gerettete Worte, gerettetes Erbe der Region

Komentarze

Transkrypt

gerettete Worte, gerettetes Erbe der Region
ocalone
słowa,
ocalone
dziedzict
wo regio
gerettete
nu
Worte,
gerettete
s Erbe de
r Region
www.e-hi
storie.pl
1
Archiwum Historii Mówionej
ocalone słowa,
ocalone dziedzictwo regionu
Archiv der gesprochenen Geschichte
gerettete Worte,
gerettetes Erbe der Region
2
3
Publikacja wydana w ramach projektu
„Archiwum Historii Mówionej”
Die Publication wurde im Rahmen des Projektes
„Archiv der erzählten Geschichte: www.e-historie.pl” herausgegben
Wydawca I Herausgebe
Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej
Haus der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit
ul. Bojkowska 37 (Nowe Gliwice), 44-100 Gliwice
Tel.: 32 461 20 70, Fax: 32 461 20 71
ul. 1 Maja 13/2, 45-068 Opole
Tel.: 77 402 51 05, Fax: 77 402 51 15
e-mail: beratung@haus.pl
www.haus.pl
Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce
Verband der deutschen sozial-kulturellen Gesellschaften in Polen
ul. Krupnicza 15, 45-013 Opole
Tel.: 77 454 78 78, Fax: 77 453 85 07
e-mail: biuro@vdg.pl
www.vdg.pl
Projekt finansowany ze środków
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Republiki Federalnej Niemiec
Dieses Projekt wurde gefördert mit Mitteln
des Bundesministeriums des Innern der Bundesrepublik Deutschland
Wybór tekstów I Text-Auswahl
Bernard Linek
Redakcja tekstów I Textredaktion
Grzegorz Staniszewski
Tumaczenia I Übersetzung
Anna Mróz
SPIS TREŚCI
Słowo od Wydawcy .................................... 7
Bernard Linek
Po co nam „Archiwum Historii Mówionej”? ...... 9
Teresa Kocyba, Stare Koźle
Szkubanie pierza i nie tylko… ..................... 17
Hubert Skrzipczyk, Wawelno
Wojna w Wawelnie ................................... 21
Teresa Fabijańska, Chorzów
Wyrwanie z domu .................................... 33
Gertruda Wawoczny, Kolanowice
Prziszły Ruse .......................................... 39
Alfred Dyrbuś, Rybnik
Szkoła, wojna, szkoła ................................ 43
Maria Bonikowska, Bąków
Z Pokropiwny do Bąkowa .......................... 51
Anonim, Krępna
Życie w lagrze w 1945 roku ......................... 57
Teresa Chmielewska, Krapkowice
Dzieciństwo w sowieckiej Białorusi ............... 63
Teresa Czech, Łąka Prudnicka
W stalinowskiej szkole ............................... 69
Bernadeta Ficek, Imielin
Curriculum vitae śląskiej nauczycielki ........... 75
Bożena Olszewska, Opole
Walka z komuną ...................................... 81
Alojzy Jan Weber, Chróścice
Początki minderheitu w Chrościcach ............ 91
Nota o opiekunach projektu .......................... 97
Projekt i druk I Satz und Druck
Art-Graph Jerzy Grycz
ISBN 978-83-60470-31-02
4
5
INHALTSVERZEICHNIS
Wort des Herausgebers .........................................8
Bernard Linek
Wozu brauchen wir „Das Archiv
der gesprochenen Geschichte”? .............................. 9
Teresa Kocyba, Alt Cosel
Federzupfen und mehr… ....................................16
Hubert Skrzipczyk, Bowallno
Krieg in Bowallno ..............................................24
Teresa Fabijańska, Königshütte
Von unserem Zuhause weggeholt ............................ 32
Gertruda Wawoczny, Kollanowitz
Die Russen kamen ..............................................38
Alfred Dyrbuś, Rybnik
Schule, Krieg, Schule ..........................................42
Maria Bonikowska, Bankau
Aus Pokropiwna nach Bankau ...............................50
Anonym, Krempa
Das Leben im Lager 1945 .....................................56
Teresa Chmielewska, Krappitz
Kindheit im sowjetischen Belarus ...........................62
Teresa Czech, Gräflich Wiese
In der stalinistischen Schul ...................................68
Bernadeta Ficek, Immenau
Curriculum vitae einer schlesischen Lehrerin .............74
Bożena Olszewska, Oppeln
Kampf mit dem Kommunismus ...............................80
Alojzy Jan Weber, Chrosczütz
Die Anfänge der Minderheit in Chrosczütz ................90
Informationen über die Projektbetreuers ...................... 98
6
S ł o w o o d Wyd a w c y
Według przekazu biblijnego na początku było słowo. Nie tylko kultura judeo­
chrześcijańska słowo stawia na równi z myślą i czynem. Wszystkie kultury starożytne wyznawały zasadę, że tradycja przekazywana jest przez słowo. Niewątpliwie
przełomem w ewolucji kultury było jego zapisanie. Od tego momentu w dziejach
ludzkości tempa nabrał przekaz kultury, dialog przeszłych i przyszłych pokoleń.
Dialog ten odgrywał szczególną rolę na terenach pogranicza. Ziemiach, na których stykały i przenikały się wzajemnie różne, często całkowicie odmienne kultury.
Górny Śląsk do takich miejsc niewątpliwie należy. Region nawiedzany przez zawieruchy historii, ziemia, której synowie walczyli przeciw sobie i za nią umierali.
Na górnośląskiej ziemi narodziła się i rozwijała przez wieki bogata kultura, w której
niczym w tyglu możemy odnaleźć pierwiastek niemiecki, polski, czeski i żydowski.
Nie ma innej drogi do tolerancji, jak przez poznanie i zrozumienie kultury innych.
Przełamywanie wzajemnych stereotypów i uprzedzeń może dokonywać się tylko
poprzez wrażliwość na drugiego człowieka i otwarcie na jego sposób myślenia.
Zamknięcie się na inność rodzi strach i ksenofobię. Wiele razy historia Śląska
dawała nam przykłady, że taka droga prowadzi donikąd.
Są wielorakie sposoby niwelowania barier i stereotypów. Do najbardziej cennych,
i od lat praktykowanych przez Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej należą inicjatywy mające na celu propagowanie i kultywowanie bogatej spuścizny kulturowej
wszystkich Górnoślązaków.
Publikacja, którą mają Państwo w ręku, to pokłosie trzech edycji projektu Domu
Współpracy Polsko-Niemieckiej pt. „Archiwum Historii Mówionej: www.e-historie.pl”. Projektu realizowanego od 2009 r., którego celem jest budowa klimatu porozumienia między pokoleniami, a jednocześnie wzmacnianie wśród młodej generacji świadomości historycznej. A wraz z nią pamięci o najbardziej przełomowych
i najważniejszych chwilach w historii, przekazanej przez ludzi, którzy tę historię
tworzyli. „Archiwum Historii Mówionej: www.e-historie.pl” jest też nowym sposobem odkrywania u młodego pokolenia swego przywiązania do regionu, w którym
żyje, oraz sposobem porozumienia się, „budowania mostów” między starszym
pokoleniem a młodą generacją.
Relacje świadków historii, z którymi się Państwo zapoznacie, są różnorodne, dotyczą czasu i zdarzeń widzianych oczami Ślązaków będących Niemcami, większości
polskiej, czy tych, którzy poprzestają na określeniu siebie jako Ślązaków. Jest to,
więc zbiór szczególny, poprzez wyjątkowe osoby, których osobiste postrzeganie
„wielkiej historii” upamiętniamy, ale i tematy i poprzez cezury czasowe wydarzeń,
które świadkowie czasu poruszają w swych subiektywnych relacjach. Zdajemy
sobie sprawę, że Archiwum Historii Mówionej znajduje się w fazie początkowej
i jego rozbudowa to zadanie niełatwe, wręcz karkołomne, jednak cel przyświeca
nam szczytny: ocalenie słowa, ocalenie pamięci od zapomnienia.
Bernard Gaida
Rafał Bartek
Przewodniczący Związku
Niemieckich Stowarzyszeń
Społeczno-Kulturalnych w Polsce
Dyrektor Generalny
Domu Współpracy
Polsko-Niemieckiej
7
Wort des H eraus geber s
Nach der Bibel war am Anfang das Wort. Aber nicht nur die christliche Kultur stellt den Gedanken mit der Tat gleich. Alle alten Kulturen wussten, dass die Tradition durch das Wort vermittelt wird. Ein Wendepunkt in der Evolution der Kultur war das Schreiben, seit dieser Zeit wird
in der Geschichte der Menschheit die Kultur vermittelt; begann der Dialog der vergangenen
mit den zukünftigen Generationen.
Dieser Dialog spielt in den Grenzgebieten eine spezielle Rolle, in den Regionen, wo verschiedene, manchmal ganz andere Kulturen aufeinanderstoßen. Zweifellos gehört Oberschlesien zu
solchen Orten. Es ist eine Region, die durch die stürmische Geschichte heimgesucht wurde,
eine Heimat, deren Söhne gegeneinander kämpften und für sie starben. Auf dem oberschlesischen Gebiet wurde durch die Jahrhunderte eine reiche Kultur geboren, in der sich, wie
in einem Schmelztiegel, deutsche, polnische, tschechisch und jüdische Elemente befinden.
Es gibt keinen anderen Weg zur Toleranz, als die Erkenntnis und das Verstehen der Kultur
der anderen. Die Überwindung der Stereotype und Vorurteile kann nur durch die Empfindungen für den anderen Menschen und die Offenheit gegenüber seinem Denken erfolgen. Wenn man sich mit Intoleranz der Andersartigkeit verschließt, entstehen Angst und
Xenophobie. Mehrfach zeigte uns die Geschichte Schlesiens Beispiele, dass so ein Weg
gefährliche Folgen haben kann.
Es gibt viele verschiedene Mittel, mit denen man Barrieren und Stereotype nivellieren kann.
Zu den wertvollsten und seit Jahren durch das Haus der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit praktizierten, gehören die Initiativen, die das reiche Kulturerbe aller Oberschlesier
verbreiten und als wertvoll propagieren.
Die Publikation, die Sie in den Händen halten, ist die Nachlese aus drei Editionen der
Projektes des Hauses der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit unter dem Titel „Archiv
der gesprochenen Geschichte“ (www.e-historie.pl). Dieses Projekt wird seit 2009 realisiert und soll das Klima der Verständigung zwischen den Generationen entwickeln und
das Geschichtsbewusstsein der jungen Generation fördern sowie die Erinnerung an die
Wendepunkte und die wichtigsten Ereignisse der Geschichte, die durch Menschen als deren
Gestalter überliefert wurden. Das „Archiv der gesprochenen Geschichte“ ist eine neue Art und
Weise der junge Generation Geschichte darzustellen und zu bewahren, ihre Verbundenheit mit
der Heimatregion zu bekunden und als Brückenschlag zwischen den Generationen zu wirken.
Die Berichte der Zeitzeugen, mit denen Sie sich bekannt machen, sind unterschiedlich,
schildern Ereignisse mit den Augen der deutschen Minderheit in Schlesien, der polnischen
Mehrheit sowie derer, die sich einfach als Schlesier bezeichnen. Es ist also eine besondere
Sammlung, die von Personen gekennzeichnet wird, deren persönliche Sichtweise auf die
Geschichte, wir hier aufzeigen, aber auch durch die Themen und Zeitzäsuren der Ereignisse
über die die Zeitzeugen in ihren subjektiven Berichten erzählen. Wir sind uns dessen bewusst, dass das „Archiv der gesprochenen Geschichte“ sich in der Anfangsphase befindet
und dass sein Ausbau keine leichte, sogar eine waghalsige Aufgabe ist, aber das Ziel ist die
Rettung der Worte und der Erinnerungen, so entsteht eine lebendige Alltagsgeschichte, die
bisher wenig Beachtung fand.
Bernard Gaida
Rafał Bartek
Vorsitzender des Verbands
der deutschen sozial-kulturellen
Gesellschaften in Polen
Geschäftsführer
des Hauses der Deutsch-Polnischen
Zusammenarbeit
8
Bernard Linek
Po co nam
Archiwum Historii Mówionej ?
Wozu brauchen wir
das Archiv der gesprochenen
Geschichte ?
Historycy od dłuższego już czasu
obiecują sobie i odbiorcom swoich prac
zmianę paradygmatów uprawiania swej
profesji i zwrot w stronę człowieka. Pod
tym górnolotnym zapewnieniem najogólniej rozumieją porzucenie, a przynajmniej ograniczenie opisu dziejów elit
i wielkich wydarzeń politycznych na rzecz
szerszego przedstawienia losów zwykłych ludzi i prezentacji ich problemów
i trosk. Taka zmiana perspektywy wydaje
się zrozumiała i zasadna, gdyż od dłuższego czasu cieszymy się demokratycznym systemem politycznym i próbujemy
utworzyć społeczeństwo obywatelskie,
w którym wszystkie pamięci są ważne
i każda grupa ma prawo do pielęgnowania własnej historii.
Tym samym spadkobiercy Herodota
deklarują, że przestaną koncentrować się
na uprawianiu historiografii dworskiej,
w ramach której przez stulecia sławili
mężne czyny władców i dostarczali argumentów na rzecz predestynacji do rządzenia jakiejś dynastii bądź – w czasach
nam bliższych – opisywali podobne role
i wyjątkowość dziejową wybranych, najczęściej własnych grup. Dla historiografii
polskiej po przełomie 1989 r. była to deklaracja bez mała oczywista. Członkowie
Historiker versprechen sich und den Rezipienten schon seit längerer Zeit den Wandel
der Paradigmen ihrer Arbeit und die Wendung
zum Menschen. Unter der hochtrabenden Versicherung verstehen sie im Allgemeinen die
Beschreibungen der Elitegeschichte und der
großen politischen Ereignisse aufzugeben, oder
sie mindestens zu begrenzen, und stattdessen
die Schicksale der einfachen Menschen sowie
ihre Probleme und Sorgen, zu präsentieren.
Solch ein Perspektivenwechsel scheint selbstverständlich und begründet zu sein, weil wir uns
seit längerer Zeit am demokratischen System
erfreuen und versuchen, eine Bürgergesellschaft zu bilden, in der alle Erinnerungen wichtig sind und in der alle Gruppen ein Recht darauf
haben, ihre eigene Geschichte zu pflegen.
Die Erben Herodots deklarieren damit auch,
dass sie aufhören, sich auf die Beschreibung
der höfischen Geschichtsschreibung zu konzentrieren, in deren Rahmen sie seit Jahrhunderten
tapfere Taten der Herrscher priesen und Argumente für die Prädestination der Herrschaft einer Dynastie lieferten; in den uns näheren Zeiten
beschrieben sie ähnliche Rollen und die historische Außergewöhnlichkeit von ausgewählten,
meistens eigenen Gruppen. Für die polnische
9
www.e-historie.pl
tego cechu w drugiej połowie XX w. mieli
za sobą nazbyt często pogmatwaną drogę
i jego przedstawiciele w funkcji służebnej
niejednokrotnie występowali w roli „historyków partyjnych”, czyli pisali na zlecenie nieboszczki Polskiej Zjednoczonej
Partii Robotniczej. W roli tej historycy ci
dostarczali argumentów uprawomocniających każde kłamstwo komunistów bądź
udowadniali na poziomie ideologicznym
podstawową tezę marksistowską, że sednem i motorem życia społecznego jest
konflikt.
Pomimo powszechnej zgody wśród
historyków co do potrzeby przebudowy
warsztatu efekty tych wezwań i zapewnień są niezadowalające. Jak się wydaje,
wynika to z samej natury tej dyscypliny naukowej, której podstawową bazą
źródłową są materiały przechowywane
w rozmaitych archiwach. Wbrew potocznym wyobrażeniom nie są to zbiory
obiektywne w znaczeniu miejsca powszechnego zbierania pisemnej spuściz­
ny ludzkiej. Wręcz przeciwnie, od najdawniejszych czasów archiwa gromadziły
swe zasoby pod specyficznym kątem, realizując zamówienie fundatorów. Jeśli już
jesteśmy przy XX w., to najpotężniejszym
zleceniodawcą było państwo, które zazwyczaj zbierało informacje o obszarach
i grupach uznawanych za newralgiczne
i najważniejsze. Przede wszystkim były to
środowiska uznawane za niebezpieczne.
Te naturalne trendy dla historiografii zostały jeszcze pod koniec lat 90.
wzmocnione udostępnieniem kapitalnych
dla przedstawienia dziejów Polski Ludowej źródeł wytworzonych przez aparat
bezpieczeństwa. Za tym poszła wymierna (też finansowo) polityka historyczna
państwa w postaci utworzenia Instytutu
Pamięci Narodowej, który miał te zbiory
opracować i prowadzić badania nad dziejami totalitaryzmów w Polsce. Charakter
tych źródeł i często też świadoma polityka kierownictwa IPN-u prowadziły do
tego, że skoncentrowano się na pisaniu
10
Geschichtsschreibung war die Deklaration nach
der Wende 1989 selbstverständlich. Die Angehörigen dieser Zunft hatten in der zweiten Hälfte
des 20. Jahrhunderts oft einen komplizierten Weg
hinter sich und ihre Vertreter standen mehrfach
im Dienst als „parteiliche Historiker“, was bedeutet, dass sie im Auftrag der Polnischen Vereinigten Arbeiterartei schrieben. In dieser Rolle
lieferten die Historiker Argumente für die Rechtskräftigkeit jeder Lüge der Kommunisten oder Beweise für die ideologische Grundlagenthese des
Marxismus, dass der Konflikt das Wesen und der
Antrieb des sozialen Lebens ist.
Trotz allgemeiner Übereinstimmung der Historiker, was die Notwendigkeit des Umbaus der
Werkstatt anbetrifft, sind die Ergebnisse dieser
Aufforderungen und Versicherungen unbefriedigend. Es scheint, dass es an der Natur dieser
wissenschaftlichen Disziplin liegt, deren grundlegende Quellenbasis die Materialien aus den
verschiedensten Archiven sind. Im Gegensatz
zur allgemeinen Vorstellung sind es keine objektiven Sammlungen im Sinne von einem gemeingebräuchlichen Sammeln des Erbes der Menschheit. Im Gegenteil, die Archive sammelten schon
immer ihre Bestände unter einem spezifischen
Blickwinkel, in dem sie die Aufträge der Stifter
realisierten. Wenn wir schon beim 20. Jahrhundert sind, dann muss man erwähnen, dass der
größte Auftraggeber der Staat war, der meistens
Informationen über Gebiete und Gruppen, die als
heikel oder besonders wichtig galten, sammelte.
Es betraf vor allem die Milieus, die für gefährlich
gehalten wurden.
Diese natürlichen Trends wurden Ende der
Neunziger durch die Zugangsmöglichkeit zu
den kapitalen Quellen, die der Sicherheitsapparat erstellt hat und die für die Darstellung der
Geschichte der Polnischen Volksrepublik entscheidend sind, noch gestärkt. Die Konsequenz
(auch die finanzielle) dessen, war die messbare
staatliche Geschichtspolitik, die nach der Gründung eines Instituts für Nationales Gedenkens
strebte, das diese Sammlungen bearbeiten und
die Geschichte des Totalitarismus in Polen ergründen sollte. Der Charakter dieser Quellen und
oft auch die bewusste Politik des Vorstands des
Instituts führte dazu, dass man sich auf das Ver-
fassen einer Kontra-Geschichte gegenüber dem
früheren polnischen Kanon der zweiten Hälfte des
20. Jahrhunderts konzentrierte und auf die Suche
nach einer neuen Betrachtungsweise dieser Periode verzichtete. Deshalb kann man den Vorwurf
formulieren, dass die Historiker nur im Stande
sind, die Oberfläche der Gesellschaft zu charakterisieren, die Spitze des Eisbergs zu beschreiben,
und dass sie die Analyse und die Erklärung tatsächlicher sozialer Prozesse und Erscheinungen
vernachlässigen.
Wegen dieser Werkstatteinschränkungen
bleiben immer noch ziemlich oft außerhalb der
historischen Narration alle „unliterarischen”
Gruppen, dass heißt diese, die keine schriftlichen Aufzeichnungen ihrer Geschichte und
keine Beschreibungen ihrer erlebten Welt hinterließen. Deshalb sollte man mit Anerkennung
und Freude jede gesellschaftliche Initiative
begrüßen, die durch die Herstellung von Oral
History-Quellen, der gesprochenen Geschichte,
dieses Defizit beseitigt und unser Wissen über
das Leben der erwähnten Gruppen erweitert.
Dabei operiert sie mit einer anderen Einstellung,
mit einer anderen Sprache, und mit anderen Begriffen, die außerhalb der Perspektive der Eliten,
vor allem der staatlichen, liegen.
Die Ergänzung unseres Wissens um diese
Stufe der Geschichte Oberschlesiens, also der
Woiwodschaften Oppeln und Kattowitz, machte
sich das Haus der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit zum Ziel, indem es das Programm
„Archiv der gesprochenen Geschichte” initiierte.
Um es kurz zu charakterisieren: es geht um die
möglichst große Ansammlung von Beiträgen
von Zeitzeugen, von Personen, die manchmal
streng, aber immer authentisch das tragische
20. Jahrhundert und ihren Platz darin schildern.
Es sind Berichte, die man nur schwer in den
heutigen Geschichtsbüchern oder auf den Titelseiten der damaligen Zeitungen findet.
Der dokumentarische Charakter des Projektes, also die Erfassung der Welt, die für immer
vergeht, und ihr Übermitteln an die nächsten
Generationen sind die primären Werte des
Unternehmens. Es hängt mit dem Versuch zusammen, ein interaktives, modernes Archiv zu
schaffen, das sich in den geräumigsten Mauern,
kontrhistorii wobec wcześniejszego kanonu Polski drugiej połowy XX w. i na razie
zrezygnowano z szukania nowego podejścia do tego okresu. Dalej zatem można
sformułować zarzut, że historycy zdolni
są tylko do charakterystyki powierzchni
społeczeństwa, do opisu wierzchołka góry
lodowej, nie analizując i nie tłumacząc
rzeczywistych procesów i zjawisk społecznych.
Z racji tych ograniczeń warsztatowych
nadal zbyt często poza narracją historyczną pozostają wszystkie grupy „nieliterackie”, tzn. takie, które nie pozostawiły po
sobie zapisów swych dziejów i opisów
świata przeżywanego. Stąd też z uznaniem
i radością należy powitać każdą inicjatywę
społeczną, która poprzez wytwarzanie źródeł z gatunku oral history, historii mówionej, likwiduje ten deficyt i poszerza naszą
wiedzę o życiu wspomnianych grup, operując przy tym podejściem, językiem i pojęciami spoza perspektywy elit, szczególnie
państwowych.
Uzupełnienie naszej wiedzy o ten
poziom dziejów Górnego Śląska, czyli
obecnych województw opolskiego i katowickiego, postawił sobie za cel Dom
Współpracy Polsko-Niemieckiej, inicjując program zatytułowany „Archiwum
Historii Mówionej”. Najkrócej charakteryzując go: chodzi w nim o zebranie
możliwie dużej liczby relacji świadków
historii, osób, które może niekiedy
w sposób surowy, ale zawsze autentyczny wspominają tragiczny wiek XX i swoje w nim miejsce. Są to relacje, które
trudno odnaleźć na kartach dzisiejszych
podręczników historii czy na pierwszych
stronach ówczesnych gazet.
Dokumentacyjny charakter projektu,
czyli uchwycenie świata, który bezpowrotnie odchodzi w przeszłość, i przekazanie go kolejnym pokoleniom należą do
prymarnych wartości przedsięwzięcia.
Związane jest to z próbą zbudowania interaktywnego, nowoczesnego archiwum,
które jest umieszczone w najpojemniej-
www.e-historie.pl 11
www.e-historie.pl
szych murach, czyli w Internecie, gdzie
każdy zainteresowany może sięgnąć i nie
tylko poznać same opowieści, ale dzięki
dźwiękowi przeżyć też emocje towarzyszące tym relacjom.
Będąc przy celach projektu, w tym
miejscu trudno nie wskazać nie mniej
istotnego wymiaru edukacyjnego przedsięwzięcia, które w ten sposób dokonuje
swoistego przerzucenia mostu międzypokoleniowego. Dzieje się tak, gdyż tych relacji osób zazwyczaj starszych wysłuchuje
przede wszystkim młodzież szkół średnich
regionu, która w ten sposób odbywa dodatkowe lekcje historii. W czasach coraz dalej
postępującego odchodzenia od nauczania
tego przedmiotu wydaje się to również
poważnym wkładem projektu w budowę
społeczeństwa obywatelskiego. Przy tej
okazji młodzi ludzie, często po raz pierwszy, dowiadują się o złożonej historii własnych rodzin i małych wspólnot lokalnych.
Sami mogą niejako dotknąć historii, a przynajmniej spotkać osoby, które wydarzenia
wielkiej historii potrafią osadzić w bliższym
im kontekście.
Projekt wystartował w 2009 r. i do końca 2011 r. odbyły się jego cztery edycje, czego efektem jest ponad 150 relacji, z którymi
możemy się zapoznać na stronach www.e-historie.pl. Chronologicznie zebrany materiał dotyczy okresu od lat 30 XX w. po lata
90. tego stulecia. Problemowo spotykamy
tutaj historie poruszające tematy od trudów
życia na zsyłce syberyjskiej i w niewoli sowieckiej po początki organizacyjne mniejszości niemieckiej i opis regionalnej drogi
do wolności w latach 80. zeszłego stulecia.
W wywiadach tych pojawiają się dwa
główne nurty pamięci obecnych mieszkańców Górnego Śląska: wątek górnośląski
i wątek kresowy, co związane jest z pochodzeniem większości mieszkańców. Oba
nurty spotykają się przy jednym wydarzeniu: drugiej wojnie światowej, która jest
przedstawiana z odmiennych perspektyw.
Dla kresowian to opis poszczególnych
etapów „Golgoty Wschodu”, począwszy
12
also im Internet befindet, zu dem jeder Interessierte greifen und nicht nur die Geschichten
erfahren kann, aber auch dank dem Ton die
Emotionen, die den Bericht begleiteten, erleben
kann.
Bei den Zielen des Projektes muss man
auch auf die sehr wesentliche edukative Dimension des Unternehmens hinweisen, das auf diese
Art und Weise eine Brücke zwischen den Generationen bildet, weil es meistens Jugendliche
aus den Mittelschulen der Region sind, die die
Älteren anhören und damit am zusätzlichen Geschichtsunterricht teilnehmen. In der Zeit, in der
das Fach Geschichte immer weniger unterrichtet
wird, ist es auch ein wichtiger Beitrag des Projektes für den Aufbau einer Bürgergesellschaft.
Bei dieser Gelegenheit erfahren die jungen Leute
oft zum ersten Mal etwas über die vielschichtige Geschichte ihrer eigenen Familien und ihrer
kleinen lokalen Gemeinschaften. Sie können so
die Geschichte selber erfassen oder mindestens
Personen treffen, die die Ereignisse der großen
Geschichte in einem näheren Kontext einsetzen
können.
Das Projekt startete 2009 und bis Ende 2011
hatte es vier Editionen. Das Ergebnis sind 150
Berichte, die wir auf den Seiten www.e-historie.
pl ergründen können. Das chronologisch gesammelte Material betrifft den Zeitraum von
den dreißiger Jahren des 20. Jahrhunderts bis
zu den Neunzigern. Problematisch treffen wir
hier auf Geschichten von Lebensschwierigkeiten
während der Verbannung nach Sibirien und in
sowjetischer Gefangenschaft bis zu den organisatorischen Anfängen der deutschen Minderheit
und der Beschreibung des regionalen Weges zur
Freiheit in den achtziger Jahren des vergangenen
Jahrhunderts.
In den Interviews werden zwei Gedächtnisströmungen der gegenwärtigen Einwohner
Oberschlesiens sichtbar: das oberschlesische
und das ostpolnische Motiv, was mit der Abstammung der Einwohner zusammenhängt.
Beide Tendenzen kreuzen sich in einem Ereignis:
im 2. Weltkrieg, der aus verschiedenen Perspektiven dargestellt wird. Für die aus den polnischen
Ostgebieten ist es eine Beschreibung der Etappen des „Golgatha des Ostens”, angefangen
beim deutschen Überfall auf die 2. Polnische
Republik, durch die sowjetische Besetzung
der Ostgebiete und vor allem der „Familienkonflikt” mit den Ukrainern, der bis heute die
größten Emotionen weckt.
Für die Oberschlesier ist der Zeitraum
1939-1944 nur ein Präludium zum Krieg, das
übrigens oft idealisiert und mit den Vorkriegsjahren verbunden wird. Diese Normalität wird
erst Ende 1944 durch die Luftangriffe der Alliierten unterbrochen und der wahre Krieg fängt
mit der Offensive der Roten Armee im Januar
1945 an. Die „oberschlesische Tragödie” beschreibt die Verbrechen und Vergewaltigungen, die die Zivilbevölkerung erlitten hat, darunter auch den Abtransport in den Osten und
die Inhaftierungen in Lagern.
Diese zwei Akte der tragischsten Ereignisse des 20. Jahrhunderts stellen über die Hälfte
der Berichte da. Das ist verständlich, weil dieses Trauma die Kriegsgenerationen betroffen
hat und die Abarbeitung dieser Erinnerungen
der wichtigste Bezugspunkt für diese Jahrgänge der heutigen Bewohner der Region zu sein
scheint .
Bescheidener werden andere Motive, die
übrigens auch oft mit dem Krieg korrespondieren, präsentiert. Es sind u.a. Beschreibungen
der „Repatriierung“, des Aufeinandertreffens
verschiedener Einwohnergruppen Oberschlesiens, der Bau der gesellschaftlichen Bindungen im totalitären Korsett, der Drang der neuen Einwohnergruppen der Region zur Bildung
oder die Reaktionen auf den Kriegszustand,
der – wie es damals schien – weitere Generationen der Oberschlesier kennzeichnen wird.
Wenn wir im Fall des 2. Weltkrieges mit
den Erinnerungen von Kindern zu tun gehabt
haben, die die Skala der Kriegsverbrechen
für das ganze Leben gekennzeichnet hat, haben wir es in der zweiten Sammlung mit den
Berichten von reiferen Personen zu tun, die
besser das eigene Schicksal im historischen
Kontext bewerten können. Man sollte noch betonen, dass die meisten im Projekt gesammelten Berichte die Erinnerungen von Frauen sind,
was auch eine andere Perspektive als die in der
historischen Narration dominierende öffnet.
od napaści niemieckiej na II Rzeczpospolitą, przez okupację sowiecką Kresów
Wschodnich, aż po konflikt „w rodzinie”
z Ukraińcami, który do dzisiaj wzbudza
największe emocje.
Dla Górnoślązaków okres 1939–1944
to tylko preludium wojny, często jest
zresztą idealizowany i wymieniany łącznie
z latami przedwojennymi. Tę normalność
przerywają dopiero naloty alianckie z końca 1944 r., a prawdziwa wojna rozpoczyna się wraz ze styczniową ofensywą Armii
Czerwonej w 1945 r. „Tragedia górnośląska” mieści w sobie zbrodnie i gwałty popełnione w tym czasie na ludności
cywilnej, którym towarzyszą wywózki na
wschód i osadzenia w obozach.
Te dwie odsłony najtragiczniejszego
wydarzenia w XX w. stanowią znacznie
ponad połowę relacji, co jest o tyle zrozumiałe, że było to piętno, którym naznaczono pokolenia wojenne, i przezwyciężenie
tej pamięci wydaje się najważniejszym
punktem odniesienia dla tych roczników
dzisiejszych mieszkańców regionu.
Skromniej reprezentowane są inne
wątki, które zresztą też często mają związek z wojną. To m.in. opisy „repatriacji”,
zderzenia różnych grup mieszkańców
Górnego Śląska, budowa nowych więzi
społecznych w totalitarnym gorsecie, pęd
do wiedzy nowych grup mieszkańców
regionu czy też reakcje na stan wojenny,
który – jak się wówczas wydawało – będzie stygmatyzował życiorysy kolejnych
pokoleń Górnoślązaków.
Jeśli w przypadku drugiej wojny
światowej mieliśmy do czynienia ze wspomnieniami dzieci, które skala wojennych
zbrodni naznaczyła na całe życie, to w tym
drugim zbiorze mamy już relacje osób
dojrzalszych, które lepiej potrafią osadzić
swoje losy w szerszym kontekście historycznym. Co warto jeszcze podkreślić,
w skali całego projektu większość zebranych relacji to wspomnienia kobiet, co
daje też nieco odmienną perspektywę od
dominującej w narracji historycznej.
www.e-historie.pl
13
www.e-historie.pl
***
Widać to również w niniejszym zbiorze, na który składa się dwanaście relacji
wybranych spośród wspomnień zebranych w trakcie trzech pierwszych edycji
projektu. Kryterium dokonanego wyboru
była próba egzemplifikacji podstawowych
obszarów zainteresowania zebranych relacji. Stąd też na wstępie cofamy się do
okresu trochę ponadczasowego, by zapoznać się z opowieścią Teresy Kocyby ze
Starego Koźla o zwyczajach panujących
w wiejskiej rodzinie górnośląskiej około
połowy XX w. Kolejne relacje dotyczą już
drugiej wojny światowej. Hubert Skrzipczyk z Wawelna opowiada nam o przebiegu wojny w tej miejscowości i losach
Żydów budujących autostradę. Teresa Fabijańska z Chorzowa opowiada o tragedii
małego dziecka przymusowo wyrwanego
wraz z rodziną na roboty do Niemiec.
O końcu wojny na Górnym Śląsku wspomina Gertruda Wawoczny z podopolskich
Kolanowic. Przebieg wojny na polskim
przed 1939 r. Śląsku opisuje również
Alfred Dyrbuś, mieszkaniec Rybnika. Daleko na wschód zabiera nas Maria Bonikowska, która opisuje wojnę na Kresach
Wschodnich i przyjazd na Śląsk Opolski
w 1945 r.
Inny wymiar wojny, a właściwie
już powojnia, przedstawia anonimowa
mieszkanka Krępnej, która wiosną i latem 1945 r. przeszła gehennę obozów
dla ludności niemieckiej w Blachowni,
Sławięcicach i Łabędach. Na wschód
przenoszą nas ponownie wspomnienia
Teresy Chmielewskiej, która dzieciństwo
i młodość spędziła w latach 40. i 50. na
sowieckiej Białorusi. To dopiero z tej
perspektywy widać znaczenie wiary i religii dla utrzymania polskiej tożsamości
na byłych Kresach Wschodnich. Kwestii
związanych z walką totalitaryzmu z Kościołem katolickim dotyka również relacja Teresy Czech, która uczęszczała do
głogóweckiej szkoły w czasach stalinowskich. O problemach związanych z naci-
14
***
Das bemerkt man auch in der kleineren
Sammlung, die aus zwölf Berichten besteht, die
aus den in den drei ersten Projekteditionen gesammelten Erinnerungen ausgesucht wurden.
Das Auswahlkriterium war der Versuch der Exemplifizierung der grundlegenden Interessensbereiche der Berichte. Deshalb gehen wir am
Anfang in Richtung einer etwas überzeitlichen
Periode zurück, um uns mit der Erzählung von
Teresa Kocyba aus Alt Cosel über das Funktionieren und die Sitten in einer oberschlesischen
Familie auf dem Land in der ersten Hälfte des 20.
Jahrhunderts bekannt zu machen. Die nächsten
Berichte betreffen schon den 2. Weltkrieg. Hubert
Skrzipczyk aus Bowallno erzählt uns über den
Verlauf des Krieges in diesem Ort und über das
Schicksal der Juden, die die Autobahn mitgebaut
haben. Teresa Fabijańska aus Königshütte erzählt
über die Tragödie eines Kleinkindes, das mit der
Familie gezwungen wurde, zum Arbeiten nach
Deutschland zu gehen. An das Ende des Krieges
in Oberschlesien erinnert sich Gertruda Wawoczny aus Kollanowitz bei Oppeln. Den Verlauf des
Krieges im vor 1939 polnischen Schlesien beschreibt auch Alfred Dyrbuś aus Rybnik. Weit in
den Osten nimmt uns Maria Bonikowska mit, die
den Krieg in den Ostgebieten und die Ankunft im
Oppelner Schlesien 1945 beschreibt.
Einer andere Dimension des Krieges, eigentlich schon der Nachkriegszeit, erzählt eine anonyme Bewohnerin aus Krampa, die im Frühling und
im Sommer 1945 durch die Gehenna der Lager
für die Deutschen in Blechhammer, Slawentzitz
und in Laband ging. In den Osten tragen uns wieder einmal die Erinnerungen von Teresa Chmielewska, die ihre Kindheit und Jugend in den 40er
und 50er Jahren im sowjetischen Bellarus verbrachte. Erst aus dieser Perspektive sieht man
die Bedeutung des Glaubens und der Religion für
die Erhaltung der polnischen Identität in den ehemaligen polnischen Ostgebieten. Die Frage nach
dem Kampf des Totalitarismus mit der katholischen Kirche berührt auch der Bericht von Teresa
Czech, die in der stalinistischen Zeit eine Schule
in Oberglogau besuchte. Über die Probleme, die
mit dem Druck des kommunistischen Systems
auf junge Leute verbunden waren, erzählt auch
Bernadeta Ficek, die in den 60ern und 70ern
lernte und studierte.
Die zwei letzten Berichte betreffen die
Zeiten, die uns näher sind. Bożena Olszew­
ska erzählt über die Anfänge und die Tätigkeit des antikommunistischen Untergrundes
in den 70er und 80er Jahren und über die
Tragödie des Kriegszustandes. Als letzter
Berichterstatter bringt uns Alojzy Jan Weber
die Anfänge der Organisation der deutschen
Minderheit im Landkreis Oppeln näher.
skiem systemu komunistycznego na młodych
ludzi opowiada także Bernadeta Ficek, która
uczyła się i studiowała w latach 60. i 70.
Ostatnie dwa teksty dotyczą czasów nam
najbliższych. Bożena Olszewska opowiada
o początkach i działalności opolskiego podziemia antykomunistycznego w latach 70. i 80.
oraz o tragedii stanu wojennego. Z kolei Alojzy
Jan Weber przybliża początki organizowania
mniejszości niemieckiej w powiecie opolskim.
***
***
Von Natur aus fällt es schwer, im geschriebenen Text das gesprochene Wort wiederzugeben. Außer dem Betiteln mussten alle
Aussagen auch bearbeitet werden, wobei alle
Eingriffe einen möglichst bescheidenen Charakter haben. Man beseitigte Wiederholungen
und Pausen, aber man bewahrte auch die
Spezifik der Sprache und den Stil jeder Aussage, auch wenn sie manchmal nicht ganz
grammatisch sind oder die oberschlesischen
Puristen nicht zufriedenstellen. Allen empfehlen wir die Originale der Berichte, die man auf
den Seiten des Projektes finden kann.
