nr 25 - PDF Pismo Studenckie PDF

Komentarze

Transkrypt

nr 25 - PDF Pismo Studenckie PDF
www.redakcjaPDF.pl
marzec nr 3 (25)/2010 • ISSN 1898–3480 • egzemplarz bezpłatny
pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
Utracona
lewonoznosc
Naczelna strona
Ale
Na wejściu
Stół z powyłamywanymi
dziennikarstwo
numer!
03 - Na wejściu: Szkło kontaktowe
ma pięć lat.
04 - felieton: Co dalej z Wprost?
O co chodzi w debacie wokół
biografii Kapuścińskiego?
05 - temat numeru: koniec "Trybuny"
to koniec lewicowej prasy w Polsce?
public relations
foto
staże
06-07 - prasa społecznościowa: czy
nowe zjawisko na rynku prasy to
sposób na pozyskanie czytelników?
08 - W praktyce: różne przykłady
sposobów na biznes studencki.
09 - kariera: Dziennikarstwo sportowe
ciągle na fali.
10 - polecamy: Zalety fotografii
panoramicznej.
Solidny, polski stół na mocnych, rzeźbionych
podstawach. Ma się rozumieć, że to tylko aluzja,
analogia, mebel zastępczy, symboliczny. W końcu
lat czterdziestych minionego stulecia przyszli
ze wschodu stolarze i podpiłowali mu wszystkie
nogi, podpierając go na koniec jedną – nową,
potężną, nie znoszącą sprzeciwu. Minęły cztery
dekady, przyszli inni i zaokrąglili mu rogi, by wrócić do starego modelu – wielonogiego. I wtedy
okazało się, że z lewą nogą jest coś nie tak.
11 - warsztat: kontrowersyjne zdjęcia
zakładu pogrzebowego.
PLUS
12-13 - World Press Photo: czy to
jeszcze konkurs fotoreportażu?
Akcje po ludzku
14 - PR na świecie to nadal inny public
relations niż polski. Różni się. Jak
bardzo?
15 - Case study: Kampania Alko-Casco
przeciw pijanym kierowcom/Brand
PR w autorskiej rubryce Euro RSCG
Sensors.
16 - Oscary: Faktycznie najlepsze filmy?
kultura & społeczeństwo
Zbigniew Żbikowski
17-20 Co warto zobaczyć, obejrzeć,
posłuchać, przeczytać?
Subiektywny przewodnik po
świecie muzyki, teatru, filmu
i książki.
21 - Miejsce niezwykłe
– Klub Podróżnik.
22 - Sport: Pływanie to sport
ogólnorozwojowy
Płaski brzuch dla wytrwałych.
23 - Książę i żebrak wydarzeń
kulturalnych marca.
24 - Akademia fotoreportażu
– naucz się myśleć całościowo!
„Jak dowiedział się dziennikarz…”
zespół redakcyjny:
Roksana Gowin, Magdalena
Grzymkowska, Dominika
Jędrzejczyk, Patryk Juchniewicz,
Marcin Kasprzak, Mirek Kaźmierczak, Anna Kiedrzynek, Chrystian
Szczęsny, Magdalena Wasyłeczko,
Elżbieta Wójcik, Agata Żurawska
REDAKCJA
redaktor naczelny:
Zbigniew Żbikowski
z-ca redaktora naczelnego
Paweł H. Olek
szefowie działów:
dziennikarstwo: Tomasz Betka
fotografia: Ewelina Petryka
PR: Piotr Zabiełło
kultura & społeczeństwo:
Emil Borzechowski
laty upadało kojarzone z prawicą „Życie”. Wersja
dla prasy brzmiała: szkoda, rynek prasy ubożeje
itp., a wersja wewnętrzna: cóż, sami się o to
prosili. Znawcy rynku mediów nie ukrywają, że
i „Trybuna” „sama się o to prosiła”, nie potrafiąc
wyrwać się z korzeniami z gleby prasy upartyjnionej, przeideologizowanej, graficznie
i merytorycznie tkwiącej w tzw. minionej epoce.
Tylko że o wiele łatwiej „być mądrym”, gdy
się siedzi przy stole, o wiele trudniej, gdy się
jest za przeproszeniem stołową nogą. Świat
z obu pozycji wygląda inaczej. Są tacy, głównie
z zachodu Europy i świata, którzy patrząc na
polski rynek medialny, utrzymują, że on cały,
nie wyłączając odbiorców, tkwi wciąż korzeniami w PRL-u, ciągnąc z niego soki, a wraz z nimi
przejmując sposób oceniania innych (którzy
śmią mieć inne zdanie) i prowadzenia dyskursu
publicznego. Tak w świecie polityki, jak i mediów zresztą, jest to zrost trudny do oddzielenia. Można się oburzyć, zaprotestować, wołać
„nieprawda!”, ale znowu będzie to tylko opinia
„stołowej nogi”.
Do licha, czy ten medialny stół jest nam
naprawdę potrzebny?
MINUS
Z „Gazetą Wyborczą” można zgadzać się bądź nie, ale trzeba przyznać, że
co pewien czas udaje się jej zorganizować pożyteczną i cieszącą się dużym odzewem akcję społeczną. Co prawda, żadna kolejna nie powtórzyła
sukcesu pierwszej kampanii, czyli rozpoczętej piętnaście lat temu akcji
„Rodzić po ludzku” (i dzięki fundacji pod tą samą nazwą mającą kolejne
edycje), ale za każdym razem poruszała ważne dla Polaków tematy właśnie w momencie, gdy rozmowa o nich stawała się konieczna..
Obecnie „Gazeta” prowadzi kampanię „Leczyć po ludzku”. Rozpoczęła
się jesienią i prowadzona jest z rozmachem przez dziennikarzy z całego
kraju. Reporterzy zbierają dane ze szpitali o kolejkach, błędach lekarskich
i łamaniu praw pacjentów. Wykrywają takie absurdy, jak np. sytuacja
75-letniego pacjenta, któremu lekarz zapowiedział, że na operację musi
czekać 18 lat!
„Gazeta” zbiera takie informacje i podpowiada odpowiedzialnym za
zdrowie urzędnikom, co zrobić, by w służbie zdrowia zadziało się lepiej.
Z racji tego, że żadna inna gazeta nie ma tak dużego wpływu na to, co
dzieje się w kraju, udaje się jej wywalczyć sporo. Wystarczy podać przykłady z ostatnich tygodni: resort zdrowia przyznał dodatkowe pieniądze
na przeszczepy, a NFZ wycofał się z kompromitującego ograniczenia
dostępu do badań profilaktycznych piersi.
Warto o tym mówić, bo w czasach szybkich newsów i rozpychającego
się Internetu takie zaangażowane, wręcz misyjne dziennikarstwo, przechodzi do lamusa. A duży odzew czytelników (widać to choćby po liczbie
drukowanych listów) świadczy o tym, że potrzeba tego typu działań nie
zanikła.
Dzięki akcji „Rodzić po ludzku” udało się odmienić ponurą rzeczywistość państwowych porodówek. Nie sądzę, by „Leczyć po ludzku” uzdrowiła wszystkie pozostałe odziały szpitalne. Ale może być drogowskazem
dla tych, którzy odpowiedzialni są za ich reformę.
reklama
| 02 |
Już Lech Wałęsa, gdy jeszcze był dzierżykrajem, stawiał sobie za cel wzmocnienie lewej
nogi, żeby stół za bardzo nie chwiał się w prawo.
Politycznie, gdyż medialnie ów „stół” jakoś sobie
radził. W mediach to raczej prawa noga cierpiała
wtedy na niedowład. Ach, gdzie te czasy? Odpłynęły wraz z uciekającym wiekiem dwudziestym. Dzisiejszy stan można opisać parafrazą
starego, antyradzieckiego dowcipu: na prawicy
bez zmian, na lewicy ubyło jeden.
Tym „jednym”, który ubył, jest kojarzona
wprost z SLD „Trybuna”. Z kolei „Wprost”, kojarzone z trybuną centro-prawicowo zorientowanej
sceny dziennikarskiej i politycznej, mimo potężnych kłopotów, jakoś się trzyma, przechodząc
odważną kurację. I niech mu się wiedzie, bo bez
tego czasopisma rynek tygodników opinii byłby
już nie ten sam. Jak nie ten sam jest teraz rynek
dzienników informacyjnych.
Pięknie powiedziane, prawda? I jak poprawne politycznie! Aż ocieka hipokryzją. Nie trzeba
udawać – ci, którzy wypowiadają te okrągłe
zdania, łącznie z niżej podpisanym, do „Trybuny”
nawet nie zaglądali i upadkowi tego dziennika
nie poświęcą choćby jednego westchnienia. Podobnie rzecz się miała, gdy przed siedmiu bodaj
współpraca:
Jakub Baliński, Cezary Biernat,
Jan Brykczyński, Oliwia Dusińska,
Radosław Firlej, Małgorzata
Januchowska, Maciej Puchała,
Jakub Szarejko, Maria I. Szulc,
Wioletta Wysocka
autorskie cykle:
Gdzie sie zaczęłam
- Magdalena Karst-Adamczyk
Zapisz to, Kisch!
- Agnieszka Wojcińska
Kolumna Zygmunta
- Andrzej Zygmuntowicz
Raczej w ramach ciekawostki niż dogłębnej analizy trendu, kilka słów
o manierze, jaką coraz częściej można zauważyć u dziennikarzy prasowych i internetowych. A może nawet wina nie zawsze leży po stronie
dziennikarzy, bo zwykle to redaktorzy „podkręcają” teksty… Mniejsza
o to – czytelnikowi to przecież obojętne. O co chodzi? O frazy typu: „jak
dowiedział się”, „jak dotarliśmy”, „jako pierwsi ujawniamy”, etc. I nie miałabym właściwie nic przeciwko ich używaniu, gdyby autorzy tych tekstów
rzeczywiście dotarli do jakichś tajnych informacji czy ekskluzywnych newsów. Tymczasem często w ten właśnie sposób rozpoczynają się publikacje
dotyczące bieżących spraw, których opisanie jest zwykłą dziennikarską
robotą, a nie wyczynem, za który należy się reporterowi jakieś szczególne
uznanie. Przykład? Kilka tygodni temu „Gazeta Wyborcza” powołała się
na tajną notatkę rządu na temat inwestowania w… przedszkola. O planie
wiadomo było od dawna i pisano nie raz, do dziś nie wiem więc, czemu
dziennik chwali się, że dotarł do czegoś takiego.
Jest jeszcze inna maniera, także łatwa do wychwycenia. Chodzi o
podkreślanie w tekście, że rozmówca powiedział coś specjalnie dla tego
tytułu, czyli m.in. o frazę: „jak mówi w rozmowie z …”. Na zdrowy rozum,
gdy cytuje się kogoś i nie podaje źródła (np. PAP albo wywiad radiowy)
to można wnioskować, że dziennikarz rozmawiał z tą osobą. Ale nie
– wypytanie kogoś o cokolwiek nagle stało się takim wyczynem, że
także trzeba to podkreślić.
Ale prawda jest taka, że chodzi nie tylko o zły nawyk reporterów, ale
i o to, że za pośrednictwem Internetu, który mieli wszystko, co się w nim
pojawi, teksty stają się własnością publiczną i to, co zostało powiedziane
dla jednego tytułu, zaczyna żyć w sieci własnym życiem. I pewnie mając
to w tyle głowy, redakcje coraz częściej decydują się, by na każdym kroku
podkreślać wykonaną przez siebie pracę.
Anita Krajewska
Książe i Żebrak – Szczepan
Orłowski, Kajetan Poznański
Więcej tekstów w portalu
internetowym: www.redakcjaPDF.pl
grafika, okładka i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / [email protected]
współpraca z serwisem foto:
korekta: Anna Kiedrzynek
WYDAWCA:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy:
Grażyna Oblas
druk: Polskapresse Sp. z o.o.,
nakład: 7 tys. egz.
adres redakcji:
PDF pismo warsztatowe
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51,
(IV piętro), 00–046 Warszawa,
tel. 022 5520293,
e–mail: [email protected]
stała współpraca:
dz
dziennikarstwo
w kraju
Biografia Kapuścińskiego podzieliła media
Nie słabną emocje wokół książki Artura
Domosławskiego „Kapuściński non-fiction”.
W biografii można znaleźć między innymi fragmenty, z których wynika, że Ryszard Kapuściński współpracował z wywiadem PRL-u, a także
sugestie, iż niektóre reportaże Kapuścińskiego
były w większym stopniu literacką kreacją niż
odbiciem rzeczywistości. – Autor „Non-fiction”
zachował się tak, jak powinien zachować się
porządny dziennikarz: uczciwie wobec czytelników - tłumaczy Igor Janke z „Rzeczpospolitej”.
Marek Beylin z „Gazety Wyborczej” ripostuje:
– Domosławski w imię sensacji naruszył
godność żyjących. Więcej o kontrowersjach
związanych z biografią „cesarza reportażu”
w kwietniowym numerze miesięcznika „PDF”.
„Rzepa” liderem cytowalności 2009
Dziennik należący do wydawnictwa „Presspublica” został zwycięzcą rankingu najczęściej
cytowanych mediów, który opublikował Instytut Monitorowania Mediów. W ubiegłym roku
materiały „Rzeczpospolitej” cytowano w innych
środkach przekazu ponad 16 tys. razy. Drugą
pozycję zajął „Dziennik Gazeta Prawna” (prawie
13 tys. przywołań), a pierwszą trójkę zamyka
„Gazeta Wyborcza” z wynikiem ponad 10,5 tys.
cytatów. Na dalszych miejscach uplasowały się
kolejno: TVN24, RMF FM, „Polska The Times”,
Radio Zet, „Wprost”, „Newsweek Polska”
i Onet.pl.
Dochodowe Igrzyska Telewizji Polskiej
Z danych cennikowych AGB Nielsen Media
Research wynika, że sprzedaż reklam w czasie
transmisji zimowej olimpiady w Vancouver
przyniosła TVP prawie 34 mln zł. Tymczasem
zimowe igrzyska w Turynie w 2006 roku
wygenerowały dla Telewizji Polskiej 20,4 mln
zł, a letnia olimpiada w Pekinie zaledwie 13,2
mln. Najwięcej na igrzyskach w Vancouver zarobiła Jedynka - 23,6 mln zł, Dwójka sprzedała
reklamy za 9,6 mln, a TVP Sport za 700 tys. zł.
Spośród wszystkich olimpijskich transmisji,
najwięcej osób - 9,6 mln - oglądało finałową
serię skoków narciarskich na dużej skoczni,
w której Adam Małysz sięgnął po swój drugi
srebrny medal. Złoty bieg Justyny Kowalczyk
na 30 km oglądało średnio 6,3 mln osób.
Futbolowa ofensywa Canal+
Wraz z początkiem rundy wiosennej piłkarskiej
Ekstraklasy poszerzyła się futbolowa oferta
stacji Canal+. W weekendy, podczas trwania
rozgrywek, będzie emitowany testowy serwis
Canal+ Sport 3, na którym widzowie będą
mogli obejrzeć po dwa mecze – w sobotę
i niedzielę. Na potrzeby magazynów sportowych stacja wprowadziła też nowy system
grafiki wirtualnej, pozwalający m.in. na płynne
przechodzenie pomiędzy obrazem wirtualnym
a rzeczywistym. W ciągu 11 tygodni rozgrywek
polskiej Ekstraklasy anteny Canal+ pokażą
ponad 100 spotkań, z czego blisko 40 na żywo
w technologii HD.
Opr.: Tomasz Betka
dziennikarstwo | Na wejściu
Szkło już niekontaktowe?
„Szkło kontaktowe” obchodziło
w styczniu piąte urodziny. Okrągła
rocznica to dobra okazja nie tylko
do podsumowań, ale i do refleksji
nad przyszłością programu.
Elżbieta Wójcik, Agata Żurawska
W ocenie prof. Macieja Mrozowskiego „Szkło
kontaktowe” to program publicystyczno-satyryczny, a prowadzący: Grzegorz Miecugow
i Tomasz Sianecki, zachowują się jak showmani,
a nie jak dziennikarze. Nie zmienia to faktu, że
właśnie taka żartobliwa, nie do końca „dziennikarska” w ścisłym znaczeniu tego słowa formuła
zyskała sympatię tysięcy widzów, dla których
obejrzenie „Szkła” stanowi niemal rytuał na
zakończenie dnia. Poza tym są tematy, które
w „Szkle” nigdy nie zostaną poruszone, o czym
świadczy fakt, że kilkakrotnie (po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego, Bronisława Geremka czy
Zbigniewa Religi) program nie pojawił się na
antenie lub został przerwany.
Cztery razy najlepsi
Choć za ojców „Szkła kontaktowego” uchodzą
Miecugow i Sianecki, to zarówno pomysłodawcą programu, jak i twórcą
samego tytułu jest Adam
Pieczyński, prezes Zarządu
TVN24. Jak wspominają
w swojej książce prowadzący
program, jego tytuł wymyślony został na drugim piętrze budynku ITI, w palarni,
po odrzuceniu nazwy proponowanej przez Miecugowa.
W ciągu kilku lat nadawania program otrzymał cztery
nagrody. W 2006 roku został
laureatem Festiwalu Dobrego Humoru w Gdańsku,
w kategorii Najlepszy Program Rozrywkowy, a redakcja
tygodnika Media & Marketing
Polska uznała go za najlepszy
program telewizyjny. Najbardziej tajemniczą nagrodą
było wyróżnienie wysłane
pocztą przez Ruch na Rzecz fot. TVN
Bezrobotnych. Do dziś twórcy programu nie wiedzą, czym sobie na nią
zasłużyli. Rok 2007 to apogeum popularności
„Szkła kontaktowego” – program zgromadził
przed ekranem największą publiczność, a duet
„Miecugow-Sianecki” przypieczętował swój
sukces zwycięstwem w kategorii Odkrycie Roku
podczas gali wręczenia Wiktorów.
„O rany, tylko nie puszczajcie
tego w <Szkle>”
Na początku sami dziennikarze wyłapywali
wpadki polityków. Później, gdy pojawienie
się w „Szkle” zyskało rangę nobilitacji i wyróżnienia, a także dawało możliwość zaistnienia
w mediach, to politycy zaczęli manipulować
dziennikarzami poprzez wypowiedzi w rodzaju: „O rany! Tylko nie puszczajcie tego
w <Szkle>” albo: „Na pewno tego nie pokażecie”. Proste slogany dawały politykom
pewność, że materiał będzie wyemitowany.
Działo się tak do czasu, aż redaktorzy zorientowali się, że są podpuszczani. Teraz politycy
muszą szukać innych, bardziej wysublimowanych metod. – Pojawiają się tacy, którzy z premedytacją wykorzystują satyrę do promocji
własnej osoby. Na przykład poseł Palikot nie
jest wkręcany przez dziennikarzy, ale sam ich
wkręca – komentuje poseł Piotr Gadzinowski,
którego wypowiedzi również niejednokrotnie
były przytaczane w programie.
Wątpliwości nie ma też gospodarz „Antysalonu Ziemkiewicza”. – Dla polityków pojawienie się w „Szkle kontaktowym” to po pierwsze
dowód uznania, a po drugie lans – tłumaczy
Rafał Ziemkiewicz.
Za, a nawet przeciw
„Szkła” z 9 lipca 2007 roku, gdy po odwołaniu
Andrzeja Leppera ze stanowiska wicepremiera oraz ministra rolnictwa, przyszłość koalicji
PiS-Samoobrona-LPR stanęła pod znakiem
zapytania. Niecałe trzy miesiące później w wyniku przedterminowych wyborów nowy rząd
utworzyła PO, co okazało się początkiem słabnięcia popularności programu. – „Szkło” miało
rację bytu, kiedy u władzy pozostawał PiS wraz
ze swoimi przystawkami, bo wówczas łatwiej
było twórcom programu żartować z parlamentarzystów, wśród których wielu cechowały medialność i naturalne poczucie humoru – uważa
Piotr Gadzinowski.
Podobnie o istocie popularności „Szkła”
wypowiada się Marcin Meller, dziennikarz prowadzący w TVN24 publicystyczny program
„Drugie śniadanie mistrzów”. – Przyznam, że
coraz rzadziej oglądam „Szkło kontaktowe”,
o wiele częściej byłem jego widzem za czasów
PiS-u – przyznaje Meller i podkreśla, że za rządów partii braci Kaczyńskich pomysł programu
satyrycznego idealnie wpisywał się w ówczesną rzeczywistość. – Prowadzący mają teraz
trudniej; wtedy codziennie działo się coś, co
idealnie mieściło się w konwencji programu.
Dla „Szkła kontaktowego” byłoby na pewno
lepiej, gdyby Kaczyńscy
wrócili do władzy; wtedy
prezenterzy będą mieli
o czym mówić – przekonuje dziennikarz.
Grzegorz Miecugow
nie zgadza się jednak
z zarzutem o wyczerpywaniu się formuły programu.
Jego zdaniem niższa oglądalność „Szkła” jest jedynie
odzwierciedleniem ogólnego spadku popularności
programów informacyjnych i publicystycznych
w polskich mediach.
– I tak jesteśmy najchętniej
oglądanym programem
w TVN24 – mówi dziennikarz. Poza tym, zawłaszczenie sceny politycznej przez
dwie pozostające ze sobą
„Szkło kontaktowe” to najpopularniejszy program TVN24. w nieustannym sporze
partie wywołuje u widzów
patykiem tego programu. – Oglądam „Szkło
na tyle silne emocje, że program jak najbardziej
kontaktowe” kilka razy w tygodniu. Traktuję to
ma nadal rację bytu.
nie tylko jako rozrywkę, ale również źródło inWszystko ma swój koniec
formacji na temat tego, jak widzowie reagują
„Szkło kontaktowe” pokazuje polityków
na pewne wydarzenia i jak je komentują. Od
w krzywym zwierciadle i pozwala im zapisać się
pewnego czasu widzę, że „Szkło” staje się coraz
w świadomości odbiorców, którzy lubią przebardziej obiektywne, a prowadzący z większą
cież pamiętać o czyichś gafach i pomyłkach.
ostrożnością komentują bieżące wydarzenia
Nie musi to jednak wcale oznaczać utraty przez
– stwierdza polityk.
nich sympatii do bohaterów programu. „Szkło”
Prof. Maciej Mrozowski dodaje, że „Szkło”
daje widzom poczucie wspólnoty i możliwość
pełni funkcję platformy, na której mogą wypowyrażania swoich opinii na forum publicznym.
wiadać się widzowie. – Demaskuje ono głód
Maciej Mrozowski nie pozostawia jednak złudebaty wśród społeczeństwa. Taki program
dzeń co do tego, że przyszłość programu zależy
daje możliwość komentowania i biadolenia
od przebiegu i wyniku zbliżającej się kampanii
– podsumowuje profesor. Również współprezydenckiej. – Każdy program ma swoją żyprowadzący program, Grzegorz Miecugow,
wotność, również „Szkło kontaktowe” musi się
dopatruje się jego sukcesu w interaktywności.
kiedyś skończyć. Nie stanie się to jednak w naj– W polskiej telewizji po raz pierwszy w takim
bliższym czasie, a od kwietnia aż do jesieni najstopniu zaproszono ludzi do współuczestnicprawdopodobniej nastąpi ożywienie w „Szkle”.
twa podczas tworzenia programu, przez telefoCo będzie dalej, nie wiadomo – przyznaje prony i SMS-y – zauważa Miecugow.
fesor Mrozowski.
Bez Kaczyńskich ani rusz?
Ze stwierdzeniem, że popularność i żywotJak wynika z danych telemetrycznych AGB Nielsen
ność „Szkła” zdeterminowana jest wyłącznie
Media Research, od pewnego czasu liczba stałych
sytuacją polityczną w kraju, nie zgadza się Grzewidzów programu stopniowo maleje. Najwyższą
gorz Miecugow. – Nie tworzymy programu,
oglądalność „Szkła kontaktowego” odnotowano
który zajmuje się jedynie polityką. W ostatnie
w roku 2007, kiedy zawirowania na polskiej scenie
wakacje nie pojawiała się ona w „Szkle” tak czępolitycznej i przyspieszone wybory parlamentarsto, a i tak mieliśmy świetne wyniki. Zapytany
ne były główną siłą napędową programu. Permao przyszłość programu, dziennikarz zapewnentny spór pomiędzy PiS-em a PO był dla twórnia, że „Szkło kontaktowe” pozostanie na wizji
ców „Szkła” studnią bez dna, z której co wieczór
w niezmienionej formie. – Będziemy dalej zajmogli czerpać tematy do rozmów.
mować się tym, co przynosi każdy kolejny dzień
Najliczniejszą widownię – ponad milion wi– puentuje Miecugow.
dzów – zgromadził przed telewizorami odcinek
Program od początku wzbudzał kontrowersje,
a kręgi jego zwolenników i przeciwników formowały się w zawrotnym tempie. W niecały
miesiąc od debiutu „Szkła” na wizji, Max Suski,
publicysta „Przekroju”, powiedział, że prowadzący mają trudności z odnalezieniem się w roli wyluzowanych żartownisiów, a Sianecki, potrafiący
trafnie spuentować każdego newsa w „Faktach”,
w „Szkle” wygląda na przestraszonego. Dwa lata
później publicystka „Dziennika”, Adrianna Biedrzyńska, napisała, że podziwia dowcip i wysoką
kulturę prowadzących, których wypowiedzi pozbawione są chamstwa i stronniczości, a zachowany w nich dystans do polityki przemawia na
korzyść twórców programu.
Poproszony o ocenę „Szkła” Rafał Ziemkiewicz, z dezaprobatą mówi o przyjętej konwencji
programu. – Lubię śmiech dla śmiechu. Denerwuje mnie natomiast, jeśli jest to wspólne wyszydzanie innych w myśl zasady: my jesteśmy
lepsi, dlatego śmiejmy się z innych. Oglądając
ten program, mam wrażenie, że to taka grupowa psychoterapia – wyjaśnia swoją niechęć wobec „Szkła” publicysta „Rzeczpospolitej”. Były poseł Samoobrony, Janusz Maksymiuk,
pozostaje natomiast wiernym widzem i sym-
| 03 |
Felieton | dziennikarstwo
dziennikarstwo
na świecie
Duński dziennik przeprosi
za karykatury Mahometa
Przeprosiny dziennika „Politiken” są efektem
porozumienia z ośmioma organizacjami, reprezentującymi blisko 100 tys. muzułmanów. Gazeta przeprosiła „wszystkich, którzy mogli poczuć
się urażeni”, chociaż nie wyraziła wprost żalu
z powodu opublikowania kontrowersyjnych
karykatur. Rysunki po raz pierwszy ukazały się
w 2005 roku w duńskim dzienniku „JyllandsPosten” i wywołały gwałtowne protesty w
świecie muzułmańskim. W 2008 roku policja
ujawniła, że przeciwko jednemu z karykaturzystów był przygotowywany spisek. W odpowiedzi na to, kilkanaście duńskich gazet, w tym
„Politiken”, ponownie opublikowało obraźliwe
dla muzułmanów rysunki.
Rosyjski magnat przejmie „The Independent”?
Aleksander Lebiediew prawdopodobnie kupi
od irlandzkiej grupy wydawniczej Independent
News & Media brytyjski dziennik „The Independent”. Rosjanin zapłaci za gazetę symbolicznego funta, ale równocześnie zobowiąże
się do zainwestowania w tytuł kilkudziesięciu
milionów w ciągu pięciu lat. W portfolio
Lebiediewa znajduje się już m. in. inny brytyjski
dziennik – „The London Evening Standard”.
Cięcia w BBC
Według brytyjskiego dziennika „The Times”
koncern BBC będzie musiał zamknąć dwie
cyfrowe stacje radiowe i sprzedać udziały
w części swoich czasopism, a także ograniczyć
budżet na działania online o mniej więcej 25
proc. Informacje nie są jeszcze potwierdzone,
a przedstawiciele BBC odmówili redakcji
„The Times” komentarza. Wiadomo jednak,
że koncern musi zredukować wydatki – poza
wymienionymi cięciami, BBC prawdopodobnie zmniejszy koszty związane z prawami do
transmisji wydarzeń sportowych, co pozwoli
zaoszczędzić firmie nawet 100 mln funtów.
Zwolnienia w amerykańskich telewizjach
Według dziennika „New York Times”, należąca
do Walt Disney Co. amerykańska sieć telewizyjna ABC planuje zwolnić 300-400 pracowników. Redukcje obejmą przede wszystkim
osoby pracujące w sekcji informacyjnej ABC,
która zatrudnia około 1,5 tys. ludzi. Zwolnienia
dziennikarzy w swoich sekcjach newsowych
zapowiedzieli również najwięksi konkurenci
ABC – sieci CBC i NBC.
Serwis wideo dla miłośników telenowel
Amerykański koncern nadawczy Univision
Communications Inc. przygotował dla fanów
telenowel specjalny internetowy serwis wideo,
na którym będzie można bez opłat oglądać
całe odcinki seriali produkowanych nie tylko
przez Univision, ale i producentów zewnętrznych. Serwis „Novela y Series” („Telenowela
i seriale”) skierowany jest przede wszystkim
do coraz odważniej korzystających z Internetu
latynoskich mniejszości na terenie USA.
