REPORTER nr 8/9 - reporter leszczynski

Komentarze

Transkrypt

REPORTER nr 8/9 - reporter leszczynski
POBIERZ ZE STRONY www: reporterleszczynski.pl
Zenek Zając padł
Zenon Zając był jednym
z dziewięciu górników
poległych w stanie wojennym
w „Wujku”. Jako jedyny
pochodził z Wielkopolski.
Miał dwadzieścia dwa lata
CZYTAJ STR. 4-5
DWUTYGODNIK BEZPŁATNY
Rodzinny Peugeot
NR 8/9 13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r. NAKŁAD 35 000 egz.
www.reporterleszczynski.pl
fot. Zbigniew Korona
Kłusownik
Pierwszy w Wielkopolsce
opis walorów użytkowych
najnowszego Peugeota.
Model 301 zaskakuje
wielkością, komfortem jazdy
i ceną 37.900 zł.
zarabia na święta
CZYTAJ STR. 21
Kto oczekuje
końca świata
Od 1971 do 1997 roku świat
miał się skończyć trzydzieści
siedem razy. Od 1998
do 1999 - czterdzieści dwa
razy. Od 2000 do 2012 –
pięćdziesiąt osiem razy
CZYTAJ STR. 10-11
Bywał u nas
Napoleon
W Muzeum Okręgowym
w Lesznie otwarta została
wystawa pt. ,,Dał nam
przykład Bonaparte...''.
Nie ma informacji, aby
Napoleon się tu na dłużej
zatrzymywał, ale na pewno
przejeżdżał przez Leszno
Kolejny numer
Reportera
leszczyńskiego
fot. S.Wals
CZYTAJ STR. 14-17
Często kłusowanie to rodzinna tradycja przekazywana z ojca na syna. W sądzie zawsze powiedzą, że kłusują, bo rodzina duża, a do garnka
nie ma co włożyć. Sandacz u legalnego rybaka kosztuje 19 zł za kilogram, kłusownicy sprzedają go za 12-15 zł za kilogram
str. 12-13
10
stycznia
2013
Rodzinnych Świąt
Bożego Narodzenia
i dobrego Nowego Roku 2013
życzy
Redakcja
Reportera Leszczyńskiego
2
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
OD NAS
więcej na: www.remekdabrowski.pl
FELIETON
Podróż za jeden uśmiech
„Jest zima, to musi być zimno. Takie
jest odwieczne prawo natury”.
Bawi mnie niezmiennie ten cytat
z „Misia”. Bawi, ale i złości. Farsa
filmowa to jedno, a życie to drugie.
Zwłaszcza gdy PKP wprowadza
zmiany w rozkładzie jazdy.
W Warszawie w związku z tym wiekopomnym wydarzeniem na dworcu
pojawił się minister Sławomir Nowak.
W długim płaszczu i z samego rana
swoim gospodarskim okiem pilnował
REKLAMA
wszystkiego... co zauważył. Tam
gdzie się pojawiał było ciepło, czysto
i na czas.
Minister nie posiadł jednak umiejętności bilokacji i dlatego w innych
miejscach było... jak zwykle.
Komunikaty wyjaśniające płynęły jednak sprawnie. Bo to dyspozytor się
pomylił, inny zasnął, a tak w ogóle to
śnieg spadł i zimno jest. „Takie jest
odwieczne prawo natury”.
Do tego nagle, jak na złość, psują się
silniki, drzwi się nie zamykają, no
i jeszcze ktoś zapomniał dopiąć kilku
wagonów. Zabawne? Żałosne!
Farsa filmowa
to jedno,
a życie
to drugie.
Zwłaszcza gdy
PKP zmienia
rozkład
Podobno w ciągu kilku lat z Leszna
do stolicy mamy dojechać w niespełna dwie godziny, ale podobno także
na Marsie jest życie. Podobno to zabawne słowo. Ma ogromną siłę. Daje tak wiele nadziei.
Nadzieja! Warto się jej trzymać, bo
na kolei właśnie decydują kiedy by tu
strajk urządzić. Może w prezencie
świątecznym, a może na sylwestra?
Pewien pewny siebie związkowiec
ogłosił w radiu, że w jego środowisku poziom frustracji jest ogromny.
Pasażerowie tego słuchają, klnąc
pod nosem, a na kolei wielkie zmiany. Znowu powstały nowe spółki. Wydrukowano nowe foldery, plakaty i gazety.
Jest nadzieja, że podobno idzie
zmiana klimatu i zimy... kiedyś
w Polsce nie będzie.
Wesołych Świąt!
JAROSŁAW GOJTOWSKI
REKLAMA
4
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
REPORTAŻ
Zenek Zając
Na święta miał przyjechać do domu z narzeczoną. Przyjechała sama - na jego pogrzeb
Za chlebem
– Oczko w głowie całej rodziny, bo
najmłodszy – Marian Zając trzyma
w ciężkich, spracowanych dłoniach
zdjęcie brata (ostatnie, jakie Zenek
zrobił sobie przed śmiercią). Starsze
rodzeństwo pamięta, że był uśmiechnięty, lubił żartować.
Takim też wspominają go koledzy
z rodzinnego Cegielska. To mała wieś
w gminie Rakoniewice, z kilkunastoma numerami.
Zenek był w ósmej klasie, kiedy
w szkole w Rostarzewie zobaczył
ogłoszenie, że w kopalniach łatwo
o pracę i że dobrze płacą. Pojechał
na Śląsk zaraz pod podstawówce. – Za chlebem, bo w domu się nie
przelewało – opowiada brat Marian.
Skończył górniczą zawodówkę i poszedł do „Wujka”. Zjeżdżał pod ziemię, ale nie fedrował. Jako ślusarz naprawiał górnicze maszyny.
– Matka stale się o niego martwiła – wspomina Maria Łukaszewska
spod Wolsztyna, siostra Zenka. – Przecież w kopalniach jest tyle wypadków.
Zenkowi na Śląsku spodobało się.
Po kilku latach zaciągał już śląską
gwarą.
Ale Marian pamięta, że brat planował
zarobić jeszcze trochę i wrócić do Cegielska. Gdy zmarł ojciec, przysyłał
matce pieniądze na budowę domu.
Kupowała cegłę, kazała założyć nawet fundament.
Marian: – Ciągnęło go na wieś do gospodarstwa.
wyłomy wchodzą zomowcy uzbrojeni w tarcze i długie pałki. Sypie się
na nich grad kamieni i śrub. Trwa regularna bitwa.
Do broniących się górników zomowcy z plutonu specjalnego otwierają
w końcu ogień. Na miejscu zginie sześciu. Siódmy umrze kilka godzin później w szpitalu. Kolejnych dwóch
po kilku tygodniach.
Zenek dostał kulę w klatkę piersiową. Koledzy będą potem mówić, że
nie cierpiał, bo zginął od razu.
czasie kilka tysięcy solidarnościowych działaczy siedzi już w więzieniach. Ludwiczak też.
Dla górników z „Wujka” Ludwiczak
to ktoś. Urodził się przed wojną
w Wielkopolsce, w 1956 roku jako
nastolatek demonstrował z robotnikami na ulicach Poznania przeciwko stalinowskiej władzy. Był przesłuchiwany. Jako politycznie niebezpieczny,
nie poszedł do normalnego wojska – zesłano go do Wojskowego Korpusu Górniczego. Zamiast karabinu,
do ręki dostał kilof i łopatę.
Został na Śląsku i zatrudnił się
w „Wujku”. Jeszcze przed „Solidarnością” kolportował ulotki Komitetu
Obrony Robotników. Latem 1980 roku organizował w swojej kopalni
strajk. Od początku przewodniczący
Komitetu Zakładowego „Solidarności”.
Wiadomość o brutalnym aresztowaniu Ludwiczaka rozchodzi się po kopalni jeszcze tej samej nocy. Załoga
rozpoczyna strajk.
Wyzywali, że wichrzyciel
Spieszył na Barbórkę
Z siekierą
– Na święta przywiozę narzeczoną – żegna się z rodziną Zenek. Jest
koniec listopada, a może początek
grudnia 1981 roku (dziś nikt już tego
dokładnie nie pamięta). W każdym razie krótko po jego dwudziestych drugich urodzinach. Przyjechał na krótki
urlop, ale spieszy na Śląsk, żeby zdążyć na Barbórkę.
Sytuacja w kraju coraz bardziej napięta: mnożą się strajki i esbeckie prowokacje (tak władza przygotowywała klimat do wprowadzenia stanu
wojennego). Zenek jest rozpolitykowany, całym sercem za „Solidarnością”. Podobno raz ściął się nawet
z Marianem.
Starszy od Zenka o kilkanaście lat
Marian był w wojsku w Szczecinie
w 1970 roku, jak ekipa Gomułki rozprawiała się krwawo ze strajkującymi na Wybrzeżu. Wiele widział. Zdaje sobie sprawę, że komuniści władzy
nie oddadzą. A jak trzeba będzie, wyprowadzą na ulice czołgi.
Gdy Jaruzelski ogłosi stan wojenny,
Marian nie będzie specjalnie zaskoczony.
12 grudnia 1981 roku przed północą
zomowcy rozwalają siekierą drzwi
do mieszkania Jana Ludwiczaka, szefa „Solidarności” w kopalni „Wujek”.
Rano generał Jaruzelski ogłosi, że
w Polsce jest stan wojenny. W tym
Uwolnić Jana Ludwiczaka, wypuścić
wszystkich internowanych i znieść
stan wojenny – takie żądania stawiają władzom górnicy z „Wujka”. Ko-
Została zdrowaśka
fot. Stanisław Zasada
Na cmentarzu parafialnym w Rostarzewie niedaleko Wolsztyna jest grób
Zenona Zająca. Pod imieniem i nazwiskiem tabliczka: „Górnik kopalni
„Wujek”, zginął 16 grudnia 1981”.
– Nie wolno było napisać, że go zastrzelili – mówi brat. – Komuna nie
pozwoliła.
Zenon Zając był jednym z dziewięciu górników poległych w stanie wojennym w „Wujku”. Jako jedyny pochodził z Wielkopolski. Miał
dwadzieścia dwa lata.
Zenon Zając miał zaledwie 22 lata
palnię otacza wojsko i ZOMO. Górnicy stawiają barykady. Czekają.
Dzień przed szturmem, gdy milicja
i wojsko szykują się do uderzenia,
w szatni w „Wujku” ksiądz Henryk Bolczyk odmawia z górnikami różaniec. Sami prosili, by do nich przyszedł. Znają
się – niedawno razem świętowali Barbórkę.
Zenon Zając
był jednym
z dziewięciu górników
poległych
w stanie wojennym
w „Wujku”.
Jako jedyny pochodził
z Wielkopolski.
Miał dwadzieścia
dwa lata
Teraz są przy czterdziestej dziewiątej
„zdrowaśce”. Została jeszcze jedna, gdy
ktoś krzyczy: „Chłopy, idą!”. Wszyscy
wybiegają, bo myślą, że to już szturm.
Ksiądz zostaje sam z różańcem w ręku.
Alarm był fałszywy. Ale górnicy nie mają złudzeń. Słyszeli, że zomowcy rozbili
strajki w innych kopalniach. Ktoś prosi
księdza, by udzielił im zbiorowego rozgrzeszenia, jakie daje się w chwili zagrożenia życia, gdy nie ma czasu na spowiedź. Ksiądz się waha, w końcu
wypowiada po łacinie modlitwę.
– Byli świadomi, że może dojść do walki. Ale mam wątpliwości, czy brali
pod uwagę śmierć od ran z ostrych nabojów – powie po latach ksiądz Bolczyk.
16 grudnia przed południem czołgi
przebijają ceglany mur kopalni. Przez
Wieczorem 16 grudnia Marian Zając
słyszy w „Dzienniku Telewizyjnym”,
że na Śląsku polała się krew. „Niemożliwe, żeby na tyle tysięcy górników akurat Zenkowi coś się stało”,
myśli. Siostra Maria też ogląda
„Dziennik”. – Jakby naszemu się coś
stało, to daliby znać – mówi do męża
i kładzie się spać.
Wiadomość przyszła następnego dnia.
W rodzinie Zająców rozpacz i gorączkowa narada. Ustalają, że Marian pojedzie ze szwagrem do Katowic
po ciało Zenka. – Tylko mi go przywieźcie – płacze Helena Zając, matka Zenka.
Marian obiecuje matce, że przywiezie brata. Ale w duchu nie wierzy, że
władza się zgodzi, żeby pochować
Zenka w rodzinnej wsi. Pamięta, jak
ofiary masakry na Wybrzeżu w siedemdziesiątym roku chowano nocą,
po kryjomu.
Na Śląsk Marian ze szwagrem jadą
pociągiem. W szpitalnym prosektorium pokazali im zwłoki Zenka. Ubrane były w ciemny garnitur. – Nie zgodzili się, żeby włożyć go do trumny
w górniczym mundurze – wspomina Marian.
Nie protestował, o nic nie pytał. – Byłem szczęśliwy, że będziemy mogli
pochować go blisko rodziny – mówi.
Przecież obiecał to matce.
Przed odjazdem koledzy Zenka z kopalni dali mu ukradkiem górniczy zielono-czarny sztandar i galową czapkę z pióropuszem.
Do Cegielska wracali taksówką za nyską z trumną Zenka. Zatrzymywały
ich patrole. Niektórzy kazali im jechać. Inni wypytywali, dokąd jadą.
W Trzebnicy za Wrocławiem kazali
im otworzyć trumnę. Wyzywali, że
wichrzyciela wiozą.
Przejechali Rawicz, Leszno i skierowali się na Włoszakowice, a stamtąd
REPORTAŻ
35 000 EGZEMPLARZY
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
padł
fot. Stanisław Zasada
REKLAMA
Pogrzeb Zenona odbył się 24 grudnia 1981 roku
na Wolsztyn. Nad ranem byli w Rostarzewie. Dalej nyską nie dało się jechać, bo śnieg zasypał drogę.
Marian Zając zawiózł trumnę do Cegielska saniami.
-czarnym sztandarem, na wieku czapka z pióropuszem.
Tak chciał ksiądz. – Pochowamy go,
jak górnika – powiedział rodzinie. Pogrzeb prowadził od domu.
się urwał. W rodzinie Zenka nie mają
do niej żalu. – Była młoda, ładna,
pewnie ułożyła sobie życie – powtarzają ze zrozumieniem.
Przewodniczący płacze
Pogrzeb Zenka
był w Wigilię.
