ROMEO I JULIA

Komentarze

Transkrypt

ROMEO I JULIA
William Shakespeare
ROMEO I JULIA
OSOBY
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.
15.
16.
17.
18.
19.
20.
21.
22.
23.
24.
25.
ESKALUS â” ksiÄ…ÅÄ™ panujÄ…cy w Weronie
PARYS ┠młody Weroneńczyk szlachetnego rodu, krewny księcia
MONTEKI
KAPULET
STARZEC â” stryjeczny brat Kapuleta
ROMEO â” syn Montekiego
MERKUCJO ┠krewny księcia
BENWOLIO â” synowiec Montekiego
TYBALT â” krewny Pani Kapulet
LAURENTY â” ojciec franciszkanin
JAN â” brat z tegoÅ zgromadzenia
BALTAZAR â” sÅ‚uÅÄ…cy Romea
SAMSON
GRZEGORZ
ABRAHAM â” sÅ‚uÅÄ…cy Montekiego
APTEKARZ
TRZECH MUZYKANTÓW
PAÅ PARYSA
PIOTR
DOWÓDCA WARTY
PANI MONTEKI â” maÅ‚Åonka Montekiego
PANI KAPULET â” maÅ‚Åonka Kapuleta
JULIA â” cÃrka KapuletÃw
MARTA â” mamka Julii
Obywatele weroneÅ„scy, rÃÅne osoby pÅ‚ci obojej, liczÄ…cej siÄ™ do
przyjaciÃÅ‚ obu domÃw, maski, straÅ wojskowa i inne osoby.
Rzecz odbywa się przez większą część sztuki w Weronie, przez
część piątego aktu w Mantui.
PROLOG
PrzeÅ‚oÅyÅ‚ Jan Kasprowicz
Dwa rody, zacne jednako i sÅ‚awne â”
Tam, gdzie siÄ™ rzecz ta rozgrywa, w Weronie,
Do nowej zbrodni pchają złości dawne,
Plamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie
Z Å‚on tych dwu wrogÃw wzięło bowiem Åycie,
Pod najstraszliwszÄ… z gwiazd, kochankÃw dwoje;
Po peÅ‚nym przygÃd nieszczęśliwych bycie
Åmierć ich stÅ‚umiÅ‚a rodzicielskie boje.
Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny
I jak siÄ™ ojcÃw nienawiść nie zmienia,
AŠją zakończy dzieci zgon przedwczesny,
Dwugodzinnego treścią przedstawienia,
KtÃre otoczcie cierpliwymi wzglÄ™dy,
Jest w nim co zÅ‚ego, my usuniem bÅ‚Ä™dyâ
AKT PIERWSZY
SCENA PIERWSZA
Plac publiczny. WchodzÄ… Samson i Grzegorz uzbrojeni w tarcze i miecze.
SAMSON
Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.
GRZEGORZ
Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.
SAMSON
Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.
GRZEGORZ
Kto zechce zadrzeć z nami, bÄ™dzie musiaÅ‚ zadrÅeć.
SAMSON
Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.
GRZEGORZ
Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.
SAMSON
Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo.
GRZEGORZ
Rozruchać się tyle znaczy co ruszyć się z miejsca; być walecznym jest to
stać nieporuszenie: pojmujÄ™ wiÄ™c, Åe skutkiem rozruchania siÄ™ twego
będzie - drapnięcie.
SAMSON
Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą tylko do stania na miejscu.
BÄ™dÄ™ jak mur dla kaÅdego mÄ™Åczyzny i kaÅdej kobiety z tego domu.
GRZEGORZ
To właśnie pokazuje twoją słabą stronę; mur dla nikogo niestraszny i tylko
słabi go się trzymają.
SAMSON
Prawda, dlatego to kobiety, jako najsÅ‚absze, tulÄ… siÄ™ zawsze do muru. Ja teÅ
odtrÄ…cÄ™ od muru ludzi Montekich, a kobiety Montekich przyprÄ™ do muru.
GRZEGORZ
SpÃr jest tylko miÄ™dzy naszymi panami i miÄ™dzy nami, ich ludźmi.
SAMSON
Mniejsza mi o to, będę nieubłagany. Pobiwszy ludzi, wywrę wściekłość
na kobietach: rzeź między nimi sprawię.
GRZEGORZ
Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?
SAMSON
Nie inaczej: wtÅ‚oczÄ™ miecz w kaÅdÄ… po kolei. Wiadomo, Åe siÄ™ do lwÃw
liczÄ™.
GRZEGORZ
Tym lepiej, Åe siÄ™ liczysz do zwierzÄ…t; bo gdybyÅ› siÄ™ liczyÅ‚ do ryb, to
byÅ‚byÅ› pewnie sztokfiszem. Weź no siÄ™ za instrument, bo oto nadchodzi dwÃch
domownikÃw Montekiego.
WchodzÄ… Abraham i Baltazar.
SAMSON
MÃj giwer juÅ dobyty: zaczep ich, ja stanÄ™ z tyÅ‚u.
GRZEGORZ
Gwoli drapania?
SAMSON
Nie bÃj siÄ™.
GRZEGORZ
Ja bym się miał bać z twojej przyczyny!
SAMSON
Miejmy prawo za sobÄ…, niech oni zacznÄ….
GRZEGORZ
Marsa im nastawię przechodząc; niech go sobie, jak chcą, tłumaczą.
SAMSON
Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię; hańba im, jeśli to
ścierpią.
ABRAHAM
Skrzywiłeś się na nas, mości panie?
SAMSON
Nie inaczej, skrzywiłem się.
ABRAHAM
Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?
SAMSON
do Grzegorza
BędziemyŠmieli prawo za sobą, jak powiem: tak jest?
GRZEGORZ
Nie.
SAMSON
Nie, mości panie; nie skrzywiłem się na was, tylko skrzywiłem się tak sobie.
GRZEGORZ
do Abrahama
Zaczepki waść szukasz?
ABRAHAM
Zaczepki? nie.
SAMSON
JeÅeli jej szukasz, to jestem na waÅ›cine usÅ‚ugi. MÃj pan tak dobry jak i wasz.
ABRAHAM
Nie lepszy.
SAMSON
Niech i tak będzie.
Benwolio ukazuje się w głębi.
GRZEGORZ
na stronie do Samsona
Powiedz: lepszy. Oto nadchodzi jeden z krewnych mego pana.
SAMSON
Nie inaczej; lepszy.
ABRAHAM
KÅ‚amiesz.
SAMSON
DobÄ…dźcie mieczÃw, jeÅ›li macie serca. Grzegorzu, pamiÄ™taj o swoim
pchnięciu.
BENWOLIO
Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew. Sami nie wiecie, co robicie.
Rozdziela ich swoim mieczem. Wchodzi Tybalt.
TYBALT
CÃÅ to? krzyÅujesz oręŠz parobkami?
Do mnie, Benwolio! pilnuj swego Åycia.
BENWOLIO
Przywracam tylko pokÃj. WÅ‚ÃÅ miecz nazad
Albo wraz ze mnÄ… rozdziel nim tych ludzi.
TYBALT
Z goÅ‚ym orÄ™Åem pokÃj? NienawidzÄ™
Tego wyrazu, tak jak nienawidzÄ™
Szatana, wszystkich Montekich i ciebie.
BroÅ„ siÄ™, nikczemny tchÃrzu.
WalczÄ…. Nadchodzi kilku przyjaciÃÅ‚ obu partii i mieszajÄ… siÄ™ do zwady; wkrÃtce
potem wchodzą mieszczanie z pałkami.
PIERWSZY OBYWATEL
Hola! berdyszÃw! paÅ‚ek! Dalej po nich!
Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!
WchodzÄ… Kapulet i Pani Kapulet
KAPULET
Co za hałas? Podajcie mi długi
MÃj miecz! hej!
PANI KAPULET
Raczej kulÄ™; co ci z miecza?
KAPULET
Miecz, mÃwiÄ™! Stary Monteki nadchodzi.
I szydnie swojÄ… klingÄ… mi urÄ…ga.
WchodzÄ… Monteki i Pani Monteki.
MONTEKI
Ha! nędzny Kapulecie!
Puść mnie, pani.
PANI MONTEKI
Nie puszczÄ™ ciÄ™ na krok, gdy wrÃg przed tobÄ….
Wchodzi KsiÄ…ÅÄ™ z orszakiem.
KSIĄŻĘ
Zapamiętali niesforni poddani,
BezczeÅ›ciciele bratniej stali! CÃÅ to,
Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta,
Co wÅ›ciekÅ‚ych swoich gniewÃw Åar gasicie
W wÅ‚asnych ÅyÅ‚ swoich źrÃdle purpurowym;
Pod karą tortur wypuśćcie natychmiast
Z dłoni skrwawionych tę broń buntowniczą
I posłuchajcie tego, co niniejszym
Wasz rozjÄ…trzony ksiÄ…ÅÄ™ postanawia.
Domowe starcia, z marnych sÅ‚Ãw zrodzone
Przez was, Monteki oraz Kapulecie,
Trzykroć juÅ spokÃj miasta zakÅ‚ÃciÅ‚y,
Tak Åe powaÅni wiekiem i zasÅ‚ugÄ…
Obywatele werońscy musieli
Porzucić swoje wygodne przybory
I w stare dłonie stare ująć miecze,
By zardzewiałym ostrzem zardzewiałe
NiechÄ™ci wasze przecinać. JeÅeli
Wzniecicie kiedyś waśń podobną,
ZamÄ™t pokoju opÅ‚acicie Åyciem.
A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie.
Ty, Kapulecie, pÃjdziesz ze mnÄ… razem;
Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu
Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie
Dalsza ma wola oznajmiona będzie.
Jeszcze raz wzywam wszystkich tu obecnych
Pod karą śmierci, aby się rozeszli.
KsiÄ…ÅÄ™ z orszakiem wychodzi. PodobnieÅ Kapulet, Pani Kapulet, Tybalt,
obywatele i słudzy.
MONTEKI
Kto wszczÄ…Å‚ tÄ™ nowÄ… zwadÄ™? MÃw, synowcze,
ByÅ‚ÅeÅ› tu wtedy, gdy siÄ™ to zaczęło?
BENWOLIO
Nieprzyjaciela naszego pachołcy
I wasi juŠsię bili, kiedym nadszedł;
Dobyłem broni, aby ich rozdzielić:
Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem,
I harde zionÄ…c mi w uszy wyzwanie,
Jął się wywijać nim i siec powietrze,
KtÃre Å›wiszczaÅ‚o tylko szydzÄ…c z marnych
Jego zamachÃw. GdyÅ›my tak ze sobÄ…
Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się
Większy tłum ludzi; z obu stron walczono,
AÅ ksiÄ…ÅÄ™ nadszedÅ‚ i rozdzieliÅ‚ wszystkich.
PANI MONTEKI
Lecz gdzieÅ Romeo? WidziaÅ‚ÅeÅ› go dzisiaj?
JakÅe siÄ™ cieszÄ™, Åe nie byÅ‚ w tym starciu.
BENWOLIO
Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce
W złotych się oknach wschodu ukazało,
Troski wygnały mię z dala od domu
W sykomorowy Ãw gaj, co siÄ™ ciÄ…gnie
Ku południowi od naszego miasta.
Tam, juŠtak rano, syn wasz się przechadzał.
Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu;
Lecz on, spostrzegłszy mię, skrył się natychmiast
I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie.
PociÄ…g ten jego do odosobnienia
Mierząc mym własnym (serce nasze bowiem
Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni),
Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach
I w inną stronę się udałem, chętnie
Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.
MONTEKI
Nieraz o świcie juŠgo tam widziano
Åzami porannÄ… mnoÅÄ…cego rosÄ™,
A chmury â” swego oblicza chmurami,
Aliści ledwo na najdalszym wschodzie
WesoÅ‚e sÅ‚oÅ„ce sprzed Å‚oÅa Aurory
Zaczęło ściągać cienistą kotarę,
On, uciekając od widoku światła,
Co tchu zamykał się w swoim pokoju;
Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem
I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał.
W czarne bezdroÅa dusza jego zajdzie,
Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.
BENWOLIO
Szanowny stryju, znaszÅe powÃd tego?
MONTEKI
Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.
BENWOLIO
WybadywaÅ‚ÅeÅ› go jakim sposobem?
MONTEKI
Wybadywałem i sam, i przez drugich,
Lecz on jedyny powiernik swych smutkÃw.
Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie,
Od otwartości wszelkiej tak daleki
Jak pÄ…czek kwiatu, co go robak gryzie,
Nim Å›wiatu wonny swÃj kielich roztoczyÅ‚
I pełność swoją rozwinął przed słońcem.
Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka,
Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.
Romeo ukazuje się w głębi.
BENWOLIO
Oto nadchodzi. OdstÄ…pcie na stronÄ™;
WyrwÄ™ mu z piersi cierpienia tajone.
MONTEKI
ObyÅ› w tej sprawie, co nam serce rani,
MÃgÅ‚ być szczęśliwszym od nas! PÃjdźmy, pani.
WychodzÄ… Monteki i Pani Monteki.
BENWOLIO
Dzień dobry, bracie.
ROMEO
JeszczeŠnie południe?
BENWOLIO
Dziewiąta biła dopiero.
ROMEO
Jak nudnie
WlokÄ… siÄ™ chwile. MoiÅ to rodzice
Tak spiesznie w tamtÄ… zboczyli ulicÄ™?
BENWOLIO
Tak jest. Lecz cÃÅ tak chwile twoje dÅ‚uÅy?
ROMEO
Nieposiadanie tego, co je skraca.
BENWOLIO
Miłość więc?
ROMEO
Brak jej.
BENWOLIO
Jak to? brak miłości?
ROMEO
Brak jej tam, skąd bym pragnął wzajemności.
BENWOLIO
Niestety! CzemuÅ, zdajÄ…c siÄ™ niebiankÄ…,
Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?
ROMEO
Niestety! CzemuÅ, z zasÅ‚onÄ… na skroni,
MiÅ‚ość na oÅ›lep zawsze cel swÃj goni!
GdzieŠdziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno
JakiÅ› spÃr? Nie mÃw mi o nim, wiem wszystko.
W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.
O! wy sprzeczności niepojęte dziwa!
Szorstka miłości! nienawiści tkliwa!
CoÅ› narodzone z niczego! Pieszczoto
OdpychajÄ…ca! PowaÅna pustoto!
Szpetny chaosie wdziÄ™kÃw! CiÄ™Åki puchu!
Jasna mgÅ‚o! Zimny Åarze! Martwy ruchu!
Ånie bez snu! TakÄ… to w sobie zawiÅ‚ość,
Taką niełączność łączy moja miłość.
Czy się nie śmiejesz?
BENWOLIO
Nie, płakałbym raczej.
ROMEO
Nad czym, poczciwa duszo?
BENWOLIO
Nad uciskiem,
Poczciwej duszy twojej.
ROMEO
A więc strzała
Miłości nawet przez odbitkę działa?
Dość mi juÅ ciÄ™ÅyÅ‚ mÃj smutek, ty jego
BrzemiÄ™ powiÄ™kszasz przewyÅkÄ… twojego;
WspÃÅ‚czucie twoje nad moim cierpieniem
Nie ulgÄ…, ale nowym jest kamieniem
Dla mego serca. Miłość, przyjacielu,
To dym, co z parą westchnień się unosi;
To Åar, co w oku szczęśliwego pÅ‚onie;
Morze Å‚ez, w ktÃrym nieszczęśliwy tonie.
CzymÅe jest wiÄ™cej? Istnym amalgamem,
Å»ÃÅ‚ciÄ… trawiÄ…cÄ… i zbawczym balsamem.
BÄ…dź zdrÃw.
Chce odejść.
BENWOLIO
Zaczekaj! krzywdę byś mi sprawił,
Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.
ROMEO
Ach! ja nie jestem tu, nie jestem sobÄ…;
To nie Romeo, co rozmawia z tobÄ….
BENWOLIO
KogÃÅ to kochasz? mÃw!
ROMEO
Przestań mię dręczyć.
MamÅe wraz jÄ™czyć i mÃwić?
BENWOLIO
Nie jęczyć,
Tylko mi klucz dać do tego problemu,
KogÃÅ to kochasz? Powiedz.
ROMEO
KaÅ choremu
Pisać testament: będzieŠto wezwanie
Dobre dla tego, kto jest w tak złym stanie?
A więc, kobietę kocham.
BENWOLIO
Celniem mierzył,
Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.
ROMEO
Biegle celujesz. I ta, ktÃrÄ… kocham,
Jest piękna.
BENWOLIO
W piękny cel trafić najłatwiej.
ROMEO
A właśnieś chybił. Niczym tu kołczany
Kupida; ona ma naturÄ™ Diany;
Pod twardą zbroją wstydliwości swojej
GrotÃw miÅ‚oÅ›ci wcale siÄ™ nie boi;
Szydzi z nawaÅ‚u zaklęć oblÄ™Åniczych;
Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych;
Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna.
Bogata w wdzięki, w tym jedynie biedna,
Że kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi
CaÅ‚e bogactwo, ktÃrego tak skÄ…pi.
BENWOLIO
WiecznieŠchce sama zostać z swym bogactwem?
ROMEO
Tak jest; i skÄ…pstwo to jest marnotrawstwem,
Bo piÄ™kność, ktÃrÄ… wÅ‚asna srogość strawia,
Całą potomność piękności pozbawia.
Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem;
Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem.
Przysięgła nigdy nie kochać i dzięki
Temu skazanym - wieczne cierpieć męki.
BENWOLIO
Jest na to rada: przestań myśleć o niej.
ROMEO
DoradźÅe takÅe, jakim bym sposobem
MÃgÅ‚ przestać myÅ›leć.
BENWOLIO
Dając oczom wolność
Rozpatrywania się w innych pięknościach.
ROMEO
To byÅ‚by tylko sposÃb przywoÅ‚ania
Jej cudnych wdziÄ™kÃw tym Åywiej na pamięć.
Maska kryjąca lica pięknej damy,
Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy
Pod niÄ… zbiÃr ponÄ™t; ten, co wzrok postradaÅ‚,
ZapomniŠkiedy, jaki skarb posiadał?
PokaŠmi jaki ideał dziewczęcy,
BędzieŠon dla mnie w istocie czym więcej
Jak przypomnieniem, Åe jest piÄ™kność inna,
Przed ktÃrÄ… ta by uklÄ™knąć powinna?
BÄ…dź zdrÃw, niewczesnÄ… podajesz mi radÄ™.
BENWOLIO
NajpraktyczniejszÄ… â” Åycie w zastaw kÅ‚adÄ™.
WychodzÄ….
SCENA DRUGA
Ulica. WchodzÄ… Kapulet i Parys, za nimi SÅ‚uÅÄ…cy.
KAPULET
PodobnÄ… jak mnie karÄ… zagroÅono
I Montekiemu; aleÅ w wieku naszym
Spokojnie siedzieć, rzecz nietrudna.
PARYS
Oba
Szanownych szczepÃw jesteÅ›cie odroÅ›le;
Tym ci ÅaÅ‚oÅ›niej, Åe od tyla czasu
Żyjecie w takim rozdwojeniu z sobą.
CÃÅ mÃwisz, panie, na moje zabiegi?
KAPULET
To samo, co juŠdawniej powiedziałem:
Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy,
Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę;
ParÄ™ jej wiosen jeszcze przeÅyć trzeba,
Nim maÅ‚ÅeÅ„skiego zakosztuje chleba.
PARYS
Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.
KAPULET
Lecz prÄ™dko wiÄ™dnÄ… przedwczesne mÄ™Åatki.
Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje:
OprÃcz tej jednej; ona jest, Parysie,
Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką.
Staraj siÄ™ jednak, skarb sobie jej serce,
Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce;
Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie
Jej pozwolenia echem tylko będzie.
DajÄ™ dziÅ› wieczÃr, na ktÃry niemaÅ‚o
Gości sprosiłem; gdyby ci się dało
Być jednym wiÄ™cej, w nader miÅ‚y sposÃb
ZwiÄ™kszyÅ‚byÅ› przez to zbiÃr miÅ‚ych mi osÃb.
W biednym mym domu, jednocześnie z nocą,
Takie dziÅ› gwiazdy ziemskie zamigocÄ…,
Że od ich blasku blask niebieski zblednie.
Uciechy, młodym ludziom odpowiednie,
Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia,
Gdy w starym progu zimy siÄ™ pojawia;
Takie uciechy, w całej swojej mocy,
WÅ›rÃd hoÅych dziewic stanÄ… siÄ™ tej nocy
UdziaÅ‚em twoim w domu KapuletÃw.
Przyjdź, przejrz i wybierz sobie z tych bukietÃw
Kwiat najpiÄ™kniejszy. I mÃj kwiat tam luby
Wejdzie do liczby, choć nie do rachuby.
Idźmy.
A wasze obejdź w krąg Weronę,
Wynajdź osoby tu wyszczegÃlnione
I powiedz kaÅdej: Åe mÃj dom otworem
Na ich usługi stanie dziś wieczorem.
WychodzÄ… Kapulet i Parys.
SÅUŻĄCY
Mam wynaleźć osoby tu wyszczegÃlnione: to siÄ™ znaczy wedÅ‚ug tego, co tu
napisanoâ A cÃÅ tu napisano? Oto: Åe szewc ma pilnować Å‚okcia, a krawiec
kopyta; rybak pÄ™dzla, a malarz wiÄ™cierza. JakÅe wynajdÄ™ osoby tu
wyszczegÃlnione, kiedy nie mogÄ™ wynaleźć Å›rodka na wyczytanie tego, co osoba
piszÄ…ca tu wyszczegÃlniÅ‚a? Kazano mi jednak; muszÄ™ siÄ™ udać do uczonych.
Oto jacyś ichmoście. W samą porę nadchodzą.
Wchodzi Romeo i Benwolio.
BENWOLIO
Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem,
BÃl dawny nowym leczy siÄ™ cierpieniem;
Kręć siÄ™ na odwrÃt, gdy masz zawrÃt gÅ‚owy;
Klin wyrugujesz, klin wbijajÄ…c nowy;
Zaczerpnij nowej zarazy do Å‚ona,
A jad dawniejszej niewÄ…tpliwie skona.
ROMEO
Liść pokrzywiany wyborny jest na to.
BENWOLIO
Na cÃÅ to, proszÄ™?
ROMEO
Na oparzeliznÄ™;
SprÃbuj no tylko.
BENWOLIO
Powiedz mi, Romeo,
Czyś ty oszalał?
ROMEO
Nie, nie oszalałem;
Lecz wpadłem w gorszy stan niŠszalonego;
W loch się dostałem, jestem pastwą głodu,
ChÅ‚ost i mÄ…kâ Dobry wieczÃr, przyjacielu.
SÅUŻĄCY
Nawzajem, panie. Czy umiesz pan czytać?
ROMEO
Niestety! umiem w moim przeznaczeniu
Czytać niedolę.
SÅUŻĄCY
Tego siÄ™ bez ksiÄ…Åki
MoÅna nauczyć; ale ja siÄ™ pytam,
Czy pan pisane rzeczy umie czytać?
ROMEO
Małej mi rzeczy do tego potrzeba,
To jest znać tylko język i litery.
SÅUŻĄCY
SÅ‚usznie pan mÃwisz, bÄ…dźÅe zdrÃw i wesÃÅ‚.
Chce odejść.
ROMEO
Czekaj no, wasze, umiem czytać.
âSinior Martino, jego maÅ‚Åonka i cÃrki. Hrabia Anzelm ze swymi piÄ™knymi
siostrami. Siniora wdowa po Witruwiuszu. Sinior Placentio i jego miłe siostrzenice.
Merkucjusz i jego brat Walenty. MÃj stryj Kapulet z maÅ‚ÅonkÄ… i cÃrkami. Moja
śliczna siostrzenica, Rozalina, Liwia, Sinior Valentio i nasz kuzyn Tybalt. Lucjusz i
nadobna Helena.â WspaniaÅ‚e grono! (oddaje kartÄ™) GdzieÅ oni przyjść
majÄ…?
SÅUŻĄCY
Owdzie.
ROMEO
Gdzie?
SÅUŻĄCY
Do naszego pałacu, na wieczerzę.
ROMEO
Do czyjego pałacu?
SÅUŻĄCY
Mojego pana.
ROMEO
W istocie powinienem się był przede wszystkim spytać, kto nim jest.
SÅUŻĄCY
OznajmiÄ™ to panu bez pytania: moim panem jest moÅny, bogaty Kapulet; jeÅeli
panowie nie jesteście z domu Montekich, to was zapraszam do niego na kubek wina.
Bądźcie weseli.
Wychodzi.
BENWOLIO
Na tym wieczorze Kapuleta będzie
BoÅyszcze twoje, piÄ™kna Rozalina,
Obok najpierwszych piękności werońskich.
PÃjdź tam i okiem bezstronnym porÃwnaj
Jej twarz z obliczem tych, ktÃre ci wskaÅÄ™:
Wnet nowe bÃstwo Å›lad dawnego zmaÅe.
ROMEO
Gdyby rzetelny mÃj wzrok tak faÅ‚szywe
MiaÅ‚ dać Å›wiadectwo, Å‚zy, staÅ„cie siÄ™ Åarem!
Wy, zalewane wciÄ…Å, a jeszcze Åywe
Przezrocza, spłońcie pod kłamstwa nadmiarem!
Zatrzeć jej wdzięki! Nigdy wszechwidzące
RÃwnej piÄ™knoÅ›ci nie widziaÅ‚o sÅ‚oÅ„ce.
BENWOLIO
Wielbisz jÄ…, boÅ› jÄ… jednÄ… na oboich
WaÅyÅ‚ dotychczas szalach oczu swoich,
Lecz umieść na tej wadze kryształowej
Obok niej innÄ…, ktÃrÄ… ci gotowy
BÄ™dÄ™ dziÅ› wskazać; a rÄ™czÄ™, Åe owa
NieporÃwnana w kÄ…t siÄ™ przed tÄ… schowa.
ROMEO
PÃjdÄ™ tam, ale z obojÄ™tnym okiem,
Jednej wyłącznie poić się widokiem.
WychodzÄ….
SCENA TRZECIA
PokÃj w domu KapuletÃw. Wchodzi Pani Kapulet i Marta
PANI KAPULET
Gdzie moja cÃrka? Idź jÄ… tu przywoÅ‚ać.
MARTA
Na mojÄ… cnotÄ™ do dwunastu wiosen â”
JuŠją wołałam. Pieszczotko, biedronko!
Julciu! pieszczotko moja! moje złotko!
BoÅe, zmiÅ‚uj siÄ™! GdzieÅ ona jest? Julciu!
Wchodzi Julia.
JULIA
Czy mnie kto wołał?
MARTA
Mama.
JULIA
Jestem, pani;
Co mi rozkaÅesz?
PANI KAPULET
Słuchaj. Odejdź, Marto;
Mam z niÄ… sam na sam coÅ› do pomÃwienia.
Marto, pozostań; przychodzi mi na myśl,
Å»e twa obecność moÅe być potrzebna.
Julka ma piÄ™kny juÅ wiek, wszakÅe prawda?
MARTA
Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.
PANI KAPULET
Czternaście ma juŠlat, jak mi się zdaje.
MARTA
CzternaÅ›cie moich zÄ™bÃw w zakÅ‚ad stawiÄ™
(ChociaŠwłaściwie mam ich tylko cztery),
Że jeszcze nie ma. RychłoŠbędzie święto
Piotra i Pawła?
PANI KAPULET
Za parÄ™ tygodni
Mniej więcej.
MARTA
Mniej czy więcej, czy okrągło,
Ale dopiero w wieczÃr na Å›wiÄ™tego
Piotra i Pawła skończy lat czternaście.
Ona z ZuzankÄ…, BoÅe, zbaw nas grzesznych!
ByÅ‚y rÃwieÅ›ne. Zuzanka u Boga â”
ByÅ‚Åe to anioÅ‚! ale jak mÃwiÅ‚am,
Julcia dopiero na świętego Piotra
i Pawła skończy spełna lat czternaście.
Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz
Rok jedenasty od trzęsienia ziemi;
Właśnie od piersi była odsądzona,
SpomiÄ™dzy wszystkich dni boÅego roku
Tego jednego nigdy nie zapomnÄ™.
Piołunem sobie wtedy pierś potarłam,
Siedząc na słońcu tuŠpod gołębnikiem.
Państwo byliście tego dnia w Mantui.
