引き篭り Hikikomori Homo Bliteum miłość, cukier i choinka

Komentarze

Transkrypt

引き篭り Hikikomori Homo Bliteum miłość, cukier i choinka
nr 9 • grudzień 2015
dwumiesięcznik • ISSN 2449-6375
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
引き篭り Hikikomori
Beata Żuk
Homo Bliteum
JaN Kowalski
Miłość, cukier i choinka
Radomiła Birkenmajer-Walczy
publicystyka
Mutacje czasu
– Dariusz Zajączkowski
wstępniak
C
zy grudniowy numer zawsze musi kojarzyć się stricte ze świętami
Bożego Narodzenia? Zawierać w sobie mnóstwo wigilijnych opowieści,
światełek, choinek i prezentów? „SOFA” odpowiada – niekoniecznie (!),
choć niewątpliwie każde wydanie naszego dwumiesięcznika jest starannie przygotowaną dla Was paczuszką pełną niespodzianek, by nie tylko
opakowanie cieszyło oczy, ale także sama zawartość.
Z grudniowym numerem będziecie niedookreśleni, będą Wami miotały
ambiwalentne uczucia. Stawiamy mocno na refleksyjność, bo to ona jest
impulsem, który skłania nas do tego, aby patrzeć na świat inaczej –
wyciągać wnioski, doceniać, poszukiwać – widzieć więcej.
Oprócz tego mamy dla Was niespodziankę! Wejdźcie z okładkowym aniołem do wieży, zwiedźcie każde piętro, a dotrzecie do miejsca, gdzie osobiście wraz ze specjalnymi gośćmi uraczymy Was lampką czegoś wysokoskokowego. Tak, tak, mili Czytelnicy – będzie dodatek do grudniowego
wydania „SOFY”. Obserwujcie nas na Facebooku, by być na bieżąco i cóż…
Z tego miejsca redakcja życzy niebanalnych wrażeń na „wieżowych” poziomach, czyli wrażeń na poziomie, za to w dodatku będziemy bardziej
ludzcy… przynajmniej na początku.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
SIĘ
W
s i ę
SŁOWA(CH)
w
Anna Wąsikowska
spis treści
s ł o w a ( c h )
opowiadania • miniatury • proza
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
SOFA 05/2015 (6)
REDAKTOR NACZELNA
Anna Wąsikowska
[email protected]
DZIAŁ PROZY
Anna Wasińska
[email protected]
DZIAŁ PUBLICYSTYKI
Aneta Rzepka
[email protected]
WYDAWCA
Anna Wąsikowska, Kraków
OPRACOWANIE GRAFICZNE/DTP
Przemek Kijowski, Arek Kikulski,
Magda Kwasik (Madee), Izabela
Szymczak, Magdalena Wielgosz
OKŁADKA
Leszek Kostuj
SEKRETARIAT/PROMOCJA
Paulina Siedlich
[email protected]
WSPÓŁPRACA
Anna Dudało, Dariusz Zajączkowski,
Grzegorz Bryk, Anna Karowicz,
Sylwia Kępa
5 Przystanek – aleja Pokoju – Barbara Marszałek
9 Chleba naszego... – Andrzej Chodacki
12 Bądź wolny – Sebastian Marks
17 Żal – Izabela Kudasik
19 Homo bliteum – Jan Kowalski
21 Miłość, cukier i choinka – Radomiła Birkenmajer-Walczy
25 引き篭り Hikikomori – Beata Żuk
28 Przenikając ściany – Zofia Aleksandra Dubiel
32 Coś się czai – Krystyna Habrat
35 Święto zmarłych dusz – Beata Pytel
publicystyka
41 Mutacje czasu – Dariusz Zajączkowski
42 Nie całkiem bajka o Misiu – Justyna Sikora
43 W obcym domu – Weronika Tomala
45 Podróż do wnętrza kobiecości – blaszka
49 Oblicza wolności – Sylwia Kępa
SOFA patronuje!
51No coś ty! – Monika Skrzypek
52
Galeria autorów
54
patronaty
3
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
4
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Barbara Marszałek
Przystanek
– aleja Pokoju
J
est śnieżny zimowy poranek. Mróz od trzech tygodni kreśli malowidła ze szronu na oknach w
całym mieście – od piwnic aż do górnych pięter bloków. Można dostać zawrotu głowy od spoglądania na
korale sopli zwisające z rynien, schodów czy poręczy.
Ludzie, zmuszeni przez rytuał codzienności, wysuwają
nosy spod wygrzanych nocnym oddechem kołder. Po
porannej toalecie wychodzą z domów, zachłystując
się mroźnym powietrzem, i za pomocą kilku piruetów,
zatańczonych na lodowej tafli ulicy, dostają się pod zamrożone dachy przystanków autobusowych.
Stoję zgnieciona między nimi. Balansując na granicy
dobrego tonu, przytulam się do sąsiada, wpatrzonego
w rozkład jazdy jak w wyrocznię. Autobus się spóźnia.
Sąsiad wypuszcza opary bluźnierstw w mroźną przestrzeń ulicy. Dziś obchodzę trzydzieste urodziny. Popołudnie najprawdopodobniej spędzę sama. Zastanawiam się, czy
nie zadzwonić do Kaśki, być może będzie miała wolny
wieczór, choć tak naprawdę w to wątpię. Kaśka mocno
trzyma za ogony całe „stado srok”: praca w firmie, kurs
na przewodnika wycieczek, korepetycje z francuskiego.
Do wypełnienia grafiku brakuje jej jeszcze tylko wolontariatu w hospicjum. Biega po całym mieście z wywieszonym językiem i czarnymi plamami po kawie na jego
powierzchni. Jęzor ten od dobrych dziesięciu lat jest jej
znakiem rozpoznawczym, który spowodował, że (choć
bardzo tego pragnie) nie może spotkać żadnego normalnego mężczyzny, z którym mogłaby ułożyć sobie
życie, urodzić mu dwójkę dzieci i żyć długo i szczęśliwie.
Kaśka to jedyna osoba, którą znam w tym mieście
(nie wliczając kolegów z pracy). O tym, że po studiach

5
opowiadania • miniatury • prozA
przeniosła się do Krakowa, dowiedziałam się od koleżanki i przez nitkę, a raczej łącze internetowe, dotarłam
do kłębka, czyli do Katarzyny we własnej osobie. Spotkałyśmy się w knajpce ulokowanej w bocznej uliczce
Rynku Głównego. Lokal był w stylu lat trzydziestych
minionego wieku. Na pożółkłych ścianach wisiały
stare obrazy oraz nadgryzione przez korniki półki, na
których wylegiwały się zakurzone książki. Duszną salę wypełniały drewniane półkoliste stoliki, ozdobione
lampkami naftowymi żarzącymi się szklanym, czerwonym światłem. Cena piwa była oszałamiająca: dziewięć
złotych za pół litra! „Chryste, kto w naszym kraju ma tyle pieniędzy, żeby móc nimi szastać na prawo i lewo
w tak drogich pubach?” – spytałam siebie w myślach
i nie mogłam się nadziwić, że gośćmi nie byli turyści
z Ameryki lub Wielkiej Brytanii, tylko młodzi, lekko już
podchmieleni Polacy, sprawiający wrażenie stałych bywalców. „Pewnie ukradkiem przelewają do kufli piwo
kupione wcześniej w sklepie” – stwierdziłam i chyba nie
byłam daleka od prawdy. Przecież to miasto wykańcza
finansowo swych mieszkańców. Wszyscy narzekają
na brak pieniędzy i na zarobki niewspółmierne do
cen. Kaśki nie widziałam dziesięć lat. Nasze drogi rozeszły
się po ukończeniu liceum, kiedy to większość klasy
IVC po otrzymaniu świadectw dojrzałości w białych
wykrochmalonych koszulach ruszyła w stronę klubu
„Atmosfera”. Był upalny czerwcowy dzień. W jednej
ręce trzymaliśmy mokre od potu marynarki, a w drugiej – teczki, które chroniły nasze „przepustki na studia”.
Jakże byliśmy naiwni, snując plany na przyszłość: prawo na UJ, psychologia na UŚ, studia dzienne, kolekcjonowanie tytułów, rozwijanie horyzontów myślowych
i wreszcie… wspaniała kariera zawodowa. Myśleliśmy,
że od tej chwili nasze możliwości są nieograniczone, że
przyszłość potoczy się zgodnie z naszymi planami: bez
poślizgów, bez upadków, bez wątpliwości. I oto jesteśmy. Ja i Kaśka. Z utraconymi w swoim rodzinnym otoczeniu imionami na rzecz przydomku „stara panna”. Z pełzającym tasiemcem depresji od tułowia
w kierunku mózgu. Z pracą, która przyczynia się do
wzrostu czynnika stresowego i nie wypełnia naszych
kieszeni nawet do połowy. Wspominamy klasową wycieczkę do Rycerki, dociekając, kto zwymiotował do pudła rezonansowego
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
6
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
gitary katechety. Po długiej debacie stwierdzamy, że
najprawdopodobniej był to Piotrek, ponieważ jego
kurtka przez dwa dni po balandze w schronisku nosiła
zapach wymiocin. Na koniec spotkania, choć nigdy nie
byłyśmy sobie bliskie, ściskamy się serdecznie. W głowach pulsuje nam pozytywna myśl: lepszy stary znajomy niż żaden. Trzy dychy na karku powracają do mnie jak bumerang. Czekam na autobus do domu. Skończyłam pracę wyjątkowo wcześnie, dlatego też o tej porze dnia
jestem jedynym żywym organizmem ogrzewającym
teren przystanku. Głęboko wdycham surowe powietrze, przecinające gardło jak ostry sztylet. Jest jeszcze
jasno, choć gdzieniegdzie zauważam skrawki ciemnych chmur na niebie. Zmarzniętą dłonią wyciągam
papierosa, a po uporaniu się ze skostniałą zapalniczką
całymi płucami, a nawet żołądkiem, wciągam nikotynowy dym. Niewielka iskrząca się pochodnia przyciąga
w moją stronę człowieka. Ma około pięćdziesięciu lat,
a jego przerzedzoną czuprynę przysłania czarna czapka. Zbliża się chwiejnym krokiem i pyta, czy mogę go
poczęstować papierosem. Podaję mu zwinięty w rulon
markowy tytoń. – Ślicznie pani dziękuję – mamrocze. – Nie paliłem
dwie godziny. W ułamku sekundy uderza w mój słaby punkt. Wiem
już: nie wysłucham historii o tym, że kiedyś jego życie
wyglądało inaczej. Mogę się domyślić, że gdy miał dwadzieścia lat czuł się jak młody bóg. Mogło się zdarzyć
i tak, że pewnego wieczoru na urodzinach znajomego
zobaczył siedzącą w kącie pokoju młodą dziewczynę.
Przez chwilę pomyślał, że Marilyn Monroe przyjechała z Hollywood do Nowej Huty, aby wyskoczyć z tortu i
zaśpiewać Happy Birthday. Mocno uderzył się w twarz,
szybko zanalizował zaistniałą sytuację i zdecydował
się na rozmowę z tajemniczą ślicznotką. Owa osobliwa
piękność miała na imię Marlena. Dwa lata później została jego żoną, a następnie urodziła mu kilkoro dzieci.
Rozpił się nie wiadomo kiedy. Nie wiadomo też, kiedy
stracił pracę i obudził się na klatce schodowej, mając lat
pięćdziesiąt. Bijąc głową w ścianę, krzyczał z całych sił: „Jak mogłem się tak pomylić!?… Moja Marilyn Monroe
to nikt inny jak Marilyn Manson! Widziałem go ostatnio
na zdjęciu, które pokazał mi najmłodszy syn”. Nie nadstawiam ucha, aby posłuchać jego opowieści.
Tym razem to ja potrzebuję pięciu minut monologu –
jak rześkiego wdechu. – Proszę pana, ja nie paliłam siedem godzin, ponieważ
moi koledzy z pracy są niepalący, a zapach nikotyny
budzi w nich wstręt. Nasza ekipa składa się z czterech
osób: trzech elegancików i mnie. Pracuję w niewielkim
wydawnictwie… Sprzedajemy książki psychologiczne,
parapsychologiczne, wykonujemy korekty. Ostatnio
napisałam artykuł do naszej gazety o arbuzoterapii.
Czy pan wie, że arbuz oczyszcza organizm z toksyn
i pomaga w leczeniu Parkinsona? Mogę panu podać
przepis na kruszon lub sorbet arbuzowy, lub na drink
z arbuza, to pana bardziej zainteresuje…
Spogląda zdziwiony i dostrzegam lekkie otrzeźwienie
na jego brudnej twarzy oraz naznaczoną mrozem czerwoną dłoń wyciągniętą w górę na znak, że potrzebuje
papierosa. Naturalną koleją rzeczy wykonuję to, czego
oczekuje. Mniemam, że ma jeszcze trochę czasu, zanim
pojedzie na dworzec, a tam stanie w nierównym rzędzie wraz z Włodkiem, Zbyszkiem i Jaśkiem przy głównym wejściu do Galerii Krakowskiej, tuż przy koszach
z niedopałkami. Biorę głęboki oddech.
– Przepis na drinka z arbuza jest bardzo prosty: do
czystego naczynia dajemy miąższ owocu, rum, brązowy cukier, sok z cytryny, szklankę wytrawnego białego
wina i szklankę półsłodkiego wina musującego.
– No, to może być dobre – powiedział, niewzruszony.
Zauważyłam, że jego wąsy nie są siwe, tylko pokryte
grudkami szronu.
– Wie pan... Praca w wydawnictwie przydarzyła się
właściwie niespodziewanie, a mieszkanie przy alei Pokoju wynajęłam od kuzyna, który wyjechał do Belfastu.
Równowaga w polskiej przyrodzie została zachowana:
ja wróciłam z wyspy, a kuzyn nań wyjechał. Moi koledzy
z pracy ukończyli kursy automasażu i samoleczenia,
brali udział w marszu zdrowia, a na ich biurkach piętrzą
się stosy zestawów ćwiczeń na każdą porę roku. Nasz
szef jest Rosjaninem. Przyjeżdża do Krakowa dwa razy
w miesiącu. Mam pewne przypuszczenia, że to stary
Kaszpirowski – wyszeptałam. – Dotarły do mnie informacje, że powrócił ze Stanów i rozpoczął swoje (jak to
sam nazwał) „drugie przyjście” na Litwie. Być może to
właśnie on (bo wiadomo – z Litwy nie jest daleko do
Polski). A mój szef, proszę sobie wyobrazić, potrafi chodzić po rozżarzonych węglach, wykłada na kursach ABC
dobrego kontaktu naturalne techniki relaksacji, jogę dla
oczu, zajmuje się również słowiańską szkołą hipnozy
i jeszcze tysiącami innych rzeczy. Natomiast my, oprócz
sprzedawania książek i pisania nawiedzonych przez
ducha samoleczenia artykułów, zamieszczamy w gazecie antynikotynowe reklamy. Wie pan, propaganda
w stylu działania obrazem na ludzkie emocje – na
pierwszym planie paromiesięczne dziecko, a pod
zdjęciem napis: „Znowu mleko będzie śmierdzieć papierosami. Nie truj mnie, mamusiu. Rzuć palenie!”. Lub
odbite na mokrym piasku ludzkie stopy z nagłówkiem:
„Wielcy pozostawiają po sobie ślad, a palacze – smród”.
Rozumie pan, podejmując tę pracę, musiałam oznajmić, że jestem osobą niepalącą. – Eee tam… – Drwiąco machnął ręką. – Dzisiaj żyją
same świry, skurwysyny i suki. – Podniósł się, skręcając
głowę w stronę nadjeżdżającego autobusu. Drzwi pojazdu sapnęły i połknęły mojego słuchacza.
– Szkoda, że już odjechał – westchnęłam. Chciałam
mu opowiedzieć jeszcze wiele rzeczy, a przede wszystkim nie zdążyłam wspomnieć o tym, że zarabiam psie
pieniądze. Żeby utrzymać się w tym mieście, rozmieniam w kantorach funty na złotówki. Z każdym kolejnym dniem dostrzegam, że z przestarzałym idealizmem
i chorą dumą nie dotrę daleko. Godzinami przesiaduję
nad stosem kartek: literówka – znaczek, wycięcie wyrazu – znaczek, błąd ortograficzny – znaczek. Następnie
dokańczam tekst typu: „Jak walczyć ze stresem?”. Co ja
mogę powiedzieć małej grupie naszych czytelników
na ten temat? Już dawno odłożyłam w przytulny kąt
wszelkie zamiary bicia się ze swoimi nerwami. Przyzwyczaiłam się do stresu. Nie pytając mnie o zgodę,
wszył mi się pod skórę i przy pomocy kropel potu ściera z twarzy warstwy pudru. Bawi się mną jak kukiełką
z teatrzyku lalek. Porusza kolanami w takt nieznanego
mi rytmu, a jego władcze pazury dziergają pod oczami
serwetkę z kurzych łapek. Czas wziąć się w garść, przestać narzekać i coś zmienić. Najlepiej pracę, idealnie – dziś, najpóźniej – jutro.
Autobus nadal nie przyjeżdża. Decyduję się iść na
tramwaj, ufając, że ten środek transportu mnie nie zawiedzie. W tramwaju jest bardzo ciepło.
Spróbuję przekonać się do tego miasta. Przecież
cała Polska, a nawet cała Europa kocha Kraków; jego

7
opowiadania • miniatury • prozA
zapierający dech w piersiach rynek, zabytki sakralne stanowiące narodowe dziedzictwo, uliczki, którym uroku
dodają stare kamienice. Mieszkać w Krakowie to już jest
coś! Nie na jakimś zadupiu niedaleko Łodzi, Płocka czy
Kalisza, tylko w stolicy polskiej myśli intelektualnej
i historii.
Obawiam się, że znów przysiądzie się do mnie któraś
z kobiet ze szlachetnej stali. Dlatego też wolę jeździć
autobusami, tramwaje omijam szerokim łukiem, bo
tylko w nich je spotykam. Siadają obok mnie, a ja nie
widzę w nich staruszek ubranych w rude futra i kapelusze niczym z teatralnej garderoby. Nie zdaję sobie
sprawy, że od osiemdziesięciu lat śpią z gorącą cegłą
pod kołdrą. Widzę czternastoletnie dziewczyny z dumnie uniesioną głową i oczami czujnie wytrzeszczonymi
w przyszłość. Każda z nich ma długi złoty warkocz. Kołysząc nim, porządkuje świat, wymiatając z życia wojnę,
łzy, morderstwa, gwałty, śmierć.
Uciekam przed nimi. Przed zrzucaniem na mnie całego ciężaru historii ludzkości. Bo jest mi wstyd. Wstyd
za siebie i za swoje pokolenie. Urodziliśmy się słabi
psychicznie. Z nierozpoznaną przy porodzie depresją
i nerwicą. Z blizną niezadowolenia na twarzy. Rośliśmy
zdrowo – ku radości rodziców, dziadków i pradziadków, którzy w naszych narodzinach dopatrzyli się
zwycięstwa życia nad śmiercią. Bez otarcia się o wojnę,
kojarząc komunizm jedynie z syfonem na wodę i bajką
o wilku i zającu, doczekaliśmy się własnej dorosłości.
Stojąc teraz naprzeciw przyszłości, nie mamy bladego
pojęcia, co zrobić z darowanym nam życiem. Dziś los był łaskawy. Żadna staruszka nie zagrzała
miejsca obok mnie. Przystanek: aleja Pokoju. Wysiadam. W drodze odbieram telefony z życzeniami od
znajomych i rodziny. Wchodząc do domu, podkręcam
kaloryfer i wyjmuję z plecaka butelkę wina. W doborowym towarzystwie ciszy wypijam lampkę. Chcę wyglądać pięknie. Biorę prysznic, smaruję ciało brzoskwiniowym balsamem. Wkładam koronkową, śnieżnobiałą
bieliznę. Na nogi z trudem naciągam czarne rajstopy.
Ubieram się w ulubioną brązową sukienką, która odsłania znaczną część pleców. Rozczesuję włosy i spinam
je w kok. Do ukoronowania ceremonii upiększania
pozostał mi najważniejszy akt: stworzenie idealnej, dynamicznej maski, zakrywającej mankamenty urody. Za
pomocą pudru kamufluję grudki małych krostek, które
zadomowiły się w suchych kącikach warg. Na powieki
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
8
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
nakładam brązowy cień, czarną kredką podkreślam
cienkie brwi. Przesuwając lusterko, patrzę sobie głęboko w oczy, zastanawiając się, jakiego właściwie są
koloru. Pora zimowa przyozdobiła je w barwę brzozowych liści, a latem staną się ciemnoniebieskie niczym
tafla jeziora o zachodzie słońca. Obrysowuję kontury ust
czerwoną kredką, po czym jeszcze raz zerkam w lustrzane odbicie, spoglądając na całą swoją postać. Gdybym
postarała się trochę schudnąć i wyprostowała zęby,
wyglądałabym jak Greta Garbo.
Z przyśpieszonym łomotem serca myślę o momencie, w którym bezpowrotnie utracę możliwość odmłodzenia się za pomocą kilku prostych tricków. Lecz to
jeszcze nie jest dziś, nie jutro, nie za pięć lat. Wyciągam
z szuflady stare zdjęcia, kartkę papieru i długopis. Stawiam na podłodze butelkę wina i zapadam się w fotel.
Zaczynam pisać wiersz, bo przecież od dziecka marzyłam o tym, by zostać poetką.
Po przeczytaniu napisanego przed chwilą wiersza wydaje mi się, że łka kołysane przez matkę dziecko, a jego
wersy zdają się być podobne do tych kilku spisanych
przed laty, mimo że moje uczucia, niczym różnobarwne
szkiełka kalejdoskopu, z każdym ruchem komponują
się w inne figury.
Oglądam stare zdjęcia. Niewątpliwie gdzieś na płaszczyźnie życia utraciłam niewinność, która niegdyś
wypełniała moje oczy.
Wiersz jest bańką mydlaną, nabrzmiałą od wspomnień.
Mały poeta opisuje to, co ma w sercu, To, co czuje, to, co wie. Opisuje łzy i radość swoją i innych ludzi, wiedząc, że weźmie to do ręki jako stara kobieta, która nie ma już sił pisać wierszy. Na tym kończę mój wiersz wesoły, a zarazem smutny.
Ada K. (lat 9)

