tutaj - PRZESILENIE

Komentarze

Transkrypt

tutaj - PRZESILENIE
2
W NUMERZE
Clan of Xymox
Najczarniejsza godzina
4–6
Tides From Nebula
Nie zjadamy własnego ogona
7–9
Cyclobe
Odpowiedni układ planet
10–11
[haven]
Orientalna melancholia
12–13
Tryp
Reportaż z dzisiejszego świata
14–16
Rytm w szumie
mind.in.a.box
Czy 8 bitów ci wystarcza?
Jak feniks z popiołów
Different State
Alchemiczny traktat
Rewolucja syntezatorowa cz.1
Składamy w Wasze ręce próbne wydanie niezależnego i nieco podziemnego zina,
powstałego na zgliszczach magazynu Gothica. Mimo rezygnacji wydawcy z drukowania obu swoich muzycznych kwartalników, nie poddajemy się. Skoro udało nam
się zebrać siły na tę szlachetną muzyczną krucjatę, nie dajemy jej upaść, póki mamy
jeszcze zapał i wiarę w Was, drodzy Czytelnicy.
The Beijing East Village
17
18–20
21
22–23
23
Elena Alice Fossi
Kirlian Camera, SPECTRA*Paris
24–27
Prosto w noc
28–30
Zerowy numer to przede wszystkim muzyka – od dark ambientu i industrialu,
przez lżejsze i cięższe electro, po rock gotycki i alternatywę. Zebraliśmy artystów,
których kojarzycie (także z Castle Party – oznaczonych odpowiednio w spisie)
i tych, których dopiero poznacie. Nie zapominamy o polskiej scenie, bo to właśnie
ona, a nie światowe gwiazdy, szczególnie potrzebuje wsparcia i rozgłosu. Zgodnie
z Waszymi sugestiami, zamieściliśmy też więcej felietonów – zarówno typowo
muzycznych jak i poświęconych innym dziedzinom rozrywki i sztuki (od popkultury po bardziej artystyczne działania). Mówią, że magazyny o wszystkim są tak
naprawdę o niczym. Mamy nadzieję, że obalimy to stwierdzenie, a każdy z Was
znajdzie tu coś dla siebie i zainteresuje się „nieznanym”. Ta scena jest zbyt mała
na wewnętrzne podziały i pełna zbyt wielu fascynujących dźwięków na przeciwnych biegunach.
Diary of Dreams
Echo każdego z nas
32–34
Suicide Commando
Matkojebcy muszą zginąć!
35–37
Wieże Fabryk
Standard bitelsowsko-slejerowy
38–39
Kostką i myszką
Wiedźmin 2: Zabójcy królów
42
Dlatego powalczmy wspólnie dla jej dobra. Powiedzcie o nas znajomym, polubcie na
Facebooku, trzymajcie kciuki! W szaleństwie letniego imprezowania oraz kupowania płyt i ciuchów przeznaczcie trochę drobnych na wsparcie rodzimej sceny i zakup
naszego magazynu. W składzie redakcji rozpoznacie być może kilka znajomo
brzmiących nazwisk – członków zespołów, organizatorów imprez, użytkowników
forów. Skoro oni uwierzyli w ten projekt i zdecydowali się go bezpośrednio wesprzeć,
może i Wy dacie się przekonać.
Zombiaki
43
Czy jesteś Nemi?
43
Fumetti Neri. Seks i zero sensu
45
Śledźcie nas w internecie i wypatrujcie kolejnej odsłony „Przesilenia”. Niech Słońce
nam sprzyja i obyśmy spotkali się również na przyszłorocznym Castle Party.
PS. Jako że sezon festiwalowo-wakacyjny mamy w pełni, nie zapomnijcie o najbliższych i wyślijcie im pozdrowienia. Polecamy wykorzystać do tego celu pocztówki z tylnej okładki. Niech nieobecni wiedzą co tracą (lub że zachowujecie się
grzecznie ;)!
Redaktor naczelny Łukasz Miernik
Redakcja Bartosz Hervy, Jakub Skowroński, Katarzyna Leśniewska, Mariusz
Doering, Mariusz Łuniewski, Paweł Kmiecik, Robert Marciniak, Selena Pokitko,
Wojciech Sajkowski, Wojciech Wawrzak
Współpraca Jakub Mikians, Joanna Bernard, Kamila Junik, Oktawian Mrowiński,
Piotr Mirski, Tomasz Orzechowski
Korekta Selena Pokitko
Logo i okładka Bartosz Hervy, www.signall.pl
Skład i łamanie Henryk Jursz, www.jursz.pl
Kontakt
reklama i patronat – [email protected]
promocja i współpraca – [email protected]
pytania – [email protected]
Christblood
Prawidłowa konwergencja energii 40–41
Troum
Ścieżka do źródła wiecznej energii 46–47
The Cuts
Historie bez happy-endu
48–50
Relacje z koncertów
51–54
Recenzje płyt
55–61
H.EXE vs Hyoscyamus Niger
Electro czy gothic
62
„Przesilenie” w sieci
www.przesilenie.com
www.facebook.com/przesilenie
Redakcja magazynu „Przesilenie” nie ponosi odpowiedzialności za treść
reklam oraz poglądy prezentowane przez rozmówców. Przedruk jakichkolwiek
materiałów w części lub całości i wykorzystywanie ich w jakiejkolwiek formie są
zabronione bez zgody redakcji.
Dziękujemy wszystkim przyjaciołom, znajomym i życzliwym, którzy zdecydowali
się nas wesprzeć w tych trudnych czasach i na tej skromnej scenie muzycznej.
Jeśli również chciałbyś wspomóc naszą inicjatywę i zaprezentować się na tylnej
okładce w gronie patronów lub zareklamować wewnątrz pisma, napisz na
[email protected]
3
Najczarniejsza godzina
Ronny Moorings:
Clan of Xymox to ja
Mariusz Łuniewski, Łukasz Miernik
Tłumaczenie: Kamila Junik
Choć lata świetności w wytwórni 4AD ma
już za sobą, Ronny nadal trzyma poziom
i nagrywa kolejne albumy, zamiast odcinać
kupony od dawnej sławy, jak niektórzy
koledzy po fachu. W tym roku powrócił
z albumem „Darkest Hour” i, choć odmówił
odpowiedzi na pytania o przeszłość
i byłych członków zespołu, przybliżył nam
kulisy powstawania bieżącego wydawnictwa i zdradził nieco planów na przyszłość.
Witaj Ronny. Bardzo cieszę się, że możemy porozmawiać, tym bardziej, ze okazja
jest ku temu doskonała! Właśnie ukazała
się twoja kolejna płyta „Darkest Hour”.
Jak się czujesz w związku z tym?
Rok starszy! Płyta miała premierę
20 maja w moje urodziny, tak dla
wyjaśnienia tej ironicznej uwagi. Tym
razem dałem trochę odpocząć mojej
gitarze i w studio postanowiłem pobawić się bardziej syntezatorami i keyboardami. Wszystko działo się bardzo
naturalnie. Sięgałem po gitarę jedynie
w tych utworach, które tego potrzebowały. W pozostałych dawała ona efekt
„przeładowania”, a tego właśnie chciałem uniknąć. Oczywiście znajdują się
tu także utwory w pełni oparte na gita-
Chciałem, aby kilka utworów zachowało brzmienie z czasu, kiedy zaczynałem
je komponować tylko na syntezatorach,
na przykład „My Reality”, „Delete”
i „My Chicane”. Czasem bardziej efektowne są piosenki nieprzeładowane
instrumentami, zostaje w nich więcej
miejsca dla podstawowej melodii
i rytmu. Wydaje mi się, że te trzy
pierwsze utwory, które bardzo lubię,
nieco różnią się od reszty. Uważam
je za taki „oldschool” ze smaczkiem.
Reszta albumu to klasyczne utwory
Clan of Xymox, które korespondują ze
wszystkimi poprzednimi albumami.
Całe piękno koncepcji tej muzyki tkwi
w fakcie, że to ja gram na wszystkich
instrumentach. Czy w danym utworze
jest gitara, czy jej nie ma, zależy wyłącznie od piosenki. Nie krępuje mnie
żaden muzyczny kaftan bezpieczeństwa, więc mogę robić wszystko, na co
mam ochotę. Tak to właściwie działa
w Clan of Xymox.
Chyba właśnie dzięki temu twoi oldschoolowi fani mogą odnaleźć na nowej
płycie również ducha wczesnego Clan Of
Xymox. Wspomniany teledysk promujący
album, jest zrealizowany w stylu retro.
Wygląda na to, że nowinki techniczne nie
pochłonęły cię bez reszty?
Nie krępuje mnie żaden muzyczny kaftan bezpieczeństwa,
więc mogę robić wszystko, na co mam ochotę.
rach jak „Tears Ago” czy „She Did Not
Answer”, w którym motyw przewodni
stanowi gitarowy sampel. Ogólnie
jednak płyta wydaje się zdominowana przez syntezatory, co nie oznacza
bynajmniej, że przez to jest ona mniej
klimatyczna. Na youtube umieściłem
jeden z singli, „Delete”, fani mogą go
obejrzeć nawet w wersji 3D.
Skąd te wszystkie syntezatory? „Darkest
Hour” to kolejny krok w stronę muzyki
elektronicznej, a nawet brzmień electroclash w stylu wczesnego Mount Sims.
Jest to znak czasu, wymagania sceny
czy po prostu wyraz fascynacji brzmieniami klubowymi?
4
Przede wszystkim… oldschoolowi?
Nie powiedziałbym, że mamy jeden,
określony typ fanów. Clan of Xymox
istnieje już dość długo, przez ten czas
zyskaliśmy sympatię wielu odbiorców.
Ludzie cenią nas za różne albumy, więc
chyba nie ma sensu dzielić ich w zależności od upodobań muzycznych.
Gdybym się nie zmieniał, część fanów
poczułaby się rozczarowana. Podążam
więc za własnym gustem w nadziei,
że ludzie go podzielą. Ale wracając
do twojego pytania o postęp technologiczny, rzecz w tym, że aby obecnie
uzyskać taki retro–efekt, musisz pracować używając najnowszych technologii.
O ironio!
Skoro o ironii mowa, tytuł poprzedniej
płyty [„In love we trust” – red.] nawiązywał do miłości i zawiłej natury związków.
Jak jest z „Darkest Hour”?
„Darkest Hour” [„najczarniejsza
godzina” – red.] ma wiele znaczeń.
Po niej przychodzi nadzieja, nadzieja na lepsze. Najczarniejsza godzina
przypada ok. 3 w nocy, gdy jest bardzo
cicho, a dla mnie jest to najlepszy
czas do tworzenia muzyki. Nic mnie
nie rozprasza i właśnie wtedy lubię
komponować. Nazwałem tak utwór
instrumentalny, ponieważ: po pierwsze, został stworzony w tym momencie
nocy, a po drugie, pozostaje otwarty na
interpretację odbiorcy.
Wracając do nagrywania, w oficjalnej
biografii wyraźnie zaznaczasz: „Ronny
Moorings to Clan Of Xymox”. Czy przy
„Darkest Hour” faktycznie wszystkiego
dopilnowałeś sam?
Najprościej rzecz ujmując, tak. To
ja piszę, nagrywam, produkuję i miksuję cały album. Wszystkie utwory na
„Darkest Hour” napisałem w ciągu
ostatnich dwóch lat. Kiedy wszystko jest zrobione, a płyta gotowa do
wydania, mój zespół zaczyna ogrywać
nowe piosenki. Gdy materiał zostanie
opanowany, gramy go na żywo.
Do niedawna dystrybuował was w Polsce
Vision Music, teraz nie macie nikogo.
Czy jednak polscy fani będą mogli kupić
„Darkest Hour” w sklepach?
Tak, album ukaże się w Polsce jeszcze
w tym roku nakładem Big Blue. Ci,
którym się spieszy, mogą kupić płytę
w internecie, np. poprzez infrarot.de.
Wydanie lokalne będzie oczywiście
tańsze.
Miałem przyjemność zapowiadać wasz
ostatni występ na Castle Party. Niestety,
musieliście wystąpić w uszczuplonym
składzie [zachorował gitarzysta Mario –
red.]. Jak wspominasz ten koncert?
Byliśmy dosyć zdenerwowani, że Mario
nie jest z nami. Po raz pierwszy musieliśmy wystąpić tylko w trójkę, a w dodatku ja byłem okropnie przeziębiony
i nafaszerowany wszelkimi możliwymi
lekarstwami na kaszel. Mimo wszystko uważam, że spisaliśmy się bardzo
dobrze. Mario po trzech miesiącach
poważnej choroby szczęśliwie powrócił do zdrowia. Teraz towarzyszy nam
znów na scenie jak gdyby nigdy nic.
Koncert był rejestrowany na wideo,
czy jest szansa na oficjalne wydanie tego
materiału?
Tak, Big Blue wyda ten materiał w Polsce
i całej Europie. Sfilmowany został cały
koncert, więc jest to także doskonała
dokumentacja Castle Party 2010.
Dość regularnie koncertujecie w Polsce
– czy któryś z zagranych tu koncertów
szczególnie utkwił ci w pamięci?
Powrót na szerokie wody?
Raczej nie mam się czego
obawiać.
Koncerty na Castle Party pamiętam
najwyraźniej, pewnie ze względu na
przepiękną lokalizację i atmosferę festiwalu. Graliśmy tam wielokrotnie i każdy
kolejny raz to jak powrót do domu.
Fot. archiwum zespołu
W trakcie pisania tego wywiadu nie
pojawiła się jeszcze żadna informacja
odnośnie koncertów w Polsce. Czy możemy liczyć na koncert w ramach promocji
„Darkest Hour”?
Tak, zagramy koncert 12 listopada tego
roku w klubie Dekompresja w Łodzi.
Kiedy ostatni raz tam graliśmy, w trakcie koncertu umarł papież i zrobiło się
dosyć dziwnie, bo wieść o tym rozeszła
się bardzo szybko i organizator musiał
odwołać after party…
W kilku wywiadach wyrażałeś wątpliwość
co do przyszłości tradycyjnych nośników
dźwięku. To zrozumiałe, ale z drugiej
strony winyle a nawet kasety magnetofonowe przeżywają teraz swój renesans.
Zespoły limitują też nakłady, dodają różne
gadżety czy treści, których nie da się
5
ściągnąć z internetu. Czy możemy liczyć
na jakąś specjalną edycję „Darkest Hour”,
albo na winylowe wznowienie katalogu
COX?
Wątpię. Winyle są dla kolekcjonerów
i bardzo niewiele osób kupuje takie
wydania. Wiem, że gdzieś ma się ukazać
jakiś winyl, ale będzie to raczej niszowe
wydawnictwo. Na szczęście są jeszcze
tacy, którzy kupują płyty CD właśnie
dlatego, że taki nośnik jest namacalny.
Z całą pewnością żyjemy w najczarniejszej godzinie muzycznego biznesu.
Z roku na rok ubywa sklepów muzycz-
W dzisiejszych czasach płaci się
za miejsce na kompilacji. Kiedyś proszono zespół o udostępnienie utworu
na składankę do magazynu, teraz
działa to odwrotnie. Uważam, że obecnie
nie inwestuje się w rozwój zespołów,
a w ten sposób niewielu grupom uda
się szerzej zaistnieć. Oczywiście, talent
to ważna kwestia, ale jeśli wytwórnia
nie jest w stanie wydać żadnej nowej
płyty, to po prostu koniec bajki… Wielu
muzyków ostrzegało o tym już dawno temu. Konsumenta zaś ta sprawa
nie interesuje, do momentu, gdy już jest
Kiedyś proszono zespół o udostępnienie utworu na składankę
do magazynu, teraz działa to odwrotnie.
nych, w niektórych miastach zupełnie
ich już nie ma, to strasznie przygnębiające. Także tu, w Lipsku, takich sklepów
jest zaledwie kilka, a za każdym razem,
gdy do nich zaglądam, sekcja płyt CD
jest mniejsza.
Właśnie, kilka lat temu przeprowadziłeś
się do Lipska, miasta, które można śmiało
określić mianem europejskiej stolicy dark
independent. Jak oceniasz perspektywy
rozwoju artystycznego w Niemczech w porównaniu z twoją ojczyzną? Czy masz jeszcze jakiś kontakt ze sceną holenderską?
Mam niewielki kontakt z Holandią,
z tym, co się tam dzieje. Mieszkam
w Niemczech i zajmuje mnie bardziej
to, co dzieje się tutaj. Oczywiście gramy
tam od czasu do czasu i spotykamy się
ze znajomymi, ale nic ponad to. Lubię
miejsce, w którym mieszkam i z pewnością nigdy nie wrócę do Holandii,
nawet na samą myśl o tym dostaję
dreszczy. Tamtejsza architektura jest tak
jednorodna, że gdyby cię przetransportowano dokądś w opasce na oczach, nie
wiedziałbyś, w którym mieście jesteś.
Zbyt wiele ludzi mieszka stłoczonych
w jednym miejscu, co wzmaga agresję
wyczuwalną na ulicach i w środkach
transportu. Partie populistyczne tylko
żerują na tym efekcie „szczurów w klatce”. Nie, dzięki…
No tak, Niemcy jawią mi się jako ostatni
bastion tej muzyki. To jedyny znany mi
kraj, w którym funkcjonuje zorganizowany
specjalistyczny rynek gotycki, mnóstwo
czasopism i duże festiwale. Oczywiście
z jednej strony jest to bardzo pozytywne,
mamy wybór pism, sklepów i akcesoriów
lifestyle’owych. Z drugiej strony, śledząc
gazety i płyty do nich dodawane mam
wrażenie, że poziom prezentowanych
i lansowanych zespołów z roku na rok
maleje. Sądzisz, że jest coraz mniej
młodych dobrych zespołów, czy to prasa
ma ambicje trafiać w mniej wybredne
gusta? Czy może powód leży jeszcze gdzie
indziej?
6
za późno. Dokładnie tak, jak w przypadku ginących gatunków zwierząt, zwracamy na to uwagę już po fakcie.
Sam w końcu przeszedłeś długą i burzliwą
drogę od największych wytwórni (4AD,
Polydor Records) do niezależnej i niszowej
Trisol. Clan of Xymox jest obecnie jedną
z ikon gotyckiego grania, jednak wasza
przynależność gatunkowa nie zawsze była
tak jednoznaczna. Pierwsze płyty rozeszły
się w nakładach, o których mnóstwo obecnych gwiazd pop może tyko pomarzyć.
Takie zespoły, jak wy, The Sisters Of Mercy
czy Fields Of The Nephilim, były wręcz
mainstreamowe. Jak wówczas wyglądała
scena?
Te zespoły stanowiły alternatywę
we właściwym tego słowa znaczeniu,
nie tak jak dziś, kiedy scena alternatywna jest zarazem mainstreamowa.
Miały teledyski na MTV i dzięki temu
mogły być znane szerszemu odbiorcy...
Jeśli twoje wideo pojawi się w telewizji
lub na ścieżce dźwiękowej do jakiegoś
filmu, automatycznie zyskujesz większe audytorium. Zawsze tak to działało
i w tej kwestii internet nic nie zmienił.
Czy zatem muzyka gotycka, choć zapisała się złotymi wersami w historii rocka,
Obecnie wydaje was wspomniany Trisol.
Czy nie myślałeś jednak o powrocie do dużej wytwórni i ponownym spróbowaniu
sił na szerokich wodach? Okoliczności
wydają się sprzyjać, w katalogach 4AD
czy chociażby Fiction, pojawiło się wiele
młodych zespołów wyraźnie nawiązujących do zimnych, melancholijnych brzmień
lat 80. XX w.
Powrót na szerokie wody? Raczej
nie mam się czego obawiać. Jestem
w Metropolis, największej niezależnej
wytwórni w USA i Kanadzie, która także
zajmuje się eksportem do Japonii. Trisol
Records to z kolei najbardziej prestiżowa
wytwórnia w Niemczech i robi dla mnie
świetną robotę. Mam także zapewnione
lokalne wydania płyt w Rosji poprzez
Gravitator i w Polsce poprzez Big Blue.
Te wytwórnie całkowicie mi odpowiadają i jestem z nich bardzo zadowolony.
Wierz mi, żadna inna wytwórnia nie spisałaby się lepiej.
Ikony lat 80. XX w. w ostatnim czasie
odcinają kupony od dawnej twórczości,
decydują się powrócić na scenę, jednak nawet w połowie nie nawiązują do lat swojej
świetności. Moim zdaniem Clan Of Xymox
jest jednym z nielicznych, regularnie wydających płyty zespołów, którego albumy
zawsze trzymają bardzo wysoki poziom.
Jaki jest twój przepis na długowieczność
w tym biznesie?
Uwielbiam to, co robię, więc po prostu
to robię, a ludzie to doceniają. Od pierwszego dnia mam ogromny apetyt na tworzenie muzyki, dzięki czemu mogę po
prostu dać ujście swoim emocjom i frustracjom. To się nigdy nie zmieniło i nie
widzę powodu, by przestać, bo wciąż
tego potrzebuję. To ja piszę całą muzykę
i teksty, więc nie mogę z tym zerwać. Robię więc to, co robię i szczęśliwie można
to dostać na płycie.
Chciałbym dowiedzieć się na koniec
czego słuchasz na co dzień – jakie płyty
ostatnio zdominowały twój odtwarzacz.
Czy są jakieś nowe projekty, zespoły,
Z całą pewnością żyjemy w najczarniejszej godzinie
muzycznego biznesu.
jest już tylko zabytkiem i wspomnieniem
dawnego blasku? Czy w dzisiejszych czasach skazana jest na spoczynek w małej,
czarnej i wygodnej trumience z napisem
„GOTH”?
Możliwe, czas pokaże. Chociaż Arch
Violet (March Violets), który gra również
w The Sisters Of Mercy, opowiadał
ostatnio o festiwalu w Austrii, w ramach
którego grali koncert dla 160 tysięcy osób. Więc chyba nie jest tak źle.
Najśmieszniejsze jest to, że wszystkie
zespoły określane mianem gotyckich
wcale się za takie nie uważają.
które chciałbyś szczególnie polecić
i zarekomendować?
Słucham wielu zespołów indie, których korzenie sięgają moich czasów.
Słucham też typowych grup ze sceny
i debiutantów, takich jak Veil Veil Vanish,
O.Children, Light Asylum czy Cinematics... Staram się być na bieżąco, również
dlatego, że zdarza mi się DJ-ować, więc
raczej muszę wiedzieć co się dzieje
w muzyce.
Dzięki za wywiad i do zobaczenia
w Polsce!
Tides From Nebula
Nie zjadamy
własnego ogona
Bartosz Hervy
Dwa bardzo dobrze przyjęte albumy,
z czego ostatni wyprodukowany przez
Zbigniewa Preisnera, dziesiątki koncertów,
coraz więcej fanów w Polsce i za granicą –
i to wszystko w zaledwie trzy lata. Gdy na
Open’erze rozmawiałem z Maciejem Karbowskim podszedł do nas jeden z uczestników festiwalu i spytał Maćka „Przepraszam, wokalistą jakiego zespołu jesteś?”.
Maciek odparł spokojnie: „Czy trzeba być
wokalistą, żeby udzielać wywiadów?”.
Tides From Nebula to zespół instrumentalny. Poniżej rozmowa z gitarzystą tego
warszawskiego kwartetu.
Jesteśmy na Open’erze, schowaliśmy się
za krzakami żeby coś było słychać.
Tak [śmiech].
To najwiekszy festiwal na którym
graliście?
Tak, zdecydowanie.
I jak wrażenia?
Wiesz, jak było (śmiech). Był to chyba
jeden z najlepszych koncertów, jakie
zagraliśmy. Do czasu, bo padł prąd i niestety nie zagraliśmy dwóch numerów
[podczas przed ostatniego numeru TFN
padło całkowicie zasilanie namiotu,
więc koncert skończył się przed czasem
– red.]. Ale, jak mówię, oprócz tych
dwóch numerów był to nasz najlepszy
od dawna koncert.
Jak oglądałem przed chwilą ten koncert,
a wiesz, że widziałem ich wcześniej sporo,
przypomniał mi się pierwszy w Warszawie,
z 20 grudnia 2008 roku. Dla mnie to było
porażające doświadczenie. Szczególnie
pamiętam utwór „Where is no connection”,
który dosłownie mnie zmiótł i wtedy już
wiedziałem, że może być tylko lepiej. Dzisiaj było podobnie, choć sądzę, że gracie
teraz bardziej dynamicznie, bardziej ostro.
Czy to zamierzone?
Zagraliśmy jak zwykle, brzmieniowo się
niespecjalnie zmieniliśmy od tamtego
czasu. Może to jest kwestia rozpoczęcia
współpracy z własnym dźwiękowcem.
Ale to, co mówisz, cieszy. Jeśli nasz
album jest łagodniejszy, a na koncer-
cie jest dynamiczniej i ostrzej, to jest
fajne. Fajnie, że publiczność nie dostaje
dokładnie tego, co na płycie, tylko coś
dodatkowego. Mam nadzieję, że będziemy tą drogą kroczyć.
Ostatnio graliście na Wave Gotik Treffen,
czyli największym europejskim festiwalu
dark independent, a jako że nasze pismo
przede wszystkim jest o tej muzyce,
chciałbym zapytać o wrażenia z tego festiwalu. Czy mieliście okazje pobyć z festiwalowymi ludźmi, rozejrzeć się? Było to dla
was zaskakujące, czy może wiedzieliście,
jak to będzie wyglądało?
O dziwo było tak, że... no, jest to dość
specyficzny festiwal. Na ulicach widzieliśmy bardzo dużo czarnego koloru. Mieliśmy bardzo fajne przyjęcie. Graliśmy
w klubie, czy raczej starej sali teatralnej
na około 800 osób. Towarzystwo mieszane, dużo gotów w bardzo oryginalnych
strojach i bez opalenizny, ale także wielu
zwyczajnych ludzi. Tak, było tam bardzo
do domciu!”. W zeszłym roku graliśmy
prawie cztery tygodnie i po trzech było
już ciężko. Ale da się przywyknąć.
Domyślam się że dalsza część roku zarezerwowana jest na koncerty.
Tak, polską trasę gramy w październiku i listopadzie, później trzy tygodnie
w Europie. Tak samo jak w zeszłym roku.
Powiedz mi, czy był jakiś dziwny zespół,
z którym graliście, albo taki, który do was
nie pasował?
Tak! Śmiesznie, bo dwukrotnie graliśmy w Wiedniu w jednym klubie. Klub
spoko, ale dwa razy była sytuacja taka,
że to promotor decydował o supporcie.
Dwa i pół roku temu mieliśmy tam
bardzo specyficzny support. Kapela à la
Metallica, z całą tą prezencją i gestami.
A ostatnim razem, w kwietniu, też w tym
klubie, mieliśmy support, hmmm, nawet
trudno to opisać. Jeden z zespołów
to był jakiś folkowy facet z dredami. Grał
Mamy taką zasadę, żeby wykonywać 110 procent normy, po
prostu napierdalać podwójnie. Choćby nie wiem co się działo,
czy na widowni jest pięć osób czy pięćset.
wiele osób wyglądających oryginalnie,
chyba najwięcej w naszej dotychczasowej karierze. To było bardzo fajne, ludzie
w cylindrach i gorsetach kupowali naszą
płytę. Przyjęcie było bardzo dobre. W zasadzie nie spodziewałem się, że ci wszyscy ludzie stwierdzą „fajnie gracie!”.
Dużo ostatnio gracie koncertów, festiwali,
nie nudzi was to?
Nie. Dzisiaj nie mogłem się doczekać
wyjścia na scenę. W tym momencie
czekam już na polską trasę.
Czy miałeś może taki moment na trasie,
że już stwierdziłeś „chcę do domu”?
No jasne, są takie momenty. Wiesz,
ja najgorzej znoszę początek trasy, trzy,
cztery pierwsze koncerty.
Trzeba się wdrożyć.
Dokładnie ,a później, po dwóch tygodniach, zaczyna się takie „Mamooo, chcę
na gitarze akustycznej, a akompaniował
mu drugi gość na flecie. Ten z fletem
wyglądał, jakby się urwał z Jethro Tull,
dzwony i tak dalej. Grali chyba z półtorej godziny tę folkową muzę. Potem na
scenę wszedł Austriak w białej koszulce
z czerwoną gitarą. Wraz z harfistką grali
kowery Chrisa Isaaka, Był to dziwny
zestaw.
Słuchacie muzyki jak jeździcie w trasie?
Jasne.
A czego słuchaliście dzisiaj?
Teraz niczego nie słuchaliśmy, bo wyjechaliśmy o 4 nad ranem.
Spaliście...
Gadaliśmy, czytaliśmy książki
Czy kłócicie się, co ma lecieć?
Nie. Kierowca decyduje o muzyce, taka
jest zasada. Jeździmy z Jackiem i on nam
7
Fot. Piotr Olkowski
pokazuje nowe zespoły. Raczej się nie
zdarza, że bardzo chcemy posłuchać
czegoś konkretnego. Ostatnio na przykład leciał fajny zespół Band Of Horses,
zajebisty, naprawdę. Mnie się podoba
taki styl White Stripes, Raconteurs,
wiesz, z basem. Ten czas w podróży jakoś mija. Głównie śpimy, więc o muzykę
się nie musimy kłócić.
A czego ostatnio słuchasz w czasie
prywatnym?
Nowe Radiohead – bardzo fajne, Cult
of Luna, Stars of the Lid. Słucham także
bardzo dużo zajawki nowego DVD
Radiohead „In the Basement”. Jest jeden
nowy numer na Youtube wrzucony –
mega zajebisty i nie mogę się doczekać.
Radiohead to jest w ogóle absolut.
Trochę o nowej płycie. „Earthshine” ukazała się 9 maja 2011 roku. Jakie są reakcje
po tych dwóch miesiącach?
Reakcje są w większości bardzo pozytywne. Myślę, że gdy debiut został odebrany bardzo dobrze, po drugiej płycie
zawsze się znajdzie kilka osób krytykujących, że zespół nie trzyma się sztywno
8
konwencji, i oczywiście takie osoby się
znalazły. Wiedzieliśmy, że tak będzie.
Ale jest bardzo duża grupa ludzi, która
mówi, że fajnie, że się tej konwencji nie
trzymamy, że nie zjadamy własnego
ogona. Teoretycznie trochę złagodnieliśmy na tej płycie.
To jest wasz wybór, czy to jest wybór producenta [Zbigniewa Preisnera – red.]?
Myślę, że na brzmienie miał duży wpływ.
Natomiast materiał jest praktycznie
nietknięty, tak zagraliśmy, nic nie było
zmieniane w naszych partiach. To jest
nasza płyta. Jeżeli jest łagodniejsza,
to widocznie taką mieliśmy potrzebę,
być może następna płyta będzie cięższa.
Na pewno nie było tak, że przyszliśmy
z ciężkim materiałem do studia, a pan
Preisner powiedział „słuchajcie tutaj
wywalamy przestery i bębny łagodzimy.” W studiu tak nie było. Kwestia jest
tego drugiego tła, które jest na tej płycie.
Muzyka nie musi być cięższa brzmieniowo, żeby była cięższa gatunkowo. Ja
uważam, że ta płyta jest dużo smutniejsza i dużo trudniejsza, ma więcej smutnych i trudnych momentów. „Aura” była
taka spontaniczna, czuję na niej radość
grania, taka gitarowa muzyka. Nowy
album jest mocno, mocno emocjonalny.
Mam nadzieję, że się obroni.
Na początku zastanawiałem się, czy dobrym rozwiązaniem jest jeszcze więcej
ambientowego klimatu. Teraz moimi
faworytami są „Siberia” i „Cemetary of Frozen Ships”, chyba najbardziej wymagające
i zarazem wciągające kompozycje. Wręcz
zahaczające o progresywny rock, przecież „Siberia” ma ponad 10 minut. W tym
kierunku będziecie szli?
Trudno powiedzieć, co będziemy robić
teraz, bo nie napisaliśmy jeszcze nawet
pół minuty nowego materiału. Co prawda niedługo zabierzemy się za to
ale myślę, że... kurczę, no nie wiem,
nie mam pojęcia. To jest właśnie fajnie,
że nie mam pojęcia, jak będzie brzmiała nasza trzecia płyta. Mam nadzieję,
że będzie jeszcze lepsza, ponieważ jesteśmy bardzo zadowoleni z ostatniej.
Czyli fakt, że znalazł was Zbigniew Preisner i nawiązaliście współpracę, uważasz
za dobry krok?
Jeżeli chodzi o rezultat, który osiągnęliśmy, to jak najbardziej. Pan Preisner
jest bardzo trudnym człowiekiem,
jednak z perspektywy czasu podjąłbym
taką samą decyzję. Były momenty ciężkie i trudne, ale podołaliśmy.
Więc było ciężko jednak...
Oj, było...
Były spięcia?
Były, chociaż nie między nami w zespole. Wiesz, nie chodzi o wizję artystyczną, bo była spójna. Chodzi o kwestię
bardzo trudnego charakteru...
Domyślam się, że jakoś planujecie swoją
przyszłość. Jesteście młodym zespołem.
Osiągnęliście wiele w krótkim czasie,
a tak naprawdę wszystko przed wami.
Jak będzie wyglądało Tides From Nebula
za pięć lat?
Trudno powiedzieć, to nie jest dla mnie
łatwe pytanie. Wiesz, my jesteśmy
zespołem, który lubi planować. Zawsze
mamy plan na wszystko na sześć miesięcy do przodu. Myślę, że będziemy
po czwartej płycie. Mam nadzieję,
że wypracujemy sobie dobrą pozycję
w Europie, że będziemy mogli grać
sobie spokojnie trasy w jakiś porządnych klubach, dla swojej publiczności.
Postaramy się osiągnąć tam to, co się
nam udało osiągnąć w Polsce. W Polsce natomiast będziemy rozwijać swój
potencjał i walczyć o więcej.
Jakie mieliście przyjęcie na trasie z Riverside po Europie? Publiczność kupiła
was?
Ty się zajmujesz sprawami managerskimi
zespołu. Podoba ci się to?
Tak, bardzo to lubię. Jestem uzależniony od tego, żeby cisnąć.
No właśnie, ciekawiło mnie to, ponieważ
jakoś czułem, że ci się to podoba. Wiele
osób z innych zespołów bierze to na kark,
bo nie ma innej możliwości, a chcieliby
te sprawy komuś oddać, zrzucić z siebie.
Nie ma możliwości, aby osoba z zewnątrz to zrobiła dobrze. Na pewno
nie na początku. Do pewnego etapu
nikt tego nie zrobi lepiej, niż członek
zespołu. Nie jest tak, że jak przychodzi na koncert sto osób to już trzeba
mieć menadżera, który tak naprawdę
nie wiadomo co będzie robił innego niż,
powiedzmy, klawiszowiec zespołu...
Wiesz, jak ktoś ma kontakty zajebiste,
„siedzi w biznesie” od wielu lat, to jest
w stanie więcej zdziałać. Wydaje mi się
jednak, że nikt nie będzie tak zdeterminowany jak osoba, która gra i robi to
także dla siebie.
Wiara w zespół jest silniejsza, jeśli w nim
grasz.
Dokładnie tak, ale to też jest kwestia
finansowa, nie oszukujmy się. Jeżeli
chce się mieć chujowego menadżera,
to nie będzie mu się płacić, on będzie
to robił hobbistycznie, czyli słabo.
Jeżeli chce się mieć dobrego menadżera, to trzeba coś mu odpalać. Zwykle
to działa na zasadzie prowizji, ale jeżeli zespół ma dochody w granicach
300 złotych na pół roku, to taki menadżer się nie zainteresuje. To jest krótka
piłka. Albo się to robi samemu i robi
Wydaje mi się, że generalnie odbiór zespołu przez publiczność,
to, czy kupują płyty, czy chodzą na koncerty, ma związek
z wizerunkiem zespołu. Czy zespół jest uważany za fajny,
mówiąc brzydko, produkt. Choć trudno powiedzieć
jednoznacznie jak to zrobić.
Ja myślę, że tak. Tam w ogóle jest
inna publika niż nasza. Średnia wieku
oscyluje w granicach 45 lat, szczególnie w takich państwach jak Niemcy
czy Francja. Ludzie dużo starsi od nas.
Kontakt jednak był dobry, płyty schodziły. To zaprocentuje w przyszłości.
Ludzie zobaczyli nas, zaciekawili się,
stwierdzili „o fajnie kupię płytę, koszulkę”. Sprawdzą sobie, ściągną, kupią,
obojętne, i przyjdą następnym razem,
tak to się robi.
A jakieś plany na podbój Europy już
macie?
Być może pojedziemy z Riverside
na drugą część trasy europejskiej,
później trasa polska i trasa własna,
jako headliner. Wiadomo, że po mniejszych klubach.
się to na maksa, albo się bierze słabego
menadżera, bo dobry się nie zainteresuje. Nie oszukujmy się, posiadanie
menadżera to nie jest droga do sukcesu,
no chyba że Sobolewską. [śmiech]
Właśnie powiedziałeś, że to nie jest droga do sukcesu. Co jest drogą do sukcesu?
Nie wiem.
To jest trudne pytanie, ale jakby przyszedł do ciebie młody zespół z dobrym
materiałem, a ty posłuchałbyś tego i sam
stwierdził „To jest zajebista płyta”? Oni
by przyszli z pytaniem „co my mamy dalej
zrobić?” Co byś odpowiedział?
Wydaje mi się, że ważna jest przede
wszystkim determinacja. Dla młodych
kapel ważne jest granie z większymi kapelami. Jeżeli kapela umie tak
zagrać, że ludzie po koncercie stwierdzają „zajebiście”, to wrócą do domu
i posłuchają. Jeżeli kapela gra na żywo
i wrażenie pozostaje średnie bądź
słabe, to jest wręcz odwrotne. Granie
supportów, ale dobre granie supportów.
Trzeba umieć grać (śmiech). Wiesz,
płyta to nie wszystko, trzeba dobrze
grać koncerty.
Muzyka nie musi być cięższa
brzmieniowo, żeby była
cięższa gatunkowo
No właśnie, jak was widzę na scenie,
to oprócz tego, że umiecie grać, widzę
rzadki element u innych zespołów, czyli
prezencję sceniczną. Myślicie o tym, jak
wyglądać na scenie?
Jasne. Do pewnego stopnia jesteśmy
świadomi naszego wizerunku i chcemy
w jakiś sposób ten wizerunek wykorzystać. Wiadomo, bez przesady. Mamy
taką zasadę, żeby wykonywać 110 procent normy, po prostu napierdalać
podwójnie. Choćby nie wiem co się
działo, czy na widowni jest pięć osób,
czy pięćset. Nie oszukujemy się, to, jak
zespół wygląda na scenie, jest ważne.
Jeżeli jeden ma krótkie spodenki, drugi
ogrodniczki, a trzeci okulary z zieloną
oprawką to zespół nie będzie dobrze
wyglądał grając jakiś sludge, może by
to pasowało do klimatów hipsterskich.
Trzeba to wcześniej przemyśleć. Wydaje mi się, że spójność wizerunku jest
ważna. Wydaje mi się, że generalnie
odbiór zespołu przez publiczność, to,
czy kupują płyty, czy chodzą na koncerty, ma związek z wizerunkiem zespołu. Czy zespół jest uważany za fajny,
mówiąc brzydko, produkt. Choć trudno
powiedzieć jednoznacznie jak to zrobić.
Chciałbym też powiedzieć przede
wszystkim, że na pewno niczego nie
udajemy. Mamy delikatne wzajemne
ustalenia co do wizerunku, na przykład
że na koncert założymy sobie ciemniejsze ciuchy, a nie białe koszulki
Widać, że wasz wizerunek jest przemyślany i wypracowany, a zarazem wydaje
się być szczery.
Zbyt wiele też nie kombinujemy.
Staramy się mieć fajne oświetlenie,
fajnie wyglądać na scenie, fajnie się
zachowywać. Prosta filozofia. Nie jest
tak, że na trzy podnosimy gitary, a na
cztery machamy głowami w lewo. To
byłoby bez sensu. Choć jako muzyk sam
wiesz, że jak się gra dużo koncertów, to
przychodzą pewne nawyki typu „w tym
numerze raczej lewą macham, a w tamtym raczej prawą”. To wszystko dzieje
się podświadomie.
Dziękuję i powodzenia!
9
Cyclobe
Odpowiedni układ planet
Mariusz Doering
Cyclobe to bez wątpienia ważna nazwa,
choć poza ambientową sceną nie występuje raczej w panteonie wielkich gwiazd.
Trochę niesłuszne to zaniedbanie, gdyż
członkowie projektu są w końcu współodpowiedzialni za sukcesy Coila, Death In
June, Current 93 czy nawet ostatniej płyty
Ulver. O ostatnio wydanej płycie „Wounded
Galaxies Tap At The Window”, współpracy
z Nurse With Wound, polskich koncertach
Coila, a także książce „Haunted Air” opowiada Ossian Brown.
Pamiętasz jeszcze, co było pierwszym
impulsem, aby stworzyć Cyclobe ?
Nasz pierwszy materiał został nagrany
w okolicach 1993 roku, na wiele lat
przed premierą „Luminous Darkness”.
Byliśmy wtedy bardzo zafascynowani
francuską sceną elektro-akustyczną,
ówczesną i wcześniejszą. Także ludźmi,
takimi jak Bernard Parmegiani, Francois Bayle, Pierre Schaffer, Todd Dockstader, Rune Lindblad i przede wszystkim
Karlheinz Stockhausen. Ci wszyscy
kompozytorzy mieli już wcześniej
wpływ na to, w jaki sposób i w jakim
stylu będziemy razem nagrywać.
Nasze wczesne sesje były realizowane
w prywatnych studiach i często byliśmy
naprawdę bardzo sfrustrowani z powodu niskiego budżetu i niezbyt sprzyjających warunków. Wciąż nie mogliśmy
osiągnąć odpowiedniego brzmienia.
Jedynym sensownym rozwiązaniem
było stworzenie własnego studia. Było
to ważne zwłaszcza dla mnie i Stephena, dla naszego integralnego rozwoju
oraz poczucia „wspólnych fluidów”.
Poznaliśmy się podczas wspólnej pracy
z Coil, kiedy mieszkałem z Johnem i Peterem, wiele lat temu. Muzyka zawsze
była ważnym elementem w naszym
życiu i dzielimy się nią przez cały czas,
wciąż czujemy ten wewnętrzny przymus tworzenia.
Chciałbym żebyś powiedział mi coś więcej
o „Luminous Darkness” i „The Visitors”,
czy nasuwają ci się jakieś refleksje z tamtego okresu?
Przykro mi, ale jest mi bardzo trudno
powrócić do tamtych sesji. To nie są
dla mnie łatwe wspomnienia.
Czy możesz zatem opowiedzieć o współpracy z Nurse With Wound?
Kiedy Steve Stapleton dał nam oryginalną wersję „Angry Eelectric Finger”,
byliśmy zaszczyceni możliwością
10
posłuchania tego albumu. Czuliśmy,
że jest niemal perfekcyjny. Ani dla mnie
ani dla Stephena perspektywa miksowania czyjejś muzyki nigdy wcześniej nie
była czymś ekscytującym, odrzucaliśmy
wiele propozycji, które do nas napływały.
Na ogół z całym wkładanym wysiłkiem
i zaangażowaniem w remiksowanie
kawałka dla kogoś innego czuję marnotrawienie czasu. Wolę skoncentrować się
wał swą walkę z alkoholizmem. Z kolei
w Łodzi mieliśmy bardzo mało czasu
i niezbyt dobrze pamiętam występ.
Kościół, w którym graliśmy w Gdańsku,
był przepiękny, to wielka wspaniała
przestrzeń, wszyscy byliśmy zresztą
zachwyceni architekturą tego miasta.
Chciałbym wrócić tam ponownie, tym
razem ze Stephenem.
W podświadomości bez przerwy tworzę nowe pomysły odnośnie
tego, co w przyszłości moglibyśmy zrobić, które z obecnych
pomysłów możemy wykorzystać w dalszych etapach pracy. Idee
same się mnożą, niektóre fragmenty przechodzą przez kolejne
etapy kilkanaście razy
na tworzeniu nowej kompozycji. Jednak
kiedy Steve zapytał nas, czy zrobimy
dla niego remiks, odpowiedzieliśmy,
że spróbujemy. Już wtedy byliśmy dobrymi przyjaciółmi i nie mogliśmy odmówić. Kiedy słuchaliśmy surowej wersji
„Angry Eelectric Finger” zastanawialiśmy się, co jeszcze możemy „upiększyć”
w tym gotowym przecież materiale.
Bóg wie, co mogliśmy z tym zrobić!
Początkowo czułem się zbędny i bardzo
nieusatysfakcjonowany. Z drugiej strony
mogliśmy uzyskać coś zupełnie innego,
używając nagrania Nurse With Wound
jako źródłowego podkładu. Mogliśmy
być brutalni dla tego materiału i stworzyć rzecz zupełnie nową. Nie uważam
tej płyty za jakiś remiks; jest to w pełni
współpraca pomiędzy Cyclobe i NWW.
Utwory brzmią jak nasze, czujemy jakby
to był nasz trzeci album, włożyliśmy
w niego masę emocji i energii. Na szczęście Steve był bardzo szczęśliwy i podekscytowany tym, jak radykalne było nasze podejście do tego utworu. Z drugiej
strony, kiedy myślę o tym teraz, wydaje
mi się, że tak naprawdę był przerażony.
To wszystko było częścią Paraparaparallelogrammatica i jesteśmy z niej bardzo
dumni. Niestety współpraca z wytwórnią
Beta-lactam Ring Records, która była odpowiedzialna za wydanie tego materiału,
nie przyniosła nam nawet pensa.
Powspominajmy jeszcze trochę. Jakie były
twoje wrażenia z pobytu w Polsce kilka lat
temu?
Byłem tylko raz w Polsce podczas koncertów z Coil. Graliśmy wtedy w Gdańsku i Łodzi. Byliśmy bardzo zadowoleni
z koncertu w Gdańsku, mimo, iż był
to dla nas wszystkich bardzo trudny
okres. John był bardzo chory i przegry-
Wasz ostatni materiał „Wounded Galaxies
Tap At The Window” jest już dostępny
na winylu, za chwilę ukaże się na CD.
Czy w związku z tym planujecie jakieś
koncerty?
Nie, w najbliższym czasie nie planujemy
żadnych koncertów. Cały zarejestrowany
materiał jest bardzo złożony i trudno
byłoby go zaprezentować na żywo.
To wszystko wymaga sporo czasu
na reinterpretację tych utworów tak, aby
zabrzmiały dobrze na koncercie. Zresztą
sama przestrzeń musiałaby być odpowiednia, w grę wchodzi jeszcze odpowiedni układ planet, itp. Wszystko musi
być dopracowane zanim zdecydujemy
się na ten krok.
W takim razie – czy pracujecie już nad
kolejnym albumem?
Jesteśmy w trakcie komponowania
materiału na nasz nowy album, który,
mamy nadzieję, ukaże się w przyszłym
roku. Potem pewnie będziemy mieć
wreszcie czas, aby skupić się na jakichś
koncertach lub może uczestniczyć
w innych projektach. Na razie jesteśmy
w pełni skoncentrowani na pracy w studiu. Kiedy rejestrowaliśmy „Galaxies”
w studiu pojawili się Michael J. York,
Cliff Stapleton i Thighpaulsandra i była
to naprawdę świetna zabawa; był także
John Contreras, z którym znamy się
od wielu lat. Współpracowałem z nim
już w Current 93. Jesteśmy wszyscy
przyjaciółmi, a John posiada niesamowity instynkt do tworzenia przestrzeni,
którą chcielibyśmy uzyskać w Cyclobe.
Nasza praca jest dla mnie niesamowitym
doświadczeniem. Zresztą bez względu
na obraną metodę tworzenia efekty są
takie, jak zakładaliśmy. Obecnie wciąż
sporo pracujemy nad akustycznym
Fot. archiwum zespołu
brzmieniem, dopracowujemy też nasze
wcześniejsze utwory. Chyba niewiele
osób zdaje sobie sprawę, jak bardzo
jesteśmy na nich skupieni, przenosząc
ich jak najwięcej do „Wounded Galaxies”.
Jestem bardzo szczęśliwy, chyba jak
nigdy przedtem, wliczając w to wszystkie wcześniejsze sesje nagraniowe.
Nagrywanie „The Woods Are Alive With
the Smell of His Coming” omal nas nie
zabiło! Mamy tendencję do pracy w bardzo długim czasie, w dużej koncentracji.
Lubię wtedy odłożyć wszystko na dalszy
plan, gdzieś na bok, na szary koniec
mojego umysłu. W podświadomości bez
przerwy tworzę nowe pomysły odnośnie
tego, co w przyszłości moglibyśmy zrobić, które z obecnych pomysłów możemy
wykorzystać w dalszych etapach pracy.
Idee same się mnożą, niektóre fragmenty przechodzą przez kolejne etapy
kilkanaście razy. To jest gra cierpliwości,
w którą graliśmy wielokrotnie tworząc
„The Woods...”. Zatracaliśmy się w niej
i tak naprawdę to chyba zgubiliśmy się
trochę. Ale moje serce zawsze mówi
mi, że powinienem wytrwać w tym
wszystkim.
Porozmawiajmy chwilę o twojej książce
„Haunted Air”, która ukazała się w ubiegłym roku w Wielkiej Brytanii. Jakie masz
masz plany z nią związane?
„Haunted Air” będzie wydana w USA
we wrześniu tego roku tak, aby zdążyć
na Halloween. Jestem szczęśliwy, że dojdzie to do skutku. Wszystkie zdjęcia
zawarte w niej pochodzą oryginalnie
z Ameryki i to będzie fascynujące
zobaczyć, jak Amerykanie zareagują
na tę książkę. Duch wraca do domu,
dopadnie znów Amerykę! Książka jest
prawdziwą mieszanką martwych dusz,
ponieważ większość sfotografowanych osób już nie żyje. Jest kilka zdjęć
o łagodniejszym nastroju, ale kilka
zdjęć w moich oczach wygląda bardziej
„brzydko” i wcale nie tak staro. Niektóre fotografie są mało komfortowe
dla odbiorcy, są bardziej przerażające;
mówią o problemach dzisiejszego świata. Przypominają również przerażające
zdjęcia z amerykańskiego więzienia dla
jeńców w Abu Gharib. To są jakby duchowe „przypominacze”. Jestem ciekaw, jak
ludzie to odbiorą.
Nie słucham już tak dużo
muzyki. Teraz muszę
przezwyciężać siebie, żeby
tworzyć muzykę, więc
preferuję ciszę
Mam kilka pomysłów na wystawy i praca
nad nimi jest bardzo ekscytująca. Może
przygotujemy także jakieś nagranie
w nawiązaniu do książki, ale nie zdecydowaliśmy jeszcze, jaką formę przybiorą
i czy w ogóle je wypuścimy. Te fragmenty pochodzą głównie z małych instrumentów dętych, głosów i liry korbowej
– trochę inne dźwięki niż dotychczasowe
Cyclobe, ale bardzo zbliżone duchowo
do naszej muzyki. Ta książka szła dziwną
drogą i jestem ciekawy, co jeszcze się
stanie.
Na koniec powiedz parę słów o twoich
ulubionych artystach, muzykach, którzy cię
inspirują.
Cóż mój ulubiony artysta to Austin
Osman Spare. Jego prace są niesamowicie żywe, inspirujące i zagadkowe,
z magicznym pierwiastkiem. Lubię
także malarstwo innych współczesnych
artystów, takich jak Fred Tomaselli,
Alex Rose, David Nooman, Philip Allen.
Muszę też wymienić wielkich mistrzów
jak Francis Bacon, ale także bardziej tradycyjnych portrecistów jak Glyn Philpot.
Bardzo lubię Franka Brangwyna i Alberta
Goodswina, plenery i krajobrazy są bardzo piękne i inspirujące.
Nie słucham już tak dużo muzyki. Teraz
muszę przezwyciężać siebie, żeby tworzyć muzykę, więc preferuję ciszę. Kiedy
już czegoś słucham, to lubię angielskiego
folkowego piosenkarza Lala Watersona
i indyjskiego kompozytora Kaikhosru Sorabji. John Jacob Niles i Jimmy Scott; wykonawcy jak Bulet Ersoy są zdumiewający, to jest niesamowita artystka z Turcji,
jej śpiew jest dla mnie miażdżący, niesamowicie ściska mnie za serce. Dotyczy
to także mojego przyjaciela Antonego,
którego głos i utwory są pełne uczucia.
Zdarza mi się także słuchać Moondog,
Sun Ra, Pandit Pran Nath’s – „Ragas Of
Morning And Night”. Niemożliwe, żebym
wymienił wszystkich, którzy inspirują
mnie w jakiś sposób, ale każdy z nich
przemawia do mnie w inny sposób.
Czy chcesz coś dodać na koniec?
Dziękuję za możliwość prezentacji
Cyclobe.
11
Z dwunastej strony
Bartosz Hervy
Witam nowe pismo dla sceny dark w Polsce i witam Ciebie,
Drogi Czytelniku. Mam nadzieję być tutaj na dłużej i czasem
pisać różności. Niekoniecznie miłe i na pierwszy rzut oka karcące Cię niekiedy.
Nie chciałbym tu marudzić albo złowieszczyć, chciałbym natomiast zwrócić Twoją
uwagę na pewne aspekty, które wydają mi się dziwne, ciekawe oraz dość oryginalne
na scenie dark. Zatem do roboty.
Kiedyś, tak z 10 lat temu, pojawiło się pismo „Black Flames”, wydawane przez wytwórnie o tej samej nazwie. Nie wiem, czy to pamiętasz, ale ja pamiętam. Wytwórnia
ta próbowała pobudzić w Polsce scenę dark independent, choć przecież wtedy jeszcze
nikt nie używał tego słowa. Black Flames wydawała kasety (tak, tak, kasety) z muzyką małych i średnich gotycko-elektronicznych wytwórni. Organizowała koncerty,
choćby pierwszy Combichrist w Polsce, na którym można było zauważyć jakieś 200
osób i ultra-elektro-punk-pogo. Były to wspaniałe czasy.
