się we znaki wszystkim nam, a zwłaszcza matce. Prześladował nas strach, że nie będzie w stanie w ogóle iść, co było nie mniej
przerażające niż perspektywa, że naziści zauważą, w jakim jest stanie i, Boże zachowaj, zastrzelą ją. Więc Rachela podtrzymywała matkę pod jedno ramię, a ja
pod drugie. Praktycznie musiałyśmy ją ciągnąć. Gdy byłyśmy całkowicie pochłonięte podtrzymywaniem matki, żeby nie upadła, starsza kobieta ze Starachowic,
także bliska upadku, rzuciła się w moją stronę w desperackiej próbie pochwycenia
mnie za rękę i utrzymania się na nogach. Podtrzymywanie matki wyciągało ze
mnie wszystkie siły, więc nie zastanawiając się odtrąciłam rękę starszej kobiety.
Jak tylko przestała się mnie trzymać, zauważył ją nazista i natychmiast zastrzelił.
Zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia. Może jeślibym pozwoliła tej kobiecie
trzymać się mnie, przeżyłaby? Ale jeśli musiałam wybierać pomiędzy ratowaniem
matki albo nieznajomej kobiety, cóż innego mogłam była zrobić?
Nieoczekiwanie teraz Irka była zupełnie wyczerpana i wydawała się zdawać na
łaskę losu. Kiedy przechodziłyśmy koło dużego kamienia, nagle i ostentacyjnie
usadowiła się na nim, oznajmując:
– Nie mogę już dłużej. Nie mogę iść dalej. Nie zależy mi na tym, co się stanie.
Niech mnie zastrzelą.
Zdając sobie sprawę, że na Niemcach takie protesty nie zrobią żadnego wrażenia i że Irka wystawia się na śmiertelne niebezpieczeństwo, Rachela i ja gorączkowo krzyknęłyśmy do niej, żeby wstała i natychmiast zaczęła iść. Tak też zrobiła, ale
taka sytuacja powtórzyła się jeszcze raz albo dwa razy podczas marszu. Straszny
dzień wreszcie dobiegł końca i znów zostaliśmy umieszczeni na noc w stodołach.
Wszyscy obawiali się następnego ranka, spodziewając się jeszcze jednego niekończącego się dnia marszu. Nie wiedzieliśmy, czy nasze wygłodzone, przemarznięte i potwornie wyczerpane ciała wytrzymają jeszcze trzeci dzień nieustającej
tortury.
Następny dzień zaczął się od tego, że bezzwłocznie podjęliśmy marsz. Znowu
szliśmy i szliśmy, przekonani, że będziemy musieli przecierpieć gehennę dwóch
poprzednich dni. Kontynuowaliśmy jednak marsz tylko do momentu, kiedy dotarliśmy do miasta na przedwojennej niemiecko-polskiej granicy, zwanego Loslau
(Wodzisław Śląski). Tam rozkazano nam się zatrzymać. Ohydny Marsz Śmierci
dobiegł wreszcie końca. Zebrał przerażające żniwo. Jego ofiarami byli ci, którzy
padli od złego traktowania i wygłodzenia, albo ci, którzy zostali zastrzeleni, ponieważ nie mogli dotrzymać kroku grupie. Naziści zapędzili teraz pozostałych przy
życiu do wagonów kolejowych, które jechały do nowego obozu koncentracyjnego
Bergen-Belsen.
Podczas gdy ze Starachowic do Auschwitz jechaliśmy pod koniec lipca w zamkniętych wagonach i niektórzy więźniowie dusili się od gorąca, podróż do
Bergen-Belsen pod koniec stycznia odbywała się w otwartych wagonach – więźniowie zamarzali z przeszywającego zimna. Byliśmy stłoczeni w wagonach i mieliśmy tylko tyle miejsca, żeby stać. Moje siostry i ja usiłowałyśmy wziąć matkę
pomiędzy siebie, nie mogłyśmy dopuścić, żeby ją zadeptano i stratowano. Po kil222
ku godzinach jazdy kilka kobiet znalazło dość miejsca żeby siąść w pół kucającej
pozycji. Irka też znalazła malutki kawałek, ale kiedy zaczęła się przesuwać w jego
kierunku, została uderzona w głowę przez jakąś Węgierkę obcasem buta. Pobiła
ona Irkę dotkliwie.
Kiedy przejechaliśmy dość znaczną odległość, Irka stała oparta o drzwi wagonu. Nagle, gdy pociąg zaczął zwalniać, drzwi się otworzyły, Irka straciła równowagę i zaczęła spadać w kierunku kotła z gorącą, parującą zupą. Żyd z Buchenwaldu,
należący do grupy, której zadaniem było roznoszenie zupy zobaczył, że Irka upada i złapał ją, zapobiegając ciężkiemu poparzeniu. Więźniom wydano po jednej
porcji zupy, wagony znów zamknięto i pociąg ruszył w drogę do Bergen-Belsen
w północno-zachodnich Niemczech.
Przybyliśmy do Bergen-Belsen w środku drugiej nocy naszej podróży pociągiem. Zostaliśmy zapędzeni do baraków, gdzie padliśmy z wyczerpania. Naszym
jedynym pocieszeniem był fakt, że byłyśmy razem: matka, Irka, Rachela i ja. Kiedy obudziłyśmy się następnego ranka, Irka nie miała jednego buta. Szukałyśmy
wszędzie, ale nie mogłyśmy go znaleźć. Widocznie został skradziony. Było mroźno i znalezienie nowych butów dla Irki było pilną sprawą. Ale gdzie? Wkrótce
dowiedziałyśmy się, że nie ma żadnych dodatkowych butów w Bergen-Belsen.
Wszystko, co mogłyśmy znaleźć, to drewniany but, który Irka przymierzyła, ale
nie mogła w nim chodzić. Owinęła więc stopę w szmaty do czasu, aż wreszcie
znalazła but. Jednakże śnieg dostawał się do buta i Irce było niewygodnie.
