Kraina mężczyzn w lusterkach

Komentarze

Transkrypt

Kraina mężczyzn w lusterkach
44
45
reportaż Moniki Bułaj
PRZESTRZENIE TEATRU / AFGANISTAN JEST TEATREM
Burka nie wystarczy, by wyrwać się z jarów Nahrinu, gdzie grasują
bandyci. Gdyby nas rozpoznano, moi towarzysze podróży również
byliby w opałach. Wrota do dolin Chost wa Firing to teren zasadzek,
tu nie dociera ani policja, ani wojsko. Nikt nie wtyka nosa między rabusiów i plemienne zemsty, których początku nikt nie pamięta. Burka
nie wystarczy. Trzeba czegoś jeszcze. Postawy, gestu, kroku.
Zamknięta w tym worku z nylonu, powtarzam sobie lekcję, jakiej
udzieliły mi przed wyjazdem kobiety z Mazar-i-Szarif.
– Widać was na kilometr – mówiły, naśmiewając się z innych cudzoziemek – macie inne ciało.
I pewnie dlatego wymalowały mi dłonie rysunkami z henny, i pożyczyły
pantofelki z plastiku. Wspólniczki – stroją mnie jak na wesele, bo to
jedyny sposób, bym mogła wytłumaczyć się z ukrytej lejki, gdyby mnie
przyłapano.
Reguły są takie: milczeć, pochylić głowę, skrzyżować fałdy burki,
skulić się, skamienieć. Ubranie ma być błyszczące, jak u wieśniaczki,
psychodeliczne szarawary z cekinami. Torebka z pieniędzmi gotowa na
wypadek rabunku. Dokumenty wszyte w tapicerkę auta. Magnetofon
w majtkach. I mam za nic nie zapomnieć, że kratka burki służy temu,
by ujawnić, gdzie patrzysz, czyli twój lęk. Wszystko, każdy drobiazg
to znak, objaw, sygnał.
Mamy szczęście, przejeżdżamy bez problemów. Udało nam się prześlizgnąć między dwoma zasadzkami. Muhiddin śmieje się obok mnie.
Jest inżynierem z Duszanbe, Tadżykiem przesiedlonym do Mazaru, który
zaofiarował mi się na „męża”. Ja jestem Aiszą, Uzbeczką, mamy troje
dzieci, ale ciągle zapominam ich imiona. Jako Uzbeczka mam prawo
do niebieskich oczu i do kiepskiej znajomości języka dari. Muhiddin
się śmieje, śmieje się afgański kierowca Nadi, śmieje się Polak Michał
Przedlacki, działacz humanitarny, fotograf-filmowiec i dziennikarz,
który zna afgańskie legendy i porusza się wśród Afgańczyków z naturalną
elegancją. Tu śmiech i lekkość są najlepszą obroną dla tych, którzy
codziennie ryzykują życiem.
Kraina mężczyzn
w lusterkach
Autor: Monika Bułaj
„Strzelają do mnie, a ja, wariat,
chronię twarz szklaną tarczą. I idę w świat z tą tarczą tylko”
Chuszhal Chan Chattak, XVII wiek
– Wreszcie nie potykam się, gdy wstaję na poranną modlitwę.
Inny, śmiejąc się:
– Wreszcie widzę twarz mojej żony, gdy się kochamy.
– Tutaj życie to kwestia stylu – nieraz słyszę.
Trzeba się dostosowywać, zmieniać zachowanie z miejsca na
miejsce – wszystko jest teatrem. Również dla talibów, którzy przed
wkroczeniem do Kabulu muszą się ogolić. A wyruszając z Kabulu do
Kandaharu, Ghazni albo Dżalalabadu, zapuścić brodę.
Broda staje się glejtem na życie, jak u Musaffara Sadata, Tadżyka,
który często podróżuje w interesach do Kandaharu. Źle farbowana,
poplamione policzki. Broda fałszywa, bo nie należy do kultury tego, kto
ją nosi i nie narzucają jej talibskie rozporządzenia, lecz strach. Chociaż
to i tak wychodzi na jedno. Są też brody z importu, jak te hiszpańskich
żołnierzy NATO do akcji specjalnych. Widzę ich na lotnisku wojskowym
w Heracie, wyglądają na zbójów.
– Zła broda – śmieje się w kułak mój afgański kierowca, gdy ich
mijamy.
Na kilometr można ich rozpoznać.
Scenicznymi kostiumami są też nakrycia głowy. Mówią, czy jesteś
mułłą, studentem czy rzemieślnikiem, z północy czy z południa. W Kandaharze nie będziesz nosił nakrycia głowy zwanego pakol albo masudka,
w stylu renesansowych studentów. Tak samo koszula. I krój brody,
i kolor farby na niej, i brwi, i nawet makijaż. Bo mężczyźni malują
oczy. Noszą w kieszeniach lusterka z bezwstydną hinduską pięknością
na wieczku. I pocierają powieki kamieniem podobnym do grafitu.
Mimesis jest życiem.
To wojna wyrafinowała ten teatralny talent. Biada obnosić otyłość
i wyszukane stroje, bo można się stać smacznym kąskiem, a biznes
porwań kwitnie. Hodga Enojat słono zapłacił za słabość do haftów na
koszuli i smakołyków żony. Talibowie wzięli go za właściciela firmy,
gdzie pracował jako robotnik, i porwali, żądając 240 tysięcy dolarów.
teatr • 2/2016
fot. Monika Bułaj
Dzienniki szpiegów wypełnione są maniakalnymi opisami tortur i przebrań.
Rola wymagała, prócz aktorskiego talentu, sporej dozy bezczelności. Ważny był
nie tylko ubiór – liczył się język ciała, akcent, spojrzenie, kroki, gestykulacja,
kolor stóp i dłoni, dobra odpowiedź na niespodziewane pytanie, a nawet zapach.
Moi towarzysze drogi pracują dla czeskiej pozarządowej organizacji
humanitarnej People in Need i jadą do doliny Szaszan, gdzie doprowadzili
wodę i elektryczność. (W murze ich skromnej siedziby w Mazarze zobaczyłam raz dziurę. Wychodzi z niej na ulicę kran, przy którym o świcie
zbiera się gromada dzieci: już nie muszą chodzić daleko. Proste: kran dla
ubogich sąsiadów, „sprawa smaku, w którym są włókna duszy”). A teraz
przemieszczają się przez niebezpieczne tereny, by dotrzeć do dolin,
gdzie nie wpuszczono ani Rosjan, ani talibów, ani Amerykanów, i gdzie
nawet komendant Masud, który schodził tu z Doliny Pandższeru, był
uznawany za rozbójnika.
Gdy przybywamy na miejsce i mogę się już odsłonić, pytam dwóch
starszych mężczyzn, co dla nich znaczy światło elektryczne. Jeden mi
mówi:
teatr • 2/2016
Dwa tygodnie zamknięty w piwnicy, przez szparę widział codzienne
egzekucje i kaleczenie innych więźniów. Dwóch dwunastoletnich
chłopców zmuszano do ścinania głów zakładnikom.
– Spotykam tych talibów na ulicach Kabulu – mówi mi czerwony jak
burak i w siódmym niebie, bo właśnie wrócił z hammanu. – Nocami
przybijają do drzwi listy z pogróżkami, wydzwaniają, mówią, że mnie
zabiją, jeśli wrócę do pracy. Dziś po raz pierwszy od miesiąca wyszedłem
z domu.
Pokazuje mi spis otrzymanych telefonów od „mułły S.” w swojej
komórce.
W mikroskopijnym pokoju, gdzie dziś gnieździ się rodzina Enojata,
na honorowym miejscu siedzi babcia. Enojat jest słusznej tuszy i gdy wstaje,
nieomal dotyka głową sufitu. Na ścianie wiszą zdjęcia szczęśliwej familii:
czytaj dalej
46
reportaż Moniki Bułaj
PRZESTRZENIE TEATRU / AFGANISTAN JEST TEATREM
dwie dorodne córki, uśmiechnięta żona i Enojat, a w tle dom, który stracili.
Zmierzcha, w oknie pojawia się księżyc w nowiu jak przecinek w zbyt
długim zdaniu. Mimowolnie odwracam wzrok, pomna przestróg
nomadów, by unikać spojrzenia młodego księżyca.
Żona porwanego Enojata wybrała się na policję, gdzie jej oznajmiono, by
nie liczyła na żadną pomoc, a najlepiej, żeby sobie poszła precz. Pojechała
z bratem do bandytów, do miejsca w prowincji Logar, którego nie wolno
im będzie zdradzić. Powiedziała:
– Daj mi mojego męża.
– A ty daj mi pieniądze.
– Dam ci jedną z moich córek.
– Chcę pieniądze.
– Mamy tylko strach.
– Kobieto, masz twojego Boga, który cię chroni. A ty, bracie, czemu
nie nosisz brody?
nad tym, kto się mu z przyjaźnią zawierzył. Musimy wiedzieć, że gdy
podróżujemy z kierowcą albo z zaufanym tłumaczem, zawsze wystawiamy
na niebezpieczeństwo jego życie, bo on nigdy się nie wycofa, choć porywacze wiedzą, że na jego okup pieniądze się nie znajdą. Policja nie kiwnie
palcem dla Afgańczyka. Dlatego też, jeśli tylko mogę, podróżuję sama.
