z dachu europy – mont blanc

Komentarze

Transkrypt

z dachu europy – mont blanc
Dome du Gouter
Base Camp 4
Tete Rousse
Base Camp 3
Nid D’Aigle
Base Camp 2
Les Houches
Base Camp
WIKTOR ROZMUS
Z DACHU EUROPY – MONT BLANC
Dziennik podróży
Kraków 2010
Opracowanie na podstawie notatek z podróży: Wiktor Rozmus
Ilustracje: Mapka na 2 stronie okładki – J.Weltert z przewodnika bienvenue Les Houches
& Servouz, Guide Infos Vacances, 2010
Mapka na stronie 13 – Informator Telepherique de Bellevue, AFAQ 2010
Zdjęcia na stronie 37 – www.jaccuzzi.ch – Jaccuzzi Mont-Blanc Expedition 2007
Mapa na stronie 56 – fragment mapy wydawnictwa Carte Grand Air
Mapki na stronie 59 – fragmenty map wydawnictw: IGN, Kompass Karten oraz
elektroniczna mapa Google Earth © 2010 DigitalGlobe
Pozostałe zdjęcia – Wiktor Rozmus, Nikon D300
Zdjęcie na pierwszej stronie okładki: Schron Vallot i przysłonięta w chmurach grao
prowadząca na szczyt Mont Blanc z siodła Coul du
Dome.
fot. Wiktor Rozmus
Zdjęcie na czwartej stronie okładki: Powrót we mgle granią Mont Blanc – les Bosses
po ataku szczytowym.
fot. Wiktor Rozmus
Autor dołożył wszelkich starao, aby opisy i informacje tutaj zawarte możliwie wiernie
oddawały rzeczywistośd. Przechodzenie podobnej trasy odbywa się jednak na własne ryzyko
i autor oraz przyszły wydawca nie biorą odpowiedzialności za wypadki wynikające z używania
dziennika.
© Copyright 2010 tekst i zdjęcia: Wiktor Rozmus
ISBN 000–00–0000–000–0
Wydawca: Jeszcze się nie odezwał 
Wydanie I
(v1.4 – Oficjalne, przebudowane, poprawione i uzupełnione)
Pobierz najnowsze wydanie pod adresem www.share.wiktor.boo.pl/Alpy_MB.zip
Kraków 2010
All rights reserved ® Wszelkie prawa zastrzeżone.
Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie
w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe
– tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
…ze szczytu można dojrzed jak wszystko jest małe.
Tutaj nasze zwycięstwa i smutki przestają byd ważne.
To co zdobyliśmy i co straciliśmy zostaje w dole.
Ze szczytu góry widzisz jak wielki jest świat
i jak szeroki horyzont.
„Paulo Coelho – Piąta Góra”
(…) 17 Lipca 2010r. o godzinie 10:48,
jako jedna z trzech ekip tego dnia, zdobyliśmy dach Europy.
Strona |1
Spis treści
Od Autora ................................................................................................................................... 3
Uczestnicy wyprawy ................................................................................................................... 4
Dzieo 1 – 12 lipca 2010 (poniedziałek) ....................................................................................... 6
Dzieo 2 – 13 lipca 2010 (wtorek) – Les Houches,972m n.p.m. .................................................. 7
Dzieo 3 – 14 lipca 2010 (środa) – Le Nid D`Aigle, 2401m n.p.m. ............................................. 12
Dzieo 4 – 15 lipca 2010 (czwartek) – Tete Rousse, 3180m n.p.m. ........................................... 18
Dzieo 5 – 16 lipca 2010 (piątek) – Aig Du Gouter, 3845m n.p.m. ............................................ 24
Dzieo 6 – 17 lipca 2010 (sobota) – Atak szczytowy, 4810m n.p.m. ......................................... 31
Dzieo 7 – 18 lipca 2010 (niedziela) – Les Houches, 972m n.p.m. ............................................ 43
Dzieo 8 – 19 lipca 2010 (poniedziałek) – Chamonix, 1030m n.p.m. ........................................ 49
Dzieo 9 – 20 lipca 2010 (wtorek) – Polska, 220m n.p.m. ......................................................... 54
Zakooczenie i informacje ogólne.............................................................................................. 55
Podziękowania ...................................................................................................................... 55
Francja czy Włochy? ............................................................................................................. 55
Wysokośd Mont Blanc i przynależnośd do korony Ziemi ...................................................... 57
Ekwipunek i ceny .................................................................................................................. 58
Sprzęt pomiarowy ................................................................................................................. 59
Zestawienie pomiarów z wyprawy i komentarz ................................................................... 60
Informacje praktyczne .............................................................................................................. 62
Finanse i wydatki .................................................................................................................. 62
Trudności techniczne i drogi na szczyt ................................................................................. 62
Logistyka ............................................................................................................................... 64
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
2|Strona
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
Strona |3
Od Autora
To już druga moja relacja, tym razem dokumentująca wejście na Mont Blanc. Nazwa
pochodzi z włoskiego – Monte Bianco, co w tłumaczeniu znaczy po prostu Biała Góra.
Najwyższy szczyt Alp i zjednoczonej Europy.
Przygotowania do wyjazdu, tak praktycznie pochłonęły kilka miesięcy zbierania
informacji i czytania relacji z podobnych przejśd. Podczas poszukiwao natknąłem się niekiedy
na ciekawe informacje, czasem sprzeczne, wymagające sięgnięcia głębiej, oraz zgromadziłem
naprawdę dużo ciekawostek na temat szczytu. Żeby sztucznie nie przedłużad relacji,
zawarłem podobne tematy w zakooczeniu, w osobnych wątkach. Przeznaczone są głównie
dla osób, które poza samym zdobyciem Mont Blanc, interesuje też coś więcej. Częśd
programową miałem okazję zweryfikowad osobiście na miejscu i chcę, żeby ta relacja była
uzupełnieniem i aktualizacją podobnych relacji dostępnych w Internecie. Starałem się
zawrzed tutaj dużo praktycznych informacji: ceny, telefony, koordynaty GPS, opisy drogi itd.,
żeby przyszłym zdobywcom ułatwid przejście podobnej trasy. Relacja, bynajmniej nie jest
zwięzła, tak jak inne tego typu, chod występuje w dwóch wersjach: skróconej i pełnej. Na
wersję skróconą można natknąd się w Internecie, z linkiem do całości. Ta wersja jest wersją
długą i ze względu na rozmiar i objętośd nie nadaje się do publikacji w różnych serwisach
podróżniczych, stąd pomysł dwóch podobnych relacji.
Dziennik, poza opisem naszych przygód, jest też chyba jedynym dostępnym
w Internecie tak obszernym opisem drogi zwanej Aiguille Du Gouter, możliwych trudności
i wszystkiego, co z tematem jest związane. W podobnych opisach spotykanych w Internecie,
jest dużo błędów i niekiedy nawet bzdur. Swoje opracowanie starałem się potraktowad
poważnie. Wszystkie podane tutaj informacje, fakty, oraz szczególnie te historyczne,
naukowe, czy geograficzne ciekawostki potwierdzid, co najmniej w dwóch niezależnych
źródłach, i mam nadzieję, że to się udało. Tam, gdzie to możliwe i potrzebne, podaję
odnośniki. Jeśli jednak gdzieś wkradł się błąd, czy jakaś informacja nie jest zgodna z prawdą,
to przepraszam i będę wdzięczy za informację pod adres z ostatniej strony.
Nazwy obce w znakomitej większości zostały wyróżnione kursywą i od razu
zaznaczam, że ich pisownia nie jest oryginalna, to znaczy pomija wszelkie kropki, daszki
i kreseczki występujące we francuskiej pisowni.
Nie jestem też profesjonalnym powieściopisarzem. Nie kooczyłem dziennikarstwa,
a nawet nie mam wykształcenia o profilu humanistycznym, zupełnie przeciwnie. Z racji tego,
styl pisania miejscami może się wydawad dziwny, zbyt ścisły lub nawet zimny, chod staram
się nad nim pracowad. Wszelkie komentarze dotyczące samego opracowania, też chętnie
przyjmę i obiecuję, że wpłyną one na polepszenie podobnych opracowao w przyszłości.
Zapraszam do lektury oraz korespondencji, będąc wdzięcznym za wszystkie nadesłane
opinie.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
4|Strona
Uczestnicy wyprawy
Sam nie wiem, kiedy w głowie zaświtał mi pomysł zdobycia Mont Blanc. Początkowo
sądziłem, że taka wyprawa wymaga, co najmniej znakomitej kondycji, masy sprzętu i w ogóle
jest bardzo trudna. Jednak od relacji do relacji, czytając przeróżne opisy wypraw
i sprawozdania dostępne w Internecie, doszedłem do wniosku, że nie tylko, nie trzeba byd
wytrawnym alpinistą, ale również można to osiągnąd stosunkowo niedużym kosztem. Pomysł
powoli dojrzewał. Szukałem kolejnych opisów, starałem się jak najdokładniej poznad region
i przygotowad na możliwe ewentualności. Początkowo nie było to proste. Koocem 2008r.
byłem już pewny, że chcę tam jechad i miałem już wstępny plan. Pozostało tylko znaleźd
członków i znalazłem, tyle że nie w Alpy, ale w Himalaje. Dołączyłem do poznanych poprzez
forum travelbit.pl – Rafała i Marcina, na wyprawę w do Base Campu pod Everestem1. Mimo,
iż się wcześniej nie znaliśmy, była to bardzo udana wyprawa i nie ostatnia nasza wspólna. Już
wtedy zdradziłem im swój plan. Początkowo twierdzili, że Alpy są za niskie i to strata czasu.
Długo się wahali, zastanawiali, jednak w koocu, po dostarczeniu szczegółów oznajmili, że
jadą i na ten wyjazd, zabierając ze sobą jeszcze jednego kolegę – Grześka. Niestety niemal
w ostatniej chwili Marcin zrezygnował z wyjazdu, więc pomorska ekipa liczyła dwóch
śmiałków.
Tuż przed wyprawą w Himalaje 2009r. z jednego z serwisów podróżniczych Olneo.pl,
gdzie byłem zarejestrowany poszukując członków wyprawy, dostałem wiadomośd od Kaśki
z Gdaoska. Kaśka jednak miała już w planach Atlas Wysoki w Maroko, ja Himalaje Nepalu.
Pomysł Mont Blanc bardzo jej się spodobał i tak zaplanowaliśmy wyjazd na przyszły rok.
Późnym latem 2009r. w podkrakowskich skałkach, podczas wspinaczki poznałem
Weronikę. Pomysł podzieliła i pod koniec zeszłego roku było nas już pięd osób. Niedługo
potem, z jej strony dołączyli się jeszcze brat Kuba i ojciec Weroniki – Jan. Razem z mamą
i psem, którzy czekali na nich na dole, cała rodzinna wycieczka. Zdecydowali się na
samochód. Do kooca nie potrafili się jednak określid, kiedy wyruszają, ani kiedy dotrą na
miejsce, więc ostatecznie stanowili osobną ekipę z innym programem wejścia i jedynie kilka
razy spotkaliśmy się podczas wyprawy, żeby wymienid spostrzeżenia.
W styczniu 2010r. koocząc kurs pilotów i przewodników wycieczek, na jednej
z pożegnalnych imprez, poznałem drugą Kaśkę. Jako, że głównym tematem w takim
towarzystwie są kraje świata, geografia i wycieczki, Kaśka pomysłem Mont Blanc była
zachwycona. Wysłałem jej plan wejścia, po dwóch dniach zdecydowała się, że też chce
dołączyd, razem z tatą – Krzysztofem. Tydzieo później kupili bilety na samolot, rezerwując
miejsca obok mnie i pierwszej Kaśki.
Osób zainteresowanych wyjazdem było więcej jak: Darek, Sławek, Agnieszka i Magda,
ale z różnych powodów zrezygnowali. Ostatecznie w czerwcu 2010r. gotowych do wyjazdu,
pewnych, było dziewięd osób. Mont Blanc czekał i to długo, bo od pomysłu do realizacji
upłynęło dwa lata. Nasz wyjazd poprzedziliśmy wieloma przygotowaniami i mailami
rozsyłanymi na zasadzie comiesięcznych aktualności. Były też wspólne wyjazdy, integrujące,
1
Everest Base Camp, 5364m n.p.m. – link do relacji „Himalaje Nepalu Drogą do EBC” na ostatniej stronie.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
Strona |5
zimą w Tatry, wiosną na jurę do jaskio, oraz wczesnym latem w Sudety. Wszyscy uczestnicy
mieli bardzo dobre przygotowanie górskie i niemal wszyscy dobrą praktykę wspinaczkową,
oraz obeznanie ze sprzętem. Kilka osób było też wyżej w górach niż Mont Blanc nie można
więc powiedzied, że byliśmy amatorami. Wyjazd wyobrażałem sobie, jako dobrze
zorganizowaną wyprawę i znakomicie się to udało. Nasza wspólna historia tutaj spisana,
rozpoczyna się 12 lipca 2010r. w pewien słoneczny poniedziałek.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
6|Strona
Dzień 1 – 12 lipca 2010 (poniedziałek)
Bilety lotnicze relacji Warszawa – Genewa, mieliśmy zabukowane na wtorek, już
w styczniu. Najlepsze ceny, czego się nie spodziewałem (471,06zł w obie strony), znaleźliśmy
w naszej polskiej linii lotniczej LOT. Polityki cenowej biletów lotniczych nie sposób zrozumied.
Wystarczyło w zasadzie, żebym zakupił dwa pierwsze bilety na rejs 13 lipca, a cena już poszła
w górę o 50zł. Tuż przed wyjazdem koszt zakupu podskoczył do prawie 1500zł.
Rafał, Grzesiek i Marcin początkowo utrzymywali, że na miejsce dojadą samochodem,
jednak, gdy w ostatniej chwili Marcin zrezygnował z wyjazdu, ich uczestnictwo stanęło pod
znakiem zapytania. Do kooca się obawiałem o ich obecnośd. Dopiero na tydzieo przed
wyjazdem wysłali, że znaleźli firmę Intercars i do Genewy dojadą autokarem (cena niewiele
wyższa, niż my zapłaciliśmy za samolot). Z Genewy żeby też oszczędzid koszty, zabrali ze sobą
rowery. W czasie, kiedy ja pakowałem plecak, oni siedzieli już w autokarze i jechali na
miejsce. Do celu nie dojechali, wysiedli wcześniej, w Lozannie, gdyż chcieli więcej zobaczyd
i objechad jezioro genewskie. Nie sposób tutaj spisad wszystkich ich przygód, jakie spotkały
ich po drodze do Les Houches, skąd zaczęliśmy wyprawę. Gdyby ten fragment pisał Grzegorz
lub Rafał, byłby on naprawdę bardzo długi i zabawny.
Ja, budząc się rano, spakowałem do kooca swój plecak i pospieszyłem na pociąg do
Warszawy. Chciałem dla bezpieczeostwa byd wcześniej na miejscu, tym bardziej, że
z noclegiem w stolicy nie było żadnych problemów. Jeszcze przed wyjściem z mieszkania
założyłem ciężki plecak, przez ramię przerzuciłem małą torbę służącą za bagaż podręczny
i nim przekroczyłem drzwi pokoju, wszedłem na wagę z tym wszystkim. Normalnie bez
obciążenia ważę 72kg, z ładunkiem, który będę niósł do góry, waga pokazała 101,5kg.
Ekwipunkowo ta wyprawa przekroczyła wszelkie inne wyjazdy. Poniżej tak obrazowo częśd
rzeczy, jakie miałem do spakowania. Listę ważniejszego ekwipunku, który używałem na
wyprawie zawarłem z zakooczeniu.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
Strona |7
Dzień 2 – 13 lipca 2010 (wtorek) – Les Houches,972m n.p.m.
Kaśka z Krzysztofem ubiegli nas i byli na dworcu już wcześniej. Gdy dzwonili do mnie,
Ja z pierwszą Kaśką z Gdaoska, próbowaliśmy właśnie jakoś dojechad spod dworca głównego
w Warszawie na lotnisko. Po chwili poszukiwao znaleźliśmy linię 175, kursującą od strony
południowej dworca. Byliśmy na miejscu na 14:30, więc trzy godziny przed odlotem. Moje
30kg ekwipunku starałem się rozdzielid po innych plecakach, ale ostatecznie plecak położony
na wagę ważył i tak 22,5kg, czyli 2,5kg ponad limit na krótkie loty. Samolot jednak
przeciążony nie był, pan przy odprawie stwierdził, że „to jeszcze waży” i do 3kg nadwagi
przymykają oko. Idziemy dalej na kontrolę bezpieczeostwa – moja ulubiona częśd. Latałem
już dziesiątki razy i przeważnie na tym etapie wszyscy tę bramkę przede mną przechodzą, coś
tam im czasem mruga na czerwono, ale idą dalej. Ja przeważnie słyszę „proszę tutaj stanąd”.
Jakoś zawsze jestem brany za terrorystę czy bramka wykrywacza metali świeci, czy nie i tak
jestem przeszukiwany po wszystkich kieszeniach, jakbym tam przenosił jakąś nowoczesną,
niewykrywalną, plastikową broo z ABSu.
Nasz embraer 170 startuje punktualnie. Na pokładzie dostajemy coś nietypowego jak
na samolot. Przeważnie serwują coś, co może leżed pół roku na aluminiowej tacy i się nie
zepsuje. Tym razem w menu była kanapka i zamiast jakiegoś twardego knedla jak się
spodziewałem, dostajemy naprawdę świeży kawałek rogalika z prawdziwą świeżą sałatą
w środku. Po takim serwisie jestem zachwycony obsługą. Na pokładzie specjalnie nie
przełączałem zegarka w altimetr. Nareszcie miałem okazję zmierzyd ciśnienie wewnątrz
kabiny samolotu. Na pułapie 11393m n.p.m. przy prędkości 765km/h ciśnienie spadło
z 1016hPa do 780hPa wewnątrz kabiny. Ciśnieniowo odpowiadałoby to wycieczce na jakieś
2100m n.p.m. Dementuję tym samym plotki, jakoby ciśnienie podczas całego lotu było stałe,
a kabina samolotu zupełnie hermetyczna. Lądowanie też mamy o czasie i po 7 minutowym
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
8|Strona
oczekiwaniu na plecaki, jesteśmy gotowi do odbioru. Jest za 6 minut siódma wieczorem, czyli
tak jak planowałem. Teraz trzeba się dostad na biwak, gdzie czekają już Rafał i Grzesiek.
Dostępnośd komunikacyjna Chamonix (czyt. „Szamoni”), czyli największego kurortu
w masywie Mont Blanc jest bardzo dobra, a samo Les Houches (czyt. „Le Zucz”), dokąd się
udajemy to mała, skromna gmina z niespełna 3000 ludności. Jest na tyle blisko położona od
Chamonix, że można dostad mapę z tymi dwoma miejscowościami na jednym planie.
Kierowca imieniem Simon czekał na nas już na lotnisku, trzymając wielką tablicę z moim
imieniem i nazwiskiem. Angielski miał na poziomie komunikacyjnym, ale dogadaliśmy się
w podstawowym zakresie. Zapłaciliśmy przy wejściu do busa, po czym ruszyliśmy bez
żadnych przystanków w drogę do Les Houches. Trasa z lotniska do alpejskiego kurortu, to
jakieś 80km obwodnicą wokół Genewy i zajęła nam dokładnie tyle, ile firma obiecuje na
swojej stronie internetowej – 70 minut. Punkt 20:28 byliśmy na miejscu. Simon jak obiecał,
tak wysadził nas w centrum miasteczka pod centrum turystycznym (Office de Turisme).
Dzwonię do chłopaków po instrukcję dojścia na kemping, ale byli już chyba w stanie
wskazującym na spożycie, gdyż tak mnie poinstruowali, że wyszliśmy w ogóle nie tą drogą, co
trzeba. Następnym telefonem kazałem im po nas przyjechad, bo skoro to 500m od centrum
(tak powiedzieli), to chyba mogą się pofatygowad. Rzeczywiście, nie czekamy długo jak Rafał
z Grześkiem zjawiają się na swoich rowerach. Na kempingu imprezowali już od wczoraj
i jeszcze dobrze nie rozłożyliśmy namiotów, jak już każą nam wyjąd kubki i częstują
znakomitym odkryciem tutejszego supermarketu.
Francuskie, tanie wino, w cenie około 5€ za cały 5l bukłak. Tak w przeliczeniu to wino
będzie taosze niż dobra woda mineralna, chod jeszcze nic nie przebije Węgier, gdzie wino
jest taosze niż bilet na metro. Dopiero po przyjeździe do Polski dowiedziałem się, że tego
wina nie tknąłby się żaden szanujący się Francuz czy Włoch. Takiego taniego z plastikowych
baniaków używają wyłącznie do gotowania. Rafał może by się sprzeciwił, ponod po powrocie
znalazł to samo wino w Lidlu, ale już z ceną 9,90zł za litr. Tego wieczoru dodatkowo dostaję
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
Strona |9
0,5 Sobieskiego od Rafała i 8 puszek piwa od Grześka w rozliczeniu za linę na lonże, alkoholu
nam dziś na pewno nie zabraknie.
Wywaliłem z plecaka wszystko co miałem w artystycznym nieładzie, podobnie reszta.
Leżymy przed namiotami w całym tym bałaganie i podziwiamy okoliczne, naprawdę wysokie
szczyty dookoła. Blanca nie widad, jest zasłonięty granią Gouter, a ta wydaje się tak wysoko,
że ciężko mi myśled o najbliższych dniach i o tym, że ten cały ciężki plecak będę musiał tam
wnieśd. Początkowo pierwszą myślą było, że nie możliwe żebyśmy wchodzili tak wysoko, ale
zaraz potem sobie przypomniałem, że przecież sam szczyt Blanca jest wyższy niż wszystko co
tutaj widad a widok tak wysokich gór i odczucie ciężkiego plecaka na plecach, może
zdemotywowad. Z masywu praktycznie cały czas słychad jakieś „burczenie” śmigłowców
i samolotów. Częśd z nich to transport, ale też nie mały ich procent, to pomoc
poszkodowanym. Akcje ratownicze w masywie Mont Blanc,
przeprowadza odpowiednik naszego GOPR, czyli francuski PGHM2
(Peloton de Gendarmerie de HauteMontagne de Chamonix). Jest to
istniejący od 1958r. specjalny oddział żandarmerii górskiej mający
dwie siedziby, w Chamonix oraz pobliskim Annecy. Dzwoniąc
w Alpach pod międzynarodowy numer alarmowy 112, zostaniemy
do nich przekierowani, dlatego możemy dzwonid bezpośrednio pod
numer +33(0)4 50 53 16 89. W przypadku słabego zasięgu, wołania
o pomoc przyjmują nawet sms-em. Posiadacze radia mogą ich wywoład na częstotliwości
154,4625Mhz. Ich biuro w Chamonix jest położone w bezpośrednim sąsiedztwie Maison de
la Montagne, czyli biura przewodników górskich. Na parterze w La Compagne des Guides,
możemy wynająd profesjonalnego przewodnika górskiego a na pierwszym piętrze, gdzie
mieści się Office de Haute-Montagne, uzyskamy najnowszą prognozę pogody na najbliższe
2
www.pghm-chamonix.com – Strona internetowa PGHM (niestety tylko po francusku).