Wróćmy do pisma, które miało jeden numer i zniknęło na dobre. Pierwsza próba nieudana. Black Flames przestał istnieć, pewnie z powodu coraz częstszego już wówczas
pożyczania płyt z internetu. Ale coś zaczęło się dziać. Oprócz coraz większej popularności Castle Party, odbywały się inne wydarzenia związane bezpośrednio z tematem.
Później był „OFF – Independent Culture”, wydawany przez Big Blue Records. Pamiętasz? Było to pismo dość podobne w wyglądzie do Black Flames. Tym razem do
gazety dodawana była płyta, która miała zachęcić czytelnika do sięgnięcia po ten
branżowy periodyk. Ukazało się parę numerów. Pismo znikło. Druga próba nieudana.
Kilka lat przyszło nam czekać na kolejnego śmiałka, to dość długo. „Gothica” była
kolejną próbą namacalnej pachnącej świeżym drukiem gazety, o tak bardzo nam
bliskiej tematyce jak electro, cyber czy gothic. Tylko od Ciebie zależało, czy utrzyma
się na rynku, czy jak poprzednie, błyskawicznie zniknie. Znikła.
Brzmi znajomo?
Teraz mamy „Przesilenie”. Redakcja się nie poddała, a zastępca redaktora naczelnego „Gothiki”, a teraz redaktor naczelny „Przesilenia”, wierzy w projekt z całych sił.
Macie przed sobą nowy zin, traktujący o szeroko rozumianej scenie dark independent, najszerzej jak się da, czasami nawet wykraczający poza te granice. Ale o to
chodzi, bo tak naprawdę tylko przekraczanie granic ma sens.
Nie pozwólmy zginąć tej idei.
Pamiętam swoje młodzieńcze czasy, jak z wypiekami na twarzy czekałem na nowe
numery ulubionych gazet. Na początku było to „Bravo” i „Popcorn” (tak, tak Drogi
Młody Czytelniku), trochę później „Metal Hammer”. Tak naprawdę to druk oswoił
mnie z alternatywną muzyką. Choć mój gust muzyczny był bardzo wybiórczy jeżeli
chodzi o growlingi i szatany, czytałem wszystko, bo było ciekawie i świeżo. Były
prawdziwe wywiady, a nie krótkie statusy na fejsbukowych profilach zespołów. Były
informacje od źródeł, a nie plotki na forach. Jasne, każdą nowinkę omawiało się na
IRC-u, ale to dzięki prasie poznałem wiele interesujących kapel. Najpierw znałem je
z wywiadów, z recenzji, potem dopiero z muzyki. Teraz jest już trochę inaczej. Tyle
tego wszystkiego, że aż nie wiadomo, o czym czytać. Więc nie czytamy o niczym. Tyle
tego do słuchania, że trudno nam dotrzeć do rzeczy naprawdę dobrych. Z dziesiątek,
setek ściągniętych płyt po latach wraca się do kilkunastu, po udanych poszukiwaniach w serwisach aukcyjnych. Setki, tysiące przeczytanych w necie notek, a po latach
pamiętam jedynie najlepsze prasowe wywiady.
Nie marnujcie szansy. Ja przeczytam niniejsze pismo od deski do deski, odłożę je
potem na półkę, wierząc, że poznam coś nowego, inspirującego na lata.
Jeśli kupiliście to pismo odmawiając sobie wyjścia na bilard czy kebaba, spróbujcie
przeczytać je do końca. Jeżeli zaś zastanawiacie się, czy aby te pieniądze wydać na
cyber okulary czy kolczyki hello kitty w odjazdowym, różowym kolorze, to może nie
powinniście słuchać muzyki?
Nie chcemy czwartej nieudanej próby.
12
[haven]
Orientalna
melancholia
Selena Pokitko
Zmęczony medialnym szumem po wydaniu „Amity” – Marcin Jarmulski nie był
zbyt skory do udzielania jakiegokolwiek
wywiadu. Pod wpływem genialnej nazwy
naszego magazynu wzruszył się jednak
i, w drodze wyjątku, zgodził na krótkie
podsumowanie bieżących wydarzeń
muzyczno-politycznych. W poniższej
rozmowie, tajemniczy niczym Rudy Ratzinger, opowiada o nowej płycie, krajach
bliskiego wschodu i obawie przed utratą
obywatelstwa.
Ostatnia płyta [haven] – „Amity” – różni
się od Twojego poprzedniego materiału,
zdradza to już tytuł. Czy mógłbyś opowiedzieć o tej zmianie stylistyki i o muzyce
na niej zawartej?
Nigdy nie grałem w jakimś konkretnym
stylu. „Amity” jest po prostu kolejnym
etapem w rozwoju [haven]. Wydaje mi
się, że to stosunkowo przystępna płyta
(jak na eksperymentalne standardy).
Miałeś na nią jakiś konkretny pomysł? Czy jest to jakaś historia którą
opowiadasz?
Początkowo, istotnie miał to być swoistego rodzaju koncept. Finalnie jednak
pozwoliłem sobie na stylistyczny luz
i różnorodność.
Ponoć pierwsze pomysły są najlepsze.
Co zatem straciliśmy? Zrezygnowałeś
z tego całkiem czy odłożyłeś w czasie?
Zrezygnowałem, nie chcę ograniczać
tego, co robię do konkretnej formy
i narracji.
Czy w takim razie to co prezentujesz na
„Amity” jest zwrotem w kierunku żywych
instrumentów i wokali?
Niekoniecznie, aczkolwiek, po albumie
„Plastic” chciałem uzyskać bardziej naturalne, nieco chropowate brzmienie.
Twoja współpraca z wytwórnią Tympanik
Audio nie trwała długo, bo „Amity” wyszło
już w gdańskim Zoharum...
W sumie nadal mam aktualny kontrakt
z Tympanik Audio, więc współpraca
trwa nadal. Bardzo prawdopodobne,
że następny krążek ukaże się właśnie
w owym labelu. Ponadto zależało mi,
aby wydać „Amity” w 2010 roku.
Czy odczułeś różnicę we współpracy
z dużą światową wytwórnią a lokalną?
W muzyce [haven] mnóstwo jest rozmaitych orientalno-egzotycznych inspiracji.
Czy jest to temat szczególnie bliski Twemu
sercu?
Przez lata wmawiano mi, że wyglądam
jak cygańskie dziecko, stąd zapewne
moja orientalna melancholia i skłonność do arabskich zaśpiewów. Nawet
rozmawiając z Tobą, mam przed sobą
pocztówkę z beduinami.
Myślałam, że może interesujesz się jakimiś historyczno-kulturowymi sprawami.
Rozumiem teraz, że to po prostu Twój
wewnętrzny cygański zew.
Też, ale to trudno sprecyzować. Lubię specyficzny smutek w tego typu
dźwiękach.
Fot. Piotr Rymer
Chciałabym zapytać Cię też o sample,
które wykorzystujesz na płytach, szczególnie na „Plastic”. Zawsze mnie zastanawiało
skąd się bierze sample śmiejących się
dzieci...
Trzeba oglądać dużo filmów i mieć
szczęście. Niestety, mam mało czasu na
oglądanie wielu filmów, więc wnioskuję,
że muszę mieć ogromne szczęście.
Wybór Tympanik był naturalną konsekwencja Twojej ewolucji muzycznej, a romans z Zoharum to chyba tak jakby krok
wstecz do dark ambientowego rynsztoka?
Wydawnictwa niezależne prezentują aktualnie bardzo podobny poziom, dlatego
nie przesadzajmy z tym rynsztokiem,
ponadto jestem chyba trochę jak dziwka,
która nie wie komu dupy dać.
Jak to się stało, że Twój „solowy projekt”
tak powiększył skład? Czy ostatnie słowo
w kwestii muzyki nadal należy do Ciebie?
Powiększenie składu nastąpiło naturalnie. Magda wprowadziła spore ożywienie w moje muzyczne poczynania,
myślę, że sporo się dzięki temu nauczyłem. Kwestie muzyczne nadal pozostają
jednak pod moją kontrolą i taki podział
najbardziej mi odpowiada. Z resztą
solowy projekt przestał być solowy, aby
ludzie nie marudzili, że na koncertach
nic się nie dzieje.
To dla Ciebie naprawdę tak ważne – co ludzie powiedzą?;)
Bardzo, szczególnie tacy, którzy uważają,
że zespoły postindustrialne/alternatywne powinny mieć wtyki w skupach
złomu, i za każdym razem okraszać
występ miarowymi uderzeniami w jakiś
metalowy szajs.
Jesteś bardzo tajemniczy...
Staram się otaczać nimbem tajemniczości, dzięki temu wierzyciele mają problemy z namierzeniem mojej osoby.
Tak też myślałam. Czy bliska jest Ci cała
estetyka industrialna, charakterystyczna
dla tego typu muzyki? Cały czas wokół
niej oscylujesz, biorąc pod uwagę Twoje
inspiracje muzyczne, czy koncerty na
wydarzeniach typu Wrocław Industrial
Festival.
Masz rację, to istotnie może tak wyglądać. Osobiście, nigdy nie czułem się
częścią sceny industrialnej. Czasami
wydaje mi się, że [haven] jest zbyt mało
alternatywny dla fanów industrialu,
z kolei dla fanów popu może wydawać się nie do przełknięcia. Egzystuję
w eklektycznej próżni.
Odżegnujesz się od industrialu i całego
tego klimatu ale po prostu nie wiesz jak
to delikatnie zakomunikować światu?
Nie odżegnuję się, po prostu zauważam
różnice. Daleko mi do stricte industrialnej stylistyki. Muzyka [haven] to wypadkowa wielu elementów i inspiracji,
to dźwięki dla osób otwartych. Zamykanie się w jakiejś konkretnej stylistyce
nie ma większego sensu.
Jak odnosisz się do interakcji muzyka –
film? Czy wyobrażasz sobie swoją muzykę
w kategorii muzyki filmowej? Graliście
na międzynarodowym festiwalu animacji
do filmu Johna Carpentera „Dark Star” –
jak to wspominasz?
Mam nieco chaotyczne wspomnienia,
nie wszystko ułożyło się po naszej myśli.
Łączenie obrazu z muzyką to kapitalna
sprawa. Chciałbym kiedyś móc stworzyć
muzykę do filmu.
Masz na myśli jakiś konkretny gatunek?
Nie mam, więc proponuję zmienić
temat.
Ok, z cyklu „pytanie do eksperta”, biorąc
pod uwagę Twoją karierę naukową...
Nie, Seleno, ten kran źle podłączyłaś.
Mimo wszystko zaryzykuję. Czy muzyka
to filozofia? Interpretacja dowolna, żeby
Cię nie stresować.
Nie, śmiało można oddzielić filozofię od muzyki. No chyba, że bierzemy
pod uwagę następujący komunał:
muzyka to moja filozofia albo tworzenie
muzyki to moja filozofia etc. Tak czy
owak, ludziom często wydaje się, że każde przemyślenie, wykraczające poza
sporządzenie listy zakupów – to już filozofia. To równie zwodnicze, jak standard
hoteli w Egipcie.
Bardzo aktualne porównanie.
Możliwe, aczkolwiek obawiam się, że
rewolucja może wszystko zmienić.
Kto wie, może w przyszłości, jedynym
arabskim zaśpiewem, będzie fragment
mojego utworu.
Przeżywasz to, co dzieje się w krajach
arabskich?
Nie, trudno przeżywać mi cokolwiek,
co dzieje się poza granicami mojego
mieszkania. Jedynym novum były rekiny
na egipskich plażach, ale finalnie, wydało mi się to jedynie tandetnym wskrzeszaniem hitu Spielberga. Co ciekawe,
żaden z Polaków nie ucierpiał. Jak widać,
nawet rekiny nas omijają.
Czy masz już wizję następnej płyty? Może
będzie to tym razem trybut dla Japonii?
Mam już 4 kawałki. Możliwe, że wydam
to pod inną nazwą, dam sobie drugą szansę, aby pokonać ignorancję.
Nowe kawałki grałem już na koncercie
w Gdańsku. A Japończycy nie powinni
narzekać, to prawdziwy dramat tylko dla
tych, którzy mieszkali obok plaż. Reszta
może się cieszyć, plaże przyszły do nich.
Dobra płyta której ostatnio słuchałeś lub
książka którą czytałeś?
Płyta: Hybryds – „Ritual Anthology”,
Kryptic Minds oraz Matta. Książka: „Kobiety” Bukowskiego, powróciłem też do
„Zapisków psychopaty” Jerofiejewa.
Pochwalam. Na koniec Twój przekaz dla
świata i fanów [haven] na naszej planecie,
także muzułmanów.
Fanów zachęcam do słuchania muzyki
[haven] oraz przychodzenia na koncerty,
muzułmanów skromnie proszę o przesyłanie sampli.
13
Tryp
Reportaż
Wojciech Wawrzak
Tryp to łódzki projekt Pawła Cieślaka,
Marcina 11 Pryta, Roberta Tuty i Kuby
Wandachowicza. Od stycznia do kupienia
w sklepach jest ich pierwszy wspólny
album „Kochanówka”. W całości można
go też posłuchać na zespołowym profilu
MySpace. I tyle słowem wstępu. Resztę
dopowie Marcin 11 Pryt.
Fot. archiwum zespołu
„Kochanówka” to brudna, brzydka, momentami wręcz odrażająca i trudna w odbiorze
płyta. Po co nagrywa się takie albumy?
Nie mieliśmy żadnego celu. W pewnym
momencie to się po prostu wydarzyło.
Musieliśmy po prostu tę płytę nagrać
i wydać. Nie interesuje nas produkowanie dźwięków, które by nas nie wyrażały
w konkretnym punkcie czasoprzestrzeni,
więc może ta płyta to dokument o nas
samych: brudnych, brzydkich, odrażających i trudnych w odbiorze.
14
Skąd koncepcja szpitala psychiatrycznego
i jego pacjentów? Co skłoniło was do sięgnięcia po akurat taką tematykę?
Z racji swoich korzeni żydowskich interesuję się tematyką Zagłady i w którymś
momencie natrafiłem na historię Akcji
T4, nazistowskiej eksterminacji ludzi
psychicznie chorych. Okazało się, że jeden z wątków rozgrywał się nieopodal
mojego domu, w zasadzie kilka przystanków tramwajem. Oprócz psychicznie chorych Żydów, zginęli tam Polacy.
Odkrycie to było dla mnie zdumiewające
w kontekście urzędowo głośnych obchodów patriotycznych rocznic, a także
rocznic związanych z łódzkim gettem.
I nagle w tym wszystkim zapomniano
o chorych psychicznie ofiarach. Nie było
żadnych prób zaznaczenia, wspomnienia ani upamiętnienia 70. rocznicy tych
mordów, tak jak hucznie obchodzono
rocznice wybuchu wojny, powstania warszawskiego czy nawet jakiejś pierdolonej
bitwy pod Grunwaldem. Wtedy głośna
była też sprawa znęcania się personelu
nad pacjentami w którymś ze współczesnych szpitali psychiatrycznych. Do tego
doszła lokalna teraźniejszość fatalnego
stanu obecnej Kochanówki, gdzie widok
z okien nie pomaga w dojściu do względnej równowagi psychicznej… W pewnym
momencie wszystkie te wątki połączyły
się w jedną całość.
Wystartowaliśmy w necie z EP-ką „Wędrówka ludów” dedykowaną futuryzmowi. W stulecie pierwszego manifestu,
w lutym 2009 roku. Ten futuryzm
historycznie był tragicznie związany
z dzisiejszego świata
z faszyzmem. Zawsze mnie to odrzucało. Fascynowały mnie futurystyczne
idee przyszłości, teorie dźwięków i kina.
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że bliżej mi jednak do ofiar faszyzmu
i nazizmu, niż do włoskich pilotów-futurystów, pomagających bombardować
Hiszpanię w 1936 roku, czy wstrząsającej
dla mnie fotografii Marinettiego w mundurze oficerskim w czasie rosyjskiej kampanii w 1942 roku, u boku niemieckiego
sojusznika. Po takiej konstatacji jedyną
możliwą drogą była próba, podkreślam,
próba, zwrócenia uwagi na te 600 osób,
o których nikt nie pamiętał. Dlatego mój
przyjaciel ze swoja żoną napisał informację o tym, co się tam stało i może dzięki
temu teraz o tym mówimy.
Po wydaniu płyty sprawą zainteresował
się Urząd Miasta, zakupił egzemplarze. Może to zaowocuje jakąś skromną
tablicą, może nowoczesną salą rehabilitacyjną, albo chociaż dodatkowymi
etatami dla profesjonalnych psychiatrów.
Nie wiem, może to byłoby najlepsze
wyjście. Bo nasza płyta jest tylko taką
dźwiękową tablicą, nieprzyczepioną
w sumie nigdzie.
We wkładce do albumu znajdziemy
rzecz szczególną, esej na temat zbrodni
hitlerowców nad pacjentami łódzkiego
szpitala psychiatrycznego w 1940 roku.
Kontrowersyjny zabieg. Można by postawić
pytanie, czy to jeszcze rejony aktywności
odpowiednie dla muzyków?
W przypadku „Kochanówki” nie uważam,
żebyśmy zrobili coś nieodpowiedniego.
Oprócz wspomnienia o ofiarach z 1940
roku zderzasz się z monologiem współczesnego pacjenta. To wszystko, moim
zdaniem, jest ze sobą nierozerwalnie
połączone. Wnioski, emocje, należą do
ciebie. Oczywiście wielu uzna, że to nie
jest okej. To jest moja któraś z kolei płyta,
którą nagrałem, kończę w tym roku 40
lat. Wszystkimi siłami protestuję i nie
zgadzam się z twierdzeniem, że są jakieś
ograniczenia poza naszą wyobraźnią.
Nawet jeśli uznasz, że przekroczyliśmy
granicę i wkroczyliśmy w rejony nieodpowiednie dla muzyków, mogę tylko
najprościej odpowiedzieć, że to ty masz
problem. W sztuce nie ma żadnych
granic, żadnego tabu. Kontrowersje i prowokacje, skandale i poszerzanie przestrzeni to jej tlen. Gdybym zastanawiał
się, co jest odpowiednie dla muzyków,
poetów, pisarzy czy twórców komiksów,
przypuszczam że do dzisiaj byłbym
paletowym w hurtowni farmaceutyków
i sfrustrowany swoim niespełnieniem
wysyłałbym dostawy leków zamiast do
Słupska to do Krakowa. Jestem na scenie,
mogę dostać kilka gwizdów, usłyszeć
parę szyderstw albo dostać puszką
w twarz, przeczytać złośliwy komentarz
na Facebooku czy jakimś forum, ale to
nie może wpływać na moją postawę. Nie
mogę się poddać temu, co odpowiednie
współcześnie, bo to jest równoznaczne
z tym, że to jest już martwe.
Czy pomylę się, jeśli powiem, że Tryp już
w momencie powstania nakierunkowany
był na penetrację rejonów niebanalnych,
zawiłych, trudnych, niedostępnych?
Nie, nie pomylisz się w tym że Tryp to
projekt, który za każdym razem ma zmieniać kształt, którego każdy koncert musi
być inny, każda ewentualna nowa płyta
musi być czymś dla nas odkrywczym
i posuwającym nas coraz bardziej w nieznane. Takie były zasady cyrografu, który
podpisałem z Kubą Wandachowiczem
i Robertem Tutą, a potem doszedł jeszcze
nasz producent Paweł Cieślak. Takie
dokumenty podpisuje się krwią.
Trudno powiedzieć abyś śpiewał na tej
płycie. Krzyk, melorecytacja, deklamacja, to pojęcia bliższe. Sesja nagraniowa
od strony wokalnej musiała być niezwykle
wymagająca.
Wspominam to zawsze, ale powtórzę
i teraz – nie jestem wokalistą. Śpiewam
najlepiej jak potrafię. Sesja nagraniowa
była ważna przede wszystkim po to,
żeby umieć w te zera i jedynki wycisnąć
wszystko, co mnie gniotło w mózgu
i ciele. Przejście z bio w cyber, to jest
najtrudniejsze. Później szukasz tego
na płycie i albo to znajdujesz, albo nie.
W przypadku „Kochanówki” słyszę tam
te swoje autentyczne rzężenia i to jest
satysfakcjonujące.
Płyta jest dla odbiorcy trudnym do przełknięcia depresantem. Ale jeżeli z taką siłą
atakuje słuchacza, to z jaką siła musiała
atakować twórców w procesie jej powstawania? Jak trudno jest stworzyć i nagrać
taki album?
To trwało trzy lata. Najpierw Kuba
tworzył podkłady. Potem ja chodziłem
z jego podkładami po mieście, próbując
dopasować słowa. Po kilku miesiącach
pierwsze próby z Robertem w składzie,
kilka koncertów. Wreszcie nagrywanie
płyty około pół roku i tworzenie kwartetu
z Pawłem. Największym problemem dla
mnie jest znalezienie czasu. Wszyscy
gramy i uczestniczymy w rozmaitych
projektach artystycznych i życiowych, i to
wszystko się często mocno wydłuża, ale
cieszę się z każdej kolejnej wydanej płyty
czy to 19 wiosen czy Trypa. A po latach
zapominam, że to trwało ćwierć dekady.
Największe trudności sprawia zawsze
bezwzględna armia cyfr i wskazówek
zegarów.
Musiała wam towarzyszyć świadomość ciężaru tego materiału. Nie obawialiście się,
że dla słuchaczy będzie on nie do udźwignięcia? Wypuszczenie takiego albumu
w eter można rozważać w kategoriach
pewnego aktu odwagi.
Odwaga? Czym jest odwaga? Odważni są
ludzie walczący o przetrwanie, pomagający innym ryzykując utratę własnego
życia, wytrzymujący tortury, walczący
o wolność w Tybecie, na Wybrzeżu Kości
Słoniowej, Libii, Haiti czy Japonii. Sztuka
jest sztuczna. To są oczywiście akty, ale
twórcze, czasem ekstatyczne, ekstremalne, ale w ramach idei ekscesu. Wszystko
jest odliczane w garderobie, lecz cały
czas to jest jednak sztuka. Ryzykujemy
tylko swoje dobre imię, nie życie. Nawet
jeśli się skompromitowałem, to dalej
żyję i mam kolejną szansę. Daję z siebie
wszystko, to prawda, ale można o mnie
zapomnieć i nie ma problemu. Ja sobie
gdzieś dożyję emerytury z żoną, kotami
i komiksami.
Chciałbym nawiązać do jednego utwory
z płyty. „Uwaga! Człowiek!” to gorzka refleksja o zastanej rzeczywistości. Czy wasze
spojrzenie na świat, ludzkość rzeczywiście
jest aż tak pesymistyczne? Czy to raczej
hiperbolizacja, mająca wzmocnić przekaz?
Cholera. Uważasz, że „Uwaga! Człowiek”
to hiperbola? Dla mnie to absolutnie
aktualny reportaż z dzisiejszego świata.
Mało tego, jeszcze zbyt delikatnie
opowiedziany. To nie jest pesymizm.
To realizm. Nie wierzę w pesymizm, wybieram zawsze optymizm. Wiem, może
to brzmieć paradoksalnie, ale to właśnie
taka postawa pozwala mi przetrwać
w tym współczesnym gównie. Mój
prywatny optymizm plus realizm, zero
złudzeń, i do przodu!
„Kochanówkę” mieliście już okazję
zaprezentować na żywo. Z jaką reakcją
publiczności się spotkaliście? Jak wyglądały te koncerty z waszej perspektywy?
Prezentacja takiego materiału na pewno
stanowi pewne wyzwanie. Były obawy,
czy ludzie w ogóle będą chcieli słuchać
tego na żywo?
Koncert to jest stan poza tymi wszystkimi pojęciami typu reakcja publiczności
15
czy opinie, aplauz, gwizdy… To jest taki
moment, w którym jestem na właściwej planecie we właściwym momencie
swojego czasu i wymiaru, we właściwej
konstelacji i tak dalej. Patrzę w stroboskop i wykrzykuję swoje teksty, i to jest
dla mnie ważne. To jest moja godzina.
Nic więcej, nic mniej.
sze emocje zawsze wzbudzali u mnie
aktorzy niezawodowi albo z jakimś
własnym szaleńczym charyzmatem,
a nawet niezamierzonym defektem. Tryp
to muzyka i słowa, wszędzie się sprawdzimy dopóki będziemy uczciwi wobec
siebie i będzie za nami wisiał nasz znak
ślepej ulicy. Czy będzie to awangardowy
Ryzykujemy tylko swoje dobre imię, nie życie. Nawet jeśli
się skompromitowałem, to dalej żyję i mam kolejną szansę.
Daję z siebie wszystko, to prawda, ale można o mnie
zapomnieć i nie ma problemu.
Powiedziałbym, że jesteście fenomenem. Sprawiliście, że to, co nieprzyjemne
i odpychające dla wielu stało się piękne,
fascynujące. Czy to już pełnia sztuki?
Nie wiem. Wiem tylko, że chcę nagrać
z Trypem i 19 Wiosnami jeszcze kilka
płyt. Napisać i narysować kilkadziesiąt
komiksów i powieści, zrobić w chuj
rysunków. Koledzy też non stop wydają nowe rzeczy, a inni artyści? Pełnia
sztuki? To jakieś następne złudzenie…
Zawsze jest kolejny słup na drodze…
Pełnia sztuki, a może to samobójstwo?
Dla mnie „Kochanówka” funkcjonuje
w dwóch odrębnych płaszczyznach.
Muzycznej i lirycznej. Muzycznie po prostu
tej płyty nie lubię. Nie jestem w stanie jej
słuchać. Lirycznie jestem pełen uznania.
I zdaję sobie sprawę, że muzyka uwypukla
przekaz, naturalnie z nim koresponduje,
ale czy równie dobrze nie obroniłyby się
same teksty?
Mógłbym się z tobą założyć o trylion
Afro [planowana przez Kaddafiego
waluta dla Zjednoczonych Stanów Afryki
– red.], że nie rozmawialibyśmy teraz,
gdybym wydał tomik pod tytułem „Kochanówka”. Nigdy byś o mnie nie usłyszał, a przyjemność udzielania wywiadu
byłaby mi obca. Planuję wydać taki tomik, ale czekam aż mój wydawca [Lampa
i Iskra Boża – red.] zbierze na niego
fundusze, nie spieszy się mi. Może jak
wyjdzie, będziemy mogli sprawdzić siłę
tylko i wyłącznie słów. Dla mnie jednak
to, co zrobili muzycznie i dźwiękowo
koledzy, to właśnie wzmocnienie, walor,
właściwa płaszczyzna dla tych treści.
To kolejny wymiar, sygnał, komunikat,
opcja, sugestia i propozycja interpretacji.
W jednej z recenzji jej autor zastanawiał
się, czy płyta nie zostałaby lepiej zrozumiana w połączeniu z obrazem wskazując,
że materiał świetnie sprawdziłby się jako
muzyczny performance na deskach awangardowego teatru.
Nie rozumiem teatru. Dawno nie byłem
na żadnej sztuce. Lubię sobie czytać dramaty w książkach i samemu wyobrażać
inscenizację i scenografię. Nie podoba
mi się profesjonalne aktorstwo. Najwięk16
teatr czy bluesowy pub, damy z siebie
wszystko. Ale chodzi o coś innego.
Przychodzisz na koncert i dostajesz
od nas emocję, zapominasz gdzie jesteś,
intrygujemy albo wkurwiamy, zostajesz
albo wychodzisz. Totalna wolność, także
interpretacji. To Ty musisz po prostu pomyśleć. Performance, awangarda, industrial, techno, ile tych określeń słyszałem
na nasz temat? Czy one są adekwatne
do tego wszystkiego, co robimy? Chuj
mnie to obchodzi.
Największą wartością tej płyty jest
fakt, że nie można pozostać wobec niej
neutralnym. Nie można nie mieć o niej
zdania. Intensywność, natarczywość, autentyczność, mówi się, że tylko prawdziwa
sztuka ma takie właściwości. Odczuwacie
tę potężną siłęi?
Odczuwam wagę treści, które chciałem
przekazać. Ból tematów, które poruszyłem, niemożność cofnięcia czasu
i uniknięcia tego wszystkiego, o czym
mówiłem na płycie. Mam dużo różnych
refleksji już po zostawieniu albumu
w przyrodzie. Olbrzymi głód i chęć
opowiedzenia kolejnej historii. Mówiąc
z lekkim dystansem, myślę, że człowieczeństwo i świat XXI wieku domaga się
absolutnej rewizji przestarzałych pojęć
i idei. Chciałbym na przykład, żeby
powstało mnóstwo nowych ciekawych
płyt. Młodych, naprawdę młodych ludzi,
którzy zbuntują się przeciwko tej fikcji
i plastikowej żenadzie, wpierdalaniu hot
dogów i akceptowaniu transportów świń
na ubój, wspieraniu wyzysku i tandety.
Oczywiście, my też nagramy kolejne
płyty, ale czuję pismo nosem, że coś się
na pewno już gdzieś zaczyna. Chciałbym do końca swoich dni móc tworzyć
odkrywcze zdania i metafory, z kolegami
nagrywać nowatorskie płyty, towarzyszyć tej nadchodzącej rebelii i zobaczyć
upadek pierdolonego Zerowego Cesarstwa na własne oczy.
Recenzenci mają trudny orzech do zgryzienia, jeśli chodzi o opisanie słowami
tego, co słyszą. Te wszystkie dźwięki
układają się w jakąś jedną, niepojętą
całość. Czy to możliwe ubrać taką muzykę
w słowa? Czy w ogóle ma to sens? Może
Wy spróbujecie? Jaką płytą od strony
muzycznej jest „Kochanówka”?
Płyta jest! Istnieje! Można ją kupić albo
odtworzyć całość za darmo na naszym
MySpace. Po co mówić o muzyce, jeśli
można jej posłuchać?
Deklarujecie, że Tryp to odskocznia od pracy w waszych wiodących kapelach. Ale jednocześnie potwierdzacie, że nie jest to
projekt jednorazowy. Potraficie wyobrazić
sobie kolejną płytę? Nie macie wrażenia,
że „Kochanówka” zamknęła wam w pewien
sposób usta? Przy ocenie następnych
trudno będzie uniknąć odniesień do niej,
a drugiego takiego albumu nagrać przecież nie możecie. Nie wyobrażam sobie
kontynuacji „Kochanówki”.
Tak. Pracujemy z Kubą nad nową płytą,
potem dojdą Robert z Pawłem i zaczniemy to wszystko wspólnie aranżować.
Może to potrwać przez cały 2012 rok,
może skończymy wcześniej, może później. Tryp to projekt obliczony na wiele
lat i bez jakichkolwiek ciśnień. Pojawiają
się dźwięki i nowe słowa, i nagle to się
wszystko materializuje w nowy album.
„Kochanówka” to sprawa zamknięta
w sensie wydania płyty, teraz zależy
nam na graniu koncertów i na pomocy naszym przyjaciołom, którzy chcą
upamiętnić tych wszystkich psychicznie chorych z przeszłości i pomóc tym
w teraźniejszości. Jeśli możemy jakoś się
do tego dołożyć, to będę miał dodatkową
satysfakcję. Kontynuację „Kochankówki” w wersji hardcore masz za oknem
na co dzień.
„Kochanówki” do dzisiaj można posłuchać
w całości na zespołowym profilu MySpace.
Właśnie w ten sposób widzę dzisiejszą
promocję muzyki. Ten, kto ma ściągnąć
i tak to zrobi, a być może odsłuchanie
albumu skłoni kogoś do zakupu. Czy taki
był i wasz punkt widzenia, gdy zdecydowaliście się wrzucić całość do internetu?
Od wydania naszej debiutanckiej
EP-ki właśnie tak widzimy przyszłość
prezentowania muzyki. Wersje dla
kolekcjonerów do kupienia, a jako mp3
do przesłuchania w sieci. Nie podoba
ci się nasza produkcja to opróżnij kosz.
Chcesz to mieć, kup płytę wydaną w pewien konceptualny sposób, wartościowy
przedmiot na półce, przedmiot duchowy
w postaci materialnej.
Powszechnie mówi się już o was jako o supergrupie. Pasuje wam takie określenie?
Dzięki za poświęcony czas.
Dziękuję, lubię gotyckie horrory,
dlatego chciałem z tobą porozmawiać.
Ale wszystko, co ma przedrostek super,
wzmaga u mnie podejrzliwość. Więc,jeśli
możecie mi zaufać, pierdolcie raz na zawsze te określenia chociaż w kontekście
zespołu Tryp.
Paweł Kmiecik
Czym jest szum? Dlaczego tak wielu artystów sięga po radykalnie zniekształcone dźwięki, niszcząc znaną i poukładaną
harmonię? Co ciekawego jest w dewastacji sampli i loopów, niszczeniu brzmienia
gitary? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie musimy cofnąć się o 100 lat wstecz,
do rewolucji przemysłowej i wczesnych
dzieł futurystów. Na początku muzyka
dostarczała słuchaczom pełnych harmonii, czystych i przepełnionych słodyczą
dźwięków. Dziś stała się ona bardziej
skomplikowana. Często łączy ze sobą dysonansowe i ostre, z pozoru niepasujące
do siebie dźwięki.
Jednym z pierwszych artystów hałasu był działający na początku XX wieku
Luigi Russolo (1885–1947), futurysta,
malarz i muzyk. W traktacie z 1913 roku
„The Art of Noises” napisał, że rewolucja
przemysłowa pozwoli człowiekowi zrozumieć nowe, bardziej złożone dźwięki.
Zbudował pierwsze akustyczne generatory szumu, które znane były pod nazwą
intonarium, był także założycielem Noise
Orchestra. W 1917 roku zorganizował
koncert Gran Concerto Futuristico, który
nie został zrozumiany, a wręcz wywołał
agresję ze strony publiczności. Niestety,
żadne z tych generatorów nie przetrwały
do naszych czasów. Choć dzieła Russolo
nie miały wiele wspólnego z obecną muzyką noise, to nie pozostały bez wpływu
na współczesny kształt tego gatunku.
Rozwój przemysłu i industrializacja
świata inspirowały artystów do dalszych poszukiwań. Wykorzystywali oni
do swoich dźwiękowych performance’ów odgłosy maszyn, silników parowych, syren statków, stukot maszyn
do pisania, ryk silników samolotów.
W tym czasie powstała „Symfonia syren
fabrycznych” stworzona przez Arseny
Avraamova (1886–1944). Ten awangardowy rosyjski kompozytor do swojej
symfonii wykorzystał syreny statków
marynarki wojennej, gwizdki, syreny
fabryczne i karabiny maszynowe. Symfonię wykonano w piątą rocznicę Rewolucji Październikowej.
Wielu artystów eksperymentowało
w tym czasie z hałasem, szukając w nim
nowego wyrazu i harmonii. W 1937
roku John Cage w swoim eseju twierdził, że nie ma czegoś takiego jak cisza,
wszystkie dźwięki mają potencjał by być
wykorzystane twórczo. Odgłos deszczu, szum między wybieranymi stacjami radiowymi czy ciężarówka pędząca
50 mil na godzinę, też mogą służyć jako
inspiracja do tworzenia nowych barw
i płaszczyzn dźwiękowych. Swoje poszukiwania wyraził w serii prac „Imaginery
Landscape”.
W 1960 roku sześciu młodych japońskich muzyków założyło zespół Ongaku.
Ich utwory były mieszaniną dźwięków
uzyskanych za pomocą tradycyjnych
instrumentów i odgłosów urządzeń codziennego użytku, takich jak odkurzacz,
radio czy zmywarka do naczyń. Szybkość
nagrań była zmienna i rejestrowana ponownie, tworząc nowy utwór.
Od 1970 roku nastąpiła ekspansja
muzyki postmodernistycznej zainspirowanej hałasem. Tak rodził się gatunek
industrial music. W latach 1970–1980
powstało wiele zespołów tworzących
muzykę industrialną, zaczęli działać
między innymi Current 93, Hafler Trio,
Throbbing Gristle, Coil, Laibach, Steven Stapleton, Thee Temple ov Psychick
Youth, Smegma, Nurse with Wound, Einstürzende Neubauten, The Haters.
Jednym z ciekawszych zespołów tego
okresu był The New Blockaders, który
zapoczątkował gatunek zwany industrial noise. W swojej muzyce łączyli oni
brzmienie instrumentów tradycyjnych,
takich jak perkusja i gitara, z niekonwencjonalnymi – młotkiem, kośćmi itp.
Od wczesnych lat 80. XX w. Japonia
stała się mekką charakterystycznego
harsh noise music – często określanego
mianem japannoise. Najbardziej znanym
twórcą tego gatunku jest Merzbow, którego prawdziwe imię to Masami Akita.
Merzbow, zainspirowany twórczością artystów futurystycznych oraz zafascynowany postacią Kurta Schwittersa, wstąpił
na ścieżkę muzyki noise. Eksperymentował z dźwiękiem, wykorzystując w swojej
Industrial. Dorota Miltyk
Rytm w szumie
pracy uszkodzone wzmacniacze, magnetofony i syntezatory. Jako były perkusista,
tworzył swój harsh noise wykorzystując
dźwięki z otaczającego go świata, nie
pogardzając np. kawałkami blachy. W latach 80. XX w. intensywnie koncertował
oraz zajmował się dystrybucją własnych
nagrań. W następnej dekadzie do tworzenia muzyki zaczął wykorzystywać
komputer, odchodząc tym samym od tradycyjnych analogowych brzmień. W tym
czasie powstały albumy będące klasyką
gatunku: „Pulse demon” i „Venerology”.
W dorobku Merzbow znajduje się ponad
300 płyt, a jedną z nich – „Bloody sea”
wydał nawet w Polsce. Ta płyta jest swego
rodzaju manifestem przeciwko połowom
wielorybów. Masami Akita jest zagorzałym obrońcą tych zwierząt i zdeklarowanym wegetarianinem.
Twórczość Merzbow nie należy do łatwej w odbiorze. Jego radykalne dźwięki
nie mają na celu skłonić słuchacza do radosnych pląsów i nucenia utworów podczas golenia. W jednym z wywiadów Masami Akita tak mówił o swoich dziełach:
– Chciałem skomponować prawdziwie
surrealistyczną muzykę w antymuzyczny
sposób. Surrealizm jest również osiągnięciem stanu nieświadomości. Noise jest
prymitywną i kolektywną świadomością
muzyki. Moje kompozycje są automatyczne, nie improwizowane. Nie wiem,
jaka jest różnica między hałasem a muzyką. Wszystko zależy od słuchacza. Jeśli dla
kogoś hałas oznacza niewygodny dźwięk,
to muzyka pop jest dla mnie hałasem.
Na dźwięki tworzone przez Merzbow
składają się między innymi odgłosy tłuczenia gruzu, syki urządzeń, wybuchy,
zakłócenia pracy maszyn, krzyki i hałas –
a wszystko to odtwarzane bardzo intensywnie i głośno. Chodzi o to, by słuchacz
odnalazł swoją drogę, wyższe znaczenie,
inną jakość dźwięku. Zafascynowany odmiennymi stanami świadomości i hipnozą, Merzbow wychodzi z założenia,
że przy odpowiedniej koncentracji rytmy
same się odnajdą. Muzyka ta jest trudna,
ale trzeba ją odnaleźć – nie zrozumieć,
nie nauczyć, ale właśnie odnaleźć, i dopiero wtedy przyjąć ją, lub odrzucić.
17
mind.in.a.box
Czy 8 bitów ci wystarcza?
Łukasz Miernik
Chcieliście tematów pozamuzycznych,
to macie. Markus, który pisze opowiadanie będące ciągłą fabułą wszystkich
utworów mind.in.a.box, był bardzo zajęty
pracą i nie miał możliwości pogadania
o nim. O literaturze zatem innym razem.
Rozmowę ze Stefanem zaczęliśmy od jego
decyzji o wyjściu na scenę, zeszłorocznej
płycie i kondycji biznesu muzycznego,
ale niespodziewanie zmieniła się ona
w typową gadkę geeków, odpowiednią
bardziej do „Secret Service”. Jeśli nie wiecie, czym był „Secret Service”, nic Wam nie
mówi tytuł „Giana Sisters” ani osoba Johna
Carmacka, nigdy nie wysłaliście koledze
tradycyjną pocztą dyskietki z animacją, ani
nie macie pojęcia jakim kablem podłączyć
syntezator – prawdopodobnie będziecie
musieli potraktować poniższy wywiad
dość wybiórczo, żeby się nie zamęczyć
i nie utonąć w morzu komputerowej terminologii.
Jeśli jednak z radością „przeczytacie go
całego” – wiedzcie, że diabeł już się wami
interesuje, a zapewnienia dziewczyny czy
chłopaka o istnieniu życia bez komputerów to dobra rada. Jeśli nadal macie wątpliwości, czy warto to czytać, obejrzyjcie
teledysk m.i.a.b do utworu „8 bits” i zastanówcie się, czy chcecie mieć coś wspólnego z tymi kolesiami. „OMGLOLWTF”, lub po
prostu: miłej lektury!
Witaj, jak czujesz się w pierwszych dniach
2011 roku [cóż, trochę czasu minęło od
wywiadu – red.]? W zeszłym roku sporo
działo się w obozie m.i.a.b.
Cześć! Czuję się świetnie, dzięki. Zeszły
rok był dla nas bardzo ważny. Byliśmy
na wielkiej trasie z Front Line Assembly
i był to zdecydowanie jego najciekawszy
moment.
Zacznijmy zatem właśnie od tego momentu. Jak to się stało, że w końcu zdecydowałeś się grać koncerty? Czy czujesz się już
pewniej na scenie?
Obecnie na scenie czuję się już znacznie
lepiej. Myślę, że nie jesteśmy aż tacy źli.
Sama decyzja została podjęta już jakieś
dwa lata temu. Zacząłem się zastanawiać, jak mógłby wyglądać występ mind.
in.a.box na żywo. Najpierw Roman i Gerhard, dwóch moich dobrych przyjaciół,
zdeklarowali się, że wystąpią na scenie, a później dołączył do nas Adam.
Po zrobieniu wizualek do pierwszych
wersji live naszych kawałków nie było
już odwrotu. To naprawdę była kupa
roboty i kiedy już poświęciło się na to
18
tyle czasu, nie było innego wyjścia jak
dokończyć swoje dzieło.
Czy sam często bywasz na koncertach
i festiwalach? A może zdarzyło się, że zespół, który lubisz nie poradził sobie live
i zrodził u ciebie obawy przed debiutem
m.i.a.b?
Zbyt często nie bywam na koncertach,
ale wiem, że w tej sprawie jest spory
rozrzut. Niektóre zespoły wypadają
bardzo dobrze, inne bardzo źle. Jeśli masz słabsze zdolności muzyczne,
musisz się bardziej popisywać na scenie.
Ja nie mogę zbyt dużo robić na scenie,
więc trzymamy się bardzo ciemnej scenerii, chowamy w cieniu, a na pierwszy
plan wysuwamy wizualizacje.
Problem z muzyką elektroniczną jest
taki, że podczas występów na żywo
nie można tak naprawdę zaprezentować
swoich umiejętności. Taki Eric Clapton
może sobie po prostu usiąść, zagrać
na gitarze i jest to niesamowite, a fani
są zachwyceni. Elektroniczne projekty w większości przypadków nie mają
tak łatwo, ale robimy co w naszej mocy.
Na scenie i tak pojawiłeś się od razu
z pełnym zespołem, co jest rzadkością
w obecnej erze laptopów. Granie na żywo
przebiega zgodnie z twoim wcześniejszym
wyobrażeniem czy może byłeś trochę
zaskoczony?
Gerhard, mój perkusista, trochę mi
pomógł, ale większość z nich stworzyłem samodzielnie. Wizualki sceniczne
stanowią jedynie krótki i szybki wgląd
w naszą historię. Nie da się streścić całej
fabuły przy ich pomocy, ale próbujemy
choć trochę wprowadzić publiczność
w odpowiedni nastrój.
A jak jest z tą reakcją fanów? Czujesz,
że spełniłeś ich oczekiwania, które
narastały przez wiele lat, kiedy kazaliście
na siebie czekać?
Uważam, że wyszło nam bardzo dobrze.
W końcu nigdy nie grałem na scenie, a po
tylu latach nagle rzuciliśmy się na głęboką
wodę. Mamy koncepcję całości, ciągle
nad nią pracujemy i zawsze staramy się
coś poprawić. Z powodu naszego nieco
bardziej „rockowego” podejścia do muzyki
na scenie, czasem hardkorowi fani melodyjnej elektroniki spodziewają się po nas
czegoś innego, ale ogólnie wydaje mi się,
że publiczność jest bardzo zadowolona.
Graliście także w Polsce, jak wspominacie
ten koncert? Myślę, że m.i.a.b cieszy się
tu sporą popularnością, czy publiczność
dała Wam to odczuć?
To było naprawdę szalone, bo z początku
zapowiadało się na totalną porażkę. Grając jako support wymagano od nas ścisłego trzymania się rozpiski godzinnej, więc
musieliśmy zacząć grać planowo, mimo
Problem z muzyką elektroniczną jest taki, że podczas występów
na żywo nie można tak naprawdę zaprezentować swoich
umiejętności.
Czasem koncert wywołuje wielki
uśmiech na mojej twarzy, ale odczuwam to dopiero po samym występie.
W czasie grania muszę się zwykle
bardzo skupiać, żeby nie wcisnąć złego
klawisza w nieodpowiednim czasie albo
nie zapomnieć jakiegoś fragmentu tekstu. Właściwie to jest dokładnie tak, jak
sobie wyobrażałem. Bardzo ostrożnie
dobieram cały sprzęt i staram się ograniczyć ryzyko wystąpienia potencjalnych problemów do minimum. Nie chcę
żadnych problemów na scenie. Błagam,
tylko nie to!
Oby w razie czego pomogło chowanie się
za wizualkami. Kto jest za nie odpowiedzialny? Czy krótki film puszczany podczas
koncertów streszcza całe opowiadanie
Markusa, które w końcu stanowi treść
wszystkich waszych kawałków?
że drzwi do sali były nadal zamknięte
i nie było w ogóle ludzi. A jednak zdecydowanie koncert w Polsce był jednym
z najlepszych na całej trasie, a publiczność była niesamowita. Rico, niesamowity oświetleniowiec Front Line Assembly,
ostrzegał nas jeszcze przed trasą, że taka
sytuacja może mieć miejsce. Nie wierzyliśmy mu. Byliśmy w błędzie.
Było też bardzo dużo problemów technicznych tuż przed samym koncertem.
Ostatecznie ekipie udało się zapanować
nad wszystkim, ale błagam, nie budujcie
żadnych elektrowni atomowych w Polsce
– mieszkamy zbyt blisko waszej granicy.
Mimo wszystko to był wspaniały koncert
– dziękujemy!
Na tej scenie nie można zbić majątku na
sprzedaży płyt, nawet jeśli jesteś popular-
Fot. archiwum zespołu
To właśnie te brzmienia z lat 80. XX w.
były przełomowe i zainteresowały Cię
muzyką syntezatorową?
Dokładnie tak! Zawsze to podkreślam,
że dla mnie to właśnie komputerowa
muzyka była tą prawdziwą muzyką
elektroniczną tamtych czasów. To było
po prostu dużo lepsze od większości
płyt CD, które były wtedy dostępne.
Można to porównać do rywalizacji w zawodach. Każdy dysponował tym samym
ograniczonym sprzętem i próbował
wycisnąć z niego jak najwięcej. Miałeś
jedynie trzy ścieżki na skomponowanie całej muzyki i to było niewyobrażalne, co ci kolesie z tego wykręcali.
Wystarczy wejść na youtube, wpisać
„S-Express C64” i posłuchać. W tym
kawałku są jedynie trzy ścieżki z czwartą perkusyjną, tam płyną melodie
wewnątrz melodii. Wyglądało to tak,
że musiałeś zrobić melodię z jednego dźwięku, a potem wcisnąć kolejną
melodię opartą na innym brzmieniu
w przerwy między dźwiękami tej
pierwszej! To właśnie ten typ myślenia
jest dla mnie esencją muzyki elektronicznej. Nie tylko granie syntetycznych
dźwięków na klawiszach, bo to prawie
to samo, co granie na pianinie albo
gitarze.
nym zespołem. Czy teraz, kiedy zaczęliście
koncertować, widzisz szansę, że któregoś dnia będziesz mógł się utrzymać
z muzyki?
Byłoby wspaniale, ale nie sądzę,
że to kiedykolwiek nastąpi. Jesteśmy
zbyt małym zespołem. Nasza sprzedaż
idzie całkiem nieźle jak na obecne czasy,
ale to i tak zdecydowanie za mało, żeby
utrzymać kogokolwiek. W dodatku popyt
na płyty nie zwiększa się z kolejnymi
latam. W przeszłości można było śmiało
stwierdzić, że z drugą czy trzecią płytą
sprzeda się coraz więcej kopii. Obecnie,
kiedy prawie nikt nie kupuje muzyki, trzeba cieszyć się chociaż stałym
poziomem.
Przechodząc do pytania o pracę studyjną –
jak wpadłeś na pomysł nagrania R.E.T.R.O?
Czy chciałeś przypomnieć o korzeniach
8-bitowych brzmień, korzystając z tego, że
znów stały się modne?
To nie był jakiś specjalny plan ani podporządkowanie się panującym na scenie
trendom. Od wielu lat zajmowałem
się już tymi remiksami, a kiedy tylko miałem trochę czasu pracowałem
nad wspomnianym „retro-projektem”.
To właśnie na Commodore 64 stawiałem
swoje pierwsze kroki muzyczne. To była
dla mnie bardzo ważna sprawa.
Męczyliście się z przekonaniem wydawcy aby wypuścić taki nietypowy album
pod standardową nazwą zespołu?
Nie, z tym w ogóle nie było problemu. Wytwórni od początku podobał
się ten pomysł. Myśleliśmy co prawda
na początku, aby wydać to pod inną
nazwą, ale ostatecznie okazało się,
że mind.in.a.box też się do tego nadaje.
A jakiej muzyki słuchasz ostatnio? Śledzisz
scenę electro czy raczej wolisz od niej
odpocząć?
To trudne pytanie, bo w zasadzie nie słucham dużo innej muzyki. I jest tylko
kilka kapel na scenie electro, które tak
naprawdę lubię, na przykład Covenant.
Bardzo ich lubię, bo zawsze tworzą wyjątkowe własne brzmienia a wokal Eskila
jest niesamowity.
Większość utworów na R.E.T.R.O to kowery
melodyjek z gier komputerowych. Wybrałeś swoje ulubione?
W zasadzie tak, choć niektórych
tytułów, jak choćby „Skate Or Die”
nie mogłem zremiksować. Wybranie
odpowiednich tytułów nie było łatwe,
ale lubiłem wszystkie te, które ukazały
się na płycie.
Klip do „8 bits” sam w sobie jest hołdem
dla gier. Wyczytałem gdzieś, że ta kultowa historyczna kolekcja należy do któregoś z Sas. Spotykacie się na nocki z C64?
To wszystko gadżety Markusa, on je
kolekcjonuje. Ja swojego Commodore’a
sprzedałem dawno temu. I tak, czasami
się spotykamy się, żeby pograć w starocie, ale jesteśmy leniwi i raczej idziemy
na łatwiznę, odpalając jakieś emulatory.
Prawdziwym maniakiem grania jest
nasz basista Roman, on jest uzależniony
od gier.
Naprawdę 8 bitów Ci wystarcza? Czy może
nadal kochasz gry, gdy mają ich już 64?
19
Dużo grałem w trzecią część „Quake’a”,
to dla mnie chyba najlepsza gra, jaka
kiedykolwiek powstała. Z resztą do tej
pory grywam czasem w „Quake Live”.
John Carmack to geniusz.
Wkładka płyty przedstawia zdjęcia poprzerabianego Commodore. To też część
waszej kolekcji i twórczości?
Tak, to również oryginalny C64 Markusa, mocno go zmodyfikował. Razem
chodziliśmy do technicznej szkoły, więc
trochę się znamy na tych sprawach.
Dawno temu Markus zbudował nawet
sprzętowych na płycie, ale brzmienia
SID-owe pochodzą wyłącznie z emulacji
software’owych.
Nie zmieścił się w natłoku gadżetów?
Stawiasz na tony sprzętu czy DAW [ogólnie ujmując, studyjne oprogramowanie
dźwiękowe – red.]?
Dla mnie najważniejsza jest użyteczność. Nie widzę sensu w obstawianiu się
trzystoma syntezatorami, które nie są
podłączone do mojego zestawu. Wszystko musi być pod ręką, musi mieć przydzielone swoje wejścia i wyjścia i musi
Futurepopowe projekty przetrwają dłużej niż większość kapel
grających przesterowane electro. Dobra melodia zostaje dłużej
w głowie niż hałaśliwa papka.
kartę muzyczną dla PC opartą o chip
SID, a ja w ramach zajęć stworzyłem
interfejs MIDI.
Czy fani podzielają waszą pasję? A może
spotkaliście się z jakąś reakcją ze strony
sceny chiptune’owej?
Zawsze wspiera nas Andreas, nasz
bardzo bliski przyjaciel, który jest dobrze
znany na scenie C64 jako Mr. Sid. Oprócz
niego nie kojarzyłem osobiście nikogo
więcej, ale po wydaniu R.E.T.R.O udało
mi się poznać trochę commodorowców
z remikserskiej sceny remix.kwed.org,
to bardzo mili ludzie.
Czyli wcześniej nie udzielałeś się raczej
na demo scenie? Zrobiłeś jednak muzykę
do gry Parsec...
Nie, w zasadzie nie. Stworzyliśmy
wiele projektów wspólnie z Markusem,
ale większość tych rzeczy nigdy nie
opuściła naszych szuflad. Parsec był
zdecydowanie naszym największym
projektem. Byliśmy zbyt młodzi na demo
scenę C64, bo mieliśmy wtedy jakieś
12 lat. Później, kiedy już przerzuciliśmy
się na pecety, okazało się, że scenowi
kolesie pokroju Future Crew są lata
świetlne przed nami. Do tej pory pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy
zobaczyliśmy ich demo Second Reality.
Szczeny nam opadły i nie mogliśmy
uwierzyć w to, co widzimy, takie to było
dobre. W dodatku muzyka tych kolesi
powalała na kolana i była zdecydowanie
lepsza od „zwykłej muzyki elektronicznej” dostępnej na płytach CD.
Wracając do płyty R.E.T.R.O, użyłeś oryginalnego komputera z SID-em dla uzyskania 8-bitowych brzmień?
