SPOTKANIE DWÓCH DOMÓW W JEDNYM

Komentarze

Transkrypt

SPOTKANIE DWÓCH DOMÓW W JEDNYM
SPOTKANIE DWÓCH DOMÓW W JEDNYM
W małżeństwie, niejako w tle spotkania męża i żony, n a­
stępuje spotkanie dwóch tradycji, sposobów bycia, hierarchii
wartości wyniesionych z domów rodzinnych. Więź jaka była
między nami a naszymi rodzicami ma ogromny wpływ na nasze
małżeństwo. Wynosimy z domów rodzinnych ogromne wartości,
ale czasem i wielkie zranienia. Wydarzenia przykre, nieraz d ra­
matyczne, przeżywane w dzieciństwie wywierają wpływ na naszą
więź w małżeństwie tak samo jak radość spokojnego dzieciństwa.
W arto o tym wiedzieć, mieć tego świadomość. Można dużo lepiej
zrozumieć siebie nawzajem, jeżeli się o tym wie i spokojnie ze
sobą o tym porozmawia. Sposoby naszych reakcji w różnych
sytuacjach potrzebują czasem uzdrowienia, właśnie w kontekście
sposobów reagowania jakie były w naszych domach rodzinnych.
Mój dom był taki „poukładany”, spokojny. Uczucia trudne,
raniące były tłumione - opowiadał Przemek. - Królowała w nim
swego rodzaju dyplomacja, w której obowiązywała zasada, że
w dobrej rodzinie problemów nie ma. Były tematy tabu, ale na
palcach jednej ręki mogę policzyć konflikty. W związku z tym sam
zacząłem później w podobny sposób układać sobie życie. N ato­
miast w domu Moniki metoda otwartego konfliktu była strategią
porozumienia na co dzień. Było rzucanie szklankam i o ścianę,
wulgarne słowa, trzaskanie drzwiami, ja k Monika przy mnie
pogryzła się kiedyś z tatą, to nie wiedziałem, co się dzieje. Otwarcie
mówiła co się jej nie podoba. Mnie to zatykało, nie potrafiłem
zareagować, bo uważałem, że jeżeli kocham Monikę, to nie mogę
jej wyrazić uczuć przykrych. Przyjąłem strategię nie robienia jej
przykrości.
- Ale pom im o tej „dyplomacji”, o której mówił Przemek powiedziała na to Monika —ja odczuwałam, że w jego domu była
zaspokojona potrzeba ciepła rodzinnego. U mnie tego nie było.
Moi rodzice działali w Solidarności, jako dziecko chodziłam
z nimi na manifestacje. Dziś doceniam to, ale wtedy brakowało mi
codziennego ciepła, tego, że jest jakiś ład w domu, że jest zrobiony
obiad. Jestem wdzięczna Przemkowi za równowagę jaką wprowa­
dził do naszego małżeństwa.
- M iałam to szczęście - dzieliła się z nami Mariola - że
wyszłam z domu pełnego miłości i rodzinnego ciepła. Byłam
bardzo przywiązana do rodziców i z nim i zżyta, ale wcześnie od
nich oderwana. Ogólniak spędziłam w internacie i musiałam
wtedy rozstać się z domem rodzinnym na co dzień. Cierpiałam
z tego powodu i tęskniłam do domu. Wracałam do niego ja k do
oazy. Potem studia, okres wzmożonego dorastania i dojrzewania,
też w oderwaniu od domu. Wracałam do niego z przeżyciami
radosnymi, ale i trudnymi, bolesnymi. Tu znajdowałam ukojenie.
Później były przyjazdy do domu z ukochaną osobą i nasycanie
Piotra jego atmosferą. Takiego domu był on od dłuższego czasu
pozbawiony, jego dom przestał istnieć dawno, w bardzo tragi­
cznych okolicznościach.
Zarów no Irenka jak i ja wyszliśmy z naszych domów rodzin­
nych z poczuciem m oralnego oparcia jakie dawały każdemu z nas
nasze rodziny. Jednakże były to domy zupełnie inne. Przed­
miotem dumy w dom u mojej żony był ład, cierpliwe znoszenie
niedostatków, rzetelne wykonywanie obowiązków. Nie było am ­
bicji zawodowych. Nie było nastawienia na pracę twórczą, lecz na
wykonywanie tego, co do każdego należało. Przynosiło to całej
rodzinie poczucie wartości. W obliczu braku pieniędzy, braku
opału zimą, także w obliczu zagrożeń politycznych, reagowano
modlitwą. Dawało to poczucie bezpieczeństwa. W dom u tym
ważne było bycie razem, ciepły gest, serdeczne odezwanie się.
