wrzesień w menażerii.indd

Komentarze

Transkrypt

wrzesień w menażerii.indd
1|1
2013
MIESIĄC
SAIRHFGOIHG SDG
SIDNGKJDS SDIGHDS
SKJDBVJBDS SDKBGJK
SAJDKVBGDAV KSAD
DFGDSA
MARIA DEK
c z o ł e m
ILUSTR.
2
N
iepokojąco brzmią kolejne doniesienia
o użyciu przemocy przez osoby chcące
wbijać nam do głowy pięścią i różnymi
przyrządami, kto jest, a kto nie jest prawdziwym
Polakiem, kto i gdzie może co wykładać, albo
jakie i gdzie może organizować przedsięwzięcia kulturalne – albo raczej, że nie może. Są to doniesienia
z kraju i, niestety, także z Torunia. Źle się dzieje, ale
nie można dać się zastraszyć, żyć w permanentnym
strachu – trzeba śledzić bacznie kolejne przejawy
barbarzyństwa i zastanawiać się, co począć dalej…
Myślę, że najgorszym rozwiązaniem byłoby
rozbudzanie w sobie negatywnych uczuć
w stosunku do tych biednych młodzieńców.
Należy im współczuć – sami tak intensywnie
pielęgnowali negatywne uczucia, że poprowadziły ich do czegoś, czego, patrząc z trochę
innej perspektywy, na pewno by się wstydzili.
Co można zrobić, żeby samemu się
post factum nie wstydzić, nie dać się porwać
spirali przemocy? Sam bym – sobie i Menażeryjnie – zaproponował kurację profilaktyczną.
Kurs rozmawiania albo wręcz mówienia. Tak,
to, co najprostsze jest tu podstawą. Nie dość,
że najprostsze, to jeszcze z pozoru naiwne
do bólu.
Trzeba by pielęgnować w sobie bez końca
taką postawę, która umożliwia rozmowę;
Misja z pasją
która sprawia, że wymiana zdań, prezentacja zdania
własnego, nie staje się formą przemocy, a otwarciem
na drugiego człowieka, na jego odmienność. Prezentowanie poglądów nie po to, by przyprzeć rozmówcę
do muru, by obezwładnić słownie, ale by rozmówca
mógł mnie lepiej i głębiej zrozumieć. Słuchanie racji
drugiej strony nie po to, by dostrzec każdy słaby
punkt wypowiedzi i ewentualnie tę drugą stronę
zmiażdżyć, zasztyletować sarkazmem, wbić złośliwą szpilę – ale po to, by się wsłuchać, dowiedzieć
czegoś nowego. Umieć przyznać się do wątpliwości,
umieć zadać pytanie… Rzeczy najprostsze,
a często najtrudniejsze – sam też biję się
w pierś.
I tu pojawia mi się deus ex machina sprawa
misyjności naszego pisma. Byłbym bardzo
dumny i rad, gdyby „Menażeria” – przez
język, postawę otwartą, propagowanie kultury
dialogu – przyczyniła się, choćby tycio, do plenienia z naszego życia przemocy. Albo przynajmniej nie ulegała jej magii.
Marek Rozpłoch
NA
OKŁADCE ILUSTRACJA
MARTYNY WÓJCIK-ŚMIERSKIEJ
s p i s
dzieje się
Marek Rozpłoch, Aram Stern
4
fotorelacja
Ryszard Duczyc
Lokalny pejzaż kontrkultury – Peace, Love i PRL
3
t r e ś c i
recenzje
Anna Ladorucka, Marek Rozpłoch,
Aram Stern, Karolina Robaczek,
Piotr Buratyński, Wiktor Łobażewicz
80
12
relacja
Piotr Buratyński
Chaos daje nam nową szansę. Gérard
Rancinan w Danubianie
twory
Miłosz Flis
86
tu bywaj
MR, AS, MJ, MB,
102
18
pod okładką. wstęp
Dawid Śmigielski
Wrzesień
20
pod okładką. komiks
Anna Krztoń
konterfekt
Aram Stern
Filodom Wańkowicz
110
konterfekt/miejsce
Małgorzata Burzyńska (współpraca:
Konrad Burzyński)
Muzyka z musztardą,
czyli Zwierzyniec Gablenza
112
28
pod okładką. krytycznym okiem
Dawid Śmigielski
Wielka Kolekcja Komiksów
Marvela the best of...
118
rach-ciach
Polecam, Grażyna Torbystka i Cham Filmowy
pod okładką. eseje recenzyjne:
34
konterfekt
Marek Rozpłoch
Wieszcz słowacki
Jonanna Wiśniewska
Mit odczarowany
122
36
Szymon Gumienik
Wielki Kim patrzy
40
pod okładką. esej
Dawid Śmigielski
Życie i czasy Sknerusa
McKwacza. Od czyszczenia zabłoconych
butów do kąpieli w żywej gotówce
twory
Wiktoria Lenart
126
teksty literackie
Dariusz Jacek Bednarczyk
54
teksty literackie
Piotr Parulski
128
60
autorzy numeru
66
odsłony
Andrzej Piotr Lesiakowski
teksty literackie
Piotr Wiesław Rudzki
132
137
felieton. dzienniczek uwag
Szymon Szwarc
70
felieton. regulator kwasowości
Barszcz Błaszczyk
fiat Zofii
Maciek Tacher
Niezniszczalni 2
138
72
felieton. bełkot miasta
Józef Mamut
74
filofood
Natalia Olszowa
75
postanthropology wunderkammer
Phtalo Manatee
76
4
d z i e j e
s i ę
d z i e j e
PER MUSICAM AD ASTRA 11.09 - 15.09
ALEJĄ GWIAZD
Jak zapewniają organizatorzy, „PER MUSICAM AD ASTRA, I Międzynarodowy Konkurs i
Festiwal Chóralny im. M. Kopernika będzie pierwszym tak dużym wydarzeniem kulturalnym w Toruniu i regionie o zasięgu międzynarodowym, które zaktywizuje środowisko chóralne i promować będzie niezwykłe bogactwo polskiej muzyki chóralnej.”
Konkurs, któremu sędziuje międzynarodowe jury, odbywa się w Dworze Artusa,
wydarzenia zaś festiwalowe rozsiały się po całym naszym regionie - Lubiczu, Chełmży, Chełmnie i samym Toruniu, gdzie w Kościele Akademickim można będzie usłyszeć
koncertową wersję baletu „Harnasie” Szymanowskiego – inaugurującą festiwal, a 12
września wystąpi Polski Chór Kameralny Schola Cantorum Gedanensis pod batutą
jurora konkursu, Jana Łukaszewskiego. Wstęp każdorazowo wolny!
W konkursie udział bierze siedem zespołów polskich i dziewięć zagranicznych, reprezentujących: Meksyk, Koreę Południową, Danię, Rosję, Łotwę, Czechy i Niemcy. Wyniki
konkursu zostaną podane na stronie FB naszego pisma, przypomnimy je również w
październikowym numerze „Menażerii”. Będziemy też za pośrednictwem Facebooka
informować Czytelników na bieżąco o najważniejszych wydarzeniach PER MUSICA AD
ASTRA. Szczegółowe informacje festiwalowe można jednak znaleźć przede wszystkim
na stronach: www.pmaa.pl i https://www.facebook.com/per.musica.ad.astra
Wspomnianymi w pierwszym zdaniu organizatorami są Stowarzyszenie Miłośników
Muzyki Chóralnej Astrolabium i Fundacja INTERKULTUR.
Polecamy! Liczymy też na coroczną obecność PER MUSICAM AD ASTRA
w naszym mieście!
MAREK ROZPŁOCH
s i ę
5
6
d z i e j e
s i ę
Bella Skyway Festival 17.09 - 21.09
BELLA SKYWAY FESTIVAL
Od kilku lat koniec sierpnia w Toruniu kojarzył się z Festiwalem Skyway, którego spektakularne projekcje 3D na ścianach pięknych gmachów były dla wielu rodzin z całej Polski
najbardziej bajkowym zwieńczeniem wakacji. W tym roku Festiwal zmienił zarówno nazwę,
jak i termin, gdyż organizatorzy chcieli poprawić komfort oglądania instalacji tłumom widzów (ubiegłoroczna edycja przyciągnęła aż 150 tys. osób), kiedy szybciej robi się ciemno
i pokazy będzie można uruchomić godzinę wcześniej. Drugim powodem zmiany terminu
jest umowa na finansowanie Festiwalu podpisana z Toruńskimi Zakładami Materiałów
Opatrunkowych, których marka „Bella” stała się sponsorem tytularnym – stąd nowa nazwa.
„Opatrunki” akurat we wrześniu organizują konferencję branżową dla tysiąca gości z całego
świata i organizatorom Bella Skyway Festival – Toruńskiej Agendzie Kulturalnej – zależy na
nawiązaniu szerszych kontaktów. Jak to się sprawdzi, zobaczymy w przyszłym roku,
w każdym razie tegoroczny program Festiwalu zapowiada się równie atrakcyjnie jak
w latach poprzednich i na szczęście jego finał zahacza też o początek weekendu, co umożliwi przyjazd do Torunia rodzinom z dziećmi w wieku szkolnym.
Przewodnim hasłem tegorocznej edycji będzie „9. Planeta: niemożliwe krajobrazy, niesamowite światy”. „Celem programu Bella Skyway Festival jest przede wszystkim rzucenie
wyzwania gotyckiemu dziedzictwu Torunia za pomocą współczesnego spojrzenia oraz wywołanie zadumy nad subtelną innością sztuki, ujawnienie innego Torunia w jego autoportrecie. Efemeryczne konstrukcje, projekcje i stworzone mikro-światy będą trzema nośnikami
przekazów wyrażających żywotność Torunia – pisze Mário Jorge da Câmara de Melo Caeiro,
dyrektor artystyczny Bella Skyway Festival. Swoje wizje, tchnące nowe życie w stare
mury miasta w 11 punktach pokaże kilkunastu artystów z 7 krajów. Na fasadzie Collegium
Maximum zobaczymy wielkoformatowe projekcje czeskiej Grupy Macula, gdzie w latach
poprzednich swoje imponujące mappingi 3D prezentowali Węgrzy z Grupy Limelight.
W tym roku artyści ci zamienią sylwetkę kościoła Św. Ducha w rakietę kosmiczną gotową do startu w kosmos. Tuż obok – na dziedzińcu Ratusza Staromiejskiego Richi Ferrero
z Włoch pokaże „Świetlne maski Bwindi”, wykorzystując prawdziwe afrykańskie maski,
dynamiczną scenografię stworzoną przez światła LED oraz tajemniczy śpiew tubylców Tuva
z Kongo i Ugandy. Ruiny podominikańskie ogromną instalacją ukazującą drewniane ramy
okienne, światło, świece i dźwięk zagospodaruje Raoul Kurvitz z Estonii. Bardzo ciekawie
zapowiada się również mapping 3D „Obserwatorzy” polskiej grupy tamtam na budynku
Urzędu Marszałkowskiego, którego fasada stanie się scenerią niezwykłej historii zagubienia, lęku, przemiany i odrodzenia, utrzymaną w klimacie grozy, przywołującą atmosferę
niepokoju, znaną z klasyki gatunku horroru science fiction. Na Festiwalu znajdziemy także
miejsca wyciszenia: Bogumił Palewicz, znany z wcześniejszych aranżacji przy fontannie
Cosmopolis, na Pałacu Dąmbskich stworzy chiński teatr cieni „Pop Opera” z fragmentami
operowych uwertur, a Alessandro Lupi z Włoch w okolicach Bramy Mostowej intymną kompozycję „Albero”. Na „Ścieżkę oświeconych” w ulicy Ciasnej – wąski pas trawnika, z którego
wyłaniają się małe rurki oświetlające drogę – zaprosi widzów Michał Kardas. Nieopodal,
w ruinach Zamku Krzyżackiego zobaczymy instalację z 200 terakotowych lampionów
podświetlanych świecami, wykonanych przez dzieci z Torunia. Kończąc spacer po nocnej
starówce dotrzemy do ogrodu Baja Pomorskiego, gdzie francuska Grupa Céhel zaprezentuje
baśniowy świat „Czerwonej czarodziejki”. Wszystkie projekcje będą prezentowane codziennie od godziny 19.45 do północy.
Bella Skyway Festival to nie tylko 5 wieczorów niemożliwych krajobrazów i niesamowitych
światów, ale także imprezy towarzyszące: nocne zwiedzanie krzyżackich ruin,
Świetlna Rowerowa Masa Krytyczna, także grany w każdy wieczór wspaniały spektakl
„Marionetka – kosmiczna tajemnica” Dominiki Miękus i Krzysztofa Pardy w Baju Pomorskim
oraz wyjątkowy cykl koncertów w ramach III edycji festiwalu LuLu. W klubie Lizard King
drugiego dnia Bella Skyway Festival wystąpią MIKROMUSIC, Tomek Organek z SOFY oraz
Ser Charles. Nazajutrz usłyszymy gwiazdy – Melę Koteluk i Stanisława Soykę, a trzeciego
dnia pośmiejemy ze Stanisławem Tymem i Kabaretem Hrabi. To będą wieczory cudownych
podróży po światach obrazu i dźwięku!
ARAM STERN
Bella Skyway Festival
7-21 września 2013
Toruń
l a t o
c z e k a
00
00
d z i e j e
s i ę
XII Festiwal Prapremier (Bydgoszcz) 28.06 - 9.09
XII FESTIWAL PRAPREMIER
28 września w Teatrze Polskim w Bydgoszczy rozpocznie się XII Festiwal Prapremier. W programie najciekawsze spektakle z całej Polski, w tym produkcje duetu
Strzępka/Demirski, Pawła Passiniego, Mai Kleczewskiej i Marty Górnickiej. Konkurs
Prapremier otworzą gospodarze „Podróżą zimową” w reżyserii Mai Kleczewskiej
– przedstawieniem będącym koprodukcją Teatru Powszechnego w Łodzi i Teatru Polskiego w Bydgoszczy.
Ze swoim najnowszym spektaklem na Festiwal po raz kolejny przyjadą Monika
Strzępka i Paweł Demirski. Para, której spektakl „Położnice Szpitala św. Zofii” otworzył
zeszłoroczną edycję festiwalu, po raz kolejny postara się zdemaskować polską rzeczywistość pełną absurdów. Tym razem pokażą „Firmę” – przedstawienie, w którym zabierają widzów do świata biznesu i polityki, gdzie nie brak przekrętów, łapówkarstwa,
ustawianych przetargów i inwestycyjnych bubli. Na XII Prapremierach zaprezentuje
się także Bartosz Szydłowski z „Klubem miłośników filmu Misja” z krakowskiego Teatru
Łaźnia Nowa. Ciekawie zapowiada się również „Morrison/Śmiercisyn” w reżyserii Pawła
Passiniego, jednego z najlepszych polskich twórców teatralnych młodego pokolenia.
Aktorzy z Opolskiego Teatru Lalki i Aktora pokażą bydgoskiej publiczności historię lidera legendarnej grupy The Doors – Jima Morrisona. Dwa tygodnie później spektakl ten
zobaczą także widzowie XX Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek w Toruniu.
Na Prapremierach pojawią się także: „Betlejem polskie” w reżyserii debiutującego
niedawno w bydgoskim teatrze Wojciecha Farugi (wyreżyserował znakomicie przyjętych „Wszystkich świętych”), oraz osławiona już „Requiemaszyna” w reżyserii Marty
Górnickiej czy ciekawy debiut dramaturgiczny Antoniego Ferencego – „Upadek pierwszych ludzi” w reżyserii Iwony Kempy z Teatru im. Wilama Horzycy. To miła niespodzianka: tak krytykowana zimą przez teatrologów z UMK ostatnia realizacja dyrektor
Kempy w Toruniu, teraz znalazła się w konkursie wśród najciekawszych spektakli
ubiegłego sezonu w Polsce.
Prapremiery w każdej edycji starają się także pokazywać przynajmniej jedną
propozycję teatru formy. Wielkim hitem Festiwalu w 2011 roku były „Żywoty świętych
osiedlowych” Agaty Kucińskiej i organizatorzy zakładają, że publiczność równie ciepło
podczas tegorocznej edycji przyjmie także „Balladyny i romanse” w reżyserii Konrada
Dworakowskiego. Kolejnym hitem okazać się może monodram Katarzyny Figury „Kalina” – wyreżyserowany przez młodą artystkę Małgorzatę Głuchowską.
Podczas Aneksu Międzynarodowego, zostanie zaprezentowana seria spektakli i imprez towarzyszących, w tym dwie międzynarodowe koprodukcje bydgoskiego teatru.
Imprezę otworzy polsko-szwajcarskie „Against”. Spektakl w reżyserii Nilsa Torpusa
zabierze nas w podróż do wirtualnego świata hakerów i poruszać będzie tematy inwigilacji i cenzury w Internecie. Z kolei zamykający Aneks spektakl „Europa”, przygotowany przez Teatr Polski we współpracy z teatrami z Niemiec, Chorwacji i Anglii, będzie
wielopokoleniowym głosem mieszkańców zjednoczonej Europy.
W ramach dodatkowych przedsięwzięć festiwalowych zrealizowane zostaną pokazy
spektakli: „Zachem. Interwencja” Aleksandry Jakubczak i Małgorzaty Wdowik oraz
„Skąpo” w reż. Doroty Ogrodzkiej, czyli teatralnego projektu bydgoskiej młodzieży,
dla którego punktem wyjścia będzie „Skąpiec” Moliera. Po raz pierwszy w ramach
Festiwalu Prapremier odbędzie się także Noc Dramaturgów, podczas niej będzie można
posłuchać utworów najmłodszych dramatopisarzy, w tym wychowanków funkcjonującej od roku przy bydgoskim teatrze Szkoły Dramatu Artura Pałygi. Odbędzie się także
debata „Polskiego dramatu świat nieprzedstawiony” z udziałem uznanych polskich
dramatopisarzy wielu pokoleń.
ARAM STERN
XII Festiwal Prapremier
28 września – 6 października 2013
Teatr Polski Bydgoszcz
d z i e j e
XII Festiwal Prapremier
POKAZY KONKURSOWE
28.09. „Podróż zimowa”, reż. Maja Kleczewska; Teatr Polski, Bydgoszcz/Teatr Powszechny, Łódź.
29.10. „Firma”, reż. Monika Strzępka; Teatr Nowy, Poznań
30.09. „Morrison/Śmiercisyn”, reż. Paweł Passini; Opolski Teatr Lalki i Aktora
01.10. „Kalina”, reż. Małgorzata Głuchowska; Teatr Polonia i Och Teatr, Warszawa
02.10. „Balladyny i romanse”, reż. Konrad Dworakowski; Teatr Pinokio, Łódź
03.10. „Klub miłośników filmu Misja”, reż. Bartosz Szydłowski; Teatr Łaźnia
Nowa, Kraków
04.10. „Upadek pierwszych ludzi”, reż. Iwona Kempa; Teatr im. W. Horzycy, Toruń
05.10. „Betlejem Polskie”, reż. Wojciech Faruga; Teatr Dramatyczny, Wałbrzych
06.10. „Requiemaszyna”, reż. Marta Górnicka; Instytut Teatralny, Warszawa
ANEKS
21-28.09. „Against”, reż. Nils Torpus; koprodukcja Teatru Polskiego w Bydgoszczy
i Schlachthaus Theater w Bernie
6-8.10. „Europa”, reż. Lutz Hubner, Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Tena Stivicic,
Steve Waters; koprodukcja Teatru Polskiego w Bydgoszczy, Zagreb Youth Theatre, Birmingham Repertory Theatre, Staatsschauspiel Dresden
s i ę
00
10
d z i e j e
s i ę
XII Festiwal Prapremier (Bydgoszcz) 28.09 – 6.10
XII FESTIWAL PRAPREMIER
28 września w Teatrze Polskim w Bydgoszczy rozpocznie się XII Festiwal Prapremier.
W programie najciekawsze spektakle z całej Polski, w tym produkcje duetu Strzępka/
Demirski, Pawła Passiniego, Mai Kleczewskiej i Marty Górnickiej. Konkurs Prapremier
otworzą gospodarze „Podróżą zimową” w reżyserii Mai Kleczewskiej – przedstawieniem
będącym koprodukcją Teatru Powszechnego w Łodzi i Teatru Polskiego w Bydgoszczy.
Ze swoim najnowszym spektaklem na Festiwal po raz kolejny przyjadą Monika
Strzępka i Paweł Demirski. Para, której spektakl „Położnice Szpitala św. Zofii” otworzył
zeszłoroczną edycję festiwalu, po raz kolejny postara się zdemaskować polską rzeczywistość pełną absurdów. Tym razem pokażą „Firmę” – przedstawienie, w którym zabierają widzów do świata biznesu i polityki, gdzie nie brak przekrętów, łapówkarstwa,
ustawianych przetargów i inwestycyjnych bubli. Na XII Prapremierach zaprezentuje
się także Bartosz Szydłowski z „Klubem miłośników filmu Misja” z krakowskiego Teatru
Łaźnia Nowa. Ciekawie zapowiada się również „Morrison/Śmiercisyn” w reżyserii Pawła
Passiniego, jednego z najlepszych polskich twórców teatralnych młodego pokolenia.
Aktorzy z Opolskiego Teatru Lalki i Aktora pokażą bydgoskiej publiczności historię lidera legendarnej grupy The Doors – Jima Morrisona. Dwa tygodnie później spektakl ten
zobaczą także widzowie XX Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek w Toruniu.
Na Prapremierach pojawią się także: „Betlejem polskie” w reżyserii debiutującego niedawno w bydgoskim teatrze Wojciecha Farugi (wyreżyserował znakomicie przyjętych
„Wszystkich świętych”), oraz osławiona już „Requiemaszyna” w reżyserii Marty Górnickiej czy ciekawy debiut dramaturgiczny Antoniego Ferencego – „Upadek pierwszych
ludzi” w reżyserii Iwony Kempy z Teatru im. Wilama Horzycy. To miła niespodzianka:
tak krytykowana zimą przez teatrologów z UMK ostatnia realizacja dyrektor Kempy
w Toruniu, teraz znalazła się w konkursie wśród najciekawszych spektakli ubiegłego
sezonu w Polsce.
Prapremiery w każdej edycji starają się także pokazywać przynajmniej jedną propozycję teatru formy. Wielkim hitem Festiwalu w 2011 roku były „Żywoty świętych
osiedlowych” Agaty Kucińskiej i organizatorzy zakładają, że publiczność równie ciepło
podczas tegorocznej edycji przyjmie także „Balladyny i romanse” w reżyserii Konrada
Dworakowskiego. Kolejnym hitem okazać się może monodram Katarzyny Figury „Kalina” – wyreżyserowany przez młodą artystkę Małgorzatę Głuchowską.
Podczas Aneksu Międzynarodowego, zostanie zaprezentowana seria spektakli i imprez
towarzyszących, w tym dwie międzynarodowe koprodukcje bydgoskiego teatru. Imprezę otworzy polsko-szwajcarskie „Against”. Spektakl w reżyserii Nilsa Torpusa zabierze nas w podróż do wirtualnego świata hakerów i poruszać będzie tematy inwigilacji
i cenzury w Internecie. Z kolei zamykający Aneks spektakl „Europa”, przygotowany
przez Teatr Polski we współpracy z teatrami z Niemiec, Chorwacji i Anglii, będzie wielopokoleniowym głosem mieszkańców zjednoczonej Europy.
W ramach dodatkowych przedsięwzięć festiwalowych zrealizowane zostaną pokazy
spektakli: „Zachem. Interwencja” Aleksandry Jakubczak i Małgorzaty Wdowik oraz
„Skąpo” w reż. Doroty Ogrodzkiej, czyli teatralnego projektu bydgoskiej młodzieży,
dla którego punktem wyjścia będzie „Skąpiec” Moliera. Po raz pierwszy w ramach
Festiwalu Prapremier odbędzie się także Noc Dramaturgów, podczas niej będzie można
posłuchać utworów najmłodszych dramatopisarzy, w tym wychowanków funkcjonującej od roku przy bydgoskim teatrze Szkoły Dramatu Artura Pałygi. Odbędzie się także
debata „Polskiego dramatu świat nieprzedstawiony” z udziałem uznanych polskich
dramatopisarzy wielu pokoleń.
ARAM STERN
XII Festiwal Prapremier
28 września – 6 października 2013
Teatr Polski Bydgoszcz
d z i e j e
XII Festiwal Prapremier
POKAZY KONKURSOWE
28.09. „Podróż zimowa”, reż. Maja Kleczewska; Teatr Polski, Bydgoszcz/Teatr
Powszechny, Łódź.
29.10. „Firma”, reż. Monika Strzępka; Teatr Nowy, Poznań
30.09. „Morrison/Śmiercisyn”, reż. Paweł Passini; Opolski Teatr Lalki i Aktora
01.10. „Kalina”, reż. Małgorzata Głuchowska; Teatr Polonia i Och Teatr, Warszawa
02.10. „Balladyny i romanse”, reż. Konrad Dworakowski; Teatr Pinokio, Łódź
03.10. „Klub miłośników filmu Misja”, reż. Bartosz Szydłowski; Teatr Łaźnia
Nowa, Kraków
04.10. „Upadek pierwszych ludzi”, reż. Iwona Kempa; Teatr im. W. Horzycy, Toruń
05.10. „Betlejem Polskie”, reż. Wojciech Faruga; Teatr Dramatyczny, Wałbrzych
06.10. „Requiemaszyna”, reż. Marta Górnicka; Instytut Teatralny, Warszawa
ANEKS
21-28.09. „Against”, reż. Nils Torpus; koprodukcja Teatru Polskiego w Bydgoszczy
i Schlachthaus Theater w Bernie
6-8.10. „Europa”, reż. Lutz Hubner, Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Tena Stivicic,
Steve Waters; koprodukcja Teatru Polskiego w Bydgoszczy, Zagreb Youth Theatre,
Birmingham Repertory Theatre, Staatsschauspiel Dresden
s i ę
11
12
f o t o r e l a c j a
Lokalny pejzaż
kontrkultury – Peace, Love
i PRL
Ryszard Duczyc
reportaż z wystawy w Muzeum Etnograficznym im. Marii
Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.584976668207453.1073741832.362500153788440&type=3
https://www.facebook.com/ryszardduczyc
f o t o r e l a c j a
13
14
f o t o r e l a c j a
f o t o r e l a c j a
Na tych dwóch zdjęciach widać jednego z twórców wystawy, Artura Trapszyca, jak oprowadza grupę zwiedzających.
15
16
f o t o r e l a c j a
f o t o r e l a c j a
17
18
r e l a c j a
CHAOS DAJE NAM NOWĄ SZANSĘ
GÉRARD RANCINAN W DANUBIANIE
T
akie tam wszędzie i nigdzie. Pogranicze trzech
krajów, wielkich, małych, oceńcie sami. Państw
i narodów, których historia związana jest ze sobą
tak mocno, jak mocno związana jest geograficznie w tym
właśnie miejscu. W miejscu gdzie spotyka się granica Austrii,
Słowacji i Węgier trudno być obcym nawet mi – Polakowi.
Każdy jest jednocześnie obcy i swój na tej spalonej słońcem,
niezbyt uczęszczanej trasie. Tak więc tam gdzie Dunaj
rozrasta się nieco nadnaturalnie (ingerowano w rytm rzeki
w ramach przyjaźni narodowej w zamierzchłych czasach),
lecz imponująco i tworzy granice, tam dom swój znalazła
pewna drobnostka – sztuka. Ot, schowana w Čunovie, na
czubku sztucznego półwyspu, z dala od barokowych sal leżącego nieopodal Wiednia czy instytucji MuseumsQuartier.
Relatywnie niedaleko od Bratysławy, między elektrownią,
hotelem z wodnymi atrakcjami stoi niewielki i intrygujący
budynek o mondrianowskich barwach. Trudno rzec nawet czy
wyróżnia się spośród błękitu rzeki i skoszonej, żółtej trawy,
a poczucie dotarcia do celu (droga jest stosunkowo długa
jak na kilkadziesiąt kilometrów dzielących miejsce od stolicy)
rekompensuje wrażenie utożsamienia się z Carym Grantem
z fotografii Roberta Burksa w „Północ, północny zachód”.
Utrudniony dostęp do sztuki? Owszem, ale bez złowrogiego:
„That’s funny, that plane’s dustin’ crops where there ain’t no
crops” wypowiedzianego przez chłopa tuż przed surrealnym
ostrzałem amatora sztuki współczesnej z samolotu. To
miejsce nazywa się Danubiana Meulensteen Art Museum.
Założone zostało z inicjatywy Holendra, Gerharda Meulensteena i Słowaka, Vincenta Polakoviča przed 13 laty (obecnie
w trakcie dalszej rozbudowy) i jest nie tylko jedną z najciekawiej położonych instytucji tego typu, lecz prezentuje również
dzieła wielkiego formatu.
W rzeczonym niewielkim centrum mieliśmy oto do 1 września
okazję oglądać wystawę prac francuskiego fotografa, Gérarda
Rancinana zatytułowaną „Trilog of the Moderns + Chaos” (przy
wsparciu pióra Caroline Gaudriault). W skład wystawy wchodziły prace z odnoszących sukcesy na całym świecie cyklów:
„Metamorphoses”, „Hypotheses”, „Wonderful World”
i „Chaos”. Co rzuca się w oczy w pracach tego jednego
z najwybitniejszych współczesnych fotografów, to perfekcjonizm wykonania i powierzchowność jednocześnie. Estetyka
XXI wieku wywleczona i skrytykowana przed publicznością,
która sama ją stworzyła. Publiczna egzekucja mód, nawyków, stylu i postmodernistycznego kiczu. Tłuste gwiazdy pop,
święci muzycy rockowi, różowy plusz wychodzi z przestrzeni
zdjęcia. Strzykawki z narkotykami lśnią fluorescencyjnie, tatuowane ciała sięgają marki i gadżety, moda zachodnia wulgaryzuje się w odwołaniach do fetyszystycznej tradycji. Dzieła
Leonarda, Delacroix, Géricault, Matisse’a posłużyły francuzowi
jako wymyślne kompozycje. Lecz czy dekadencja i konsumpcjonizm to wszystko, co jest w stanie nam zaoferować? Sym-
r e l a c j a
bolika śmierci, ludzkie kości, czaszki w „Trzech gracjach” nie
poruszałyby gdyby nie fakt, że zdjęcia te są… zbyt doskonałe.
Doskonały warsztat Rancinana (ujawniony w ciekawym
skądinąd nagraniu video o celowo upośledzonej jakości
audiowizji) jest chyba rzeczywistym tematem trylogii nowoczesności. W filmie Wima Wendersa „Spotkanie w Palermo”
Śmierć o twarzy Dennisa Hoppera przypomina głównemu bohaterowi o niebezpieczeństwie ingerowania w rzeczywistość,
groźbie jej rozpadu. Czy ułuda doskonałości naszego świata
i próba tymczasowego oszukania uczucia głodu posiłkiem
z fast food’a nie jest rzeczywistym wentylem bezpieczeństwa,
sztucznie pompowanym balonem dekadencji, który kiedyś
obrodzi rewolucją? Rewolucją, która nie będzie tak estetycznie wykoncypowana? Być może i umięśniona, wytatuowana,
ponadrasowa i ponadkulturowa jak ta od Rancinana, lecz czy
koktajle mołotowa będą lśnić tym samym, nęcącym blaskiem,
czy cierpiący model będzie jeszcze modelem – produktem czy
zwyczajną ofiarą? Póki co Rancinan realizuje memento mori
w pięknym świecie rozpadu wszelkich wartości świata zachodniego. A zachód jest syty („Metamorphosis IV - The Big Supper”; „Metamorphosis VI - Las Meninas”; „Mickey Mouse”).
Ewentualne domaganie się porządku i tradycji podszyte
z kolei jest traumą i skrywa te same autodestrukcyjne zapędy.
Widać to w serii fotografii, w której Rancinan odwołuje się do
sylwetki Batmana („A Wonderful World – Batman Family”).
„Nawet Batman chce mieć normalną rodzinę”. „Bądź Batma-
nem, ocal świat”. Lecz co znaczą te niemal wysterylizowane,
minimalistyczne kompozycje w świetle dekadencji, w której
nurzał nas autor w fotografiach Trylogii? CHAOS. „Chaos gives
us a new chance” – podsumowuje w katalogu Gaudriault.
Postmodernistyczny śmietnik alegoryzowany przez fotografa zrobił na mnie olbrzymie wrażenie… w zestawieniu z rozbudową Danubiany o nowe przestrzenie wystawowe. Podczas
gdy między kolejnymi wielkoformatowymi drukami cyfrowymi artysty oglądamy przedmioty z sesji, jak np. „Shakespeare’s Punk” – gipsową czaszkę z irokezem i obrożą na
łańcuchu, przez okno widać sylwetkę robotnika pracującego
przy prętach zbrojeniowych. W huku maszyn i powiększającym
się upale. Rozdźwięk pomiędzy krzykiem dzieł artysty a ciężką,
fizyczną pracą jest zastanawiający. Natomiast między odizolowaną przestrzenią muzeum jest szokujący. Niepokojący.
Dunaj płynął dalej.
TEKST I ZDJĘCIA:
PIOTR BURATYŃSKI
19
20
k o n t e r f e k t
k o n t e r f e k t
Filodom Wańkowicz
tekst: Aram Stern
ilustracja: Karol Barski
zdjęcia: archiwum M. Wańkowicza
L
atem 1973 roku 81-letni Melchior Wańkowicz jest
bardzo podekscytowany budową swego nowego
„Domeczku” przy ulicy Studenckiej 50 na warszawskim Służewie. Uroczystość założenia aktu erekcyjnego
w miedzianej tubie, zawierającej sam akt na pergaminie,
z adnotacją: „dom stawiany w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi”
i podpisami 30 uczestników z Wańkowiczem na pierwszym
miejscu, wyraźnie rozbawiła nowego właściciela. Już z powagą
do tuby złożył także swoje trzy książki: „Szczenięce lata”
(z autografem i adnotacją „Książka o tym, jak było przed
pierwszą wojną”), „Ziele na kraterze” („… o czasach między
I i II wojną światową”) oraz „Przez cztery klimaty”
(„… w znacznej części o czasach po II wojnie…”). Po pół roku
– co w tamtych czasach wydawało się nieosiągalne – willa
stała. Jakby wylądowała tutaj wydarta z jakiegoś amerykańskiego przedmieścia, rozległa i płaska, jakże inna od masowo
stawianych wówczas klocków. Owdowiały cztery lata wcześniej Wańkowicz zamieszkał w niej wraz ze swą sekretarką
i asystentką, Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, jej synem,
Tomkiem oraz jamnikiem, Dupkiem.
