Pobierz - Miasto Kobiet

Komentarze

Transkrypt

Pobierz - Miasto Kobiet
W NUMERZE:
KULTURA I ROZRYWKA
4
Każdemu po aniele (Andrzej Politowicz)
6
Aldona Jankowska: Twarz na sprzedaż (Małgorzata Krajewska)
8
Machina Fotografika: Kobiety patrzą przez obiektyw (Agnieszka Kozak)
10 Krzykiem – rozmowa z Januszem Radkiem (Paweł Gzyl)
12 Zielone szkiełko w dwanaście lat później (Kamil M. Śmiałkowski)
14 Na fali – rozmowa z Katarzyną Dąbrowską (Paweł Gzyl)
16 Rozważna i romantyczna – rozmowa z Magdą Wójcik (Paweł Gzyl)
18 Edukacja: Dwie wszechnice, dwa pokolenia (Aneta Pondo)
19 Książki – recenzje
19 Wydarzenia – kalendarium
Goya, fot. EMI Music Poland
20 Nowości płytowe (Paweł Gzyl) / filmy na DVD (Agata Jałyńska)
KUCHNIA
G O Y A / str.
21 Nowe miejsca (Ola Przegorzalska)
16
24 Mleko po góralsku (Marianna Dembińska)
25 Kasyno się odmładza (Ola Przegorzalska)
MODA
Na okładce: Pokaz firmy Aryton w czasie 3. urodzin Miasta Kobiet, fot. J. Wrzesiński
i M. Urban, MAI, więcej na str. 32
28 Ubierając kobietę sukcesu (fragment książki Jerzego Turbasy)
Wydawca: Agencja Etna, Kraków 30-107, plac Na Stawach 1 (pokój 411), tel. 012/ 294 11 82, tel.
/fax 012 / 294 11 80; redaktor naczelny: Aneta Pondo, [email protected];
sekretarz redakcji: Andrzej Politowicz, [email protected]; skład i opracowanie graficzne:
Eliza Luty; współpraca: Marianna Dembińska, Emilia Fajkowska, Paweł Gzyl, Agata Jałyńska, Karolina
Kelman, Zyta Kowalska, Agnieszka Kozak, Małgorzata Krajewska, Łucja Kucia, Anna Laszczka, Ola
Przegorzalska, Matylda Stanowska, Kamil M. Śmiałkowski, Emilia Wadowska; ilustracje: Agnieszka
Kucia, Eliza Luty; reklama: Barbara Fijał (tel. 698 901 255) Ludmiła Mentlewicz (tel. 609 817 533)
Renata Stós-Pacut (tel. 601 998 170); Druk: Leyko, ul. Romanowicza 11, Naklad: 11 tys. egz.
Miasto Kobiet – bezpłatny dwumiesięcznik, dostępny w kawiarniach, klubach i restauracjach, salonach kosmetycznych i fryzjerskich, sklepach, przychodniach, klubach fitness, itp.
Następny numer Miasta Kobiet ukaże się 18 stycznia 2008. Zamówienia na reklamy przyjmujemy
do 28 grudnia 2007 (tel: 012 294 08 83, tel./fax 012 294 11 80). Zapraszamy do współpracy!
w
w
w
.
m
i
a
s
t
o
k
o
b
i
e
t
.
p
l
> K O N K U R S
Salon fryzjerski Franc Provost (ul. Sienna 1) ufundował dla Czytelników Miasta Kobiet
10 zaproszeń na usługi fryzjerskie o wartości 100 zł. Aby je otrzymać należy do
31 grudnia 2007 wysłać sms o treści: MKA FRANC PROVOST IMIĘ I NAZWISKO na numer 7101 (koszt sms-a wynosi 1,22 z VAT, 1 zł bez VAT)
> I N N E K O N K U R S Y – szukaj na www.miastokobiet.pl
32 Fotoreportaż: To był jubileusz! (3. urodziny Miasta Kobiet)
36 Trendy: Czapki do przeglądu marsz! (Matylda Stanowska)
ZDROWIE I URODA
38 Rekreacja: Na zimową nudę (Emilia Fajkowska i Karolina Kelman)
44 Testujemy: Kryształowe SPA (Agnieszka Kozak)
47 Testujemy: Gorączka złota (Renata Stós-Pacut)
48 Testujemy: Le Premier (Aneta Pondo)
52 Makijaż: Przed wielkim wyjściem
56 Uroda do poprawki – rozmowa z Tomaszem Kasprzykiem,
specjalistą chirurgii plastycznej
58 Porozmawiajmy o zdrowiu (Aneta Pondo)
59 Krótka lekcja stylu – rozmowa z Jolantą Kwaśniewską (Aneta Pondo)
WNĘTRZA
64 Zimowe ogrody (Andrzej Politowicz)
KAŻDEMU
PO aniele
Festiwal Anielski
ilustracja: Angnieszka Kucia
V
obyczaje
zy chcemy czy nie, naszymi wyborami kierują mody. To, w co się
ubieramy, gdzie i co jadamy, jakiej rasy pies towarzyszy nam na
spacerze i czyja muzyka brzmi nam wówczas w słuchawkach modnej empeczwórki… I nie łudźmy się – gdy w przedświątecznym zapale zacznie-
C
my szukać upominków dla najbliższych, będzie tak samo. Dlaczego więc, nie
uchybiając panującej modzie, nie kupić komuś… anioła? A dokładniej czegoś, co
go mniej lub bardziej dosłownie wyobraża?
Choć tyle jest innych pięknych przedmiotów – obrazów, rzeźb, naczyń,
kwiatów – które można kupić na prezent, to moda na anioły nie dziwi ani trochę.
W naszym wariackim, zapętlonym świecie, świadomie lub nie całkiem, szukamy
duchowości. A czym jest takie anielskie wyobrażenie, jak nie niewinnym symbolem furtki do wyższych uczuć? Kluczem do własnego, zaniechanego wnętrza?
I pretekstem, by choć na chwilę oderwać się od ziemi i na przykład posłuchać
deszczu i wiatru, strząsającego ostatnie liście z drzew?
W przedświąteczny czas anioły szczególnie nie pozwalają o sobie zapomnieć.
W niektórych okolicach kraju to one – a nie krasnalowaty Święty Mikołaj ani
Gwiazdor – przynoszą dzieciom prezenty pod choinkę. Ich „włosami” przystroimy świąteczne drzewko, pojawią się też rojnie przy okazji kolęd i pastorałek. Ile
jednak osób wie, jaka jest ich prawdziwa natura? Albo, że anioły nie są bynajmniej
własnością ani domeną świata chrześcijańskiego?
Wyobrażenia aniołów w postaci skrzydlatych zwierząt z ludzkimi twarzami
funkcjonowały już u starożytnych Egipcjan i Babilończyków. Otaczały ich całe roje duchów i istot, będących pośrednikami między bogami i człowiekiem. Tamte
prastare anioły nie były też całkiem bezcielesne – mogły odczuwać głód i pragnienie, a nawet się rozmnażać. Dziś w różnych religiach – judaizmie, islamie, nawet
buddyzmie – anioły, choć różnie wyobrażane, funkcje spełniają podobne. Dla
muzułmanów wiara w anioły to istotny składnik dogmatyki ich religii. Wierzą oni,
że Allah stworzył je z ognia i że przebywając w niebiosach służą swemu stwórcy.
Pełnią też funkcję posłańców, chronią ludzi i spisują ich uczynki. To anioł Dżibril
w imieniu Boga podyktował Mahometowi treść Koranu, a inny – Iblis – zbuntował się przeciwko Bogu.
Świat chrześcijański wiarę w anioły przejął wprost od judaizmu, choć co do
ich natury był mały problem. Niektóre autorytety w początkach chrześcijaństwa
chciały w nich widzieć istoty eteryczno-ogniste. Jeszcze w ósmym wieku Sobór
Nicejski pozwalał im mieć subtelne ciała. Tomasz z Akwinu położył temu kres –
anioły to duchy. Mają wprawdzie wolną wolę, ale nie mają ciała, a samo słowo
„anioł” nie określa bynajmniej, jak ów duch wygląda, ale – jaką spełnia funkcję.
– Największym bogactwem wyobrażeń aniołów dysponuje prawosławie – mówi
Katarzyna Korba, pasjonatka angelologii, właścicielka galerii z aniołami „Art Cherub”, od trzech lat pomysłodawczyni i organizatorka corocznego krakowskiego
Festiwalu Anielskiego. – Najbardziej znane wizerunki aniołów to te na ikonach Andrieja Rublowa (przełom XIV i XV w.). W ikonopisarstwie najczęściej przedstawiano
archanioła Michała, księcia aniołów, najważniejszego w hierarchii anielskiej. Rzadziej
patrona podróżujących archanioła Rafała i Gabriela – zwiastuna dobrej nowiny. Każdy z nich miał stosowne atrybuty, po których można było go poznać: Michał – miecz,
wagę albo kulę ziemską w dłoni, Rafał – torbę i kij, a Gabriel – lilię. A czy pan wie, że
anioły bizantyjskie przedstawiano z czarnymi twarzami?
Z aniołami oswojonymi, czyli stróżami, najlepszy bo nieskażony kontakt mają dzieci. To oczywiste, skoro w momencie urodzin każdemu przydzielany jest co
najmniej jeden, który potem nie odstępuje człowieka na krok przez całe życie.
– Anioły mogą mieć dwie lub trzy pary skrzydeł, ale mogą też nie mieć ich wca-
4
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
le i przez to nie przestają być aniołami – twierdzi pani Katarzyna. – Cherubinów, stojących najwyżej w hierarchii anielskiej, wyobrażano z mnóstwem oczu na skrzydłach,
stąd przydomek „Wielookie”. Podobnie Serafinów nazywa się „Wieloskrzydłymi”, bo
mogą posiadać wiele par skrzydeł…
Nie wolno jednak zapominać, że nie wszystkie anioły są takie piękne i uładzone. Upadłe anioły nadal pozostają aniołami, choć prawie się o tym nie wspomina.
– Często mówię ludziom, że nawet jeśli ktoś nie wierzy w anioły, to anioły wierzą
w niego – mówi z uśmiechem pani Katarzyna. – Człowiek powinien używać swoich
aniołów, zwłaszcza stróżów, bo to dobrze robi. Jeśli ich o coś poprosimy, to na pewno dostaniemy. Moim celem jest, żeby te moje anioły, wśród których jest taka różnorodność, trafiały między ludzi, żeby o nich jak najwięcej mówić, pisać o nich.
I taki jest cel jej Festiwalu Anielskiego (tegoroczny odbył się w dniach 5–7.10)
– poznanie bytów anielskich przez kulturę, naukę i sztukę; przez koncerty, wykłady oraz wystawy, na których prezentowane są różne wyobrażenia aniołów:
w rzeźbie, obrazach olejnych czy pracach na deskach. Festiwal jest dedykowany
Szpitalowi Bonifratrów, z którym sąsiaduje galeryjka pani Katarzyny.
– Anioły uzdatniają nas, ludzi, do życzliwości i otwartości na innych – reasumuje. – Powiedziałabym, że wszyscy jesteśmy aniołami, ale ułomnymi, bo o jednym
skrzydle. Aby mieć dwa musimy sobie paść w ramiona.
Andrzej Politowicz
V
rozrywka
Zyta Gilowska, Danuta Hojarska, Julia
Tymoszenko, Superniania, ojciec Rydzyk. Nie mają ze sobą nic wspólnego?
A jednak. Za tymi barwnymi postaciami, które wystąpiły w programie „Szymon Majewski Show” stoi mistrzyni paAldona Jankowska, fot. Leszek Szymaniec
rodii – Aldona Jankowska.
TWARZ NA SPRZEDAŻ
Aldona Jankowska
ldona Jankowska nie zawsze była satyrykiem. – W młodym wieku, kiedy każdy intensywnie zadaje sobie pytania o sens życia, skłaniałam się ku rolom dramatycznym. Nie były to dla mnie łatwe lata. Studia w krakowskiej PWST były
wprawdzie czasem beztroski, ale równocześnie okresem przyśpieszonego dojrzewania.
W czasach studenckich aktorka bardzo poważnie myślała o śpiewie. Z tych
lat szczególnie wspomina Olgę Szwajgier, która – jak mówi – ukształtowała jej
A
głos, ale też podbudowała ją psychiczne, otworzyła na nowe próby i nauczyła, że
można popełnić błąd, i że nie jest grzechem szukać.
Po studiach wyjechała do Norwegii, gdzie występowała w off-owych teatrach, grając także role dramatyczne. Przełom nastąpił po roli Katarzyny w „Poskromieniu złośnicy” Jerzego Stuhra. – Posypały się role komediowe, a ja odkryłam,
że życie kabaretowe to jest to!
I rzeczywiście – artystka na dobre zagościła na scenie rozrywkowej. Występowała w „Kabarecie pod Wyrwigroszem”, „Spotkaniach z Balladą”, brała udział
w telewizyjnych programach rozrywkowych „Kraj się śmieje” i w Kabaretonach
w Mrągowie i Koszalinie. Miała też benefisy w Teatrze STU i grywała w serialu
komediowym „Klinika pod Wydrwigroszem” oraz w HBO „Na stojaka”. Od niedawna w TVN 7 jest gospodarzem „Bombonierki” – programu promującego
młode talenty kabaretowe.
A jak zaczęła się jej przygoda z „Szymon Majewski Show”? Wzięła po prostu
udział w castingu, na który przygotowała parodię Zyty Gilowskiej. To była pierwsza parodia w jej życiu. Kolejne postaci podsuwa jej szczodrze polskie życie publiczne. – Wystarczy, że przyjrzę się komuś dwa-trzy razy i już wiem, czy mogę go
sparodiować. Z bólem serca patrzę na tych przedstawicieli naszej polityki, których
warto byłoby sparodiować, ale nigdy tego nie zrobię, bo przeszkadzają mi warunki fizyczne (choć mamy genialnych charakteryzatorów) lub psychofizyczne. Moją
artystyczną porażką jest Zbigniew Ziobro, którego bardzo chciałam sparodiować, ale
niestety jest to z jakichś powodów (i nie chodzi o płeć) niemożliwe.
„Szymon Majewski Show” otworzył przez aktorką nowe możliwości. Teraz
specjalizuje się ona w nieznanym w Polsce gatunku stand-up comedy. To kabaretowa forma estradowa wzorowana na występach komików amerykańskich.
W „Jak nie ja, to kto?” teksty satyryczne przeplatają się z piosenkami. Artystka
wciela się w różne osobowości, z których jedne zaskakują, inne zastanawiają, ale
wszystkie wywołują śmiech…
– Dziesięć lat uprawiałam typowo polski kabaret i trochę już z tego wyrosłam.
Stand-up comedy to coś pomiędzy kabaretem a monodramem. Zakłada on dialog
z widzami, który bywa bardzo poważny. Jest to też forma prowokacyjna, gdzie
wszystko może się zdarzyć – podkreśla.
Aldona Jankowska ceni rzetelną pracę sceniczną. – Mój podziw wzbudzają artyści, którzy potrafią wyjść na scenę o wymiarach dwa na dwa metry, stanąć naprzeciw mikrofonu – i zaczarować widza. Jak Hanka Bielicka, Irena Kwiatkowska, Jerzy
Połomski czy Bogdan Łazuka. To warsztat, pokora wobec widza, profesjonalizm i talent poparty ciężką pracą.
Małgorzata Krajewska
Aldona Jankowska wystąpi ze swoim programem stand-up comedy pt.: „Jak nie ja, to kto?”
25 listopada o godz. 20.00 w Teatrze Groteska w Krakowie
6
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
V
fotografia
KOBIETY PATRZĄ
(PRZEZ OBIEKTYW)
Nikko i Gutta podczas projektu Podgórzanie
Machina Fotografika ma już rok – czy to czujecie?
Zaczynacie już stabilnie stać na nogach? Bo pierwsze
kroki macie na pewno za sobą.
„Miejsce Fotograficzne Machina Fotografika” jako grupa nieformalna rozpoczęło swoją działalność dokładnie 14 września 2006 roku. Do marca 2007 w starej,
odnowionej przez nas kuchni w Klubie Lokator, który bezpłatnie użyczył nam miejsca, zorganizowałyśmy
9 wernisaży, dwanaście wykładów z teorii, historii
oraz techniki fotografii, cztery spotkania z fotografami
połączone z pokazami slajdów i trzy fotoakcje –
portrety mieszkańców Krakowa. Było tego sporo
i było intensywnie, zatem pierwsze kroki faktycznie
Rozmowa z Sylwią „Nikko” Biernacką i Grażyną „Guttą” Makarą
– założycielkami krakowskiego Miejsca Fotograficznego Machina Fotografika
mamy za sobą, ale do stabilności dużo nam jeszcze
brakuje. Szukamy przede wszystkim nowego miejsca.
Fotografika było terytorium fotograficznym, do którego przychodzi się nie tylko oglądać fotografie, ale
i współuczestniczyć w różnego rodzaju zdarzeniach
fotograficznych. W lutym powołałyśmy do życia Fundację Machina Fotografika, co, mamy nadzieję, pomoże nam w rozwinięciu jeszcze ciekawszej działalności.
Jakie były Wasze pierwsze kroki? Skąd wziął się pomysł?
Pomysł siedział nam w głowach już długo. Przyjaźniłyśmy się i czasami współpracowałyśmy ze sobą. Podczas weekendowego pobytu na „ranczu” Gutty
w Brzeźnie, rozmawiałyśmy przy ognisku o tym, co
i jak mogłybyśmy razem robić w przyszłości. Miałyśmy
masę pomysłów, które zaczęłyśmy sprawdzać w praktyce i – jak widać – nadal to robimy z przyjemnością.
Wasze dotychczasowe dokonania jako duetu Machina
Fotografika to...
A nazwa?
MF Machina Fotografika
Nazwę „Machina Fotografika” wymyśliłam w 2005 roku otwierając swoją firmę. Po portugalsku oznacza ona
po prostu aparat fotograficzny, brzmienie ma cudowne i trochę magiczne. Firma działała tylko rok, ale nazwa pozostała. Zaczęłam sygnować nią ukazujące się
w prasie publikacje moich zdjęć, potem zaproponowałam Guttcie, żebyśmy wspólną działalność prowadziły pod tą nazwą. Zgodziła się i tak już pozostało.
Dodałyśmy przed Machiną „Miejsce Fotograficzne”, na
określenie przestrzeni wystawienniczej, świadomie
unikając nazwy „Galeria”. Chciałyśmy, aby Machina
8
MIASTO KOBIET
■
... cykle. Mamy skłonność do cykli i kilka ich w Machinie powstało. Do tej pory zrealizowałyśmy cztery
„Fotodebiuty” czyli spotkania z fotografią debiutantów. „Fotografki – czyli o patrzeniu kobiet” to cykl wystaw, spotkania oraz warsztaty prowadzone przez fotografki z Polski oraz ze świata. Jednym z najważniejszych celów naszej fundacji jest prezentacja, promocja kobiet – artystek zajmujących się fotografią, filmem
oraz multimediami jako dziedzinami sztuki. Fotografie
Vesny Krajniec-Humpl zostały zaprezentowane w ramach cyklu „Fotografia z Czech”. Wojciech Plewiński
przyjął zaproszenie na spotkanie w ramach cyklu
„Spotkania z Mistrzami”. Cyklicznie odbywały się też
prowadzone przez Martę Miskowiec i cieszące się
ogromną popularnością „Lekcje czytania fotografii”,
czyli „rozmowy o możliwościach interpretacji obrazu
fotograficznego oraz ćwiczenia w oparciu o teksty mistrzów i obrazy, które mówią więcej niż nam się
z pozoru wydaje” – jak trafnie opisała to Marta. Jest
jeszcze „Technika czyli pierwszy krok do magii”, w ramach której Beata Długosz opowiedziała o fotografii
bezkamerowej, „Psychologiczne aspekty fotografii”,
które poprowadził Mariusz Makowski oraz wykład
Nikko o Sophie Calle w ramach cyklu „Portrety artystek”. Faktycznie jesteśmy uzależnione od cykli... Gdy
dostałyśmy zaproszenie na wykład o Sophie Calle
oraz prezentacje Machiny przez Gliwicki Dom Fotografii, od razu stworzyłyśmy cykl „Latająca Machina” –
czyli Machina w podróży.
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
Wasze dziecko, Miejsce Fotograficzne Machina Fotografika, mieściło się w bardzo nietypowym
miejscu, do którego wchodziło się
przez... okno, a na środku stała
piękna stara wanna. Jaka jest historia tego miejsca?
Pio Kaliński zaproponował nam
korzystanie przez kilka miesięcy
z malutkiej przestrzeni w nowej
siedzibie jego Klubu Lokator.
Wcześniej była tam kuchnia restauracji Domu Norymberskiego.
Przestrzeń to bardzo nietypowa
i trudna pod względem wystawienniczym, ale dla nas
adaptowanie jej było wielką radością. Wszystko wyczyściłyśmy, pomalowałyśmy ściany i okna, na parapetach położyłyśmy szarą, futerkowatą tkaninę, w doniczkach zasadziłyśmy papirusy, a na środku postawiłyśmy integralny przedmiot naszego Miejsca Fotograficznego czyli… wannę. Do każdej wystawy przestrzeń
była przez nas specjalnie aranżowana. Do Miejsca Fotograficznego wchodziło się przez okno. Na początku
miałyśmy prowizoryczny podest ze skrzynek, ale potem pojawił się podest z prawdziwego zdarzenia, który co prawda zajmował jedną czwartą naszej przestrzeni, ale za to doskonale sprawdzał się na wykładach jako dodatkowe miejsce do siedzenia. Chciałyśmy, żeby Machina Fotografika była miejscem otwartym, bezpretensjonalnym i ciepłym – i mamy wrażenie, że się udało. Teraz jesteśmy na etapie poszukiwania nowego miejsca, w którym na środku na pewno
będzie stała wanna – ta sama.
Ulubiona akcja MF czyli Gutty i Nikko?
Naszymi ulubionymi akcjami są kąpiele w rzece Nidzie i pływanie pod prąd. Robimy wtedy zdjęcia starając się, żeby aparat nie wpadł do wody...
Czego możemy się spodziewać z okazji Waszej rocznicy?
Kontynuacji działań. Mamy nadzieję ruszyć od połowy listopada z nowymi spotkaniami w ramach cyklu
Latająca Machina.
A czego Wam życzyć?
Nowego, własnego miejsca.
Rozmawiała Agnieszka Kozak
Grażyna Gutta Makara – Rocznik ‘72. Absolwentka
Zarządzania Kulturą Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Znana jako
fotoreporterka i fotoedytorka Gazety Wyborczej. Od
października 2007 pracuje w Tygodniku Powszechnym
jako fotoedytorka i fotografka.
Sylwia Nikko Biernacka – Rocznik ‘76. Freelancerka.
Absolwentka Kulturoznawstwa w Poznaniu. Studentka Instytutu Twórczej Fotografii w Opavie (Czechy).
V
muzyka
KRZYKIEM
Kiedy zorientował się Pan, że został obdarzony tak
niezwykłym czterooktawowym głosem?
Zaczynał Pan od poezji śpiewanej, zwanej dekadę temu „krainą łagodności”. Dlaczego facet z takim głosem sięgnął po tak stonowaną ekspresję?
Rzeczywiście, to było dosyć dziwne. Zdecydowanie
nie pasowały mi te czarne, wyciągnięte swetry. Próbowałem jednak odnaleźć się w formule soulowej
ballady. A ponieważ soul w polskim wykonaniu kojarzył mi się z tekstami banalnymi do bólu, próbowałem połączyć go z poezją. Sądziłem, że dobry tekst
sprawi, że soul stanie się na naszym rynku nośną formułą. I nie zaniechałem tych prób do dzisiaj. Na
mojej nowej płycie „Dziękuję za miłość” jest piosenka „Sheila”, to właśnie taki mój soul – „czarna” muzyka z tekstem Haliny Poświatowskiej. Wracając do
„krainy łagodności”, z czasem nurt ten stracił wiarygodność, swetry za bardzo się wyciągnęły, a rząd
dusz przeszedł w inne ręce...