A co? mam pamięć? Ale jak mÃwiÅ‚am,
Skoro pieszczotka moja na brodawce
Poczuła gorycz, trzeba było widzieć,
Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi;
GoÅ‚Ä™bnik za mnÄ…: skrzyp! a ja co Åywo
Na rÃwne nogi: hyc! nie myÅ›lÄ…c czekać,
AÅ mi kto kaÅe. UpÅ‚ynęło odtÄ…d
Lat jedenaście. Umiała juŠwtedy
0 wÅ‚asnej sile stać, co mÃwiÄ™, biegać,
Dyrdać. Dniem pierwej zbiła sobie czoło.
MÃj mÄ…Å, Å›wieć Panie jego duszy! podniÃsÅ‚
Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz.
âPlackiem - rzekÅ‚ - padasz teraz, a jak przyjdzie
Większy rozumek, to na wznak upadniesz,
NieprawdaÅ, Julciu?â A ten maÅ‚y Å‚otrzyk
Jak mi BÃg miÅ‚y! przestaÅ‚ zaraz krzyczeć
I odpowiedziaÅ‚: âtakâ. ChociaÅbym ÅyÅ‚a
TysiÄ…c lat, nigdy tego nie zapomnÄ™.
âNieprawdaÅ, Julciu - rzekÅ‚ - Åe padniesz wznak?â
A maÅ‚y urwis odpowiedziaÅ‚: âtakâ.
PANI KAPULET
Dość tego, Marto, skończ juŠtę historię.
ProszÄ™ ciÄ™.
MARTA
Dobrze, miłościwa pani.
Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu,
Kiedy przypomnÄ™ sobie, jak to ona
Przestała krzyczeć i odpowiedziała:
âTakâ. MiaÅ‚a jednak guz jak kurze jaje,
Siniec porządny i płakała gorzko;
Ale gdy mÄ…Å mÃj rzekÅ‚: âPlackiem dziÅ› padasz,
A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz,
NieprawdaÅ Julciu?â, tak i nieboÅÄ…tko
Zaraz ucichÅ‚o i odrzekÅ‚o:âtakâ.
JULIA
Ucichnij teÅ i ty, proszÄ™ ciÄ™, nianiu.
MARTA
JuÅem ucichÅ‚a przecie. Pan BÃg z tobÄ…!
Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt,
Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła
Patrzeć na twoje zamęście!â
PANI KAPULET
Zamęście!
To jest punkt wÅ‚aÅ›nie, o ktÃrym chcÄ™ mÃwić.
Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakie
SÄ… chÄ™ci twoje we wzglÄ™dzie maÅ‚ÅeÅ„stwa?
JULIA
O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.
MARTA
O tym zaszczycie! Gdybym nie ja była
TwÄ… karmicielkÄ…, rzekÅ‚abym, ÅeÅ› mÄ…drość
Wyssała z mlekiem.
PANI KAPULET
MyÅ›lÅe o tym teraz.
Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnych
DomÃw w Weronie wczeÅ›nie stan zmieniajÄ…;
Ja sama byłam juŠmatką w tym wieku,
W ktÃrym tyÅ› jeszcze pannÄ…. KrÃtko mÃwiÄ…c,
Waleczny Parys stara siÄ™ o ciebie.
MARTA
To mi kawaler! panniuniu, to brylant
Taki kawaler: chłopiec gdyby z wosku!
PANI KAPULET
Nie ma w Weronie rÃwnego mu kwiatu.
MARTA
Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.
PANI KAPULET
CÃÅ, Julio? BÄ™dziesz mogÅ‚a go kochać?
DziÅ› w wieczÃr ujrzysz go wÅ›rÃd naszych goÅ›ci.
Wczytaj siÄ™ w ksiÄ™gÄ™ jego lic, na ktÃrych
PiÃro piÄ™knoÅ›ci wypisaÅ‚o miÅ‚ość;
Przypatrz siÄ™ jego rysom, jak uroczo,
Zgodnie siÄ™ schodzÄ… z sobÄ… i jednoczÄ…;
A co w tej księdze wyda ci się mrocznym,
To w jego oczach stanieć się widocznym.
Do upięknienia tej, zaprawdę rzadkiej,
Edycji mÄ™Åa brak tylko okÅ‚adki.
RoÅ›lina w ziemi, ryba w wodzie Åyje;
Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje;
I tym wspanialsza, tym więcej jest warta
Złota myśl w złotej oprawie zawarta.
Tak więc z nim wszystką jego właść posiędziesz
I w niczym sama ujmy mieć nie będziesz.
MARTA
Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecie
ZawÅdy z mÄ™ÅczyznÄ… przybywa kobiecie.
PANI KAPULET
ChceszÅe go? powiedz krÃtko, wÄ™zÅ‚owato.
JULIA
Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to;
Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać,
Jak tobie, pani, podoba siÄ™ ÅÄ…dać.
Wchodzi SÅ‚uÅÄ…cy.
SÅUŻĄCY
Pani, goście juŠprzybyli; wieczerza zastawiona, czekają na panie, pytają o
pannę Julię, przeklinają w kuchni panią Martę; słowem,
niecierpliwość powszechna. Niech panie raczą pośpieszyć.
Wychodzi.
PANI KAPULET
PÃjdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.
MARTA
Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.
WychodzÄ….
SCENA CZWARTA
Ulica. Wchodzą Romeo, Merkucjo i Benwolio w towarzystwie pięciu czy sześciu
masek. Ludzie z pochodniami i inne osoby.
ROMEO
MamyŠprzy wejściu z przemową wystąpić
Czy teŠpo prostu wejść?
BENWOLIO
Wyszły juŠz mody
Te ceremonie; nie będziemy z sobą
Wiedli Kupida z opaskÄ… na skroni,
Åuk malowany z gontu niosÄ…cego
I straszącego dziewczęta jak ptaki,
Ani teÅ owych prawili oracji,
Mdło za suflerem cedzonych na wstępie.
Niech sobie o nas pomyślą, co zechcą;
Wejdziem, pokręcim się i znikniem potem.
ROMEO
Kręćcie się, kiedy chcecie, jam do tego
DziÅ› niesposobny.
MERKUCJO
Kochany Romeo,
Musisz potaÅ„czyć takÅe.
ROMEO
Nie, doprawdy.
Wy macie lekkie trzewiki, to tańczcie;
Mnie oÅ‚Ãw serce tÅ‚oczy, ledwie mogÄ™
Ruszyć się z miejsca.
MERKUCJO
Zakochany jesteÅ›;
PoÅycz strzelistych od Kupida skrzydeÅ‚
I wznieÅ› siÄ™ nimi nad poziomÄ… sferÄ™.
ROMEO
Nie mnie, tkniętemu srodze jego strzałą,
Strzeliście wzbijać się na jego skrzydłach;
Nie mnie się wznosić nad poziom, co nosząc
Brzemię miłości, na poziom upadam.
MERKUCJO
A gdybyś upadł z nią, ją byś obrzemił.
Tak delikatnÄ… rzecz przygniÃtÅ‚byÅ› srodze.
ROMEO
Nazywasz miłość rzeczą delikatną?
Zbyt, owszem, twarda, szorstka i kolÄ…ca.
MERKUCJO
Twardali dla cię, bądź i dla niej twardy;
Kol jÄ…, gdy kole, a zwalisz jÄ… Å‚atwo.
Hola! podajcie mi na twarz pokrowiec!
MaskÄ™ na maskÄ™!
Niechaj sobie teraz
Ciekawe oko nicuje mą szpetność!
Ta larwa za mnie będzie się rumienić.
BENWOLIO
Idźmy, panowie; zadzwońmy, a potem
Ostro juŠtylko polećmy się nogom.
ROMEO
Niech trzpioty łechcą nieczułą posadzkę!
Pochodni dla mnie! bom ja dziÅ› skazany,
Jak Ãw pachoÅ‚ek, co Å›wieci swej pani,
Stać nieruchomie i martwym być widzem.
MERKUCJO
StÃj, jak chcesz, byleÅ› tylko nie staÅ‚ o to,
Co cię tak martwi, a w czym (z całym winnym
Uszanowaniem dla twojej miłości),
Jak w błocie, widzę, po uszy zagrzązłeś.
NuÅe, nie palmy Å›wiec w dzieÅ„.
ROMEO
PalmyÅ teraz.
Bo noc jest.
MERKUCJO
Mniemam, panie, Åe czas tracÄ…c
ZarÃwno psujem Å›wiece bez potrzeby,
Jak w dzień je paląc. Przyjmij tę uwagę;
Bo w niej pięć razy więcej jest logiki
NiŠw naszych pięciu zmysłach.
ROMEO
UwaÅamy
Za rzecz stosownÄ… pÃjść tam na ten festyn,
ChociaÅ logiki w tym nie ma.
MERKUCJO
Dlaczego?
ROMEO
Miałem tej nocy marzenie.
MERKUCJO
Ja takÅe;
ROMEO
CÃÅ ci siÄ™ Å›niÅ‚o?
MERKUCJO
To, Åe marzyciele
Najczęściej zwykli kłamać.
ROMEO
Przez sen w Å‚ÃÅku,
Gdy w gruncie marzÄ… o rzeczach prawdziwych.
MERKUCJO
Snadź siÄ™ krÃlowa Mab widziaÅ‚a z tobÄ…;
Ta, co to babi wieszczkom i w postaci
Kobietki mało co większej niŠagat
Na wskazujÄ…cym palcu aldermana,
CiÄ…gniona cugiem drobniuchnych atomÃw,
TuÅ, tuÅ Å›piÄ…cemu przeciÄ…ga pod nosem.
Szprychy jej wozu z dÅ‚ugich nÃg pajÄ™czych,
Osłona z lśniących skrzydełek szarańczy;
SprzÄ™Åaj z plecionych nitek pajÄ™czyny;
Lejce z wilgotnych ksiÄ™Åyca promykÃw;
Bicz z cienkiej ÅyÅ‚ki na Å›wierszcza szkielecie;
A jej forszpanem mała, szara muszka
Przez pÃÅ‚ tak wielka jak Ãw krÄ…gÅ‚y owad,
Co siedzi w palcu leniwej dziewczyny;
Wozem zaÅ› prÃÅny laskowy orzeszek;
DzieÅ‚o wiewiÃrki lub majstra robaka,
Tych z dawien dawna akredytowanych
StelmachÃw wieszczek. W takich to przyborach
Co noc harcujÄ… po gÅ‚owach kochankÃw,
KtÃrzy natenczas marzÄ… o miÅ‚oÅ›ci;
Albo po giÄ™tkich kolanach dworakÃw,
KtÃrzy natenczas o ukÅ‚onach marzÄ…;
Albo po chudych palcach adwokatÃw,
KtÃrym siÄ™ wtedy rojÄ… honoraria;
Albo po ustach romansowych damul,
KtÃrym siÄ™ wtedy marzÄ… pocaÅ‚unki;
Często atoli Mab na te ostatnie
Zsyła przedwczesne zmarszczki, gdy ich oddech
Za bardzo znajdzie cukrem przesycony.
Czasem teÅ wjeÅdÅa na nos dworakowi:
Wtedy śnią mu się nowe łaski pańskie;
Czasem i księdza plebana odwiedzi,
Gdy ten spokojnie drzemie, i ogonem
Dziesięcinnego wieprza w nos go łechce:
Wtedy mu nowe śnią się beneficja
Czasem wkÅ‚usuje na kark ÅoÅ‚nierzowi:
Ten wtedy marzy o cięciach i pchnięciach,
O szturmach, breszach , o hiszpańskich klingach
Czy o pucharach, co majÄ… pięć sÄ…Åni;
Wtem mu zatrÄ…bi w ucho: nasz bohater
Truchleje, zrywa siÄ™, klnÄ…c zmawia pacierz
I znÃw zasypia. Taka jest Mab: ona,
Ona to w nocy zlepia grzywy koniom
I włos ich gładki w szpetne kudły zbija,
KtÃre rozczesać niebezpiecznie; ona
Jest owÄ… zmorÄ…, co na wznak leÅÄ…ce
Dziewczęta dusi i wcześnie je uczy
Dźwigać ciÄ™Åary, by siÄ™ z czasem mogÅ‚y
Zawołanymi stać gospodyniami.
Ona to, onaâ
ROMEO
SkoÅ„cz juÅ, skoÅ„cz, Merkucjo,
Prawisz o niczym.
MERKUCJO
PrawiÄ™ o marzeniach,
KtÃre w istocie niczym innym nie sÄ…
Jak wylÄ™gÅ‚ymi w chorobliwym mÃzgu
Dziećmi fantazji; ta zaś jest pierwiastku
Tak subtelnego właśnie jak powietrze;
Bardziej niestaÅ‚a niÅ wiatr, ktÃry juÅ to
MroźnÄ… caÅ‚uje pÃÅ‚noc, juÅ to z wstrÄ™tem
Rzuca jÄ…, dÄ…ÅÄ…c w objÄ™cia poÅ‚udnia.
BENWOLIO
Coś ten wiatr zawiał, zdaje się, i na nas,
Wieczerza stoi, spÃźnimy siÄ™ na niÄ….
ROMEO
Boję się, czyli nie przyjdziem za wcześnie;
Bo moja dusza przeczuwa, Åe jakieÅ›
Nieszczęście, jeszcze wpoÅ›rÃd gwiazd wiszÄ…ce,
ZÅ‚owrogi bieg swÃj rozpocznie od daty
Uciech tej nocy i kres zamkniętego
W mej piersi, zbyt juÅ nieznoÅ›nego, Åycia
Przyśpieszy jakimś strasznym śmierci ciosem.
Lecz niech Ten, ktÃry ma ster mÃj w swym rÄ™ku,
Kieruje moim Åaglem! Dalej! Idźmy!
BENWOLIO
Uderzcie w bębny!
WychodzÄ….
SCENA PIÄ„TA
Sala w domu KapuletÃw. WchodzÄ… muzykanci i sÅ‚udzy.
PIERWSZY SÅUGA
Gdzie Potpan? Czemu nie pomaga sprzÄ…tać? GÄ™si mu paść, nie sÅ‚uÅyć.
DRUGI SÅUGA
Tak to, kiedy waÅne obowiÄ…zki lokaja powierzajÄ… ludziom zÅ‚ej maniery; na
diabła się to zdało.
PIERWSZY SÅUGA
Powynoście stołki! usuńcie na bok bufet! Pozbierajcie srebra! Schowaj no tam dla
mnie, braciszku, kawaÅ‚ek marcepana i szepnij na ucho odźwiernemu, Åeby
wpuścił Zuzannę Grindstone i Nelly; jak mię kochasz! Antoni! Potpan!
DRUGI SÅUGA
Dobrze, chłopcze, gotowe.
PIERWSZY SÅUGA
Wołają was, czekają na was i niecierpliwią się w wielkiej sali.
TRZECI SÅUGA
Nie moÅemy być tu i tam razem. Dalej, chÅ‚opcy! pohulajmyÅ dzisiaj! Kto umie
czekać, wszystkiego się doczeka.
Oddalają się. Kapulet i inni wchodzą z gośćmi i maskami.
KAPULET
Witaj, cna mÅ‚odzi! Wolne od nagniotkÃw
Damy rachują na waszą ruchawość,
Åliczne panienki, ktÃraÅ z was odmÃwi
Stanąć do tańca? O takiej wręcz powiem,
Å»e ma nagniotki. A co? Tom was zaÅyÅ‚!
Dalej, panowie! I ja kiedyÅ› takÅe
Maskę nosiłem i umiałem szeptać
W ucho pięknościom jedwabne powieści,
Co szÅ‚y do serca; przeszÅ‚o to juÅ, przeszÅ‚o.
NuÅe, panowie! Grajki, zaczynajcie!
Miejsca! rozstąpmy się! dalej, dziewczęta!
Muzyka gra. MłodzieŠtańczy.
Hej! więcej światła! Wynieście te stoły!
I zgaście ogień, bo zbyt juŠgorąco.
SiadajÅe, siadaj, bracie Kapulecie!
Dla nas dwÃch czasy plÄ…sÃw juÅ minęły.
JakÅe to dawno byliÅ›my obydwaj
Po raz ostatni w maskach?
DRUGI KAPULET
Będzie temu
Lat ze trzydzieści.
KAPULET
Co? Co! Nie tak dawno
Było to, pomnę, na godach Lucencja;
Na te Zielone ÅwiÄ…tki, da BÃg doÅyć,
Będzie dwadzieścia pięć lat.
DRUGI KAPULET
Dawniej, dawniej,
Wszak juÅ syn jego jest trzydziestoletni.
KAPULET
Co mi waść prawisz? Przede dwoma laty
Syn jego nie był jeszcze pełnoletni.
ROMEO
do jednego z sług
Co to za dama, co w tej chwili tańczy
Z tym kawalerem?
SÅUGA
Nie wiem, jaśnie panie.
ROMEO
Ona zawstydza świec jarzących blaski;
Piękność jej wisi u nocnej opaski
Jak drogi klejnot u uszu Etiopa.
Nie tknęła ziemi wytworniejsza stopa.
Jak Å›nieÅny goÅ‚Ä…b wÅ›rÃd kawek tak ona
Åwieci wÅ›rÃd swoich towarzyszek grona.
Zaraz po taÅ„cu przybliÅÄ™ siÄ™ do niej
I dłoń mą uczczę dotknięciem jej dłoni.
KochaÅ‚Åem dotÄ…d? O! zaprzecz, mÃj wzroku!
BoÅ› jeszcze nie znaÅ‚ rÃwnego uroku.
TYBALT
SÄ…dzÄ…c po gÅ‚osie, z Montekich to ktÃryÅ›.
Daj no mi rapir, chÅ‚opcze. Jak siÄ™ waÅy
Ten łotr tu wchodzić i kłamaną larwą
Szyderczo naszej urągać zabawie?
Na krew szlachetnÄ…, co mi wzdyma serce,
Nie będzie grzechu, jeśli go uśmiercę.
KAPULET
Tybalcie, co ci to? Czego siÄ™ zÅymasz?
TYBALT
Ujmy tej, stryju, pewno nie wytrzymasz:
Jeden z Montekich, twych Å›miertelnych wrogÃw,
Åmie tu zniewaÅać goÅ›cinność twych progÃw.
KAPULET
CzyÅ to Romeo?
TYBALT
Tak, ten to nikczemnik.
KAPULET
Daj mu waść pokÃj, nie wychodzi przecie
z granic wytkniętych dobrym wychowaniem
I prawdÄ™ mÃwiÄ…c, caÅ‚a go Werona
Ma za mÅ‚odzieÅ„ca peÅ‚nego przymiotÃw;
Nie chciałbym za nic w świecie w moim domu
Czynić mu krzywdy. UspokÃj siÄ™ zatem,
MiÅ‚y synowcze, nie zwaÅaj na niego,
Taka ma wola; jeśli ją szanujesz,
OkaŠuprzejmość i spędź precz z oblicza
Ten mars niezgodny z weselem tej doby.
TYBALT
Taki gość w domu nabawia choroby;
Nie ścierpię go tu.
KAPULET
Chcę go mieć cierpianym.
CÃÅ to, zuchwalcze? MÃwiÄ™, Åe chcÄ™! CÃÅ to?
Czy ja tu jestem, czy waść jesteś panem?
Waść go tu nie chcesz Å›cierpieć! BoÅe odpuść!
Waść mi chcesz gości porozpędzać? kołki
Na łbie mi strugać? przewodzić w mym domu?
TYBALT
Stryju, to hańba!
KAPULET
Cicho! burdÄ… jesteÅ›.
Z tą porywczością doigrasz się waszmość.
Zawsze mi musisz się sprzeciwiać! ┠Brawo,
Kochana młodzi! ┠Urwipołeć z waści!
Siedź cicho alboâ Hola! WiÄ™cej Å›wiatÅ‚a! â”
Ja cię uciszę. Patrz go! ┠Żwawo, chłopcy!
TYBALT
Gniew dobrowolny z flegmÄ… przymuszonÄ…
Na krzyÅ siÄ™ schodzÄ…c wstrzÄ…sajÄ… mi Å‚ono.
MuszÄ™ ustÄ…pić; wkrÃtce siÄ™ atoli
W gorzkÄ… ÅÃłć zmieni ta sÅ‚odycz wbrew woli.
Oddala siÄ™.
ROMEO
do Julii
Jeśli dłoń moja, co tę świętość trzyma,
Bluźni dotknięciem: zuchwalstwo takowe
Odpokutować usta me gotowe
PocaÅ‚owaniem poboÅnym pielgrzyma.
JULIA
do Romeo
Mości pielgrzymie, bluźnisz swojej dłoni,
KtÃra nie grzeszy zdroÅnym dotykaniem;
Jestli ujęcie rąk pocałowaniem,
Nikt go ze świętych pielgrzymom nie broni.
ROMEO
jak pierwej
Nie mająŠświęci ust tak jak pielgrzymi?
JULIA
jak pierwej
Mają ku modłom lub kornej podzięce.
ROMEO
NiechÅe ich usta czyniÄ… to co rÄ™ce;
Moje się modlą, przyjm modły ich, przyjmij.
JULIA
Niewzruszonymi pozostają święci,
Choć gwoli modÅ‚Ãw niewzbronne ich chÄ™ci.
ROMEO
Ziść więc cel moich, stojąc niewzruszenie.
I z ust swych moim daj wziąć rozgrzeszenie.
Całuje ją.
JULIA
Moje wiÄ™c teraz obciÄ…Åa grzech zdjÄ™ty.
ROMEO
Z mych ust? O! grzechu, zbyt pełen ponęty!
NiechÅe go nazad rozgrzeszony zdejmie!
PozwÃl.
Całuje ją znowu.
JULIA
Jak z ksiÄ…Åki caÅ‚ujesz pielgrzymie.
MARTA
Panienko, jejmość pani matka prosi.
ROMEO
KtÃÅ jest jej matkÄ…?
MARTA
Jej matkÄ…? Bajbardzo!
Nikt inny, jeno pani tego domu;
I dobra pani, mÄ…dra a cnotliwa.
Ja byÅ‚am mamkÄ… tej, coÅ› z niÄ… pan mÃwiÅ‚.
Smaczny by kąsek miał, kto by ją złowił.
ROMEO
A więc Kapulet! O dolo zbyt sroga!
Życie me jest więc w ręku mego wroga.
BENWOLIO
Wychodźmy, wieczÃr dobiega juÅ koÅ„ca.
ROMEO
Niestety! z wschodem dla mnie zachÃd sÅ‚oÅ„ca.
KAPULET
do rozchodzących się gości
EjÅe, panowie, pozostaÅ„cie jeszcze;
MajÄ… nam wkrÃtce dać maÅ‚Ä… przekÄ…skÄ™.
Chcecie koniecznie? Muszę więc ustąpić.
Dzięki wam, mili panowie i panie.
Dobranoc. ÅwiatÅ‚a! IdźmyÅ spać.
Braciszku,
ZapÃźniliÅ›my siÄ™; idÄ™ wypocząć.
WychodzÄ… wszyscy prÃcz Julii i Marty.
JULIA
Czy nie wiesz, nianiu, kto to jest ten pan?
MARTA
Ten,tu?
To syn starego Tyberia.
JULIA
A tamten,
Co właśnie ku drzwiom zmierza?
MARTA
To podobno
MÅ‚ody Petrycy.
JULIA
A Ãw, tam na prawo,
Co nie chciał tańczyć?
MARTA
Nie wiem.
JULIA
Spytaj, proszÄ™,
Jak siÄ™ nazywa. JeÅeli Åonaty,
Całun mnie czeka zamiast ślubnej szaty.
MARTA
Zwie siÄ™ Romeo, jest z rodu Montekich,
Synem waszego największego wroga.
JULIA
Jako obcego za wcześnie ujrzałam!
Jako lubego za pÃźno poznaÅ‚am!
Dziwny miłości traf się na mnie iści,
Że muszę kochać przedmiot nienawiści.
MARTA
Co to jest? co to takiego?
JULIA
To wiersze,
KtÃrych miÄ™ jeden tancerz dziÅ› nauczyÅ‚.
MARTA
PÃjdź spać, waćpanna.
GÅ‚os za scenÄ…: âJulio!â
Dalej! dalej!
Wołają pannę i pusto juŠw sali.
WychodzÄ….
AKT DRUGI
PROLOG
PrzeÅ‚oÅyÅ‚ Jan Kasprowicz
CHÓR
Dawna namiÄ™tność juÅ w caÅ‚unach leÅy,
W jej miejscu wÅ‚adnie siÅ‚a ÅÄ…dzy nowej;
PiÄ™knÄ… przestaÅ‚a być przy Julii Å›wieÅej
PiÄ™kność, dla ktÃrej umrzeć byÅ‚ gotowy.
DziÅ› jest Romeo kochany i kocha,
W oczach obojga Åar jednaki pÅ‚onie;
Lecz on, w niej wroga przypuszczajÄ…c, szlocha,
A ona miłość z wędki grozy chłonie.
On siÄ™ nie zbliÅy i przed niÄ… nie zÅ‚oÅy
PrzysiÄ…g serdecznych, uwaÅan za wroga;
I jej, choć w Å‚onie namiÄ™tność siÄ™ sroÅy,
Zejścia się z lubym zamkniętą jest droga.
Lecz w ÅÄ…dzy siÅ‚a: po wielkich katuszach
Wielką im radość czas zgotuje w duszach.
SCENA PIERWSZA
Pusty plac przytykajÄ…cy do ogrodu KapuletÃw. Wchodzi Romeo.
ROMEO
MamÅe iść dalej, gdy tu moje serce?
Cofnij się, ziemio, wynajdź sobie centrum!
Wchodzi na mur i spuszcza siÄ™ do ogrodu. WchodzÄ… Merkucjo i Benwolio.
BENWOLIO
Romeo! bracie! Romeo!
MERKUCJO
Ma rozum;
Powietrze chÅ‚odne, wiÄ™c dyrnÄ…Å‚ do Å‚ÃÅka.
BENWOLIO
Pobiegł tą drogą i przelazł przez parkan.
Wołaj, Merkucjo!
MERKUCJO
UÅyjÄ™ naÅ„ zaklęć;
Romeo! gachu! cietrzewiu! wariacie!
UkaÅ siÄ™ w lotnej postaci westchnienia,
Powiedz choć jeden wiersz, a dość mi będzie;
Jęknij: ach! połącz w rym: kochać i szlochać;
Szepnij Wenerze jakie piÄ™kne sÅ‚Ãwko;
Daj jaki nowy epitet ślepemu
Jej synalkowi, co tak celnie strzelał
Za owych czasÃw, gdy krÃl Kofetua
W zaloty chodziÅ‚ do cÃrki Åebraczej.
Nie słucha; ani piśnie, ani trunie
Zdechł robak, muszę zakląć go inaczej.
KlnÄ™ ciÄ™ na Åywe oczy Rozaliny,
Na jej wysokie czoło, krasne usta,
WysmukÅ‚e nÃÅki i toczone biodra
Z przyległościami, abyś się przed nami
W właściwej sobie postaci ukazał.
BENWOLIO
Gniewać się będzie, jeśli cię usłyszy.
MERKUCJO
Co siÄ™ ma gniewać? MÃgÅ‚by siÄ™ rozgniewać,
Gdyby za sprawą mojego zaklęcia
W zaczarowane koło jego pani
Inny duch wkroczyÅ‚ i staÅ‚ tam dopÃty,
DopÃki by go nie zmogÅ‚a: to byÅ‚by
PowÃd do uraz; moja inwokacja
Jest przyjacielska i godziwa razem,
Bo wywołuje w imię jego pani
Jego jedynie naturalną postać.
BENWOLIO
PÃjdź! skryÅ‚ siÄ™ owdzie pomiÄ™dzy drzewami,
By siÄ™ tam zbrataÅ‚ z tajemniczÄ… nocÄ… â”
Ålepym w miÅ‚oÅ›ci ciemność jest najmilsza.
MERKUCJO
MoÅeÅ w cel trafić miÅ‚ość bÄ™dÄ…c Å›lepÄ…?
Teraz usiądzie sobie pod jabłonką
I będzie wzdychał, by jego kochanka
ByÅ‚a owocem, ktÃry mÅ‚ode panny,
Kiedy sÄ… same â” nazywajÄ… figÄ….
Oby, Romeo, była, oby była Taką otwartą figą, a ty chłopcze,
Obyś był gruszką! Dobranoc, Romeo!
IdÄ™ lec w moim Å‚ÃÅku za kotarÄ…,
Bo to polowe tu dla mnie za chłodne.
Czy idziesz takÅe?
BENWOLIO
IdÄ™; prÃÅno szukać
Takiego, co być nie chce znaleziony.
WychodzÄ….
SCENA DRUGA
OgrÃd KapuletÃw. Wchodzi Romeo.
