Opowiadania nie tylko dla dzieci

Komentarze

Transkrypt

Opowiadania nie tylko dla dzieci
Opowiadania
nie tylko dla
dzieci
Barbara Siedlarz
1.
Dlaczego nie można?
- Wczoraj Asiu obiecałaś, że dzisiaj gdzieś pójdziemy. Gdzie? - pięcioletnia
Kasia przywitała pytaniem wracającą ze szkoły siostrę.
- Pójdziemy, pójdziemy. Pozwól mi zjeść obiad i chwilę odpocząć. Mamy
jeszcze dużo czasu – odparła Asia.
- A czy tam, gdzie pójdziemy, będę mogła zabrać chomika albo lalkę, tę nową,
którą dostałam od rodziców na imieniny?
- Nie Kasiu. Lalka i chomik muszą zostać w domu. Pamiętasz jak babcia mówiła,
że oprócz mamusi, która nas urodziła, mamy jeszcze inną Mamę, Maryję.
Właśnie zaczął się maj, miesiąc Jej poświęcony. Pójdziemy na nabożeństwo
majowe do kościoła.
Kasia nie dawała za wygraną.
- Dlaczego do kościoła nie można zabrać chomika albo chociaż lalki?
- Widzisz – tłumaczyła cierpliwie Asia – na majówkę przychodzi dużo dzieci.
Gdybyś ty przyniosła chomika lub lalkę, to one zamiast myśleć o Maryi i o Panu
Jezusie, patrzyłyby na twoje zabawki. Dorosłych też by to rozpraszało.
- A co to znaczy rozpraszało? - spytała zaciekawiona Kasia.
- To znaczy przeszkadzało w modlitwie – odparła spokojnie Asia.
- Acha wiem! W niedzielę na mszy świętej widziałam jak dwóch chłopców się
śmiało. Rozmawiali prawie głośno. Jeden drugiego popychał i jeszcze żuli
gumę. Widocznie to rozpraszało tatusia, bo ich rozdzielił i powiedział, że mają
być cicho, a gumę wypluć do chusteczki – oznajmiła z przejęciem Kasia.
- Tak, tatuś ich uspokoił i przypomniał im, że kościół to nie miejsce na wygłupy.
Przychodzimy tam, by spotkać się z Bogiem.. Dlatego nie można w kościele
robić tego, co robi się z koleżankami, czy kolegami na placu zabaw.
- To ja w kościele będę zawsze grzeczna, nie będę rozmawiać, nawet z tobą
chomik i lalka zostaną w domu.
- Dobrze Kasiu, cieszę się. Chcę cię zabrać na nabożeństwo majowe. Ksiądz
mówił nam na religii, że kto kocha Maryję, będzie się starał przychodzić na
każdą majówkę i być grzecznym. My Ją kochamy, prawda?
- Tak Asiu, bardzo. Już nie mogę się doczekać kiedy pójdziemy.
2.
Serce, które czasem boli
- Babciu powiedz mi proszę, czy serce może pęknąć?
Kasia wdrapała się babci na kolana i objęła ją za szyję.
- Dlaczego pytasz Kasiu i czemu jesteś taka smutna?
Babcia przytuliła wnuczkę, która patrzyła na nią swoimi wielkimi, niebieskimi
oczami.
- Słyszałam jak wczoraj mamusia mówiła tatusiowi, że chyba pęknie jej serce.
Nie chcę żeby tak się stało. Babciu, czy ono pęka, tak jak balon? – spytała
zaniepokojona wnuczka.
- Nie Kasiu, to tylko takie powiedzenie. Jeżeli ktoś ma poważne zmartwienie
albo został skrzywdzony, to mówi, że boli go serce tak bardzo, że chyba mu
pęknie.
- Jak myślisz babciu, kto skrzywdził mamusię i o co się martwi?
- Widzisz Kasiu, wasz tatuś wyjeżdża do pracy na dłuższy czas. Wiesz jak
bardzo mamusia go kocha. Prawie na rok tatuś musi was zostawić, by
zapracować na utrzymanie. Ty też będziesz za nim tęsknić, prawda?
- Och tak babciu, bardzo. Obiecałam tacie, że będę bardzo dzielna i nie będę
płakać.
- Zuch dziewczynka – pochwaliła wnuczkę babcia - możesz pocieszyć mamusię,
jak narysujesz jej coś ładnego na tej kartce to będzie bardzo zadowolona.
- Dzień dobry wszystkim – powiedziała wchodząc do kuchni Asia - niechcący
słyszałam waszą rozmowę. Ja też zrobię dla mamusi coś, co sprawi jej radość.
Natomiast wieczorem Kasiu pójdziemy na nabożeństwo czerwcowe. Ksiądz
mówił nam na religii, że Jezus także czeka na tych, którzy chcą pocieszyć Jego
Serce zranione dla nas.
- Jak to zranione? To Pana Jezusa też boli Serce? – zapytała Kasia.
- Popatrz – Asia wyjęła z plecaka zeszyt do religii – widzisz tu jest obrazek
Serca Pana Jezusa. Ciernie to są nasze grzechy. Gdy robimy coś złego, to
wbijamy te ciernie Jezusowi. Ksiądz nam mówił, że jeżeli chcemy wyjąć je z
Serca Pana Jezusa, musimy zrobić coś dobrego. Jeżeli wcześniej uczyniliśmy
coś złego, trzeba się przyznać i przeprosić.
Asia usiadła obok babci i oparła swoja głowę o jej ramię.
- Babciu, ja bardzo przepraszam, że wczoraj nie posłuchałam ciebie i nie
poszłam po zakupy. Sama musiałaś dźwigać ciężkie siatki na 4 piętro. Już
zawsze będę ci pomagać i Kasią zajmę się bez dąsów. Czy myślisz, że wtedy
Jezusa będzie mniej boleć Serce?
- Z pewnością Asiu.
Babcia z uśmiechem popatrzyła na wnuczkę.
- Pójdę z wami do kościoła. Też chcę pocieszyć Pana Jezusa i wynagrodzić za
grzechy swoje i tych, którzy nie pamiętają o Nim – powiedziała starsza pani.
- Co to znaczy wynagrodzić? – zapytała Kasia.
- To właśnie znaczy naprawić coś, co się źle zrobiło. Można też wynagradzać
w imieniu innych, modląc się za nich lub ofiarując cierpienia. Na przykład ty
Kasiu możesz ofiarować Panu Jezusowi swoją tęsknotę za tatusiem, gdy
wyjedzie. Tak wielu ludzi nie pamięta o Bogu, także dzieci o Nim zapominają.
Okłamują rodziców, zaczepiają i krzywdzą słabszych od siebie. Czerwiec to
właśnie miesiąc, w którym wynagradzamy Jezusowi za to wszystko, by Jego
Serce chociaż troszkę mniej cierpiało.
- Teraz już rozumiem, co tatuś miał na myśli, mówiąc mamusi, że jak wróci, to
wynagrodzi jej i nam wszystkie chwile spędzone osobno.
- Wiesz co moja mała, mądra siostrzyczko? – powiedziała Asia - wkrótce jest
Dzień Ojca. Napiszemy dla tatusia piękne życzenia i zrobimy laurkę.
- Super – zawołała Kasia.
3.
Cud życia
- Mamusiu, podnieś mnie troszeczkę, chcę zdjąć z regału ten kolorowy album
ze zdjęciami – poprosiła Kasia stając na paluszkach.
- Nie, Kasiu! – powiedział tatuś wstając szybko z krzesła, mamusia nie może cię
podnosić, ja to zrobię.
- Dlaczego? Przecież nie jestem taka ciężka, pamiętam, że niedawno nosiła
mnie na rekach.
- Zaraz ci to wyjaśnimy. Poproś tu Asię, porozmawiamy.
Tatuś usiadł obok mamy i objął ją ramieniem.
- Zabrzmiało poważnie – powiedziała odrywając wzrok od książki babcia.
Po chwili obydwie dziewczynki przysiadły obok rodziców.
- Chcemy wam coś ogłosić. Mamy nowego członka rodziny, czekamy na
narodziny Maleństwa – z radością powiedział tato.
- To cudownie – babcia nie kryła wzruszenia, uściskała mamę
i tatę – bardzo wam gratuluję. Bogu niech będą dzięki. To dlatego Kasiu
mamusia nie mogła cię podnieść. W ogóle nie powinna nosić ciężkich rzeczy.
Kiedy Pan Bóg daje dziecko kobiecie, to powinna ona szczególnie dbać o
siebie. To także wyzwanie dla jej bliskich. Mają otoczyć ją opieką i bardzo się o
nią troszczyć.