AKT
EREKCYJNY, NOWY DOMECZEK, CZERWIEC
1973
Sobiepan w szarym PRL-u
Wańkowicz swoje kolejne domy kochał, zasiedlał sobą
każdy nowy kąt, „swoim fluidami, które ze mną przychodzą i z latami nabierają aromatu” – przyznawał. Bez tych
domów bohaterowie jego książek nie byliby tak prawdziwi.
Jednak w ciągu ponad 80-letniego życia nie było mu łatwo
je utrzymać: musiał je opuszczać, historia niszczyła je doszczętnie, wracał i budował od nowa. Do samego końca. Nie
podobało się to wielu, ba nawet ostatni Domeczek sędziwego pisarza był dla wielu ludzi solą w oku. Nie warszawiaków, żyjących w szarej stolicy, lecz „niezłomnej” Polonii za
żelazną kurtyną, która powrót Wańkowicza w 1958 roku do
Polski Ludowej z emigracji w USA uważała za jawną zdradę.
Co ciekawe, sama „willa ofiarowana w hołdzie Wielkiemu
Pisarzowi przez komunistów” pod koniec życia, jeszcze w 30
lat po śmierci pisarza stała się tematem artykułu Sławomira Cenckiewicza pt. „Melchiora Wańkowicza kręta droga
do Polski Ludowej”, opublikowanego w „Biuletynie IPN”
(oraz w „Tygodniku Powszechnym”). Autor próbował w nim
m.in. udowodnić, że „Wańkowicz został przez komunistów
uwiedziony, a nawet przekupiony”. Tymczasem dom powstał
za pieniądze, które pisarz podjął (po wywalczonej u władz
zgodzie) z zablokowanego konta podatku wyrównawczego
za honoraria otrzymane z Wydawnictwa Literackiego i PAX-u.
800.000 złotych wystarczyło na postawienie 140 metrowego bungalowu i zakup dziesięć razy większej działki przy
ulicy Studenckiej. Autor rozprawy „Klub trzeciego miejsca”
z 1949 roku na stare lata znalazł na Służewie przystań,
która przypominała mu żoliborski przedwojenny Domeczek.
Owo „trzecie miejsce” u Wańkowicza oznaczało niezgodę
nie tylko na reżim w kraju, ale i na trwanie polskiej emigracji na pozycjach politycznych sprzed 1939 roku. Dlatego
wrócił do PRL-u i zawsze chodził swoimi ścieżkami, lawirując
pomiędzy kamieniami w mało jasny sposób dla środowisk
twórczych z tej i z tamtej strony. Wbrew naciskom Służby
Bezpieczeństwa nie chciał też gwałtownie zrywać z emigracyjną przeszłością, wrócił do Warszawy po to, by pisać,
21
22
k o n t e r f e k t
wydawać i być stale na rynku czytelniczym. Człowiek, który
dwukrotnie po obu wojnach musiał wszystko zaczynać od
początku, który w 1918 widział bankructwo, zdawałoby się,
najmocniejszych potęg Europy, rocznik 1892, sam wychowany na dalekiej Mińszczyźnie w nabożnej obawie przed
utratą majątku, dwa razy go tracił. Teraz, u schyłku życia
może sobie pozwolić na „sobiepaństwo i luksus” na miarę
gomułkowskiej Polski. Zajrzał do niej w przełomowym roku
1956, nie informując o tym nawet rodziny – słynny łowca tematów myśliwskim nosem badał grunt do powrotu.
Był świadkiem polskiego października, mieszkał w hotelu
„Polonia” i w dzień wiecu z Gomułką pod Pałacem Kultury
wyszedł na spacer w dresie koloru fioletowego, a jakaś
kobiecina biorąc go za kardynała Wyszyńskiego, zaczęła
wznosić histeryczne okrzyki („Najdostojniejszy pasterzu!”).
W dwa lata później, już po powrocie do ojczyzny na stałe
objeżdża ponad sto miast, gdzie promuje swoje pierwsze
wydane w kraju po wojnie książki: ocenzurowaną „Bitwę o
Monte Cassino” i „Na tropach Smętka”. Odczyty po Polsce
kontynuuje w następnych latach, docierając w różne zakątki
kraju swoim „Zielonkiem” (jednym z pierwszych Mercedesów 190 na warszawskich brukach). Do tego z amerykańskim paszportem w kieszeni podróżuje po świecie, a teraz
jeszcze ta wystawna willa! Boli? I to jak?! Obserwujący go
z bliska Cat-Mackiewicz, w 1962 roku pisał w liście do Michała K. Pawlikowskiego, że Mel potrafi i „lubi zarabiać,
a nie znosi wydać choć grosza” i „jako autoreklamiarz
i egocentryk nie ma wprost równego sobie, chyba że ten
arcyłobuz, Kazimierz Wielki, był mu podobny”. Jego brat,
Józef Mackiewicz ostatniemu Domeczkowi i innym beneficjom, jakimi rzekomo „obsypuje” Wańkowicza komunistyczna władza, poświęca w 1976 roku swe opowiadanie na
łamach londyńskich „Wiadomości”: „Oto dom ofiarowany
w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi Melchiorowi Wańkowiczowi.
Ale jaki dom, jaki dom! Czytamy w warszawskiej prasie:
salony i saloniki, oszklone hale, gabinet, biblioteka, boazerie, ach! luksusy. A wokół trawniki, modrzewie, srebrne świerki, bukszpany, rododendrony, drzewa owocowe…
Pergola, gdzie się jadało w ciepłe dni, bywało
z dostojnymi ministrami komunistycznej partii”. Z dzisiejszego punktu widzenia takie spojrzenie na warunki mieszkaniowe uznanego pisarza w Warszawie, przy swoistej złośliwości autora mieszkającego do tego w Londynie – wydaje
się nieco komicznym. Cóż dziwnego w tym, że Mel pragnął
na stare lata zamieszkać wygodnie? Aleksandra Ziółkowska-
-Boehm w książce „Blisko Wańkowicza” tak wspomina nowy
Domeczek: „(…) Dom był śliczny, pachnący świeżością.
Cały zbudowany pod kątem wygody właściciela. Na jednym
poziomie bungalow, z przepięknym dużym gabinetem, do
którego można było dostać się przez sekretariat. Gabinet
miał bezpośrednie połączenie z sypialnią pana Melchiora,
a ta – z dużą, wyłożoną włoską białą glazurą łazienką.
Gości przeprowadzało się przez obszerny hall do saloniku,
gdzie w specjalnie dopasowanej półce w ścianie, oprawione
pięknie, stały książki napisane przez autora «Na tropach
Smętka». (…) Cały jednak przepych to ogród (…), do którego można było wejść dwoma tarasami: wyłożonym kolorowymi kafelkami, z brodzikiem z wodą, prowadzącym
z salonu, oraz dużym słonecznym, prowadzącym z gabinetu. Szybko zaczęło się rozchodzić ciepło nowego Domku,
który cieszył wszystkim: i urządzeniem (…) i wyjątkową
funkcjonalnością. Pan Melchior pokochał całym sercem
swój nowy Domeczek, napawał się ciszą, spokojem, świetnymi warunkami do pracy, odpoczynku”. Tu zdąży jeszcze
w swe imieniny 6 stycznia 1974 roku zaprosić rodzinę, by
dokonać oficjalnego otwarcia Domeczku, w tempie dopina
drugi tom „Karafki La Fontaine’a”, sporządza testament,
zostawia pełnomocnictwa, ogląda „Balladynę” w Teatrze
Narodowym i 8 marca leci przez Londyn do Manchesteru
na operację usunięcia raka wpustu i dna żołądka w dość
zaawansowanym stadium. Przeżyje i do nowego Domeczku
jeszcze powróci…
SALON PRZY
STUDENCKIEJ
23
k o n t e r f e k t
Ameryka z widokiem na kino Moskwa
Gdy dziś spojrzymy na archiwalne zdjęcia nowego Domeczku, widać że standard tego domu (poza powierzchnią)
niewiele się różnił od typowego mieszkania w gierkowskim
bloku – o czym w polemice na artykuł Cenckiewicza w „Biuletynie IPN” pisał również Jan Sawa, (ożeniony z wnuczką
brata Wańkowicza – Tola): „(…) takie same przemarzające ściany z gazobetonu, zwanego wówczas siporeksem,
luksusy istniejące jedynie w słowach i wyobraźni Józefa
Mackiewicza”. IPN-owski historyk Cenckiewicz podobnym „dopieszczaniem pisarza przez komunistów” nazwał
przyznanie Wańkowiczom kilkanaście lat wcześniej (tuż
po powrocie z USA do PRL-u) dwupokojowego mieszkania
kwaterunkowego z aneksem na piątym piętrze kamienicy
przy ulicy Puławskiej 10. Pan Melchior tego lokum wprawdzie nigdy nie nazwał Domeczkiem, to jednak czuł się w nim
wyraźnie tak dobrze, że w reportażu „Nasza kamienica” do
swojego mieszkania „przyłączył” cały czynszowy dom, a „do
szlacheckich włości przygarnął cały proletariacki wszechświat” (K. Kąkolewski). Jakże zabawnie opisuje solidarność
mieszkańców, chmarę dzieciaków pomocnych w pilnowaniu
„Zielonka” na podwórku, przynoszenia świeżej poczty ze
skrzynki – oczywiście za parę cukierków. Wańkowiczowie
mieszkanie to zajmowali od 1958 roku do śmierci pani Zofii
11 lat później, a pisarz mieszkał tam samotnie jeszcze do
jesieni 1973 roku, gdy przeniósł się na Studencką. Choć
określenie „samotnie” nie bardzo pasuje jego trybu życia,
stary gawędziarz nie wytrzymałby przecież bez grona wiernych słuchaczy. To w niewielkiej przestrzeni mieszkania przy
Puławskiej właśnie z iście „szlacheckim” przymrużeniem
oka, jako potomek wielkiego kresowego rodu, organizował
coroczne przyjęcia „pomostowe” między dawnymi i nowymi
tendencjami polskiej kultury. Przy stole potrafił gromadzić
ludzi o najrozmaitszych postawach, „jeśli tylko prezentują
coś osobiście i potrafią coś wnieść do wspólnego dorobku
kultury”. Któż to nie zasiadał przy suto zastawionym stole
Wańkowicza i nie popijał jego słynnej, litewskiej wódki
„Trisz Divinis” na 27 ziołach? Choćby Andrzej Wajda, noszący się właśnie z pomysłem ekranizacji jednej z wańkowiczowskich powieści, ale także Jerzy Andrzejewski, Aleksander Bocheński, Marian Brandys, naczelny „Kultury” Janusz
Wilhelmi, Anka Kowalska i Halina Auderska oraz Krzysztof
Kąkolewski. Podczas jednego z takich przyjęć gospodarz
tradycyjne zaskoczył gości w swoim nonkonformistycznym
stylu. Mieczysław Kurzyna w książce „O Melchiorze Wańkowiczu – nie wszystko” opisuje to tak: „Rozległ się trzykrotny
gong. Do salonu oświetlonego świecami wkroczył dziwny
pochód. Otwierała go gosposia niosąc skrzyżowany nóż i widelec
nadnaturalnej wielkości. Po czym w asyście wnuczki
i sekretarki, wkroczył jubilat w fartuchu i szlafmycy, niosąc
uroczyście sześć ogromnych jaj – strusich”. Mel był w swoim
żywiole: na strusie jaja nabrali się wszyscy bywali w świecie
pisarze. Potem szykowali nawet zemstę: pod letnisko
w Oborach, gdzie wypoczywał mistrz, podjechać miały dwa
samochody pełne Gestapo i żandarmerii, by z wrzaskiem
„Wo ist Wańkowicz?” wywieźć go w nieznane (czyli na
wódkę do Konstancina). Kostiumy wypożyczone z wytwórni
filmowej, wszystko gotowe – Wańkowicz by się tym pewnie
nie przejął, ale co ze słabymi nerwami innych gości domu
twórczego? Z pomysłu więc zrezygnowano. Kontakty międzynarodowe (stąd ta jajeczna siurpryza dla gości), które
utrzymywał Wańkowicz i comiesięczne najniższe amerykańskie social security (100 dolarów) oznaczały, że gospodarz
mieszkania przy Puławskiej nie musiał się martwić o ceny
żywności. „Nigdy nie myślałem, ile co kosztuje, a szczególnie jedzenie, Ono rosło! Pan Bóg dawał jaja, drób, zboże
za darmo i jeszcze dziś mam poczucie darmowości.
Koniak chyba leci u mnie ze skały” – mówił Wańkowicz.
Wreszcie dochody z kolejnych książek wydawanych
w niespotykanych dziś nakładach, prelekcje, uwielbienie
czytelników i rok 1972 poświęcony pisarzowi. A przy tym,
jak wspomina Aleksandra Ziółkowska-Boehm: „Wańkowicz
potrafił być oszczędny i hojny, gdy trzeba i bez rozgłosu
dużymi sumami wspierał opozycję, o czym we wstępie do
książki »KOR« Jana Józefa Lipskiego pisał Andrzej Friszke”.
Zaraz po śmierci pisarza, jego książki objęto cenzurą – to
była kara za finansowe wspieranie opozycjonistów.
STRONA LEWA:
STRONA PRAWA:
WAŃKOWICZOWIE,
WANKOWICZ
BALKON PRZY
PUŁAWSKIEJ
W SWOIM MIESZKANIU PRZY
PULAWSKIEJ
Proces i podsłuchy
Wańkowicz, decydując się na powrót na stałe po dziewiętnastu latach do PRL-u, zdawał sobie dobrze sprawę,
że będzie idealnym celem bezpieki. Odżył, co prawda
materialnie (w USA pani Zofia pracowała jako pomoc
domowa, a Melchior przez trzy lata pomagał na fermie kurzej należącej do córki i zięcia), czuł się potrzebny i podziwiany – ale lata mieszkania przy Puławskiej nie były tylko
pełną sielanką. Kompromisy z cenzurą, inwigilowanie żony
i córki przylatującej z Waszyngtonu, podsłuchy oraz pełna
kontrola korespondencji pisarza, która w rezultacie doprowadziła do jednego z najbardziej sensacyjnych procesów
24
k o n t e r f e k t
politycznych gomułkowskiego PRL-u. Formalnym powodem
aresztowania Wańkowicza był prywatny list wysłany przez
niego pocztą dyplomatyczną przez ambasadę USA do córki,
Marty Erdman, do którego dołączony był kilkudziesięciostronicowy dokument „Projekt przemówienia J.A.”. Odczytano go Radiu Wolna Europa i zaraz potem warszawska
prokuratura zarzuciła Wańkowiczowi „sporządzenie w celu
rozpowszechnienia pisma zawierającego fałszywe informacje oczerniające Polskę Ludową”. Chodziło o opis sprawy
„Listu 34”, przekazanego w marcu 1964 roku ówczesnemu
premierowi Cyrankiewiczowi. W liście tym intelektualiści
(w tym Wańkowicz), domagali się złagodzenia cenzury
i zwiększenia przydziałów reglamentowanego papieru.
5 października 1964 roku pisarz został aresztowany w swym
mieszkaniu przy ulicy Puławskiej i przewieziony do Pałacu
Mostowskich, gdzie w dość przyzwoitych warunkach przebywał przez pięć tygodni aż do tymczasowego zwolnienia
po wyroku pierwszej instancji. Sąd skazał go na trzy lata
więzienia z zastosowaniem amnestii skracającej wyrok do
połowy, jednak władze nie ośmieliły się zamknąć pisarza ze
względu na wiek (72 lata) i zły stan zdrowia. „Rząd i partia,
wobec reperkusji, jakie proces miał w polskim środowisku
twórczym i w całym społeczeństwie (donosiła w Radiu Wolna Europa Jadwiga Mieszkowska), jak również za granicą,
(…) władze szukają wyjścia z sytuacji, w jaką się uwikłały,
wytaczając proces Wańkowiczowi i dopuszczając do wyroku
skazującego”. Od chwili aresztowania pisarza w znaczących
tytułach prasy zachodniej oraz wszystkich pismach polonijnych ukazało się kilkadziesiąt artykułów poświęconych
sprawie. Protestowali m.in. były prokurator generalny USA,
senator Robert Kennedy i amerykański Pen-Club. Wańkowicz rewizji od wyroku nie złożył, jak również nie zabiegał
o ułaskawienie (acz wyroku nie odbył) – widać pięć tygodni
międzynarodowego szumu było mu wyraźnie na rękę. Oto
król-nestor polskiego reportażu stał się teraz także politycznym bohaterem: zatrzymywany na ulicy dostawał kwiaty,
brawa – kochał to. Pisarz mówił: „jedynie w Polsce możliwa
jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego
więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za
granicę”. W rozmowie z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm
w książce „Proces Melchiora Wańkowicza 1964” prokurator
przesłuchujący pisarza, tuż po aresztowaniu, wspomina:
„(…) – sprawiał wrażenie, że cieszy się, że go coś spotkało,
takie miałem wrażenie. Określiłbym jego psychikę jako pół
szlagona – pół skauta”. I tak, choć skazany, do mieszkania
na Puławskiej wrócił w glorii. Wańkowicz został zrehabilitowany werdyktem Sądu Najwyższego III RP dopiero 16 lat
po śmierci. Z dzisiejszego punktu widzenia zamieszanie
procesem Wańkowicza pokazuje paradoksy „najweselszego
baraku Układu Warszawskiego” – przecież raptem sześć
lat wcześniej władze PRL-u zgodziły się na wszelkie żądania
Wańkowicza przed jego powrotem z USA (mieszkanie
w Warszawie, zachowanie obywatelstwa amerykańskiego,
4 miesiące rocznie przebywania za granicą i transfer 400
dolarów „celem spłacenia swych wyjazdów za granicę”).
W 1964 roku władze atakiem na „List 34” i procesem Wańkowicza niewątpliwie skłóciły środowisko Związku Literatów
Polskich, spośród których wielu pisarzy (m.in. J. Brzechwa,
A. Bratny, J. Hen, K. Iłłakowiczówna, J. Iwaszkiewicz, J.
Jurandot, I. Newerly, E. Szelburg-Zarębina, W. Żukrowski)
odcięło się od „Listu 34”, charakteryzując jego sygnatariuszy, jako „grupę odosobnioną i organizującą kampanię przeciw naszemu krajowi, opartą na nieprawdziwych informacjach (…)”. Sam Melchior Wańkowicz po własnym procesie
znalazł się w sytuacji równie schizofrenicznej: z jednej
strony chciał więzienia dla siebie „(…) Wolę więzienie. Bo
siedząc w więzieniu, będę wciąż jeszcze siedział w świadomości polskiej. Będę pożyteczny…” – przyznawał w ostatnim
słowie przed sądem; z drugiej po opuszczeniu aresztu zyskał jeszcze większy szacunek u swych czytelników, ponowny dostęp do telewizji i nawet audiencję u Gomułki! Dziwne
to były czasy, władze chciały dać nauczkę niepokornemu
pisarzowi, a przysporzyły mu tym tylko większej sympatii.
Dużo wcześniej, mając tyle doświadczeń emigracyjnych
i porównań dwóch systemów, dobrze wiedział, co oznacza
życie za żelazną kurtyną, gdy żartobliwie malował żonie
w książce „Od Stołpców po Kair” swą wizję powrotu do ojczyzny: „Na stacji granicznej podejdzie ubek i grzecznie zaprosi do oddzielnego pokoju. Tam poprosi siedzieć, po czym
da w zęby tak, że spadnę. Po czym grzecznie zasalutuje:
«To żeby mistrz nie zapomniał». Po czym otworzy drzwi,
a za drzwiami będą dziewczynki po krakowsku, z kwiatami”.
PROCES
WAŃKOWICZA
Trzecie pokolenie
Po przeprowadzce pisarza do nowego Domeczku przy
Studenckiej, w mieszkaniu w kamienicy przy Puławskiej 10
pozostała wnuczka Wańkowicza – Anna Erdman, studiująca
tutaj od 1970 roku medycynę. Wraz z mężem Tadeuszem
Walendowskim (reżyserem filmowym) w mieszkaniu dziadków prowadziła salon kultury niezależnej i oazę swobodnej myśli, gdzie w czasach późnego Gierka spotykali się
niezależni twórcy i ludzie opozycji. Od 1976 roku, co dwa
tygodnie przy Puławskiej odbywały się stałe spotkania, na
których najliczniej reprezentowane było środowisko literackie, odbywały się wieczory pieśni (Kaczmarski, Kleyff), recytacji poezji (Halina Mikołajska) oraz sprzedawano wydawnictwa drugiego obiegu. Co ciekawe – tej swoistej wyspy
na morzu cenzury, vis a vis kina Moskwa i obok więzienia
przy Rakowieckiej, władze nie odważyły się ani zastraszać,
k o n t e r f e k t
ani pacyfikować, a jedynie legitymowały wchodzących na
klatce schodowej. Warto jednak pamiętać, że Anna Erdman-Walendowska była, podobnie jak jej dziadek, obywatelką
amerykańską, a mieszkanie należące wcześniej do Wańkowicza naszpikowane aparaturą podsłuchową umożliwiającą
inwigilację pisarza, co teraz po jego śmierci idealnie służyło
śledzeniu ludzi opozycji. Salon Walendowskich nie istniał
długo – w 1979 roku władze odmówiły Annie prawa stałego
pobytu w Polsce i ta wraz z mężem wyjechała do Stanów
Zjednoczonych. Anna była cenionym pediatrą, a Tadeusz
został pracownikiem Radia Głos Ameryki. Obydwoje latami
chorowali na raka, umierali razem we własnym domu w Waszyngtonie, pod opieką synów: Dawida i Eliasza (prawnuków Melchiora i Zofii). Anna zmarła dwa tygodnie po śmierci
Tadeusza w 2004 roku. Kamienica przy Puławskiej jest
jedynym miejscem w Warszawie, w którym upamiętniono
ślady po pisarzu i jego rodzinie. Przy wejściu umieszczono
tablice poświęcone Wańkowiczowi i salonowi Walendowskich. To z jednego z okien tego budynku Chris Niedenthal
po wprowadzeniu stanu wojennego sfotografował transporter opancerzony stojący na tle kina Moskwa z billboardem
reklamującym „Czas apokalipsy” Coppoli.
WALENDOWSCY
W Domeczku z Ziela
Ostatni nowy Domeczek przy Studenckiej 50 został
całkowicie przebudowany i dziś zupełnie nie przypomina już
bungalowu sprzed 40 lat, tak cieszącego sędziwego mistrza reportażu (obecni właściciele nie mają nic wspólnego
z rodziną pisarza). Po słynnym przedwojennym Domeczku
Wańkowiczów przy ulicy Dziennikarskiej 3 na Żoliborzu,
opisanym w „Zielu na kraterze” nie ma śladu – zmiotło go
Powstanie Warszawskie. Był projektowany i przemyślany
w każdym szczególe jak ten ostatni. Pisarz w wywiadzie-
-rzece „Wańkowicz krzepi” udzielonym pod koniec życia
Krzysztofowi Kąkolewskiemu, tak porównywał swoje domy:
„Domeczek do Domeczku ma się tak, jak marzenie o jednym do marzenia o drugim. (…) Tamten dom był rodzinny,
tam chciałem zyskać samotność, był rozdzielony na cztery
poziomy, ten dom, gdy nie mam żony, rodziny, dzieci – zintegrowany jest w jeden poziom. Tam winda przez cztery
poziomy, tu płaski bungalow. Trzeci poziom: sypialnię, pracownię wyciągnąłem z tamtego Domeczku jak żebro Adama
i to jest ten dom. Jest wspólne, że do książek, ich rozmiarów dostosowane są półki, a do półek biblioteki – kształt
pracowni”. Opisy zarówno Domeczku przy Dziennikarskiej,
jak i „całej rodzinnej menażerii, obracającej się dokoła
pokoju Mamy”, także „splugawionego ogniska domowego”
podczas kolejnych hulaszczych imienin Kinga (po których
Zofia niekiedy wracała z robotnikami, by naprawić szkody)
i wreszcie cudowne obrazy dorastania córek Wańkowiczów,
starszej Krystyny (Pyton) i młodszej Marty (Tili, Sancho
Pansa) – to jeden z najwspanialszych przykładów życia
warszawskiej rodziny inteligenckiej w latach 30. ubiegłego
wieku. Dom stanął za pieniądze uzyskane ze sprzedaży
gruntów w rodzinnych Jodańcach i „idący na wiele dziesiątków lat kredyt z Banku Gospodarstwa Krajowego”. Był
duży, wysoki, z trzech stron otoczony ogrodem, a z czwartej
przyklejony do dużej kamienicy spółdzielni dziennikarskiej.
Kilkuletnią Tili, lubiącą popisywać się w pewnym okresie bogactwem synonimów kusiło, by coś z tym zrobić: „– Albo go
odlepcie, albo odcepcie, albo odklejcie, albo oderwijcie, albo
odetnijcie, albo odedzyjcie, albo odłamcie” – recytowała.
Powstał nawet pomysł, by dokupić dwa pokoje w przylegającej kamienicy dla ciotki Reginowej (siostry Melchiora)
przybywającej na zawsze z Jodańc do stolicy. Domeczek żył
jak białoruskie dwory rodzinne Kinga, otwarty na świat, otoczonymi jeszcze pustkami Żoliborza, barwny oraz pełen pomysłów. Trzeba zdawać sobie sprawę, że opis życia rodziny
Wańkowiczów w „Zielu…” jest pewną formą kreacji literatury
faktu, jakże jednak genialną dzięki jej autorowi – wynalazcy
tylu słowotwórczych ubarwień: „(…) goście Domeczku mogli
czuć się dobrze tylko z listem żelaznym któregoś z domowników. Goście bowiem bywali: tatowi, mamowi, dzieciowi
i służącowi. Wszelkim innym – biada. (…) Czasem jednak
zapuszczali się w obieże Domeczku (…) – goście bez listu
żelaznego żadnego z domowników. Takie przyszywadła
rodzinne, przyklejadła z kurortów, poznawadła z przedziałów kolejowych, nudy z lat młodzieńczych albo żony braci
nudów, szwagry ciotek-przyszywadeł, znajomi znajomych
przyklejadeł i – zgoła zwolennicy przedyskutowania problemu, który szan-pan poruszył”. Równie kpiących smakowitościami Melchiorowych ubarwień opisujących życie Domeczku
w „Zielu…” jest multum. Nie znajdziemy jednak w książce
informacji, że Wańkowiczowie z racji problemów finansowych ze spłatą kredytu musieli tuż przed wojną wynająć
swój ukochany Domeczek i przenieść się do mieszkania
przy ulicy Mianowskiego. To zaskakuje tym bardziej, że Melchior Wańkowicz w latach ‘30 uchodził za człowieka majętnego. Od 1924 roku był współwłaścicielem wydawnictwa
„Rój” – jednej z największych oficyn wydawniczych w II RP,
w której np. wśród wielu pozycji po raz pierwszy ukazały się
książki Brunona Schulza „Sanatorium pod Klepsydrą”
i „Sklepy cynamonowe”, Gombrowicz wydał „Ferdydurke”,
25
26
k o n t e r f e k t
a Dołęga Mostowicz „Karierę Nikodema Dyzmy”. Obok
wydawania polskiej literatury poważnej i popularnej, dzięki
wydawnictwu „Rój” także po raz pierwszy do rąk polskich
czytelników trafiły książki m.in. takich pisarzy obcojęzycznych jak: Thomas Mann, Marcel Proust, John Galsworthy,
Arnold Zweig czy Erich Maria Remarque. W tym czasie
pisarzowi i wydawcy przypadły także niemałe dochody
z działalności reklamowej: to on jest autorem słynnego
sloganu „Cukier krzepi” dla Związku Cukrowników, za który
otrzymał honorarium, znacznie wyższe od miesięcznej pensji prezydenta RP! Wspominał o nim po latach w wywiadzie:
„Ja dostałem, jak przypuszczam, najwyższe honorarium
na świecie za dwa słowa, „Cukier krzepi” – 5000 zł przedwojennych, czyli naówczas 500 złotych przedwojennych
dolarów za słowo, tak cenne mogą być słowa” (ponadto pod
koniec życia miał jeszcze jeden sukces w reklamie: „Lotem
bliżej” – to także jego slogan). Obok pracy wydawniczej
w „Roju” nadzoruje hurtownię tytoniową, dzierżawi od
miasta słupy ogłoszeniowe i stawia 140 nowych, wreszcie
zostaje dyrektorem przedsiębiorstwa „Reklama Pocztowa”.
Mimo swych ziemiańskich kompleksów i bankructwa po
I wojnie – pokazał, że tylko niezależność finansowa może
mu dać pełną swobodę twórczą.
DOMECZEK, DZIENNIKARSKA
Anatomia zaplecza
Wrzesień 1939 roku zmusił Wańkowicza do ucieczki.
Przeprawiając się przez Dniestr do Rumunii tylko z maszyną do pisania na głowie, nie mógł podejrzewać, że nigdy
więcej nie zobaczy zarówno Domeczku, jak i swojej starszej
córki, Krystyny. Została w okupowanej Warszawie z matką,
podczas gdy młodszej córce Marcie wiosną 1940 roku przez
Włochy udało się wyjechać za ocean. W maju tego roku
Zofia z córką Krysią wróciły na Dziennikarską 3 do Domeczku, który musiał żyć dalej oraz zbierać się po niewielkich
zniszczeniach z kampanii wrześniowej. Wańkowiczowa
zajęta ratowaniem resztek wydawnictwa, gros zadań przy
remoncie (szklenie, CO, wodociągi, uszkodzenie dachu)
i prowadzeniu pensjonatu w Domeczku przekazała Krystynie, która szczegółowo donosiła o swych gospodarskich
postępach w listach pisanych do ojca internowanego
w Rumunii. Domeczek powoli zaludniał się kolejnymi
lokatorami, Krystyna pisała do ojca: „Ogród i dom prowadzę
w miarę możliwości wzorowo, co nie jest takie proste, jeśli
się ma wymagających lokatorów, kiedy zdobycie każdego
kila czy innej mąki jest zagadnieniem. (…) Zresztą walczymy o ten dom oczywiście z myślą o Waszym powrocie.
Z nas opadłyby ogromne ciężary, gdybyśmy mogły dom
sprzedać, czy wynająć i zamieszkać gdzie w jednym pokoju.
Jednak o wynajęcie całego domu jest dziś bardzo trudno,
bo każdy się ścieśnia, jak może, i nikt nie chce brać sobie
takiej landary kosztownej. O sprzedaży czy też zachowaniu
musisz Ty zdecydować. Na razie dom jest kompletnie odremontowany: lokatorzy opłacają nam rozłożone raty BGK,
gaz i światło. Już sprowadzamy opał, nauczeni doświadczeniem ostatniej zimy. Jest nam tu dobrze”. W kolejnych
listach pisanych podczas okupacji do ojca, Krystyna raz po
raz dzieliła się swoimi wątpliwościami czy trzymanie Domeczku jako stałego punktu na ziemi, do którego King
i Tili „wracać będą myślami jak do własnego domu”, ma
sens, czy może „urządzić się tak, aby móc w każdej chwili
ruszyć w świat z walizeczką i nie być niewolnikiem swego
stanu posiadania”. Czuła żal do ojca, który naigrywał się
z jej smażenia konfitur i łatania prześcieradeł oraz zarzucał
brak myślenia o przyszłości i sprawach ogólnych. Jednak,
mimo tylu obowiązków, dwie godziny dziennie poświęcała
na naukę angielskiego i szybkiego pisania na maszynie oraz
zrobiła zawodowe prawo jazdy. W 1940 roku zwierzała się:
„Opisuję Ci nasze bieżące życie, cieszę się słońcem i latem,
moimi pomidorami i różami, i Twoimi kochanymi listami,
i z tego, że coraz trudniejsze historyjki angielskie rozumiem, i z wycieczek rowerowych. Coś siedzi w człowieku,
co mu każe stabilizować życie, ładzić je i porządkować,
i normalizować. Ale w głębi serca jest jakieś nieustanne
napięcie i oczekiwanie”. List zakończyła odręcznie: „nie bądź
dla córki zbyt surowy. Krystyna” Obok trudnych relacji
z ojcem (przed wojną wyraźnie faworyzował Martę), miała
kompleks młodszej siostry jako tej, której znacznie łatwiej jest zdobywać i walczyć o nowe życie z pomocą ojca,
który wypchnął ją w świat i otwierał nowe możliwości. Po
wyjeździe siostry Krysia unikała znajomych, by nie pytali:
„Zazdrościsz Tili Ameryki?”, w jej kolejnych listach do ojca
wyraźnie widać, jak się stopniowo wyciszała, jak bardzo za
nim tęskniła i stawała na wysokości zadania, by ratować
Domeczek, by miał dokąd wracać. To nie ta sama Krysia,
o której po latach Wańkowicz z bólem mówił, że nie miał
tak łatwego kontaktu jak z młodszą córką. Krysia – według
niego – była dzieckiem trudnym, hardym i nieustępliwym.
W „Zielu na kraterze”, pisanym już po wojnie w ramach
autoterapii, w pewnym sensie wykreował mit utraconej
córki, ale nie ulega wątpliwości, że wraz z żoną wychowali
Krysię nie tylko z silnie ukształtowaną bazą dużych ambicji
i pragmatyzmu, ale i zdrowego patriotyzmu, co tak dzielnie
udowodniła podczas okupacji. Krystyna, pseudonim Anna,
zginęła na Woli w szóstym dniu Powstania Warszawskiego
jako łączniczka batalionu harcerskiego „Parasol”. Matka
przez rok uczestniczyła w ekshumacjach ciał, które przewoziła na Powązki, miała przygotowaną trumnę dla córki,
ale nigdy jej nie odnalazła. Choć Wańkowicz nie przeżył ani
jednego dnia w okupowanej Warszawie, to opis tych tragicznych poszukiwań wśród rozkładających się ciał Powstańców
tchnie prawdą największego dramatu Matki, jaki można
27
k o n t e r f e k t
sobie wyobrazić. Ze zbombardowanego Domeczku zostały
szczątki jednej ściany i schodki na taras, na których 1 sierpnia matka po raz ostatni widziała Krysię. „– Do widzenia,
Mamuśku!”. Domeczek i jego ostatnia gospodyni zniknęli…
niowy tryptyk. O Domeczku przy Studenckiej już nie zdążył
napisać, spędził w nim jednak ostatnie spokojne miesiące
życia, wychudzony bardzo po operacji w Manchesterze.