Kuzynka Rywcia Ehrlich była w Bergen-Belsen od kilku tygodni, pomagając
w budowie nowego obozu. W jakiś sposób udawało jej się nie chodzić do pracy
codziennie, więc mogła czekać na każdy nowy transport przyjeżdżający do Bergen-Belsen w nadziei, że odnajdzie rodzinę, zwłaszcza siostrę Chancię. Kiedy nadszedł ranek, Rywcia jak zwykle przechodziła przez baraki sprawdzając, czy jacyś
członkowie rodziny nie przyjechali w nocy. Tego ranka wreszcie odnalazła całą
naszą czwórkę. Przywitała nas ciepło i entuzjastycznie, a my byłyśmy szczęśliwe,
widząc ją. Kiedy powiedziałyśmy jej o problemie Irki, Rywcia powiedziała nam
to, co już wiedziałyśmy: nie ma żadnych butów w Bergen-Belsen. Jej pierwszym
zmartwieniem było, naturalnie, zdrowie Chanci. Wyjaśniłyśmy jej, że w dniu, kiedy rozpoczął się marsz, Chancia bardzo chciała z nami iść, ale nie była w stanie
chodzić i nie dopuszczono jej do marszu. Było zrozumiałe, że Rywcia posmutniała i czuła się rozczarowana. Jej młodość i optymistyczna natura sprawiły jednak, że
szybko wróciła jej nadzieja, że wszystko będzie dobrze i jej siostra zdoła przeżyć
o własnych siłach, gdziekolwiek by była.
223
34.
Bergen-Belsen: walka o przeżycie
Okazało się, że Bergen-Belsen ma tylko jedną wspólną cechę z Auschwitz: oba
były obozami śmierci. Jednakże nawet w tym względzie różniły się. Ludobójstwo
w Bergen-Belsen przeprowadzane było jeszcze skuteczniej niż w Auschwitz, jeśli
to tylko możliwe. W każdym innym względzie obozy różniły się bardzo sposobem siania grozy. Podczas gdy Auschwitz znany był z surowej dyscypliny i rutyny,
w Bergen- Belsen w ogóle nie było dyscypliny ani rutyny: jego jedynym porządkiem był brak porządku. Podczas gdy w Auschwitz w barakach były prycze, na
których spali więźniowie, w Bergen-Belsen wcale nie było prycz: ludzie spali na
podłodze. Wszyscy mieściliśmy się tylko na parterze i byliśmy o wiele bardziej
stłoczeni niż w Auschwitz. Absolutnie nie mieliśmy miejsca, by się położyć lub
wyprostować nogi. Co więcej, więźniów często przenoszono z baraku do baraku.
Podczas gdy w Auschwitz odbywały się dwa apele, dziennie w Bergen-Belsen
nie było żadnych. I podczas gdy w Auschwitz więźniowie maszerowali do i z pracy, gdzie byli zmuszani do niewolniczej orki od świtu do zmierzchu, w BergenBelsen praktycznie wcale nie było pracy. Więźniowie leżeli w swoich barakach
osłabieni, głodujący i umierający. Podczas gdy w Auschwitz branie prysznica,
mycie się i odwszawianie były częścią dyscypliny obozowej, w Bergen-Belsen nie
było mycia lub jakiegokolwiek czyszczenia. Więźniowie żyli w wielkim brudzie.
Wszy rozmnożyły się tak bardzo, że każdy, kto wsadził rękę pod pachę lub pod
ubranie, wyciągał za każdym razem garść insektów. Więźniów po prostu zostawiono samym sobie: albo przeżyją, albo umrą.
Racje żywnościowe były dużo poniżej poziomu niezbędnego do przeżycia
i ludzie ciągle tracili na wadze, nikli w oczach, wielu umierało z głodu. Dostawaliśmy coraz mniej jedzenia, w ciągu dnia raz dawano chleb. Jedynymi więźniami,
którzy dostawali więcej jedzenia byli ci, którzy znaleźli pracę w kuchni.
Podstawową przyczyną hańby Auschwitz były jego bardzo wydajne krematoria, które były w stanie zabić i spalić na popiół kilka tysięcy ofiar dziennie. W Bergen-Belsen nie było żadnych takich urządzeń. Jednakże skrajne przeludnienie,
głód i brud, jak również choroby szerzące się pośród więźniów powodowały, że
żniwo śmierci dziennie było średnio na tym samym poziomie co w Auschwitz.
224
Ludzie byli szczególnie nękani atakami chorób, dyzenterii i biegunki. I ginęli od
nich tysiącami.
Ciała ofiar nie były usuwane i nie kremowano ich w piecach. Zamiast tego,
zmarli i umierający leżeli ułożeni w stosy, które szybko rosły, jak sterty śmieci. Za
potrzebą musieliśmy chodzić na zewnątrz baraków na pobliskie pole, gdzie była
wielka, wykopana w ziemi dziura. Gdy się tam udawaliśmy, nie sposób było nie
przechodzić przez ciała zmarłych, znajdujące się czy to w zatłoczonych barakach,
czy na zewnątrz. Konieczność wyjścia na zewnątrz wymagała przechodzenia ponad
martwymi szkieletami, wychudłymi do kości z głodu i choroby, z wytrzeszczonymi
oczami i poskręcanymi członkami.
Biorąc pod uwagę te warunki, dalsza egzystencja każdego z więźniów była coraz
bardziej niepewna. W naszej rodzinie matka zupełnie nie dawała sobie rady i szybko
słabła. Irka, Rachela, kuzynka Rywcia i ja byłyśmy zdeterminowane czynić, co tylko w naszej mocy, żeby jej pomóc i żeby przeżyła. Kuzynka Rywcia zdobyła pracę
w kuchni, gdzie obierano ziemniaki, ponieważ wiedziała, że ludzie, którzy tam pracowali, mogli często ukraść trochę ziemniaków. Rywcia czuła się potrzebna, mogąc
zdobyć trochę jedzenia, przynajmniej dla swojej niedomagającej ciotki. Co więcej,
nauczyła się oceniać kiedy można było względnie bezpiecznie ukraść kilka dodatkowych ziemniaków. Leżąc nocą w baraku słyszała, jak naziści rozmawiają w sąsiednim baraku. Czekała, aż ich rozmowy cichły zupełnie i zapadała cisza. Zakładając, że
zasnęli, bez strachu biegła do kuchni, kradła kilka ziemniaków i przynosiła je matce.
Prawie codziennie udawało jej się przynieść nam trochę jedzenia. Wszystkie usilnie
starałyśmy się pomagać matce, namawiając ją do zjedzenia tych niewielkich ilości
pożywienia. W Bergen-Belsen na wagę złota była też woda. Czasami nie było jej
w ogóle, więc starałyśmy się bardzo zdobyć trochę wody w każdy dostępny sposób,
desperacko próbując pomóc matce w utrzymaniu się przy życiu.
Racheli też udało się zdobyć pracę w kuchni. Żydowska kobieta odpowiedzialna
za kuchnię pozwalała jej brać po kilka ziemniaków w zamian za to, że będzie dostarczać je również przyjaciołom tej kobiety. Rachela chętnie na to przystała, więc i ona
mogła przynosić nam ziemniaki. Ale przynoszenie nielegalnie zdobytych ziemniaków do baraków było bardzo niebezpieczne. Pewnego razu niemiecki strażnik złapał Rachelę i dotkliwie pobił ją za tę „zbrodnię”. Na szczęście mogła dalej pracować
w kuchni.
