Prof. Ewa Łętowska o reprywatyzacji

Komentarze

Transkrypt

Prof. Ewa Łętowska o reprywatyzacji
Prof. Ewa Łętowska o reprywatyzacji: Czytać trzeba ze zrozumieniem, a postulować z
umiarem
Prof. Ewa Łętowska 2015-04-18
•
Prof. Ewa Łętowska Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Ani reforma rolna, ani nawet dekret Bieruta nie były działaniami złodzieja. Były
aktami transformacji ustrojowej. Może nietrafnej, ale zdarzyła się ona w naszej
historii - Polskiemu Towarzystwu Ziemiańskiemu odpowiada prof. Ewa
Łętowska*
Odpowiedź na list otwarty
Wielokrotnie w "Wyborczej" pisaliśmy o patologiach reprywatyzacji, np. o tym, że sądy
lekką ręką oddają szkoły, przedszkola, parki, uczelnie wyższe czy szpitale. W lutym tego
roku zamieściliśmy o tym cykl tekstów "Reprywatyzacja. Kto korzysta, kto traci". Prof. Ewa
Łętowska udzieliła nam wywiadu, w którym skrytykowała sposób naprawy historycznych
krzywd.
Zareagowało Polskie Towarzystwo Ziemiańskie, wykupując w stołecznym wydaniu "Gazety
Wyborczej" z 7 kwietnia całostronicowe ogłoszenie. Zamieściło w nim list otwarty do prof.
Ewy Łętowskiej, polemizując z poglądami, które wyraziła w wywiadzie.
Prof. Ewa Łętowska zgodziła się odpowiedzieć na list PTZ:
1. Polskie Towarzystwo Ziemiańskie uczyniło mnie adresatem swojego listu otwartego.
Nader obszernie sformułowało pretensje pod adresem istniejącego stanu prawnego - jako
nieczyniącego zadość postulatom, życzeniom i oczekiwaniom tej grupy interesów.
Jednocześnie wyraziło rozczarowanie niekorzystnymi wynikami różnych - dość
przypadkowo zresztą wybranych - sporów sądowych dawnych ziemian.
Natomiast ja nigdy - także w wywiadzie dla "Wyborczej", kiedy mówiłam o relatywności
prawnej ochrony własności, wątpiąc w uniwersalność tezy o jej sakralizacji - nie
zajmowałam się lobbowaniem o zmianę prawa na rzecz jakiejś grupy interesów lub (jak
zdają się mniemać autorzy listu) przeciwko nim.
Jako prawoznawca zajmuję się dysfunkcjami prawa, czyli niespójnościami systemu
(chodzi o niezgodności w hierarchii źródeł prawa; dysfunkcje mechanizmów
wykreowanych przez ustawodawcę i przyczyny tych dysfunkcjonalności, "dlaczego prawo
nie działa" albo "dlaczego nie zadziałało") oraz błędami warsztatu interpretatora (błędy
rozumowań i wykładni).
2. Jako Rzecznik Praw Obywatelskich zajmowałam się np. wynaturzeniami (ale nie
zasadą!) reformy rolnej, np. tym, że objęła ona grunty niepodlegające jej stosowaniu;
zabieraniem "przy okazji" reformy innych dóbr, komunalizacją gruntów (tzw. dekret Bieruta
- chodzi o niedotrzymane obietnice rekompensacyjne, ale tylko z uwagi na ich
niedotrzymanie). To samo dotyczy mienia zabużańskiego, mienia zabranego Kościołom,
poniemieckiego, pożydowskiego, a także mnóstwa szczegółowych sytuacji związanych z
wojną i zmianą ustroju gospodarczego. O szczegółach można poczytać w sprawozdaniach
Rzecznika z lat 1988-1991.
Były trzy zasady: rzecznik nie jest od proponowania zmian w prawie zgodnych z
interesami czy aspiracjami jakichś grup społecznych (to programy polityczne); jeśli władza
zobowiązała do czegoś się w prawie, to ma tego dotrzymać; muszą być naprawiane
wynaturzenia prawa związane z jego wykonywaniem w opaczny czy uproszczony sposób.
Rzecznik inicjował naprawę sytuacji, używając dostępnych środków prawnych i procedur,
a także proponując interpretacje umożliwiające realizację tak rozumianej misji RPO.
W NSA, i potem w Trybunale Konstytucyjnym, gdzie przyszło mi parać się oceną
zgodności z prawem decyzji administracyjnych (NSA) czy ustaw (TK), należało to czynić z
punktu widzenia spójności hierarchicznej i aksjologicznej systemu prawa. Tu zdarzały się
sprawy dotyczące sprawiedliwości historycznej, rewindykacji czy skutków przemian
społecznych.