Odrodził się na chwilę, spokorniał, ciągle był wśród ludzi, to
podczas wycieczek do Lasu Kabackiego, to na jakimś odczycie, wybrał się do cyrku, pracował. Po Wańkowiczu zostało
kilkadziesiąt tomów reportaży, tak bardzo zrośniętych
z osobą autora, iż wielu uważa, że to w zasadzie jedna
wielka książka o nim. Stoją nieco zapomniane na półkach
bibliotek, podczas gdy Domeczki na zawsze unicestwiła
historia. W Kałużycach powstał kołchoz – ten fakt przyjął łagodnie, czego znów wybaczyć mu nie mógł Cat-Mackiewicz
(„Wańkowicz kretyn!”), jedynym zaś śladem po przedwojennym Domeczku na Dziennikarskiej pozostał pięknie kwitnący krzak bzu, zasadzony przed wojną rękami Wańkowiczów.
Był nawet pomysł, by za zgodą władz żoliborskiego osiedla
przesadzić go do ostatniego ogrodu, ale nie udało się już
go zrealizować. Mówił o sobie: „Jestem filodomem. Każdy
dom, do którego rzuciły mnie losy, musi zrastać się ze mną.
Wiozę nie tylko walizki ze sobą, ale niewidoczne walizki
mojej psychiki”. Pragnął umrzeć w domu, nie chciał także pogrzebu na koszt państwa (przed śmiercią powiedział
jeszcze córce: „nie życzę sobie, by oni fotografowali się nad
moją trumną”). Zmarł nagle, w szpitalu, 10 września 1974
roku. Staropolskim zwyczajem trumnę wystawiono w domu
przy Studenckiej.
KRYSTYNA WAŃKOWICZ
„Dziś w nocy umrę”
Zofia Wańkowiczowa dotarła do Włoch w Wigilię 1945
roku. Po wojennej drodze i latach rozłąki małżonkowie zamieszkali jeszcze na chwilę w Domeczku skleconym
w 1948 roku za honoraria z „Bitwy o Monte Cassino” na
Ealing Brodway w Londynie. Tutaj mistrz wydał także „Kundlizm”, ciętą rozprawę o Polakach. Pisał w niej, że w czasach
pokoju jesteśmy jak zgraja kundli, która zamiast wziąć się
do pracy, ciągle ujada. To nieco tłumaczy, dlaczego ani
na emigracji, ani w Polsce nie dostał żadnej nagrody literackiej… Chyba bezpieczniej było mu pisać o swoich domach:
dworach w Kałużycach (tu się urodził) i Nowotrzebach
na dzisiejszej Białorusi, które uwiecznił w „Szczenięcych
latach”, międzywojennym Domeczku w „Zielu na kraterze”
i mieszkaniu przy Puławskiej, którego barwnym obrazem
społecznym w „Naszej kamienicy” zamknął swój mieszka-
WAŃKOWICZ 1973
FOT.
JAN DORYS
28
k o n t e r f e k t / m i e j s c e
Muzyka z m
czyli Zwierzyniec
tekst i zdjęcia: M
JERZY GABLENZ
I JEGO MUSZTARDA
J
erzy Gablenz – krakowski fabrykant, kompozytor
i muzyk, żył w latach 1888-1937, w dwudziestoleciu międzywojennym tworzył jeszcze w manierze
młodopolszczyzny, kojarzącej się z hasłami sztuki dla
sztuki, dekadenckiej pogardy dla pracy, kapitału i systematycznego, pragmatycznego myślenia i działania, jakiego wymaga prowadzenie interesu. Jak może brzmieć przesiąknięta
młodopolszczyzną muzyka fabrykanta musztardy i octu, pioniera w dziedzinie produkcji ogórków konserwowych?
Cyniczna twarz grubasa z cygarem rodem z socrealistycznej propagandy nie znajduje jednak w tym wypadku
zastosowania, podobnie jak radykalny Adornowski imperatyw postępu i negacji rzeczywistości kapitalistycznej. Opowieść Gablenza – i opowieść o nim – rozwija specyficzną,
unikalną, własną czasoprzestrzeń, do której nie stosują się
teorie liniowego, koniecznego rozwoju muzyki i społeczeństwa – na uboczu autostrady postępu, wiodącej w odgórnie
wytyczonym słusznym kierunku; zapętla się w czasie i przestrzeni wokół salwatorskiego wzgórza, gubiąc słuszny kierunek, gubiąc się, pozostając właśnie tutaj, na uboczu. Prawie
nieznana czasoprzestrzeń twórczości rozwija się samoistnie,
jak nietępiony i nieco zapomniany ogród.
Muzyka i fabryka
Przytłoczony sprawami niechcianych studiów prawniczych
kompozytor żalił się w jednym z listów „Czasem, gdy siądę
na chwilę do fortepianu, plączą mi się pod palcami różne
tematy, czasem przypomni mi się coś, co już napisałem, ale
całość trudno skleić, bo wiecznie ta myśl do książki wracająca świdruje w mózgu. Więc byle oderwać się na chwilę,
brzdąkam chwilami bez sensu i konsekwencji, ot tak „bredzę”...” Choć komponował później i większe całości, wykazując się zdolnością do bardziej systematycznej pracy – choć-
by nad orkiestracją utworów, trudno oprzeć się wrażeniu, że
tak w pewnym sensie zostało: brak konsekwencji, linearności rozwoju, wyrazistości konturów, spójnej struktury – na
rzecz barwowego ewokowania nastrojów. Poszukiwania jak
przez mgłę, nieoczekiwane przypomnienia i odnalezienia
w zapętleniach – to cechy muzyki Gablenza, ale też czasoprzestrzeni, w której funkcjonował, może nawet – cechy
życia i osobowości, która potrafiła przecież skupić się na
skutecznym i pragmatycznym działaniu na rzecz rodzinnego
interesu, ale w muzyce tego robić nie musiała.
Melanż muzyki i produkcji musztardy – wydawałoby się
– przeciwieństw – był echem dziwnej mieszaniny życia,
splotu różnych okoliczności i uwarunkowań, rozmaitych
nieoczywistości. Bo sama fabryka była położona w urokliwej
podmiejsko-willowej dzielnicy Krakowa, włączonej do miasta
w roku 1910 i poświadczającej swój wiejsko-podmiejski
rodowód niską, bynajmniej nie przemysłową zabudową
i ilością ogrodów. Ale produkowane w tym miejscu musztarda i ocet Gablenza cieszyły się znacznym powodzeniem,
stanowiły markę uznaną, posiadającą sklepy firmowe
w największych miastach. Kompozytor, który miał dryg do
interesów – jak Charles Ives – to jednak przypadek nader
rzadki. Przy tym fabryka na Zwierzyńcu nie była przemysłowym wrzodem, spowijała całą okolicę zapachem, który
pamiętają najstarsi mieszkańcy, bez którego trudno było
sobie wyobrazić życie dzielnicy – wpisał się w nie na długo
kwaskowy aromat musztardy i octu. Był on aurą zmierzwionych ogrodów, domków i willi Zwierzyńca – tylko bardziej
od nich ulotną – widać przemysł nie jest aż tak odporny na
działanie czasu.
Fabryka jest dziś legendą, okazała się mniej wytrzymała
od bajkowo zadumanych ogrodów i willi, secesji i historyzmów, kolumienek i gzymsów. Nie zostało po niej śladu,
a teren, na którym stała, zajmują wybudowane w latach 90.
k o n t e r f e k t / m i e j s c e
29
musztardą
c Gablenza
Małgorzata Burzyńska
ULICA
bloki mieszkalne, wdzierające się z każdej strony
w ponowoczesne sąsiedztwo dwustuletniego domu. Musztarda Gablenza jest dziś równie nierealna i zamierzchła, jak
jego muzyka.
Przypadek Gablenza pokazuje, jak nieoczekiwanie
i wbrew stereotypom w życiu miesza się muzyka z musztardą, kompozycja z prowadzeniem fabryki, technologia
produkcji z zamierzchłą salonowością, a melanż ten okazuje
się czynnikiem niepowtarzalnej, indywidualnej aury Zwierzyńca i postaci kompozytora. To aura człowieka i miejsca,
domu i otoczenia, pewnego świata, który odszedł, ale
gdzieś się odzywa – miejscami. Być może w te miejsca
schronił się – są one schronieniem, w którym może przetrwać, w których może rozwijać się tożsamość, indywidualność, zamierzchłość, bez regulacji i masek, jak roślinność
w opuszczonym ogrodzie. W jaki sposób odnaleźć ulotny
mikrokosmos Zwierzyńca w aurze fabryki i muzyki? Do
jakiego stopnia miejsca są schronieniem? I gdzie chroni
się duch Jerzego Gablenza, kompozytora-fabrykanta,
zagubiony, poszukiwany i odnajdywany tropem miejsc
na Zwierzyńcu?
Dom
Zwierzyniec to dzielnica Krakowa, niegdyś wieś, zajmująca teren między Wisłą a rzeczką Rudawą, przyłączona
do miasta w roku 1910. Jej kulminację stanowi Salwator,
położone na stromym wzgórzu nad Wisłą niewielkie malownicze osiedle willowe, powstałe w latach 1911-12
z inicjatywy krakowskiego Towarzystwa Urzędników, symbol
miasta-ogrodu, złożone raptem z trzech ulic: Św. Bronisławy, Gontyna, Anczyca, otaczających Kościół Św. Salwatora
(stąd nazwa). Posesja przy biegnącej u stóp dominującego
wzgórza ulicy Królowej Jadwigi 35, niepozorny stary domek,
ŚW JADWIGI -
jakich w okolicy wiele, nie wygląda na dawną posiadłość dobrze prosperującego fabrykanta. A jednak tablica na ścianie
upewnia, że to tu. Okazuje się, że w domu Jerzego Gablenza mieszkają jeszcze jego potomkowie po kądzieli, rodzina
Mączyńskich. Prawnuki Jerzego, Miłosz i Basia opowiadają,
że była to niegdyś zwierzyniecka leśniczówka, z czasem
nieco rozbudowana, lecz w płaszczyźnie nieprzylegającej do
ulicy, od strony której wygląda skromnie. Dom, ukryty za
płotem, mniej przyciąga uwagę niż jego bardziej współczesne i bardziej rozbudowane otoczenie; ot – jeden
z wielu starszych domów na Zwierzyńcu. Mimo długich lat
istnienia i aury rodzinnej tradycji nie ma on jednak charakteru muzeum, jest miejscem życia, a przestronne pokoje, także gabinet kompozytora, wypełniają dziś sprzęty
z czasów późniejszych. O Jerzym przypomina wydanie nut
jego pieśni na biurku, zdjęcia, będące powiększonymi reprodukcjami rodzinnego albumu, gliniany słoik po musztardzie.
Także sepia zdjęć ma barwę musztardy.
Niewielka, stara leśniczówka została jeszcze przed czasem Gablenzów rozbudowana, a odnaleziona przez gospodarzy czarna farba na ścianach jednego z pokoi, charakterystyczna dla pomieszczeń modlitewnych ortodoksyjnych
Żydów, sugeruje, że jak warstwy farby nagromadziło się tu
wiele tradycji – ta Gablenzów pozostała na wierzchu i na
pamiątkowej tablicy. Choć i ona została w końcu przyćmiona
przez otoczenie, uporczywie napierające z czasem.
Historia fabryki nie jest tak znowu długa. Wiktor Gablenz,
ojciec Jerzego, nabył w roku 1914 od przyjaciela, Bogumiła
Pochwalskiego, dom wraz z położoną tuż obok, w ogrodzie,
fabryką octu i musztardy, odziedziczoną przez żonę Bogumiła, Marię Lebenstein-Pochwalską. Fabryka, założona przez
ojca Marii, Jana Lebensteina, funkcjonowała od roku 1883
i miała już ustaloną renomę, rynki zbytu, oraz – co ją
wyróżniało – receptury. Wkrótce po wybuchu I wojny świa-
OKOLICA
GABLENZA
30
k o n t e r f e k t / m i e j s c e
towej rodzice kompozytora wyjechali do Wiednia, pozostawiając interes i dom jego opiece. Od tego czasu zajęty
przedsiębiorstwem, pełnię odpowiedzialności za nie przejął
Jerzy w roku 1930, po śmierci ojca. Z kolei po śmieci Jerzego w 1937 roku fabryką zarządzała jego żona – pianistka
Małgorzata z Schoenów, nie dopuszczając do zagarnięcia
przedsiębiorstwa przez nazistów, utrzymując polskie etykiety i chroniąc osoby, zagrożone wywózką do Rzeszy. Zbywała
również komunistów po wojnie, jednak, czego nie zmogli
hitlerowcy ani komuniści, zmógł czas. Nacierająca przyszłość coraz bardziej wdzierała się w przeszłość, wyrywając
z niej, nie szybciej niż kartki z kalendarza, a jednak systematycznie, wyprzedawane i zabudowywane blokami strzępy
ogrodu, niegdyś pełnego owoców i sięgającego brzegów
Rudawy. Ostatecznie rzeczywistość skutecznie odarła ogród
z przeszłości, odarła dom z aury ogrodu.
To, co z fabryki Gablenzów pozostało, córka Jerzego
sprzedała u progu lat 90. za równowartość kompletu mebli.
Syn Jerzego, Tomasz, muzyk i muzykolog, osiedlił się
w Ameryce, na Dominikanie, a potem w Kanadzie, i stamtąd
gorliwie propagował na dwu kontynentach twórczość ojca,
o czym najwymowniej świadczy założona przez niego strona
internetowa, zawierająca doprowadzony do 1997 roku wykaz wszystkich przedsięwzięć artystycznych (koncertów, audycji, nagrań, odczytów), związanych z osobą zwierzynieckiego kompozytora, z których znaczącą część współtworzył
i organizował sam Tomasz. Nazwisko Gablenzów przetrwało
zatem w Kanadzie, tracąc związki z etykietą musztardy,
utrzymując jednak więź z muzyką, jak niegdyś. Przecież
był to ród muzykujący, jeszcze zanim w jego posiadaniu
znalazła się fabryka. Dziadek Jerzego był skrzypkiem, szefem krakowskiego konserwatorium. Prawnuk kompozytora,
Miłosz, jest gitarzystą, związanym z krakowską Akademią.
Muzyka przeżyła fabrykę.
Muzyka
Od dzieciństwa rozwijający się muzycznie i grający na
kilku instrumentach Jerzy, wobec sprzeciwu matki nie mógł
podjąć upragnionych studiów kompozytorskich w którejś
z ówczesnych europejskich stolic (Wiedeń, Paryż, Berlin),
ukończył więc prawo na UJ, niezależnie dokształcając się
u wiodących ówczesnych pedagogów muzycznych Krakowa
(Władysława Żeleńskiego i Feliksa Nowowiejskiego). I tak
już zostało – muzyka była ważną częścią jego życia, lecz nie
wyłącznym na nie sposobem. Była jego pasją, a nie źródłem
utrzymania, co wydaje się ważne, bo mógł ją kształtować
na swój sposób, bez względu na obowiązujące trendy
i poetyki. Grywał na flecie w orkiestrze symfonicznej, na
organach – w Katedrze Wawelskiej, na fortepianie – często
też z żoną na 4 ręce, do tego jeszcze na wiolonczeli. Jako
pianista bądź dyrygent uczestniczył w wykonaniach swoich
utworów. Ale, jak w przypadku studiów, gdy musiał rezygnować z muzyki – rezygnował. Rozbudowując fabrykę na
przełomie lat 20. i 30., walcząc z kryzysem i wprowadzając
do produkcji ogórki konserwowe, przez 8 lat nie napisał
żadnego utworu.
Gablenz urodził się w pokoleniu poszukujących modernistów (jak nieco starsi Bartok, Berg, Strawiński, Szymanowski), funkcjonował w czasach zdominowanych przez
konstrukcję nowych technik i języków, będących nie tylko
formami artystycznego wyrazu, ale też narzędziami kształtowania struktury poprzez tworzenie bądź wcielanie
w życie innowacji technicznych. Tymczasem powstająca
w czasach, gdy nowość, rozwojowość, wyrazistość koncepcji
stawała się czynnikiem definiującym artystyczną tożsamość,
muzyka Gablenza przypomina zamierzchły ogród, oddalony od wielkomiejskiego ruchu, świadomie pielęgnujący
swą peryferyjność, wycofany w zacisze własnej, pobocznej
czasoprzestrzeni. Przypomina ogrody Zwierzyńca, zwłaszcza
w części salwatorskiej, wille czy domki niekiedy wprost do
nierozpoznawalności konturów wrośnięte w wybujałe ogrody, nieuczesane, nieogarnione, zawieszone nad ulicami. Bez
pośpiechu rozkwitają przełamujące się nawzajem barwy
k o n t e r f e k t / m i e j s c e
w poświacie smyczków, smyczkowe aury i poświaty; właśnie
po-światy – zapóźnione, spóźnione, niespieszne.
Muzyka ta dzieje się i rozwija bardziej w przestrzeni niż
w czasie, właśnie jak mgła. Zwłaszcza w orkiestrowych
kompozycjach jest raczej mgłą czy chmurą niż przebiegiem,
porusza się i zmienia jak obłoki pary, wytwarza i uobecnia
nastrój, rozwija się jakby poza czasem, który jej prawie
kompletnie nie obchodzi. Stąd jak się zdaje – przydługie
i niespiesznie poruszające się utwory.
Wydaje się z perspektywy, że gdy w dawnym ogrodzie
Gablenza wyrosły bloki mieszkalne, ten powściągnięty realiami ogród roztacza się na dzielnicę, odżywa w niej,
odzywa się tu i ówdzie w różnych miejscach Zwierzyńca.
Muzyka zamierzchła jak ogród na wzgórzu pełnym włóczących się i leniwie łaszących się kotów, mierzwa ogrodów
z plamami barw, jak chmura ewokująca emocje. Nie zależy
jej na zdążaniu z duchem czasu; w XX wieku gnanym imperatywem postępu, pozostaje na uboczu, wsłuchana w swój
zamierzchły ogród, wycofuje się w jego zacisze.
Bo też i niczego nie restytuuje, nie przywraca przeszłości.
Nie są to narodowe mazury czy krakowiaki. Fakt, Gablenz,
uczestnicząc w życiu muzycznym Krakowa, gdy zaistniała
taka potrzeba, po odzyskaniu niepodległości, podjął się
rekonstrukcji niedostępnej wówczas partytury „Strasznego
Dworu” Moniuszki, opierając się na wyciągu fortepianowym.
Wykonanie jego wersji tej opery w 1919 roku w Teatrze
Słowackiego dowiodło, że zrobił to bardzo dobrze, wykorzystując swój talent do orkiestrowej kolorystyki – pokolorował Moniuszkę na nowo barwami orkiestry. Od tego
momentu datuje się konsekwentna i opusowana twórczość
zwierzynieckiego fabrykanta. Ale jego zapóźnienie nie jest
nawrotem wstecz, w głęboką przeszłość szlachecko-narodową, lecz pozostawaniem na uboczu w kręgu młodopolskiej
nastrojowości i tematyki.
Pierwszy ważniejszy utwór Gablenza to jego jedyna
opera „Zaczarowane Kolo”, Op. 6, skomponowana w latach
1919-1920 na podstawie dramatu Lucjana Rydla, prawykonana dopiero w roku 1955, (nb. niedostępna w postaci
nagrania). Ostatnia kompozycja w pełni ukończona (zorkiestrowana) to preludium symfoniczne „Zaczarowane jezioro”
ukończone w czerwcu 1937. Tytuły utworów mówią za
siebie, pokazując, że ich twórcę interesuje to, co zaczarowane – motywy legendarne, opowieści tajemniczych miejsc;
interesuje go czarowanie – harfy w mgle smyczków,
złożone jakby z oparów utwory orkiestrowe, symfoniczne preludia lub poematy o równie sugestywnych tytułach
(„Pielgrzym”, „W górach”, „Legenda o Turbaczu”).
Z rozwieszaniem tej mgły i zdarzeń instrumentalnych
w jej obrębie nie radzili sobie współcześni Gablenzowi muzycy krakowskiej orkiestry (do których nb. sam się zaliczał), np. prawykonanie Symfonii Op. 24, zaplanowane
w roku 1928 zostało odwołane wobec „dysonansów i trudności technicznych”. Przyciężki i przydługi neoromantyczny
Koncert fortepianowy Des-Dur, Op. 25 (1926) miał światową
premierę na Dominikanie, w roku 1977, a ukończone
w 1927 roku Opus 26, preludium symfoniczne „Różaniec
Św. Salomei”, wykonano dopiero w początku lat 90.
Bodaj najpopularniejsze utwory Gablenza, bez wątpienia najczęściej wykonywane – ze względu na przystępność
składu – to pieśni, wśród których ilościowo i wykonawczo
dominują te do słów Antoniego Waśkowskiego, poety, malarza, dziennikarza, „Mohikanina Młodej Polski”, w manierze
której tworzył do śmierci w latach 60. XX w. kreślone przeciągłą, zmysłową kreską portrety kobiet, najchętniej pastele
i szkice. Krewny i wielbiciel (zagubione w czasie echo?)
Wyspiańskiego, od którego pobierał nauki rysunku i którego
z uporem naśladował, także pod względem wachlarza uzdolnień, choć nie koniecznie już ich stopnia... Zapóźnienie,
zamierzchłość Waśkowskiego, młodopolskiej salonowości
w wydaniu peryferyjnym (pod względem czasu, skali zamierzeń i faktycznej roli w historii kultury) współgra z postawą
i muzyką Gablenza.
31
k o n t e r f e k t / m i e j s c e
„Ty nie wiesz nawet jak mi źle, kiedy nie widzę cię przy
sobie” – od tych słów zaczyna się najbardziej znana pieśń
pięcioczęściowego cyklu, w którym lekkość, sugestywność
melodii łagodzi manierę tekstu, migotliwie wydobywa
urok salonowości, w której nie jest nikomu aż tak znowu
źle. Salonowość tych pieśni jest zaciszem, w którym można
snuć zamierzchłą sztampowo-banalną opowieść miłosną,
nadając jej własną twarz i użyczając aury własnego
życia – lub choćby głosu; enklawą nieskrępowanego sentymentu, znajdującego zaciszne ujście w przestrzeni, jak
często równie banalne, a przecież też niepozbawione uroku
fantazje ogrodów.
Muzyka Gablenza nie reguluje ogrodów sentymentu na
siłę; sprzyja im, rozwijając się w bezczasie, jak mgławice
zarośli, otaczających z dnia na dzień coraz bardziej zamierzchłe domki.
Popularność?
Jak intrygująco by nie brzmiało połączenie muzyki
z produkcją musztardy, grano Gablenza niewiele, tak za
życia, jak i po śmierci. Niezbyt liczne wykonania utworów
krakowskiego kompozytora za jego życia i tak niejednokrotnie były odwoływane (I Symfonia, Wariacje symfoniczne),
jak zaznacza Tomasz Gablenz, „z powodu słabego poziomu
ówczesnej orkiestry symfonicznej Krakowa”, której muzykom wiele problemów nastręczały stawiane przez partyturę
wymogi techniczne. Skrupulatny spis nagrań i wykonań,
doprowadzony przez syna kompozytora do roku 1997, nie
pozostawia wątpliwości. Jedynym dostępnym (?) nagraniem
muzyki Gablenza pozostaje winylowy zapis wzmiankowanych Pięciu pieśni do słów Antoniego Waśkowskiego dla
Polskich Nagrań z 1986 r., w wykonaniu Wiesława Ochmana
z Jerzym Gaczkiem przy fortepianie. Na przełomie lat 80.
i 90. Polskie Radio zarejestrowało Koncert fortepianowy
(1987, Józef Stompel, Orkiestra Polskiego Radia i Telewizji
w Krakowie, dyr. Szymon Kawalla), niebawem także „Legendę o Turbaczu”, „Różaniec Św. Salomei” i „Zaczarowane
jezioro” (Orkiestra Polskiego Radia i Telewizji, dyr. Krzysztof Dziewięcki). Poza pieśniami na wspomnianym winylu,
utwory Gablenza dostępne są więc w... archiwach Polskiego
Radia, co znaczy, że może ewentualnie wyemitować je
o dziwnych porach radiowa Dwójka, lub – jeśli komuś się
zdarzy wytropić takie nagranie – w internecie.
Szkoda, bo nie ma muzyki tego okresu i stylu w Polsce
zbyt wiele – poza jednak innym, wybitniejszym, ale też
mocniejszym, bliższym ciężko-niemieckiego ducha Richarda
Straussa – Karłowiczem i niemal równie jak Gablenz słabo
obecnym, choć miejscami równie bajkowym, przymglonym
i zamierzchłym Ludomirem Różyckim.
Na paradoks zakrawa fakt, że twórca wysmakowanej
orkiestrowej kolorystyki, czarodziej nastroju z pomocą
subtelnych efektów barwowych, pozostaje przede wszystkim autorem pieśni, których, prawda, pisał najwięcej, gdyż
wymagały od zapracowanego fabrykanta mniej czasu
i skupienia niż partytura orkiestrowa, a i najłatwiej było
o ich wykonywanie. Jeszcze za życia Gablenza wykonywano
(jeśli w ogóle) nade wszystko jego pieśni – w Krakowie, niejednokrotnie przy akompaniamencie kompozytora, budując
z nich kilka koncertów monograficznych. Poza kameralnymi
drobiazgami, przed wojną zaistniały publicznie ledwie trzy
kompozycje orkiestrowe „Moim dzieciom-miniaturek pięć”
i „Legenda o Turbaczu”, a już po śmierci kompozytora,
w 1938 r. – „Zaczarowane jezioro”, transmitowane na cały
kraj przez radio. Po wojnie poświęcono Gablenzowi kilka audycji radiowych, Dyrygent Włodzimierz Ormicki poprowadził
PRZESZŁOŚĆ OZNAKOWANA
32
33
k o n t e r f e k t / m i e j s c e
CMENTARZU SALWATORSKIM
WSPÓŁPRACA: KONRAD BURZYŃSKI
NA
Mgła, przepełniająca muzykę Gablenza, pojawia się też
w najmniej dla niego sprzyjającym momencie – przy lądowaniu samolotu, którym leciał z Krakowa do Warszawy na
spotkanie Związku Fabrykantów Octu późnym popołudniem
11 listopada 1937 roku. Historia pokrewna smoleńskiej,
przy odpowiednio mniejszej skali, proporcjonalnie do
stopnia rozwoju lotnictwa. Dziesięciomiejscowy samolot
pasażerski, PLL LOT Lockheed L-10A Electra, którego pilot
ze względu na trudne warunki pogodowe i związane z nimi
zmiany ciśnienia atmosferycznego w listopadowej mgle nie
ocenił właściwie wysokości, pod Piasecznem zawadził skrzydłem o słup linii wysokiego napięcia na wysokości 8 metrów,
Zamierzchło-migotliwa aura odzywa się na Cmentarzu
Salwatorskim, gdzie roślinność przerasta poprzechylane
i omszałe, miejscami poobkruszane nagrobki i pochylone
krzyże, między którymi przechadzają się albo wylegują
na słońcu koty. Miejsca emanują; nagrobki i rodzinne
grobowce przypominają wille Salwatora i domy Zwierzyńca,
zamierzchłe w powodzi zmierzwionych ogrodów. Dziwnym,
a przecież narzucającym się percepcji pokrewieństwem
odzywa się i odżywa stłumiony ogród, chmary drobnych
kwiatów i chmury zieleni, drzewa, liście i ciągnące się w
czasie i przestrzeni bluszcze, zagubiony, zamierzchły gąszcz
życia, ubarwiony miejscami – barwne akcenty indywidualności, rozwieszone i mieniące się w prawie całkiem odrealnionym czasie.
GABLENZÓW
Ogrody i mgły
uszkodził skrzydło, zaplątał się sterem w druty elektryczne
i spadł na ziemię, rozbijając się. Doświadczony pilot, odcinając w ostatniej chwili dopływ paliwa, zapobiegł wybuchowi, załoga mimo obrażeń ratowała pasażerów, pomagało
też wojsko, powracające z Warszawy z obchodów Święta
Niepodległości. Zginęły 4 osoby, siedzące w tylnej części
samolotu, wśród nich był jednak właśnie Jerzy Gablenz.
Jego kufer podróżny ocalał za to nienaruszony. W jakiś
czas po jesiennej katastrofie zjawiła się w domu Gablenzów
pasażerka, która ją przeżyła, z wiadomością, że kompozytor
jeszcze przed wylotem z Krakowa na jej prośbę zamienił się
z nią miejscami...
RODZINNY GRÓB
kilka wykonań „Zaczarowanego jeziora” i „Legendy
o Turbaczu”, a 1955 w Bytomiu prawykonał scenicznie operę
„Zaczarowane Koło”, odegrane jeszcze w 1972 w Bydgoszczy. W latach 70. i 80. Tomasz Gablenz zorganizował
w Republice Dominikany kilka koncertów muzyki swego
ojca – w tym monograficzny koncert symfoniczny w 40.
rocznicę jego śmierci. Prawykonany wówczas Koncert fortepianowy Józef Stompel odegrał jeszcze kilkakrotnie
w różnych polskich miastach w końcu lat 80. Wówczas też,
w okolicach setnej rocznicy urodzin kompozytora, zaistniało
jeszcze kilka utworów – Sonata wiolonczelowa i Wariacje
symfoniczne. We wspomnianych dekadach miały też miejsce
poświęcone postaci zwierzynieckiego fabrykanta audycje,
spotkania, wieczory w Polsce i Ameryce, organizowane
i prowadzone przede wszystkim przez Tomasza Gablenza,
lecz także dziennikarza radiowego Adama Rozlacha.
Popularyzacji twórczości Gablenza podejmowali się także
w różnych formach dyrygent Krzysztof Dziewięcki i śpiewak
Wiesław Ochman.
34
ILUSTR.
AGATA KRÓLAK
r a c h - c i a c h
P
ani Grażynka, nasza sąsiadka, poprosiła mnie,
żebym napisała co nieco o filmach, które lubię.
Bo tekst ma być o filmach z dzieciństwa – ja
mam 11 lat – czyli o tym, co oglądam teraz. Mam więc sporą
dowolność w zawężaniu tematu – sprawa kusząca dla każdego
autora. No chyba, żebym napisała o filmach, które dopiero
obejrzę, ale futurologia jest mi obca; najbardziej lubię biologię. Filmów też dużo oglądam, bo od naszej sąsiadeczki mogę
pożyczać DVD.
Z regałów osiedlowej erudytki wybieram około dziesięciu
filmów tygodniowo. Choruję dużo i muszę unikać wiatru, więc
przebywam najwięcej w domu i mam czas na rozwój intelektualny. Zresztą dzięki filmom mam ten dwór w wersji deluxe:
skondensowane najciekawsze wydarzenia za wiatrochronem
ekranu (więc bakterie na chatę nie wlecą, nawet jak jestem
na dzikim zachodzie).
Ze wspomnianej, bliskiej mi geograficznie filmoteki płyty
pożyczam w kolejności zgodnej z ustawieniem na półce,
wykluczając przypadki, gdy jakiś krążek zmieni miejsce.
Zaburzam tę kolejność tylko dla niektórych pozycji. Tak
właśnie było z filmem, który obejrzałam ostatnio: „Tam, gdzie
rosną poziomki”. Chciałam go zobaczyć, bo byłam świeżo po
lekturze „Wigilijnej opowieści”, a po opisie fabuły filmu wywnioskowałam, że rzeczy te są o podobnej treści. Tylko chyba
Bergman bardziej jest dla dorosłych, więc duchy zostały
wykasowane, a właściwie zastąpione „demonami”, bo tak się
o nich mówi w książce Tadeusza Szczepańskiego, którą zaraz
po seansie przeczytałam, by uzyskać odpowiedzi na nurtujące
mnie pytania. Niestety, ciągle nie do końca sprawy rozumiem.
„Persona” czy „Szepty i krzyki” – to co innego. Tam cisza
i pustka zasiewa pączkujące potem niepokoje, a i bez nich
postaci niosą nieoczywisty dramat. Co innego w przypadku starszego pana wracającego wspomnieniami do zdarzeń
młodości – mój dziadek też ciągle wspomina i panowie na
przystankach też, więc nie widzę w tym nic wyjątkowego.
(A drugi dziadek przed śmiercią, jak wojnę mieszał z rzeczami, które się nie wydarzyły, i opowiadał babci o swojej
utraconej miłości, czyli babci tej prawdziwej, to wyobrażając
sobie jego wewnętrzną projekcję lepiej zrozumiałam, czym
jest poetyka snu). I taka narracja, że w trakcie jazdy samo-
chodem jest rozmycie i przeniesienie w przeszłość, a tam się
dzieją rzeczy, które wpływają na aktualne nastroje bohatera,
to też mi się już znudziło, bo to w bardzo wielu bajkach jest,
tak katują tym nas, dzieci, jakbyśmy inaczej zakumać nie
umiały, czym jest związek przyczynowo-skutkowy. To może
dlatego to dla dorosłych jest ciekawsze, bo bajek nie oglądają? No i to, że dziadek, naukowiec, szanowany człowiek orientuje się, że nie był dobry dla ludzi, i orientuje się, bo zobaczył
stare kąty, to troszkę w moim mniemaniu niesmaczne. Tak
więc nie rozumiem, dlaczego o tych „Poziomkach…” wie każdy
wykształcony człowiek na świecie.
Przeczytałam u pana Tadeusza, że film utkany jest symbolami i erudycyjnymi korelacjami. Aktor grający profesora łączy
„Poziomki…” z „Furmanem śmierci”, czyli obrazem wyreżyserowanym kiedyś przez tego artystę, Sjöström chyba on
się nazywał. Czyli jak obsadzam reżysera w roli o podobnym
wątku, co w jego starym filmie, to jest już odniesienie, które
niesie nową treść? I tak dobrze, że nie chodzi o to, że profesor jechał, a furman też jeździ, bo jakby to było aluzją, to by
wszyscy w Szwecji mieli przechlapane i nie mogli robić filmów
z samochodami.