- To gdzie jest ten dzidziuś? – Kasia patrzyła trochę zakłopotana na mamę.
- Pod sercem mamusi – odparła Asia – ty też tam byłaś i ja także.
- Pod sercem? Jak to możliwe? – Kasia miała okrągłe ze zdziwienia oczy.
Mama wzięła do ręki książkę o rozwoju dziecka
- Popatrz Kasiu, dzidziuś mieszka w takim specjalnym pokoiku. On się nazywa
macica, tam dziecko może się spokojnie rozwijać. Najpierw jest takie maleńkie
jak kropeczka, potem bardzo szybko rośnie. Widzisz, tu już ma paluszki, a na
tym zdjęciu wkłada sobie kciuk do buzi.
- A czy ono coś czuje? – Kasia spojrzała na fotografię Maluszka.
- Tak! Dziecko pod sercem mamy już wiele czuje. Żyje tym, czym żyje mama i
jej otoczenie. Dlatego tak ważne jest, by kobieta, która nosi w sobie nowe
życie, była spokojna – tłumaczył tatuś.
- Mówi się, że jest ona w stanie błogosławionym – powiedziała babcia - to
wielkie szczęście, gdy na świat przychodzi nowy człowiek.
- A czy to będzie chłopczyk, czy dziewczynka? – Asia delikatnie położyła rękę
na brzuchu mamy.
- Jeszcze nie wiadomo, ale wkrótce będzie to można stwierdzić, wykonując
USG, takie specjalne badanie – tłumaczyła mamusia - bardzo się cieszę, że
znowu urodzę dziecko.
- Jeżeli będzie dziewczynka, ochrzcimy ją Karolinka, a jeżeli chłopczyk to
będzie Grzesio, zgoda?
Tato też nie krył dumy i radości z tego faktu.
- Mamusiu, będziemy ci teraz dużo pomagać i będziemy cię rozweselać, żeby
dzidziusiowi też było wesoło, prawda Kasiu? – entuzjastycznie oznajmiła Asia.
Nie usłyszała jednak odpowiedzi. Zmęczona wrażeniami, młodsza siostra
zasnęła babci na kolanach.
4.
Spróbuj zamienić swój smutek w radość
- Jakie to smutne - powiedziała Kasia zdejmując buciki w przedpokoju - już
nigdy nie zobaczę dziadziusia. Dlaczego mamusiu? Tak lubiłam do niego jeździć.
Mama powiesiła swój płaszcz na wieszaku, wyjęła chusteczki higieniczne, by
wytrzeć nos i płynące po policzkach Kasi łzy. Sama też była wzruszona. Cała
rodzina wróciła właśnie z pogrzebu dziadka Józefa.
- Wiesz Kasiu – powiedział tatuś – myślę, że kiedyś wszyscy spotkamy się z
dziadziusiem. Też bardzo go kochałem, to przecież mój ojciec, wychował mnie,
nauczył tak wielu rzeczy. Tęsknię za nim tak samo jak ty, ale wierzę, że on jest
przy nas, bo wierzę w Świętych obcowanie.
- Świętych obcowanie? Tak mówimy, gdy się modlimy odmawiając „Wierzę w
Boga Ojca”. Ale ja tego nie rozumiem. Czy to znaczy, że Święci są obcy? A
„wanie” to co to takiego?
Wszyscy się roześmiali rozbawieni tokiem rozumowania Kasi.
- Ach ty głuptasku – podjęła rozmowę Asia - nasza katechetka tłumaczyła nam,
na czym polega Świętych obcowanie. Powiem ci, co zapamiętałam – mówiła
dalej Asia, pomagając siostrzyczce założyć pantofle i wejść na krzesło przy
stole w kuchni.
Mama zaparzyła dla wszystkich ciepłą herbatę. Kasia zajadając smaczną
kanapkę słuchała starszej siostry.
- My wszyscy należymy do Kościoła Pana Jezusa – tłumaczyła Asia - tu na ziemi
tworzymy Kościół pielgrzymujący, bo idziemy, czyli pielgrzymujemy do nieba.
W niebie jest Kościół triumfujący.
- Tri- co? - zapytała Kasia.
- Triumfujący, czyli cieszący się obecnością Boga – tłumaczyła cierpliwie Asia tam są Święci i Aniołowie i wielka, wielka radość, bo jest szczęście. My się
modlimy do Świętych i prosimy ich o wstawiennictwo u Boga w różnych
naszych potrzebach. Oni nam pomagają. Jest też Kościół cierpiący w czyśćcu.
Tam są wszyscy, którzy odeszli z tego świata niegotowi, by wejść do nieba.
- Oni się tam czyszczą? – zapytała Kasia.
- Można to tak nazwać – kontynuowała Asia – raczej, jak mówiła nasza
katechetka, dojrzewają w miłości, a my im pomagamy poprzez modlitwy w ich
intencjach i msze święte, by szybciej dostali się do nieba. W czyśćcu bardzo
tęsknią za Panem Bogiem. Oni nam się odwdzięczają, też się za nami modlą i
to jest właśnie Świętych obcowanie, czyli wzajemna łączność, przebywanie
ze sobą tych, którzy należą do Kościoła Jezusa Chrystusa.
- Widzisz Kasiu – włączyła się do rozmowy mama – jeżeli kogoś kochamy, to ta
miłość nie kończy się z jego odejściem z tego świata. Nadal będziemy kochać
dziadka Józefa, a miłość wyrażać poprzez modlitwę, odwiedziny na cmentarzu
i zapalenie znicza. W pięknym czasie Bóg powołał go do siebie. Uroczystość
Wszystkich Świętych przypomina nam o tym, że wszyscy jesteśmy powołani
do świętości.
- Ja też? - zapytała Kasia - myślałam, że Święci to jacyś wyjątkowi ludzie,
którzy są zabijani za wiarę w Pana Jezusa.
- Nie tylko Kasiu – odparł tatuś - świętość polega na tym, że co dzień staramy
się być bardziej podobni do Pana Jezusa, a gdy nam się coś nie udaje, robimy
źle i upadamy, to staramy się szybko poprawiać, by znowu być dobrymi.
Zamień więc swój smutek w radość, chociaż to nie takie łatwe. Święty zawsze
powinien być uśmiechnięty, nawet jak mu coś doskwiera.
- Będę się modlić, bym się mogła spotkać z dziadziusiem, ale może jeszcze nie
tak szybko, bo jeszcze chciałabym pożyć troszeczkę na tej ziemi z wami –
podsumowała rozmowę Kasia i mocno przytuliła się do tatusia.
5.
Duchowa ofiara
- Co się stało Kasiu? – zapytała Asia widząc płaczącą siostrę.
- Nikomu nie jestem potrzebna, nikt mnie już nie kocha – szlochała Kasia.
- Jak to? Przecież ja cię kocham, mama, tata i cała rodzinka.
- No właśnie, cała rodzinka to kocha Grzesia. Słyszałaś jak się nim
zachwycają. Mama cały czas się nim zajmuje. Tatuś jej pomaga, przewija,
kąpie. Nawet wujek Rysiek, który zawsze się ze mną bawił, jak przyszedł do
nas dzisiaj, to pierwsze kroki skierował do łóżeczka małego. Mówił: „ Jaki
śliczny, cały tatuś” .
Kasia z goryczą powtarzała słowa wujka. Była rozżalona i gryzła ją zazdrość. Do
tej pory to ona była najmłodsza. Od kiedy mama wróciła z maleńkim
braciszkiem ze szpitala, dziewczynka nie mogła pogodzić się z tym, że wszyscy
na nim skupiają swoją uwagę.
Asia objęła ramieniem siostrzyczkę.
- Wiesz Kasiu, ty też byłaś takim małym bobaskiem i wszyscy się tobą
zachwycali. Miałaś takie śmiesznie nastroszone włosy i wrzeszczałaś jak
oparzona, kiedy musiałaś chwilkę poczekać na jedzenie. Rozumiem, że teraz
jest ci smutno, bo rodzice muszą więcej czasu poświęcić Grzesiowi. Zawsze
jednak możesz porozmawiać ze mną, czy z babcią. Chciałam ci coś
opowiedzieć. Ksiądz mówił nam na religii, że Panu Jezusowi też było bardzo
smutno.
- Tak, a kiedy? – zainteresowała się Kasia.