ROMEO
Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył rany.
Julia ukazuje siÄ™ w oknie.
Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!
Ono jest wschodem, a Julia jest słońcem!
Wnijdź, cudne słońce, zgładź zazdrosną lunę,
KtÃra aÅ zbladÅ‚a z gniewu, Åe ty jesteÅ›
Od niej piękniejsza; o, jeśli zazdrosna,
Nie bÄ…dź jej sÅ‚uÅkÄ…! Jej szatkÄ™ zielonÄ…
I bladą noszą jeno głupcy. Zrzuć ją!
To moja pani, to moja kochanka!
O! gdyby mogła wiedzieć, czym jest dla mnie!
Przemawia, chociaÅ nic nie mÃwi; cÃÅ stÄ…d?
Jej oczy mÃwiÄ…, oczom wiÄ™c odpowiem.
Za Å›miaÅ‚y jestem; mÃwiÄ…, lecz nie do mnie.
Dwie najjaśniejsze, najpiękniejsze gwiazdy
Z całego nieba, gdzie indziej zajęte,
Prosiły oczu jej, aby zastępczo
StaÅ‚y w ich sferach, dopÃki nie wrÃcÄ….
Lecz choćby oczy jej były na niebie,
A owe gwiazdy w oprawie jej oczu:
Blask jej oblicza zawstydziłby gwiazdy
Jak zorza lampÄ™; gdyby zaÅ› jej oczy
WÅ›rÃd eterycznej zabÅ‚ysÅ‚y przezroczy,
Ptaki ocknęłyby się i śpiewały,
MyÅ›lÄ…c, Åe to juÅ nie noc, lecz dzieÅ„ biaÅ‚y.
Patrz, jak na dłoni smutnie wsparła liczko!
O! gdybym mÃgÅ‚ być tylko rÄ™kawiczkÄ…,
Co tę dłoń kryje!
JULIA
Ach!
ROMEO
Cicho! coÅ› mÃwi.
o! mÃw, mÃw dalej, uroczy aniele;
bo ty mi w noc tę tak wspaniale świecisz
jak lotny goniec niebios rozwartemu
od podziwienia oku Å›miertelnikÃw,
ktÃre siÄ™ wlepia w niego, aby patrzeć,
jak on po ciÄ™Åkich chmurach siÄ™ przesuwa
i po powietrznej Åegluje przestrzeni.
JULIA
Romeo! CzemuÅ ty jesteÅ› Romeo!
Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!
Lub jeÅ›li tego nie moÅesz uczynić,
To przysiąŠwiernym być mojej miłości,
A ja przestanÄ™ być z krwi KapuletÃw.
ROMEO
MamÅe przemÃwić czy teÅ sÅ‚uchać dalej?
JULIA
Nazwa twa tylko jest mi nieprzyjazna,
BoÅ› ty w istocie nie Montekim dla mnie.
JestÅe Monteki choćby tylko rÄ™kÄ…,
Ramieniem, twarzą, zgoła jakąkolwiek
Częścią człowieka? O! weź inną nazwę!
CzymÅe jest nazwa? To, co zowiem rÃÅÄ…,
Pod innÄ… nazwÄ… rÃwnie by pachniaÅ‚o;
Tak i Romeo bez nazwy Romea
PrzecieŠby całą swą wartość zatrzymał.
Romeo! porzuć tę nazwę, a w zamian
Za to, co nawet czÄ…stkÄ… ciebie nie jest,
Weź mię, ach! całą!
ROMEO
Biorę cię za słowo:
Zwij miÄ™ kochankiem, a krzyÅmo chrztu tego
Sprawi, Åe odtÄ…d nie bÄ™dÄ™ Romeem.
JULIA
Ktoś ty jest, co się nocą osłaniając,
Podchodzisz moją samotność?
ROMEO
Z nazwiska
Nie mÃgÅ‚bym tobie powiedzieć, kto jestem;
Nazwisko moje jest mi nienawistne,
Bo jest, o! święta, nieprzyjazne tobie;
Zdarłbym je, gdybym miał je napisane.
JULIA
Jeszcze me ucho stu sÅ‚Ãw nie wypiÅ‚o
Z tych ust, a przecieŠdźwięk juŠich mi znany.
JestÅeÅ› Romeo, mÃw? jestÅeÅ› Monteki?
ROMEO
Nie jestem ani jednym, ani drugim,
Jednoli z dwojga jest niemiłe tobie.
JULIA
JakÅeÅ› tu przyszedÅ‚, powiedz, i dlaczego?
Mur jest wysoki i trudny do przejścia,
A miejsce zgubne; gdyby ciÄ™ kto z moich
Krewnych tu zastaÅ‚â
ROMEO
Na skrzydłach miłości
Lekko, bezpiecznie mur ten przesadziłem,
Bo miÅ‚ość nie ma Åadnych tam i granic;
A co potrafi, na to siÄ™ i waÅy;
Krewni wiÄ™c twoi nie trwoÅÄ… miÄ™ wcale.
JULIA
Zabiliby ciÄ™, gdyby ciÄ™ ujrzeli.
ROMEO
Ach! wiÄ™cej groźby leÅy w oczach twoich
NiÅ w ich dwudziestu mieczach; patrz Å‚askawie,
A będę silny przeciw ich gniewowi.
JULIA
Na Boga! niech ciÄ™ oni tu nie ujrzÄ…!
ROMEO
Ciemny płaszcz nocy skryje mię przed nimi.
Lecz niech mię znajdą, jeśli ty mię kochasz.
Lepszy kres Åycia skutkiem ich niechÄ™ci
NiÅ przedÅ‚uÅony zgon w braku twych uczuć.
JULIA
Kto ci dopomÃgÅ‚ znaleźć to ustronie?
ROMEO
Miłość, co mi go doradziła szukać;
Ona mi instynkt, ja jej oczy dałem.
Nie jestem sternik, gdybyś jednak była
RÃwnie daleko jak Ãw brzeg, ktÃrego
Morze najdalsze podmywa krawędzie,
ÅmiaÅ‚o po taki klejnot bym popÅ‚ynÄ…Å‚.
JULIA
Gdyby nie ciemność, co mi twarz maskuje,
Widziałbyś na niej rozlany rumieniec
Po tym, co z ust mych słyszałeś tej nocy.
Rada bym form się trzymać, rada cofnąć
To, co wyrzekłam; ale precz, udanie!
Czy ty miÄ™ kochasz? Wiem, Åe powiesz: tak jest;
I jać uwierzę; mimo przysiąg jednak
MoÅesz miÄ™ zawieść. Z wiaroÅ‚omstwa mÄ™Åczyzn
Åmieje siÄ™, mÃwiÄ…, Jowisz. O! Romeo!
Jeśli mię kochasz, wyrzecz to rzetelnie;
Lecz jeÅ›li masz miÄ™ za podbÃj zbyt Å‚atwy,
To zmarszczę czoło i przewrotną będę,
I na miłosne twoje oświadczenia
Powiem: nie, w innym razie za nic w świecie.
Za czuÅ‚a moÅe jestem, o! Monteki,
StÄ…d moÅesz sÄ…dzić me obejÅ›cie pÅ‚ochym;
Ufaj mi jednak, będę ja wierniejsza
Od tych, co bieglej umiejÄ… siÄ™ droÅyć.
ByÅ‚abym ja siÄ™ byÅ‚a, prawdÄ™ mÃwiÄ…c,
TakÅe droÅyÅ‚a, gdybyÅ› byÅ‚ tajnego
Głosu miłości mojej nie podchwycił.
Nie wiń mię przeto ani teŠprzypisuj
Płochości tego wylania mych uczuć,
KtÃre zdradziÅ‚a noc ciemna.
ROMEO
O! Julio,
PrzysiÄ™gam na ten ksiÄ™Åyc, co wspaniale
Powleka srebrem tamtych drzew wierzchoÅ‚kiâ
JULIA
O! nie przysiÄ™gaj na ksiÄ™Åyc, bo ksiÄ™Åyc
Co tydzień zmienia kształt swej pięknej tarczy;
I miłość twoja po takiej przysiędze
MogÅ‚aby rÃwnieÅ zmiennÄ… siÄ™ okazać.
ROMEO
Na cÃÅ mam przysiÄ…c?
JULIA
Nie przysięgaj wcale;
Lub wreszcie przysiÄ…Å na samego siebie:
Na ten uroczy przedmiot mych uwielbień,
To ci uwierzÄ™.
ROMEO
Jeśli szczera miłość
Mojego sercaâ
JULIA
Daj pokÃj przysiÄ™gom.
Lubo się cieszę z twojej obecności,
Te nocne śluby nie cieszą mnie jakoś,
Za nagÅ‚e one sÄ…, za nierozwaÅne,
Podobne niby do blasku, co znika,
Nim czÅ‚owiek zdÄ…Åy powiedzieć: âBÅ‚ysnęłoâ.
Dobranoc, luby! Oby nam ten wonny
MiÅ‚oÅ›ci pÄ…czek przyniÃsÅ‚ kwiat niepÅ‚onny!
BÄ…dź zdrÃw! i zaÅ›nij z tak bÅ‚ogim spokojem,
Jaki, z twej Å‚aski, czujÄ™ w sercu mojem.
ROMEO
TakÅe mam odejść nie zaspokojony?
JULIA
JakiegoŠwięcej chcesz zaspokojenia?
ROMEO
Zamiany twoich zapewnień za moje.
JULIA
JuÅem ci daÅ‚a je, nimeÅ› zaÅÄ…daÅ‚;
Rada bym jednak one mieć na powrÃt.
ROMEO
ChciałaŠbyś cofnąć je? Dlaczego? luba!
JULIA
AÅebym mogÅ‚a oddać ci je znowu.
A przecieÅ jest to ÅÄ…danie zbyteczne;
Bo moja miÅ‚ość rÃwnie jest gÅ‚Ä™boka
Jak morze, rÃwnie jak ono bez koÅ„ca;
Im więcej ci jej udzielam, tym więcej
CzujÄ™ jej w sercu.
Słychać w pokojach głos Marty.
Wołają mię. ┠Zaraz.
BÄ…dź zdrÃw, kochanku drogi! â” Zaraz, zaraz.
┠Najmilszy, pomnij być stałym! ┠Zaczekaj,
Zaczekaj trochÄ™, powrÃcÄ™ za chwilÄ™.
Wychodzi.
ROMEO
Błogosławiona, o! błogosławiona
Po dwakroć nocy! Ale czy to wszystko,
DziejÄ…c siÄ™ w nocy nie jest marÄ… tylko?
Co tak lubego moÅeÅ być istotnym?
JULIA
ukazujÄ…c siÄ™ znowu
Jeszcze sÅ‚Ãw parÄ™, a potem dobranoc,
Drogi Romeo! jeśli twoja skłonność
Jest prawÄ…, twoim zamiarem maÅ‚ÅeÅ„stwo:
To miÄ™ uwiadom jutro przez osobÄ™,
KtÃrÄ… do ciebie przyÅ›lÄ™, gdzie i kiedy
Zechcesz dopełnić obrzędu; a wtedy
CaÅ‚Ä… mÄ… przyszÅ‚ość u nÃg twoich zÅ‚oÅÄ™
I w Å›wiat za tobÄ… pÃjdÄ™ w imiÄ™ boÅe.
MARTA
za scenÄ…
Panienko!
JULIA
Idę. ┠Lecz jeśli mię zwodzisz,
To ciÄ™ zaklinamâ
MARTA
za scenÄ…
Julciu!
JULIA
Zaraz idÄ™.
┠Jeśli mię zwodzisz, o! to cię zaklinam,
SkoÅ„cz te zabiegi i zostaw miÄ™ Åalom.
┠Jutro więc przyślę.
ROMEO
Jak pragnÄ™ zbawieniaâ
JULIA
Po tysiÄ…c razy dobranoc.
Odchodzi.
ROMEO
Po tysiÄ…c
Razy niedobra tam, gdzie ty nie świecisz.
Jak Åak, gdy rzuca ksiÄ…ÅkÄ™, tak kochanek
Do celu swego pospiesza wesoły;
A gdy nadejdzie z kochankÄ… rozstanek,
Wlecze siÄ™ smutnie, jak Ãw Åak do szkoÅ‚y.
Odchodzi.
JULIA
ukazuje siÄ™ znowu
Pst! pst! Romeo! O, gdybym mieć mogła
GÅ‚os sokolnika, by tego maiÅa
Nazad przywołać! Przymus jest ochrypły,
Nie moÅe gÅ‚oÅ›no mÃwić, gdyby nie to,
WstrzÄ…sÅ‚abym gÃry, gdzie siÄ™ echo kryje,
I głos bym jego zrobiła chrapliwszy
NiÅ mÃj od rozbrzmieÅ„ imienia Romeo!
ROMEO
Moja to dusza dzwoni imiÄ™ moje,
Jak srebrny dźwięk ma nocą głos kochanki!
I jestÅe sÅ‚odsza muzyka na Å›wiecie?
JULIA
Romeo!
ROMEO
Luba!
JULIA
O ktÃrej godzinie
Jutro mam przysłać?
ROMEO
O dziewiÄ…tej.
JULIA
Dobrze.
Dwudziestoletni to termin. Nie pomnÄ™,
Po com tu ciebie znowu przywołała.
ROMEO
PozwÃl mi czekać, aÅ sobie przypomnisz.
JULIA
ZapomnÄ™ znowu, po co czekasz, pomnÄ…c
O twojej tylko lubej obecności.
ROMEO
A ja wciąŠczekać będę, abyś ciągle
Zapominała, sam zapominając,
Że mam gdzie inny dom jak tutaj.
JULIA
WkrÃtce
Dnieć bÄ™dzie: rada bym, ÅebyÅ› juÅ odszedÅ‚;
Nie dalej jednak jak Ãw biedny ptaszek,
Co go swawolna dziewka z rÄ…k wypuszcza
I wnet, zazdroszczÄ…c mu krÃtkiej wolnoÅ›ci,
Jak niewolnika trzymanego w więzach
Jedwabnym sznurkiem przyciÄ…ga na powrÃt.
ROMEO
Chciałbym być biednym ptaszkiem w twoim ręku.
JULIA
O! ja bym zbytkiem pieszczot cię zabiła.
Dobranoc, luby! jeszcze raz dobranoc!
Smutek rozstania tak bardzo jest miły,
Å»e by dobranoc wciÄ…Å usta mÃwiÅ‚y.
Odchodzi.
ROMEO
Sen na twe oczy, pokÃj w pierÅ› niech spÅ‚ynie;
Obym był nimi w tej błogiej godzinie!
SpieszÄ™ do ojca Laurentego celi,
On mi pomocy i rady udzieli.
Wychodzi.
SCENA TRZECIA
Cela Ojca Laurentego. Wchodzi Ojciec Laurenty z koszykiem w ręku.
OJCIEC LAURENTY
Szary poranek spędza mrok ponury
Pasami światła znacząc wschodnie mury
I noc siÄ™ na bok chyli jak pijana
Z drÃg dnia ubitych koÅ‚ami Tytana.
Nim oko słońca pełnym blaskiem strzeli,
Rosę wypije i świat rozweseli,
Muszę uzbierać w ten koszyk z sitowia
Roślin tak zbawczych, jak zgubnych dla zdrowia,
Ziemia jest matkÄ… natury i grobem,
Grzebie i Åycia obdziela zasobem.
I mnÃstwo dzieci jej Å‚ona widzimy
CiÄ…gnÄ…cych pokarm z jej piersi rodzimej;
Niejedno w skutkach swoich wyśmienite,
KaÅde do czegoÅ›, wszystko rozmaite.
O! moc to peÅ‚na cudÃw, co siÄ™ mieÅ›ci
W sokach ziÃÅ‚, krzewÃw, w martwej kruszcÃw treÅ›ci!
Bo nie ma rzeczy tak podłych na ziemi,
Aby nie mogły stać się przydatnemi;
Ni tak przydatnych, aby zamiast sÅ‚uÅyć
Nie zaszkodziÅ‚y pod wpÅ‚ywem naduÅyć.
WszakÅe i cnota moÅe zajść w bezdroÅe,
A bÅ‚Ä…d siÄ™ czynem uszlachetnić moÅe.
W mdÅ‚ym kwiatku, w ziÃÅ‚ku jednym i tym samem
Ma nieraz miejsce jad wespÃÅ‚ z balsamem,
Co zmysły razi i to, co im sprzyja,
Bo jego zapach rzeźwi; smak zabija.
Podobnie sprzeczna i w człowieku gości
DwÃjca pierwiastkÃw: dobroci i zÅ‚oÅ›ci;
A kÄ™dy gÃrÄ™ gorsza weźmie stroma,
Tam śmierć przychodzi i roślina kona.
Wchodzi Romeo.
ROMEO
DzieÅ„ dobry, ojcze mÃj.
OJCIEC LAURENTY
Benedicite!
CÃÅ to za ranny gÅ‚os tak mnie pozdrawia!
MÅ‚ody mÃj synu, zÅ‚y to znak, kto Å‚oÅe
PrÃÅne zostawia o tak wczesnej porze.
Troska odbywa straÅ w oczach starego,
A sen tych mija, ktÃrych troski strzegÄ…;
Ale gdzie czerstwa, wolna od kÅ‚opotÃw
MÅ‚Ãdź gÅ‚owÄ™ zÅ‚oÅy, sen zawÅdy przyjść gotÃw.
To więc tak ranne tu przybycie zdradza
JakiÅ› niepokÃj, ktÃremu snu wÅ‚adza
Ulec musiała. Czy tylko się kładłeś?
MoÅeÅ› do Å‚ÃÅka i nie zajrzaÅ‚?
ROMEO
Zgadłeś;
Milej niÅ w Å‚ÃÅku przeszÅ‚y mi godziny.
OJCIEC LAURENTY
Grzeszniku, pewnieś był u Rozaliny.
ROMEO
U Rozaliny? Nie, ojcze; to imiÄ™
W pamięci mojej wiecznym snem juŠdrzemie.
OJCIEC LAURENTY
Brawo, mÃj synu! Lecz gdzieÅeÅ› to bywaÅ‚?
ROMEO
Zaraz ci powiem: prÃÅno byÅ› zgadywaÅ‚;
Byłem na balu w domu mego wroga,
Gdziem zostaÅ‚ ranny, lecz zbÃjczyni sroga
Czuje cios wzajem przeze mnie zadany,
Tak Åe na nasze obopÃlne rany
ÅwiÄ™ty wpÅ‚yw tylko twej, ojcze, opieki
Poradzić zdoła i dać zbawcze leki.
Po chrześcijańsku, jak widzisz, przemawiam,
Skoro siÄ™ nawet za mym wrogiem wstawiam.
OJCIEC LAURENTY
MÃw jaÅ›niej, synu; zagadkowa spowiedź,
DwuznacznÄ… takÅe znajduje odpowiedź.
ROMEO
Dowiedz siÄ™ zatem, Åe anioÅ‚ kobieta,
KtÃrÄ…m ukochaÅ‚, jest z krwi Kapuleta.
Jego to dziecko i nadzieja cała;
Jak ja ją, tak mnie ona ukochała.
I do jednoÅ›ci, ktÃra nas juÅ splata,
Brakuje tylko, byś nas ty dla świata
Stułą zjednoczył. Gdzie, o jakiej dobie
Dozgonną miłość przysięgliśmy sobie,
Powiem ci idąc, czcigodny kapłanie;
BÅ‚agam ciÄ™ tylko, niech siÄ™ to dziÅ› stanie.
OJCIEC LAURENTY
ÅwiÄ™ty Franciszku! CÃÅ to za przemiana!
ToÅ Rozalina, owa ukochana,
Niczym juÅ dla ciÄ™? MiÅ‚ość wiÄ™c mÅ‚odzieÅy
W oczach jedynie, a nie w sercu leÅy?
Jezus! Maryja! IleÅ to solanki
ÅciekÅ‚o z twych oczu dla owej kochanki!
I nadaremnie, bowiem twe zapały
WciąŠzalewane, wciąŠsię powiększały.
Jeszcze twych westchnień nie rozwiał Fawoni;
Jeszcze twÃj dawny jÄ™k w uszach mi dzwoni,
I na twych licach, bladością pokrytych,
Widoczny jeszcze ślad łez nie obmytych,
Wszystko, coś cierpiał z miłosnej przyczyny,
Cierpiałeś tylko gwoli Rozaliny.
A teraz! nie dziw, gdy mdła płeć upadnie,
Kiedy mÄ™Åczyźni szwankujÄ… tak snadnie.
ROMEO
Gdym kochaÅ‚ tamtÄ…, takÅeÅ› nie pochwalaÅ‚.
OJCIEC LAURENTY
Nie, ÅeÅ› jÄ… kochaÅ‚, lecz ÅeÅ› za niÄ… szalaÅ‚.
ROMEO
Pogrześć tą miłość kazałeś.
OJCIEC LAURENTY
Nie w grobie
By tę pochować, a inną wziąć sobie.
ROMEO
Nie Å‚aj mnie, proszÄ™; ta, co mi dziÅ› luba,
Miłość mą płaci miłością cheruba;
Z tamtą inaczej było.
OJCIEC LAURENTY
Bo odgadła,
Że w rzeczach serca nie znasz abecadła,
Tylko z rutyny czytasz. PÃjdź, wietrzniku;
Do sankcji tego nowego wybryku
Jeden i jeden tylko wzgląd mię skłania:
To jest, Åe moÅe z tego zawiÄ…zania
Wyniknie wÄ™zeÅ‚, ktÃry wasze rody
Zawistne złączy w piękny łańcuch zgody.
ROMEO
O! prędzej! pilno mi!
OJCIEC LAURENTY
Festina lente!
Zdradne są kroki za spiesznie podjęte.
WychodzÄ….
SCENA CZWARTA
Ulica. WchodzÄ… Merkucjo i Benwolio.
MERKUCJO
GdzieÅ, u diabÅ‚a, ugrzÄ…zÅ‚ Romeo! Czy byÅ‚ tej nocy w domu?
BENWOLIO
Nie w domu swego ojca przynajmniej; mÃwiÅ‚em z jego sÅ‚uÅÄ…cym.
MERKUCJO
Ta blada sekutnica Rozalina
Na wariata go wnet wykieruje.
BENWOLIO
Tybalt, starego Kapuleta krewny,
Pisał do niego list.
MERKUCJO
Z wyzwaniem, ręczę.
BENWOLIO
Romeo mu odpowie.
MERKUCJO
KaÅdy czÅ‚owiek
PiÅ›mienny moÅe na list odpowiedzieć.
BENWOLIO
On mu odpowie odpowiednio, jak człowiek wyzwany.
MERKUCJO
Biedny Romeo! JuŠtrup z niego! Zakłuty czarnymi oczyma białogłowy;
przestrzelony na wskroś uszu romansową piosnką; ugodzony w sam rdzeń serca
postrzałem ślepego malca łucznika; potrafiŠon Tybaltowi stawić czoło?
BENWOLIO
A cÃÅ to takiego Tybalt?
MERKUCJO
CoÅ› wiÄ™cej niÅ ksiÄ…ÅÄ™ kotÃw; moÅesz mi wierzyć! Nieustraszony
rębacz, bije się jak z nut, zna czas, odległość i miarę; pauzuje w sam raz
jak potrzeba: raz, dwa, a trzy to juŠw pierś. Żaden jedwabny guzik nie wykręci
mu się od śmierci. Duelista to, duelista pierwszej klasy. Owe nieśmiertelne
passado! Owe punto reverso! owe hai!
BENWOLIO
Co takiego?
MERKUCJO
Niech kaci porwą to plemię śmiesznych, sepleniących, przesadnych
fantastykÃw, z ich nowo kutymi terminami! Na Boga, doskonaÅ‚a klinga! Dzielny
mÄ…Å! WspaniaÅ‚a dziewka! Nie jestÅe to rzecz opÅ‚akana, Åe nas obsiadÅ‚y te
zagraniczne muchy, te modne sroki, te pardonnez moi, ktÃrym tak bardzo idzie o
nowÄ… formÄ™, Åe nawet na starej Å‚awce wygodnie siedzieć nie mogÄ…; te
bÄ…ki, co bÄ…kajÄ…: bon! bon!
Wchodzi Romeo
BENWOLIO
Oto Romeo, nasz Romeo idzie.
MERKUCJO
Bez mlecza, jak Å›ledź suszony. O! czÅ‚owieku! jakÅeÅ› siÄ™ w rybÄ™
przedzierzgnÄ…Å‚! Teraz go rymy Petrarki rozczulajÄ…. Laura naprzeciw jego bÃstwa
jest prostą pomywaczką, lubo tamta miała kochanka, co ją opiewał; Dydona
flądrą; Kleopatra Cyganką; Helena i Hero szurgotami i otłukami; Tyzbe
kopciuchem lub czymÅ› podobnym, ale zawsze niedystyngowanym. Bon jour, sinior
Romeo! Oto masz francuskie pozdrowienie na cześć twoich francuskich pantalonÃw.
PiÄ™knie nas zaÅyÅ‚eÅ› tej nocy.
ROMEO
DzieÅ„ dobry wam, moi drodzy. JakÅe to was zaÅyÅ‚em?
MERKUCJO
Pokazałeś nam odwrotną stronę medalu, odwrotną stronę swego medalu.
ROMEO
To siÄ™ znaczy, Åem wam zdezerterowaÅ‚. Wybacz, kochany Merkucjo; miaÅ‚em
pilny interes, a w takim przypadku czÅ‚owiek moÅe zgrzeszyć na polu uprzejmoÅ›ci.
MERKUCJO
To siÄ™ znaczy, Åe w takim przypadku czÅ‚owiek moÅe być zniewolony zgiÄ…
ć kolana.
ROMEO
Ma się rozumieć ┠z uprzejmości.
MERKUCJO
Bardzoś zgrabnie trafił w sedno.
ROMEO
A ty bardzoÅ› zgrabnie to wyÅ‚oÅyÅ‚.
MERKUCJO
Ja bo jestem kwiatem uprzejmości.
ROMEO
Kwiatem kwiatÃw.
MERKUCJO
Racja.
ROMEO
JeÅeliÅ› ty kwiatem, to moje trzewiki sÄ… w kwitnÄ…cym stanie.
MERKUCJO
Brawo! pielÄ™gnuj mi ten dowcip; aÅeby, skoro ci siÄ™ do reszty zedrze podeszwa u
trzewikÃw, twÃj dowcip mÃgÅ‚ po prostu fi gurować.
ROMEO
O! godny zdartej podeszwy dowcipie! O! figuro pełna prostoty z powodu swego
prostactwa!
MERKUCJO
Na pomoc, Benwolio! moje koncepta dech tracÄ….
ROMEO
Pejcza je i pejcza! Biczem i ostrogÄ…, inaczej nazwÄ™ je hetkami.
MERKUCJO
JeÅeli twÃj dowcip poluje na dzikie gÄ™si, to kapitulujÄ™; bo on ma wiÄ™cej
kwalifikacji ku temu niŠwszystkie moje umysłowe władze. Czy ja ci się
zdajÄ™ na to, Åebym miaÅ‚ z gÄ™siami do czynienia?
ROMEO
Tyś mi się nigdy na nic nie zdał, wyjąwszy, kiedy miałem do czynienia z
gęsiami.
MERKUCJO
Za ten koncept ugryzÄ™ ciÄ™ w ucho.
ROMEO
Chyba udziobiesz!
MERKUCJO
TwÃj dowcip jest gorzkÄ… konfi turÄ…, diabelnie ostrym sosem.
ROMEO
Stosownym do gęsi.
MERKUCJO
To koncept z koźlej skÃrki, ktÃrej cal da siÄ™ rozciÄ…gnąć tak, Åe nim
opaszesz całą głowę.
ROMEO
RozciÄ…gnÄ™ go do wyrazu âgÅ‚owÄ™â, ktÃry poÅ‚Ä…czywszy z gÄ™siÄ…,
będziesz miał gęsią głowę.
MERKUCJO
Nie jestÅe to lepiej niÅ jÄ™czeć z miÅ‚oÅ›ci? Teraz to co innego; teraz mi
jesteś towarzyski, jesteś Romeem, jesteś tym, czym jesteś; miłość zaś jest
podobna do owego gapia, co się szwenda wywiesiwszy język, szukając dziury,
gdzie by mÃgÅ‚ palec wÅ›cibić.
ROMEO
StÃj! StÃj!
MERKUCJO
Chcesz, aby siÄ™ mÃj dowcip zastanowiÅ‚ w samym Å›rodku weny?
ROMEO
Z obawy, abyś tej weny zbyt nie rozszerzył.