Pewnego dnia proszę dopiero co poznanego kierowcę, by mnie zabrał
do miasteczka za Mazarem, a on następnego dnia pojawia się z dwoma
samochodami pełnymi ludzi z plemienia Pasztunów, bym mogła się wśród
nich ukryć. Kobiety afiszują się europejskimi ubraniami, tak bardzo
europejskimi, że wyglądam na jedyną Afgankę. Wokół mnie dziewczynki,
licealistki, dwóch chłopców chorych na dystrofię mięśniową, jego żona,
która wykłada na uniwersytecie. Wstydzę się. Zbiera mi się na płacz.
Dzieci jako tarcze ochronne, by zabezpieczyć moje życie?! Ale dla nich
to już święto, za żadne skarby nie zrezygnowaliby ze swojego pikniku
z arbuzami i termosami herbaty. Brakuje tylko barana w bagażniku.
– Sprzedałam dom – opowiada, podając mi pachnący szafranem ryż
z rodzynkami i pasemkami marchewki. – Rodzina dała nam wszystkie
oszczędności odłożone na wesela synów, kto wie, kiedy się teraz ożenią.
Zapłaciliśmy 60 tysięcy dolarów.
Piękne twarze córek. Młodsza Sahar serwuje nam, roześmiana,
promienna. Studiuje na uniwersytecie, ubrana jest w hinduskie sari.
Pociągamy herbatę pod lukrowane migdały. Starsza, Alina, milczy.
W Afganistanie kwestia osobistej garderoby stała się publiczną
obsesją. Ale można mieć też dobrą lub niedobrą twarz. W Polsce podczas
okupacji niebieskie oczy były przepustką, zaś czarna broda lub, nie daj
Boże, duży nos (chciałoby się rzec: „pasztuński”), gwarantowały wywózkę
do obozu zagłady. Tu zaś, na skrzyżowaniu Azji, po trzydziestu latach
wojny, dobra twarz to taka, która nadaje się na wszystkie prowincje,
którą można ulepić, zdjąć i nałożyć jak maskę. A przecież jest tu tyle
ludów, tyle języków, tyle kodów zachowań. Jak temu podołać?
Gulbuddina analfabetę ratuje poliglotyzm. Mężczyzna włada
pięcioma językami bez śladu akcentu i na dodatek ma dobrą twarz.
Mógłby być Pasztunem, Tadżykiem lub Beludżą, a nawet Arabem, i za
W Kabulu wszystko się zmienia. Burka nie jest konieczna, choć miasto
roi się od talibów. Pod płaszczem i chustą noszę dżinsy. Dziewczyny radzą,
bym nie nosiła szarawarów, w których wyglądam na babę ze wsi.
– Nazywali to tańcem śmierci. Wyciągali ludzi z autobusów, bo rozpoznali
w nich niewłaściwy klan, rżnęli głowy, polewali szyję benzyną, podpalali.
Ciało skakało w drgawkach. Mordercy chodzą po ulicach, pytasz? Nie tylko, są
w rządzie.
Muszę zdjąć górskie buty, w których podróżowałam po Wachanie,
tu poznają cię po butach. Po znalezieniu właściwego klucza mogę robić
to, czego obcokrajowcy nie robią w Kabulu: chodzić sama nocą, łapać
zbiorowe taksówki, spać u osób dopiero co poznanych, wejść – dobrze
przyjęta – do meczetów pełnych mężczyzn.
Nie chcę udawać Afganki, lecz tylko okazać szacunek dla zwyczajów
i wydłużyć czas rozpoznania, by uniknąć nadmiaru ciekawości.
Błogosławię kurz, który z wiatrem zmusza wszystkich – również
mężczyzn – do zasłonięcia twarzy. Ale moja obecność jest tak niezwyczajna,
że w meczecie mężczyźni płaczą ze wzruszenia, a podczas święta Aszury
trzy ekipy telewizyjne – dwie afgańskie i jedna iracka – ścigają mnie po
ulicy, by wyciągnąć ze mnie wywiad.
Trzeba uważać na Afgańczyków, są zdolni do wszystkiego.
Arifowi każę przysiąc, że zniknie natychmiast, gdyby mi się coś
przytrafiło.
– Arif jan, uważaj, proszę – powiedziałam – moje ciało jest lepszym
towarem. Odejdziesz, zgoda?
Ale to wymuszone przyrzeczenie i nie jestem pewna, czy go dotrzyma.
Na zatłoczonych ulicach Kabulu kontroluje mnie w milczeniu z odległości
pięciu metrów. Honorowy kod Afgańczyka narzuca absolutną protekcję
teatr • 2/2016
nic w świecie nie można by powiedzieć, że Gulbuddin jest afgańskim
Turkmenem.
– Pomawiają nas, mówią, że my, Turkmeni znad Amu-darii, jesteśmy
szpiegami Rosji albo Ameryki. Na wszelki wypadek podróżuję z paszportem
w bucie.
Gulbuddin kilka razy dziennie zmienia tożsamość.
Spotykam go w Mazar-i-Szarif, gdy próbuję wsiąść do kabulskiego
autobusu, a kierowca dla świętego spokoju każe mi kupić dwa bilety, by
żaden mężczyzna przy mnie nie usiadł. I nie gwarantuje, że dojadę cała,
niechby i w burce. Dojadę cała i bez burki, zbiorową taksówką w towarzystwie kierowcy o uwodzicielskim głosie kaznodziei, pary nieśmiałych
nastolatków jadących do pracy w Kabulu oraz właśnie Gulbuddina
poligloty, imiennika Hekmatjara, powtarzającego w kółko: „Noszę
imię mordercy, ale zapewniam cię, że jestem dobrym człowiekiem”.
Posuwamy się w kolumnie pakistańskich ciężarówek wymalowanych
w epopeje. Wypełniają nam widok wzruszającym kiczem: ptaki całują
się wśród alpejskich jezior, pary jelonków skubią zieloną łąkę, boleśnie
krwawią serca, ogromne oko hipnotyzuje złe uroki.
Gulbuddin opowiada, zapatrzony w tę lanterna magica. Jedzie do
Kandaharu, gdzie pracuje jako kierowca ciężarówki. Jest woziwodą
amerykańskich żołnierzy. W Afganistanie kwitnie bowiem biznes
pakistańskiej wody mineralnej: tylko w 2011 roku stacjonuje tu 90 tysięcy
amerykańskich żołnierzy, na każdego przypada ze trzech contractors,
a przecież nikt spośród tej rzeszy ludzi nie tknie afgańskiej wody. Gulbuddin
odłożył piętnaście tysięcy dolarów. Afgańczyk, za współpracę z najeźdźcą,
mówi, czy to kierowca, tłumacz czy kucharz, ryzykuje życiem. Stara
się jak może, by wieść się nie rozeszła.
– To szansa dla nielicznych – powiedział mi w Kabulu Shamsuddin
Omid, kowal. – Ekonomia kraju stanęła na głowie, liczy się tylko biznes
wojny. Nie dam rady utrzymać rodziny.
– Gdy dorobię się stu tysięcy dolarów, wywiozę do Europy całą rodzinę,
również stryjków i babcię – mówi Gulbuddin, sprawdzając podeszwę
buta z paszportem. – Nie chcę, by moja żona żyła w Afganistanie.
Dojeżdżamy do Kabulu, starając się ominąć burki siedzące pośrodku
drogi w tumanach kurzu. Spod burek wystaje kilka stóp, piąstki, które
czasem o coś proszą, czemuś wygrażają. Może dzieci. Kierowcy ciężarówek
bardzo się starają, by ich nie rozjechać. Miłosiernie rzucają banknoty, ale
te ludzkie kłębki pozostają nieruchome, katatoniczne.
– Opowiedz mi o twojej żonie, Gulbuddinie.
– Ożeniłem się w wieku osiemnastu lat z trzynastoletnią kuzynką.
Nie chcę, by rodziła dzieci, bo zrobi się gruba i stara.
– Masz braci?
– Jestem jedynakiem i dlatego muszę dbać o starych. Mój ojciec ma
już 53 lata!
– Gulbuddin jan, ile masz lat?
– Dziewiętnaście.
Gulbuddin oszczędza jak może, jeżdżąc do pracy czym się da, by wywieźć
47
Uzbeczka przy kości na cienkich obcasach, które grzęzną w schodkach,
a ona wchodzi do samolotu na bosaka, wzruszając gołymi ramionami
pod przezroczystą chustką. Są też potykające się, wymęczone, przepocone wory burek. Trzeba być gotowym na wszystko, polubić niepewność,
która składa się na codzienność Afgańczyków, deszcz zamieniający
metalowy, radziecki pas startowy lotniska w Fajzabadzie w taflę lodu,
tydzień check-inów w tłumie z tobołkami, bezradnie rozkładane ręce
i refren: fardaa, czyli „jutro”. Agentki od sekiuriti, miast sprawdzać
bagaż i obmacywać mi piersi, goszczą herbatą w ciemnych pakamerach.