No więc tak to mi się miesza. Nie wiem, czy o to chodzi
w filmach z dzieciństwa, że będę je potem wspominać i śmiać
się ze swojej głupoty. Może zapomnę, czego nie rozumiałam,
więc mi się będzie więcej podobać? A wspominać będę to,
co wydaje mi się najfajniejsze, czyli np. takie filmy Bunuela.
Bunuel jest lepszy, bo jest śmieszny. Np. „Arystokracja podziemia” – strasznie śmieszne. Teraz, jak tyle bogatych ludzi
przebywa w galeriach handlowych i oni by się tak pozacinali
przy wyjściach, to by było dopiero zabawne! Czyli to film też
bardzo aktualny. Albo porównanie w „Drodze mlecznej” Trójcy
Świętej do pasztetu – smakowity żart, można by powiedzieć,
na poziomie. I uczucia takie jak w „Mrocznym przedmiocie
pożądania” też jakoś bardziej do mnie przemawiają. Pani
Grażynka mi mówiła, że Bunuel też jest wielkim twórcą, uznanym na świecie, ale nie tak jak Bergman. Też zostanę kiedyś
wpływowym krytykiem i przekonam wszystkich, że Bunuel
jest fajniejszy. Byle mi się na studiach nie pozmieniało.
POLECAM, GRAŻYNA TORBYTSKA
ILUSTR.
AGATA KRÓLAK
r a c h - c i a c h
Vhs
N
a vhs zacząłem polować za młodu, po dwadzieścia pięć, czasem trzydzieści za sztukę, pychota.
Z dzieciakami przepychaliśmy się łokciami od tej
fazy, co nas brała, pychota Wielkanocy naświetlonego
vhs’em oka.
Wtedy też z Krzychem zbudowaliśmy domek za garażami.
Po dwóch dniach wyrywania krzaków, wyrównywania gleby
i znoszenia kartonów mieliśmy całkiem pokaźny przytułek.
W ukryciu przed starymi zażywaliśmy vhs od małego, całą
podstawówkę. Z garaży doprowadziliśmy prąd. Ktoś z rodziny
ze strony ojca ułatwił mi dostęp do telewizora Biazet TC401
(tego ze słynnym pilotem), pomógł zdobyć podrzędny wideoodtwarzacz. Krzychu oglądał mniej ode mnie. Miał problem
z matmy, nie przechodził komunikatu. Zdaniem pani była
to różnorodność działań. Krzychu, ty głupia, rozmagnetyzowana kaseto.
Krzychu mnożył do ośmiu bez zająknięcia. Jego matka
przychodziła na zebrania, siadała w pierwszym rzędzie, dając
miłośnikom vintage niewielki dostęp do podwiązek z najgorszego materiału, kupionych prawdopodobnie na ryneczku,
u sprzedawcy, który nigdy nie obejrzał żadnego filmu. Miała
rude włosy na nogach, takie jak Krzychu na głowie. Często
wychowawca porozumiewawczym skinieniem prosił ją o zostanie po wywiadówce. We dwójkę oglądali fragmenty zarejestrowane przez kamerę przemysłową, na których Krzychu
chodzący w kółko po boisku był wyraźnie naćpany vhs’em.
Biedaczyna dostał zakaz oglądania Franka Capry, Wildera
i innych czarnobiałych reżyserów. W domku w krzakach nie
zmieniło się sporo.
Vhs skutecznie opanowywał dzielnicę. Jak już mówiłem,
Krzychu został siedzieć, poznałem nowych kumpli równie obe-
znanych i z równie fajnymi mamami. Kiedyś wbiłem na vhs’ie
do Gawła, by poddusić jego punkt widzenia. Śmieszył mnie
chłopak faktograficzną skrupulatnością, znał wszystko
z Valem Kilmerem (daty), wczesnego Verhoevena (daty, miejsca kręcenia scen), miał nawet „Tureckie owoce” na kasecie
w czerwonym opakowaniu. Kolekcjonował hermy z Wajdą. Zazdrościłem mu natomiast matki, która nie miała nic przeciwko
nowemu przysmakowi, na który przyszła moda z sąsiedniego
osiedla – lodom z pierzem. Uwolnione gardełko Gawła nie
raz wyśpiewało kilka dookólnych zwrotek. Większość z nich
zaczynała się od frazy „migdał zakumplował się z gołębiem”.
Kiedy proces Wajdy dobiegł końca, przez ławę przysięgłych
został uznany za niewinnego, a jakiś furiat ranił go śmiertelnie
na schodach do sądu, Gaweł podciął sobie żyły. Lodziarz nie
przyjechał już więcej.
Domek w końcu rozjebała burza. Puściła folia trzymająca
wszystko w kupie i nawet kineskopu zalanego telewizora nie
dało się już uratować. Zrobiłem z niego akwarium, przed
którym przesiadywałem godzinami, bo żal mi było opuszczać
to miejsce i te wspomnienia. Noce robiły się coraz dłuższe,
zimniejsze. Krzychu zaczął mnie śledzić i wiedziałem, że
pewnego razu wykradnie moje kasety. Podczas popołudniowej
warty zrobiłem ponadczasowy spis śmieci:
Bergman,
Fellini
i Allen.
Dostałem różowego bmx’a. Ktoś ze znajomych doniósł
o moim uzależnieniu (być może była to kiść podparta jak
starzec). Powoli miałem dość. Krzychu, Gaweł i paru innych.
Podchodzą, wyjmują pilota z ręki.
CHAM FILMOWY
35
36
k o n t e r f e k t
k o n t e r f e k t
Wieszcz słowacki
tekst: Marek Rozpłoch
ilustracje: Maria Dek
M
artin Šulík: „Mówili, że »Pejzaż« atakuje
wszystkie tradycyjne wartości słowackie, że
nie pokazuje pozytywnego obrazu rodziny,
tylko rodziny dysfunkcjonalne, niepełne, używające wulgarnego języka. Recenzent twierdził, że przez ten film została
zaatakowana Słowacja. Że pokazujemy Holokaust i że dużo
powiedziane jest o złych rzeczach, które się tutaj wydarzyły.
Nie uważam, żeby to była prawda. Jest tam historia żydowska, dlatego oni sądzą, że wszystko zostało opłacone przez
Żydów. Prawdę mówiąc, to jest jedyna recenzja, która mnie
uszczęśliwiła”.
Uszczęśliwiła dlatego, że Šulík nie chce, by jego filmy
odbierane były na chłodno, z obojętnością. Inna sprawa to
to, że sam reżyser na pewno nie pozostał obojętny wobec
słów pewnego nieistniejącego już, na całe szczęście, miesięcznika. Ale czytelnik polski mógł się od razu poczuć jak
w domu!
Również w filmach Šulíka – przy odrobinie dobrej woli, bo
to wszak niepolski twórca (a jak niepolski, to potencjalnie
antypolski), nawet nie polskojęzyczny – widz polski może
się poczuć jak w domu. Przy odrobinie dobrej woli, ale bez
potrzeby nadmiernej cierpliwości: filmy Šulíka bowiem bardzo
lekko, łatwo i przyjemnie się ogląda, mając przy okazji satysfakcję z niezmarnowania czasu. A satysfakcja stąd, że
niemal każdy film tego reżysera jest dziełem z naprawdę
bardzo – w moim skromnym przekonaniu – wysokiej półki.
37
38
k o n t e r f e k t
Slovenskočesko i tym podobne
Urodzony w 1962 roku u podnóży Małej Fatry Martin Šulík
w wieku 5 i pół roku przeżył najazd wojsk radzieckich. Zatem
najlepsze lata dzieciństwa i młodości dane mu było spędzić
w „normalizującej się” Husakowskiej Czechosłowacji. W tych
też latach odkrył, jakże trafnie, swe powołanie. Można przypuszczać – zważywszy też na ostatnie przedsięwzięcia
Šulíka – że prowadziła go ku temu powołaniu żywa jeszcze
legenda pogrzebanej żywcem czechosłowackiej Nowej Fali.
Aż dwukrotnie postanowił oddać jej hołd – i to hołd pozostający na lata. W roku 2002 nakręcił fabularyzowany
dokument (albo dokumentalizowaną fabułę) „Klucz do
oznaczania karłów albo ostatnią podróż Lemuela Guliwera”,
poświęconą postaci Pavla Juráčka – twórcy „Przypadku dla
początkującego kata” – a w 2009 zajął się kręceniem dokumentalnego serialu złożonego z 26 odcinków, z których
każdy jest portretem kolejnego twórcy czechosłowackiego
kina z lat największej świetności.
Tak, jak zdarzało się nieraz w dawniejszych czasach mówić
o Czeskich Tatrach, tak i teraz zdarza nam się mówić
o „czeskiej” nowej fali. Trzeba pamiętać nie tylko o słowackim
wkładzie w ten fenomen – jeden z najjaśniejszych punktów
miedzy Łabą a Cieśniną Beringa i między rokiem 1945
a 1989 – ale też o tym, że Czesi i Słowacy tworzyli wtedy jedno,
choć dwuczłonowe, społeczeństwo jednego państwa.
A i dzisiaj – jak wynika z wypowiedzi Šulíka i chociażby
jego „Słonecznego miasta” – mamy do czynienia ze szczególną więzią obu krajów, rodzajem symbiozy, której nie moglibyśmy porównać z żadną relacją łączącą nasz kraj z jakimkolwiek innym. Choć najczęściej, co nie cieszy Šulíka, jest
to jednostronny zachwyt… Co również widzimy w „Słonecznym mieście”.
Choć może zamiast zachwytu mamy w tym filmie zwykłą
potrzebę materialną – przeniesienia się w trudnych warunkach
do czeskiej Ostrawy, ośrodka słynącego z prężnego przemysłu. Okazuje się, że i tu najniezbędniejsze potrzeby materialne zaspokojone nie zostają, a pozbawieni pracy Słowacy
muszą na własną rękę szukać nowych pomysłów na pomyślniejszą przyszłość. Jedni i drudzy jadą na tym samym wózku,
tak samo nadużywając słowa na literę „k”, jak ich pobratymcy
zza (wyjątkowo bliskiej w przypadku Ostrawy) miedzy.
Jednak jest to film Šulíka, który we mnie wywołał najsłabsze emocje, ale intuicja mi podpowiada, że musiał przynajmniej na paru Czechach i Słowakach odcisnąć jakieś piętno.
Na mnie niemałe piętno odcisnęły inne filmy Martina
Šulíka. W tym uznawany za najsłabszy „Orbis Pictus”, który
kojarzy mi się nieco z – nakręconym w podobnym czasie
i również opowiadającym o poszukującej sensu nastolatce
z kraju postkomunistycznego – filmem Wajdy „Panna Nikt”,
który sam nasz mistrz uważa za wpadkę artystyczną – ale ja
nie… De gustibus non est disputandum…
O wartości artystycznej „Ogrodu” nikt chyba nie dyskutuje. Film jest nakręcony po mistrzowsku. W finałowej scenie
oddaje Šulík hołd innemu mistrzowi, Tarkowskiemu – przez
nawiązanie do jednej ze scen „Ofiarowania”. A przecież i sam
mistrz Tarkowski w każdym chyba z filmów oddawał pokorne
hołdy swoim mistrzom. Więc Šulík z własnej woli znalazł się
w doborowym towarzystwie.
Piekło-niebo
Wspomniany we wstępnym cytacie „Pejzaż” miał być
w zamierzeniu autora pewną osobną wizją dwudziestowiecznej Słowacji. Choć opowieść ściśle zachowuje chronologię, to
trudno by było powiedzieć, że głównym bohaterem jest czas
czy historia. Jest nim tytułowa „Krjinka”. Swoją drogą: po co
tłumaczyć na „Pejzaż” tak mile brzmiący i adekwatny do
treści tytuł…
k o n t e r f e k t
W każdym z tych filmów widzimy zaklęty w swoich własnych szyfrach świat, który może ograniczać się do mapy,
wiejskiego ogrodu, czy do doliny, która oddziela miasteczko
od reszty niewartego poznania czegoś tam... Dlatego niewartego, że na takim skrawku zawarte jest wszystko – tylko
trzeba się lekko wysilić, by to dostrzec.
Niestety, mieszkańcy, koncentrując się na czym innym niż
otaczająca rzeczywistość, nie dostrzegają potworności wywózek Żydów, a we współczesnej Słowacji budują mury przeciwko Romom… Co musi stanowić przerażający zgrzyt i dysonans
dla sympatyka Słowacji (za którego i ja się uważam) – sympatyka sympatycznego kraju, wyzbytego, jak by się mogło
zdawać, tych wszystkich bliskich nam i jego południowemu
sąsiadowi nadęć, arogancji i wszelkich podobnych głupot.
Tylko dla dorosłych
Reżyser, który boleje nad obojętnością swojego narodu
wobec Holokaustu, również musi dostrzec problem relacji słowacko-romskich. I robi to – w filmie „Cygan” – z perspektywy
romskiego nastolatka i z perspektywy języka romskiego (jak
się można dowiedzieć – dialektu spiskiego tego języka: „obcy”
są tak głęboko zakorzenieni, że mają nawet swoje regionalne
słowackie odmiany języka…). Po serii filmów reprezentujących
swoisty Šulíkowy realizm magiczny, za sprawą „Słonecznego
miasta” – jako czołowy artysta środkowoeuropejskiego kraju
musiał poczuć wewnętrzny imperatyw, misję stworzenia kina
zaangażowanego społecznie, pokazującego nie metafizykę,
ale socjologię. Okazało się, że bez czarów twórca nie może
wytrzymać, i wróciły one w „Cyganie”, maskowane przez
wątek hamletowski, który wydaje mi się jednak zaledwie pretekstem dla artysty uzależnionego od magii i transcendencji.
Choć nie można owego Szekspirowskiego wątku w „Cyganie” przeoczyć, wydaje mi się on jednak formą zabawy,
podobnej do zabawy z wielkimi filozofami w „Ogrodzie”, tylko
tym razem – zabawy na poważnie.
Šulíkus Magnus
Šulík jest laureatem wielu nagród. Średniometrażowe
„Staccato” uhonorowano w asturyjskim Gijon, druga pełnometrażówka, „Wszystko, co lubię”, dostała nominację do Oscara
za film nieangielskojęzyczny. Podobną nominacją wyróżniono
„Cygana”. „Ogród” został nagodzony na festiwalach w Karlowych Warach, Mannheim-Heidelbergu, Turynie, Rotterdamie
i dostał Czeskiego Lwa. A to zaledwie czubek góry nagród.
Reżyser boleje nad lichą kondycją słowackiego kina. Nie
jest chyba jednak tak licha, skoro jest Šulík…
39
40
t w o r y
Wiktoria Lenart
t w o r y
Graduated in industrial design. Lives and works in Wrocław, Poland.
Contact: Studio Lenart (www.wiktorialenart.com)
WORKNEST - A modular workspace for creative people.
(www.worknest.me)
The concept of Worknest emerged from open space offices
and the interactions between people. The idea of co-working
and open offices was transformed into a fully adjustable workplace, simple and frugal in form.
My goal was to find the essence of everyday work with all
the tasks that follow and allow users to design the closest
workspace their own way. What was really important in this
project was the ability to transform the arrangement of particular elements and the fact that every user has the possibility
to fully adjust their desk for their current needs. The other
important thing was the question how to control chaos. I have
observed that the more we are absorbed into our everyday
tasks, the more we tend to forget about aesthetics and the
imposed organisation of things, towards something I call
“organisation by chaos”. I intended to create very simple
elements that give their users the ability to personalize their
desk organization while at the same time everything remains
in its own place. This is the highest level of organizing
things – you do not only organize things themselves in the
space designed beforehand, but you also design the
space itself.
The whole set includes a desk, a screen and a set of accessories. Of course they can be used separately but they
only show full potential when used together. For the accessories – every single element can be combined with the desk
and the space divider.
There isn’t one single function attached to the elements.
For example, when it’s on the desk, the blende divides the
space but when attached to the space divider it can act as
a document holder or a magnetic board. There are endless
possibilities of usage, so everyone can unleash their
own creativity.
As the set is directed to people sensitive to aesthetics
and quality, any compromises in this field were out of the
question. Worknest is created from pure ashwood, and every
detail is handmade in order to achieve quality but also a touch
of “personality” in the product. The small blendes are made of
metal and paint-coated, so you can use magnets on them as
well as post-its. Plants are an essential element of Worknest.
The plastic containers can be adapted to serve as pots, so you
can grow your favourite kind of plant in order to “humanize”
your space.
Although everybody can use it and benefit from the
features, the Worknest is an ideal workstation for everyone
connected to the creative branch. Creative professionals are
the main audience since they often work in open spaces and
therefore can take full advantage of all Worknest’s features.
41
42
t w o r y
t w o r y
43
44
t w o r y
t w o r y
45
46
t w o r y
t w o r y
47
48
t w o r y
t w o r y
49
50
t w o r y
t w o r y
51
52
t w o r y
t w o r y
53
54
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Dariusz Jacek Bednarczyk
ur. w Jeleniej Górze. Abs. Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Mgr administracji. Parokrotnie wyróżniony na ogólnopolskich konkursach literackich. Próby publikacji
zasadniczo od 2010 r. Dotychczasowe publikacje: „Migotania”,
„Kultura Connect Magazine” (Australia), „Inter-”, „Znaj”, „Dworzec
Wschodni”, „Akant”, „Nestor”, „Kozirynek”.
t e k s t y
Ostatnia Sobota Iana Curtisa
ten lider z ogłoszenia przypadku epilepsji
mimo różowo – zielonych spodni
woni Pistolsów prądu płyt Bowiego
po nudnym wydziale valium
efektów ubocznych
romantycznej poezji angielskiej
przepłakać by ataki agresji
w dziwny sposób tańczyć
na ból i rozpacz
w gazety czy bandaże melancholii
zadającej szyku nowotworem smutku
gdy w dodatku brakuje pieniędzy
wyjących kiboli skandujących skinów
butelek na scenę po jednej piosence
o tym co ludzie uważają samotność a za miłość
stłuczonych szkłem śliną lepką
krwią rozbitego podbródka
gapiąc na resztki szyby wciąż jeszcze tkwiące
gdzie belgijska kochanka a żona
w portfelu zdjęcie psa i podobno rasizm
dilując depresję towar dla wtajemniczonych
możliwości instrumentów elektronicznych
i właśnie kiedy zaczynać rozkręcać
fotelu dzień cały w pokoju bać myśli sklejać
sobota, dzień przyjemny nawet w kuchni
westchnieniem ulgi
wśród gnilnych zwłok masowej zagłady
czy rozrywki kamienny anioł
rezydent cmentarza Staglieno
na okładce w klasycznym geście ostatniego singla
l i t e r a c k i e
55
56
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Pokój w którym umierał Franz Kafka
Skrupulatnie
na rzecz prawdy bezwzględnej samotności
fragmenty muzyki pokrytej gruzami
skrypty przemówień napisów posłuszeństwa
jeszcze w życiu płodowym.
Gnilna żółć ze zdrady Apolla
trąd w procesie zagajenia
język i styl uszkodzonej wątroby
utrwalona w religiach pieśń cylindrów
na kawałkach drutu elektrycznych pałkach.
Z polecenia cenzury stwardnienia spojrzeń
rozsiane drogą klonowania
kiedy budzą rozbłyski metalu
przyłbice z implantów macicy
która po miesiącu rodzi dziecko
zgodnie z tradycją gotowe do zadawania.
Logika składni wyciek bombardowań
miażdżyca sumień
ze szpiku w procesie transformacji mięśni serca
większości młodych kobiet z uszkodzeniem
po jednym dniu choroby
które następnie zostały zgwałcone.
t e k s t y
Poseł Błyszczyński
Na Wymroczu okręg posła Błyszczyńskiego
Gdzie w bezprawie oraz grozę dzielnia przerozrasta
Na Wymroczu mokrej roboty ordzewiałe dłonie
Aquaparkiem – nad remizą – oczyszczalnią ścieków
Kto ambitne zamierzenia na kolejne lata?
Kto dzielnicę wyrozgwieździł ku lepszemu jutro?
Realizacja ponad obietnice – kompetencja zaangażowanie
Nie hasła bez pokrycia gdzie tylko widma bylejaczą!
Wyznam całą gęstwę mojej winy!
W życiu zawsze staram uważnie słuchać
Ku przyszłości – nie obietnic zatratą
Praca dla dobra ogółu – temu święcę żywot tułaczy!
Wasz głos ma dla mnie kapitalne znaczenie
Cóż wybory – ułuda chwili nikłej dzielnicę widzę
Stadionami piękną – z trwożnej wyjdźmyż więc
Meliny – alejami – alejami – alejami!
Wyłoniłem z mroku dzielnię od bezprawia!
Tak mnie wzrusza Wymrocze warte poświęcenia
Rowerowych ścieżek budów rozkwieciłem też bez liku!
Znam problemy lecz receptur nie ma gotowych!
Umilkł nagle popatrzywszy w dal partyjną
Ramionami doogarnął punkt znikającego poparcia
Zasiadł jeszcze przy telewizyjnej debacie
I minęło fałszywych głosów jakie sto tysięcy!
Nie umarł lecz umarło odbicie w basenie na Wiejskiej
Rozpadło się ciało na żal niewdzięcznym wyborcom
Zgasł cud zgasł cud drugiej kadencji!
I blady tak blady pan poseł Błyszczyński…
l i t e r a c k i e
57
58
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Cezar Borgia- Syn Papieża S. A.
Mając poparcie
teorii władzy i rządzenia
za przykładem pierwszego Rzymu
uduszeniem po stronie batalionów.
Nie cofać niczym
w pejzażu przebudzenia tortur
kwitnącej krwi oraz pływających trupów.
Chwalić w jego świątyni
dźwiękiem trąb posłusznym werblem upojnym tańcem.
W dal i wzwyż
reklama propaganda informacja socjotechnika
czuć jak nacina przestrzeń z upadającą melodią
na zasadzie najemników.
W rozbiciu zdań
podczas kiedy ze ścian odpadają zwiotczałe cienie
na riffy silników
garoty strun
zubożone pociski uranowe.
Kariera i upadłość
jako udziałowcom
nade wszystko ceniących światło wystrzałów.
t e k s t y
Pocztówka z Nieszawy
wiecznie w cieniu
na lewym brzegu pradolinie
het het na krańcach
ledwo znana ze statutów
dość długo bez stałego adresu
nie raz nie dwa równana z ziemią
ot taka promowa przeprawa
która wciąż śni o Fryderyku
l i t e r a c k i e
59
60
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Piotr Parulski
ur. 1989. Absolwent podwórka i innych znanych dzielnic.
Publikował w półroczniku „Inter-”, „VariArcie” i „Gazecie Olsztyńskiej”. Laureat konkursów jednego wiersza, w których jurorami
byli między innymi: Roman Bromboszcz, Karol Maliszewski i Marcin
Orliński. Mieszka w Olsztynie, wychodzi regularnie ze swoim psem i
na piwko. Aktualnie słucha Kalibra, ale nie używa broni.
t e k s t y
moja naiwność
tekst napisałem w związku z cielesnością i rozpisywaniem się jej rozlewaniem po samych
tekstach czasami czuję po prostu jakby cielesność wkraczała na tereny pisania i wykraczała
poza nie może w tym właśnie tkwi problem z „postawieniem” słowa z „postawieniem” się w
jego sytuacji, a może jest to obawa przed zatarciem się cielesności w innej przestrzeni równie
cielesnej
l i t e r a c k i e
61
62
t e k s t y
l i t e r a c k i e
***
odgarnianie
percepcja to metafor postrzegania tak
mógłbym stwierdzić gdyby to zdanie nie miało
perspektywy
poduszka sięga jesteś od podłogi do szyb żonglując
trzewiami przebijają skórę tapicera siedzi wewnątrz
na skrzyni z łomem roztrzaskując panele rozwarta
na oścież gąbka wchłania elementy posłania pojazdu
zdzieranie napisu z karoserii mam trochę pod paznokciem
trochę leży w kuble na śmieci zrobionego z kanistra bo
wiele zastosowań mają przedmioty i ich pojemności
przeżuwam włącznik od komputera wyjęty z obudowy
pierwszy raz w życiu uprawiałem pole widzenia
pierwszy raz w życiu umierałem samą swobodą
t e k s t y
l i t e r a c k i e
podglądanie
kurwa która niosła w łonie rozpoczęcie nie potrafi jej
wymawiać nauczymy cię przeklinać świeże poczęcie
latarnia jak zapałka którą trzymasz w ustach główka
wychodzi ogniem i pali się podwójnie w źrenicach
widziałem akt przez szybę którą lizałem językiem
zrobiłem tam dziurę w którą włożyłem oko zaczęli
je lizać nie mogłem patrzeć bo zajęty byłem językami
i mówiło się to wszystko z czego ciało było robione
63
64
t e k s t y
l i t e r a c k i e
warstwy wychodzenia
wyciągnąłem pastę z butów zsunąłem się palcem gładko
po powierzchni lustra porysowanego pilnikiem zgrzytanie
które jest zębem wbitym w ścianę obwiązanym nitką po
mokrej koszulce nakładałem ją na siebie i wyżymałem z
siebie pruła się wypływając ostatnim o tej porze roku
zimnem bo był śnieg i jadłem go kiedy chciało mi się pić
skrzypiące sanki jak skrzypce które mają płozy jechałeś
nimi po dźwięku przecinając wzrok kilkoma zdechłymi
zwierzętami miały jeszcze sierść białą nieznajdowalną
rana na wylot rozrzedza się wraz z przesuwaniem kuli i
noża które skrzypią w płozie kiedy zjeżdżam sankami
po schodach do piwnicy słyszę wystrzały cięcia w boku
t e k s t y
odleciałem
oddala się coraz bliżej bałaganu doświadczyłem startu
i uruchomienia siedziałem w środku lądowania zbiegiem
okoliczności zbiegowiskiem wokół wysunięcia podwozia
jakby linie zlewały się w jedno grube podkreślenie faktu
rozgrywanie akcji na małej przestrzeni podjeżdżają schody
pod pułap brakuje floty żeby zejść na zawał odkopać się z
rozkruszonego budynku ta pralka pod kamieniem jeszcze
wiruje na kwadracie odkrywam geometrię zburzonej komory
spinka do włosów w jednoosobowej kabinie rzuca światło
jak piłkę tenisową pełną powietrza (w sobie) pełną sierści
(na sobie) na styl umieszczania ściany obok okna widok
konstruuje rozstrojenie wypuszcza powietrze pod wodą
rażąca postawa wobec skrzela na skrzydle słowa wąż
połknął język z chmur i rozpadał się w sobie przez dziurę
w dachu wydłużoną o ciało wije się pod blachą zespawaną
z kłębem dymu aerodynamika kaszlu nie ma tu znaczenia
l i t e r a c k i e
65
66
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Piotr Wiesław Rudzki
Urodzony w 1977 r. w Warszawie. Teolog, polonista, pedagog,
dokumentalista, poeta, prozaik i animator kultury. Absolwent
UKSW w Warszawie, UG w Gdańsku i UWM w Olsztynie. Doktorant
w Katedrze Kulturoznawstwa UG w Gdańsku (praca poświęcona
obrazom kolei i melancholii w polskiej poezji XX w.). Autor tomików
poetyckich „W niepokoju” (2005), „Juwenilia piotrowe” (2006) oraz
kroniki podróży poświęconej kolejom wąskotorowym „Wąskie linie
snów” (2005). W chwili obecnej przygotowuje do wydania dużą
monografię twórczości Marka Grechuty „W pochodzie dni i nocy”.
Publikował m.in. na łamach pism „Poznaj swój kraj”, „Lampa”, „Autograf” i „Topos”. Gościł na antenie Programu II PR, Radia Gdańsk
i Radia Lublin (Noc Poezji). Laureat wielu nagród literackich, m.in.
XXX Warszawskiej Jesieni Poezji (2001) i VI Połowów Poetyckich
w Gdyni (2007). Także – Nagrody Dyrektora II LO w Sopocie
w 2009 r. za całokształt działalności kulturalnej. Stypendysta
Fundacji im. Stanisławy Fleszarowej-Muskat za działalność na
rzecz fundacji (2009) oraz Urzędu Miasta Sopotu (2012). Inicjator
cyklicznych imprez kulturalnych na Wybrzeżu promujących polską
poezję. Reżyser i aktor THE TRAIN JAZZ THEATER działającego
od 2011 r. przy Towarzystwie Przyjaciół Sopotu i dwumiesięczniku
literackim „Topos” w Sopocie. Z wolnego wyboru mieszkaniec
miasta Gdańska.
kontakt:
80-758 Gdańsk, Siennicka 49/6
791-223-610
[email protected]
t e k s t y
KIJÓW
rozgrzana do czerwoności prasa
wciąż na karku każdego z pokoleń wypala
własną winietę „prawdy”
kawa w szklance á la karenina
wciąż budzi powszedni niepokój narodu toczącego żywot
na kołach trzeciej klasy
autochtoni na imperialistycznym motocyklu w okolicach majdanu
wciąż pomimo próby pogody
pozostają pod władzą soc-neonowej rozgwiazdy
a
przypadkowa dziewczyna patrzy za przybyszem
tak jak się patrzy za kruchym prostokątem opłatka wolności
którego w prawosławną wigilię nie wypada
ani spożyć
ani połamać
ani nawet – choćby pod stołem – wziąć do ręki
– – – – – – kim jest ten naród
i dlaczego wciąż jest tak rozbrajająco
bezbronny?!…
pomimo wszystko pomimo wszystko pomimo wszystko
komsomolska katarynka metra
wciąż wystukuje na stykach okudżawę:
hej przyjacielu podaj dłoń
hej przyjacielu podaj dłoń
bo pojedynczo nas wytłuką
ukraina – jesień 2009
l i t e r a c k i e
67
68
t e k s t y
l i t e r a c k i e
CZARNO-CZERWONA RÓŻA
na wąskiej półce trzeciej klasy spoczywa autochtonka:
odłożony do wiosny
jasnowłosy ukraiński chochoł
w podłużnym pędzącym pełnym podróżnych parniku
tak jak gdyby nigdy nic ściąga słomę spodni
grając na turkusowym honer-stringu kawalerskich emocji
tylko raz
kołysząc się w hamaku e-sieci
obnaża potrzebę serca
w jej przypadku bordowy – typowy dla pąków – kolor
posiada nie miłość
lecz włożony do wnętrza modem
– – – – – – to ciekawe dokąd chce dojechać
i jaką tak naprawdę może mieć Twarz pisany przez nią na desce net-booka
Bóg?!…
w szerokotorowej szklarni do sewastopola
na gołej rabacie ramienia
obcinam wzrokiem pozbawiony powabu tatuaż:
czarno-czerwoną różę
krym – jesień 2009
t e k s t y
W SKORUPACH KUSZET
w skorupach kuszet na fali nocnego odpływu
ukraińskie korale z kolejowej kolii
ciążą w kierunku czarnej wody czarnego morza
w szczypcach palców trzymają w pogotowiu łatwopalne druty:
w iskrach zimnych ogni
wciąż widzą zimną wojnę dziadka mroza i atom
wciąż pomimo upływu szyn determinuje je odruch pawłowa:
odgłos młota kół
i podwieszony nad pociągiem astralny sierp
– – – – – – jakie będzie ich jutro
i jak długo będzie im jeszcze groził gotowy do ingerencji w każdy owoc morza
poradziecki nóż?!…
tak jak gdyby nigdy nic młode skulone w sobie jak małże autochtonki
tworzą nadążający za współczesnym efemerycznym pośpiesznym światem
kieszonkowy turystyczny podręczny
harem
krym – jesień 2009
l i t e r a c k i e
69
70
f e l i e t o n
N
Szymon Szwarc
ie mam uwag w tym miesiącu. Tzn. mam, ale
nie mam. Tzn. nie mam uwag. W tym miesiącu.
f e l i e t o n
dzienniczek uwag
71
72
f e l i e t o n
Barszcz Błaszczyk
W
ykładam się, gruntownie. I od razu uciekam,
zostawiając po sobie martwą powłokę; nie
określaj, nie szufladkuj nawet po tej Prawdzie,
tylko bądź, w nienudzie wspólnego trwania. Cały wieczór atakują nas zbieżności, które lekceważymy jak imprezę pod łuzą.
Bile wtedy mszczą się, tak jak zanik koncentracji i refleksu
w nas mści się niespodziewanym uderzeniem losu, czasem
będącym już tylko sprawdzianem naszej wzajemnej dobroci wobec siebie, wskaźnikiem naszej moralności, empatii i
wyobraźni, testem zrozumienia i tego, jak rozegramy tę partię
wobec wrażliwości drugiej osoby, która chwilowo jakby traci
grunt pod stopami, i czeka. To też potrzebne
momenty, bo ona czeka, przypomniawszy
sobie, jak jej zależy. Przypadki stają się
– podchodzą do nas i czasem zaczynają
mówić w obcym języku, a wtedy zdarza się,
iż koleją losu zapadam się (lecz inaczej, niż
gdy ciało chwyta się z innym ciałem – w
takim przypadku więcej jest słońca i więcej jest teraz i duch
maksymalnie ogniskuje światło rozproszonej świadomości,
co jest zalążkiem stanu, w którym rozproszona świadomość
stanie się globalnym zogniskowaniem), wycofuję się z relacji,
lecz bynajmniej nie dlatego, że „lubię urozmaicenia”. Wszystko jest jednak doskonałe, więc doskonale wyswobadzamy się
z cienia, z oddalenia, z chwilowej obcości. Wracamy do siebie,
odwracając się na pięcie i razem zaczynamy kroczyć w stronę
końca świata.
Znajdujemy tam choinkę. (Kwiecień.) Zdaje się, że spadła
z nieba, by ostatecznie spaść z mostu (nie uchwytujemy momentu, gdy znika w otchłaniach rzeki, bo wciąż tylko trenujemy utrzymywanie nieporuszonej Obecności; są chwile, gdy
to naprawdę trudne nie-poruszyć-się, if you know what...).