MERKUCJO
Mylisz siÄ™, wÅ‚aÅ›nie byÅ‚em bliski jÄ… Å›cieÅ›nić, bo juÅem
byÅ‚ doszedÅ‚ do jej dna i nie miaÅ‚em zamiaru dÅ‚uÅej wyczerpywać materii.
ROMEO
Patrzcie, co za dziwadła!
Wchodzi Marta z Piotrem.
MERKUCJO
Å»agiel! Åagiel! Åagiel!
BENWOLIO
Dwa, dwa: spodnie i spÃdnica
MARTA
Piotrze.
PIOTR
SÅ‚ucham.
MARTA
Piotrze, gdzie mÃj wachlarz?
MERKUCJO
ProszÄ™ ciÄ™, mÃj Piotrze, zakryj wachlarzem twarz jejmoÅ›ci; bo z dwojga tego, jej
wachlarz jest piękniejszy.
MARTA
Życzę panom dnia dobrego.
MERKUCJO
Życzymy ci dobrego południa, piękna sinjoro.
MARTA
Czy to juŠpołudnie?
MERKUCJO
Nie inaczej; bo nieczysta rÄ™ka wskazÃwki na kompasie trzyma juÅ poÅ‚udnie za
ogon.
MARTA
Chryste Panie! CÃÅ to za czÅ‚owiek z waćpana?
ROMEO
CzÅ‚owiek, ktÃrego Pan BÃg skazaÅ‚ na zepsucie.
MARTA
DobrzeÅ› pan powiedziaÅ‚, na poczciwość! Nie wie teÅ czasem ktÃry z panÃw,
gdzie bym mogła znaleźć młodego Romea?
ROMEO
Ja wiem czasem, ale młodego Romea znajdziesz waćpani starszym, niŠbył,
kiedyś go szukać zaczęła. Jestem najmłodszy z tych, co noszą to imię w
braku gorszego.
MARTA
Ach, to dobrze!
MERKUCJO
MoÅeÅ być dobrym to, co jest gorszym?
MARTA
JeÅeli waćpan nim jesteÅ›, to rada bym z nim pomÃwić sam na sam.
BENWOLIO
Zaprosi go na jakÄ…Å› wieczorynkÄ™.
MERKUCJO
Pośredniczka to Wenery. Huź, ha!
ROMEO
CÃÅ to, czyÅ› kota upatrzyÅ‚?
MERKUCJO
KotlinÄ™, panie, nie kota; i to w starym piecu, nie w polu.
Bodaj to kotlina,
Gdzie siedzi kocina,
Ta nie osmaliâ
Lecz zmykaj, chudzino,
Przed takÄ… kotlinÄ…,
Gdzie diabeł pali!
Romeo, czy będziesz u ojca na obiedzie? My tam idziemy.
ROMEO
Pośpieszę za wami.
MERKUCJO
Do widzenia, staroÅytna damo; damo, damo, damo, damo!
WychodzÄ… Merkucjo i Benwolio.
MARTA
Tak, tak, do widzenia! Co to za infamis, proszÄ™ pana, co siÄ™ tak
powaÅyÅ‚ rozpuÅ›cić cugle swemu grubiaÅ„stwu?
ROMEO
Jest to panicz zakochany w swym języku, zdolny wypowiedzieć więcej w cią
gu jednej minuty niŠmilczeć przez cały miesiąc.
MARTA
JeÅeli on na mnie co powiedziaÅ‚, dam ja mu, chociaÅby byÅ‚ zuchwalszy, niÅ
jest, i miaÅ‚ ze sobÄ… dwudziestu sobie podobnych drabÃw; a jeÅeli mi ujdzie, to
znajdÄ™ takich, co to potrafiÄ…. A hultaj! czy to ja jestem jego kochankÄ…, jego
poniewieradÅ‚em! (do Piotra) I ty tu staÅ‚eÅ› takÅe i mogÅ‚eÅ› Å›cierpieć, Åeby
mnie lada gbur uÅywaÅ‚ wedle upodobania za przedmiot swych bezwstydnych
ÅartÃw?
PIOTR
Nie widziaÅ‚em jeszcze, Åeby kto uÅywaÅ‚ jejmoÅ›ci wedle upodobania; gdybym
był to widział, byłbym był pewnie zaraz giwer wydobył, ręczę za to.
Umiem siÄ™ najeÅyć tak dobrze jak kto inny, kiedy mam sposobność po temu i
prawo za sobÄ….
MARTA
Dlaboga! tak jestem rozdraÅniona, Åe siÄ™ wszystko we mnie trzÄ™sie. A hultaj!
OtÃÅ, proszÄ™ pana, tak jak powiedziaÅ‚am, mÅ‚oda moja pani kazaÅ‚a mi siÄ™
wywiedzieć o panu; co mi kazała powiedzieć, to sobie zachowuję; ale przede
wszystkim oÅ›wiadczam panu, Åe jeÅelibyÅ› jÄ… osadziÅ‚ na koszu, jak to
mÃwiÄ…, bo panienka, o ktÃrej mÃwiÄ™, jest mÅ‚oda, i dlatego, gdybyÅ› jÄ…
pan wywiÃdÅ‚ w pole, byÅ‚oby to tak ciÄ™Åkim psikusem, jaki tylko mÅ‚odej
panience moÅna wyrzÄ…dzić.
ROMEO
PozdrÃw jÄ…, waćpani, ode mnie i powiedz, Åe jej dajÄ™ rendezâ“vousâ
MARTA
PoczciwoÅ›ci! oÅ›wiadczÄ™ jej to, oÅ›wiadczÄ™. NieboÅÄ™, nie posiÄ…dzie
się z radości.
ROMEO
Co jej waćpani chcesz oÅ›wiadczyć? Nie wiesz, co mÃwić miaÅ‚em.
MARTA
OÅ›wiadczÄ™ jej, Åe pan dajesz randewu; co jest, jeÅeli siÄ™ nie mylÄ™,
ofiarÄ… godnÄ… prawdziwego szlachcica.
ROMEO
Powiedz jej, aby pod pozorem spowiedzi przyszła za parę godzin do celi ojca
Laurentego, tam ślub weźmiemy. Oto masz waćpani za swoje trudy.
MARTA
Nie, panie; ani grosika.
ROMEO
No, no, bez ceremonii.
MARTA
Za parę godzin więc; dobrze, nie zaniedba się stawić.
ROMEO
Waćpani staniesz za murem klasztornym,
Tam ci mÃj czÅ‚owiek przyniesie drabinkÄ™
Z sznurkÃw skrÄ™conÄ…, ktÃra mi w noc pÃźnÄ…
Do szczytu mego szczęścia wstęp ułatwi.
Bądź zdrowa! Wierność twa znajdzie nagrodę,
Poleć mię swojej młodej pani.
MARTA
Niech wam BÃg bÅ‚ogosÅ‚awi! Ale, aleâ
ROMEO
CÃÅ mi waćpani jeszcze powiesz?
MARTA
Czy człowiek pański dobry do sekretu?
Bo gdzie się skrycie prowadzą układy,
Tam dwÃch juÅ, mÃwiÄ…, za wiele do rady.
ROMEO
Ręczę za niego: jest to wierność sama.
MARTA
A więc wszystko dobrze. Co teŠza miłe stworzenie ta moja panienka! Co to nie
wyprawiało, jak było małym! Chryste Panie! Ale, ale, jest tu na mieście jeden
pan, niejaki Parys, ten ma na nią diabli apetyt; ale ona, poczciwina, wolałaby
patrzeć na bazyliszka niŠna niego. Przekomarzam się z nią nieraz i
mÃwiÄ™, Åe ten Parys to wcale przystojny mÄ™Åczyzna; wtedy ona, powiadam
panu, za kaÅdym razem aÅ blednie, zupeÅ‚nie tak jak pÄ…sowa chusta na
słońcu. Proszę teŠpana, czy rozmaryn i Romeo nie zaczyna się od takiej
samej litery?
ROMEO
Nie inaczej: jedno i drugie od R.
MARTA
Kpiarz z waszmoÅ›ci. To psie imiÄ™. To litera dlaâ Nie, tamto zaczyna siÄ™ od
innej litery. Co teÅ ona o tym prawi, to jest o rozmarynie i o panu: rada bym,
ÅebyÅ› pan to sÅ‚yszaÅ‚.
ROMEO
Poleć jej sÅ‚uÅby moje.
Wychodzi.
MARTA
UczyniÄ™ to, uczyniÄ™ po tysiÄ…c razy. â” Piotrze!
PIOTR
Jestem.
MARTA
Piotrze, naÅ›ci mÃj wachlarz i idź przodem.
WychodzÄ….
SCENA PIÄ„TA
OgrÃd KapuletÃw. Wchodzi Julia.
JULIA
Dziewiąta biła, kiedym ją posłała;
PrzyrzekÅ‚a wrÃcić siÄ™ za pÃÅ‚ godziny.
Nie znalazÅ‚a go moÅe? nie, to nie to;
SÅ‚abe ma nogi. Heroldem miÅ‚oÅ›ci Powinna by być myÅ›l, ktÃra o dziesięć
Razy mknie prędzej niŠpromienie słońca,
Kiedy z pochyÅ‚ych wzgÃrkÃw cieÅ„ spÄ™dzajÄ….
Nie darmo lotne gołębie są w cugach
BÃstwa miÅ‚oÅ›ci i nie darmo Kupid
Ma skrzydła z wiatrem idące w zawody.
JuŠteraz słońce jest w samej połowie
Dzisiejszej drogi swojej; od dziewiÄ…tej
AŠdo dwunastej trzy juŠupłynęły
DÅ‚ugie godziny, a jeszcze jej nie ma.
Gdyby krew miała młodą i uczucia,
Jak piÅ‚ka byÅ‚aby chyÅÄ… i lekkÄ…,
I słowa moje do mego kochanka,
A jego do mnie w lot by ją popchnęły;
Lecz starzy wczeÅ›nie sÄ… jakby nieÅywi;
Jak oÅ‚Ãw ciÄ™Åcy, zimni, wiÄ™c leniwi.
WchodzÄ… Marta i Piotr.
Ha! otÃÅ idzie. I cÃÅ, zÅ‚ota nianiu?
Czyś się widziała z nim? KaŠodejść słudze.
MARTA
Idź, stań za progiem Piotrze.
Wychodzi Piotr.
JULIA
MÃw, droga, luba nianiu! AleÅ przebÃg!
Czemu tak smutno wyglÄ…dasz? ChociaÅbyÅ›
Złe wieści miała, powiedz je wesoło;
Jeśli zaś dobre przynosisz, ta mina
Fałszywy miesza ton do ich muzyki.
MARTA
Tchu nie mam, pozwÃl mi trochÄ™ odpocząć;
Ach! moje kości! To był harc nie lada!
JULIA
Weź moje kości, a daj mi wieść swoją.
MÃwÅe, mÃw prÄ™dzej, mÃw, nianiuniu droga.
MARTA
Co za gwałt! Folguj, dlaboga, choć chwilkę,
CzyliÅ nie widzisz, Åe ledwie oddycham?
JULIA
Ledwie oddychasz; kiedy masz dość tchnienia
Do powiedzenia, Åe ledwie oddychasz?
To tÅ‚umaczenie siÄ™ twoje jest dÅ‚uÅsze
Od wieÅ›ci, ktÃrej zwÅ‚okÄ™ nim tÅ‚umaczysz;
Maszli wieść dobrą czy złą? niech przynajmniej
Tego siÄ™ dowiem, poczekam na resztÄ™;
Tylko mi powiedz: czy jest zła, czy dobra?
MARTA
Tak, tak, piÄ™knyÅ› panna wybÃr zrobiÅ‚a! pannie wÅ‚aÅ›nie mÄ™Åa
wybierać. Romeo! Åal siÄ™ BoÅe! Co mi to za gagatek! Ma wprawdzie twarz
gładszą niŠniejeden, ale oczy, niech się wszystkie inne schowają; co się
zaÅ› tyczy rÄ…k i nÃg, i caÅ‚ej budowy, chociaÅ o tym nie ma co wspominać,
przyznać trzeba, Åe nieporÃwnane. Nie jest to wprawdzie galant caÅ‚Ä…
gÄ™bÄ…, ale sÅ‚odziuchny jak baranek. No, no, dziewczyno! BÃg pomagaj! A czy
jedliście juŠobiad?
JULIA
Nie. Ale o tym wszystkim juŠwiedziałam.
CÃÅ o maÅ‚ÅeÅ„stwie naszym mÃwiÅ‚? powiedz.
MARTA
Ach! jak mnie głowa boli! tak w niej łupie,
Jakby się miała w kawałki rozlecieć.
A krzyÅ! krzyÅ! biedny krzyÅ! niechaj waćpannie
BÃg nie pamiÄ™ta, ÅeÅ› miÄ™ posyÅ‚aÅ‚a.
Aby mi przez ten kurs śmierci przyśpieszyć.
JULIA
Doprawdy, przykro mi, Åe jesteÅ› sÅ‚aba.
Nianiu, nianiuniu, nianiunieczku droga.
Powiedz mi, co ci mÃwiÅ‚ mÃj kochanek?
MARTA
MÃwiÅ‚, jak dobrze wychowany mÅ‚odzian,
Grzeczny, stateczny, a przy tym, upewniam,
Pełen zacności. Gdzie waćpanny matka?
JULIA
Gdzie moja matka? GdzieŠma być? Jest w domu.
Co teÅ nie pleciesz, nianiu, mÃj kochanek
MÃwiÅ‚, jak dobrze wychowany mÅ‚odzian,
Gdzie moja matka?
MARTA
O mÃj miÅ‚y Jezu!
TakÅeÅ› mi aśćka w ukropie kÄ…pana!
I takąŠto jest maść na moje kości?
BÄ…dźÅe na przyszÅ‚ość sama sobie posÅ‚em.
JULIA
O męki! Co ci powiedział Romeo?
MARTA
Masz pozwolenie iść dziś do spowiedzi?
JULIA
Mam je.
MARTA
Spiesz więc do celi ojca Laurentego;
Tam znajdziesz kogoÅ›, coć pojmie za ÅonÄ™.
Jak ci jagÃdki pokraÅ›niaÅ‚y! Czekaj!
Zaraz je w szkarłat zmienię inną wieścią:
Idź do koÅ›cioÅ‚a, ja tymczasem pÃjdÄ™
Przynieść drabinkÄ™, po ktÃrej twÃj ptaszek
Ma się do gniazdka wśliznąć, jak się ściemni.
Jak tragarz, muszę być ci ku pomocy;
Ty za to ciÄ™Åar dźwigać bÄ™dziesz w nocy.
Idź: trza mi zjeść co po takim zmachaniu.
JULIA
Idę raj posiąść. Adieu, złota nianiu.
WychodzÄ….
SCENA SZÓSTA
Cela Ojca Laurentego. Ojciec Laurenty i Romeo
OJCIEC LAURENTY
Oby ten święty akt był miły niebu
I przyszłość smutkiem nas nie ukarała.
ROMEO
Amen! lecz choćby przyszedł nawał smutku,
Nie sprzeciwwaÅyÅ‚by on tej radoÅ›ci,
JakÄ… miÄ™ darzy jedna przy niej chwila.
Złącz tylko nasze dłonie świętym węzłem;
Niech go śmierć potem przetnie, kiedy zechce,
Dość, Åe wprzÃd bÄ™dÄ™ mÃgÅ‚ jÄ… nazwać mojÄ….
OJCIEC LAURENTY
Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny;
Są one na kształt prochu zatlonego,
Co wystrzeliwszy gaÅ›nie. MiÃd jest sÅ‚odki,
Lecz słodkość jego graniczy z ckliwością
I zbytkiem smaku zabija apetyt.
Miarkuj więc miłość twoją; zbyt skwapliwy
Tak samo spÃźnia siÄ™ jak zbyt leniwy.
Wchodzi Julia.
OtÃÅ i panna mÅ‚oda. Mech najcieÅ„szy
Nie ugiÄ…Å‚by siÄ™ pod tak lekkÄ… stopÄ….
Kochankom mogÅ‚yby do jazdy sÅ‚uÅyć
Owe słoneczne pyłki, co igrają
Latem w powietrzu; tak lekką jest marność.
JULIA
Czcigodny spowiedniku, bądź pozdrowion.
OJCIEC LAURENTY
Romeo, cÃrko, podziÄ™kuje tobie
Za nas obydwu.
JULIA
Pozdrawiam go rÃwnieÅ,
By dzięki jego zbytnimi nie były.
ROMEO
O! Julio, jeśli miara twej radości
RÃwna siÄ™ mojej, a dar jej skreÅ›lenia
WiÄ™kszy od mego: to osÅ‚Ãdź twym tchnieniem
Powietrze i niech muzyka ust twoich
Objawi obraz szczęścia, jakie spływa
Na nas oboje w tym błogim spotkaniu.
JULIA
Czucie bogatsze w osnowę niŠw słowa
Pyszni siÄ™ z swojej wartoÅ›ci, nie z ozdÃb;
Żebracy tylko rachują swe mienie.
Mojej miłości skarb jest tak niezmierny,
Å»e i pÃÅ‚ sumy tej nie zdoÅ‚am zliczyć.
OJCIEC LAURENTY
PÃjdźcie, zaÅ‚atwim rzecz w krÃtkich wyrazach,
Nie wprzÃd bÄ™dziecie sobie zostawieni,
AÅ was sakrament z dwojga w jedno zmieni.
WychodzÄ….
AKT TRZECI
SCENA PIERWSZA
Plac publiczny. Wchodzą Benwolio, Merkucjo, Paź i słudzy.
BENWOLIO
Oddalmy siÄ™ stÄ…d, proszÄ™ ciÄ™, Merkucjo,
DzieÅ„ dziÅ› gorÄ…cy, Kapuleci krÄ…ÅÄ…;
Jak ich zdybiemy, nie unikniem zajścia,
Bo w tak gorÄ…ce dni krew nie jest lodem.
MERKUCJO
PodobnyÅ› do owego burdy, co wchodzÄ…c do winiarni rzuca szpadÄ™ i mÃwi: â
Daj BoÅe, abym ciÄ™ nie potrzebowaÅ‚!â, a po wyprÃÅnieniu drugiego
kubka dobywa jej na dobywacza korkÃw bez najmniejszej w Å›wiecie potrzeby.
BENWOLIO
Masz miÄ™ za takiego burdÄ™?
MERKUCJO
Mam ciÄ™ za tak wielkiego zawadiakÄ™, jakiemu chyba maÅ‚o kto rÃwny jest we
Włoszech; bardziej zaiste skłonnego do breweryj niŠdo brewiarza.
BENWOLIO
CÃÅ dalej?
MERKUCJO
GdybyÅ›my mieli dwÃch takich, to byÅ›my wkrÃtce nie mieli Åadnego, bo jeden by
drugiego zagryzÅ‚. TyÅ› gotÃw czÅ‚owieka napastować za to, Åe ma w brodzie
jeden wÅ‚os mniej lub wiÄ™cej od ciebie. TyÅ› gotÃw napastować czÅ‚owieka za to,
Åe piwo pije, bo w tym upatrzysz przytyk do swoich piwnych oczu; chociaÅ Åadne
inne oko, jak piwne, nie upatrzyłoby w tym przytyku. W twojej głowie tak się
lęgną swary jak bekasy w ługu, toś teŠnieraz za to beknął i głowę
ci zmyto bez Å‚ugu. PobiÅ‚eÅ› raz czÅ‚owieka za to, Åe kaszlnÄ…Å‚ na ulicy i
przebudziÅ‚ przez to twego psa, ktÃry siÄ™ wysypiaÅ‚ przed domem. Nie
napastowaÅ‚ÅeÅ› raz krawca za to, Åe wdziaÅ‚ na siebie nowy kaftan w
dzieÅ„ powszedni? kogoÅ› innego za to, Åe miaÅ‚ stare wstÄ…Åki u nowych
trzewikÃw? I ty miÄ™ chcesz moralizować za kÅ‚Ãtliwość?
BENWOLIO
Gdybym byÅ‚ tak skory do kÅ‚Ãtni, jak ty jesteÅ›, nikt by mi Åycia na pięć
kwadransÃw nie zarÄ™czyÅ‚.
MERKUCJO
Życie twoje przeszłoby zatem bez zaręczyn.
Wchodzi Tybalt z poplecznikami swymi.
BENWOLIO
Patrz, oto idÄ… Kapuleci.
MERKUCJO
Zamknij oczy! Co mi do tego!
TYBALT
do swoich
PÃjdźcie tu, bo chcÄ™ siÄ™ z nimi rozmÃwić.
Mości panowie, słowo.
MERKUCJO
SÅ‚owo tylko?
I samo słowo? Połącz je z czymś drugim;
Z pchnięciem na przykład.
TYBALT
Znajdziesz miÄ™ ku temu
Gotowym, panie, jeśli dasz okazję.
MERKUCJO
Sam jÄ… wziąć moÅesz bez mego dawania.
TYBALT
Pan jesteÅ› w dobrej harmonii z Romeem?
MERKUCJO
W harmonii? Maszli nas za muzykusÃw!
Jeśli tak, to się nie spodziewaj słyszeć
Czego innego, jeno dysonanse.
Oto mÃj smyczek; zaraz ci on gotÃw
Zagrać do tańca. Patrzaj go! w harmonii!
BENWOLIO
Jesteśmy w miejscu publicznym, panowie;
Albo usuńcie się gdzie na ustronie,
Albo teÅ zimnÄ… krwiÄ… poÅ‚ÃÅcie tamÄ™
Tej kÅ‚Ãtni. Wszystkich oczy w nas wlepione.
MERKUCJO
Oczy sÄ… na to, aÅeby patrzaÅ‚y;
Niech robiÄ… swoje, a my rÃbmy swoje.
Wchodzi Romeo.
TYBALT
Z panem nic nie mam do omÃwienia. Oto
Nadchodzi wÅ‚aÅ›nie ten, ktÃrego szukam.
MERKUCJO
JeÅeli szukasz guza, mogÄ™ rÄ™czyć,
Że się z nim spotkasz.
TYBALT
Romeo, nienawiść
Moja do ciebie nie moÅe siÄ™ zdobyć
Na lepszy wyraz jak ten: jesteś podły.
ROMEO
Tybalcie, powÃd do kochania ciebie,
Jaki mam, tłumi gniew słusznie wzbudzony
Taką przemową. Nie jestem ja podły;
BÄ…dź wiÄ™c zdrÃw. WidzÄ™, Åe miÄ™ nie znasz.
TYBALT
Smyku.
Nie zatrzesz takim tłumaczeniem obelg
Mi uczynionych: stań więc i wyjm szpadę.
ROMEO
KlnÄ™ siÄ™, Åem nigdy obelg ci nie czyniÅ‚;
Sprzyjam ci, owszem, bardziej, niÅeÅ› zdolny
Pomyśleć o tym, nie znając powodu.
UspokÃj siÄ™ wiÄ™c, zacny Kapulecie,
KtÃrego imiÄ™ milsze mi niÅ moje.
MERKUCJO
Spokojna, nędzna, niegodna submisjo!
Alla stoccata wnet jej kres poÅ‚oÅy.
PÃjdź tu, Tybalcie, pÃjdź tu, dusiszczurze!
TYBALT
Czego ten człowiek chce ode mnie?
MERKUCJO
Niczego, mÃj ty kocikrÃlu, chcÄ™ ci wziąć tylko jedno Åycie spomiÄ™dzy
dziewięciu, jakie masz, abym się nim trochę popieścił; a za nowym
spotkaniem uskubnąć ci i tamte ośm, jedno po drugim. Dalej! wyciągnij za uszy
szpadę z powijaka, inaczej moja gwiźnie ci koło uszu, nim wyciągniesz
swojÄ….
TYBALT
SÅ‚uÅÄ™ waćpanu.
Dobywa szpady.
ROMEO
Merkucjo, schowaj szpadÄ™, jak mnie kochasz.
MERKUCJO
PokaÅ no swoje passado.
BijÄ… siÄ™.
ROMEO
Benwolio,
Rozdziel ich! Wstydźcie się, moi panowie!
Wybaczcie sobie. Tybalcie! Merkucjo!
KsiÄ…ÅÄ™ wyraźnie zabroniÅ‚ podobnych
Starć na ulicach. Merkucjo! Tybalcie!
Tybalt odchodzi ze swoimi.
MERKUCJO
Zranił mię. Kaduk zabierz wasze domy!
Nie wybrnę z tego. Czy odszedł ten hultaj
I nie oberwał nic?
BENWOLIO
JesteÅ› raniony?
MERKUCJO
Tak, tak, draśniętym trochę, ale rdzennie.
Gdzie mÃj paź? ChÅ‚opcze, biegnij po chirurga.
Wychodzi Paź.
ROMEO
Zbierz męstwo, rana nie musi być wielka.
MERKUCJO
Zepewne, nie tak głęboka jak studnia
Ani szeroka tak jak drzwi kościelne,
Ale wystarcza w sam raz, ręczę za to
Znajdziesz miÄ™ jutro spokojnym jak trusia.
JuŠsię dla tego świata na nic nie zdam.
Bierz licho wasze domy! Żeby taki
Pies, szczur, kot na śmierć zadrapał człowieka!
Taki cap, taki warchoł, taki ciura.
Co się bić umie jak z arytmetyki!
Po kiego czorta ci się było mieszać
Między nas! Zranił mię pod bokiem twoim.
ROMEO
ChciaÅ‚em, BÃg widzi, jak najlepiej.
MERKUCJO
Benwolio, pomÃÅ mi wejść gdzie do domu.
SÅ‚abnÄ™. Bierz licho oba wasze domy!
One mię dały na strawę robakom;
Będę nią, i to wnet. Kaduk was zabierz!
WychodzÄ… Merkucjo i Benwolio.
ROMEO
Ten dzielny człowiek, bliski krewny księcia
I mÃj najlepszy przyjaciel, Å›miertelny
PoniÃsÅ‚ cios za mnie; mojÄ… dobrÄ… sÅ‚awÄ™
Tybalt zniewaÅyÅ‚; Tybalt, ktÃry nie ma
Godziny jeszcze, jak został mym krewnym.
O Julio! wdzięki twe mię zniewieściły
I z hartu zwykłej wyzuły mię siły.
Benwolio powraca.
BENWOLIO
Romeo, Romeo, Merkucjo skonał!
MÄ™Åny duch jego uleciaÅ‚ wysoko
Gardząc przedwcześnie swą ziemską powłoką.
ROMEO
DzieÅ„ ten fatalny wiÄ™cej takich wrÃÅy;
Gdy siÄ™ raz zacznie zÅ‚e, zwykle trwa dÅ‚uÅej.
Tybalt powraca.
BENWOLIO
Oto szalony Tybalt wraca znowu.
ROMEO
On Åyw! W tryumfi e! A Merkucjo trupem!
Precz, pobÅ‚aÅliwa teraz Å‚agodnoÅ›ci!
PÅ‚omiennooka furio, ty mnÄ… kieruj!
Tybalcie, odbierz nazad swoje âpodÅ‚yâ;
Zwracam ci, co mi dałeś! Duch Merkucja
Wznosi się ponad naszymi głowami
DopominajÄ…c siÄ™ za swojÄ… twojej.
Ty lub ja albo oba musim legnąć.
TYBALT
Nikczemny chłystku, tyś mu tu był druhem,
BÄ…dźÅe i owdzie.
ROMEO
To siÄ™ tym rozstrzygnie.
WalczÄ…. Tybalt pada.
BENWOLIO
Romeo, uchodź, oddal się, uciekaj!
Rozruch siÄ™ wszczyna i Tybalt nie Åyje.
Nie stÃj jak wryty; jeÅ›li ciÄ™ schwytajÄ…,
KsiÄ…ÅÄ™ ciÄ™ na Å›mierć skaÅe; chroÅ„ siÄ™ zatem!
ROMEO
Jestem igraszkÄ… losu!
BENWOLIO
Prędzej! prędzej!
Romeo wychodzi. WchodzÄ… obywatele itd.
PIERWSZY OBYWATEL
Gdzie on? Gdzie uszedÅ‚ zabÃjca Merkucja?
ZabÃjca Tybalt w ktÃrÄ… uszedÅ‚ stronÄ™?
BENWOLIO
Tybalt tu leÅy.
PIERWSZY OBYWATEL
Za mną, mości panie;
W imieniu ksiÄ™cia kaÅęć być posÅ‚usznym.
WchodzÄ… KsiÄ…ÅÄ™ z orszakiem, Monteki i Kapulet z maÅ‚Åonkami swymi i inne
osoby.