Na początku faktycznie myślałem
nad wykorzystaniem starego Commodore’a w tym celu, ale przy moim
obecnym zestawie studyjnym dołączenie
go byłoby zbyt skomplikowane. Wykorzystałem co prawda kilka syntezatorów
20
być łatwo dostępne. Jeśli potrzebujesz
pół godziny na ustawienie syntezatora,
to nie ma to w ogóle sensu. Dlatego
mam kilka sprzętowych klocków, jak
Roland JP8080 czy Waldorf Microwave
itp., które mają swoje miejsce. Posiadam
wyłącznie rackowe wersje syntezatorów.
Wszystko jest podłączone do DAW-a
poprzez interfejsy, ale nadal mam
konsoletę do miksowania. Stare utwory,
które miksowałem na stole, mogę nadal
odtworzyć na nim dzięki sprytnemu
systemowi rutowania, ale oczywiście
przyszłość to DAW-y. Jako ulubione
narzędzie tworzenia dźwięków wymieniłbym ostatecznie mój superszybki
komputer z chłodzeniem wodnym.
Skoro mowa o rozbudowanych syntezatorach, nawet profesjonalni muzycy boją
się czasem nadmiaru migających cyferek
i ustawień, więc ograniczają się do gotowych szablonów brzmień i losowego
kręcenia gałkami. Czy ty jako programista
zagłębiasz się w programowanie sprzętowe i MIDI?
Do szczegółowej zabawy potrzebna jest
wiedza na temat działania syntezatora
i ja oczywiście edytuję każdy dźwięk,
aby dokładnie dopasować go do swojej
muzyki. Gotowe ustawienia są dobre
do obrania właściwego kierunku brzmieniowego na początku tworzenia, ale zawsze trzeba coś dokręcić i pozmieniać
samemu. Ogólnie, wszystkie syntezatory
działają na podobnej zasadzie, więc
nie jest to aż tak trudne do opanowania.
Spoglądając na wasz dorobek można dostrzec, że raczej nie jesteś zwolennikiem
remiksów. Jak postrzegasz przerabianie
czyichś kawałków, które nagrałeś mając
swoją ustaloną wizję?
Lubię dobre remiksy, ale problem
leży gdzie indziej. Nie cierpię wymian
remiksowych. Jeden zespół robi remiks
dla ciebie, a ty w zamian masz zrobić
remiks dla niego. Nie lubię tego, bo
według mnie jakość takich produkcji jest
po prostu marna i są używane wyłącznie
do dopchania płyt CD. Lepiej zapłacić
za remiks, bo wtedy twórca dostaje
faktyczne wynagrodzenie za swoją pracę
i wkłada w to więcej czasu i wysiłku.
Szkoda, że Markus jest nieosiągalny,
bo chciałem spytać go o powstawanie
opowiadania. Skoro głównym motorem
waszych płyt jest kontynuacja tego
tekstu, to chyba przy tworzeniu kawałków dopasowujecie muzykę do słów,
a nie odwrotnie?
W zasadzie zawsze wychodzi inaczej.
Czasami najpierw powstaje historia,
czasami ja dostarczam już na początku
gotową muzykę.
Jaki będzie kolejny krok m.i.a.b? Czy możemy spodziewać się powrotu do chwytliwych melodii i charakterystycznego
wokodera?
Kolejny album jest już prawie gotowy,
razem z towarzyszącą mu historią.
Znajdą się na nim też kawałki z wokoderem. Pytanie tylko, czy i kiedy
znajdziemy dobrą wytwórnię, która
będzie chciała go wydać. Obawiam się,
że może upłynąć dużo czasu, zanim to
się wydarzy, ale czuję, że album będzie
brzmiał doskonale. Bardzo podobają
mi się utwory, które już mamy nagrane.
W międzyczasie nasi fani mogą zajrzeć
na stronę thyxmusic.com. To mój poboczny elektroniczny projekt i wkrótce
wydam singla dostępnego do pobrania
wyłącznie z serwisów muzycznych.
Czekajcie na dalsze informacje.
Czy jest jeszcze przyszłość dla futurepopu
w erze cięższych brzmień? Większość byłych gwiazd gatunku odeszła od swojego
stylu.
O tak, myślę, że „zwykłe” futurepopowe projekty nadal dobrze się sprzedają
i przetrwają dłużej niż większość kapel
grających przesterowane electro. Dobra
melodia zostaje dłużej w głowie niż
hałaśliwa papka. Uważam, że większość
Nie chcę żadnych problemów
na scenie. Błagam, tylko
nie to!
tych młodych groźnych kapel to po prostu początkujący muzycy, którzy
z czasem przejdą w bardziej melodyjne
rejony.
Zakończmy na tej optymistycznej wizji.
Dzięki za wywiad. Masz jakąś ostatnią
wiadomość do polskich „zapuszkowanych
umysłów”?
Również dziękuję za rozmowę, a fanom za słuchanie i wspieranie naszej
twórczości.
Different State
Alchemiczny traktat
Polski projekt eksportowy tworzący nowe
szczepy muzycznych wirusów. Lekarstwem
jest poddanie się procesowi, za który odpowiada szalony alchemik M. Marchoff.
Witam. Przede wszystkim gratuluję
nagrania bardzo dobrego albumu. Jak
oceniasz z perspektywy czasu albumy
„Yield” i „Knar”, których reedycje wydało
Zoharum? Przyznam szczerze, że ucieszyła
mnie informacja o tych wydawnictwach.
Mnie również, ponieważ wszystko,
co dotyczy Different State i mojej córki
Laury, daje mi ogromny napęd. Będąc
estetą i kolekcjonerem, ogromnie cieszy
mnie jakość obydwu wydawnictw.
To ogromna zasługa gangu Zoharum.
Najnowszy album „Through the Falling
Eyelid” zrobił na mnie spore wrażenie,
nie pytam o okoliczności powstania tego
wydawnictwa, a raczej o środki, za pośrednictwem których powstał. Jesteś zadowolony z finalnego rezultatu?
To bezapelacyjnie mój prywatny sukces.
Ogromna dawka zróżnicowanej epidemii dźwięków. To jest potężna produkcja, masa analogów, od Moogów i taśm,
po Novation, ARP, Nord, plus cholernie
zmasowane bębny i totalnie industrialne
sample, łańcuchy, talerze, siatka, furtka,
łyżki itd. Wszystko zapętlone, troszkę
rozrzucone, ze smakiem dadaistycznym
lecz ciągle ciężkie. Jak gęsty sos.
Twoja współpraca z Zoharum wygląda
bardzo idyllicznie, czy jest to możliwe
na poziomie artysta – wydawca? Oczywiście mam świadomość, iż nie jest to
bezduszny koncern, ale mimo to wydaje
mi się to wyjątkowe, nawet w takiej niszy
stylistycznej.
To moja druga rodzina, spełniają moje
zachcianki. Szczególnie dobry kontakt
mam z Maćkiem Mehringiem. Dopóki
nie wchodzą w grę duże pieniądze, będzie luz. Jeżeli on i ja zaczniemy kiedyś
naprawdę zarabiać dzięki takiej formie
muzycznej, jaką prezentujemy, będzie
to wtedy problem i może dojść do poważnego konfliktu i sytuacji, w jakiej
jest teraz Doda, nasza gwiazda muzyki
rozrywkowej (śmiech).
Twórczości Different State często towarzyszy etykieta rytualności. Jak Ty odbierasz
to sformułowanie i czy mija się ono z faktycznym zamysłem DS?
Nic nie przechodzi bokiem, wszystko
kierowane jest do universum i wraca
do nas z takim czy innym impaktem.
Twoje imię plus DNA rzuca cię na siatkę
matrixa. Moja misja, która nigdy nie zostanie przerwana, to tworzyć i edytować
dźwięki. Nie jestem kobietą, która lubi
rozładowywać każdy pistolet spotkany
na drodze. Moja muzyka płynie od hermetyka dla świadomych hermetyków .
Czy brałeś kiedyś pod uwagę wydanie
albumu z remiksami swoich utworów
w wykonaniu innych projektów? Jeśli tak,
kogo widziałbyś w tej roli?
Nigdy o tym nie myślałem, bo wiem,
że dobry muzyk zawsze odbiłby swój
charakter na moich nagraniach. Druga
sprawa – remiksy to gówno i śmierdzą
mi popem. Lubię robić dekonstrukcje
utworów, tak jak robiłem dla Bisclaveret czy innych zespołów. Trzymam się
klimatu i rdzenia kawałka, ale bawię się
nim jakbym uprawiał seks, zaczynając
od różnych elementów, które tworzą
cały proces. Jak wiemy, wszystkie drogi
prowadzą do Rzymu, w tym wypadku
do punktu G.
Wydałeś albumy na kasetach, CD-R’ach,
CD i z tego co kojarzę jedną 7". Czy jest
szansa na wydawnictwa na winylu,
np. „Through the Falling Eyelid” oraz
„Hidden Sounds of Magnetic Field”?
Jest duża szansa, że wydam winyl.
Ale także kasetę, one wracają. Dla mnie
zawsze były i będą jak winyle. Jest
u mnie na Brooklynie wytwórnia Sacred
Bones Records – której manager to mój
kolega. Oni wydają głównie analogową
elektronikę, od ambientu po synth i progresywną klasyczną awangardę. Gdy
będę posiadał nowe utwory, na pewno
coś wydam. Póki co, wszystko wydało
Zoharum, które ma pierwszeństwo,
także do nowego materiału „Voxfields”.
Całe te fragmenty muzyczne zostały
nagrane w ogromnych bunkrach nad samym oceanem na Queensie w Nowym
Jorku. Ogromny naturalny rezonans,
echo, potęga miejsca jak i wydarzenia
historyczne z nim związane nie pozwolą
nikomu przejść obojętnie obok tego
projektu. To pierwszy materiał nagrany
bez analogów i poza studiem. Usłyszycie wodę, plastik, zawiasy, kable, drzwi,
śruby, łuski, a nawet sikanie na mur.
Jak dziś wygląda szansa na koncerty DS w Polsce? W jakim składzie
wystąpilibyście?
Będę w Polsce na przełomie października i listopada. Pracujemy nad tym
razem z Zoharum. W składzie DF jest
wokalistka Vera Teren, która pracuje
w studiu nagrań Johna Kilgore’a, tym
Fot. archiwum zespołu
Jakub Skowroński
samym gdzie nagrywa Steve Reich. Jest
jeszcze Kostas Galapagos i Marcin Polak,
mój przyjaciel, twórca koszulek DS oraz
wybitnie dobry cymbalista. No i analogowe maszyny.
Jak opisałbyś muzykę Different State
naszym czytelnikom, wśród których wielu
ta nazwa nie jest znana?
Alchemiczny traktat z wielkomiejskim,
chorym brzmieniem..
Jednym z elementów, poza industrialnym
klimatem, które najbardziej przypadły mi
do gustu, jest spora doza brzmień dubowych. Skąd takie rozwiązania? Słuchasz
muzyki jamajskiej bądź uk dub?
Mam czarnych kolegów, ale czarnej
muzyki nie słucham. No, może oprócz
starego Clock DVA i Massive Attack
(tylko „Mezzanine”), czasami Davis,
Coltraine z kompozytorów. Nie jestem
fanem hip hopu czy reggae.
Najbliższe plany wydawnicze?
Album „Voxfields”, nagrany w bunkrach
z moją ukochaną M. J. Caroline Rider
i megaprodukcja z masą sesyjnych muzyków Different State: „Rigid condition”,
materiał który cię przejedzie i wgniecie
w ziemię sześć stóp w dół, a tam spalisz
się w piekielnie analogowym ogniu
topniejących taśm.
Czy aktualnie pracujesz nad jakimś
materiałem poza Different State? Mam
na myśli 23 Threads, The Vein?
Nie, ale chciałbym wydać lepszą wersję
23 Threads z bonusami, które nigdy się
nie ukazały.
Dziękuję za wywiad i czekam na nowe
materiały spod twojej ręki.
Również serdecznie dziękuję! Słuchajcie
Different State a na nowo odrodzicie się
poganami bez grzechu pierworodnego.
21
Rewolucja syntezatorowa cz.1
Robert Marciniak
Niniejszy artykuł nie ma ambicji stanowienia opracowania encyklopedycznego,
ani jakiegokolwiek kompendium wiedzy
na temat historii sceny synth-popowej,
elektronicznej, industrialnej, czy jakiejkolwiek innej. Jest on wprowadzeniem dla
wszystkich, którzy chcą sięgnąć do korzeni, poznać nierzadko zapomnianych już
prekursorów syntezatorowego grania. Jest
też swoistym esejem, rzucającym subiektywne, odautorskie światło na nieodległe
czasy, kiedy sztuka splotła się z techniką, muzycznym światem zaczęły rządzić
maszyny, a na listy przebojów szturmem
wdarły się zespoły, w których składzie nie
było, o zgrozo, ani jednego gitarzysty, basisty czy perkusisty... Na czasy syntezatorowej rewolucji.
W świecie muzyki rockowej pierwsza
połowa lat 70. XX w. upłynęła pod znakiem rozbudowywania, komplikowania
oraz udziwniania rock’n’rollowych utworów, co według samych twórców, miało na
celu „przeniesienie ich na wyższy poziom
artystyczny”. Kanonem stały się długie,
wielowątkowe suity, niemal do przesady okraszane wirtuozerskimi popisami
instrumentalistów, których gruntowne
wykształcenie muzyczne, z reguły klasyczne, poparte było latami ćwiczeń. Rock
progresywny bardzo szybko zaadaptował
idealne wręcz narzędzie do tworzenia
wielowymiarowych konstrukcji i płaszczyzn dźwiękowych – syntezator.
Ten w pełni funkcjonalny instrument
zaprojektowany został w pierwszej połowie lat 60. XX w. przez Roberta Mooga,
przy ogromnym współudziale kompozytorów Herberta Deutscha i Waltera Carlosa. W rękach takich geniuszy klawiatury jak Rick Wakeman czy Keith Emerson
stał się niezwykle skutecznym orężem
w komponowaniu quasibarokowych,
elektronicznych symfonii. Widok pianisty
„uwięzionego” za ogromnymi ścianami
czy też wieżami syntezatorów był niemalże wizytówką teatralnych koncertów rockowych supergrup. Ponieważ każdy z tych
niezwykle skomplikowanych modułów
dźwiękowych kosztował majątek, dopełniało to swoiście bizantyjskiego przepychu i sprawiało wrażenie niedostępności
dla „prostego ludu”.
Niestety, cały ten wirtuozerski onanizm
formy zaczął całkowicie dominować nad
oddalającą się coraz bardziej od rzeczywistości treścią. Wiadomym stało się, że
dni tego kolosa na glinianych nogach są
policzone. Póki co, przyziemne problemy
w transporcie i montażu sprzętu na scenie oraz chęć dotarcia do szerszej liczby
odbiorców wymuszały na producentach
22
drastyczne zmniejszanie gabarytów oraz
cen. Szafy dało się upakować do poręcznych pudełek, a ceny zeszły z ekwiwalentu średniej wielkości domu w Notting Hill
do używanego samochodu średniej klasy.
W końcu dźwięk elektroniczny w krótkim czasie stracił cechy progresywności
i szybko stał się synonimem trywialności.
Kamieniami węgielnymi w rozwoju
muzyki elektronicznej były płyty nagrane jeszcze na przełomie lat 60. i 70. XX w.
przez Wendy (wówczas jeszcze Waltera)
Carlos. „Switched – On Bach”, a zwłaszcza ścieżka dźwiękowa do filmu „Clockwork Orange”. Zaaranżowane zostały
na syntezatory Mooga i niosły ze sobą
niespotykane do tej pory pokłady nowatorstwa – niemalże heretyckie, a przez
to niezwykłe na ówczesne czasy rozwiązania w sferze brzmienia. Tym samym
zekranizowana przez Stanleya Kubricka
w paranoiczno-surrealistycznym klimacie powieść Anthony’ego Burgessa, chyba
po raz pierwszy w historii filmu uzyskała oprawę muzyczną niezredukowaną do
roli wypełniacza pomiędzy dialogami.
Była jego integralną, istotną częścią.
W nurcie psychodelicznych lat 60.
XX w. kolejny brytyjski pisarz, J.G. Ballard, zaczął tworzyć opowiadania, które
ostatecznie złożyły się na powieść „The
Atrocity Exhibition”. Wzbudziła ona spore kontrowersje, pojawiły się oskarżenia
o wyjątkową obsceniczność, co m.in. poskutkowało zniszczeniem całego nakładu
przez amerykańskiego wydawcę. Jak to
zwykle w takich przypadkach bywa, zgiełk
towarzyszący powieści sprawił, że dla kariery literackiej autora była ona przełomowa. W jednym z rozdziałów „The Atrocity Exhibition” zatytułowanym „Crash”
pojawia się próba analizy seksualnego
potencjału wyzwalanego wypadkiem samochodowym. Ten sam temat znalazł
później kulminację w klasycznie dystopijnej w wymowie powieści Ballarda z 1973
roku zatytułowanej podobnie – „Crash”.
W połowie lat 70. XX w. młodzi ludzie
zaczęli być sfrustrowani sytuacją społeczno-polityczną tamtego okresu, rozczarowani brakiem perspektyw w świecie
zniewolonym przez instytucje, zorganizowane formy religii pełne grzechów korupcji, fałszu i skandali seksualnych, a także
przez ogłupiające środki masowego przekazu. Odrzucili więc oderwane od życia,
pełne patosu, pompatyczne, artrockowe
wizje i wtargnęli szturmem na sceny, siejąc spustoszenie swoimi niestrojącymi
gitarami, brakiem umiejętności, szokującym wyglądem i rozpaczliwą agresją wykrzyczaną w szaleńczym jak na ówczesne
czasy tempie. Pierwszymi ofiarami punk
rocka okazały się dosłownie zmiecione ze
sceny progrockowe dinozaury.
W takich czasach dorastało pokolenie
muzyków zafascynowanych zarówno nieskończonymi możliwościami syntezatorów, estetyką muzyki elektronicznej, punkową energią i prostotą wyrazu, a także
wspomnianymi wyżej filmami i literaturą
science-fiction. Czy do wybuchu tak złożonej mieszanki w tyglach niespokojnych
umysłów potrzebne było coś jeszcze?
Otóż okazało się, że tak. Ta „iskra boża”,
która spowodowała megaeksplozję, prawdziwy „big bang”, była wyprodukowana
przez niemiecką „elektrownię”. Cały problem z punkiem polegał bowiem na tym,
że trzeba było opanować przynajmniej
kilka akordów na gitarze. Złośliwcy utrzymywali, że wystarczyły trzy. Tymczasem
elektryzujące brzmienia bądź krótkie melodyjne sekwencje będące sednem utworu
– arpeggia – na syntezatorze można było
uzyskać przez wciśnięcie jednego, zaprogramowanego wcześniej klawisza...
Czterech ludzi z Düsseldorfu tworzących grupę Kraftwerk zdefiniowało wówczas estetykę muzyki granej wyłącznie
przy użyciu instrumentarium elektronicznego, a ich wyjątkowe nowatorstwo
posłużyło jako inspiracja dla wielu kierunków i gatunków muzycznych na przestrzeni nadchodzących dziesięcioleci. Jak
w dokumencie „Synth Britannia” wspomina Wolfgang Flür: „...nie nosiliśmy ani
długich włosów, ani rozszerzanych jeansów. Ubieraliśmy się w garnitury, proste,
szare garnitury. Do tego krótkie włosy.
Nie, zdecydowanie nie wyglądaliśmy na
idoli tańczących pod sceną nastolatek.
Widzieliśmy się raczej w roli inżynierów
muzycznych, dzieci Wernhera von Brauna, czy Wernera von Siemensa niż gwiazd
rocka.”
Warunki, w jakich dorastali Ralf Hutter
i Florian Schneider, założyciele i, w początkowym okresie, jedyni stali członkowie Kraftwerk, były dość specyficzne.
Niemcy po II wojnie światowej błyskawicznie uległy kulturowej degeneracji.
Lata 50 i 60 to okres postępującej amerykanizacji, swoisty blitzkrieg dokonany
za pomocą hamburgerów, coca coli oraz
radiostacji nadającej wiadomości i muzykę dla wojsk Wuja Sama stacjonujących
w Niemczech. To wszystko sprawiło, że
młodzi Niemcy – tzw. „pokolenie bez rodziców” – całkowicie pozbawieni rodzimych wzorców, odżegnujący się od postaw
i wartości swoich przodków dorastających
w czasach III Rzeszy, ulegli fascynacji
amerykańską popkulturą. Pojęcia tradycji, niemieckiego romantyzmu, historii,
wartości narodowych niebezpiecznie kojarzyły się z nazizmem, powodując lęk,
sprzeciw i odrzucenie. Nic dziwnego, że
amerykanizacja trafiła na podatny grunt.
A jednak, już pod koniec lat 60. XX w.
można było zauważyć działania na niwie
kultury mające na celu poszukiwanie czy
też odrodzenie własnej tożsamości. Jak
zawsze muzyka, ta najbardziej emocjonalna i abstrakcyjna ze sztuk, znalazła
się w awangardzie przemian. Nie był to
jednak zjednoczony, zorganizowany ruch.
Wbrew temu, co się obecnie powszechnie
sądzi, eksperymentalne zespoły progresywne takie jak Can, Popol Vuh, Ash Ra
Tempel, jak i „elektronicy” z Tangerine
Dream, czy Kraftwerk, działali w odosobnieniu. Nie tworzyli wówczas zjednoczonej sceny krautrockowej (to określenie
pojawiło się zresztą dopiero później), mającej społeczną podbudowę w komunach
hipisowskich, ale raczej osobno każdy
z nich kreował i wcielał własną wizję muzyki. Kraftwerk w tym czasie zaczął już na
dobre oddalać się od stylistyki rockowej,
nawet tej tak różnej od anglo-amerykańskich wzorców. Budowanie własnego, oryginalnego, elektronicznego instrumentarium, wprowadzanie technologicznych
nowinek w nagraniach, oszczędny image
– wszystko to zaczęło odróżniać muzycznych inżynierów z Dusseldorfu od reszty
sceny. Mało tego, działalność zespołu zaczęła idealnie wpasowywać się w pustą
wyrwę w niemieckiej kulturze poczynioną
przez nazizm. Melancholijne, nostalgiczne kompozycje inspirowane estetyką dadaizmu i surrealizmu lat 20. XX w. ubrane
w retro-futurystyczne klimaty spotkały
się z szerokim zainteresowaniem, nie tylko w rodzimych Niemczech, ale i w całej
Europie. Słowa Waltera Gropiusa, jednego z twórców modernistycznej szkoły budownictwa Bauhaus (1919 r.), który twierdził, że wszyscy rzemieślnicy są artystami,
jak również wszyscy artyści powinni być
dobrymi rzemieślnikami, stały się niejako maksymą grupy. Eksplorując wspólne
obszary architektury, matematyki i muzyki, członkowie Kraftwerk twierdzili „...
nie jesteśmy muzykami. Jesteśmy kimś
w rodzaju muzycznych robotników. To jak
duch Bauhaus, tylko zaklęty w elektronicznych brzmieniach”.
Tak więc w tyglu muzycznej rewolucji
końca lat 70. XX w. wrzały już filmy i literatura science-fiction, dadaizm, dystopia,
mariaż techniki i sztuki, futuryzm, świat
zdominowany przez maszyny, gorące
umysły i kosmiczne dźwięki syntezatorów, które pewnego dnia, niczym w teorii
wielkiego wybuchu, trafiły na magiczne
słowa: „Meine Dammen und Herren... Ladies and Gentlemen... Heute Abend... Aus
Deutschland... Die Mensch Maschine...
Kraftwerk.”
Wolfgang Flür w swojej książce „I Was
A Robot” opisał wydarzenie, gdy po koncercie Kraftwerk w The Liverpool Empire w 1975 roku, na zaplecze wdarli się
rozentuzjazmowani młodzieńcy z rozpoczynającego dopiero muzyczną karierę Orchestral Manoeuvres in the Dark.
Chłopcy krzyczeli jeden przez drugiego
„...to prawdziwa rewolucja, pokazaliście
nam przyszłość, jutro sprzedajemy gitary i kupujemy syntezatory!” Andy McCluskey wspominał to również później
w filmowym dokumencie BBC4 „Synth
Britannia”. I szkoda, że to tylko legenda.
Andy był jedynym z członków późniejszego OMD, który widział ten koncert, ale
ponieważ miał wtedy dopiero 16 lat, zaraz po koncercie gnał, by zdążyć na ostatni autobus do domu. Sam zespół powstał
dopiero trzy lata później, ale legenda tego
„spotkania” jest żywa do dziś, a panowie
z Kraftwerk i OMD przy różnych okazjach
tworzą kolejne jej wersje, znakomicie się
bawiąc. Bo choć historia ta jest nieprawdziwa, to jak żadna inna, wyraża całą
prawdę o zasługach i oddaje należny hołd
„słynnej czwórce” z Düsseldorfu. Bez niej
nie byłoby zapewne niezwykle barwnej
sceny muzycznej lat 80. XX w., synthpopu, techno i tak dalej. Ale to już inna
bajka.
Ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi...
The Beijing East Village
Jakub Skowroński
Pod koniec lat 90. XX w. wyburzono niemal
cały stary Pekin – a raczej to, co z niego
pozostało: ostatnie dzielnice z tradycyjną
zabudową i unikalnym sposobem życia.
Milion mieszkańców – niektórzy mówią,
że aż cztery miliony – zobaczyło któregoś
dnia na ścianie domu nakreślony kredą
znak chai: wyburzyć. W dwa tygodnie musieli się spakować i wyjechać. Dokąd? Kogo
to obchodzi? W Chinach jest i tak za dużo
ludzi.
Komunistyczny Pekin to karykatura
zrodzonej w głowie Le Corbusiera modernistycznej wizji nowoczesnych miast.
Szwajcarski architekt w latach 20. XX w.
ogłosił koniec architektury – odtąd miasta
mieli budować inżynierowie. Tak właśnie
stało się w Pekinie. Przez 30 lat obowiązywały dwa typy budynków na każdy użytek.
Każdy szpital, szkoła, fabryka i biuro wyglądały podobnie – jak więzienia.
W tej rzeczywistości, zepchniętej na
margines, poza margines godnych istot,
narodziło się The Beijing East Village, które
było awangardowym, artystycznym zjawiskiem z początku lat 90. XX w., ze wschodniej części Pekinu. Powstała wówczas grupa myślących artystów, osiedliła się razem
w ruinach czy slumsach pomiędzy migrującymi najemnymi pracownikami.
Nazwa wspólnoty została zainspirowana przez East Village na Manhattanie,
z którymi czuli powinowactwo w eksperymentalnej estetyce. Tylko rok od jego
powstania, po aresztowaniu jednego z jej
założycieli – Ma Liuming – za gotowanie
nago w podwórzu, społeczność została zamknięta, oficjalnie rozwiązana przez policję. Mimo to nadal tworzyła.
Pod banderą The Beijing East Village
działały pierwsze pokolenia chińskich
performerów, jak również fotografów, którzy dokumentowali ich dzieła.
Przybyli do Pekinu z prowincji. Ma Liuming z Hubei, znany przede wszystkim
z eksploracji mocy, poezji i publicznej nagości w Chinach, gdzie takie zachowanie
było surowo zabronione, siedział zupełnie nago, ssał rurę z tworzywa sztucznego, która została przymocowana do jego
penisa. Zhang Huan z Henai, namydlił
swoje nagie ciało w miodzie i oleju rybnym, i usiadł w pobliżu latryny w publicznej łazience, gdzie podarował siebie jako
smaczny posiłek dla much i owadów. Ten
wyjątkowo niepokojący obraz fotograficzny posłużył jako głos nowej generacji
uwięzionych, napiętnowanych i wygnanych artystów.
Estetyka ich działań stanowi do dziś
nurt awangardowy. Ignorują afery w ówczesnych, wpływowych artystycznych
społecznościach, działając w różnych
częściach miasta, i decydują się uprawiać
swoją sztukę z dala od im podobnych. Często współpracują z twórcami spektakli.
Manuela Lietti wskazuje, że tego rodzaju współpraca społeczności rzadko ma
miejsce na Zachodzie, ale nie jest rzadkością w Chinach:
„W wielu miejscach na świecie, szczególnie w kanonie Zachodu, praktyki artystyczne wielokrotnie były przeprowadzane w sposób indywidualny. Jednak
w Chinach, praktyki artystyczne podejmowane są w sferze społeczności osób związanych wspólnym zamysłem, problemem,
czy to natury politycznej, społecznej czy
twórczej.
Oprócz wyżej wymienionych przedstawień warto przywołać jedno z najciekawszych: przeprowadzając się do Nowego
Jorku w 1998 roku, podczas Whitney Biennial, Zhang odegrał przedstawienia „Mój
Nowy Jork” ze świeżymi płatami mięsa
przyszytymi do marki „Incredible Hulk-like body suit”. Przeszedł wtedy z Fifth
Avenue rozdając żywe białe gołębie. To
był akt oddający zarówno surowość, jak
i wrażliwość poczty 9/11 America oraz,
bardziej nieznacznie, potajemne tybetańskie i buddyjskie rytuały nieba – pogrzebu,
gdzie zwłoki są rozczłonkowane, a następnie zjadane przez sępy.
23
24
Fot. archiwum zespołu
Elena Alice Fossi – Kirlian Camera, SPECTRA*Paris
Wspieramy idee
Teda Kaczyńskiego,
bo jest prorokiem
Wojciech Sajkowski
Kto czytał kiedyś wywiady z Angelo
Bergaminim, tworzącym pod szyldem
Kirlian Camera od ponad trzydziestu lat,
ten potrafi sobie wyobrazić, że nie jest
na pewno łatwym rozmówcą. Z kolei
Elena Alice Fossi jest jego absolutnym
przeciwieństwem. Tym, co ich łączy, jest
zdecydowany brak dystansu do Kirlian
Camera. Ale czy jest w tym coś złego?
Elena nie ma wątpliwości, że nowy album
jest wyjątkowy i że stanie się najlepszym
krążkiem. Obojętnie, co powiedzą o nim
krytycy muzyczni.
Podobno jesteście teraz zajęci miksowaniem nowego albumu Kirlian Camera.
Jak będzie on brzmiał?
Właśnie kończymy miksy do albumu
„Nightglory” i mamy zamiar wydać
singiel „Glòir ar an oíche”. I singiel
i album są bardzo epickie, dramatyczne,
o dużej sile rażenia. Nie traciliśmy czasu na poszukiwania jakichś modnych
dźwięków, tym bardziej, że dzisiejsza
scena muzyczna jest strasznie dołująca i nie zaskakuje niczym ciekawym.
To wcale nie znaczy, że nasza nowa
muzyka brzmi retro bądź nostalgicznie,
bo Kirlian Camera zawsze była ukie-
Angelo i ja zajmujemy się muzyką.
Angelo jest autorem tekstów, które są
istotnym elementem klimatu tego przestrzennego albumu. Aranżacja partii
gitarowych to dzieło Kyoo Nam, a Vincenzo Pastorino pomógł mi w ostatniej
fazie nagrań.
Będziecie kontynuować swą podróż zapoczątkowaną na poprzednich albumach?
Sugerowałby to fakt, że na „Nightglory” znajdzie się nowa wersja „Odyssey
Europa”
Możliwe, że piosenka „Odyssey Europa”
może być uznana za zarodek tego
albumu. Płyta posiada specyficzną
„skalistą siłę” stworzoną z mocy,
cierpienia, eksplozji dramatycznego
światła pozaziemskiego pochodzenia
oraz budzących grozę doznań. Można
to porównać do wyprawy statkiem
kosmicznym do piekła. Statek nagle
zostaje wyrzucony ku strasznym niebiosom, szepczącym coś świetlistego,
trudnego do uchwycenia. Nie ma tu
jakiejś łączności z przeszłością Kirlian
Camera. Ale można też powiedzieć,
że wręcz przeciwnie, że tym razem
odbyliśmy podróż w przyszłość i przeszłość jednocześnie. Angelo twierdzi,
że nowy album to manifest grupy, że
Nasze mundury i kominiarki to po prostu teatralne środki
wyrazu. Nie chcielibyśmy działać przeciwko komukolwiek jako
kryminaliści.
runkowana na innowacyjność i nic się
w tej kwestii nie zmieniło. „Nightglory”
będzie przekraczać wszelkie granice
schematów. To połączenie wszystkiego,
co najważniejsze w Kirlian Camera.
Bezpośrednie, intensywne i silne. Nasz
nowy muzyczny horyzont wyznaczony
przez pozaziemski ból i nieskażoną
czystość.
nie ma nawet jednego „wypełniacza”,
tylko olbrzymia emocjonalna bomba
eksplodująca w dłoniach. Zgadzam się
z nim. Czasami byliśmy aż przerażeni
dramatyzmem tego materiału. Czujemy
się strażnikami tajemniczej świątyni
i nie możemy zmrużyć oka choćby na
moment, bo straszliwe ciemności mogą
nadejść w każdej chwili.
Kto jest odpowiedzialny za kompozycje?
Tylko Ty i Angelo Bergamini, czy również
inne osoby?
Na „Nightglory” ma pojawić się utwór
„Morn-X Has Come”, a więc po nocy nastanie jednak nowy dzień.
Piosenka, o której mówisz, będzie miała
jednak zmieniony tytuł, brzmiący „Save
Me Lord (From Killing Them All)”.
No cóż, pewien rodzaj światła jest obecny na całości albumu, ale jest to nowe
światło, zdecydowanie nie słoneczne.
Po raz drugi Kirlian Camera skowerowało
utwór Ultravox. Poprzednio była to Vienna, na albumie „Todesengel. The Fall Of
Life”. Czemu kolejny raz zdecydowaliście
się przedstawić własną wersję utworu
tego zespołu? Widziałem jak graliście
„Hymn” na żywo i robiło to piorunujące
wrażenie.
Po dwudziestu latach [„Todesengel”
wydany był w 1991 r. – red.] nie ma
nic dziwnego w tym, że sięgamy do
repertuaru tak istotnego dla całej sceny
pop–rock–electro. Naszym zamiarem
było stworzenie prawdziwego pomnika z tego utworu, bo chociaż oryginał
brzmi dobrze, uznaliśmy, że konieczne jest przearanżowanie go według
potrzeb „nowej ery”. Nowy świat Kirlian
Camery będzie brzmiał monumentalnie
i dramatycznie, będzie to rodzaj pewnej
interakcji między najprawdziwszym
i najgłębszym duchem zespołu a dziedzictwem side-projektu Stalingrad.
„Winged child…”, które było już wykonywane na scenie również brzmi niezwykle
epicko, tak jak wspomniany „Hymn”
i „Odyssey Europa”
Bo będzie to najbardziej epicki album
Kirlian Camera, jak do tej pory.
A kto będzie odpowiedzialny za okładkę? Czy zatroszczycie się o nią sami,
jak w przypadku składanki „Odyssey
Europa”?
Po raz kolejny ja będę pracować nad
grafiką, a Angelo jest autorem zdjęć.
Korzystamy też z pomocy przyjaciół.
Powiedzmy, że Angelo jest jedynym
nie–fotografem zdolnym fotografować
niektórych ludzi i ich „aury”. Album
zostanie wydany również jako specjalna edycja i ściśle limitowany box, więc
pracy jest bardzo dużo.
25
Kto będzie wydawcą nowego albumu?
Out Of Line Records z Berlina, wspomagana przez Universal. Fajną sprawą jest
to, że mieliśmy zupełną swobodę artystyczną. Zresztą trudno by było inaczej,
szczególnie teraz, gdy Kirlian Camera
musi podążać za swym instynktem.
Mam nadzieję, że nakład będzie duży.
Niestety nawet późniejsze albumy Kirlian
Camera szybko się wyprzedają a później
trudno je dostać.
Tak, znam ten problem. Na przykład
„Not Of This World” został wydany
Wasz występ zaczął się od pewnego rytuału – wyglądało to jak przysięga. W tych
kominiarkach wyglądaliście jak organizacja terrorystyczna. Jesteście muzycznymi
terrorystami? Czy dzisiejsza kultura ma
zostać wysadzona w powietrze przez
waszą sztukę?
Nie, nie jesteśmy muzycznymi terrorystami. Zresztą taka kategoria mogłaby
dotyczyć raczej projektów, które tworzą
w klimatach szeroko pojętego noise’u,
harsh electronics, i tak dalej. Chociaż
również nam zdarzało się w przeszłości
eksperymentować z muzyką konkret-
Dzisiejsza scena muzyczna jest strasznie dołująca i nie
zaskakuje niczym ciekawym.
w nakładzie 3000 egzemplarzy przez
Trisol i sprzedał się na pniu, trudno
byłoby znaleźć choć jedną kopię. Cóż,
niektórych z naszych wydawnictw
nie da się szybko wydać z powodów
prawnych, ale zrobimy to, gdy tylko wygasną umowy z poprzednimi
wydawcami. Co do naszego nowego
wydawcy, to wydaje mi się, że Universal ma w Polsce dobrą dystrybucję.
Nie powinno być zatem problemów
z kupieniem płyty w Polsce, tym
bardziej, że wasz rynek staje się coraz
ważniejszy.
niejszą. Jednak Kirlian Camera jest
stworzona z „muzyki”, którą tworzą
prawdziwi muzycy, co do tego nie mam
wątpliwości. Nasze mundury i kominiarki to po prostu teatralne środki wyrazu.
Nie chcielibyśmy działać przeciwko
komukolwiek jako kryminaliści. Wręcz
przeciwnie, nie lubimy przestępców
i popieramy porządek, szczególnie na
ulicach. Nasza agresja pochodzi z autentycznego gniewu, wszyscy jesteśmy
przedstawicielami klasy pracującej,
ale potrafimy ten gniew kontrolować.
Gniew, który jest z resztą esencją rocka.
Gdyby udało się wam wydać powtórnie
starsze albumy, to które? „Schmerz”
i „Erinnerung” już się ukazały, ale może
jest szansa, że wydacie znowu „Eclipse”
i „Solaris”?
W tej chwili możemy powiedzieć, że
powtórnie ukaże się „It Doesn’t Matter
Now”, pierwszy album Kirlian Camera,
i będzie to dwupłytowa edycja. Po raz
pierwszy ten album ukaże się w wersji cyfrowej, istnieje tylko parę kopii
winylowych. Dwie duże reedycje są
planowane na okres bożonarodzeniowy.
Mówię o „Todesengel. The Fall Of Life”
oraz „Eclipse (Das Schwarze Denkmal)”.
Ale teraz staramy się skupiać na nowym
materiale i związanej z nim promocji.
Także na trasie koncertowej. Niedługo
wyjedziemy do Rzymu, gdzie będziemy
kręcić klip do „Nightglory” w studiu
Cinecittà. Reżyserem będzie Kampah,
włosko–amerykański filmowiec, który
wcześniej pracował dla U2, Ridleya
Scotta, Apple, CNN, HBO, NBC, Sony,
Playboya, Toyoty i tak dalej.
Jaka jest twoim zdaniem kondycja dzisiejszego społeczeństwa? Wydaje mi się,
że wasza diagnoza nie jest zbyt optymistyczna, skoro napisaliście na swojej
stronie internetowej, że wspieracie idee
Teda Kaczyńskiego.
Moja diagnoza jest następująca: wyobraź sobie zoo, w którym pootwierano
klatki. Tak wygląda dzisiejszy świat.
Kupa różnych zwierząt biegających
we wszystkich możliwych kierunkach,
bez żadnego pomyślunku. Myślenie
trzeba regularnie karmić, a tak się nie
dzieje. Wspieramy idee Teda Kaczyńskiego, bo jest prorokiem. „Widział”
już jakiś czas temu to, co dzieje się
obecnie. Jedyną złą rzeczą było to,
że zabił tak wielu ludzi, takiego zachowania oczywiście nie popieramy. Ale
jak to się stało, że ludzie nie skorzystali z uwag zawartych w „Unabomber
Manifesto”? Nie odnaleźć nic godnego
uwagi w tak małej książeczce to wręcz
niemożliwość. Ale powtarzam, terroryzm to jedna sprawa, a „analiza” to
inna.
Polska publiczność miała okazję oglądać
wasz występ na Castle Party 2010. Jak wy
oceniacie ten koncert?
Nie spodziewałam się takiego tryumfu.
Byliśmy bardzo ciekawi Polski, bo wielu fanów pochodzi z twojego kraju.
Bolków to był świetny start. Wydaje mi
się, że ten festiwal jest lepszy od wielu
zachodnich imprez!
26
Od dłuższego czasu Kirlian Camera eksploruje przestrzeń kosmiczną. Jak wiemy
„Europa” to księżyc Jowisza, na którym
istnieje woda, a możliwe, że również
formy życia. Ten wątek został rozwinięty
w „Odysei Kosmicznej” przez Arthura
C. Clarke’a. Czy inspirowaliście się tą
powieścią? A może ta kosmiczna alegoria
jest metaforą poszukiwania zagubionej
tożsamości europejczyków?
Rzeczywiście, byliśmy pod wpływem
książki i filmu „2001: Odyseja Kosmiczna”. Życie pozaziemskie jest dla nas
istotnym tematem, z wielu powodów.
Księżyc Europa zdaje się być prawdziwą
zagadką. Około 1999 roku dowiedzieliśmy się o możliwości istnienia na
nim form życia. A dziesięć lat później
okazało się, że jest to bardziej niż
prawdopodobne. A co do Europy, to
nie interesowała nas metafora, o której
wspominasz. Może trochę… Uważamy,
że każda kultura ma prawo istnieć,
europejska również. Z jakiej byśmy perspektywy na nią nie spojrzeli: czerwonej, czarnej, białej.
Na okładce albumu „Not Of This World”
jest srebrny orzeł. W przeszłości zespół
miał sporo problemów z tym symbolem,
ze względu na kojarzenie go z faszyzmem.
Ale widzę, że Trisol nie miał obiekcji, skoro wydał płytę z taką oprawą graficzną.
Nie do końca. Problem, jaki mieli z nami
niektórzy lewicowcy, nie był związany
z orłem, ani żadnym innym logo ani
symbolem. Zresztą mieliśmy wtedy inne
logo. Poza tym, nigdy nie afiszowaliśmy
się z jakimikolwiek prawicowymi poglądami. Zarzut naszych rzekomych faszystowskich sympatii został wysunięty
przez nieznanych ludzi, którzy chcieli
zakłócić działalność zespołu, jednak
powodowały nimi powody niezwiązane z polityką. Problem był „osobowy”,
a nie „polityczny”. Rzecz jasna wielu
ludzi uwierzyło w te brednie, twierdząc,
że jesteśmy powiązani z organizacjami
przestępczymi! Jeśli mam być szczera,
to stres związany z tą sprawą już opadł,
ale… nowy problem pojawił się w miejsce starego. Dostajemy teraz wiele
negatywnych sygnałów ze środowisk
ultraprawicowych. Ci ludzie twierdzą,
że jesteśmy anarchistami, a nawet
komunistami! Na przykład kilka dni
temu wrzuciliśmy na facebook fanowskie video SPECTRA*Paris, w którym
pojawia się sierp i młot. Niektórzy czuli
się obrażeni przez ten symbol i zaczęli
rzucać do nas wyzwiskami. A przecież
był to tylko jeden obraz z 45-minutowego wideo! Ja mam taki pomysł, żeby
Czerwoni spotkali się z Czarnymi i zaczęli do nas strzelać z obu stron. Będą
wtedy mogli pokazać, że Kirlian Camera
jest właściwie wrogiem całej ludzkości.
Po naszej egzekucji spokój i harmonia
zapanują na całym świecie.
Wróćmy do muzyki. Angelo Bergamini
stwierdził, że nie odpowiada mu dominacja tanecznych rytmów na dzisiejszej
scenie „dark independent”. A co ty o tym
sądzisz?
Angelo jest znudzony tymi wykonawcami. Nazywa ich „klaunami” i trudno mi
się z nim nie zgodzić. Posiada niebywałe
doświadczenie, to prawdziwy muzyczny
ekspert. Muzyka taneczna, czy awangarda, obie są kompletnie wyprane z inspiracji. W tej chwili zespoły tworzące te
nurty strasznie przynudzają. Wygląda
to tak, jakby zespoły powstawały tylko
po to by irytować! Oczywiście, że są
grupy, które brzmią lepiej i miejmy
nadzieję, że będzie ich coraz więcej.
Ale muszę się zgodzić z Angelo. Nie
lubię krytykować kolegów po fachu
ale…Trzeba się tylko trochę wysilić, by
stworzyć muzykę z duszą! To nie może
być aż takie trudne!
Nagrywając retrospektywne albumy
miałaś okazję zmierzyć się ze starszymi
kawałkami, takimi jak „Eclipse” czy „Heldenplatz”. Jaki jest twój ulubiony album
Kirlian Camera z lat osiemdziesiątych
i dziewięćdziesiątych?
„Ice curtain”, ale to w sumie składanka.
Właściwym albumem byłby „Todesengel. The Fall Of Life”. Mój ulubiony
singiel to „Blue Room”, oryginalna
wersja śpiewana przez Simonę Buja
w 1985 roku. Co do EP-ek, to nie mam
wątpliwości, że najlepszą jest „Drifting”.
Czysty geniusz!
Ostatnio kupiłem album „Still Air”,
pierwszą płytę Kirlian Camera w której
nagraniu uczestniczyłaś. Jak wspominasz
tamtą sesję?
Och tak, oczywiście! Jak mogłabym
zapomnieć o tak wyjątkowym okresie?
Czułam się jak we śnie, zastanawiając
się, kiedy się obudzę. Niecodziennie
zdarza się, że wybierają cię na wokalistę
w zespole, którego jesteś fanem! A jakby
tego było mało, Angelo zaprosił mnie
również do komponowania! Na uprzejmej prośby, ale w końcu dałam się
przekonać, bo oprócz tego, że Angelo
jest urodzonym wojownikiem, to jest
również mężczyzną szarmanckim i taktownym. Tak więc zaczęliśmy pracować
nad utworem „The Unreachable One”.
Ten kawałek był pierwszym owocem naszej współpracy. To było niczym spacer
w chmurach! Teraz, pracując nad „Nightglory”, jestem jeszcze bardziej podekscytowana. Zaangażowanie w Kirlian
Camera nie należy do zwyczajnych
doświadczeń. Kiedy jestem na scenie
z naszym zespołem, czuję, że wspiera
mnie niezwykła moc, coś nieziemskiego… trudno wyrazić to uczucie…
Kirlian Camera jest na tyle wyjątkowym
zjawiskiem, że trudno byłoby wskazać jakieś wasze inspiracje. Ale na pewno masz
jakąś ulubioną muzykę? Czy to czego
słuchasz, wpływa na kompozycje Kirlian
Camera i SPECTRA*Paris?
Słucham artystów z bardzo szerokiego wachlarza gatunkowego. W tej
chwili to Zbigniew Preisner jest moim
ulubionym artystą, ale podziwiam też
twórczość takich kompozytorów jak
Arvo Pärt, Angelo Badalamenti, Ennio
Morricone, Krzysztof Penderecki, Györgi
Ligeti, Wendy Carlos, Giuseppe Verdi,
Gustav Mahler, Richard Wagner, Hans
Zimmer, Danny Elfman, Vangelis Papathanassiou, Jocelyn Pooki i paru innych.
Nie słucham wielu artystów z szeroko pojętego kręgu muzyki rockowej,
ale lubię niektóre dzieła The Muse, Pink
Floyd, Goldfrapp, Kraftwerk, Ultravox,
Davida Bowie, Loreeny Mc Kennitt, Interpol, Editors, Leonarda Cohena. A jeśli
nie to dla mnie przepiękna legenda,
a ja uwielbiam zaczarowane legendy!
Postanowiłam więc nadać temu niesamowitemu świętu pewien konkretny
kształt. Jeśli mam być szczera, to rezultatem okazało się spotkanie dwóch
odległych światów, przestępstwa, duchy
i terror z jednej strony, a niebiosa, anioły oraz magiczne, zaśnieżone drzewa
z drugiej. Cóż zrobić, moje demony
za mną podążają. „Christmas Ghouls”
otworzyły dla SPECTRA*Paris zupełnie
nowe drzwi i zapewne pójdziemy jeszcze kilka kroków w tym kierunku.
Wyobraź sobie zoo, w którym
pootwierano klatki. Tak
wygląda dzisiejszy świat.
„Christmas Ghouls” to raczej spokojna
i uduchowiona muzyka. Może po prostu
świąteczny klimat był tylko dobrym pretekstem do nagrania takiej płyty?
Jest w tym trochę racji, chciałam
po prostu zrobić album z balladami.
Glam rock i elektronika nie opuszczają mnie na krok, ale czasem mam
ochotę po prostu uderzyć w struny
gitary akustycznej i śpiewać przy jej
akompaniamencie.
chodzi o scenę electro/dark/industrial to
mogłabym wymienić Laibach i Swans.
Porozmawiajmy o SPECTRA*Paris. Czym
muzyka tego projektu różni się od tego,
co robisz w Kirlian Camera?
SPECTRA*Paris to zupełnie co innego,
szczególnie, jeśli chodzi o dwa pierwsze
albumy. To taka wyluzowana i zabawna
odskocznia, gdzie mogę zrealizować
swą potrzebę rockowego grania. No i to
najczęściej ja tworzę ogólny zarys
muzyki, odnajduję pierwsze dźwięki,
potem spotykam się z Alessią i Marianną i razem pracujemy nad aranżacjami.
W przypadku Kirlian Camera wygląda
to inaczej, tu tworzenie to burzliwy proces, podczas którego ja i Angelo jesteśmy zanurzeni w dusznej, niesamowitej
atmosferze, na granicy obłędu. Kirlian
Camera to cała moja dusza, SPECTRA*Paris to fantastyczne wakacje.
Jesteś zadowolona z dwóch pierwszych
albumów „Dead Models Society” i „License
To Kill”?
Tak, chociaż stworzyłam je za pomocą komputera, który już ledwo zipał.
Jednym z moich ulubionych utworów
na płycie jest wasze wykonanie standardu „Joaquin Murrieta”. Ale co Joaquin
Murrieta, meksykański bandyta – lub
patriota – ma wspólnego ze świętami?
No cóż, moje Boże Narodzenie jest
wypełnione dziwnymi historiami, ta
akurat dobrze wpisuje się w główny wątek albumu. Poza tym „Movie Ghouls”
opowiada historię morderstwa, nawet
„Snowy Cross Tale” jest bliska tematyce
śmierci. Moje świąteczne aniołki są
zachlapane krwią, a bożonarodzeniowa sceneria przepełniona tajemnicą
i tragizmem.
A kiedy możemy spodziewać się kolejnego albumu SPECTRA*Paris? Rozumiem,
że bożonarodzeniowe muzykowanie było
tylko wyskokiem. Będziecie dalej rozwijać
wątek z „License To Kill”? W jednym
z wywiadów opisałaś SPECTRA*Paris
Kirlian Camera to cała moja dusza, SPECTRA*Paris
to fantastyczne wakacje.
Następnym razem chciałabym pracować na lepszym sprzęcie, z pomocą
kogoś, kto zająłby się miksem. John
Fryer [Depeche Mode, Nine Inch Nails,
Cocteau Twins – red.] byłby na pewno
właściwą osobą. Zobaczymy, co z tego
wyjdzie.
Nowy album, „Christmas Ghouls”, ukazał
się pod koniec 2010 roku. Dlaczego zdecydowałaś się nagrać taką „świąteczną”
płytę?
Bardzo lubię święta Bożego Narodzenia, szczególnie w ostatnich latach,
z różnych powodów. Boże Narodze-
jako „piękną i seksowną agentkę stojącą
na straży sprawiedliwości”. Może misja
„Jane Bond” jeszcze się nie skończyła?
„Jane Bond” jeszcze nie umarła, bo takie dziewczyny właśnie uwielbiam,
seksowne i inteligentne! Jeśli chodzi
o przyszłe plany wydawnicze SPECTRA*Paris, to właśnie zaczęłam pracować
nad dużym projektem „Spectraland”,
dwupłytowym wydawnictwem CD+DVD,
zawierającym nagrania koncertowe, wideoklipy, nowe utwory, nowe
wersje starych kawałków i remiksy.
Coś w rodzaju wspaniałego i zabawnego
„Spectramanifesto”!!!
27
Piotr Mirski
1.
Kiedy zobaczyłam zamek, wznoszący się
na wieczornym horyzoncie, zaśmiałam
się i pomyślałam: „dokonało się, jasna
cholera, świat opustoszał, my go zmieniliśmy w wielki lunapark, a teraz wreszcie
trafiliśmy do Disneylandu”. Paweł szedł
obok, paląc papierosa – ujrzawszy to co
ja, spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. Dobrze wiedziałam, że to właśnie
tam będziemy dzisiaj nocować.
Świat stał się ziemią niczyją, więc
uznaliśmy, że należy do nas. Teraz wydawało mi się, że wszystko, co się wydarzyło, było snem, że pamięć o dawnym
porządku to tylko déja vu, defekt zmaltretowanego używkami mózgu. Wybuchła Zaraza i zabiła większość populacji.
Nazywali ją Zarazą, bo żadni naukowcy nie dali rady jej zbadać – to stało się
zbyt szybko, fala śmierci rozeszła się
po świecie, a wśród ruin i trupów zostali
ci, którzy dziwnym zbiegiem okoliczności okazali się odporni na chorobę. Byłam
wśród nich. Miałam wtedy szesnaście lat
i nie uważałam się za szczęściarę.
Rok błąkałam się z szaleństwem
w oczach. Wokół były tylko zgnilizna,
28
Rys. Jakub Mikians
Prosto w noc
iskry i cienie. Po pewnym czasie oprzytomniałam i zobaczyłam, że wszystko
nieco się uspokoiło – apokaliptyczny
burdel zastąpiła wiercącą dziurę w czaszce cisza. Wtedy spotkałam na drodze
Pawła. Był pierwszym mężczyzną, jakiego widziałam od dawna, do tego pierwszym, który nie był stary lub oszpecony.
Wielki, ponury chłop, w zakrwawionej
koszulce opinającej bicepsy. To, co stało
się potem, stanowiło chyba wynik działania instynktu przetrwania. Podeszłam
do niego, wyciągając dłoń i mówiąc:
– Maja – to nie było moje prawdziwe
imię, ale za to wymarzone; Armagedon
stanowił chyba niezłą okazję do przemeblowania swojego życia.