Dort kann man auch auf ähnliche Erinnerungen stoßen oder sich Erzählungen über
die eigene Ortschaft anhören. Die Struktur
und die Sammlung des „Archivs der gesprochenen Geschichte” befinden sich ständig in
der Bauphase. Die Seite des Projektes, die
durch neue Berichte zersprengt wird, bedarf
sicherlich noch viel Arbeitsaufwand. Hoffen
wir, das die nächsten Editionen des Projektes
auch Beschreibungen anderer kultureller und
sozialer Erscheinungen aus der Region und
über ihre Einwohner als den 2. Weltkrieg mit
sich bringen, und dazu beitragen, die gesellschaftliche Bindung der Einwohner mit der
Region zu stärken und ihre schwere Vergangenheit zu verstehen.
Z natury rzeczy tekstowi pisanemu trudno oddać słowo mówione. Poza nadaniem
tytułów z konieczności wszystkie wypowiedzi
zostały opracowane, przy czym dokonane ingerencje mają możliwie skromny charakter.
Usunięto powtórzenia i przerwy, zachowując
specyfikę języka i stylu każdej wypowiedzi, nawet jeśli nie zawsze są one do końca zgodne
z zasadami gramatyki polskiej czy też zadowalają purystów górnośląskich. Wszystkich odsyłamy do oryginałów relacji zamieszczonych
na stronie projektu.
Tam też można się zapoznać z podobnymi
wspomnieniami bądź można posłuchać opowieści dotyczących własnych miejscowości.
„Archiwum Historii Mówionej” ciągle znajduje
się w fazie budowania swej struktury i zasobów. Zapewne wiele pracy wymaga jeszcze
sama strona projektu, która stopniowo jest
rozsadzana przez nowe relacje. Miejmy nadzieję, że kolejne edycje przyniosą także opis
innych zjawisk kulturowych i społecznych
związanych z dziejami regionu i jego mieszkańców niż druga wojna światowa, przyczyniając się do wzmocnienia więzi mieszkańców
z regionem i większego zrozumienia dla jego
trudnej przeszłości.
Ćwiczenia praktyczne uczestników projektu Archiwum Historii Mówionej.
Praktische Übungen im Rahmen des Projekts Archiv der Erzählten Geschchte
www.e-historie.pl
15
Teresa Kocyba (Jahrgang 1935), Alt Cosel
Teresa Kocyba (rocznik 1935), Stare Koźle
Federzupfen und mehr ...
Szkubanie pierza i nie tylko…
bin in einer Dorffamilie geboren. Mein Vater war Landwirt. Er arbeitete
im Sommer auf dem Feld, im Winter fuhr er in den Wald um etwas dazu zu
verdienen. Wir besaßen eine Landwirtschaft, wo Kühe, Schweine, Pferde,
Hühner, Gänse und Enten gehalten wurden. So eine gemischte Landwirtschaft, nicht so wie jetzt, nur mit einem Schwerpunkt. Meine älteste Schwester, nachdem sie die Grundschule beendet hatte, ging arbeiten, sie arbeitete im Coseler Hafen, in
der Zellulosefabrik. Die zweite Schwester arbeitete nach der Schule auf dem Postamt.
Die Dritte im Stickstoff-Werk im Stadtteil Azoty. Ich hatte noch vier Brüder. Wir mussten alle auf dem Feld arbeiten. Wir bauten Getreide, Kartoffeln, Rüben an und dazu kam
noch die Tierzucht. Alle haben gearbeitet. Die Mutter arbeitete im Haus und machte die
ganze Erzeugung von Butter, Milch, Eier, Käse. Jede Woche ging sie nach Cosel zum
Wochenmarkt, der sehr groß war, um die Erzeugnisse zu verkaufen und etwas Geld zu
bekommen, damit sie andere Sachen kaufen konnte. Und sie ging zu Fuß!1 Sie ist zu Fuß
jede Woche gegangen. Sie hat die Erzeugnisse dort verkauft, auf dem Rückweg kaufte
sie ein und brachte alles nach Hause, was sie dort in Cosel eingekauft hat.
Im Sommer arbeitete man auf dem Feld. Im Winter gab es noch kein Fernsehen,
daher ging man zum Federzupfen. Man züchtete Gänse. Jeder hatte Gänse. Wenn sie
groß waren, zupfte man deren Federn, und daraus wurden Federbetten gemacht. Jetzt
macht man Steppdecken, aber damals gab es nur Federbetten. Und was haben wir noch
nachts gemacht? Das war die beste Zeit für das Federzupfen. Manchmal sind sogar
zwanzig Frauen gekommen. Musik war da, Geschichten wurden erzählt. Die Frauen
erzählten alles, was jede von ihnen so wusste. Auch über den Wassergeist. Es war meine
Großmutter, Alte Mutter genannt, sie wurde 95 Jahre alt, die uns über diesen Wassergeist viele Geschichten erzählte. Ein solcher Wassergeist – erzählte sie uns immer kam
immer zum Essen, aber die Klöße die polnischen konnte er nicht runter schlucken. Die
schlesischen haben wir polnische Klöße genannt, und die weißen nannten wir deutsche
Klöße. So haben wir sie genannt. Nach dem Federzupfen wurde auch gesungen. Es
wurde viel gesungen. Wenn jemand schöne Bücher gelesen hatte, hat er sie erzählt. Wir
hatten eine große Küche. In der ganzen Küche wurden Tische aufgestellt und es wurde
gezupft. An der Seite saßen die Männer und haben gescherzt. Es waren junge, weil die
alten Männer nicht hingegangen sind.
Wir hatten auch einen großen Garten mit viel Obst. Daher wurde Kompott für den
Winter eingekocht und dann gegessen. An Winterabenden haben wir verschiedene
ochodzę z rodziny wiejskiej. Ojciec był rolnikiem. Latem pracował na
polu, zimą jeździł do lasu na zarobek. Mieliśmy gospodarstwo, były krowy,
świnie, konie, kury, gęsi i kaczki. Takie wielokierunkowe gospodarstwo,
nie tak jak teraz, że są jednokierunkowe. Najstarsza siostra, jak wyszła ze
szkoły podstawowej, to poszła do pracy, pracowała w Koźlu-Porcie, w celulozie. Druga siostra po szkole pracowała na poczcie. Trzecia pracowała w Azotach,
w Zakładach Azotowych. Jeszcze miałam czterech braci. Wszyscyśmy musieli
pracować na polu. Po pracy tyż wszyscy jeszcze musieli pracować na polu. Mieliśmy zboże, ziemniaki, buraki się uprawiało i była ta cała hodowla. Wszyscy
pracowali. A matka robiyła w domu i tak ta cała produkcja, jakoł była: masło,
mleko, jajka, ser, co tydziyń szła do Koźla na targ. Tam był taki duży targ. Matka
co tydziyń szła na targ z tymi produktami. Sprzedała, żeby miała za to pieniądze
i zaś inne rzeczy kupić. I chodziyła pieszo!1 Pieszo chodziyła każdy tydziyń. Tam
niosła te produkty, nazołd zakupy robiyła i przyniosła wszystko, co tam pokupiyła
w Koźlu.
Latem się pracowało na polu. Zimą nie było telewizji, to się chodziyło piyrze
szkubać. Chowało się gęsi. Każdy mioł w domu gęsi. Później się szkubało z nich
piyrze, a z niego się robiyło piyrzyny. Teraz się robi kołdry, ale wtedy były piyrzyny. A co jeszcze my tam robiyli w nocy? To był najfajniejszy okres – to szkubanie piyrza. Przychodziyło i dwadzieścia kobiyt. I muzyka była, i opowiadania
były. Wszystko opowiadali, kto coś tam wiedział. Między innymi o tym utopcu. To
jeszcze moja babcia, którum my nazywali staroł muter. Ona żyła do 95 lat i nam
opowiadała o tym utopcu różne takie bajki. A taki tyn jedyn utopiec – zawsze nam
tam opowiadała – to przychodziył zjeść, ale te kluski – takie polskie – to nie umioł
łyknąć. Na te śląskie my mówiyli „polskie kluski”, a te białe to były „niemieckie”.
Tak były nazwane. Przy szkubaniu to się tyż śpiewało. Dużo się śpiewało. Książki
jak ktoś umioł ładnie opowiadać, to opowiadał. My mieli dużą kuchnię i jak ta
kuchnia duża była, to tam były dwa takie rozciągane stoły i się szkubało. A z boku
siedzieli mężczyźni i żartowali. Chłopcy przeważnie, tam stare chłopy nie chodziyli, tylko młodzi.
My tyż mieli duży ogród. To się na zima robiyło kompoty i to się jadło kompoty.
A zimowe wieczory to były takie do zabawy. Grało się różne gry. Jedni grali młynek,
drudzy warcaby, no i szachy grali. Młodzież tak się spotykała i grała.
1
1
Die Entfernung von Alt Cosel na Cosel betrug circa 8 km.
16
Odległość ze Starego Koźla do Koźla wynosi około 8 km.
www.e-historie.pl
17
www.e-historie.pl
Spiele gespielt. Einige spielten Mühle, andere Dame und auch Schach. Auch die Jugendlichen trafen sich und spielten.
Und Butter wurde so gemacht: es gab ein Butterfass, und dort wurde die Butter gestampft. Lange gestampft. Und später waren die Butter und die Buttermilch fertig. Dann
wurde die Butter geknetet und mit Wasser gespült. Das Wasser wurde eingegossen, die
Butter gespült, mit einer Kelle bearbeitet und es entstand reine Butter, weil vorher noch
Buttermilch drin war. Butter und Milch wurden zum Markt gebracht oder an Leute verkauft. Meine Mutter hat auch Brot gebacken. In einem großen Lehmtopf wurde einen Tag
vorher der Sauerteig vorbereitet, der wurde auf dem Ofen verarbeitet. Wenn die Masse
sich bewegt hat, wurde gebacken. Und wir hatten auch einen Brotofen es war ein Ofen,
ein langer Ofen in der Waschküche, den man nur dafür gebaut hatte. Dort wurde für den
ganzen Tag Brot gebacken. Dieses Brot wurde Zuhause gemacht und auch dort gebacken.
Für den Winter musste ein Fass mit Kraut gemacht werden. Wir waren viele. Acht
Kinder, Vater, Mutter und die Alte Mutter, wir waren zu elft am Tisch. Elf am Tisch
dafür waren immer drei Zentner Kraut im Fass. Es war viel Kraut, das wurde für den
ganzen Winter gemacht. Und wie viele Gläser mit Kompott gemacht wurden! Hundert
und mehr. Im Winter waren im Keller Kartoffeln, aber keine Rüben, daher hatten wir
die Gläser im Zimmer auf dem Schrank. Erst im Frühling mussten wir sie jedes mal
säubern, weißen und dann wieder in den Keller geben.
***
Am Sonntag sind wir immer alle in die Kirche gegangen. Meine Mutter ging immer am frühen Morgen und wir später zum Hochamt. Als wir noch klein waren, und
die Mutter in die Kirche gegangen ist, hat uns der Vater alle angezogen, uns die Haare
gekämmt. Und wir warteten vor der Tür auf die Mutter, bis sie kam. In die Kirche sind
wir immer in anderen Kleidern gegangen, in die Schule haben wir auch andere Kleider
angezogen, und Zuhause trugen wir die, die am meisten abgenutzt waren. Aber für die
Kirche am Sonntag waren andere Kleider vorgesehen, für den Alltag auch andere. Für
jeden Anlass war das entsprechende Kleid vorgesehen. Jetzt laufen die Menschen überall in den gleichen Kleidern herum. Unsere Alte Mutter hat immer alles beaufsichtigt,
sie war immer zu Hause. Irgend jemand war immer zu Hause und hat aufgepasst.
Ich hatte einen Bruder, den ältesten. Wir essen bis heute am Freitag kein Fleisch.
Einmal hatten wir Schweineschlachten am Donnerstag. Und die Graupenwurst lag
noch da. Er war noch klein. Als er am Freitag aufgestanden ist, da nahm er die Wurst
in die Hand und aß. Und meine Mutter fragte: Was machst Du? Heute ist Freitag, der
Herrgott wird schimpfen, dass du am Freitag eine Graupenwurst gegessen hast. Am
Nachmittag hat es gedonnert, und mein Bruder stand in der Tür und sagte: Was für ein
Gepolter, was für ein Lärm, und das nur wegen einem Stückchen Wurst2.
2
Was für ein Lärm, und das nur wegen einem Stückchen Wurst hier im Sinne von: viel Lärm
wegen nichts.
18
A masło to się tak robiyło: była taka maśniczka i tam się to masło tukło. Długo tukło.
I potyn się to masło zrobiyło i było masło i maślanka. Potyn się te masło wyrabiało, płukało wodą. Woda się wlewała i płukało się, przerabiało się taką warzechą2 i to było czyste masło, bo w tym maśle była jeszcze maślanka. Niosło się to
na targ albo się ludziom sprzedawało, czy masło, czy mleko. Piekło się tyż chlyb.
Moja matka piekła chlyb. W takiej dużej dziyżce3 dziyń przedtyn był zakwas, to
się rozrobiyło na tej kuchence. Jak się to ruszyło, to się piekło. A potyn mieli my
tyż chlybołk – to był taki piekarnik, taki długi piec w waschkuchni4, specjalnie
wybudowany. To my na cały tydziyń chlyb piekli. W domu tyn chlyb się robiyło
i w domu piekło.
Na zima to musiała tyż być beczka kapusty. Dużo nołs było. Wszystkich razym
ośmioro dzieci, ojciec, matka i jeszcze ta staroł muter, to nołs jedenastu było do
stołu. Jedenastu do stołu – to zawsze było trzy cetnary kapusty do beczki. To było
dużo kapusty, na całoł zima się robiyło. I ile tych słoików z kompotem zawsze było!
I sto, i więcej. Przez zima w piwnicy były ziemniaki, buraków tam nie było, to my
mieli te słoiki w pokojach na szafie. Dopiyro potyn, na wiosna, to my musieli każdy
raz ją czyścić, bielić i potyn zaś do piwnicy się dało jedzynie.
***
W niedzielę to my zawsze wszyscy chodziyli do kościoła. Mama moja chodziyła zawsze rano, a my potyn szli na suma. A jak my byli mali jeszcze, to zawsze jak matka poszła do kościoła, to ojciec wszystkich nołs już poubiyroł,
poczesał, ubrał. Gotowi już my czekali zawsze przed furtką na mama, żeby
przyszła. Do kościoła zawsze się chodziyło w innych ubraniach, do szkoły były tyż inne, a w domu to zawsze chodziyło się już w tych więcej zniszczonych. Ale do kościoła, na niedziela, to były inne ubrania, a na co dziyń tyż inne.
Na każdą okazja swojoł rzecz była. Teraz chodzą wszydzie w jednych. Ta nasza
staroł muter zawsze wszystko pilnowała, ona zawsze w domu była. Ktoś zawsze
był w domu i pilnował.
Joł miała brata, najstarszego. My do dzisiaj nie jymy w piuntek miynsa. I kiedyś było świniobicie w czwartek. I krupnioki leżały jeszcze. On był mały jeszcze.
Tak jak rano wstał w ten piuntek, to wziął i jołd. I moja matka mówi: „Ale co ty?
Dzisiej piuntek, ale byndzie Punbóczek hałasiuł, żeś ty w piuntek krupniok jołd”.
A po południu przyszoł grzmot i brat stanął do drzwi i padoł: „Co za gruch, co za
huk skuli kunsek wursztu”5.
2
3
4
5
Warzecha – warząchew.
Dzieżka – gliniany garnek.
Waschkuchnia – pomieszczenie pełniące funkcję pralni i kuchni.
Co za huk skuli kunsek wursztu – tu w sensie: wiele hałasu z błahego powodu.
www.e-historie.pl
19
www.e-historie.pl
Es gab auch einen Priester Melc, sein Portrait stand in der Vergangenheit in der
Kirche. Er hatte immer Bonbons in der Tasche und wenn die Kinder ihn begrüßten,
dann bekamen sie ein Bonbon. Als er einmal aus der Kirche kam und mein Bruder
ihn sah, weil er immer zu Fuß gegangen ist, und immer zu ihm sagte: Ich grüße Sie,
Herr Priesterchen. Da sagte einmal der Priester: Weißt Du, ich bin ein bisschen älter, und du solltest nicht mehr «Herr Priesterchen» sagen, sondern «Gelobt sei Jesus
Christus». Und dann, als er ihn mal gesehen hat, hat er alles durcheinander gebracht
und gesagt: Ich grüße sie, Christus. Aber mein Bruder wollte sehr die Glocken in der
Kirche läuten. In der Vergangenheit wurden die Glocken zum Angelusgebet morgens,
mittags und abends geläutet.
***
Wir hatten eine große Küche. Dort stand ein Kachelofen. Nicht so wie die jetzigen elektrischen Öfen aus Blech. Dort kochte man das Mittagessen. Wir kochten
täglich die polnischen Klöße, die aus rohen Kartoffeln gemacht wurden, die gerieben
und mit den gekochten Kartoffeln vermischt wurden. Wir haben sie jeden Tag gegessen. Eine ganze Mahlzeit wurde jeden Tag vorbereitet. Es gab auch Suppe, den ersten
und den zweiten Gang, und Kompott, weil bei uns viel Obst war.
***
Die Familie wohnte in drei Häusern nebeneinander, alle drei Tanten, in harmonischer Nachbarschaft. Alle lebten friedlich, die Kinder spielten gemeinsam, man hat
alles gemeinsam gemacht. All diese Frauen sind nach dem Krieg Witwen geworden,
daher wurde diese Ecke von den Dorfbewohnern Witwenecke genannt. Mein Vater
wurde im Krieg umgebracht. Die Russen haben ihn erschossen. So wie meinen Bruder. Einer von meinen Nachbarn ist gestorben, den anderen haben die Russen auch
erschossen. So blieben nur die Witwen, die in der Witwenecke wohnten.
Direkt nach dem Krieg haben wir nichts besessen. Alles wurde uns weggenommen. Wir hatten keine Hühner, keine Gänse. Alles wurde uns weggenommen. Wir
wussten nicht, was wir machen sollten. Es gab dann später eine Möglichkeit, Pferde
von der UNRRA3 aus Amerika zu bekommen. Jeder konnte dort etwas bekommen und
das abbezahlen. Dieses Pferd, dass wir bekommen haben, hatte große Beine. Meine
Mutter sagte immer: Dieses Pferd hat einen Huf wie ein Männerhut. Es war ein
wirklich großes und schweres Pferd. Wir bekamen später eine Kuh, jemand kaufte
ein Huhn. So langsam habe wir wieder alles aufgebaut.
Gleich nach dem Krieg war die Kirche zerstört. Da wir gleich in der Nähe
wohnten, wurde in unserem Haus die Messe abgehalten. Wenn man ins Haus kam,
war geradeaus die Küche, dahinter ein Zimmer. In diesem Zimmer wurden die Messen
3
Nothilfe- und Wiederaufbauverwaltung der Vereinten Nationen.
20
Tam był tyż taki ksiundz Melc, jego portret kiedyś stał w kościele. I on zawsze
cukierki nosiył w kieszeni i jak dzieci go przywitali, to i dostali cukierka. I on jak szoł
tak od kościoła, to brat go widzioł, bo on pieszo chodziył i leciał, i zawsze mówił:
„Witom wos, ksiynżoszku”. A tyn ksiundz potyn padoł: „Wiysz, tyś już je trocha
starszy, to już nie «Witom wos, ksiynżoszku», yno «Niech byndzie pochwalony Jezus
Chrystus»”. No i kiedyś go widzi i szybko leci, i pokręciło mu się to, i powiedział:
„Witom wos, Chrystus”. Ale tyż brat bardzo chcioł chodzić dzwonić do kościoła. Na
Anioł Pański kiedyś dzwoniło się rano, w południe, w wieczór.
***
Myśmy mieli duża kuchnia. Był tam duży piec kachlowy, taki kachlownik. Nie
tak jak teraz mosz piec elektryczny, ale taki blaszany. To się tam obiad gotowało.
Dziynnie my gotowali te kluski polskie. One były z surowych kartofli, które tarto
i trocha dawało się gotowanych kartofli. I dziynnie się je jadło. Całe obiady się gotowało. Była i zupa, i drugie danie było, i kompot był, bo my mieli dużo owoców.
***
My tam mieszkali w trójka, w trzi domy. I to wszystkie były ciotki. I harmonia tam była. Wszyscy się zgadzali, dzieci się zawsze schodziyli i wszystko robiyli.
I wszystkie te baby po wojnie zostały wdowy i to tak ten róg nazwali, jak to po polsku
powiedzieć: Wdowi Róg. Mój ojciec to był zabity podczas wojny. Ruse go zastrzeliły.
I brata mojego. A tyn drugi sąsiad zmarł. A trzeciego tyż Ruse zastrzeliły. I to potyn
wszystkie zostały wdowy i stąd nazwali to Wdowi Róg.
Całkiem po wojnie to nikt nic nie mioł. Wszystko było zabrane, nic nie było. Ani
kur, ani gęsi. Wszystko pozbierały i nic nie było. Ani jeden, ani drugi, nikt nie mioł
nic. I to potyn co? Były takie konie do dostania, z UNRRA6, z Ameryki były. Każdy
tam dostoł i musioł go spłacić. Tyn koń to mioł takoł noga. Zawsze moja matka padała: „Tyn koń moł take kopyto jak od mężczyzny kapelusz”. Takie duże mioł kopyto.
To były takie wielkie, ciężkie konie. Potyn tyż dostali my krowa. I to tak powoli,
powoli. Tam ktoś kupiył kura, dostoł od kogoś.
A zaraz po wojnie to kościół był zniszczony. A my blisko mieszkali, to u nos w domie odprawiało się msza. Prosto była kuchnia. I z tej kuchni się szło do pokoju. To
tam była odprawiana msza. A w tym z korytarza pokoju to tyż inszy ludzie mieszkali. Ludzie się tak bali, to wszyscy w jednym domie tak blisko siebie mieszkali. To
tam jeszcze rodzina Szalej mieszkała, a tam była msza. Chyba z jakie dwa miesiące.
6
UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration) – Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy. Istniejąca w l. 1943-1947 organizacja
międzynarodowa wspierająca przede wszystkim ze środków Stanów Zjednoczonych państwa wyzwolone spod okupacji państw Osi artykułami pierwszej potrzeby oraz podstawowymi urządzeniami do rolnictwa i przemysłu.
www.e-historie.pl
21
www.e-historie.pl
abgehalten. Im Zimmer, das direkt vom Flur zugängig war, wohnten Menschen. Die
Menschen hatten so viel Angst, dass sie in einem Haus eng nebeneinander wohnten.
In einem Zimmer wohnte die Familie Szalej, im anderen wurden die Messen abgehalten. Ich glaube, so ging es zwei Monate lang. Ich kann mich daran erinnern, dass den
ganzen Mai die Messe in unserem Haus war, weil danach auch die Maiandacht stattfand. Eine Beerdigung war auch im Haus, weil eine Frau gestorben ist, und eine Taufe
von einem Sebesta. Der Pfarrer wohnte bei uns mit seinem Vater und seiner Schwester. So war es. Sie hatten keine Mittel zum Leben. Und wir hatten eine Scheune, in
der Getreide gelagert wurde. Dieses Getreide wurde nicht mit einem Mähdrescher
gedroschen, sondern von Hand in Garben gebunden, in die Scheune gebracht und im
Winter per Hand mit einem Dreschflegel gedroschen. Später wurde das Getreide mit
Mahlsteinen gemahlen und aus dem Mehl wurde Brot gebacken. Wir hatten daraus
ausreichend Brot. Es gab was zu essen. Und was würde so ein Pfarrer in seinem Pfarrhaus essen? Er hatte gar nichts. Kaufen konnte man auch nichts, weil es gleich nach
dem Krieg keine Läden gab. Der Russe kam aus der Richtung von Alt-Cosel am ersten
Februar. Erst im Sommer wurden die ersten Läden geöffnet, also nach einem halben
Jahr. Um eine Brotration zu bekommen, musste man nach Klodnitz gehen.
Viele Menschen sind während des Krieges weggefahren und nie wieder zurückgekommen. Alt-Cosel hatte mal so um die zweitausend oder tausendachthundert Einwohner. Es gab aber weniger Gebäude. Jetzt gibt es mehr, aber jeder wohnt alleine.
Damals wohnten in einem Haus zwei oder drei Familien. Wenn jemand ein Haus
baute, nahm er auch Mieter, die Miete zahlten. So wohnten in jedem Haus mehrere
Familien, abhängig von seiner Größe. So zum Beispiel wohnten im Haus der Familie
Szarek drei Familien. In einem Haus gab es vierzehn Kinder verschiedenen Alters.
Aber die Kinder stritten nicht, weil sie gehorchen mussten. So auch bei uns im Haus.
In unserer Familie gab es acht Kinder, bei der Familie Czech sieben, beim Ku[ sechs
Kinder, und keiner hat sich gestritten. Wenn ein Kind etwas verbrochen hat, bekam es
einen Klaps. Nicht so wie jetzt, wo die Eltern diskutieren Du hast das getan, und du
das , und sich später streiten.
[2010]
Den Bericht hörte:
Pamiętam, że cały maj była msza, bo jeszcze i majowe7 było, i jedna pani zmarła, to
tam był pogrzyb, a ochrzczony był ten Sebesta. I mieszkoł tyn ksiundz u nołs, mioł
tyż ojca jeszcze i siostra. No i tyn ojciec i ta siostra byli tyż u nołs. I to tak było, oni
nie mieli za co żyć. A my co mieli w stodole? Było cała stodoła zboża, bo wtedy się
kombajnem nie młóciyło, tylko normalne snopki się robiyło. Snopki się zwoziyło
do stodoły, a potyn zimą się młóciyło. To przyszła maszyna i cały tydziyń tak, aż się
całoł stodoła wymłóciyła. A wtedy już było tak, że potyn przyszła wojna i już my nie
młóciyli, i my mieli całoł stodoła zboża. No to potyn my cepami młóciyli to zboże
i żarnem takim krynciyli, i piykli chlyb z tego. To my mieli dosyć chlyba! Było co
jeść! A taki proboszcz co by był na farze jołd? Oni nic nie mieli. Kupić nic nie można
było, bo zaraz po wojnie sklepów nie było. Ruse 1 lutego przyszli do Starego Koźla,
a potyn tak dopiyro latem, jesień tak zaczeli sklepy się robić, to był taki okres pół
roku. Wiem, że pierwszy sklep-piekarnia był w Kłodnicy. Dostało się przydział chlyba, to się musiało do Kłodnicy iść po chlyb.
Dużo ludzi wyjechało w czasie wojny i już nie wróciyło. Stare Koźle miało
kiedyś coś dwa tysiące ludzi czy tysiąc osiemset. Było tyż mniej budynków. Terazki jest więcej budynków, ale każdy sam mieszka. Kiedyś tam w takim jednym
domie to mieszkały dwie–trzy rodziny. Ktoś sobie postawił dom, to on zawsze se
wziął lokatora, bo to mu płaciył i to mioł z czego. Tak że w każdym domie mieszkało, zależy jaki duży, ale jedna rodzina mało kiedy. Jak na przykład tam u Szarków to mieszkały trzy rodziny. Tam w jednym domie było czternaście dzieci.
W różnym wieku były te dzieci. Ale tam się nigdy nie kłóciyli dzieci, bo każde
dziecko musiało więcej usuchnąć8. Nie było kłótni o dzieci. Tak samo my w domu.
U nołs było osiem, u Czecha było siedmiu, a u Kusia było sześć dzieci i się nikt nie
kłóciył. Coś narobiyło dziecko, to narobiyło, dostało klapsa, a nie tam żeby rodzice
przyszli: „A tyś mi to zrobiył, a tyś mi tamto zrobiył”, i zaraz kłócić się.
[2010]
Relacji wysłuchała:
Paulina Parusel
Paulina Parusel
7
8
22
Majowe, majówka, nabożeństwo majowe – odprawiane w maju w Kościele katolickim nabożeństwo ku czci Matki Boskiej.
Usuchnąć – być posłusznym.
www.e-historie.pl
23
Hubert Skrzipczyk (Jahrgang 1934), Bowallno
Hubert Skrzipczyk (rocznik 1934), Wawelno
Krieg in Bowallno
Wojna w Wawelnie
unserer Nähe – ich glaube es war im Jahre 1943 – richteten im Wald zwischen
Bowallno und Brande die Deutschen ein Judenlager ein. Die Älteren sind dort
hingegangen, also taten wir Jungen es auch. Ich und mein Bruder gingen dorthin, um uns dieses Lager anzusehen. Natürlich war alles umzäumt und mit
Strom gesichert. Nur der äußere Drahtzaun stand nicht unter Strom. Dahinter gab es
einen Stacheldrahtzaun und einen Gitterzaun, die mit Strom gesichert waren. Wenn die
jemand anfassen würde, dann wusste man schon, was passieren würde er würde es nicht
überleben. Obwohl man mit uns wegen der Neugier schimpfte, wussten aber unsere
Leute, wie die Juden dort behandelt wurden, wie sie aufgrund der Ernährung in einem
immer schlechteren körperlichen Zustand waren. Also warfen wir ihnen Brot zu. Solche
dick geschnittenen Schnitten; in Zeitungspapier verpackte Pajden1, wie die Polen sagten. Wir nannten sie Gielniki2. Darin gab es Räucherspeck, ein Stück Fleisch mit Fett,
manche beschmierten sie nur mit Fett. Das alles war in Papier, in alten Zeitungen eingepackt, und wir warfen diese Päckchen über die Zäune. Wenn wir sie warfen, stürzten
sich die Juden gleich darauf. Die Aufseher brüllten, aber ich sah nie, dass jemand vom
Wachturm auf die Juden, die das eingepackte Brot sammelten, geschossen hat. Ich selbst
war damals noch zu klein um zu werfen, aber mein Bruder, seine Freunde, mein älterer
Cousin alle warfen das Brot. Und das ist eine ziemlich lange Zeit passiert.
Man sagt immer, wie gut es doch in den deutschen Zeiten war. Aber mein Gott, es
war so gut, dass die Frauen in den Wald arbeiten gehen mussten, um ein paar Groschen
zu haben. Und sie sammelten Beeren, die sie später verkauften. Bei uns im Ort gab es so
eine Annahmestelle. Wir gingen in der Früh los und um sieben Uhr waren wir schon im
Wald. Um sieben Uhr abends waren wir wieder zurück. Also kann man sagen, dass man
die Beeren fast zwölf Stunden sammelte. Jungen, wie ich, hatten keine Lust Beeren zu
sammeln. Also gingen wir zusehen, wie die Juden arbeiten mussten, weil man sie hier
zum Bau der Autobahn herbeigeholt hatte. Wir wussten, wie viel sie arbeiten mussten.
Wir gingen am Morgen vor sieben Uhr zur Baustelle. Gingen wir heim, dann sahen wir,
wo sie an diesem Tag aufhörten. Wenn wir abends gingen arbeiteten sie noch, wenn wir
am nächsten Morgen kamen waren sie schon bei der Arbeit.
Ich weiß noch, wie wir mit meiner Mutter und der Tante 1943 zu dem abgeholzten Platz fuhren. Dort waren alle Wurzeln gerodet und die Verwaltung der Autobahn
hat diese verkauft und die Einwohner unseres Dorfes kauften sie. Und wir kauften
iedaleko nas, chyba w czterdziestym roku, w lesie pomiędzy Wawelnem
i Prądami Niemcy urządzili obóz dla Żydów. Starsi tam chodzili, to i my
chłopcy, ja z bratem, też tam chodziliśmy i oglądaliśmy ten obóz. Naturalnie
to wszystko było ogrodzone, pod prądem. To znaczy zewnętrzne druty to
nie były. Później był zwój drutów kolczastych i druga siatka, ale ta już pod prądem. I kto by się dotknął tej siatki, to już wiadomo, co byłoby – już by nie żył.
Wprawdzie na nas krzyczeli, bo ludzie od nas patrzyli, jak ci Żydzi byli tam traktowani, coraz to w gorszym stanie fizycznym z uwagi na wyżywienie, więc myśmy
rzucali im chleb. Pokrojone, w gazetę owinięte, grube takie pajdy, jak to się mówi
po polsku, a myśmy goudali – gielniki. W środku była wędzonka, kawałek mięsa
z tłuszczem, niektórzi tylko tłuszczem posmarowali. To wszystko było w papiery,
w gazety zawinięte i przez te druty rzucaliśmy. A jak rzucaliśmy, to Żydzi od razu
się na to rzucali. Tamci krzyczeli, ale ja nie widziałem, żeby któryś z tej wieżyczki
strzelał do tych Żydów, którzy zbierali ten chleb. Ja byłem wtedy jeszcze za mały
do rzucania, ale brat, jego koledzy, mój starszy kuzyn – to wszyscy rzucali tam. No
i to dosyć długo trwało.
Zawsze się mówi, jak to dobrze było za Niemca. No Boże kochany, było tak
dobrze, że kobiety musiały iść, ażeby troszeczkę grosza było, do lasu. I zbierały
jagody, a te jagody później sprzedawały. U nas był taki punkt skupu. Rano myśmy
szli i o siódmej byliśmy już w lesie, a o siódmej wieczorem byliśmy z powrotem.
Czyli, można powiedzieć, niecałe dwanaście godzin się zbierało te jagody. Chłopcy,
jak to chłopcy, nie bardzo chcą tam zbierać te jagody, no to myśmy szli oglądać,
jak ci Żydzi tam pracowali, bo oni byli przyprowadzeni tutaj do budowy autostrady,
autobany. To myśmy wiedzieli, ile oni zrobili. Na drugi dzień, jak myśmy przyszli,
to szliśmy zobaczyć przed siódmą. Szliśmy do domu, to widzieliśmy, gdzie oni
kończyli. Jak myśmy pojechali – jeszcze robili, jak myśmy przyjechali – już robili.
W czterdziestym trzecim roku, przypominam sobie, z matką moją i ciotką pojechaliśmy za siedliskami1. Tam były wykarczowane te wszystkie korzenie i zarząd autostrady to sprzedawał i ludzie z naszej wioski kupowali. I my kupiliśmy też. Na wóz
nam załadowali, a po wszystkim to ciotka pyta się tego nadzorcy, tego wachmana, że
ci Żydzi tak się tu napracowali, to byśmy chcieli im coś dać.
– Seid Ihr verrückt? Wolltet nach Auschwitz kommen? Aber was habt Ihr?2
1
2
1 Siedliska – tu: miejsca wyrębu.
2 Seid Ihr verrückt?... – Zwariowaliście? Chcecie trafić do Oświęcimia? Ale co tam macie?
Pajda – polnisch für Brotschnitte.
Gielniki – im slawisch-schlesischem Dialekt für Brotschnitte.
24
www.e-historie.pl
25
www.e-historie.pl
auch etwas Holz. Unser Fuhrwerk wurde beladen, und danach hat meine Tante den
Aufseher gefragt, ob wir den Juden etwas geben dürfen, weil sie so schuften müssen.
– Seid Ihr verrückt? Wollt ihr nach Auschwitz kommen? Aber was habt Ihr?
– Wir haben geschnittenes Brot.
– Ein ganzes?
– Nein, geschnittenes mit Räucherspeck, in Portionen.
– Dann gehen Sie unter diese Fichte und Sie unter die da, tun Sie, als ob Sie ihre Notdurft verrichten wollen, nur so, damit dieses Schwein sie nicht sieht, weil er den Juden,
der etwas von Ihnen bekommt, gleich erschießen und Sie ins Lager schicken würde.
Und tatsächlich, meine Mutter ging in die eine Richtung, die Tante in die andere.
Das Fuhrwerk war beladen. Ich musste bei den Kühen bleiben und sie halten, und die
beiden Frauen sind zu den Bäumen gegangen. Dann fuhren wir los. Wir waren gerade
mal fünfzig Meter gefahren, da rief dieser Wachmann die Juden: Was für ein Gebrüll!
Man muss hier Ordnung schaffen! Und er schickte sie dahin, wo Mutter und Tante
eben gewesen waren. Und dort nahmen sie die Brotschnitten, eine nach der anderen.
Wahrscheinlich waren dieses Schreien und die Schikanen nur zum Schein. Es waren
nicht nur Mutter und die Tante, sondern viele Leute aus unserem Dorf, die dorthin
gefahren sind, und den Juden diese bescheidene Nahrung gegeben haben.
Zum Beerensammeln fuhren ganze Familien, und nicht mit Eimern, sondern mit
Kartoffelkörben, die wir auf einer Touczka3 transportierten. Darauf luden wir die gefüllten Kartoffelkörbe und es ging zum Verkauf. In der Pilzzeit mussten die Kinder
auch Pilze sammeln.
Jeder hat zu Hause Tiere gehalten. Wenigstens eine Ziege, wenn nicht zwei oder
drei. 1940 kam ich in die Schule, aber die Zeit davor, schickte mich meine Mutter
gemeinsam mit der Tante zum Ziegenhüten. Die Tante hatte genau so wie wir zwei
Ziegen. Ich musste meine in den Wald führen, am Nachmittag kehrten wir nach Hause
zurück. In diesen Zeiten waren die Kinder auf den kleinen und großen Bauernhöfen
beschäftigt. Jeder Feldrain, alle Gräben und alle Feldwege waren abgegrast, weil es in
jedem Haus Ziegen, Gänse, Enten, Hühner, Kaninchen gab, die alle Futter brauchten.
***
Das Jahr 45 kam näher. Ich weiß es heute noch, es war der 24. Januar. Bei uns
wurde in einem großen Saal eine Dorfversammlung einberufen. Es gab verschiedene
Versammlungen, politische und wirtschaftliche, und aus jeder Familie musste jemand
unbedingt dabei sein. Listen waren ausgelegt, und jeder der reinkam, musste angeben
in welcher Straße, unter welcher Nummer er wohnt und wie er heißt. Und der, der bei
den Listen dort saß, hat das auf der Liste abgehakt. Wenn jemand nicht da war, wurde
er zum Ortsvorsteher gerufen. Und dann war ein vereinbarter Tag an diesem Tag müs3
Touczka – im slawisch-schlesischem Dialekt für Schubkarre.
26
– No, mamy chlyb ukrojony.
– A cały?
– Nie, pokrojony, wandzonka w środku, są porcje porobione.
– To wy idźcie pod ten, a wy idźcie pod tamten świerczek, niby za swoimi potrzebami, tylko żeby tamta świnia o tym nie wiedziała, bo ta zaraz Żyda zastrzeli,
a was – do obozu.
No i faktycznie, moja matka w jedną stronę, ciotka w drugą stronę. Wóz
już był załadowany, ja musiałem stać przy tych krowach i je trzymać, a one poszły. Pojechaliśmy. Ujechaliśmy może jakieś pięćdziesiąt metrów i zaczyna ten
wachman wołać tych Żydów. A z jakim krzykiem! „Trzeba zrobić tu porządki!”
No i wysyłał ich tam, gdzie właśnie matka i ciotka poszły. No i sobie tak po jednym, po jednym, po jednym – wszystko wzięli. Prawdopodobnie te krzyki i szykany były dla oka. I to nie tylko matka i ciotka, ale dużo było takich przypadków
z naszej wioski, że ludzie jechali tam i dawali Żydom to skromne pożywienie.
Na te jagody jak myśmy jechali, to jechały całe rodziny, i to nie wiadereczko,
wiaderko – kosze kartoflane, to na tołczce wieźlimy to. Na to szedł kosz kartoflany
i do sprzedania. W okresie, kiedy były grzyby, dzieci musiały po grzyby łazić.