Ludzie powiadają,
że milicja obstawiła
okoliczne drogi,
żeby nie przepuścić
delegacji z „Wujka”
Helena Zając nigdy nie otrząsnęła się
z tragedii. Nie dokończyła budowy
domu.
Zmarła w 2004 roku. Przeżyła syna o 23 lata. Za pieniądze, które dostała z Zenkowej polisy, postawiła mu
nagrobek.
Marian Zając tym, co zastrzelili Zenka, wybaczył już dawno. Za śmierć
brata wini tych, którzy kazali im strzelać. Przestał wierzyć, że doczeka się
dla nich sprawiedliwego wyroku.
Brat wybaczył
Kiedy wojsko i milicja pacyfikują
„Wujka”, przewodniczący Ludwiczak
siedzi w celi więzienia w Szerokiej
pod Jastrzębiem. Nie wie, co dzieje
się w kraju. Nie wie, że jego koledzy
strajkują.
Wieczorem strażnik prowadzi go
do sali, gdzie jest telewizor. Rozpoczyna się „Dziennik Telewizyjny”.
„Funkcjonariusze zostali zaatakowani kamieniami, łomami, kilofami oraz
innymi niebezpiecznymi narzędziami.
Użyto broni” – spiker w wojskowym
mundurze czyta wiadomość o tragedii w „Wujku”.
Ludwiczak płacze.
Do domu wróci za rok – jako jeden
z ostatnich internowanych.
Pochowamy jak górnika
Pogrzeb Zenka był w Wigilię.
Ludzie w Cegielsku powiadają, że
milicja obstawiła okoliczne drogi, żeby nie przepuścić delegacji z „Wujka”.
Na czarno-białych zdjęciach (fotograf robił je po kryjomu) trumna Zenka owinięta jest górniczym zielono-
Był odważny. We Wszystkich Świętych
zatrzymał się z procesją przy grobie i powiedział przez mikrofon na cały cmentarz: „Módlmy się za zamordowanego
w stanie wojennym Zenona Zająca”.
Miało być wesele
W Katowicach Marian poznał Anię,
narzeczoną Zenka (u Zająców do dziś
wymawiają zdrobniale jej imię). Gdy
dowiedziała się o strzelaninie, jeździła po szpitalach szukać Zenka.
Wystarała się o przepustkę. Teraz jedzie z nimi do Cegielska. – Miało być
wesele, a nie pogrzeb – matka Zenka
mocno ją przytuliła.
Nie została na pogrzebie. Musiała
wracać na Śląsk – dostała przepustkę
tylko na 48 godzin.
Przez jakiś czas przysyłała do Cegielska kartki na święta. Później kontakt
***
Po upadku komunizmu na marmurowym nagrobku Zenka umieszczono
tabliczkę: „Jeden z dziewięciu górników poległych w KWK „Wujek”.
Rok temu, w 30. rocznicą wprowadzenia stanu wojennego, skwerek
w Rostarzewie otrzymał imię Zenona Zająca.
STANISŁAW ZASADA
Korzystałem z moich reportaży
„Życie po śmierci” i „Sprawa milicji”
zamieszczonych w „Tygodniku
Powszechnym”.
5
REKLAMA
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
LUDZIE
Pokonać
Mur wprawdzie jeszcze stoi, ale z obu jego stron już trwa
Nie wiadomo, gdyż z jednej strony są te, którym choroba
są ci, którzy często się ich boją
go do tej pory nie odzyskały. Dlatego
teraz są tu, a nie tam. A tam są ci inni.
Pomiędzy nimi, a tymi tam jest mur.
Ale ostatnio ten mur tak jakby się zachwiał...
– Dom pomocy pamiętam od początku. Cały czas on tu jest, tylko początkowo to nie był dom pomocy, tylko
Państwowy Zakład dla Osób
Psychicznie i Nerwowo Chorych. To
było zamknięte – brama, portier, koniec. Dopiero gdzieś tak w latach siedemdziesiątych to się zaczęło otwierać. One zaczęły wychodzić,
mieszkańcy zaczęli korzystać, bo tu
był pierwszy telewizor, to zaczęli chodzić na filmy. Kaplica powstała, to
do kaplicy tu chodzili. I tak te kontakty z mieszkańcami tego domu się
zaczęły – sołtys Zenon Bzdęga wie,
co mówi. On się tu urodził i całe życie tu mieszka, więc wie, jak w Rogowie jest. Czasami jak nowi przyjdą
do wsi, to na początku nie wiedzą jak
się zachować i co myśleć, ale z czasem się przyzwyczają i wszystko jest
w porządku.
Zdzisława nie ma humoru. Stoi oparta o stół, ręce założyła na piersiach
i od czasu do czasu łypie spode łba.
Komunikat jest jasny – nie chcę, nie
będę, nie podoba mi się.
Wioletka. O, ta aż tryska energią
i emocjami. Dłonie przez cały czas są
w ruchu. Pociera je, lekko zaciska,
przekłada jedną na drugą, szybko mówi i ciągle się uśmiecha.
Za to Seweryna zachowuje godność
i stateczność. Lekko zdystansowana, co
nie oznacza, że nie jest zainteresowana.
Ale tak z umiarem, bez przesady.
No i Marzena. Marzena jest jak dobrze wychowane dziecko. Gdy trzeba
uśmiechnie się, gdy ktoś zapyta, powie wszystko, co wie, jednak najważniejsze, to siedzieć prosto i słuchać.
– Ja przygotowuję ziemniaczki, marchewkę, jabłuszka na kompot, układam chleb. Pomagam wszystkim kucharkom, wszystkim – Wioletka
mocno podkreśla to słowo. Praca
w kuchni to nie wszystko. Wioletka
nawet pralkę potrafi włączyć, a gdy
już wszystko jest zrobione, to lubi sobie pogadać i pośmiać się z dziewczynami.
Marzena czasami się nudzi, a gdy się
nudzi, to idzie na salę muzyczną. Tam
sobie z Dawidkiem pożartuje i już się
nie nudzi. Ale czasami zamiast do sali
muzycznej idzie na spacer do parku
lub na działkę coś porobić. Jest jeszcze maszyna dziewiarska albo szkło
i tam Marzena robi różne prace, i już
jest lepiej.
Seweryna czasami wychodzi z domu,
ba, nawet wyjeżdża. Ostatnio na grób
rodziców pojechała. Przyjmuje także
gości, a jakże. Niedawno ze Śląska
brat przyjechał. Na wsi ma jedną, drugą znajomą, co je odwiedza. Seweryna porozmawia sobie z nimi, kawę
wypije i tak życie płynie.
Zdzisława zmienia front. Ona też chce
powiedzieć, że chodzi do pracowni,
serwetki sobie robi i serduszka, sprząta, okna myje. Wszystko robi. A co,
przecież nie jest gorsza.
Kiedyś w innym miejscu
Te kobiety kiedyś żyły gdzieś indziej.
Ale to było kiedyś. Teraz są tu, bo
tam gdzie kiedyś żyły nie ma dla nich
życia. To „kiedyś”, na to „teraz” zmieniła choroba. Choroba, która jak cichy złodziej zakradła się w ich myśli,
ducha, w ich świat i zabrała coś, cze-
Solidarność z chorobą...
Do czego trzeba się przyzwyczaić?
Do tego, że Wioletka nagle podbiega,
obejmuje i mocno ściska, by już
po chwili znowu stanąć tam, gdzie jej
pozostałe koleżanki. Do tego, że Zdzisława nadal ma lekko zwieszoną głowę tak, aby nie patrzeć prosto w oczy.
Do tego, że nie zawsze potrafią się skupić, a gdy pogoda się zmienia, ciśnienie spada, to i nerwy mogą bardziej
szarpnąć. Do tego, że w kaplicy podczas mszy nie zawsze jest cisza, bo któraś właśnie musi sobie coś na głos przemyśleć. Jednak przyzwyczaić się nie
oznacza poznać, a dopiero gdy one
i tamci się poznają, tak jak poznają się
sąsiedzi, ten mur padnie.
– One przychodziły do sklepu coś kupić, my do kaplicy na msze i tak się
mijaliśmy. Nie było jakiejś wrogości,
ale też nie było wspólnoty – Katarzyna Olejniczak jest przewodniczącą
Koła Gospodyń Wiejskich w Rogowie. – Jestem przekonana, że bycie
z takimi ludźmi, poznanie ich budzi
w nas świadomość, że każdego z nas
fot. Archiwum DPS ROGOWO
6
W DPS Rogowie prowadzone są warsztaty, w których udział biorą
zarówno mieszkanki placówki, jak i mieszkańcy wsi
LUDZIE
35 000 EGZEMPLARZY
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
znaczy poznać
może coś takiego spotkać, że w każdej chwili ktoś z naszych najbliższych
może zachorować. Nie chciałabym,
aby wtedy patrzono na mnie jak
na kogoś dziwnego, a nawet stanowiącego zagrożenie. Wiele możemy
zyskać robiąc coś razem i poznając
się wzajemnie. To się już dzieje,
a mam nadzieję, że z czasem coraz
więcej mieszkańców wsi będzie miało swoje znajome w Domu Pomocy
Społecznej. I na odwrót, że coraz więcej mieszkanek Domu będzie miało
przyjaciół wśród mieszkańców wsi.
Wspólny projekt
Z chorym psychicznie nie można
się porozumieć, jest inny, niezrozumiały, często agresywny, a nawet
niebezpieczny – takim stereotypom
chcą się przeciwstawić mieszkańcy
wsi Rogowo, którzy wspólnie z działającym w tej miejscowości Domem
Pomocy Społecznej realizują projekt
pt. ,,Pokonać mur”.
Obecnie w Domu
Pomocy Społecznej
mieszka 90 kobiet,
pozostałych
mieszkańców wsi
jest 125
Rogowo to niewielka wieś koło Krobi w powiecie gostyńskim. Od ponad 60 lat w zabytkowym pałacu
funkcjonuje placówka zajmująca się
osobami z zaburzeniami psychicznyREKLAMA
mi. Obecnie w Domu Pomocy Społecznej mieszka 90 kobiet, pozostałych mieszkańców wsi jest 125.
Wprawdzie placówka działa już wiele lat, jednak do dnia dzisiejszego integracja mieszkańców wsi z mieszkankami DPS-u pozostawiała jeszcze
wiele do życzenia. Wzajemne kontakty ograniczały się z reguły do wspólnego uczestnictwa w niedzielnej mszy
świętej w kaplicy DPS-u lub zakupów w miejscowym sklepie. Kadra
DPS-u oraz grupa aktywnych mieszkańców wsi uznała, że to za mało.
Stąd wziął się pomysł na projekt
,,Pokonać mur”.
Projekt polega na wzajemnej edukacji nakierowanej na pokonanie niewidzialnego, ale istniejącego „muru”,
zbudowanego z wykluczenia społecznego, zawodowego, nietolerancji,
a zwłaszcza z powszechnej niewiedzy
o funkcjonowaniu i społecznych potrzebach osób z zaburzeniami psychicznymi, które tak jak każdy z nas
chcą być aktywne, mieć przyjaciół
i być akceptowanymi. Do projektu
przystąpiły działające we wsi organizacje – Koło Gospodyń Wiejskich,
Młodzieżowa Drużyna Pożarnicza
oraz sołtys wsi.
Dzięki wsparciu finansowemu udzielonemu przez Ministerstwo Pracy
i Polityki Społecznej w ramach programu ,,Oparcie Społeczne dla Osób
z Zaburzeniami Społecznymi”
w DPS-sie w Rogowie udało się stworzyć i wyposażyć kilka pracowni,
w których są prowadzone warsztaty
z zakresu: gotowania, fotografii, haftu maszynowego, muzyki, witrażu
i fusingu. Równolegle prowadzone są
zajęcia sportowe w pałacowym parku i pobliskim lesie. Mieszkańcy wsi
i mieszkanki DPS po raz pierwszy coś
razem robią, czegoś razem się uczą.
Były już wspólne wiejskie dożynki,
zawody sportowe, a będzie też wspólna Wigilia.
Zdaniem Moniki Bzdęgi, koordynatora projektu, nawiązanie głębszej
współpracy pomiędzy mieszkankami
DPS – u, a mieszkańcami wsi, zdecydowanie może wpłynąć na zmianę postrzegania psychicznie chorych kobiet
przez lokalne środowisko.
– Takie działania powinny uświadomić wszystkim ludziom, że osoba
z zaburzeniami psychicznymi jest pełnowartościowym człowiekiem. Ma
potrzeby, zdolności, ale i wady, jak
każdy z nas. Wzajemne poznanie się
pomoże także rozładować uczucie lęku i nieuzasadnione uprzedzenia,
wpłynie na akceptację inności wynikającej z choroby – przekonuje Monika Bzdęga.
W przyszłości wdrożenie projektu
,,Pokonać mur” przez DPS Rogowo
ma posłużyć jako bank dobrych praktyk i doświadczeń, a także jako baza
do wieloletniego działania na rzecz
wsparcia zmian postaw społecznych
wobec osób chorych psychicznie.
KAROLINA STERNAL
fot. Archiwum DPS ROGOWO
praca przy jego rozbiórce. Jak długo to potrwa?
odebrała władzę nad własnym umysłem, z drugiej
Te kobiety kiedyś żyły gdzieś indziej. Teraz są tu, bo tam nie było dla
nich życia
REKLAMA
7
8
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
Z SĄDU
35 000 EGZEMPLARZY
Tajemnicza akcja CBA...
Antoni L. wyjaśniał, że stertę obornika na posesji sąsiada fotografował na zlecenie agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego
Właściwie do końca nie wiadomo czy
to byli agenci CBA. W sali rozpraw
kościańskiego sądu pojawiły się bowiem jeszcze informacje o Centralnym
Biurze Śledczym oraz, mniej precyzyjne, o tajnych służbach w ogóle. To było nadzwyczaj ciekawe, bo sprawa
przecież błaha, choć, i to trzeba przyznać szczerze, wyjątkowo śmierdząca.
obornik na pole. W tej sytuacji postanowiłem zrobić zdjęcia, by tę sytuację udokumentować i zgłosić do odpowiednich organów rolniczych.
Ta właśnie powiedział: odpowiednich
organów rolniczych. Na tym etapie
CBA, CBŚ i inne służby jeszcze się
nie ujawniły.
non ostatecznie został w rękach właściciela.
– Na razie nie zauważyłem żadnych
uszkodzeń – zeznał policji w trakcie
zgłaszania zdarzenia Andrzej L. i tylko ktoś bardzo naiwny nie odczytałby owego „na razie” jak ostrzeżenia
pod adresem sąsiada.