- Był wtedy sam, nawet najbliżsi przyjaciele Go opuścili. Modlił się do swego
Ojca. Klęczał w Ogrodzie Oliwnym i bardzo bał się męki, tak bardzo, że pocił
się krwią. Ofiarował za nas swoje cierpienia. Wiesz, właśnie przeżywamy
Wielki Post. To czas, kiedy my także możemy coś Bogu ofiarować. Odmówić
sobie drobnych przyjemności.
- Jakich na przykład? – chciała wiedzieć Kasia, która przestała już płakać.
- Oglądania bajek w telewizji, gry na komputerze, jedzenia słodyczy. Można
także być grzeczniejszym i składać Bogu duchowe ofiary.
- Co to są duchowe ofiary? – zaciekawiła się dziewczynka.
- Widzisz Kasiu, jeżeli jest ci smutno, to zamiast płakać, możesz porozmawiać
z Panem Jezusem i ofiarować Mu swój smutek. To jest właśnie taka duchowa
ofiara. Zrobisz tym przyjemność Panu Jezusowi. Rodzice też będą się cieszyć,
że jesteś taka dzielna.
- Dobrze, tak będę robić – zdecydowała Kasia zaglądając do pokoju rodziców.
Mama zmęczona zasnęła. Grzesio często płakał w nocy, bolał go brzuszek, a
teraz cichutko popiskiwał w wózeczku. Asia wzięła siostrę za rękę i szepnęła do
ucha:
- Weźmiemy małego do siebie, niech mamusia pośpi, aż tatuś wróci z
zakupów. Chodź, będziesz mogła pchać wózeczek, jesteś już przecież dużą
dziewczynką.
- Zaśpiewam mu kołysankę, taką jak mamusia mi śpiewała przed snem, ale
teraz nie ma czasu.
Buzia Kasi znów ułożyła się w podkówkę, a w oczach stanęły łzy.
- Pamiętaj o duchowej ofierze siostrzyczko - przypomniała Asia, pozwalając
Kasi pchać wózek z braciszkiem.
- Popatrz, jak on na ciebie patrzy. Gdy zaczęłaś go wozić, zaraz się uspokoił.
- Właściwie to fajnie jest się opiekować tym maluszkiem – stwierdziła Kasia jak podrośnie, to też opowiem mu o duchowej ofierze, tak jak ty mnie –
zapewniła dziewczynka.
6.
Fałszywe oskarżenie
- Co się stało Asiu? – zapytała babcia.
Wnuczka, zawsze taka rozmowna i pogodna, tego dnia po powrocie ze szkoły
nie odezwała się ani słowem. Odwracała głowę i ukradkiem ocierała łzy.
- Spotkała cię jakaś przykrość?
Babcia usiłowała dowiedzieć się co tak bardzo gnębi dziewczynkę. Asia usiadła
zrezygnowana przy kuchennym stole i rozpłakała się.
- Pamiętasz babciu Izę z którą byłam na obozie?
- Tak Asiu, to bardzo sympatyczna dziewczynka, lubiłam jak do nas przychodziła,
ale dawno cię już nie odwiedzała, czy ma jakieś kłopoty?
- To raczej ja mam kłopoty. Wiesz, po powrocie z wakacji bardzo się
zaprzyjaźniłyśmy. Kiedy Iza skręciła nogę, codziennie ją odwiedzałam.
Tłumaczyłam lekcje, żeby nie miała zaległości. Gdy chorowała na ospę
wietrzną, jako jedyna z klasy przychodziłam do niej, bo inni bali się zarazić.
Nawet mama przestrzegała mnie, że mogę złapać to paskudztwo, bo jeszcze
nie chorowałam. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami.
Asia zamilkła na chwilkę, ale wielkie łzy nadal toczyły się po jej policzkach.
Babcia postawiła przed nią filiżankę z herbatą i przytuliła dziewczynkę.
- Dlaczego uważasz, że teraz nie jesteście?
- Do naszej klasy przyszła nowa uczennica. Jola, bo tak ma na imię, jest bardzo
bogata, ubiera się wystrzałowo, imponuje chłopakom i oczywiście niektórym
dziewczynom także. Nie odstępuje Izy ani na krok. Funduje jej w sklepiku
różne słodycze. Zrobiło mi się przykro, kiedy Iza powiedziała, że to Jola jest
teraz jej najlepszą przyjaciółką. Wiem, tłumaczyłaś mi kiedyś, że z przyjaźnią
jest jak z miłością, nikogo nie można do niej zmusić. Mogłabym się pogodzić z
tym, że Iza woli przyjaźnić się z Jolą, ale dziś stało się coś bardzo
nieprzyjemnego – dziewczynka znowu zalała się łzami.
- Dlaczego Asia płacze? – zapyta Kasia wchodząc do kuchni.
- Spotkała ją przykrość – odpowiedziała starsza kobieta.
Kasia przytuliła się do płaczącej siostry.
- Powiedz, co się stało – poprosiła - babcia na pewno znajdzie jakąś radę.
- Dzisiaj był sprawdzian z matematyki. Jola nie lubi się uczyć, zadania domowe
odpisuje od kogo się tylko da. Dziś Iza chciała podrzucić jej ściągę. Niestety
wylądowała ona na mojej ławce i pani to zauważyła. Podeszła do mnie i
powiedziała, że nigdy by się nie spodziewała, że ja mogę odpisywać.
Usiłowałam się wytłumaczyć, ale Iza wszystkiemu zaprzeczyła. Wmówiła pani,
że to moja ściąga. Dostałam jedynkę, ale to mnie nie martwi. Wstyd mi, bo
pani myśli, że oszukuję, a Iza, Iza tak bardzo mnie zawiodła.
- Tak to smutne, co mówisz Asiu – ze współczuciem powiedziała babcia - wiecie
co dziewczynki, pójdziemy na Drogę Krzyżową. Pomodlimy się o rozwiązanie
tej trudnej sytuacji. Zwłaszcza przy pierwszej stacji będziemy modlić się za Izę
i Jolę. Jezus też był fałszywie oskarżony, zdradzony przez swoich najlepszych
przyjaciół.
- Jak to było babciu? - zapytała Kasia.
- Widzisz, Judasz Go zdradził, św. Piotr się Go zaparł, inni apostołowie
pouciekali i Jezus został sam.
- To tak jak Asia dzisiaj w klasie, nikt nie stanął w jej obronie – powiedziała
Kasia obejmując siostrę za szyję.
- Pomodlimy się również, by Asia umiała wybaczyć swoim koleżankom, tak jak
Pan Jezus wybaczył tym, którzy Go skrzywdzili – powiedziała babcia.
7.
Takie małe „urządzenie”
- Muszę wam coś koniecznie opowiedzieć – Asia tajemniczo spoglądała na
zebraną przy stole rodzinkę.
To był jeden z tych nielicznych dni, kiedy mogli razem zjeść obiad, oczywiście
nie licząc niedzieli, w pozostałe każdy wraca o innej porze z pracy czy też ze
szkoły. Trudno więc o stałą godzinę posiłku.
- Masz taką minę jakbyś znała największy sekret świata – Kasia patrzyła na
siostrę z rozbawieniem – no powiedz wreszcie, co tam chowasz w zanadrzu?
- Wyobraźcie sobie, że ksiądz na religii zaprosił nas i oczywiście wszystkich
chętnych dziś na 18 do kościoła. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale
powiedział, że po Mszy św. będzie spotkanie z niezwykłym człowiekiem. To
młody mężczyzna, niepełnosprawny. Będzie opowiadał o sobie i swojej
drodze do Boga. Podobno posiada on takie małe urządzenie, dzięki któremu
bardzo szybko można połączyć się z niebem.
- Jak to? - oczy Kasi zaokrągliły się ze zdziwienia - to są takie urządzenia? Czy
to coś w rodzaju telefonu?
- Właśnie, my też o to zapytaliśmy, zwłaszcza chłopcy nalegali, by ksiądz
zdradził jakiś szczegół. Niestety, powiedział tylko, że kto chce się czegokolwiek
więcej dowiedzieć, musi przyjść na spotkanie.
- Pójdziemy, prawda mamusiu? – Kasia błagalnie spojrzała na rodziców.
- My z tatusiem mamy już zaplanowany wieczór, zaprosili nas znajomi.
Zabierzemy Grzesia, więc możecie pójść z babcią – odparła mama.
- To super – Kasia nie kryła entuzjazmu, bardzo pragnęła się dowiedzieć, co to
za urządzenie.