To nie było jedyne niebezpieczeństwo, na jakie można było się narazić kradnąc
ziemniaki. Idąc z kuchni do baraku Rachela i Rywcia musiały przechodzić obok baraku, w którym przebywało wiele rosyjskich więźniarek. To były krzepkie, szorstkie
i agresywne kobiety, które czatowały na ludzi wychodzących z kuchni z jedzeniem
w rękach. Kiedy wyczaiły kogoś, bezczelnie podchodziły i brutalnie wyrywały jedzenie, gwałtownie reagując na opór. Od czasu do czasu atakowały też Rachelę
i Rywcię. Nie powstrzymało to jednak żadnej z nich – obie wciąż podejmowały ryzyko i nosiły skradzione ziemniaki do naszego baraku.
Krytyczna sytuacja związana z jedzeniem uległa nieznacznej poprawie dzięki odważnym inicjatywom Racheli i Rywci, jak też za przyczyną wielkodusznych
225
starań wieloletniego przyjaciela naszej rodziny, pani Kornblum, która przed nadejściem Holocaustu mieszkała na przedmieściach Bodzentyna. Jeśli tylko kiedykolwiek i gdziekolwiek mogła ona znaleźć źródło ciepła, zbierała resztki jedzenia,
jakie tylko mogła znaleźć, i gotowała zupę. Następnie pani Kornblum przynosiła
trochę zupy i dzieliła się nią z naszą rodziną, a szczególnie z matką. Nie mogę
znaleźć słów wdzięczności dla dobroci pani Kornblum, szczególnie biorąc pod
uwagę powszechny i dotkliwy brak jedzenia odczuwany przez wszystkich w Bergen-Belsen i ogromne trudności, jakie napotykała przygotowując zupę i dzieląc
się nią z nami.
Wkrótce po przybyciu do Bergen-Belsen przeżyłam bardzo niebezpieczną
sytuację. W szpitalu w Auschwitz zaaplikowano mi pewną ilość eksperymentalnych zastrzyków i górna część mojej prawej ręki, gdzie dostawałam zastrzyki,
nigdy się nie zagoiła. Teraz, w Bergen-Belsen, infekcja w mojej prawej ręce spowodowała ogromny ropień, a ropa z rany rozeszła się na całą pachę. Nie mając
wyboru, poszłam do obozowej kliniki i zajęłam miejsce na końcu kolejki. Kolejka
była niewiarygodnie długa, a przyjmowanie pacjentów wydawało się trwać w nieskończoność. Jedna z żydowskich dziewczyn, która pomagała jako pielęgniarka,
zauważyła mnie i mój wielki ból. Ze współczuciem wyprowadziła mnie z kolejki i przyjęła poza kolejnością. Najpierw rozcięła mi ropień i odsączyła ropę,
potem przyłożyła mi balsam na zainfekowaną powierzchnię. Następnie dała mi
dodatkową porcję balsamu, żebym sobie sama smarowała rękę w miarę potrzeby. Infekcja w końcu ustąpiła, chociaż długo trwała, brzydka blizna pozostała
na moim ramieniu.
W miarę jak mijały tygodnie, dotkliwa sytuacja związana z brakiem żywności jeszcze się pogarszała. Z początkiem kwietnia 1945 roku prawie w ogóle nie
można było dostać żywności i mówiono, że woda jest skażona albo nawet celowo
zatruta. Coraz więcej ludzi umierało. Nawet Rachela i Rywcia nie mogły zdobyć
jedzenia; a i młode kobiety ze Starachowic, które na samym początku zostały wysłane z Auschwitz żeby budować obóz Bergen-Belsen i które znały obóz od podszewki, nie mogły nic w tej sytuacji poradzić. Zdarzały się takie dni, że nie dawano
w ogóle jedzenia.
Nie głód jednak był naszym najpoważniejszym problemem. Gorsze były otępienie, uczucie słabości oraz zawroty głowy, jak również chwiejność, kiedy traciłyśmy równowagę. W desperacji ludzie próbowali pić wodę z brudnych stawów
i zbiorników. Umierali tysiącami. Było oczywiste, że nikt z nas nie pozostanie
żywy w najlepszym razie dłużej niż kilka tygodni. Toczyliśmy teraz zażarty wyścig
ze śmiercią. Naszym jedynym zbawieniem mogła być wolność. Kluczowym pytaniem było: czy wyzwolenie nastąpi zanim będzie za późno?
226
V
Wyzwolenie
i to, co nastąpiło później
227
228
35.
Brytyjczycy wchodzą do Bergen-Belsen
Od 8 kwietnia 1945 roku słychać było w oddali wybuchy bomb. Kiedy się zbliżały, nasze baraki zaczynały się trząść z powodu wibracji. Wiedzieliśmy, że godzina
wyzwolenia jest bliska.
W niedzielę 15 kwietnia nagle usłyszeliśmy krzyk jednego z więźniów:
– Właśnie widziałem czołg!
Wkrótce czołg za czołgiem przejeżdżały obok, a naziści wycofywali się i ginęli.
Niemcy zostali wreszcie wypędzeni z Bergen-Belsen przez brytyjskie siły zbrojne.
Godzina naszego wyzwolenia nadeszła. Po dwóch latach i prawie siedmiu miesiącach, od kiedy opuściliśmy nasz dom w Bodzentynie i wyjechaliśmy do obozu pracy w Starachowicach, wreszcie byliśmy wolnymi ludźmi. W normalnych okolicznościach moment wyzwolenia wywołałby radość, tańce, śpiewy na ulicach. Ale sytuacja
w Bergen-Belsen nie była normalna. Nawet najzdrowsi wyzwoleni więźniowie byli
zbyt fizycznie i emocjonalnie wyczerpani, żeby świętować. Nasi brytyjscy wyzwoliciele z niedowierzaniem przyglądali się warunkom życia w obozie i ludziom, którzy
przeżyli. Żadna cywilizowana ludzka istota nie była w stanie sobie wyobrazić, że
znajdą około 14 tysięcy ciał i drugie 14 tysięcy umierających, leżących bezwładnie
w stertach, wyrzuconych jak śmieci. Nikt nie mógł sobie wyobrazić, że znajdą około
60 tysięcy śmiertelnie chorych, zagłodzonych i wycieńczonych ludzi z wytrzeszczonymi oczami, nic tylko skóra i kości. Nikt nie mógł sobie wyobrazić więźniów tak
strasznie stłoczonych w brudzie, zarażonych chorobami i zawszonych.