To dlatego stanął Pan za mikrofonem rockowego zespołu Zanderhaus?
To było wspomnienie młodości. Wtedy fascynował
mnie soft-metal i zespoły w rodzaju Bon Jovi czy
Def Leppard. Bo miał on niezwykle teatralny charak-
Janusz Radek, fot. Radek Polak
Od dawna wiedziałem, że mam takie możliwości, ale
dopiero z czasem zacząłem je rozszerzać. Momentem przełomowym stało się moje wkroczenie w świat
teatru muzycznego, jakieś osiem lat temu. Nie oznacza to, że jestem aktorem. Teatr pomógł mi jedynie
odnaleźć odpowiednie środki do wyrażenia siebie.
Reszta to, jak mawiał Lenin: „Praca, praca, praca”.
wia do swego odbiorcy.
Zamiast zapowiadanej płyty z materiałem ze spektaklu
„Dom za miastem”, otrzymaliśmy właśnie Pana autorski album „Dziękuję za miłość”. Skąd ta zmiana?
Co się odwlecze, to nie uciecze. „Dom za miastem”
jest zrobiony, kiedyś ukaże się na płycie DVD. Ale
po drodze coś innego zaświtało mi w głowie. Zapragnąłem czegoś lirycznego.
Płyta „Dziękuję za miłość”, która zawiera popowe
piosenki, to kolejny Pana ukłon w stronę szerszej publiczności. Pierwszym był występ w polskich eliminacjach do festiwalu „Eurowizji” w 2004 roku...
„Wykształciuchy”, które pokochały mnie za „Serwus madonna” i „Królową nocy”
chciały mnie zlinczować. A mnie zafascynował u Rubika ogromny zmysł
melodyczny – ta największa, może nawet jedyna wartość jego muzyki.
u Rubika ogromny zmysł melodyczny – ta największa,
może nawet jedyna wartość jego muzyki. Zaśpiewałem z nim prawie sto koncertów – to było niezwykłe
przeżycie. Myślę, że jego publiczność zainteresuje się
moim nowym albumem „Dziękuję za miłość'.
No właśnie. Powiedział Pan o nim, że to „inteligentny
pop”. Co się kryje za tym enigmatycznym stwierdzeniem?
Trafiły nań piosenki spełniające wszystkie warunki, aby
stać się popularnymi: melodyjne, zaśpiewane na polską
nutę, nowocześnie zaaranżowane i wyprodukowane.
Do napisania tekstów zainspirowała Pana podobno
twórczość Haliny Poświatowskiej.
To prawda. Wiersze Poświatowskiej to teksty nie
mające pretensji do bycia poezją. Ona nie nadymała się słowem, pisała z pasją i energią, dotykając bolesnych prawd. To niezwykle wiarygodna i nośna
twórczość. Dlatego dała mi impuls do napisania tekstów mówiących o rzeczy najważniejszej: potrzebie
kochania i bycia kochanym.
W polskim popie śpiewa się o miłości tak, że zęby bolą...
ter, te nastroszone włosy, puszyste futra, makijaże.
Podobała mi się ta umowność, dzięki której nikt nie
traktował horrorowych spektakli Alice’a Coopera
czy Ozzy’ego Osbourne’a na serio. To samo próbowaliśmy robić z Zanderhausem.
Kiedyś w jednym z wywiadów nazwał Pan siebie
„zwierzęciem scenicznym”. To dlatego odnalazł się
Pan w końcu w piosence aktorskiej?
Teatr pozwolił mi na szeroką interpretację piosenek.
Nie wtłaczał w żaden schemat. Umożliwił opowiadanie śpiewanych historii ruchem, mimiką, gestem,
kostiumem. Dzięki temu nawiązuje się pełny kontakt
z widzem. Co ciekawe, z czasem zauważyłem, że
te aktorskie elementy interpretacji piosenki są obecne w różnych estetykach – od rocka do hip hopu –
tworząc swoisty kod, język, którym artysta przema-
10
MIASTO KOBIET
■
Podpisałem wtedy umowę z wytwórnią Magic Records i wspólnie postanowiliśmy, że powinienem zaprezentować się jak największemu audytorium. A telewizyjne show stwarzało ku temu idealną okazję.
Odłożyłem więc na poźniej adresowane do „wykształciuchów” niszowe projekty „Serwus madonna”
i „Królowa nocy”, i pokazałem się w agro-rockowej
piosence autorstwa Romualda Lipko i Andrzeja Mogielnickiego. Nie miałem żadnych kompleksów – darłem ryja i zdobyłem piąte miejsce w konkursie.
Czy konsekwencją tego kroku był Pana udział w poporatoriach Piotra Rubika?
W pewnym sensie tak. „Wykształciuchy”, które pokochały mnie za „Serwus madonna” i „Królową nocy”,
chciały mnie za to zlinczować. „Co ty robisz, moherowy berecie!” – słyszałem wokół. A mnie zafascynował
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
To fakt. Jedni babrzą się w smutku, niemożności, beznadziei. To przeważnie chłopcy-rockowcy. Nasze
piosenkarki idą z kolei w babskie miauczenie, płacz
czy wręcz histerię. Takie traktowanie miłości to bujda
na resorach. Ja chciałem napisać o miłości prawdziwej
– dziękując za to, że ktoś mnie kocha. Bo bardzo głęboko ostatnio tego doświadczyłem, zarówno ze strony moich najbliższych – żony i córki – jak też ze strony moich słuchaczy. Trudniej śpiewa mi się o tym, że
ja kogoś kocham. Bo jestem tylko słabym człowiekiem. Czy potrafię więc naprawdę kochać?
„Dziękuję za miłość” to pierwsza Pana autorska płyta
z prawdziwego zdarzenia. Trzeba było do niej dojrzeć?
Oczywiście. Dziś taka forma twórczości właśnie najbardziej mi odpowiada. Już powstaje mój drugi autorski album. Bo tak się zapaliłem do pracy, że napisałem
V
muzyka
Rozmowa z Januszem Radkiem
łem tego robić, bo miałem do tych piosenek zbyt mały dystans. W końcu przypomniałem sobie o Mateuszu, z którym współpracowałem przy kilku zbiorowych przedsięwzięciach. Początkowo nie chciał się
zgodzić. Nie miał czasu, pracował bowiem nad Zakopowerem i swoim własnym projektem. Ale ponieważ ciągle przysyłałem mu piosenki, w końcu skapitulował. I bardzo zaangażował się w moją płytę. Włożył
w nią mnóstwo swojej inwencji.
To słychać – w zgrabny sposób połączył akustyczne
i elektroniczne brzmienia, uzyskując nowoczesny efekt.
Spojrzał na moje piosenki z boku i wymyślił dla nich
własny system aranżacyjny. Nie korzystał z żadnej biblioteki sampli. Wymyślał je sam – dmuchał, szurał,
trzaskał, nagrywał to, ciął na loopy i wklejał w poszczególne nagrania. Z drugiej strony nie zrezygnował
z „żywych” instrumentów. W efekcie podbijają one
potęgę brzmienia i łagodzą jego plastikowy charakter.
ponad trzydzieści piosenek, a tylko trzynaście trafiło
na „Dziękuję za miłość”. Tych najbardziej melodyjnych – bo tak zadecydował Mateusz Pośpieszalski.
Dlaczego akurat jego wybrał Pan na producenta?
Szukałem kogoś takiego od dwóch lat. Sam nie chcia-
Mimo popowej formuły
tych piosenek nadal
rozpoznajemy w nich
Pana
niesamowity
głos...
W prostocie jest smak,
tajemnica, emocja. I nie
wyklucza ona wyrafinowania melodii. Weźmy
choćby utwór „Kiedy u... ukochanie” – to niezwykle
trudna do zaśpiewania piosenka. Na jednym oddechu
ciągnę w niej długą frazę. Ale to nie popis dla samego
popisu. Służy pokazaniu piękna i trudności tej melodii.
Czy po serii projektów, w których ukrywał się Pan za
swoimi scenicznymi kreacjami, piosenki z „Dziękuję
za miłość” odsłaniają wreszcie Pana własne oblicze?
Tak – i będzie to widać szczególnie wyraźnie podczas
koncertów. Rezygnuję bowiem z kostiumów. Będę
śpiewał ubrany tak jak chodzę na co dzień. Oczywiście
nie będzie to wywalanie swoich flaków przed publiczność – taka histeria nie jest dla mnie autentyczna.
Podobno pierwszym recenzentem Pana piosenek jest
żona. Jak zareagowała na „Dziękuję za miłość”?
Te utwory bardzo jej się spodobały. Poznała je we
wczesnym etapie, kiedy komponowałem je przy pianinie. Stwierdziła, że staną się one bardzo ważne w moim artystycznym życiorysie. I szybko przypisała je do
naszego prywatnego życia – bardzo słusznie zresztą.
Piosenka „Dobro”, promująca płytę, ma tak zaraźliwy
refren, że Pana ośmioletnia córeczka Zuzia, zapewne
od razu ją polubiła...
To prawda. Stwierdziła, że to najlepsza piosenka na
płycie i... wybrała ją na singiel. Zgodziłem się, bo
„Dobro” ma tekst zgrabnie sumujący przesłanie albumu – docenienie pozytywnego aspektu miłości.
Rozmawiał Paweł Gzyl
V
muzyka
ZIELONE SZKIEŁKO
W DWANAŚCIE LAT PÓŹNIEJ
Od lewej: Kamil M. Śmiałkowski, Grzegorz Halama (za nim Marek Grabie),
Janusz Radek, Aneta Ryncarz (za nią Elżbieta Adamiak), Basia Stępniak-Wilk, Robert Kasprzycki, fot. Instytut Sztuki
W
iem, że ten tytuł nie brzmi tak dobrze jak
dumasowskie „W dwadzieścia lat później”,
ale co zrobić? Od 1995 roku upłynęło dopiero dwanaście lat, a właśnie teraz zaproszono mnie na
te łamy, bym powspominał dawne dzieje. Oto więc (by
utrzymać się w konwencji), ku uciesze i przestrodze zarazem, losy trzech muszkieterów – a w zasadzie nie
trzech tylko kilkanaściorga i nie muszkieterów, ale krakowskich piwnicznych artystów… Reszta się zgadza.
Zaczęło się od estradowego tworu, który pojawił się
na plakatach jako „Radek Kasprzycki”, a składał się w istocie się z dwóch person – Janusza Radka i Roberta Kasprzyckiego. Obaj panowie, bywalcy najróżniejszych festiwali, mieli podobne poczucie humoru i ciąg na śpiewanie
najróżniejszych rzeczy, więc zaczęli występować wspólnie. I wszystkim buty spadały, choć na scenę leciały czasem i inne części garderoby. A potem pojawiłem się ja,
niczym D’Artagnan, i zacząłem się wokół nich kręcić. Miałem nawet swoją gitarę. I swoje piosenki. Kilka razy nawet
z nimi wystąpiłem (o czym dziś już obaj litościwie zapomnieli), bo też tu analogia z muszkieterami się kończy; nie
posiadłem analogicznych talentów estradowych czy muzycznych nawet w cząstce. I to, co jeszcze w liceum czy
na studiach uchodziło jako „kilka wieczornych autorskich
piosenek ułatwiających wytworzenie nastroju prowadzącego do zaawansowanych kontaktów damsko-męskich
w zbliżających się godzinach”, to w bezpośrednim sąsiedztwie piosenek Roberta i Janusza było kompromitacją, którą dostrzegałem nawet przy swej wysokiej samoocenie. Ale nie zmieniło to faktu, że jakoś trzymaliśmy się
razem. A skoro nie sprawdziłem się scenicznie, to przynajmniej zająłem się organizacją koncertów i (w momentach, gdy Robert się zagapił i udało mi się dorwać do mikrofonu) konferansjerką.
Po serii koncertów w klubach studenckich zamarzyliśmy o ustatkowaniu się. Najpierw był klub „Podium” przy ul. Brackiej i cykl „Radek Kasprzycki zapra-
12
MIASTO KOBIET
■
szają”, gdzie czasem sami, a czasem z gośćmi bawiliśmy
się wiosną 1995. A potem wybuchło Zielone Szkiełko.
Dokładnie w Dzień Dziecka, w czwartek 1 czerwca
1995 r., na małej scence Jazz Rock Cafe przy Sławkowskiej 12. Już pod tą nową nazwą i po oficjalnym połączeniu sił z Basią Stępniak i Szymonem Zychowiczem. Robert czujnie zabronił mi wstępu na podwyższenie, więc
ja równie czujnie usiadłem przy stoliku tuż przy scenie
i podciągnąłem sobie tam mikrofon, dzięki któremu
konferansjerowałem sobie w najlepsze. Tydzień później
dołączył do nas Grzegorz Halama i tak wykrystalizował
się pierwszy skład. Gdy spojrzeć na te pięć nazwisk, to
patrząc przez pryzmat ich artystycznych dorobków
trudno dziś zrozumieć, co ich wówczas połączyło. Gdy
w ubiegłym miesiącu na inaugurację 43. Studenckiego
Festiwalu Piosenki zorganizowaliśmy koncert benefisowy i każdy z nich przyprowadził swoich gości, efekt był
nadzwyczaj eklektyczny. Równocześnie, jak przed laty,
każdy wykonawca był pełen pasji, artystycznej szczerości i potrafił nawiązać rewelacyjny dialog z publicznością.
I dokładnie jak przed laty w Szkiełku, widowni nie raziły
totalne zmiany estetyki i gatunków z piosenki na piosenkę. Zaraz po Robercie Kasprzyckim i jego gościach –
pełnym energii zespole Carantouhill, równie duże oklaski zebrał Szymon Zychowicz w lirycznej pieśni zaśpiewanej wspólnie z Mirosławem Czyżykiewiczem. Parodia discopolo „Jesienna deprecha” wykonana przez
Grzegorza Halamę i Tymona Tymańskiego nie kłóciła
się z następującą po niej „Bossanovą z Augustowa” – leciutkim, lirycznym pastiszem Basi Stępniak-Wilk i Andrzeja Poniedzielskiego. A potem był jeszcze rockowy
Janusz Radek z Mateuszem Pospieszalskim…
Każdy z zielonoszkiełkowców jest dziś w innym
miejscu artystycznego horyzontu, ale wtedy, dwanaście
lat temu, połączyła ich idea posiadania własnego krakowskiego miejsca, gdzie co tydzień w sympatycznym towarzystwie mogli ulepszać swe interpretacje, testować no-
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
we utwory, pogadać i posłuchać. Wszyscy byli jeszcze
wówczas przed pierwszymi płytami, w twórczym szale.
Nowe pomysły aż wylewały się z nich i bawiliśmy się naprawdę świetnie.
Skład szybko się poszerzał o kolejne śpiewające artystki (jakoś więcej się do nas garnęło śpiewających kobiet): Aneta Ryncarz, Dominika Kurdziel, Dzidka Muzolf, Hania Strzebońska, Ania Jurecka z zespołem
„Ogrodowe Aleje 11”. Z tygodnia na tydzień wytworzył
się trzon grupy akompaniującej z dużym entuzjazmem
każdemu, kto chciał: Marek „Smok” Rajss (konga), Tomek Hernik (puzon) czy Adam Zadora (perkusja). Pojawili się też czasem nawet zabawni, sceniczni gadacze:
Przemysław Strzałkowski, Marek Grabie, Krzysiek Janicki, Bartłomiej Brede. A jeszcze czasem zaglądali artystyczni przyjaciele i znajomi spoza Krakowa.
I tak przez dwa lata. A potem, dziwnie szybko, zaczęliśmy się starzeć, żenić, wychodzić za mąż, wydawać
płyty i występować tak dużo, że te czwartkowe wieczory coraz trudniej było zmieścić w kalendarzu. Demontaż zaczął się w tym samym miejscu, w którym kiedyś
powstała grupa. Jako pierwszy, w ostatnich dniach 1996
roku, zrezygnował Robert. Siłą rozpędu dociągnęliśmy
do wakacji, po drodze zmieniając lokal na „Art-Klub”
przy Łobzowskiej. Podczas wakacji następnego roku
rozstaliśmy się. Po sympatycznych dwóch sezonach
i z mnóstwem świetnych wspomnień.
Dziś już wiem, że tak było lepiej. I z perspektywy
tych dwunastu lat i ostatniego wspominkowego koncer-
Basia Stępniak-Wilk i Andrzej Poniedzielski,
fot. Instytut Sztuki
tu, który udał się nam bezsprzecznie (bije ze mnie brak
skromności, ale TVP1 go rejestrowała i można to sobie
organoleptycznie sprawdzić) widzę, że to były piękne
dwa lata. A przedsięwzięcie, które zaczerpnęło nazwę
z piosenki Roberta Kasprzyckiego – nazwę, która wpisała się w „zieloną” tradycję krakowskich kabaretów (Balonik, Gęś, Szkiełko) – pomogło każdemu z nas doszlifować prawie już wówczas ukształtowaną osobowość.
Co owocuje do dziś.
Kamil M. Śmiałkowski, www.slowem.pl
V
muzyka
NA FALI
Tegoroczny Studencki Festiwal Piosenki
w Krakowie zapamiętamy przede wszystkim
dzięki konkursowemu zwycięstwu Katarzyny
Dąbrowskiej. „Ballada o próżności” w jej
wykonaniu zachwyciła jury i publiczność. A
niewiele brakowało, by ta warszawska aktorka
i piosenkarka nie dotarła do Krakowa. O tym
jak to właściwie przypadek zdecydował o jej
wygranej – i nie tylko o tym – Katarzyna
Dąbrowska opowiedziała „Miastu Kobiet”.
Katarzyna Dąbrowska
święceń. Przez cztery lata w każdy dzień tygodnia miałam zajęcia od rana do wieczora. Mimo to będę wspominać studia jako najpiękniejszy okres w moim życiu. Był
to niezwykle intensywny czas, dużo się działo, spotykałam wielu wspaniałych ludzi. Mam tu także na myśli moich wykładowców i wykładowców gościnnie pracujących na uczelni: Jerzego Radziwiłowicza, Beatę Fudalej,
Andrzeja Łapickiego, Annę Seniuk, Jarosława Gajewskiego czy Mariusza Benoit. Pod kierownictwem tego
ostatniego wzięłam udział w spektaklu „MP3” prezentowanym w Teatrze Montownia, gdzie po raz pierwszy
wykonałam „Balladę o próżności”.
Kontynuowała Pani podczas studiów swą przygodę
z piosenką?
Dlaczego sięgnęła Pani po wspomnianą „Balladę
o próżności” Piotra Roguckiego?
Przez pierwsze dwa lata nie miałam takiej możliwości.
Obowiązywały wtedy na uczelni ostre przepisy, zakazujące studentom występów. Uważano, że zabierają im
one cenny czas, który powinni przeznaczać na naukę.
Dopiero na trzecim roku wróciłam do śpiewania. Władze uczelni zaproponowały mi wzięcie udziału w międzynarodowym konkursie wokalnym w Petersburgu.
To było niezwykłe doświadczenie. Pojechałam tam na
tydzień – nie znałam rosyjskiego języka, alfabetu, czułam
się jak na księżycu. Wystąpiłam w ramach kategorii „Aktor dramatyczny” i... zdobyłam drugą nagrodę.
Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z tą piosenką, miałam wrażenie, jakby zarówno tekst jak i muzyka zostały
napisane specjalnie dla mnie. Dlatego wybór był oczywisty. Drugi utwór „Pocałunki” był jej dopełnieniem. To
starsza kompozycja autorstwa Zbigniewa Preisnera do
słów Wiesława Dymnego, jednak w nowej aranżacji Uli
Borkowskiej. Obie piosenki zawierają w sobie historię
pewnej kobiety. I to właśnie te dwie konkretne historie
sprawiły, że chcę śpiewać te piosenki.
Katarzyna Dąbrowska, fot. arch. artystki
Jedno i drugie pojawiło się równolegle. Kiedy uczyłam
się w liceum ogólnokształcącym w Nidzicy, wybrałam
się z przyjaciółmi do miejscowego ośrodka kultury, aby
spróbować „pobawić” się w aktorstwo. Śpiewałam już
wcześniej, ale jakoś nikt mnie do tego nie zachęcał. Dopiero moja nauczycielka francuskiego zaproponowała
mi wzięcie udziału w organizowanym w naszym miasteczku konkursie piosenki francuskiej. Pomysł mi się
spodobał, przygotowałam więc dwa utwory.
Skąd ta słabość do francuskiej piosenki?
To wtedy pomyślała Pani poważniej o aktorstwie?
Szczerze mówiąc to bałam się o tym myśleć. Dorastałam
w czternastotysięcznym miasteczku, jeszcze nie myślałam
o wyrywaniu się w świat. Ale w końcu podjęłam to wyzwanie. Wybrałam warszawską Akademię Teatralną.
Przypomniała się Pani Młynarskiemu w Warszawie?
Nie, ale zdarzało nam się przypadkowo spotkać. Ostatni raz po finałowym koncercie konkursu „Pamiętajmy
o Osieckiej” w zeszłym roku. Później ktoś mi opowiedział, że pan Młynarski siedział akurat niedaleko mojej
pani profesor – Zofii Kucówny. Kiedy pojawiłam się na
scenie, podobno nastąpiła wymiana zdań: „Ona jest ode
mnie”. „Nie, ona jest ode mnie”. Kiedy się o tym dowiedziałam, zrobiło mi się bardzo miło. Zawsze życzyłabym sobie mieć takich „opiekunów”.
W tym roku ukończyła Pani Akademię Teatralną.
Warto było włożyć wysiłek w te studia?
Oczywiście, choć ten typ studiów wymaga wiele po-
14
MIASTO KOBIET
■
Niewiele brakowało, a nie dotarłaby Pani do Krakowa...
We wrześniu dostałam etat w warszawskim Teatrze
Współczesnym. Obecnie w przygotowaniu jest premiera „Procesu”
Kafki, w reżyserii dyrektora tej sceny
Macieja Englerta. Ponieważ próby
wypadły akurat w dniach, kiedy odbywały się w Krakowie przesłuchania konkursowe, poinformowałam
organizatorów, że niestety nie uda
mi się dotrzeć na festiwal. W ostatnim momencie odwołano piątkową
próbę – dostałam więc szansę pojawienia się w konkursie. Była jednak
jeszcze jedna przeszkoda: moja
akompaniatorka, Urszula Borkowska, musiała w piątek o godz. 11
wracać do Warszawy. Okazało się
jednak, że organizatorzy krakowskiego konkursu z przyczyn technicznych musieli przesunąć
rozpoczęcie przesłuchań na godz. 10. Dzięki temu mogłam zaśpiewać w konkursie.
Co było w Pani życiu pierwsze: fascynacja aktorstwem czy śpiewaniem?
Uczyłam się w liceum francuskiego i język ten mnie zafascynował, podobnie jak współtworzona przezeń kultura.
Kiedy wyśpiewałam w konkursie pierwszą nagrodę, wyjechałam nad Sekwanę i tam bliżej poznałam francuską
piosenkę. Spodobał mi się oczywiście Brel i Piaf, których
znałam wcześniej, ale też ich młodsi następcy, choćby
Patricia Kaas. W efekcie z radością wzięłam udział w kolejnym konkursie, tym razem już ogólnopolskim, w Lubinie. I znowu wygrałam. Po ogłoszeniu wyników podszedł do mnie Wojciech Młynarski, który przewodniczył
jury i chciał mi zaproponować udział w spektaklu... Kiedy powiedziałam mu, że mam dopiero szesnaście lat
i uczę się w drugiej klasie liceum, od razu zmienił ton
podkreślając, że muszę najpierw zdać maturę, a potem
– koniecznie zdawać na studia aktorskie.
nowski, spotkanie z nim zaowocowało zaproszeniem
do spektaklu „Dobranoc panowie”, którego premiera
odbyła się w sopockim Teatrze Atelier minionego lata.
Co więcej – zwycięstwo na przeglądzie sprawiło, że zaproszono mnie do udziału w podobnych imprezach.
Pojawiłam się m.in. w Rybniku, gdzie z kolei zakwalifikowałam się na Studencki Festiwal Piosenki.
W Polsce zrobiło się o Pani głośno w ubiegłym roku, po
zwycięstwie w konkursie piosenki Agnieszki Osieckiej...