KSIĄŻĘ
Gdzie sÄ… nikczemni sprawcy tej rozterki?
BENWOLIO
Dostojny ksiÄ…ÅÄ™, ja mogÄ™ objaÅ›nić
Cały bieg tego nieszczęsnego starcia.
Oto tu leÅy, przez Romea zgÅ‚adzon,
ZabÃjca twego krewnego, Merkucja.
PANI KAPULET
Tybalt! MÃj krewny! Syn mojego brata!
BoÅe! Tak marnie zgÅ‚adzony ze Å›wiata!
O moÅ›ci ksiÄ…ÅÄ™, bÅ‚agam twej opieki,
Niech za krew naszÄ… odda krew Monteki.
KSIĄŻĘ
Benwolio, powiedz, kto ten spÃr zapaliÅ‚?
BENWOLIO
Tybalt, ktÃrego Romeo powaliÅ‚.
Romeo darmo przekÅ‚adaÅ‚, jak prÃÅnÄ…
ByÅ‚a ta kÅ‚Ãtnia, przypominaÅ‚ zakaz
Waszej ksiÄ…ÅÄ™cej moÅ›ci, ale wszystkie
Te przedstawienia, uczynione grzecznie,
Spokojnym gÅ‚osem, nawet w korny sposÃb,
Nie mogły wpłynąć na zawzięty umysł
Tybalta. Zamiast skłonić się do zgody
Zwraca morderczÄ… stal w Merkucja piersi,
KtÃry, podobnieÅ uniesiony, ostrze
Odpiera ostrzem i uszedłszy śmierci,
Åle jÄ… nawzajem Tybaltowi: ale
Bez skutku, dzięki zręczności tamtego.
Romeo woÅ‚a: âHola! przyjaciele!
StÃjcie! odstÄ…pcie!â, i ramieniem szybszym
Od sÅ‚Ãw rozdziela skrzyÅowane klingi,
WpadajÄ…c miÄ™dzy nich; lecz w tejÅe chwili
Cios wymierzony z boku przez Tybalta
PrzeciÄ…Å‚ Merkucja Åycie. Tybalt zniknÄ…Å‚:
WkrÃtce atoli ukazaÅ‚ siÄ™ znowu,
Kiedy Romeo juŠbył zemstą zawrzał.
Starli siÄ™ w okamgnieniu i nim szpadÄ™
Wyjąć zdołałem, by wstrzymać tę zwadę,
JuÅ mÄ™Åny Tybalt wskroÅ› polegÅ‚ przeszyty
Z ręki Romea, a Romeo uszedł.
Tak siÄ™ rzecz miaÅ‚a: jeÅelim siÄ™ minÄ…Å‚
Z prawdÄ…, bodaj em ciÄ™ÅkÄ… Å›mierciÄ… zginÄ…Å‚.
PANI KAPULET
On jest Montekich krewnym, przywiÄ…zanie
Czyni go kłamcą, nie wierz mu, o panie!
Ich tu przynajmniej ze dwudziestu było;
Dwudziestu przeciw jednemu walczyło.
Sprawiedliwości, panie! Kto śmierć zadał,
Słuszna, by śmiercią za to odpowiadał.
KSIĄŻĘ
Tybalt jÄ… zadaÅ‚ wprzÃd Merkucjuszowi,
Romeo jemu; ktÃÅ sÅ‚usznie odpowie?
MONTEKI
Nie mÃj syn, panie; o, nie wyrzecz tego!
On był Merkucja najlepszym kolegą
I przyjacielem; w tym jedynie zgrzeszył,
Że Tybaltowi nieprawnie przyspieszył
Rygoru prawa.
KSIĄŻĘ
I za ten to błąd
Banitujemy go na zawsze stÄ…d.
Z bliska mię wasze dotknęły niesnaski,
Skoro mÃj wÅ‚asny dom cierpi z ich Å‚aski;
Ale ja takie znajdę środki na nie,
Å»e wam spÃr kaÅdy obmierzÅ‚ym siÄ™ stanie,
Wszelkie wykręty na nic się nie zdadzą:
Ni łzy, ni prośby winnym nie poradzą,
Uprzedzam! Niechaj Romeo ucieka,
Bo gdy schwytany będzie, śmierć go czeka.
KaÅcie stÄ…d zabrać te zwÅ‚oki: Åaskawość
Zbrodnią jest, kiedy oszczędza nieprawość.
WychodzÄ….
SCENA DRUGA
PokÃj w domu KapuletÃw. Julia sama.
JULIA
Pędźcie, ognistokopyte rumaki,
Ku państwom Feba; oby nowy jaki
Faeton dodał wam bodźca i rączej
Pognał was owdzie, gdzie się szlak dnia kończy!
Wierna kochankom nocy, spuść zasłonę,
By się wznieść mogły oczy w dzień spuszczone
I w te objÄ™cia niedostrzeÅonego
Sprowadź, ach! sprowadź mi Romea mego!
Miłości świeci pod twą czarną krepą
Jej własna piękność, a jeśli jest ślepą,
Tym stosowniejszy mrok dla niej. O nocy!
Cicha matrono, w ciemnej twej karocy
Przybądź i naucz mię niemym wyrazem,
Jak siÄ™ to traci i wygrywa razem
WÅ›rÃd gry niewinnej dwojga serc dziewiczych;
Skryj w płaszcza twego zwojach tajemniczych
Krew, co mi do lic bije z głębi łona;
AŠnieświadoma miłość, ośmielona,
Za skromność weźmie czyn swej świadomości.
Przyjdź, ciemna nocy! Przyjdź, mÃj dniu i w ciemnoÅ›ci!
To twÃj blask, o mÃj luby, jaÅ›nieć bÄ™dzie
Na skrzydÅ‚ach nocy, jak piÃro Å‚abÄ™dzie
Na grzbiecie kruka. WstÄ…p, o, wstÄ…p w te progi!
Daj mi Romea, a po jego zgonie
Rozsyp go w gwiazdki! A niebo zapłonie
Tak, Åe siÄ™ caÅ‚y Å›wiat w tobie zakocha
I czci odmÃwi sÅ‚oÅ„cu. Ach, jam sobie
Kupiła piękny przybytek miłości,
A w posiadanie jego wejść nie mogę;
NabytÄ… jestem takÅe, a nabywca
Jeszcze mię nie ma! Dzień ten mi nieznośny
Jak noc, co święto jakowe poprzedza,
Niecierpliwemu dziecku, ktÃre nowe
DostaÅ‚o szaty, a nie moÅe zaraz
W nie się przystroić. A! niania kochana.
Wchodzi Marta z drabinką sznurową w ręku.
Niesie mi wieści o nim, a kto tylko
Wymienia imiÄ™ Romea, ten boski
Ma dar wymowy. CÃÅ tam, moja nianiu?
Co to masz? Czy to ta drabinka, ktÃrÄ…
Romeo przynieść kazał?
MARTA
Tak, drabinka!
Rzuca jÄ….
JULIA
Dlaboga! czego załamujesz ręce?
MARTA
Ach! on nie Åyje, nie Åyje! nie Åyje!
Biada nam! biada nam! wszystko stracone!
On zginÄ…Å‚! on nie Åyje! on zabity!
JULIA
MoÅeÅ być niebo tak okrutne?
MARTA
Niebo
Nie jest okrutne, lecz Romeo; on to,
On jest okrutny. O Romeo! ktÃÅ by
Się był spodziewał! Romeo! Romeo!
JULIA
CÃÅeÅ› za szatan, Åe tak miÄ™ udrÄ™czasz?
Taki głos w piekle by tylko brzmieć winien.
CzyliÅ Romeo odjÄ…Å‚ sobie Åycie?
Powiedz: tak! a te trzy litery gorszy
Jad będą miały niŠwzrok bazyliszka.
JeÅeli takie âtakâ istnieje, Julia
Istnieć nie będzie; zawrą się na zawsze
Te usta, ktÃre to âtakâ wywoÅ‚aÅ‚y.
ZginÄ…Å‚li, powiedz: tak, jeÅeli nie - nie;
W krÃtkich wyrazach zbaw albo mnie zabij.
MARTA
Widziałam ranę na me własne oczy,
BoÅe, zmiÅ‚uj siÄ™ nad nim, tu, tu oto,
Tu w samym Å›rodku mÄ™Ånej jego piersi.
Straszny trup! straszny trup! blady jak popiÃÅ‚;
Cały zbroczony, cały krwią zbryzgany,
ZgÄ™stÅ‚Ä… krwiÄ…: aÅem wzdrygnęła siÄ™ patrzÄ…c.
JULIA
O pęknij, serce! pęknij w tym przeskoku
Z bogactw do nędzy! Do więzienia, wzroku!
JuÅ ty nie zaznasz swobody uroku.
Jak nas na ziemi złączył jeden ślub,
Tak niech nas w ziemi zÅ‚Ä…czy jeden grÃb.
MARTA
Tybalcie! mÃj najlepszy przyjacielu!
Luby Tybalcie! dziarski, walny chłopcze!
CzemuÅ mi, czemuÅ przyszÅ‚o przeÅyć ciebie?
JULIA
CÃÅ to za wicher dmie z dwÃch stron przeciwnych?
Romeo zginÄ…Å‚? i Tybalt zabity?
Ogłoś więc, straszna trąbo, koniec świata!
Bo gdzieÅ sÄ… Åywi, gdy ci dwaj nie ÅyjÄ…?
MARTA
Tybalt nie Åyje, Romeo wygnany,
Romeo zabił go, jest więc wygnany.
JULIA
BoÅe! Romeo przelaÅ‚ krew Tybalta?
MARTA
On to, niestety, on, on to uczynił.
JULIA
O serce Åmii pod kwiecistÄ… maskÄ…!
KryÅ‚Åe siÄ™ kiedy smok w tak piÄ™knym lochu?
Luby tyranie, anielski szatanie!
Kruku w gołębich pierzach! Wilku w runie!
Nikczemny wątku w niebiańskiej postaci!
We wszystkim sprzeczny z tym, czym siÄ™ wydajesz.
Szlachetny zbrodniu! Potępieńcze święty!
O, cÃÅeÅ› miaÅ‚a do czynienia w piekle,
Naturo, kiedyś taki duch szatański
W raj tak pięknego ciała wprowadziła?
ByÅ‚aÅ gdzie ksiÄ…Åka tak ohydnej treÅ›ci
W oprawie tak ozdobnej? TrzebaÅ, aby
Fałsz zamieszkiwał tak przepyszny pałac?!
MARTA
Nie ma czci, nie ma wiary, nie ma prawdy,
Nie ma sumienia w ludziach; sama zmienność,
Sama przewrotność, chytrość i obłuda.
Pietrze! daj no mi trochÄ™ akwawity.
Te smutki, te zgryzoty, te cierpienia
Robią mię starą. Przeklęty Romeo!
Hańba mu!
JULIA
Bodaj ci język oniemiał
Za to przekleństwo! Romeo nie zrodzon
Do hańby; hańba by wstydem spłonęła
Na jego czole! bo ono jest tronem,
Na ktÃrym honor Å›miaÅ‚o by mÃgÅ‚ zostać
Koronowany na monarchę świata.
O, jakÅe mogÅ‚am mu zÅ‚orzeczyć!
MARTA
ChceszÅe
ZbÃjcÄ™ krewnego twego uniewinniać?
JULIA
MamÅe potÄ™piać mojego maÅ‚Åonka?
O biedny! ktÃÅ by popieÅ›ciÅ‚ twe imiÄ™,
Gdybym ja, od trzech godzin twoja Åona,
MiaÅ‚a je szarpać? AleÅ, niegodziwy,
Za co ty mego zabiłeś krewnego!
Za to, Åe krewny niegodziwy zabić
ChciaÅ‚ mego mÄ™Åa. Precz, precz, Å‚zy niewczesne!
SpÅ‚yÅ„cie do źrÃdÅ‚a, ktÃre was wydaÅ‚o;
DaÅ„ waszych kropel przypada Åalowi,
A nie radoÅ›ci, ktÃrej jÄ… pÅ‚acicie.
MÃj mÄ…Å, co Tybalt go chciaÅ‚ zabić, Åyje,
A Tybalt, co chciaÅ‚ zabić mego mÄ™Åa,
Åmierć poniÃsÅ‚; w tym pociecha. CzegÃÅ pÅ‚aczÄ™?
Ha! doszło moich uszu coś gorszego
NiŠśmierć Tybalta; co mię wskroś przeszyło.
Chętnie bym o tym zapomniała, ale
To coś wcisnęło się tak w moją pamięć
Jak karygodny czyn w umysł grzesznika.
Tybalt nie Åyje â” Romeo wygnany!
To jedno słowo: wygnany, zabiło
TysiÄ…c TybaltÃw. Åmierć Tybalta byÅ‚a
Sama juÅ przez siÄ™ dostatecznym ciosem;
Jeśli zaś ciosy lubią towarzystwo
I gwałtem muszą mieć za sobą świtę,
DlaczegÃÅ w Å›lad tych sÅ‚Ãw: Tybalt nie Åyje!
Nie nastÄ…piÅ‚o: twÃj ojciec nie Åyje
Lub matka, albo i ojciec, i matka?
Żal byłby wtenczas całkiem naturalny,
Lecz gdy Tybalta śmierć ma za następstwo
To przeraźliwe: Romeo wygnany!
O, jednocześnie z tym wykrzykiem Tybalt,
Matka i ojciec, Romeo i Julia,
Wszyscy nie ÅyjÄ…. Romeo wygnany!
Z zbÃjczego tego wyrazu pÅ‚ynÄ…ca
Åmierć nie ma granic ni miary, ni koÅ„ca
I Åaden jÄ™zyk nie odda boleÅ›ci,
Jaką to straszne słowo w sobie mieści.
Gdzie moja matka i ojciec?
MARTA
Przy zwłokach
Tybalta jęczą i łzy wylewają.
Chcesz tam panienka iść, to zaprowadzę.
JULIA
Nie mnie oblewać łzami jego rany:
Moich przedmiotem Romeo wygnany.
Weź tę drabinkę. Biedna ty plecionko!
Ty zawÃd dzielisz z Romea maÅ‚ÅonkÄ…:
Obie nas chybił los oczekiwany,
Bo on wygnany, Romeo wygnany!
Ty pozostajesz spuścizną jałową,
A ja w panieńskim stanie jestem wdową.
PÃjdź, nianiu, prowadź miÄ™ w maÅ‚ÅeÅ„skie Å‚oÅe,
Nie mÄ…Å, juÅ tylko Å›mierć w nie wstÄ…pić moÅe.
MARTA
Czekaj no, pÃjdÄ™ sprowadzić Romea,
By cię pocieszył. Wiem, gdzie on jest teraz.
Nie pÅ‚acz; uÅyjem jeszcze tych plecionek
I twÃj Romeo wnet przed tobÄ… stanie.
JULIA
O, znajdź go! daj mu w zakład ten pierścionek
I na ostatnie proÅ› go poÅegnanie.
WychodzÄ….
SCENA TRZECIA
Cela Ojca Laurentego. Wchodzi Ojciec Laurenty i Romeo.
OJCIEC LAURENTY
wchodzÄ…c
Romeo! PÃjdź tu, pognÄ™biony czÅ‚eku!
Smutek zakochał się w umyśle twoim
I poślubiony jesteś niefortunnie.
ROMEO
CÃÅ tam, cny ojcze? JakiÅ wyrok ksiÄ™cia?
I jakaŠdola nieznana ma zostać
MÄ… towarzyszkÄ…?
OJCIEC LAURENTY
Zbyt juÅ oswojony
Jest mÃj syn drogi z takim towarzystwem,
Przynoszęć wieści o wyroku księcia.
ROMEO
JakiÅ by mÃgÅ‚ być Å‚askawszy prÃcz Å›mierci?
OJCIEC LAURENTY
Z ust jego padło łagodniejsze słowo:
Wygnanie ciała, nie śmierć ciała, wyrzekł.
ROMEO
Wygnanie? Zmiłuj się, jeszcze śmierć dodaj!
Wygnanie bowiem wyglÄ…da okropniej
NiÅ Å›mierć. Zaklinam ciÄ™, nie mÃw: wygnanie.
OJCIEC LAURENTY
Wygnany jesteś z obrębu Werony.
Zbierz męstwo, świat jest długi i szeroki.
ROMEO
Zewnątrz Werony nie ma, nie ma świata,
Tylko tortury, czyściec, piekło samo!
Stąd być wygnanym jest to być wygnanym
Ze świata; być zaś wygnanym ze świata
Jest to śmierć ponieść; wygnanie jest zatem
ÅmierciÄ… barwionÄ…. MieniÄ…c Å›mierć wygnaniem,
Złotym toporem ucinasz mi głowę,
Z uśmiechem patrząc na ten cios śmiertelny.
OJCIEC LAURENTY
O ciÄ™Åki grzechu! O niewdziÄ™czne serce!
BÅ‚Ä…d twÃj pociÄ…ga z prawa Å›mierć za sobÄ…:
KsiÄ…ÅÄ™, ujmujÄ…c siÄ™ jednak za tobÄ…,
Prawo Åyczliwie usuwa na stronÄ™
I groźny wyraz: śmierć ┠w wygnanie zmienia,
Åaska to, i ty tego nie uznajesz?
ROMEO
Katusza to, nie Å‚aska. Tu jest niebo,
Gdzie Julia Åyje; lada pies, kot, lada
Mysz marna, lada nikczemne stworzenie
Å»yje tu w niebie, moÅe na niÄ… patrzeć,
Tylko Romeo nie moÅe. MdÅ‚a mucha
Więcej ma mocy, więcej czci i szczęścia
Niźli Romeo; jej wolno dotykać
Białego cudu, drogiej ręki Julii
I nieśmiertelne z ust jej kraść zbawienie;
Z tych ust, co pełne westalczej skromności
Bez przerwy płoną i pocałowanie Grzechem być sądzą; mucha ma tę
wolność,
Ale Romeo nie ma; on wygnany.
I mÃwisz, Åe wygnanie nie jest Å›mierciÄ…?
Nie maszli Åadnej trucizny, Åadnego
Ostrza, Åadnego Å›rodka nagÅ‚ej Å›mierci,
Aby mię zabić, tylko ten fatalny
Wyraz â” wygnanie? O ksiÄ™Åe, zÅ‚e duchy
Wyją, gdy w piekle usłyszą ten wyraz:
I ty masz serce, ty, święty spowiednik,
RozgrzeÅ›ca grzechÃw i szczery przyjaciel,
Pasy drzeć ze mnie tym słowem: wygnanie?
OJCIEC LAURENTY
StÃj, nierozumny szaleÅ„cze, posÅ‚uchaj!
ROMEO
Znowu mi będziesz prawił o wygnaniu.
OJCIEC LAURENTY
Dam ci broń przeciw temu wyrazowi;
Balsamem w przeciwnościach ┠filozofia;
W tej więc otuchę czerp będąc wygnanym.
ROMEO
Wygnanym jednak! O, precz z filozofiÄ…!
CzyŠfilozofia zdoła stworzyć Julię?
Przestawić miasto? Zmienić wyrok księcia?
Nic z niej; bezsilna ona, nie mÃw o niej.
OJCIEC LAURENTY
Szaleni są więc głuchymi, jak widzę.
ROMEO
Jak mają nie być, gdy mądrzy nie widzą.
OJCIEC LAURENTY
DajÅe mi mÃwić; przyjm sÅ‚owa rozsÄ…dku.
ROMEO
Nie moÅesz mÃwić tam, gdzie nic nie czujesz.
Bądź jak ja młodym, posiądź miłość Julii,
Zaślub ją tylko co, zabij Tybalta,
Bądź zakochanym jak ja i wygnanym,
A wtedy bÄ™dziesz mÃgÅ‚ mÃwić; o, wtedy
BÄ™dziesz mÃgÅ‚ sobie z rozpaczy rwać wÅ‚osy
I rzuć się na ziemię,jak ja teraz,
Na grÃb zawczasu biorÄ…c sobie miarÄ™.
Rzuca się na ziemię. Słychać kołatanie.
OJCIEC LAURENTY
Cicho, ktoÅ› puka; ukryj siÄ™, Romeo.
ROMEO
Nie; chyba para powstaÅ‚a z mych jÄ™kÃw,
Jak mgła, ukryje mię przed ludzkim wzrokiem.
Kołatanie.
OJCIEC LAURENTY
Słyszysz? pukają znowu. Kto tam? Powstań,
Powstań, Romeo! Chcesz być wziętym? Powstań;
Kołatanie.
Wnijdź do pracowni mojej. Zaraz, zaraz.
CÃÅ to za upÃr!
Kołatanie.
IdÄ™, idÄ™, ktÃÅ to
Tak na gwałt puka? Skąd wy? Czego chcecie?
MARTA
zewnÄ…trz
Wpuśćcie mię, wnet się o wszystkim dowiecie.
Julia przysyła mię.
OJCIEC LAURENTY
WitajÅe, witaj.
Wchodzi Marta.
MARTA
O! świątobliwy ojcze, powiedz, proszę,
Gdzie jest mÄ…Å mojej pani, gdzie Romeo?
OJCIEC LAURENTY
Tu, na podłodze, łzami upojony.
MARTA
Ach, on jest właśnie w stanie mojej pani,
Właśnie w jej stanie. Nieszczęsna sympatio!
Smutne zbliÅenie! I ona tak leÅy
Płacząc i łkając, szlochając i płacząc.
PowstaÅ„ pan, powstaÅ„, jeÅ›li jesteÅ› mÄ™Åem!
O, powstań, podnieś się przez wzgląd na Julię!
Dlaczego dać się przygnębiać tak srodze?
ROMEO
Marto!
MARTA
Ach, panie! Wszystko na tym świecie
Kończy się śmiercią.
ROMEO
MÃwiÅ‚aÅ› o Julii?
CÃÅ siÄ™ z niÄ… dzieje? O, pewnie miÄ™ ona
Ma za mordercę zakamieniałego,
Kiedym mÃgÅ‚ naszych rozkoszy dzieciÅ„stwo
Splamić krwią, jeszcze tak bliską jej własnej.
Gdzie ona? Jak siÄ™ miewa i co mÃwi
Na zawÃd w Å›wieÅo bÅ‚ysÅ‚ym nam zawodzie?
MARTA
Nic, tylko szlocha i szlocha, i szlocha;
To siÄ™ na Å‚ÃÅko rzuca, to powstaje,
To woÅ‚a: âTybalt!â, to krzyczy: âRomeo!â
I znowu pada.
ROMEO
Jak gdyby to imiÄ™
Z śmiertelnej paszczy działa wystrzelone
Miało ją zabić, tak jak jej krewnego
Zabiła ręka tego, co je nosi.
O! powiedz, powiedz mi, ojcze, przez litość,
W ktÃrym zakÄ…tku tej nÄ™dznej budowy
Mieszka me imię; powiedz, abym zburzył
To nienawistne siedlisko. Dobywa miecza.
OJCIEC LAURENTY
StÃj! Wstrzymaj
DÅ‚oÅ„ rozpaczliwÄ…! czy jesteÅ› ty mÄ™Åem?
Postać wskazuje twoja, Åe nim jesteÅ›;
Åzy twe niewieÅ›cie; dzikie twoje czyny
Cechują wściekłość bezrozumną zwierza.
W pozornym mÄ™Åu ukryta niewiasto!
Zwierzu, przybrany w pozÃr tego dwojga!
Ty mnie w zdumienie wprawiasz. Jakem kapłan!
MyÅ›laÅ‚em, Åe masz wiÄ™cej hartu w sobie.
Tybaltaś zabił, chcesz zabić sam siebie
I przez haniebny ten na siebie zamach
Zabić chcesz takÅe tÄ™, co Åyje tobÄ…?
Przecz tak uwłaczasz swemu urodzeniu,
Niebu i ziemi, skoro urodzenie,
Niebo i ziemia ci się śmieją? Wstydź się!
Krzywdzisz swÄ… postać, swÄ… miÅ‚ość, swÃj rozum,
BoÅ› ty jak lichwiarz bogaty w to wszystko,
Ale niczego tego nie uÅywasz
W sposÃb mogÄ…cy te dary ozdobić.
Kształtna twa postać jest figurą z wosku,
Skoro nie z męską cnotą idzie w parze;
Miłość twa w gruncie czczym krzywoprzysięstwem,
Skoro chcesz zabić tÄ™, ktÃrejÅ› jÄ… Å›lubiÅ‚.
TwÃj rozum, chluba ksztaÅ‚tÃw i miÅ‚oÅ›ci,
Niezręczny w korzystaniu z tego dwojga,
Jest jak proch w roÅku pÅ‚ochego ÅoÅ‚nierza,
Co się zapala z własnej jego winy
I razi tego, ktÃrego miaÅ‚ bronić.
OtrzÄ…Å› siÄ™, czÅ‚eku! Julia twoja Åyje;
Julia, dla ktÃrej umrzeć byÅ‚eÅ› gotÃw;
W tymeś szczęśliwy. Tybalt chciał cię zabić,
TyÅ› jego zabiÅ‚: w tym szczęśliwyÅ› takÅe.
Prawo, groÅÄ…ce ci Å›mierciÄ…, zamienia
Åmierć na wygnanie, i w tymeÅ› szczęśliwy.
Stosy na głowie błogosławieństw dźwigasz,
Szczęście najwabniej wdzięczy się do ciebie,
A ty, jak dziewka zepsuta, kapryśna,
DÄ…sasz siÄ™ na tÄ™ szczodrotÄ™ fortuny.
StrzeÅ siÄ™, bo tacy marnie umierajÄ….
TerazÅe idź do Åony, jak to byÅ‚o
WprzÃd umÃwione, i pociesz niebogÄ™.
Pomnij wyjść jednak przed wart rozstawieniem;
Bo pÃźniej przejść byÅ› nie mÃgÅ‚ do Mantui,
Gdzie masz przebywać tak długo, aŠznajdziem
Czas do odkrycia waszego maÅ‚ÅeÅ„stwa,
Do pojednania waszych nieprzyjaciÃÅ‚,
Do przebłagania księcia, na ostatek
Do sprowadzenia cię nazad, z radością
Dziesięciokroć sto tysięcy razy większą
NiÅ teraźniejszy twÃj smutek. Waćpani,
Idź naprzÃd; pozdrÃw ode mnie swÄ… paniÄ…
I kaŠjej naglić wszystkich do spoczynku,
Ku czemu Åal ich uÅ‚atwi namowÄ™.
Romeo przyjdzie niebawem.
MARTA
O panie!
Mogłabym całą noc stać tu i słuchać,
Co teÅ to moÅe nauczoność! BiegnÄ™
Uprzedzić mojÄ… paniÄ…, Åe pan przyjdziesz.
ROMEO
Idź, proś ją, niech się gotuje mię zgromić.
MARTA
Oto pierÅ›cionek, ktÃry mi kazaÅ‚a
DorÄ™czyć panu. Åpiesz siÄ™ pan, juÅ pÃźno.
Wychodzi Marta.
ROMEO
O, jakÅe mi ten dar dodaÅ‚ otuchy!
OJCIEC LAURENTY
Idź juÅ, dobranoc! a pamiÄ™taj, synu,
Wyjść jeszcze dzisiaj, nim zaciągną warty,
Albo w przebraniu wyjść jutro o świcie.
Osiądź w Mantui. Jeden z naszych braci
Nosić ci będzie od czasu do czasu
Zawiadomienie o kaÅdym wypadku,
Jaki na twoją korzyść tu się zdarzy.
Daj rÄ™kÄ™, pÃźno juÅ, bÄ…dź zdrÃw, dobranoc.
ROMEO
Gdyby nie radość, co mię czeka, wczesny
Ten rozdział z tobą byłby zbyt bolesny.
Żegnam cię, ojcze.
WychodzÄ….
SCENA CZWARTA
PokÃj w domu KapuletÃw. WchodzÄ… Kapulet, Pani Kapulet i Parys.
KAPULET
Tak smutny dotknÄ…Å‚ nas, panie, wypadek.
Å»eÅ›my nie mieli czasu mÃwić z JuliÄ….
Krewny nasz, Tybalt, był jej nader drogim,
Nam takÅe, ale rodzim siÄ™, by umrzeć.
DziÅ› ona juÅ nie zejdzie, bo juÅ pÃźno.
Gdyby nie twoje, hrabio, odwiedziny,
Ja sam bym w Å‚ÃÅku byÅ‚ juÅ od godziny.
PARYS
Pora ÅaÅ‚oby nie sprzyja zalotom;
Dobranoc, pani, poleć mnie swej cÃrce.