– Paweł – odpowiedział, zamykając
moją dłoń w niedźwiedzim uścisku, a ja
od razu doszłam do wniosku, że ten koleś
nie musi niczego na swój temat wymyślać, bo za wszystkie argumenty wystarczy mu ta wielka łapa.
Dalej podróżowaliśmy razem. Bez celu,
ale z przytupem. Pieprzyliśmy się w najdroższych hotelach, kradliśmy najlepsze
samochody, w pustych kinach uruchamialiśmy projektory, aby organizować
dla siebie prywatne seanse. Przetrzebiona Zarazą Polska przypominała lekko
zapleśniały szwedzki stół, z którego dało
się wygrzebać kilka niezłych kąsków.
A teraz trafiliśmy do tego zagruzowanego Disneylandu. Kiedy wchodziliśmy
z Pawłem na dziedziniec, słuchałam
właśnie na ledwo zipiącej empetrójce
Atari Teenage Riot; w słuchawkach dudniła mi elektroniczna nawałnica, przez
którą przebijały się wrzaski muzyków
tak zadziornych, jakby mieli w dupie to,
czy jutro skończy się świat. Nagle zobaczyłam leżący na ziemi wyblakły plakat
– podniosłam go, otrzepałam i zmrużyłam oczy: „Castle Party... Atari Teenage
Riot... Diary of...”.
– Paweł – uniosłam głowę – tu był jakaś impreza i grali na niej Atari Teenage
Riot!
Pawła wiele to nie obeszło, ale ja zaczęłam się rozglądać. Te ciche ruiny były
kiedyś głośne. Zanim nadszedł koniec,
ktoś tu słuchał muzyki, bawił się i pił.
Spojrzałam w górę, na pierwsze gwiazdy
i ciemniejący fiolet nieba, i nagle dopadł
mnie okresowy weltschmerz, świadomość, że już niedługo ktoś ukręci kark
naszej podszytej rozpaczą beztrosce. To
takie ironiczne i średniowieczne: Memento, kurwa, mori.
Trzeba było rozbić obóz. Paweł rozsznurował worek marynarski, a potem
wyjął z niego butelkę wódki i latarkę;
tę pierwszą rzucił mnie, tę drugą zapalił,
mówiąc:
– Rozejrzę się jeszcze chwilę, a ty możesz już zacząć zamulać.
Nadeszła moja ulubiona pora dnia, kiedy to sięgaliśmy po zabierany ze sklepów
i prywatnych domów alkohol, aby systematycznie dziurawić sobie nim organizmy i rozpuszczać mózgi – ot, środkowy
palec pokazany naturze, która litościwie
uodporniła nas na Zarazę. Pociągnąwszy
kilka solidnych łyków wódki, zapaliłam
papierosa i usiadłam w kucki z plecami
opartymi o ścianę. Gdzieś w dali migała
latarka Pawła, a ja chłonęłam nikotynę,
czekając na uderzenie zmuły, na pierwsze fale chemicznej radości. Już za chwilę
znikną puste miasta i pełne tajemniczego życia lasy, nie będzie też tego zamku,
wyjętego żywcem z wyjątkowo pojebanej
bajki. Zostaną tylko ciepło w żołądku
i przyjemna drętwota całego ciała.
– Maja, kurwa, chodź tutaj, jest gorzej,
niż myślałem – głos Pawła drżał.
Zgasiłam peta o mur. Nie, nie, nie.
Nie znowu. Nie lubiłam o tym pamiętać,
ale po drodze spotykaliśmy często złe
rzeczy: świeże trupy, bandytów i szaleńców, którym Paweł musiał wbijać zęby
do gardła. Wstałam, zastanawiając się,
na co trafiliśmy tym razem.
2.
Ze wszystkimi strasznymi rzeczami jest
tak, że na początku człowiek w ogóle ich
nie zauważa. Gapi się przed siebie niczym cielę na malowane wrota, wychwy-
tuje niewiele znaczące szczegóły, starając się zgadnąć, czy łączy je jakiś wzór.
Paweł stał wyprostowany i sztywny, jego
latarka rozświetlała kawałek placu przed
nami, a ja nie mogłam przez pierwsze kilka sekund zrozumieć, co się dzieje.
Najpierw zauważyłam druty i to,
że wystają one z czegoś białego, pofałdowanego i przypominającego masę
solną. Potem zobaczyłam napis, krzywe
litery, układające się w słowo „Niegodny”. Chwilę później zorientowałam się,
że wyraz rozpuszcza się, jakby ktoś napisał go popsutym długopisem – gęste
strugi tuszu ściekały w dół, przez przeróżne jamy, wybrzuszenia, poszarpane
powierzchnie, w dół, aż do grubego pala
wystającego z ziemi. Zamrugałam. Zamrugałam raz jeszcze. Paweł trzymał
latarkę, wokół wznosiły się mury zamku,
nocny chłód stawiał mi wszystkie włoski
na skórze, a ja kurczowo ściskałam w dłoni butelkę wódki, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, nawet
przekleństwa, które pozwoliłoby mi skanalizować emocje.
Przed nami znajdował się pal, do którego przywiązano ciało – nie potrafiłam
stwierdzić jego płci, czy obdarzyć je takimi epitetami jak „stare” lub „młode”,
bo jedynym słowem, jakie w tym wypadku pasowało, było „zmasakrowane”.
Ofiarę musiano maltretować naprawdę
bardzo długo. Blizny zachodziły na siniaki, guzy sąsiadowały z nagim mięsem. Na względnie niepokiereszowanym
fragmencie skóry wycięto napis, a całość
okręcono drutem kolczastym, łączącym
ponadto zwłoki z palem. Memento, kurwa, mori.
Paweł bez słowa przesunął snop światła na lewo. Z ziemi wyrastały kolejne
słupy, na których dla odmiany nie było
żadnych trupów. Ścisnęło mnie w żołądku, bo zdałam sobie sprawę, że powinnam dodać: „jeszcze”.
I wtedy, niczym opuszczana w teatrze
deus ex machina, księżyc wysunął swoje
obłe cielsko zza chmur i zobaczyliśmy,
że jakieś dziesięć metrów od nas stoją
ludzie. Było ich trzech: chudy, chudszy
i mutant. Chudy był ubrany w wyblakłą
i podartą koszulkę, z której wystawały
poznaczone równoległymi sznytami ramiona, w jeden ręce trzymał maczetę,
a w drugiej – policyjną pałkę. Koszulka
chudszego była tak podarta i brudna, że
nie byłam w stanie odszyfrować, czy coś
w ogóle na niej pisze, a za broń służył mu
długi kij. Mutant był natomiast od pasa
w górę nagi i nie miał przy sobie żadnej
broni, ale nie sądziłam, żeby jej potrzebował – jego ciało puchło od żył i mięśni,
jakby w młodości wpadł do kadzi z metanabolem. Wszyscy trzej mieli długie włosy, brody i szaleństwo w oczach. Wszyscy
trzej patrzyli się na nas.
Paweł nie czekał, bo życie oduczyło
go czekania. Wyszarpnął zza pasa my-
śliwski nóż i rzucił nim w chudego, trafiając go prosto w brzuch; ten zgiął się,
padł na kolana i wyciągnął przed siebie
ręce w niemym geście błagania o litość,
puszczając z ust krwawe bańki. Paweł
wyjął z buta drugi nóż i ruszył w stronę
chudszego, ale drogę zastąpił mu mutant, okazując się znacznie szybszy, niż
wskazywałaby na to jego postura. Paweł
zamachnął się ostrzem, jednak ten złapał go za przedramię i mocno ścisnął;
chrupnęły kości, a broń wypadła na
ziemię.
Przyglądanie się ich starciu przerwał
mi chudszy, który podbiegł do mnie
z uniesionym kijem. Odruchowo cisnęłam mu w twarz butelkę wódki. Szkło pękło, pękła też skóra chudszego, a alkohol
wlał mu się boleśnie w krew i oczy. Rzuciłam się do przodu, aby pozbierać resztki butelki. Kiedy udało mi się znaleźć
odpowiednio duży kawałek, uniosłam
w górę oczy i zobaczyłam nad sobą jego
twarz, wściekłą i całą zalaną czerwienią.
Zamierzył się kijem, jednak nie zdążył
zadać ciosu, ponieważ wbiłam mu szkło
prosto w brzuch. Ja też umiałam się bić.
Paweł kończył właśnie z mutantem,
to znaczy klęczał, trzymając jedną rękę
nieco podkurczoną, a drugą napieprzając głową swojego przeciwnika o ziemię.
Kiedy przestał, podniósł się i otrzepał
spodnie. Spojrzał na mnie, a potem
na zwłoki chudszego. Twarz miał jak wykutą w kamieniu, ale wiedziałam, że jest
ze mnie dumny.
Poczułam nagle zimno i zorientowałam się, że podczas walki od góry do dołu
rozpruła się na mnie koszulka. Stałam
z cyckami na wierzchu pośród trupów.
Zarechotałam, dochodząc do wniosku,
że wyglądam, jakby wyjęto mnie z jakiegoś realizowanego za równowartość
skrzynki piwa gore-pornosa. Paweł,
widząc to, uśmiechnął się i podszedł
do leżącej przy murze sterty kartonów,
wygrzebał stamtąd coś czarnego i rzucił
mi to.
– Ubierz.
To była koszulka z tym samym napisem co na plakacie: „Castle Party”. Kiedy
właśnie kończyłam ją wciągać na pokryte gęsią skórką ciało, księżyc z powrotem
schował się za chmurami, a my nagle
usłyszeliśmy za sobą metaliczny trzask.
Jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty, całą
meksykańską falę. Wiedziałam, co to
za odgłos – ktoś odbezpieczał broń. Nie
musiałam się odwracać, żeby wiedzieć
jeszcze jedną rzecz – że jest źle, naprawdę bardzo źle. I że słupy wciąż na nas
czekają.
3.
Nauczyłam się żyć w poczuciu niebezpieczeństwa. Strach wsiąkł w moją skórę,
utwardzając ją i sprawiając, że nie łamałam sobie karku od nerwowego oglądania się za siebie. Całe zło wyniszczonego
Zarazą świata ukrywało się za niewidzialną barierą i jeśli nie postanawiało
nagle jej przekroczyć, to nie zamierzałam się nim przejmować. Teraz jednak,
z bronią odbezpieczaną za moimi plecami, ta skorupa pękła, odsłaniając wrażliwe na każdy podmuch wiatru nerwy.
Bałam się jak cholera.
Powoli, tak żeby nie sprowokować
żadnego dociskającego spust palca, odwróciłam się do tyłu. Oprócz tych, którzy trzymali wycelowaną w nas broń –
skundlonych, pokracznych zakapiorów,
identycznych z tymi, których dopiero
co zabiliśmy – było ich jeszcze trzech.
Ci akurat nie przypominali zaginionego
ogniwa ludzkiej ewolucji – długowłosi,
ubrani w ukradzione pewnie z jakiejś
opustoszałej zakrystii sutanny, wyglądali na tych, którzy w tym całym towarzystwie są od myślenia. Byli w różnym
wieku. Najmłodszy miał około trzydziestu lat i trzymał się całkiem nieźle, natomiast najstarszy był tak sponiewierany
przez czas, że kojarzył mi się z żółwiem,
pochlastanym zmarszczkami, skurczonym, z każdym krokiem coraz silniej
przyciąganym przez grawitację.
To właśnie on wystąpił do przodu,
zwracając się do Pawła, wyprostowanego jak struna i zaciskającego z całej siły
pięści:
– Umrzesz – głos miał zadziwiająco
silny i czysty.
– Umrzesz – powtórzył – ale chcę
dać ci szansę. Nie pomścimy naszych,
nie trafisz na pal. Wyglądasz na silnego
człowieka, a takich właśnie potrzebujemy. Bóg oczyścił świat z szumowin,
ale okazało się, że jest ich więcej – tak
wielu, tak wielu nie doceniło daru odporności na Zarazę, tak wielu stoczyło się
zamiast zbudować nowy świat, tak wielu ugrzęzło w bagnie hedonizmu. Teraz
my będziemy ręką Boga, drugą Zarazą.
Umrzesz, ale nie musisz tego robić teraz. Dołącz do nas. Będziemy arką, którą
uniesie ludzki potop.
– Jesteście pojebani – powiedziałam.
Starzec skinął na jednego z zakapiorów,
a ten podszedł do mnie i wbił mi pięść
w brzuch. Upadłam na kolana, kaszląc,
a wielkie czerwono-czarne płaty zatańczyły mi przed oczami
– Ty już i tak nie żyjesz – powiedział
do mnie staruszek – czekam tylko na odpowiedź twojego towarzysza. A więc –
zwrócił się do wciąż milczącego Pawła
– jesteś z nami, czy z martwą dziwką?
Księżyc świecił Pawłowi prosto
w twarz, a on stał, patrząc się w nieistniejący punkt na murze zamku. Lubiłam
ten jego graniczący z martwotą spokój,
nawet podczas seksu – jak bardzo by
mnie nie ponosiła huśtawka nastrojów,
on zawsze był skałą, monolitem, czymś
pewnym i niewzruszonym. Teraz jednak
zaczynałam bać się tego stanu. Paweł
myślał i to intensywnie. Kalkulował,
29
ręką przytrzymywał go, a drugą zaciskał
na granacie, którego zawleczkę wcisnął
sobie w usta. Nie mógł przez to mówić,
ale wszyscy i tak rozumieli groźbę. Pięć
luf skierowano w jego stronę, nawet ci
w sutannach w jakimś odruchu warunkowym wyciągnęli noże.
Starzec zamknął na chwilę oczy, potem je otworzył i uśmiechając się upiornie, powiedział:
–Bóg już raz odsiał ziarno od plew. Pozna swoich. Strzelajcie.
Na następne kilka sekund świat znów
rozpadł się na nieprzystające do siebie
puzzle. Najpierw usłyszałam strzały, potem wybuch, a potem ciszę, przerywaną
tylko pojedynczymi jękami. Najpierw
zobaczyłam błyski, potem jasność, białą
i wściekłą, a potem wróciła noc, spokojna
i martwa. Najpierw poczułam uderzenie,
potem straciłam chyba na chwilę przytomność, a na końcu nadszedł okropny
ból głowy, jakby ktoś smażył mi płat czołowy żelazkiem. Podniosłam się z ziemi,
ale po chwili znów upadłam. Powietrze
drżało. Zamrugałam, pozbywając się łez
i rozejrzałam się wokół. Bałagan. Krwawy, nadpalony pierdolnik. Fruwające
wokół koszulki z napisem „Castle Party”. Flaki i popioły. Pourywane kończyny
i pojedyncze płomyki tańczące w resztkach ubrań.
Tylko jeden przeżył, anonimowy członek obstawy starca, który leżał teraz
z czarnymi kikutami zamiast nóg i z bąblami pokrywającymi całą twarz.
– Dobij mnie, błagam, dobij – wyjęczał, kiedy dokuśtykałam do niego.
Spojrzałam na niego, na przekrwione
oczy, na zwęgloną skórę, na rany, strupy,
ropę, na ten strzępek człowieka, który
kojarzył mi się ze zdjęciami zmasakrowanych płodów po rzeźniczej aborcji
w Kambodży, które oglądałam w internecie w czasach, kiedy jeszcze miałam,
kurwa, dom i życie. Spojrzałam na niego
i powiedziałam:
– Okazałeś się godny. Zostałeś wybrany. Świat to Disneyland, więc pobaw się
nim trochę.
Nastawiłam w empetrójce maksymalną głośność, po czym rzuciłam ją na ziemię – obok głowy tego pieprzonego kaleki wybuchł muzyczny granat. A potem
pokuśtykałam przed siebie, byle jak najdalej od tego zamku. Prosto w noc.
Rys. Jakub Mikians
obliczał szanse. Cienie gęstniały mu
pod oczami i w jamach nieco zapadłych
policzków, a on z każdą sekundą coraz
bardziej przypominał mi gipsowy odlew.
Z każdą sekundą coraz bardziej utwierdzałam się też w pewności co do jego
odpowiedzi.
– Zgoda – usłyszałam, wszyscy usłyszeliśmy, a Paweł ruszył w stronę starca,
wyciągając przed siebie dłoń na znak
zgody.
„Instynkt przetrwania” – pomyślałam, czując, jak łzy napływają mi do
oczu. To nie był przecież związek – to był
układ. On mnie ochraniał i karmił, a ja
dawałam mu dupy. Myśliwy i dziwka. Samiec i samica. To nie jest zdrada, tylko
opowiedzenie się po stronie silniejszego
stada, po stronie zwycięzców. Opuściłam głowę, aby nikt nie widział, że płaczę. Po żołądku rozlewała mi się zimna,
ohydna breja, a ja drżałam, jakby ktoś
podłączył mnie do akumulatora.
Z tego stanu zapadania się w sobie
wyrwały mnie krzyki. Spojrzałam przed
siebie i nagle łzy wyschły mi w kanalikach, a serce mocniej uderzyło o żebra. Paweł stał za plecami starca; jedną
30
31
32
Fot. archiwum zespołu
Diary of Dreams
Echo każdego z nas
Tomek Orzechowski
Podobno każdy z nas ma swoje echo.
Każde działanie wywołuje efekt, który
zmienia świat, ale przede wszystkim
zmienia nas. O studium tej transformacji,
jakim jest album „Ego: X” i o nowych
brzmieniach w muzyce Diary of Dreams,
a także o planach na przyszłość, życiowej
filozofii i koncertach na Castle Party
rozmawiałem z liderem zespołu Adrianem. I choć powiedział bardzo wiele,
to nie zdradził mi wszystkiego. Zachował
tajemnicę związaną z nową płytą i za tę
tajemniczość go szanujemy. Co ukrył
przed nami Adrian Hates?
Pierwsze pytanie nawiązuje wprost
do koncepcji zespołu. Czy często śnisz?
A jeśli tak, to jakie to sny? Reminiscencje
z świata realnego czy nowe, fantastyczne
twory?
Tak, to prawda, sprawa moich snów
leży u podstaw koncepcji Diary of Dreams i planu zawiązania zespołu. Mariaż
fikcji i świata rzeczywistego w snach
był zawsze czymś, co mnie szczególnie
inspirowało. Dlatego pewnego dnia
pomyślałem, że podobny efekt można
przecież osiągnąć za pomocą dźwięków. I tu sprawdził się mój kompozytorski patent na miks klasycznych
elementów i elektronicznych brzmień,
oraz w warstwie lirycznej miks prawdziwych historii z życia i fikcji. I tak,
odpowiadając wprost na pytanie, wciąż
bardzo mocno śnię. Sny to podróż do
środka umysłu, bardzo silna inspiracja
dla mnie i Diary of Dreams. I jednocześnie klątwa, która cię prześladuje,
zwłaszcza jeśli tematyka snów przeraża. Jednak jeśli przełożysz ją na sztukę,
możesz stworzyć bardzo ciekawe
rzeczy.
A czym jest echo, o którym opowiada
ostatni singiel „Echo In Me”?
Chodzi o moje osobiste przemyślenia
na ten temat. Wierzę, że każda istota
ludzka, każda istota na tej planecie,
ma swoje echo. Wszystko, co robimy,
ma swoją implikację, każde działanie ma swój efekt i musimy być tego
świadomi. Pytanie, które zadałem sobie
przy okazji prac nad ostatnim krążkiem, brzmiało „jaki jest dla mnie efekt
rzeczy, które robię, działań, których
się podejmuję”? Każdy z nas powinien
sobie zadać to inspirujące pytanie.
Album „Ego: X” to studium charakteru,
studium osobowości, postaci, która
studiuje swoje echo. Zastanawia się
nad swoją transformacją, nad tym, w co
się zmienia. To zdecydowanie album
koncepcyjny, tak.
Jeśli już rozmawiamy o „Ego: X” to muszę
przyznać, że nie tylko fani, ale też media
łu jako koncertowego składu. Myślę,
że prawie je odnalazłem.
Czy możesz wymienić choć jednego
muzyka, który gościnnie pojawi się na
„Ego: X”?
Nie, niestety nie. Na tym polega za-
Ważne pytanie, które nieustannie sobie zadaję, brzmi:
„czy mogę już znaleźć w duszy spokój, odłożyć na półkę taśmę
matkę, czy mogę oddać ją do wytwórni i tłoczyć płytę?”. I tutaj
niestety najczęściej jestem ciągle niespokojny, ciągle szukam
optymalnego brzmienia.
są nieco zagubione co do daty premiery.
Została przesunięta już co najmniej dwa
razy. Możesz jednoznacznie powiedzieć,
kiedy ukaże się ta płyta?
Tak, niestety to prawda. Co więcej,
ostatnio słyszałem pogłoski, że płyta
została wydana i chciałem je tutaj zdementować. Zdecydowanie nie, a jeśli
coś takiego dostaliście od kogoś, to nie
jest z pewnością nowy album Diary of
Dreams. Niemniej jednak, mimo opóźnień, płyta zbliża się dużymi krokami,
ukaże się na pewno w tym roku. Może
nie jutro, ale w ciągu kilku najbliższych
miesięcy.
Powiesz nam coś więcej o tym albumie?
Uchylisz rąbka tajemnicy w sprawie
kompozycji, okładki albumu, produkcji
„Ego: X”?
Gaun: A bardzo mocno pracował przy
tym albumie, dlatego też partie gitar
brzmią wyjątkowo. Pojawią się też
nowi muzycy zaproszeni do gościnnego
udziału w nagraniach, to taka niespodzianka dla fanów. To bardzo dopracowany album, ja poświęciłem mu jak
dotąd osiemnaście miesięcy swojego
życia. Zainwestowałem wiele godzin
i jestem przekonany, że ten wysiłek
był tego wart. Każdy element układanki, każdy aspekt pracy nad albumem, od kompozycji, przez brzmienie,
po produkcję, zdjęcia, okładkę albumu – wszystko to dziś jest dopięte na
99 procent i można powiedzieć, że jestem bliski satysfakcji. To dobra płyta,
która opiera się na charakterystycznym
dla Diary of Dreams klimacie i kreuje
znaną fanom atmosferę, ale zawiera
też nowe elementy, bardzo energetyczne i mocne. Nie chciałbym przesadzić
z produkcją albumu, ale poszukuję
żywego, prawdziwego brzmienia, które
odzwierciedla naszą siłę, siłę zespo-
skoczenie, niespodzianka, sekret, który
staramy się utrzymać od miesięcy.
I jak to w przypadku tajemnic bywa,
jej utrzymanie nie jest łatwe, ale staramy się! Jestem bardzo podekscytowany dniem, w którym sami odkryjecie
tę płytę, poznacie jej gości i nasze
nowe kompozycje.
Czy zawsze nagrywając płytę masz
wszystko poukładane z niemiecką precyzją, czy może zachowujecie jakiś bufor
punkowej spontaniczności? Czy może
pojedyncze kompozycje rodzą się z przypadkowo sklejonych dźwięków, które
potem zaczynają żyć własnym życiem?
Wszystko zależy od okoliczności. Choć
prawda, muszę się tutaj przyznać,
trochę pedantycznie podchodzę do
tematu, wszystko mam przemyślane
i zaplanowane. Jednak w przypadku
takiego albumu jak „Ego: X”, gdzie
prace nad krążkiem trwają ponad
osiemnaście miesięcy, jest czasem tak,
jak mówisz. Wiele rzeczy, w tym muzyka, zmieniło się od pierwszego dnia,
kiedy zaczynałem rejestrację śladów.
Ważne pytanie, które nieustannie sobie
zadaję, brzmi: „czy mogę już znaleźć
w duszy spokój, odłożyć na półkę taśmę
matkę, czy mogę oddać ją do wytwórni
i tłoczyć płytę?”. I tutaj niestety najczęściej jestem ciągle niespokojny, ciągle
szukam optymalnego brzmienia. Chyba
taki mam charakter, lubię poprawiać,
udoskonalać dźwięki. Chciałbym wydawać moje płyty wtedy, gdy już poczuję,
że jestem na premierę gotowy, że one
są gotowe, a nie dlatego, że oczekują
tego ludzie. Dlatego też przesunęliśmy
datę premiery. Proces nagrywania tej
płyty jest bardzo wymagający, bardzo
dużo instrumentów nagrywaliśmy na
żywo, co jest pracochłonne i wymaga
czasu, zwłaszcza, jeśli chcesz to powią33
zać z elektroniką. Dużo łatwiej nagrać
muzykę rockową lub elektroniczną
osobno, połączenie takich dźwięków
w jednym projekcie wymaga poszukiwania brzmień. To musi brzmieć jak
Diary of Dreams, a jednocześnie wnosić
do naszej muzyki coś nowego.
Jeśli rozmawiamy o brzmieniu, czy korzystaliście z analogowych brzmień,
czy album w całości jest zdigitalizowany
i nowoczesny?
całość. Jeśli chcesz poczuć muzykę,
musisz dotknąć albumu.
Czy „Ego: X” ma coś wspólnego z filozofią
Freuda? Wiesz chodzi mi o jego koncepcję Ego, Id i Superego…
Nie, niekoniecznie. Można spekulować
na temat snów i podobieństw, ale to
nie ten trop. „Ego” to starożytne słowo,
my skoncentrowaliśmy się na jego tradycyjnym znaczeniu, które adoptowaliśmy na potrzeby Diary of Dreams. I nie
Wierzę, że każda istota ludzka, każda istota na tej planecie,
ma swoje echo. Wszystko, co robimy, ma swoją implikację,
każde działanie ma swój efekt i musimy być tego świadomi.
Mam silne wrażenie, że wykorzystujemy pełną paletę możliwości. Dźwięki
analogowe, elektroniczne i akustyczne. Samo nagrywanie ścieżek zabrało
nam prawie sześć miesięcy. Długo,
prawda?
Adrian, tutaj mam kontrargument: z Garden of Delight byłeś już bardzo dobry,
więc jak bardzo lepszy stałeś się z Diary
of Dreams?
Tak, masz mnie, faktycznie to paradoks. Choć wiesz, ja nie porównuję
tych dwóch zespołów, bo to zupełnie
coś innego. Tak, przyznam, że spędziłem kilka inspirujących lat z Garden of
Delight. Ale w obu formacjach wszystko jest inne, Diary of Dreams i Garden
of Delight są jak ogień i woda. Oba
są żywiołami, ale inna jest ich natura. Wspominając o ewolucji miałem
na myśli ewolucję w ramach tego, czym
jest Diary of Dreams.
Skoro rozmowa zboczyła na filozoficzne
tory, to jaka jest twoja prywatna filozofia
życiowa, w jednym zdaniu?
W jednym zdaniu? Hmm… Dziś brzmi
tak: „Panie daj mi w końcu skończyć
nowy album”, to moja życiowa filozofia
na dzisiaj, naprawdę. Dla mnie nowy
czas, nowy rozdział zacznie się, kiedy
zamknę ten projekt. Jestem na tym
bardzo skoncentrowany, chcę skończyć
nową płytę, chciałbym ją już wydawać.
Zwłaszcza, że mam już pomysły na kolejne kompozycje, a wciąż pracuję nad
krążkiem, który jeszcze się nie ukazał.
Pozwólcie mi skończyć „Ego: X”!
No właśnie, czy Diary of Dreams to idea,
zespół, czy sposób na życie? Jakie miejsce Diary of Dreams ma w twoim życiu?
Diary of Dreams jest centrum mojej uwagi, moim oczkiem w głowie.
W moim życiu wszystko kręci się wokół
tego. Inwestuję niekończące się godziny pracy artystycznej, to miłość. Tak,
Diary of Dreams to moje życie.
Jeśli kolejny album to nowy życiowy rozdział, to czy możesz na chwilę spojrzeć
wstecz i powiedzieć, jakie są główne
różnice między kolejnymi albumami
DOD? Oczywiście chodzi mi tutaj o twoje
subiektywne odczucia i wspomnienia.
Oczywiście zdajesz sobie sprawę,
że to jest rozmowa, którą moglibyśmy
prowadzić godzinami? Na samą myśl
o tym na mojej twarzy pojawia się
uśmiech, bo nie mamy tyle czasu. Myślę, że Diary of Dreams to ciągła linia.
Ciągła, czerwona linia, którą za każdym
razem przekraczamy. Z jednej strony
Grałeś już na kilka razy w Polsce i kilka
razy na Castle Party. Jakie są twoje wspomnienia z Bolkowa? Czego oczekujesz
od tegorocznego koncertu?
O tak, mam wspaniałe wspomnienia,
graliśmy tam już kilka razy i muszę
przyznać, że kocham polskich fanów.
Festiwal ma unikalną atmosferę i lokalizację, impreza na zamku to niż tylko
festiwal. Mam nadzieję, że nie będzie
padało. Liczę na to, że nowy koncert
będzie najlepszym, jaki zagraliśmy
do tej pory w Polsce. Nie mogę się
doczekać spotkania z fanami!
Nemi(c)Lise Myhre/[email protected]
Fakt, długo. Czy „Ego: X” będzie miał
specjalną szatę graficzną, która pomoże
nam zrozumieć koncepcję całości? Kto
jest odpowiedzialny za projekty graficzne
okładek Diary of Dreams?
Zawsze to ja jestem odpowiedzialny
za koncepcję całości. Szkicuję layout
i mówię „chciałbym by to wyglądało
w taki a taki sposób”, daję wytyczne
grafikom. Ale też często zdarza się,
że robimy grafikę w całości sami.
Na przykład nowy album jest oparty
na obrazach, które Gaun: A namalował
sam. Dzięki temu płyta ma bardzo artystyczny, można powiedzieć nawet oldschoolowy charakter, choć oczywiście
dużo w niej nowoczesnego klimatu.
Wiesz, w dzisiejszych czasach tak już
jest, że ludzie stykają się z nową muzyką przede wszystkim przez internet.
Ściągają płytę. Nieważne, że część robi
to legalnie, a część nielegalnie, ważne,
że nie zdają sobie do końca sprawy, że
każdy z nich traci wielką cześć tego,
czym album jest naprawdę. Płyta to nie
tylko muzyka, na pewno nie w przypadku Diary of Dreams. U nas liczy się
ma tu powiązań z poglądami Freuda,
a przynajmniej nie są to świadome
inspiracje.
mamy tutaj konsekwencję, bo podążamy wzdłuż tej linii. Z drugiej innowację, gdy ją przekraczamy. Główne różnice między płytami dotyczą po pierwsze
produkcji, bo za każdym razem mamy
inne pomysły, inne brzmienie, inne
instrumenty… Druga sprawa to nasze
zdolności muzyczne, które szlifujemy
z każdym albumem. Z płyty na płytę
czuję się lepszym muzykiem, co pozwala mi realizować ciekawsze wizje.
34
Fot. archiwum zespołu
i skierowany jest do gniewnych nastolatków. Z całym swoim bagażem doświadczeń nie jesteś jednak przypadkiem
odrobinę za stary na kąpanie się we krwi,
wymachiwanie pistoletami i prowadzanie
dziewcząt na smyczy?
Aaa, zakładam, że odnosisz się do teledysku do „Die Motherfucker Die”? Cóż,
trzeba spojrzeć na niego z przymrużeniem okna, podobnie jak na naszą
ostatnią promocyjną sesję zdjęciową.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego,
że ten gatunek pełen jest banalnych
chwytów, ale w tym klipie chodziło
nam właśnie o ich podkreślenie. Najwidoczniej większość ludzi nie załapała
tej ironii...
Suicide Commando
Matkojebcy
muszą zginąć!
Łukasz Miernik
Johan van Roy to kultowa postać, często
nazywana ojcem chrzestnym harsh
electro. Od 25 lat nieprzerwanie serwuje
nam bluźniercze historie o samobójcach
i mrocznej stronie ludzkiej natury, podszyte ciężkim przesterowanym bitem. Można
śmiało powiedzieć, że Suicide Commando zna każdy – od starych fanów EBMu
pamiętających „Necrophilia”, po dzieciaki
skaczące przy „Hate Me”. Parkietowe
hity jak „Hellraiser” czy „Cause Of Death:
Suicide” są wręcz tak oklepane na polskich
parkietach, że można dostać nudności
po jednej nutce. Zatem bez zbędnych
wprowadzeń, sprawdźcie co Johan ma
do powiedzenia o młodych zespołach,
kiczowatej otoczce harsh electro, modnych
brzmieniach i pełnieniu roli ojca.
Witaj Johan, ćwierć wieku w muzycznym
biznesie to kawał czasu. Będziesz miał
siłę zostać Rolling Stonesami sceny harsh
electro?
Dlaczego nie? Jesteśmy tak starzy, na ile
się czujemy. Jeśli chodzi o moją muzykę,
nawet jeśli czasami wydaje mi się, że
mam już 65 lat, nadal czuję się młody
i pełen energii. Mógłbym nawet stwierdzić, że to właśnie muzyka obniża moją
metrykę i daje mi siłę by iść dalej. Bez
niej prawdopodobnie dawno bym przepadł. Jak mówiłem już parę lat temu,
tak długo, jak tworzyć będzie Dirk Ivens
(Dive, Klinik), już po pięćdziesiątce i nadal będący moją największa inspiracją,
ja również się nie poddam!
Skoro mowa mijających latach, wiadomo, że harsh electro ma swoją estetykę
Jak postęp nad twoim studium umysłu
samobójcy? Czy nadal jest on dla ciebie
tak fascynujący? To w końcu temat, który
od początku napędzał twórczość Suicide
Commando.
Zawsze byłem zafascynowany ludzkim umysłem i jego psychologicznym
aspektem, a zwłaszcza tą mroczniejszą
stroną. Ciężko odgadnąć, dlaczego
niektórzy odbierają sobie życie, a inni
z kolei posuwają się do zabójstwa czy
nawet dokonują seryjnych morderstw.
Ludzki umysł jest niepojęty.
Biografie seryjnych morderców wydają
się być twoją ulubioną lekturą. Skoro do
tej pory napięcie narastało z płyty na
płytę, jak chory i zdeprawowany musiałby
być oprawca, żeby zainspirować kolejny
kawałek Homicide Commando?
Cóż, wydaje mi się, że ostatnio przerobiłem już dosyć seryjnych morderców
i na razie powinno mi wystarczyć.
Chyba, że niespodziewanie wyskoczy
jakiś ciekawy i intrygujący psychopata.
A tak na poważnie, o ile „Bind Torture Kill” to faktycznie koncept-album
o seryjnych mordercach, „Implements
of Hell” nie było już po prostu kolejnym
krążkiem poświęconym wyłącznie tej
tematyce. Tylko pojedyncze kawałki nawiązują do psychopatów, więc
płyta ma zdecydowanie dużo więcej
do zaoferowania. Nagranie kolejnego
albumu o seryjnych mordercach byłoby
pójściem na łatwiznę.
Religia i wojna to tematy, które często
pojawiają się w twoich tekstach. Jaką rolę
odgrywają w twoim życiu?
Od samego początku istnienia Suicide
Commando religia i wojna zdecydowanie dominują w naszych tekstach.
Te zagadnienia bardzo mnie interesują,
być może także z powodu mojego bardzo religijnego wychowania. W każdym
razie sądzę, że obie te rzeczy są ze sobą
ściśle powiązane. Wiele wojen to wynik
konfliktów właśnie na tle religijnym.
Wystarczy spojrzeć na wszystkie walki
i rozgrywki na Środkowym Wschodzie.
35
Uważam, że religia jest największym
zagrożeniem dla współczesnego
świata.
Teksty do „Die Motherfucker Die” i „Go
Fuck Yourself” są z kolei bardzo bezpośrednie i zrozumiałe dla odbiorcy.
Co sprawia, że tak otwarcie epatujesz
agresją?
Nienawiść i zazdrość to plaga dzisiejszego społeczeństwa i jestem zdumiony, że w tak małym środowisku,
jakim jest scena electro, pełno jest jadu
i zawiści. Tak to już jest, że wraz z suk-
znów poczułem potrzebę zrobienia
czegoś inaczej.
Od początku istnienia Suicide Commando, z dumą prezentujesz listę swojego
muzycznego sprzętu. Co sądzisz o kreatywnej stronie dzisiejszej twórczości
muzycznej, z wszystkimi jej software’owymi syntezatorami i internetem jako
uniwersalnym źródłem pozyskiwania
nowych dźwięków?
Dzięki nowoczesnej technologii
oczywiście zdecydowanie łatwiej
i taniej jest tworzyć muzykę, ale nie
Myślę, że zbyt wielu artystów utknęło na stałe gdzieś daleko
w czasie i ich umysły nie są w ogóle otwarte na dzieciaków,
którzy szturmem podbijają tę scenę nową muzyką.
cesem pojawiają się też anonimowi
frustraci najeżdżający na ciebie z sobie
tylko znanych powodów. Zwłaszcza „Go
Fuck Yourself” to mój środkowy palec
wyprostowany w ich stronę.
Zaczynałeś jako projekt silnie zainspirowany Klinikiem, ale z czasem wykształciłeś swój własny niepowtarzalny styl.
Ostatnie albumy Suicide Commando
zdają się jednak podążać za aktualnymi
trendami na scenie dark independent.
Czy uważasz, że czasem warto przekonać się do popularnych współczesnych
brzmień, żeby przyciągnąć nowych młodych słuchaczy?
Nie, nie jest to konieczne, ale ja po prostu nie trzymam się kurczowo przeszłości. Myślę, że zbyt wielu artystów
utknęło na stałe gdzieś daleko w czasie
i ich umysły nie są w ogóle otwarte
na dzieciaków, którzy szturmem podbijają tę scenę nową muzyką. Jednym
z głównych źródeł sukcesu Suicide
Commando jest właśnie to, że trafia w gusta zarówno młodszych jak
i starszych fanów gatunku. Mimo tego
otwarcia na potrzeby nowego pokolenia
wcale nie uważam, że ostatnie albumy
podążały ślepo za trendami. Po prostu
zawsze robiłem to, co chciałem robić.
Bez oglądania się na innych czy też
na to, co akurat jest modne.
Surowy i industrialny klimat „Implements
of Hell” – np. w „Severed Head” – to wyraźny zwrot ku mrocznym i brudnym
brzmieniom, na których Suicide Commando zbudowało swój status legendy. Chyba
miałeś w końcu dość TBM-u.
Jak już wspomniałem, nie podążam
za trendami, mogłem więc pozwolić
sobie na powrót do korzeni. „Implements of Hell” faktycznie jest w pewien
sposób podróżą w przeszłość i doskonale łączy moją wcześniejszą i bieżącą
twórczość. Nie ma to żadnego związku
z tym, że znudził mi się TBM, po prostu
36
postrzegam tej ewolucji jako negatywnej. Jedynym złym aspektem rozwoju
technologicznego, który sprowadził na
nas internet, jest nielegalne ściąganie
plików. Doprowadziło to do całkowitego zniszczenia rynku płyt CD. To ostrze
jest jednak obosieczne i tnie w każdą
stronę. Nie możemy po prostu czerpać
samych korzyści bez negatywnych efektów ubocznych.
Twój występ na M’era Lunie w 2002 roku
wzbogacony o lasery nadal wspominam
jako jeden z najlepszych koncertów
na scenie dark, jakie widziałem w życiu.
Ta muzyka zawsze bardziej pasowała
mi do ciasnych hangarów niż olbrzymich
scen na świeżym powietrzu. Które otoczenie preferujesz?
Lubię obydwa rodzaje koncertów,
ale zgadzam się z tobą, że w ciemnym
zatłoczonym klubie czy hali atmosfera
jest zdecydowanie lepsza. Są to po prostu miejsca, które o wiele lepiej nadają
się do tego typu muzyki i jej klimatu.
chodem przez małe wioski, która nagle
kończy się w miasteczku pełnym ludzi
ubranych na czarno. Z przyjemnością
wracam ponownie na ten festiwal, gdyż
jak do tej pory zawsze mieliśmy tam
fantastyczną publiczność.
Od czasu do czasu grasz również jako DJ
na rozmaitych imprezach. Lubisz zaprezentować czasem na żywo muzykę inną
od swojej?
Cóż, nie uważam siebie za DJa, bo niestety nie mam wystarczającej ilości
wolnego czasu, żeby dopracować swój
warsztat i miksować na odpowiednim
poziomie. Ale faktycznie, puszczenie
czasem czyjejś muzyki to miła odmiana
od tego, czym zwykle się zajmuję.
Promujesz wiele młodych i mało znanych
zespołów, umieszczając ich na swoich
kompilacjach i pozwalając remiksować
swoje utwory. Całkiem szlachetny gest na
scenie skupionej głównie wokół lansowania dużych nazw...
Szczerze mówiąc, wolę pracować
z mniejszymi kapelami niż ze znanymi gwiazdami. Duże zespoły często
pracują w trybie automatycznym
i często – ale nie zawsze! – dostarczają
rozczarowujące remiksy. Mniej znane
zespoły nadal wkładają dużo wysiłku
i pasji w swoją pracę. Dla nich zrobienie
remiksu to ciągle zaszczyt, a nie kolejna
robota do odwalenia, jak w przypadku
popularnych kapel.
Dlaczego zdecydowałeś się założyć
World Wide Electronics zamiast wskrzesić Noise Terror Productions? Czy w ogóle
negocjowałeś to z odrodzoną wytwórnią
Dependent czy zostałeś przy swoim nowym macierzystym labelu Out Of Line?
Gdybym naprawdę chciał, mógłbym
wskrzesić NTP, gdyż nadal posiadam
prawa do tej nazwy. Pomyślałem jed-
Jestem zdumiony, że w tak małym środowisku, jakim jest scena
electro, pełno jest jadu i zawiści. „Go Fuck Yourself” to mój
środkowy palec wyprostowany w stronę tych frustratów.
Ostatecznie jednak nie ma to dla mnie
większego znaczenia. Nieważne, czy
gram dla 50 czy 5000 osób. Jeśli tłum
się bawi i fani są zadowoleni, czuję się
rewelacyjnie.
Niedługo ponownie odwiedzisz Polskę
aby zagrać na Castle Party w Bolkowie.
Jak ci się tu podoba?
To będzie już mój trzeci występ
na Castle Party i mówi to chyba samo
za siebie. To jeden z moich ulubionych
europejskich festiwali i jednocześnie
wyjątkowe miejsce. Nie wiem, jak to
dokładnie opisać słowami, ale jest coś
surrealistycznego w podróży samo-
nak, że lepiej będzie po prostu zacząć
pod nowym szyldem. Nadal mam dobre
kontakty ze Stefanem z Dependent,
więc nie chciałem mu wbijać noża
w plecy i wznawiać działalności Noise
Terror Productions pod innym labelem.
WWE można więc uznać za początek
czegoś zupełnie nowego.
Parę lat temu mówiłeś, że marzysz
o wydaniu winyla. Czy czujesz się teraz
spełniony, kiedy w końcu to osiągnąłeś,
choć w epoce jego wielkiego comebacku
i regularnego tłoczenia?
Pewnie! Była to zdecydowanie jedna
z rzeczy, jakich brakowało mi w moim
dorobku i kolekcji płyt. Jestem więc
szczęśliwy, że mimo wszystko udało mi
się go w końcu wydać. Kto wie, może
któregoś dnia wytłoczymy kolejny?
Belgijska scena muzyczna to ogromne
dziedzictwo muzyczne i jest synonimem
doskonałej jakości elektronicznych
dźwięków, od Front 242 i Hypnoskulla po Praga Khan czy Soulwax. Czy
uległbyś tej samej inspiracji i stworzył
podobne brzmienie, gdybyś urodził się
w innym kraju?
To ponownie trudne pytanie,
bo nie mam pojęcia czy ten fakt jakkolwiek wpłynął na moją karierę. Osobiście nie uważam, żeby pochodzenie
pomogło mi w jakiś sposób, a zaczynanie z tego typu muzyką w Belgii postrzegam nawet jako utrudnienie, gdyż
nasze kawałki rzadko kiedy puszczane
są w krajowych stacjach. Może 20 lat
temu sytuacja wyglądała zupełnie
inaczej, ale obecnie w Belgii panuje
klimat na tworzenie czegoś zupełnie
innego.
Śmierć ojca musiała mieć na ciebie
ogromny wpływ. „Until we die” to według mnie jeden z najlepszych, najbardziej szczerych i poruszających utworów
Suicide Commando. Jaką rolę odegrała
twórczość muzyczna w poradzeniu sobie
z ciężarem uczuć po śmierci bliskiej
osoby?
Faktycznie, nieoczekiwana i nagła
śmierć mojego ojca w 2006 roku
mocno odcisnęła się na mnie i moim
życiu. Było to dla mnie oczywiste, że
muszę nagrać jakiś kawałek poświęcony tej sprawie. To był taki mój sposób
na poradzenia sobie z jego śmiercią,
moja forma pożegnania się. „Until We
Die” ma więc zdecydowanie wyjątkowe
i osobiste znaczenie.
Przejdę może do jaśniejszej strony życia
– jak sam czujesz się jako ojciec? To
chyba twoja kolejna rola, z której jesteś
bardzo dumny. Jak radzisz sobie z dzieleniem czasu i pasji pomiędzy muzykę,
a rodzinę?
To wspaniałe samemu być ojcem,
ale oczywiście wiodę teraz zupełnie
inne życie. Nie jest łatwo połączyć to
zadanie z poświęcaniem się mojemu
drugiemu dziecku, jakim jest muzy-
Fot. archiwum zespołu
Dawniej, zanim odkryłeś i zafascynowałeś się EBMem, słuchałeś zimnej i nowej
fali. Czy potrafisz sobie wyobrazić, jaką
muzykę grałbyś obecnie, gdybyś wtedy
pozostał przy gitarowych dźwiękach?
Nie da się cofnąć czasu, więc trudno
mi odpowiedzieć na to pytanie, ale
jestem pewien, że to również byłaby
mroczna muzyka. Prawdopodobnie coś
pokroju Joy Division albo The Sisters
of Mercy...
ka! Mam nadzieję, że jakoś wspólnie
przetrwamy.
Fani prawdopodobnie modlą się, żebyś
nagle nie zmiękł i nie zaczął nagrywać
synthpopu...
Myślę, że fani nie powinni się w ogóle
tym przejmować. Doskonale wiem,
jak oddzielić muzykę od życia prywatnego, więc nie spodziewajcie się
w najbliższym czasie żadnych kołysanek, chociaż... czy przypadkiem nie
nagrywam już kołysanek od wielu lat?
Tak długo, jak tworzyć będzie
Dirk Ivens, ja również się
nie poddam!
Co zatem szykujesz na najbliższą przyszłość? Pracujesz już nad nową płytą
czy polujesz na młode talenty do World
Wide Electronics vol. 2?
W zasadzie to trochę jedno i drugie.
Powoli zbieram i wyszukuję kapele na drugą część składanki WWE
i tworzę pierwsze szkice kawałków na
następny album Suicide Commando.
Właśnie skończyłem pracę nad specjalnym boksem z okazji 25-lecia SC, „The
Suicide Sessions”. Będzie zawierał
zremasterowane wersje pierwszych
trzech studyjnych albumów [„Critical
Stage”, „Stored Images” i „ContructDestruct” – red.] i trzy dodatkowe
płyty pełne b-side’ów oraz rzadkich
i wcześniej niepublikowanych nagrań
z początkowych lat twórczości. Ukaże
się jeszcze tego lata. No i oczywiście
czeka mnie mnóstwo letnich festiwali
i koncertów, więc raczej nie będę miał
czasu się nudzić.
Czy „Kombat Unit” ujrzy w końcu światło
dzienne? Mam nadzieję, że nie będziecie
kazali nam czekać zbyt długo...
Nie mam pojęcia, kiedy będziemy
w stanie dokończyć ten album, bo jesteśmy bardzo zajęci swoimi głównymi
projektami. Jan ma na głowie Noisuf-X
i X-fusion, ja Suicide Commando.
Naprawdę trudno znaleźć jakikolwiek
czas na pracę nad dalszym wspólnym
materiałem, ale mamy nadzieję, że
któregoś dnia uda nam się w końcu
nagrać płytę. Poczekamy, zobaczymy.
Dzięki za wywiad. Jakieś końcowe słowa
do fanów? Czego mogą się spodziewać
po waszym koncercie w Bolkowie?
Jak zwykle chciałbym skorzystać
z okazji i podziękować wszystkim
moim polskim fanom za ich niesłabnące wsparcie przez te wszystkie lata
– dziękuję wam wszystkim! Spodziewajcie się kopiącego dupę występu na
Castle Party...nie przegapcie tego!
37
Fot. Kuba Skonieczko
Wieże Fabryk
Standard bitelsowsko-slejerowy
Mariusz Łuniewski
Wydanie oficjalnej tłoczonej płyty
przez Wieże Fabryk było zaskoczeniem
dla całej zimnofalowej sceny. Rewelacyjne
koncerty, także na zeszłorocznym Castle
Party, potwierdziły ich znakomitą formę,
zyskując uznanie wśród starych fanów
i niezorientowanych uczestników. Bez
względu na to, do której z tych grup się
zaliczasz, jeśli nadal nie wiesz po co wieże
fabrykom, przeczytaj co na temat zespołu
ma do powiedzenia wokalista – Tomek
„Teka” Kaczkowski.
Minęło kilka miesięcy od premiery
debiutanckiej płyty, czy coś się zmieniło
w Wieżach od tego czasu?
Było, minęło, jest. Jesteśmy zadowoleni
z płyty i z tego jak została odebrana.
A w Wieżach wszystko po staremu.
W planach koncerty i, być może, rejestracja kolejnego materiału. Nie wiem, czy
będzie to split czy epka.
Długo kazaliście czekać na pełnowymiarowy album, prawie dziesięć lat. Odnoszę
wrażenie, że jest to klątwa prześladująca
polską scenę. Lata czekaliśmy na kolejny
Fading Colours. Oficjalny debiut Daimonion przeciągał się w nieskończoność,
podobna sytuacja dotyczyła też Deathcamp Project. Zespoły bardzo często
podają dosyć prozaiczne powody takiego
stanu rzeczy, czyli: praca, życie osobiste,
brak funduszy czy zainteresowania potencjalnych wydawców. Jak było w Waszym
przypadku?
Nie wiem czy to jest klątwa polskiej
sceny. W naszym wypadku była to prosta
sprawa. „Wydajemy płytę? Nie, lepiej
zagrajmy parę koncertów”. I tak przez
kilka lat, aż dwie rzeczy nałożyły się na
siebie. A właściwie to trzy. Znalazła się
osoba, która chciała nas wydać, mieliśmy zaplanowany koncert w Bolkowie
no i nadeszła rocznica dziesięciu lat
38
wspólnego grania. Prosty cel, deadline
i wyszło. Przez dziesięć lat nie wydaliśmy
płyty zupełnie świadomie. Pojawiały się
bootlegi, które według nas wystarczały.
Jak nawiązaliście współpracę z wydawcą
i jak się układa?
Michał pojawił się na jednym z wrocławskich koncertów. Zaproponował wydanie
bootlega, a wyszła płyta. Jesteśmy bardzo
zadowoleni ze współpracy z Oficyną
Biedota.
Według mnie „Dym” to naprawdę świetny materiał, jednak z perspektywy fana
rozczarował mnie brak utworów znanych
z demówek czy bootlegów. Mam na myśli
„Kino”, „Moje Miasto”, „Życie jest żółte
śmierć jest sina”. Sądzę, że te kilka perełek
świetnie uzupełniłoby płytę, bardzo krótką
nawet jak na dzisiejsze standardy.
Dziękuję za tę miłą recenzję. Jako fan
muzyki zupełnie się nie zgadzam, żeby
po raz kolejny nagrywać znane od
dekady utwory. Utwory z demówki są
na demówce. Gramy je na koncertach,
zarejestrowane są na bootlegach. Wystarczy. Z „Dymu” i tak wyszło „the best
of”. Takie, jak to nazwałeś, perełki warto
zachowywać, a nie trwonić. Płyta jest
zwartą masą, konkretnym uderzeniem,
a nie festiwalem szlagierów. Szczerze
mówiąc nie wiem, jakie są standardy długości płyt. Powiedzmy, że pojechaliśmy
standardem bitelsowsko-slejerowym.
Z jakim odzewem spotkała się debiutancka
płyta? Mam na myśli głównie media mniej
„niszowe”.
Jeśli już ktoś pisze w nieniszowym piśmie, to pisze dlatego, że to go interesuje
i że sam orientuje się w temacie. W zasadzie wszystkie recenzje, te z mniej,
lub bardziej nieniszowych mediów, były
pozytywne, albo przynajmniej neutralne.
Traktowały „Dym” jako wycieczkę w lata
80. XX w.
Śpiewasz niezwykle charakterystyczne
teksty, urywane frazy. Masz świadomość,
że taki rodzaj ekspresji może być opacznie
interpretowany? Spotkałeś się z jakimiś
skrajnymi opiniami?
Wszystko jest interpretowanie. I wszystko inaczej, niż zakładasz. Z tego powodu
nie umieściłem tekstów na płycie. Nie są
do czytania, tylko do słuchania. Sposób,
w jaki są zaśpiewane, wykrzyczane,
powtórzone, ma takie samo znaczenie
jak ich treść.
Czy, z perspektywy czasu, jest coś, co byś
poprawił lub zrobił inaczej na tej płycie?
Oczywiście, ale po co o tym mówić?
Funkcjonujecie na polskiej scenie od lat.
Czy twoim zdaniem kiedyś było lepiej,
czy może zimna fala wróciła lub wraca
do łask?
Nigdy jakoś nie czułem tego „funkcjonowania”. Tworzymy muzykę, której
chcemy słuchać i którą chcemy grać.
I ten czas tak sobie płynie. Na swojej
trasie graliśmy z wieloma świetnymi zespołami, których już teraz nie ma. Myślę,
że proporcje są takie same jak kiedyś.
Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich pięciu
lat coś się ruszyło w muzyce falowej. Powstało kilka ciekawych projektów, na przykład Cieplarnia, Bete Noir, reaktywował się
Made In Poland, nową płytę popełnił 1984.
Czy uważasz, że wraz z tym poruszeniem
rodzi się nowe pokolenie odbiorców?
Piszesz „wiele”, a tak na prawdę są
to cztery wydarzenia. Cieplarnia owszem,
wydała płyte i w zasadzie to wszystko.
Nie koncertują, więc trochę nie istnieją
na „scenie”. Bete Noire przestali grać jakieś trzy lata temu. Ale są inne wydarzenia. Grają Cytadela i Joanna Makabresku.