Andrzej Chodacki
CHLEBA
NASZEGO…
Opowieść oparta na faktach.
P
ociąg miał stać jeszcze wiele godzin. Pan Stanisław, który z racji swoich częstych przed wojną
wizyt za wschodnią granicą znał dobrze rosyjski, już po
raz trzeci wracał od maszynisty z zapewnieniem, że do
piętnastej pociąg na pewno nie ruszy. Przed nimi transporty wojskowe na pół dnia zablokowały przejazd na
południowy wschód, w kierunku Uzbekistanu.
W innych okolicznościach rzekłbyś, że dzień był piękny.
Słońce o barwie pomarańczowej stało nisko nad lasem,
malując śnieg na przedziwny różowawy kolor. Czarna
gąsienica pociągu wdarła się w ten spokojny zakątek,
rozdzielając torami połacie nieskazitelnie czystego
śniegu. Ludzie spacerowali obok swoich wagonów,
rozmawiali, zaglądali w czeluście rozsuwanych drzwi,
z których gdzieniegdzie podnosiła się para gotowanej
na piecykach wody. Zimowe popołudnie było mroźne,
choć nie mogło się równać z ciemniejącym niebezpieczeństwem zimowego wieczoru czy nocy.
– Stoimy do piętnastej – oznajmił głośno Stanisław,
gdy zbliżał się ku rozsuniętym do połowy drzwiom
swojego wagonu.
Z środka z wyrazem zatroskania na twarzy wyglądała
żona Barbara. Za stojącą w drzwiach kobietą na żelaznej pryczy siedziała matka Stanisława – pani Helena,
zasuszona staruszka w grubej chustce na głowie. Do
kompletu rodzinie brakowało tylko siedemnastoletniej Katarzyny – córki Stanisława i Barbary. Dziewczyna wcześnie rano, po otrzymaniu informacji o wielogodzinnym postoju pociągu, wybrała się do odległej
o około trzy kilometry wioski, by wymienić pierścionek
na coś do jedzenia.
Dochodził kwadrans po trzynastej i pan Stanisław

9
opowiadania • miniatury • prozA
uświadomił sobie, że stwierdza to już piąty raz z rzędu.
Tak jakby częste spoglądanie na zegarek miało dać
córce więcej czasu na powrót. Pozostali towarzysze
podróży, znajomi z rodzinnej miejscowości, z której
zostali wywleczeni siłą przez NKWD i pod bronią wepchnięci do bydlęcych wagonów, zajmowali się wyczesywaniem wszy lub tępo patrzyli w kierunku odległego
widnokręgu. W tamtą też stronę spoglądała pani Barbara, wypatrując poniżej pomarańczowej słonecznej
kuli postaci wychodzącej z lasu na równinę. Stała tak
już dwie godziny, ale żaden, nawet najmniejszy czarny
kształt nie zakłócił bieli bezkresnej przestrzeni. Córka
nie wracała, choć z obliczeń wynikało, że o tej porze
powinna już wyjść z lasu.
– Maszynista mówił, że tu nie ma wilków – pan Stanisław próbował złagodzić jej obawy – zdąży wrócić, to
mądra dziewczyna.
– Basiu! – zawołała z środka starsza pani.
– Słucham, mamo. – Barbara niechętnie odwróciła
wzrok od lasu.
– Czy my mamy jeszcze jedzenie? – Głos pani Heleny
był cichy, nie chciała niepokoić sąsiadów.
Barbara milczała jakiś czas.
– Może Kasia coś dostanie we wsi – odezwała się po
chwili i wróciła do obserwacji.
Teraz wolałaby tu swoją córkę całą i zdrową zamiast
worków najlepszych frykasów. Rozum podpowiadał
jej, że nie mieli wyboru. Mąż z powodu chorych stawów nie przebrnąłby przez wysoki po kolana śnieg. Ale
mimo to do głosu coraz częściej dochodziła rodząca
się w sercu wątpliwość, czy dobrze zrobiła, zezwalając
córce na marsz do wsi.
Wtem pod linią lasu pojawił się maleńki kształt. Barbara zmrużyła oczy, by lepiej widzieć. Drobny, ciemny
punkt wyraźnie się poruszał, więc zeskoczyła z progu
wagonu i zrobiła kilka kroków w tamtą stronę.
– Popatrz, Stasiu, może to Kasia wraca? – Wskazała
ręką las i spojrzała do tyłu na męża.
– Basiu, tego krzyża nie sprzedawaj, to pamiątka po
dziadku – kobieta usłyszała z tyłu głos swojej teściowej,
która stała teraz w drzwiach wagonu.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
10
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
– Jakiego krzyża, mamo? – rzuciła nerwowo, nawet
nie odwracając głowy od niedużej sylwetki, poruszającej się wolno na widnokręgu.
Odległość pomiędzy lasem a pociągiem topniała bardzo powoli, ale gdy po kilkunastu minutach wypatrywania oczu zmalała odrobinę, widać już było, że postać
niesie coś na plecach. W pewnym momencie ludzki
kształt zniknął w śniegu.
– To Kasia! – krzyknęła Barbara. – Idę po nią!
– Sama nie dasz rady! – zawołał Stanisław i zaczął
zapinać kożuch pod brodą.
– Pamiętaj, Basiu, to pamiątka po dziadku – doleciał do
nich jeszcze niknący szept starszej pani, ale nie mieli już
czasu, by się zastanowić, dlaczego było w nim tyle żalu.
Brnęli przez wysoki śnieg, podczas gdy drobna postać próbowała powstać na nogi. Dystans między nimi stopniowo się zmniejszał. Słońce dotknęło już pomarańczową tarczą linii lasu i śnieg zrobił się jeszcze
bardziej różowy. Cień towarzyszący wyraźnie teraz
widocznej Kasi wydłużył się jeszcze, gdy udało jej się
wstać o własnych siłach. Kolejne kilkanaście minut
zeszło na gorączkowej walce z wstrzymującym ruchy
sypkim śniegiem. Barbara i Stanisław byli już pewni, że
to ich córka. Obciążona czymś, nie miała już sił, by iść
dalej. Ona także ich poznała i machała z daleka ręką.
Z każdą minutą dało się rozróżnić więcej szczegółów
jej filigranowej sylwetki, a wreszcie zapłakaną twarz.
Z ulgą padli sobie w objęcia. Oblepiona zamarzniętym
śniegiem dziewczyna wskazała worek, który tak mocno
obciążył jej słabe ramiona.
– Mam ziemniaki – mówiła do nich przez łzy. – Mamo,
mamy ziemniaki!
– Wracamy, kochana – pani Barbara wzięła osłabioną
dziewczynę pod rękę – trzeba cię ogrzać, szybko!
Pan Stanisław dźwignął worek na plecy i dopiero teraz dotarło do niego, że bezcenny pakunek ważył pewnie ze czterdzieści kilogramów.
– Jak ona go tu przywlekła? – zastanowił się, ale nie
zdążył wypowiedzieć na głos swojego zdumienia, bo
z oddali doleciał przeciągły gwizd lokomotywy.
Mężczyzna nerwowo spojrzał na zegarek. Czternasta
pięć. Bez słowa przyspieszyli kroku. W oddali niewielkie
postacie, rozsiane w czerwieniejącym teraz śniegu, zaczęły niknąć w ciemnych otworach wagonów.
– Matko Przenajświętsza – jęknęła Barbara, walcząc ze
spowalniającym ruchy śnieniem. Stanisław, obciążony
niemiłosiernie, został wyraźnie z tyłu. – Rzuć to, Stasiu!
– krzyknęła kobieta, gdy obejrzała się za siebie.
Mężczyźnie przemknęło po głowie takie rozwiązanie.
Ale pociąg ciągle przecież stał i tylko ich wagon, coraz
lepiej widoczny z machającymi z wnętrza ludźmi, miał
jeszcze otwarte drzwi. Od ratunku dzieliło trójkę ludzi
kilkadziesiąt kroków. Drugi gwizd lokomotywy oznajmił gotowość do odjazdu. Znajomi machali teraz zawzięcie, mobilizując ich do przyśpieszenia kroku. Stanisław miał coraz większe kłopoty z nabraniem w płuca
powietrza. Każdy oddech palił piersi żywym ogniem.
Nagle z lokomotywy zeskoczył rosyjski żołnierz i ruszył
w stronę biegnących ludzi. Stanisław z przerażeniem
dostrzegł, że sołdat się zatrzymuje, ściąga z ramienia
karabin i mierzy w ich kierunku.
– Wilki! – Krzyk od strony pociągu dotarł do biegnących na ułamek sekundy przez hukiem wystrzału, który wstrząsnął równiną. Skowyt za plecami Stanisława
uświadomił mu nowe zagrożenie. Sołdat podniósł do
góry rękę i zaczął się gromko śmiać. Z lokomotywy
odpowiedziały mu krzyki po rosyjsku. Rodzina dopadła
do pociągu i dopiero teraz odważyła się odwrócić głowy. Kilka ciemnych kształtów czmychało w stronę lasu,
a sołdat wracał zadowolony do lokomotywy, podśpiewując wesoło:
Как-то летом на рассвете
Заглянул в соседний сад
Там смуглянка-молдаванка
Собирает виноград1
Stanisław pomógł córce i żonie wejść do wagonu,
potem wrzucił tam worek i sam wdrapał się do środka.
– Boże drogi, dobrze, że jesteście – usłyszał głos Janka,
przyjaciela w wagonowej niedoli, który otrzepywał go
teraz ze śniegu.
Stanisław upewnił się, że żonie i córce nic nie jest,
uśmiechnął się do nich, wyrównał oddech, po czym
zdjął rękawicę i włożył rękę do worka. We wnętrzu
natrafił na zamarzniętą breję, z której na oślep wyłuskał coś, co w dotyku wydawało się okrągłe. Rozgniótł
zmarzniętą bulwę dłonią. Z boków palców wyciekła
brudna ciecz. Spojrzał na Kasię i nadal starał się uśmiechać. Barbara okryła dziewczynę kocem i energicznie
nacierała jej ramiona.
Teraz dopiero dotarło do Stanisława, że na pryczy
kogoś brakuje. Nerwowo rozejrzał się po wagonie.
– Gdzie mama? – zapytał, z trudem podnosząc się na
nogi. – Czy ktoś widział moją matkę?!
Kolejny gwizd lokomotywy poprzedził szarpnięcie,
po którym rozpoczął się wolny ruch pociągu. Stanisław
dopadł do drzwi i otworzył je szeroko.
– Mamo!!! – krzyknął, mocno się wychylając, i ogarnął
przerażonym spojrzeniem szarzejące przedpole. Ani
jednej postaci, tylko martwy wilk tam, gdzie dopadła
go rosyjska kula. – Zatrzymać pociąg!!! – ryknął w stronę lokomotywy, ale nikt go nie słyszał. Świat poruszał
się powoli, panika zaciskała palce na gardle mężczyzny.
– Stanisław – odezwał się ktoś z tyłu. Spojrzał, przerażony. – Stanisław, ona odeszła, powiedziała, że i tak nie
macie co jeść… Żeby jej nie szukać.
– Co!? – Złapał za ramiona stojącego przed nim człowieka, ale dostrzegł tylko smutek wynędzniałych głodem oczu. Odwrócił się i jeszcze raz przeczesał wzrokiem ciemniejący zmierzchem ocean śniegu. Padł na
kolana obok drzwi, które mężczyźni cicho domknęli
z obawy przed zimnem.
– Tato! – wołała zapłakana Kasia. – Tato!
Stanisław popatrzył na worek przemarzniętych ziemniaków, potem na żonę i córkę. Obraz gęstniejącego
wnętrza wagonu rozmył się, gdy łzy wypełniły oczy.
– Mówiła, żeby nie sprzedawać jej krzyża – powiedział
ktoś z boku. – Tak prosiła.
Zmierzch zapadł szybko, a wraz z nim przestrzeń
wypełniły cicho szeptane modlitwy. O łagodną śmierć
dla osamotnionej wśród nieludzkiej ziemi Heleny.
O powrót do Ojczyzny.
O chleb powszedni, którego jutro także nie będą mieli.

1
Fragment skocznej pieśni rosyjskiej pt. Смуглянка.
11
opowiadania • miniatury • prozA
Sebastian Marks
wolny
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
12
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
T
elefon zadzwonił koło trzynastej. Tosia wieszała właśnie pranie, stojąc na chwiejącym się stołku.
– Kogo cholera niesie – zaklęła pod nosem i wyskoczyła z łazienki.
– Halo – powiedziała, nadstawiając ucha.
– Pani Antonina Biłgorajowa?
– Teraz już Tokaj.
– Słucham?
– Teraz już Tokaj. Biłgoraj to moje panieńskie.
– Czy pani ojciec to Konstanty?
– Tak, ale nie widziałam go od bardzo dawna. Matka od niego
odeszła…
– Pani ojciec jest w Uleczalni.
– No i co z nim?
– Ma poważny uraz mózgu.
– Tak?
– Jego leczenie niedługo dobiegnie końca, ale nie dotarliśmy do
żadnego członka rodziny. Dopiero do pani.
– Nie ma do kogo dzwonić. Jestem jedynaczką, co chyba jasne, a
matka umarła jakiś czas temu. Ojciec, z tego, co wiem, też nie ma
żadnej żyjącej rodziny.
– Co pani zamierza?
– Jak to?
– Pani ojciec będzie do odebrania pojutrze.
– Ale ja go nie chcę.
– Jako jedyny żyjący członek rodziny ma pani obowiązek odebrać ojca z Uleczalni.
– A jeśli go nie odbiorę?
– Prawdopodobnie przyjedzie do pani w towarzystwie straży
przybocznej.
– A z jakiej racji?
– Przypominam, że u nas w królestwie rodzina darzona jest
szczególną czcią, a kultywowanie tradycji…
– A idź w diabły z tym cholernym prawem. Mój ojciec jest dorosły. Sam o siebie zadba.
– Nie byłbym taki pewien.
– Nie rozumiem.
– Pani ojciec jest, że tak powiem, nie do końca dysponowany.
– Wciąż nie rozumiem.
– Może inaczej. Pani ojciec wymaga teraz stałej opieki. Jego
mózg był pozbawiony tlenu przez ponad pięć minut.
– Czyli co? Jest teraz rośliną? Chcecie mi go wcisnąć, bo wam zasrał
za dużo prześcieradeł? Myślicie, że ja nie mam swoich zmartwień?
– Jeszcze jedno słowo, a twój ordynarny pysk wpadnie do koszyka razem z głową. Nie po to dzwonię osobiście, ty wiejska kurwo,
żebyś mi tu fochy stroiła.
Antonina przymrużyła oczy, jakby ktoś zamachnął się na nią
kijem. Przedobrzyła. Nie powinna była tyle pyskować.
– Dobrze, już dobrze. O której będzie
można go zabrać? – spytała polubownie.
– I nie można było tak od razu? O dwunastej, droga pani. Do zobaczenia.
– Do widzenia – odparła i odłożyła słuchawkę na widełki.
Antonina nie pamiętała nawet twarzy
ojca. Kilkanaście lat temu udało jej się
całkowicie wyprzeć go ze świadomości.
Nie było ciężko. Konstanty wcale nie zabiegał o uwagę córki. Był dla niej zjawą
z poprzedniego życia. Czasami tylko spotykali się w koszmarach. Miał czarne krążki zamiast oczu, a zamiast skóry – łuski.
Chciał ją dopaść, ale nigdy nie dopadał.
Mąż Antoniny miał na imię Anastazy.
Był wysoki, barczysty i brodaty. Wydatna szczęka, pokryta ciemnym zarostem,
skrywała piękny uśmiech, który od czasu
do czasu wychodził na światło dziennie.
Antonina mówiła najwolniej, jak umiała.
W ten sposób przekonywała samą siebie,
że jest spokojna, że wcale się nie denerwuje. Anastazy słuchał w milczeniu. Co
jakiś czas kiwał głową ze zrozumieniem.
– Trudno – odezwał się w końcu. – Jeśli
będzie trzeba, to się nim zajmiemy.
– Ty nie rozumiesz, ja nie będę mogła
usnąć, jak ten diabeł będzie w pobliżu.
– Przesadzasz. Przecież sama powiedziałaś, że jest rośliną.
– Jak sobie pomyślę, że on tu będzie,
zaczynam się trząść. Zobacz, jak drżę. –
Antonina wysunęła rękę przed oczy Anastazego. – Patrz.
Dłoń naprawdę drżała. To zrobiło na
Anastazym wrażenie. Żona nie należała
do tych porcelanowych księżniczek, co to
same nie mogą się sobą zająć. Antonina
była kobietą na schwał – silną i zaradną.
Praca w polu nauczyła ją wytrwałości i zahartowała ciało. Nerwy zaś miała ze stali.
Mały Xawery wrócił właśnie z Oświatówki. Całe szczęście, że Oświatowid kilka lat
temu zadekretował obowiązek powszechnej edukacji po szóstym roku życia. Dzięki
temu każde dziecko mogło dużo wcześniej

13
opowiadania • miniatury • prozA
osiągnąć pewność, że nasz Pan jest dobry i sprawiedliwy. Że Oświatowid jest
ojcem wszystkich poddanych i pochodzi
z gwiazd, tak samo jak wszyscy jego poprzednicy – od Oświatowida Wielkiego
począwszy.
– Ojcze, matko. – Ukłonił się każdemu
z osobna.
– Na kuchni masz podpłomyki. Weź
sobie jeszcze smalcu z parapetu, tam
masz, w misce.
Xawery ukłonił się po raz drugi i zniknął
w przyległej izbie.
Pojutrze nastąpiło tak szybko, że Antonina
nie zdążyła się nawet psychicznie przygoUKŁADAMY
u k ł a d a m y
14
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
tować. Jadąc zdezelowanym autem ciągniętym
przez dwa krępe konie, starała się przypomnieć sobie dzieciństwo, ale jedyne, co
widziała, to krwawe pręgi na matczynych plecach i trzask pękającej
skóry.
Uleczalnia była ogromnym
murowanym budynkiem stanowiącym schyłek ciemnej
ery.
Pomyśleć, że jeszcze
kilkanaście lat temu
ludzie umierali z byle
powodu. Ciała spływały rzekami niczym
spuchnięte gałęzie.
Użyźniały ziemię. Czasem układano z nich wały
przeciwpowodziowe, ale
były nieszczelne. Świat
poszedł naprzód. Co do tego nie ma wątpliwości.
– Przyszłam po Konstantego
Biłgoraja – rzekła do rudego mężczyzny siedzącego za ladą.
– Taaaaak – powiedział, przeglądając
papiery – oczekują pani w pokoju omikron.
Antonina spojrzała na męża. Z jego pustego
spojrzenia wypływała dezorientacja.
– Kto oczekuje? – spytał.
– Nie wydaje mi się, żebym mówił do ciebie – warknął
recepcjonista.
Tosia zostawiła chłopców w poczekalni i ruszyła korytarzem.
Alfa, beta, gamma, delta, mijała pokoje.
Jej ojciec jest Noblinem – wysoko urodzonym, pewnie dlatego
każą się nim zająć. Noblini mają w sobie iskrę Oświatowida. Antonina też była kiedyś Noblinką, ale popełniła mezalians. Pierwszy,
kiedy wraz z matką uciekła z domu, drugi, wychodząc za mąż za
człowieka niskiej czci, czyli Drakina.
W pokoju było widno, sztuczne światło sączyło się ze szczelin
pod sufitem. Antonina spojrzała na dwóch mężczyzn siedzących
przy długim wąskim stole, pomalowanym na niebiesko.
– Niech siada – rzekł jeden z nich, wskazując krzesło naprzeciwko
biurka.
Antonina usiadła posłusznie. Starała się nie patrzeć im w oczy, by
wyglądać skromnie i służalczo.
– Czy wie, że opieka, nawet nad dalekim krewnym, jest obowiązkiem
każdego obywatela Zembli? Cieszymy się z wysokiego ucywilizowania naszych poddanych i dołożymy wszelkich starań, by wszystko szło w dobrym kierunku. Czy rozumie?
Antonina lekko kiwnęła głową.
– A czy wie, że bluźnierstwa pod adresem Noblinów są karalne?
Wszystko zapisane jest w Księdze Praw i Obyczajów. Może chce, żebym przeczytał odpowiedni ustęp?
Antonina nie odpowiedziała, jej oczy wciąż wpatrywały się
w drewnianą posadzkę.
– Czy ma język?
– Tak, rozumiem – odparła, drżąc.
– Upomnienie wystarczy czy trzeba będzie wytłumaczyć inaczej?
– Wy… wystarczy.
– Co powiedziała?
– Że wystarczy.
dzieścia trzy – zwrócił się do drugiego
mężczyzny.
– Niech chwyci go pod rękę i mocno
trzyma. Pan Konstanty jest jeszcze słaby,
ale z czasem odzyska siłę.
– Czy mogę już iść? – spytała Antonina,
chwytając ojca pod rękę.
– Niech idzie. Zdrowia, panie Konstanty.
Poruszała się powoli, tak by Konstanty
mógł nadążyć. Czuła kruchość jego watowatego ramienia. Prawdopodobnie mocniejsze szarpnięcie wyrwałoby mu rękę
ze stawów. Antonina odczuwała jednak
obezwładniający strach. Bała się choćby
spojrzeć w jego stronę.
Anastazy poderwał się z krzesła.
– Wobec tego niech poda kartę.
Antonina wyciągnęła z torebki elektroniczną wizytówkę i ostrożnie
podała jednemu z mężczyzn. Zaczął obracać ją w dłoni. Czerwony
kolor identyfikatora wywołał w nich zniesmaczenie. Tak jakby samo dotykanie go mogło odebrać im iskrę Oświatowida.
Jeden z mężczyzn wsunął plakietkę w otwór gdzieś pod blatem
stołu. Uszu Antoniny dobiegła seria głośnych piknięć i skrzypnięć.
Potem beznamiętny metaliczny głos powiedział:
„Antonina Tokaj-Biłgoraj. Własność Zembli. Drakin. Brak kartoteki. Brak zaległych podatków. Liczba potomstwa uregulowana”.
Antonina wykrzywiła usta. Ona tego nie zrobiła. Nie mogłaby.
Anastazy utopił ponadprogramową córkę w misce. Przez następne miesiące nie odezwał się prawie słowem. Całował ją tylko na
powitanie, ale jego pocałunki wypalały jej dziury w policzkach.
Wiedziała, że w innych okolicznościach nigdy by tego nie zrobił,
ale dziura w sercu nigdy do końca się nie zasklepiła.
Mężczyzna siedzący po prawej podniósł się i odsłonił białą kotarę.
Tuż za nią znajdowało się białe metalowe łóżko, a na nim dziwacznie powykrzywiany twór, który tylko na zasadzie luźnych
skojarzeń mógł przypominać człowieka.
– Panie Konstanty – ton mężczyzny się zmienił, teraz był miły
i przepraszający – panie Konstanty, proszę podać mi rękę.
Antonina nie od razu rozpoznała ojca. Tamten, który zagnieździł
się w jej podświadomości, był czystym złem. Ogromnym potworem z batem zaczepionym przy pasku z twardej brązowej skóry.
A to? To była kpina z jej lęków. Chimeryczny twór, który wyglądał,
jakby za chwilę miał się rozsypać. Aż dziw, że mógł utrzymać się na
nogach. Jego głowa była połowicznie pozbawiona włosów, a wygolone miejsce szpeciła gruba różowa blizna w kształcie podkowy.
– Zapisz, że Konstanty Biłgoraj został wydany o dwunastej dwa-
– Daj, pomogę ci – rzekł, łapiąc Konstantego pod rękę.
Po kilku długich i mozolnych minutach
znaleźli się w pojeździe.
Xawery długo przyglądał się dziwnemu
stworkowi siedzącemu obok niego na tylnym siedzeniu.
– Mamo, czy to jakieś zwierzę? – spytał.
Antonina rzuciła mężowi przelotne spojrzenie. Chwilę milczała, układając odpowiedź w głowie.
– Tak, synu, Uleczacze poprosili nas,
byśmy wypuścili je na wolność.
– Gdzie?
– W lesie. Tam, gdzie jego naturalne
środowisko.
Anastazy pociągnął gwałtownie za lejce
przeciągnięte przez wybitą przednią szybę auta. Konie prychnęły z wyrzutem.
– Chyba nie zamierzasz…
– Miejsce zwierząt jest w lesie. Wyrządzilibyśmy mu wielką krzywdę, trzymając go
w zamknięciu – powiedziała stanowczo.
Konstanty siedział spokojnie, wpatrzony
w zagłówek kierowcy. Jego zdeformowana
głowa była lekko przekrzywiona, a z kącika
ust ściekała błyszcząca strużka śliny.
– Hej, słyszysz? Hej! – Xawery pstryknął
palcami. – Jak on się wabi?
– Nie ma imienia.