Opr.: Tomasz Betka
| 04 |
Nowe otwarcie we „Wprost”
Sprzedaż „Wprost” oznacza początek końca imperium rodziny Królów.
Czy istnieje szansa, by pod nowymi
rządami tygodnik uwolnił się od
oskarżeń o nierzetelność i polityczną
stronniczość?
Powstała w 1990 roku jako kontynuatorka najważniejszego PRL-owskiego dziennika. Na początku
kojarzona z poprzednim ustrojem, potem oskarżana o bezceremonialne popieranie SLD, „Trybuna”
zakończyła rynkowy żywot 4-ego grudnia 2009 roku. Co to oznacza dla polskiego rynku prasowego?
Dominika Jędrzejczyk
Anna Kiedrzynek
Dominika Jędrzejczyk
Po ustąpieniu Marka Króla, nowym przewodniczącym Rady Nadzorczej Agencji Wydawniczo-Reklamowej „Wprost” został Piotr Misiło
– dyrektor zarządzający ds. organizacyjnych
w Platformie Mediowej Point Group SA. PMPG
w ostatnich dniach ubiegłego roku zakupiła
80 proc. udziałów AWR Wprost. Od początku
lutego funkcję prezesa zarządu pełni, podobnie
jak w PMPG, Michał Lisiecki. Poza Misiłą i Lisieckim, w Radzie Nadzorczej AWR Wprost zasiadają
również: Katarzyna Gintrowska (wiceprzewodnicząca Rady Nadzorczej PMPG) oraz Robert
Pstrokoński, dyrektor pionu media i wydawnictwa Platformy. Nowy program rozwoju pisma
wyznaczy natomiast Jacek Rakowiecki, szef
projektów wydawniczych PMPG oraz redaktor
naczelny miesięcznika „Film”.
– Naszym celem jest reforma „techniczna”,
czyli podniesienie poziomu pisma pod względem warsztatowym, a także merytoryczna:
odejście od uwikłania w politykę, wyraźniejsze
oddzielenie faktów od komentarzy – zapowiada Rakowiecki. Jego zdaniem odpolitycznienie
tygodnika miałoby polegać na tym, że teksty
z zakresu polityki dotyczyłyby głównie tego,
w jaki sposób wpływa ona na poziom życia poszczególnych grup społeczeństwa.
Tygodnik specjalizował się w kontrowersyjnych okładkach. Jak będzie teraz?
Wydaje się jednak, że problemem „Wprost”,
z którym będzie musiał uporać się nowy zarząd,
jest nie tylko coraz wyraźniejsze zaangażowanie
polityczne pisma, ale także spadające wyniki
sprzedaży. Według danych ZKDP tygodnik zanotował jeden z większych spadków sprzedaży
w kategorii polskiej prasy opiniotwórczej.
Fiaskiem zakończyła się także inwestycja we
„Wprost Light”, czyli rozrywkową wersję tytułu.
W związku z trudną sytuacją finansową, w jakiej
znalazł się „Wprost”, rodzi się pytanie o zmiany
kadrowe i ewentualne cięcia budżetowe, na jakie może zdecydować się nowy zarząd w celu
Zmiany wyników sprzedaży tygodników opinii w Polsce
(rozpowszechnianie płatne razem w styczniu, maju i grudniu 2009 roku)
Styczeń 2009
Maj 2009
Grudzień 2009
146 704
106 939
129 010
55 656
129 290
137 623
111 926
90 870
47 970
135 061
151 370
106 843
88 882
48 290
153 920
„Polityka”
„Newsweek”
„Wprost”
„Przekrój”
„Gość Niedzielny”
Krajobraz po „Trybunie”
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych ZKDP.
poprawienia kondycji pisma. – Tekstów z zewnątrz (pochodzących od wolnych strzelców
i ekspertów) może być więcej niż artykułów
stałych członków redakcji. W obliczu kryzysu
na rynku prasy i reklamy, takie rozwiązanie jest
o wiele bardziej ekonomiczne, przy czym dotąd niespotykane w polskim dziennikarstwie.
Oczywiście, przecieranie szlaków dla nowych
rozwiązań zawsze niesie za sobą ryzyko popełnienia błędów – komentuje Rakowiecki i dodaje,
że liczy się z ewentualnym odpływem części
czytelników, przywiązanych do dotychczasowej
formuły pisma.
Wciąż nie wiadomo, jak na funkcjonowanie
tygodnika wpłynie zmiana redaktora naczelnego. Kojarzony z „Wprost” Stanisław Janecki
odszedł ze stanowiska z początkiem lutego,
a głównym powodem jego decyzji była zmiana
właściciela magazynu. Trudno w tej chwili wyrokować, czy oznacza to całkowitą modyfikację
nie tylko charakteru pisma, ale także jego społecznego odbioru.
Otwarte pozostaje również pytanie, czy
nowy, zgodnie z deklaracją Jacka Rakowieckiego bardziej „wycentrowany politycznie” tygodnik, znajdzie miejsce na rynku prasy, oraz czy
nowatorska formuła zlecania większości tekstów
autorom spoza redakcji stanie się skutecznym
remedium na kryzys prasy w Polsce.
Mimo początkowych zapowiedzi wydawcy,
firmy Ad Novum, oraz zespołu redakcyjnego, reaktywacja „Trybuny” okazała się fikcją
– magiczna data 1-ego lutego upłynęła i nic
nie wskazuje na to, że znajdzie się chętny,
aby zainwestować w gazetę i spłacić jej
wielomilionowe długi. Według szacunków
Presserwisu dziennik może zalegać z płatnością nawet 12,5 mln złotych wobec drukarni
i ZUS-u. Zarząd „Trybuny” kilkakrotnie znajdował się na skraju bankructwa, jednak tym
razem wydaje się, że naprawdę nie ma szans
na uratowanie pisma. W możliwość zmartwychwstania „Trybuny” nie wierzy historyk
i dziennikarz „Polityki” Wiesław Władyka,
a Wiesław Godzic, medioznawca ze Szkoły
Wyższej Psychologii Społecznej, otwarcie
mówi o „zużyciu tytułu gazety”.
PRL-owska przeszłość
Początki istnienia „Trybuny Ludu”, poprzedniczki „Trybuny”, sięgają 1948 roku, gdy
w miejsce PPR-owskiego „Głosu Ludu”
i PPS-owskiego „Robotnika” powstała nowa
gazeta, organ Komitetu Centralnego właśnie
powołanej poprzez połączenie PPR i PPS Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Misja
dziennika była ściśle związana z działalnością
władz, a publikowane w niej teksty – podporządkowane przedstawianiu stanowiska
partii wobec wydarzeń w kraju i za granicą.
W wyniku przemian ustrojowych
w 1989 roku gazeta przestała się ukazywać – jej ostatni numer datowany jest na
rok 1990. W tym samym czasie prywatna
spółka Ad Novum stworzyła nowy dziennik, „Trybunę”, który stał się nieoficjalnym
organem polskiej lewicy postkomunistycznej. Na czele pisma stanął Marek Siwiec,
pierwszy z grona redaktorów naczelnych,
z których wszyscy, nie wyłączając ostatniego – Wiesława Dębskiego – byli kojarzeni
ze środowiskiem polskiej lewicy.
Demokratyczny upadek
Moim odrębnym zdaniem
Książki nie czytałem, ale mi się ona nie podoba
Adrian Stachowski
Od czasu do czasu ukazują się książki, które
wywołują burzę. Można by po tym sądzić,
że jeszcze ktoś u nas naprawdę książki czyta.
Ale to złuda – najbardziej lubimy rozmawiać
o tych, których nie czytaliśmy. Idealne:
można się powymądrzać, ale bez nudziarstwa, to jest – czytania.
Właśnie jesteśmy w środku medialnej
wrzawy wokół biografii Ryszarda Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego. W
gazetach, radiu i telewizji towarzystwo
liczne i śliczne roztrząsa kontrowersyjną
biografię znanego na cały świat reportera.
Czy jest się czym emocjonować? A jakże!
Współpraca z wywiadem, partyjne uwikłania
i konfabulacje mistrza reportażu. Słowem:
autorytet w opałach. Czyli to, co kochamy
najbardziej. Ale o tych aspektach życia
Kapuścińskiego wiadomo nie od dzisiaj.
W ciągu trzech lat od śmierci reportera
wyszły już dwie książki, w których można
było o tym przeczytać, w tym jedna
biografia. Nie, to nie pomyłka – dwa lata
temu ukazała się już jedna biografia
Kapuścińskiego. Trochę bardziej uładzona
i grzeczna (o romansach ani słowa), ale była.
Tylko że nikt jej nie przeczytał. Z wyjątkiem
tych, którzy się twórczością Kapuścińskiego
interesują. Ale co oni tam wiedzą.
Dlaczego wtedy ominęła nas podnieta?
To proste – nie było rabanu, czyli widocznie
sprawa nie była godna zainteresowania.
Teraz wdowa wytoczyła proces, media
podjęły temat i wymęczyły go (autora
również – nagadał się w kółko to samo
biedak, oj nagadał) jeszcze przed premierą
książki. Bo co mieli zrobić dziennikarze
– poczekać? Wolne żarty. Teraz jest news,
jest zainteresowanie, dawajcie ekspertów!
Najlepiej, z przenikliwością godną
honorowego prezesa Stowarzyszenia
Dziennikarzy Polskich, sprawę ujął Stefan
Bratkowski. W radiowej audycji o książce
podyskutował, wyraził kategoryczną opinię,
a potem, zapytany, czy biografię przeczytał,
odpowiedział rozbrajająco: a po co? No
właśnie – po co? Przecież już powiedział,
co o niej myśli. Podobne opinie dominowały
na forach internetowych, które niżej
podpisany obserwował z masochistycznym
wręcz zacięciem.
No to jaka jest książka Domosławskiego?
Jak każda – ma swoje zalety i wady. Ale emocje i ignorancja to słabi recenzenci. Jeszcze
gorsze jest ocenianie książek na podstawie
streszczenia z paska na TVN 24.
Ale nie bądźmy tacy ostrzy w naszych
ocenach. Przecież dzisiaj nikt nie ma czasu
na tak bezproduktywne zajęcie, jakim jest
zbyt długie patrzenie się na litery. A nie mieć
zdania - nie uchodzi. Jakbyśmy mieli wypowiadać się tylko na te tematy, o których
mamy jakieś pojęcie, nagle zaległaby cisza.
Co w tej wrzawie najgorsze? Ano to, że
w całym tym zamieszaniu nikt nie zauważył,
iż w księgarniach pojawiła się raz już wydana
– pod koniec lat 60. – i nigdy więcej nie
wznawiana książka Kapuścińskiego
„Dlaczego zginął Karl von Spreti?”. Czekałem
i czekałem, aż ktoś o tym powie. Ale nikt, ani
słowem. Bo ostatnio każdy lubi o Kapuścińskim rozmawiać. Ale czy kogoś interesują
jeszcze jego książki?
Informacje o słabnącej sprzedaży, złej sytuacji finansowej gazety i groźbie jej likwidacji
nie były tajemnicą. Jednak grudniowy
upadek „Trybuny” wywołał falę komentarzy
we wszystkich polskich mediach. Tymczasem, poza lakoniczną zapowiedzią powrotu
do kiosków 1-ego lutego, zamieszczoną na
portalu internetowym dziennika, wszelkie
źródła związane z „Trybuną” milczały. Wirtualna Polska pisała, że „upadł ostatni symbol
komunizmu”, „Polska The Times” w obszernym artykule poświęconym historii gazety
zwracała uwagę na jej korzenie, ale także na
to, że nawet w czasach prosperity formacji
lewicowych, „ <Trybuna> przędła raczej cienko”, a przyczyną słabej pozycji dziennika na
rynku prasy było: „odcięcie od rynku reklam,
druk na lichym papierze i archaiczny layout”.
Profesor Wiesław Godzic dodaje jeszcze jedną ważną przyczynę: „Trybuna” nie znalazła
uznania wśród odbiorców lewicowych. Przyjęła formę najprostszą dla gazety partyjnej i,
bazując na emocjach, pozyskiwała czytelników ze starszej grupy wiekowej, którzy byli
związani z PRL-em. Profesor podkreśla, że
layout „Trybuny” przypominał marnej jakości
gazetę powiatową.
W tej sytuacji trudno się dziwić, że grupy
docelowej „Trybuny” nie tworzyły osoby
młode. Poza tym dziennik odwoływał się
często do tradycji postkomunistycznej, co
widoczne było chociażby w doborze publicystów związanych ze „sztywną”, nierzadko
skostniałą polityką lewicową. Brak napływu świeżej krwi, a także jednostronność
argumentacji pojawiającej się w ocenach
współczesnej rzeczywistości, są jednymi
z wielu powodów upadku „Trybuny”. Forma
oraz treści, które doskonale sprawdzały się
w czasach „Trybuny Ludu”, okazały się nieodpowiednie dla dynamicznie zmieniającej
się polskiej rzeczywistości po 1989 r.
Powstaje pytanie: jakie znaczenie dla
polskiego rynku prasy ma upadek tego
dziennika i czy wśród dostępnych obecnie
różnorodnych tytułów znajdzie się miejsce
dla nowej gazety lewicowej?
modawców wyraźnie ją dyskryminował,
a przecież nie jest tajemnicą, że w dzisiejszych czasach prasa czerpie korzyści finansowe głównie z tego źródła – przypomina
dziennikarz. Zyski „Gazety Wyborczej” ze
sprzedaży bezpośredniej stanowią 20 proc.
całości przychodów, reszta pochodzi
właśnie z reklam. – Chcę też zwrócić uwagę,
że dziennikowi zaszkodziło kojarzenie pisma
z ekipą postkomunistyczną – przyznaje były
naczelny „Trybuny”.
„Krytyka Polityczna” to twór stosunkowo
młody, „Nie” – zastygły i negatywnie odbierany. Po upadku „Trybuny” dał się zatem
odczuć na rynku polskich mediów brak tytułu o lewicowych tradycjach, który skupiałby
przez konserwatywne dzienniki polskim
rynku prasowym”.
Jednak istnienie produktu regulowane
jest w gospodarce rynkowej przez prawa
popytu i podaży - towar nierentowny, zalegający na półkach, powinien z nich zniknąć,
robiąc miejsce dla nowych, które efektywniej zawalczą o konsumenta. W dobie
kryzysu ekonomicznego, przekładającego
się także na słabszą kondycję mediów,
podobne problemy dotykają codziennie
wiele zakładów pracy. Dlaczego zatem
nawet prasowi „oponenci” piszą, że upadek
gazety jest stratą dla rynku polskiej prasy
drukowanej i może negatywnie odbić się na
jego strukturze?
Rynek skręca
w prawo
Zamknięcie „Trybuny” potwierdziło
zauważalny od pewnego czasu brak równowagi politycznej i
światopoglądowej na
polskim rynku prasy.
Obok pozycjonujących się po lewej
stronie sceny mediów
drukowanych: „Krytyki Politycznej” oraz
bardziej liberalnego
„Przeglądu”, istnieje
szereg tytułów
mocniej lub słabiej
nawiązujących do
doktryn centrowych,
centroprawicowych,
czy konserwatywnych, aż do pism
o zabarwieniu silnie
prawicowym. Przeciętny czytelnik styka
się codziennie z „Naszym Dziennikiem”,
„Gazetą Polską”,
4 grudnia 2009 roku ukazał się ostatni numer „Trybuny”
„Rycerzem Niepokalanej”, „Wprost”, ale
także „Przeglądem Politycznym” lub „Fronpublicystów i twórców związanych z tym
dą”, które, choć różne w wymowie i przesłanurtem ideologicznym. Można się nie zganiu, czerpią na poziomie treści z doświaddzać z prezentowaną przez „Trybunę” wizją
czeń ogólnie pojętej „prawicy”. Zaburzenie
rzeczywistości, trudno jednak zaprzeczyć,
harmonii jest bardzo wyraźne nie tylko w
że jej istnienie działało na korzyść pluralizmu
sensie ilościowym, co widać na przykładzie
mediów i sprzyjało idei mnogości reprezenwymienionych tytułów, ale także jakościotowanych w nich postaw. Podobnie twierdzi
wym – czytelnik o poglądach liberalnych,
Wiesław Władyka. – Mimo „bibułkowej”
centrowych czy konserwatywnych będzie
formy, często nietrafiającej do czytelnika,
miał szeroki wybór dzienników, tygodników
szkoda, że „Trybuna” zniknęła z rynku;
i miesięczników o różnym poziomie trudzawsze był to jednak dodatkowy głos
ności i zaangażowania politycznego. Takiej
w publicznym dyskursie – zauważa profesor.
możliwości nie ma czytelnik o orientacji
Władyka dodaje, że w upadku dziennika wilewicowej. Jeżeli chodzi o prasę codzienną,
dzi koniec prasy partyjnej w ogóle; formuła
skazany jest na „Gazetę Wyborczą”, która de
medium upolitycznionego w takim stopniu
facto reprezentuje poglądy centrolewicowe;
nie odpowiada potrzebom dzisiejszego
spośród tygodników może sięgnąć po skrajrynku i nie budzi zaufania odbiorców.
ne „Nie” Jerzego Urbana, ale z racji kojarzePewnie dlatego „Dziennik Gazeta Prawnia redakcji z poprzednim ustrojem pismo
na” napisał, że „jedyna lewicowa gazeta
nie cieszy się wielką popularnością wśród
zniknęła z kiosków”. Informowały o tym
przedstawicieli młodszej grupy wiekowej.
także media niemieckie - „Süddeutsche
Janusz Rolicki, były redaktor naczelny
Zeitung” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.
„Trybuny”, przyznaje, że era gazet polityczW przypadku reakcji warszawskiego korenych, zwłaszcza lewicowych, skończyła się
spondenta pierwszej z nich – Thomasa Urbaostatecznie, czego symptomem było już
na – można wręcz mówić o ubolewaniu nad
jego zwolnienie ze stanowiska naczelnego
upadkiem „ostatniej prawdziwie lewicowej
oraz nieczytanie gazety nawet przez politygazety w Polsce”. I to on, chyba jako jedyny,
ków SLD. Przyczyn upadku dziennika Rolicki
zwrócił uwagę na fakt, że redakcję gazety
upatruje raczej w czynnikach zewnętrznych.
współtworzyły także osoby młode, „których
– „Trybunę” dobił brak reklam; rynek reklagłos nie liczył się jednak na zdominowanym
fot. Paweł Supernak/PAP
dz
dziennikarstwo | Temat numeru
Ku pamięci i przestrodze
Powód może stanowić długa tradycja
„Trybuny”, bez względu na to, czy jest ona
chlubna czy nie. Dziennik ten wpisał się
bowiem na stałe w obraz polskiego rynku
prasy, jednocześnie pełniąc rolę sztandarowego przedstawiciela nurtu lewicowego.
Czy w takiej sytuacji (zakładając, że rynek
reguluje się sam) upadek „Trybuny” nie jest
przejawem ogólnych nastrojów politycznych, oznaką swoistego odwrotu społeczeństwa od wartości nie tyle lewicowych,
co postkomunistycznych, wywodzących się
bezpośrednio z poprzedniego ustroju?
Trudno jest chyba mówić o odwrocie od
lewicowości w ogóle – czym można by było
wtedy tłumaczyć popularność środowiska
„Krytyki Politycznej”, wpisującej się przecież
w nurt „twardej” lewicy, nadającej jednak
swoim treściom nowocześniejszą, odpowiadającą potrzebom dzisiejszego odbiorcy
formę? Jedno nie ulega wątpliwości - nadmierne upolitycznienie nigdy mediom nie
służy, podobnie jak brak elastyczności
i dobrej analizy potrzeb rynku.
| 05 |
Prasa społecznościowa | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Prasa społecznościowa
50 lat temu prasa była towarem deficytowym, dziś to czytelnik jest deficytowy. Sposobem na
przeciwdziałanie temu, jest wciągnięcie go w tworzenie pisma, gdzie za niewielkie wyunagrodzenie
uczestniczy w kreowaniu treści ulubionej gazety. Jakie są zatem czasopisma społecznościowe?
fot. CAF
Kosztują od kilkudziesięciu groszy do maksymalnie kilku złotych, a za opublikowany
list, poradę bądź przepis kulinarny czytelnik
otrzymuje od 50 do 100 złotych. – Czytelnicy dzielą się w nich swoją „rodzinną” wiedzą
– mówi Janusz Frądel, właściciel jednego
z kiosków na warszawskiej Woli. Często
rozmawia on ze swoimi klientami, kupującymi dość regularnie tanie wydawnictwa
o tematyce kulinarnej, których w swoim
asortymencie ma najwięcej.
Krótka charakterystyka
Pisma społecznościowe – jak zaczęto
nazywać rodzaj prasy, który niemal w stu
procentach tworzony jest przez samych
czytelników – to coraz częściej spotykana
formuła wydawnicza. Socjologowie zwracają uwagę, że prasa społecznościowa,
dzięki relatywnie niskim kosztom zakupu,
staje się popularna szczególnie wśród
uboższych warstw społeczeństwa, a w dobie globalnego kryzysu także wśród osób,
które chcąc redukować koszty, sięgają po
tańsze, ale jednocześnie słabsze jakościowo tytuły.
– Tym, co przyciąga do takich pism,
jest ich niewygórowana cena – wskazuje
socjolog Aleksandra Cwalina z Uniwersytetu
Kardynała Stefana Wyszyńskiego. – Szukając
oszczędności, bardziej kalkuluje się wydać
95 groszy na kilkanaście przepisów kulinarnych miesięcznie niż za kilkadziesiąt złotych
kupić książkę kucharską.
Zasięg tematyczny pism społecznościowych jest bardzo szeroki – interesujące
treści znajdą w nich zarówno panie domu,
jak i fani komputerów czy techniki, a także
młode mamy, poszukujące porad z zakresu
opieki nad dziećmi. I tak na przykład
wydawnictwo Edipresse wydało miesięcznik kulinarny „Przyślij przepis”, po czym
zachęcone sukcesem tego tytułu wprowadziło kolejny – „Mamy radzą mamom”. Tę
samą drogę obrało wydawnictwo Hubert
Burda Media, we wrześniu wypuszczając
magazyn „Enter”. Jednak chyba nawet sami
wydawcy nie zakładali tak dużej popularności tych miesięczników, o czym świadczy
fakt, że „Przyślij przepis” zwiększyło nakład
Pisma społecznościowe
sukcesem
Czy rzeczywiście? Można opierać się tylko na
wynikach sprzedaży polskich, wciąż jeszcze
raczkujących pism segmentu prasy społecz-
| 06 |
nościowej, ale wydaje się, że nawet te mogą
stanowić pretekst do rozważań na temat
efektywności sprzedaży tego typu prasy oraz
jej przyszłości na polskim rynku mediów.
Ciekawych wniosków dostarcza porównanie
spadających wyników sprzedaży prasy opinii
i dzienników z rezultatami osiąganymi przez
analizowany tutaj rodzaj pism.
W czerwcu 2009 roku „Przyślij przepis”
sprzedało się w ponad milionie egzemplarzy, zajmując drugie miejsce pod względem
wielkości sprzedaży. Warto zauważyć, że na
liście 20 najczęściej kupowanych czasopism
znajdują się wyłącznie tytuły lekkie: gazety
zawierające program telewizyjny oraz prasa
dla kobiet. Pierwszy w rankingu tygodnik
opinii – „Polityka”, jest dopiero na 39 miejscu, po tytułach takich jak młodzieżowe
„Bravo” czy hobbystyczny „Działkowiec”. Widać znaczną tendencję do wybierania
przez czytelników gazet o profilu bardziej
rozrywkowym i poradnikowym. „Przyślij
przepis” udowadnia, że jeśli trzeba ciąć
koszty, zawsze znajdzie się sposób. Nie
można przewidzieć, czy tak będzie wyglądać przyszłość prasy drukowanej, ale na
pewno jest to dowód tego, że wydawcy
łatwo się nie poddadzą. W analizie pozycji prasy społecznościowej nie można także pominąć czynnika czytelniczego, a więc odbioru pism typu „Mamy
radzą mamom” przez tych, którzy w tym
wypadku zarówno je tworzą, jak i czytają.
Częściowych wskazówek w tej kwestii dostarczają wyniki ankiety przeprowadzonej
na próbie trzydziestu dwóch respondentów,
podzielonych ze względu na główne kryteria demograficzne: płeć (dwadzieścia kobiet
i dwunastu mężczyzn), wiek (dwadzieścia
osób w przedziale wiekowym 19–25 lat, po
trzy i dwie odpowiednio w grupach 26–35
Interaktywny druk
21 października 1956 roku, mieszkańcy stolicy stoją w kolejce do kiosku Ruchu po codzienną prasę, aby śledzić doniesienia z VIII Plenum KC PZPR.
dwukrotnie (w tej chwili wynosi on 1,1 mln
egzemplarzy). Jest to znacznie więcej niż
wynosi nakład podobnych magazynów
opracowywanych w tradycyjny sposób.
Miesięczniki tworzone przez czytelników
znajdują się w niektórych sklepach nawet
na specjalnym miejscu, właśnie ze względu
na duże zainteresowanie. Ale czy rzeczywiście publikacje „społecznościowe” stanowią
przykład „dobrze robionej” prasy?
Nowo powstały magazyn „Enter” został
oceniony przez miesięcznik „Press” i w skali
dziesięciopunktowej otrzymał 4,6 punktu. Zdaniem pisma „Press”, największymi
atutami magazynów społecznościowych są:
warsztat dziennikarski, czyli neutralny styl,
który ułatwia czytanie, a także prosty język.
Treść jest przyswajalna dla czytelnika bez
względu na jego wiek czy wykształcenie.
Kolejną zaletę miesięczników społecznościowych stanowi nieduży format. „Jest to
wydanie katalogowe, dlatego wskazany
jest format podręczny. Magazyn nie służy
do czytania, tylko do sprawdzenia w nim
informacji i powinien zawsze być pod
ręką” – mówi Cezary Czerwiński, redaktor
prowadzący miesięcznika „Enter”. Z kolei
Małgorzata Górska, psycholog, twierdzi:
Prasa społecznościowa za granicą
Skąd w Polsce wzięła się „prasa społecznościowa”? Nietrudno zgadnąć, że przywędrowała z Zachodu. Jak za granicą prosperuje ten rodzaj prasy? Na jakiej zasadzie tam
funkcjonuje?
Our Canada, pismo wydawane przez Reader’s Digest Canada, za nadsyłane historie
oferuje prenumeraty. I Am Modern Magazine, czasopismo tworzone przez mamy
dla mam, już od pierwszego wydanego
numeru ignoruje wszechobecny kryzys
i cieszy się dużym zyskiem, który po roku
funkcjonowania pisma na rynku wzrósł aż
o 160%. W 2008 roku magazyn zdobył nagrodę Przedsiębiorcy Roku i Produktu Roku
dla małych firm. To nie jedyne wyróżnione
pismo tego typu; w tym roku jedną z nagród World Young Reader Prize przyznawaną przez Światowy Związek Prasy zdobył
bardzo dynamiczny i innowacyjny niemiecki magazyn społecznościowy Blue, którego
Jak wskazują badania Net Track przeprowadzone przez firmę Millward Brown SMG/
KRC, w 2009 roku z Internetu korzystało
49,4 proc. Polaków. Osoby bez dostępu
do sieci mogą więc szukać porad w prasie
społecznościowej. Na forum gazeta.pl jedna
z internautek zapytała o opinię na temat
magazynu „Przyślij przepis”. Okazało się,
że większość użytkowniczek w ogóle nie
zna tego tytułu, bo podczas wyszukiwania
pomysłów na potrawy korzystają głównie
z portali kulinarnych. Z kolei Cezary
Czerwiński z miesięcznika „Enter”, adresowanego do osób używających komputera,
mówi: - Nie każdy umie znaleźć w Internecie
to, czego szuka lub nie zawsze ma do niego
bieżący dostęp. Internet niejednokrotnie
jest drugim źródłem informacji.
Coraz powszechniejsze staje się zjawisko przenoszenia treści z Internetu na
papier. Reverse publishing jest kolejnym
chwytem wydawców, mającym zatrzymać
czytelników i oddalić od prasy drukowanej
perspektywę rychłej śmierci. Pytanie, czy
dość skutecznym. Jeżeli bowiem czytelnik ma możliwość odbioru danej treści za
pośrednictwem tak wygodnego i szybkiego
medium, jakim jest Internet, to czy będzie
chciał sięgnąć do niej jeszcze raz, w bardziej
wymagającej formie drukowanej? Być może
tak. Paradoksalnie, już wiele dzienników
i tygodników opinii stosuje tę metodę
promocji swoich treści oraz zachęcania
do kupowania wersji papierowych.
treść jest selekcjonowana spośród tej, którą generuje internetowy serwis społecznościowy.