PANI KAPULET
Najchętniej, zaraz jutro ją wybadam;
Na dziÅ› zamknęła siÄ™, by Åal swÃj spÅ‚akać.
KAPULET
Hrabio, za miłość naszego dziecięcia
MogÄ™ ci rÄ™czyć; mniemam, Åe siÄ™ skÅ‚oni
Do mych przeÅ‚oÅeÅ„, co wiÄ™cej, nie wÄ…tpiÄ™.
PÃjdź do niej, Åono, nim siÄ™ spać poÅ‚oÅysz;
Oznajm jej cnego Parysa zamiary
I powiedzÅe jej, uwaÅasz, iÅ w Å›rodÄ™â
Zaczekaj, cÃÅ to dzisiaj?
PARYS
Poniedziałek.
KAPULET
A! poniedziałek! Za wcześnie we środę;
OdÅ‚ÃÅmy to na czwartek; w ten wiÄ™c czwartek
Zostanie ÅonÄ… szlachetnego hrabi.
BÄ™dzieszli gotÃw? Czy ci to dogadza?
Cicho siÄ™ sprawim: jeden, dwÃch przyjaciÃÅ‚â
GdybyÅ›my bowiem po tak Å›wieÅej stracie
Bardzo hulali, ludzie, widzisz, hrabio,
Mogliby myÅ›leć, Åe za lekko bierzem
Zgon tak bliskiego krewnego; dlatego
Wezwiem przyjaciÃÅ‚ z jakie pÃÅ‚ tuzina
I na tym koniec. CÃÅ mÃwisz na czwartek?
PARYS
Rad bym, o panie, Åeby juÅ byÅ‚ jutro.
KAPULET
To dobrze. BÄ…dź nam zdrÃw. A wiÄ™c we czwartek.
WstÄ…pÅe do Julii, Åono, nim spać pÃjdziesz,
Przygotuj jÄ… do Å›lubu. BÄ…dź zdrÃw, hrabio.
ÅwiatÅ‚a! hej! Å›wiatÅ‚a do mego pokoju!
Tak juÅ jest pÃźno, ÅebyÅ›my nieledwie
Mogli powiedzieć: tak rano. Dobranoc.
WychodzÄ….
SCENA PIÄ„TA
PokÃj Julii. WchodzÄ… Romeo i Julia.
JULIA
Chcesz juŠiść? Jeszcze ranek nie tak bliski,
SÅ‚owik to, a nie skowronek siÄ™ zrywa
I Å›piewem przeszyÅ‚ trwoÅne ucho twoje.
Co noc on śpiewa owdzie na gałązce
Granatu, wierzaj mi, Åe to byÅ‚ sÅ‚owik.
ROMEO
Skowronek to, Ãw czujny herold ranku,
Nie słowik; widzisz te zazdrosne smugi,
Co tam na wschodzie złocą chmur krawędzie?
Pochodnie nocy juŠsię wypaliły
I dzieÅ„ siÄ™ wspina raźnie na gÃr szczyty.
ChcÄ…c Åyć, iść muszÄ™ lub zostajÄ…c â” umrzeć.
JULIA
Owo światełko nie jest świtem; jest to
Jakiś meteor od słońca wysłany,
Aby ci sÅ‚uÅyÅ‚ w noc na przewodnika
I do Mantui rozjaśnił ci drogę,
Zostań więc, nie masz potrzeby się śpieszyć.
ROMEO
Niech mię schwytają, na śmierć zaprowadzą,
Rad temu będę, bo Julia chce tego.
Nie, ten brzask nie jest zapowiedziÄ… ranka,
To tylko blady odblask lica luny;
To nie skowronek, co owdzie piosenkÄ…
BijÄ…c w niebiosa wznosi siÄ™ nad nami.
WiÄ™cej miÄ™ wzglÄ™dÃw skÅ‚ania tu pozostać
NiŠnagle odejść. O śmierci, przybywaj!
Chętnie cię przyjmę, bo Julia chce tego.
CÃÅ, luba? prawda, Åe jeszcze nie dnieje?
JULIA
O, dnieje, dnieje! Idź, spiesz się, uciekaj!
Głos to skowronka grzmi tak przeraźliwie
I niestrojnymi, ostrymi dźwiękami
Razi me ucho. MÃwiÄ…, Åe skowronek
Miło wywodzi; z tym się ma przeciwnie,
Bo on wywodzi nas z objęć wzajemnych.
Skowronek, mÃwiÄ…, z obrzydÅ‚Ä… ropuchÄ…
Zamienił oczy; o, rada bym teraz,
Å»eby byÅ‚ takÅe i gÅ‚os z niÄ… zamieniÅ‚,
Bo ten głos, w smutnej rozstania potrzebie,
Dzień przywołując, odwołuje ciebie.
Idź juÅ, idź: ciemność coraz to siÄ™ zmniejsza.
ROMEO
A dola nasza coraz to ciemniejsza!
Wchodzi Marta.
MARTA
Pst! pst!
JULIA
Co?
MARTA
Starsza pani tu nadchodzi,
Dzień świta: baczność, bo się narazicie.
Wychodzi.
JULIA
O okno, wpuśćÅe dzieÅ„, a wypuść Åycie!
ROMEO
wychodzÄ…c przez okno
BÄ…dź zdrowa! Jeszcze jeden uÅ›cisk krÃtki.
JULIA
JuÅ idziesz; o mÃj drogi! mÃj milutki!
Muszę mieć co dzień wiadomość o tobie;
A kaÅda chwila rÃwnÄ… bÄ™dzie dobie.
Zgrzybieję licząc podług tej rachuby,
Nim ciÄ™ zobaczÄ™ znowu, o mÃj luby.
ROMEO
Ilekroć bÄ™dÄ™ mÃgÅ‚, tylekroć twojÄ™
Drogą troskliwość pewnie zaspokoję.
Znika za oknem.
JULIA
Jak myÅ›lisz, czy siÄ™ znÃw ujrzymy kiedy?
ROMEO
Nie wÄ…tpiÄ™ o tym, najmilsza, a wtedy
Wszystkie cierpienia nasze kwiatem tkanÄ…
KanwÄ… do sÅ‚odkich rozmÃw nam siÄ™ stanÄ….
JULIA
BoÅe! przeczuwam jakÄ…Å› ciÄ™ÅkÄ… dolÄ™;
Wydajesz mi siÄ™ teraz tam na dole
Jak trup, z ktÃrego znikÅ‚y Åycia Å›lady.
Czy miÄ™ wzrok myli? JakiÅeÅ› ty blady!
ROMEO
I twoja takÅe twarz jak pogrobowa.
Smutek nas trawi. Bądź zdrowa! bądź zdrowa!
JULIA
odstępując od okna
O losie! ludzie mienią cię niestałym;
ToŠwięc przez zawiść tylko prześladujesz
Tych, co kochają stale? Bądź niestały,
Bo wtedy będę mogła mieć nadzieję,
Że go niedługo będziesz zatrzymywał
I wrÃcisz nazad.
PANI KAPULET
za scenÄ…
Julio! czyś juŠwstała?
JULIA
KtÃÅ to miÄ™ woÅ‚a! GÅ‚osÅe to mej matki?
Nie spałaŠona czy wstała tak rano?
JakiÅ niezwykÅ‚y powÃd jÄ… sprowadza?
Wchodzi Pani Kapulet.
PANI KAPULET
Jak siÄ™ masz, Julciu?
JULIA
Niedobrze mi, matko!
PANI KAPULET
WciąŠjeszcze płaczesz nad stratą Tybalta?
ChceszÅe go Å‚zami dobyć z grobu? ChoćbyÅ›
Dopięła tego, wskrzesić go nie zdołasz.
PrzestaÅ„ wiÄ™c; pewien Åal moÅe dowodzić
Wielkiej miÅ‚oÅ›ci, ale wielkość Åalu
Dowodzi pewnej płytkości pojęcia.
JULIA
Trudno na taką stratę nie być czułą.
PANI KAPULET
Tak, ale płacząc czujesz tylko stratę,
Nie tego, po kim płaczesz, moje dziecko.
JULIA
Tak czując stratę, mogę tylko płakać.
PANI KAPULET
Przyznaj siÄ™ jednak, Åe nie tyle pÅ‚aczesz
Nad jego śmiercią, jako raczej nad tym,
Å»e jeszcze Åyje ten Å‚otr, co go zabiÅ‚.
JULIA
Jaki Å‚otr, pani?
PANI KAPULET
Ten ci Å‚otr Romeo.
JULIA
na stronie
On i Å‚otr ÅyjÄ… daleko od siebie.
Przebacz mu, BoÅe, tak jak ja przebaczam,
A przecieŠnie ma na świecie człowieka,
KtÃry by bardziej ciÄ™ÅyÅ‚ mi na sercu.
PANI KAPULET
Å»e mimo swoich niecnot jeszcze Åyje.
JULIA
Że go nie mogę dosiąc tym ramieniem,
Rada bym sama mÃc siÄ™ na nim zemÅ›cić.
PANI KAPULET
Dozna on zemsty; nie troszcz się i nie płacz,
ZlecÄ™ ja pewnej osobie w Mantui,
Gdzie ten wygnany renegat się schronił,
Dać mu traktament tak zniewalający,
Że wnet pospieszy za Tybaltem.Wtedy
Będziesz, spodziewam się, zaspokojona.
JULIA
Nie zaspokoi mnie Romeo nigdy,
DopÃki tylko Åyć bÄ™dzie; tak silnie
Boleść po krewnym rozjątrza mi serce.
O pani, jeśli tylko znajdziesz kogo,
Co się podejmie podać mu truciznę,
Ja jÄ… przyrzÄ…dzÄ™, by po jej wypiciu
Romeo zasnąć mÃgÅ‚ jak najspokojniej.
JakÅe miÄ™ korci sÅ‚yszeć jego imiÄ™
I nie mÃc zaraz dostać siÄ™ do niego,
By przywiÄ…zaniu memu do Tybalta
Dać odwet na tym, co go zamordował.
PANI KAPULET
Znajdź ty sposoby, ja znajdę człowieka,
TerazÅe mam ci udzielić, dziewczyno,
Wesołych nowin.
JULIA
Wesołe nowiny
PoÅÄ…danymi sÄ… w tak smutnych czasach.
JakaŠtych nowin treść, kochana matko?
PANI KAPULET
Masz troskliwego ojca, moje dzieciÄ™;
On to, aÅeby smutek twÃj rozproszyć,
Umyślił i wyznaczył dzień na radość
Tak dla ciÄ™, jak i dla mnie niespodzianÄ….
JULIA
CÃÅ to za radość, matko? mogęŠwiedzieć?
PANI KAPULET
Ta, a nie inna, Åe w ten czwartek z rana
Piękny, szlachetny, młody hrabia Parys
Ma ciÄ™ uczynić szczęśliwÄ… maÅ‚ÅonkÄ…
W ÅwiÄ™tego Piotra koÅ›ciele.
JULIA
Na koÅ›ciÃÅ‚
ÅwiÄ™tego Piotra i Piotra samego!
Nigdy on, nigdy tego nie uczyni!
Zdumiewa miÄ™ ten poÅ›piech. Mam iść za mÄ…Å,
Nim ten, co moim ma być mÄ™Åem, zaczÄ…Å‚
Starać się o mnie, nim mi się dał poznać?
ProszÄ™ ciÄ™, matko, powiedz memu ojcu,
Å»e jeszcze nie chcÄ™ iść za mÄ…Å, a gdybym
Koniecznie miała iść, to bym wolała
PÃjść za Romea, ktÃry, jak wiesz dobrze,
Jest mi z całego serca nienawistny,
NiÅ za Parysa. Ha! to mi nowina!
Wchodzi Kapulet i Marta.
PANI KAPULET
Oto twÃj ojciec, powiedz mu to sama;
Zobaczym, jak on przyjmie twą odpowiedź.
KAPULET
Kiedy dzień kona, niebo spuszcza rosę;
Ale po skonie naszego krewnego
Pada ulewny deszcz. CÃÅ to, dziewczyno?
Czy jesteÅ› cebrem? CiÄ…gle jeszcze we Å‚zach?
Ciągłe wezbranie? W małej swej istocie
Przedstawiasz obraz Å‚odzi, morza, wiatru:
Bo twoje oczy, jakby morze, ciÄ…gle
Falują łzami: biedne twoje ciało
Jak Å‚Ãdź Åegluje po tych sÅ‚onych falach.
Wiatrem na koniec sÄ… westchnienia twoje,
KtÃre ze Å‚zami walczÄ…c, a Å‚zy z nimi,
JeÅeli nagÅ‚a nie nastÄ…pi cisza,
StrzaskajÄ… twojÄ… Å‚ÃdkÄ™. I cÃÅ, Åono?
Czyś jej zamiary nasze objawiła?
PANI KAPULET
Tak, ale nie chce i dziękuje za nie,
Bodajby była z grobem zaślubiona!
KAPULET
Co? Jak to? Nie chce? Nie chce? Nie chce, mÃwisz?
Nie jest nam wdzięczna? Nie pyszni się z tego?
Nie poczytuje sobie za szczyt szczęścia,
Niegodna, ÅeÅ›my jej najgodniejszego
Z weroÅ„skich chÅ‚opcÃw wybrali na mÄ™Åa?
JULIA
Nie pysznam z tego, alem wdzięczna za to
Pyszna, zaiste, nie mogę być z tego,
Co nienawidzę; lecz wdzięczna być winnam
I za nienawiść w postaci miłości.
KAPULET
CÃÅ to znÃw? cÃÅ to? Logika w spÃdnicy!
Pysznam i wdzięcznam, i zasię nie wdzięcznam,
Jednak nie pysznam! SÅ‚uchaj, Å›widrzygÅ‚Ãwko,
Nie dziękuj wdzięcznie ni się pyszń z niepyszna,
Lecz zbierz swe sprytne klepki na ten czwartek,
By pÃjść z Parysem do ÅwiÄ™tego Piotra,
Albo ciÄ™ kaÅÄ™ zawlec tam na smyczy.
Rozumiesz? ty blednico, ty tłumoku;
Lalko Å‚ojowa!
PANI KAPULET
Wstydź się! czyś oszalał?
JULIA
Błagam cię, ojcze, na klęczkach cię błagam,
PozwÃl powiedzieć sobie tylko sÅ‚owo.
KAPULET
Precz, wszetecznico! dziewko nieposłuszna!
Ja ci powiadam: gotuj siÄ™ w ten czwartek
Iść do kościoła lub nigdy, przenigdy
Na oczy mi się więcej nie pokazuj.
Nic nie mÃw ani piÅ›nij, ani trunij:
Palce miÄ™ Å›wierzbiÄ…. MyÅ›leliÅ›my, Åono,
Å»e nas za skÄ…po BÃg pobÅ‚ogosÅ‚awiÅ‚
DajÄ…c nam jedno dziecko; teraz widzÄ™,
Że i to jedno jest jednym za wiele
I Åe w niej mamy bicz boÅy. Precz, plucho!
Cyganko jakaÅ›!
MARTA
BÅ‚ogosÅ‚aw jej BoÅe!
Jegomość grzeszy, tak fukając na nią.
KAPULET
Doprawdy! Czy tak sądzi wasza mądrość?
IdźÅe pytlować gÄ™bÄ… z kumoszkami.
MARTA
Nie mÃwiÄ™ bluźnierstw.
KAPULET
Terefere kuku!
MARTA
CzyÅ mÃwić zbrodnia?
KAPULET
Milcz, stara trajkotko!
Schowaj swÃj rozum na babskie sejmiki.
Tu niepotrzebny.
PANI KAPULET
Za gorÄ…cy jesteÅ›.
KAPULET
Na miłość boską, to trzeba oszaleć!
W dzień, w noc, wieczorem, rano, w domu, w mieście,
Sam, w towarzystwie, we śnie i na jawie
Ciągle i ciągle ot, rozmyślam tylko
O jej zamęściu; i teraz, gdym znalazł
DlaÅ„ oblubieÅ„ca ksiÄ…ÅÄ™cego rodu,
Pana rozlegÅ‚ych majÄ…tkÃw, mÅ‚odego,
UksztaÅ‚conego, uposaÅonego
DokolusieÅ„ka, jak mÃwiÄ…, w przymioty,
Jakich siÄ™ moÅe od mÄ™Åczyzny ÅÄ…dać;
Trzeba, aÅeby mi jedna smarkata,
Mazgajowata gęś odpowiedziała:
Nie chcÄ™ iść za mÄ…Å, nie mogÄ™ pokochać,
Jestem za młoda, wybaczcie mi, proszę.
Nie chcesz iść za mÄ…Å? a to nie idź, zgoda,
Ale mi nie wÅ‚aź w oczy; Åeruj sobie,
Gdzie tylko zechcesz, byle nie w mym domu.
ZwaÅ to, pamiÄ™taj, nie zwykÅ‚ym Åartować.
Czwartek za pasem; przyÅ‚ÃÅ dÅ‚oÅ„ do serca;
Namyśl się dobrze; będzieszli powolna,
Znajdziesz dobrego we mnie przyjaciela,
A nie, to marniej, Åebrz, jÄ™cz, mrzej pod pÅ‚otem;
Bo jak BÃg w niebie, nigdy ciÄ™ nie uznam
Za moje dziecko i z mojego mienia
Nawet źdźbło nigdy ci się nie oberwie.
MoÅesz siÄ™ na to spuÅ›cić, jestem sÅ‚owny.
Wychodzi.
JULIA
Nie masz litoÅ›ci w niebie, ktÃra widzi
Całą głębokość mojego cierpienia?
Ty miÄ™ przynajmniej nie odpychaj, matko!
Zwlecz to maÅ‚ÅeÅ„stwo na miesiÄ…c, na tydzieÅ„
Albo mi poÅ›ciel oblubieÅ„cze Å‚oÅe
W tymÅe grobowcu, w ktÃrym Tybalt leÅy.
PANI KAPULET
Nie mÃw nic do mnie, nic ci nie odpowiem;
RÃb, co chcesz, wszystko mi to obojÄ™tne.
Wychodzi.
JULIA
O BoÅe! O ty, moja karmicielko!
Poradź mi, powiedz, jak temu zaradzić?
MÃj mÄ…Å na ziemi, moja wiara w niebie;
JakÅeÅ ta wiara ma na ziemiÄ™ wrÃcić,
Nim mÃj mÄ…Å sam mi jÄ… powrÃci z nieba
Po opuszczeniu ziemi? Daj mi radÄ™.
Niestety! Że teŠnieba mogą nękać
Tak mdÅ‚Ä… istotÄ™ jak ja! Nic nie mÃwisz?
Nie maszÅe Åadnej pociechy, Åadnego
Na to lekarstwa?
MARTA
Mam ci, a to takie:
Romeo na wygnaniu i o wszystko
MoÅna iść w zakÅ‚ad, Åe ciÄ™ juÅ nie przyjdzie
Nagabać więcej, chybaby ukradkiem.
PoniewaÅ tedy rzecz tak stoi, sÄ…dzÄ™,
Że nic lepszego nie masz do zrobienia
Jak pÃjść za hrabiÄ™. Dalipan, to wcale,
Co siÄ™ nazywa, przystojny mÄ™Åczyzna.
Romeo kołek przy nim; orzeł, pani,
Nie ma tak piÄ™knych, Åywych, bystrych oczu
Jak Parys. Nazwij mię hetką-pętelką,
Jeśli nie będziesz z kretesem szczęśliwa
W tym nowym stadle, bo ono jest stokroć
Lepsze niŠpierwsze; a choćby nie było,
To i tak tamten pierwszy juÅ nie Åyje;
Tak jakby nie ÅyÅ‚; przynajmniej dla ciebie,
Skoro, choć Åyje, nie masz zeÅ„ poÅytku.
JULIA
Czy z serca mÃwisz?
MARTA
Ba, i z duszy całej!
Jeśli nie z serca i nie z duszy, to je
Przeklnij oboje.
JULIA
Amen!
MARTA
Na co amen?
JULIA
Bardzoś mi przez to dodała otuchy,
IdźÅe i powiedz teraz mojej matce,
Że, naraziwszy się na gniew rodzica,
Poszłam do celi ojca Laurentego
Odprawić spowiedź i wziąć rozgrzeszenie.
MARTA
O, idę! to mi pięknie i roztropnie.
Wychodzi.
JULIA
Stara niecnoto! Zdradziecki szatanie!
CÃÅ jest niegodniej, cÃÅ jest wiÄ™kszym grzechem:
Czy tak mię kusić do krzywoprzysięstwa?
Czy lÅyć maÅ‚Åonka mego tymiÅ usty,
KtÃrymi tyle razy go pod niebo
Wznosiłaś chwaląc? Precz, uwodzicielko!
Serce me odtąd zamknięte dla ciebie.
PÃjdÄ™ poprosić ojca Laurentego,
By mi daÅ‚ radÄ™, a jeÅ›li Åadnego
Na tę przeciwność nie będzie sposobu,
ZnajdÄ™ moc w sobie wstÄ…pienia do grobu.
Wychodzi.
AKT CZWARTY
SCENA PIERWSZA
Cela Ojca Laurentego. Ojciec Laurenty i Parys.
OJCIEC LAURENTY
W ten czwartek zatem? To bardzo pośpiesznie.
PARYS
MÃj teść, Kapulet, Åyczy sobie tego;
A ja powodu nie mam, by odwlekać.
OJCIEC LAURENTY
Nie znasz pan, mÃwisz, uczuć swojej przyszÅ‚ej;
Krzywa to droga, ja takich nie lubiÄ™.
PARYS
Bez miary płacze nad śmiercią Tybalta,
MaÅ‚om jej przeto mÃwiÅ‚ o miÅ‚oÅ›ci,
Bo Wenus w domu łez się nie uśmiecha.
Ojciec jej, majÄ…c to za niebezpieczne,
Å»e siÄ™ tak bardzo poddaje Åalowi,
W mądrości swojej przyśpiesza nasz związek,
By zatamować źrÃdÅ‚o tych Å‚ez, ktÃre
W odosobnieniu ciekÄ… za obficie.
A w towarzystwie prędzej mogą ustać.
Znasz teraz, ojcze, powÃd tej nagÅ‚oÅ›ci.
OJCIEC LAURENTY
na stronie
Obym mÃgÅ‚ nie znać powodÃw do zwÅ‚oki!
Patrz, hrabio, oto twa przyszła nadchodzi.
Wchodzi Julia.
PARYS
SzczÄ™sny traf dla mnie, piÄ™kna przyszÅ‚a Åono!
JULIA
Być moÅe, przyszÅ‚ość jest nieodgadniona.
PARYS
To âmoÅeâ ma być juÅ w ten czwartek z rana.
JULIA
Co ma być, będzie.
OJCIEC LAURENTY
Prawda to zbyt znana.
PARYS
Przyszłaś się, pani, spowiadać przed ojcem?
JULIA
MÃwiÄ…c to, panu bym siÄ™ spowiadaÅ‚a.
PARYS
Nie zaprzecz przed nim, pani, Åe miÄ™ kochasz.
JULIA
Że jego kocham, to wyznam i panu.
PARYS
Wyznasz mi takÅe, tuszÄ™, Åe mnie kochasz.
JULIA
Gdyby tak było, większą by to miało
Wartość wyznane z daleka niŠw oczy.
PARYS
Biedna! łzy bardzo twarz twą oszpeciły.
JULIA
Niewielkie przez to odniosły zwycięstwo;
Dosyć juŠbyła uboga przed nimi.
PARYS
Tym słowem bardziej ją krzywdzisz niŠłzami.
JULIA
Nie jest to krzywda, panie, ale prawda,
I w oczy sobie jÄ… mÃwiÄ™.
PARYS
Twarz twoja
Do mnie naleÅy, a ty jej uwÅ‚aczasz.
JULIA
Nie przeczę; moja bowiem była inna.
Maszli czas teraz, mÃj ojcze duchowny,
Czyli teÅ mam przyjść wieczÃr po nieszporach?
OJCIEC LAURENTY
Nie brak mi teraz czasu, smętne dziecię.
Racz, panie hrabio, zostawić nas samych.
PARYS
Niech miÄ™ BÃg broni Å›wiÄ™tym obowiÄ…zkom
Stać na przeszkodzie! Julio, w czwartek z rana
Przyjdę cię zbudzić. Bądź zdrowa tymczasem
I przyjm poboÅne to pocaÅ‚owanie.
Wychodzi.
JULIA
O! zamknij, ojcze, drzwi; a jak je zamkniesz,
Przyjdź płakać ze mną. Nie ma juŠnadziei!
Nie ma ratunku! Nie ma ocalenia!
OJCIEC LAURENTY
Ach, Julio! Znam twą boleść; mnie samego
Nabawia ona prawie odurzenia,
Słyszałem, i nic tego nie odwlecze,
Że w przyszły czwartek wziąć masz ślub z tym hrabią
JULIA
Nie mÃw mi, ojcze, Åe o tym sÅ‚yszaÅ‚eÅ›;
Chyba, Åe powiesz, jak tego uniknąć,
JeÅeli w swojej mÄ…droÅ›ci nie znajdziesz
Żadnego na to środka, to przynajmniej
Postanowienie moje nazwij mÄ…drym,
A w tym sztylecie zaraz znajdę środek.
BÃg zÅ‚Ä…czyÅ‚ moje i Romea rÄ™ce,
Ty nasze dłonie; i nim ta dłoń, świętą
Pieczęcią twoją z Romeem spojona,
Inny akt stwierdzi, nim to wierne serce
W zdradzieckim buncie odda siÄ™ innemu,
To ostrze zada śmierć sercu i dłoni.
Daj mi więc jaką radę, zaczerpniętą
Z długoletniego doświadczenia twego,
Albo bÄ…dź Å›wiadkiem, jak ten nÃÅ rozstrzygnie
Sprawę pomiędzy mną a moim losem,
Wnet zaradzajÄ…c temu, czego ani
Wiek, ani rozum nie mÃgÅ‚ doprowadzić
Do rozwiÄ…zania zgodnego z honorem.
MÃw prÄ™dko; pilno mi wstÄ…pić do grobu,
JeÅ›li mi powiesz, Åe nie ma sposobu.
OJCIEC LAURENTY
StÃj, cÃrko! Mam ja w myÅ›li pewien Å›rodek,
WymagajÄ…cy rÃwnie rozpaczliwej
Determinacji, jak jest rozpaczliwe
To, czemu chcemy zapobiec. JeÅeli,
Dla unikniÄ™cia maÅ‚ÅeÅ„stwa z Parysem,
Masz siÅ‚Ä™ woli odjąć sobie Åycie,
To siÄ™ odwaÅysz snadź na coÅ› takiego,
Co będąc tylko podobnym do śmierci
Uwolni cię od hańby, jakiej chciałaś
Ujść przez zadanie jej sobie naprawdę.
Maszli odwagÄ™, toć wskaÅÄ™ ten Å›rodek.
JULIA
O! kaÅ mi, zamiast być ÅonÄ… Parysa,
Skoczyć ze szczytu wieÅy; w rozbÃjniczych
GoÅ›cić jaskiniach, w legowiskach wÄ™ÅÃw,
Zamknij mię w jedną klatkę z niedźwiedziami
Albo miÄ™ wepchnij nocÄ… do kostnicy,
ZewszÄ…d pokrytej szczÄ…tkami szkieletÃw,
Poczerniałymi kośćmi i czaszkami,
KaÅ mi wejść Åywcem w grÃb Å›wieÅo kopany
I w jeden całun z trupem się obwinąć;
Wszystko to dawniej dreszcz budziło we mnie,
Ale bez trwogi uczyniÄ™ to zaraz,
Bylebym tylko pozostała czystą
MaÅ‚ÅonkÄ… mego lubego kochanka.
OJCIEC LAURENTY
Słuchaj więc; idź do domu, bądź wesoła,
Przystań na związek z hrabią. Jutro środa;
Staraj się jutro na noc zostać sama,
Niech Marta nie śpi ten raz w twym pokoju.
Masz tu flaszeczkÄ™; weźmiesz jÄ… do Å‚ÃÅka
I filtrowany likwor ten wypijesz;
A wnet po wszystkich ÅyÅ‚ach ciÄ™ przebiegnie
UsypiajÄ…cy dreszcz, ktÃry owÅ‚adnie
WszelkÄ… ÅywotnÄ… funkcjÄ…; wszystkie pulsa
WstrzymajÄ… w tobie swe zwyczajne bicie;
Ni dech, ni ciepÅ‚o nie wskaÅe, Åe Åyjesz.