Tak spotykam Mozghan. Dwadzieścia lat, dżinsy, czarna koszula z haftem
nomadów. Dziewczyna za zgodą rodziców sama mieszka w Kabulu. Śliczna
Mozghan stała się po studiach rzecznikiem i aktywistką afgańskich
położnych, walczy o reformę systemu sanitarnego w ojczyźnie wiodącej
światowy prymat w śmiertelności noworodków i kobiet w połogu.
Mówi: – Podczas wojny dorasta się szybko i mimo woli.
Dziś jest gorąco i sucho, żadnych deszczów i ataków kamikadze,
żadnych kacyków z dworem goryli wpadających na lotnisko w ostatniej
chwili, by odlecieć sobie naszym samolotem. Niski dziadek o rysach
Czyngis-chana wskazuje mi krzesło w wypełnionej poczekalni, mam
tu grzecznie czekać. Krzyczy na wielkiego Pasztuna z turbanem i kulą,
bo oto wkroczył, wyniośle, mimo tej nogi, której nie ma, jakby wszystko
było na swoim miejscu, majestatycznie – do damskiej toalety. Nowe
przestrzenie interakcji, wszystko się miesza i plącze. Ma być porządek.
Łatwo pomylić się, zgubić, polecieć nie tam, gdzie trzeba, bo ktoś sapnie,
coś szepnie i już tłum podchwytuje, powtarza, pcha, gniecie, przepycha,
ktoś próbuje się wydostać, uwolnić, bo nie tam miał lecieć, czasem ktoś
zostaje wypchnięty z samolotu, bo się zagapił, zamyślił. Trzeba się
Tu, na skrzyżowaniu Azji, po trzydziestu latach wojny, dobra twarz to taka,
która nadaje się na wszystkie prowincje, którą można ulepić, zdjąć i nałożyć
jak maskę. A przecież jest tu tyle ludów, tyle języków, tyle kodów zachowań.
za granicę nastoletnią małżonkę, natomiast wszyscy Afgańczycy starają
się latać samolotami, bo bezpieczniej. A kto nie może, jak kierowca
ciężarówek Musaffar Sadat, na wszelki wypadek solennie żegna rodzinę
i modli się, by dojechać do celu.
– Nasz bilans? Talibowie zabijają dziesięciu cywilów, wy dwudziestu – mówi Musaffar. – Ale talibowie są lepsi od afgańskiej policji, bo
przynajmniej wystawiają rachunek za łapówkę i wracając tą samą drogą,
nie trzeba płacić podwójnie.
– A jeśli nie zapłacisz talibom?
– Spalą żywcem w ciężarówce.
Pasażerowie lotu do Kandaharu, Mazar-i-Szarif i Ghazni, w demokratycznej poczekalni kabulskiego lotniska, gdzie dzień w dzień na
niewielkiej sali ociera się o siebie cały kraj. Tabun chudych policjantów,
spłoszone chłopaki ze wsi. Ilu wróci? Obok siedzą Pasztunowie pod
siedmioma metrami turbanu, bez śladu zmieszania zagapieni na Madonnę
w negliżu z teledysku. Jest i fotograf, w kuloodpornej kamizelce i hełmie
przytroczonym do plecaka, freelancer zaspokajający największe zapotrzebowanie zachodnich gazet: na obrazy śmierci z frontu. Nadstawia
blond głowę, nie mając ubezpieczenia choćby na przewiezienie ciała. Jest
teatr • 2/2016
wsłuchać w głosy, szepty i krzyki. Czasem po godzinach oczekiwania
ktoś przypomni sobie, dokąd miałam lecieć i wyłuska mnie z tłumu.
Wiedzą lepiej. Ilu tu zabłądziło, zagapiło się, zostało, pomyliło miasta,
a drogą jechać – niebezpiecznie.
Chroniczna wojna to nieuleczalna samotność, a zarazem konieczność
zawierzenia innym. To napięta uwaga na najdrobniejsze sygnały i znaki,
wsłuchiwanie się w dźwięki, by wyłapać ten jedyny, właściwy wiatyk.
Jak dają sobie radę Afgańczycy pośród tego nakładania się na siebie
warstwami znaków, symboli i kodów? Pośród tego natłoku sprzecznych,
obcych lub wrogich sobie estetyk? Jest taka chwila, kiedy trud i nieustanny
wysiłek pokonują uwagę, obserwację, anulują narratora, i rzeczywistość
pochłania, stajemy się częścią udręczonego tłumu, i już nie można wyłuskać żadnej opowieści ani twarzy, przemy do wyjścia, dając się ponieść
ludzkiej fali, szukając tylko wytchnienia, oddechu, rozwiązania węzła.
A potem jedno spojrzenie, detal, obcasik frywolnej Uzbeczki, czyjeś
zagubienie, i już ciekawość zwycięża zobojętnienie, i znów widać jasno,
drogi się splatają, wiążą, stają czytelne; dziewczęcy uśmiech Mozghan
odsłania pojedynczy los, ktoś coś szepnie, ktoś przekaże wieść dalej i poważny, nieruchomy, szanowny tłum kandaharskich Pasztunów Ghilzai
w zwojach turbanów porusza się nagłą falą niepowstrzymanego śmiechu.
czytaj dalej
Afganistan do dnia radzieckiej inwazji nigdy nie był kolonią i nie
miał wasalskich kompleksów podbitych, którzy potem będą budować
kraj w estetyce najeźdźców. Służył za szachownicę politycznych gier,
nie był celem. Brytyjczykom szło o drogę do hinduskiego skarbca, z pieczęcią
zjednoczonego Afganistanu, by zabezpieczyć orientalny miraż, ziemie
odległe tysiące mil od Korony, oddzielone od Rosji bastionem Hindukuszu i waśniami feudalnych plemion.
Zdrady, zemsty i rzezie XIX wieku nie posłużyły potomnym za naukę.
Wielka Gra przepoczwarzyła się w Zimną Wojnę, Ameryka zastąpiła
Koronę, Breżniew carycę, a po trzynastu latach wojny NATO w imię pokoju,
Sowieci wspominani są przez mieszkańców Kabulu na przemian z nienawiścią i nostalgią. Czytając dziś pamiętniki bohaterów rozgrywek Wielkiej
Gry, ma się wrażenie, że ogląda się replikę drugorzędnej trupy. Sowieci
zapewne ich nie czytali, zanim wysłali ponad pół miliona własnych obywateli za Oksus; nie zastanowili się nad konsekwencjami podstawiania
w Afganistanie figurantów, wzniecania tumultów i rewolt.
Dzienniki szpiegów wypełnione są maniakalnymi opisami tortur
i przebrań. Rola wymagała, prócz aktorskiego talentu, sporej dozy
bezczelności. Ważny był nie tylko ubiór – liczył się język ciała, akcent,
spojrzenie, kroki, gestykulacja, kolor stóp i dłoni, dobra odpowiedź
na niespodziewane pytanie, a nawet zapach. Dla kapitana Conolly’ego
„Europejczyk” znaczy „elokwencja, sposób siedzenia, chodzenia,
galopowania, które tak różnią go od Azjaty”. Conolly doradzał, pisze
Hopkirk w Wielkiej Grze, przebranie za hakima, czyli lekarza: choć
jesteś niewierny, nikt ci nie postawi niewygodnych pytań, a jeśli chory
umrze, zawsze możesz zrzucić winę na przeznaczenie. Można też
podróżować w przebraniu pielgrzyma albo cudotwórcy: na biedaka
nie napadną, bo brzydko pachnie. Za uszczerbek w protokole płaciło
się wysoką cenę. Kapitanowi Conolly’emu emir Buchary w 1848 roku
obciął głowę.
W tym samym czasie wędrował po Azji na własną rękę sir Richard
Burton, wychowany wśród Cyganów awanturnik i naukowiec miary
renesansu, geniusz masek: jako nastolatek przebrał się za grabarza, by
obserwować gnijące ciała ofiar epidemii cholery w Neapolu, za derwisza,
ze specjalizacją w magii, na statku do Damaszku, za arabskiego kupca
w zakazanym Hararze, za pasztuńskiego pielgrzyma w hinduskiej
prowincji Sindhu, za obrzezanego hadżi, by dotrzeć do Kaaby. Poliglota
i tłumacz, opanował prawie trzydzieści języków i licho wie, co stało za
tym maniakalnym penetrowaniem najsubtelniejszych sfer cudzego?
Pragnienie, by do końca utożsamić się z innym, wiedząc, że to język,
czyli duch mowy, kształtuje myśl, a nie na opak? Chęć odnalezienia
innego w sobie, bez blichtru i masek wiktoriańskiej Anglii? Adept sufizmu
49
do szpiku kości wiedział zapewne, że wyobcować się, to wrócić do siebie.
A może, jak dobry aktor, sir Burton najlepiej wyrażał się w przebraniu?
Figura medialna, która przez siebie przepuszczała świat, wypożyczając do
tego celu własne ciało; kanalia podłej rasy i spekulant, szpieg i antropolog, który nie tylko nie wykorzystywał swoich bezcennych kompetencji
do roli mentora i bawidamka na salonach Londynu, lecz wręcz podsycał
najgorsze o sobie plotki, bawiąc się publicznym zgorszeniem, bliższy
w tym sufickiej drodze potępienia malamatijja i tybetańskiej tantrze.