Nocne tango
z symbolem Słońca
s e
f e
l i kect joan
regulator kwasowości
W drodze na most zbieramy pierwsze życzenia bożonarodzeniowe i gratulacje. Następnego dnia ci podchmieleni ludzie
być może pomyślą o nas (ja bym pomyślał) jak o metasennej
mistyfikacji, mirażu umysłu, doskonałej ułudzie.
I co pewien czas pod stopami napotykamy okręgi identyczne jak te, pospiesznie wyrysowane kilka godzin wcześniej na
naszej skórze, jednak konsekwentnie, z uporem, stojąc przytomnie na ziemi, powtarzamy „przypadek”. A wtedy życie w
konszachtach z bilami jakby chciało nam pokazać, że jednak
się mylimy (co do siebie, co do świata, whatever…); jakby
chciało nas omamić. Próba wiary.
I kiedy zespala atomy poranny deszcz, zbryla się piach pod
butami i śpiewają ptaki; kiedy ulica milczy, poza tymi ptakami
właśnie; kiedy powietrze stoi ludzkim snem nieruchomo – gdy
nikt na zachodni sposób nieporadny nie próbuje być szczęśliwy; kiedy domy po drugiej stronie skrzyżowania są zamglone
i rozmyte jak katedry Moneta; kiedy wydawałoby się, że można by rzucić się na powietrze i popłynąć w górę; kiedy mięknę
jak gąbka, a wszystkie bodźce przebijają mnie na wylot, na
długie tygodnie infekując jak kurara pamięć skojarzeniową;
kiedy teraz w formie obrazkowej ponownie pojawia się na
chodniku, wszystko zdaje się krzyczeć: to ja, magia, odurzona
piątkowym alkoholem sylfida, właśnie wracam z pola bitwy,
gdzie śmiertelnie ugodziłam w przypadek.
Lecz gdy za dnia ptaki milczą, to właśnie czas (nie żaden
„znak”), by odespać. Zwyczajnie spać, oczyszczeni wykończeniem i lżejsi rozmową. Budowaliśmy dziś wartości, dopamina
stała się nagrodą (jeszcze nie karą, co też grozi nam,
gdy będziemy oczekiwać, a nie po prostu być). I jakby
wszystko bardziej się zazieleniło; wybuch kwiatów nawet
na ściętych drzewach.
00
73
f e l i e t o n
bełkot miasta
Józef Mamut
No i o co chodzi z tym zaufaniem do polityków? Przecież
nie o to, że ludzie wierzą w dotrzymanie przedwyborczych
obietnic. Premier nie dotrzymał prawie żadnej, a i tak ufa mu
znaczna część społeczeństwa. Może więc chodzi o to, czy na
przykład ufasz mu na tyle, żeby gość popilnował ci roweru. Pociesza mnie fakt, że przestali przynajmniej robić loda
ortodoksyjnym barbarzyńcom i zakazali podrzynania gardeł
ślimakom. Przypuszczam, że mało kto zauważy zniknięcie ze
sklepów kultowych kabanosków Rytuałek.
Totalna abominacja.
AGATA KRÓLAK
J
akiś dalszy znajomy usunął mnie ostatnio z assbooka, bo broniłem Marsjan przed wyzywaniem
od brudasów. Po pierwsze – w przeciwieństwie do
niego – byłem na Marsie i widziałem, że nie wszyscy tam są
brudni. Ponadto, jak niby mają się myć, skoro na Marsie od
dłuższego czasu nie ma wody? I jeszcze zarzucanie im wiary
w homogeniczne bąbelki, jakby byli z jakiejś prowincji –
totalnie bez sensu. Nie znoszę tych faszystowskich generalizacji z powodu jakiejś niezaspokojonej kuzynki. Skąd się ci
ludzie biorą?
Ze współczuciem chciałbym patrzeć na ludzi, którzy widzą
ograniczenia w swoim rozwoju. Czy to z powodu czasu, którego nie ma, czy też tego, którego upłynęło już zbyt wiele.
Czy to z powodu zbyt dużej odległości, czy też z powodu swojego zaszufladkowania, spowodowanego umiejscowieniem
w danym punkcie. Szufladeczki, półeczki, pudełeczka, szafeczki. Wszystko w tym temacie.
Coraz więcej tego wokół mnie. Ale czego się spodziewać
po kraju, w którym dobry interes – jak to się mówi
„społeczny” – już dawno rozminął się totalnie z moralnością.
Będziemy dalej baranami, składanymi ofiarnie na ołtarzu do(c)hodowlanego widelca. Dochodowego na tyle żeby totalnie
nie zatonąć w kociołku posoki i mieć jakiekolwiek zajęcie zwane pracą. Nie odbiorą nam jej, a gdy będą próbować, przyprowadzimy im wielkiego plastikowego kurczaka, oświadczając,
że zarżniemy jego albo ich. Naszej uwagi nie odwróci nawet
dylemat, czy jest to rzeź, czy też rżnięcie o znamionach rzezi.
Wolność słowa stała się żałosnym żartem. Nawet kraj, który niegdyś szczycił się tą wartością, jakże pięknie nabazgraną
w konstytucji, z największą zaciekłością ściga jakąś gadułę,
która wyjawiła tajny przepis na pluskwy w śmietanie. Oczywiście wszyscy żremy te pluskwy i wiemy o tym od dawna,
ale sekrety hodowli muszą pozostać teoretycznie niejawne.
Dlatego nie udzielimy schronienia nikomu, kto obraził naszego
wspaniałego importera tego dania, niezależnie ile marionetek
dostanie od tego sraczki. Nie wpuścimy nikogo, kto chociaż
siedział obok nieatestowanego grilla, choćby nawet był królem
jakiegoś trzeciego świata.
ILUSTR.
74
f i l o f o o d
W
e wrześniu zamykamy za sobą lato i wracamy
do swoich zadań w nostalgicznym, jesiennym
nastroju. W mojej szafie biała garderoba brązowieje pod kolor za oknem.
W kuchni też wrześniowe zmiany: zielona, świeża mięta
zastąpiona zostaje świeżym imbirem, z zielonych i owocowych
sałatek oraz grilla przechodzę na kanapki i rozgrzewające zupy.
Jesień nieodłącznie kojarzy mi się też z grzybobraniem. Pamiętam
jak w jesienne soboty mój ojciec zawsze wstawał wcześnie rano,
by uprzedzić innych grzybiarzy i nie wrócić z pustym wiadrem. Po
południu razem z mamą czyściłyśmy grzyby i segregowałyśmy je
na zapiekanki, do słoików i do suszenia. A suszyło się dosłownie
wszędzie: na kaloryferach, w piekarniku, na kuchence. W całym
domu przez okres jesieni pachniało grzybami, a moja mama
przechodziła samą siebie w kreatywności ich przyrządzania. Tyle
było wtedy w domu grzybów, że wstydziłam się zapraszać do
domu znajomych - dziś przyznaję, że nawet mi tego brakuje.
Mimo sprzyjającego klimatu, w Irlandii nie zbiera się grzybów,
a popularne pieczarki - białe lub brązowe - trzeba niestety po
prostu kupić w sklepie. Tegorocznym hitem sezonu jest łączenie
ich w tarcie ze świeżym tymiankiem i pomidorami suszonymi na
słońcu, a także w quasadillas, „inaczej”. A zatem:
Tarta z pieczarkami, tymiankiem i pomidorami suszonymi
na słońcu
• 1 opakowanie ciasta francuskiego
• 1 małe jajko
• kilka suszonych pomidorów
• 2 łyżki liści tymianku
• ok. 250 gram pieczarek
• 1 łyżka masła
• sól i pieprz
• oliwa z oliwek
• 1 kulka mozarelli
Sposób przyrządzania:
• Usmaż pieczarki na maśle ok. 10-15 minut. Posól
i popieprz.
• Wysmaruj naczynie do tarty oliwą.
• Pokrój w kosteczkę pomidory z zalewy (jeśli masz
suche namocz je wcześniej w gorącej wodzie).
• Przygotuj liście tymianku.
• Rozwałkuj trochę ciasto i przełóż do naczynia
do tarty.
• Wysmaruj ciasto roztrzepanym jajkiem.
• Układaj kolejno warstwy:
• pieczarki
• tymianek
• suszone pomidory
• kawałki mozzarelli.
• Skrop oliwą.
• Piecz w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni
przez 25-30 minut – aż tarta ładnie zbrązowieje
i będzie chrupiąca.
75
• 1 łyżka masła
• 100 g pieczarek
• 100 g fety
• 2-4 kromki chleba bądź bagietki
• sól i pieprz
• sok z cytryny
• oregano, bazylia lub inne przyprawy
Sposób przyrządzania:
• Pieczarki pokrój w plasterki.
• Usmaż je na maśle z solą i pieprzem, przyprawami
i odrobiną soku z cytryny.
• Na drugiej patelni rozgrzej oliwę z oliwek, dodaj do niej
zmiażdżony czosnek
• Dodaj szpinak i przypraw go solą i pieprzem. Wymieszaj
i poczekaj, aż szpinak straci objętość.
• W międzyczasie pokrój fetę w kostkę.
• W tosterze, piekarniku lub na patelni grillowej
przygotuj grzanki.
• Podawaj, gdy grzanki będą gotowe i układaj na
nich kolejno:
• szpinak
• pieczarki
• fetę.
Quasadillas z pieczarkami, tymiankiem
i suszonymi pomidorami
• 1 cebula
• 4 pieczarki
• 2 łyżeczki świeżych liści tymianku
• 4 suszone pomidory
• 4 łyżki startego cheddara
• 2 pełnoziarniste wrapy
Sposób przyrządzania:
• Pokrój suszone pomidory z zalewy.
• Posiekaj cebulę i grzyby.
• Usmaż cebulę na maśle, dodaj pieczarki. Posól je
i popieprz.
• Następnie dodaj pokrojone w kosteczkę pomidory
i liście tymianku.
• Posmaruj patelnię grillową masłem.
• Umieść na niej wrap i na jego połowie ułóż farsz
z pieczarek
• Posyp serem.
•Zamknij wrap i smaż go na złoty kolor po obu stronach,
aż stanie się chrupiący i ser się rozpuści.
Mówię Wam: rewelacja, i do „next time”! ;-)
Te i inne przepisy możecie znaleźć na blogu lub na profilu
na Facebooku.
Pozdrawiam cieplutko!
http://natalerz.com/
Natalia
Grzanki ze szpinakiem, pieczarkami i fetą
• 100 gram szpinaku
• 2 ząbki czosnku
TEKST I ZDJĘCIA:
NATALIA OLSZOWA
76
w u n d e r k a m m e r
BRZYDKA POCZTÓWECZKA
Nagrobki Divine aka Harrisa Glenna Milsteada,
przyczyna śmierci: atak serca, komplikacje związane z kardiomegalią, pochówek: Prospect Hill Park
Cemetery, Towson, Baltimore County, Maryland, USA,
oraz Elizabeth Short aka Czarnej Dalii, przyczyna śmierci:
morderstwo, przecięta w pół, pochówek: Mountain View Cemetery, Oakland, Alameda County, California, USA,
źródło: http://www.findagrave.com/index.html
Nagrobki Bruca Lee, przyczyna śmierci: obrzęk mózgu,
i Brandona Bruca Lee, przyczyna śmierci: postrzał wskutek
wypadku na planie filmowym, pochówek: Lake View Cemetery, Seattle, King County, Washington, USA,
źródło: http://www.findagrave.com/index.html
w u n d e r k a m m e r
KRYPTOANIMALIA
Z PŁYTOTEKI HIPNOTYZERA
HIPPOTURTLEOX – rogaty potwór z tybetańskiego
jeziora Duobuzhe
Artysta: John Maus
Album: A Collection Of Rarities And Previously
Unreleased Material
Label: Ribbon Music
Rok: 2012
Możliwa rekonstrukcja wyglądu Hippoturtleoxa dokonana przez Tima Morrisa
źródło: http://karlshuker.blogspot.co.at
W związku ze szczególną sytuacją geopolityczną Tybetu
niewiele wiadomo o tej istocie. Jednakże od czasu do czasu
pojawiają się wzmianki. We wrześniu 1984 roku czołówki gazet obiegło owo dziwaczne zwierzę, które rzekomo
zostało wyłowione z tybetańskiego jeziora przeszło 12 lat
wcześniej. Istota ta została opisana jako wół, posiadający
ciało hipopotama, żółwie nogi oraz parę zawiniętych rogów
na głowie. Takiej krzyżówce fizjonomicznej zawdzięcza
swoją nazwę gatunkową, nadaną przez amerykańskiego
kryptozoologa J. Richarda Greenwella.
Wieść niesie, iż po schwytaniu zwierz został został
zadźgany bagnetami przez chińskich żołnierzy, a bezcenna
dla nauki tusza zaciągnięta do pobliskiej jezioru wioski. Nie
wiadomo, jak potoczyły się dalsze losy okazu, lecz niewykluczone, że został zwyczajnie zjedzony.
Karl Shuker – światowej sławy kryptozoolog – zbierając
dokumentację na temat hippoturtlexa nie natrafił na żadne
ślady rzeczonego jeziora, ani w Internecie, ani w atlasach.
Chociaż na płaskowyżu tybetańskim występują doTsłownie
tysiące jezior, więc niekoniecznie jest to zaskakujące. Uważa
się, że obszar ten znajdował się pod wodą morską, co wyjaśniałoby tym samym obecność tylu jezior, z których niektóre
są wypełnione słoną wodą. Niemniej jednak, ani wcześniej,
ani później innych doniesień o hippoturtlexie nie było.
Niestety bez kolejnego przedstawiciela tego gatunku nie
można nic więcej na ten temat powiedzieć. Można mieć
jedynie nadzieję, że jeśli się pojawi/ujawni, zostanie potraktowany lepiej od swego poprzednika.
Słuchanie tego albumu przywodzi mi na myśl kolor
fioletowy – na długo zanim jeszcze zobaczyłam okładkę – oraz
pogrzeb, na który dwie wyfiokowane starsze panie wysiadają
z autobusu PKS na trasie relacji Toruń-Bydgoszcz z wielkim wieńcem z napisem „Ostatnie pożegnanie” w przyjemnie deszczowy,
ale jakże szary dzień. A propos deszczu i duchoty, w Wikipedii
doczytałam się, ze kolor fioletowy przyjmowany był za ponury,
ale także „w latach 60. fiolet stał się kolorem buntu i przemian,
uznawano go za niekonwencjonalny i prowokujący, zaś odcienie
fioletu stały się symbolem młodości i poszukiwania wolności”
(patrz także: zdjęcie nr 3. z Szuflady Hoardera). Co świetnie się
sprawdziło jako potwierdzenie moich skojarzeń swoistych rites de
passage z dźwiękami płynącymi z tworów Mausa, szczególnie jeśli
pojmować je przez pryzmat smutku.
Zatem, wracając, pogrzeb ten jest – jeśli na moment zamkniemy oczy – niczym wybieg mody z lat osiemdziesiątych, w których
dominują piękne i dostojne materiały: welwetowe kapelusze
z małym rondem, atłasowe rękawiczki i aksamitki. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie, ale wcale się nie dłuży. Wskakujemy
wielkim susem w środek akcji, by powywijać rokendrola na stypie
z dawno niewidzianą krewną, albo – francuskie pawany, mając
ochotę nałożyć czerń i transgresyjne akcesoria, najlepiej z dodatkami koronek, i teatralny makijaż, niekoniecznie zdając sobie
sprawę, gdzie się znajdujemy, tudzież zapominając się na chwilę
przy dźwiękach intergalaktycznego tanecznego weltschmerzu.
Można też się rozmarzyć, iż przenosi nas do niebiańskiego kina,
w którym grają film „Footloose” z Kevinem Baconem, z duszą
jeszcze bardziej gorejącą synestetycznym cierpieniem i pokrytą
sromotą istnienia, a do którego to muzykę zrobiłby niejaki John
Maus – behemot ze słabością do dewocjonaliów.
Zdecydowanie pasują infantylne łakocie, które zwykliśmy się
wstydzić jeść publicznie; albo każdy rodzaj comfort food, o ile
przygotuje je dla nas ktoś, komu nieobcy jest nasz dojmujący
smutek na tym ziemskim padole. Ale dobrze spisuje się także
obieranie pomarańczy przy pomocy scyzoryka z wygrawerowaną
różą, jednocześnie z podpieraniem ściany plecami i z jedną stopą
podniesioną przez bohatera o złotym sercu w typie „Rumble Fish”.
Tutaj więcej dworskiego karaoke okrutnego teoretyka:
http://www.upsettherhythm.co.uk/johnmaus.shtml
I pamiętaj – Don’t Worship The Devil!
77
78
w u n d e r k a m m e r
KĄCIK DZIWOLĄGA
Czarna Dalia: Elisabeth Short (29 Czerwca 1924 –
15 stycznia 1947)
Media przedstawiały postać Elizabeth Short z różniących się
od siebie perspektyw jako „Manipulative playgirl. Aspiring starlet.
Naïve cock tease. Troubled soul”. Zapewne twórcy z domu mody
Givenchy nie mogli się zdecydować, które z tych wcieleń jest
autentyczne. Zatem uchwycili wszystkie oblicza w zapachu Dahlia
Noir woniejącym uśmiechem Glasgow, którym obdarowują nas
nie tylko postacie z Mechanicznej Pomarańczy, ale także jakże
sugestywny nemezis Batmana – Joker, a idąc krok dalej, jest
w nim też dająca się wyczuć nuta tanioszki.
Jej makabryczne, gwałtowne morderstwo nie zostało wyjaśnione do dziś, ale jeśli brat pozwoli mi się zbliżyć do konsoli, to postaram się rozwikłać zagadkę zabójstwa Czarnej Dalii, zgłębiając
grę „L.A. Noire” lub sięgnę ponownie po odcinek „Spooky Little
Girl” serialu „American Horror Story”, w którym wątek Czarnej
Dalii jest motywem przewodnim.
A tymczasem odsyłam do średniej klasy filmografii:
Klasycznie kultowa celebrytka, z gatunku tych, która dopiero po
swej niechybnej śmierci trafia w szeregi najjaśniejszych, inspirujących rzesze twórców pereł o porcelanowej cerze i kruczoczarnych włosach. O Czarnej Dalii można by długo, można
by dobrze, ale można by też źle. Źle to jednak najlepiej będzie,
gdyż pierwotnie pomylona została z manekinem sklepowym.
Fascynację tą postacią sytuujemy w klaserze gdzieś pomiędzy
Johnem Waynem, Gacy w najgorszym z możliwych przebrań
klauna a nordyckim wampirem Erickiem. Krąży plotka
o spisku, za którym niejako stała Betty Page. Ponoć sprawnie
wyeliminowała rywalkę do korony „najsłynniejszej Pin-Up Girl”
i jednocześnie protoplastkę stylu bondage i ostatecznie – ku jej
nieszczęściu – snuffu. Kto wie, może nawet udałoby się jej zostać
sławną aktorką, do czego rzekomo aspirowała. Acz nie udało
się Betty wyrugować biednej Elżbiety całkowicie z pamięci, gdyż
zostawiła ona wyraźny ślad w popkulturze. Dla wyjątkowo sentymentalnych istnieje możliwość pozostawienia wirtualnych kwiatów
na jej grobie. Uwaga, podaję adres pochówku: /patrz więcej:
Brzydka Pocztóweczka/
“The Blue Gardenia” (1957), reż. Fritz Lang
“Who Is the Black Dahlia?” (1975), reż. Joseph Pevney
“True Confessions” (1981), reż. Ulu Grosbard
“Hunter” (s:4 e:13) “The Black Dahlia” (1988)
“The Black Dahlia: Case Reopened” (1999), reż. P.K. MacCathy
“Feast of Death” (2001), reż. Vikram Jayanti
„Czarna Dalia” (2006), reż. Brian De Palma
“The Curse of the Black Dahlia” (2007) reż. Dan Goldmana
“The Devil’s Muse” (2007), reż. Ramzi Abed
“The Black Dahllia Murder: Majesty” (2009)
“The Black Dahlia Haunting” (2012), reż. Brandon Slagle
“South Beach Tow” (s:2 e:8) “Black Dahlia”
“American Horror Story” (s:1 e:9) “Spooky Little Girl”
w u n d e r k a m m e r
Z SZUFLADY HOARDERA
SZEMRANY TALERZYK
Owoc granatowca (Punica granatum), jabłko Wschodu o przepięknych pomarańczowych kwiatach w trakcie kwitnienia. Pochodzące
oryginalnie z terenów dzisiejszego Iranu – starożytnej Persji
i Mezopotamii, któremu Fenicjanie pomogli się rozprzestrzenić po
obszarze Bliskiego Wschodu, by w późniejszym okresie zawędrował w niemal każdy ciepły zakątek globu. Jeden z najstarszych
owoców, uważany za życiodajny, o którego istnieniu można przeczytać w najdłużej znanych ludzkości księgach.
Sok z granatu świetnie gasi pragnienie, jest jednocześnie słodki i kwaśny, i był znany od wieków w kuchni perskiej, gruzińskiej,
ormiańskiej i indyjskiej. Grenadyna, czyli skoncentrowana wersja
soku, nie jest współczesną fanaberią barmańskiej mixologii, lecz
występowała już jako składnik potraw pierwszych cywilizacji. Stosuje się ją w fesenjān – bliskowschodniej wersji gulaszu na bazie
drobiu z dodatkiem orzechów włoskich, podawanego z ryżem,
a także w āsh-e anār – czyli korzennej zupie grochowej z miętą.
Ponadto może stanowić bazę sosu typu winegret bądź marynat
do mięs, a także jest dodawany do ajiki – kaukaskiego pesto oraz
innych w typie dipów i relishy. Owocowe cząstki granatu są świetne na surowo, w sałatkach, a także we wszelkich rodzajach deserów, np. jako przybranie güllaç – tureckiego prototypu baklawy
z mlekiem, spożywanego w okresie Ramadanu. Do łakoci
z granatu należą także sorbety czy konfitury, natomiast
w Grecji i na Cyprze granat znajduje się wraz z bakaliami
w potrawie koliva, która jest rytualnym posiłkiem żałobnym.
Od koloru granatu i potrawy, do której się go stosuje jako
garnisz, Chiles en nogada – faszerowane ostre papryczki, bierze
swą czerwień flaga Meksyku.
W tym miejscu warto wspomnieć o przepięknym filmie „Kolor
granatu”, kreślącym wewnętrzne życie Sayat Novy – ormiańskiego poety, przypominające krwisty plaster miodu. Niesamowite,
nostalgiczne i poetycko eteryczne obrazy w filmie Siergieja Paradżanowa portretują archetypy kaukaskiej zbiorowej pamięci
z początku XX wieku, są dekadencko ułożone pomiędzy bizantyjskimi ikonami w oniryczne sekwencje wyjątkowej urody. Niezwykle powolne taneczne ruchy bohaterów są skrupulatnie wkomponowane w nieomal niemy taniec, nasycony głębokim smutkiem
purpurowych kropli soku z granatów, wsiąkających
w starożytne tkaniny.
Poza tym ten piękny purpurowy owoc można wykorzystywać
zupełnie bez ograniczeń. Zachęcam.
79
r e c e n z j e
książka
80
CALINECZKA I SPÓŁKA
Tytuł „Dziewczyńskie bajki na dobranoc”
nieco mnie zmylił. Zamówiłam tę książkę
na prezent dla dziewięcioletniej córki, jednak okładkowy Kapturek w seksownym,
czerwonym wdzianku dał mi wyraźnie do
zrozumienia, że powinnam poszukać innego prezentu. Książkę zarekwirowałam dla
siebie i na kilka dni utonęłam w codzienno-baśniowych historiach jej bohaterek.
Zadanie, jakie dostały Autorki, wydaje się
proste: napisz własną interpretację jednej
z klasycznych bajek. I tu otwiera się całe
morze możliwości – z tysięcy opowieści
wybrać tę jedną, wyłuskać jej bohaterów,
uwspółcześnić ich i na nowo stworzyć ich
historię. W ten sposób powstało osiemnaście nowych, współczesnych bajek, które
łączy jedno: brak uroczej oczywistości
happy endu.
Chyba każda kobieta w swych dziewczyńskich marzeniach chciała być księżniczką. Jednak okazuje się, że bycie
księżniczką nie jest wcale łatwiejsze ani
przyjemniejsze, niż bycie zwykłą zjadaczką chleba. To, czy z brzydkiego kaczątka
przeobrazimy się w łabędzia, zależy wyłącznie od nas, od siły naszego ducha.
A Gerda nie zawsze znajdzie Kaja,
nawet poświęcając wszystko, by go
znaleźć. Takie są niestety efekty uboczne
bycia dorosłym.
POGODZENIE
Antologia została stworzona przez kobiety dla kobiet. Tylko kobieta jest w stanie
zrozumieć, że odpowiednie buty mogą
odmienić los, a perły hodowlane stać się
przyczyną rozpadu nieźle zapowiadającego się związku. Być może jakiś mężczyzna, pragnący zrozumieć płeć przeciwną,
zagłębi się w tej książce i niejeden raz
z niedowierzaniem pokręci głową nad
przewrotnością kobiecej natury.
Kolejny tom poezji Grzegorza Kwiatkowskiego nie zaskakuje kibica jego twórczości niczym szczególnie nowym, ale pokazuje, że konsekwentnie podtrzymywany
wybór określonej stylistyki nie jest w tym
przypadku zjadaniem własnego ogona,
lecz prowadzi autora do coraz pełniejszej
formy przekazu i coraz jaśniejszej dla odbiorcy wizji leżącej u podstaw lub kryjącej
się gdzieś na drugim dnie.
Pomysłodawczynią i redaktorką „Dziewczyńskich bajek” jest Beata Rudzińska,
zaś tytułu użyczyła Ewa Aksienionek,
autorka fotografii ilustrujących książkę.
Obrazy znakomicie uzupełniają treść,
często zaskakując własną interpretacją
opowieści. Na przykład okładkowe zdjęcie
Czerwonego Kapturka, uwodzicielsko spoglądającego spod rzęs, a w dłoni nonszalancko trzymającego pistolet to metafora
końca niewinności, końca bajki. Wzrok
dziewczyny mówi: „Teraz, wilku, pobawimy się na moich zasadach!”.
Z „Radości” wyłania się wizja świata
przeżartego bezmyślnością i okrucieństwem – jedno drugiemu towarzyszy,
a drugie z pierwszego nierzadko wynika.
Ale widzimy też pogodzenie się z takim,
a nie innym obrazem rzeczywistości:
Po zakończeniu lektury i kilku dniach
obcowania z postaciami z bajek, pozazdrościłam Autorkom tak interesującego
zadania. Myślę, że zmaganie się z własną
wersją baśni, wpajanych nam uporczywie
od dzieciństwa, to znakomita forma autoanalizy, pozwalająca uporać się z osobistymi demonami.
Polecam „Dziewczyńskie bajki” do poduszki, chociaż nie jest to lektura, po
której przyśnić się może książę na białym
koniu. Ale z takich snów chyba już wyrosłyśmy, prawda?
ANNA LADORUCKA
„Dziewczyńskie bajki na dobranoc”
Antologia pod redakcją Beaty Rudzińskiej
Wydawnictwo AMEA
2008
„widziałam psy zjadające trupy
dziewczyny które gniły z kijem między
nogami
byli częścią pejzażu
jak drzewa i cała reszta”.
(„Sylvie Umubyeyi, ur. 1974”)
Pogodzenie, które ma posmak rozpaczy.
Bo te wszystkie pokazywane przez poetę
zbrodnie, potworności przez obecność
w zwyczajności dnia codziennego stają się
bardziej upiorne. Czy jest to pełna wizja
świata? Czy może raczej odczucie, jakie
się wynosi po zagłębieniu w mroki ludzkiej egzystencji – które to mroki jednak
nie są aż tak bardzo powszechne? A może
są powszechne, tylko wybrzmiewają
w swojej pełnej, złowieszczej krasie jedynie
w pewnych wyjątkowych okolicznościach?
Takimi okolicznościami były czasy okupacji i Zagłady, do których autor często
sięga. Można zadać sobie pytanie, czy nie
ociera się to nieraz o banał, ale od razu
pojawia się pytanie odwrotne: czy wrażliwy, myślący mieszkaniec naszego kraju
może spokojnie spać, wiedząc, co się tu
działo kilkadziesiąt lat temu? Można sobie
raczej zadać pytanie, dlaczego wyłącznie
o tym bez ustanku się nie pisze i mówi:
mając w swojej przeszłości taką ranę, powinniśmy robić wszystko, by to, co w niej
tkwi, uświadomić sobie, omówić, zbiorowo leczyć?
Ale nie tylko na tamtych czasach skupiają się „Radości” – chodzi również
w głównej mierze o ukazanie jak najpeł-
r e c e n z j e
teatr
niejszego ciemnego oblicza życia człowieka. Czy może po prostu „oblicza” (bez
„ciemnego”)? Może nie jest aż tak źle
i strasznie? Wszak ta zwyczajność kontrastująca z przenikającym ją bestialstwem kontrastuje właśnie przez to, że
jest czymś ludzkim, w pozytywnym tego
słowa znaczeniu. Do tego – przenikające
wszystko między wierszami wrażliwość
i współczucie, które jeszcze dobitniej
wskazują na to, co jasne w naszej egzystencji. Ale w tej wrażliwości i współczuciu
mamy też od razu, wspomniane, pogodzenie się i rozpacz. I tu mój podziw dla
poety, że jest w stanie to nawarstwienie
sprzeczności przekonująco ukazać.
To tak, jak tytułowe „Radości”, które
w kontekście całości przekazu są czarną
ironią, ale w kontekście tytułowego wiersza – czymś krzepiącym:
„wiosną wędrowaliśmy z bratem
żeby pozbierać i zakopać zdechłe
sarny
które nie przeżyły zimy
albo wpadły w sidła
i wykrwawiły się”.
(„radości”)
A może i krzepiącym w kontekście całości
przekazu? Przecież to są często właśnie
takie przebłyski drobnych radości pośród wszechobecnego mroku i zgnilizny?
Chwile, które należą do poezji, nawet
gdyby ukazywały ciemność. A może właśnie – przez to, że umieją ją pokazać?
„nigdy wcześniej nie kojarzyłem tych
czynności
ale zdechłej ryby nie wyciągnąłbym z
wody
i tak samo nie wyciągnąłem z niej tych
ludzi”
(„ludzi”)
MAREK ROZPŁOCH
„Radości”
Grzegorz Kwiatkowski
Biuro Literackie
2013
TU SIĘ NIE ZGINA…
Podejrzewam, że równie jak ja mają
Państwo już dość słuchania informacji
o grasujących po miastach bandach mułów ostrych, z którymi spotkanie ciemną
porą na ulicy (a ostatnio nawet za dnia
na plaży!) zakończyć się może dostaniem
w dziób za zbyt inteligentną lub ciemną
twarz. Malina Prześluga, autorka sztuki
„Dziób w dziób”, której prapremiera miała miejsce tuż przed wakacjami w toruńskim Baju Pomorskim, podjęła ten temat,
przenosząc go w świat zwierząt, a konkretnie miejskiego ptactwa, które równie
brutalnie jak ludzie rządzi „na dzielni”. Powstał gorzko-mądry i prześmiewczy spektakl dla dzieci starszych i dorosłych oraz
głośny protest przeciwko udowadnianiu
swoich racji tylko siłą. Jak to w tekstach
Prześlugi, jest tu i groźnie, i dowcipnie, ciepło
i ostro zarazem, jest też mądrość
jednostki oraz głupota grupy – czyli, niestety, arcyswojsko.
Prowokacja tej sztuki nie jest niczym nowym w teatrze, o ile się nie zapomni, że
patrzymy na scenę lalkową – a to już duży
plus dla twórców w podstawowym dialogu z publicznością. Od pierwszej sceny
tej bajki, gang gołębi-skinheadów, żądny zemsty za rzekome „zabicie” swego
ziomala Janusza, bardzo głośno domaga
się sprawiedliwości. Niezbyt rozgarnięte
ptaki znajdują swą ofiarę w odwiecznym
wrogu – kotce Dolores, bowiem tylko ją
w swych ptasich móżdżkach podejrzewają o uśmiercenie kumpla. Nie znaleziono
jego ciała, ale cel jest jasny: mimo grożącego niebezpieczeństwa należy pomścić
przyjaciela i iść na wojnę! Choć jedyną ich
bronią są ostre dzioby i „obsryndalanie”
wszystkiego dookoła, to w grupie czują
się na tyle silne, iż nawet, gdy u kolejnych
jej członków pojawiają się pewne wątpliwości – to i tak pójdą za swym wodzem,
Zbigniewem. Przyznam, że kompletne
wydrążenie wewnętrzne gołębich „bohaterów” nieco blokuje identyfikację widzów
z ich pomysłem: czy zabicie Dolores rzeczywiście ma uratować honor bandy?
Przywódca grupy nie zamierza nawet
szukać dowodów morderstwa – wiadomo, tylko kotka mogła pożreć Janusza.
Bezwzględny Zbigniew rządzi twardym
pazurem i nie zamierza brać pod uwagę
żadnych innych opcji, ale gdy do bandy
próbuje dołączyć mały wróbelek Przemek,
obsesyjny plan zemsty gołębi zaczyna się
gdzieś rozmywać. Przemek (niezwykle
przejmujący w tej roli Krzysztof Parda),
to neurotyczny, zagubiony samotnik, wygnany ze swego stada po śmierci braciszka, który wypadł z gniazda. Pędzi żywot
z poczuciem winy i pragnieniem bycia
w grupie – ba, jest nawet gotowy zaryzykować własnym życiem, by zdobyć zaufanie groźnych gołębi.