„Fakju” z traktora
Zapaszek z pola
Pan Andrzej wysadził ojca i zawrócił
do domu po aparat fotograficzny. Aparat fotograficzny ma dobrej klasy: Canon EOS 7D, maszyna prawie dla profesjonalistów za 6000 zł. Pan Andrzej
profesjonalistą wprawdzie nie jest, ale,
jak się później okazało, musi mieć
czym robić dobre i wyraźne zdjęcia.
Kto wie, czy tego aparatu nie zakupił
na potrzeby trwającego już 10 lat sąsiedzkiego sporu z Franciszkiem O.
Zdjęcia faktycznie wyszły nieźle
(choć nie wszystkie wyraźnie). Zostały potem dołączone jako dowód
w sprawie do akt sądowych. Wydrukowane w kolorze, na kartkach formatu A4.
– Zrobiłem kilka zdjęć Franciszkowi
O. – zeznał Andrzej. – A on widział, że
mu je robię. Jak przejeżdżał koło mnie
wracając z pola, pokazał palcem gest
oznaczający „odpier... się”.
Prawdopodobnie chodziło o bardzo popularne w niektórych młodzieżowych
kręgach: „fakju”. Niestety, na tym jednak Franciszek O. nie poprzestał, bo
zatrzymał traktor, z którego wyskoczył
i rzucił się na Andrzeja L.
– Krzyczał, bił, przewrócił przez dyszel
przyczepy, uderzył półmetrowym kluczem do śrub – wymieniał do protokołu
Andrzej L. – I jeszcze próbował zabrać
aparat fotograficzny, który już zdążyłem
schować do torby i do bagażnika. Wyciągnął go stamtąd, ale ja torbę przyciskałem do piersi i nie puszczałem.
Po międzysąsiedzkiej szarpaninie Ca-
Zdjęcia faktycznie
wyszły nieźle. Zostały
potem dołączone jako
dowód w sprawie
do akt sądowych.
Wydrukowane
w kolorze, na kartkach
formatu A4
Sprawa zaczęła się 10 lat temu i to
jest jedyny fakt, który potwierdzają
wszyscy: Antoni L., jego syn Andrzej
oraz sąsiad Franciszek O. Jakieś 10
lat temu doszło między nimi do konfliktu. O co, tego już nie potrafią powiedzieć. Dość, że sąsiedzkie stosunki tak się wtedy zepsuły, że ich
do dzisiaj naprawić nijak nie można.
Inna rzecz, że o naprawie nikt nie myśli. Wręcz przeciwnie, każdy patrzy
jakby tu sąsiadowi szpilę wbić tak,
żeby jak najbardziej bolało. I można
to sformułowanie rozumieć na dwa
sposoby: metaforycznie, ale i dosłownie, bo w tej 10-letniej historii sąsiedzkiego sporu we wsi pod Kościanem
nie brakowało też i rękoczynów, pobić, niszczenia mienia i uszkodzenia
ciała, spraw sądowych, a nawet jednego prawomocnego już wyroku. Wyrok sporu nie wygasił, a wręcz przeciwnie. Ale do rzeczy.
Kiedy Andrzej L., z okna samochodu, którym jechał z ojcem do sadu,
zobaczył na polu traktor sąsiada, to
się nawet ucieszył. Nie dlatego, że lubi Franciszka O., bo tak nie jest. Ucieszył się z innego powodu. Franciszek
O. wywoził na pole obornik, czyli
gnój. Zapaszek zalatywał od pola,
a Andrzej L. zacierał ręce:
– Był 10 marzec i obowiązywał zakaz wykonywania przez rolników
prac polowych – tłumaczył potem Andrzej. – A on tymczasem wywoził
REKLAMA
Sprawa do organów ścigania poszła
dwutorowo. Po pierwsze Andrzej L.
zgłosił sprawę o pobicie. Przy tej okazji też się przydał aparat marki Canon. Piękne i duże kolorowe zdjęcie,
które ktoś pstryknął panu Andrzejowi na tle wejścia do ambulatorium kościańskiego szpitala, rzeczywiście nie
pozostawia wątpliwości, że mężczyzna przyjął sporo ciosów. Po drugie
jednak organy ścigania zostały powiadomione o złamaniu przez Franciszka
O. ustawy o nawozach i nawożeniu,
czyli mówiąc wprost, o nielegalnym
wywożeniu gnoju na pole. A na deser
jeszcze poszło zgłoszenie, że Franciszek O. jeździ traktorem bez włączonych świateł, chociaż przecież każdy
wie, że w Polsce na światłach trzeba
jeździć przez cały rok.
W obiektywie sąsiada
Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się proste i jasne. Cztery zestawy ponumerowanych zdjęć zrobionych przez panów L. na przestrzeni
trzech lat dokumentowały winę sąsiada. Na większości zdjęć widać po prosu sterty gnoju: na polu, w obejściu,
przy płocie. Na zdjęciu nr 10 widać
traktor i sylwetkę traktorzysty. Twarzy wprawdzie nie widać, ale nie ma
wątpliwości, że za kierownicą siedzi
Franciszek O. I rzeczywiście ciągnik
jedzie na zgaszonych światłach mijania, palą się tylko małe lampki po bokach, nad kołami.
Zdjęcia same w sobie bez komentarza
być może niewiele by powiedziały wysokiemu sądowi. Sąd nie musiał się jednak martwić o ich interpretację, bo panowie L. postarali się o dokładny opis
całej sytuacji. Starszy pan L. na piśmie
wyjaśniał sądowi co i jak:
„Franciszek O. wykorzystał środki
unijne na budowę płyty obornikowej,
a obornik i tak składuje na różnych
pryzmach. Ścieki z tych pryzm
od wielu lat odprowadza do przydrożnego rowu.” I dodał jeszcze pan L.,
że te wszystkie zdjęcia nie zostały wykonane ot tak sobie, ale na zlecenie
przedstawicieli CBA, czyli Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
„O spotkaniach z nimi informowałem
prokuratora” – pisał L.-senior z pewnym wyrzutem, że nie doczekał się
odzewu ze strony prokuratury. Podobne pretensje miał do dzielnicowego,
któremu także o tym w przeszłości
opowiadał.
– L. faktycznie mówił, że ma kontakt
z CBA czy CBŚ, ale ja tego nie weryfikowałem – przyznał na jednej z rozpraw dzielnicowy, co jednak wielkiego wpływu na sprawę nie miało.
L.- junior potwierdził, że zdjęcia były
robione na polecenie służb. Ale jakich
służb?
– To tajemnica – zeznał. – Wyjawić
tego nie mogę, bo zdjęcia mogą zniknąć. Ja im je prześlę z odpowiednim
opisem sprawy.
Jedynie słuszna decyzja
Tymczasem L. -senior tak zakończył
pismo do sądu: „Przedstawione przeze
mnie okoliczności są wystarczające
do wydania przez sąd słusznej decyzji”. I nie było wątpliwości, co rozumie przez pojęcie „słusznej decyzji”.
– Mam konflikt z sąsiadami – powiedział na sądowej sali Franciszek O.,
któremu postawiono zarzuty w sprawie obornika. – Byłem przez nich pobity, była już sądowa sprawa i wyrok.
Oni są złośliwi i mi dokuczają. Oskarżali mnie już też o wycięcie drzew
w lesie.
Co do obornika do zarzutów się nie
przyznał. Owszem, wywoził gnój
na pole, ale prawa nie złamał:
– No przecież zdjęcia zrobiono w marcu – mówił sądowi Franciszek
O. – A w marcu zakaz wywozu obornika na pola już nie obowiązuje.
Co do płyty obornikowej to z dumą
oświadczył sądowi, że posiada dwie.
Pierwszą wybudował już w 2007 roku za własne pieniądze, drugą częściowo za unijne. Obie wykorzystuje, a ścieki wywozi beczkowozem
tam, gdzie trzeba.
Ciągnikiem bez świateł jeździ, ale tylko na polu. Kiedy wyjeżdża na drogę
światła zapala. Widać to wszystko
na zdjęciach zrobionych przez panów L. Faktycznie na jednym ciągnik
jest na polu i jedzie bez świateł,
na drugim wyjeżdża na szosę i światła już ma zapalone. To wszystko co
Franciszek O. miał o światłach do powiedzenia.
Sąd Rejonowy w Kościanie uniewinnił Franciszka O. od zarzutów nielegalnego wywożenia gnoju na pole
i jazdy ciągnikiem bez świateł. Wyrok nie jest prawomocny. Mało prawdopodobne, by zakończył sąsiedzki
konflikt. Trwa zresztą jeszcze sprawa
o pobicie Andrzeja L.
MACIEJ GÓRECKI
P.S. Imiona i inicjały zmieniono
REKLAMA
10
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
REPORTAŻ
Kto oczekuje
21 grudnia 2012 roku kończy się kalendarz
1.
Od 1971 do 1997 roku świat miał się
skończyć trzydzieści siedem razy.
Od 1998 do 1999 – czterdzieści dwa razy. Od 2000 do 2012 – pięćdziesiąt
osiem razy (według www.abhota.info).
Powyższe końce świata były określane
z dokładnością do jednego dnia. Końców, o których mówiono, że nastąpią
w jakimś kwietniu, lipcu, czy grudniu
nie liczę.
Harold Camping, amerykański pisarz
i biznesmen za „koniec świata” dostał
w 2011 Anty-Nobla (to przeciwieństwo
nagrody Nobla) w dziedzinie matematyki. Pisarz obliczył, że koniec świata
nastąpi 6 września 1994 roku. To był
pierwszy koniec świata według Camping’a. Był jeszcze drugi i trzeci. Drugi – 21 maj 2011. Trzeci – 21 październik 2011. Te przewidywania zapewniły
mu wspomnianą nagrodę. Jak wyjaśniała komisja antynoblowska przyznała ja
za „pokazywanie światu, że należy być
ostrożnym przy formułowaniu założeń
i kalkulacji matematycznych”.
3.
– Chciałem polubić stronę preppersów
w Polsce na Facebooku i zobaczyłem,
że jeszcze nie ma żadnej – mówi Kamil
REKLAMA
rys. Artur Grobecki
2.
Najnowszy koniec świata przypada
na 21 grudnia 2012 roku. Wtedy kończy się kalendarz starożytnych Majów.
Preppersi już od dawna są na to przygotowani. Bo być prepperem znaczy być
gotowym na najgorsze. Na koniec świata też.
Preppersi mają swoje strony i fora internetowe, mają swoje zasady i filozofię życia. Mają też obawy i słowo
klucz: katastrofa. W każdej chwili
i w każdym miejscu trzeba być na nią
przygotowanym.
Leszczyński. Ma 21 lat, nazywa siebie
militarystą i trenuje KravMagę. Interesuje się prepperingiem. To on stworzył
na Facebooku fanpage, który nazwał
„Preppers PL”.
U Kamila wszystko zaczęło się od serialu National Geographic „Czekając
na apokalipsę”. Tam mógł podejrzeć doświadczonych preppersów amerykańskich. Zobaczył na przykład rodzinę
Range, którzy przygotowani są na prze-
biegunowanie Ziemi. Mają 23 tony
żywności i betonowy zbiornik na 14
tys. litrów deszczówki. Zobaczył też
Janet Spencer, kobietę, która na wypadek wojny nuklearnej zgromadziła
pokaźne zapasy spaghetti i wybudowała potężny bunkier. Bunkier nazwała Armagedon Inn.
W USA preppersi to znaczny ruch społeczny, jego liczebność szacuje się już
na 3 miliony osób.
Od 1971 do 1997 roku
świat miał się skończyć
trzydzieści siedem razy.
Od 1998 do 1999 czterdzieści dwa razy.
Od 2000 do 2012 –
pięćdziesiąt osiem razy
– Taka postawa ma sporo wspólnego
z amerykańską mentalnością. Tam od zawsze był to w dużej mierze dziki kraj,
w którym osadnicy musieli polegać
na sobie, a nie na wsparciu z zewnątrz.
Od II wojny światowej trochę o tym zapomnieli, ale teraz powoli sobie o tym
przypominają – zauważa Krzysztof Lis,
jeden z dwóch redaktorów bloga Domowy Survival.
Prepper to człowiek, który nie potrzebuje pomocy, to człowiek radzący sobie
we wszelkich okolicznościach. Niestraszne mu klęski żywiołowe i natural-
REPORTAŻ
Nr 8/9
35 000 EGZEMPLARZY
11
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
końca świata
starożytnych Majów. I co z tego?
ne katastrofy. Amerykański prepper był
przygotowany na huragan Sandy. Prepper nie uznaje państwowego systemu
redystrybucji dóbr w społeczeństwie.
Prepper polega wyłącznie na sobie. Jest
sceptykiem.
– W styczniu 2008 roku istniały trzy,
cztery strony internetowe, które używały w swojej nazwie słowa „prepper”–
stwierdza Tom Martin, prezes i założyciel American Preppers Network i dodaje, że to głównie dzięki tej organizacji pojęcie „prepperingu” stało się
powszechne na całym świecie. – Dziś
są setki takich stron. Ruch w ostatnich
kilku latach wzrastał w niesamowitym
tempie. Dziś widzę ludzi z całego świata kręcących filmy, piszących własne artykuły, tworzących grupy mające na celu uczyć ludzi jak być przygotowanym.
4.
Prepping bywa utożsamiany z survivalem, ale niesłusznie.
– Prepping to przygotowanie na trudne
okoliczności, ale takie w znanym otoczeniu. A więc na przykład na atak globalnej pandemii, gdy trzeba zaszyć się
w domu i unikać kontaktu z chorymi.
Chodzi też, przykładowo, o tereny dotknięte powodzią, gdy nie ma zasilania,
gdy nie ma bieżącej wody, gdy zapasy
żywności ze sklepów zostały wyprzedane – tłumaczy Artur Kwiatkowski z
bloga Domowy Survival.
Z kolei survival, który kojarzy się z Bear’em Grylls’em, byłym żołnierzem, alpinistą, podróżnikiem i bohaterem proREKLAMA
gramu „Szkoła przetrwania” na Discovery Channel, uczy jak przetrwać kłopoty w obcym terenie: w lesie, górach,
na pustyni czy pustyni lodowej.
– Prepping z survivalem ma niewiele
wspólnego, choć obie te sztuki uczą
przetrwania w trudnych warunkach – podsumowuje Krzysztof
Lis. – Wśród preppersów rzeczywiście
są ludzie, którzy przygotowują się na koniec świata. Ale moim zdaniem to margines, choć z pewnością najgłośniejszy,
bo najgłośniej dyskutuje o przeróżnych
teoriach spiskowych.
5.
