Relacje-Interpretacje Nr 1 (9) marzec 2008

Komentarze

Transkrypt

Relacje-Interpretacje Nr 1 (9) marzec 2008
Relacje n­ter­pre­ta­cje
ISSN 1895–8834
Kwartalnik Regionalnego Ośrodka Kultury w Bielsku-Białej
Jedyny wywiad Jadwigi Grygierczyk
Rzecz o slamie poetyckim
Nr 1 (9) marzec 2008
Piaskownica w Teatrze Polskim
60 lat temu...
Animator: Marian Koim
Jesienny jazz
Horoskop
Pastelowe
miasto
Bielsko-Biała
Laureaci konkursu
Halina Olechowska-Cwanek: Kościół św. Mikołaja
Cyprian Biełaniec: Spotkanie na szczycie
Joanna Kwiecińska-Władyczka: Pankiewicza 1
Ilona Kotaszewska: Bielsko-Biała 2
(I nagrody nie przyznano)
II nagroda: Ewa Surowiec‑Butrym za Światła
niewielkiego miasta
III nagroda: Halina
­Olechowska-Cwanek
za Kościół św. Mikołaja
wyróżnienia
pozaregulaminowe:
Cyprian Biełaniec za
Spotkanie na szczycie, Iwa
Kruczkowska‑Król za Pod
górę, Krzysztof Krzych
za Światła Bielska 2, Joanna
Kwiecińska-Władyczka
za Pankiewicza 1, Zdzisław
Poskier za Bielsko-Biała
dworzec kolejowy
Organizator: Muzeum
w Bielsku-Białej
Fundatorzy nagród:
Prezydent Miasta
Bielska‑Białej, Ośrodek
Wydawniczy Augustana,
Centrum Finansowe Banku
Millennium SA, Zakłady
Tłuszczowe Bielmar,
Radio Bielsko
Archiwum Muzeum
w Bielsku-Białej
Jadwiga Szmidt: Bielski ratusz i dwie świątynie
Ewa Surowiec-Butrym: Światła niewielkiego miasta
Artur Ligenza: Noc
Krzysztof Krzych: Światła Bielska 2
Relacje n­ter­pre­ta­cje
Okładka
Kwartalnik Regionalnego
Ośrodka Kultury
w Bielsku-Białej
Bielsko-Biała Sikornik – fotografia Dominika Łyszczka
Wkładka
Rok III nr 1 (9) marzec 2008
Pastelowe miasto Bielsko-Biała
Sylwetki
1
Siedem razy święto
28
Adres redakcji
ul. 1 Maja 8
43-300 Bielsko-Biała
telefony
033-822-05-93 (centrala)
033-822-16-96 (redakcja)
[email protected]
www.rok.bielsko.pl
Z Jadwigą Grygierczyk rozmawiał
­Janusz Legoń
Być animatorem
Z Marianem Koimem
rozmawiała Małgorzata Słonka
Literatura
7
Poezja uratowana?
10
12
Ewa Surowiec‑Butrym: Trzy wieże, pastel
Recenzje
6
Ja, mnie, moje
Monika Zając
Wiersze lipowiczów
Nielipna „Lipa”
Jan Picheta
Ja zz
13
Od pięciu lat w Bielsku-Białej
Dariusz Bandoła
Enrico Rava, Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej
Redaktor naczelna
Małgorzata Słonka
Archiwum BCK
24
Magdalena Legendź
Pastelowe miasto
Małgorzata Słonka
Fotograf ia
26 Z pasji do podróży i fotografowania
Z Ewą Saj rozmawiała Monika Zając
Horoskop
32
Ryby, Baran, Byk
33
36
Teresa Sztwiertnia
Rozmaitości
Rekomendacje
Galeria
Wkładka
Marian Koim – Fotografia
Rada redakcyjna
Ewa Bątkiewicz
Lucyna Kozień
Magdalena Legendź
Janusz Legoń
Leszek Miłoszewski
Artur Pałyga
Jan Picheta
Maria Schejbal
Agata Smalcerz
Maria Trzeciak
Urszula Witkowska
Opracowanie graficzne, DTP
Mirosław Baca
Projekt logo
Agata ­Tomiczek‑Wołonciej
Wydawca
Regionalny ­Ośrodek Kultury
w Bielsku-Białej
dyrektor Leszek Miłoszewski
Nakład 1000 egz.
(dofinansowany przez
Urząd Miejski w Bielsku-Białej)
Druk Drukarnia Times,
Bielsko-Biała Wapienica
Czasopismo bezpłatne
ISSN 1895–8834
60 lat temu...
16
Droga do piękna
Jan Picheta
Biblioteki
21
Bibliotheca Tessinensis
Krzysztof Szelong
Janusz Legoń
Siedem
razy
święto
Rozmowa z Jadwigą Grygierczyk
Jadwiga Grygierczyk nie udziela wywiadów. Po długich negocjacjach zgodziła się jednak na rozmowę
dla naszego czasopisma. Jest to wywiad podwójnie ekskluzywny. Kiedy artystka, aktorka Teatru Polskiego w Bielsku-Białej została uhonorowana Ikarem, Nagrodą Prezydenta Miasta, kilka innych redakcji
zwróciło się do niej z prośbą o rozmowę. – Ja już udzieliłam wywiadu panu Legoniowi – odpowiadała.
Jadwiga Grygierczyk: Zróbmy tak. Napiszesz ten wywiad.
Dasz mi przeczytać. I do druku. Nie ma sensu gadać...
Janusz Legoń: Sądzisz, że nikogo nie obchodzi, co
myśli aktor?
Myślę, że tak. Konkretnie w moim przypadku. Ci, co
mnie znają, to niestety mnie znają, a ci, co mnie nie znają, to na szczęście mnie nie znają. Nie mam im nic atrakcyjnego do powiedzenia (małżeństwa, rozwody, flirty,
konspiracja...).
Błagam... Powiedz jednak, co Cię przyciągnęło do
teatru? Jakiś film, przedstawienie, czy może wywiad
z aktorem?
Od zawsze występowałam, na Dzień Górnika – mała Jadzia, na Dzień Kobiet – średnia Jadzia, na 1 Maja – duża
Jadzia. Świat był szary. Kiedy występowałam, robiło się
kolorowo wokół mnie. To było miłe.
Tak Ci się spodobało, że postanowiłaś: to będzie mój
zawód?
Nigdy tak nie myślałam. Za wysokie progi. Gdzież ja
z prowincji, z Czechowic-Dziedzic – aktorką! Miałam
zostać polonistką – siłaczką.
R e l a c j e
Rozumiem...
Zastanawiałam się przed naszym spotkaniem, co powiedzieć. „Czym jest dla ciebie aktorstwo?” – Nie wiem.
„Jak budujesz rolę?” – Nie wiem. Prawdę mówiąc, dopiero w ciągu ostatniego roku zaczęłam o tym myśleć,
próbować to jakoś nazwać. I stwierdziłam, że nie buduję roli intelektualnie, lecz intuicyjnie. Że mi biologia, instynkt – jak zwierzęciu – podpowiadają. Któryś reżyser
nazwał mnie nawet zwierzęciem teatralnym. Ja wiem,
jak ma być, ale dlaczego – nie wiem. Dlatego kiedy spotykam się z ostrą ingerencją reżysera, postać robi się dla
mnie obca. Między osobowością a aktorstwem istnieje
połączenie... Gdyby reżyser oczekiwał czegoś całkowicie sprzecznego z tym, co podpowiada mi instynkt, nie
umiałabym...
Festiwale, festiwale...
– gala karnawałowa:
Jadwiga ­Grygierczyk,
Tomasz Lorek i Rafał Sawicki,
reż. Mirosław ­Książek,
Robert Talarczyk, Teatr
Polski w Bielsku-Białej,
prem. 31.12.2007
Tomasz Wójcik
...zagrać wbrew sobie?
Zdarza się, że role, w których źle się czuję, podobają się
widzom. Ale nie powiem, które...
Kiedy mnie koledzy pytają czasem, czy dobrze grają, nie
umiem odpowiedzieć. Wiem coś dopiero, kiedy zagram.
Tak było przy Szkicach z „Pana Tadeusza”. Reżyser ma
Janusz Legoń – teatrolog,
kierownik literacki Teatru
Polskiego w Bielsku-Białej,
publicysta.
I n t e r p r e t a c j e
przyjść na próbę z gotowymi pomysłami. Na początku
zaczęłam oszukiwać, bo nie wiedziałam, co robić! Ale
pod koniec już nie stwarzałam pozorów. Jak ktoś zapytał o coś, mówiłam: „Zaczekaj”. Zagrałam to sobie i odpowiadałam: „Tak, taka sytuacja ma być na scenie i taka
intencja”. A dużą scenę ostatnią, między Telimeną i Tadeuszem, zagrałam w domu, i z notatkami przyszłam na
próbę. Gdyby to był Szekspir, u którego jest dwadzieścia
postaci, to by mnie na noszach wynieśli – tak mi koledzy później powiedzieli.
Musiałabyś jak Krystian Lupa przez rok próbować.
Mało tego, musiałabym tekst na pamięć umieć, żebym
emocjami zadziałała, bo na sucho też nie wiem jak. I taki ze mnie reżyser.
Reżyserem jesteś doświadczalnym, a aktorką intui­
cyjną?
W czasie benefisu aktorki
Marii Wójcikowskiej
w Teatrze im. L. Solskiego
w Tarnowie, 1979
Często szybko wskakuję w rolę, lecę, lecę, potem niby nie
mam co robić. Nie przesiaduję w domu nad egzemplarzem, nie chcę, żeby rola chodziła ze mną. A ona mimo to
jest ze mną. Niekiedy zastanawiałam się: może zadać jakieś pytanie reżyserowi, coś rozwinąć, pogłębić. Ale nie.
Ja się nie rozwijam ani nie pogłębiam, po prostu strzelam
i... Takie jest to moje aktorstwo. Dutkiewicz, gdy go jednak o coś spytałam, mówił: „Jadzia, nie myśl, nie trzeba”.
Z czego się bierze taka umiejętność?
Nie wiem. Na pewno nie ze szkoły aktorskiej, którą
wspominam nijak. Milej wspominam technikum, bo
było to technikum... artystyczne.
Jak to? Jakie technikum kończyłaś?
Hutnicze o profilu mechanicznym. Było czterdziestu chłopów na hutniczym, a na mechaniczny za­częli
przyjmować dziewczyny, więc było po połowie. Koleżanka z klasy skończyła historię, chłopak rok wyżej, Grzesio Tomaszczyk, psychologię, jeden poszedł na księdza...
Sześciu chłopaków dobrze grało na instrumentach, stworzyli zespół, a ja z nimi śpiewałam.
Za moich czasów na pierwszym miejscu był ksiądz, nauczyciel, lekarz. Dla mnie do tych świętości dochodził
jeszcze aktor. Miałam fantastyczną polonistkę w technikum, panią Barbarę Stworową, z którą jeździliśmy
do bielskiego teatru. Jeździliśmy zresztą też w podstawówce. Kiedy byłam w czwartej czy piątej klasie, pani
od polskiego, Czesława Sało, wzięła mnie z ósmoklasistami na Dziady...
Głośne przedstawienie w reżyserii Mieczysława Gór­
kiewicza, premiera w listopadzie 1965 roku.
Archiwum prywatne
R e l a c j e
W ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Było cały czas
ciemno, ciemno, smutno, i naraz – scena się rozjaśniła...
wszyscy w przepięknych kostiumach (dzisiaj wiem, że to
był Salon Warszawski), i była muzyka, i oni cho­dzili...
Bardzo przeżyłam tę wizytę. To była swego rodzaju nobilitacja: dziecko górnika weszło do muzeum – i to nie takiego, w którym niczego nie można dotknąć. Tu mogłam
usiąść na pluszowym fotelu... dotykałam tych obitych
materiałem poręczy, szłam po dywanie (u nas w domu
nie było dywanów, tylko linoleum w kuchni)... kandelabry... Dokładnie wiem, gdzie siedziałam, teraz to tak
zwana loża dyrektorska. Pamiętam jeszcze, że w przeddzień wieczorem na pierzynach w domu leżała plisowana spódniczka, granatowa, i biała bluzeczka, starannie przygotowane przez mamę. To było coś więcej niż
Wigilia! Teraz tak o tym opowiadam, wtedy tylko czułam... Że komunia jakaś wydarza się w moim życiu. Już
byłam po Pierwszej Komunii Świętej, to była moja Druga Komunia. W dzieciństwie moje bycie w świecie było
takie, że kiedy się jechało do centrum Czechowic‑Dziedzic, to się mówiło, że do miasta. A Bielsko-Biała – to
drugi koniec świata.
Może dlatego później, kiedy pojechałam do Krakowa na
studia, czułam się jak prowincjuszka. Zagubiona w mieście... Bardzo samotna... Byłam tradycyjnie wychowana,
więc już to, że musiałam mieszkać w akademiku, było
trudne. Mieszkaliśmy w segmentach, na dziesięć osób
wspólny prysznic oddzielony zasłonką, i dwie umywalki. Żebyś ty widział, jak ja brałam ten prysznic! Któregoś razu myję ręce, a tu koleżanka z czwartego roku idzie
pod prysznic nago – szok! Dziś myślę o tym z humorem,
ale do końca studiów nago pod ten prysznic nie poszłam.
Jak wspominasz szkołę teatralną?
Nikt nie wiedział, że idę do szkoły teatralnej. Nie bałam
się, co powiedzą ludzie, jeśli nie zdam – wiedziałam, że
to loteria. Bałam się, że mnie od razu wyśmieją. „Z Kolonii z Czechowic-Dziedzic do szkoły teatralnej?!”
Wzorcami aktorów byli Holoubek, Łapicki, Łomnicki
– znani z teatru telewizji, na którym się wychowałam.
I ja śmiałabym się z nimi porównywać? Ale przygotowałam kilka wierszyków i udało się. Nie wiedziałam jednak, co mnie czeka.
Na pierwszym roku intensywnie pracowałam. Postrachem był profesor Eugeniusz Fulde. W pierwszym semestrze cały czas słyszałam od niego: „Źle, fatalnie,
koszmar”. W przeddzień egzaminu wziął mnie na bok
i powiedział: „Jest źle, a w dodatku pani ma zeza. Ja tego
oczywiście komisji nie powiem. Ja będę pani bronił. Ale
jak nie będzie pani pracować...”. Po drodze do akademika wstąpiłam do kościoła, strasznie mi się łzy lały,
I n t e r p r e t a c j e
byłam przerażona, że mnie wyleją. Po egzaminie okazało się, że nie mam zeza i że tak się tępi tych zdolniejszych – czyli mnie, czyli... nie wyleją. To mi wystarczyło. Skończyłam ze szkołą, wstąpiłam do kina. To znaczy
przez trzy lata całymi dniami oglądałam filmy. Zaczynałam o ósmej rano, wtedy odbywały się projekcje dla
studentów szkoły teatralnej. Nikogo nie było, tylko Grygierczyk. Nóż w wodzie, Pies andaluzyjski – wszystkie
najważniejsze. Później biegłam na Rynek, wędrowałam
nawet do kin na obrzeżach Krakowa. Trzy, cztery filmy dziennie. Wieczorem nie umiałam powiedzieć kolegom, co widziałam. Czas spędzony w kinach to był
piękny sen na jawie.
dzisz w sobie, widz zorientuje się, o co chodzi... Umiem
to od niej.
Niekiedy w dniu premiery o niej myślę... Staję za kulisami i myślę: „Trzydzieści lat, jak szybko przeleciało...”. Patrzę na koleżanki i kolegów: „Boże, żeby tak zatrzymać tę
chwilę”. To najpiękniejsze, co człowiek może przeżyć: za
kulisami, przed wejściem na scenę w dniu premiery. Nie
samo granie. Granie jest różne – czasem lepsze, czasem
gorsze, ale w dniu premiery zawsze wyjątkowe... Dlatego mówię, że nie trzeba się bać premiery (i tak zawsze
się boję), bo przez te emocje zawsze jest dobre przedstawienie. Ale one są tak wielkie, że ich nie wystarcza na
drugi dzień, stąd drugie przedstawienie musi być gorsze, chociaż wszyscy bardzo chcą...
Wtedy sobie tego do końca nie uświadamiałam, ale dzisiaj wiem, że był ktoś taki. Ważną osobą była dla mnie
Izabela Olszewska, aktorka Starego Teatru, opiekunka
naszego roku. Jej się uczepiłam jak matki – w tym obcym mieście musiałam mieć mamę. Ale z zawodowego
punktu widzenia ważniejsza była Ewa Lassek, genialna
aktorka, która uczyła nas wiersza. Pierwszy raz zobaczyłam ją na scenie, kiedy w technikum pojechaliśmy
na spektakl do Krakowa. Polonistka wysłała mnie, żebym załatwiła dla klasy bilety „na cokolwiek” w Starym.
Udało mi się zdobyć bilety na... Matkę Witkacego z Ewą
Lassek i Markiem Walczewskim.
Fajny mieliśmy dyplom. Z Ireną Wollen – wielkie nazwisko – robiliśmy Irkucką historię Afinogenowa dla Teatru
Telewizji. Główną rolę zagrała moja koleżanka Ola. Wysoka, szczupła dziewczyna, z zamożnego domu – na studiach sobie myślałam, że ona dla kontrastu się ze mną
przyjaźni, bo ja byłam okrąglutka, tłuściutka. Jak przyszedł na premierę do Teatru STU kolega z roku i zobaczył, że gram w Królu Ubu Dupę, śmiał się: „Myśmy na
studiach myśleli, że ty zawsze chazjajki ruskie grać będziesz, a tu patrzę: jaka Dupa!”.
Spotkałaś jakiegoś zawodowego mistrza, kogoś, kto
był dla Ciebie wzorem aktora?
Legendarne przedstawienie Jarockiego... Co w niej było
tak fascynującego?
Jej aktorstwo to były same „bebechy”...
Czyli emocje?
Emocje, ale nie wykrzyczane, połączone z niezwykłą
oszczędnością środków aktorskich. Jak stanęła – nikogo nie było na scenie. Jak powiedziała – była totalna
cisza na widowni. Była niezwykłą osobowością w tym
świetnym wówczas zespole Starego Teatru. Wszystkie
role kapitalne...
Z zajęć pamiętam jedno: ktoś mówił (przez pół roku
nad tym pracowaliśmy) inwokację z Pana Tadeusza. Ona
niby go słucha, chodzi po sali, zachodzi go od tyłu i naraz – łapie za dupę. „Nooo, jak mięsień jest flakowaty...”
– mówi. Nie chodziło o sztuczne napięcie mięśni, ale
o tak intensywne wewnętrzne skupienie, że ciało samo
za nim idzie. To później dociera do widzów. Nie umiem
metody Lassek opisać precyzyjnie, ale mniej więcej chodzi o to, że szuka się dla dłuższych fragmentów jakichś
podstawowych uczuć, na przykład: „wściekłość”, „zgadzam się z tym – nie zgadzam”... Jeśli te emocje wzbuR e l a c j e
Z kim robiłaś dyplom?
Zanim trafiłaś do STU, pracowałaś w Teatrze im. Ludwi­
ka Solskiego w Tarnowie, to był Twój pierwszy angaż
po studiach.
Poszłam do Tarnowa „z kagankiem oświaty”. Chciałam
grać. Nie było pędu do pieniądza ani do sławy. Świadomie nie startowałam do
żadnego teatru krakowskiego.
Tarnowski Teatr
im. L. Solskiego w Tarnowie:
Panna Młoda w Weselu
S. Wyspiańskiego
(z Mieczysławem
Ostrorogiem), reż. Józef
Gruda, prem. 15.12.1979
Ann w Świecie tajemnic
A. Cwojdzińskiego
(z Janiną Orszą-Łukasiewicz
i Tomaszem Piaseckim), reż.
Jan Sycz, prem. 10.02.1980
Chciałaś ciągle jeszcze
zostać siłaczką?
Owszem. Ale też nie miałam śmiałości... „Gdzież
ja – w Krakowie?!” W tarnowsk im teatrze była
wówczas świetna atmosfera. Prowadził bardzo rozległy objazd. Więc ja z tym
kagankiem oświaty byłam
na przykład w Birczy między Przemyślem a Sanokiem, prawie w Bieszczadach. Wszyscy przyszli,
bo teatr przyjechał. Stał
I n t e r p r e t a c j e
­ ilicjant koło księdza, sołtys koło członka kółka różańm
cowego. Cała wieś, nawet kobiety z dzieckiem przy piersi. Graliśmy Poskromienie złośnicy, mój debiut teatralny
(grałam Biankę). Po przedstawieniu cała wieś – razem
z aktorami – poszła do knajpy na darmowy poczęstunek. Jak tam się grało? Stoi ojciec, obok Kaśka i Bianka,
i pyta zalotników: „Którą chcecie?”. I potem była długa scena, bo chłopy z widowni wołali, którą wolą. „A jo
bych wzioł tamta”. Autentyk!
Odeszłaś jednak z Tarnowa.