Zaczęłam się wówczas rozglądać za możliwościami zaistnienia na scenie tzw. „piosenki aktorskiej”. Dziś występy w piwnicach, kabaretach, kawiarniach artystycznych nie zapewniają już takich możliwości jak dawniej.
Dlatego postanowiłam wziąć udział w konkursach. Był
kwiecień, a pierwszym, który akurat miał się odbyć, był
właśnie ten poświęcony piosenkom Osieckiej. Przejrzałam więc jej twórczość, wybrałam odpowiadające mi
piosenki i zgłosiłam się do udziału w konkursie.
Czy to zwycięstwo otworzyło przed Panią szersze
możliwości prezentacji siebie na scenie?
Przede wszystkim otworzyło mnie psychicznie. Pomyślałam na serio: „Może rzeczywiście powinnam śpiewać?”. Ponieważ opiekunem konkursu jest Jerzy Sata-
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
Rogucki był na festiwalu. Poznaliście się?
Tak. Od dawna słyszeliśmy o sobie. W Krakowie otrzymałam od Piotra oficjalną „zgodę” na wykonywanie
„Ballady o próżności”. Choć to utwór z okresu jego solowej działalności, ma już rockowy sznyt uzupełniony
elementami ludowości, bliski temu, co sam Rogucki robi teraz z Comą.
A co z filmem? Pojawiła się Pani już w kilku serialach
telewizyjnych...
To były małe rólki i epizody. Nie neguję telewizji – praca nad rolą w serialu tez może być ciekawa i twórcza.
Jednak chyba to co najpiękniejsze w tym zawodzie to
konfrontacja z widzem. Ja stawiam na razie na ten bezpośredni kontakt, a więc na scenę i estradę. Z drugiej
strony praca z kamerą to dla mnie wciąż jeszcze coś nieoswojonego, więc jeśli ktoś zaproponuje mi rolę w kinie ucieszę się z nowego wyzwania.
Rozmawiał Paweł Gzyl
Rozmowa z Magdą Wójcik
wokalistką zespołu Goya
Zdecydowanie inaczej śpiewasz na „Horyzoncie zdarzeń”. Niemal szepczesz, stwarzając bardzo intymny
klimat.
Bardzo lubię pracę w studiu. Daje ona możliwość
kreowania odpowiedniego nastroju. Dlatego tym
razem postawiłam na intymność – szept, chórki,
przestrzeń. Dla kontrastu na koncertach pozwalam
sobie na większą ekspresję. Nieco przearanżowujemy wówczas utwory tak, aby nie tracąc nic ze swego pierwotnego charakteru zabrzmiały trochę mocniej. To dla mnie szansa na pokazanie innej siebie.
Wyspecjalizowaliście się w muzyce o lirycznym nastroju...
To prawda. Ale nie wykalkulowaliśmy sobie tego.
Początkowo nasze piosenki miały inny charakter –
były dynamiczne, energetyczne i taneczne. Taka jest
pierwsza płyta Goyi. Potem rozpoczęliśmy muzyczne poszukiwania i zafascynowały nas inne dźwięki.
To co dzisiaj robimy wynika z nas w sposób naturalny – właśnie takich dźwięków potrzebujemy.
Ale kiedyś nagraliście własną wersję słynnego przeboju Nirvany „Smells Like A Teen Spirit”...
Tak, ale na swój własny sposób. Zawsze uważałam,
że to wspaniała kompozycja o pięknej melodii. I to
pokazaliśmy w naszym wykonaniu. Dla wielu osób
było to ogromne zaskoczenie. Ale też wielu się
spodobało. Utwór ten gościł aż 21 tygodni na liście
przebojów Trójki.
Piosenki Goyi są starannie i bogato zaaranżowane.
Zwracacie na to szczególną uwagę?
Mamy własne studio, w którym możemy pracować
bez pośpiechu. Nic nas nie pogania, nie ograniczają
nas żadne terminy. Dlatego spokojnie pracujemy
Fot. EMI Music Poland
Wasza działalność ma bardzo regularny charakter –
co dwa lata pojawia się nowa płyta Goyi. Czy rzeczywiście pracujecie w tak uporządkowany sposób?
Pracujemy w sposób naturalny. Nagrywamy nowy
materiał, a potem promujemy go w mediach i na
koncertach. To zajmuje nam około półtora roku.
Potem zabieramy się za kolejny album.
I wtedy powstają nowe piosenki?
Gdy poprzedni album jest już odpowiednio długo
na rynku, zaczynamy zbierać pomysły. Piszemy piosenki i chowamy je do szuflady, czyli do komputera.
Żeby nie przepadły. Kiedy jest ich odpowiednio dużo, zaczynamy je przeglądać, poprawiać i nagrywać.
Czym wyróżniają się nowe utwory z płyty „Horyzont
zdarzeń”?
Jeszcze nie mam do nich dystansu. Każdy utwór
z tej płyty to dla mnie osobna historia. Na pewno
nie ma w nich wielkiej rewolucji. Rozwijamy
brzmienie wypracowane na dwóch poprzednich
krążkach. Nie wytyczamy nowych szlaków. Może
ta płyta ma bardziej zaskakujące brzmienie – więcej na niej oddechu i przestrzeni.
16
MIASTO KOBIET
■
Tak jak każdy lubię chować się przed światem. Uciekam od automatyzacji naszego życia, pogoni za fałszywymi wartościami, nadmiarem informacji.
No właśnie: wydaje mi się, że śmielej użyliście elektroniki...
Nasza formuła muzyczna w ogóle nas nie ogranicza.
Tworzymy pod wpływem chwili. Dlatego pozwalamy sobie na wszystko. Za pomocą elektroniki tworzymy nie tylko bity, ale też przestrzenne podkłady.
nad każdym utworem. W wielu przypadkach jest
tak, że pierwsza wersja nagrania znacznie różni się
od tej ostatecznej. Składają się nań pomysły nas trojga – moje, gitarzysty Grzegorza Jędracha i klawiszowca Rafała Gorączkowskiego.
Z drugiej strony pozostajecie wierni brzmieniom akustycznym – smyczkom, fortepianowi, gitarze – które
dają waszym piosenkom niemal „filmowy” rozmach.
W utworze „Zmiany” z „Horyzontu zdarzeń” śpiewasz o tym, jak zmienia się świat wokół nas i my sami w miarę upływu czasu. Goya gra już dwanaście lat.
Jak Ty sama zmieniłaś się przez ten czas?
To nasz znak rozpoznawczy. Gdyby odjąć mój
głos, nasza muzyka miałaby bardzo ilustracyjny
charakter. Lubimy takie klimaty i dużo słuchamy
muzyki filmowej. Czerpiemy z niej natchnienie.
Może kiedyś uda nam się stworzyć prawdziwy soundtrack do jakiegoś obrazu.
Wychowałam się w małym mieście, w Krasnymstawie. Dlatego wyniosłam z domu tradycyjne wartości.
I mimo, iż dzisiaj mieszkam w Warszawie i pracuję
w show-biznesie, niewiele się zmieniłam. Zachowałam pewną naiwność czy wręcz infantylność wewnętrzną, jestem ufna wobec ludzi, staram się pod-
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
V
muzyka
ROZWAŻNA I ROMANTYCZNA
trzymać w sobie beztroskę... Mam też dużo pokory.
Pozwala mi ona utrzymać odpowiedni dystans do tego, co robię. Z drugiej strony stałam się bardzo świadoma, dokonuję przemyślanych wyborów, potrafię
oprzeć się naciskom z zewnątrz, podejmuję suwerenne decyzje.
Jesteś introwertyczką?
Chyba nie. Za bardzo odsłaniam się przed słuchaczami w piosenkach. Mają one bardzo osobisty charakter. Ale funkcjonowanie w show-biznesie staje
się czasem męczące i wtedy świadomie uciekam od
niego w swoją prywatność.
Jesteś jedną z niewielu polskich gwiazd popu, o której nie jest głośno w plotkarskich
mediach.
Cała otoczka mojej piosenkarskiej działalności jest dla mnie drugorzędna. Umiem
z niej korzystać, ale w odpowiedni sposób. Nigdy nie pojawiam się w takich sytuacjach, które można by wykorzystać przeciwko mnie. Dlatego właściwie pozostaję
anonimowa. Nie mam potrzeby epatowania swą prywatnością. Wręcz przeciwnie, chcę ją zachować wyłącznie dla siebie.
Tylko dwa razy w całej karierze pojawiłam
się na łamach plotkarskich czasopism. Ale
były to zupełnie niewinne sprawy. Zarówno ja, jak i moi koledzy, chcemy być postrzegani nie przez pryzmat obyczajowych
kontrowersji, ale przez naszą muzykę.
Najczęściej poruszasz tematykę miłosną. Czy to wymóg estetyki pop czy świadomy wybór?
Najłatwiej mi pisać o emocjach. A ponieważ chcę,
aby moje teksty były szczere, opisuję ludzkie uczucia.
Ale nie od początku tak było. Gdy zaczynałam pisać
teksty, trochę bałam się otworzyć przed słuchaczami,
dopiero od płyty „Kawałek po kawałku”
odważyłam się pisać o uczuciach: miłości,
samotności, tęsknocie, rozterkach. Po
prostu dojrzałam do tego. To ważne tematy, dotyczące każdego z nas.
Zaskakuje Twój wewnętrzny spokój
w odbieraniu tego, co przynosi życie, ten
który opisujesz w tytułowej piosence
z nowego albumu „Horyzont zdarzeń”.
To dlatego, że czuję się spełniona. Od
dwunastu lat robię to co kocham i ciągle
spotykam się z dobrym odbiorem swej
twórczości. Nie oznacza to, że podchodzę do życia biernie. Cały czas staram się
je kształtować i walczę o spełnienie
swych marzeń. Robię to jednak na własnych warunkach, bez wspinania się po
czyichś plecach. To daje spokój sumienia.
W piosence „Za szybki świat” stwierdzasz,
że współczesny świat „za szybko pędzi”.
Skąd ta refleksja?
Myślisz, że są dzisiaj jeszcze tacy ludzie,
którzy latami czekają na tę jedyną
„prawdziwą miłość”, o której śpiewasz
w „Oczekiwaniu”?
Tę piosenkę zainspirowały moje doświadczenia z Internetem. Zjawisko to fascynuje mnie, ale zarazem przeraża. Sieć
daje nieograniczony dostęp do informacji, pozwalając również udawać kogoś,
kim się nie jest i wylewać bezkarnie swój
jad na innych. Kontakty międzyludzkie
poprzez Internet tracą swój osobowy
charakter. To bardzo niebezpieczne.
Mam wrażenie, że przez to coś cennego
przecieka nam przez palce...
Jestem tego pewna. Ta piosenka powstała w oparciu o obserwację życia
mojej przyjaciółki. Ona nie zadowala się
namiastkami – wierzy, że kiedyś spotka
osobę, którą pokocha na całe życie. I są
też inne takie osoby. Dowiaduję się tego chociażby z... internetowych blogów, na których niektórzy szczerze opisują swe uczucia.
Ty już znalazłaś kogoś takiego...
W „Dobrych snach” przyznajesz, że lubisz
uciekać przed otaczającym Cię światem
w kolorowe sny. Skąd taka potrzeba u cieszącej się powodzeniem gwiazdy pop?
To prawda. Właściwie ta miłość sama
mnie znalazła. Jestem z ukochaną osobą już wiele lat i ciągle jesteśmy bardzo
szczęśliwi.
Nie uważam się za gwiazdę. Chyba
o żadnej piosenkarce w Polsce nie można tak powiedzieć. Gwiazdą jest Madonna. Dlatego tak jak każdy lubię chować się
przed światem. Uciekam od automatyzacji naszego życia, pogoni za fałszywymi
wartościami, nadmiarem informacji.
Znajduję schronienie nie tylko w snach
i marzeniach, ale również w swojej twórczości – muzyce i tekstach.
Patrzysz w przyszłość bez lęku?
Czy często masz ochotę być „sama ze sobą”, jak śpiewasz w piosence „Powrót”?
Tak. Cieszę się, że osoba, którą kocham rozumie tę
potrzebę i też lubi wyciszyć się i pomilczeć przez jakiś czas. To pozwala mi pobyć we własnym świecie
i spojrzeć w głąb siebie.
Czy opisujesz w tekstach swe własne przeżycia?
Nie, to nie jest mój intymny dziennik. Ponieważ
jestem już dojrzałą kobietą, nauczyłam się „wczuwać” w różne emocje. Kiedy słyszę konkretną
muzykę, wywołuje ona we mnie uczucia, stanowiące inspirację dla tekstu.
Teraz tak. Przed wydaniem płyty „Smak
słów” mieliśmy obawy o jej przyjęcie.
Zastanawialiśmy się, czy publiczność ją
zaakceptuje. Ku naszej radości okazało
się, że było zapotrzebowanie na taką romantyczną muzykę. Dlatego pracując
nad „Horyzontem zdarzeń” byliśmy już
spokojniejsi. Co prawda niektórzy mówili, że na tej płycie nie ma żadnego przeboju, ale nas to zupełnie nie martwiło. Nie staraliśmy
się na siłę napisać hitu. Zależało nam na nagraniu pięknej muzyki. I chyba się udało. To, że dokładnie wiemy co jako zespół chcemy robić, sprawia, że z ufnością patrzymy w przyszłość.
MIASTO KOBIET
Rozmawiał Paweł Gzyl
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
17
V
edukacja
DWIE WSZECHNICE,
Akademia 30+, fot. Studio Buzek-Garzyński
DWA POKOLENIA
Przed wakacjami odnotowaliśmy w „Mieście Kobiet” start Uniwersytetu Dzieci.
W październiku ruszyła inna inicjatywa związana z alternatywnymi formami edukacji,
tym razem przeznaczona dla dorosłych – Akademia 30+
dy w ciepłą jeszcze jesienną sobotę moja
córka – ośmioletnia studentka Uniwersytetu
Dzieci – słuchała wykładu o sztuce „Jakiego
koloru są drzewa?” ja próbując dotrzymać jej kroku
w pędzie do wiedzy, udałam się na pierwszy wykład
z cyklu „Mistrzowie kina współczesnego”, przeznaczony dla tych, co przekroczyli trzydziestkę.
G
Uniwersytet Dzieci
Uniwersytet Dzieci zorganizowała fundacja Paideia
na wzór podobnych uniwersytetów dziecięcych
w Europie. Ten najstarszy i najbardziej znany, w niemieckiej Tybindze, zainaugurował działalność 5 lat
temu wykładem „Dlaczego wulkany zieją ogniem”.
Natomiast krakowski uniwersytet ruszył 26 maja,
zaczynając od wykładu „Zwierzęta mówią nie tylko
w wigilię” i wielkiej majówki w obserwatorium
astronomicznym, a zainteresowanie taką formą
edukacji zaskoczyło nawet samych organizatorów.
Pierwszy wykładowca, dr hab. Bartłomiej Dobraczyński, powiedział – Czuję dużą odpowiedzialność,
bo takie rzeczy zasiewają ziarno. Wierzę w pracę organiczną, w pracę u podstaw. Wierzę, że dzieci
przyjdą na następny wykład, i na kolejny, że zaciekawi
je to, co usłyszą, że będą pytać i zaczną czytać książki. Bo to rzecz najważniejsza – żeby czytały. Ludzie
dzielą się na takich, którzy książki czytają i którzy nie
czytają. Reszta różnic jest nieistotna.
Uniwersytet przeznaczony jest dla dzieci
w wieku od 7 do 12 lat. Potwierdzeniem studenckiego statusu jest indeks, w którym dzieci gromadzą
karty z odbywających się raz w miesiącu wykładów
i warsztatów. Wykładowcy (naprawdę dobre nazwiska!) wiedzą jak przyciągnąć uwagę dzieci i sprawić,
by poczuły się one potraktowanymi z pełną powagą
uczestnikami tego nowatorskiego procesu edukacyjnego. Na przykład w czasie warsztatów z genetyki
rozwiązywano kryminalną zagadkę z włosem i jego
kodem genetycznym w roli głównej, a na zajęciach
z fizyki wyczarowywano tęczę.
– W szkole jest sama matma, ortografia, polski.
Nie uczymy się o kolorach, nie robimy nic plastycznego.
Właściwie bardziej mi się podoba uniwersytet od szkoły
– powiedziała po wykładzie o sztuce Olga (8 lat). –
Pani była młoda. Mówiła dlaczego drzewa są o określonej porze białe, żółte, zielone, czerwone i pokazywała
nam w komputerze różne obrazki. Mieliśmy obrazek
z zachodem słońca, i jedna dziewczynka powiedziała,
że widać tam oko, moja koleżanka z klasy podniosła rękę i powiedziała, że widać tam góry, na których jaskrzą
się gwiazdy, a inny kolega Kuba powiedział, że widzi
tam wielką żmiję. A był to zwykły zachód słońca. Pani
pokazywała nam jeszcze obrazki, na których były różne
kształty, na przykład kaczka z otwartym dziobem, a jak
się ją obróciło to wyszedł z tego zając...
Tematy wykładów są tak pasjonujące, że żałuję,
że wstęp mają tylko dorośli. Było więc już o tym
„Dlaczego niektóre ptaki są mieszczuchami?”, wspomniany wykład o sztuce, a w listopadzie oprócz
warsztatów teatralnych będzie wykład o religiach
monoteistycznych „Dlaczego istnieje wiele religii?”.
Akademia 30+
Moje wykłady na Akademii 30+ też zapowiadają się
ciekawie, choć nie są aż tak urozmaicone tematycznie. Pierwszy semestr poświęcony jest kinu („Mistrzowie kina współczesnego. Od Hollywood do Chin”),
wykłady odbywają dwa razy w miesiącu.
– Program tworzony był w oparciu o ankiety, które
przeprowadziliśmy na szeroką skalę (przepytaliśmy ponad 600 osób), a także w oparciu o rozmowy z wykładowcami – mówi Anna Wrzesińska z Fundacji dla UJ,
która jest współorganizatorem Akademii – W przyszłym semestrze będą wykłady z archeologii, a oprócz
18
MIASTO KOBIET
■
tego prawdopodobnie jeszcze z literatury i z nauk
przyrodniczych. W ankietach pytaliśmy też o najmniej
pożądane dziedziny Znalazły się w wśród nich: polityka, ekonomia, teologia, chemia i matematyka.
Zainteresowanie Akademią 30+ rośnie z wykładu na wykład. Na pierwszym było ponad sto osób, na
kolejny, o Almodovarze, zapisało się już ponad 150.
Wykład poświęcony twórczości Krzysztofa Krauzego,
który wygłosił Prof. Tadeusz Lubelski, był zarazem
wykładem o kinie autorskim. Słuchacze mogli obejrzeć
fragmenty filmów reżysera (m.in. Gry uliczne, Dług,
Mój Nikifor). – Historia filmu polskiego to moja specjalność. Chcę popularyzować polskie kino, także w okresie
jego nienajlepszej kondycji, dlatego zaproponowałem wybijającego się, ważnego współczesnego polskiego artystę
– wyjaśnił swój wybór prof. Lubelski.
Rozpiętość wieku uczestników była duża. Przeważały kobiety, ale i mężczyźni byli dobrze widoczni.
Zapytałam kilku studentów, dlaczego przyszli. „Z potrzeby obcowania z ludźmi, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia” (Urszula, 48 lat, specjalista technik audiowizualnych), „Czuję czasem taki niepokój, że
zajmuję się tylko pracą” (Marta, 48 lat, architekt),
„Chciałam rozszerzyć trochę horyzonty, bo jednak
rodzina i praca to troszkę za mało, dzieci dorosły, mają swoje zainteresowania, teraz ja chciałabym zrobić
coś dla siebie” (Danuta, 52 lata, księgowa). A Elżbieta
i Krzysztof (33 i 30 lat), którzy są małżeństwem, postanowili po prostu inaczej niż zwykle spędzić sobotę.
Po wykładzie prof. Tadeusz Lubelski powiedział
mi – Zauważam, zresztą z przyjemnością, rosnącą
dominację kobiet w kulturze. Opowiem anegdotę.
Ostatnio byłem na spotkaniu z Olgą Tokarczuk,
w związku z promocją jej nowej książki „Bieguni”. Spotkałem także Andrzeja Wajdę. Wychodziliśmy i on mówi: „A zauważył pan, że nas jest kompletna mniejszość?” Ja myślałem, że chodzi o pokoleniowość, bo było rzeczywiście wiele młodych ludzi, a on mówi: „Nie,
nie, ja myślę o tym, że mężczyzn było chyba tylko pięciu”. Dziś kobiety się czymś interesują, chcą wyjść poza siebie. Mężczyźni oglądają mecze przy piwie – a i to
pewniej przy telewizorze, a nie na stadionach.
Aneta Pondo
Uniwersytet Dzieci, organizator: Fundacja Paideia,
informacje i zapisy: www.ud.edu.pl
Akademia 30+, organizator: Fundacja dla UJ oraz
Gdańska Fundacja Rozwoju im. A. Mysiora, informacje
i zapisy: www.akademia30plus.pl
Miasto Kobiet jest patronem medialnym Akademii 30+
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
> WYDARZENIA
> KSIĄŻKA
Jerzy Turbasa
...ubierając kobietę sukcesu...
Przez pięć lat zazdrościłyśmy panom kompetentnego
i pięknie wydanego poradnika „ubraniowego” napisanego ze swadą przez Jerzego Turbasę, syna Józefa
Turbasy – z TYCH Turbasów… Zazdrość to uczucie
ludzkie, lecz męczące – z wdzięcznością i ulgą przyjmujemy więc nowy, damski „ubraniowy kodeks”, który zdejmuje z nas
to brzemię. Książka ta znacznie ułatwia rozstrzygnięcie niekończących się
wątpliwości dotyczących odpowiedniego stroju. A dzięki dopracowanej
szacie graficznej cieszy oko niczym pięknie uszyty kostium. Mimo że mamy tu do czynienia z opracowaniem typu poradnikowego, sposób przekazywania informacji przypomina narrację o charakterze gawędziarskim.
Błądzenie w labiryncie tendencji w modzie, płaszczy, kostiumów, umilają czytelnikowi liczne anegdotki i ciekawostki. (Wydawnictwo AA)
Fragment książki publikujemy na str. 28
Łucja Kucia
Mario Vargas Llosa
Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki
Ricardo Somocurcio snuje wspomnienia, których osią
jest trwające całe życie, fatalne zauroczenie poznaną
w dzieciństwie „niegrzeczną dziewczynką”, kobietą
o stu twarzach. Miarą czasu są tu kolejne przyjaźnie
zawierane przez Ricarda na emigracji, a w tle śledzimy
przemiany świata w II połowie XX wieku. Czytelnicy zwabieni pikantnymi szczegółami zawiodą się srodze, bo w gruncie rzeczy nic takiego
się tu nie dzieje. Kolejne sceny erotyczne tak naprawdę są do siebie podobne, a największe napięcie nie jest efektem opisu ekscesów, ale raczej relacji z odczuwania najrozmaitszych deficytów. Tym, co naprawdę fascynuje, jest sposób relacjonowania rozwoju i przemian skomplikowanej więzi łączącej głównych bohaterów. Jak to bywa w przypadku kultowych pisarzy, nie ja jedna odczuwam pewien dyskomfort, mówiąc głośno, że nie jest to powieść wybitna. Trudno jednak zaprzeczyć,
że zwodzi i kusi czytelnika – czytając, jesteśmy bezbronni niczym Ricardo wobec „niegrzecznej dziewczynki”. (Znak)
Łucja Kucia
Aleksandra Zdrojewska-Przychodzeń
Proza paryska czyli kocham Polskę
„Proza paryska... ” jest zabawnym zapisem spostrzeżeń i refleksji z pobytu autorki w Paryżu. Studiując
tam i pracując, dzień po dniu rozsmakowuje się
w mieście i jego wyjątkowym klimacie. Pisze o tym,
co każe jej kochać to miasto, a zarazem nie pozwala tam zostać. O tym, jak smakują rano chrupiące bagietki z dżemem,
jak krucha i soczysta jest tam sałata. O nonszalanckich, lekko aroganckich i snobistycznych, a mimo to dających się lubić Francuzach. I o Polakach, jak zwykle tęskniących za domem. Czytałam tę książkę w samolocie do Paryża. Uśmiechałam się do swoich myśli i wspomnień.