Obok pism, które 100% swojej treści czerpią
z listów i tekstów nadsyłanych przez czytelników, istnieją także takie, które tylko częściowo
współpracują z odbiorcami, co jakiś czas publikując tworzone przez nich wydania, czy też
oddając im do dyspozycji kilka stron. I tak na
przykład, w czerwcu 2008 roku z okazji 10 rocznicy istnienia magazynu czytelnicy mogli zapełnić wszystkie strony amerykańskiego pisma
podróżniczego Budget Travel; w tym samym
czasie podobną możliwość dostali miłośnicy
magazynu This Old House, którego redakcja tytuł wyjątkowego wydania przekształciła w Your
Old House. Kilka miesięcy później, w listopadzie,
nowa moda dotarła do Wielkiej Brytanii, gdzie
czytelnicy po raz pierwszy mogli przeczytać
własne teksty wydrukowane na łamach Greece
Magazine. Podobne historie można usłyszeć na
całym świecie - duński dziennik Ekstra Bladet
już od 2002 roku stara się włączać czytelnika do
współtworzenia gazety. W 2007 roku utworzył
specjalny dział „Nationen” z tekstami pisanymi
tylko przez użytkowników.
Dlaczego tylu wydawców podejmuje podobne kroki i decyduje się na silniejszą lub słabszą współpracę z czytelnikami? Wbrew pozorom, powodem wcale nie są cięcia budżetowe,
bo na dłuższą metę edytowanie amatorskich
tekstów może okazać się droższe od zatrudnienia profesjonalistów. – Publikacja takiego wydania była trudniejsza, niż się spodziewaliśmy
- mówi Eerik Torkells, były edytor Budget Travel.
– Magazyn płacił nadsyłającym normalne stawki, po około dwa dolary za słowo. Chcieliśmy
zapewnić czytelnikom to, czego spodziewają
się po pracy w piśmie podróżniczym – czyli
podróże. Pokrywaliśmy koszty wszystkich wyjazdów, a zwykle staramy się znaleźć reportera
na miejscu. Sponsorowaliśmy nawet podróż
osoby towarzyszącej, czego nie zdarzało nam
– Człowiek jest istotą społeczną, dlatego
najważniejszy dla niego jest kontakt z drugą
osobą. Prasa, w której to właśnie konkretny człowiek udziela porad na podstawie
własnych doświadczeń, będzie na pewno
bliższa czytelnikowi.
Wydaje się jednak, że prasa tego typu
powstała na bazie idei zaczerpniętej
z Internetu, gdzie już od dawna użytkownicy
dzielą się informacjami, korzystając przy tym
z różnych forów dyskusyjnych. Można więc
zastanowić się, czy drukowana wersja tego
pomysłu ma szansę i czy wytrzyma konkurencję z elektronicznym pierwowzorem.
się robić w przypadku profesjonalistów.
Bądźmy szczerzy, wysłanie czteroosobowej
rodziny do Hong-Kongu może poważnie
nadwerężyć budżet redakcji. Ale najtrudniejsza była korekta nadesłanych tekstów
– co innego poprawiać list do redakcji,
a co innego esej. Dla edytorów pracy było
o wiele więcej niż normalnie. Jestem pewien, że gdybyśmy chcieli częściej wypuszczać takie wydania, trzeba by zatrudnić
więcej ludzi i ponieść naprawdę duże koszty. Podobnego zdania jest Matt Turck, wydawca This Old House. Do pisma napływało
tyle artykułów, że musiano utworzyć osobną stronę internetową, na której czytelnicy
mogliby samodzielnie zamieszczać teksty.
Do wersji drukowanej wydania specjalnego
dodano kilka stron, żeby pomieścić więcej wypowiedzi. Wszystko to sprawiło, że
w rezultacie trzeba było zainwestować więcej niż zwykle. Mimo to wydawca twierdzi,
że akcja była świetnym posunięciem marketingowym i zamierza powtórzyć ją za rok.
i 36–50 lat oraz pięć osób powyżej 50 roku
życia), a także poziom wykształcenia (zdecydowana większość, czyli dwadzieścia dwie
osoby, z wykształceniem średnim, jedna
z zawodowym i siedem z wyższym). Wszyscy
ankietowani zostali poproszeni o udzielenie
odpowiedzi na sześć pytań.
I tak przykładowo na pytanie, ile osób
miało kontakt z prasą tworzoną „przez
czytelników dla czytelników”, twierdząco
odpowiedziało czternaście (nieco mniej niż
50%). Jako przykłady pism, które zdarzało
im się czytać, najczęściej wymieniały: „Mój
przepis”, „Mamy dla mam”. „Przepisy kulinarne”, „Przyślij przepis”, „Mamy radzą mamom”, ale także gazetki poetyckie, szkolne
i studenckie. Aż dziewiętnaście osób
stwierdziło, że segment tego typu prasy
nie ma szans w konkurencji z profesjonalnie
konstruowanymi tytułami. Argumentami
uzasadniającymi negatywne stanowisko
wobec efektywności sprzedaży prasy społecznościowej były: niższy poziom merytoryczny, anonimowość twórców, nieatrakcyjna szata graficzna, brak profesjonalizmu
oraz dostęp do tych samych informacji
w Internecie. Z kolei dwudziestu czterech
respondentów stwierdziło, że pisma tego
typu są niezwykle potrzebne na polskim
rynku prasy. Zwrócili oni uwagę na fakt, że
publikacje te zawierają szczere, prawdziwe
historie, dają możliwość rozwoju osobom
bez dziennikarskiego warsztatu i, pomimo
tego, że są niszowe, także mogą zawierać
wiele ciekawych informacji oraz pomagać
w rozwiązywaniu problemów życia codziennego. „Zwykli ludzie” mają ogromną
potrzebę wypowiedzi, chcą się angażować,
dzielić swoimi spostrzeżeniami i to właśnie
umożliwiają im pisma społecznościowe.
Faktem jest, że użytkownicy mediów
mają potrzebę bycia aktywną częścią globalnego obiegu informacji i dlatego coraz
bardziej doceniają możliwości współtworzenia pism czy stron internetowych. Te
wychodzą im naprzeciw. I tak na stronie
amerykańskiej firmy Printcasting każdy
może zostać wydawcą – wystarczy tylko
wybrać treści spośród wpisów na blogach
i artykułów, a potem tak stworzone pismo
wydrukować, opublikować w sieci albo
zgrać i czytać na ekranie. Rupert Murdoch
przepowiedział kiedyś, że w ciągu 10-15 lat
gazety codzienne będą czytane tylko za
pomocą elektronicznych czytników. Na razie jednak druk uparcie walczy o czytelnika,
udostępniając mu łamy gazet i pism.
Jaka może być przyszłość mediów
społecznościowych? Dr Łukasz Szurmiński,
medioznawca i opiekun Koła Naukowego
Obserwacji Polskich Mediów im. Stefana
Kisielewskiego, twierdzi, że funkcjonowanie tego typu przekaźników informacji nie
jest trendem przelotnym. - Rola tzw. pism
parentingowych pewnie będzie rosła i to
zdecydowanie nie jest krótkotrwała moda.
Kulinaria też zawsze cieszyły się popularnością. Kiedyś związane to było z książkami
kucharskimi, przepisami wydzieranymi
z kalendarzy, a dziś widoczne jest na
łamach periodyków współtworzonych
przez czytelników. Musimy jeść, więc grupa
zainteresowana tym tematem zawsze się
znajdzie. Niewątpliwie jest jeszcze za wcześnie
na to, by mówić o sile i dalszym kierunku
rozwoju nowo powstających wydawnictw
quasiprasowych, które starają się zewnętrznie upodabniać do magazynów tworzonych
z dziennikarskim kunsztem. Dopóki jednak
będą chętni na zakup tego typu pism, wydawcy, widząc zysk, tym chętniej będą
je rozpowszechniać.
Materiał powstał na podstawie tekstów
przygotowanych przez Kaję Białowąs,
Kamilę Goszczyńską, Annę Redel, Ewę
Sawińską, Patrycję Szeblę, Katarzynę
Sołowiej, Małgorzatę Tałandę, Kamila
Topólskiego i Michała Wróblewskiego.
Opracowanie: Dominika Jędrzejczyk.
Z Cezarym Czerwińskim, redaktorem prowadzący magazyn „Enter”
rozmawiała Katarzyna Sołowiej
„Enter” w formie społecznościowej
istnieje na rynku dopiero od października ubiegłego roku, kiedy wznowiono
jego wydawanie po dwuletniej przerwie.
Na czym polega jego interaktywny
charakter?
Czytelnicy wysyłają nam recenzje programów,
które my publikujemy wraz ze zdjęciem nadsyłającego. Każda recenzja warta jest 50 złotych,
a autor najlepszej dostaje nagrodę. Wszystkie
opisane programy znajdują się na dołączonej do
pisma płycie. Pozostawienie czytelnikom wolnej
ręki w sferze doboru recenzowanego programu
sprawia, że w gruncie rzeczy mają oni ogromny
wpływ na strukturę pisma. Oczywiście, my jako
redakcja mamy obowiązek sprawdzać i rozszerzać nadsyłane teksty, ale to ludzie decydują,
o czym będzie można przeczytać w danym numerze „Entera.
Wygląda więc na to, że „Enter” to pewnego rodzaju „papierowe” forum, gdzie
można szukać informacji i wymieniać opinie o nowych programach. To samo, tyle
że taniej i szybciej, oferuje przecież sieć.
Oczywiście. Jednak w naszym społeczeństwie
wciąż żyje wiele osób, które niezbyt pewnie
czują się w Internecie albo wciąż boją się wirusów – ci potrzebują przewodnika, który
pomoże im się odnaleźć i zaopatrzy w bezpieczne wersje programów. Poza tym, „Enter”
jest zawsze pod ręką, a poprawione teksty
przyswaja się przyjemniej niż pełne błędów
wypowiedzi na forach.
A czy nadsyłane do redakcji recenzje z
początku nie wyglądają podobnie, jak
wspomniane wypowiedzi? Czy poprawianie cudzych tekstów nie wymaga w
rzeczywistości więcej pracy, niż pisanie
własnych?
Owszem, tym bardziej, że ze względu na tema-
tykę pisma nieczęsto otrzymujemy recenzje
od humanistów, którzy z łatwością operują językiem. Odkąd wprowadziliśmy nagrodę za
najlepiej zredagowaną recenzję, nadsyłający są
silniej zmotywowani i bardziej starają się pisać
poprawnie. Jednak w większości poprawianie
nadsyłanych tekstów jest nadal bardzo męczące i wymaga wiele wysiłku; może nawet więcej,
niż gdybyśmy całość artykułu redagowali sami.
reklama
Czytelnicy radzą czytelnikom
Prasa a Internet
Słyszy się głosy, że właśnie do tego sprowadzi się rola dziennikarza przyszłości
– do edytowania tekstów. Powtarzając za
Rupertem Murdochem, dziennikarze staną się kuratorami, nie kreatorami treści.
Prawdopodobnie czytelnicy będą mieli coraz
większy wpływ na zawartość i strukturę pisma,
jednak według mnie tworzenie tekstów będzie
zawsze rolą dziennikarzy. Rzeczywiście, będziemy coraz bardziej ograniczeni w tym o czym
i jak pisać, ale nie sądzę, żeby kiedykolwiek czas
zdegradował redakcję do roli „kontrolera” jakości
tekstów tworzonych przez czytelników.
A co z prasą drukowaną? Czy będzie musiała w końcu ustąpić wobec Internetu?
Może ratunkiem dla druku jest zmiana
profilu na społecznościowy?
Takie rozwiązanie to na pewno jeden ze
sposobów budowania więzi z czytelnikami
i utrzymania się na rynku. Sądzę jednak, że
bez względu na starania czeka nas odwrócenie obecnej sytuacji, i druk stanie się w końcu
tylko dodatkiem do strony internetowej - luksusem, pozwalającym mieć zawsze pod ręką
treść ulubionego medium, może symbolem
prestiżu czy oznaką wykształcenia. Druk stanie się medium intelektualistów i hobbystów.
Na szczeblu masowym druk nie może konkurować z Internetem. Wydaje mi się, że kieszeń
przeciętnego Kowalskiego rynek prasy drukowanej utracił, niestety, już na zawsze.
| 07 |
sp
W praktyce | staże
Płatny staż w Danone
Od 1 marca do 15 kwietnia studenci III, IV oraz
V roku studiów wszystkich kierunków mogą
składać swoje aplikacje online (pracawdanone.pl). Warunek, który musi spełnić kandydat,
to znajomość języka angielskiego w stopniu
komunikatywnym. Stanowiska praktyk są
dostępne we wszystkich działach, w tym:
dziale finansów, sprzedaży, marketingu
handlowego, IS/IT, badań i rozwóju, produkcji.
Termin praktyk będzie określony indywidualnie
w zależności od potrzeb kadrowych w dziale
(między majem a październikiem). Rekrutacja
obejmuje trzy etapy: rozmowa telefoniczna
z wybranymi kandydatami, Assesement
Centre oraz rozmowa z przełożonym.
Letnie Praktyki Menedżerskie
Płatne praktyki letnie w Procter & Gamble
kierowane są do studentów dowolnej uczelni,
wszystkich kierunków studiów. Poszukiwani
kandydaci to studenci III, IV lub V roku. Praktykę można odbywać w działach: marketingu,
finansów, logistyki, rozwiązań informatycznych oraz wspomagania decyzji współpracy
zewnętrznej i rozwoju kontaktów z klientami
w fabrykach. Praktyka potrwa trzy miesiące,
od lipca do września. Zgłoszenia należy kierować na internetowy adres kariera.procter.pl,
gdzie konieczna jest rejestracja, wypełnienie
formularza zgłoszeniowego oraz testu. Termin
nadsyłania zgłoszeń upływa 15 kwietnia.
Bezpłatne praktyki w Polskim Radiu
Polskie Radio prowadzi całoroczny nabór na
bezpłatne praktyki studenckie. Warunkiem
uczestnictwa jest zgłoszenie przez kandydata
wniosku online (na co najmniej 30 dni przed
planowanym rozpoczęciem praktyk), wypełnienie dokumentów dostępnych na stronie
Polskiego Radia pod adresem www.prsa.com.
pl/ogloszenia/?id=44459 oraz odbycie rozmowy kwalifikacyjnej. Więcej informacji
na stronie www.prsa.pl.
Mars rekrutuje
Ruszyła rekrutacja do kolejnej edycji Programu Praktyk Letnich Mars Polska, który
skierowany jest do studentów III, IV i V roku
niezależnie od kierunku studiów i profilu
uczelni. Mars Polska poszukuje ambitnych
osób, które chciałyby sprawdzić swoją
wiedzę i umiejętności w konkretnych projektach wynikających z realnych biznesowych
potrzeb firmy. Od kandydatów oczekuje się
dobrej znajomości języka angielskiego, pozwalającej na swobodne komunikowanie się
w międzynarodowym środowisku, a także
wiedzy z wybranego obszaru biznesowego. Kandydaci powinni wykazać się także
wybitnymi osiągnięciami spoza uczelni oraz
udokumentowanymi sukcesami. Aplikacje online można składać do 10 kwietnia 2010 roku,
szczegóły na stronie www.marskariera.pl
www.fotoreportaz.org.pl
| 08 |
Studenci otworzyli ksero
Warszawa, Śródmieście, ul. Nowowiejska 5. Okolice stacji metra Politechnika. To tutaj w podwórzu znajduje się
punkt kserograficzny „Xero/Druk
6 gr”, otwarty przez warszawskich żaków. To znane i cenione miejsce, gdzie
najtaniej w stolicy można powielić
materiały. 6 groszy, a nawet taniej
– tyle liczą za odbitkę. Udowodnili,
że usługa ksero nie musi rujnować
studenckiego budżetu. Ich klienci to
także... koledzy z sali wykładowej.
Marcin Lewandowski
Prace oprawiamy w 3 minuty
– Mamy ruch non stop – mówi Dorota – ale
staramy się, by wszystko było zrobione solidnie i zawsze na czas. Dobrze, że maszyny chcą
współpracować, działają i nie tną – dodaje ze
śmiechem. Drobnej budowy dziewczyna o delikatnej urodzie obsługuje trzy maszyny jednocześnie. Widać, że praca sprawia jej radość.
Dzwoni telefon. – Xero/Druk, słucham
– mówi Adrian. – Tak, oprawiamy prace na miejscu. Proszę pani, od ręki, w trzy-cztery minuty...
Tak, po osiem złotych jedna oprawa...
– Często ktoś dzwoni i pyta, kiedy jest
mniejszy ruch – mówi po odłożeniu telefonu.
– Trudno jest na to odpowiedzieć, wszystko
zależy od godzin zajęć na uczelniach. – Ale nigdy nie pozwalamy, by klienci zbyt długo stali
w kolejce – dodaje Dorota.
– Dorota, maszyna ci się zacięła - przerywa
Adrian. Dziewczyna podchodzi do dużej, nowoczesnej maszyny, otwiera drzwiczki i zaczyna wyciągać kartki, które zablokowały kopiarkę.
Po chwili urządzenie na nowo się rozpędza...
Tylko 6 groszy za ksero
Po klientach lokalu widać, że bywają w nim często i lubią to. Wiedzą, gdzie znajduje się ksero
samoobsługowe, znają każdego z pracowników, rozmawiają. – Tutaj naprawdę jest najtaniej w całej Warszawie – mówi jedna z klientek.
– 6 groszy za ksero samoobsługowe czy 7 groszy za wydruk? W innym miejscu zapłaciłabym
pięć razy więcej! – dodaje.
Rozmawiamy z Rafałem, Sławkiem i Marcinem. To od nich wszystko się zaczęło. – Sami
jesteśmy studentami
i wiemy, co oznaczają
ograniczenia budżetu.
Kiedy zaczynaliśmy
studiowanie, kolejne
wizyty w punktach
ksero były udręką
– przyznają zgodnie.
– Pustki w portfelu,
brak czasu, sterta notatek do powielenia,
a w punktach wielkie
kolejki, wysokie ceny,
a niekiedy też mało
przyjazna, niemrawa
obsługa. Postanowiliśmy coś zmienić – dodaje Rafał.
Klient przez
duże „K”
Radosław Firlej
Na decyzję o otworzeniu własnej firmy
wpływ mogą mieć różne czynniki. – Pracując
w kilku warszawskich szkołach językowych,
doszłam do wniosku, że bardziej opłacalne
będzie spróbowanie swoich sił samodzielnie
– opowiada Anna Popławska, założycielka szkoły językowej Professionalist. Podobnie uważa
Tomasz Rakowski z TR Studio, handlującego
artykułami reklamowymi. – Jako pracownik
cudzej firmy zauważyłem, że mógłbym robić to
na własną rękę – opowiada. Inne były początki
Butango, salonu z obuwiem do tanga. – Tańczę
tango od trzech lat, a po dobre buty musiałam
jechać aż do Berlina. Postanowiłam oszczędzić
innym takiej podróży – mówi z uśmiechem
Aleksandra Teresińska, właścicielka sklepu.
Powszechne wydaje się przekonanie, że
W ostatnim okresie sporą popularność zyskuje nowy kierunek studiów – dziennikarstwo sportowe – który pojawia się w ofercie
kolejnych szkół wyższych. Za przykład mogą
posłużyć: Uniwersytet Wrocławski, Łódzki
oraz AWFiS w Gdańsku. – Delikatnie mówiąc,
jakość polskiego dziennikarstwa sportowego nie zawsze jest najwyższa i nie uważam
takich pomysłów za eksperyment, lecz
signum temporis – tłumaczy Maciej Iwański,
komentator piłkarski, od 2003 roku związany
z TVP. Zdaniem sprawozdawcy, zawód ten
nigdy wcześniej
nie wymagał tak
szerokich kompetencji i umiejętności.
– Rynek jest brutalny,
im więcej umiesz,
tym większe prawdopodobieństwo,
że dostaniesz szansę
sprawdzenia się
– analizuje dziennikarz. Przedstawiając
profil absolwenta
kierunku, uczelnie
przekonują, że
uzyska on rozległą
wiedzę z zakresu
sportu, niezbędną
do podjęcia pracy we
wszystkich typach
mediów. Czy jednak
autentyczny sportowy pasjonat nie jest
w stanie osiągnąć
podobnego poziomu
znajomości tematu
bez konieczności
spędzania kolejnych
semestrów w uczelnianych aulach?
Dziennikarz sportowy to przecież samouk, pasjonat. Systematyczne śledzenie
relacji sportowych
i codzienna lektura
artykułów jest jego
świadomym, niewyOberstdorf, Niemcy. Adam Małysz odpowiada na pytania Tomasza Zimocha
muszonym wyborem.
z Polskiego Radia.
Wiedzę o ulubionych
Idealnym rozwiązaniem dla studenta może
dyscyplinach chłonie mimowolnie.
być rozpoczęcie przygody z pisaniem w InterA przecież znajomość tematu i tzw. smacznecie. Zdobywając dziennikarskie szlify w
ków, charakterystycznych dla danej dziedziny
serwisie online, można pozwolić sobie na gosportu, stanowią kryteria pozwalające nawet
dzenie nauki z konsekwentnym budowaniem
zwykłemu kibicowi odróżnić eksperta od
warsztatu. W dzisiejszych czasach najlepszym
przeciętnego sprawozdawcy.
przyjacielem kibica jest Internet, bo właśnie
– Sport to czysta pasja. Nikt, kto tej dziez sieci czerpie on najświeższe informacje
dziny autentycznie nie kocha, nie ma szans
dotyczące ulubionej drużyny bądź boisko–przekonuje Iwański. Prędzej czy później
wego idola. Liczba serwisów poświęconych
nastąpi taka weryfikacja; na przykład kiedy
tematyce sportowej ciągle rośnie, w związku
podczas ważnej imprezy sportowej trzeba
z czym istnieje niemałe zapotrzebowanie na
będzie „na szybko” przeprowadzić wywiad,
osoby chętne do redagowania artykułów.
bo obok akurat pojawi się znana postać.
Są studenci dziennikarstwa, marzący o karierze
redaktora sportowego i wyjazdach na igrzyska
olimpijskie albo mistrzostwa świata. Są tacy, którym
się udało. Jest to więc nie tylko możliwe, ale i realne.
Aleksandra Pyrz, Przemysław Osiak
W Warszawie działają trzy takie punkty ksero, od niedawna również przy ul. Królewskiej
Zaczynali skromnie. Kilka używanych, wysłużonych kopiarek, a w głowach plany i miliony
pomysłów na to, jak rozkręcić biznes. – Postawiliśmy działać na przekór temu, czego dotychczas sami zaznaliśmy w punktach ksero – mówi
Sławek. – Zamiast wywindowanej w górę ceny
za kopię, szalenie niska. Zamiast sztywnych relacji klient-usługodawca, kurs na partnerstwo
z Klientem (przez duże K). Jeśli student potrzebuje skserować zeszyt „na już”, to go kserujemy – kończy Sławek. – Kosztowało nas to
wiele nieprzespanych nocy, ale trud się opłacił
– dodaje Marcin. Dzisiaj mają już trzy punkty:
na Służewiu, w Centrum obok Politechniki i na
Krakowskim Przedmieściu.
Rafał, „mózg” firmy, dba o finanse i organizację, Sławek to manager i grafik w jednym,
a Marcin stara się o sprawną logistykę i pilnuje
zaopatrzenia. Punkt przy Politechnice to prawdziwa stajnia maszyn. To tutaj za sprawne wykonanie zleceń wysokonakładowych odpowiadają Marcin i Paweł. – W ciągu nocy jesteśmy
w stanie wykonać milion odbitek czy zbindować kilkaset kompletów druku – chwali się
Marcin. – Z reguły są to jednak zlecenia dla firm
z całej Polski, a nie zwykłe ksero – dodaje Paweł.
Oprócz ksero, nasi przedsiębiorcy zajmują się także szeroko pojętą poligrafią; drukują
ulotki, wizytówki czy banery. – Najważniejszy
jest projekt – mówi Sławek. – Dobra i estetyczna grafika zawsze daje efekty. Dlatego zdarza
mi się spędzić pół dnia nad projektem ulotki
po to, by klient był zadowolony, a produkt
spełnił swoje zadanie. A to jest najcenniejsze
– dodaje grafik.
Kultowe ksero
– Czy kultowe ksero? – zastanawia się Rafał.
– Może za mocno powiedziane, ale to prawda, że sporo się o nas mówi. To miłe – dodaje.
Klienci przyjeżdżają z całej Warszawy i okolic.
Zdarzało się też oprawiać prace studentom
z Lublina czy Krakowa. – Drukowaliśmy prace
osobom wielu narodowości, naszymi klientami
byli też ludzie znani z pierwszych stron gazet
– wspominają. – Jeśli ktoś ma do druku pracę
dyplomową lub większą partię materiału do
kserowania, to gdy weźmie pod uwagę nasze
ceny, dojdzie do wniosku, że opłaca mu się
przejechać 40-50 kilometrów spod Warszawy
i zrobić to tutaj – dodaje Marcin.
Jest już późne popołudnie. Dzisiaj pracują
od szóstej rano. Na twarzach przedsiębiorczych studentów nie widać jednak zmęczenia.
– Z takimi ludźmi i w takim otoczeniu pracuje
się z ochotą – podsumowuje Rafał. – Przyjazna
i miła atmosfera to najlepszy fundament do budowania dobrej i mocnej marki.
Przedsiębiorcy z inkubatorów
Wielu młodych ludzi stawia pierwsze
kroki na drodze do kariery zawodowej, lecz tylko część z nich ma na
tyle odwagi, by założyć własne firmy.
Tymczasem okres studiów może być
świetnym momentem na rozpoczęcie
takiej działalności – na samym Uniwersytecie Warszawskim funkcjonuje
kilkadziesiąt przedsiębiorstw
z różnych branż.
Zawód z pasją
Eksperyment
czy znak czasów?
założenie firmy w młodym wieku wiąże się
z wyrzeczeniami. Swoje zdanie na ten temat ma
Tomasz Rakowski, założyciel TR Studio. – Prowadząc własną firmę, musisz dorosnąć. Nie możesz zaspać. Są konkretne sprawy, które trzeba
załatwić. Zaniedbania bardzo trudno nadrobić
– tłumaczy. – Według mnie nie można mówić
o wyrzeczeniach. Wolny czas poświęcam przecież temu, co lubię – opowiada z kolei właścicielka Butango, Aleksandra Teresińska.
Przy rozpoczynaniu własnej działalności
gospodarczej istnieje możliwość skorzystania
z pomocy Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości, które wspierają młodych pomysłodawców podczas załatwiania formalności,
związanych z pierwszymi krokami w świecie
biznesu. – Na początku wiele problemów wydaje się trudnych do przezwyciężenia. Inkubator to lekcja, która pomaga dowiedzieć się, jak
to wszystko działa – tłumaczy Anna Popławska.
– Inkubatory pomagają mi prowadzić księgowość – dodaje Aleksandra Teresińska.
W opiniach na temat założenia własnego
biznesu nierzadko wyolbrzymiane jest związane z tym ryzyko. Uważa tak Anna Popławska. – W Inkubatorach ryzyka praktycznie nie
ma. Wszystkie umowy podpisywane są za ich
zgodą – mówi. – W okresie inkubacji firma
korzysta z osobowości prawnej AIP. Trwa to
przez dwa lata, potem pojawia się możliwość
rejestracji przedsiębiorstwa poza Inkubatorami. – Obecnie nie mam już problemu z kontynuowaniem działalności – tłumaczy Tomasz
Rakowski, który na pomysł założenia TR Studio
wpadł w wieku 20 lat.
Jak wygląda podjęcie tego pierwszego
kroku? – Podczas siedzenia przed telewizorem może pojawić się tylko zalążek pomysłu
– twierdzi Tomasz Rakowski. – Doświadczenie nauczyło mnie, że wszelki zapał związany
z zakładaniem firmy trzeba dzielić na dwa. Wytrwałość i determinacja są kluczowe. Podobne
zdanie ma Anna Popławska. – Sama decyzja
przychodzi najtrudniej. Jak się potem okazało
w moim wypadku, ilość pracy jest prawie taka
sama jak w cudzym przedsiębiorstwie, a posiadanie własnej firmy zapewnia mi poczucie niezależności – opowiada.
Zdaniem rozmówców, prowadzenie przedsiębiorstwa na własną rękę daje właścicielowi
spełnienie. – Człowiek szanuje czas i pieniądze klientów. Najwięcej radości płynie jednak
z oglądania efektów swojej pracy – mówi Tomasz Rakowski. – Z zewnątrz może się wydawać, że towar po prostu dostaje się, a potem
sprzedaje. I choć nie jest to takie proste, to czerpana z pracy satysfakcja pomaga w pokonywaniu przeszkód – kończy Aleksandra Teresińska
z Butango.
Styczeń 2009 roku. W chorwackim Zadarze
dobiega końca mecz o wejście do półfinału
Mistrzostw Świata w piłce ręcznej pomiędzy
Polską a Norwegią. Skandynawowie tracą piłkę, przejmuje ją Artur Siódmiak i z trzydziestu
metrów trafia do pustej bramki, zapewniając
Polakom awans. Któż z tych „marzycieli” nie
chciałby w takim momencie wejść na wizję
i pokazać całej Polsce, jak potrafi cieszyć się
prawdziwy dziennikarz sportowy?
Pierwszą decyzją, którą musi podjąć
człowiek poważnie myślący o pracy w
zawodzie sportowego żurnalisty, jest
wybór miejsca, w którym rozpocznie swoją
przygodę z dziennikarstwem. Miastem
oferującym największe perspektywy kariery
jest Warszawa, na terenie której mieszczą się
siedziby redakcji najbardziej prestiżowych
polskich mediów związanych ze sportem.