W ten sposób wypełniane były potrzeby kochania i bycia kocha­
nym.
W moim dom u było inaczej. Ojciec po dwóch zawałach serca
nie pracował zawodowo. Przebywał w domu, nie szukając kon­
taktu z ludźmi. Zamykał się w pokoju, czytał, zbierał książki,
obrazy. Tracił słuch. To go jeszcze bardziej odsuwało od ludzi.
W tej sytuacji mama pełniła rolę zarówno ojca, jak i matki. Nie
miała ubezpieczenia. Chodziła do pracy nawet wtedy, kiedy była
chora. Niesłychanie czynnego usposobienia, wnosiła do domu
atmosferę pokonywania własnych słabości, dopingowała do zdo­
bywania wiedzy i wykształcenia mnie i mojego brata. Było
nastawienie na pracę twórczą, naukową. W ten sposób mama
wypełniała potrzebę swojego poczucia bezpieczeństwa, szczegól­
nie, że jej studia, o których marzyła, przerwała wojna. Brak
wyższego wykształcenia utrudnił jej pracę. Chwile serdecznego
ciepła w naszym dom u wspominam bardzo żywo, ale były one
rzadkie. Może dlatego i mnie brakło gestów ciepłych i serdecz­
nych, zwłaszcza na początku naszego małżeństwa. Chciałem, żeby
Irenka interesowała się moją pracą naukową, tak jak ja przywiązy­
wałem bardzo dużą uwagę do jej pracy na uniwersytecie. Ona zaś
oczekiwała ciepłych słów, czułych gestów. Każde zdanie wypowie­
dziane przeze mnie głośniej czy tonem zdecydowanym, odbierała
jako krzyczenie na nią. Ujawniła się tu na pewno różnica tem ­
peramentów Irenki i mojego, ale nałożyły się na nią odmiennie
wypełniane potrzeby bezpieczeństwa, kochania i poczucia własnej
wartości w naszych domach rodzinnych.
Z podobnymi różnicami spotykamy się wśród bardzo wielu
małżeństw.
Na początku naszego małżeństwa - pisała do nas Magda byłam zamknięta i niechętnie dzieliłam się z mężem swoimi
uczuciami, przeżyciami. Postawa ta wynikała przede wszystkim
z mojego wychowania w domu. Moja mama, którą bardzo ko-
cham, nie była osobą wylewną. Wynikało to z kolei z tego, że nie
miała swojego domu. Nie znała nawet swojej m atki ani ojca.
Wychowywała się w dom u sierot. Byłyśmy z siostra dość surowo
wychowywane według wzorców, które znała mama. M ama nosiła
w sobie dużo kompleksów i wiele z nich, pewnie nieświadomie,
nam przekazała. W stosunkach z ludźmi byłyśmy zawsze skryte, bo
wydawało nam się, że m am y niewiele do powiedzenia, że jesteśmy
gorsze od innych. I z takim bagażem różnych kompleksów weszłam
w życie małżeńskie. Było mi z tym źle, ale nie umiałam się
przemóc i porozmawiać o tym z mężem. Wydawało mi się, że mnie
nie zrozumie, i że mnie nie będzie kochać, gdy mu opowiem
0 swoich lękach. Dopiero po latach, jego uczucia, jego miłość
1troskliwość, zrozumienie, pozwoliły mi przełamać moje kom plek­
sy. Poczułam, że jestem obdarowana zaufaniem i mogę w ten
sposób obdarowywać. Przestałam się męczyć.
Ale zanim do tego doszło namęczyli się niemało.
Zalążek nieufności do Magdy - pisał jej mąż - wyniosłem
z domu, z atmosfery tam panującej, bo wszystkie decyzje należały
do ojca. On decydował o sprawach materialnych, towarzyskich,
obyczajowych. On był w domu najsilniejszą indywidualnością.