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
10 | S t r o n a
dni. Telefonicznie też możemy to zrobid pod numerem +33(0)4 50 53 22 08. Bardzo łatwo je
znaleźd, w całym mieście są drogowskazy do ważniejszych miejsc.
Wieczorem wpada na minutę Weronika, są tutaj już od rana. Kaśka przekazała jej
w Krakowie małą butlę z gazem, a że obozują niedaleko, to wpadła na chwilę i ją przywiozła.
Pyta, o której chcemy wyruszyd. Byd może pójdą z nami, ale jeszcze nie są pewni. Resztę
wieczoru spędzamy w małym zadaszeniu poniżej pola, gdzie znajduje się kilka stołów
mających służyd za polową kuchnię. Co wieczór zjawia się też kobieta ściągająca haracz za
nocleg na polu, przeważnie przyjeżdża około ósmej wieczorem. Dziś wyjątkowo jest później,
przez co nie udało nam się przenocowad na polu za darmo. Jest to typ upartego Francuza
mówiącego tylko w jednym języku i broo Panie, od chodby słowa po angielsku – to powinno
byd karalne. Na szczęście Kaśka pamiętała jeszcze co nieco z liceum z lekcji francuskiego,
i przychodzi mi z pomocą wytłumaczenia tej kobiecie, że jest nas czworo, mamy dwa namioty
i zostajemy na jedną noc. Rafał z Grześkiem się z nią tak dobrze nie potrafili dogadad, toteż
skooczyło się na tym, że pani rysowała ludziki, pytała ile, potem namiot i to samo pytanie, jak
narysowała dni? Nie wiem, w każdym bądź razie dogadali się jakoś. Jak to zresztą Rafał
dobrze ujął (już po którymś kubku) – gdybym prowadził takie pole, potrafiłbym się płynnie
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 11
porozumied, w tak podstawowym zakresie, w 5 językach. Oni są uparci i mówią często
wyłącznie w jednym.
Cały pozostały wieczór do późnych godzin upływa nam na miłych rozmowach,
w miłym towarzystwie. Rafał z Grześkiem bawią nas do łez opowieścią z rowerowej
przeprawy Lozanna – Les Houches. Tylko z samego tego przejazdu mogliby napisad niezłą
książkę.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
12 | S t r o n a
Dzień 3 – 14 lipca 2010 (środa) – Le Nid D`Aigle, 2401m n.p.m.
Budząc się rano nie miałem nawet tak ciężkiej głowy jak się spodziewałem.
Ostatecznie pół litra wczorajszego trunku dałem Rafałowi żeby wwiózł to na górę, a piwa
ukryłem w krzakach na powrót. Dobrze, że nikt nie podzielił mojego pomysłu ich wypicia, gdy
już brakło wina. Poranek byłby dużo cięższy, a dziś musimy byd w dobrej formie. Pierwszy
dzieo naszego podejścia jest zdecydowanie najdłuższym dniem pod kątem ilości chodzenia.
Niemal dokładnie o godzinie dziewiątej wyszliśmy z ciężkimi bagażami do góry. Dzieo
wcześniej powiedziałem Weronice, że jeśliby chcieli ruszad z nami, to planujemy wyruszyd
o 7:30, przynajmniej tak ambitnie chciałem wyjśd. W rzeczy samej budzik miałem na 6:45
i o tej godzinie wstałem, w zasadzie to mógłbym byd gotowy na 7:30, ale chłopakom
pakowanie zajęło całe 2 godziny. Gdy my już czekaliśmy niemal z całymi plecakami, oni
dopiero zaczynali składad namiot.
Orle gniazdo, tak brzmi tłumaczenie miejsca naszego kolejnego biwaku, jakim jest Nid
d'Aigle na wysokości 2372m n.p.m. Wysokośd prawie jak nasze polskie Rysy. Rafał narzeka na
kolano, które od pewnego czasu mu się odzywa, więc wybrał łatwiejszą drogę na górę.
Najpierw kolejką gondolową na płaskowyż Plateau de Bellevue i szczyt La Chalette. (w cenie
13€ w dwie strony), a następnie przesiadkę w Tramwaydu Mont Blanc aż do samego kooca
dzisiejszej trasy. Cała tramwajowa droga ostatniej kolejki ma 12km i swą stację początkową
w St-Gervais-les-Bains, nieopodal Les Houches i jeśli ktoś rozważa wjazd do Orlego gniazda
kolejką, to taniej wyjdzie podjechad do tej stacji. Kursuje tam zarówno elektryczna kolej, jak
i autobus miejski z Chamonix i Les Houches. Cena wjazdu na koocową stację z płaskowyżu
jest tylko o 2€ różna, niż cena wjazdu z samego dołu. Rafał z kwaśną miną zapłacił 17€ za
podróż z biletem powrotnym, przy czym w jedną stronę kolejka kosztuje 13€. My chcemy
zdobyd szczyt zupełnie beż żadnej asysty, całkowicie na sportowo. W momencie, gdy
z ciężkimi plecakami zaczynamy się powoli piąd do góry, Rafał filmuje nas z przemykającej
nad naszymi głowami gondoli. Śmialiśmy się, że za te ujęcia dostanie jakąś nagrodę, gdyż
musiały wyjśd dośd dobrze.
W Alpach nie ma oznaczonych kolorowych szlaków, którymi możemy chodzid. Nie jest
to też teren żadnego parku. Jeśli szukalibyśmy w miasteczku jakiegoś kolorowego znaku, to
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 13
go nie znajdziemy. Jedyne, na co możemy się natknąd, to czasami tabliczka z oznaczeniem
kierunku, w jaki mamy się udad żeby dojśd do Bellevue. Wprawdzie na mapie są zaznaczone
kolorowe nitki, ale też nie na wszystkich. W praktyce, gdy już idzie się jakąś alpejską łąką, to
na próżno szukad oznaczeo na drzewach, jak w naszym Zakopanem. Tylko, co nas może
prowadzid, to chwilami ginąca alpejska ścieżka i mapa. Najdokładniejszą ze znalezionych jest
ta z małego informatora Telepherique de Bellevue. Na płaskowyż z Les Houches prowadzą
trzy drogi rowerowe (A, C, D) o różnym stopniu trudności, oraz dwie piesze, z czego druga
prowadzi szerokim łukiem wokół Le Prarion (1969m n.p.m.) i jest znacznie dłuższym
wariantem.
Droga początkowo prowadzi asfaltem, potem leśną drogą, ale jeszcze przejezdną dla
samochodu. Wraz z koocem zabudowao przeradza się powoli w pojedynczą, kamienistą
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
14 | S t r o n a
ścieżkę, miejscami dośd stromą. Robimy kilka przerw, z czego jedną dośd długą pod ostatnim,
pustym domkiem, gdzie wężem z pobliskiego strumienia doprowadzona jest woda. Fauna
i flora w drewnianym korycie sprawiła, że nie odważyłem się jej pid, chod na opłukanie się
wystarcza. Powoli po czterech godzinach podejścia o 13:00 dochodzimy do Bellevue, gdzie
czeka już od rana Rafał. Na pobliskiej ławeczce organizujemy piknik, gotując na butli wodę,
na zupki chioskie. Ta butelkowana już tutaj jest za droga żeby ją kupowad, wykorzystujemy
więc wodę z kranu, z barowej ubikacji na szczycie wyciągu. Ktoś powie „Polacy”, może
i owszem, jesteśmy oszczędni, ale tak robi 70% turystów odwiedzających tę ubikację, bez
względu na narodowośd. Jak zauważyłem kolejek do ubikacji w środku nie było, była za to do
kranu. Na jedzeniu, drzemce w cieniu wyciągu, odpoczynku i ponownym się zebraniu schodzi
nam dwie godziny. To dośd długo, ale w zasadzie nigdzie się nam nie spieszy. Na miejscu
musimy byd przed zachodem słooca, a to według przewidywao mojego zegarka zachodzi
o 21:23. W koocu o 15 odprowadzamy Rafała na kolejkę i wyruszamy w dalszą drogę. Przy
okazji wręczam mu linę do transportu, będę miał 4kg mniej do niesienia. Wiele razy
czytałem, że ścieżka prowadzi wzdłuż torów kolejowych, ale jakoś nikt tak nie ruszał
z plecakami bezpośrednio na tory. Kierunkowskazu, czy jakiegokolwiek oznaczenia jak iśd
dalej na Orle gniazdo też brak. Nie jesteśmy pewni trasy i w rezultacie wychodzimy na jedyną
dobrze widoczną ścieżkę, niestety ostro w górę. Droga prowadzi przez bardzo strome,
krzaczaste podejście, miejscami w ostrym słoocu, na wysokośd 2115m n.p.m. Zupełnie bez
zamiaru i nieświadomie zdobyliśmy szczyt Mont Lachat. Następnie stromy teren przeszedł
z dżungli w płaską alpejską łąkę – siodło Col du Mont Lachat. Widoki wynagrodziły nam trud
tej wspinaczki. Do kompletu brakuje tylko fioletowych krów z napisem milka, bo nawet
świstaki przemykają gdzieniegdzie po kamieniach. Po dwóch godzinach takiego marszu
dochodzimy do opuszczonych ruin koocowej stacji dawnego wyciągu gondolowego Prarion.
Właściwie to już tutaj zatrzymuje się i wraca tramwaj zimą, gdy występują intensywne opady
śniegu. Jesteśmy więc w połowie drogi do Orlego gniazda od płaskowyżu Bellevue.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 15
Budowę tej linii rozpoczęto przeszło 100 lat temu (1909r.). W początkowym
zamierzeniu, miała prowadzid na sam szczyt Mont Blanc. Tamtejsi inżynierowie nie znaleźli
jednak sposobu, na poprowadzenie torów przez nieustannie poruszający się lodowiec.
Budowa została zatrzymana na Orlim gnieździe, niedaleko lodowca Bionnassay, do którego
dziś prowadzą liczne ścieżki. Nam dotarcie do tej ostatniej, letniej stacji, zajmuje jeszcze
dodatkowe dwie godziny piechotą. W sumie podejście tego dnia można zsumowad na osiem
godzin chodzenia, z wliczeniem małych przerw bez dwugodzinnej przerwy obiadowej. Jest
19:00, gdy wszyscy jesteśmy już na miejscu. Kondycja w porządku i wszyscy daliśmy radę. Jak
na początku z Kaśką zostawaliśmy w tyle, tak teraz doszliśmy na miejsce na chwilę przed
resztą. Krzysztof dzwoni do domu i mówi, że w życiu się tak w górach nie zmęczył jak dziś.
Schroniska w pobliżu brak, ale nie dalej niż kilkaset metrów w górę od stacji
tramwajowej, znajdujemy bar i restaurację. Jako pierwszy doszedłem pod knajpę, ale nie
znalazłem miejsca na trzy namioty. Schodzimy w dół w stronę lodowca Bionnassay. Rafał
pierwszy wypatrzył płaski kawałek terenu, idealny na rozbicie bazy i nie dalej niż 100 metrów
poniżej restauracji. Dobrze, że znaleźliśmy to miejsce, inaczej wędrowalibyśmy jeszcze
paręset metrów wyżej do baraku Forestierre, gdzie na pewno można nocowad lub szukad
kawałka płaskiego terenu na lodowcu.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
16 | S t r o n a
Czytałem, że mimo, iż nie jest to żaden park narodowy, obszar chroniony, ani nic
z tego rodzaju, to i tak nie można się tak rozbijad gdziekolwiek, jednak nikt nie przyszedł
z roszczeniami, że tutaj zakładamy obóz. Może dlatego, że teren okazał się raczej półką
przygotowaną specjalnie dla szamba, które co jakiś czas emitowało fantastyczne zapachy.
Nieopodal była mała wkopana w ziemię rura przykryta pokrywką. Na szczęście nie była
bardzo uporczywa i emitowała okresowe fale tylko w okolicach naszej polowej kuchni. Na
kolację próbuję lilofizatów, czyli standardowego jedzenia wszystkich wypraw w bardzo
wysokie góry. Jeśli miałbym porównad do konkurencyjnych chioskich zupek, to jest to
w smaku o niebo lepsze i bardziej wartościowe, ale cena przy naszym budżecie – x20
w stosunku do gorącego kubka przemawia jednak na korzyśd azjatyckich wynalazków.
Zazwyczaj początkiem każdej wyprawy, nie zażegnuję od razu mycia. Dziś, szczególnie
po całym dniu wysiłku, mam taką szczególną potrzebę. Wypatrzywszy pobliski strumieo
spływający z moreny lodowca i korzystając z ostatnich promieni słooca, decyduję się
skorzystad z niego po kolacji. Byłem niemal przekonany, że nie będę jedynym śmiałkiem
kosztującym lodowego strumienia, ale Rafał wykorzystał tylko 200mm mojego zoomu
w aparacie i dokumentował moje dokonania, uprzednio założywszy się z Grześkiem jak długo
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 17
wytrzymam w lodowatej wodzie. Sami nie skorzystali z możliwości bycia czystym.
Wytrzymałem może 3 sekundy. Prędkośd wody i impet, z jakim uderzała z małego
wodospadu wystarczyło, żeby po takim czasie poczud się umytym. Przy okazji zmierzyłem
temperaturę, woda miała 4,8ᴼC. Po wyjściu, mimo iż temperatura powietrza po zachodzie
słooca spadła już do 17,9ᴼC, odczuwało się po takim prysznicu naprawdę ciepło. Dziewczyny
tego wieczoru ponod umyły się jakoś w ubikacji w barze nieopodal. Krzysztof też skorzystał ze
strumienia, ale w bardziej ukrytym miejscu, a Rafał opowiadał Grześkowi „lokomotywę”
w namiocie . Do późnych godzin było słychad w namiocie obok ich ciche szepty, ciekawe
czy oglądali kiedyś film Brokeback Mountain.
Wieczorem włączam na chwilę telefon, dostaję smsa od Weroniki. Dziś jednak nie
wyszli, wjadą tutaj kolejką i tramwajem jutro rano. Przekazuję gdzie jesteśmy, byd może się
spotkamy i pójdziemy razem. Robi się coraz ciemniej, wraz z zapadnięciem zmroku w dole
fantastycznie widad małe wioski oświetlone nocnym światłem ulicznych latarni. Na zewnątrz
jest tak ciepło, że tego dnia nie zasuwam w ogóle wejścia do namiotu, a zaciągam jedynie
siatkę na komary. Oczywiście owadów tu nie ma, ale bardziej obawiam się bardzo
ciekawskich i blisko podchodzących kozic, a w namiocie mamy jedzenie. Noc jest jednak
bardzo spokojna i bez niespodzianek.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
18 | S t r o n a
Dzień 4 – 15 lipca 2010 (czwartek) – Tete Rousse, 3180m n.p.m.
Rano obudził mnie nisko przelatujący śmigłowiec, przez co tuż przed przebudzeniem
miałem sny o jakimś desancie. Gdy wytoczyłem się przed namiot Krzysztof gotował już wodę
na zupki. Po wczorajszych ośmiu godzinach chodzenia i lodowej kąpieli na koniec, spałem
długim i spokojnym snem. Jest prawie dziewiąta rano, dziś już i przez następne dni nie
będziemy się spinad. Mamy niedużo do przejścia, toteż możemy wyspad się do oporu.
Najdłuższa i najcięższa trasa już za nami. Korzystając z tego samego strumienia, w którym się
wczoraj myłem, napełniamy butelki wodą i powoli, bardzo leniwie zbieramy cały biwak.
Kaśka z Krzysztofem trochę przytłoczeni ciężarem wczorajszych plecaków, w pobliskich
kamieniach chowają depozyt najcięższych i mało potrzebnych rzeczy oraz śmieci. Zabierzemy
to przy okazji powrotu. Na ścieżkę do lodowca zaczynają wchodzid już pierwsze wycieczki –
znak, że kolejka i tramwaj już kursują. Jakoś przez cały wieczór i poranek nie przyszedł nikt
z jakimkolwiek upomnieniem, że rozbijamy tutaj obóz, przez co niemal mogę zdementowad
plotkę, że nie można się rozbijad dookoła. Mało tego, następnym razem też wybrałbym to
miejsce na biwak, jest bardzo przyjemne i oferuje wspaniałe widoki w nocy. W koocu na 11
jesteśmy wszyscy gotowi do drogi i ruszamy. Weronika ze swoją ekipą się nie pokazała, jeśli
planowo wyruszyli o siódmej rano to teraz pewnie są już gdzieś po Tete. Początkowo nie
bardzo wiemy gdzie iśd, ale pomiędzy barem, a stacją tramwaju wypatrujemy ścieżkę, którą
porusza się sznureczek turystów do góry. Poniżej zdjęcie z zaznaczoną drogą podejścia. Ten
malutki domek po lewej stronie na ścieżce, to kasa i ostatni przystanek Tramwaydu Mont
Blanc.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 19
Droga prowadzi przez coraz bardziej stromą, kamienną pustynie, Pierre Ronde, aż do
wysokości 2650m., gdzie zaczyna się już pierwszy śladowy śnieg, stopniowo znikający latem
i bardzo mała, płaska poład lodowca de la Griaz utrzymująca się przez cały sezon. Mnóstwo
ludzi wjeżdżających tramwajem dociera tylko tutaj pochodzid latem po śniegu. Stąd idą tędy
nawet całe rodziny z dziedmi i chwilami na ścieżce nawet są tłoki. Robimy kilka przerw
uzupełniając wodę ze strumienia między skałami. W Himalajach picie takiej wody groziłoby
pasożytami i problemami żołądkowymi. Tutaj jednak nie ma jaków roznoszących choroby,
więc jakoś nie mam obaw przed piciem tej wody. Prawidłowo powinniśmy ją zdezynfekowad
chodby tabletkami chlorowo-srebrzanymi, ale tych nikt z nas nie kupił przed wyjazdem.
Z perspektywy czasu mogę jednak zapewnid, że przez całą wyprawę piliśmy wszyscy taką
wodę, uzupełnianą gdzie tylko popadnie i nikt nie reklamował żadnych problemów po jej
spożyciu. Żeby nie pid zupełnie czystej rozpuszczamy w niej albo magnez, albo żelazo
z tabletek musujących. Czysta woda z lodowca ma bardzo niską zawartośd rozpuszczonych
w niej minerałów, przez co wysokie ciśnienie osmotyczne. Brakujące minerały wysysa z nas
i tym samym słabo gasi pragnienie.
Po półtorej godziny lekkiej drogi, około 12:30, dochodzimy do małego domku,
a w zasadzie mijamy go tylko po lewej stronie. Jest to barak Forestierre, chod przyznam taką
jego nazwę znam jedynie z Internetu.
Nad wejściem możemy jedynie przeczytad: „COMMUNE LES HOUCHES REFUGE DES
ROGNES”. Zgodnie z tablicą, znajduje się na wysokości 2768m n.p.m., chod ja namierzyłem
2789,6m. Zbudowany został w 1890r. „Construit en 1890”, po czym całkiem niedawno jego
drewniane elementy spłonęły w pożarze. Odbudowany został w 2003r. i ta data widnieje
również na tablicy: „Renove en 2003”. W środku mamy do dyspozycji dwa pomieszczenia,
schodki na mały stryszek i parę pryczy, które gdy zobaczyłem, skojarzyło mi się
z Oświęcimiem. Wyprawy tutaj nocujące zostawiają to, co im zbywa, przez co akurat
znalazłem dwa niepełne kartusze z gazem, pudełko herbaty, kawy, jakieś cukierki i batonika,
którego zjadłem w zamian zostawiając „gorący kubek”. Wszystko ładnie ułożone na ławce
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
20 | S t r o n a
i pochodzące z różnych, międzynarodowych wypraw, sądząc po opakowaniach. Była nawet
jedna chioska zupka wyprodukowana w Polsce. Szkoda tylko, że barak zwiedziłem dopiero
w drodze powrotnej. Akurat herbaty zapomnieliśmy zabrad ze sobą, a tam był dośd spory
zapas.
Pogoda dopisuje nam znakomicie, przy wyjściu mamy 22ᴼC i wieje lekki, zmienny
wiatr z prędkością 4km/h. Wystarczy jednak wyjśd trochę powyżej Forestierre, a odczuwa się
już znaczną zmianę temperatury. Na postoju przed ostatnią stromą granią prowadzącą do
schroniska ubieramy już wszyscy polary i czapki. Temperatura spadła prawie o połowę
w stosunku do poranka i tych kilkuset metrów różnicy. Pozostałe 2,5 godziny przejścia
spędzamy na stromym, kamiennym podejściu do szerokiego śnieżnego pola, na koocu
którego stoi schronisko Refuge de Tete Rousse. Schroniska nie widad z dołu, powyżej grani
wychyla się tylko mała drewniana budka, w której siedzi gośd informujący dośd płynnym
angielskim, że namioty powyżej tego miejsca można rozbijad tylko w wyznaczonych do tego
miejscach, koło schronisk. Gdy go zobaczyłem to jakbym znalazł się w Nepalu. Nawet miał
kolorowe chorągiewki modlitewne na swoim domku. Byłem niemal pewien, że zaraz będzie
próbował sprzedad nam jakieś bilety czy przepustki wyżej. Wprawdzie, nie czytałem nic
w Internecie o wprowadzeniu takich, jednak wszystkie te relacje nie były bardzo aktualne
i szczegółowe. W jednej z nich ceny były jeszcze w frankach, a Francja przeszła na euro
w 2002r. Opalony Azjata, jednak swoje wskazówki bardzo szybko zakooczył słowem
„dziękuję” i schował się z powrotem do swojej budki. Rafał przypomniał mi śmieszną historię
z Namche Bazar3, gdy to podobną budkę strażnika i zaproszenie do środka, niemal
przypadkowo wykpiłem. Jak się później dowiedziałem, ten gośd tutaj rzeczywiście był
z Nepalu.