Sądy prawa nie tworzą, interpretują je, czasem mając całkiem spory margines swobody na
tę interpretację. Sądy nie mają inicjować zmian w prawie. Ale zmiany te mogą wynikać z
działania sądów bezpośrednio (TK) czy pośrednio.
Jestem więc kiepskim adresatem postulatów dla kogoś, kto chce zmian prawa albo
kształtowania jego interpretacji zgodnie z oczekiwaniami grupy interesów. Tu raczej
należałoby poszukać lobbysty.
Co do argumentacji typu "przecież Łętowska była w składzie" albo - horribile dictu "przewodniczącą składu, gdzie zapadł taki i taki wyrok" - oczywiście podpisany pod
wyrokiem sędzia zawsze bierze zań odpowiedzialność jako za rozstrzygnięcie możliwe dla
siebie do zaakceptowania. Ale nawet jeżeli nie pisze votum separatum , to może być i
przegłosowany, i nie zgadzać się z kierunkiem uzasadnienia. Dlatego zawodne jest
wnioskowanie o personalnych poglądach sędziów na podstawie lektury uzasadnień sądu.
3. Polskie Towarzystwo Ziemiańskie zgłasza swe postulaty, operując metaforą złodzieja
kradnącego własność. Prawo rzeczywiście działa siłą - i tu istnieje podobieństwo. Ale ani
reforma rolna, ani nawet dekret Bieruta nie były działaniami złodzieja. Były aktami
transformacji ustrojowej. Może nietrafnej, ale zdarzyła się ona w naszej historii.
Jądro trafnej zasady pokryto grubą otoczką fatalnej, często hipokryzyjnej praktyki,
obiecującej jakieś papiery wartościowe czy rekompensaty. Obietnic tych, z kunktatorstwa i
nieudolności, nie dotrzymano. Jako rzecznik powtarzałam: najpierw zrobić bilanse. Kto, co,
komu obiecał. Nikt tego nie zrobił.
Tak jak w wywiadzie, tak i teraz powtarzam: za głupstwa królów płacą ich narody. Nigdy w
sprawach sprawiedliwości transformacyjnej, w rewindykacjach historycznych nie da się po
prostu "przywrócić" przeszłości. Nie da się, bez ryzyka wtórnego naruszenia własności
osób trzecich, które nabyły "swoje" prawo w dobrej wierze, zwrócić tego, co zabrało złe
albo choćby tylko źle wykonywane prawo.
Odszkodowania? To jest wyjście, ale znów: odszkodowanie oznacza przerzucenie ciężaru
szkody z majątku poszkodowanego na majątek publiczny. A jest tu wiele różnych sytuacji,
w garnku sprawiedliwości rewindykacyjnej, jak mówiłam w wywiadzie, pływa wiele
składników. Efektowne porównanie do nieodpowiedzialności złodzieja, jakim chcą mnie
zawstydzić ziemianie, nie przemawia do mnie.
Nawet w normalnych, nietransformacyjnych czasach posiadacz w złej wierze (złodziej!),
rozliczając się z windykującym właścicielem, nie odpowiada w sytuacji, w której rzecz
uległaby "pogorszeniu lub utracie także wtedy, gdyby znajdowała się w posiadaniu
uprawnionego". U nas rewindykujący uważają, że odszkodowanie ma rację bytu, gdy ich
sytuacja - niezależnie od rewolucyjnej ingerencji państwa we własność - jest
konsekwencją zniszczeń wojennych (więc i tak by ich mienie doznało uszczerbku bez
transformacji ustroju), gdzie czynnikiem szkodzącym było działanie władz okupacyjnych
lub / i zmiana granic (działanie obcych potencji), gdy sporny majątek był zadłużony do
granic wartości, gdy dowody tego, co zostawiono za granicami kraju, są wątpliwe, albo gdy
to, czego posesjonat jest pozbawiony, zabrało niepolskie państwo.
O tym mówiłam w wywiadzie, który dotyczył ogólnie rewindykacji historycznych, nie tylko
dekretu Bieruta, interesującego ziemian. Akurat tu dynamiczna zmiana praktyki sądowej
może być doskonałym przykładem tendencji nadmiernego wychylenia wahadła w drugą
stronę.
Szczególnie wątpliwe jest zglajchszaltowanie w rewindykacyjnym orzecznictwie różnic
między sytuacją nieruchomości zabudowanych i niezabudowanych, ewolucja pojęcia
nieodwracalnych skutków prawnych jako gwarancji zachowania proporcjonalności przy
kolizji interesów (gdy oba są chronione konstytucyjnie), erozja funkcji przeznaczenia
nieruchomości na cele publiczne z motywacją, że potencjalnie daną funkcję może
wykonywać właściciel prywatny, bez refleksji nad tym, czy wykonuje (będzie ją
wykonywać) także realnie.