Takim właśnie przekonaniem kierowała się
Izabela Koprowiak, studentka Uniwersytetu
Warszawskiego, od kilku lat związana
z „Przeglądem Sportowym”.
- Zależało mi przede wszystkim na
studiowaniu w Warszawie. Chcąc uzyskać
informacje do referatu, skontaktowałam się
z sekretarzem redakcji, Marcinem Kardą.
Gdy rozmowa zmierzała ku końcowi, po prostu zapytałam o możliwość podjęcia praktyk. Tak to się zaczęło - wspomina Izabela.
Ucz się i pracuj
Dla osoby starającej się o pracę w dziennikarstwie sportowym istotną kwestią jest
wybór studiów. Pojawiają się pytania: czy
należy wybrać właśnie dziennikarstwo?
Jeśli tak, to czy korzystniej będzie uczyć się
w trybie dziennym czy wieczorowym?
A może lepiej skupić się na odbywaniu
praktyk zawodowych i ze studiów po prostu zrezygnować? - Studiowanie dziennikarstwa jest jak nauka jazdy na podstawie
podręczników. Szczerze mówiąc, studia
pomogły mi tylko raz, gdy dzięki wspomnianemu referatowi trafiłam do „PS-u” przyznaje Koprowiak i dodaje, że praca
w redakcji zaczyna się około godziny 11-12,
a kończy najwcześniej o 19-20, dlatego
trudno kontynuować studia, bo po prostu
nie ma na to czasu.
fot. Grzegorz Momot/PAP
staże
& praktyki
staże | Kariera
Praktyka plus ekonomika
Istotnym czynnikiem, pozwalającym pokonywać kolejne szczeble drabiny do kariery,
jest aktywność zawodowa. Uniwersalna
prawda głosi, że im wcześniej zaczniemy,
tym lepiej wpłynie to na nasze umiejętności i kwalifikacje. Doskonałym przykładem
osoby, która swoje sukcesy zawdzięcza
wczesnemu zaangażowaniu w odbywanie
niezbędnych praktyk, jest 22-letni Mateusz
Święcicki, student IV roku dziennikarstwa
UW i komentator meczów piłki nożnej
w telewizji Orange Sport. Relacjonowanie
spotkań w radiu internetowym rozpoczął
już w szkole średniej, co umożliwiło mu
późniejszy angaż w stacji Canal+, gdzie
przez niespełna rok pełnił funkcję reportera.
Przeszedł do Orange Sport, aby komentować mecze samodzielnie.
– Redaktor naczelny stacji, Janusz Basałaj,
dał mi nieprawdopodobną szansę. Przyniosłem próbkę swojego komentarza i powiedziałem, że jeśli pozwoli mi skomentować
jeden mecz, to nie pożałuje. Poczekałem
do weekendu i przeprowadziłem relację ze
spotkania ekstraklasy – wspomina Święcicki,
który w ciągu półtora roku pracy w stacji
zdążył skomentować ponad sto spotkań.
Okres studiów to często ostatni moment
na to, aby rozpocząć zdobywanie doświadczeń niezbędnych do wykonywania zawodu
w przyszłości. Bierność nie jest wskazana
również ze względów czysto ekonomicznych. – Przez pierwszych kilka lat trudno
myśleć o zarobkach, bo dostaje się grosze.
Zaczynając w wieku 25 lat, na pewno nie
wytrzymałbym finansowo okresu zdobywania praktycznych podstaw – przekonuje
Maciej Iwański.
Nie tylko dla mężczyzn
Na prawdziwy sukces w fachu sportowego
żurnalisty musi złożyć się kilka czynników,
począwszy od nieskrywanej miłości do określonej dyscypliny, poprzez odpowiednio
wczesne podjęcie regularnych prób dziennikarskich, na życiowym szczęściu skończywszy. Kto wie, czy w tej sytuacji największej
roli nie odgrywają przełożeni, w których
gestii leży otwarcie bądź zamknięcie przed
nami drzwi do kariery w danej redakcji?
Warto też pamiętać, że dzisiaj pewności
siebie nie powinno brakować również zafascynowanym sportem paniom. W niepamięć
odchodzą czasy, kiedy kobiety znajdowały
się na straconych pozycjach podczas rywalizacji o miejsca w sportowych redakcjach.
Najlepszym dowodem jest przykład Izabeli
Koprowiak, która nie pisze w „Przeglądzie
Sportowym” artykułów o łyżwiarstwie figurowym, ale o piłce nożnej, jednej z najbardziej „męskich” dyscyplin. Ciekawe jest,
czy (i kiedy) doczekamy się pierwszej Polki
samodzielnie relacjonującej spotkanie
piłkarskiej reprezentacji?
reklama
| 09 |
fotografia
Poradnik “Szukając własnego stylu”
Jest już dostępna nową książka wydawnictwa
Galaktyka zatytułowana „Szukając własnego stylu.
Warsztaty fotografii krajobrazowej”. Czterech
fotografów krajobrazu próbuje odpowiedzieć na
pytanie, w jaki sposób stworzyć własny, niepowtarzalny styl. W książce znajdują się odpowiedzi
na pytanie, co w fotografii jest najważniejsze.
Autorami książki są: Charlie Waite, Joe Cornish,
David Ward i Eddie Ephraums.
Wystawa „Oto foto” w klubokawiarni Lorelei
W ramach programu „Scena Młodych” powstał
cykl fotografii dzieci pod okiem Marty Zasępy.
W klubokawiarni można zobaczyć głównie portrety
zrealizowane przez uczniów z klasy czwartej, piątej
i szóstej SSP 26 w Warszawie. Wystawa potrwa
do 31 marca. Lorelei, ul.Widok 8, Warszawa
Targi Film Video Foto w Łodzi
Już po raz dziesiąty od 29 do 31 marca br. w Łodzi
odbędą się targi sprzętu fotograficznego, filmowego, wideo i kinowego Film Video Foto. W targach
weźmie udział prawie 140 wystawców z kraju
i zagranicy. Przez trzy dni będzie można obejrzeć
sprzęt i akcesoria foto-wideo, minilaby, fotokioski,
ramki i albumy. www.mtl.lodz.pl/targi/fvf
„Portrety Indii” w Klubie Podróżnika
Od 3 marca w Klubie Podróżnika (ul. Chłodna
39 paw. 9) można oglądać wystawę poświęconą
Indiom. Zapaleni podróżnicy Edyta i Łukasza
Parzuchowscy przedstawiają życie zwyczajnych
mieszkańców, starają się uchwycić codzienność
i dotrzeć do miejsc których nie ma w ofercie biur
turystycznych. Wystawa potrwa do 31 marca.
Grupa Foto przy redakcji PDF zaprasza
Jeśli interesuję Cię fotografia, masz głowę pełną
pomysłów, chciałbyś kreatywnie i pożytecznie
wykorzystać swój wolny czas - zapraszamy do
współpracy. Napisz do nas: [email protected]
Grand Press Photo 2010
Ruszyła szósta edycja Ogólnopolskiego Konkursu Fotografii Prasowej - Grand Press Photo.
Organizatorem jest miesięcznik ”Press”. Konkurs
skierowany jest do zawodowych fotoreporterów
pracujących w redakcjach prasowych, agencjach
fotograficznych oraz freelancerów. Ogłoszenie
wyników nastąpi w maju 2010 roku. Wszystkie
zdjęcia, które trafią do finału, zostaną zaprezentowane na wystawie konkursowej. Zwycięzca
otrzyma 10 tys. zł. www.grandpressphoto.pl
„Czarne morze betonu” Rafała Milacha
Warszawska Galeria Yours (Krakowskie
Przedmieście 33) od 19 marca prezentuje cykl
fotografii Rafała Milacha, zdolnego współczesnego
fotografa. Reportaż „Czarne morze betonu” został
nagrodzony w konkursie Pictures of the Year International (II nagroda za reportaż w kategorii
„Nauka i Historia Naturalna”, 2009) oraz Grand
Press Photo (I nagroda za reportaż w kategorii
„Natura”, 2009). Projekt ten poświęcony jest
współczesnej Ukrainie. Wystawa potrwa do
30 kwietnia. www.yours.pl
| 10 |
Ten moment, to zdjęcie
Fotografia pełna jest przykładów
wielkich karier, które nabierały rozpędu
w stylu „american dream” – czyli w tym
przypadku „od pucybuta do fotografa”.
Wystarczyło jedno zdjęcie.
Mateusz Baj
Rozciągnąć kadr do granic możliwości
Współczesna fotografia panoramiczna
pozwala wyjść poza dotychczasowe
ograniczenia, narzucane przez klasyczną
technikę. Dzięki rozwojowi technologii
cyfrowej można sklejać kilka zdjęć
w jedno o nieograniczonych rozmiarach,
poszerzając kąt widzenia nawet najbardziej szerokokątnego obiektywu.
Krystian Szczęsny
Zdjęcie spełnia warunki panoramiczności,
jeżeli jego podstawa co najmniej trzykrotnie
przekracza wysokość. Taki sposób fotografowania pozwala efektownie przedstawić rozległe widoki miast, pasm górskich oraz wysokich
budynków. Panorama wymaga od odbiorcy
więcej niż zwykła fotografia. Oglądając ją na
ekranie komputera trzeba przewijać obraz,
a w formie drukowanej wymusza przesuwanie
wzroku od jednego krańca do drugiego, wyłączając tym samym możliwość jednorazowego
ogarnięcia wzrokiem całego obrazu.
Są kompakty, które w pełni automatyzują
proces robienia fotografii panoramicznych.
W tych prostych aparatach, po ustawieniu odpowiedniego trybu, automat sam podpowiada, w jakim momencie należy zrobić kolejne
zdjęcie tak, aby było ono rozszerzeniem po-
przedniego kadru, a na koniec skleja sekwencję w efektowną panoramę. Do wykonania
dobrej jakości zdjęć panoramicznych przyda
się jednak lustrzanka oraz statyw (najlepiej
z odpowiednią głowicą przeznaczoną do robienia takich fotografii).
W przypadku braku głowicy panoramicznej trzeba znaleźć punkt ogniskowania obiektywu i obracać aparat na statywie wokół osi
przechodzącej przez to miejsce. Należy pamiętać, aby kolejne klatki nakładały się na siebie, ale nie więcej niż do połowy i nie mniej
niż o 1/4-1/5 długości. Potem pozostaje już
tylko sklejenie ich w odpowiednim programie
graficznym. Postęp technologiczny i rosnąca
popularność tego rodzaju techniki sprawia,
że obecnie można znaleźć wiele programów
przeznaczonych specjalnie do tego celu, które mogą także w pełni zautomatyzować ten
proces.
Temat panoramy nie może być dowolny.
Do tego typu fotografowania najlepiej nadają się krajobrazy. Należy także pamiętać, aby
wśród elementów scenerii nie było dynamicznie poruszających się obiektów, pogoda była
stabilna, a warunki oświetleniowe nie zmieniały się zbyt szybko, ponieważ każdą klatkę
należy naświetlać z takimi samymi parametrami ekspozycji.
Gdzie się pokazać?
Szukasz miejsca, gdzie możesz pokazać swoje zdjęcia? Możliwości jest wiele. Jedni wybierają galerie internetowe lub zakładają fotoblogi, drudzy starają się
pokazywać prace na festiwalach młodych twórców;
jeszcze inni zaczynają od spaceru po galeriach fotograficznych. My proponujemy zacząć poszukiwania
od znajomych pubów, kawiarni czy domów kultury.
Ewelina Petryka
Bez imponującego dorobku, znanego nazwiska czy wygranej w
World Press Photo, może być trudno o wystawę w znanej galerii.
Jednak jest mnóstwo innych miejsc, które bardzo chętnie użyczają swoich wnętrz młodym fotografom. Są to m. in. kawiarnie,
puby albo domy kultury. Jednym z takich punktów na mapie
Warszawy jest Sklep z kanapkami na Krakowskim Przedmieściu
11. Zgłoszenia wraz z pracami można wysyłać na adres e-mailowy: [email protected] Wystrój „Sklepu…” łączy
w sobie nowoczesność i domowy klimat.
Kolejnym takim miejscem jest „Miasto Gadających Głów”.
Pub na ul. Chmielnej 98/9 proponuje zupełnie inną oprawę:
awangardowy wystrój nawiązujący do dadaizmu. Właściciel
zastrzega sobie możliwość wyboru zdjęć, odpowiadających
specyfice miejsca. Aby skontaktować się w tej sprawie, należy
wysłać email na adres: [email protected] lub osobiście przyjść do pubu.
Na warszawskiej Pradze młodych twórców chętnie gości
Skład butelek (ul. 11 listopada 22). Szare, odrapane mury kryją
pozornie surowe, ale w rzeczywistości niezwykle przytulne
wnętrze. Więcej można dowiedzieć się na stronie internetowej
lokalu: skladbutelek.pl.
Idealnym miejscem na autorską wystawę jest pub Lorelei
(ul. Widok 8). Oprócz świetnej lokalizacji, klub ten zapewnia „offową” atmosferę wnętrza. Tuż obok mieści się przestronne Studio 18 (ul. Bracka 18). Kwestia organizacji wernisażu jest możliwa
do ustalenia z managerem. Warto również zajrzeć do Bookhousecafé (ul. Świętokrzyska 14). Jest to kawiarnia, w której artyści
różnego typu prezentują debiutanckie prace. Zachęcamy również do odwiedzenia domów kultury, takich jak DK Śródmieście
czy Dom Kultury przy ulicy Działdowskiej.
reklama
Ciekawym przykładem panoramy jest największe na świecie zdjęcie cyfrowe. Fotografia
o rozmiarze 26 gigapikseli przedstawia Drezno. Krajobraz sklejono z 1600 zdjęć wykonanych Canonem EOS 5D Mark II z obiektywem
400 mm. Wynik 90 godzin obliczeń komputerowych można podziwiać na stronie www.
dresden-26-gigapixels.com. Mniej spektakularna pod względem rozdzielczości (1474 megapiksele), lecz bardziej nagłośniona panorama
przedstawia uroczystość zaprzysiężenia prezydenta USA Baracka Obamy. Została wykonana aparatem kompaktowym (Canonem G10),
umieszczonym na sterowanej komputerowo
platformie rozwijanej przez NASA, Google
i Carnegie Mellon University. Efekt tej nietuzinkowej współpracy jest dostępny pod adresem
www.obamagigapan.org.
W ostatnich latach zdjęcia panoramiczne
można spotkać coraz częściej, a ich wykonanie staje się coraz prostsze. Żmudne, ręczne
docinanie kilku wywołanych zdjęć, którego
efekt i tak nie byłby w pełni zadowalający, nie
jest już konieczne. Za sprawą komputeryzacji
fotografii wystarczy zrobić kilka zdjęć jednej
sceny, a odpowiedni program pomaga skleić
je w efektowną całość. To bez wątpienia jedna z dziedzin fotografii, która przeżywa dynamiczny rozkwit.
Jedno z takich zdjęć zostało wykonane przez
Roberta Capę podczas wojny domowej
w Hiszpanii w 1936 roku. Wokół obrazu przedstawiającego padającego żołnierza narosło
wiele legend, podsycanych przez miłośników
spiskowych teorii dziejów. Niektórzy zarzucali
Capie totalną mistyfikację, polegającą na zmuszeniu republikańskiego wojaka do udawania
ofiary śmiertelnego postrzału. Inni głosili, że
fotograf osobiście zachęcał bohatera zdjęcia,
aby ten ryzykownie się
wychylał i (w zamyśle
autora) został postrzelony. Nie brakowało także
zwolenników tezy, że
to sam Robert Capa
zastrzelił uwiecznionego przez siebie republikanina. Jak było? Nie
w i a d o m o .W i a d o m o
natomiast, że zdjęcie
to obiegło świat, nadając pęd karierze jednej
z najważniejszych i najbarwniejszych postaci
w historii fotografii, której życie od początku
przypominało materiał
na kasowy scenariusz
filmowy.
Innym przykładem
tego, że jedna „sytuacja fotograficzna” jest
w stanie odwrócić do
góry nogami życie autora zdjęcia, jest kariera Hearsta. Do historii
sztuki
fotograficznej
przeszedł jako „ten, który redaktorom się nie
kłaniał”. Właśnie owo
„niekłanianie się” sprawiło, że wiosną 1947
roku, zamiast pokornie wykonywać nudne zlecenie naczelnego mało znaczącej gazety, Hearst, pchnięty żądzą dokumentowania otaczającej go rzeczywistości, wybrał się na pobliski
dworzec kolejowy w celu uwiecznienia wracających z łagrów niemieckich żołnierzy. Pracę
oczywiście stracił, za to jego materiał przypadł
do gustu twórcom agencji Magnum, której
w niedługim czasie stał się członkiem.
Kolejna postać, która swoim dorobkiem
artystycznym potwierdza tezę, że fotografując
oryginalnie oraz nie poddając się narzuconym
konwencjom i standardom, można odnieść
sukces, jest Jan Saudek. Czeski fotograf swoją
sztuką potrafił przebić się przez skostniałe struktury czechosłowackiego
systemu na Zachód. Saudek udowodnił również, że żadna władza, choćby
najbardziej represywna wobec sztuki,
nie jest w stanie jej stłamsić.
„Wybijanie się” dzięki fotografiom
kontrowersyjnym jest zjawiskiem spotykanym także i teraz. Co więcej, trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie
dzisiejszy, uzależniony od wizualnego
przekazu świat jak nigdy dotąd sprzyja tego typu promocji fotograficznej działalności albo (a może przede
wszystkim) zarobieniu przy pomocy
aparatu fortuny. Tezę tę potwierdza studio fotograficzne Smartfotos
z Tczewa, które za nic sobie mając
kulturowe ograniczenia, postanowiło
przy pomocy roznegliżowanych modelek promować zakład pogrzebowy,
a dokładnie… trumny. Trudno ocenić, jak seksowne modelki wpłynęły
na sprzedaż „towaru”, jednak z całą
pewnością pozwoliły zaistnieć firmie
Smartfotos na rynku fotograficznym.
W tej branży chodzi przecież o kreatywność i niekonwencjonalność.
Również fotografia gwiazd może
być przykładem tego, jak zrobić karierę za pomocą jednego lub kilku
trafnych kadrów. O ile tzw. paparazzi
niekoniecznie mają szansę zapisać się
swoją działalnością w kanonie wielkich
fotografów, o tyle uprawiając swój zawód, mogą być sowicie opłacani. Na
przykład, za pierwsze zdjęcie Romana
Polańskiego w areszcie domowym
agencje z całego świata były gotowe
zapłacić okrągły milion dolarów.
Wart odnotowania jest też przykład
Wojtka Grzędzińskiego, którego zdjęcie
ze zbombardowanego przez Rosjan
gruzińskiego miasta Gori obiegło cały
świat i wzbudziło spore kontrowersje.
Grzędziński, poza zdobyciem wielu
prestiżowych nagród i umocnieniu
pozycji swojego nazwiska na liście najlepszych reporterów wojennych, został
oskarżony przez rosyjski MSZ o manipulację i zaangażowanie do swoich
zdjęć aktorów.
SESJA 45m2 plus
45 metrów kwadratowych kontra
profesjonalne studio foto. Co to za porównanie? Sesja zdjęciowa w niewielkim
mieszkaniu nigdy nie dorówna tej zrobionej w profesjonalnym studio. Kilku
śmiałych fotografów próbuje obalić tę
tezę. Czy można uzyskać efekt zdjęć
profesjonalnych, używając półśrodków?
Cykl zdjęć „mieszkaniowych” ma dać
odpowiedź na to pytanie.
Agata Smolak
Założenia cyklu są bardzo proste: cała współpraca opiera się na wymianie i jest non-profit.
Mieszkania, w których realizowany jest cykl,
należą najczęściej do znajomych, kolegów
z uczelni albo do tych, którzy dowiedzieli się
o sesji i postanowili ją zorganizować w swoim
lokum.
Pomysł sesji we własnych czterech kątach
zachęca wiele osób do udziału w przedsięwzięciu. Właściciel lub właścicielka mieszkania również ma szansę na parę chwil stać się
modelem/modelką. W zamian za eksploatację
domowej przestrzeni, jej lokator ma zapew-
nioną sesję zdjęciową, a później otrzymuje
10 obrobionych zdjęć. Ponieważ grupa foto jest
bardzo kreatywna, niezła rozrywka podczas
sesji gwarantowana. Można też poznać wiele
technicznych ciekawostek o sprzęcie i dowiedzieć się czegoś o szczegółach technicznych.
Ochota, samo południe. Na początek kawa
z właścicielem mieszkania, które, choć urządzone ze smakiem, nie jest w pełni przygotowane do sesji. Dlatego też grupa wzmacnia
naturalne światło za pomocą lamp. Po krótkim
rozpoznaniu i dyskusji fotografowie rozkładają
sprzęt, pojawiają się też modelka i wizażystka.
Dziewczyny miały okazję zapoznać się z grupą foto za pośrednictwem portalu społecznościowego www.maxmodels.pl.
Praca zaczyna się na dobre. Na początku
wykorzystana zostaje łazienka – modelka wystylizowana na gwiazdę rocka ląduje w wannie,
a nawet… na sedesie. W „miejscu pracy” panuje straszny tłok – na kilku metrach kwadratowych znajduje się pięć osób. Kolejny pomysł
brzmi: „gwiazda rocka przy prasowaniu koszuli
narzeczonego”. Wszystkie fotografie pokazują
modelkę podczas wykonywania zwykłych,
codziennych czynności, co podkreśla natural-
fot. Mirek Kaźmierczak
f
fotografia | Warsztat
fot. Krystian Szczęsny
Polecamy | fotografia
ny charakter całego przedsięwzięcia.
Po sześciu godzinach pracy, które doprowadziły do zupełnego „zmęczenia materiału”,
sesję można uznać za zakończoną Następuje
najciekawszy moment – oglądanie zdjęć na
komputerze. Efekty są zaskakujące, zdjęcia
wyglądają naprawdę dobrze nawet bez retu-
szu. Cała grupa jest zadowolona ze współpracy. Widać wyraźnie, że nie trzeba odwiedzać
norweskich fiordów, by zrobić dobre zdjęcia.
Liczy się przede wszystkim kreatywność samego fotografa.
| 11 |
World Press Photo | fotografia
fotografia | World Press Photo
World Press Photo
– obrazy nie całkiem prawdziwe
Konkurs World Press Photo jest dziś imprezą niemal tak popularną jak filmowe Oskary, konkurs Eurowizji
czy Puchar Świata w skokach narciarskich. WPP należy do globalnej popkultury, ale jest też miernikiem wartości
i w pewien sposób także kryterium popularności tematów fotoreporterskich czy aktualnych manier estetycznych.
Andrzej Zygmuntowicz
Ogłoszenie wyników konkursu, które zwykle
odbywa się w drugi piątek lutego około
południa, jest momentem wyczekiwanym
przez media. Jak w każdej rywalizacji, ważna
jest odpowiedź, czy faworyci są górą, czy
utonęli, czy drużynowo jak zwykle obywatele zza Oceanu położyli na łopatki resztę
świata i czy nasi też coś uszczknęli. Wieczorne wiadomości w niemal wszystkich
telewizjach świata pokazują nagrodzone
zdjęcia, a sobotnia prasa poświęca wyróżnionym fotografiom rozkładówki i opatruje
je komentarzami. Co ciekawe, prawie wszyscy posługują się ledwie dwudziestoma tymi
samymi zdjęciami, przesłanymi przez organizatorów konkursu do wszelkich telewizji,
radiostacji, agencji prasowych oraz redakcji
gazet i czasopism. To klasyczny przejaw globalizacji. Dlaczego akurat te kadry, wiedzą
tylko członkowie Fundacji z Amsterdamu,
organizującej konkurs.
Druga nagroda w kategorii "Ludzie - zdjęcie pojedyncze" - żołnierze amerykańscy odpowiadają na niespodziewany
atak talibów, 11 maja 2009 roku. fot. David Guttenfelder/USA, The Associated Press
Wśród nagrodzonych zdjęć był jeszcze jeden materiał z Iranu, ale już nie tak łagodny
w treści i nie tak urzekający wizualnie. Ukazywał determinację Irańczyków, nie zgadzających się z przegraną kandydata bardziej
otwartego na współczesność. Żadne zdjęcie
z tego reportażu nie znalazło się wśród
tych rozesłanych do prasy, gdyż był on zbyt
niepokojący i w natrętnie naturalistyczny
sposób ukazywał zmagania przeciwników
reżimu z jego obrońcami.
Zdjęcia wygrywające w ostatnich latach
World Press Photo zwykle bardzo łagodnie
opowiadają o dzisiejszym świecie, czego wynikiem jest ożywiona dyskusja przy ich ocenie i
posądzanie jurorów o hołdowanie poprawności politycznej. Szczęśliwie tegoroczny konkurs
przyniósł wiele arcyciekawych reportaży, które
poruszają ważne sprawy współczesności, a
zrealizowane są w wyrafinowany, ale jednocześnie czytelny wizualnie sposób. Największe
zainteresowanie wzbudziły kategorie związane z wydarzeniami. Niestety, ciągle jesteśmy
świadkami dramatycznych konfliktów wojennych, katastrof, bratobójczych walk, gangsterskich zbrodni. Konkurs nie może unikać takich
tematów i nie może uciekać od rzetelnego
ich przedstawiania. Zdjęcia z tegorocznego
konkursu po raz kolejny pokazały, że Afryka
ciągle tkwi w wojennej pożodze, Ameryka Łacińska to teren walk gangów narkotykowych,
konflikt palestyńsko–izraelski nie ma końca,
a amerykańskie wojny ciągle nie przynoszą
rozwiązania problemu terroryzmu. Wytchnienie dla oczu i ducha dała w tym roku kategoria
„sport”, bodaj najciekawsza ze wszystkich. Po
zeszłorocznych zdumiewających potknięciach,
jury tym razem stanęło na wysokości zadania,
a praca Elizabeth Kreutz o Lance Armstrongu
to prawdziwa perełka. Podobną perełką jest
reportaż Eugene’a Richardsa o Amerykanach
doświadczonych przez aktualne wojny.
Dwadzieścia i wszystko
Zdjęcie roku 2009: kobiety krzyczące na dachu w czasie protestu przeciwko wynikom wyborów prezydenckich w Iranie. fot. Pietro Masturzo/Italy
z trudem można określić czas i miejsce jego
powstania. Obraz ukazuje trzy kobiety, które
późnym wieczorem weszły na dach budynku. Jedna lekko rozmazana, najprawdopodobniej poruszała się w czasie fotografowania, druga przysiadła na chwilę, a trzecia
coś wykrzykuje. Dach budynku wygląda
niczym taras otoczony murkiem zapewniającym bezpieczeństwo. Kobiety sprawiają
wrażenie odpoczywających po trudach
Pierwsza nagroda w kategorii "Wydarzenia - zdjęcie pojedyncze" - kobieta ewakuowana z miejsca samobójczego
ataku. 15 grudnia 2009 roku, Kabul. fot. Adam Ferguson/Australia, VII Mentor Program dla The New York Times
| 12 |
całodziennej pracy. Mężowie, zapewne
ale zdjęcie jest letnie emocjonalnie, bardziej
przywiązani do tradycji, oglądają w telewizji
mieści się w zbiorze „sztuka” niż „fotografia
boks lub mecz piłki nożnej, a ich towarzyszki
prasowa”. Poza plastyczną urodą, ma jeszcze
mogą w tym czasie spokojnie poplotkować,
jedną zaletę – nikogo nie dotknie.
a nawet wymienić uwagi
z sąsiadkami z dachu
naprzeciwko. Od strony
fotograficznej zdjęcie
jest zdecydowanie udane
i wciągające. Stonowane
kolory uspokajają obraz i
nadają mu pewną powagę. Energię wprowadzają
rozświetlone okna piętra
pod dachem i budynku
znajdującego się nieco z
tyłu. Przyciemnione narożniki kadru koncentrują
uwagę na centrum, a tu
właśnie znajdują się trzy
bohaterki. Dopiero podpis wyjaśnia, że te kobiety są Irankami protestującymi przeciw wynikom
wyborów prezydenckich
w ich kraju. Zdjęcie robi
wrażenie za sprawą
estetycznych środków
fotograficznych, a nie
przez treść, która zdecydowanie jest nieczytelna.
Najwyraźniej dla jury
tematem numer jeden
zeszłego roku były wybory w Iranie (nie jestem
pewien, czy dla reszty
Pierwsza nagroda w kategorii "Sztuka i Rozrywka zdjęcie pojedyncze" - moda w Mali.
świata też), stąd nagroda,
fot. Malick Sidib/Mali, dla The New York Times Magazine
Publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
Wśród nagrodzonych jest wiele zdjęć
ważniejszych i ciekawszych, ale zobaczą je
tylko zawzięci miłośnicy fotografii prasowej,
którzy zanurzą się w kompletny materiał
pokonkursowy, dostępny jedynie na stronie
internetowej organizatorów. Nawet na wystawie objeżdżającej świat prezentowane są
tylko wybrane zdjęcia. Niektórzy wydawcy
prasowi na własną rękę kontaktują się z
nagrodzonymi fotografami i bezpośrednio
od nich uzyskują materiał do publikacji, by
nie mieć tego, co cała reszta.