Preppersi gromadzą żywność i wodę:
hodują własne owoce i warzywa, robią zaprawy, suszą i wędzą mięso, pasteryzują szklane słoje. Wiedzą jak
zastawić wnyki na zwierzynę, rozróżniają grzyby niejadalne od jadalnych,
znajdą w środowisku naturalnym niezbędne składniki mineralne, które zapewnią prawidłowe funkcjonowanie
organizmu. Destylują wodę, gromadzą deszczówkę.
Przy pomocy specjalnego kalkulatora „Prepping Calculators” (znaelzionego na www.readynutrition.com) obliczyłem jaki powinien być mój
dwutygodniowy zapas, bym mógł
przetrwać przynajmniej do przewidywanego końca świat.
Zakładam, że żyję w niesprzyjających
warunkach, że na przykład nastąpił
globalny krach finansowy, na ulicach
są zamieszki i panuje hiperinflacja.
Potrzebuję między innymi 0,2 funta fasoli (1 funt to pół kilo), 2 funty ryżu, 0,1
funta brązowego cukru, 0,15 funta masła orzechowego, 0,2 funta soli, pół kartonika mleka.
W leszczyńskiej Biedronce przy ulicy
Niepodległości nie zaobserwowano masowego wykupywania mleka, we Fresh
Markecie, także przy Niepodległości,
nie odnotowano rosnącej sprzedaży ryżu.
Prepper
to człowiek,
który nie potrzebuje
pomocy, to człowiek
radzący sobie we
wszelkich
okolicznościach.
Niestraszne mu
klęski żywiołowe
i naturalne
katastrofy
6.
Preppersi budują bezpieczne schronienia. Szwajcaria musi być krajem idealnym dla preppera, bo tam każdy obywatel ma zapewnione miejsce
w schronie przeciwatomowym.
Preppersi wiedzą jak rozpalać ogień.
W USA posiadają jeszcze broń. Tylko
po co?
– Jest istotna w przygotowaniach
na gorsze czasy, jako środek do zapewniania sobie bezpieczeństwa – tłumaczy Krzysztof Lis. – Gdy nie będzie
policji czy straży miejskiej, trzeba bę-
dzie jakoś sobie radzić z bandytami,
którzy będą chcieli preppersów okraść
z długo zbieranego zapasu żywności.
W poznańskim sklepie militaria.pl
w Starym Browarze na drugim piętrze
nie odnotowano zwiększonej sprzedaży legalnych wiatrówek. Polska nie jest
krajem dla klasycznych preppersów.
Preppersi mają też plecak przetrwania.
Plecak przetrwania to to samo co torba
wypadkowa, plecak lub bagaż ewakuacyjny, plecak ucieczkowy. Kamil
Leszczyński pieszczotliwie nazywa
go „BOBi”. To z angielskiego od
„Bug Out Bag.”, czyli w wolnym
tłumaczeniu „torba ucieczkowa”.
To niezbędnik każdego preppera.
Coś się dzieje nie tak, powstaje sytuacja zagrożenia, człowiek zabiera ten
bagaż, w którym ma pochowane najistotniejsze rzeczy i walczy o przetrwanie w niesprzyjającym otoczeniu.
W Polsce BOBa zwą też „BiSem”, czyli „Bierz i Spierdalaj”. Na Allegro
do kupienia są trzy zestawy: mini, maxi, professional – całość za 620 zł.
Na eBay’u ceny wahają się w granicach od 10 do 50 dolarów. Ale
przez Internet to raczej nie warto
kupować. Bo co to za prepper, który
zdaje się na drugą osobę?
– Każdy inaczej go sobie przygotowuje, biorąc pod uwagę siebie i swoje
potrzeby – tłumaczy Kamil. – Podstawy to nóż, woda, jedzenie, krzesiwo
czy zabezpieczone zapałki. Dalej to według uznania.
7.
21 grudnia 2012 roku kończy się kalendarz starożytnych Majów. Jego początek określono na rok 3114 p. n. e.,
wówczas miał narodzić się świat.
Okres między tymi latami to tzw. Długa Rachuba Majów oparta na systemie dwudziestkowym używanym
przez tę prekolumbijską cywilizację.
Dla współczesnych badaczy ludów
Mezoameryki system wciąż nie
do końca jest jasny i poznany. Stąd
domysły, przypuszczenia i domniemania o końcu świata.
Koniec
świata już był.
Wtedy,
gdy na sklepowej
półce stał
tylko ocet.
Innego raczej
nie należy się
spodziewać
– Większość preppersów nie wierzy
w przereklamowany koniec świata.
Preppersi przygotowują się z wielu powodów, ale większość wierzy, że świat
będzie trwał dalej – oznajmia Tom Martin. I to jest bardzo dobra wiadomość.
A ja myślę, że koniec świata już był.
Wtedy, gdy na sklepowej półce stał tylko ocet. Innego raczej nie należy się spodziewać, jak sądzę.
KRZYSZTOF STEPHAN
12
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
REPORTAŻ
Kłusownik zarabia
Jest łódź, jest sieć, jest noc. Są ryby i jest ryzyko.
Niezły pieniądz. Jakby się to nie
opłacało, nie mielibyśmy zorganizowanych grup kłusujących na jeziorach. A są. I to sporo.
Państwowa Straż Rybacka to służba
państwowa podległa wojewodom. Powołano ją do sprawowania kontroli
nad przestrzeganiem ustawy o rybactwie śródlądowym. Ustawa określa
kto i za pomocą jakiego sprzętu może łowić w Polsce ryby. Żeby łowić
To nie było trudne. Wystarczyło spytać gościa koło spożywczaka. Gdzie
można kupić rybkę? Rybkę? U Stacha. To ten dom z cegły. Ale nie wiadomo, czy ma, bo mróz chwycił i lód
się na jeziorze pokazał. Łódką nie wypłyniesz, a żeby chodzić po nim to
jeszcze za cienki. Ale idź pan, sam
spytaj.
– Dzień dobry! Rybkę chciałbym kupić.
– To jedź pan do sklepu.
– Ale ja u pana, sandacza szukam.
Na święta. Ludzie mówią, że u pana
kupię.
– Jacy ludzie?
– No w sklepie.
– Ch..., nie ludzie. Ja tam żadnych ryb
nie mam. Sp... j pan. Ale już, bo psem
poszczuję.
Nie spóźniam się. Kilkanaście minut
na gorącą kawę, krótką odprawę i wydanie broni z arsenału.
– Kiedy gonisz w trzcinach zdesperowanego kłusownika albo kiedy ktoś
celuje w ciebie z kuszy do podwodnego polowania na ryby, lepiej mieć
przy sobie tego glocka kaliber 9 mm – mówi strażnik. Ma na imię
Roman i spory staż w tej robocie. Nazwiska nie poda, nie chce też zdjęć.
fot. Daniel Nowak
fot. Daniel Nowak
Kłusownik łowi dla forsy
Chwycił mróz, jest cholernie zimno. Na wodzie chłód jest jeszcze większy
Komendant S. Maciuk przez noktowizor obserwuje taflę jeziora
na wędkę trzeba mieć kartę wędkarską. Żeby łowić sieciami trzeba mieć
uprawnienia rybackie albo własne jezioro lub staw. Człowiek z ulicy, bez
uprawnień nie może stawiać sieci
na jeziorach. Jeśli to robi, jest kłusownikiem. A kłusownictwo rybackie
zagrożone jest w Polsce karą do 2 lat
więzienia.
– Uprawnienia mamy szerokie – mówi komendant Maciuk, poprawiając
w kaburze czarnego glocka kaliber 9 mm. – Mamy też niezbędne wyposażenie: szybką łódź, samochód
z przyczepą do jej przewozu, noktowizory i lornetki. Ale mamy też do patrolowania olbrzymi teren: od Wolsztyna do Śremu. 80 akwenów. To
sporo. Robimy co możemy.
Kłusowanie
to rodzinna tradycja
przekazywana
z ojca na syna.
W sądzie zawsze
powiedzą, że kłusują,
bo rodzina duża,
a do garnka nie ma
co włożyć
Strażnik nadjeżdża
w ciemności
Bywa, że kłusowanie to rodzinna
tradycja przekazywana z ojca na syna. W sądzie zawsze powiedzą, że
kłusują, bo rodzina duża, a do garnka nie ma co włożyć. Prawda jest inna: kłusują, bo z tego jest pieniądz.
Mam być w biurze o godzinie 17 i ciepło się ubrać. Chwycił mróz, nawet
w mieście szczypie w policzki.
Na wodzie będzie o wiele, wiele
chłodniej. A dokąd jedziemy? Dowiem się na miejscu. Tylko się proszę nie spóźnić.
Po co? Są tacy, którzy za strażnikami
nie przepadają. Po co mają nas oglądać w gazecie?
Na Jeziorze
Wojnowickim schwytali
dwóch biznesmenów
z Kościana, którzy
na łódce mieli sprzęt
do połowu
ryb prądem
– Musieliście kiedyś użyć broni?
– Nie. Dzięki Bogu wystarczy sam
widok.
Dzisiaj jadą na północny zachód: Radomierz, Olejnica, Wieleń. Tamtejsze
jeziora to miejsca ulubione przez kłusowników. Służbowy samochód pokonuje kolejne kilometry. Jest ciemno, ale trudno nie zauważyć auta
holującego łódź.
– Kiedyś jechaliśmy do Wojnowic,
mijaliśmy rolnika orzącego pole – opowiada strażnik Marek. – Jak
nas tylko zobaczył, wyskoczył jak
oparzony z traktora i zaraz chwycił
za komórkę. Na pewno nie dzwonił
do żony. Tamtego dnia wyjęliśmy z je-
fot. Daniel Nowak
– Tak z ulicy to pan skłusowanej ryby nie kupi – Stefan Maciuk tylko się
uśmiecha. – Nie sądzę, żeby ktoś ryzykował taką transakcję z kimś, kogo
nie zna. To przecież przestępstwo. Podejrzewamy, że ci ludzie mają swoich stałych, zaufanych odbiorców.
Jedno jest pewne: w każdej wsi leżącej w pobliżu jakiegokolwiek jeziora
jest ktoś taki jak ten pański Stach.
Kłusownik.
Maciuk wie co mówi. Od 21 lat jest
komendantem leszczyńskiego rejonowego posterunku Państwowej Straży
Rybackiej i 21 lat spędził tropiąc rybackich kłusowników. Na jeziorach
widział niejedno i trudno go czymkolwiek zadziwić.
– Kto kłusuje? – znowu się uśmiecha
i pociąga łyk fusiastej kawy ze szklanki. – Zdziwiłby się pan. Bo zdarzają
się i biznesmeni, i urzędnicy, a nawet
pana koledzy po fachu. Ale zazwyczaj to miejscowi, którzy świetnie
znają jezioro i wiedzą, gdzie i jak postawić sieci.
Magazyn straży rybackiej wypełniony jest zarekwirowanym sprzętem
ziora sporo kłusowniczych sieci, ale
po kłusownikach nie było już śladu.
To dlatego nad Jezioro Radomierskie
dojeżdżamy nie przez wieś, ale jakąś
boczną, polno-leśną drogą. Nawet
z kartograficzną, bardzo dokładną mapą trudno byłoby trafić. Ale oni, po la-
tach patrolowania, znają chyba
wszystkie
możliwe
dojazdy
do wszystkich 80 jezior. I potrafią jeździć po tych wertepach na wygaszonych światłach, po ciemku.
– No jaki byłby sens, gdybyśmy podjeżdżali na pełnych światłach widocz-
REPORTAŻ
35 000 EGZEMPLARZY
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
13
na święta
Często śmiertelne
ni jak na dłoni? – pyta retorycznie Roman. – Chcesz być skuteczny, musisz
być niewidoczny i cichy.
Ryba ginie w wontonie
Komendant miał rację: jest cholernie
zimno. A na wodzie chłód jest jeszcze bardziej dokuczliwy: wdziera się
pod kurtkę, za kołnierz, pod czapkę.
Jezioro jest chyba puste, z brzegu
przez noktowizor nie wypatrzyliśmy
niczego podejrzanego. Ale płyniemy.
Marek steruje łódką, Grzegorz holuje
zamocowaną na lince i wyrzuconą
za burtę kotwicę. Jeśli w jeziorze są
jakieś sieci, to je zgarniemy.
REKLAMA
Sandacz u legalnego
rybaka kosztuje
19 zł za kilogram,
kłusownicy sprzedają
go za 12-15 zł
za kilogram
– Przeliczyliśmy szkody nie na wartość ryby handlowej, a na wartość materiału zarybieniowego – mówi Andrzej Łakomy, główny specjalista
i ichtiolog Polskiego Związku Węd-
karskiego Okręg Poznań, który kieruje Zespołem Rybacko-Wędkarskim
PZW w Osiecznej. Zespół administruje okolicznymi jeziorami. – Ponieśliśmy stratę w postaci zabicia gotowych
do tarła oraz młodych niedojrzałych
jeszcze osobników, którym w obu
przypadkach uniemożliwiono rozmnażanie. Wyliczona przez nas kwota wyniosła ponad 48.600 zł.
Sandacz u legalnego rybaka kosztuje 19 zł za kilogram, kłusownicy
sprzedają go za 12-15 zł za kilogram
(idą święta, chętnych nie zabraknie).
Nawet jeśli odliczyć od tego koszty
zakupu sieci (można je kupić za grosze w internecie) to i tak zarobek jest
spory.
– To dlatego kłusowaniem zajmują się
zorganizowane grupy – mówi A. Łakomy. – Dla nich to czysty zysk.
Zdarzało się, że kłusownicy zastawiali
sieci nawet na stawach hodowlanych
osieckiego gospodarstwa.
– Dobrze wiemy kto to robi, bo nazwiska są te same od lat – mówi A.
Łakomy. – Trudność polega na tym,
że aby odpowiedzieli za kłusowanie
przed sądem, muszą zostać schwyta- Ryby w sieciach mogą przeżyć najwyżej kilka godzin
ni na gorącym uczynku. Nie zawsze
się udaje, bo strażników jest mało a te- zaledwie kilka stopni jest śmiertelnie osób trzecich. To sprawdzamy.
ren olbrzymi.
niebezpieczne i niemal na sto procent Mróz jest coraz silniejszy, na wodzie
kończy się hipotermią, czyli błyska- pokazał się lód. Też może być niebezwicznym wychłodzeniem organizmu. pieczny. Kilka lat temu kawałki twoTragiczna wyprawa
Kłusowanie jest może i intratne, ale Media z uporem pisały o mężczy- rzącego się na jeziorze lodu przebiły
też bardzo ryzykowne. Oficjalnych znach, że to wędkarze. Tyle tylko że ponton, którym na nocny połów wystatystyk nikt nie prowadzi, ale ludzie w Polsce od końca września do wio- brali się dwaj kłusownicy. Obaj utoz branży mówią, że w ciągu kilku sny obowiązuje zakaz nocnych poło- nęli.
ostatnich lat życie na jeziorach stra- wów z łodzi. A kiedy nurkowie wyła- Na Jeziorze Radomierskim tym razem
ciło podczas kłusowania około 20 wiali z Jeziora Łoniewskiego jest spokój. Na Wieleniu również.
zatopioną łódkę znaleziono przy niej Nocny patrol kończy się późną nocą.
osób.