Poważnym grzechem orzecznictwa jest porzucenie refleksji nad koniecznością
skrupulatnych rozliczeń roszczeń uzupełniających i nakładów na nieruchomość,
choćby na wzór relacji między nieposiadającym właścicielem i posiadaczem (art. 224226 k.c.).
O reformie rolnej w wywiadzie nie mówiłam. Zasadniczo nie uważam, że należy ją
odkręcać, poza naprawą skutków wynaturzeń przy realizacji jej i innych ustaw.
4. Kunktatorstwo, zwłoka, bezproduktywne mielenie oczywistych spraw zasługuje na
jak najsurowsze konsekwencje. Ale wokół spraw własnościowych, rewindykacyjnych
urósł cały biznes prawniczy i gospodarczy nie najlepszej sławy, za to dużej zręczności.
Administracja, czasem sądy nadmiernie tej zręczności ulegają, ze szkodą dla poziomu
orzekania i pewności ochrony prawnej najemców, dzierżawców, spółdzielców,
podmiotów publicznych. Roszczenie rewindykacyjne pozostaje w kolizji z ich
interesami. Przekonał się o tym Kościół katolicki, w związku ze sposobem
funkcjonowania komisji majątkowej. Sprawa zamknięta, ale niesmak trwa. Rozumiem,
że Towarzystwo Ziemian cwaniaków nie bierze w obronę. Ale i ja nie wylewam dziecka
z kąpielą.
W gruncie rzeczy ziemianie i ja jesteśmy (chyba?) sojusznikami, jeśli chodzi o ochronę
obrotu prawnego przed erozją powodowaną wykorzystaniem etykiety "świętości
ochrony własności" w interesie biznesu prawniczego i kapitału spekulacyjnego?
5. Reprywatyzację należało i należy przeprowadzić. Ale nie tak, jak to zrobiono.
Należy (o czym mówiłam): pogrupować kategorie oczekiwań i żądań. Zrobić bilans.
Trzymać się zasady proporcjonalności, ważąc kolidujące interesy, pamiętać, że
skutków wojny i historii nie da się umieścić w stratach tylko jednej grupy społecznej.
Naprawianie jednych krzywd nie może prowadzić do wtórnego zakłócania równowagi.
To miałam na myśli, mówiąc o modelu bezpodstawnego wzbogacenia. Jego
mechanizm dąży do równoważenia szalek na wadze, a nie przekładania wszystkich
odważników na jedną stronę. To mechanizm właściwy dla sprawiedliwości
rewindykacyjnej. Rozwiązanie, którego domagają się ziemianie, oznaczałoby
sprzeniewierzenie się proporcjonalności jako kluczowej zasadzie aksjologii
prawodawcy.
Nie tylko ja tak myślę. Oto fragment wypowiedzi prof. Małgorzaty Gersdorf,
Pierwszego Prezesa SN (8 kwietnia, Zgromadzenie Ogólne TK): " (...) w polskim
dyskursie publicznym dominuje tendencja do swoistego absolutyzowania publicznych
praw podmiotowych, a więc do przypisywania im niejako z założenia wyższej rangi niż
konkurującym interesom ogólnym. Szeroko rozumiana własność prywatna jest święta,
dobro publiczne - lekceważone. (....) Bardzo brakuje nam rozsądnego i wyważonego
podejścia do tego problemu, co zresztą dobrze widać chociażby na tle niewiarygodnej
wręcz skali roszczeń reprywatyzacyjnych, handlu tymi roszczeniami i pojawianiu się
wielkiej rzeszy spadkobierców. W tym zakresie palące staje się zrównoważenie
zaspokajania konkurujących interesów indywidualnych i powszechnych. Trzeba tego
dokonać w ramach skoordynowanego działania władzy sądowniczej i Trybunału i
ponownego rozważenia przyjętych linii orzeczniczych. To oczywiście wymaga
pogłębionej refleksji prawnej i dyskusji, która za punkt wyjścia powinna przyjmować, iż
żadne normy międzynarodowe nie wprowadzają obowiązku restytuowania dawnych
własności, pozostawiając tę kwestię do uznania państwa, a restytucja podważa
ciągłość prawa".
Święte słowa o własności nieświętej, choć chętnie taką udającej.
* prof. Ewa Łętowska - sędzia w stanie spoczynku Trybunału Konstytucyjnego,
cywilistka, członek Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności i Komitetu
Helsińskiego. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich (lata 1988-1991), sędzia
Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999-2002)