Te dwadzieścia zdjęć dołączonych
do komunikatu z wynikami daje pewne
wyobrażenie o tym, co uważa się za ważne
i wysoko cenione. Największe dyskusje
zawsze wzbudza nagroda główna – „Zdjęcie
roku”. I prawie zawsze dzieli środowisko fotograficzne i czytelników prasy. Tegoroczna
nagroda także wywołała gorące spory. Nie
ma się czemu dziwić. Jeśli nie zna się okoliczności, w jakich wykonane zostało zdjęcie,
Co wolno fotoreporterowi?
Pierwsze miejsce w kategorii „Problemy współczesne – reportaż” - wojna jest osobista.
fot. Eugene Richards/USA, Getty Images dla The Sunday Times Magazine/Paris Match
oryginalnego zdjęcia i nie porównali go
z tym wysłanym na konkurs. Wszyscy zgadzają się, że nie należy w żaden sposób fałszować
rzeczywistości, a powinnością fotoreportera
jest danie prawdziwego świadectwa. Stepan
szczęśliwie w tym roku stanowiły wyraźną
mniejszość. Czy taki sposób realizacji materiału nie jest bardziej naganny niż plamkowanie? Piękna seria zdjęć senegalskich zapaśników Denisa Rouvre’go stanowi klasyczny
przykład ustawiania
bohaterów w kadrze.
Wystylizowane studyjne portrety o wyraźnie dopracowanej
cyfrowo kolorystyce urzekają urodą,
światłem, barwą,
kompozycją, niczym
uwodzące nas zdjęcie
reklamowe. Ustawiane są także prace
Francesco Giustiego,
ukazujące afrykańskich
pięknisiów, czy Malicka
Sidibe, który od zawsze starannie ustawia
swoich bohaterów.
Decyzja jury na
nowo otworzyła
dyskusję o tym, co
jest dopuszczalne
i moralne w fotoreportażu, a co nie, gdzie
jest granica między
prawdą a fałszem. Ta
dyskusja toczy się od
chwili narodzin tego
gatunku fotografii.
Czy wolno fotograPierwsze miejsce w kategorii „Sztuka i rozrywka” - festiwal Rainbowland, Nowy Meksyk. fot. Kitra Cahana/Kanada, Fabrica for Colors
fować z ukrycia, jak
robił to Erich Salomon,
Jury postanowiło odebrać nagrodę jednemu
Rudik, autor tego feralnego zdjęcia, pozwolił
chowając aparat pod płaszczem, w teczce
z laureatów, uzasadniając to niedopuszczalną
sobie na wyretuszowanie maleńkiej białej
i pudełku po butach, po to, by dokumentoingerencją przy cyfrowej obróbce obrazu. Poplamki, wyłaniającej się spod bandażowanej
wać sądzonych i polityków? Czy rozmawiaczątkowo wszyscy, tak jak jury, byli oburzeni
dłoni, która wypełnia niemal cały kadr. Ta
jąc z fotografowanym bohaterem można
postępkiem fotografa, dopóki nie zobaczyli
biała plamka to mały fragment buta chłopaka
wprowadzić go w pożądany stan emocjoznajdującego się za głównym bohaterem.
nalny, na pożądanym tle, jak uczyniła to DoW wersji nadesłanej na konkurs tego chłorothea Lange, wykonując swój słynny kadr
paka nie ma, jest jedynie 1/25 jego buta,
„Wędrująca matka”? Czy można nakłonić
tworząca szpetną i nieczytelną plamę, nie
żołnierzy, by jeszcze raz wbili flagę
mającą żadnego znaczenia dla treści zdjęcia.
w zdobywane wzgórze, nie pokazując
Dawniej, gdy nie było cyfrowej obróbki obtwarzy, jak uczynił Joe Rosenthal na Iwo
razu, ta biała plamka także zniknęłaby dzięki
Jimie? Czy wolno przenosić czaszkę krowy
retuszowi, ponieważ jej obecność niczego nie
na wysuszoną doszczętnie ziemię, by potworzy, nie jest żadną wartością tego kadru
kazać, czym jest straszliwa susza, jak zrobił
ani w wymiarze treściowym, ani plastycznym.
Arthur Rothstein, szef działu fotoreportażu
Jury najwyraźniej miało potrzebę postraw tygodniku „Look” i autor jednego z najszenia fotoreporterów, by przypadkiem nie
słynniejszych podręczników o fotoreportażu
kombinowali z dopieszczaniem swoich zdjęć.
„Photojournalism” z 1974 r.? Zgodnie z decyNa ofiarę wybrano Ukraińca, autora dobrego
zją tegorocznego jury, należałoby wyrzucić
materiału sportowego, za którym nie stoi poz historii te słynne zdjęcia, bo są niecnymi
tężny wydawca czy agencja. Gdy przyjrzymy
manipulacjami. Tylko czy nie brakowałoby
się innym zdjęciom konkursowym, poczynanam tych wspaniałych obrazów, genialnie
jąc od głównej nagrody (pięknie dopracowaoddających czas ich powstania i sytuacje
ne przyciemnione narożniki kadru i staranna
ludzi na nich uwiecznionych? Czy aby
saturacja barw), bez trudu odnajdziemy
tegoroczne, rewolucyjne decyzje, nie
liczne ingerencje w obraz. Ale to przecież
powinny być tak skrajnie wybiórcze? Choć
drobny grzech.
gdyby zabrać się za wszystkich, nie byłoby
Pierwsza nagroda w kategorii "Sport - zdjęcia pojedyncze” - Jonathan Trott, angielski krykiecista w czasie meczu.
Od kilku lat World Press Photo skłania
co oglądać na wystawie i w albumie World
fot. Gareth Copley/Wielka Brytania, Press Association
się ku reżyserowanym dokumentom, które
Press Photo 2009.
Gdy opadły pierwsze emocje związane
z ogłoszeniem wyników konkursu, niespodziewanie rozpętała się dyskusja jeszcze
żywsza niż ta dotycząca „zdjęcia roku”.
| 13 |
pr
PR na świecie
| PR
public
relations
Rusza kampania promująca Polskę
„Promujmy Polskę razem” to nowy program promocji Polski, który został właśnie
zainaugurowany przez Polską Organizację
Turystyczną. Dofinansowywany będzie
z unijnego programu Innowacyjna Gospodarka a jego realizacja kosztować ma
w sumie 30 mln euro. „W tym roku nasz
kraj będzie promowany głównie
w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech”
– powiedział prezes Polskiej Organizacji
Turystycznej Rafał Szmitke w rozmowie
z Polską Agencją Prasową. W promocji
wykorzystane zostaną nie tylko tradycyjne
metody, takie jak stoiska na targach, spoty
reklamowe i bilbordy ale także nowoczesne narzędzia promocyjne. „Chociażby
żaglowiec, który przepłynie przez kilka
znaczących dla nas miejsc, i będzie miał
na swoich żaglach w tym roku Fryderyka
Chopina” – tłumaczył Szmitke. Program
będzie realizowany do 2012 roku.
Szansa na PRaktyki za granicą
W lutym Instytut Monitorowania Mediów
zachęca studentów do wzięcia udziału
w VII edycji konkursu public relations
„PRaktykuj za granicą”. Główne nagrody
to staże w Londynie i Brukseli w agencjach PR: Fleishman-Hillard, Hill&Knowlton
oraz LEWIS PR. Zadanie, z jakim muszą
się zmierzyć uczestnicy, to przygotowanie
strategii komunikacji dla Fundacji Ewy
Błaszczyk „Akogo?”.
Przez nos do serca
Aromamarketing to nowe narzędzie,
które zostało wykorzystane przy promocji
wódki BOLS Cinnamon, jedynej w Polsce
wódki cynamonowej. Klienci delikatesów
Alma po podejściu do stoiska z trunkiem
mogą delektować się zapachem świeżego
cynamonu. Według autorów kampanii
promocyjnej sprawia to, że produkt marki
BOLS dłużej gości w ich pamięci. Według
badań opublikowanych w „Journal of Consumer Research”, odpowiednio dobrany
do produktu zapach sprzyja budowaniu
wokół niego sieci pozytywnych skojarzeń
i lepszemu zapamiętywaniu go. Zastosowanie aromamarketingu w przypadku
BOLS Cinnamon już przynosi rezultaty;
w tych placówkach, gdzie stoiskom towarzyszy zapach cynamonu, wódka BOLS
sprzedaje się dużo lepiej.
W trosce o prosty kręgosłup
Pod hasłem „Skolioza to bolesna metamorfoza” rusza kampania społeczna mająca
na celu zwrócenie uwagi na problem
deformacji postawy. Inicjatorem akcji jest
Fundacja Akademia Zdrowych Pleców,
a jej adresatami są nie tylko rodzince, ale
także władze samorządowe i wszystkie
osoby oraz instytucje odpowiedzialne
za prawidłowy rozwój dzieci. Specjalne
plakaty trafią do szkół i placówek medycznych na terenie całego kraju.
PR | case study / To PRoste
Szukasz pracy? Uważaj na
portale społecznościowe…
Firma Cross Tab przeprowadziła badania, dotyczące wpływu informacji
zamieszczanych w mediach społecznościowych na przyszłą karierę
zawodową. W sondażu, który odbył się w grudniu 2009 r., wzięło udział
2,4 tys. ankietowanych z USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec. Badacze
stworzyli dwie grupy respondentów: przeciętnych użytkowników
Internetu i pracowników działów kadr. Z raportu wynika, że pracodawcy
przed przyjęciem kandydata gruntownie sprawdzają dane dostępne
na jego temat w Internecie. Najczęściej przeszukuje się strony internetowe firm, w których pracowali kandydaci, serwisy społecznościowe,
strony służące do wymiany plików multimedialnych, a także gruntownie
weryfikowane są wszystkie dane znalezione przy pomocy wyszukiwarki. 70 proc. amerykańskich ankietowanych powiedziało, że informacje
znalezione w sieci mogą spowodować natychmiastowe odrzucenie
kandydata. Wynika to przede wszystkim z faktu, że aż w 75 proc. przedsiębiorstw w USA weryfikacja informacji internetowych o kandydacie jest
obligatoryjna. W Europie ten odsetek jest znacznie niższy, jednak liczba
pracodawców chętnych do takich działań również sukcesywnie wzrasta.
Źródło: www.proto.pl
Obama lepszy niż Bush
Administracja Baracka Obamy jest dużo
lepiej odbierana przez światową opinię
publiczną niż ta, której przewodził jego
poprzednik, George W. Bush – wynika z
badania U.S.-Global Leadership Project,
przeprowadzonego przez Instytut Gallupa
i Meridian International Center. Sposób
rządzenia obecnego prezydenta został pozytywnie oceniony przez 51
proc. respondentów, co jest najlepszym wynikiem od 2005 roku, kiedy to
badanie zostało opublikowane po raz pierwszy. Europejczycy znacznie
zwiększyli swoje zaufanie do amerykańskiej polityki, co pokazuje najlepiej
28-proc. wzrost zwolenników administracji USA na terenie Starego Kontynentu. Najbardziej przychylni działalności politycznej w USA okazali się po
raz kolejny mieszkańcy Afryki, w której aż 83 proc. respondentów pochwala działania prezydenta i jego administracji. Tegoroczna edycja badania
U.S.-Global Leadership Project została przeprowadzona na próbie ok. 1000
osób w wieku powyżej 15 lat, zamieszkałych w 102 państwach.
Źródło: www.gallup.com
Olimpijskie logo pomnaża zyski
Dziennik „Vancouver Sun” donosi, że wiele firm
bezprawnie wykorzystuje markę Zimowych Igrzysk
Olimpijskich Vancouver 2010 do promocji swoich
produktów bądź usług. Przedsiębiorcy wiedzą, że
logo olimpiady niesie ze sobą nie tylko przekaz
symboliczny, ale jest też skutecznym narzędziem
promocyjnym, którego wykorzystanie może
generować ogromne zyski. Według przepisów,
jedynie oficjalni sponsorzy mogą reklamować się
przy użyciu marki igrzysk, natomiast jest to zakazane w przypadku firm
nie wspierających finansowo olimpiady. Jednym z przykładów naruszenia
tych zasad, który został przytoczony w artykule, jest akcja kanadyjskiego
banku Scotiabank. Firma zorganizowała kampanię wizerunkową, w której
nakłaniała do robienia zdjęć rzeczy, z których Kanadyjczycy są dumni, a następnie zamieszczania ich na stronie internetowej. Główną postacią kampanii była znana hokeistka – olimpijka i złota medalistka Cassie Campbell.
Pomimo braku bezpośredniego nawiązania do igrzysk, Olimpijski Komitet
Organizacyjny VANOC poprosił organizatorów o przesunięcie terminu
kampanii i wznowienie jej dopiero po zakończeniu olimpiady.
Źródło: www.vancouversun.com
Egipt zachęca inwestorów
Agencja Hill & Knowlton została wybrana przez rząd Egiptu do stworzenia
międzynarodowej kampanii, zachęcającej przedsiębiorców na całym świecie
do inwestycji w tym kraju - informuje magazyn „PRweek”. Kampania ma
przedstawiać Egipt jako państwo posiadające bardzo szybko rozwijającą się
gospodarkę, która stopniowo przekształca się w bezpieczny, międzynarodowy rynek. Ponadto, kraj oferuje inwestorom wiele udogodnień, takich jak
niskie podatki, duże umowy handlowe oraz dobrze wykształceni, młodzi
pracownicy. Główne działania agencji będą skierowane na rynki europejskie
(Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy) oraz wschodnie (Chiny, Turcja, Indie). Jim Donaldson, koordynator projektu z ramienia Hill & Knowlton, powiedział: „Egipt jest nowoczesnym, tętniącym życiem i ekscytującym miejscem
do prowadzenia biznesu. Postaramy się pomóc lepiej przedstawić historię
tego kraju światowej opinii publicznej oraz zwiększyć napływ inwestycji”.
Agencja planuje dotrzeć ze swoim przekazem do kluczowych, międzynarodowych tytułów medialnych. Działania te będę wspierane poprzez eventy,
konferencje z udziałem biznesmanów, konferencje z dziennikarzami, a także
silną obecność na targach. Donaldson podkreśla, że w kampanii zostaną
użyte także liczne narzędzia z zakresu nowych technologii oraz Internet.
Źródło: www.PRweek.com
Toyota walczy o reputację
Firma Toyota zdecydowała się rozszerzyć akcję wymiany wadliwych części
w swoich samochodach – napisał
portal businessweek.com. Po wymianie
uszkodzonych mat podłogowych w 2,3
miliona aut sprzedanych na amerykańskim rynku, kolej na wadliwie działające
pedały. Tym razem akcja ma objąć
nie tylko rynek amerykański, ale też
europejski oraz chiński. BusinessWeek
przypuszcza, że problemy Toyoty mogą spowodować całkowite załamanie
wizerunku koncernu. Maryann Keller, starszy doradca pracujący w branży
motoryzacyjnej, podkreśla: „Reputacja Toyoty, znanej z wysokiej jakości, jest
skończona. Ludzie nie będą kupowali toyot, niezależnie od modelu. To, co
się stało, wystarczy, żeby odciągnąć ich od salonów.”
Źródło: www.businessweek.com
Żubr: reaktywacja
Podlasie zrewitalizowało swoje logo.
Symbolem województwa jest nadal
żubr; przeszedł on jednak nowoczesny make over, którego autorem
jest prof. Leon Tarasewicz, artysta
pochodzący z podbiałostockich Walił.
Nowy, nowoczesny żubr składa się z
wielokolorowej, kwadratowej mozaiki
i symbolizować ma różnorodność i energię. Według portalu wrotapodlasia.
pl autor projektu przyznał, że praca nad nowym logo była trudna, ponieważ
symbol żubra wykorzystywany jest przez wiele organizacji i marek. Jak udało
się zachować oryginalność? „Wykorzystałem trzy elementy. Po pierwsze – powróciłem do mojego wykształcenia technicznego. Po drugie, oparłem się na
tym, co robię w swojej twórczości. Po trzecie, praca musiała być nowoczesna”
– tłumaczył cytowany przez portal wrotapodlasia.pl autor, prof. Tarasewicz.
PR oczami Brytyjczyków
Branża public relations jest bardzo dobrze opłacana – pokazuje badanie
Opinium Research, przeprowadzone w styczniu na grupie 2 tys. brytyjskich internautów. Z badań wynika, że 31 proc. respondentów postrzega
PR jako zawód, w którym dominują wysokie zarobki. Żaden z ankietowanych nie był przeciwnego zdania. Z kolei 9 proc. przyznało, że praca w PR
może pozwolić na zrobienia kariery i osiągnięcie sukcesu zawodowego.
Niepokojące według ekspertów są wyniki dotyczące zaufania wobec PR,
gdyż jedynie 3 proc. ankietowanych uznało branżę za godną zaufania. 14
proc. powiedziało, że PR jest niepotrzebny. Jak wynika z badania Opinium
Research, Brytyjczycy bardziej nie ufają jednak politykom, finansistom,
agentom nieruchomości oraz dziennikarzom. Źródło: www.prmoment.com
| 14 |
Nietrzeźwy PRoblem
opr. Roksana Gowin
Sprostowanie
W numerze 8 (21) magazynu „PDF” w artykule „Staram się nie zawieść” ukazała się
notka na mój temat, w której pojawiają się dwa istotne błędy rzeczowe.
1. Nie jestem i nigdy nie byłem przewodniczącym Parlamentu Studentów RP.
W kadencji 2008/2009 pełniłem zaś funkcję Marszałka Parlamentu Studentów
Uniwersytetu Warszawskiego.
2. Nigdy nie powiedziałem, że „we własnym mniemaniu muszę robić więcej niż inni,
starać się bardziej, osiągać lepsze wyniki”. Oryginalnie zdanie mówiło, że „jako osoba
trans muszę robić więcej niż inni, starać się bardziej, osiągać lepsze wyniki”. Taka
zmiana wypaczała sens dalszej mojej wypowiedzi, że „moim zdaniem nie traktuje
się takich osób jako równorzędnych podmiotów w relacjach międzyludzkich”.
Mariusz Drozdowski, Marszałek Parlamentu Studentów
Uniwersytetu Warszawskiego w kadencji 2008/2009
O nadużywaniu alkoholu i problemie
pijanych kierowców zawsze mówi się
dużo i głośno. To skutecznie psuje wizerunek firm zajmujących się produkcją
alkoholi. Dlatego producent wódki
Soplica postanowił już po raz drugi
zainwestować w kampanię społeczną
„AlkoCasco - Alkomat w każdym aucie”.
Magda Grzymkowska
Promocja
odpowiedzialnego
spożycia
Nawet 20 proc. kierowców „wsiadło za kółko”
mimo braku pewności, czy nie są jeszcze pod
wpływem alkoholu, spożytego nawet kilka godzin wcześniej – tak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie marki Soplica i zrealizowanego przez Instytut Badawczy Pentor. Na
domiar złego, prawie połowa kierowców nie
wie, jaki jest dopuszczalny poziom alkoholu we
krwi. O tym, że już 0,2 promila jest wykroczeniem, wiedziała zaledwie nieco ponad połowa
respondentów.
– Statystyki drogowe oraz problem
tzw. nieświadomie
pijanych kierowców
skłoniły markę Soplica
do podjęcia działań
edukacyjnych, zapobiegających skutkom
błędnej oceny stężenia alkoholu w organizmie. Czuliśmy się
zobowiązani do tego,
by pomóc kierowcom
podejmować dobre
i
odpowiedzialne
decyzje oraz dać im
do tego narzędzia
– mówi Anna Załuska,
corporate PR manager
w firmie CEDC, będącej producentem wódki marki Soplica. Stąd
też inicjatywa promowania odpowiedzialnego spożycia alkoholu: „AlkoCasco – Alkomat
w każdym aucie”.
Co wiedzą polscy kierowcy?
Okazało się, że Polacy nie mają też pojęcia
o procesie metabolizowania alkoholu. 73 proc.
kierowców błędnie uważa, że jest on spalany
szybciej, gdy spożywa się go w trakcie obfitego posiłku. Wiele osób nie wie też, ile czasu
musi upłynąć zanim ponownie będą mogły
prowadzić samochód. Blisko 1/3 kierowców
zadeklarowała, że wypijając lampkę wina, może
prowadzić po upływie 30 minut (jednocześnie,
co piąty Polak uważa, że tyle samo czasu musi
minąć po wypiciu dużego piwa). W rzeczywistości, dorosły człowiek, w zależności od płci
i wagi, powinien odczekać minimum 2-3 godziny. Inaczej ryzyko wypadku drogowego w
zależności od stężenia alkoholu w organizmie
wzrasta nawet 128 razy.
W przypadku wątpliwości, idealnym rozwiązaniem dla kierowcy może być pomiar
alkomatem. Mimo chęci korzystania z niego,
kierowcy nie wiedzą, gdzie kupić takie urządzenie. Odstraszająca jest także cena (ok. 200-300
zł). Natomiast prawie 60% kierowców zadeklarowało, że korzystałoby z alkomatów, gdyby
stanowiły wyposażenie seryjne aut. Wówczas
71 proc. z nich nie wsiadłoby do samochodu,
gdyby alkomat wykazał, że zawartość alkoholu
w ich krwi wynosi ponad 0,2 promila.
Alkomaty trafiają
pod strzechy Pod koniec września 2008 roku pracownicy
marki Soplica, we współpracy z Autostradą
Wielkopolską A2, rozdali 15 000 bezpłatnych
alkomatów użytkownikom ruchu drogowego.
W październiku, podczas drugiego etapu akcji, do prowadzących auta z całej Polski trafiło
100 000 ulotek informacyjnych, przedstawiających wyniki badań nt. nietrzeźwych kierowców
i zachęcających do korzystania z alkomatów.
Tym razem Soplica współpracowała z Biurem
Ośrodki Ruchu Drogowego. WORD-y z Poznania, Gdańska, Katowic,
Warszawy, Kielc i Opola przekazały młodym kierowcom, zdającym
egzamin na prawo jazdy, materiały
edukacyjne oraz alkomaty. Podjęto także współpracę z Kościołem.
Księża z parafii w Warszawie, Radomiu, Tarnowie, Wrocławiu, Olsztynku, Katowicach, Gdyni, Bydgoszczy,
Lublinie i Poznaniu informowali
o kampanii podczas mszy świętych,
a zmotoryzowani wierni otrzymali
alkomaty. Akcję wsparł także krajowy
duszpasterz kierowców, ks. dr Marian
Midura. Dodatkowo, wybrane wojewódzkie komendy policji przyłączyły się do akcji poprzez rozdawanie
kierowcom alkomatów w czasie kontroli. W sumie, w ramach kampanii,
zostało przekazanych ponad 18 000
alkomatów oraz materiałów edukacyjnych.
Sukces medialny
Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji
– funkcjonariusze wręczali ulotki podczas rutynowej kontroli drogowej. Akcję „AlkoCasco”
wsparł aktor Tomasz Schimscheiner.
Ostatnim etapem akcji było przygotowanie
petycji skierowanej do Komisji Europejskiej o
wydanie dyrektywy zachęcającej wszystkich
producentów do dodawania alkomatów do
podstawowego wyposażenia samochodów.
Pod petycją można było się podpisać na stronie
www.alkocasco.pl oraz w czasie akcji zorganizowanych w ośmiu miastach w Polsce. Dodatkowo, do butelek Soplicy, dostępnych w sklepach, zostało dołączonych milion alkomatów w
opakowaniu zaprojektowanym przez agencję
Hossa. Pieczę nad tą edycją kampanii sprawowała agencja Hill&Knowlton, za co w 2009 roku
otrzymała nagrodę „Złotego Spinacza”.
Nie mniejszym sukcesem okazała się II edycja kampanii „AlkoCasco” w 2009 roku. Skoncentrowano się wówczas głównie na młodych
kierowcach. Udział w niej wzięły Wojewódzkie
Działaniami PR w ramach II edycji
kampanii zajmowała się inna agencja - Euro RSCG Sensors. W okresie
od połowy października do grudnia
2009 roku pojawiło się w mediach
dwukrotnie więcej relacji nt. kampanii „AlkoCasco” niż podczas wcześniejszej edycji.
– W wyniku działań PR, prowadzonych przez naszą agencję
w okresie od połowy października
do grudnia 2009 roku, w mediach
pojawiło się 401 relacji nt. kampanii
AlkoCasco – mówi Katarzyna Wiernicka, senior specialist w Euro RSCG
Sensors. – Największe nasilenie publikacji miało miejsce w pierwszych
dwóch tygodniach trwania kampanii.
Wtedy pojawiło się w mediach 348
relacji. Informacja na temat drugiej
edycji kampanii „AlkoCasco – Alkomat w każdym aucie” znalazła się we
wszystkich najważniejszych mediach
opiniotwórczych, zarówno ogólnopolskich, jak i regionalnych – dodaje.
O kampanii było głośno we
wszystkich największych gazetach,
stacjach radiowych i telewizyjnych,
które wyemitowały na jej temat relacje w najlepszym czasie antenowym
(m. in podczas głównych wydań „Wiadomości”, „Faktów” i „Wydarzeń”).
Public Relations po polsku
„PR w RP” – pod takim hasłem członkowie Koła Naukowego
Obserwacji Polskich Mediów im. Stefana Kisielewskiego
organizują w dniach 25-26 maja br. na Uniwersytecie
Warszawskim II już edycję Ogólnopolskiego Zjazdu Analityków
Mediów. W Sali Balowej Pałacu Tyszkiewiczów-Potockich
wspólną dyskusję nad rozwojem rynku Public Relations w Polsce
podejmą medioznawcy, socjologowie, politolodzy oraz praktycy
PR z licznych ośrodków naukowych funkcjonujących na terenie
naszego kraju.
II OZAM to tylko jedno z ogniw projektu badawczego,
realizowanego przez członków koła. Równolegle prowadzone
są m. in. studia nad czynnikami kształtującymi rynek PR w
polskich realiach. Trwa opracowywanie kompleksowych danych
dotyczących agencji PR, struktury stanowisk czy oferowanych
narzędzi. Studenci udowadniają, że jeszcze nie wszystko o
branży zostało powiedziane. Wtóruje im dr Wojciech Jabłoński,
wykładowca Instytutu Dziennikarstwa UW: „PR - i wszystko
jasne? Nic bardziej błędnego! Polski rynek public relations
potrzebuje świeżej, rzetelnej analizy, przeprowadzonej przez
ludzi młodych, dla których PR to już nie nowość, ale wciąż poważne wyzwanie. Dlatego gorąco rekomenduję projekt Koła
Naukowego Obserwacji Polskich Mediów.” Inicjatywę wspierają
też Newsline.pl, Polskie Stowarzyszenie Public Relations, Związek
Firm Public Relations oraz Press Club Polska.
Zaintrygować,
zadziwić, poruszyć...
czyli słów kilka
o brand PR
Jak komunikować markę w mediach? Jak dotrzeć do jej
konsumentów? Jak wzbudzić zainteresowanie produktem? Poprzez eksponowanie jego atutów czy może
wartości, jakie niesie marka? Odpowiedź jest prosta:
najlepiej z wykorzystaniem obu tych metod.
Marka to nie tylko produkt, ale także jej wartości
i świat, który ją otacza. Świat, który nie tylko pozwala na
przybliżenie marki konsumentowi i wyróżnienie jej na
tle innych, ale także daje wiele możliwości komunikacyjnych. Nic dziwnego, że marki, a w zasadzie specjaliści od ich komunikowania, coraz częściej wykorzystują
ten potencjał. Marka Huggies®, która jako jedyna oferuje
pieluszki do pływania dla niemowląt, jest komunikowana szeroko, w niestandardowy sposób, wykraczający
poza tradycyjny PR produktowy. Wyjątkowość artykułu
Huggies® Little Swimmers okazała się doskonałym pretekstem do budowania wizerunku marki parasolowej,
eksperta w dziedzinie pływania niemowląt. Bo kto inny,
jak nie marka pieluszek do pływania, może promować
wodne igraszki maluchów? W ten sposób zrodził się
unikalny koncept „Zgrupowania Małych Pływaków
Huggies® CUP”. Wydarzenie miało na celu pokazanie, że
maluchy pod czujnym okiem rodziców potrafią pływać
i poruszać się w wodzie, świetnie się przy tym bawiąc.
Rodzinny charakter wydarzenia i jego wyjątkowość
przyciągnęły wielu młodych rodziców, ale także kluczowe dla marki media. Sukces imprezy zachęcił producenta marki Huggies® do kontynuacji powziętych
działań. Po dwóch udanych edycjach przygotowuje się
do kolejnej, która odbędzie się w maju tego roku.
