publikacja - ODKRYĆ nieODKRYTE

Komentarze

Transkrypt

publikacja - ODKRYĆ nieODKRYTE
Inicjatywa młodzieżowa
realizowana w ramach
akcji 1.2 Programu
„Młodzież w działaniu”
Organizator projektu:
„UNESCO Friends for Change” www.unesco-friends.webnode.com
Koordynacja:
Adriana Ciupka
Inicjatorzy:
Anna Urbańska, Maciej Pułka, Paulina Kalina, Natasza Korneluk, Anna
Polachowska
Specjalne podziękowania: Piotr Dobrosz, Dominika Waligórska, Angelika
Zajdler, Paulina Marek, Jakub Kaźmierczak, Angelika Babiczew, Katarzyna
Tyrała, Agnieszka Wrzesińska, Weronika Kowalska, Agata Kluczberg, Alicja
Cieplik, Paweł Krawiec, Magdalena Rowińska, Klaudia Wiśniewska, Paula
Kosińska, Martyna Pawlik, Oliwia Łacina oraz wszystkich, którzy w
jakikolwiek sposób mieli swój wkład w projekt.
Copyright © Centrum Inicjatyw UNESCO, Wrocław 2013
Druk Studio Reklam „KAW” Marek Ciupka
Publikacja dostępna w wersji drukowanej oraz elektronicznej na stornie:
www.unesco-friends.webnode.com oraz www.unescocentre.pl
Projekt realizowany przy wsparciu Komisji Europejskiej w
ramach programu „Młodzież w Działaniu”
Ta publikacja odzwierciedla jedynie stanowisko jej autorów, a Komisja nie
ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania zawartych w niej
informacji.
Co?
Trzymasz w ręku publikację podsumowującą projekt „ODKRYĆ
nieODKRYTE”. Długofalowego działania edukacyjnego, kiedy to młodzi
ludzie poznawali metodę historii mówione oraz odkrywali zapomniane
i ciekawe historie Dolnego Śląska.
Dlaczego?
Projekt ten powstał z myślą o młodych humanistach, którzy bardzo często
swoje pasje rozwijają siedząc nad książkami. My natomiast chcieliśmy im
pokazać, że historia to nie tylko podręczniki i suche fakty, historia to przede
wszystkim przeszłość ludzi, którzy tą historię tworzyli.
Dla kogo?
Projekt ten skierowany był do młodych ludzi, uczniów dolnośląskich szkół,
którym bliski i nieobojętny jest temat historii oraz zagadnień społecznych.
Przez kogo?
Organizatorami projektu byli członkowie klubu UNESCO „UNESCO Friends
for Change”, którzy zainspirowani innymi projektami postanowili włączyć
kolejnych młodych ludzi do poszukiwania i odkrywania zapomnianych
historii regionu.
Co znajdziesz w publikacji?
Publikacja ta zawiera wywiady prowadzone przez uczestników projektu,
opis projektu, podsumowanie projektu z perspektywy uczestników oraz
grupy inicjatywnej. Uczestnicy sami dobierali bohaterów swoich wywiadów.
Wywiady te głównie skupiają się na historiach ciekawych osób lub osób
którzy mają szczególne osiągnięcia w regionie.
Projekt „ODKRYĆ nieODKRYTE” był inicjatywą młodzieżową, która miała na
celu zachęcić młodych licealistów do poszerzania swojej wiedzy z zakresu
historii,
kultury,
dialogu
międzykulturowego,
dialogu
międzypokoleniowego, zarządzenia projektem, stereotypów, podstaw
dziennikarstwa i komunikacji. Jednym z jego głównych celów było
mobilizowanie młodych ludzi do aktywnego uczestnictwa w życiu
społecznym i kulturowym w swoim środowisku lokalnym. Głównym
zadaniem każdego uczestnika było przeprowadzenie wywiadów ze
świadkiem historii- osobą, której historią jest godna uwagi i
rozpowszechnienia.
Projekt „ODKRYĆ nieODKRYTE” był projektem długoterminowym,
trwającym od czerwca do października 2013 roku. Kierowany było do
osiemnastu uczniów z dolnośląskich liceów, którzy wzięli udział w
warsztatach dot. wyżej wymienionej tematyki, a następnie przeprowadzali
wywiady ze swoimi świadkami.
Cele projektu:
- zaangażowanie młodych ludzi do odkrywania historii ich regionu;
- odkrycie historii ciekawych osób w naszym regionie oraz przeprowadzenie
wywiadów z tymi osobami;
- nawiązanie dialogu międzypokoleniowego;
- stworzenie strony internetowej projektu, na której to zamieszczone
zostaną wywiady przeprowadzone przez uczestników.
Spotkanie warsztatowe w Janowicach Wielkich w dniach
9-13 września 2013 roku
Pierwsze spotkanie projektowe grupy inicjatywnej i uczestników odbyło się
w dniach 9-13 września 2013 roku w Janowicach Wielkich- malowniczej
wiosce położonej w Górach Kaczawskich na Dolnym Śląsku.
Spotkanie rozpoczęliśmy od poznania siebie oraz integracji. Cały pierwszy
dzień spędziliśmy na odkrywaniu samych siebie, dowiadywaniu się nowych
rzeczy o sobie, a także na wprowadzeniu do projektu- zapoznaniu
uczestników z harmonogramem, celami, ideą i efektami projektu.
Wieczorem na uczestników czekał wieczór niespodzianka, podczas którego
to został zorganizowany im wieczorek inscenizacji teatralnej.
Drugi dzień spędziliśmy na
warsztatach o tożsamości,
stereotypach. Po południu
uczestnicy mieli możliwość po
raz pierwszy wcielić się w rolę
dziennikarza,
jednocześnie
przygotowywaliśmy się na
spotkanie z gośćmi.
Wieczorem odwiedzili nas seniorzy z
Janowic Wielkich- Pan Władysław,
Pani Ania oraz Pani Wiesia. W
przygotowanej przestrzeni „małej
Żywej Biblioteki” uczestnicy w
małych grupach mieli możliwość
porozmawiania z każdym z gośćmi.
Na zakończenie czekała nas niespodzianka przygotowana przez
seniorów, którzy to zaśpiewali dla nas kilka piosenek, z repertuaru
zespołu „Różanka”, do którego należą.
Trzeci dzień odbywał się pod hasłem historii. Najpierw pracowaliśmy nad
historią naszych gości, przygotowując inscenizacje teatralne prezentujące
ich historie.
Następnie opracowywaliśmy polską historyczną oś czasu, która była tylko
wstępem do rozmowy o naszych
własnych historiach i historiach naszych
przodków.
Tego dnia odbył się również historyczny
pokaz mody. Uczestnicy podzieleni na
małe zespoły mieli za zadanie
zaprojektować i stworzyć stroje z
wylosowanej przez grupę epoki
historycznej.
Kolejny, już przedostatni dzień spędzany w Janowicach Wielkich
poświęcony był na pracę nad historią Sprawiedliwych Wśród Narodów
Świata. Pierwszy warsztat poświęcony był na dyskusję nt. Ireny SendlerPolki, która w czasie wojny ratowała Żydowskie dzieci. Następnie
poznaliśmy historię Sławy i Izydora Wołosiańskich- kolejnych osób, które
narażając własne życie ratowały dzieci Żydów. Wykorzystując scenariusze
z publikacji „Obojętność Boli” odtwarzaliśmy historię ich życia.
Piąty dzień upłynął nam na planowaniu naszych wywiadów. Każdy miał
możliwość zastanowić się nad profilem bohatera swojego wywiadu. Był to
także czas, kiedy mogliśmy po raz ostatni w dużym gronie zadać nurtujące
pytania, mogliśmy również rozwiać wszelkie wątpliwości związane z
czekającym nas zadaniem. Był to dzień intensywny, ale także dość smutny,
ponieważ czas ewaluacji nie był dla nas łatwy. Zdaliśmy sobie sprawę, że już
niebawem każdy z nas wyjedzie z Janowic Wielkich i stanie twarzą w twarz
z czekającym go zadaniem…
Spotkanie ewaluacyjne projektu
Pod koniec października wreszcie przyszedł czas na nasze drugie spotkanie.
Spotkaliśmy się na dwa dni we Wrocławiu.
Czas spędzony znowu razem był czasem bardzo ciekawym. Mogliśmy
poznać wywiady naszych koleżanek i kolegów, zaplanować wygląd
publikacji, podzielić się swoimi problemami, które spotkaliśmy na swojej
drodze (na szczęście nie było ich dużo). Był to również czas, kiedy znowu
w dużej grupie zastanawialiśmy się nad tym, w jaki sposób możemy
kontynuować pracę w tej grupie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już
w czasie spotkania ewaluacyjnego wpadliśmy na trzy pomysły kolejnych
projektówmoże
któryś z nich uda nam
się zrealizować?
Wywiady
W poniższej części naszej publikacji chcemy
zaprezentować Państwu wywiady wypracowane
przez uczestników projektu. W miesiąca czasu
przeprowadzili oni wywiady z ludźmi, których
historia wg nich jest godna opowiedzenia, godna
zapamiętania, a przede wszystkim godna
spisania i opublikowania, tak aby dotarła ona do
jak najszerszego grona odbiorców.
Wywiad Agady Kluczberg przeprowadzony z Edytą Radzimską-Kata,
instruktorką i choreografką, działającą w Młodzieżowym Centrum
Kultury w Legnicy.
Od dziesięciu lat Pani Edyta prowadzi grupę taneczną „Flesz” oraz zajmuję
się grupą teatralną „Dar”. Jej choreografie są bardzo cenione w środowisku
artystycznym. A jej charyzma i otwartość na młodzież przyciąga nie tylko
uczniów Pani Edyty, ale również osoby z zewnątrz.
Jak zaczęła się Pani przygoda z tańcem?
„Moja przygoda z tańcem zaczęła się dopiero w wieku czternastu, piętnastu
lat. Wcześniej długo próbowałam różnych rzeczy, szukałam swojej drogi
dzięki której moje życie nabrałoby sensu.”
Skąd wziął się pomysł, żeby zacząć tańczyć?