Brytyjczycy byli tak wściekli, że przez dzień lub dwa przywozili na ciężarówce
złapanych w Bergen-Belsen Niemców i pozwalali więźniom rzucać w nich kamieniami lub mścić się na nich tak, jak nam się żywnie podobało. Niektórzy z mężczyzn
byli w stanie zebrać dość sił, żeby wyjść i zadać kilka mocnych ciosów swoim byłym prześladowcom, ale większość kobiet była zbyt chora i zbyt obojętna, by zareagować w jakikolwiek sposób. Jednakże rychło przełożeni zakazali Brytyjczykom
takiego traktowania jeńców wojennych tłumacząc, że takie postępowanie stanowi
pogwałcenie Konwencji Genewskiej.
Brytyjczycy natychmiast rozpoczęli realizację pięciopunktowego programu rehabilitacji wyzwolonych więźniów:
1. Wylali duże ilości środka do dezynfekcji DDT na wszystko – na ludzi i na
przedmioty.
229
2. Przywieźli ciężarówki żywności, wody, chleba i skondensowanego mleka.
Jednak wzbogacenie diety o mleko i nagłe dostarczenie normalnych porcji jedzenia spowodowało, że żniwo śmierci dramatycznie się zwiększyło. Nasze skurczone żołądki nie były w stanie strawić takiej dużej ilości jedzenia.
3. Brytyjczycy rozpoczęli organizację nowego obozu w pobliżu, a pomiędzy
nowym i starym obozem wytyczono miejsce, gdzie czyszczono i dezynfekowano
więźniów. W celu zdezynfekowania ubrania pokrywano specjalnym proszkiem.
4. Brytyjczycy sprowadzili lekarzy i studentów z Belgii, którzy założyli prowizoryczny szpital na terenie nowego obozu, gdzie przewieziono poważnie chorych. Śmiertelnie chorzy pozostawiani byli samym sobie. Ich liczba zwiększyła
się do tysięcy. Dostarczono wiele środków pomocy medycznej różnego rodzaju,
a wiele pielęgniarek-wolontariuszek z Belgii i Szwecji przyjechało, by pomóc chorym i pochować zmarłych.
5. Zdrowych więźniów stopniowo zabierano z baraków ze starego obozu
i, po dezynfekcji, transportowano do małych mieszkań i domków przygotowanych w nowych obozach, które wcześniej zajmowali żołnierze nazistowscy. Stan
zdrowia matki osiągnął teraz punkt krytyczny. Jednakże chorych przewożono do
szpitala w kolejności alfabetycznej. Zdaliśmy sobie sprawę, że nim dojdą do „S”
prawdopodobnie będzie za późno, by ocalić matkę. Irka rozmawiała z każdą osobą związaną ze szpitalem, by sprawdziła czy można przetransportować tam matkę
od razu, ale nikt nie miał takiej władzy. W końcu zwróciła się do głównego lekarza
szpitala, doktor Hadasy Bimko, i opisała jej stan matki. Irka błagała doktor Bimko,
przekonywała, że jeśli nic nie zostanie zrobione, zanim przyjdzie kolej na matkę,
prawdopodobnie nie będzie już żyła. Doktor Bimko zgodziła się i kazała przyprowadzić matkę poza kolejnością.
Wkrótce przyjechały ambulanse Czerwonego Krzyża, a matkę umieszczono
w nich razem z innymi poważnie chorymi więźniami. Irka wskoczyła do ambulansu, by towarzyszyć matce, ale brytyjski żołnierz rozkazał jej wysiąść:
– Nie ma tu miejsca dla ciebie. Tylko chorzy mogą jechać tym ambulansem.
– Będziesz musiał mnie zastrzelić. Nie wysiądę – odpowiedziała Irka. – Moja
matka jest śmiertelnie chora i boję się, że może umrzeć. Muszę z nią zostać.
Wtedy żołnierz odpowiedział:
– Zabierzemy cię na dezynfekcję.
Irka odpowiedziała, że przejdzie wszystko. Towarzyszyła matce w drodze do
szpitala, a Rachela, Rywcia i ja pozostałyśmy w barakach, czekając na dezynfekcję i przewiezienie do nowego obozu. Irka siedziała przy łóżku matki dzień i noc.
Chociaż ważne było, by matka zaczęła więcej jeść, wydawało się, że je coraz mniej.
Irka zachęcała matkę, by spróbowała jeść więcej, ale najwidoczniej matka nie była
w stanie strawić pożywienia.
W szpitalu były dwie młode kobiety, Karola i Rachela, które pracowały w obozowej klinice jeszcze przed wyzwoleniem i które mieszkały na poddaszu szpitala.
Nie były to profesjonalne pielęgniarki, ale miały doświadczenie, a braki w wykształceniu nadrabiały pracowitością i współczuciem. Kiedy obserwowały Irkę
230
ciągle siedzącą przy łóżku matki i zauważyły, jak walczy o to, by matka zaczęła jeść,
wczuły się w to, co Irka robi i postanowiły pomagać jej. Przynosiły Irce jedzenie
i nalegały, aby zjadła i odpoczęła chwilę. One również zachęcały matkę, by zjadła
tyle, ile może.
Oprócz gwałtownego pogorszenia zdrowia, matka najwidoczniej straciła chęć
do życia. Pewnego razu powiedziała Irce:
– Moja matka przyszła do mnie we śnie zeszłej nocy. Usiadła koło mnie i powiedziała, że ojciec, Mojsze i Szlomo nie żyją.
Chociaż Irka, Rachela i ja wiedziałyśmy, że ojciec i Mojsze zginęli w pociągu
do Auschwitz, żadna z nas nie pisnęła słowa matce. Teraz Irka żarliwie usiłowała
przekonać ją, że wojna wkrótce się skończy i można było mieć powody by wierzyć,
że ojciec, Mojsze i Szlomo przeżyli i wkrótce znów będziemy razem.
Matka odparła wzburzona:
– O czym ty mówisz? Moja matka przyszła do mnie we śnie zeszłej nocy i powiedziała, że oni nie żyją. Jakie życie czeka mnie teraz?
Nic, co Irka powiedziała, nie mogło zmienić myślenia matki.
Wojna zbliżała się do końca. 21 kwietnia armia radziecka wkroczyła do Berlina.