„Giordano Bruno, Paracelsus i Pizarro w jednej osobie” według Miłosnego dykcjonarza eksploratorów Michela Le Bris. Żarłoczny téchne
w najbardziej transgresywnych i intymnych sferach cienia, Burton
praktykował gnozę w homoseksualnych burdelach Indii, by po wieku
zostać opisanym przez Edwarda W. Saida w książce Orientalizm o mitach
Wschodu na Zachodzie w następujący sposób: „obdarzony był nadludzkim
zrozumieniem stopnia i modułów, według których życie społeczne człowieka (Wschodu i muzułmanina) zależy od reguł i kodów”. W smrodzie
siarki, geniusz mimikry do końca: swoje najcenniejsze teksty sir Burton
napisał pod pseudonimem.
Kabul, świt na pustej Jaid-e-Maiwand, śmieciarze walczą szczotkami
z kurzem Azji, a wiatr znów porywa, unosi, oślepia chmurą pyłu, dusi.
Z tumanu wybiega mężczyzna z długą, siwą brodą, w dresie i adidasach,
uprawia jogging wśród gwiazd Bollywoodu z plakatów na odrapanych
murach. Zaułki powoli wypełniają się światłem i głosami, dzieci biegną
po wodę dla mamy, do warsztatu lub piekarni ojca, by mu pomóc, do
szkoły, a po szkole znów do roboty.
– Im więcej ich w rodzinie, tym lepiej, przynajmniej któreś wyrośnie
na człowieka. Jedno zabija, drugie się uczy, trzecie mi zabiją, córka wyjdzie
za mąż i odejdzie na zawsze – tłumaczył mi cierpliwie Malang – dlatego
najlepiej mieć dziesięcioro. Dzieci to inwestycja na spokojną starość.
Rendez-vous o szóstej rano z Niaz Ahmadem. Ma 18 lat, jest Kuczim,
skończył szkołę i chce zostać dziennikarzem. Niebywałe jak na pasterza,
który wyrósł wśród owiec na łąkach Hazajratu, którego ojciec stracił
trzody i klepie biedę w lepiance z dziurawym dachem. Niaz Ahmad
oddala się na chwilę, by go załatać plastikiem, gdy piję u nich poranną
herbatę. Niaz Ahmad mówi świetnie po angielsku, zna na pamięć perskich
poetów. Podziwiam jego umiejętność dostosowania się do każdej sytuacji
i bystrą inteligencję. O najgorszych sprawach mówi z uśmiechem, przede
wszystkim, gdy się lęka. Chodzimy po obozach nomadów, zaglądamy do
Charai Qambar, największego obozu uchodźców, Afganistanu w miniaturze. Wszyscy do jednego kotła, wszelkie wyznania, plemiona wszelkiej
maści, Pasztunowie z Helmandu i Kandaharu, Chazarowie z Ghazni,
repatrianci z Pakistanu i Iranu, Kuczi zewsząd. Donikąd wrócić. Nikt nie
liczy umierających dzieci, i tak nigdzie nie zostało zapisane, że istnieją,
a te, które przeżyją, wyśle się w miasto na żebry. Za jednego zdobytego
przez nie dolara dziennie rodzina może doczeka jutra.
Nagle podchodzi do nas grupa brodaczy w ciemnych turbanach. Niaz
Ahmad uśmiecha się promiennie, wszystkimi zębami, do uszu, i zwalniając
gesty jak kot, bezszelestnym krokiem, powoli, ciągle z tym uśmiechem na
twarzy, z obojętnym spojrzeniem, jak najszybciej mnie stamtąd wyprowadza.
Następnego dnia jadę na uniwersytet z Wahidem, studentem reżyserii
filmowej. Ma grzywę na jeżo-lwa jak młody John Travolta, lubi filmy
Spielberga. Mówi, że gdy wrócę do Kabulu, nakręci ze mną swoją pracę
dyplomową.
– Będziesz porwaną dziennikarką. Świetnie się do tego nadajesz –
zapewnia.
obie fotografie: Monika Bułaj
Świt w Heracie. Fasada Piątkowego Meczetu z epoki Ghurydów miga
złotem w sadzawce fontanny, papugi drą się wniebogłosy, a plac zaludnia
się na poranną modlitwę. Minarety i turbany. Figury strzeliste, smukłe,
jak z ruskich ikon. Atleci Allaha zaprawieni w marszach. Może pomylili
stulecia, właśnie się przebudzili i dokądś spieszą w dawnych sprawunkach.
Atmosfera biblijna: osiołek, mężczyzna z kijem. Ten, który właśnie idzie
skrajem drogi, mógłby być Abrahamem w drodze do Kanaanu. Jednym
ruchem zawija turban na głowie, dostojnie zarzucając na ramię skrawek
materiału. Na spękanych stopach nosi klapki, na ramionach wytworny
płaszcz podbity watoliną, z rękawami do ziemi. Rękawy kołyszą się jak
złożone skrzydła. Zimą włoży w nie bezczynne ręce, jak w mufkę. Ubranie
jest sygnałem rangi stanu, przywileju, odwagi, zasług, szacunku.
teatr • 2/2016
reportaż Moniki Bułaj
PRZESTRZENIE TEATRU / AFGANISTAN JEST TEATREM
obie fotografie: Monika Bułaj
48
teatr • 2/2016
czytaj dalej
reportaż Moniki Bułaj
PRZESTRZENIE TEATRU / AFGANISTAN JEST TEATREM
fot. Monika Bułaj
50
Odwiedzamy Asravta Anzera Gara, profesora malarstwa, i oglądamy
namalowane przez niego afgańskie pejzaże i miasta, których nie ma.
W sali studenckich studiów przyciąga wzrok niedokończony portret
ponurej kobiety. Podchodzi do nas delikatna, promienna studentka
malarstwa. Nazywa się Afsana i przypomina mi Zulejkę z miniatur
Behzada; dopiero gdy staje obok obrazu, widzę, że to jej portret własny.
Podczas okupacji w Polsce można było się dowiedzieć, że się po
żydowsku chodzi, po żydowsku myje podłogi. W Afganistanie można
niewłaściwie patrzeć.
Afgańska kobieta kuli plecy i nie patrzy w oczy mężczyźnie. Podróżując
samochodem bez burki w niedobrych okolicach, zawiązuję czarną chustę
jak arabski nikab, dla świętego spokoju zamykam moje niebieskie,
niewygodne oczy i zasypiam. Oczy jak paszport. Taki Albańczyk. Łypie
okiem i właśnie po tym go rozpoznaję w Europie, po szybkości gałek
ocznych. A Cygan to Cygan i patrzy na świat jak fotograf, uważnie,
bezwstydnie i na wszystko, i czasem się przyłapujemy – w sercu Azji,
w rumuńskiej Suczawie, w metrze Rzymu – i wymieniamy spojrzenia
jak spiskowcy. No więc Kabul: jak tu fotografować, jak patrzeć? Jak
kobiety nomadów Kuczi, patrzę mężczyznom prosto w oczy; przyłapana
in flagranti – uśmiecham się, czasem zaś, dla odpoczynku, przestaję
patrzeć, przestaję istnieć i znikam w ludzkim gąszczu.
Kto wie, jakich konspiratorów, pasażerów na gapę, uciekinierów,
przebierańców spotkać dziś można w tłumie na ulicach Kabulu? Są
teatr • 2/2016
wśród nich tacy, którzy wcale się nie kryją, co więcej, publicznie obnoszą
swoją starą twarz.
– Nazywali to tańcem śmierci. Wyciągali ludzi z autobusów, bo rozpoznali w nich niewłaściwy klan, rżnęli głowy, polewali szyję benzyną,
podpalali. Ciało skakało w drgawkach. Mordercy chodzą po ulicach,
pytasz? Nie tylko, są w rządzie.
„Rozsądni mówią / że można współżyć / z potworem / należy tylko
unikać / gwałtownych ruchów / gwałtownej mowy / w przypadku
zagrożenia / przyjąć formę / kamienia albo liścia” – wraca Herbert.
Oczy sprawiające. Złe oko młodego księżyca, które się niechcący
złapało jak bakcyla, można rozbroić, patrząc od razu na małe dziecko.
– Zło wtedy na nie przejdzie – tłumaczy nomada Niaz Ahmad –
wyrośnie koślawe albo kulawe, ale tobie wtedy nic się nie stanie.
Na wszelki wypadek sprawdzam, czy dzieci moich gospodarzy są
uzbrojone w amulety, czy im złego nie uczynię, z księżycem czy bez
księżyca.
Do dnia sowieckiej inwazji Kabul był mekką podróżników. Archeolodzy maniakalnie szukali tam nas – helleńskich fałd na tunice Buddy;
macedońskiej inskrypcji w aramejskim alfabecie na buddyjskim
relikwiarzu, w prowincji Wardak, gdzie dziś talibska ziemia niczyja;
uśmiechu Apollina w piaskach Gandhary, gdzie Grecja spotkała Indie. Po
trzech brytyjskich wojnach obcokrajowców wpuszczano tu z oporami,
a raczej nie wpuszczano, i tak słynny geniusz archeologii i złodziej
grobowców, Aurel Stein, Węgier pochodzenia żydowskiego, który
z czasem stał się sir, „diabeł Jedwabnego Szlaku” oskarżany przez Chiny
o szpiegostwo, dopiero po latach starań otrzymał afgańską wizę, by po
tygodniu umrzeć w wymarzonym Kabulu, gdzie został, zgodnie z własnym
życzeniem, pochowany.