Wracałam tam po raz kolejny, bo czy się jest turystą czy mieszkańcem
tego miasta, trudno mu się oprzeć. (Wydawnictwo Miniatura)
Renata Stós-Pacut
Wisława Szymborska
Miłość szczęśliwa
Ta informacja zelektryzuje nie tylko pięknoduchów
(czytaj: miłośników poezji) – 26 listopada trafi do
księgarń antologia wierszy miłosnych Wisławy
Szymborskiej „Miłość szczęśliwa”. Ja mam ją już na
biurku. I wiem jedno, kto tak jak Szymborska potrafi pisać o wyeksploatowanym już przez sztukę uczuciu, rzeczywiście zasłużył na Nobla. Inny krakowski poeta, Ryszard
Krynicki, który dokonał wyboru wierszy, tak je podsumował w posłowiu: „I każdy dotyka tajemnicy ludzkiego istnienia. W sposób sobie
tylko właściwy. Jedyny”. Lektura obowiązkowa. I wymarzony prezent
zarazem, na każdą okazję i bez. (Wydawnictwo a5)
Ola Przegorzalska
> FESTIWALE
Festiwal Wyspiański 2007,
www.festiwalwyspianski.krakow.pl
16–22.11, Międzynarodowy Festiwal Filmowy
Etiuda&Anima, Kino Kijów, al. Krasińskiego 34
i Rotunda, ul. Oleandry 1
> KONCERTY
18.11, Basia Stępniak-Wilk, Bombonierka, Kawiarnia Krzysztofory, ul. Szczepańska 2, g. 20
18.11, Ken Vandermark and Resonance Project –
koncert finałowy (Krakowska Jesień Jazzowa),
Alchemia, ul. Estery 5, g. 20
21.11, Tymański Yass Ensemble (Krakowska Jesień Jazzowa), Alchemia, ul. Estery 5, g. 20
22.11, Boba Jazz Band, Piwnica pod Baranami,
Rynek Główny 27
22.11, Ada Fijał i Kasia Weredyńska, Klub Retro,
Feniks, ul. św. Jana 2, g. 20.30
23.11, Coma, Klub Studio, ul. Budryka 4, g. 20
23.11, Hanna Banaszak, Stary Teatr, Duża Scena,
ul. Jagiellońska 5, g. 19
23. 11, Cinemon and Ulisses, Cafe Szafe, ul. Felicjanek 10, g. 20
24.11, Ewa Kawka i Adnrzej Martinson, Cafe Szafe, ul. Felicjanek 10, g. 20
24.11, Myslovitz, gość – Tomek Makowiecki, Rotunda, ul. Oleandry 1, g. 20
24.11, Jaga Wrońska, Loch Camelot, ul. św. Tomasza 17, g. 20
24.11, Agnieszka Rosner, Samotna miłość, czyli
smut z ciarami, Cafe Pub Godziny, ul. Miodowa 43, g. 20
25.11, XX Lecie Zielonych Żabek; Gaga, Zielone
Żabki, Prawda, Blade Loki, Klub Lochness, ul
Warszawska 15, g. 19
27.11, Kris Wanders Quartet (Krakowska Jesień
Jazzowa), Alchemia, ul. Estery 5, g. 20
28.11, Zaduszki – Wyspiański, Teatr im. J. Słowackiego, pl. św. Ducha 1, godz. 19
28.11, T. LOVE, Rotunda, ul. Oleandry 1, g. 20
28.11, The Car Is On Fire, Klub pod Jaszczurami,
Rynek Główny 8, g. 20
28.11, Witold Hronowski Kwintet, Piwnica pod
Baranami, Rynek Główny 27
29.11, Janusz Radek, Królowa Nocy, Alchemia, ul.
Estery 5, g. 20
29.11, Ludzie estrady – Alosza Awdiejew, Teatr
Groteska, ul. Skarbowa 2, g. 19
30.11, Pidżama Porno, Klub Studio, ul. Budryka
4, g. 19
01.12, Hunter, Frontside, Klub Lochness, ul. Warszawska 15, g. 19
02.12, Renata Przemyk, Klub Lochness, ul. Warszawska 15, g. 19
02.12, Magiczny Hollywood czyli firewall music,
Filharmonia, ul. Zwierzyniecka 1, g. 17
06.12, RGG TRIO (31. Festiwal Jazz
Juniors), Rotunda, ul. Oleandry 1, g. 20
04.12, Piosenkarnia Anny Treter, Dworek Białoprądnicki, ul. Papiernicza 2, g. 19
07.12, Irek Głyk Multidound (31. Festiwal Jazz
Juniors), Rotunda, ul. Oleandry 1, g. 20
08.12, Koncert Laureatów Jazz Juniors, gościnnie
Aga Zaryan, Rotunda, ul. Oleandry 1, g. 20
08.12, Kat & Roman Kostrzewski, Klub Lochness,
ul. Warszawska 15, g. 20
18.12, Świąteczny Koncert Kolęd „Przy wigilijnym
stole” – Bogusław Morka, Filharmonia Krakowska, ul. Zwierzyniecka 1, g. 19
09.12, Harlem Gospel Choir, Auditorium Maximum UJ, ul. Krupnicza 35, g. 19
15.12, Hey – 15-lecie zespołu, Klub Studio, ul.
Budryka 4, g. 20
15.12, Anna Treter, Teatr Groteska, ul. Skarbowa
2, g. 20
20.12, Laibach, Klub Studio, ul. Budryka 4, g. 20
21.12, Ludzie estrady – Tadeusz Drozda, Teatr
Groteska, ul. Skarbowa 2, g. 19.30
> INNE
17.11, Kabaret, Piwnica pod Baranami, Rynek
Główny 27, g. 21
23.11, Wysokie obcasy – balet, scena PWST,
ul. Straszewskiego 22, g. 18.30
25.11, Kabaret Ani Mru Mru, Kino Kijów, al. Krasińskiego 34, g. 18 i 20
25.11, Aldona Jankowska – Stand up comedy, Teatr Groteska, ul. Skarbowa 2, g. 20
26.11, Kabaret Moralnego Niepokoju, Filharmonia
Krakowska, ul. Zwierzyniecka 1, g. 18 i 20
29.11, monodram Sekrety Baronowej, Klub
Galeria Przystanek Kobieta, ul. Jagiellońska 12
02.12, Kabareton, Hala TS Wisła, ul. Reymonta
22, g. 17
06.12, Kabaret Marcina Dańca, Kino Kijów, al.
Krasińskiego 34, g. 19.15
07.12, Ireneusz Krosny, Kabaretowa scena OF,
Teatr Groteska, ul. Skarbowa 2, g. 20
09.12, Świąteczny Stół Pajacyka, www.pajacyk.pl
> MUZYKA
Katie Melua
Pictures
Zaledwie dwa albumy wystarczyły tej pięknej Angielce o gruzińskich korzeniach, aby stała się międzynarodową gwiazdą. Było to możliwe, ponieważ Melua wstrzeliła się ze swymi nagraniami w modę na sentymentalne piosenki, śpiewane przez „nudziary” w rodzaju Nory Jones. Jej utwory nie wykraczały jednak nigdy poza popową poprawność. Tak jest i tym razem. „Pictures” to zestaw zaaranżowanych na akustyczne instrumentarium nostalgicznych piosenek, łączących w sobie elementy jazzu, folku, bluesa a nawet reggae. Płyną one spokojnym strumieniem, nie wywołując większych emocji – ani zachwytu, ani irytacji. [4Art]
Kasia Cerekwicka Pokój 203
Na swój sukces pracowała długo – od zwycięstwa w „Idolu” w 1997 roku, przez nieudany debiut („Mozaika”) po przebojowego „Feniksa” sprzed
dwóch lat. Popularność przyniosły Cerekwickiej popowe piosenki, których największym atutem był jej „murzyński” wokal. Nic więc dziwnego, że „Pokój 203”
stanowi jeszcze bardziej radykalny zwrot w stronę „czarnych” brzmień. Większość utworów na płycie to dynamiczne R&B, osadzone na tanecznych bitach. Cerekwicka wypada
w tej wersji bardziej przekonująco niż na popowym „Feniksie”. [Sony BMG]
Mayra Andrade Navega
Sukcesy Cesarii Evory sprawiły, że muzyka z Wysp Zielonego Przylądka trafiła na listy przebojów. Konsekwencją tego faktu było pojawienie
się kilku młodych artystów kontynuujących linię wyznaczoną przez nestorkę tamtejszego folkloru. Należy do nich urodziwa Mayra Andrade. Jej debiutancki
album „Navega” zawiera dwanaście zgrabnych piosenek, w których mieszają się wpływy różnych kultur – afrykańskiej i latynoskiej, portugalskiej i hiszpańskiej. W efekcie nostalgiczne fado sąsiaduje tu z żarliwym soulem i zmysłową bossanovą. Andrade śpiewa
pięknym i czystym głosem, który niesie głębokie emocje, tworząc klimat zamyślenia nad
ludzkim losem, uczuciami i namiętnościami. [Sony BMG]
Raz Dwa Trzy Młynarski
Podobno dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki – Adam Nowak
i jego Raz Dwa Trzy postanowili jednak zaryzykować. Choć po ogromnym sukcesie płyty z utworami Agnieszki Osieckiej zarzekali się, że nie
sięgną więcej po „cudze” kompozycje, za namową szefów radiowej Trójki wzięli na
warsztat twórczość innego mistrza polskiej piosenki – Wojciecha Młynarskiego. I znowu wygrali. Mimo, iż słuchając płyty ciągle ma się z tyłu głowy niezapomniane oryginały, dekonstrukcje dokonane przez zespół Nowaka po prostu zachwycają. Muzykom
udało się odcisnąć własne piętno na klasyce rodzimej piosenki. Pomógł im w tym nie
tylko talent, ale i poczucie niezależności, nieoglądanie się na muzyczne mody oraz dystans do świata, uwzględniający zarówno ironię, jak i autoironię. [4 Ever Music]
Paweł Gzyl
> DVD
Fraglesi
W mieszkaniu starego wynalazcy jest dziura, przez którą można się dostać
do tajemniczego podziemnego świata. Gdy jego mieszkańcy hałasują, pies
Sprocket bardzo się denerwuje i szczeka jak oszalały. Czy już wiecie, kto
mieszka pod domem? Oczywiście Fraglesi! Prócz nich we wspaniałej bajkowej krainie spotkamy rodzinę olbrzymich, niezbyt rozgarniętych Gorgów oraz malutkich Duzersów. Od czasu do czasu głos zabierze też Wszystkowiedząca Stara Wiedźma Ple-ple. Serial Jima Hensona nie tylko dostarcza dobrej zabawy, powodów do
śmiechu i wspaniałej muzyki, ale uczy też tolerancji, współdziałania i ciekawości świata
Robin z Sherwood
Znam mężczyznę, który lata temu, jako dziecko, tak dał się zauroczyć temu
serialowi, że ze swym najlepszym przyjacielem z przedszkola miesiącami bawił się wyłącznie w Robin Hooda. Ja z kolei – i moje koleżanki – kochałyśmy
się bez pamięci w Michaelu Praedzie, a wszyscy w klasie bezbłędnie potrafili zagwizdać motyw przewodni filmu. Gdy tylko serial pojawiał się na ekranie telewizora,
ruch na podwórku zamierał. Co tu dużo mówić: „Robin z Sherwood” to rzecz kultowa…
A teraz dla wszystkich, którzy wtedy stracili głowę dla Robin Hooda – gratka nie
lada – „Robin z Sherwood” w formie box’ów DVD! Box nr 1 to pierwszych 13 odcinków z Michaelem; nr 2 to kolejna seria – już z jasnowłosym Jasonem Connerym. Doskonały, choć bez wątpienia nostalgiczny prezent gwiazdkowy.
Obsługiwałem angielskiego króla
Jan Dziecię po latach wychodzi z więzienia i wspomina. A wspomina swą
młodość, dni pierwszych erotycznych i finansowych eksperymentów, wspinaczkę po szczeblach kelnerskiej kariery i marzenia o milionach. Życiorys Jana obejmuje lata międzywojnia, hitlerowskiej napaści i komunistycznej Czechosłowacji, ale wielka historia jest tu obecna jedynie pośrednio, jako tajemna siła popychająca bohatera ku takim czy innym prozaicznym działaniom. Przetacza się ona po ludzkich losach podobnie brutalnie jak w Polsce, jednak czeska mentalność narratora sprawia,
że cały świat ujęty zostaje w cudzysłów i traci swą groźną ostrość. Jizi Menzel, najbardziej
„hrabalowski” reżyser na świecie, od lat ostrzył sobie zęby na ekranizację tej powieści. Ale
i sama historia powstania tego filmu mogłaby się stać opowiadaniem Hrabala. Najpierw
ekranizacja nie była możliwa, bo napisana w 1971 roku powieść była źle widziana przez
ówczesne władze. Tuż po aksamitnej rewolucji czeskie kino przeżywało zapaść finansową,
a gdy się odrodziło, sam Hrabal odmawiał sprzedaży praw do książki. Dopiero gdy do rozmów z pisarzem wydelegowano Menzla, udało się zdobyć prawa do ekranizacji. Gdy
z braku środków projekt upadł, a prawa do powieści stały się przedmiotem handlu, Menzel na festiwalu w Karlowych Warach publicznie okładał rózgą spekulującego nimi Jiziego
Sirotkę. Najwyraźniej kara cielesna pomogła. Po 35 latach od powstania powieści ekranizacja „Obsługiwałem angielskiego króla” trafiła na ekrany w najlepszej możliwej reżyserii.
Agata Jałyńska
> NOWE MIEJSCA
Ancora
> restauracja,
ul. Dominikańska 3
Tu ani szyld ani wejście nie kłują w oczy.
Toteż nikt nie kryje zdziwienia, gdy
wszedłszy odkrywa
przestronną, z dużym smakiem
i
wyczuciem
urządzoną restaurację na europejskim poziomie. Nie ma
też w mieście
drugiego takiego
lokalu, który oferowałby aż czterysta gatunków win z całego świata. Ich galerię można obejrzeć
w obszernych piwnicach. Szef kuchni,
który jest równocześnie współwłaścicielem, nie kryje, że stać go na najlepsze surowce. Lansuje kuchnię autorską, nadającą tradycyjnym polskim przepisom nową,
lżejszą aranżację. Wie, że to dobry sposób, by przysporzyć wyznawców polskiej
kuchni – i sobie.
lekkich zestawów śniadaniowych. Warto
wpaść choćby tylko na kawę i croissanta.
Enso
> restauracja & coffee bar
ul. Karmelicka 52
Lokal zagarnął nie tylko to, co było kiedyś
obszernym mieszkaniem, ale również 300
metrów kw. piwnic pod całą kamienicą.
W rezultacie na górze otrzymaliśmy nowoczesną, kameralną restaurację z kuchnią fusion i solidnie zaopatrzonym barem
połyskującym wypolerowaną stalą, a na
dole – cztery klubowe „jaskinie” z miękkimi kanapami i przytłumionym światłem,
sprzyjającym słuchaniu muzyki. Świetne
miejsce na lunch w godzinach pracy.
Cave
> ul. Nadwiślańska 1
Tesoro del mar
> restauracja, ul. Józefa 6
Otwartą we wrześniu niedużą, przytulną
kawiarnię urządzono tak, iż wygląda, jakby
Nazwa tego lokalu mówi wszystko. Rzeczywiście większość karty wypełniają wyrafinowane potrawy z ryb (ot, choćby filet
z dorsza zapiekany z rakami na włoskim
koprze z pomarańczą). Świeże ryby i inne
frutti di mare dostarczane są nie tylko
w czwartki, jak do innych restauracji, ale
również w poniedziałki. To jedyna w Krakowie restauracja, używająca do gotowania jarzyn urządzenia Spaco jet, dzięki któremu wyglądają one, smakują i pachną jak
na ten nadwiślański bulwar przeniesiono ją
w całości z któregoś z miasteczek nad Sekwaną. A teraz, niemal na naszych oczach,
przeobraża się w restauracyjkę o równie
francuskim menu. Tutejsza specjalność to
ślimaki (stąd nieformalna nazwa – Ślimakarnia), podawane bez muszli, na cztery
sposoby: po włosku, francusku, tajsku
i z serem pleśniowym. Otwarty od ósmej
lokal musi też rzecz jasna proponować
śniadania. I rzeczywiście, jest aż siedem
Świąteczny Stół
zupełnie świeże. Oficjalne otwarcie odbyło się z hukiem w końcu października.
Ola Przegorzalska
Pajacyka
Pajacyk to nazwa, a zarazem symbol prowadzonego przez Polską Akcję Humanitarną
programu dożywiania dzieci w szkołach i świetlicach. W ciągu 9 lat funkcjonowania programu PAH ufundowała prawie 5 milionów posiłków. Jedną z akcji w ramach programu jest Świąteczny Stół Pajacyka. 9 grudnia w wielu krakowskich (a także warszawskich, śląskich, poznańskich i toruńskich) restauracjach, klubach i kawiarniach, zawiśnie
plakat informujący, że lokal część dochodów z tego dnia przekaże na program Pajacyk.
Pamiętajmy więc, że 9 grudnia wybierając lokal z Pajacykiem na plakacie, możemy mieć
nasz maleńki wkład w akcję dożywiania dzieci z najbiedniejszych rodzin.
MLEKO
felieton
Marianna Dembińska
D
M. Dembińska, fot. M. Dąbrowska
po góralsku
opadło mnie przeziębienie. Mylę jeszcze klimat Warszawy
z weneckim, ubieram się nie zawsze odpowiednio do pogody... no, nie ja jedyna. W walce z gorączką chciała mi pomóc pewna włoska dobra dusza. Grrrr. Mowiłam, tłumaczyłam i wykłócałam się ile miałam sił (a miałam ich niewiele), że na mnie tylko
herbatka z rumem działa. Po prostu. No i trza było na swoim postawić. Ale nie! Poddałam się i „leczyłam” mlekiem z grappą. O rezultatach napiszę później, teraz kilka słów o grappie.
Dawno, dawno temu w słonecznej Italii destylaty podbijać zaczęły nie tyle stoły ile apteki. Używane były bowiem jako medykamenty. Na stół, już jako likiery, trafiać zaczęły w XVI wieku. A stały się znane nieco bardziej dzięki Michele Savonaroli, padwańskiemu lekarzowi, autorowi pierwszego opublikowanego traktaktu
o sposobach produkcji „acquavity”. Savonarola przeszedł do historii
nie tyle jako autor owego dokumentu, lecz ze względu na rodzinne
koneksje, był bowiem wujem sławnego zakonnika, z którym łączyły go prócz więzów rodzinnych dwie rzeczy: obaj pisali i obaj – o alkoholach! Cóż, genetyki nie da się oszukać…
Pierwszą grappę, taką jaką pić można do dziś dnia, wyprodukowano w regionie Friuli już w XV wieku, ale dopiero pod koniec
XIX wieku nosić zaczęła tę nazwę. Zresztą nazwa różniła się w zależności od regionu. I tak, na północy mamy grape, graspe, trape,
sgnape, a na południu spirito, filu, ferru. Niemałe zamieszanie.
Acquavite natomiast pochodzi z łaciny (acqua to woda, vitae to życie). Istnieje jednak inny, bazujący na średniowiecznych dokumentach nurt etymologiczny przypisujący drugą część nazwy nie słowu
vitae lecz vitis co oznaczało spiralny wężyk do schładzania destylatu, umieszczony w miedzianym naczyniu z wodą.
Dziś włoskie prawo mówi, że grappę produkować można jedynie
z vinacci (czyli skórek winogron). Nazywać się może acquavite di vinaccia lub distillato di vinaccia. Jest bezbarwna, ale jeśli ustarzana
w dębowych beczkach, to często nabiera złotego lub bursztynowego
koloru. Może zawierać od 37,5 do 60 proc. alkoholu (sic!). Wielu producentów win wytwarza lub zleca produkcję grappy z własnym logo.
Grappa będąc produktem z winem ściśle powiązanym powstaje regionalnie i często nosi nazwę regionalnych win DOC czy DOCG. Mamy
więc Grappę di Amarone, Grappę di Barolo, Grappę di Barbaresco,
Grappę di Prosecco, itd.
Mamy też…cudo, grappę wartą grzechu, którą ja zdecydowanie mogę polecić. Grappa di Sassicaia. Moja nieukrywana słabość do rodziny Antinorich przypieczętowana została właśnie kieliszeczkiem tejże grappy. Grappy przez duże „G”, której smak –
a nie procenciki – uderzają do głowy. To produkt do degustacji, do
refleksji, do cieszenia się harmonią smaku i aromatu.
Ale grappa (piszę to z żalem) nie doczekała się wielkiego światowego uznania. Może z wyjątkiem tej z wielkich winnic, jak wcześniej wymienione grappy z Amarone, Barolo czy Barbaresco. Jest co
prawda eksportowana do wielu krajów, ale nabywcy są w większości (to moje prywatne doświadczenie i zdanie nie poparte żadną statystyką) Włochami, chociażby z dalekiego pochodzenia. Uznawana
za alkohol ludzi silnych, raczej niezamożnych i przywiązanych do
ziemi, bywa pijana od rana (szczególnie jesienią i zimą – dla rozgrzewki) lub wieczorem na polepszenie snu. Po posiłku służy za digestivo, dolana do kawy zmienia jej nazwę na caffè’ corretto (kawa... poprawiona), a w czasie choroby… No właśnie. Wrócę do mego przeziębienia.
Oto włoski (zupełnie na mnie nie działający) sposób na leczenie przeziebienia. Zagotować mleko. Dodać miód i grappę. Wypić.
Położyć się i czekać na cud. Z braku rezultatów po godzinie czynności powtórzyć. Po kolejnej godzinie – jeszcze raz. Rano zażyć dwie
aspiryny, żeby przeżyć jakoś do wieczora. A wieczorkiem, po powrocie z pracy (bo kto z nas może sobie pozwolić na pozostanie
w domu z powodu błahego przeziębienia?!) zrobić sobie gorącą herbatkę z rumem. Efekty gwarantowane. Słowo harcerza!
WYBRANE WYDARZENIA W GODZINACH
15.11. 2007 czwartek
Beaujolais Nouveau est arrive! – święto młodego wina
17.11.2007 sobota
Warsztaty genderowe/gynealogiczne. (organizują Godziny i Fundacja Przestrzeń Kobiet)
Start: 12.30. Wstęp bezpłatny. Rezerwacja miejsc.
Szczególy na stronie www.godziny.com.pl
24.11.2007 sobota, g. 20.00
Samotna miłość, czyli smut z ciarami.
Recital piosenki kabaretowej Agnieszki Roesne-
równy. Opr. muzyczne: E. Zawilinski.
Cena biletu: 10 zł
30.11.2007 piatek 21.00
„Trzy wiedzmy.”
Impreza Andrzejkowa. Wróżby i dobra zabawa.
Zapraszamy w przebraniach wiedźm, czarownic,
magów...
7.12. 2007 piatek 21.00
Babskie kino. Cz. II. Stworzone przez kobiety.
Projekcja filmu „Między słowami” (2003, reż.
Sophia Coppola)
Zapraszamy! Więcej informacji na stronie www.godziny.com.pl
rozrywka
KASYNO się odmładza
Najstarsze krakowskie (a także polskie) kasyno sieci Casinos Poland,
mieszczące się w hotelu Novotel przy ul. Armii Krajowej 11, przeżywa swą
drugą młodość. Osiemnastoletni przybytek ruletki, black jacka i „jednorękich bandytów”, po ukończonym w czerwcu totalnym remoncie, jest dziś jak stateczny mężczyzna,
który nagle w klubie zrzucił marynarkę, wypuścił na wierzch koszulę i zawiązawszy krawat wokół głowy na kształt indiańskiej przepaski rzucił
się w wir zabawy. Kto bywał w innych kasynach, od razu zauważy, że krakowskie odbiega od utartych wyobrażeń. Tutaj nawet sukno na stole do ruletki ma zamiast zielonej, barwę mocno dojrzałej pomarańczy. To
jednak nie przeszkadza gościom czuć się tu niczym James Bond w Casino Royal.