Wróbel wspólnie z nimi na wojnie z kotem? Niemożliwe? U Maliny Prześlugi jak
najbardziej – i tak po pierwszych nieco
„odpychających” scenach, mimo planowanej bitwy, dochodzimy do klimatów
łagodniejszych. Spektakl wyreżyserował
Zbigniew Lisowski, dając swym aktorom
fantastyczne pole do popisu w prowokującym (z przymrużeniem oka), ale i mądrym portrecie psychologicznym współczesnych „groźnych” – w grupie mocno do
siebie podobnych, a w pojedynkę – jakże
rożnych. I tak przywódca, Zbigniew (Mariusz Wójtowicz), w swej brutalnej sile,
ale i chwilowym zagubieniu bardzo przypomina pewnego pana z polityki, zaś jego
podwładni: Andrzej Korkuz w roli Stefana
i Krzysztof Grzęda, jako Heniek swoje role
również szkicują wdzięcznie, znajdując
własne tony w roztargnieniu pomiędzy
lekkomyślnością a totalnym przerażeniem, które podpowiada im intuicja. Byliby
groźni, są jednak śmieszni we wszystkich
działaniach, z drobnymi odmiennościami
81
r e c e n z j e
gestów, tu lekki żart, tam hasło z reklamy – ośmieszają nimi koła mechanizmów
przemocy – przypominają dzięki swej malutkiej dozie indywidualności, że są to jednak gołębie indywidua, ale zdegradowane
do posłusznych żołdaków. Wreszcie jedyna w tym gronie gołębica Mariolka – kolejna genialna rola Dominiki Miękus, grającej z taką werwą i kondensacją emocji,
że aż otwieramy dzioby! Mariolka z jednej
strony swą moc czuje w jedności z bandą,
ale jest zarazem zaskakująco delikatna
i troskliwa w relacji z wróblem Przemkiem.
To ona pomoże mu dostać się do gangu
i to w sposób wielce niebezpieczny: malec
pójdzie na pierwszy ogień do kotki Dolores, by porozmawiać, jak to było z tym
„zjedzeniem Janusza”. W tym momencie
sztuka z miejskiego blokowiska wkracza
w świat baśni, a rozmowy Przemka z kotką
Dolores na szczęście nie pulsują już tylko nienawiścią i fanatyzmem. Kotka jest
wielką tajemnicą, której chyba sama nie
zna, groźną i ciepłą zarazem, a jej postępowaniem kieruje elementarna uczciwość,
którą jednak odkrywa stopniowo. Kreująca tę rolę Edyta Łukaszewicz-Lisowska
pięknie stworzyła na scenie pełną osobowość postaci – posłuszno-nieposłusznej
inteligencji zła i przekory. I wreszcie przewijający się przez cały spektakl zaginiony
gołąb Janusz (nie zdradzę, co się z nim
rzeczywiście stało) w bardzo udanej kreacji Jacka Pysiaka, który nadał znacznym
partiom przedstawienia niezbędny dynamizm w zarówno w partiach gitarowych,
jak i zaskakującym finale.
Warto wybrać się na „Dziób w dziób”
całą rodziną, obejrzeć bajkowy komentarz naszej rzeczywistości, prezentujący
zderzenie nieludzkiego z ludzkim i inności osaczonej nienawiścią przez każdego,
kto mówi innym językiem, jak w wieży
Babel na plakacie przedstawienia. Warto
także zobaczyć, jak w Baju Pomorskim
ogromnie dba się o kompozycję obrazu
na scenie, precyzję oraz czystość planów
aktorskiego i lalkowego. Zobaczycie kota,
jakiego jeszcze nie widzieliście (scenografia i kostiumy Dariusz Panas), posłuchacie
na żywo muzyki Mateusza Jagielskiego
i … Maurice Ravela. Zaleca się bardzo, bo
z przymrużonym okiem i bez pazura –
żyć łatwiej.
ARAM STERN
Malina Prześluga, „Dziób w dziób”
reż. Zbigniew Lisowski
premiera 23 czerwca 2013
Teatr Baj Pomorski
Film
82
KOLORY NIEZALEŻNOŚCI
(„DZIEWCZYNA Z SZAFY”
BODO KOXA)
Ich troje w jednym bloku. Jacek (Piotr
Głowacki) – niezręczny wesołek wciąż poszukujący „tej jedynej”, jego brat Tomek
(Wojciech Mecwaldowski) – autyk, nieszkodliwy gdy „nie dziczeje” i ona – Magda (Magdalena Różańska) – posądzana
o depresję badaczka światów równoległych, wierząca, że potwory nie mają
wstępu do jej szafy. Życie bohaterów odmieni niespodziewana nić porozumienia,
zawiązująca się między Magdą a Tomkiem, która każdemu z tego osobliwego
tria pomoże zmierzyć się z największymi wyzwaniami: samotnością, brakiem
akceptacji, z trudnym życiem „razem”
i jeszcze trudniejszym odchodzeniem najbliższych osób.
Magda to kolejna „wylogowana z życia”,
jednak próżno szukać w filmie Koxa społecznego dydaktyzmu „Sali samobójców”
Jana Komasy. Dziewczyna po prostu nie
chce karmić niczyjego złudzenia o powinności odczuwania i poszukiwania społecznie akceptowanych przyjemności, Nie
wiemy, co jej się przydarzyło, podobnie jak nie wiemy, jak wyglądało życie
braci przed chorobą Tomka. Wierzymy
jednak w oryginalność tych postaci, nakreśleni zostali bowiem bez nuty fałszu
i doskonale zagrani przez najciekawszych
obecnie polskich aktorów, z brawurowym
duetem Głowacki–Mecwaldowski na czele. W „Dziewczynie...” Bodo nie ukrywa
inspiracji amerykańskim kinem niezależnym, choćby twórczością Wesa Andersona, z którym łączy go nie tylko pietyzm
w budowaniu świata przedstawionego, ale
również szczególny wypadek wyobraźni,
w której to muzyka uruchamia obrazy.
W swoim mainstreamowym debiucie „dinozaurowi kina niezależnego” udało się
uniknąć prowadzącej na manowce publicystyki oraz infantylnego autobiografizmu. Stworzył rzeczywistość daleką od
katalogowego świata TVNowskiego, od
„Hollywood na miarę naszych możliwości”
i – tak dobrze znanego – polskiego smutku. W tym kameralnym komediodramacie
rozpacz i pogoda ducha przeplatają się,
są bowiem w życiu rzeczy zbyt straszne,
by dopuścić je do siebie bez ocalającego
wentyla bezpieczeństwa, czyli poczucia
humoru. Choć Kox korzysta ze schematów
kina gatunkowego (np. komedii romantycznej), to wyobraźnia i dystans chronią
go od powielania sentymentalnych klisz
oraz dosłowności, która zbyt często zabija
polskie filmy.
By zrozumieć, że „mniej znaczy więcej”,
potrzeba nie tylko wrażliwości (której
nauczyć się nie sposób), ale również
świadomości medium filmowego. Doskonała znajomość warsztatu potwierdza,
że Bodo jedynie formalnie może być nazwany debiutantem, ponieważ korzysta
z wieloletnich doświadczeń, które zdobył na gruncie polskiego kina offowego.
Właśnie dzięki takim udanym transferom
„młodych zdolnych” kina niezależnego do
głównego obiegu, możliwe jest prawdziwe odrodzenie rodzimej kinematografii.
Być może sukces „Dziewczyny z szafy”
przekona producentów, że warto szukać
nowych autorów właśnie na tym, nie traktowanym nigdy poważnie, polu.
Sam Bodo Kox nie daje się zaszufladkować. Obecnie deklaruje chęć rozwoju za-
r e c e n z j e
równo niezależnych projektów, jak i pracy komercyjnej (Kox polskim Stevenem
Soderberghiem?). Skąd taka deklaracja?
Jest filmowcem już od lat, zna reguły
tego fachu i wie, że to sukces warunkuje
realną niezależność i zapewni przewagę
w rozmowach dotyczących kolejnych
projektów. Ponad wszystko zaś – podobnie jak bohaterowie jego filmu – nie godzi
się na odmierzanie świata jedną miarą,
wciąż badając granice życiowego i zawodowego anarchizmu.
KAROLINA ROBACZEK
Dziewczyna z szafy
reż. Bodo Kox
2012
PRZED „BLUE JASMINE”...
Najnowszy film Woddy’ego Allena, „Blue
Jasmine” nie doczekał się zgodnie ze
świecką tradycją swojej uroczystej premiery w Cannes. Po tym zdaniu powinienem oddać się przynajmniej jednej
dykteryjce, jak to ten niezwykle istotny
fakt postawił na głowie krajową dystrybucję filmową, odcinając polskich fanów
od dorobku amerykańskiego autora, jak
to liczni nasi „alllenolodzy” i „allenoznawcy”, stając na głowie, zinterpretowali ten
fakt jako złowrogą, nostradamusową
przepowiednię. Być może byłoby to nawet ciekawe, lecz nic z tych rzeczy nie
miało miejsca. Ewentualny konflikt został
stłamszony w zarodku, a na polską premierę „Blue Jasmine” czekać musieliśmy
niecały miesiąc. Sukces biorąc pod uwagę
popularność Allena w Polsce. Lecz kinoman przezorny, to kinoman ubezpieczony.
Sprawę w swoje zapobiegliwe ręce wzięła
Fundacja Działań Artystycznych I Filmowych „Ruchome Obrazy”, wprowadzając
pod koniec czerwca do naszych kin zeszłoroczny film dokumentalny „Reżyseria:
Woody Allen” znanego skądinąd Roberta
B. Weide’a.
Referencje Pana Weide, posiadającego
kilka statuetek Emmy, zaczynają się od
przywrócenia do życia fenomenu braci
Marx, o których film dokumentalny pragnął wyprodukować już od końca lat siedemdziesiątych (wielki sukces „The Marx
Brothers In a Nutshell” z 1982). Zaangażowanie w wywyższenie poczucia humoru
jako dobra narodowego skłoniło Weide’a do produkcji serii pełnometrażowych
dokumentów o życiu i twórczości W.C.
Fieldsa, Morta Sahla i Lenny’ego Bruce’a
(„Swear to Tell the Truth” nominowany
do Oscara w 1998). Do roku 2011 pełnił
funkcję producenta wykonawczego sitcomu „Pohamuj entuzjazm” („Curb Your Enthusiasm”) z Larrym Davidem (Boris Yellnikoff w Allenowskim „Whatever Works”).
Lista zasług Roberta B. Weide’a jako
producenta kreatywnego i reżysera jest
jednak w rzeczywistości znacznie dłuższa
i ciekawsza, a jak mniemam, w pracę jego
nie wkrada się stagnacja i zniechęcenie.
Wszakże widać już, że mamy do czynienia
z kimś niebanalnym i okrzesanym. Mówiąc
krótko: z dokumentalistą inteligentnym
i kompetentnym.
Dlaczego – a przecież uszczypliwie
i z troską – pisałem w pierwszych słowach tego tekstu o „allenoznawcach” jako
o potencjalnych odbiorcach złej wróżby,
gdy niezauważalnie niemal zakołysał się
rytm filmowego świata wywołany premierą nowego filmu Allena? Bo oni WIEDZĄ,
że to nic nie znaczący fakt. Jeden miesiąc w taką stronę czy w tamtą, nie ma to
znaczenia. Ba! Nie ma znaczenia, gdyż ta
nieszczególnie tajemna wiedza dotycząca
prawideł produkcji filmowej i dystrybucji
festiwalowej nie chwieje oddolnie odbiorem kina w Europie. Przecież nie tylko „allenolodzy” wiedzą o rytmie pracy Allena,
uczestnicy kultury filmowej również, widz
wciągnięty w autorską grę według zasad
reżysera również będzie wiedział po kilku,
kilkunastu seansach wiele. MY RÓWNIEŻ
WIEMY (że uderzę w postfuturystyczną
nutę). To, do czego zmierzam, jest równie
klarowne jak kompetencje reżysera filmu
„Reżyseria: Woody Allen”. Dokument ten
jest wizualizacją truizmów i oczywistości.
Zastanawiało mnie zawsze, dlaczego
w Polsce brak konkretnej monografii twórczości Allena? Filmoznawczej,
o „twardych” walorach naukowych. Tej
jednej, jedynej „księgi-źródła”. Odpowiedzią pierwszą byłaby ta, która stwierdzałaby, że monografii się już po prostu nie
pisze, lecz tak przewrotna riposta mnie
nie zadowala. Przecież Allen nie jest polskiemu widzowi obojętny, wręcz przeciwnie. Szeregi artykułów, zbiory dramatów,
opowiadań, książeczki plotkarskie i mini-wprowadzenia, biografie, wywiad-rzeka
Erica Laxa. Jednak w pewnym sensie odpowiedź na to pytanie odnalazłem dzięki
filmowi Roberta Weide’a. Bo polski widz
WIE. Rozumie najprostsze referencje
i zachował umiejętność łączenia skojarzeń
w pewne ciągi narracyjne. Allen jest stylem, czymś co stosunkowo łatwo mentalnie wizualizować, a mając oparcie
w wydanej na polskim rynku 5 lat temu
książce-wywiadzie Erica Laxa z Allenem,
odnajdziemy niemal identyczny spis treści, co montaż filmu Weide’a. Czy chcę
przez to powiedzieć, że ktoś o tak olbrzymich zasługach dla amerykańskiego przemysłu rozrywkowego jak Robert B. Weide
traktuje swoich współrodaków jako analfabetów? Nie. „Reżyseria: Woody Allen”
to dla europejczyka pogrubianie liter rozwiązanej, stosunkowo prostej krzyżówki.
Być może odgrywa tu rolę europejska nostalgia za wodzowskim kinem autorskim,
a być może błędny punkt wyjścia reżysera. Weide’a „The Marx Brothers In
a Nutshell” było rzeczywistym przedstawieniem humoru braci Marx ludziom
znacznie młodszym w chwili, gdy tych
wspaniałych komików nie było już w biznesie (materialny status „biznesu” można w tej chwili interpretować zgodnie
z przekonaniami). Przez ten skąpany
w truizmach film odnosi się przykre i niepokojące wrażenie marginalności twórczości Allena w jego własnym kraju, marginalności jego statusu – kogoś w rodzaju
wyrzutka. I jest to tylko wrażenie wywołane bezrefleksyjnością montażu „gadających głów”.
Uchybieniem byłoby nazwanie tego filmu
„bezinformacyjnym”, więc tego nie zrobię.
Zostawię to hasło w domyśle, naddając
mu pewnej niezamierzonej refleksyjności.
Refleksja zaczyna się w chwili,
83
84
r e c e n z j e
gdy widz orientuje się, że film nie zawiera
żadnych specjalnie wyszukanych metriałów archiwalnych, posługuje się ogólnikowymi stwierdzeniami na wpół anonimowych ludzi. Mimo całego szacunku, jakim
Allen otoczony jest przez autorów dokumentu, nad filmem unosi się nieznośna
martwota. Nieznośna.
PIOTR BURATYŃSKI
Reżyseria: Woody Allen
reż. Robert B. Weide;
muzyka
2012
Powtarzają się - pochlebne recenzje na
ich temat.
Grupa została założona w 2012 roku,
jednak jej członkowie nie są debiutantami. Jest ich czterech i maczali palce
w wielu udanych projektach muzycznych, myślę że najbardziej znanymi są
„Ed Wood” i „Stwory”. Mamy więc gitarę, bas, dwie perkusje (słychać zasadność
tego rozwiązania szczególnie w utworze
„Exe”), syntezatory i przetworzony wokal. Co z tego wyszło? Odnoszę wrażenie,
że album spójny koncepcyjnie, utwory
układają mi się w jakąś całość, ale nie
stylistycznie. Jest tu ambientowy „Ho”,
monotonny „Tap”, nieharmoniczny „Koty
Psy”, industrialnie-hardcore’owy „Zodiak”
i łączący chyba wszystkie te elementy,
otwierający płytę „Primax”… Jednak nawet gdy brudne, noisowe brzmienia biorą
górę, nie przytłaczają, przebija się przez
nie wyraźna struktura, porządek i lekkość.
Ambient daje pewną dozę wytchnienia
i działa jak imbir oczyszczający kubki
smakowe przy jedzeniu sushi. Warto poznać i śledzić, możemy oczekiwać wielu
ciekawych dźwięków z ich strony.
Teksty są głównie zasługą wspomnianego Grzegorza, który popełnił kilka tomików wierszy posługując się tą stylistyką,
jednak nie wyśpiewuje swoich wierszy,
a prostsze teksty właśnie, po angielsku,
by lepiej współgrały z muzyką. Z jednej strony szkoda, ich utwory z polskimi
słowami brzmią naprawdę nieźle, co nie
jest proste do osiągnięcia. Z drugiej dobrze się tego słucha, więc nie ma
sensu marudzić.
To drugi ich album (pierwszy lp nazywa się… „LP”) i co tu kryć, jest o wiele
bardziej przemyślany od poprzedniego.
I dopracowany. Gościnnie zagrali Mikołaj Trzaska (saksofon i klarnet) i Tomasz
Ziętek (trąbka). co dodaje dodatkowego
smaczku. Miałem mieszane uczucia co
do „++”, jednak po przesłuchaniu „LP”
doszedłem do wniosku, że zmierzają
w kierunku który jest dla mnie interesujący. Wsłuchałem się dokładniej i kilka
utworów trafiło do mojej stałej playlisty.
Całość wprowadza w odpustowy trans
z karuzelą w tle z jednej strony, a cmentarzem z drugiej. Zarówno aranżacje, jak
i teksty mogą zirytować, jak i zaintrygować. Mnie zaintrygowały.
WIKTOR ŁOBAŻEWICZ
WIKTOR ŁOBAŻEWICZ
Hokei, „Don’t Go”
Lado ABC, 2013
Trupa Trupa, „++”
Nakład własny, 2013
HOKEI
O sobie piszą “Hokei to japońska sztuka
walki, szkoła zapamiętywania i powtarzania. Tego co było – w to co jest. Hokei to
zespół muzyczny, który stara się za wszelką cenę trzymać tych zasad”. Trzymają
się. Dali się zapamiętać - na OFF Festivalu
w Katowicach, gdzie odbyła się koncertowa premiera ich debiutanckiej płyty i dało
się słyszeć, że to jedna z lepszych alternatywnych grup koncertowych w Polsce.
TRUPA TRUPA
Z pierwszym członem nazwy muszę się
zgodzić, jako że wyraźnie dostrzegam
funeralno-cyrkowy charakter ich muzyki
(zgodnie zresztą z intencjami lidera zespołu, Grzegorza Kwiatkowskiego). Z drugim niekoniecznie, to całkiem żywa muzyka, chociaż... trup szwęda się faktycznie
w pesymistycznych i mrocznych tekstach.
s e k c j a
TYTUŁ TYTUŁ
agadgagag sdffsf asfskdfasf aksjdfkjsfha aksjdfkjsfa aksjdfnkjsfnasf kasjdfnkjsnf sadfksfjsjakf askdfksjfna aksdfksjfjsaf aksfbksjfa aksdjfnksfja aksjdfkjsf
skdfjskjfd
cd książka film
wydawnictwo
rok wyd.
00
t w o r y
Miłosz Flis
urodzony 18.05.1986 w Lublinie. Absolwent wydziału rzeźby
na ASP we Wrocławiu, dyplom w 2012 roku
w pracowni prof. Janusza Kucharskiego. Zajmuje się
rzeźbą, malarstwem i grafiką, opierając się na eksperymentach – zarówno formalnych, jak i technologicznych. Interesuje się równocześnie abstrakcją i figuratywizmem. Nie
lubi polityki.
Molosh.tumblr.com
lubiezny.tumblr.com
87
88
t w o r y
t w o r y
89
90
t w o r y
t w o r y
91
92
t w o r y
t w o r y
93
94
t w o r y
t w o r y
95
96
t w o r y
t w o r y
97
98
t w o r y
t w o r y
99
100
t w o r y
t w o r y
101
t u
b y w a j
Bydgoszcz, Toruń, Chełmno 13.09 – 04.10
KLEZMAFOUR, KASIA MARKOWSKA
102
BYDGOSZCZ I TORUŃ,
CZYLI KLASYKA I JAZZ
Wielkie święto muzyki pod tegorocznym
hasłem „klasyka i jazz” - z przymiotnikiem
wprawdzie „bydgoski”, ale zarażające też
najbardziej urokliwe miasta regionu, Toruń i Chełmno. Trwający od 13 września
do 4 października festiwal powinien przyciągnąć szerokie rzesze odbiorców - nie
tylko za sprawą różnorodności gatunków,
ale i nazwisk, wśród których między innymi: Adam Makowicz, Andrzej Jagodziński, Krzysztof Jakowicz i Nigel Kennedy.
Zamieszczamy toruński festiwalowy rozkład jazdy, a cały repertuar jest dostępny pod tym tu adresem: http://www.
filharmonia.bydgoszcz.pl/51-bfm.html?view=wydarzenia&id=8&cat_id=8
(MR)
t u
Muzeum Okręgowe 14.09
EUROPEJSKIE DNI
b y w a j
CSW – LabSen 14.09
ZŁAP I (PO)DAJ DALEJ!
DZIEDZICTWA 2013
Turniej rycerski na zamku krzyżackim,
cykl imprez „Jak drzewiej w Toruniu bywało” na Rynku Staromiejskim oraz 4.
Toruńska Noc Muzeów – 14 września,
w Europejskim Dniu Dziedzictwa, Toruń
zamieni się w miasto średniowieczne.
„Nie od razu Toruń zbudowano... czyli
jak drzewiej w Toruniu bywało” to jedna
z imprez organizowanych pod szyldem
EDD przez Muzeum Okręgowe w Toruniu.
Impreza będzie odbywać się w plenerze
i będzie miała charakter rodzinny – przeznaczona dla mieszkańców Torunia oraz
odwiedzających miasto turystów. Uroczyste rozpoczęcie zaplanowane zostało
w samo południe 14 września, kiedy to
na scenie przy Ratuszu Staromiejskim
burmistrz w towarzystwie heroldów ogłoszą otwarcie imprezy. Atrakcją mają być
„Relacje na żywo z przeszłości”, czyli inscenizowane „wywiady” z postaciami
z dziejów Torunia – krzyżakami, flisakiem,
mieszczkami oraz królami – Kazimierzem
Jagiellończykiem i Janem Olbrachtem.
Nie może w tym gronie zabraknąć również postaci kluczowej dla miasta – czyli Mikołaja Kopernika z rodziną. W tym
samym czasie będą się odbywały podchody miejskie, których zwycięzcy będą
losowani na scenie przy ratuszu. Kolejną
atrakcją będą warsztaty tańców dawnych
pod tytułem „W tanecznym kręgu”. Impreza przy Ratuszu przewidziana jest od godziny 12.00 do 17.00. Wokół ratuszowego
dziedzińca rozłożone będą w tym czasie
kramy rzemieślnicze (m.in.: kowal,
mincerz, garncarz, witrażownik, snycerz,
wikliniarz, piwowar oraz oczywiście piernikarz). Odbędą się tam pokazy wytwarzania biżuterii, czerpania papieru, tkania
itp. Uczestnicy będą mogli otrzymać specjalne certyfikaty potwierdzające udział
w imprezie. Dla chętnych zorganizowano
cykl dawnych gier i zabaw pod tytułem
„swawole i niedole” (m.in. bieg w worze,
rzut ciżemką do beczki, toczenie koła lub
beczki, rzut tamborkiem, nawlekanie igły
oraz…dyby). Na miejscu odbędą się także
występy kuglarzy. Najciekawszymi punktami imprezy będą: pokaz mody dawnej
w wykonaniu grupy rekonstruującej stroje
oraz występ duetu odtwarzającego muzykę średniowieczną.. Pozostałe oddziały
Muzeum Okręgowego również zapraszają
na szereg atrakcji w ramach IV Toruńskiej
Nocy Muzealnej. Na wszystkie atrakcje –
wstęp wolny.
Draże żyją i dobrze się mają – tylko żyją
życiem nowym, nomadycznym… Nie
znamy miejsca, dnia ani godziny wydarzeń drażowych planowanych na przyszłe miesiące. Będą jednak na pewno
ogłaszane na stornach: http://cafedraze.
pl/ i https://www.facebook.com/cafedraze . Również i my – na naszych łamach
i Facebooku – będziemy regularnie informowali o nieznanych nam jeszcze przyszłych odsłonach projektu „(po)daj dalej!”.
Pierwsze miejsce jednak już znamy. Jest
nim LabSen w CSW, a spotykamy się tam
na swap party „Złap to znami!”, na którym
będzie można skosztować drażowej kawy
i innych przysmaków znanych z Cafe…
Oczywiście wszystko fair trade. I, rzecz
jasna, dobra muzyka – didżejka w wykonaniu CELLULAR LEVEL. Złapmy to!
(MR)
(AS)
Złap to z nami!
EDD 2013
CSW „Znaki Czasu” – LabSen
14 września, godz. 18:00
14 września 2013
Muzeum Okręgowe w Toruniu
103
104
t u
b y w a j
Baj Pomorski wrzesień 2013 – czerwiec 2014
NOWY BAJOWY SEZON
W Teatrze Baj Pomorski trwają intensywne
próby do premiery, która mocnym akcentem rozpocznie jubileuszowy XX Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA.
Tomasz Man przygotowuje inscenizację
napisanego przez siebie dramatu „Brygada Misiek”. W sumie w najbliższym sezonie
Teatr Baj Pomorski przygotuje 4 premiery.
14 września o godz. 12.00 odbędzie się uroczyste rozpoczęcie projektu edukacyjnego
„Aura i roboty z planety ECO”. Połączone
z warsztatami ekologicznymi przedstawienie
w reżyserii Jacka Pietruskiego wpisuje się
w cykl projektów edukacyjnych cieszących
się niesłabnącą popularnością wśród dzieci, rodziców i nauczycieli. Mała dziewczynka
o imieniu Aura razem ze swoim szczurem
Mundo staje przed zadaniem ocalenia ziemi
przed katastrofą ekologiczną. Podczas fascynującej podróży w poszukiwaniu robotów
z planety Eco, dziewczynka spotka się z tajemniczym szczurołapem i nauczy się języka
szczurów, dotrze do granic miasta, na których mieści się wielkie miejskie śmietnisko,
poradzi sobie z nieprzyjemnymi strażnikami,
którzy nie będą chcieli jej wpuścić do środka,
pozna księcia wszystkich szczurów, pokona
szereg niebezpieczeństw i odnajdzie receptę na uratowanie planety. Obrotowa scena
użyta w spektaklu pozwoli je grać zarówno
na obu scenach Teatru „Baj Pomorski”, jak
i w plenerze, poza budynkiem teatru, co
z pewnością przyczyni się do jego popularności.
„Brygada Misiek” Tomasza Mana, to grane na żywo hity rockowe lat 80., kawałek
historii Polski opowiedziany z perspektywy
zabawek i przedmiotów codziennego użytku, nie do końca sentymentalna podróż
w przeszłość, radiowa Trójka i koncert zagrany dla samej brytyjskiej królowej. Tytułowy
Misiek był kiedyś muzykiem, buntownikiem
i przede wszystkim punk rockowcem. O jego
życiu, a tym samym o życiu dzisiejszych
40-latków, opowiedzą im m.in. magnetofon
Kasprzak, lalka Barbie, (która wygląda jak
Kora), Indianin, Łowiczanka czy małe żołnierzyki – bohaterowie, którzy doskonale
pamiętają stan wojenny albo brak czekolady
w sklepach. Premiera przedstawienia dla
dzieci od lat 12 odbędzie się 12 października.
Do końca roku wystawiona zostanie jeszcze
jedna premiera. „Tajemnica zamku w Karpatach” w reżyserii Marka Zakosteleckiego,
będzie widowiskiem nawiązującym wprost
do powieści Juliusza Verne „Tajemnica zamku Karpaty” oraz do kultowego w latach 80.
w Czechosłowacji filmu w reżyserii Oldřicha
Lipskiego. W pewnym karpackim lesie stoi
zamek, który budzi grozę wśród mieszkańców pobliskiej wsi. Krążą wokół niego mroczne legendy, nieprawdopodobne plotki i mnóstwo niedopowiedzeń. Gdy do wsi przybywa
poszukujący swojej narzeczonej śpiewak
operowy hrabia Telek, z zamku zaczyna się
wydobywać dym. Telek razem ze swym sługą
Rocko postanawiają wyruszyć do zamczyska
i wyjaśnić jego tajemnicę. Reżyser razem
z autorem scenariusza, Vitem Peřiną, sięgną
do tradycji czeskiej parodii i absurdalnego
poczucia humoru, obśmieją wiarę w potęgę
rozumu, przedstawią historię pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji i ekscentrycznych
postaci. Premiera przedstawienia dla dzieci
od 7 roku życia planowana jest na listopad.
Na 2014 rok do współpracy zostali zaproszeni Ireneusz Maciejewski, który przygotuje przedstawienie dla dzieci oparte na
dramaturgii współczesnej oraz Paweł Aigner
i Malina Prześluga, którzy będą pracowali nad teatralną wersją opowieści o Zorro.
Najbliższe miesiące to dla teatru również organizacja dwóch międzynarodowych Festiwali. O Międzynarodowym Festiwalu Teatrów
Lalek SPOTKANIA napiszemy w kolejnym
numerze. W dniach 22-24 listopada w Baju
Pomorskim zobaczymy 11 monodramów,
które złożą się na program 28. Toruńskich
Spotkań Teatrów Jednego Aktora. Nowością
w tegorocznej edycji będzie prezentacja jednego z monodramów poza Toruniem – 25 listopada festiwalowe przedstawienie zagości
w Chełmżyńskim Ośrodku Kultury.
(MJ)
Sezon 2013/14
wrzesień 2013 – czerwiec 2014
Teatr Baj Pomorski
TOMASZ MAN,
FOT. IRENEUSZ
MACIEJEWSKI
t u
Książnica Kopernikańska, Filia nr 1 16.09
b y w a j
105
Teatr Polski Bydgoszcz wrzesień 2013 – czerwiec 2014
PAWEŁ ŁYSAK
8 PREMIER W TPB
SPOTKANIE
Z JAKUBEM ŻULCZYKIEM
30-letni Jakub Żulczyk należy do grona
najbardziej poczytnych pisarzy młodego pokolenia. Zadebiutował w 2006 roku
powieścią „Zrób mi jakąś krzywdę… czyli
wszystkie gry video są o miłości”. W kolejnych latach wydał także „Radio Armageddon”, „Instytut”, „Zmorojewo” i „Świątynię”. Oprócz powieści pisze opowiadania,
felietony, recenzje oraz prowadzi blog.
Aktualnie współpracuje z magazynem
„Exklusiv” i tygodnikiem „Wprost”, w którym prowadzi autorską rubrykę „Tydzień
Kultury Polskiej”. Jest entuzjastą gier
komputerowych, fanem Papa Dance, lubi
gotować i wzorowo odbierać kulturę masową. Mówi głośno i dużo – przyjdźcie,
posłuchajcie, wstęp wolny.
(AS)
Spotkanie z Jakubem Żulczykiem
16 września 2013, godz. 18.00
Książnica Kopernikańska, Filia nr 1,
ul. Jęczmienna 23
W nadchodzącym sezonie Teatr Polski
w Bydgoszczy pokaże osiem premier. Będzie
wśród nich m.in. spektakl o tożsamości regionalnej, melodramat, klasyka, bajka dla
dzieci oraz reżyserska niespodzianka na finał. Najlepsza polska scena wg miesięcznika
„Teatr”, po sukcesach w poprzednim sezonie z rekordowa liczbą nagród – będzie się
ostrożnie starać przebić ten sukces, mówi
Paweł Łysak, dyrektor TPB.
Zespół TPB rozpocznie nowy sezon od dwóch
międzynarodowych koprodukcji: pierwszą
jest „Against”, sztuka Pawła Sztarbowskiego w reżyserii Nilsa Torpusa. Spektakl powstał we współpracy TPB i Schlachthaus
Theater w Bernie, a traktuje o inwigilacji
w sieci, o systemach śledzenia ludzi, i o tym,
jak Internet przejmuje nad nami kontrolę.
Co ciekawe, premiera „Against” odbyła się
już w Szwajcarii, gdzie spotkała się z bardzo
dobrym przyjęciem. Premiera w Bydgoszczy
już 20 września. Drugą koprodukcją będzie
„Europa” (premiera 6 października podczas
Aneksu Prapremier). Spektakl wraz z TPB
przygotowały aż trzy teatry, z Chorwacji,
Niemiec i Anglii, a do jego produkcji zaproszono czterech, najczęściej „wystawianych”
autorów z tych krajów. Spektakl reżyseruje
Janusz Kica.
Na 25 października zaplanowano premierę „Historii bydgoskich” według tekstu Artura Pałygi. Spektakl wyreżyseruje Paweł
Łysak, który zapowiada całość jako ciąg
20-minutowych monologów nawiązujących
do wciąż niewyraźnej tożsamości regionalnej bydgoszczan. Oficjalna premiera „Skąpca” Moliera, w reżyserii Eweliny Marciniak,
spektaklu, którego pokaz przedpremierowy
anonsowaliśmy wiosną, odbędzie się jednak
w Bydgoszczy, a nie we Wrocławiu (na „Dialogu” zastąpiła go „Burza” Szekspira w reżyserii Mai Kleczewskiej). Pod koniec grudnia
na scenie TPB pojawi się kolejna pozycja
z klasyki, czyli „Wesele” Wyspiańskiego.
Spektakl powstaje dzięki nagrodzie prezydenta miasta za ubiegłoroczne osiągnięcia
teatru i jest przygotowywany jako wydarzenie specjalne. W „Weselu” zagra cały zespół,
a za reżyserię przedstawienia odpowiadać
będzie Marcin Liber.
Kolejne cztery nowości pojawią się już
w 2014 roku. W czasie ferii zimowych najmłodsi widzowie zostaną zaproszeni na
premierę „Plastusiowego pamiętnika” Marii
Kownackiej, w reżyserii Leny Frankiewicz.
Zapewne dużym wydarzeniem będzie prapremiera polska (8 marca) najnowszego
tekstu Elfriede Jelinek „Cień. Eurydyka
mówi”. Spektakl powstanie tym razem
w polskiej koprodukcji z warszawskim Teatrem IMKA Tomasza Karolaka. Reżyserią
zajmie się sama Maja Kleczewska, jedna
z ikon sukcesów TPB – zarówno jej „Burza”
Williama Shakespeare’a, jak i ubiegłoroczna
„Podróż Zimowa” to dwie chyba najwyżej
oceniane w ostatnim czasie produkcje Teatru Polskiego. 12 kwietnia Wojciech Faruga,
który niedawno debiutował w Bydgoszczy
„Wszystkimi Świętymi”, teraz pokaże premierę „Trędowatej. Melodramatu” – wielkiego widowiska z piosenkami, skierowanego
do szerokiej publiczności. Najmocniejszy
akcent, a do tego wyjątkową niespodziankę, zaplanowano na sam koniec sezonu. Zamknie go premiera „Idioty” według powieści
Fiodora Dostojewskiego, którą przygotuje
Konstantin Bogomołow, najgłośniejszy i najmodniejszy obecnie reżyser rosyjski, związany z moskiewskim MCHATEM. Trzymamy
kciuki za kolejne wielkie sukcesy!