Nazajutrz strażnicy rybaccy pojadą
Nocny połów, na niepewnym sprzę- nie tylko wędkę, ale i sieci.
cie, w nerwach, często pod wpływem – Nie wiemy, co mężczyźni robili w drugą stronę: do Wojnowic, Jeziealkoholu może się skończyć tragicz- w nocy na jeziorze – mówi Dawid rzyc, Wonieścia. Wyjmą z jezior 550
nie. Tak jak nocna wyprawa na Jezio- Marciniak, rzecznik prawy KMP metrów kłusowniczych wontonów.
ro Łoniewskie dwóch mieszkańców w Lesznie. – Trwa dochodzenie.
Osiecznej pod koniec listopada. Łód- – Z naszego punktu widzenia nie jest
ka, na której wypłynęli przewróciła to takie istotne – dodaje Jerzy
ARKADIUSZ JAKUBOWSKI
się i poszła pod wodę. Młodszy się Maćkowiak, szef Prokuratury Rejoutopił, starszy dopłynął do brzegu, ale nowej w Lesznie. – Dla nas najważ- P.S. Imiona strażników rybackich,
zmarł. Wpadnięcie do wody, która ma niejsze jest, czy nie było udziału na ich prośbę, zmieniono
fot. S.Wals
– Najczęściej stawiają wontony – mówi Marek. – To taka ściana z sieci.
Ryba w nie wpada, zaplątuje i już nie
może się uwolnić.
I szybko zdycha. Dlatego wontony
muszą być szybko wyjęte. Latem, gdy
woda ciepła ryba przeżywa w nich
kilka godzin, teraz, gdy temperatura
wody to 3 stopnie, przeżyje dzień, góra dwa.
– W listopadzie schwytaliśmy na tym
jeziorze dwóch kłusowników na łódce – opowiada Grzegorz. – Jeden wyskoczył do wody i próbował uciekać.
Na jego szczęście było blisko brzegu
i zdołał dopłynąć. Krył się potem
w trzcinach, ale go znaleźliśmy.
Takich opowieści są dziesiątki.
Na przykład o tym jak na Jeziorze
Wojnowickim schwytali dwóch biznesmenów z Kościana, którzy na łódce mieli sprzęt do połowu ryb prądem. Albo jak wiosną wpadli dwaj
mężczyźni, którzy w okolicach Starkowa na łąkach polowali (polowali,
nie łowili) na szczupaki. Bo szczupaki wiosną wypływają na tarło na płytkie wody, blisko brzegu albo na rozlewiska na łąkach. Można je wtedy
upolować widłami.
A na jeziorze w Wieleniu wpadli kłusownicy z sieciami wypełnionymi
sandaczami: 105 kilogramów. To był
okres ochronny dla tej ryby, prawie
połowę stanowiły dorosłe osobniki
gotowe do odbycia tarła. Pozostałe to
były ryby niewymiarowe, których nie
wolno było jeszcze odławiać.
14
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
HISTORIA
Bywał u nas Napoleon
Z dr. Eugeniuszem Śliwińskim, kuratorem wystawy ,,Dał nam przykład Bonaparte...” w Muzeum Okręgowym w Lesznie rozmawia Karolina Sternal
REKLAMA
jazdu pół roku później, w grudniu 1812 roku, kiedy już wracał spod
Moskwy, to raczej nikt go tu nie witał. Wówczas Napoleon unikał spotkań z uwagi na sytuację. Nocował
w Poznaniu i wczesnym rankiem,
jeszcze po ciemku wyjeżdżał saniami
z Poznania na nocleg do twierdzy
w Głogowie i dalej przez Drezno
do Paryża.
Jakaś legenda o tych przejazdach
pozostała w okolicach Leszna. Czy
to możliwe, aby stół napoleoński
i lasek napoleoński znajdujące się
tuż za granicami Leszna przy drodze krajowej nr 5 w kierunku Poznania były tego pozostałościami?
Na pewno tak. Trzeba pamiętać, że wtedy topografia tego terenu wyglądała
inaczej. Nie było tego nasypu kolejowego i wiaduktu, który przechodzi
nad drogą, bo nie było kolei.
Miasto było znacznie mniejsze, było
otoczone wałami, a na noc zamykano
bramy, przy których stała warta. Cesarz naturalnie został przepuszczony,
nie ma najmniejszej wątpliwości. Ale
przecież w drodze od czasu do czasu
zatrzymywano się z różnych powodów,
w związku z czym jest całkiem możliwe, że zatrzymał się właśnie tam.
Co w czasie tego pierwszego pobytu Napoleona na ziemiach południowo – zachodniej Wielkopolski
się działo?
To były olbrzymie zmiany. W wyniku działań powstańczych podjętych
w listopadzie 1806 roku z terenu Wielkopolski, w tym także Wielkopolski
południowo – zachodniej, ustąpiły
wojska zaborcze – wojska pruskie. Józef Wybicki wraz z generałem Janem
Henrykiem Dąbrowskim przystąpili
do organizowania polskiej administracji. Wyszli z takiego założenia, że nie
należy zwalniać wszystkich urzędników pruskich, ponieważ administracja musi sprawnie funkcjonować. Dlatego wymieniano jedynie ludzi
na wyższych stanowiskach, zaś pozostawiano tą główną siłę roboczą administracji i dopiero w późniejszym
okresie stopniowo ją polonizowano.
Ale główny wysiłek organizacyjny
szedł w kierunku tworzenia wojska
polskiego. Pamiętajmy, że Dąbrowski
i Wybicki przybyli tutaj prawie samotnie, gdyż Legiony pozostały we
Włoszech. Jednak wodzem naczelnym tej nowej armii nie został Dąbrowski, gdyż uznano, że jest zbyt nisko urodzony, tylko książę Józef
Poniatowski, bratanek króla Stanisława Poniatowskiego.
Jak zachowywali się wtedy Polacy
mieszkający na tych terenach?
Bardzo entuzjastycznie. Najlepszym
przykładem może być wstępowanie
młodych ziemian do stuosobowej
Gwardii Honorowej. Dowodził nią Jan
Nepomucen Umiński ze Smolic, późniejszy generał. Gwardia ta witała Napoleona przyjeżdżającego do Poznania
w listopadzie 1806 roku. Ta honorowa
eskorta towarzyszyła Napoleonowi
przez najbliższe kilkanaście dni podczas jego rekonesansów w okolicach
Poznania, kiedy to zapoznawał się z terenami po drugiej stronie Warty, ponieważ obawiał się ataku. W tym czasie
fot. Karolina Sternal
Był Napoleon w Lesznie,
czy go nie było?
Był i to nawet trzykrotnie. Nie ma informacji, aby się tu na dłużej zatrzymywał, ale na pewno przejeżdżał
przez Leszno. Pierwszy raz był to
rok 1807, dokładnie 16 lipca. Drugi
raz wkroczył tu 30 maja 1812 roku
witany uroczyście we Wschowie
przez prefekta tutejszego powiatu
w towarzystwie Gwardii Narodowej
przysłanej z Leszna. Należy przypuszczać, że witano go także w samym
Lesznie, gdy przez nie przejeżdżał.
Natomiast podczas ostatniego prze-
Eugeniusz Śliwiński, kurator wystawy ,,Dał nam przykład Bonaparte...”
trwała wojna z królem Prus i carem
Rosji, którzy organizowali obronę
przed wojskami Napoleona, stąd te obawy, że niespodziewanie jakiś oddział
kawalerii rosyjskiej może się zjawić
pod murami Poznania. W Poznaniu Napoleon czekał na opanowanie przez jego wojska Warszawy i gdy to nastąpiło, w połowie grudnia przeniósł się
do Warszawy.
Wspomniani przez pana ziemianie
stali się szybko żołnierzami i dowódcami tworzonego przez Dąbrowskiego i Wybickiego polskiego wojska. Kogo warto przy tej
okazji wymienić?
Dąbrowski na polecenie Napoleona
mianował dowódcami nowo tworzących się pułków bogatych ziemian
i w ten sposób książę Antoni Paweł
Sułkowski z Rydzyny został dowódcą 1. pułku piechoty, który z resztą
sam wystawił. Dowódcą 3. pułku piechoty został hrabia Stanisław Kostka
Mielżyński z Pawłowic. Chodziło
o to, aby bogaci ziemianie własnym
sumptem formowali i wyposażali wojsko. W następnych latach okazało się,
że wielu z tych honorowych dowódców było dobrymi dowódcami, miedzy innymi książę Sułkowski, który
w październiku 1813 roku został mianiowany po śmierci księcia Poniatowskiego Naczelnym Wodzem Wojsk
Polskich.
Bardzo silnie z postacią Napoleona
jest również związany Dezydery
Chłapowski.
Dezydery Chłapowski z Turwi jako
członek Gwardii Honorowej bardzo
szybko znalazł się w najbliższym otoczeniu Napoleona i został jego adiutantem. Napoleon potrzebował
do swoich wojsk tłumaczy. Chodziło
o takich ludzi, którzy oprócz ojczystego języka, znali też język francuski, niemiecki, a także potrafiliby się
dogadać z Rosjanami. A któż inny, jak
nie polscy ziemianie spełniali te warunki, gdyż z reguły w domach ziemiańskich nauka francuskiego należała do podstaw wychowania. Dlatego
Polacy służyli za tłumaczy, za przewodników. Zresztą cały wywiad napoleoński tutaj na wschodzie był obsadzony przez Polaków. W ten sposób
wszelkie informacje na temat przygotowań Rosji do wojny, co następowało w 1811 roku, gromadził polski wywiad. Z tymi wiadomościami książę
Józef Poniatowski pojechał do Paryża do Napoleona. Ostatecznie te informacje przyspieszyły przygotowania do decydującej rozprawy z Rosją.
Co ciekawego można zobaczyć
na wystawie ,,Dał nam przykład
Bonaparte...” w Muzeum Okręgowym w Lesznie?
Można przede wszystkim zobaczyć oryginalne dokumenty z tego okresu, które
szczęśliwie zachowały się w zbiorach
Archiwum Państwowego w Lesznie. Są
to między innymi: przysięga władz miasta Leszna na wierność cesarzowi Napoleonowi, pisma Henryka Dąbrowskiego i inne dokumenty. Po raz pierwszy
pokazujemy sprowadzone z Archiwum
Państwowego w Poznaniu tłoki pieczętne – są dwa tłoki pieczętne miasta Leszna z herbem Księstwa Warszawskiego
i tłok pieczętny Komendanta Placu,
współcześnie ta funkcja oznacza dowódcę garnizonu. Pułkownik Stokowski,
który pełnił tę funkcję odpowiadał między innymi za zaopatrzenie magazynów
wojskowych, które znajdowały się w:
Lesznie, Rydzynie, Krobi, Rawiczu,
Wschowie, Śmiglu, Kościanie. Na wystawie są także przedmioty codziennego użytku z przełomu XIX i XX, na których są podobizny Napoleona i księcia
Józefa Poniatowskiego. Są mundury,
broń oraz eksponaty ukazujące modę
tamtego okresu. Wystawa będzie czynna do 17 lutego.
HISTORIA
35 000 EGZEMPLARZY
Nr 8/9
15
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
Przeprawa przez Niemen 1812 r. autorstwa Adama Albrechta
Przygoda napoleońska
Bracia! ogłosił wam
ksiądz na ambonie
Wolność, którą Cesarz-Król
przywrócił Koronie,
A teraz Litewskiemu Księstwu,
Polszcze całej
Przywraca; słyszeliście
rządowe uchwały
I zwołujące walny sejm uniwersały.
Pan Tadeusz, Księga XI
1.
Napoleonowi nie udało się rozwalić
imperium carskiego, ale przynajmniej
próbował, i za to kochały go całe pokolenia Lachów.
Nie tylko zresztą Lachów. Wśród wielbicieli
Napoleona,
wśród
ludzi, których bez przesady można zwać
fanatycznymi miłośnikami Napoleona
byli – prócz Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, czy Piłsudskiego – Goethe, Byron, Lermontow,
Petofi, Stendhal, Balzac, Heine, Hugo,
Hoene–Wroński,
Mereżkowski,
Carlyle, Kubrick i legion innych.
Jako zagorzały bonapartysta mam
całkiem dobre towarzystwo – tak komentował ponadczasowy kult Napoleona Bonaparte cesarz polskich napoleonistów Waldemar Łysiak.
Mickiewicz miłością do Napoleona
zapałał w wieku 14 lat. Po pierwsze
przez ojca, Mikołaja, który w cesarzu
pokładał nadzieję całej Litwy na odzyskanie niepodległości i, z nieukrywaną pasją, śledził w ówczesnej prasie doniesienia o kolejnych bitwach
REKLAMA
wygrywanych przez „boga wojny”.
Po drugie przez własne doświadczenia wyniesione z Nowogródka. Józef
Kallenbach, czerpiąc wiedzę z pamiętników starszego brata Adama, Franciszka opisuje stan ducha nastolatka:
„Pamiętny rok 1812 wywarł potężne,
wstrząsające wrażenie na czternastoletnim Adamie Mickiewiczu. „Urodzony w niewoli, okuty w powiciu”,
w tym jednym jedynym roku poczuł
się on wolnym, nie stawiał granic nadziejom... Marzenia ojca jego zdawały się wypełniać; zwycięski „bóg wojny” przeleciał jak meteor ognisty
nad Litwą, zrzucił pęta niewoli... Jakże go było nie kochać, nie wielbić,
nie ubóstwiać?!”
Bo też i wódz zwycięski niczym kometa pojawił się nad litewską ziemią:
Dziś oczy i myśl wszystkich
pociąga do siebie
Nowy gość, dostrzeżony
niedawno na niebie;
Był to kometa pierwszej
wielkości i mocy,
Zjawił się na zachodzie,
leciał ku północy;
Krwawym okiem z ukosa
na rydwan spoziera
Jakby chciał zająć puste
miejsce Lucypera,
Warkocz długi w tył rzucił
i część nieba trzecią
Obwinął nim, gwiazd
krocie zagarnął jak siecią
I ciągnie je za sobą, a sam
wyżej głową
Mierzy, na północ,
prosto w gwiazdę biegunową
Pan Tadeusz Księga VIII
2.