Małgorzata Kozłowska
(Erna) i Jadwiga Grygierczyk
(Maryjka) w Prezydentkach
Wernera Schwaba,
reż. Tomasz Dutkiewicz,
Teatr Polski w Bielsku-Białej,
prem. 5.02.2000
Archiwum TP
R e l a c j e
Jola Gadaczek ciągle marudziła: „Chodźmy do tego Krakowa, chodźmy...”. I zaprosiła Krzysztofa Jasińskiego na
Białe małżeństwo Różewicza. Reżyserował Lech Terpiłowski. Jasiński przyjechał z całą świtą, przedstawienie
mu się podobało. Po spektaklu żal mi się zrobiło rozstawać z przyjaciółką ze studiów, i z głupia frant pytam go,
czy też mogłabym zaangażować się do jego teatru.
I tak na krótko zagościłaś w zespole STU.
Przyjechałam do Krakowa. Oczywiście pieniędzy brakuje. Więc pozostało mi – miałam już 27 lat, dojrzała kobieta – mieszkać kątem u ludzi. Wynajęłam pokój
u rodziny, wspólna łazienka, wspólna kuchnia. Przychodziłam tam jak najpóźniej, zwiedzałam muzea, siedziałam w knajpach – ale ileż można, ja
nie lubię. I mnie to gniotło nieprawdopodobnie. Ale przede wszystkim
– pomyłka z Teatrem STU.
Pierwsza próba na Błoniach w namiocie. Przychodzę w spódniczce,
butach na obcasie. Wchodzę, patrzę:
w pierony piasku i karuzela. Na dole
podest, jakaś rura. Weszłam w Króla Ubu. Główną rolę grał Władysław
Komar. Już mnie to dotknęło, że jakiś amator – co z tego, że olimpijczyk
– gra. Ale to drobiazgi. Weszłam –
i jak w szpilkach po tym piasku
przejść? Jasiński zobaczył moje wahanie, kazał się nie przejmować i zapytał, czy miewam zawroty głowy,
bo ta platforma pójdzie do góry i będzie się obracać. Ubrałam uprząż zabezpieczającą, a jego aktorzy, ci, których wychował – bez zapinania! Bo
oni – dla niego. Wyjechałam w górę. Obracanie. Na początku myślę:
może być. Ale jak naprawdę zawirowało, jak poczułam siłę odśrodkową!
Bardzo wiele to miało wspólnego z aktorstwem... Podniosłam rękę. Zatrzymał. „Da pani radę?” No pewnie,
że dam radę, w końcu zadanie aktorskie: mogę się obracać na karuzeli.
To było głośne przedstawienie...
Tak, ale miałam taką rolę, że więcej w niej było gimnastyki niż aktorstwa. Komar mówił, a ja nie.
Wybuchł stan wojenny, nie można było grać, więc Jasiński sprowadził z Ameryki panią psycholog, specjalistkę
od aktorstwa. Na spotkaniu ona mówi: „A teraz udajemy kury”. Jestem trzy lata po szkole, a tu mam kurę udawać, „żeby się otworzyć”. Myślę sobie, co jest? Patrzę:
wszyscy zap... równo, wczuwają się, a pani psycholog –
jak wariatka – biega między nimi. Nie mogę! Myślę sobie: chcesz, to ci zrobię tę kurę bez żadnego „otwierania”. Jak zaczęłam szaleć, gdakać, prawie że fruwałam jak
kura... a tu trzask w pysk... żebym niby wyszła z transu
– a ja się wygłupiałam. Zrozumiałam, że ten kurnik teatralny, to nie dla mnie. Czułam, że powinnam zmienić teatr, ale jak odejść... z Krakowa! Najlepiej, żeby wyrzucili. I nadarzyła się okazja (to oczywiście wszystko
było podświadome).
Jak się skończyła przygoda ze STU?
Na próbie nowego przedstawienia miałam stanąć w światłach. Nie stanęłam. Powtarzamy – ja znowu źle. Jasiński, już zdenerwowany, każe powtórzyć jeszcze raz. Ja
znowu... Jakbym go chciała sprowokować do wyrzucenia. Jakby mi organizm powiedział: dość, nie męcz się.
Guru wściekł się: „Ty już nie jesteś aktorką tego teatru”.
Pojechałam do domu. Zrozpaczona – ale jakoś zadowolona w tej rozpaczy. To nie był mój teatr. Dusiłam się.
Teatr widowiskowy, nie aktorski.
Kiedy dyrektor ochłonął, spotkał się ze mną i powiedział
coś, za co go bardzo szanuję: „Jadziu, ty jesteś aktorką,
która musi mieć kulisy i deski sceniczne, a nie piasek
pod stopami. Tutaj się nie nadajesz. Chcesz, załatwię ci
Hutę – tylko idź mi stąd”.
I tak trafiłaś pod Jasną Górę...
Teatr Ludowy w Nowej Hucie – to tak, jakbym wróciła
do Czechowic-Dziedzic, robotniczego miasteczka. Przeniosłam się więc do Częstochowy. Szefem był wtedy Wojciech Kopciński. Potrzebował Soni do Zbrodni i kary. Ja
taka dziewoja wielka byłam, a Sonia z biedy wyszła – ale
potrzebował. To było bardzo dobre przedstawienie. Pokazywaliśmy je na festiwalu w Bułgarii i mówił mi jeden
aktor bułgarski – nie wiem, jak się dogadaliśmy – że podczas spektaklu siedział z kolegami w kabinie akustyka,
bo tyle było ludzi. Wszyscy mieli słuchawki na uszach
I n t e r p r e t a c j e
ze względu na tłumaczenie. A kiedy weszłam na scenę,
aktorzy słuchawki zdjęli – żeby mnie słuchać po polsku.
Kocham przypominać sobie te słowa.
Z Częstochowy poszłam na krótko znów do Tarnowa,
stamtąd przyszłam do Bielska-Białej i już 23 lata tu pracuję – dobrze pamiętam, bo mój syn ma tyle samo lat.
W mojej pamięci szczególnie utkwiły Twoje role: Pie
w Scenariuszu dla trzech aktorów Scheaffera w reży­
serii Julii Wernio, Maryjka w Prezydentkach Schwaba
i Mary w Milczeniu Stephenson w reżyserii Tomasza
Dutkiewicza, Profesor w Lekcji Ionesco w reżyserii
Grzegorza Chrapkiewicza.
W Milczeniu miałam problem, bo zostałam obsadzona
w roli ofiary, a nie mam w sobie cech ofiary. I w życiu,
i na scenie. W czasie prób tej sztuki o przemocy w rodzinie słyszę od reżysera stale: „Źle, źle, źle”. Przełom
nastąpił, kiedy zrozumiałam, że muszę poszukać jakiejś
łamliwości, słabości... Pomyślałam, a raczej poczułam,
że ta kobieta musi być jakaś „cienka” emocjonalnie, bo
z inną by się ten facet nie ożenił, potrzebował kogoś,
kogo mógłby deptać. Spróbowałam to zagrać i wyszło,
ale grałam, nie „byłam”.
Jednak Maryjka u Schwaba to też postać słaba, jak piłka
unoszona na wodzie...
Ale zwariowana – ta cecha jest mi bliska.
Według tej autocharakterystyki najbliższy był Ci Pro­
fesor z Lekcji.
To racja, ale też dlatego, że lubię formalne granie w teatrze. Podbudowane emocjami, ale formalne. I możliwość improwizacji, za którą Marta, moja uczennica, czasem mnie pochwali, ale czasem delikatnie strofuje. Dużej
roli nigdy nie mam osadzonej na sto procent w sobie, to
znaczy, że za każdym razem gram inaczej, pozwalam
sobie na zmianę sytuacji – oczywiście w granicach nieutrudniających gry partnerom, myślę tu raczej „o sytuacji w sobie”. Wydaje mi się, iż o tyle jestem w porządku, że zawsze to jest „w postaci”...
Jak gdybyś wydobywała jej inny odcień?
Właśnie. Z tego też powodu uwielbiałam Lekcję, bo dawała mi wielkie możliwości w tym zakresie, to jest przecież rodzaj monodramu Profesora...
Po latach grania zauważyłam, że rzeczywiście lubię improwizować, zmieniać, co czasem denerwuje scenicznych partnerów, na przykład Anię, która jest aktorką
bardzo precyzyjną i w takich sytuacjach mówi za kulisami: „Wróć do tego, co było na premierze”. Nie zawsze
mogę się z tym zgodzić. Jeśli zmiany wynikają z obserwowania reakcji widowni – to dlaczego nie zmieniać?
R e l a c j e
Właśnie obserwuję Cię na pró­
bach Żyda...
Dawno nie miałam takiej roli jak
nauczycielka w sztuce Artura Pałygi. W Korowodzie, w Czarnej
komedii, w Testamencie Teodora Sixta – sceny, epizody. Nawet
w Allo! Allo! – niby spora rola,
ale w takiej komedii to zupełnie
inne granie. Więc już na wstępie
się ucieszyłam. Dorwałam się do
roli. Po drugie – podoba mi się
temat. I ta postać jest mi bliska.
Nie chce mi się udawać, tak w życiu, jak i na scenie – może stąd ta
skłonność do improwizacji. Pytał
mnie Kuba, jakie mam życzenia
na nowy rok. Ja mówię: „Chciałabym ze sceny powiedzieć coś mądrego”. I teraz coś takiego może
się zdarzyć.
Pracujesz wiele z młodzieżą. Co byś radziła młodemu
człowiekowi, który chce zostać aktorem?
Nikogo nie namawiam i nikogo nie odwodzę – chyba,
że ktoś ma biologiczną wadę dykcyjną, której nie da się
usunąć. Trzeba wiele szczęścia w tym trudnym zawodzie.
Ale gdy mnie ktoś prosi o opinię, staram się być maksymalnie uczciwa, bo nie ma nic smutniejszego niż aktor bez talentu, który jakoś się przemknie przez szkołę,
a później całe życie gra ogony.
Za dużo Ci powiedziałam.
Jak ja tego będę żałować!
Tomasz Wójcik
Wspominałaś, że czasem przed wejściem na scenę
w dniu premiery przypominasz sobie słowa, które
usłyszałaś od Ewy Lassek. Gdybyś chciała młodszym
koleżankom, kolegom w zawodzie coś takiego przeka­
zać, to o czym aktor nigdy nie może zapomnieć?
Hmm... że każde przedstawienie jest premierą? Chyba
to... Jest siedem dni w tygodniu i jeden to święto. Ten
zawód daje mi to, że gdybym siedem razy w tygodniu
przyszła do teatru, miałabym siedem razy święto. Jest
mi lekko w tym zawodzie, mimo że zdarzają się sytuacje trudne. Dobrze się czuję w tym środowisku: z chłopakami technicznymi, w garderobie, w charakteryzatorni, że nie wspomnę o scenie. Uwielbiam to...
Za dużo Ci powiedziałam. Jak ja tego będę żałować!
I n t e r p r e t a c j e
Magdalena Legendź
Ja
mnie
moje
Magdalena Legendź
– teatrolog, zajmuje się
krytyką teatralną,
publicystyką, redagowaniem
czasopism i książek.
Anna Guzik ­i Tomasz
­Drabek w Piaskownicy
Tomasz Wójcik
R e l a c j e
Mijająca dekada obfitowała w kraju w inicjatywy
promujące repertuar współczesny, eksploatujący
bieżące, gorące problemy społeczne. Począwszy od I Tygodnia Sztuk Odważnych w Radomiu,
przez Szybki Teatr Miejski gdańskiego Wybrzeża, po studio [email protected] Starego Teatru, proponowane produkcje teatralne starały się być zapisem
tego, co zwyczajne, codzienne, ale też nieefektowne i niepasujące do pierwszych stron gazet.
Oparte na tekstach zamawianych niekiedy nawet
u dziennikarzy czy niedoświadczonych literatów,
bazowały na zwierzeniach, wspomnieniach lub
relacjach świadków.
Do Bielska-Białej dotarła jedna z ciekawszych sztuk
tego nurtu plasującego się między reality show a scenicznym dokumentem – Piaskownica Michała Walczaka, laureata łódzkiego konkursu dla młodych dramatopisarzy. W kilka lat po wałbrzyskiej prapremierze, po
próbie stołecznej sceny i po realizacji w Teatrze Telewizji mogą obejrzeć ją bielscy teatromani. Dla zmęczonych trelami i brzdąkaniem, wydobywającymi się raz po
raz zza kurtyny Rottonary, jest to oczekiwana odmiana. Chociaż nie, nie całkiem, tu też mamy do czynienia
z koncertem – na dwa aktorskie instrumenty.
Co może robić aktor, jeżeli jego bohater nie ma możliwości podejmowania brzemiennych w skutki decyzji czy
dokonywania ważkich wyborów? A może na przykład
cyzelować rodzajowość – i to zrobione zostało fantastycznie. Ma bowiem sztuka Walczaka jeden niezaprzeczalny
walor: żywy, współczesny język, pełen kolokwializmów,
doprawionych z umiarem wulgaryzmami, mieniący się
i skrzący w trafnych, wartkich dialogach i monologach.
Potoczną polszczyzną wyraża autor mity i stereotypy
kultury masowej, lekko z nich sobie dworując. Dowcipnie odwzorowane relacje międzyludzkie mają posmak
tragikomedii.
Reżyser, biorąc Piaskownicę na warsztat, deklarował,
że to najlepsza sztuka ostatniego ćwierćwiecza. Można
z tym poglądem polemizować – przede wszystkim jej
konstrukcja mogłaby być lepsza; próżno szukalibyśmy
zarzewia wielkiego konfliktu, który zmierza do kulminacyjnego punktu. To raczej udramatyzowana przypowieść, moralitet. Piaskownica jest metaforą współczesności zdziecinniałej, która sobie gębę przyprawia sama,
która w synczyźnie, maliźnie jest rozmiłowana, a od ojczyzny i dorosłości stroni.
I n t e r p r e t a c j e
Bohaterowie to para dzieci bawiąca się w piaskownicy. W bielskiej realizacji w każdej z trzech części są one
w różnym wieku, mają: siedem, siedemnaście i dwadzieścia siedem lat. Nie dojrzewają, pozostając na tym samym
poziomie rozwoju emocjonalnego. Straszne? Owszem,
ale jak zagrane! Najlepiej samemu to zobaczyć. Na scenie aż gęsto od stanów i emocji. Agresja i potulność, kokieteria i popisywanie się, opiekuńczość i przemoc, obojętność i zainteresowanie.
Anna Guzik i Tomasz Drabek kłócą się, biją, krzyczą
i płaczą, obrażają się i ranią. Przechodzą zachwycające
metamorfozy. Naburmuszona siedmiolatka wtulająca
głowę w ramiona w chwili strachu za moment przeistacza się w cyniczną nastolatkę, żującą gumę i powtarzającą „nie twoja sprawa” między jednym a drugim esemesem. Rozwrzeszczany nadruchliwy gówniarz zmienia
się w pozornie opanowanego w gestach i słowach zakapturzonego chłopaka, któremu jednak niewiele trzeba,
by wybuchnąć. Ja, mnie, moje – to zaklęcia pomocne
w walce o terytorium, o dominację. Zadanych wzajemnie ran czas nie zabliźnia, a wyznaczoną granicę coraz
trudniej przekroczyć.
Scenografia jest oszczędna – podświetlany podest,
wewnątrz wypełniony piaskiem, służy za miejsce gry.
Otacza go płot z blachy falistej wymalowany w różne napisy i graffiti, jakie można spotkać na każdym blokowisku. Dopełnieniem są rekwizyty: szmaciana lalka, autko,
figurka Batmana (tylko czemu taka mała, już z trzeciego
rzędu wcale jej nie widać) oraz wyraziste kostiumy.
Każdą z części rozpoczyna jedna z piosenek z Miasto manii Marii Peszek. Niewykluczone, że to osadzenie w wielkomiejskim sztafażu (w trakcie trwania piosenek na ścianę z falistej blachy puszczane są projekcje
przedstawiające „trafic” – wielkomiejski ruch, obojętnych przechodniów, sznury samochodów, rozświetlone
witryny domów towarowych) miało wzmacniać czy pogłębiać wymowę scen rozgrywających się później. W rzeczywistości efekt jest za każdym razem coraz bardziej
nużący. Ale grunt, że aktorzy zdążą się przebrać…
Teatr Polski w Bielsku-Białej: Piaskownica Michała Walczaka, reżyseria Grzegorz Chrapkiewicz, scenografia Jan Kozikowski, światło, fotografie, projekcje Olaf Tryzna, premiera
19 i 20 stycznia 2008
R e l a c j e
Poezja uratowana?
R zec z o slamie poet yck im
Monika Zając
Nauczyciele narzekają, że uczniowie nie kochają poezji. Ba, przeciętny student polonistyki, mając do wyboru: przeczytać Miłosza, czy nie przeczytać – zapewne wybierze to drugie. Rodzi się
więc pytanie o kondycję liryki. Gdzie ją zadomowić w epoce Świetlickiego? Tego, że nie ma dla
niej miejsca w pozłacanych tomikach, na najwyższych półkach, chyba nie trzeba udowadniać.
Poezja musi przekonywać, inaczej nikt jej nie
uwierzy. Musi dziać się na oczach widzów. Czy
odpowiedzią na postawione wymagania może
okazać się slam poetycki?
Jedno tchnienie, coś jak przebłysk geniuszu,
chwila z długopisem w dłoni i rap płynie do twych uszu (...).
To uczucie wielkie, kiedy tryby zaskakują,
idea staje się słowem, szare komórki pracują.
(Ziemas)
Rzecz I. Czym jest slam poetycki?
Slam poetycki to nieślubne dziecko poezji i performance’u. Charakteryzuje go temporalność. Slamer (czyli
osoba „recytująca” swoje wiersze) ma bezpośredni kontakt z publicznością (z której wybiera się jury), wchodzi
z nią w swoistą interakcję. To audytorium decyduje, które popisy oratorskie najbardziej przypadły mu do gustu
i kogo należy obdarzyć już nie idealistycznie wieńcem
laurowym, ale pragmatycznie pewną kwotą pieniężną.
Najciekawszym aspektem slamu jest sięganie do różnych dyskursów poetyckich. Ze sceny można usłyszeć
poetów na miarę Szymborskiej, punków, hip-hopowców,
Monika Zając – studentka
III roku polonistyki Akademii
Techniczno-Humanistycznej
w Bielsku-Białej.
I n t e r p r e t a c j e
g­ rafomanów... Dla slamu poetyckiego nie ma tematów
tabu. Poczynając od lirycznych wierszyków miłosnych,
a kończąc na wywodach dotyczących chociażby przejścia podziemnego w mieście X, każdy ma prawo nadać
swojej poezji dowolny styl i formę.
Adam Zagajewski postanawia porzucić płytką poezję
i zostać Emo.
Staje pośrodku ulicy, staje w przejściu podziemnym.
Zatrzymuje się na skrzyżowaniu, patrząc na wielką reklamę
podpasek Bella, i mówi:
Mam tego dość! Kurwa, mam tego dość! Potrzebne mi
nowe trampki!
I postanawia zapuścić grzywkę, zaczyna jeździć na desce.
(Dawid Koteja)
Głosująca publiczność
slamu poetyckiego
w Galerii Wzgórze
R e l a c j e
Rzecz II. Krótka historia
Slam poetycki narodził się z buntu wymierzonego przeciwko zamykaniu poezji w klatce krytyki i teorii literackiej. W 1986 roku robotnik i poeta z Chicago
– Marc Kelly Smith – zorganizował pierwszy w historii slam – „The Uptown Poetry Slam”. Wyrecytowane
wówczas wiersze miały pokazać, że poezję można rozpatrywać w kategoriach „normalności”, tzn. nie rozbierać do aliteracji, synekdoch i oksymoronów, tylko bawić się samą jej obecnością. Idea slamu szybko dotarła
do Nowego Jorku i San Francisco (w 1990 roku odbywają się pierwsze amerykańskie slamowe mistrzostwa).
Do Polski dociera w 2003 roku. Wówczas w Starej Prochoffni, spośród ośmiorga poetów biorących udział, publiczność na zwycięzcę wybiera – aktualną polską ikonę slamu poetyckiego – Jasia Kapelę.
Możesz je tylko podziwiać z daleka,
Nacieszyć oczy chwilą, co ucieka.
Przepiękne ptaki zapomnienia,
pomogą uciec od osamotnienia
jakie niesie każdy zimny dzień.
(Aleksandra Walusiak)
Choć historia slamu zaczyna się w połowie lat 80. XX
wieku, to jego korzenie sięgają dużo głębiej. ­Małgorzata
Wiśniowska (pisząca pracę licencjacką dotyczącą slamu
poetyckiego w Akademii Techniczno-Humanistycznej
w Bielsku-Białej) początków tego zjawiska doszukuje się
w Renesansie:
W połowie XVI wieku we wsi Babin pod Lublinem
Stanisław Pszonka i Piotr Kaszowski założyli koło towarzyskie – żartobliwą imitację republiki z godnościami
i urzędami nadawanymi za umiejętności opowiadania
dowcipów, żartów i facecji. Koło to nazywano Rzeczpospolitą Babińską. Należeli do niej Kochanowski, Rej, Zamojski. Wystarczyło, że Janek z Czarnolasu przyjechał do
Babina, opowiedział fraszkę, facecję względnie anegdotę. Dodatkowo pomachał rękami, uśmiechnął się, puścił
oko i dostawał nagrodę – a to jakiś medal, a to oficjalne gratulacje. Oczywiście te ich turnieje okraszone były
staropolskim winem, piwem tudzież towarzystwem pięknych kobiet.