Każdy miał w domu coś. Przynajmniej kozę, jeżeli nie dwie albo i trzy. Ja
poszedłem do szkoły w czterdziestym roku, ale przed tym, nim ja zacząłem chodzić do szkoły, to mnie matka wysyłała z naszymi dwiema kozami wraz ze swoją
ciotką. Ona miała też swoje kozy, ja swoje musiałem tam prowadzić i szliśmy do
lasu kozę paść, a po południu przychodziliśmy znów z powrotem. Dzieci w tym
okresie były przywiązane do tych malutkich czy dużych gospodarstw. Każda miedza, wszystkie te rowy, wszystkie te drogi polne – to wszystko było wyrżnięte,
bo w każdym domu były kozy, gęsi, kaczki, kury, króliki, a to wszystko potrzebowało karmy.
***
Zbliżał się rok czterdziesty piąty. Jak dziś pamiętam, było to 24 stycznia. Zostało
zwołane u nas do dużej sali zebranie wiejskie. Zebrania były różne, były i polityczne,
i gospodarcze, ale z każdej rodziny musiał ktoś na tym zebraniu być obowiązkowo. Były listy wyłożone i każdy, kto wszedł, musiał podać, z której jest ulicy,
numer domu, jak się nazywa i ten, który siedział, to odfajkowywał. Jeżeli nikogo
nie było, to został wezwany do sołtysa. A wtedy to był ustalony dzień – w tym
i w tym dniu wszyscy muszą się zgłosić do sołtysa. Niechby któryś spróbował nie
przyjść. A u sołtysa siedział wtedy szandara3, no i musiał się tłumaczyć, dlaczego
nikogo nie było na tym zebraniu.
3
Szandara – żandarm, policjant.
www.e-historie.pl
27
www.e-historie.pl
sen sich alle beim Ortsvorsteher melden. Keiner würde es wagen nicht zu kommen.
Und beim Ortsvorsteher saß der Gendarm, und man musste sich rechtfertigen, warum
keiner aus der Familie zu dieser Versammlung gekommen war.
An diesem Tag es war am Abend, es fällt mir heute schwer zu sagen, wie spät es war:
sechs Uhr, sieben Uhr? sahen wir nach der Versammlung dass Oppeln brennt. Und es
kam die Anordnung, dass innerhalb von zwei Stunden ein Treck vorbereitet sein muss,
also dass alle Einwohner jüngeren und mittleren Alters in Richtung Westen gehen müssen
ohne Ausnahme. Man musste Hühner, Gänse, Enten, Ziegen, Kühe, Schweine – alles, was
man hatte, zurücklassen. Und auch die alten Menschen. Wir bereiteten uns auch vor. Es
war Winter und es lag viel Schnee, zwar nicht bis zur Gürtellinie, aber bis zu den Knien
bestimmt. Und dazu mindestens 15 Grad Frost. Wir haben gepackt. Was sollten wir nur
mitnehmen? Ich nahm meinen Schlitten mit. Aber was soll man auf so einem kleinen
Schlitten mitnehmen? Er war nur etwa 60 Zentimeter lang. Was soll man auf ihn packen?
Die Ziegen, Hühner, Enten, Katzen sowie die fünfundachtzigjährige Oma musste man
zurücklassen. Die Mutter hatte ein Fahrrad. Was soll sie auf diesem mitnehmen? Etwas
zum Essen, etwas zum Anziehen? Man muss schlafen, also Bettwäsche, ein Federbett. Als
man alles einwickelte, entstand ein Bündel. Das war alles und irgendwelche Decken. Wir
fuhren los. 40 Meter von uns entfernt gab es Schneewehen. Der Mutter ist mit dem Fahrrad umgefallen, alles fiel herunter, mir kippte der Schlitten um, alles stürzte. A do rzici!
sagte die Mutter nazoBd! Nikaj nie pojedziymy!4. Wir hatten alles in diesen Bündeln
eingepackt. Viele Leute fuhren mit diesem Treck weg. Manche kamen nie mehr zurück,
andere kamen zurück, aber später, als die Front über sie ging. Fuhren sie weit weg? 30
Kilometer, 40 Kilometer? Von diesem Zeitpunkt wurden Menschen aus den Dörfern
geworfen und andere mussten an ihrer Stelle dahin. Wir blieben.
Am nächsten Morgen ich weiß nicht um welche Uhrzeit, es könnte acht Uhr gewesen sein ging jemand in der Küche herum, wir selbst schliefen in der Schlafstube.
Jemand ging in der Küche herum: tapp, tapp, tapp... Schwere Stiefel. Plötzlich ging die
Tür auf, wir schauten hoch - ein Mann mit Stahlhelm kommt herein, auf dem Stahlhelm
die zwei Zickzacks der SS5 darauf. Er sagte zu uns: Was macht Ihr denn hier? Habt Ihr
gestern nicht gehört? Wieso seid Ihr nicht mit dem Treck gefahren? Es waren zwei SSMänner: einer kam in die Schlafstube, der andere war in der Küche. Die Mutter sagte:
– Wir bereiten uns gerade vor, sehen Sie, alles ist schon vorbereitet.
– Ja, Ja. Ich weiß. Ich komme in einer Stunde zurück, sodass dann keiner mehr
da ist, keiner!
– Und was machen wir mit der Oma?
4
5
Im slawisch-schlesischen Dialekt: Verflucht! Zurück! Wir fahren nirgendwo weg!
SS (Schutzstaffel der NSDAP) – in den 20er Jahren entstandene nationalsozialistische paramilitärische Organisation, die anfangs die Versammlungen der NSDAP schützte. In den
30er Jahren wurde sie zur innerparteilichen Polizei. Während des Krieges bildete man militärische Truppen (Waffen-SS). Nach dem Krieg als Verbrecherorganisation erklärt.
28
I w tym dniu – wieczorem to było, trudno mi powiedzieć, która to mogła być
godzina: szósta wieczór, siódma wieczór – patrzymy po zebraniu: Opole się paliło. I wyszło zarządzenie, że w ciągu dwóch godzin będzie szykowany trek, czyli wymarsz całej ludności na zachód. Obowiązkowo. Trzeba było zostawić kury,
gęsi, kaczki, kozę, krowy, świnie, wszystko, co było. I starych ludzi. Myśmy też
się szykowali. A wtedy była zima, śnieg, choć nie po pas, ale po kolana na pewno.
A mróz co najmniej 15 stopni. Byliśmy spakowani. Co wziąć? Ja wziąłem sanki. Co
na tych malutkich saneczkach wieźć? Miały one jakieś 60 centymetrów długości.
Co tam zapakować? Kozę trzeba było zostawić, kury trzeba było zostawić, kaczki
zostawić, koty zostawić i starkę trzeba było zostawić osiemdziesięciopięcioletnią.
Matka miała koło. Co na to koło wziąć? Troszkę do jedzenia, troszkę do ubrania.
Trzeba spać, a więc jakąś pościel, jakąś pierzynę. Jak to się zawinęło, takie toboły,
to wszystko było, jakieś koce. Pojechaliśmy. Od nas dosłownie jakieś 40 metrów
zaspy były. Matce się koło wywróciło, wszystko zleciało, mnie się sanki wywróciły,
wszystko poleciało. „A do rzici!4 – powiedziała matka – nazołd! Nikaj nie pojedziymy!” Mieliśmy te wszystkie toboły spakowane. Dużo ludzi pojechało tym trekiem.
Niektórzi już wcale nie wrócili, niektórzi wrócili, ale w późniejszym okresie, jak
już front przeszedł. Daleko oni jechali? 30 kilometrów, 40 kilometrów. Stamtąd
ludzi wyrzucili, a nasi musieli tam przyjść.
Na drugi dzień rano – nie wiem, która była godzina, ósma mogła być – ktoś
chodzi po kuchni, a myśmy spali w szlafsztubie5. Ktoś chodził po kuchni: tup, tup,
tup. Takie ciężkie buciory. Nagle drzwi się otwierają, patrzymy – wchodzi jeden
w stahlhelmie6, a tutaj ma dwa takie zygzaki SS7. I do nas: „A wy co? Nie słyszeliście wczoraj? Dlaczego wyście się nie wybrali z trekiem?” Dwóch było ich: jeden
wszedł, ten drugi był w kuchni. Matka mówi:
– My już szykujemy się, widzi pan przecież, że mamy już wszystko przygotowane.
– Tak, tak. Ja wiem. Ja przyjdę tu za godzinę, ale żeby już nikogo nie było, nikogo.
– A co ze starką zrobimy?
– O to się nie martwcie. To będzie załatwione. Wy musicie opuścić teren przyfrontowy, musicie obowiązkowo, nie ma żadnego tłumaczenia.
Za godzinę faktycznie był. Ale powiedział: „Tego drugiego już wysłałem tam.
Ja wiem, jak to jest, ja pochodzę z Ostpreussen8 i moja rodzina również musiała
4
5
6
7
8
A do rzici! – A do dupy! (regionalizm śląski).
Szlafsztuba – sypialnia.
Stahlhelm – hełm
SS (Schutzstaffel der NSDAP, Eskadra Ochronna NSDAP) – powstała w l. 20. nazistowska
organizacja paramilitarna, chroniąca początkowo zebrania NSDAP. W l. 30. przekształcona
w wewnętrzną policję partyjną. W trakcie wojny tworzono militarne oddziały (Waffen-SS).
Po wojnie uznana za organizację zbrodniczą.
Ostpreussen – Prusy Wschodnie.
www.e-historie.pl
29
www.e-historie.pl
Darum müsst Ihr euch nicht kümmern. Das wird erledigt. Ihr müsst das Frontgebiet verlassen, alle müsst Ihr weggehen, es gibt keine Widerrede!
In einer Stunde war er wirklich wieder da. Aber er sagte: Den anderen Soldaten
habe ich schon woanders hingeschickt. Ich weiß, wie das ist. Ich komme aus Ostpreußen und meine Familie musste auch alles verlassen. Ich weiß, wie schwer das ist, aber
versteht, wir haben so einen Befehl, wir müssen diesen Befehl ausführen. Mit den
Vorgesetzten ist nicht zu spaßen! Obwohl ich hier das SS-Zeichen trage, mit ihnen ist
nicht zu spaßen. Uns kann das selbe zustoßen wie euch.
Aber schon vorher versteckten sich unsere Leute, darunter meine Tante und noch
viele andere im Wald, wo es ein Jagdhäuschen gab. Darin gab es eine winzige Küche
und einen großen Raum, in dem auch wir und ein paar andere Familien untergekommen
sind. Ich ging am nächsten Tag dahin, oder vielleicht sogar noch am Abend. Aber die
Mutter blieb im Gehöft zurück, weil man doch Ziegen, Hühner und Gänse füttern musste. Und auch die Oma! Sie brauchte Hilfe, sie war bettlägerig, konnte nicht aufstehen.
Sie musste doch etwas zum Essen bekommen. Im Wald blieben wir ziemlich lange.
Es gab furchtbar viel Schnee, schrecklichen Frost. Mutter war zu Hause. Und eines
Tages kam eine SS-Streife. Bei uns war alles: Kühe, Pferde. Die Leute richteten einen
speziellen Stall ein. Wir dämmten und überdachten ihn irgendwie, damit das Vieh unter
einem geschützten Dach war. Man brauchte Futter für das Vieh. Und Wasser musste
man holen. Daher musste man die Straße überqueren. Dabei entdeckte uns die Streife.
Innerhalb einer Stunde mussten wir alles wieder vorbereiten und wegfahren. Nur
wohin jetzt? Unsere Leute wussten wir schon: auf dem Flugplatz. Dorthin sind wir
auch am Nachmittag gezogen. Ich hatte meine Siebensachen auf das Fahrrad gepackt.
Es gab unheimlich viel Schnee. Die Fuhrwerke fuhren schneller und ich fuhr in deren
Spurrillen. Keiner half mir, ich war erst elf Jahre alt und musste das Rad alleine schieben. Wir sind losgezogen, aber Mutter blieb bei uns zu Hause.
Meine Oma haben sie zwei Tage später mitgenommen. Am 24. fing Oppeln an zu
brennen. Am 26. kamen Soldaten. Ich kam gerade aus dem Wald wieder nach Hause. Ich
habe im Wald alles zurückgelassen, es zog mich nach Hause, zur Mutter hin. Die Soldaten
nahmen meine Oma mit. Sie setzten sie auf ein Fuhrwerk und wir packten sie ein. Aber sie
fuhren nicht weit weg, nur irgendwo ins Dorfzentrum. Dort stand ein Autobus und mit diesem Autobus haben sie sie abtransportiert. Wohin? Das wusste man nicht. Erst später haben wir erfahren, dass es bis nach Neustadt ging, weil dort die Front noch nicht geschlossen war, weil die Russen extra diese Stelle offen gelassen haben, damit die Wehrmacht
sich aus unseren Gebieten zurückziehen kann. Sie wollten das, damit noch etwas übrig
bleibt und nicht alles zerstört wird. Sie wollten möglichst wenige Kampfhandlungen.
wszystko opuścić. Ja wiem, jak to jest ciężko, ale ludzie, zrozumcie, my mamy taki
rozkaz, my musimy ten rozkaz wypełnić. Bo z nimi nie ma żartów! Pomimo że mam
tutaj SS, z nimi nie ma żartów. Nas może to samo spotkać, co i was”.
Ale przedtem już nasi, moja ciotka i inni jeszcze, przeprowadzili się do lasu, gdzie
był taki domek myśliwski, dla myśliwych, jak mieli polowanie. Tam była malutka
kuchenka, było duże pomieszczenie i tam byliśmy wszyscy, kilka rodzin. Ja pojechałem tam zaraz na drugi dzień albo nawet wieczorem jeszcze. Ale matka została, bo
przecież trzeba kozę futrować9, kurom dać, gęsiom i tak dalej. No i starka! Przecież
potrzebuje, obłożnie chora, nie umie stać, przecież musi dostać coś zjeść. I tam myśmy byli dosyć długo. Śniega okropnie, mrozy okropne. Matka była w domu, ale ja
byłem tam. I któregoś ładnego dnia jedzie patrol SS-owski. A tam wszystko było:
krowy, konie; ludzie sobie zrobili tam specjalnie zagrodę. Ogacili to jakoś, żeby było
zadaszone dla tego bydła, dla tych krów, koni. Potrzeba przecież było czegoś dla bydła. Po wodę trzeba było iść i trzeba było właśnie przejść przez drogę. I oni patrzyli:
„Aha… Ludzie tędy przechodzą, no to przyjechali tu”.
W ciągu godziny musieliśmy szykować wszystko i wyjechać. Tylko dokąd teraz?
Wiedzieli już tutaj od nas ludzie, że na lotnisko, i tam myśmy się przeprowadzili po
południu. Ja musiałem swoje manele pakować na koło, a śniega okropnie. Wozy prędzej jechały, a ja w tych koleinach. Nikt mi nie pomógł, ja miałem jedenaście lat, to
trzeba było pchać samemu. To myśmy tam byli, ale matka była zawsze u nas w domu.
A moją starkę zabrali dwa dni później. 24 był pożar Opola, zaczęło się Opole
palić, a 26 oni przyjechali i ja akurat też z lasa przyleciałem do domu, wszystko zostawiłem tam, ciągło mnie do domu, do matki. No i przyjechali wojskowi i zabrali moją
starkę. Babcię moją zabrali na wóz, wpakowali ją, myśmy ją usadowili. I zajechali
niedaleko, tylko gdzieś do centrum wsi. Tam autobus był podstawiony i autobusem
wywieźli. Dokąd? Nie było wiadomo. Dopiero w późniejszym okresie dowiedzieliśmy się, że aż do Prudnika, bo tamten front nie był jeszcze zamknięty, gdyż Rosjanie
specjalnie zostawili ten worek otwarty, żeby wojsko mogło się z naszych terenów
wycofać, ażeby tutaj już nie zniszczyć tego, co było, żeby te działania wojenne były
jak najmniejsze.
[2010]
Relacji wysłuchał:
Uczestnik II edycji projektu
„Archiwum Historii Mówionej”
[2010]
Den Bericht hörte:
ein Teilnehmer der II Edition des Projektes
„Archiv der gesprochenen Geschichte”
30
9
Futrować – karmić.
www.e-historie.pl
31
Teresa Fabijańska (Jahrgang 1936), Königshütte
Teresa Fabijańska ( rocznik 1936 ), Chorzów
Von unserem Zuhause weggeholt
Wyrwanie z domu
erinnere mich daran: ich war ein Kind, und ich war vielleicht sechs Jahre
alt. Es war entweder Ende des Jahres 1942 oder Anfang des Jahres 43. Die
Deutschen hatten auch Kutno besetzt. Eigentlich war es Hitlers Armee –
denn ich hege für Deutschland keinen Groll, ich mache keine Vorwürfe. Es
war so unheimlich kalt, alles mit Schnee bedeckt, also muss es Winter gewesen sein.
Und als diese Deutschen in Kutno waren, da fingen sie an in den kleinen Siedlungen,
in den Dörfern, in den Häusern zu hausen. Und eines Tages drangen sie bei uns ein,
sie kamen auf unser Grundstück mit einem großen Auto. So einem, wie es die alten
Stars oder Lublins waren, aber ohne Plane.
Es waren mehrere Deutsche: vier, fünf oder sechs. Sie fuhren auf unser Grundstück, sprangen aus dem Auto, drangen in unser Haus. Wir waren noch sehr klein. Wir
waren sechs Kinder, so der Reihe nach jedes zweite Jahr ein Kind. Und sie sagten,
dass sie uns nach Deutschland bringen wollen. Ich erinnere mich an diese Tragödie.
Wie furchtbar die Eltern flehten! Wie der Vater anfing zu flehen! Wie sie ihn zu Boden warfen und ihn furchtbar geschlagen haben. Sie schlugen ihn so lange, bis er
ohnmächtig war. Und als Vater so schrecklich zusammengeschlagen dalag, da sagten
sie, dass wir eine halbe Stunde Zeit haben um mitzunehmen, was wir in dieser Zeit
schaffen einzupacken, und dann fahren sie uns zum Bahnhof nach Kutno, und von
dort fahren wir mit dem Zug nach Deutschland. Daraufhin packte die Mutter als erstes
die Federbetten und Bettwäsche ein, weil es Winter war.
Als Vater wieder zu Bewusstsein kam, holte Mutter die Nachbarn, sie brachten
Vater ins Haus und legten ihn aufs Bett. Er lag dort so lange, bis Mutter gepackt hat.
Und als sie sah, dass die Deutschen kommen um uns abzuholen, hat sie vor lauter
Angst Vater schnell angezogen. Die Deutschen steckten uns ins Auto und fuhren uns
zum Bahnhof in Kutno. Und da saßen wir lange auf dem Bahnsteig, so lange... Ich fror
so schrecklich, alle froren, vor allem die kleinen Kinder. Als der Zug kam, haben wir
gar nicht geahnt, dass der für uns bestimmt war, weil es ein Güterzug war. Ohne Sitze,
ohne Toilette, ohne Wasser, gar nichts...
Und dann, als diese Deutschen schon auf dem Bahnsteig standen, hielt der Zug an.
Er war schrecklich lang. Und sie befahlen uns einzusteigen. Vater und Mutter schoben
uns hinein, und zwar einzeln. In diesen Waggons war nur in den Ecken etwas Platz
zum Schlafen vorbereitet – hier und da ein wenig Stroh. Mutter sagte: „O Gott, gut,
dass ich Bettwäsche mitgenommen habe, und Federbetten und Kopfkissen.“ Und als
die Nacht nahte, legte sie uns auf diese Lagerplätze mit Stroh, deckte uns mit der Bettwäsche zu und wir schliefen ein. Es war aber so kalt, weil es Güterzugwaggons waren.
32
amiętam to: byłam dzieckiem, chyba sześć lat miałam, był to albo koniec
czterdziestego drugiego roku, albo początek czterdziestego trzeciego roku.
Niemcy zajęli też już Kutno – wojska hitlerowskie, bo nie mam żalu, pretensji do całych Niemiec. Było tak potężnie zimno, śnieg, tak że to musiała być
zima. I jak ci Niemcy już byli w Kutnie, to później zaczęli buszować po tych
małych osadach, po wsiach, po domach. I pewnego dnia wtargnęli do nas, na tę naszą posesję, potężnym samochodem, takim jak dawniejsze stary albo lubliny, tylko
bez plandeki, bez niczego.
Tych Niemców było dużo: czterech, pięciu albo sześciu. Wjechali na naszą posesję, wyskoczyli, wtargnęli do naszego domu. No a my byłyśmy bardzo
małe. Było nas sześcioro, tak po kolei co dwa lata dziecko. I powiedzieli, że nas
chcą wywieźć do Niemiec. Pamiętam ten dramat. Jak rodzice strasznie błagali!
Jak ojciec zaczął błagać! Jak go przewrócili na ziemię i tak go strasznie zaczęli
bić. Tak długo go bili, aż zemdlał. A jak ojciec leżał strasznie pobity, to powiedzieli, że mamy pół godziny czasu, by zabrać, co zdążymy, i wywożą nas do Kutna na dworzec, a stamtąd pojedziemy dalej do Niemiec pociągiem. No to mama
w pierwszej kolejności zabierała pierzyny, pościel, bo to była zima.
Jak ojciec oprzytomniał, to mama poleciała po sąsiadów, ojca wnieśli do
domu na łóżko. Tak długo leżał, aż mama nas spakowała. A jak zobaczyła, że
Niemcy jadą po nas, to już z tego strachu ojca jako tako ubrała. Wsadzili nas na
ten samochód i zawieźli na dworzec do Kutna. No i tam siedzieliśmy na peronie
tak długo, tak długo... Tak strasznie zmarzłam, wszyscyśmy zmarzli, a te maleńkie dzieci to dopiero. Aż przyjechał pociąg. Jak ten pociąg przyjechał, to wcale
nie myśleliśmy, że po nas, bo to był taki towarowy. Bez siedzeń, bez ubikacji, bez
wody, bez niczego…
No i później, jak ci Niemcy już stali na tym peronie, ten pociąg stanął, strasznie
był długi. I kazali nam wsiadać. No i tata z mamą tak pojedynczo wsadzali nas,
wsadzali, a w tych wagonach do spania tylko po kątach było – tu trochę słomy, tu
trochę słomy i tu. I mama mówi: „Boże, dobrze, że ja pościel zabrałam, pierzyny,
poduszki”. I jak zbliżała się noc, to poukładała nas na tych legowiskach z tą słomą,
poprzykrywała tą pościelą i spaliśmy. No ale zimno! Bo to towarowe pociągi były.
Tę podróż strasznie zapamiętałam. Dla nas, dzieci, to był dramat. Ojciec gdzieś poleciał i szukał, żeby jakiś piecyk skombinować, bo to była zima, mróz trzaskający.
I ktoś dał z domu taki maleńki, taki żeliwny. I dał, pamiętam, trochę drzewa i ojciec
www.e-historie.pl
33
www.e-historie.pl
In meiner Erinnerung ist diese Reise entsetzlich gewesen. Für uns Kinder war das ein
Drama. Der Vater lief irgendwo hin und suchte nach einem Ofen, weil es Winter und
klirrende Kälte war. Jemand gab uns so einen winzigen gusseisernen Ofen und etwas
Holz. Der Vater hat es angezündet. Und schon war es etwas wärmer. Aber was ist das
schon, wenn sie uns nach Deutschland zehn oder zwölf Tage lang fahren? Und der
Zug hielt sehr oft an. Da, wo es große Siedlungen gab, warteten schon weitere Familien, die, so wie unsere, von Zuhause weggeholt wurden. So stiegen weitere Leute ein,
und weitere... Nach Deutschland fuhren wir zwei Wochen lang. Als wir nach diesen
zwei Wochen in Deutschland ankamen, befahlen uns Soldaten, aus dem Zug zu steigen. Wir stiegen aus. Mama und Papa befahlen uns, uns an den Händen zu halten, weil
es dort so schrecklich viele Menschen gab, damit wir nicht verloren gingen.
Man drängte uns in irgendeinen Raum. Es war ein langer Saal voller Waschbecken.
Und man befahl uns, sich vor dem Eingang auszuziehen. Und Mama fragte, ob die
kleinen Kinder sich auch ausziehen sollen. Ja, sie sollten sich auch ausziehen, weil sie
ein Bad nehmen werden, weil wir nach der zwei Wochen langen Reise baden sollen.
Ich weiß noch, der Saal war schrecklich lang. Auf der einen Seite standen alte Frauen,
auf der anderen Mütter mit Kindern. Mama stand mit uns auf der einen Seite und auf
der anderen standen die Alten. Es waren hundert, zweihundert Personen. Schrecklich
viele, denn es war so eine Baracke, als ob diese extra für uns eingerichtet worden war.
Was sollte das für ein Bad sein? Wir gingen schon ausgezogen hinein, dann kamen etwa
zwanzig Deutsche mit Eimern mit Wasser auf der einen, und etwa zwanzig auf der
anderen Seite. Und das war so ein „Bad“, wo jeder von uns hindurchging und sie das
Wasser auf uns schütteten. Und das Wasser war kalt, eiskalt, und es war Winter...
Mutter machte bei den Deutschen all das, was eine Frau macht: die Wäsche, Aufräumen, Kochen, Fußböden putzen. Und Vater ging zu solchen Deutschen, wo er wiederum all das machen musste, was zu den Pflichten des Mannes gehörte: er arbeitete
im Feld. Er erzählte, wie schrecklich viel Holz er ihnen für den Winter hacken musste,
große Säcke mit Getreide musste er Treppen hoch tragen. Als sie nach Hause gingen,
waren sie körperlich fertig. Und wir waren den ganzen Tag ohne Essen, ohne Mittagsbrot, wir hatten gar nichts... Vater und Mutter arbeiteten nur für das Essen. Also
warteten wir auf die Eltern, wie auf die Erlösung. Sie brachten uns dann Brot. Mama
brachte Brot und Milch, Vater entweder Nudeln oder Reis oder Grieß, solche Sachen.
Und dann wurde ich nach diesem Bad krank, und man brachte mich ins Krankenhaus, weil ich eine Lungenentzündung hatte. Auf dem Weg dahin war ich bewusstlos.
Weder Vater noch Mama durften bei mir bleiben. Sie ließen mich im Krankenhaus
und mussten zu den Deutschen in die Arbeit gehen. Und ich wurde höchstwahrscheinlich vom Fieber und von all den Strapazen ohnmächtig. Bestimmt hätten sie sich um
mich gekümmert, aber es war Krieg. Ich weiß noch, wie ich in diesem Krankenhaus
war, dort gab es schrecklich viele Betten, der Saal war voller Menschen. Ich erinnere
mich, wie ich im Fieber nach etwas zu Trinken rief. Ich weiß nicht mehr, ob sie mir
34
podpalił. I już nam było troszkę cieplej. No ale co z tego, jak do tych Niemiec nas
wieźli dziesięć albo dwanaście dni? I stawali bardzo często. I tam, gdzie były duże
osady, już mieli przyszykowane kolejne rodziny, tak jak nasze wyrwane z domów.
Tak że dosiadali się ci ludzie, dosiadali... Do tych Niemiec dwa tygodnie jechaliśmy. Jak po tych dwóch tygodniach dotarliśmy do tych Niemiec, to kazali nam
wysiąść z pociągu. Wysiedliśmy. Mama z tatą nam wszystkim kazali, żebyśmy się
trzymały za ręce, bo tam było tak strasznie dużo ludzi, żebyśmy się nie pogubili.
Zapchano nas chyba do jakiejś świetlicy. To była długa sala i było pełno umywalek.
I kazano nam przed wejściem na tę salę do naga się porozbierać. No ale mama się
pyta, czy te maleńkie dzieci też. Usłyszała, że też, bo to będzie kąpiel, gdyż po tych
dwóch tygodniach podróży chcieli nam kąpiel zrobić. I pamiętam – strasznie długa
sala. Po jednej stronie stały starsze kobiety, a po drugiej stronie stały matki z dziećmi.
Mama z nami po jednej stronie stała, a tam stały te staruszki. Tych ludzi było sto,
dwieście osób. Strasznie dużo, bo to był taki barak, jakby celowo zbudowany dla nas.
My patrzymy – co to ma być za kąpiel? Myśmy już porozbierani weszli na tę salę,
później przyszło chyba z dwudziestu Niemców z wiadrami z wodą na jedną stronę
i z dwudziestoma na drugą. I to taka kąpiel była, że każdy szedł i te wiadra wody na
nas wylewali. A ta woda zimna była, lodowata, a to była zima…
Matka robiła u Niemców wszystko to, co do kobiety należy: pranie, sprzątanie,
gotowanie, szorowanie podłóg. A ojciec znowu poszedł do takich Niemców, gdzie
musiał wszystko robić, co należy do obowiązków mężczyzny: w polu pracował,
opowiadał, jak strasznie musiał dużo drwa narąbać im na zimę, jakieś potężne worki
zboża musiał po schodach nosić. Jak przychodzili do domu, to byli wykończeni.
A my cały dzień bez jedzenia, bez obiadu, bez niczego… A ojciec z mamą pracowali
tylko na jedzenie. Tak że myśmy czekali na rodziców jak na zbawienie. Przynosili
wtedy chleb. Mama – chleb i mleko, a ojciec – albo makaron, albo ryż, albo kaszę,
takie rzeczy.
No i później to ja się rozchorowałam po tej kąpieli i zabrali mnie do szpitala,
bo miałam zapalenie płuc. Wieziono mnie tam nieprzytomną. Ojcu ani mamie nie
wolno było ze mną zostać. Zostawili mnie w szpitalu i musieli iść do tych Niemców,
do roboty. I ja najprawdopodobniej zemdlałam z tej gorączki, z tego wszystkiego.
Może by zadbali o mnie, ale to była wojna. Pamiętam, jak w tym szpitalu byłam,
było tam strasznie dużo łóżek, pełno było ludzi na tej sali szpitalnej. Jeszcze pamiętam, jak podczas tej gorączki wołałam pić. Nie wiem, czy mi przynieśli to picie,
bo zemdlałam i koniec. I musieli mnie wyrzucić do trupiarni. Ojciec, na szczęście
od Boga, na drugi dzień przyleciał do szpitala, żeby mnie odwiedzić. Woła i szuka
mnie po sali i szuka, bo tam strasznie dużo ludzi było, aż wreszcie dorwał jakiegoś
Polaka, bo w tym szpitalu też Polacy pracowali. A on poleciał do lekarza i ten lekarz
mu powiedział, że „Teresa kaputt”. Teresa zmarła. No to ojciec się pyta: „Jak zmarła? A gdzie jest?” Zaprowadzili wtedy ojca do trupiarni. Ojciec wspominał, że tam
www.e-historie.pl
35
www.e-historie.pl
ein Getränk brachten, weil ich ohnmächtig wurde. Und dann war Schluss. Und sie
warfen mich in die Leichenhalle. Der Vater kam, Gott sei dank, am nächsten Tag
ins Krankenhaus um mich zu besuchen. Er rief und suchte mich im Saal, weil da
schrecklich viele Menschen waren. Endlich erwischte er einen Polen, weil in diesem Krankenhaus auch Polen gearbeitet haben. Und dieser lief zum Arzt und dieser
sagte, dass „Teresa kaputt” ist.,Teresa ist gestorben. Da fragte der Vater: „Wie ist sie
gestorben? Wo ist sie?“ Da führten sie Vater in die Leichenhalle. Vater erzählte, das
dort schrecklich viele Leichen waren, und er hat mich unter ihnen gesucht. Und ich
war ganz heiß und glühend. Das heißt, ich war Bewusstlos von der Krankheit, vom
Fieber, aber ich lebte noch. Als Vater sah, dass ich heiß bin, lief er zu diesem Arzt und
bat ihn, mich aus der Leichenhalle zu nehmen. Und Vater traf wohl auf einen guten
Arzt, denn der befahl mich dort herauszunehmen. Vater war nicht darauf vorbereitet,
mich nach Hause mitzunehmen. Ich weiß noch, wie er mich in seinen schwarzen,
warmen Mantel einwickelte. Er brachte mich heim, dass heißt dorthin, wo ich mit
den Geschwistern und den Eltern wohnte, in ein großes Zimmer. Wie lange ich liegen
musste, wie lange ich krank war, weiß ich nicht mehr, aber irgendwie kam ich wieder
zu mir und ich lebe bis heute.
było strasznie dużo trupów i że szukał mnie między nimi. A ja byłam cała gorąca,
rozpalona. To znaczy byłam omdlała z tej choroby, z tej gorączki, ale żyłam jeszcze.
Jak ojciec zobaczył, że jestem gorąca, poleciał do tegoż lekarza i uprosił go, czy
mnie nie może zabrać z tej trupiarni. I ojciec chyba trafił na dobrego lekarza, który
kazał mnie zabrać. A ojciec nie był przygotowany na to, że mnie przyprowadzi do
domu. Pamiętam, jak mnie otulił w swój czarny płaszcz, taki był ciepły. Przyniósł
mnie do domu, to znaczy tam, gdzie mieszkaliśmy z rodzeństwem i z rodzicami,
w tym dużym pokoju. Jak długo leżałam, jak długo byłam chora, nie pamiętam, ale
jakoś doszłam do siebie i żyję do dzisiaj.
***
Wir kamen 45 zurück. Da waren schon die Russen da. Da hatte Mama wieder ein
riesiges Problem mit meiner Schwester. Weil sich überhaupt alle Frauen vor den Russen fürchteten, weil man hörte, dass sie größere Mädchen und Frauen vergewaltigen.
Als Mama sah, dass die Russen sich nähern, flüchtete sie und wusste nicht, wo sie die
älteste Schwester verstecken sollte...
Olga Przewłocka
***
Wróciliśmy w czterdziestym piątym roku. To już byli Rosjanie. To znowu mama
miała ogromny kłopot z moją najstarszą siostrą. Bo w ogóle kobiety bały się Rosjan,
bo chodziły wiadomości, że gwałcili starsze dzieci, kobiety. Jak mama wiedziała, że
się Rosjanie zbliżają, to uciekała, nie wiedziała, gdzie schować tę najstarszą siostrę…
[2009]
Relacji wysłuchała:
[2010]
Den Bericht hörte:
Olga Przewłocka
36
www.e-historie.pl
37
Gertruda Wawoczny (Jahrgang 1928), Kollanowitz
Gertruda Wawoczny (rocznik 1928), Kolanowice
Die Russen kamen
Prziszły Ruse
war friedlich hier. In Königshuld gab es viel mehr Deutsche als Polen,
aber die Menschen lebten friedlich miteinander. Das war gut so. Ach ja,
manche Parteileute waren auch fies. Als ich in die Schule ging, haben
manche Lehrer uns als polnische Schweine beschimpft. Sie waren unzufrieden, dass die Leute Schlesisch, dass heißt fast Polnisch sprachen. Aber es war
Schlesisch. Das war die Sprache in den Familien, die Muttersprache.
In der Schule mussten wir die polnischen Gebetbücher abgeben. Ob sie uns dafür
deutsche Gebetbücher gaben, weiß ich nicht, aber die Kinder sollten die polnischen
Bücher bringen. Die Deutschen wollten das Polnische hier ausrotten, aber das ist ihnen nicht ganz gelungen.
In Wengern gab es tausend Einwohner, in Königshuld siebenhundert, in Trzenschin dreihundertsiebzig. Das lernten wir in der Schule, das dort so viele Einwohner
waren. Aber aus Königshuld reisten viele aus. Solche Deutsche, die sich als Deutsche
fühlten. Aber wir fühlten uns nicht schuldig, also blieben wir. So viele Leute! Bevor
die Russen kamen, hatten wir jeden Tag Noclegołrze1. Von Rosenberg Frauen mit
Kindern. Die heulten! Und wie! Und es war sehr kalt, über vierundzwanzig Grad
Frost. Die Kinder frierten. Na ja, alle, alle frierten. Jeden Tag andere NoclegoBrze.
Dann fuhren sie weiter mit Fuhrwerken und Karren. Sie sagten: Hier können wir nicht
bleiben, weil die Russen alles vernichten. Wir packten etwas ein, aber fuhren nirgends
weg. Wengern verließ kaum jemand.
Bevor die Russen kamen, gab es hier viel Verkehr. Als in Poppelau und andernorts
die Brücken gesprengt wurden, konnten man den Fluss nicht überqueren. Weil es hier
nur diesen Kanal gab, der enger ist, machten die Russen schnell eine Brücke. Und sie
kamen hier durch, denn hier wurde die Brücke über die Malapane nicht gesprengt.
Und hier ist ihnen der Durchbruch gelungen.
Hat jemand vermutet, was geschehen wird? Wir hörten schon früher, dass sich die
Russen Kreuzburg nähern, ein paar Tage davor. Es war nicht leicht, aber wir packten
schließlich doch und fuhren weg. Und da haben sie Vater getötet. In der Fabrik in Königshuld waren viele Russen, weil die Arbeiter zur Armee eingezogen wurden, und sie
brauchten doch Arbeiter. So gab es hier auch viele Polen und Mädchen aus der Ukraine.
Diese arbeiteten viel in der Fabrik und kannten die Menschen. Und als die Russen hierherkamen, sagte eine: Das ist auch eine Deutsche, ihr ist ein Panzer über den Kopf gefahren.
So war es. Wer passte schon diesen Ukrainerinnen keiner passte ihnen... Und mein Vater
u była zgoda. W Osowcu było dużo wiyncej Niymców, ale ludzie się zgodzili.
Było dobrze. No tam, niechtóre partyjołki były tyż tam takie zmierzłe1. Do
szkoły jak się chodziyło, to nołs niechtórzi nauczyciele niekiedy przezywali
polnische Schweine. Tak byli nieradzi, że ludzie goudali tak po ślunsku, to znaczy choby po polsku. Ale to było po ślunsku. To była mowa rodzinna, ojcowska mowa.
W szkole to my książki kościelne polskie musieli oddać. Czy dali za te jakieś
niymieckie książki, tego nie wiam, a jednak dziejci miały przinosić te polskie książki.
Niymcy chcieli ta Polskoł tu wykorzynić, ale nie bardzo im się to udało.
Mieszkańców we Wyngrach2 było tysiunc, Osowiec – siedymset, Trzynsina3 – trzista siedemdziesiunt. To my się w szkole uczyli, co ich tejla było. Ale
z Osowca dużo ludzi wyjechało. Takich Niymców, tych, co się czuli Niymcami.
A my się nie czuli winni, tak my zostali. Ile tych ludzi! Niż te Ruse prziszły, my
dziynnie mieli noclegołrzi4. Od Olesna kobiyty z dziejciuma. Płaczu było! Co to
było! I bardzo zimno było, ponad dwajścia śtyry stopnie mrozu. Dziejci wymar­
zniynte, no każdy, każdy wymarzniynty był. Dziynnie innych noclegołrzi. Potyn
zaś rozmajcie dali jechali z wózkami, z furami. Goudali: „Tu nie możymy zostać,
bo Ruse niszczą”. Trocha się my pozbierali, ale i tak się nie wyjechało nigdzie.
Z Wyngier to mało chto wyjechoł.