Dziś wiem, że praktycznie wszystkie decyzje były z matką om aw ia­
ne i uzgadniane, ale ponieważ wypowiadał je ojciec, więc w mojej
podświadomości powstało przekonanie, że decyzja i prawo osądu
należą tylko do mnie. ju ż pierwsze miesiące naszego małżeństwa
przyniosły nam wiele sytuacji wymagających delikatnych kom ­
promisów między naszymi potrzebami i pragnieniami: mieszkanie,
studia, dziecko - szereg problemów, sprzecznych interesów, przy­
zwyczajeń, poglądów. I właśnie wtedy, gdy tak bardzo było nam
potrzeba wzajemnej szczerości i zaufania, ja zacząłem decydować
sam: będzie tak, a tak, nie sprzeciwiaj się, widocznie tego nie
rozumiesz, ja wiem, ja jestem odpowiedzialny za nasz dom i rodzi­
nę, to jest moja męska rola... itd. Zanim zrozumiałem swój błąd,
zanim pojąłem, co dla Magdy oznaczał ten mój brak zaufania do
niej, minęły lata... Wydawało się wówczas, że nie sposób będzie
odbudować zniszczonego zaufania. 1 tu chciałbym podzielić się
z wami moim bardzo radosnym przeżyciem. Otóż mimo wielu
kłopotów i przeciwności, myśmy się cały czas bardzo kochali. I ja
bardzo pragnąłem odwrócić to, co złego stało się między nami.
1 choć sam nie widziałem rozwiązania, to jednak ufałem, że Bóg
może zm ienić tę sytuację.
Listy Magdy i jej męża dotykają różnych nastawień i urazów
wyniesionych z domów rodzinnych. To tylko maleńki wycinek
rzeczywistości, którą wnosimy w małżeństwo. Często nie zdaje­
my sobie sprawy, że na przykład brak ojca w rodzinie, może się
odbić jeszcze w trzecim pokoleniu. Może się to przejawiać
wypełnianiem, czy też zastępowaniem, roli ojca przez matkę
i w związku z tym innymi wyobrażeniami o roli ojca i matki
w rodzinie, aniżeli ma je ktoś, kto wychował się w rodzinie pełnej.
Po piętnastu latach małżeństwa zrozumiałem, że ja nie
bardzo potrafię być ojcem - dzielił się z nami ktoś inny. - To
właśnie Spotkania M ałżeńskie pomogły m i odkryć, że przyczyna
tego leży nie tylko w tym, że mój ojciec był prawie nieobecny
w domu, ale także w tym, że on sam nie miał wzoru ojca, gdyż ten
zmarł, gdy mój ojciec miał zaledwie pięć lat. Rozpoczął się dla
m nie trudny okres odzyskiwania moich dzieci, budowania więzi
z nimi, która nie była tak spontaniczna, naturalna i oczywista, jak
to obserwowałem w innych domach, w których bywaliśmy.
To tylko kilka ilustracji złożonej i niesłychanie delikatnej
sprawy bagażu z jakim bardzo często wchodzimy w życie m ał­
żeńskie. Są to niekiedy zranienia, którymi nie chcemy się dzielić
z nikim, nawet ze współmałżonkiem. A jednak trzeba, warto. Po
to, żeby być lepiej zrozumianym. Bardziej zaakceptowanym.
W zorce osobowe, sposoby zaspokajania potrzeb, zachowania
wyniesione z dom u pozostają w nas nadal i wpływają na nasze
zachowania nawet po wielu latach małżeństwa.
Czasami jednak brak jakiejś wartości w dom u rodzinnym
wyzwala ogrom ną jej potrzebę w życiu dorosłym. Kiedyś w g ro ­
nie kilku małżeństw rozmawialiśmy o naśladowaniu wzorców
wyniesionych z domu. Teresa, żona i m atka trojga dzieci, zaan­
gażowana w pracę duszpasterstwa rodzin, długo się nie odzywała
i wreszcie wypaliła: Gdybym ja powielała wzorce wyniesione
z domu, to nie siedziałabym teraz z wami, tylko pod płotem
i chlała wódkę! Przypomniałem sobie potem, że niektórzy spoty­
kani przeze mnie ludzie szczególnie zachowujący, aż do przesa­
dy, abstynencję od alkoholu, przeżyli w dom ach rodzinnych
dram at choroby alkoholowej.
Przypominamy sobie różne sytuacje z naszych domów ro ­
dzinnych nie po to, by osądzać, oceniać rodziców czy teściów,
ale po to, by zrozumieć. T rudno nam zaś będzie wszystko
zrozumieć do końca, nawet przyczyny rozejścia rodziców czy
przyczyny alkoholizmu. Były to na pewno niezaspokojone po­
trzeby kochania i bycia kochanym, uznania, bezpieczeństwa
i wiele innych.