Płytę wydał The Proof. Wraz z dostępnością rośnie świadomość i liczba osób
słuchających takich zespołów. Dlatego
myślę, że może być tylko lepiej.
Jak zarekomendowałbyś swój zespół osobom, które nie miały z nim jeszcze styczności? Co ta z pozoru archaiczna muzyka
ma do przekazania młodemu pokoleniu?
Czy ktoś wychowany w kapitalistycznej
Polsce i niepałający nostalgią do lat 80.
XX w. znajdzie w Wieżach coś dla siebie?
Jeśli rozmawiałbym z kimś urodzonym
przed rokiem 1980 zapytałbym, czy
pamięta Siekierę. Bardzo się cieszę, że
osoby niepałające nostalgią do lat 80.
sięgają po tę płytę. Odczytują ją zupełnie inaczej. Bez porównań i bez klisz
z przeszłości. Wielokrotnie podkreślamy, że w naszej muzyce liczą się energia
i emocje. Można je wyrażać w każdym
gatunku, a my robimy to poprzez zimną
falę.
Wybraliście zimną falę – dlaczego nie...
black metal? Wiesz, że pytam nieprzypadkowo [zarówno Teka, jaki i niżej
podpisany są entuzjastami najczarniejszej
z muzycznych sztuk – red.]. Paradoksalnie
te dwa pozornie różne gatunki maja wiele
punktów wspólnych.
Właśnie. Nie wiem czy określenie „wybraliśmy” jest trafne. Nie ciągnęliśmy
zapałek o to, co będziemy grali. Studnia
zagrał pierwsze riffy „Wariatki”i poszło.
W black metalu faktycznie odnajduję te
emocje i energię, które towarzyszą mi
podczas grania w Wieżach. Szczególnie
„nowa fala” polskiego blacku jest obiecująca. Furia, FDS itp.
Czy w ramach tak sztywnej konwencji
jest szansa na progres? Czy może celowo
wybieracie drogę twórczego „regresu”?
Gramy to, co czujemy, że będzie dobrze
brzmiało jako WF. To jedyny kierunek.
Śpiewasz po polsku, co biorąc pod uwagę
zimno-falowe dziedzictwo wydaje się
zupełnie naturalne. Czy nie jest jednak
tak, że wybierając rodzimy język automatycznie mocno zawężacie krąg swoich
odbiorców?
Lubię death metal za to, że można
za każdym razem warczeć coś innego,
a i tak będzie to poprawnie zrozumiałe przez odbiorców. U nas tak to nie
działa, niestety. Wyobraź sobie co by
było, gdyby Rammstein zaczął śpiewać
po polsku.
Czy zanim powstały Wieże byłeś aktywny
muzycznie? Czy to Twój dziewiczy band
i analogicznie: czy któryś z członków Wież
Fabryk udziela(ł) się w innych projektach?
W moim przypadku było parę projektów muzycznych. WF jest pierwszym
poważnym. Reszta chłopaków grała
i gra w różnych zespołach. Żaden z nas
nie był prawiczkiem, kiedy zaczynaliśmy
pracować w Fabryce.
Opowiedz o swojej pozamuzycznej działalności artystycznej.
Jestem grafikiem, ilustratorem. Robię
dużo różnych rzeczy. Jak ktoś jest ciekawy to już pewnie wszystko widział.
Jaka muzyka cię inspiruje? Czego słuchasz, co gra w twoim stereo, czy iPodzie?
Czy są jakieś zespoły, które chciałbyś
polecić?
Moim ostatnim odkryciem są Beatlesi.
Słucham ich non stop. Nie mają słabych
kawałków, to niesamowite. Dopiero
po tylu latach zacząłem ich słuchać.
Cieszę się, że dopiero teraz. Po drugiej
stronie są płyty metalowe. Nowa Ajattara. Punkowe. Zeszłoroczne odkrycie
– Wilczy Szaniec.
Mówi się, że na debiut zespół ma całe życie, a na drugą płytę dwa lata. Czy macie
już jakieś plany na przyszłość? Kolejny
album? Koncerty?
Koncerty, zawsze. Płyty raczej nie planujemy. Inne nagrania, owszem.
Czy jest szansa na reaktywację Zimnego
Wieczoru – doskonałej imprezy cyklicznej,
organizowanej niegdyś właśnie przez
członków Wież Fabryk?
Jest.
Dziękuję za rozmowę.
39
Fot. M. Dancewicz
Christblood
Prawidłowa
konwergencja energii
Zaczynali tworzyć swoje dźwięki w połowie lat dziewięćdziesiątych, od rejestracji
kilku materiałów na kasetach i wydania
jednej płyty CD. Po dłuższej przerwie
powrócili w wielkim stylu, serią dobrze
przyjętych koncertów na krajowych festiwalach. Projekt trzech osobowości ożył
na nowo. Jak wieść niesie Tomek, Eglonyl
i Galina pracują nad nowym albumem.
O przeszłości i planach na przyszłość
opowiada Krzysztof Pawlik.
schorek, a do którego teksty napisali
m.in. Galina i Tomasz. Galina brała także udział w pierwszym projekcie Inire
„Hermetic Garden”. Cały czas mieliśmy
ze sobą kontakt mentalny i mieliśmy
świadomość, dokąd zmierzają pasje
i zainteresowania każdego z nas. Te
tropy czasem się rozchodziły a czasem
biegły równolegle. W 2008 roku powróciliśmy do prób, które doprowadziły do
reaktywacji grupy.
Pamiętam doskonały koncert Christblood
na Castle Party, jakieś dziesięć lat temu.
Przyznam, że było to dość niezwykłe
wydarzenie... Później była długa przerwa i kolejne występy po wielu latach
nieobecności na scenie. Co działo się
z projektem Christblood przez ten czas?
Zaczęło się od chwili odpoczynku. Lata
1994–2001 to był czas, kiedy pracowaliśmy na naprawdę wysokich obrotach.
Robiliśmy po kilka projektów rocznie,
a jeśli weźmiesz pod uwagę fakt, że były
to projekty audiowizualne, robi się tego
sporo. Musieliśmy nabrać trochę oddechu, dystansu. Dodatkowo okazało się,
że mamy różniące się wizje przyszłości
i rozwoju Christblooda. Musieliśmy dać
sobie trochę czasu. Nie znaczy to wcale,
że nie współpracowaliśmy przy innych
produkcjach. Były to dwie realizacje The
Embryonal Position („Uliamis” i „Nieszczęścia i cudowne znaki”) oraz multimedialny spektakl „Joanny”, który
robiłem z legnicką aktorką Joanną Gon-
A powróciliście z dużym rozmachem.
Zagraliście na Wrocław Industrial Festival,
Castle Party, Intermediale Festival. Każdy
z występów został bardzo dobrze przyjęty.
Jak ty, jako artysta, odbierasz te występy?
Czy wspominasz je równie dobrze?
Generalnie w porządku. Choć najmniej
zadowolony jestem z koncertu na Castle Party. Do pozostałych właściwie
nie mam większych zastrzeżeń. Można
nawet powiedzieć, że koncerty te
utwierdziły nas w przekonaniu o sensowności kontynuacji Christblooda.
40
Czy planujecie niebawem kolejne koncerty w innych miastach Polski?
Nie niebawem, ale któż to wie…
Czy w związku z powrotem do działalności koncertowej planujecie również jakieś
nowe wydawnictwo? Pracujecie nad nowym albumem?
Tak. Myśleliśmy początkowo o wydawnictwie koncertowym, ale zmie-
niliśmy nieco plany i pracujemy nad
płytą studyjną. Koncert Christblooda
na Intermediale został zarejestrowany
właśnie z myślą o publikacji, ale jeśli
zostanie wydany, to raczej w późniejszym terminie. Materiał, nad którym
obecnie pracujemy, być może okaże się
fragmentem większej całości. Za wcześnie jest, aby więcej o tym mówić, bo
wiele może się jeszcze zmienić. Efekty
poznamy, mam nadzieję, wkrótce. Christblood jest i zawsze był zespołem, którego największy potencjał ujawnia się
na koncertach. Naszym głównym celem
jest budowanie mistycznej atmosfery
i specyficznej relacji z odbiorcą. Dlatego
też praca nad materiałem w studio
wymaga dużego zaangażowania, zestawiania i weryfikowania poszczególnych elementów. I nie chodzi tu o jakiś
rodzaj kalkulacji czy wyrachowania,
ale bardziej o spójność. Prawidłową
konwergencję energii.
Kiedy zatem moglibyśmy spodziewać się
płyty?
Mamy nadzieję, że przed końcem roku.
Bardzo byśmy tego chcieli, ale wcześniej materiał musi nas zadowolić...
Christblood to trzy osobowości, Ty, Galina
i Tomek. Każdy z was realizuje się również
na innych płaszczyznach artystycznych.
W dużym skrócie, Galina zajmuje się
głównie malarstwem, tak było od początku i tak jest do dzisiaj. Jest to świat
jej wyobrażeń i podświadomości,
którego elementy przenikają również
do muzyki Christblooda. Ponadto
pisze. Podobnie zresztą jak Tomek,
który oprócz tekstów pisze scenariusze
teatralne, ale jest także plastykiem, maluje, tworzy obiekty i instalacje. Ja zajmuję się głównie muzyką i videoartem.
Oprócz projektów muzycznych jak Christblood, The Embryonal Position i Inire,
piszę muzykę teatralną i realizuję wideo
wykorzystywane m.in. w spektaklach
teatralnych.
Przed powstaniem Christblood współtworzyłeś z Tomkiem wspomniany The
Embryonal Position. To już zamknięty
rozdział czy istnieje może szansa na reaktywowanie tego projektu?
Embryonal ciągle istnieje. Nigdy nie
zawiesiliśmy działalności. Faktem jest,
że nagrywamy dość rzadko, a jeszcze
rzadziej koncertujemy. Projekt jednak
wciąż żyje. W 2008 roku ukazała się
płyta „Nieszczęścia i cudowne znaki”,
w tym roku ukaże się reedycja na CD
kasety „Cafe Deutschland”, a w przyszłym może coś nowego.
Gdzie można kupić te materiały
wydawnictwa?
Chyba tylko na koncertach i w „dobrych
sklepach muzycznych”?
Na Intermediale miałem okazję zobaczyć
Inire, równie ciekawy projekt, w który
jesteś zaangażowany... Ostatnio ukazała
się pod tym szyldem płyta „Chopintimacy”.
Skąd wziął się pomysł na interpretację
Chopina w takiej aranżacji? Jak jest on
odbierany na koncertach? Graliście w Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie –
ciekaw jestem jak wyglądała konfrontacja
waszej muzyki z odbiorcami, miłośnikami
polskiego kompozytora.
Inire jest formacją, która narodziła się na
przełomie 1999 i 2000 roku i od samego
początku był to projekt otwarty, który
miał dobierać skład w zależności od realizowanego materiału. Od początku nie
definiowaliśmy do końca gatunku muzycznego czy ram stylistycznych, w których Inire mogłoby się mieścić, oprócz
tego, że miały to być projekty audiowizualne w ścisłym tego słowa znaczeniu.
Przez te dziesięć lat zrealizowaliśmy
kilka projektów dosyć różnych od siebie
treściowo i stylistycznie. Sięgaliśmy do
hermetyzmu, jego klasycznych pozycji,
jak „Hermetic Garden” (2001) czy „Atalanta Fugiens” (2009), do psychologii
głębi – „Septem Sermones ad Mortus”
(2004), do dekonstrukcji i teorii miasta
współczesnego, jako obiektu przenikania
i unifikacji różnych kultur w „Traces”
(2007), do źródeł literackich, nawiązując
do Dantego w projekcie „Dante’s Songs”
(2011) i wreszcie po kompozycje Chopina. Chopintimacy nie jest interpretacją
dzieł wieszcza, ale próbą pokazania jego
osoby w kontekście fatum. Losy Fryderyka Chopina były tylko punktem wyjścia
do audiowizualnej, uniwersalnej opowieścią o artyście i twórcy. Zaprzyjaźniony
z nami dramaturg Robert Urbański napisał teksty osadzone w życiorysie Chopina, ale na tyle uniwersalnie, że mogły
traktować o wszystkim, i o to też w pewnym sensie chodziło. Miał być to opis
sublimowanych emocji i pasji twórczej.
Można więc powiedzieć, że jest to po
prostu projekt konceptualny.
Wydane w 2007 DVD ze wspomnianym
„Septem Sermones ad Mortuos” to dość
niezwykły materiał. Skąd taki pomysł?
To stare dzieje, gdzieś z połowy lat 90.
XX w. Inire jeszcze wtedy nie istniało.
Punktem wyjścia był bardzo inspirujący tekst Junga. Wtedy myślałem o tym
jako o interaktywnej multimedialnej
prezentacji wydanej w formie CD-ROM.
Pleroma jako dźwięk bez początku
i bez końca, kolejne elementy struktury
świata jako elementy struktury utworu,
konstruowane przez odbiorcę na drodze
interakcji, a do tego siedem pieśni –
nauk pojawiających się w tej konstrukcji.
Wtedy pomysł ten nie wypalił, ale wrócił
po kilku latach i w 2004 roku zaistniał
w formie scenicznego projektu audiowizualnego. Było to kolejne już spojrzenie na ten tekst, w nieco odmiennym
kontekście. Wydawnictwo DVD nie jest
pełnym zapisem scenicznym, zawiera
obrazy wideo wyświetlane z projektora
podczas koncertów oraz studyjny zapis
części audio.
Wszystkie płyty Christblood, Inire, Head58m zostały opublikowane przez wasze
wydawnictwo Netcetera. Czy to wytwórnia,
która na celu ma wydawanie wyłącznie
waszych materiałów, czy jesteście otwarci
również na innych artystów?
Prawie wszystkie, bo „Nocturnus” wydała Face Productions. Co do Netcetery, to rzeczywiście wydajemy własne
produkcje, ale jesteśmy też otwarci na
inne propozycje. Choć oczywiście chcielibyśmy zachować jednorodność i pewne
wspólne elementy estetyczne. Od
momentu powstania Netcetery zależy
nam na tym, żeby obok nowych realizacji wydawać również starsze rzeczy,
kasety, które pojawiły się w latach 90.
XX w., oraz materiały nigdy nie publikowane. W kolejce czekają jeszcze Radio
Internazionale, Land Of Great Heresie
itp. Chcielibyśmy, aby nie zaginęły one
w mrokach naszych archiwów.
Czy powierzylibyście waszą muzykę innemu wydawcy?
Po pierwsze zależy komu, a po drugie
zależy komu.
Nie myśleliście nigdy o tworzeniu muzyki
i tekstów w języku angielskim, aby w ten
sposób poszukać odbiorców poza granicami kraju?
W naszych projektach zdarza nam się
używać różnych języków, ale nie są
one dla nas środkiem do zdobywania
popularności, raczej są środkiem wyrazu,
wypowiedzi. Osobiście nie uważam, żeby
był to klucz do dotarcia do odbiorcy.
Inspirują nas różne zjawiska w różnej
sztuce i kulturze, a mówiąc językami, jakie przypisane są konkretnemu
zjawisku czy twórcy w oryginale, nie
tracimy ładunku emocjonalnego, który
zatraca się w przekładzie. Poza tym język
ma swoją moc i pewien rodzaj nieprzekładalności i nie chodzi tu o translację,
a raczej o niepowtarzalny charakter,
melodię, rytm. Może mniej w przypadku Christblooda, ale wiele z projektów
Inire ma charakter multijęzykowy, gdzie
w jednym projekcie pojawiają się teksty
w wielu językach. Nie wynika to z chęci
zdobycia popularności, zrozumienia czy
dotarcia do konkretnych osób, a raczej
jest wynikiem naszych poszukiwań,
kontekstów, idei, i tak dalej.
Wśród kilkunastu wykonawców z Polski
znaleźliście się na kompilacji Chaosmos.pl,
dołączonej do albumu o tym samym tytule
(wyd. Okultura). Czy oznacza to, że postrzegacie Christblood, jako zdeklarowany
zespół okultystyczny?
Nie chcemy deklarować się i ograniczać
do jakiś ścisłych określeń. Jak wiadomo,
od początku Christblood inspirował się
zarówno okultyzmem jak i gnozą, a także
rozmaitymi kontekstami literackimi oraz
wieloma innymi tematami. Nie uważam
jednak żeby miało to coś wspólnego
z deklarowaniem konkretnej filozofii.
Inspirują nas rzeczy w danym momencie
dla nas istotne i interesujące, ale mamy
też świadomość, że może to być naprawdę różna materia.
Na przestrzeni kilkunastu lat waszej
działalności mieliście okazję obserwować
zmiany, jakie zachodziły na rodzimej scenie okołoindustrialnej, gotyckiej, niezależnej. Jak z perspektywy czasu oceniasz
to, co miało miejsce na początku waszej
drogi artystycznej, a jak wygląda to dzisiaj? Czy jest łatwiej czy trudniej istnieć
w takich realiach? Jak oceniasz kondycję
polskich zespołów, labeli, organizatorów
festiwali i tak dalej?
Jest oczywiście inaczej, zaszły pewne
zmiany, bo świat nie stoi w miejscu.
Obecnie zdecydowanie łatwiej jest.
wydać płytę, ale jednocześnie zdecydowanie mniej osób jest zainteresowanych
jej zakupem. Pozytywną stroną tych
zmian jest internet, dzięki któremu
każdy może sam wypuścić w świat
swoje produkcje. Jest natomiast niewiele
pism, jeszcze mniej audycji radiowych
i telewizyjnych, które byłyby zainteresowane czymś, czego nie da się przeliczyć
na liczbę sprzedanych egzemplarzy,
procent słuchaczy, na wyniki oglądalności. Ale wracając do pytania, uważam,
że kondycja zespołów, labeli, festiwali
mimo niesprzyjających okoliczności, nie
jest zła. Dzięki panującej sytuacji robi
się miejsce dla szczerych, prawdziwych
i nieskażonych działań.
Jesteście organizatorami Festiwalu Intermediale, który cały czas trzyma wysoki poziom. Przypuszczam, że organizacja takiej
imprezy to niełatwa praca. Czy myślicie
już jego kontynuacji, o kolejnej edycji?
Czy możesz zdradzić już jakieś szczegóły?
Przez cały rok myślimy nie tyle o kolejnej, ile o kolejnych edycjach. Organizacja
takiego festiwalu przy znikomym i nieregularnym budżecie, kiedy do końca nie
wiesz, czym dysponujesz, nie jest jednak
rzeczą łatwą. Najważniejszym elementem Intermediale jest dla nas program
i dobór artystów. Przy tegorocznej edycji
jest chyba jeszcze trudniej niż w zeszłym
roku. Znamy już termin, 7–9 października. Bieżące informacje pojawią się
w internecie.
Dziękuję za odpowiedzi i poświęcony
czas dla magazynu „Przesilenie”. Czekamy
na nowy album i jeszcze więcej tak samo
dobrych koncertów.
Dziękuję.
41
Kostką i myszką
Wiedźmin 2: Zabójcy królów
Wyjęta z sagi Sapkowskiego postać
Wiedźmina stała się swego czasu obciachowa za sprawą filmowej adaptacji.
Wiedźmin Żebrowski śmieszył, pomalowane na zielono twarze driad śmieszyły,
komputerowy smok śmieszył, Jaskier–
Zamachowski natomiast nie śmieszył
i chyba tylko piersi Wolszczak się w tej
polskiej superprodukcji udały. Trudno
było zatem oczekiwać, że wydana sześć
lat później gra nie będzie z tą katastrofą
kinematografii automatycznie kojarzona. Jakże się wszyscy zdziwiliśmy, kiedy
komputerowy „Wiedźmin” zaczął zbierać
bardzo pozytywne recenzje, tytuły „Gry
roku 2007” w wielu branżowych serwisach i czasopismach, przede wszystkim
światowych.
Nikt nie spodziewał się hitu, a tu proszę bardzo – wszystkich urzekło brutalne
i do cna słowiańskie uniwersum, zawiła
intryga, brak jednoznacznie określonego
dobra i zła, a także możliwość dokonywania wyborów, które przynosiły odczuwalne konsekwencje w grze. Jeśli do tego
wszystkiego dodamy dynamiczną walkę,
ciekawy system rozwoju postaci, ładne
krajobrazy i oczywiście trochę golizny,
to nagle oczywistym staje się fakt, że nie
mamy się czego wstydzić i że stworzyliśmy produkt światowy.
Kiedy więc CD–Projekt, producent,
ogłosił oficjalnie pracę nad drugą częścią gry, można było spodziewać się hitu,
a cały świat patrzył nam na ręce. Kampania reklamowa i PR’owa była przeprowadzona należycie, nie licząc wpadek
związanych z opóźnioną premierą gry.
Czy „Wiedźmin 2” spełnił pokładane
w nim oczekiwania? Z całą pewnością.
Co natomiast zostało zmienione w stosunku do oryginału? Dużo, nie licząc na
szczęście świata, intryg i wspominanych
już znaczących wyborów.
No właśnie, od tych wyborów zależy
nie tylko nastawienie do nas różnych
postaci, ale sam przebieg gry (Akt 2
z trzech, w zależności od wyboru podjętego wcześniej, dzieje się w dwóch
różnych miejscach i ma zupełnie inny
przebieg), a także jej zakończenie (jak
zapewniają twórcy – zakończeń jest aż
16, choć w rzeczywistości są to tylko warianty jednej wersji). To właśnie dlatego
twórcy określają grę mianem „nieliniowej” i to właśnie dlatego przy jednokrotnym przejściu jest krótsza od swojej poprzedniczki. Po prostu za jednym razem
nie jesteśmy w stanie odkryć wszystkich
zadań, nagród, dialogów, bo wiele z nich
wzajemnie się wyklucza. Wpływa to pozytywnie na świadomość, że nie jesteśmy
prowadzeni za rączkę, ale z drugiej stro42
ny wywołuje frustracje, że coś może nas
ominąć. I to czasem z powodu jednej źle
wybranej linijki dialogu.
Walka, nieodłączny element wiedźmińskiego fachu, została nieco przemodelowana. Nie wgłębiając się w szczegóły, stała się trudniejsza. Tym razem
nie jesteśmy już pancerni, wbiegnięcie
w grupę wrogów i wciskanie lewego przycisku myszy na oślep oznacza śmierć.
Trzeba kombinować. W „jedynce” cały
dodatkowy oręż, tj. petardy, pułapki,
eliksiry czy Znaki (dla niewtajemniczonych: wiedźmińska magia) stanowiły tylko dodatek, czasem niepotrzebne udziwnienie. Teraz są niezbędne, by przeżyć.
Oczywiście pod koniec gry i tak zabijanie
przychodzi nam zbyt łatwo, ale jednak
cały czas trzeba uważać. Można przeżyć
szok na samym początku, kiedy w Prologu, bez żadnych wstępów, zostajemy
wrzuceni w wir walki, a po chwili grania znamy już na pamięć ekran śmierci
i wczytywania ostatniego save’a.
Jak więc rozwija się nasz Geralt w ciągu
gry? Mamy do dyspozycji cztery drzewka
talentów, z czego jedno jest obowiązkowe, bo uczy podstawowych zdolności.
Później możemy wybrać, czy chcemy
stworzyć Wiedźmina–maga (operującego wspomnianymi wcześniej Znakami), Wiedźmina–alchemika (dobrze
radzącego sobie z eliksirami, pułapkami
i petardami), czy po prostu po–bożemu–
Wiedźmina, czyli szybkiego i wytrzymałego zabójcę potworów i złych ludzi
(złych, czyli takich, którzy znajdą się
po niewłaściwej stronie miecza). Co poziom doświadczenia mamy do przydzielenia jeden punkt talentu. Co ciekawe,
doświadczenie zdobywane standardowo,
czyli poprzez zabijanie potworów, jest
znikome, żeby nie powiedzieć, że zupeł-
nie pomijalne. Prowadzi to do sytuacji, że
chcemy czy nie chcemy, kończymy grę na
35. poziomie doświadczenia. No dobra,
jak się postaramy, to i do 35. nie dojdziemy, ale musi się nam mocno spieszyć.
Twórcy gry postawili ewidentnie
na warstwę fabularną, nasza postać rozwija się wraz z rozwojem historii, podobnie jak jej ekwipunek. Jeśli czujemy, że
przydałaby się nam lepsza zbroja czy miecze (stalowy na ludzi, srebrny na potwory), wystarczy, abyśmy zamiast skupić
się na ich szukaniu, skupili się na wykonywaniu zadań fabularnych, a wtedy na
pewno będą nam one dane. To nie jest
hack’n’slash, gdzie dobre wyposażenie
musimy sobie wyklikać zabijając rzesze
potworów. Za to z potworów możemy
pozyskać aż w nadmiarze wszelkiego rodzaju składniki. Z nich z kolei możemy
stworzyć eliksiry, petardy, pułapki czy
nawet zbroje i miecze. Potrzebna będzie
tylko wiedza i umiejętność – tę pierwszą
znajdziemy w formie przepisu, tę drugą
zaś mamy tylko w zakresie eliksirów i petard. Resztą zajmują się za nas rzemieślnicy spotykani w miastach.
No dobrze, dość o mechanice. Fani papierowego Wiedźmina z pewnością cenią
sobie specyficzny humor Sapkowskiego, raz przaśny i rubaszny, raz cyniczny,
z całą pewnością jednak swojski i taki
„nasz”. Obie części gry pod tym względem
trzymają poziom, choć w najnowszej odsłonie przydałoby się więcej „złotych myśli” Zoltana czy kąśliwych komentarzy
Triss. Podobnie zdecydowanie mniej jest
seksu i okazji do niego. Nie brakuje natomiast „kurwich synów”, „chędożenia”
i „rzyci”. I dziwie się szczerze, że niektórym to przeszkadza, bo przecież nikt nie
twierdzi, że kiedyś waćpanny i szlachetni
mężowie jeno pięknym językiem prawili, od wszeteczeństw stroniąc łąki pełne
kwiecia przemierzali, a nocami skąpani
w blasku księżycowym... Ok, ok, dość, już
mi niedobrze.
Na zakończenie wypada przypomnieć jeden ciekawy incydent związany
z „Wiedźminem 2” i polityką. I nie chodzi o żarty z „rzyci(a) prezydenta”,
a przynajmniej nie naszego. Otóż na
zakończenie ostatniej wizyty Barracka
Obamy w Polsce nasz premier obdarował go nie kiełbasą, nie fragmentem Tupolewa i nie figurką Jana Pawła II, tylko
jednym z egzemplarzy edycji kolekcjonerskiej gry. Świadczy to chyba najdobitniej, że uczyniliśmy z poczciwego Geralta
nasz towar eksportowy. Czego chyba jednak o wyrenderowanej Triss na okładce
polskiej edycji Playboya raczej powiedzieć nie można...
Kostką i myszką
Zombiaki
Łukasz Miernik
„Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie
zombie zombie”, jak mawiali starożytni mędrcy. Nieumarli od zarania dziejów
byli dyskryminowani i poniżani przez
żyjących. Ostatnio doszło nawet do tego,
że wegetariańskie lobby odmawia im
podstawowego prawa do posiłku. Ale to
wszystko się zmieni, wkrótce się zmieni.
Jak to zwykle w Polsce bywa, nie wiadomo dokładnie skąd i dlaczego, ale jedno
jest pewne. Oni nadchodzą... a jeśli przypadkiem masz na imię Barbara, to istnieje
duże prawdopodobieństwo, że konkretnie
po to, aby cię dopaść.
Portalowe „Zombiaki” doczekały się
właśnie trzeciej poprawionej edycji. Liczba wydań, powstały rok temu sequel
„Zombiaki II: atak na Moskwę” i status
„pierwszej polskiej karcianki wydanej na
zachodzie” chyba najlepiej świadczą o jej
popularności. Główne zmiany to większy,
zestandaryzowany rozmiar kart, umożliwiający zamieszczenie na nich opisu
ich działania. Miniaturowe karty drugiej
edycji posiadały jedynie grafikę i symbole, a wszystkie zasady opisane były wyłącznie w instrukcji, co trochę utrudniało
grę początkującym. Zaletą tego była jednak możliwość rozegrania szybkiej partii choćby na stoliku w przedziale PKP,
o czym teraz można zapomnieć. Obecna
kompatybilność z „Zombiakami II” umożliwiająca za to granie w czwórkę przy
pomocy połączonych talii rekompensuje
trochę tę niedogodność. Większe, wyraźniejsze i jeszcze ładniejsze ilustracje
cieszą oko, a bardziej przejrzyste reguły
pozwalają uniknąć kłótni.
Czym jest jednak sama gra? Pozwól, że
będę się zwracał do Ciebie jako przedstawiciela właściwej z dostępnych stron konfliktu – nas, ludzi. Rolę zdrajcy stojącego
po stronie nieumarłych powierzymy fikcyjnemu, podłemu Graczowi.
Zestaw składa się z dwóch talii, po jednej dla każdej ze wspomnianych stron.
Pole gry stanowią trzy sąsiadujące ulice,
podzielone wzdłuż na przecznice i łączące
Cmentarz zombiaków z Barykadami ludzi.
Co turę wystawiani przez zdradzieckiego Gracza nieumarli powooooli kroczą
z Cmentarza w stronę swego potencjalnego źródła żywności, przesuwając się
o kolejne przecznice w stronę Barykad.
Jeśli opóźnisz ich marsz aż do nastania
(dociągnięcia ostatniej karty) świtu, jesteś
bezpieczny. Jeśli choć jeden zombie dotrze niepowstrzymany, wszyscy zginiemy.
Cel jest w zasadzie wspólny: mózg. Albo
ty rozwalisz ich, albo oni zjedzą twój. Do
dyspozycji masz m.in. pistolety, karabiny,
minę, granat, prąd, miotacz ognia i płonącą ropę – podstawowy zestaw każdego postapokaliptycznego survivalowca.
Oprócz eksterminacji zombiaków możesz
też opóźniać ich marsz rażącymi reflektorami, siecią, zaporami i murami. Po prostu musisz zrobić co w Twojej mocy, żeby
Cię nie dorwali. Siły nieumarłych również
wspomagają się rozmaitymi sztuczkami
w swojej kolejce do mięsnego. Oprócz
ciągłego nasyłania kolejnych gnijących
hord, wyganiają psy, rzucają się do przodu
w opętańczym szale, niszczą Twoje zapory i uzbrojenie, wzbudzają postrach, a nawet używają ludzi jako (nie)żywych tarcz.
Walka jest więc zacięta i nie wszystkim
udaje się wytrwać do świtu.
Gra jest szybka, łatwa i przyjemna,
z mniej więcej równym podziałem między
taktykę a szczęście. Pojawiają się uparte
głosy, że równowaga sił między stronami
konfliktu jest zachwiana, ale żeby wykorzystać sztuczną przewagę trzeba usilnie
brnąć w tępą strategię, odbierającą całą
frajdę z grania. To w końcu raczej zabawny
przerywnik, a nie kolekcjonerska gra turniejowa, więc nie o to tu chodzi. Potwierdza to rewelacyjna komiksowa grafika
zdobiąca karty, zabawne opisy i jajcarskie
cytaty, a przede wszystkim sama idea. Za
niewielką cenę możecie mieć więc doskonałą „casualową” grę „z klimatem”, która
zapewni Wam „lata rozrywki”. Jeśli przekonała się do niej moja nieprzepadająca
za zwłokami dziewczyna, to chyba też dacie radę.
Czy jesteś Nemi?
Joanna Bernard
– Czy jesteś Nemi? – trzydziestosześcioletnia Lise Myhre, autorka komiksów
i rysowniczka, słyszy to pytanie nader
często, a jej odpowiedź zawsze brzmi: nie.
I chociaż wydaje się czasem poirytowana,
wielu fanów Nemi zrozumie, co się za nim
kryje. Mamy nadzieję usłyszeć „Tak”, bo
przecież tak bardzo chcielibyśmy poznać
Nemi Montoyę we własnej osobie.
Mieszkanka Oslo, w wieku „gdzieś
między dwudziestką a trzydziestką”,
gotka, wegetarianka i przeciwniczka futer, niepoprawna miłośniczka smoków,
czekolady i długowłosych mężczyzn –
to właśnie Nemi. Pojawiła się pierwszy
raz w roku 1997, w czasopiśmie komiksowym Larsons gale verden, w serii, która
wtedy nazywała się „De svarte sidene”
(Czarne strony). Był to dosyć mroczny,
pełen czarnego humoru i cynizmu komiks o subkulturze gotów, który z czasem
rozwinął się w jedną z dwóch najpopularniejszych w Norwegii serii komiksowych.
Zmiana nazwy na Nemi, pojawienie się
dodatkowych, powracających postaci
takich jak Cyan, „normalniejsza” przyjaciółka Nemi, i wreszcie debiut Nemi
jako codziennego paska komiksowego
w dzienniku „Dagbladet” w 1999 stopniowo złagodziły charakter komiksu,
w którym jednak nadal często podejmowane są poważne tematy. Od 2003 roku
ukazuje się comiesięczne czasopismo
„Nemi”, w którym goszczą także inne serie komiksowe, zaś wszystkie paski i strony komiksów o Nemi są zbierane w albumach w twardej oprawie. Do tej pory
ukazało się ich sześć. Komiks jest także
tłumaczony na kilka języków obcych, jednak po zamknięciu „B2B”, poza pirackimi
tłumaczeniami internetowymi nie przeczytamy Nemi po polsku.
Czego słucha Nemi? Odpowiedzią
może być wydana w 2001 roku przez
Nocturnal Art Productions składankowa
płyta „Nemi – The Soundtrack”, na której
znajdziemy kawałki takich zespołów jak
Mayhem, Fields of the Nephilim, Red Ha-
rvest, Zeromancer i Hagalaz’ Runedance
. Nie zabrakło również Lamented Souls,
zespołu męża rysowniczki. W codziennych komiksach, czasopiśmie i w książkowych albumach bohaterka wyraża sympatię m.in. dla Edgara Allana Poe, J.R.R.
Tolkiena, Tori Amos, Johnny’ego Deppa,
W.A.S.P., Black Sabbath oraz… Legolasa,
gry The Legend of Zelda, jednorożców
i smoków.
Niesamowita mieszanka cynizmu
z dziecięcą naiwnością, jaką uosabia ta
dziewczyna, stoi za szaloną popularnością Nemi w Norwegii, ale także w Anglii,
Finlandii i Szwecji. To właśnie dzięki temu
stała się ona symbolem dla tych wszystkich, którzy czasem czują się w swym otoczeniu po prostu nie na miejscu, którzy
nie chcą dorosnąć i ze zdumieniem obserwują ludzi wokół. I chociaż na pytanie
„czy jesteś Nemi?” większość jej fanów
odpowie tak jak autorka: „nie”, to jednak
szalejemy za nią. Bo każdy z nas czasem
rozgląda się ze zdumieniem i myśli sobie,
że świat wokół zwariował.
43
44
Nemi(c)Lise Myhre/[email protected]
Co się dzieje na filmie, gdy kamera przenosi się na kominek?
Fumetti Neri
Seks i zero sensu
Oktawian Mrowiński
i Jakub Skowroński
Fumetti Neri to włoski folklor. Jego
francuski odpowiednik to Elvifrance, bliźniacze zjawisko o nieco innej
tonacji.
Włosi są bardziej macho. Po wygranej
walce gladiator oblegany był przez tłum
wielbicielek, które starały się z oblepionego krwią torsu zebrać krople potu.
Ten pot był oczywiście afrodyzjakiem.
Nic więc dziwnego, że włoskie komiksy
erotyczne, bo tym właśnie są Fumetti Neri, starają się stworzyć atmosferę
przepełnioną nutką zniewalającego
piżma. Jeśli ktoś kojarzy postać Punishera, a to chyba najbardziej popularny
włoski macho, życie seksualne Franka
Castle musi wyglądać właśnie w ten
sposób.
Francuzi są oczywiście dekadenccy.
W ich fantazjach czarna magia otwiera wrota do wymiarów przepełnionych
perwersją. Postać Pinheada z serii „Hellraiser” to naturalnie Francuz. Elvifrance pobrzmiewa więc zawsze krzykiem rozkoszy i bólu, brzękiem kajdan,
zmysłowym skrzypieniem skórzanych
rękawiczek i przecinającym odgłosem
pejcza. To zupełnie naturalne.
Ostatecznie jednak są to komiksy
o określonym charakterze. Ten charakter jest niesamowicie specyficzny, co
ciekawe, pomimo swojej kiczowatości,
w zasadzie nie do podrobienia.
Początek to komiksy Diabolik, który
jest śmielszą wersją opowieści o Fantomasie. Z racji tradycji, zamaskowani
bohaterowie w stylu Fantomasa będą
już na stałe swawolić na kartach tych
komiksów. Powstaje rynkowa forma,
która gwałtownie zostanie wykorzystana. Zaczynają się wylewać całe tony
szmatławych historii ociekających brudem. Szybko pojawia się też specjalizacja i specyficzne podgrupy.
Technicznie są to małe książeczki,
łatwe do schowania w tylnej kieszeni
spodni. Zawsze zdobione kolorowymi okładkami, których krzykliwa treść
obiecuje niesamowitą fabułę. Już one
same są zjawiskiem. Recepta jest prosta. Przerysowana ze zdjęcia postać
kobiety, koniecznie w pozie wyrażają-
cej absolutne oddanie, na tle niedającej
się opisać przemocy. Dzisiejsi fanatycy potrafią znaleźć zdjęcia, które były
pierwowzorem powstania konkretnej
nimfomanki, której imię w rodzaju
Barbarella, Maghella lub Lucyfera jest
najczęściej zarazem tytułem serii, bądź
konkretnego zeszytu.
Wzorce, które przenoszone na karty
komiksu stają się jeszcze bardziej atrakcyjne seksualnie i uległe, to modelki
lub gwiazdy filmowe. Tutaj uwypukla
się charakterystyczna cecha dla Fumetti Neri. Nigdy nie tworzą one wartości
samej w sobie, są jedynie krzywym
zwierciadłem fenomenów obecnych
w kulturze masowej, przesuwają jedynie granicę o jeden krok dalej. Pokazują
umęczonemu obietnicami odbiorcy co
działo się w scenie w filmie, gdy kamera
pokazywała kominek. Często Fumetti
Neri są atakowane za uprzedmiotowienie kobiet. Przedstawia się je jako
komiksy o gwałcie. Ciężko tu jednak
winić same komiksy. To wzorce obecne
w samej kulturze tworzą właśnie takie
postawy, Fumetti Neri są jedynie niezamierzoną karykaturą, która rozdmuchuje konsumpcyjny styl życia, kreowany przez reklamy i filmy.
Sama treść komiksów to ciąg absurdalnych pomysłów, w których całkowicie uwolniona zostaje chora wyobraźnia. Nie ma żadnych reguł, żadnej
logiki, cienia litości dla realizmu.
Konwencje ulegają rozlaniu, znikają
wszelkie granice. Roboty walczą z gangsterami przy pomocy czarnej magii,
kobietom wyrastają penisy, wilkołaki
gwałcą wampirzyce, zasysa nas wir szaleństwa. Ego twórców wylewa się na nas
razem z odcinanymi kończynami i wyprutymi trzewiami. Sadomasochizm
uzbrojony w okultyzm, szaleni naukowcy i nimfomanki z odległych galaktyk.
Totalny debilizm pozbawiony wrażliwości i najmniejszego cienia kontaktu
z rzeczywistością. Wolność doskonała – narkotyczna wizja wykolejonego
emocjonalnie seksoholika to jest to, co
dostajemy na około stu stronach papieru kiepskiej jakości.
Tutaj rodzi się pytanie: po co ludzie to kupują? Odpowiedzi jest kilka.
Na pewno atutem tych historyjek jest
to, że są tak fajnie obciachowe. Obrazek przedstawiający onanizującego się
Kopciuszka na tle płonącego zamku jest
zbyt zabawny, by go nie zauważyć. Ten
element jest szczególnie istotny dzisiaj.
Charakterystyczny ton Fumetti Neri
razi po oczach. To atut na forach internetowych, dlatego maniacy prześcigają się w wynajdowaniu jak najbardziej
walniętych pomysłów. W tej materii,
czyli świru dla samego świru, Fumetti Neri biją na głowę nawet osławione
hentai.
Drugi powód to niesamowite ciepło,
jakie zawarte jest na stronach tych
komiksów. Uwolnione z okowów fantazje, mimo że całkowicie pokręcone,
nie zostawiają w nas z jakiegoś powodu wątpliwości, że są szczere. W swojej
naiwności są tak autentyczne, że nie
sposób odmówić im swoistego uroku.
Kobiety przedstawiane są jako zlepek
gigantycznych pośladków, monstrualnych biustów i wydętych namiętnie ust.
Jeśli udaje się zauważyć coś jeszcze, to
tylko rozwiane w szale uniesień włosy.
Tutaj boginiami są wampy w rodzaju
Ursuli Anders, Brigitte Bardot czy Ornelli Mutti. Delikatna, nieco anemiczna
kobiecość w stylu promowanym dzisiaj,
nie ma tutaj racji bytu. Dzikie pocałunki wilkołaka wymagają dobrej kondycji
ogólnej. Postacie kobiet są zawsze gotowe do pieszczot, czarownicy w szczytowej formie, a kryminaliści mają cały
czas ręce umazane krwią, nie planują
spisków, po prostu strzelają. Tutaj bez
problemu można wyłapać, o co chodzi
umęczonym duszom drobnomieszczańskich marzycieli erotomanów. Przestępcy niemyślący o pieniądzach to produkt
społeczeństw bogatych.
Po trzecie więc, ludziom, którzy mogą
mieć wszystko, brudne historyjki przypominają, czego w zasadzie chcą. Tak,
jak w epoce rozkwitu gospodarczego,
przestępstwa pozwalają ludziom odzyskać własną tożsamość utraconą w dobrobycie i przesycie. Dlatego przestępcy
nie kradną pieniędzy. Są po to by strzelając do kogoś, przypomnieć mu, że żyje
i kim jest.
Ale ostateczna odpowiedź jest bardzo
prosta. Komiksy dla zboczeńców podobają się nam, bo jesteśmy zboczeńcami.
45
Troum
Ścieżka do źródła
wiecznej energii
Jakub Skowroński
Tłumaczenie: Łukasz Miernik
Bremeński duet od ponad dwudziestu
lat (wcześniej pod szyldem Maeror Tri)
eksploruje postindustrialne i dronowe
obszary muzyczne. Stefan „Baraka[H]”
Knappe i Martin „GLIT[s]CH” Gitschel
za cel stawiają sobie uzyskanie stanu
sennej hipnozy, podczas której słuchacze
mogą zbliżyć się do sedna swojej egzystencji. Ten wewnętrzny zew słyszą też
sami artyści, którzy przyznają, że często
tracą kontrolę nad instrumentarium, które
zdaje się samoistnie generować podświadomy przekaz. Witajcie w krainie snu.
Dla tych, którzy nie znają waszej twórczości – czym jest Troum?
Troum jest akustycznym przetworzeniem nieświadomej materii. Troum jest
nieskończoną spiralą w głębi twego
serca, która nie ma początku ani końca.
Troum to także projekt przestrzeni i,
jak sama nazwa wskazuje, senny mariaż.
Jak oceniacie przeszłość, teraźniejszość
i najbardziej uchwytną przyszłość Troum?
Nie wiem, co dokładnie masz na myśli
przez „senny mariaż”, ale brzmi to
bardzo dobrze! Trudne pytanie. Zawsze
cieszyliśmy się, że możemy tworzyć „naszą” muzykę, a nawet znalazły się osoby,
które chciały tego słuchać. Troum nie
jest jednak tylko odzwierciedleniem
naszych umiejętności muzycznych.
Pokazuje też rozwój naszych umysłów
i świadomości na przestrzeni lat. Ta
muzyka to nie „po prostu muzyka”, to
obraz naszego życia. Dla nas minione rozkwitanie Troum to fenomen,
teraźniejszość to magia, a przyszłość to
wizje przepełnione pomysłami na nowe
projekty!
Niedawno w Polsce ukazała się reedycja waszego albumu „Seeing-Ear Gods”,
wydanego pierwotnie w niskim nakładzie.
Jak doszło do tej współpracy z polskim
wydawcą?
Wytwórnia Zoharum już wcześniej
wydała reedycję naszego rzadkiego
materiału „Autopoiesis” na płycie CD
i ta współpraca była bardzo owocna.
46
Po prostu znali naszą muzykę od dłuższego czasu, a któregoś dnia odezwali
się do nas i zaproponowali ten układ.
Michał z Zoharum zorganizował też
dla nas wspaniały koncert w Gdańsku,
w styczniu tego roku.
Także w Gdańsku graliście również swój
pierwszy koncert w Polsce, w 1999 roku.
W 1999 roku była to zupełnie inna
sytuacja, Gdańsk wydawał się wtedy być
całkowicie innym miastem. Może wpływ
na te wspomnienia miało też miejsce
samego koncertu, stary kościół św. Jana,
oraz fakt, że był on organizowany przez
inne osoby. Troum był wtedy jeszcze
młodym projektem. Zupełną nowością
było dla nas granie w Europie Wschodniej, a podróżowanie było prawdziwą
przygodą. Ci ludzie, tak jak wszystko
w tamtych czasach, byli bardziej alternatywni i undergroundowi.
Wracając do nowych wydawnictw,
warto wspomnieć o splicie z Nadją, który
uplasował się wysoko w moim osobistym rankingu waszych płyt. Zachwycony jestem także graficzną stroną tego
wydawnictwa, M. Łojek wykonał genialną
pracę. Opowiedzcie jak wyglądał proces
powstawania tego projektu.
Dziękujemy za miłe słowa. Znamy
Aidana i Leah z Nadji już od długiego
Wasza dyskografia jest dość pokaźna.
Nie odczuwacie wyeksploatowania materii? Jaka koncepcja towarzyszy tworzeniu
waszej muzyki?
Nie, nie czujemy żadnej pustki, im
dłużej się w to zagłębiamy, tym więcej mamy pomysłów! No, może nie
zawsze...ale pustkę czujemy właśnie
podczas zbyt długiej przerwy od tworzenia dźwięków. Można powiedzieć, że
poszukujemy w sobie „niezniszczalnego
rdzenia”, rodzaju wiecznej energii, która
być może spoczywa wewnątrz wszystkich żyjących istot. Czegoś, do czego nie
zbliżysz się poprzez słowa lub myślenie,
ale co możesz wyrazić muzyką. Jest to
nieopisany, niewypowiedziany obszar
umysłu... prawdziwa tajemnica i skarb
ukryty głęboko wewnątrz nas samych.
Nasza muzyka z założenia powinna być
transformacją tej energii. Nie boimy
się zatem, że kiedykolwiek wypalą nam
się pomysły, bo tak naprawdę nigdy
nie dotrzemy do tego „źródła”. Można
go dotknąć, ale nigdy się go nie złapie.
Z każdym kolejnym pomysłem, instrumentem lub dźwiękiem wkraczamy na
inną ścieżkę prowadzącą w okolice „sedna” i możemy je na chwilę odwiedzić.
A ponieważ jesteśmy od tego uzależnieni, często wyruszamy na wyprawę
i poszukujemy szlaków wiodących do
tych uczuć.
Troum nie jest jedynie odzwierciedleniem naszych umiejętności
muzycznych, ale pokazuje też rozwój naszych umysłów
i świadomości na przestrzeni lat.
czasu i nawet zagraliśmy razem kilka
koncertów. Kiedy występowali w Bremen, zatrzymali się w naszych mieszkaniach, więc mieliśmy okazję i trochę
czasu na spontaniczne improwizacje
i nagrania. W ogóle nie mieliśmy na to
jakiegokolwiek pomysłu, a wszystko
nagraliśmy w moim salonie! Niesamowity efekt końcowy przerósł wszelkie oczekiwania i zaskoczył każdego
z nas. W zasadzie powinniśmy się tego
spodziewać, bo Aidan jest geniuszem
i wszystko czego dotknie zamienia się
w złoto.
Na ile ta twórczość jest improwizacją,
a na ile „zapisem nutowym”?
W zasadzie to połączenie jednego
i drugiego, ale w większej mierze „komponujemy”. Sama improwizacja nigdy
nie wystarcza. Naprawdę wyrafinowane
kompozycje wymagają mnóstwa czasu.
Można to wszystko chyba ustawić jakoś
w szeregu. Zaczyna się zwykle od idei
przewodniej albo jakiegoś dźwięku i pomysłu, co z nim zrobić. To coś w stylu
komponowania. Potem, kiedy próbujesz
to wszystko nagrać, nagle okazuje się,
że całość brzmi zupełnie inaczej niż wi-
Fot. archiwum zespołu
Jako jedni z pierwszych projektów około
darkambientowych, zaczęliście wykorzystywać żywe instrumenty, aby uzyskać
bardziej organiczne brzmienie. Jakie
instrumentarium charakteryzuje Troum
i z jakiego najczęściej korzystacie?
Nie jesteśmy aż tacy pewni, czy zaliczamy się do pionierów wykorzystywania akustycznego instrumentarium
podczas koncertów. Tak naprawdę nie
postrzegamy naszej muzyki jako „dark
ambient”, a samo użycie instrumentów
od zawsze, od dawnych czasów Maeror
TRI, było dla nas koniecznością. To
sprawiało, że występ był interesujący
zarówno dla nas, jak i publiczności.
Mamy też mnóstwo wariacji zastosowania instrumentów, choć korzystamy
także z gotowego podkładu. Ostatnio
używamy na scenie dwóch akordeonów, własnoręcznie zbudowanych
metalowych skrzypiec, „Instrumentum
Primitivum”, harmonijki ustnej, cytry
i melodyki. Często korzystamy też z gitar, zarówno akustycznych jak i elektrycznych, i instrumentów dętych, piszczałek, gwizdków, tub. Wkrótce chcemy
wprowadzić prawdziwą wiolonczelę.
Wracając do kwestii scenicznej elastyczności, chyba wszystkie istniejące
zespoły muszą w pewien sposób przygotować swój materiał przed koncertem. Wolność interpretacji lub czystej
improwizacji brzmienia i wykorzystania
wszystkich dostępnych źródeł dźwięku,
a nie jedynie melodii jak w jazzie, jest
niemożliwa i raczej bezcelowa. To, co
wychodzi z takiego grania nie posiada
zwykle duszy, nie opowiada żadnej
historii i jest pozbawiane jakichkolwiek
uczuć. Oczywiście to wyłącznie nasz
pogląd.
Pytanie być może prozaiczne, ale zawsze
mnie to ciekawiło, z kim chcielibyście
zagrać koncert lub nagrać album?
Ok, czyli odpowiedź może być nierealna? Chcielibyśmy zagrać z Zoviet
France około 1983 roku, tuż po nagraniu
„Mohnomishe”! Poza tym, w zasadzie
zrealizowaliśmy już jedno z naszych
największych marzeń, którym jest
album z Martynem Batesem.
Jesteście doświadczonymi artystami,
co poza Troum zajmuje wasz czas? Uprawiacie jakieś inne formy sztuki, czy przyziemność na to nie pozwala?
Interesujemy się rozmaitymi formami
muzyki i sztuki, zwłaszcza surrealizmem. Martin lubi historię, a Stefan
politykę, architekturę, psychologię,
socjologię i psychoanalizę.
Pracujecie nad czymś aktualnie,
czy po prostu odpoczywacie?
W pierwszej połowie roku zagraliśmy
mnóstwo koncertów, przynajmniej jak
na nasze standardy, bo nie możemy
sobie pozwolić na zbyt częste występy.
Na razie mamy więc przerwę w graniu,
aż do festiwalu PHOBOS III w Niemczech w październiku. Właśnie skończyliśmy nagrywać nowy album „Grote
Mandrenke”, który prawdopodobnie
wyjdzie w przyszłym roku w amerykańskiej wytwórni Beta–lactam Ring
Records. Obecnie pracujemy nad wieloma kooperacjami, tworząc z takimi projektami jak Voice Of Eye, Aidan Baker,
Raison D’Etre czy Dead Voices On Air.
Nemi(c)Lise Myhre/[email protected]
zja, którą miałeś w swojej głowie. Wtedy
do gry wkracza właśnie tajemniczość
i nieprzewidywalność. Od tego momentu próbujesz znowu odzyskać kontrolę, ale z każdym nowym dźwiękiem,
delikatnym przekręceniem gałki albo
dotknięciem jakiegoś przycisku, muzyka
staje się coraz bardziej zagadkowa.
Czasami posuwa się to do tego stopnia,
że na końcu zadajemy sobie pytanie,
czy to aby rzeczywiście my stworzyliśmy
ten utwór?
47
Historie
The Cuts
bez happy-endu
Wojciech Wawrzak
Na koncie dwa albumy studyjne, liczne
koncerty przed mniejszą i większą publicznością, występy na festiwalach w Sopocie
i Opolu oraz przebój „Pokój na jedną noc”.
Przed wami zespół The Cuts i rozmowa
z wokalistą Przemkiem Zdunkiem. Brzmi
jak zapowiedź w jednej z komercyjnych
stacji radiowych? Nie obawiajcie się.
Pozwolę sobie rozpocząć od pytania w nawiązaniu do tytułu ostatniego albumu
The Cuts. Czy ten nasz świat jest rzeczywiście taki czarny?
Niestety, coraz bardziej czarny, a przynajmniej szary i ponury. Mimo wszystko
w tym czarnym świecie staramy się
znaleźć trochę kolorów.
Skąd ta ponura wizja rzeczywistości?
Czym ją uzasadnisz? No i tych kolorów
na waszych płytach raczej niewiele.
Może taka nasza natura, że robimy
smutne piosenki. Lubimy molowe skale
i historie bez happy-endu. To, co widać
za oknem, w gazetach, w internecie i telewizji, nie napawa jakimś szczególnym
optymizmem. Z jednej strony irytujące
zabawy naszych polityków, wszechobecne tańce i śpiewy szemranych „gwiazd”,
a z drugiej wojny i klęski żywiołowe.
Do abonamentów telewizyjnych powinni
dorzucać żyletki.
Czy electro-rock to nadal dobre określenie
muzyki The Cuts? Na „Czarnym świecie”
tego rocka jest już bardzo mało.
Rzeczywiście rocka w naszej muzyce coraz mniej. Ostatnio jest to raczej electro
z domieszką gitar. Mówiąc o nas ludzie
często nawiązują też do new romantic,
new wave i lat 80. XX w.