Po Mszy św. wszyscy zgromadzili się blisko ołtarza. Młody człowiek, około
trzydziestopięcioletni, pomagając sobie kulami wyszedł na środek, stanął
przed zebranymi i rozpoczął opowieść o sobie. Była to smutna historia
porzuconego dziecka, któremu los nie szczędził ciężkich i dramatycznych
przeżyć. Znaleziony w szpitalnej izbie przyjęć, z ciężką wadą wrodzoną
narządu ruchu, wygłodzony i zziębnięty, cudem przeżył. Nie wie dokładnie
kiedy się urodził. Jego wiek określono na podstawie wyglądu i tak zapisano w
metryce. Trafił do domu dziecka, w wieku dziesięciu lat został adoptowany.
Dzięki miłości rodziców adopcyjnych powoli odnajdywał sens życia, chociaż
długo buntował się musząc pokonywać swoje kalectwo. Dziś jest w stanie
wybaczyć nawet swoim biologicznym rodzicom, że go porzucili, a to dzięki
właśnie małemu urządzeniu, które posiada i które zawsze nosi przy sobie.
- Zaraz wam to urządzenie pokażę – mówił, prosząc najbliżej siedzącego
ministranta o pomoc w potrzymaniu kuli.
Włożył rękę do kieszeni. Kasia prawie przestała oddychać.
- Jeszcze chwilę, jeszcze chwilę – trzymał w napięciu i w końcu wyciągnął z
kieszeni różaniec.
Wszyscy się uśmiechnęli.
- Tak moi drodzy – mówił dalej – tylko dzięki różańcowi nauczyłem się
pokonywać własne słabości. Razem z Maryją przeżywałem i nadal
przeżywam tajemnice radosne, bolesne, światła. Ufam, że kiedyś dane mi
będzie spotkać się z Jezusem i Jego Matką i w pełni przeżyć tajemnice
chwalebne.
Spotkanie trwało jeszcze chwilę. Grą na gitarze i radosnym śpiewem Gość
zachęcał wszystkich do oddania czci Bogu. Otrzymał gorące brawa i
zapewnienie zebranych, że i oni będą codziennie korzystać z tego wspaniałego
urządzenia, łączącego niebo i ziemię. W powrotnej drodze babcia powiedziała
do dziewczynek:
- Moja mama opowiadała mi taką historię. Podczas wojny, kiedy kolejny raz
uciekali do schronu przeciwlotniczego, jej młodszy braciszek zagubił się w
tłumie uciekających. Po nalocie moja babcia szukała go zaniepokojona.
Dziadek walczył na froncie. Po kilku godzinach z dużym niepokojem, cały czas
ściskając w ręce różaniec i szepcząc słowa modlitwy, weszła do pobliskiego
kościoła, który także ucierpiał w czasie nalotu. Pod stertą gruzu, w
niewytłumaczalny sposób tworzącą nad głową dziecka zadaszenie, siedział jej
wystraszony synek. Była pewna, że ocaliła go Maryja, nieustannie proszona o
to w modlitwie różańcowej.
- Wiesz babciu, to trochę podobnie jak w piątej tajemnicy Części Radosnej
Różańca Świętego – powiedziała Asia – tam też Maryja odnalazła swego Syna
w świątyni.
- Ja jeszcze nie umiem wszystkich tajemnic, ale nauczę się jak najszybciej, skoro
takie cuda dzieją się, gdy się je odmawia – podsumowała Kasia.
8.
Czy przyjdzie do mnie św. Mikołaj?
Grzesio był jakiś nieswój tego wieczora. Chodził od okna do okna i ciężko
wzdychał.
- Co tobie wnusiu? – zapytała babcia.
- Och babciu, martwię się. Dzisiaj przecież czekam na św. Mikołaja, ale czy on
do mnie przyjdzie babciu? No bo wiesz, ja byłem troszkę niegrzeczny,
poplamiłem pościel farbami, nie słuchałem mamy i tobie też niegrzecznie
odpowiadałem.
W oczach chłopca pojawiły się dwie wielkie łzy. Babcia posadziła wnuka na
kolanach.
- Nie martw się. Przecież potem przeprosiłeś wszystkich i byłeś już grzeczny.
Myślę więc, że spokojnie możesz oczekiwać na św. Mikołaja – powiedziała
gładząc wnuka po kędzierzawych włosach.
- Oj, jakie to szczęście babciu! Ale powiedz mi, powiedz - prosił Grzesio
patrząc babci prosto w oczy – jak św. Mikołaj schodzi z nieba, by przynieść
nam prezenty?
Babcia zamyśliła się. Po chwili rzekła:
- Wiesz, jesteś już dużym chłopcem, więc wytłumaczę ci wszystko – babcia
usiadła wygodnie w fotelu i zaczęła opowieść:
Dawno, dawno temu, w dalekiej Azji żył chłopczyk. Mieszkał w pięknym,
bogatym domu, nigdy niczego mu nie brakowało dlatego, gdy pewnego dnia
szedł z rodzicami ulicą, zdziwił się bardzo, gdy zobaczył żebrzące dziecko,
które trzęsło się z zimna. Rodzice dali mu pieniążka i wytłumaczyli swemu
synkowi, że to biedne dziecko mieszka w sąsiedztwie. Jego tatuś nie ma pracy,
a mamusia ciężko choruje. W domu jest jeszcze pięcioro młodszego
rodzeństwa.
Mikołaj, bo tak miał na imię nasz bohater, przejął się tym wszystkim bardzo.
Wieczorem, gdy rodzice już spali, wziął swoje najlepsze ubranka i buciki oraz
troszkę żywności i słodyczy. Nic nikomu nie mówiąc, podrzucił to biednym
sąsiadom. Jakaż była radość nazajutrz w ich domu, gdy dzieciaki z przejęciem
zakładały na siebie ubranka Mikołaja, zajadały słodycze, których nie jadły od
bardzo dawna. Chciały podziękować, ale nie wiedziały komu. Mikołaj od tej
pory prawie co wieczór wymykał się z domu, by jakimś ubogim ludziom zrobić
drobną przyjemność. Kiedy był już dużym chłopcem pewnego razu spotkał na
ulicy zapłakaną dziewczynę z sąsiedztwa, która płacząc opowiedziała mu swoją
smutna historię. Nie mogła poślubić tego, kogo kochała, bo nie miała posagu.
Rodzice ukochanego nie zgadzali się więc na ich małżeństwo. Mikołaj
podarował jej połowę swego majątku. Uszczęśliwieni młodzi dziękowali mu
serdecznie.
Niedługo potem Mikołaj został księdzem, następnie biskupem Miry.
Wieczorem, gdy wszyscy już spali, zdejmował biskupie szaty i wychodził na
ulice miasta. Obserwował życie swoich diecezjan. Gdy widział, że ktoś żyje w
nędzy, po kryjomu podrzucał pod drzwi potrzebne rzeczy. Prawda o tym
wyszła dopiero po Jego śmierci. Ogłoszono Mikołaja Świętym. Dziś przebywa
on w niebie, ale w nocy z 5 na 6 grudnia każdy z nas czeka na prezenty, które w
imieniu Mikołaja dostajemy od najbliższych.
Grzesio słuchał uważnie, a kiedy babcia skończyła opowiadanie, przytulił się do
niej mocno.
- Czy ty coś podarujesz tym, których kochasz? – zapytała babcia.
- To cudownie móc sprawiać komuś radość – oznajmił przejęty chłopczyk pomożesz wymyślić mi coś super dla mojej rodzinki?
- Oczywiście Grzesiu – odparła babcia i pocałowała wnuczka.
9.
Za wszelką cenę
- Połóż się już Asiu – powiedziała mama, zaglądając do pokoju córki.
Dziewczynka zapomniała o upływie czasu. Z dużej encyklopedii wypisywała
jakieś ciekawostki.
- Asiu późno już - przypomniała mama.
- Dobra, zaraz kończę, jeszcze tylko parę zdań zapiszę. Pani nie pozwoliła
przynosić gotowców ściągniętych z Internetu. Mamy zadanie z encyklopedii,
żebyśmy się nauczyli nią posługiwać. Chciałabym dostać szóstkę. Pani
powiedziała, że otrzyma ją ten, kto zgromadzi najwięcej informacji na zadany
temat.
- Jeszcze nie śpisz Asiu? - zapytał również tato, który właśnie położył do snu
Kasię i Grzesia i także zajrzał do pokoju córki - młoda dama w twoim wieku
powinna się wysypiać. Twój organizm potrzebuje snu, żeby prawidłowo
funkcjonować.
Asia lubiła kiedy tato nazywał ją damą lub królewną. Zamknęła więc
encyklopedię, z uśmiechem ucałowała rodziców.