Smutkiem napełniła mnie rozmowa telefoniczna z osobą,
która obwiniała swojego męża za kryzys w ich małżeństwie
słowami: „On jest zły, bo źli byli jego rodzice”. Na jednym ze
spotkań ktoś inny zapytał: „)ak długo mam tłumaczyć zło jakie
było w moim dom u rodzinnym niezaspokojonymi potrzebam i?
lak długo mam wybielać osoby, które innym członkom naszej
rodziny wyrządzały zło świadomie i dobrowolnie? Kiedy mogę
zło nazwać po im ieniu?” Odpowiedziałem: zło zawsze należy
nazwać po imieniu. Ale zawsze też trzeba oddzielać czyn od
osoby. Nazwanie zła po imieniu nie sprzeciwia się rozumieniu
osoby, która zło popełniała. Jedno w połączeniu z drugim może
wyzwolić miłosierdzie, przebaczenie. Rodzice zawsze chcą jak
najlepiej. Często nie potrafią. W arto ich zrozumieć. Świadomość
niezaspokojonych potrzeb, odmiennych temperamentów, pozna­
nie całego bagażu trudności z jakimi borykali się, pozwala na
spokojniejsze popatrzenie na swoje domy rodzinne. W ażne jest tu
nie podsycanie i nie żywienie przykrych uczuć. Sami obciążeni
byli trudnościam i jakie wynieśli ze swoich domów rodzinnych.
»Tak, ale...” chciałby może ktoś na to powiedzieć... Tak, ale
obleczcie się w serdeczne miłosierdzie i wybaczajcie sobie, jeśli
chcecie, by Chrystus W am wybaczył (por. Kol 3,12n) - o d ­
powiadam.
A rozważając domy, z których wyszliśmy, pomyślmy, co
nasze dzieci wyniosą z naszych domów rodzinnych?
*♦ Nasze domy rodzinne, z których wyszliśmy - atmosfera
w nich panująca, więź rodziców ze sobą, przyzwyczajenia,
sposób zaspokajania potrzeb, hierarchia wartości - ma
i będzie miała wpływ na relacje w naszym małżeństwie. Po
prostu wychodzimy nasiąknięci tym, nieraz podświadomie.
Nie oceniajmy jednak naszego domu rodzinnego, ale otocz­
my go m iłością, zarówno jeżeli jego wspomnienie jest naszą
dumą jak również wtedy, gdy wywołuje uczucia przykre.
Szczególnie wtedy obleczmy się w serdeczne m iłosierdzie
(Kol 3 ,12), a w naszym małżeństwie porozmawiajmy w tym
duchu o naszych domach. Przyniesie to więcej wzajemnego
zrozumienia.
POZNAWAJMY SIĘ WCIĄŻ NA NOWO.
Duże znaczenie w budowaniu naszej więzi miało poznanie
przeze mnie cyklu fizjologicznego Irenki. Zanim jednak do tego
doszło, nie rozumiałem zmienności jej zachowania. Były dni,
kiedy rozmowy z nią oraz całe funkcjonowanie dom u było
spokojne, życzliwe, z uśmiechem, pełne ciepła, ale były i takie
dni, kiedy trudno było się z nią porozumieć, była wewnętrznie
spięta i zdawało mi się, że kłóci się o byle co. W każdym razie tak
to wyglądało od mojej strony. Dopiero późniejsza wiedza o spo­
sobie funkcjonowania organizm u kobiety pozwoliła mi zrozu­
mieć, że to ja powinienem w naszych relacjach dostosowywać się
do zmian zachodzących w Irence w cyklu miesięcznym. W okre­
sie owulacji, kiedy jej organizm był najbardziej „kobiecy”, najłat­
wiej nam było rozmawiać o sprawach trudnych, czuliśmy się
najbliżej siebie, łatwo było o porozumienie. Natomiast w okresie
przedmenstruacyjnym było znacznie gorzej. Pamiętając, że d o ­
piero co tak dobrze nam się rozmawiało, tym bardziej chciałem
łrence udowodnić, że nie ma racji, że czepia się i że nie można się
z nią dogadać... Tymczasem powinienem był unikać tematów
trudnych i być bardziej wyrozumiały, bardziej czuły. }a zaś
starałem się wtedy dochodzić swoich racji, upierać przy swoim
zdaniu. Tak było dopóki nie zacząłem wyraźnie kojarzyć naszej
zdolności do dialogu z fazami cyklu miesięcznego.
Przebieg cyklu poznajemy poprzez mierzenie tem peratury
1wiele innych obserwacji swojego ciała przez kobietę. Zachęcam