No i trudno wyobrazić sobie prawdziwego
rocka bez żywej perkusji, której tym razem
zabrakło.
Nam nie zabrakło. Wcześniej raczej nam
po prostu przeszkadzała. Nie chcemy
grać rocka i go nie gramy.
Przeszkadzała?
Tak, już na pierwszej płycie nagrywaliśmy żywą perkusję, a potem podkłada48
liśmy w jej miejsce brzmienia syntetyczne, które bardziej nam odpowiadały.
W końcu stwierdziliśmy, że nagrywanie
żywych bębnów, które w efekcie i tak
zamieniamy na elektroniczne, to zwyczajna strata czasu. W dodatku jakoś
nie mieliśmy szczęścia do perkusistów.
Wspomniałeś o określaniu The Cuts jako
new romantic. Czym dla was jest new
romantic?
Jednym z wielu haseł na określenie tego,
co gramy. Ale przede wszystkim miłym
skojarzeniem z beztroskimi muzycznie
latami 80. XX w.Zbyt mocno nie przywiązywałbym uwagi do terminu new
romantic na określenie naszej muzyki.
Mimo wszystko gramy trochę mocniej.
No i nowocześniej.
Z pewnością. Odnoszę wrażenie, że nie należycie do grona zagorzałych oldschoolowców. Cenicie sobie nowoczesność?
To wrażenie jest dość mylne. Staramy
się podchodzić do muzyki nowocześnie,
ale używamy wielu oldschoolowych
brzmień. Mam na myśli przede wszystkim analogowe syntezatory, brzmienia
perkusyjne starych automatów, lampowe
wzmacniacze gitarowe. Cała produkcja
naszych płyt odbywa się w dużej mierze
na lampowym i analogowym sprzęcie.
Nie lubimy cyfrowej muzyki. Dlatego łączymy nowoczesne aranżacje z brzmieniami vintage.
Co sprawiło, że to właśnie elektronika odgrywa pierwszoplanową rolę na „Czarnym
świecie”?
Nasze muzyczne upodobania. Ostatnio
bardzo lubimy elektroniczne brzmienia.
Klasyczne, gitarowe granie jakoś nam się
znudziło.
Za dużo tych gitar dookoła? Przesyt?
A może nadchodzi czas, gdy pierwsze
miejsce w szeregu należeć będzie już nie
do gitar a elektroniki? Zachwyt nad możliwościami gitary we współczesnej muzyce
nie jest już tak wyraźny jak kiedyś...
Gitara i rockowe granie nie przeminie
chyba nigdy. Słuchamy wielu typowo gitarowych zespołów. Jest wiele
rockowych bandów, które zachwycają.
My jednak najlepiej czujemy się w muzyce, w której gitary nie grają pierwszych
skrzypiec (sic!), a raczej dodają pewnego
charakteru.
Muszę przyznać, że choć sam jestem
zwolennikiem tradycyjnego rockowego
instrumentarium, to „Czarny świat” przemawia do mnie mocniej niż „Syreny nad
miastem”. Jest to materiał intensywniejszy,
bardziej wyrazisty. Debiutowi brakowało
wyrazu. Jakiejś kropki nad i. Było kilka
naprawdę udanych numerów, ale całość
wypadała trochę blado. I zabrakło jakiegoś killera, energii, kopa do przodu. Jak
oceniacie ten album z perspektywy czasu?
„Czarny świat” różni się od „Syren nad
miastem” przede wszystkim tym, że
powstał ponad rok później i nagrywaliśmy go znacznie krócej niż pierwszą
płytę. Myślę, że dzięki temu jest albumem bardziej spójnym i chyba przede
wszystkim dojrzalszym. Pierwsza
płyta była takim wyborem najlepszych
naszym zdaniem utworów spośród
znacznie większej liczby piosenek, jakie
powstały w ciągu ponad dwóch lat. Nie
można chyba jednak powiedzieć, że
naszej debiutanckiej płycie zabrakło
killera. To w końcu na niej znalazł się
„Pokój na jedną noc” uznawany jak
dotąd za nasz największy hicior. Poza
tym, to właśnie z tej płyty pochodzą
takie utwory jak „Smutna dziewczyna”, „Kochać cię chcę” czy „Syreny nad
miastem”. Publiczność śpiewająca te
utwory z nami na koncertach może
chyba świadczyć o tym, że ten album
nie był taki zły.
Ależ nie twierdzę, że był zły. Wręcz
przeciwnie, to bardzo solidny album. Choć
moim zdaniem nieco jednostajny. Wskazujesz na wiodące utwory z niego. Ale czy
nie masz wrażenia, że żaden z nich nie jest
w stanie zaskoczyć słuchacza, sprawić, by
przetarł oczy ze zdumienia i wykrzyknął
„cholera, jak oni to zrobili!?!” ?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie i nie zostać posądzonym o brak
samokrytycyzmu. Uwierz jednak, że
Fot. archiwum zespołu
samokrytycyzmu mamy wiele, a mimo
wszystko uważam, mając w pamięci komentarze po naszym występie w Opolu, że „Pokój na jedną noc” zaskoczył
niejednego słuchacza.
A gdybyś miał porównać pierwszy i drugi
album The Cuts?
Dziś wybralibyśmy pewnie drugą płytę,
bo jest bliższa temu, co robimy w tej
chwili. Jest zdecydowanie bardziej elektroniczna. Choć nie wyobrażam sobie
koncertu bez kilku utworów z pierwszego krążka.
A fani? Dostajecie od nich jakieś sygnały,
co chcieliby usłyszeć na żywo, który album
przemawia do nich mocniej?
Zdania są podzielone. Na koncertach
spotykamy się ze skrajnie odmiennymi opiniami. Część osób woli bardziej
rockowe brzmienie pierwszej płyty,
innym bardziej odpowiada energia
drugiego albumu. Cieszy mnie jednak to,
że nierzadko po koncertach ludzie chcą
kupić naszą płytę i proszą o taką, żeby
mieli jednocześnie na przykład „Smutną
dziewczynę” i „Martwy kwiat”. Nie mają
wyjścia – muszą kupić obie. I robią to
chętnie.
Na pierwszym albumie The Cuts odnajdziemy utwór „Linda”. Gościnnie zaśpiewała Anna Wilczyńska. Kontrast dwóch barw
nadaje numerowi smaku. Takiej różnorodności wokaliz brakuje w waszej twórczości.
Wydaje mi się, że w tym temacie warto
byłoby popracować.
A to już kwestia gustu.
Niewątpliwie. Zatem wnioskuję, że jesteś
absolutnie zadowolony z wokali na obu albumach zespołu? Nie chciałbyś spróbować
czegoś nowego na kolejnej płycie?
Pewnie, że chciałbym. Nagrywanie kolejnej płyty, takiej samej jak poprzednia,
nie ma sensu. Dlatego już na albumie
„Czarny świat” pojawiło się sporo
chórków w wykonaniu Toma Horna.
Nie wykluczam też jakiegoś śpiewającego gościa na naszej nowej płycie.
Teksty utworów są punktem zapalnym
większości recenzji waszego pierwszego
albumu. Ich prostota, balansowanie na
granicy kiczu i tandety wzbudziły ambiwalentne uczucia odbiorców. Nie wyszło?
Czy właśnie tak miało być?
To zależy, który tekst masz na myśli.
Na przykład „Kochać cię chcę” z założenia miał być prostym, banalnym
tekstem. Powstał w ciągu piętnastu minut, podczas niezłej zabawy na próbie.
Trochę dla żartu, a w końcu tak zostało.
Rzeczywiście jest na tej płycie kilka fraz,
których dziś już bym nie napisał. Ale czy
to nie powód, by pisać nowe, lepsze
teksty?
Nie miałem na myśli konkretnych tekstów. Bardziej chodziło mi o ogólną ich
stylistykę, używane metafory, porównania,
dokładne rymy. Nie będę cytował poszczególnych fraz, nie taka jest moja intencja.
Po prostu odnoszę wrażenie, że teksty
nie są dla The Cuts szczególnie istotne.
Mylę się?
Mylisz się. Teksty są ważne. Nam taka
poetyka i klimat odpowiada. Rymy
to zabieg celowy. Jak pewnie zauważyłeś,
większość naszych tekstów jest sylabotoniczna. Dzięki temu wszystkiemu
teksty są bardziej melodyjne i rytmiczne. Dla mnie to zaleta, a nie wada.
My po prostu nagrywamy piosenki.
Stawiacie na emocje. Uczucia dominują w waszych tekstach. Odcinacie się
natomiast całkowicie od społecznego,
politycznego przekazu. Z czym to się
wiąże? Opowiadacie się za ideałem artysty
zdystansowanego do tego rodzaju spraw?
Nie zamierzamy być zespołem wojującym o równouprawnienie czy wytykającym politykom ich błędy. Mamy kilku
artystów, którzy robią to bez przerwy
i wystarczy. Dla nas liczy się to, żeby
na koncertach była fajna energia.
Czy oceniasz negatywnie takie zaangażowanie artysty w sprawy publiczne?
Nie, wcale nie. Są artyści, którzy robią
to doskonale. Ja jednak śpiewając
o takich sprawach czułbym się nieswojo.
Nie czuję się trybunem ludowym.
The Cuts powołaliście do życia
w 2006 roku. A zatem macie już 5 lat
na karku. Na koncie dwa albumy, liczne
koncerty przed mniejszą i większa publicznością, udział w ogólnopolskich festiwalach, kilka wyróżnień w kulturalnych
plebiscytach. Czy to dobry wynik?
Coraz częściej mówimy, że The Cuts
zaczął działać na początku 2008 roku,
kiedy podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią SP Records. Wszystko to, co działo
się wcześniej, miało niewiele wspólnego
z tym, co było później. Tak naprawdę
pod tą nazwą po raz pierwszy wystąpiliśmy w czerwcu 2008 roku. A czy to dobry
wynik? Chyba całkiem niezły. Pokaż mi
inny młody polski zespół, który w ciągu trzech lat zagrał tyle koncertów,
który wystąpił na dwóch telewizyjnych
festiwalach i to pomimo wywodzenia się
z undergroundu, który wydał dwie płyty,
nagrał osiem teledysków i zdobył kilka
nagród. Z drugiej strony to wszystko to
wciąż niewiele. Dlatego pracujemy dalej.
Ja uważam, że to dobry wynik. Ale co masz
na myśli mówiąc, że wasza aktywność
przed 2008 rokiem miała niewiele wspólnego z późniejszą działalnością?
Przede wszystkim to, że zespół grał
w innym składzie. Nie było z nami Toma
Horna. Grał wtedy z nami na basie Lo ze
Strachów na Lachy, a na perkusji Mirek
Chojnacki z Jafii Namuel. Graliśmy
o wiele bardziej gitarowo. Większość
z utworów, które powstały w tamtym
czasie, trafiła do szuflady i nigdy później
po nie nie sięgnęliśmy.
Praca. Konsekwencja. Te dwa słowa
wydają się Wam bardzo bliskie. Do czego
dążycie? Jaki jest górny pułap Waszych
oczekiwań?
Trudno mówić o górnym pułapie,
bo nasza sytuacja zmienia się z roku
na rok. Na razie myślimy o działaniu tu,
w Polsce. Właśnie zaczęliśmy nagrywać trzecią płytę i mamy w planach
mnóstwo koncertów. Co będzie dalej,
zobaczymy.
Jeśli chodzi o waszą pozycję na rynku,
to stoicie w szerokim rozkroku. Jedną nogą
nadal w undergroundzie, a drugą już coraz
bardziej w rynku komercyjnym. Które
środowisko jest wam bliższe? Chcielibyście zrobić ten kolejny krok w stronę
mainstreamu?
Chcielibyśmy, pod warunkiem, że nie będzie to się wiązało ze zmianą naszego
stylu i jakimiś artystycznymi ograniczeniami. Patrząc na to, co w naszym kraju
nie jest undergroundem, trochę strach
z niego wychodzić.
Do abonamentów
telewizyjnych powinni
dorzucać żyletki
Aż tak źle?
Niestety. Moim zdaniem tych stacji
radiowych i telewizyjnych, które liczą się
najbardziej, po prostu nie da się słuchać
i oglądać.
Spójność. Rzeczownik, który bardzo trafnie
opisuje waszą twórczość. Ale od spójności
bardzo blisko do przewidywalności.
Co zrobić, by słuchacz nie odczuwał
przesytu?
Poszukiwać. I my to robimy. Szukamy
nowych brzmień, harmonii, rytmów.
49
Wspomniałeś wcześniej, że nagrywacie
pomysły na trzecią płytę. Możesz już
powiedzieć coś o ewentualnym kształcie
nowego albumu? Szczególnie w kontekście tych poszukiwań.
nie jest w tej sytuacji adekwatne. Tu chodzi
raczej o naturalną chęć otaczania się tym,
co nam znane, rodzime, bliskie. Czy jesteś
stanie wyobrazić sobie polską muzykę
wykonywaną wyłącznie w języku obcym?
Stawiamy duży nacisk na kontakt z publicznością na
koncertach, a to udaje się najlepiej, gdy śpiewam po polsku.
Jeszcze trochę za wcześnie. Na razie nagraliśmy kilka nieskończonych utworów.
Jak znam życie, na płytę trafi połowa
z około dwudziestu piosenek. Dziś trudno powiedzieć, czy te, które już mamy,
znajdą się na płycie, czy może inne
pomysły będą nam się bardziej podobać.
Wiadomo natomiast, że nowa płyta będzie mocno elektroniczna i że będziemy
stawiać raczej na dynamiczne utwory.
W jednym wywiadów powiedziałeś, że język polski średnio nadaje się do śpiewania.
Dlaczego tak uważasz?
Po prostu nie brzmi tak ładnie, jak
angielski, czy francuski. Nie jest tak
śpiewny.
Narzekałeś też na panujące przekonanie
o konieczności tworzenia w rodzimym
języku, mówiąc, że śpiewanie po angielsku
skazuje na pewną niszowość. Wydaje mi
się, że operowanie pojęciem „przekonanie’’
50
Nie. Nie jestem w stanie sobie tego
wyobrazić i dlatego cała nasza druga
płyta jest śpiewana po polsku. Podobnie
na koncertach, na naszych setlistach
figurują zaledwie dwie anglojęzyczne
piosenki. Podczas ostatnich sześćdziesięciu koncertów publiczność wyraźnie dała
nam do zrozumienia, że woli piosenki
śpiewane po polsku. Stawiamy duży
nacisk na kontakt z publicznością na
koncertach, a to udaje się najlepiej, gdy
śpiewam po polsku.
Bardzo podobają mi się w waszej twórczości liczne konteksty erotyczne. Wydaje
mi się, że w polskiej muzyce, jak zresztą
w samym społeczeństwie, tematyka związana z seksualnością, cielesnością nadal
pozostaje pewnym tematem tabu.
W muzyce może jeszcze tak, ale patrząc
na to, co się dzieje w telewizji i wszędzie
wokół nas, chyba, niestety, ta tematyka
kryje coraz mniej tajemnic.
Owszem, bombarduje się nas na co dzień
treściami przesyconymi erotyką. Ale to chyba takie łamanie tabu wbrew społecznym
przekonaniom, a może nawet bardziej
szokowanie widza, potencjalnego klienta
etc. Czy rzeczywiście jesteśmy tak otwarci
w sprawach cielesności? Kolejne badania pokazują, że nadal mamy problemy
z otwartą rozmową na te tematy.
No właśnie wydaje mi się, że obecnie
widza szokuje coraz mniej, a przekraczanie kiedyś nieprzekraczalnych granic jest
na porządku dziennym. Ja wychowałem
się na MTV z lat 90. XX w. Wtedy liczyła
się przede wszystkim muzyka, a właściwie tylko muzyka. Dzisiaj do teoretycznie
muzycznego programu możesz wysłać
sms i otrzymać odpowiedź, w jakiej pozycji masz się kochać.
Recenzenci od zawsze prześcigają się
w szukaniu podobieństw. A ja na koniec
zapytam przewrotnie – do kogo można
was porównać?
Słyszeliśmy już o wielu podobieństwach.
Nierzadko były one dla nas sporym
zaskoczeniem. Kilka nazw słyszeliśmy
nawet pierwszy raz w życiu. W naszej
muzyce można usłyszeć elementy podobne do rozmaitych zespołów. Prawda
jest jednak taka, że każde porównanie
więcej mówi o jego autorze, niż o samym
zespole.
Wave Gotik Treffen XX
09–13 czerwca 2011 Lipsk, Niemcy
Łukasz Miernik, Selena Pokitko
Zamknij oczy, rozluźnij się. Przypomnij
sobie sielankową atmosferę corocznego pobytu w Bolkowie. Tłumy ubranych
na czarno ludzi, nieskrępowane paradowanie w rozmaitych dziwacznych
strojach, mroczne gadżety i fantazyjne
makijaże, swobodne picie w miejscach
publicznych, tańce, śpiewy, zabawa,
raj... tzn. piekło na ziemi. Teraz pomyśl
o powiększeniu tego całego gotyckiego
mikroświata do rozmiaru Gdańska czy
Poznania. Wyobraź sobie nie małe monopolowe sklepiki, a całe markety pełne
ubranych na czarno ludzi. Gotów, którzy
zamiast przechadzać się rynkiem, tłoczą
się w tramwajach niczym czarne sardynki. Ba, festiwal posiada nawet własną linię tramwajową, uruchamianą na czas
jego trwania! Tylko spokojnie, oddychaj
głęboko. Wdech, wydech, bardzo dobrze.
Policz do sześciu, sześciu, sześciu. Znajdujesz się w Lipsku, a trwa właśnie XX
edycja największego mrocznego spędu
w tej części świata - Wave Gotik Treffen.
Ciężko jednym tchem wymienić, co
oferuje festiwal. Bogactwo atrakcji zawiera bowiem wszystko, czego upadła
dusza zapragnie – od projekcji filmowych i sztuk teatralnych, muzyki organowej i opery, mniej i bardziej naukowych wykładów, wystaw w galeriach, po
spotkania z artystami, stanowiska z autografami i przedpremierowe odsłuchy
płyt. Jest też cała średniowieczna wioska
z folkową sceną i pitnym miodem w pucharach, wiktoriańskie romantycznosteampunkowe pikniki, fetyszystyczne
potańcówki z ostrą selekcją, absyntowe
śniadania i wszelkiej maści spontaniczne
happeningi. Ciągle przeplatają się bowiem jakieś grupki młodzieży, ćwiczącej
industrial dance w każdym możliwym
miejscu, atakujące znienacka bumboksy z pijackimi niemieckimi szlagierami
oraz inscenizacje skeczy Monty Pythona.
Dla spragnionych zakupów hala targowa
wielkości bolkowskiego rynku zapewnia
kilkadziesiąt stoisk z ciuchami i gadżetami oraz kilkanaście z płytami. A przede
wszystkim prawie 300 (sic!) koncertów
i codzienne aftery w siedmiu klubach, licząc jedynie te oficjalne.
Jak to wszystko ogarnąć? Odpowiedź
jest prosta: nie da się. Koniec, kropka,
zaciśnij zęby i pogódź się z tym. Do dziś
powtarzam to sobie, starając się wymazać z pamięci przegapione wydarzenia.
Od lat wstrzymywałem się przed wyprawą do Lipska, bo obawiałem się, że nie
da się zobaczyć wszystkiego. To, czego
doświadczyłem, przeszło jednak moje
najśmielsze oczekiwania. Bo co robić,
kiedy z jednej sceny na drugą trzeba je-
chać godzinę tramwajem z przesiadką na
autobus? Ale po kolei...
Czwartek
Z racji logistyczno-towarzyskich straciliśmy pierwszy dzień festiwalu, ale dla
porządku i potomnych warto wspomnieć
o kilku atrakcjach znanych z opowieści. Pierwsza to Electro All Stars, czyli
rozmaite covery w wykonaniu gwiazd
sceny. W tym roku zaśpiewali wokaliści
m.in. Dioramy, Zeraphine, Klangstabil
i Haujobba, a repertuar obejmował klasyki Visage i Tears for Fears, hity Editors
i Killers, a nawet „Eye Of The Tiger” czy
czołówkę „Ghostbusters”. Drugą był jubileuszowy koncert Das Ich (grali na
pierwszej edycji), który z powodu ciężkiej
choroby i nieobecności Stefana odbył
się z gościnnymi wokalistami. W końcu
ekskluzywny, pierwszy i jedyny od 1999
roku występ Love Like Blood. Jeśli kiedykolwiek przed ogłoszeniem programu
i zaplanowaniem wyjazdu pomyślicie,
że nie dadzą takiej gwiazdy na pierwszy
dzień, zastanówcie się dwa razy.
Piątek
W dniu przyjazdu nie było wcale lepiej.
Po męczącej kilkunastogodzinnej podróży doczłapaliśmy się w końcu pod
centrum festiwalowe. Od znajomych
dowiedzieliśmy się, że spotkanie z Rudym Ratzingerem przepadło bezpowrotnie, a na Diamandę Galas teraz już tylko
taksówką. Odbębniliśmy zatem kwestie
organizacyjno-informacyjne i można
było zacząć zabawę. Zapał nieco ostygł
po pierwszym spojrzeniu na grafik, gdy
okazało się, że w tym samym czasie grają: Covenant, Sieben, Diorama, Tristania
i OWLS. Na różnych końcach miasta. Wybór padł na Covenanta, z racji że odbywał
się tuż pod nosem. Ruszyliśmy więc pod
Agra Halle, a raczej na koniec kolejki do
niej prowadzącej. Kilkanaście minut stania w miejscu bez żadnych widoków na
przyszłość z powodu przepełnienia hali,
zaowocowało szybką zmianą planów na
wieczór. Kolejna stracona okazja zobaczenia, jak chłopaki radzą sobie na żywo
z Myerem, ale ruszamy na Clock DVA
i Anathemę!
Ileż emocji dostarcza czytanie wskazówek dojazdowych, porównywanie mapek
linii komunikacji miejskiej z festiwalowymi rozpiskami oraz dopytywanie równie niezorientowanych przyjezdnych. Po
losowym, aczkolwiek szczęśliwym obraniu azymutu i zaledwie godzinnej podróży od sceny do sceny, dotarliśmy na wybrane koncerty. A w zasadzie koncert, bo
w obawie przed kluczeniem do kolejnej
hali - drogą selekcji naturalnej - gwiazdą
dnia została Anathema.
Brytyjczyków słuchałem raczej u progu ich kariery i uważam, że skończyli
się na „Kill... tzn. Judgement”. Te nowe
ciotowato-progresywne plumkania nijak
się mają do kunsztu „Serenades” i tyle.
Jednak co gwiazda, to gwiazda. Kiedy
przychodzisz na koncert legendarnej formacji to jakość wykonania utworów potrafi przeważyć nad ich nieznajomością
czy brakiem uznania. Tak było kiedyś
na moim pierwszym koncercie Fields Of
The Nephilim, tak było i na tegorocznej
pierwszej Anathemie. Emocjonujący
(choć miejscami trochę cichy i niemrawy) wokal, doskonałe solówki gitarowe
i improwizacje, jednym słowem profesjonalizm w każdym calu. Cavanagh Family
zaprezentowali głównie kawałki z najnowszej płyty „We’re Here Because We’re
Here”, choć nie zabrakło też klasycznego
„Deep”, czy „A Natural Disaster” zaśpiewanego w duecie z anielskim głosem
Lee Helen Douglas. Lepszego zakończenia niż „Fragile Dreams” chyba nie
można było sobie wyobrazić, może poza
„Restless Oblivion”. Wraz z publiką zahipnotyzowaną magicznymi dźwiękami
Anathemy byłem pod dużym wrażeniem.
Po długo wyczekiwanej dawce jakiejkolwiek muzyki wsiedliśmy zmęczeni
w nocny autobus (pełen gotów), przy
okazji spotykając perkusistę Von Thronstahl, pytającego o drogę. Plus jeden do
lansu. Bez sił na aftery padliśmy nieprzytomni w namiocie, mimo głośnych imprez dookoła. I tak pierwszy dzień WGT
zakończył się rekordowym bilansem
wszelkich odwiedzonych festiwali – liczba zobaczonych koncertów: pół.
Sobota
Poranek przywitał nas oślepiającym
światłem, brakiem tlenu w namiocie
i strugami potu. Płatne prysznice z godzinną kolejką również nie zachwyciły
i są zdecydowanie gorszym rozwiązaniem od koedukacyjnych baraków na
M’era Lunie. W końcu, oczyszczeni rytuałem ablucji, ruszyliśmy zwiedzać „główny teren” festiwalu.
Fot. Łukasz Miernik
Tramwaj pełen gotów
Krótko trwał nasz błogi spokój, gdyż
z tak zwanego „nienacka” na naszej
drodze stanęły muflony! Nie, nie przejęzyczyłem się. Bycie batcave’owym gotem i rave’owym rivetheadem jest już
najwyraźniej niemodne. Nie wiem czy
to fala popularności World Of Warcraft
zmieniła tożsamość zachodnich sąsiadów, ale panuje tam prawdziwa epidemia muflonizmu. Mroczne damy i groźni dżentelmeni masowo przyprawiają
51
52
w „Rock Band” na perkusjach, tandetne wizualizacje w stylu Scorpions, nowe
kawałki oparte głównie o kiczowate klawisze i melodyjki, albo jakieś plumkania
z ostatniej płyty. Publika, jak to na zachodzie, dzielnie maszerowała lewa-prawa,
a co odważniejsi rozkręcali pogo w kółeczku. Ja usilnie próbowałem wytrzymać
do jakichś konkretnych kawałków, ale
przy tym nagłośnieniu się nie dało.
Do końca dzielnie walczyła Selena,
której, mimo zagrania „Roter Schnee”,
także ostatecznie nie podeszło to, cytuję,
„Safri Duo w wersji na sześciu chłopa”.
Z wrodzonej niechęci do smętnego luksemburskiego grania jako kolejną atrakcję wybrała Tiamat, więc oto parę słów
o ich występie: „Po przegapieniu wszystkich ich koncertów w ostatnim dziesięcioleciu, postanowiłam zaszaleć - opuścić
cywilizowane hangary WGT i podjechać
na lokalna metalmanię. I było warto. Kto
pod prysznicem nuci „Wildhoney”, wie
o co kaman! Bardzo pozytywnym zaskoczeniem (a właściwie to żadnym zaskoczeniem) było brzmienie głosu Edlunda
na żywo. Mistrz.”
Ja tymczasem pospiesznie (czyt. kolejna godzina podróży z przesiadkami i szukaniem klubu) udałem się zatem na drugi
koniec miasta, gdzie występował Rome.
Choć miałem chytry plan zdążyć jeszcze
na końcówkę Spiritual Front, udało mi się
jedynie pogadać chwilę z Włochami po
przegapionym koncercie. Pozostało czekać na gwiazdę wieczoru, która po dłuższym okresie milczenia, burzliwych problemów osobistych i odwołanych trasach,
wraca w pełnej krasie do życia artystycznego. Ze sceny zabrzmiało samplowane
intro i po chwili wkroczył sam Jerome,
oznajmiając wszem, iż „kompromis jest
niemożliwy”. Był to z resztą jedyny sampel tego wieczoru. Wszystkie utwory zostały bowiem odegrane w akustycznych
wersjach na gitary, wiolonczelę, klawisz
i perkusję, przez co czasem w połowie
kawałka odkrywałem, że jednak go znam.
Tej zgadywanki nie ułatwiało również nagłośnienie, które niestety stapiało tę miniaturową orkiestrę w stłumioną dudniącą basem papkę. Set składał się głównie
z premierowego materiału, który w trzypłytowym boksie ukaże się 11.11.2011.
Mimo zapowiedzi szokujących zmian,
powrotu do surowego industrialu i samotnej pracy z samplerem, materiał
o dziwo brzmiał nadal grzecznie i neofolkowo, jak na ostatnich płytach. Jak się
okazało w późniejszej rozmowie, na nowym albumie nie zabraknie również akustycznych kompozycji. To właśnie one
zostały wybrane na festiwal, ze względu na możliwość odegrania w obecnym
składzie. Spośród alternatywnych wersji
udało mi się zaś wyłonić „Das Feuerordal” i „Neue Erinnerung”, singlowy „To
Die Among Strangers” oraz świeżutkie
„The Merchant Fleet”. O dziwo, nie poja-
wiło się nic z niesamowitego zeszłorocznego wydawnictwa. Może szykowali to na
później, gdyż ze względu na obowiązujący Ordnung zostali wygonieni ze sceny
zanim powiedzieli ostatnie słowo. Zaliczyłem jeszcze szybki wypad na aftera,
gdzie agresywną elektronikę serwowali
znajomi norwescy DJe, ale piwniczna Villa swoją duszną i przepoconą atmosferą
nie sprzyjała dłuższej zabawie...
Niedziela
Kolejny dzień obył się bez większego
biegania między scenami, gdyż skupiliśmy się na scentralizowanych rytmicznych hałasach. Assemblage 23, Somana
i gwiazdy Cold Meat Industry trzeba
było niestety odpuścić. Pozwiedzaliśmy
jednak pogańską wioskę. Klub Werk II
okupowany był bowiem cały dzień przez
zespoły rodem z Hands, Ant-Zen i innych
składowisk szumu.
Fot. Łukasz Miernik
sobie (dosłownie) rogi – krótkie i długie,
proste, kręte i spiralne, aż po półmetrowe kolosy o wadze zapewne stalowego
hełmu. Całość uzupełniają doczepiane
mniej lub bardziej włochate ogony, oraz
ostatni szlif w postaci butów stylizowanych na kopyta. How cool is that?! Warto dodać, iż pośród tych stad przewijają
się również bohaterscy Łowcy Muflonów,
w pelerynach, z bronią białą lub palną,
czasem prowadzący na łańcuchach słabszych osobników tej ekstrawaganckiej
fauny. Zapomnijcie o żabotach i czarnych
koronkach. Zapomnijcie o cyberloxach
i fluorescencyjnych rurkach. Muflon is
the new black!
Wracając do części muzycznej, po
zwiedzeniu targowiska udaliśmy się na
Destroid. Daniel Myer w tym roku zasuwał na pełen etat i wystąpił chyba
codziennie – na Electro All Stars, z Covenantem, jako Destroid, na spotkaniu
z fanami i przedpremierowym odsłuchu
płyt Haujobb oraz grając DJskiego seta.
Brakowało jedynie wyjścia na scenę
z Recoilem i odegrania architectowych
remiksów. Sam Destroid wypadł rewelacyjnie – analogowe syntezatory, potężna
perkusja i przede wszystkim zaskakująco doskonały głos Daniela. Nie zabrakło
futurepopowych melodii, ostrzejszego
„Friend Or Foe” czy przebojowego „Leaving Ground”, do tego cover „The Sparrows And The Nightingales” zaśpiewany
przez Svena Friedricha i „Lucretia My
Reflection” w duecie. Świetny kontakt
z publiką, żarty z przerobionej koszulki
Faderheada, zapomnianego tekstu, czy
podniosłych wstawek klawiszowych („To
nasz moment w stylu VNV Nation! Wszyscy machają rękoma! Jakie to piękne!”).
Pierwszy koncert tego dnia, a zagrany lepiej niż niejedna z gwiazd.
Po krótkiej przerwie na dalsze zwiedzanie świata stoisk z goglami Hello Kitty i wyprzedażami płyt, powróciliśmy na
koncert Feindflug. Kultowych Niemców
oczekiwałem od lat i mimo całego mojego uwielbienia dla płyt jakoś nigdy nie
miałem okazji doświadczyć ich występu.
Hala wypchana po brzegi tłumami równo
ogolonych, umięśnionych mężczyzn bez
koszulek świadczyła dobitnie, że należy
szykować się na najgorsze i zaraz przyjdzie udowodnić swoje męstwo. „To jest
wojna, a wy jesteście żołnierzami”, rozbrzmiał w pamięci równie męski i twardy
głos Bogusław Lindy. Sceniczne stalowe
konstrukcje z siatką maskującą spowił
dym i przy akompaniamencie podniosłego intro na scenę wkroczyli dzielni wojacy w pełnym kamuflażu. Oczekiwałem
mocnego pierdolnięcia w każdej chwili.
Nadal oczekiwałem, to już za moment.
Oczekiwałem jeszcze trochę i jeszcze
kawałeczek. Jedyne, czego się doczekałem, to niestety rozczarowanie roku, albo
i życia, wśród koncertów tej sceny. Zero
mocy, zero basu, mistrzostwa Niemiec
Zaczęło się od Moctan, czyli dość monotonnej łupanki, świetnie sprawdzającej się jednakowoż jako rozgrzewka.
Zabawnie podskakujący człowiek w czapeczce nie porwał tłumów, ale zgromadził pod sceną sporą grupkę tupiących
nogą, jak na pierwszy występ przystało.
O słabej reakcji na kolejny występ
w żadnym wypadku nie można było mówić. Nieznane mi wcześniej 13th Monkey zagrało bowiem jeden z najlepszych
koncertów festiwalu. Uzbrojony w cały
stół syntezatorów, efektów i automatów
perkusyjnych duet zaczął od zmasowanego elektronicznego buczenia, którego
narastanie rozerwane zostało potężnym
bitem, od którego zatrzęsła się cała hala
i rozpętało się parkietowe szaleństwo.
Ludzie z miejsca oddali się podrygom
w rytm grzmiących basów, rzeźnickich
melodii i świdrujących pisków. Nad muzyką nie będę się tu zbytnio rozwodził,
bo w dziale recenzji znajdziecie również
nową płytę sprawców tego zamieszania,
ale spośród festiwalowych dni to przy
nich wytańczyłem się najbardziej. Z boku
końca nie przekonali. Trochę jak Einsturzende Neubauten, trochę jak Monolith,
ale na pierwszych zbyt melodyjne, a na
drugiego zbyt surowe. Selena była za to
pod wyjątkowym wrażeniem: „Dwa słowa - totalna hipnoza. Godzina industrialnego transu w oldskulowym wydaniu
i nie mam więcej pytań. Pulsujący, narastający rytm po prostu kazał ludziom
tańczyć, a przynajmniej mnie. Całość
była wzruszająco spójna, jakby Arturo zaplanował każde kolejne odgięcie twojego
ciała i tylko podkręcał ciśnienie. Koncert
Esplendor Geometrico miał ten „x factor”, którego młodsze zespoły występujące przed nimi chyba jeszcze w sobie nie
odnalazły.”
Punktem kulminacyjnym wieczoru był
zagrany o pierwszej w nocy, specjalny
live act Recoil. Występy Alana wzbudzają
mieszane uczucia ze względu na swój niekoncertowy laptopowo-abletonowy charakter, ale o samych towarzyszących im
gigantycznych wizualizacjach można by
napisać osobną relację. Zaczęło się niby
spokojnie i sennie od „Prey” i „Want”,
aż tu nagle człowiek budził się w środku
imprezowego tłumu, roztańczonego przy
rewelacyjnym remiksie „Killing Ground”. Nie zabrakło klasycznego „Warm
Leatherette” The Normal oraz „please
welcome... Mr. Douglas McCarthy”, czyli odśpiewanego na żywo „Family Man”
Nitzer Ebb. Wokalista był mocno ożywiającym dodatkiem do nieco statycznych
występów Recoila, tym bardziej, że został
również na „Stalker” i „Faith Healer”. Aż
żal, że Diamanda Galas nie zawitała przy
okazji pobytu. Fani Depeche Mode szaleli
przy zupełnie niepodobnych do oryginałów wersjach „Never Let Me Down”, „In
Your Room” (mash-up z „Jezebel”) i kulminacyjnym, naspidowanym „Personal
Jesus”, z ekstremalnie wykręcanymi filtrami Korga. I niech ktoś jeszcze powie,
że Alan nic z tymi syntezatorami nie robi.
Mógłby jedynie dla swojego dobra się nie
odzywać (niczym w Łodzi), bo do charyzmy Gahana wiele mu brakuje, a namawianie fanów do machania i krzyczenia
wywiera podobne wrażenie, jak jego nowego wąsy.
Poniedziałek
Ostatni dzień zleciał szybko. Najpierw
pakowanie, a później koncerty w jedynie dwóch miejscach oddalonych o rzut
beretem. Awaria tramwajów nie pozwoliła nam dotrzeć na mind.in.a.box, ani
dopchać się później na In The Nursery,
więc cierpliwe czekaliśmy na Lustmord.
Koncert miał miejsce w ogromnej sali
z kopułowym sklepieniem i greckimi kolumnami, robiącej wrażenie nawet bez
muzyki, więc od początku zapowiadał się
ciekawie.
Co może zdziałać łysy dark ambientowiec z bródką i laptopem? Wiele. Jak
już pisałem wcześniej, występ legendy
to występ legendy – to się po prostu czuje. Już pierwsze basowe dźwięki rodem
z piekielnych otchłani wykręciły zebranym wnętrzności i sprawiły, że zadrżały
ściany świątyni. Od potęgi generowanych
mrocznych pejzaży można było dostać
palpitacji serca, a przynajmniej nabawić
się nocnych koszmarów na najbliższe
kilka lat. Wyświetlane za plecami Briana
ogromne wizualki otaczały go skrzydłami
z płomieni oraz smugami dymu, niebezpiecznie zagęszczającymi i kłębiącymi
się. Nie wiem czy przybierane przez nie
złowieszcze kształty i uchwytne jedynie
przez ułamek sekundy twarze demonów
to puszczenie przez mistrza oka w stronę osłupiałych widzów, czy jedynie podświadomy odbiór pod wpływem głosu
z demonicznych głębin. Zdecydowanie
jeden z najmocniejszych punktów tegorocznej edycji WGT.
Fot. Łukasz Miernik
sceny ustawiona była kamera, pilnie śledząca małpie poczynania na gałkach
i klawiszach, której przetworzony obraz
wyświetlany był na scenicznym ekranie
wśród oślepiających salw stroboskopu.
Doskonały techno-industrialny występ.
Szybkie rzucenie uchem na ścianę szumu generowaną przez 100Blumen i trzeba było ewakuować się na atrakcję dnia.
Chyba trochę z tą atrakcją przesadziłem, ale jak już panowie z Tactical Sekt
pofatygowali się do nas, to nie wypada
przegapić. Nie jest to może Aslan Faction, a ich bardziej babskie (patrz komiks
Nemi w tym numerze) harsh electro, ale
co klasyka to klasyka. Tym razem występ
miał miejsce w amfiteatrze w parku, więc
powinniście już się domyślać, ile zajął
dojazd i dłuższy spacer. Ale warto było,
bo lekko siwiejący panowie udowodnili, że dobrze zrobiona muzyka broni
się sama i można śmiało występować
w krótkich spodenkach, tiszertach i bez
makijażu. Wykrzywiający twarz i wrzeszczący Anthony, rasowy redneck na klawiszach i Jay na perkusji, wybiegający co
chwilę do tłumu i rozkręcający cała imprezę, zdecydowanie wiedzą jak zagrać
dobry koncert. Tłum roztańczony przy”Soulless”, „Bring Me Violence” i „Forget
To Be Human” był na to wystarczającym
dowodem. Wątpię, żeby na popłuczyny
pokroju nowej fali industrial rave’u ktoś
w ogóle zwracał uwagę po zdjęciu masek
i cybergadżetów.
Chwilowy odpoczynek na parkowych
trawnikach i powrót do Werka. Drobne
rozeznanie w okolicznym terenie zaowocowało dobiciem korzystnego targu na piwnym stoisku sympatycznego
„ja mówi po polski, bo żona moja uczy
w domu” Turka. Orzeźwieni tym szlachetnym trunkiem i urzekającą historią,
udaliśmy się do koncertowej hali, gdzie
w błyskawicznym tempie rozgrzewali
się Alter Der Ruine. Jak się gra najebaną
muzykę elektroniczną to trzeba nakurwiać salta! Szaleni wąsaci kowboje miotali i zataczali się na scenie, wymachując
klawiszami zawieszonymi na szyi bądź
ledwo trzymającymi się statywów. Samo
ich ciągłe potykanie się, podskakiwanie
i machanie głowami przy akompaniamencie wściekłego melodyjno-rytmicznego hałasu i dudnieniu perkusji mogło
wystarczyć do rozniesienia całego Werka.
Zwieńczeniem zwariowanego występu
był jajcarski „Relax And Ride It” z gościnnym udziałem Daniela z Aesthetic
Perfection na wokalu i DJa Snarfa na krowim dzwonku(!). Jeśli mój literacki talent
nie pomaga Wam zwizualizować sobie
tej przypowieści, z pewnością pomocny
okaże się youtube.
Gwiazdą dnia był klasyczny Esplendor
Geometrico, który w zeszłym roku gościł również na wrocławskim festiwalu.
Hiszpańscy weterani po 30 latach nadal
potrafią zrobić wrażenie, choć mnie do
Krótka przerwa na hotdogi tuż obok
Eskila z Covenant i już można opowiadać,
że to stary kumpel i razem wyskakujemy
na fastfoody. Dzięki akredytacji udało
się ominąć przynajmniej półgodzinną
kolejkę na Hocico i zaczęliśmy przebijać
się pod scenę. Po latach kręcenia nosem
na byłych idoli odzyskałem w nich wiarę,
kiedy powrócili w świetnej formie z zeszłoroczną płytą. Tym bardziej byłem
ciekawy, jak z ich kondycją sceniczną
i szczerze przyznam, że mnie zaskoczyli
chyba najlepszym występem festiwalu.
Co prawda sporo było średniawych produkcji z łagodniejszego okresu twórczości (czasy „Wrack And Ruin” i „Memorias
Atras”), ale zabrzmiały na tyle dobrze,
że nie utrudniały zabawy. Jak na Meksykańców przystało, nie mogło obyć się
bez przedstawienia. Obstawiony starymi
telewizorami Erk wieszał się na szatańskim statywie z kości jakiegoś zwierzęcia
(mam nadzieję, że nie muflona). Ku uciesze publiki biegał jak opętany w swojej
cyberskórzanej zbroi wystawiając język
i wymachując groźnie pięściami podczas
wydzierania się do mikrofonu. Stare dobre Hocico, choć jedynie w połowie, bo
Racso nie dotarł i został zastąpiony przez
nieznanego mi bliżej klawiszowca. Oczywiście obowiązkowo zagrali promujące
najnowszy album „Dog Eat Dog” i „Bite
Me!” oraz klasyczne hity jak „Forgotten
Tears” czy „Poltergeist”. Prawdziwe szaleństwo nastało jednak przy najbardziej
53
agresywnych kawałkach, czyli „Bloodshed” i „Tiempos De Furia”. Te dwa utwory w zupełności wystarczyłyby za całość
koncertu. Zwracam chłopakom honor
i oby tak dalej.
Szybki wypad na Chris & Cosey, prezentujących swoje bardziej hipisowsko-psychodeliczne oblicze z pogranicza elektroniki i industrialu. Występ
zupełnie odmienny od wrocławskiego
koncertu Carter Tutti, co niewątpliwie
świadczy o niesamowitej kreatywności
kultowego duetu. Szkoda, że po kłótniach
z P-Orridgem i śmierci Christophersona
nie będzie nam już dane doświadczenie
Throbbing Gristle.
Ciężkim krokiem doczłapaliśmy się na
finałowy występ Nitzer Ebb i mimo rewelacyjnej formy Douglasa i spółki, stać
nas było jednie na siedzące słuchanie
na podłodze hangaru i leniwe machanie
stopami. Dość! Szybka kąpiel, ostateczne
pakowanie i długa podróż do domu. Pozdrowienia dla poznańsko-łódzko-krakowskiej ekipy oraz chłopaków z Postindustry i Alternation. Koniec imprezy. Nie
ma takiego picia. Dziękuję, dobranoc. 
Ulver i Zweizz
Poznań, Eskulap, 05 kwietnia 2011
Katarzyna Leśniewska
Ulver przestał być sensacją koncertową.
Od występu w Lillehammer zdążyli zagrać całą trasę, a przed poznańskim koncertem już dwukrotnie wystąpili w Polsce. Pięknej muzyki jednak nigdy dość.
Trochę dziwnie iść na koncert wiedząc,
co dokładnie i w jakiej kolejności zostanie zagrane. Setlista Ulver nie stanowiła
żadnej tajemnicy, podczas tej trasy postanowili skoncentrować się na promocji najnowszego albumu „Wars of The
Roses” i na każdym występie odegrać go
w całości. Punktualnie o 21 zabrzmiały
więc pierwsze dźwięki „February MMX”.
Garm, w nieodłącznej czapeczce, lekko
zdenerwowany i momentami delikatnie fałszujący. Ciut dandysowaty Daniel
O’Sullivan, co chwilę pociągający wino
z butelki i kokietujący publiczność. Bezpretensjonalny Stephen Thrower, wspomagający gościnnie Norwegów podczas
tej trasy. Premierowy materiał zabrzmiał
ciężej, bardziej dynamicznie i rockowo,
jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć
w stosunku do Ulver. Być może wynika to z faktu, że „Wars of The Roses”
jest najbardziej przystępną płytą w ich
dyskografii, wręcz stworzoną do grania
na żywo. Widać było także, że chłopaki coraz swobodniej czują się na scenie
i w końcu wyglądają jak zespół, a nie jak
grupa przypadkowych osób, które poza
wspólnie wykonywaną muzyką niewiele
łączy. Zabrzmiało nawet blisko 15–minutowe „Stone Angels”, podczas którego Garm, mający już chyba dosyć ciągle
wtrącającego się Zweizza (a to po scenie
54
pobiegał, a to piwo zaproponował albo
znowu na rogu próbował grać), poszedł
sobie odpocząć na backstage’u. Jeszcze
tylko „Hallways of always” na bis i do
widzenia, miło was było znowu zobaczyć,
ale nic więcej nie zagramy, bo idziemy
pić. [Dość eufemistycznie ujęcie pożegnania „Fuck you! We’re getting drunk!”
– red. nacz.]
To w żadnym wypadku nie był zły koncert. Profesjonalnie zagrany, zaplanowany i przemyślany w najdrobniejszych
szczegółach. Ale może właśnie ta przewidywalność sprawiła, że nie było wzruszenia ściskającego gardło, magicznych
momentów, w których marzy się, żeby
dany utwór nigdy się nie skończył. Miło
i poprawnie, ale niestety bez emocji, które nie pozwalają skupić uwagi na niczym
poza muzyką. A że Ulver tak zagrać potrafi, panowie udowodnili już w Warsza
wie.
MonoLight,
Synchropath, H.EXE
Wrocław, klub Liverpool, 25 czerwca 2011
Wojciech Sajkowski
Ostatnia sobota czerwca tego roku upłynęła pod znakiem bardzo różnych odcieni
muzyki dark independent. Przynajmniej
dla tych, którzy spędzili ją we wrocławskim klubie Liverpool. Skład kapel jakie
zapowiedziały swe występy pokazał, że
polska scena ma wiele do zaoferowania.
Jako pierwsi zaprezentowali się elektroniczni psychopaci z H.EXE. Recenzji ich debiutanckiego albumu „Killing
monsters” możecie szukać w tym numerze „Przesilenia”, dodam tylko, że
studyjny materiał na żywo prezentował
się tak jak powinien – zrównał z ziemią
wszystko co stanęło mu na drodze. Zaczęli tradycyjnie od „Dreadful Visions” i
zaprezentowali większość kawałków ze
wspomnianej płyty. Jakieś szczególnie
pamiętne momenty? Na pewno wykonanie „Infinity”, z gościnnym udziałem
Steffena z Digital Angel. Nie zawsze jest
okazja wysłuchać tego utworu na żywo,
bo jak stwierdził sam Odo (wokalista
H.EXE), nie grają go bez Steffena. Bardzo
podobało mi się też wykonanie „Astrophobosa”, pochodzącego oryginalnie z
pierwszej epki projektu – „Realms Of Inhuman Pleasures”. Ta wersja była trochę
podrasowana i zapowiadała nową wersję
utworu, która znajdzie się na kolejnym
samplerze Halotan Records. Najlepsza
recenzja koncertu? Reakcja publiczności pod sceną. Charyzmatyczne wokale
Oda oraz beatowe uderzenia serwowane
przez Rexa Rottena zdołały porwać publiczność do zabawy.
Po chwili przerwy na scenie pojawił się
Synchropath. Projekt prezentuje znacznie bardziej melancholijną odmianę
elektroniki niż H.EXE. Jest to mieszanka
klimatów synth i dark wave, ale podana
w formule która kojarzy mi się z jakimś
atmosferycznym mrocznym rockiem
spod znaku Anathemy. Koncert odbył
się w składzie Qbz (wokale, elektronika)
i Piotr (gitara). Nie spodziewałem się tak
energetycznego show. Duża w tym zasługa gitarzysty, który robił naprawdę sporo
hałasu, kompletnie zmieniając oblicze
utworów znanych z epki „Distance Hurts
The Numb Ones”. Miejscami było wręcz
metalowo-industrialnie, a Kuba nie tylko śpiewał, ale też wrzeszczał, skrzeczał
i co tam jeszcze chcecie. Jednym słowem
pełna paleta wokalnej ekspresji. Zagrali
głównie utwory ze wspomnianego wydawnictwa, takie jak „The Agonyrace”
czy „Divide”. Wydaje mi się, że koncert
trwał zdecydowanie więcej niż pół godziny, a oznacza to, że musiały pojawić
się utwory nieobecne na tym wydawnictwie, a zatem premierowe. Trudno mi to
ocenić, bo zapowiedzi granych utworów
właściwie nie było. Może to i dobrze, bo
cały występ był bardzo spójny i klimatyczny. Można mieć tylko nadzieję, że na
przygotowywanym albumie pojawią się
gitary znane z występów live, bo wydaje
mi się, że dynamiczna i ekspresyjna muzyka Synchropath zyskuje na sile wyrazu,
dzięki użyciu tego właśnie instrumentu.
Ostatnim zespołem który wystąpił
tego wieczoru był wrocławski MonoLight. Einar, Cute, Angelo i Vader są bardzo zgranym koncertowym składem. Na
sali było pewnie sporo depeszów, a to
właśnie im powinna przypaść do gustu
muzyka MonoLight. Usłyszeliśmy przede
wszystkim utwory z płyty „How Close Am
I”, która ukazała się niedawno nakładem
Halotana. Oprócz tytułowego utworu
wybrzmiały między innymi „In The Neon
Lights”, „Silent Ally”, czy mój ulubiony:
„It Don’t Mean Nothing”. Angelo przepraszał publiczność za zamęczanie jej
balladami, ale była to oczywiście zwykła
kokieteria. Publiczność bynajmniej nie
ziewała, specjalnie się też co prawda nie
ruszała, ale było widać zainteresowanie.
Chłopaki bardzo dobrze odegrali wspomniany materiał. Czy czegoś mi brakowało? Może właśnie jakiejś odrobiny
nieprzewidywalności, chociaż tę uwagę
należy potraktować raczej jako marudzenie, a nie autentyczny zarzut. Przyznam,
że na scenie przydałby się jednak basista,
bo partie tego instrumentu odgrywają w
muzyce MonoLight dużą rolę.
Podsumowując – świetnie się tego
wieczoru bawiłem i nie miałem wcale
wrażenia, że słucham debiutantów. Każda z wymienionych kapel wykazała się
koncertowym profesjonalizmem. Życzę
więcej takich wydarzeń, no i publiki, bo
mimo wszystko mogło pojawić się więcej osób. Taka już nasza mentalność, że
zachodnie chwalimy, a swego nie znamy.
Mam nadzieję, ten stan rzeczy ulegnie w
końcu zmianie.
13TH MONKEY „Return Of The Monkey”
Hands
5/6
Łukasz Miernik
I’m here about some monkeys. To dzięki
nim rytmiczny noise jeszcze nigdy nie
był tak świeży. Podczas gdy większość
projektów prześciga się w dodawaniu
egzotycznych sampli i zwiększaniu stężenia
szumu w szumie, trzynasta małpa stawia na
bezkompromisowe metody i szaleńczą rewolucję technoise’owa. Potężne zmasowane
uderzenia plączą się z rzeźnickim basem,
hardkorowymi melodiami i kwaśnymi cutoffami na granicy tolerowanych częstotliwości.
Uwolniona z klatki małpa uderza pozornie
na oślep i kręci gałkami pod wpływem
pierwotnego instynktu, tworząc wybuchową
mieszankę rezonującą energią i agresją. Od
zamierzchłych czasów świetności Xotox nie
doświadczyłem takiego sonicznego ataku. To
jak być na Mayday z przepalonym aparatem
słuchowym i na złym tripie ukrywać się
przed samym sobą w klubowej piwnicy. Daję
głowę, że tak brzmi wczesny Westbam przy
spełnieniu tych warunków. They did it!
997 „Pieśni masowe na zespół świetlicowy”
Requiem Records
[brak oceny]
Robert Marciniak
Czy pamiętacie magazyn kryminalny 997?
Oczywiście. A pierwszego prowadzącego,
niezwykle charyzmatycznego pułkownika
MO, Jana Płócienniczaka? Spadkobiercę
kapitana Żbika, kapitana Sowy i kapitana
Klossa? Eeee... sorry, to już chyba inny
kapitan. Nieważne. Schyłek PRL-u, późne
lata 80., dwa kanały w TV, piętnastomilionowa widownia przedkładająca „Magazyn
Kryminalny 997” nad emitowany w tym
samym czasie serial „Niewolnica Isaura”.
Ech... Taki fenomen nie mógł przejść bez
echa. To nie były czasy 112 z komóry, bejbe. To były czasy 997 z budki telefonicznej
w pobliżu poczty. „Ona nieczynna ta
budka, proszę pana! Nawet napis był, ale
jakiś łobuz zdjął.”
Każde czasy mają swoich bohaterów,
zwłaszcza te niezwykłe. Jak dżem pomarańczowy z dyni i malinowy z buraków.
Dla równowagi. Zaopatrzenie społeczeństwa w te smakołyki było przedmiotem
walnych zebrań plenarnych, tak samo, jak
i zapewnienie społeczeństwu socjalistycznemu odpowiedniej rozrywki na poziomie.
Na przykład festiwalowych przebojów
pisanych na zamówienie, nierzadko przez
kapitanów. „Hej młody Junaku! Smutek
zwalcz i strach...” Znacie? No jasne, że
tak...
W tych realiach powstaje w Warszawie
kolektyw 997, czerpiący inspirację dla swej
działalności pełnymi, nie, nie garściami,
nawet nie wiadrami, a zgoła wannami
i to żeliwnymi, z otaczającej nas wtedy
rzeczywistości. Nie sposób oceniać grupy
jedynie od strony muzycznej, choć takie
właśnie wydawnictwo przede mną leży.