– Dobrze położę się teraz, rano poroszę babcię, by sprawdziła moje zadanie,
wy zapewne wcześniej wyjdziecie do pracy.
- Dobranoc córeczko i powodzenia jutro w szkole.
Rodzice zrobili krzyżyk na czole Asi, zgasili światło i zamknęli drzwi do pokoju
córki.
- Ambitne to nasze dziecko – stwierdził z dumą tato.
Mama jednak była zamyślona.
- Tak, to prawda, ale trochę się niepokoję, zauważyłam niezdrową rywalizację
między Asią a jej koleżanką Iwonką. To ta dziewczynka z sąsiedniego bloku.
Ona też jest bardzo ambitna. Mają podobne stopnie. Wychowawczyni także
się tym martwi, twierdzi że każda z nich za wszelką cenę chce być najlepsza.
- Myślę, że powinniśmy z nią o tym porozmawiać – odrzekł tato.
Rano babcia dokładnie sprawdziła pracę Asi i pochwaliła wnuczkę. Dziewczynka
dumna ze swego wysiłku pobiegła do szkoły.
- Jakie pyszne to ciasto babciu – Kasia kończyła już drugi kawałek szarlotki.
Obiad i deser jak zwykle wszystkim bardzo smakował. Tylko Asia była jakaś
dziwna dzisiaj. Siedziała smutna, niewiele zjadła, a deseru nawet nie tknęła.
- Nie cieszysz się, że dostałaś szóstkę, przecież tak bardzo tego chciałaś? tato nie mógł zrozumieć zachowania córki.
- Muszę się wam do czegoś przyznać – ze smutkiem powiedziała dziewczynka
- to nie daje mi spokoju. Nie cieszy mnie ta szóstka. Zrobiłam coś bardzo złego.
Nie wiem jak to naprawić.
Po policzkach Asi popłynęły wielkie łzy.
- Ale co się stało?
Mama podała córce chusteczki higieniczne.
- Bo, bo… - chlipała Asia wycierając nos – w szatni Iwonka przez roztargnienie
zostawiła swoje notatki. Miała więcej informacji niż ja. Zabrałam jej zeszyt do
ubikacji i odpisałam to, czego mnie jeszcze brakowało. Potem położyłam
notatki tam, gdzie je zostawiła, żeby się nie domyśliła. Resztę już znacie. Pani
oczywiście pochwaliła mnie i to ja dostałam szóstkę, ale jakoś ona mnie nie
cieszy. Co teraz mam zrobić?
- Myślę, że ty już sama wiesz, co masz zrobić - mama spojrzała ze smutkiem,
ale i z dumą na swoją córkę.
- Ja się wstydzę przyznać pani i Iwonie do tego, co zrobiłam. Zresztą muszę
zrobić to przed całą klasą. Oj, jak mi wstyd - Asia płakała rozżalona.
- Zrobisz to? – zapytał tato.
- Chyba nie mam innego wyjścia. Ta szóstka mi się nie należy. Ale wiecie co,
jakoś mi lżej na duszy.
- Bardzo się cieszymy. Jesteśmy z ciebie dumni –powiedział tato najważniejszy jest spokój sumienia. Już chyba zrozumiałaś, że nie można za
wszelką cenę zdobywać dobrych ocen.
Tato przytulił Asię, która nagle odzyskała apetyt i ze smakiem zjadła szarlotkę
babci.
10.
Trudne pytania Grzesia 1
- Tatusiu, tatusiu! – Grzesio po obiedzie wdrapał się ojcu na kolana - obiecałeś
rano przy pacierzu, że potem wytłumaczysz mi słowa tej modlitwy – chłopiec
podparł dłonią główkę – tej o wierze!
- Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego?
- Tak tatusiu, właśnie tej. Co to znaczy?
- Takie trudne pytania zadajesz synku, ale spróbuję ci wytłumaczyć. Widzisz
Grzesiu, ja jestem twoim ojcem, twoim tatusiem, ale zarówno ja, jak i ty,
mamy w niebie jeszcze innego tatusia. On nas wszystkich zna i bardzo kocha,
jest Wszechmogący – mężczyzna czule gładził główkę chłopca.
- Ale co to znaczy wszechmogący? – zapytał Grzesiu.
- To znaczy, że wszystko może. Stworzył cały świat z niczego. Zna każdą naszą
myśl i zawsze nas widzi, nawet gdybyśmy schowali się do najgłębszej piwnicy.
- A czy ten Tatuś Niebieski zna moje imię?
- Tak Grzesiu, zna. On zna imiona wszystkich ludzi na ziemi i każdego pragnie
przytulić do swego serca.
- To On jest bardzo dobry tatusiu.
Grzesiu wtulił się w ramiona ojca i z ufnością patrzył mu w oczy.
- Oczywiście, ale chce, byśmy i my byli dobrzy i często o Nim myśleli i modlili
się do Niego.
- Tatusiu, ale ta modlitwa ma dalszy ciąg, to jakoś było tak: „Stworzyciela nieba
i ziemi”. Opowiedz mi o tym.
- Wiesz, zróbmy w ten sposób: ty teraz pójdziesz się pobawić do swego
pokoju, a ja przygotuję się do pracy, mam dziś drugą zmianę. Kiedy babcia
wróci z zakupów, to poprosisz ją, by z Tobą na ten temat porozmawiała.
Grzesio niezbyt chętnie odszedł do swojego pokoju i stojąc przy oknie
wypatrywał babci. Gdy tylko starsza kobieta weszła do domu wnuczek podbiegł
do niej wołając:
- Babciu, babciu! Tatuś mówił, że opowiesz mi co to znaczy „Stworzyciela
nieba i ziemi”.
- Zgoda Grzesiu, ale wcześniej pozwól mi rozpakować zakupy, a ty musisz
poskładać swoje zabawki, bo przecież, gdyby ktoś wszedł to pewnie by się
przewrócił, tak porozrzucałeś – stwierdziła babcia.
- Tak, tak – westchnął Grzesiu - jak tylko chcę, aby ktoś coś mi opowiedział, to
zaraz słyszę posprzątaj zabawki.
Uwinął się jednak szybko i usiadł koło babci.
- Widzisz - zaczęła starsza pani – tak już jest, że każdy człowiek, by mógł coś
wykonać musi mieć z czego to zrobić. Jeżeli chcesz, żeby na obiad były pierogi,
to ja muszę mieć mąkę, sól, cukier i na przykład ser. Nasz Bóg natomiast jest
potężny i stworzył wszystko z niczego.
- O naprawdę, jak to możliwe babciu? - Grzesio miał okrągłe ze zdziwienia oczy
- tatuś rano też tak mówił, ale mi tego nie wyjaśnił.
- Bóg stworzył wszystko swoim słowem, rzekł „stań się” i się stało –tłumaczyła
babcia - cały piękny świat, rośliny, drzewa, krzewy i kwiaty i ptaki i ryby.
- I ludzi Pan Bóg stworzył - zawołał Grzesiu - ja wiem, bo tatuś mi mówił, że ci
pierwsi ludzie mieli na imię Adam i Ewa.
- Tak - dodała babcia – oni byli bardzo szczęśliwi, bo mieli w sobie jasne
światło Boże. Zobacz – powiedziała otwierając Biblię dla dzieci – jak pięknie
się uśmiechają. Żyli w przyjaźni z Bogiem, ze sobą, z przyrodą, mogli głaskać
nawet dzikie zwierzęta.
- Ale mieli super – wykrzyknął chłopczyk - jednak na tym drugim rysunku są
bardzo smutni, dlaczego?
- Bo posłuchali szatana, który ukrył się w wężu. Namówił ich, by złamali Boży
zakaz, przekonywał, że staną się piękniejsi i mądrzejsi od Stwórcy.
- Ale to było kłamstwo – zawołał Grzesio.
- Oczywiście, że to było kłamstwo, szatan jest mistrzem w oszukiwaniu, ale oni
uwierzyli mu bardziej niż Bogu. Zgrzeszyli nieposłuszeństwem, ten grzech
nazywamy pierworodnym lub dziedzicznym. Pan Bóg musi ich ukarać i dlatego
są tacy smutni.
- Czy Bóg przestał ich kochać?
Grzesio z niepokojem patrzył na babcię.
- Oczywiście, że nie. Nawet po grzechu Bóg bardzo kocha człowieka, ale jest
konsekwentny, dlatego pierwsi ludzie stracili swoje szczęście.
- Ja bym nigdy tak głupio nie zrobił jak oni – Grzesiu z przekonaniem popatrzył
na babcię.