RÃÅe ust twoich i policzkÃw zblednÄ…
Jak popiÃÅ‚; oczu zasÅ‚ony zapadnÄ…,
Jak gdy dÅ‚oÅ„ Å›mierci zakrywa dzieÅ„ Åycia;
KaÅdy twÃj czÅ‚onek pozbawiony wÅ‚adzy
Zdrętwieje, stęgnie, zziębnie jak u trupa.
I w tym pozornym stanie nagłej śmierci
Zostawać będziesz czterdzieści dwie godzin,
Wtedy się ockniesz jak ze snu błogiego.
Gdy więc nazajutrz z rana narzeczony
Przyjdzie cię zbudzić, znajdzie cię umarłą;
Po czym, jak kaÅe zwyczaj, przystrojona
W godowe szaty, w odsłoniętej trumnie,
ZÅ‚oÅonÄ… bÄ™dziesz pod owym sklepieniem,
Gdzie leÅÄ… wszyscy ze krwi KapuletÃw.
Uwiadomiony tymczasem przeze mnie
O naszym planie, Romeo przybędzie;
Wraz ze mną czekać będzie w owym lochu
Na twe ocknienie i tej samej nocy
Uprowadzi ciÄ™ skrycie do Mantui.
To ciÄ™ uchroni od haÅ„by groÅÄ…cej;
Jeśli brak woli lub niewieścia bojaźń
Od wykonania tego ciÄ™ nie wstrzyma.
JULIA
O, daj mi, daj mi! nie mÃw o bojaźni!
OJCIEC LAURENTY
Masz, idź, bądź niewzruszona i szczęśliwa
W tym przedsięwzięciu! Wyprawię natychmiast
Jednego z naszych braci do Mantui
Z listem do twego mÄ™Åa.
JULIA
O nadziejo!
Ty mi bądź bodźcem, a hasłem Romeo!
BÄ…dź zdrÃw, mÃj ojcze!
Odchodzi.
SCENA DRUGA
PokÃj w domu KapuletÃw. WchodzÄ… Kapulet, Pani Kapulet, Marta i sÅ‚udzy.
KAPULET
do SÅ‚uÅÄ…cego
ProÅ› te osoby, co tu sÄ… spisane.
SÅ‚uÅÄ…cy wychodzi.
A waść dwudziestu biegłych zbierz kucharzy.
DRUGI SÅUŻĄCY
Nie bÄ™dzie zÅ‚y ani jeden, jaÅ›nie panie, bo siÄ™ przekonam wprzÃd o kaÅdym,
czy umie sobie oblizywać palce.
KAPULET
A to na co?
DRUGI SÅUŻĄCY
ZÅ‚y to kucharz, jaÅ›nie panie, co nie oblizuje sobie palcÃw, o ktÃrym siÄ™ wiÄ™c
przekonam, Åe tego nie umie, tego nie sprowadzÄ™.
KAPULET
Ruszaj!
Wychodzi SÅ‚uÅÄ…cy.
WÄ…tpiÄ™, czy wszystko na czas wygotujem.
Bodaj ciÄ™! PrawdaÅ to, Åe Julia poszÅ‚a
Do ojca Laurentego?
MARTA
Poszła, panie.
KAPULET
To dobrze; moÅe on co dla niej wskÃra.
CiÄ™ta, uparta to skÃra na buty.
Wchodzi Julia.
MARTA
Patrz pan, jak raźnie wraca od spowiedzi.
KAPULET
No, sekutnico, gdzieÅeÅ› to bywaÅ‚a?
JULIA
Gdzie miÄ™ ÅaÅ‚ować nauczono, panie,
Za grzech uporu i nieposłuszeństwa
Naprzeciw woli twojej. ÅwiÄ…tobliwy
Kapłan Laurenty kazał mi się rzucić
Do twych nÃg i o przebaczenie prosić.
Przebacz mi, ojcze! będę juŠuległa.
KAPULET
Niech tam kto pÃjdzie prosić pana hrabiÄ™:
Jutro mieć muszę spleciony ten węzeł.
JULIA
Spotkałam hrabię w celi Laurentego
I okazałam mu miłość, jak mogłam,
Nie przekraczając granicy skromności.
KAPULET
To co innego; tak, to dobrze, powstań;
Tak być powinno, tak cÃrce przystoi.
Prosić tu hrabiÄ™, Åeby przyszedÅ‚ zaraz.
Dalipan, święty to człek z tego mnicha;
Słusznie mu całe miasto cześć oddaje.
JULIA
Marto, pÃjdź ze mnÄ… do mego pokoju.
Wszak mi pomoÅesz przymierzyć przyborÃw,
Jakie na jutro uznasz za stosowne?
PANI KAPULET
Po co dziś? jutro będzie dosyć czasu.
KAPULET
Idź z niÄ…, idź, jutro pÃjdziem do koÅ›cioÅ‚a.
Julia z MartÄ… wychodzi.
PANI KAPULET
Nie wiem, czy zdÄ…Åym z przygotowaniami;
JuÅ wieczÃr.
KAPULET
Nie troszcz siÄ™; dojrzÄ™ wszystkiego
I wszystko będzie dobrze, za to ręczę.
Idź do Juleczki, pomÃÅ jej siÄ™ przebrać.
Ja siÄ™ tej nocy nie poÅ‚oÅÄ™; bÄ™dÄ™
Na ten raz pełnił urząd gospodyni.
Hej, sÅ‚uÅba! CÃÅ to? wszyscy siÄ™ rozeszli?
Mniejsza z tym, pÃjdÄ™ sam hrabiÄ™ uprzedzić
O zaszłej zmianie. Lekko mi na sercu,
Że się ten kozioł przecie opamiętał.
WychodzÄ….
SCENA TRZECIA
PokÃj Julii. Wchodzi Julia i Marta.
JULIA
Tak, ten strÃj wezmÄ™. Ale, zÅ‚ota nianiu,
ProszÄ™ ciÄ™, zostaw miÄ™ na tÄ™ noc samÄ…,
Bo duÅo muszÄ™ pacierzy odmÃwić
Dla uproszenia sobie wzglÄ™dÃw niebios
Nad moim stanem, jak wiesz, pełnym grzechu.
Wchodzi Pani Kapulet.
PANI KAPULET
TakeÅ› zajÄ™ta? MamÅe ci dopomÃc?
JULIA
Nie, pani; juÅeÅ›my we dwie wybraÅ‚y,
Co mi na jutro moÅe być potrzebne.
PozwÃl, bym teraz sama pozostaÅ‚a,
I niechaj Marta spędzi tę noc z tobą.
Pewnam, Åe wszyscy macie dość roboty
Przy tym tak nagłym obchodzie.
PANI KAPULET
Dobranoc!
PoÅ‚ÃÅ siÄ™, spocznij; potrzebujesz tego.
WychodzÄ… Pani Kapulet i Marta.
JULIA
Dobranoc! BÃg wie, kiedy siÄ™ zobaczym.
Zimny dreszcz trwogi na wskroÅ› miÄ™ przejmuje
I jakby mrozi we mnie ciepÅ‚o Åycia.
Zawołam na nie, by mnie pokrzepiły;
Nianiu! I po cÃÅ tu ona? Straszliwy
Ten czyn wymaga właśnie samotności.
Ha! pÃjdź, flakonie!
Gdyby jednakÅe ten pÅ‚yn nie skutkowaÅ‚?
MiaÅ‚aÅbym gwaÅ‚tem z hrabiÄ… być zÅ‚Ä…czona?
Nie, nie, ucieczka w tym: leÅ tu w odwodzie.
A gdyby teŠto miała być trucizna,
KtÃrÄ… mi ksiÄ…dz ten zrÄ™cznie Å›mierć chce zadać,
By ujść zarzutu, Åe daÅ‚ Å›lub kobiecie,
KtÃrÄ… juÅ pierwej zaÅ›lubiÅ‚ z kim innym?
To by być mogło; ale nie, tak nie jest,
Bo jego Å›wiÄ™tość jest wyprÃbowana,
I nawet myśli tej nie chcę przypuszczać.
Lecz gdybym w grobie się ocknęła pierwej,
Nim mię Romeo przyjdzie oswobodzić?
To byłoby okropnie!
Nie udusiÅ‚aÅbym siÄ™ wÅ›rÃd tych sklepieÅ„,
Gdzie nigdy zdrowe nie wnika powietrze,
I nie umarÅ‚aÅbym wprzÃd, nim Romeo
Przyjdzie na pomoc? A choćbym i ÅyÅ‚a,
CzyliÅby straszny wpÅ‚yw nocy i Å›mierci,
KtÃrÄ… dokoÅ‚a bÄ™dÄ™ otoczona,
Obok wraÅenia, jakie sprawić musi
SamaŠmiejscowość tego sklepionego
StaroÅytnego lochu, w ktÃrym koÅ›ci
ZmarÅ‚ych mych przodkÃw od lat niepamiÄ™tnych
Nagromadzone leÅÄ…, kÄ™dy Å›wieÅo
ZÅ‚oÅony Tybalt gnije pod caÅ‚unem;
I kędy nocą, o pewnych godzinach,
Duchy, jak mÃwiÄ… odbywajÄ… schadzki;
Niestety! czyliÅby prawdopodobnie
To wszystko, gdybym wcześniej się ocknęła,
A potem zapach trupi, krzyk podobny
Do tego, jaki wydaje Ãw korzeÅ„
Ziela pokrzyku, gdy siÄ™ go wyrywa,
Krzyk wprawiający ludzi w obłąkanie,
CzyliÅby wszystko to, w razie ocknienia
Nie pomieszaÅ‚o mi zmysÅ‚Ãw? CzyliÅbym
Po szalonemu nie igrała wtedy
Z kośćmi mych przodkÃw? nie poszÅ‚a siÄ™ pieÅ›cić
Z trupem Tybalta? i w tym rozstrojeniu
Nie rozbiÅ‚aÅbym sobie rozpaczliwie
GÅ‚owy piszczelÄ… ktÃrego z pradziadÃw
Jak pałką? Patrzcie! patrzcie! zdaje mi się,
Że duch Tybalta widzę ścigający
Romea za to, Åe go wygnaÅ‚ z ciaÅ‚a.
StÃj! stÃj, Tybalcie!
Do ciebie, mÃj luby,
Spełniam ten toast zbawienia lub zguby.
Wypija napÃj i rzuca siÄ™ na Å‚ÃÅko.
SCENA CZWARTA
Sala w domu KapuletÃw. WchodzÄ… Pani Kapulet i Marta.
PANI KAPULET
Weź te pÃÅ‚miski i wydaj korzenie.
MARTA
Piekarz o pigwy woła i daktyle.
Wchodzi Kapulet.
KAPULET
Spieszcie się, śpieszcie! JuŠdrugi kur zapiał;
Poranny dzwonek ozwał się: to trzecia,
Dojrzyj ciast, moja Marto, nie szczędź przypraw.
MARTA
Co to za wÅ›cibstwo? IdźÅe siÄ™ pan przespać.
Dalipan, jutro siÄ™ nam rozchorujesz
Z tego niewczasu.
KAPULET
Ani krzty! Do licha!
Nie wysypiaÅ‚em siÄ™ dla spraw mniej waÅnych,
A przecieŠnigdy nie zachorowałem.
PANI KAPULET
Wiem ci ja dobrze, wiem, umiał jegomość
Swojego czasu myszkować; lecz teraz
Ja czuwam nad tym, abyś pan nie czuwał.
WychodzÄ… Pani Kapulet i Marta.
KAPULET
Zazdrosna sztuka!
WchodzÄ… sÅ‚udzy z roÅnami, koszami i drzewem.
Hej! co tam niesiecie?
PIERWSZY SÅUGA
Rzeczy do kuchni, ale nie wiem jakie.
KAPULET
Spiesz siÄ™.
Wychodzi SÅ‚uÅÄ…cy.
Idź, wasze, suchszych szczap narąbać;
Piotr ci kloc wskaÅe po temu.
DRUGI SÅUGA
JeÅeli
O kloca idzie, to dość mnie samego;
Nie potrzebuję się zwracać do Piotra.
Wychodzi.
KAPULET
Masz sÅ‚uszność; Åywo! WesoÅ‚e ladaco!
Sam będziesz klocem. Dalipan, juŠdnieje
I hrabia będzie tu zaraz z muzyką.
Tak przyrzekł.
Słychać muzykę.
OtÃÅ idzie; juÅ go sÅ‚ychać.
Hej! Żono! Marto! Chodźcie tu! Hej! Marto!
Wchodzi Marta.
Idź, obudź JulkÄ™, ubierz jÄ… co Åywo.
Ja pogawędzę tymczasem z Parysem.
Spiesz się, nie marudź; pan młody juŠprzyszedł.
Co tchu siÄ™ zwijaj.
Wychodzi.
SCENA PIÄ„TA
PokÃj Julii. Julia w Å‚ÃÅku. Wchodzi Marta.
MARTA
Panienko! Julciu! Jak się to zaspało!
Wstawaj gołąbku! Wstawaj! Wstydź się, śpiochu!
Panienko! duszko! rybko! Ani mrumru!
Chcesz, widzę, wyspać się za cały tydzień.
JakbyÅ› wiedziaÅ‚a, Åe ci hrabia Parys
NastÄ™pnej nocy nie da oka zmruÅyć.
Odpuść mi, Panie, amen! Jak śpi smacznie!
Muszę ją jednak zbudzić. Julciu! Julciu!
Niech no ciÄ™ hrabia Parys tak zastanie,
To siÄ™ dopiero zerwiesz. CÃÅ to? w sukni?
JuÅeÅ› ubrana i znÃw siÄ™ pokÅ‚adÅ‚aÅ›?
Dosyć juÅ tego! Julciu! Panno Julio! Ha! przez BÃg Åywy! Na pomoc! na pomoc!
Ona nie Åyje! O, ja nieszczęśliwa!
Po co mi było się rodzić? Na pomoc!
Choć trochę akwawity! Panie! Pani!
Wchodzi Pani Kapulet.
PANI KAPULET
Co za hałas?
MARTA
O dniu niefortunny!
PANI KAPULET
MÃw, co siÄ™ staÅ‚o?
MARTA
Patrz, pani.
PANI KAPULET
O nieba!
O moje dzieciÄ™! o moja pociecho!
WstaÅ„! odÅyj albo umrÄ™ razem z tobÄ…!
Na pomoc! wołaj pomocy!
Wchodzi Kapulet.
KAPULET
Co za guzdralstwo! Pan młody juŠczeka.
MARTA
Ona nie Åyje; rozstaÅ‚a siÄ™ z Åyciem!
O dniu ÅaÅ‚osny!
PANI KAPULET
O dniu opłakany!
Ona nie Åyje, nie Åyje, nie Åyje!
KAPULET
Puśćcie miÄ™, niech zobaczÄ™â Jak lÃd zimna;
Krew w niej zastygÅ‚a; czÅ‚onki jej zdrÄ™twiaÅ‚yâ
Dawno juÅ Åycie z tych ust uleciaÅ‚o.
Åmierć jÄ… zwarzyÅ‚a, jak mrÃz najpiÄ™kniejszy
Pierwiosnek w maju. Nieszczęsny ja starzec!
MARTA
O niefortunny dniu!
PANI KAPULET
O dniu boleści!
KAPULET
Åmierć ta, niszczÄ…ca wszystkie me nadzieje,
GÅ‚os mi tamuje i zamyka usta.
Wchodzi Ojciec Laurenty i Parys z muzykantami.
OJCIEC LAURENTY
Czy panna młoda juŠjest w pogotowiu
Iść do kościoła?
KAPULET
Iść, ale nie wrÃcić;
O synu, w wilię dnia twojego ślubu
Åmierć zaÅ›lubiÅ‚a twÄ… oblubienicÄ™.
Patrz, oto leÅy ten kwiat w jej uÅ›cisku.
Åmierć jest mym ziÄ™ciem, Å›mierć jest mym dziedzicem.
UmrÄ™ i wszystko jej oddam, bo wszystko
Oddaje śmierci, kto oddaje ducha.
PARYS
Tak dawnom wzdychał do tego poranku
I takiŠwidok czekał mię u mety!
PANI KAPULET
Dniu nienawistny, przeklęty! ohydny,
Stokroć obmierzÅ‚y, jakiemu rÃwnego
W obiegu swoim czas jeszcze nie widział!
Jedno mieć tylko, jedno biedne dziecko,
JednÄ… uciechÄ™ i jednÄ… pociechÄ™.
I tę zabiera śmierć nielitościwa!
MARTA
O smutny, smutny dniu! o dniu ÅaÅ‚osny!
Najopłakańszy, najniefortunniejszy,
Jaki widziaÅ‚am w Åyciu kiedykolwiek!
O dniu! o smutny dniu! O dniu ÅaÅ‚osny!
Nie było nigdy jeszcze dnia takiego.
O! stokroć smutny dniu, stokroć ÅaÅ‚osny!
PARYS
Okrutna, sroga świętokradzka śmierci!
Tyś mię podeszła, obdarła, zgnębiła.
Przez ciebiem niebo stracił, okrutnico!
O Julio! luba! Åycie! juÅ nie Åycie.
Nie mniej jednakÅe luba i po Å›mierci!
KAPULET
Zawistny, twardy, niecny, zbÃjczy losie!
Po cÃÅ ci, po co byÅ‚o tak tyraÅ„sko
Wniwecz obracać naszą uroczystość!
O moje dziecko! raczej duszo moja,
Nie moje dziecko, bo dziecko jest trupem;
I wraz z nim cała pociech mych ostoja,
CaÅ‚y wdziÄ™k Åycia staÅ‚ siÄ™ Å›mierci Å‚upem!
OJCIEC LAURENTY
Przestańcie! Rozpacz nie leczy rozpaczy.
Nadobne dziecię to było własnością
ZarÃwno nieba, jak i waszÄ…, niebo
Zabrało swoją część; tym lepiej dla niej,
Wyście nie mogli waszej części ziemskiej
Ustrzec od śmierci, ale część jej lepszą
Niebo zachowa w wiekuistym Åyciu.
Jej wywyÅszenie byÅ‚o szczytem waszych
Å»yczeÅ„ i dÄ…ÅeÅ„. W nim zakÅ‚adaliÅ›cie
SwÃj raj na ziemi i pÅ‚aczecie teraz,
I rozpaczacie, widzÄ…c jÄ… wzniesionÄ…
Ponad obłoki do istnego raju?
O, zÅ‚a to miÅ‚ość jÄ™czeć z Åalu wtedy,
Kiedy tym, ktÃrych kochamy, jest dobrze.
Nie ta dziewica dobrze poszÅ‚a za mÄ…Å,
Co dÅ‚ugie lata przeÅyÅ‚a w zamęściu,
Lecz ta, co mÅ‚odo zamÄ™ÅnÄ… umiera.
PoÅ‚ÃÅcie tamÄ™ Å‚zom i umaiwszy
To piękne ciało liśćmi rozmarynu,
KaÅcie je, wedle zwyczaju, niebawem
W świątecznych szatach zanieść do kościoła.
ÅwiÄ™tymi wprawdzie sÄ… boleÅ›ci prawa,
PrzecieÅ rozsÄ…dek z Å‚ez siÄ™ naigrawa.
KAPULET
Cośmy na gody poprzysposabiali,
To musi teraz posÅ‚uÅyć na pogrzeb;
Weselna uczta zamieni siÄ™ w stypÄ™,
DźwiÄ™k strun w jÄ™k dzwonÃw, pieÅ›ni w smÄ™tne treny,
Mirtowy wieniec martwą skroń otoczy,
SÅ‚owem, wszystko siÄ™ w opak przeistoczy.
OJCIEC LAURENTY
Wyjdźcie stÄ…d, paÅ„stwo, i ty, hrabio, takÅe.
Niech siÄ™ gotuje kaÅdy odprowadzić
Te piękne zwłoki na wieczny spoczynek.
Snadź niebo na was o coś zagniewane;
Nie jÄ…trzcieÅ jego gniewu jeszcze gorzej
Oporem przeciw Å›wiÄ™tej woli boÅej.
WychodzÄ… Kapulet, Pani Kapulet, Parys i Ojciec Laurenty.
PIERWSZY MUZYKANT
Trzeba nam podobno schować dudy w miech i wynieść się za drzwi.
MARTA
Tak, tak, schowajcie swoje instrumenta,
Poczciwi ludzie, nie ma tu co robić.
DRUGI MUZYKANT
MoÅeć siÄ™ jeszcze co znajdzie.
Wchodzi Piotr.
PIOTR
Zagrajcie mi na basetli, panowie muzykanci, zagrajcie mi na basetli, jeÅeli mi dobrze
Åyczycie.
PIERWSZY MUZYKANT
Dlaczego na basetli?
PIOTR
Bo moja dusza gra teraz na drumli. Zagrajcie mi co smętnie skocznego dla
rozweselenia.
PIERWSZY MUZYKANT
Daj nam waść pokÃj; nie pora teraz do gÄ™dźby.
PIOTR
Nie chcecie zatem?
PIERWSZY MUZYKANT
Nie.
PIOTR
Czekajcie, zapłacę wam za to.
PIERWSZY MUZYKANT
Czym takim?
PIOTR
Nie brzÄ™czÄ…cÄ… monetÄ…, jak mi BÃg miÅ‚y! ale bitÄ… monetÄ…; monetÄ…
godnÄ… rzÄ™poÅ‚Ãw.
PIERWSZY MUZYKANT
To my siÄ™ waćpanu rÃwnÄ… monetÄ… odpÅ‚acimy; monetÄ… godnÄ…
lokajÃw.
PIOTR
WprzÃd ja wam lokajskÄ… klingÄ… zagram po brzuchu.
DRUGI MUZYKANT
Schowaj, waćpan, swÃj roÅen, a wydobÄ…dź lepiej swÃj dowcip.
PIOTR
StrzeÅcie siÄ™ ostrza mego dowcipu, bo was przeszyje na wylot. Baczność!
Gdy z piersi płynie jęk,
A serce Åal zakrwawiÄ…,
Muzyki srebrny dźwiÄ™kâ
Dlaczego srebrny dźwiÄ™k? Dlaczego muzyki srebrny dźwiÄ™k? CÃÅ waść
na to, mości Barania Kiszko?
PIERWSZY MUZYKANT
JuÅci dlatego, Åe srebro ma dźwiÄ™k miÅ‚y.
PIOTR
Pleciesz! a waść co na to, mości Klawicymbale?
DRUGI MUZYKANT
Dlatego sÄ…dzÄ™, Åe muzykanci grajÄ… za srebro.
PIOTR
Pleciesz takÅe! A waść co o tym sÄ…dzisz, moÅ›ci Kaleczyuchu?
TRZECI MUZYKANT
Nie wiem doprawdy, co o tym sądzić.
PIOTR
O, przepraszam, zapomniaÅ‚em, Åe jesteÅ› Å›piewakiem. No, to ja powiem za ciebie:
âMuzyki srebrny dźwiÄ™kâ mÃwi siÄ™ dlatego, Åe muzykanci rzadko kiedy
złoto za muzykę dostają.
Muzyki srebrny dźwięk
Natychmiast ulgÄ™ sprawia.
PIERWSZY MUZYKANT
CÃÅ to za bezczelny Å‚otr z tego hultaja!
DRUGI MUZYKANT
Pal go kaci! Zejdźmy tam na dÃÅ‚ wmieszać siÄ™ miÄ™dzy orszak ÅaÅ‚obny i
czekać, rychÅ‚o co spadnie z pÃÅ‚miska.
WychodzÄ….
AKT PIÄ„TY
SCENA PIERWSZA
Mantua. Ulica. Wchodzi Romeo.
ROMEO
JeÅeli moÅna ufać sennym wrÃÅbom,
WkrÃtce miÄ™ czeka jakaÅ› wieść radosna.
KrÃl mego Å‚ona oddycha swobodnie
I duch mÃj przez dzieÅ„ caÅ‚y niezwyczajnie
Lekkim nad ziemiÄ™ wznosi siÄ™ polotem:
ÅniÅ‚em, Åe moja ukochana przyszÅ‚a
I Åe znalazÅ‚a miÄ™ nieÅywym (dziwny
Sen, co pozwala myśleć umarłemu!),
Lecz ona swymi pocałowaniami
Tyle tchu wlała w martwe moje usta,
Å»em nagle odÅyÅ‚ i zostaÅ‚ cesarzem.
Ach, jakÅe sÅ‚odkÄ… jest miÅ‚ość naprawdÄ™,
Kiedy jej mara takÄ… rozkosz sprawia!
Wchodzi Baltazar.
WieÅ›ci z Werony! - CÃÅ tam, Baltazarze?
Czy mi przynosisz list od Laurentego?
Co robi Julia? Czy zdrÃw jest mÃj ojciec?
Jak siÄ™ ma Julia? Po raz drugi pytam.
Bo nie ma złego, jeśli jej jest dobrze.
BALTAZAR
Wszystko więc dobrze, bo jej juŠźle nie jest;
CiaÅ‚o jej leÅy w lochach KapuletÃw,
A duch jej gości między aniołami.
WidziaÅ‚em, jak jÄ… zÅ‚oÅono do sklepieÅ„,
I wziÄ…Å‚em pocztÄ™, aby o tym panu
Donieść czym prÄ™dzej. Przebacz pan, Åe takÄ…
ZÅ‚Ä… wieść przynoszÄ™; wszakÅe uwiadomić
Pana o wszystkim byłem w obowiązku.
ROMEO
MaŠto być prawdą? Drwię sobie z was, gwiazdy!
Wszak wiesz, gdzie mieszkam? PrzynieÅ› mi papieru
I atramentu, idź potem na pocztę
Zamienić konie. WyjeÅdÅam tej nocy.
BALTAZAR
Błagam cię, panie, zachowaj cierpliwość;
WyglÄ…dasz blado, ponuro i wzrok twÃj
CoÅ› niedobrego zapowiada.
ROMEO
Cicho.
Mylisz siÄ™; zostaw miÄ™, zrÃb, com rozkazaÅ‚.
Czy nie masz listu od księdza?
BALTAZAR
Nie, panie.
ROMEO
Mniejsza wiÄ™c o to. Idź zamÃwić konie;
WkrÃtce pospieszÄ™ za tobÄ….
Wychodzi Baltazar.
Tak Julio!
Tej jeszcze nocy spocznÄ™ przy twym boku:
O środek tylko idzie. O, jak prędko
Zły zamiar wnika w myśl zrozpaczonego!
GdzieÅ› niedaleko stÄ…d mieszka aptekarz:
Przed paru dniami widziałem go, pomnę,
Jak zasępiony, w podartym odzieniu,
Przebierał zioła; zapadłe miał oczy.
CiaÅ‚o od wielkiej nÄ™dzy jak wiÃr wyschÅ‚e.
W nikczemnym jego sklepiku ÅÃÅ‚w wisiaÅ‚;
Wypchany aligator obok szczÄ…tkÃw
Dziwnego ksztaÅ‚tu ryb; na jego pÃÅ‚kach
LeÅaÅ‚a tu i Ãwdzie zbieranina
PrÃÅnych flasz, sÅ‚ojÃw, zielonych czerepÃw,
PÄ™cherzÃw, stÄ™chÅ‚ych nasion; resztki sznurkÃw
I zapleśniałe kawałki lukrecji.
Na widok tego pomyślałem sobie:
Komu by była potrzebna trucizna,
KtÃrej w Mantui sprzedaÅ gardÅ‚em karzÄ…,
Niechajby przyszedł do tego hołysza,
On by dostarczył mu jej. Myśl ta była,
Niestety! wrÃÅbÄ… mej potrzeby wÅ‚asnej;
Sam w niej dziÅ› jestem i tenÅe sam czÅ‚owiek
Z potrzeby będzie musiał jej zaradzić.
JeÅeli siÄ™ nie mylÄ™, tu on mieszka;
Z powodu Å›wiÄ™ta kram jego zamkniÄ™ty â”
Hej! aptekarzu!
Wchodzi Aptekarz.
APTEKARZ
KtÃÅ to woÅ‚a takim
Donośnym głosem?
ROMEO
ZbliŠsię tu, człowieku,
WidzÄ™, Åe jesteÅ› w niezamoÅnym stanie;
Weź te czterdzieÅ›ci dukatÃw, a daj mi
Drachmę trucizny takiej, co by mogła
Po wszystkich ÅyÅ‚ach rozejść siÄ™ od razu
I nienawistne Åycie odjąć temu,
Co jej zaÅyje; co by tak gwaÅ‚townie
Wygnała oddech z piersi, jak gwałtownie
Lontem dotknięty proch wypędza pocisk
Z czeluści działa.