W tym kasynie nie tylko się grywa. To również
miejsce spotkań, koncertów i ogniście zaaranżowanych
imprez towarzyskich. W każdą sobotę, jak w wielu innych krakowskich klubach, można w gronie przyjaciół pobawić się przy muzyce, a gdy
już w głowie mocniej zaszumi, nawet pogadać z olbrzymim wawelskim smokiem, którego zawieszono nad barem.
Wystrój części kasyna to intrygujące puzzle – do jego stworzenia użyto między innymi replik fragmentów różnych mniej lub bardziej znanych krakowskich zabytków. Kto
więc potrzebuje zażyć świeżego powietrza, może zrobić sobie przerwę w zabawie,
wziąć dorożkę i przejechawszy się po mieście ich
tropem urządzić sobie egzamin
ze
znajomości
Krakowa. Ale i na miejscu
atrakcji jest więcej. Perełką
kasyna jest grota solna,
w którą przeobrażono salon dla VIP-ów. Jego ściany
przykrywa półtorej tony
skrzętnie zebranych po
podkrakowskich kopalniach
kryształów solnych, w któfot. Andrzej Pisarski
rych tańczą okruchy światła.
Dla podkreślenia efektu podświetlono je jeszcze pulsującymi diodami, które płynnie
zmieniają barwę. Jeśli dodać do tego kryształowy żyrandol, repliki dziewiętnastoletnich
mebli i wyśmienitą kawę podawaną na włoskiej porcelanie – mamy prawie kompletny
portret tego miejsca. Aby zobaczyć wszystko, trzeba tam po prostu pójść.
[ap]
V
książka
…ubierając kobietę sukcesu…
Fragment najnowszej książki Jerzego Turbasy,
najbardziej znanego krakowskiego projektanta
AWANS KOBIETY SUKCESU
(…) Z czasem moje klientki awansują, rośnie ich
uposażenie, pojawia się własny gabinet. Środki
podkreślania kobiecości powinny być dostosowane
do reguł wieku. W wieku największej twórczej aktywności zmienia się strategia wyglądu. Młodość
sama się obroni, później nad wyglądem trzeba popracować. Gdy zmienia się figura, wzrasta rola
ubioru. Musi on być bardziej wyrazisty; winien
pojawić się bardziej ozdobny guzik, apaszka, itp.
Dotyczy to również dodatków. Biurowy kostium winien podkreślać pełnione stanowisko w firmie. Pozycja szefowej zostaje bardziej uwidoczniona poprzez oryginalniejsze fasony i żywszą
fakturę tkanin. Zwiększa się również spektrum kolorystyczne – beże, brąz, odcienie niebieskiego, zielenie, a przy ekstrawertycznej osobowości pojawić się mogą kolory tęczy w wersji
krystalicznie czystej. W pracy spędza się wystarczająco dużą część życia, więc warto tej istotnej części poświęcić odpowiednio dużo miejsca w szafie. Na jej wyposażenie warto wydać
maksimum. Może to być niezła inwestycja, jeżeli będzie się za nią krył odpowiedni styl.
JEJ BASENEM – GARDEROBA
Wielka admiratorka elegancji Katherine Hepburn uważała, iż choć dla większości ludzi
marzeniem jest domek z basenem, jej basenem zawsze była szafa.
Elegancja potrzebuje osobnych mebli, a najlepiej osobnego pomieszczenia połączonego z sypialnią i łazienką – garderoby. To tu przewidziano odpowiednią ilość miejsca dla zasłużonego wytchnienia płaszczy, kostiumów (w szafach nie płytszych niż 60 centymetrów),
topów, bluzek i bielizny (półki, szuflady). W świecie meble te nie bez powodu wykonuje się
ze sprawdzonego drewna cedrowego o odstraszającym mole zapachu. Cedr dzięki swoim
przymiotom dostąpił zaszczytu znalezienia się na fladze Libanu. Odpowiednio wyposażona
szafa winna przypominać swoją zapobiegliwością rolls-royce’a. Każdy samochód tej marki
wyposażony jest w cztery parasole. Duch aktywności wymaga okryć, które winny sprostać
wielu wyzwaniom, więc w garderobie powinno się znaleźć:
– kilka kostiumów codziennych, biurowych o niezbyt zobowiązującym charakterze (na
lato jaśniejsze),
– kostium wizytowy (ciemne tonacje),
– kostium koktajlowy, mała czarna,
– kostium uroczysty (ozdobna faktura żakietu, spódnica dłuższa, najlepiej o tzw. długości podłogowej),
– uniwersalny zestaw sukienek „pod żakiet” o prostym kroju, na mniej formalne okazje,
– niepowtarzalna suknia balowa,
– peleryna lub ponczo, ewentualnie trencz,
– płaszcz przejściowy, wizytowy, zimowy (ten z futerkiem podnosi prestiż).
W zależności od wielkości firmy zmieniają się oczekiwania. W dużej zwiększa się liczba
spotkań, konferencji, przyjęć. Zwiększeniu musi też ulec ilość garderoby, stosownie do okazji, których liczba wzrasta. Pojawiają się uroczystości na wysokim szczeblu, związane z odbieraniem nagród, obowiązkowe bale. Strategia ubioru ulega zmianie. Już nie wystarcza jeden uniwersalny kostium z zestawem spódnic i spodni oraz uniwersalny płaszcz.
Gdy stała klientka zamawia kolejny kostium, wiem, że winien on być o ciekawszym
kroju i niebanalnym fasonie, ale w jej stylu. Może to być blezer, kostium asymetryczny lub
dwurzędowy. Zestaw 10–15 kostiumów pozwala już nie powtarzać się zbyt często, a za każdym razem podkreślić swoją osobowość i kompetencję. Wiem, że dłuższy żakiet, poniżej linii bioder, bardziej kojarzy się z powagą, krótszy do linii bioder – ze swobodą i otwartością.
Te jeszcze krótsze, aż do bolerka włącznie, znakomicie eksponują figurę. Nie tym jednak
się kieruję, ale by żakiet był twarzowy i odpowiedni do przeznaczenia. Liczba kostiumów
jest uzależniona od potrzeb, choć warto stwierdzić, iż najbardziej użytkowane są te codzienne, i one wymagają odpowiednich mnożników.
28
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
WARTO PAMIĘTAĆ:
1. Barometr na giełdzie pracy, w miejscach, gdzie zwyczajowo decyduje się o wielkich liczbach wskazuje, że minęły czasy, gdy niezbyt formalny ubiór świadczyć miał o sporej
pewności siebie i przekonaniu o własnej wielkości. Formalny ubiór to komunikat odgrywający coraz większą rolę w atmosferze wzrastającej konkurencji i duszącej recesji.
2. Na tym terytorium jedynie kostium kojarzy się z kompetencją i sukcesem.
3. Jeżeli nie ubierzemy się stosownie do okoliczności, nawet najpiękniejszy kostium nas
zdegraduje.
4. Na co dzień kostium winien być spokojny w tonie, ale o znakomitym kroju i odszyciu. Nawet na ważnym spotkaniu lepiej uwodzić jego skromnością, niż porażać nadmiarem elegancji. Szyty na miarę, w sposób dyskretny podkreśli właściwe miejsce w hierarchii
i uczyni to bardziej przekonywająco, niż produkt z metką znanego projektanta.
5. Nawet wielki Pierre Cardin pomylił się, przewidując koniec kariery krawata w 2000 roku. A męski krawat ma się doskonale, co paniom powinno dać wiele do myślenia... Styl
oparty o klasykę nadal najlepiej sprawdza się na wysokich stanowiskach.
6. Największe wrażenie na otoczeniu sprawiają dodatki. Szalenie spokojne, ale powalające swoją klasą. Broń Boże krzykliwe, napastliwe. Zadbana głowa i ręce, w nieskazitelnym stanie elegancka torebka i buty, dyskretna biżuteria wokół szyi i na przegubie dłoni, markowy zegarek zawsze we właściwym gronie zostaną należycie otaksowane i docenione.
7. W ciemnych kolorach kobieta wygląda bardziej serio, w kolorach typu czerwień – staje się postacią dominującą. Faktura w prążki sprawia wrażenie kompetencji, ale te zbyt
szerokie są zbyt agresywne i powiększają figurę.
8. Kostium stał się w pracy narzędziem, ale tak jak widelcem, trzeba umieć się nim posługiwać.
9. Subtelną metodę podkreślenia swojego prestiżu staje się szycie na miarę w równie prestiżowej firmie. Nienaganny krój kostiumu i jego perfekcyjne odszycie są sygnałem perfekcyjnego sposobu myślenia i postępowania jego właścicielki. Bardziej przemawiają
niż obnoszenie się z kostiumem z metką znanego projektanta.
Właściwie dobrany kostium podkreśla kompetencję, ale warto sobie jasno powiedzieć – nigdy jej nie zstąpi, o czym przekonała się pewna dama w nienagannie skrojonym kostiumie,
gdy zajechała na halę ciemnym BMW. Podeszła do pykającego fajkę bacy. Zagadała o pogodzie i prowokacyjnie spytała: „A jak powiem, ile się pasie owiec, to dacie mi jedną?“ Baca podrapał się po głowie, ale się zgodził. Wówczas spojrzała w kierunku kierdela i rzekła:
„827”, co było prawdą. Kobieta wybrała sobie największą, wówczas baca wycedził: „A jak
wom paniusiu powiem, kto wy jesteście, to mi ją oddacie?” Gdy dama wyraziła zgodę, odparł: „Cosik mi się widzi, że jesteście europejskim komisarzem do spraw rolnictwa”. Baca
zgadł i trzeba było oddać, co było do oddania. Zaciekawiona jednak trafnością sądu, kobieta zapytała: „Baco, a skąd to wiedzieliście?”: „A, bo paniusiu, wybraliście sobie owczarka”.
Tekst i zdjęcia pochodzą z książki
„…ubierając kobietę sukcesu…“
Jerzego Turbasy
(Wydawnictwo AA)
Elegancki „Magazyn”
„Magazyn” to miejsce, dzięki któremu moda staje się sposobem na życie.
Można tu znaleźć niepowtarzalne modele ubrań. Ale to nie wszystko.
Dzięki niemu życie mieszkanek Krakowa staje się po prostu eleganckie.
„Magazyn” to limitowane wersje ubrań, wykonane ze szlachetnych materiałów. Każdy projekt ma tylko jedną wersję w każdym rozmiarze. Ale nie
to jest w wypadku tego miejsca najważniejsze. Mały sklepik, zagubiony na
ulicy św. Tomasza, to po prostu oaza elegancji. Nie ma w sobie nic z zatęchłych, starych, krakowskich wnętrz. Zamiast tego panuje w nim sterylna
biel i ascetyczna prostota. Przestrzeń tego sklepu najlepiej oddaje charakter
sprzedawanych w nim ubrań. Projektowane przez Lidię Bartnik stroje to
klasyka w nowej odsłonie. Ujęte najczęściej w biało-czarne barwy ubrania
nawiązują do stylu retro końca lat 50 – tych i początku 60-tych. To właśnie
wtedy zabłysnęła gwiazda ikony stylu tamtych czasów – Jacqueline Kennedy. Wyrafinowane w swej prostocie, doskonale skrojone stroje Lidii Bartnik na nowo odkrywają urok i dyskretną elegancję tamtych czasów. Ich największą ozdobą są materiały. Zwiewne, delikatne, niekiedy z nadrukowanymi wzorami, dopełniają całości.
Jak podkreslają właścicielki sklepu, Ewa Maciejowska i Lidia Bartnik, moda
jest ich największą pasją. Nie tworzą klasycznych kolekcji, które wprowadzają na rynek zimą czy latem. Ich ubrania powstają spontanicznie, z wyobraźni, często dlatego, że zainspirował je kawałek materiału. Dzięki temu
życie ich rzeczy nie kończy się razem z końcem sezonu, to prawdziwe
dzieła sztuki użytkowej, które nie podlegają dyktaturze mody.
ŁUKASZ GAZUR
FOTO: MICHAŁ KORTA
www.m-magazyn.pl
ul. Św. Tomasza 8, Kraków
30
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
To był
jubileusz!
Ponad 350 osób zgromadziło się w piątkowy
wieczór 12 października w Nova resto bar, by
Aryton
Aryton
32
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
Aryton
świętować trzecią rocznicę istnienia naszego czasopisma. Impreza „wylałaby się” pewnie na ulicę, gdyby
nie jesienna, deszczowa pogoda.
Od dziewiętnastej gęstniał tłum zaproszonych gości, których przy wejściu do restauracji witał drink
i miętowe czekoladki „After Eight”, a na podwórku
przy szatni – nowiutka, mokra od deszczu Honda Civic
firmy Wielicar. Wkrótce jedyną wolną przestrzeń w zatłoczonym lokalu stanowił 14-metrowy wybieg dla modelek, czekający na swój czas.
Gwiazdami wieczoru były dwie śpiewające aktorki Ada Fijał i Katarzyna Weredyńska, które tuż po
dwudziestej zaśpiewały kilka piosenek ze swego najnowszego projektu „Klub Retro”. Potwierdza on tendencję do czerpania inspiracji z muzyki rozrywkowej
lat 20. i 30. minionego wieku. Artystki, w specjalnie
zaprojektowanych na tę okazję sukienkach Natalii Jaroszewskiej, zaprezentowały najbardziej stylowe
evergreeny z tamtych lat (m. in. Seksapil, Tango Milonga, Na pierwszy znak), ale w zaskakującej, nowoczesnej, klubowej aranżacji. Oficjalna premiera „Klubu Retro”, którego Miasto Kobiet jest patronem medialnym, obędzie się pod koniec listopada, równocześnie w Krakowie i Warszawie.
A potem zaczęło się wielkie święto mody. Dwanaście modelek, unosząc się ponad zelektryzowaną rozmachem pokazu publicznością, zaprezentowało ponad sto kreacji
pięciu firm: Aryton, Caterina, Femini,
Michalska Kara oraz Zemełka&Pirowska. Trzy ostatnie to krakowskie duety :
znane i zbierające laury Monika Pietrzak-Szlęk i Katarzyna Wilk-Filipowicz
(Femini), od trzech lat współpracujące
z „Miastem Kobiet” przy stylizacji modowych sesji Agata Zemełka i Anna Pirowska oraz stawiające dopiero pierwsze
kroki na rynku mody Gosia Michalska
i Anna Kara. Na wybiegu można było
zobaczyć najnowsze kolekcje na sezon
jesienno-zimowy. Kolorystycznie dominowały wszystkie odcienie szarości, żółAnia Ciupryk /Fashion Color
cie i fiolety. W kolekcjach wieczorowych
przyciągały spojrzenia doskonałe materiały i niebanalne, niekiedy bardzo odważne, projekty. Modelki z agencji Fashion Color zachwycały nie tylko kreacjami, ale także makijażem wykonanym przez wizażystki ze szkoły makijażu i stylizacji FAM oraz wyrazistymi fryzurami wyczarowanymi
przez stylistów klubu fryzjerskiego Maniewski.
Michał Bylica
Ada Fijał i Kasia Weredyńska
Gdy ostatnia modelka zniknęła z wybiegu, przestał on być nareszcie traktowany jak strefa zakazana.
Rozluźnieni pod wpływem doskonałej atmosfery, temperatury i panującego ścisku goście zaczęli go obsiadać, słuchając drugiej części koncertu Ady Fijał i Kasi
Weredyńskiej. Warto było już teraz zająć dobre miejsca, bo zaraz potem zaczęliśmy losować kilkadziesiąt
nagród o wartości od 100 do 2500 zł, ufundowanych dla
gości imprezy przez jej sponsorów. Dużym zainteresowaniem cieszył się cały czas bufet, serwujący wino, piwo i kilkanaście rodzajów smacznych przekąsek.
Emocjonalnym akcentem na zakończenie oficjalnej części wieczoru był mini-recital Marty Bizoń. –
„Miasto Kobiet” kocha artystów – szepnęła do mikrofonu ta znana i lubiana krakowska aktorka, a potem, już
jako Marylin Monroe, zaintonowała „Happy birthday
to you”, podchwycone przez rozbawioną publiczność.
Potem zaczęły się tańce. Uruchomiono też stół do
ruletki (Casinos Poland) i choć tego wieczora grano nie
o pieniądze a o fanty, obstawiano z zapałem. I tak do
drugiej w nocy, gdy umilkła muzyka i wyszli ostatni
goście. Goście opuszczali Nova resto bar z hojnymi upominkami od sponsorów. W torebkach zaprojektowanych przez producenta opakowań Orgiami były m. in.
miętowe czekoladki After Eight, kosmetyki Bielendy,
pachnące mydełka GreenHill, próbki kosmetyków oraz
kupon rabatowy wartości 70 zł Instytutu Piękna Dermique i wiele, wiele innych wartościowych upominków
i kuponów rabatowych.
Caterina
Nagrody losowane w czasie imprezy:
pakiet: 5 zabiegów mikrodermabrazji i zabieg na ciało
Gold Treatment (Instytut Pięna Dermique), pakiet: 3 zaQ-Med i Face&Body Institute),
biegi Restylane Vital (Q
Aryton), kupon o wartości 250 zł na
4 jedwabne szale (A
Femini), naszyjnik i apaszka (M
Michalska Kazakupy (F
ra), 5 zestawów ekskluzywnych kosmetyków marki
Amaris) po 3 zabiegi Oxyjet i Acthyderm (GGarden
DIBI (A
SPA), mezoterapia bezigłowa (CCentre de la Vision), mezoterapia bezigłowa, masaż na 4 ręce, zabiegi wyszczuMedicor), woda toaletowa Petite
plające i karnet fitness (M
Lu Lua), 5 par okularów przeciwCherie Annick Goutal (L
Mozart Optyk), 2 kupony na usługi
słonecznych Excite (M
Maniewski), 3 prezenty – niespodzianki od
fryzjerskie (M
Casinos Poland oraz upominki od Wielicaru.
Caterina
MIASTO KOBIET
■
Caterina
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
33
Magdalena Tracz / Atelier Visage
Michalska Kara
Michalska Kara
Michalska Kara
Zemełka & Pirowska
Zemełka & Pirowska
Zemełka & Pirowska
Honda Civic / Wielicar
s p o n s o r z y
g ł ó w n i :
Femini
Femini
Femini
ruletka Casinos Poland
Aneta Pondo i Marta Bizoń
Katarzyna Nenko / Dermique
3. urodziny Miasta Kobiet zawdzięczają rozmach, z jakim się odbyły ogromnemu wsparciu (finansowemu i nie tylko) naszych sponsorów i partnerów. Bardzo, bardzo dziękujemy!
SPONSORZY GŁÓWNI: Dermique, Kraków, ul. Podgórska 34 (Galeria Kazimierz), Wielicar Autoryzowany Dealer Hondy, Wieliczka, ul. Krakowska 21, Centralny Dom Maklerski PEKAO
SA, Kraków, ul. Bracka 1A, ul. Szpitalna 15 SPONSOR KONCERTU: Face & Body Institute, Kraków, ul. Piłsudskiego 31/1
SPONSORZY I PARTNERZY: Nestlé Polska, producent czekoladek After Eight, Amaris, Kraków, ul. Floriańska 36, Aryton, Kraków, ul. Mikołajska 2, pl. Mariacki 1, Bielenda, Kraków, ul.
Fabryczna 20, Casinos Poland, Kraków, ul. Armii Krajowej 11, Caterina Collection, Kraków, ul. Grodzka 31, Centre de la Vision, Kraków, ul. Długosza 12 , Drukarnia Leyko, Kraków, ul. Romanowicza 11, FAM Policealna Szkoła Makijażu i Stylizacji, Kraków, ul. Nowohucka 44, Fashion Color, Kraków, ul. Zygmunta Augusta 5/4, Femini, Kraków, ul. Huculska 8, Garden SPA, Kraków, ul. Senatorska 26, Klub Fryzjerski Maniewski, Kraków, ul. Rakowicka 11, Medicor, Kraków, ul. Karmelicka 10, MEGA radio taxi (tel. 96-25), Michalska Kara, Kraków, ul. Dietla 46, Mozart Optyk, Kraków, Rynek Główny 13, Mydlarnia Green Hill, Kraków, św. Gertrudy 3 , Nova Resto Bar, Kraków, ul. Estery 18 , Origami opakowania ozdobne, Kraków, ul. Pszona 10, Perfumeria Lu Lua, Kraków,
ul. Józefa 22 , Zemełka & Pirowska, Kraków, ul. Moniuszki 24
s p o n s o r z y
i
p a r t n e r z y :
Zdjęcia z pokazu Femini i Cateriny: Dominik Papaj, pozostałe zdjęcia: Jacek Wrzesiński i Marcin Urban / MAI
Katarzyna Wilk-Filipowicz
Monika Pietrzak-Szlęk / Femini
CZAPKI
DO PRZEGLĄDU...
MARSZ!
Trendy
P
odobno ubiegłoroczna, niemal bezśnieżna zima była anomalią i przeminą lata,
zanim uda się powtórzyć ten efekt.
fot. Goorin
W tym roku, zgodnie z katastroficznymi zapowiedziami
telewizyjnych meteorologów, szykujemy się na wyjątkowe mrozy. Bez czapki się nie obejdzie.
Masy arktycznego powietrza nie wyrządzą naszym głowom najmniejszych szkód, o ile przestrzegać
będziemy kilku zaleceń projektantów mody. Ma być
zatem: dużo, ciepło i najlepiej z wełny. Daszki prostuna pewno sklepu Bench&Goorin.
ją się coraz bardziej (nawet w bejsbolówkach i truckerJeżeli jednak ktoś jest zdania, że czapka pod każdą
kach), ozdoby: przypinki, wstążeczki, hafty, łaty, aplikapostacią wpływa na niego klaustrofobicznie, a „poczapcje – są zdecydowanie
kowy” stan włosów i frywidoczne. A wszystkie
zury wydaje się nie do
te kapelusze, kaszkiety,
zaakceptowania – powinien wybrać nauszniki.
berety, rastafariańskie
Nikt powyżej 12 lat nie
czapy, czapki w kratkę,
wygląda w nich dobrze,
jodełkę, z pomponem
choć są jednostki, które
i bez – są w tym sezonie duże lub dużo za
uważają, że w nauszniduże. Trend over-size
kach człowiek prezentupodbił nie tylko nasze
je się „miło” i „sympafot. Benetton
serca, ale i głowy.
tycznie”. Jeżeli zależy ci
Czy to na fali pozatem na wizerunku
pularności Radia Marydziewczynki, która właja, czy z powodu nieprzemijającej mody na rastafariaśnie opuściła przedszkole – wielki wybór nauszników
w kolorach różowym, złotym srebrnym, białym, czarnizm – berety over-size tego sezonu rządzą w niemal
wszystkich sklepach. Duże, grubo tkane, w kolorze
nym i nakrapianym znajdziesz w sklepach sieci C&A.
pięknej butelkowej zieleni znaleźć można w Pepe JeJeśli zaś chcesz wyglądać stylowo, a jednocześnie czuć
ans, szare – usztywnione i z pomponem – w H&M.
się ciepło i wygodnie – łap za druty lub szukaj babci,
Do stylu dżokejskiego idealny będzie kaszkiet – flauktóra szydełkiem wyczarowuje włóczkowe cuda. Wełszowe, miękkie, ciasno otulające głowę czapki z daszkiem. Szukać ich należy
fot. Galeria Kawalec-Konieczny
w sklepach Mango, Lacoste, Bershka, Promod.
Jeśli
chodzi
o czapki z daszkiem
w typie bejsbolowym,
należy myśleć przyszłościowo i zaopatrzyć się
w model dobrze chroniący uszy. Wykończenie futerkiem – zarówno w męskiej, jak i kobiecej wersji – z pewnością nie zaszkodzi.