15
opowiadania • miniatury • prozA
– A mogę go nazwać?
– Nie. To nie jest nasze zwierzątko. Mamy
je tylko wypuścić na wolność – odparła.
Xawery był niepocieszony.
Anastazy rozumiał żonę bez słów i bezgranicznie ufał jej osądom. Jeśli postanowiła porzucić ojca w lesie, nie zamierzał
stawać jej na drodze. Tym bardziej że
w domu się nie przelewało, a Konstanty
zdawał się być zawieszonym w próżni golemem. Niewiele myśląc, popędził konie
na leśną drogę odchodzącą od szosy.
Antonina zamknęła oczy i wciągnęła
powietrze do płuc. Zobaczyła Konstantego, który wparowuje do domu. Z jego
dłoni zwisa bicz.
– Gdzie jesteś, ty kurwo?! – krzyczy.
Matka Antoniny, Ludmiła, kładzie się na
brzuchu i z głową ukrytą w ramionach
piszczy:
– Nie bij, nie bij.
– Będziesz? – pyta Konstanty.
– Nie będę – odpiskuje Ludmiła.
– A czego nie będziesz? – Uśmiecha się.
– Niczego nie będę.
– Niczego nie będziesz? – Trzask bata,
a później przewlekły, pełen bólu krzyk.
– Nie drzyj mordy! – Znów trzask i krzyk.
– Nie drzyj mordy, mówię.
Mała Antonina czuje wibracje podłogi.
Stąd wie, że mama drży.
– Przestań! – krzyczy. – Nie bij mamusi!
– Milcz, bękarcie! – warczy Konstanty
i sprzedaje jej soczystego kopniaka. Mała Antonina nie wie, co znaczy słowo „bękart”, ale
nagły ból brzucha rozpędza jej ciekawość.
Antonina otworzyła oczy i odwróciła
się. Konstanty wciąż spoglądał w jeden
punkt, ale nie była pewna, czy widzi cokolwiek. Zrozumiała natomiast, że jej
ojciec od zawsze był zwierzęciem, tylko
ona tego nie dostrzegała. Zmyliła ją jego
powierzchowność.
Las się zagęszczał, a droga powoli dobiegała końca.
Kobieta wysiadła z auta i rozejrzała się.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
16
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Najbliższa ulica była kilka kilometrów za nimi, a wokoło – ani żywej
duszy.
Anastazy otworzył tylne drzwi i wyciągnął Konstantego z auta.
Nie opierał się.
– Puść go – powiedziała Antonina, ale Anastazy najwyraźniej jej
nie zrozumiał. – Puść go, mówię! – powtórzyła z większą zaciekłością.
Mężczyzna puścił kościstą dłoń jej ojca, a ten runął twarzą na
leśną ściółkę.
– Mamo, on się chyba przewrócił. Może trzeba go jeszcze trochę
podleczyć? – zaszczebiotał Xawery.
– Nie, synku, on tylko obwąchuje teren.
Konstanty się nie ruszał. Od paru minut leżał z rękami przylegającymi do tułowia.
– Idziemy? – spytał Anastazy.
– Poczekaj jeszcze chwilę – powstrzymała go Antonina.
Podeszła do ojca, złapała za owłosioną stronę głowy i podciągnęła ją do góry. Konstanty pustym wzrokiem patrzył przed siebie.
Tam, gdzie do niedawna lśniła strużka śliny, teraz wykwitł szpetny
ziemisty zaciek.
– Szukaj – Antonina wydała komendę i na powrót przytknęła jego twarz do ziemi.
Z początku nic się nie działo, ale z czasem Konstanty zaczął miarowo pociągać nosem.
– Mamo, on chyba węszy – powiedział uradowany Xawery.
– Oczywiście. Musimy tylko dać mu chwilę, żeby otrząsnął się
z szoku.
Konstanty poderwał nagle łeb i zawiesił wzrok na jakimś odległym punkcie. Antonina spojrzała w tym samym kierunku. Jej
oczom ukazało się małe stadko takich samych jak on człekokształtnych istot.
– Uciekaj, powiedziała Antonina, bądź wolny!
Konstanty poderwał się raptownie i na czworaka pobiegł
w stronę pobratymców. Z początku obwąchiwali się wzajemnie,
jak gdyby szukając porozumienia. Po chwili jedna z suk polizała
go po pysku, a zaraz potem całe stado zniknęło za kurtyną z zachodzących na siebie drzew. To był piękny widok. Natura w pełnej
krasie.
Trójka Tokajów odprowadziła ich wzrokiem.
– Widziałeś, ile ich tam było? – Antonina zwróciła się do chłopca.
– Tak – odparł z uśmiechem Xawery – z nimi będzie mu dobrze.

Izabela Kudasik
Żal
P
rzyszedł czas na Władka. Opukali, pomierzyli,
zajrzeli i rozłożyli ręce. Tyle, ile się dało, zrobione,
teraz do domu.
Naszykowała Hela paradne pościele. Władek zległ. Do
jednego znachora jeszcze Helę sąsiady wysłali, na ziółka dla Władka ostatni grosz wydała, wszystko zgodnie
z przykazaniami uwarzyła. Z chłopem źle i co dnia gorzej.
Nie odzywał się ani do Heli, ani do dzieci, co każdego
dnia na zmianę do domu zaglądały, ani do śwagra, który go przy niedzieli odwiedzał. Siadała Helka przy łóżku
Władka, chciała wydusić, jak się ma, co go boli, czego
by chciał, ale ino na płaczu Helcynym się kończyło, bo
głowę skręcał do ściany.
Kiedy jo se póde na hańtom strone
na hańtom strone,
zapłace miłej serdusko młode*.
Tylko radia Helce nie dawał gasić, musiało na okrągło
grać. Jak się rozgadywali, to chrząkał dotąd, aż Helka
nie zmieniła stacji. Chodziła koło niego na palcach, gotowała wszystko, co kiedyś lubił. Nie chciał jeść, skubnął
dwa kęsy i odstawiał. Ukradkiem w oczy mu zaglądała,
sprawdzała, ile życia jeszcze w nim zostało. Wyczytać
chciała, co by jej powiedział, gdyby chciał, gdyby mógł,
gdyby się tak nie zaparł. Władek wodził oczami za babą
swoją, ale gdy spotkali się wzrokiem, zaraz go odwracał.

17
opowiadania • miniatury • prozA
Kie póde stela, bedzie mnie skoda
bedzie mnie skoda
po syćkich górak zapłace woda*.
Poszła Helka dać na mszę jedną i drugą, klepała nocą
różańce, żeby jej Matusia chłopca nie zabierała, słuchała po wsi rad wszelkich, zwykłych i uczonych. Nacierała
smalcami, maściami, paliła kadzidła i świeczki, pod łóżko wsuwała skorupki i kasztany, gorące opary wdychał
Władek przez sen. Pijawek sobie przystawić nie dał, naczynie z woskiem przewrócił, okład z piersi zdarł i cisnął
pod łóżko. Nawet butelki z gorącą wodą, co z nią w nogach tyle lat sypiał, nie pozwolił pod pierzynę wsadzić.
Poddał się. W sufit tępo zaczął patrzeć.
Płaccie ocka, płaccie, łzy nie puscojcie,
coście pokochały, dziś poniechojcie*.
Bezradna Hela z Pon Jezu na ustach chodziła z kąta
w kąt, oczy wypłakiwała, nigdzie z chałupy nie chciała
się ruszyć, choć córki ją do ludzi wyganiały, że z ojcem
posiedzą, a jej, matce, powietrza więcej trzeba. Raz poszła. Na cmentarz – rodziców prosić, żeby się za Władkiem wstawiali. Więcej od łóżka Władcynego odciągnąć
jej nie mogli. Syn na gospodarkę zaglądał, bydło karmił,
bo Hela tylko Władka oporządzać chciała.
Aż przyszedł dzień, że się w końcu mąż na żonę tak
spojrzał, tak ją do łóżka głową przywołał, że podbiegła
jak młoda sarna, przysiadła przy nim z jasnym wzrokiem, wzięła go za rękę, do ust przyłożyła i patrzyła,
patrzyła, patrzyła. A Władek czytał z oczu Heli.
Ej, ludzie, ludziska, wy nie wiecie,
ze nopiykniyjso jest miłość przecie,
ze nie zno granic i syćko może,
boś tak jom stworzył, nas mocny Boze**.
I tyle tam zobaczył piękna, jakiego przez życie całe nie
dostrzegał, i tak mu duszę przygniotło, że dopiero teraz Helkę docenił. Pożałował, że ją samą zostawić musi,
przestał się gniewać na Pana Boga, za swoją złość go
przepraszać począł.
A i Hela się pozbierała, poobcierała oczy i ciepło serce
jej otuliło, głaskała rękę Władka i nie chciała od niego
na krok iść. I tak patrzyli w źrenice, i tak żegnali się ze
sobą, pogodzeni z losem. Nad ranem Władek stracił
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
18
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
przytomność, ale słyszała wciąż charczący oddech.
Póde jo, póde, kochanie moje,
kochanie moje,
płacom potoki, lasy i goje*.
Wezwała znajomego medyka, żeby jej co poradził,
choć wiedziała, że na nic to już się zda. Chciał Władka
do szpitala brać, ale go spytała wprost, czy to jeszcze
pomoże. Ano nic. To niech w domu umiera, po cóż mu
ta cała stukająca maszyna przy łóżku. Helka wystarczy.
Wezwała księdza ze świętymi olejami, zapaliła gromnice i czekała. Wspominała, a przed oczami przelatywały
fotografie, których nie ma w żadnym albumie. Jak jej
Władek kółeczko bez oczka na palec przyniósł, gdy do
wojska szedł; jak ją na rękach nosił, gdy mu syna urodziła; jak pijany pod chałupą spał, bo się w domu nie
chciał pokazać.
przecie to miłość na całe zycie (…)
płace bystro woda, miłości zol**
Kołysała się na krześle w przód i w tył, ale już nie płakała, niech sobie teraz inni płaczą. Żyła ostatnim wspomnieniem przytomnego Władka, jego wzrokiem, który
mówił wszystko, i łzą, co mu się stoczyła po policzku,
którą Helka obtarła ścierką leżącą na podorędziu.
Teraz tę samą ściereczkę trzyma jak relikwię, na kolanach złożyła i już jej nie wypierze. Nie zawołała nikogo,
sama z Władkiem chciała być. Żeby jej nikt za uszami
nie lamentował, żeby spokoju Władka nie mącił.
Pod wieczór charczenie się zmieniło, szarpało, zamierało. Pies zaczął ujadać, a koń w stajni rżeć. Długo Hela
nie myślała, poduchę i pierzynę zabrała, coby Władkowi pomóc odchodzić, nakryła go jego cuchą i za rękę
ścisnęła. Otworzył oczy, popatrzył w powałę i wydał
ostatnie tchnienie.
Zabierzże mnie, Właduś z sobą, zabierz.
Ej, ludzie, ludziska, cemu przecie
sama dziś ostajem na tym świecie,
dejciez mi, pójde za moim kochaniem,
droge mu wyłoze swoim śpiwaniem**.

* Kiedy se póde, wyk. Zakopower, sł. Sebastian Karpiel-Bułecka,
Bartłomiej Kudasik.
** Zol miłości, wyk. Zakopower, sł. Wanda Szado-Kudasikowa.
Homo bliteum
Jan Kowalski
B
iurko było solidne i nadal takie jest. Nie może być
inaczej, przecież nie żyje. Trochę zużyte, ale się nie
wywraca i nie łamie pod obciążeniem. Fotel obrotowy
ma swoje lata i nabrał chybotliwości, labilny jest w swej
fotelowej naturze. Jednak gdy na nim zasiadam, siedzę
bezpiecznie aż do samego powstania. Meble przyjmują
mnie milcząco, a ja też do nich nie gadam. To się dzieje
w małym pokoiku o zielonych ścianach. Rozjaśniam go
świeczkami zapachowymi i napełniam muzyką pasującą
do projektu, który zamierzam zrealizować. Biurko, fotel i
ściany czekają, a wraz z nimi czeka dywan, sufit i szafka.
A może one nie czekają, tylko cierpliwie znoszą moje poruszanie się. Ja jeden w tym pokoju się poruszam i przez
to zużywam moich zrównoważonych współlokatorów.
Wieczne ze swej natury biurko przy każdym spotkaniu
ze mną coś traci, podczas gdy ja zawsze zyskuję. Nazywam się Grzech Ludski i nie jestem fotografem.
Robię zdjęcia, przekształcam je i pokazuję szerszej publiczności, ale nie jestem fotografem. Fotograf to ktoś,
kogo cechuje pewna zażyłość z aparatem fotograficznym, cicha umowa, zbudowana na życzliwości i zaufaniu. Ja jestem alfonsem, przedmiotowym pasożytem.
Dla mnie cyknięcie zdjęcia to punkt zero na osi tworzenia.
Aparatem, niczym łopatą, nabieram kupkę rzeczywistości
i dorzucam ją do wcześniej nagromadzonej. Zdjęcia
leżą w szufladzie jak czyste kartki o różnych właściwościach stricto fizycznych; nawet ludzie albo sceny są
tam nieważne. To znaczy ważne w sensie charakteru
obrazu, a nie imiennie (ludzie), konkretnie (sceny, wydarzenia). Liczy się tylko jakość cyfrowa, podatność na
ingerencję i charakter. Mając je zawsze w pamięci (że są
i w jakim stopniu są obrabialne), wychodzę z aparatem
do świata i gromadzę kolejne, łącząc je w myśli z tamtymi we wspólnym koncepcie. Nie ma tu pracy w konkretnym celu, nie ma determinacji ze strony własnych
oczekiwań, spełnienia, rychłego wykonania, jest za to
ciągła praca twórcza; harmonizowanie obrazów, wojna
pomysłów, naginanie percepcji w celu sprostania wymogom koncepcji… Te swoiste halucynacje, wirtualna
praca i rzadko kiedy zrealizowany pomysł składają się
na jedno wielkie nieukończone dzieło, wiecznie dające
nadzieję na ostateczną realizację.
W położoną na biurku świeczkę tchnąłem życie, inicjując zarazem jej rychłą śmierć. Biurko też żyje tylko
wtedy, kiedy go używam. To żółw długowieczny świata przedmiotów. Używanie jest powołaniem do życia,
wprzęgnięciem w tryby czasu. Przedmiot nieużywany nie
ma racji bytu, ale człowiek nieużywany byłby wiecznym?

19
opowiadania • miniatury • prozA
Nie wiem, po co mi te myśli. Głupota nie ma dna,
a drabina logiki końca. Kontekst do moich fotoobrazów
tworzy się w tle doświadczeń, a zielone ściany słuchają
i patrzą na mnie jak mądry człowiek na Paulo Coelho. Obraz, czyli prostokątna kompozycja wszystkiego
z niczym na konkretny temat, to jest moja tymczasowa
definicja obrazu. Harmonizowanie rzeczy nie-zbędnych
w coś treściwego. W zasadzie nie poświęcam wiele
czasu na szukanie pomysłów do zdjęć, ale na wygięcie percepcji w celu zobaczenia świata inaczej. To taka
obsesja szukania wspólnego mianownika wśród wielości i różności. Wspólny mianownik byłby płaszczyzną,
niewidzialną warstwą, którą bym potem próbował
wytworzyć (obróbka) z normalności (zdjęcie). Mam w
sobie jakiś bodziec każący komponować obraz. Każdą
dziedzinę w funkcji czasu traktuję nie jak fabułę (sumę
faktów), ale jak wypełniający się obraz, i przez to nie
skupiam się na faktach, tylko na spójności – harmonii
wynikającej z kompozycji całokształtu. Czas też nigdy
mi nie ucieka, bo obraz jest niedokańczalny z założenia,
a fakt to szczegół, banał, zawsze niekonieczny przypadek, półprodukt czegoś donioślejszego i niewiadomego. Każdy przypadek mogę potem obrobić i przekształcić, żeby komponował się z resztą. Dużo tu działania,
a jeszcze więcej interpretacji. Przytłacza mnie prostokątność szafki, biurka, dywanu, ścian, kolumn głośnikowych, monitora i większości
pozostałych przedmiotów w pokoju. Tyle ram wypełnionych kompozycją podyktowaną względami użytkowymi ośmiesza moje wzniosłe plany. Najgłośniej
chichocze biurko. Sam utworzyłem na jego blacie kompozycję z klawiatury, myszki, monitora, świeczki oraz
innych rzeczy. Patrząc z góry, widać uczciwe bezguście
twórcy. Powinienem wykonać serię fotoobrazów pod
tytułem Prostokąty mojego życia i sfotografować bez
ingerencji postprodukcyjnej wszystkie płaszczyzny
czworoboczne mebli i sprzętów pokojowych.
Prostokątność materaca, tekturowego pudełka,
koca, zasilacza do laptopa, każdej książki z osobna
i wzorów na dywanie nie daje zapomnieć o wypełnianiu
kadru. Prostokątne okno w dużym pokoju jest jak wizjer
w aparacie. Patrząc na nie, przemieszczam się do czasu, aż
widok nabierze cech spójnej kompozycji. Gaudi rozumiał
ideę jedności formy, jej nieregularność i niepodzielność.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
20
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Oko mieszkańca osiedla blokowego pracuje nie inaczej, jak oko robota niezdolnego do całościowego,
syntetycznego odbioru. W świecie wycinankowym (bo
do tego dochodzi narzucająca się pstrokatość każdego
klocka-prostokąta z osobna) trudno samemu nie być
kanciastym. Kulkowatość świata podpowiada, że kwadratem prawdy nie dojdziesz. Nie dość, że domy-klocki
i sklepy-klocki następują po sobie równo w szeregu, to
jeszcze jadący samochód zlicza je, dudniąc rytmicznym
basem. Absolutne podzielenie i fragmentacja mózgu
wbrew woli. Ratuję się muzyką klasyczną, rozrzedzającą rzeczywistość i działającą jak malarska technika
sfumato na kreskę.
Postanowiłem nie wywyższać się nad przedmiotami.
Potraktować ich wartość użyteczną jako swoisty środek
wyrazu. W ten sposób zhomogenizowały się w mojej
głowie oddzielnie: podłoga, dywan, materac, fotel – jako byty dźwigające, a szafy, półki, szuflady –jako zawierające. Podobnie postąpiłem z pozostałymi rodzinami
przedmiotów, a po kilku dniach fragmentacja głowy
zmniejszyła się o ponad połowę. Biorąc aparat do ręki
– już jako wspólnika, a nie martwe narzędzie – widzę
dużo więcej. Dostrzegam kompleksy funkcjonalne, rodziny nierozdzieralne. Pokoik przekształcił się w coś na
kształt ekosystemu, nazwijmy to syntetykosystemem.
Droga do jednoczenia sprzętów elektronicznych okazała się dużo bardziej użyteczna. Całkowicie wyparłem
z pamięci nazwy podzespołów komputerowych. Kolumny głośnikowe przekształciłem wysiłkiem intelektualnym w narządy mowy, monitor – w twarz, a kable –
w korzenie dające życie. Komputer z kilkudziesięcioelementowego martwego potwora, jakim był dla mnie do
tej pory, stał się jednostką spójną. Problem wymieniania podzespołów i wiecznej troski o powtarzalną wydajność zniknął, bo przecież, mając kota, nie myślimy
o wymianie pęcherza moczowego, jeśli raz zdarzy mu
się nasikać w pościel. Daję więc takie samo prawo błędu martwym przedmiotom, a przy tym spada ogromny
ciężar materii wiedzy i pojęć specjalistycznych.
Wypłukany z nadmiaru terminów, odzyskałem zdolność komponowania obrazu, operując jedynie grą sił,
tworzących wrażenie napięcia i rozluźnienia formy.
Nazywam się Grzech Ludski i jestem fotografem, czyli
tym, który wyciąga na wierzch mechanizm rządzący
pozorem. 
Radomiła Birkenmajer-Walczy
Miłość, cukier
i choinka
Czasem warto spojrzeć na życie
jak na niekończącą się opowieść.
K
iedy Babcia związała się z Dziadkiem, była
już kobietą w dość zaawansowanych latach,
chociaż po długowieczności rodziny sądząc, miała
przed sobą jeszcze prawie połowę życia.W każdym
razie ta jesienna, biorąc pod uwagę wiek, przygoda
Babci zaczęła się w jakiś czas po odejściu jej Męża,
co zważywszy na płomienność uczucia, które ich
kiedyś połączyło, Babcia zniosła zdumiewająco
spokojnie.
– Ja już chyba byłam strasznie zmęczona – wyznała
później z lekkim zawstydzeniem, odpowiadając na
zadane jej, wprawdzie nie wprost, ale mimo wszystko
pytanie.
W pewnym sensie miała prawo być zmęczona. Mąż,
dusza artystyczna, szalenie zdolny i inteligentny człowiek, miał rozliczne talenty, złote ręce, rzadko spotykaną wszechstronność i całkowitą nieumiejętność
robienia pieniędzy. Wszystko to sprawiało, że chociaż
życie z nim było niezmiernie ciekawe i nie mieli czasu
się znudzić, gdyż – jak stwierdziła Babcia – zbyt rzadko
przebywał w domu, to jednak upływające lata zrobiły
swoje i w końcu „bieda ich zjadła”. Mąż Babci uświadomił sobie własne zmęczenie po prostu trochę wcześniej
i to właściwie była jedyna różnica. Pożeglował więc
w siną dal, usiłując na własną rękę borykać się z losem,
a Babcia ujęła opuszczony ster domu i przez następny
rok bohatersko zmagała się z długami, stertą niezapłaconych rachunków i wyprowadzaniem rodzinnego
statku na czyste wody. Jakoś jej się to nawet zaczęło
udawać i chociaż schudła nieco, odzyskała w końcu