W czerwcu 1812 roku pierwsza kolumna wielkiej armii pod wodzą cesarza maszerowała na Kowno, Wilno,
Mińsk i Smoleńsk. Polskie odziały
dowodzone przez księcia Józefa Poniatowskiego wspólnie z oddziałami
westfalskimi pod komendą Hieronima Bonaparte, króla westfalskiego,
brata Napoleona podążały w rodzinne strony Mickiewiczów – Grodno,
Lidę, Nowogródek, kierując się
na Mińsk. Trzecie zgrupowanie
wojsk, składające się z Austriaków,
Bawarczyków, Sasów i Węgrów sunęło przez Brześć. Te trzy kolumny
miały w przyszłości utworzyć morderczy sak, który zamknie i zdusi rosyjską armię...
Wizję wielkiej kampanii odmalowywały słowa Napoleona, wygłoszone 24 czerwca 1812 roku, w dniu
przekraczania Niemna. Rozpoczynały też „drugą wojnę polską”:
„Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem
Północy. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody. Nadszedł więc teraz
czas, aby Polacy pokazali im, gdzie
ich miejsce...”.
Ci, którzy mieli „zapędzić Rosjan
w ich lody” wkroczyli 6 lipca do No-
wogródka. Polscy ułani w rogatych
czapkach ze złotymi galonami, w granatowych kurtach, z odwijanymi
na piersi wyłogami, z błyskającymi
w słońcu szablami i konie unoszące
majestatycznie po ulicach jeźdźców
jak byłaś kwitnąca
Zbożami i trawami,
a ludźmi błyszcząca,
Obfita we zdarzenia,
nadzieją brzemienna!
Ja ciebie dotąd widzę,
piękna maro senna!
Urodzony w niewoli,
okuty w powiciu,
Ja tylko jedną taką wiosnę
miałem w życiu.
Pan Tadeusz Księga XI
Napoleon Bonaparte.
Litografia z epoki
wolności wryły się na zawsze w pamięć czternastolatka. Młodzież zaciągała się do wojska, dwory formowały
oddziały, komitety zbierały datki
na wyzwolicielską armię. Entuzjazm!
Choć to już była prawie jesień, dla
Polski rozpoczynała się wiosna
wskrzeszenia:
O wiosno! kto cię widział
wtenczas w naszym kraju
Pamiętna wiosno wojny,
wiosno urodzaju!
O wiosno, kto cię widział,
3.
15 sierpnia, w dzień imienin Napoleona, młody Mickiewicz widział pewnie na ratuszu w Nowogródku, imię
Cesarza otoczone napisami, wśród
których cytat z Biblii wyrażał zamiary Boga wobec świata i narodów, które spełnić miał Napoleon. Andrzej
Nieuważny opisuje: „Na transparencie zawieszonym na kościele Franciszkańskim widniała kometa z ognistym płomieniem, literą „N” i napisem
Maximus in Magno Napoleone Deus.
Pod transparentem był glob ziemski,
rozjaśniony przez lecące ku północy
pioruny, które topiły lody oraz wiersz:
Ten kometa na niebie
w Europie się zjawił,
Za nim przyszedł,
co Litwę z nicości wybawił!
To jest promień, co ludów
stapiając okowy,
Wraca martwym roślinom
życie i wzrost zdrowy,
16
Przezeń Bóg nowe
Króle osadza na Tronie
Sprawiedliwy, wszechmocny
Bóg w Napoleonie.”
Sam Mickiewicz będzie to relacjonował po latach:
Wszyscy pewni zwycięstwa,
wołają ze łzami:
„Bóg jest z Napoleonem,
Napoleon z nami!”
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
Zajaśniały na wzgórkach,
spadają na błonie.
Konnica! dziwne stroje,
nie widziane bronie,
Pułk za pułkiem, a środkiem,
jak stopione śniegi,
Płyną drogami kute
żelazem szeregi;
Z lasów czernią się czapki,
rzęd bagnetów błyska,
Roją się niezliczone
piechoty mrowiska.
Pan Tadeusz Księga XI
Pozostaje tylko jeszcze jedna kwestia,
która wróci po latach: kiedy Napoleon przyłączy, wydartą przez zaborcę,
Litwę do Korony?
Proporce, wielobarwne mundury, łoskot wozów. To wszystko wypędziło
z domów podrostków. Całymi dniami
przypatrywali się przygotowaniom
do „polskiej wojny”. Pod Nowogródkiem, na wielkiej drodze do Korelicz
rozlokowały się trzy dywizje piechoty.
Potęga Wielkiej Armii zdaje się
nie mieć granic w wyobraźni młodego obserwatora.
Pan Tadeusz Księga XI
Skąd w królestwie skrzydlatym
tyle zamieszania,
Jaka burza te ptaki tak wcześnie
wygania.
Aż oto nowe stada,
jakby gilów, siewek
I szpaków, stada jasnych kit
i chorągiewek
Kronikarze ówcześni powątpiewają
w wiedzę Napoleona na temat znaczenia Litwy w niepodległości Polski. Dezydery Chłapowski, oficer ordynansowy cesarza Francuzów
wspomina obiad z Napoleonem
w Owińskach pod Poznaniem
„... cesarz pytał mnie się jednak o bar-
REKLAMA
Dziwneć to były losy tej naszej Korony
I naszej Litwy! wszak to jak małżonków dwoje!
Bóg złączył, a czart dzieli,
Bóg swoje, czart swoje!
35 000 EGZEMPLARZY
dzo wiele rzeczy. – Szybko mi najprzód zadawał pytania, jak gdybym
mu zdawał egzamin. (...) nareszcie zapytał się, ile może być Polaków
w korpusie, stojącym jeszcze w Prusach Książęcych za Wisłą pod jenerałem L'Estocq. Na to zapytanie odpowiedzi dać nie mogłem, alem mu
wspomniał, że w tym korpusie musi
być Litwinów najwięcej, ponieważ się
w Litwie pruskiej rekrutował,
a do Prus należało wtedy po ostatnim
zaborze całe Augustowskie. – Również nadmieniłem, że na Litwie tylko
dziedzice Polacy a lud litewski. O Litwie nic nie wiedział, ani tego nawet,
jakim sposobem się z Polską połączyła. Musiałem mu to opowiadać...”
4.
Sytuacja Litwy nie wynikała jednak
z niewiedzy, od 1811 roku działały
już na Litwie polskie i francuskie grupy szpiegowskie, dystans do sprawy
litewskiej wynikał raczej ze złudzeń
Napoleona, że uda mu się w końcu
Aleksandra, tego „Talmę pólnocy”
(François Joseph Talma był wówczas
uważany za najznakomitszego aktora
tragicznego) przekonać do sojuszu
przeciw Anglii. Anna Potocka we
wspomnieniach napisała, że jedną
z najważniejszych cech charakteru ce-
sarza była nieszczerość. I tu zgadzała
się całkowicie z Napoleonem, który
nazwał Aleksandra „najpiękniejszym
i najchytrzejszym z Greków..., podziwiając jego kunszt aktorski.
W Nowogródku tymczasem z wielkim zainteresowaniem śledzono wojenną kampanię:
Nasz Książę Józef i król
westfalski Hieronim.
Już zajęli część Litwy
od Grodna po Słonim,
Pan Tadeusz, Księga XI
Lecz wieści były okrutne. Na wileńszczyznę docierały niedobitki 3 pułku
lekkokonnych gwardii napoleońskiej,
rozbitej pod Słonimem. To była niemal symboliczna bitwa. Wojskami rosyjskimi (4 bataliony jegrów, 8 szwadronów huzarów pawłogrodzkich, 2
pułki kozaków i bateria konna o 12
działach) dowodził gen. Eufemiusz
Czaplic, Polak na rosyjskim żołdzie.
Gen. Jan Konopka, pułkownik ułanów nadwiślańskich został wzięty
do niewoli i tylko nieliczni przeżyli.
To było jak zła wróżba, tym bardziej,
że 18 lat wcześniej, podczas insurekcji kościuszkowskiej pod Słoninem
dywizja generała Karola Sierakowskiego, licząca 4890 żołnierzy i 23
HISTORIA
działa, wysłana z Warszawy na Litwę,
stoczyła zwycięski bój z rosyjską dywizją generała majora Maurycego de
Lassy (10 000 żołnierzy), wchodzącej w skład korpusu Wilhelma Derfeldena.
Plan Napoleona zniszczenia nieprzyjaciela swoimi przeważającymi siłami już w pierwszej fazie wojny, a więc
na terenach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, legł w gruzach.
Barcleyowi de Tolly (dowódcy rosyjskiej pierwszej armii rozmieszczonej
początkowo w rejonie między Kownem a Wilnem) oraz Bagrationowi
(dowódcy drugiej armii rozlokowanej
między Niemnem a Bugiem), udało
się wyprowadzić swoje wojska z zaciskających się niemrawo kleszczy
Wielkiej Armii i połączyć się w Smoleńsku. Zaważyło to fatalnie na losach
całej kampanii i zniweczyło, wiązane
ze zwycięstwem Napoleona nad Rosją, nadzieje Polaków na odzyskanie
niepodległości.
5.
Świat zrobił się wokół Mickiewicza
upiornie szary. Zamiast kolorowej
zwycięskiej armii widział już potem
na wychudzonych grzbietach żołnierzy łachmany. Wielki, czarny pies, jak
mówi rodzinna legenda Mickiewi-
HISTORIA
czów pojawił się nagle w obejściu
i bronił domu przed wygłodniałymi,
gotowymi na wszystko, maruderami.
Zniknął tak nagle jak się pojawił, gdy
tylko przestali rabować gospodarstwa.
Sudolski cytuje francuskiego historyka Julesa Micheleta, któremu Mickiewicz opisywał po latach powrót Wielkiej Armii
„... nadchodziły coraz nowe wojska
i wszystko było nimi przepełnione:
dom, gmachy publiczne, szkoła,
w której wówczas znajdował się Mickiewicz. Zimno wciąż potężniało.
Po salach, w sieniach wszędzie żołnierzom rozpalano ognie. Mickiewicz,
mając lat czternaście, często zachodził do tych biednych, do duchów podobnych ludzi.”
Drugi raz „do duchów podobnych ludzi” spotkał poeta w Wielkopolsce.
Klęska powstania listopadowego zgasiła dopiero co rozpalony żar nadziei
na odzyskanie niepodległości. Wielu
„Poznańczyków” powracało na przełomie 1831/32 roku z pól bitewnych
do wielkopolskich dworów. W Choryni dał poeta upust swym emocjom,
jeszcze tym z czasów wileńskich:
35 000 EGZEMPLARZY
szym trzecim zaborcą Prusami. Napoleon nie chce wygrać bitwy, toczyć wojny. Cesarz Francuzów chce roznieść
w pył pruską armię. Na zawsze zdusić
jej potęgę. Prusacy skoncentrowali swoje siły pod Jeną i Auersztedt. Tam wpadają w sidła Napoleona...
Zwycięstwo pod Jeną iAuersztedt otworzyło Polsce drogę do Niepodległości.
Do Berlina udała się delegacja Wielkopolan, wśród nich Józef Chłapowski, ojciec późniejszego generała Dezyderego.... na niepodległość trzeba
sobie zasłużyć – tak powiedział Polakom Napeoleon – Zobaczę, jeżeli Polacy są godni być narodem – dodał – to odzyskają swoje Państwo
Polacy pokazali, że są godni.
Tak było w Wielkopolszcze;
– widzim rejteradę
Niemiecką, cóż my robim?
wchodzim tajnie w radę,
Uzbrajamy i szlachtę,
i włościan gromadę,
Gotowi, Dąbrowskiego czekamy
rozkazu,
Na koniec, hajże na koń!
powstajem od razu!”
Pan Tadeusz, Księga VII
Gdzież jest król, co na rzezie
tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę,
czy pierś sam nadstawia?
Nie! On siedzi o pięćset
mil na swej stolicy,
Król wielki, samowładnik
świata połowicy.
Zmarszczył brwi: i tysiąc
kibitek wnet leci;
Podpisał: tysiąc matek
opłakuje dzieci;
Skinął: padają knuty
od Niemna do Chiwy.
Mocarzu, jak Bóg silny,
jak szatan złośliwy!
Gdy Turków za Bałkanem
twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo paryskie
twoje stopy liże:
Warszawa jedna twojej
mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę
i koronę ściąga,
Koronę Kazimierzów,
Chrobrych, z twojej głowy
Boś ją ukradł i skrwawił,
synu Wasilowy!
Reduta Ordona
W Wielkopolsce też sycił Mickiewicz
swój głód napoleońskiej legendy. Skwapliwie słuchał opowieści z 1806 roku,
słuchał pomarszczonych wiarusów, którzy z bogiem wojny zdobywali Prusy,
łoili Austriaków, przeprawiali się przez
Wisłę do jego ukochanej Litwy...
6.
W 1805 roku pobija Rosjan i Austriaków w bitwie pod Austerlitz. Wiosną
następnego roku jego wojska opuszczają zimowe leża i Lasem Frankońskim,
przez Turyngię schodzą do Erfurtu. Armia Francuska rozpoczyna wojnę z na-
W 1806 roku wybuchło pierwsze powstanie wielkopolskie. Zbrojne oddziały prowadziły dywersję na tyłach
pruskiej armii. Polacy przejęli
pod okiem Józefa Wybickiego władzę administracyjną.
Zbito Prusaków na łeb,
na szyję, wygrana!
Ja, z konia zsiadłszy,
zaraz padłem na kolana
Dziękując Panu Bogu.
– Do miasta jedziemy,
Niby dla interesu,
niby nic nie wiemy;
Aż tu widzimy: wszystkie
landraty, hofraty,
Komisarze i wszystkie
podobne psubraty
Kłaniają się nam nisko;
każdy drży, blednieje,
Jako owad prusaczy,
gdy wrzątkiem kto zleje.
Pan Tadeusz, Księga VII
Pod dowództwem generała Henryka Dąbrowskiego stworzyli dwa polskie legiony. Nie ucichły jeszcze francuskie
działa w Prusach a Wielkopolska była
wolna.
7.
W listopadzie witany z entuzjazmem
i oddaniem Napoleon wkraczał do Wielkopolski. Wjechał do Poznania 27 listopada 1806 roku. Zamieszkał w najbardziej reprezentacyjnych budynku stolicy
Wielkopolski, w dawnym kolegium jezuickim, (obecnie Urząd Miasta), które
Francuzi nazwali Chateau du Posen.