„Mieszkając w małej miejscowości, nie miałam zbyt dużego wyboru, co do
spędzania wolnego czasu. Pozostawało mi jedynie, korzystanie z ofert jakie
proponował Gminny Ośrodek Kultury.
W momencie przeprowadzenia się do większego miasta, jakim był Jawor,
otworzyły się przede mną nowe perspektywy. Pewnego dnia, kiedy w
mieście odbywał się turniej tańca, podczas jednego z pokazów
zaprezentował się zespół taneczny, który od razu zafascynował. To było to,
wtedy już wiedziałam, że chcę robić to co oni…chcę tańczyć!
Jaka to było formacja, czy łatwo było się do niej dostać?
„To był „Supermix”. Dostanie się do tej grupy nie było łatwe. Nie pomagał
mi też fakt, że miałam już piętnaście lat. Lecz moje wcześniejsze
poszukiwania i doświadczenia z akrobatyką, pomogły mi na castingu, gdyż
moje ciało było dość dobrze wysportowane. Kiedy dostałam się do zespołu,
poczułam że nareszcie czuję się jak ryba w wodzie”.
Jakie znaczenie ma taniec w Pani życiu?
„Taniec pozwala mi wyrazić siebie. Na parkiecie czuję się wolna i wszystkie
problemy, przestają istnieć”.
Skąd pomysł na zaangażowanie się nie tylko w tańcu, ale również w
teatrze?
„Pomysł na teatr, przyszedł w krytycznym momencie mojej kariery
tanecznej.
Byłam
po
pierwszej
poważnej
kontuzji
kolana,
co
dyskwalifikowało mnie z dalszego rozwoju w tańcu. Ciężkie godziny mojej
pracy, kończyły się odnawianą kontuzją i strasznym bólem. Na tamten czas
nie mogłam dłużej tańczyć. Wtedy powstał pomysł, aby połączyć moją pasję
taneczną z teatrem. Już w szkole podstawowej, a nawet od przedszkola
brałam udział w licznych przedstawieniach teatralnych. To też była niezła
zabawa:) Dlatego do dziś w moich choreografiach tanecznych widać wiele
elementów teatralnych”.
Czy praca z młodzieżą daje Pani satysfakcję?
„Oczywiście, praca z moimi podopiecznymi, jest dla mnie bardzo ważna.
Niektóre
z dziewcząt są ze mną od początku powstania zespołu,
mam więc dość duży wkład w ich wychowanie, kształtowanie charakteru,
rozbudzanie pasji do tańca. Poza tańcem starałam się przekazywać wartości,
które są uniwersalne i niezwykle cenne w moim życiu, pozwalające stawać
się lepszym człowiekiem”.
Jak bliscy reagują na Pani pasję do tańca?
„Mój tato zawsze mówił: „Zostaw ten taniec, chleba z niego mieć nie
będziesz”. Jednak okazało się po latach, dzięki Bogu, że mam chleb z tańca i
robię to co kocham. Mój tata nigdy mnie otwarcie nie wspierał, w tańcu i
moich innych pasjach, jednak wiem że cieszyły go moje sukcesy i był ze
mnie dumny. Moja siostra i brat, również byli dumni ze swej „sławnej”
siostrzyczki . Obecnie moja córka wspiera mnie we wszystkich
działaniach, również ona interesuje się teatrem i obecnie jest członkiem
grupy ``Dar`` ”.
Jak podsumowuje Pani swoje dotychczasowe osiągnięcia? Czy jest coś
co chciałaby Pani zmienić?
„Największym moim osiągnięciem jest to, że mogę robić to, co naprawdę
kocham i że potrafię zrobić to dobrze. Na dodatek mogę dzielić się tym z
innymi… to jest mój sukces. Poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy
kochają taniec i teatr tak jak ja. Dzięki tym doświadczeniom i nabytym
umiejętnością ciągle zmieniam samą siebie i cały ten bagaż doświadczeń
przekazuję następnym utalentowanym młodym ludziom.
Gdybym miała przeżyć moje życie jeszcze raz, to niczego bym nie
zmieniła.”
Dziękuję za rozmowę. Życzę wielu sukcesów tanecznych i teatralnych.
Wywiad Agnieszki Wrzesińskiej z Konradem Staszkiewiczem.
Agnieszka Wrzesińska: Konrad powiedz mi czemu
zainteresowałeś się muzyką?
Konrad Staszkiewicz: Nie mam pojęcia myślę, że muzyka
zainteresowała się mną. Nie wiem czy ktoś w ogóle wie czemu
zainteresował się muzyką, albo to się lubi albo nie, albo rozumiesz
i czujesz muzykę albo nie. lepsze wyjaśnienie nie przychodzi mi do
głowy
A.W.: Czy środowisko miało na to jakiś wpływ?
K.S.: Uff. chyba tak. gdyby mój ojczym nie przyniósł klawiszy i
gitary do domu to pewnie nigdy bym nie zaczął grać na gitarze,
chociaż wielu moich przyjaciół i kolegów grało na instrumentach i
interesowało się muzyką...czyli środowisko miało dość duży
wpływ.
A.W.: Od jak dawna śpiewasz i grasz?
K.S.: Grać zacząłem gdy miałem jakieś 13 lat, o Boże to już 6 lat xD
a śpiewać nieco później, chociaż od początku sobie coś tam
podśpiewywałem
A.W.: W ilu zespołach byłeś przed 'No to mykiem'?
K.S.: Hmm...nie wiem czy można to nazwać zespołami bo
zmieniały się tylko nazwy, ale zaczęliśmy od zespołu "Laczki",
później był "Wir", a później to już Spięcie i Myki nie licząc
gościnnych występów w innych zespołach
A.W.: Skąd pomysł na założenie zespołu? Czy to Ty byłeś
inicjatorem czy Twoi koledzy?
K.S.: Nie pamiętam. Pewnie to ja, bo ja zazwyczaj wszystko
organizuję, ale nie mogę powiedzieć na 100%. To była chyba
nasza wspólna inicjatywa A pomysł stąd, że był nam potrzebny
zespół na konkurs muzyczny, a poza tym o wiele lepiej się gra w
zespole niż samemu - takie jest moje zdanie.
A.W.: Czy ktoś z poprzednich zespołów jest w obecnym składzie
'No to myk'? Oczywiście oprócz Ciebie?
K.S.: No ze ostatniego składu Spięcia to wszyscy. Chociaż szykują
się zmiany w obecnym ale na razie nic więcej na ten temat,
proszę śledzić facebooka.
A.W.: Jak długo już razem działacie?
K.S.: W tym składzie jakieś dwa i pól roku będzie jak nie więcej.
A.W.: Czemu musieliście zmienić nazwę?
K.S.: Showbiznes dostaliśmy maila od muzyka z Krótkiego
Spięcia(zespół z lat 80) z żądaniem zmiany nazwy, ponieważ jest
jego własnością, zastrzeżoną w urzędzie patentowym. Pan chciał
wkraczać na drogę sądową, więc uznałem, że rozwiążemy
sprawę pokojowo i zmieniliśmy nazwę.
A.W.: Jakie macie osiągnięcia?
K.S.: O Matko...jakichś super osiągnięć nie mamy, dostaliśmy się
na parę dość prestiżowych festiwali, w lokalnych zdobyliśmy
jakieś miejsca. uważam, że jesteśmy jeszcze zbyt młodym i zbyt
mało dojrzałym zespołem na poważne osiągnięcia.
A.W.: Czy myślicie nad drugą płytą?
K.S.: Tak. Jak się uda i fundusze pozwolą to wiosną może
wydamy singielek, ale czas pokaże.
A.W.: Czy na poważnie myślisz, że w przyszłości mógłbyś
występować na estradzie?
K.S.: Nie ukrywam, że chciałbym. A czy myślę o tym na
poważnie to nie wiem. Jak mnie zacznie wkurzać takie życie, to
rzucam wszystko i lecę do Stanów robić karierę.
A.W.: Czy myślisz o w przyszłości o karierze solowej?
K.S.: Wolałbym występować w zespole, ale jak tak się nie uda to
będę solowo.
A.W.: Jesteś teraz na studiach czy dalej będziecie występować
czy raczej ograniczycie swoje występy?
K.S.: Jestem. Oczywiście, że będziemy. Obecna przerwa w
naszych koncertach spowodowana jest moim wypadkiem i
małym bałaganem w zespole, ale już w listopadzie gramy
pierwszy koncert po jakże długich wakacjach ;D a na scenę tak
pełną parą myślę, że wrócimy od Nowego roku najpóźniej na
wiosnę
A.W.: Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę powrotu do zdrowia
i dużej ilości sukcesów.
K.S.: Dziękuję.
Wywiad Kasi Tyrały, która przeprowadziła wywiad ze swoją mamą jedyną kobietą sokistką w formacji Straży Ochrony Kolei w Legnicy... i
prawdopodobnie na Dolnym Śląsku.
Dobrze, myślę, że możemy zacząć. Mam do Ciebie kilka pytań. Oto pierwsze
z nich:
Ile lat pracujesz jako "sokistka"?
- Jako "sokistka" pracuję już 25 lat, czyli bardzo długo. Kiedyś formacja ta
nazywała się Służba Ochrony Kolei. Obecnie Straż Ochrony Kolei, w skrócie
SOK - tak dla wyjaśnienia.
A powiedz mi, jak to się stało, że wybrałaś akurat taką pracę?
- Tak się potoczył mój los. Zaczęłam pracować w biurze w dziale Kadr.
Trwało to jakieś 2 lata. Była to moja pierwsza praca, poznałam w tym czasie
wiele zagadnień z zakresu Kadr. Potem przeniosłam siędo tak zwanego SOKu. Uważałam, że praca jako "sokistka" :)jest bardziej ciekawsza niż
przerzucanie papierków. Praca w terenie, w różnych sytuacjach,
przebywanie z ludźmi jest ciekawym zajęciem. Poza tym wywodzę się z
rodziny "kolejarskiej", więc poszłam tym "torem" i związałam się z koleją mówiąc w skrócie.
Dobra :). A nie czujesz się źle w tym zawodzie?
- Na początku troszkę, no może troszeczkę było mi dziwnie, ale z upływem
czasu zaklimatyzowałam się na dobre.