3
Namche Bazar – największa osada na trasie trekkingu z Lukli do Everest Base Campu – link do relacji „Himalaje Nepalu
Drogą do EBC” na ostatniej stronie.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 21
Na miejsce docieramy na godzinę piętnastą. Razem z dośd długimi przerwami po
drodze, wyszło nam cztery godziny chodzenia. Na miejscu powyżej schroniska, wyznaczonych
jest szereg małych pól pomiędzy kamieniami, gdzie możemy obozowad. Spodziewałem się
tylko większego tłoku i nawet kłopotu ze znalezieniem miejsca, ale po przybyciu na miejsce
naliczyłem tylko dwa małe namioty. Pole zlokalizowane jest w bezpośrednim sąsiedztwie
dośd nowoczesnej i dziwnej toalety. Czytałem w jakiejś relacji, że kupy spadają z niej prosto
w przepaśd. Owszem, toaleta jest położona nad stromą skarpą, ale w środku działa specjalny
mechanizm do przechowywania tych odpadów. Człowiek siedząc w środku jedyne, co ma
dostępne przed oczami, to ładny ilustrowany komiks na drzwiach, opowiadający historię
szczęśliwej, uśmiechniętej kupy. Z sedesu to, co zostawimy leci na taśmę. Następnie zgodnie
z historyjką, trzeba pięd razy nacisnąd nogą korbę obok sedesu. W ten sposób przesuwamy tą
taśmę dalej. Kupa z niej spada na inną taśmę i potem do pojemnika, gdzie jest
magazynowana razem z innymi. Co się potem z nimi dzieje? Niewiadomo, przynajmniej
instrukcja tego już nie przedstawia.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
22 | S t r o n a
Rozbijamy obozowisko, po czym idziemy zwiedzid schronisko Tete Rousse od środka.
Miejsc noclegowych w środku jest 74 z wymaganą wcześniejszą rezerwacją. Telefon do
schroniska +33(0)4 50 58 24 97. Według tablicy jest ono na wysokości 3167m n.p.m. Z daleka
robi fajne wrażenie, w środku już jest mniej przyjemne. Wnętrze przypomina bardziej jakąś
lepszą lodge z Nepalu, niż nasze klimatyczne schroniska w górach. Zupełnie też nie rozumiem
wręcz nacjonalistycznych zapędów Francuzów i ich zamiłowania do języka francuskiego.
Niektórym się to podoba, ja jednak bardziej lubię słowo globalizacja. Za nic nie idzie się
z nimi porozumied po angielsku, chyba, że spotkamy takiego jakiegoś bardziej otwartego na
świat. Śmialiśmy się z tego podsumowując – Francuz, wersja „Open”. W schronisku
absolutnie wszystko jest po francusku, a jedyny napis, który spotkaliśmy w 4 językach, to
żeby sprzątad po sobie stoliki. Nie stad ich nawet na menu po angielsku. Dosłownie nic
i żadnego poszanowania turysty, który jest obcokrajowcem i się ich języka uczyd nie chce. Do
tego ceny mają kosmiczne. Piwo jest w tej samej cenie, co woda mineralna, po 5€. Zjeśd
można już coś od 10€, ale widząc te ich dziwne napisy w menu oraz ceny, wyszliśmy ze
środka jeszcze szybciej niż weszliśmy.
Zaczął się problem z pozyskaniem wody do picia. Ta ze schroniska jest za droga –
koszt ponad 20zł za litrową butelkę, to dla Polaka po prostu rozbój w biały dzieo.
Początkowo stopiliśmy trochę śniegu, którego dostatek dookoła, ale potem stwierdziliśmy,
że przecież tutaj dookoła gdzieś musi coś płynąd. Nie dalej niż kilkaset metrów wyżej kooczy
się pole lodowe i zaczyna kamienista dośd stroma grao Arete Payot, prowadząca aż do
Gouter. Śnieg i rozgrzane od słooca kamienie muszą byd przyczyną powstawania jakichś
małych strumyków. Ubieramy raki, zabieramy mały plecak z czterema pustymi butelkami
i wybieramy się na małą wycieczkę aklimatyzacyjną w górę. Obserwując strome śnieżne pole
śniegu i lodu ubieram membranowe, nieprzemakalne spodnie z zamiarem późniejszego
zjechania w dół. Nie dalej niż 100 metrów od obozowiska znajdujemy miejsce, gdzie spod
śniegu widad parę dużych kamieni i mały strumieo czystej wody, zdatnej do picia, chod
czasem trzeba zbid cienki lód, żeby się do niej dostad. Podchodzimy jeszcze wyżej. Na granicy
śniegu i kamieni rozkładam się w słoocu i czekam, dalej mi się nie chce iśd. I tak tam jutro
dojdziemy. Reszta ekipy wędruje jeszcze 50 metrów w górę zobaczyd z bliska osławiony źleb
Grand Culuoir, nazwany popularnie źlebem Roling Stones’ów i bynajmniej nie został on tak
nazwany na cześd zespołu rokowego. Chodzi o znaczenie bardziej dosłowne znaczenie –
turlających się kamieni. Doskonale widad go spod Tete Rousse i czasem słychad, co większe
staczające się głazy. Wielkośd tego, co się toczy jest przeróżna. Podczas kolacji trafiliśmy na
moment, gdy akurat staczały się naprawdę duże kawały skał. Było je słychad, a nawet widad
z dośd dużej odległości. Klasyfikuje się je najczęściej bardzo obrazowo, w zależności od
rozmiaru. I tak często możemy przeczytad o turlających się dropsach, piłkach, telewizorach,
pralkach, czy nawet polonezach. Przed wyjazdem zastanawiałem się, ile one tak mogą lecied,
w koocu się przecież skooczą. Tutaj jednak ich kooca nie widad. Teren jest wyjątkowo kruchy
i warunki też są ekstremalne. W dzieo ostre słooce i woda, w nocy często ujemne
temperatury i lód. Wszystko to sprawia, że cały czas wietrzeją nowe pokłady skał i same Alpy
przecież cały czas rosną do góry. Kamienie pędzące źlebem prędko się nie skooczą.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 23
W czasie, gdy cała wycieczka oglądała źleb z bliska, ja przygotowywałem się do
zjazdu. Złożyłem kije, żeby ich użyd jak styliska czekana do ewentualnego wyhamowania
podczas ślizgu i odepchnąłem się z góry pola śniegowego. Spod obozowiska wyglądało to na
pionową, śniegową ścianę. Gdy już na niej byłem, wcale nie była taka pionowa, albo robiła
takie fałszywe wrażenie. Wybierałem dośd prostą trasę na dół bez dużych kamieni w śniegu.
Byłem przekonany, że niewiele ujadę, ale prędkośd, jaką rozwinąłem zaskoczyła mnie
samego. Pierwsza próba hamowania kijami na siedząco skooczyła się tym, że obróciło mnie
o 180 stopni głową na dół, ale szybki przewrót i dalsze próby hamowania, już z jazdą plecami
do góry zakooczyły się pomyślnie i w kontrolowany sposób. Takimi dwoma ciągami
zjechałem niemal na sam dół pochyłego śniegu. Udało mi się nawet tak dopracowad
sterowanie, że po drodze porwałem kurtkę zostawioną na śniegu, bo było za ciepło. Źleb ma
jeszcze większe nachylenie stoku i znacznie więcej niebezpiecznych przeszkód, więc pomimo,
iż mamy wrażenie, że może daleko byśmy nie pojechali, i może nie jest taki straszny, to
zapewniam, że przy ewentualnym poślizgu zjazd będzie długi i bolesny. Jak się dowiedziałem
już później, dzieo wcześniej w tym źlebie zginął Polak.
Podczas kolacji standardowo już włączam na chwilę telefon, żeby otrzymad wieści ze
świata. Dostaję wiadomośd od Weroniki, byli tu dziś o 12:37, zjedli coś i poszli od razu wyżej,
na Gouter. To bardzo duża zmiana wysokości w jeden dzieo, ale po ilości ludzi tutaj,
stwierdziłem, że pewnie wszyscy tak robią i jutro mogą tam byd tłoki. Na naszym dzisiejszym
obozowisku poza naszymi trzema namiotami, tego wieczoru przybyły jeszcze dwa i jeden
hardkor, który spał bez namiotu – respekt, bo warunki zmieniły się diametralnie. Niewielka
w sumie zmiana wysokości, bo 779m n.p.m., dała znaczną różnicę w temperaturze. Jeszcze
wczoraj wieczorem mieliśmy 17ᴼC, a na noc nawet nie zasuwałem tropiku w namiocie. Tutaj
przy kolacji siedzimy w kurtkach i czapkach. Przy pomiarze o 20:36 otrzymałem 9,2ᴼC.
W miarę upływu czasu temperatura spadła w nocy do czterech stopni. Mimo to nastroje
mamy na razie dobre. Wieczorem przy kolacji toczymy naprawdę interesujące dyskusje.
Cieszę się, że udało się zebrad tak dużą i zróżnicowaną grupę.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
24 | S t r o n a
Dzień 5 – 16 lipca 2010 (piątek) – Aig Du Gouter, 3845m n.p.m.
Tego dnia pobiliśmy rekord zbierania obozu i długiego spania. Byliśmy gotowi na
pierwszą popołudniu. Dobrze wykorzystaliśmy poranne słooce do wysuszenia wszystkich
rzeczy. Gdy tylko wyszło, cała zawartośd namiotów i plecaków suszyła się już na kamieniach
po zimnej i wilgotnej nocy. Droga, jaką mamy dziś przejśd, nie jest długa i schronisko Gouter
dobrze już widad powyżej skalnego rumowiska na śnieżnej grani. Wolę jednak uważad na
zasady aklimatyzacji i nie zdobywad znacznej wysokości w jeden dzieo, chod szybkie wejście
na 3800m. jeszcze nikogo nie zabiło. Jeśli mowa już o zasadach, to i tak nie ma siły żebyśmy
przestrzegali chod jedną z nich, ale plan mamy też na tyle zbalansowany, że w rozłożeniu na
kilka dni, zdążymy się nawet minimalnie zaklimatyzowad. Zgodnie z medyczną teorią,
pierwsze nowe erytrocyty we krwi pojawiają się dopiero trzeciego dnia przebywania na
wysokości powyżej 2500m. Pierwsze wsparcie wypada nam na atak szczytowy. Zresztą jak
najszybsze zdobycie góry nie było naszym celem od początku. Specjalnie też wybraliśmy
namioty, nie nocleg w schroniskach, żeby posmakowad zimowego biwaku. Tak czy inaczej
mamy dwa dni rezerwy, a tutaj przynajmniej nocleg jest za darmo. Na dole trzeba już płacid,
więc nie musimy się tam specjalnie spieszyd.
Droga prowadzi dośd wyraźną ścieżką w śniegu, aż do kamiennego stoku Arete Payot.
Tym razem uprzęże ubieramy już rano, na całe ubranie z zamiarem ich użycia. Raki też, chod
przydadzą się nam średnio i tylko na początkowym odcinku śnieżnej połaci. Wyruszamy,
najpierw śniegiem, potem ścieżką wśród kamieni i powoli podchodzimy pod osławiony
Grand Culuoir. Niemal w każdej relacji, jaką czytałem jest jakaś zmianka o tym miejscu, ale
jeszcze nie przeczytałem takiej, żeby zrozumied jak to wygląda. Dopiero zdjęcia i filmiki na
YouTube uzmysłowiły mi trochę, co to za przeszkoda. Źleb, każdy chodzący po górach, jakiś
widział. Ten jest o tyle ciekawszy, że dośd stromy, szeroki i żeby było więcej zabawy, to
trzeba przejśd nim na drugą stronę, bo widad inaczej nie dało się wytyczyd bezpieczniejszej
drogi na górę. Żeby zapobiec tragedii rosnącej liczbie turystów, w poprzek źlebu pociągnięta
jest stalowa lina, do której posiadając odpowiedni sprzęt można się dopiąd, unikając
zjechania na dół i w konsekwencji niechybnej śmierci. Słyszałem wiele narzekao, że bez
sensu, bo za wysoko poprowadzili tą poręczówkę, ale słyszałem też, że w zimie przechodząc
na drugą stronę mamy ją prawidłowo – na wysokości kolan. Latem, gdy śniegu jest coraz
mniej, wysokośd ta rośnie od trzech do pięciu metrów, w zależności od miejsca. Ściąga to
czasem turystów, którzy przygotowując lonże do wpięcia zostawią za małą rezerwę liny.
Problem i narzekania rozwiązałyby pewnie dwie albo nawet trzy poręczówki, letnia i zimowa,
ale o tym pewnie Francuzi nie pomyśleli. Szczerze powiedziawszy tyle się oczytałem o tym
miejscu, tyle naoglądałem filmików w Internecie z feralnych przejśd, że w moim mniemaniu
było to nr jeden niebezpieczne miejsce, którego się obawiałem. Na rysunku poniżej widad
prawie cały źleb, strzałką zaznaczyłem około 70 metrowy odcinek, jaki trzeba nim przejśd.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 25
Gdy pierwszy raz stanąłem nad
brzegiem
źlebu,
to
się
trochę
rozczarowałem. Nie był ani tak stromy jak
go sobie wyobrażałem i widziałem na
zdjęciach, ani tak niebezpieczny, za jakiego
go brałem. W poprzek prowadzi dośd
wyraźna ścieżka w ubitym śniegu, na
środku mała wysepka ze skał i to, co się
akurat stacza jest wielkości orzechów
włoskich
–
całkiem
niegroźnych.
W rezultacie zupełnie wykpiliśmy powagę
godną tego miejsca, w którym wielu już
zginęło, przechodząc zupełnie na luzie. Bez
wpinania w poręczówkę, bez zakładania
raków, ba, nawet bez jakiegoś planowania
jak to zrobid. Mogę powiedzied, że tak jak
szedłem po kamieniach, wbiłem się prosto
w źleb i przeszedłem z uśmiechem na
drugą stronę. Przede mną przeszedł go
z uśmiechem Grzesiek, za mną Rafał,
potem cała reszta. Zaraz za nami dwójka
Niemców, też bez wpinania i nikt nie miał
większego stracha, że coś się może stad. Po
pierwszym przejściu, nie tylko moją
obserwacją był wniosek, że wpinający się tracą tylko czas, ale o tym jak bardzo się myliłem
z tym pochopnym wnioskiem dowiem się dopiero za trzy dni.
Kamienna droga powyżej źlebu jest miejscami bardzo stroma i poręczowana. Jeśli
mamy lonże, możemy się wpiąd na dodatkowe ubezpieczenie. Szczerze powiedziawszy,
bardziej przydałyby się lonże na ViaFerraty4. Nawet podczas ewentualnego ześlizgnięcia, tam
gdzie są poręczówki, niewiele nam taka asekuracja pomoże, a przed połamaniem nie ocali.
Jedyny plus, że w bardzo stromym terenie, w ekspozycji, nie spadniemy gdzieś na sam dół.
Nie rozumiem tylko praktyki stosowanej przez niektórych turystów z wzajemnym
powiązaniem się liną już na tym skalistym odcinku i to na krótko. Jak dla mnie, jest to brak
wyobraźni, bo jeśli jedna osoba się potknie i zacznie spadad, to na tak krótkiej linie pociągnie
za sobą następną. Daleko nie spadną, co najwyżej parę metrów, ale wystarczy, żeby zamiast
jednej poobijanej ofiary mied dwie. Asekuracja lotna w takim skalnym terenie jest
niebezpieczna, pozostają jedynie poręczówki. Osobiście, mimo, iż miałem prowizoryczną
lonże z rozwiązanego, długiego repa, to nie wpinałem się do ani jednej liny po drodze czując
4
Via ferrata – droga wspinaczkowa ubezpieczona dla celów autoasekuracji liną stalową, stopniami, drabinkami i mostami.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
26 | S t r o n a
się dośd pewnie. Przed jednym tylko mogę przestrzec, żeby nie jechad po tych poręczówkach
ręką, a jedynie się jej przytrzymywad chwilami. Liny są stalowe, nie pierwszej nowości,
czasem najeżone popękanymi mniejszymi drucikami. Łatwo o skaleczenie i Kaśka w ten
sposób rozcięła sobie palec, na szczęście niegroźnie. Oczywiście jest to kolejna francuska
porażka. W Tatrach tam, gdzie trzeba, są bezpieczniejsze łaocuchy i się sprawdzają, tutaj
widocznie były za drogie.
Zdjęcie powyżej przedstawia drogę spod Goutera. Nie widad jak bardzo jest stroma ta
ścieżka, ale daje to jakiś pogląd jak wygląda. Droga na całej długości jest dośd wyraźna, i po
przejściu źlebu prowadzi niemal cały czas pionowo w górę. Chwilami można ją zgubid, bo jest
ich kilka, ale w koocu wrócimy na właściwą. Przestrzegam tutaj jednak wszelkich amatorów
wspinaczki przed wspinaniem się poza ścieżką. Wiem, że fajna frajda, ale teren jest tak
niesamowicie kruchy, że wszelki niewłaściwy ruch kooczy się posypaniem na dół kamieni,
a o swoim bezpieczeostwie nie wspomnę. Gdy wspinamy się blisko źlebu, jeden mały kamieo
może spowodowad koleją dużą lawinę na dole dla tych, którzy właśnie próbują przechodzid
na drugą stronę. Droga najczęściej jest jednak położona na tyle daleko, że nie ma
niebezpieczeostwa, jednak poniżej nas ciągle są ludzie idący do góry. Trzeba więc uważad na
wszelkie poruszenia skalne.
Tego dnia rano skalibrowałem zegarek zgodnie z pomiarami GPSa. Na górze pomylił
się jedynie o 7m w stosunku do faktycznej wysokości. Schronisko jednak mimo, iż wydaje się
blisko, jest cały czas oddalone o setki metrów w pionie. Gdy mieliśmy do niego 100m, było
niemal na wyciągnięcie ręki. Jednak ile to znaczy 100m w pionie w takim terenie i przede
wszystkim na tej wysokości, trzeba się przekonad samemu. Przekroczyliśmy już 3700m n.p.m.
To dośd znaczna wysokośd i czud w powietrzu wyraźnie mniejszą zawartośd tlenu. Właściwie
i dla ścisłości to tlenu w powietrzu jest nadal tyle samo, co na poziomie morza, czyli około
21%, ale powietrza jest po prostu mniej. Naukowo mówi się, że tlen ma mniejsze ciśnienie
parcjalne (cząstkowe). Gdy wylatywaliśmy z Warszawy było 1014hPa, teraz jest 648hPa, czyli
prawie 40% mniejsze ciśnienie = mniej powietrza. Może to jeszcze nieduża różnica, ale
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 27
oddycha się wyraźnie ciężej i chyba jestem jeszcze słabo zaaklimatyzowany. Wspinad się
trzeba powoli i unikad większych wysiłków fizycznych, bo o zadyszkę i niedotlenienie jest
bardzo łatwo.
W koocu po czterech godzinach drogi od wyruszenia z Tete, docieramy do celu. Tuż
przed ostatnim podejściem, Kaśce z Gdaoska odczepia się słabo przyczepiona mata i 400zł
odbijając się leci na sam dół, aż w morenę lodowca. Początkowo się śmieję, ale potem naszła
mnie myśl: ciekawe, kto teraz będzie musiał podzielid się swoją i przestałem się śmiad.
Pod schroniskiem DomeduGouter widad jedynie dwie strzałki. Do środka i do toalety.
Chwilę się zastanawiam, gdzie można rozbijad te namioty, ale ostatecznie odkładam to na
później. Jesteśmy trochę zmęczeni i trzeba odpocząd, a przede wszystkim nabrad sił przed
dzisiejszą nocną akcją. Spad w schronisku można w cenie 37€ za noc. Chyba, że ktoś ma
ubezpieczenie Alpenverein, to nocleg wykupuje ze zniżką 50%. Wymagana oczywiście
wcześniejsza rezerwacja pod numerem +33(0)4 50 54 40 93. My decydujemy się jedynie coś
zjeśd. Wchodzimy do środka i od samego wejścia obowiązują dziwne praktyki przebierania
pantofli, jak w przedszkolu. Rozumiem żeby nie wchodzid w rakach, ale zwykłe obuwie
trekingowe też jest źle. Trzeba je zdjąd i ubrad takie gumowe, zimne pantofle, w których żyje
już chyba wszelki gatunek grzyba. Plecaki i cały sprzęt też zostawid samopas w małym,
ciemnym korytarzu. Wbijamy się do środka, tłoku nie ma. Jedynie parę osób samotnie przy
stolikach. Rozkładamy się przy jednym i podchodzimy do okienka, gdzie oczywiście wszystko
po francusku. Kolejny brak poszanowania nie francuskojęzycznego turysty. Nawet tak ważne
informacje, jak wywieszona prognoza pogody na najbliższe dni, wymaga znalezienia
(powodzenia z szukaniem) Francuza, który będzie potrafił nam to przełożyd na angielski.
Jedynie spaghetti w menu jest chyba tak uniwersalnym słowem w wielu krajach, że znaczy to
samo.
Ja: Dzieo dobry, mogę zamówid…
Obsługa: Nie
J: …spaghetti, tutaj z menu (pokazując na drzwi),
O: *coś po francusku+
J:, ale tutaj, spaghetti
O: Nie (i wychylając się z okienka pokazuje napis na drzwiach, z którego rozumiem, że
jedzenie dostępne w godzinach 9 – 16 ….a była 17:28),
J: eeeeeee, to macie tutaj cokolwiek do jedzenia?
O: Tak (i pokazuje na skromny koszyczek na ladzie z jakimiś małymi batonikami musli za 2€
sztuka i to wszystko, co mają o tej porze).
No nie… tym to przegięli do granic. I jak dotąd byłem neutralnie nastawiony, tak teraz
czymś takim spowodowali moją niezwykłą awersję do tego kraju i większości jego
mieszkaoców. Znajomośd angielskiego u większości bliska zeru i są tak uparci, że niektórzy
słowa nie powiedzą inaczej niż po francusku, uważając własny - trudny język, za ten jedyny
i słuszny. Jakby cały świat, na którym zresztą dominuje angielski zaraz za chioskim, miał się
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
28 | S t r o n a
uczyd języka, będącego dopiero na siódmym miejscu. Jeszcze nie byłem w cywilizowanym
paostwie, gdzie mówiąc po angielsku, miałbym takie problemy z komunikacją jak tutaj.