Niż te Ruse prziszły, bardzo tu był ruch. Kaś tam w Popiylowie5 albo gdzieś tam
most był śpryngniynty6, to tam nie mogli przejechać przez ta rzyka, bo tu yno był tyn
kanał, co je wunższy. To pryndko te Ruse zrobiyły tyn most. I tu przejechali, a tu tyn
most nie był do luftu poszoł7. No i tu się wszystko im udało.
Czy się ktoś spodziywoł, co byndzie? Już my słyszeli dołwniej, że już się zbliżają
ku Kluczborku, parę dni wcześniej. Nie było to leko, ale jednak my się popakowali
i wywieźli. I tam łojca zabiyli. W Osowcu było dużo tych Rusów we fabryce, bo
pracownicy były do wojska wciungniynci, a pracowników jednak potrzebowali. Tak
tu było dużo Polouków i dziewczyny Ukrainki. One dużo pracowały w tej fabryce
i ludzi znały. To jak już tu te Ruse były, to jedna padała: „To tyż je Niymka, to jej
1 Noclegołrze – im slawisch-schlesischem Dialekt für übernachtende Personen.
38
1 Zmierzłe – nieznośne, naprzykrzające się (regionalizm śląski).
2 Wyngry – Węgry, wieś w gminie Turawa, powiat opolski.
3 Trzynsina – Trzęsina, osada położona niedaleko Osowca.
4 Noclegołrze – osoby nocujące.
5 Popiylów – Popielów, wieś w powiecie opolskim, siedziba gminy.
6 Śpryngniynty – wysadzony.
7 Nie był do luftu poszoł – nie został wysadzony.
www.e-historie.pl
39
www.e-historie.pl
wurde getötet, im Namen der Gerechtigkeit. Für den Onkel wurde mein Vater getötet. Weil
dort vier Jungen in der Armee waren: einer fiel, drei waren noch im Dienst, man wusste
nicht, was da gerade los war. Da war geschrieben: Kupilas wurde für Zwiyrc getötet. Das
sagten diese ukrainischen Mädchen, schrieben manche Leute auf, die ihnen dort nicht
passten. Zwanzig unschuldige Menschen wurden hier getötet. Sogar eine Russin, die
hier gewesen ist und es bei diesen Leuten gut hatte. Sie wurde auch getötet.
So durfte man sich nicht zu sehr rühren, man konnte nicht zu viel aus dem Haus
gehen. Wir verließen das Haus für eine Nacht und schon wurde es ganz geplündert,
alles ausgeraubt. Alles: das Zimmer stand offen und Schweine liefen dort herum. Aber
als mein Bruder am nächsten Tag kam, um zu sehen was los ist, sagte er: Keiner da,
also kommen wir zurück. Die Pumpe war zugefroren, also musste man zuerst Feuer machen, damit die Pumpe abtaut. Wenn etwas gekocht wurde, brachte die Tante
Löffel, weil uns nur ein Löffel übriggeblieben ist. Wir haben viel verloren: den Vater
haben sie getötet, die Scheune haben sie abgebrannt, die Maschinen haben sie zerstört. Wir wurden bestohlen, hatten nichts zum anziehen. Einen Monat lang streiften
die Russen herum. Zuschließen durfte keiner. Sie gingen herum und schauten. In der
Nacht und am Tag musste man ständig Angst haben.
Jeder hatte Angst. Es war nicht einfach. Das war für uns ein Alptraum. Sie hatten
uns schon drei Fuhrwerke gestohlen, und auch noch das vierte wollten sie rauben.
Aber in der Fabrik in Königshuld war so ein Kommandant, so ein vierzig- oder fünfundvierzigjähriger Mann, der den Menschen viel geholfen und sie verteidigt hat. Der
Bruder eilte nach Königshuld. Er fuhr mit dem Motorrad. Da waren die Russen mit
Pferden schon in der Nähe von Sowade. Sie wollten das Fuhrwerk für Wodka verkaufen. Aber da waren die drei Fuhrwerke schon weg, und nur noch das vierte blieb übrig.
Hier hat kein deutscher Soldat einen Schuss abgegeben. Hier hat sich keiner verteidigt. Sie sind nur geflohen. Man weiß nicht, wie weit es ihnen gelungen ist zu
fliehen das weiß ich auch nicht. Sie rissen eine Latte aus dem Zaun heraus und liefen
über den Hof. Sie liefen nicht mehr auf der Straße, sondern rissen wieder drei, vier
Latten heraus. Der Soldat floh, aber man weiß nicht, wohin er sich begab. Das wissen
wir nicht. Hier auf dem Friedhof sind nur die vier gefallenen Soldaten.
Die Russen richteten eine Feldküche auf dem Hof ein, und in der Küche musste man
ihnen Piroggen kochen. Hackfleisch und Mehl brachten sie mit. Woher sie es hatten,
weiß ich nicht, irgendwoher brachten sie es mit. Die Piroggen rollte man, so ähnlich wie
die Nudeln. Und so mussten wir für sie kochen. Für die Russen. Aber die Russen, die bei
uns waren, waren gute Menschen. Die gingen in Gruppen von vier oder zehn Personen
herum. In der Nacht durfte nichts zugeschlossen sein, weil sie herumgingen und sich
alles ansahen. Alle fürchteten sich. Ständig hatte man den Tod vor Augen...
[2010]
Den Bericht hörten:
Anna Baron, Nikola Brisch, Sabina Jonczyk
40
czołg przez głowa przejechał”. I tak szło, chto tym Ukrainkom tam pasowoł – nie
pasowoł... A mój łojciec był zabity, tak po prawości, za ujka był mój łojciec zabity.
Bo tam chopcy byli przi wojsku śtyrech: jedyn już połd, trzech jeszczy było przi wojsku, nie wiadomo, co tam prawie było. Tam było napisano: „Kupilas był za Świyrca
zabity”. To te Ukrainki goudały, popisały niechtórych ludzi, co im tam nie pasowali.
Dwadziejścia niewinnych ludzi tu zostało zabitych. I nawet jedna Ruska, co tu była
i dobrze się miała u tych ludzi, to tyż jest zabitoł.
To tak nie szło się ani ruszyć za bardzo, nie szło z domu wychodzić wiela, nie
szło się ruszyć. My wyszli na jedna noc, a dom my mieli całkowicie wyplundrowany,
wyrabowane wszystko. Wszystko: łotwartoł izba, a w izbie num świnie lołtały. Ale
prziszło się na drugi dziyń, brat prziszoł obejrzeć i gołdoł: „Niy ma żołdnego, to my
przeszli nazołd”. Plumpa8 zamarzniyntoł, to się łogiyń kłoudło nojpiyrw, co by się ta
plumpa łozpuściuło. Jak się coś uwarzyło, to ciotka przyniysła łyżki, bo num jedna
łyżka została. My bardzo dużo utraciyli: łojca zabiyli, stodoły, maszyny wypołlyli.
Byli my wykradzuni, nie było co ubrać. Miesiunc Ruse chodziyły. Zamknunć nikt nie
mógł, yno chodziyli i łoglundali. W nocy i w dzień we strachu stale trzeba było być.
Każdy się boł. Nie było leko. To był dla nas koniec świata. I jeszczy trzi fury num
porwali, jeszczy czwortoł porwali. Ale w Osowcu w tej fabryce był taki komyndant,
taki może jakiś śtyrdziejści – śtyrdziejści piynć lat, to łun dużo ludziom pomógł,
obroniył ich. Brat lejcioł na Osowiec, to tyn motorym jechał, to już byli te Ruse pod
Zołwadum9 z koniami, co chcieli za wódka sprzedać ta fura. Ale to już trzi fury poszły, ta czwortoł, no to ta czwortoł fura num została.
Tu żołdyn niymiecki żołniyrz, nic, żołdnego strzału nie puściył. Tu się nikt nie
broniył. Yno uciekali, a nie wiadomo, jak daleko udało im się uciec – tego nie wiym.
Bo przez podwórze – tu śtachety urwali i tu przez podwórze lecieli. Już drogom nie
lecieli, yno potyn zajś trzi–śtyry śtachety urwali. Uciek tyn żołniyrz, a nie wiadomo,
dokund się udoł. Tego nie wiymy. Yno tu było tych śtyrech żołniyrzy na cmyntarzu.
A tam założyli kuchnia polowoł na podwórzu, a w kuchni musieli tym Rusom
warzić te piyrogi, mielune miynso, a te mąki przyniyśli. Skund tam, no nie wiymy,
skund tam przyniyśli. Te piyrogi się kulało, to podobnie jak na makaron. I tak my im
musieli gotować, tym Rusom. Toż u nołs byli dobrzi ci Ruse. To chodziyli po śtyrech
i po dziesiynć Rusów. Noce nie mogło być nic zamkniynte, bo chodziyli i wszyndzie
łoglundali. Wszyscy byli wystraszuni. To w każdej chwili była śmierć przed oczami…
[2010]
Relacji wysłuchały:
Anna Baron, Nikola Brisch, Sabina Jonczyk
8
9
Plumpa – pompa.
Zołwada – Zawada, wieś w powiecie opolskim.
www.e-historie.pl
41
Alfred Dyrbuś (Jahrgang 1930), Rybnik
Alfred Dyrbuś (rocznik 1930), Rybnik
Schule, Krieg, Schule
Szkoła, wojna, szkoła
Äußere unserer Schule in Hinzendorf war seit ihrem Entstehen 1905 bis
zum Brand 1945, also bis zu den Kriegshandlungen im Februar jenes Jahres, unverändert. Infolge des Artilleriebeschusses der sowjetischen Truppen von der Seite Marokos – eines Stadtviertels von Rybnik – wurde die
Schule durch einen Brand vernichtet. Es gab auch eine andere Version der Ereignisse, dass
sie gezielt angezündet wurde, aber dass konnte man nicht beweisen. Ihr erster Leiter war
bis 1922, also bis ein Teil Oberschlesiens an Polen angeschlossen wurde, der Deutsche
Gotger, der in der Schule eine eiserne, preußische Disziplin durchsetzte. Der Leiter der
später schon polnischen Schule war ein gebürtiger Schlesier, Herr Bomba. Dagegen war
fast der ganze Lehrkörper aus anderen Regionen Polens importiert worden. Die Schule hatte vier Klassenzimmer und über ihnen befand sich ein Wohnraum für den Lehrer.
Zur Schule gehörte auch der so genannte Wohnanbau für den Leiter und seine Familie.
Die Kinder mussten in jener Zeit, also bis zum Anfang der dreißiger Jahre, schon
im Alter von sechs Jahren die Schule besuchen. Und heute macht man daraus so einen
Lärm. Und das ist nichts Neues! In den dreißiger Jahren gab es diese Pflicht nicht
mehr. Ich ging im Alter von sieben Jahren in die Schule.
In der Vorkriegszeit herrschte in der Hinzendorfer Schule ein reiches kulturelles Leben, das die Lehrer leiteten. Die erste Geige spielte dabei die schlesische Lehrerin Fräulein
Agnieszka Piksa, später Brz czek. In der Schule gab es den polnischen Pfadfinderverein,
eine Theaterschule für Jugendliche und Kinder, den polnischen Jugendverein Jungadler,
den Polinnenverein, den Verein der Jungen Aufständischen. Mit der Hinzendorfer Schule haben auch andere Organisationen zusammengearbeitet, wie die Freiwillige Feuerwehr, Verein der polnischen Mutter, der Schützenverein, die Bergbaugesellschaft der
Heiligen Barbara, deren letzter Leiter vor dem Krieg Herr Rogalski war.
Als wir am 31. August 1939 unsere Schulranzen vorbereitet haben, um am nächsten Tag in die Schule zu gehen, geschah das, was alle befürchtet haben: Der 2. Weltkrieg brach aus. Und wir Szkolorze1, statt schnell in die Schule zu laufen, mussten
den Eltern gehorchen und in den Keller hinuntersteigen. Der Einmarsch der Truppen
nach Hinzendorf verlief ohne Vorkommnisse, mit Ausnahme des polnischen Trupps
für die Bedienung des Geschützes, der nach der Überführung von der Loslauer Straße
in Hinzendorf stationiert wurde. Als von der Seite des Viertels Smolna ein deutscher
Panzer gekommen ist, war es die Besatzung dieses Panzers, die als erste einen Schuss
ygląd naszej szkoły w Zamysłowie był niezmienny od jej powstania w 1905
roku aż do jej pożaru w 1945 roku, to jest aż do działań wojennych w lutym
tegoż roku. Na skutek nocnego ostrzeliwania artyleryjskiego wojsk sowieckich od strony dzielnicy Rybnika – Maroko szkoła została zniszczona przez
pożar. Istniała również wersja, że została celowo podpalona, ale tego nikomu nie udowodniono. Jej pierwszym kierownikiem, aż do 1922 roku, to jest kiedy część Górnego Śląska przyłączona została do Polski, był Niemiec Gotger, który stosował w szkole
żelazną, pruską dyscyplinę. Natomiast kierownikiem już polskiej szkoły był rodowity
Ślązak, pan Bomba. Zaś grono nauczycielskie było prawie całkowicie „importowane”
z innych regionów Polski. Szkoła miała cztery pomieszczenia klasowe, a nad nimi znajdowało się jedno pomieszczenie mieszkalne dla nauczyciela. Do szkoły dołączona była
tak zwana przybudówka mieszkalna dla kierownika i jego rodziny.
Dzieci w owym czasie, aż do początku lat trzydziestych, musiały uczęszczać do
szkoły już od szóstego roku życia. A dzisiaj robi się z tego ogromną wrzawę. A to
już wszystko było! W latach trzydziestych tego obowiązku już nie było. Joł zaczun
chodzić od siódmego roku życia.
W okresie przedwojennym w zamysłowskiej szkole istniało prężne życie kulturalne, którym kierowali nauczyciele. Prym w tym przedsięwzięciu wiodła śląska
nauczycielka, panna Agnieszka Piksa, później Brzęczek. W szkole istniały: Związek
Harcerstwa Polskiego, młodzieżowe i dziecięce szkółki teatralne, Związek Orląt,
Związek Młodych Polek, Związek Młodych Powstańców. Z zamysłowską szkołą ściśle współpracowały również takie organizacje, jak: Ochotnicza Straż Pożarna, Związek Matki Polki, Związek Strzelców, Górnicze Towarzystwo św. Barbary. Ostatnim
jej kierownikiem przed wojną był pan Rogalski.
Kiedy 31 sierpnia trzydziestego dziewiątego roku szykowaliśmy swoje tornistry, aby nazajutrz lecieć do szkoły, to stało się to, czego wszyscy się obawiali.
Wybuchła II wojna światowa, a my, szkolorze, zamiast gibko lecieć do szkoły, to
rodzice kazali nam zejść do piwnicy. Wkroczenie wojsk niemieckich do Zamysłowa odbyło się prawie bezboleśnie. Z wyjątkiem polskiego oddziału obsługi działka przeciwpancernego, który usadowił się przy wiadukcie nad ulicą Wodzisławską
w Zamysłowie. Kiedy od strony dzielnicy Smolna nadjechał niemiecki czołg, to załoga czołgu pierwsza oddała celny wystrzał. Cała załoga tego działka przeciwpancernego, prawdopodobnie czterech żołnierzy polskich, zginęła na miejscu. Ponadto
przedtem jeszcze saperzy polscy wysadzili most nad rzeką Nacyną. Poprzedziły te
1
Szkolorz – im slawisch-schlesischem Dialekt für Schüler.
42
www.e-historie.pl
43
www.e-historie.pl
abgegeben hat. Die ganze Besatzung des leichten polnischen Geschützes, wahrscheinlich vier Soldaten, war auf der Stelle tot. Darüber hinaus hatten polnische Pioniere die
Brücke über dem Fluss Nacyna vorher gesprengt. Vor diesem Geschehen am frühen
Morgen des 1. Septembers flogen über Hinzendorf zwei deutsche Jagdflugzeuge vom
Typ Messerschmitt 109 (ich interessierte mich schon damals für das Flugwesen). Am
Nachmittag liefen wir Bajtels2 in die Stadt auf den Marktplatz, um den Durchmarsch
des deutschen Militärs zu sehen. Wir beobachteten auch kleine Gruppen von Zivilisten, die mit der faschistischen Gruß Sieg Heil die deutsche Wehrmacht grüßten. Wir
bemerkten auch an einem der Gebäude auf dem Marktplatz eine deutsche Fahne mit
dem Hakenkreuz. Von all der Aufregung bekamen wir Kinder Hunger und rannten
nach Hause zur so genannten Swaczyna, also zum Abendbrot.
Unsere Schule wurde natürlich geschlossen, und wir Szkolorze hatten bis zum
November verlängerte Ferien, als man dann den ersten Unterricht begann, aber diesmal schon auf Deutsch. Für uns war das grauenvoll, weil wir Kinder Deutsch nicht
sprechen und nicht schreiben konnten, und darüber hinaus gab es damals das gotische
Alphabet, das sich grundlegend vom lateinischen unterschieden hat. Das erlernen dieses Alphabets war für uns eine schwere Aufgabe, ja ein Bedrängnis. Aber man musste
es lernen. Das war die größte Veränderung in der Schule im Vergleich zu den polnischen Zeiten. Fast alle Eltern in Oberschlesien besuchten bis 1922 deutsche Schulen, weil man nicht vergessen darf, dass Oberschlesien über 600 Jahre unter österreichisch-preußischer Herrschaft stand. Das bedingte, dass wir jemanden hatten, zum
Beispiel unsere Eltern, an die wir uns um Hilfe beim Deutschlernen wenden konnten.
Die Hinzendorfer Schule hatte während der Besetzung großes Glück, weil zum
Leiter ein frommer Katholik bestellt wurde, der unparteilich war Herr Georg Sigmund. Und während des ganzen Krieges hatten die Hinzendorfer nichts an ihm auszusetzen. Den Lehrkörper in den ersten zwei Jahren der Besatzung bildeten zwei in
deutscher Sprache geschulte polnische einheimische Lehrerinnen und ein deutscher
Lehrer. Und hierbei hatten wir auch Glück, weil es hätte schlimmer kommen können. In den späteren Jahren war der Lehrkörper ausschließlich deutsch, außer Frau
Agnieszka Brz czyk, die seit 1944 dazu gehörte. Jeden Tag, wenn wir zur Schule
aufstanden, dachten wir nur an eines: nur nicht in der Schule aufzufallen und keine
körperliche Strafe zu erhalten, weil es für jedes größere Vergehen Strafen in Form von
Schlagen mit einem Rohr auf Hände oder den Po gab. Man musste aufpassen, um in
den Pausen nicht zu laut Polnisch zu schreien, weil es dafür auch Prügel gab. Obwohl
es verboten war Polnisch zu sprechen, sprach jeder von uns gleich nach dem Unterricht in unserer Sprache, also im slawisch-schlesischem Dialekt. Und hierbei wollte
ich hinzufügen, wie schon vorstehend erwähnt, dass, obwohl Oberschlesien über 600
Jahre unter österreichisch-preußischer Herrschaft stand und über fünf Jahre unter Hit2
Bajtel – im slawisch-schlesischem Dialekt für Kind.
44
zdarzenia dwa niemieckie myśliwce meserszmity 109 (już wówczas interesowałem
się lotnictwem), które przeleciały wczesnym rankiem 1 września nad przestrzenią
powietrzną Zamysłowa. Po południu my, bajtle, pognaliśmy do miasta na rynek,
aby zobaczyć przemarsz wojsk niemieckich. Zaobserwowaliśmy również małe
grupki cywilów, którzy faszystowskim gestem, tak zwanym Sieg heil, pozdrawiali
niemiecki Wehrmacht. Zauważyliśmy również na jednym z budynków na rynku
wywieszoną flagę niemiecką ze swastyką. Z tego wszystkiego dostaliśmy, jak to
dzieci, głodu i polecieliśmy do dom na tak zwaną swaczyna, czyli podwieczorek.
Nasza szkoła była oczywiście zamknięta, a my, szkolorze, mieli przedłużone
feryje aż do listopada, kiedy to uruchomiono pierwsze lekcje, ale już po niemiecku.
Była to dla nas makabra, bo dzieci nie poradziły ani godać, ani pisać po niemiecku, a na dodatek w tym czasie obowiązujący był gotycki alfabet, który zasadniczo
różnił się od łacińskiego. Nauczenie się tego alfabetu przysparzało nam pieruńskie
opresyje. No ale nauczyć się trza było. Była to największa zmiana w szkole w stosunku do czasów polskich. Prawie wszyscy rodzice uczęszczali do 1922 roku na
Górnym Śląsku do niemieckich szkół, bo trza pamiętać, że ponad 600 lat Górny
Śląsk był pod panowaniem austriacko-niemieckim. Powodowało to, że mieliśmy się
do kogo, czyli do naszych rodziców, zwracać o pomoc z tą niemczyzną.
Zamysłowska szkoła podczas okupacji miała również wielkie szczęście, bo kierownikiem został bogobojny katolik, a zarazem bezpartyjny – pan Georg Sigmund.
I przez cały okres wojny żadyn ze zamysloków nie dał na niego nic złego powiedzieć. Grono nauczycielskie w pierwszych dwóch latach okupacji to dwie przeszkolone w języku niemieckim polskie miejscowe nauczycielki oraz jedyn nauczyciel
Niemiec. I tu też mieliśmy ogromne szczęście, bo mogło być gorzej. W późniejszych latach to już było wyłącznie niemieckie grono nauczycielskie, z wyjątkiem
pani Agnieszki Brzęczyk, która dołączyła do tego grona w 1944 roku. Każdy dzień,
kiedy wstawaliśmy rano do szkoły, to myśleliśmy tylko o jednym – żeby w szkole
nie podpaść i nie zasłużyć na karę cielesną, bo za każde większe przewinienie były
stosowane kary w postaci bicia trzcinką po łapach lub po tyłku. Trza było uważać,
aby na przerwach nie krzyczeć za głośno w języku polskim, bo za to też było lanie. Mimo że obowiązywał zakaz mówienia po polsku, to zaraz po lekcjach każdy
z nas jedyn do drugiego godoł po naszymu, czyli gwarom ślunskom. I tu chciałbym
dodać, że chociaż, jak wyżej wspomniałem, Górny Śląsk był ponad 600 lat pod panowaniem austriacko-pruskim i ponad 5 lat pod okupacją hitlerowską, to nasza gwara
śląska przetrwała po dzień dzisiejszy i tym my, Górnoślązacy, mamy prawo się chwalić.
W naszej zamysłowskiej szkole w czasie okupacji ideologia nazistowska wpajana
nam była tylko marginalnie, co było zasługą grona nauczycielskiego. Nie notowano
w tym czasie żadnych prób przekory i stosowania tak zwanej małej dywersji, niszczenia obcego mienia, przypadków donosicielstwa przez dzieci na rodziców i tym
podobnych.
www.e-historie.pl
45
www.e-historie.pl
lers Besatzung, unser schlesischer Dialekt bis heute überlebt hat. Darauf dürfen wir
Oberschlesier stolz sein.
In unserer Hinzendorfer Schule wurde uns in der Besatzungszeit die nationalsozialistische Ideologie nur marginal eingetrichtert, was ein Verdienst unserer Lehrer
war. Man registrierte in dieser Zeit keine Trotzversuche und keine sogenannten kleinen Sabotagen, kein Vernichten von fremden Gut, keine Anzeigen der Kinder gegen
die Eltern und ähnliches.
Über das Verhältnis der Kinder und Jugendlichen zum Naziregime kann ich nur
so viel sagen, dass wir in der Schule, unter Androhung von körperlichen Strafen, gezwungen wurden, an den außerschulischen Versammlungen der Hitlerjugend3 teilzunehmen. Wir sahen das alles als Unterhaltung an, weil es dort viele Geländeübungen
gab, also eine Art von Kriegsspielen. Im Hinzendorfer Milieu gab es keine ernsteren
Probleme im Verhältnis der Deutschen und der Schlesier zu den Polen aus anderen
Regionen Polens.
Mit dem Einmarsch der sowjetischen Truppen in Hinzendorf 1945 und der Bildung einer vorübergehenden Verwaltung, gab es eine Reihe von Verhaftungen einiger
Einwohner Hinzendorfs, die zu Unrecht der Zusammenarbeit mit den Besatzern beschuldigt wurden und die später in verschiedenen Lagern umkamen. Es war eine so
genannte Hexenjagd, um dem sowjetischen Befreiern Genüge zu tun. Da vom Schulgebäude nur Schutt und Asche übrig geblieben war, hat der letzte Schulleiter der Vorkriegszeit, Herr Rogalski, schon im Mai 45 angefangen, Ersatzklassenräume in privaten Häusern in Hinzendorf einzurichten, wo schon im neuen Schuljahr 1945/1946
die Kinder aus Hinzendorf fast normal lernen konnten. Bis zur Übergabe der wiederaufgebauten Schule, die um ein Stockwerk erhöht und um zwei Klassenzimmer
vergrößert wurde, mussten sie bis 1948 warten. Der Lehrkörper bestand damals in den
Nachkriegsjahren hauptsächlich aus Pädagogen, die aus dem Kreis Rybnik stammen.
So wie in der Vorkriegszeit, hatten die Kinder in den Schulen Oberschlesiens
auch in der Nachkriegszeit weiterhin nur geringes Wissen über die Regionalgeschichte. Das ist bis heute ein Problem, denn das Verschweigen der historischen Wahrheit über Oberschlesien bedeutet im Prinzip die Verfälschung der Geschichte. Ein
durchschnittlicher Schüler der Grundschule, aber nicht nur er, weiß nichts über die
Schlesischen Aufstände, wer Wojciech Korfanty4 war, Józef Rymer5, Józef Lompa6,
Odnośnie do ustosunkowania się dzieci i młodzieży do hitleryzmu mogę
powiedzieć tylko to, że pod groźbą kar cielesnych w szkole zmuszeni byliśmy
do uczestnictwa w polekcyjnych zbiórkach tak zwanej młodzieży Hitlera, czyli
Hitlerjugend1. Traktowaliśmy to wszystko rozrywkowo, bo było tam dużo zajęć
terenowych, czyli takie bawienie się w wojsko. W środowisku zamysłowskim nie
było poważniejszych problemów w stosunku Niemców i Ślązaków do Polaków
z innych regionów Polski.
Po wejściu wojsk sowieckich do Zamysłowa w 1945 roku i ukształtowaniu
się tymczasowej władzy administracyjnej nastąpiło szereg aresztowań niektórych
mieszkańców Zamysłowa, których niesłusznie oskarżono o współpracę z okupantem, a którzy później w różnych obozach zginęli. Było to tak zwane polowanie
na czarownice, żeby zadośćuczynić wyzwolicielom sowieckim. Z uwagi na to, że
budynek szkolny był w zgliszczach, ostatni przedwojenny kierownik szkoły, pan
Rogalski, zaczął już w maju w czterdziestym piątym roku organizować zastępcze
sale lekcyjne w prywatnych domach Zamysłowa, gdzie już z nowym rokiem szkolnym – czterdzieści pięć/czterdzieści sześć – dzieci z Zamysłowa mogły się prawie
normalnie uczyć. Na oddanie do użytku odbudowanej szkoły, podwyższonej o dodatkowe piętro, dwie sale lekcyjne, musiały one czekać aż do 1948 roku. Grono
nauczycielskie w tamtych czasach powojennych składało się przeważnie z pedagogów pochodzących z powiatu rybnickiego.
Tak jak w czasach przedwojennych, tak również w powojennych dzieci w szkołach na Górnym Śląsku w dalszym ciągu mają znikomą wiedzę o historii regionalnej. Problem ten istnieje po dzień dzisiejszy, bo nieujawnienie prawdy historycznej
o Górnym Śląsku oznacza w zasadzie fałszowanie historii. Przeciyntny uczeń szkoły
podstawowej, i nie tylko, nic nie wiy o powstaniach śląskich, kto to był Wojciech Korfanty2, Józef Rymer3, Józef Lompa4, Karol Miarka5, Paweł Stalmach6 i tak dalij. A mój
starzik tak mi prawiył: „Ucz se, synku, historii Górnego Śląska, bo kery tej wiedzy
niy mo, to se niy może pedzieć, że jest prowdziwym Ślązakiem”. I to je świyntoł
prołwda, wiycie!
1
2
3
Hitlerjugend – eine nationalsozialistische Zwangsorganisation für junge Männer im Alter
von 14 18 Jahren.
4 Wojciech Korfanty (1873–1939) – politischer Aktivist. 1921 polnischer Plebiszitkomisar.
Diktator des III. Schlesischen Aufstandes; Abgeordneter und Senator der Republik Polen.
5 Józef Rymer (1882–1922) – politischer Aktivist, erster schlesischer Woiwode.
6 Józef Lompa (1797–1863) – oberschlesischer Aktivist, Dichter, Publizist, wir als Vorläufer
der der polnischen Nationalbewegung in Oberschlesien gesehen.
46
3
4
5
6
Hitlerjugend – nazistowska organizacja przymusowa dla młodzieży męskiej w wieku 14–18 lat.
Wojciech Korfanty (1873–1939) – działacz polityczny, polski komisarz plebiscytowy
w 1921 r., dyktator III powstania śląskiego; poseł i senator RP.
Józef Rymer (1882–1922) – działacz polityczny, pierwszy wojewoda śląski.
Józef Lompa (1797–1863) – górnośląski działacz, poeta, publicysta, uznawany za prekursora
polskiego ruchu narodowego na Górnym Śląsku.
Karol Miarka (1825–1888) – redaktor pism polskojęzycznych na Górnym Śląsku, działacz
polityczny.
Paweł Stalmach (1824-1891) – działacz polityczny i redaktor pism polskich na Śląsku Cieszyńskim.
www.e-historie.pl
47
www.e-historie.pl
Karol Miarka7, Paweł Stalmach8 und so weiter. Und mein Großvater sagte mir so:
Lerne mein Junge die Geschichte Oberschlesiens, denn wer dieses Wissen nicht
besitzt, der darf nicht sagen, dass er ein wahrer Schlesier ist. Und wisst ihr was das
ist wahr!
[Gesang:]
Ich Hinzendorfer aus dem Stadtteil von Rybnik will euch sagen,
dass wir schon immer hier in Schlesien waren
und wir lassen uns von hier nicht vertreiben.
[Śpiew:]
Joł Zamyslok z rybnickiej dzielnicy chca wu tukej rzeknonć,
I że na tym Ślunsku dycko my tu byli i nie dumy się stund wydubnunć,
I że na tym Ślunsku dycko my tu byli i nie dumy się stund wydubnunć.
A kej Wojciech tyn ze Siemianowic ło Górny Ślunsk wojowoł,
To naczelnik Zefek na swoim bryloku na pomoc nie przirajtowoł,
To naczelnik Zefek na swoim bryloku na pomoc nie przirajtowoł.
Und da Wojciech, der aus Siemianowitz, um Schlesien kämpfte,
kam der Leiter Zefek auf seinem Pferd nicht zu Hilfe.
Dzisiok na tym naszym Górnym Ślunsku już my nie sum sami,
Hanysów pofyrlali ze inszom nacyjum no przeca z gorolami,
Hanysów pofyrlali ze inszom nacyjum no przeca z gorolami.
Heute sind wir in unserem Oberschlesien nicht alleine,
die Schlesier wurden mit einer anderen Nation vermischt,
natürlich mit den Polen.
Bez toż nasze synki dziołchy z gorolami się śtryng krojcujum,
Nie poradzum godać ich dziecka po naszymu i po ślunsku z nami już nie rajcujum,
Nie poradzum godać ich dziecka po naszymu i po ślunsku z nami już nie rajcujum.
Deshalb kreuzen sich unsere Mädchen mit den Polen,
ihre Kinder können nicht mehr Schlesisch sprechen
und mit uns Schlesisch scherzen.
[2009]
Relacji wysłuchał:
Uczestnik II edycji projektu
„Archiwum Historii Mówionej”
[2009]
Den Bericht hörte:
ein Teilnehmer der II Edition des Projektes
„Archiv der gesprochenen Geschichte”
7
8
Karol Miarka (1825–1888) – Redakteur der polnischsprachigen Zeitschriften in Oberschlesien, politischer Aktivist.
Paweł Stalmach (1824–1891) – politischer Aktivist und Redakteur der polnischen Zeitschriften im Teschener Schlesien.
48
www.e-historie.pl
49
Maria Bonikowska (Jahrgang 1928), Bankau
Maria Bonikowska (rocznik 1928), Bąków
Aus Pokropiwna nach Bankau
Z Pokropiwny do Bąkowa
Dorf war sehr eben, in einem Tal gelegen. Früher wurde die Gegend
durch Türken und Tataren zerstört, denn man führte ständig Kriege um
unsere polnischen Ostgebiete. Man überzeugte wohl einige Leute, die sich
in großen Brennnesseln vor den Türken versteckten, das Dorf an dieser
Stelle zu gründen. Und deshalb nannte man es Pokropiwna, weil sich die Einwohner
in den Brennnesseln versteckten. Das Dorf war schön. Die Menschen lebten friedlich
zusammen, obwohl es Ukrainer und Polen waren. Bis zum Krieg lebten alle friedlich.
Am 1. September, statt in die Schule zu gehen, schauten wir alle zum Himmel
hoch. Das war schrecklich. Deutsche Flugzeuge kamen und bombardierten Polen.
Der Himmel war wolkenlos, den ganzen September lang. Wir schauten ständig zum
Himmel, ob sie nicht irgendwo schon eine Bombe abgeworfen haben. Und so war es
bis zum 17 September. Und auf einmal, am 17. September, schauen wir: eine andere
Armee – die russische. Die Russen kamen zu uns. Sie kamen mit Panzern und da fing
die Hölle erst an, Abtransport nach Sibirien und Verfolgungen. Jeden Tag gab es die
Ungewissheit, ob man zu Hause bleiben oder nach Sibirien abtransportiert wird.
Später hat sich das etwas beruhigt. Wir mussten weiter leben. Die Schule wurde
geöffnet. Ich besuchte eine russische Schule jetzt.
Das Jahr 1940 brachte eine Tragödie. Der Vater wurde Krebskrank. Er war eineinhalb Jahre krank. Er starb am 17. Februar 42. Wir wurden Waisen. Der Vater lag schon
fast auf dem Sterbebett, da kamen die Russen um uns nach Sibirien zu schicken. Aber
da Vater schon so sehr krank war, dass man ihn nicht mehr nehmen konnte, wurde
auch wir dagelassen. So haben sie uns Gott sein dank nicht nach Sibirien abtransportiert. Im Juni 1941 kam die zweite Tragödie. Die Deutschen marschierten ein. Das war
auch schrecklich. Erschießungen von Juden, viel Hunger und Kälte. Schon unter den
Russen musste man obligatorische Kontingente abgeben. Die Deutschen kamen und
es passierte das gleiche. Aber das war noch nicht das Ende unserer Tragödie.
Im Jahr 1944 hat die russische Armee die Deutschen gejagt. Die Deutschen zogen
sich zurück. Im März – so um den zwanzigsten – da waren in unserem Dorf mal die
Russen, und dann wieder die Deutschen. Sie haben eine Art „Schnitzeljagd“ veranstaltet. Dann fuhren die Deutschen mit Panzern ein. Innerhalb von drei Tagen verbrannten
sie alles, was man nur verbrennen konnte. Wenn Leute sich verteidigten, wurden auch
sie verbrannt. Es gab keine Rettung... So war es drei Tage lang. Wir überlebten es. Nach
drei Tagen flohen wir alle in die Nachbardörfer, weil man uns sagte, dass da die erste
Frontlinie ist. Während die Deutschen das Dorf so schrecklich vernichteten, wurde der
mittlere Bruder von uns getrennt, aber er konnte eine unserer Kühe retten. Der Rest,
unser ganzes Besitz, wurde verbrannt. Das neue Haus mit der Blechdachdeckung, Land-
ieś była bardzo równa, położona w takim dole. Kiedyś była niszczona
przez Turków i Tatarów, bo o te nasze Kresy Wschodnie wciąż wojny się
toczyły. Dlatego wpierw była w innym miejscu. Później prawdopodobnie
przekonało się do innego miejsca kilku ludzi, którzy przechowali się od
Turków w dużych pokrzywach i tam założyli wieś. I dlatego nazwali Pokropiwna, bo
w pokrzywach się przechowali. Wioska była ładna. Ludzie też wszyscy byli zgodni,
mimo że mieszkali Ukraińcy i Polacy. Wszyscy żyli zgodnie do wojny.
Dnia 1 września, zamiast pójść do szkoły, to wszyscy patrzyliśmy w niebo. To
było straszne. Samoloty niemieckie latały i bombardowały. Niebo było bez chmurki
i cały wrzesień był taki. Już wciąż tylko patrzyliśmy w niebo, czy gdzieś już nie
zrzucili bomby. No i tak było do 17 września. I nagle 17 września patrzymy: inna armia – ruska. Rusy przyszli do nas. Przyjechali czołgami i dopiero zaczęła się gehenna,
wywózka na Sybir i prześladowania. Każdego dnia nie wiedziało się, czy zostanie się
w domu, czy będziemy wiezieni na Sybir.
Później trochę to już się uspokoiło. Musieliśmy żyć. Szkołę otwarli. Chodziłam
do ruskiej szkoły.
Czterdziesty rok – i tragedia. Ojciec zachorował na raka. Chorował półtora roku.
Zmarł 17 lutego w czterdziestym drugim roku. Zostaliśmy sierotami. Ojciec już leżał prawie w śmiertelnym łożu, to jeszcze przyszli Rusy, by wywieźć nas na Sybir.
Ale że ojciec już był tak ciężko chory, że już nie było kogo brać, to i nas zostawili.
I tak, Bogu dzięki, na Sybir nas nie wywieźli. W czerwcu czterdziestego pierwszego
– druga tragedia. Niemcy wkroczyli. To też było straszne. Rozstrzeliwanie Żydów,
głód i chłód. Już za Ruskich trzeba było oddawać obowiązkowe kontyngenty. Niemcy
przyszli – to samo. Ale to jeszcze nie był koniec naszej tragedii.
Rok 1944 – ruska armia goniła Niemców. Niemcy się cofali. I w marcu – to był
dwudziesty któryś marzec – to u nas we wsi byli raz Ruscy, raz Niemcy. Tak sobie robili takie podchody, a później Niemiec jechał czołgami. Przez trzy dni palili. Spalili wszystko, co było tylko do spalenia. Jak ludzie chcieli bronić, to i ludzi
też spalili. Nie było ratunku… Tak było przez trzy dni. Przeżyliśmy i to. Po trzech
dniach wszyscy uciekliśmy do następnych wsi, bo powiedzieli, że tam pierwsza linia
frontu. Jak tak strasznie Niemcy palili wieś, to średni brat gdzieś odłączył się od
nas. No i może dzięki temu uratował jedną krowę. Reszta, cały dobytek – wszystko
spalone. Nowy dom pod blachą, zabudowania gospodarskie, wszystko zostało spalone. Gdy uciekliśmy do następnej wioski, to byliśmy bez brata. Dopiero za kilka
50
www.e-historie.pl
51
www.e-historie.pl
wirtschaftsgebäude – alles wurde verbrannt. Als wir ins Nachbardorf flohen, war der
Bruder nicht dabei. Erst nach ein paar Stunden kam er mit der Kuh zu uns. Er brachte
uns eine Ernährerin. Wir flohen in den Kleidern, die wir getragen haben. Später hat man
uns weiter von der Front entfernt umgesiedelt, weil es dort Bombardierungen gab.