Cztery dni później stolica nazistów została oblężona. 1 maja dowiedziano się, że
Adolf Hitler popełnił samobójstwo, a jego stanowisko przejął admirał Karl Donitz
jako głównodowodzący nazistów. Berlin oddano Rosjanom 2 maja, a wszystkie
nazistowskie siły zbrojne poddały się Brytyjczykom dwa dni później. We wtorek
8 maja podano oficjalny komunikat w radio, że nazistowskie Niemcy bezwarunkowo poddały się siłom alianckim Wielkiej Brytanii, Związku Radzieckiego i Stanów
Zjednoczonych Ameryki. Naziści wreszcie ponieśli klęskę. Stacje radiowe na całym świecie puszczały hymny narodowe zwycięskich aliantów pośród innej muzyki i radosnych dźwięków.
Przez szpitalne okno do pokoju matki dochodziło coraz więcej głośnych dźwięków radiowych oraz okrzyków radości żołnierzy, ochotników i byłych więźniów.
Matka poprosiła, aby zamknąć okno. Hałas był nieprzyjemny dla jej nadszarpniętych i osłabionych nerwów. Irka pozamykała okna, co spowodowało częściowe
wytłumienie dźwięków dochodzących z ulicy, a cisza i spokój, których matka tak
potrzebowała, zostały w jakiś sposób przywrócone. Irka wciąż usiłowała, z pomocą
Karoli i Racheli, przekonać matkę do zjedzenia małej ilości kleiku z ryżu, przyniesionego dla niej ze szpitalnej kuchni. Matka mówiła, że po prostu nie może
jeść. Zamiast tego, nawiązując do zakończenia wojny, powiedziała ze spokojną
rezygnacją:
– Teraz mogę umrzeć w spokoju.
Irka desperacko zaprotestowała:
– Mamo, nie mów tak! Potrzebuję cię, i Rachela i Gołda też ciebie potrzebują!
Ale matka nie okazywała zainteresowania i nic nie odpowiedziała. Była całkowicie świadoma tego, że wojna zakończyła się zwycięstwem aliantów i ani na jotę
nie straciła jasności umysłu. Dała Irce ostatnią złotą monetę, którą nasz brat Mojsze dał Racheli i Irce, gdy spotkali się w Auschwitz i która była ostatnią namacal231
ną rzeczą łączącą naszą rodzinę z przeszłością w Bodzentynie. Jedyną odpowiedzią
matki była prośba:
– Proszę, opiekuj się Gołdełe.
I z tą ostatnią prośbą na ustach zmarła.
Ten straszny cios spoczął na barkach Irki. Nie miała pojęcia, gdzie może znaleźć
Rachelę, kuzynkę Rywci lub mnie. Nie miała ani fizycznej, ani psychicznej siły, by
nas znaleźć. Również my nie mogłybyśmy nic zrobić, gdyby nas odnalazła. Szczęśliwie, Irka miała w szpitalu dwie przyjaciółki, Karolę i Rachelę, które uczyniły wszystko, co w ich mocy, by pomóc jej w tym ogromnym żalu i samotności.
Lekarze szpitalni również przychodzili pocieszyć Irkę. Wyjaśnili jej, że tylko serce trzymało matkę przy życiu przez tak długi czas, bo pozostałe narządy najwidoczniej odmówiły posłuszeństwa. Przypuszczali, że matka cierpiała na gruźlicę kości.
Miała 42 lata.
Później tego dnia powiedziano Irce, że matka zostanie pochowana w zbiorowym
grobie, co poprzedzi zbiorowa ceremonia pogrzebowa następnego dnia. Ze łzami
w oczach Irka błagała, by przynajmniej dać matce indywidualny grób. Niestety, powiedziano jej, że zbyt wielu ludzi umierało każdego dnia, więc otrzymanie pojedynczego grobu w ogóle nie wchodzi w rachubę.
Irka, która była niedoświadczoną dziewiętnastolatką, sama w głębokim żalu i ze
złamanym sercem, nie wiedziała, do kogo może się zwrócić o pomoc, ale nie miała
również dość siły, by przekonać biurokratów.
Następnego dnia, 9 maja 1945 roku, urządzono masowy pogrzeb dla wielkiej
liczby osób, które umarły dzień wcześniej. Matkę pochowano w zbiorowym grobie
na cmentarzu nowego obozu. Kiedy zakończono ceremonię pochówku, Irka zaznaczyła miejsce spoczynku matki, tak by mogła odnaleźć je, gdy tu wróci. Przez kilka
dni przychodziła je sprawdzać.
Po pogrzebie Irka pozostała w szpitalu, gdzie pomagała swoim przyjaciółkom
opiekować się chorymi. W międzyczasie Rachela, kuzynka Rywcia i ja ciągle byłyśmy w starych barakach. Nowy obozowy szpital był niedaleko, ale nie miałyśmy
kontaktu z Irką i nie wiedziałyśmy, gdzie ona i matka są. Stary obóz ogrodzono drutem i stał się pewnego rodzaju szpitalem. Wreszcie nadeszła nasza kolej. Zabrano nas
z baraków, poddano dezynfekcji i przewieziono do małych domków mieszkalnych
w nowym obozie. Jak tyko ulokowałyśmy się w nowym mieszkaniu, wyruszyłyśmy
na poszukiwanie matki i Irki.
W ciepły majowy dzień podeszłyśmy do płotu ogradzającego szpital. Nie miałyśmy pojęcia, w którym budynku możemy je znaleźć, więc szłyśmy wzdłuż terenu
szpitala wołając:
– Irka, Irka. Szachter, Szachter.
Wreszcie zobaczyłyśmy Irkę leżącą w otwartym oknie, jej głowa spoczywała na
skrzyżowanych ramionach na parapecie okna. Z wyrazu jej twarzy i z braku odpowiedzi na nasze wołanie wywnioskowałyśmy, że matka już nie żyje. Weszłyśmy do
szpitala i wkrótce odnalazłyśmy Irkę z jej przyjaciółkami. Kiedy Irka powiedziała
nam o śmierci matki, byłyśmy załamane. Karola i Rachela pocieszały nas i przyniosły jedzenie, ale żadna z nas nie mogła jeść. Kiedy podczas Holokaustu poprzednie
232
tragedie odebrały życie tak wielu drogich nam osób, nieubłagane prześladowania
pozbawiły nas czasu na żałobę. Tym razem wezbrały w nas uczucia: szlochałyśmy
i opłakiwałyśmy wszystkich naszych zmarłych. Nasz żal nie ustąpił, ale zmniejszył
się po kilku miesiącach.
Wkrótce wydrukowano listy tych, którzy przeżyli i rozdawano je wszędzie,
gdzie można było odnaleźć ocalałych Żydów. Nawet nie zadałyśmy sobie trudu,
żeby szukać nazwisk ojca i Szlomo. Szukałyśmy jednakże naszego brata Mojsze.