Kolejnym przykładem na to, że tego typu wieczorki poetyckie istniały od dawna w naszej kulturze, są romantyczne improwizacje. Pierwszy, romantyczny pojedynek na improwizacje odbył się w 1840 roku. Wtedy to,
na wystawnym przyjęciu zorganizowanym dla Adama
Mickiewicza z okazji odebrania tytułu profesorskiego,
doszło do bitwy na rymy pomiędzy dwoma wieszczami.
Na owym przyjęciu zjawił się bowiem Julek Słowacki,
ale że w sercu tkwiła zadra pretensji do Adama – milczał, strojąc urażoną minę. Kiedy skończono powitanie
Mickiewicza, Słowacki rozpoczął improwizację. Oczarował zebranych wspaniałym wierszem. Kiedy skończył,
zaczął mówić Mickiewicz, a swoją improwizację podsumował słowami „kochajmy się” – i o tej chwili nauczycielki w szkole mówią: wielkie pojednanie.
W dwudziestoleciu międzywojennym, od działalności futurystów i dadaistów, już tylko rzut beretem do
I n t e r p r e t a c j e
sprawy dopisała nie tylko publiczność, ale i pretendenci do miana I Slamera Bielska-Białej. Do gromkich oklasków zachęcali prowadzący – dziennikarze internetowego radia iGol FM (Maciej Nowicki, Łukasz Wiśniowski).
Konkurs przebiegał w trzech etapach, o zwycięstwie zadecydowała (racząca się kanapeczkami, tudzież koreczkami i piwem) publiczność, wyrażając swoją aprobatę
poprzez podniesienie czerwonego lub zielonego kartonika (zielony – przechodzi do następnej rundy). Najważniejszym punktem programu były oczywiście same
popisy oratorskie. W repertuarze znalazły się wiersze
bardziej lub mniej liryczne – a wśród nich prawdziwa
perełka, hip‑hopowy rap członka składu ZpJp Ziemasa.
Zwycięzcą pierwszego slamu poetyckiego w Bielsku-Białej został Dawid Koteja, który swoją erudycją rozgrzał
publiczność do czerwoności.
Dawid Koteja, laureat
­pierwszego ­bielskiego slamu
slamów z chicagowskich knajp. Mianowicie w 1918 roku
w Warszawie zostaje otwarta kawiarnia artystyczna Pod
Picadorem. Za 5 marek każdy bywalec mógł na estradzie
zaprezentować swój utwór, toteż kawiarnia skupiała „wyjątkowych” poetów, malarzy i muzyków. Wśród nich nie
zabrakło Słonimskiego, Tuwima, Iwaszkiewicza, Wierzyńskiego – największych filutów tamtych czasów.
Mówię pies – nie czujecie jego zapachu.
Jednak, kiedy mówię, już wiecie o tych łapach,
pysku i ogonie (...).
Wiatr wieje,
Rozpuszczony w powietrzu pies
Dociera pod galerię Wzgórze.
Mówię, jesteście w wietrze psa,
Mówię jesteście.
(Grzegorz Adamczyk)
Damian Swinczyk
R e l a c j e
Rzecz III. Pierwszy slam poetycki
w Bielsku-Białej
20 stycznia br. w Galerii Wzgórze miało miejsce,
jak to określił Szymon Kuś (redaktor portalu BB365.info), jedno z ciekawszych wydarzeń kulturalnych ostatnich miesięcy. Organizatorzy (studenci III roku polonistyki ATH) zadbali o ty, by wszystko zostało dopięte
na ostatni guzik. Dzięki odpowiedniemu nagłośnieniu
W ślad za nim Wisława Szymborska postanawia porzucić
płytką poezję i zostać Emo.
Rodzice jej nie rozumieją, jest zbyt wrażliwa.
W związku z tym Dawid Koteja postanawia porzucić płytką
poezję i zostać Wisławą Szymborską.
Bo właśnie zwolniło się miejsce, trzeba wykorzystać
taką okazję.
(Dawid Koteja)
Rzecz IV. A jednak alternatywa?
Slam poetycki jest doskonałym przykładem na to, że
poezja może ciągle wciągać i fascynować. Współcześnie
nie zachwyca nas sama treść, ale przekaz. O ileż przyjemniej snułoby się dywagacje na temat Miłosza, gdyby
zamiast wkuwania dat ukazywania się kolejnych tomików poezji pozwolono nam „pobawić się” jego twórczością? Przecież o tym, że wielkim poetą był, wie każdy.
Pytanie tylko, czy każdy do końca z tą wielkością się
zgadza?
?
W tekście zostały wykorzystane fragmenty utworów wygłoszonych podczas slamu poetyckiego, który odbył się w Bielsku-Białej 20 stycznia 2008 w Galerii Wzgórze.
I n t e r p r e t a c j e
Olga Majlich
***
Prawda i kłamstwo
nie idą jedną drogą
Kłamstwo
z dumą kroczy
Łatwo znajduje
przyjaciół
nie boli
Prawda wierna
czysta
nieśmiało spuszcza oczy
odpychana
Kopciuszka cieniem
często w kącie
woli być milczeniem
Michalina Śpiewak
Mat…
Iwona Czyż
Zabiłem Boga
Gwóźdź mego grzechu
przebił Mu dłoń.
Włócznia mej niewiary
przeszyła Jego bok.
Cierniem na skroniach
stały się me kłamstwa.
Zabiłem człowieka.
Zabiłem Boga.
Posłałem do grobu.
Otrzymałem zbawienie.
Jezusie!
Co z nas za owce
krzyżujące codziennie
Swego Pasterza?
Matematyk,
matematyka,
matematyczka,
matematyczny, matematyczyć…
Czas już liczyć!
Barbara Zamorska
Jutro
Siedzi jak wtedy gdy dostała list
Następnego dnia poszła do kina
Jutro też pójdzie
Do ławki w parku
Do obcych ludzi
Do znanego na pamięć filmu
Gdzie wszystko się kończy dobrze
I szczęśliwie
10
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
Joanna Łaski
***
O l g a Ta r a s i u k
Ironia kostna
Jak na ironię konstrukcja człowieka
opiera się na kruchym kostnym
rusztowaniu
Rzeszotowienie kości to osteoporoza
Człowiek piszący wiersze to nie ten sam
który pisze Ostrą Prozę
choć często śpią pod tym samym imieniem
jednakowe beleczki kostne
mam lat dwanaście plus sześć zupełnie zbędnych
widziałam ludzi zwykłych kolorowych chorych i złych
widziałam słonia żyrafę słyszałam o śmierci
wiem co to aldehyd dwumian Newtona i co głosił Schelling
wiem też że pięć godzin snu to całkiem dużo
i ciągle boję się że wsiądę do złego autobusu
i wciąż świat jawi mi się potworem
potykam się o krawężniki ciągnę wzrok po ulicy
jak zabawkę na sznurku
dokładnie wiem skąd się wzięłam
czując się nadal mikroskopijną komórką
ale wciąż nie wiem
po co
Marta Dziedzina
Marcela Golis
Podanie o nieśmiertelność
Wiersz czwarty
Czyli pejzaż ze sztafażem
wnoszę podanie o nieśmiertelność
złotą
całą w ciepłym pszczelim złocie
wnoszę podanie o nieśmiertelność
dotykalną
żeby móc ją wyczuć podtrzymać przytulić
w razie potrzeby pożyczyć
wnoszę podanie o nieśmiertelność
bezcenną
wymienialną tylko na czyjeś opiekuńcze ramiona
nietrwałe
z nową kobietą lub starym mężczyzną
z pejzażem w tle
zamknięci w ciepłych powiekach napojów
wysokoprocentowych
i wiosny
jak w pościeli nie będziemy już umieli
się odnaleźć
przypływy i odpływy spotęgują
nasz niedorozwój emocjonalny
i kiedy piersi opadną a wzwody ustaną
to wszystko będzie już jasne
i spóźnione
Agata Tomiczek-Wołonciej
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
11
Nielipna „Lipa”
Jan Picheta
Jan Picheta – dziennikarz,
publicysta kulturalny, poeta.
?
Teksty na „Lipę” 2008 można nadsyłać do końca czerwca br. pod adresem: SCK Best
43-300 Bielsko-Biała, ul. Jutrzenki 22 (bliższe informa­cje
pod nr. tel. 033-499-08-33).
W tym roku po raz dwunasty odbędzie się
Ogólnopolski Przegląd Dziecięcej i Młodzieżowej Twórczości Literackiej „Lipa” pod patronatem Prezydenta Miasta Bielska-Białej.
Ogólnokrajowy charakter nadała imprezie animatorka kultury z bielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Złote Łany Irena Edelman. „Lipa” obchodzić będzie jednak
w tym roku 25-lecie kwitnienia, gdyż po raz pierwszy jej
finał odbył się w nieistniejącym już klubie Złote Łany
4 czerwca 1983 r. Przegląd przez 14 lat miał bowiem zasięg ograniczony do województwa bielskiego. Od 11 lat
laureatami ogólnopolskiej imprezy zostaje około stu
młodych ludzi z wielu zakątków Polski, a ich utwory
publikowane są w specjalnej „lipowej” antologii. Autorami publikowanych na poprzednich stronach wierszy
są laureaci „Lipy” 2007.
Nazwa przeglądu, którą – że nieskromnie przyznam
– wymyśliłem, wzięła się z szacunku dla drzew, a osobliwie dla Tilia cordata, gatunku występującego w Polsce. Włoski pisarz Guido Ceronetti powiada, iż drzewa nie są zielenią: to nasi starsi bracia unieruchomieni,
dawne plemię pokryte sierścią, pełne wilgoci, obrosłe rogami (...). Kiedy drzewo zmienia się w zwyczajną rzecz,
w użyteczny lub zdobiący przedmiot, choć niegdyś było
siedzibą sił nadprzyrodzonych, widzialnym śladem boskości, nie da się go już uratować. Dzięki symbolice drzewa człowiek jest związany z nim wieloma nićmi tradycji. Chrześcijańskie drzewo życia symbolizuje m. in.
żywot duchowy, wieczne szczęście i uzdrowienie moOlga Majlich – uczennica III kl. Chrześcijańskiej Szkoły
Podstawowej i Gimnazjum Arka we Wrocławiu.
Michalina Śpiewak – uczennica II kl. SP nr 3 w Żywcu.
Barbara Zamorska – uczennica VI kl. SP nr 37
w Bielsku‑Białej.
Iwona Czyż – uczennica III kl. Gimnazjum w ZS
im. J. Londzina w Zabrzegu w gminie Czechowice-Dziedzice.
12
R e l a c j e
ralne. Arkadyjska natura lipy w utworze Jana Kochanowskiego koi nerwy, daje beztroski byt, wystarcza do
szczęścia. Urodzony w sąsiedztwie Złotych Łanów Emil
Zegadłowicz w Powsinogach beskidzkich przywołuje lipę
jako symbol początku i końca ludzkiej drogi i łączy ją
z krzyżem życia.
Niestety, nowe pokolenia tracą już zarówno intymny,
jak i metaforyczny kontakt z naturą i tradycją. Przejawia
się to nie tylko w dewastacji przyrody (słynnym przykładem jest Święta Lipka, w której wycina się lipy). Dopiero podczas mojego spotkania autorskiego z młodzieżą w jednej z bielskich szkół, notabene artystycznych,
zdałem sobie sprawę, jak znaczna jest także dewastacja
moralna tradycji. Młody człowiek wstał i kategorycznie
oświadczył, że nazwa przeglądu jest chybiona: – Lipa to
przecież dziadostwo – zawyrokował. Zacząłem wyjaśniać, że niezupełnie: – Lipa to przede wszystkim drzewo. – Drzewo? Skonfundowany młodzieniec nie znał
w ogóle tego typu skomplikowanej konotacji.
Przykład młodzieńca ze szkoły artystycznej dowodzi niedostatku łączności między pokoleniami, braku
„miejsc wspólnych”, o których tak ładnie pisał mój szkolny kolega Aleksander Nawarecki we wstępie do książeczki poetyckiej pod tym tytułem. Czy to już zmierzch
wypróbowanych przez wieki obrazów i tropów, które gwarantują poetom zrozumiałość i uniwersalność? Koniec
kultury? Parafrazując Zbigniewa Herberta można powiedzieć, że ludzie coraz szybciej tracą związek z wielkimi drzewami historii. Dlatego „Lipa” powinna co roku
rozkwitać.
Olga Tarasiuk – uczennica II kl. LO w Łosicach.
Marta Dziedzina – uczennica III kl. Gimnazjum w Poraju.
Joanna Łaski – uczennica II kl. I LO im. K. Miarki w Żorach.
Marcela Golis – mieszkanka Poraja, uczennica II kl.
Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Sztuk Plastycznych
w Częstochowie.
I n t e r p r e t a c j e
O
d pięciu lat
w Bielsku-Białej
Dariusz Bandoła
Co roku jesienią giganci światowego jazzu, niczym wędrujące ptaki,
nadciągają do Bielska-Białej.
Tomasz Stańko – dyrektor
artystyczny Jazzowej Jesieni
w Bielsku-Białej
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
13
Jesienie pełne mistrzowskiego jazzu
Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej jest wspaniałym muzycznym wydarzeniem, które co roku elektryzuje fanów
jazzu i to nie tylko w naszym kraju. Festiwal – zawdzięczający swoje powstanie menedżerskim talentom organizatorów z Bielskiego Centrum Kultury – stał się po
pięciu latach od swych narodzin jedną z najbardziej prestiżowych imprez jazzowych w Europie. Co roku jesienią giganci światowego jazzu, niczym wędrujące ptaki,
nadciągają do Bielska-Białej.
Tej muzycznej imprezy wielu nam zazdrości i – choć
to nieskromnie zabrzmi – mają czego. Mało komu przecież udaje się zebrać w tym samym miejscu i czasie
jazzmanów z najwyższej światowej półki, a w dodatku
zapewnić jeszcze przedsięwzięciu patronat jednej z najbardziej prestiżowych wytwórni muzycznych świata
ECM Records. Kto jednak odmówi jazzowemu guru
Tomaszowi Stańce, dyrektorowi artystycznemu bielskiego festiwalu, który, tak jak zapowiadał przed laty,
uczynił z sygnowanej swoją marką imprezy wyjątkowe
John Scofield wydarzenie muzyczne.
Dariusz Bandoła
– dziennikarz, od wielu
lat pracujący w „Kronice
Beskidzkiej”.
14
Stańko pokochał Bielsko-Białą
Wciąż pozostaje tajemnicą, w jaki sposób Władysław
Szczotka, szef Bielskiego Centrum Kultury, przekonał
ostatecznie naszego najsłynniejszego jazzmana, zajmującego od lat niekwestionowane miejsce w elicie światowego jazzu, aby został dyrektorem artystycznym festiwalu. Tomasz Stańko zawsze niechętnie podchodził do
tego rodzaju „zaszczytów” i wcześniej innym odmawiał.
Dlaczego dla Bielska-Białej zrobił wyjątek? Z pewnością
– co przy każdej okazji podkreśla – urzekła go wspaniała, rozkochana w jazzie bielska publiczność, a także przychylność miejskich władz wobec stworzenia dla
niego autorskiego festiwalu. Decyzja nie zapadła jednak
z dnia na dzień i dojrzewała latami. Ziarno zostało posiane na początku 1999 roku, gdy nasz trębacz wystąpił
wraz ze skandynawskimi instrumentalistami – saksofonistą Berntem Rosengrenem, pianistą Bobo Stensonem,
basistą Pallem Danielssonem, perkusistą Jonem Christensenem – w Bielskim Centrum Kultury. Tamten koncert był dla rodzimych melomanów pierwszą okazją do
usłyszenia na żywo utworów ze słynnej płyty ­ Litania
nagranej w wytwórni ECM do muzyki Krzysztofa Komedy. Atmosfera w sali Domu Muzyki była wówczas
niesamowita, a spontaniczne reakcje bielskiej publiczności najwyraźniej przypadły do gustu artystom. Bez
wahania zgodzili się wziąć udział w zwołanej na gorąco konferencji prasowej z udziałem widzów, organizatorów i dziennikarzy. Właśnie wtedy Stańko zapewnił, że
gdy tylko otrzyma zaproszenie, to do Bielska-Białej jeszcze na pewno przyjedzie. Dyrektor Władysław Szczotka przypomniał mu o tym dwa lata później, gdy w mieście urodził się pomysł stworzenia nowego jazzowego
festiwalu o wyróżniającej go wśród innych formule. Po
trwających kilka miesięcy rozmowach Tomasz Stańko
zgodził się zostać jego artystycznym dyrektorem i pod
koniec 2003 roku ruszyła po raz pierwszy Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej.
Od tego czasu przyjeżdżają jesienią w Beskidy zarówno legendarni instrumentaliści, jak i...
...plejada jazzowych znakomitości...
młodszego pokolenia. Dzięki nim estrada Domu Muzyki BCK stała się znaczącym w branży miejscem, gdzie
często odbywają się polskie premiery nowych jazzowych
projektów z udziałem artystów ze światowej elity. Bielski festiwal już od momentu swoich narodzin stworzył
własną, niepowtarzalną aurę. Na jego muzyczny wizerunek składają się zarówno autorskie projekty samego
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
Tomasza Stańki, jak i najczęściej tutaj koncertujących
jazzmanów z kręgu magicznego ECM-owskiego brzmienia. Jest to jazz o różnych barwach i odcieniach. Kojarzący się zarówno z muzyką łagodną, nawet relaksującą, ale także pełną ekspresji, nierzadko na pograniczu
free i awangardy. Program każdego z festiwali opracowywany jest ze szczególną starannością, tak aby ukazać
szerokie spektrum muzycznych dokonań artystów spod
znaku ECM, a przy tym zaprezentować także odmienne nurty współczesnego jazzu czy zbliżonych do niego
okolic. Podczas dotychczasowych edycji Jazzowej Jesieni w Bielsku-Białej wystąpiły takie gwiazdy, jak: gitarzyści – John Scofield, John Abercrombie, Terje Rypdal, Marc Ducret, Ralph Towner, Jerome Harris i Nik
Bartsch; pianiści – John Taylor, Ketil Bjornstad, Bobo
Stenson, Stefano Bollani; kontrabasiści – Gary Peacock,
Anders Jormin, Marc Johnson; saksofoniści – Charles
Lloyd, Roscoe Mitchell, Louis Sclavis, Tim Berne, Trygve Seim; trębacz Enerico Rava; perkusiści – Jack DeJohnette, Zakir Hussain, Manu Katché.
Podczas Jesieni gościła też w Bielsku-Białej plejada
naszych znakomitości: Adam Makowicz, Włodzimierz
Nahorny, Krzysztof Ścierański, Michał Kulenty, Krzysztof Herdzin, Janusz Skowron, Lora Szafran, Aga Zaryan,
grupa Pink Freud oraz muzycy z kwartetu Stańki – pianista Marcin Wasilewski, basista Sławomir Kurkiewicz
i perkusista Michał Miśkiewicz.
Koncerty, które przeszły do historii
Wydarzeniami bielskich festiwali są premierowe
koncerty z udziałem Tomasza Stańki. Nasz mistrz,
wraz ze swoim kwartetem, promował już podczas Jesieni słynne płyty Soul Of Things (zaliczona do stu albumów jazzowych, które wstrząsnęły światem), Suspended
Night i Lontano. Wykonywał również wspólne muzyczne projekty z takimi herosami jazzu, jak gitarzysta John
Abercrombie, kontrabasista Marc Johnson czy saksofonista Louis Sclavis. Podczas Jazzowej Jesieni przed dwoma laty odbyła się w Bielsku-Białej druga, po paryskiej
inauguracji, autorska prezentacja nagrań z kultowego albumu Manu Katché Neighbourhood. Wówczas także doszło do wykonania rewelacyjnego projektu, przygotowanego specjalnie na bielski festiwal, razem z legendarnym
amerykańskim kontrabasistą Garym Peacockiem.
Nie tylko tamten koncert został odnotowany w historii światowego jazzu. W liczne jazzowe fajerwerki obfitował z racji jubileuszu pięciolecia ostatni festiwal z 2007
roku. Do Bielska-Białej przyjechał wówczas legendarR e l a c j e
ny amerykański saksofonista Charles Lloyd, który wspólnie z hinduskim
mistrzem tabli Zakirem
Hussainem i rewelacyjnym perkusistą rodem
z Teksasu – Erikiem Harlandem wykonali, określany jako kosmiczny, projekt
Sangam. Trio w tydzień po
bielskim koncercie wystąpiło w Oslo podczas ceremonii wręczenia Pokojowych Nagród Nobla. Na
scenie BCK czarował również perfekcyjną techniką
John Scofield, amerykański gitarzysta, którego nazwisko nieprzerwanie od
początku lat siedemdziesiątych gości na szczytach
światow ych jazzow ych
rankingów. Podobnie jak
Sangam również i jego
muzyczny projekt This
Meets That – wykonywany z basistą Steve’em Swallowem i perkusistą Billem Stewartem – były polskimi
premierami. Bielszczanie, jako pierwsi na świecie, mogli natomiast oklaskiwać najnowszą, międzynarodową
formację Tomasza Stańki, a dzięki transmisji w III Programie Polskiego Radia koncertu mogła bezpośrednio
z sali Bielskiego Centrum Kultury słuchać cała Polska.
Wydarzeniem najwyższych lotów stał się, jedyny w Europie, występ słynnego chicagowskiego awangardzisty
Roscoe’a Mitchella, improwizującego z formacją Note
Factory Group.
Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej to nie tylko muzyka.
Obok koncertów podczas festiwalu odbywa się wiele innych imprez artystycznych. Są wystawy plastyczne i fotograficzne, multimedialne pokazy i projekcje filmów.
Zawsze panuje wspaniała atmosfera, a jazzfani zastanawiają się, kto przyjedzie do Bielska-Białej za rok. Tomasz
Stańko gwarantuje, że, jak dotychczas, nasze miasto będzie rozbrzmiewało muzyką w najlepszym wykonaniu,
a jazzowych sław i artystycznych doznań najwyższych
lotów z pewnością nie zabraknie.
Gary Peacock
Archiwum Bielskiego
Centrum Kultury
I n t e r p r e t a c j e
15
Jan Picheta
Uczniowie pierwszej klasy
liceum (wydział rzeźby)
i ogniska plastycznego
w Bielsku, rok 1948. Od
lewej: Antoni Tośta, Wanda
Tomiczek, August Dyrda,
Eugeniusz Kwerko, Edward
Piwowarski – nauczyciel
rzeźby, Stanisław Sikora,
Florian Donocik, Wacław
Mazurek, Jan Skibski,
przed nimi Marian Koim
16
R e l a c j e
D
roga
do piękna
W latach 1947–1948 powstało kilka dominujących w pejzażu Bielska-Białej instytucji kultury.
1 września 1947 r. zaczęło działać Liceum Technik Plastycznych. 7 grudnia tegoż roku odbył się
pierwszy spektakl Teatru Kukiełek Robotniczego
Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Banialuka. 14 lutego 1948 r. otwarto Muzeum Miejskie. W tymże roku przeniesiono z Wisły do Bielska Eksperymentalne Studio Filmów Rysunkowych. Rozkwit
nowych instytucji kulturalnych miał z jednej strony
źródła personalne, a z drugiej tkwił w charakterze
obu miast oraz kulturalnych tradycjach.
Tuż po wojnie w Bielsku i sąsiedniej Białej zna­leźli
się ludzie, którzy byli związani mocno z Beskidami już
w czasach II Rzeczypospolitej, tacy jak plastycy Jerzy
Zitzman, Stanisław Oczko i Jan Chwierut czy muzycy
Julian Lewinger-Lewiński i Władysław Koterbski. Los
rzucił tu również wybitnych twórców z innych regionów kraju, np. rzeźbiarz Edward Piwowarski przyjechał
z Warszawy, poeta Zygmunt Lubertowicz z Nowego Sącza, malarz Zenobiusz Zwolski z Katowic, a rysownik
Władysław Nehrebecki z Borysławia. Włókienniczy charakter Bielska i Białej powodował, że szczególnie plastycy mogli znaleźć zatrudnienie w rozwiniętym przemyśle lub szkolnictwie zawodowym. Rozwój kulturalny
obu miast miał także korzenie w międzywojennej polskiej tradycji.
U źródeł
W obu miejscowościach działały w dwudziestoleciu
międzywojennym polskie amatorskie zespoły teatralne
czy chóralne. Bielsko nie miało stałej polskiej sceny, ale
przyjeżdżały teatry z Krakowa i Katowic. Tu two­rzyli
wybitni artyści, jak Adam Bunsch czy Jakub Glasner.
W pobliskiej Bystrej osiadł Julian Fałat. Inspirująco oddziaływali na środowisko również Jan Chwierut, Bertold
Piotr Oczko czy Franciszek Zitzman – w młodości twórca lalek dla Zielonego Balonika w Krakowie, a później
także kukiełek dla swego syna Jerzego.
W czasach gimnazjalnych to właśnie młody Jerzy Zitzman terminował u znakomitego bielskiego drzeworytnika Jakuba Glasnera, w którego pracowni powstawały
grafiki do kwartalnika gimnazjów w Bielsku, Cieszynie,
Pszczynie, Żywcu, Wadowicach. Z czasopismem współpracowali nie tylko uczniowie, lecz również ich opiekunowie: Zofia Kossak-Szczucka, Julian Przyboś, Emil
Zegadłowicz, Gustaw Morcinek. Jerzy Zitzman pisywał
również recenzje z przedstawień, m.in. o premierze Dam
i huzarów w wadowickim gimnazjum, w których jedną
z głównych ról powierzono Karolowi Wojtyle.
W bielskiej filii katowickiego Instytutu Muzycznego
kształciły się talenty pod okiem kierownika Juliana Lewingera-Lewińskiego. Instytucją istotną dla życia towarzyskiego i artystycznego był salon Kazimiery Alberti.
Poetka mieszkała w Białej, aczkolwiek była żoną starosty bielskiego. W salonie gościł m.in. Stanisław Ignacy
Witkiewicz ze swoją firmą portretową.
W Bielsku istniały też od wielu lat silne artystyczne tradycje niemieckie, austriackie i żydowskie. Dlatego
mogły rozwinąć się tak wyraziste osobowości twórcze,
I n t e r p r e t a c j e
jak wiedeńska śpiewaczka Selma Kurz czy amsterdamski artysta teatru Karl Guttmann, który na trzy lata
przed śmiercią (1995) zdążył jeszcze zrealizować z zespołem Teatru Polskiego sztukę na swej pierwszej, bielskiej scenie.
Zamek sztuk jeden
Tradycje tradycjami, a nie byłoby powojennego życia
artystycznego Bielska bez Stanisława Oczki. Ten z urodzenia kozianin był malarzem i pasjonatem sztuki. Co
prawda studia z historii sztuki i archeologii ukończył
w 1950 roku, ale sztuką zajmował się wcześniej. Nie
umilkły jeszcze echa wystrzałów sowieckiej artylerii,
a on już został kierownikiem referatu kultury w bielskim starostwie powiatowym. W referacie zatrudnił się
również Jerzy Zitzman, który otrzymał polecenie przejęcia zamku od radzieckich wojskowych. Jeden z nich kazał mu potwierdzić to na kartce papieru. Jerzy Zitzman
napisał: Kwituję odbiór zamku, sztuk jeden.
To dzięki zapobiegliwości Stanisława Oczki zamek
zaczął żyć kulturą. Tam znalazł siedzibę oddział Związku Polskich Artystów Plastyków. Bielscy artyści uratowali też pamiątki po Julianie Fałacie oraz samą Fałatówkę w Bystrej Śląskiej.
Pierwsza wystawa obrazów środowiska bielskiego
ZPAP odbyła się w zamku Sułkowskich 30 września
1945 r. Wystawiali m.in.: Jan Chwierut, Anna Golonkowa, Stanisław Oczko, Jan Skawiński, Tomasz Woźniak,
Jan Zipper, Jerzy Zitzman, Zenobiusz Zwolski. Świadkowie wernisażu potwierdzali, że nikt nie krył łez.
10 grudnia 1945 r. rozpoczęła na zamku działalność
prywatna Szkoła Malarstwa, Rzeźby i Grafiki w Bielsku. Jej kierownikiem został Stanisław Oczko, a wykłady za symbolicznym wynagrodzeniem prowadzili również Jan Chwierut, Franciszek Dudziak, Jerzy Zitzman,
Szczepan Olszowski i Zenobiusz Zwolski. Później dołączyli jeszcze m.in. Monika i Edward Piwowarscy (notabene rodzice znanego filmowca Radosława Piwowarskiego, który przyszedł na świat w Olszówce Dolnej).
Bielskie szkolnictwo artystyczne przeszło na garnuszek
państwa 1 września 1947 r. Z prywatnej szkoły wyłoniły
się dwie placówki: Liceum Technik Plastycznych i Ognisko Kultury Plastycznej.
O prężności ówczesnego środowiska bielskich plastyków świadczyło ponadto zorganizowanie Pierwszej
Ogólnośląskiej Wystawy Sztuki, której wernisaż odbył
się 14 kwietnia 1946 r. Udział wzięło 102 twórców, którzy zaprezentowali 236 dzieł malarstwa, grafiki, rzeźR e l a c j e
by i tkactwa artystycznego. Ślązacy zastanawiali
się, dlaczego taką wystawę można było zorganizować w małym Bielsku,
a nie w wojewódzkiej metropolii. W Katowicach
nie było jednak Stanisława Oczki...
Mistrzowskie lekcje
To właśnie Stanisław
Oczko zgromadził w Liceum Technik Plastycznych znakomite grono
pedagogów, którzy stworzyli niepowtarzalny świat
twórczych pasji. Rzeźbę prowadził absolwent warszawskiej ASP Edward Piwowarski, który studiował m.in.
z Alfonsem Karnym i Stanisławem Sikorą. Absolwent
pierwszego rocznika, fotografik Marian Koim wspomina, że siedmioosobowa grupa kandydatów na rzeźbiarzy
tworzyła wspaniałe grono, a Edward Piwowarski oddał
im wszystkie swoje artystyczne siły. Swych podopiecznych zabrał na wycieczkę po zrujnowanej stolicy. Uczniowie gościli również w tamtejszej ASP oraz w pracowniach
kolegów mistrza – Stanisława Sikory i Mariana Wnuka.
Rzeźbę w kamieniu prowadził Antoni Biłka, który
wykonywał m.in. projekty Xawerego Dunikowskiego do
pomnika Powstańców Śląskich na Górze Świętej Anny.
Przez pewien czas nauczycielem był Franciszek Suknarowski (z gorzeńskiego kręgu Emila Zegadłowicza). Języka polskiego uczył poeta i miłośnik gór Zygmunt Lubertowicz, twórca fraszek o swych uczniach i kolegach
– profesorach. Marian Koim zapamiętał jedną: Mistrz
Piwowar z żółtej gliny lepi baby jak pierzyny.
Stanisław Oczko sam uczył w atrakcyjny sposób.
Uważał, że lekcje historii z największym pożytkiem
odbyć się mogą tam, gdzie mieści się najwięcej w Polsce dzieł sztuki i architektury na metrze kwadratowym.
Dlatego zabrał uczniów na pięciodniową wycieczkę do
Krakowa. Dwa dni młodzież spędziła na Wawelu, a resztę w tamtejszych kościołach i muzeach.
Do grona pedagogów należeli ponadto Jerzy Zitzman
(malarstwo i rysunek) oraz Stanisław Szpineter (liternictwo). Śpiewu nauczał Władysław Koterbski (ojciec słynnej piosenkarki Marii), prowadził chór szkoły muzycznej
i plastycznej, najlepszy wówczas w województwie.
Uczennice pierwszego
­rocznika PLTP w drodze
do szkoły – od lewej:
Barbara Warmus, ­Irena
­Goleniowska, Janina
­Szołdra, Antonina Wietrzna
Marian Koim
I n t e r p r e t a c j e
17
Rok 1955, aktorzy Banialuki
(od lewej): Edwin Spólnik,
Urszula Studencka, Irena
Zitzman, Marian Konieczny,
Henryk Machalica,
Eustachy Kasolik
Zespół Banialuki, lata 50.,
pierwszy z prawej
Andrzej Łabiniec, Irena
Wojutycka, Irena Zitzman,
Danuta Budniok
18
Życie artystyczno-towarzyskie rozkwitało. Słynne
były urządzane przez uczniów bale, na których bawili
się także profesorowie. Szczęśliwy okres początkowego
pędu do nauki, twórczych uniesień i beztroskich zabaw
skończył się jednak po trzech latach. Na emeryturę odszedł Zygmunt Lubertowicz, Edward Piwowarski przeniósł się do ukochanej stolicy, a Jerzy Zitzman założył
teatr lalek i otrzymał dyrektorski etat.
Kraj pokryła noc komunizmu. Artystyczne wypowiedzi ograniczano do dekoracji z okazji świąt państwowych i portretów przodowników pracy z kielnią, sierpem
i młotem. Atmosfera w bielskim liceum stawała się coraz bardziej gęsta. Niektórzy uczniowie przenieśli się nawet do Katowic, aby tam zdawać maturę. Komunistyczny terror zelżał dopiero w połowie lat 50. Mimo aberracji
ideologiczno-terrorystycznych już wówczas zamkowe mury szkoły opuścili
tak znani wychowankowie, jak pierwszoroczniacy Marian Koim, Jan Habarta i Eustachy Matejko,
a następnie wybitni twórcy Karol Śliwka, Jan Kucz
czy Ryszard Otręba. Po
nich z maturalnym świadectwem opuszczali szkołę
twórcy tej klasy, co Natalia
LL, Michał Kliś, Bogusław
Kierc, Jadwiga Smykowska
czy Jerzy Igor Mitoraj.
Lalki z „Plastyka”
Bielska szkoła plastyczna miała swój udział
także w powstaniu Teatru
Lalek Banialuka, którego
pierwszy spektakl odbył
się 7 grudnia 1947 r. To
właśnie nauczyciel bielskiego „Plastyka” Jerzy
Zitzman i jego przyjaciel
z czasów studenckich Zenobiusz Zwolski założyli
Teatr Kukiełek Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Banialuka, który znalazł siedzibę
R e l a c j e
w pomieszczeniach po restauracji przy ul. 1 Maja 7. Baśń
O Marysi sierotce i złotookiej sroczce specjalnie na inaugurację działalności lalkowej sceny napisał inny nauczyciel bielskiego „Plastyka”, poeta Zygmunt Lubertowicz.
Zenobiusz Zwolski z Jerzym Zitzmanem zetknął
się na studiach w krakowskiej ASP. Razem występowali m.in. w spektaklu Śmierć Tintagilesa (1938) wedle
Maurycego Maeterlincka w wykonaniu Efemerycznego
(i Mechanicznego) Teatrzyku Lalek Tadeusza Kantora.
Był to debiut reżyserski twórcy Umarłej klasy. Po wojnie los rzucił Zenobiusza Zwolskiego do Bielska. Z Wojewódzkiego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, w którym pracował, został delegowany w 1945 r.
do Bielska na stanowisko powiatowego pełnomocnika.
Cenzorski epizod był krótkotrwały, ale przydał się, gdy
starzy przyjaciele zechcieli założyć teatr lalek. W przestronnym lokalu cenzora mieściły się nie tylko pracownie artystów, ale także pierwsza sala prób.
Stanisław Bańbuła, szef Robotniczego Towarzystwa
Przyjaciół Dzieci, zgodził się na stworzenie pod jego egidą teatru. Miał tylko jeden warunek, wedle którego wygospodarował zaledwie dwa etaty – dyrektorskie, dla Jerzego Zitzmana i Zenobiusza Zwolskiego. Obaj artyści
nie mieli jednak pojęcia o prowadzeniu sceny lalkowej
i gdyby nie pomoc następcy Stanisława Bańbuły, Banialuka mogła nie przetrwać. To właśnie nowy szef RTPD
Stanisław Klimczak okazał się mężem opatrznościowym.
Jak wspominała onegdaj aktorka Helena Zwolska, to Stanisław Klimczak o wszystko się starał, poczynając od
miejsc na próby i występy, poprzez działanie administracji, a na aktorskich pensjach kończąc.
W tworzeniu lalek i dekoracji brali udział uczniowie bielskiego „Plastyka” (Róża Czaplewska została później aktorką Banialuki) i wychowankowie Państwowego
Ogniska Kultury Plastycznej. Kilku z nich uczestniczyło również w premierowym przedstawieniu, którego obsadę stanowili: Jerzy Zitzman, Zenobiusz Zwolski, Róża
Czaplewska, Wacław Mazurek, Irena Goleniowska, Rudolf Grzywacz, Henryk Kluba, Irena Zitzman, Janina
Szołdra i Anna Schmidt. Przedstawienia pierwszej baśni cieszyły się sporą popularnością. Obejrzało je ponad
trzy tysiące dzieci.
Wiatr od wschodu
Nikt z artystów amatorów Banialuki nie miał początkowo obycia ze sceną czy parawanem. Sztuki poruszania kukiełek uczono się bezpośrednio na scenie. Jedną z pierwszych aktorek, która posiadła tę umiejętność,
I n t e r p r e t a c j e
była Irena Wojutycka. Grała później i reżyserowała na
krajowych scenach, wykładała m.in. w łódzkiej szkole
filmowej i odkryła talent aktorski Krzysztofa Majchrzaka. Prawdziwi nauczyciele bielskich artystów przybyli
jednak ze wschodu... W październiku 1948 r. do Bielska
zawitał Siergiej Obrazcow z czołowym aktorem swego
teatru Eugeniuszem Sperańskim. Oni właśnie pokazali
bielszczanom, jak się prowadzi kukiełki i pacynki. Ponoć to dopiero oni ożywili bielskie lale.
Teatr podówczas nie miał jeszcze stałej siedziby.
W 1948 r. trafił nawet do dawnej sali dancingowej hotelu Prezydent. 1 stycznia 1950 r. Banialukę upaństwowiono, a już 9 lutego teatr spłonął. Wkrótce przeniesiono go do dawnej loży masońskiej B’nej B’rith przy ul.
F. Chopina. Stałą siedzibę otrzymał dopiero w 1958 r.,
w budynku byłego klubu sportowego Makabi. Banialuka
borykała się nie tylko z problemami lokalowymi. Przez
lata 50. i 60. minionego stulecia była sceną objazdową.
Docierała ze spektaklami dla dzieci do miejscowości powiatu częstochowskiego i góralskich przysiółków. W Rajczy czy Ujsołach gospodarze nocowali aktorów w budynkach gospodarczych – stajniach czy stodołach i jeszcze
kazali sobie za to płacić.
W pierwszej połowie lat 50. w sztuce niepodzielnie
dominował socrealizm, a w repertuarze bielskiej sceny
– sztuki edukacyjne. Niektórzy artyści źle się czuli w atmosferze nowych czasów. Należał do nich m.in. założyciel klanu aktorskiego, pochodzący z Chybia Henryk
Machalica, który rozpoczął w Banialuce swoją sceniczną karierę w 1953 r., aby potem dać się ponieść nurtowi teatru dramatycznego. Później, przez cztery sezony,
grał tu jego syn Aleksander.
Z czasem rosła ranga bielskiej sceny lalkowej. Dlatego za jej parawanem występowali nie tylko wybitni aktorzy. Dla Banialuki tworzyli najbardziej znani artyści
– reżyserzy, scenografowie, kompozytorzy. Sam Krzysztof Penderecki napisał muzykę do dziesięciu spektakli.
R e l a c j e
Związani są z nią mocno także ludzie, którzy w jej salach
się wychowali. Jako dziecko spektakle oglądał aktor, reżyser, scenograf, poeta i krytyk literacki Bogusław Kierc.
Do dziś pamięta rozmowę z Jerzym Zitzmanem, dzięki której poważnie potraktował świat teatru. Tu pracowała mama Jerzego Stuhra, dzięki czemu chłopak mógł
chłonąć sceniczną atmosferę.
Partyjny patronat
Zupełnie inną historię miały początki bielskiej animacji filmowej. Dzieckiem rodzącej się propagandy komunistycznej było Eksperymentalne Studio Filmów Rysunkowych, którego powstanie zainicjował Zdzisław
Lachur. Katowicki plastyk skupił spore grono fanatyków filmu, w którym znaleźli się jego brat Maciej, Władysław Nehrebecki, Wacław Wajser, Leszek Lorek, Alfred
Ledwig, Mieczysław Poznański, Aleksander Rohoziński,
Wiktor Sakowicz i Rufin Struzik. Spośród współzałożycieli studia tylko Maciej Lachur i Leszek Lorek mieli za
sobą studia w krakowskiej ASP, pozostali – jak to ujął
Marian Giżycki – mieli tylko wiarę w powołanie. Jak
wspominał z okazji 20-lecia istnienia SFR Leszek Mech,
etatów i finansowej pomocy udzieliła życzliwa redakcja „Trybuny Robotniczej” w Katowicach. Szczodrymi
opiekunami młodej placówki kulturalnej byli ówcześni
działacze partyjni.
Mimo tak możnego patronatu trudności lokalowe
sprawiły, że studio przeniesiono najpierw do Wisły, a następnie w roku 1948 do Bielska. Do połowy lat 50. artyści SFR narzekali na jakość farb i pędzelków, którymi musieli się posługiwać. Początkowo nie było w ogóle
stosownych klisz. Roman Nehrebecki, syn słynnego reżysera wspomina, że jeszcze w Wiśle animatorzy musieli oczyszczać do białości stare klisze rentgenowskie
z tamtejszego sanatorium, aby móc wykorzystywać je
do tworzenia filmów.
Pierwsza premiera Banialuki,
7.12.1947: O Marysi
sierotce i złotookiej sroczce
Zygmunta Luber­towicza,
reż. i scenogr. Jerzy Zitzman
i Zenobiusz Zwolski
Jedno z głośniejszych
i ważniejszych przedstawień
w historii polskiego teatru
lalek: Koziołek Matołek
Kornela Makuszyńskiego,
reż. Jan Dorman, scenogr.
Andrzej Łabiniec, muz.
Tadeusz Kirschner,
prem. 5.03.1961
Archiwum Banialuki
I n t e r p r e t a c j e
19
Zdjęcie górne: Lechosław
Marszałek, Jerzy Schonborn,
Zdzisław Poznański,
Wacław Wajser,
Władysław Nehrebecki
Władysław Nehrebecki
(pierwszy z lewej) z grupą
współpracowników
Archiwum Studia Filmów
Rysunkowych
Możny patronat nie gwarantował także, iż film ukaże
się w kinach. Pierwsze trzy filmy nie dostąpiły tego zaszczytu. Tak było z premierową produkcją Czy to był sen
Zdzisława Lachura, a także pierwszym filmem Władysława Nehrebeckiego Traktor A1. Partyjni cenzorzy zarzucali bielskim obrazom błędy w koncepcji scenariusza,
zbyt formalistyczne ujęcie rysunku, a także... dezaktualizację problemu.
Dopiero w 1950 r. Wilk i niedźwiadki Wacława Wajsera oraz O nowe jutro Leszka Lorka były rozpowszechniane w kinach. Filmy miały charakter propagandowy
i były przeznaczone dla dorosłych. Jak mówi obecny dy-
rektor SFR Zdzisław Kudła, animacją dla dzieci bielscy
twórcy zajęli się prawdopodobnie dopiero po namowie
Aleksandra Forda na początku lat 50.
Władysław Nehrebecki twierdził, że początki studia
były więcej niż amatorskie – z powodu problemów technicznych i braku tradycji filmowych. On sam z pędzlem
stykał się co prawda od trzeciego roku życia, ale kamerę po raz pierwszy miał w ręku 5 czerwca 1947 r. Pomysłodawca Bolka i Lolka wyznał, iż jego film Traktor A1
był nieudolny i dobrze się stało, że znalazł się na półce,
miał jednak zwartą konstrukcję dramaturgiczną i jednolitą formę plastyczną, odbiegającą od modelu filmu
disneyowskiego. Co prawda Walt Disney był inspiratorem poczynań młodych pasjonatów ze Studia Filmów
Rysunkowych (taką nazwę przyjęło studio w 1956 r.),
ale w późniejszym czasie zasłynęli odejściem od amerykańskiego wzorca, na rzecz prymatu scenariusza i fabuły.
Tym, co łączyło filmowców z Bielska, była pasja tworzenia. Jak wspomina Roman Nehrebecki, jego ojciec
i inni twórcy nie liczyli godzin. Praktycznie przebywali
cały czas w studiu. Czasem przypominali sobie o jedzeniu, piciu i innych koniecznych czynnościach fizjologicznych. Wtedy ktoś przyrządzał posiłek dla wszystkich.
Rodziny Władysława Nehrebeckiego i Lechosława Marszałka mieszkały zresztą w siedzibie studia przy ul. Cieszyńskiej.
Droga do piękna
To autentyczne pasje twórcze sprawiły, że – jeśli się
można tak wyrazić – komórka propagandy komunistycznej przekształciła się w artystyczny salon, w którym brylowali Bolek i Lolek, znani na wszystkich kontynentach
dziecięcy bohaterowie filmowi.
Podobnie zdumiewającą drogę przeszli zresztą artyści wychowani w Liceum Technik Plastycznych czy twórcy Banialuki. Uczniowie PLTP zaczynali od dekorowania sal z okazji jubileuszowych akademii „ku czci”, aby
zakończyć artystyczną drogę w znakomitych miejscach
ekspozycyjnych na ulicach Paryża czy Ogrodów Boboli
we Florencji. Artyści Teatru Lalek Banialuka wyszli zza
parawanu, spoza którego niewprawnymi dłońmi próbowali kierować kukiełkami. Ich lalki były najwyraźniej
jednak niezwykle pojętne, skoro we współpracy z nimi
mogli stworzyć tak urzekające widowiska, jak Samotność
z tekstami Brunona Schulza czy Piękna i Bestia. Można
metaforycznie powiedzieć, że w ciągu 60 lat zawędrowali od bestii do piękna.
20
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
Krzysztof Szelong
Bibliotheca
Tessinensis
W 2004 r. staraniem Książnicy Cieszyńskiej oraz
Ośrodka Dokumentacyjnego Kongresu Polaków
w Republice Czeskiej ukazały się dwie edycje źródłowe, inicjujące serię wydawniczą „Bibliotheca
Tessinensis”.
Pierwsza z nich, przygotowana do druku przez Wacława Gojniczka, zawierała materiały genealogiczne i heraldyczne do dziejów szlachty księstwa cieszyńskiego,
zebrane na przełomie XVIII i XIX w. przez ks. Leopolda Jana Szersznika1. Druga, opracowana przez Józefa
Szymeczka, obejmowała dokumenty odnoszące się do
wzajemnych relacji pomiędzy organami państwa a reprezentacjami grup wyznaniowych i narodowych na
czeskim obszarze Śląska Cieszyńskiego w okresie powojennym2.
Obie publikacje przyjęto z zainteresowaniem, czego
wyrazem stały się pochlebne recenzje, w krótkim czasie ogłoszone na łamach kilku periodyków naukowych
w Czechach, Polsce i w Niemczech3. Recenzenci, podnosząc walory cieszyńskich edycji, ich przydatność w badaniach historycznych, zgodnie wyrażali nadzieję, iż
w przyszłości za pośrednictwem serii „Bibliotheca Tessinensis” systematycznie upowszechniane będą materiały źródłowe do dziejów Śląska. Konstatacje te, świadczące o trafnym wyborze celów i formy wydawnictwa, stały
się ważnym argumentem przemawiającym za nadaniem
mu trwałych, formalnych ram i podjęciem prac nad edycją kolejnych tomów.
Realizując to założenie, Książnica Cieszyńska oraz
Ośrodek Dokumentacyjny Kongresu Polaków w Republice Czeskiej powołały wspólną Radę Naukową Serii
„Bibliotheca Tessinensis”, w skład której weszli polscy
i czescy źródłoznawcy oraz historycy regionu. Pod kieR e l a c j e
runkiem Rady dokonano przeglądu i weryfikacji instrukcji wydawniczej serii, a także przyjęto długofalowy program edytorski. Ostatecznie zaś 16 maja 2006 r. Książnica
Cieszyńska i Ośrodek Dokumentacyjny zawarły formalną umowę normującą zasady współpracy wydawniczej.
Zgodnie z założeniami przyjętymi już w odniesieniu do
dwóch pierwszych tomów, w umowie postanowiono, iż
seria ukazywać się będzie równolegle po obu stronach
polsko-czeskiej granicy w postaci dwóch podserii, zatytułowanych „Series Polonica” oraz „Series Bohemica”,
redagowanych podług ujednoliconych zasad i zachowujących jednakowy układ typograficzny, szatę graficzną,
a także ciągłą numerację w ramach całej serii. Równolegle z przygotowaniami organizacyjnymi przebiegały
prace nad edycją dwóch kolejnych tomów wydawnictwa.
W czerwcu 2007 r., jako drugi tom swojej podserii,
Ośrodek Dokumentacyjny Kongresu Polaków w Republice Czeskiej oddał do rąk czytelników edycję szyfrogramów pomiędzy sierpniem 1945 r. a marcem 1949 r.
wymienianych przez warszawskie Ministerstwo Spraw
Zagranicznych z jego dyplomatycznym przedstawicielstwem w Pradze. Zbiór ten przechowywany jest obecnie
w Archiwum MSZ w Warszawie. W edycji, przygotowanej do druku przez czeskiego historyka, dr. Jiřího Friedla,
ogłoszono w całości lub w części 298 szyfrogramów dotyczących Zaolzia. Materiał ten, odsłaniając nieznane dotąd
kulisy powojennego sporu o ­przynależność ­państwową
Śląska Cieszyńskiego, stanowić może nie tylko cenną
Krzysztof Szelong
– historyk, dyrektor
Książnicy Cieszyńskiej
w Cieszynie.
I n t e r p r e t a c j e
21
Leopold Jan Szersznik, Materiały genealogiczno-heraldyczne
do dziejów szlachty księstwa cieszyńskiego, wyd. Wacław Gojniczek, red. nauk. Rościsław Żerelik, Książnica Cieszyńska,
Cieszyn 2004 („Bibliotheca Tessinensis” 1, „Seria Polonica” 1).
2
Stát, církev a národ v československé části Těšínského Slezska
(1945–1953), ed. Józef Szymeczek, odpovědný red. Marian
Steffek, Kongres Poláků v České
republice. Dokumentační centrum, Český Těšín 2004 („Bibliotheca Tessinensis” 2, „Seria
Bohemica” 1).
3
I. Baran, „Slezský Sborník ”
2004, č. 4; J. Cuhra, „Soudobé
dějiny” 2004, č. 4; K. Jaworski,
Szlachta księstwa cieszyńskiego,
„Zwrot” 2004, z. 9; T. Krejčík,
„Genealogické a heraldické informace” 2004; (rd): Rarytas...
darmowy, „Głos Ziemi Cieszyńskiej” 2004, nr 50; M. Ruchniewicz, „Jahrbuch des Bundesinstitut für Kultur und Geschichte
der Deutschen im Östlichen Europa” 2004; D. Adamska, „Sobótka” 2005, nr 1; P. Cibulka,
„Slovanský přehled” 2005, č. 2;
K. Müller, P. Tesař, Bibliotheca
Tessinensis – nový ediční projekt k dějinám Těšínska, „Archivní časopis” 2005, nr 2; J. Pánek,
„Český časopis historický” 2005,
č. 1; G. Pańko, „Sobótka” 2005,
nr 2; J. Tomaszewski, „Przegląd
Historyczny” 2005, z. 1; W. Kessler, „Ostdeutsche Familienkunde” 2006, H. 3.
4
Zaolzie w świetle szyfrogramów polskiej placówki dyplomatycznej w Pradze oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych
w Warszawie (1945–1949), wyd.
Jíří Friedl, współpr. red. Marian
Steffek, Kongres Polaków w Republice Czeskiej. Ośrodek Dokumentacyjny, Czeski Cieszyn 2007
(„Bibliotheca Tessinensis” 3, „Series Bohemica” 2).
5
Aloys Kaufmann, Gedenkbuch
der Stadt Teschen, hrsg. Ingeborg Buchholz‑Johanek und Janusz Spyra, Red. Janusz Spyra,
TL. 1‑3, Książnica Cieszyńska,
Cieszyn 2007 („Bibliotheca Tessinensis” 4, „Series Polonica” 2).
1
22
R e l a c j e
­ omoc w badaniach nad dziejami regionu, który w XX
p
w. kilkakrotnie stawał się przedmiotem polsko-czeskiego
konfliktu, ale – jak wolno sądzić – zastosowanie znajdzie
też w pracach badawczych o znaczeniu ponadregionalnym, odnoszących się do stosunków międzynarodowych,
szczególnie widzianych przez pryzmat procesu kształtowania się podporządkowanego Moskwie bloku państw
„demokracji ludowej”. Pamiętać bowiem należy, iż powojenny konflikt o Śląsk Cieszyński rozgrywał się w okresie, gdy w obu pozostających w sporze państwach trwały
przygotowania do przejęcia pełni władzy przez partie komunistyczne i w takim kontekście treść szyfrogramów odczytywać daje się także w odniesieniu do roli i znaczenia,
jakie komuniści skłonni byli w owym czasie przypisywać
tradycyjnie pojętym interesom narodowym4.
Książnica Cieszyńska jako drugi tom swojej podserii
ogłosiła drukiem jedno z najbardziej fundamentalnych
źródeł do dziejów Cieszyna, a mianowicie Gedenkbuch
der Stadt Teschen, kronikę miasta pochodzącą spod pióra Aloysa Kaufmanna (1772–1847), burmistrza Cieszyna w latach 1814–1847.
Dzieło to w oryginale obejmuje cztery tomy tekstu
autorskiego oraz dwa tomy sporządzonych przez Kaufmanna odpisów dokumentów historycznych. Kronika
przedstawia dzieje miasta, poczynając od jego legendarnego założenia w 810 r. aż do 1822 r. Jej autor, inaczej
niż wielu współczesnych mu kronikarzy, nie ograniczył
swoich kwerend do wcześniejszych opracowań historycznych, ale sięgnął po dokumenty źródłowe, przede wszystkim z zasobów archiwum miejskiego, które wcześniej
– jako syndyk miejski – uporządkował. Doskonała znajomość źródeł i wierność nowoczesnym, ukształtowanym pod wpływem Oświecenia, zasadom naukowego
krytycyzmu pozwoliły mu przygotować dzieło nie tylko rozległe i szczegółowo prezentujące wszystkie aspekty dziejów Cieszyna (historia polityczna, społeczna, gospodarcza i kultury), ale i cechujące się wyjątkowym
obiektywizmem.
Dodatkowym, niezwykle istotnym walorem Kroniki jest rudymentarny charakter wykorzystanych przez
Kaufmanna źródeł. W ciągu bowiem ostatnich 150 lat
większość z nich zaginęła bądź też została zniszczona.
O skali owych strat, a zarazem o znaczeniu Kroniki niech
zaświadczy fakt, iż tylko spośród 165 dokumentów, których odpisy autor zamieścił w swojej pracy, aż 120, w tym
wiele średniowiecznych, nie zachowało się do czasów
współczesnych. Można domniemywać, że analogiczne
proporcje występują także w odniesieniu do źródeł, któ-
rych Kaufmann nie zdołał przepisać, a jedynie w autorskiej części swojego opracowania wykorzystał zaczerpnięte z nich informacje.
Błędem byłoby wszakże rozpatrywanie znaczenia
Kroniki miasta Cieszyna tylko w wymiarze lokalnym.
Znaleźć ona bowiem może zastosowanie w badaniach
odnoszących się do całego obszaru Górnego Śląska,
przede wszystkim w sferze komparatystyki, ale także –
ze względu na obfitość faktografii związanej z dziejami
innych, poza Cieszynem, górnośląskich miast – bezpośrednio, jako źródło nieznanych dotąd informacji. Trudna do przecenienia pozostaje również jej rola w badaniach w zakresie nauk pomocniczych historii, zwłaszcza
dyplomatyki, a także w pracach zorientowanych na historię śląskiej historiografii. Publikacja Kroniki miasta Cieszyna, dotąd – ze względu na pokaźną objętość
– ogłaszanej tylko w niewielkich fragmentach i to w ramach amatorskich edycji, wnieść powinna więc nie tylko istotny wkład w rozwój badań dotyczących Cieszyna,
ale i przyczynić się do znacznego poszerzenia wiedzy na
temat dziejów innych miejscowości Górnego Śląska.
Podstawę edycji Gedenkbuch der Stadt Teschen stanowiły wyniki prac, jakie w poprzedniej dekadzie z inicjatywy Stiftung Haus Oberschlesien w Ratingen przeprowadziła dr Ingeborg Buchholz-Johanek z Uniwersytetu
w Münster, która dokonała transliteracji tekstu źródłowego i zaopatrzyła go w przypisy rzeczowe oraz wprowadzenie. Tak przygotowany materiał – Książnicy Cieszyńskiej udostępniony na podstawie porozumienia
zawartego ze Stiftung Haus Oberschlesien – na potrzeby edycji w serii „Bibliotheca Tessinensis” został poddany przez redaktora tomu, dr. Janusza Spyrę wszechstronnej weryfikacji i rozbudowie. Przede wszystkim
skolacjonowany i uzupełniony o transliterację czeskojęzycznych dokumentów został odpis tekstu źródłowego.
Następnie – na podstawie źródeł archiwalnych oraz najnowszej, głównie polskiej i czeskiej literatury przedmiotu – zweryfikowano i rozbudowano przypisy rzeczowe.
Wreszcie poprzez odwołanie się do polskiego i czeskiego stanu badań poszerzony został tekst wprowadzenia,
na koniec opracowano indeksy osobowy i miejscowości,
bibliografię oraz polsko- i czeskojęzyczne streszczenie.
Edycja bowiem ukazała się w oryginalnym języku źródła, tj. po niemiecku. W takim też języku opublikowane zostały wszystkie teksty odredakcyjne.
W celu zapewnienia efektom prac edytorskich najwyższych naukowych standardów przed oddaniem edycji
do druku poddano ją równoległym recenzjom wydawniI n t e r p r e t a c j e
czym trzech historyków, znawców przedmiotu, z Polski,
Niemiec i Czech, a mianowicie prof. dr. hab. Krzysztofa Mikulskiego z Torunia, prof. dr. Joachima Bahlckego
ze Stuttgartu oraz dr. Karla Müllera z Opawy. Ze względu na pokaźną objętość Kroniki, która wraz z tekstami
pochodzącymi od wydawców zajęła niemal 1300 stron
formatu B5, edycja ukazała się w postaci trzech woluminów, z których każdy otrzymał twardą, szytą oprawę. Podobnie jak poprzednie tomy serii „Bibliotheca Tessinensis”, także Gedenkbuch der Stadt Teschen wydrukowano
na wysokiej klasy papierze bezkwasowym, co – nadając publikacji efektowną i wykwintną formę – zapewnia
jej równocześnie co najmniej kilkusetletnią trwałość5.
Publikacja kolejnych tomów serii „Bibliotheca Tessinensis” stała się możliwa dzięki subwencjom, uzyskanym
zarówno przez Książnicę Cieszyńską, jak i Ośrodek Dokumentacyjny Kongresu Polaków w Republice Czeskiej
z programu Interreg IIIA w ramach projektu „Wspólne
źródła”. Po stronie polskiej projekt ten zyskał ponadto
dofinansowanie Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Stiftung Haus Oberschlesien w Ratingen, po
stronie czeskiej wsparła go z kolei firma Walmark.
Dzięki owej pomocy w ciągu niespełna dwóch lat
zdołano nie tylko przygotować i ogłosić drukiem dwie
ważne edycje źródłowe, ale zrealizowano też wiele działań towarzyszących. Ważnym rezultatem projektu stała
się przede wszystkim wystawa źródeł do dziejów Cieszyna, której wernisaż uświetnił we wrześniu 2007 r. prezentację nowo wydanych tomów serii. Ekspozycja, ilustrująca treści ogłoszonej w ramach serii Kroniki miasta
Cieszyna, a zarazem odsłaniająca tajniki warsztatu historyka regionalisty, trwała do stycznia 2008 r. w siedzibie Książnicy Cieszyńskiej. Z jej cyfrową prezentacją,
która również przygotowana została w ramach projektu „Wspólne źródła”, można się zapoznać w internetowej witrynie serii „Bibliotheca Tessinensis”, pod adresem: www.kc-cieszyn.pl/bt.
Niezwykle istotnym elementem projektu stała się
także polsko-czesko-niemiecka konferencja naukowa
Kronikarz a historyk. Atuty i słabości regionalnej historiografii (20–21 września 2007), która towarzysząc promocji Gedenkbuch der Stadt Teschen, została w istocie
zainspirowana pracami nad edycją dzieła A. Kaufmanna. To ostatnie bowiem, będąc opracowaniem kronikarskim, spełnia zarazem elementarne wymogi opracowania naukowego, przez co stanowi zachętę i naturalny
punkt wyjścia do podjęcia ogólniejszych rozważań na
temat teorii i praktyki regionalnego i lokalnego dzieR e l a c j e
jopisarstwa, rozdartego
zazwyczaj pomiędzy potrzebami i metodologią
profesjonalnych badań
historycznych a motywowanymi ideologicznie,
czy choćby tylko emocjonalnie aspiracjami amatorskich badaczy lokalnej i regionalnej historii.
Wygłoszone w trakcie konferencji referaty podzielone zostały na trzy bloki. Pierwszy obejmował wystąpienia ukazujące współczesną refleksję teoretyczną na temat regionalnego i lokalnego dziejopisarstwa. Autorzy
postawili sobie za cel udzielenie odpowiedzi na pytanie,
czy mamy w tym przypadku do czynienia z całkowicie
odrębną dziedziną historiografii, czy też raczej z inną
per­spektywą badawczą i specyficzną metodą poznawania
przeszłości. W bloku drugim znalazły się referaty odnoszące się do dziejów regionalnego i lokalnego piśmiennictwa historycznego na Śląsku, od średniowiecza poczynając, a na XIX w. kończąc. Na blok trzeci złożyły się
z kolei referaty poświęcone historiografii Górnego Śląska,
konfrontujące przedstawione w bloku pierwszym obserwacje teoretyczne z – osadzoną w tradycji historycznej (blok drugi) – współczesną praktyką dziejopisarską.