Prędzej bym się chyba w Kongu dogadał, wprawdzie tam francuski też jest urzędowym
językiem, ale nikt nie odrzuca angielskiego jak jakieś zło. Jeszcze woda po 5€ i brak posiłku
dla głodnego turysty w SCHRONISKU, na prawie 4000m to jest …nie wiem jak to nazwad.
Poza tym, co to za schronisko czynne do 20:30? Francuzi odwiedzający schroniska w naszym
Zakopanym, powinni dostad takie same ceny jam my tutaj i podobną obsługę. Siadamy źli
przy stoliku i dobrym tematem przez paręnaście minut jest ta paranoja tutaj - nazbierało się
tego. Jedynie Rafał z Grześkiem wydają się wyluzowani. Nie przyszli tutaj z zamiarem
jedzenia, nie mają żadnych oczekiwao i są szczęśliwi, bo na niczym się nie przejechali.
Wynosimy się stąd i wędrujemy na grao wyżej schroniska, gdzie można rozkładad
namioty. Jest tutaj dośd stromo i w silnej ekspozycji, przez co chwilami wieją silne wiatry.
Tutaj też się zawiodłem, jeśli chodzi o ilośd namiotów. Mimo, iż mamy środek sezonu
zdobywców, namiotów jest jedynie kilka. Jest dużo pustych miejsc, więc rozbijamy się
w gotowych wykopanych przez inne ekipy dołach. Zawczasu obudowanych białym murem na
wysokośd około pół metra. Fartuchy na skraju namiotu przysypuje dla pewności śniegiem,
żeby go nie podwiało i uzupełniam przerwy w murze. Jeśli ktoś posiada profesjonalny namiot
alpinistyczny, to tak głęboki dół jest zbędny, jednak tylko jakieś 40% namiotów tutaj
rozbitych ma takie zadatki. Reszta to namioty letnie, średnio przystosowane do zimowych
warunków, które trzeba solidnie okopad śniegiem. Nieraz czytałem w innych relacjach
o porwanych lub zniszczonych przez wiatr namiotach, podczas nieobecności ekipy.
Kiedy rozkładaliśmy biwak, zjawiła się Weronika - rozbiliśmy się niecałe 15 metrów od
nich. Myślałem, że dziś już będą na dole, jednak dalej tutaj obozują. Mówi, że nie udało im
się zdobyd dziś rano szczytu. Wyszli kawałek powyżej schronu Vallot i stwierdzili, że są zbyt
zmęczeni żeby atakowad tego dnia. Pytam, czy chce do nas dołączyd, ale mówi, że nie czuje
się na siłach na kolejną próbę. Jeśli jednak ruszymy w nocy, Kuba chętnie pójdzie z nami.
W międzyczasie polski język usłyszała inna Polka w pobliżu, która obeszła już cały obóz
z pytaniem, czy ktoś jutro rusza. Dowiedziałem się, że w zasadzie wszyscy chcą jutro
atakowad, tylko o różnych porach. Dotarł tutaj też nasz wczorajszy hardkor bez namiotu.
Asia, (bo tak ma na imię), zastała go w wykopanej śnieżnej jamie, gadającego do swojej
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 29
maskotki. Po krótkiej wymianie zdao, też jest chętna dołączyd się do naszej grupy, razem
z kolegą. Informuję, że jeśli pogoda
będzie dobra i stawią się w nocy na
1:30, to mogą iśd z nami w grupie.
Chwilę później przychodzi przywitad się
również
Kuba
i Jan,
pożyczając
jednocześnie chłopakom saperkę do
okopania swojego namiotu. My
pogłębiając i wyrównując dno w swoim
dole, znajdujemy mnóstwo porzuconych
śmieci. Niestety wstyd przyznad –
Polacy, sądząc po opakowaniach. Wstyd
za rodaków i naprawdę nie wiem, co za hołota tutaj była przed nami. My zabieramy ze sobą
nawet najdrobniejszy papier, Ci wszystko rzucili bezładnie w śnieg.
Zaczyna coraz silniej wiad, widocznośd też zupełnie siada i w takich warunkach jemy
kolację. Jeszcze nigdy tania mielonka z aluminiowej puszki przegryzana twardymi sucharkami
beskidzkimi tak mi nie smakowała. Bagietki się nam już skooczyły, ale Krzysztof oddaje nam
kilka zapakowanych kromek chleba pełnoziarnistego. Trochę pogniecionych i suchych, ale
i tak przepyszny w tych warunkach. W zasadzie to teraz smakowałoby mi wszystko, co się
tylko da pogryźd i przełknąd. Staramy się natopid trochę wody na gazie w osłonie namiotu,
ale co innego jest robid to w dodatniej temperaturze, co innego tutaj, w bliskiej zeru.
Strasznie dużo czasu na to schodzi, więc ostatecznie odżałowuję, zabieram te 5€ i idę kupid
wodę w schronisku. Przy okazji idziemy dowiedzied się o pogodę na jutro, ale na grani
spotykamy właśnie wracających Weronikę i Jana, byli dowiedzied się o to samo. Zapowiadają
na jutro tylko 40% słooca, a dopiero pojutrze ma się rozpogodzid do 90%. Przynajmniej tego
dowiedzieli się od Francuza, który coś tam po angielsku próbował im przetłumaczyd. Nie
dowiadujemy się niczego nowego, pozostaje nam poczekad, liczyd na szczęście i chwilowe
przejaśnienia nocą.
Wieczorem, podczas oczekiwania na sen, wiatr wzmaga się jeszcze bardziej. Dopiero
tutaj przydają się długie 30cm śledzie, które specjalnie targam z samego dołu. Campus
w swojej ofercie ma specjalne śniegowe śledzie zrobione z drutu na kształt korkociągu,
wkręcane w śnieg i praktycznie nie do wyrwania. Jednak ich cena (~25zł/sztuka) odstrasza.
Pomimo, że mój namiot jest przeznaczony na warunki typowo zimowe, w zestawie
dostarczyli jedynie zwykłe druciane szpilki, które nijak się nie trzymają w takim podłożu.
Przekonali się zresztą o tym Kaśka z Krzysztofem używający tych samych szpilek. Wieczorem,
gdy zerwał się solidny wiatr robili, co mogli, żeby okopad i dodatkowo dociążyd namiot. Rafał
z Grześkiem użyli czekanów i drewnianych kijów znalezionych dookoła, porzuconych przez
inne ekipy. Grupa Weroniki porozkładała kije trekkingowe na części i każda częśd służyła za
dodatkowe mocowanie, co też jest dobrym patentem. Mnie dodatkowy balast i trochę pracy
z obsypaniem namiotu dookoła dał spokojny sen bez troski, że porwie namiot razem z nami,
chodby nie wiem jak wiało. Idealne byłyby szable śnieżne – takie duraluminiowe kątowniki,
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
30 | S t r o n a
długości około pół metra, używane także do budowy stanowisk i asekuracji, jednak ich cena
jest grubo przesadzona. Długie śledzie sprawiły się wystarczająco dobrze, chod gdyby były
dłuższe, byłyby jeszcze pewniejsze. Resztę namiot nadrobił fartuchami i geodezyjną
konstrukcją. Jakby tego jeszcze było mało, to razem z wiatrem pada śnieg, a raczej takie
pozbijane kulki wielkości porzeczek. Trudno je nazwad śniegiem, a na grad też trochę za
lekkie. Dodatnia temperatura przed nocą sprawia, że częśd z nich topnieje, przez co po
zamarznięciu znakomicie oblepiają cały sprzęt, który nie zmieścił się pod namiotem. Padając
na wietrze tłuką tak głośno o tropik, że nie jestem pewien czy to deszcz, czy grad i jestem
niepewny warunków jutro. Stad mnie było tylko na wystawienie na chwilę ręki na zewnątrz
namiotu z aerometrem. Zmierzyłem wiatr w porywach do 86km/h. Noc, jeszcze z jedną tylko
matą, nie będzie przyjemna. Grzesiek z Rafałem też narzekali na zimno od podłogi już pod
Tete. Tej nocy Grzesiek wpadł jednak na genialny pomysł rozwinięcia liny pod matę i się
sprawdził. Spało się im znacznie lepiej niż poprzedniego dnia.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 31
Dzień 6 – 17 lipca 2010 (sobota) – Atak szczytowy, 4810m n.p.m.
Drzemałem dośd lekkim snem, toteż szmer w sąsiednim namiocie i chrzęst butów
o śnieg obudził mnie, może minutę przed pierwszą. Dzwoniący budzik w telefonie
i jednocześnie w zegarku, utwierdził mnie w przekonaniu, że już nadszedł czas. Jeszcze nie
wyszedłem z namiotu, gdy Krzysztof pyta czy idziemy. Na zewnątrz jest gęsta mgła, niemal
bezwietrznie, widocznośd na kilka metrów. Śnieg jest sypki, miękki i trudno będzie w nim
chodzid. Sprawdzam w zegarku wykres zmiany ciśnienia atmosferycznego przez noc –
niestety stałe, trudno wnioskowad z tego poprawę. Kuba też stawił się punktualnie. Pytamy,
co myśli - ma te same obserwacje, nie napawa to optymizmem. Chcę jeszcze zapytad
chłopaków o zdanie, podobno mieli budzik nastawiony na 1:00 ale na wołanie pod ich
namiotem odpowiedziała mi cisza i ciemnośd. Stoimy tak chwilę we trójkę, w koocu z żalem
odkładamy decyzję na atak. Będziemy czuwad, jeśli jakaś ekipa uderzy na przód, pójdziemy
za nimi. Lekko odleciałem prawie drzemiąc, gdy Krzysztof znowu wyszedł przed namiot
i znowu pyta czy idziemy. Była trzecia rano. Nie chciało mi się wychodzid, zapytałem
o warunki. Dostałem odpowiedź, że lekko się przejaśniło i widad Chamonix w dole. Nim
zdążyłem coś powiedzied, najbardziej leniwa Kaśka mnie ubiegła odpowiadając, że czekamy
do rana. Zgodziłem się, bo nie słyszałem jeszcze żeby jakaś ekipa ruszyła na atak, chod
szkoda, że wtedy nie ruszyliśmy. Nie byłem tu wcześniej, bałem się trochę o widocznośd
ścieżki. Poza tym, jeśli Francuzi czytający te ich prognozy w schronisku, nie decydują się
wychodzid, to my nie znając warunków, też nie chcieliśmy się wyrywad do przodu.
Tym razem już nie śpię, jestem zły. Na domiar złego jest zimno, mokro i znowu zerwał
się lekki wiatr. Akurat przez ostatnie dni pogoda była idealna, a gdy już tu jesteśmy musiało
się tak popsud. Pomiędzy podmuchami coraz silniejszego wiatru wydaje mi się, że jakaś ekipa
idzie na górę, ale to może tylko złudzenie - słyszę tylko to, co chcę słyszed. Nie dalej niż 15
minut później, widzę już wyraźnie światło czołówki omiatające namiot i słyszę głosy, że ktoś
jednak ruszył, szaleocy? Czy może jest nadzieja? Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Waham się,
czy wstawad czy nie, w koocu czekam dalej. Chwilę później następna ekipa, mówią po
francusku. Teraz jestem już pewien, że nie jesteśmy sami! Tych ekip będzie więcej. Ubieram
się, Kaśka się obudziła, zaczęła najbardziej marudzid, że nie, że czekamy do rana. Twardo
dałem jej 5 minut na ubranie, albo nie idzie. Wychodzę i widzę kolejną ekipę dwuosobową.
Powiązani liną, w jaskrawym świetle czołówek powoli, w ciszy idą na szczyt. Budzę szybko
Krzysztofa i drugą Kaśkę, Ci nie protestują. Myślałem, że najtrudniej będzie obudzid
i przekonad chłopaków, ale gdy odsunąłem ich namiot, zbudzony Rafał tylko spokojnie
zapytał: ”Jo, żabojady już ruszyły?”. Twierdzi, że w 15 minut będą gotowi. Była 4:22, gdy
podszedłem pod namiot zespołu Weroniki zapytad jeszcze zaspanym i cichym głosem Kuby,
czy idzie z nami. Stwierdził, że rezygnuje, bo dziś rano chcą schodzid na dół i nie zdąży wrócid
na czas.
Przed piątą rano byliśmy już w drodze. To późna pora na atak, wszystkie wysokie góry
lepiej szturmowad w nocy. W dzieo ostre słooce roztapia śnieg, przez co mosty nad
szczelinami i sam śnieg zapada się pod ciężarem. Po szybkim szkoleniu żeby pilnowad liny,
nie brad zwojów do ręki, nie deptad i obserwowad partnera przed sobą stworzyliśmy dwa
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
32 | S t r o n a
zespoły. Byliśmy gotowi, jako pierwsi. Na początku poszedł najcięższy z nas, czyli Krzysztof,
potem bardzo lekka Kaśka z Gdaoska, na koocu ja, jako najbardziej obeznany w technice
linowej z tej trzyosobowej ekipy.
Wyszedłem z prostego,
chod dośd brutalnego
założenia, jeśli Krzysztof
przez coś przejdzie i się
nie zapadnie, to my też
bezpiecznie przejdziemy.
Wziąłem jeszcze rezerwę
dobrych 10 metrów liny
w zwój na ramię, żeby
zbudowad wyciągarkę w
razie czego. Chwilę za
nami wyszedł Grzesiek,
druga Kaśka i Rafał, jako
kolejny zespół. Zaczęliśmy wolno z przerwami piąd się granią na wierzchołek Dome du Gouter
(4304m n.p.m.), gdzie nieopodal swój początek mają największe lodowce masywu - po
prawej Bionnassay, po lewej Taconnaz schodzący na sam dół, aż do Chamonix. Mijamy
pierwsze duże szczeliny w śniegu. Niektóre niebezpiecznie blisko ścieżki i głębokie na tyle, że
świecąc czołówką nie widzę dna. Dwa razy wspinamy się też na dośd duże stopnie lodowe.
Wysokie, ale niestanowiące większej przeszkody, gdy idzie się w rakach. Gdy je zobaczyłem,
pierwszy z nich od razu nazwałem mini uskokiem Hilarego. Jakby był kilka razy wyższy,
przypominałby bardzo ten spod Everestu. Po godzinie śnieżnej drogi skręcamy tuż przed
szczytem Gouter i wchodzimy na szerokie, lekko pochyłe siodło Col duDome.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 33
Mijają nas dwie francuskie ekipy powoli schodzące na dół, sądząc po minie i bardzo
wolnym tempie zawróciły. Jeden Francuz, co chwilę się potyka, widad nie czuje się najlepiej.
Obydwie ekipy idą z przewodnikami i z tego, co zauważyłem jest takich ekip tutaj bardzo
dużo. Najczęściej są to francuskie ekipy, ale nie brak też Amerykanów. Zupełnie tylko nie
rozumiem nagminnie stosowanej techniki asekuracji krótką liną. Jeden przewodnik może
wziąd maksymalnie 3 osoby, przy czym cała lina jaką posiada, to maks 15m. Wygląda to tak,
że taki przewodnik idzie pierwszy, w ręku trzyma luźno zwój liny, tak z pięd metrów, a potem
w odstępie dwóch, trzech metrów przywiązanych ma kolejnych klientów. Jakie popełnia
błędy? Karygodne! Bo najbardziej doświadczony człowiek powinien iśd ostatni, obserwowad
członków przed sobą i w razie upadku do szczeliny działad. Dalej, trzymanie liny w ręku też
jest niedopuszczalne. Gdyby tak wpadł do szczeliny, to lina mu się swobodnie z ręki rozwinie
i nie wytłumi upadku. W koocu zalecany odstęp między dwoma członkami na linie to 20m.,
a w zespole wieloosobowym 8 – 15m. Tylko wtedy lina dynamiczna ma jakieś zastosowanie
w wytłumieniu upadku. Asekuracja na krótkiej, napiętej linie ma wytłumaczenie tylko
na łatwym śnieżnym terenie, a tutaj takiego brak. Owszem, teren powyżej Vallota jest mniej
usiany szczelinami niż poniżej grani Bosses, ale to jest droga czubkiem naprawdę stromej
grani w ekspozycji. Potknięcie i ześlizgnięcie się jednego członka w takim zespole powoduje,
że reszta automatycznie poleci za nim, no może poza przewodnikiem. Ten zdąży wypuścid
linę, byd może rzucid się w drugą stronę, ale pytaniem jest, czy przezwycięży tym ciężar
trzech rozpędzonych klientów? Może nie jestem długoletnim alpinistą, czy kimś, kto się
uważa za lepszego niż ci przewodnicy, ale naprawdę niech mi ktoś wytłumaczy co oni robią,
bo według mnie byli tu już za dużo razy i przez to bagatelizują niebezpieczeostwo.
Obserwując ich, naprawdę wolałbym iśd sam, niż z takim przewodnikiem.
Jeszcze zanim mijamy grao i zaczynamy się obniżad, robimy przerwę. Kaśce z mojego
zespołu nie idzie to za dobrze, robi duże przerwy i mówi, że przestaje czud dłonie. Jeszcze
trochę i zupełnie je odmrozi. Dogania nas drugi zespół i wymieniamy jej rękawiczki na suche.
Te obecne, zupełnie się nie nadają do czegokolwiek. Idziemy dalej, obniżamy się coraz
bardziej siodłem. Widocznośd się znacznie poprawia, wychodzi słooce i w oddali widad już
awaryjny schron Refuge-Bivouac Vallot z fragmentem stromego podejścia do niego. Jest
siódma rano, powinniśmy o tej porze już byd na szczycie, ale nikt chyba nie przewidział takiej
poprawy warunków. Szczyt przesłania mała chmura, a wiejący wiatr tworzy na czubku grani
fantastyczny i długi pióropusz rozwianego śniegu. Trochę bałem się o widocznośd drogi, ale
było to zupełnie nieuzasadnione. Żeby latem nie było jej widad potrzebne są naprawdę
solidne opady śniegu. Przez całą drogę prowadzi dobrze wydeptana, ubita ścieżka, głęboka
na jakieś 30cm w stosunku do otoczenia. Idzie się nią ciężko, chyba że wyruszymy nocą jako
pierwsi. Po przejściu paru ekip zmrożony śnieg jest tak zorany rakami, że tworzy grubą
warstwę sypkich kryształków lodu. Miejscami warstwa jest tak gruba, że rak w bardziej
stromym terenie nie znajdzie oparcia i nie raz noga może nam kawałek pojechad. Wyjściem
jest iśd poza ścieżką, ale na płaskim terenie, co parę kroków noga zapada nam się w dośd
głęboki śnieg. Natomiast na stromym podejściu jest tak zlodowacony, że pomimo ostrych
raków czułem się trochę niepewnie i wybrałem mozolne podejście w ścieżce.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
34 | S t r o n a
W przejaśnieniach widad drogę prawie na samą górę. Zdjęcie na okładce przedstawia
naszą obecną sytuację.
Schron położony jest w połowie drogi (w pionie) na szczyt z Goutera i ma bardzo
dobrą lokalizację. Sądzę, że gdyby go nie było, to Mont Blanc pochłonąłby dużo więcej ofiar.
Jedno tylko jest zastanawiające, schron musieli w ostatnich latach bardzo odremontowad lub
postawid zupełnie nowy.
Z relacji
i zdjęd
z poprzednich
lat
pamiętam tylko jedną,
bardzo brudną szopę a to,
co zastaliśmy na miejscu
jest jak nowe. Cały schron
jest
z solidnej
blachy.
W środku, na ścianie jest
radio alarmowe i nawet
komora
dekompresyjna
zasilana baterią słoneczną
i akumulatorami.
W przypadku, gdyby z kimś
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 35
było bardzo źle na skutek zbyt szybkiej zmiany ciśnienia, można wezwad pomoc i otrzymamy
szyfr otwierający zamek na komorze. W schronie oficjalnie nie można nocowad
i wykorzystywany jest tylko do celów awaryjnych, ale nie przemawia to do kolejnych
zespołów, które wykorzystują go, jako darmową noclegownię blisko szczytu. Tylko wracając
z góry spotkaliśmy dwójkę (niestety Polaków), którzy zupełnie bez asekuracji, na luzie, szli na
nocleg do Vallota. Takich też tu nie brakuje, wystarczy zresztą w Google wpisad frazę: „w
Alpach zginął Polak”, a dostaniemy całe mnóstwo wyników i artykułów z ostatnich lat.
Zdecydowaną większośd ofiar stanowią ludzie bez asekuracji, bez liny i bez wiedzy na temat
zagrożeo w takim terenie. Wielu idzie na hura, bo przeczytali, że Mont Blanc jest prosty do
zdobycia.
Spędzamy w schronie może pół godziny odpoczywając nieco i jedząc śniadanie
złożone głównie ze słodkich rzeczy. Jesteśmy na 4373m n.p.m. i czud bardzo tę wysokośd.
Myślimy nad reorganizacją. Obserwując tempo Kaśki z Gdaoska i jej kłopoty, chciałem ją tutaj
zostawid na czas ataku szczytowego. Teraz dodatkowo cała się trzęsie z zimna, ale powoli
dochodzi do siebie po śniadaniu i chce iśd dalej. Druga Kaśka też za szybka nie jest, chod
właściwie nie wiele wolniejsza od nas i twierdzi, że czuje się dobrze. Krzysztof nie ma wielkiej
determinacji na dalszy atak i oferuje, że może z nimi zejśd do obozu. Wyraźnie przy tym
nalega i mówi, że ktoś musi podjąd jakąś twardą decyzję, patrząc przy tym na mnie, jakbym
jednym słowem miał dziewczynom odebrad możliwośd zdobycia najwyższego szczytu
w Europie. Długo się nie zastanawiam: Dobra, idziecie, ale Kaśka (do tej z Gdaoska), mam Cię
na oku, gdy tylko coś będzie nie tak, to się odłączacie i z Krzysztofem schodzicie na dół bez
słowa. Obie Kaśki się zgodziły a ja poszedłem dalej, jako ostatni. Idziemy nadal w dwóch
zespołach, ale ze zmienioną kolejnością. Teraz mój zespół wspina się jako drugi.