Niestety, nasze poszukiwania nie odniosły skutku. Jego imię i nazwisko nie pojawiło się na żadnej z list. Pytałyśmy mężczyzn, którzy przeżyli Auschwitz i dowiedziałyśmy się, że Mojsze, jak również kuzyn Szlomo Biderman, zostali wysłani do
obozu Dachau tuż przed tym, jak Niemcy ewakuowali Auschwitz. Kiedy dowiedziałyśmy się, że listy osób, które przeżyły Dachau krążą po Monachium, Rachela
odważyła się na podróż tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy Mojsze i Szlomo są
na którejś z list. Intuicja matki po raz kolejny jej nie zawiodła. Mojsze z całą pewnością nie przeżył.
Wróciwszy do Bergen-Belsen dowiedziałyśmy się od innych mężczyzn, którzy
przeżyli Auschwitz, że w dzień przed rozpoczęciem Marszu Śmierci z Auschwitz
do Bergen-Belsen, nasz wuj Froim Biderman został złapany podczas próby kradzieży ziemniaka z wielkiej sterty i zastrzelony na miejscu. Tak więc cała rodzina Bidermanów zniknęła z powierzchni ziemi. Jego żona, nasza ciotka Gitla, ich
dwóch synów, Mojsze i Icie, niech pozostaną w pamięci, wszyscy zginęli w Starachowicach. Dowiedziałyśmy się, że nasz wuj Pincie Greenbuam także zginął
w Auschwitz. Tak więc cała rodzina Greenbaumów również całkowicie zniknęła
z powierzchni ziemi. Nasza ciotka Bruchla zginęła razem z dwójką swoich dzieci,
Ksylusiem i Mojszele, w Starachowicach.
Kuzynka Rywcia dowiedziała się od przyjaciółki z jej rodzinnego miasta, Szydłowca, że jej siostra, Chancia Ehrlich, została wywieziona z Auschwitz do obozu
koncentracyjnego Ravensbrück, a stamtąd do obozu koncentracyjnego Malchow,
gdzie zginęła z powodu maltretowania i z głodu.
Dowiedziałyśmy się od przyjaciół w Bergen-Belsen, że wuj Josel Schreibman,
który uciekł z obozu pracy w Starachowicach kiedy wywożono nas do Auschwitz,
został zastrzelony w lesie przez Polaka.
Dowiedziałyśmy się, że wuj Lejbuś, który uciekł z obozu pracy w Starachowicach z wujem Jankielem, też w tym czasie kiedy nas wywożono do Auschwitz,
pozostał przy życiu, ma się dobrze i mieszka w Polsce, w Kielcach.
Kuzynka Rywcia wkrótce dowiedziała się, że grupa osób z Bergen-Belsen wybiera się do Polski we wrześniu. Bez żadnych obaw zdecydowała się jechać z nimi,
żeby się tam spotkać z wujem Lejbusiem. Pojechała do Kielc, gdzie go odnalazła
i została u niego przez kilka tygodni. Kiedy tam była, powiedział jej, że on i wuj
Jankiel uciekli do lasu w pobliżu Starachowic, gdzie przeżyli od ostatnich dni lipca
1944 do pierwszych tygodni 1945 roku, kiedy to armia rosyjska wkroczyła na teren Polski. Warto wspomnieć, że pani Zofia Surowiecka, która tak wiele dla mnie
zrobiła i wiele razy narażała swoje życie, żeby mnie ratować, pomogła też wujom
233
Lejbusiowi i Jankielowi w ich zmaganiach o to, aby przeżyć w lesie. Następnie,
podczas ostatnich tygodni okupacji niemieckiej, wujowie Lejbuś i Jankiel mieszkali razem jako Polacy w Kielcach. Pewnego dnia, według relacji wuja Lejbusia,
wyszedł on z mieszkania na krótko, żeby kupić jedzenie. Kiedy wrócił, znalazł wuja
Jankiela na podłodze, w kałuży krwi. Po przeprowadzeniu śledztwa dowiedział
się, że zabójcą wuja Jankiela był Polak i niegdysiejszy szkolny kolega wuja Jankiela.
Po tym jak naziści zostali wypędzeni z Kielc, wuj Lejbuś naprawdę podejmował
starania, żeby oddać nikczemnego zabójcę pod sąd, i z wielkim prawdopodobieństwem powiodłoby mu się to. Jednak antysemickie nastroje w Kielcach tak się
nasiliły, że wuj Lejbuś nie mógł już dłużej wnosić oskarżenia przeciwko mordercy
wuja Jankiela, ponieważ jego własne życie też było w niebezpieczeństwie. Musiał
pogodzić się z faktem, że Żyd w Polsce nie mógł bezpiecznie dochodzić sprawiedliwości przeciwko Polakowi. Wycofał oskarżenie z sądu.
Po kilku tygodniach Rywcia wróciła do Bergen-Belsen, a wuj Lejbuś pozostał
w Polsce, usiłując odzyskać tak wiele jak to było możliwe z rodzinnej posiadłości w Bodzentynie, która kiedyś miała wielką wartość. Chociaż zakopana fortuna
wuja Lejbusia zniknęła, to udało mu się sprzedać niektóre z rodzinnych nieruchomości. Wkrótce przeprowadził się do Niemiec, w pobliże Bergen-Belsen, gdzie
mógł być blisko nas i często nas odwiedzać.
234
Epilog
Kiedy zbliżało się święto Rosz ha Szana w roku 1945, minęły prawie cztery miesiące od śmierci matki i nadszedł już czas, żeby przygotować i wznieść pomnik na
jej grobie. W czasie tego przedsięwzięcia miałyśmy szczęście liczyć na pomoc starego przyjaciela i współmieszkańca Szmiela Weintrauba. Szmiel też przeszedł przez
wszystkie obozowe doświadczenia Starachowic, Auschwitz i Bergen-Belsen, i tak jak
my mieszkał teraz w nowym obozie w Bergen-Belsen. Co więcej, trzymając się razem
z dawnymi przywódcami społeczności żydowskiej Bodzentyna, był również aktywnym jej członkiem w powojennym Bergen-Belsen. Poprzez niego i jego przyjaciela
załatwiłyśmy ładny pomnik z kamienia i przygotowałyśmy go do umieszczenia na
grobie matki. Pomnik został odsłonięty podczas uroczystości odprawianej w jidysz
przez żydowskiego rabina z Brygady Żydowskiej Armii Brytyjskiej. Kiedy odsłonięto
pomnik, można było na nim przeczytać wyryte w języku hebrajskim epitafium:
Tutaj leży
MIRIAM RYWKA SZACHTER
Córka Iry
Urodzona w roku 1902
W Bodzentynie
Złożona na wieczny odpoczynek 3 Sivan
W Bergen-Belsen
Niech spoczywa w pokoju wiecznym.