Oprawa graficzna doskonale odzwierciedla zawartość. Biało-niebieska milicyjna
okładka w zgrzebnym, ludowym worku
na ziemniaki lub pocztowo-bankowym
na banknoty o nominale milion złotych
(jedne warte drugich z resztą, znaczy
te ziemniaki tych milionów). Do tego
kartka z raportem o ingerencjach cenzury
i sygnały bratnich TV nadawane z NRD
(Fernsehturm w Berlinie) i PRL (Pałac Kultury i Nauki w Warszawie) przenikające się
i spotykające na wypukłym jak rybie oko
ekranie czarno-białego telewizora. I takich
smaczków jest więcej. „Pieśni masowe na
zespół świetlicowy” przepełnione są industrialnym zrywem robotniczym, folkowym
znojem chłopskim i propagandowym
zgiełkiem inteligencji pracującej. O zgrozo, przemycane są również elementy
wrogiej ustrojowo muzyki zachodniej (dla
czystej zabawy odgadnijcie, z jakich utworów zaczerpnięto gitarowe riffy i solówki).
Fabryczne odgłosy i ciosy młotka w wannę
wykuwają podstawy sonicznych struktur,
a całość formy w wykonaniu grupy 997
ujmuje inspiracje i cytaty z wczesnego
Laibach, Einstürzende Neubauten, czy
Throbbing Gristle, przepuszczone przez
charakterystyczne dla tej strony żelaznej
kurtyny efekty - zniekształconej ironii,
tragicznego absurdu, wściekłej bezradności. Kolaż muzyki, antymuzyki, wiecowych
happeningów, socrealistycznej oprawy,
propagandowych odczytów i manifestów,
składa się na istotę działalności warszawskiego zespołu. Stasi Kunst. Ma to sens,
głębię przekazu i odbioru. Zastanawiam
się tylko, dla ilu dziś osób zrozumiałego... A może moje obawy są po prostu
niepotrzebne i nieuzasadnione? Może
ktoś z Państwa rozpoznaje którąś z tych
osób? Na pewno wiele treści może dzisiaj
być niezrozumiałych, jako, że są żywcem
wzięte z czasów słusznie minionych.
Dobrze, że te czasy minęły, niedobrze,
że zabrały ze sobą dokonania kolektywu
997. Na szczęście dzięki Requiem Records
możemy w jakimś stopniu zapoznać się
z nimi i dziś.
A co do naszego bohatera z telewizora.
Dzielny pułkownik MO startował w wyborach 1989 do senatu. Jego przeciwnikiem
w II turze był profesor Cezary Józefiak. Panowie stoczyli ze sobą wysoce merytoryczną
walkę na argumenty polityczne, których
odzwierciedleniem były hasła wyborcze.
„Profesor w Senacie, milicjant w komisariacie!” Józefiaka, spotkał się z ciętą ripostą
Płócienniczaka - „Jak cię napadną, pobiją,
okradną... idź do profesora!”. Pomimo
ogólnej sympatii, jaką społeczeństwo PRLdämmerungu darzyło Płócienniczaka, wolało jednak, aby on i jego koledzy milicjanci
siedzieli w komisariatach. Senatorem został
profesor, a potem to już jakoś samo poszło.
Ech, wspomnień łza się w oku zakręciła, jak
zrymował poeta... Może więc zakręcić płytę
997 jeszcze raz? I przez tę godzinę znów
poczuć jak było, jak nic nie było? Absurdalnie, sierioznie, przerażająco, wściekle,
ironicznie. I smieszno i straszno zarazem...
Dawaj, snowa w boj.
Brak oceny wynika z dokumentalno-historycznej wartości wydawnictwa. Nie ocenia
się jakości druku w Biblii Gutenberga.
AH CAMA-SOTZ „Blood Will Tell”
Bats & Cats
3/6
Jakub Skowroński
Każda moneta ma dwie strony, podobnie
jest z „Blood Will Tell”. Obok koszmarnie
szmirowatych fraz muzycznych mamy perełki z ciekawymi wstawkami, np. pierwszy
utwór z samplem Boney M, wielki plus.
Wokalne zawodzenie (muezini?) przybliża
do hipnotycznego świata, który należy
odkryć, aczkolwiek 11 utworów, którymi
wypełniony jest krążek, nie ułatwia tego. Jest
kilka albumów, które w tej roli sprawdzają
się dużo lepiej. Ogólnie jest tribalowo
i rytmicznie, ale łagodnie i chwilami zbyt
cukierkowato. Możliwe, że takie pseudoJuno Reactor ma rację bytu, mnie jednak nie
zachwyca. Wiele osób będzie zadowolonych,
dla mnie w każdym z utworów zbyt wiele jest
skrajności. Nużące fragmenty toczą batalię
z hipnotyzującym etno-ambientem. Utwory
„Frozen Land” i „Your Darkest Soul (Fed by
Flintology)” brzmią jak odrzuty. Stylistycznie
są jak electro-industrial z mrocznej „tancbudy”, ale chyba nawet tam nikt by się nimi
nie zainteresował. „Badiyat Ash-Sham” to
parodia - plastikowy klon Muslimgauze,
resztę oceńcie sami. Mają duży potencjał, ale
wyszło co najmniej średnio.
AMBIGUOUS „Stone Cross”
Aliens
3/6
Łukasz Miernik
Umówmy się. Jak się kupuje coś w Aliens, to
po to, żeby posłuchać IDMu, eksperymentalnej elektroniki i ogólnie syntetycznych brzmień, co nie? Nie wiem, skąd te
nagłe eksperymenty z wydawaniem dark
ambientów w metalowych boksach, ale ten
pomysł się chyba nie przyjmie. Ambiguous
to słowacki (a jakże) projekt wgryzający
się w korzenie Cold Meat Industry. To
powoli snujący się i złowieszczo pełznący po
podłodze chłód, przed którym odruchowo
podnosisz stopy. Uwielbiam takie metafory,
bo nikt mi nie udowodni, co się z moimi
stopami dzieje. Poza tym raczej tradycyjnie,
jak to w mięsnych produkcjach, z okazyjną
epicką neoklasycystyczną pompą, zgrzytającym industrialnym brudem i metalicznymi
uderzeniami. Całkiem przyjemne, choć
miejscami jednak trochę zbyt nachalne
i przekombinowane, powtarzające własne
patenty i gubiące się gdzieś w morzu
pogłosów. Może byłoby bardziej spójne i po
wywaleniu odstających i przynudzających
kawałków z początku i końca płyty? Do
przetestowania polecam „Cathedral Ruin”
i „The Hopeless Life”.
ARKONA „Acid Landscapes”
Zoharum
4/6
Jakub Skowroński
Zoharum coraz odważniej penetruje
obszary mrocznej muzyki. Obok wydawnictw
Different State w ich katalogu znajdziemy
przekrojowy materiał one-man projektu
Arkona. Mocny transowy wstęp, a następnie
cut-up, sampling z kanciastym motywem
klawiszy, istna paranoja. Gdzieś w tle wybrzmiewają echa postindustrialnego zgiełku
miasta, form illbientowego eksperymentu
oraz dubowych kolaży rodem z Bristolu. Jest
to jedna z najciekawszych płyt, jakie wpadły
mi ostatnio w ręce, a należy pamiętać, że
jest to kompilacja, wiele z tych utworów to
ponad 10-letnie skamieliny. Arkona to twór,
który doskonale odnajduje się w łączeniu
przystępnych dźwięków z trudnym przekazem, co jest wielką sztuką. Mam nadzieje, że
teraz Karol Su-Ka i jego twórczość zostanie
w pełni doceniona, a przestanie istnieć jedynie na skraju świadomości muzycznej. Jest to
doskonałe muzyczne przedsięwzięcie.
BAD SECTOR „Chronoland”
Loki Foundation
4.5/6
Łukasz Miernik
Jeśli nad piekielnymi czeluściami panuje Lustmord, a arktyczną ciemnością opiekuje się
Nordvargr, bezkresna głębia kosmosu należy
do Massimo. Signore Margini powraca i to
w doskonałej formie. Nowa płyta oscyluje
między space-operą i lekką melodyjnością
„Kosmodromu” a dronowymi wyciszonymi
eksperymentami Coila. Ocieka pourywanymi
samplami i minimalistycznymi niepokojącymi dźwiękami, przypominającymi raczej field
recording z opuszczonej stacji na nieznanej
planecie lub niepublikowany soundtrack do
pierwszej części „Aliena”. Dobór i niejaka
losowość w wykorzystaniu dźwięków oraz
ich poszatkowana rytmika kontrastują ze
spokojnymi uderzeniami w klawisze i delikatnie rozlewającymi się plamami gęstej,
ambientowej ropy. Fascynująca, choć nie
zawsze bezpieczna i miejscami przerażająca
podróż w nieznane. Tego stylu nie da się
podrobić.
BRATRSTVO LUNY „La Loba Ante Portas”
LunArt Records
5/6
Wojciech Sajkowski
„W katakumbach hula wiatr, wampir Lestat
nie chce wstać. Pełnia już, więc wstań wampirze, zanurz się w krwiożerczym wirze!”
Założę się, że wśród czytelników „Przesilenia” znajdzie się wielu, który czeską scenę
gotycką będą utożsamiali z „mrokiem” na
poziomie durnej rymowanki wymyślonej na
poczekaniu przez autora niniejszej recenzji.
Bratrstvo Luny spełnia rzeczywiście wszelkie
stereotypy, które przylgnęły do czeskiej sceny dzięki teledyskom i tekstom XIII Stoleti.
Peleryny, kapelusze, teksty o wilkach i tak
dalej. Kicz i cepelia? Niekoniecznie. To świetnie, że teksty są po czesku, a nie po niemiecku czy po angielsku, bo ich kiczowata estetyka jest dużo bardziej oryginalna, niż wiele
szablonów z zachodu. Mnie cała ta warstwa
bynajmniej nie odstręcza od zapoznania się
z muzyką – a ta jest na zaskakująca dobrym
poziomie! Mnóstwo przestrzeni, budowanej
głównie dzięki rozmytym dźwiękom klawiszy, progresywne partie gitar, zróżnicowana
struktura utworów. Zaraz, zaraz, czy to aby
na pewno ten sam zespół, który nagrał „Telo
je chram”? Dojrzało nam Bratstvo Luny od
czasu wydania albumu „Goethit”! Lord Darkthep i Hrabia R.X. Thamo nie zrezygnowali
co prawda z nawiązań do folkowej melodyki
i wyrazistych refrenów, ale wspomniane
progresywne elementy zdecydowanie
oddaliły „gotyckich trubadurów” od prostych
kawałków XIII Stoleti. Kawałki znajdujące
się na „La Loba Ante Portas” oscylują w dość
szerokich ramach, od melancholijnych
i klimatycznych ballad („Quo vadis domine”),
do rockowych wymiataczy („La Loba Ante
Portas” utrzymana w melodyce flamenco).
Najlepsze kawałki? Mógłbym wymienić takie
tytuły jak „Misionář smrti”, „Bílé Karpaty”,
czy „Srdce, které prošlo popelem”, ale tak
naprawdę krążka należy słuchać od początku
do końca. Bogactwo brzmień, melodii, rozwiązań aranżacyjnych – wszystko to sprawia,
że słuchanie nowego krążka Bratrstva Luny
staje się fascynującą podróżą przez świat
wyobraźni.
Płyta została wydana w formie przepięknie
wydanego digibooka, do którego dołączono
singiel „Signum diabolicum”. Bardzo fajny
i dynamiczny kawałek, który ze względu
na swój ciężar odstaje od podstawowej
części albumu i pewnie dlatego znalazł się
na dodatkowym krążku. Na drugiej płycie
znajduje się również utwór „Fantasmagorie”,
znany już miłośnikom grupy. Jednak jego
nowa wersja to zupełnie inna jakość, szczególnie dzięki gościnnym solówkom Pettera
Guthe, norweskiego multiinstrumentalisty.
To właśnie muzycy towarzyszący stanowią
o jakości tego albumu. Przypomnijmy, że
Bratrstvo Luny to spółka autorska Lord
Darkthep (muzyka, gitary) i Hrabia R.X.
Thamo (teksty), ale wokalista (Maestro Xpil),
perkusista (Tomas Kobzdey Kaspar) są jakby
poza zespołem. Lista osób, które brały udział
w powstaniu „La Loba Ante Portas”, jest
oczywiście jeszcze dłuższa.
Gorąco zachęcam do zapoznania się
z najnowszym wydawnictwem Czechów. To
zdecydowanie coś więcej niż ciekawostka
przyrodnicza. Fani rocka gotyckiego powinni
polubić „La Loba Ante Portas”, a ci, którzy
polubili poprzednie wydawnictwo Czechów,
mogą po nowy album sięgać w ciemno.
55
CABARET GREY „Stirring”
wydanie własne
4,5/6
Mariusz Łuniewski
CLAN OF XYMOX „Darkest Hour”
Trisol
4/6
Mariusz Łuniewski
Czy pamiętacie doskonały polski, zimnofalowy akt o wdzięcznej nazwie EVA? Po jego
rozpadzie pozostała ziejąca chłodem luka na
rodzimym poletku cold wave. Na szczęście
natura nie lubi pustki, o czym dobitnie
świadczy wydany własnym sumptem
debiutancki minialbum legnickiego duetu
Cabaret Grey. Płyta od pierwszych dźwięków
zaskakuje świeżością i radością z grania (tak,
tak, i mroki można grać z radością). Sześć
utworów „przelatuje” nie wiadomo kiedy.
Leszy zajmuje się prawie wszystkim (gitary,
fretless, programowanie, produkcja), sypiąc
z rękawa stylowymi bat-cave’owymi riffami,
bas zmyślnie dudni w zimnofalowym stylu.
Salomea (wokal, skrzypce) niepokojącym
niskim głosem to szepcze, to krzyczy,
a najczęściej, ku mojej uciesze, śpiewa. Jest
w tej muzyce coś z polskiej zimnej fali, ale
też odrobina starego VooDoo Church czy
Siouxsie and the Banshees. Utwór „Cabaret
Grey” ma w sobie ducha psychodelii lat
70., z kolei „World of Glass” przypomina
dokonania Cinema Strange z czasów „The
Astonished Eyes of the Evening”. Nie ma
jednak w tych inspiracjach nic zdrożnego czy
niesmacznego. Zespół zachowuje równowagę, dba o aranżacje i bogate instrumentarium, co sprawia, że „Stirring” słucha się
z przyjemnością. Grupa sama zrealizowała
i wyprodukowała swoje nagrania. Efekt jest
całkiem niezły – brzmienie jest na tyle selektywne, aby bez przeszkód rozkoszować się
detalami, i na tyle garażowe, aby nie utracić
pierwotnego ducha muzyki.
Drodzy Państwo, spieszmy się więc kochać
młode, wartościowe zespoły, bo tak szybko
odchodzą. Wspierajmy je i zamawiajmy ich
płyty, wszak koszt to niewielki, a radość
olbrzymia. Tymczasem trzymam kciuki za
Cabaret Grey, przyglądam się bacznie i daję
mocne cztery i pół w skali do sześciu. Pełna
rekomendacja dla wszelakich nietoperzy,
zimnofalowców, nowofalowców, deathrockowców i sam nie wiem jakich jeszcze
„-owców”.
Od ostatniego albumu „In Love We Trust”
minęły dwa lata i już mamy w rękach jego
następcę. Ronny Moorings z regularnością
godną podziwu dostarcza swoim fanom
kolejny kawałek siebie („To ja jestem Clan
Of Xymox” – jak stwierdza w oficjalnej
biografii zespołu). „Darkest Hour” to dosyć
dziwny album - tytuł mógłby sugerować
powrót w mroczne gitarowe rewiry, jednak
nic z tych rzeczy. Bo choć słuchaczom
została zapewniona obowiązkowa dawka
mroku, to jednak nie gitary są jej głównym
nośnikiem. W porównaniu z poprzednimi albumami muzyka jest odrobinę
„odchudzona” – bogactwo aranżacyjne zastąpiła kondensacja motywów przewodnich
i dbałość o motorykę. Krążek zdominowały
brzmienia syntezatorowe i - co jest pewnym
novum – brzmienia electroclashowe (np.
w „My Reality”, „Delete”, „My Chicane”).
Znajdziemy tu również kilka całkiem zaskakujących momentów, jak brzmiący niemal
filmowo „Deep Down I Died”, czy chociażby
tytułowa instrumentalna kompozycja,
przywodząca na myśl dokonania zespołu
z czasów 4AD. Nieźle prezentuje się też
singlowy „Delete” oraz ostatnia kompozycja
„Wake Up My Darling”, która ujmuje melancholijną partią gitary.
„Darkest Hour” nie jest z pewnością
najbardziej przebojowym albumem Clan Of
Xymox – nie znajdziemy na nim hitów na
miarę chociażby „Jasmine And Rose” czy
„No Tomorrow”. Jest jednak w tej płycie
coś, co sprawia, że słuchając jej późną nocą
można odpłynąć wciąż w te same regiony,
które od lat zarezerwowane są właśnie dla
Clan of Xymox. W muzyce Mooringsa słychać progres, Ronny wciąż poszukuje i bawi
się dźwiękami. Prawdziwi fani nie powinni
mieć więc powodów do narzekań, a ci mniej
zakochani w zespole raczej uznają „Darkest
Hour” za jedną ze słabszych płyt w dorobku
grupy.
CHAINREACTOR „Insomniac”
ProNoize
3/6
Jakub Skowroński
Power Noise zjada sam siebie. Tylko pojedyncze płyty skłaniają mnie do uznania, że
w tym gatunku istnieją przejawy ciekawych
i świeżych rozwiązań.
Wydany w 2009 „X-tinction” brzmiał
kiepsko i kartonowo, niczym większość płyt
z rytmicznym industrial/noise. Natomiast
„Insomniac” to przede wszystkim utwory
„Locked In”, „The Missing Piece” i „Control”
- ciężkie, bezkompromisowe kanonady
parkietowych hardbitów. Pretendentem do
perły w koronie z tej płyty jest utwór „Misanthrop (Isolation by Xotox)”, którego ciężkość
nie jest wynikiem ultragalopującego BPM,
a brzmienia - lekko przesterowanego, z subtelnym wokalem. To powoli rozpędzająca się
ciężka lokomotywa, która wprawdzie zgniata
wnętrzności, lecz nie pozostawia śladu na
ciele. Pozostałe utwory to standardowy bieg
z obuchem i uderzanie na oślep we wszystko,
co żywe.
56
CURRENT 93 „HoneySuckle Æons”
Copitc Cat
3,5/6
Katarzyna Leśniewska
Current 93 to jeden z tych zespołów,
którym przy każdym premierowym albumie
najchętniej od razu dałabym maksymalną ocenę, nawet bez przesłuchiwania
zawartości. Długo mogłabym się rozwodzić
nad geniuszem Tibeta, jego kreatywnością
i fenomenalnym głosem oraz miłością do
kotów. Tym trudniej jest mi recenzować
„HoneySuckle Æons”, zwłaszcza mając
w pamięci poprzednie wydawnictwo Currentów, świetne „Baalstorm…”.
Najnowsza płyta C93 została poświęcona
pamięci Petera Christophersona (chyba
nie trzeba przedstawiać) oraz Sebastiana
Horsleya, angielskiego pisarza i performera.
W dużej mierze zdeterminowało to charakter albumu, który wręcz przytłacza swoim
smutkiem – większość utworów oparta jest
tylko na brzmieniu fortepianu i wokalu Tibeta, okazjonalnie pojawiają się organy czy
jakieś klawiszowe motywy. Swego rodzaju
melancholia od zawsze obecna była w twórczości C93, co nie oznaczało jednak płyt
nudnych i monotonnych – czego momentami nie można powiedzieć o „HoneySuckle
Æons”. Pierwsze trzy utwory to nawet dla
mnie blisko 10 minut oczekiwania aż „coś”
się wydarzy. Nastrój, który w założeniu
miał chyba zmuszać do zadumy i refleksji,
skłania raczej do ukradkowego ziewania
i odliczania czasu pozostałego do rozpoczęcia kolejnej piosenki. Ale warto pomęczyć
się ze smętnym Tibetem – „Cuckoo”, czyli
nr 4, to jeden z jaśniejszych momentów
na tym albumie. Orientalna atmosfera,
bardziej urozmaicone instrumentarium
i wokal, który wreszcie wyraża jakieś emocje, brzmi tak, jak Tibet brzmieć powinien.
Podobny nastrój powraca w „Lily”, chociaż
rozwlekły, przepraszam, transowy początek
nie zwiastuje niczego dobrego. Jednak
w połowie utworu znowu pojawia się ten,
często ostatnio przez Tibeta kreowany,
bliskowschodni klimat no i GŁOS, charakterystyczny, z łatwością rozpoznawalny od
pierwszych sekund, pełen emocji. Current
jaki kochamy.
Dziwny i niespójny jest ten album.
Zdominowany przez smętne fortepianowe
ballady, a w swojej monotonii przypominający „Sleep has his house”. Z drugiej
strony, pojawiają się cudowne, ale zupełnie
niepasujące do reszty „Cuckoo” czy
„Sunflower”, gdzie brzmienie fortepianu
zostało zastąpione przez organy. Całość
sprawia wrażenie niepoukładanej, nie do
końca przemyślanej – ale nie jest to zła
płyta. Current to jednak Current i poniżej
pewnego poziomu nie schodzi. Jest klimat,
wokal Tibeta nic nie stracił na sile wyrazu,
są nawet fantastyczne momenty, przebłyski
geniuszu z „Black ships…” chociażby. Ale to
tylko przebłyski i w dodatku zbyt rzadkie,
żeby poprawić ogólne wrażenie. Szkoda.
DEATHCAMP PROJECT „No Cure”
Alchera Visions
5/6
Łukasz Miernik
za to lubianych) electro-transowych schematów, z pociesznymi italo-melodyjkami
i pociętymi wokalami, wybija się tu jedynie
agresywny harshowy klawisz w sam raz dla
fanów Reapera czy Grendela.
Wersja Krzyż Kross to (jak można się
spodziewać po zespole i tytule „C-64 Mix”)
SIDowa przeróbka z modnymi 8-bitowymi
brzmieniami i retro wokoderem. Idealna na
hipsterski parkiet i dla fanów „River Raid”.
Kr-lik z kolei nadal odchodzi od harshowych korzeni i poszukuje nowych spokojniejszych brzmień, bo remiks przypomina
raczej wyciszone innowacje z końcówki
zeszłorocznej płyty Controlled Collapse.
Całość dopełnia doskonale wpasowany
wokal puszczony od tyłu i wyciągnięte na
pierwszy plan „chórki”.
Kolaboracja TomTylora i Wolnodzieja to
z kolei chilloutowe wyciszenie z wręcz
jazzowo-lounge’owym zacięciem, delikatnie
zamykające tę jakże zróżnicowaną płytę.
Podsumowując, „No Cure” to murowany
mroczny hit lata, wzbogacony świetnymi
remiksami naszych kreatywnych rodaków
(choć może przydałaby się też jakaś
zachodnia nazwa) i bez wkraczania w kółko
wzajemnej adoracji, zasługujący w pełni
na piątkę.
Płyta premierę będzie miała (tak jak
nasz magazyn) na festiwalu Castle Party,
a wydana zostanie w wersji standardowej oraz limitowanym metalowym
boxie, wzbogaconym o dodatkowy CD-R.
Bonusowa płyta zawierać będzie m.in.
odświeżony klawiszami Kr-lika deathrockowy „Venomous Edge” znany z demówki
oraz niepublikowany jeszcze ”Cold The
Same” w remiksie Skona. Ta nadmiarowa
przeróbka jest chyba najlepszym z opisanych tu kawałków i zaskakuje większym
podobieństwem do wczesnego Ladytron niż
:Wumpscuta:, czego prędzej spodziewałoby
się po ziębickim projekcie. Naprawdę warto
zainteresować się rozszerzoną edycją, jeśli
nie z potrzeby bycia elitarnym kolekcjonerem, to choćby dla tego jednego kawałka.
Ostrzegam, że będę patrolował zamkowe
stoisko i wyrywkowo doglądał Waszych
zakupów. W festiwalowym szaleństwie
dajcie choć przez chwilę odpocząć wątrobie
i wesprzyjcie rodzimą scenę!
DEMDIKE STARE „Tryptych”
Modern Love
6/6
Katarzyna Leśniewska
Dzięki uprzejmości kolegów z Deathcamp
Project znalazłem się w jakże ekskluzywnym gronie osób, słyszących nowego singla
przed premierą. W chwili pisania recenzji
płyta nie była jeszcze domknięta i dostałem
jedynie mp3, więc bez zbędnych wstępnych
ceregieli, przejdę do sedna.
Utwór tytułowy powitał mnie charakterystycznym automatem perkusyjnym oraz
znanym ostrym i porywającym basem, ale
wejście gitary przerosło wszelkie oczekiwania. „O kurwa”, wyszeptałem w zadumie
ku wschodzącemu księżycowi. Przez chwilę
zastanawiałem się czy w playliście miałem
Editors, czy może to In Extremo zamienili
dudy na kolejną gitarę. Void zaserwował
tu bowiem wyjątkowo indierockowo-niemieckojarmarczną zagrywkę porywającą
z miejsca do tańca. Nie miało to być
w żaden sposób obelżywe stwierdzenie. Po
prostu gitara przejęła funkcję napędzania
całej melodii, pełnioną dotychczas przez
klawisze. Te bowiem, w przeciwieństwie do
debiutanckiej płyty, ograniczone zostały do
jedynie przestrzennego tła rodem z 4AD,
eksploatowanego obecnie przez nową falę
dreampopu, czy White Lies. Wokal zaś chyba tradycyjnie będzie wpędzał nastolatki
w stan błogiego rozmarzenia, zwłaszcza
że po śmierci Petera Steele’a konkurencja
zmalała.
Jestem bardzo ciekawy w jakim klimacie
będzie utrzymany cały album i jak bardzo
stylistycznie rozbieżny, bo zapowiada
się nad wyraz interesująco. „No Cure” to
chwytliwa melodia z powerem, przebojowe
tempo, brzmienia na czasie i zapadający
w pamięć refren. Jednym słowem, idealny
singiel i godny następca „Rule and Control”.
Wersji oryginalnej towarzyszy jednak aż 5
remiksów, zatem do dzieła.
Hervy po raz kolejny eksperymentuje i wyżywa się na cudzych utworach. Marszowe
rytmy, subtelne klawisze, niepokojące
ambientowe plamy i złowieszczo narastające pogłosy przypominają raczej jego
wkład w atmosferę Blindead niż solowe
dokonania HRV.
Sthilmann jak to Sthilmann, można by rzec
w skrócie. Z jego znanych (i chyba właśnie
Demdike Stare to brytyjski duet obracający
się w szeroko pojętych klimatach mrocznej
elektroniki, jednak nie tej spod znaku
harczącego jazgotu, a raczej okultystycznoambientowych wizji. W swojej twórczości
łączą fragmenty ścieżek dźwiękowych
z horrorów z orientalnymi motywami,
a wszystko to w gęstym, dubowo–eksperymentalnym sosie. I robią to w sposób
absolutnie mistrzowski.
„Tryptych” stanowi kompilację utworów
z trzech winyli wydanych w 2010 roku,
wzbogaconą o premierowe 40 minut
muzyki. Część pierwszą otwiera blisko
piętnastominutowy „Forest of Evil (Dusk)”,
uzupełniony następnie przez „Forest of Evil
(Twilight)”. Tytuł obu nagrań jasno określa,
jakich dźwięków możemy się spodziewać
– początkowo leniwe ambientowe plamy
stopniowo nabierają ciężaru i mocy, pulsujący bas i plemienne rytmy podkreślają
duszną, niepokojącą atmosferę. Złowrogi
nastrój potęguje jeszcze motyw rytualnych
bębnów i sprawia, że ma się wrażenia
uczestniczenia w jakimś obłąkanym
szamańskim misterium. Dubowe „Caged In
Stammheim” rozpoczyna środkową część
albumu, najbardziej zróżnicowaną i ciut
mniej niepokojącą, za to bardziej transowo–magiczną. Może dlatego, że inspiracją
do jej powstania była tybetańska księga
umarłych, zinterpretowana w wyjątkowo
posępny sposób. Obok hipnotycznych,
zapętlonych motywów pojawia się więcej
etnicznych elementów, jakieś dzwonki,
piszczałki, gongi… Najwyraźniej słychać
to w niesamowitym „Bardo Thodol”, gdzie
mantry tybetańskich mnichów płynnie
przeplatają się z dźwiękami gitary i perkusjonaliami. Poprzez rejony zbliżone do
downtempo, melodie zaczerpnięte chyba
od zaklinaczy węży i bardziej taneczne
momenty docieramy do ostatniej części
„Tryptychu”. Mrocznej, parnej, będącej
dźwiękową pocztówką do słowa „okultyzm”,
o jakiej mogłaby marzyć większość dark
ambientowej sceny. Kryjące się pod nr
14 „Hashshashin” to chyba najbardziej
złowieszcze nagranie na całym albumie.
Zapętlony, ekstatyczny (niby)afrykański
śpiew, ponownie plemienne bębny w tle,
całość subtelnie okraszona elektronicznymi
efektami i powtarzającym się sygnałem
jakiejś syreny. Trudno znaleźć cokolwiek
chociażby zbliżonego do tej wizji, o przejściu obojętnie nie wspominając.
Niesamowity album. Wymagający od
słuchacza wytrwałości (ponad dwuipółgodzinna dawka takiej psychodelii może być
ciężka do strawienia przy pierwszym podejściu), ale wynagradzająca ją po stokroć.
Perfekcyjne połączenie tego, co najlepsze
w dubie i dark ambiencie, z efektami z filmów grozy i etnicznymi motywami. Jedna
z płyt roku, zdecydowanie.
DER ARBEITER „Holzwege”
Ur Muzik
5/6
Katarzyna Leśniewska
Ciężka sprawa z tym neofolkiem czy też
martialami. Z jednej strony pojawiają się
takie cuda jak ostatnie płyty Spiritual
Front czy Rome, ale nie widać jednak zbyt
wielu świeżych i kreatywnych projektów.
Na wielu płytach, nawet debiutanckich,
wciąż dominuje sztampa z cyklu „gitara
akustyczna + podniosłe melorecytacje +
pompatyczne ozdobniki”. Cała nadzieja
na odświeżenie tego nieco skostniałego
gatunku spoczywa w rękach takich egzotycznych perełek jak chilijski Der Arbeiter.
Polskiemu słuchaczowi projekt ten może
być znany ze składanki wydanej przez
Beast of Prey czy z ostatniego „Scontrum
Act IX” War Office Propaganda. „Holzwege”
ukazało się z kolei nakładem Ur Muzik,
więc z dotarciem do twórczości Juana A. nie
powinno być problemów – a zainteresować
się warto.
„Piękno w prostocie” - taki slogan mógłby
zostać umieszczony na okładce tej płyty.
Skromne instrumentarium, ograniczone do
gitary, skrzypiec i klawiszy, w zupełności
wystarczyło do stworzenia wyjątkowego
klimatu. Czasem w tle zabrzmią wyrazistsze bębny czy elektroniczne efekty, ale
pełnią one tylko rolę ozdobników. Całość
ma bardzo organiczny, ciepły charakter, co
może nieco dziwić, jeśli zna się debiut Der
Arbeiter – zdominowany przez proste, marszowe rytmy, nadające nieco hipnotyczny
klimat całej płycie. Jakkolwiek banalnie to
brzmi to słuchając „Holzwege” trudno jest
nie wyobrażać sobie spokojnego, letniego
wieczoru, lekko podszytego melancholią,
i smaku chilijskiego wina. Trudno jest mi
wyróżnić którykolwiek z utworów, ponieważ wszystkie wydają się być połączone
jakimś wspólnym motywem spajającym
je w tak przyjemną dla ucha całość.
Z pewnością daje się zauważyć większą
liczbę wokali, Juan nie boi się już używać
swojego głosu, który często urozmaicają
damskie melodeklamacje. Uwagę zwraca
też nagranie tytułowe, oparte wyłącznie na
brzmieniu gitary – ale emocji zawartych
w tym kawałku mógłby pozazdrościć
niejeden zespół współpracujący z orkiestrą
symfoniczną. Śliczne.
Skrzywdziłabym Der Arbeiter przyklejając
ich twórczości etykietkę neofolku, z martialowych wstawek też za wiele nie pozostało.
Jednak najnowsza płyta nie pozostawia
wątpliwości, że nie trzeba komponować
rozwlekłych ballad o idealizowanej przeszłości Europy, żeby uchwycić to, co w tej
muzyce najpiękniejsze. Warto też zachować
wierność rodzimemu językowi, zamiast
sztampowo silić się na śpiewanie po niemiecku czy angielsku. Brawo, po prostu.
DER BLUTHARSCH ATICOTLH + ALUK TODOLO
„A Collaboration”
WKN
5,5/6
Katarzyna Leśniewska
Nie od dziś wiadomo, że Der Blutharsch
lubi współpracować z różnymi artystami.
Było już Deutsch Nepal, Novy Svet,
Dernière Volonté oraz kilku innych
artystów, ale kolaboracja z Aluk Todolo
jest chyba najlepszym splitem, jaki udało
się popełnić Albinowi. Francuskie trio,
specjalizujące się - mocno upraszczając w ascetycznym black/doom metalu okazało
się świetnym uzupełnieniem dla bardziej
rock’n’rollowego ostatnimi czasy Der
Blutharsch (teraz już ...And The Infinite
Church Of The Leading Hand).
Na „A Collaboration” każdy z zespołów
dostarczył po dwie kompozycje i podobno
prace nad ich ostatecznym kształtem
odbywały się wspólnie, ale wyraźnie
widać, kto za co odpowiadał. Pierwsze
dwa nagrania to tak charakterystyczne dla
Aluk Todolo powolne, masywne rytmy,
jednostajne brzmienie perkusji i oszczędne
partie gitary. Prostota aranżacji, zapętlone
motywy i długość kompozycji (ponad
dziesięć minut każda) tworzą mroczną,
hipnotyczną atmosferę, do której aż chciałoby się dodać jakieś profetyczne wycia
w stylu Tibeta (a kysz! - red. nacz.). Zamiast
tradycyjnego wokalu otrzymujemy jedne ze
znaków rozpoznawczych Der Blutharsch:
głęboki, wibrujący bas i psychodeliczne klawisze – i jest lepiej niż dobrze. W drugim
utworze pojawia się echo śpiewu w postaci
zawodzonego w tle „I love you” – co w połączeniu z posępnym wydźwiękiem całości
brzmi naprawdę uroczo. Słuchając tego
wydawnictwa można odnieść wrażenie, że
to jakiś zaginiony suplement do „Flying
High” Austriaków – też jest aż gęsto od
basów, nawiązania do lat 70. są wręcz
namacalne a klimat jest z gatunku tych
transowo–mantrycznych. Nie przeszkadza
to jednak w ukazaniu bardziej rock’n’rollowego, szalonego oblicza, co świetnie
pokazuje trzeci kawałek. Nieco jazzowy
rytm perkusji, gitara basowa na pierwszym
planie, do tego pozornie fałszujące klawisze, wszystko nabierające coraz większego
tempa - taki chaos kontrolowany, który
definiuje psychodelię. Der Blutharsch
w kapitalnej formie.
Niesamowicie wciągająca płyta, na której
mroczny, hipnotyczny klimat płynnie przechodzi w zakręcone gitarowe dźwięki. Oba
zespoły zaprezentowały to, co najlepsze
w ich twórczości a powstała mieszanka
jest po prostu obezwładniająca. „Uniforms
are always changing – Rock n`Roll will
stay forever!” czego “A Collaboration” jest
najlepszym dowodem.
DONIS „Kas Tave Šaukia”
Dangus
5.5/6
Łukasz Miernik
Nigdy nie przepadałem za twórczością
Donatasa, mimo jego wszechstronnego
muzycznego wykształcenia i ogromnego wkładu w litewską scenę. Wszystko
zmieniło się podczas pewnego koncertu na
Menuo Juodaragis, kiedy to u jego boku na
scenie stanęła Rasa Serra, a ja zakochałem się w jej potężnym, starobałtyckim
głosie. Od tamtej pory wypatrywałem
wspólnie nagranej płyty, aż w zeszłym
roku się w końcu doczekałem. Poświęcony
bitwie pod Grunwaldem album zaczyna
się typowym dla Donisa, niepozornym
ambientowym tłem, podszytym narastającym marszowym rytmem i odgłosami
walki. Potęga krążka wybucha jednak już
w drugim numerze - dudy, solówki na elektrycznej gitarze, wojenne bębny oraz głos,
od którego ciarki przechodzą po plecach,
a łzy same napływają do oczu. Dalej jest
coraz lepiej: podniosłe pieśni wzywające
do boju, tradycyjne bałtyckie przyśpiewki,
rzewne romantyczne ballady i po prostu
wpadające w ucho piosenki. Wszystko to
wzbogacone typowym dla Donisa ludowym
instrumentarium, cymbałkami, dzwonkami
wiatrowymi, akordeonem, drumlą, flecikami, skrzypcami, rozmaitymi gitarami
i kto wie, czym jeszcze. To już nawet
nie neofolk, to post-ethno-pop! Chylę
czoła przed geniuszem duetu wijącego te
tradycyjne wianki z chwytających za serce
melodii i półboskiego wokalu. Jeśli to ich
przodkowie sześć wieków temu zagrzewali
do boju nasze armie, zwycięstwo mieliśmy
w kieszeni.
DURAN DURAN „All You Need Is Now”
Tapemodern
4,5/6
Robert Marciniak
Moje i Duran Duran wspólne drogi rozeszły
się pod koniec lat osiemdziesiątych, po
słabych, jak wtedy sądziłem, płytach
„Notorious” i „Big Thing”. Nie podchodziło
mi już takie granie, znikła gdzieś świeżość
i podrywające tyłek w górę kompozycje.
W naszym zejściu się nie pomogły pojedyncze przebłyski, jak „Winter Marches On”,
„A Matter Of Feeling”, „Ordinary World”
i „Come Undone”, które, co by tu nie mówić,
znakomicie bronią się do dziś. Niestety,
kolejne długograje wypełniała coraz
trudniejsza do przebrnięcia przekombinowana muzyczna magma. I tak po równi
pochyłej w dół, aż masakrycznym szczytem,
a właściwie absolutnym dnem, okazała się
„masakra na czerwonym dywanie”. Panowie
o timbodźwięcznych nazwiskach Timbaland
i Timberlake, na „Red Carpet Massacre”
skutecznie stimbolowali Duran Duran
do poziomu, z którego można było już
nigdy nie wstać. Zespół stanął więc przed
wyborem - potwierdzić kolejną falę plotek
o rozwiązaniu grupy i porozpływać się
jachtami po Morzu Karaibskim, bądź rzucić
w cholerę całe to nowopopowe badziewie
spod znaku „arenbi” i powrócić do korzeni.
Decyzja nie była pewnie łatwa, bowiem
zespół już jedną taką niezbyt udaną próbę
miał na koncie. Na wydanym w 2004 albumie „Astronaut” zabrakło jednak swoistej
kropki nad i. Potrawa była fragmentami
całkiem niezła, tylko kucharz zmiksował
wszystko blenderem do konsystencji zupki
dla niemowlaków i zapomniał przyprawić.
Na „All You Need Is Now” nowy kucharz
spisał się lepiej niż znakomicie, dlatego też
warto wymienić jego nazwisko na równi
z nazwiskami członków grupy. Co prawda
Mark Ronson urodził się wtedy, gdy chłopcy
zaczynali już na serio grać, ale to on najlepiej wyczuł, w jakie rejony można skierować
Duranów tak, aby nie obili się o autoplagiat.
Simon LeBon wielokrotnie w ostatnio
udzielanych wywiadach wspominał niebagatelną rolę Ronsona, jak również sposób
pracy nad płytą. Po raz pierwszy od „Rio”
panowie usiedli razem w jednym pomieszczeniu w studio i zaczęli grać, komponować
i cieszyć się tym, co robią. I po raz pierwszy
od „Rio” to słychać. Już pierwsze takty
przykuwają uwagę mocnym, niemal industrialnym riffem, przechodzącym gładko
w chwytliwy refren, pełen klimatu starych
płyt. Efekt wow. Nie bez powodu kawałek
tytułowy wybrano na promujący płytę, singiel i clip. A potem jest już coraz lepiej. Na
„Blame The Machines” już słychać i gitarki
rodem niemalże z „Rio” i tak charakterystyczne dla zespołu brzmienie, a prawdziwe
perełki, to jakby wyjęte żywcem z „jedynki”
„Being Followed” oraz kolejny murowany
balladowy hicior „Leave A Light On”. Potem
klasyczny Duran z okresu „późnotrawiennego” schyłku lat 80., „Safe (In The Heat
Of The Moment)”, gdzie zespół wspomaga
wokalnie Ana Matronic ze
Scissors Sisters. Trzeba przyznać, że robi
to doskonale. Świetnie frazuje i akcentuje
melodeklamacjami funkujące rytmy. Ja osobiście mniej lubię taki DD, ale nie można
nie przyznać, że to naprawdę pierwszorzędna robota. „Girl Panic!” wyrywa z butów
już samym wstępem (zgadnij, z czego to
cytat?) i zsuwa refrenem skarpety. Śliczne
„Mediterranea”, niesamowicie chwytliwe
„Runway Runaway”, które wyrzuca i buty
i skarpety za okno, no i piękny, liryczny
„Before The Rain” na koniec. Mmmm, to
tak, jak lubię.
Chociaż „chłopcy” już nie mają grzywek, bo
od dawna na głowie przeszczepy, to muzyka
brzmi jak za dawnych, dobrych lat. Świeżo,
bezpretensjonalnie, przebojowo, z rozmachem, bez zbędnych kombinacji. Może nie
jest to „Rio”, gdzie nie było ani jednej słabej
sekundy, ale i tak jest bardzo przyzwoicie,
a z każdym przesłuchaniem coraz lepiej. Album przepełnia duch starego DD i nie jest
to odgrzewanie kotleta mielonego w mikrofali. Najnowsza płyta ukazała się według
nowo obowiązującego i coraz popularniejszego wzorca sprzedaży (a jakże). Najpierw
materiał pojawił się w wersji cyfrowej
(w grudniu 2010 r.), a dopiero po upływie
trzech miesięcy na normalnym nośniku
CD. Może to nawet ma jakiś sens. Ekstrasy
w postaci dwóch miniaturek „A Diamond
In The Mind” i „Return To Now” można
byłoby sobie podarować, ale „Mediterranea” jest tym powodem, dla którego warto
mieć nośnik fizyczny. Najlepiej winylowy
LP. W tej postaci mam i jedynkę, i „Rio”
i „Seven And The Ragged Tiger”. Teraz bez
wstydu do tej Trójcy Na Półce dostawiam
„All You Need Is Now” i hmm, chyba znów
lubię Duran Duran.
DÜSSELDORF „1989–1993”
Requiem Records
[brak oceny]
Robert Marciniak
Dość długo zastanawiałem się nad wyartykułowaniem pewnej refleksji, jaka przewijała mi się przez głowę podczas słuchania
materiału z tej płyty. Ale tak, można pokusić się chyba o stwierdzenie, że druga połowa lat osiemdziesiątych w polskiej muzyce
to jej najpiękniejszy, ale chyba i najbardziej
dramatyczny okres. W latach tych ujawnił
się niesamowity potencjał twórczy sceny
nowofalowej, wtedy bowiem przypadł okres
największej aktywności takich grup jak
Variété, Made in Poland, 1984, Aurora, czy
Madame. Z drugiej strony większość sesji
nagraniowych nie doczekała się wydań na
nośnikach. Tłocznie płyt winylowych borykały się z dwoma problemami - brakiem
surowca i obciążeniem coraz większymi
zamówieniami na produkcję materiałów
wybuchowych na potrzeby wojsk ZSRR
w Afganistanie. Minęło ponad 20 lat
i surowca dalej nie ma, bo i tłoczni nie ma,
za to materiały wybuchowe dostarczane są
do Afganistanu na potrzeby wojsk polskich.
Na szczęście w 1986 granulatu było jeszcze
wystarczająco, aby ukazała się jedna
z najgenialniejszych płyt polskiego rocka „Nowa Aleksandria” Siekiery. Wymienione
do tej pory nazwy wydają się znajome nawet i dziś, nawet i średnio zorientowanym
w tym okresie słuchaczom. No cóż, może
to kwestia granulatu, a może szczęścia, bowiem dorobek wielu genialnych zespołów
przeszedł niezauważony, bądź w ogóle nie
został profesjonalnie zarejestrowany. Ich
nazwy dziś kojarzą się z zupełnie czymś
innym, a szkoda.
Duet Düsseldorf, bo to jeden z tych zespołów i o nim tu teraz będzie, powstał w 1989
roku w Katowicach na gruzach grupy
Nowy Horyzont, powstałej na gruzach
legendarnego Garaż w Leeds, powstałego
na gruzach... tak, tak - Nowego Horyzontu.
Wokalista Adam Białoń i klawiszowiec
Adam Radecki umiejętnie połączyli
w swojej muzyce zimnofalowe brzmienie
z industrialnymi eksperymentami. Czerpiąc
57
inspirację z dokonań Kraftwerk, Cabaret
Voltaire, czy nawet jak niektórzy uważają,
Suicide, a na pewno już Front 242, zespół
zbudował własny styl, charakterystyczną
dramaturgię i poetykę. To prawda, szkoda
tylko, że tak niewiele ich nagrań przetrwało
do dziś.
Kiedy trzymam w ręce płytę, w tytule
której pojawiają się dwie daty rozdzielone
myślnikiem, to mam nieodparte, smutne
wrażenie, że oto patrzę na coś w rodzaju
nagrobka, a jedyne emocje, jakie towarzyszyć mi będą podczas słuchania, związane
będą z wspominkami. No i akurat w tym
przypadku nie do końca tak jest. Te dwie
daty to znak, że materiał zawarty na płycie
jest przekrojowy, obrazuje rozwój, czy akcentuje kierunki, w jakich podążała muzyka
zespołu na przestrzeni lat. Z reguły jednak
przy takich mini-antologiach pojawiają się
uzasadnione wątpliwości co do spójności
zawartego na płycie materiału. Tak więc, ze
względu na wysoce retrospektywny charakter wydawnictwa, ciężko pokusić się o ocenę poszczególnych utworów, zwłaszcza, że
pojawiają się dylematy, chociażby takie, jak
dziś podejść do ilustrowanych muzyką manifestów w rodzaju „Uleczmy maszyny”, czy
„Projekcja Live”. Jednak nie wydaje mi się,
aby w tym przypadku jakakolwiek ocena
była potrzebna. Wszystko o dziwo, układa
się w spójną, zgrabną całość, no może
z jednym wyjątkiem - utworem „Goddess
of War”, jednym z ostatnich nagrań, już
z innym wokalistą - Marcinem Jasinskim.
Utwór ten prezentuje całkiem inne oblicze
grupy. Poza tym, od pierwszych taktów
otwierającego płytę „Dlaczego” poprzez
„Deutschland Punk Bass” i „Królewską
Hutę”, fenomenalnie skonstruowany,
fragmentami przedziwnie przebojowy
„Anschluss”, może niedoskonałe, nieco naiwne, ale prawdziwie poruszające wokalizy
w „Judentanz”, wplecione w porywającą,
hipnotyczną motorykę rytmu i quasiklezmerskie akcenty, mamy do czynienia
ze świeżym podejściem do muzycznej
materii, ze śmiałym otwieraniem kolejnych
obszarów poszukiwania własnej stylistyki
i przekazu. Pewne uniwersalne wartości
pozostają uniwersalne, bez względu na
upływ czasu.
Pierwsze muzyczne skojarzenia z nazwą
Düsseldorf w powszechnym ujęciu pozostaną zapewne niezmienione - Kraftwerk,
D.A.F., czy Die Krupps. Pozostaje tylko
mieć nadzieję, że dzięki wydawnictwu
Requiem od tej pory będzie też kojarzyła
się z tą zapomnianą już formacją z Katowic.
Tym, którzy się z materiałem zapoznają, na
pewno. I dobrze, bo warto.
Na koniec chciałbym zacytować zamieszczone na okładce płyty słowa wokalisty,
Adama Białonia. Słowa, które oddają
w pełni i moje odczucia:
„[...] Piękne czasy które do dzisiaj robią
na mojej osobie wielkie wrażenie, a wspomnienie tamtych dni przeszywa mnie
dreszczem pozytywnej energii i tęsknotą za
duchem i mocą ciemnej piwnicy, burzy mózgów, spontanicznymi akcjami, papierową
korespondencją i kontaktami międzyludzkimi bez całej armii gadżetów, telefonów
komórkowych, emaili i komunikatorów.[...]”
Düsseldorf „1989–1993”. Autentycznie
wzruszająca podróż sentymentalna do
czasów, niestety, już minionych. Tak, tak,
mimo wszystko to były naprawdę piękne
czasy. A wydanie nagrań Düsseldorf po
dwudziestu latach od ich powstania to
zaskakująca i na pewno miła niespodzianka, ale i zarazem ocalenie tych nagrań
przed całkowitym niebytem. Wielka w tym
zasługa szefa Requiem Records, Łukasza
Pawlaka. Chwała mu za to i za wiele innych
rzeczy, zwłaszcza, że w planach serii
archiwalnej zapowiadane są kolejne perły.
Ja już się cieszę.
FRACTURED „Beneath The Ashes”
Dependent
5.5/6
Łukasz Miernik
58
Fractured po raz kolejny rewolucjonizuje światek harsh electro. Myślałem, że
w epoce zalewu industrial rave’u tylko
Grendel ma jeszcze jaja. Jednak najpierw
nagle zaskoczył sam betonowy Reaper,
a teraz powrót chłopaków sprawia, że
znów chce się żyć i wyławiać skwarki z tej
zalewajki. Materiał zdecydowanie odbiega
od teledysku do „Pong” Eisenfunka, więc
może nie mieć większego wzięcia, ale
mam nadzieję, że ktoś jeszcze odkryje jego
geniusz. Oprócz tradycyjnych, pociętych
wokali, Kanadyjczycy serwują nam
wybuchową mieszankę electro-industrialu, dubstepu, futurepopu, drum’n’bassu
i numetalu, czy jak się nazywa to, co teraz
grają kapele pokroju Enter Shikari. Pojawia
się nawet całkiem spokojne plumkanie
i mroczny utwór z gościnnym narzekaniem
kultowego It-Clings. Trzeba być mistrzem,
żeby przy takiej rozbieżności stylistycznej,
tak różnorodnych brzmieniach, wokalach
i melodiach, zamiast chaotycznej składanki
nagrać spójne Dzieło. Nie bójmy się tego
słowa, bywały już takie na tej scenie, więc
tym bardziej uszanujmy ten współczesny
chlubny wyjątek. Do koniecznego obczajenia: „Straight Jacket Fashion”, „Save
Me”, „For What” i „Anesthetic”. A kto nie
lubi nowego Fractured, ten niech najlepiej
odnajdzie we wkładce do jakiejś płyty Kazimierza Staszewskiego fragment, dotyczący
tego, kim jest i co ma zrobić.
KILLING JOKE „Absolute Dissent”
Spinefarm Records
6/6
Mariusz Łuniewski
Killing Joke to zespół-legenda, którego
każdy album jest wydarzeniem. Trochę
trudno mi pisać o tej płycie, bo kto pokochał ten zespół, zna wartość tego krążka,
a pozostałych chyba nie ma sensu na siłę
przekonywać. Pozwolę sobie więc odejść
nieco od formy typowej recenzji płyty
i ograniczę się tylko do małej refleksji.
Otóż gdy dzieliłem się ze znajomymi moim
entuzjazmem odnośnie „Absolute Dissent”,
najczęściej w odpowiedzi otrzymywałem
dziwne spojrzenie i rzucone od niechcenia:
„coś tam słuchałem, ale mi nie weszło”.
Jasne, że nie weszło - wystraszyło ślimaki
i potłukło bębenek. „Absolute Dissent” jest
niewygodne i chropowate. Jest wręcz muzycznym reliktem w czasach wszechogarniającego konformizmu, także w muzyce.
Ilekroć umieszczałem jakiś utwór w secie
DJ-skim, mimo całkiem tanecznego beatu
(np. w „European Super State”) parkiet
pustoszał. Możliwe, że instynkt nie zawodzi
tych „sobotnich tancerzy” - tych samych,
którzy tańczą do „Love Will Tear Us
Apart” Joy Division. Ciężko jest tańczyć do
muzyki naznaczonej śmiercią przyjaciela.
Na chwilę przed nagraniem płyty ówczesny
basista zespołu Paul Vincent Raven zmarł
bowiem na atak serca. Po uroczystościach
pogrzebowych doszło do spotkania, po
którym Killing Joke w oryginalnym składzie
(w jakim grał do 1982 roku) przystąpił do
nagrań, tworząc jedną ze swoich najpiękniejszych płyt.
„Absolute Dissent” jest jak nieuleczalna
choroba, która rozprzestrzenia się wraz
z krwią. Jest jak narkotyk – przy pierwszym
kontakcie odrzuca, by następnie uzależnić
i zniewolić. Jaz Coleman niczym czarny
Mesjasz krzyczy swe trędowate przepowiednie, nie niosąc zbawienia, co najwyżej
wieszcząc wieczne potępienie. Jest w tej
muzyce piękno, jest prawda, krew, brud
i zgiełk współczesności. Jest niewyartykułowana pustka i wykrzyczany ból. Jest
w końcu czterech prawdziwych ludzi
stojących za swoimi instrumentami, którzy,
pozornie spokojni, każdym uderzeniem
w struny malują obraz upadającego świata.
Niezmiennie od lat mam w sobie coś
z niepoprawnego promotora - chciałbym
podzielić się muzyką, którą kocham
z całym światem. Ale tym razem może to
dobrze, że wam „nie weszło”, świetnie, że
się nie podoba. Nie słuchajcie tej płyty, ona
jest tylko moja.