Przed nami wbiła się tylko jedna grupka emerytów z przewodnikiem i mozolnie pną
się do góry. Co się z nimi potem stało nikt nie wie - znikli gdzieś po drodze. Nie dalej niż 100
metrów nad Vallotem Grzesiek się zatrzymuje i woła: „muszę wracad, bo rąk nie czuje
i zrobię sobie kuku”. Szczerze podziwiam go za tak racjonalną decyzję, nie forsował się na
siłę. Przy tym poziomie tlenu jest dużo łatwiej o odmrożenia. Grzesiek się odpina, zabiera
jedną linę i schodzi na dół. W piątkę bezpieczniej będzie w jednym zespole, więc dwie osoby
wpinają się między nas. Kontrolnie tylko pytam Kaśki o samopoczucie – twierdzą, że ok.
Myślałem, że będzie gorzej, cieszy mnie to. Krzysztof też w porządku, Rafała tylko pytad nie
muszę. Cieszę się, że jest, bo jako nawet bardziej doświadczony ode mnie, wiedziałby co
robid, gdyby ktoś wpadł do szczeliny. Był też chyba największym optymistą i szczerze, gdyby
nie on, to nie wiem czy bym nie zawrócił, tym bardziej, że warunki zaczęły się bardzo
pogarszad.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
36 | S t r o n a
Wspinamy się stromą granią Bosses, chwilami w dośd dużej ekspozycji. Jesteśmy już
dobre 200m. nad Vallotem w połowie drogi na szczyt, gdy przywiana wiatrem nadeszła dośd
duża chmura. Widocznośd, która jeszcze przed chwilą była dośd dobra, teraz tak się popsuła,
że ledwo widzę we mgle Krzysztofa, który jest 40 metrów na przedzie. Do tego zaczęło tak
intensywnie wiad i huczed, że nawet Rafał się odwrócił w pewnym momencie podczas
krótkiej przerwy i zapytał, czy też mam wrażenie, że nad nami lata helikopter? Aerometr
przypięty na zewnątrz do kurtki wskazał w porywach do 80km/h, co przy -1ᴼC dało
temperaturę odczuwalną (indeks WindChill) na poziomie -12 stopni. Na wszystkim, co
mieliśmy zaczął osiadad szron i im dalej, tym było go więcej. Jesteśmy jak śnieżne bałwany.
Na linie pomiędzy nami zaczęły wyrastad fantastyczne lodowe nitki, a koniec wystający
z węzła na mojej uprzęży, zupełnie zalodziło dośd twardym do zgryzienia kawałkiem lodu.
Przerwy robimy dośd krótkie i tylko na uregulowanie oddechu. Stanie dłużej w takich
warunkach bardzo wychładza.
Na szczycie, w kierunku którego idziemy, działy się już różne rzeczy. Wchodzili tu
amatorzy, profesjonaliści, nawet niepełnosprawni. Czytałem relację, gdzie odprawiano na
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 37
wierzchołku Mszę Świętą. Jeszcze inną, gdzie jeden z uczestników wniósł saksofon, ale chyba
nic nie przebije jacuzzi5. 13 Września 2007r. wcześnie rano, na szczyt ruszyła
dwudziestoosobowa ekipa, niosąc kilkaset kilogramów ekwipunku. Trafili na idealną pogodę.
Na szczycie (przy ujemnej temperaturze), najpierw stopili śnieg, potem podgrzali do prawie
40°C i urządzili imprezę z szampanem. Całośd opisali na stronie internetowej poświęconej
wyprawie i szkoda tylko, że nie zostawili tego basenu na górze.
Do jeszcze bardziej szalonych można zaliczyd pomysł Marco Evaristtina, duoskiego
artysty. W 2007r. chciał pomalowad szczyt na różowo. PGHM zatrzymał go na wysokości
3400m n.p.m. i zwiózł helikopterem do Chamonix po tym, jak na próbę pomalował fragment
lodu. Tłumaczył, że „chciał zmienić go w różową górę i ogłosić niepodległe paostwo”. Miało
mu pomagad 15 osób, niosąc w sumie 1200 litrów ekologicznej farby na bazie wyciągu
z malin. Nie był to też jego pierwszy występ, bo w 2004r. pomalował lodowiec na Grenlandii,
chcąc zwrócid uwagę na kwestie ochrony środowiska, ale w taki sposób?
My na szczyt nie wnieśliśmy nawet polskiej flagi, nie malowaliśmy go na różowo, nie
rozłożyliśmy Jacuzzi, chod mieliśmy pomysł na saunę i nawet długo na nim nie zabawiliśmy.
Zegarka tego dnia jak na złośd nie skalibrowałem, bo zapomniałem i błędnie obliczał
wysokośd. Gdy według niego mieliśmy jeszcze 180m do wierzchołka, minęliśmy pierwszą
ekipę (3 osoby), która zdobyła szczyt tego dnia. Zapytani ile jeszcze, odpowiedzieli, że
dziesięd minut. Czas bardzo się dłużył, teren powoli przechodził ze stromego w bardziej
płaski, jednak wysokośd cały czas rosła. Monotonnośd tego podejścia wykaoczała. Starłem się
nie myśled ile jeszcze przed nami, ale skupiad na kolejnych krokach i bardzo ważnym,
głębokim oddechu. Czułem duże niedotlenienie, chod na szczęście nie wpływało to
szczególnie na kondycję. Druga schodząca ekipa (2 osoby), jeszcze z uśmiechem na ustach, że
im się udało, odpowiedziała, że do szczytu zostało tylko dwie minuty. To niemal już a na
5
www.jaccuzzi.ch - Jaccuzzi Mont-Blanc Expedition 2007
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
38 | S t r o n a
wysokościomierzu miałem jeszcze 70m do przejścia. Jako ostatni w zespole, cały czas
starałem się obserwowad Krzysztofa idącego z przodu i dopóki był nade mną, wiedziałem, że
to jeszcze nie koniec. W pewnym momencie niemal wyrównaliśmy
poziom i zobaczyłem, że idąc dalej, zaczął się trochę obniżad
w stosunku do mnie. Niemal równocześnie z Rafałem krzyknąłem:
stójcie, to już! Nie dalej niż parę metrów zobaczyłem kawałek kija
wbitego w śnieg, co chyba zostało oznaczone, jako szczyt góry,
nareszcie!
Krzysztof ze szczęścia dostał ataku śmiechu, położył się na
śniegu i dobrą chwilę nie wstawał. Nawet wiatr się na chwilę uspokoił
i zwolnił do 30km/h, a Rafał starał się to wszystko filmowad kamerą.
Dziewczyny były bardziej zdziwione niż szczęśliwe, że to jest koniec
i dalej nie idziemy, a ja też nie odczułem nawet jakiejś szczególnej
euforii, czy zadowolenia ze zdobycia długo oczekiwanej góry.
Pamiętałem tylko żeby jak najszybciej zrobid wszystkie pomiary.
Zrzucid ekran z GPSu ze współrzędnymi na dowód, jeśli baterie na
mrozie wytrzymają. Zmierzyd ciśnienie, wiatr, temperaturę, zapisad
wszystko, zrobid parę zdjęd całej ekipy i ze względu na warunki jak najszybciej schodzid na
dół. Długopis zamarzł, ale jakoś udało mi się odcisnąd na papierze 571hPa odnotowanego
ciśnienia. GPS na pierwszą triangulację znalazł sygnał z ośmiu satelit, wysoko na widnokręgu,
więc wysokośd obliczył mało dokładnie na 4827,4m n.p.m. Warunki nie były sprzyjające i nie
chciało mi się czekad na lepszy sygnał. Ważne, że pozycja była dobra. Aparat rzuciłem na
plecak, na śniegu i ustawiłem na samowyzwalacz. 17 lipca 2010r. o godzinie 10:48, jako
jedna z trzech ekip tego dnia, zdobyliśmy dach Europy. Jako wyczyn to bardzo dużo, tylko
widocznośd nam niestety nie dopisała.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 39
Totalna euforia dopadła mnie później, podczas monotonii schodzenia. Trwałem w niej
jeszcze, gdy dotarliśmy do Vallota. Usiadłem tylko opierając głowę na rękach. Nawet mi się
nie chciało z nikim gadad, nawet się nie uśmiechałem, ale czułem się w środku totalnie
spełniony i szczęśliwy. Tyle miesięcy czytania, planowania, przygotowao, zakupów
i nareszcie. Wątpiłem czy uda nam się tego dokonad. Szczególnie, gdy wiatr się nasilał
i widocznośd też się totalnie załamała. Przypomniały mi się słowa jakiejś piosenki: „to
wszystko miało cel i otom jest u celu”. To nie jest jak żadna inna wycieczka. Zwykłą wycieczkę
się przechodzi, jakoś przeżywa, potem wspomina. Tutaj wszystko, co przeszliśmy prowadzi
do jednego celu i jeśli go osiągniemy, będziemy zdobywcami. Stanięcie na szczycie jest
punktem kulminacyjnym, a dla tego uczucia spełnienia warto było to zrobid.
Weszła nas piątka, w sumie jakby nie było, z dziewięciu początkowo chętnych osób
i z sześciu w naszej grupie. Ogólnie przyjęło się, że Mont Blanc jest prostą górą do zdobycia.
Już po przejściu całej tej drogi przyznam, że faktycznie jest to prosta góra, ale jednocześnie
może byd niebezpieczna i jednak potrafi zmęczyd. Czas podejścia na ten szczyt mnie
zaskoczył. Nie sądziłem, że droga na górę zajmie nam (wprawdzie z przerwami) niemal
siedem godzin. Niewątpliwy minus, to na pewno mgła, chod w drodze na dół, może 100
metrów poniżej szczytu, na chwile rozwiało chmury i przez minutę widzieliśmy fragmenty
naprawdę fantastycznego krajobrazu dookoła. Wystarczyło, żeby na dodatkowy dowód
sfotografowad grao szczytu, którą jeszcze przed chwilą wchodziliśmy. Plusem natomiast jest
to, że na szczycie byliśmy sami. Podejście w ciężkich warunkach, niewątpliwie kosztowało,
ale mied dach Europy tylko dla siebie – bezcenne . Dziś przy dobrych warunkach, na szczyt
dziennie uderzają dziesiątki osób. Dodatkowo brak jakiegokolwiek parku narodowego
i uzyskiwania trudnych pozwoleo na wejście sprawia, że jest ona dostępna niemal dla
każdego śmiertelnika. Te atuty powodują, że rok rocznie, hordy turystów ciągną na szczyt.
Jednak poza ludźmi jak my, dobrze przygotowanymi, wyposażonymi i planującymi wyjazd
dużo wcześniej, idą tutaj też kompletni amatorzy. Ludzie zupełnie bez przygotowania
i sprzętu. Według statystyk przeprowadzonych raz przez PGHM, tylko połowa tych turystów
ma jakiekolwiek pojęcie o górach i sprzęcie, co zresztą dobrze widad po ilości komercyjnych
wycieczek z przewodnikiem i liczbie ofiar. Według moich obserwacji, tutaj znacznie więcej
ludzi jest zupełnie, lub prawie zupełnie nieprzygotowanych. Tak jak w polskich Tatrach ciągle
nie brakuje turystów w klapkach, tak tutaj nie brakuje ludzi samych pchających się na górę
z takim poziomem wiedzy, że nawet mi ich nie szkoda, gdy giną. Pierwszego dnia, gdy
byliśmy na kempingu, Rafał z Grześkiem poznali Słowaków. Gdy opuszczali pole przyszli się
pytad chłopaków, czy może wiedzą którędy najlepiej wejśd na Blanca i czy potrzebne są tam
raki? Trudno mi wyrazid słowami, co czułem, gdy usłyszałem, o co pytają. Taką konsternację?
Zmieszanie? To ja tu kroję wyprawę tyle czasu, myśląc o niej, planując i czytając, co mi tylko
wpadnie w ręce, a Ci przyjechali na hura i „ej …potrzebne raki?”. Chod na dobrą sprawę
spośród wszystkich wcześniejszych relacji, jakie przeczytałem, była też jedna ekipa bez nich.
Oczywiście da się to zrobid, ale jak przypomnę sobie te chwilami strome podejścia, to jak
lubię ekstremalne doznania, tak nie odważyłbym się wchodzid na tą górę w zwykłych butach.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
40 | S t r o n a
To już bardziej podchodzi pod kategorię głupoty. Człowiek do gór, szczególnie tych wysokich,
powinien mied pewien szacunek, niektórym brak go nawet dla samego siebie.
Jeszcze niedawno, w kurortach otaczających masyw, można było dostad ulotkę
ostrzegającą potencjalnych turystów, że góra jest niebezpieczna bez odpowiedniego
przygotowania i sprzętu. Nie powstrzymuje to jednak kolejnych fal zdobywców, chcących
podbid dach Europy, podczas szybkiej weekendowej wycieczki. Cóż, niektórym się to udaje,
ale nie wszystkim. Znalazłem informacje, że średnio w sezonie giną tutaj dwie osoby na
tydzieo, a całkowitą liczbę ofiar szacuje się już na 7-8 tysięcy! Na zdrowy rozsądek, trudno się
zgodzid z prawdziwością tak wielkich liczb. Nie wiem też, czy ktoś monitoruje od początku
liczbę ofiar. Jednak niestety dane PGHMu to potwierdzają. Na swojej oficjalnej stronie
internetowej publikują statystyki i w samym tylko 2003r. ofiar śmiertelnych w całym
masywie było 75, a wszystkich interwencji do wypadków 1421. Jeśli podzielimy to przez 51
tygodni w roku i przyjmiemy nieliniową skalę dla sezonu turystycznego, to te informacje się
zgodzą – dwie ofiary na tydzieo. Łatwo też policzyd, że samych wypadków i interwencji
mamy prawie cztery dziennie. Masyw pod tym względem jest bez wątpienia najwyżej
w rankingu i paradoksalnie, pomimo swojej prostoty, Mont Blanc jest szczytem, na którym
zginęło najwięcej ludzi w historii alpinizmu.
Nam szczęśliwie udało się dokonad wejścia i co najważniejsze zejścia, najtrudniejsze
już za nami. Chyba dobre pół godziny spędzamy w schronie zjadając, kto co jeszcze ma
i szczególnie się nie spiesząc. Ja dalej nie mogę się ocknąd ze swojego stanu duchowej
nirwany. Wracamy też już, jako jeden zespół. Gdy dochodzimy na miejsce kempingu, po
namiotach Weroniki została już tylko platforma, a nasze stoją całe i nieruszone. Rzucam
hasło, że może odpoczniemy dwie godziny i ruszamy na dół, ale Krzysztof, jako pierwszy
oznajmia, że dziś już nigdzie się nie ruszy. Kaśki również marudzą i chcą odpocząd, a Rafał
i Grzesiek, czyli Ci, którzy mieli jeszcze parę dni temu największe ambicje schodzenia w ten
sam dzieo, też coś pomysłu nie podzielają. W rezultacie wbijamy się do schroniska
i oczekujemy na wieczór, niemal leżąc na stołach. Jest jeszcze przed 16, więc zamawiamy to
wczorajsze nietrafione spaghetti za 13€ porcja. Drugiej Kaśce udało się w koocu rozmienid
banknot 500€ i tym samym pozbawiła nas najlepszego dowcipu przez ostatnie dni: „Pożyczę
Ci 500€”. Na dobrą sprawę dziś jest piąty dzieo i nareszcie tego dokonała, bardziej za pomocą
miny „kotka ze Shreka”. Kasjerka strasznie kręciła głową, mówiła coś po francusku pod
nosem i trzy razy powiedziała: „u la la”, szukając reszty po szufladzie. Człowiek tutaj z takim
banknotem, jest jak bez pieniędzy. Nigdzie nie chcieli nam z tego wydad, a na stacjach
benzynowych są nawet wywieszki z przekreślonym banknotem 500 – nie przyjmują.
Krzysztof obiecał, że jak to się komuś uda, to stawia mu piwo, ale ogarnięty jeszcze euforią
po zdobyciu szczytu, postawił piwo nam wszystkim. Za jedną puszkę płaci 5€. Ceny są
kosmiczne, po zejściu na dół wypatrzyłem w naszym ulubionym markecie te same puszki, za
5,25€ ale w zgrzewce 6 sztuk.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 41
W międzyczasie wybieram się do przedziwnej toalety w schronisku. Samo zejście do
niej prowadzi po kracie, przez którą można podziwiad całkiem niezłe widoki w dole. Podłoga
w toalecie jest solidna, ale wystarczy wejśd do jakiejś kabiny, żeby w otworze zobaczyd
dobrych parę metrów spadu na jakąś półkę, gdzie przechowują fekalia. Z otworu cały czas
podwiewa zimny wiatr, a samo korzystanie też jest zagadkowe. Sedesu tak właściwie nie ma,
jest coś z blachy na kształt litery V z dwoma uchwytami. Żeby skorzystad z tej toalety,
musimy tak wcisnąd się w tą szczelinę,
jednocześnie przytrzymując rękami dwóch
uchwytów po bokach. Mnie się to udało, ale
ktoś z większym tyłem miałby problem. Całośd
sprawia wrażenie, jak z jakiejś kosmicznej gry
komputerowej. Odgłosy echa chodzenia po
stalowej konstrukcji, wiatr wyjący pomiędzy
kabinami, a najciekawsza w tym wszystkim
jest instrukcja na drzwiach. Tak jakby poza
ludźmi, obcy z innych planet też korzystali
z tych toalet. Jeszcze zrozumiem żeby nie
włazid z buciorami na krawędź i nie robid tego
na stojąco z jakichś powodów, ale zakaz
łowienia na wędkę mnie zawiesił.
Będąc jeszcze w schronisku włączam na chwilę telefon. Weronika raportuje, że udało
im się dotrzed na dół, że było bardzo ciężko i żebyśmy się koniecznie wpięli w poręczówkę
przy przechodzeniu źlebem. Szczerze, to już dziś bym chętnie zszedł na dół, ale nikomu się
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
42 | S t r o n a
jakoś nie chce, więc czeka nas jeszcze jedna noc na lodzie. Grzesiek rzuca, że już wie jak czują
się bezdomni. Siedzimy tak w tym schronisku i czekamy aż nas wygonią, bo do namiotu
nikomu nie chce się iśd. Tam jest dalej zimno, wszystko jest mokre, zmrożone i w ogóle
niefajnie, a mnie brak maty do
datkowo demotywuje. Planowo zamykają o 20:30 i o tej
godzinie przenosimy się do namiotów. Niemal natychmiast zagrzebujemy się w śpiwory,
próbując jakoś przetrwad tą noc. O dziwo, mimo spania pół na macie, pół na rzeczach
porozkładanych na podłodze, średnio izolujących od lodu, udaje mi się w miarę spokojnie
i tylko z paroma przebudzeniami przedrzemad do rana. Komfortowe to nie było, ale
spodziewałem się więcej bezsennych godzin.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 43
Dzień 7 – 18 lipca 2010 (niedziela) – Les Houches, 972m n.p.m.
O szóstej rano obudził mnie lodowy prysznic na twarz, gdy próbowałem zmienid
pozycję w śpiworze i zahaczyłem o sypialnie namiotu. Gdy otwarłem oczy niemal nie
uwierzyłem, że cały sufit od wewnątrz był oszroniony. Temperatura musiała w nocy spaśd
dużo poniżej zera. Do tego wiało dośd mocno, co tym bardziej potęgowało zimno. Szybko się
ubrałem we wszystko, co miałem dostępne i wyszedłem przed namiot mierzyd i zapisywad.
Chwilę walczyłem jeszcze z oderwaniem butów od podłoża, gdyż nieźle przymarzły, mimo, że
były pod tropikiem. Nie miałem najgorzej, przynajmniej w środku były suche. Widok, jaki
miałem przed sobą po wyjściu z namiotu był fantastyczny. Nie dalej niż kilkaset metrów
poniżej grani, zaczynał się biały dywan z chmur, gęsty i nieprzejrzysty, z którego tylko
gdzieniegdzie w porannym słoocu wystawały najwyższe szczyty. Przy tym widocznośd aż po
najdalszy horyzont. Porwałem aparat i dobudziłem resztę słowami: „szybko, musicie to
zobaczyd”.
W tym też momencie pomyślałem z nostalgią o wszystkich ekipach, które dziś rano
wyruszyły na atak szczytowy. Jeśli uda im się przetrwad silny wiatr i niską temperaturę, to
widok z Mont Blanc musi byd dziś fantastyczny.
Cały wieczór i noc intensywnie wiało, do tego w nocy padały znowu te porzeczki.
Temperatura musiała byd jeszcze dodatnia, bo częśd z nich stopniała tworząc miejscami
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
44 | S t r o n a
wodnisty, zbity śnieg, który potem zamarzł. W dwóch miejscach na namiocie świeciły się
dośd duże bryły, takiego zwartego lodu. Rafał wkładając porządnie zmrożone buty, bał się,
żeby się nie złamały w pół. Kaśka lód miała nie tylko na butach, ale i w środku. Grzesiek nie
zrobił tego poranka żadnego zdjęcia, przez noc zamarzła mu migawka w aparacie. Potem
przyszedł pożyczyd czekan od Krzysztofa, bo swoich dwóch nie potrafili odkud z lodu. Zaczęło
się mozolne wydobywanie całego sprzętu pozostawionego na zewnątrz i w tym również
namiotów, a przynajmniej fartuchów przeciwśnieżnych, które tak pieczołowicie
obsypywaliśmy śniegiem dzieo wcześniej. Teraz śnieg zmienił się w lód. Mnie się udało to bez
szwanku, ale Krzysztof uszkodził czekanem fartuch swojego namiotu w dwóch miejscach.
Pakowanie tego wszystkiego było straszne. Walcząc z wiatrem udało mi się jakoś pozwijad
cały namiot, ale zmrożony i oblodzony zajmował o 50% więcej miejsca niż normalnie,
a o ciężarze już nie wspomnę. Z uwagi na silny wiatr zdecydowaliśmy, że śniadanie zjemy
w schronisku i nawet chłopaki, którym zwykle proceder pakowania zajmował najdłużej,
potrafili się tego dnia złożyd najszybciej, zaraz po mnie.
W Gouter mieliśmy chwilę czasu dla siebie. Każdy wyłożył, co jeszcze miał do
jedzenia, z czego Kaśce i Krzyśkowi została jeszcze tego jedzenia dośd pokaźna ilośd. Chłopaki
mieli jeszcze paczkę musli, a ja z pierwszą Kaśką mieliśmy jeszcze po chioskiej zupce, której
i tak nie zjedliśmy z uwagi na brak wrzątku. W całej tej metalowej budzie, jaką to nazywają
„schroniskiem”, nie można gotowad wody, ani nawet dostad zagotowanej. Sama herbata
podawana w misce (?) kosztuje tyle, co puszka piwa – 5€. Za to suchym musli Grześka tak się
najadłem, że wystarczyło mi spokojnie do samego wieczora. Nawet nie wziąłem żadnego
zapasu wody na całą drogę, tylko dwukrotnie pijąc trochę ze strumienia po drodze.