Miasto przeżyło inwazję hipisów lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, którzy Kabul wybrali za przystanek w drodze do nirwany, Indii
świętych golasów na ostatniej ścieżce życia, którzy ponoć nie rzucają
cienia. Pierwszą paczkę „czarnego afgańczyka”, najsłynniejszego haszyszu
Wschodu, kupowało się zaraz za irańską granicą w Tajebadzie od afgańskiego celnika – opowiada mi Emanuele Giordana, były hipis, a dziś jeden
z bardziej autorytatywnych włoskich dziennikarzy piszących o Afganistanie. Pod niebiosa wysławiana była tolerancja Afgańczyków, ich
pobłażliwość. Europejki z epoki rewolucji seksualnej z gołymi ramionami
poruszały się w tej scenografii z tysiąca i jednej nocy, eksperymentując
wakacyjne kombinacje poliandrii, a Afgańczycy z nostalgią wspominają
dziś złote czasy. Zmęczona sobą Europa w Kabulu szukała oddechu, a na jej
przyjęcie organizowano performans, dla przykładu taki książęcy five
o’clock z orkiestrą rubabów w oparach haszyszu lub garden party a tema
z sześciuset statystami, którzy w ogrodzie królewskim przedstawiali
gościom sceny z życia pasztuńskiej wsi w formie żywych obrazów, niczym
bożonarodzeniowe szopki.
– Schodziliśmy rozległą doliną, a zza kwitnących drzew wynurzały
się grupki kobiet. Jedna śpiewała, druga tańczyła, inna tkała, następna
przebierała ziarna, teatr w ogrodzie, wszystko fałszywe, a jednak prawdziwe – opowiada mi Franco Montevecchi, dziś emerytowany profesor
bioinżynierii z Mediolanu, który miał szczęście brać w tym udział.
Rok później gościnny „czerwony książę” Fouad został zamordowany
przez Rosjan.
– To wyście stworzyli wroga – słyszę często. „Proste jak szkolne równanie”
– pisał Auden. – Najbardziej zadowoleni z wyjścia wojsk są Amerykanie
i talibowie – powiedział mi Szarafullahan, poeta doliny Chostu. A może
Afganistan jest lustrem? W mieście Marija, newralgicznym centrum
handlu narkotykami, żołnierze sekretarza stanu, pani Clinton, kupują
talibów. Nie odróżniają ich od wieśniaków, ściskają im ręce, przekazują
fundusze, z których zostanie zakupiona broń przeciw nim samym.
Albo miesiącami prowadzą pertraktacje z mężczyzną, który podaje
się za szefa talibów, w końcu też ma turban i brodę. Afgańskie who is
who godne Becketta, ze swoim arsenałem luster i masek. W 2008 roku
Australian Special Forces zabijają gubernatora dystryktu Chora, gdy
ten rusza nocą na pomoc przyjacielowi zaatakowanemu przez niezidentyfikowanych uzbrojonych brodaczy: Australijczycy w przebraniu
i honorowy gubernator wzięli się nawzajem za talibów.
W listopadzie 2001 roku podpisany został największy kontrakt
zbrojeniowy w historii świata. Sens tej potędze, prócz czystego zysku,
przydaje wróg, ale w Afganistanie, jak dla Dariusza, który ścigał Scytów
po stepach Donu – wroga nie ma. Możesz krzyczeć w pustkę jak Król
Królów: „Pokaż się!”, ale za szybą przeciwpancerną zobaczysz tylko
cień wilka. Szale i płaszcze, koszule do kolan i burki, turbany i berety,
muzułmanin i terrorysta – wszyscy jednacy. Istoty ludzkie zamieniły
się w inicjały, koszarowy język inicjałów, którymi chłopcy z Arizony
i Teksasu opisują Afgańczyków, zasługiwałby na hermeneutyczną
analizę. „Nawet dzieci trzeba się bać – tłumaczą prasie polscy żołnierze – bo doniosą”. Scytowie posłali Dariuszowi w darze ptaka. Ptak
to zniewaga, gorszy niż pocisk. Polscy żołnierze w 2007 roku posłali
teatr • 2/2016
51
pociski moździerzowe do kotła z zupą w Nangar Khel, zabijając kobietę
w ciąży i pięciu weselników, a trzy kobiety zostały okaleczone na zawsze.
Zemsta za talibską minę na pierwszej z brzegu wiosce jako najbardziej
subtelna forma sprawiedliwości, jak w najbardziej krwawych filmach
Tarantina. „Zmiećcie wszystko, co ma z tym coś wspólnego, i to, co nie
ma” – powiedział 11 września 2001 roku Donald Rumsfeld.
W uzbrojonych w najnowocześniejszą broń żołnierzach wszystko
budzi lęk. Również odblask mojego aparatu może być pomylony z błyskiem
lufy pistoletu i może sprawić, że rambo na wieży czołgu mnie zastrzeli.
Wystarczy niewiele, by sprowokować reakcję. Przechodnie wiedzą i modlą
się. Słyszę ich szepty.
Kwitnący Bush Bazaar wokół amerykańskiej bazy w Bagramie:
najeźdźca przeszedł do toponimiki dzięki triumfowi odpadków biznesu
własnej wojny, od żołnierskich puszek z meals ready to eat po skarpetki
i integratory body building. Nieźle tu idą papier toaletowy i latarki
speleologów, bo nocą trzeba trafić do toalety. Modne są reporterskie
kamizelki z dużą ilością kieszeni. Rozwiązują problem, gdzie ukryć
naboje, w szalwar kamiz kieszenie są zbyt płytkie i się deformują.
Ubranie jest potężnym symbolem. Ukochany poeta Afgańczyków,
Abdullah Ansari, mistyk z zawodu, ubierał się godnie na nauczanie
i przez lata najbliżsi uczniowie nie zorientowali się, że żyje w nędzy.
Dziesięć wieków później miliarder Osama ben Laden, z magisterką
z inżynierii lądowej, przywdział ubogie szaty proroka, by wygłaszać
kazania ku chwale śmierci, w których ignorował drugie i trzecie z dziewięćdziesięciu dziewięciu imion adresata modlitw Koranu – Miłosierny
i Litościwy. Fotografie jemeńskiego księcia terroru mogłyby być lekcją
o medialności współczesnych wojen i cytatem z biomechaniki teatru
Meyerholda. Liczy się układ fałd turbanu, długość welonu opadającego
na ramię, rozcapierzona dłoń lub perswazyjny palec jak u Chrystusa
Pantokratora. Palec wskazujący, prosty jak włócznia, a nie przygięty
jak u Żyda z Nazaretu. Czasem układ postaci ben Ladena i powłóczysty
wzrok gazeli wzorowane są na ikonach pierwszego kalifa szyitów Alego,
i po prawdzie jest to wzór z innej parafii, ale dla dobra sprawy można
się nim posłużyć. Ponieważ ben Laden jak Chrystus, jak Ali, on też chce
dla ciebie dobrze. On cię kocha. Wahabiccy terroryści, zadeklarowani
ikonoklaści, poruszają się w repertorium religijnej symboliki i medialnego
obrazu. Budują wirtualne imperium. Ostatnia jama ben Ladena w Abbottabadzie to plan filmowy i archiwum nagrań. Biorą na kredyt z chrześcijańskiej ikonografii, choć nie brak malarskich wzorów w samym islamie –
szkoła miniatur z Heratu, mistrza Behzada z XV wieku, jest bezcennym
skarbcem perskiej ikonografii, włącznie z arcydziełami wizerunków
proroka Mahometa.
Armie strategów i doradców dedykowały poważne analizy „nowym
szatom króla” terroryzmu. Natomiast długowłosy fryzjer z Charabatu,
dzielnicy kabulskich muzyków, który interpretował ben Ladena w filmie
fabularnym, nosi nieomal na każdym palcu wielki sygnet. Osiem pierścieni jak dojrzałe czereśnie. Wypieszczona biała broda, pukle długich
loków, cygański szyk. Należy do najniższej afgańskiej kasty – fryzjerów
i muzyków, salmāni, nieczystych – i może sobie na taką elegancję
pozwolić. Ci charabatis tworzą osobny świat, gdzie można zaleczyć
najgorszy smutek najładniejszą piosenką. Dzieci słowiki zestrojone
z rubabem, lutnią o dźwiękach lekkich jak powietrze Hindukuszu.