21
opowiadania • miniatury • prozA
spokój i pogodę ducha. A potem do głosu doszedł
temperament, no i wtedy zjawił się Dziadek.
Dziadek był całkowitym przeciwieństwem Babcinego Męża. Spokojny, trochę jakby zagubiony, trochę jakby nieprzystosowany stary kawaler, zdawał
się być także całkowitym przeciwieństwem Babci.
A jednak zgadzali się zdumiewająco dobrze. Może
niebagatelną rolę w tym związku zaczęła odgrywać
tęsknota Babci za bezpiecznym i stabilnym życiem,
spychając na dalszy plan tak zawsze ceniony przez
nią polot i błyskotliwość, a może odnalazła się jako
kobieta znowu przez kogoś kochana i upragniona,
dość że związek ten trwał, rozwijał się i cementował, chociaż Dziadek, skądinąd niezdolny do spektakularnych wyczynów, nieraz wystawiał na próbę
zarówno cierpliwość, jak i tolerancję Babci.
– Jakim cudem on jest tak niewychowany?! – dziwiła się w takich momentach z akcentem zrozumiałego oburzenia w głosie.
A potem, leżąc w łóżku z głową na ramieniu Dziadka, prowadziła szeptem długie uświadamiające pogadanki na temat tego, co Dziadek powinien albo
nie powinien czynić.
– Dobrodziejstwo inwentarza... – mruczała niekiedy i wszystko wracało do normy.
Oczywiście, pomijając kolejne przypadki, gdy znowu Dziadkowi udawało się wprawić ją w osłupienie
popełnionym w podobnym stylu błędem.
– To niemożliwe! – mówiła wtedy. – Czy ja cię
niczego nie zdołałam nauczyć?!
I zmywała mu głowę. A Dziadek dreptał niespokojnie i chcąc udobruchać Babcię, przynosił następny
kilogram cukru. Importował – jak mówiła Babcia.
Z tym cukrem to właściwie była osobna historia.
W początkach swoich konkurów Dziadek, o ile nie
zapominał, starał się być niesłychanie użyteczny
i Babcia, uwielbiająca słodycze, napomknęła mu
kiedyś, że byłoby miło, gdyby czasem przyniósł coś
słodkiego. No i Dziadek przyniósł cukier.
Napór dobrej woli Dziadka okazał się jednak na
dłuższą metę niesłychanie skuteczny i powoli, bo
powoli, ale Babcia zaczęła kruszeć. W kwestii ślubu,
rzecz jasna, gdyż ze zdobyciem nieślubnym, jeśli
można to tak określić, Dziadek od początku nie miał
specjalnych problemów. Może nawet – wręcz przeciwnie – to Babcia natrudziła się bardziej. W każdym
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
22
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
razie Dziadek coraz częściej zaczął napomykać o uprawomocnieniu związku, a Babcia protestowała stanowczo.
– Misiu – mówiła – źle ci?
A potem ładowała się na kolana naburmuszonego
nieco Dziadka i coś mu tam dalej tłumaczyła szeptem.
– Ale Miś chce! – upierał się Dziadek, konsekwentnie mimo napomykań reszty rodziny mówiący w trzeciej osobie.
– Kogoś takiego jak ja? – dziwiła się kokieteryjnie Babcia,
czochrając Dziadkową bródkę.
Cóż, Miś chciał. I Babcia stopniowo miękła. Stopniowo też nabrała zwyczaju obwieszczania swojej decyzji
wszem wobec, gdy tylko jakieś sprawy wymykały się
spod kontroli.
– Wychodzę za mąż! – oznajmiała wtedy z ponurą determinacją, po czym natychmiast poprawiał jej się humor.
Na razie jednak nie kwapiła się zbytnio, by ów stan
rzeczy szybko zmienić. Poza tym sprawa była prosta.
Babcia nie miała pieniędzy na rozwód i każdorazowe
napomknięcie Dziadka typu: „Miś da” zbywała najczęściej milczeniem.
A tymczasem wprowadziła Dziadkowi, według własnego określenia, przyspieszony kurs przysposobienia
do życia w rodzinie. Ze zmiennym oczywiście skutkiem,
bo Dziadek, aczkolwiek pełen dobrej woli, w niektórych
przypadkach okazywał się zadziwiająco spóźniony
w rozwoju, co Babcię nieodmiennie wprawiało w stan
bliski osłupienia.
– I ja mam cię tak wychowywać już do końca życia?! –
pytała ze zgrozą, a Dziadek robił skruszoną minę i obiecywał poprawę.
– Ja się zmienię, Milusiu – powtarzał.
– Tylko kiedy, do diabła, to nastąpi – mówiła Babcia zupełnie bez złości, dosadnością wyrażenia podkreślając
wagę problemu.
A potem, sadowiąc się wygodnie na jego kolanach,
prowadziła dalszą indoktrynację Dziadka, któremu taka
pozycja najwyraźniej przypadła do gustu. Cóż, Dziadek
był typowym (a może nietypowym?) mężczyzną i właściwie od tego wszystko wzięło swój początek.
Otóż po paru latach niewidzenia Dziadek – stary przyjaciel rodziny – złożył Babci wizytę noworoczną. Właściwie został zaproszony w okresie świąt, ale z jakichś
tam powodów z zaproszenia tego nie mógł skorzystać,
zjawiając się dopiero w pierwszy dzień nowego roku.
Do tego czasu Babcia zdążyła już zapomnieć o chęci ugoszczenia Dziadka, a w dodatku miała niezłego
kaca po spędzonej z przyjaciółką nocy sylwestrowej, tak więc dość niechętnie zgodziła się na ową
wizytę, mając w głębi duszy nadzieję, że Dziadek
jednak nie przyjdzie. Ale Dziadek przyszedł i mało
tego, już w korytarzu, nie zdejmując nawet okrycia,
wziął Babcię w ramiona, całując ją namiętnie. Babcia
zgłupiała. Zgłupiała także przyjaciółka Babci, wprowadzona przez nią wcześniej w tajniki tej znajomości, prawdę mówiąc – żadne. Oszołomiona Babcia
przypaliła swoją słynną szarlotkę i nie mogąc wyjść
ze zdumienia, postanowiła przeprowadzić stosowny
eksperyment. Cóż, Babcia zawsze była niepoprawną
empirystką.
Dlatego w pewnym momencie wizyty, uznając,
że rozmowa z Dziadkiem będzie łatwiejsza z nieco
bliższej odległości, usadowiła mu się bez zbędnych
namysłów na kolanach i tak się wszystko zaczęło.
Babcia przesiedziała w ten sposób całą długą noworoczną noc, w jeszcze innym momencie stwierdziła, że jest to zaskakująco przyjemne, i postanowiła
rzecz wyjaśnić do końca. A że Dziadek podzielał jej
odczucia, sprawy nabrały tempa. Od tego czasu był
to ich ulubiony rodzaj prowadzenia wszelkich dyskusji. A kiedy jeszcze, ulegając błagalnym podszeptom Dziadka, Babcia miała na sobie koronkowy paseczek z podwiązkami, Dziadek, niezmiernie czuły
na kobiece fatałaszki, miękł jak wosk i skłonny był
nawet, on, wówczas jeszcze zdeklarowany katolik,
obiecać Babci pielgrzymkę do samego piekła, gdyby tylko wyraziła ochotę.
Babcia świetnie zdawała sobie z tego sprawę i kierowana kobiecą intuicją, nie nadużywała przewagi,
słowem, nie rozpieszczała zbytnio Dziadka, chociaż
także dlatego, że będąc typem dżinsowej abnegatki,
odczuwała żywiołową niechęć do wszelkiego rodzaju krępujących damskich ograniczeń ruchu. Mówiąc
krótko, Babcia preferowała przez całe życie luźny sposób bycia i ubioru, co stanowiło, nawiasem mówiąc,
nieustanny powód do zmartwień najpierw jej Matki,
potem Męża, a wreszcie bardzo kobiecej Córki.
Mimo wszystko jednak, od czasu do czasu, Babcia,
permanentnie zaopatrywana przez Dziadka w różnego rodzaju wymyślne koszulki nocne i inne koronkowo-atłasowe figielki, nakładała swój, jak mówiła, rynsztunek i Dziadek promieniał z dumy, nie
przepuszczając żadnej okazji, by choć przelotnie nie
musnąć Babcinej nogi, gdy przechodziła, dotknąć podwiązek lub nie zagłębić dłoni w fałdach haleczki.
W miesiącach, które nastąpiły po tej, jakże brzemiennej w skutki, noworocznej nocy, nasi spóźnieni kochankowie przyzwyczajali się do siebie bez specjalnych zakłóceń, zwłaszcza że Babcia sprawiedliwie starała się
dzielić czas i energię pomiędzy dwa mieszkania. Było to
jednak na dłuższą metę niesłychanie męczące, tak więc
oboje z pewną ulgą potraktowali zderzenie Dziadka
z samochodem, przez co wylądował on z nogą w gipsie
i pod stałą opieką Babci, u niej, w domu. Zadowolony
z zaistniałej sytuacji, zajął się czytaniem książek, słuchaniem ulubionych symfonii Beethovena i dalszym molestowaniem w sprawie zalegalizowania ich związku.
Nie mając wyjścia, Babcia spotkała się ze swoim byłym,
choć jeszcze nie w świetle prawa, Mężem i zagadnęła
go nieśmiało, czy nie ma nic przeciwko temu, by wyszła
za Dziadka. Mąż, czego zresztą mogła się spodziewać,
najpierw wybuchnął śmiechem, a potem udzielił jej
swojego błogosławieństwa, wobec czego Babcia usiadła i napisała wreszcie ów tak długo wyczekiwany przez
Dziadka pozew rozwodowy.
Całkiem możliwe, że był to najkrótszy pozew w historii
prawa. Nie wdając się bowiem w żadne szczegóły, Babcia,
powodowana uczuciem wdzięczności do Męża za uwolnienie jej od trudów dalszego pożycia, ujęła to mniej
więcej w ten sposób, że mając dla siebie zbyt wiele
przyjaźni, by nadal pozostać małżeństwem, po prostu
proszą o rozwód.
No a potem nadeszły święta. Oczywiście zamierzali
spędzić je razem i Dziadek w błogim przeświadczeniu
o Babcinej zaradności przekazał jej nie tylko bony, które
dostał w pracy, lecz i wyasygnował potrzebną na zakupy kwotę. Święta bowiem, na gorącą prośbę Córki Babci,
miały być takie „jak zawsze”. Na parę już dni przed Wigilią
Babcia i Córka krzątały się więc pracowicie, sprzątając, gotując i piekąc, gromadząc prezenty i strojąc choinkę, gdy
tymczasem Dziadek przebywał u siebie, z ulgą chyba przyjąwszy do wiadomości, że jego obecność w rozgardiaszu
świątecznym jest, jak na razie, zupełnie zbyteczna.
Wreszcie nadszedł wieczór wigilijny, wszystko przebiegło znakomicie i nawet Mąż Babci, zaproszony w imię
dawnej i obecnej przyjaźni, nie spóźnił się więcej niż
godzinę. Płonęły świeczki, rozbrzmiewały kolędy, pod
choinką, jak za dawnych dobrych lat, piętrzył się stos
różnobarwnych prezentów, a potem, po skończonej

23
opowiadania • miniatury • prozA
wieczerzy, Dziadek z zadowoloną miną podreptał za
Babcią i doganiając ją w ciemnym korytarzu, zapytał
głośnym szeptem: – Miś był grzeczny?
– Nie! – oschle odparła Babcia, kierując się w stronę
kuchni.
Dziadkowi uśmiech zwiało z twarzy.
– Ależ…– zająknął się – co ja takiego zrobiłem?!
– Nie chodzi o to, co zrobiłeś, tylko czego nie zrobiłeś! – surowo powiedziała Babcia i dodała z naciskiem: – Nie dałeś mi żadnego prezentu pod choinkę!
Z kuchni wyjrzała Córka Babci.
– To prawda! – uświadomiła sobie ze zdumieniem.
– Od wszystkich coś dostałaś, tylko nie od niego. – I
popatrzyła z niechęcią na Dziadka.
– Zabić misia! – twardo orzekła Babcia, nawiązując do przeprowadzonej we wczesnym dzieciństwie
wiwisekcji, o czym Dziadek doskonale wiedział, po
czym zniknęła w kuchni.
Dziadkowi zrzedła mina.
– Ale przecież – próbował się bronić – wyraźnie
zakazałaś mi kupowania następnej koszulki. Więc
myślałem…
– Nie myślałeś! Na świecie są nie tylko koszulki!
– wyrąbała Babcia prosto z mostu, bo w głowie jej
się nie chciało pomieścić, że Dziadek, który na dwa
dni przed Wigilią potrafił przejechać pół miasta tylko po to, by wręczyć jej cukier, mógł teraz tak zwyczajnie zapomnieć o samym prezencie. A ponieważ
zapobiegliwie w jego imieniu kupiła upominki dla
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
24
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
innych, nie przewidziała, że wyręczony w ten sposób
Dziadek beztrosko spocznie na laurach.
Nagle Babcia z osłupiałą miną opadła na krzesło.
– O cholera! – szepnęła do Córki. – Nie mogę zrobić mu
awantury! Ja przecież zapomniałam, że ma urodziny!
I to wtedy, gdy przyjechał z tym cukrem...
– Misiu – rzuciła się w stronę tapczanu, na który z nieszczęśliwą miną gramolił się Dziadek – tak cię strasznie
przepraszam...
– Nie szkodzi, Milusiu – łagodził Dziadek. – Każdemu
może się zdarzyć, byłaś zalatana, mógł też Aniołek pomylić adres, podłożyć nie pod tę choinkę…
I rzeczywiście. Zaraz po świętach, gdy Dziadek wrócił
do domu, zadzwonił do Babci z radosnym oznajmieniem, że to była pomyłka, że prezent jest i że ją zaprasza
na opłatek do siebie. Babcia pojechała.
Pod drzewkiem, na którym Dziadek zapalił prawdziwe
woskowe świeczki, tkwiła kolorowa paczuszka. Babcia
dotknęła jej podejrzliwie najpierw jednym palcem, potem dwoma, a później wzięła do ręki.
– Och, nie, Misiu – westchnęła z rezygnacją. – Znowu?!
Dziadek uśmiechnął się radośnie i przytaknął głową.
Czy tak trudno odgadnąć, jaki prezent dostała od niego?
Oczywiście koronkowy paseczek wraz z majteczkami!
Tudzież pończoszki, rzecz jasna.
A co było potem? Potem Babcia włożyła majteczki, pończoszki i paseczek, Dziadek zapiął podwiązki, otworzył
wino i…
Ale to już całkiem inna historia. 
引き篭り
Beata Żuk
Hikikomori
F
acet siedzący przy biurku jest mlecznobiałą plamą.
Prawdopodobnie wbija we mnie uważne spojrzenie.
Opuszczam głowę niżej, badam kafelkowy wzór podłogi.
Niedobrze, muszę się postarać.
Chrząka, a potem szeleści jakimiś papierami.
Podnoszę wzrok i spostrzegam zarys męskich dłoni, odbity w chromowanej tafli biurka. Nie chcę ich oglądać.
Wracam do kafelków.
Świat jest niebezpieczny, kontakt jest niebezpieczny, ludzie
są niebezpieczni. Nieustannie czegoś chcą, jak krety drążą sieć wymagań. Wrzucają w tunele granaty oczekiwań,
schematów, kanonów, które wybuchają, ranią, rozrywają.
Wciąż drążą nowe i nowe. Tresują jak zwierzę.
Chcę do siebie, do łagodnego światła ekranu komputera i kojącego dotyku klawiatury.
Dlatego muszę się postarać.
Z największym wysiłkiem odrywam spojrzenie od podłogi i kieruję na mężczyznę. Próbuję rozciągnąć usta w kształt
podstawowej formy komunikacji społecznej – uśmiechu.
Muszę utrzymać ten grymas, przynajmniej przez kilka
sekund. To jedyna droga powrotu.
Raz,
dwa…
Trzy…
***
– Pamiętasz, co napisałeś o sobie?
– Tak.
– Chciałbyś coś dodać?
– Chyba nie.
– Wiesz, o czym będziemy rozmawiać?
– O mnie. I hikikomori.
– Zgadza się. Jesteś gotowy?
– Tak.
– Dobrze. Zobaczmy, co tu mamy…
„Nazywam się Takahiro Yasuko. Od dwóch lat nie wychodzę z pokoju.
Nie pamiętam, jak wyglądają ulice miasta. Ich zgiełk,
światła połyskliwych neonów, szum silników samochodowych, gwar ludzkich głosów i nieustannie dźwięczących telefonów dawno pozostały za mną. Wyrzuciłem
to z siebie. Nie istnieje.
Ostatni raz widziałem człowieka dwa lata temu. To była
moja matka.
Spotkaliśmy się przed łazienką w gorącą letnią noc. Poczułem pełznące po stopach macki lęku zmieszanego z
obrzydzeniem, które pojmały mnie, oplotły zimnym uściskiem i stanąłem w bezruchu, patrząc, jak na przemian
zamyka i otwiera usta. Wylewała z siebie potok bezgłośnych słów, a jej twarz traciła kontury, rozpływała się, aż
w końcu znikła. To dobrze.
Nadal jestem winien matce bezwzględny szacunek
i będę go celebrował do końca życia, mimo że nigdy
matki nie miałem. Przynajmniej takiej, jak europejskie
– pełnej łagodności, czułości i oddania, zapewniającej
syna, że jest dobrym, wartościowym człowiekiem. Takie matki kochają bezwarunkowo. Moim udziałem stała
się kyōiku mama*, twór, którego bogiem jest edukacja.
Ona, jego niewolnica, drobna kobieta o włosach
tak ciemnych, że aż wpadających w granat, po której

25
opowiadania • miniatury • prozA
spodziewałbym się łagodności subtelniejszej niż trzepot
motylich skrzydeł i delikatności równej kwiatom wiśni,
z nieubłaganym uporem ćwiczyła mnie, bym został wzorowym żołnierzem kyōiku shakai** – armii społeczeństwa
opartego na edukacji.
Słabość umysłu dziecka godzi w honor rodziny. Sprowadza ukradkowe, wymowne spojrzenia, sączy wyrazy
współczucia, otula smutkiem równym żałobie. Wyrzuca
poza nawias. Nie chodzi o to, by zdać. Trzeba być najlepszym lub przynajmniej utrzymać się w pierwszej piątce.
Wszyscy tak robią, to oczywiste, dlatego każda chwila
życia musi być wykorzystana. Musisz uzyskiwać wysokie
noty, by dostać się na studia. Studia są po to, by zakończyć je świetnym wynikiem, to gwarantuje dobrą pracę.
Praca zaś – by być w niej najlepszym. Nie ma marnotrawstwa czasu ani chwil wytchnienia.
Kyōiku mama jest zawsze pomocna w planowaniu przyszłości. Nigdy nie odpuszcza.
Dwa lata temu, w wieku osiemnastu lat, ukończyłem kōtōgakkō, szkołę średnią wyższego stopnia. Pamiętam ją jako wyczerpującą drogę, składającą się z nieustannej dyscypliny, niezliczonych powtórek materiału,
ciągnących się zajęć szkolnych, popołudniowych treningów w klubach artystycznych i sportowych, a w końcu –
wieczornych lekcji w prywatnym juku, szkole uczącej strategii rozwiązywania testów egzaminacyjnych na studia.
To rodzaj przygotowania do obrzędu, podobnego do
praktykowanego przez afrykańskie plemiona, zmieniającego chłopca w mężczyznę – z tą różnicą, że przerażonego, ledwie piśmiennego dzieciaka zastępuje wyedukowany uczeń, a ból fizyczny towarzyszący rytuałowi
zamieniono na cierpienie umysłu zmuszanego do wysiłku
powyżej jego uzdolnień.
Matka konsekwentnie prowadziła mnie ku męskości.
Codziennie rano wręczała mi ōbento – pudełko z laki
z drugim śniadaniem, składającym się z kilku potraw starannie skomponowanych kolorystycznie według obowiązującego kanonu: biały, brązowy, zielony i różowy. Rzygam
tymi kolorami, ale wtedy nie zwracałem na nie uwagi,
zresztą ōbento wszystkich uczniów wyglądało podobnie.
Tak samo jak szkolne mundurki. Byłem częścią jednorodnej
potężnej masy: żadnych odstępstw od schematu, żadnego
indywidualizmu godzącego w dobro grupy, która powinna
być dla młodego człowieka jedynym punktem odniesienia.
Dzień po dniu, jak w zapętlonej rzeczywistości, wychodziłem z domu przed ósmą i wtapiałem się w nurt
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
26
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
płynących ulicą identycznych białych koszulek, granatowych płóciennych spodenek, dziewczęcych plisowanych spódniczek oraz podkolanówek. Potem, w szkole
średniej, zamieniłem białą koszulkę na formalny gaku
ran, szkolny mundurek – ciemny, ze sztywnym kołnierzykiem i srebrnymi guzikami.
Poza tym nic się nie zmieniło, więc nosiłem go z szacunkiem, mimo że wysysał ze mnie życie, zmuszając do powrotu z juku po północy, i przypominał, że pozostały jeszcze do odrobienia prace domowe na dzień następny.
Gdy byłem tak wyczerpany, że zasypiałem na stojąco,
mogłem rano zostać w domu, a matka szła do szkoły.
W trosce o moją przyszłość siadała w osobnej ławce na
końcu sali lekcyjnej i cierpliwie notowała treść wszystkich zajęć. To samo robiła, kiedy byłem chory, i zapewne
postępowałaby podobnie, gdybym nagle w akcie szaleństwa odmówił chodzenia do szkoły.
W domu pilnowała, by nic nie zakłócało ciszy podczas
uczenia się do egzaminów na studia. Jej obsesja nie sięgnęła tak daleko, jak pewnej matki, która zabiła córkę sąsiada
ćwiczącą nieustannie na skrzypcach, bo przeszkadzała
synowi w nauce, chociaż sądzę, że byłaby do tego zdolna.
W końcu stanąłem na progu męskości. Nie przypadkiem mówią o nim shiken jigoku – piekło egzaminów.
Niewiele pamiętam z tego okresu, choć wiem, że na
pewno byłem w piekle.
Zawiodłem. Nie zdałem.
Stałem się tym, co nazywają rōnin – samurajem bez
swojego pana, niezasługującym na większy szacunek niż
zwykły włóczęga; człowiekiem fali, która uniosła go z dala
od uczęszczanych szlaków, bo nie umiał jej pokonać. Wyrzutkiem.
Różnie ludzie reagują. Niektórzy popełniają samobójstwo. Ja zamknąłem na klucz drzwi swojego pokoju.
Początkowo wychodziłem tylko na posiłki i do łazienki.
Unikałem spotkań z matką. Nie miałem jej nic do powiedzenia. Całymi dniami surfowałem po Internecie,
czytałem, oglądałem filmy i słuchałem muzyki. Odkryłem inny, lepszy świat. Rozkwitałem w nim, zapadałem
się w ciepłym bezpieczeństwie braku oczekiwań. Prawdziwe życie nie było mi już potrzebne.
W końcu odmówiłem uczestniczenia w posiłkach. Wtedy matka zaczęła podstawiać mi pod drzwi tacę z jedzeniem. Zabierałem ją nocą, gdy byłem pewien, że z cienia
korytarza nie dobiegnie melodyjny głos, przypominający,
że w ciągu najbliższego roku powinienem uczęszczać
na specjalne kursy doszkalające, których zaliczenie jest
warunkiem ponownego przystąpienia do egzaminów.
Skutkowało. Czułem się bezpieczny do czasu, kiedy
spotkałem matkę przed łazienką. Nigdy więcej nie odebrałem przyniesionej przez nią tacy.
Przestałem wychodzić z pokoju. Zasłoniłem okno i widok
na rozciągający się za nim idealny ogród w stylu karesansui – surową przestrzeń bez drzew, kwiatów czy krzewów,
zapełnioną rzadkimi, imitującymi wyspy płaszczyznami
mchu, na które narzucono głazy opływane przez fale starannie zagrabionego piaskowego morza. Gdy na nie patrzyłem, czułem się jednym z niezliczonych ziaren kwarcu.
Od tamtej pory uchylałem okno tylko wieczorem, by zabrać
z tarasu torby z jedzeniem zamówionym przez Internet.
W moim pokoju zaczęły piętrzyć się sterty kartonowych pudełek, butelek po napojach, plastikowych kubełków, tworząc
swoistą przestrzeń, w której w końcu poczułem się u siebie.
Z czasem powietrze przeniknęła kwaśno-mdląca woń, będąca mieszaniną odoru rozkładających się resztek żywności,
brudnych ubrań, bielizny, niemytego ciała i fekaliów, którymi
zapełniałem opakowania po jedzeniu i napojach.
Wieczorem uchylałem okno tarasowe tylko na czas potrzebny do wykonania dwóch szybkich ruchów: wciągnięcia do środka torby z jedzeniem jedną ręką, podczas
gdy druga w tym czasie usuwała nieczystości. Zawsze znikały, pewnie sprzątane przez matkę. Czasem obok torby
z jedzeniem leżał stos równo ułożonych czystych ubrań.
Starałem się ich nie dotykać, bo to oznaczałoby kontakt.
W upalne dni chłodziłem się wodą butelkową wylewaną wprost na ciało. Jakakolwiek higiena była mi
zbędna, ale z konieczności nauczyłem się obgryzać
paznokcie. Te u nóg też, gdy zaczęły wrastać w skórę.
Czas przestał płynąć. Istniałem. Po prostu.
Potem odkryłem, że nie jestem w pokoju sam.
Pojawiły się głosy. To musiały być demony. Zakleiłem
szyby kolorowymi gazetami, bo demony nienawidzą
barw. Uwielbiają odcienie gaku ran. Zmuszały mnie do
wyjścia. Odmówiłem. Za karę zrobiły coś z moim ciałem. Stało się cienkie, wręcz pergaminowo białe, swędzące. Siedząc w kucki w kącie pokoju, całymi godzinami drapałem się po nogach, plecach, tułowiu, twarzy,
aż skóra naznaczała się czerwonymi pręgami.
Opierałem się demonom, lecz w końcu przegrałem.
Dopadły mnie. Rozwaliły drzwi i porwały. Straciłem
przytomność.
Gdy ją odzyskałem, powiedziano mi, że jestem w londyńskiej klinice. Przebywam tu od dwunastu miesięcy.
Nie ma już demonów, wróciła przestrzeń i słowa.
Jestem zdrowy”.
***
– Dobrze. – Lekarz z namysłem odkłada kartki. Patrzy.
Wiem, że chce spenetrować moje myśli.
Uśmiechnąć się. Raz, dwa, trzy…
– Pisałeś o przeszłości – mówi cichym, równym głosem, brzmiącym jak śpiew wody spływającej po kamieniach. – Ona minęła. Teraz postaraj się myśleć o tym,
co będzie. Zamknij oczy i spróbuj zobaczyć siebie za
dziesięć lat. Opisz, co widzisz wokół. Czy są tam ludzie?
Wiesz, gdzie to jest?
W Tokio. W domu z widokiem na piaskowe morze. Oto
moja przyszłość.
Zgadniesz, doktorku, jaka?