Miło to słyszeć, że dobrze czujesz się jako "sokistka", ale powiedz mi, jak to
jest być jedyną kobietą na posterunku?
- Dla mnie normalnie. Wszyscy chyba się do tego przyzwyczaili, że jestem
jedyną kobietą "tutaj". Nie mam złych odczuć, odbieram raczej pozytywne
nastawienie wszystkich panów. Mówią, że kobieta łagodzi obyczaje. Coś w
tym jest :). Pełna kultura w świecie mężczyzn, jest OK. Wyróżniana jestem w
dniu naszego święta - Dnia Kobiet. Panowie pamiętają o tym dniu, to jest
miłe.
A czy koledzy - współpracownicy nie traktują Cię inaczej ze względu na to,
że jesteś "rodzynkiem"? Nie czujesz się w pewien sposób wyróżniona, że
jako jedyna kobieta nosisz mundur?
- Czy ja wiem...
...Mam takie poczucie. Chociaż w dzisiejszych czasach pracuje wiele kobiet
w sok, czy w Policji. Noszę mundur - normalne zjawisko. Kiedyś to była
rzadkość. A że jestem jedyną kobietą - tak się złożyło. Ale przechodzę do
porządku dziennego i robić swoje. Pracuję.
Powiedz mi jeszcze jedno, co bardzo mnie zastanawia : masz w ogóle o
czym rozmawiać z samymi facetami?
- Oczywiście, że mam. Jak to ujęłaś, z "facetami" rozmawia się o wszystkim.
Różne zagadnienia poruszamy, gadamy na przykład o gotowaniu,
wymieniamy się przepisami, rozmawiamy o dzieciach, o sprzątaniu, o
filmach, przeczytanych książkach. Wymiana informacji - pełny zakres.
Poplotkować mężczyźni też lubią. Jedynie nie pogadamy o modzie - naszej
babskiej, czyli o ciuchach. Czasami zdradzają tylko co żony, dziewczyny sobie
nowego kupiły i przeżywają, ile to wydały na te cacka albo, że szafa się nie
zamyka od ich nadmiaru. Dziwni są w tej kwestii.
Dobra, to teraz z innego beczki:
Miałaś jakieś nieprzyjemne przeżycia związane ze swoim zawodem?
- Trudno mi w tej chwili powiedzieć. Nie pamiętam. Jedynie kojarzy mi się
sytuacja z... butami. Dostałam nowe buty służbowe, poszłam w teren - taka
praca. A buty spłatały mi figla. Tak obtarły, że nie mogłam wrócić do "bazy".
Leczyłam te bąble dość długo. W wojsku na te sprawy przepisywali trampki,
a u nas buty o numer większe.
W sumie to dobrze, że nie pamiętasz zbyt wielu sytuacji, które były dla
Ciebie nie miłe, znakiem tego nie było ich dużo. Założę się za to, że
pamiętasz śmieszne sytuacje. Opowiesz mi o nich?
- Owszem, wiele takich sytuacji śmiesznych było. Na przykład na początku
mojej kariery w SOK zdawałam pewien egzamin przed Szanowną Komisją.
Jak to przed egzaminem- był stres. Wchodzę do sali, melduję się zgodnie z
naszymi procedurami i salutuję do pustej głowy. Okazało się, że
zapomniałam czapki. W sumie trochę śmiechu było, niepewności też, ale
egzamin zdałam.
Pewnego dnia przyszedł starszy pan i poinformował, że ukradziono mu
rower z miejsca, gdzie zaparkował - stojak na rowery na parkingu.
Podjęliśmy czynności - przeglądanie kamer, rozpatrywanie itp. Po jakimś
czasie okazało się, że pan zapomniał się zostawił ten rower w zupełnie
innym miejscu. Trwało to jakieś 2 godziny. Uśmialiśmy się, że pan się
"zakręcił".
Innego dnia zaś pełniłam służbę w terenie na dworcu, byliśmy z kolegą na
peronach. Podróżny jak zobaczył moją skromną osobę - SOKISTKĘ - potknął
się i wywrócił z wrażenia. Miał taką minę, pełną zdziwienia, że kobieta
pracuje w takiej formacji.
Była też taka historia, że zabłądziliśmy w lesie. Naszym zadaniem było
spatrolowanie szlaku kolejowego, który umiejscowiony był w terenie
leśnym. Aby tam dojechać musieliśmy pokonać ścieżki leśne. W drodze
powrotnej zjechaliśmy nie w tą drogę leśną i kłopot. Zabłądziliśmy. Jak tu
teraz wyjechać. Telefony nie działają, brak zasięgu, GPS-u brak. Krążyliśmy
trochę, ale się udało. Wróciliśmy. A już myślałam, że nockę spędzimy w lesie.
Widzę, że było dość wiele zabawnych sytuacji, dobrze wiedzieć, że nie
nudzisz się w pracy :). Powiedz mi, czy wysportowane, gibkie ciało jest
ważne w tej pracy tak, jak na przykład w pracy policji?
- Owszem, ma duże znaczenie. Dlatego musimy dbać o swoją kondycję.
Mamo, a pracujesz z bronią? Przeszłaś jakieś szkolenie, kurs samoobrony?
- Tak, jak w każdym zakładzie pracy odbywają się kursy, szkolenia,
doskonalenie umiejętności.
A tak szczerze, jak udaje Ci się pogodzić życie rodzinne z tak intensywną,
wymagającą pracą?
- Jakoś sobie radzę. Jak byłaś mała dużo pomagały nam - rodzicom, babcie instytucja skarb. Mogliśmy na nie zawsze liczyć. Z czasem byłaś większa,
starsza i radziłaś sobie. Teraz jest już zupełnie inaczej - inny podział
obowiązków. Tylko czasami przykro mi jest, gdy muszę opuścić ważną
rodzinną uroczystość, spotkania w święta. Praca wzywa. Ale... ktoś musi
pracować, żeby ktoś mógł odpoczywać. Myślę, że ważne są też w tym
wszystkim relacje rodzinne, wzajemne uzupełnianie się. To pomaga. Nie
czuć zmęczenia. A na odpoczynek wykorzystuję urlop - pełny relaks.
Wiesz, co robisz, cieszę się :). Chciałabyś, żebym kontynuowała tradycję
rodziny - kolejarzy i poszła w ślady Twoje, babci, dziadka?
- Chciałabym. Chociaż teraz trudno jest o pracę. Może coś się zmieni w tej
materii i będziesz na przykład pracowała jako dyżurna ruchu, bo w SOK-u już
nie ma miejsca dla kobiety - jestem TYLKO JA. Oczywiście żartuję. Bardzo
byłoby miło, jakby pracowały jeszcze inne panie. Ale nie wiem, czy
chciałabyś pracować z mamą?
Oczywiście, żebym chciała, mamuś. Dziękuję Ci bardzo za poświęcenie czasu
na ten wywiad. Ugotuję Ci za to pyszny obiadek :).
Wywiad pod tytułem „Człowiek nigdy nie jest spisany na straty” został
przeprowadzony z ArturemTorbińskim przez Oliwię Łacinę.
Ja: Oczywiste jest dla mnie to Panie Arturze, że żyje Pan dla ludzi.
Chciałabym się dowiedzieć od kiedy ma Pan styczność z taką placówką
jaką jest Monar?
Pan Artur: Poradnia Monar w której pracuję kiedyś mieściła się na ulicy
Chojnowskiej. Tam na początku rozpocząłem współprace na zasadzie tzw.
Wolontariatu, społecznej pracy. Pomagałam przy organizowaniu zabawy
mikołajkowej czyli organizowaniu paczek. Razem z moimi harcerzami, bo
prowadzę drużynę harcerską, przygotowaliśmy różne formy zabawy na
popołudnie i wieczór. To miało miejsce w Izbie Dziecka. Potem na
stanowisku, jakby było można nazwać terapeuta zajęciowy. Przez cały rok
pracowałem prowadząc świetlice terapeutyczną. W miedzy czasie
zorganizowałem tam formę kafejki internetowej i to były też takie moje
doświadczenia na zasadzie prób i błędów pracy z młodzieżą, która
przychodziła tylko tam pobawić się, pograć na komputerze a ten czas
staraliśmy się dzielić również przez to, że odrywaliśmy ich od komputera, na
różnego rodzaju zainteresowania, rozmowy, gry. Podobnie jak na tych
zajęciach profilaktycznych w szkole. W tym czasie podjąłem też decyzje.
Dojrzało we mnie jako taki wybór, pracy na przyszłość z osobami
uzależnionymi. Rozpoczęcia tak zwanego szkolenia trzy letniego. Jest to
studium terapii uzależnień i pomalutku zdobywając tę wiedzę teoretyczną,
wzbogacając
ją
tutaj
doświadczeniami
pracy
w
poradni.
Praktycznie..pomalutku..ta praca w stronę certyfikatu by pracować z każdą
osobą uzależnioną, współuzależnioną, żeby pomagać rodzinie i żeby widzieć
tych ludzi którym się pomaga. Widzieć ich radość, obserwować te zmiany.
To chyba stąd to się wzięło.
Ja: Osoby przychodząc tutaj i powierzając problemy to zapewne jest dla
Pana ciężka sytuacja, bo bierze Pan odpowiedzialność i za siebie jak
również czyjeś życie. Jak się Pan czuje i ma świadomość ingerowania w
życie tej osoby i zmieniania jej na lepsze? Bo wiadomo, że większość
społeczeństwa mówi o takich ludziach w sposób negatywny, mówią o nich
„margines społeczeństwa”. Jest bardzo mało ludzi, którzy są w stanie
podać rękę i starać się pomagać nie patrząc na to co inni mówią.
Pan Artur: To prawda. Pierwsza rzecz jeżeli chodzi o to w jaki sposób
podchodzę
do
człowieczeństwa,
każdego
Ja
człowieka
najpierw
to
jestem
jest
właśnie
człowiekiem,
ten
wymiar
potem
jestem
chrześcijaninem, a dopiero na końcu terapeutą. Kiedyś wziąłem sobie do
serca słowa Prymasa Wyszyńskiego, który powiedział że można być
człowiekiem nie będąc chrześcijaninem, ale nie można być chrześcijaninem
nie będąc człowiekiem… a co dopiero być terapeutą, który staje na
wysokości tego zadania by pomóc drugiej osobie.