Im März flohen wir in das betreffende Dorf. Um 4.00 Uhr warfen die Deutschen
eine Bombe ab, die meinen jüngeren Bruder tötete. Er war neun Jahre alt. Der andere
Bruder war verletzt. Wir sind zur Familie geflohen. Heute hat auch mancher aus Bankau
Verwandte in Ludwigsdorf oder Kotschanowitz. So flüchteten wir auch zu Verwandten,
und da die Familie groß war, waren dann sehr viele in diesem Haus. Wieso warfen die
Deutschen Bomben ab? Das weiß ich nicht. Wir waren dort viele und fünf Personen
wurden getötet. Ungefähr zehn wurden verletzt. Wir waren in diesem Haus verschüttet.
Es ist ein Wunder, dass es doch Menschen gelungen ist davonzukommen...
Es war Anfang Juli 1944. Die Front rückte näher. Wir erfuhren es und gingen
gleich nach Hause. Großer Gott, was wir in unserem Haus antrafen! Es gab nur Schutt,
Gestank, Fliegen, Leichen von Menschen und Tieren... Es war ein Schlachtfeld und
nichts mehr. Und Minen. Überall gab es Minen. Aber die Menschen kehrten in ihre
eigenen Häuser zurück. Alle wollten in ihrem Heim sein, obwohl es keinen Platz zum
Wohnen gab und sich Typhus später verbreitet hat. Es war Juli, es war Sommer, alles
hat sich zersetzt. Sowjetische Truppen gingen vor, ohne ihre eigenen Soldaten zu begraben. Sie ließen die Toten zurück. So lag das alles herum...
Es kam das Jahr 1945. Der Krieg ging zu Ende. Wir freuten uns, dass der Krieg
vorbei ist, aber jeder hatte auch Kummer, weil man ausreisen musste. Der Weg hierher,
war ein Weg durch die Hölle. Wir brachen am 20. Mai auf. Von der kleinen Bahnstation
in Jezierna im Landkreis Tarnopol. Wir reisten in offenen Güterwaggons. Entweder regnete es, oder die Sonne brannte. Unser Besitz... Was für ein Besitz hatten wir denn, wenn
uns die Deutschen alles verbrannten? Wir hatten keinen Besitz, aber irgendetwas hatten
wir immer. Wir wurden in die Waggons geladen. In einem Waggon waren wir drei oder
vier Familien. Jeder hatte eine Ecke und eine wenig Gut und Habe. Der Zug fuhr los.
Keiner interessierte sich für uns. Wenn ich heute daran denke, was wir überhaupt aßen,
was wir tranken? Es gab kein Wasser, man konnte sich nicht mal waschen. Es gab kein
Trinkwasser. Als wir endlich in Bankau ankamen, sahen wir wie Neger aus.
Vorher aber kamen wir in Beuthen an. In Beuthen mussten wir in einen anderen Zug
umsteigen, weil bis dort die russische Breitspur war. Wir kamen in Kreuzburg an. Das
war am 24. oder 25. Mai. Wir mussten auf dem Nebengleis aussteigen, wo wir noch einen Tag verbrachten. Dann holten uns in Kreuzburg Pferdewagen ab. Wir packten unser
bescheidenes Gut ein. Wir gingen hinter dem Pferdewagen. Meine alte Oma war dabei,
sie war 72. Die Oma durfte fahren, wir mussten gehen. Der Weg war so lang... Wir waren erschöpft und hungrig. Wir gingen bis wir im Wald ankamen und dann gingen wir
durch den Wald – man dachte, dass er kein Ende hat – ständig Wald, Wald, Wald... Und
ein wunderschöner mit Kastanien bepflanzter Weg. Die Kastanien blühten. Es war, als
würden uns diese Kastanien begrüßen. Endlich kamen wir im Dorf an.
Die Pferdewagen organisierte die Dorfvorsteherin, aber ich weiß nicht, wer sie ausgeliehen hat. Sie brachten uns auf den Kirchplatz. Die Dorfvorsteherin war eine ganz
böse Frau. Statt uns die leeren Häuser zuzuweisen, an denen es nicht fehlte, weil alle
52
godzin przyszedł z tą krową. Przyprowadził nam żywicielkę. My uciekliśmy w tym,
co mieliśmy na sobie. Później wysiedlili nas dalej od frontu, bo tam też były bombardowania.
W marcu uciekliśmy do tej wsi. O 4.00 Niemiec zrzucił bombę i zabił mi
młodszego brata. Miał dziewięć lat. I drugi brat był ranny. Bo to do rodziny się uciekało, to tak jak i teraz z Bąkowa ktoś ma rodzinę w Biadaczu czy w Chocianowie. To
też uciekaliśmy do rodziny, a że rodzina była bardzo duża… Nas było bardzo dużo
w tym domu. Dlaczego zrzucił bomby Niemiec? Nie wiem dlaczego. Nas było tam
dużo. I pięć osób zostało zabitych. Około dziesięciu było rannych. Byliśmy przysypani w tym domu. Że też ludzie wyszli z tego…
To był początek lipca 1944 roku. Front poszedł do przodu. Dowiedzieliśmy się
i zaraz wszyscy wracaliśmy do domu. Boże, co my zobaczyliśmy w tym domu! Był
tylko gruz, smród, muchy, trupy ludzi, bydła... Było pobojowisko i nic więcej. I miny.
Wszędzie były miny. Ale ludzie wracali do swojego. Wszyscy chcieli być na swoim,
mimo że nie było gdzie mieszkać i mimo że później tyfus się rzucił. To był lipiec,
to było lato, wszystko się rozkładało. Przecież sowieckie wojska poszły do przodu,
nawet swoich żołnierzy nie pogrzebali, pozostawiali tak. Tak to wszystko leżało…
No i przyszedł 1945 rok. Skończyła się wojna. Cieszyliśmy się, że wojna się skończyła, ale każdy też rozpaczał, bo musiał wyjeżdżać. Droga tutaj – to
była droga przez mękę. 20 maja wyjechaliśmy. To była mała stacja w Jeziernej,
powiat Tarnopol. Załadowali nas do towarowych wagonów, niekrytych. I albo
deszcz padał, albo słońce piekło. Ten nasz dobytek… Jaki my mieliśmy dobytek,
jak nam wszystko spalił Niemiec? Nie mieliśmy żadnego dobytku, ale zawsze
coś mieliśmy. No i załadowali nas na te wagony. Były nas chyba w jednym wagonie trzy albo cztery rodziny. Każdy miał swój kącik wyznaczony i do tego dobytku było bardzo mało. Ruszył pociąg z nami. Nikt nami się nie zainteresował.
Dziś tak myślę: Co my jedliśmy, co my piliśmy? Nie było wody, ani się umyć, ani
pitnej wody. Jak przyjechaliśmy w końcu do Bąkowa, to wyglądaliśmy jak Murzyni.
Wcześniej dojechaliśmy do Bytomia. W Bytomiu musieliśmy się przeładować na inny pociąg, bo szła szerokotorówka ruska. Dojechaliśmy do Kluczborka.
To był 24 albo 25 maj. Wyładowali nas na bocznicy i tam spędziliśmy jeszcze jeden dzień. Później przyjechały po nas do Kluczborka furmanki. Załadowaliśmy
ten swój skromniutki dobytek. Myśmy wszyscy szli za furmanką. Jeszcze moja
stara babcia była, miała 72 lata. Babcia jechała. My musieliśmy iść. Ta droga tak
długa była… Byliśmy tak zmęczeni, głodni. Szliśmy, doszliśmy do lasu i przez las
– zdawało się, że nigdy się nie skończy – las, las i las… I przepiękna droga zasadzona kasztanami i kasztany kwitły. Zdawało się, jak gdyby nas witały te kasztany.
W końcu doszliśmy do wsi.
Furmanki zorganizowała sołtyska, ale nie wiem, kto dał. Przywieźli nas na podwórko przed kościół. Sołtyska była bardzo niedobrą kobietą. Zamiast do pustych domów,
www.e-historie.pl
53
www.e-historie.pl
Bewohner mit den Deutschen geflohen und nur wenige übriggeblieben waren, zum Beispiel Gutshofarbeiter, die nichts zu befürchten hatten und alle Polnisch, Schlesisch sprachen, nur die Kinder konnten Deutsch, quartierte sie zwei, drei Familien in einem Haus
ein. In den Häusern gab es nichts, außer Stroh und Federn. Alles war bereits ausgeraubt,
weggebracht. Die Häuser standen leer. Zusammen wohnten wir drei Monate lang. Dann
gaben sie uns zur einer Hausbesitzerin, deren Kinder nach Deutschland geflohen waren.
So wohnten wir etwa eineinhalb Jahre. Dann kam die Tochter aus Deutschland zurück
und sie bekam ihr Eigentum wieder. Wir mussten ausziehen. Wir bekamen eine alte
Bruchbude, obwohl es noch schöne Häuser und Villen gab. Und so blieben wir.
Keiner hat uns geholfen. Wenn jemand noch den Ehemann oder den Sohn in der
Armee hatte, hat er noch etwas von der UNRRA bekommen. Das einzige, was wir
mitgenommen haben, war die Kuh. Wir haben sie bekommen, weil wir kleine Kinder
hatten. Aber mehr nicht. Als wir ankamen, gab es Kartoffeln... Die Einheimischen, die
hier geblieben sind, hatten es auch schwer. Dann wurde das Feld zugeteilt, da konnte
man schon etwas verkaufen. Mein Bruder ging zur Schule. Ich wollte auch gehen, aber
Mama war krank und ich musste mich um sie kümmern. Und so verlief unser Leben:
nicht schlecht, aber gut auch nicht...
Wir kamen in die wiedergewonnenen Gebiete mit der Hoffnung, das wir in ein
oder zwei Monaten, spätestens in einem halben Jahr, alle wieder in unsere Gebiete
zurückkommen. Alle lebten mit dieser Hoffnung, dass wir hier nicht bleiben müssen,
dass wir zurückgehen. So war es ein oder zwei Jahre lang. Erst später haben wir realisiert, dass das keinen Sinn hat, dass wir nicht zurück werden gehen dürfen. Aber jeder
lebte mit dieser Hoffnung... Wir blieben und wohnen hier bis heute.
Es gibt keinen Tag und keine Stunde, in der man sich nicht erinnern würde. Dort
wurden wir geboren, dort verbrachten wir die Jugend. Das kommt ständig zurück. Die
Erinnerungen kommen. Alle meine Kinder haben die Heimat schon besichtigt, waren
dort. Nur eine Enkelin war noch nicht da...
[Rezitation:]
Ein Adler sein, einen Falkenflug haben,
ein Flügel des Adlers oder des Falken sein,
über Podolien schweben,
dieses Leben leben.
których było bardzo dużo, bo to wszystko pouciekało z Niemcami i zostało mało ludzi,
pracownicy folwarczni, którzy się nie mieli czego bać i wszystko po polsku mówili, po
śląsku, dzieci tylko po niemiecku – to podała nas po dwie–trzy rodziny do domu. W domach nic nie było, tylko słoma i pierze. Wszystko było już wyszabrowane, wywiezione.
Puste domy stały. Razem mieszkaliśmy trzy miesiące. Później dali nas do takiej właścicielki, której dzieci uciekły do Niemiec. Tak mieszkaliśmy rok–półtora. Później córka
wróciła z Niemiec i dostali to na własność. Musieliśmy się wyprowadzić. Dostaliśmy
starą ruderę. A jeszcze były ładne domy, wille. I tak zostaliśmy.
Nikt nam nie pomagał. Jeśli ktoś miał jeszcze w wojsku męża, syna, to jeszcze
z UNRRA coś dostał. Jedyne, co wzięliśmy, to krowę. Bo mieliśmy małe dzieci, to dali.
Ale więcej nic. Ziemniaki były, jak przyjechaliśmy… Tubylcy, którzy tu zostali, też
mieli ciężko. Później już pole przydzielili, to coś się sprzedało. Brat poszedł do szkoły. Ja też chciałam, ale mama była chora, musiałam się nią opiekować. I tak nasze
życie upływało: ani to źle, ale i dobrze też nie…
Przyjechaliśmy na te Ziemie Odzyskane z nadzieją, że za miesiąc–dwa, za pół roku
wrócimy wszyscy na swoje tereny. Wszystko żyło taką nadzieją, że się tu nie zostanie,
że tam wrócimy. Tak było rok–dwa. Dopiero później było wiadomo, że to nie ma sensu,
że nie wrócimy. Ale każdy żył tą nadzieją… Zostaliśmy i mieszkamy tu do dzisiaj.
Nie ma dnia ani godziny, żeby nie wspominać. Tam człowiek się urodził, tam najmłodsze lata spędził. To wszystko wciąż wraca. Wciąż wracają wspomnienia. Wszystkie moje dzieci już zwiedziły, były tam. Tylko jedna wnuczka jeszcze nie była…
[Recytacja:]
Gdyby orłem być, lot sokoli mieć,
skrzydłem orlim lub sokolim
unosić się nad Podolem,
tamtym życiem żyć.
Droga ziemia ta, myśl ją moja zna,
tam me pierwsze szczęście moje,
tam me pierwsze niepokoje,
tam ma pierwsza łza.
Das liebe Land kennen meine Gedanken,
da war mein erstes Glück,
dort waren meine ersten Unruhen,
dort meine ersten Tränen.
Tam był noc i dzień, jak zakryty cień,
tam był płakał jak wspomnienie,
pierś orzeźwiał, czerpał tchnienie,
Boże w orła zmień.
Dort war ich Nacht und Tag, wie ein verdeckter Schatten,
dort weinte ich wie die Erinnerung,
die Brust erfrischend, den Atemzug schöpfend,
Gott verwandle mich in einen Adler.
[2010]
Den Beitrag hörte:
[2010]
Relacji wysłuchała:
Magdalena Złotowicz
Magdalena Złotowicz
54
www.e-historie.pl
55
Anonym (Jahrgang 1929), Krempa
Anonim (rocznik 1929), Krępna
Das Leben im Lager 1945
Życie w lagrze w 1945 roku
erste Luftangriff das waren amerikanische Bomber. Sie warfen Bomben ab, auch auf Deschowitz. Dort kamen um die 80 Personen um. Diese Luftangriffe waren immer öfter. Der letzte Angriff war am zweiten
Weihnachtstag 1944, als Roswadze bombardiert wurde. Es kamen auch
dort Menschen um, und dann am 27. Januar rückten die russischen Truppen ein. Und
da begann hier der wahrer Krieg. Wir wurden aus den Häusern geworfen, wir mussten
sie verlassen. Wir suchten einen Platz, um bei jemanden unterzukommen. Aber das
war schwer, denn man warf uns immer wieder raus. Da gingen wir weiter weg. Es gab
viel Schnee, bis zu den Knien. Die Kinder weinten, die Alten auch. Die Jüngeren gingen zu Fuß und die Älteren wurden auf dem Fuhrwerk mitgenommen, wenn man eins
besaß. Als die Nacht kam, standen wir auf der Straße. Alle durchgefroren, hungrig,
die Kinder weinten. Und wir übernachteten in einer Bruchbude ohne Fenster mit nur
einem Raum. Die Menschen dort gaben uns etwas Stroh, und so schliefen wir dort.
Am nächsten Tag ging der Vater ins nahegelegene Dorf um dort einen Platz für uns zu
suchen. Es ist ihm gelungen. Wir waren viele dort, weil die ganze Familie zusammengehalten hat. Es gab fast nichts zum Essen. Wir aßen Möhren, die wir dort fanden. Auf
dem Feld gab es Mieten, wo wir unser Essen fanden.
Aus diesem Exil kamen wir am 21. März zurück. Wir trafen nichts als Unordnung
an. Die Möbel und alles andere war auf den Hof geworfen oder lag im Garten herum.
Es schneite und regnete. Man konnte nichts mehr gebrauchen und unser Küchenofen
war voller Munition gut das Vater dort reinschaute. Wenn wir das angezündet hätten,
wäre das Haus in die Luft gesprengt worden.
Ich war nur kurz zu Hause. Schon am 10. und 11. April gab es eine Razzia. Es wurden Personen für das Arbeitslager zusammengetrieben. Wir nannten es einfach Lager.
Meine Mutter sollte hingehen. Sie war 40 Jahre alt, aber ich habe es nicht zugelassen,
weil ich noch vier jüngere Geschwister hatte. Ich würde alleine nicht zurechtkommen,
weil es nicht mal Brot gab. Es gab nichts. Man musste betteln und stehlen. Daher beschloss ich, dass ich gehen werde. Mama weinte und sagte, dass sie auch gehen wird.
Ich setzte mich aber durch und ging. Sie führten uns zu einem Dorf, das damals Blechhammer hieß. Ein Tag war zu wenig um dort hinzukommen1, also mussten wir in einer
Scheune übernachten. Am nächsten Tag gingen wir weiter. Wir trafen an einem Samstag
in Blechhammer ein. Am Sonntag mussten wir schon zur Arbeit. Wir bekamen einen
Besen und mussten fegen. Dann kam die Hölle. Das war so schrecklich, dass man das
ierwszy nalot to były bombowce amerykańskie. Zrzucali bomby i właśnie wtedy rzucili na Zdzieszowice. Zginęło tam około 80 osób i te naloty później się
powtarzały coraz częściej. Ostatni taki nalot był w drugi dzień świąt Bożego
Narodzenia 1944 roku, toż znowu Rozwadza została zbombardowana, też poginęli ludzie, a później już 27 stycznia wkroczyły wojska rosyjskie. I rozpoczęła się tutaj taka naprawdę wojna. Zostaliśmy wyrzuceni z domów. Musieliśmy opuścić domy.
Szukaliśmy miejsca, żeby się gdzieś ulokować u kogoś, ale to było ciężko i znowuż
nas wyrzucili. To już poszliśmy bardzo daleko. Było dużo śniega, aż po kolana. Dzieci płakały, starce płakali. Młodsi pieszo chodzili, a starszych na wóz, jak mieli wóz.
Jak przyszła noc, to staliśmy na ulicy. Wszyscy zziębnięci, głodni, dzieci płakały.
I przenocowaliśmy w takiej ruderze bez okien, tylko jakaś sala tam była. Dali trochę
słomy i takeśmy tam przespali. Następnego dnia już ojciec poszedł szukać do kolejnej
wioski, żeby nas przyjęli. Udało się. Byliśmy tam. Było nas dużo, bo to właściwie
całą rodziną myśmy się tak trzymali. Nie było co jeść i jedliśmy marchewkę, którą
tam znaleźliśmy. Takie były kopce na polu i to było nasze jedzenie.
Z tej tułaczki wróciliśmy 21 marca. Nic nie zastaliśmy, tylko bałagan. Meble,
wszystko było wyrzucone na podwórka, leżało w ogródkach. Śnieg padał, deszcz padał. To już nie nadawało się do użytku, a w kuchni naszej w piecu – nasze szczęście,
że ojciec tam zajrzał – było pełno amunicji. Jakbyśmy to rozpalili, to dom poszedłby
w powietrze.
Niedługo byłam w domu. Już 10 i 11 kwietnia była łapanka. Zbierali ludzi do
obozu pracy. Myśmy to nazywali lager. Miała iść moja mama. Ona miała 40 lat, ale
ja nie pozwoliłam, bo jeszcze miałam młodsze rodzeństwo, czterech ich było. Nie
dałabym sobie rady, bo nie było nawet chleba, nic nie było. Trzeba było chodzić,
żebrać, bo nie było nic. Pokradli wszystko. I postanowiłam, że ja pójdę. Mama
też płakała, że ona pójdzie, jednak postawiłam na swoim i to ja poszłam. No i nas
zaprowadzili do Blachowni. Blechhammer się to kiedyś nazywało. Za dzień nie doszliśmy1, to musieliśmy nocować w stodole. Następnego dnia poszliśmy dalej. Dotarliśmy do tej Blachowni, to była sobota, dostaliśmy miotły i trzeba było zamiatać,
a w niedzielę to już do pracy. Nastał dla nas sądny dzień. To było coś okropnego,
to nie sposób opowiedzieć. Wywoziliśmy gruz, który z góry leciał. Musieliśmy go
zbierać, pomimo że tam pracowali i to leciało na nas. To ich nic nie obchodziło.
Ładowaliśmy do takich taczek, to była tylko taka deska. Nie było wtedy jeszcze
1
1
Die Entfernung von Krempa nach Blechhammer beträgt fast 25 km.
56
Odległość z Krępnej do Blachowni wynosi blisko 25 km.
www.e-historie.pl
57
www.e-historie.pl
nicht einmal erzählen kann. Wir brachten Schutt weg, der von oben kam. Wir mussten
ihn aufheben, obwohl oben gearbeitet wurde und alles auf uns fiel. Das war denen egal.
Wir luden alles auf Schubkarren, die aus einem Brett gemacht waren. Es gab damals
nicht mal Strom, man zündete nur Lagerfeuer an, als es schon dunkler wurde. Und ich
hatte damals meine Karre nur halbvoll, weil ich hungrig und mager war und sie nicht
schieben konnte. Da wurde ich einmal, zweimal auf den Rücken geschlagen. Ich musste
zurück, sie vollladen und dann durfte ich erst weiter fahren.
Und so arbeitete ich jeden Tag. Es gab einen Weckruf, wenn es draußen hell wurde.
Man musste sich anstellen. Sie zählten uns. Sie kamen nie bis zum Ende und fingen wieder
von vorne an und brachten es wieder nicht zum Schluss, und wieder fing es am Anfang an
und so standen wir manchmal zwei Stunden im Regen. Das war unterschiedlich. Die Zeit
war immer anders. Dann begleiteten uns Soldaten, die Seitengewehre hatten. Sie führten uns wie Verurteilte. Als wir ins Lager zurückkamen, holten wir Essen und bekamen
Kochgeschirre. Es stand ein Kessel auf dem Platz, darunter brannte Feuer. Dort wurde
Suppe gekocht. Aber es war eigentlich Wasser, in dem eine Kartoffel eine andere jagte.
Und wenn es Fleisch gab, dann war es blau, fast schwarz. Das war unser Mittagessen. Wir
bekamen ein kleines Brot, ich weiß nicht mehr für wie viele Personen. Das war so groß
wie ein Stückchen Kuchen, und das für den ganzen Tag. Das war unser ganzes Essen.
Im Lager fand mich meine Mama. Sie kam mit meiner zwölfjährigen Schwester
zu Fuß. Ich wollte sie begrüßen, durfte es jedoch nicht und musste mich entfernen. Ich
musste drei Schritte Abstand von meiner Mama halten. Mama brachte Brot und noch
etwas zu essen, wahrscheinlich Hackfleisch. Sie sagte etwas zu mir. Aber sie gaben
uns nur zehn Minuten und sagten Mama, dass falls sie mich noch mal sehen will, sie
sich am nächsten Tag früh um halb fünf hier melden soll. Sie kam wieder und durfte
sich nicht von mir verabschieden und mir die Hand reichen. Absolut nicht. Von ihrem
Paket blieb nur noch das Brot übrig. Sie nahmen alles weg. Mama besuchte mich noch
mehrmals, sie kam immer zu Fuß. Es waren um die dreißig Kilometer. Mit ihr kam der
dreizehnjährige Bruder oder die zwölfjährige Schwester.
Wir wurden nach Slawentzitz gebracht. Da war auch ein Lager. Das bisherige Lager
war nicht mehr geeignet, weil es eine Ruine war und es dort eine große Läuseplage gab.
Im neuen Lager herrschten bessere Umstände. Als Mama mich besuchte, durfte sie bei
mir übernachten. Für alle, die aus dem ersten Lager flohen und erwischt wurden, gab es
ein Loch mit Treppen und Wasser drin. Ich bin nie drin gewesen, aber die, die erwischt
wurden, erzählten davon. Aus diesem Loch kam immer Gejammer und Schreie. Man
stand dort zwei Tage lang im kalten Wasser und wurden geschlagen. Ich kann mich erinnern, dass es mal einen Deutschen gab, der gefangen wurde. Vielleicht war er Soldat.
Er wurde an den Zaun angebunden, stand da ohne Hemd und wurde danach auch in
dieses Loch geworfen. Er rief auf Deutsch: Lasst mich los, ich habe doch nichts böses
getan! Aber es nützte nichts. Später hat man dann Ordnung gemacht. Es gab einen Arzt,
der verboten hat, so etwas zu praktizieren. Wenn jemand bei der Flucht aus dem zweiten
58
nawet prądu, tylko ogniska były rozpalane, jak już było ciemniej. I ja wtedy połowę miałam w tej taczce, bo byłam głodna, szczupła i nie umiałam tego unieść.
No to dostałam po plecach raz, drugi raz. Musiałam wrócić, dołożyć sobie i dopiero
znowuż jechać dalej.
No i tak co dzień. Pobudka była, jak tylko jasno się robiło na dworze. Trzeba było
się ustawiać. Zaczynali nas liczyć. Nie umieli nigdy dojść do końca i znowu zaczęli
i nie kończyli, i znowu od początku – i tak staliśmy nieraz dwie godziny, na deszczu.
Różnie to bywało. Czas nie był określony. Później żołnierze nas prowadzili, mieli
te bagnety. Prowadzili nas jak skazańców. Jak wracaliśmy do lagru, to też różnie było.
Jak szliśmy po jedzenie, to dostaliśmy menażkę. Był kocioł na placu, pod tym kotłem
paliło się ognisko i tam gotowali zupę. Ale to była woda i jeden kartofel drugiego
gonił. I jak było mięso, to było takie czarne, aż sine. I to był nasz obiad. Chleba dostaliśmy, taki mały chleb. Nie pamiętam już, na ile osób to było. To był jakby kawałek
tortu na cały dzień i to było nasze jedzenie.
I tam mnie moja mama znalazła. Przyszła pieszo z moją dwunastoletnią siostrą.
Chciałam się przywitać. Nie wolno było, musiałam się cofnąć, musiałam stanąć
jakieś trzy kroki przed moją mamą. Mama przyniosła chleb i coś tam jeszcze było,
mięso mielone? Coś mi mówiła. Ale pozwolili tylko na 10 minut i powiedzieli mamie, że jak chce mnie jeszcze widzieć, to następnego dnia rano o wpół do piątej
ma się tu zgłosić. Przyszła znowu i też nie mogła się pożegnać ani ręki podać,
kompletnie nic. A z paczki tylko został chleb. Zabrali wszystko. Jeszcze raz mama
mnie odwiedziła, zawsze pieszo. Tego to będzie ze trzydzieści kilometrów. Szedł
z nią albo brat trzynastoletni, albo siostra dwunastoletnia.
Później już nas przyprowadzili do Sławięcic. Tam też był lager. Bo ten już
się nie nadawał, to była rudera. Jedna wszawica. Tam było już trochę lepiej. Jak
mama mnie odwiedziła, to mogła u mnie przenocować. W tym pierwszym lagrze, jak ktoś uciekł i go złapali, to tam był taki loch, schodki takie i tam była
woda. Ja tam nie byłam, ale opowiadali ci, co byli, których złapali. Tam były
jęki, krzyki. Oni stali w tej zimnej wodzie dwa dni i byli bici. Pamiętam, jak raz
wróciliśmy z pracy, to był taki Niemiec, musieli go złapać czy też był żołnierzem. Stał przywiązany do płotu, bez koszuli i też go tam do tego lochu wrzucili,
i wołał po niemiecku: „Puśćcie mnie, przecież ja wam nic złego nie zrobiłem!”, ale
to nic nie dało. Później już się za to wzięto, był lekarz jakiś i zabronił tego praktykować, nie wolno było. A w tym drugim lagrze, jak ktoś uciekł i jak go złapali,
to wojskowi taki szpaler robili, a ten jeden albo dwóch musieli zdjąć koszule. Nas
wołali wszystkich, żebyśmy popatrzyli. Żołnierze mieli taki rzemień i on jak szedł,
to po tych plecach od każdego dostał tym rzemieniem. Przygotowali nas, żeby nie
uciekać, bo to się nie opłaca.
Stamtąd wywieźli nas do Łabęd. Przez trzy noce nas wywozili. Nasz transport był już ostatni. Jeszcze przedtem była mama i strasznie namawiała, żebym
www.e-historie.pl
59
www.e-historie.pl
Lager erwischt wurde, bildeten die Soldaten ein Spalier, und der Flüchtling musste das
Hemd ausziehen. Wir wurden gezwungen dabei zuzusehen. Die Soldaten hatten Riemen
und als der Flüchtling durchging, bekam er von jedem Soldat Schläge damit. So haben
sie uns vor Augen geführt, was bei einer Flucht mit uns geschehen würde.
Später kamen wir nach Laband. Drei Tage lang fuhren sie uns dorthin. Unser
Transport war der letzte. Vorher war noch Mama da und hat mich überredet zu fliehen, aber es war nicht möglich. Ich hatte eine Freundin, die auf der Straße gefangen
genommen wurde. Sie war nach Hause unterwegs, um zu überprüfen, ob alle leben.
Sie konnte kein Polnisch, kein Wort, und sie bat mich, sie nicht zu verlassen. Ich
sagte: Aber ich will fliehen . Da sagte sie, dass sie auch fliehen wird. Wir haben etwas
für den Weg vorbereitet und unter den Pritschen versteckt. Hinter dem Stacheldraht
stand eine Baracke. Keiner wusste, was dort ist. Sie stand in der Nähe des Gleiwitzer
Kanals. Jemand aus dem Lager benachrichtigte den Kommandanten, aber ein anderer
hörte das und warnte uns: Flieht nicht, sie beobachten euch schon. Da haben wir es
gelassen. Wir sind nicht geflohen und in der Nacht fuhren wir nach Laband. Dort war
es am besten, weil es ein ehemaliges Judenlager war. Die Baracken waren aus Mauersteinen. Es war lockerer, es gab die Seitengewehre der Soldaten nicht mehr. Wir
wurden eskortiert, aber nur noch so pro forma. Eines Sonntags kamen wir von der Arbeit und ich sah, dass beim Tor jemand steht. Das war meine Mutter. Ich fragte mich,
wie es möglich war, dass sie nach Laband kam. Mit der Mama war meine Schwester.
Ich lief gleich zum Kommandanten und bat ihn, ob sie reinkommen könnten, weil sie
mich besuchen wollen. Und er sagte: soll die Mama bleiben, weil wir jetzt nach Hause
gehen, wir führen euch jetzt nur noch nach Gleiwitz, um dort die Papiere abzuholen.
Und ich sagte gleich: Das ist doch unmöglich, dass sie uns nur darum hierher brachten
um Papiere abzuholen. Sie sollten uns wegbringen. Und ich sagte der Mama: Mama
geh schon, wenn es gelingt, dann werde ich fliehen. Und es ist gelungen.
Ein älterer Soldat ist mit uns gegangen. Er sah alles. Man muss sagen, dass unter
den Soldaten es auch gute Menschen gab. Ich erblickte ein Haus, Leute schauten aus
den Fenstern und es gab einen offenen Flur. Ich schaute. Der Flur war lang und im
hinteren Teil auch geöffnet. Am Ende sah ich einen Holzstapel. Ich griff Elza und so
gingen wir auf allen Vieren den Flur entlang bis zum Hof. Wir versteckten uns hinter
dem Stapel und warteten. Entweder werden die Soldaten schießen oder die Flucht
gelingt uns. Mama sah es. Und so saßen wir 40 Minuten da, weil wir Angst hatten
herauszukommen. Und so ist es gelungen. Das war am 20. August. Ich kam am 11.
April ins Lager, am 20. August bin ich geflohen.
uciekła, ale to się nie dało. Miałam jeszcze koleżankę, przywieźli ją z drogi. Ona
szła do domu, chciała widzieć, czy wszyscy żyją, i ją przyprowadzili do naszego lagru. I ona nie umiała w ogóle po polsku ani słowa i prosiła, żebym ja jej
nie zostawiła. To ja mówię: „Ale ja chcę uciec”. To ona też ucieknie. Prycze już
zostały wyniesione, to pod pryczą myśmy sobie przygotowali. Podnieśliśmy ten
drut kolczasty, a za tym drutem stał taki barak. Nie wiadomo, co tam było. To
już zaraz blisko był Kanał Gliwicki. Ale ktoś w tym lagrze poskarżył to komendantowi czy komuś i druga to słyszała, i nas upomniała. Mówi: „Nie uciekajcie,
bo już was pilnują”. No to już my zostawili to. Nie uciekliśmy i wyjechaliśmy
później w nocy do Łabęd. A tam już było najlepiej, bo to był lager po Żydach.
Baraki były murowane. I już było swobodniej, już nie było tych bagnetów. Prowadzili nas, ale to już tak tylko, pro forma. I kiedyś była niedziela i wracamy
z pracy, i patrzę – pod bramą ktoś stoi. Przecież to jest mama! Czy to jest możliwe, żeby do Łabęd przyszła? Naprawdę! Mama z siostrą. Ja zaraz do komendanta
i prosiłam, żeby mama mogła wejść, bo przyszła na odwiedziny. A on mówi: niech
mama zostanie, bo my zaraz idziemy już do domu, tylko jeszcze prowadzimy was
do Gliwic po te świstki. Ale ja zaraz powiedziałam: „To jest niemożliwą rzeczą,
żeby oni nas prowadzili po papierki”. Oni mieli nas wywieźć. I ja mamie mówiłam:
„Mama, idź, a ja jak się uda, to zbiegnę”. I tak też się udało.
Szedł taki żołnierz starszy. On widział, ale byli między nimi też dobrzy. I widziałam, jak stał taki dom, ludzie w oknach patrzyli, taka sień była, otwarta była,
patrzyłam, długa sień i tam znowuż otwarte i widziałam stos drzewa. Ja tylko tę
Elzę szarpnęłam i takeśmy się kuckiem przez tę sień do tego podwórka dostały i tam
za tym stosem usiadłyśmy, i czekałyśmy: albo będą strzelać, albo się uda. Mama
widziała. I tak 40 minut posiedziałyśmy, bo bałyśmy się wyjść. I tak się udało. To
był 20 sierpień. Poszłam do lagru 11 kwietnia, uciekłam 20 sierpnia.
[2010]
Relacji wysłuchała:
Sylwia Kuznik
[2010]
Den Bericht hörte:
Sylwia Kuznik
60
www.e-historie.pl
61
Teresa Chmielewska (Jahrgang 1942), Krappitz
Teresa Chmielewska (rocznik 1942), Krapkowice
Kindheit im sowjetischen Belarus
Dzieciństwo w sowieckiej Białorusi
wurde auf dem Gebiet des heutigen Belarus (Weißrussland) in der Nähe
von Nie[wie|a geboren. Es war während des Krieges, aber an diesen
kann ich mich nicht richtig erinnern. Ich erinnere mich aber an die Nachkriegsjahre in der Sowjetunion. In diesen Zeiten, unter der sowjetischen
Regierung, verbrachte ich meine Kindheit. Die Zeiten waren schwer, die sowjetischen
Regelungen waren grausam. Man nahm keine Rücksicht auf die Kinder oder gar Waisen. In fast jeder Familie gab es Halbwaisen, weil die Väter und Ehemänner zur Arbeit
verschleppt wurden. Sie sollten für die rodina arbeiten, also für das Vaterland, das
überhaupt nicht unser Vaterland war. Aber so lautete die Devise und die Kinder wurden nur von den Müttern erzogen.
Das gleiche Schicksal ist mir zugestoßen. Meine Mama hatte ein sehr schweres
Leben, und dazu noch unter ständigem Stress, weil man irgendwelche Angelegenheiten in der Nacht erledigen musste. Sie kamen, klopften, schrien: Aufmachen! Ob es
eine Anmeldung im Kolchos oder irgendwelche Kontingente und Darlehen für den
Staat waren – sie kamen und erledigten das in der nachts, da man da man am meisten
erschrak. Es kam unerwartet. Auf diese Weise haben sich viele Menschen, darunter
auch meine Mama, in den Kolchos gezwungen. Mutter unterschrieb auch mehrmals
ein Darlehen, das sie nicht im Stande war zurückzugeben.
Als Kind in dieser dieser Zeit vermisste man die Mutter und man hatte Angst, dass
sie wiederkommen, dass sie wieder klopfen, wieder einschüchtern werden; als Kinder
hatten wir Angst, dass sie uns die Mama wegnehmen werden, weil der Vater nicht da
war. Wenn die Kinder morgens aufwachten und Mama da war, war alles in Ordnung.
Unsere unbeschwerte Kindheit ist oft unterbrochen worden. Aber die Angst wurde schnell
vergessen, und man kehrte wieder zum Spielen, zur Fröhlichkeit und zur Freude zurück.
In Belarus habe ich auch die Grundschule abgeschlossen, später fing ich an ein
wenig zu arbeiten. Ich ging in die Arbeit als Minderjährige, weil ich noch nicht mal 16
Jahre alt war. Aber ich arbeitete schon auf den Bahngleisen. Die Erwartungen unserer Eltern, dass Polen wiederkommt, wurden immer hoffnungsloser, weil jeder schon
wusste, dass Polen wahrscheinlich nicht mehr kommen wird und man das Leben,
das man hat, akzeptieren muss. Man muss sich damit abfinden, man muss irgendwie
weiterleben. Aber ich habe es damals noch nicht verstanden. Erst später, als ich heranwuchs, sah ich das schwere Leben, das tragen von Holz auf dem Rücken, sowie von
Säcken mit Heu, damit es Milch für die Kinder gab. Um die Kuh zu füttern, hat man
mit dem Sichel im Wald das Gras um die Büsche geschnitten. Ich habe keine Lust
darüber zu reden, mich daran zu erinnern...
rodziłam się na terenie obecnej Białorusi koło Nieświeża. Był to czas wojny,
ale ja z wojny raczej nic nie pamiętam. Pamiętam już czasy powojenne – to
już były rządy Związku Radzieckiego. No i w tamtych czasach, przy tych rządach spędziłam moje dzieciństwo. Czasy były ciężkie, rządy radzieckie były
bezwzględne. Nie liczyły się z dziećmi czy z sierotami. Prawie każda rodzina to były
półsieroty, bo ojcowie, mężowie byli wywożeni do pracy. Niby że pracowali dla rodiny, to znaczy dla ojczyzny, która akurat w ogóle nie była naszą ojczyzną, ale takie
było hasło, więc przeważnie dzieci rosły tylko pod opieką matek.
To samo też mnie spotkało. Mama moja miała bardzo ciężkie życie i do tego jeszcze
w ciągłym stresie, bo jakieś sprawy to się załatwiało nocą. Przychodzili, stukali,
trzaskali: Otwierać! Czy to były zapisy do kołchozów, czy jakieś kontyngenty, pożyczki dla państwa. Po to wszystko przychodzili i załatwiali to w nocy, gdy człowiek
był najbardziej przestraszony, czas był nieoczekiwany. I takim sposobem dużo ludzi,
między innymi też moja mama, zapisało się i do kołchozu, a mama nawet podpisała
nieraz jakąś pożyczkę, której nie była w stanie zwrócić.
W tym czasie jednak człowiek jako dziecko tęsknił za mamą i był strach, że przyjdą
znów, że znów będą kołatać, będą zastraszać; jako dzieci myśmy się bali, że jeszcze nam
mamę zabiorą, bo taty już nie było. Jak dzieci rano się znów budziły i mama była, to znów
było dobrze. I ten nasz okres dziecięcy to taki był przerywany. Szybko się zapominało
o lękach, szybko się wracało do zabaw, do wesołości, do radości.