O 8:30 byłem już w drodze na dół, bo wyruszyliśmy w grupkach. Pierwszy uderzył
Grzesiek, zaraz za nim ja i Rafał, też podobnie jak on, narzekając trochę na kolano i na koocu
Kaśki z Krzysztofem. 200m niżej mijam po drodze jakiegoś turystę, ten patrzy na mnie, na
logo HiMountain na kurtce:
-Turysta: Dzieo Dobry,
-Ja: Dobry,
-T: Kaczor to z waszej ekipy? 
-J: O, a skąd go pan zna? 
-T: A bo mam przekazad dziewczynie w czerwonej czapce, że „Kaczor na was nie czeka”,
-J: A Kaśka, spotka ją pan trochę wyżej, dziękuję.
Po niecałej godzinie od wyruszenia dotarłem już do miejsca na grani, gdzie dobrze
było widad Grand Culuoir. Tego dnia był nadzwyczaj aktywny, w sensie, że więcej czasu
leciały kamienie, a chwile ciszy zdarzały się rzadko. W pewnym momencie słyszę krzyki,
wychylam się nad grao i widzę jak jeden z turystów potknąwszy się, sunie dośd szybko na dół.
Jak się sekundę później okazało, był spięty liną z drugim, którego pociągnął za sobą.
Następnie lina pociągnięta przez karabioczyk wpięty wysoko do poręczówki, wystrzeliła
trzeciego z nich z pierwszą prędkością kosmiczną w górę. Wyglądało to fantastycznie. Gdy
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 45
zszedłem jeszcze parę metrów niżej, po akrobatach już nie było śladu, ale zobaczyłem
Grześka trzymającego się kurczowo skały już po drugiej stronie źlebu i wołającego na oślep:
-Grzesiek: Tokar!?
-Ja: Jo! (znaczy „tak” po ichniejszemu – Starogard Gdaoski),
-G: Tokar, gdzie jesteś?
-J: Nie Tokar, Wiktor – tutaj (macham), Tokar jest jeszcze wyżej,
-G: Słyszysz mnie?
-J: Jo!
-G: Wpinajcie się! Mało się tutaj nie zabiłem. W dwóch miejscach prawie pojechałem.
-J: Dobra!
-G: To nie ten sam źleb, którym szliśmy w tamtą stronę.
Doszedłem na dół, zająłem sobie wygodne miejsce na uboczu i zacząłem wykładad
cały szpej6, klarowad linę i wiązad węzły. Zdążyłem prawie wszystko zrobid, gdy pół godziny
później dotarł do mnie Rafał. Siedziałem trochę z boku, więc mnie nie zauważył i ostro się
szykował do przejścia źlebu na żywca, gdy opowiedziałem mu historię Grześka. Ubrał raki,
uprząż, czekamy dalej. Godzinę po nim nareszcie dotarła reszta. Za ten czas było naprawdę
kilka ciekawych przejśd. Jedną grupkę Francuzów na środku kuluaru zaskoczyło
bombardowanie dośd pokaźnymi piłkami.
6
Szpej – w środowisku, żargonowe określenie sprzętu wspinaczkowego.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
46 | S t r o n a
Potem to samo zaskoczyło na środku jeszcze dwie inne ekipy. Wyglądali jak kręgle
kurcząc się do ziemi z rękami pod sobą. Tylko kaski i plecaki im wystawały. Szkoda tylko, że
na zdjęciu nie widad latających kamieni dookoła i całej tej dramaturgii. Mieli naprawdę dużo
szczęścia, że nic w nich nie uderzyło. Kamienie nie tyle turlają się z góry, co jeszcze niekiedy
wirują wokół własnej osi i to z zawrotną prędkością. Odbijając się od dna źlebu podczas
spadania, są w stanie nieprzewidywalnie zmienid swoją trajektorię, toteż człowiek nie jest
bezpieczny nawet przy krawędzi i poza nią. Na porządny kamieo nawet kask na wiele się nie
zda. Normy testowania kasku wspinaczkowego według UIAA7, to tylko 5kg odważnik
upuszczony na kask z wysokości dwóch metrów. Z moich obserwacji jakieś 30% tych
latających kamieni ma masę większą niż 5kg. Na cięższy kamieo nie zda się nawet kask
czołgisty, toteż trzeba ten źleb przechodzid naprawdę szybko i uważnie.
Krzysztof chciał iśd „na żywca”, ale nie daliśmy mu. Trochę myślałem nad tym jak to
przekroczyd w tyle osób na jednej linie. W koocu drugą Kaśkę puściłem na przód, po
4 metrach liny Ja, potem karabinek w poręczówkę, Krzysztof, znowu poręczówka i cała reszta
z Rafałem na koocu. Zostało nam trochę liny, więc wpięła się do nas jeszcze jedna Polka idąca
w dwuosobowym zespole, który liny nie miał(?). Poszliśmy… Szczerze powiedziawszy cieszę
się, że wpięliśmy się tym razem. To w rzeczy samej nie był ten sam żleb, którym zupełnie na
luzie szliśmy w tamtą stronę. Cały śnieg za parę dni gdzieś nagle spłynął i odsłonił dośd śliski,
i kruchy lód, a dnem kuluaru płynął trochę mocniejszy strumyk niż ostatnio. Obluzowało się
też dużo kamieni, które non stop waliły nam na głowę. Momenty ciszy były dużo rzadsze.
Przechodząc źleb miałem też swoją chwilę niepewności, gdy rak obsunął mi się kawałek
w takim mikście8. Trafiliśmy akurat na ciszę i spadały tylko małe, drobne kamyczki, ale zaraz
po naszym przejściu, a nawet w chwili, gdy ostatnia osoba dochodziła do krawędzi, lawina
znowu ruszyła dośd mocnym bombardowaniem. Na szczęście nikomu nic się nie stało
i przeszliśmy wszyscy cało na drugą stronę bez przygód, ale nie bez strachu.
Już po wyjeździe w domu, dzwoniła do mnie Weronika. Przechodzili tym kuluarem
dzieo wcześniej. Dopiero wtedy połączyłem fakty. W czasie, kiedy czekałem z Rafałem na
resztę, źleb przeszła grupa Polaków. Gdy już przeszli mówili, że gdy obozowali wczoraj pod
Tete, nad źleb przyleciał nawet helikopter pomóc grupie, która się zawiesiła na linie.
Weronika przez telefon opowiadała o ich przejściu i podała bardzo podobną historię, ale
w osobie pierwszej. Przechodzili we trójkę, ojciec Weroniki ześlizgnął się, pociągając za sobą
Kubę i Weronikę przypiętych do poręczówki. Weronika podczas lotu do góry na linie straciła
plecak, a z pomocą pospieszył im dopiero francuski przewodnik, który nie dośd, że ściągnął
ich z liny, to jeszcze powędrował na dno kuluary i przyniósł plecak z powrotem. Ktoś
w międzyczasie wezwał żandarmerię górską, ale gdy przylecieli, było już szczęśliwie po
wszystkim. Naprawdę wielki respekt dla tego przewodnika, nie tyle za ściągnięcie ludzi na
linie, co za wędrówkę w rakach po plecak. Morał jednak jeden: przejście tego źlebu, nawet
dla ludzi doświadczonych, czasami nie jest proste i często zależy od szczęścia.
7
UIAA – Union Internationale des Associationsd' Alpinisme (Międzynarodowa Federacja Związków Alpinistycznych),
powstała w Chamonix w 1932r. Określa między innymi normy testowania sprzętu alpinistycznego.
8
mikst – mieszanka lodu i skały.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 47
Zostałem z tyłu pozbierad sprzęt i zwinąd linę, a na
śniegowym polu pod Tete Rousse ponownie wyminąłem resztę
i przerwę zrobiłem dopiero pod Forestirerem, powtórnie
czekając ponad godzinę. Następny postój był już pod Orlim
gniazdem, gdzie kupujemy bilety na tramwaj na dół i czekamy
pół godziny na odjazd. Tutaj niestety nie przemyślałem tego
ruchu, przez co wydałem bez sensu 13€ za bilet w jedną stronę.
Bez plecaka byłbym na dole w tym samym tempie, co ten
wolno jadący pociąg. Nawet gdybym ruszył z plecakiem, kiedy
kupowaliśmy bilety, z przewagą 30 minut, to i tak czekał bym
przy stacji na płaskowyżu. Zastanawiam się, gdzie już dotarł
Grzesiek.
Po kolejce przesiadamy się w kolejkę gondolową. Bilety
można kupid w restauracji w cenie 10,5€ - tutaj już nie żałuję
tych pieniędzy. Kamyczkami, prostą drogą, wzdłuż torów mogę
biegad, ale jak przypomnę sobie drogę, którą wchodziliśmy
tutaj, nawet z górki nie chce mi się jej pokonywad kosztem tych
dziesięciu euro. Tylko Grzesiek z nas uderzył daleko na przód
i jako pierwszy zszedł tą drogą. Na dole przyznał mi rację, jakby
miał jeszcze raz schodzid od kolejki do Les Houches, to kupiłby
bilet. W rezultacie, gdy docieramy na kemping, czekał na nas
tylko od 30 minut.
Zrzuciłem plecak, niemal bezmyślnie wywaliłem całą
twardą i zamarzniętą zawartośd na słooce, i rozwinąłem jeszcze
bardziej sztywny niż mokry tropik namiotu, gdy przypomniałem
sobie o moim depozycie w krzakach. Czarny worek i akurat 6 zimnych piw, było nadal na
swoim miejscu. Pierwsze opijanie szczytu. Rafał odczepił swój rower od płotu. W torbie nadal
miał przywiezione z Polski specjale – drugie opijanie. Szybki prysznic w cieplej wodzie
sprawił, że nareszcie przestaliśmy pachnied jak zdobywcy. Następne kroki skierowaliśmy do
marketu i wykupiliśmy trzy ostatnie baniaki taniego wina do gotowania, oraz naprawdę duży
zapas jedzenia – trzecie opijanie. Nie oszczędzałem się, zjadłem na kolację tyle, że przez
ostatnie 3 dni nazbierałoby się mniej kalorii. Wino wypite w znakomitej atmosferze,
znieczuliło nas już na koniec zupełnie. Grzesiek pokazuje zdarte paznokcie po małym zjeździe
i opowiada jak uszedł dziś z życiem w źlebie. Jak twierdzi pokazał, że ma duże jaja, ale
mniejszy rozum. Miał raki, czekan, linę, uprząż, wszystko, co trzeba i niczego nie użył. Gdy
zszedł trochę niżej, na śniegu przy szlaku napisał nam wiadomośd: „Kaczor żyje”.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
48 | S t r o n a
Patrzymy na śnieżną grao Gouter
górującą nad Les Houches i śmiejemy się z tych,
co tam teraz marzną w swoich namiotach.
Komentuję każdą przechodzącą chmurę: teraz
się im widocznośd popsuła, teraz pewnie padają
znowu tę śnieżne porzeczki, o teraz mają
chwilowe przejaśnienie. Pomyśled, że jeszcze
rano też tam byliśmy. Jeszcze nie dalej niż 12
godzin wcześniej ubrani we wszystko, co
mieliśmy skuwaliśmy lód z namiotów po to, żeby
teraz siedzied w 26,4ᴼC, pid wino i martwid się
tylko o to, żeby później trafid do namiotu.
Pokonaliśmy 2873m deniwelacji w jeden dzieo,
oraz różnicę ciśnienia 274hPa. Cyfry może
niedużo mówią, ale temperatura odczuwalna
poniżej zera, a 26 stopni robi dużą różnicę.
Kooczyliśmy właśnie pierwszy bukłak,
minęła dwudziesta i jak co dzieo zjawiła się
kobieta ściągająca haracz za pole. O tej godzinie
zamyka też prysznice na klucz i otwiera je
dopiero rano. Wytłumaczenie tej kobiecie, że
tym razem czwórka zostaje na dwa dni,
a dwójka na jedną noc, przekroczyło już
lingwistyczne możliwości Kaśki. Z pomocą
przyszli nam Holendrzy siedzący nieopodal. My
do nich po angielsku, oni na francuski. Taka
wymiana zdao trwała może dziesięd minut. Na koniec dostajemy jeszcze darmowe bileciki na
komunikację miejską, taki gratis, gdy na polu zostaje się dłużej niż 24h. Rafał z Grześkiem
dostali takie za pierwszym razem, można na nich bezpłatnie i bez limitów podróżowad po
dolinie wszelką komunikacją lokalną. Holendrów za pomoc częstujemy winem, chod z dużym
niedowierzaniem patrzą na nasz plastikowy bukłak: „ooo, to wino? Naprawdę?”. Polską
gościnnością dali sobie jednak wcisnąd po kubku, po czym dośd szybko uciekli spad.
Ceny za kemping (doba): 4,8€ za osobę, 1,6€ za namiot (2-3 os), 2,1€ za duży namiot
(4+), 1,6€ samochód, 1€ za motor. Adres: 136, Rte du NantJorland, Les Trabets, 74310 Les
Houches. Telefon: +33(0)4 50 54 42 30.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 49
Dzień 8 – 19 lipca 2010 (poniedziałek) – Chamonix, 1030m n.p.m.
Poranek jest bardzo miły. Budzę się z przyjemną świadomością, że pode mną nie ma
lodowca, ale trawnik. Odsuwam tropik z namiotu, na zewnątrz jest ciepło, a pierwsze
promienie słooca zaglądają już do środka. Mozolnie wysuwam się ze śpiwora, wyciągam
matę i przenoszę się tylko na zewnątrz, nie zmieniając pozycji z horyzontalnej. Dzieo
zapowiada się bardzo ładnie. Około południa, gdy zebraliśmy się powoli po śniadaniu,
chłopaki zaczynają się pakowad. Mają do przejechania ponad 80km do Genewy, żeby
w środę zdążyd na autobus do Polski. Popołudnie upływa na leżakowaniu na słoocu
i pakowaniu bagaży przez Rafała i Grześka. Porywam na chwilę rower Grześka i jadę do
Chamonix, niemal się nie zabijam przy pierwszym skrzyżowaniu. Zaraz po przyjeździe
opowiadali o swoich przygodach podczas drogi tutaj. Teraz przyznaję, te rowery to są
prawdziwe rydwany śmierci. Hamulców prawie brak, a chcąc zahamowad, trzeba wyprzedzid
ten fakt o dobre 100m., a przy dużej pochyłości terenu, hamowad dodatkowo nogami
o asfalt.
W międzyczasie dzwoni Weronika z pytaniem, czy jesteśmy na kempingu. Myślałem,
że wpadną na jakieś wino (tego nam nie brakuje), ale przyjechali tylko się pożegnad - dziś
wyjeżdżają do Polski. Przy okazji biorą nam butle z gazem, bo niestety tych w bagażu
lotniczym przewozid nie wolno. Chłopaki zebrali się tuż przed ich przyjazdem i w sumie
szkoda, że jeszcze chwilę ich nie zatrzymałem, mielibyśmy chod jedno zdjęcie całej naszej
początkowej paczki.
Popołudniu korzystamy z darmowych bilecików i wybieramy się do Chamonix. Cel:
zwiedzid miasteczko, zrobid zdjęcie osławionym pomnikom zdobywców Mont Blanc i przede
wszystkim znaleźd jakiś transport do Genewy na jutro. Chamonix to małe, chod osobliwe
miasto, z niespełna 10 000 ludności i ponad 6 000 miejsc noclegowych dla turystów. Odżywa
szczególnie w sezonie zimowym. Według serwisu skinfo.pl mamy dostępne aż 64 trasy
narciarskie o łącznej długości 113km i najgrubszej pokrywie śniegowej na świecie (do
4 metrów śniegu). Latem też nie brakuje turystów ze względu na drogi turystyczne, punkty
widokowe i liczne wyciągi, czynne także latem.
W małym autobusie komunikacji miejskiej niemal nie przysnąłem z nudów. Gdy się
ocknąłem z zamyślenia, zobaczyłem przystanek Chamonix Center, wysiadamy. Bardzo łatwo
trafiamy na główną i najbardziej kolorową uliczkę w miasteczku Ruedu Docteur Paccard. Tak
z wyglądu, to coś jak nasze Krupówki w Zakopanem. Jest tutaj cała masa kafejek i co chwilę
sklep alpinistyczny, oferujący od ciuchów po wszelki wybór karabinków, czekanów i sprzętu
biwakowego.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
50 | S t r o n a
Bez trudu i większego błądzenia trafiamy też pod najwyżej prowadzący z wyciągów:
Telepherique de I’Aiguilledu Midi, mający swój pierwszy przystanek na Plan de I’Aigiuille
(2299m n.p.m.), a koocową stację na szczycie Aiguilledu Midi (3842m n.p.m.). Można
stamtąd podziwiad piękną panoramę Alp. Kolejka startuje z wysokości 1030m, w paręnaście
minut możemy pokonad różnicę ponad 2,8km w pionie. Niektórych turystów już na tej
wysokości boli głowa od niskiej zawartości tlenu. Koszt wyjazdu na górę to 40€ w obie
strony. Nieopodal wyciągu znajdujemy mały skwer, a na nim poszukiwane pomniki
zdobywców.
Historia zdobycia Mont Blanc sięga aż XVIIw., kiedy to ludzie bardziej bali się gór, niż
je podziwiali. W Himalajach lokalna ludnośd, każdą wysoką górę okrzykiwała zaraz siedzibą
Bogów i w to wierzą do dziś. W zdominowanej przez chrześcijanizm Europie, dogmaty
religijne zabraniały wierzyd w takie zabobony. Ludzie poszli więc w inną stronę. Poza
jednostkami, wysokie, niezdobyte szczyty były dla ogółu dziełami diabła. W nocy widziano na
nich smoki i czarownice, a do zstępujących z gór lodowcowych języków, wzywano okresowo
egzorcystów, by te utrzymad w ryzach. Na góry wtedy nikt nie wchodził, bo i po co? Jedyną
motywacją, która była stopniowo uznawana przez publikę, to cele naukowe. Każda wyprawa
musiała byd odpowiednio wyposażona w termometr, barometr, a w siedemnastym wieku nie
każdego było na to stad. Cele sportowe, tak dziś popularne, spotkałyby się wówczas z ostrą
krytyką.
Jednym z zapalonych badaczy był Horacy-Bénédict de Saussur’e, szwajcarski
arystokrata i późniejszy profesor Uniwersytetu w Genewie. Jego głównym zainteresowaniem
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 51
była przyroda, chod uważany był za wszechstronnie wykształconego. Chamonix po raz
pierwszy odwiedził w 1760r., zaintrygowany opowieściami Williama Windhamowa i Richarda
Pococketa, brytyjskich podróżników odwiedzających alpejskie lodowce. Mimo, iż głównym
celem Horacego były badania środowiska przyrodniczego Alp, widok Mont Blanc tak go
przejął, że wyznaczył nagrodę dla tego, kto znajdzie drogę na szczyt, lub chociaż będzie
próbował. Stał się w ten sposób po części motywatorem do zdobycia góry ,oraz inicjatorem
alpinizmu. Sumy nie podał, i może dlatego z wypłaceniem wyznaczonej przez siebie nagrody
czekał długo, bo aż 26 lat. 8 sierpnia 1786r. o godzinie 18:23, po 36 godzinach ciężkiej
wspinaczki, na szczyt w koocu dotarły dwie osoby. Pierwsi zdobywcy, byli to: przewodnik,
hodowca kozic i poszukiwacz kryształów – Jacques Balmat (24lata), oraz naukowiec, doktor
Michel Gabriel Paccard(29lat).
Wyczyn pierwszych zdobywców,
odbił się szerokim echem w całej Europie
i stał się inspiracją do zdobywania innych
wysokich gór, wzrastała też świadomośd
ludzi. Owiane grozą i mitami Alpy, bardzo
powoli stawały się celem badao i podbojów.
Datę pierwszego zdobycia do dziś uważa się
za datę narodzin Alpinizmu. Balmat
i Paccard, chod razem pomnika nie mają,
bez wątpienia są pionierami. W centrum
Chamonix stoją dwa monumenty, oba
wzniesione w 1887r. Pierwszy, najbardziej
rozsławiony i najczęściej fotografowany
z błędnymi
podpisami
„zdobywcy”,
przedstawia samego Balmata, który
wskazuje Horacemu drogę na szczyt góry.
Horacy nie był pionierem, można napisad,
że był inicjatorem i sprawcą całego tego
zdobycia, ale na szczycie był dopiero trzecią
osobą i to rok później. 3 Sierpnia 1787r.
wraz z całą ekspedycją, dokonał drugiego
wejścia na Mont Blanc. To była jego pierwsza z wielu wypraw na szczyt, zakooczonych
powodzeniem. Miał ze sobą swojego służącego i osiemnastu wynajętych przewodników. Oni
pewnie też weszli na szczyt, ale na kartach historii się już nie zapisali.
Nie dalej niż 50m widnieje drugi pomnik przedstawiający drugiego pioniera –
Paccarda zwróconego w tą samą stronę. To właśnie jego ulica jest jedną z najładniejszych
w całym miasteczku.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
52 | S t r o n a
Spośród wszystkich wypraw, jeśli nie liczyd całej pomocy, specjalnie wynajętej do
zdobycia góry, to w pierwszej dziesiątce zdobywców będzie też Polak. Poeta Antoni
Malczewski, zdobył szczyt 4 sierpnia 1818r. (miał wtedy 25lat), również nie sam, ale
w towarzystwie jedenastu przewodników (w tym Jacques Balmat). Jego wejście, uznaje się za
początek polskiego Alpinizmu.
Zastanawiające jest jednak, jak bardzo alpinizm kiedyś różnił się od dzisiejszych
czasów. Sprzęt owszem, ewoluował bardzo, ale czy możliwości ludzi też aż tak bardzo się
zmieniły? Wielu ludzi wielokrotnie, wraz z przewodnikami, podejmowało próby zdobycia
góry – bez powodzenia. Droga pierwszych zdobywców różniła się w zasadzie tylko
początkiem trasy od naszej. Dziś tędy wchodzi dziennie setki osób. Faktem jest, że nie było
poręczówek, tych „schronisk” i ścieżki w śniegu, ale czy to wtedy było aż tak trudne?