APTEKARZ
Mam ja taki środek;
Ale w Mantui prawo śmiercią karze
KaÅdego, co siÄ™ waÅy go udzielić.
ROMEO
Tak bardzo jesteÅ› biedny, tak ciÄ™ srodze
Los upośledza i boisz się umrzeć?
GÅ‚Ãd z twych lic, z oczu patrzy niedostatek;
Åatana nÄ™dza wisi na twym grzbiecie;
Åwiat ci nie sprzyja ani prawo Å›wiata,
Bo świat nie dajeć prawa być bogatym;
Drwij więc z praw, przyjm to i przestań być biednym.
APTEKARZ
UbÃstwo, a nie chęć skÅ‚ania mnie ulec.
ROMEO
UbÃstwo twoje teÅ, nie chęć opÅ‚acam.
APTEKARZ
Weź pan to, rozczyń w jakimkolwiek płynie
I płyn ten wypij, a choćbyś miał siłę
Dwudziestu ludzi, wnet wyzioniesz ducha!
ROMEO
Oto masz złoto, tę truciznę zgubną
Dla duszy ludzkiej, ktÃra wiÄ™cej zabÃjstw
Na tym obmierzłym świecie dokonywa
NiÅ owe marne preparata, ktÃrych
Pod karą śmierci sprzedać ci nie wolno.
Nie ty mnie, ja ci sprzedałem truciznę.
BÄ…dź zdrÃw: kup strawy i odziej siÄ™ w miÄ™so.
Kordiale, nie trucizno, pÃjdź mi sÅ‚uÅyć
U grobu Julii, bo tam ciÄ™ mam uÅyć.
RozchodzÄ… siÄ™.
SCENA DRUGA
Cela Ojca Laurentego. Ojciec Laurenty sam.
BRAT JAN
za scenÄ…
OtwÃrz, wielebny ojcze franciszkanie.
OJCIEC LAURENTY
Toć nie czyj inny głos, jak brata Jana.
Witaj z Mantui! CÃÅ Romeo? Maszli
Ustną odpowiedź jego czy na piśmie?
Wchodzi Brat Jan.
BRAT JAN
Kiedy za jednym bosym zakonnikiem
Naszej reguÅ‚y, ktÃry miaÅ‚ iść ze mnÄ…
I był przy chorym, poszedłem na miasto
I juÅem znalazÅ‚ go, miejscy pachoÅ‚cy
PodejrzewajÄ…c, ÅeÅ›my byli w domu
Tkniętym zarazą, opieczętowali
Drzwi i nie chcieli nas puścić na zewnątrz.
Nie mogłem się więc udać do Mantui.
OJCIEC LAURENTY
KtÃÅ tedy zaniÃsÅ‚ mÃj list do Romea?
BRAT JAN
Nikt go nie zaniÃsÅ‚ â” oto jest; nie mogÅ‚em
Ani go posłać do Mantui, ani
Wam go odesłać, tak nas pilnowano.
OJCIEC LAURENTY
NieszczÄ™sny trafie! ten list byÅ‚ tak waÅny!
NiedorÄ™czenie go moÅe fatalne
Skutki sprowadzić. Biegnij, bracie Janie;
Postaraj no siÄ™ gdzie o drÄ…g Åelazny
I tu go przynieÅ›.
BRAT JAN
Natychmiast przyniosÄ™.
OJCIEC LAURENTY
Muszę czym prędzej spieszyć do grobowca.
W ciÄ…gu trzech godzin Julia siÄ™ przebudzi.
Gniewać siÄ™ na mnie bÄ™dzie, Åem Romea
Nie uwiadomił o tym, co się stało;
Ale napiszÄ™ do niego raz jeszcze
I tu jÄ… skryjÄ™ do jego przybycia.
Biedny ty prochu: w grobie juÅ za Åycia!
Wychodzi.
SCENA TRZECIA
Cmentarz, na nim grobowiec rodziny KapuletÃw. Wchodzi Parys z Paziem, niosÄ…cym
kwiaty i pochodniÄ™.
PARYS
Daj mi pochodnię, chłopcze, i idź z Bogiem,
Lub zgaÅ› jÄ…, nie chcÄ™, Åeby miÄ™ widziano.
Idź siÄ™ poÅ‚oÅyć owdzie pod cisami
I ucho przyÅ‚ÃÅ do ziemi, a skoro
Usłyszysz czyje kroki na cmentarzu,
KtÃrego ryty grunt Å‚atwo je zdradzi,
Wtedy zagwizdnij na znak, Åe ktoÅ› idzie.
Daj mi te kwiaty. Idź, zrÃb, jakem kazaÅ‚.
PAÅ
Straszno mi będzie pozostać samemu
WpoÅ›rÃd cmentarza; jednakÅe sprÃbujÄ™.
Oddala siÄ™.
PARYS
Drogi mÃj kwiecie, kwieciem posypujÄ™
Twe oblubieÅ„cze Å‚oÅe. Baldachimem
Twym są, niestety, głazy i proch marny,
KtÃre oÅywczÄ… wodÄ… co noc zroszÄ™
Lub, gdy jej braknie, Å‚zami mej rozpaczy
I tak co nocy na twoją mogiłę
Kwiat będę sypał i gorzkie łzy ronił.
Paź gwiÅdÅe.
ChÅ‚opiec mÃj daje hasÅ‚o; ktoÅ› siÄ™ zbliÅa.
CzyjaŠto stopa śmie nocą tu zmierzać
I ten ÅaÅ‚obny mÃj przerywać obrzÄ™d?
Z pochodniÄ… nawet! OdstÄ…pmy na chwilÄ™.
Oddala siÄ™. Wchodzi Romeo i Baltazar z pochodniÄ…, oskardem itp.
ROMEO
Podaj mi oskard i drąg. Weź to pismo;
Oddasz je memu ojcu jak najraniej.
Daj no pochodnię. Co bądź tu usłyszysz
Albo zobaczysz, pamiÄ™taj, jeÅeli
MiÅ‚e ci Åycie, pozostać z daleka
I nie przerywać biegu mej czynności.
W to Å‚oÅe Å›mierci wejść chcÄ™ częściÄ… po to,
Aby zobaczyć tę, co w nim spoczywa,
Lecz gÅ‚Ãwnie po to, aby zdjąć z jej palca
Szacowny pierÅ›cieÅ„, ktÃry mi do czegoÅ›
WaÅnego nieodbicie jest potrzebny.
Idź wiÄ™c, zastosuj siÄ™ do moich ÅyczeÅ„.
Gdybyś zaś, płochą zdjęty ciekawością,
WrÃciÅ‚ podglÄ…dać dalsze moje kroki,
Na Boga, wszystkie kości bym ci roztrząsł
I posiał nimi ten niesyty cmentarz.
UmysÅ‚ mÃj dziko jest usposobiony,
Niepowstrzymaniej i nieubłaganiej
NiŠgłodny tygrys lub wzburzone morze.
BALTAZAR
Odejdę, panie, i będęć posłuszny.
ROMEO
OkaÅesz mi tym przyjaźń. Weź ten worek,
Poczciwy chÅ‚opcze, bÄ…dź zdrÃw i szczęśliwy.
BALTAZAR
na stronie
Bądź jak bądź, stanę tu gdzie na uboczu,
Bo mu zły jakiś zamiar patrzy z oczu.
Oddala siÄ™.
ROMEO
Czarna pieczaro, o! ty wnętrze śmierci,
Tuczne najdroÅszym na tej ziemi szczÄ…tkiem,
OtwÃrz mi swojÄ… zardzewiaÅ‚Ä… paszczÄ™,
A ja ci nowÄ… ÅertwÄ™ rzucÄ™ za to.
Odbija drzwi grobowca.
PARYS
To ten wygnany, zuchwały Monteki,
Co zamordowaÅ‚ Tybalta, po ktÃrym
Żal, jak mniemają, sprowadził śmierć Julii;
I on tu przyszedł knuć jeszcze zamachy
Przeciw umarłym; muszę go powstrzymać,
Spuść świętokradzką dłoń, niecny Monteki!
MoÅeÅ siÄ™ zemsta aÅ za grÃb rozciÄ…gać?
Skazany zbrodniu, aresztujÄ™ ciebie;
BÄ…dź mi posÅ‚uszny i pÃjdź; musisz umrzeć.
ROMEO
Muszę, zaprawdę, i po tom tu przyszedł.
MÅ‚odzieÅ„cze, nie draÅÅ„ czÅ‚owieka w rozpaczy;
Zostaw mię, odejdź; pomyśl o tych zmarłych
I zadrÅyj. BÅ‚agam ciÄ™ na wszystkie wzglÄ™dy,
Nie wal nowego grzechu na mą głowę,
Przyprowadzając mię do pasji; odejdź!
Na Boga, ÅyczÄ™ ci lepiej niÅ sobie;
Bom ja tu przyszedł przeciw sobie zbrojny.
O! odejdź, odejdź! Åyj i powiedz potem:
âZ Å‚aski szaleÅ„ca cieszÄ™ siÄ™ Åywotem.â
PARYS
Za nic mam wszelkie twoje przeÅ‚oÅenia
I aresztuję cię jako złoczyńcę.
ROMEO
Wyzywasz moją wściekłość, broń się zatem.
WalczÄ….
PAÅ
O nieba! bijÄ… siÄ™, biegnÄ™ po wartÄ™.
Wychodzi.
PARYS
padajÄ…c
Zabity jestem. O, jeśli masz litość,
OtwÃrz grobowiec i zÅ‚ÃÅ mnie przy Julii.
Umiera.
ROMEO
Stanieć siÄ™ zadość. Lecz ktÃÅ to jest taki?
To hrabia Parys, Merkucja plemiennik!
CÃÅ to mi w drodze prawiÅ‚ mÃj sÅ‚uÅÄ…cy?
Lecz wtedy moja nieprzytomna dusza
Uwagi na to nie zwrÃciÅ‚a; Parys,
MÃwiÅ‚, podobno miaÅ‚ zaÅ›lubić JuliÄ™.
Czy on to mÃwiÅ‚? czy mi siÄ™ to Å›niÅ‚o?
Czyli teŠjestem w obłąkaniu myśląc,
Że jego wzmianka o Julii tak brzmiała?
Daj mi uścisnąć twą dłoń, o ty, w jedną
Księgę niedoli ze mną zapisany!
ZÅ‚oÅÄ™ twe zwÅ‚oki w tryumfalnym grobie.
W grobie? nie, młoda ofiaro, nie w grobie,
W latarni raczej, bo tu Julia leÅy;
A blask jej wdziÄ™kÃw zmienia to sklepienie
W przybytek światła. Spoczywaj w spokoju,
Trupie, rękami trupa pogrzebany!
MÃwiÄ…, Åe nieraz ludzie bliscy Å›mierci
Miewali chwile wesoÅ‚e; ich strÃÅe
Zwą to ostatnim przedśmiertnym wybłyskiem;
CoÅ› podobnego i u mnie siÄ™ zdarza?
Julio! kochanko moja! moja Åono!
Åmierć, co wyssaÅ‚a miÃd twojego tchnienia,
WdziÄ™kÃw twych zatrzeć nie zdoÅ‚aÅ‚a jeszcze.
Nie jesteÅ› jeszcze zwyciÄ™ÅonÄ…: karmin,
Ten sztandar wdziÄ™kÃw, nie przestaÅ‚ powiewać
Na twoich licach i bladej swej flagi
Zniszczenie na nich jeszcze nie zatknęło.
Tybalcie, tyŠto śpisz pod tym całunem?
MogęŠczym lepszym zadość ci uczynić,
Jak Åe tÄ… rÄ™kÄ…, co zabiÅ‚a ciebie,
Przetnę dni tego, co był twoim wrogiem?
Przebacz mi, przebacz, Tybalcie! Ach, Julio!
JakÅeÅ› ty jeszcze piÄ™kna! MamÅe myÅ›leć,
Że bezcielesna nawet śmierć ulega
WpÅ‚ywom miÅ‚oÅ›ci? Åe chudy ten potwÃr
W ciemnicy tej ciÄ™ trzyma jak kochankÄ™?
BojÄ…c siÄ™ tego, zostanÄ™ przy tobie
I nigdy, nigdy juÅ nie wyjdÄ™ z tego
Pałacu nocy; tu, tu mieszkać będę
PoÅ›rÃd twojego orszaku - robactwa.
Tu sobie staÅ‚Ä… zaÅ‚oÅÄ™ siedzibÄ™,
Gdy z tego ciaÅ‚a znuÅonego Å›wiatem
OtrzÄ…snÄ™ jarzmo gwiazd zawistnych. Oczy,
Spojrzyjcie po raz ostatni! ramiona,
Po raz ostatni zegnijcie się w uścisk!
A wy, podwoje tchu, zapieczętujcie
Pocałowaniem akt sojuszu z śmiercią
Na wieczne czasy mający się zawrzeć!
PÃjdź, ty niesmaczny, cierpki przewodniku!
Blady sterniku, pÃjdź rzucić o skaÅ‚y
Falami Åycia skoÅ‚atanÄ… Å‚ÃdkÄ™!
Do ciebie, Julio!
Walny aptekarzu!
PÅ‚yn twÃj skutkuje: caÅ‚ujÄ…c â” umieram.
Umiera. Wchodzi Ojciec Laurenty z przeciwnej strony cmentarza, z latarniÄ…, drÄ…giem
Åelaznym i rydlem.
OJCIEC LAURENTY
ÅwiÄ™ty Franciszku, wspieraj miÄ™! Jak czÄ™sto
O takiej porze stare moje stopy
O gÅ‚azy grobÃw potrÄ…caÅ‚y! Kto tu?
BALTAZAR
Przyjaciel, ktÃry was dobrze zna, ojcze.
OJCIEC LAURENTY
BÃg z tobÄ…! Powiedz mi, mÃj przyjacielu,
Co znaczy owa pochodnia świecąca
Chyba robakom i bezoczym czaszkom?
Nie tlejeÅ ona w grobach KapuletÃw?
BALTAZAR
Tam wÅ‚aÅ›nie; jest tam i mÃj pan, ktÃremu
Sprzyjacie, ojcze.
OJCIEC LAURENTY
Kto taki?
BALTAZAR
Romeo.
OJCIEC LAURENTY
Jak dawno on tam jest?!
BALTAZAR
Od pÃÅ‚ godziny.
OJCIEC LAURENTY
PÃjdź ze mnÄ…, bracie, do tych sklepieÅ„.
BALTAZAR
Nie śmiem;
Bo mi pan kazał odejść i straszliwie
Zagroził śmiercią, jeśli tu zostanę
I kroki jego waÅÄ™ siÄ™ podglÄ…dać.
OJCIEC LAURENTY
ZostaÅ„ wiÄ™c, ja sam pÃjdÄ™. DrÅÄ™ z obawy,
Czy się nie stało co nieszczęśliwego.
BALTAZAR
Gdym drzymaÅ‚, leÅÄ…c owdzie pod cisami,
MarzyÅ‚o mi siÄ™, Åe mÃj pan z kimÅ› walczyÅ‚
I Åe pokonaÅ‚ tamtego.
OJCIEC LAURENTY
postÄ™pujÄ…c naprzÃd
Romeo!
Na miłość boską, czyjaŠto krew broczy
Kamienne wnijście do tego grobowca?
CzyjeÅ to miecze samopas rzucone
LeÅÄ… u tego siedliska pokoju?
Romeo! blady! â” Parys! i on takÅe!
I krwiÄ… zalany? Ach! cÃÅ za fatalność
Tak opÅ‚akany zrzÄ…dziÅ‚a wypadek! â”
Julia siÄ™ budzi.
JULIA
budzÄ…c siÄ™ i podnoszÄ…c
O pocieszycielu!
Gdzie mÃj kochanek? Wiem, gdzie być powinnam
I tam teÅ jestem; lecz gdzie mÃj Romeo?
Hałas za sceną.
OJCIEC LAURENTY
CÃÅ to za haÅ‚as? Julio, wyjdźmy z tego
Mieszkania śmierci, zgrozy i zniszczenia.
PotÄ™ga, ktÃrej nikt z nas siÄ™ nie oprze,
Wniwecz zamiary nasze obrÃciÅ‚a.
PÃjdź; twÃj mÄ…Å leÅy martwy obok ciebie.
I Parys takÅe. PÃjdź; pÃjdź; zaprowadzęć
Do monasteru Å›wiÄ™tych siÃstr zakonnych.
Nie zwÅ‚Ãcz, nie pytaj, bo warta nadchodzi.
PÃjdź, biedna Julio!
Znowu hałas.
Nie mogę juŠczekać.
Wychodzi.
JULIA
Idź z Bogiem, starcze; idź, ja tu zostanę.
CÃÅ to jest? Czara w zaciÅ›niÄ™tej dÅ‚oni
Mego kochanka? TruciznÄ™ wiÄ™c zaÅyÅ‚!
O skąpiec! Wypił wszystko; ani kropli
Nie pozostawił dla mnie! Przytknę usta
Do twych kochanych ust, moÅe tam jeszcze
Znajdzie siÄ™ jaka odrobina jadu,
Co mię zabije w upojeniu błogim.
Twe usta ciepłe.
DOWÓDCA WARTY
za scenÄ…
Gdzie to? pokaÅ, chÅ‚opcze.
JULIA
Idą, czas kończyć.
Zbawczy puginale!
Tu twoje miejsce.
Tkwij w tym futerale.
Pada na ciało Romea i umiera. Wchodzi warta z Paziem Parysa.
PAÅ
Tu, tu w tym miejscu, gdzie płonie pochodnia.
DOWÓDCA WARTY
Ziemia zbroczona; obejdźcie w krąg cmentarz
I przytrzymajcie, kogo napotkacie.
Wychodzi kilku ludzi z warty.
Smutny widoku! tu hrabia zabity,
Tu Julia we krwi pływa, jeszcze ciepła,
Tylko co zmarła; ona, co przed dwoma
Dniami w tym grobie była pochowana.
Idźcie powiedzieć o tym księciu; śpieszcie,
Wy do Montekich, wy do KapuletÃw,
A wy odbądźcie przegląd w innej stronie.
Wychodzi kilku innych wartownikÃw.
Widzimy miejsce, gdzie zaszła ta zgroza,
Lecz w jaki sposÃb ona miaÅ‚a miejsce,
Tego nie moÅem pojąć bez objaÅ›nieÅ„.
Wchodzi kilku innych wartownikÃw z Baltazarem.
PIERWSZY WARTOWNIK
Oto Romea sługa, znaleźliśmy
Go na cmentarzu.
DOWÓDCA
Niech bÄ™dzie pod straÅÄ…,
DopÃki ksiÄ…ÅÄ™ nie nadejdzie.
Wchodzi kilku innych wartownikÃw, prowadzÄ…c Ojca Laurentego.
DRUGI WARTOWNIK
Oto mnich jakiÅ› drÅÄ…cy i pÅ‚aczÄ…cy;
Odebraliśmy mu ten drąg i rydel,
Kiedy się bokiem cmentarza wykradał.
DOWÓDCA
To jakiÅ› ptaszek; trzymajcie go takÅe.
Wchodzi KsiÄ…ÅÄ™ ze swym orszakiem.
Co za nieszczęście o tak rannej porze
Sen nasz przerwało i aŠtu nas wzywa?
Wchodzi Kapulet, Pani Kapulet i inne osoby.
KAPULET
JakiÅ być moÅe powÃd tego zgieÅ‚ku?
PANI KAPULET
Lud po ulicach wykrzykuje: âJulia!
Parys! Romeo!â i jedni przez drugich
TÅ‚umnie tu dÄ…ÅÄ… do naszego grobu.
KSIĄŻĘ
CÃÅ to za postrach rozruch ten sprowadza?!
Odpowiadajcie!
DOWÓDCA
Miłościwy Panie!
Oto zabity leÅy hrabia Parys!
Romeo martwy i Julia, wprzÃd zmarÅ‚a,
A teraz ciepła z puginałem w piersi.
KSIĄŻĘ
Szukajcie, Å›ledźcie sprawcÃw tego mordu.
DOWÓDCA
Oto mnich jakiś i Romea sługa,
KtÃrych tu moi ludzie przytrzymali
I ktÃrzy mieli przy sobie narzÄ™dzia
Do odbijania grobÃw.
KAPULET
O nieba! Åono, patrz, jak jÄ… krew broczy!
Puginał zbłądził z drogi; oto bowiem
Pochwa od niego wisi przy Montekim;
Zamiast w niÄ… trafić, trafiÅ‚ w pierÅ› mej cÃrki.
PANI KAPULET
Niestety! widok ten, jak odgłos dzwonu,
Ostrzega starość mą o chwili zgonu.
Wchodzi Monteki i inne osoby.
KSIĄŻĘ
Monteki, wcześnie wstałeś, aby ujrzeć
Nadziei swoich wcześniejszy upadek!
MONTEKI
Ach! miÅ‚oÅ›ciwy ksiÄ…ÅÄ™, Åona moja
Zmarła tej nocy z tęsknoty za synem;
JakiÅ cios jeszcze niebo mi przeznacza?
KSIĄŻĘ
Patrz, a zobaczysz!
MONTEKI
O niedobry synu!
Jak siÄ™ waÅyÅ‚eÅ› w grÃb uprzedzić ojca?
KSIĄŻĘ
Zamknijcie usta Åalowi na chwilÄ™,
PÃki zagadki tej nie rozwiÄ…Åemy
I nie zbadamy jej źrÃdÅ‚a i wÄ…tku:
Wtedy sam stanÄ™ na skarg waszych czele
I będę waszej boleści heroldem.
Do samej Å›mierci. ProszÄ™ was o spokÃj
I niech ulegnie zły los cierpliwości.
Stawcie, na kogo pada podejrzenie.
OJCIEC LAURENTY
Ja to, o panie! lubo najmniej zdolny
Do popełnienia czegoś podobnego,
Jestem, ze względu na okoliczności,
Poszlakowany najprawdopodobniej
O dzieło tego okropnego mordu.
StajÄ™ wiÄ™c jako wÅ‚asny oskarÅyciel
I jako własny obrońca w tej sprawie,
By się potępić i usprawiedliwić.
KSIĄŻĘ
MÃw, czegoÅ› Å›wiadom.
OJCIEC LAURENTY
Zwięźle rzecz opowiem.
Bo tchnieÅ„ mych pasmo krÃtsze jest zaiste
NiÅ dÅ‚uga powieść. Romeo, ktÃrego
ZwÅ‚oki tu leÅÄ…, byÅ‚ maÅ‚Åonkiem Julii,
A Julia byÅ‚a prawÄ… jego ÅonÄ…;
Jam ich zaślubił, a dniem tajemnego
Ich poÅ‚Ä…czenia byÅ‚ Ãw dzieÅ„ nieszczÄ™snej
Tybalta Å›mierci, ktÃra nowoÅeÅ„ca
WygnaÅ‚a z miasta; i ten to byÅ‚ powÃd
Cierpienia Julii, nie Åal po Tybalcie.
Wy, chcąc oddalić od niej chmury smutku,
ZarÄ™czyliÅ›cie jÄ… i do maÅ‚ÅeÅ„stwa
Z hrabią Parysem chcieliście ją zmusić.
W tej alternacie przyszła ona do mnie
I nalegała usilnymi prośby
O doradzenie jej jakiego środka,
Co by od tego powtÃrnego zwiÄ…zku
MÃgÅ‚ jÄ… uwolnić; w przeciwnym zaÅ› razie
ChciaÅ‚a w mej celi Åycie sobie odjąć.
Dałem jej tedy, ufny w mojej sztuce,
UsypiajÄ…ce krople, ktÃrych skutek
Bynajmniej miÄ™ nie zawiÃdÅ‚, bo jej nadaÅ‚
PozÃr umarÅ‚ej. NapisaÅ‚em przy tym
List do Romea, wzywajÄ…c go, aby
Dzisiejszej nocy, o tej porze, w ktÃrej
Działanie owych kropel miało ustać,
Zszedł się tu ze mną dla wyswobodzenia
Tej, co mu daÅ‚a taki dowÃd wiary,
Z tymczasowego jej grobu. Traf zrządził,
Å»e brat Jan, ktÃry z listem byÅ‚ wysÅ‚any,
Nie mÃgÅ‚ siÄ™ z miasta wydostać i wczoraj
List ten mi zwrÃciÅ‚. O godzinie zatem
Na jej ocknienie ściśle naznaczonej
Sam pospieszyłem wyrwać ją z tych sklepień,
Chcąc ją następnie umieścić w mej celi,
PÃki Romeo nie przybÄ™dzie; ale
Kiedym tu przyszedł (na niewiele minut
Przed jej zbudzeniem), juÅ szlachetny Parys
LeÅaÅ‚ bez duszy i Romeo takÅe.
Ona się budzi, jam się jął przekładać,
By poszła ze mną i to dopuszczenie
Nieba przyjęła z korną uległością,
Gdy wtem zgiełk nagły spłoszył mię od grobu,
A ona, głucha na moje namowy,
Rozpaczą zdjęta, pozostała w miejscu
I, jak się zdaje, cios zadała sobie.
Oto jest wszystko, co wiem; o maÅ‚ÅeÅ„stwie
Marta zaświadczy. Jeśli to nieszczęście
Choć najmniej z mojej nastąpiło winy,
Niech mÃj sÄ™dziwy wiek odpowie za to,
Na kilka godzin przed bliskim juÅ kresem,
Wedle rygoru praw jak najsurowszych.
KSIĄŻĘ
Jako mąŠświęty zawsześ nam był znany.
Gdzie jest Romea sÅ‚uga? CÃÅ on powie?
BALTAZAR
Zaniosłem panu wieść o śmierci Julii;
Wraz on wziął pocztę i z Mantui przybył
Prosto w to miejsce, do tego grobowca.
Ten list mi kazał rano oddać ojcu;
I w grÃb wstÄ™pujÄ…c zagroziÅ‚ mi Å›mierciÄ…,
JeÅ›li nie pÃjdÄ™ precz lub nazad wrÃcÄ™.
KSIĄŻĘ
Daj mi to pismo, przejrzÄ™ je â” a teraz,
Gdzie paź hrabiego, co wartę sprowadził?
Co twÃj pan, chÅ‚opcze, porabiaÅ‚ w tym miejscu?
PAÅ
PrzyszedÅ‚ kwiatami ubrać grÃb swej przyszÅ‚ej;
Kazał mi stanąć z dala, com teŠzrobił;
Wtem ktoÅ› ze Å›wiatÅ‚em przyszedÅ‚ grÃb otwierać
I mÃj pan dobyÅ‚ szpady przeciw niemu;
Co zobaczywszy, pobiegłem po wartę.
KSIĄŻĘ
List ten potwierdza słowa zakonnika,
Bieg ich miłości i Romea rozpacz.
Biedny mÅ‚odzieniec pisze oprÃcz tego,
Że sobie kupił gdzieś u aptekarza
Trucizny, ktÃrÄ… postanowiÅ‚ zaÅyć
W tym tu grobowcu, by umrzeć przy Julii.
Rzecz jasna! Gdzie sÄ… ci nieprzyjaciele?
Patrzcie, Monteki! Kapulecie! Jaka
Chłosta spotyka wasze nienawiści,
Niebo obrało miłość za narzędzie
Zabicia pociech waszego Åywota;
I ja za moje zbytnie pobÅ‚aÅanie
Waszym niesnaskom straciÅ‚em dwÃch krewnych.
Wszyscy jesteśmy ukarani.
KAPULET
Monteki, bracie mÃj, podaj mi rÄ™kÄ™;
Niech to oprawÄ… bÄ™dzie dla mej cÃrki;
WiÄ™cej nie mogÄ™ ÅÄ…dać.
MONTEKI
Lecz ja mogÄ™
WiÄ™cej dać tobie nad to: kaÅÄ™ bowiem
Posąg jej ulać ze szczerego złota,
By się nie znalazł szacowniejszy pomnik
Po wszystkie czasy istnienia Werony
Jak ten, pamięci Julii poświęcony.
KAPULET
Tak i Romeo stanie przy swej Åonie;
DzielÄ…c za Åycia, zÅ‚Ä…czmy ich po zgonie.
KSIĄŻĘ
Ponurą zgodą ranek ten skojarzył;
SÅ‚oÅ„ce siÄ™ z Åalu w chmur zasÅ‚onÄ™ tuli;
Smutniejszej bowiem los jeszcze nie zdarzył,
Jak ta historia Romea i Julii
WychodzÄ….

Podobne dokumenty