- Nie? A przypomnij sobie co było wczoraj. Tatuś prosił cię byś nie dotykał jego
laptopa, masz swój komputer. Skasowałeś mu bardzo ważne sprawozdanie.
Musiał siedzieć długo w nocy, by je napisać od nowa. Dlatego dostałeś karę,
jednak tatuś nie przestał cię kochać, prawda?
- Tak to prawda, zdenerwowałem tatusia, ale mama kazała mi iść szybko i
przeprosić. Wiem, że tatuś mnie kocha i teraz rozumiem, że ta kara była
słuszna. Chociaż nie wiem jak wytrzymam miesiąc bez komputera? Chcę, żebyś
mi jeszcze coś opowiedziała, może dalszy ciąg modlitwy „Wierzę w Boga
Ojca”.
- Zostawimy to na następny raz, dzisiaj trzeba już szykować kolację. Pomożesz
mi, prawda?
- Jasne babciu – zawołał chłopczyk i zarzucił babci ręce na szyję.
11.
Trudne pytania Grzesia 2
Zapadał cichy, zimowy wieczór. Grzesio wyszorowany, w cieplutkiej
piżamce wyszedł z łazienki i jak to miał w zwyczaju zapukał do pokoju rodziców.
- Już jestem gotowy do modlitwy, zawołać dziewczyny?
- Tak, oczywiście!
Tato podniósł zmęczone od czytania oczy, odłożył jakieś ważne dokumenty i
spojrzał z dumą na swojego synka. Po chwili cała rodzina klęczała, odmawiając
modlitwę wieczorną. Brakowało tylko babci, która wyjechała do sanatorium.
Kiedy skończyli, Grzesio wziął tatę za rękę i oznajmił:
- Pamiętasz, obiecałeś babci, że zamiast niej wyjaśnisz mi dalszą część
modlitwy „Wierzę w Boga Ojca”.
- Masz doskonałą pamięć – tato zaprowadził synka do łóżka i przykrył kołderką
- zanim przejdziemy do wyjaśniania chcę opowiedzieć ci pewną historię.
- Super! Bardzo lubię opowiadania – Grzesio zadowolony przytulił się do kolan
taty.
- Jakiś czas temu – mówił tatuś, gładząc Grzesia po lekko kręcących się na
grzywce włosach – słyszałem taką historię. W ładnie położonym miejscu,
niestety daleko od innych domów, pod lasem mieszkał wdowiec, z dwoma
szesnastoletnim córkami, bliźniaczkami i dziewięcioletnim synkiem. Od śmierci
żony sam jakoś radził sobie z wychowaniem dzieci, ale kiedy dziewczynki
zaczęły dorastać, pojawiły się kłopoty. Chciały dorównać w strojach i w
chodzeniu na imprezy innym młodym ludziom. Tatuś kochał bardzo swoje
dzieci, niestety miał niewielkie dochody. Dlatego martwił się zachowaniem
córek, które nie licząc się z wydatkami, koniecznymi na utrzymanie rodziny,
wyłudzały pieniążki na przyjemności. Niewiele też czasu poświęcały na to, by
pomóc ojcu. Dlatego mężczyzna bywał bardzo zmęczony i rozczarowany, kiedy
po obowiązkach na gospodarstwie musiał jeszcze sprzątać w domu, nawet
rzeczy osobiste swoich córek. Wszystko to obserwował bardzo bystry i
wrażliwy synek Józio i kiedy widział, że tato jest smutny zawsze starał się go
jakoś pocieszyć, pomagał mu też na miarę swoich możliwości. Józio był
dzielny, ale bardzo bał się burzy. Pewnego sobotniego wieczoru, kiedy tato
wrócił z obory, chłopczyk zauważył, że jest dziwnie blady. Po chwili mężczyzna
upadł na podłogę. Dziecko przestraszyło się bardzo. Siostry jak zwykle były na
jakiejś dyskotece. Józio podbiegł do telefonu, lecz w słuchawce usłyszał głuchą
ciszę. Przypomniał sobie, że telefon im odcięto, nie płacili rachunków. Nie było
z czego. Otworzył drzwi, by biec po pomoc do najbliższych sąsiadów. Usłyszał
przeraźliwe wycie wiatru, zobaczył przerażającą błyskawicę i usłyszał straszny
huk. Szalała burza. Chłopczyk skulił się i szybko wycofał do domu. Spojrzał na
leżącego ojca i pokonując strach, ruszył pędem. Deszcz padał, dziecko biegło
ile tchu. Po piętnastu minutach szaleńczego biegu ostatkiem sił zastukał do
drzwi najbliższych sąsiadów. Oni sprowadzili pomoc i dzięki temu uratowali
życie mężczyźnie, który dostał wylewu. Pobyt w szpitalu i długa rehabilitacja
ojca spowodowały, że dziewczynki zmieniły swoje spojrzenie na życie.
Zrozumiały, że gdyby wcześniej pomogły tacie, może nie doszłoby do takiej
sytuacji. Zaopiekowały się także swoim braciszkiem, który niestety ten bieg
przez burzę przypłacił ciężkim zapaleniem płuc.
- To dobrze, że one się zmieniły – westchnął ciężko Grzesio.
- Widzisz Grzesiu, po to właśnie, aby zmienić nasze twarde, nieczułe na Bożą
miłość serca, Ojciec zsyła na ziemię swego jedynego Syna Jezusa. Jeśli
uwierzymy, że jest On naszym Panem i będziemy postępować tak, jak nas
uczy, będziemy sprawiać Mu radość. Na Matkę swego Syna Bóg wybrał
skromną dziewczynę z Nazaretu.
- Tak, tak wiem – wtrącił się Grzesio – Maryję. Pani katechetka nam mówiła.
Anioł Gabriel wyjaśnił Maryi, że Duch Święty przyniesie Dzieciątko pod Jej
Serce.
- Właśnie – potwierdził tatuś - dlatego mówimy: I w Jezusa Chrystusa, Syna
Jego jedynego, a Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego.
Mężczyzna ucałował synka w czoło.
- Dobranoc Grzesiu, śpij dobrze.
12.
Trudne pytania Grzesia 3
Kasia wróciła ze szkoły, rozebrała się i umyła rączki. Weszła do kuchni, w
której niezmiennie królowała babcia. W powietrzu unosiły się pobudzające
apetyt zapachy.
- Chcesz babciu, bym w czymś pomogła?
Dziewczynka jak zwykle była gotowa do pracy. Babcia na chwilkę odłożyła
krojenie jarzyn.
- Mnie nie – powiedziała - ale dzwoniła mama Zosi i prosiła byś zaniosła jej
lekcje. Zosia czuje się już lepiej ale jeszcze do końca tygodnia zostanie w domu.
Prawie zdążysz zanim rodzice wrócą z pracy i Asia ze szkoły.
- Dobrze babciu.
Kasia zabrała zeszyty i wyszła. Grzesio, który już nieco zgłodniał widząc, że
Kasia wychodzi zmartwił się.
- Burczy mi w brzuszku babciu – zawołał - myślałem, że zaraz będzie obiadek, a
tu Kasia gdzieś się wybrała, Asi i rodziców jeszcze nie ma. Chyba umrę z głodu!
Mogę to ciastko?
Chłopczyk już chciał zabrać się za schrupanie ciasteczka leżącego na talerzyku,
jednak babcia powstrzymała go. Popatrzyła na wnuczka i z uśmiechem
odpowiedziała.
- Nie sadzę Grzesiu, żebyś miał umrzeć. Zobacz jakie masz okrągłe i rumiane
policzki i brzuszek, który ledwie mieści się w spodniach. Nawet pan doktor
ostatnio mówił, żebyś troszkę mniej jadał, zwłaszcza słodyczy. Masz nadwagę.
- Ale ja jestem taaaki głodny, a to ciasto jest taaakie dobre – Grzesio uparcie
stał przy stole trzymając talerzyk z ciasteczkami.
- Wiesz co wnusiu – powiedziała babcia – zrobisz jak zechcesz, ale wcześniej
pokażę ci zdjęcie w gazecie.
Starsza pani zdjęła z półki gazetę, wzięła chłopca na kolana i zaczęła
opowiadać pokazując ilustrację. Na zdjęciu były przeraźliwie chude dzieci, z
wydętymi z głodu brzuszkami, ze łzami na wymizerowanych buźkach, o szeroko
otwartych, wołających o wsparcie oczkach.