Tam też skończyłam szkołę podstawową, nawet później już rozpoczęłam taką trochę pracę. Poszłam do pracy jako właściwie młodociana, bo nawet jeszcze nie miałam
16 lat, ale już pracowałam na torze kolejowym. Oczekiwania naszych rodziców, że
znów wróci Polska, zaczęły się robić coraz bardziej beznadziejne, bo każdy już później wiedział, że raczej ta Polska nie wróci i trzeba zaakceptować takie życie, jakie
jest, trzeba się z nim godzić, trzeba jakoś żyć. Ale ja wtedy jeszcze nie rozumiałam.
Dopiero później, jak już dorastałam, widziałam to ciężkie życie, to noszenie drzewa
na plecach, to noszenie siana w workach na plecach, żeby dzieci miały mleko. Żeby
krowę zatrzymać, to gdzieś tam się sierpem wyrzynało pod krzakami w lesie… Nawet
nie chce mi się o tym mówić, do tego wracać…
Jedyny urok – to młodość, nasze spotkania, pieśni, zabawy pod gołym niebem.
To też nas budowało, rozweselało i tak się to wszystko mieszało. Młodość ma to do
siebie, że szybko zapomina. Może nie zapomina, ale tak łatwiej przechodzi te wszystkie stresy, te wszystkie niepowodzenia. Później znowu wieczorem były spotkania,
62
www.e-historie.pl
63
www.e-historie.pl
Das einzig Schöne das war die Jugend, unsere Treffen, Lieder, Tänze unter freiem
Himmel. Das gab Hoffnung, Aufheiterung. So hat sich das alles gemischt. Die Jugend
hat das an sich, dass man schnell vergisst. Vielleicht nicht vergisst, aber den Stress,
die Fehlschläge leichter verkraftet. Am Abend gab es Treffen, Tänze und eine Ziehharmonika. Da war es wieder lustig und gut. Die Menschen waren sehr eingespielt,
sehr freundlich und fromm.
Das ganze Dorf traf sich unter dem Kreuz, da die Kirche weit entfernt war. Ein
großes Kreuz stand an der Straße und dahinter war eine Wiese. Der Gesang, die Andachten, die man halten konnte, das Beten und Singen, während man nicht unbedingt
in der Kirche sein musste. Und wenn ich jetzt an den Eifer der Menschen denke, die
schwere Arbeit am Tag und dann das Knien vor dem Kreuz, sind es wirklich wertvolle
Erinnerungen, denn wenn es dem Menschen wohl ergeht, vergisst er alles schnell. Er
vergisst den anderen Menschen, vergisst Gott... Aber die Leute, die aus dem Osten
kamen, vielleicht sogar alle von ihnen, kennen den Wert der Kirche und des Glaubens.
Die heutige Jugend ist anders. Weil unsere Kinder hier geboren wurden und wir uns
bemühten, ihnen andere Bedingungen zu schaffen, damit ihnen nicht so eine Kindheit
zustößt, wie die unsere.
Jetzt gibt es so eine Bindung nicht mehr, und die Möglichkeit, das Schicksal auf
so eine Weise zu teilen auch nicht. Früher dachte man vor Weihnachten an die Menschen aus dem Dorf die arm waren, die nicht mal Milch hatten. Ich gab ihnen Butter,
ein anderer Käse, jemand backte für sie Brot. Wem es besser ging, teilte mit den
armen Familien und wir Kinder haben es dann ausgetragen. Einer ging zu dieser Familie, ein anderer zu der anderen. Und so liefen die Kinder herum, weil sie wussten,
dass man vor Weihnachten teilen soll, damit es jeder Familie wenigstens in der Weihnachtszeit etwas besser ging als im Alltag. Jetzt gibt es zwar keine Armut mehr, aber
wenn jemanden doch etwas zustoßen würde, bin ich mir nicht sicher, ob die anderen
teilen würden. Ob sie die Not der anderen Menschen bemerken könnten. Es gibt mehr
Eifersucht, einen Wettlauf um immer mehr zu haben. Damals gab es das nicht. Es gab
keinen Wettlauf um den Reichtum. Der Reichere bemühte sich mit dem Ärmeren zu
teilen. Das steckt tief in uns Älteren. Vielleicht nicht in allen, denn ich sage in uns
, aber ich denke dabei an mich. Aber es ist bis heute da, man will immer noch den
Notdürftigen und den Kranken bemerken. Das gleiche war dort. Wenn man krank war,
gab es nicht sofort einen Arzt, ein Krankenhaus. Die Nachbarn kümmerten sich um
einander. Jeder hatte eigene Ideen, wie man helfen könnte mit Kräutern, Umschlägen
und anderen Sachen... Und die Frauen gingen zu dem Kranken und halfen, so wie
sie nur helfen konnten. Und das half uns auch diese schweren Zeiten zu überstehen.
Ich weiß es nicht, wie es dort heute ist, wie die Menschen dort leben, ob sich
etwas verändert hat. Aber manche dieser polnischen Dörfer wurden menschenleer,
weil ganze Dörfer nach Polen umgesiedelt worden sind, wenn es nur die Möglichkeit
der Repatriierung gab. Vorher, nach dem Krieg, konnte man auch ausreisen, es gab
64
były zabawy, była też tam harmożka i znów było wesoło i dobrze. I też ludzie byli
bardzo zgrani, bardzo życzliwi sobie i bardzo bogobojni.
Pod krzyżem spotykała się cała wioska. Kościół był daleko. Stał duży krzyż przy
drodze, dalej była łąka i te śpiewy, te takie nabożeństwa, które można było odprawić,
pomodlić się, pośpiewać, niekoniecznie będąc w kościele. I teraz, jak wspominam tę
gorliwość ludzi, te ciężkie prace w ciągu dnia, a później to klękanie pod tym krzyżem,
to naprawdę są takie drogie wspomnienia, bo człowiek, mając dobrze, łatwo zapomina
o wszystkim. Zapomina o drugim człowieku, zapomina o Bogu… Ale ludzie, którzy
przyjechali ze wschodu, może nawet wszyscy, znają wartość i kościoła, i wiary. Teraz
już młodzież to inaczej, bo nasze dzieci już się tu urodziły i staraliśmy się stworzyć
im inne warunki, żeby naszych dzieci nie spotkało takie dzieciństwo, jakie myśmy
przeżyli.
Teraz nie ma już tej więzi, nie ma tej możliwości, by się tak podzielić. Bo tam
przed świętami to kiedyś każdy wiedział, że ten na wsi ma biedę, że oni nawet mleka nie mają, a to przed świętami. Ja im zrobię masło, a ktoś im zrobi serek, ktoś
upiecze bułkę, komu się lepiej powodziło, i niesiemy tej rodzinie, i to zaraz myśmy,
dzieci, to roznosiły. A wy zanieście tej, a wy zanieście tamtym. To i tak te dzieci
biegały, bo wiedziały, że przed świętami trzeba się podzielić, żeby każda rodzina
chociaż trochę miała inaczej na te święta niż na co dzień. Teraz już może nie ma
biedy, ale gdyby nawet może i dotknęło coś kogoś, to nie wiem, czy potrafią się dzielić, czy potrafią zobaczyć potrzebę tej drugiej osoby. Więcej jest zazdrości, takiego wyścigu, żeby mieć więcej. Tam tego nie było. Nie było wyścigu, kto bogatszy,
kto biedniejszy. Bogatszy, mocniejszy starał się dzielić z tym słabszym. I to jest
gdzieś w nas, w starszych osobach, może nie we wszystkich, bo tak mówię „w nas”,
ale mam na myśli bardziej siebie. Jednak to jest do dzisiaj, do dzisiaj chce się widzieć
kogoś w potrzebie, kogoś w chorobie. To samo było tam. W chorobie tam nie było
na zawołanie lekarza, nie było szpitala. Sąsiad sąsiadem się opiekował. Każdy miał
jakieś swoje pomysły, żeby pomóc – a jakieś ziółka, a jakieś okłady, a to jeszcze co
innego... I ludzie szli, kobiety, do tej chorej osoby i tej swojej pomocy udzielali jak
potrafili. I to też pomogło nam przetrwać ten trudny okres.
Nie wiem, jak tam teraz jest, jak tam ludzie żyją, czy tam coś się zmieniło, czy nie, ale niektóre tamte wioski, wioski Polaków, to opustoszały, bo jak
pojawiła się możliwość repatriacji, to całymi wioskami ludzie wyjeżdżali do
Polski. Bo wcześniej, po wojnie, też można było wyjeżdżać, była taka możliwość, ale dużo osób jeszcze wierzyło, że to jest niemożliwe, że Polska nie wróci. Polska wróci! Polska tu jeszcze będzie – po co mamy wyjeżdżać, przecież
to jest nasza ziemia, nasze wszystko, nasz kościół, nasz cmentarz, nasze domy!
Nie możemy tego zostawić, a Polska też jeszcze na swoje wróci. Ale lata mijały
i gasła nadzieja, gasła ta wiara, że to się zmieni, więc trzeba było ruszać w świat, do
tej Polski, która istnieje, która trwa, która na nas czeka.
www.e-historie.pl
65
www.e-historie.pl
die Möglichkeit dazu. Aber viele dachten damals noch, dass es unmöglich ist, dass
Polen nicht zurückkehrt. Polen wird zurückkehren! Polen wird noch kommen wozu
sollen wir weg, es ist doch unsere Heimat, sagten sie. Alles ist unser, unsere Kirche,
unserer Friedhof, unsere Häuser. Wir können es nicht einfach verlassen, und Polen
wir noch zurückkehren. Aber die Jahre vergingen und die Hoffnung und der Glaube
verblassten, dass sich das ändern wird. Also musste man in die Welt aufbrechen, nach
dem Polen, das existiert, das da ist, das auf uns wartet.
Als wir hierher gekommen sind, gab es eine Enttäuschung, weil man auch dort
die Russen fürchtete, Angst vor ihnen hatte. Auch hatten wir hier Angst vor den Deutschen, weil auch sie auf uns böse schauten. Sie hatten auch vor uns Angst. Wir fürchteten uns vor ihnen, weil sie Deutsche waren. Aber diese Barriere existierte nicht
lange. Wir haben uns sehr schnell mit den Schlesiern angefreundet. Es gab Probleme
mit den Jugendlichen, es gab ein wenig Kampf. Zum Beispiel: Wenn ein Fräulein einen Schlesier kennen lernte, hatte dieser es zu Hause nicht leicht. Dann musste er sich
anhören, wie er sich das vorstellt, irgendwelche Chadziajka1 kennenzulernen und zu
denken, dass sie eine gute Ehefrau sein wird. Und umgekehrt das Gleiche. Du sollst
keinen Deutschen suchen, nur einen von den unseren, weil es im Leben verschieden
kommen kann. Aber, wie die Jungen so sind, ein Teil von ihnen gehorchte den Eltern,
aber die meisten gehorchten nicht und es wurden solche Ehen geschlossen. Es gab
auch misslungene Ehen. Aber das ist keine Regel. Misslungene Ehen gibt es auch
unter den unseren. Und es gab auch viele gelungene und friedliche Ehen. Jetzt hat sich
das überhaupt verwischt, und es ist gut so.
Als junges Mädchen, noch 16 Jahre alt, arbeitete ich in schlesischen Betrieben.
Aber das war schon anders - es gab die Furcht nicht mehr, man fühlte sich sicherer,
es gab Glaubensfreiheit, Gebetsfreiheit. Weil dort, wo wir am Kreuz beteten, musste
man aufpassen, ob die Polizei nicht kommt, ob sie uns nicht auseinander treibt. Es
passierte zwar selten, dass sie kam und Lärm machte und fragte, was das hier für eine
Versammlung sei. Bestraft wurde dafür keiner, aber man fühlte sich nicht sicher. Jetzt
ist das Leben anders. Mit jedem Jahr wurde es leichter. Die Menschen hatten immer
mehr,und mehr. Zuvor fuhr jeder mit dem Fahrrad zur Arbeit, jetzt fahren alle mit dem
Auto, also wendet sich alles zum Guten.
Jak my tu przyjechali, też było takie trochę rozczarowanie, bo były takie obawy
przed Ruskimi, lęki. Tutaj trochę baliśmy się Niemców, bo też patrzyli na nas tak
troszeczkę… Bali się w sumie nas, bo to przyjechali Ruscy, myśmy się bali ich, bo to
są Niemcy, ale długo nie było jakiejś takiej bariery. Ze Ślązakami bardzo szybko myśmy się zaprzyjaźnili. Troszeczkę były problemy z młodzieżą, trochę było walki. Na
przykład jak jakaś panna poznała Ślązaka, to nie miał w domu za wesoło, to się musiał
nasłuchać, co to on sobie myśli, tam jakąś chadziajkę sobie poznał i myśli, że będzie
jemu dobrą żoną? No i było odwrotnie. Ty nie szukaj Niemca, ty poszukaj swojego,
bo to potem w życiu różnie może być. Ale młodzi – jak to młodzi. Część była, że
posłuchała tych rad rodziców, a bardzo dużo takich było, co właśnie nie posłuchało
i było małżeństwo. Były też nieudane. Ale to nie jest reguła. To zdarzają się nieudane
małżeństwa i wśród swoich, ale bardzo dużo było też udanych i zgodnych. A teraz to
już się w ogóle to zatarło i jest bardzo fajnie.
Jako młoda dziewczyna też ciężko pracowałam w śląskich zakładach, mając
zaledwie 16 lat. Ale to już było inaczej, już nie było tych obaw, było więcej tej pewności, była wolność wiary, wolność modlitwy. Bo tam, jak myśmy się modlili pod
krzyżem, to trzeba było pilnować, czy jakaś policja nie jedzie, czy nas tu nie będą rozganiać. Co prawda to się rzadko zdarzało, ale czasami też się zdarzało, że przyjechali,
krzyku narobili: Co tutaj za zgromadzenie? Za bardzo za to żadnej kary nikt nie miał,
ale trochę takiej niepewności było. Teraz to już inne życie. Z każdym rokiem było
coraz łatwiej. Ludzie się dorabiali, coraz więcej, coraz więcej. Naprzód się dojeżdżało
rowerem do pracy, teraz już wszyscy dojeżdżają samochodami, więc wszystko idzie
chyba ku dobremu?
[2010]
Relacji wysłuchała:
Olga Przewłocka
[2010]
Den Bericht hörte:
Olga Przewłocka
1
Chadziajka – im Slawisch-schlesischem Dialekt pejorativ für Polin.
66
www.e-historie.pl
67
Teresa Czech (Jahrgang 1944), Gräflich Wiese
Teresa Czech (rocznik 1944), Łąka Prudnicka
In der stalinistischen Schule
W stalinowskiej szkole
sieben Jahren ging ich zur Schule. Ich konnte damals kein Polnisch sprechen. Mama wurde in die Schule gerufen und bekam ein Ultimatum:
Entweder lerne ich Polnisch, oder ich darf die Schule nicht besuchen.
Also mussten wir uns mit Mama zusammenreißen. Später habe ich in
der Schule gut gelernt und wurde von den Lehrern nicht gedemütigt. Die Lehrer hatten eine gute Einstellung zu den Schülern. Die Schule besuchten ausschließlich schlesische Kinder. Im Dorf gab es keine Zuwanderer. Nach der Grundschule, die ich mit
Auszeichnung beendet habe, ging ich in das Lyzeum nach Oberglogau, wo ich im
Internat wohnen musste, weil es keine Busverbindung zu uns gab. Ich hätte also keine
Möglichkeit gehabt, in die Schule zu kommen.
Im Internat mussten wir eigene Bettwäsche und eigene Ausstattung haben. Das Internat gehörte vorher Klosterschwestern, die ausgesiedelt wurden. Zuerst waren wir im
sogenannten Josefstift untergebracht. Unter den Kindern gab es große Angst, und als
irgendwo etwas klopfte oder der Wind die Fenster zuknallte, sagten wir gleich, dass es
spukt; wir dachten uns ganz einfach irgendwelche Geister aus. Wir waren alle zusammen in einem Zimmer, weil wir uns so gefürchtet haben. Aus diesem Internat wurden
wir in ein anderes gebracht. Dort gab es vorher auch Klosterschwestern. Es war ein
Kinderheim, das die Schwestern geführt hatten. Das war die stalinistische Zeit, und
alle Schwestern wurden an einen unbekannten Ort gebracht1. Wir wussten nicht wohin.
Ich erinnere mich an die Szene, als die Kreuze in diesen Gebäuden abgenommen
wurden. Der Herr, der sie abnahm, hat uns dann gesagt, dass er solche Gewissensbisse hat und solche Träume, dass er so etwas nie mehr machen würde. Andere Kreuze
hat er nicht mehr abgenommen. Die im Internat wurden von einer anderen Person
abgenommen, weil er das nicht machen konnte. Im Gebäude, in dem wir später untergebracht wurden, gab es viele schöne Sachen, die die Schwestern zurück gelassen
haben. Das alles befand sich in einem Saal. Aber wie die Jugend neugierig ist wir
brachen aus Neugierde dort ein und hatten dann sehr viele Unannehmlichkeiten. Wir
befürchteten entweder aus der Schule geworfen zu werden, oder dass sie uns das Stipendium wegnimmt. Es gab auch eine wunderschöne Kapelle, die für uns ebenfalls
unzugänglich war. Später wurde sie beseitigt, aber man weiß nicht wann, weil es dann
dort ein Klassenzimmer gab, einen Arbeitsraum oder noch etwas anderes. In diesem
Gebäudekomplex, der den Schwestern weggenommen wurde, befand sich das Inter-
zkołę rozpoczęłam, mając siedem lat. Nie umiałam wtedy mówić po polsku. Mama została wezwana do szkoły i dali jej ultimatum: albo się nauczę po polsku, albo nie będę mogła chodzić do szkoły. Więc wzięłyśmy
się razem z mamą w garść. Nauka w szkole szła mi później bardzo dobrze,
nie odczuwałam żadnych upokorzeń od nauczycieli. Nauczyciele byli dobrze nastawieni do uczniów. Do szkoły chodziły wyłącznie dzieci śląskie. W wiosce nie
było ludności napływowej. Po ukończeniu szkoły podstawowej, którą ukończyłam
z wyróżnieniem, rozpoczęłam naukę w liceum ogólnokształcącym w Głogówku,
gdzie musiałam mieszkać w internacie, gdyż nie dojeżdżał do nas żaden autobus. Nie
mogłam się w jakikolwiek sposób dostać do szkoły.
W internacie musieliśmy mieć własną pościel i wyposażenie. Internat był po
siostrach zakonnych, które w tym okresie zostały wysiedlone. Najpierw byliśmy w
tak zwanym Josefstifcie. Pomiędzy dziećmi strach był ogromny, dlatego jak tylko
gdzieś coś trzasnęło czy wiatr okna zamykał, to myśmy zaraz mówili, że to gdzieś
straszy; po prostu jakieś strachy sobie wymyślałyśmy. Byłyśmy razem, wszystkie
razem w jednym pokoju, bośmy się bardzo bały. Z tego internatu zostałyśmy przeniesione do innego. Tam również były wcześniej siostry zakonne. To był dom dziecka prowadzony przez siostry zakonne. Był to okres stalinowski i wszystkie siostry
zostały przeniesione czy wywiezione w nieznane miejsce1. Myśmy nie wiedziały
dokąd.
Przypominam sobie scenę, kiedy były zdejmowane krzyże w tych budynkach.
Ten pan, który zdejmował te krzyże, po zdjęciu ich z budynków powiedział nam,
że on ma takie wyrzuty i takie sny, że nigdy w życiu by już niczego takiego nie zrobił.
I więcej krzyży nie zdejmował. Te, które były w internacie, zostały zdjęte przez kogoś
innego, ponieważ on tego zrobić nie mógł. W budynku, do którego przenieśliśmy
się później, było dużo pięknych rzeczy pozostawionych przez siostry. To wszystko
było umieszczone w jednej sali. Ale jak to ciekawa młodzież – włamaliśmy się do
niej z ciekawości, z czego mieliśmy bardzo dużo nieprzyjemności. Obawialiśmy się,
że albo zostaniemy wylani ze szkoły, albo odbiorą nam stypendium. Była tam też
przepiękna kaplica, również niedostępna dla nas, która później została zlikwidowana, ale nie wiadomo kiedy, ponieważ była tam klasa lekcyjna, jakaś pracownia czy
coś innego jeszcze. W tym kompleksie budynków, który został bezpośrednio sio-
1
1
Die Vertreibungen der Klosterschwestern, von denen manche in ein Arbeitslager kamen,
gab es im Oppelner Schlesien im August 1954.
68
Wysiedlenia sióstr zakonnych ze Śląska Opolskiego, z których część trafiła do obozów pracy, nastąpiły w sierpniu 1954 r.
www.e-historie.pl
69
www.e-historie.pl
nat, die Schule, die Esszimmer, ein Spielplatz und eine Mensa. Auf dem Platz spielte
man Basketball und Fußball.
Ich habe gut gelernt. Ich erhielt ein Stipendium in Höhe von 237 Zloty, das ich mir
mit den Noten verdienen musste. Der Notendurchschnitt musste größer als die Note
Vier sein und man durfte in keinem Fach eine Zwei haben. Vom Stipendium bezahlte
ich den Aufenthalt im Internat in Höhe von 206 Zloty. Es blieben 31 Zloty übrig, die
ich für Schulsachen und ab und zu für ein Eis ausgegeben habe. Das Leben war kein
Zuckerschlecken, aber ich wollte lernen und das war für mich wichtig. Im Internat
war das Leben wie im Alltag draußen. Wir hatten eine stalinistische Disziplin: Nach
Hause durfte man einmal im Monat fahren, wir durften den Religionsunterricht nicht
besuchen und am Sonntag nicht in die Kirche gehen. Deshalb flohen wir zur Sonntagsmesse durch das Fenster, am besten in der Früh, weil es um sechs Uhr eine Messe
gab. Das Alltagsleben sah so aus: Um 6.30 Uhr aufstehen, dann die Morgengymnastik, um 7.00 anziehen, um 7.30 Frühstück, um 8.00 Uhr fing der Unterricht an, um
13.00 Mittagessen, von 14.00 bis 16.00 gab es zwei Stunden frei, um in die Stadt zu
gehen, um 16.00 Lernen im Lesesaal, alle in einem Raum, von 18.30 bis 19.30 Freizeit, aber nur auf dem Sportplatz des Internats, von 19.00 bis 21.00 wieder gemeinsames Lernen, um 21.00 Waschen, zum Schlafen vorbereiten, Nachtruhe und um 22.00
Uhr hat man das Licht ausgemacht. Und dann gab es die Kontrolle der Erzieherin, ob
wir alle in den Zimmern sind und ob wir schlafen.
Ich hatte Heimweh. Als Mama mein Heimweh bemerkte, sagte sie mir, dass ich die
Schule schmeißen und nach Hause zurückkommen soll. Aber für mich war die Würde
und die Lehre am wichtigsten. Es ist eine Tatsache, dass ich gut lernen musste, um mir
das Stipendium zu verdienen, weil ich sonst nicht im Stande gewesen wäre, das Internat
zu bezahlen. Und dann müsste ich auf das Lernen verzichten, weil ich aus einer durchschnittlichen Familie komme. Mama war Witwe, weil mein Vater im Krieg umgekommen ist, und ich hatte noch eine ältere Schwester, die wegen einer Krankheit im Kindesalter etwas behindert war. Sie war arbeitsunfähig, also war das Leben schwer. Außerdem
ging ich in den Sommerferien zum Staatlichen Landwirtschaftsbetrieb2 Garben aufstellen. Für diese Arbeit bekam ich Geld, für das ich mir Bücher und Hefte kaufen konnte.
Das Alltagsleben war schwer, aber man war zufrieden, wenn man alleine etwas
erreichte. Die Versorgung in den Geschäften war auch schlecht. Ich weiß noch, als ich
die Grundschule besuchte und nach dem Unterricht auf dem Fahrrad nach Krappitz
fuhr und dort in einer Schlange stand, um Margarine, Zucker, Mehl oder sonst was
zu kaufen. Man kaufte alles, was da war. Und man stellte sich ein paar mal an. Wenn
die Verkäuferin das bemerkte, warf sie uns aus der Schlange raus. Aber man war
zufrieden, dass man etwas bekommen und nach Hause gebracht hat. Nach dem Ab2
Staatlicher Landwirtschaftsbetrieb (PGR) – eine Form von Landeigentum, wobei der Eigentümer der Staat war. Sie wurden seit 1949 errichtet, vor allem auf der Basis von ehemaligen
Landgütern.
70
strom odebrany, był internat, była szkoła, była jadalnia, był plac zabaw, stołówka.
Na placu grali w koszykówkę i w piłkę nożną.
W szkole nauka szła mi dobrze. Otrzymałam stypendium w wysokości
238 zł, na które musiałam sobie zapracować ocenami: średnia powyżej cztery
i nie można było mieć już z żadnego przedmiotu dwójki. Ze stypendium opłaciłam internat kwotą w wysokości 206 zł. Pozostało mi 32 zł, za które kupiłam
sobie przybory szkolne i od czasu do czasu lody. Życie nie było usłane różami,
ale chciałam się uczyć – i to było wszystko. W internacie życie toczyło się jak
co dzień. Mieliśmy stalinowską dyscyplinę: do domu można było jechać raz
w miesiącu, nie wolno było chodzić nam na religię ani do kościoła w niedzielę. Dlatego w niedzielę na mszę uciekaliśmy przez okno, najlepiej z rana, bo o 6.00 rano
była msza. Życie codzienne wyglądało tak: o 6.30 – pobudka, gimnastyka poranna,
o 7.00 – ubieranie, o 7.30 – śniadanie, o 8.00 – rozpoczęcie lekcji, o 13.00 był obiad,
od 14.00 do 16.00 były dwie godziny wolne na wyjście na miasto, o 16.00 – nauka
w uczelni, wszyscy w jednym pomieszczeniu, od 18.30 do 19.30 – czas wolny, ale
tylko na boisku w internacie, od 19.00 do 21.00 – nauka również w uczelni, wszyscy wspólnie, o 21.00 – mycie się, przygotowanie do spania, cisza nocna i o 22.00
gaszono światło. I kontrola wychowawczyni po pokojach, czy jesteśmy wszyscy
i czy śpimy.
Bardzo tęskniłam za domem. Mama, widząc, jak bardzo tęskniłam, kazała mi
rzucić naukę i szkołę i wrócić do domu. Ale dla mnie honor i nauka były najważniejsze. Fakt, że się musiałam dobrze uczyć, żeby zarobić na stypendium, bo inaczej nie
byłabym w stanie zapłacić internatu, a wtedy musiałabym zrezygnować z nauki, bo
pochodzę z przeciętnej rodziny. Mama była wdową, gdyż ojciec zginął na wojnie,
i miałam jeszcze starszą siostrę, która przez chorobę w dzieciństwie była trochę upośledzona, niezdolna do pracy, więc życie było trudne. Poza tym w wakacje chodziłam
do PGR-u2 stawiać snopki. Za tę pracę otrzymywałam pieniądze, za które mogłam
sobie kupić książki i zeszyty do szkoły.
Życie codzienne było trudne, ale miało się satysfakcję, gdy się coś samemu
osiągnęło. Zaopatrzenie w sklepach też było bardzo złe. Pamiętam, gdy jeszcze
chodziłam do szkoły podstawowej, to po lekcjach jeździłam na rowerze do
Krapkowic i tam stawało się w kolejce za margaryną, cukrem, mąką, za czymkolwiek.
Kupowało się wszystko, co dawali. I stawało się kilka razy. No i gdy sklepowa to
zauważyła, to nas wyrzucała z kolejki, ale miało się satysfakcję, że się coś dostało
i do domu przywiozło. Po ukończeniu dziewiątej klasy, tak zwanej małej maturze,
zaczęłam pracować w prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Krapkowicach.
To było w pięćdziesiątym szóstym roku, a maturę zrobiłam wieczorowo w Kędzierzynie-Koźlu.
2
PGR – Państwowe Gospodarstwo Rolne. Forma własności ziemi, której właścicielem było państwo. PGR-y tworzono od 1949 r., przede wszystkim na bazie dawnych majątków ziemskich.
www.e-historie.pl
71
www.e-historie.pl
schluss der neunten Klasse, nach dem so genannten kleinen Abitur, arbeitete ich im
Staatlichen Kreisrat in Krappitz. Das war im Jahre 56 und das Abitur machte ich in der
Abendschule in Kandrzin-Cosel.
Als ich das Abitur machte, hatte ich schon meine eigene Familie und ein eineinhalbjähriges Kind. Aber Mama half mir bei der Kindererziehung. Ich hatte eine angenehme Arbeit, ich wurde geschätzt und aus diesem Grund auch befördert. Ich habe
keine Demütigung seitens der Mitarbeiter, der Vorgesetzten oder der Leiter erfahren.
Es gab Demütigungen von den sogenannten politischen Personen. Als ich schon Buchhalterin war, wurde ich in das Sekretariat der Polnischen Vereinigten Arbeiterpartei3
gerufen, und man wollte mir bewusst machen, dass ich auf diesem Posten zur Partei
gehören sollte. Ich hörte höflich zu, wie es sich gehört, und antwortete dem Sekretär,
dass ich eine Familie habe und mich in der Partei nicht engagieren kann. Wenn schon
Mitglied sein, dann ein wahres Mitglied, und nicht nur auf dem Papier. Wenn ich so
weit bin, dann melde ich mich selber und werde Mitglied. Und ich sagte noch, dass
ich gläubige und praktizierende Katholikin bin und das für die Partei nie aufgeben
werde. Da bekam ich die Antwort: Das heißt, sie sind unser Gegner, denn wer nicht
mit uns ist, der ist gegen uns. Die Folgen dieses Gesprächs merkte ich im Portemonnaie man strich mir die Prämien, die Auszeichnung und Ähnliches. Kündigen konnte
er mich nicht, weil ich meine Pflichten gut erfüllte und ein guter Fachmann war. Aber
ich besuchte alle Veranstaltungen, Maiumzüge, weil es eine Pflicht war. Nach Stalins
Tod, als der Gierek an die macht kam, haben sie die Zeiten etwas verändert. Die materielle Situation hat sich verbessert und die Versorgung durch die Geschäfte war besser.
Gdy zdawałam maturę, miałam już swoją własną rodzinę i dziecko w wieku półtora roku. Ale mama pomogła mi przy wychowywaniu dzieci. Pracę miałam
przyjemną, byłam uznawana i awansowałam. Nie odczuwałam żadnych upokorzeń
ze strony współpracowników i przełożonych, i kierownictwa. Były upokorzenia ze
strony politycznych. Kiedy byłam już główną księgową, zostałam wezwana do sekretariatu PZPR3 i uświadamiano mnie, że na tym stanowisku powinnam wstąpić do
partii. Wysłuchałam wszystkiego grzecznie, jak to przystoi, odpowiadając sekretarzowi, że mam rodzinę i nie mogę się w pełni udzielać w partii. Jak już być członkiem, to prawdziwym, a nie na papierze. Jak będę tak daleko, to się sama zgłoszę
i zostanę członkiem. I jeszcze zaznaczyłam, że jestem wierzącą i praktykującą i tego
nigdy nie porzucę dla partii. To otrzymałam odpowiedź: „To znaczy, że jesteście przeciw nam, bo kto nie jest z nami, to jest przeciwko nam”. Ale po tej rozmowie odczuwałam to na własnej kieszeni – skreślał mi premię, nagrodę i tym podobne. Z pracy
mnie zwolnić nie mógł, bo wywiązywałam się dobrze z moich obowiązków i byłam
dobrym fachowcem. Ale wszystkie akademie, pierwszomajowe pochody zaliczałam,
bo to był obowiązek od góry. Czasy się później trochę zmieniły po śmierci Stalina4.
I kiedy zaczął rządzić Gierek5. Sytuacja materialna się poprawiła i w sklepach zaopatrzenie było lepsze.
[2009]
Relacji wysłuchał:
Uczestnik II edycji projektu
„Archiwum Historii Mówionej”
[2009]
Den Bericht hörte:
ein Teilnehmer der II Edition des Projektes
„Archiv der gesprochenen Geschichte”
3
4
3
Polnische Vereinigte Arbeiterpartei (PZPR) (1948–1990). Eine kommunistische Partei, die
aus der Polnischen Arbeiterpartei und der Polnischen Sozialistischen Partei entstand. Regierte in Polen bis 1989.
72
5
PZPR – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza (1948–1990). Partia komunistyczna utworzona z połączenia Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej. Sprawowała
władzę w Polsce do 1989 r.
Józef Wissarionowicz Stalin (1878–1953) – polityk radziecki, formalnie w l. 1922–1953
sekretarz generalny partii komunistycznej. Faktycznie od końca l. 20. dyktator Związku
Sowieckiego. Jeden z największych zbrodniarzy XX w.
Edward Gierek (1913–2001) – polski polityk komunistyczny. W l. 1970–1980 I sekretarz
PZPR, czyli faktyczny przywódca Polski Ludowej.
www.e-historie.pl
73
Bernadeta Ficek (Jahrgang 1951), Immenau
Bernadeta Ficek (rocznik 1951), Imielin
Curriculum vitae
einer schlesischen Lehrerin
Curriculum vitae śląskiej nauczycielki
wurde einundfünfzig in Stalinogród1 geboren, in der Zeit des tiefen, totalitären Kommunismus. Mein Vater verbrachte das Jahr im Gefängnis, wurde
zu fünf Jahren verurteilt, und der umstürzlerischen Tätigkeit und des Verrats
beschuldigt. Als ich ein Jahr alt war, hatten wir eine Hausdurchsuchung.
Dank Vater, dank seinem Einfluss, hatten diese Zeiten keine große Einwirkung auf mich.
Ich wurde zu Hause immun gegen den Kommunismus. Ich wusste, was man darf und was
nicht, weil das doch so eine doppelte Mentalität und Moral war. Und daran hielt ich mich.
Ich weiß noch, als ich bei der Aufnahmeprüfung zum Studium von einem alten Professor die Aufgabe in Geschichte bekommen habe, dass ich ihm diesen Spruch erklären
soll: Pami taj wnuku, |e twój dziadek walczyB w Tobruku2. Über Tobruk stand gar nichts
im Lehrbuch. Man sprach nicht darüber, aber mein Vater erzählte mir darüber und vielleicht habe ich deshalb die Prüfung in Geschichte bestanden. Weil Vater mir sagte, was
Tobruk war, wer dort kämpfte. Der Herr lächelte nur und sagte: Na gut, Kindchen .
Alle wissen noch, alle lachen darüber, wie ich mich in der Grundschule in die ORMO3
eingeschrieben habe, weil sie so eine ORMO für Kinder gründen wollten. Wir hatten einen Schulleiter – Frylich – der eine interessante Gestalt war, weil er am polnisch-bolschewistischen Krieg teilgenommen hat und uns oft darüber erzählte. Ich glaube, dass
die meisten meiner Freundinnen überhaupt nicht wussten, was er da erzählt und über
welchen Krieg er spricht, weil man über den polnisch-bolschewistischen Krieg niemals
sprach. Aber mir erzählte der Vater darüber, also wusste ich Bescheid. Und dieser Frylich
schrieb uns in die ORMO für Kinder ein und er verlangte sogar von uns, die anderen zu
kontrollieren. Man sollte schauen, was die Mitschüler machen, worüber sie sprechen. Ich
habe mich gemeldet. Ich war immer Aktivistin, also habe ich mich gemeldet. Ich kam
nach Hause und sagte es. Papa sagte mir: Morgen gehst du hin und meldest dich da ab .
Ich habe geweint und gesagt: Wie soll ich hingehen und mich abmelden, ich habe mich
bereits angemeldet. Wie soll ich das sagen, das ist unmöglich. Was wird Frylich dazu
sagen? Du sollst hingehen und dich abmelden befahl der Vater. Ich ging hin und sagte
zu Frylich in Tränen, dass ich mich abmelden will und er fragte: Warum? Und ich sagte:
Weil Vater mir so befohlen hat . Er erwiderte: Ein kluger Mensch, ein kluger Mensch...
1
2
3
Kommunistischer Name für Kattowitz in den Jahren 1953–1956
Enkel, du musst wissen, dass dein Großvater in Tobruk hat kämpfen müssen.
Freiwillige Reserve der Bürgermiliz (1946–1989) paramilitärische Organisation, vergleichbar mit den Kampfgruppen der Arbeiterklasse in der DDR.
74
rodziłam się w pięćdziesiątym pierwszym roku w tym Stalinogrodzie1, w czasach tej głębokiej, głupiej komuny. Mój ojciec spędził rok w więzieniu, skazany na pięć lat, posądzony o zdradę, wiadomo – za działalność wywrotową.
Tak że jak miałam rok, to przeżyłam rewizję w domu. Dzięki ojcu, dzięki jego
oddziaływaniu te czasy nie miały wielkiego wpływu na mnie. Byłam na to jak gdyby
uodporniona w domu. Wiedziałam, co można, czego nie można, bo to była taka podwójna trochę mentalność i moralność. I tego się trzymałam.
I na przykład pamiętam, że jak zdawałam egzamin na studia, dostałam z historii
od takiego starego profesora pytanie, że mam mu wytłumaczyć powiedzenie: „Pamiętaj wnuku, że twój dziadek walczył w Tobruku”. O Tobruku w podręczniku w ogóle
nie było mowy. Nie mówiło się o tym, ale mnie o tym opowiadał ojciec i może dzięki
temu, że mój ojciec powiedział, co to był Tobruk, kto tam walczył, ja ten egzamin
z historii zdałam, bo ten pan się tylko uśmiechnął i powiedział: „No dobrze, dziecko”.
A z kolei ze szkoły podstawowej wszyscy wspominają, wszyscy się śmieją, jak
to się do ORMO2 zapisałam, bo chcieli zrobić takie dziecięce ORMO. I mieliśmy
takiego kierownika podstawówki – Frylicha, który też był ciekawą postacią, bo brał
udział w wojnie polsko-bolszewickiej i bardzo często o tej wojnie nam opowiadał,
ale uważam, że większość moich koleżanek w ogóle nie wiedziała, o czym on mówił,
o jakiej wojnie on mówił. Bo też o tej wojnie polsko-bolszewickiej nigdy się nie
mówiło, a mnie w domu ojciec opowiadał, więc ja wiedziałam o tym. I ten Frylich
zapisywał do takiego dziecięcego ORMO, bo do tego się nawet posunął, żeby tak
chodzić, kontrolować, co robią koledzy, co mówią koledzy. No to ja się zgłosiłam.
Zawsze byłam taką trochę aktywistką, no to się zgłosiłam. Przyszłam do domu, no
i mówię, że tam się zapisałam. Tata mi powiedział: „Jutro masz iść i się z tego wypisać”. Płakałam – jak to mam iść i się wypisać, ja się już zapisałam, jak ja to powiem,
przecież to niemożliwe, co mi Frylich powie? „Masz iść i się wypisać”. No to poszłam
i powiedziałam Frylichowi, także z płaczem, że się chcę z tego wypisać, a on tak na
mnie spojrzał: „A czemu?” A ja mówię: „No bo tata mi kazał”. On na to: „Mądry
człowiek, mądry człowiek…”
Wychowanie zależy od tego, jak to się w rodzinach traktowało. Tata nigdy nie należał do partii, w ogóle nie miał poglądów lewicowych. Tak że ja z góry wiedziałam,
1
2
Katowice nosiły nazwę Stalinogród w l. 1953–1956.