„Ciemna noc była i tylko turban biały
na głowie mameluka Rustana, który siedział na koźle karety cesarskiej, widać
było. – Z jenerałem Dąbrowskim roz-
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
mawiał cesarz z karety podczas przeprzęgu i po kilka razy w drodze, ponieważ po wielkiem błocie wolno tak ciężkim powozem jechać musiano.
Stanąwszy w Poznaniu w gmachu pojezuickim, kazano nam 25–ciu gwardzistów zostawić na służbie...” wspomina gen. Dezydery Chłapowski.
Napoleon: – Z tego coście dotąd zrobili, jestem zadowolony. W Warszawie ogłoszę waszą niepodległość,
a gdy ją ogłoszę, trwać będzie. (…)
dajcie dowody, że jesteście godni moich zamiarów. Jeżeli w was płynie
jeszcze krew starych walecznych Polaków, chwycicie wszyscy za broń
i postanowicie: umrzeć lub odzyskać
wolność i być narodem – los jest
w waszych rękach.
Historyk niemiecki Hugo Sommer,
napisał o tym: Poznań przejął rolę
centrum świata europejskiego. I rzeczywiście poznaniacy zgotowali jego
cesarskiej mości znakomite przyjęcie.
Zmienili na jego cześć nazwy wielu
ulic, placów i popularnych rezydencji między innymi dzisiejsze Aleje
Marcinkowskiego zwane w czasie zaboru pruskiego Wilhelmowskimi nazwano rue Napoleon. Mickiewicz słuchał w wielkopolskich dworach relacji
związanych z pobytem Napoleona.
REKLAMA
Mieszkańcy ziemi kościańskiej z datków, złota i klejnotów zorganizowali 4 Pułk Piechoty, którym najpierw
dowodził Stanisław Poniński, a później Ignacy Zieliński. Pułk znalazł się
w składzie dopiero co powołanej legii poznańskiej. Do Kościana skierowano także część 1 Pułku Jazdy. Miejscowi krawce szyli dla żołnierzy
mundury, które potem podziwiał Mickiewicz na Litwie. W Kopaszewie poeta poznawał relacje o wielkiej uczcie
w Turwi, którą Józef Chłapowski, starosta kościański wydał na cześć polskich ułanów (temat opisany w książce „Podróże z Panem Tadeuszem”).
Jedź, weź pieniądze,
możesz usztyftować rotę,
Jak Włodzimierz Potocki,
co Francuzów zdziwił
Dając na skarb milijon;
jak książę Radziwiłł
Dominik, co zastawił
dobra swe i sprzęty
I dwa uzbroił nowe konne
regimenty.
Jedź, jedź, a weź pieniądze;
rąk tam dosyć mamy,
Ale grosza brak w Księstwie;
jedź Wasze, żegnamy”.
Pan Tadeusz, Księga X
17
8.
Napoleońska epopeja przeorała ówczesną Europę i, mimo Kongresu Wiedeńskiego, Świętego Przymierza, powstań i rewolucji, nie dało się już
zniszczyć ziarna wolności, które posiała romantyczna, napoleońska legenda. Mimo że minęło od tamtych
wydarzeń dwieście lat, kult Napoleona trwa. Mickiewicz ubrał Pana Tadeusza w mundur Księstwa Warszawskiego i takim już zostanie w pamięci
wszystkich pokoleń, które sięgną
do poematu. „Kierowała tym niezwykłym poetą – jak pisze Kallenbach – (...) silna wiara w posłannictwo
Napoleona,
wybawcy
Polski – i już tej wiary nic w nim nie
wyziębi: młodzieńczy umysł nie dostrzeże plam na tem słońcu, zachodzącem na Berezyną, a gasnącem
pod Waterloo; pierwsza miłość chłopięca podąży za samotnym więźniem
na wyspę św. Heleny, przeżyje go
i w męskim uczuciu nie sprzeniewierzy mu się nigdy.”
ANDRZEJ KUŹMIŃSKI
Fragment nowej książki autora
„Przygoda z Panem Tadeuszem”
18
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
PROMOCJA
Zielony to kolor przyszłości
Do 2020 roku 15 procent produkowanej w Polsce energii będzie musiało mieć kolor zielony,
czyli pochodzić ze źródeł odnawialnych
Wymusza to dyrektywa Unii Europejskiej, ale nie tylko. Taka jest po prostu konieczność, w przeciwnym razie
grozi nam niekontrolowane ocieplenie klimatu i katastrofa ekologiczna,
a także niedobory prądu.
Obecnie zdecydowana większość produkowanej w Polsce energii pochodzi ze źródeł konwencjonalnych:
przede wszystkim z węgla kamiennego i brunatnego. Od dawna wiadomo,
że spalanie tych kopalin ma negatywne skutki dla środowiska. Podczas
spalania emitowane są do atmosfery
tlenki siarki i azotu (powodujące kwaśne deszcze) oraz ogromne ilości pyłów. Wprawdzie emisja tych substancji może być ograniczana przez
nowoczesne filtry, ale nie zapobiegają one emisji kolejnej trucizny: dwutlenku węgla. To gaz cieplarniany, który, dostając się do atmosfery
w nadmiernych ilościach, wpływa
i zmienia klimat naszej planety.
Aby zatrzymać ten niebezpieczny proces wysokorozwinięte kraje podejmuREKLAMA
ją działania mające na celu ograniczenie emisji dwutlenku węgla. Służyć
ma temu między innymi dyrektywa
Unii Europejskiej, według której
w 2020 roku w krajach członkowskich
aż 20 procent produkowanej energii
ma pochodzić z odnawialnych źródeł,
które są przyjazne dla środowiska. 20
procent to wskaźnik ogólny, poszczególne kraje mają wyznaczone swoje
cele. W Polsce wskaźnik ten ma wynieść 15 procent.
– Niezależnie od unijnej dyrektywy,
źródła odnawialne to i tak przyszłość,
nie ma od nich odwrotu, choćby z tego względu, że zasoby zielonej energii są praktycznie niewyczerpalne – mówi Ernest Schmidt, właściciel
firmy ELSETT Electronics z Leszna,
który kilka lat temu zdecydował się
w swojej firmie na technologiczny
skok; obok oferowanych dotąd towarów (między innymi sprzętu rtv – agd)
wprowadził do oferty nowoczesne
urządzenia do pozyskiwania zielonej
energii. Wynikało to nie tylko ze stra-
tegii biznesowej, ale też ze sposobu
patrzenia na świat. – Naszą misją jest
dostarczanie technologii umożliwiających czerpanie energii odnawialnej
i wpływających pozytywnie na środowisko naturalne.
Źródła
odnawialne
to przyszłość,
nie ma od nich
odwrotu.
Zasoby zielonej
energii są praktycznie
niewyczerpalne
Pamiętać należy również, że koszty
ogrzewania, ciepłej wody oraz prądu
elektrycznego z roku na rok są coraz
większe i dalej ta tendencja wzrostowa będzie się utrzymywała. A raz dobrze zaplanowana i zrealizowana inwestycja, nie wymaga dodatkowych
nakładów pieniężnych i daje oszczędności na długie lata.
Firma ELSETT od 2008 roku wybu-
dowała trzy elektrownie wiatrowe
FUHRLANDER MD 77, jedną elektrownie VENSYS 77 o mocy 1,5 MW
oraz trzy ENERCON o mocy 0,80
MW każda. Łącznie siedem należących do ELSETT Electronics elektrowni wiatrowych zapewnia moc 8,4
MW. Taka ilość energii może zaspokoić potrzeby miasta liczącego 20 tysięcy mieszkańców!
Firma ELSETT daje też przykład nie
tylko jak pozyskiwać, ale też jak korzystać z zielonej energii. Budynek
sklepu ELSETT Electronics mieszczący się przy ul. Kościelnej 12 w Lesznie zasilany jest ogniwami fotowoltaicznymi o mocy 8kW. Ciepłą wodę oraz
ogrzewanie zapewnia bateria kolektorów słonecznych o łącznej mocy 40kW.
Wkrótce zostanie zamontowana tam
również niewielka elektrownia wiatrowa o pionowej osi obrotu na konstrukcji dachu o mocy 2kW. – Naszym marzeniem jest udostępnienie posiadaczom
elektrycznych pojazdów stanowiska
do szybkiego ładowania akumulatorów
w ich samochodach – mówi E.
Schmidt. – Stanowisko to byłoby zasilane z zainstalowanych na elewacji naszego budynku ogniw fotowoltaicznych. Chcemy podążać naprzód razem
z rozwojem zielonych technologii.
W następnych wydaniach magazynu
przybliżymy Państwu bardziej szczegółowo technologie odnawialnych
źródeł energii, czyli paneli fotowoltaicznych, kolektorów słonecznych
oraz przydomowych elektrowni wiatrowych. Wyjaśnimy jakie są zalety
z zastosowania konkretnej technologii oraz opowiemy jak pozyskać środki na realizację inwestycji.
Zapraszamy również do salonu
Zielonych Technologii firmy
ELSETT mieszczącego się przy ul.
Kościelna 12 w Lesznie, gdzie doradcy odpowiedzą na Państwa pytania oraz zademonstrują omawiane technologie.
JAN BOROWIAK
REKLAMA
20
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
REKLAMA
Wybór jest prosty
Czy zastanawiali się Państwo kiedyś, ile kosztuje Państwa opłacanie
rachunków?
Przejdźmy do konkretów – jeśli opłacają Państwo 6 rachunków co miesiąc
i płacą za każdy średnio 2,50 zł, kosztuje to Państwa 15,00 zł miesięcznie.
Mnożąc tę kwotę przez 12 miesięcy
otrzymujemy 180 zł, które dodatkowo obciążają Państwa budżet.
Na szczęście, w Alior Banku mogą
Państwo zaoszczędzić tę kwotę i opłacać rachunki zupełnie za darmo! Poza oszczędnościami zyskują Państwo:
- możliwość wglądu do historii
opłacanych rachunków,
- czas, ponieważ odbiorca rachunku
otrzymuje pieniądze już następnego
dnia,
- wygodę, bo specjalnie dla Państwa
otwieramy coraz więcej mini
oddziałów Alior Bank Express
w całej Polsce.
Nieprzewidziane
lub dodatkowe wydatki
Zapewne u wielu z Państwa na myśl
REKLAMA
o kredycie pojawiają się obawy, czy
wybiorą Państwo odpowiednią ofertę. Dzięki ofercie Alior Banku nie muszą już Państwo zastanawiać się, która oferta pożyczki jest najlepsza.
Gwarantujemy, że rata pożyczki
w Alior Banku będzie niższa od oferowanej przez inne banki – przy takiej samej kwocie i identycznym okresie pożyczki. Dodatkowo Alior Bank
nie pobiera prowizji!
Na pewno zdarzają się Państwu nieprzewidziane wydatki, takie jak zepsuta pralka, urodziny wnuczka czy
wyjazd do sanatorium. Nikt nie jest
w stanie ich uniknąć, ale Państwo mogą się na nie przygotować. Dzięki
możliwości skorzystania z limitu
w koncie, mają Państwo dostęp do dodatkowej gotówki w każdej chwili.
Oferta produktów
oszczędnościowych
Jedną z możliwości pomnożenia zgromadzonych pieniędzy jest ulokowanie ich na lokacie. Alior Bank posiada w swojej ofercie wiele korzystnych
lokat na dłuższy lub krótszy okres cza-
su, tak więc każdy klient może wybrać dogodny dla siebie okres.
W ofercie Banku dostępny jest również program systematycznego
oszczędzania zawierany zazwyczaj
na okres od 10 do 20 lat, gwarantujący wypłacenie ustalonej sumy kapitału na koniec okresu ochrony ubezpieczeniowej. Składka jest przyjazna
domowemu budżetowi i może wynosi już od 100 zł miesięcznie. Oprócz
gwarantowanej kwoty Klient uzyskuje również prawo do wypłaty premii
nadzwyczajnej, czyli dodatkowego
zysku wygenerowanego przez Amplico. Dzięki istotnemu elementowi
ochronnemu Ubezpieczenia w przypadku śmierci Ubezpieczonego wskutek NNW Amplico wypłaca 3-krotnośc gwarantowanej kwoty.
Przykład reprezentatywny: kwota pożyczki: 27 000 zł, liczba rat: 57, oprocentowanie nominalne: 13,5%, składka na
ubezpieczenie na życie: 4 617 zł, opłata przygotowawcza: 0 zł, kwota odsetek: 9 719,10 zł, RRSO: 25,13%, rata: 644,19 zł.
Ostateczne warunki kredytowania zależą od wiarygodności kredytowej Klienta, daty wypłaty pożyczki oraz daty płatności
pierwszej raty. Warunki oferty – wg stanu na 5.11.2012 r.
MOTORYZACJA
35 000 EGZEMPLARZY
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
21
Boso, ale w ostrogach
Nawet w koncernie Peugeot wzięto pod rozwagę życiowe credo czerniakowskiego barda, Stanisława Grzesiuka. Samochód
może zachować klasę i wcale nie musi być drogi. Tak powstał model 301, pierwszy w lwiej rodzinie oznaczony jedynką
Po latach osobistych doświadczeń
z Fiatem Siena z uprzedzeniem brałem do testu kolejną „budżetówkę”,
tym razem z Francji. Bezpodstawnie,
bo dzielą je lata świetlne. Nowy sedan w założeniu jest autem rodzinnym, a w tej cenie – wręcz ogromnym. Na dokładkę rasowo skrojonym.
fot. Archiwum
Beczka miodu
Rodzinny, ale rasowo skrojony
Pazerny księgowy wyeliminował też
przesuwny punkt mocowania pasów
bezpieczeństwa na bocznym słupku.
Sknerze umknęło tylko podwójne
uszczelnienie drzwi, więc zamykają się
elegancko i skutecznie izolują od kurzu.
Bez zarzutu
pracuje układ
kierowniczy
oraz skrzynia biegów,
wydajne są światła,
szczególnie długie
fot. Archiwum
Wewnątrz zachowano elegancję typową dla Peugeota, choć zbudowaną
na bazie twardych, lecz solidnie spasowanych i tłumiących refleksy
świetlne plastyków.
Fotele są dobrze wyprofilowane,
z długimi siedziskami i wyjątkowo
wygodne, jakby nie z tej klasy wzięte, a ich wysokie położenie ułatwia
wsiadanie i wysiadanie. Jeszcze więcej miejsca, zwłaszcza na nogi, mają
pasażerowie jadący z tyłu.