- Zobacz. Te dzieci nie jadły już kilka dni – mówiła babcia - jeżeli czujesz głód, to
zrób taką duchową ofiarę. Powiedz Panu Jezusowi, że zrezygnujesz z
ciasteczka w intencji, by znalazł się ktoś, kto nakarmi te głodne dzieci. A może
zrobimy coś więcej. Pieniążki przeznaczone na zakup następnej paczki ciastek
wyślemy na misje, dla tych głodnych dzieci. Co o tym myślisz?
Chłopczyk wpatrywał się w dzieci na zdjęciu, potem z nieukrywanym żalem w
talerzyk z ciasteczkami. Widać było, że toczy wielką walkę ze sobą. W końcu
zdecydowanym ruchem odłożył talerzyk. Po chwili namysłu zgodził się na
propozycję babci. Kiedy rodzina wreszcie w komplecie zasiadła do obiadu, przy
stole jak zwykle toczyła się ożywiona rozmowa. Każdy chciał się podzielić
wrażeniami z przeżytego dnia. Tylko Kasia była jakaś dziwnie milcząca. Grzesio
przypomniał sobie, że tato miał mu wytłumaczyć dalszą część „Składu
Apostolskiego”. Patrząc ojcu w oczy przypomniał o czym mówili rano po
skończonej modlitwie.
- Zapytałem tatusiu, czy jak się modlimy „zstąpił do piekieł”, to znaczy, że Pan
Jezus poszedł do piekła? Powiedziałeś, że wyjaśnisz mi to przy obiedzie.
- Posłuchaj Grzesiu – tato skończył pić kompot i odstawił szklankę - zanim Pan
Jezus oddał za nas życie, niebo było zamknięte. Gdy umierali dobrzy ludzie, to
nie mogli się tam dostać, wobec tego czekali na Zbawiciela w Otchłani.
- W Otchłani? - Grzesiowi ze zdziwienia zupełnie zaokrągliły się oczy - czy tam
było dobrze?
Tato pogładził synka po główce.
- W Otchłani ludzie bardzo tęsknili za Bogiem. Chcieli, by jak najszybciej się
dokonało odkupienie, by Jezus po nich przyszedł, bo bez Niego byli
nieszczęśliwi. Więc gdy mówimy „zstąpił do piekieł”, to znaczy, że Pan Jezus
poszedł po tych sprawiedliwych do Otchłani, by więcej nie tęsknili.
- To tak jak Zosia – przemówiła po raz pierwszy przy dzisiejszym obiedzie Kasia.
- A co Zosia ma z tym wspólnego? - Grzesio popatrzył na siostrę zdumiony.
Zresztą wszyscy okazali niemałe zainteresowanie.
- Zosia jest bardzo smutna, bo jej tatuś nie przyjechał na urodziny, które miała
wczoraj, chociaż obiecał. Ona bardzo za nim tęskni. Przysłał tylko paczkę z
prezentem przez swojego kolegę. Zosia dzwoniła do niego, ale nie miał nawet
czasu, by z nią porozmawiać. Najpierw był na jakieś ważnej naradzie, potem
na biznesowym spotkaniu, jeszcze później na bankiecie. Wiecie, że Zosia nawet
nie rozpakowała tego prezentu. Twierdzi, że nie potrzebuje kolejnej lalki, ani
torebki ani sukienki. Ma ich całe mnóstwo. Chciałaby chociaż chwilkę posiedzieć
tacie na kolanach i przytulić się do niego. Jak to dobrze tatusiu, że ty jesteś z
nami – Kasia objęła ojca za szyję i mocno ucałowała.
- Tak – powiedziała mama – tęsknota jest bardzo przykra. Pomodlimy się dziś
za Zosię.
- Mamusiu – wtrącił Grzesio – podziękujemy też Panu Jezusowi za to, że nas
odkupił i nie musimy już iść do Otchłani. A ja jeszcze mam Mu coś ważnego do
powiedzenia na temat ciasteczek.
Chłopczyk popatrzył na babcię i porozumiewawczo mrugnął do niej okiem.
13.
Trudne pytania Grzesia 4
Chłopczyk siedział przy stoliku i kończył kolorować obrazek. Babcia, która
po powrocie z sanatorium znowu zaczęła „królować” w kuchni, wydobywała
smakowite zapachy z różnych potraw. Grzesio skończywszy swoje dzieło
przyglądał się bacznie kolorowance, przestawiającej poszczególne sceny z
modlitwy „Wierzę w Boga Ojca”.
- Babciu – zapytał w pewnym momencie – dlaczego ten polski Piłat umęczył
Pana Jezusa?
Babcia odstawiła garnek z zupą i usiadła obok wnuka.
- Grzesiu, nie polski tylko Poncki, mówi się „umęczon pod Ponckim Piłatem”.
Piłat był Rzymianinem i zatwierdził wyrok śmierci na Pana Jezusa, chociaż Jezus
był niewinny. Znaleźli się fałszywi świadkowie, którzy mówili o Nim nieprawdę.
- Co to znaczy, że ktoś jest fałszywym świadkiem?
Grzesiu jak zwykle chciał wszystko dokładnie wiedzieć. Babcia zamyśliła się.
Potem posadziła wnuka na kolanach i powiedziała:
- Posłuchaj pewnej historii:
Jola chodzi do klasy czwartej. Każde dziecko miało przynieść jakąś roślinkę do
szkoły. Uczniowie poukładali je na parapecie i obserwowali, jak rosną. Pani
zawsze prosiła, by wszystkie dzieci wychodziły z klasy, kiedy jest przerwa.
Tylko dyżurni mogli zostać, by uporządkować salę lekcyjną. W tym tygodniu
funkcję tę pełnili Tomek i Zosia. Właśnie kończyli ścierać tablicę i ustawiać
prosto krzesła oraz ławki. Do końca przerwy zostało jeszcze pięć minut. Po
przerwie miały się odbyć zajęcia z wychowania fizycznego. Pani zostawiła w
klasie piłkę. Tomek, jak zawsze bardzo ruchliwy, postanowił, że sobie nią
troszkę poodbija. Podrzucił piłkę do góry a ona nieszczęśliwie wylądowała na
parapecie łamiąc przy tym kwiatka przyniesionego do szkoły przez Jolę, która
bardzo o niego dbała.
- Co teraz będzie? – krzyknęła przerażona Zosia.
Tomek szybko schował piłkę. Usiłował wyprostować złamaną gałązkę, ale
pogorszył tylko sprawę, bo urwała się całkiem. Wyrzucił ją do kosza. Kwiatek
wyglądał żałośnie
- Wiesz co Zośka, powiemy, że to Łukasz z piątej klasy przybiegł tu i nam
zniszczył tego kwiatka. Inaczej pani będzie się gniewać na nas – Tomek szukał
wyjścia z sytuacji.
- To po co rzucałeś piłką? – Zosia była zakłopotana - i nie na nas będzie się
gniewać, tylko na ciebie. Najlepiej się przyznaj.
- Nie mogę, bo pani wpisze mi uwagę. Już mam trzy. Pamiętaj masz mówić, że
to Łukasz, bo inaczej powiem pani, że ty też rzucałaś.
Rozległ się dzwonek. Dzieci wbiegły do klasy, po chwili weszła pani. Jola, która
siedziała przy oknie zaraz zauważyła szkodę.
- Ktoś zniszczył mojego kwiatka – powiedziała na głos - na poprzedniej lekcji
był jeszcze całkiem dobry, miał takie ładne kwiaty.
Wychowawczyni popatrzyła surowym wzrokiem na uczniów.
- Czy ktoś oprócz dyżurnych wchodził w czasie przerwy do sali?
W klasie panowała cisza.
- No słucham? To może dyżurni nam to wyjaśnią.
- Pamiętaj, że jak mnie sypniesz, to powiem pani, że ty też rzucałaś – szepnął
Tomek do siedzącej przed nim Zosi, a głośno powiedział - to Łukasz proszę
pani, on wszedł tu i rzucił piłką prosto w kwiatka. Prawda Zośka?
Zosia zarumieniła się, wstała i nic nie mówiła.
- Zosiu, czy to prawda – zapytała pani. Zosia kiwnęła tylko głową.
- Kamil idź do piątej klasy i poproś Łukasza – wydała polecenie nauczycielka. Po
chwili chłopak stał przed wychowawczynią klasy czwartej, która usiłowała
dociec prawdy.
- Czy to ty zniszczyłeś kwiatka Joli? Tak twierdzą dyżurni.
- To nieprawda proszę pani – Łukasz stał zaskoczony przed klasą.
- To on proszę pani – uparcie twierdził Tomek
- Zośka powiedz, że to nieprawda – prosił Łukasz
Zosia rozpłakała się.