LIBERTE „Jau aušt aušružė”
Dangus
4/6
Katarzyna Leśniewska
Jako wierna fanka skandynawskiej sceny
muzycznej, zarówno jej elektronicznego
jak i bardziej folkowego oblicza, muszę
przyznać, że na horyzoncie pojawiła się
całkiem poważna konkurencja. Litewski
Dangus co chwilę raczy nas fantastycznymi
wydawnictwami, ukazującymi różne strony
bałtyckiego folku i DI, a jednym z jego najnowszych podopiecznych jest Liberte. Grupa
dowodzona przez klasycznie wykształconą
muzycznie Anę Babuskinę postawiła sobie
za cel zinterpretowanie tradycyjnych pieśni
litewskich oraz nagranie własnego materiału, utrzymanego w tej samej stylistyce. Idea
zacna i bliska memu sercu, ale jej realizacja
budzi ambiwalentne uczucia. Liberte chętnie
sięga po tradycyjne litewskie instrumenty,
które nadają utworom specyficznego, nieco
baśniowego klimatu, ale wytworzoną w ten
sposób atmosferę najczęściej zaburza
kompletnie niepasująca perkusja czy
gitara. Ot, chociażby nagranie tytułowe –
z przyjemnym motywem skrzypiec i fletu,
mocnym głosem Any, przez użycie jakichś
cholernych bębenków brzmi momentami jak
muzyka relaksacyjna z salonu kosmetycznego. A przecież Liberte potrafi nagrać rzecz
klimatyczną, niepokojącą, a przy tym urokliwą, jak instrumentalne „Tututūtututis”.
Tam również pojawia się perkusja, ale nie
dominuje, nie zaburza charakteru utworu,
lecz współgra z resztą instrumentów. Wokal
Babuskiny to silny atut tego albumu, czysty,
silny, a przy tym bardzo melodyjny, co
najlepiej słuchać chyba w „ Miegužio noriu”,
którego melancholijną atmosferę podkreśla
użyta wiolonczela i właśnie śpiew Any.
Niestety, ten nostalgiczno–romantyczny
nastrój zostaje całkowicie zniszczony,
zdewastowany i na koniec obrzucony błotem
przez koszmar, jakim jest utwór kończący
płytę. Zrozumiałabym, gdyby to był jakiś
utwór bonusowy czy remix wykonany przez
zaprzyjaźniony zespół – ale to jest po prostu
absolutna pomyłka. Pop-rockowy gniot,
znowu z tą bezsensowną perkusją wysuniętą
na pierwszy plan. Nie pomaga nawet użycie
akordeonu ani głos Any. Jeśli celem było
zepsucie dobrego wrażenia po wysłuchaniu
całego albumu, to został on osiągnięty
z nawiązką. Łączenie tradycyjnych motywów
i melodii z muzyką współczesną, zachowując
przy tym ich „etniczny” charakter nie jest
rzeczą łatwą, ale przynoszącą czasami
fantastyczne rezultaty, czego przykładem
twórczość Transjoik, Värttiny, a pozostając w rejonie Dangusa - Atalyi. „Jau aušt
aušružė” to rzecz miła, łatwa i przyjemna
(poza wspomnianym wyjątkiem), wprowadzająca słuchacza w nieco bardziej baśniowy
i oniryczny wymiar. Tylko i aż tyle.
MAA „Tuhkankantajat”
Anima Arctica
5/6
Jakub Skowroński
Smutne piosenki ogniskowe z ciekawym
profesjonalnym akompaniamentem
instrumentów to było moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu płyty. Zespół tworzą osoby wcześniej
znane z m.in. Halo Manash i Somnivore,
a gościnnie występuje John Murphy (ex-SPK,
KnifeLadder) i Risto-Matti Salo (Pimentola).
To pierwsze złe wrażenie prysło, gdy ten sam
album włączyłem pewnego wieczoru. Płyta
poruszyła mnie do tego stopnia, że przez
kilka kolejnych wieczorów ta mieszanka
neo-folku i muzyki pop wypełniała cztery
ściany pokoju.
Genialnie zrealizowane brzmieniowo partie
wiolonczeli i pianina, każdy instrument
współgra z innymi, bas w dialogu z perkusją,
gitary grają smutne melodie. Trudno znaleźć
słaby punkt tego wydawnictwa, mimo
początkowych złych odczuć. MAA to projekt
o wielkim potencjale.
Moim faworytem z tego albumu jest ostatni
dwunastominutowy utwór „Toive”. Mam
nadzieję, że wielu z was sięgnie po tę płytę,
naprawdę warto.
MUERAN HUMANOS„Mueran Humanos”
Blind Prophet Rec./Old Europa Café
5/6
Jakub Skowroński
Argentyńskie projekty to w moim odtwarzaczu wciąż rzadkość, ale ten powala na
kolana. Może to zasługa zmiany adresu
zamieszkania przez twórców tego projektu,
Tomasa Nochteffa i Carmen Burguess,
z ciepłego Buenos Aires na zimny Berlin.
Wpływ europejskiej stolicy kultury słychać
wyraźnie już przy pierwszych dźwiękach
tego oszalałego duetu. Synth-minimal, post punkowy mrok, imprezowy
EBM, intrygujące elementy psychodelii
i krautrocka. Podoba mi się, że teksty są
śpiewane wyłącznie w języku hiszpańskim,
brzmi to unikalnie. Utwory są przeładowane seksualnością, potem i smrodem electro
klubów oraz cukierkowymi melodiami granymi na tanich syntezatorach. Wszystko to
pozornie tworzy bardzo prostą konstrukcje,
aczkolwiek nawet pulsujące, hipnotyczne
bity wydobywające się z odtwarzacza mają
uporządkowaną strukturę. Pytanie, które
nasuwa się na koniec, to kiedy kolejny
album?
MUSLIMGAUZE „Babylon Iz Iraq”
Muslimtapes / Fathom Distribution
6/6
Jakub Skowroński
Bryn Jones, czyli.Muslimgauze, zyskał
status twórcy kultowego. Dyskografia opiewa na ponad 200 płyt, a ich liczba wciąż
wzrasta. Dzięki spadkobiercom ogromnego
archiwum kaset DAT, co jakiś czas osoby
takie jak ja mogą poczuć szorstki piasek
na twarzy, smród i zgiełk ulic, klaustrofobiczny trans i inwokacje modlitewne. Jones
penetruje muzykę arabską, przetworzoną
na język maszyn, obdarowuje słuchacza
bliskowschodnią estetyką w zbrutalizowanej wersji. Etno-industrial-dub – sformułowanie jak każde inne, lecz tak samo
puste, dotykające jedynie cząstki estetyki
Muslimgauze. Muzyka ta jest przesiąknięta
muzułmańską tożsamością. Mamy tutaj
fascynujące głębokie frazy dźwiękowe, maszyny które udają orientalne instrumenty,
nieudolnie zaprogramowane analogowe
automaty – wszystko to wywołuje dyskomfort. Ale to nie jest muzyka dla przyjemności, raczej bolesny manifest. „Babylon Iz
Iraq” to materiał nagrany 1996 roku i następnie zremiksowany przez electro-dubowe Unitone HiFi, ale także nazwa wersji
utworu którą na ich „Rewound + Rerubbed”
popełnił Jones. Tytuł nie jest przypadkowy,
wystarczy włączyć telewizor - tereny starożytnego miasta-państwa Babilonu to wciąż
plac bestialskiego konfliktu. Jednocześnie
to jedna z najbardziej eksperymentalnych
płyt Muslimgauze. Materiał jest minimalistyczny, ale także tech-klubowy, oniryczny,
z charakterystyczną dla arabskiej muzyki
rytmiką. Czternaście utworów zabiera
w podróż po post-syntetycznym mieście,
gdzie pod przykrywką turystycznych
świecidełek kryje się cierpienie, samotność
i marionetkowość w służbie pieniędzy.
NADJA/TROUM „Dominium Visurgis”
Denovali Records
5/6
Jakub Skowroński
Something In My Drink”) klimatyczny
przerywnik „Spectre” i posępny, balladowy
finał w postaci „Monument”.
Dosyć długo trzeba było czekać na ten
materiał, a nie jest go wcale tak dużo, zaledwie siedem piosenek, jeden cover i dwa
przerywniki. Jednak można powiedzieć, że
panowie Louis DeWray, Damien DeVille,
Belle Star i Nevyn Moonshadow stanęli
na wysokości zadania. „Horror holiday”,
„Wonderland”, czy „Silver” to naprawdę
urzekające kompozycje. Słowo „urzekające”
wydaje się tu równie właściwe, co „eteryczne” i „melancholijne”. Wiele z kawałków
na albumie charakteryzuje się fajną
dynamiką, jednak to nie rockowy pazur
a klimat decyduje o wyjątkowości tego
albumu. Nowe dzieło brytyjskiego zespołu
rzeczywiście zabiera słuchacza w tytułową
„krainę czarów”.
muzyka filmowa do „Bodyguard” lub innego filmu z 1992 roku, którego nie znam,
Ouroboros mógłby spokojnie posłużyć jako
muzyczne tło do „Wakacji z duchami”. I na
takie wakacje chętnie się wybiorę, jeszcze
chętniej do Włoch.
Na swoim profilu myspace Marco pisze, że
jego ulubionym wykonawcą jest Sting (nagrał nawet cover jego kawałka „Russians”),
nie pozostaje więc nic innego, jak czekać na
ich wspólną trasę.
PALE ROSES „Unveiled”
Rage In Eden
3/6
Katarzyna Leśniewska
SHACKLETON „Deadman”
Honest Jon’s Records
6/6
Jakub Skowroński
OPTICAL FRAMEWORKS „Surrounded Fog”
Cold Tear Records
5/6
Jakub Skowroński
Split z jednej strony zaskakujący, jednak
po chwili oczywisty. Musiało do tego dojść.
Nadja, dziwaczny duet tworzący muzykę
z pogranicza ambient/avant metalu, idealnie koresponduje z dronowo-postindustrialnym Troum. Trzy utwory są tu niczym
podium zwycięzców, każdy pełen głębi,
przesytu melancholią, miarowo przechodzą
od dronowych fali do perkusyjnego rytmu
z gitarami. Nawet cisza odgrywa tutaj swoją muzyczną rolę. Dźwięki wydobywające
się z wydawałoby się zwykłych instrumentów (m.in. gitary elektrycznej, akustycznej
i basowej oraz akordeonu) wybiegają
poza formalne standardy gatunku. Każdy
utwór obfituje w minimalistyczne, ledwo
słyszalne szmery, zakłócenia, pomruki,
a odkrywanie kolejnych doprowadzić może
do mentalnej ejakulacji.
NOSFERATU „Wonderland”
Dark Fortune Records
5/6
Wojciech Sajkowski
Optical Frameworks przypadnie do gustu
wielbicielom dronowych pasaży. Mroczne
szmery na skraju słyszalności stworzone
zostały za pomocą starego szpulowego
sprzętu. Dzięki temu każdy z dziewięciu
utworów to miniaturowe dzieło. Mimo wyraźnych inspiracji berlińskim tech-dubem
„Surrounded Fog” brzmi wyjątkowo, perfekcyjnie. Każdy dźwięk wlewa się do uszu,
a muzyka jest wręcz namacalna. Trudno
jest opisywać słowami emocje, które wyrywają się z głośników. Ale wyobraźcie sobie
opuszczone miasto, gdzie drzewa wybijają
się spod chodników, owady zdominowały
ulice, człowiek został sprowadzony do roli
pokarmu. Tak brzmi Optical Frameworks.
Idealny soundtrack do filmu „Invertebrate”.
OUROBOROS „Opus Tartari”
Zoharum
4/6
Selena Pokitko
Angielski Nosferatu powstał w 1988 roku.
Nie wiem, która to fala gotyku i szczerze
mówiąc kompletnie nie kojarzę ich
twórczości, może poza kilkoma kawałkami.
Tak się jednak stało, że po nowy album
sięgnąłem chętnie. Jest to pierwsza płyta
od lat i widać, że te wakacje pozytywnie
wpłynęły na muzyków. O tym, że nie był
to typowy wypoczynek nad morzem, ale
raczej koszmarny urlop w krypcie, przekonuje otwierający utwór „Horror Holiday”.
To właśnie ten kawałek zachęcił mnie do
dania szansy tej płycie. Chwytające za serce
gitary, dobre wokale, świetne klawisze, ale
przy tym czad - to właśnie stanowi o sile
tego kawałka. Potem tytułowa „kraina
czarów” („Wonderland”) piękna balladka
o lekko posępnym klimacie. Kolejny raz
brawa dla klawiszowca za aranże, tworzące
magiczny, niesamowity nastrój, który nie
opuszcza słuchacza jeszcze na długo po
wybrzmieniu utworu. Po klimatycznym
przerywniku „Jackal” pojawia się „Silver”
i album z powrotem nabiera tempa.
Kolejny bardzo dobry kawałek, w którym
melancholijny nastrój budują przede
wszystkim klawisze. „Bombers” napędzają
dla kontrastu gitary – bardzo dynamiczny
utwór, wielkie brawa należą się szczególnie
basiście. Przyznam, że potem nie jest już
tak przebojowo, chociaż fajny gitarowy
lejtmotyw „Entwined” zapada w pamięć.
„Black hole” to chyba najbardziej oldskulowy kawałek na płycie i w sumie tyle
można o nim powiedzieć. Potem jeszcze
tylko cover Ramonesów („Somebody Put
Dwie najfajniejsze rzeczy o Ouroboros: 1)
płyta „Opus Tartari”, 2) to ja dostałam ją
do recenzji.
Ouroboros to starożytny symbol przedstawiający węża, który pożera samego
siebie i odradza się z siebie. Ma to być
przedstawieniem fizycznej i duchowej
jedności wszechrzeczy. Muzyka sygnowana
tą nazwą to dzieło Włocha Marco Grosso
i podejrzewam, że musiał być nieźle
znudzony pizzą i wypadami na plażę, skoro
zaczął tworzyć dark ambient. Używam tego
określenia, ponieważ w ten sposób jest
on reklamowany przez obecną wytwórnię
– gdańskie Zoharum. „Opus tartari” to
jednak coś więcej – klawisze, drony, bicie
dzwonu, dźwięki organów, a nawet sampel
łudząco podobny do mojego sygnału sms
w telefonie. Najciekawszym i oryginalnym
elementem na płycie jest miks czterech
niesamowitych damskich głosów: sopranu
Nony Luny i tajemniczych wokaliz Sorath
Isis, Aleph Zero i Malice. Równie tajemnicze pozostaje dla mnie to, co właściwie
śpiewają czy recytują w języku łacińskim,
ale brzmi to bardzo przekonująco
i mrocznie. Całość „płynie” i tworzy coś na
kształt retro opery, odegranej koniecznie
na ruinach, o czym świadczy niemiłosierny
pogłos i trzaski towarzyszące najwyższym
partiom wokalnym. Jeśli Recoil brzmi jak
skąpanej w eksperymentalnej aurze.
Z informacji dostępnych w Internecie
można przeczytać o obranym kierunku inspiracji śladami Karlheinza Stockhausena,
jednakże według mnie jest to jedynie jeden
z wielu elementów składowych „Until...”.
Cechą nadrzędną tej płyty jest harmonia,
namacalny ambient, odczuwany każdym
zmysłem. Szmery, zwierzęce stukoty,
potęgują uczucie odosobnienia i izolacji.
Każdy dźwięk wolno się snuje i powoli
rozwija kolejne frazy utworów. Atutem tego
wydawnictwa jest niewątpliwie zadbanie
o szczegóły. Wymaga to jednak ogromnego
skupienia, bowiem nie jest to album tła.
Bliżej mu do rytuału, mrocznej opowieści.
Szukając własnego Ja po prostu naciśnij
play.
Pierwszy kontakt z Pale Roses wspominam
dość traumatycznie, a ich debiut plasuje
się w moim osobisty top 5 najgorszych płyt
neofolkowych wszechczasów. Obawy wobec
„Unveiled’ były więc uzasadnione, ale na
szczęście nie jest tak źle, jak mogłoby być.
Arnaud Spitz w końcu nauczył się śpiewać,
to nie ulega wątpliwości. Nie próbuje już
podszywać się pod Tibeta (no, może poza
ostatnim kawałkiem, gdzie efekt jest raczej
zabawny), ale wciąż brzmi jak Cat Stevens.
Inspiracje też nie są już aż tak oczywiste,
nie ma kawałków pt. „to teraz zagramy
jak Death In June”. Pojawiają się całkiem
sympatyczne motywy gitary czy fortepianu,
jakieś efekty z wokalami, znikła okropna,
przaśna sztampa, charakteryzująca debiut.
Ale Pale Roses pozostają sobą, więc na
innowacyjność nie ma co liczyć. Owszem,
udało im się wykreować całkiem przyjemny
nastrój, jednak utwory są do siebie tak
podobne, że gdzieś od połowy płyty
wszystko zlewa się w jedno monotonne
i nużące smęcenie. Niby wszystko jest tak,
jak Douglas przykazał: proste kompozycje
oparte głównie na brzmieniu gitary akustycznej, wokal wysunięty na pierwszy plan
- ale Pale Roses wciąż brakuje wyrazistości,
czegoś co odróżniłoby ich od dziesiątek
podobnych zespołów. Spitz nie może pochwalić się szczególnie interesującym głosem, muzyka też jest dość schematyczna,
ale przynajmniej album sprawia wrażenie
przemyślanej całości, a nie zbioru coverów
kapel, które kopiują bogów neofolku.
„Unveiled” to poprawna i idealnie przeciętna płyta, ani nie odrzuca ani nie zachęca do
słuchania jej kilka dni bez przerwy. Jednak
w stosunku do debiutanckiego „Fear of
Dawn” widać naprawdę duży postęp, Spitz
znalazł chyba pomysł na swoją twórczość.
Jeszcze ciut oryginalności i może Pale
Roses stanie się czymś więcej niż bezpłciowym „syldaviańskim neofolkiem”, jak
dumnie informują we wkładce. I koniec
ze zgapianiem z Tibeta, Mesjasz jest tylko
jeden!
W czasach gdy dubstep przeobraził się
w plastikowy disco szajs, a „wielkie” ikony
tej stylistyki zmiękczają brzmienie, tworząc
bezpłciową pożywkę dla mas, można
znaleźć jeszcze kilka postaci, które idą pod
wiatr. Na przykład Shackleton. Utwór „Deadman”, znany z fenomenalnej kompilacji
„Fabric nr.55”, to nastrojowy, perwersyjny
trip ze znamiennymi słowami „everyone
starts from point one”. Mamy tutaj głęboką,
niską pulsację basu, futurystyczne i niepokojące technostruktury, odhumanizowany
chłód, owadzi szum i hipnotyzujące perkusjonalia. „Deadman (Death Dub Remix)”,
który popełnili Kevin Martin i King Midas,
celuje bardziej w przestrzenne, dubowe
dźwięki, a delaye i echa potęgują wrażenie
ciężkości. Chociaż brakuje mi zadziorności
z czasów Techno Animal, to jednak Martin
zmienił „Deadman” w złoto. Chwilami za
sprawą głosu Hitomi brzmi to jak Massive
Attack, co jak najbardziej jest plusem.
Dwa utwory, które niosą więcej treści, niż
większość pełnowymiarowych albumów.
Muzyka całkowita i kompletna.
SIMULACRA „There Is A Fountain Filled With
Blood”
No Angels Prod.
3.5/6
Łukasz Miernik
REFORMED FACTION „Until...”
Greytone
5/6
Jakub Skowroński
Darzę sporym sentymentem i szacunkiem
twórczość duetu Mark Spybey/Robin
Storey, także w solowych projektach,
głównie za sprawą Rapoon, Zoviet France
i Download (kto nie zna niech to nadrobi)
oraz kooperacji, których lista jest bardzo
długa. Niniejszy, czwarty album Zreformowanej Frakcji nie przynosi jednak rewolucji,
jedynie ukłon w stronę muzyki minimalnej,
Elegancka okładka przedstawiająca
fontannę płynącą krwią kojarzy się raczej
z wampirzym serialem dla współczesnej
młodzieży. Z muzyką belgijskiego artysty
na szczęście jest już lepiej. Nie ma tu
żadnej rewolucji, ale jest solidna porcja
minimalistycznego dark ambientu, który
delikatnie i ponuro płynie w tle. To nie jest
przerażające zejście do piekielnych jam,
a jedynie chłodna piwnica, do której każde
dziecko odważnie wejdzie z latarką, ale bez
światła zacznie czuć się nieswojo. Skoro
potwory nie mogą chować się w szafach,
czemu nie miałyby znaleźć schronienia
tutaj? Niby nie ma się czego bać, ale ten
lekki niepokój po dłuższej chwili zaczyna
hipnotyzować i działać na wyobraźnię.
Lepiej zostawić na noc włączoną lampkę,
tak na wszelki wypadek.
59
SOROR DOLOROSA „Blind Scenes”
Beneath Grey Skies
5/6
Mariusz Łuniewski
Francja wydaje się być obecnie jedną
z najprężniejszych i najbardziej kreatywnych
scen goth i deathrock na świecie. Regularnie
pojawiają się tam wartościowe projekty i do
takich z pewnością możemy zaliczyć Soror
Dolorosa. Zespół istnieje od 2001 roku,
a początki jego działalności upłynęły pod
znakiem wyraźnych inspiracji klasykami gatunku, tj. The Sisters Of Mercy, Bauhaus czy
Christian Death. Swoisty przełom nastąpił
około 2007 roku, który oprócz zawirowań
personalnych przyniósł zmiany w muzyce.
Zespół zwrócił się w stronę delikatniejszych,
cold wave’owych brzmień, co stanowiło przełom w poszukiwaniu własnej tożsamości.
Efekty tej metamorfozy możemy usłyszeć
na debiutanckim albumie „Blind Scenes”
wydanym nakładem nowo powstałej niemieckiej wytwórni. Płytę nagrano na w pełni
analogowym sprzęcie, a sound uzyskany
w Drudenhaus Studio sprawia, że obcowanie
z nią to czysta przyjemność. Album wypełnia
zgrabna mikstura nostalgicznego goth
rocka, z dużą dawką chwytliwych melodii.
W przestrzennych kompozycjach dominują
akustyczne i lekko przesterowane gitary,
wyraźnie zaznaczona linia gitary basowej
oraz rozsądnie dawkowane syntezatory,
pojawiające się tylko w tych momentach,
w których jest to niezbędne do budowania
atmosfery. Nad całością dostojnie unosi
się sensualny głos wokalisty. Andy Julia, bo
o nim mowa, obdarzony jest talentem do
układania sugestywnych i emocjonalnych
partii wokalnych, które potrafi serwować
w przekonujący sposób. I choć w barwie
jego głosu można odnaleźć echa inspiracji
chociażby Peterem Murphym czy Bretem
Andersonem, to jednak zarówno na płaszczyźnie wokalnej jak i muzycznej udaje się
zespołowi uniknąć bezpośrednich cytatów.
Moim zdaniem, w tak regresywnej materii,
jaką jest rock gotycki, wydaje się to być dużym osiągnięciem. Przysłowiową wisienką na
torcie jest oprawa graficzna intrygująca dekadencko-klimtowskim klimatem i zarazem
świetnie korespondująca z zawartością płyty.
Szczerze polecam „Blind Scenes” wszystkim
spragnionym zimnych gotyckich dźwięków,
jak również tym, którzy lubią odpłynąć
chociażby przy płytach Katatonii.
SUNDAY STRAIN „Destiny.Done”
Wrotycz
4.5/6
Łukasz Miernik
szansę. Jeśli nadal nie wiesz, czy powinieneś
kupić tę płytę, spójrz na słodkiego króliczka
na okładce. Któż by nie chciał go przygarnąć?
THE JOY OF NATURE „The empty circle part
III – Anitya”
Rage in Eden
5/6
Katarzyna Leśniewska
Pierwsze skojarzenie z Portugalią: Mourinho, pierwsze skojarzenie muzyczne:
fado i Moonspell, pierwsze skojarzenie
z archipelagiem Azorów… w ostateczności
promocja w biurze podróży. Zapomniane bądź niedoceniane przez większość
słuchaczy miejsca mają jednak to do siebie,
że najczęściej skrywają na swoich terenach
dźwięki rzadkiej urody, czego dowodem
The Joy of Nature właśnie. „Anitya” to
ostatnia część trylogii poświęconej głównym
fazom procesów alchemicznych – brzmi to
może ciut egzaltowanie, dlatego znawcom
pozostawiam zgłębianie inspiracji Luisa
Couto, a mniej wybitnym skupienie się na
muzyce, która broni się i bez tej mistycznej
otoczki. Twórczość The Joy of Nature nie
daje się zamknąć w stereotypowym neofolku
czy militariach: bo nawet jeśli pojawia się
gitara akustyczna, to za chwilę zastępują ją
mroczne ambientowe motywy, jeśli słyszymy
fanfary lub wyraziste bębny, to zostają one
przełamane brzmieniem harfy czy sitaru. Ta
mnogość pomysłów daleka jest jednak od
chaotycznego zgiełku, wszystko znajduje się
na właściwym miejscu, proporcje, niczym
(niech im będzie) w alchemicznej recepturze,
są idealnie wyważone. Czasem pojawiają
się echa poprzedniej płyty, utrzymanej
w stylistyce muzyki średniowiecznej, ale są
to raczej luźne nawiązania niż dominujące
elementy. Trudno wyróżnić jakikolwiek
utwór. „Anitya” to przemyślany koncept, całość, a nie składanka ambientowo-folkowych
hitów. Można skupić się np. na „This Floating
Word”, gdzie pojawia się wyrazisty, marszowy rytm, wzmocniony jeszcze trąbami, które
płynnie przechodzą w śpiew ptaków – chwila
pozornego wyciszenia – i następuje powrót
do początkowego motywu. „Impermanence”
to z kolei oniryczny klimat, delikatność podkreślona brzmieniem skrzypiec i wiolonczeli
(plus miauknięcie kota na początku, +7 do
oceny całości). Ale urok tego albumu tkwi
właśnie w płynności, łatwości przenikania
się poszczególnych nastrojów, niż w kilku
konkretnych elementach. „Anitya” to najbardziej dopracowana, przemyślana część tej
alchemicznej opowieści. The Joy of Nature
udała się rzadka sztuka: uniknęli zbędnego
patosu, tak częstego w podobnej stylistyce
nawiedzonych babskich wyjców, oraz przytłoczenia muzyki przez wydumaną ideologię.
Zamiast tego stworzyli zróżnicowaną,
ale jednocześnie spójną i oryginalną, nie
tylko jak na neofolkowy światek, płytę. Nie
pozostaje nic innego niż czekać na kolejną
opowieść Luisa Couto.
THE TWILIGHT SINGERS „Dynamite Steps”
Sub Pop Records
6/6
Katarzyna Leśniewska
Przyznam szczerze, że Wrotycz zawsze
kojarzył mi się ze zbyt spokojnymi neofolkami i nudnawymi dark ambientami spod
znaku CMI. Jakież było moje zdziwienie,
kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki nowego
wydawnictwa, jakim jest poboczny projekt
twórcy Llovespell. Z jednej strony kojarzy
się ze wszystkim, z drugiej nie mogę podać
ani jednej konkretnej nazwy i przybliżyć jej
charakteru. Bo co mam napisać? Senny triphop z synthowo-chilloutowym brzmieniem,
zahaczający o dubowe pogłosy i klubowe
drum’n’bassowe rytmy? Że słychać delikatne
echa dźwięków The Knife, dreampopowy
nastrój Oh Land i smutny głęboki wokal
w stylu Zola Jesus? Bez względu na to, czy te
opisy mają sens, jeśli lubisz spokojną elektronikę, mroczną czy relaksacyjną, warto dać im
60
Są tacy artyści, którzy niezależnie od ilości
wypitego alkoholu i posiadanych kochanek
od kilkunastu lat pozostają w niezmiennie
wysokiej formie. Są wokaliści obdarzeni
głosem, który sprawia, że nawet odśpiewanie
treści paragonu brzmi jak rozdzierająco
smutna piosenka o bezsensie istnienia.
Jeśli dodać do tego sporą ilość charyzmy, to
zmaterializuje się przed nami Greg Dulli,
wokalista i lider The Twilight Singers, młodszego brata The Afghan Whigs.
Już „Saturnalia”, wydane kilka lat temu w ramach projektu z Markiem Laneganem, były
zapowiedzią, czego możemy się spodziewać
na nowym albumie The Twilight Singers. Porzucenia resztek elektroniki na rzecz gitarowych brzmień, powrotu do dusznej, mrocznej
atmosfery, znanej chociażby z najlepszych
momentów „Blackberry Belle”. I oto, po 5
latach milczenia, otrzymaliśmy płytę doskonałą. Gorzko–słodką, zanurzoną w oparach
whisky, muzykę wielkiego miasta. Czasami
spokojniejszą, delikatniejszą, jak np. „Be Invited” z gościnnym udziałem Lanegana, innym razem jazgotliwą, szaleńczo pędzącą do
przodu, jak w „Waves”, gdzie Dulli z trudem
przebija się przez gitarowy zgiełk. Dołująco–
nihilistyczny klimat kompozycji The Twilight
Singers nigdy nie odbierał ich utworom
lekkości i melodyjności, tych kawałków po
prostu świetnie się słucha. Chociażby singlowy „On The Corner”, z leniwym, powoli
rozwijającym się początkiem, skłaniającym
do klaskania niczym na koncercie Depeche
Mode, przechodzący w energetyczną petardę,
gdzie nawet zawodzone w tle „uuuu” brzmi
jak najbardziej na miejscu. Dulli nigdy nie
mógł pochwalić się wybitnymi warunkami
wokalnymi, co z łatwością daje się zauważyć
na „Dynamite Steps”, tutaj lekki fałsz, tam jakaś chrypka niepozwalająca na wyciągnięcie
odpowiednio wysokich dźwięków. Jednak
ten ciepły, zmysłowy głos jest pełen takiej
ekspresji, że wspomniane niedostatki dodają
mu tylko niepodważalnego uroku. Każde
słowo zaśpiewane jest z taką pasją, jakby
miało być ostatnim, jakie Dulliemu udało
się nagrać. Piękny jest ten album. Piękny
jest duet z Anni di Franco w „Blackbird And
The Fox, piękne jest „Never Seen No Devil”
z brzmieniem skrzypiec i rozpaczliwym
śpiewem Grega. Może nieco mniej urody
przypadło w udziale tytułowemu nagraniu
kończącemu płytę, które na tle pozostałych
utworów wypada ciut bezpłciowo, ale nie
wpływa to na wrażenie całości.
„Dynamite Steps” to obowiązkowa pozycja
dla każdego, kto choć raz stwierdził, że
ten świat to jakieś nieporozumienie. Z The
Twilight Singers jest trochę łatwiej.
THIS MORN’ OMINA „L’Unification Des Forces
Opposantes”
Ant-Zen
4/6
Łukasz Miernik
„This is nyan III” to słowa, na które fani
tribalowej elektroniki czekali pięć lat. Pięć
lat od ostatniej pełnej płyty. To najdłuższa
przerwa w historii projektu, prowadząca
do zakończenie cyklu drugiej trylogii, więc
musiało szykować się coś specjalnego.
Tymczasem Mika rozmieniał się na drobne,
nagrywając z kolegami z Pow[d]er Pussy
i Nebula-H, tworząc ambientowe eksperymenty i wydając pod swoim nazwiskiem
„odpady z sesji, które tak naprawdę nie są
odpadami, bo zostały przerobione na nowo”.
Niezłe to wszystko było, bo talent chłopak
ma, ale pachniało niezłą ściemą. Dopiero
świetna, transowa i z przytupem EPka „Momentum Of Singular Clarity” dała nadzieję
na konkretny materiał jak za starych czasów.
I nad czym tak pracował? Chyba przyjął
metodę Liama Howletta i płytę nagrał w rok,
a pozostałe cztery grał w golfa. Brak przede
wszystkim przebojów, parkietowych hitów
i porywających melodii. Płyta jest bardziej
wyciszona, jakby wracająca do rytualnego,
hipnotycznego klimatu „Hegiry”. Problem
tylko w tym, że nadal używa plastikowych,
sztucznych brzmień z ostatnich lat, które
do ambitnego techno nadają się doskonale,
ale do budowania nastroju niekoniecznie.
A ten niedorobiony nastrój dominuje, bo tak
naprawdę do tańca wyciągają jedynie „(The)
Rűach (Of God)” i „Nigunnum”. Reszta to
chyba jakieś pozostałości po sesjach do „Les
Passages Jumeaux” i „Momentum...”. Męczę
i męczę tę płytę i nie mogę się przekonać.
Całość nie jest zła, słucha się jej bardzo
przyjemnie, ale nie tego oczekiwałem po
takiej przerwie. O ile w przypadku debiutów
można dodać pół oceny na zachętę, tu
odejmuję za karę.
TIDES FROM NEBULA „Earthshine”
Mystic Production
5/6
Bartosz Hervy
Po bardzo dobrze przyjętym w Polsce i poza
granicami kraju debiucie „Aura” czas na
„Earthshine”, drugie „dziecko” warszawskiego instrumentalnego zespołu. W kooperacji
z producentem Zbigniewem Preisnerem
powstało dzieło pełne, dobrze brzmiące i na
pierwszy rzut ucha łagodniejsze. No właśnie,
silne fale narastających gitar, doskonale
brzmiącej perkusji, pulsującego basu
wymieniają się co jakiś czas z ambientowymi
pejzażami i klawiszowymi brzmieniami. Od
początku płyty, po pierwszych fortepianowych dźwiękach słychać, że będziemy mieli
możliwość obcowania, z czymś pięknym,
choć nie do końca wesołym. Płyta wydaje się
być jeszcze bardziej ilustracyjna od debiutu.
Obrazy same przesuwają się przed oczami,
a w tym wypadku jest to bardzo potrzebne,
bo album instrumentalny musi się bronić
opowieściami zagranymi przez instrumenty.
Po paru przesłuchaniach czuje się ciężar
gatunkowy i znikają wrażenia, jakoby dwójka
była lżejsza od debiutu. Z każdym włączeniem płyty czuje się ten uczuciowy ciężar,
smutek i tragedię wypływającą z dźwięków.
Tego albumu najlepiej słuchać w całości,
wejść w niego, poczuć go całym ciałem. Jeżeli
do tego zewnętrzna aura generuje ciekawe
obrazy albo sami bez pomocy umiecie takie
wygenerować, to jesteście kupieni przez
niesamowity klimat Tides From Nebula.
ULVER „Wars Of The Roses”
Kscope
6/6
Katarzyna Leśniewska
Najpierw był strach, czy Ulver po raz kolejny
uda się nagrać płytę inną od dotychczasowych, a jednocześnie dla nich charakterystyczną. Potem euforia w momencie pierwszego odsłuchu, spowodowana 4-letnim
oczekiwaniem na jakiekolwiek wydawnictwo
(żadnych EPek w tym czasie, absolutnie
nic!). Później zaczęły się narzekania: że za
mało skandynawskiego chłodu, jakieś to
takie bardziej piosenkowe, przystępne, miłe
dla ucha. Aż w końcu wszystkie pozornie
niepasujące do siebie elementy ułożyły się
w dopracowaną, wielowarstwową i najbardziej psychodeliczną płytę w karierze Ulver.
Od pierwszych sekund singlowego „February
MMX” zaskakuje śpiew Garma – śpiew, a nie
melodeklamacje czy pomrukiwanie pod
nosem. Mocny, melodyjny, zróżnicowany wokal, który raz na zawsze powinien zamknąć
usta niedosłyszącym malkontentom. Taka
tendencja utrzymuje się zresztą przez cały
album, jedynie w „Stone Angels” nie słychać
głosu Kristoffera, z kolei w „Providence”
mamy duet z Siri Strange. Oszałamia także
bogactwo utworów – o ile „Shadows Of The
Sun” było płytą dość ascetyczną, „Wars Of
The Roses” urzeka swoją wielowarstwowością, smaczkami odkrywanymi przy każdym
kolejnym przesłuchaniu. Ot, „September”
– spokojny fortepianowy motyw, do tego
głęboki głos Garma - taka pozorna sielanka,
która za sprawą szalonej gitarowej solówki
i kosmicznej partii klawiszy zmienia się
w zaginione nagranie Arcturusa. Cudo,
jedno z siedmiu zawartych na tym albumie.
Fascynująca jest łatwość, z jaką Ulver
potrafią łączyć pozornie przeciwstawne
nastroje. Z jednej strony piosenkowy „February MMX”, z drugiej znane już z koncertów
mroczne „England” (ten GŁOS!), a zaraz
potem delikatne, subtelne „Island”. Tak
kruche, rozmarzone a przy tym nieskończe-
nie smutne, że spokojnie można je ustawić
obok „Like Music”. Obok kilku innych gości
na „Wars Of The Roses” pojawił się także
Stephen Thrower, znany chociażby z Coil
czy Cyclobe. Udziela się w kończącym album
„Stone angels”, gdzie Daniel O’Sullivan
deklamuje tekst Keitha Waldropa. Udziela
się na tyle znacząco, że trudno nie uniknąć
skojarzeń z Coilowym „The Sea Priestess”.
Oba utwory trwają blisko 15 minut, w jednym
i drugim pojawia się recytacja zamiast
śpiewu, w obu dominuje psychodeliczno–
oniryczny nastrój. I chociaż inspiracje są
ciut zbyt wyraźne, a i do pierwowzoru trochę
brakuje, to w niczym nie ujmuje to piękna
temu nagraniu. Możliwe, że regularne trasy
koncertowe, większy i bardziej widoczny
udział Daniela O’Sullivana w nagraniach czy
nawet wydanie albumu pod szyldem Kscope
wpłynęło na przystępniejsze i bardziej ułożone brzmienie Ulver. Na „Wars Of The Roses”
nie ma elektronicznych eksperymentów ani
prostych prawie-akustycznych utworów. Jest
za to różnorodność nastrojów, bogactwo
często niedostrzegalnych przy pierwszym
przesłuchaniu dźwięków. Perfekcyjnie
kontrolowany, logiczny chaos. Geniusz Ulver
w kolejnej odsłonie.
VA - „Pagan Songs & Apocalyptic Psychedelia
III”
Steinklang
3.5/6
Łukasz Miernik
Top 5
JAN ROGER PETTERSEN
Svartsinn
Norwegia
Blood Box – Funeral in an Empty Room
Bad Sector – Chronoland
Psychomanteum – Oneironaut
Fjernlys – Beyond the Undulant Quiescence
Nautich Depths – North Passage
DJ DE’ATH
Black Veil/Darklands
Wielka Brytania
The House Of Usher – Pandoras Box
Hekate – Die Welt Der Dunklen Garten
L’effet C’est Moi – Genius Loci
Plastic Noir – Affects
Ladytron – Best Of 00-10
TOMEK KACZKOWSKI
Wieże Fabryk
Polska
The Eighties Matchbox B-Line Disaster –
Blood and Fire
Xiu Xiu – Dear God, I Hate Myself
Ajattara – Murhat
Solefald – Norrøn Livskunst
Atheist – Jupiter
DJ HYPERKINETIC
Hellfire
Norwegia
Fractured – Beneath The Ashes
Chainreactor – Insomniac
Alter Der Ruine – There’s Always One More
Son of a Bitch
Alice In Videoland – A Million Thoughts and
They’re All About You
Caustic – The Golden Vagina of Fame and
Profit
ANDERS MELTS
Forgotten Sunrise
Estonia
Amon Tobin – ISAM
Brendan Perry – Ark
Autopsy – Macabre Eternal
Millimetric – Reconfiguration
Morbid Angel – Illud Divinum Insanus
Już po raz trzeci z okazji WGT wychodzi
nowe oblicze promocyjnej składanki jednego
z bardziej znanych wytwórni i jej podopiecznych. Ciężko opisać takie wydawnictwo,
bo jak tu rozpatrzyć składankę jako spójną
płytę? Są tu zarówno świetne kawałki dobrze
znanych Seelenthron i Stormfagel, podniosłe militarne Atomtrakt i Cafde l’Enfer,
mroczne dokonania Vinterriket i „naszego”
Horologium, a nawet tawerniane przyśpiewki
i cięższe metalowe granie. Jednym słowem,
przekrojowy zbiór wszelkich odmian neofolkowych klimatów. Warto wspomnieć, że tym
razem Steinklang pokusił się o zwiększenie
ekskluzywności składanki, umieszczając niepublikowane wcześniej nagranie Allerseelen.
Przy cenie zaledwie czterech euro stanowi
to świetną zachętę dla pragnących dopiero
zapoznać się z projektami labelu, jak i rarytas
dla już obeznanych kolekcjonerów.
WEIGHT AND TREBLE „Planets In Heaven”
Cold Tear Records
5/6
Jakub Skowroński
WOJCIECH KRÓL
Controlled Collapse
Polska
Kmfdm – Wtf?!
Daft Punk – Tron: Legacy Ost
IAMX – Volatile Times
[Cell 7] – Re:cognition
Combichrist – Making Monsters
KATARZYNA LEŚNIEWSKA
Ulver – Wars of the Roses
Twilight Singers – Dynamite Steps
The Raveonettes – Raven in the Grave
This Morn’ Omina – L’unification Des Forces
Opposantes
Austra – Feel It Break
MARIUSZ ŁUNIEWSKI
Killing Joke – Absolute Dissent
Soror Dolorosa – Blind Scenes
Ulver – Wars of the Roses
Blindead – Affliction XXIX II MXMVI
IAMX – Volatile Times
Czy ta recenzja powinna pojawić się w tym
magazynie? Myślę że tak, jeśli dzięki niej
choć jedna osoba sięgnie po muzykę z tych
płyt. Subtelne zdubowane techno, generowane przez analogowe syntezatory, loopy,
ciepłe wokalizy Susanny La Polla, niekonwencjonalne faktury dźwiękowe, całość do
kanapowego słuchania w domowym zaciszu.
Nowoczesność wymieszana ze starą szkołą
brzmień tworzy transowy materiał. Dwa
utwory w oryginalnych edycjach oraz dwie
wersje zmiksowane przez Hieronymus oraz
Giriu Dvasios. Finalnie mamy do czynienia
z berlińskim dub techno wysokich lotów,
dokonanym przez Włochów, a wydanym
w litewskim labelu. Uwolniona energia wraca
ze zdwojoną siłą, otulając słuchacza niewidzialną siecią .Rzecz dla fanów dźwięków
z Burial Mix i Basic Channel.
BARTOSZ HERVY
IAMX – Volatile Times
Pain Of Salvation – Road Salt One
Blackfield – Welcome To My Dna
Austra – Feel It Break
Obscure Sphinx – Anaesthetic Inhalation
Ritual
WOJCIECH SAJKOWSKI
Cold In May – Gone Away With Memories
H.Exe – Killing Monsters
Siva Six – The Twin Moons
Plastique Noir – Affects
Komety – Luminal
DJ LED MANVILLE
Hiszpania
Syncrotek – Subwoofer
Stahlnebel And Black Selket – Blood and
Passion
Patenbrigade: Wolff – Der
Schallplattenunterhalter
Culture Kultür – Spirit
Aadf – Process
DJ PHANTOM
Industria Ex Machina, Polska
Suicide Commando – Implements of Hell
Hocico – Tiempos De Furia
Astral Projection – Amen
Va – Halotan Sounds 1.0
Organic Cage – Malpractice Machine
SELENA POKITKO
Haujobb – Dead Market Ep
Ouroboros – Opus Tartari
Pas/Hati – Phasti
John Lord Fonda – Supersonique
Coil – The Ape of Naples
JAKUB SKOWROŃSKI
Shackleton – Deadman
Orient Potockiego Project – Dźwiękopis
Wieloryb – Empty
Troum/Nadja – Dominium Visurgis
The Blood Of Heroes – Remain
ŁUKASZ MIERNIK
Fractured – Beneath the Ashes
Ulver – Wars of the Roses
13th Monkey – Return of the Monkey
Der Blutharsch – ATICOTLH led manville AADF
Pati Yang – Wires and Sparks
ROBERT MARCINIAK
Robin Guthrie - Emeralds
Duran Duran - All You Need Is Now
The Human League - Credo
Mirrors - Lights And Offerings
Ulver - Wars Of The Roses
61
Fot. archiwum zespołu
Fot. archiwum zespołu
Electro czy gothic
62
H.EXE
HYOSCYAMUS NIGER
Skład
Odo – wokal i teksty, Rex Rotten – muzyka i produkcja
Skład
Tomasz Sokołowski – wokal/programowanie, Bartosz Koprowski – bas, Marta
Zapłotna – klawisze, Krzysztof Drozd – gitara
Gatunek
harsh electro
Gatunek
cold wave / dark wave
Strona
http://www.facebook.com/HEXEpl
Strona
http://www.hniger.info
Historia
RR: Zaczęło się od maila i kilku piw. A potem już poszło ;)
O: Szybko złapaliśmy kontakt z Halotan Records i jak dotąd wydali nam trzy płyty.
Cały 2011 rok będziemy wypruwać z siebie flaki na koncertach.
Historia
TS: Ciężko w skrócie opisać ponad dziewięć lat działalności. Wydarzyło się mnóstwo
dobrych i złych rzeczy. Za ich przyczyną dziś jesteśmy w tym miejscu.
Grana muzyka
O: Ktoś nam kiedyś napisał komentarz „It’s fuckin’ furious, man!”. Strzał w 10–tkę,
takie właśnie mamy założenie. Myślę, że nie trzeba nic więcej dodawać.
Grana muzyka
TS: Wino ze szczepów Shiraz i Malbec połączone z kiepami.
Elektro czy gotyk?
RR: Dla mnie był to naturalny wybór. Produkcją muzyki elektronicznej zajmowałem
się jeszcze zanim poznałem te gatunki.
O: Moglibyśmy równie dobrze tworzyć black metal, trip-hop albo power noise, ale
z założenia H.EXE to miały być okolice dark/harsh electro.
Elektro czy gotyk?
TS: W zasadzie to gramy taki electro-gotyk. Poza tym z gotyku bliżej nam do stylistyki Justina Biebera, gdybyśmy grali ostre electro, to wtedy zostałyby już tylko
George Michael...
Jak jest z polską sceną?
O: Spotykamy się z życzliwym przyjęciem i także staramy się wprowadzać atmosferę
współpracy, a nie rywalizacji. Bywają niestety i negatywne sytuacje – o tym jest
nasz numer „We Invented Farsh Electro”.
Jak jest z polską sceną?
MZ: Zwykle jest ciasno i gorąco od świateł.
TS: Faktycznie, reflektory mają pierdolnięcie. (śmiech)
Inspiracje pozamuzyczne
O: To co się dzieje wokół mnie. Uważnie obserwuję ludzi, codziennie idąc pracy, czy
rozmawiając z nimi. Nie zawsze podoba mi się, to co widzę.
RR: Filmy o zombie, H.R. Giger, Zdzisław Beksiński, seria gier „Fallout”, opuszczone
fabryki, muzyka miasta – wszelkie niedostrzegalne codzienne dźwięki.
Inspiracje pozamuzyczne
TS: Życie – jak u Ryśka Rynkowskiego.
KD: Książki (Nietzsche, Vonnegut, Lovecraft), horrory klasy B.
MZ: Nożyczki, sierść i czarne ogony.
Komputery czy sprzęt?
O: Cytując z pamięci Watersa z Pink Floyd: „Możesz mieć całe szafy sprzętu, ale
jeśli nie będziesz umiał tego umiejętnie obsłużyć, to będzie zwykły złom”. Niestety,
nadal panuje krzywdzący pogląd, że jak ktoś wyskakuje tylko z lapkiem, to oszukuje.
RR: Sporo ludzi musi dojrzeć do zrozumienia, że właśnie tak tę muzykę się bardzo
często gra. Tony sprzętu chciałbym mieć… w domu. Na koncertach – laptop, głównie
soft i sample.
Komputery czy sprzęt?
TS: Proces tworzenia muzyki zaczyna się na komputerze, a kończy z ludźmi potrafiącymi zagrać fajne rzeczy na instrumentach. Osobiście stawiam na soft i żelastwo,
za to Bartek uwielbia ogromny, ciężki sprzęt.
Mp3 czy płyty?
O: Mp3 są wygodne i elastyczne. Nie muszę już mieć całego regału kaset (blisko
1000 sztuk). Gorsza jakość dźwięku to niska cena w zamian za szereg udogodnień.
Przegrywane po kilka razy kasety brzmiały o wiele gorzej i jakoś ludzie nie płakali.
Nasza muzyka jest dostępna w mp3 i na płytach – co kto woli.
RR: Mp3 i bezstratny FLAC, płyty kupuję i konwertuję je do wygodniejszych plików.
Mp3 czy płyty?
KD: CD do kolekcji, mp3 do słuchania.
TS: Trochę nie rozumiem tej historii z mp3, bo co to za muzyka, której nie można
pomacać?!
MZ: Kasety magnetofonowe i winyle, zdecydowanie Jednak z bardzo prozaicznych
przyczyn najczęściej sięgam po CD.
Ulubiony drink
O: Nie przepadam za alkoholem, raczej jestem uzależniony od kofeiny i Pepsi.
Zawsze lubiłem tatankę (jabłecznik), ostatnio mojito i zwykłe wścieklaki.
RR: Kieliszek czystej popity kieliszkiem czystej. Wina bułgarskie, mołdawskie,
rumuńskie, węgierskie. Piwa. z małych polskich browarów, kompanijnych nie tykam.
Ulubiony drink
KD: Whisky Glenfiddich 18–sto letnia na lodzie (albo każda dobra szkocka)
TS: Czerwone wytrawne z kiepem na powierzchni. Przygotowuje się w słoiku po
ogórkach.
Ostatnie słowo
O: Ludzie, pierdolcie te nasze polskie zakompleksione klimaty. Chodźcie na imprezy
DI i po prostu dobrze się bawcie. Nie dajcie się wciągać w żadnego rodzaju wojny.
Nie ważne jaki gatunek lubisz, jest nas i tak zbyt mało, żeby się jeszcze dzielić.
Ostatnie słowo
Pozdrawiamy Orsona!
Najnowsze wydawnictwo
Killing Monsters (6/6), (Halotan Records 2011)
Nowa płyta H.EXE towarzyszy mi od maja i po dwóch miesiącach osłuchania z materiałem powinno się już nabrać do niego lekkiego dystansu. Te kompozycje jednak
nadal przebijają polotem i przebojowością ostatnie światowe produkcje tej sceny.
„Dreadful Visions” ma więcej jadu niż całe Alien Vampires razem wzięte. „Hollow”
i „Mask Of The Slave” porażają ciężarem i upiornym klimatem, tak bliskim wszystkim miłośnikom Suicide Commando. „Crown Thy Opressor” i „Venom” to z kolei
szybkie petardy, które przypadną do gustu fanom Hocico. Te luźne porównania
do wielkich nazw mają jedynie pomóc zrozumieć fenomen H.EXE. W skostniałym
gatunku dark electro wrocławski projekt potrafi bowiem zaproponować dosyć
niebanalne rozwiązania – choćby tribalowe motywy w utworze tytułowym. Płytę
urozmaica również udział gości. Steffan (Digital Angel) nadaje lekko futurepopowego posmaku, a Sychy (RSM) wprowadza polskie teksty i po raz kolejny krytykuje
sytuację panującą na naszej scenie dark independent.
Niby znamy już te wszystkie diaboliczne melodie i wbijające w ziemię beaty, ale są
zmieszane w bardzo specyficznym stylu, rozpoznawalnym już po paru przesłuchaniach. Wokale znacznie odbiegają od przesterowanych niemieckich standardów,
a teksty nie są jedynie ozdobnikiem, ale integralnym elementem klimatu i autentycznym przekazem.
Warto dać chłopakom szansę, starając się przy tym zapomnieć o ich pochodzeniu.
Te kawałki należy bowiem oceniać miarą międzynarodową, a nie protekcjonalnym
stwierdzeniem „dobre, bo polskie”.
Wojciech Sajkowski
Najnowsze wydawnictwo
Dwie gwiazdki śniegu (5/6), (wydanie własne, 2011)
Jeśli ktoś nie zna jeszcze Hyoscyamus Niger, niech lepiej zacznie od przesłuchania
„Czasu”. Ci którzy polubili ten album na pewno znajdą w „Dwóch gwiazdkach
śniegu” dobre jego uzupełnienie.
Albumową wersję tytułowego kawałka otwierała dynamiczna, pulsująca linia
syntezatora. Na epce natrafiamy natomiast na dostojne intro, nadające nieznanego
wcześniej kolorytu. Remiks brzmi równie doskonale co oryginał i zachowuje ten
dziwny, niesamowity i mroczny klimat. W kolejnej „pociętej” i chyba najzimniejszej
odsłonie „gwiazdek”, partie klawiszy zostały ograniczone kosztem wyeksponowania
hipnotycznego rytmu i linii basu. „Dwie gwiazdki śniegu (poszarpany mix)” z kolei
niszczy oryginalną strukturę utworu. Ta minimalistyczna, choć ciut przydługa
wariacja, jest świetnym epilogiem do poprzedzającego kawałka. „Czas (spaliny)”
to niepokojąca i hipnotyczna przeróbka, intrygująca odgłosami przejeżdżających samochodów oraz poprzestawianymi wokalami, tworzącymi na nowo warstwę liryczną. Kolejny remiks rozbiera „Czas” na części pierwsze i składa na nowo, a statyczne
plamy klawiszy sprawiają wrażenie dryfowania po bezkresie jakiegoś oceanu. Epkę
kończy wersja live „gwiazdek”, która jest dobrym wykonaniem, ale jednak nie oddaje
tego, co dzieje się podczas występów zespołu (a dzieje się sporo).
Oławska grupa potwierdziła tym krótkim wydawnictwem, że nie ma nic wspólnego
z zimnofalowym epigoństwem, tylko maluje dźwiękami swoje indywidualne
krajobrazy. To muzyka dla ludzi z wyobraźnią, którzy mają ochotę zanurzyć się
w tajemniczy „świat pana Heina”.
Wojciech Sajkowski
KONKURS Szybki bit czy rzężenie gitar? Fluorescencyjne dreadlocki czy czarne koronki? Electro czy gotyk?
Napisz w 3 zdaniach, który z tych gatunków jest bliższy
Twemu sercu i co Cię do niego przekonało. Odpowiedź
wyślij na adres [email protected] z tematem
„ELECTRO CZY GOTYK”. Najciekawsze wypowiedzi opublikujemy w przyszłym numerze, a autorzy otrzymają
płytę H.EXE lub Hyoscyamus Niger.

Podobne dokumenty