Ja: Tak. Trzeba otworzyć serce na innych ludzi.
Pan Artur: Jeżeli chodzi o konkretną tą pomoc, polega ona na tym, osobie
która ma właśnie ten problem czy też te problemy w terapii mogę tylko
wskazywać kierunki drogi z których on nie widzi bo mu te problemy
przysłaniają. Może się poczuwać bezsilna np. osoba uzależniona w tym,
może poczuwać się bezradna. Trzeba być cały czas gotowym by nieść tą
pomoc. Trzeba być otwartym.
Ja: Kiedy Pan odnosi zwycięstwo ,kiedy jest zadowolony ze swojej pracy?
Pan Artur: Zwycięstwo..zadowolenie..Zwycięstwo jeśli tak to można ująć i
zadowolenie to jest radość, że to cierpliwość przynosi owoce, tutaj nie ma
niczego natychmiastowego, nic nie dzieje się od razu. Czasami coś
przychodzi szybciej, czyli jest to może parę spotkań, jest wyraźna zmiana,
ktoś decyduje się na to
ze wybiera inną drogę, odrzuca tamte życie
wcześniejsze i chce się zmienić, chce być szczęśliwy i wtedy jest coś takiego
że można to odczuwać bardziej..widzimy nieraz nawet po kilku latach, że
ktoś kto tu nas odwiedzał mówił, że się naprawdę zmienił. Jego życie
wygląda zupełnie inaczej. Zaczyna żyć na trzeźwo. Zaczyna poważnie
traktować swoje życie.
Ja: Wspominał Pan wcześniej, że kieruje się cytatem odnoszącym się do
szczęścia. Poproszę o bliższe przybliżenie np. stosowanie w życiu, terapii.
Pan Artur: Mam takie dwie swoje definicje słowa radość i smutek. Radość
jest wtedy kiedy czas, który przemija wydaje owoc. Czyli czas który spędzam
z młodzieżą na spotkaniach profilaktycznych czy podczas terapii. Mówię
właśnie, że jest to czas, który wydaje owoc, np. młodzież ujmijmy to
zagrożona problemem uzależnienia po usłyszeniu czegoś, po rozmowach
które ze sobą tam stoczymy jakąś taką potyczkę, nigdy nie trafił do takiej
placówki do takiej placówki jak nasza i nie będzie w przyszłości osobami
uzależnionymi..to..to jest radość.
Ja: Uważa Pan ze każdy zasługuje na szczęście i na drugą szanse?
Pan Artur: Tak uważam, że dopóki człowiek żyje ma prawo do tego żeby
odbić się od dna, albo jak ja mówię, żeby nie dopłynąć, nie opaść na dno bo
można się po drodze utopić. Tych metafor jest wiele, ale często jest tak że
czujemy się też bezradni. Mówimy też w terapii, że można konia
doprowadzić do wodopoju, ale nikt się za tego konia nie napije. Dlatego są
te wszystkie rozmowy w kierunku różnego rodzaju przykładów po to żeby
pacjent miał możliwość spróbować i do tego najbardziej zachęcam..Ale
spróbuj! To nic nie szkodzi..a może wiele zyskać. A jak nie spróbujesz to nie
będziesz wiedzieć.
Ja: Czy z każdego dołka, bagna da się wyjść? Jeśli tak to dzięki czemu.
Silnej woli? Wiary w siebie… Boga?
Pan Artur: Wiara na pewno osobie uzależnionej może wiele pomóc. Za
wiarą idą tzw. cuda, a jak ludzie wierzą to te cuda mogą w życiu się zdarzyć
i uwolnić kogoś od uzależnienia.. niewątpliwie jest to takim cudem. Marek
Kotański kiedyś mówił, że osoba która wyjdzie z uzależnienia, poradzi sobie
z nałogiem, jest jak mistrz świata, jest olimpijczykiem! Ja nawet
niejednokrotnie podaje to za przykład.. i więcej! Mówię o Jerzym Górskim z
Legnicy, który był bardzo uzależniony od opiatów. On poprzez właśnie
terapię dokonał w sobie tej metamorfozy, że jego życie się diametralnie
odmieniło i przestawił to na bardzo zdrowy tryb życia, zaczął uprawiać
trudną dyscyplinę – triathlon. W połowie lat 90 pojechał do Australii, gdzie
zmierzył się z czołówką światową, bo były to mistrzostwa świata..I ludzi tam
zdystansował. Zdrowych ludzi, którzy nie mięli problemu jaki on pokonał.
Powiedziałbym retoryką Marka Kotańskiego, że był mistrzem świata i to
dosłownie. Podwójnym mistrzem świata! I dlatego myślę, że wiara jest
bardzo ważna. Dla mnie ona też jest ważna. Ja pokazuję pacjentowi, że ja w
niego wierzę, Cały czas trzeba podążać za pacjentem, być blisko niego tylko
oczywiście nic za niego nie załatwiać. Pomagać mu w tym wszystkim. Tylko
pomagać ale nic nie robić za niego.
Ja: Ważnym elementem jest zaufanie w stosunku do terapeuty.
Pan Artur: Zaufanie jest bardzo ważne. Mówię pacjentowi, że obowiązuje
mnie tajemnica lekarska, jak tajemnica spowiedzi. Dzisiaj żyjemy w takich
czasach, że żeby ktoś mógł sięgać po środki psychoaktywne takie jak
narkotyki czy dopalacze to musi łamać prawo. Co za tym idzie? Trzeba
rozmawiać podczas sesji terapeutycznej o tym że się okradło najbliższych,
że się uczestniczyło w napadzie, rabunku no i te rzeczy są obięte tajemnicą.
Nazywamy rzeczy po imieniu. Uczenie rozróżniania dobra od zła. Stawianie
granic. Rozróżnianie prawdy od fałszu i pokazywanie je, że można wybierać
tą prawdę, dobro, to co jest najpiękniejsze w życiu. To dlatego tak
naprawdę warto żyć, żeby być szczęśliwym i nie wracać do starego życia.
Pacjenci mają bardzo duży bagaż doświadczeń, które determinowały ich do
takich a nie innych wyborów. One się przez to doprowadzały do takich złych
stanów psychicznych, fizycznych. Często wykluczały się ze społeczeństwa. Z
najbliższego otoczenia, bo ile taka rodzina może wytrzymywać z takim
dzieckiem czy z takim mężem. Czy jest to możliwe żeby ktoś zdecydował się
na takie cierpienie? Życie w niepewności..Życie w lęku.
Ja: Są tacy ludzie którzy twardo stoją przy tej osobie i walczą o nią, bo
warto.
Pan Artur: Tutaj też np. dotykamy takiego kresu granicy terapii, ponieważ
osoba, która tutaj przychodzi nie rokuje. Ze względu na to, że jest ona słaba,
że wokół niej jest takie czy inne środowisko. Że wszędzie są te możliwościwyzwalacze. I jak tu nie pić czy nie ćpać, jak ktoś by powiedział. Dlatego w
tym momencie pracę skupiamy na tym, żeby zachęcić taką osobę. Zasiać
takie ziarno decyzyjności, żeby tą osoba chciała sama od siebie rozpocząć tą
terapię w ośrodku stacjonarnym. Gdzie przez 24h będzie w ramach tzw.
społeczności terapeutycznej funkcjonować. Poza tym całym złem.
Ja: Pan pracując tu ma bardzo dużo obowiązków, jest widoczny owoc tej
pracy, a gdzie w tym wszystkim jest Pan? Daje Pan siebie dla innych, by
zmienić kogoś ku dobremu.
Pan Artur: Gdzie ja w tym wszystkim jestem..No właśnie jestem na
właściwym miejscu. Robię to co do mnie należy. Robię to co czasami czuję
intuicyjnie. Nieraz jest tak, że człowiek ma wrażenie, że już więcej nie może,
że próbował wszystkiego, że tylko wystarczy się pomodlić..Jest często tak,
że myślę właśnie gdzie jest moje miejsce. Moje miejsce jest tu, gdzie jestem
wpisany z tą pracą. Też mam prace społeczne. Jak mi zostaje czasu wolnego
to realizowanie swojej pasji.
Ja: Piękne jest dla mnie to, że Pan się realizuje, spełnia swoje marzenia,
cele życiowe i jest szczerze szczęśliwy. Mało teraz spotyka się ludzi…
takiego człowieka, który popatrzy się w oczy i powie „tak! Jestem szczerze
szczęśliwy”. Zazwyczaj jest to złudne szczęście i zawsze czegoś żałowali.
Warto siebie dać innym, bo moim zdaniem żaden człowiek nie jest spisany
na straty.
Pan Artur: Ja czasami jestem pytany właśnie o to. Myślę, że w tamtym
pytaniu pojawia się kwestia wiary dopowiem, że ta wiara to jest ta ufność.
To jest więcej niż wiara, to pewność. Pewność, że to wybór dobra.. a tym
dobrem dla mnie personalistycznie jest ten drugi człowiek, którego można
odzyskać dla społeczeństwa. Dla mnie czyli tej osoby wierzącej, jako
człowieka który słucha przyjmuje słowa Pana Jezusa..bardzo ważne są te
słowa „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych,
mieście
uczynili”.
Ja
widzę
w
każdym
człowieku pokaleczonym,
skrzywdzonym- Chrystusa. Któremu trzeba pomóc. Tylko takie osobowe
odniesienie tego wymiaru pracy w terapii dla mnie ma sens. Te szczęście,
czyli takie poczucie spełnionego obowiązku, że pamiętam, że temu
spragnionemu tej prawdy której nie doświadczył pozwalam pić pełnymi
garściami, jeżeli tylko będzie chciał. Pracując w terapii uważam, że nie
trzeba wyważać już dawno otwartych drzwi. Moja pasją jest historia.