Razem z matką 28 osób spośród naszych 33 najbliższych i kochanych bliskich
z naszej wielopokoleniowej rodziny z Bodzentyna padło ofiarą najbardziej apokaliptycznej tragedii w żydowskiej historii, nie wliczając w to wielu kuzynów i dalszych
krewnych, z których nikt nie przeżył. 28 osób, które zginęły, to:
– dziadek Mejer, który umarł z głodu i od tyfusu w Starachowicach;
– dziadek Nusyn, który zginął w krematorium w Auschwitz;
– ojciec, który zginął w czasie podróży pociągiem ze Starachowic do Auschwitz;
– matka, która zmarła w Bergen-Belsen w wyniku maltretowania i niedożywienia
w obozach w Starachowicach, Auschwitz i Bergen-Belsen;
– nasz brat Mojsze, który zginął w obozie Dachau;
– nasz brat Szlomo, który zginął w czasie podróży pociągiem ze Starachowic do
Auschwitz.
235
Z rodziny Ehrlich:
– ciotka Fajgla i wuj Jeszaja, którzy zginęli w czasie likwidacji Szydłowca;
– kuzynka Chancia, która zginęła w obozie Malchow w wyniku maltretowania,
niedożywienia i z głodu w obozach w Starachowicach, Auschwitz, Ravensbrück
i Malchow;
– kuzynka Ruchcia, która zginęła razem ze swoimi rodzicami w czasie likwidacji
Szydłowca.
Z rodziny Bidermanów:
– ciotka Gitla, która zginęła w czasie likwidacji Starachowic;
– wuj Froim, który został zastrzelony, kiedy kradł ziemniaka dzień przed opuszczeniem Auschwitz;
– kuzyn Mojsze, który zginął ze swoją matką w czasie likwidacji Starachowic;
– kuzyn Icie, który zginął, kiedy wielki młot spadł na niego w obozie pracy w Starachowicach;
– kuzyn Szlomo, który zginął w obozie Dachau.
Z rodziny Greenbaumów:
– ciotka Bruchla, która zginęła w czasie likwidacji Starachowic;
– wuj Pincie, który zginął w krematorium w Auschwitz;
– kuzyni Mojszełe i Ksyluś, którzy zginęli razem z matką w czasie likwidacji Starachowic.
Z rodziny Schreibmanów:
– ciotka Dina, która zginęła w czasie likwidacji Starachowic;
– wuj Josel, który został zastrzelony przez Polaka w lesie blisko Starachowic;
– kuzyni Lalunia i Mojszeniu, którzy zginęli razem ze swoją matką w czasie likwidacji Starachowic.
Z rodziny Szachterów:
– wuj Mojsze, który zginął w krematorium w Auschwitz;
– żona wuja Mojsze, ciotka Chawcia oraz Samuś, ich synek, którzy zginęli w czasie
likwidacji Starachowic;
– wuj Froim, który został wysłany do Auschwitz w 1941 roku i prawdopodobnie
zginął tam w krematorium;
– wuj Jankiel, który został zastrzelony przez Polaka i dawnego szkolnego kolegę
w Kielcach.
Pięcioro ocalonych z całej rodziny to: wuj Lejbuś, jedyny przedstawiciel swojej
rodziny; kuzynka Rywcia Ehrlich, jedyna przedstawicielka kuzynów w pierwszej linii; moje siostry Irka i Rachela oraz ja.
Każde z nas osobno i wspólnie postawiliśmy sobie za cel przyszłość, budowanie
nowego życia. A robiąc to mieliśmy nadzieję na uświęcenie, przynajmniej w pewnym stopniu, pamięci tych, którzy nie przeżyli.
236
Lista nazwisk bliskich krewnych
– pradziadek Alter Szachter
– dziadek Mejer Szachter (ojciec ojca)
– dziadek Nusyn Szachter (ojciec matki)
– ojciec Jechiel Szachter
– matka Miriam Rywka Szachter
– rodzeństwo: Mojsze, Irka, Szlomo, Rachela
Ciotki i wujowie:
– ciotka Gitla i wuj Froim Biderman
– ciotka Fajgla i wuj Jeszaja Ehrlich
– ciotka Bruchla i wuj Pincie Greenbaum
– ciotka Dina i wuj Josel Schreibman
– wuj Mojsze i ciotka Chawcia Szachter
– wuj Froim Szachter
– wuj Lejbuś Szachter
– wuj Jankiel Szachter
Kuzyni w pierwszej linii:
– Mojsze, Icie i Szlomo Biderman
– Chancia, Rywcia i Ruchcia Ehrlich
– Mojszełe i Ksyluś Greenbaum
– Irka (Lalunia) i Mojszeniu Schreibman
– Samuś Szachter
237
Słowniczek
Baal kore (żyd. bal kojre) – mistrz czytający – określenie osoby czytającej
w synagodze fragment Tory przypadający na dany tydzień
Baal tfila – posłaniec, osoba wyznaczona do spełniania funkcji religijnych,
np. przewodzenia publicznym modłom w synagodze; należy ją otaczać czcią i szacunkiem
Bet Midrasz – dom nauki, tradycyjna instytucja gminy wyznaniowej, miejsce, gdzie studiowano święte księgi i modlono się; zazwyczaj mieszczące się przy
synagodze
Chanuka – Święto Świateł, upamiętniające powstanie Machabeuszy w 164 roku
p.n.e., obchodzone przez osiem dni, podczas których zapala się świece w specjalnym chanukowym świeczniku. Jest świętem radosnym, w czasie którego zabroniona jest żałoba
Chumasz – Tora, Nauka – w podstawowym znaczeniu Pięcioksiąg Mojżesza,
pierwsza część Bibii Hebrajskiej, w szerszym znaczeniu oznacza całą Biblię Hebrajską (Stary Testament), a w jeszcze szerszym tradycyjne prawo religijne
Filakterie – dwa czarne, skórzane pudełeczka wykonane z jednego kawałka
skóry, w których znajdują się ręcznie przepisane cztery fragmenty Tory, noszone
podczas codziennych modlitw w dni powszednie przez dorosłych mężczyzn. Pudełeczka przywiązuje się rzemieniem do czoła i lewego ramienia
Jamim Noraim (Straszne Dni, Dni Trwogi) – pierwsze dziesięć dni miesiąca
tiszri, okres pokuty, podczas których decyduje się los człowieka na następny rok.