Ciekawym przykładem komunikacji marki jest wykorzystanie jej ikony, ambasadora. Jak się okazuje, nie
musi być nim znana twarz z pierwszych stron prasy
popularnej. Czasem wystarczy nieodparty urok, rozkoszna mordka i wyjątkowość „biszkoptowego” szczeniaka. Mowa o marce Velvet, która od kilku lat stawia w
komunikacji na małego, uroczego labradora. Co ważne,
nie tylko w przekazach reklamowych. Od 2006 roku
piesek jest bohaterem programu społecznego „Pomóżmy razem”, zainicjowanego przez markę Velvet we
współpracy z organizacjami, które szkolą psy do zadań
specjalnych. Każdego roku na rynek wprowadzana jest
specjalna edycja produktów Velvet oznaczonych logo
programu. Część dochodów ze sprzedaży oznakowanych artykułów przeznaczana jest na zakup i szkolenie
labradorów, które pomagają potrzebującym jako psi
ratownicy, terapeuci, przewodnicy niewidomych albo
psy asystujące. Dzięki programowi marka nie tylko zbudowała swój wizerunek jako zaangażowanej w pomoc
potrzebującym, ale także zawłaszczyła w mediach temat pomagających psów. Labrador jako pies do zadań
specjalnych, a zarazem ikona papieru toaletowego
marki Velvet, stał się kluczowym elementem komunikacji programu „Pomóżmy razem” oraz bazą do kolejnych
kreatywnych rozwiązań realizowanych w jego ramach,
m. in. akcji „Miejsca przyjazne psom asystującym” czy
„Parady labradorów”.
Opisane przykłady pokazują, że w każdej marce
drzemie potencjał,
czasem trzeba tylko
głębiej poszukać,
„wejść” w jej świat
i odkryć to, co porusza, zadziwia, intryguje konsumenta. Jeśli
znajdziemy sposób,
aby wykorzystać „to
coś” w komunikacji,
stanowi to już połowę sukcesu. Jeśli uda
nam się tym zainteresować konsumenta,
to zróbmy wszystko,
aby nie stracić jego
uwagi.
Anna Piątkowska-Wełyczko
Account Manager w Euro RSCG Sensors
Patronat merytoryczny:
| 15 |
Oskary | kultura
ks
kultura
& społeczeństwo
Walentynki już wprawdzie za nami,
lecz film Garry’ego Marshalla, twórcy
„Pretty Woman”, nadal znajduje się w
repertuarach polskich kin.
„Walentynki” z założenia miały być komedią
romantyczną, której sukces, oprócz znanego
reżysera i oryginalnego pomysłu, zapewni
gwiazdorska obsada. W produkcji wzięły udział
takie gwiazdy, jak Ashton Kutcher, Patrick
Dempsey, Jamie Fox, Bradley Cooper, Jennifer
Garner, Jessica Alba, Kathy Bates, Anne Hathaway i wielu innych. Sukces jednak jest wątpliwy,
gdyż poza znanymi nazwiskami, film nie ma widzowi nic niezwykłego do zaoferowania. Fabuła
jest znikoma, a przeplatanie się wielu krótkich
wątków wprowadza do całości niepotrzebny
chaos. Próbując nadążyć za kamerą, widz może
jedynie dostać zawrotu głowy, a oczekując rozczulających, romantycznych okazji do ronienia
łez, przeżyje silne rozczarowanie.
Film rozczarowuje, przedstawiając wiele
krótkich, niepowiązanych ze sobą wątków, w
których przewija się ciągle ten sam motyw
zdrady i miłosnego rozczarowania. Jedynie
ścieżka dźwiękowa tworzy przyjemny klimat i
ratuje film w ogólnym odbiorze. Jednak jest to
zdecydowanie za mało, aby dorównać produkcjom takim, jak chociażby „Pretty Woman”…
Karolina Żelichowska
„Walentynki”, Reżyseria: Garry Marshall
Premiera:12 lutego 2010 roku
Siódme Doc Review
Po raz siódmy w Warszawie odbędzie się
trzecia co do popularności w Europie impreza
filmowa poświęcona filmowi dokumentalnemu
– Festiwal Planete Doc Review, którą odwiedziło w zeszłym roku 25 tys. widzów. Tegoroczna
7. edycja festiwalu zapowiada się atrakcyjnie.
O nagrodę Millenium i 8 tys. euro zawalczą
starannie wyselekcjonowane najlepsze pełnometrażowe filmy dokumentalne wyprodukowane w ostatnim roku na świecie: m. in. film
Erika Gandiniego „Videocracy” (premiera na
MFF w Wenecji, nagroda na MFF Toronto i MFF
Sheffield), „Red Chapel” w reż. Madsa Bruggera
(World Cinema Award Sundance 2010), „Last
Train Home” w reż. Lixin Fana (Grand Prix IDFA
Amsterdam 2009), „The Cove” w reż. Louie
Psihoyos (nominowany do Oscara w kategorii:
najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny,
obok dwóch innych nominowanych filmów,
które swoje polskie premiery miały na zeszłorocznym Planete Doc Review: duński „Burma
VJ” oraz polski „Królik po berlińsku”), oraz wiele
innych uznanych na świecie filmów. W tym
roku po raz pierwszy odbędzie się konkurs dla
filmów animowanych.
| 16 |
kultura | Kino
Nominacje amerykańskiej Akademii
Filmowej dla najlepszych filmów co
roku wywołują dyskusje, narzekania
na niszowość tytułów albo przeciwnie
– na komercjalizację oskarowej
gali. W tym roku Akademia podjęła
salomonową decyzję, nominując
do głównej kategorii aż 10 tytułów
i zestawiając finansowe hity
z produkcjami niskobudżetowymi.
Patryk Juchniewicz
Powód wprowadzenia tej innowacji wydaje się
prosty: większa ilość filmów przyciągnie więcej
telewidzów, a co za tym idzie - więcej pieniędzy.
A może w minionym roku powstało tak wiele
wybitnych dzieł, że nie sposób ograniczyć liczby nominowanych tytułów do zaledwie pięciu?
Avatar zatonął
niczym Titanic
dla jej dotychczasowego życia. Eleganckie restauracje, bankiety, romantyczne wycieczki, o
których wcześniej nawet nie marzyła, teraz znalazły się w centrum jej egzystencji. Lone Scherfig, duńska reżyserka znana z „Włoskiego dla
początkujących”, komplikuje jednak losy swojej
bohaterki – okazuje się bowiem, że życie nie jest
tak idealne, jak niekiedy może się wydawać. Film
ogląda się przyjemnie głównie ze względu na
dojrzałą kreację młodej, wyróżnionej nominacją
za pierwszoplanową rolę, Carey Mulligan.
Problemy codzienności są doskonale znane
głównej postaci filmu „Precious: Based on the
Novel Push by Sapphire.” Tytułowa bohaterka,
Precious, jest otyłą czarną nastolatką, która nie
grzeszy inteligencją. Pochodzi z patologicznej
rodziny – matka nieustannie znęca się nad nią
psychicznie, z kolei ojciec płodzi z własną córką kolejnych potomków. Mimo dramatycznej
sytuacji, Precious nie poddaje się, chce wychowywać swoje dzieci oraz zdać maturę. Twórca
filmu, Lee Daniels, jest jednak daleki od opty-
Autorskie kino Coenów
i Tarantino
Wszystkie opisane produkcje stanowią doskonały zbiór filmów gatunkowych, wpisanych
w sprawdzone konwencje. Na ich tle wyróżniają się najnowsze dokonania braci Coen
i Quentina Tarantino, którzy potwierdzają, że
ich dzieła burzą wszelkie schematy.
Dzieło Coenów – „A Serious Man” jest
Faworyci
opowieścią o żydowskim nauczycielu, LarŻaden krytyk nie jest w stanie przewidzieć
rym, wiodącym spokojne życie w małym
oskarowych zwycięzców równie skutecznie, jak
amerykańskim miasteczku. Niczym na bifirmy bukmacherskie. Te zaś zgodnie wskazyblijnego Hioba, niespodziewanie spadają na
wały dwóch faworytów: „Avatara” Jamesa Caniego liczne nieszczęścia. Larry szuka ratunku
merona oraz „The Hurt Locker. W pułapce woju trzech rabinów, ale ci raczą go jedynie porny” Kathryn Bigelow. Media znalazły wdzięczny
cją banałów. Bohater nie może zrozumieć, jak
temat, rozpisując się o pojedynku byłych małto się stało, że jego spokojny żywot „poważżonków, natomiast rzadko oceniały faktyczną
nego człowieka” nagle został całkowicie zbujakość wymienionych filmów, choć to przecież
rzony. Otwarta kompozycja pozwala na wiele
ten aspekt powinien być najważniejszy.
interpretacji, a dzieło skłania do refleksji, czy
Zwyciężył obraz Bigelow, który był całkowinależy przyjmować los z pokorą, czy może
cie pominięty przez polskich dystrybutorów.
jednak samodzielnie szukać rozwiązań.
Ostatecznie ukazał się
Świetnym przykłaon na DVD z dopisanym
dem
progresywnego
w tytule wyrażeniem:
kina gatunków są „BęW pułapce wojny, co sukarty wojny”. Tarantino
geruje raczej spektakuznalazł zupełnie nowy
larne kino akcji niż kamesposób na kino wojenralny obraz codziennej
ne, całkowicie lekcewarzeczywistości żołnierzy
żąc fakty historyczne.
stacjonujących w Iraku.
Reżysera interesuje zaFabuła opiera się na wybawa konwencją, wyradarzeniach związanych
zistość postaci (niemal
z postacią sapera Williawszystkie są nadmierma Jamesa, który wyzbył
nie przejaskrawione)
się uczucia strachu i odi wreszcie hołd złożony
ruchów samozachowawsamemu kinu, które poczych. Wojna sprawiła,
zwala na pełną swoboże przestał normalnie
dę artystyczną. Scena
myśleć i mimowolnie stał
uśmiercenia Hitlera własię jedną z ofiar konfliktu
śnie w sali kinowej jest
zbrojnego. Jego jedyny
nieprzypadkowa – autor
cel stanowi beznamiętne
w symboliczny sposób
wykonywanie poleceń.
udowadnia, że sztuka
Na pytanie dowódcy
filmowa daje nieogranio liczbę rozbrojonych Kadr z filmu „The Hurt Locker. W pułapce wojny” Kathryn Bigelow – najlepszego filmu 2009 roku.
czone możliwości krebomb odpowiada jak zaacji. Nawiązując do słów
mizmu. Zdaje sobie sprawę, że bez względu
programowana maszyna: „873, sir!”. Reżyserka
porucznika Aldo Raine’a granego przez Brada
na chęci, możliwości bohaterki są ograniczone,
tworzy obraz destrukcyjnej wojny, opowiada o
Pitta, można stwierdzić, że tym razem wyszło
a prawdopodobieństwo ucieczki od patologii
wpływie anormalnego środowiska na psychikę
reżyserowi dzieło sztuki.
- niewielkie.
człowieka, a umieszczając akcję we współczeKomu statuetka?
Zupełnie inaczej postrzega szanse młodych
snym Iraku, przyłącza się do grona przeciwników
Nominacje trafiły również do filmów
John Lee Hancock, który nakręcił „The Blind
konkretnej misji. Mimo świetnej roli Jeremy’ego
„W chmurach”, „Dystrykt 9” i „Odlot”. Żaden
Side”. Jego film ukazuje ucieleśnienie marzeń o
Rennera, „The Hurt Locker” pozostaje jednak
z nich nie miał większych szans w oskarowym
ludzkim miłosierdziu. Reżyser prezentuje histofilmem zaledwie interesującym – autorka nie
wyścigu. W chmurach jest dowcipnym filmem
rię kilkunastoletniego Mike’a, który pochodzi ze
wnosi do kina wojennego żadnego novum.
Jasona Reitmana (twórcy „Juno”) o samotniku
slumsów. Jego matka jest narkomanką, a ojciec
Głównym rywalem był „Avatar”, którego
z wyboru (rewelacyjny George Clooney), który
pozostaje nieznany. Z tego trudnego środowisukces finansowy wynika z niezwykle precyzyjzajmuje się profesjonalnym zwalnianiem praska wyciąga chłopca żona byłego koszykarza
nie zrealizowanej wizji reżysera - nienagannej
cowników korporacji. Reżyser utrzymuje wy(nagrodzona za tę rolę Oskarem Sandra Bullock),
technicznie, a jednocześnie zawierającej proste,
soki poziom, ale tylko w kategorii czysto rozktóra najpierw przygarnia bezdomnego nastouniwersalne przesłanie. Łatwo jednak zauwarywkowej. Zagadką pozostaje nominacja dla
latka, potem go adoptuje i posyła do szkolnej
żyć, że efekt wieloletniej pracy Camerona jest
„Dystryktu 9”, który mniej więcej do 30. minudrużyny futbolowej, skąd wreszcie trafi on do
właściwie napompowaną milionami dolarów
ty intryguje, po czym przeradza się w klasyczuniwersyteckiego teamu. Ciekawostką jest fakt,
bajką, opartą na klasycznym schemacie, w któne kino akcji. „Odlot” stanowi z kolei rzadki
że film powstał na podstawie autentycznej
rym dobro zwycięża zło, a pozytywny bohater
przypadek animacji nominowanej do głównej
historii 24-letniego gracza NFL Michaela Ohezawsze musi zmierzyć się w finałowej sekwencji
nagrody. Obraz wytwórni Pixar nie był poważra, który do zawodowej ligi trafił dopiero rok
ze swym przeciwnikiem. Po dodaniu do fabularnym konkurentem dla „The Hurt Locker”, za to
temu. Rzadko producenci tworzą biografie tak
nego tła modnego hasła „szanuj zieleń”, przepis
bezapelacyjnie zwyciężył w kategorii pełnomłodych ludzi – tym razem pokusa była jednak
na komercyjny sukces jest gotowy. Nie oznacza
metrażowego filmu animowanego.
duża, bo scenariusz napisało samo życie. Efekto jednak, że obraz twórcy „Terminatora” nie
Tegoroczna gala nie była potyczką wybittem jest ckliwy, przesłodzony, typowy wycizasłużył na nominacje – jednak Oskary słusznie
nych dzieł. Ilość nominowanych filmów nie
skacz łez, idealny na niedzielne popołudnie.
zdobył jedynie w technicznych kategoriach: za
przełożyła się na ich jakość. Członkowie AkaW nominowanych w tym roku filmach poscenografię, zdjęcia i efekty specjalne.
demii nie poszli za głosem widzów i zamiast
wraca zatem motyw trudnego momentu przeMłodzi i (nie)ambitni
„Avatara” nagrodzili „W pułapce wojny”. Bigekraczania granicy dorosłości. Wybory życiowe
Jenny, bohaterka filmu „Była sobie dziewczyna”,
low wygrała z Cameronem zasłużenie, choć ja
młodych bohaterów są zdeterminowane przez
wywodzi się z typowej brytyjskiej klasy średwybrałbym „Bękartów wojny”.
środowisko, w którym egzystują. Paradoksalniej – jej szansą na awans społeczny jest zdonie, oparty na faktach „The Blind Side” wydaje
bycie wykształcenia lub znalezienie bogatego
się najmniej autentyczny, natomiast najbliższy
małżonka. Gdy pojawia się „idealny” kandydat,
rzeczywistości pozostaje zdecydowanie pesydziewczyna odkrywa, że istnieje alternatywa
mistyczny w wymowie „Precious...”.
Rodzina Adamsów w Wilkowyjach?
Juliusz Machulski lubi bawić się swoimi filmami.
Na szczęście zazwyczaj bywa tak, że widzowie
nie muszą przyglądać się jego wygłupom z zażenowaniem i mogą bawić się razem z nim. Tak
jest i tym razem. „Kołysanka” to dwie godziny
dobrej, choć dla niektórych pewnie nierównej
i momentami przydługiej zabawy z sympatyczną wampirzą rodziną Makarewiczów.
Zjawiają się oni z bliżej nieznanych przyczyn
w podolsztyńskiej wsi Odlotowo, zajmując
dom miejscowego garncarza. Tu cała rzecz
się zaczyna. Bo wiadomo – wampiry jeść coś
muszą, a ponieważ ich zwyczaje nie budzą
powszechnej akceptacji, stają przed koniecznością podjęcia ryzykownej gry z mieszkańcami
wioski i wtopienia się w otoczenie, co nie
zawsze przychodzi łatwo. Gdy w niewyjaśnionych okolicznościach znikają kolejno listonosz,
ksiądz i znana dziennikarka z kamerzystą,
sytuacja Makarewiczów staje się skomplikowana – do akcji wkracza policja.
Dobór postaci, które biorą udział w intrydze,
mógłby wskazywać, że mamy do czynienia
z filmem w rodzaju „Rodzina Adamsów
w Wilkowyjach”. Z jednej strony bladolice
małżeństwo (Robert Więckiewicz i Małgorzata
Buczkowska) z czwórką nieco niesfornych dzieci i mocno podstarzałym, tracącym ostatnie
zęby dziadkiem (wyrazisty Janusz Chabior), z
drugiej – stały zestaw: przedsiębiorczy ksiądz
(w tej roli znany m.in. z programu „Szymon
Majewski Show” Michał Zieliński) z nieco
zniewieściałym ministrantem, jeżdżący na
rozklekotanym rowerze listonosz, zgnuśniali
i przygłupi – jak to u Machulskiego – policjanci,
Niemiec, który na starość pragnie powrócić
do Vaterlandu (nazywa się, nomen omen,
Steinbach), jego blondwłosa tłumaczka bez
matury, ale za to z dużym biustem. Do tego
jeszcze znana już z „Kilera” postać energicznej
i ambitnej dziennikarki (choć nie gra jej tym
razem Małgorzata Kożuchowska, lecz Ilona
Ostrowska).
A jednak nie jest to „Plebania h czy „Złotopolscy h, ani nawet „Ranczo h. Machulski umie
odświeżać ograne motywy, modyfikować je
i tworzyć nowe kombinacje. Można odnieść
wrażenie, że wręcz zależy mu na tym, by
operować wyświechtanymi kliszami. Wykazuje
się momentami iście Tarantinowską inwencją,
biorąc całość w nawias umowności. Światek
polskiej prowincji, ukazany w tak niezwykłym
kontekście, przestaje być trywialny, a staje się
groteskowy. „Kołysanka h nie jest jednak tej
trywialności całkowicie pozbawiona – i to należy być może uznać za jej słabszą stronę.
Film nabiera dodatkowych znaczeń dzięki
zabiegowi osadzenia akcji w starym skansenie,
imitującym dziewiętnastowieczną polską wieś.
Kąpiele w drewnianej balii, kryta strzechą sto-
doła, żuraw na środku
podwórza, patriarchalny porządek panujący
w rodzinie wampirów
– wszystko to sytuuje
akcję filmu gdzieś
między Reymontowskimi Lipcami a Krużewnikami Kargulów.
Podejrzliwi widzowie
doszukają się również
prześmiewczych aluzji
do „Wina truskawkowego h Dariusza
Jabłońskiego z jego
metafizycznością,
ulatującą kłębami
z komina każdej chaty,
zaś widzowie z manią prześladowczą wytropią
zamykający film dowcip polityczny z Pałacem
Prezydenckim w roli głównej.
Gry Machulskiego wykraczają poza schemat „Rozmów pana, wójta i plebana h i toczą
się na wielu płaszczyznach. Ostentacyjnie
konwencjonalna jest wywołująca nastrój grozy
muzyka Michała Lorenca, podobny charakter
mają również zabiegi operatorskie Arkadiusza Tomiaka. Pohukiwania sowy, księżyc nad
zamglonym polem, majaczące w ciemnościach
osamotnione chaty, drewniany krucyfiks
czy skrzypiące drzwi – ukazane w krzywym
zwierciadle elementy sztafażu typowego dla
horroru to jednak tylko część atrakcji, które
czekają widzów.
Tomasz Dowbor
„Kołysanka”, Reżyseria: Juliusz Machulski
Premiera: 2 lutego 2010 roku
Polański, jakiego znamy
Najnowszy film Romana Polańskiego zarówno odsuwa w cień kwestie moralno-prawne
dotyczące osoby twórcy, jak i przypomina,
że definicja „sprawnej reżyserii” nie zmieni się
nawet wtedy, gdy kino, poza trzecim, zyska też
czwarty, piąty, a może nawet szósty wymiar.
Sprawny twórca potrafi operować językiem
Reżyser najlepszego musicalu ostatnich lat,
czyli Chicago (zdobył m.in. 6 Oscarów i 3 Złote Globy) powraca z jeszcze bardziej brawurowo zrealizowanym filmem pełnym emocji,
muzyki, tańca i seksu: Nine – Dziewięć.
Film jest ekranizacją broadwayowskiego musicalu o tym samym tytule, którego
autorem jest kompozytor Maury Yeston. Do
stworzenia Nine zainspirował go słynny film
Osiem i pół w reżyserii Federico Felliniego.
Nine - Dziewięć to historia mężczyzny,
obserwowanego przez pryzmat jego skomplikowanych relacji z kobietami. Musical łączy
płynnie różne rzeczywistości: sny, wyobrażenia, wspomnienia i fakty. Główny bohater,
Guido Contini (Daniel Day-Lewis), sławny,
zapatrzony w siebie włoski reżyser filmowy,
przeżywa kryzys wieku średniego i kryzys
twórczy. Brak mu inspiracji do pracy nad
nowym filmem. Chciałby przekazać coś ważnego, a nie ma już nic do powiedzenia. Nie
umie sprostać zadaniom zawodowym
dowolnego gatunku, kształtując jego materię tak, aby z
thrillera, komedii czy dramatu
politycznego, wyłonił się film w
pełni autorski. I tym właśnie jest
„Autor widmo”. Główny bohater,
bezimienny pisarz, otrzymuje
zlecenie napisania wspomnień
byłego premiera Wielkiej
Brytanii, wysportowanego i elokwentnego ulubieńca tłumów.
Sytuację komplikuje fakt tajemniczej śmierci poprzedniego
pisarskiego „widma”, a także oskarżenia o torturowanie jeńców, jakie wobec polityka formułuje
Trybunał w Hadze. Dociekliwy pisarz dociera do
ukrytych przez poprzednika materiałów
i wkracza na ścieżkę, która tego ostatniego
prawdopodobnie doprowadziła do śmierci.
Wielka polityka jest w tym filmie utożsamia-
na nie tylko z hipokryzją czy też brudnymi
interesami, lecz przede wszystkim z układem
potężnych i nierozpoznanych sił. Główny
bohater, próbując dotrzeć do ich źródła, zostaje
osaczony – i to właśnie pełna grozy sytuacja
bez wyjścia, w jakiej znalazł się pisarz widmo,
stanowi dla Polańskiego okazję do żonglerki
ulubionymi motywami. Narastający niepokój,
izolacja wyspy będącej miejscem akcji, nastrój
fatalizmu przełamywany panicznymi ucieczkami i walką o przetrwanie, budują dramaturgię
filmu. Polański nie wspiął się na szczyt wyższy
od tych, które już zdołał osiągnąć, ale
z pewnością znów nie pozwoli widzom
oderwać wzroku od ekranu.
Anna Kiedrzynek
„Autor widmo”, Reżyseria: Roman Polański
Premiera: 19 lutego 2010 roku
Przebojowy kryzys
modową Stephenie (Kate Hudson), prostytutką Saraghiną (Fergie) oraz własną matką
(Sophia Loren). Każda z nich reprezentuje inny
typ kobiety i odgrywa inną rolę w jego życiu.
Kobiety chcą pomóc Guido przezwyciężyć
kryzys twórczy i natchnąć go do pracy. Obcowanie z nim wywołuje wspomnienia, spycha
bohaterki do odrealnionej sfery.
Genialne kreacje aktorskie stworzone
przez współczesne ikony światowego kina
gwarantują show na najwyższym poziomie.
i uporządkować spraw osobistych.
Gubi się w burzliwych związkach i niejasnych relacjach z kobietami: żoną Luizą
(Marion Cotillard), kochanką Carlą (Penelope Cruz), muzą Claudią (Nicole Kidman),
przyjaciółką Lilly (Judi Dench), dziennikarką
Marcelina Pachocka
„Nine”, Reżyseria: Rob Marshall
Premiera: 22 stycznia 2010 roku
Jubileuszowa edycja Tygodnia
Kina Hiszpańskiego
Od 18 marca do 2 kwietnia w siedmiu
miastach Polski: Warszawie, Krakowie,
Katowicach, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi
oraz Gdańsku odbędą się pokazy filmów
z Półwyspu Iberyjskiego. Tydzień Kina Hiszpańskiego jest po raz dziesiąty organizowany przez firmę Mańana, zajmującą się m. in.
dystrybucją kina autorskiego. W tym roku
festiwal zagości w trzech warszawskich
kinach: Muranowie, Kulturze i Kinotece.
W dniach 18-25 marca warszawiacy będą
mogli obejrzeć zarówno filmy fabularne,
jak i dokumentalne, a także zapoznać się
z klasyką hiszpańskiej kinematografii. Więcej informacji na stronie: www.manana.pl
Kino prosto z Węgier
Węgierska Wiosna Filmowa to kolejny,
obejmujący kilka miast, przegląd prezentujący kinematografię wybranego kraju. Jego
organizacją zajmuje się od 2001 roku
Centrum Węgierskie w Krakowie. Pokazy
odbywać się będą od 23 marca do 1 maja
w 10 miastach, m.in. Krakowie, Katowicach,
Warszawie, Poznaniu i Łodzi. W ramach
przeglądu zaprezentowane zostaną węgierskie filmy fabularne oraz nagradzane
podczas międzynarodowych festiwali filmowych krótkometrażówki. Wśród tegorocznych propozycji znajdzie się wyróżniony w
2008 r. nagrodą FIPRESCI na Warszawskim
Festiwalu Filmowym „Oficer śledczy” w reż.
Gigora Attili.
Witkacy wiecznie żywy
Film „Mistyfikacja” Jacka Koprowicza będzie
próbą powrotu do zapomnianego przez
polską kinematografię kryminału. Przeniesie
nas do roku 1968, kiedy to wydalony z uczelni tu Łazowski odkrywa, iż Witkacy wcale
nie popełnił samobójstwa, lecz czerpie z
życia wszystko to, co tak cenił: pije swoje
ulubione piwo, podgląda młode dziewczęta
i kłamie na potęgę. Premiera filmu 26 marca.
Dramat w rytmie country
„Szalone serce h Scotta Coopera to próba
przybliżenia nam historii Bada Blake’a,
piosenkarza country u schyłku życia.
Podejrzymy jego życie, nieudane małżeństwo i zakrapiane whisky trasy koncertowe.
Lecz przede wszystkim zobaczymy starego,
spracowanego i zmęczonego życiem
muzyka, który postanawia zwierzyć się ze
swoich problemów młodej dziennikarce. Film
dostępny w polskich kinach od 9 kwietnia.
Przemytnik po brytyjsku
Wkrótce do naszych kin trafi niezwykły film
Bernarda Rose’a, oparty na bestsellerowej
autobiografii Howarda Marksa. Był on
absolwentem uniwersytetu w Oxfordzie oraz
przemytnikiem narkotyków na wielką skalę.
Miał dziesiątki tożsamości, był agentem MI6, CIA, miał kontakty w mafii, a jednocześnie – w swej pracy nie używał przemocy.
Czy „Mr. Nice h, porywająca opowieść o
ikonie kontrkultury w wersji kinowej urzecze
widzów? Przekonamy się o tym 9 kwietnia.
Powrót Perseusza
Niemal każdy fan starożytności pamięta
„Zmierzch Tytanów h z 1981 roku, epicką
opowieść o przygodach syna Zeusa. 9
kwietnia ukaże się w naszych kinach remake
tego klasycznego filmu. hStarcie Tytanów
h Louisa Leterriera wskrzesza tę opowieść
w nowej, cyfrowej wersji. Perseusza zagra
Sam Worthingtoh, znany głównie z serialu
„JAG – Wojskowe biuro śledcze”.
www.fotoreportaz.org.pl
| 17 |
Muzyka | kultura
ks
kultura
& społeczeństwo
Sepultura i Crowbar w sprzedaży
Można już nabyć bilety na koncerty tych
dwóch kapel, które odwiedzą Polskę w
2010 roku. Zespoły wystąpią 21 kwietnia w
krakowskim Studiu oraz 22 kwietnia w warszawskim klubie Progresja. Supportować ich
będą grupy Hamlet z Hiszpanii, oraz Armed
For Apocalypse z USA. Bilety w przedsprzedaży są w cenie 85 zł, w dniu koncertów
kosztować będą 100 zł.
Gentleman w Polsce
Wkrótce ukaże się nowy album Gentlemana.
Artysta zakończył właśnie pracę nad krążkiem „Diversity”, który ukaże się w sprzedaży
16 kwietna, a w Polsce będzie dostępny dwa
tygodnie później. Z fragmentem płyty można
zapoznać się na profilu MySpace artysty,
gdzie usłyszeć można singiel „It No Pretty”.
Na stronie znajduje się również harmonogram
trasy koncertowej. Występ w Polce planowany jest na 30 kwietnia w warszawskiej Stodole, oraz 2 maja w poznańskiej hali Arena.
Lady GaGa
Konrowersyjna wokalistka wkrótce wyda
nową płytę. Jednak nie będzie to zwykły
krążek. Artystka planuje nagrać materiał
koncertowy w wersji trójwymiarowej. „Monster Ball Tour” ma być przełomem na rynku
muzycznym. Do poprzedniego krążka „The
Fame Monster” Lady GaGa dołączyła okulary
do projekcji 3D, informując, że przydadzą się
w późniejszym czasie. W ten sposób artystka
spełniła swą obietnicę.
Jarocin dla młodych
Po raz kolejny młode zespoły wystartują w
zmaganiach o start w jarocińskim festiwalu. Organizatorzy Agencja Go Ahead oraz
Red Bull zachęcają do wysyłania zgłoszeń.