Fryzjerzy-muzycy, którzy grają na dohlu, bębenku o podwójnej membranie, i na sornā, oboju podobnym do bałkańskiej żurny, diabelskiej
czytaj dalej
reportaż Moniki Bułaj
53
fujarce, której chropowaty dźwięk podcina frenezją stopy tańczących,
a w kultach opętania marokańskiego gnawa i isawi, etiopskiego i egipskiego
zar – prowadzi do transu. „Fryzjer Osama” poczęstował mnie chińską
herbatą i polskimi krówkami. Afgański Cygan. Nietykalny, bo dotyka
wszystkich, biorąc udział w krępującej intymności, puszcza krew, usuwa
napletek, reperuje złamania i obcina odrosty ciała – włosy, włoski,
paznokcie – czyli to, co budzi lęk, bo wciąż rośnie na trupie. Salmāni,
nazywani też dalāk, żyją w osobnej dzielnicy, objęci tabu wyłączenia
nawet po śmierci, chowani na osobnym cmentarzu, może dlatego –
pisze etnomuzykolożka Hiromi Lorraine Sakata – że sornā, na której
grają, oddychając w kółko, jest zanieczyszczona śliną, dla Cyganów
Afganistanu związaną ze spermą, według ich powiedzenia: „wypluwasz
obraz ojca”. Pani profesor Sakata z University of California pisze też
o związkach sornā z penisem diabła, my zaś, z przyzwoitości, zatrzymamy
się tutaj. Fryzjer performer i szaman, pół Cygan pół Hermes, pośrednik
między światem żywych i umarłych, ironią afgańskiego losu – zagrał
w telewizyjnym fiction księcia ciemności.
W Kabulu, na rogu Nun Waji, czyli Rogu Chleba, zobaczyłam raz
pieska. Zdarzyło się to wiosną. Gołe gałęzie drzewa Judasza wybuchły
amarantowymi kulkami kwiecia. Ciepły wiatr nadmuchiwał białe
chustki uczennic.
Piesek jest biały i stoi przed długim, wysokim murem, naprzeciw
piekarni, w której każdego poranka otrzymuję w podarunku placek chleba
podobny do tarczy. Merda ogonem. Żaden tam z niego piesek przydrożny!
Psy afgańskie można rozpoznać z daleka, a to jest piesek wypieszczony,
wyszczotkowany i pogodnego usposobienia. Śnieżno-biały szczeniak
na salony, bez kompleksów. Stoję wśród dziewczynek czekających na
szkolny autobus i nagle zdaję sobie sprawę, że to, na co patrzę, jest
ciut inne, że coś się nagle delikatnie przesunęło, jak we śnie, który nie
zamazuje, lecz ujawnia rzeczywistość, a składa się ze szczegółów, które
wciąż rozpoznajemy.
Piesek stoi na rogu i przyjaźnie szczeka na swoich panów.
Maszerują pod murem gęsiego i w równym odstępie. Akcja bojowa
piechoty NATO w szyku marszowym, tak zwanym Schutzenreihe, w centrum miasta. Podjeżdża do nas chudy jak szczapa śmieciarz na rowerze,
teatr • 2/2016
z wielkimi worami po obu stronach koła, które przyciągają wzrok, bo
nie wiadomo, jakim cudem rowerzysta-śmieciarz zachowuje równowagę,
musi być zwinny jak linoskoczek. Staje przy mnie niepewnie. Nie wie,
co zrobić, iść dalej, nie iść; tu wielkie wory, tam żołnierze, licho wie, co
im do głowy strzeli, a nuż coś niedobrego? I z tego strachu, z tego wysiłku
i przejęcia – strzela bąka. A potem zbliża się do nas kobieta w burce
z trójką dzieci. Pod tą burką niewiele widzi, bo gdyby się na czas zorientowała, w czym gra, to zapewne by nie podeszła. Wreszcie dostrzega
i instynktownie wpycha dzieci pod burkę, mama kwoka, a potem
wypycha, by ta burka nie przyciągała uwagi, dziwnie napuchnięta.
Ukryć dzieci? Czy nic nie ukrywać, nie wykonywać żadnych zbędnych
ruchów? Nie może się zdecydować, skofundowana. I wtedy słyszę jej
modlitwę: żeby oni sobie szybciej przeszli, żeby to wszystko się skończyło.
A oni idą i idą, jest ich wielu, a między każdym pięciometrowy odstęp:
niekończący się wąż uzbrojonych po zęby mężczyzn w goglach. Każdy
żołnierz bierze róg muru susem, nie patrząc na nic, nie rozglądając
się, nie wymieniając pozdrowień, kręcąc głową w prawo-w lewo-w prawo, wodząc za wzrokiem karabinem, mechanicznie, jak dzieci,
przyuczone, jak należy przechodzić przez ulicę, i one kręcą grzecznie
głową, choć wcale nie patrzą na nadjeżdżające samochody i trzeba je
ciągle kontrolować. Patrzymy na żołnierzy, dzieci patrzą na pieska,
piesek na swoich panów, cieszy się i obszczekuje, jak to piesek. Wie,
że gdy spacer i zabawa się skończą, wrócą do bazy i dostanie kolejną
porcję psiej puszki.
Pojechałam do Afganistanu, żeby zobaczyć, jak wygląda Kabul.
Moje oczy były wypełnione medialnymi ikonami wojny: kurz, trupy
bez głowy, żywi bez nóg, zasieki, czołgi, strach pomyśleć, ludojady.
A jak Kabul wygląda? Czym pachnie? Usłyszę nocą bulbul, czyli słowika?
Jak brzmi rubab na wysokościach? Czy wciąż z wioski do wioski wędrują
poeci? Usłyszę wędrownych pieśniarzy? Spotkam kalandarów?
A mieszkańcy Kabulu? Płaczą? Śmieją się? W ilu językach śnią? I o czym?
Jak grzeją zimą domy? Czego się najbardziej boją?
Ikony zła stają się alibi wojny i właśnie dlatego są fabrykowane z takim
zapałem. Sztuczka polega na tym, by wypełnić obrazami grozy pierwsze
strony gazet, by przestraszyć, zapędzić w zastawione sidła. Gdy z obrazu
fot. Monika Bułaj
PRZESTRZENIE TEATRU / AFGANISTAN JEST TEATREM
fot. Monika Bułaj
52
znika człowiek, jego miasto można bombardować – jak Sarajewo, Grozny,
Vukovar. A migające na ekranie cienie, jak w przypowieści Platona
o jaskini, są jedyną wersją rzeczywistości. Są ludzie pierwszej i drugiej
kategorii, jak wagony kolejowe, i ci jeszcze mniej ludzie, ze stemplem
„efekty uboczne”, odpadki bez rąk i nóg, a jeśli już w całości, to bez
twarzy, niczym sylwetki z obrazów Magritte’a.
Ryzyko oszustwa tkwi w samej naturze mediów i inżynier ben Laden
był ich tworem i demiurgiem. Bez sinego oka telewizji i szelestu gazet
znikłby jak duszek z obłoku pary po zgaśnięciu lampy Aladyna. I może
dlatego inżynier lądowy ben Laden skupił się na tym, co jest najbardziej
widzialne. Najlepiej, by znajdowało się wysoko, by wszyscy dojrzeli i na
pewno zrobili zdjęcie ludziom spadającym z wieżowców jak ptaki, zło
niewidzialne to zmarnowana okazja.
Jazda wyboistą drogą w stronę Baghlanu. Na dziurze głębokiej jak
lej po wybuchu samochód szarpie i inżynier Muhiddin z Duszanbe, na
wszelki wypadek mój mąż, wyrywa się z drzemki. Przestaję dumać o inżynierze z Rijadu, korzystam z okazji, by zapytać go o różnice między
Tadżykami Tadżykistanu i Afganistanu.
– Mamy inne kody zachowań – mówi. – My idziemy miękko, powoli,
z rękami w kieszeni, zakolami, wydłużając drogę, a oni biegną najkrótszą
drogą do celu.
– A mimika?
– Od razu widać, co nam chodzi po głowie, jesteśmy jak szkło, jak i ty.
Każdy ma własną twarz, rozpoznają nas w mig, trudno się z nią ukryć. Drażnimy ich, mówią, że jesteśmy rozmemłani. Ich spojrzenie jest uważne, czujne,
niczym drapieżnych ptaków. Noszą twarze jak maski i nic nie wyrażają.
Nieźle mimuje, ale nie mogę go fotografować, bo jestem w burce.
– A język?
– Ten sam, ale jedyne, co nas łączy, to poeci, przede wszystkim Hafiz.
Przesadzamy z samogłoskami, zyskujemy na czasie, by oddychać głęboko
i włożyć duszę w słowa – rozmawiamy po rosyjsku, więc dusza zabrzmiała
przekonywająco.
– A mowa?
– Muszą powiedzieć wszystko i od razu. Mówią szorstko, po chłopsku.
A poza tym my jesteśmy prawdziwymi Persami, a ich kultura jest hinduska!
teatr • 2/2016
Samochód podskakuje na koleinach, Muhiddin analizuje język ciała
i kody kultur, a tymczasem zza wzgórza ukazuje się talibski check point:
ani się ukryć, ani zawrócić, więc stajemy. Podchodzi wysoki, chudy talib
z bronią na ramieniu i w czarnym turbanie. Zabiedzony wiejski
proboszcz w czas postu. Prosi o datki na meczet jak ksiądz na kolędzie,
z kałasznikowem w miejsce parasola. Polak Michał i Tadżyk zza rzeki
Oksus, który trwoni samogłoski (a na okazję ojciec moich dzieci, których
imion doszczętnie zapomniałam), rzucają się do wywracania kieszeni
i ofiarowują datek hojnie, z pobożnym zapałem, na wyścigi.