Kooczymy chwilę zadumy przy pomniku i idziemy dalej na poszukiwanie centrum
informacji turystycznej. Kaśka pyta się o busy do Genewy. Miła pani wręcza nam mapkę
i instruuje jak dojśd do okienka sprzedaży biletów SAT. Pół godziny później jesteśmy już na
drugim koocu miasta. Za 4 bilety zostawiam w okienku 120€, czyli po 30€ za głowę. Wielki
klimatyzowany autokar ma po nas przyjechad jutro o 13:40. Mamy nao czekad pod pocztą
w Les Houches. Teraz już mamy wszystko, co trzeba. Korzystając nadal z darmowych biletów
komunikacji miejskiej ładujemy się tym razem w kolejkę elektryczną. Nie rozumiem tylko
dziwnej, francuskiej praktyki kolejowej i umieszczania linii wysokiego napięcia tuż przy
drodze. Uziemienie jest tak jak u nas – przy torach, natomiast nie ma słupów z fazą nad
torami. Napięcie 850V mamy w dodatkowej, metalowej rampie, tuż przy torach, na
wyciągnięcie ręki. Naprawdę korciło mnie żeby sprawdzid, czy tam faktycznie tyle jest, ale
chyba każdy ma takie myśli widząc dziwny, niecodzienny patent. Wystarczy tylko, żeby idący
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 53
pies stanął jedną łapą na tory, a drugą
na rampie i będzie się nadawał prosto
do chioskiej restauracji. Kolejna
dziwna francuska myśl, zaraz po
„schroniskach”, której nie mogę
pojąd. Przynajmniej tyle dobrze, że
znak ostrzegawczy jest w czterech
językach, chod angielski jest ostatni.
Kolejka po kilku stacjach
dowiozła nas na miejsce. Do centrum
Les Houches mamy kilkaset metrów.
Tylko Kaśki idąc pod górę mają
śmieszny chód. Zakwasy po wczorajszym zejściu dały się im mocno we znaki. W naszym
ulubionym supermarkecie robimy zakupy, tym razem wybierając w szerokiej gamie
półproduktów. Pełno ich na półkach i szkoda, że w Polsce nie ma takiego wyboru. Dostępne
jest tutaj od spaghetti, przez pierogi, po lasagne zamkniętą w puszcze i czekającą tylko na
podgrzanie i zjedzenie. Przy tym cena nawet na naszą kieszeo jest bardzo przystępna,
pomiędzy 1-2€ możemy mied puszkę takiego jedzenia.
Przy kolacji na stole stawiam niedopity po wczoraj baniak z winem, ale absolutnie nikt
nie podzielił mojego nim zainteresowania, poza dwójką Polaków przy sąsiednim stoliku. Tak
poznajemy Marcina i Piotrka, są tutaj z całą wyprawą i realizują projekt 9szczytów.pl.
Zdobywanie zaczynają od Mont Blanca, nie udało im się w poprzednim roku, teraz próbują
drugi raz. Krzysztof z drugą Kaśką bardzo szybko poszli spad. Ja z pierwszą i Polakami
kooczymy baniak, przybłąkaną butelkę wina i puszkę piwa na cztery osoby. Kolejny wieczór
kooczy się bardzo miło.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
54 | S t r o n a
Dzień 9 – 20 lipca 2010 (wtorek) – Polska, 220m n.p.m.
Tego dnia nie mamy już żadnych ambicji na nic. Zbieramy się rano, jak co dzieo, jemy
śniadanie na ławeczce powyżej głównej drogi w Les Houches i blisko naszego ulubionego
marketu. Potem pakowanie i na dwie godziny wcześniej przenosimy się już na tę samą
ławeczkę, co przy śniadaniu. Potem przy piwie oczekiwanie na autobus, który spóźnił się 12
minut, ale w koocu jedziemy prosto do Genewy na lotnisko. Początkowo żałowałem, że nie
zarezerwowałem odpowiednio wcześniej busa, również na powrót. Oszczędzilibyśmy w ten
sposób 6,5€, ale ostatecznie wielki autokar, którym jechaliśmy był bardziej komfortowy. Nie
jechał też tylko prosto do celu, ale przejeżdżał przez inne miejscowości. Omijał autostradę
i przejechał prawie całą Genewę, przez co, gdyby towarzyszył nam jeszcze odpowiednio
przygotowany pilot z informacją krajoznawczą, to byłoby już jak na wykupionej wycieczce
z biura podróży. Tak czy inaczej za 6,5€ więcej, udało nam się zobaczyd prawie całe miasto.
Obiad zjadamy na lotnisku. Podczas, gdy mi została ostatnia mała bagietka, kupiona
zresztą dziś rano, Kaśka z Krzysztofem wyciągają ostatnie dwie wielkie puszki konserwy,
które wszyscy wspólnie zjadamy. Podobno już ostatnie, chod ze swoimi nieograniczonymi
zapasami jedzenia, jestem pewien, że mają tam schowane jeszcze trzy następne, ale na
czarną godzinę. Gdyby samolot się rozbił i dryfowalibyśmy gdzieś na oceanie (to szczegół, że
nie przelatujemy nad żadnym) zaskoczyliby nimi nas wszystkich.
Po posiłku, powoli udajemy się na odprawę bagażu i moją ulubioną – bezpieczeostwa.
Pokornie zdjąłem wszystko metalowe, nawet zegarek i przeszedłem przez bramkę, jak zwykle
nie pisnęła. Już niemal rozkładam ręce do przeszukania, gdy słyszę: „merci”. Jak to? Nie
przeszukają mnie? Czy już nie wyglądam na groźnego? Pierwszy raz zostałem tak
potraktowany, jak zwykły turysta. Terrorystą jednak nie jestem i bez przygód wsiadamy
w ostatni samolot do domu. ■
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 55
Zakończenie i informacje ogólne
Podziękowania
Jeśli miałbym ocenid wszystkie swoje wyjazdy, to ten byłby najlepszym z nich, ale
tylko dzięki wspaniałym osobom, które mi towarzyszyły podczas całej wyprawy. Na
pierwszym miejscu dziękuję Rafałowi i Grześkowi za niesamowitą determinację i sposób,
w jaki dostali się na miejsce kombinując, żeby tylko byd z nami. Nie każdy porwałby się na 30
godzinny przejazd autokarem po to, żeby potem przesiąśd się na rower i pedałowad przez
dwie przełęcze. Nie chcę liczyd ile kg ładunku mieli ze sobą, ale moje 30kg się chowa przy
waszych wyczynach. Dzięki też za niesamowite poczucie humoru, optymizm Rafała i złote
myśli Grześka, które bawiły nas wszystkich, szczególnie przy winie. Nic tego nie wyrazi lepiej
niż słowa Kaśki: „(…) jak ja się cieszę, że was poznałam. Wy jesteście tacy zakręceni” .
Kaśce i Krzysztofowi za bardzo miłe towarzystwo podczas przeprawy lotniczej, za
wsparcie i dożywianie podczas wyprawy, oraz wszystkie ciekawe rozmowy. Naprawdę nie
wiem, gdzie wy zmieściliście taką ilośd jedzenia, jaką mieliście do ostatniego dnia.
Weronice, Kubie i Janowi za wszystkie drobne przysługi, pomoc logistyczną
w transporcie butli z gazem i kontakt sms-owy podczas wyprawy.
W koocu Kasi z Gdaoska za bardzo miłe towarzystwo i kontakt na długo przed
wyprawą. To Ty byłaś pierwszą uczestniczką i to Ty nakierowałaś mnie (i nie tylko), na
większośd sprzętu, jaki zakupiłem na wyprawę. Sprawdzone śpiwory Cumulusa, dzięki Tobie
kupiło aż trzy osoby, matę Therm-a-rest również.
Dziękuję także wszystkim za niesamowitą liczbę maili wymienionych przed wyprawą,
oraz trzykrotnie większą ilośd tylko w pierwszym tygodniu po wyprawie . Mam nadzieję, że
w podobnym gronie spotkamy się za rok w Kaukazie i na Elbrusie nie skooczymy.
Francja czy Włochy?
Na pytanie czyj jest szczyt pozornie łatwo odpowiedzied, wystarczy tylko spojrzed na
mapę. Co jednak, jeśli spotkamy dwie różne mapy? Takim sposobem w różnych źródłach
można spotkad różny przebieg granicy w masywie. Żeby dowiedzied się prawdy, trzeba
poczytad trochę historii. Studiując tę długą i zakręconą opowieśd kto co zdobył, oddał,
zdradził itd., miałem naprawdę dobrą zabawę, przez ponad dwa tygodnie. Wprawdzie nie
konsultowałem tego z żadnym historykiem, ale po przewertowaniu wielkich tomów Historii
powszechnej PWN uważam, że jestem blisko prawdy. Nie chcę się tutaj bardzo rozpisywad na
tematy historyczne, zacznę więc od roku 1743 - walki o zjednoczenie Włoch i Sabaudii, która
właśnie stała się częścią królestwa Sardynii. Małe historyczne paostwo, obejmuje swoimi
granicami Alpy Sabaudzkie z masywami Mont Blanc i Vanoise, dolinami rzek: Isère i Arc, oraz
jeziorami: Genewskim, Annecy i Bourget.
Jest 15 maja 1796r. król Sabaudii – Wiktor Amadeusz III, (który zresztą w tym samym
roku abdykował). W zamian za wsparcie w walce o zjednoczenie Włoch, podpisuje w Paryżu
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
56 | S t r o n a
traktat pokojowy. Na jego mocy, Sardynia oddaje częśd swoich ziem (terytoria Savoie i Nice)
Francji, oraz zapewnia aprowizację. Traktat w swej treści niezbyt dokładnie definiuje granicę,
bo przez najwyższe szczyty masywu (w tym również przez Mont Blanc). Granica już teraz
dzieli najwyższy szczyt dokładnie po połowie, ale co z innymi szczytami? Jeśli przyjrzymy się
wszystkim wzniesieniom na mapie, to nie tak łatwo wykreślid jednoznaczną granicę.
Wątpliwości rozwiane zostają dopiero 64 lata później. 24 marca 1860r. pierwszy król
zjednoczonych Włoch, Wiktor Emmanuel II oraz cesarz Francuzów, Karol Ludwik Napoleon III
Bonaparte, podpisują drugą wersję tego samego traktatu. Tym razem bardziej precyzyjną
i mówiącą, że granica ma byd widoczna z włoskiego Courmayeur, oraz z francuskiego
Chamonix. Co tym razem z Mont Blanc? Niewiadomo, bo na dobrą sprawę, sam szczyt nie
jest widoczny z żadnej z tych miejscowości. Dlatego do ostatecznej ugody demarkacyjnej,
niecały rok później – 7 marca 1961r. dołączona zostaje mapa. Ta precyzyjnie wyznacza
granice dzielącą na połowę szczyt Mont Blanc, a z kolei Mont Blanc de Courmayeur oddaje
całkowicie stronie włoskiej. W sensie demarkacyjnym, w późniejszych historycznych dziejach
już nic się ważnego nie wydarzyło, więc opisany traktat zachowuje swoją moc do dziś. Jednak
Francuzi zgodnie z pierwszą wersją traktatu, zaczęli cicho rysowad granicę przez pobliski
Mont Blanc de Courmayeur (4748 m n.p.m.), a najwyższy szczyt przypisali w całości sobie.
Włochy oficjalnie nie zaprotestowały, może dlatego, że Francja była wówczas ważnym
sojusznikiem i taki, błędny stan map, utrzymywany jest w niektórych wydawnictwach do
dziś. Spotkad możemy więc różne wersje. Mapa, która nam pierwsza wpadła w ręce,
austriackiego wydawnictwa KompassKarten jest błędna (2 na rysunku), tak jak cały szereg
podobnych, starszych map innych wydawnictw (mapa 1). Podobno w niektórych nowych
mapach francusko-włoskiego wydawnictwa IGN9 granica w okolicach szczytu znika,
pozostawiając kwestię przynależności wierzchołka całkiem niejasną. Tylko w aktualnych,
satelitarnych mapach Google, granica przebiega już poprawnie (mapa 3 na rysunku).
9
Institute Geographique Nationale – Narodowy Instytut Wydawniczy.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 57
Znając historię, wiemy, która wersja granicy jest poprawna i możemy śmiało
powiedzied, że stojąc na szczycie, stoimy jedną nogą we Francji, drugą we Włoszech.
Wysokość Mont Blanc i przynależność do korony Ziemi
Wysokośd szczytu, jak niemal każdej góry, jest różna w zależności od źródła i w tym
przypadku w dużej mierze zależy od wahao klimatycznych, daty, oraz metody pomiaru.
Faktyczna wysokośd według geologów jest szacowana na 4787m n.p.m., a brakujące 23m do
nam znanej wysokości, to grubośd pokrywy śnieżno-lodowej. Wiele poważnych źródeł podaje
różne wartości i wszystkie są prawdziwe. Zależy to głównie od daty publikacji i tak w 2003r.
oficjalnie zmierzona wysokośd, to 4808,45m. Dwa lata później przybyło górze 30cm, a już
w 2007r. przez intensywne opady śniegu, wysokośd wzrosła o ponad dwa metry, co dało jej
4810,90m. Ostatni oficjalny pomiar przeprowadzany, nieanalogową (ciśnieniową i mniej
dokładną) metodą, ale za pomocą profesjonalnej nawigacji satelitarnej GPS, dwa lata temu
(2008r.), to 4810,45m n.p.m.
Moje pomiary, podczas wyprawy z użyciem amatorskiego systemu GPS z bardzo
szybkiego wyliczenia wskazały 4827m., a metodą ciśnieniową niekalibrowanym altimetrem:
4788m. Ten ostatni wynik obarczony jest jednak największym błędem, bo tutaj powinienem
znad ciśnienie panujące w tym samym czasie (i najlepiej w tym samym miejscu) na poziomie
morza, aby to dokładnie wyliczyd. Samo ciśnienie też jest zmienne w zależności od prędkości
wiatru na szczycie, różnej na danej wysokości temperatury i wielu jeszcze czynników. Dlatego
pomiary analogowe, jako najmniej dokładne, nie są już wykonywane. Bardzo precyzyjne
wskazania wykonuje się profesjonalnymi geodezyjnymi urządzeniami GPS. Niestety
równowartośd takiej zabawki, to koszt naprawdę dobrego samochodu. Oczywiście metod
pomiaru wysokości jest wiele i żadna nie jest w 100% dokładna. Wielu uczonych się spiera,
która jest lepsza i wprowadza mniejszy błąd. Spór ma rozwiązad NASA, wysyłając satelitę
zdolną do dokładnych pomiarów wysokości wzniesieo na naszej planecie z uwzględnieniem
średniego poziomu morza. Niezależnie od przypływów i odpływów. Póki co, jeszcze tego nie
zrobiła, a naukowcem też nie jestem, aby spierad się o parę metrów, więc przyjmuję
wysokośd 4810m.
Pomimo śniegu i lodu, góra sama w sobie cały czas rośnie. Wypiętrzanie stosunkowo
młodego masywu Alp, zapoczątkowane w okresie orogenezy alpejskiej, trwa nadal i średnio
przyjmuje się przyrost od 2 do 3 mm rocznie. Jeśli to tempo wzrostu w pionie się utrzyma,
a Himalaje przestałyby się wypiętrzad, to za półtora miliona lat najwyższy punkt Ziemi zmieni
lokację z Azji do Europy. Obecnie wierzchołek jest najwyższym szczytem Alp10, oraz
geograficznie, najwyższym szczytem Europy i tym samym jest zaliczany do korny Ziemi. Chod
tutaj zdania też są podzielone. Najwięcej zamieszania wywołał jeden ze zdobywców korony
Ziemi – Reinhold Messner. Podważył on europejski Mont Blanc i zastąpił go najwyższym
szczytem Kaukazu, czyli Elbrusem (5642m n.p.m.). Ponadto, wprowadził na listę PuncakJaya
10
Dokładniej i geograficznie najwyższy szczyt Alp Graickich, będących częścią Alp Zachodnich, turystycznie rejon
AlpesduNord.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
58 | S t r o n a
(4884m n.p.m.), jako najwyższy szczyt całej Australii i Oceanii, zamiast przyjętej dotychczas
góry Kościuszki (2228m n.p.m.), samego tylko kontynentu australijskiego. Tutaj oczywiście
można dyskutowad, czy powinien byd on na liście czy nie. Fanów „za”, można znaleźd tyle
samo, co „przeciw”, a dyskusja na ten temat raczej nie ma sensu, bo obie grupy mają inne
założenia. Jako, że Messner był znakomitym wspinaczem i swoimi wyczynami zyskał sobie
wielki szacunek, to szerokie grono alpinistów, idąc w jego ślady, uważa Elbrus za
reprezentanta Europy.
Czy Mont Blanc jest więc w koronie Ziemi? Granica południowo – wschodnia naszego
europejskiego kontynentu, czyli linia podziału między Morzem Czarnym a Kaspijskim, budzi
od dawna kontrowersje. Encyklopedycznie jest kilka wersji. Osobiście jednak za słuszniejszą,
przyjmuję granicę wyznaczoną przez Międzynarodową Unię Geograficzną. Nie przez jednego
człowieka, który mimo, iż wiele osiągnął, koniecznie chciał byd pierwszą osobą, która zdobyła
Koronę Ziemi wymyślając własną. Funkcjonują więc równolegle dwie listy: według Messnera
oraz geograficzna. Obecnie każdy szanujący się wspinacz, marzący o zdobyciu Korony Ziemi,
musi dla pewności zaliczyd obydwa wymienione szczyty. Tak, aby żadna z grup: zwolenników
Messnera i geografów, nie zakwestionowała jego wyczynu. Tym samym kontynentów mamy
siedem, a szczytów do zaliczenia – dziewięd. Mont Blanc otwiera moją listę.
Ekwipunek i ceny
Poniżej najważniejsza częśd ekwipunku, jakiego używałem, wraz z przybliżonymi
cenami. Częśd ekwipunku miałem już dużo wcześniej, częśd została zakupiona specjalnie na
tę wyprawę. Tutaj muszę napomnied, że na Mont Blanc nie trzeba tak dobrych rzeczy
i można kupid dużo taosze. Ja wybierałem najwyższą półkę i sprawdzone produkty z myślą
o przyszłości, i trudniejszych wyprawach, bez zwracania uwagi na cenę.



Zimowy namiot ekspedycyjny, typu geodezyjnego – Bergson Northwind 2. Ze względu
na geodezyjną konstrukcję, wytrzymałośd, oraz bardzo dobre referencje zimowych
wypraw na K2 i Makalu. Tutaj muszę podziękowad mojej mamie, która mimo, iż
moich wypraw nie popiera, to została sponsorem tego nietaniego wynalazku
(1000zł).
Puchowy śpiwór Cumulus Alaska 1100. Razem z Kaśką przeprowadziliśmy bardzo
dobre rozeznanie śpiworów zimowych i najlepszy stosunek cena – jakośd, ma właśnie
Cumulus. Tani nie jest, ale dorównuje śpiworom za dwukrotnie wyższą cenę, mając
przy tym najlepszą jakośd puchu spośród wszystkich producentów (93/7, 680 cuin).
Wykonany z pertexu i również rekomendowany przez zimowe wyprawy na
ośmiotysięczniki, śpiwór naprawdę najwyższej klasy (1000zł).
Cztero-sezonowa, samo pompująca mata Therm-a-rest limitowanego modelu
Expedition. Niestety trudno dostępna i ogólnie bardzo droga jak na matę, ale marka
ma niemal najlepszą renomę wśród producentów mat i najmniejszy ciężar
w stosunku do izolacji termicznej. Na lodowcu sprawdziła się wzorowo (300zł).
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 59




Czołówka Petzl Tikka XP2, ze względu na najlepszy stosunek ceny do jakości wśród
czołówek. Ogólnie sprzęt świecący Petzla, nie należy do tanich i często jest
przereklamowany, jednak ten model czołówki naprawdę warto kupid. Uwaga
natomiast na klasę wodoodporności, według Petzla jest to IPX-4, ale nijak ma się to
do normy IEC 529. O ile elektronika jest dobrze zabezpieczona, tak woda bardzo
łatwo i bez problemu zalewa baterie. Jak dla mnie IPX-0 (150zł).
Raki koszykowe Climbing Technology model Nuptse, za najlepszy stosunek jakości do
ceny, jakim ogólnie cieszy się marka CT (300zł).
Z drobnego sprzętu alpinistycznego: Uprząż wspinaczkowa Mammut focus, 50m liny
dynamicznej BEAL Edlinger II, Karabinki HMS oraz owalne Black Diamond i Singing
Rock. Croll Petzla, Kubek VC Pro Wild Country. Ze sprzętu trekkingowego: kije Fizan
Prestige, okulary lodowcowe UV Arctica S-136, koszulki termo aktywne Kalenji,
Spodnie z Gore-texuThe North Face, Kurtka i polar Hi Mountain, itd. (~1700zł).
Całośd ledwo pomieścił znakomity plecak Campus Columbus 55l wybrany ze względu
na dobrą jakośd i największą ilośd przydatnych kieszonek oraz pasków na zewnątrz,
bardzo praktyczne wynalazki (250zł).
Sprzęt pomiarowy
W czasach pierwszych zdobywców, niepoważnym było wyjście na szczyt bez
barometru czy termometru. Nie były wtedy akceptowane inne powody, niż naukowe. Tak jak
pierwsi badacze, w wielu miejscach swojej relacji podaję prędkośd wiatru, temperaturę
i ciśnienie atmosferyczne. Są to bardziej, lub mniej dokładne pomiary, gdyż nie jest to
profesjonalny sprzęt. Wyniki obarczone są jednak z moich obserwacji bardzo niedużym
błędem. Do kolejnych pomiarów używane były:



Pomiar prędkości wiatru, temperatury rzeczywistej oraz wyliczenia temperatury
odczuwalnej na podstawie indeksu meteorologicznego Wind Chill, dokonywał
aerometr JDC Skywatch Xplorer 2. Urządzenie renomowanego producenta stacji
pogodowych i uważane za bardzo dokładne w tego typu pomiarach. Sprawdziło się
znakomicie w trudnych warunkach.
Przewidywaniem pogody według tendencji barometrycznych, oraz mierzeniem
ciśnienia atmosferycznego zajmował się komputer trekkingowy SUUNTO Core
w wersji Black Yellow. Jako barometr był bardzo precyzyjny i wyznaczał ciśnienie
z dokładnością do jednego hPa, a ewentualna rozbieżnośd z profesjonalnymi stacjami
meteorologicznymi była kwestią zaokrągleo. Na podstawie tabel ISA (International
Standard Atmosphere), wyznaczał też wysokośd w relacji do panującego ciśnienia. Po
wcześniejszym skalibrowaniu (gdyż ciśnienie ulega zmianom w zależności od pogody),
dokonywał takich pomiarów bardzo precyzyjnie z dokładnością do jednego metra.