Tegoroczna edycja podzielona jest na cztery
etapy. Pierwszy z nich, eliminacyjny, trwać
będzie do 10 kwietnia. Do tego dnia należy
wysłać na maila [email protected]
zgłoszenie zawierające jeden utwór w formacie mp3, zdjęcie i biografię zespołu, telefon
kontaktowy. Zwycięzcy konkursu wystąpią
na Festiwalu w Jarocinie 18 lipca. Więcej
szczegółów oraz pełne informacje o etapach
konkursu na stronie www.jarocinfestiwal.pl
Rufus Wainwright wystąpi w Warszawie
Amerykański pianista i wokalista odwiedzi
Warszawę. Będzie to jedyny koncert w Polsce
tego utalentowanego muzyka. Występ odbędzie się w ramach trasy koncertowej promującej album „All Days Are Nights: Songs For
Lulu”, który premierę na polskim rynku będzie
miał 12 kwietnia. Szósta płyta jest niemalże
w całości jego własną produkcją. Nad oprawą
wizualną pieczę trzymał Douglas Gordon.
Muzyk tworzył utwory do kasowych hitów
filmowych takich jak „Brokeback Mountain”,
„Aviator”, czy „Moulen Rouge”. Koncert odbędzie się w klubie Palladium 29 maja, a bilety
są już dostępne w sprzedaży. Ich cena waha
się od 139 do 240 zł.
| 18 |
kultura | Teatr
Dekadencja i konwencja
Lalki zamiast ludzi- Marat/Sade
Nowy, piąty album Massive Attack
Heligoland, ukazujący się po siedmiu
latach od ostatniego, nie będącego
soundtrackiem, wydawnictwa
Brytyjczyków, nie przestaje
wywoływać kontrowersji. Jego lutowa
premiera podzieliła fanów na tych,
którzy utożsamiają go z muzycznym
objawieniem i szczytem możliwości
producenckiego duetu oraz tych, dla
których fakt, że w ogóle się ukazał,
jest dowodem na pogoń wyspiarzy za
minioną sławą i uznaniem.
Taniec z kukłami - dużymi,
szmacianymi lalkami, tulonymi z
taką czułością, z jaką przyciska się
do serca ukochanego - trwa i trwa.
Zbyt długo. Nastrój budowany jest
poprzez rytualne zagłębienie się w
tym nienormalnym świecie, gdzie
człowiek musi zadowolić się nędznym
substytutem bratniej duszy. A dla lalki
to nobilitacja; urasta ona do rangi
człowieka. Jest łudząco podobna,
wciąż jednak bezgranicznie uległa.
Przerażająco ludzka - przerażająco
martwa.
Ostatni krążek twórców, 100th Window, był
raczej chłodno przyjętą przez muzyczny
światek próbą przedłużenia znakomitej passy
po Mezzanine, po wydaniu którego możliwość
pojawienia się czegoś nowego pod szyldem
„Zmasowanego Ataku” wydawała się wątpliwa
– zwłaszcza wtedy, gdy Grantley „Daddy G”
Marshall zadeklarował koniec swojej przygody
z muzyką. „G” powrócił jednak i, wraz z Robertem „3D” Del Nają, wydał nagrywany od 2005
roku Heligoland.
Krążek złożony jest wyłącznie z efektów
współdziałania z innymi artystami (wyjątek stanowi piosenka Rush Minute), będących istną
wokalną gratką. Album otwiera znany głównie
z TV on a Radio Tunde Adebimpe, piosenką
Pray for Rain, tworzącej poprzez głęboko basowe granie melancholijny nastrój przełamany
„słonecznym” refrenem – taka zmienność wydaje się zresztą wspólna wszystkim dziesięciu
piosenkom na płycie. Heligoland dostarcza
wielu dowodów na skłonności Massive Attack
do eksperymentowania; stanowią je wspomniany już Pray for Rain oraz Flat of the Blade
– znany pod roboczą nazwą jako Bulletproof
Love, psychodeliczny utwór o wyraźnie
słyszalnych dubstepowych inspiracjach, monumentalny w rozwinięciu i spięty samplowo
efektem zajętego połączenia. Na krążku
znajdują się też utwory po prostu piękne i
nie pozostawiające wątpliwości, że to kolejny
krążek Massive Attack. Przykładem może być
zmysłowy Paradise Circus, wyśpiewany przez
wciąż piękną Hope Sandoval, znaną z Mazzy
Star lub Saturday Come Slow, gdzie w jednej
z najpiękniejszych aranżacji wokalnych obok
Adriana Utleya z Portishead odnajdujemy
Damona Albarna.
Wszystkie utwory łączy dekadencki wydźwięk – w wymiarze muzycznym osiągany
poprzez wolne tempo,
proste efekty, „śliskie”
sample oraz zabawę
konwencją elektronicznej
awangardy, natomiast
w warstwie tekstowej
ujawnia się on w tematyce utworów, dotyczącej nihilizmu i kryzysu
wieku średniego. Ów
nihilizm staje się powoli
światowym standardem,
twórcom płyty zarzuca
się podążenie za stylistyką mas i odstąpienie
od brzmienia z końca
XX wieku. Pamiętajmy
jednak, że niezmienność
treści doprowadziła
grupę na skraj niebytu
zaraz po premierze
poprzedzającego Heligoland wydawnictwa.
Kto szuka pocieszenia,
szybko znudzi się nową
estetyką Massive Attack;
oby wtedy oddał krążek w ręce osoby pogodzonej ze światem, a przy okazji nie mającej
za złe „Daddy’iemu G” i Robertowi „3D”, że po
przeszło dwudziestu latach tworzenia muzyki
wyprzedzającej swoje czasy, muszą sięgać po
coraz bardziej niekonwencjonalne środki.
Jakub Szarejko
„Heligoland” Massive Attack
Premiera: 8 lutego 2010 roku
Virgin Records
Jeżeli założymy, że nu-metal nazbyt szybko
popadł w zapomnienie na początku obecnego wieku, w The Betrayed odnajdziemy lepik
łatający tę dziurę w historii. Brzmienie nowego
wydawnictwa muzyków, odpowiedzialnych
za takie hity, jak Last Train Home czy Rooftops,
jest doszlifowane do połysku. Nowością są
przerywniki, dźwiękowe przejścia między
kawałkami. A te aż lśnią od laminatu, poczynając od If It Wasn’t For Hate We’d Be Dead By
Now (którego intro kojarzy się z co świeższymi
utworami Nine Inch Nails, zespołu, do którego
koncertującego składu dołączył perkusista
Lostprophets Ilan Rubin; to w jego garażu
nagrane zostały dema do nowego albumu),
przez For He’s A Jolly Good Fellow (klasyczny
punk w chwytliwej aranżacji w stylu Green
Day), Streets of Nowhere (tym razem na myśl
przychodzi Lust For Life Iggy’ego Popa), pseudoballadę Dirty Little Hearts (poszerzającą
grupę fanów zespołu o nastoletnie reprezentantki płci pięknej), aż po zamykający stawkę
The Light That Burns Twice as Bright (będący
koślawym wynikiem dodania pop-rockowego
wokalu do muzyki 65daysofstatic).
Wymienione piosenki
to jednak tylko cień, echo
naprawdę soczystych,
radiowych brzmień,
takich jak promujący
album singiel It’s Not
The End of The World,
But I Can See It From
Here i Where We Belong
(zupełnie niepodobna
do With Or Without You
U2...). I o ile wyżej wymienione stanowią przykład
kunsztu producenckiego
i komercyjnej smykałki
chłopaków z Pontypridd,
nie można zapominać
o tym, że słyną oni
głównie z ostrzejszego
grania, co przypominają
słuchaczom w piosenkach Dystryr/Dystryr
(wykrzyczenia Iana
Watkinsa dają efekt rapcore’owego Rage Against The Machine) i Next
Stop, Atro City. To właśnie te kawałki czynią ten
album zestawieniem najlepszych i najbardziej
chwytliwych numerów dla młodzieży, które
ta może wykrzykiwać, bez żadnych przeszkód
przyswajając łatwą w odbiorze treść.
Reżim dopracowania technicznego,
łagodzącego riffy, dające bardziej „zwarte” i
przystępne brzmienie, czyni nawet najbardziej
drapieżne i potencjalnie najcięższe utwory na
The Betrayed zestawem łatwo aplikowanych
czopków. I nie ma w tym nic złego, jako że
już od drugiej płyty zespołu, Start Something
z 2004 roku, Lostprophets wykazuje chęć
dotarcia do szerszego audytorium. Nie po raz
Shirley u Jandy
Shirley znamy z filmu pod tym samym tytułem. Kobieta w średnim wieku, przekonana,
że rola kury domowej, w którą dała się niepostrzeżenie wcisnąć, jest jej na zawsze przeznaczona, dostaje od przyjaciółki niezwykły
prezent - bilet do Grecji. Gadając ze ścianą jak to ma w zwyczaju - zaczyna przekonywać
samą siebie, że jej życie dalekie jest od ideału,
a wyjazd do Grecji to być może jedyna w
życiu okazja, by zrobić coś dla własnej przy-
Łatwo aplikowane czopki
Lostprophets wrócili z długo nie
mogącym się pojawić na rynku The
Betrayed. Zajęło to cztery lata, bo
obok głośnej, przywodzącej na
myśl wybryki Guns N’ Roses aferze
związanej ze zniszczeniem przez
zespół wartych pół miliona dolarów
owoców pracy nad czwartym
albumem i rozpoczęcia pracy nad nim
od zera, zespół z Walii przez długi czas
borykać się musiał z wybrednością
producenta poprzedniego
albumu – Boba Rocka. W końcu
odpowiedzialność za produkcję wziął
na siebie basista Lostprophets – Stuart
Richardson. Z jakim efektem?
Siedząc w ostatnim rzędzie, ciężko stwierdzić,
kto z pary jest człowiekiem, a kto kukłą. Muzyka
jest nastrojowa, nostalgiczna, towarzyszą jej
pulsujące światła. Nagle kukły podskakują do
góry i lądują z powrotem w ramionach partnerów. Napięcie rośnie, aktorzy walą lalkami o
podłogę, kładą je na niej, próbują przywrócić
je do życia. Wreszcie porzucają, pozostawiając
pobojowisko, podłogę pełną martwych ciał.
Stenka siada na bocznej ławce, jakby czekając na rozpoczęcie spektaklu. Ale żadna z leżących postaci nie ożywa. Dociera do staruszki,
że to ona ma mówić. Następuje długi, przejmujący monolog o „nieumieraniu”. „Wszystko
róbcie, tylko nie umierajcie” – krzyczy do
publiczności – „umieranie jest niepotrzebne”.
Największy ból człowieka to przemijanie.
Ś lub. Na scenie para młoda i świadek.
Odwróć się, teraz będzie noc poślubna – mówi
reklama
panna młoda do świadka, po czym cała trójka
rozbiera się do naga. W zakładzie psychiatrycznym zostaje przełamane kolejne tabu – tabu
nagości, tabu nocy poślubnej. Przygnębiający
ten ślub z tylko jednym świadkiem, bez weselnych gości, modnego patosu, pompy, z zażenowanymi minami młodych. Coś bardzo ważnego znów zostało zgubione.
Diva operowa w ogromnej, czarnej sukni,
śpiewa o sprośnych, wyuzdanych scenach.
Trójka sąsiadów siedzących po mojej prawej,
wstaje i opuszcza teatr. A diva śpiewa dalej.
Bezwstydnie, lecz zaskakująco skromnie, bez
mimiki, gestów, ekspresji ciała, jakby śpiewała
wprawki. Okropne, obleśne, uwłaczające godności. Ale to tylko śpiew.
jemności. Kolejne wydarzenia utwierdzają ja
w decyzji, która okaże się bardziej owocna,
niż mogła się spodziewać. Wspaniała kreacja
Jandy, która, mając
do dyspozycji
jedynie dwie wersje
scenografii i własną
wyobraźnię, roztacza przed widzami
imponujący kolaż
barwnych obrazów
i postaci ze świata
wrażliwej, przytło-
Wariaci mają
umiejętność, której nie
posiądzie nikt z nas,
póki sam nie stanie się
wariatem. To umiejętność niedostrzegania
granic. Wariaci zmuszają nas – nie zachęcają,
lecz właśnie zmuszają
– do zadania sobie
pytania o normalność
i sens wszystkich naszych reguł. Rewolucja
w psychiatryku - niby
jedynie odgrywana,
ale w gruncie rzeczy
nie wiadomo, czy to
spektakl, czy kulisy.
Gdzie jest granica? Bo tam granic nie ma. W
społeczeństwie, żywiącym się regułami, bez
nich skazanym na rychły rozpad, nie ma jednak
miejsca dla rewolucjonistów i wariatów. Jedni
i drudzy muszą zostać zamknięci albo wytępieni. Na końcu podłoga pełna jest bezwładnych
ciał - tym razem ludzkich. A co ożywa? Kukły.
Te bezgranicznie uległe!
Wioletta Wysocka
„Marat/Sade” Reżyseria: Maja Kleczewska
Teatr Narodowy
Premiera: 7 czerwca 2009 roku
czonej ciężarem niewesołego losu kobiety. W
swoim monodramie Janda czerpie ze stylistyki komediowej, co jednak nie odbiera powagi
dramatycznej fabule. Wyreżyserowane i zagrane w najlepszym stylu.
Wioletta Wysocka
„Shirley Valentine”
Reżyseria: Maciej Wojtyszko
Teatr Polonia
Premiera: 15 grudnia 2005 roku
Powrót wielkiego Szu
Kiedy w 1983 roku „Wielki Szu” wchodził
na ekrany kin, recenzenci byli zachwyceni.
Bohater zyskał sympatię wielu widzów. Choć
w końcowych scenach filmu zginął, wraca do
gry na deskach teatralnych. Teatr Sabat Małgorzaty Potockiej wyciąga postać z mroków
historii, na nowo wpędzając ją w tarapaty.
Akcja spektaklu rozpoczyna się w... piekle.
Obraz dopełnią ponure piosenki Andrzeja
Zauchy. Spektakl można oglądać od 5 marca.
Czy mistrz szulerki znów odniesie kasowy
sukces? Przekonamy się wkrótce.
„Oresteia” w Operze Narodowej
„Orestei” Xenakisa w reżyserii Michała
Zadary to antyczny mit zaaranżowany w
polskiej scenerii. Zadara przeniósł akcję do
powojennej Polski rządzonej przez komunistyczne władze, które odbudowywały nasz
kraj. Spektakl ma być próbą przeanalizowania
politycznej tożsamości Polaków. Premiera
spektaklu Xenakisa miała miejsce 21 sierpnia
1987 roku. Naszą, polską wersję tego mitu
założycielskiego możny oglądać od 12 marca
w Operze Narodowej w Warszawie.
Kultura z procentami w tle
Fabryka wódek „Koneser” na warszawskiej
Pradze wkrótce przejdzie gruntowny remont.
Wszystko z powodu nierentowności terenu.
Jednak Teatr Wytwórnia działający na
tym terenie nie zniknie z mapy Warszawy.
Cały teren zostanie poddany rewitalizacji,
zachowane zostaną stare budynki i dobudowane nowe, nawiązujące stylem do tych już
istniejących. Na terenie fabryki powstaną
przestrzenie biurowe, mieszkalne i kulturalne. Inwestorzy chcą zachować kulturalny
charakter „Konesera”. Metr mieszkania ma
kosztować ok. 10 tyś. zł., a cała inwestycja
pochłonie ok. pół miliarda złotych.
Rozśpiewany Wrocław
Na dziewięć dni Wrocław zamieni się w stolicę piosenki. Od 20 do 28 marca trwać będzie
Przegląd Piosenki Artystycznej. Do miasta
zjadą się aktorzy i artyści z całej Polski oraz
spoza jej granic. Podczas festiwalu zostaną
przyznane Tukany Ulicy, nagrody dla najlepszych artystów grających na ulicach naszego
kraju. Tukany OFF to wyróżnienia za najlepsze
małe formy muzyczno-teatralne. Wystąpi
Wojciecha Waglewskiego, Czesław śpiewa
oraz wiele innych znanych osobistości. Gala
finałowa zatytułowana „…rewolucyjnie” na
pewno nas zaskoczy. Składają się na nią
pieśni hippisowskie, utwory Jacka Kaczmarskiego, a nawet… melodie pochodzące z
Radia Maryja. ppa.art.pl
„Prawdziwa” sztuka w Teatrze Telewizji
Ostatnie spektakle pokazywane na antenie
TVP przypominały raczej kiepskiej jakości filmy pełnometrażowe, niż sztuki jeszcze sprzed
kilku lat. Teraz to się zmieni. Dyrekcja podjęła
decyzję o zmniejszeniu liczby produkowanych spektakli. W ramach Teatru Telewizji
będą udostępniane nagrania z prawdziwych
teatrów. Choć jest to decyzja związana z finansami, może zmienić telewizyjne spektakle
na lepsze.
pierwszy okazuje się też, że marketingowym
strzałem w dziesiątkę są posthardcore’owe
inspiracje i image chłopaków z sąsiedztwa –
tych o spadzistych grzywkach i delikatnym
makijażu. Jest to ciekawy obraz naszych czasów, jeśli nie zapominamy, jak dobrze Lostprophets zapowiadali się w 2000 roku, przy okazji
swojego debiutu, Thefakesoundofprogress.
Jakub Szarejko
Lostprophets The Betrayed
premiera: 22 luty 2010 roku
Sony Music
Gorzkie żale
Do 30 marca trwa festiwal „Gorzkie żale”, który jest unikalnym festiwalem w Warszawie o
charakterze międzynarodowego wydarzenia
artystycznego. Stanowi on połączenie spektakli, koncertów, filmów, dyskusji, dla których
pierwotną inspiracją jest atmosfera Wielkiego Postu i Wielkiego Tygodnia. Wydarzenia
w ramach festiwalu mają stać się przyczyną
refleksji nad miejscem wartości w życiu
człowieka i poszukiwaniem współczesnego
modelu duchowości. Chcemy prowokować do
stawiania niewygodnych, ale fundamentalnych pytań. www.gorzkiezale.com
| 19 |
Książka | kultura
ks
kultura
& społeczeństwo
Czarna owca zeznaje!
Książka „Ja Palikot. Z Januszem Palikotem
rozmawia Cezary Michalski” autorstwa dwóch
wspomnianych w tytule osób może wywołać
sporą burzę. Najbarwniejsza persona naszej
sceny politycznej, Janusz Palikot, opowie o
swojej partii. Zdradzi sposób działania Donalda
Tuska, ministrów, opowie o funkcjonowaniu
Platformy Obywatelskiej. Ponadto ujawni
nieznane fakty ze swojego prywatnego życia.
Książka ukaże się już 19 marca.
O aktorstwie słów kilka
Praca aktora jest niezwykle ciężka i wymagająca, o czym przekonało się wiele gwiazd
„jednego wieczoru”. Jeden z najznakomitszych
polskich aktorów opowiada o procesie kreowania postaci, roli sztuki we współczesności i o
tym wszystkim, co wiąże się z jego zawodem.
Ów niezwykły „poradnik aktorzenia” nosi
tytuł „Notatki o skubaniu roli”, a jego autorami
są Krzysztof Globisz oraz Olga Katafiasz. W
księgarniach dostępny od 23 marca.
Syberia – wygnanie i powrót
„Kiedy Bóg odwrócił wzrok” Wiesława Adamczyka to historia opowiadająca o trudach
wygnania na Syberię. Ta często pomijana przez
nas tragedia drugiej wojny światowej doczeka
się publikacji, opisującej los deportowanego
na daleką północ Wiesia, który w podróży traci
swoją matkę i cudem ucieka z ZSRR. Książka
została opatrzona wstępem Normana Davisa,
który uważa ją za najbardziej pouczającą i
wzruszającą historię syberyjskich wygnań. Na
półki trafi 24 marca.
Bob Marley powraca
„No woman no cry. Moje życie z Bobem Marleyem” to już druga biografia poświęcona życiu
klasyka muzyki reggae, wydana przez wydawnictwo Axis Mundi. Nie ma to być zupełnie
nowa pozycja, lecz uzupełnienie poprzedniej,
wydanej w 2007 roku. Rita Marley, żona Boba,
postanowiła z pomocą Hettie Jones pokazać
męża w nowym świetle, poprzez pryzmat własnego życiorysu. Premiera książki 24 marca.
„Miasto Cudów” już w Polsce!
Na rodzimy rynek wydawniczy właśnie wchodzi najważniejsza powieść Eduardo Mendozy.
Opowiada ona historię handlarza katalońskiego, będącego uosobieniem tamtejszej mentalności. Jest zaradny, wytrwały, wojuje
z Kastylią. W tle miłosnych zauroczeń
i kolejnych intratnych interesów przyjrzymy się
Barcelonie. Przedstawiana raz z ironią, raz z powagą, stanowi obraz miasta przełomu wieków
XIX i XX. Dostępna od 25 marca.
Pierwsza biografia polskiego aktora
Z okazji 50 rocznicy urodzin Mariana Kociniaka
na rynek trafi książka opisująca jego życie.
Znany z takich filmów jak: „Jak rozpętałem
drugą wojnę światową”, „Janosik”, czy „Pan
Tadeusz”, wkrótce sam stanie się bohaterem
– własnej biografii. „Spełniony. Marian Kociniak” Remigiusza Grzeli ukaże się 8 kwietnia.
| 20 |
kultura | Niezwykłe miejsce / Moda
Gdzie słonie mówią dobranoc
Oto przybywamy do małego miasteczka,
gdzie na peronie wita nas rogaty diabeł z
harmonią, miejscowi bezdomni dostarczają
opróżnione butelki po winie do produkcji
szklanych słoni, a lekarze leczą pacjentów
boską mocą. To miejsce, gdzie w kościele nie
ma Boga, a klecha wraz z innymi notablami
próbują wywołać ducha Gomułki. Wydaje się
nieprawdopodobne? A to tylko początek tej
dziwnej historii.
W powieści Mariusza Sieniewicza „Miasto
szklanych słoni” wszystko dzieje się „inaczej”.
Nie chodzi tu tylko o sposób postrzegania
rzeczywistości przez bohaterów, lecz również
o konstruowanie przez nich świata. Stykamy
się bowiem z miastem poniekąd żywym, które
samo buduje swoją osobowość. Czyni to rękoma mieszkańców, spisujących swoje historie.
Otrzymujemy zatem coś w rodzaju pamiętnika, na bieżąco komentowanego przez
autora. Jest nim Jan, niegdyś wybitny okulista.
W stworzonej przez niego rzeczywistości rządzi nim Tęczowa Wieloródka, którą dostrzegł
w młodości na jednym z zacieków na ścianie,
mającym być wizerunkiem Matki Boskiej. To
ta siła prowadzi go przez życie i wpływa na
sposób postrzegania rzeczywistości. Podczas
operacji to nie on posługuje się skalpelem,
lecz owa bogini zsyła łaskę na pacjenta, uzdrawiając go. Odkąd Wieloródka pojawiła się w
życiu bohatera, widzi on świat wypełniony
tęczowymi barwami, radosny i błogi.
Jednak jest to tylko świat pamiętnikowy, niewiele mający wspólnego z tym, w
którym Jan żyje naprawdę. Wraz z rozwijającą się akcją coraz lepiej widać, że świat
przedstawiony jest jedynie wynaturzeniem
rzeczywistości, w której trwa bohater, zniekształconym jej odbiciem. Co ważniejsze – z
historii spisywanych przez innych pacjentów
wyłaniają się kolejne „wersje miasta”.
Utwór Sieniewicza jest z jednej strony opo-
Królewska opowieść
Któż nie zastanawiał się nad
tym, skąd na dworze angielskim wzięły się urocze psy
corgi bądź jak wyglądają
obiady rodziny królewskiej? Jak
funkcjonuje dwór najważniejszej kobiety w Wielkiej Brytanii? I czy faktycznie jest ona tak
ważną personą? Na te wszystkie pytania – oraz wiele, wiele
innych – odpowiedź przynosi
najnowsza książka poświęcona
angielskiej królowej. „Elżbieta
II. Ostatnia królowa” nie może
być nazwana typową biografią.
Jest to raczej pamiętnik, opisujący barwne życie brytyjskiej
monarchini.
Marc Roche, który badał historię Windsorów, zrezygnował z chronologicznego układu
biografii i zamiast tego skupił się na tym, co
dla czytelnika najważniejsze –
wartkiej narracji. Zagadnienia
dotyczące życia Elżbiety II zawarł w dziesięciu rozdziałach,
opisujących poszczególne
jego aspekty. Z jednej strony
takie uproszczenie przekazu
konkretnych treści może wydawać się atrakcyjne dla czytającego, z drugiej jednak może
też komplikować przyswojenie
ogółu faktów. Aby dowiedzieć
się o wszystkim, co w danych
latach działo się w Buckingham
Palace, trzeba przekartkować
całość książki. Jest to jednak
działanie świadome, mające
uczynić ją bardziej przystępną,
skierowaną do szerszego niż wyłącznie naukowo-historyczne grona odbiorców.
Jedną z największych zalet tej biografii jest
Gorzkie spaghetti
Po „Zmierzchu” łudziłam się, że już gorzej być
nie może, że światowa literatura wyszła z zapaści i czeka nas, czytelników, bujny rozkwit
mądrej, wrażliwej prozy. Niestety nie. „Miłość,
zdrada i spaghetti” Giulii Melucci udowadnia, że światowa proza nie pokazała jeszcze
wszystkiego w dziedzinie kiczu, sztampowości i nudy.
Bohaterka poznaje pięknego mężczyznę
o imieniu, które bardziej nadawałoby się do
cyklu o słynnym Mikołajku lub nowego filmu
o Denisie rozrabiace (brzmi ono: Kit Fraser),
zakochuje się (to naprawdę zaskakujące...),
w międzyczasie trochę pracuje i frustruje
się światem. Wszystko odbyłoby się tak, jak
w kolejnej powieści z cyklu „Ja cię kocham,
a ty mnie, więc, kochanie, pobierzmy się”,
gdyby nie fakt, że bohaterka jest z pochodzenia Włoszką. I to nie byle jaką - taką, która
potrafi doskonale gotować i raz po raz raczy
czytelnika krótkimi przepisami! A to oferuje
„smażone bakłażany”, a
to „panierowane kotlety”,
tudzież „piromańską solę”.
Wszystko w wersji „dla
dwojga”. Można więc gotować w trakcie czytania. Gdy
strony zabrudzą się „łatwym
sosem pomidorowym”, nic
nie szkodzi, niewielka strata,
jeśli nie liczyć zmarnowanej
ingrediencji do makaronu.
Tytułowego, należy dodać.
„Miłość, zdrada i
spaghetti” to niezwykłe
połączenie lekkiej fabuły z książką kucharską,
wyrażone nieadekwatnym do treści, sztucznym językiem (próbka: „Kit zwykł mawiać, że
mamy zaczarowane życie, ponieważ choć
ledwie było nas stać na wynajem mieszkań,
praca oferowała nam kontakt z blichtrem,
który zadawał kłam naszym wypłatom” [pi-
wieścią zabawną, pełną rogatych diabłów czy
dziwnych mocy, z drugiej zaś strony ukazującą, że jedna rzeczywistość może mieć wiele
wariantów. To jakby psychoanaliza miasta,
rozczłonkowanego na historie poszczególnych
bohaterów, zagubionych w swoich opowieściach. Każdy z nich widzi szarą, brudną
i nieciekawą przestrzeń w innych barwach.
Przykładowo, wizja Jana obejmuje kolorową
zabawę pod okiem bóstwa płodności. Dychotomia świata opisanego w powieści wyczuwalna jest dość szybko – niedopitą herbatę
zastępują drogie trunki, a niespełnioną miłość
do rudowłosej pielęgniarki kolejne uczuciowe
uniesienia.
„Miasto szklanych słoni” jest czymś pomiędzy prozą a poezją, liryczną próbą zobrazowania świata. Opowieść ta uświadamia, że nie
istnieje jedna, pewna rzeczywistość. Każdy z
nas konstruuje swój świat, tworząc go zgodnie
z własną wizję i niejako na swoje podobieństwo. Świat każdego z nas jest osobistym
ogródkiem, w którym na własną rękę hodujemy historie, relacje i myśli.
Książka niesamowicie wciąga, choć może
nie spodobać się miłośnikom wartkiej akcji
– więcej w niej lirycznych opisów, aniżeli
kolejnych wątków fabularnych.
Z pasją podróżnika
Miejsc na warszawskiej mapie kulturalnej, gdzie możesz wejść prosto z
ulicy i zacząć współtworzyć program
artystyczny, jest naprawdę niewiele.
Jeśli w takim lokalu podczas konsumpcji będziesz chciał się czegoś nauczyć
– lista skróci się drastycznie. Ale my
znaleźliśmy takie właśnie miejsce.
Emil Borzechowski
i zmianie nazwy z „Wild World” na „Klub Podróżnik”, główne założenie nie zmieniło się:
klub miał być swego rodzaju „świetlicą” dla
szerszego grona odbiorców, miejscem, gdzie
można porozmawiać o doświadczeniach
związanych z podróżowaniem. Idea po dziś
dzień pozostaje ta sama. Lokal ma ściągać do
siebie wszelkiej maści włóczykijów, zarówno
tych profesjonalnych, jak i amatorskich, którym samo zwiedzanie świata nie wystarcza.