* kyōiku mama – dosł. „matka edukacyjna”. Kobieta stawiająca
sobie za cel życia wykształcenie dziecka – wszechstronne i na
najwyższym poziomie, niezależnie od jego możliwości.
** k yōiku shakai – dosł. społeczeństwo edukacyjne, ceniące
wykształcenie jako wyznacznik wartości człowieka.
27
opowiadania • miniatury • prozA
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
28
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Przenikając
Zofia Aleksandra Dubiel
S
iedzę i oglądam ścianę. Niby nic wielkiego, a jednak
ogromny wysiłek. Wcześniej jeszcze musiałam tu dotrzeć. To przedsięwzięcie pozornie przerastało moje możliwości. Udało mi się jednak zmobilizować. Przyszłam. Ściana pomalowana jest żółtą olejną farbą. Farba w wielu
miejscach popękała. Pęknięcia tworzą wzory, zawikłane jak
ludzkie losy. Ludzkie losy bywają zawikłane, ale mój przypomina raczej ścianę, która zagradza drogę. Uniemożliwia
podjęcie jakiegokolwiek działania.
Tak bardzo chciałabym to zmienić, że zmusiłam się dzisiaj
do wstania z łóżka i wyjścia z domu. Pierwszy krok ku wolności został wykonany. Teraz czekam i obserwuję ścianę.
Ciekawe, która z nas prędzej się poruszy. Jest, wygrałam. To z niej pierwszej osypał się kawałek
tynku, gdzieś spod sufitu. Wzmocniona tą niespodziewaną
wygraną, czekam dalej. Marzę tylko o tym, żeby wrócić do
domu, schować się do łóżka i poobserwować kilim. Jest taki
nieprzewidywalny.
Po czterdziestu minutach od wyznaczonego terminu wizyty zaczynam się niecierpliwić. Gdy mija kolejnych dziesięć, niepokój sięga zenitu i zmusza do oderwania wzroku
od znajomych już zakrętasów spękanej farby. W korytarzu
utworzył się spory ogonek czekających… „Boże, ile świrów”
– myślę i mój zwykły strach się potęguje.
***
Wreszcie korytarzem nadbiega drobna szara postać w rozpiętym płaszczu.
– Przepraszam za spóźnienie. Była kolejka na poczcie – sapie. – Kto pierwszy? – Przez chwilę grzebie w rozsypującym
się stosiku świstków. – Julia Warzec. Proszę do pokoju.
Julia machinalnie wchodzi do gabinetu i siada przy stoliku naprzeciwko kobiety. Teraz jeszcze nie jest w stanie jej
słuchać – dopiero patrzy. Nagle jak grom z jasnego nieba
do młodej pacjentki dociera, że ta ubrana na szaro, krzywo
ostrzyżona kobieta o smutnym wyrazie twarzy jest „panią
psycholog”, która ma jej pomóc. Jeszcze boleśniej odczuwa, że jest to osoba, której musi zaufać. Chce jednak zacząć
znowu żyć normalnie. Przyszła tu, więc mobilizuje wszystkie siły i zaczyna wyławiać sens ukryty w cichych, bezbarwnych słowach domniemanej wybawczyni. Najwyższy już
czas, bo zaczynają padać pytania:
– Czy jest pani ubezpieczona?
– Tak, chyba tak…

29
opowiadania • miniatury • prozA
– Tak czy nie?
– Tak…
– Ile pani ma lat?
– Dwadzieścia dwa.
– Uu, to marnie. To jest przychodnia akademicka, a pani już kończy studia. Terapii grupowej
nawet nie warto zaczynać, bo nie ma szans na
ukończenie. Podobnie z innymi formami leczenia.
W zasadzie jedyne, co mogę zaproponować, to
spotkania ze mną. Trzeba było przyjść wcześniej.
– Ale wcześniej było wszystko okej…
– Mhym... – pani psycholog mruczy coś niewyraźnie i kontynuuje wywiad: – To co, godzi się
pani na spotkania ze mną?
Cały czas mówi spokojnym, monotonnym głosem. Julia przyjmuje to jako objaw empatii i zdobywa się na niepewne potaknięcie.
– No dobrze, wobec tego od następnego spotkania zaczniemy robić testy. Chyba że chce pani
zacząć już dziś…
Świeżo upieczona pacjentka „chce zacząć już
dziś”. Jak szalona pragnie wyzwolić się od świata
zawężonego do najbliższego przedmiotu, gdzie
wyjście z łóżka wydaje się wyczynem prawie tak
wielkim, jak… myślenie. Coś jednak wzbudza jej
niepokój, nie tak sobie wyobrażała to spotkanie.
Próbuje zebrać myśli i wreszcie zadaje pytanie:
– Czy nie powinna pani zapytać, co mi jest?
Kobieta wydaje się zaskoczona.
– A… tak… właśnie… Co pani jest?
Ha, i tym pytaniem zabija dziewczynie klina,
bo niby skąd ma ona wiedzieć, że cierpi na zaburzenia afektywne jednobiegunowe, zwane
potocznie depresją. Ciężko jej też opisać stan
spłaszczenia wymiarów, goryczy i bezcelowości
istnienia. Julia próbuje uchwycić się pojedynczych niemożności:
– Nie jestem w stanie niczego załatwić. Prawdopodobnie zawalę semestr, bo nie potrafię
zgłosić się po wpis do indeksu. Egzamin już dawno zdany na piątkę, ale gdy próbuję przekroczyć
próg gabinetu profesora, robi mi się niedobrze
i uciekam z płaczem.
– Może się w nim zakochałaś, co? – rzuca pani
psycholog.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
30
SIĘ
s i ę
W
_______________
Znów czekam. Zdziwiłabym się, gdyby „Mysza” – tak ją nazywam ze względu na szary ubiór i nerwowe ruchy – przyszła w porę. Ona chyba zawsze się spóźnia. Poprzednio coś
jej wpadło do oka i musiała czekać na otwarcie gabinetu
okulistycznego. Cóż, wypadki chodzą po ludziach. Zresztą
spóźniła się tylko pół godziny. Dziwne, leczenie oka zajęło jej mniej czasu niż stanie w kolejce na poczcie. Kiedy
przyszła, wymruczała tylko wyjaśnienie i rzuciła mi testy
na biurko. Wykonałam je uczciwie i rzetelnie, w końcu zależało mi na terapii.
Dziś też zamierzam się przyłożyć, chociaż trudno mi określić, w jaki sposób te świstki papieru, zawierające niesamowicie drażliwe i intrygujące pytania typu: „Czy twój kał wydaje ci się nienaturalny?” albo: „Co czujesz, kiedy widzisz
całującą się parę?”, miałyby się przyczynić do przywrócenia
mi stanu jakiej takiej funkcjonalności. Aby odpowiedzieć
sobie na to pytanie, przewertowałam odziedziczony po
żądnych wiedzy przodkach opasły tom pod tytułem Podstawy psychiatrii – nie znalazłam jednak rozwiązania.
Mimo to spokojnie patrzę na znajomą ścianę, bez poczucia zdrady oglądam też pozostałe elementy przestrzeni.
Łaskawszym okiem ogarniam nawet pozostałych nieszczęśników grzecznie czekających na zbawienie. Nie wiem, na
ile potrafię to ocenić, ale wydaje mi się, że mój związek
z rzeczywistością się pogłębił. SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
„Co? W tym starym bucu?” – myśli Julka i naraz włącza jej
się dawno zapomniane poczucie humoru. – Freuda to i ja
czytałam”. Niemniej spokojnie odpowiada:
– E… nie… na pewno nie…
Po czym podejmuje kolejną próbę nakreślenia swoich
problemów i nawet lekko się zapala:
– Ostatnio nie chce mi się śpiewać. To znaczy chcę, ale nie
jestem w stanie otworzyć ust. Śpiewanie zawsze było dla
mnie najważniejszą rzeczą pod słońcem, jedynym pewnym
celem… a tu nagle zupełnie nie mogę się zmobilizować.
– To po co śpiewać, skoro to taki problem? Może daj sobie
spokój? – z lekkim ziewnięciem ucina rozmówczyni. – Proszę przejść do sali obok. Przyniosę testy.
***
Pani psycholog biegnie jak zwykle korytarzem, potyka-
jąc się i plącząc we własnej spódnicy. Julia, nie
zdając sobie sprawy ze stopniowej samoistnej
remisji choroby, ocenia jednak świat nieco trzeźwiej, więc roztrzęsiona postać kobiety budzi w
niej współczucie. Pośpiech u flegmatyka jest doprawdy dziwacznym zjawiskiem.
– Pani… eee… – Szperanie w papierkach. – Warzec. Proszę. Na testy, tak?
Dziewczyna wchodzi do gabinetu i czeka na
wyjaśnienia. Na próżno. Widocznie dwudziestominutowe spóźnienie jest rzeczą zbyt błahą, by
przepraszać.
– No, i jak tam? – Mysza zaskakuje życzliwym
pytaniem.
– Nieźle. Tylko… niewyspana jestem. – Zachęcona jej otwartą postawą, pacjentka zdobywa się
na szczerość. – Całą noc męczyła mnie myśl, że
moja suczka zachoruje. Zbadałam ją kilkakrotnie
i nic nie wskazywało na to, że coś jej jest. Później
nie chciałam już męczyć biduli ciągłym sprawdzaniem i tylko leżałam, powtarzając sobie, że
to takie bzdurne przeczucia. Rano nie wytrzymałam i zaraz po otwarciu lecznicy popędziłam
do znajomej lekarki. Powiedziałam, że mój pies
jest chory, tyle że nie ma jeszcze objawów. Zbadała Tusię i nic nie stwierdziła. Zna mnie trochę,
więc kazała mi usiąść i chwilę poczekać. Ulżyło
nam dopiero, kiedy z suni zaczęła się lać ropa.
Wcześnie wykryte ropomacicze daje się leczyć
farmakologicznie.
– Aha, dobrze. Przejdźmy do testów.
_______________
Dzisiaj czekam z większą niż zwykle niecierpliwością i ledwie obrzucam pobłażliwym
wzrokiem brudną, nieciekawą ścianę. W ogóle
ostatnio płaszczyzny przestały dla mnie stanowić jedynych rozmówców. Świat rozrósł się do
ogromnych, ale – paradoksalnie – bezpiecznych
wymiarów. Wyszłam z domu. Załatwiłam zaległości. Szare cienie przemykające na granicy
postrzegania okazały się chętnymi do wymiany
myśli ludźmi. Pani psycholog obiecała, że przedstawi mi wy-
niki. Jestem ich bardzo ciekawa. Od naszego pierwszego
spotkania minęły dwa miesiące. Testy cały czas wykonywałam tak uczciwie, jak potrafiłam. Mimo że dzięki lekturze
Podstaw psychiatrii większość z nich wydawała mi się przejrzysta i po pobieżnej lekturze mogłam już ocenić, co dany
zestaw pytań ma wykluczyć. Nerwy puściły mi dopiero na
poprzednim spotkaniu przy jedenastym bodajże teście i
lekko podstylizowałam się na schizofreniczkę. Nic to. Z tego natłoku danych, z dziesiątek wypełnionych formularzy
powinien wyłonić się jakiś sensowny obraz. Mój obraz. Mój
i moich problemów.
***
Mysza pojawia się prawie punktualnie – czymże bowiem
jest dziesięć minut wobec wieczności? Idzie też jakby wolniej i spokojniej, a postać jej wydaje się dziś barwniejsza.
Julia nie umiałaby powiedzieć, co tak zwiększa atrakcyjność
postaci pani psycholog: drobna czarna kratka, która niespodziewanie pojawiła się na jej szarym zazwyczaj ubraniu, czy
jej, Julkowe, emocje.
Tradycyjny szelest papieru:
– Pani… eee… Julia Warzec. Proszę za mną.
Siadają naprzeciw siebie tak, jak przy pierwszej wizycie.
Dziewczyna śledzi z zapartym tchem każdy gest szarej kobiety. Ona przez chwilę grzebie w swoich dokumentach.
– Co my tu na dzisiaj mamy? A… wyniki testów.
Julia z wrażenia wbija paznokcie w siedzenie krzesła.
Jeszcze nie ma pojęcia, co usłyszy. Nie wie, że kiedy pozna
diagnozę, wybiegnie, śmiejąc się głośno. Będzie zdrowa i
tak się będzie czuła. Nie może przewidzieć, że nieleczona
choroba za kilka lat powróci ze zdwojoną siłą, ingerując w
życie Julki o wiele poważniej niż teraz.
Mysza pedantycznie nakłada okulary, rozkłada jakiś świstek i… uwaga!... uśmiecha się. Następnie cicho i smętnie,
a przecież bardzo wyraźnie czyta:
– Mam dla pani dobrą wiadomość: nie jest pani chora psychicznie.

31
opowiadania • miniatury • prozA
Krystyna Habrat
Coś się czai
D
użo później uzmysłowiła sobie, jak bardzo w ostatnią wizytę zakradł się smutek.
Wstąpili tylko na chwilę, zbaczając z drogi, gdy niespodzianie odczytała nazwę tamtej miejscowości na drogowskazie. Wystarczyło wyciągnąć komórkę i usłyszeć: „To czekamy na was!”.
Powitani jak zawsze miło, zdecydowali się posiedzieć w ogrodzie. Żal było uciekać od słońca. Ile razy
przyjeżdżali, lubili śledzić plamy światła pośród zieleni, wydobywające z cienia to kwiat, to liść. Ale dziś
kontrasty były mniej widoczne. Słońce przybladło, zieleń też.
Pani domu przyniosła do altany kawę w dzbanku, a jej mąż – ceramiczne kubeczki. Za chwilę przybył
półmisek kanapek.
– No, co tam słychać? Jak zdrowie?
– A u was?
Opowiadali, lecz co chwilę zapadało męczące milczenie; z rodzaju tych, gdy gorączkowo szuka się
nowego tematu, bo jeszcze kawa do końca niedopita. Uprzednio w takim momencie zaraz się włączał
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
32
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
dziewczęcy głosik wybranki ich jedynaka i rozgrzewał serca rozkoszną paplaniną. Dziś bardzo jej tam
brakowało.
Wrześniowy ogród nie był już tak bujny. Obsychały na krzakach liście, zwisając brązowymi szpargałami.
Z drzew spadały pojedynczo te pożółkłe. Odsłaniało się więcej przeźroczystej przestrzeni z błękitem
nieba w tle. Cień już nie orzeźwiał tęsknie. Może nawet było chłodno. Tu i ówdzie kwitły jeszcze różowe
onętki, żółte georginie, a pod płotem pęczniała dumą pomarańczowa dynia.
Pani domu nasypała im na talerz malin. Jej mąż natrząsł śliwek i teraz siedział milczący ze spuszczoną
głową. Był inny niż za pierwszym razem, kiedy roześmiany od ucha do ucha, biegł ku nim wielkimi susami z końca ogrodu, pokrzykując radośnie. Z daleka rozkładał szeroko ręce, jakby chciał przytulić ich do
serca. Od tamtego czasu spoważniał. Już nie odważał się przekraczać granicy tego, co wypada.
Wtedy, za pierwszym razem, kiedy przybyli poznać rodziców wybranki syna, była wiosna, maj, wszystko
kwitło opromienione radośnie słońcem. Teraz nadciągała jesień.
Rozmawiali z godzinę, może półtorej, lecz ani razu nie unieśli się gromkim śmiechem. Dotarło to do
niej dopiero przy pożegnalnych uściskach, gdy skrępowana maską twarz z trudem przyoblekła uśmiech.
Wszyscy mieli niepewne miny. Oni – trochę zbici z tropu, że przyjechali tak znienacka, może nie w porę.
Ale gospodarze, choć to skrywali, byli wyraźnie czymś przybici. Coś było inaczej.
Jeszcze smutniej się zrobiło, kiedy wsiedli do samochodu i odjeżdżali, machając do stojących na ganku
teściów syna. Ręce tamtych nie trzepotały już dawnym rozmachem. Raczej powściągliwie. Kurtuazyjnie.
„Jak to jesień wszystko zmienia – pomyślała – odbiera witalność, radość życia”.
Przypuszczała, że się po prostu bardziej zżyli i teściowie ich jedynaka – jak się to mówi: swatowie –
stonowali swą żywiołową spontaniczność. Dziś, gdy młodych zabrakło, byli skrępowani i ważyli każde
słowo. Kilka razy jedno powstrzymywało drugie nieznacznym kuksańcem lub dotknięciem ręki przed
kończeniem jakiegoś zdania. Cóż, oni sami byli nieco sztywni, uważający, to i tamci się dostosowali. Szkoda. Jakże ich za pierwszym razem ucieszył widok ojca przyszłej synowej, biegnącego ku nim przez cały
ogród z rozwartymi ramionami. Był szeroko roześmiany i z daleka wykrzykiwał radośnie słowa powitania.
Czyżby swatom zabrakło przychylności? Przestali ich lubić?
Zaraz. Po kolei. Dziś z trudem skrywali zakłopotanie, gdy zajechali samochodem pod ich dom. Długo
rozmowa się nie kleiła. Gospodarze byli uprzejmi i poprawni, ale już nie kordialnie mili i spontaniczni.
Na drogę jak zawsze dali im koszyk ogrodowych plonów. Tym razem maliny, śliwki, pomidory, a nawet
kanapki, lecz to wszystko jakoś nie cieszyło.
Rozmyślała o tym, podczas gdy mąż bez słowa prowadził samochód. Sięgała do koszyczka malin, ale
nie smakowały jak te letnie. Mąż też nie chciał, kiedy próbowała wkładać mu je do ust. "Pewnie one już
ostatnie, bez ożywczych soków lata" – dumała.
Na szczęście nie mieli zwyczaju analizowania każdego słowa, jakie padło podczas wizyty, domyślania
się podtekstów, niedomówień. To mogłoby prowadzić do pochopnych wniosków i rozbudzania jakowychś niechęci. Swoich nowych powinowatych też z góry woleli lubić. Bez zastrzeżeń. I naprawdę lubili.
Tak samo bardzo przypadła im do serca synowa, radosny promyczek, tamtych córka.
Biła się z myślami długo, gdy jechali pośród pustych już pól i lasów, zaczynających mienić się złotem
i czerwienią.
Zmierzch zapadł dziś dużo wcześniej. Skradała się już jesień.
Nie chciała burzyć spokoju męża swymi przeczuciami. Nie powinna denerwować go podczas jazdy.
Właściwie nic się nie stało. Tylko jej neurotyczna natura lekko się strwożyła, zadrżała. Widocznie tamci
mają jakieś troski, a bali się wygadać. Stąd gesty rąk, jakimi jedno powstrzymywało drugie. A może to
tylko przygaszenie nastroju, jak to na jesieni.
Wkrótce w natłoku innych spraw wypadły jej przeczucia z głowy.
Później dopiero się okazało, że zaskoczenie tamtych i rezerwa owego dnia nie były bez przyczyny.