Talibowie zakazywali magii, ale uwierzyli wędrownemu kaznodziei
bez plemiennego pedigree, statusu teologa i pozycji społecznej, gdy ten
przywdział szatę Proroka. Błogosławiony płaszcz, który król Afganistanu wystawiał na widok publiczny w czasach kryzysu. Wystarczyło, by
musnął ziemię, a już wznoszono na tym miejscu meczet. Biznes relikwii
fabrykuje kilka świętych głów Jana Chrzciciela i kalifa Alego, kilka
płaszczy Mahometa, mnożą się włosy z brody Proroka i gwoździe Pasji,
wrażliwość muzułmańska i chrześcijańska w tej kwestii jest zgodna:
chrześcijanie mieli swój Konstantynopol, muzułmanie mają swoją
Karbalę. Muhammad Umar, jednooki mułła z Kandaharu, ubrany
w świętą tkaninę stał się „emirem wiernych”. A potem uciekł przed
największą armią świata na motorze, jakby to była hedżra.
Zobaczyłam raz mułłę Umara, a może nie zobaczyłam: prawdą jest
to, w co ludzie wierzą. Zdarzyło się to pod Fajzabadem: nieznajomy
izmaelita pokazał mi komórkę z filmem wideo, na którym – twierdził –
występował mułła Umar. Na filmie siwy brodacz z dostojnym brzuchem
pląsał z widoczną rewerencją przed niewidocznym dostojnikiem. Czasem
mignęła sylwetka siedzącego, turban, plecy, broda. Potem tancerz dyskretnie, jak nieśmiała kucharka, schwycił poły długiej koszuli, służebnie
dygnął przed siedzącym i uciekł na palcach w burzy oklasków, śmiechów
i pochwał. W tle sceny magnetofon skrzeczał kobiecym, frywolnym
sopranem, odsłaniając na chwilę linię cienia, gdzie czułość spotyka
zgrozę. Izmaelici wpatrywali się na przemian z lękiem i z uśmieszkiem
w ten cud techniki, w ten niezgrabny taniec, stop-klatkę cudzej, złowrogiej intymności.
Zmiana sceny. Kabul, orkiestra wojaków wyrwidębów, muzyka na
żywo tym razem, do marszu i wesoła, trochę fałszująca, nie szkodzi,
czytaj dalej
54
liczy się dobra wola. Twarze harde, zapisane wojną. Muzycy z krwi
i kości, dłonie jak łopaty, nieugięci partyzanci, żadni z nich debiutanci,
widać, że chłopy przez lata ładowały moździerze. Czule obejmują instrumenty, jakby bali się, że pękną w tym uścisku, a maleńka sala prób
wojskowej orkiestry sprawia wrażenie, że ich nie pomieści. Nie pasują
do zamkniętej przestrzeni, do tych krzeseł, tablicy, nut i szkolnej kredy.
Wprowadza mnie na tę próbę orkiestry bard Charabatu ustad Kahim
Bahsh. Gości pieśniami o miłości i jak miód słodkimi pomarańczami.
W cieniu platanu opowiada mi, jak z kompanami wysadzają muzyczny
desant z helikoptera pod ostrzałem w prowincji Helmandu: pięć gwiazd
z muzycznego firmamentu Kabulu – podkręcone zawadiacko wąsy, siwe
włosy pod świeżą henną, ostra woda kolońska, wyszukana elegancja lat
siedemdziesiątych – skacze z dziesięciu metrów z delikatnym rubabem,
parą pękatych tabli i mało poręcznym harmonium, w tumanie kurzu
i zgiełku śmigieł, na kolanach podgryzionych artrozą, by dodać otuchy
walczącym z talibami afgańskim żołnierzom, niczym boska Marlena
Dietrich wśród aliantów w Afryce.
Podczas pierwszego pobytu w Kabulu gościłam w siedzibie włoskiej
kooperacji. Musiałam nauczyć się, jak wyjść piechotą na miasto, po prostu
przejść przez podwójną żelazną bramę, ku zdumieniu afgańskich strażników. Wokół labirynt murów, w których łatwo się zgubić, bo wszystko
jest jednakowe, na niczym oprzeć wzroku. Tu spotkałam Iksa, który
jak galernik wykreślał dni do powrotu, marząc o burdelach Dubaju
i wsłuchując się na balkonie w głosy z ciemności, za to Igrek posypywał ziemią
piasek w workach przeciwwybuchowych, sadził pelargonie i z wrodzonym
neapolitańczykom temperamentem próbował nadać tej więziennej scenerii
aspekt ludzki, a czasem się upijał, by zapomnieć. Jedyne miejsce w Kabulu,
gdzie czułam fizyczność strachu, jego zapach; lęk, który puchnie, bo nie
widać, co wokół. Green zone, dawniej rezydencjalna dzielnica stolicy,
gniazdo szpiegów, gdzie spotykała się inteligencja wędrującej Europy
i oświeceni archeologowie, dziś getto żołnierzy, contractors, biurokratów,
dziennikarzy embedded, kooperantów, dyplomatów i peace-keeperów
poruszających się w świecie skrótów, i operujących niezrozumiałą dla
niewtajemniczonych nowomową, którym według kontraktu nie wolno
wychodzić za mury, pod groźbą wypowiedzenia pracy. Żyją w wirtualu,
a miasto miga im czasem z ekranów satelity albo zza szyby pancernych
samochodów bez rejestracji, gdy pędzą do restauracji, sauny albo na party
w ambasadzie, hojnie wynagrodzeni za wątpliwy przywilej samotności.
Czasem jakiś życzliwy Cyceron oprowadzał mnie: o tu, popatrz, mówił, jest
ambasada francuska, tu zaś hinduska, a tu pałac taki, siaki i owaki, tu
ogrody, tu fantastyczny basen, a ja, jak mieszkańcy Kabulu, widziałam
tylko mury i musiałam wierzyć mu na słowo. Widziałam green, które jest
szare, mury, które się przesuwają, mury rosnące, mury idące, nowotworowe przerzuty murów, które się odradzają w oczach. Pewnego razu
w getcie green zone spotkałam latynoskiego lowelasa, 160 cm, mięśnie
spuchnięte od hormonów i stołek agenta security, który na głos, bym na
pewno usłyszała, w obecności dyplomatów, dziennikarzy i inżynierów,
wygłosił do sąsiada życzenie: „znajdź mi Afgankę, byleby była wysoka
i nie zawracała dupy”. Innego razu wybrałam się na party do pewnej
ambasady, z ciekawości i głodu, ale na widok przejrzałych Pippi z rewolwerami na udach, kręcenia biodrami w szortach w rytmie disco polo na
cały regulator, rzeki alkoholu, zmieszanych afgańskich gości, ciekawość
uległa poczuciu wstydu i po chwili dałam nogę, gubiąc się w zaułkach,
a po powrocie do Afganistanu zmieniłam dzielnicę. Poczucie, że Kabul
teatr • 2/2016
reportaż Moniki Bułaj
PRZESTRZENIE TEATRU / AFGANISTAN JEST TEATREM
oddycha cementem, dusi się piaskiem z worków, knebluje drutami kolczastymi, które jak macki ośmiornicy je obejmuje, a ono puchnie jak
rana. Miasto zmęczone. „Jego cierpieniem wszyscy się znudzili, a nawet
on sam” – napisał raz Kafka o Prometeuszu, ale czasem myślę, że
pasuje też do Kabulu. Może miasto zniknie, gdy świat przestanie się
nań patrzeć.
Koniec kwietnia 2009 roku, Święto Mudżahedina, ostatni dzień
pierwszej podróży. Kabul zabarykadowany, godzina policyjna, żadnych
obchodów na placach, Karzaj nie chce więcej ofiar.
– Nie wolno wychodzić na miasto – proszą w kooperacji – poczekaj.
Niebo zbłękitniało bez kurzu i spalin; pojawiły się latawce, a miasto
śpi, choć południe. Oddycha płytko. Jak łatwo wyczuć jego energię,
choćby zza muru. Chodzę pod bramą tam i z powrotem, jak w klatce,
wspominając niedawną wycieczkę do kabulskiego zoo, gdzie zobaczyłam
sus scrofa domestica, czyli różową świnkę i ledwo żywego, ślepego lwa
– gwiazdę reportaży o bombardowanym Kabulu, budzącą głębokie
współczucie wzruszonych obrońców zwierząt z Zachodu. Widziałam
tam też grupę mężczyzn z Dżalalabadu, zahipnotyzowanych wściekłą
walką wyłysiałych wilków. Nie byłam pewna, kto na kogo patrzy i kto
znajduje się w klatce.
Przed bramą kooperacji strażnik sunie na wrotkach. Nazywa się
Gulrahim, nie potrafi jeździć do tyłu ani przeplatanką, więc zamieniamy się
butami i go uczę. Łapie w mig i w ten sposób dowiaduję się, że strażnik
Gulrahim jest akrobatą i czarnym pasem chińskich walk wschodnich.
Uczy cyrku dzieci ulicy, które żebrzą na ulicach Kabulu, wdmuchując
do okien samochodów kłęby dymu z palonej żywicy wraz z błogosławieństwem i prośbą o dolara. Odwiedziłam go w jego sali gimnastycznej
– piwnicy pełnej szczurów, pod niskim sufitem. Podziwiałam małych
akrobatów. W miejsce materaca opona ciężarówki, gdy się w nią wpada
po szyję, nie sposób się wygrzebać, maestro Gulrahim prosi o ciszę,
żadnych śmiechów, ma być dyscyplina.