(AS)
Sezon 2013/2014
wrzesień 2013 – czerwiec 2014
Teatr Polski Bydgoszcz
106
t u
b y w a j
Warszawa, 20-28.09
JESIEŃ ZACZYNA SIĘ
Toruńska Orkiestra Symfoniczna 21 i 27.09
TOS OTWIERA XXXV SEZON
W WARSZAWIE
Jak co roku. Od 1956 r. „Warszawska Jesień” to jedna z najważniejszych imprez
muzyki nowej w naszej części Europy.
A w ostatnich czasach odmłodniała. To
zasługa cyklu „Mała Warszawska Jesień”,
szeregu imprez, skierowanych do dzieci
w wieku 4-12 lat, by zapoznawać najmłodszych z muzyką nową i jej możliwościami, rozwijać ich wrażliwość i wyobraźnię. Służą temu koncerty, wzbogacone
prezentacjami i bajkowymi opowieściami,
interaktywne instalacje dźwiękowe, opera
Tadeusza Wieleckiego dla dzieci,
A dla dorosłych? Jednym z ważniejszych
akcentów festiwalu i Roku Lutosławskiego ma być 22 września – od lat nieobecny w Polsce Krystian Zimerman wykona
Koncert fortepianowy tegorocznego jubilata w zestawieniu z jego III Symfonią
pod Jackiem Kasprzykiem. 80. urodziny
Krzysztofa Pendereckiego podkreśli jego
Pasja wg Św. Łukasza, a H. M. Góreckiego – prezentacja jego wszystkich trzech
kwartetów smyczkowych. Do tego jedna
smutna rocznica – 23 września koncert
„Andrzej Chłopecki in Memoriam”, w rok
po śmierci tej charakterystycznej postaci polskiego życia muzycznego i samego
festiwalu, który przez lata współtworzył.
W programie m.in. – obok zamówionej
niegdyś przez samego Chłopeckiego „Melodii w Ogrodzie Oliwnym” Onute Narbutaite – swoje utwory dedykują mu Pawłowie Szymański i Mykietyn.
Jako gwiazda światowej rangi zabłyśnie
w Warszawie Ensemble Modern, zaangażowany w cykl koncertowy „Skąd?
Dokąd? – mity, naród i tożsamość
w Europie Środkowo-Wschodniej”. Poza
tym – prawykonania utworów polskich
kompozytorów: Augustyn, Bargielski,
Krupowicz, Wojciechowski, Bortnowski
i młodsi, spotkanie z Tristanem Murailem,
jedną z legend francuskiego spektralizmu,
i Portugalczykiem Miguelem Azguime, którego obficie korzystająca z elektronicznych
mediów opera „A Laugh to Cry” zapowiada się na jedno z ważniejszych wydarzeń
tegorocznej „Jesieni”. Ale to nie wszystko,
bo ze względu na nowość muzyki zawsze
można spodziewać się zaskoczenia.
(MB)
56. Międzynarodowy Festiwal
Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”
Warszawa, 20-28 września 2013
www .warszawska-jesien.art.pl
Toruńska Orkiestra Symfoniczna swój
XXXV sezon rozpocznie 21 września koncertem z udziałem skrzypaczki Katarzyny
Dudy – jednej z najciekawszych osobowości artystycznych w Polsce. Krytycy zgodnie określają ją jako artystkę nowego formatu. Podkreśla się wspaniałe połączenie
kunsztu muzycznego z olbrzymim temperamentem scenicznym oraz wirtuozerii
z wielką wrażliwością muzyczną. Katarzyna Duda studia odbywała w mistrzowskiej
klasie skrzypcowej maestro Tibora Vargi
w Ecole Supérieure de Musique w Sion
w Szwajcarii. Dyplom Akademii Muzycznej
w Warszawie uzyskała eksternistycznie
pracując pod opieką prof. Jana Staniendy.
Jest wielokrotną zdobywczynią nagród na
krajowych i międzynarodowych konkursach dla młodych skrzypków. Katarzyna
Duda wystąpi z TOS pod batutą Jerzego
Swobody; w programie: Gioacchino Rossini – Uwertura do opery „Włoszka w Algierze”, Niccolo Paganini – koncert skrzypcowy nr 2 h-moll op. 7 „La Campanella”
i XXXVIII Symfonia D-dur KV 504 „Praska” Wolfganga Amadeusza Mozarta.
Tydzień później z TOS wystąpi rosyjski
pianista Ilya Rashkovskiy – zwycięzca
Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Hamamatsu 2013. Laureat pierwszych nagród konkursów pianistycznych
we Włoszech i w Hongkongu, a także drugiej nagrody Międzynarodowego Konkursu
Muzycznego im. Long-Thibaud w Paryżu.
Urodził się w 1984 roku w Irkucku, gdzie
w wieku 8 lat dał swój pierwszy koncert
z tamtejszą Orkiestrą Kameralną, następ
t u
107
b y w a j
CSW 27.09
FOTOGAFIA
JAN MANSKI, „POSSESIA - IDOL III”, 2010,
100X70 CM – DZIEKI UPRZEJMOSCI ARTYSTY
Książnica Kopernikańska, Filia nr 6 26.09
RASHKOVSKIY,
FOT.
A. DECAT
nie kształcił się w konserwatorium w Nowosybirsku. W latach 2000-2009 studiował w Hochschule für Musik und Theater
w Hanowerze w klasie profesora Vladimira
Kraineva. Od czterech lat mieszka w Paryżu, gdzie kontynuuje naukę w l’Ecole normale supérieure de musique pod opieką
prof. Mariana Rybickiego. Z TOS Ilya Rashkovskiy wykona III Koncert fortepianowy d-moll op.30 Siergieja Rachmaninowa
oraz VIII Symfonię G-dur op. 88 Antonína
Dvořáka. Dyrygują Mirosław Jacek Błaszczyk i Rafał Kłoczko.
(AS)
Inauguracja XXXV sezonu artystycznego
PAMIĘTAJĄC DOBRE CZASY
WYSTAWA NR 8,5
Książnica Kopernikańska zaprasza na spotkanie z Małgorzatą Iwanowską-Ludwińską,
podczas którego odbędzie się prezentacja
dorobku twórczego toruńskiej malarki i pisarki. Artystka w 1973 roku ukończyła Wydział
Sztuk Pięknych UMK, uprawia malarstwo
sztalugowe, rysunek, pastel i tusz. Swoje prace prezentowała na wielu wystawach
indywidualnych i zbiorowych. Jest autorką
kilku książek, m.in. wspomnieniowej „Cień
ojca na tle tężni”, „Jurek – szkice do portretu” (o swoim mężu Jerzym Ludwińskim, wybitnym teoretyku sztuki pojęciowej, krytyku
sztuki, dziennikarzu i wykładowcy ASP w Poznaniu), „Włóczęga i dziewczyna w Toruniu”
oraz „Goście przy wielkim kamieniu”. Podczas spotkania artystka zaprezentuje swoich
20 prac malarskich. Wstęp wolny.
Zapowiada się wystawa niezwykła, bo autotematyczna. W nawiązaniu do filmu Triera
„Epidemia” będzie sama siebie rozkładać na
części pierwsze, przeglądać się w zwierciadle i robić sobie RTG.
Katarzyna Duda, skrzypce
21 września 2013, godz. 17.30
Wystawy z reguły zmuszają do jakiegoś
rodzaju refleksji – lecz także z reguły wystawa jako fenomen, ze wszystkimi swoimi
rytuałami i elementami niewidocznymi gołym, niefachowym okiem, pozostaje poza
sugerowanym obrębem refleksji. Tym razem
będzie odwrotnie, a dobór artystów pozwala
przypuszczać, że wystawa nie okaże się niewypałem. Oto oni: Ewa Axelrad, Tymek Borowski, Izabela Chamczyk, Matusz Kula, Jan
Manski, Arek Pasożyt, Liliana Piskorska, Joachim Sługocki, Izabela Tarasewicz, Natalia
Wiśniewska. Kuratorem jest Piotr Lisowski.
(AS)
Godne szczególnego polecenia.
Koncert symfoniczny
Ilya Rashkovskiy, fortepian
27 września 2013, godz. 19.00
Pamiętając dobre czasy
Toruńska Orkiestra Symfoniczna
Spotkanie z Małgorzatą Iwanowską-Ludwińską
(MR)
26 września 2013, godz. 17.00
Książnica Kopernikańska, Filia nr 6, ul. Lelewela 3
/ EPIDEMIC. Wystawa jako medium.
otwarcie: 27 września, 19.00
Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu”
108
t u
b y w a j
Od Nowa 29.09
Teatr im. Wilama Horzycy wrzesień 2013 – czerwiec 2014
NILE
Grupa Nile jest amerykańską grupą
muzyczną wykonującą brutal/technical
death metal.
Zespół powstał w 1993 roku w Greenville
w Karolinie Południowej z inicjatywy gitarzysty Karla Sandersa, występującego
wcześniej w grupie Morriah, basisty Chiefa
Spiresa oraz perkusisty Pete’a Hammoura.
Zainteresowania pozamuzyczne członków
zespołu znalazły odzwierciedlenie w warstwie tekstowej utworów kapeli. Wokalista
Nile interpretuje w nich starożytne egipskie
inskrypcje, hieroglify, świątynne i grobowe
malowidła, opisujące starożytne bitwy, rytuały oraz inne zawiłości egipskiej historii
i mitologii. Tak niebanalne podejście do sfery
tekstowej w połączeniu z niezwykłym death
metalem daje obraz bardzo oryginalnej kapeli. Mówiąc o niezwykłym death metalu,
należy zwrócić uwagę na aranżacje utworów
Nile, które opierają się na symfonicznych
wzorcach, a w połączeniu z technicznym,
brutalnym graniem, przeplatanym bliskowschodnimi melodiami daje to mieszankę
potężną i wybuchową. Do 2012 roku zespół
wydał siedem albumów studyjnych pozytywnie ocenianych zarówno przez fanów, jak
i krytyków muzycznych. Zespół jest chwalony za wirtuozerię i technikę gry na instrumentach oraz rozwój muzyki deathmetalowej. Lider zespołu Karl Sanders
zajął 4. miejsce w rankingu najlepszych
deathmetalowych muzyków stworzonym
przez „Decibel Magazine”. Zespół dał szereg
koncertów na całym świecie i uczestniczył
w licznych festiwalach.
(AS)
Koncert grupy Nile
29 września 2013, godz. 19.00
Akademickie Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa”
BARTOSZ ZACZYKIEWICZ
NOWY SEZON W HORZYCY
Pierwszy sezon Teatru im. Wilama Horzycy
od początku do końca przygotowany przez
dyrektora artystycznego Bartosza Zaczykiewicza zapowiada ciekawe zmiany. W zespole aktorskim pojawiła się nowa twarz: Julia
Sobiesiak, absolwentka krakowskiej PWST,
która brawurowo, jeszcze podczas studiów,
debiutowała w Narodowym Teatrze Starym
rolą Grety w „Przemianie” Kafki w reżyserii
Magdaleny Miklasz. Rolą tą Julia Sobiesiak
pokonała silną konkurencję i wygrała pierwszą edycję Festiwalu Debiutantów Pierwszy
Kontakt w 2011 roku – stąd cieszy, że teraz często będziemy mogli podziwiać talent
tak zdolnej młodej aktorki w Toruniu. Teatr
im. Wilama Horzycy w sezonie 2013/14 zapowiada sześć premier: teraz dyrektor Zaczykiewicz pracuje nad spektaklem „Udając
ofiarę” braci Olega i Władimira Presniakow,
najbardziej znanych obecnie rosyjskich
dramaturgów, których spektakle odnoszą
sukcesy także daleko poza granicami Rosji.
Groteskowa historia 30-letniego filozofa,
który poszukując środków do życia wciela się
w rolę ofiary w policyjnych rekonstrukcjach
wypadków łączy absurd sytuacji z czarnym
humorem i refleksją nad ludzkim losem. Premiera przedstawienia odbędzie się 20 października. Tydzień później zobaczymy polską
prapremierę sztuki Lukasa Bärfussa „Witaj
Dora”, która w 2009 roku została uznana za
najlepszy dramat niemieckojęzyczny. Mocny
i precyzyjny tekst o problemach pewnej piętnastolatki, wyreżyseruje Krzysztof Rekowski.
Po tegorocznej edycji Festiwalu Debiutantów
Pierwszy Kontakt, Teatr Horzycy zaprosił do
współpracy Cezarego Ibera, który przygotuje spektakl „Rosencrantz i Guilderstern nie
żyją” Toma Stopparda (Oskar za scenariusz
do filmu „Zakochany Szekspir”). Jego sztuka
to wariacja na temat historii dwóch przyjaciół Hamleta, opowiedziana z ich punktu
widzenia. Na przełomie lutego i marca kolejna prapremiera – „Licheń story” Jarosława
Jakubowskiego o roli wiary w ludzkich losach. Przedstawienie wyreżyseruje Tomasz
Hynek, także kompozytor i dyrygent, który
wielokrotnie współpracował z Bartoszem Zaczykiewiczem za jego dyrekcji w opolskim
Teatrze im. Jana Kochanowskiego. Na Międzynarodowy Dzień Teatru zapowiadana jest
premiera komediowej klasyki: „Mizantrop”
Moliera, w reżyserii Norberta Rakowskiego.
Sezon zamknie sztuka doskonale znanego
w Toruniu izraelskiego dramaturga Hanocha
Levina pt. „Dziwka z Ohio”. Znając teksty
Levina wystawiane w Toruniu („Pakujemy
manatki” i „Zimowe ceremonie” w reż. Iwony Kempy), można szykować się na dobrą
zabawę oraz wspaniałe połączenie groteski
i powagi w reżyserii Piotra Cieślaka.
Dwie polskie prapremiery sztuk uznanych
dramaturgów, Molier kontra Tom Stoppard,
bracia Presniakow i Hanoch Levin, doświadczeni reżyserzy – to mocno skontrastowany
repertuar i… męski; widać zmiany, a jakie
będą ich rezultaty, zobaczymy za rok.
(AS)
Sezon 2013/14
wrzesień 2013 – czerwiec 2014
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu
110
p o d
o k ł a d k ą
AUTOR: ZOLTAN FRITZ /
WWW.ZFRITZ.HU
R
ok w rok wrzesień kojarzy się z wybuchem drugiej wojny światowej i rozpoczęciem roku szkolnego. Słusznie. Mi od
kilku dobrych lat ten ostatni miesiąc lata kojarzy się
z oczekiwaniem na program Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier, który odbędzie się w dniach
4–6 października. Jak to zwykle bywa, na plan
największej komiksowej imprezy w środkowowschodniej Europie trzeba czekać do ostatniej chwili.
Już teraz wiadomo, że łódzki konwent zagości
w murach Atlas Areny, a nie w EC1, jak pierwotnie
planowano. Tak czy inaczej, jest to nowe miejsce dla
fanów odwiedzających MFKiG. Jak będzie, przekonamy
się wkrótce. Wróćmy jednak do września. Po wakacyjnej przerwie powraca „Menażeria”, a w niej dział
„Pod okładką”.
Nie poświęcamy tego numeru komiksowi wojennemu, choć w pozycjach recenzowanych przez Asię
Wiśniewską i Szymona Gumienika wojna jest obecna.
W naszym wrześniowym numerze, rozpoczynającym
nowy rok (kto nie liczy nowego roku od września tylko
od stycznia niech podniesie rękę), najwięcej miejsca
Wrzesień
zagarnął dla siebie temat „Wielkiej Kolekcji Komiksów
Marvela”, kolekcji, która poradziła sobie i radzi dalej na
naszym rynku całkiem dobrze. Wbrew wielu pesymistycznym głosom. Poza tym recenzujemy „Uzbrojony
ogród” (David B., wyd. Kultura Gniewu) i „Pjongjang”
(Guy Delisle, wyd. Kultura Gniewu), których
autorzy mieli pojawić się na festiwalu w Łodzi.
Ten pierwszy będzie, drugi niestety odwołał swój
przyjazd (choć Kultura Gniewu obiecuje ściągnąć go niezależnie jeszcze w tym roku). Polski
festiwal odwiedzi również Don Rosa, prawdopodobnie najpopularniejszy twórca komiksów z Kaczorem
Donaldem i spółką, dlatego i jego dziełu – „Życiu
i czasom Sknerusa McKwacza” – poświęcamy w tym
numerze kilka słów. I znów zahaczamy o październik.
Chyba jesień się zaczyna.
Dawid Śmigielski
p o d
o k ł a d k ą
111
112
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
118
p o d
o k ł a d k ą
Wielka Kolekcja
Komiksów Marvela
the best of…
Dawid Śmigielski
D
wadzieścia tomów „Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela” już za nami.
Grzbiet, na którym widnieje grafika Gabriele’a Dell’Otta, odkrył już Hulka i część Iron Mana.
Wśród dwóch dziesiątek tytułów znalazły się dzieła
wybitne, kultowe, klasyki i zapychacze. Wszak jest
to przede wszystkim „Wielka Kolekcja Komiksów
Marvela”, a nie „Wielka Kolekcja Najwybitniejszych
Komiksów Marvela”. Dlatego prezentujemy subiektywny ranking najlepszych komiksów, które do
tej pory pojawiły się w kolecji wydawanej
przez Hachette.
p o d
„Wolverine” (Chris Claremont, Frank
Miller) – jeden z najważniejszych komiksów o Loganie – najpopularniejszym
członku drużyny X-Men. Tym razem
Wolverine udaje się solo do Japonii, w
której stoczy walkę o miłość życia – Mariko. Aby ją wygrać, musi zmierzyć się
ze swoją zwierzęcą naturą i udowodnić,
że jest kimś więcej niż rozszalałą bestią.
Miniseria stworzona przez Claremonta i Millera jest uważana za tą, która
ukazała Wolverine’a w nowym, ludzkim
świetle, zagłębiając się głęboko w jego
psychikę. Ponadto to doskonała opowieść sensacyjna, dynamicznie narysowana przez Franka Millera , który wtedy
nie był jeszcze megagwiazdą amerykańskiego komiksu. Japonia, honor, zdrada,
miłość i ekscytujące pojedynki z ninja.
Czego chcieć więcej?
„Iron Man. Pięć koszmarów” (Matt
Fraction, Salvador Larroca) – małe,
wielkie dzieło. Na całym świecie dochodzi do zamachów terrorystycznych.
Trup ściele się gęsto wśród cywili. Tony
„Iron Man” Stark musi poradzić sobie z
nowym przeciwikiem, który przekształcił
technologię Starka na broń masowego
rażenia. Matt Fraction stworzył prawdziwy technothriller, który trzyma w
napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Rysunki Larroci idealnie współgrają
z gęstą, złowrogą atmosferą panująca
w tej historii. Co najważniejsze, Tony
Stark zupełnie nie przypomina Starka
znanego z filmowej trylogii. Bohater
jest wyrażnie zmęczony, nie ma czasu
na głupie żarty i pyskówki. Jako szef
SHIELD ma na głowie bezpieczeństwo
całego świata, co nie przeszkadza mu
w rozegraniu partii szachów z Panem
Fantastycznym – prawdopodobnie największym umysłem
świata Marvela.
o k ł a d k ą
„Marvels” (Kurt Busiek, Alex Ross) –
historia Marvel Comics widziana oczami
fotoreportera Phila Sheldona. Na ponad
dwustu stronach tej wspaniałej opowieści zostały przedstawione najważniejsze
wydarzenia, poczynając od narodzin
pierwszej Ludzkiej Pochodni, przez
wojnę superherosów z państawami osi,
pojawienie się mutantów, przybycie na
Ziemię Galactusa
i Silver Surfera, ślub Reeda Richardsa z
Sue Storm, a kończąc na śmierci Gwen
Stacy (dziewczyny Petera Parkera) z rąk
Green Goblina. Busiek uczynił z Sheldona głównego bohatera tej opowieści.
Zarówno on, jak i jego rodzina, i koledzy to jedyne starzejące się osoby w
tym świecie. Herosi są wiecznie młodzi.
Zabalsamowani przez historię. Sheldon
jest tylko obserwatorem, uosobieniem
czytelnika komiksu, który dorasta i starzeje się wraz ze wszystkim niesamowitymi wydarzeniami, których bohaterami
są herosi w kolorowych trykotach.
O zabalsamowanie „Marvels” w tym
komiksie zadbał Alex Ross, którego fotorealistyczny styl rysowania pasuje do
tej opowiesci jak żaden inny. Sekwencja
pojedynku Spider-Mana z Green Goblinem zachwyca swoją dynamiką.
119
120
p o d
o k ł a d k ą
2013
„Tajna Wojna” (Brian Michael Bendis,
Gabriele Dell’Otto) – świat Marvela ma
swoich szpiegów i swoje „brudne”
misje. Bendis skupia się na jednej
z nich. Niewielka grupka superbohaterów pod przewodnictwem Nicka Fury’ego, w skład której wchodzą Wolverine,
Kapitan Ameryka, Spider-Man, Daredevil i Luke Cage, udaje się do Latverii,
aby po cichu obalić rządącą tym krajem
Lucię Von Bardas. Tajna Wojna ukazuje
ciemną stronę polityki. Fury z nieodłącznym poczuciem sprawiedliwości jest
jej ofiarą. Tak jak rasowy superbohater jest gotowy do największego
poświęcenia, byleby tylko uchronić
swój kraj przed atakami zewnętrznymi
i wewnętrznymi. Konsekwencje wyboru
Nicka brutalnie odbiją się na współtowarzyszach. W tym komiksie nic nie
jest czarno-białe. Łącznie z cudownymi,
malarskimi ilustracjami Gabriele’a Dell’Otta. Komiks ogląda się fenomenalnie.
Każdy kadr jest małym arcydziełem. To
jeden z najlepszych graficznie albumów
całej kolekcji.
„Hulk. Niemy Krzyk” (Peter David,
Dale Keown) – Hulk to dla świata nie
lada wyzwanie. Dwóch Hulków to totalna katastrofa. Umysł Bruce’a Bannera
musi sobie poradzić z dwoma potworami – zielonym siłaczem o ograniczonej
inteligencji i szarym, pewnym siebie,
inteligentnym, choć nieco słabszym
fizycznie, monstrum. Album nie skupia
się wyłącznie na wewnętrznych rozterkach dr. Bannera. Po brzegi został wypełniony akcją i występami znajomych
postaci. Pojawiają się m.in. Namor, Dr.
Strange i Dr. Samson. Finałowy zeszyt,
w którym Banner wraz z szarym oraz
zielonym Hulkiem siedzą na psychoanalitycznej kozetce i próbują przeciwstawić
się strasznemu potworowi, pozostanie
w pamięci każdego czytelnika. Dale
Keown choć nie jest wirtuozem kreski,
doskonale oddał emocje wszystkich
bohaterów, dzięki czemu „Niemy Krzyk”
brzmi o wiele wiarygodniej.
„Ostatnie łowy Kravena” (J.M. DeMatteis, Michael Zeck) – mroczna opowieść skąpana w nowojorskim deszczu
i ściekach to jedna z najlepszych
historii, jaka została opublikowana na
łamach serii ze Spider-Manem. Prawdziwy klasyk, którego nie wypada nie znać.
Spider-Man zostaje pochowany żywcem
przez Kravena Łowcę. Kiedy pajęczak
leży 6 stóp pod ziemią, Kraven zajmuje
jego miejsce, aby udowodnić, że jest
lepszym superbohaterem niż pierwotny
właściciel kostiumu pająka. To jedna
z niewielu historii, w której przeciwnik Spider-Mana zostaje zwyciezcą.
Szaleństwo wypełnia każdą planszę
historii napisanej przez J.M. DeMatteisa
i narysowanej przez Zecka.
p o d
„Mroczna Phoenix” (Chris Claremont,
John Byrne) – Jean Grey obdarowana
kosmiczną mocą Phoenix z dnia na
dzień staje się postrachem wszechświata. Niszczycielska siła, którą operuje,
jest zdolna obrócić w pył wszystko, co
napotka na swojej drodze. X-Men muszą sobie poradzić z morderczym przeciwnikiem, który jeszcze chwilę temu
stał z nimi ramię w ramię. Porywająca
opowieść pełna zwrotów akcji, małych
dramatów i przepieknych ilustracji Johna Byrne’a, przeszła do klasyki komiksu
superbohaterskiego. Niektórych czytelników może zniechęcić nieco archaiczna
narracja, ale pod tą archaicznością kryje
się wspaniała opowieść, która nie da o
sobie zapomnieć.
„Spider-Man. Powrót do domu” (J.
Michael Straczynski, John Romita
Jr.) – Straczynski miał zostać tym
scenarzystą, który przywróci blask największej gwieździe uniwersum Marvela.
Jak się okazało, wybór był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Tak więc
„Powrót do domu” ma znaczenie przenośne i dosłowne. Spider-Man spotyka
na swojej drodze nowych osobników.
Zarówno przyjaciół i wrogów, którzy
zmienią jego dotychczasowe życie.
W sferze prywatnej Peter Parker zostaje
nauczycielem w szkole, w której był
gnębiony jako nastolatek. Historię czyta
się z prawdziwą przyjemnością. Świetne
dialogi, bohaterowie z krwi i kości oraz
ekspresyjne rysunki Johna Romitty
Jra, który jest jednym z najlepszych
artystów rysujących przygody pajęczaka, sprawiają, że ten komiks powinien
mieć na swojej półce każdy fan historii
obrazkowych. Nic dziwnego, że to właśnie ta historia otwiera Wielką Kolekcję
Komiksów Marvela.
o k ł a d k ą
„Daredevil. Odrodzony” (Frank Miller,
David Mazzucchelli) – rok 1986 roku był
przełomowy dla komiksu superbohaterskiego. To wtedy powstały takie dzieła
jak „Watchmen”, „Powrót Mrocznego
Rycerza” i „Daredevil. Odrodzony”.
Każdy zamaskowany heros ma problem
z ukryciem swojej cywilnej tożsamości.
Czasem zdarza się, że ktoś ją odkryje,
i wtedy zazwyczaj dzieją się rzeczy
straszne. Życie Matta „Daredevila” Murdocka w jednej chwili obraca się
w gruzy, kiedy jego największa tajemnica wpada w ręcę najniebezpieczniejszego wroga. Kingpin z przyjemnością
pastwi się nad ślepym herosem, aż ten
zostaje psychicznie wyniszczony. Wyniszczony po to, by mógł się całkowicie
odrodzić. Frank Miller stworzył przenikliwy, psychologiczny dramat z elementami superbohaterskimi. Można by
rzec – komiks realny. David Mazzucchelli doskonale zilustrował pomysł Millera.
Prosta, niemal pozbawiona szczegółu
kreska intensyfikuje przeżycia głównego
bohatera. To najlepsza pozycja Wielkiej
Kolekcji Komiksów Marvela.
121
122
p o d
o k ł a d k ą
Mit odczarowany
Joanna Wiśniewska
„Uzbrojony ogród”
David B.
Kultura Gniewu
2009
K
ażdy czas posiada mity skrojone na swoją
miarę. Mimo to, należy się zastanowić, czy
w dzisiejszym, pędzącym do przodu świecie
jest w ogóle miejsce na legendę i mit. Co wiemy o historii? Niestety – najczęściej jest ona tylko zlepkiem suchych
faktów i dat. Z taką wizją dziejów polemizuje autor „Uzbrojonego ogrodu”, David B., francuski rysownik oraz założyciel
wydawnictwa L’Association. To jemu zawdzięczamy pojawienie się autobiograficznego komiksu „Persepolis” Marjane
Satrapi. Skłonność do subiektywnego traktowania tematów
swoich komiksów u Davida B. jest widoczna w niezwykłym
dziele „Epileptic”, opowiadającym o chorym na padaczkę
bracie autora. W „Uzbrojonym ogrodzie”, wydanym w Polsce
przez Kulturę Gniewu, pozornie niezwiązane ze sobą historie
są naznaczone głęboko indywidualnym podejściem autora
do tematu. Wyraża się ono nie tylko w doborze umieszczonych w komiksie trzech historii, ale i dość luźnym, poetyckim ich potraktowaniu.
Trzy osobne opowieści są osnute wokół wydarzeń fikcyjnych i prawdziwych, a każda stanowi minipowieść podzieloną na podrozdziały. Pierwsza, nosząca tytuł „Zamaskowany
prorok”, nasuwa skojarzenia z „Baśniami z tysiąca i jednej
nocy”. Bohaterem jest tu, znany nam z opowieści Szeherezady, kalif Bagdadu Harun Al-Raszid. Na tym kończą się
podobieństwa, nie ma tu bowiem pląsających hurys i latających dywanów. Są tylko: kalif, jego nadworny kat i morze
trupów. Dosłownie. Wszystko zaś zaczyna się w momencie,
gdy pewien rzemieślnik z Bagdadu zostaje „przeistoczony”
w reinkarnację Mahometa, tajemniczego Zamaskowanego
Proroka. Odtąd, zasłonięty welonem, nie ukazuje swej twarzy nikomu i zaczyna głosić kontrowersyjne poglądy. Niedługo nadejdzie Raj… Zaniepokojony tymi pogłoskami kalif
wyrusza, by spotkać się z prorokiem i ujrzeć jego oblicze.
Nie przypuszcza, że przyjdzie mu stoczyć walkę z niemal
p o d
apokaliptyczną armią trupów, walkę zakończoną gorzkim
zwycięstwem nad Zamaskowanym Prorokiem.
Druga z opowieści, tytułowy „Uzbrojony ogród”, przenosi nas do piętnastowiecznych Czech. Ponownie mamy do
czynienia z wybrańcem. Pozornie przeciętny kowal ujrzał
bowiem samego Adama. Praojciec wszystkich ludzi oraz
pramatka Ewa wybrali kowala, by stworzył własny raj
i poprowadził do niego ludzkość. Kluczem do Zbawienia
jest powrót do pierwotnej, chrześcijańskiej czystości
sprzed poznania grzechu, co uzewnętrzniło się zrzuceniem
przez rzekomego kowala odzienia. Nago zdobywał zwolenników, głosząc, iż na Ziemi ma powstać Raj, boski Eden.
W końcu on i jego wyznawcy znajdują schronienie na rzecznej wyspie, gdzie budują warowne siedlisko. W tym wyśnionym ogrodzie praktykują swoją religię, jednak wkrótce
zostają zniszczeni przez nadciągające wojska husyckie.
A także – przez własne wierzenia.
Trzecia opowieść jest niejako luźnym nawiązaniem do
poprzedniej. W ,,Zakochanym bębnie” Jan Žižka, czeski heros i bohater narodowy z XV wieku, dowódca wojsk husyckich, zniszczył uzbrojony ogród oraz pokonał jego twórcę.
Mimo wielu zwycięstw umiera wkrótce na zarazę. Zostawia
towarzyszom w boju testament – po jego śmierci mają oni
zedrzeć z niego skórę i zrobić z niej bęben zagrzewający
wojska do walki. Tak też się dzieje, a armia Žižki, mimo że
pozbawiona swego wodza, nie ponosi porażek. Do czasu, aż
bęben trafia w ręce pewnej dziewczyny… Odtąd przemierzają razem świat średniowiecznych Czech, ale nawet miłość
nie jest w stanie zmienić morderczej natury bębna.
Czytelnik „Uzbrojonego Ogrodu” musi mieć trochę cierpliwości, by zapoznać się nieco z historią przedstawioną w komiksie. Autor wybrał bowiem kilka momentów historycznych
jako osadzenie czasu akcji, jednak samo przeczytanie komiksu nie daje pojęcia o wydarzeniach, które są osią fabuły.
o k ł a d k ą
Stąd też bez pobieżnej chociażby znajomości tematu wojen
husyckich można przegapić wiele niuansów. Na szczęście
dla polskiego czytelnika, który nie chce sięgać po naukowe
opracowania, kwestię wojen husyckich brawurowo opisał
Andrzej Sapkowski w cyklu ,,Narrenturm”. Tym, którzy nie
czytali, przybliżę pokrótce postać Žižki i husytyzm w ogóle.
Ruch ten został zapoczątkowany w Czechach w 1415
roku, po spaleniu na stosie Jana Husa, uznanego za heretyka. Herezja Husa przejawiała się kilkoma absurdalnymi,
jak na owe czasy, żądaniami kaznodziei, m.in. Kościół miał
dążyć do ubóstwa i zmniejszenia władzy duchowieństwa.
Przeciwko Husowi wystąpił zarówno papież, jak i cesarz
niemiecki. Zwolennicy Husa, działający na terenie Czech
i Moraw, posunęli się do twierdzenia, że niebawem nadejdzie Chrystus, a od nazwy góry Tabor przybrali miano taborytów. Przewodził im charyzmatyczny Jan Žižka.
Walcząc z wojskami cesarza Zygmunta Luksemburskiego,
genialny strateg i czeski bohater narodowy stał jednak za
zagładą grupy znanej jako adamici. Adamici byli radykalnym ruchem opowiadającym się za dążeniem do uzyskania
stanu ludzkości sprzed grzechu pierworodnego i odtworzeniem Ogrodu Edenu. Wyrażali te poglądy poprzez zrezygnowanie z noszenia odzieży oraz wspólnotę dóbr. Co do
Žižki, to zmarł na zarazę w 1424 roku. Pozostawił po sobie
sławę niemal mitycznego herosa oraz dziwny testament dla
towarzyszy broni – mieli oni zdjąć z jego martwego ciała
skórę i obić nią bęben. Bęben ten był wojennym talizmanem
jego najwierniejszych kompanów, którzy nazwali sami siebie
„Sierotkami”. Na tym tle David B. wysnuł swoje dwie historie – „Uzbrojony Ogród” oraz „Zakochany bęben”.
Trzy pozornie różne opowieści mogą być czytane osobno.
Jednak dopiero złożone razem pozwalają wysnuć wnioski.