Emil Borzechowski
Emil Borzechowski
„Elżbieta II. Ostatnia królowa”
Marc Roche
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera 13 stycznia 2010 roku
sownia oryginalna]). Wzbudza to uśmiech politowania
na twarzy czytającego i
zmusza go do zadania sobie
pytania – czy to warsztat
autorki, czy może słabość
tłumaczenia powodują, że
książka jest równie trudna
do strawienia jak proponowane w niej potrawy?
Cóż jeszcze dodać?
Chyba pozostaje oddać
głos samej Giulii Melucci:
„Wróciłam do pisania swojej
książki. Nigdy nie wątpiłam,
że okaże się dobra”. A ja
owszem, ja zwątpiłam.
Dominika Jędrzejczyk
„Miłość, zdrada i spaghetti”
Giulia Melucci
Wydawnictwo: Prószyński i Ska
Premiera: 26 stycznia 2010 roku
Menu klubowe jest dość skromne. Wybierać
możemy spośród kilkunastu drinków bądź napojów. Znajdziemy pozycje zarówno klasyczne,
takie jak Kamikadze, jak i kompozycje własne.
Dość ciekawym pomysłem okazał się drink
„Ogórkowa”, który wbrew pozorom smakuje
naprawdę dobrze. Ceny są przystępne, wahają się w granicach od 10 do 18 zł. Dostępne są
oczywiście także pozycje tańsze, jak żubrówka
kosztująca zaledwie 6 zł.
Okazjonalnie pojawiają się
kompozycje
tematyczne,
związane z konkretnymi imprezami i rejonami świata.
Niestety, ci, którzy chcieliby najeść się do syta, zawiodą się – lokal serwuje jedynie
przystawki, nie ma w menu
żadnych sycących dań. Jest
to jednak strategia zamierzona. Aby nie zaburzyć
spójnego wizerunku klubu,
zrezygnowano z posiłków,
nie sposób bowiem serwować jedzenia ze wszystkich
stron świata.
Podsumowanie
„Miasto szklanych słoni”
Mariusz Sieniewicz
Wydawnictwo Znak
sposób prezentacji materiału. Wspomniana
powyżej forma opisania wydarzeń to jedno.
Na pochwałę zasługuje utrzymanie książki w
stylu beletrystycznym. „Elżbietę II” czyta się jak
zbiór krótkich opowiadań, daty pojawiają się
sporadycznie, w przeciwieństwie do dialogów.
Aby czytelnik nie zagubił się podczas lektury,
dołączono aneks. Jest to niezwykle praktyczny
element książki – zawiera zarówno leksykon
najważniejszych pojęć, jak i obszerny indeks.
„Elżbieta II. Ostatnia królowa” to pozycja
bardzo dobra, warta polecenia miłośnikom
angielskiej kultury. Należy jednak pamiętać, że
została wydana w oryginale już w 2007 roku,
a na polski rynek dotarła dopiero teraz - nie należy zatem spodziewać się, że będzie zawierać
fakty z ostatnich lat.
Napijmy się
Ulica Chłodna 39/9. Ciąg smutnych blaszaków
rodem z minionej epoki. Witryny skrywają sklepy spożywcze i restauracje. Wśród nich znajduje
się „nasz” lokal. Ciemne szyby prezentują kilka
niewielkich plakatów i logo „Klubu Podróżnik”
Jak się odnaleźć
Owi „podróżniczy ekshibicjoniści” to ludzie,
którzy pragną podzielić się wiedzą nabytą
zarówno w najdalszych, jak i nieco bliższych
zakątkach świata.
„Klub Podróżnik” to bez
wątpienia ciekawe miejsce,
warte naszej uwagi. Najciekawsze w nim jest to,
że każdy, kto ma odrobinę
pasji i uwielbia podróżowanie – niekoniecznie do
dalekich, zagranicznych krajów – może współtworzyć
przestrzeń kulturalną tego
miejsca. Choć niektórym
gościom może przeszkadzać brak posiłków w
menu, to cała reszta na pewno przypadnie im
do gustu. W szczególności, jeśli wezmą pod
uwagę wspaniałą atmosferę miejsca.
Przestrzeń otwarta
Najbardziej zadziwiająca i fascynująca jest
Jeśli chcemy wybrać się do klubu, należy zaogromna otwartość właścicieli na ludzi z zechować czujność – wejścia w kolorze czarnym
wnątrz. W środy odbywa się Open Slide Show,
łatwo nie zauważyć. Lokal znajduje się na piępodczas którego każdy, kto ma na to ochotę,
trze, dlatego niczego nie dostrzeżemy za wimoże podzielić się swoimi zdjęciami z podrótryną. Gdy jednak miniemy wejście osłonięte
ży i opowiedzieć o wszystkim, co widział i co
czerwoną kotarą, znajdziemy się w zupełnie
go zafascynowało. Wystarczy mieć pomysł,
innej rzeczywistości. Ściany utrzymane są w
coś do powiedzenia oraz materiał do prezenagresywnym karmazynowym kolorze, który
tacji. Oczywiście, działalność klubu nie kończy
działa pobudzająco. Na każdej z nich znajduje
się na amatorskich inicjatywach. Gośćmi lokasię kilka wielkoformatowych
lu byli najwięksi polscy pozdjęć, obrazujących ostatnie
dróżnicy: żeglarka Natasza
Prosty, acz ciekawy pomysł
podróże gości lokalu.
Caban, dziennikarka Beata
Zbigniew Żbikowski,
Pomieszczenie
jest
Pawlikowska, a nawet były
redaktor naczelny
niewielkie i przytulne, dominister finansów Grzegorz
Przyjemna, eteryczna
kładnie takie, jak planował
Kołodko, z zamiłowania węatmosfera
właściciel. Bar schowany
drowiec. 9 marca w lokalu
Paweł Olek,
jest w głębi, oddzielony
miała swoją przedpremierę
z-ca redaktora naczelnego
od głównej sali. Naprzeciw
książka Janusza Kaszy „Duniego wisi ekran, na którym
chy dżungli”, będąca relacją
Tu każdy może być
nieustannie wyświetlane są
z wyprawy do zamieszkupodróżnikiem
slajdy z podróży. Stoliki są
jących Amazonię Indian
Emil Borzechowski,
małe i można je błyskawiczYanomami.
dział Kultura & Społeczeństwo
nie poprzestawiać; łatwo
Spotkania z zawodowyprzeorganizować przestrzeń
mi globtroterami umożlitak, by pomieściła trochę większą liczbę osób.
wiają nie tylko poznanie bliższych i dalszych
Jednak o wygodę w przypadku dużej ilości
kultur, ale są również czymś w rodzaju poznajomych może być ciężko.
radnika turystycznego. Uczestnicy prelekcji
Wnętrze zdobi kilka pamiątek z egzotyczmogą dowiedzieć się tego, jak przygotować
nych wypraw. Fascynujący jest pomysł kresię do podróży, gdzie szukać pomocy, co warowania przestrzeni za pomocą oddziaływania
to odwiedzić, jak poruszać się po danym kraju.
na wszelkie możliwe zmysły – podczas temaCo najważniejsze – można zadawać pytania,
tycznych imprez podaje się napoje charakteryna które nie znaleźlibyśmy odpowiedzi w trastyczne dla danego rejonu świata oraz próbuje
dycyjnych przewodnikach, notabene także
odtwarzać zapachy różnych miejsc z użyciem
dostępnych do obejrzenia w lokalu.
kadzidełek lub woni sheeshy.
Jednak „Klub Podróżnik” to nie tylko prelekcje. Na scenie występowały zespoły z całeKlub ekshibicjonistów
go świata, w tym kenijski „Marimba Trio Band”,
Początkowo lokal znajdował się w innym
grający na tradycyjnych, ręcznie wykonanych
miejscu. Po przeniesieniu na ulicę Chłodną
instrumentach.
Średnia ocena lokalu:
Pomysł – 4,75
Program artystyczny – 4,75
Wystrój/klimat – 4
Jakość menu – 3
Obsługa – 4,5
Ceny – 4
Ocena ogólna*: 4,25
*Uwaga! Ocena ogólna jest średnią
ważoną, nie arytmetyczną!
Zalety:
+ Otwartość na pomysły
klientów
+ Brak dymu papierosowego
+ Dostęp do Wi-fi dla klientów
+ Urozmaicony program
artystyczny
Wady:
- Łatwo przeoczyć lokal
- Brak posiłków w menu
- Niewielka przestrzeń
- Zapowiadanie imprez na
krótko przed terminem
Menu podręczne:
Żubrówka 6 zł
Piwo 8 zł
Ogórkowa 14 zł
Tequila Negra 14 zł
Tosty 5-8 zł
Espresso 7 zł
Latte, cappucino, macchiato 10-12 zł
Godziny otwarcia:
Wt-Czw: 18:00-22:00
Pt-Sob: 18:00-23:00
Niedz: 18:00-22:00
FASHIONISTA
Początek roku zawsze skłania do podsumowań i prognoz. W związku z tym, że moda
szybko przemija, postaram się przybliżyć
ogólny zarys tego, co w rozkręcającym się
roku 2010 będzie niewątpliwie istotne.
Małgorzata Januchowska
Po pierwsze: wielki powrót lat 90., stylu grunge, „rozchełstanych” koszul, niezawiązanych
i podniszczonych butów w stylu Dr. Martens,
utrzymane w tym stylu okulary (nieklasyczny
Ray Ban z wcześniejszych lat), prostota á la
Calvin Klein. To wszystko przejawia się również
w muzyce i architekturze.
Po drugie: przezroczystości, spódnice, bluzki,
sukienki, noszone warstwowo; bielizna, którą
będziemy nosić jako część wierzchniej garderoby (jako „out wear” z angielskiego, a nie, jak
może się wydawać, underwear), a hitem sezonu letniego będą przezroczyste lekkie szorty.
Po trzecie: pastelowe kolory, co wiąże się
poniekąd z przezroczystościami i lekkimi tkaninami, choć wciąż obowiązuje czarny gotyk,
kolory ziemi, szarości, a zastosowanie znajdują
kontrasty kolorystyczne; nadal popularne jest
klasyczne połączenie czerni lub granatu z bielą;
ma być gładko, prosto, czysto i przezroczyście
lub w ciapki i mixy z lat 90.; biel będzie kolorem
tego lata.
Po czwarte: poprzecierane, podarte, zdezelowane i niedbale poplamione (najlepiej farbą
olejną) dżinsy, a hitem sezonu będzie dżinsowe
spodium i ogrodniczki.
Po piąte: wskazane jest noszenie tego, co
zrobiliśmy samodzielnie, aby wyglądać tak,
jakbyśmy użyli własnej inwencji twórczej do
stworzenia niepowtarzalnego indywidualnego
looku.
Po szóste: nie ma jednego obowiązującego
twardo stylu, wciąż kupujemy w second-handach i bawimy się modą oraz ciuchami vintage.
Po siódme: błyszczymy - nie unikamy cekinów,
niedbale lub starannie pociągniętych sprayem
ubrań, połyskujących akcesoriów, sukienek,
spodni, marynarek, kamizelek, butów. Obowiązuje pełna dowolność.
Po ósme: nie powinna przerażać nas wielkość
biżuterii, im większa, tym lepsza.
Po dziewiąte: modne będą drapowania,
upinania, rozwijania i zawijania, przewiązania,
zaplątania, słowem - przewrotne zastosowanie
danego ubrania, jego nowych funkcji.
Po dziesiąte: dzianina, szydełkowa robota,
wycinanka i koronki.
Gorące nazwiska: Aleksander Wang,
Christopher Kane, Lady GAGA, Leigh Lezark,
Emma Watson, La Roux, Nicola Formichetti,
Mark Borthwick, Stephen Sprouse, Beth Ditto,
Miuccia Prada, Christophe Decarmin, Fabrizio
Viti, Acne, Alexa Chung, Gareth Pugh, Taylor
Momsen, Janie Bryant.
| 21 |
sport | kultura
Student jak ryba w wodzie
Patryk Żbikowski jest studentem drugiego
roku dziennikarstwa. Pływanie stało się
ważną częścią jego życia jeszcze zanim został
studentem Uniwersytetu Warszawskiego.
Uczelnia zapewnia mu możliwość rozwijania
tej pasji i sportową rywalizację. Reprezentując
UW, Patryk kontynuuje swoją przygodę z pływaniem, która zaczęła się od przypadkowego
pójścia z tatą na basen.
Pływanie to sport ogólnorozwojowy,
angażujący do wysiłku wszystkie partie mięśniowe. Poza tym jest to umiejętność, która w
pewnych przypadkach może okazać się bezcenna. Studenci Uniwersytetu Warszawskiego
mają możliwość ćwiczenia sztuki pływania
na każdym poziomie zaawansowania. Oprócz
tego, dla osób szczególnie zaawansowanych
prowadzona jest sekcja sportowa, również
podzielona na odpowiednie poziomy. Zajęcia
odbywają się na pływalni przy ulicy Banacha.
Każdy tam jest mile widziany. - Wszystkich
serdecznie zapraszam na nasze zajęcia, mamy
świetną kadrę trenerską oraz przepiękny pełnowymiarowy basen - zachęca Piotr Barski,
jeden z trenerów sekcji pływania UW.
Sekcja jest bardzo dobrze rozwinięta,
a studenci, którzy tutaj trafiają, otrzymują
możliwość ogólnego rozwoju oraz rywalizacji, bowiem zawody sportowe organizowane
są na wielu szczeblach. Jest to sport z natury
bezpieczny i nie kontuzjogenny.
„Płaski brzuch” to zajęcia dla osób
zdeterminowanych, by wyrzeźbić
tę część ciała. Choć wzmacnianie
mięśni brzucha poprzedzone jest
intensywnymi ćwiczeniami, które
mają pomóc zrzucić niepotrzebne
kilogramy, fani popularnych TBC czy
ATB wyjdą z nich z poczuciem, że
czegoś im zabrakło.
Alicja Bobrowiecka
Większość początkujących zaczyna przygodę z fitnessem od ATB lub TBC. To zajęcia
ułożone tak, by wzmacniać wszystkie partie
mięśniowe i, co ważne, by poradziła sobie z
nimi nawet osoba, która wcześniej nie ruszała się w ogóle. Po kilku miesiącach regularnych ćwiczeń zwykle przychodzi myśl: „a
może by tak spróbować czegoś nowego?”.
Jednak nawet sumienny uczestnik zajęć nie
czuje się na tyle pewnie, by zmierzyć się
z ofertą dla zaawansowanych. Szuka więc
czegoś, co nie sprawi wielkich trudności, ale
przyniesie pewne urozmaicenie. Można w
takiej sytuacji wybrać zajęcia choreograficzne, czyli te z elementami tańca, albo takie,
które skupione są na pracy nad wybranymi
partiami mięśni.
Zajęcia „Płaski brzuch” mają spełniać dwa
zadania: pomóc spalić tkankę tłuszczową
oraz wzmocnić mięśnie brzucha. Dlatego
różnią się od innych ćwiczeń znacznie
reklama
| 22 |
Kiedy zacząłeś pływać?
Regularnie chodzić na basen zacząłem w
pierwszych klasach szkoły podstawowej. W
miarę upływu czasu pływanie coraz bardziej
zaczynało mi się podobać i częściej chodziłem na treningi. Teraz ciężko jest mi sobie
wyobrazić życie bez tego sportu.
Jak trafiłeś do sekcji pływania
Uniwersytetu Warszawskiego?
Na pływalni przy ulicy Banacha pojawiłem się
od razu na początku studiów. Trener zajął się
mną, robiąc mi sprawdzian, dzięki któremu
mógł ocenić moje umiejętności. Znalazłem
się w sekcji i od tej pory reprezentuję naszą
uczelnię.
Czy każdy może przyjść
i sprawdzić się?
Oczywiście! Każdy student może przyjść i
spróbować swoich sił. Mamy dużą grupę
profesjonalnych trenerów. Jedni zajmują
się mężczyznami, inni kobietami. Podczas
krótkiego sprawdzianu oceniają nasze warunki oraz umiejętności i przydzielają nas do
odpowiedniej grupy.
Często startujesz w zawodach?
Właśnie czekam na kolejne, które odbędą się
siedemnastego marca. Nie mogę narzekać,
w czasie sezonu wielokrotnie biorę udział w
zawodach akademickich.
Przez lata ćwiczeń uzbierała
ci się ogromna ilość sukcesów.
Twoje największe osiągnięcie
w reprezentacji UW?
Były to kolejno czwarte i piąte miejsce w
Akademickich Mistrzostwach Warszawy i
Województwa Mazowieckiego na dystansach
stu metrów stylem zmiennym oraz pięćdziesięciu stylem klasycznym.
Czy ktoś, kto nie jest wysoki
i dobrze zbudowany, nie ma
szans na sukces w pływaniu?
To nie jest do końca tak. Takie warunki dobrze
jest mieć przy pływaniu na krótkich dystansach, natomiast przy długich jest to zupełnie
nieistotne. Jest to sport zdecydowanie dla
każdego.
Czyli polecasz pływanie każdemu?
Jest to genialna możliwość rozwoju oraz
utrzymania dobrej kondycji fizycznej. Można
pływać hobbystycznie lub żyć tym sportem.
Serdecznie polecam wszystkim!
Wszystkie siły na brzuch
fot. sxc.hu
Z reprezentantem sekcji
pływackiej UW Patrykiem
Żbikowskim rozmawiają Cezary
Biernat i Jakub Baliński.
Jak często uczęszczasz na treningi?
Trzy razy w tygodniu to właściwie minimum.
Aby osiągnąć sukces, na pływalni trzeba pojawiać się co najmniej pięć razy w tygodniu. Na
basenie praktycznie cały czas coś się dzieje,
więc można trenować ile tylko ma się ochotę.
wydłużoną rozgrzewką.
Trwa ona około pół godziny (zamiast piętnastu
minut). Trzeba być przygotowanym na niezły
wycisk. W zależności
od fantazji instruktora,
może przebiegać z
użyciem stepów lub być
oparta na złożonych
układach choreograficznych. Nie trzeba się jednak obawiać pomyłek
– kroki łatwo wchodzą
do głowy i nie sprawiają
większych trudności.
Po takiej rozgrzewce
właściwie od razu przechodzi się do ćwiczeń
na macie. Zazwyczaj
są to trzy serie na
różne partie brzucha,
po pięć minut każda.
Można się spodziewać
zestawu klasycznych
„brzuszków”, ułożonych
tak, żeby pracować nad
mięśniami prostymi i
skośnymi, ale też wielu bardziej skomplikowanych ćwiczeń. Na przykład, leżąc na boku,
trzeba unosić jednocześnie nogi i tułów lub
też wymagane jest podniesienie nóg do
pozycji „świecy” i zginanie ich w kierunku
tułowia. Zmieniają się nie tylko ćwiczenia,
ale także tempo powtórzeń. Czasem też
korzysta się z miękkiej piłeczki, która umieszczona pod plecami sprawia, że podczas
ćwiczeń czuć każdy mięsień. Zajęcia kończy
relaksujący streching, który po intensywnych „brzuszkach” rzeczywiście przynosi
ulgę mięśniom.
Wśród uczęszczających na zajęcia
fitness, na pewno znajdą się fani „płaskiego
brzucha”. Ci, którym do gustu przypadło
TBC lub ATB mogą mieć jednak wrażenie,
że czegoś im zabrakło i że pominięto ważną
część zajęć.
Patronat merytoryczny:
W tym miesiącu trzymamy się sceny mocno, ale
nie kurczowo. Pobudzamy, opisujemy, komentujemy,
a nawet przedstawiamy… skandal!
Nowa jakość teatru
Nowy Teatr w Warszawie
zdecydowanie wyróżnia się
spośród tego typu instytucji w Polsce. I nie chodzi tu
bynajmniej o budynek (wciąż
nie ma siedziby!), ani o poziom
artystyczny (zdecydowanie
wysoki). Chodzi o to, co dzieje
się wokół samego teatru.
W tym sezonie ta warszawska placówka zaproponowała
mnóstwo interesujących
pozycji. Kluczowa wydaje się
współpraca z Krytyką Polityczną, wraz z którą organizuje
w kawiarni Nowy Wspaniały Świat cykl spotkań i dyskusji ze znawcami teatru.
W każdą środę o godzinie 19, przy ulicy Nowy Świat 63 możemy w wyjątkowy
sposób obcować ze sztuką. Piotr Gruszczyński na przemian z Anną R. Burzyńską
prowadzą cykl „Nowe patrzenie krytyczne”, podczas którego wyświetlane są
wideo-rejestracje spektakli wielkich reżyserów, takich jak Romeo Castellucci,
Christoph Marthaler oraz René Pollesch. Po projekcjach przychodzi czas na
rozmowę, podczas której widzowie mogą podzielić się swoimi wrażeniami.
Wszystko po to, aby lepiej zrozumieć sztukę.
W NWŚ pojawia się również teatrolog Grzegorz Niziołek, który w swoich
kultowych już wykładach pt. „Polski Teatr Zagłady” skupia się na stosunku
polskiego teatru do tragicznych wydarzeń II wojny światowej. Tutaj, oprócz
wysłuchania zajmujących prelekcji, mamy również okazję zobaczyć projekcje
niesamowitych spektakli polskich twórców, np. Jerzego Grotowskiego, Tadeusza
Kantora, czy z bardziej współczesnych – Krzysztofa Warlikowskiego.
Ostatnim elementem współpracy Nowego Teatru z NWŚ jest cykl seminariów
Joanny Warszy pt. „Nie-Teatr”. Prowadząca prezentuje zebranym zjawiska z pogranicza teatru, sztuk wizualnych, performance’u oraz życia codziennego.
Oczywiście, Nowy Teatr prowadzi dużo szerszą działalność niż tę, która
odnosi się do obecności w Nowym Wspaniałym Świecie. Warto więc śledzić
kalendarium na stronie nowyteatr.org, aby nie przegapić ciekawych wydarzeń.
Nie wolno też zapominać, że już w kwietniu przyjeżdża z Paryża do Warszawy
„Tramwaj” – najnowszy spektakl Krzysztofa Warlikowskiego.
Wiele hałasu o dupę
W środowisku teatralnym i jego otoczeniu rozgorzała bitwa o ideały, choć
powód do dyskusji może wydawać się błahy.
W lutym odbyła się premiera nowego spektaklu Krystiana Lupy „Persona.
Ciało Simone”. To kolejna część tryptyku przedstawiającego postaci, z którymi postanowił zmierzyć się jeden z najbardziej uznanych obecnie polskich
reżyserów teatralnych wraz z aktorami Teatru Dramatycznego. Podczas
premiery wydarzyło się coś, co nie tylko doprowadziło do konfliktu między
artystą a aktorką grającą w spektaklu wyimaginowaną postać Simone Weil
(Joanna Szczepkowska), ale również zapoczątkowało „polemikę” na temat
„potwornego” teatru Lupy. Czym w takim razie to było?
W ostatniej części „Persony. Ciało Simone” aktorka Elżbieta Vogler
(Małgorzata Braunek), usiłująca wcielić się w postać Simone Weil, doznaje
schizofrenicznej wizji. Budzi się nocą w sali prób i dostrzega siedzącą na
krześle osobę (Joanna Szczepkowska). Podczas sceny dochodzi zarówno
do zderzenia wyobrażeń bohaterek o postaci francuskiej mistyczki, jak
i do konfrontacji samych aktorek. Tuż przed esencjonalnym dla Elżbiety
monologiem, dotyczącym jej relacji z synem, Joanna Szczepkowska wypowiada kilkukrotnie słowa: „Tu jeszcze dalej możesz iść”, po czym w ramach
protestu (nikt nie wie do końca, przeciwko czemu), wypina się w stronę
publiczności, obnażając tylną część ciała. Od tego momentu zaczyna się
kociokwik.
Najważniejszy staje się skandal, wymiana oświadczeń i listów między
reżyserem a Joanną Szczepkowską, jej wywiad dla „Gazety Wyborczej” oraz
liczne wpisy internautów, którzy na teatrze znają się najlepiej. Sprawą zainteresowały się nawet tabloidy i serwisy plotkarskie, co jednoznacznie wskazuje
poziom, do którego został sprowadzony teatr.
Reżyser postanowił zakończyć współpracę z Joanną Szczepkowską
po pierwszej serii pokazów. Trochę szkoda, bo ze spektaklu na spektakl
wypadała coraz wiarygodniej. Z drugiej strony, za „performance” rodem z
przedszkola niewątpliwie należała się jej kara dyscyplinarna. Chciałoby się
powtórzyć słowa renesansowego, poczciwego, polskiego poety: „Za co biją
w tyłek, gdy pobłądzi głowa? Za to, że głowa błądząc, rozum w tyłku chowa”.
Wielkie Żarcie (1973)
Film opowiada o potężnej rozpaczy i zwątpieniu,
przed którymi bohaterowie uciekają w zepsucie i
cielesną rozpustę (bo matką tej ostatniej nie jest
radość, lecz brak radości, wedle słów Nietzschego); o nieumiarkowanej rozkoszy, która łatwo
zdradza pustkę. Czterech duchowych bankrutów
spotyka się w odosobnieniu, aby – uwaga – zajeść
się na śmierć. Komponują wymyślne symfonie kulinarne oraz alkoholowe, które ponadto zaprawiają prostytutkami (jak sami mówią - „sporządźmy
kurewskie menu”).
Początek imprezy zapowiada kolejne, niesmaczne
sceny: desperackie ugniatanie żołądka w celu
wywalczenia dodatkowego miejsca na jedzenie,
serie wymiotów, salwy gazów, seksualne figury.
Przy tym wszystkim bohaterowie są ludźmi
niemałej inteligencji i erudycji; sprawnie grają na
pianinie, wymieniają się literacko-artystycznymi ciekawostkami. Zdają się usilnie wierzyć, że
znajdują się najbliżej rzeczywistości, skoro myśli
są zaledwie przebraniem namiętności, czymś
niejako sztucznym i wtórnym w stosunku do tego,
co cielesne (zgodnie z materialistyczną dewizą:
„człowiek jest tym, co zje”). Owszem, film wywołuje niesmak, przygnębienie, a nawet przerażenie; zarazem jednak pozostaje niezwykle intrygujący, głównie za sprawą ówczesnych
tuzów męskiego aktorstwa (z Marcellem Mastroiannim i Michelem Piccolim na czele). Poza
tym jest niezwykle wyrafinowany formalnie, przywodząc na myśl literackie ekstrawagancje
francuskiego naturalizmu spod pióra J. K. Huysmansa (soczysty język!). Słowem, oto obraz,
który po wieki zasłużył na miano autentycznie dekandenckiego.
Szkolne uprzedzenia
Ostatnio amerykański reżyser Robert Wilson
odświeżył „Fausta” Charles’a Gounoda, będącego
adaptacją pierwszej części poematu Goethego.
Nawet spodobała mi się nowatorska wizja, w której
ograniczono scenografię, aby wyeksponować osobowości i konflikty. Jednak nie w tym rzecz. Jeszcze
parę lat temu dałbym sobie spokojnie wytatuować
na torsie hasło „nienawidzę opery”. Dziś ta awersja znacznie zmalała, choć, jak sądzę, nie sposób
zupełnie wyrwać jej korzeni, w czym upatruję
wpływu szkolnej edukacji. Pamiętam dobrze, jak
wleczono nas do opery (zdarzało się, że w weekend!), wciskano w niewygodne siedzenia i kazano
oglądać nieraz czterogodzinne widowiska rzędu
„Borysa Godunowa”. Serce psuło się od tego, a duch
gorzkniał wobec – w istocie – pięknej formy sztuki.
Rozmyślając nad motywami działań nauczycielek,
natrafiłem na doskonały fragment u Prousta: „Były
przekonane, że dzieciom trzeba dawać zawczasu te
dzieła sztuki, które doszedłszy do wieku rozeznania
człowiek ma podziwiać ostatecznie, i że dowodem smaku jest poznać się na nich
od razu. Widocznie wyobrażały sobie, że zalety estetyczne są jak przedmioty
materialne, które otwarte oko musi spostrzec, nie potrzebując wyhodować powoli we własnym sercu ich odpowiedników”. To pewnik, który znajduje również
potwierdzenie w przypadku przedwcześnie forsowanych lektur. Już w czasach
antycznych przymus szkolny skazywał dzieła na złą sławę, choćby „Odyseję”
Liwiusza Andronika. Od 2000 lat schemat niewiele się zmienił. Który absolwent
sięga jeszcze po Mickiewicza czy Słowackiego?
Szykujcie się, Książę i Żebrak nadchodzą!
Ruszamy już w kwietniu! Autorzy strony:
Szczepan Orłowski i Kajetan Poznański"
| 23 |
Akademia
fotoreportaZu
- II edycja
Trójkąt bermudzki we Wrocławiu /
fot. Adam Lach
Nauczymy Cię myśleć całościowo
warsztaty pod kierunkiem Andrzeja Zygmuntowicza
Szczegóły: www.fotoreportaz.org.pl
tel. (22) 55 20 293, 0 502 825 492
Organizator:
Partnerzy:
Patronat medialny: