NUMER zielono mi… time to make some noise…

Komentarze

Transkrypt

NUMER zielono mi… time to make some noise…
MIESIĘCZNIK KULTURALNY STUDENTÓW POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ
Fabryka na Twoim biurku | Niedźwiedzie oświadczyny | FREEVision | Uroki
podróży | Twój głos: 20 metrów nad ziemią | Przewodnik po japońskich restauracjach
w Stolicy | Odbicia | Pałac sprzeczności | W zdrowym ciele zdrowy duch | Kulturowo – fi lozoficzne aspekty sportu | Druga strona odpowiada | Powiedz mi w co grasz,
a powiem ci kim jesteś | Wbrew ziemskiemu przyciąganiu | Wokalista wielogłosowy
| Muzyka i teatr | Książki | Slam | Hart ducha | Film | Oskariada | Konkursy
ISSN 1732-9302
KWIECIEŃ
2007
NUMER
32
z
timielon
som e o
e nto mmi…
ois ak
e… e
Spis
Treści
Wstępniak
Słońce wygląda, zagląda, chowa się, wychodzi,
wschodzi, zachodzi.
Rowerzyści czyszczą, dokręcają, smarują,
pompują, jadą.
Panie chowają, wyjmują, przymierzają, kupują.
Zakochani trzymają się. Za ręce.
Wiosna.
Mówią, że najwyższy czas wyjść z domu i rozruszać
kości. Ale nasz naturalny „zegar” każe nam właśnie teraz oszczędzać energię i jak najwięcej spać. Nasz metabolizm spowalnia i na nic nie mamy siły. Mózg wcale
nie ma ochoty rozwiązywać skomplikowanych równań,
a nogi odmawiają posłuszeństwa nawet w drodze przez
podwórko do altanki śmietnikowej. W dodatku tegoroczna pogoda robi sobie z nas żarty. Zima wcale nie
chciała być mroźna, a wiosna nie chce być ciepła.
Nic dziwnego, że większość z nas ma wręcz wypisane
na czole: NIECHCEMISIE.
A my, na przekór wszystkiemu, piszemy właśnie
o sporcie. Może jednak warto choć trochę się ruszyć? Jeśli nie nogą, to chociaż głową- przy rozwiązywaniu naszych konkursów.
Zapraszamy do środka!
STUDENCI:
Fabryka na Twoim biurku 4
Koło Naukowe Układów Cyfrowych DEMAIN
Niedźwiedzie oświadczyny
5
Dwie premiery Teatru Studentów Politechniki Warszawskiej już wkrótce!
FREEVision 5
Uroki podróży
6
Są osoby, które niewiele mniej czasu niż na zajęciach spędzają w autobusie lub pociągu. Codzienne dojazdy na uczelnię są nieraz bardzo męczące, ale czasami bardziej się
opłacają niż mieszkanie w Stolicy.
Twój głos: 20 metrów nad ziemią
7
O walce o Dolinę Rospudy
WARSZAWA:
Przewodnik po japońskich restauracjach w Stolicy
Odbicia 10
8
Fotoreportaż
Pałac sprzeczności 12
Niektórzy mówią koszmar, niektórzy uważają, że stał się obiektem kultowym i piszą o
nim książki – Pałac Kultury i Nauki.
TEMAT NUMERU: SPORT
W zdrowym ciele zdrowy duch 13
MIESIĘCZNIK KULTURALNY STUDENTÓW POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ
ADRES KORESPONDENCYJNY:
Centrum Ruchu Studenckiego
ul Waryńskiego 12, 00-631 Warszawa, z dopiskiem „i.pewu”
tel/faks: (022) 234 91 05
e-mail: [email protected]
www.ipewu.edu.pl
Jak uczą wspólnie historia i rozsądek: ciało i duch nie istnieją w sposób antagonistyczny. Nie wszystko, co nie jest cielesne, staje się automatycznie duchowe i odwrotnie. A
jednak wyczuwamy podświadomie jakiś związek czy relację pomiędzy tymi niewątpliwie różnymi płaszczyznami istnienia.
Kulturowo – filozoficzne aspekty sportu
14
Sport jaki jest, każdy widzi. Warto jednak poznać przyczyny, fundamenty, teorię – to,
co ukryte i zapomniane, aby lepiej zrozumieć same fakty i zdarzenia, które dzieją się
na boisku, korcie tenisowym, bieżni, czy stoliku karcianym.
Druga strona odpowiada 16
REDAKCJA:
Nieprzespane noce, niezaliczone egzaminy, długie godziny spędzone na dworcach i w
pociągach – to los najbardziej oddanych kibiców. Co ich tak pochłania i przyciąga? Co
sprawia, że kibicowanie stało się ich sposobem na życie?
Redaktor Naczelna: Agata Burczyńska
Powiedz mi w co grasz, a powiem ci kim jesteś
Z-ca Redaktor Naczelnej: Gosia Janikowska
Dział promocji: Ada Skowronek, Jan Rutkiewicz, Łukasz Sokołowski,
Redakcja: Weronika Abramczuk, Katarzyna Czajka, Barbara Doraczyńska,
Krzysztof Grudnik, Wojciech Karcz, Michał Konca, Olga Kurek, Tomasz
Piętowski, Oliwia Pluta, Piotr Proczek, Ada Skowronek, Łukasz Sokołowski,
Katarzyna Staroń, Magdalena Trzcińska, Małgorzata Zawilska, Edyta Zyśk
Dział graficzny: Agnieszka Zielińska, Rafał Sawicki, Przemysław Raszeja,
Maciej Cabaj
Fotografia: Dominik Pisarek, Jan Rutkiewicz, Andrzej Wegner, Paweł
Goliasz
Korekta: Weronika Abramczuk, Łukasz Sokołowski, Magdalena Trzcińska
Administrator WWW: Urszula Sieroń
Projekt okładki: Maciek Cabaj
PRODUKCJA:
Wydawca: Samorząd Studentów Politechniki Warszawskiej
18
Sport to doskonały sposób na pokazanie światu, jakie miejsce w hierarchii społecznej
się zajmuje lub jakie zajmować się chce.
Wbrew ziemskiemu przyciąganiu
19
Dla nich nie istnieją żadne ograniczenia. Przedostając się z punktu A do punktu B,
przeskakują, zeskakują, wbiegają, podbiegają, wspinają się na wszystkie możliwe przeszkody, jakie napotkają na swoje drodze. Traucerzy.
KULTURA:
Wokalista wielogłosowy 20
Znacie kogoś, kto opanował technikę śpiewania harmonicznego, czyli równoległe
prowadzenie trzech głosów? Niemożliwe? A jednak. Parę słów o Jorgosie Skoliasie
Muzyka i teatr 21
Książki
Slam 23
22
Pierwsze slamy reklamowano hasłem ,,Przyjdź pokrzyczeć na poetów”. Idea zakładała uwolnienie poezji od tomików konkursów poetyckich z szanownym jury i nudnych
wieczorków poetyckich. Miało być żywo, naturalnie i przede wszystkim emocjonalnie.
Hart ducha
24
O sporcie można śmiało powiedzieć, że jest świetną rozrywką, zarówno dla aktywnie
go uprawiających, jak i dla samych obserwatorów. Sport w fi lmie.
Film 25
Oskariada
27
Międzynarodowe Forum Niezależnych Filmów Fabularnych
Konkursy 28
DEMAIN
Ludzie z pasją, którym nieobce są zagadnienia współczesnej elektroniki. To właśnie członkowie Koła Naukowego Układów Cyfrowych DEMAIN, które w lutym tego roku oficjalnie rozpoczęło swoją działalność na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych PW. Czym się zajmują, przeczytajcie sami.
4
Synteza układów cyfrowych jest jednym z kluczowych zagadnień
współczesnej elektroniki. Komputery, telefony komórkowe, systemy
telekomunikacyjne, multimedia – wszystkie one istnieją dzięki wykorzystaniu układów cyfrowych. Tworzenie nowoczesnych układów
nie byłoby jednak możliwe, gdyby nie wyspecjalizowane języki opisu sprzętu, takie jak VHDL, AHDL czy Verilog. Nowoczesny procesor nie powstałby nigdy, gdyby za przykładem prekursorów elektroniki został on stworzony jako schemat naszkicowany na kartce papieru.
Obecnie istnieją potężne procesory wielordzeniowe, których częstotliwość pracy sięga kilku GHz. Rodzi się więc pytanie, czy jest
sens konstruowania nowych układów. Odpowiedź jest zdecydowanie
twierdząca! Trudno oczekiwać, by w komórce znalazł się wentylator
lub akumulator dostarczający prąd rzędu 30 amperów – a takie jest zapotrzebowanie nowoczesnych procesorów. Dla olbrzymiej liczby zastosowań (np. kryptografii, przetwarzania sygnału) uniwersalność
architektury procesorów staje się ich ogromną wadą. Jak mówi przysłowie: „do wszystkiego – znaczy do niczego”. Na potrzeby tych dziedzin niezbędne jest tworzenie bardzo efektywnych rozwiązań specjalizowanych.
Wykonanie w fabryce jednego układu scalonego kosztuje kilkaset tysięcy dolarów. Jest to przede wszystkim cena masek fotolitogra-
ficznych. Jednak współczesna technologia oferuje zupełnie inne rozwiązanie – układy FPGA (Programmable Gate Arrays), czyli układy
programowane przez użytkownika. Posiadają one zasoby logiczne w
postaci reprogramowalnych komórek logicznych, matryc połączeń,
wbudowane moduły pamięci oraz specjalizowane moduły DSP (Digital Signal Processing). Można je zaprogramować, by realizowały prawie każdy system cyfrowy. Koszt jednego układu to kilkadziesiat do
kilkuset dolarów.
Układy FPGA są niezwykle przydatne dla projektantów systemów
cyfrowych, gdyż pozwalają na zaprojektowanie, uruchomienie i przetestowanie urządzenia na „własnym biurku”. Umiejętnie zaprojektowane, osiągają potężne moce obliczeniowe. Dla przykładu układ
kryptograficzny oparty o FPGA, pracujący z częstotliwością 20 MHz,
potrafi przetwarzać dane szybciej niż gigahercowy procesor uniwersalny! Poza tym jest odporny na Reverse Engineering – osoba niepowołana nie zdoła odtworzyć układu, który został wgrany na płytkę.
To właśnie zagadnienia, którymi zajmuje się Koło Naukowe Układów Cyfrowych DEMAIN, Opiekunem Koła jest dr inż. Mariusz Rawski, a działalność wspiera aktywnie prof. Tadeusz Łuba. Nasze zainteresowania obejmują najróżniejsze zastosowania układów FPGA – od
kryptografii, poprzez obliczenia rozproszone, po cyfrowe przetwarzanie sygnałów. Poznajemy najdrobniejsze niuanse języków opisu sprzętu. Łączymy hard z soft.
Nie boimy się stawiać pytań i wytrwale poszukujemy na nie odpowiedzi. Projektujemy po to, by się bawić, a przy okazji uczyć – nie odwrotnie!
Jeśli masz wiedzę na temat któregoś z języków opisu sprzętu i czujesz, że układy cyfrowe są Twoją pasją – to znak, że jesteś gotów by
wstąpić do Koła. Serdecznie zapraszamy!
Radoslav Darakchiev
Prezes Koła Naukowego
Układów Cyfrowych DEMAIN
Kontakt:
[email protected]
Wydział Elektroniki i Technik Informacyjnych
Zakład Podstaw Telekomunikacji
ul Nowowiejska 15/19, pok. 484
tel. 0-22 234 78 97
„Niedźwiedzie oświadczyny” PREMIEROWO w Mechaniku!
Teatr Studentów Politechniki Warszawskiej, który zainaugurował swoją działalność
na naszej Uczelni ponad rok temu dwiema
adaptacjami utworów Witolda Gombrowicza – “Iwona, Księżniczka Burgunda” oraz
“Ślub”, przygotowuje dla nas kolejne premiery! Tym razem studenci – młodzi aktorzy –
zmierzą się z jednoaktówkami Antona Pawłowicza Czechowa – rosyjskiego nowelisty
i dramatopisarza.
W drugiej połowie kwietnia koledzy i koleżanki z Teatru Studentów Politechniki Warszawskiej wystawią premierowo w Klubie
Mechanik (Gmach Wydziału Mechatroniki,
ul. Narbutta 87) dwie jednoaktowe komedie
A. Czechowa – „Oświadczyny” (18 kwietnia)
i „Niedźwiedź” (25 kwietnia). Dwie komedie – dwie historie miłosne, zestawione na zasadzie kontrastu, posiadające jednak wspólną płaszczyznę – okoliczność oświadczyn.
Sprzeczki, zatargi, kłótnie kończą się ostatecznie szczęśliwie, ale czy dokładnie po myśli bohaterów? – przekonajcie się sami – polecam.
Teatr Studentów Politechniki Warszawskiej powstał na początku roku akademickiego 2005/06 z inicjatywy Studentów i Samorządu PW. Od początku pieczę nad nim sprawuje
aktor, absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie – Grzegorz Sierzputowski. Dotychczas grupa ta występowała podczas ubiegłorocznych Juwenaliów Warszawskich, a także
na Grudniowym Akademickim Przeglądzie
Artystycznym (GAPA), na którym odniosła
spory sukces, zajmując 2 miejsce w kategorii
„Teatr”. Zespół liczący obecnie około 25 osób
pracuje dwutorowo. Podczas poniedziałkowych warsztatów teatralnych „młodzi” (osoby przyjęte na ostatniej – październikowej rekrutacji) uczą się kunsztu aktorskiego, m.in.
ruchu scenicznego, ale także ćwiczą i kształcą swój aparat mowy. W ramach warsztatów
przygotowują również dramat Michała Walczaka – „Kopalnia”. Nieco starsi stażem (osoby będące w teatrze od momentu powstania)
spotykają się częściej (przed premierami nawet kilka razy w tygodniu) i skupiają się na
przygotowywaniu samych spektakli, dzięki czemu w najbliższym czasie będą mogli zaprezentować nam dwie, wspomniane
już wcześniej komedie, na które serdecznie,
wspólnie z TSPW, zapraszam. Dla studentów
WSTĘP WOLNY!
Warsztaty i próby zespołu teatralnego odbywają się zamiennie w Klubie Stodoła oraz
w sali widowiskowej Riviery, która to sala, po
zapowiadanym w najbliższym okresie przez
władze uczelni remoncie, będzie również docelową siedzibą teatru.
Więcej informacji możecie uzyskać odwiedzając stronę internetową TSPW: www.teatr.
pw.edu.pl lub pisząc na adres e-mail: [email protected]
hrabia proczo
Najbliższe spektakle TSPW:
Miejsce:
Klub Mechanik
Gmach Wydziału Mechatroniki
ul. Narbutta 87
02-525 Warszawa
18.04.2007 (środa)
godz. 19.00
OŚWIADCZYNY
Antoni Czechow
Reżyseria:
Grzegorz Sierzputowski
Obsada:
Stiepan Czubukow – Andrzej Mazurak
Natalia Czubukowa – Ola Mikulska
Iwan Łomow – Piotr Proczek
Czas: ok. 40 min
25.04.2007 (środa)
godz. 19.00
NIEDŹWIEDŹ
Antoni Czechow
Reżyseria:
Grzegorz Sierzputowski
Obsada:
Grigorij Stiepanowicz Smirnow –
Piotr Pawluk
Helena Iwanowa Popowa – Magdalena
Romanowska
Łuka – Sławomir Tomczak
Czas: ok. 40 min
Chciałbyś pogłębić swoją wiedzę z zakresu technik zarządzania kadrami?
Poznać nowoczesne metody zarządzania motywacją oraz wiedzą?
Interesują cię zagadnień dotyczących
HRM?
Weź udział w Vision i stwórz swoją wizję!
Projekt Vision, organizowany przez międzynarodowe stowarzyszenie studenckie
ESTIEM, to:
– cykl seminariów
– warsztatów
– szkoleń
– wizyt w przedsiębiorstwach
– spotkań z przedstawicielami świata biznesu
Tegoroczny cykl seminariów, rozpoczęty jesienią 2006 roku i trwający do wiosny
2007 roku, nosi nazwę FREEVision. Tematem przewodnim są szeroko rozumiane zasoby w przedsiębiorstwie (Future Resources for
Energy and Economy).
studentów lokalnych umożliwiając im poszerzanie wiedzy i umiejętności z interesującej
ich dziedziny poprzez spotkania z ekspertami oraz otwarte dyskusje i warsztaty.
„Zarządzanie zasobami ludzkimi – problemy i zagadnienia” („Issues and Problems In
Human Resources Management”) to podtytuł projektu, który będzie towarzyszył seminariom organizowanym przez nas w dniach
5-12 Maja 2007.
Wykłady i zajęcia będą prowadzone w języku angielskim. Każdy projekt gromadzi około 50-ciu studentów z całej Europy oraz wielu
Organizatorzy: LG ESTIEM przy Wydziale Inżynierii Produkcji na Politechnice Warszawskiej.
Miejsce spotkań: PW Wydział Inżynierii
Produkcji ul. Narbutta 85 Warszawa
Szczegóły www.estiem.pw.edu.pl i na plakatach.
5
UROKI
PODRÓŻY
Wygodnie jest mieszkać w pobliżu uczelni i móc się wysypiać, bo dotarcie na zajęcia zajmuje wtedy zaledwie
kilkanaście, góra kilkadziesiąt minut. Ale są też osoby, które niewiele mniej czasu niż na zajęciach spędzają
w autobusie lub pociągu. Należą do nich Marta, Magda, Edyta, Michał, Adam i Sebastian.
Pobudka w środku nocy
Przeprowadzenie się do Warszawy nie zaWstanie o godz. 5.00 rano, następnie 20 wsze jest opłacalne, dlatego osoby mieszkaminut marszu na stację po pustej i ciemnej – jące w odległości kilkudziesięciu km od niej
z racji wczesnej pory – okolicy, a potem godzi- często decydują się zostać w domu i stamtąd
na jazdy pociągiem – tak zaczyna swój dzień dojeżdżać na zajęcia. Marta (mieszka w 50
Edyta, studentka stosowanych nauk społecz- km od Stolicy): „Moi rodzice nie mieliby tyle
nych na UW, gdy pierwsze zajęcia ma o godz. kasy, żeby mnie utrzymywać w Warszawie,
8.00. Mieszka 50 km od Warszawy, więc po- a ja nie dałabym rady pracować i uczyć się jeddróż w jedną stronę zajmuje jej w sumie nawet nocześnie”. W nieco innej sytuacji jest Magda
2 godziny. „Podróże mnie przemęczają i cza- (PW, Wydział Inżynierii Materiałowej), któsami po zajęciach, zamiast siąść do książki, ra mieszka 20 km od Warszawy, a podróż
zasypiam. Często zdarza mi się spać w pocią- zajmuje jej około godzinę: „Mam blisko do
gu albo w bibliotece, gdy czekam na zajęcia. miejsca zamieszkania i często osoby mieszkaPrzyzwyczaiłam się do tego, że jestem niewy- jące w Warszawie dojeżdżają dłużej niż ja” –
twierdzi. I w sumie ma rację. Przebrnięcie na
spana” – mówi Edyta
Podobnie wygląda sytuacja Marty, która drugi koniec Warszawy, szczególnie w godzistudiuje na Wydziale Mechatroniki na PW: nach szczytu, pochłania mnóstwo czasu. Le„Jeżeli jadę na 8.00 wcześniejszym pociągiem, piej jest jechać i podziwiać widoki za oknem,
to wstaję około 4.45 - 5.00 i wyspanie się wte- niż stać w korkach w centrum miasta.
dy jest praktycznie niemożliwe, nawet jeśli
Najgorzej jest zimą; położę się bardzo wcześ- Bezzębne dresy i spółka
gdy dzwoni budzik, nie. Jeśli jadę późniejszym
Dotarcie na czas do autobusu czy pociągu
a za oknem jest pociągiem (ostatnio tylko
całkowicie ciemno, nim jeżdżę), to z łóżka pod- to jeszcze nie koniec. Wręcz przeciwnie; to
może się wydawać, noszę się gdzieś tak o 5.30 - dopiero początek atrakcji, gdyż teraz zaczyże jest środek nocy. 5.40 i jest wtedy szansa, że na się najciekawsze – czyli podróż. Oto, co
po dojechaniu na uczelnię nie będę zupełnie myśli o niej Michał, studiujący na Wydziale
nieżywa, a jeśli jeszcze wypiję kawę lub red Inżynierii Materiałowej na PW: „Jest to dość
bulla, to jest prawie dobrze”.
uciążliwe zajęcie. Nie przepadam za podróżaStudenci, którzy mieszkają poza Warszawą mi komunikacją miejską. Zawsze znajdzie się
i codziennie dojeżdżają wiele kilometrów na jakiś powód, który spowoduje u mnie podniezajęcia, często zmuszeni są wstawać o „nie- sienie ciśnienia. A to jakaś babcia, która maludzkich” godzinach. Najgorzej jest zimą; cha torbą tak, że ciągle nią dostaję. A to ciągdy dzwoni budzik, a za oknem jest całko- gle ktoś mi wyrywa słuchawki z uszu. Zawsze
wicie ciemno, może się wydawać, że jest śro- coś się znajdzie. Co innego, gdy jadę samodek nocy. Niestety; trzeba wyjść z wygodne- chodem. Wtedy dojeżdżanie nie jest już aż tak
go łóżka, jeśli nie chce się spóźnić na zajęcia. uciążliwe. Czasami wręcz sprawia mi przyOsoby mieszkające daleko od stolicy nie maja jemność”. Na pytanie, czy spotkała go kiedyś
tego komfortu, że – gdy spóźnią się na swój w podróży jakaś ciekawa przygoda, odpowiaśrodek lokomocji – wiedzą, że za chwilę na da: „Raczej nie. Chyba że ciekawą przygodą
Osoby mieszkające daleko pewno zjawi się można nazwać widok, jak komuś podpalają
od stolicy nie maja tego następny, więc nie włosy albo rozwalają szyby w autobusie”.
Edyta twierdzi, że podczas podróży możkomfortu, że – gdy spóźnią mają czym się desię na swój środek lokomocji nerwować. Kolejny na poznać wiele ciekawych osób i przeżyć róż– wiedzą, że za chwilę na może być aż za go- ne – niekoniecznie najprzyjemniejsze – przypewno zjawi się następny, dzinę. Albo i wię- gody: „Kiedyś przysiadł się do mnie pewien
więc nie mają czym się cej. Dlatego też nie chłopak w dresie, z niepełnym uzębieniem
denerwować. Kolejny może mogą sobie pozwo- i zaczął podrywać. W pewnym momencie
być aż za godzinę. Albo lić na zaspanie czy powiedziałam, że nie jestem zainteresowana
i więcej.
znajomością. Na to
też wyjKiedyś przysiadł się do mnie
ście z domu chwilę później: „Najpewien chłopak w dresie, on – chyba na zaczęściej jak zaśpię, to po prostu z niepełnym uzębieniem, chętę (przyp. red.)
nie mam zazwyczaj autobusu i bez i zaczął podrywać. W pewnym – zaczął opowiawzględu na to, jak bardzo bym się momencie powiedziałam, że dać o swoim przyśpieszył, i tak nie mam jak doje- nie jestem zainteresowana rodzeniu i stwierchać” – mówi Sebastian, kolega znajomością. Na to on dził, że „może cały
zaczął opowiadać o swoim czas”. Zrobiło mi
Marty z wydziału.
6
„
„
„
przyrodzeniu i stwierdził, że
„może cały czas”. Zrobiło mi
się niedobrze.
się niedobrze. Bałam się, że wysiądzie za mną
i coś mi zrobi, zwłaszcza, że moja stacja jest
w szczerym polu”. Na szczęście nic takiego się
nie stało.
Przeprowadzka do Warszawy?
Niekoniecznie
Gdy pytam moich rozmówców o to, czy
chcieliby przeprowadzić się do Warszawy, odpowiedzi są różne. Adam (PW, Wydział Mechatroniki) odpowiada, że w przyszłym roku
ma zamiar zamieszkać w akademiku- dla wygody i oszczędności czasu. W tym roku akademickim decyzję o tym podjął za późno
i miejsca były już zajęte. Marta: „Pewnie, że
bym chciała. Po pierwsze, miałabym wszędzie dużo bliżej i nie musiałabym wstawać
o takich nieludzkich godzinach. Poza tym lubię to miasto, dużo się tu dzieje, mieszka tu
większość moich zna- Przeprowadzenie się do
jomych i nie miałabym Warszawy nie zawsze jest
problemów typu: jak opłacalne, dlatego osoby
wrócić do domu z im- mieszkające w odległości
prezy, która kończy się kilkudziesięciu km od niej
o 1.00 w nocy? Byłoby często decydują się zostać
dużo wygodniej miesz- w domu i stamtąd
kać w Warszawie, mo- dojeżdżać na zajęcia.
głabym sobie nawet sama gotować, ale żebym
nie musiała się zrywać o takich koszmarnych
godzinach!” Innego zdania są Magda i Sebastian. Magda mówi stanowczo: „Nie. Mieszkam w fajnej okolicy, do lasu mam ok. 10 min.
i mam dość blisko do Stolicy”. Sebastian przyzwyczaił się już do dojazdów. Poza tym ceni
sobie ciszę i spokój, które ma zapewnione,
mieszkając poza miastem.
„
Opinie na temat, czy długie dojazdy pogarszają wyniki w nauce (lub stanowią przeszkodę w osiągnięciu lepszych), są podzielone.
„Na pewno ma to wpływ na moje osiągnięcia. W tygodniu jestem zbyt zmęczona i zasypiam. Nawet kawa nie pomaga” – mówi Edyta. Michał zaś odpowiada: „Raczej nie. Na
szczęście zostaje mimo wszystko trochę czasu
na naukę. Przez dojazdy cierpią inne aspekty
mojego życia.”
Dojazdy ogólnie są męczące, jednak można się do nich przyzwyczaić. Podczas podróży
można np. spokojnie porozmawiać ze znajomymi, poczytać książkę, pouczyć się lub przespać. Do tego nigdy nie wiadomo, kogo spotka się w podróży. Chociaż… Czasem może to
i lepiej?
Magda Trzcińska
20NAD
METRÓW
ZIEMIĄ
Miałem napisać artykuł o Dolinie Rospudy leżącej na Równinie Augustowskiej. Miał to być tekst o tym, jak łamie się w Polsce prawo unijne, chcąc budować drogę przez obszar objęty ochroną NATURA 2000.
Usłyszałem dziś jednak w radiu, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości zajmie się kwestią budowy obwodnicy Augustowa przez Dolinę Rospudy. Sprawę na jego wokandę skierowała Komisja Europejska,
której nie usatysfakcjonowały wyjaśnienia polskiego rządu. Pozostawię więc fakt ten bez komentarza, aczkolwiek jest mi wstyd, że polski
rząd nie potrafi dbać o dobro narodowe, jakim jest unikalna przyroda,
tylko staje się marionetką w rękach tych państw, które traktują Polskę
jako kraj tranzytowy.
Napiszę więc, jaki był klimat w lutowym obozie nad Rospudą. Na
początku obozu, przez około dwa tygodnie przebywała tam grupka
osób z różnych organizacji pozarządowych, takich jak Greenpeace,
czy Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot, które poprzez mieszkanie
w namiotach w środku Puszczy Augustowskiej chciały zamanifestować swój sprzeciw wobec budowy obwodnicy Augustowa przez obszary cenne przyrodniczo. Akcja jednak przerosła oczekiwania wszystkich. Z upływem czasu, coraz więcej ludzi przybywało do obozu
ekologów w dolinie. Większość z przyjeżdżających posiadała własne
namioty i śpiwory.
Pomimo przenikliwego zimna (w nocy dochodziło do -23 oC), braku wygód, agresji mieszkańców Augustowa protest trwał aż do 1 marca, czyli do daty rozpoczęcia okresu ochronnego dla ptaków. Od tego
dnia zgodnie z polskim prawem nie można prowadzić prac budowlanych na obszarze ochrony siedliskowej ptaków. Okres ochronny trwa
do końca lipca. Po tym czasie inwestorzy mają zamiar wkroczyć w dolinę z pracami budowlanymi.
Nowoprzybyłe osoby nieśmiało pytały, jak jest w nocy? W dzień
można się jakoś rozgrzać, chociażby łykiem ciepłej herbaty, która grzeje się nad ogniskiem. Ale w nocy, kiedy jest się zmęczonym i leży się
w namiocie, czeka się tylko na coraz większy mróz… Część osób spała w namiotach rozbitych na platformach zawieszonych na drzewach
około 20 metrów nad ziemią. W wypadku gdyby inwestorzy zdecydowali się wkroczyć z pracami związanymi z wycinką drzew, obecność
osób przebywających na platformach uniemożliwiłaby ścięcie drzew.
Długie nocne rozmowy przy beczkach, w których pali się ogień, postacie ubrane w wiele warstw ubrań chroniących od zimna gdzieś w środku Puszczy Augustowskiej. To nie był protest jak wiele innych w Polsce. Nikt z obecnych nie żądał podwyżek ani przywilejów – chcieliśmy
tylko, by prawo było przestrzegane.
Atmosfera w obozie zaczęła być napięta, gdy dowiedzieliśmy się,
że mają przyjść mieszkańcy Augustowa z „krucjatą” przeciwko eko-
logom. W dzień odwiedzin większość z obecnych w obozie wyszła na
pięciogodzinny spacer nad rzekę Rospudę, aby nie prowokować przybywających po niedzielnych mszach odświętnie ubranych i przepełnionych nienawiścią mieszkańców Augustowa. Dowodził nimi pan
z Samoobrony, który przez „szczekaczkę” nawoływał – „a teraz krzyże w stronę ekologów!”. Pięciusetosobowy tłum wyraźnie prowokował
i szukał zaczepki- po 14 latach czekania, wreszcie miał namacalnego wroga – ekologów. Niestety, nie daliśmy się sprowokować. W ciszy
i zadumie grupa 20 osób stała naprzeciw tłumu, trzymając w rękach
znicze ku czci osób, które zginęły pod kołami samochodów na tutejszych drogach. Gest ten miał pokazać, że nie jesteśmy źli, że nie traktujemy mieszkańców Augustowa jako wrogów, ale utożsamiamy się
z nimi w ich cierpieniu.
Pomimo starań nie mogliśmy jednak przekonać przybyłych, że jesteśmy za budową obwodnicy Augustowa. Ta droga musi powstać
i to jak najszybciej, jednakże przyjęty obecnie wariant jej budowy
może spowodować, że szybko to nie nastąpi. Odcinek międzynarodowej drogi Via Baltica właśnie w okolicach Augustowa ma przebiegać
przez dolinę bagienną. W Polsce nie budowano jeszcze drogi opartej
na 11 metrowej estakadzie w tak trudnym terenie. Stabilność gruntów
bagiennych jest stosunkowo słaba i aby utrzymać ciężar takiego mostu, będą musiały być wykonane potężne odwierty w bagnie w celu
posadowienia w nich betonowych fi larów konstrukcji. Samo sprowadzenie sprzętu wykonującego odwierty nie będzie łatwą sprawą, tym
bardziej, że przez większość sezonu budowlanego na tym terenie obowiązuje zakaz wykonywania prac budowlanych z uwagi na istniejące siedliska ptasie. Komisja Europejska będzie broniła ustanowionego
prawa i nie pozwoli na rozpoczęcie inwestycji, chyba że zostanie wyznaczony wariant alternatywny.
Zmarznięty tłum w końcu rozszedł się z wolna do swoich ciepłych
domów. Do obozu wrócili pozostali jego mieszkańcy. Kolejny wieczór
i kolejna noc.
W dolinie Rospudy spotkałem profesorów uczelni wyższych, dziennikarzy, studentów, artystów, pracowników administracji, ludzi prowadzących własne biznesy… Każdy z nas przyjechał tam, aby pokazać, że są sprawy, o które warto walczyć, że nie można pozwolić, aby
nami bezmyślnie kierowano i bezmyślnie decydowano za nas, co jest
dla ważne, a co nie. Mamy prawo do tego, aby móc swobodnie się wypowiadać bez cienia strachu, że będziemy za to represjonowani. Przede wszystkim mamy prawo protestować przeciwko marnotrawieniu
naszych pieniędzy oraz niszczeniu przyrodniczego dobra narodowego, bo o to się u tak naprawdę rozchodzi.
Wojciech Potepa
O proteście ekologów czytaj więcej na:
www.rospuda.earthstyle.pl
Poruszyła Cię jakaś sprawa? Chcesz podzielić się z nami swoimi refleksjami? Masz niecodzienną pasję, o której chciałbyś
opowiedzieć?
To jest właśnie miejsce dla Ciebie!
Napisz do nas: [email protected]
Najciekawsze artykuły opublikujemy na łamach naszego pisma.
7
Przydatny przewodnik o tym, do której restauracji warto wybrać się na japońską ucztę, a które miejsca można sobie darować.
Akashia
8
Jana Pawła II 61
http://www.akashia.pl/
Lokalizacja: Widoczne miejsce, łatwo trafić.
Wystrój i estetyka: Przypomina bardziej wykwintną restaurację europejską, a to za sprawą białych obrusów, serwet i kieliszków do wina. Część dla palących niewydzielona. Podobnie miejsce dla dzieci. Często z głośników słychać japońską muzykę. Sposób podania banalny.
Pracownicy: Raczej uprzejmi, choć może się zdarzyć, że ktoś będzie się starał narzucić gościom swoją wizję posiłku, niekoniecznie zgodną z ich oczekiwaniami.
Smak: Zazwyczaj sushi jest podawane świeże, raczej dobre, choć definitywnie nie jest najlepsze
w Warszawie. W menu wybór potraw japońskich oraz koreańskich.
Ceny: Najtańszy zestaw lunchowy – 35 zł. Można się tym najeść, wręcz przejeść. Poza zestawem ceny są wysokie i dwie osoby mogą się liczyć z rachunkiem powyżej 150 zł.
Dostawa do domu: Tak, jeśli wartość zamówienia przekracza 100 zł.
Inaba
Nowogrodzka 84/86
http://www.inaba.com.pl/
Lokalizacja: Restauracja jest schowana i jeśli ktoś nie wie, gdzie szukać, może to chwilę potrwać. Gdy już się trafi na właściwą ścieżkę, można dostrzec ogromne banery, górujące nad biurem poselskim Jarosława Kaczyńskiego.
Wystrój i estetyka: Iście japoński (chyba najbardziej w całej Warszawie), z dbałością o najmniejszy detal. Oprócz sushi baru jest karaoke, gra tylko japońska muzyka. Ładna porcelana,
choć niestety kubki na herbatę nie zachwycają.
Pracownicy: Niestety może się zdarzyć, że gość nie będzie miał powodów do zadowolenia.
Smak: Bardzo dobry. W karcie poza sushi można znaleźć bardzo dużo japońskich potraw, których nie można dostać gdzie indziej.
Ceny: Niestety, chyba najwyższe w mieście. A i porcje skromniejsze niż w niektórych innych
lokalach.
Dostawa do domu: Możliwa przez serwis internetowy.
Minimalna wartość zamówienia: 40 zł.
Izumi
Mokotowska 17
http://www.izumisushi.eu/
Lokalizacja: Miejsce bardzo widoczne. Jest duży baner przed wejściem.
Wystrój i estetyka: Sushi bar z łódeczkami, całość utrzymana w barwach czarnej i czerwonej. Na ścianach obrazy polskiej malarki. Japonizujący wystrój dla Europejczyków. Porcelana
ładna i stylowa, ale daleka od japońskich kanonów. Muzyka: chill out.
Pracownicy: Bardzo uprzejmi i pomocni.
Smak: Dobry.
Ceny: Stosunkowo wysokie.
Dostawa do domu: Przez portal internetowy. Bezpośrednio w restauracji można zamówić na
wynos.
Nipponkan
Nowogrodzka 47a
Lokalizacja: Niełatwo trafić; brak wskazówek w postaci stojących reklam itp.
Wystrój i estetyka: Na specjalną uwagę zasługuje jedyna w Warszawie taśma do sushi. Prawdziwie japońska, niestety wyglądem nasuwa myśl o inkubatorze. Podobnie jak w Inabie i Tokio
można wybrać stolik za zasłonką, co daje maksimum możliwej prywatności. Niestety, znacznie zmniejsza to częstotliwość kontaktów z pracownikami. Sposób podawania potraw niewyszukany.
Pracownicy: Bez rewelacji, ale też bez rażących wpadek.
Smak: Niezły. Na taśmie, niestety, często można trafić nieświeże sushi. Jest możliwość zamówienia innych potraw japońskich.
Ceny: Średnie.
Dostawa do domu: Taksówką na koszt zamawiającego.
Ryżowe Pole
Zgoda 5
www.ryzowe.pl
Lokalizacja: W widocznym miejscu.
Wystrój i estetyka: Mały sushi barek. Jest jasno; ani bardzo japońsko, ani w stronę Europy. Sposób podania nie zostaje w pamięci. Oddzielna część dla palących.
Pracownicy: Nie ma powodów do narzekania.
Smak: Nie zasługuje na szczególną uwagę.
Ceny: Dość wysokie.
Dostawa do domu: Niezależnie od wysokości rachunku, opłata dla kuriera min. 10 zł.
9
So-an
Koszykowa 54
www.so-an.pl
Lokalizacja: Na tyłach budynku, ale duży baner nad wejściem ułatwia sprawę.
Wystrój i estetyka: Mający pretensje do japońskiego, niestety duży telewizor i lampki choinkowe psują wrażenie. Jest barek, bez łódeczek. Sposób podania ładny, niestety pałeczki bywają nie
do pary, może też się zdarzyć, że są niedomyte.
Pracownicy: Niestety, pod tym względem So-an wypada bardzo blado: notoryczne doliczanie do rachunku niezamówionych pozycji, lekceważenie klientów, brak poszanowania ich czasu oraz bezczelność pracowników. To wszystko zniechęca.
Smak: Dobry.
Ceny: Stosunkowo niskie jak na sushi. Dwie osoby mogą się najeść za ok. 100 zł. I pewnie wezmą na wynos to, czego już zjeść nie zdołały.
Dostawa do domu: Możliwa, ale kosztuje 30 zł.
Tokio
Dobra 17
Lokalizacja: Dobre, widoczne miejsce.
Wystrój i estetyka: Jedyne w Warszawie paleniska w stołach, białe obrusy. Przyjemny sushi
bar, są stoliki za zasłonkami. Muzyka japońska.
Pracownicy: Bardzo uprzejmi, pomocni i dyskretni.
Smak: Wyborny. Także sposób podania jest nietuzinkowy. Bardzo duży wybór japońskich
i chińskich dań.
Ceny: Wysokie. Nie tak, jak w Inabie, ale plasują się niedaleko.
Dostawa do domu: Możliwa przez serwis internetowy.
Akashia
Jana Pawła II 61
http://www.akashia.pl/
Lokalizacja: Widoczne miejsce, łatwo trafić.
Wystrój i estetyka: Przypomina bardziej wykwintną restaurację europejską, a to za sprawą białych obrusów, serwet i kieliszków do wina. Część dla palących niewydzielona. Podobnie
miejsce dla dzieci. Często z głośników słychać japońską muzykę. Sposób podania banalny.
Pracownicy: Raczej uprzejmi, choć może się zdarzyć, że ktoś będzie się starał narzucić gościom swoją wizję posiłku, niekoniecznie zgodną z ich oczekiwaniami.
Smak: Zazwyczaj sushi jest podawane świeże, raczej dobre, choć definitywnie nie jest najlepsze
w Warszawie. W menu wybór potraw japońskich oraz koreańskich.
Ceny: Najtańszy zestaw lunchowy – 35 zł. Można się tym najeść, wręcz przejeść. Poza zesta-
Przygotowała: Oliwia Pluta
Zdjęcia: Dominik Pisarek
10
Warszawa… do góry nogami, na odwrót, miękko falująca, rozmyta,
zniekształcona.
W lustrze, szybie, kałuży.
Całkiem inna. Piękniejsza.
11
Autor: Jan Rutkiewicz
12
Niektórzy mówią koszmar, niektórzy uważają, że stał się obiektem kultowym i piszą
o nim książki – Pałac Kultury i Nauki oficjalnie stał się najwyższym, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjnym zabytkiem
w Polsce. Czy godzi się bowiem, by dar Józefa
Stalina dla Warszawy był chroniony i finansowany z budżetu Rzeczpospolitej?
a
ł
ł
nie tylko darem i pomnikiem przyjaźni, ale
też nie dającym się przeoczyć symbolem komunistycznego panowania nad Polską. Sam
Pałac zaś służył komunistycznym władzom
wiernie aż do ostatniego dnia istnienia PZPR,
kiedy to w Sali Kongresowej padło słynne
zdanie ,,Sztandar wyprowadzić”.
Są jednak tacy, którzy uważają, że nie można spoglądać na Pałac jedynie przez pryzmat
intencji, z jakimi był budowany 50 lat temu.
Choć bryła Pałacu nie koniecznie musi się
podobać (przez warszawiaków była ona wielokrotnie nazywana „snem pijanego cukier-
nika”) to jednak wnętrza zasługują na uwagę.
Mimo, że Pałac był budowany w zawrotnym
jak na owe czasy tempie, to wnętrza wykonano
z najlepszych materiałów z olbrzymią pieczołowitością. Choć może się to wydać niemożliwe, w Pałacu Kultury są sale, które niemal się
nie zmieniły od czasów gdy je otwarto. Prywatne gabinety, sale posiedzeń rad czy komitetów- wydają się być wyjęte z przeszłości. Do
tego dochodzi monumentalny przepych niektórych sal, w których skrzy się światło odbite od kryształowych żyrandoli a sufit wspierają marmurowe kolumny. Wszystko to warte
jest zachowania i pokazania przyszłym pokoleniom.
Jednak uczynienie z Pałacu zabytku może
okazać się uciążliwe dla wielu instytucji
i firm. W przeciwieństwie do większości zabytków w Polsce Pałac Kultury pełni i będzie
pełnił funkcje użytkowe. Poza biurami ratusza w Pałacu mieszczą się trzy szkoły wyższe i całe mnóstwo firm. Dziś zmieniają one
wystrój pięter według własnego upodobania – teraz, gdy Pałac został wpisany na listę zabytków, każdy, nawet najdrobniejszy
remont będzie wymagał zgody konserwatora. To może stanowić problem nie tylko dla
najemców (którzy muszą co pewien czas remontować lub poprawiać niezbyt staranne budownictwo), ale także dla regionalnego
konserwatora zabytków, który zapewne będzie zasypywany wnioskami.
Opiekunowie innych zabytków warszawskich boją się z kolei, że Pałac będzie skarbonką bez dna. Próba utrzymania 30
pięter w dobrym stanie przy zachowaniu wystroju z lat 50 w budynku, który
nie ma ani zabezpieczeń pożarowych,
ani jakichkolwiek innych, będzie
zapewne kosztować fortunę. Tymczasem inne warszawskie zabytki
(nieliczne zachowane sprzed wojny i te powojenne) będą musiały obejść się bez państwowych
pieniędzy.
Niezależnie jednak od
kontrowersji nie sposób
zaprzeczyć, że Pałac
jest budynkiem
wyjątkowym, jest
jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Warszawy nie
tylko w Polsce,
ale i na świecie. Pełni teeż ważną rolę miejsca spotkań kulturalnych
h i naukowych. To,
że ciąży na nim jego hisstoria, nie powinno
wpływać na naszą ocenę jego społecznej i architektonicznej wartości. Ważne jest bowiem
nie jaką budynek ma histtorię, ale to, czy ludzie potrafią go wykorzysstać niejako na przekór temu, co było w przeeszłości. Najlepszym
przykładem jest tu Pałacc Namiestnikowski.
Niegdyś siedziba rosyjsskiego namiestnika
Warszawy, dziś siedziba Prezydenta Polski.
Bo to nie historia nadajee znaczenie budynkom, tylko ludzie.
Teksst: Katarzyna Czajka
Zdjęccia: Andrzej Wegner
„W zdrowym ciele
zdrowy duch”
Y
– o ciele i cielesności w rozwoju duchowym.
W powszechnym rozumieniu ciało i duch
stanowią silnie zarysowaną opozycję. Wydaje się, że jeśli coś jest przymiotem jednego, nie może jednocześnie dotyczyć drugiego. Więcej nawet: element danego zakresu
(cielesnego bądź duchowego) jest przeciw
drugiemu zakresowi. A więc jeśli coś jest
dobre dla ciała, to pogrąża ducha, zaś duchowe wzbogacenie wiąże się z umartwianiem ciała. Ten typowy dla chrześcijańskoeuropejskiego sposobu myślenia pogląd
skrystalizował się w średniowieczu i jest
jednakowoż stary, co i błędny. Pójście tym
tropem doprowadziłoby do uświęcenia stanu, w którym człowiek przestałby przyjmować pożywienie, uznając to za folgowanie
„grzesznemu” ciału. Tego typu paranoidalna anoreksja miała zresztą miejsce w sekcie
katarów. Zostali oni uznani za heretyków
i szybko wyrżnięci przez lepiej odżywionych chrześcijan.
Jak uczą wspólnie historia i rozsądek: ciało i duch nie istnieją w sposób antagonistyczny. Nie wszystko, co jest nie-cielesne
(antycielesne), staje się automatycznie duchowe i odwrotnie. A jednak wyczuwamy
podświadomie jakiś związek czy relację pomiędzy tymi niewątpliwie różnymi płaszczyznami istnienia. Spróbujemy go bliżej
określić.
Spora część duchowych praktyk wymaga
dobrego stanu zdrowia. Bez względu na to,
jaki system sobie obierzemy: choroba raczej
nie będzie pożądana. Dobre samopoczucie
to także dobry punkt wyjścia do działań
na każdej płaszczyźnie, w tym również duchowej. Stąd też wynika troska religijnych
przewodników nad zdrowiem swych aspirantów. Buddyzm wytworzył wiele praktyk
o charakterze medycznym, taoizm stał się
podstawą alternatywnej (i żywej do dziś!)
medycyny chińskiej, a współcześnie wciąż
można spotkać chrześcijańskie zakony parające się między innymi zielarstwem.
Wszystko to odnosi się do uzdrawiania,
jednak równie ważna wydaje się profilaktyka. Ponieważ wiele mówi się o wadze utrzymywania kondycji fizycznej w przeciwdziałaniu różnym chorobom oraz o zbawiennym
wpływie umiarkowanego wysiłku fizycznego na układ odpornościowy, nic dziwnego,
że systemy wewnętrznego rozwoju nie pominęły zewnętrznego zrównoważenia.
Jednym ze starych, sprawdzonych sposobów na uniknięcie fizycznej stagnacji,
Y
ugruntowanym w różnych tradycjach duchowych jest taniec. Taniec jest sztuką,
w której forma i treść są ze sobą tożsame.
Jeśli na przykład w poezji czym innym
jest forma wiersza, a czym innym znaczenie, i zwykle forma jest tylko nośnikiem, to
w przypadku tańca ciężko o podobne rozróżnienie. Z tego powodu taniec, postrzegany jako cielesny sposób ekspresji, w swej
wersji sakralnej, łączy z jednej strony formę
z treścią, a z drugiej: ciało z duchem.
Podobnie większość sztuk walki (przy
czym mam tu na myśli prawdziwe sztuki
walki, noszące znamiona artyzmu, nie zaś
popularne od jakiegoś czasu paramilitarne systemy „samoobrony”). Nie jest przypadkiem, że największe, najbardziej znane
i częściowo już mityczne, dalekowschodnie ośrodki sztuk walki, jak klasztor Shaolin, czy góra Wudan przez cały czas pełniły
charakter miejsc religijnych. Różne szkoły
Kung Fu czy Tai Chi Chuan – na omawianie
których nie ma niestety miejsca w tym krótkim eseju – bazowały w swej wykładni teoretycznej na taoizmie lub buddyzmie, same
zaś pomagały w praktycznym zastosowaniu, odczuciu zasad porządkujących świat,
ponieważ ludzkie ciało jest mikrokosmosem, którego obserwacja pozwala poznać
analogicznie zbudowany makrokosmos.
Hinduska joga sięga jeszcze dalej. W hatha jodze, czyli jodze opartej na asanach –
różnych pozycjach ciała, dąży się ku czysto
duchowym celom poprzez zupełnie fizyczne środki.
Można zaryzykować stwierdzenie, że także islamska idea jihadu (świętej wojny) zakłada utrzymywanie sprawności fizycznej.
Wszak w czasach hassasynów nie było równych im wojowników, a fanatyzm religijny
nie może być tu jedynym wytłumaczeniem.
Inną formą cielesności prowadzącej do
duchowego rozwoju jest seksualność. Ponieważ świat zachodni odrzucił ją jako niemoralną i na wieki zamknął się na doskonalenie w tej dziedzinie, warto znów zwrócić
się w stronę systemów wschodnich. Tantra
(w swej hinduskiej jak i buddyjskiej odmianie) oraz taoizm od dawna odkrywają duchową drogę nie tylko akceptując ludzką
seksualność, lecz także podkreślając jej mistyczne strony.
W taoizmie ogromne znaczenie ma energia seksualna wytwarzana podczas stosunku. Sporo uwagi poświęca się na mak-
symalne ograniczenie strat tej energii. Ma
ona zapewnić zdrowie, dobre samopoczucie
i długie życie. Stanowi też potencjał rozwoju
duchowego – nagromadziwszy ją przechodzi
się do swoistej alchemii wewnętrznej. Tantra seksualna polega także na przemianie,
tym razem konkretnego aktu erotycznego
w specyficzny rodzaj sakramentu. Dodatkowo seks tantryczny zmierza do zatracenia dualistycznego postrzegania (partner
i partnerka łączą się mentalnie w jedno), co
jest postulowane przez buddyzm jak i hinduizm.
Ciało nie jest tylko zwykłą powłoką,
w której mieszka (różnie rozumiany) duch.
Wszędzie tam, gdzie wierzy się w reinkarnację, można zaobserwować paradoksalnie
wysoki szacunek żywiony względem obecnej formy cielesnej. Wytłumaczenie tego
jest proste: może i obecna powłoka jest tylko jedną z wielu i kiedy uniknie zniszczeniu, zostanie zastąpiona, ale nie wiemy, jaka
będzie ta kolejna. Skoro istnieje na świecie
tyle różnych stworzeń, to ktoś musi się w nie
wcielać. Każdemu z nas nietrudno wyobrazić sobie przynajmniej kilka zwierząt wywołujących dreszcz obrzydzenia. Na takim
tle jakże wyjątkowym i cennym wydaje się
ludzkie wcielenie.
William Blake, angielski poeta i myśliciel
z przełomu epoki oświecenia i romantyzmu,
uważał, że ciało jest swego rodzaju kompromisem pomiędzy wewnętrznym duchem
a zewnętrzną materią (światem). Przy takim
podejściu praca nad ciałem może mieć skutki dwojakiej natury. Albo odnosić się będą
do wnętrza i motywować duchowy rozwój,
albo zainicjują działania materii, to jest otaczającego nas świata muszącego dostosować
się do nowych warunków „kompromisu”.
W obu przypadkach skorzystamy na tym.
Jest to wielka szansa, ale i wielkie niebezpieczeństwo. Jak wszędzie, także i tutaj
stagnacja oznacza regres. Są różne sposoby
pracy nad własnym ciałem, o części wspomniałem powyżej, inne zapewne sami doskonale znacie. Wybór jest szeroki, ale jeśli
nic dla siebie nie wybierzemy, ciało zacznie
słabnąć i niszczeć. To pociąga za sobą odpowiednie konsekwencje – tak wewnętrzne
jak i zewnętrzne.
Na koniec chciałbym Wam życzyć wielu udanych przedsięwzięć cielesno-ruchowych ku którym nadciągnęła idealna okazja – wiosna!
Krzysztof Grudnik
Y
YY
Y
13
%S P O R
SPORT
KULTUROWO-FILOZOFICZNE ASPEKTY SPO
14
Sport jaki jest, każdy widzi. Daje
nam niewątpliwą radość, kiedy uczestniczymy w nim zarówno biernie, jak
i czynnie. Pozwala się zrelaksować, jest
sprawdzianem dla naszych umiejętności, rozrywką, czymś, co integruje ludzi.
Daje upust emocjom, które udzielają
się tak samym graczom, jak i widowni. Wszystko to prawda, jednak trzeba mieć świadomość, że jest to jedynie
wierzchołek góry lodowej. A warto poznać same przyczyny, fundamenty, teorię – to, co ukryte i zapomniane, aby lepiej zrozumieć same fakty i zdarzenia,
które dzieją się na boisku, korcie tenisowym, bieżni, czy stoliku karcianym.
Pograjmy w coś, pobawmy
się!
Zanim przejdziemy do pytania, czy
każdy sport jest grą, zastanówmy się,
czym się różni gra od zabawy? Z pewnością ten drugi termin odnosi się
w naszej mentalności europejskiej, do
czegoś błahego i niepoważnego, często
tożsamego ze światem dziecka. Jest to
poniekąd prawda. Pamiętać jednak należy, że na wschodzie zabawa jest czymś
chwalebnym i poważnym. Często spowita przemocą, powiązana wraz ze
sztuką i religią stanowi o boskim procesie ciągłej i nieprzerwanej kreacji.
Oczywiście jest to inny model kulturowy, ale jak się przekonamy, wiele z tych
cech przenika także do naszej rodzimej
tradycji.
Każda gra jest zabawą, ale nie każda zabawa jest grą. Obie te rzeczy posiadają pewne określone prawa i zasady,
przenoszą nas w inną przestrzeń i czas.
W obie też angażujemy się całym sercem, zapominając o świecie rzeczywi-
stym – notabene jest to jedno z podstawowych założeń tych form aktywności
ludzkiej. Zarówno w grze, jak i w zabawie złamanie pewnych reguł powoduje kryzys tego mikroświata – jest to
albo postępowanie niezgodne z zasadami fair play, albo tak zwane „psucie
zabawy”, wyjątkowo (jak pamiętamy
z okresu młodości) irytujące. Najistotniejsze jest jednak to, że gra wyróżnia się zawartym w sobie pierwiastkiem rywalizacji, który zawsze łączy
się z wygraną lub przegraną, co oczywiście nie jest niezbędne w przypadku
zabawy. Jak bowiem dzieci mogą przegrać, bawiąc się klockami Lego lub rysując coś kredkami? Wystarczy jednak,
że urządzą sobie konkurs na najlepszą
pracę artystyczną, lub najoryginalniejszą budowlę i już zabawa przerodzi się
w grę. Możemy więc wywnioskować, że
każda gra zawiera w sobie cechy zabawy, nieważne jak silnie dziś tłumione,
jeśli pomyślimy na przykład o zawodowym sporcie.
A czy każdy sport jest grą? To zależy, co nazywamy sportem. Skoki na
bungee najprawdopodobniej grą nie są,
gdyż nie zakładają przeciwnika i rywalizacji. Chyba, że walczymy z własnym
strachem. Problem do rozważenia.
No to gramy!
Gra jest czynnością, która sprawia
przyjemność, odwołuje się jednak do
tego co poważne i rzeczywiste. Zamyka się w określonej przestrzeni i czasie, tworzy nowe reguły, odmienne od
tych znanych z życia rzeczywistego, ale
mimo wszystko na rzeczywistości się
wzoruje. Jest to pewnego rodzaju ceremoniał, w którym niezbędne jest od-
grywanie określonych ról, jak również pełne zaangażowanie i uroczysta
powaga. Walka, na przykład piłkarzy
czy tenisistów, pokazuje nam to znakomicie. Dwie strony stają się sobie
wrogie, „my” zawsze jesteśmy lepsi
i mamy (musimy!) wygrać, „oni” –
gorsi i nie dadzą nam rady.
Gra przekształca graczy. Zmienia
ich na czas rywalizacji, tworzy zupełnie nową rzeczywistość. Dwaj przyjaciele, grając w szachy, przestają być dla
siebie przyjaciółmi, a stają się wrogami. Nie pomagają sobie (wtedy straciłoby to sens), ale chcą się nawzajem
zniszczyć, okazać swoją wyższość,
przewagę itp. Po grze oczywiście
wszystko wraca do normy. Naturalnie
czysto teoretycznie. Jest to główna zasada gier zachodu. Na wschodzie gry
i zabawy trwają nieprzerwanie i mają
wpływ na całe życie, kulturę i religię.
Europa tylko pozornie przedstawia
model odmienny. Ileż to razy pewne
gry braliśmy tak na poważnie, że nawet po ich ukończeniu, już w normalnym czasie i rzeczywistości, nie mogliśmy o nich zapomnieć. Rywalizacja
między dwoma zawodnikami przenosiła się poza zabawę, często doprowadzając nas do łez, bójek (bo przegraliśmy lub straciliśmy pieniądze) itp.
Nie jest to oczywiście pełne przeniesienie świata gry do świata realnego (po meczu koszykówki nie mamy
przecież nakazu kozłowania piłki),
jednak skutki sportowej potyczki, pozytywne, czy nie, oraz pewne jej elementy (na przykład postawa antagonistyczna dwóch osób po ukończeniu
zawodów) mogą się do rzeczywistości
przenieść.
RT
SPORT
%
ORTU
Wg teorii Hansa Gadamera sama gra jest siłą niezwykle osobliwą. Gracze bowiem nie są podmiotami gry. To sama gra jest władczą
i ustawodawczą mocą, która wplątuje i angażuje grających, organizuje ruchy zawodników, wyodrębnia przestrzeń na wzór przestrzeni świętej i wyznacza cele, przez których realizację sama się objawia
zarówno graczom, jak i widzom. Co najciekawsze – widzowie, może
nie mają regulaminowego wpływu na to, co dzieje się, na przykład
na parkiecie, ale niewątpliwie przyczyniają się do zmian w samej rozgrywce. Są do tego niejako zdeterminowani, jak aktorzy – mają zadanie gwizdać, kiedy rywalowi dobrze idzie, wspomagać swoją drużyną brawami itd. Nie wynika to z ich własnej woli, bowiem gra już
ich wciągnęła i zahipnotyzowała, a teraz wydaje im rozkazy, zmusza
do określonych zachowań. Jest czymś ponad nimi. Pogląd Gadamera
wydaje się zatem słuszny: w grę nie gramy, to ona gra nami.
Trochę o walce kogutów
Przykładem jak sport może trwale łączyć się z kulturą, a nawet być
odzwierciedleniem danej cywilizacji, są walki kogutów na wyspie
Bali. Zaangażowanie uczestników jest niezwykle silne – identyfikują się ze zwierzętami i mają pewność, że to oni sami walczą. Wynika to z pewnych lokalnych uwarunkować etnicznych. Kogutami na
Bali opiekują się wyłącznie mężczyźni, tylko oni też są dopuszczeni do tej dyscypliny sportu. Przez cały czas ptaki te są pielęgnowane, wyprowadzane na spacery, a kiedy zaczynają się zawody – wystawiane do walki.
Plac, na którym rywalizują zwierzęta ma powierzchnię ok.
4,5 m², cała ceremonia trwa od późnego popołudnia do wieczora.
Ptakom przymocowuje się do pazurów ostre jak brzytwa ostrogi.
Jedna runda mierzona jest przez sekundantów za pomocą połówki
kokosa, która zatapia się w pojemniku z wodą. Trwa ok. 25 sekund.
Zawodnicy mogą opatrywać swoje zwierzęta lub podjudzać je do
walki jedynie w czasie przerw. Zazwyczaj pojedynek jest rozstrzygnięty już po pierwszej, drugiej rundzie, ptaki rzucają się na siebie zadając sobie rany ostrogami, rozszarpując się w dzikim szale. Często
oba koguty padają martwe – zwycięstwo jednak należy to tego, który dłużej utrzymał się przy życiu. Oczywiście bywają też pojedynki,
w których ptaki nie mają najmniejszej ochoty na rywalizacje. Trzeba
ich wtedy to tej rywalizacji sprowokować. Walk oczywiście, podczas
całego popołudnia jest bardzo dużo.
Grze tej towarzyszą liczne zakłady i stawki. Główny zakład, im
wyższy, tym lepszy, zawarty jest pomiędzy właścicielami kogutów,
dziesiątki mniejszych - wśród publiczności. Tuż przed walką panuje wokół placu nieprawdopodobny chaos – ludzie przekrzykują się
%
15
nawzajem, uzgadniają wysokości stawek itp. Wszyscy jednak milkną przy wybiciu gongu oznajmiającego pierwszą rundę, a cały doping odbywa się w ciszy, tak jakby czas i miejsce pojedynku zostało nagle uświęcone.
Zaangażowanie samych właścicieli jest tu wprost niezwykłe. Przegrany często rzuca się ze złości na martwego koguta, płacze itp. Jest to
poniekąd zachowanie teatralne, ale często zawodnicy tracą (lub zyskują) naprawdę wielkie pieniądze. Nie o wartości materialne w głównej
mierze tu jednak chodzi, a o szacunek, godność i honor. Wzięcie udziału
w zawodach to postawienie na szali swojego „ja” publicznego.
Koguty na Bali są przedłużeniem męskiego ego i domeną dzikości. Tamtejsza ludność z natury nastawiona jest bardzo pokojowo,
wszystko też co zwierzęce (również samo odżywianie) budzi u nich
wstręt. Identyfikacja z kogutem to niezwykle ryzykowny kontakt
z chaosem i siłami ciemności. Jest to jednak zabieg konieczny. Sama
walka to składanie ofiary licznym duchom i demonom mogącym zaszkodzić tej społeczności. Jest to też odwieczny pojedynek dobra ze
złem, odwieczne i ciągłe stwarzanie świata na nowo. W języku ludności balijskiej odpowiednikiem piekła jest zwrot „człowiek, którego
kogut przegrał”, niebo odnosi się do zwycięzcy. Żadne też balijskie
święto nie może się odbyć bez tego specyficznego wydarzenia.
A u nas?
Sport na trwale zespolił się z kulturą europejską. Jego oddziaływanie na całe społeczeństwo jest w niektórych aspektach podobne
do walki kogutów na Bali, jak również do szeroko rozumianej sfery
sacrum. Czy mistrzostwa świata w piłce nożnej albo olimpiady nie
są swoistymi świętami? Powtarzają się cyklicznie, angażują „wiernych” kibiców, zmieniają na pewien okres zasady rządzące czasem.
Są wyodrębnione ze zwykłego ciągu historycznego. Rozmawiając
o sporcie i uczestnicząc w nim, powstają więzi wspólnotowe, ludzie
się integrują.
A kim są sami sportowcy? Czy nie świętymi, kapłanami, bohaterami? Ilu chłopców chce ich naśladować? Ilu widzi w nich takie wzory, jakie greccy efebowie widzieli w bohaterach mitycznych – Heraklesie czy Tezeuszu?
Niewątpliwie sport dotyczy nas wszystkich, podobnie jak religia.
Angażujemy się w gry, zawody i olimpiady mniej lub bardziej, ale
na pewno nie pozostają one dla nikogo czymś obojętnym. Są częścią naszego życia, zabawą, wzorem kultury, obrazem społeczeństwa,
ogniskiem emocji, jak również, wg Gadamera, niematerialnymi bytami, które nad nami panują.
Tomasz Piętowski
Nieprzespane noce, niezaliczone egzaminy,
długie godziny spędzone na dworcach i w pociągach – to los najbardziej oddanych kibiców.
Co ich tak pochłania i przyciąga? Co sprawia,
że kibicowanie stało się ich sposobem na życie?
16
K
I
B
Druga strona
Od czasów starożytnej Grecji zawody sportowe istnieją dla
publiczności i dzięki niej. Mecz przy pustych trybunach jest
dotkliwą karą dla klubu. Duża grupa kibiców to gwarancja
sukcesu, bo tylko w ten sposób można przyciągnąć sponsorów. Fenomen kibicowania – zaangażowania emocjonalnego
w losy grupy ludzi biegających w różne strony po boisku albo
przebijających piłkę na jedną lub drugą stronę – można analizować pod względem socjologicznym, antropologicznym
i psychologicznym. Prawie wszyscy uczestniczą w tym ludowym święcie, świeckim rytuale, zbiorowej euforii, gdy polska
drużyna gra na mistrzostwach świata. Piłka nożna wyzwala
ogromne emocje, które mogą prowadzić do tak dramatycznych skutków, jak śmiertelne ofiary starć pseudokibiców.
Takie wydarzenia pokazują, jak ważną i niejednoznaczną
rolę odgrywa kibicowanie – jest wentylem dla kumulujących
się, negatywnych uczuć i popędów, czy raczej ich katalizatorem?
Zachowanie fanów piłki nożnej to temat szeroki i skomplikowany. O wiele milej przedstawia się sytuacja na trybunach
boisk siatkarskich. Siatkówka została niedawno okrzyknięta „sportem narodowym”, a zainteresowanie tą dyscypliną
po Mistrzostwach Świata gwałtownie wzrosło. Kto był kiedykolwiek na meczu siatkówki, docenia atmosferę panującą
w halach – kulturalny doping, rodziny z dziećmi bez obaw
spędzające tam niedzielne popołudnie, nieliczna ochrona
i żadnych agresywnych wybryków. Nie znaczy to bynajmniej,
że doping na meczach siatkarskich jest „letni”. I tam są kibice, którzy całym sercem zagrzewają swoją ulubioną drużynę do walki. Takich kibiców ma zespół AZS Politechniki Warszawskiej.
Zespół AZS Politechniki Warszawskiej
J.W. Construction AZS Politechnika Warszawska, czyli jedyny stołeczny zespół w ekstraklasie piłki siatkowej mężczyzn, nie rozpieszcza swoich fanów – jeszcze niedawno
znajdował się na ostatnim miejscu tabeli, mimo osiągniętego w zeszłym sezonie wysokiego, piątego miejsca. Hala Koło
nigdy nie świeci pustkami, ale na komplet publiczności można liczyć dopiero wtedy, gdy na Obozową przyjadą drużyny
„z górnej półki” – czyli z zawodnikami, którzy zdobyli srebro na Mistrzostwach Świata. Jednak Klub Kibica – czyli najbardziej oddani wielbiciele stołecznego zespołu, nie przychodzą tu dla gwiazd sportu, ale dla swojej ukochanej drużyny.
– Dużo osób będących na meczu kibicuje przeciwnej drużynie – mówi Luiza, studentka filozofii na UKSW. – Ostatnio mieliśmy sytuację z „Wlazły show”, czyli Klub Kibica jest
za Politechniką, a cała reszta hali kibicuje innej drużynie
i chłopcy czują się jak na wyjeździe. Tak musi brzmieć pierwsza i niezłomna zasada prawdziwego kibica Politechniki: zawsze dopinguj swoją drużynę, nigdy przeciwną.
„Błoto, deszcz, czy słoneczna spiekota”
Na jakie poświęcenie jest gotowy prawdziwie oddany fan?
Przede wszystkim: najpierw mecz, potem nauka, czyli jeśli
nie może pogodzić studiów z pasją, wybiera to drugie. - Pójść
na mecz, czy na egzamin? Często wybieramy mecz – mówi
Luiza. Bożena, studentka Wyższej Szkoły Medycznej, inaczej
patrzy na sprawę: – Ze studiami póki co nie mam problemu, ale z pracą mam
– często biorę urlopy, ale szefa mam kochanego, więc coś się naściemnia o
chorobie i można jechać na mecz. Jednak przygotować się trzeba nie tylko
na oblany egzamin. Żadna pogoda nie jest straszna prawdziwym kibicom. –
Piąta rano, dworzec Zachodni, minus 30 stopni, a my jedziemy na mecz do
Rzeszowa. Nigdy w życiu tak nie zmarzłam, w dodatku przegraliśmy – mówi
Bożena. Michał, prezes Klubu Kibica, student nauk politycznych na UW, też
wybrał się do Rzeszowa: – Rano pociąg spóźnił się pół godziny, ale o w pół
do ósmej ruszyliśmy, a mecz dopiero o 17, więc mieliśmy dużo czasu. Niestety za Kielcami stanęliśmy w polu, zepsuł się elektrobus. Trwało to 3 godziny i dojechaliśmy do Rzeszowa, gdy mecz już się skończył. Gdy wracaliśmy z siatkarzami, w tej samej miejscowości popsuł im się autokar. Nasuwa
się pytanie, czy takim poświęceniom towarzyszą jakieś wyrazy wdzięczności
ze strony drużyny? Członkowie klubu kibica na pierwszym miejscu zgodnie
wymieniają powroty z meczów autokarem razem z siatkarzami. –Mogliby,
tak jak zespoły „z górnej półki”, olać kibiców i powiedzieć, że nie obchodzi
ich, jak jest zimno i jak późno w nocy mamy pociąg. Ale jeśli siatkarze są poinformowani wcześniej, to bywa, że wracamy jednym autokarem. Zdarzyło
się nawet tak, że jeden z siatkarzy podpadł trenerowi, bo zaprosił nas do au-
BaIodpowiada
CE
wszystkie zdjęcia ulubionego zawodnika, a czasem wyznają
mu miłość i opisują swoje sny i fantazje na jego temat.
Zażyłość między kibicami
Ale korzyści, jakie płyną z bycia kibicem, to nie tylko
wypad na piwo z siatkarzami. – Przede wszystkim poznałam masę fantastycznych osób – mówi Monika. – Poznajemy kibiców z innych miast, z wieloma klubami kibica się
przyjaźnimy, spotykamy się po meczach. Michał ma podobne zdanie: – W Klubie Kibica jest ponad 60 osób, rodzą
się różne przyjaźnie, więzi. Nasze kibicowanie nie kończy
się na tym, że pójdziemy na mecz, odbębnimy swoje i wracamy do domu. Kibice z całego kraju współpracują ze sobą,
czego efektem jest na przykład organizacja Mistrzostw Klubów Kibica albo Pucharu Klubów Kibica. Przynależność do
takiego klubu wiąże się z wpłacaniem składki członkowskiej, ale zapewnia bezpłatne wejście na mecze i okazje do
spotykania zawodników. Bożena dostrzega jeszcze jedną
pozytywną stronę swojej pasji: – Zwiedzamy bardzo dużo
miejsc. Możemy nie spać przez cały weekend, bo jeździmy
za zespołami po całej Polsce. Pytana o wydarzenie związane z wyjazdami, które wspomina najczęściej, opowiada:
– W hali w Bełchatowie przewróciłam się przy wszystkich
zawodnikach, właściwie to podjechałam pod nogi Mariusza Wlazłego. To było naprawdę straszne, nie wiedziałam,
co się ze mną dzieje i gdzie mam szukać wyjścia. Luiza najmilej wspomina powroty razem z siatkarzami i opowiada
o śpiewającym drugim trenerze, który przerabia wszystkie
piosenki na hymn zespołu Politechniki.
Jak rozpoczęła się przygoda z zespołem AZS Politechniki
Warszawskiej dla większości kibiców? Najczęściej impulsem do odnalezienia zespołu siatkówki w stolicy były dokonania reprezentacji. Pierwsze mecze, które odbyły się na
Hali Koło po zdobyciu przez Polskę srebrnego medalu na
Mistrzostwach Świata, przyciągnęły prawdziwe tłumy; teraz frekwencja znowu spada. Klub Kibica pracuje nad atmosferą na hali. Wystarczy spojrzeć na mecze w innych miastach Polski, nie wspominając już o kibicach greckich lub
włoskich, by stwierdzić, że Warszawie w tej kwestii jeszcze
wiele brakuje. Na razie na trybunach pojawiają się wielkie
zielone flagi AZS i rozbrzmiewają bębny. Po każdym wygranym secie na trybuny spada konfetti, do robienia którego zaprzęgani są - w ramach kary za złe zachowanie podopieczni jednego z członków Klubu Kibica, pracującego
w świetlicy szkolnej. Jednak doping pozostawia nadal wiele
do życzenia. Warszawa nie potrafi się bawić...?
Kto nie lubi chodzić na Legię?
tokaru, gdy nie mieliśmy czym wracać – mówi Luiza. Wśród innych miłych
gestów wymienia podziękowanie kibicom po każdym meczu. – Nie ma takiej
sytuacji, że chodzą z głowami do góry. Siatkarze AZS Politechniki Warszawskiej często zapraszają kibiców po meczu na piwo, przychodzą na imprezy
organizowane przez Klub Kibica, nawet jeśli jest to karaoke. – Pod względem facetów, którzy grają w tej drużynie, to są najlepsi goście w Polskiej Lidze Siatkówki – mówi z przekonaniem Luiza.
Jeśli chodzi o „facetów” – trudno oprzeć się wrażeniu, że dziewczyny, tak
gorliwie kibicujące Politechnice, tak naprawdę są szalonymi fankami przystojnych sportowców, z podkreśleniem na „przystojnych”. I na pewno coś w
tym jest, skoro Klub Kibica zrzesza więcej kibicek, niż kibiców. Wytłumaczeniem może być fakt, że na meczach siatkówki panuje zupełnie inna atmosfera, niż na stadionach piłkarskich. A co same zainteresowane myślą na ten
temat? - Nie lubimy ich za to jak wyglądają, ale jak grają – mówi Monika, studentka ochrony środowiska na UKSW. Luiza dodaje: – Oni są przystojni na
parkiecie, jak grają. Poza parkietem już nie są tacy ładni! Prawda jak zwykle
leży gdzieś pośrodku. Z jednej strony jest obiektywna ocena gry zawodników, z drugiej – pisk, który rozlega się na hali, gdy na parkiet wychodzi „niezłe ciacho” oraz setki blogów internetowych, na których autorki umieszczają
Wszyscy komentatorzy sportowi zgodnie przyznają, że
atmosfera na meczach reprezentacji piłki siatkowej jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Namiastkę takiej zabawy można znaleźć na meczach ligowych. – Mecze siatkówki są
bezpieczne. Ja osobiście boję się chodzić na stadiony piłkarskie, a tu kibicują całe rodziny – mówi Monika. Michał
uważa, że siatkówka jest ciekawszą i bardziej skomplikowaną grą, niż piłka nożna, Luiza ceni tę właśnie dyscyplinę za dynamiczność i widowiskowość. Bożena grała kiedyś w siatkówkę, a teraz cieszy się, że może chociaż patrzeć
i kibicować. Czy są to wystarczające powody, by zaniedbywać naukę lub lekceważyć pracę? Plusów jest dużo – przede
wszystkim możliwość poznania nowych ludzi oraz emocje,
jakich dostarcza nierówna forma zespołu Politechniki. Czy
warto wydać 10 zł na bilet ulgowy, każdy może się przekonać osobiście w Hali Koło, na Obozowej 60. Na pewno
jest to dobra alternatywa dla tych, którzy nie potrzebują
dodatkowych, niesportowych emocji, towarzyszących meczom piłkarskim.
Tekst: Olga Kurek
Zdjęcia: Jan Rutkiewicz
17
Powiedz mi w co
grasz, a powiem ci
kim jesteś...
J
J
J
J
J
J
J
J
J
18
Sport to zdrowie. O tym wie każdy. Sport to też
dobra rozrywka – wiedzą to gracze amatorzy i zapaleni kibice. Jednak nie każdy wie, że sport to najlepsza droga do pokazania światu, jakie miejsce
w hierarchii społecznej się zajmuje lub jakie zajmować się chce.
Piłka jest tania, czyli coś dla plebsu
Gdyby ktoś powiedział wam na ulicy, że piłka nożna to sport dla ubogich, zapewne wywołałby wasze oburzenie. Przecież świat piłki nożnej to
milionowe transfery, kontrakty reklamowe i wielotysięczne widownie. Jednak tak naprawdę do gry
w piłkę nożną potrzebna jest piłka, kilkoro ludzi
i cztery kamienie dla oznaczenia bramek. Oczywiście nie rozegra się w ten sposób mistrzostw świata,
ale dzięki temu, że gra ta jest tak tania, Brazylijczycy
mogą być niemal niepokonani w mistrzostwach.
Nie piszę o piłce bez powodu. Tam, gdzie jest
gra dla biedoty, tam też jest gra dla bogaczy. Uprawianie pewnych sportów, podobnie jak noszenie
ubrań prosto od projektantów, kupowanie domów
czy mieszkań w prestiżowych lokalizacjach jest wyznacznikiem statusu. Choć jeszcze niedawno wystarczyło grać w tenisa by być uznanym za bogacza,
obecnie to już nie wystarczy, gdyż lista sportów,
które można potraktować za jednoznaczny wyznacznik statusu, znacznie się zmniejszyła. Oto kilka tych dyscyplin, które pozwalają odróżnić zwykłych śmiertelników od wybrańców bogów.
Golf, czyli zielone na zielonej trawce
Najpopularniejszym sportem bogaczy jest golf.
Za sport burżuazyjny był uznawany od zawsze,
z tego właśnie powodu zabroniono jego uprawniania w Związku Radzieckim. O znaczeniu golfa decydują trzy czynniki – niezwykle drogie wyposażenie, konieczność przynależności do klubu
i czas jaki trzeba przeznaczyć na rozgrywkę. Choć
nie wszystkie kije golfowe osiągają astronomiczne
ceny, to jednak nigdy nie można powiedzieć, że są
tanie. Gracz w golfa potrzebuje co najmniej dziesięciu kijów dostosowanych do odległości i warunków pogodowych. Do tego odpowiednie buty
do chodzenia po trawie, które też nie należą do tanich. Oprócz tego zapalony gracz w golfa powinien
być zaopatrzony w kartę członkowską klubu, który udostępni mu pole do gry z odpowiednią ilością
dołków, jasnozieloną trawą i wszelkimi atrakcjami.
Poza czysto finansowymi aspektami golf kusi bogaczy jeszcze jedną cechą. Jedna golfowa rozgrywka trwać może kilka godzin – chodząc od dołka do
dołka, gracze najczęściej zajmują się rozmową, zdaniem niektórych to właśnie przy golfie swoje decyzje podejmują możni tego świata. W Polsce na
turniejach golfowych nie pojawiają się co prawda
politycy, ale aktorzy już zdążyli się przekonać, że
grając w tę grę manifestują swój status i zarobki,
a także obycie w świecie.
Polo i jeździectwo, czyli fortuna na
czterech kopytach
Jednak jeśli myślicie, że golf to szczyt snobizmu,
nie zdajecie sobie sprawy, jak elitarną grą jest polo.
W Polsce w tę grę, polegającą na odbijaniem piłki
długim kijem z grzbietu konia, gra niewiele osób.
Aby móc rozegrać mecz polo- poza zdolnościami
jeździeckimi i odwagą (kontuzje zdarzają się bardzo często i są dość groźne)- trzeba mieć co najmniej dwa konie – mecz polo jest bardzo wyczerpujący dla zwierzęcia i trzeba je wymieniać raz
na piętnaście minut. Nie bez przyczyny polo jest
w Anglii grą królów i arystokracji. W Polsce na razie sławny był tylko jeden gracz polo, którego nazwiska nie mogę jednak przytoczyć, gdyż toczy
się przeciw niemu sprawa w sądzie za lobbowanie
w najwyższych kręgach polskiej władzy.
Pozostańmy na chwilę przy koniach. Jazda konna
jest jedyną konkurencją olimpijską, w której bierze
udział człowiek i zwierzę. Jednak zanim zawodnik
trafi do elitarnego grona zawodników olimpijskich,
musi on ćwiczyć. Ten, kto poważnie myśli o karierze jako zawodnik w ujeżdżaniu czy skokach, musi
się liczyć z pewnymi wydatkami. Trzeba bowiem
posiadać co najmniej dwa konie, ponieważ koń
sportowy jest równie drogi co sportowy samochód,
należy o niego dbać, stajnia musi być odpowiednio
wyposażona – przyda się zarówno doświadczony
stajenny, jak i solarium dla konia. Poza tym trzeba
się liczyć z kosztami uprzęży i stroju (oficerki noszone przez zawodników ujeżdżania kosztują ponad tysiąc złotych). Jeśli już znajdziemy pieniądze
na to wszystko, możemy spokojnie marzyć o karierze w tym niewątpliwie elitarnym sporcie. Nie ma
się więc co dziwić, że w zawodach jeździeckich regularnie startują młode księżniczki z europejskich
dynastii.
Żeglarstwo, czyli drobne różnice
Jednak wróćmy na ziemię. Nawet pozornie popularny sport można zamienić w ekskluzywną zabawę dla wybranych. Każdy lubi żeglować na wynajętej łódce po polskich jeziorach. Choć nie jest to
najtańsza rozrywka na świecie, może sobie na nią
pozwolić większość średnio zarabiających Polaków,
a już na pewno co bardziej obrotni studenci. Jednak
wyobraźcie sobie żeglowanie po ciepłych morzach
na własnym małym jachcie. Pomijając koszt jachtu, należy zadać sobie pytanie, czy to nadal sport.
Z pewnością ciągnięcie szotów jest równie męczące na taniej i drogiej łódce, różnica jednak polega
na tym, że na polskich jeziorach ludzie sami robią
sobie śniadanie, nad ciepłymi morzami podaje je
ubrana w liberie służba.
Na cóż to wszystko, czyli pieniądz zobowiązuje
Pozostaje pytanie, po co wydawać olbrzymie pieniądze na sport, skoro jest tyle tanich i przyjemnych dyscyplin, jak na przykład bieganie. Cóż,
równie dobrze można by zadać pytanie, czy komukolwiek jest potrzebny dom z piętnastoma sypialniami. Jeśli się już ma pieniądze, wypada je pokazywać, ci którzy chcą jednocześnie pokazać obycie
i zaznaczyć, że wiedzą, jak być członkiem elity, decydują się na jeden z wymienionych wyżej sportów.
I tak spacerując po polu golfowym, czy żeglując po
ciepłych morzach, potwierdzają, że są wybrankami
losu. Bo pieniądz, podobnie jak szlachectwo, zobowiązuje.
Katarzyna Czajka
bb b bb b
LE PARKOUR
wbrew ziemskiemu
przyciąganiu
ę ćw icz ymy kondymy dalej i wy żej. W zim
u
film
nia
ąda
ogl
as
siłkow y. Biegamy po
z prz yjaciółmi podcz
cję i robimy trening wy
kour” niesta
par
po
ie
„le
film
wa
Po
sło
u.
ąc
rok
daj
icz ymy rów nowaWy powia
”Ya ma kasi” w 2001
lesie, podciąga my się, ćw
i spo. Mówiąc „stretak
dzi
w
cho
się
co
zać
o
,
rus
wie
po
dzimy na zajęcia
b
i
osó
jść
cho
wiele
nowiliśmy wy
gę cia ła i dodat kowo
eliśmy jeszee running”, mózdzi
„fr
wie
lub
Nie
u rozcią gnięcia
g”
ie.
cel
bin
w
row
j
clim
ate
we
et
sób jak boh
z akrobatyk i sporto
ędz y
mi
.
ia
ur”
zen
rko
łąc
„pa
po
wę
ać,
naz
cow
ękk iej ścieżce.”
gi zaczynają pra
cze, że to, co robimy, ma
cia ła i poćw iczenia na mi
ypojaw iają się
prz
ł
się
ció
ją
yja
nia
prz
z
tyw
en
uak
i
organizowano już
neuronam
Dopiero po roku jed
Na moje py tanie, czy
ska kanie, akroktórego
z
rt,
ji,
spo
wiz
ia:
tele
zen
ej
jar
ing u lub le parski
sko
nn
ncu
sze
pierw
niósł film z fra
dyś zawody we freeru
pić
kie
zle
by
aJak
leg
.
po
itd
y
rt
kod
spo
ieje
dają, że ze względów
bat yka, miasto, przesz
dow iedzieliśmy się, że istn
nie
kour, wszyscy odpowia
pew
ć,
ie,
wa
eśc
oro
mi
kol
w
po
i
kód
ość
esz
ów nigdy nie zorto wszystko w cał
jąc y na pokonywaniu prz
bezpieczeńst wa zawod
Od
.
r”.
ur”
kou
rko
par
„pa
„le
e
ja
śni
nic
wła
tych sportów mówi
wyszłaby defi
i że naz ywa się on
ganizowano. Filozofia
y parwa, niewątpliwie
ym
naz
icz
ćw
ąca
że
mi
y,
brz
ie
iśm
wn
wil
ego siebie, a nie indzi
Ta
tamte poryj mó
o byciu lepszy m od sam
francuskim, ok reśla
się po mieście.
ia
zan
rus
mogłyby dopropo
ę
je
uk
bic
szt
am
li
powią zana z jęz ykiem
kour, czy
nych, a ludzkie
ekstrert
nas
spo
ło
e
By
lsc
”.
Po
ES
w
„N
ny
y
. Daniel tłumaczy:
jeszcze ma ło zna
Naszą grupę nazwa liśm
wadzić do nieszczęścia
lio „swobodne
tka
jak
spo
ć
ch
czy
ma
lata
2
tłu
ją
cej
żna
wię
warsztat y, pokaz y
ma lny. Mo
czworo. Po mniej
„Organizowaliśmy już
iśmy się
upraw iają le parzyl
rzy
łąc
po
któ
i
e,
”
dzi
-PL
dy nie zorganiLu
.
„PK
ie”
pę
ów
biegan
śmy drugą gru
kursy, ale zawod nig
się
kon
i
ają
zcz
d).
ies
lan
em
Po
prz
of
i),
ers
Runn
pieczeńst wa. Człokour (zwani trauceram
w grupę „FROP” (Free
zujemy ze względów bez
onalny,
ncj
PK
we
ą
icz
kon
ćw
nie
pie
sób
gru
spo
w
ości, a stoją za tym
po mieście w
Do tej pory niektórzy
wiek dąż y do doskonał
jew architeknu
ntó
Tre
me
.
ele
ing
z
nn
tym
eru
y
fre
prz
c
e tak ie jak głupokorzystają
(parkour), a drudzy
różne zachowania i emocj
ka gonych do porukil
wa
po
oso
niu
yst
od
prz
tyg
nie
w
chciwość. Są też
h
y
żby
nyc
raz
tonicz
my od 2 do 3
ta, zazdrość, czy chocia
ez nie lub pod nimi.
dzi zima lub
cho
nad
organizujemy
y
nie
Gd
ale
ie.
y,
enn
szania się po nich, prz
dzin dzi
pozyt yw ne aspekt
Przedoń.
yjcze
dyc
ani
kon
a
ogr
eni
ma
icz
nie
ćw
h pierwszych. Jeśli
Dla traucerów
zmrok, pozostają nam
zawodów z powodu tyc
ńcze
tu B, przeskank
pie
pu
bez
u
do
A
zem
tu
nas
nk
pu
ają
z
yśmy przeszkody na
stając się
ne, które nie zagraż
prz ykładowo ustaw ilib
y się dać
podbiegają, wspi,
ram
ają
sta
ieg
,
wb
ho
,
suc
ują
t
jes
kak
rzyłoby na to 100 0
zes
ko
pat
kują,
stw u. Gdy tyl
y,
sokości 5 metrów i
wy
kod
esz
prz
e
żliw
mo
e
prawdopodobieńnają się na wszystki
z siebie wszystko.”
osób, to istnieje duże
rierki,
(ba
h
tyc
dze
w
dro
ich
oje
uje
sw
cyn
na
fas
ska kała z tak ich
jak ie napotkają
Traucerzy mówią, że
stwo, że osoba, która nie
ePrz
.
ym
.).
sam
itp
ą
any
sob
z
ści
jest to możlija
ty,
że
,
murki, pło
sportach rywalizac
wysokości, zobacz ywszy
ją swój
r jest Francja. To
mu
kou
eła
par
prz
le
y,
dokonać tego
mi
ć
kod
wa
nia
esz
rze
óbo
prz
Ko
zw yciężają
, będzie chciała spr
Fowe
ian
e
ast
daj
Seb
i
i
a
jak
cni
nie
ma
h
wz
o zła manie.”
tam w latach 80-tyc
wewnętrzny opór, co ich
samego. Nietrudno wtedy
m Lisses
inski
nn
ary
eru
dp
fre
po
w
e
le
„W
Bel
ji.
niela, jak na trauucan i David
powód do sat ysfakc
Zapy tałam rów nież Da
się
ia się po miemy
zan
uje
rus
how
po
zac
mę
jak
for
ć,
tę
i
i społeczeństwo.
dzi
wy myślil
gu można spraw
cerów reaguje policja
hniać. Dla jedć szybko
zec
dją
ws
po
po
roz
eba
ją
trz
i
dy
zęl
rt, którego uczą
kie
zac
spo
i
h,
ście
w sytuacjac
końcu nie jest to
W
sztuma
żyfor
o
ych
kow
inn
dat
dla
do
a
się
szkole. Biorąc pod
nych jest to sport,
trudne dec yzje. Poznaje
się codziennie dzieci w
bo
wy
,
”.
ści
„ja
lno
go
wo
sne
się
wła
stwo, które jest dość
ki, wy rażenia
cie w grupie i zaznaje
uwagę nasze społeczeń
i jak
eck iem le parco
dzi
z,
jes
by
jak
ydu
t
dec
jes
Ty
ing
.
nn
hu
wiedź nie była zaFreeru
ru i swobody ruc
ma ło tolerancy jne, odpo
dwoma dyscyplinai
tym
y
ędz
eruje, jeżeli my
mi
ing
Po
.”
r.
nie
kou
chcesz zrobić
ska kująca. „Policja
rej nie widać na zeże le parkoć,
ięta
ym. Najczęśpam
inn
w
nak
mó
jed
ble
mi istnieje różnica, któ
pro
Trzeba
nie stwarzamy
sposób
y
ku
enn
sąd
mi
roz
od
i
iem
nia
pie
bow
sku
awdzić, co robimy.
wnątrz Jest to
ur wy maga cią głego
ciej są wz ywani by spr
uwaDaniel , jeden
nie
a
ch.
wil
rta
Ch
.
spo
h
gu
tyc
nin
o
tre
strony reagują rumyślenia
podczas każdego
Na bra k agresji z naszej
Niektómawia łam, wy jaśją.
roz
tuz
rym
kon
któ
żną
z
,
wa
jeżdżają. Co cierów
po
od
i
uce
zić
e
z tra
gi może gro
owo, spisują dan
partyn
łem
m
wa
szy
no
rw
tre
pie
lat
ć
za
pię
już
nas czasami gorzej
nia to tak: „Przez
re trik i można wykonać
kawe ludzie postrzegają
ndow iedziawa
dy
zaa
kie
na
,
cie
ntu
ejś
me
prz
mo
i
prz yzw yczajona do
kour, aż do
razem, ale per fekcja
niż policja. Policja jest
ograniczony
spęzin
tem
jes
god
r
lu
kou
wie
par
ga
w
ma
że
wybryków. Natołem się,
sowane etapy wy
rozmaitych codziennych
pieczna
bez
rtu i przez prekurNie
spo
o
h.
teg
gac
ę
zegają nas jako
nin
zofi
str
tre
filo
po
ez
prz
dzonych na
ast zw ykli ludzie
mi
sobie
egł
rotrz
zas
Wp
.
bie
vid
sie
Da
ść
le.
no
zystko po kolei.
sora – Davida Bel
w tym sporcie jest też pew
wandali niszczących ws
„parwy
inaz
rob
a
co
,
ani
tym
tyw
w
zys
yny
kor
rut
zynają rozumieć,
możliwość wy
wadza ona elementy
Na szczęście powoli zac
yć
yw ności obńcz
akt
j
sko
oje
że
sw
mo
co
tku
czą
cji,
po
tra
.” By dalej promokour”. Od
my i bra k koncen
że jest to forma sportu
ścięgnem,
dyscypliny się rozie
nym
dw
wa
te
zer
jak
,
m,
łem
kie
oswajać nasze spoi
wa
bar
wo
iać
ser
się wybit ym
ć, rozpowszechn
był
wa
m
czy
,
się
cy
tym
iają
tał
jaw
zos
po
po
,
ach
ingiem, człon kow ie
wijają. Freerunning
czy skręconą kostką. Str
łeczeństwo z freerunn
rwoważ
bse
nie
zao
r
rów
a,
kou
eni
par
roż
w
t
zag
ias
zować kon kursy,
kiedyś, natom
w sytuacjach rea lnego
grupy FROP będą organi
ahania
re mógłbym pozaw
któ
a
y,
wil
ian
Ch
zm
r.
e
wn
kou
oni dodat kowo
ją
aty
par
łem neg
jest wrogiem le
warsztat y i pokaz y. Planu
elementów
ierania firmy i twoh
otw
nyc
u
róż
ces
a
u w Polsce.
pro
ani
ing
do
yw
nn
nać
kon
eru
rów
podczas wy
otworz yć szkołę fre
vid odsunął się od
ją.
tuz
ucerów w stokon
tra
ć
się
tka
yć
spo
ńcz
rzenia jej wizerunku. Da
sko
żna
może
A gdzie mo
ieściach,
ków
edm
prz
run
wa
na
ył
ma
icz
ćw
nie
i
dy
pa FROP ma sta łe
osób, z którym
Podczas zimy, kie
licy? Prz ykładowo gru
wać
edsięwzięcia
no
prz
tre
ego
eba
cał
trz
fa
ie,
sze
eśc
bie
mi
sie
się spotykaja i trezrobił z
do ćw iczenia na
miejscówki, w których
rkour”. Freerunze par tie
ejs
„pa
tni
wę
isto
naz
naj
ie
ać
sob
Natolin, Las Kacni
egł
n,
ma
trz
ieli
wz
i zas
kondycję i
nuje. Są to m.in. Im
mięsię
y
ce,
zam
kan
rus
ska
po
na
rej
nie
któ
aka
, Centrum, stare
ning to sztuka, w
cia ła tak ie jak nogi (sk
backi, Ursynów, Służew
o, czego
teg
łyd
się
na
y
sy
ym
no
ucz
wz
i
i
czy
am
m,
budyn ki. Najczęśdzy dyscyplin
prz ysiady z wyskokie
fabryk i i opuszczone
mięśh barier, możTe
.
nyc
ców
żad
ple
tu
i
tki
ma
kla
,
Nie
ładnie parking za
rąk
y.
chcem
kach), mięśnie
ciej jest to Imielin, a dok
erunning u
siebie i pokonywać
fre
ego
we
ę
sam
rol
ać
na Szolc Rogotną
raż
oły
isto
wy
ją
szk
tu
wa
na
nie odgry
Mu ltik iniem i teren
sobie
ię
cen
my
Ja
zie
y.
będ
sob
śli
spo
„Je
ne
e:
daj
przeszkody na róż
i le parkour. Daniel do
zińskiego.
żej
bisty rozwój zarówe, będziemy mogli dłu
ręc
cne
swoją niezależność, oso
mo
eć
mi
tedla
Podziękowania dla osób z grupy
e
śni
sowła
i
wy
czny,
u na dużej
no umysłow y, jak i fizy
utrzymać się w powietrz
FROP i BlackTown.
z
i
.”
low
ing
yjacie
go wybra łem freerunn
kości, a nawet pomóc prz
nieMałgorzata Janikowska
ść
do
się
iły
m
jaw
cny
po
te
mo
i
W Polsce sporty
na dach. Dzięk
iem
jśc
we
a„Z
Strona grupy FROP: www.frop.pl
a:
iad
rów opow
ej, skaczedaw no. Jeden z trauce
nogom biegamy szybci
em
raz
mi
rta
spo
i
fascynowałem się tym
19
WOKALISTA
WIELOGŁOSOWY
20
Polska scena jazzowa nie jest tworzona – zgodnie ze światowymi
trendami – przez składy, zespoły, czy też inaczej określane szyldy, pod
którymi kryją się artyści znani z nazwiska tylko co bardziej dociekliwym fanom. Polska scena jazzowa to Nazwiska i Osobowości. Jednym
z nich jest Jorgos Skolias. Egzotyczne, dźwięczne brzmienie nazwiska wynika z pochodzenia artysty – jego rodzice przyjechali do Polski
z Grecji jako uchodźcy polityczni. I te greckie korzenie są do dziś zauważalne w twórczości Skoliasa, ale nie dominują, tylko stanowią pewien element jego wielokulturowej muzyki.
Artysta – pierwsze spojrzenie
Na czym polega fenomen Jorgosa Skoliasa? Wielu artystów poszukuje inspiracji w tzw. world music, ale tylko niektórzy z powodzeniem.
Sporo muzyków wraca do twórczości Hendrixa, ale interpretacji, które porywają i zachwycają bardziej, niż oryginały, jest niezmiernie
mało. Wielu wokalistów traktuje swój głos jako instrument, ale chyba tylko jemu udało się w jazzie wykorzystać starodawne techniki wokalne. Znacie kogoś, kto opanował technikę śpiewania harmonicznego, czyli równoległe prowadzenie trzech głosów? Teraz już wiecie, że
to możliwe.
Odrobina historii
W latach 70. Jorgos Skolias nawiązał współpracę z wrocławskim
środowiskiem rockowym i bluesowym. Śpiewał w wielu zespołach,
m.in. „Nurt”, „Grupa 1111”, „Spisek Sześciu”, a prawdziwe zainteresowanie wzbudził swoimi dokonaniami w formacji „KRZAKi”. Przez
ponad rok współpracował z kultową grupą Osjan. Później brał udział
w innych, mniej lub bardziej eksperymentalnych projektach z zespołami „Tie Break”, „Pick Up”, „Free Cooperation”, a także (i tu zaczynają się Nazwiska!) Tomaszem Stańko, Terje Rypdalem, Nikosem Touliatosem, Bronisławem Dużym, Bogdanem Hołownią, Zbigniewem
Namysłowskim, Krzysztofem Knittlem.
Puzon się śmieje!
Najbardziej intrygującym z tych projektów jest duet z Bronisławem Dużym, absolwentem i wykładowcą Wydziału Jazzu i Muzyki
Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. To bardzo odważne zestawienie głosu z puzonem. – Zawsze lubiłem formy nietypowe,
a w muzyce jest to o tyle widoczne, że najczęściej śpiewający muszą się
podpierać instrumentami harmonicznymi (fortepian, gitara). Puzon
to instrument przepięknie brzmiący w całej menzurze. Ciepły, a więc
ludzki. Ważne w tym przypadku, kto na nim gra! Pan Bronisław Duży
to wybitny instrumentalista, muzyk wykorzystujący instrument
maksymalnie. Potrafiący wydobywać z niego kilka dźwięków na raz
– Skolias dość skromnie charakteryzuje swój duet. Tymczasem głos
i puzon w ich wydaniu wystarczą za całą orkiestrę, niosą ogromny ła-
dunek emocjonalny, wgniatają w podłogę, nie dają spać jeszcze przez
parę nocy po koncercie lub pierwszym przesłuchaniu płyty… Kto nie
usłyszy – nie uwierzy, na takie cuda nie ma mocnych! Potrzeba trochę odwagi, żeby w to wejść, ale ryzyko naprawdę się opłaca! – Śpiewam dla tych, którzy chcą tego słuchać. Wygląda na to, że dla przygotowanych, oczekujących od muzyki wyzwań, piękna i artyzmu. Ci
inni słuchają Krawczyka.
A płyty panowie nagrali już dwie: „DO IT” (Polonia Records, 2000)
i „Skolias Duży” (ZezIvony Records, 2006 – jeszcze świeżutka!). Na
najnowszej płycie bardzo efektownie bawią się elektroniką. – Zastosowanie elektroniki wynika z wymogów chwili. Puzon i wokal mają
tyle możliwości, że o znudzeniu nie ma mowy! Ciekawiło nas, jak nasza muzyka zabrzmi z elektroniką. Wyszło zachęcająco, więc postawiliśmy kropkę.
Czasem zapraszają do wspólnych występów Jana Pilcha, świetnego perkusistę. Wtedy dopiero się dzieje! Miałam przyjemność być na
koncercie, który zagrali jako World Trio i… objawy opisane powyżej
znam z autopsji.
Skolias niejedną ma twarz (i głos)
Poza licznymi, raczej jednostrzałowymi występami z różnymi muzykami (Nazwiskami i Osobowościami właśnie) i wspomnianym duetem, dość regularnie koncertuje z pianistami: Arturem Dutkiewiczem i Bogdanem Hołownią. Z tym ostatnim nagrał płytę „…tales”
(ZezIvony, 2005). We wszystkich tych projektach jest ten sam Jorgos
Skolias: niepokorny, nowatorski, zaskakujący, czarujący wspaniałym
głosem i śpiewający za każdym razem inaczej, doskonale odnajdujący
się w jazzie, bluesie, etno i właściwie dowolnej „żywej” muzyce. Z tego
powodu jego muzyka wymyka się wszelkim definicjom i nie daje zaszufladkować, a można ją nazwać jazzem tylko dzięki nieortodoksyjności i braku definicji tego nurtu muzyki.
Skąd ta różnorodność? – Interesują mnie różne części globu. Najchętniej jednak pływam w stronę, która jest mi najbliższa. Ta kraina nazywa się Emocja. Im głębiej w nią wchodzę, tym więcej w niej
znajduję. Oczywiście posiłkuję się różnymi technikami, ale one służą tylko głębszemu oddaniu intencji. Słucham Ludzi. Bywam z nimi
i przyjaźnię się. Kocham swoją Kobietę, Dzieci. Uwielbiam Muzykę.
Słucham, co ma mi do powiedzenia. Jestem Jej wierny i wiem, że Ona
mnie również.
Bez klasyki ani rusz!
Skolias lubi nawiązywać do klasyki bluesa i jazzu. Na koncertach,
zapowiadając jakiś stary utwór, lubi mówić, że to „standardy jazzowe naszej konstrukcji”. I rzeczywiście: śpiewa jakiś kultowy kawałek,
a publiczności przeciera oczy ze zdziwienia, że można to wykonać lepiej niż klasycy (pod warunkiem, że rozpozna utwór w nowej aranżacji). Szczególnie często Skolias wypomina plagiat Jimiemu Hen-
drixowi, dla którego powinno to być wyjątkową nobilitacją. Na obu
płytach z Dużym jest „Foxy lady”, ale to trzeba przeczytać na okładce, a później uwierzyć. Do tych utworów podeszli odważnie, ale z wielkim pietyzmem, pozwalając im „wybrzmieć”, udowadniając, że może
być więcej niż jedna doskonałość. – Hendrix jest mi bardzo bliski. Na
mojej płycie „…tales” śpiewam inny Jego utwór pt.. „Little wing” Tymczasem „Foxy lady” na „Do it” śpiewam sam, nakładając kilka głosów. Numer był nagrywany w „Studio experimental” w Thessalloniki
w Grecji. Na naszej drugiej płycie jest nagrany w duecie.
Muzyka w teatrze
sam reżyser zaprosił go do roli Fortuny w „Carmina 06”, monumentalnym widowisku uświetniającym zeszłoroczne Wianki w Krakowie.
Obecnie trwają przygotowania do wrocławskiej premiery nowego projektu Sambora Dudzińskiego „Picasso Konstaka”, który ma być spojrzeniem na sztukę XX wieku przez pryzmat twórczości Picassa, Erika
Satie i Milesa Davisa, koncertem, wystawą i spektaklem jednocześnie.
– Czasami jestem zapraszany do różnych projektów teatralnych, nie
ze względu na moje „aktorskie” umiejętności. Reżyserzy wykorzystują
mój głos, muzykę. Bardzo lubię tę współpracę, bo daje mi możliwość
kontaktu z inną energią. Na innych scenach. Dla innych odbiorców.
Choć także przygotowanych.
Słuchała, pytała i zachwycała się
Małgorzata Zawilska
Jorgos Skolias od pewnego czasu pojawia się też na pograniczu muzyki i teatru. Już czwarty sezon występuje w roli guślarza w sztuce
„Dziady. Gustaw – Konrad” w reżyserii Macieja Sobocińskiego, wystawianej w kultowym teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Ten
21
Back From The Dead
Zombie Girl to nowy projekt muzyczny Sebastiana R. Komora, znanego głównie z zespołu Icon Of Coil. Wokalnie wspomaga go
jego żona Renee. Realizowany przez tę parę
pomysł jest z jednej strony prosty, z drugiej
– nomen omen – świeży. Proponują muzykę
na pograniczu tanecznych, elektronicznych
brzmień i mrocznego, gotyckiego klimatu.
Muzyka okraszona zremiksowanymi tematami z „Nocy żywych trupów” dopełniona jest
tekstami o niezbyt wysokich walorach artystycznych. Nie przeszkadza to w żaden sposób, ponieważ muzyka Zombie Girl ma skłaniać raczej ku zabawie, niż ku kontemplacji.
Ciężko rozmyślać nad bólem istnienia, kiedy
ktoś śpiewa o… konsumpcji naszego mózgu.
To, co stanowi o wyjątkowości Zombie Girl
to specyficzny humor, ciężko uchwytny w słowach, obecny na każdym kroku, od pewnych
elementów muzyki, poprzez teksty („I cannot
help it, I have to obey… I’ll have to eat you if
you choose to stay”) po całą otoczkę, jaka towarzyszy temu wydaniu i całemu projektowi.
Wszystko to serwowane z odpowiednim dystansem i nutą autoironii.
„Back From The Dead” zawiera zaledwie
sześć utworów, z czego tylko cztery stanowią odrębne kawałki, a kolejne dwa to remiksy. Mają dać przedsmak tego, co ukaże się
z początkiem kwietnia w wydawnictwie Alfa-
Matrix – dwualbumowa edycja pierwszej LP
Zombie Girl, „Blood, Brains & Rock’n Roll”.
I właściwie tylko niezbyt już odległa data premiery zapowiadanego albumu ratuje „Back
From The Dead” przed znużeniem, bo do tej
EP-ki chce się wracać raz za razem, a z czasem
nawet tak dobre numery mogą się znudzić.
Najnowszy spektakl proponowany przez
teatr Ateneum jest lekki, miły i przyjemny
w swojej formie, a przy tym niepozbawiony
pewnego głębszego przesłania.
Piosenki Jana Kaczmarka, odpowiednio
opracowane i „udramatyzowane” na pierwszy rzut oka są poetyckim notatnikiem z epoki komunizmu. Prezentują ją jako rzeczywistość, która po prostu jest, nie oceniając,
ale jednocześnie demaskując przez ukazanie smutku i rozterek ludzi żyjących w „raju
na ziemi”, za jaki komunizm chciał uchodzić. Z drugiej strony, opowieść ta ma wymiar uniwersalny, gdyż pokazuje samotność
i zagubienie człowieka, które w pewnym sensie dotyczy każdego społeczeństwa, w każdej
epoce. Ten rodzinny album jest czarno – biały
(a właściwie szaro – szary) tylko w warstwie
wizualnej. Mieni się za to całą masą odcieni
wszelkich emocji: od miłości do nienawiści.
Wszystko to zostało przedstawione w żartobliwej i lekko baśniowej konwencji, która pozwala zarówno na lekkostrawną refleksję, jak
i dobrą, intelektualną zabawę.
Na uwagę zasługuje pewien pozasceniczny fakt dotyczący „Albumu rodzinnego”.
Otóż trzej najważniejsi (poza reżyserem i autorem scenariusza, Adamem Opatowiczem)
dla tego spektaklu artyści, mają za sobą epizody politechniczne. Jan Kaczmarek studiował na Wydziale Elektrycznym Politechniki
Wrocławskiej, gdzie poznał Tadeusza Drozdę, z którym założył Kabaret Politechniki
Wrocławskiej „Elita”. Andrzej Poniedzielski,
reżyser i współautor scenariusza, jest absolwentem Wydziały Elektrycznego Politechniki Świętokrzyskiej w Kielcach. Natomiast
gwiazda widowiska, obchodzący rolą w „Albumie rodzinnym” 50-lecie pracy artystycznej Jan Matyjaszkiewicz, dla aktorstwa prze-
rwał naukę na Wydziale Architektury naszej
Alma Mater.
Największym minusem spektaklu są wybitnie niestudenckie ceny biletów. A może
warto przy wejściu powołać się na swoje i tych
trzech panów „politechniczne pochodzenie”?
A później pomyśleć o przyszłorocznej GAPIE, bo nigdy nie wiadomo, czy inżynierski
tytuł wystarczy nam do szczęścia!
Krzysztof Grudnik
„Back From The Dead” (EP)
Zombie Girl
Alfa-Matrix, 2006
Małgorzata Zawilska
„Album rodzinny”
Scenariusz i reżyseria: Adam Opatowicz, Andrzej Poniedzielski
Teatr Ateneum, Scena Na Dole
Premiera: 3 lutego 2007
KSIĄŻKI
22
Geniusz umiera dwa razy.
Robert Anton Wilson (1932 – 2007)
bo nigdy dość się nie umiera…
I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów,
co kona!…
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich
już skończona!
(B. Leśmian – „Dziewczyna”)
11 stycznia o godzinie 4:50 czasu amerykańskiego zmarł Robert Anton Wilson. Była
to chronologicznie jego druga śmierć. Tym
razem ostateczna. Pierwszą „zaliczył” Bob
w 1994 roku, kiedy to niczego nieświadoma
pani Wilson otrzymała serię telefonów od
przyjaciół składających kondolencje z powodu śmierci męża. Męża, który siedział w pokoju obok i pracował nad kolejną książką. Sytuacja ta wyjaśnia Robertowe podejście do
śmierci, któremu bliżej było zdecydowanie do
humoru i groteski, niż zgrozy.
Na pięć dni przed śmiercią zamieścił na
prowadzonym przez siebie blogu notkę,
Dobre kłamstwo
Joseph Goebbels powiedział kiedyś, że
kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się
prawdą. Problem w tym, że prawda taka nie
jest prawdą obiektywną, a jedynie subiektywną dla danej grupy jej odbiorców. Z zewnątrz
nadal pozostaje kłamstwem. Takie kłamstwo
stanowi treść nowej książki Eve Ensler – „Dobre ciało”.
Najgłośniejsza chyba współczesna feministka, po zdobyciu ogromnej popularności
na rynku wydawniczym dzięki swoim „Monologom waginy”, powraca. Tym razem zajmuje się ciałem. Ciałem kobiecym, wraz
z wszystkimi jego niedoskonałościami. Krytykując kolejne formy oddziaływania na to
ciało, jego modelowania ku utrwalonym społecznie czy kulturowo wzorcom, autorka stara się przekonać liczne czytelniczki i nielicznych czytelników, że każde ciało jest piękne,
każde jest dobre.
Książka ta jest niczym innym jak tylko
poklepywaniem po (bardzo szerokich) plecach kobiet, które nie mają wystarczająco
w której przyznawał, iż różni specjaliści dają
mu od dwóch dni do dwóch miesięcy życia.
Skwitował informację w charakterystyczny
sposób: „Spoglądam w przyszłość bez przesadnego optymizmu, ale i bez strachu. (…)
Proszę, wybaczcie moją lekkomyślność, nie
potrafię traktować śmierci serio. Wydaje mi
się absurdem”.
Robert Anton Wilson zdobył popularność
i uznanie jako współautor trylogii Illuminatus! gdzie wspólnie z Robertem Shea w humorystycznym stylu odkrywali przed czytelnikiem zadziwiającą mieszankę faktów
i wydumanych teorii spiskowych, określanych przez Wilsona jako „obciąganie mózgu”
(mindfuck). W swych późniejszych publikacjach często powracał do spiskowych teorii.
Krytycznym spojrzeniem oceniał różne systemy religijne, wytrwale obalając wszelkie
dogmaty, poddając w wątpliwość każdą prawdę absolutną. Daleki był od wartościowania,
zwykle zamykał swój osąd w powtarzanej
niemal mantrycznie formule: być może.
Przez swoją twórczość, życie i pracę propagował idee dyskordianizmu, popularyzował
inicjatywy kontrkulturowe. Sprzeciwiał się
ostro wszelkim sposobom ograniczania wolności osobistej. Jako doktor psychologii z kalifornijskiego uniwersytetu prowadził badania
naukowe w różnych dziedzinach psychologii,
fizyki i socjologii. Był zwolennikiem ośmioobwodowego modelu świadomości doktora
Timothy Leary’ego oraz inżynierii neurosomatycznej. Zaangażowany był w promowanie futurystycznych idei kosmicznej migracji,
przedłużania życia i technologii zwiększania
inteligencji.
Jego wkład w myśl współczesnej kontrkultury i futurologii jest nieoceniony.
W Polsce ukazały się następujące książki
Wilsona: trylogia Illuminatus! (Oko w piramidzie, Złote jabłko, Lewiatan), Seks, narkotyki i okultyzm, Kosmiczny Spust czyli Tajemnica iluminatów, Powstający Prometeusz.
wiele samozaparcia, odwagi i uporu, aby zadbać o własne ciało, własną sprawność i kondycję. Łatwo zanegować istotę piękna, przypisując ją czynnikom kulturowym. I owszem
– jest w tym pewna racja. Ale nie oznacza to
automatycznie, że wyzwolone piękno ogarnia
wszystko. Musi istnieć jakaś antyteza.
Nikt nie jest doskonałym. To wie także pani
Ensler. Gdy przyjmiemy to za punkt wyjścia,
zarysują się przed nami dwie drogi. Ta, którą
proponuje autorka, jest drogą akceptacji własnej niedoskonałości. Drogą złudnie szczęśliwego rozleniwienia, stagnacji. Drugą drogą jest dążenie ku ideałom. Można to robić
z głową albo na oślep. Tylko ten drugi wariant
zdaje się dostrzegać pisarka. Przedstawione w książce przykłady kobiet, które forsują
się, aby uzyskać pożądaną sylwetkę, są przejaskrawione. Nic dziwnego, że ogarniająca je
psychoza jest zdecydowanie mniej atrakcyjna
niż opychanie się łakociami na kanapie. Świat
nie jest przecież czarno-biały.
Ciekawe, jak przedstawia się defi nicja „dobrego ciała”. Choć nie zostało to w tej książce
jasno określone, to wyłania się z niej obraz ciała akceptowanego. Niedoskonałego, lecz jed-
nocześnie takiego, jakim być powinno z racji
jakiejś (jakiej?) predestynacji. Czy takie jest
dobro? Czy ciało nie powinno być użyteczne? Powinno służyć nam jako narzędzie, a nie
ograniczenie. Dlatego nie ma niczego dobrego w nadwadze. Podwyższone ryzyko zawału
nie jest dobre. Podobnie położenie otyłej osoby mieszkającej na dziesiątym piętrze w chwili awarii windy też nie jest dobre. A ku takiemu „dobru” namawia ta książka.
„Dobre ciało” będzie z pewnością sprzedawać się doskonale. Łatwo przewidzieć tłumy
nieatrakcyjnych feministek, które wyniosą ją
na piedestał „kobiecości”. Utwierdzane w poczuciu własnej „siły” podrzucą Ensler w górę
list bestsellerów. A potem wrócą na swoje wysiedziane kanapy z zapasem batoników, oglądając kolejny odcinek Jerrego Springera.
Krzysztof Grudnik
„Dobre ciało” („The good body”)
Eve Ensler
W.A.B., 2007
COFAMY SIĘ?
„Nie wiem, czy warto mówić to, co powiem, ponieważ mam świadomość, że zwracam się do tłumu idiotów o rozmiękczonych
mózgach i jestem pewny, że nic nie zrozumiecie” – to początek jednego z wykładów opublikowanych w książce. Bez obawy. To tylko chwyt retoryczny. Eco chętnie podejmuje
próbę przedstawienia nam współczesnego
świata, a przynajmniej realiów cywilizacji Zachodu. W tym zbiorze artykułów i wykładów
z lat 2000-2005 Eco porusza bardzo różne te-
maty. Pisze o scenie politycznej we Włoszech,
wojnie w Iraku i kwestii trzymania tam wojsk
włoskich, ale rozprawia także o wojnie w ogóle, o mediach, o tolerancji i rasizmie, o nowoczesnej nauce i wielu innych kwestiach, których nie sposób wymienić, a które opisują
polityczne, obyczajowe i kulturowe przemiany współczesnej cywilizacji Zachodu.
Eco przeskakuje z tematu na temat; momentami można mieć wrażenie, że jest to
nieprzemyślany zbiór artykułów. Jednak po
ich lekturze wyłania się dość spójny i bardzo
przygnębiający obraz cywilizacji Zachodu.
Cywilizacji, która raczej cofa się, niż rozwija. Eco bezlitośnie, czasem kontrowersyjnie,
a w każdym razie porywająco odsłania sfery, w których dokonują się negatywne przemiany. W „Il Mattino” napisano: „Od samego początku, od swojego debiutu, Eco zawsze
stawia pytania o rzeczy najważniejsze, z niezwykłą kompetencją i niezrównaną umiejętnością zmieniania fi lozofii w fascynują-
cą opowieść”. Dlatego jest to książka, którą
przyjemnie się czyta, ale także do której będzie się powracać, chcąc lepiej zrozumieć otaczającą rzeczywistość.
Można się czasem z przemyśleniami Umberto Eco nie zgodzić. Więcej – trudno popierać go w każdej poruszanej w książce kwestii.
Ale bardziej, niż postawienie jednoznacznej
diagnozy współczesnej cywilizacji, jego celem jest zwrócenie uwagi na pewne problemy
i zainicjowanie dyskusji. Bo jak sam napisał:
„Intelektualiści nie przezwyciężają kryzysów,
oni je wywołują”.
Uczestnicy pytani skąd wzięło się słowo
slam, nie są do końca pewni. Niektórzy twierdzą, że ma ono swoją angielska etymologię
i oznacza bełkot. Inni twierdzą, że słowo to
wiąże się z jakimś sposobem rapowania. Niezależnie od tego, jak jest naprawdę, na warszawskim slamie nie było ani bełkotu ani rapowania.
Pierwsze slamy reklamowano hasłem
,,Przyjdź pokrzyczeć na poetów”. Idea zakładała uwolnienie poezji od tomików konkursów poetyckich z szanownym jury i nudnych
wieczorków poetyckich. Miało być żywo, naturalnie i przede wszystkim emocjonalnie.
Widownia miała krzyczeć na marnych poetów i nosić na rękach tych wielkich.
Tyle jeśli chodzi o założenia. W istocie warszawskie slamy dalekie są od tych pierwotnych stworzonych jeszcze w Anglii (ojczyźnie
slamu) założeń. Widownia w Cafe Kulturalnej (organizator slamu) to głównie młodzi ludzie, którzy nad szklanką piwa z papierosem
w ręce czekają na występy kolejnych poetów.
Oczywiście większość słuchaczy to studenci dobrze obeznani w aktualnych trendach
w kulturze, którzy na slam przychodzą zarówno z ciekawości, jak i z potrzeby obco-
wania z kulturą. Nie trudno zgadnąć, że taka
widownia nikogo nie wygwiżdże, co najwyżej ziewnie i powie, gdzie już daną frazę słyszała.
Zdecydowanie ciekawiej jest na scenie. Tutaj mamy cały przekrój wiekowy i społeczny.
Oprócz zbłąkanych z innych epok młodych
poetek, tudzież początkujących młodych
gniewnych występują też ludzie dojrzali, młodzi prawnicy w garniturach, prawdziwe femme fatale o głębokim głosie i szalone
dziewczyny z dredami. Publika ceni głównie
oryginalność – nie trafi się do niej wierszem
o poszukiwaniu siebie, ani nawiązującym do
lektury szkolnej. Można ją natomiast rozbawić – fraszki, humoreski, zabawne puenty –
wszystko jest tu traktowane na równi z poezją egzystencjalną czy metafizyczną. Długość
wiersza nie gra roli – nie ważne, czy przedstawi się poemat (trzeba się zmieścić w trzech
minutach), czy wygłosi dwuwiersz, widownia zareaguje zgodnie z własnym pierwszym
odczuciem. Najważniejsze są tu jednak zdolności samego mówiącego – wiersz nie tylko trzeba powiedzieć, ale i w pewien sposób
odegrać, dając wyraz emocjom – to właśnie
po nie publika przychodzi na slamy znudzo-
na obojętnością słowa, które znajduje w tomikach poetyckich. Slamy mają formułę konkursu, przez co wywołują dodatkowe emocje
– występujący są stremowani, świadomi, że
walczą o glosy widowni, zaś siedzący na sali
szybko wybierają swoich ulubieńców, których
wspierają nadzwyczaj entuzjastycznie.
Czy oznacza to jednak, że slamy są popisem żywego słowa i żywej na nie reakcji? Cóż,
tutaj można mieć wątpliwości. Wychowana
na micie romantyzmu polska młodzież ma
do poezji podejście jednoznaczne – powinna być wielka podobnie jak sam poeta. Dlatego wśród przedstawionych utworów dominuje głownie miłość i poszukiwanie samego
siebie. Widownia też zdaje się być bardziej powściągliwa, niż by to wynikało z proponowanej formuły. I tak warszawskie slamy, które miały być kontrą wobec oficjalnej kultury,
stały się bardzo przyjemnymi wieczorkami
młodych poetów wzbogaconymi o konkurs
z nagrodą finansową.
Ósmego lutego do księgarń trafi ła najnowsza książka Umberto Eco „Rakiem. Gorąca wojna i populizm mediów”. Bardziej, niż
postawienie jednoznacznej diagnozy współczesnej cywilizacji, celem Eco jest zwrócenie uwagi na problemy współczesnego świata i zainicjowanie dyskusji.
Barbara Doraczyńska
„Rakiem. Gorąca wojna i populizm mediów”
(„A passo di gambero.
Guerre calde e populismo mediatico”)
Umberto Eco
WAB, 2007
Katarzyna Czajka
23
FILMY
24
HART DUCHA
Sport i fi lm to apetyczna mieszanka. Sport
jest równoprawnym bywalcem w kinematografii obok komedii, dramatu i sensacji. Zainteresowanie fi lmowców tym tematem nie jest
bynajmniej bezpodstawne.
Abstrahując od częstych frazesów w stylu, że regularne uprawianie sportu wpływa
pozytywnie na nasze zdrowie, a poza tym
wzmaga nasz hart ducha, można śmiało powiedzieć o sporcie, że jest świetną rozrywką, zarówno dla aktywnie go uprawiających,
jak i dla samych obserwatorów. Z tego faktu
przemysł fi lmowy czerpie garściami korzyści, gdyż fi lmy o tematyce sportowej cieszą
się olbrzymim powodzeniem u szerokiej rzeszy widzów. Nie sposób wymienić, które dyscypliny wyświetlono na srebrnym ekranie.
Poczynając od ulubieńców amerykańskich
fi lmowców, footballu i baseballu, przez golf
a kończąc na tenisie stołowym. Uzbierałby się
całkiem spory dzbanuszek. Są wśród nich takie, które w chwili premiery wyznaczały nowe
standardy w sztuce fi lmowej i stanowiły milowy krok w fi lmografii sportowej.
Rocky pięć… tysięcy
Jedna z najbardziej brutalnych i najbardziej
męskich dyscyplin sportowych, boks. W tej
dyscyplinie, jak mało w której wszystko zależy od jednej osoby, boksera. To tylko od jego
siły i sprytu zależy rezultat pojedynku. W ciągu kilkudziesięciu lat boks wykreował kilka
barwnych postaci. Należy wspomnieć słynnego amerykańskiego boksera Muhhamada Ali.
Nasi rodzimi sportowcy również zapisali się
w światku bokserskim, jak Dariusz Michalczewski, czy też Andrzej Gołota. Ten ostatni był bohaterem nie tylko stricte sportowych
wydarzeń. Swego czasu spędził noc w areszcie za podszywanie się za policjanta. Używał
w tym celu pamiątkowej odznaki policyjnej,
którą otrzymał od chicagowskiej policji.
Światek fi lmowy również ma swoich czempionów. Jednym z najsłynniejszych jest niejaki Rocky Balboa, bohater serii fi lmów
o wdzięcznym tytule „Rocky”. Film opowiada historię niezwyciężonego Rockiego Balboa, chłopaka z biednej rodziny, który pnie
się na szczeblach bokserskiej kariery. Kluczową rolę w fi lmie odgrywają widowiskowe sceny walki. Schemat tych sentencji jest dziecinnie prosty. Nasz bohater z początku wygrywa,
później dostaje ciężkie cięgi, a na koniec zostaje oczywiście bohaterem wieczoru.
Fabuła tych fi lmów była tak prosta i infantylna, że Leslie Nielsen nie omieszkał w jednej
ze swoich komedii naigrywać się z kolejnych
serii Rockiego. W scenie przedstawiającej życie ludzkie za kilkaset lat w odbiorniku wizualnym przedstawiona jest reklama fi lmu,
a w niej lektor zachęcający do obejrzenia kolejnej części przygód niezłomnego Balboa
o tytule „Rocky 5000”. Ta cięta riposta okazała się trafnym spostrzeżeniem, gdyż formuła
fi lmów o dzielnym Rockym wypaliła się. Ale
Sylwester Stallone nie dostrzega tego i z uporem maniaka szuka chętnych do nakręcenia… szóstej części Rock’ego. Pewnie nikt nie
zgadnie, o czym tym razem będzie.
Ja nie drukuję
Zasad piłki nożnej chyba nikomu wyjaśniać nie trzeba. Zupełnie inną stronę sportu
zaprezentował w fi lmie „Piłkarski poker” reżyser Janusz Zaorski. Bynajmniej nie ma tu
mowy o grze fair play. Film opowiada historię
byłego piłkarza Laguny (w tej roli rewelacyjny
Janusz Gajos), który pracuje teraz jako sędzia.
Stara się w miarę uczciwie sędziować, ale na
zakończenie swojej karierę zamierza dokonać
największego przekrętu w swoim życiu, co
wychodzi mu z mieszanym skutkiem.
Twórcy obrazu przedstawili obłudę panującą
w polskim środowisku piłkarskim. Ciekawym
motywem jest nazywanie przez Lagunę swojej żony Łapówka, z którą zapoznali go działacze lokalnego klubu piłkarskiego, a to wszystko w ramach… łapówki. „Piłkarski poker” jest
źródłem ciekawego neologizmu. Pojęcie „wydrukować” znaczy inaczej sprzedać mecz.
Rydwany nadziei
Lekkoatletyka uważana jest za królową
sportu. Na początku lat osiemdziesiątych powstał kultowy fi lm „Rydwany ognia” przedstawiający dzieje dwóch biegaczy. Jeden jest
praktykującym katolikiem a drugi Żydem.
Różni ich tradycja, kultura, status społeczny.
Łączy niewiele, wola walki. Obraz oparty jest
na autentycznej historii, opowiadającej historię dwóch brytyjskich sportowców, Erica Lidella i Harolda Abrahamsa.
Do „Rydwanów” muzykę skomponował
słynny grecki twórca muzyki elektronicznej,
Vangelis, za którą otrzymał statuetkę amerykańskiej Akademii Filmowej. W fi lmie zaprezentowano sport w najczystszej postaci,
nieskażony fetorem wielkich korporacji i dopingu. Warto wiedzieć, że dawniej nie można
było korzystać przygotowując się do olimpiady z osobistego trenera. W dzisiejszych realiach, gdzie z zegarmistrzowską precyzją dietetyk ustala grafi k żywieniowy, to brzmi jak
absurd.
Jerry
Amerykański football to samograj jeśli
chodzi o tematykę fi lmową. Scenarzyści zdają sobie z tego doskonale sprawę. Okres kariery każdego sportowca jest uzależniony
oczywiście od dyscypliny, którą on uprawia.
Istotnym elementem jest również wybór odpowiedniego agenta sportowego. Jest to taka
osoba, która jest odpowiedzialna za wizerunek sportowca, jego kontrakty oraz oczywiście finanse. Film „Jerry Maguire” opowiada historię błyskotliwego agenta sportowego,
którego kariera powoli stacza się w przepaść.
Kolejni reprezentowani przez niego sportowcy rezygnują z jego usług. Pozostaje z nim
tylko jeden, ten najmniej doceniany, Tidwell
(Cuba Gording), który widzi w Jerrym swojego wybawcę. I tak zaczyna się historia przyjaźni.
Film należy pochwalić za wartkie tempo i realistyczny scenariusz. To była pierwsza wielka rola Renee Zellweger, tuż przed
„Dziennikiem Bridget Jones” i „Chicago”.
„Jerry Maguire” opowiada o tym, że nawet
najwięksi cynicy okazują się być ludzcy. Czasami przestają postrzegać sportowca jako
maszynkę do zarabiania pieniędzy. Tylko, że
wtedy mogą stracić pracę.
Walka z przeciwnościami
Czy bokser może być osobą wrażliwą i na
dodatek studiującą na wyższej uczelni. Tak,
jeżeli oglądamy historię Jake’a Harda, bohatera fi lmu „Annapolis”. W tym fi lmie został uchwycony nieco inny aspekt boksu. Tytuł fi lmu jest jednocześnie nazwą wysepki,
na której siedzibę ma elitarna Amerykańska
Akademia Marynarki Wojennej. Główny bohater, Jake Huari (James Franco) od dzieciństwa marzy o służbie w marynarce wojennej.
Życie go nie oszczędzało. Za młodu zmar-
ła mu matka, a ojciec, spawacz w pobliskiej
stoczni, nie bardzo kwapi się z posyłaniem
syna na studia. Raczej widziałby go jako swojego następcę. Kiedy wreszcie dostaje się na
upragnione studia oficerskie, na jego drodze
do dyplomu staje sadystyczny oficer Cole (Tyrese Gibson). Cała rywalizacja przenosi się na
ring, gdyż obydwaj panowie są zawodowymi
bokserami.
Twórcy fi lmu przekonują nas, iż poprzez
sport możemy rozwiązać niejeden konflikt.
„Annapolis” to kawał dobrego kina. Nie sposób oprzeć się jednak wrażeniu, że także reklama amerykańskiej marynarki. Czyżby aż
tak źle było tam z rekrutacją, że generałowie
sięgają po taką formę reklamy?
Tylko ćwiczyć
uprawia. Gdzieniegdzie da się zaobserwować
amatorów biegów, piłki nożnej, czy siłowni.
Należy pochwalić Studium Wychowania Fizycznego i Sportu PW za szeroki wachlarz
wyboru, jaki oferuje naszym studentom. Od
tenisa stołowego, po turystkę a kończąc na
kick-boxingu. Brakuje chyba tylko wyjść do
kina…
A jak to jest z tym sportem na naszej kochanej Alma Mater? Przeciętny student, oprócz
siedzenia przed komputerem, coś tam zawsze
Łukasz Sokołowski
Złoto i jadeit na zewnątrz, zgnilizna i zepsucie wewnątrz
Akcja najnowszego obrazu Zhanga Yimou dzieje się – a jakże –
dawno, dawno temu w Chinach. Tym razem bohaterami są członkowie rodziny królewskiej, niemniej jest równie krwawo i dramatycznie
jak w poprzednich fi lmach tego reżysera: „Hero” czy „Dom latających
sztyletów”. Na szczęście dla widzów, efekty przeczące prawom fizyki są nieliczne, choć Zhang najwidoczniej lubuje się w niezwykle mobilnych postaciach, walczących zaciekle pomimo ostrzy sterczących
z pleców.
Można wybaczyć, bo na ekranie jest pięknie. W porównaniu do
wcześniej wymienionych „Hero” i „Domu…” sama historia przedstawia sobą odrębną wartość i nie jest tylko pretekstem do pokazania imponujących zdjęć. Moim zdaniem to najlepszy fi lm Zhanga dystrybuowany w Polsce od czasów „Zawieście czerwone latarnie”.
Na szczególną uwagę zasługuje Gong Li, występująca w roli tytułowej Cesarzowej (oryginalny tytuł to „Klątwa Złotego Kwiatu”). Wprost
nie można oderwać oczu od bajecznych makijaży i szat, będących imponującą oprawą dla jej urody. Dla wielbicieli talentu aktorki to miła
odmiana po „Miami Vice”, w którym Li nie miała szansy zaprezentować swojego kunsztu. Tu jej bohaterka to kobieta w tragicznym położeniu, której egzystencja jest zdominowana przez samotność, potrzebę miłości, lęk, nierzadko i zazdrość. I widać to od pierwszych scen
z jej udziałem.
Drugą gwiazdą jest Chow Yun Fat, kojarzony zapewne z rolami
szlachetnego wojownika z „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka”
oraz dobrego króla z „Anny i króla”. Tym razem jako mąż Cesarzowej jest czarnym charakterem w przedstawionej historii i jak każda
z postaci ulega namiętnościom, nie bacząc na wartości, których powi-
nien strzec. To całkowicie odmienny portret władcy od tego w „Hero”
– tam cesarz uosabiał pewien ład, o którym teraz nowi bohaterowie
Zhanga zaledwie wspominają.
Widzowie zdążyli się już przyzwyczaić do rozmachu i oszałamiającej liczby statystów występujących w chińskich produkcjach, które do
nas dochodzą. „Cesarzowa” miała odebrać „Przysiędze” miano najdroższego fi lmu w historii chińskiej kinematografii. O ile po „Przysiędze” trudno byłoby się tego domyślić, o tyle po „Cesarzowej” na pierwszy rzut oka widać wysiłek i środki włożone w realizację. Tworzenie
samych kostiumów rzeszy krawcowych zajęło kilka miesięcy – każda
z szat członków rodziny cesarskiej jest ręcznie haftowana złotą nicią
i zdobiona kamieniami, a co bardziej wystawne mają po kilka warstw.
Nie dziwi zatem nominacja do Oscara dla Chung Man Yee w kategorii „najlepsze kostiumy”.
Oliwia Pluta
„Cesarzowa”
(„Man cheng jin dai huang jin jia”)
Reż. Yimou Zhang
Chiny , Hongkong, 2006
Dystrybucja: Best Film
W kinach od 16.03.2007
Quo vadis Molly?
Każdy z nas, świadomie czy nie, chwyta się kurczowo pewnych rzeczy, mianuje je
celami życiowymi i dąży do nich za wszelką
cenę. Rozum wtedy ustępuje miejsca marzeniom, nadzieja przepędza rozsądek. Tytułowa
Molly, Irlandka, chwyciła się Marcina – mężczyzny pracującego w Wałbrzyskiej kopalni,
z którym spędziła jedynie 24 godziny w swoim ojczystym kraju. Mając serce za przewodnika młoda dziewczyna wyrusza w podróż do
Polski.
Film jest pełnometrażowym debiutem
Emily Atef. Reżyserka urodziła się w Berlinie, ma korzenie francusko – irańskie, dzieciństwo spędziła w Stanach Zjednoczonych,
pracowała jako aktorka z Anglii. Nie dziwi
zatem monokulturowość w fabule jej najnowszej produkcji, w której aktorzy (głównie Polacy) mówią praktycznie w trzech językach.
Nie dziwi również, a może nawet więcej – fascynuje – sposób patrzenia Emily, jak również samej Molly, na polską rzeczywistość.
Nie jest to szare i brudne blokowisko, gdzie
ludzie żyją bez perspektyw w beznadziei
i osamotnieniu. W śląskim miasteczku kolory wydobywają się ze starej rdzy, kopalnie
i koksownie zachwycają swoim rozmachem
i niezwykłością, a mieszkańcy żyją… inaczej,
w swoim świecie. Prostytutki, handlarze, policjanci, górnicy… Ci ostatni nie są zapijaczonymi biedakami a raczej nową rasą ludzi
– tajemniczą i fascynującą. A nasza bohaterka uparcie szuka swojego wybranka. Szuka i obserwuje, również starając się naprawić
pewne rzeczy, rozmawiać, poznawać niczym
Mały Książę. Molly na tle Polski jest inna, ale
i sama Polska staje się niezwykłym autonomicznym i duchowym bytem na jej tle.
Słowa taksówkarza (w tej roli Mirosław
Baka, niezwykle pomysłowa aluzja, jeśli pamiętamy „Krótki fi lm o zabijaniu”), wymówione z trudem, łamaną angielszczyzną są
w zasadzie kluczem do zrozumienia tego fi lmu. Chwytać się nadziei – owszem, ale jeszcze chwytać się jej mądrze. Potrafić się wycofać. A wszystko to powiedziane w sposób
bezpretensjonalny, cichy z lekkim uśmiechem. Zwykła taksówkarska porada życiowa,
jakich słyszeliśmy setki. A jednak trafia.
Wiele jest w tym fi lmie spontaniczności,
ponoć niektóre sceny były nawet improwizowane (dancing). Owszem, część scenariu-
sza wydaje się nazbyt naiwna, niektóre rozwiązania przypadkowe, sytuacje i spotkania
trochę nieprawdopodobne, jednak nie przeszkadza to w rozsmakowywaniu się ciepłem,
jak również dramatem tej produkcji. Świetna
rola Mairead McKinley, bardzo dobra muzyka (między innymi dzieła Chopina) i genialne zdjęcia ukazujące piękno śląskiego krajobrazu. Bohaterowie niejednoznaczni, nikt tak
właściwie nie jest z gruntu dobry lub zły. Zakończenie pomysłowe, poniekąd otwarte na
widza, który sam może dopisać dalszy ciąg
wydarzeń… A co się zdarzy po napisach końcowych? Czy potrafimy marzyć tak jak Molly?
Czy potrafimy dobrze wybierać nasze drogi?
Tomasz Piętowski
„Droga Molly” („Molly’s way”)
Reżyseria: Emily Atef
Niemcy 2005
Dystrybucja: Gutek Film
W kinach od 23.03.2007
25
26
Mamy kolejny fi lm dotykający tematu wojennej spirali przemocy
oraz próby ucieczki (zazwyczaj nieudolnej) przed traumą, jaka pozostaje po okrutnych doświadczeniach. Bohaterowie nie są jednak przedstawieni z gruntu psychologicznie, co często wzmaga u widza poczucie
skrajnej empatii, jak to było w przypadku fi lmu „Życie ukryte w słowach”. Tutaj postaci są jakby odzwierciedleniem kultury, w jakiej zostały wychowane, a ich upadek i śmierć jest jednocześnie zanikiem całej cywilizacji, powrotem do stanu chaosu.
Produkcja Francisco Vegasa opowiada o grupie 3 muzyków (najstarszym Plutarco, jego synu i wnuku), którzy zarabiają na życie grając
w barach i na ulicach. Wspomagają oni również meksykańska partyzantkę. Indianie chcący zachować własną tożsamość zmuszeni są walczyć z rządem próbującym za wszelką cenę spacyfi kować co bardziej
wrogo nastawione wioski. Problem ten dotyka Meksyk praktycznie
od początku XX wieku, również i teraz. Reżyser pokusił się również
o wiele aluzji do współczesnego życia politycznego tego kraju, przesłanie fi lmu pozostaje jednak jak najbardziej uniwersalne.
„Skrzypce” to obraz czarno-biały, o niskim kontraście. Estetycznie może sprawiać odpychające wrażenie, zabieg ten wydaje się jednak
bardzo dobrze przemyślany. Cała kolorowa, pełna życia kultura Meksykańska została w pewien sposób wymordowana, pozbawiona barw
i swoistych sił witalnych. Historia wciąga mniej więcej od połowy, pod
koniec (w szczególności dwie ostatnie sceny stanowią smakowitą esencją całej produkcji) już hipnotyzuje. Akcja toczy się dość wolno, zresztą ma się wrażenie, że fi lm został na siłę przedłużony, a nie jest to wra-
Dla Polaków „Strajk” Volkera Schlondorffa to nie tylko opowieść
o wydarzeniach 1980 roku. To głos w dyskusji, kto tak naprawdę był
inicjatorem walki o polityczne przemiany.
Ci, którzy spodziewali się po „Strajku” rekonstrukcji wydarzeń roku
1980, czy bezpośredniego podkreślenia roli, jaką odegrały te wydarzenia w historii Europy, mogli się rozczarować.
Film jest w istocie historią życia Anny Walentynowicz (fi lmowa Agnieszka Kowa lska) od czasów, kiedy była nagradzana za wykonywanie
270% normy pracy, przez lata rozczarowań pracą w stoczni i w ogóle
otaczającą rzeczywistością, aż do otwartego przeciwstawienia się systemowi w 1980 roku. Poznajemy nie tylko historię pracownicy stoczni, ale także kobiety – matki, która musi sama wychować dziecko,
żony, potem wdowy. Walentynowicz pokazano jako postać stanowczą
i charyzmatyczną, ale jednocześnie skromną.
Dla Polaków ten fi lm to głos w dyskusji, kto tak naprawdę odpowiada
za sukces stoczniowców strajkujących w Stoczni Gdańskiej. Czy Lech
Wałęsa (w tej roli Andrzej Chyra), który kojarzy się nie tylko Polakom
z wydarzeniami roku 1980, jest rzeczywiście ich głównym inspiratorem, czy tylko ikoną? „Strajk” przedstawia Annę Walentynowicz jako
inicjatorkę walki o polityczne przemiany. Volker Schlondorff, który
dotykał już historii Polski przy okazji realizacji „Blaszanego bębenka”, pokazał życie Walentynowicz w sposób na wpół legendarny. Jak
sam przyznaje, jego celem nie było przedstawienie kopii historycznej
postaci, ale jej wyobrażenia. Być może jest to powód wątpliwości, które miała Walentynowicz podczas realizacji fi lmu.
Obawy mogła wzbudzać też kwestia obsady głównej roli. Sama
Katharina Thalbach grająca Agnieszkę powiedziała: „Kiedy Volken
żenie bezpodstawne – pierwotnie bowiem „Skrzypce” były krótkim
metrażem.
Zachwycająca jest rola Dona Angela Trviry, który wcielił się w postać Plutarcha. Ten starszy, sympatyczny człowiek, z wyglądu grubo
po siedemdziesiątce, został doceniony i nagrodzony w Cannes. Celowo użyłem słowa „sympatyczny człowiek” a nie „aktor”, bowiem Don
Angelo aktorem nie jest. To meksykański okaleczony (amputowana
dłoń) skrzypek, a fi lm Vegasa był jego debiutem przed kamerą. Debiutem, jak by nie patrzeć – niezwykle oryginalnym.
„Skrzypce” są produkcją udaną. Wiele jest momentów trzymających
w napięciu, wiele można wynieść z tego fi lmu. Całość skonstruowana
poprawnie, chociaż jak już pisałem, lepiej by chyba ta cała historia prezentowała się w fi lmie krótkometrażowym. Sprawiałaby wrażenie bardziej spójnej i konkretnej. Na pewno jednak dla ciekawej muzyki, niezwykłej roli Traviry oraz dla ostatnich, absolutnie kongenialnych scen
do kina wybrać się warto.
Tomasz Piętowski
„Skrzypce” („El Violin”)
Reż. Francisco Vergas
Meksyk, 2006
Dystrybucja: Manana
W kinach od 2.03.2007
Schlondorff powiedział mi, że chętnie nakręciłby „Strajk” ze mną
w roli głównej miałam obawy, czy jako Niemka powinnam przyjąć
rolę tej postaci – kogoś tak ściśle związanego z historią Polski.” Aktorka jednak doskonale wyczuła atmosferę realiów. Jedyny minus to dubbing, do którego ciężko się przyzwyczaić.
Tłem fi lmu jest życie stoczni. W fabułę wpleciono zdjęcia archiwalne – ze strajków 1970 i wydarzeń 1980 roku, a także ze zwykłych dni
pracy stoczni. Ale wrażenie robią także ujęcia Andreasa Hofera, który
tak nakreślił to, co chciał uchwycić: „Niebo i woda, a pomiędzy nimi
ludzie i stal niebotycznych wręcz rozmiarów.” Efekt potęguje muzyka Jeana Michela Jarre’a, która nieodłącznie już kojarzy się z Gdańskiem.
Z jednej więc strony fi lm jest zrealizowany z rozmachem, z drugiej
jest bardzo polski (bardziej niż można było się spodziewać po fi lmie
realizowanym w dużym stopniu przez Niemców), nie tylko przez pokazanie ważnych momentów najnowszej historii Polski, które stanowią ostatnią część fi lmu, ale głównie dzięki rekonstrukcji polskiej rzeczywistości dnia codziennego w drugiej połowie XX wieku.
Barbara Doraczyńska
„Strajk” („Strajk – Die Heldin von Danzig“)
reż. Volker Schlondorff
Niemcy, Polska, 104 min.
dystrybucja: Best Film
W kinach od 23.02.2007
OSKARIADA
2007
Trwają przygotowania do szóstej edycji Międzynarodowego Forum Niezależnych Filmów Fabularnych „Oskariada”. Tegoroczna impreza odbędzie się w dniach 18-22 kwietnia w warszawskiej Kinotece.
Podobnie jak w przypadku poprzednich edycji, Oskariada nie będzie
wyłącznie festiwalem kina offowego. Będzie to wydarzenie traktujące
niezależną twórczość fi lmową na wielu płaszczyznach i prezentujące ją
w różnorodnych formach.
Oczywiście podstawowym fi larem imprezy – jak co roku – będzie konkurs fi lmowy skupiający najciekawsze europejskie produkcje wywodzące się z nurtu niezależnego. Definicja „niezależności”
w przypadku Oskariady traktowana jest jednak dosyć szeroko – w konkursie zostaną zaprezentowane zarówno etiudy studenckie, jak i profesjonalne filmy pełnometrażowe,
nie zabraknie także miejsca dla produkcji całkowicie amatorskich. Celem konkursu jest nie tylko zaprezentowanie
najlepszych fi lmów, ale także ukazanie wielowymiarowości zjawiska, które określamy obecnie mianem kina niezależnego i tego, jak kształtuje się ono w poszczególnych
państwach europejskich.
Z kolei inicjatywą skoncentrowaną na promocji rodzimej
produkcji fi lmowej będzie trzecia już edycja nagród polskiego
kina niezależnego – OFFskarów. Trofea te stały się tradycyjnym podsumowaniem rocznej produkcji polskiego kina niezależnego. Nominacje w kategoriach: najlepszy fi lm, reżyser,
autor scenariusza, operator, montażysta, aktor i aktorka przyznawane są w ciągu całego roku przez składy jurorskie
kluczowych festiwali fi lmowych w całej Polsce. W trakcie Oskariady będziemy mieli okazję zobaczyć w jednym
miejscu i jednym czasie wszystkie fi lmy niezależne nagrodzone na najważniejszych imprezach kina offowego.
Filmy nominowane oceniać będzie OFFowa Akademia
Filmowa, wieloosobowe jury składające się z czołowych
przedstawicieli polskiej branży fi lmowej i telewizyjnej (w latach ubiegłych byli to m.in.: Michał Kwieciński – reżyser i producent fi lmowy,
Andrzej Sołtysik – dziennikarz oraz aktorzy: Jan Machulski, Joanna
Szczepkowska i Mateusz Damięcki).
Oskariada to także liczne pokazy specjalne oraz otwarte warsztaty
fi lmowe przygotowane przez zespół Warszawskiej Szkoły Filmowej –
ciekawa inicjatywa mająca na celu przeszkolenie uczestników w ciągu
zaledwie kilku godzin w jednej, bardzo konkretnej specjalności fi lmowej (przygotowanie tekstu scenariuszowego, konstruowanie budżetu fi lmowego, itd.). Dzięki zastosowaniu tego rodzaju taktyki szkoleniowej, uczestnicy zamiast pochłaniać dużą ilość ogólnych informacji,
poznają tylko wybrany wycinek długotrwałego procesu pracy nad fi lmem, ale za to opanowują go do perfekcji.
Podczas tegorocznego forum nie zabraknie także koncertów muzycznych, pokazów specjalnych (unikalne i nigdy wcześniej nie prezentowane w Polsce fi lmy zrealizowane przez słoweńskich i japońskich twórców młodego pokolenia) i prezentacji dotyczących
nowych technologii w branży fi lmowej. Znacznemu rozbudowaniu ulegną również panele dyskusyjne i spotkania z twórcami prezentowanych fi lmów. Festiwal
zamierza w tym roku w dużym stopniu postawić
na konfrontację twórców fi lmowych z publicznością, aranżować dyskusje i analizy, zarówno w formie
oficjalnych konferencji, jak i otwartych spotkań. Nowej formule imprezy sprzyjać będzie dodatkowo nowe
kino festiwalowe – wielosalowa Kinoteka, dzięki której Oskariada będzie mogła zerwać z dotychczasową „liniowością” repertuaru, dzieląc się na
kilka równoległych nurtów programowych.
Całą imprezę zakończy 22 kwietnia ceremonia wręczenia nagród uwieńczona rozdaniem
tegorocznych OFFskarów.
Organizatorami Międzynarodowego Forum Niezależnych Filmów Fabularnych są Stowarzyszenie
„Filmforum” oraz Fundacja Edukacji i Sztuki Filmowej Macieja Ślesickiego i Bogusława Lindy „Laterna Magica”. Impreza powstaje we współpracy
z Warszawską Szkołą Filmową, Kinem KINOTEKA
i Niezależnym Zrzeszeniem Studentów Szkoły Głównej
Handlowej.
Wstęp na wszystkie pokazy festiwalowe jest bezpłatny
FILMFORUM.PL
Spójrz na zdjęcie poniżej i spróbuj odgadnąć, co ono przedstawia.
Odpowiedź należy przesłać do 31 kwietnia na adres:
[email protected] w tytule maila wpisując nazwę konkursu
„Co to jest?”, a w treści odpowiedź, imię, nazwisko i telefon kontaktowy.
Autorom prawidłowych lub- w przypadku ich braku- najbardziej kreatywnych odpowiedzi rozdamy książki ufundowane przez wydawnictwo
W.A.B.
Lista zwycięzców już 4 maja na naszej stronie:
www.ipewu.pw.edu.pl.
Żyjemy w okresie, w którym krótkie formy tekstowe są na fali i nic nie
wskazuje na to, że w najbliższym czasie to się zmieni. Już nie różnego rodzaju tabloidy wiodą prym w tej dziedzinie. Teraz nastała era portali internetowych. Nasza redakcja postanowiła sprawdzić Waszą czujność.
Twórcy newsów mają nie lada wyzwanie. Przeciętny użytkownik Internetu przebywa na stronie internetowej niekiedy krócej niż kliknięcie myszki. A przecież trzeba jakoś przyciągnąć internautów na swój portal, bo
w końcu lepsze statystyki to większe pieniądze od reklamodawców. Dlatego
tak ważne w przypadku tego typu wiadomości jest sam tytuł newsa. Słowa
klucze jak afera, seks, skandal to już klasyki, bez których ruch w tej branży by po prostu zamarł. Niekiedy przedstawiane tematy są tak nieprawdopodobne, iż naprawdę trudno uwierzyć, iż w rzeczywistości miały miejsce.
Przeważnie wystarczy przeczytanie samego tytułu, żeby wiedzieć, co tym
razem się zdarzyło.
Do rozdania mamy 40 podwójnych zaproszeń na dowolnie wybrany seans od poniedziałku do czwartku w KINO.LAB. Decyduje kolejność nadsyłania prawidłowych odpowiedzi.
Zasady konkursu są następujące. Wśród przedstawionych niżej tytu-
łów artykułów, które zagościły na popularnych portalach internetowych
(ONET.pl, o2.pl, gazeta.pl) jest jeden wymyślony przez naszą redakcję. Zadaniem konkursowym jest wskazanie go.
I oto tytuły:
1. Matka wymieniła dziecko na wódkę i zakąskę.
2. Dziewięcioro Murzynów skazanych w USA za rasizm.
3. Walentynkowy dramat: Wzięła z uczelni izotop uranu i wrzuciła koledze do plecaka.
4. Pies postrzelił myśliwego.
5. Wyłowili ufoludka i go zjedli.
Odpowiedzi na pytanie należy przesyłać do 1 maja na adres: [email protected]
ipewu.pw.edu.pl w tytule maila wpisując treść zmyślonego przez nas tytułu, w treści natomiast imię, nazwisko i telefon kontaktowy.
Aktualnej listy zwycięzców wraz z terminem realizacji zaproszeń zamieszczone zostaną na stronie www.ipewu.pw.edu.pl.
Rozwiąż SUDOKU i wygraj bilety do kina!
Na pierwsze 5 osób, które prześlą prawidłowe rozwiązanie- 9 cyfr z pierwszego wiersza- czekają podwójne zaproszenia do kina Luna do wykorzystania w maju.
Odpowiedzi należy przesłać na adres: [email protected] w tytule maila wpisując kolejność cyfr w pierwszym wierszu SUDOKU. W treści wiadomości należy umieścić swoje imię i nazwisko oraz telefon kontaktowy.
Lista zwycięzców 30 kwietnia na naszej stronie: www.ipewu.pw.edu.pl
WYDARZENIA GŁÓWNE 19.05.07.
*WIELKA PARADA STUDENTÓW
*WIOSKA AKADEMICKA
*SCENA MAŁODYCH TALENTÓW
*EXTREME ZONE
*MEDYKALIA
*SCENA GŁÓWNA
IMPREZY TOWARZYSZĄCE:
*URSYNALIA 2007
*TYDZIEŃ AKADEMII
ARTYSTYCZNYCH
*STREET BALL POD PAŁACEM
*MEGA WAT 2007
*JUWENALIA NA SPORTOWO I
WIELKIE GRILOWANIE

Podobne dokumenty