ORMO – Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej (1946–1989). Paramilitarna organizacja ochotnicza wspierająca MO, rekrutująca się przede wszystkim z członków PZPR.
www.e-historie.pl
75
www.e-historie.pl
Die Erziehung hängt davon ab, wie man diese in der Familie angegangen ist. Papa
gehörte nie zur Partei, er hatte überhaupt keine linken Ansichten. Also wusste ich im
Vorhinein, dass ich mich nie im Leben in die Partei einschreiben werde. Das ich es um
nichts in der Welt machen werde, und mit dieser Überzeugung ging ich durchs Leben.
Meine Eltern waren religiös, feierten alle Feiertage. Vater hatte keinen hohen Posten,
er arbeitete normal in der Kohlegrube. Er hatte viele Medaillen, und beim Barbarafest
saß er im Präsidium, sogar hinter Gierek oder hinter anderen Funktionären. Mama war
immer erschrocken: Po co on tam polozł? 4 Ich wurde so erzogen, dass das nicht die
Richtung ist, in die man gehen sollte.
Im Studium hatte der politische Druck keine größere Bedeutung. Wenn du dich
irgendwo nicht einschreiben wolltest, da hast du es einfach nicht getan. Wenn man
sich nicht angemeldet hat, hatte man auch keine Pflicht an den Manifestationen teil zu
nehmen. Mehr noch, wir hatten großes Glück im Studium. Mein Jahrgang hatte noch
Kontakt mit den Professoren aus der Vorkriegszeit, die wussten, wo man die Grenze
des Wissens festlegt. Als Polonistikstudentin kannte ich das Schaffen Herberts5 nicht,
ich wusste nicht was Herling-Grudziński6 geschrieben hat. Darüber hat man nicht
gesprochen, aber das heißt nicht, dass diese Sachen im zweiten Umlauf nicht weitergegeben wurden. Sie wurden weitergereicht. Irgendwie wurden sie hingebracht. Ich
weiß nicht wie, weil ich an der Konspiration nicht teilgenommen habe. Aber sie wurden weitergegeben und man bekam etwas für eine Nacht zum lesen. Man las schnell.
Oder als der Roman Archipel Gulag von Solschenizyn7 im Radio Freies Europa kam,
hatte man trotz Störungen das Ohr am Radio. Das erste Mal im Westen hörte man etwas über die sowjetischen Lager. Es war also unter den Studenten bekannt: das hörte
man im Radio Freies Europa, also hat sich jeder bemüht es zu hören.
Und die Vorkriegsprofessoren! Sie waren es, die uns Respekt zu anderen Menschen beigebracht haben. Sie waren es gewohnt, wenn sie durch den Flur gingen und
eine Studentin des ersten Jahres trafen, Guten Tag, Frau Kollegin zu sagen. Das war
für uns eine große Überraschung. Damit zeigten sie ihren Respekt uns gegenüber. Sie
hielten eine Rotznase vom ersten Studienjahr für ihre Kollegin. Insgesamt hat mich
ihre Kultur immer beeindruckt.
In Lyzeum war man 13, 14, 15 Jahre alt. Sie haben uns befohlen zum Maiumzug
zu gehen, also ging man. Die ganze Klasse ging mit. Und man dachte darüber nicht
nach. Wir waren jung. Wir dachten eher daran, woher wir die Schallplatte von Niemen
oder den Rolling Stones bekommen. Es gab solche Tonpostkarten und man hörte sie
auf dem Plattenspieler Bambino . Das war der Gipfel unserer Träume. Darüber dachten man nach. Den Kommunismus hat man als notwendiges Übel behandelt.
że też się w życiu do partii nie zapiszę, że tego nie zrobię za żadne skarby świata, i z tym
przekonaniem wchodziłam w życie. Rodzice moi byli religijni, przestrzegali wszystkich
świąt, ojciec nie był na żadnym stanowisku, pracował normalnie na kopalni, chociaż miał
mnóstwo medali i jak były Barbórki, to siedział przy jakimś stole prezydialnym albo za
Gierkiem, albo za kimś tam. Mama zawsze była przerażona: „Po co on tam polozł?”
Ja byłam tak wychowana, że to nie jest ten kierunek, w którym się powinno iść.
Na studiach te naciski polityczne nie miały większego znaczenia, bo tam już
jak się nie chciałaś do czegoś wpisać, to się nie wpisywałaś. No to się człowiek nie
wpisywał. Jak się nie wpisałeś, to też nie miało się obowiązku tamtych wszystkich
manifestacji robić. Więcej, my mieliśmy wielkie szczęście na studiach, jeszcze mój
rocznik miał do czynienia z profesorami przedwojennymi, którzy wiedzieli na pewno, jakie postawiono granice tej wiedzy. Ale jako studentka polonistyki nie znałam
twórczości Herberta3, nie wiedziałam, co napisał Herling-Grudziński4. O tym się nie
mówiło, ale to wcale nie znaczy, że gdzieś tam w jakimś drugim obiegu te rzeczy
nie krążyły. Krążyły. W jakiś tam sposób były przywożone. Nie wiem w jaki, bo nie
brałam w tych konspiracyjnych sprawach udziału. Ale krążyły i człowiek dostawał
na przykład do przeczytania coś na jedną noc. Szybko się czytało. Albo jak był
Archipelag Gułag Sołżenicyna5 w Wolnej Europie, to pomimo zakłócania człowiek
miał ucho przy radiu. Pierwsza rzecz na Zachodzie o łagrach sowieckich. Więc to
było wiadomo, to też szło między studentami: a to jest w Wolnej Europie, więc
każdy się starał słuchać tego.
Ale ci profesorowie przedwojenni! Uważam, że byli to ludzie, którzy w nas zaszczepili szacunek dla drugiego człowieka, bo ich zwyczajem było, że jak jeden z nich szedł
korytarzem, a spotkał studentkę z pierwszego roku, to nam mówił: „Dzień dobry, pani
koleżanko”. Było to dla nas niesamowitym zaskoczeniem, a zarazem było to wyrazem
szacunku dla nas. Że on uważał tę smarkulę z pierwszego roku polonistyki za koleżankę.
I w ogóle ich taka kultura zawsze mi imponowała.
A w liceum człowiek miał 13, 14, 15 lat. Kazali mu iść na pochód, to szedł na ten
pochód, bo cała klasa szła. I po prostu nie myślało się o tych sprawach. Byliśmy młodzi, myśmy myśleli o tym, żeby gdzieś jakąś płytę Niemena dostać, Rolling Stonesów
zdobyć. Były takie pocztówki dźwiękowe i na adapterze „Bambino” się słuchało. To
był szczyt naszych marzeń. No i o tym się myślało. Jakąś tam komunę to się jako zło
konieczne traktowało.
A później miałam to szczęście, że byłam na praktyce w liceum w Wieluniu i potem tam dostałam pracę. Dyrektor tego liceum wciągnął mnie do pracy i mnie to się
4
5
3
Po co on tam polozł? – im slawisch-schlesischem Dialekt: Wozu ging er dort hin?
Zbigniew Herbert (1924–1998) – ein Dichter, Essayist und Dramatiker aus Lemberg, Oppositioneller des Kommunismus.
6 Gustaw Gerling-Grudziński (1919–2000) – polnischer Exilschriftsteller, Mitbegründer der
pariser Kultur
7 Aleksander Solschenizyn (1918–2008) – russischer Schriftsteller, Literaturnobelpreisträger (1970).
76
4
5
Zbigniew Herbert (1924–1998) – pochodzący ze Lwowa opozycyjny wobec systemu komunistycznego poeta, eseista i dramatopisarz.
Gustaw Herling-Grudziński (1919–2000) – emigracyjny pisarz polski, współtwórca paryskiej „Kultury”.
Aleksander Sołżenicyn (1918–2008) – pisarz rosyjski, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie
literatury (1970).
www.e-historie.pl
77
www.e-historie.pl
Ich hatte das Glück, im Lyzeum in WieluD ein Praktikum zu machen, wo ich später
eingestellt wurde. Der Direktor führte mich in die Arbeit ein und das hat mir sehr gefallen, weil es ein anderes Lyzeum war, als das in Myslowitz. Ich muss gestehen, dass es
ein paar mal Druck gab, in die Partei einzutreten. Ich sagte nein. Und keiner hat mich
aus der Arbeit rausgeschmissen. Das hing von der Einstellung ab. Wenn jemand Direktor werden wollte und von einer Karriere träumte, ist er eingetreten. Und wenn jemand
wusste, dass er in die Partei nicht eintreten und nie ein Direktor werden wird, hat er sich
damit gut gefühlt. Mich hat es nie gestört, ich wollte nie Direktor werden.
Ich unterrichtete also im Lyzeum. Was durfte man nicht unterrichten? Es wurde
nicht gesagt, dass man es nicht darf. Es gab ein Programm, das musste man realisieren
und man realisierte es. Ich schmuggelte in den Unterricht ein, was ich nur konnte.
Wenn da etwas interessantes war und ich es wusste man wusste ja nicht alles, versuchte ich es in den Unterricht zu schmuggeln. Man ermahnte mich nur einmal, weil
wir in den Siebzigern eine strenge, parteiliche Direktorin hatten und ich den Schülern
über KOR8 erzählte, über das Komitee der Arbeiterverteidigung. Das war nach Sechsundsiebzig. Da ermahnte sie mich, was ich denn da sage, vielleicht sogar mit härteren
Worten, aber es gab keine Konsequenzen.
Der Kommunismus war furchtbar. Er hatte auf uns, auf unsere Generation, einen
negativen Einfluss. Wir waren uns dessen unbewusst, bis man die Grenzen öffnete. Wir
hatten viele Komplexe gegenüber den Menschen aus dem Westen. Weil wir in diesem
sowjetischen Lager gehalten wurden, fühlten wir uns schlechter als die Engländer, die
Franzosen, die Deutschen. Die Komplexe wurden uns eingeimpft. Eigentlich unnötig.
Das weiß ich aber erst jetzt, aber am Anfang, beim ersten Kontakt mit der westlichen
Kultur, nach der Öffnung der Grenzen, haben wir diese Komplexe stark gespürt.
Außerdem bin ich über den Kriegszustand empört. Zehn Jahre, und zwar die schönsten meines Lebens, hat der Kriegszustand unserer Generation geraubt. Denn als Dreißig- oder Vierzigjähriger schafft der Mensch am meisten und kann sich am besten im
Leben zurechtfinden. Was der Mensch in diesen Jahren zu Stande bringt, wird sich später rentieren. Schließlich waren wir beim ersten Kontakt mit der neuen Welt vierzigjährig. Da war die Öffnung zum Westen, da war die neue Technologie, Computer, Handys,
da war eine neue Staatsform in unserem Land, das war die Selbstverwaltung, da war die
Selbstständigkeit. Und man musste damit zurechtkommen. Und ich glaube, dass unsere
Generation damit zurechtgekommen ist. Keiner dachte mehr wie im Kommunismus für
uns. Für manche war der Kommunismus bequem und sie träumen bis heute davon. Dass
sind diese Menschen, die glücklich waren, dass jemand für sie denkt.
[2010]
Den Bericht hörte:
niesamowicie podobało, bo to było inne liceum niż mysłowickie. Muszę powiedzieć,
że parę razy były naciski na wstąpienie do partii. Ale powiedziałam, że nie – no i nie.
I też mnie nikt z pracy nie wyrzucił. Zależało, jak się ktoś nastawił do tego. Jeśli ktoś
chciał być dyrektorem i robić karierę, to wtedy do tej partii wstępował, a jeżeli ktoś
miał świadomość tego, że nie wstąpi do partii, nie zostanie dyrektorem, to się z tym
dobrze czuł. Mnie to zupełnie nie przeszkadzało, nie chciałam nigdy być dyrektorem.
I uczyłam w liceum. Czego nie wolno było uczyć? To nie było tak powiedziane,
że nie wolno. To był program, który trzeba było realizować, i realizowało się program.
Co mogłam, to zawsze w jakiś sposób przemycałam. Jeżeli coś tam było ciekawego, a sama o tym wiedziałam – bo też przecież nie o wszystkich rzeczach się wiedziało – no
to starałam się przemycić. Tylko raz mi zwrócono uwagę, bo w latach siedemdziesiątych mieliśmy taką właśnie dyrektorkę bardzo mocno partyjną, a ja powiedziałam
uczniom o KOR-ze6, o Komitecie Obrony Robotników. To było po siedemdziesiątym
szóstym roku. To po tym zwróciła mi uwagę, co ja mówię, takimi może nawet ostrzejszymi słowami, ale z tego nie było żadnych konsekwencji.
Komuna była fatalna. Wywarła na nas, na moje pokolenie, negatywny wpływ. Myśmy nawet nie zdawali sobie sprawy, dopóki nie zostały otwarte granice. Byliśmy cholernie zakompleksieni w stosunku do tych ludzi z Zachodu. Trzymanie nas w tych obozach
socjalistycznych spowodowało, że myśmy się czuli gorsi od Anglików, od Francuzów,
od Niemców. Mieliśmy zaszczepione to zakompleksienie. Niepotrzebnie zresztą, teraz o tym wiem, ale na początku zetknięcia się z tą kulturą zachodnią, po otwarciu
granic, to nam się dawało bardzo mocno we znaki.
Poza tym jestem oburzona stanem wojennym, bo akurat dla mojego pokolenia
stan wojenny to było zabranie nam z życia dziesięciu lat i tych najpiękniejszych, bo
od trzydziestego do czterdziestego roku życia, to jest wtedy, kiedy człowiek najwięcej
w życiu tworzy i najbardziej potrafi się w życiu znaleźć. To, czego dorobi się w tych
latach, potem procentuje. W końcu jak myśmy się zetknęli z tym nowym światem, to
myśmy mieli lat czterdzieści. To było otwarcie na Zachód, to była nowa technologia,
to były komputery, to były komórki, to było wszystko, to był nowy ustrój w naszym
państwie, to była samorządność, to była samodzielność. I trzeba było sobie z tym
poradzić. I uważam, że nasze pokolenie dało sobie radę. Zupełnie już nikt za nas nie
myślał, wiadomo, jak za komuny. Niektórym komuna była wygodna i do dziś o niej
marzą, bo to są ci ludzie, którzy byli szczęśliwi, że się za nich myślało.
[2010]
Relacji wysłuchała:
Aleksandra Kubica
Aleksandra Kubica
8
KOR – Komitee der Arbeiterverteidigung, eine illegale Organisation, die 1976 berufen wurde. Ihr Ziel war die Hilfe für die Arbeiter, die repressioniert wurden.
78
6
KOR – Komitet Obrony Robotników. Nielegalna organizacja społeczna powołana we wrześniu 1976 r., której celem było niesienie pomocy represjonowanym robotnikom.
www.e-historie.pl
79
Bożena Olszewska (Jahrgang 1958), Oppeln
Bożena Olszewska (rocznik 1958), Opole
Kampf mit dem Kommunismus
Walka z komuną
der Schule haben wir den Kommunismus nicht nur ausgelacht, sondern ihn
auch verspottet. Es kam leider vor, dass manche jungen Leute die Konsequenzen ihrer Tätigkeit tragen mussten, da sie anders handelten, als es die offizielle
Propaganda erlaubte und Sachen machten, die ihre eigene Initiative und nicht
die Initiative der Macht waren. Zum Beispiel die Organisation eines Vortrages über
Buddhismus ohne Konsultation mit der Direktion, ohne den Klassenlehrer zu fragen,
ob man so etwas machen darf. Das wurde mit einer niedrigeren Note für Betragen
bestraft und es wurde derjenige fast aus der Schule geworfen. Und es war nur ein
normaler, harmloser Vortrag über den Buddhismus. Andere Freunde wurden aus der
Schule geschmissen, saßen eine Zeit im Loch, dass heißt, sie verbrachten 48 Stunden im Arrest, weil sie während des Maiumzuges Es lebe die christliche Demokratie!
schrien. Eigentlich harmlos, aber die christliche Demokratie war damals der Erzfeind
der kommunistischen Partei und so ein Ausruf verursachte den Arrest und den Verweis von der Schule. Sie hatten auch Probleme mit der Aufnahme in ein anderes
Lyzeum. Heute sind sie bekannte politische Aktivisten ich meine hier zum Beispiel
Wiesław Ukleja oder Zbigniew Bereszyński.
Ich werde nie vergessen, das ich als Achtzehnjährige zum ersten Mal an den Wahlen teilnehmen durfte. Ich weiß noch, wie uns unser Klassenlehrer sagte, dass wir zu
den Wahlen gehen sollen und er warnte uns, dass wir es nicht wagen sollen, irgendwas zu streichen. Damals strich man auf dem Wahlzettel nicht, weil die Kandidaten
von der Macht bestimmt wurden und das Streichen eine Ungehorsamkeit gegenüber
der Macht bedeutete. Aber ich strich trotzdem, weil mein Trotz mir sagte, dass ich
es tun soll. Ich weiß nicht mehr, ich habe wohl den Ersten gestrichen und den Zettel
eingeworfen. Und stellt euch vor, dass meine Betragsnote gesenkt wurde, weil ich
etwas gestrichen habe. Wenn ich gewusst hätte, dass das rechtswidrig ist, dass der
Klassenlehrer es wusste, dass ich gewählte habe und wie ich wählte, würde ich daraus
wohl eine größere Affäre machen, aber damals hatten wir dieses Bewusstsein nicht.
Später nahm die Tätigkeit der Opposition organisierte Formen an. In den letzten
Lyzeumsklassen lasen ziemlich viele Jugendliche bibuBa , die im Untergrund herausgegeben wurde, illegal war, weil es doch keine Druckerei geben durfte, die ohne offizielle
Erlaubnis Zeitungen und Bücher druckte. Viele Bücher waren verboten. Das was heute
in der Schule zum Literaturkanon gehört, war damals verboten. Man durfte es nicht
lesen, drucken und so weiter. Zum Beispiel war die heutige Lektüre Der Archipel Gulag
ein Buch, das man nicht kaufen konnte, und von einem Drucken war nicht mal die Rede.
Das betraf nicht nur Alexander Solschenizyn, sondern auch viele historischen Bücher.
szkole średniej nie tylko śmialiśmy się z komuny i nie tylko szydziliśmy
z niej. Zdarzało się niestety, że niektórzy z młodych ludzi ponosili konsekwencje tego, że działali niezgodnie z oficjalną propagandą i robili rzeczy,
które były z ich inicjatywy, a nie z inicjatywy władzy. Na przykład zorganizowanie wykładu na temat buddyzmu bez konsultacji z dyrekcją, bez spytania się
wychowawcy, czy można coś takiego zrobić, skończyło się obniżeniem oceny z zachowania, a o mało co nie doszło do wyrzucenia ze szkoły. A to był zwykły, niewinny
wykład na temat religii buddyjskiej. Inni koledzy wyrzuceni zostali ze szkoły, przesiedzieli trochę „na dołku”, czyli 48 godzin w areszcie, za to, że wznieśli na pochodzie
pierwszomajowym okrzyk „Niech żyje chadecja!” Niby niewinne, ale chadecja to
wtedy był sztandarowy wróg partii komunistycznej i taki okrzyk spowodował nie
tylko „zadołkowanie”, ale też wyrzucenie ze szkoły, mieli oni kłopoty z przyjęciem
do innego liceum. Dzisiaj te osoby są znanymi działaczami politycznymi – mówię tu
na przykład o panu Wiesławie Uklei czy o panu Zbigniewie Bereszyńskim.
Ja nie zapomnę na przykład w liceum, kiedy miałam już 18 lat i mogłam iść po raz
pierwszy na wybory. Nie zapomnę, jak wychowawca nas przestrzegał, żebyśmy czasem
nie zapomnieli iść na wybory i żeby nam do głowy nie wpadło jakiekolwiek skreślanie. Ja mam duszę przekorną i to spowodowało, że poszłam tylko po to, żeby skreślić.
Wtedy się nie skreślało, bo kandydaci byli wyznaczeni przez władze, więc skreślenie
oznaczało jakby wypowiedzenie posłuszeństwa władzy, ale ja skreśliłam tylko dlatego,
że ta moja przekora kazała mi to zrobić. Nawet nie pamiętam, pierwsze chyba z brzegu
skreśliłam i wrzuciłam kartkę. I wyobraźcie sobie, że miałam obniżoną ocenę z zachowania właśnie za to, że dokonałam skreśleń. Gdybym wiedziała, że jest to bezprawne,
że wychowawca w ogóle wiedział, czy ja głosowałam i jak głosowałam, to bym może
i zrobiła z tego większą aferę, ale po prostu wtedy nie mieliśmy takiej świadomości.
Potem działalność opozycyjna przybrała już bardziej zorganizowane formy.
W ostatnich klasach liceum spora grupa młodzieży zaczęła już czytać „bibułę”, czyli wydawnictwa wydawane w podziemiu, wydawnictwa nielegalne, bo przecież nie
mogła istnieć drukarnia drukująca książki bez oficjalnej zgody. Wiele książek było
zakazanych. To, co dzisiaj stanowi kanon lektur w szkołach, kiedyś było zakazane.
Nie można było tego czytać, drukować i tak dalej. Na przykład dzisiejsza lektura
szkolna Archipelag Gułag była książką, której nie można było kupić, a o drukowaniu
w ogóle nie było mowy. Dotyczyło to nie tylko Aleksandra Sołżenicyna, ale również
wielu wydawnictw historycznych.
80
www.e-historie.pl
81
www.e-historie.pl
Natürlich sind mit dem Kommunismus nicht nur humorvolle Geschichten verbunden, weil es keine menschenfreundliche Staatsform war. Viele meiner Freunde
trugen die Konsequenzen der Zugehörigkeit zu einer Organisation, zu verschiedenen
Parteien, weil das System damals ein Einparteiensystem war und alle anderen Organisationen illegal waren. Zum Beipiel ROPCiO1, zu der sich Lyzeumschüler eingeschrieben haben. Die Organisation wirkte unter Jugendlichen und ist entstanden, um
gegen die Notwendigkeit der Vereidigung im Militär zu protestieren. Denn das war
ein Eid, bei dem man nicht nur dem polnischem Staat die Treue schwor, sondern auch
die Treue zur Bündnisarmee, also der Sowjetunion und vielen jungen Leuten hat das
nicht gefallen.
Das Lyzeum ging zu Ende. Ich fuhr mit meinem Freund, meinem späteren Ehemann, in die Ferien. Das war neunzehnhundertachtzig. Mit dem Zelt fuhren wir ans
Meer und irgendwann sagte mein Freund: Hör zu, hör zu! Und es stellte sich heraus,
dass an der Küste und in Lublin Streiks ausgebrochen sind, was sie im Radio durchgegeben haben. Natürlich hat das die Regierung kommentiert, dass es unverantwortliche
Elemente sind und so weiter. Aber ein Name hat sich da ständig wiederholt und mein
Freund sagte: Merk dir diesen Namen: Lech Wałęsa. Natürlich haben wir ihn uns gemerkt. Zurück an der Hochschule machten wir das gleiche. Wir waren solche WałęsaFans an der Pädagogischen Hochschule (der heutigen Universität Oppeln). Wir organisierten die studentische Solidarność, also den Unabhängigen Studentenverband (NZS).
Wir organisierten eine Versammlung, bauten diese Organisation auf und waren in ihrem
Vorstand tätig. Und die Tätigkeit fing an, die die weißen Flecken ausfüllen sollte. Ich
studierte Geschichte, also kann ich sagen, dass es viele weiße Flecken gab.
Wir beschäftigten uns unter anderem mit dem Druck von Büchern, die bisher unzugänglich waren. Zum Beispiel Ein Tag im Leben des Iwan Denissowitsch von Solschenizyn, das wie warme Semmeln wegging. Natürlich druckten wir es auf eigene Kosten,
nicht um damit zu verdienen, sondern damit die Studenten sich damit bekannt machen
können. Wir druckten den Archipel Gulag und viele historische Bücher. Wir gaben auch
die Zeitung Aneks heraus und wirkten unter den Studenten, bis die Solidarność verboten wurde, also bis zum Kriegszustand. Die Regierung behandelte uns als notwendiges
Übel, etwas, das da sein muss. Und wir wirkten. Wir gaben viele Bücher, viele Flugblätter, viele Ausgaben von Zeitungen heraus. Sie ging von Hand zu Hand unter den
Studenten. Vor einundachtzig musste man bibuBa auf konspirative Weise verbreiten.
Ich erzähle am eigenen Beispiel, wie das ausgesehen hat: Ich bekam ein Telegramm mit
dem Inhalt: In meinem Himmel fehlst nur noch Du , und als Antwort nahm ich meinen
Rucksack und fuhr nach Krakau. Oppeln, und überhaupt der ganze Süden Polens, versorgte sich mit bibuła in Krakau. Ich fuhr nach Krakau, wo ich die Exemplare abgeholt
Oczywiście nie tylko humorystyczne historie związane były z komuną, bo nie
była ona ustrojem, który był życzliwy dla ludzi. Wielu moich kolegów ponosiło konsekwencje należenia do organizacji, do różnych partii, bo system był wtedy monopartyjny i wszelkie inne organizacje były nielegalne, na przykład ROPCiO1, do którego
zapisywali się licealiści. Organizacja działała wśród młodzieży licealnej, a powstała
po to, żeby protestować przeciwko konieczności składania przysięgi w wojsku, bo
to była przysięga nie tylko na wierność państwu polskiemu, ale również na wierność
armii sojuszniczej, czyli Związkowi Radzieckiemu – i wielu młodym ludziom to się
nie podobało.
Skończyło się liceum. Pojechałam z moim chłopakiem, późniejszym mężem, na wakacje. Był rok osiemdziesiąty. Pojechaliśmy z namiotem nad morze i w pewnym momencie chłopak mówi: „Ty słuchaj, słuchaj”. I co się okazało – w radiu podawali informację, że wybuchły strajki na Wybrzeżu, w Lublinie. Rzecz jasna, władza to komentowała,
że „nieodpowiedzialne elementy” i tak dalej, ale powtarzało się tam jedno nazwisko
i chłopak mówi mi: „Zapamiętaj to nazwisko: Lech Wałęsa”. Oczywiście nazwisko zapamiętaliśmy. Kiedy wróciliśmy na uczelnię, zaczęliśmy robić to samo. Byliśmy takim
Wałęsą w Wyższej Szkole Pedagogicznej (dzisiaj Uniwersytet Opolski). Zaczęliśmy
organizować odpowiednik „Solidarności” studenckiej, czyli Niezależne Zrzeszenie Studentów (NZS). Zorganizowaliśmy zebranie, zawiązaliśmy tę organizację i weszliśmy
do jej władz. I zaczęła się działalność, która polegała przede wszystkim na wypełnianiu
„białych plam”. Ja studiowałam historię, więc tych „białych plam” było bardzo dużo.
Zajmowaliśmy się między innymi drukowaniem książek, które były do tej pory
niedostępne. Na przykład Jeden dzień Iwana Denisowicza Sołżenicyna, który rozszedł się jak świeże bułeczki. Oczywiście drukowaliśmy po kosztach własnych, bo
nie po to, żeby zarobić, tylko żeby studenci mogli się z tym zapoznać. Drukowaliśmy Archipelag Gułag i wiele książek historycznych. Wydawaliśmy również gazetę
„Aneks” i działaliśmy wśród studentów, dopóki „Solidarność” nie została zdelegalizowana, czyli do stanu wojennego. Władza traktowała nas jako zło konieczne, coś,
co musi być. A my działaliśmy. Wydawaliśmy mnóstwo książek, mnóstwo ulotek,
mnóstwo wydawnictw i gazetek. Rozprowadzaliśmy je wśród studentów na zasadzie
„z ręki do ręki”. Natomiast rozprowadzanie przed rokiem osiemdziesiątym pierwszym zazwyczaj polegało na tym, że trzeba było rozprowadzać „bibułę” w sposób
konspiracyjny. Powiem, jak to wyglądało w moim przypadku. Dostawałam telegram
o treści: „Na moim niebie brak mi tylko ciebie” i w odpowiedzi na ten telegram brałam plecak – i do Krakowa. Opolszczyzna, w ogóle Polska południowa zaopatrywana
była w „bibułę” w Krakowie. Ja jechałam do Krakowa, gdzie ją odbierałam i przywoziłam ją do Opola. Wybrano mnie, ponieważ jestem niepozorna, niewysoka i nie
wyglądałam na kogoś, kto przewozi niebezpieczne materiały.
1
1
Schutzbewegung für Menschenrechte und Bürger. Entstand 1977, eine antikommunistische
Organisation, geleitet von Leszek Moczulski.
82
ROPCIO – Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Powstała w 1977 r. jawna organizacja antykomunistyczna kierowana przez Leszka Moczulskiego.
www.e-historie.pl
83
www.e-historie.pl
habe und brachte sie nach Oppeln. Man wählte mich, weil ich unauffällig bin, nicht zu
groß, und ich sah nicht aus, wie jemand, der gefährliche Materialien transportiert.
Seit September neunzehnhunderteinundachtzig, schon nach meinem Hochschulabschluss, arbeitete ich schon in der Schule. Mein Zusammentreffen mit dem Kriegszustand sah so aus, dass in der Nacht vom 12. auf den 13. Dezember die Miliz an
meine Tür klopfte. Sie sagten, dass es einen Brand gab, dass die Schule, in der ich
unterrichte, brennt. Man erwischte zwei Jungen und man muss feststellen, ob es Schüler dieser Schule sind, also werde ich gebraucht. Mir fiel nicht ein, dass das eine Falle
ist. Ich zog mich schnell an, ging zum Wagen und da wusste ich schon, dass es um
keinen Brand geht, weil wir ins Loch kamen. Ins Loch, also in den Keller des heutigen
Polizeikommissariats, wo sich Zellen befinden. Um eine Panik zu vermeiden sowie
die Hilfe der Nachbarn, Schreie und so weiter, weil es doch Mitternacht war, hat man
gegenüber den Leuten, die während des Kriegszustandes aus dem Haus geholt wurden, verschiedene Listen angewendet. Einem Freund sagte man, dass seine Mama einen Autounfall hatte; eine Freundin nahm man unter dem Vorwand mit, dass man ein
Stockwerk tiefer jemanden beim Einbruch erwischt habe. Man wollte uns irreführen,
damit alles ruhig vonstatten geht und so war es auch.
Wir landeten im Gefängnis, wo wir jeden Tag vernommen wurden und jeden Tag
verlangte man von uns, dass wir die Loyalitätserklärung unterschreiben, also ein Dokument, in dem man sich verpflichtet, der Volksrepublik nicht zu schaden. Jeder von
uns bekam auch einen Bescheid über die Internierung, in dem interessante Ursachen
angegeben waren. Es stellte sich heraus, das ich wegen ernsthafter Gefährdung der
Verteidigungsbereitschaft der Volksrepublik Polen interniert wurde. Ich wog damals
42 kg und war nicht mehr als ein Meter fünfzig groß. Wie ich die Verteidigungsbereitschaft der Volksrepublik Polen gefährden konnte, weiß ich bis heute nicht.
Im Gefängnis es war ein normales Gefängnis, nicht nur für politische Häftlinge
saßen wir alle Internierten in einer Zelle. Natürlich extra die Frauen, extra die Männer. Ich war in der Zelle mit Frauen, die in der Solidarność tätig waren, die auch im
NZS arbeiteten. Meine Freunde aus dem NZS wurden auch gefangen gehalten, mein
künftiger Ehemann saß im gleichen Gefängnis. Was interessant ist, zusammen mit
mir in einer Gefängniszelle gab es eine Frau, die marxistische Philosophievorträge
an der heutigen Universität in Oppeln gehalten hat, also kann man sagen, dass sie
sehr loyal war. Aber die Vorträge der Kollegin gefielen nicht. Sie äußerte, was sie
über die marxistische Philosophie denkt, und deswegen saß sie im Gefängnis. Allen
Internierten gegenüber zeigten viele Menschen Sympathie und Dankbarkeit und wir
erhielten Kassiber. Zum Beispiel mein Betreuer der Magisterarbeit, Professor PawBowski, schichte mir ein Kassiber im Kuchen, den seine Ehefrau gebacken hat. Das
war sehr nett, denn es gab uns das Gefühl, dass wir nicht entfremdet sind. Es kam
auch vor, dass auf der anderen Straßenseite junge Menschen für ein paar Minuten ein
Transparent hochhielten: Wir sind mit euch, Haltet durch! und so weiter.
84
Od września osiemdziesiątego pierwszego roku pracowałam już w szkole po ukończeniu studiów. Moje spotkanie ze stanem wojennym wyglądało w ten sposób, że w nocy z 12 na 13 grudnia do mieszkania zapukała milicja. Powiedzieli, że był pożar, pali się szkoła, w której uczę, złapano jakichś
dwóch chłopców i trzeba rozpoznać, czy są to uczniowie tej szkoły, a więc jestem potrzebna. Do głowy mi nie wpadło, że to jest jakiś podstęp. Ubrałam się
szybko, zeszłam do samochodu i tam już się zorientowałam, że to nie chodzi o żaden pożar, ponieważ wylądowaliśmy „na dołku”. „Na dołku”, czyli
w podziemiach komendy policji dzisiejszej, gdzie znajdują się cele. Aby uniknąć
paniki, pomocy sąsiadów, krzyków i tak dalej, bo przecież to była północ, to właśnie wobec ludzi wyciąganych z domu w czasie stanu wojennego stosowano różnego rodzaju podstępy. Kolegę wzięto, mówiąc mu, że jego mama miała wypadek
samochodowy; koleżanka została wzięta na takiej zasadzie, że niby kogoś złapano
przy włamaniu piętro niżej. Chodziło o to, żeby zwieść, żeby wszystko odbyło się
spokojnie – i tak też się odbyło.
Wylądowaliśmy w więzieniu, gdzie codziennie byliśmy przesłuchiwani i codziennie wymagano od nas, żebyśmy podpisali tak zwaną lojalkę, czyli dokument,
w którym trzeba było się zdeklarować, że nie będziemy szkodzili władzy ludowej.
Jako ciekawostkę – wręcz humorystyczną – dodam, że każdy z nas dostał zaświadczenie o internowaniu i tam były podane przyczyny. Ja zostałam internowana, jak
się okazało, za poważne zagrożenie obronności PRL. Ważyłam wtedy około 42 kg,
miałam niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. W jaki sposób zagrażałam obronności PRL – do dzisiaj nie wiem.
W więzieniu – bo było to normalne więzienie, nie tylko dla więźniów politycznych – byliśmy wszyscy internowani w jednej celi, oczywiście osobno kobiety, osobno mężczyźni. Ja byłam w celi z paniami, które działały w „Solidarności”,
które pracowały także w NZS-ie. Moi koledzy z NZS-u również byli więzieni, mój
mąż również siedział w tym samym więzieniu. A co ciekawe, w tym więzieniu ze
mną w celi była pani, która wykładała filozofię marksistowską na dzisiejszym Uniwersytecie Opolskim, a więc można powiedzieć, że była bardzo prawomyślna. Nie
podobały się natomiast wykłady tej koleżanki. Ona tam mówiła, co myśli o filozofii
marksistowskiej, i to spowodowało, że siedziała w więzieniu. Wszyscy internowani
spotykali się z ogromnymi dowodami sympatii, wdzięczności, dostawaliśmy grypsy.
Na przykład promotor mojej pracy magisterskiej, profesor Pawłowski, przysłał mi
gryps w cieście, które upiekła jego żona, i było to bardzo miłe, bo dawało nam takie
poczucie, że nie byliśmy wyobcowani. Zresztą czasami zdarzało się, że po drugiej
stronie ulicy młodzi ludzie rozwijali na parę minut transparent: „Jesteśmy z wami”,
„Trzymajcie się” i tak dalej.
Jako ciekawostkę powiem, że osobą, która mnie wyznaczyła do internowania,
uznając za szczególnie niebezpieczną w środowisku, był niejaki pan Wiesław Wa-
www.e-historie.pl
85
www.e-historie.pl
Die Person, die mich zur Internierung meldete und mich als äußerst gefährlich für die
Öffentlichkeit hielt, war Herr WiesBaw Wasiak, natürlich vom Staatssicherheitsdienst
(SB)2. Er war eine äußert gemeine Person, weil er sich nicht nur auf die Vernehmung
konzentrierte. Er hat uns auch erschreckt, mit verschiedenen Konsequenzen gedroht,
und er kam zu den Eltern und sagte: Sagt eurer Tochter, dass sie nicht herumalbern soll,
weil sie sonst in Sibirien endet. Als man uns vom Polizeipräsidium ins Gefängnis fuhr,
sagte man uns, dass wir nach Sibirien fahren, und wir glaubten daran. Damals war das
möglich. Es stellte sich jedoch heraus, dass wir an das andere Stadtende fahren.
Man ließ mich am Heiligabend raus. Und zwar aus zwei Gründen. Zum ersten gab
Radio Freies Europa oder die Stimme Amerikas – ich kann mich jetzt nicht genau erinnern die Namenslisten der Internierten mit konkreten Ortschaftsangaben bekannt, und
darunter war auch mein Name und die Namen aller Internierten aus Oppeln, und die Regierung stellte wohl fest, dass das zu gefährlich ist, und dass man diese Menschen besser
freilassen sollte, um zu zeigen, dass das nicht wahr ist, dass sie inhaftiert sind. Zweitens
haben ich und mein heutiger Ehemann einen Antrag auf die Erlaubnis im Gefängnis zu
heiraten gestellt. Und die Regierung hatte Angst davor, dass es in ganz Europa bekannt
wird. Denn so eine Situation gab es auch in Stettin und man sprach viel darüber.
Als ich aus dem Gefängnis kam, informierte man mich, dass ich nicht versuchen
soll zu handeln, weil dass ein schlimmes Ende haben wird. Ich war jedoch erstaunt,
wie viele Leute kamen, um mir ihre Anerkennung zu zeigen. Manche waren sogar
eifersüchtig, dass ich jetzt in meinem Lebenslauf so einen Moment habe, dass ich
wirklich sagen darf, dass ich mit dieser verhassten Macht gekämpft habe. Und als ich
aus diesem Gefängnis kam, kamen manchmal ganz fremde Leute zu mir, um mir zum
Beispiel fünf Eier zu geben. Das waren die Zeiten, als man sogar die Eier am anderen
Stadtende besorgen musste. Das waren die Zeiten, in denen der Kauf von Decken für
das Kind im Personalausweis eingeschrieben wurde. Also war das vorbeibringen von
fünf Eiern durch eine ganz fremde Person eine große Sache.
Es stellte sich heraus, dass die im Westen organisierte Hilfe sehr groß war und
wir beschäftigten uns nach unserer Freilassung mit der Hilfe für diejenigen, die noch
einsaßen. Mein späterer Mann saß noch einige Monate, und es ist klar, dass sie im
Gefängnis waren, nicht im Urlaub. Die Regierung wusste übrigens was sie macht. Als
wir interniert wurden, hat man alle Besuchertermine für die Verurteilten gestrichen.