Ogólnie jest to najlepszy zegarek trekkingowy, jaki kiedykolwiek miałem w ręce.
Bardziej dokładny, cyfrowy pomiar wysokości nad poziom morza, oraz współrzędne
geograficzne w siatce WGS-84, określane były palmtopem z wbudowanym GPSem:
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
60 | S t r o n a
MIO DigiWalker P560 z układem nawigacyjnym SirfStar III. Palmtop pracuje pod
kontrolą systemu MS Windows 6.0. Aplikacja używana do określania położenia to
VisualGPSce w wersji 1.00.3. Położenie z satelity jest dla mnie bardziej wiarygodne,
dlatego podawane w relacji pomiary wysokości n.p.m. podawałem z GPS. Tam, gdzie
było to możliwe starałem się poczekad na obliczenie pozycji z satelit nisko nad
widnokręgiem. Ma to znaczenie o tyle, że tylko wtedy wyliczona wysokośd n.p.m. jest
dośd dokładna, w granicach do kilku metrów pomyłki. W innym przypadku, gdy
dostępny był sygnał z satelit wysoko na widnokręgu, lub nie było czasu na
dokładniejszy, dłuższy pomiar, błąd pomiarowy wynosi nawet kilkadziesiąt metrów.
Zestawienie pomiarów z wyprawy i komentarz
Częśd ściśle techniczna. Tabela zawiera pomiary z różnych miejsc podczas wyprawy.
Koordynaty GPS, podobnie jak wysokośd nad poziomem morza podane w poniższym
zestawieniu, są danymi z miejsca rozbicia obozu. Będą różnid się nieco od podawanych
w Internecie dla schronisk, ale nie więcej niż kilkadziesiąt metrów. Ciśnienie jest wartością
bezwzględną, właściwą dla danej wysokości. Prędkośd wiatru jest zaokrągloną średnią
mierzoną w danej jednostce czasu i podobnie tak, jak temperatura, jest mierzona wieczorem
po dotarciu i rozbiciu obozu w danym miejscu, przeważnie około 19-20. W ciągu dnia te
pomiary będą wyższe, nocą niższe. Wyjątkiem są miejsca przechodnie jak Vallot, czy szczyt
Mont Blanc. W koocu czas przejścia, jest czasem dojścia do miejsca z poprzedniego punktu,
w jakim my zmieścimy się na danym odcinku, ale z dośd długimi przerwami. W zasadzie
czasem tych przerw było tyle, co chodzenia, więc sprawna ekipa nastawiona na szybkośd,
może taki odcinek spokojnie pokonad znacznie szybciej.
Data
Miejsce
[yyyy.mm.dd]
Współrzędne GPS
Wysokość
∆ wysokości
Ciśnienie
Wiatr
Temperatura
Czas
*Lat/Lon ddd°mm.
[m n.p.m.]
[m n.p.m.]
[hPa]
[km/h]
[०C]
[h:mm]
mmmm'] WGS-84
2010.07.11
Kraków
---/---
214
---
1016
7
26,3
---
2010.07.12
Warszawa
---/---
102
-112
1014
0
26,6
3:20
2010.07.13
Geneva
---/---
375
273
1010
0
31,4
2:40
2010.07.13
2010.07.14
2010.07.15
2010.07.15
2010.07.16
Les
Houches
Le Nid
D`Aigle
Baraque
Forestie
re
Tete
Rousse
Aigdu
Gouter
2010.07.17
Vallot
2010.07.17
Mont
Blanc
Summit
N45ᴼ53,5032
E6ᴼ47,2776
N45ᴼ51,3438
E6ᴼ47,9444
972
597
921
0
27,4
1:15
2401
1429
766
3
18,9
7:00
N45ᴼ51.8048
E6ᴼ48.5491
2789
730
0
14,1
1:30
N45ᴼ51,3226
E6ᴼ49,1309
N45ᴼ51,1282
E6ᴼ49,8494
N45ᴼ50,3447
E6ᴼ51,1246
N45ᴼ49,9587
E6ᴼ51,8961
388
3180
391
699
4
9,2
2:30
3845
665
647
8
4,8
4:00
4373
528
602
30
3
2:50
4810
437
571
80
-1
(-12)
3:30
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 61
Temperatura w nawiasie, to indeks Wind Chill. Za autorów naukowego terminu
uznaje się Paula Siplea i Charlesa Passela. W latach 40 ubiegłego stulecia badali oni na
Antarktydzie procesy dynamiki zamarzania wody. Okazało się, iż czas, po jakim woda
zamarzała, był różny i zależał od jej początkowej temperatury, temperatury otoczenia, oraz
prędkości wiatru. Od tego czasu powstał cały szereg modeli, które opisują zależnośd między
temperaturą nominalną, oraz szybkością wiatru. Jako wytłumaczenie opisywanego zjawiska,
uznaje się teorię istnienia cienkiej warstwy na naszej skórze, działającej jak izolator. Warstwa
ta w warunkach silnego wiatru, nie spełnia dostatecznie swej funkcji. Stąd podczas wiatru na
odsłoniętych fragmentach naszego ciała, odczuwamy chłód dużo intensywniejszy niż
powinniśmy, kierując się jedynie wskazaniem na termometrze.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
62 | S t r o n a
Informacje praktyczne
Finanse i wydatki
Koszt wyprawy przerósł prawie trzykrotnie moje wstępne założenia, ale głównie
dlatego, że miałem sporo ekwipunku do odświeżenia (nowy śpiwór, mata, profesjonalny
namiot). Orientacyjny koszt takich zabawek podałem w dziale z ekwipunkiem. Z kosztów
stałych pewnym jest logistyka. Na nią trzeba przyjąd około 500zł bez względu na środek
transportu. Samolot z wyprzedzeniem jest niewiele taoszy niż autokar, a jadąc samochodem
koszt paliwa na 2-3 osoby też będzie porównywalny. Trzeba też zabrad trochę euro na
wydatki na miejscu. Ja wydałem 50€ na dojazd z lotniska i z powrotem, oraz 90€ na inne
wydatki bez szczególnego oszczędzania na wszystko. Większośd pochłonęło oczywiście
jedzenie już po zejściu na dół. To bardzo niewielkie koszty.
W Internecie lub czasopismach górskich można znaleźd oferty wyjazdu na Białą Górę
z przewodnikiem. Oferty wahają się w granicach 2000zł, przy czym biuro pokrywa jedynie
koszt logistyki i ubezpieczenia. Sprzęt i prowiant trzeba mied nadal swój. Zaznaczają też, że
trzeba zabrad ze sobą co najmniej 500€ na własne wydatki. Oferty takich biur mnie
naprawdę bawią i nawet za darmo nie skorzystałbym z takich usług, gdyż wolę sam wyjazd
zaplanowad, mied elastyczny plan i byd sobie samemu panem.
Trudności techniczne i drogi na szczyt
Dróg na szczyt jest kilka i wszystkie swój początek mają w miejscowościach
otaczających masyw. Można tak jak my, wyruszyd z Les Houches. Wejśd lub wjechad kolejką
gondolową na Bellevue i przesiąśd się na Tramway du Mont Blanc. Jeśli postawimy tylko na
tramwaj to wyruszamy z St-Gervaisles-Bains gdzie linia ma swój początek (niedaleko Les
Houches). Koocowa stacja linii to Nid D’Aigle. Jeśli nie tramwajem, to możemy dojśd do niej
piechotą przez wzgórze Mont Lachat, albo jedną ze ścieżek okrążających to wzgórze, lub
najprościej – wzdłuż torów kolejki. Droga ta zwana jest Aiguille Du Gouter i niezależnie od
wariantu początkowego, w dalszej partii prowadzi przez schronisko Tete Rousse, Gouter,
granią Bosses na sam szczyt.
Początkowo chciałem wchodzid bardzo popularną ale mniej uczęszczaną drogą, jaką
jest Ref du Midi prowadząca ze szczytu Aiguille du Midi (igła południa), schronisko
Cosmiques, ewentualnym trawersem przez Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit. Na igłę
można wjechad kolejką lub wejśd z Chamonix okrążając cały masyw Aiguilles du Chamonix
drogą przez schroniska d’Envers des Aiguilles oraz Refuge du Requin.
Te dwie trasy to w zasadzie jedyne drogi wejścia na szczyt, przy czym w zależności od
programu i wariantu, spotykane są różne kombinacje początkowych odcinków i skrótów,
występujące pod różnymi nazwami dróg. Nawet włoska droga zwana papieską, prowadząca
przez schronisko Miage, wchodzi na Dome du Gouter i dalej łączy się ze ścieżką, którą my
weszliśmy. Koocowe odcinki wszystkich dróg, pozostają wciąż te same. Wiem, że czytanie
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
S t r o n a | 63
takich dziwnych nazw, jak można tam wejśd, nie daje absolutnie żadnego poglądu, więc
załączam fragment mapy z zaznaczoną drogą naszego przejścia.
Jeśli chodzi o trudności, to są bardzo umiarkowane. Droga papieska jest znacznie
dłuższa pod względem chodzenia, ale trudnośd ma podobną. Każda ścieżka wymaga
posiadania dobrego sprzętu, raki i podobny zimowy sprzęt jest niezbędny. W zasadzie nie
wyobrażam sobie też tego podejścia bez liny i uprzęży. Każdy uczestnik powinien byd też
odpowiednio przeszkolony w podstawowym zakresie. Trudności typowo wspinaczkowe
występują na minimalnym poziomie.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
64 | S t r o n a
Logistyka
Niezależnie którą drogą wyruszamy, musimy się dostad do jednej z miejscowości przy
masywie Mont Blanc. Od strony Włoskiej jest to Courmayeur, od francuskiej – Chamonix lub
jedna z mniejszych pobliskich miejscowości. Najwygodniejszym wariantem jest dojazd
własnym samochodem. Przy wyjeździe z Krakowa, trasa w jedną stronę to około 1500km.
Wszelkie GPSy wyznaczają drogę przez Niemcy ze względu na bezpłatne i szybkie autostrady.
Trasa przez Czechy, mimo iż niewiele krótsza zajmie nam więcej czasu. Koszt oczywiście
zależy od samochodu i cen benzyny. Im większy samochód, więcej ładunku, więcej ludzi –
koszty mniejsze. Niedogodnością jest tylko czas dojazdu. Droga zajmie nam dobre 20 godzin
i o ile lubię prowadzid tak perspektywa spędzenia w samochodzie prawie doby,
spowodowała że postawiłem na wariant szybszy – drogą lotniczą.
Samolotem najlepiej jest dostad się do Genewy. Szwajcaria, mimo iż nie jest
członkiem UE, jest w strefie Shengen. Przekroczenia granicy nawet nie zauważymy.
Najkorzystniejsze połączenia możemy wyszukad jedną z wyszukiwarek Internetowych. Ja
korzystałem z e-sky.pl, równie dobrym portalem jest lataj.pl. Na tych stronach możemy nie
tylko wyszukad połączenia, ale też kupid bilet. Pośrednictwo oczywiście kosztuje, ale nie
więcej niż 10-100zł (zależy od ceny biletu) i często bilety możemy kupid u nich taniej niż
bezpośrednio w linii lotniczej. Skorzystaliśmy z naszych, polskich linii lotniczych LOT. W tym
przypadku cena na portalu była taka sama jak na stronie LOTu, więc kupiliśmy bilety
bezpośrednio.
Pozostaje transport z Genewy na miejsce startu. Najtaoszym, ale też najbardziej
czasochłonnym połączeniem jest pociąg. Niestety nie ma bezpośredniego transferu i trzeba
się przesiadad gdzieś po drodze (chyba nawet dwa razy), więc zrezygnowaliśmy z tej opcji już
na wstępie. Pozostają autobusy i naprawdę szeroki wybór wszelkich busów. Wraz
z napływem turystów, powstała cała masa przewoźników oferujących transport
z możliwością rezerwacji miejsc wcześniej, przez stronę internetową. Firmy takie jak Izibus
(www.izibus.com),
Alpinetransfers4u
(www.alpinetransfers4u.com),
Chemexpress
(www.chemexpress.com), Cham-van (www.cham-van.com), oraz wiele innych, oferują
przejazd bezpośrednio z lotniska do wybranego hotelu. Jeśli hotelu nie mamy, znajdą nam
coś zanim jeszcze dojedziemy na miejsce. My spośród konkurencji wybraliśmy firmę AlpyBus
(www.alpybus.com), na tle konkurencji wyróżniła się ceną i obsługą. Specjalnie dla nas, nieco
przesunęli godzinę odjazdu busa w stosunku do grafiku, żebyśmy zdążyli wysiąśd z samolotu
i zabrad bagaże. Cena przy 4 osobach z wcześniejszą rezerwacją kosztowała nas 23,5€ za
jeden bilet, a jeśli bylibyśmy w grupie co najmniej 6 osobowej, to cena schodzi nawet do
19,5€. Bilety trzeba rezerwowad, co najmniej na 4 dni przed odjazdem, inaczej (również na
miejscu) kosztują 6€ drożej. To i tak dużo w przeliczeniu na polskie złotówki, ale tutaj zwykły
kursowy autobus z Chamonix do sąsiedniego Courmayeur we Włoszech kosztuje 12€, a te
dwa kurorty dzieli od 1903r. tylko 12km tunel, biegnący pod całym masywem Mont Blanc.
Z dachu Europy – Mont Blanc, Dziennik podróży
Adres do korespondencji:
[email protected]
Przeczytaj także:
Himalaje Nepalu Drogą do Everest Base Camp (2009)
http://www.share.wiktor.boo.pl/Himalaje_EBC.zip
Trwają prace nad:
Zielone światło Czarnobyla – druga wyprawa do strefy zero (2010 lub 2011)
W odległych planach, mogących się zmienić (czyt. poszukiwany sponsor na ):
Kaukaz, Elbrus i kontenery po paliwie rakietowym (2011)
Każdy ma swoje Kilimanjaro – z Kenii do Tanzanii (2012)
Śladami gringo, czerwonych twarzy i zaginionych cywilizacji Ameryki Południowej (2013)
Szukaj wkrótce w Internecie lub zapytaj autora 
Tutaj jest miejsce na Twoją reklamę!
Już dziś zostao sponsorem lub patronem
medialnym kolejnej wyprawy!
 Pobierz ofertę dla sponsora
http://www.share.wiktor.boo.pl/sponsor.pdf
Oferta – wersja 2.3
Elbrus (ros. Эльбрус) położony jest w zachodniej części głównego łaocucha Kaukazu, na terenie republiki
Kabardzko-Bałkarskiej, 11km od granicy Rosji z Gruzją. Szczyt ma dwa wierzchołki – zachodni i wschodni oddalone od
siebie o około 3km, z różnicą wypiętrzenia zaledwie 21m. Zachodni wierzchołek, zdobyty po raz pierwszy w 1874r.
z wysokością 5642m n.p.m. stanowi najwyższy szczyt całego Kaukazu, Rosji oraz Europy (według Messnera). Jako
najwyższy, zaliczany jest do Korony Ziemi, widniejąc na liście siedmiu (konkretnie dziewięciu), najwyższych szczytów
wszystkich kontynentów. Według Reinholda Messnera i jego zwolenników jest reprezentantem Europy, jednak
według unii geograficznej leży już poza jej granicami, a reprezentantem naszego kontynentu jest Mont Blanc –
4810m n.p.m. Żeby poszczycid się zdobyciem najwyższego szczytu Europy, trzeba dla pewności zaliczyd obydwie góry.
Mont Blanc już zdobyliśmy, teraz celem naszej wyprawy jest Elbrus.
Chcielibyśmy zaproponowad paostwu współpracę polegającą na wsparciu naszej najbliższej wyprawy. Nasza
współpraca może mied korzyści dla obu stron. Przede wszystkim jest to znakomita i stosunkowo tania forma reklamy
w środowisku górskim, podróżniczym i ogólnospołecznym. Nasze podróże staramy się bardzo dokładnie
dokumentowad, fotograficznie w formie internetowych galerii, oraz pisemnie w postaci dzienników publikowanych w
Internecie. W relacji staramy się umieszczad nie tylko nasze przeżycia, ale często praktyczne uwagi, rekomendując
również sprzęt używany na wyprawie. Nasz sponsor może liczyd na:


Publikację materiałów promocyjnych, logo oraz
podziękowao w naszym dzienniku i relacji.
Testy jego produktów w ekstremalnych
warunkach i publikację pozytywnych opinii, nie
tylko w naszym dzienniku.


Zamieszczenie logo w pokazach slajdów i na
zdjęciach z wyprawy.
Zdjęcia z banerem sponsora oraz inne materiały
z wyprawy.
Dodatkowo możemy zaoferowad powierzchnię ubrao i plecaków na naszywki reklamowe, oraz wszelkie inne
formy reklamowe do uzgodnienia. Dotychczas prezentowaliśmy swoje wyprawy w schronisku w Dolinie Pięciu
Stawów, klubie podróżników Śródziemie oraz na antenie Radia17 i Radia Plus. W związku z dużymi kosztami całej
wyprawy, będziemy Paostwu wdzięczni za każdą pomoc, finansową i materialną. Będziemy zadowoleni
sponsoringiem zarówno części kosztów, jak również drobnymi gadżetami, ubraniami, czy sprzętem przydatnym na
wyprawie. Liczy się każda pomoc, nawet najmniejsza. Zainteresowanych wsparciem naszego przedsięwzięcia,
prosimy o kontakt e-mailowy pod adresem [email protected] lub odwiedzenie naszej strony internetowej
pod adresem: www.elbrusexpedition.pl gdzie przeczytad można wszystkie szczegóły naszej przyszłej wyprawy.
Kim jesteśmy?
W skrócie …jesteśmy grupą młodych, ambitnych ludzi, kochających góry i wyprawy. W większości poznaliśmy
się przez Internet i mimo, iż dzieli nas długośd całej Polski, staramy się często spotykad na różnych wyjazdach.
Wiktor
Kaśka
Rafał
Marcin
Grzegorz
Kaśka
Kraków
Podróżnik,
fotoamator,
licencjonowany pilot
i przewodnik
wycieczek. Absolwent
kursu wspinaczki
skalnej oraz
taternictwa
jaskiniowego. Członek
Klubu
Wysokogórskiego
Kraków. Na co dzieo
informatyk pracujący
za biurkiem. W swej
karierze odwiedził
wiele pasm górskich,
między innymi
Himalaje i Alpy.
Gdaosk
Z wykształcenia
informatyk
i ekonomista,
obecnie pracuje
w bankowości.
Mimo, iż do gór
musi przejechad
całą Polskę, często
je odwiedza. Poza
polskimi górami
odwiedziła między
innymi Atlas wysoki
gdzie zdobyła
najwyższy szczyt
pasma.
Doświadczona
globtroterka
z praktyką
wspinaczkową.
Starogard Gdaoski
Licencjonowany
taternik jaskiniowy
i Prezes
Starogardzkiego
Klubu Taternictwa
Jaskiniowego. Od
młodości zapalony
grotołaz i miłośnik
gór, nie tylko Tatr.
W swej karierze
odwiedził między
innymi rumuoskie
Munţii Făgăraş,
Munţii Retezat,
Tatry słowackie
a ostatnio nawet
Himalaje i Alpy.
Starogard Gdaoski
Prywatny
przedsiębiorca,
taternik jaskiniowy,
od młodości wspina
się po górach
i jaskiniach, na co
kiedyś przeznaczał
wszystkie zarobione
przez siebie
pieniądze. Dobrze
zna Tatry jak
i Himalaje. Obecnie
prowadzi własną
firmę zajmującą się
pracami
wysokościowymi.
Starogard Gdaoski
Towarzyszy
Marcinowi
i Rafałowi od
początku eksploracji
jaskio, gdzie zdobył
doświadczenie
i bardzo dobre
obeznanie
z technikami
linowymi. Od kilku
lat aktywnie chodzi
po górach, porwie
się na każdy, nie
ważne jak odważny
plan.
Kraków
Przyszły filolog
szwedzki zakochany
w Skandynawii.
Chodzi po górach od
6 roku życia, na
początku wnoszona
na barana, potem
o własnych siłach.
Na razie Beskidy
i Tatry, ze
szczególnym
umiłowaniem
Bieszczad i Beskidu
Sądeckiego. Była też
w górach
skandynawskich:
Szwecja –
Vindelfjaellen oraz
norweskich Hardangervidda.
Nasze dotychczasowe publikacje to „Himalaje Nepalu
Drogą do Everest Base Camp”, oraz „Z dachu Europy –
Mont Blanc”. Relacje pisane są w formie e-książek,
natomiast w Internecie publikujemy wersję skróconą
z linkiem do kompletnej relacji. Tekst cieszy się dużą
popularnością i bardzo dobrą opinią (pierwsze miejsce
w konkursie wydawnictwa Bezdroża). W każdej wersji
z przyszłych relacji możemy podziękowad ewentualnym
sponsorom, w ten sposób promując ich wizerunek na wielu
portalach, oraz u naszych patronów medialnych.
Ostatnia relacja ze zdobywania najwyższego szczytu zjednoczonej Europy, ukazała się między innymi w portalach:
Dziennik w pełnej wersji można pobrad pod adresem: http://www.share.wiktor.boo.pl/Alpy_MB.zip
Tabela zmian wysokości - Wyprawa na Mont Blanc 2010
Dzień
1
2
2
2
3
4
4
5
6
6
6
7
8
9
9
9
Miejsce
Kraków
Warszawa
Genewa
Les Houches
Nid D`Aigle
Forestiere
Tette Rouse
Aiguille Du Gouter
Vallot
Mont Blanc
Aiguille Du Gouter
Les Houches
Chamonix
Genewa
Warszawa
Kraków
m n.p.m.
∆ wysokości
214
102
375
972
2401
2789
3180
3845
4373
4810
3845
972
1030
375
102
214
0
-112
273
597
1429
388
391
665
528
437
-965
-2873
58
-655
-273
112
4810
5000
4373
4500
3845
Wysokośd m n.p.m.
4000
3500
3845
3180
2789
3000
2401
2500
2000
1500
972
972
1030
1000
500
0
214
375
102
375
102
214

Podobne dokumenty