Horacy miał dużo racji mówiąc, kiedy powiedział „historia magistra vitae
Est” ,czyli historia nauczycielką życia jest. Jak mamy problem wystarczy się
otworzyć. Mam taką definicję, że problem jest po ty by go rozwiązać. Jak się
go zostawi na później do tego problemu dochodzą inne. O tak się
nawarstwia. Człowiek któregoś pięknego dnia obudzi się i nie będzie mógł
jak go przeskoczyć lub obejść. Często tym osobą zasłania ten problem
alkohol czy narkotyk. Dlatego w tym pierwszym etapie największą
trudnością jest by pacjent dokonał wyboru i zaczął żyć na trzeźwo. To jest
piękne, kiedy obserwujemy później jak on już po tych zmaganiach,
wypadkach zaczyna świat widzieć inaczej. Świat przestaje być taki szary,
brudny, tylko zaczyna nabierać barw, kolorów. Tzn. wcześniej nie miał w
sobie wrażliwości na drugą osobę nawet na przyrodę, to okazuję się że
nawet dostrzega to, że trawa jest zielona. I cieszy się jak dziecko. Taki okres
to jest mniej więcej rok z życia. A potem jak człowiek żyje na trzeźwo to
terapia pogłębiona poprzez zmiany które dokonuje się w życiu. Powolne
naprawianie się- najpierw komunikacji, zaczyna się integrować, a potem są
już dobre relacje. I tak ze wszystkim pracą, szkołą…
Ja: Jeżeli człowiek jest uzależniony, nigdy nie będzie tej pewności, że nie
wróci do nałogu? To zostaje na całe życie?
Pan Artur: To jest pytanie na które można odpowiedzieć i tak i nie. Jeżeli
ktoś będzie sięgać, czy jak tak jak osoba jest abstynentem nigdy nie zażywa
środków
psychoaktywnych to
nigdy się nie uzależni.
Jeżeli po
doświadczeniu życia i teraz doświadczamy dobrego życia będzie widział co
stracił i już po nic nie sięgał. Świadomie będzie podejmować wybór co jest
dla niego dobre- to na pewno tak. Są też osoby alkoholicy, że ta teza niejako
obowiązuje. Do końca życia będzie tym anonimowych alkoholikiem. Są
dyskusje na świecie czy aby na pewno we wszystkich przypadkach. Mówi
się, że problem jest w tym, że chodzi o sposób. Czy ktoś pije alkohol bo się
cieszy, raduje i człowiek inaczej się zachowuje niż osoba, która pije bo
cierpi, która nie chce myśleć, chce zapomnieć… Chodzi tu o jakość picia
alkoholu. Jeżeli człowieka jakość życia znacznie się poprawiła, wszystko go
cieszy, mówi się, że osoba będzie miała kontakt z alkoholem nie wróci już
do uzależnienia.
Ja: Ciężko jest powiedzieć, bo każdy człowiek jest inny, nie warto kierować
się statystykami.
Pan Artur: Adekwatne stwierdzenie będzie, że lepiej dmuchać na zimne.
Rozmawiać trzeba i pokazywać. Nadzieja bardzo wiele daje. Jeżeli ktoś ma
w sobie nadzieję, zaczyna wierzyć, zaczyna się w nim budować sprawność.
Warto nie podchodzić do tego szablonowo, tak jak w matematyce
przyporządkowujemy wzór i tak ma być. Tutaj trzeba patrzeć, że każda
osoba, człowiek jest wyjątkowy, niezwykły, niepowtarzalny. Trzeba znaleźć
jego własny wzór to co dla niego dotrze. Nieraz wystarczy, że ktoś usłyszy i
weźmie sobie do serca ale są tacy co muszą tego doświadczyć, musi go to
zaboleć, musi pocierpieć żeby pójść po rozum do głowy. Większość
doświadcza na własnym przykładzie.
Ja: Są ludzie, którzy mają w sobie tą empatie.
Pan Artur: Empatia jest bardzo ważna. Empatia jest rozumiana jak osoba
Matki Teresy z Kalkuty. Nigdy nie była dotknięta chorobą, wykluczeniem
społecznym. Ona przekracza granice, w tym odczuwa to co osoba.. pochyla
się nad nią czuje to co ona i to jest wielki wymiar rozumienia empatii. Co
innego jest nie być głodnym i nie rozumieć tego głodnego. Nigdy syty
głodnego nie zrozumie- jego potrzeb. W tym jest to podążanie za
pacjentem. Żeby widzieć, czuć, słyszeć jego potrzeby. I wychodzić im
naprzeciw- deficyty i pracować na tych deficytach. Wyciągać z niego
potencjały i wykorzystywać jego możliwości, które są przed nim, których
sam nie widzi. Okazywać, żeby był wielki w małych sprawach. Na pewnym
etapie terapii mówię dlaczego znalazł się w tym miejscu, dlaczego jest
osobą uzależnioną, bo jest nieuczciwy, pod wieloma względami. Ta terapia
polega, żeby ten proces odwrócić, czyli żeby z tego niewolnika stał się
wolnym człowiekiem, czyli uczciwym. To jest znak równości. Jak widzę w
wzroku, który skupia z zapytaniem kiedy to będzie. Chciałby znać
odpowiedź to ja mu mówię w bardzo prosty sposób kiedy w tych małych
sprawach będzie wielki, uczciwy. Jak staniesz na przejściu, kiedy będzie
czerwone, nie jeżdżą samochody, inni przechodzą a TY STOISZ- bo jesteś
uczciwy. Kiedy jedziesz autobusem nawet jeden przystanek KASUJESZ
BILET- bo to jest uczciwe. Pełna konsekwencja w uczciwości. I nie ma
powrotu do uzależnienia.. to daje wtedy gwarancje.
Ja: Serdecznie dziękuję za wspaniały wywiad.
Poniższy wywiad opowiada historię życia Pana Eugeniusza Braszki
urodzonego w roku 1926 w Nowym Martyńcu, obecnego mieszkańca
Nowogrodźca wraz z krótkimi wtrąceniami Pani Józefy Braszki urodzonej
w roku 1931 w Nowym Martyńcu, przeprowadzony przez Paulinę Marek,
a opracowany przez Angelikę Babiczew.
"Nowy Martyniec to miejscowość do której Polacy emigrowali w czasie II
wojny światowej. Uciekali tam za chlebem i wodą. Obecnie są to tereny
położone w Bośni i Hercegowinie, a dawniej w Jugosławii. Dawniej powiat,
do którego należał N.Martyniec to Prnievor. Inne miasta to np. Srbac, tam
mieściła sie poczta. Do N. Martyńca pocztę dostarczano dwa razy w
tygodniu. W centrum N. Martyńca znajdowało się wiele ważnych obiektów
użytkowych takich jak Szkoła, Gmina, Żandarm(Policja), Sklep, Młyn,
Karczma. Natomiast Kościół mieścił się na skraju wioski. Cmentarz znajduje
się na wzgórzu "Braśkovo Brdo" 235 m/pm, 2 km od Kościołu. Szkoła
mieściła się w dwóch budynkach, obsada to dwóch nauczycieli. Moi
nauczyciele to Łucja i Radomir Klajić, 1932-1936r. Sąsiednie wioski to Stari
Martinac, Nożicko, Seliszte (Polska wioska) Oukali, Ilicani, Odpocivaljka,
Serbski Prosiek, Gumiera (Polska w.) i Saszkowac. Osiedlenie się Polaków w
Nowym Martyńcu rozpoczęło się około 1890 roku, jednak niektóre dane
wskazują na rok 1900. W roku 1922 kolonia Polska w N. Martyńcu liczyła
192 rodzin, 919 osób (dane z Osadnic. Polskich w Bośni). Do Polski w roku
1946 wróciło około 350 rodzin. Nowy Martyniec opustoszał i stał się lasem
tak jak przed przybyciem Polaków a mieszkańcy miesteczka osiedlili się w
Polsce na Dolnym Śląsku w powiecie Bolesławieckim w Gościszowie,
Milikowie i częściowo w Nowogrodźcu. To po sześćdziesięciu siedmiu latach
pamietałem i to napisałem" -Eugeniusz Braszka.
P.M -Czy pamięta Pan swoje dzieciństwo ?
E.B- No dzieciństwo pamiętam, może nie wszystkie rzeczy ale większość
pamiętam. Jak do szkoły chodziłem, jak podstawówkę skończyłem, jak
zacząłem pracę. Wszystko to pamiętam[...]
P.M -Może Pan opowiedzieć coś o szkole?
E.B- No szkoła była od nas tam jakieś 500m, nie daleko do szkoły miałem,
jak zacząłem chodzić miałem jakieś 7 lat czy 6 nie pamiętam dokładnie.
J.B- No 6 miałeś.
E.B- Do szkoły chodziłem 4 lata, bo tam była szkoła podstawowa, 4 klasy
było. Do 1-2 klasy to taka Pani nauczycielka nas uczyła, a w 3 i 4 nauczyciel.
Uczniem byłem nie najlepszym, bo mnie zawsze interesowało coś innego,
jakieś majsterkowanie ale zdawałem sobie sprawę z tego że szkołę trzeba
skończyć, ale zdarzało się rożnie.
P.M- Czy szkoła trwała tylko 4 lata ?
E.B Tak to było tylko tyle, bo w tamtych czasach do szkoły pójść nie było tak
łatwo. Po szkole to tak koło domu pomagałem, a później jak dorosłem to
szedłem gdzieś tak po pracować, później do kowala poszedłem, kowalem
byłem, tak to było że jeszcze jak tam w Jugosławi byłem to tak się kręciło to
tu to tam, ale ja to więcej koło domu byłem [...]
P.M- Może trochę zmienię temat, ale tak sie zastanawiam ile miał Pan lat
kiedy zginął Pana ojciec ?
E.B- 18 może 19. To była taka partyzantka, komenda miejscowa i tak wpadli
takich żołnierzy z 20 może mniej, a on był taki, że jak trzeba było coś pisać
to on i on tam przed wojna i w czasie wojny pracował i jak były te różne
rządy chorwackie to też w gminie pracował i później tam zrobili jakiś urząd
to go wzięli i tam pracował, a później w tej partyzantce i tam właśnie zginął.
Nawet mnie tam później do partyzantki zabrali, bo tam Polacy szli, bo
Chorwaci rządzili to chcieli brać do wojska. U nas długo Chorwatów nie
było, bo zaczęły się organizować te zwoleńcze wojska i tak przeganiali, było
tak, że ci przyszli i kolejni i kogoś złapali i do wojska dawali później tamci
uciekli, bo to granica była. No i 43 roku partyzanci nie dali spokoju naszym
Polakom tylko musieli walczyć jeżeli chcieli drogę do Polski wywalczyć.
Niektórzy poszli wcześniej. Początkowo nie dali rady wszystkich upilnować,
bo raz byli tu, a raz tam bo nie były stałe jednostki więc Polacy bronili się
przed wojskiem, ale w 44 roku nie było wyjścia, niby pisało się do
ochotniczej, ale na drodze złapali takiego młodego i przymusowo
przydzielali.
P.M- Czy Pan był zmuszony do jakiś działań czy z własnej woli Pan się
zgłosił?
E.B- W 44 ja w kuźni pracowałem, bo jeszcze nie duży chłopak byłem, ale
chciałem pracować, nadeszli tam partyzanci i zabrali mnie do wojska, ale
nie byłem tam długo. Ćwiczyli nas i uczyl,i bo to nowi byli i nadleciały
samoloty niemieckie i chorwackie tam zaczęły bombardować nas, ja ranny
w nogę byłem i jak sobie to przypominam to tam 7 z tych rannych zmarło. A
kolega, który dostał w biodro ale zawieźli go do szpitala, bo kiedyś nie było
tak blisko tylko daleko bardzo. Jednosta nasza szła i mnie zabrali, ale
zostałem w domu a na wiosnę jak mi lepiej było to przyszła jednosta zabrała
mnie do szpitala, bo był blisko tu u nas znaczy w powiecie tak nie był blisko,
zabrali mnie tam do Jawora to cały powiat to chyba z miesiąc czasu i później
znowu do wojska.
P.M- Pan brał udział w walkach ?
E.B- No byłem tam cały czas. Nie raz głodny walczyłem i nie było się w co
ubrać, a te karabiny maszynowe trzeba było dźwigać po lasach i górach.
Tam gdzie Niemcy się pokazali trzeba było iść nie raz po 20-30 km. Napadali
na jakieś mniejsze posterunki, bo te większe to były mocno strzeżone to
było gorzej. Na te mniejsze jak napadali to zdobywali to broń to amunicje
później jakoś pod koniec 44 to zrzuty angielskiej broi były i ubrań, a tak to
ubierala się tam gdzie Niemcy rozwaliły jakieś magazyny i nawet partyzanci
ubierali takie mundury do niemieckich podobne, bo nie było co. To był tak
ze zrobiliśmy po 40 km spaliśmy i dalej. Jak trzeba było kogoś poznać kto
jest kim to długo trzeba było się przyglądać i później napadać jak to
Niemiec, ale trudne to było więc czasami długo tak leżeliśmy i czekaliśmy.
Bo bunkry nowe były ale jednak partyzanci to tam wykurzyli ich. To nie
łatwa wojna była bo wszystko jak koło się toczyło. Szli Niemcy to partyzanci
ich bili, a zaś za partyzantami inni, którzy ich z kolei wybijali i tak to było.
P.M Ile lat był Pan Partyzantem ?
E.B-2 lata niecałe, bo na początku 44 mnie wzięli, a jakoś pod koniec 45 się
zwolniłem. Bo my pod koniec wojny byliśmy. Więc większość Partyznatów
do 2 lat było. A Ci co poszli wcześniej jak mój brat który mówił : Co będę
siedział w domu i czekał. Więc poszedł do nich. Później mój młodszy brat,
który z 17 lat miał jak zgiął, bo w wojsku już był. Ale był taki jak polityk, lubił
wiedzieć co się dzieje, był ciekawy jak świat wygląda. Ale za młody był. Ale
był wysoki to go przyjęli. Na nasza jednostę która przez jakiś czas łączności
nie miała to i partyzanci i Niemcy strzelali i paskudna walka była i to 1 maja
45 roku i tam zginął razem z 14 innymi Polakami. Przeważnie było tak. Tam
gdzie zginął tam go zakopali, bo to jednak daleko od wioski było. To nie było
takie proste. Każdy bał się wszystkiego. Wszystkie wojska wymieszane byli.
Polacy i Chorwaci wszyscy. Było tam dużo wiosek, gdzie Polak przy Polaku
się budował, więc to tak nie było, że sami byliśmy. Tylko żeby jak najbliżej
swojego. Bo to tak było, że jak tam przyjeżdżali to kawał pola dostawali i
kawal lasu, postawili znak i kazali to wyrąbać i zająć się tym. Polacy mieli
ciężkie życie tam. Przyjeżdżali stopniowo. Ci, co wcześniej byli tam więcej
roboty mieli, a ci co później to już od innych kupowali. Ale na początku to
pomagali im tam dużo, a to dom pierwszy stawiać , kryte słomą ale ładnie
robić to umieli. Bardzo pomagali. Nawet mleko dla dzieci dawali. Ludność
tam biedna była, mieli tylko to czego się dorobili. Ale przed wojną kilka lat
tam dobrze się żyło, ładne domy były ale później przyszło i wszystko było
inne. To co ja zapamiętałem jak się urodziłem i podrosłem to już duże domy
pamiętam i gospodarstwa. książka była Pani Dombrowskiej która była tam
w 34 to napisała "Polacy żyją tam bardzo dobrze, dużo lepiej jak tubylcy,
nawet lepiej jak w Polsce na wiosce" więc radzili sobie bo Polacy pracowici
są.
P.M- Może niech Pan opowie jak w Pana otoczeniu to życie wyglądało.
E.B- Jeżeli chodzi o moją rodzinę to moi mieszkali na "Manasterzyskach" tak
nazywała się ta miejscowość. Z Polski jak przyjechał mój dziadek z Braszków
i moja babcia też z nich była i pobrali się tam nie byli rodziną i przyjechali
tam mniej więcej w 13 roku w 1912 no to my wzięli z różnych pamierów
zdjęcie z 1909, na którym brat ojca jest na tym zdjęciu ale wyjechał później
do Ameryki a później już tam na wschodzie te zdjęcie robili i to zdjęcie mój
ojciec trzymał bo jego brata nie było. Później tak wspólnie ustaliliśmy że to
był 1912 rok jak do Jugosławii przyjechali i zamieszkali w Nowym Martyńcu i
tam kupili od jakiegoś innego Polaka który się tam zagospodarzył, który
gdzieś wyjechał gospodarstwo. Babcia tam przez jakiś czas sklep prowadziła
w domu szarym takim. To sprzedawała tam takie dobra różne i z miasta
przywoziła tam co trzeba było. Taki mieszany to sklep był. Wcześnie to było
bo ja to tylko z opowiadań znam bo mam zdjęcie z babcią jak rok może
mniej miałem i ona później zmarła. Dziadek jeszcze wcześniej zmarł więc
babcia gospodarzyła tam z ojcem bo dwóch braci jeszcze było ale oni do
Polski wrócili bo tam im się nie podobało. Jeden do Francji wyjechał i tam
mieszkał a drugi w Polsce żandarmem był do czasu wojny a w czasie wojny
wrócił. Miałem ja 5 braci ale oni zostali i rozjechali się po całej Polsce. Po
wojnie jeździłem i ich szukałem i byli tam pod Katowicami i w Rzeszowie i
tak spotykaliśmy się.
P.M- Co Pan robi w Nowogrodźcu skro reszta rodziny jest tak daleko ?
E.B- Tutaj to ja za robotę się wzięłem. Orałem i siałem i gospodarzyłem a
później do pracy poszedłem. w 46 jak przyjechaliśmy to nie od razu
pracowałem później dopiero jako strażak, kierowca i w warsztacie
pracowałem. Tak od 70 do 80 roku to do ochotniczej straży pożarnej mnie
wzięli. 12 lat byłem strażakiem. Jeszcze i teraz strażakiem jestem ale nie
jeżdżę do pożarów tylko tak.
P.M Tak więc widzę wszędzie Pan się udzielał.
J.B[Żona] Pamiętam raz jak było że w kościele byliśmy na rano na mszy i
tylko po komunii było, a i syrena grała ten biegiem tam w ty stroju. Wtedy
było tak, że las się palił i 3 dni tam byli. Później dopiero przyjechali to
przebrał się w robocze to nawet z tej sadzy to w pralni nie dało rady doprać.
To w Wielkanoc było i strasznie się martwiłam, płakałam dużo i później
komenda przekazała nam, że oni żyją. że jest dobrze, jeść mają ale i tak
strasznie było.
P.M- Tak na koniec czy mogłabym się dowiedzieć jak Państwo się poznali ?
J.B [Żona] My z jednej wioski byliśmy to tam się poznaliśmy.
E.B My nie daleko siebie mieszkaliśmy tutaj w Nowogrodźcu i tak jakoś
wyszło. Wspólni znajomi to jakoś się poznaliśmy i pobraliśmy się.
Wywiad Pawła Krawca z Piotrem Trąbskim – studentem dziennikarstwa i
komunikacji społecznej. Posiada on wiele pasji. Jedną z nich jest muzyka,
którą realizuje jako DJ, a drugą podróżowanie. Działa w wielu projektach
oraz organizacjach. Jest również Redaktorem Naczelnym oraz współtwórcą
jednej z najlepiej działających młodzieżowych redakcji w Polsce – Media I
Młodzież (MiM). Jak sam mówi jego ulubione słowa to kreatywność i
wyobraźnia – co niewątpliwie widać w wyżej wspomnianej platformie.
Kiedy narodził się pomysł założenia MiMa ?
„Gdy byłem na konferencji w Gorzowie, gdzie omawialiśmy różnego
rodzaju elementy współczesnych mediów - przede wszystkim mówiliśmy o
dobrych i złych stronach współczesnej telewizji, prasy i radio. Pojawiło się
wiele różnych minusów spowodowanych programami o bardzo niskiej
wartości przekazu oraz faktem, że media nie dążą do tego by zaspokajać
wiedzę odbiorcy, tylko są nastawione pod sensację, a nie na edukację.
Wtedy pomyślałem że moglibyśmy stworzyć miejsce, portal, gdzie młodzi
mogliby się wymieniać swoimi poglądami, przygotowywać artykuły, video
oraz tworzyć materiał radiowy.”