Pozostają jeszcze kapelusze, patrolówki, fedory z szerokim rondem... Dla każdego coś
niana czapa typu „wór na ziemniaki” zapowiada się na
ciepłego! Zwolennicy
hit sezonu, a zrobienie jej własnoręcznie zapewni nienakryć
głowy
z
małą satysfakcję. (MiSi)
charakterem nie ominą
V
moda
V
rekreacja
NA ZIMOWĄ
To, że wielkimi krokami nadchodzi zima, wcale nie oznacza, że musimy popaść
w lenistwo i przybrać kilka kilogramów. Wystarczy rozejrzeć się za czymś, co na tych
parę miesięcy zastąpi wycieczki rowerowe czy jazdę na rolkach.
38
MIASTO KOBIET
■
Być jak Bruce’a Lee
W zimowe wieczory rozgrzać nas mogą gorące rytmy,
na przykład salsy, flamenco, latino jazzu czy afro dance.
Szczególnie polecamy taniec rodem z kina Bollywood. –
Taniec bollywoodzki jest tańcem indyjskim. Układy choreograficzne tworzone są w oparciu o filmy – mówi Marta
Nemś z Centrum Tańca Ananda przy ul. Józefa 12 na krakowskim Kazimierzu. – Jest to
propozycja adresowana szczególnie do kobiet. Wiek ani predyspozycje nie mają tu znaczenia. Nie trzeba też mieć tanecznego przygotowania. Kursantki uczą się wszystkiego od
podstaw.
W Centrum Ananda zajęcia z tańca bollywood odbywają
się raz w tygodniu. Za miesiąc
nauki zapłacimy tu 75 zł. Ubrane w sari uczestniczki kursu wykonują układy taneczne,
które nawiązują do tradycyjnej kultury indyjskiej. Choreografia tworzona według filmów bollywoodzkich jest bowiem mieszanką różnorodnych stylów. Oprócz elementów klasycznych tańców indyjskich, takich jak Kanthak czy
Kuchipudi, widoczne są też inspiracje współczesnymi formami tańca zachodniego.
Odkrywanie w sobie pokładów kobiecości i piękna
poprzez plastyczne, płynne ruchy ciała oraz duża dawka
pozytywnej energii to powody, dla których warto wybrać właśnie taniec bollywood. Ma on w sobie dużo radości, lekkości i wdzięku, które z pewnością przydadzą
się nam po męczącym i stresującym dniu pracy.
Zima to także odpowiedni czas, by zadbać o swoje bezpieczeństwo, zwłaszcza, że już po południu robi się ciemno.
Dlaczego więc nie skorzystać z kursu samoobrony? Od kilku lat Polki mają szansę poznać WenDo. W Polsce pracuje zaledwie szesnaście trenerek, które uczą tej sztuki.
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
rys. eliza luty
Biodra w ruch
– To nie jest zwykły kurs – tłumaczy trenerka Maria Mierzyńska. – Uczymy nie tylko podstawowych metod obrony,
ale i asertywności. Dzięki niej kobieta może zmniejszyć ryzyko, że zostanie zaatakowana.
Na kursie kobiety dowiadują się, jak się obronić zarówno przed atakiem fizycznym, jak i psychicznym.
Uczestniczkom zajęć pomaga się m.in. wzmocnić poczucie własnej wartości, nauczyć przełamywać poczucie
wstydu czy rozwiązywać konflikty. Najbliższe dwa 12-godzinne kursy WenDo odbędą się w Krakowie 17 i 18
listopada oraz 8 i 9 grudnia. Ale to tylko wstęp.
– Te spotkania to „wędka” – mówi Maria Mierzyńska. –
Kobiety, którym te zajęcia się spodobają, będą mogły po-
NUDĘ
Ruszajmy się!
głębiać zdobyte umiejętności co tydzień, podczas półtoragodzinnych spotkań.
Jak przyznaje trenerka, na kursach spotykają się kilkunastoletnie dziewczęta
i panie, które przekroczyły już wiek emerytalny. – To takie spotkanie pokoleń – śmieje się Maria Mierzyńska.
Koszt dwudniowego kursu to 170 złotych, a później za udział w każdym półtoragodzinnym spotkaniu trzeba zapłacić 20 złotych. Zapisać się i uzyskać więcej informacji można na stronie www.wendo.org.pl.
By czuć się bezpieczniej ciemną nocą na ulicy można spróbować też innych
technik. Choćby zapisać się na ju jutsu, taekwon-do, czy capoeirę będącą połączeniem walki z tańcem.
Fitness czy wspinaczka?
Coraz więcej propozycji dla kobiet mają kluby fitness. Między takimi zajęciami jak
fatburning, step czy funk można znaleźć tu i ówdzie aqua aerobik, czyli ćwiczenia
w wodzie. – To zajęcia bezpieczne – mówi instruktorka aerobiku Justyna Włodarczyk. – Nie obciążają stawów, a mięśnie masowane są przez wodę. Wysiłku podczas
aqua aerobiku prawie się nie odczuwa.
Zapisać może się każda kobieta, bez względu na wiek i kondycję. Ćwiczenia
uspokajają i pozwalają w szybkim tempie zrzucić zbędne kilogramy. Aqua aerobik
polecany jest także przyszłym mamom. Gimnastyka w wodzie dostępna jest w wielu sportowych centrach, m.in. w Fitstyl, Cascada, na basenie Herbewo, YMCA,
a także w Gym and Beauty Fitness Club w Parku Wodnym. Ceny kształtują się
w przedziale 20 – 30 złotych za godzinę zajęć.
O sylwetkę możemy również zadbać, rzucając wyzwanie ściance wspinaczkowej. – Zajęcia na ścianie rozwijają wszystkie partie mięśni, poprawiając kondycję i samopoczucie – argumentuje Piotr Suder, instruktor z Centrum Wspinaczkowego Reni-Sport przy ul. Czepca 11 w Krakowie. – Wspomagają również rehabilitację.
Zanim jednak zaczniemy trenować na ściance, warto wziąć udział w szkoleniu
z podstaw asekuracji i wspinania. Później możemy się już wspinać – samodzielnie
lub z osobą towarzyszącą. Jeśli ktoś nie czuje się pewnie, może też skorzystać z pomocy instruktora. Sprzęt, czyli uprząż, jest udostępniany na miejscu. Atutem ścianki jest to, że można z niej korzystać zarówno rano, jak i późnym wieczorem. Bilety jednorazowe kosztują zwykle 7 – 15 zł (ulgowe) i 9 – 18 zł (normalne). Można
również wykupić karnet. W niektórych godzinach zdarzają się zniżki, Przewidziane
są też wejścia gratisowe dla pociech wspinających się rodziców.
Wspinaczka na ściance może być dobrym wstępem do wiosennego kursu
wspinaczki skałkowej. Aby uprawiać ten sport warto zapisać się do sekcji wspinaczkowej i zdecydować na regularne treningi. To świetny sposób na budowanie pewności siebie i rozwijanie umiejętności współpracy w grupie. Dzięki ogólnorozwojowym ćwiczeniom poprawia się formę i koordynację ruchową. Ciekawe propozycje zajęć dla kobiet można znaleźć m.in. na terenie Centrum Wspinaczkowego
„Hutnik” przy ul. Ptaszyckiego 4. Mają tu cykl zajęć „Kobiet na ściany!” opracowany
specjalnie dla płci pięknej. Niestety, na sezon zimowy CW „Hutnik” zostanie zamknięte, ale warto przypomnieć sobie to miejsce, gdy tylko znów się ociepli.
Kula i duże z pianą
Kobiety, które chcą połączyć sport z rozrywką, powinny też spróbować kręgli.
W Krakowie można w nie zagrać m.in. w Fantasy Park w centrum handlowym Plaza oraz w Jazz Klubie przy ul. Kamiennej. Przy grze wskazane są towarzyskie pogawędki i kufel piwa lub grzańca. Najtaniej jest w ciągu tygodnia do godziny 17, najdrożej w weekendowe wieczory. Ceny kształtują się między 30 i 75 złotych za godzinę korzystania z toru.
To tylko niektóre z propozycji, jakie można znaleźć w mieście w środku zimy.
Nie zaszkodzi jednak pamiętać, że zimowe dyscypliny sportowe to przede wszystkim narty, sanki, łyżwy i lepienie bałwana…
Emilia Fajkowska i Karolina Kelman
Face&Body Institute
ul. J. Piłsudskiego 36/1, tel. 012 430 18 81
www.faceandbodyinstitute.pl
PIĘKNO
JEST WE MNIE
G
dy polska jesień zaczyna wybierać kolory z palety coraz
chłodniejszych szarości, chętniej wybiegamy myślą do atmosfery przedświątecznych przygotowań. Aby jednak ma-
giczne chwile składania życzeń najbliższym były znowu prawdziwą przyjemnością, już teraz zadbajmy o harmonię ciała i duszy. Poszukajmy
w sobie wewnętrznego piękna, które nas wzmocni i rozświetli.
W poszukiwaniach tych wesprze
nas umiejętnie Face & Body Institute. Wzbogacił on dotychczasową ofertę o cykliczne spotkania z aktywnymi,
spełnionymi kobietami, które swoją pasją, wiedzą i doświadczeniem chętnie
dzielą się z innymi. Na spotkaniach będziemy mogły porozmawiać o problemach z takich dziedzin jak rozwój osobisty czy kobieca seksualność.
Od października Instytut prowadzi też zajęcia Kundalini Jogi. Joga
to system jakby skrojony na potrzeby
kobiet. Rozwija fizycznie, odpręża
i otwiera drzwi do życia w harmonii.
Dzięki niej ciało zyskuje grację
i wdzięk, a twarz i oczy zapalają się
wewnętrznym światłem. Na poziomie fizjologicznym joga między innymi reguluje i stymuluje układ hormonalny; na poziomie psychicznym pozwala odrzucić stare wzorce i zapomnieć o cierpieniach, które utrudniają
przeżywanie tego, co tu i teraz. Kundalini Joga jest systemem świadomych
ćwiczeń dla ludzi w każdym wieku
i o różnych możliwościach psychofizycznych.
Na stałe wpisały się w działalność
Instytutu profesjonalne warsztaty wizażu i stylizacji pod nazwą Magiczna podróż z kolorem w przeobrażenie,
które uczą, jak eksponować indywidualne piękno każdej kobiety. Warto pamiętać,
że łatwiej nam zaakceptować swój wygląd, jeśli cieszy nas stan naszej cery nie tylko
po, ale również przed nałożeniem makijażu. Każda z nas dysponuje oryginalnymi
40
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
atutami urody – warsztaty uczą, jak je podkreślić w trakcie 5-minutowego makijażu
dziennego. Pokazują też tajniki zmysłowego makijażu wieczorowego. W końcu, jeśli jesteśmy zadowolone ze swojego wyglądu – promieniejemy, uśmiechamy się i łatwiej przychodzi nam załatwianie wielu codziennych spraw, prawda?
Jednak, aby twarz nabrała blasku, warto przede wszystkim zadbać o oczy – z niewielką pomocą medycyny estetycznej szybko odzyskają swój naturalny blask. Gdy pracujemy przy komputerze, mięśnie wokół nich kurczą się ze zmęczenia. Mrużymy wówczas oczy sprawiając, że wyglądamy na zmęczone i starsze. Wstrzyknięcie botoxu rozluźnia skurczone mięśnie. Oczy otwierają się szerzej, a zmarszczki wokół nich i na czole znikają – a wszystko to w sposób
bezpieczny, odwracalny i zupełnie
niechirurgiczny. Działanie pierwszej
dawki botoxu utrzymuje się zwykle
około czterech miesięcy, następne
działają coraz dłużej. A co zrobić, by
skorygować kształt brwi? Niewielka
ilość wypełniacza (Restylane Perlane) uniesie i ukształtuje ich zewnętrzny obrys, eksponując przy
okazji wyraz oczu. Jest to również
sposób na ciemne kręgi pod oczami
i smutną bruzdkę od wewnętrznego
kącika oka ku nosowi, zwaną „dolina
łez”. Restylane Perlane, wstrzyknięty
ostrożnie w okolice oczu, wypełni zagłębienia i usunie cienie, poprawiając
także te na pozór niemożliwe do usunięcia defekty urody. Oczy zyskają też
na blasku, jeśli nieco poprawimy dolną oprawę oczu. Wstrzyknięcie
w górną część policzków Volumy firmy Corneal przywróci im młody
kształt i uwydatni kości policzkowe.
A skóra powiek? Może się okazać
cienka i pokryta drobnymi zmarszczkami. Wówczas w sukurs przychodzi
Radiolase – najnowsza metoda liftingująca, wykorzystująca promieniowanie radiowe. Podobnie jak Titan
ogrzewa delikatnie skórę, która w odpowiedzi kurczy się, odzyskując właściwa grubość, jędrność i elastyczność. Najlepsze efekty uzyskuje się po sześciu sesjach
w tygodniowych odstępach.
Życzymy Czytelniczkom, by magiczny czas świąt, przyjęć i radości był pełen blasku i ciepła. Także tego, które wydobywa się z nas samych.
V
uroda
KRYSZTAŁOWE SPA
testujemy
44
MIASTO KOBIET
■
fot. Babor
W
podziemiach hotelu Sympozjum
przy ulicy Kobierzyńskiej działa od
niedawna Kryształowe SPA – idealne miejsce, by odpocząć od zgiełku miasta.
W ofercie tego SPA, któremu patronują luksusowe marki Babor oraz Living Dimension, znajdziemy zarówno pojedyncze zabiegi, jak i propozycje serii zabiegów całodziennych. Wszystkie
kosmetyki używane w Kryształowym SPA oparte są na naturalnych, starannie wyselekcjonowanych składnikach, takich jak zioła, wyciągi z roślin
i owoców, czy naturalne glinki i błota.
Już sama wizyta w Kryształowym SPA niesie
spokój i odprężenie. Wyłożone elegancką tapetą
pomieszczenia przypominają luksusowy salon lub
buduar. Jest ciepło, a w powietrzu wyczuwa się
zapach odprężających olejków do aromaterapii.
Już od wejścia towarzyszy mi muzyka Mozarta,
która później niepostrzeżenie zmienia się w kojący szum morskich fal. W całym SPA charakterystycznym elementem wystroju są kryształowe
żyrandole, w rozbłyskach rozpraszające ciepłe,
przytłumione światło.
Rytuał piękna, który mnie tu czeka, jest
niezwykły. Na samym początku dostaję do wąchania trzy napary z ziół: z rozmarynu, szałwii i melisy
cytrynowej. To test. Zioła, które będą pachnieć najbardziej dla mnie zachęcająco podpowiedzą, czego najbardziej potrzeba mnie i mojej skórze. Okazuje się, że
podświadomie wybrałam szałwię. Tym samym potwierdziło się to, co już wiedziałam, że najbardziej potrzebuję pobudzenia i oczyszczenia skóry. Od tej pory
szałwia będzie towarzyszyć różnym zabiegom. Wypiję
z niej herbatę, będę miała masaż oliwny z szałwią, a jej
lekko pobudzający zapach będzie się cały czas unosił
w pomieszczeniu.
Kosmetyczka radzi mi wybrać pakiet „Wulkaniczna
wyspa”, w którego zakres wchodzi Volcanic Mineral
Treatment, czyli zabieg ujędrniający i demineralizujący
na twarz i ciało, Beautiful Hands – zabieg uelastyczniający i intensywnie nawilżający skórę dłoni, oraz Beautyful
Feet – maska i masaż na stopy. Od pierwszej chwili
wszystkie kosmetyki dobierane są pod kątem potrzeb
mojej skóry. Fantastyczny efekt wulkanicznej glinki, której najpierw używa się jako peelingu, a potem jako maski na całe ciało, wzmacniany jest specjalnymi balsamami i masażem. Kosmetyczka określa stan skóry mojej
twarzy i na każdą partię – na linię T, na szyję i na resztę
twarzy – nakłada inną maskę. Tłumaczy, że zmiany cywilizacyjne spowodowały, iż nie ma już kobiet o jednym, określonym typie skóry. Zazwyczaj każda z nas
ma dwa lub trzy typy, z których każdy wymaga innego
rodzaju pielęgnacji…
Podczas gdy moje ciało wchłania odżywcze substancje, kosmetyczka masuje mi dłonie i stopy, a potem nakłada na nie maskę. To właśnie taki masaż odpręża najbardziej. Z gabinetu wychodzę niezwykle zrelaksowana,
z gładką, dogłębnie odżywioną skórą całego ciała.
W pakiecie całodniowym przysługuje mi jeszcze
sauna i basen. Są dwie sauny w Kryształowym SPA, sucha i parowa, i z obydwu jest dostęp do baseniku z zimną wodą oraz do pokoju relaksacyjnego. Basen
w Kryształowym SPA, choć niewielki, jest urokliwy: nastrojowe światło, piękne, kolorowe, szklane naczynia na
obrzeżach i relaksujące jacuzzi sprawiają, że oto mamy
miejsce idealne na odpoczynek lub... romantyczny wypad. Zwłaszcza, że Kryształowe SPA dysponuje również kuszącymi ofertami dla panów.
Całodniowe pakiety „Wulkaniczna wyspa”, „Azjatycki relaks” z masażem kamieniami czy „Rozkosz cesarzowej” na bazie kosmetyków z kawiorem, możemy
też potraktować jako idealny prezent. Warto to rozważyć, bo przecież najbliższe miesiące nie poskąpią nam
okazji do obdarowywania tych, których kochamy.
Agnieszka Kozak
> Kryształowe SPA (Hotel Sympozjum), ul. Kobierzyńska 47, Cena pakietu Wulkaniczna Wyspa 350 zł
(w cenie sauna, jaccuzi, basen)
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
testujemy
GORĄCZKA ZŁOTA
Czy jest ktoś kto nie lubi prezentów? Nawet ci,
którzy skrupulatnie i z rozmysłem podejmują
wszystkie ważne lub mniej ważne decyzje, lubią zostać czasem zaskoczeni. Mnie zaskoczył
prezent jakim był zabieg w Medicorze. Przyzwyczaiłam się do tego, że dostaję albo „coś ładnego” albo „coś praktycznego”, ale żeby dostać... przyjemność? Pobiegłam zatem do Medi-
fot. Medicor
coru, żeby jej doświadczyć.
life Spa Oceana. Nigdy nie korzystałam z takiego urządzenia, więc mam trochę obaw – bardziej ufam umiejętnościom człowieka niż maszyny. Pewnie nie ja jedna,
bo pani Ludmiła dokładnie opowiada, co będzie się ze
mną działo. Sprawdza, jaka temperatura wody będzie
dla mnie najodpowiedniejsza i jaka temperatura sauny
sprawi mi największą przyjemność. Czy aby bicze
szkockie – czyli naprzemiennie ciepłe i zimne strumienie
wody – nie budzą moich zastrzeżeń. Aromaterapia połączona z koloroterapią mają mnie odprężyć, ale i tak co
jakiś czas dyskretnie zagląda do mnie kosmetyczka, żeby
sprawdzić, czy wszystko przebiega bez zakłóceń. Mam
poczucie, że ktoś nade mną czuwa, więc mogę trochę
„odpłynąć”. Na koniec prysznic Vichy prawie całkiem
spłukuje ze mnie resztki maski.
Po programie w kapsule moje
ciało przygotowane jest do kolejnych etapów zabiegu. Znowu dostaję podgrzane ręczniki
i kolejną parę świeżych stringów. Wskakuję na ciepłą leżankę (nie muszę się wysilać, bo
pani Ludmiła obniża ją do poziomu, który umożliwia ułożenie się bez wysiłku) i znowu
„odpływam”, bo teraz kosmetyczka wmasowuje we mnie
koncentrat o wysokim stężeniu
złota koloidalnego, ekstraktu
z kawioru i silnie nawilżającego
kompleksu z brunatnych alg.
Na zakończenie zabiegu otrzymuję masaż na kaszmirowej
masce do ciała. Kto nie był nigdy na profesjonalnym masażu,
nie jest w stanie wyobrazić sobie, ile potrafią ręce dobrego masażysty. Tym bardziej,
że każda część ciała po wymasowaniu otulona zostaje
w podgrzany i pachnący ręcznik. Leżę tak owinięta niczym noworodek w pieluchy i mogę spokojnie nic nie
robić, sycąc się błogością, w którą przez cały czas coraz
głębiej się zapadam.
To już koniec. Tylko jak teraz tak po prostu wstać,
pobiec do samochodu i wrócić do codziennych obowiązków? Otrząsnąć się z wrażenia, że nie muszę się sama o siebie troszczyć? Ale wychodzę i mam świetne samopoczucie. A także głębokie przekonanie, że jeszcze
nieraz tu wrócę. A może i ja też zrobię komuś prezent
w postaci takiego zabiegu? Może na Gwiazdkę, albo
przed sylwestrem? Ale najlepiej bez powodu, bo przecież takie prezenty cieszą najbardziej.
A tak na marginesie: nie pamiętam już, kiedy spałam tak dobrze jak po mojej Gorączce Złota.
Renata Stós-Pacut
d początku czułam, że w tym miejscu mogę
spokojnie i bez obaw poddać się wszystkiemu, co zostanie mi zaproponowane. Dostałam jednorazowe stringi, pantofle i pachnący szlafrok.
Podłoga okazała się podgrzewana i przyjemnie cieplutka, a leżanka sterylna.
Na początek peeling z trzciny cukrowej połączony
z masażem. Ostry, a mimo to przyjemny. Każdy ruch
dłoni pani Ludmiły, która wykonuje zabieg, pozwala mi
małymi kroczkami wchodzić w błogi nastrój i przekonanie, że tu nikt się nie śpieszy, bo przecież to mój czas relaksu. Stojąc pod prysznicem, gdzie zmywam resztki
preparatu, zastanawiam się, czy resztę zabiegu będę
musiała spędzić w mokrych stringach. Ale gdzież tam,
dostaję nowe, świeże. Wycieram się cieplutkim ręcznikiem i już mogę się cieszyć następnym etapem, jakim
jest masaż na masce „Gorączka złota”. Ma ona za zadanie odtruć skórę, pobudzić krążenie krwi, dotlenić komórki, poprawić przemianę materii, uzupełnić minerały,
a przy tym głęboko zrelaksować. Żeby wzmocnić działanie maski przechodzę na 30 minut do kapsuły Derma-
O
> Medicor, ul. Karmelicka 10, tel. 012 430 12 14
Cena zabiegu Gorączka Złota – 290 zł
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
V
uroda
LE PREMIER
Le Premier City SPA&Wellness to bardzo miejska przestrzeń nie tylko z nazwy. Miejsce wpisu-
niesiona ampułka, a przez następny kwadrans kosmetyczka wykonywała masaż drenujący, w czasie którego
moja skóra wchłonęła ogromne ilości kremu dając wyraźnie do zrozumienia, że jest przesuszona. Po masażu,
miałam pół godziny na relaks z maską nałożoną na
twarz, szyję i dekolt. Dodatkowo zaproponowano mi
w tym czasie intensywnie regenerującą maskę Excel
Therapy na okolice oczu oraz parafinę na dłonie. Jeszcze
tylko emulsja nawilżająca – i już mogę iść. Chociaż nie,
to jeszcze nie koniec. Zanim wyszłam, fryzjerka wymyOlimpia Ajakaiye, fot. Le Premier
je się w charakter i industrialną bryłę nowoczesnego
biurowca Buma Square Business Park. Po wejściu do
budynku – który jest jak miasto w mieście, z bankiem,
pocztą, restauracją, kliniką medyczną – uderza przestrzeń i stylistyczna oszczędność. Łatwo mi sobie wyobrazić, że pracownicy kilkudziesięciu firm wynajmujących lokale w tym biurowcu zaraz po pracy (a może
niektórzy i w przerwie) wyskakują z garniturów, by
w Le Premier popływać, poprzerzucać w siłowni ciężary lub w kapsule SPA pozbyć się całodziennego stresu.
Ulokowany na parterze biurowca kompleks Le Premier
to (uwaga, lista będzie długa): basen, kameralna siłownia, sala fitness, gabinet masażu leczniczego, salon fryzjerski, dwa solaria, 4 gabinety kosmetyczne, gabinet do
pedicure’u, stanowisko do manicure’u. W części SPA
dominują subtelne beże, złamana biel, ecru. Jest czysto,
sterylnie i nowocześnie. SPA nastawione jest na zabiegi
manualne, dlatego sprzęt ograniczono do minimum
(jest m. in. kapsuła SPA i urządzenie do mikrodermabrazji). Bogata jest za to gama masaży oraz zabiegów na
twarz i ciało dwóch uznanych firm: francuskiej Thalgo
i hiszpańskiej Germanie de Capuccini.