Nie brakuje schowków w kabinie,
skrytka pasażera jest głęboka i pojemna ze sprytnym uchwytem na duży
atlas, w tunelu środkowym wygospodarowano 3 miejsca na kubki do napojów. Oparcie tylnej kanapy standardowo jest dzielone i składane, a bagażnik
(z pełnym kołem zapasowym) ma pojemność 506 l, więc swobodnie pomieści dwa dziecięce wózki. Kolejny plus
za elektryczne otwieranie klapy bagażnika, minus za pałąki wchodzące
w przestrzeń ładunkową.
Bezapelacyjnie największą zaletą 301ki są własności jezdne. Dzięki sprężyście zestrojonemu zawieszeniu,
a przede wszystkim – sporemu rozstawowi osi (265 cm) i kół (195 cm
z przodu) oraz niezaniżonemu profilowi opon (65/R15) auto płynie wręcz
po wybojach i koleinach. Bez zarzutu
pracuje układ kierowniczy oraz skrzynia biegów, wydajne są światła, szczególnie długie. Bazową wersję rodzinnego sedana m.in. wyposażono w CZ
sterowany pilotem, 4 airgbagi (2 boczne), ESP i automatycznie włączane
światła awaryjne w przypadku gwałtownego hamowania.
Najmodniejszy na Zachodzie lakier – biały
Łyżka dziegciu
Konkurencja wymięka
fot. Archiwum
Trudno nie dostrzec aktywności księgowego ambitnie tnącego koszty produkcji. Pokrywa bagażnika jest „goła”,
podobnie jak maska komory silnika,
choć ta o dziwo ma uchwyty do zamocowania wygłuszenia. Śmiem twierdzić, że nie ma go także wewnątrz
drzwi, przez co bryła karoserii czasami rezonuje. Wyzwanie dla majsterkowicza nawet małowprawnego, który
w kilka godzin i za niewielkie pieniądze skutecznie poprawi fabrykę.
Drobną wpadkę zaliczył projektant,
który dżojstik sterowania lusterek zlokalizował w trudnodostępnym i niewidocznym miejscu deski rozdzielczej, nad kolanem kierowcy.
Niebezpiecznie operować nim podczas jazdy. Wystarczyło dokonać roszady z przyciskiem otwierania klapy bagażnika, którego przecież używa
się tylko na postoju.
Z racji większego bagażnika musiano wzmocnić nadwozie na podszybiu,
więc widoczność do tyłu jest ograniczona. Montaż czujników cofania wydaje się niezbędny.
Mam w herbie lwa i tak też wyglądam
Podstawową wersję tego modelu napędza benzynowy, bezturbinowy, więc
niewysilony 3-cylindrowy silnik
o poj. 1,2 l i mocy 72 KM. Na sportowe osiągi nie ma co liczyć, lecz nikt
rozsądny rodziny tak nie wozi, dzięki
czemu może na paliwie zaoszczędzić,
bo 301-ka zużywa w mieście tylko
7 l. Dla porównania – najbliższy, budżetowy konkurent na rynku, Skoda
Rapid z podobnym silnikiem i gabarytami spala 8 l. Cóż, Peugeot jest
o 155 kg lżejszy, a dysponuje prawie
takim samym maksymalnym momentem 110 Nm przy dużo mniejszych,
bo 3.000 obr/min.
Przy okazji warto uwypuklić konstrukcyjne różnice obu aut. „Czeszka” ma tylko o 24 l większy bagażnik
(analogicznie licząc z kołem zapasowym), lecz o 9 cm krótszy rozstaw
osi, a kół o 6 cm. „Francuz” natomiast
oferuje więcej miejsca w kabinie i jest
zdecydowanie tańszy. O ile?
Mniej, niż podają oficjalne cenniki,
a szczegóły wyjaśnił nam Sławomir
Pietrucha, dyr. handlowy leszczyńsko-gostyńskiego salonu Peugeota – Debiut prasowy i oficjalna prezentacja
dopiero przed nami, ale już dziś mogę zapewnić, że klient indywidualny
dostanie u nas 2.000 zł rabatu, a firmy nawet do 11% wartości auta. Tym
samym bazowa trzystajedynka kosztuje 37.900 zł, czyli jest tańsza od Rapida prawie o 6.000 zł. Za taką kwotę
można przejechać ponad 20.000 km.
Gamę silników uzupełnia benzynowy
motor 1,6 l/115 KM oraz diesel 1,6 l
o mocy 92 KM, który napędzał testowe auto i naszym zdaniem jest optymalną jednostką dla tego „lwiątka”. Reasumując; rodzinny 301 to kawał
solidnie wykonanego i wygodnego samochodu za niewygórowane pieniądze.
ZBIGNIEW KORONA
22
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
KUCHNIA
REKLAMA
Piernik
musi
być na
święta
Ciasteczka, pierniczki,
pierniki, makowce,
makiełki - grudzień to czas, kiedy chętnie pieczemy i przygotowujemy
różnego rodzaju słodkości
Mają one nie tylko zaspokoić nasz
apetyt, ale też sprawić, aby ten wyjątkowy czas przebiegał w jeszcze
milszej, rodzinnej atmosferze.
Jest delikatna wanilia i wonny cynamon. Ale są też ostre smaki goździków, imbiru czy kardamonu. Jest
miód i jest cytryna. Są migdały, orzechy, rodzynki, suszone owoce. I jest
wreszcie mak, staropolski symbol bogactwa. Bo przecież te zbliżające się
święta powinny być bogate. Bogate
w smaki, aromaty i zapachy roznoszące się po całym domu. Aby tak się
stało niekoniecznie trzeba wydawać
sporo pieniędzy. Wystarczy na przykład pobawić się w pieczenie adwen-
towych ciastek korzennych, drobnych
ciasteczek na Boże Narodzenie, czy
wreszcie najbardziej polskich wypieków – pierników.
Taka zabawa ma wiele zalet. Przede
wszystkim nasz dom nasyci się zapachem tych wszystkich przypraw, których użyjemy do pieczenia ciasteczek
i pierników, a właśnie Boże Narodzenie to także zapach. Po drugie, wykrawanie, a następnie zdobienie ciastek i pierników to idealny sposób
na zabawę z dziećmi, które uwielbiają tego typu zajęcia. Jest wreszcie
jeszcze jeden zysk wynikający z domowych wypieków. Cóż bardziej może zachwycić wielu z naszych przy-
jaciół, niż pudełko takich pachnących,
kolorowych, pysznych świątecznych
łakoci.
Przy okazji pieczenia korzennych ciastek i pierników można pokusić się
także o sporządzenie własnej przyprawy. Wystarczy wymieszać: 4 łyżeczki cynamonu, 1,5 łyżeczki goździków, 2 łyżeczki suszonego imbiru,
1 łyżeczka kardamonu, pół łyżeczki
kolendry, pół łyżeczki gałki muszkatołowej, pół łyżeczki ziela angielskiego, pół łyżeczki czarnego lub kolorowego pieprzu, szczypta zmielonego
anyżu. Proporcje dotyczą zmielonych
przypraw.
KAROLINA STERNAL
Ciastka serowo migdałowe
Składniki:
250 g mąki pszennej, 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia, 1/3 szklanki cukru, opakowanie cukru waniliowego, łyżeczka cynamonu, starta skórka
z dwóch cytryn, jajko, 100 g masła, 125 g chudego twarogu, 50 g drobno posiekanej kandyzowanej skórki cytrynowej, 150 g drobnych rodzynek,
50 g obranych ze skórki i zmielonych migdałów
Przygotowanie:
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia. Dodać cukier, cukier waniliowy, cynamon, startą skórkę cytrynową, jajko, masło i twaróg. Wymieszać
mikserem. Na stolnicy lekko posypanej mąką wgnieść w ciasto kandyzowaną skórkę cytrynową, rodzynki i migdały. Ciasto podzielić na dwie części.
Każdą z nich uformować w wałek, a następnie pokroić na plasterki grubości 1,5 cm. Każdy plasterek uformować w kulkę. Ciasteczka ułożyć na
blaszkach wyłożonych papierem do wypieków, zachowując między nimi odstępy. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni
Celsjusza. Piec około 12 minut. Można oprószyć cukrem pudrem.
Ciastka korzenne
Składniki:
2 szklanki mąki, 2/3 szklanki cukru pudru, 200 g zimnego masła, 2 duże żółtka, 3-4 łyżki przyprawy do piernika
Przygotowanie:
Mąkę wymieszać z przyprawą do piernika i cukrem pudrem. Wrzucić kawałki masła i posiekać. Dodać żółtka, zagnieść kruche ciasto. Jeśli ciasto
będzie zbyt zwarte, dodać odrobinę zimnej wody. Uformować kulę, zawinąć w folię i na godzinę wstawić do lodówki. Ciasto wyjąć, i cienko
rozwałkować na grubość, wyciąć ciastka. Ułożyć je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Nie trzeba zachowywać odstępów, gdyż ciastka
nie rosną. Piec w temperaturze 18o stopni Celsjusza przez około 12 minut.
Pierniki
Składniki:
0,5 kg mąki , 200 g miodu, 200 g cukru pudru, 120 g masła, jajko, łyżeczka sody oczyszczonej, opakowanie przyprawy do pierników
Przygotowanie:
W garnku podgrzać miód z cukrem i przyprawami przez cały czas mieszając. Jednocześnie w innym garnku roztopić masło. Mąką i sodę przesiać
i dodać do miodu. Następnie dodać lekko przestudzone roztopione masło i jajko. Wszystko wyrobić na jednolitą, lśniącą masę. Odkrawać po
kawałku ciasta, rozwałkować na grubość około pół centymetra. Wykroić pierniki, ułożyć je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wstawić
do nagrzanego do temperatury 160 stopni Celsjusza piekarnika. Piec około 10 minut. Uwaga! Przed pieczeniem można w piernikach zrobić dziurki,
aby można je było potem powiesić na choince.
Krok 2. Wykrawanie pierniczków
Ciasto wałkujemy na grubość maksymalnie 0,5 cm (wałkowałam cieniej, a i tak wyrastało w trakcie pieczenia jak szalone). Wykrawamy pierniczki
(za pomocą foremek lub ręcznie), układamy na natłuszczonej blaszce i wypiekamy przez ok. 10 minut w piekarniku nagrzanym do 150 °C.
Przed pieczeniem możemy w pierniczkach zrobić dziurki i po upieczeniu powiesić je na choince. Po wystygnięciu pierniki należy udekorować
i zamknąć w puszcze lub w słoiku do skruszenia.
Redaktor naczelny: Arkadiusz Jakubowski
Adres redakcji: ul. Leszczyńskich 52 (wejście od ul. J. Poplińskiego), 64-100 Leszno, tel. 65 521 01 83, 603 915 116,
[email protected], www.reporterleszczynski.pl
Redaguje zespół: Karolina Sternal ([email protected]), Arkadiusz Jakubowski ([email protected]),
Jarosław Gojtowski (felietonista).
Współpracownicy: Stanisław Zasada (reportaż), Zbigniew Korona (motoryzacja), Daniel Nowak (sport), Krzysztof Stephan
Reporter leszczyński: Wydawca: Agencja Promocyjna Ajak Arkadiusz Jakubowski, ul. Dąbrówki 4, 64-100 Leszno.
Druk: Polskapresse Oddział Poligrafia Drukarnia Poznań, ul. Malwowa 158, 60-175 Poznań.
Biuro reklam i ogłoszeń: tel. 730 388 885, [email protected]
ISSN: 2299-4777
Za treść reklam i głoszeń redakcja nie odpowiada. Wydawca nie przyjmuje i nie publikuje reklam i głoszeń o zabarwieniu erotycznym.
REKLAMA
24
Nr 8/9
13 grudnia 2012 r. - 9 stycznia 2013 r.
35 000 EGZEMPLARZY
Unii gratulujemy kibiców
Żużlowi fani zdążyli już przyzwyczaić mieszkańców Leszna, że akcjom
organizowanym przez Stowarzyszenie Sympatyków Unii Leszno zawsze
towarzyszy szczytny cel. Nie inaczej
było w Galerii Leszno, podczas Biało-niebieskich Mikołajek. Głównym
celem akcji była zbiórka pieniędzy dla
Adriana i Rysia Mateckich z Ponieca, którzy urodzili się z porażeniem
mózgowym.
Wśród kibiców została przeprowadzona zbiórka pieniędzy, a każdy z ofiarodawców brał udział w losowaniu
nagród. Jedną z najcenniejszych była
kolacja z zawodnikiem Unii Leszno,
Tobiaszem Musielakiem. Podczas
spotkania licytowano między innymi
koszulkę srebrnej medalistki tegorocznych Igrzysk Olimpijskich, Agnieszki Włodarczyk oraz kevlar Damiana
Balińskiego.
Kulminacyjnym punktem imprezy było spotkanie z żużlowcami Unii Leszno. Fani mieli wielką nadzieję na mikołajkowy prezent w postaci
podpisów pod kontraktami.
– Przyszliśmy całą rodziną, bo liczyliśmy, że jako jedni z pierwszych dowiemy się o nowych zawodnikach – mówił jeden ze spotkanych
przez reportera kibiców. Parafek
pod kontraktami niestety nie było.
Na scenę najpierw wyszli juniorzy
leszczyńskiego klubu, z Tobiaszem
Musielakiem na czele. Ze strony publiczności dało się usłyszeć okrzyki
zawodu – Gdzie jest Hampel? – pytali
głośno. – Jarek pojechał do Disneylandu – odpowiadał żartobliwie prowadzący imprezę. Wspomniany Disneyland, to oczywiście Zielona Góra.
Były wicemistrz świata będzie bowiem w przyszłym roku jeździł
z myszką na plastronie.
Mimo że oficjalnie miłych informacji zabrakło, sytuacja w Unii wydaje
się być pod kontrolą, o czym osobiście zapewniał prezes Józef Dworakowski. Na scenie prócz najmłodszych zawodników pojawili się
Damian Baliński i bracia Pawliccy.
Swoją obecnością potwierdzili, że interesuje ich jazda wyłącznie w biało-niebieskich barwach.
Do sezonu pozostało jeszcze kilka
miesięcy, obecni na imprezie kibice
podkreślali, że brakuje im ligowych
emocji. – Na stadionie cisza, więc
przyszedłem tutaj. Żużlem interesuję
się od przeszło dwudziestu lat. Nie
mogło mnie tu zabraknąć – mówił
sympatyczny pan z biało-niebieskim
szalem na szyi.
DANIEL NOWAK
fot. (5x) Daniel Nowak
Gdzie jest Hampel?
Jarek pojechał
do Disneylandu
SPORT

Podobne dokumenty