Jak wyglądały początki realizacji tego pomysłu ?
„Po powrocie z konferencji byłem bardzo podekscytowany, nie mogłem
spać. Miałem tysiące pomysłów i czułem, że wreszcie jest to coś, co
chciałbym robić w życiu. O współpracę poprosiłem Bartka Urbańskiego,
który był razem ze mną na konferencji w Gorzowie. Zaczęły się
przygotowania do stworzenia takiego portalu – nie wiedzieliśmy jeszcze jak
to będzie wyglądać, ale wiedzieliśmy, że stworzymy go taniej, szybciej i
efektywniej niż w większej grupie. Odbyło się spotkanie gdzie poruszyliśmy
wszystkie najważniejsze kwestie m.in. strony i serwera. Właśnie tak powstał
MiM.”
Ile czasu minęło od założenia tej platformy ?
„Niecałe pół roku”
To nie dużo - patrząc na dynamikę rozwoju MiMa.
„Tak, od tamtej pory portal niezwykle się rozwinął. Redakcja liczy
obecnie ponad 100 osób. Wraz z kolegami mówimy czasami, że nie jest to
tylko największa redakcja młodzieżowa, ale i największa redakcja w Polsce
(śmiech). Z reguły większe redakcje liczą około 50 osób. Jednak nie chodzi o
ilość tylko o jakość.”
Czy zajmujesz się czymś poza MiMem ? Studiujesz czy może pracujesz ?
„Na co dzień studiuję dziennikarstwo. Wcześniej studiowałem robotykę i
automatykę – prawdopodobnie jeszcze będę to kontynuował. Teraz działam
głównie na rzecz rozwoju mediów, ale oprócz tego biorę udział w różnych
projektach. Wkrótce chcę założyć agencję reklamową. Razem z kilkoma
osobami pracujemy obecnie nad fundacją o nazwie Międzynarodowy
Instytut Inicjatyw Obywatelskich (MIIO). W ramach tej Fundacji zamierzamy
działać w różnych sektorach od Mediów, Kultury, Nauki, Społeczeństwa
szeroko pojętej Edukacji, Integracją Europejską po projekty związane z
Ekonomią, Gospodarką. Głównym celem Fundacji są młodzi ludzie oraz ich
aktywizacja i integracja w ramach działalności społecznej oraz szeroko
pojętymi inicjatywami obywatelskimi zarówno w kraju jak i poza krajem. ”
Jak znajdujesz na to wszystko czas ?
„Bardzo denerwuje mnie używanie słów „nie mam czasu”. To nie jest
tak, że brak nam czasu – brak nam chęci aby go znaleźć”
Jak już wcześniej było wspomniane MiM znacznie się rozwinął od
momentu powstania, jednak myślę, że sporo osób zastanawia się nad jego
dalszymi zmianami. Czy możesz przybliżyć swoje plany ?
„Aktualnie jesteśmy skierowani przede wszystkim na szkoły i rozwój
młodego człowieka. Dlatego ruszyliśmy z nowym działem MiM REGION.
Dzięki temu osoby prowadzące gazetki w szkołach gimnazjalnych,
ponadgimnazjalnych oraz wyższych, będą mogły pisać o tym co się dzieje
ważnego (według nich) w ich okolicy. Takie grupy otrzymają konta na
portalu i za ich pośrednictwem będą mogły wrzucać swoje artykuły. Jeśli
jakaś grupa poda informacje o ciekawym wydarzeniu, które ma dopiero
mieć miejsce, to pozostali redaktorzy MiMa będą mogli je wypromować w
różnych miejscach Polski. Ten dział niewątpliwie pomoże zorientować się
ludziom co się dzieje w różnych miejscach naszego kraju. Od 01.11.2013
portal zostanie troszkę uporządkowany. Praktycznie każdy dział będzie
posiadał własną stronę. Organizujemy również liczne spotkania których
celem jest swego rodzaju integracja – MiM Converse. Są to konferencje,
debaty, warsztaty, a nawet zwykłe spotkania organizowane w różnych
miastach Polski.”
Z mojej strony to już wszystko, jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas.
Wywiad Weroniki Kowalskiej i Dominiki Waligórskiej Panią Anną Sługocką,
która zajmuje się końmi od około 30 lat. Aktualnie znajduje się ze swoimi
końmi w Grodziszczu.
-Dzień dobry.
-Witam.
-Skąd wzięła się pasja do koni? Od jakiego czasu?
-Wszystko zaczęło się już w dzieciństwie. Opowiadania dziadka, który służył
przez 3 lata w kawalerii przed wojną, rozbudzały zainteresowanie końmi,
wręcz fascynację tymi zwierzętami. Męczyłam tatę by rysował mi konie, a
jak trochę podrosłam to już sama to robiłam- na targu, pasące się,
brykające, w zaprzęgu. Niestety nikt nie chciał kupić mi konia, a wręcz
wybijano mi ten pomysł z głowy. Marzyłam, że jadę w siodle na
wierzchowcu. I tak to trwało przez moje dzieciństwo. Gdy jeździłam na
wakacje do dziadków, czasem pożyczali konia do pracy w polu lub do
wożenia siana i zboża, to byłam taka szczęśliwa, że mogłam być blisko
zwierzęcia, posiedzieć na jego grzbiecie, poklepać, pojechać wozem. To był
mój zaczarowany świat.
Kiedy skończyłam szkołę rolniczą miałam odrobić półroczne praktyki.
Pojechałam do Książa. Nie było tam pracy, nie mogłam odrobić stażu, ale
najważniejsze, że zapisałam się na jazdę konną. Żeby zapłacić za marzenie
podjęłam dorywczą pracę, a potem staż w ogrodnictwie. Posada się znalazła
i mogłam się uczyć jazdy konnej!
-Czy dzięki temu poznała Pani wielu ciekawych ludzi?
-Poznawałam fascynatów, koniarzy, miłośników tych stworzeń.
A potem- rajdy konne, ogniska, hubertusy, obozy jeździeckie (w każdy urlop
dla studentów).
-Co mogłaby Pani powiedzieć o swoich koniach?
-Po siedmiu latach (stabilna praca laborantki) sytuacja w stadninie, w której
jeździłam pogorszyła się. Zaczęto wyprzedawać konie do innych ośrodków. I
nagle myśl- a może choć jednego konia wykupię. Aby zachować tę dawną
atmosferę przejażdżek, być blisko środowiska tych zwierząt, więc z siostrą i
koleżanką kupiłyśmy jedenastoletnią klacz Kryzę rasy śląskiej.
To był strzał w dziesiątkę. Koń na którym można było jeździć samotnie albo
w grupie, a więc jeździłyśmy na zmianę siostra, ja, koleżanka.
A potem ktoś podpowiedział, żeby zaźrebić, bo moja klacz ma rodowód. I
tak po dwóch latach urodził się ogierek Iron. Był rozpieszczany, ale bardzo
zrównoważony. Potem urodził się Amigo, klaczki Hifi i Roxy oraz Efendi,
ostatni syn Kryzy.
Kryza przeżyła 27 lat. Była bardzo dzielna, odważna, opiekuńcza wobec
dzieci. Znajoma namówiła mnie, aby woziła dzieci, a te pieniądze pomogą w
utrzymaniu koni. Tak dojrzałam do zrobienia kursu na instruktora jazdy
konnej. Należałam do Klubu Turystyki Konnej i załapałam się na […] kurs w
Książu.
Podsyłano mi pojedyncze osoby- najpierw jeździły na Kryzie, potem doszedł
Iron, krnąbrny Amigo. Hifi sprzedałam, bo urodziła się Roxi.
A więc cztery konie to już był problem. Potem sprzedałam ogiera Irona.
Kiedy straciłam Roxi –powikłania po cesarce- została pustka, Kryza się
postarzała.
-Od czego zaczęła się praca przy koniach?
-Od kiedy miałam Kryzę, wprawdzie nie karmiłam, nie wypuszczałam na
wybieg, ponieważ tym zajmowali się stajenni, ale praca już była:
czyszczenie, lonżowanie, załatwianie kowala, szczepienie, odrobaczanie, no i
prowadzenie jazd. Potem doszły młode konie: Iron, Amigo, Hifi, Roxi i Efendi.
Każdy wymagał wdrożenia do pracy lonżowania, pielęgnacji, a potem
przygotowania pod siodło do pracy z przyszłymi jeźdźcami.
Iron- zrównoważony, flegmatyk, lubiący ludzi.
Amigo- ten to dopiero gagatek. Kochliwy, zbuntowany, ale po latach mogę
stwierdzić, że najlepszy po Kryzie.
Roxi- zapowiadała się na fantastycznego wierzchowca, lekko noszącego
jeźdźca.
Efendi- jako młody ogier zrównoważony, chętnie pracujący z ludźmi, ale z
wiekiem hormony zaczęły buzować. Musiałam go sprzedać, aby spełnił
swoje zadanie.
Po stracie Roxi znajomy pomógł mi kupić Erinnę, trzyletnią klacz śląską.
Praca z nią była przyjemnością, z wiekiem pokazała swój charakterem.
Próbuje rządzić, straszyć, trzeba jej pokazać, kto tu rządzi.[...] Erinna dała
dwa ogierki:
Ergo- bardzo nadpobudliwego, ładnie się poruszającego, z gracją, ale przez
jego nerwowość nie nadawał się do rekreacji.
Elewado- został sprzedany do dalszej hodowli. Jest uznanym ogierem. Jako
źrebak był bardzo spokojny(oprócz tego gdy próbował przedostać się z
boksu do mamy i zrzucił mi metalową kratę na głowę, skutek- dwa szwy).
Ostatni zakup to Folga. Potrzebny był koń mocny, dla dużych jeźdźców.
Miałam plan otworzyć działalność: jazda konna dla wszystkich, aby mogły
się rozwijać i dzieci, i dorośli.
-W jakich stadninach pani pracowała?
-Nie pracowałam w żadnych stadninach, pracowałam jako laborant w
zakładach zbożowo-młynarskich, a tylko jeździłam rekreacyjnie w Książu,
Dworzysku, Szczawnie Zdroju i w Lubiechowie. W tym ostatnim ośrodku
trochę pracowałam z młodymi końmi.