Rozpoczynają się świętem Rosz ha Szana (zapisanie przez Boga w Księdze Żywota
lub w Księdze Śmierci), a kończą się świętem Jom Kipur (zapadnięcie ostatecznej
decyzji co do losów Żyda)
Jom Kipur (Dzień Pojednania) – jedno z najważniejszych świąt żydowskich
o charakterze pokutnym. Religijni Żydzi uczestniczą w wieczornym nabożeństwie,
podczas którego śpiewana jest Kol Nidre – prośba o unieważnienie przyrzeczeń
religijnych, które nie zostały dotrzymane. Każdy Żyd powinien prosić osoby przez
niego skrzywdzone o przebaczenie. W święto Jom Kipur obowiązuje ścisły post
Kaparot – rytuał polegający na ofiarowaniu koguta lub kury jako „zastępcy”,
który zostanie uśmiercony za winy ofiarującego, podczas gdy ofiarowujący „dostąpi długiego życia w pokoju”
238
Kidusz – modlitwa odmawiana zaraz po powrocie z synagogi przez pana
domu, w obecności całej rodziny, nad kielichem wina; modlitwa ta rozpoczyna
święto szabatu
Kuczka – szałas budowany w święto Sukot, także altanka lub drewniany ganek, w którym spożywano posiłki podczas trwania święta
Machzor – modlitewnik zawierający modlitwy przeznaczone na okres świąt
i poematy religijne
Mincha maariv – modlitwa wieczorna
Minjan – kworum modlitewne wynoszące dziesięciu dorosłych mężczyzn
(tj. powyżej 13. roku życia), wymagane przy czytaniu Tory i odmawianiu niektórych modlitw
Mykwa – łaźnia rytualna. Woda powinna pochodzić z naturalnego źródła
(np. deszczu), a osoba odbywająca kąpiel rytualną powinna zanurzyć się
w wodzie
Pirke Awot (Sentencje Ojców) – traktat Talmudu, który pobożni Żydzi studiują, zgodnie z tradycją, w szabatowe popołudnia pomiędzy świętami Pesach
a Szewuot; zbiór zasad etycznych judaizmu podany w formie mądrościowych
pouczeń
Purim – święto żydowskie obchodzone 14. dnia miesiąca adar, upamiętniające uchronienie Żydów od zagłady w imperium perskim. W synagodze czytana
jest Księga Estery, opisująca to wydarzenie. Ilekroć pada słowo „Haman“, zebrani hałasują, tupią i grzechoczą kołatkami. Purim ma charakter karnawałowy, jego
uczestnicy przebierają się w kostiumy. Po południu spożywa się posiłek świąteczny, podczas którego podawane są trójkątne słodkie bułeczki z makiem, zwane
„uszami Hamana“ (hamentaszen). W tym dniu dzieci chodzą od domu do domu
i odgrywają przedstawienie Purim Spiel, oparte na historii Estery
Rabin – mistrz, duchowy ojciec gminy, doradca, sędzia, interpretator i znawca prawa religijnego, także administrator gminy wyznaniowej, odpowiedzialny za
prowadzenie nabożeństw, szkoły i opiekę nad domem modlitwy. Nie jest duchownym, jego autorytet opiera się wyłącznie na wiedzy i bogobojności
Rebe – zwrot grzecznościowy, którym uczniowie zwracają się do nauczyciela
w chederze lub jesziwie; używany także przez chasydów w stosunku do cadyka
Rosz ha Szana (Nowy Rok) – pierwszy dzień kalendarza żydowskiego. Upamiętnia stworzenie świata i przypomina o sądzie Bożym, otwiera okres pokuty.
Podczas świąt dmie się kilkakrotnie w szofar (róg) – stąd czasem niewłaściwa nazwa Święto Trąbek
Sidur (porządek modlitw) – modlitewnik do użytku w synagodze i w domu,
zawierający modlitwy na dni powszednie i zwykłe szabaty
Sukot – Święto Namiotów, Święto Szałasów, Kuczki – jedno z trzech najważniejszych świąt żydowskich, obchodzone w jesieni na pamiątkę pobytu Żydów na
pustyni; również święto dziękczynienia za plony. Na Sukot budowano obok domu
albo na balkonach specjalne szałasy z gałęzi, zwane kuczki, których dachy były
pokryte trawą i liśćmi, a ściany ozdobione zielenią. Spożywano w nich posiłki
239
Szabat, szabas (Sobota) – najważniejsze żydowskie święto. Zaczyna się
o zmierzchu w piątek i trwa do zmierzchu w sobotę, dzień odpoczynku, w którym należy powstrzymać się od zakazanych aktywności oraz upamiętniać dwa
wydarzenia: stworzenie świata oraz wyjście z Egiptu. Nakazana jest radość, odwiedzenie synagogi, śpiewanie hymnów zmirot, czytanie i dyskutowanie Tory
i komentarzy. Przed szabatem gospodyni zapala dwie świece. Obowiązkowa jest
dwukrotna recytacja modlitwy kidusz: na początku szabatu przed pierwszym
posiłkiem oraz po porannej modlitwie, a także recytacja hawdali na zakończenie
szabatu
Szacharit – codzienne modły poranne, odmawiane po nastaniu świtu, składające się z błogosławieństw, psalmów, Szura, hymnów. Przed szacharit nie wolno
nic jeść
Sziwa (siedem) – siedmiodniowa żałoba po bliskim krewnym
Szmini Aceret – ósmy (dzień) zgromadzenia – w religijnym kalendarzu żydowskim ósmy dzień święta Sukot, traktowany jest jako osobne święto
Szofar (róg) – instrument dęty, który w Rosz ha Szana budził ludzi z drzemki
duchowej i wzywał do pokuty, wykonany najczęściej z baraniego rogu
Talit – prostokątny szal modlitewny z frędzlami w czterech rogach, nakładany
przez mężczyzn podczas modlitwy. Zwykle biały, wykonany z wełny, bawełny lub
jedwabiu
Talmud (nauka) – jedna z podstawowych ksiąg judaizmu, wyjaśnia jak
przestrzegać prawa zawartego w Torze. Uporządkowany zbiór praw religijnych,
opartych na rozważaniach rabinów żyjących między III wiekiem p.n.e. a VI wiekiem n.e. Składa się z dwóch części: Miszny i Gemary. Miszna to zbiór zinterpretowanych norm prawnych, obejmujący całą sferę obyczajowości, składający się
z 248 podstawowych obowiązków i 365 zakazów. Gemara jest obszernym komentarzem do poszczególnych fragmentów Miszny, jeszcze bardziej precyzyjnie ustalającym właściwe zachowanie pobożnego Żyda
Taszlich – zwyczaj związany ze świętem Rosz ha Szana, pozbywanie się grzechów; symboliczne strząsanie do wody swoich grzechów
240

Podobne dokumenty