Łącznie referaty przedstawiło dwunastu autorów,
m.in.: dr Roland Gehrke (Universität Stuttgart), prof.
Peter Johanek (Universität Münster), dr Wojciech Mrozowicz (Uniwersytet Wrocławski), doc. David Papajík (Univerzita Palackého Olomouc), dr Janusz Spyra (Uniwersytet Śląski),
prof. Andrzej W. Stępnik
(Uniwersytet im. M. Curie-Skłodowskiej w Lublinie), prof. Rafał Stobiecki (Uniwersytet Łódzki).
Wszystkie wystąpienia,
przygotowane w postaci
pisemnej i zebrane przez
organizatorów konferencji
jeszcze przed jej rozpoczęciem, zostały opracowane
w postaci publikacji elektronicznej, która również
dostępna jest w internetowej witrynie projektu.
Dostępny w internecie
e-book z materiałami
z konferencji:
www.kc-cieszyn.pl/bt
Dr Ingeborg Buchholz‑Johanek i dr Janusz Spyra
podczas prezentacji
­Gedenkbuch der Stadt
Teschen
Archiwum Książnicy
Cieszyńskiej
I n t e r p r e t a c j e
23
Pastelowe
Małgorzata Słonka
miasto
Na wystawach współczesnego malarstwa czy rysunku rzadko można znaleźć prace, których tematem jest miejski pejzaż, popularny w sztuce do połowy ubiegłego stulecia. Malarzy wyparli fotograficy. Jednak spojrzenie i środki artystyczne obu grup są całkowicie odmienne.
Małgorzata Słonka
– polonistka, specjalistka
ds. wydawnictw
Regionalnego Ośrodka
Kultury w Bielsku-Białej.
24
R e l a c j e
– Miasto to twór dynamiczny o skomplikowanej
strukturze, podlegającej ciągłym przemianom. Urbanistyczna tkanka miasta to sieć ulic i placów, do których przylegają stare i nowe budynki, gmachy o ciekawej
bryle, pokryte interesującym detalem. Te architektoniczne zespoły poddawane są na przestrzeni lat ustawicznemu procesowi przekształceń, przebudowy lub renowacji
– mówi Teresa Dudek-Bujarek, historyk sztuki z bielskiego Muzeum.
Bielsko-Biała ze swoją ciekawą architekturą, pięknymi detalami zdobiącymi miejskie budowle, uroczymi zakątkami niewątpliwie należy do miast, które mogą
dostarczać wizualnych inspiracji. Również ze względu
na wyjątkowe walory krajobrazowe wynikające z położenia geograficznego. Wydawać by się mogło, że to wymarzone miejsce do organizowania malarskich plenerów. Tych jednak tutaj nie było.
W codziennym funkcjonowaniu rynku sztuki istnieje oczywiście zapotrzebowanie na miejskie pejzaże –
i wśród mieszkańców, i wśród turystów. Powstają akwarele, rysunki, obrazy olejne. Ofertę taką można znaleźć
choćby w internecie, dotyczy to także Bielska-Białej,
a do najpopularniejszych motywów należą XVII‑wieczne podcienia, bielski Rynek, piękne budynki Teatru Polskiego, ratusza czy katedry.
Gdybyśmy jednak chcieli obejrzeć współczesne wizerunki miasta nad Białą, może nas spotkać rozczarowanie. Muzeum w swoich zbiorach posiada co prawda
kilkadziesiąt obrazów, grafik i rysunków, ale pochodzą
one głównie z okresu międzywojennego i powojennego XX wieku. Pozostawili nam je m.in. Adam Bunsch,
Jakub Glasner, Richard Harlfinger oraz artyści z Grupy Beskid (wydali nawet tekę grafik z pejzażami miejskimi). Jakiś zaułek, jakaś uliczka, fragment domu, zabudowania fabryczne. Kilka z nich można zobaczyć na
stałej ekspozycji, część znajduje się w muzealnych magazynach. Sporo obrazów i grafik wzbogaca stałą wystawę w Muzeum Techniki i Włókiennictwa (oddziale
Muzeum w Bielsku-Białej). Pokazują przemysłowe oblicze miasta, a ich autorami są m.in. Ignacy Bieniek, Jan
Chwierut, Władysław Zakrzewski i Józef Cempla. Obecnie jednak wiele się zmienia. Całe kwartały miasta ulegają wyburzeniu, a na ich miejscu powstają nowe kompleksy architektoniczne, przekształceniu ulegają także
istniejące zespoły, nie mówiąc o całkiem nowych przestrzeniach dodawanych do rozrastającego się organizmu
miejskiego. To jeden z powodów, dla których Muzeum
w Bielsku-Białej ogłosiło konkurs na pejzażowe przedstawienia miasta, a że rok 2007 był Rokiem Wyspiańskiego, inspiracją stała się ulubiona przez tego artystę
technika. I tak zrodził się konkurs pod nazwą Pastelowe miasto Bielsko-Biała.
Konkurs skierowany był do profesjonalistów i do studentów ostatnich lat kierunków artystycznych na różnego typu uczelniach. Ograniczenia były dwa: praca miała
być wykonana w technice pastelu, a tematem jej musiało
być Bielsko-Biała – panorama, weduta, impresja miejska, detal architektoniczny itp. Organizatorzy pozostawili artystom swobodny wybór miejsca, obiektu, pory
roku, dając im ponad rok na realizację.
– Mimo tak długiego czasu, na konkurs napłynęło
stosunkowo niewiele pasteli (zakwalifikowanych do wyI n t e r p r e t a c j e
stawy autorów było 15, zaś prac 47). Pewnie to sprawa
trudnej techniki i zawężenia tematu – diagnozuje Teresa Dudek-Bujarek, kuratorka konkursu. – Ci, którzy
zdecydowali się zmierzyć z tak trudnym wyzwaniem,
są przedstawicielami różnych pokoleń i środowisk artystycznych, z całej Polski, w tym z Rzeszowa, Katowic,
Zabrza, Sosnowca, Ropczyc, Łodzi, Mrągowa, Lubaczowa, Częstochowy. W grupie tej znalazły się zaledwie dwie
bielskie artystki.
Ewę Surowiec-Butrym, która pejzaży nie malowała,
pewnego wieczoru zafascynowały światła tworzącego się
na naszych oczach bulwaru nad Białą. I dzięki temu dała
się namówić do udziału w konkursie. Właśnie te światła
przyniosły jej zwycięstwo – otrzymała za nie drugą nagrodę (najwyższą). Wernisażowa publiczność szczególnie często i na dłużej zatrzymywała się przy innym jej
pastelu: wieczór, w oknie starego, zniszczonego domu,
oświetlonego miejską latarnią, stoi samotna postać, nie
jest już pierwszej młodości... Nostalgiczna chwila zadumy nad życiem i przemijaniem. Oprócz widoków starego miasta Ewa Surowiec-Butrym zaprezentowała także
prace ciekawie zderzające dawne z nowym – starą zabytkową architekturę z nowoczesnymi elementami miejskiego krajobrazu. To zdecydowanie najbardziej interesujący zestaw prac konkursowych.
Drugą związaną z Bielskiem-Białą pastelistką jest
­Joanna Kwiecińska-Władyczka (szczecinianka, mieszkająca w mieście nad Białą od niespełna dwóch lat), która zdobyła w konkursie wyróżnienie za delikatne, impresyjne pejzaże.
Obok najczęstszych pasteli suchych na papierze pojawiły się też rysunki wykonane tłustymi kredkami –
i na papierze, i na płótnie, co dało ciekawe zróżnicowanie środków formalnych.
Można powiedzieć, że zgodnie z potocznym odbiorem słowa „pastelowy” z obrazów i rysunków, które przez prawie trzy miesiące mogliśmy oglądać w muzealnej galerii wystaw czasowych, Bielsko-Biała ukazało
swoje pełne uroku oblicze, niekiedy kolorowe, czasem
nostalgiczne, innym razem zaskakujące. Obok widoków
realistycznych były impresyjne pejzaże przetworzone,
kompilowane czy zwielokrotnione. Czasem powstało jakieś studium z natury, oddające urok starego miasta lub
jego detalu. Czasem wręcz spojrzenie syntetyczne. Oglądając wystawę, można było odnieść wrażenie, że niektórzy artyści znają Bielsko-Białą z autopsji, inni rysowali
je jednak na odległość, na przykład z wykorzystaniem
starych pocztówek, a zapewne także opracowań z zakreR e l a c j e
su historii sztuki czy architektury oraz internetowych
witryn. Jednak to spojrzenie współczesne zdecydowało
moim zdaniem o wartości przedsięwzięcia.
Wystawa zaciekawiła bielszczan i przybywających do
miasta turystów. Chętnie ją odwiedzali, szukali miejsc
przedstawionych w pracach, próbowali odgadywać, skąd
pochodzą poszczególne obiekty czy detale. Dzięki konkursowi wzbogaciły się muzealne zbiory – jeden pastel
(w tym prace nagrodzone) każdego z zakwalifikowanych na wystawę artystów pozostał w Muzeum. Idea pozyskiwania ikonograficznych wizerunków miasta drogą
konkursu wydaje się na tyle interesująca, że organizatorzy planują kolejne edycje. Raczej nie w tym roku, może
w cyklu dwuletnim, w innej technice albo bez ograniczeń. Ważne jest, by można było poszerzać kolekcję widoków miasta.
Część prac znalazła się po wystawie w ofercie Galerii Zamkowej Muzeum w Bielsku-Białej i można je kupić. Tam również w ramach wystaw czasowych będzie
w tym roku prezentowany cykl pod wspólnym hasłem
Moje miasto. Spojrzenie ma być co prawda szersze, ale
z pewnością nie zabraknie także bielsko-bialskich pejzaży, niekoniecznie tych realistycznych.
Monika Hartman: Ku niebu
Archiwum Muzeum
w Bielsku-Białej
Muzeum w Bielsku-Białej: Pastelowe miasto Bielsko-Biała –
wystawa pokonkursowa, 15 grudnia 2007 – 17 lutego 2008
I n t e r p r e t a c j e
25
Z pasji
Epizod I
Dostałam zaproszenie na wernisaż do Galerii Bielskiej BWA. Normalnie w takiej sytuacji lecę jak na skrzydłach, ale tym razem sesja­ – trzeba to przemyśleć. Dla
upewnienia się wysyłam esemesa: „Cześć Kamil. Jak wernisaż? Mam przyjść?”. Telefon w mojej torebce zawibrował wesoło: „Przyjdź, warto”. To idę!
Epizod II
Siedzimy na czerwonej sofie. Wpatrując się w mistyczne fotografie, cieszymy się,
że nie musimy udawać, że się nam podoba. Wokoło unosi się zapach kadzidełek. Ewa
Saj snuje opowieści o magicznych drzewach, świątyniach, podróżach z plecakiem,
bez terminarza w głowie.
Epizod III
Malownicza ul. Bracka w Krakowie. Pogrążona w mgle wieczoru, wyczekuję na
artystkę przed kawiarnią. Nagle, z woalu mżawki i półświatła, wyłania się drobna postać kobieca. Wymiana uśmiechów, wchodzimy do środka.
26
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
do podróży i fotografowania
Monika Zając: Zaobserwowałam, że Twoja wystawa
Moc mieszka w kamieniach i drzewach cieszy się powo­
dzeniem. Czy można mówić o obustronnej satysfakcji?
Ewa Saj: Galeria Bielska BWA jest rozpoznawalna w całej
Polsce, cieszy się dużym prestiżem ze względu na atrakcyjność prezentowanych wystaw. Dlatego też możliwość
wystawienia w niej własnych prac to już jest dla mnie
duża satysfakcja. Poza tym bardzo dobra współpraca
z Galerią przy organizacji samej wystawy, otwartość i zaangażowanie pracowników (a przede wszystkim pani dyrektor Agaty Smalcerz) powodują, że będę chętnie wracała myślami do Bielska-Białej.
Czy mogłabyś tutaj szukać inspiracji do stworzenia wy­
stawy? Bielsko-Biała to dobre miejsce dla fotografa?
Zdecydowanie tak, ma swój klimat, duże wrażenie –
z tą swoją mnogością małych galerii – zrobiła na mnie
starówka. Jest tam wyczuwalny spokój, czyli pierwiastek bardzo pomocny w każdej pracy twórczej. Gdybym
przyjechała tu na wakacje, miała czas, to z pewnością zaczęłabym fotografować. Pojęcie czasu ma dla mnie trochę odmienny wymiar od tego, w jakim traktuje się go
zwyczajowo. Czas to otwartość umysłu i gotowość na
przyjęcie nowych doznań, na uruchomienie swoistego
R e l a c j e
widzenia. Stan ten jest osiągalny, gdy uwalniam się od
codziennych obowiązków, dlatego fotografuję głównie
na wakacjach, w podróży.
Monika Zając
Ewa Saj w Angkorze
Archiwum prywatne
Odniosłaś już kilka sukcesów, choć fotografujesz od
niedawna. Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z apa­
ratem? Czym dla Ciebie jest fotografia: spełnieniem,
sposobem na życie, zabawą?
Po studiach pracowałam jako dziennikarka, później jako
szefowa promocji rozgłośni radiowej. Zajmowało mi to
mnóstwo czasu. Zaczęły pojawiać się problemy z wygospodarowaniem urlopu na wyjazdy, a ponieważ cenię sobie wolność, szukałam czegoś, co nie będzie mnie
ograniczało. Samo pisanie tekstów wiązało się dla mnie
z niemożnością ogarnięcia rzeczywistości. Zaczęłam fotografować dla siebie, żeby wyrazić rzeczy, których nie mogłam opisać. Porzuciłam regularną pracę i pozwoliłam,
by to pasja była dla mnie drogowskazem. Uwielbiam być
w drodze, lubię noclegi w hotelach, codziennie inny zapach i smak porannej kawy wypijanej na coraz to innej
szerokości geograficznej. Lubię nowe miejsca, to właśnie
one inspirują moje życie. Dają twórczą energię. Wprost
nakazują mi opowiadać o sobie, a nie znam lepszego od
fotografii sposobu przekazania emocji.
Ewa Saj: fotografie z cyklu
Moc mieszka w kamieniach
i drzewach, 2005
Archiwum Galerii
­Bielskiej BWA
I n t e r p r e t a c j e
27
Kiedyś jak zwykle odbierałam zdjęcia od fotografa. Facet spojrzał na nie i zapytał, czy
to na konkurs. Jakoś nie myślałam o tym, aby poddawać moje fotografie ocenie specjalistów. Ale od tego pytania wszystko się zaczęło. Ze Słowacji wróciłam ze srebrnym
medalem FIAP, zaczęłam robić wystawy. Jednak główną ideą mojej pracy było i jest
odkrywanie świata przed ludźmi, którzy z różnych przyczyn nie mogą w tym odkrywaniu uczestniczyć w taki sposób, jaki mnie jest dany. Fotografia stała się moim alternatywnym światem, w którym funkcjonuje się poza czasem, w pełni odnajduję się
w tym świecie i traktuję go znacznie poważniej niż tylko jako zabawę.
Jaki jest świat ze zdjęć Ewy Saj?
Poszukuję przestrzeni, które mają swojego ducha. Odnajduję go w różnych miejscach,
czasami w takich jak Angkor, innym razem w przyrodzie, jeszcze innym w gwarnym
miasteczku. Fascynuje mnie również człowiek, szczególnie wymierające już plemiona „dzikich” – nietkniętych cywilizacją. Ludzie, którzy żyją zgodnie z tradycją swoich pradziadów.
W bielskiej galerii wystawiałaś zdjęcia z Angkoru. Jak wygląda Azja Południo­
wo‑Wschodnia w oczach Europejki? Jak wyglądała Twoja praca od kuchni?
W samym Angkorze spędziłam osiem dni, ale podróż trwała pół roku (Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam, Malezja, Indonezja, Papua-Nowa Gwinea, Singapur). Szukałam
miejsc, które mówią do mnie swoimi kształtami i barwami. Było ich wiele, ale Angkor
to na pewno numer jeden. Największe problemy miałam ze światłem. Słońce przez niemal cały dzień świeci tak ostro, że nie sposób wykonać dobrej fotografii, bardzo szybko wschodzi i zachodzi. Niewiele czasu jest na to, aby przy łagodnym świetle wydobyć
kształty kamieni, drzew. Wiedząc, że czasu niewiele, a kompleks potężny, w ciągu dnia
w palącym słońcu szukałam miejsc – kadrów moich fotografii – by wieczorem wrócić
do nich. Ponieważ Angkor jest parkiem archeologicznym oddalonym od strefy mieszkalnej o kilkanaście kilometrów, codziennie pokonywałam tę odległość na rowerze.
Plany na przyszłość – te bliższe i dalsze?
Aktualnie przygotowuję się do wernisażu Smak Czerwony w tarnowskim BWA (luty
2008). Tym razem będą to portrety ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Ludzi,
którzy w jakiś sposób ukształtowali moją osobowość. Żyjących w zgodzie z naturą,
pogodzonych ze światem, zadowolonych z siebie. W takich spotkaniach odkrywam
sens swojej pracy, czerpię z niej przyjemność. Pracuję również nad cyklem fotografii
Realizm magiczny, to z kolei baśniowe obrazy przywiezione z Meksyku, Gwatemali
i Hondurasu. Jeśli chodzi o dalsze plany, to po olimpiadzie planuję wyprawę do Chin.
W Twoich zdjęciach uderza symbioza natury z kulturą, wypływają z niej harmonia
i spokój. Tak samo jest z Twoim życiem?
Życie jest bardzo krótkie, dlatego trzeba robić to, co daje nam satysfakcję. Staram się
uciekać od modelu zabieganego życia, żyć w zgodzie ze sobą, mając czas dla rodziny,
przyjaciół, czas na fotografowanie, jogę i podróże. Tylko wtedy mogę odnaleźć w sobie wewnętrzny spokój i czuć, że naprawdę żyję.
Epizod IV
Wieszam na drzwiach swojego pokoju plakat z wystawy Ewy Saj. Przyglądając się
czarno-białym refleksom słońca, tęsknię do świata buddyjskich świątyń, w których
spokój i moc przenikają się nawzajem.
Galeria Bielska BWA: Moc mieszka w kamieniach i drzewach – wystawa fotografii Ewy Saj,
7 stycznia – 3 lutego 2008
28
R e l a c j e
Małgorzata Słonka: Jesteś absolwentem pierwszego
rocznika bielskiego Państwowego Liceum Technik Pla­
stycznych, które powstało 60 lat temu. Co zawdzięczasz
tej szkole?
Marian Koim: Szkoła ukształtowała moje życie zawodo-
we, dała mi podstawy, z których cały czas korzystałem.
Z wielu względów nie mogłem iść na ASP, między innymi przeszkodziła w tym służba wojskowa, a więc przerwa w nauce, a zapóźnienia trudno już było odrobić. To
był początek lat 50., niełatwy i nieciekawy czas. Z wojska
wróciłem pod koniec listopada 1954 i od nowego roku
poszedłem do mojego pierwszego profesora malarstwa
i rysunku, Jerzego Zitzmana do Banialuki. Pracowałem
jako asystent scenografa, z gliny modelowałem główki
do lalek, przygotowywałem formy, malowałem dekoracje i lalki. Po odejściu z Banialuki zostałem instruktorem
plastyki w powstałym właśnie Młodzieżowym Domu
Kultury w Bielsku-Białej. Prowadziłem zajęcia, przygotowywałem scenografię do naszych przedstawień, zajmowałem się charakteryzacją. I tu oczywiście przydawało się to, czego nauczyłem się w liceum plastycznym.
To były pewne nabyte umiejętności techniczne.
Natomiast w pełni zacząłem doceniać i wykorzystywać
całą wiedzę ogólną, artystyczną, którą dała mi szkoła,
kiedy zostałem w latach 60. słuchaczem Studium Filmu
i Fotografii Ministerstwa Kultury i Sztuki w Warszawie.
I n t e r p r e t a c j e
Małgorzata Słonka
Być animatorem
Rozmowa z Marianem Koimem
Okazało się, że przygotowanie, które miałem, pozwalało
mi funkcjonować w wielkim komforcie. To, co wiązało
się z historią sztuki, miałem w małym palcu. Byłem również przygotowany od strony plastycznej, znałem zasady
kompozycji, a to przecież niezbędne i w filmie, i w fotografii. Gdyby nie liceum, nie wiem czy – a już na pewno jak – dałbym sobie radę.
To była jedna z najlepszych średnich szkół artystycznych
w tamtym czasie.
Na południu kraju liczyły się licea: bielskie – ze specjalizacją w dziedzinie tkactwa artystycznego i rzeźby, zakopiańskie – kierowane przez Antoniego Kenara, oraz
w Wiśniczu – kształciło w dziedzinie ceramiki. My byliśmy zapraszani jako jedyni na wszystkie festiwale artystyczne szkół wyższych, które się wtedy odbywały, m.in.
w Poznaniu, Wrocławiu, Warszawie.