33
opowiadania • miniatury • prozA
Oni już musieli wiedzieć. Córka mogła matce coś
napomknąć w rozżaleniu, podczas gdy im syn nic
nie zdradzał. Nie mieli pojęcia, że coś się święci, że
zakrada się z wolna wielki smutek. Kładli to wszystko na karb jesiennej melancholii. Przygaszenie ich
jedynaka, rzadsze odwiedziny synowej. Podobno
mniej miała czasu. Praca ją bardzo absorbowała.
A jak przychodziła, nie śmiała się już głośno od
drzwi. Spoważniała. Syn milczał.
Wreszcie któregoś dnia, nie patrząc im w oczy,
oznajmił, że wczoraj wróciła do rodziców.
– No to jedź za nią!
– Nie!
– Ale nie chodzi o zdrowie?
– Nie.
Udawał, że nie jest rozżalony, że nic mu nie jest.
Tylko nie patrzył w oczy.
Nie pytali o nic więcej. Snuli domysły, ale bali się
dopytywać. Całymi dniami o tym szeptali. Rozmyślali w bezsenne noce, ale nie pytali. Odpowiedź mogła jednoznacznie określić na razie niejednoznaczne
przeczucia. Wówczas nie byłoby ratunku.
Stawało się coraz chłodniej. Z każdym dniem
ciemność zapadała wcześniej. Jeszcze niby jesień, a
wkrótce przyroda zamrze w zimowej pustce. Zawsze
trudno się z tym pogodzić.
Syn z każdym dniem odzyskiwał pogodę ducha.
Jednak matka wiedziała: on jedynie udaje. Rany
nigdy nie goją się do końca. Blizny tylko pozornie
nie bolą. Smutek zwykle przychodzi, gdy zaczynają spadać liście i świat coraz szczelniej owija się w
mrok nocy. Wtedy częściej coś się psuje. Tamci już
podczas ostatniej wizyty wiedzieli, że coś się młodym nie układa. Powinni przemówić im do rozumu.
Tylko jak? Dopiero teraz sobie uprzytomniła, jak
wielki wtedy zakradł się tam smutek. I ich wszystkich obezwładnił.
Ale nadciąga zima. Ona ściera jesienne nastroje.
Przynosi zapomnienie. A wiosna da nadzieję.
Na razie jesień. Wieczorami księżyc coraz wcześniej, niczym w starym przeboju, włóczy się po
niebie. Wiatr za oknem zdziera ostatnie liście, targa
gałęziami.

Święto zmarłych dusz
Beata Pytel
1933 r.
Jesień trzydziestego trzeciego roku była doprawdy zachwycająca. Liście niczym kolorowe kwiaty
sypały się z nieba powoli jak pierwszy śnieg. Świat okalała spokojna, przytłumiona melancholią radość. Nie było martwoty, jęku samotnych wierzb, zawodzeń oszalałego wichru. Był tylko
odwieczny rytm zmian i bicie ognistego serca ziemi. Tak przynajmniej czułem.
W tę właśnie jesień zmarł mój kuzyn, Jan Dębowski. Osierocił czwórkę małych dzieci i żonę Liliannę.
Zdarzyło się to na kilka dni przed Wszystkimi Świętymi. Pogrzeb zaplanowano na dwudziesty dziewiąty października.
Jadąc piaskową, zamiataną przez ciepły wiatr drogą, rozmyślałem o Liliannie. O jej delikatnej,
smutnej twarzy i wypowiadanych cicho słowach. Zastanawiałem się, jak przeżyła śmierć Jana. Czy
w ogóle coś poczuła? Sztylety bólu czy drobne ukłucia żalu? A może nic nie poruszyło jej cichego 
35
opowiadania • miniatury • prozA
serca? Zupełne, bezbrzeżne nic?
Mój samochód, nowo nabyty bentley z 1929 roku, małe cudeńko o
silniku R6 i pojemności 4,4 litra, zwracał powszechne zainteresowanie
mijanych ludzi. A ja wpatrywałem się w pękate i kłębiaste chmury.
Zupełnie takie same, jak w dzień ślubu Jana. Doskonale pamiętałem
radosną twarz kuzyna i straszną, trupią bladość twarzy Lilianny. A gdy
przed kościołem składałem na policzku panny młodej pocałunek, poczułem, jak bardzo była zimna. I jak drżały jej rzęsy. Spłoszony motyl,
pomyślałem wtedy.
Zamieszkali na wsi. Na głębokiej prowincji, w porosłym dzikim
winem domu. Od dnia ślubu widziałem ich zaledwie kilka razy.
On wydawał się rozpromieniony, a ona jak zawsze cicha, milcząca.
Samotna.
Gdy dojechałem na miejsce, okazało się, że po tylu latach nadal
nic się nie zmieniło. Nadchodził wieczór. Krwiste słońce zachodziło
za dworem, kreśląc purpurową smugę na horyzoncie. Okna domu
wyglądały jak czarne dziury, a drzewa pochłaniał rubinowy blask,
jakby trawił je ogień. Dach obsiadły ciemne ptaki.
Odgłos silnika sprawił, że z domu wyszło kilka osób. Rozpoznałem zaledwie dwie: stryja Obawskiego i jego syna – kuzyna Jerzego. Obaj wielcy, grubi, z twarzami przypominającymi śmieszne,
woskowe maski.
Po przywitaniu zaczęli oglądać mój samochód, zupełnie nie sprawiając wrażenia, że przybyli na pogrzeb. Zostawiłem ich i ruszyłem
do środka.
Lilianna siedziała w otoczeniu leciwych starych matron. Kobiety kołysały się i płakały, jakby ona nie miała własnych łez. Chociaż – kto wie? Być może faktycznie nie miała. Bo gdy ująłem jej
dłoń, złożyłem kondolencje i spojrzałem w twarz, nie dostrzegłem
nic. Jedynie ten sam smutek, który pamiętałem, gościł wciąż na
jej białej twarzy, Choć jej bladość zrobiła się jeszcze bardziej pergaminowa i sucha. Wyblakłe oczy były nieruchome, tak samo jak
zaciśnięte usta. Przypominała ducha.
Dzieci nie było.
Matka Jana zaprowadziła mnie do pokoju, w którym spoczywało
ciało zmarłego. Wyglądał, jakby zmęczony długim wysiłkiem, położył się spać. Być może była to po części prawda, bo czymże jest
życie, jak nie niekończącą się walką i zmaganiem z nieprzyjaznymi
wiatrami, a śmierć – końcem tej udręki? Sine cienie otaczały jego
zamknięte oczy. Przeżegnałem się i pomyślałem, że Jan już wszystko wie i że nie ma już dla niego żadnych tajemnic.
Cały dalszy dzień był groteską. Mężczyźni pili, wałęsali się po
ogrodzie, poklepywali po plecach. Zastanawiałem się, co spowodowało, że tylu ludzi przyjechało tak wcześnie. Mało wspominano zmarłego. Słyszałem tylko co rusz powtarzane słowo: testament… testament…
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
36
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Nie za bardzo rozumiałem, dlaczego ludzie tak się interesują majątkiem kuzyna.
Według mojej wiedzy nie posiadał aż takich bogactw, żeby były źródłem zazdrości
czy pragnień.
Gdy zapadł zmierzch, na modlitwy przy
zmarłym zaczęli schodzić się okoliczni
mieszkańcy. Nie lubiłem tego. Zawodzących śpiewów, pochlipywania starych
kobiet, które pewnie nawet zmarłego nie
znały, zapachu świec i chrzęstu różańcowych paciorków. To wszystko przypominało mi o własnej śmierci.
Wziąłem szklankę piwa i poszedłem na
górę do swojego pokoju. Zaczynałem ża-
łować, że gnany troską o Liliannę, przyjechałem tak wcześnie. Piłem piwo, oparty
o okno, gdy między drzewami w rozścielającym się na dole sadzie zobaczyłem –
ją. Czarna bluzeczka, którą miała na sobie,
była bardzo lekka, a jesienny wiatr zimny.
Wydawało się, że chłód nie robi na niej
wrażenia. Stała blisko drzew, lekko się
kołysząc. Nagle odwróciła i uniosła twarz.
Byłem prawie pewien, że patrzy na mnie.
Nie wiem dlaczego, ale spanikowałem.
Podskoczyłem i schowałem się za zasłoną. Serce biło mi szybko. Nie potrafiłem
określić, czego tak się przestraszyłem, ale
przez moment dosłownie mnie zmroziło.
Zasłona była bardzo ciemna i otulała mnie niczym żałobny kir.
Wzdrygnąłem się. Z dołu słyszałem smętne pieśni żegnające duszę
kuzyna. Ten dom cały był przesiąknięty śmiercią.
Podszedłem do miednicy, żeby przemyć twarz. Pochyliłem się
nad toaletą i zapaliłem papierosa. Płomień zapałki na moment
mnie oświetlił. Jasne oczy uciekły w głąb oczodołów, cienie rozłożyły się pod powiekami i zaplątały we włosy. Usta miałem ciemne,
jakbym napił się krwi. Wyglądałem niczym upiór albo kolejny nieszczęśnik czekający w kolejce do grobu.
Musiałem wyjść.
Weranda tonęła w delikatnej poświacie, płynącej z rozświetlonych okien. Usiadłem na ławce, czując, jak powoli wraca mi równowaga. Obecność ludzi, dyskretny gwar – to wszystko było częścią
życia. Inną niż ponura martwota pokoju na górze. Myślałem o Liliannie. Byłem już niemal pewny, że jej postać w ogrodzie to tylko
przywidzenie, omam wywołany zmęczeniem i żałobą.
Z kuchni wytoczył się stryj. Miał czerwoną twarz, a oczy świeciły mu jak dwa błyszczące szkiełka. Pomyślałem, że musiał się już
nieźle spić.
– Wilhelm! Nieładnie, chłopcze, nieładnie. Siedzisz tutaj zamiast
modlić się o duszę biednego kuzyna? – Pogroził mi rubasznie palcem i spojrzał cokolwiek nieprzytomnie.
– Już wracam – odpowiedziałem, gasząc papierosa.
Stary złapał mnie za ramię.
– Ja wiem, po coś przyjechał. Zresztą tak jak my wszyscy.
– Nie rozumiem.
– Nie udawaj głupiego. – Obawski zaczął dyszeć. – Testament!
Niby Jan taki prostoduszny był, ale ponoć zgromadził niemałą
fortunkę. Sprytny jesteś, ale mnie nie nabierzesz. Niby nikt nic nie
wie, ale patrz, jak się zlecieliście. Jak sępy nad padliną. W rodzinie
mówiło się nie raz o klejnotach prababki Stanisławy.
– Nie wiem, o czym stryj mówi.
Staremu wzrok zmętniał jeszcze bardziej. Próbował coś powiedzieć, podpierając się na moim ramieniu, ale nieskoro mu to szło.
– Jeśli jednak faktycznie Jan się wzbogacił, to i tak wszystko dostanie Lilianna i ich dzieci, to oczywiste – dodałem.
Zaprzeczył, kręcąc gwałtownie głową i kiwając palcem.
– Ponoć żonka naszego kuzyna nie była taka święta, a rodzinne stadko nie takie szczęśliwe, jak się by wydawało. Nic nie wiadomo… nic nie wiadomo… A nawet jeśli – stryj pochylił się tak
blisko, że odór wódki niemal zwalił mnie z nóg – nawet jeśli ona
wszystko dostanie, to zawsze młodą wdówkę można zabałamucić…
Odepchnąłem go z obrzydzeniem. Zatoczył się lekko, ale nie stracił równowagi. Stał chwilę, łapiąc oddech, z wykrzywioną złością
twarzą i byłby się w pijackim amoku na mnie rzucił, gdyby na werandzie nie pojawiła się Lilianna. Wracała od strony sadu. Nawet 
37
opowiadania • miniatury • prozA
nie spojrzała na stryja. Przeszła obojętnie i na krótką, króciutką
chwilę wczepiła swoje sarnie oczy w moją twarz. Znikając w domu,
zdałem sobie sprawę, że kobieta z sadu nie była żadnym przywidzeniem.
Blisko godziny dwudziestej trzeciej żałobnicy opuścili dom Jana.
Gdzieś około północy zerwał się okropny wiatr. Wył i zawodził, a
stukanie gałęzi w szyby nie pozwalało spać.
Rankiem założyłem garnitur, kapelusz i wyszedłem przed dom.
W korytarzu dostrzegłem dzieci Jana i Lilianny. Maria z Anną bawiły się lalkami, Stefan obracał koła drewnianej zabawki, tylko Karolina stała oparta o drzwi prowadzące do pokoju, w którym leżał
zmarły. I płakała cicho. Chmury zakryły niebo. Niedawna wichura zerwała resztę listopadowych liści. Nagie kikuty drzew i krzewów stały teraz bezbronne,
kołysząc się miarowo. A my, żałobnicy? My tonęliśmy po kostki
w liściach i wdychaliśmy ich wilgotny, smutny zapach. Około dziewiątej zjawił się ksiądz z ministrantami. Stryj z moim
kuzynem i dwóch innych mężczyzn wyniosło z domu trumnę. Za
dębową skrzynią szła Lilianna, trzymając młodsze dzieci za ich małe rączki. Ciemna woalka w czarne groszki zakrywała jej marmurową twarz. Widziałem tylko delikatne płatki wąskiego, wydatnego
nosa i usta pomalowane na szkarłatny kolor.
Szliśmy do kościoła przez las. Wśród rozwiewanych liści i szumu
tak niespodziewanie ogołoconych drzew wyglądaliśmy jak stado
szpaków, czy raczej gawronów. Przed kaplicą czekało już wielu
ludzi, większość ze wsi. Pomyślałem, że Jan musiał być dobrym
człowiekiem, skoro tylu przyszło go pożegnać. Nabożeństwo było piękne. Naprawdę piękne. Nigdy nie byłem
zbyt religijnym człowiekiem, ograniczając się tylko do coniedzielnej mszy i modlitwy w jakichś poważniejszych kłopotach. Ale
pogrzeb Jana poruszył we mnie jakąś ukrytą strunę. Ubolewam,
że trwało to tylko kilka chwil. Zwłaszcza że z natchnienia wyrwał
mnie pewien incydent.
Już na cmentarzu, gdy trumnę z Janem złożono w rodzinnym
grobowcu i ludzie zaczęli się rozchodzić, do Lilianny podeszła stara kobiecina. Podeszła, wzięła się pod boki i ku mojemu zaskoczeniu oraz konsternacji innych ludzi splunęła jej pod nogi, sycząc:
– Bądź przeklęta, wiedźmo!
Lilianna nie zareagowała w żaden sposób. Tylko jej usta stały się
jeszcze bardziej karminowe, a zaciśnięte na dłoniach dzieci knykcie, pobielały.
Do domu wracaliśmy w milczeniu.
Stypa była równie męcząca, co dzień wczorajszy. Żałobnicy jedli
i pili, rozmawiając głośno i czasem wspominając zmarłego. Kobiety
całkiem bezwstydnie zagadywały mężczyzn, jakby przybyły na
przyjęcie noworoczne, a nie pogrzeb. Lilianna usługiwała gościom
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
38
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
razem ze swoją matką. Miała ciemną suknię, która przy pochylaniu ukazywała skrawek jej pełnych, białych piersi. Dopiero
późnym wieczorem usiadła razem z nami.
Stryj, pijany bardziej niż inni mężczyźni,
przysiadł się do niej i zaczął szeptać coś
do ucha. Przez moment zobaczyłem grymas odrazy na jej twarzy. Ale tylko przez
moment. W momencie gdy Obawski objął
ją w pasie, wyszedłem.
W korytarzu spojrzałem w lustro. I ujrzałem to samo, co wczoraj. Biała twarz, rozgorączkowane, sine oczy i czarne usta. Coś
było nie tak ze zwierciadłami w tym domu.
Długo słyszałem gwar na dole. Wyjechałbym, gdyby nie Wszystkich Świętych i testament. Chciałem wiedzieć, jak to się skończy. I czy ten drań Obawski coś dostanie.
Wszystkich Świętych, uroczystość ku czci
dusz. Ostatecznie zmarłych czy płynących
na falach wieczności? Któż to może wiedzieć? My poddaliśmy się corocznemu rytmowi tego święta. Msza, cmentarz rozświetlony woskowymi świecami powbijanymi
w groby, obiad.
W południe zjawił się prawnik. Zasuszony pan z wielkimi bokobrodami.
Okazało się, że to, o czym mówił stryj,
było prawdą. Jan zgromadził pokaźny
majątek. Głównie dzięki giełdzie, jeszcze
przed wielkim kryzysem, wykupem lasów
i sprzedaży drzewa. Nigdy nie afiszował się
z fortuną. W jego domu też nie było widać
zbytku. Lilianna i dzieci dostali większość. Chyba
nawet ona sama się tego nie spodziewała,
bo jej twarz się zarumieniła, sarnie oczy powiększyły, a pierś zaczęła niespokojnie falować. To wszystko było dziwne. Zacząłem się
zastanawiać, co się właściwie w tym domu
działo. Stryj również dostał swoją część. Ale
chyba za mało, bo spieniony, wyszedł
z pokoju. Ku mojemu zdziwieniu nawet ja
coś otrzymałem. Jan okazał szczodrą rękę
i obdarował wielu krewnych.
Gdy prawnik pojechał, większość pozostałych jeszcze gości również zaczęła
opuszczać dwór. Wieczorem miałem odjechać i ja. Gdy się pakowałem, usłyszałem
szarpaninę obok moich drzwi. Zerknąłem
i ujrzałem, jak stryj trzymał za nadgarstki
żonę Jana i szeptał jej coś szybko. Kobieta
szarpała się, ale stary był silniejszy. W momencie gdy chwycił ją w pasie i przysunął
do siebie, nie wytrzymałem. Wybiegłem z
pokoju i oderwałem go od Lilianny.
– Idź precz, starcze! – zawołałem.
Obawski szybko otrząsnął się z zaskoczenia. Wykonał zamach i uderzył mnie w
twarz, po czym wyszedł, wściekle klnąc. Lilianna, płacząc, wytarła krew z moich ust.
Chcąc ją pocieszyć, pogładziłem po twarzy. Wtuliła się w moją dłoń, jakby tam mogła znaleźć ukojenie. Gdy znów podniosła
oczy, miała na policzku roztartą szminkę.
Staliśmy tak przez chwilę, oboje naznaczeni szkarłatem. Ja – krwią, ona – pomadką. Zapadał zmierzch, kiedy zniosłem bagaż
do samochodu. Zmitrężyłem i dlatego
wypadło mi jechać po ciemku. Mógłbym
oczywiście jeszcze zostać, ale miałem już
dość tego domu i zamieszkujących w nim
tajemnic. Nie chciałem nic wiedzieć.
Złożyłem bagaże i już miałem wrócić
do domu, żeby się pożegnać, gdy moją
uwagę znów przykuł sad. To była ona, Lilianna! Tym razem nie widziała mnie, szła
prosto przed siebie. Zanim znikła między
drzewami, zobaczyłem, że była ubrana
w białą powłóczystą sukienkę, a ciemną
głowę miała zakrytą haftowanym, lekkim
suknem. Czyżby to była suknia ślubna?
Nie pamiętałem, jak była ubrana w dniu
zaślubin z Janem.
Poszedłem za nią. Wiatr znów się zerwał.
Z daleka widziałem, jak jej welon trzepocze delikatnie, a przydługa szata sunie po
szeleszczących liściach.
Zdałem sobie sprawę, gdzie zmierza,
kiedy poczułem ciepły, mdławy zapach
wosku i zobaczyłem rozświetloną ciepłym
blaskiem ciemność. Szła na cmentarz.
Skryłem się między drzewami. Mimo łagodnego wiatru setki świec wciąż się paliły. Te, które zgasły, snuły białawe dymy ku
górze, tworząc lekkie opary. Szła powoli, zwrócona delikatnym
profilem ku grobom. Jej ciało o śnieżnej skórze, odziane w białą
suknię, szerokie rękawy podkreślające nadgarstki, czarne lśniące
włosy zakryte spływającym na jej plecy i ramiona jak rzeka welonem sprawiały, że wyglądała niesamowicie, jakby nie z tej ziemi.
Przystanęła na chwilę w niepewności, nerwowo wyłamując palce,
i rozglądała się, jakby czegoś szukając. Po jej twarzy płynęły łzy.
Pomyślałem, że chyba oszalała. Pochylała się, wyjmowała z piachu po kilka świec i zanosiła je
do rodzinnego grobowca. Wkrótce miejsce spoczynku Jana było
rzęsiście rozświetlone. Lilianna powbijała świece w żelazne ogrodzenie i w piach wokół grobowca. Oświetliła twarze wyrzeźbionych aniołów i świętych, które wyglądały teraz jak upiory ze starych legend. Chwilę stała, a później uklękła i zaniosła się szlochem.
Chwyciła żelazne, ostre pręty ogrodzenia i płakała. Później, łkając,
muskała twarzyczki aniołów, gładziła granitowy kamień, przytulała do niego twarz. Zobaczyłem, że jej suknia poplamiona jest
krwią, tak jak i twarze rzeźb, których dotknęła. Musiała zranić dłonie o spiczaste ogrodzenie. Krążyła, to przytulając się do grobu, to
oddalając się od niego. Gryzła dłonie, szarpała welon. Trzęsąc się,
chodziła tam i z powrotem. Kiedy upadła na kolana i wyciągnęła
ręce, patrząc niemo na grób, a potem rozcapierzyła palce i zaczęła
bezgłośnie wyć, uciekłem.
Tak, wiem, że nie powinienem był jej tak zostawić. Ale w tej chwili
nie byłem w stanie nic zrobić. Zapach nieszczęścia, rozpaczy i żalu
otaczał całe miejsce. Byłem niemal pewien, że Lilianna nie przyszła rozpaczać nad utraconą miłością. Potrzebowała przebaczenia.
Tylko za co? Co zrobiła? Co ją tak dręczyło? Teraz się nad tym zastanawiam. Ale wtedy… wtedy chciałem już tylko odejść. Opuścić
przeklęte miejsce. Uruchomiłem samochód i odjechałem, żeby już
więcej tam nie wrócić.
Nieraz zastanawiałem się, co się stało z Lilianną. Czy osiągnęła
spokój? Może na zawsze utraciła zmysły? A może umarła? I dlaczego wtedy wiejska kobieta ją przeklęła?
Później nastała ta straszna wojna, która zabiera ludzi albo rzuca
ich w obce miejsca. Żony Jana nie ujrzałem już nigdy. Ale wciąż
mam przed oczami jej postać, gdy pochyla się i czule gładzi płytę
grobowca, jakby w ten sposób prosiła o wybaczenie.