Ponieważ za oknem szalał wiatr i zaczęły się pierwsze przymrozki, kosmetyczka, która się mną zaopiekowała, zaproponowała zabieg Whitencare na twarz. Jego
celem jest zabezpieczenie, zwłaszcza wrażliwej skóry,
przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi,
między innymi przed działaniem promieni słonecznych,
zanieczyszczeniami powietrza i nagłymi skokami temperatur. Dodatkowo rozjaśnia on i wyrównuje koloryt skóry. Preparaty z serii Whitencare zawierają kwas askorbinowy, który po zmianie w witaminę C działa na wolne
rodniki i pobudza syntezę kolagenu. Na skórę, przygotowaną do zabiegu peelingiem kawitacyjnym, została na-
testujemy
ła mi i wymodelowała włosy. Przy skorzystaniu z usług
o wartości powyżej 150 zł jeden z wybranych zabiegów: modelowanie włosów, regulacja brwi z henną, parafina na dłonie lub solarium, jest bezpłatny.
Aneta Pondo
> Le Premier City SPA&Wellness,
ul. Wadowicka 6, tel. tel. 012 268-84-65
Ceny: Whitencare 190 zł, Excel Therapy Eye Contour
Mask 120 zł
PIĘKNO ZACZYNA SIĘ OD...
DERMIQUE
Whitencare
czas 1h 20min, cena 190 zł
polecamy
Peeling migdałowy
czas zabiegu 1h, cena 150 zł
W delikatny sposób głęboko odmładza skórę, w widoczny sposób poprawiając jej koloryt. Efekt rewitalizacji jest natychmiastowy. Skóra staje się jedwabiście
gładka, świetlista, spójna i nawilżona. Zabieg zalecany
jest dla osób o skórze trądzikowej, podrażnionej, pozbawionej blasku, o nieregularnej pigmentacji. Jest też
dobrze przyjmowany przez skórę bardzo delikatną
i wrażliwą. Może być wykonywany bezpośrednio
przed i po solarium.
To zabieg z witaminą C dla skóry
w każdym wieku, szczególnie polecany podczas zimy. Doskonale robi
cerze gwałtowanie reagującej na
zmiany temperatur (couperosis).
Warto o nim pomyśleć również
przed szczególnymi okazjami, gdy zależy nam, by skóra
zyskała jednolity koloryt i świetlistość. Zabieg ten,
zwiększając tolerancję skóry, przeciwdziała uczuleniom
oraz ogólnie chroni skórę przed zanieczyszczeniami
i wolnymi rodnikami.
Zabieg pielęgnacyjny na okolice oczu
czas trwania 1h, cena 70 zł
Zabieg ten wykonuje się preparatami francuskiej firmy
Esthederm Paris. Wygładza on zmarszczki w okolicach oczu, a składa się na niego oczyszczanie okolic
oczu, nakładanie płatków z witaminą A oraz relaksujący masaż. W cenie zabiegu jest także henna brwi
i rzęs oraz regulacja brwi.
Sun Soul
czas zabiegu 1 h, cena 120 zł
To zabieg na bazie przeciwzmarszczkowego kremu samoopalającego, nadający skórze ciepły, śniady koloryt,
a przy okazji również nawilżający ją i ujędrniający. Rozpoczyna go oczyszczanie skóry twarzy i peeling owocowy. Na kolejne 20 minut nałożona zostaje maska odżywcza. Dopiero później rozprowadzany jest po skórze
preparat samoopalający, a twarz poddawana jest peelingowi. Ostatni etap to nałożenie serum przeciwzmarszkowego i wmasowanie kremu Sun Soul.
przed
WIELKIM
WYJŚCIEM
POPROSILIŚMY CZTERY WIZAŻYSTKI
O PROPOZYCJE MAKIJAŻU, KTÓRY MÓGŁBY
STAĆ SIĘ DLA CZYTELNICZEK MIASTA KOBIET
INSPIRACJĄ PRZED WIELKIM WYJŚCIEM
rzęsy do nieba
LUIZA LENARTOWICZ / SZKOŁA WIZAŻYSTÓW
Za pomocą trzech eyelinerów: srebrnego, brązowego i czarnego malujemy „rzęsy” na dolnej powiece. Oczy należy utrzymać w tonacji naturalnej, stosując połączenie opalizujących Sparkli, aplikowanych na
powiece ruchomej i matowej poświaty w kolorze róży pustyni, umiejscowionej w zagłębieniu powieki. Powiekę wewnętrzną akcentujemy
kredką brązową i czerwoną śliwką, a czarnym, płynnym eyelinerem
z precyzyjnym pędzelkiem zagęszczamy i przedłużamy krawędź rzęs,
wyciągając do góry w dwie długości. Usta mogą być beżoworóżowe lub
przybrać zabarwienie delikatnego, połyskującego karmelu z mlekiem.
Korzystamy z błyszczyków o smaku czekolady, na policzki stosujemy
róż o podobnej tonacji, odpowiednio dopasowany do koloru ust. To ekskluzywne i ekscytujące połączenie ma w sobie elegancję, klasykę
i ekscentryczność.
Luiza Lenartowicz jest znaną wizażystką i stylistką makijażu artystycznego. Zaprezentowany makijaż wykonuje w Krakowie Magdalena Lubaszka
(ul. Krupnicza 7, tel. 502 931 010) – absolwentka Berlińskiej Szkoły
Wizażystów Luizy Lenartowicz & Stagecolor Cosmetics.
52
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
makijaż:
Luiza Lenartowicz
fot. Simon Vollmeyer
modelka: Agata Baranowska
makijaż wykonano
kosmetykami Stagecolor
fiolet
dla odważnych
ANNA CIUPRYK / FASHION COLOR
W makijażu uwagę najbardziej przykuwają oczy i to na
nich warto się skupić, wykorzystując niebywale modny
w tym sezonie fiolet. Kilka odcieni fioletu i lila położyłam
szeroką plamą, jakbym pociągnęła szerokim pędzlem po
płótnie, mocno wyjeżdżając poza kontur oka. Smaczków
dodają delikatne muśnięcia jasnożółtego cienia oraz naturalnego koloru matowe usta. Ten bardzo prosty i efektowny zabieg sprawia, że makijaż będzie postrzegany jako odważny i wyjątkowy. Jeżeli nie lubimy fioletu, możemy go zamienić na odcienie granatu i indygo lub na klasyczną czerń. Cienie mogą połyskiwać niewielkimi drobinkami brokatu, natomiast twarz i usta powinny być
matowe. Należy pamiętać, by dobrze pociągnąć rzęsy tuszem, który je wydłuży i pogrubi lub pokusić się o doklejenie sztucznych rzęs.
Przygotowując modelki do sesji lub pokazów mody
bardzo lubię spektakularny efekt, osiągany przy pomocy
prostych zabiegów i sztuczek techniki make-up. Jednak
wykonując makijaż na specjalne życzenie klientek pamiętam, że każda z nas jest niepowtarzalna; aby swobodnie się bawić i czarować swoją kobiecością musimy
się w makijażu po prostu dobrze czuć.
makijaż:
Anna Ciupryk
fot. Anna Ciupryk
modelka: Magdalena Nitoń
Anna Ciupryk jest wizażystką i właścicielką agencji modelek
i modeli Fashion Color (ul. Zygmunta Augusta 5/4, tel. 012/
429 15 80, www. fashioncolor). Jej firma zajmuje się także organizacją castingów, sesji fotograficznych oraz pokazów mody. Agencja Fashion Color przygotowywała między innymi
tegoroczne wybory Miss Małopolski (w maju) oraz pokaz mody na 3. urodziny Miasta Kobiet (w październiku)
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
53
złoto w brokacie
MAGDALENA TRACZ/ ATELEIR VISAGE
Na twarz zastosowałam podkład i puder z mieniącymi się drobinkami,
co efektownie ją rozświetliło. Taki efekt to jeden z dominujących trendów zimowo-sylwestrowych makijaży. Co do oczu, to do prostej i eleganckiej kreacji będzie świetnie pasuje bogaty, brokatowy, rozświetlony makijaż, niemal zastępujący biżuterię. Właśnie na oczy położyłam
silny akcent. Zaproponowałam mocno roztarte cienie (kość słoniowa,
złoto, brąz, stare złoto i dodatek złotawej, błyszczącej zieleni dla podkreślenia koloru oczu modelki – a wszystko to przetarte ze sobą, jak
w makijażach w stylu smooky eyes), oraz roztarte, czarno-zielone kreski na górnej i dolnej powiece. Wszystko przyprószone satynowymi cieniami, o eleganckim i subtelnym połysku. Jako element wzmacniający
dodałam brokatu w kolorach złota, bieli oraz ciemnego brązu, który
podkreśla też mocno przyciemnione kąciki oczu. Rzęsy są mocno zaakcentowane czarną maskarą – zostały lekko przedłużone i fantazyjnie
zagęszczone kępkami. Usta tylko delikatnie podkreśliłam naturalnego
koloru błyszczykiem. Efekt – zmysłowy makijaż glamour z lekką nutką retro dla kobiet ceniących ponadczasową elegancję.
makijaż:
Magdalena Tracz
fot. Marcin Urban, www.mai.pl
modelka: Małgorzata Krzysica
makijaż wykonano kosmetykami
KRYOLAN
54
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
Magdalena Tracz, wizażystka i stylistka, jest właścicielką Atelier Visage (ul.
Kremerowska 9, tel. 012 633 63 36, www. ateliervisage. com), które specjalizuje się w profesjonalnym makijażu, stylizacji i kreowaniu wizerunku. Firma prowadzi także szkolenia z wizażu.
sekrety
czarnego oka
JUSTYNA DUDA / WYŻSZA SZKOŁA
MAKIJAŻU I KREACJI WIZERUNKU FAM
Dominującą tendencją w obecnym i nadchodzącym sezonie jest czarne oko. Moda narzuca czerń uzyskiwaną
za pomocą kredki-khol. Sekret pięknego spojrzenia to
zdrowa i wypoczęta cera, dlatego makijaż zaczynamy od
ukrycia wszelkich niedoskonałości karnacji, cieni pod
oczami. W tym celu nakładamy podkład pędzlem w niewielkich ilościach, dodając go stopniowo (nie może być
go za dużo) i zachowując transparencję. Widoczny na
zdjęciu podkład wykonany został kosmetykami MAC face and body, a następnie dokładnie przypudrowany pudrem transparentnym marki MAC. Makijaż oka rozpoczynamy od pokrycia górnej powieki czarnym cieniem,
następnie czarną kredką-khol wyczerniamy zewnętrzny i wewnętrzny kontur oka, nadając czerni dodatkowej
głębi kreską eyelinera. Ostatni akord to maskara, dokładnie rozprowadzona na rzęsach. Usta wystarczy musnąć błyszczykiem, a kości policzkowe wymodelować różem (intense 02 Chanel). Efekt pięknego spojrzenia gwarantowany!
Justyna Duda jest uczennicą Wyższej Szkoły Makijażu i Kreacji Wizerunku FAM w Nicei. FAM to międzynarodowa sieć
szkół charakteryzacji, wizażu i kreacji wizerunku z siedzibami: we Francji w Nicei (4 avenue de Verdun, tel. 033 4 89
92 68 09), w Warszawie (ul. Senatorska 38, tel. 022 827 73
87) i Krakowie (ul. Nowohucka 44, tel. 012 686 14 06). Szkoły kształcą w zawodzie: charakteryzator, wizażysta, stylista
(film, teatr, telewizja, efekty specjalne, moda, fotografia)
www.fammakeup com
makijaż:
Justyna Duda
fot. Natalia Młodzikowska
modelka: agencja Enjoy Models Nicea
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
55
URODA
DO POPRAWKI
Kiedy mówi się o chirurgii plastycznej, nie sposób nie zauważyć pewnej schizofrenii. Z jednej strony mamy telewizyjne produkcje pokazujące, jak wiele potrafi zmienić skalpel, a z drugiej złośliwe uwagi dotyczące na przykład czasu rozpadu foliowych woreczków i różnych części ciała Cher. Skąd taki rozdźwięk?
Otóż zarówno jedno jak i drugie mieści się w kategorii „ciekawego tematu”. Radykalną ingerencję w wygląd zewnętrzny można skomentować dwojako: pokazać, jak z szarej myszki zrobić królową nocy lub totalnie to skrytykować – no bo
przecież sztuczne piersi, zrobiony nos, naciągnięta skóra, czyli igranie z naturą.
Czy można określić profil psychologiczny pańskich pacjentek?
Nie! Każda jest inna, każda pojawia się u mnie z innego powodu. Jedne mają rzeczywisty i widoczny mankament urody, który można i trzeba poprawić; inne jedynie źle siebie oceniają, mając zaburzone postrzeganie samych siebie. Krąży taki
pogląd, że piersi chcą sobie powiększyć młode dziewczyny, by imponować otoczeniu, zwłaszcza męskiemu. Tymczasem przeciętna pacjentka przychodząca do
mojego gabinetu z takim zamiarem to kobieta w wieku 25 – 40 lat, najczęściej
matka jednego lub dwójki dzieci, która chce, by jej piersi wyglądały jak przed ciążą, miały rozmiar B lub C, były proporcjonalne i wyglądały naturalnie.
A więc kobiety z problemem to jedna grupa, a kobiety, którym się wydaje, że mają
problem, to druga. Czy w obu wypadkach postępuje Pan tak samo?
W pierwszym przypadku sprawa jest jasna. Pacjentka ma widoczny defekt, który
obniża jakość jej życia, a ja mogę go usunąć. Jeżeli natomiast przewiduję, że efekt
zabiegu będzie niewielki, a pacjentka spodziewa się po nim znacznie więcej, staram się ją zniechęcić. Jeśli jednak ktoś długo żyje z myślą o problemie i marzy o jego rozwiązaniu, jest to bardzo trudne. Czasami przychodzi ktoś, kto ma bardzo
odstające uszy i wydaje się, że to mógłby być jego problemem, a tymczasem okazuje się, że nie może już patrzeć na swój nos, który jest tylko trochę niedoskonały. Każdy widzi siebie inaczej.
A liposukcja – ten cudowny sposób na odchudzanie; czy to rzeczywiście zamiennik diety?
Są pacjentki, które myślą, że jest to bezwysiłkowy sposób na szczupłą sylwetkę.
To błąd. Dobrym kandydatem do liposukcji jest osoba szczupła, mająca jednak
w jakimś miejscu nadmiar tkanki tłuszczowej, której nie da się usunąć w żaden inny sposób. Na przykład nadmiar tłuszczu na brzuchu przy – podkreślam – szczupłej sylwetce. W takim zakresie liposukcja przynosi dobre efekty. Natomiast jako
metoda odchudzania nie sprawdza się. Odsysając dwa lub trzy litry tłuszczu, bo
o takim rzędzie wielkości mówimy, możemy zmniejszyć masę ciała o półtora kilograma. Dla osoby ważącej 80 kg i chcącej osiągnąć wagę 55 kg nie jest to żadna zmiana. Zdarza mi się odmawiać wykonania liposukcji jeśli widzę, że pacjent
oczekuje, iż w ten sposób się odchudzi.
Jakie zabiegi wykonuje Pan najczęściej?
Zgłaszają się do mnie przede wszystkim młode kobiety, więc największą część zabiegów stanowi powiększanie piersi. Niebagatelny jest też odsetek korekcji małżowin usznych, trochę zabiegów liposukcji. Jest oczywiście grupa pacjentów, którzy nie akceptują swojego wyglądu i źle się z nim czują z powodu postępującego
starzenia. Wtedy mówimy o zabiegach korekcji powiek i brwi oraz liftingu, ale te
zabiegi wykonuję rzadziej.
Przychodzą do Pana mężczyźni?
Tak. Oczywiście jest ich zdecydowanie mniej, choć w wypadku zabiegów korekcji uszu czy nosa stanowią praktycznie połowę. Jeśli chodzi o zabiegi usuwające
skutki starzenia się, panowie są nadal w wyraźnej mniejszości. To jednak powoli
ulega zmianie i być może już wkrótce co trzecim pacjentem, jaki zjawi się u mnie
z takimi problemami, będzie właśnie mężczyzna.
Można całe życie wyglądać młodo?
56
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
V
uroda
Rozmowa z dr. Tomaszem Kasprzykiem,
specjalistą chirurgii plastycznej,
właścicielem Prywatnej Kliniki Chirurgii Plastycznej Art&Med
Można. Znamy takie przypadki, jak choćby wspomniana już Cher. Wszystko zależy
od genów, dbałości o siebie, warunków środowiskowych. Codzienne zabiegi pielęgnacyjne, dieta, ćwiczenia, wizyty w gabinecie kosmetycznym pozwalają na zachowanie młodego wyglądu. Nie oznacza to jednak – co wielu próbuje nam wmówić
– że można wyglądać jak dwudziestolatka w wielu lat pięćdziesięciu. Tak się nie da.
Czy poza względami estetycznymi bywają wskazania medyczne do wykonania zabiegu z zakresu chirurgii estetycznej?
Naturalnie! Na przykład opadnięte powieki, gdy nadmiar skóry zasłania pole widzenia i uniemożliwia pełne otwarcia oczu, lub zbyt duże piersi powodujące zniekształcenia kręgosłupa albo obojczyków, albo niedrożność przewodów nosowych powodująca problemy z oddychaniem…
Czy w takich wypadkach zabiegi są refundowane przez NFZ?
Nie wiem jak jest obecnie, bo nie mam kontaktu z NFZ, ale moim zdaniem
w pewnych wypadkach tak powinno być. Ogromne piersi u młodziutkiej dziewczyny, odstające uszy u wrażliwego dziecka – to przypadki, w których wielką rolę gra aspekt psychologiczny. Takie względy powinny wskazywać na możliwość
refundacji zabiegu. Niestety nie potrafię powiedzieć, czy w naszym systemie finansowania opieki zdrowotnej pogląd ten ma zastosowanie.
Miewa Pan pacjentki, które po pierwszym zabiegu decydują się na kolejne?
Tak. Gdy po pierwszym razie efekty są dobre, kusi je, żeby zrobić coś jeszcze.
Jedni chcą mieć najnowszy telewizor, inni wyjechać na egzotyczne wakacje, a są
i tacy, którzy chcą młodziej i atrakcyjniej wyglądać, bo daje im to większą pewność siebie, lepsze poruszanie się w codzienności. To kwestia upodobań.
Telewizory wymieniamy, po jednych wakacjach jedziemy na kolejne, a jak długo
możemy się cieszyć efektami zabiegów?
Czas utrzymywania się efektów jest różny, najczęściej 5 – 7 lat, ale przecież nie
sposób powiedzieć, jak wyglądalibyśmy po tych pięciu czy siedmiu latach, gdyby
zabiegu nie dokonano. Zabiegi oczywiście można powtarzać, choć nie bez ograniczeń, ale lifting można wykonać dwa, trzy razy w ciągu życia.
Co oprócz braku pieniędzy może być przeciwwskazaniem do zabiegów?
To samo, co w innych zabiegach operacyjnych, podejmowanych w znieczuleniu
ogólnym: zły ogólny stan zdrowia, problemy z nieleczonym nadciśnieniem, zaburzenia krzepnięcia krwi, rozmaite infekcje, nieleczone choroby tarczycy.
A więc ryzyko powikłań istnieje.
Preeti Agrawal
, niezwykła kobieta i znakomita
lekarz ginekolog poprowadzi w Krakowie dwudniowe
szkolenie pod tytułem „Dieta ajurwedyjska w warunkach
polskich. Wpływ stresu na skórę”. Agrawal, która hołduje
zasadom medycyny holistycznej i pracuje w oparciu o indywidualnie dobraną dietę, dała się już poznać w Krakowie
w czasie kongresów LNE & spa. W swojej pracy łączy medycynę naturalną, psychosomatyczną i Ajurwedę. Jest autorką książek: „Kobieta i natura”, „Odkrywamy macierzyństwo”, „Menopauza – mity i rzeczywistość”. Prowadzi fundację „Kobieta i natura” www.kobietainatura.pl.
Zajęcia odbędą się 24 i 25 listopada w Centrum Kosmetyki i Medycyny Estetycznej MEDICOR, ul. Karmelicka 10. Koszt udziału w warsztatach 320 zł. Zgłoszenia: [email protected]
lub 042/661 63 30
Nikt nie mówi, że nie. To może być reakcja alergiczna na leki stosowane do znieczulenia, krwawienie, infekcja, rozejście się rany, zaburzenia czucia w operowanej okolicy – czyli powikłania wspólne dla wszystkich zabiegów. Jak często występują? Nie da się tego
określić. Zdarzają się, a pacjent podpisując zgodę na
operację musi mieć tego pełną świadomość.
Jak radzi sobie Pan w sytuacji, kiedy pacjent po zabiegu ogląda efekt i mówi: „Ależ
nie, nie tak miało to wygladać!”
W zasadzie nie zdarzyła mi się taka sytuacja. Najważniejsze jest, by pacjent miał
świadomość, czego może się po zabiegu spodziewać. Trzeba mu tak długo tłumaczyć, aż dokładnie zrozumie co można osiągnąć. Zdjęcia innych pacjentów
przed i po operacji, uświadamienie, że przy liftingu nie wszystkie zmarszczki można usunąć, to dobre metody. Oczywiście są pacjenci, do których nie docierają
żadne argumenty, ale takich nie powinno się operować.
Czy zdarza się, że po zabiegu powiększenia piersi pacjentka ma problem z akceptacją implantu, ale taką czysto psychiczną?
Bardzo rzadko, ale tak. Zdarzają się kobiety, które nie są w stanie zaakceptować
obecności implantu w swej piersi. Wtedy oczywiście można go usunąć... Efekt wizualny odkłada się wtedy na bok, bo chodzi o przywrócenie komfortu psychicznego.
Najdziwniejszy Pański pacjent?
Nie wiem czy to dziwne, ale miałem kiedyś pacjenta, który przyszedł zoperować
sobie odstające uszy. Nie mogłem dostrzec tego defektu. Okazało się, że małżowiny ma przyklejone do głowy klejem – „kropelką”.
Czy zaryzykuje Pan prognozę, co czeka nas w chirurgii plastycznej w przyszłości?
Ostatnio czytałem, że komórki macierzyste będą mogły być wszczepiane do piersi i spowoduje to ich powiększenie bez implantów. Myślę, że to możliwe. Kto
wie, może uda się spowodować, że tak jak płazom odrastać nam będzie odcięty
palec, stopa czy dłoń. Być może wymyślimy doskonalsze środki przeciwstarzeniowe, wprowadzimy terapię genową i w ogóle wyeliminujemy skalpel. To ciągle
bardziej fikcja niż rzeczywistość, ale cały czas coś się tu zmienia.
Rozmawiała Anna Laszczka
V
zdrowie
POROZMAWIAJMY
O ZDROWIU
O tym, że zdrowie to najcenniejsza wartość człowieka i że lepiej zapobiegać chorobom niż je leczyć wiedzą wszyscy. Tyle tylko, że wciąż niewiele z tej wiedzy wynika. Prowadzimy niezdrowy tryb życia, źle się odżywiamy, mało ruszamy, a do lekarza przychodzimy często dopiero w ostatniej fazie choroby.
C
ykl spotkań „Porozmawiajmy o zdrowiu”, poświęcony sposobom zapobiegania chorobom
cywilizacyjnym, nie zrewolucjonizuje naszych
zachowań. Może się jednak stać kolejną cegiełką budującą świadomość tego, jak ważne są badania profilaktyczne.
Formuła cyklu, którego organizatorem jest Image Line
Communications (ILC), to comiesięczne spotkania z lekarzami specjalistami różnych dziedzin. Gościem specjalnym pierwszego z nich (24 października, Pałac Pugetów)
była Jolanta Kwaśniewska, która nad debatami z cyklu
„Porozmawiajmy o zdrowiu” objęła honorowy patronat.