Liceum nie tylko nauczało, ale także wychowywało nas
na aktywnych uczestników życia kulturalnego. Jeszcze w czasach szkolnych pomagaliśmy animować lalki
w pierwszych przedstawieniach Banialuki, przygotowywaliśmy dekoracje do słynnych balów karnawałowych na
zamku, tworzyliśmy nieformalny kabaret. Później niektórzy zajmowali się malarstwem – jak Eustachy Matejko, czy filmem i fotografią – jak ja czy Jan Habarta.
W roku 1960 zostałeś pracownikiem Wojewódzkie­
go Ośrodka Kulturalno-Oświatowego w Katowicach
– zorganizowałeś Rejonową Poradnię Pracy Kultural­
no-Oświatowej w Bielsku-Białej. I to był już zupełnie
inny etap.
Namówił mnie do tego Rajmund Ohly, ówczesny kierownik samodzielnego wydziału kultury (wydziały takie
miały dwa wyodrębnione miasta – Gliwice i Bielsko-Biała). Były cztery poradnie na całe województwo katowickie: w Cieszynie, Rybniku, Częstochowie i Bielsku-Białej, którą kierowałem. Z wykonawcy, z instruktora czy
R e l a c j e
twórcy dekoracji – przekształciłem się w organizatora
działalności kulturalnej, w jej animatora. Naszym zadaniem była pomoc merytoryczna domom kultury, klubom, świetlicom. Mieliśmy grupę konsultantów do spraw
muzyki, tańca, teatru, plastyki... Organizowałem kursy, szkolenia, przeglądy, wystawy (na przykład pierwsze
wystawy Grupy Beskid w świetlicy w Starym Bielsku).
Do tego doszła, już poza zakresem obowiązków, moja
osobista działalność filmowa – realizatorska i dyskusyjna. Takie były początki mojego bycia działaczem. Zawsze
powtarzałem, że nie jestem artystą w sensie wykonawczym, ale właśnie animatorem, działaczem. Taka była
istota mojej pracy, i to najbardziej sobie w niej cenię.
Ryszard Kozłowski
Mniej więcej w tym czasie rozwinął się ruch fil­mowy
w Bielsku-Białej. Powiedz coś o tamtych latach.
Założyliśmy Amatorski Klub Filmowy Bielsko na przełomie lat 1958/59, a potem także Dyskusyjny Klub Filmowy Kogucik na początku lat 60.
Jeśli chodzi o kręcenie filmów, to zaczynaliśmy (w Domu
Kultury Włókniarzy) na taśmie 8 mm, potem przeszliśmy na 16 mm. Było nas kilku, m.in. Oktawian Fedak,
Rajmund Ohly. Zrealizowałem w sumie kilkanaście filmów, najbardziej znanym, nagradzanym była Romanza
ludzika. Zrobiłem trochę reportaży, dokumentów, impresji. Z Jasiem Habartą próbowaliśmy też animacji rysowanej na taśmie. Pewnego razu w kawiarni powstał
pomysł na animację z użyciem serwetek, bardzo mnie
to wciągnęło. W sensie koncepcyjnym była gotowa, ale
praktycznie nie do zrealizowania przez nas technicznie.
A później zobaczyłem podobny film Giersza... Okazuje
się, że pomysły trzeba realizować natychmiast.
AKF Bielsko był znakomitym klubem, z wieloma osiągnięciami. Byliśmy gospodarzami Ogólnopolskiego
Konkursu Filmów Amatorskich, a także organizatorami
przeglądu amatorskich filmów animowanych „Fazy”.
Papierowa baletnica do
niezrealizowanego filmu
Mariana Koima
I n t e r p r e t a c j e
29
Pierwsze pokazy w ramach DKF-u odbywały się również
we Włókniarzu, z taśmy 16 mm.
Potem Jasio Habarta, który pracował w Cepelii w Czechowicach-Dziedzicach, zdobył tam pieniądze i Cepelia została naszym patronem (stąd jej symbol – Kogucik
w nazwie). Zarejestrowaliśmy się w federacji, wynajęliśmy kino Rialto. Pokazywaliśmy tam filmy przez całe
dziesiątki lat w każdy wtorek. DKF był prężny. Częstym
gościem spotkań autorskich bywał Krzysztof Zanussi,
w naszych seminariach filmowych brali udział m.in.:
teoretyk filmu prof. Alicja Helman, reżyser Agnieszka
Holland, redaktor Leon Bukowiecki, dyrektor Filmoteki Polskiej Władysław Banaszkiewicz. Organizowaliśmy
wspaniałe bale filmowe.
Po czterech latach pracy w Poradni przeniosłeś się
do Katowic i zaangażowałeś w organizowanie ruchu
filmowego w całym województwie.
Kiedy Międzyzakładowy Dom Kultury Włókniarzy
wymówił nam pomieszczenia, poradnię przejął powiatowy referat kultury, a ja zacząłem
dojeżdżać do pracy w katowickim
WOKO. Byłem instruktorem do
wszystkiego, a potem do spraw filmu i fotografii – ponieważ kręciłem
filmy i prowadziłem DKF. Równocześnie zostałem wybrany poprzez
zrzeszenie DKF-ów na członka Rady
Federacji i zostałem opiekunem na
okręg katowicki. To była moja praca społeczna. Jeździłem po województwie i odwiedzałem wszystkie
kluby, pomagałem w ich tworzeniu,
działalności. Raz w miesiącu mieliśmy spotkania Rady w Warszawie.
Z czasem, po dwunastu latach, przekazałem pałeczkę Janowi Lewando­
wskiemu. Przez osiem lat byłem również w Radzie Federacji AKF-ów.
Kolejny etap Twojej działalności ani­
macyjnej wiąże się już z wojewódz­
twem bielskim.
30
W roku 1979 przeniosłem się do
ówczesnego Wojewódzkiego Domu
Kultury w Bielsku-Białej (co ciekawe, kontynuatora Poradni Pracy
Kulturalno-Oświatowej, którą zakładałem...). Zostałem instruktorem filmu i fotografii. Podobnie jak
R e l a c j e
w Katowicach, i tu robiłem szkolenia, plenery, wystawy,
konkursy dla zainteresowanych amatorów.
Mówiąc o Twojej działalności filmowej, nie sposób
pominąć Oświęcimia – tam pomagałeś tworzyć AKF
Chemik. To jedyny klub filmowy na obszarze byłego
województwa bielskiego nadal prężnie działający, m.in.
organizujący od dwudziestu trzech lat międzynarodo­
wy festiwal „Kochać człowieka”.
O pomoc poprosił mnie mój szwagier Marian Żmuda. To był rok 1963. W Oświęcimiu jego kolega Henryk
Lehnert robił już filmy, ale potrzebował pomocy – i instruktorskiej, i organizacyjnej. Stworzyliśmy klub (poza
Lehnertem i Żmudą jeszcze m.in. Lidia i Stanisław Foryciarzowie, Marek Kołodziej, Adam Lewiński) w Zakładowym Domu Kultury Zakładów Chemicznych. Trzydzieści trzy lata byłem jego instruktorem. Powstało tam
mnóstwo znakomitych filmów, wielokrotnie nagradzanych na najważniejszych przeglądach twórczości amatorskiej. Wielkim sukcesem było zdobycie Grand Prix
najważniejszego – Ogólnopolskiego Konkursu Filmów
Amatorskich w roku 1971, odbywającego się w Oświęcimiu właśnie (to była wówczas impreza przechodnia),
a otrzymał ją Marian Żmuda za film Gdzieś w Polsce.
Można powiedzieć, że film był dla Ciebie najważniejszy?
Oczywiście. Najważniejsza była dla mnie działalność
filmowa. Jako jedyny absolwent wspomnianego Studium Filmu i Fotografii zrobiłem dyplom teoretyczny
i praktyczny właśnie z filmu. Przygotowany więc byłem
do takiej pracy.
I n t e r p r e t a c j e
Moje najlepsze wspomnienia łączą się z doświadczeniami wyniesionymi z działalności w ruchu DKF-owskim
– przede wszystkim z niezwykłymi, interesującymi seminariami w całej Polsce – i ze wszystkimi festiwalami
i konkursami filmów amatorskich. To była cała zapłata
za tę trudną pracę, ale wspaniała zapłata. Czasy nie zawsze były dobre i łatwe, a ja jako niepartyjny byłem zazwyczaj pokrzywdzony. Chociaż mam też z tego powodu
dużo satysfakcji. Na przykład kiedyś towarzysze partyjni chcieli mnie ukarać za zbytnią niepokorność, odmówiłem im współpracy w propagandowych akcjach. Ale
okazało się to niemożliwe. Nie dało się tego zrobić po linii partyjnej, bo nie byłem członkiem wiodącej siły narodu. Nie można było służbowo, bo była to moja działalność społeczna. Dzięki temu udawało mi się niekiedy
robić ciekawe rzeczy i pozostawać bezkarnym.
Bardzo ważne były też dla mnie plenery fotograficzne,
w których uczestniczyłem jako instruktor fotografii,
organizowane przez Centralną Poradnię Amatorskiego Ruchu Artystycznego (CPARA) czy Wojewódzkie
Domy Kultury w Lublinie i Słupsku do lat 90.
Właśnie. Poznałam Cię w 1983 roku, kiedy zaczęłam
pracę w Wojewódzkim Domu Kultury w Bielsku-Białej,
i od początku kojarzę Cię przede wszystkim z fotogra­
fią, zresztą nie tylko ja. Zawsze miałeś aparat i wciąż
pełno było Twoich zdjęć, służbowych i prywatnych,
wykorzystywanych w wydawnictwach czy „Informa­
torze Kulturalnym Województwa Bielskiego”. Zawsze
też można było sięgnąć do Twoich obszernych zbiorów.
Jeśli chodzi o fotografowanie, to muszę wrócić do czasów liceum. Zainteresował nas fotografią nasz profesor
Mieczysław Wołoszyn. Uczył co prawda perspektywy,
matematyki i fizyki, ale na jego lekcjach można było dowiedzieć się wielu innych ciekawych rzeczy. Na przykład jak palić w piecu. I poznać zasady fotografowania. ­­
Z Jasiem Laskowskim pierwsze zdjęcia robiliśmy jeszcze
na płytkach szklanych. Potem fotografowaliśmy szkolne
wycieczki, na przykład na Babią Górę w pierwszej klasie
czy zawody narciarskie na Dębowcu w 1949 roku.
Później dostałem od wujka aparat miechowy, robiłem
nim najstarsze zdjęcia, które mam. Często jestem na tych
fotografiach, bo aparat miał samowyzwalacz, mocowałem go więc na statywie, przygotowywałem kadr, ustawiałem odpowiedni czas ekspozycji – i gotowe. To były
zdjęcia dobre technicznie, nieporuszone. Zawsze miałem ze sobą aparat, gdziekolwiek wędrowałem. Czy była
to piesza albo rowerowa wycieczka, czy wyjazd do twórców ludowych, czy impreza kulturalna, jak choćby TyR e l a c j e
dzień Kultury Beskidzkiej czy Żywieckie Gody. Przez
dziesięciolecia uzbierało się tego niemało.
Od dawna jesteś związany z Bielskiem-Białą – nauką,
pracą, życiem osobistym. Ale urodziłeś się w Bielanach,
najpierw mieszkałeś w Osieku, a potem w Kętach. Do
dziś to miasto jest Ci bliskie.
W Kętach kończyłem ósmą klasę, równocześnie tam
mieszkając. Mieszkałem też przez ostatnie lata nauki
w liceum, najpierw z ojcem, który pracował w Bielsku,
a potem przeniosła się tam z Osieka cała moja rodzina.
Razem trwało to trzydzieści lat. Trudno nie czuć związku. Przez wiele lat współpracowałem z Ireną i Władysławem Droździkami, znanymi nauczycielami i działaczami. Zaczęło się dawno temu, kiedy prowadzili zespół
teatralny. Jedną z lepszych sztuk, jakie przygotowali, był
Most Szaniawskiego, z moją scenografią. Później Władysław Droździk zainteresował się historią Kęt. I tu się
nasze kontakty rozszerzyły. Przygotowaliśmy książkę Z dziejów Kęt, na jubileusz 700-lecia miasta (1977),
a także wiele innych wydawnictw, w tym „Almanach
Kęcki”, w którym publikuję zdjęcia do dziś.
Jesteś dla mnie wzorem – że tak rzecz ujmę – nauczy­
ciela zawodu. Nikt tak jak Ty nie umiał wprowadzać
w zakamarki życia kulturalne­
go – przywoływać ludzi i ich
działań, wspominać, opowia­
dać. Znałeś prawie wszystkich.
Chętnie się swoją wiedzą
dzieliłeś. Pamiętam, jak mnie
przekonałeś do pracy w Ko­
guciku, pamiętam filmowe
podróże do Oświęcimia, wo­
jewódzkie przeglądy filmowe
czy też ­fotograficzne, plenery,
wy­stawy, wizyty u twórców
ludowych, pracę nad wydaw­
nictwami... Widziałam potem,
że tak samo pomagałeś innym
młodym ludziom rozpoczyna­
jącym pracę.
Nie zadam kolejnego pytania...
Niech ta moja refleksja będzie
uzupełnieniem naszej rozmo­
wy – i podziękowaniem.
Marian Koim
I n t e r p r e t a c j e
31
Te r e s a S z t w i e r t n i a
HOROSKOP
R Y B Y
B
Mata Hari lub Hata Mari. Leć, pleć, skleć. Oko
pinal­ne przysłonięte lokiem, cykuta w sygnecie.
Złamie szyfr piasku, wytropi ekran fatamorgany.
Jak trzeba, sprawdzi olej w silniku, bieżnikuje dy­
wan. Nie odsłaniaj swoich możliwości! Spadnie
jastrzębiem, zerwie skalp.
[On] Przyjmuje pozory Skorpiona, nawet Panny
– dlatego nie próbuj go nazwać. Testując, zarzuć
przynętę Marqueza, Hessego, Eliota. Dla żartu Cobena. Jeśli drgnie powieka, dorzuć Greenawaya.
Wyczyści popielniczkę, stuknie w stół PallMallem,
westchnie – przypieczętuj pogardą Aleksandra
Wielkiego. Rozwinie esej misternie tkany, rozżarzony – masz go! Ziewnie – tylko maska.
[Ona] Bądź przy niej Calineczką, Dziewczynką
z Zapałkami, Małą Księżniczką (na etapie szorowania garów). Zabezpieczy ci zdrowe nenufary,
kupi kiosk pełen zapałek, zamówi Zeptera dla łatwej obsługi. Opiekuńcza dostojna omnipotencja.
Zniecierpliwisz się, pękniesz, wypuścisz ukrytego
Asa – już cię złapała! Skróci, sfastryguje, przenicuje. „Tak lepiej” – poklepie. Nie wyprujesz wstawek
aż do Wielkanocy.
[Zalety] Piecze, wróży maluje, skacze, liczy, haf­
tuje, pisze, pomaga, choroby znajduje. Uczty serwuje, małżeństwa montuje, doktoraty recenzuje.
Duchem wysoko ulatuje.
[Wady] Nazywa się Bond, James Bond.
Teresa Sztwiertnia – malarka i pisarka.
32
R e l a c j e
Y
K
B A R A N
Już w przedszkolu rozstrzyga spory: budyń kontra owsianka, nadzoruje musztrę kopca mrówek.
Umie naostrzyć ołówki spojrzeniem. Może nadać
prześcieradłom gładkość lodowiska, może przy
łóżku założyć wysypisko śmieci. Nauczy się chińskiego, oglądając filmy, ale zapytany o pogodę,
wyduka coś w szalik. Zaczniesz mu szukać logopedy – on w tym czasie wypruje żyłę wodną
w twoim domu.
[On] Musisz przy nim polubić scenariusze akcji:
wyławianie zużytego biletu z dna basenu, przemalowywanie nocą piwnicy na kolor pistacji,
nowatorskie zastosowanie szydełka w laserze. Koneser win francuskich, nie wzgardzi cebulą w łupinie. Nie oczekuj wyznań przez internet – wróć do
Tomka wśród Indian i sygnałów dymnych.
[Ona] Wykona powierzone zadanie, nie znając
nawet jego przeznaczenia. Ujeździ konia z nogą
w gipsie. Uszyje od północy do rana wyjściowy
garnitur; z ciastem ponczowym pod poduszką
musi to potem odleżeć dwie doby. Wypatrzy włos
w twoim uchu, ale zgubi obrączkę, spacerując
z rękami w kieszeniach. Nie będzie twoją wróżką
sypiącą cudami – to czujna strażniczka przestrzegania prawa.
[Zalety] Ceruje, robiąc z sita gabardynę. Kiedy
trzeba wymieść komin, obrasta piórami. Okazyjnie
tyka i dzwoni jak budzik. Wystawia peryskop.
[Wady] Umiejętnością dyplomacji zwaśni dwa
słupy przydrożne.
Bankier, rajdowiec, budowniczy piramid. As w pra­
wym rękawie, talizman z kłem tygrysa na piersi.
Ucieknie z każdej pułapki, potrafi w razie potrzeby
pertraktować z kosmitą; obdarowany przezeń
spod­­kiem latającym przerobi go zręcznie na basen
domowy. Nie rozmawia o bólu ani duszy – musi
sprawdzić obligacje.
[On] Całując w rękę, śle tajemne wieści. Znajdzie
dla ciebie każdy afrodyzjak, wyczaruje w minutę
pajęczą bieliznę. W parasolu skrywa pejcz, ale boi
się go użyć. Pulchnymi wargami smakuje bażanty,
sam miesza migdały z nadzieniem, wypełnia indyka. Uważaj z zachęcaniem do snucia przeszłości!
– będziesz miał przed sobą Napoleona, Kolumba,
Einsteina, szczęk broni, tętent koni, gwizd rakiet.
Zwycięzcę z rogalikiem w dłoni.
[Ona] Nie bój się spojrzenia pramatki, prababki.
Skup uwagę na omlecie z owocami morza, spróbuj śledzić drogę krzepnącego karmelu, pochwal
łopatkę do tortu (powie, że to chochla). Skazana
na korektę podrzuć temat; wyrówna go, przerzedzi (lub zagęści), zmieni tytuł, sobie przypisując
koncept, wyrozumiale pogrozi palcem, ty skruszejesz na pokaz. Zaproszona przyjdzie pół dnia później (wcześniej), trzaśnie pokrywkami na twoich
bigosach, skubnie ogon śledzia, zasiądzie. Tak już
pozostanie do soboty.
[Zalety] To Człowiek-Scyzoryk wielonarzędziowy.
Wymieni olej w silniku, wyrówna żywopłot, przetłumaczy instrukcję z języka szwedzkiego, zakwasi
żurek. Wyhoduje dziobaka.
[Wady] Zakochany potłucze miśnieński dzbanuszek. Spali prasowane spodnie. Obleje cię sosem.
Zażąda pokwitowania zwierzeń.
I n t e r p r e t a c j e
ROZMAITOŚCI
15
listopada 2007 odbyła się uroczystość wręczenia Nagrody Starosty Bielskiego im. ks.
Józefa Londzina. Otrzymał ją Jan Wolnicki z Kóz,
nauczyciel i wychowawca, który w trudnych czasach PRL-u umiał zaszczepić swym wychowankom
miłość do ojczyzny, jej kultury, tradycji i prawdziwej
historii. Jego uczniowie do dzisiaj wspominają go
wyjątkowo serdecznie, był dla nich niekwestionowanym autorytetem. Jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego, nauczał matematyki. Od 1968
roku był szykanowany przez władze komunistyczne
i nie wrócił już do zawodu. Zawsze działał społecznie na rzecz mieszkańców gminy Kozy, m.in.
był redaktorem gazety lokalnej „Nadzieja”, współtwórcą monografii historycznej Z dziejów parafii św.
Szymona i Judy Tadeusza w Kozach, jednym z założycieli Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków
Kóz oraz inicjatorem powstania Izby Historycznej.
Zajmował się historią nazwisk i rodów koziańskich,
opracował zestawienie aktualnych nazw ulic z dawną numeracją domów w Kozach.
3
grudnia 2007 literat, satyryk Juliusz Wątroba
obchodził 35-lecie pracy twórczej. Spotkanie
jubileuszowe odbyło się w Książnicy Beskidzkiej.
Jubilat przedstawił nowe, niepublikowane dotąd
liryki, fraszki, teksty piosenek. Gratulacje składało
wielu gości: władze samorządowe Rudzicy – gdzie
Juliusz Wątroba mieszka, Bielska-Białej – w którym
pracuje i w którego życiu kulturalnym uczestniczy
na wiele sposobów, członkowie Towarzystwa Przyjaciół Rudzicy, rodzina, przyjaciele z pracy, sąsiedzi,
wielbiciele jego talentu.
R
egionalny Ośrodek Kultury w Bielsku-Białej
przygotował konferencję Kultura w sieci, która odbyła się 7 grudnia 2007 r. Uczestnikami byli
przedstawiciele instytucji i organizacji współpracujących z portalem www.sielsiakultura.pl, stworzonym i prowadzonym przez ROK. Była to okazja do
wymiany spostrzeżeń i doświadczeń.