Idę wzdłuż wysokiego muru do rogu Nun Waji, skąd codziennie
ruszam autostopem w miasto, pobierając od kierowców lekcję dari,
wysłuchując plotek z bazaru i rodzinnych opowieści. Ale dziś jest Święto
Mudżahedinów i na rogu Nun Waji jest głucho. Wysoki mur i tyle, ulica
nie pachnie chlebem i nie ma żywego ducha. Idę na spotkanie z Basirem
Seeratem, który ma buty z czubkiem jak wenecka gondola, w których
wcale nie wygląda na fotografa. Basir został porwany, gdy z kolegą
kręcili film dokumentalny o Nuristanie.
Siedzieli w talibskiej ciupie dostatecznie długo, by zacząć puchnąć
z głodu. Udało im się podsłuchać, że państwo nie zapłaci za nich okupu
i dlatego („niestety” – westchnął talib, który zdążył ich polubić) następnego
dnia zostaną zabici. Uciekli natychmiast, nocą, kanałem z lodowatą
wodą po szyję w stronę gór, wiedząc, że pościg ruszy w dolinę. Każdy
góral wie, że w górach, w takich warunkach, w takim stanie, nikt nie ma
szans na przeżycie. Pościg ruszył w mig i słuchali pod wodą tupotu nóg
i strzałów tuż nad głową. Dziesięć dni jedli korzonki, szli, byle się nie
zatrzymać, nie przysiąść, i przeżyli. Gdy odważyli się zejść do wioski,
pierwszy spotkany gospodarz wepchnął ich do domu, nakarmił jogurtem,
ubrał, owinął w koce, i przez całą noc chodził wokół obejścia z kijem.
O świcie, gdy sąsiedzi spali, wyniósł ich na rękach do samochodu, bo
nie mogli stanąć na nogach, przykrył i wywiózł w bezpieczne miejsce.
Basir opowiada mi o tym z uśmiechem, z jakim się wspomina wakacje
autor / Monika Bułaj
tytuł / Nur. Zapiski afgańskie
wydawca / „Kontynenty”
książka ukaże się wiosną 2016
na Malediwach, tylko od czasu do czasu otrzepuje kurz z mokasynów
zbytnio ślizgających się na wzgórzach Czindawolu, wertykalnej dzielnicy
hazarów.
Wspinamy się od domu do domu, odwiedzając przyjaciół Basira.
Rambo Said Sheir dociera do nas biegiem i bez zadyszki. Właśnie podziwiamy panoramę miasta z dachu domu, który mieszkającym powyżej
służy za podwórko.
– I hate the occidental journalists – mówi bez ceremonii Said Sheir,
odpinając guziki marynarki – potrafią tylko kłamać.
Nie sposób wytłumaczyć, że chcę zobaczyć, zrozumieć. Nie słucha.
A przecież rytuał pozdrowień zmiękcza, nie można się złościć, gdy
ktoś mówi do ciebie: niech Allah zachowa cię w zdrowiu, obyś nigdy
nie ustał. Można potem, ale zawsze zyskuje się na czasie. A gdy ktoś nie
wygłosi formuły, na przykład patrol na drodze, z gruntu stawia się
w pozycji siły, strachu lub gniewu. Zdarzyło mi się raz w Mazarze w święto
Nowruz, że pierwszy rząd idących wąską uliczką mężczyzn upadł na
mnie. Wściekłe oczy uzbrojonego po zęby policjanta. Nagle mnie dojrzał,
gdy leżę wraz z innymi. Wyłuskał mnie z tłumu i znów pałował.
– Bo mają pałę. Pałują ot tak, bo tłum stoi. Potem ten tłum się rozchodzi, jakby nigdy nic – tłumaczył mi potem cierpliwie Michał.
„W kraju, gdzie prawo jest opcją, zwyczajnym pozorem siły wygrywa
się połowę dziennej batalii” – pisał Robert Byron w 1937 roku. Wszystko
jest teatrem, „nawet błysk oka jest recytacją”. „Gniew to największy
wróg człowieka” – powiadał z kolei Prorok Mahomet, „i mieszka na
wysokości siódmego żebra” – cytowała Proroka Annemaria Schimmel,
protestantka z wyznania, a islamistka z profesji, której z wdzięczności
za dokonania naukowe poświęcono ulicę w Islamabadzie. (Mikroskopijne zbiory mistycznych maksym muzułmańskich pani Profesor to
teatr • 2/2016
55
przewodnik dobrych manier, inspirowanych gnomicznymi sentencjami
Greków).
Ale Said Sheir nie pozdrawia, ignoruje muzułmański savoir-vivre.
Pod białą marynarką widzę dwa pistolety i jeden granat wsunięte za
kamizelkę-pas oraz podszewki wypełnione nabojami; z tym całym
arsenałem to wypisz, wymaluj król Bacza-je Saghao z archiwalnych
zdjęć w sepii. Bicepsy i mięśnie piersiowe extra large. I te szelki. Białe
w różowe kropki. Hamuję się, by nie parsknąć śmiechem. Nie jestem
sama. Basir blednie, a ja jestem za niego odpowiedzialna. Na wszelki
wypadek wlepiam wzrok w ziemię i widzę, że Said Sheir nosi śnieżnobiałe adidasy.
– Ładne – mówię – idealne na walki wschodnie.
Kumbu: pozycja strzelca, trzeba mocno oprzeć piętę. Mambu: biodra
nisko, spojrzenie proste, pośladki zwarte, pozycja jeźdźca. Kop z piruetem. Pokazuję. Basir patrzy na mnie podejrzliwie.
– I’m the champion of tao chen kuan – to jego głos.
Głos Said Sheira.
Alleluja!
– As-salam aleikum, pokój z tobą, Khub asti, Mandah na-bashi,
Zindah bashi, dobrze się czujesz, obyś nigdy nie ustał, obyś długo żył.
– Interpol. I’m the secret agent. My name is Said Sheir.
– I’m the polish photographer from Italy and I practise wu shu, do
you like wu shu, Said Sheir jan?
– Welcome in Chindawool! Hoshamadit. Witaj.
Następują skoki, uderzenia, wyskoki, kopy, przysiady, podskoki,
w ciemniejące niebo Kabulu, w gwiazdy, w słabe światła wzgórz.
Basir śmieje się. Dachy wypełniają się rodzinami. Byleby wytrzymały,
modlę się, byleby nikt nie spadł. Dachy Kabulu kruszą się jak mazurek.
Dzieci na nie wchodzą, by puszczać latawce, i spadają, łamią kręgosłup.
Najwięcej do szpitala przywożą w piątek, muzułmańską niedzielę,
opowiadali mi lekarze Emergency.
Dzień kończy się nadmierną ilością filiżanek herbaty w maleńkim
domu rambo pełnym albumów fotograficznych: Said Sheir młodszy
o dziesięć lat z kałasznikowem i brodą proroka. Said Sheir champion
cegieł rozwalonych jednym uderzeniem pięści. Said Sheir w locie nad
szeregiem przykucniętych żołnierzy. Said Sheir z medalami i pucharami.
Said Sheir na ziemi, a na jego brzuchu leży deska, po której właśnie jedzie
łazik. Said Sheir w salto mortale pomiędzy filarami żołnierzy. Said
Sheir w mundurze przed prezydentem Karzajem. I ostatnie pamiątkowe
zdjęcie, Said Sheir na dachu swojego domu w białej marynarce, tym
razem mojego autorstwa, Khoda Hafez Monika jan, niech Pan Bóg ma
cię w opiece, poczekaj, zadzwonię po specjalną taksówkę, bo w Kabulu
nie można ufać nikomu.
Fragment książki Moniki Bułaj Nur. Zapiski afgańskie.
Bibliografia:
S. Aleksievič, Ragazzi di zinco (2003); J. Baily, Music of Afghanistan. Professional musicians in the city
of Herat 1973–77 (1988); M. Barry, Figurative Art in Medieval Islam and the Riddle of Bihzâd of Herât
(1465–1535), (2004); M. Bashô, L’angusto sentiero del Nord (2009); A. Bausani, Il „pazzo sacro” nell’Islam
(2000); N. Bouvier, La polvere del mondo (2011); R.F. Burton, L’Oriente islamico (2005); R. Byron,
La via per l’Oxiana (2000); E. Cagnacci, E. Caspani, Afghanistan crocevia dell’Asia (1951); G.C. Castelli
Gattinara, I nomadi Kuci dell’Afghanistan (1970); B. Chatwin, Che ci faccio qui? (2004); H. Corbin, Corpo
spirituale e Terra celeste (1986); M. Le Bris, Dizionario amoroso degli esploratori (2011); P. Levi, Il giardino
luminoso del re angelo. Un viaggio in Afghanistan con Bruce Chatwin (2003); E. Maillart, La via crudele.
Due donne in viaggio dall’Europa a Kabul (2005); F. Maraini, Paropàmiso (1997); A. Rashid, Caos Asia
(2008); H.L. Sakata, Music in the Mind. The Concepts of Music and Musician in Afghanistan (2002);
A. Schimmel, Sufismo, a cura di Roberto Tottoli (2001); R. Stewart, In Afghanistan (2004); T. Terzani,
Lettere contro la guerra (2002).

Podobne dokumenty