Statystyki, od przytoczenia których rozpoczęła spotkanie Agata Niemiec-Miżejewska (właścicielka ILC), są
niepokojące. – Od marca do czerwca NFZ wysłał do Polek
w wieku od 25 do 59 roku życia ponad 5 milionów zaproszeń
na bezpłatne badania cytologiczne. Do końca roku otrzyma
je jeszcze około 300 tys. kobiet. Według NFZ do tej pory
skorzystało z tych zaproszeń niecałe 5 procent pań.
Co więcej, nawet gdy już zrobimy jakieś badania,
to często nie chcemy znać ich wyników. Brzmi to zaskakująco, ale co czwarty Polak nie odbiera wyników badań
laboratoryjnych! Główna przyczyna to strach i przekonanie, że lepiej nie wiedzieć. Gdy czujemy się dobrze,
do lekarza nie chodzimy, a tymczasem brak objawów
nie oznacza, że jesteśmy zdrowi, bo wiele chorób rozwija się bezobjawowo.
– Boimy się, bo „ pójdę i okaże się, ze jestem chory”
– mówiła Jolanta Kwaśniewska. – A dlaczego masz być
chory? Idź i potwierdź swoje zdrowie! Pójdź i sprawdź, że
wszystko jest w najlepszym porządku. Jesteśmy katastrofistami, ale musimy się nauczyć myśleć pozytywnie! Przyczyną jest też wstyd, zwłaszcza w małych ośrodkach. Pamiętam takie spotkanie na Podkarpaciu, gdzie pewna kobieta opowiadała, że jej mąż powiedział, że to jest świństwo, że poszła do internisty i „internista macał jej cycki”.
Jeśli te rzeczy są w taki sposób odbierane, to już wiadomo,
że sąsiadka na badania nie pójdzie.
Dr hab. n. med. Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska z Rady Promocji Zdrowego Żywienia Człowieka podkreślała, że konieczne są rozwiązania systemowe. – Największy nasz problem to „akcyjność” działań.
Kochamy akcje, ale nie znosimy systematycznego wysiłku.
Ministerstwo Zdrowia jest od zarania dziejów ministerstwem choroby, a nie zdrowia, w związku z tym edukacja
58
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
patronujemy akcji
medyczna jest na bardzo złym poziomie. Na amerykańskich uczelniach medycznych w programie studiów są trzy
lata profilaktyki, u nas… 4 godziny.
Przypomniała też, że większość tzw. chorób cywilizacyjnych (np. choroby układu krążenia, otyłość) wynika
z utrwalanego od najmłodszych lat złego stylu życia, którego głównym elementem jest niewłaściwe żywienie.
Dlatego tak ważne jest utworzenie systemu informacji adresowanego do kobiet dopiero planujących ciążę. Przestrzegała też przed zrzucaniem winy za nasze ułomności
tylko na geny i zalecała, by zwracać uwagę na to, jaki model stylu życia budujemy, bo w przyszłości przejmą go nasze dzieci. – Dziecko przejmuje model rodziny. Prawdopodobieństwo, że dziecko będzie otyłe – jeśli mamy dwoje otyłych rodziców – wynosi 80 proc. Jeśli matka jest gruba a ojciec chudy to pół na pół, a jeśli matka jest chuda to 15 proc.
W czasie spotkania rozmawiano też o osteoporozie, problemach z wątrobą, chorobach stawów i chirurgii plastycznej. Pojawiły się również tematy mniej medyczne: do profilaktyki przez ruch zachęcała Agnieszka
Misiewicz, instruktorka Nordic Walking, a miłym dla oka
przerywnikiem był pokaz mody kolekcji Hexeline.
Aneta Pondo
Kolejne spotkanie z cyklu „Porozmawiajmy o zdrowiu” zaplanowano na 29 listopada (g. 18, Pałac Pugetów).
W programie m.in.: prostata – męska sprawa, bóle krzyża
– choroba XXI wieku, kondycja na długie zimowe dni,
damska kosmetyczka. Organizator: Image Line Communications. Wstęp za okazaniem zaproszeń.
Miasto Kobiet jest patronem medialnym cyklu
www.porozmawiajmyozdrowiu.com
KRÓTKA
LEKCJA STYLU
fot. arch. ILC
Jolanta Kwaśniewska,
która objęła honorowy patronat nad cyklem „Porozmawiajmy o zdrowiu”,
od dawna zaangażowana
jest w przedsięwzięcia
związana z profilaktyką
prozdrowotną. Sama jest
przykładem, że mimo
upływu lat można wyglądać młodo i zachować doskonałą sylwetkę. Dba o właściwe odżywianie i codzienną dawkę ruchu, lubi spacery i jazdę na rowerze, a zimą na nartach, ćwiczy jogę, medytuje. Dziś ujawnia czytelnikom
„Miasta Kobiet”, jak pielęgnuje urodę i co to znaczy mieć dobry styl.
Zdrowy styl życia to podstawa, ale co poza tym robi Pani, żeby zachować tak młody wygląd?
Używam dobrych kosmetyków – i tu jestem raczej zwolenniczką bezzapachowych, naturalnych preparatów. Ważna jest też dla mnie codzienna dbałość o cerę i higiena – nie
zdarzyło mi się nigdy, nawet po najpóźniejszym powrocie do domu, żebym poszła spać
bez demakijażu oczu. Bardzo lubię robić maseczki z owoców. Moja mama, kiedy kończyła kroić ogórki, nacierała ręce ich skórkami. Przejęłam po niej ten zwyczaj. Korzystam też z wielu nowych metod, które proponuje kosmetyka, takich jak peelingi czy
kwas hialuronowy. Najważniejszy jednak jest dla mnie zdrowy sposób odżywiania się,
przede wszystkim jedzenie warzyw i owoców, i picie dużych ilości wody.
Jak sobie Pani radzi z wielogodzinnymi spotkaniami i nieustannym ostrzałem ludzkich spojrzeń?
Przyzwyczaiłam się do tego. Jest rzeczą absolutnie naturalną, że osoby, które przychodzą na
spotkanie ze mną oczekują, iż będę uśmiechnięta i nie powiem, że jestem znużona, mam
dosyć tego spotkania czy wysokiej temperatury. W czasie spotkań siedzę wyprostowana, bo
zdaję sobie sprawę, że odpowiednia pozycja spowoduje, że nie będę miała bólu kręgosłupa. Bardzo istotne jest odpowiednie ułożenie nóg. Tylko w wyjątkowych sytuacjach możemy zakładać nogę na nogę, o czym powinny pamiętać osoby mające skłonności do żylaków.
Kiedy to jest możliwe i kiedy nie ma kamer, biegam w butach na płaskim obcasie.
Od trzech lat prowadzi Pani w TVN program „Lekcja stylu”. Co to znaczy mieć styl?
To jest coś, co albo się ma, albo nie. Oczywiście można się dobrego stylu nauczyć korzystając z dobrym wzorców. Dla mnie lekcja stylu to lekcja sztuki życia, to wręcz sposób na
życie. Jeśli nie przykładaliśmy do tego wagi w odpowiednim momencie, czy też rodzice
nam tego nie przekazali, często nie wiemy, jak powinniśmy się zachowywać w określonych sytuacjach. Kiedy na przykład przepuszczać w drzwiach osoby starsze i kobiety, jaka
jest hierarchia, jeśli chodzi o powitania, czyli tzw. procedencja. Szalenie mnie dziwi niewiedza Polaków, że osoba młodsza nie powinna pierwsza podawać ręki osobie starszej.
Mam wrażenie, że większość ludzi uważa, że to jest grzeczne i nie ma pojęcia, że to osoba starsza lub pełniąca wyższe funkcje powinna pierwsza wyciągnąć rękę. Nie znoszę
chamstwa, dlatego z ogromną przyjemnością opowiadam o przyzwoitości w zachowaniu.
Nie cierpię też, kiedy o ludziach mówi się rzeczy niedobre, nieprawdziwe. Jestem przerażona, jak tabloidy potrafią wypaczać rzeczywistość; sama zresztą bywam ich ofiarą.
Czy są rzeczy, które miałaby Pani ochotę zrobić, ale nie pozwala Pani na to fakt bycia byłą pierwszą damą?
W zeszłym roku w sklepie w Mediolanie ekspedientka „wcisnęła” mi modne wełniane
szorty na szelkach. Do tego mam zabawny golf i wysokie boty. Mogłabym się pobawić
modą gdzieś za granicą, gdzie jestem bardziej anonimowa, ale nie pokazałabym się w tych
rzeczach w Warszawie czy Krakowie.
Rozmawiała Aneta Pondo
K
V
zdrowie
obiety uwielbiają biżuterię. Jest piękna, dodaje blasku i elegancji. Ale co ma
z nią wspólnego gabinet stomatologiczny? Tylko pozornie nic. O ile bowiem
zwykłą biżuterię trzymamy w szafie i nakładamy w zależności od okazji, to ta,
jaką możemy sprawić sobie na fotelu dentystycznym, zdobi nas o każdej porze i w każdej
sytuacji. Co to za biżuteria? Na przykład licówki, doskonale korygujące kształt i kolor zębów. Beata Świątkowska, stomatolog z kliniki STOMATOLOGIA CICHOŃ, mówi wprost: to
taka nasza stomatologiczna biżuteria.
BIŻUTERIA OD DENTYSTY
Czym właściwie są licówki?
Beata Świątkowska: To bardzo cienkie i bardzo
wytrzymałe porcelanowe nakładki, które przyklejamy pacjentom do zębów. Najczęstszym
wskazaniem do ich wykonania są zęby przebarwione, z dużymi ubytkami, o nieprawidłowym
kształcie lub krzywo ustawione. Technika wykonywania licówek polega między innymi na tym,
że jeszcze przed właściwym zabiegiem, stosując
tymczasową odbudowę, możemy pokazać pacjentowi jak efekt zamierzamy osiągnąć. Tym
sposobem gwarantujemy mu idealne dla niego
rozwiązanie, którego efektem będzie zupełnie
nowy uśmiech.
Czy pacjenci kliniki Stomatologia Cichoń często decydują się na licówki jako sposób poprawy swego
wyglądu?
Jest to rzeczywiście najbardziej popularna metoda poprawy wizerunku. Wystarczy spojrzeć na
ekran telewizora czy na bilbordy: zewsząd otaczają nas promienne uśmiechy. Zdrowe, piękne
zęby stają się i u nas synonimem sukcesu. Po aktorach, modelkach, politykach coraz częściej
i my sami decydujemy się na proste zabiegi, któ-
re pozwalają nam uśmiechać się częściej i bez
zakłopotania.
Czy nakładanie licówek to zabieg bolesny?
Wszystkie zabiegi wykonujemy przy użyciu
komputerowego znieczulenia, które jest całkowicie bezbolesne i w pełni bezpieczne. Zresztą
nakładając licówki staramy się w ogóle nie szlifować tkanki zęba. Grubość niektórych wykonywanych obecnie licówek nie przekracza 0,3 milimetra, i można je po prostu przykleić do
przedniej powierzchni zębów.
Jak długo trwa wykonanie licówek?
Około 10 dni. W tym czasie nasi pacjenci mają już
przyklejone do zębów tymczasowe kompozytowe licówki, które pozwalają im przyzwyczaić się
do nowego uśmiechu. Bywa, że naszymi pacjentami są osoby publiczne, u których tak radykalna
zmiana wyglądu zostałaby szybko wyłowiona
przez kamery; wykonujemy wówczas kilka kompletów licówek tymczasowych, które wymieniamy, korygując w ten sposób kształt i kolor zębów
stopniowo i prawie niezauważalnie.
Czy zęby z nałożonymi licówkami wymagają specjalnego traktowania?
Prawidłowo wykonane licówki powinny być
traktowane tak samo jak własne zęby. Nie powinniśmy wcale czuć, że je mamy. Pacjenci już
następnego dnia zapominają o wykonanym zabiegu i mogą się cieszyć pięknym uśmiechem.
V
zdrowy uśmiech
NAWIGACJA W IMPLANTOLOGII
niczne, jak i estetyczne. Badania nad
interaktywnym systemem planowania leczenia implantologicznego trwają od wielu lat. Ale dopiero od kilku
lat z powodzeniem stosujemy go
w swoich zabiegach.
To duże ułatwienie dla lekarza. Czy
jednak pacjent też ma z tego jakieś korzyści?
Ależ oczywiście. Podstawową korzyścią jest gwarancja bezpieczeństwa,
wynikająca z precyzyjnego planowania CAD/CAM i równie precyzyjnego
zabiegów implantologicznych. Lekarz
nie musi już nacinać i odciągać płatów
dziąsła, by ocenić stan odkrytej w ten
sposób kości. Wystarczy, że przyłoży
szablon i wprowadzi implanty bezpośrednio przez otwory wycięte
w dziąsłach. Dzięki temu nie musimy
wykonania zabiegu. Metoda ta ogranicza do minimum dolegliwości po
zabiegu – ból lub obrzęki często występujące w następstwie klasycznych
też wykonywać dodatkowych, kosztownych zabiegów odbudowy kości,
których gojenie trwa 6 do 9 miesięcy.
Nie trzeba usuwać szwów ani zakładać śrub gojących dziąsła. Zmniejszamy tym samym liczbę wizyt kontrolnych i procedur przygotowujących
pacjenta do wykonania i osadzenia
gotowego uzębienia. Dla lekarza protokół postępowania jest więc prostszy, a czas zabiegu krótszy. Pacjent
może też otrzymać nowe zęby bezpośrednio po zabiegu. Dzięki małej
inwazyjności tej metody czas gojenia
tkanek skraca się do minimum,
a uboczne skutki zabiegu albo w ogóle nie występują albo są tak małe, że
nie wyłączają pacjentów z ich codziennej pracy. Jest to bardzo ważne,
zwłaszcza dla tych z naszych pacjentów, którzy są bardzo aktywni zawodowo i medialnie. Dla nich liczy się
każda chwila.
Co pozwala na tak dokładne wykonanie zabiegu?
P
iękne i zdrowe zęby to dziś
konieczność dla ludzi chcących odnosić życiowe sukce-
sy. Uśmiech obecny na naszych twarzach nam samym poprawia samopoczucie i dodaje pewności siebie, a innym umila przebywanie z nami. Toteż
coraz więcej osób robi wszystko, aby
taki efekt osiągnąć. Korzystają przy tym
z różnych metod leczenia dostępnych
w gabinetach stomatologicznych.
Wśród nich istotną rolę odgrywa implantologia, pozwalająca odtworzyć
utracone zęby. Dzięki niej każdy z nas
może się cieszyć pełnym, zdrowym
i pięknym uśmiechem – oznaką szczęścia, zadowolenia i sukcesu.
Obecnie najskuteczniejszą i najbezpieczniejszą dla pacjenta metodą
wszczepiania implantów są zabiegi
z wykorzystaniem nawigacji implantologicznej. Dzięki niej można uniknąć dodatkowych zabiegów regenerujących kości, a z nowymi zębami
wychodzi się zaraz po zabiegu. O nawigacji w implantologii i korzyściach
płynących z jej stosowania rozmawiamy z Piotrem Maciejaszem, lekarzem
stomatologiem z gabinetu M. DENT
w Krakowie, od lat zajmującym się leczeniem zębów przy użyciu wszczepów zębowych.
Co kryje się pod nazwą „nawigacja
w implantologii”?
Jest to możliwość kontrolowanego
i precyzyjnego wprowadzenia implantów do kości pacjenta. Robi się to
w miejscach do tego najlepszych, zarówno biorąc pod uwagę aspekty kli-
62
MIASTO KOBIET
■
Umożliwia to oprogramowanie, które pozwala nie tylko precyzyjnie zaplanować leczenie, ale także bezpiecznie wykonać zabieg. Im lepiej
zdiagnozowany zostanie pacjent, tym
lepiej można przygotować zabieg
i bardziej przewidywalny jest wynik
leczenia. Dlatego coraz częściej kierujemy pacjentów na dodatkowe badanie odcinkowej tomografii kompu-
terowej. W odpowiednim programie
komputerowym przetwarzamy wyniki tego badania w wirtualny, trójwymiarowy obraz. Umożliwia nam to
bardzo dokładną diagnostykę pacjenta (3D) i pozwala na znalezienie
w kości najlepszych miejsc dla przyszłych implantów. Wynik takiego wirtualnego planowania możemy przenieść do rzeczywistości dzięki możliwości wykonania szablonów chirurgicznych. Stworzone tą metodą szablony są perfekcyjnie dopasowane do
pola zabiegowego. Tuleje naprowadzające dla wierteł wskazują lekarzowi tor wiercenia, umożliwiając precyzyjne wprowadzenie implantów.
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
Piotr Maciejasz, lek. stom.
Absolwent Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1997 r. prowadzi wyłącznie prywatną praktykę.
Kierownik specjalistycznej kliniki M. Dent skupionej na stomatologii estetycznej, endodoncji mikroskopowej i implantoprotetyce. Jest członkiem Europejskiego Towarzystwa
Osteointegracji (EAO), Ogólnopolskiego Stowarzyszenia
Implantologii Stomatologicznej (OSIS), Polskiego Towarzystwa Endodontycznego (PTE) i Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego (PTS). Konsultant medyczny i wykładowca
w dziedzinie nawigacji komputerowej wykorzystywanej
w implantologii (NobelGuide, SimPlant). Corocznie
uczestnik wielu konferencji, zjazdów, sympozjów, kursów
krajowych i zagranicznych.
V
wnętrza
ZIMOWE OGRODY
Ledwie skończyło się lato, już tęsknimy za jego ciepłem i zapachami ogrodu, wlewającymi się po zachodzie słońca przez otwarte okna. A może warto poszukać sposobu, by tamtym wrażeniom nie pozwolić odchodzić co roku wraz z jesienią?
G
dy ktoś ma taras lub kawałek ogródka, to
doskonałym sposobem na zatrzymanie lata w domu jest aranżacja ogrodu zimowego, lub jak kto woli – oranżerii. Stylowo umeblowana i wypełniona roślinami szybko staje się ulubioną
częścią domu, nastrojowym miejscem spotkań i odpoczynku po pracy. Nawet prosta, oszklona altana,
otwierająca się do wnętrza domu, znacząco urozmaica jego architekturę, zwiększa przestrzeń użytkową i podnosi standard życia. Ogrzewane przez
słońce powietrze cyrkuluje, dogrzewając pozostałe
części domu i zapewniając mieszkańcom i roślinom
zdrowy mikroklimat – na przekór centralnemu
ogrzewaniu. Oczywiście, aby taki ogród mógł stać
się pełnoprawną częścią mieszkania, musi zostać zaprojektowany i wykonany przez fachowców, i wyposażony w ogrzewanie oraz system wentylacji. Natomiast jego funkcja zależeć będzie od tego, po której stronie domu zostanie zlokalizowany. Strona północna wystarczy roślinom cieniolubnym, a ogród taki może być jadalnią lub miejscem pracy. Od połu64
MIASTO KOBIET
■
dnia można urządzić typową, dobrze nasłonecznioną oranżerię, trzeba tylko pamiętać o szczególnie
wydajnej wentylacji i systemie rolet lub żaluzji, by
uniknąć przegrzewania pomieszczenia i sparzenia
roślin w gorący dzień. Bez wątpienia najwszechstronniej może być wykorzystywany ogród zimowy,
„przyklejony” do budynku od wschodu lub zachodu.
A jego architektura? To wielkie pole do popisu
dla wyobraźni. Rodzaj aranżacji zależy też od powierzchni pomieszczenia oraz zainteresowań i potrzeb właściciela. Gotowe propozycje obejmują szeroki wachlarz brył, od najprostszych, przypominających wielopłaszczyznowe szklarnie, po konstrukcje
oparte na łukach i kopułach, a także nawiązania do
klasycznych ogrodów wiktoriańskich. Także materiałów konstrukcyjnych jest kilka. Najtańszym – a zarazem najbardziej przyjaznym – jest drewno, zazwy-
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
czaj klejony świerk. Ma doskonałe właściwości termoizolacyjne i nie „poci się” podczas mrozów. Droższe, ale za to łatwe w obróbce, praktyczne i ładnie
wyglądające po malowaniu proszkowym jest aluminium. Ogrody zimowe kryje się szkłem lub poliwęglanem. Pierwsze jest trwalsze i może być podbarwiane, powlekane warstwami ochronnymi, a nawet
samoczyszczącymi. Niestety nie można go zginać.
Płyty poliwęglanu są wprawdzie droższe, ale mają
lepsze niż szkło własności termoizolacyjne i bez problemu mogą być wyginane. Są też od hartowanego
szkła znacznie wytrzymalsze na uderzenia.
Najprościej zaprojektować ogród zimowy jeżeli właśnie budujemy nowy dom. Wówczas wystarczy wpisać w powstający projekt odpowiednia bryłę
tarasu, żeby wybudowany na nim ogród zimowy był
funkcjonalny i niezbyt drogi.
V
wnętrza
Andrzej Barański, Prezes Zarządu Herbewo International SA, swój pierwszy ogród zimowy urządził w latach 80. u siebie w domu na Olszy. Nad garażem ma mały taras, który przykrył prostą szklarnią.
Powstała w ten sposób 22-metrowa oranżeria, która po wymianie konstrukcji stalowej na drewnianą
istnieje do dziś. Ale oczkiem w głowie prezesa Barańskiego jest prawie dwustumetrowy ogród zimowy, zbudowany na dachu kompleksu Herbewo.
Trafiła do niego nawet część roślin z jego prywatnych zasobów, wzbogacanych przy okazji zagranicznych wojaży. Konstrukcja jest tu drewniana, wykorzystująca słupy i łuki. Wewnątrz kwitną tropikalne
rośliny, a drzewo cytrynowe doczekało się nawet
dorodnych owoców.
– Projekt opracował nam architekt, pan Aleksander
Mirek – mówi Andrzej Barański. – Boki postanowiliśmy
MIASTO KOBIET
■
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
65
pokryć podwójną szybą zespoloną, natomiast od góry,
gdzie są wygięte legary, położyliśmy lexan (poliwęglan).
Ogród zimowy jest tu częścią rozległego ogrodowego tarasu, w jaki zamieniono cały dach Herbewa. Latem stoją na nim ławki, stoliki i wielkie donice
z roślinami. Jednak nawet odporne gatunki zimozielone i iglaste mogą ulec zniszczeniu przy dużej ekspozycji na wiatr, śnieg i mróz. Toteż na czas zimy
rośliny znajdują bezpieczny azyl w ogrodzie zimowym. Przez cały rok pielęgnuje je i dogląda fachowym okiem pani Ewa Tracz.
– W Krakowie wszyscy schodzą do podziemi: restauracje, puby, bary, wszystko w piwnicach – wyrzeka prezes Barański. – Tymczasem wyróżnik europejski
66
MIASTO KOBIET
■
to ogromne przeszklenia na dachach! Minimum to
wielkie donice z roślinami. W Ameryce szczyt luksusu
to duży ogród tropikalny w wieżowcu na Manhattanie.
To, że obok jest prywatne lądowisko dla helikoptera,
nie jest już tak istotne – śmieje się. – Nasz ogród zimowy to rzecz niepowtarzalna. Jest w naszym kompleksie wiele firm zagranicznych. Tym ludziom można
zaimponować wielkimi zabytkami typu Wawel – albo
ogrodem. Właśnie dla ogrodu wybrali sobie siedzibę
u nas, a nie gdzie indziej. Szkoda tylko, że w Krakowie
nikt się tym jeszcze od nas nie „zaraził”. Jakby w mieście było ze sto takich ogrodów, to by się Kraków podniósł, a i dachy z ogrodami wyglądają z góry znacznie
lepiej niż pokryte papą…
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2007
na zdjęciu
Prezes Andrzej Barański
Ogród na dachu Herbowa otwarty jest przez
cały rok. Wystarczy wsiąść do windy i wyjechać na
ostatnie piętro. Zapraszamy.
Andrzej Politowicz
FOTO: S34, Marcin Urban i Jacek Wrzesiński
tel. 12 421 02 36, www.s34.pl
STYLIZACJA: Atelier Visage, Magdalena Tracz
tel. 12 633 63 36, www.ateliervisage.com
Sesję wykonano w ogrodzie zimowym na dachu kompleksu Herbewo

Podobne dokumenty