Po południu uczestnicy konferencji mogli wziąć
udział w otwarciu wystawy Od Świętego Mikołaja do Trzech Króli w Galerii Sztuki Regionalnego
Ośrodka Kultury, połączonym ze świątecznym
happeningiem i smakowaniem regionalnych świątecznych potraw. Na wystawę złożyły się ludowe
rzeźby w drewnie i w kamieniu, obrazy na szkle
R e l a c j e
i desce, mozaiki związane z magicznym okresem
Bożego Narodzenia i przełomu roku.
M
arszałek Województwa Śląskiego Janusz Moszyński 10 grudnia 2007 r. wręczył doroczne
nagrody w dziedzinie kultury. Wśród laureatów
w zakresie upowszechniania uhonorowana została
Lucyna Kozień – za znaczące osiągnięcia w upowszechnianiu teatru lalek. Laureatka jest obecnie
dyrektorem Teatru Lalek Banialuka, a wcześniej była
jego długoletnim kierownikiem literackim. Zajmuje
się publicystyką i krytyką teatralną, redagowaniem
książek i czasopism, w tym „Teatru Lalek”.
Natomiast w styczniu Lucyna Kozień jak dyrektor
Teatru Lalek Banialuka odebrała inną znaczącą
nagrodę – Platynowy Laur „Ambasador Spraw
Polskich”, przyznany bielskiej scenie lalkowej przez
Kapitułę Laurów Regionalnej Izby Gospodarczej
w Katowicach. Nagroda dla Banialuki jest znaczącym i wyjątkowym wyróżnieniem za „wybitne
osiągnięcia na scenach europejskich i światowych,
rozsławianie i promocję kultury polskiej, promocję
kultury wśród dzieci i młodzieży, otwartość na
wszelkie teatralne nurty i stylistyki oraz szeroką
działalność edukacyjną dla dzieci i młodzieży”.
Lucyna Kozień z Platynowym Laurem
„Ambasador Spraw Polskich”
Archiwum Banialuki
15
grudnia 2007 r. Ży wiecka Biblioteka
Samorządowa oficjalnie zainaugurowała
działalność w nowej siedzibie – w budynku tzw.
Siejby przy ul. T. Kościuszki (wcześniej mieściło się tu
Muzeum Miejskie). Nowa siedziba została poddana
generalnemu remontowi (projekt „Ochrona dziedzictwa kulturowego Żywca – płaszczyzna rozwoju
współpracy pomiędzy Żywiecką Biblioteką Samorządową a Kysucką Kniznicą w Cadcy” finansowany
w ramach Programu Inicjatywy Wspólnotowej Interreg IIIA Polska – Republika Słowacka). Powstała
biblioteka nowoczesna, na miarę XXI wieku. Selekcji
i renowacji poddano także księgozbiór, zakupiono
nowe wyposażenie, w tym sprzęt komputerowy.
Zgodnie z założeniami programu poszerzono
działania informacyjno-edukacyjne na temat Słowacji i Polski. Z okazji otwarcia burmistrz Żywca
Antoni Szlagor oraz dyrektor ŻBS Helena Kupczak
zostali uhonorowani odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, nadaną przez Ministerstwo Kultury
i Dziedzictwa Narodowego.
J
eden z najmłodszych uczestników wystawy
38. Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” 2007,
26‑letni Michał Kotula z Bytomia został zwycięzcą plebiscytu publiczności. Jego praca Bez tytułu 2,
która uzyskała najwięcej głosów, to portret leżącej kobiety, utrzymany w spokojnej, szaro-białej
tonacji. Choć wykorzystuje technikę klasyczną
(akryl, płótno), przypomina stylistykę stosowaną
w grafice komputerowej. Na drugim i trzecim
miejscu – z niewielką różnicą głosów – znaleźli się
Bartłomiej Otocki za Portret pamięciowy i Jarosław
Lewera za Wejście, obraz CCXXI.
10
stycznia Muzeum Browaru Żywiec, działające od ponad roku, odwiedził stutysięczny
gość. Muzeum otwarto we wrześniu 2006 r.,
z okazji 150-lecia Browaru. Zlokalizowane jest
w dawnych, wykutych w litej skale piwnicach leżakowych. W 18 salach o powierzchni 1,6 tys. m kw.
zgromadzono eksponaty obrazujące wieloletnią
historię browarnictwa, samego browaru żywieckiego, a także historię gospodarczą Polski. To bardzo
nietypowe miejsce, dynamiczne i interaktywne. Każda z kilkunastu sal ma inny klimat i przenosi zwiedzających w kolejne epoki, a eksponatów wręcz
­należy dotykać. Odwiedzają je tłumy turystów.
I n t e r p r e t a c j e
33
ROZMAITOŚCI
I
kary 2007 – Nagrody Prezydenta Miasta Bielska‑Białej w dziedzinie kultury i sztuki – zostały
rozdane po raz piętnasty 12 stycznia 2008 r.
w Bielskim Centrum Kultury. Głównymi laureatami
zostali: Marek Luzar, twórca filmu Tryptyk rzymski
– za wydarzenie roku oraz ­Jadwiga Grygierczyk,
aktorka Teatru Polskiego – za dotychczasowe wybitne osiągnięcia sceniczne.
Nominacje otrzymali: Renata Piątkowska – autorka
książek dla dzieci, Magdalena Obidowska – aktorka
Banialuki, Mirosław Bochenek – poeta i felietonista, Dariusz Fodczuk – malarz, rzeźbiarz, performer,
Teresa Gołda-Sowicka – malarka, autorka projektów kolorystyki elewacji bielskich zabytkowych
budynków, Jan Chmiel – współtwórca Bielskiego
Stowarzyszenia Artystycznego Teatr Grodzki, Witold Szulakowski – muzyk, altowiolista, kierownik
artystyczny Festiwalu Kompozytorów Polskich,
Franciszek Kukioła – założyciel pierwszej prywatnej
galerii sztuki. Dyplomy honorowe otrzymali: Bielska Orkiestra Kameralna oraz młodzieżowy chór
mieszany Ave Sol, kierowany przez Leszka Pollaka.
Dyplomem specjalnym uhonorowano Bogumiła
­Beresia, konstruktora i producenta szybowca Diana 2. Natomiast tytuł dobrodzieja kultury otrzymały
firmy Fiat Auto Poland w Bielsku-Białej i Kompania
Piwowarska w Poznaniu.
K
oncert laureatów Międzynarodowego Przeglądu Kolęd i Pastorałek „Pastorałka Żywiecka”
odbył się 12 stycznia 2008 w Miejskim Centrum
Kultury w Żywcu. W konkursie uczestniczyły zespoły folklorystyczne, chóry, grupy śpiewacze i soliści
z Polski, Czech, Węgier i Słowacji, a nagrodę główną zdobyła węgierska grupa wokalna Cibri. Projekt
współfinansowany był ze środków Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego.
Przesłuchania trwały 9 i 10 stycznia, a 11 stycznia
odbył się koncert Zespołu Pieśni i Tańca Ziemia
Żywiecka. Ten znakomity zespół promował swoją
ostatnią płytę CD z kolędami. Utwory nagrano
w lutym 2007 roku w żywieckim klubie Papiernik.
W realizacji płyty pomagał Łukasz Golec. Znalazło
się na niej 17 kolęd, śpiewanych i granych na góralską nutę.
25
stycznia Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie świętował trzecie urodziny. Z tej okazji zaprosił na trzy wystawy, które
prezentują osiągnięcia młodych polskich projektantów. Pierwsza to Najlepsze dyplomy projektowe,
efekt dorocznego konkursu organizowanego przez
Zamek wspólnie z kwartalnikiem „2+3D”, złożyły
się na nią prace 22 absolwentów polskich uczelni
projektowych. Druga to Wnętrze zaradne – ekspozycja powstała w trakcie międzyuczelnianych warsztatów, które w zakresie projektowania elementów
wyposażenia wnętrz poprowadził w Katowicach
Tomasz Rygalik. Trzecia ekspozycja, Eko-mobile
powstała w efekcie cieszyńskich warsztatów
z projektowania ekologicznych środków transportu
z udziałem profesora Štefana Kleina.
Wystawie dyplomów towarzyszyła dyskusja na
temat możliwości startu młodych projektantów
na rynku pracy oraz szans dalszego rozwoju wzornictwa z uwzględnieniem polskich i zagranicznych
realiów.
Ż
ywieckie Gody (18–27 stycznia 2008) to przegląd grup i zespołów, które kultywują ludowe
obrzędy i tradycje związane z okresem Bożego
Narodzenia i Nowego Roku. W imprezie uczestniczyli autentyczni kolędnicy z Beskidu Żywieckiego
i Beskidu Śląskiego. W programie znalazły się
również Międzynarodowe Prezentacje Zespołów
Kolędniczych i Obrzędowych. W plenerach i na
scenach Milówki oraz Żywca odbywały się nie
tylko przeglądy konkursowe, ale również wiele
imprez towarzyszących, jak choćby degustacje
regionalnych potraw oraz wystawy inspirowane
ludowymi tradycjami.
W konkursie zespołów obrzędowych pierwsze miejsce zdobyły dwie grupy: Przebierańcy z Górnej Żabnicy i Rozbójnicy z Suchego. W konkursie małych
grup kolędniczych w kategorii dziecięcej zwyciężyli
Trzej Króle zespołu Jetelinka z Jaworzynki, w kategorii dorosłych Szlachcice z Suchego. W kategorii
zespołów inscenizowanych pierwszego miejsca nie
przyznano, a dwa drugie zdobyły grupy RegionalneWystawa Najlepsze projekty dyplomowe – praca
Moniki Elikowskiej‑Opali
Archiwum Śląskiego Zamku Sztuki
i Przedsiębiorczości
34
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
ROZMAITOŚCI
go Zespołu Pieśni i Tańca przy KGW w Przyłękowie
oraz Zespołu Regionalnego Zgrapianie z Jaworzynki.
Organizatorzy: Gminny Ośrodek Kultury w Milówce, Miejskie Centrum Kultury w Żywcu, Regionalny
Ośrodek Kultury w Bielsku-Białej.
17
stycznia 2008 otwarto wystawę Książki
świata w zbiorach Książnicy Beskidzkiej.
Obrazowała ona efekt akcji Książnicy, która w styczniu 2007 r. zwróciła się do ambasad wszystkich
państw mających swoje przedstawicielstwa w Polsce z prośbą o przekazanie darów książkowych,
które wzbogacą dział literatury obcojęzycznej
w bibliotece. Na apel odpowiedziało 26 ambasad, m.in.: Królestwa Tajlandii, Królestwa Danii,
Królestwa Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Republik: Argentyńskiej, Austrii, Estońskiej,
Francuskiej, Greckiej, Indii, Litewskiej, Łotewskiej,
Peru, Portugalskiej, Włoskiej. Łącznie pozyskano
500 tytułów książkowych.
N
a wystawie, prezentowanej od 1 lutego do
7 marca 2008 w Ratuszu w Bielsku-Białej pokazano 22 najciekawsze prace plastyczne nagrodzone
w Ogólnopolskim Konkursie Malarskim i Literackim
Wyspiański moim mistrzem. Konkurs został zorganizowany z okazji Roku Wyspiańskiego (2007) przez
Polski Portal Edukacyjny http: www.interklasa.pl we
współpracy z Muzeum Narodowym w Krakowie.
Przedsięwzięcie zainspirowało młodzież do podjęcia
we własnej twórczości różnych wątków z bogatej
spuścizny plastycznej i literackiej. Najlepsze prace
– pokazywane dotąd jedynie w galerii internetowej
portalu interklasa.pl – w Bielsku-Białej mają swoją
premierę w formie wystawy, której organizatorem
jest Galeria Bielska BWA. Wystawa będzie prezentowana także w Krakowie, Warszawie i Poznaniu.
Pomysłodawczynią konkursu i kuratorką wystawy
jest Helena Dobranowicz, historyk sztuki z Bielska‑Białej.
B
ielskie Stowarzyszenie Olszówka zaproponowało zainteresowanym powrót do tradycji karnawału – tym razem do weselnej zabawy karpackiej.
Zaprosiło ich 2 lutego do Domu Kultury w Lipniku na
Karnawał karpacki – koncert i zabawę przy muzyce
i pieśniach połączonych sił: łemkowskiej kapeli ze
wsi Mokre, kapeli Torka Kazimierza Urbasia oraz
muzyków i aktorów Teatru CST. Wodzirejami byli:
Monika Serafin, Szymon Pilch, Tomasz Majorek, Łukasz Matuszek, Dagmara Stanosz. Podczas zabawy
pełnej wspólnych tańców pojawił się m.in. słynny
„dziadowski koń”. Do dyspozycji gości zabawy
oddano też bogaty wiejski bufet. Poza Olszówką
imprezę współorganizowali: Stowarzyszenie na
rzecz Odnowy i Współistnienia Kultur Sałasz, Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich w Katowicach, Cieszyński Ośrodek Kultury Dom Narodowy,
Teatr CST.
O
d lat Piotr Sarzyński, znany publicysta i krytyk,
sporządza dla tygodnika „Polityka” ranking
polskich galerii sztuki – „najciekawszych, najrzetelniej pracujących i najlepiej rokujących miejsc
prezentacji sztuki w kraju”. W kategorii „najlepsze
galerie publiczne” Galeria Bielska BWA znalazła
się na trzecim miejscu, tuż po takich gigantach, jak
Zachęta Narodowa Galeria Sztuki i Centrum Sztuki
Współczesnej Zamek Ujazdowski. W dziesiątce
znalazła się jeszcze jedna galeria z województwa
śląskiego – bytomska Kronika (8 miejsce). Uzasadniając wybór, autor rankingu wymienił m.in. duże
cykliczne bielskie wystawy, w tym kolejne edycje
Biennale Malarstwa „Bielska Jesień”, prezentowanie
w galerii wystaw FotoArtFestivalu, Bielski Festiwal
Sztuk Wizualnych. Galerię wyróżniają też duże tematyczne wystawy zbiorowe, jak cykl Kobieta o kobiecie (trzecia edycja w 2007 roku) czy niedawno
prezentowana Mandala. Widoczna jest aktywność
instytucji w przybliżaniu widzom prezentowanych
w Polsce wydarzeń światowych, np. Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Akcji „Interakcje”. „Jak na
tak nieduży ośrodek to działalność zaiste budząca
szacunek” – podsumował Piotr Sarzyński.
(oprac. ms)
Michał Kotula: Bez tytułu 2
– Nagroda Publiczności „Bielskiej Jesieni” 2007
Archiwum Galerii Bielskiej BWA
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
35
REKOMENDACJE
B ielsko - B i a ł a
azimierz Kopczyński – Malarstwo (retrospektywna wystawa w 100-lecie urodzin artysty)
4 marca – 13 kwietnia, Galeria Bielska BWA
Informacje: Galeria Bielska BWA w Bielsku-Białej,
ul. 3 Maja 11, tel. 0-33-812-58‑61, www.galeriabielska.pl, [email protected]
K
5
Szkolne Igraszki Teatralne
7 marca, Dom Kultury w Kamienicy
Informacje: Miejski Dom Kultury – Dom Kultury
w Bielsku-Białej Kamienicy, ul. Karpacka 125,
tel. 0-33-811-93-62, www.mdk.beskidy.pl,
[email protected]
E
uroshorts 2007 – Replika 16. Europejskiego
Festiwalu Fabuły, Dokumentu i Reklamy
13 i 14 marca, Galeria Bielska BWA
Informacje: Galeria Bielska BWA w Bielsku-Białej,
ul. 3 Maja 11, tel. 0-33-812-58 61, www.galeriabielska.pl, [email protected]
10
Powiatowe Spotkania Amatorskich Grup
Artystycznych SAGA
27 marca, Centrum Wychowania Estetycznego
Informacje: Centrum Wychowania Estetycznego
im. W. Kubisz w Bielsku-Białej, ul. J. Słowackiego
27a, tel. 0-33-812-58-86, [email protected]
9
Międzynarodowy Festiwal Muzyki Sakralnej
na Podbeskidziu Sacrum in Musica
14–17 kwietnia, Bielskie Centrum Kultury
Informacje: Bielskie Centrum Kultury w Bielsku‑Białej, ul. J. Słowackiego 27, tel. 0-33-82816-40, www.bck.bielsko.pl, [email protected]
14
Ogólnopolski Konkurs Malarstwa
­Nieprofesjonalnego im. Ignacego Bieńka
28 marca – otwarcie wystawy pokonkursowej,
Dom Kultury Włókniarzy
Informacje: Miejski Dom Kultury – Dom ­Kultury
Włókniarzy w Bielsku‑Białej, ul. 1 Maja 12,
tel. 0‑33-812-56-92, www.mdk.beskidy.pl,
[email protected]
CZĘSTOCHOWA
Międzynarodowy Festiwal Muzyki
­Sakralnej Gaude Mater
1–6 maja, kościoły, filharmonia, teatr, plener
Informacje: Ośrodek Promocji Kultury Gaude
Mater w Częstochowie, ul. J. H. Dąbrowskiego 1,
tel. 0‑34-365-17-60, http://gaudemater.pl,
[email protected]
53
K ATOWICE
Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej
Interpretacje
2–8 marca, Teatr Śląski im. S. Wyspiańskiego
Informacje: Instytucja Kultury Estrada Śląska
w Katowicach, ul. T. Kościuszki 88, tel. 0-32-25166-81, www.estradaslaska.pl,
[email protected]
Ogólnopolski Konkurs Recytatorski – eliminacje wojewódzkie
26–27 kwietnia, Centrum Wychowania Estetycznego
Informacje: Regionalny Ośrodek Kultury w Bielsku-Białej, ul. 1 Maja 8, tel. 0-33-822‑05-93,
www.rok.bielsko.pl, [email protected]
W
ystawa malarstwa Michała Klisia
kwiecień, Muzeum w Bielsku-Białej
Informacje: Muzeum w Bielsku-Białej. ul. Wzgórze 16 – Zamek, tel. 0-33-811-10-35, www.muzeum.bielsko.pl, [email protected]
23
Międzynarodowy Festiwal Sztuki
­L alkarskiej
24–28 maja, Teatr Lalek Banialuka
Informacje: Teatr Lalek Banialuka im. J. Zitzmana
w Bielsku-Białej, ul. A. Mickiewicza 20, tel. 0-33822-10-46, www.banialuka.pl, [email protected]
CIESZYN
runo Monguzzi – wystawa projektów plakatów i książek, warsztaty
11 marca – 27 kwietnia, Śląski Zamek Sztuki
i Przedsiębiorczości
Informacje: Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie, ul. Zamkowa 3, tel. 0-33-851-0821, www.zamekcieszyn.pl, [email protected]
B
18
10
RAJCZA
iykno jest nasa Ziymia Żywiecko... – konkurs
literacki na wiersz, opowiadanie, felieton,
esej, satyrę, humoreskę lub pogodkę napisane
gwarą żywiecką
do 31 marca – składanie prac, 14 maja – zakończenie konkursu
Informacje: Górale Żywieccy Oddział Związku
Podhalan (Adam Banaś), Rajcza, ul. Ujsolska 35,
tel. 605-243-562, [email protected]
P
USTROŃ
Ustrońskie Spotkania Teatralne UST-a
12–16 marca, Miejski Dom Kultury
Informacje: Miejski Dom Kultury Prażakówka
w Ustroniu, ul. I. Daszyńskiego 28, tel. 0-33-85429-06, www.mdk-ustron.ox.pl, [email protected]
10
19
Międzynarodowy Festiwal Teatralny
Bez granic
28–31 maja, Cieszyn
Informacje: Stowarzyszenie Solidarność Polsko‑Czesko-Słowacka w Cieszynie, ul. Mennicza 20,
tel. 604-869-025, www.spczs.sieszyn.pl, ­
teatrbez­[email protected]
36
R e l a c j e
Więcej informacji o imprezach
w województwie ­śląskim na stronie:
www.silesiakultura.pl
I n t e r p r e t a c j e
GALERIA
Marian Koim – Fotografia
Marian Koim jako fotograf najbardziej znany jest z doku-
Jest już na emeryturze, ale nadal pokazuje swoje zdjęcia na
mentowania imprez folklorystycznych i twórczości ludo-
wystawach kilka razy do roku, np. w schronisku na Dębowcu
wej, zabytków Podbeskidzia (drewnianych kościółków, cha-
(zmieniane są w zależności od pór roku), w domach kultury,
łup, szałasów, przydrożnych kapliczek z figurami świętych)
bielskim Klubie Nauczyciela. Prowadzi ponadto małą galerię
i oczywiście nastrojowych beskidzkich pejzaży. Utrwalał je
fotografii pod hasłem „Spojrzenia wybrane” w Domu Kultu-
latami podczas ulubionych wędrówek beskidzkimi szlaka-
ry w Lipniku, dzielnicy Bielska-Białej. Przygotowuje wysta-
mi czy plenerów, między innymi w Zawoi, Makowie Pod-
wy różnych autorów, ale też z dobrym efektem organizuje
halańskim, Lanckoronie.
konkursy związane tematycznie z Lipnikiem. (m)
Lanckorona
Kościół w Lachowicach
Rzeźba Czesława Olmy
Widok z Dębowca

Podobne dokumenty