39
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
40
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Dariusz Zajączkowski
Mutacje czasu
Autor: Różni autorzy
Tytuł: Niedoczekanie
Wydawnictwo: RW2010
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83-7949-123-0
W
iększości z nas wydaje się,
że jesteśmy panami swego losu. A mnie coraz bardziej
zdumiewa fakt, że mimo lawiny
codziennych dowodów wciąż w
to wierzymy. Nie umiemy, czy nie
chcemy zauważyć prostego faktu,
że nasze życie to melanż wyborów, z których gros podejmujemy
nieświadomie, bez przemyślenia
konsekwencji i wpływu na bliższą
i dalszą przyszłość. Ale jakie to ma
znaczenie, gdy kolejna decyzja,
podjęta dziesięć minut później,
wszystko zmienia, prowadzi w
inną stronę, rozwija wachlarz nowych możliwości, które w niepamięć usuwają wcześniejsze? I tak w
kółko. A gdy jeszcze uwzględnimy
przypadki i zbiegi okoliczności…
Wertując karty historii trafimy
na wydarzenia, które w oczywisty
sposób są przełomowe, które
pchnęły świat na taką, a nie inną
drogę rozwoju. Czy właściwą? Pytanie bez głębszego sensu. Jeśli właściwą, to z czyjego punktu widzenia? Bez sensu, gdyż w praktyce nie
dostrzegamy milionów innych, być
może bardziej istotnych, punktów
zwrotnych, których splot kształtuje
obecną teraźniejszość i indywidualną rzeczywistość każdego z nas.
I z grubsza o tym traktują twórcy historii alternatywnych, zebranych w antologii pod zastanawiającym, w tym kontekście, tytułem
Niedoczekanie. Pozycję w formie
ebooka wydała Oficyna Wydawnicza RW2010 w lutym 2015 roku, a niniejsza recenzja to efekt
dokonanego przeze mnie wrześniowego wyboru tej, a nie innej
książki. A mogłem inaczej zapleść
linie czasu, przejść obok zebranych
tekstów mimo i sięgnąć po coś zupełnie innego… I czy świat byłby
wtedy inny? Nie mam wątpliwości,
że tak. Nie mają jej również autorzy omawianego zbioru. Antologię ośmiu opowiadań
otwiera – by przyciągnąć nazwiskiem – Krzysztof Kochański Parowym Hyclem. W pierwszym odruchu, po przeczytaniu kilku zdań,
mając w pamięci zamieszczoną w
poprzedniej „SOFIE” cenę Światów
Solarnych, naszła mnie przerażająca myśl, że alternatywnym światem może być tylko cywilizacja
oparta na maszynach parowych.
Na szczęście skutecznie przeczą
temu pozostałe teksty, ukazujące
dużo szerszą gamę wizji. A nawiasem mówiąc Hycel to humorystyczne opowiadanko o lekko frywolnym
podtekście, które tworzy doskonały
wstęp do całego zbiorku.
Uśmiech wywoła także Przemysław Karbowski, rozwijając przed
czytelnikiem szczegóły Klątwy
Biskupa… w swoistej odsłonie
powojennego PRL-u i Stanisław
Truchan w Operacji Greta, gdzie
współczesny wywiad monarchistycznych Austro-Węgier rywalizuje z agentami Bliskiego Wschodu,
by w finale znaleźć się na ziemiach
Królestwa Polskiego. Notabene
autor zwraca uwagę, że islam nie
jest jednorodny, o czym w realu
z pespektywy nadwiślańskiego
kraju raczej nie pamiętamy.
Wróćmy do Niedoczekania, wszak
jeszcze kilka tytułów pozostało, co
prawda mniej lub wcale nie nasączonych humorem, ale można
wytropić tam inne smaczki. I nie
trzeba zbytnio wysilać szarych
komórek, by dostrzec, że tematy aktualne w dzisiejszej polityce odcisnęły swe piętno w treści
choćby Jednego na milion Hanny
Fronczak o roli Lenina w rewolucji
islamskiej, czy w opowiadaniu
Przemysława Hytrosia Jak Maciek
wojnę wygrał, w którym wielkie
ideały powoli umierają w partyjnych przepychankach. Jest jeszcze
Rachunek Macieja Żytowieckiego,
tekst smutny, by nie rzec: ponury,
jak ponury był PRL od podszewki,
a co dopiero taki wsparty obcymi
z gwiazd.

41
publicystyka
Historycy, przynajmniej ci, z którymi rozmawiałem, nie lubią dywagacji i gdybania. Może dlatego,
że zdają sobie sprawę, że oficjalna
historia, to w rzeczywistości wersja,
która wygrała, napisana zatwierdzona „zwycięzców”. A prawda
obiektywna? Jeśli nawet istnieje, to
od dawna nikt jej nie widział. Dlatego też, by nie zatracić swej tożsamości, musimy mimo wszystko
trzymać się przyjętych przez naukę
faktów i, co najwyżej, nie zgadzać
z obowiązującą interpretacją. Ale
to wymaga wysiłku, a nie każdego
nań stać. Jednak bezsprzecznie
cała antologia nie miałaby sensu
w oderwaniu od uznanych dziejów, swoistego punktu odniesienia, tła, na które autorzy nakładają
własne wizje. Dochodzimy więc do
– być może niezamierzonej przez
twórców – gry z czytelnikiem.
Przyznaję, że dopiero przy nieco
zagmatwanej intrydze, splecionej
w Drahimie, sięgnąłem po encyklopedię i sprawdzałem dane historyczne. Wierzcie, ale bez tego
nie doceniłbym pracy włożonej
w budowę wizji alternatywnego
rozwoju dziejów, jaki zbudowała
Iwona Kowalczyk czy Stanisław
Truchman w swoim opowiadaniu
i – być może najbardziej szczegółowo – Przemysław Karbowski.
Przekora i głębia tych przeinaczeń stają się specyficzną oceną
przemyśleń piszących, pozwalając
czytelnikowi, niejako przy okazji,
zaistnieć w roli detektywa: ile odkryje, tyle jego. Dla mnie świetna
zabawa.
I co? Wychodzi na to, że historie
alternatywne, z gruntu fałszujące
dzieje, w pewien pokrętny sposób
zmuszają do wyłuskiwania z fabuły
uznanych przez naukę faktów, na
których dane opowiadanie oparto i oceny stopnia ich deformacji
i wypaczenia. W konsekwencji bajanie i fantazja, o ironio, inspiruje
do sięgania po historyczne źródła,
przypomina zdarzenia zapomniane i wskazuje nieznane fragmenty z dziejów narodu. Trzeba tylko
czytać z otwartym umysłem i na
bieżąco sprawdzać postaci i wydarzenia. Po cichu i z półuśmiechem
dodam tylko, że lektura części tekstów stanowi poniekąd specyficzny sprawdzian posiadanej wiedzy.
Nie nawiązałem jeszcze do zamykającego antologię opowiadania
Pierwsza Europejka Dawida Juraszka,
w mojej ocenie najmniej pasującego do zestawu, co nie oznacza, że
źle je oceniam. Króciutka historia
romansu dziewczyny spod Londynu i chińskiego chłopaka, którzy
spędzili kilka dni w Paryżu, jednym
z wielu miast Imperium kolonialnego Państwa Środka, pokazuje, że
bez względu na uwarunkowania
ludzie w gruncie rzeczy są samotni.
A teraz czytam swoje zdania, poprawiam to i owo i po raz kolejny
zastanawiam się, jakie alternatywne światy stworzę, gdy zostaną
opublikowane…
Może jednak w jakimś stopniu
jestem panem losu? Choć niekoniecznie swojego.

Justyna Sikora
Nie całkiem bajka
o Misiu
K
Autor: Bartłomiej Trokowicz
Tytuł: Pan Misio
Wydawnictwo: RW2010
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83-7949-132-2
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
42
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
ocham opowieści Ezopa, w których głównymi bohaterami są zwierzęta, a morał goni morał. Pan Miś wraz ze swoimi towarzyszami bez wątpienia do grona futrzaków należą, jednak... czy można w jakimś stopniu porównać twórczość Bartłomieja Trokowicza do dzieł greckiego bajkopisarza?
Pan Misio pod względem objętości tekstu jest raczej niewielką elektroniczną książeczką: sto pięćdziesiąt sześć stron, duża czcionka, do tego na
niektórych stronach witają nas wspaniałe ilustracje Dalii Żmuda-Trzebiatowskiej. Jednak w tym przypadku mniej wcale nie oznacza gorzej. Pana
Misia czyta się szybko i z przyjemnością. Przy tej lekturze nie można się
nudzić. Od razu widać, że autor postawił bardziej na fabułę i rozrywkę
czytelnika niż artystyczne ekscesy. W dialogach nie brakuje swobodnie
wprowadzanego humoru, opisywani bohaterowie oraz sam las nie tylko
bawią, ale i pouczają czytelnika. Dorosłemu połykaczowi książek nietrudno
wyłapać jakże prawdziwe nawiązania do ludzkiej społeczności. Spójrzmy
choćby na Wilka, który po zostaniu ojcem, nie mógł już tak swobodnie wybierać się na jagódki z niedźwiedzim przyjacielem, choć jego dama była
bardzo wyrozumiała w tej kwestii. No, może nie we wszystkich aspektach...
– To co? Idziemy na jagódki?
Wilk lekko się spłoszył.
– Chodźmy na te jagódki, ale nie za daleko, bo muszę pilnować szczeniąt.
Tylko tyle, żebym nadal je słyszał.
I poszli.
Leżąca w krzakach Wadera patrzyła za nimi obojętnie. Wiadomo, faceci
muszą mieć swoje przyjemności. A Wiewiórce to ona pokaże zamiatanie puszystym ogonem…
Wszyscy mieszkańcy lasu są wyjątkowymi bohaterami. Autor, nadając im cechy ludzkie, kierował się również przymiotami danych zwierząt. Przedstawił
społeczność swoich bohaterów w niebanalny sposób, może nieco przypominający ten w – chyba znanej wszystkim – bajce O czym szumią wierzby. Wszystkie postaci żyją bowiem w zgodzie, choć nie brakuje tutaj czarnych charakterów. Jednakże zło nie do końca jest tu złem, dobro dobrem, a największym
bohaterem może być najmniejszy. Zupełnie jak w prawdziwym życiu.
Przyznam szczerze: zakochałam się w Panu Misiu. I powtórzę czyjąś
myśl (przepraszam, nie pamiętam,
w czyjej recenzji to przeczytałam):
gdzie, do diabła, jest wydanie papierowe? Dlaczego Pan Misio dostępny jest tylko w e-booku? Na
rynku nie brakuje książek, które
bardziej odstraszają młodego czytelnika, niż zachęcają do czytania.
W tym przypadku mamy świetną
powieść nie tylko dla dziecka, ale i
dla dorosłego. Nawet moja średnio
lubiąca czytać bratanica wciągnęła
się w leśne przygody. To o czymś
świadczy, prawda?
Pana Misia polecam wszystkim,
bez względu na wiek, płeć, jasną
czy ciemną stronę mocy. Tę książkę naprawdę warto przeczytać.
Nie brakuje w niej pouczających
wątków z morałem i, chociaż Pan
Bartłomiej greckim bajkopisarzem
nie jest, jest to naprawdę przyjemna lektura, a uśmiech wywołuje od
ucha do ucha. Liczę na kontynuację, a autorowi życzę doczekania
się papierowej publikacji! 
Weronika Tomala
W obcym domu
Obojętnie, jak bardzo porani nas los, w końcu przychodzi dzień, w którym
znów udaje nam się stanąć na nogi.
S
Autor: Sabina Waszut
Tytuł: W obcym domu
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83-7758-998-4
łuchając opowieści ludzi, którym było dane przeżyć wojnę, zdajemy
sobie sprawę, że dla nich tak naprawdę ona nigdy się nie skończyła.
Chociaż jej piekło zostało przerwane, w umysłach wielu wyryło zbyt wielkie rany, by można było o nim zapomnieć. Jak zatem wyglądało życie tuż
po ogłoszeniu pokoju? Czy nagle zapanowała atmosfera niezmąconej radości? Każdy człowiek mozolnie zbierał z podłogi upokorzenia, cierpienie i
ból, by zamieść wszystko pod dywan i nauczyć się funkcjonować normalnie,
w nowym świecie, z bagażem niełatwych doświadczeń. Z pewnością
wcale nie było tak błogo, ale o tym, jak wiele przeciwności czekało ludzi, którzy przetrwali wojnę, opowiada niezwykle emocjonująca książka

43
publicystyka
W obcym domu, autorstwa Sabiny Waszut. Kontynuacja nominowanej do
nagrody Angelus książki Rozdroża zabiera czytelnika w okolice okaleczonego walkami Śląska, gdzie każdy człowiek, żyjąc nadzieją, musiał znaleźć
dla siebie nowe miejsce.
Nadchodzi upragniony koniec wojny. Wreszcie, po sześciu długich latach
niepewności i strachu, Sophie doczekuje się powrotu ukochanego męża
– Władka. Wydaje się, że po przeżytym piekle teraz nadejdą już rajskie
czasy, jednakże ani oni, ani też otaczający ich ludzie nie mają pojęcia, jak
wielkie spustoszenia pozostawiły ostatnie lata i jak trudno będzie powrócić
do normalnej rzeczywistości. Czyhający za rogiem pech już wkrótce zmusza Sophie i Władka do przeprowadzki, po której przychodzi im mieszkać
w warunkach daleko odbiegających od zwykłych standardów. To właśnie
tam będą musieli wychować malutką córeczkę i to tam przekonają się, jak
trwałe jest ich uczucie. Czas wielu prób, walki o szczęście i sprawiedliwość,
chwile ryzyka, upokorzeń, ale też istnienia na granicy załamania. Czy będzie
im dane odnaleźć się w okaleczonym społeczeństwie, w którym dążenie do
wolności może przynieść nawet śmierć? Czy wspomnienia okresu rozstania
i wojny nie staną się silniejsze aniżeli ich uczucie? Czy Sophie i Władek, po
wielkim egzaminie życia, otrzymają w końcu zasłużone szczęście?
Miłość Sophie – z pochodzenia Niemki oraz Władka – Polaka przetrwała długą rozłąkę przepełnioną niepewnością, obawą i niegasnącym strachem. Chociaż wojna się skończyła, walka o własną godność i szczęście
dopiero się rozpoczyna. Skrywający liczne, brutalne wspomnienia mężczyzna pragnie przeciwstawić się obecnej władzy, toteż działając w podziemiach, robi coś, o czym nie ma pojęcia nawet jego żona. Sophie zaś
musi zmierzyć się nie tylko z niełatwą w tych czasach ciążą, ale przede
wszystkim z ogromną biedą, której macki bezwzględnie ściskają puste,
ludzkie żołądki. Rzeczywistość wszechobecnych chorób, z pośród których nawet ta najlżejsza może zabić, świat ubóstwa, głodu i niepewnego
jutra, a z drugiej strony życie przepełnione ludzką życzliwością, dobrocią
i miłością, będąca w stanie pokonać nawet największe zło. Powieść autorstwa Sabiny Waszut to prawdziwa symfonia emocji, które wywierając na
czytelniku ogromne wrażenie, budują obraz skomplikowanej przeszłości
naszych przodków.
Łatwo jest wkroczyć w przyszłość u boku kochających osób gdy sprzyjają nam czasy, otoczenie i dobrobyt. Gorzej, kiedy wszystko wokół rzuca nam pod nogi kłody. Dopiero moment próby i tragedii okazuje się
prawdziwym sprawdzianem miłości, która może przetrwać tylko wtedy,
gdy jest szczera. Bohaterom powieści przyszło kochać w świecie pozbawionym złudzeń i kolorowych barw. Musieli sami zapracować na własne
szczęście, na to, by w ich sercach zrodziła się szaleńcza nadzieja na lepszą
przyszłość. A jednak książka udowadnia, że w autentycznej miłości nie ma
miejsca na własne żale, zazdrość, narzekanie i szukanie winnych. Ci, którzy kochają naprawdę, szukają szczęścia nie dla siebie, ale dla tej drugiej
osoby i to pomaga w walce z wszystkimi przeciwnościami.
Autorka powieści umiejscowiła akcję w czasach, kiedy pomimo zakończenia wojny Polska wciąż znajdowała się na celowniku wschodnich sąsiadów.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
44
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Ciemiężone społeczeństwo, karmione kłamstwami i pozbawione
należnej wolności, musiało zmagać
się nie tylko z rekonwalescencją
po kilku trudnych latach, ale także
z biedą i walką o przetrwanie kolejnego dnia. Ci słabsi nie dawali
rady, silniejsi byli nadzieją dla tych,
którzy wciąż próbowali żyć. Niezwykle emocjonująca treść, listy
bohaterów kipiące tęsknotą, ale
także pragnieniem tego, co ludzkie,
oraz odważne wspomnienia, o których jeszcze niedawno po prostu się
nie mówiło – to elementy wzruszającej i bardzo mi bliskiej książki Sabiny Waszut, którą będę pamiętać
jeszcze przez długi czas.
Rewelacyjna kreacja bohaterów,
ich emocje intensywnie oddziałują
na czytelnika oraz klimat tamtych
lat – tak trudnych i dzielących, a
jednak bardzo zbliżających ludzi
do siebie. Wywózki górników do
pracy na terenie ZSRR, skąd wracali tylko nieliczni, czy też nieludzki
obóz w Zgodzie. W książce nie brakuje momentów przeszywających
smutkiem serce, tym bardziej,
że nie są literacką fikcją. Chociaż
główni bohaterowie są wytworem wyobraźni samej autorki, całe
tło historyczne oraz losy ludzi, to
przedstawione realia są rzeczywistym obrazem powojennej Polski.
Takie życie jak Sophia i Władek
wiodło wielu, a ich znaczna część
niestety nie doczekała się upragnionego happy endu.
Sabina Waszut przeniosła mnie
w czasy, które ja sama znam z opowieści mojego dziadka. Naprawdę
nie przypuszczałam, że powojenna opowieść tak bardzo mnie pochłonie. Niby prosta, a jednak tak
ujmująca, zawiera wszystko to, co
wywołuje te najgłębsze emocje.
Historia zwykłych ludzi, którzy
okazują się tak bardzo wyjątkowi.
Taką mieszankę wrażeń polecam
każdemu.
Cała treść została ozdobiona pojawiającymi się od czasu do czasu
wyrazami rodem ze śląskiej gwary.
Jako mieszkanka tego regionu, nie
potrzebowałam przypisów tłuma-
czących ich znaczenia, zaś dzięki temu zabiegowi poczułam prawdziwy
klimat dawnego Śląska, który chociaż ogarnięty biedą, przetrwał dzięki
ciężkiej pracy i ludzkiej miłości.
Wzruszająca, niezwykle prawdziwa, ale zarazem niełatwa, opowieść
o wcale nie tak odległej przeszłości, to potrzebna lekcja historii szczególnie dla tych, którzy mają w zwyczaju narzekać na swój los. To obraz Śląska
– Polski, która chociaż malowana szarością, powoli nabierała barw. Polecam
zarówno kobietom jak i mężczyznom; tym, którzy pokochali Rozdroża, ale
i czytelnikom, którzy nie mieli z tą powieścią kontaktu. 
Blaszka
Podróż do wnętrza
kobiecości
Autor: Iwona Niedopytalska
Tytuł: Na południe od chmur
Wydawnictwo: Sandomierz:
Wydawnictwo Diecezjalne
i Drukarnia
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83-939129-5-7
J
uż od początku tygodnia niecierpliwie czekałam na weekend. Gdy w poniedziałkowe popołudnie listonosz wręczył mi przesyłkę
w bąbelkowej kopercie – pachnący świeżością tomik wierszy Iwony
Niedopytalskiej – nie mogłam tak
od razu „rzucić się” do czytania. Do obcowania z poezją potrzebuję samotności i odrobiny alkoholu zwalniającego umysł z obowiązku uporządkowanego myślenia.
Okładka utrzymana w kolorach krwistej czerwieni i słonecznej żółci
komponuje się idealnie z lampką wytrawnego wina i płomieniem świecy,
które uprzyjemniają atmosferę sobotniego wieczoru. W projekcie okładki
wykorzystano grafikę Rudolfa Teodora Czajora. Odwrócona tyłem postać
kobiety w długiej powłóczystej sukni przywołuje na myśl pełne nostalgii
obrazy Caspara Fridricha…
Wewnątrz znajduję dedykację poprzedzoną cytatem Antoine de Saint
Exupery ‘ego: Kochać to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, ale patrzeć
razem w tym samym kierunku.
Podobną myśl wyraziła niegdyś moja siedmioletnia córka, opisując wydarzenie przeżyte wspólnie z ukochaną przyjaciółką:
– Mamo, dzisiaj wyszliśmy z klasą na boisko, by obserwować chmury.
Dzieci zauważały różne kształty: koniki, owieczki, dinozaury. A my z Jagodą zawsze widziałyśmy to samo.
Zanim przejdę do serca tomiku, jeszcze chwila zastanowienia nad tytułem. Na południe od chmur – to w tłumaczeniu nazwa chińskiej prowincji
Yunnan, krainy pełnej jezior, wysokich gór i najgłębszych na świecie wąwozów. Krainy równie pięknej jak niebezpiecznej ze względu na jej dużą sejsmiczność. Tytuł daje pewne wyobrażenie o klimacie utworów, trudno jednak odkryć jego metaforyczne znaczenie przed zagłębieniem się w lekturę.
Wstęp autorstwa Beaty Sudoł-Kochan zostawiam na koniec. Wolę nie
sugerować się cudzymi wskazówkami, choć po przeczytaniu poetyckiej
zawartości, chętnie skonfrontuję wrażenia.
Całość podzielona jest na trzy części o wiele mówiących nazwach:

Gorąco. Ciepło. Zimno.
45
publicystyka
Gorąco
Natychmiast zakochuję się w pierwszym wierszu Dwie godziny stąd:
tutaj nie mam imienia
jestem wodą
słońcem
powietrzem
krótkim oddechem nocy
roztrzepane włosy
nie potrzebują grzebienia
noszę w kieszeniach wiatr
zamiast kamieni
Ten krótki utwór dowodzi, że
prostota i umiejętny dobór słów
mają moc oddziaływania na wyobraźnię odbiorcy. Już przy pierwszych trzech wersach przenoszę
się na odległą, gorącą plażę, dalsze skłaniają mnie do machinalnego przeczesania włosów pacami,
a końcówce towarzyszy poczucie
zwiewnej lekkości.
Czytając kolejne wiersze, odkrywam, że autorka ma niezwykły
dar do zmysłowego opisywania
charakteru miejsc lub zdarzeń, ich
zapachów, smaków, barw:
pachnące zioła w doniczkach
wodzą na pokuszenie,
wyostrzają apetyt na miłość
w siedmiu smakach,
a ty masz w rękach nóż i ciętą
ripostę w zanadrzu,
pikantną jak papryczki
Upalna południowa aura przenika się z atmosferą erotycznych
uniesień. Jest kleiście słodko, dusznie wilgotno, pikantnie kolorowo.
Wyraziste atrybuty podkreślają
wrażenie, iż sytuacja liryczna ma
miejsce w kraju o gorącym klimacie. Jednak trudno bezdyskusyjnie
przyjąć taką tezę, gdyż w poezji
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
46
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Iwony Niedopytalskiej upał może być jednocześnie zjawiskiem meteorologicznym, jak i metaforą namiętności, pot spływający pod sukienką – wyrazem seksualnego pobudzenia, a ciężkie, duszne powietrze – stanowić
symbol narastającego pożądania.
Każdy wers, każde słowo przywodzi na myśl i ntymne skojarzenia. Zachwycająca jest wyważona subtelność poetki, balansująca na granicy
dosłowności. Nie można zarzucić autorce przekraczania granic dobrego
smaku, bo chociaż używa wieloznacznego zwrotu „wbijasz we mnie”, to
zaraz dopowiada „tygrysie spojrzenie”. Wodzi czytelnika na pokuszenie,
by niebawem poskromić rozbujane zapędy.
Proste rekwizyty opatrzone starannie dobranymi określeniami prowadzą wyobraźnię w określonym kierunku, bo jeśli powietrze, to gęste lub
wilgotne, sukienka lepka lub zdawkowa, befsztyk krwisty, a orchidea
różowa, uda nagie i bezczelne, oddech przyspieszony albo wstrzymany,
a lóżko chybotliwe. Tutaj „nawet dusza jest wilgotna”.
sukienka lepi się do skóry, na udach
smugi wilgoci, powietrze gęstnieje
pomrukiem, kiedy wbijasz we mnie
tygrysie spojrzenie
Szkoda rozstawać się z gorącymi rytmami pierwszej części, jednak ciekawość prowadzi mnie do kolejnej.
Ciepło
Druga część tomiku przynosi klimat łagodnej jesieni, przy czym jesień
jest tutaj nie tylko porą roku, ale też wyciszeniem namiętnej relacji z nieznanym kochankiem:
już tylko parę dni sklejonych babim latem,
kilka rzęs, które wypadną przypadkiem z okna,
jeden wschód wiary, że może być lepiej
tam, gdzie nas nie ma, patrzę uważnie w niebo,
by obrać właściwy kurs na samotność
dla średniozaawansowanych
Choć sytuacja liryczna nadal toczy się na południu, to prowadzona
w zwolnionym tempie, znacznie odbiega od dynamicznego temperamentu Gorąca:
chaos zamiera w południe,
uśpiony leniwą sjestą
I chociaż podmiot liryczny „w oparach olejków nabiera miękkości”,
to jednak:
tęsknota skrapla się na skórze
myśli łagodnie opuszczają ciało
umysł w stanie ukojenia
Złagodniały smaki i kolory, mamy
tutaj cukinie i bakłażany, cytrynę
na ciepło, pomarańczowy woal
i miodne pszczoły.
I choć większość utworów opowiada o ciszy, spokoju, zadumanej
nostalgii i oczekiwaniu, np. :
opowiedz ciszę dźwiękami, […]
opowiedz od końca do początku,
słowo
zawieszone pomiędzy ciszami
przygarnę bez słowa
natomiast dwie poprzednie po trzynaście. Odwieczna prawda, że negatywne stany ducha są bardziej inspirujące, znajduje tutaj potwierdzenie.
Wersy nadal pełne są zapachów, kolorów, smaków (oziębły księżyc połyskuje metalicznie; wpadam w zatęchłe bramy o zapachu śmietników),
tworzą one jednak klimat całkowicie odmienny od wcześniejszego. Coś
się zmieniło w życiu podmiotu lirycznego. Nie tylko nie ma już żaru
Gorąca, ale utracony został również pełen nadziei spokój zawarty w Cieple.
Dominują chłód i bezwzględna cisza:
ta cisza mnie boli, wypełza z kątów
bezszelestna i jadowita
Rodzi się refleksja, że dla postaci mówiącej, występującej w utworach
Iwony Niedopytalskiej, miłość jest podstawą bytu:
rankiem szukam miłości przez szkło powiększające, ale pewnie zgubiła się
w praniu
lub
Bez niej odczuwa pustkę, bezsens, martwość egzystencji:
za parę dolarów
kupiłam święty spokój
myśli kołyszę na hamaku
usypiam czujność,
nie chcę być martwa, jak twoje oczy,
ślizgające się po mnie przypadkiem,
jestem tu, żyję
to w kilku wierszach, wyłamujących się z tej konwencji, powraca
kochanek aktywny:
przyprawiłeś o zawrót głowy
zatoką tysiąca
wysp, ożywiając umarłe ciało
sercem
francuskich Indochin
lub
nie będzie zimy w tym roku,
za gorąco nam
ze sobą i ciągle po drodze
Zimno
Nietrudno zgadnąć, co może kryć
się pod takim tytułem. Oczekuję
zatem emocji związanych z cierpieniem, samotnością, oziębłością.
Policzyłam, że trzecia część tomiku
zawiera dwadzieścia sześć wierszy,
Jej samopoczucie, samoocena są na łasce męskiego spojrzenia: tygrysiego lub martwego. Uzależniona od akceptacji, zainteresowania, nie docenia wartości sama w sobie, nierówna emocjonalnie, łasa na czułe słowa
i gesty, pozwala sobą manipulować. Najdobitniej odzwierciedla te cechy
wiersz Niekompletna:
im bardziej wypatruje, tym bardziej cię nie ma,
oczy lepią się do ścian, wypełniona czekaniem
rozbrzmiewa ciszą, tylko palce ćwiczą
bezgłośne etiudy i strzelanie z foliowych
bąbelków
kiedy pociągasz za sznurki i biegnie szybko
na pijanych obcasach, miękka w kolanach
i gestach(…)
Podobnie jak Książka:
pustką nie jest. zamkniętą książką
z niedokończonym rozdziałem, odłożyłeś
na później, na jutro, na nigdy.
czeka zakurzona.
Tomik, w którym wiersze ułożone są na zasadzie gradacji temperatur (Gorąco. Ciepło. Zimno) pozwala odbiorcy na budowanie historii. 
47
publicystyka
Powstrzymam się jednak przed
upraszczaniem przekazu poprzez
konstruowanie fabuły typu: miłość
wsparta gorącą namiętnością, faza przejściowa, pustka uczuciowa
w związku lub jego rozpad. Bo
choć tak sugeruje układ i taką
smutną, wychłodzoną bohaterkę
musiałabym zostawić, zamykając
ostatnią stronicę, to przecież można spojrzeć na całość inaczej: nie
zakładając chronologii wydarzeń,
uznać poszczególne grupy tematyczne za odzwierciedlenie stanów
emocjonalnych występujących
w relacjach międzyludzkich naprzemiennie. Ponadto chciałabym
odejść od naturalnie narzucającej
się oceny poszczególnych części
w kategoriach dobra i zła i podobnie jak król Salomon optować za
istnieniem sensu w przeplatalności doświadczeń życiowych:
Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie
sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia
i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas
leczenia, czas burzenia i czas
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
48
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów,
czas rzucania kamieniami i czas ich zbierania, czas pieszczot i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i czas tracenia, czas zachowania
i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas
mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju.
(Koh 3, 1-11).
Spłyceniem tematu byłoby odniesienie się wyłącznie do wierszy o tematyce miłosno-erotycznej, które liczebnie dominują w tomiku. Wrażliwość
poetki na problematykę społeczną znajduje ujście w poruszających reminiscencjach z wypraw do dalekich krajów, na przykład:
z rozdętym ego,
jak brzuch afrykańskiego dziecka
myślisz, że naprawdę żyjesz
lub
chłopi w galabijach sprzedają pataty
i własne nerki
lub
rybackie kutry
z Hongkongu codziennie dowożą śmierć
lub
Santa Maurete, patronko handlarzy, módl się za nią,
sprzedała uczucie jak tabletkę extasy, nigdy więcej
nie wpłynie w żyły
Na zakończenie dodam, że nieustannie fascynuje mnie zdolność poetki
do budowania tak sugestywnego klimatu, za pomocą prostych środków
wyrazu, bez odwoływania się do wydumanych metafor i patetycznych
porównań, iż odbiorca nie tylko odchodzi oczarowany, ale też niejednokrotnie z upodobaniem powraca. 
Sylwia Kępa
Oblicza wolności
Autor: Różni autorzy
Tytuł: Autostop(y)
Wydawnictwo: Tagore
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-839-327-45-29
D
ziesięć kobiet. Dziesięć opowiadań. Dziesięć różnych
sposobów na ujęcie wolności
– w jej dosłownym oraz metaforycznym znaczeniu, bardziej
lub mniej znajomych odsłonach.
A wszystko to w antologii Autostop(y), która jest eksperymentalnym projektem literackim, ale też
swoistym wejściem w interakcję z
odbiorcą, włączeniem go w proces
twórczy. Wspierający powstanie
zbioru mieli bowiem możliwość
wykupienia słów – zostały one
użyte w opowiadaniach przez poszczególne autorki.
Jakie są efekty tego eksperymentu? Trzeba stwierdzić, iż odmienne
doświadczenia poszczególnych
autorek znalazły odbicie w ich
utworach, co znacząco wpływa na
atrakcyjność antologii. Obok opo-
wiadań dość tradycyjnych w formie czy wymowie, na uwagę
zasługuje przykładowo Futro K. A. Kowalewskiej za oryginalny wybór narratora i postawienie pytania, co czytelnik powinien uznać za prawdę. Także Dziurą w płot Doroty Szelezińskiej zaskakuje tym, że za każdym razem można je odczytać
w nowy sposób: jako dosłowną historię przypominającą
horror lub też metaforę utraty swojej tożsamości w związku.
Z kolei Kropki na kranie Joanny Chudzio są dość przewrotnie skonstruowanie: pozornie przewidywalnie, ale kiedy już
dochodzi do zmiany w sposobie myślenia bohaterki, okazuje
się, że los bywa naprawdę złośliwy. W antologii znalazło się
także opowiadanie… kryminalne! Magdalena Niziołek-Kierecka udowadnia w nim, że nawet laboratorium może stać
się miejscem zbrodni, a tym samym – wyzwolenia. Oprócz
tego pojawia się tekst nawiązujący do nauki (Paraty K. B.
Ambroziak) oraz opisujący kraj Gerros i pewną odważną
dziewczynę, czy też toksyczną relację matki i córki (Mam na
imię Madison, Katja Tomczyk).
Pozostałym tekstom (Migawki Marty Koton-Czarneckiej,
Między stopami Hanki V. Mody, Tryptyk znad Tamizy Zuzanny Muszyńskiej) również nie sposób odmówić sprawności
w operowaniu językiem. Wspólnym mianownikiem jest dla
nich bez wątpienia przedstawienie okruchów rzeczywistości,
ale także prób uzyskania wolności, jako ucieczki od marazmu
i niespełnienia w związku. Jest w tych opowiadaniach wiele
emocji i subtelnych obserwacji, które mogą skłonić do refleksji.
Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona antologią, jakością tekstów i podejmowaną tematykę, które nie
zawsze są oczywiste. Każdy czytelnik może znaleźć opowiadanie dla siebie i na pewno będzie usatysfakcjonowany.
Inicjatywa ta mówi także wiele o autorkach, pokazuje, czym
jest dla nich pojęcie wolności i na jakich poziomach może
być ono obecne. To bardzo interesująca kwestia, gdyż można
ją odnieść do kobiet w ogóle. Wolność od toksycznej relacji,
reguł życia społecznego, nieudanych związków, lęku… Która
z nas tego nie zna?
Nie pozostaje mi nic innego, jak pogratulować oraz życzyć
kolejnych tak udanych eksperymentów literackich, zwłaszcza, że już planowana jest kolejna antologia w przyszłym
roku, tym razem także z udziałem mężczyzn. Ciekawe jakie
teksty ze sobą przyniesie. 
49
publicystyka
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
50
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Czytelniku!
SOFA patronuje!
Jeśli myślisz, że No coś ty! to książka ociekająca skandalem, tanią sensacją czy nieuzasadnionym wulgaryzmem – mylisz się. Niczego takiego w środku nie znajdziesz. To
opowieść o prawdziwych ludziach, zwykłych zjadaczach chleba, tych niedocenianych,
którzy nie zaznaczyli się na kartach historii wielkim bohaterstwem. Jednak każdego dnia
pracowali, słowem i czynem okazując drugiemu człowiekowi dobroć i szacunek. Sabina,
kobieta czterech pokoleń, przeniesie Cię w rzeczywistość lat trzydziestych, gdzie życie
na wsi kręciło się wokół kiszenia kapusty i wiejskich ploteczek. Poznasz wojenne losy
rodziny Czerwińskich i lęk, kryjący się w ludzkich sercach. Ciężką pracę łódzkiej włókniarki i… peerelowską szarość dnia codziennego. A wszystkie opowieści przeplatane są
różnokolorową teraźniejszością. Jednym słowem, jeśli szukasz autentycznych przeżyć
napisanych z młodzieńczą refleksją i swadą – dobrze trafiłeś.
51
piszą dla nas
Galeria
autorów
Radomiła Birkenmajer-Walczy (pseudonim Miladora)
Krakowianka, humanistka, wolnomyślicielka – z wykształcenia pedagog. Były sportowiec. Lubi się bawić literaturą,
poezją, muzyką i malarstwem. Ma na koncie dwie wydane książki (Ciotka, my i reszta świata oraz Opowieści wierutne)
i dwa tomiki wierszy (idąc za sobą i nakarmić wiatr). Ulubione motto: „Zawsze tkwi we mnie coś, co nie przestaje się
uśmiechać” (Romain Gary). Zamierza żyć długo i szczęśliwie.
Blaszka
Gdy się urodziła, babcia powiedziała nad kołyską: „Będą z niej mądrzy ludzie”. Jednak to nie nauka, a otwarty świat
ją pociągał. Porzuciwszy uczelnię, na której “strasznie przynudzali”, wybrała się na swoją pierwszą wyprawę do
Afryki, skąd wróciła po trzech miesiącach – odmieniona. Poczuła wtedy zew opisywania wydarzeń i emocji, co
z czasem przerodziło się w wielką pasję. Po drodze urodziła czworo dzieci, ma też jednego wnuka, trzy psy, kota
i elegancki samochód, którym kłuje w oczy sąsiadów. W wolnych chwilach uprawia morderczego juggera, lubi
obserwować motyle i jaskółki. Kocha kochać.
Andrzej Chodacki
Z powołania – mąż i ojciec, z zawodu – lekarz medycyny. Pisze prozę i poezję, a także fotografuje. Członek Unii
Polskich Pisarzy Lekarzy, Polish American Poets Academy oraz Związku Literatów na Mazowszu. Autor czterech
książek z poezją i prozą, współautor dwunastu książek i albumów fotograficznych. Laureat kilkudziesięciu konkursów literackich i fotograficznych. Publikował w wielu czasopismach literackich w Polsce oraz prasie polonijnej na
całym świecie.
Zofia Aleksandra Dubiel (pseudonim SzalonaJulka)
Prawdziwa, związana ze swoim miastem, krakowianka. Z wykształcenia mgr inż. zootechnik. Zajmuje się tym
i owym (od kilku lat pracuje jako bibliotekarka), ale najważniejsze dla niej jest śpiewanie. Występuje w krakowskich
pubach i piwnicach, choć zdarza jej się również zaśpiewać nad powierzchnią ziemi. W wolnych chwilach pisze, ot
tak – dla przyjemności. W 2013 r. nakładem wydawnictwa Miniatura ukazał się jej debiutancki tomik pt. kobiecenie.
Krystyna Habrat
Najbardziej interesuje ją człowiek, dlatego wybrała zawód psychologa, ale namiętnie czyta literaturę piękną
i w końcu sama chwyciła za pióro, by pisać o ludziach, ich marzeniach, lękach, kompleksach, miłości i powikłanym
życiu uczuciowym. Chętnie podejmuje problemy psychologii twórczości, wprowadzając postacie owładnięte
pasją twórczą, gdzie istotny jest talent, natchnienie oraz pasja. Mieszka w Katowicach, publikuje teksty w czasopismach literackich, radio i internecie, np. na Portalu Pisarskim, w PKP-zinie, Pisarzach.pl i Krytyce Literackiej. Wydała
pięć książek: Sprzedawca karykatur, Podręcznik czarownicy. Klatka Guliwera, Ta nadchodząca, Tu, gdzie spadł grad
większy od jabłka, Krzyk o północy.
UKŁADAMY
SIĘ
W
SŁOWA(CH)
Sylwia Kępa
Miłośniczka współczesnego reportażu, mocnej herbaty (ewentualnie dobrej kawy) oraz nocnego nieba. Absolwentka polonistyki (Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie), współpracownik portalu Bookeriada.
u k ł a d a m y
52
s i ę
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Jan Kowalski
Mieszkaniec małej miejscowości, która pokornie i cicho leży „w nogach” śpiących Gór Świętokrzyskich. Zdarza mu
się budzić innych ze snu, aby im narzucić swój sen oraz sposób leżenia. Rzadko wstaje. Lubi, gdy patrzenie przed
siebie jest patrzeniem do góry. Ma tyle samo lat, ile zim, a mimo to pamięta tylko ostatnie, które tak ciepło i owocnie
przeżył pod kołdrą.
Izabela Kudasik
Od narodzin pod Giewontem pląta się po południowej Polsce: podstawówkę ukończyła w Zakopanem, LO –
w Nowym Targu, studia pedagogiczne – we Wrocławiu. Z mężem Tomaszem i synami mieszka w Rzeszowie.
Harmonia wydała jej serię „Suwaków terapeutycznych”. Nomadyczna, czyli cygańska dusza żyje dla wakacji; zamyka
wtedy mieszkanie i o nim zapomina. Pisanie pomaga jej przetrwać zimę. W 2015 r. ukazał się jej debiut prozatorski
pt. Przeplecione piosenką.
Sebastian Marks (to jego prawdziwe nazwisko)
Urodzony w Warszawie przeszło dwadzieścia pięć lat temu. Prawie skończył polonistykę i filozofię. Z wykształcenia
– Nikt, z zamiłowania – utracjusz i megaloman. Nie lubi ludzi i świata, lecz bez wzajemności. W gimnazjum wygrał
wojewódzki konkurs na najlepsze opowiadanie. Ma bogaty dorobek literacki, doceniony głównie przez rodzinę
i znajomych.
Barbara Marszałek
Obywatelka świata, rodowita zasolanka, mieszka w czeskiej Pradze. Miłośniczka spacerów, muzyki, poznawania
ludzi i innych kultur. Gotuje dobrą pomidorówkę. W chińskim horoskopie – małpa, w pracy – szczur biurowy. Chęć
napisania czegokolwiek dopada ją w metrze lub w parku na ławce. Optymistka ze skłonnością do zamyślania się.
Beata Pytel
Urodzona jesienią 1986 roku. Ukończyła studia licencjackie o kierunku turystyka i rekreacja. Kocha ciężką muzykę,
malarstwo prerafaelitów i kino irlandzkie. W wolnych chwilach maluje, pisze, słucha Black Rebel Society i gapi się
w gwiazdy.
Justyna Sikora
Uparcie wypawwtruje w lasach demonów słowiańskich. Na co dzień studentka Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa, blogerka (Nasz Książkowir), gamerka, wielbicielka literatury oraz miłośniczka pizzy z podwójnym serem.
Zazwyczaj podpisuje swoje teksty pseudonimem „Dizzy”.
Weronika Tomala
(trzy lata temu jeszcze Weronika Walter) – rocznik 91. Z zawodu nauczycielka języka angielskiego, prywatnie szczęśliwa żona i mama małej Martynki. Miłośniczka podróży, zakupów, rodzinnych spotkań oraz oczywiście dobrych
powieści – z którymi jest związana od dawna. W 2013 roku powstał prowadzony przez nią blog z recenzjami książek. Wielbicielka literatury amerykańskiej i oczywiście polskiej.
Dariusz Zajączkowski
Rocznik 68, przez większość uznany za najlepszy w zeszłym stuleciu… Z wykształcenia budowlaniec, z wyboru
strażak. Ostatnio więcej biega, niż pisze. W tym pierwszym rywalizuje z córkami, w drugim – nikt z domowników
rękawicy nie podejmuje. Najlepiej czuje się na łonie natury lub z bluesem w tle, choć i ciszą na balkonie nie pogardzi. Ceni dobrą literaturę – i sam ocenia, którą z bieżących lektur do niej zaliczyć.
Beata Żuk
Z wykształcenia – psycholog, z zamiłowania – autorka prozy. Gorący sympatyk wszelkich futrzastych czworonogów
i nałogowy pożeracz książek, najchętniej z gatunku mystery. Mówi o sobie, że nie należy do współczesności, a jej
dusza błąka się gdzieś w zamierzchłych czasach. Zapytana o najpiękniejszą rzecz na świecie, odpowie bez wahania:
szczery uśmiech.
53
patronaty
Wydawnictwo Psychoskok
Powstało w 2011 r. Współpracuje z czołowymi dystrybutorami rynku księgarskiego w Polsce, dzięki którym możliwa jest sprzedaż książek w kilkuset księgarniach
(również w sieciach handlowych), stacjonarnych i internetowych. Bezpośrednio zaopatruje także indywidualne księgarnie w dużych miastach, a aktualnie tworzymy
własną sieć dystrybucji książek.
Autorom oferuje nie tylko samo wydanie ich książek i dystrybucję, lecz także rzetelną informację i promocję w Internecie, zarówno w serwisach ogólnokrajowych,
jak i lokalnych.
novae res
Wydawnictwo Novae Res jest największym wydawnictwem dziełowym na Pomorzu.
Zostało powołane do życia w sierpniu 2007 roku przez Wojciecha Gustowskiego
i Krzysztofa Szymańskiego. Od początku istnienia wydawnictwo wchodzi w skład
Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni, na którego terenie posiada swoją siedzibę. Wydawnictwo opublikowało dotychczas 750 tytułów, głównie
z zakresu beletrystyki i literatury popularnonaukowej. Od czerwca 2009 roku Novae
Res jest członkiem Polskiej Izby Książki. Oficyna jest również organizatorem ogólnopolskiego konkursu „Literacki Debiut Roku”.
www.Portal-pisarski.pl
Portal Pisarski – wyjdź z szuflady, stań na półce! Uprawiamy tutaj wiele gatunków.
Począwszy od poezji, prozy, publicystyki, a skończywszy na pograniczu. Zaparz duży
kubek kawy, rozsiądź się wygodnie i zajrzyj do głębokiej, zakurzonej szuflady, gdzie
chowasz przed całym światem Twoją twórczość. Najwyższa pora zarzucić debiutancki
haczyk i czekać, aż zaroi się od czytelników. Mili i rzetelni redaktorzy oraz użytkownicy
z chęcią skomentują Twój tekst.
www.autorzy365.pl
Serwis poświęcony zarówno książkom jak i autorom, ale również aktualnościom
związanym ze spotkaniami autorskimi, polecanymi książkami, recenzjami, badaniami
czytelnictwa i rynku wydawniczego.
UKŁADAMY
SIĘ
W
SŁOWA(CH)
Wszystkie teksty stanowią własność autorów. W “Sofie” publikowane są wyłącznie za ich zgodą.
Redakcja zastrzega sobie prawo do wyboru ilustracji dla utworów, które opublikuje.
u k ł a d a m y
54
s i ę
w
s ł o w a ( c h )
grudzień (9) 2015
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Tw
orz
ym
y
studio BLacK to grupa
specjaListów Z wieLoLetnim
doświadcZeniem w reKLamie
i poLigrafii.
nasZe dZiałania oBejmują:
• projeKtowanie graficZne
(cZasopisma, uLotKi, reKLamy,
roLLupy, Banery, foLdery,
wiZytówKi, itp.)
• druK
• oKLejanie samochodów
• gadżety reKLamowe
• projeKtowanie stron www
• Banery internetowe
• e-maiLingi i preZentacje
muLtimediaLne.
Studio BLACK • Izabela Szymczak
ul. Zimowa 65/1, 05-500 Nowa Iwiczna
tel. kom. +48 530 357 635
e-mail: [email protected]
dla
ciebie