David B. przybliża nam momenty z dziejów świata, kiedy
panował tylko chaos. Jego historia, chociaż oparta na posta
123
124
p o d
o k ł a d k ą
ciach autentycznych, jest nieodmiennie prywatna i oryginalna. Autor interpretuje na swój sposób mity i rzeczywistość.
Te pierwsze odziera z magii i ukazuje krwawą realność.
Rzeczywistości zaś nadaje piętno magiczne.
Twórca nie troszczy się o wierność faktom, raczej idzie
tropem legend i niemal alegorycznych opowieści. Jeden
wspólny motyw łączy arabską pustynię oraz średniowieczne
Czechy – wiara człowieka w możliwość zbudowania raju.
Dążenie do zdobycia niemożliwego, jednak David B. nadaje
temu pozytywnemu uczuciu okrutny wydźwięk. Każda próba
stworzenia idealnego świata mija się z celem, kończy się
chaosem i ogólną zagładą zarówno przeciwników, jak
i zwolenników. Każda czysta idea – wprowadzanie ubóstwa,
czystości i pokoju – nieodmiennie zamienia się w szlachtowanie tego, kto nie jest z nami, a wybraniec mający uczynić
ład i porządek staje się kolejnym krwawym tyranem. Dostało się nawet Žižce. Co najsmutniejsze, historie te mogły
mieć miejsce w każdym czasie i kraju. Mechanizm działania
każdej rewolucji jest taki sam – z czasem, jak mówi autor,
zjada ona własne dzieci. Światy Davida B. są pełne przmcy,
krwi i wojny. Nieco nadziei przynosi ostatnia opowieść,
nawiązująca do bębna „Sierotek”. Uwięziony w bębnie duch
Žižki, zakochany w młodej dziewczynie, próbuje zmienić się
dzięki miłości. Žižka, pomimo że ostatecznie spotyka Chrystusa – w końcu wierzył w nadejście Zbawiciela i na ziemi
tworzył Królestwo Boże – nie może wejść do raju. Postacie
wybrańców Bożych – Proroka, Žižki, Rohana – łączy fakt, że
wszyscy oni uważają, iż łamanie obowiązujących praw jest
jedyną drogą do pełnej wolności człowieka.
Myśl przewodnia komiksu nawiązuje do średniowiecznej
filozofii i mistyki. Mamy tu rycerzy, filozofów, świętych
i danse macabre. Widzimy pierwotną, wręcz zmysłową
seksualność oraz radość życia ludzi średniowiecza. Wizje
boskiego raju mieszają się z krwawym zabijaniem nieprzyjaciół i jedno nie przeczy drugiemu. Ta inspiracja dawnymi
czasami jest widoczna w stylizacji ilustracji. Monochromatyczna kolorystyka, oparta na brązach i czerniach, przypomina średniowieczne malowidła. Grube, wyraziste i nieco
kanciaste kontury postaci, ornamentalne potraktowanie
detalu, przypomina nieco kościelne freski lub wschodnie
p o d
płaskorzeźby. Nie bez znaczenia jest też porównywanie stylu
Davida B. ze sposobem, w jaki malował Picasso, również zafascynowany sztuką Afryki i Azji. Przypomina także obrazy
Hieronima Boscha oraz taneczne dzieła Bruegla.
Jednak autor tworzy swój własny styl, pełen ekspresji
i zmysłowości. Mimo monochromatyzmu dzieła, każdy kadr
jest pełen życia i barokowego wręcz bogactwa. Co istotne,
układ kadrów i podział historii na części i podrozdziały powoduje, że czytelnik nie nuży się. Jest to swoista mroczna
baśń dla dużych czytelników, o uniwersalnym przesłaniu,
które można sprowadzić do konkluzji – miłość jest silniejsza
niż śmierć. Człowiek może równie dobrze budować, jak
i niszczyć, ale zazwyczaj czyni on tylko to ostatnie.
Szeherezada raczej nie wymyśliłaby tak mrocznej opowieści. Zrobił to David B.
Źródło ilustracji: http://www.kultura.com.pl/
o k ł a d k ą
125
126
p o d
o k ł a d k ą
Wielki Kim patrzy
Szymon Gumienik
„Pjongjang”
Guy Delisle
Kultura Gniewu
2013 (II wydanie)
G
dyby ktoś zapytał mnie o przynależność gatunkową „Pjongjang” Guy Delisle’a, w pierwszym
odruchu posłużyłbym się słowami samego autora, który odpowiada na takie samo pytanie swojemu koreańskiemu „towarzyszowi tłumaczowi”, wręczając mu egzemplarz
„Roku 1984” George’a Orwella: „Hmm… science fiction”.
Takie wrażenie sprawia bowiem lektura tego komiksu, gdy
odrzuci się wszelką wiedzę o panujących na świecie reżimach
i doniesieniach o praktykach niektórych dyktatorów (zabieg
ten byłby też swego rodzaju duchowym zjednoczeniem się
ze zwykłym Koreańczykiem, który o świecie zewnętrznym
nie wie zupełnie nic). Dla zachodniego i „nieświadomego”
czytelnika musi być to wówczas czysta science fiction
(a dokładniej antyutopia). Wrażenie to potęguje jeszcze jedna
rzecz – bezpośrednio związana z zaklasyfikowaniem świata
przedstawionego „Pjongjang” do literackiej fikcji – mianowicie
język, ta szczególna i dość lekka forma wypowiedzi. Odmiennie niż wspomniana już książka Orwella czy choćby „My”
Zamiatina komiks kanadyjskiego rysownika nie sprawia wrażenia antyutopii, przerażającej wizji zniewolonego społeczeństwa. Użyta przez autora forma wskazuje raczej na osobistą,
pełną ironii i szyderstwa wycieczkę po absurdach i kuriozach
północnokoreańskiej polityki i obyczajowości. A jest ich
sporo – od przymusowego złożenia kwiatów przed pomnikiem
Kim Ir Sena, przez portrety dyktatorów (ojca i syna, a teraz
pewnie i wnuka, Kim Dzong Una) wiszące w każdym pomieszczeniu pod odpowiednim kątem, aż do obowiązkowej wycieczki do Muzeum Międzynarodowej Przyjaźni, w którym rzekomo
zebrano prezenty wyrażające podziw i przyjaźń całego świata
do wielkiego przywódcy KRLD. Są jeszcze obiekty sportowe
bez zawodników, niedokończone budynki, kina otwierane raz
na dwa lata lub zupełnie puste metro, które pełni raczej funkcję schronu przeciwatomowego. Słowem, jeden perfekcyjnie
zorganizowany absurd, w strukturach którego po sześciu
p o d
dniach pracy siódmego pracuje się społecznie i ochotniczo,
sławiąc przy tym imię wodza i obcinając trawę nożyczkami.
To wszystko jednak na pierwszy rzut oka, bo pod płaszczykiem
dowcipu i anegdoty (szczególnie zaś opisów absurdalnego zachowania Koreańczyków) autor zadaje sobie i nam fundamentalne
pytanie – do jakiego stopnia strach i zamknięcie w reżimie są
w stanie wpływać na ludzkie zachowania? Czy gdybyśmy sami
znaleźli się w takiej sytuacji, zostalibyśmy tak samo zmanipulowani i tak samo bilibyśmy pokłony tyranowi? Mam nadzieję,
że nie będzie nam dane się o tym nigdy przekonać, a podobne
systemy – jak ten w Korei Północnej – będą padać coraz częściej
pod naporem świata „cywilizowanego” (sic!). Życzę tego także
takim ludziom jak Kapitan Sin – „towarzysz przewodnik” autora
w komunistycznym (k)raju – którzy w pierwszym odruchu aż
proszą się o kilka szyderstw i inwektyw. Delisle, czyli cudzoziemiec-kapitalista (jak sam się określa), nie pozwolił sobie jednak
na zbyt wiele w tej kwestii, choć swoje zdanie wyrażał zawsze
konsekwentnie i w zgodzie z własnym sumieniem, co w wielu
przypadkach spotykało się z konsternacją tubylców. Czasami
pozwalał sobie na małe złośliwości, ale przeważnie milczał, zachowując opinię dla siebie, a jeżeli już pytał o zasadnicze kwestie
społeczne, to szybko rezygnował z odpowiedzi, natrafiając na mur
propagandowego bełkotu – ale dobrze, że takie pytania w ogóle
stawiał, bo niektóre odpowiedzi mówiły wiele o stworzonej przez
Kim Ir Sena doktrynie i stosowanych narzędziach państwa najlepszego z możliwych. Za przykład niech posłuży kwestia niepełnosprawnych, których w Korei Północnej po prostu nie ma, ponieważ jest to „naród bardzo jednolity i wszyscy mieszkańcy rodzą
się silni, inteligentni i zdrowi”. Dzięki takim zabiegom i takiemu
wyważeniu relacji z indoktrynowanymi obywatelami (w większości
izolowanymi od autora) otrzymaliśmy bardzo ciekawie poprowadzony dziennik podróży – z jednej strony bogaty w osobiste
spostrzeżenia, trafne wnioski i odautorskie komentarze, z drugiej
zaś pozbawiony przesadnego wartościowania. Nic jednak w tym
dziwnego, dla Kanadyjczyka bowiem takie twórcze i subiektywne
podejście do dziennikarskiej relacji, gatunku wydawałoby się
o k ł a d k ą
z natury obiektywnego, to chleb prawie powszedni – zwiedził
on już w swoim życiu kilka egzotycznych krajów, a z większości
tych wizyt powstały nagradzane i dyskutowane na świecie publikacje, noszące znamiona subiektywnych komiksowych reportaży
(wymienić tu choćby należy „Kroniki Birmańskie”, „Kroniki
Jerozolimskie” czy wydane właśnie po raz drugi przez Kulturę
Gniewu „Pjongjang”).
W „Pjongjang” na każdym kroku spotykamy absurd, przytłacza
nas panująca wszędzie ciemność (także ta umysłowa), bolą nas
idiotyzmy wypowiadane nieustannie przez towarzyszy Delisle’a,
ich bezkrytyczne nastawienie do Dżucze i krytyczne sądy na
temat świata zewnętrznego, którego przecież w ogóle nie znają.
Podczas lektury uwiera nas bardzo ten wszechobecny „ciemnogród”, ten gułag rodzinnej dyktatury, ta umysłowa oraz uczuciowa pustynia, bagno idei i człowieczeństwa. I byłoby to nie do
zniesienia, wręcz nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania, gdyby
Guy Delisle zachował się jak typowy dziennikarz i nie włożył do
swojej opowieści trochę szyderstwa i złośliwości, a także szczypty
sceptycyzmu, umiarkowanego dystansu (bezosobowości) i tej
zawsze błogosławionej ironii. Dzięki czemu – paradoksalnie – autor pokazuje nam nie tylko ogrom panującego w Korei Północnej
terroru, ale przede wszystkim mówi o swoim bliźnim, o człowieku
w swoim naturalnym środowisku. Podejmuje też swoistą próbę
zrozumienia, odnalezienia się i zaakceptowania rzeczywistości
Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, a priori nieakceptowalnej przez obywatela demokratycznego świata. Dowiedzmy
się zatem o tym kraju i my czegoś nowego oraz spróbujmy go
zrozumieć bez ubierania w konwencję science fiction, tak po
ludzku i z całą zebraną dotychczas wiedzą o zbrodniach krajów
zarówno tych cywilizowanych, jak i tych ograniczonych ciasnotą
umysłowej dyktatury. Tym bardziej że nasz świat nie jest czarno-biały, a raczej – podobnie jak w komiksie Guy Delisle’a – nieprawdopodobnie i nieznośnie szary. Spróbujmy wyciągnąć z tego
odpowiednie wnioski.
Źródło ilustracji: http://www.kultura.com.pl/
127
128
p o d
o k ł a d k ą
Życie i czasy Sknerusa
McKwacza. Od czyszczenia
zabłoconych butów do kąpieli
w żywej gotówce
Dawid Śmigielski
G
dybym miał wybrać ścisłą czołówkę najlepszych komiksów, którymi miałem do czynienia,
to z pewnością znalazłoby się w niej arcydzieło stworzone przez Dona Rosę – „Życie i czasy Sknerusa
McKwacza”. Epopeja opowiadająca o zdobyciu największego
bogactwa, jakie widział świat, fascynuje i chwyta za serce.
Perypetie młodego Sknerusa rozpoczynają się w rodzimej
Szkocji. Wraz z ojcem, matką, wujkiem i dwiema siostrami mieszkają w Glasgow, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Należy przy tym zaznaczyć, że wraz z pewnym krewnym
mieszkającym w Ameryce są ostatnimi żyjącymi potomkami
sławnego klanu McKwaczów.
10 centów, żyła miedzi i podatki
Na swoje dziesiąte urodziny główny bohater „Życia
i czasów…” otrzymał od ojca zestaw do czyszczenia butów,
a także, nie wiedząc o tym, pierwszego ustawionego klienta, który zapłacił Sknerusowi za ciężką pracę amerykańską dziesięciocentówką, w Szkocji nic nie wartą. Ta lekcja
nauczyła przyszłego bogacza tego, że nieważne, jak ciężko
będzie pracował, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał
go wyrolować. W tym momencie zaczął kształtować się charakter Sknerusa, który postanowił być najtwardszym z twardych i najsprytniejszy ze sprytnych, ale pieniądze zarabiać
w uczciwy sposób. W wieku trzynastu lat opuścił Szkocję
i popłynął do Ameryki z ostatnimi kosztownościami klanu,
które należały do pradziadka – złotą szczęką i srebrnym
zegarkiem. Rozpoczyna się ciąg barwnych przygód. Sknerus
po przybyciu do Ameryki zostaje zatrudniony na parowy
statek przez swojego wujka Angusa. Ponadto po raz pierwszy spotyka Braci Be, którzy będą go nękać już zawsze, gdy
tylko nadarzy się okazja.
Sknerus nie zdobył fortuny łatwo i szybko. Na drodze
zawsze napotyka jakieś przeszkody i, choć pojawia się tam,
gdzie można było się wzbogacić, to los mu nie sprzyja.
Swoje pierwsze zdobyte 10 tysięcy dolarów po wyczerpującej walce o prawo do działki, na której znalazł żyłę miedzi
(właśnie rozwijała się elektryczność i miedź była cenniejsza
niż złoto), musiał wydać na podatki, aby spłacić zamek klanu McKwaczów. Przez następne lata podróżował po Afryce
p o d
i Australii, ale na żadnym z tych kontynentów nie odnalazł
złota. Za to pod dostatkiem miał kłopotów z różnej maści
oszustami i bandytami.
Kocham Cię Złotko
Ciężki wysiłek w końcu się opłacił. W Jukonie (Kanada)
Sknerus odnalazł złoto na terenach, na których nikt nie odważył się szukać. Samorodek wielkości gęsiego jaja zrobił
z bohatera Rosy jednego z najbogatszych poszukiwaczy
złota. Od tego momentu Sknerus zaczął się co raz bardziej
bogacić. Wrócił do Szkocji z dziesięcioma beczkami pieniędzy, w których brał orzeźwiającą kąpiel. Jednak w rodzimym kraju nikt nie pałał miłością do bogatego McKwacza.
Sknerus stał się ofiarą sukcesu, który osiągnął. Nikt nie lubi
bogatych. Po nieudanym udziale w dorocznym Festiwalu
Miejscowych Sportów i Dawnych Tradycji młody kaczor postanowił opuścić Szkocję i wraz z siostrami – Matyldą
i Hortensją – udał się do Kaczogrodu. To właśnie na terenie
starego Fortu Kaczogród Sknerus wzniósł swój słynny skarbiec, w którym trzyma metry sześcienne gotówki. Wypadki
zaczęły toczyć się coraz szybciej. Wraz z wiekiem Sknerus
stawał się coraz bogatszy, aż osiągnął swój upragniony cel
i został najbogatszym obywatelem świata.
Skrzynia pełna
najcenniejszych skarbów
Pierwszy tom „Życia i czasów…” powstał po to, by uporządkować fakty z życia Sknerusa McKwacza. Don Rosa podjął się tego zadania, ponieważ jest wielkim fanem bohatera
o k ł a d k ą
stworzonego przez Carla Barksa. Tak więc stworzył historię
o kronikarskiej dokładności, która w 1995 została nagrodzona najważniejszą komiksową nagrodą Eisnera. W następnych latach Don Rosa powracał do przeszłości Sknerusa, co
jakiś czas tworząc dodatkowe rozdziały „Życia i czasów…”.
Dodatkowe historie pozwoliły na rozwinięcie sylwetki Sknerusa. Drugi tom opowieści Rosy ma intymniejszy charakter.
Na początku każdego rozdziału Sknerus przegląda skrzynię,
której niegdyś używał w czasie swoich podróży, a teraz
trzyma w niej najcenniejsze pamiątki. Z każdym przedmiotem związane są wspomnienia, które starają się wydobyć od
niego Hyzio, Zyzio i Dyzio – siostrzeńcy Donalda. Sknerus
powraca do czasów młodości, w których mierzył się z losem,
tocząc zacięte bitwy o bogactwo. „Więzień doliny Białej
Śmierci” i „Dwa serca w Jukonie” to najbardziej przejmujące
rozdziały. Okazuje się bowiem, że Sknerus poza pieniędzmi, miłością darzy również Złotkę O’Gilt. Miłością, której
ani Sknerus, ani Złotka nie zdołali podołać. Ich charaktery
były zbyt dumne na to, by przyznać przed sobą, że mogą
być zakochani. Nieszczęśliwe zbiegi okoliczności ostatecznie
„zamroziły” tę miłość.
Buffallo Bill i reszta cyrku
Sknerus zjeździł cały świat, a na swojej drodze spotkał
wiele sławnych postaci. Buffallo Billowi podsunął pomysł na
rewię. Razem z Geronimem dał wycisk braciom Daltonom.
Butch Cassidy i Sundance Kid (niemający nic wspólnego
z wizerunkiem szlachetnych rabusiów z filmu George’a Roya
Hilla) nie zdołali go ograbić. Wyatt Earp do spółki z Batem
Mastersonem i szeryfem Royem Beanem dostali prawdziwy
łomot, gdy próbowali uwolnić z rąk Sknerusa rzekomo wię
129
130
p o d
o k ł a d k ą
zioną Złotkę O’Gilt. Podobny los spotkał gang Jesse Jamesa.
Wszyscy bohaterowie, choć sławni, nie mają tak twardego
charakteru jak Sknerus, no może poza Teodorem Roosveltem, który niegdyś przekazał Sknerusowi kilka cennych
uwag. Zresztą Sknerus i Roosvelt spotykali się jeszcze kilka
razy, m.in. tocząc ze sobą walkę o Fort Kaczogród. Oczywiście zwycięzca mógł być tylko jeden.
Rodzina jest najważniejsza?
Charakter Sknerusa kształtowała każda przeżyta przygoda. Za każdym razem, kiedy coś mu się nie udawało,
wynosił jakąś lekcję. Szybko nauczył się, że ufać może tylko
sobie. Bogactwo osiągnie tylko pracą u podstaw i tylko takie
bogactwo jest powodem do dumy. Toteż Sknerus nigdy nie
marnował pieniędzy. Nie zatrzymywał się w barach, kasynach i jadłodajniach. Każdy zarobiony grosz odkładał do
banku. Ludność Jukonu nienawidziła go za jego skąpstwo.
Kiedy zarobił pierwszy milion, przez chwilę pomyślał o tym,
by się ustatkować, ale te myśli szybko wpędziły go w nie
lada kłopoty. W międzyczasie umarła jego matka, Kaczencja, a po powrocie do Szkocji odszedł ojciec, Fergus. Sam
Sknerus przeżył coś w rodzaju śmierci klinicznej. Do życia
przywróciły go duchy jego przodków, w końcu Sknerus miał
stać się tym, który odbuduje potęgę Klanu McKwaczów.
Samotność doskwierała bohaterowi komiksu Rosy przez całe
życie. „Romans” z Złotką O’Gilt był najszczęśliwszym okresem w życiu Sknerusa. Kolejne dekady pogrążały go
w coraz to większej samotności. W pewnym momencie odeszły od niego siostry – Matylda i Hortensja. Sknerus sam był
sobie winien, ponieważ zaślepiony kolejnym złotym interesem dopuścił się czynu nieprawego na tubylcach. Napuścił
na wioskę bandziorów, którzy brutalnie przepędzili
mieszkańców z ich terenów. Dla sióstr był to czyn niewybaczalny. Z czasem Sknerus pożałował swojej chciwości
i choć chciał przeprosić siostry, to za każdym razem, kiedy
miał udać się do Kaczogrodu, w podróży przeszkadzał mu
jakiś złoty interes. W końcu na starość powrócił do domu.
Siostry postanowiły puścić wszystko w niepamięć, ale
Sknerus zachował się, delikatnie mówiąc, jak ostatni buc.
Matylda i Hortensja ponownie opuściły Sknerusa. Jest to
jedno z najsmutniejszych wydarzeń „Życia i czasów…”. Rosa
fenomenalnie zbudował tę scenę. Kłótnia między rodziną,
rozumiejący cierpienie matki i ciotki młody Donald wymierzający własną sprawiedliwość i Sknerus zasiadający przy
biurku, wypowiadający słowa: „Ech! Rodzina! A komu ona
potrzebna? Sknerus McKwacz nie potrzebuje nikogo.” W tym
momencie bohatera nawiedzają wspomnienia z dzieciństwa, przy których nie da się nie uronić łezki. Sknerus zdaje
sobie sprawę z tego, co zrobił, i być może uratowałby swoje
rodzinne więzi, gdyby nie zajął pierwszego miejsca na liście
najbogatszych na świecie. Marzenie, o które walczył przez
całe życie się spełniło. Smutek ustąpił ogromnej radości.
p o d
Przeżyj to jeszcze raz
Nie sposób nie podziwiać Sknerusa McKwacza. Jego życie obfitowało we wspaniałe przygody, a także w porażki. To
bohater z krwi i kości, legenda Dzikiego Zachodu i bohater
groszowych powieści. Pogromca tygrysów i nosorożców. Kaczor, który potrafił dogonić statek parowy żaglowcem, mimo
że na morzu nie było najmniejszego wietrzyku. Kaczor
Sukcesu, ale też Kaczor bojący się miłości, który ostatecznie
wybiera samotność. Dopiero Hyzio, Zyzio i Dyzio przywracają starą werwę w zmęczone ciało i umysł Kaczora, który
u stóp ma cały świat. Pomaga im w tym Donald, dla którego
opowieści Sknerusa są tylko bajkami, ale ostatecznie to
dzięki synowi Hortensji Sknerus ma okazje przeżyć najpiękniejszy sen w swoim życiu. Ostatni kadr drugiego tomu
„Życia i czasów Sknerusa McKwacza” to najbardziej wzruszający moment tej wspaniałej opowieści. Sknerus odzyskuje rodzinę, której tak naprawdę, od opuszczenia Szkocji
w wieku trzynastu lat, nigdy nie miał. Wraz z rodziną zyskuje nowe siły, nowe życie. Nic dziwnego, że w tym roku
po raz kolejny w swojej karierze znalazł się na szczycie
notowania Forbesa wśród piętnastu najbogatszych fikcyjnych postaci.
Źródło ilustracji:
„Komiksy z Kaczogrodu”, t. 1 i 2, wydawca: Egmont 2010
o k ł a d k ą
131
a u t o r z y
n u m e r u
W R Z E S I E Ń
T
E
A
M
132
PIOTR BURATYŃSKI
Rocznik 1987
KAROL BARSKI
Absolwent wydziału filozofii UMK.
KONRAD BURZYŃSKI
http://karolbarski.wordpress.com/
meloman i miłośnik kina, wrocławianin,
rocznik 1980.
CHAM FILMOWY
opis:
MAŁGORZATA BURZYŃSKA
BARSZCZ BŁASZCZYK
kultury, filozofii z komunikacją społeczną
oraz kulturoznawstwa.
odpowiednich studiów, ale ma chłopak gust.
Krytyka filmowa prosto z najbardziej
Pisze różne rzeczy, w „Menażerii” też
czasem rysuje.
ur. 1988 w Toruniu, studia z ochrony dóbr
Brak mu ogłady, widocznie nie skończył
intrygującego rynsztoku!
a u t o r z y
n u m e r u
ŁUKASZ GRAJEWSKI
MARIA DEK
Ur. 1989 roku w Toruniu. Absolwent studiów
pierwszego stopnia polonistyki UMK. Obecnie
(ur. 1989), absolwentka University of the Arts
kontynuuje studia polonistyczne na drugim
London. Ilustruje, bazgroli, rysuje - mówi
stopniu. Członek licznych kół naukowych, autor
wizualnym językiem.
kilku publikacji. Interesuje się twórczością
Słychać? Możecie płakać, rzucać bluzgami,
Leopolda Buczkowskiego, Jerzego Żuławskiego,
redaguje od 8.00 do 16.00, po godzinach
śmiać się, ale nie
Jerzego Pilcha i Zbigniewa Herberta. Miłośnik
czyta, słucha i ogląda, czasem coś napisze.
przechodźcie obojętnie.
audiobooków oraz arcydzieł powieści, zwłaszcza
// www.facebook.com/dekillustration
francuskich. Zna się nieco na korekcie.
MINIATURKI PRAC
MARII DEK
SZYMON GUMIENIK
PAMELA CORA GRANATOWSKI
aka phtalo manatee, rocznik 84, archeolog
i antropolog kultury, kurator m.in. cyklu muzycznego
‚Cząstki Dziwne’. Miłośnik brzydoty, kuriozów i szamy.
GOSIA HERBA
(rocznik`85) historyk sztuki, rysownik
mieszka i tworzy we Wrocławiu
miłośniczka formatu GIF
RYSZARD DUCZYC
www.gosiaherba.pl
fotograf i filmowiec
HANNA GREWLING
urodziła się w 1979 roku et ceatera...
133
134
a u t o r z y
n u m e r u
AGATA KRÓLAK
(ur.1987) Jako ilustrator i grafik publikuje
MACIEJ KRZYŻYŃSKI
książki (“Ciasta, ciastka i takie tam”, “Różnimisie”,
“Straszko”), ilustruje magazyny, projektuje dla
Rocznik 1987, przyrodnik lubiący litery,
firm i organizacji kulturalnych. Ukończyła ASP
kolory i kształty.
w Gdańsku. Pracowała w Warszawie i Nowym
http://mcross.carbonmade.com/
Jorku. W 2012 jej plakat był uczestnikiem 23-ego
ANDRZEJ PIOTR LESIAKOWSKI
biennale plakatu w Wilanowie.
ANNA KRZTOŃ
Urodzona w Tarnowskich Górach w 1988,
ANNA LADORUCKA
mieszka i pracuje w Katowicach. Szczęśliwa absolwentka ASP Katowice. Zajmuje się grafiką
Pamięta jak przez mgłę, że kiedyś skończyła
wklęsłodrukową, komiksem i ilustracją.
biologię, po czym utknęła na dobre za biurkiem,
Kocha podróże,
gdzie swe rozliczne talenty składa na ołtarzu
a w przyszłości planuje zamieszkać
komercji. Równie wysoko ceni sobie samotność,
Z wykształcenia filozof-kognitywista, z zamiło-
w Peru, nosić kolorową czapkę i paść lamy.
jak i towarzystwo przyjaciół. Do szczęścia
wania... zamiłowań... zbyt długo by o tym pisać.
potrzebna jej kawa, książka i święty spokój.
WIKTOR ŁOBAŻEWICZ
a u t o r z y
n u m e r u
PAWEŁ SCHREIBER
wykłada w Katedrze Filologii Angielskiej UKW
w Bydgoszczy, recenzuje przedstawienia teatralne
NATALIA OLSZOWA
w „Didaskaliach, „Teatrze” i „Chimerze” a kiedy
POLECAM, GRAŻYNA TORBYTSKA
tylko chce od tego wszystkiego odpocząć – gra na
kompouterze, co potem skrzętnie opisuje na
Housewife, która mieszka w Dublinie, zagłębiając aktualnie tajniki kuchni śródziemnomorskiej
blogu jawnesny.pl.
https://www.facebook.com/PolecamGrazynaTorbicka
i zarządzanie zasobami ludzkimi. Prowadzi blog
kulinarny „Na Talerz”. Kocha się w ręcznie
malowanej ceramice.
KAROLINA ROBACZEK
doktorantka Katedry Kulturoznawstwa UMK
ARAM STERN
Germanista z pasją teatralną. Zostawił kilka
zdań o niej w „Musli Magazine”, „Biuletynie ZASP”,
„Teatrze dla Was”, „e-teatr.pl” i „Dzienniku
Teatralnym”. Nie potrafi powiedzieć, w jakim jest
wieku; ten ciągle się zmienia.
JACEK SEWERYN PODGÓRSKI
Podobno urodził się gdzieś w ciemnym borze.
Ciągle się edukuje i pisze. Zapalony kolekcjoner
komiksów Corbena i Moebiusa. Koneser włoskiego
Giallo. Lubi spieszyć się i spóźniać.
MAREK ROZPŁOCH
ur. 1980, obywatel Unii Europejskiej.
135
136
a u t o r z y
n u m e r u
SZYMON SZWARC
KAROLINA WIŚNIEWSKA
ur. 1986 r., poeta, muzykant, polonista, stypendysta. Teksty publikował m.in. w „Ricie Baum”,
„Kresach”, „Portrecie”, „Tyglu Kultury”, „Blizie”,
Etatowa anglistka i dorywczy twórca czegokol-
MACIEK TACHER
wiek, zdany na łaskę ciągłych przypływów i od-
„Helikopterze”, „Instynkcie” i w „Dwutygodniku”.
pływów weny. Zakochana w przedmiotach czerpie
Wydał tom wierszy „Kot w tympanonie”
muzyk.
treść z ich formy, docenia mistrzów designu tak
(Biblioteka „Rity Baum”, Wrocław 2012 r.).
samo, jak pospolite zrób-to-sam, które z uporem
Gitarzysta Jesieni, z którą nagrał płytę „Jeleń”.
praktykuje na własnej przestrzeni. Całoroczna
Mieszka w Toruniu
rowerzystka, podatna na huśtawki nastrojów,
i za granicą.
zawsze głodna nowej muzyki i Martini Bianco.
Chorobliwie uzależniona od jazdy na rolkach, głaskania swoich kotów, letniego bujania na hamaku
i słońca. Szczęśliwa, gdy nic nie musi.
DAWID ŚMIGIELSKI
Współtwórca filmu dokumentalnego „Zakazany
MARTYNA WÓJCIK-ŚMIERSKA
owoc nr 6”. Urodził się w paskudnym szpitalu
gdzieś w południowej Polsce. Uwielbia patrzeć na
’85 Absolwentka projektowania graficznego na
swoją półkę z komiksami. Czasem coś napisze.
UMK w Toruniu.
JOANNA WIŚNIEWSKA
Projektantka grafiki użytkowej (plakat, typografia,
identyfikacja wizualna),
równolegle współpracuje jako ilustrator
B
Rocznik ’86, z wykształcenia historyk sztuki,
z wydawnictwami prasowymi.
wielbicielka dobrych
Uczestniczka licznych konkursów i wystaw m.in.:
książek i podróży, ze słabością do barokowego
23 Międzynarodowego Biennale Plakatu,
malarstwa hiszpańskiego
22 Biennale Plakatu Polskiego,
i czekolady.
wystawy STGU „Warmia Rebelia Kultury”
iogramy autorów tekstów literackich i twórców prac prezentowanych w „Tworach” znalazły się w sąsiedztwie ich dzieł. Dziękujemy wszystkim Współtwórcom numeru – zarówno Tym, których notki biograficzne tu widzimy; jak i Tym, którzy nie ośmielili
się zamieścić informacji w tej tu rubryce – oraz Każdemu, kto w jakikolwiek sposób przyczynił się do powstania
siódmego numeru „Menażerii”!
o d s ł o n y
I
K
KOWS
A
J LESI
NDRZE
RYS. A
MENAŻERIA
REDAKCJA
Jerzyk Adamiak, Karol Barski, Karolina Natalia Bednarek, Barszcz Błaszczyk, Piotr Buratyński, Konrad Burzyński, Małgorzata Burzyńska, Maria Dek, Bartosz Dobrzelecki, Małgorzata Drążek,
Ryszard Duczyc, Hanna Grewling, Michał Groszewski, Łukasz Grajewski, Pamela Cora Granatowski, Szymon Gumienik, Gosia Herba, Krzysztof Joczyn, Beata Jurkiewicz, Andrzej Kilanowski,
Justyna Kociszewska, Kora Tea Kowalska, Agata Królak, Anna Krztoń, Maciej Krzyżyński, Magdalena Kus, Anna Ladorucka, Andrzej Lesiakowski, Wiktor Łobażewicz, Marta Magryś, Józef Mamut,
Andrzej Mikołajewski, Natalia Olszowa, Jacek Seweryn Podgórski, Karolina Robaczek, Marek Rozpłoch, Paweł Schreiber, Iwona Stachowska, Aram Stern, Szymon Szwarc, Dawid Śmigielski, Maciek Tacher,
Monika Wieczorkowska, Grzegorz Wincenty-Cichy, Karolina Wiśniewska, Martyna Wójcik-Śmierska, Mateusz Wysocki
Redaktor naczelny: Marek Rozpłoch, e-mail: [email protected]
Zastępca redaktora naczelnego: Aram Stern, e-mail: [email protected]
Dyrektor artystyczny: Martyna Wójcik-Śmierska
Administrator bloga i strony na Facebooku: Anna Ladorucka, e-mail: [email protected]
Szata graficzna i logo: Monika Wieczorkowska
Redaktorzy działu „Teksty literackie”: Hanna Grewling, Paweł Schreiber, Szymon Szwarc
Redaktor działu „Twory”: Gosia Herba
Redaktorzy działu „Pod okładką”: Jacek Seweryn Podgórski, Dawid Śmigielski, e-mail: [email protected]
Korekta: Małgorzata Burzyńska, Łukasz Grajewski, Szymon Szwarc, Karolina Wiśniewska
Skład: Maciej Krzyżyński, Jacek Seweryn Podgórski, Marek Rozpłoch, Dawid Śmigielski
E-mail: [email protected]
WYDAWCA: Stowarzyszenie Kulturalno-Artystyczne „Megafon”, strona: https://www.facebook.com/ska.megafon e-mail: [email protected]
137

Podobne dokumenty