Es ging darum, dass die normalen Kriminellen, die im gleichen Gebäude saßen, sich
nicht mit uns anfreunden sollen. Sie halfen uns nicht bei der Weitergabe von Kassiber,
vermittelten keine Informationen. Das sollte verursachen, dass sie uns hassen, aber
dieses Ziel wurde nicht erreicht, weil sie gesehen haben, dass nicht wir schuldig sind.
siak, oczywiście z SB2. Był on osobą wyjątkowo wredną, ponieważ nie skupiał się
tylko na przesłuchiwaniu. On również straszył, groził różnego rodzaju konsekwencjami i przychodził do rodziców, mówiąc: „Powiedzcie tej córce waszej, żeby przestała się wygłupiać, bo skończy na Syberii”. Zresztą jak nas wieziono z komendy do
więzienia więźniarkami, to mówiono nam, że jedziemy na Syberię, i wierzyliśmy
w to. To wtedy było możliwe. Okazało się, że jedziemy na drugi koniec miasta.
Wypuszczono mnie w Wigilię. Właśnie wtedy wypuszczono mnie z dwóch
powodów. Po pierwsze, Radio Wolna Europa lub Głos Ameryki – nie pamiętam
już w tej chwili – podało listy nazwisk osób internowanych w poszczególnych
miejscowościach i między innymi moje nazwisko czy w ogóle nazwiska wszystkich nas z Opola i władza chyba uznała, że to jest bardzo niebezpiecznie, że lepiej
tych ludzi wypuścić i pokazać, że to nieprawda, że nikt ich nie wsadzał. A po
drugie, złożyliśmy z moim późniejszym mężem podanie o zgodę na pobranie się
w więzieniu. I władza się chyba bała tego, że to odbije się echem po całej Europie, ponieważ taka sytuacja miała miejsce też w Szczecinie i bardzo to zostało
nagłośnione.
Kiedy wyszłam z więzienia, to poinformowano mnie, żebym czasem nie próbowała działać dalej, bo źle się to skończy. Jednak zdziwiłam się, jak wielu ludzi przyszło, żeby mi przekazać uznanie. Wielu ludzi wręcz zazdrościło mi tego,
że mam teraz w życiorysie taki moment, że mogę naprawdę powiedzieć, że z tą
znienawidzoną władzą walczyłam. I kiedy wyszłam z więzienia, to bywało tak, że
zupełnie obcy ludzie przychodzili do mnie i przynosili mi na przykład pięć jajek.
To były czasy, kiedy nawet po jajka jeździło się na drugi koniec miasta. To były czasy, kiedy kupowało się kocyki dla dziecka na wpis w dowodzie osobistym, a więc
przyniesienie przez zupełnie obcą osobę pięciu jajek było naprawdę wielką sprawą.
Okazało się, że zorganizowana na Zachodzie pomoc rzeczywiście była bardzo
duża i my po wyjściu zajmowaliśmy się z kolei pomocą tym, którzy jeszcze siedzieli. Mój mąż na przykład siedział jeszcze parę miesięcy i wiadoma rzecz, że
oni byli trzymani w więzieniach, a nie na wczasach. Zresztą władza wiedziała, co
robi. Kiedy myśmy zostali internowani, cofnięto wszystkie widzenia i wyjścia dla
skazanych. Chodziło o to, żeby skazani, czyli zwykli kryminalni, którzy siedzieli
w końcu w tym samym budynku, nie chcieli się z nami skumplować. Nie pomagali
nam na przykład przesyłać grypsów, nie przekazywali informacji. Miało to spowodować, żeby nas znienawidzili, ale nie osiągnęło to swojego celu, bo oni wiedzieli,
że nie my tu jesteśmy winni.
2
2
SB – Staatssicherheitsdienst, eine 1956 im Rahmen des Innenministeriums der Volksrepublik Polen entstandene Struktur, dessen Ziel der Schutz der Sicherheit des Staates war. De
facto politische Polizei.
86
SB – Służba Bezpieczeństwa. Utworzona w 1956 r. w ramach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL struktura, której celem była ochrona bezpieczeństwa państwa. De facto
policja polityczna.
www.e-historie.pl
87
www.e-historie.pl
Ich hatte einen Großvater, der über dem Bett immer zwei Porträts hatte Piłsudski3
und die Mutter Gottes und jeden Tag kniete er und betete, und wollte nie sagen, zu
wem er betet zu Piłsudski oder zur Mutter Gottes, oder zu beiden. Dieser Großvater
lehrte mich, dass man keine Regierung mögen soll, und diese Regierung schon gar
nicht. Ich werde nie vergessen, wie ich über Katyn erfahren habe, was die Wahrheit
über Katyn ist. Das war schon im Lyzeum. Der Großvater setzte mich an den Tisch
und fragte: Wer hat das Verbrechen in Katyn begangen? Ich sagte: Warum fragst du
Opa? Das ist doch klar, dass das die Deutschen waren. Und dann erklärte er mir, dass
das die bekannte Lüge über Katyn ist und er zeigte mir Fotos. Ich weiß nicht, woher
er sie hatte. Er zeigte mit einen Abschnitt aus einer Kriegszeitung und so fing ich an
zu ermitteln. Es stellte sich heraus, dass das eine Lüge war, dass das, was man uns
offiziell sagte, eine Lüge war.
Ja miałam dziadka, który zawsze miał nad łóżkiem dwa portrety – Piłsudskiego3
i Matki Boskiej – i co wieczór klękał i się modlił, i nigdy nie chciał powiedzieć, do
kogo się modli – czy do Piłsudskiego, czy do Matki Boskiej, czy do nich razem. Ten
dziadek to był człowiek, który nauczył mnie tego, że władzy nie należy lubić, żadnej
władzy, a już tej władzy szczególnie. Nie zapomnę zwłaszcza tego, w jaki sposób
dowiedziałam się o Katyniu, jaka jest prawda o Katyniu. To było już w klasie licealnej. Dziadek posadził mnie przy stole i zapytał: „Kto dokonał zbrodni w Katyniu?”
Ja mówię: „No jak to dziadek kto? No wiadomo, że Niemcy”. I wtedy on mi wyjaśnił,
że to jest to słynne kłamstwo katyńskie, i pokazał mi zdjęcia. Nie wiem, skąd je miał.
Pokazał mi fragment artykułu z ówczesnej wojennej gazety i tak zaczęłam dociekać.
Okazało się, że to nieprawda, że to, co nam mówiono oficjalnie, nie jest prawdą.
[2009]
Relacji wysłuchał:
[2009]
Den Bericht hörte:
Uczestnik II edycji projektu
„Archiwum Historii Mówionej”
ein Teilnehmer der II. Edition des Projektes
„Archiv der gesprochenen Geschichte”
3
Józef Piłsudski (1867–1935) – polnischer Marschall, einer der Gründer der II. Republik.
Nach dem bewaffneten Kampf 1926 hat er de facto diktatorische Macht ausgeübt.
88
3
Józef Piłsudski (1867–1935) – marszałek Polski, jeden z twórców II Rzeczypospolitej.
Po zbrojnym przewrocie w maju 1926 r. sprawował de facto władzę dyktatorską.
www.e-historie.pl
89
Alojzy Jan Weber (Jahrgang 1939), Chrosczütz
Alojzy Jan Weber (rocznik 1939), Chróścice
Die Anfänge der Minderheit
in Chrosczütz
Początki minderheitu1 w Chrościcach
Minderheit entstand in schweren Zeiten, als man noch nicht wusste, wie
das sein wird, ob die Minderheit sein wird, ob sie uns verfolgen werden,
ob sie uns einsperren. Das waren schwere Zeiten, und deshalb trafen wir
uns mit Kokot1 heimlich, um zu besprechen, wie wir das organisieren.
Man wusste nie, bei wem und wo, wir trafen uns privat, Enthusiasmus war dabei. Diese Zeit war wirklich voller Begeisterung, die Menschen wollten es. Anfangs brauchten wir Unterstützungslisten, dass wir diese Minderheit wollen. Da hatten wir solche
Umfragen aus Gogolin, und gut, dass der alte Kroll2 dabei war. Man warf ihm vor, er
sei Parteimitglied. Er war es zwar, aber nur deshalb konnte es gelingen. Man brauchte
einen Menschen, der Unterstützung hatte, dass es gewissermaßen parteilich war, und
nur er konnte es schaffen. Er hat sich am meisten bemüht. Er gab uns heimlich die
Umfragen, die Listen, die wir ausfüllten. Wir brauchten Leute, aber ich muss gestehen, dass damals die Menschen sich gerne eingeschrieben haben, obwohl das noch
nicht die Minderheit war, sie verstanden es nicht einmal. Es war nur eine Unterstützung für die Registrierung in Warschau. Bei uns kämpfte man stark darum. Das heißt,
wir mussten um die deutschen Messen kämpfen, aber damals gab es überhaupt keine
Probleme damit, weil wir Pfarrer Zymelka hatten, der Deutsch sprach und mit uns
war. Ich sammelte auch Unterschriften. Wir hatten über achthundert Unterschriften,
fuhren damit zu Bischof Nossol3 und haben seitdem jeden Sonntag deutsche Messen.
Genauso in der Schule. Wir engagierten uns, ich engagierte mich am meisten, damit
die deutsche Sprache in die Schulen kommt, und es ist gelungen. Wir sind das einzige Dorf, das von Anfang an die Erklärungen hatte, die die deutsche Sprache in den
Schulen deklarierten. Und deshalb waren die Lehrer und Direktoren dankbar, weil die
Subvention kam. Die Bewohner polnischer Abstammung haben die Erklärungen auch
unterzeichnet, also haben sie es verstanden, dass es nichts Schädliches ist. Es gab einige
sture Leute, aber die finden sich wohl überall, aber es waren nicht nur die polnischen,
das waren auch unsere Familien. Es ist uns gelungen. Im Kindergarten ebenfalls, wir
waren das einzige Dorf, wo es im Kindergarten Deutsch gab. Aber überall musste man
niejszość powstała w trudnych czasach, jak jeszcze było nie wiadomo, co to
byndzie, czy to byndzie, czy nos byndom gonić, czy zamykać. To były trudne czasy i przez to my się z Kokotem tajymnie spotykali, jak by to zorganizować. Nigdy nie było wiadomo, u kogo, gdzie. Prywatnie my się spotykali.
Był zapał. Tyn czas to był naprawdę zapał, że ludzie chcieli. Początkowo musieli my
mieć listy wspierajunce, że chcymy tę mniejszość. To my mieli takie ankiety z Gogolina
i dobrze, że Król2 starek był. Zarzucano, że był człowiek partyjny. Był, ale tylko dziynki tymu to się mogło odegrać. Był potrzebny taki człowiek, co miał poparcie, że niby
to partia, i mógł to stworzyć. On się najwięcej o to starał. On nam dawał potajymnie
też takie ankiety, te listy, które my wypełniali. Musieli my mieć ludzi, ale wtedy –
muszę powiedzieć – ludzie chyntnie się wpisywali, mimo że to jeszcze nie było do
mniejszości, oni to nawet nie rozumieli. To było tylko poparcie o zarejestrowanie
w Warszawie. U nas była mocna walka o to. To znaczy my musieli walczyć o te
msze, ale wtedy nie było w ogóle kłopotów, bo mieliśmy księdza Zymelka, który
umiał po niymiecku i był z nami. Sam zbierałem podpisy. To myśmy mieli przeszło
osiymset podpisów, jechaliśmy do biskupa Nossola3 i mamy msze po niymiecku co
niedziela.
I tak samo w szkole. Myśmy się zaangażowali, najwięcej ja się angażowałem,
żeby tyn język niymiecki był w szkołach, i to się udało. Myśmy są jedyną wsią, od
początku mieliśmy te deklaracje, co deklarowali język niymiecki w szkołach. Przez
to nauczyciele i dyrektorzy byli wdzięczni, bo przychodziła subwencja. Ludzie
polskiego pochodzenia też podpisywali deklaracje, czyli to rozumieli, że to nie jest
szkodliwe. Było parę ludzi opornych, no ale to się wszyndzie znajdom, ale to nie tylko
polskie, to nasze rodziny też były. Udało nam się. I w przedszkolu tak samo, myśmy
byli jedyna wieś, gdzie w przedszkolu był język niymiecki. Ale wszyndzie trzeba było
walczyć. Musieli my mieć od rodziców wsparcie, deklaracje, później musieli my mieć
radnych, którzy to zatwierdzili, bo to też idzie w koszty gminy.
Was na pewno interesuje, czy był wielki opór. Opór był, ale z góry. Przez to my
się musieli bardzo obawiać, nawet jak my jechali później już na zebrania do Gogolina,
1
2
1
2
Kokot – im slavisch-schlesischem Dialekt Hahn, hier als Spitzname gebraucht.
Johann Kroll (1918–2000) einer der Gründer der deutschen Minderheit. Erster Vorsitzender
der sozial-kulturellen Gesellschaft der Deutschen im Oppelner Schlesien.
3 Alfons Nossol (1932–) – in den Jahren 1977–2009 Bischof der Diözese Oppeln. Erzbischof
ad personam.
90
3
Minderheit – mniejszość.
Johann Kroll (1918–2000) – jeden z założycieli mniejszości niemieckiej. Pierwszy przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Mniejszości Niemieckiej na Śląsku Opolskim.
Alfons Nossol (1932–) – w latach 1977–2009 biskup diecezji opolskiej. Arcybiskup ad personam.
www.e-historie.pl
91
www.e-historie.pl
kämpfen. Wir brauchten Unterstützung von den Eltern, die Erklärungen, dann mussten
wir Ratsmitglieder haben, die das billigen, weil es zu den Kosten der Gemeinde gehört.
Euch interessiert bestimmt, ob der Widerstand groß war. Es gab Widerstand, aber
von oben. Deshalb mussten wir uns fürchten, sogar als wir dann schon zu den Versammlungen nach Gogolin fuhren, da waren die Autos mehrmals zerkratzt, beschädigt, aber das waren wohl nicht die Einheimischen, da kamen wohl andere Leute.
Der Anfang der Minderheit war schwer. Die Menschen waren enttäuscht: Das
Geld sollte für uns sein, für uns und für uns. Aber das ist nicht so. Gut, dass es so
gewesen ist. Unser Kreis wird durch unsere Oppelner Verwaltung unterstützt, auch
durch die Sozial-Kulturelle Gesellschaft der Deutschen im Oppelner Schlesien. Aber
nicht so unterstützt, wie sich das die Leute denken: nur Geld und irgendwelche Feiern. Siebenundneunzig gab es auch die Überschwemmung. Damals brauchten sie uns,
weil wir im Westen Bekannte hatten und Hilfe organisierten.
Als es schon nach der Registrierung war, gab es regelmäßige Versammlungen,
Leute kamen und wir waren Zufrieden. Wir machten schon diese verschiedenen Feste.
Obwohl für uns die Zeiten nach der Registrierung auch schwer waren. Vor allem Chrosczütz, dieser Name. Wir schrieben Rutenau, und sie wollten Chrosczütz,
weil es den Name Rutenau zu Hitlers4 Zeiten gab. Aber Chrosczütz ist nicht Deutsch,
nicht Tschechisch, nicht Polnisch. Keiner konnte es fehlerfrei schreiben und es gab
die Reform, es hieß Rutenau. Genauso Klosterbrück5. Das ist die gleiche Situation.
Klosterbrück war doch das Kloster und die Brücke. Und ich bedauere, dass es Rutenau nicht sein konnte, und ich werde immer kämpfen. Es tut mir Leid, weil mein
Vater neununddreißig sogar etwas früher in den Krieg zog, hatte er das Pech oder das
Glück und kam erst einundfünfzig zurück, aber er war gesund, lebte neunzig Jahre.
Wegen diesem Rutenau wussten wir nicht, dass er lebt, weil er in Russland einmal
im Monat Karten schreiben durfte, sechsundzwanzig Wörter, aber er schrieb nach
Rutenau. Er wusste nicht, dass es Chrosczütz ist und die Karte landete immer in der
Tonne. Erst achtundvierzig bekamen wir eine zusätzliche Karte zu Weihnachten, die
er zur Schwägerin nach Deutschland schrieb und daher haben wir erfahren, dass er
lebt, neunundvierzig! Wegen diesem Rutenau! Ich finde, dass man die Geschichte so
nicht antasten sollte, wenn es schon so war, sollte es schon Rutenau bleiben. Und was
machten unsere Behörden? In den Abfalleimer damit, weil es so etwas wie Rutenau
nicht gibt, obwohl alle wussten, was das ist! Aber wir werden darum weiter kämpfen.
Bei der Gründung der Minderheit waren wir mit Sochor unter den Jüngsten. Einundneunzig, zweiundneunzig bekamen wir schon Lehrer aus Deutschland, und bei
den Versammlungen hatten wir damals fünfhundert Anwesende und jetzt haben wir
fünfzig. Obwohl manche Leute Angst hatten, waren sie trotzdem in der Minderheit
4
Adolf Hitler (1889–1945) Gründer und Anführer der NSDAP, seit 1933 deutscher Kanzler, als
Führer Diktator des deutschen Staates, einer der größten Verbrecher des 20. Jahrhunderts.
5 Klosterbrück Ortsname nach 1936. Früher Czarnowanz, seit 1945 Czarnowsy.
92
to auta też były nieraz podrapane, uszkodzone, ale to chyba nie miejscowi, to pewnie
przyjeżdżali ludzie.
Poczuntek mniejszości był trudny. Ludzie byli zawiedzeni: „Te pieniądze miały
być dla nas, dla nas, a dla nas”. Ale to nie jest tak. To jest dobrze, że tak było. Nasze
koło jest wspierane przez nasz zarząd opolski, przez TSKN Opole jest wspierane. Ale
nie tak wspierane, jak ludzie myślom: pieniądze i przyjdom na jakieś tam fajerki4.
W dziewięćdziesiuntym siódmym była powódź. Wtedy nas potrzebowali, bo myśmy
mieli na Zachodzie znajomych i myśmy pomoc organizowali.
Jak już byliśmy po rejestracji, to były regularne zebrania, przychodzili ludzie i to
sprawiało nam satysfakcję. Myśmy robiyli już te różne festyny.
Chociaż już po rejestracji też były dla nas trudne czasy. Przede wszystkim
Chrościce, ta nazwa. Myśmy pisali Rutenau, a oni chcieli Chrosczütz, bo nazwa Rutenau była za Hitlera5. Ale Chrosczütz to nie jest ani po niymiecku, ani
po czesku, ani po polsku. Nikt tego nie umiał bezbłędnie napisać i była reforma,
było Rutenau. Tak samo Klosterbrück6. To mamy tę samą sytuację. No przecież
Klosterbrück to był tyn klasztor i most. A ja przez to, że to Rutenau nie mogło
być, mam żal i bynde zawsze walczył. A przez to mam żal, że mój ojciec w trzydziestym dziewiuntym, nawet trochę pryndzej, poszedł na wojna, miał pecha
i szczynście, wróciył dopiyro w pięćdziesiuntym piyrwszym, ale zdrowy wróciył,
dożył dziewięćdziesiynciu lat. Myśmy nie wiedzieli, że żyje, przez to Rutenau, bo
on z Rosji raz w miesiuncu mógł pisać karty, dwadziejścia szejść słów, ale pisał na
Rutenau. On nie wiedzioł, że to je Chrościce, i to poszło zawsze do kosza. Dopiyro
w śtyrdziestym ósmym na świynta Bożego Narodzynia dostali jeszcze jedną dodatkową kartę i tę napisał do Niymiec do szwagrówki i stamtund my się dowiedzieli, że on
żyje, w śtyrdziestym dziewiuntym roku! Przez to Rutenau! Czyli uważam, że jednak
historii nie powinno się tak ruszać, że skoro to takie było, to powinno być to Rutenau.
A co już robiyły nasze władze? Do kosza, bo takie coś jak Rutenau niy ma, chociaż
wszyscy wiedzieli, co to je! Tak że dalej o to byndziemy walczyć.
Przy zakładaniu mniejszości myśmy ze Sochorym byli jedni z najmłodszych.
W dziewięćdziesiuntym piyrwszym–drugim roku to myśmy już nauczycieli dostali
z Niymiec i na zebraniach to myśmy mieli obecnych pięćset ludzi, a teraz mamy
pięćdziysiunt. Chociaż niektórzi ludzie się bali, ale mimo to byli w tej mniejszości, bo
muszę powiedzieć, że starsze pokolynie, ludzie w moich latach jeszcze niektórzi się
bojom. Pamiętajom czasy powojynne, jak to było. Bojom się, naprawdę się bojom.
Fajerki – uroczystości, imprezy.
Adolf Hitler (1889–1945) – twórca i przywódca NSDAP, od 1933 r. kanclerz Niemiec, jako
Führer (Wódz) dyktator państwa niemieckiego, jeden z największych zbrodniarzy XX w.
6 Klosterbrück – nazwa wprowadzona w 1936 r. Wcześniej – Czarnowanz, od 1945 r. – Czarnowąsy.
4
5
www.e-historie.pl
93
www.e-historie.pl
und ich muss gestehen, dass sich manche aus der älteren Generation, Menschen meines Alters, noch immer fürchten. Sie erinnern sich an die Nachkriegszeiten, wie es
war. Sie haben Angst, sie haben wirklich Angst.
Aber keiner tat keinem was, obwohl die Versammlung der Minderheit in deutscher Sprache war, hat sie die Polizei nicht auseinandergetrieben. Und wir bemühten
uns in der Versammlung immer Deutsch zu sprechen, aber auch Schlesisch. So das es
für die Jugendliche und für die anderen immer zweisprachig war. Es war nie so, dass
jemand sagen könnte: Ich gehe nicht hin, weil da Deutsch gesprochen wird. Ist nicht
wahr, so war es nicht.
Ich war in der Armee, hatte auch die Gelegenheit mit Jaruzelski6 zu sprechen, da
sagte er mir nur: Ach, da seid ihr aus Schlesien? Weil er doch gleich meine Sprechweise erkannte, aber es war nicht boshaft gemeint. Dass die Gründung dieses Büros
damals leichter war, weil Menschen kamen und Hilfe, das war schon normal. Die
Leute erkundigten sich selbst: Wann macht ihr eine Versammlung, was gibt es Neues?
Da gab man das ganze Programm bekannt, was da ist. Und wann macht ihr ein Fest?
So erkundigten sie sich. Sogar in den späteren Jahren das war schon vier- oder fünfundneunzig. Ich organisierte das, was es schon vor dem Krieg gab:den Martinsumzug.
Und das war gut, es gab viel Engagement.
Das Wichtigste war für uns, dass die Leute die deutsche Sprache sprechen können. Das war am wichtigsten. Und das war das Ziel: in den Schulen damit es die
deutsche Sprache gibt, in den Kirchen damit es deutsche Messen gibt. Das, was die
Menschen verlangten. Die Menschen wollten es. Wir sind Deutsche, wir wollten es
weiterhin sein. Deshalb trafen wir uns heimlich. Was uns erwartet, wussten wir nicht.
Vor der Fahr nach Kreisau7, neunundachtzig, kam Sochor zu mir: Hör zu, wir nehmen ein Transparent nach Kreisau mit. Wieso nicht? Dann mach solche Stiele und wir
fahren und nehmen das Transparent mit. Und wir fuhren: Rutenau grüßt den Kanzler Kohl! Ooo, das war damals toll! Manche sagten: Ihr werdet Unannehmlichkeiten
haben. Nichts hatten wir. Sie schrieben über uns in der Zeitung, in unserer Trybuna8.
Aber dort in Kreisau hatten wir keine Unannehmlichkeiten. So fuhren wir schon
neunundachtzig als organisierte Gruppe.
[2010]
Den Bericht hörten:
Ale nikt nikomu nic, mimo że zebranie niymieckie je z mniejszości, to nie rozguniyła policja. I zawsze na zebraniu staraliśmy się mówić po niymiecku, ale i po
ślunsku. Tak że dla młodzieży i dla tych inszych to było zawsze dwujęzyczne. Nigdy
nie było, żeby ktoś mógł powiedzieć: „A tam nie idę, bo tam po niymiecku”. Nieprawda, to nie było.
Byłem w wojsku, miałem okazję i z Jaruzelskim7 rozmawiać, to mi tylko tyle powiedział: „A to wy ze Ślunska jesteście?” Bo to i przecież zaraz poznał moją mowę,
ale nic iżby złośliwie. Tak że założynie tego biura to było wtedy łatwiejsze, bo ludzie
przyszli i pomoc, ustawianie, to już było normalnie. Ludzie sami się dopytywali:
„A kiedy zebranie robicie, a co tam nowego jest?” To się cały program mówiyło, co
jest tam. „A kiedy robicie jakiś festyn?” No to się dopytywali. Ja nawet w latach późniejszych, to już było w dziewięćdziesiuntym czwartym–piątym, zorganizowałem to,
co przed wojnom było – Martinumzug8. I to było dobre, było zaangażowanie.
Najważniejsze było dla nas, żeby ci ludzie jednak mogli kontynuować język niymiecki. To było najważniejsze. I to był ten cel: w szkołach – żeby był język niymiecki,
w kościołach – żeby była msza niymiecka. To, czego ludzie się domagali. Tak ludzie
chcieli. My som Niymce, my chcymy dalej tego. Przez to my się tajymnie spotykali.
Co nas czekało, to nie wiedzieli.
Przed wyjazdem w osiymdziysiuntym dziewiuntym do Krzyżowej9 Sochor przyszedł do mnie: „Słuchej, weźniymy transparynt do Krzyżowej”. Czemu nie? „To zrób
takie kije i jedziemy, i weźniymy transparynt”. I jechalimy: Rutenau grüsst den Kanzler Kohl!10 Ooo, to wtedy było! Nawet mówiyli: „Byndziecie mieli nieprzyjemności”.
Nic my nie mieli. W gazecie nas opisali, tu w naszej „Trybunie”. Ale tam myśmy nie
mieli nieprzyjemności w Krzyżowej. Tak że myśmy jechali już w osiymdziysiuntym
dziewiuntym roku zorganizowani.
[2010]
Relacji wysłuchali:
Bartłomiej Ratajczak, Radosław Kamiński
Bartłomiej Ratajczak, Radosław Kamiński
6
Wojciech Jaruzelski (1923–) – Politiker und General. In den Jahren 1981–1989 erster Sekretär der Polnischen Vereinigten Arbeiterpartei, in den Jahren 1989–1990 Präsident der
Volksrepublik Polen und der Republik Polen. 1981 stand er an der Spitze der Militärjunta
(Militärrat für nationale Rettung), die in Polen den Kriegszustand einführte.
7 Es geht um die Versöhnungsmesse in Kreisau am 12. November 1989, an der der Premierminister der Volksrepublik Polen Tadeusz Mazowiecki und der Kanzler der BRD Helmut
Kohl teilgenommen haben.
8 „Nowa Trybuna Opolska” – eine lokale Zeitung.
94
Wojciech Jaruzelski (1923–) polityk i generał. W l. 1981–1989 I sekretarz KC PZPR, w l.
1989–1990 prezydent PRL i RP. W 1981 r. stanął na czele junty wojskowej (Wojskowa Rada
Ocalenia Narodowego), która wprowadziła w Polsce stan wojenny.
8 Martinumzug – procesja w dniu św. Marcina.
9 Mowa o „mszy pojednania” w Krzyżowej 12 listopada 1989 r. z udział premiera PRL Tadeusza Mazowieckiego i kanclerza RFN Helmuta Kohla.
10 Rutenau grüsst den Kanzler Kohl! – Chróścice pozdrawiają kanclerza Kohla!
7
www.e-historie.pl
95
Nota o opiekunach projektu
dr Danuta Berlińska
Socjolog, pracownik naukowy m.in.: Uniwersytetu Opolskiego i Instytutu
Śląskiego w Opolu.
Szkolenia dziennikarskie w ramach projektu
Archiwum Historii Mówionej.
Journalistische Schulungen im Rahmen des
Projekts Archiv der Erzählten Geschichte
Tematyka badań: mniejszość niemiecka w Polsce, regionalizmy, problematyka
niemiecka.
Ważniejsze publikacje: Ślązacy jako wspólnota regionalna w świetle badań
socjologicznych, „Przegląd Zachodni” nr 2/1990; Die sozialen Strukturen in
Oberschlesien, [w:] Oberschlesien als Brucke zwischen Polen und Deutschen,
Mülheim 1990; Ludność rodzima i mniejszość niemiecka w Polsce. Stan badań,
(współred. T. Sołdra-Gwiżdż), [w:] Pogranicze Studia społeczne t. VI numer
specjalny. Polskie badania nad mniejszościami kulturowymi. Wybrane zagadnienia, G. Babiński, J. Mucha, A. Sadowski (red.), Białystok 1997; Między Polską
a Niemcami. Dynamika identyfikacji narodowych Ślązaków, [w:] Inni swoi, D.
Berlińska, K. Frysztacki (red.), Opole 1999.
dr Bernard Linek
Adiunkt w Państwowym Instytucie Naukowym – Instytucie Śląskim w Opolu,
sekretarz naukowy redakcji „Studiów Śląskich”.
www.e-historie.pl
Podróż studyjna do Berlina.
Studienreise nach Berlin.
Zainteresowania badawcze: historia polityczna, społeczna i kulturowa ze szczególnym uwzględnieniem Górnego Śląska, badania nad nacjonalizmami w Europie
Środkowo-Wschodniej, analiza świata społecznego i wyobrażonego robotników
górnośląskich w drugiej połowie XIX i na początku XX w.
Wybrane publikacje: Odniemczanie województwa śląskiego w latach 1945-1950
(w świetle materiałów wojewódzkich) [Die ‘Entdeutschung‘ der Woiwodschaft
Schlesien in den Jahren 1945-1950 (auf der Basis von Materialien der Woiwodschaft)], Opole 1997; Polityka antyniemiecka na Górnym Śląsku w latach
1945-1950 [Die antideutsche Politik in Oberschlesien in Jahren 1945-1950],
Opole 2000; (hrsg./red. zusammen mit/ wraz z J. Haubold-Stolle): Górny Śląsk
wyobrażony: wokół mitów, symboli i bohaterów dyskursów narodowych [Imaginiertes Oberschlesien: Mythen, Symbole und Helden in den nationalen Diskursen], Opole-Marburg 2005.
dr Maciej Fic
Pracownik Zakładu Metodologii i Dydaktyki Historii w Instytucie Historii
Uniwersytetu Śląskiego.
Jego zainteresowania badawcze obejmują kwestie procesu nauczania-uczenia się
oraz regionalną historię XX wieku. Jest zastępcą dyrektora Instytutu Historii UŚ,
rzeczoznawcą podręcznikowym MEN, ekspertem z zakresu edukacji Instytucji
Zarządzającej Programem Operacyjnym Kapitał Ludzki w województwie śląskim.
Autor ponad 50 publikacji, Wpływ ludności napływowej na funkcjonowanie szkolnictwa województwa śląskiego w latach 1945-1950, „Rocznik Lubuski”, t. 35
[red. B. Burda, M. Szymczak. Zielona Góra 2009], s.135-148; Pedagogika miejsc
pamięci z perspektywy górnośląskiej, [w:] Miejsca pamięci w edukacji historycznej, red. S. Roszak, M. Strzelecka, A. Wieczorek, Toruń 2009, s. 64-70.
96
97
Informationen über die Projektbetreners
Dr. Danuta Berlińska
Soziologin, wissenschaftliche Mitarbeiterin unter anderem der Universität
Oppeln und des Schlesischen Instituts in Oppeln.
Spezialgebiet: Deutsche Minderheit in Polen, Regionalismus, deutsche Problematik.
Wichtigere Veröffentlichungen: Ślązacy jako wspólnota regionalna w świetle badań
socjologicznych, „Przegląd Zachodni” nr 2/1990; Die sozialen
Strukturen in Oberschlesien, [in:] Oberschlesien als Brucke zwischen Polen und
Deutschen, Mülheim 1990; Ludność rodzima i mniejszość niemiecka w Polsce.
Stan badań, (Mitredaktion T. Sołdra-Gwiżdż), [in:] Pogranicze Studia społeczne t.
VI numer specjalny. Polskie badania nad mniejszościami kulturowymi. Wybrane
zagadnienia, G. Babiński, J. Mucha, A. Sadowski (Red.), Białystok 1997; Między
Polską a Niemcami. Dynamika identyfikacji narodowych Ślązaków, [in:] Inni swoi,
D. Berlińska, K. Frysztacki (Red.), Opole 1999.
Dr. Bernard Linek
Wissenschaftlicher Mitarbeiter im Wissenschaftlichen Staatsinstitut
– Schlesisches Institut in Oppeln. Wissenschaftlicher Sekretär der Verlagsreihe
„Schlesische Studien“.
Forschungsinteressen: politische, soziale und kulturelle Geschichte vor allem in
Oberschlesien, Erforschung der Nationalismen in Mittelosteuropa, Analyse der
sozialen und imaginären Welt der oberschlesischen Arbeiter in der zweiten Hälfte
des 19. Jahrhunderts und am Anfang des 20. Jahrhunderts
Ausgewählte Publikationen: „Odniemczanie” województwa śląskiego w latach
1945-1950 (w świetle materiałów wojewódzkich) [Die ‘Entdeutschung‘ der Woiwodschaft Schlesien in den Jahren 1945-1950 (auf der Basis von Materialien der
Woiwodschaft)], Opole 1997; Polityka antyniemiecka na Górnym Śląsku w latach
1945-1950 [Die antideutsche Politik in Oberschlesien in den Jahren 1945-1950],
Opole 2000; (Hrsg./red. zusammen mit/ wraz z J. Haubold-Stolle): Górny Śląsk
wyobrażony: wokół mitów, symboli i bohaterów dyskursów narodowych/Imaginäres Oberschlesien: Mythen, Symbole und Helden in den nationalen Diskursen,
Opole-Marburg 2005.
Dr. Maciej Fic
Mitarbeiter des Instituts für Geschichtsmethodologie und –didaktik
im Geschichtsinstitut der Schlesischen Universität
Seine Forschungsinteressen sind Fragen rund um die Lehr- und Lernprozesse
und die regionale Geschichte im 20. Jahrhundert. Stellvertretender Direktor des
Geschichtsinstituts der Schlesischen Universität, Sachverständiger für Lehrbücher
des Ministeriums für nationale Bildung, Experte im Bereich der Bildung des Instituts
für die Leitung des Programms Humankapital in der Woiwodschaft Schlesien. Autor
von über 50 Publikationen, Wpływ ludności napływowej na funkcjonowanie szkolnictwa województwa śląskiego w latach 1945-1950, „Rocznik Lubuski”, t. 35 [red.
B. Burda, M. Szymczak. Zielona Góra 2009], s.135-148; Pedagogika miejsc pamięci
z perspektywy górnośląskiej, [w:] Miejsca pamięci w edukacji historycznej, red. S.
Roszak, M. Strzelecka, A. Wieczorek. Toruń 2009, s. 64-70.
98
99
Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej
jest stowarzyszeniem skupiającym polskie i niemieckie organizacje i instytucje. Uroczyste otwarcie DWPN
z udziałem Prezydenta Republiki Federalnej Niemiec
prof. dr Romana Herzoga oraz - w imieniu Prezydenta
RP Aleksandra Kwaśniewskiego – prof. Danuty Hübner, ówcześniej szefowej Kancelarii Prezydenta RP,
odbyło się 17 lutego 1998 r.
Działalność Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej
ma na celu wzmacnianie społeczeństwa obywatelskiego, rozwijanie dobrych stosunków polsko-niemieckich w oparciu o postanowienia Traktatu
o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17
czerwca 1991 r. między Rzeczypospolita Polską
a Republiką Federalną Niemiec oraz wspieranie
integracji Polski z Unią Europejską. Kooperacja
partnerów polskich i niemieckich w ramach Domu
Współpracy Polsko-Niemieckiej bierze swój początek z pięcioletniej działalności w regionie Fundacji im. Friedricha Eberta.
DWPN realizuje projekty edukacyjne i informacyjne typu: konferencje, seminaria, szkolenia,
warsztaty, wyjazdy informacyjne, publikacje,
konkursy itp. w następujących dziedzinach:
budowanie społeczeństwa obywatelskiego, rozwijanie stosunków polsko-niemieckich w oparciu o wiedzę i pamięć o trudnych rozdziałach
wspólnej przeszłości, współpraca z mniejszością niemiecką, propagowanie międzynarodowych standardów ochrony praw mniejszości
narodowych, dialog interkulturowy między
mniejszością a większością dialog o znaczeniu
i roli niemieckiego dziedzictwa kulturowego
dla rozwoju regionalnego, decentralizacja
i rozwój samorządności. Adresatami i partnerami tych działań są samorządy terytorialne,
organizacje pozarządowe, młodzież, mniejszość niemiecka, dziennikarze, środowiska
nauki, polityki, kultury. Przedsięwzięcia adresowane do i realizowane we współpracy
z młodzieżą zajmują priorytetowe miejsce
w naszej działalności.
[ www.haus.pl ]
100
Das Haus der Deutsch-Polnischen
Zusammenarbeit
Ist eine Einrichtung, die polnische und deutsche Organisationen und Institutionen zusammenbringt. Die feierliche
Eröffnung fand am 17. Februar 1998 in Anwesenheit des
Bundespräsidenten der Bundesrepublik Deutschland,
Prof. Roman Herzog, und Prof. Danuta Hübner, Leiterin
der der Präsidentenkanzlei im Auftrag des Präsidenten
der Republik Polen, Aleksander Kwaśniewski, statt.
Die Tätigkeit des Hauses der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit soll die Bürgergesellschaft stärken,
freundschaftliche Verhältnisse auf der Grundlage des
zwischen der Republik Polen und der Bundesrepublik Deutschland geschlossenen Deutsch-Polnischen
Nachbarschaftsvertrages vom 17. Juni 1991 entwickeln und die Integration Polens in der Europäischen
Union unterstützen. Die Kooperation der polnischen
und deutschen Partner im Rahmen des Hauses der
Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit nahm ihren
Anfang in der fünfjährigen Tätigkeit der FriedrichEbert-Stiftung in der Region.
Das Haus der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit
realisiert Bildungs- und Informationsprojekte wie:
Konferenzen, Seminare, Schulungen, Workshops,
Informationsausflüge, Publikationen, Wettbewerbe
usw. in folgenden Bereichen: Bildung einer Bürgergesellschaft, Entwicklung der deutsch-polnischen
Verhältnisse auf der Grundlage von Wissen und
Erinnerung an die schweren Zeiten der gemeinsamen Vergangenheit, Zusammenarbeit mit der
Deutschen Minderheit, Verbreitung von internationalen Standards des Schutzes der Rechte der
nationalen Minderheiten, interkultureller Dialog
zwischen der Minderheit und der Mehrheit,
Dialog über die Bedeutung und Rolle des deutschen Kulturerbes für die Entwicklung der Region, Dezentralisierung und die Entwicklung der
Selbstverwaltung. Die Adressaten und Partner
dieser Tätigkeiten sind die territorialen Selbstverwaltungen, Nichtregierungsorganisationen,
Jugendliche, die deutsche Minderheit, Journalisten sowie wissenschaftliche, politische und
kulturelle Kreise. Primär sind die Unternehmen, die an Jugendlichen adressiert und mit
ihrer Beteiligung realisiert werden.

Podobne dokumenty