-Jakie oprócz tego miała pani zwierzęta?
-Ponieważ marzyłam o koniach w dzieciństwie, a nie mogłam ich mieć,
miałam hodowlę królików. Sprzedawałam je potem na targu, ale bliższe były
mi psy:
Karusek- wierny kundelek jak ten z ”Anielki”.
Kajtek- mieszanka pekińczyka, pierwszy pies jeżdżący w plecaku konno.
Oddany, nie uznawał innych ludzi, ledwo ich tolerował.
Togi- pies wyrzucony i przejechany celowo. Wybite trzy łapki a czwarta
zmiażdżona. Przeżył. Sam się wylizał. Był ze mną 9 lat.
Foryś- dostałam go od dziewczyny która u mnie jeździła. Ten pies o głowie
pitbulla, a sylwetce wyżła, był najbliżej koni. Biegał przed nimi w terenie i
szczekał donośnym "hau, hau" gdy konie szły stępa. Odszedł dwa lata temu.
Gremliś- staruszek bez sierści. Był ze mną 13 miesięcy.
Mysia- mieszanka chihuahua. Malutka, dwa kilogramy, odważna, zadziorna.
Była tylko 11 miesięcy.
Teraz mam Kiki i Szorti.
Kika- wyrzucona jako szczeniak z samochodu. Wierna, niezwykle oddana.
Szorti- biszkoptowa, niechciany szczeniak, szczeka, gdy chce się przywitać,
bardzo towarzyska.
Były tez przypadkowe koty stajenne. Teraz jest jeden, który wybrał sobie
moje mieszkanie.
Kotik- czarny elegant, chodzi gdzie chce, a jak jest zimno rozrabia w domu.
Były jeszcze ryby akwariowe. Zimą akwarium zastępowało wiosnę i lato.
Rośliny i kolorowe rybki koiły oczy.
-Jak wygląda Pani plan dnia?
-Od sześciu lat zajęłam się wyłącznie końmi z braku pracy. Nie jest to
intratne zajęcie, ale daje niezależność.
Jadę w południe, karmię, potem wypuszczam na wybieg bądź łąkę,
wybieram obornik, ścielę, nalewam wody. Jeżeli przyjedzie ktoś chętny
przygotowuję konie do jazdy- czyszczę i siodłam. Wieczorem sprowadzam
konie do stajni, karmię i wracam do domu. Pomimo zmęczenia nie
znudziłam się tymi czynnościami. Spotykam ludzi zagubionych, smutnych,
wesołych, ciekawych […]. To jest moje życie.
-Może Pani podać kilka wskazówek dla osób, które chcą zacząć prace przy
koniach?
-Może nie podam wskazówek odnośnie pracy przy koniach, ale dam radę dla
chętnych pojeździć konno, chętnych do obcowania z tymi zwierzętami:
Jeżeli tylko ktoś pragnie poznać, polubić te stworzenia niech je poznaje,
obserwuje, uczy się jazdy konnej. Niech będzie cierpliwy, opanowany,
wytrwale dąży do spełnienia marzeń. W dzieciństwie myślałam tak: nawet
jak się nie zostanie sportowcem to każda pasja może rozwijać nasza
osobowość, aby służyć innym aby ich radość była wasza radością.
- Dziękujemy za rozmowę.
Opinie niektórych uczestników
Agnieszka
Trzebnica
Wrzesińska,
Uważam, że projekt
„Odkryć nieodkryte” był
bardzo
wartościowym
projektem. Dzięki niemu
mogłam podszkolić swój
warsztat
pisarski
i
organizacyjny.
Wyniosłam z niego sporo
informacji, jak pisać wywiad, rozmawiać z świadkiem historycznym czy jak
współpracować w grupie. Zmotywował mnie on do dalszego działania w
zakresie historycznym, kulturalnym i spisywania historii ciekawych osób w
moim regionie. Mam nadzieję, że to nie będzie ostatni projekt tego typu i że
będzie się działo :)
Dominika Waligórska, Świdnica
Pierwszy raz uczestniczyłam w takim
projekcie i było to wspaniałe
doświadczenie. Zajęcia okazały się
ciekawe i przebiegały w przyjaznej
atmosferze, dzięki bardzo dobrej
integracji grupy i pozytywnym podejściu
ze strony koordynatorki i reszty
organizatorów.
Miło
wspominam
projekt i mam nadzieję, że w przyszłości
będę mogła wziąć udział w innych tego
typu inicjatywach.
Weronika
Świdnica
Kowalska,
Już sam fakt, że
jechałam jako jedna z
trzech osób ze Świdnicy,
a
także
jako
gimnazjalistka, bardzo
mnie
zaskoczył.
Oczywiście pozytywnie:)
Janowice Wielkie to
chyba najlepsze miejsce
na tego typu projekty.
Praca organizatorów zasługuje na ogromne brawa. Dziękuję Ani za
„cebulkę”, Kalinie za ”Aptekarza”, Maćkowi za ninja, a Adzie za
zorganizowanie czasu:) Dzięki projektowi poznawał wielu fantastycznych
ludzi. Jeśli kiedykolwiek będzie jeszcze organizowane takie wydarzenie z
chęcią wezmę udział. Dziękuję:)
Kasia Tyrała, Legnica
Zapisując się do projektu nie do
końca wiedziałam na czym, tak na
prawdę, będzie on polegał. Z
koleżankami, z którymi razem
zapisałam się do projektu, miałyśmy
kilka problemów z dojazdem itp. Ale
udało się! Dotarłyśmy na miejsce, i
nie wiem jak one, ale ja trochę się
bałam tego, co przed nami. Niepotrzebnie! Warsztaty były mobilizujące do
pracy, a atmosfera bardzo przyjazna. Pomimo, że w trakcie tygodnia w
Janowicach Wielkich, razem z koleżankami pochorowałyśmy się, dobrze
wspominam ten czas. Zapamiętałam dużo rzeczy, które przydadzą mi się w
przyszłości, i jedyne co mogę teraz zrobić to podziękować Adzie i
współprojektantom za bardzo dobrze spędzony czas! :)
Adriana Ciupka, koordynatorka projektu
Swoją przygodę z edukacją nieformalną
rozpoczęłam w październiku 2011roku, w
momencie, kiedy wzięłam udział w projekcie
„Historia+” organizowany przez Centrum
Inicjatyw UNESCO. Było to dla mnie
wydarzenie, które pchnęło mnie do działania
w środowisku lokalnym, a z czasem i
międzynarodowym. Obecnie od listopada
2011 roku jestem liderem klubu „UNESCO Friends for Change”. W swojej pracy z
projektami skupiać się chcę na promowaniu aktywnego uczestnictwa wśród młodzieży,
zaangażowaniu ich w lokalne działania. Projekt „ODKRYĆ nieODKRYTE” był moim drugim
tak dużym lokalnym projektem, który prowadziłam i koordynowałam. W trakcie trwania
całego projektu miałam możliwość poznania wielu ciekawych ludzi, bez których projekt ten
w ogóle by się nie odbył. Koordynowanie całego przedsięwzięcia dało mi możliwość
sprawdzenia siebie jako koordynatorki, sprawdzenia swoich umiejętności. Projekt ten
oprócz doświadczenia dał mi również bardzo dużo satysfakcji. Był on dla mnie bardzo
cennym doświadczeniem, które zapamiętam na wiele lat.
Piotr Dobrosz, coach projektu
Projekt "ODKRYĆ nieODKRYTE" był dla
mnie niesamowitym doświadczeniem.
Mimo, że od ponad 9 lat pracuję z
młodzieżą, to dopiero po raz drugi
miałem okazję spotkać się z grupą
ludzi, która jest zainteresowana
historią swojego regionu, chce
spotykać się z nietuzinkowymi
osobami, które stanowią dla nich
niejednokrotnie przykład. Grupa ciężko
pracowała przez cały okres projektu.
Spotykali się systematycznie, ciągle starali się coś innowacyjnego wprowadzić do projektu.
Co było dla mnie dużym zaskoczeniem nie stracili motywacji do dalszych działań. Jako
coach zawsze starałem się wspierać koordynatorkę i grupę inicjatywną. Czasami trzeba
było być bardziej surowym, powiedzieć parę gorzkich słów, czasem byłem "potulny jak
baranek". Ten projekt pokazał mi, że warto zaangażować się w różne inicjatywy, warto
spotykać się z ludźmi i warto przekazywać historie zwykłych ludzi kolejnym pokoleniom.
Kim jesteśmy?
Jesteśmy grupą dobrych znajomych, którzy od wielu miesięcy działają w
swojej społeczności lokalnej, aby w naszym mieście nie było nudno.
Co robimy?
Organizujemy inicjatywy młodzieżowe, wymiany, seminaria, koncerty,
warsztaty i projekty mające na celu promowanie edukacji nieformalnej.
Co chcemy uzyskać swoją działalnością?
Działamy po to, aby w naszym mieście nie było nudno, aby młodzi ludzie
mogli w sposób ciekawy i aktywny spędzić wolny czas. Staramy się również
poprzez organizowanie wymian młodzieżowych pomóc naszym rówieśników
i rówieśniczkom rozwijać swoje pasje i poznawać nowych, ciekawych ludzi.
Jak to się zaczęło, że zaczęliśmy działać?
Był październik 2011 roku. Adriana pojechała na pierwsze szkolenie "Klubing
z liderami". Na kolejne szkolenia dołączyła do niej Paulina. Po dwóch z
pięciu spotkań założyłyśmy klub. Po kilku dnia dołączył do nas Mariusz,
następnie Kalina i Ania, a na kocu Marysia. Od niedawna jest z nami także
Natasza. Od tamtej pory działamy w naszej społeczności lokalnej. Obecnie
działamy przy Centrum Informacji i Edukacji Regionalnej "Książnica
Karkonoska" w Jeleniej Górze.
Dlaczego to robimy?
Chcemy pokazać młodym ludziom, że dla chcącego nic trudnego, że nawet
kiedy nie ma się dużo wolnego czasu można zrobić coś pożytecznego dla
swojego miasta i jego ludzi.

Podobne dokumenty