- To nie Łukasz proszę pani, on nie był w naszej klasie. To my rzucaliśmy piłką.
Zosia popatrzyła z wyrzutem na Tomka.
- Zachowujesz się jak tchórz – szepnęła mu do ucha - nie będę fałszywym
świadkiem, choćbym miała winę wziąć na siebie.
- Co wy tam szepczecie? - chciała wiedzieć pani.
Słowa Zosi poruszyły sumienie Tomka. Z trudem wykrztusił przez ściśnięte
gardło
– To nie Łukasz ani Zosia, to ja złamałem kwiatka. Bałem się kolejnej uwagi i tak
mam już szlaban na komputer w domu. Bardzo was wszystkich przepraszam.
Starsza pani przerwała na chwilę opowiadanie. Zasłuchany Grzesio popatrzył na
nią swoimi mądrymi oczkami.
- Już wiem babciu – zawołał - Tomek chciał, by Zosia została takim fałszywym
świadkiem – prawda?
- Właśnie tak, dobrze zrozumiałeś. Pan Jezus bardzo cierpiał, kiedy go fałszywie
oskarżano o to, czego nie zrobił. Został ukrzyżowany. Pójdziemy juro na Drogę
Krzyżową, to będziesz mógł zobaczyć więcej z Jego męki. Pamiętaj jednak, że
ile razy robimy coś złego komukolwiek z ludzi, to tak samo jakbyśmy robili to
Panu Jezusowi. Podobnie jest z dobrem. Dlatego trzeba się starać, by innym
przychodzić z pomocą. Myślę, że gdy ładnie posprzątasz swój pokój, to
rodzice bardzo się ucieszą i Pan Jezus będzie zadowolony.
- Dobrze babciu, już biegnę, aby zdążyć przed przyjściem rodziców –
powiedział Grzesiu i zabierał się za pracę.
14.
Trudne pytania Grzesia 5
- Czy gdzieś wyjeżdżasz tatusiu?
Grzesio przystanął obok spakowanego plecaka i patrzył z niepokojem w oczy
taty. Mężczyzna przysiadł na krześle i posadził chłopca na kolanach.
- Zapomniałeś? Rozmawialiśmy na ten temat przedwczoraj wieczorem. Asia
ma 14 urodziny, więc zgodnie z naszą umową zabieram ją na sobotę i niedzielę
w góry. Zostajesz w domu jako jedyny mężczyzna i musisz mnie godnie
zastąpić. Zaopiekujesz się mamą, babcią i Kasią, prawda?
Grzesio poważnie skinął głową.
– Jasne, że się zaopiekuję, możesz spokojnie jechać i pokazać Asi
najpiękniejsze miejsca.
- Już nie mogę się doczekać, kiedy ja będę kończyć 14 lat i gdzieś się razem
wybierzemy, tatusiu – powiedziała Kasia przysłuchująca się dotąd w milczeniu
rozmowie.
- W przyszłym miesiącu kończę 10. To czas, kiedy zacznę dostawać
kieszonkowe. Będę mogła coś sobie kupić, widziałam taką śliczną bluzkę.
Kasia rozmarzyła się, ale tato szybko sprowadził ją na ziemię.
- Wiesz, że 10 lat to nie tylko przyjemności i kieszonkowe, ale też dodatkowe
obowiązki w domu. Od przyszłego miesiąca na zmianę z mamą, Asią, babcią i
ze mną będziesz mieć dyżury przy zmywaniu naczyń w kuchni.
-Tak, wiem! Mama mi tłumaczyła. Szkoda, że naczynia same się nie myją, ale
mówi się „trudno”. Przecież nie codziennie wypadnie mój dyżur. Wiem, że gdy
skończę 13 lat, to będę jak Asia przygotowywać raz w miesiącu jakąś potrawę
dla wszystkich, ale w zamian będę mogła pójść do kina i dostanę pieniążki na
bilet. Trochę nie mogłam zrozumieć dlaczego u nas w domu mamy takie
zasady, ale to fajnie, że tak jest – stwierdziła Kasia.
- Dlaczego? – zaciekawił się tato.
- Wczoraj byłam u Kingi, to moja koleżanka z klasy. Ona zawsze ma pieniądze i
jej siostry też, bo rodzice dają im kieszonkowe już od dawna, ale one ciągle
się o wszystko kłócą. Jej siostra, Ewa, chodzi do tej samej klasy co nasza Asia i
też ma urodziny, ale ona robi imprezę, bo mówi, że to obciach jeździć gdzieś
tam z rodzicami. Też tak myślałam, ale Kinga powiedziała mi, że bardzo jej się
podoba ten nasz sposób na wykonywanie obowiązków i świętowanie urodzin.
Ona ma zamiar poprosić rodziców o taki właśnie prezent na swoje urodziny.
Chciałaby tak jak ja czekać na coś wspaniałego – Kasia objęła ojca za szyję –
fajnie, że z mamą tak wymyśliliście.
- A gdzie zabierzesz Asię na 16 urodziny? – zapytał jak zwykle chcący wszystko
wiedzieć Grzesio.
- Na randkę do restauracji – odpowiedział z uśmiechem tato.
- Dlaczego?- zdziwił się Grzesio - na randkę chodzi się przecież z chłopakiem.
Do pokoju weszła spakowana i gotowa do drogi Asia.
- Pewnie, że z chłopakiem braciszku – powiedziała dziewczynka i pogładziła
brata po kędzierzawych włosach – ale tatuś chce mi pokazać jak powinnam
być traktowana przez tego chłopaka. Wcześniej jednak będę mieć 15
urodziny i wówczas pojedziemy z mamą i z tatą na dwa dni do miasta, które
wybiorę. Będziemy spać w hotelu i zwiedzać zabytki.
Asia także przytuliła się do taty.
- Cieszymy się z mamą, gdy możemy sprawić wam radość. Co się stało synku,
czemu tak się zasępiłeś?
Tato pochylił się nad zmartwionym chłopcem.
- Obiecałeś, że mnie przepytasz z „Wierzę w Boga Ojca”. Chciałem jutro w
przedszkolu poprowadzić modlitwę. Miałeś mi też tatusiu wyjaśnić te
ostatnie słowa o „żywocie wiecznym”. Czy tam, w tym „żywocie”, będzie nam
dobrze. Czy będziemy szczęśliwi, nie będziemy się nudzić? Pewnie już nie
zdążysz odpowiedzieć na moje pytania?
Grzesio z żalem kiwał główką.
- Zdążę! Jeszcze mamy trochę czasu.
Tato usiadł obok synka na kanapie.
- To, czy w wieczności będziemy szczęśliwi – tłumaczył - zależy od naszego
życia tutaj. Jeżeli zawsze będziemy przyjaźnić się z Bogiem i słuchać Jego
słów, to będziemy szczęśliwi, bo będziemy bisko Niego. On zatroszczy się o
to, byśmy nie byli smutni i nie nudzili się. Zresztą z Bogiem nie można się
nudzić. Przygotował dla nas wielką niespodziankę.
- Większą niż mama i ty tatusiu dla nas na urodziny?
Chłopczyk miał okrągłe ze zdziwienia oczy.
- Jasne, że większą. Porozmawiamy o tym po naszym powrocie z wyprawy.
Teraz już musimy iść. Ucałujcie mamusię od nas, kiedy wróci z pracy.
Zadzwonię do niej, jak dojedziemy. Zostańcie z Bogiem
- Z Bogiem – zgodnie odpowiedzieli Kasia i Grzesio oraz babcia, która wyszła z
kuchni i wręczyła Asi przygotowane uprzednio kanapki
– Szczęśliwej drogi! – powiedziała.
15.
Nie tylko adwentowe postanowienie
Grzesio siedział ze spuszczoną głową i wpatrywał się w palce u nóg,
nieco pomarszczone po długiej kąpieli. Był zakłopotany, miał świadomość, że
źle postąpił. Babcia, zobaczywszy jego smutną minę, usiadła obok. Głaszcząc
mokrą jeszcze czuprynkę wnuczka, usiłowała nawiązać rozmowę.
- Ciągle myślisz o panu Józefie? – zapytała.
Chłopiec podniósł błyszczące od łez oczy i patrzył smutno przed siebie. Po chwili
rzekł:
- Tak! Zachowałem się bezmyślnie. Zupełnie zapomniałem, że zostawiłem
zakupy sąsiada u Franka. Wiesz babciu, myśmy razem wracali ze sklepu i Franek
zaprosił mnie na chwilkę do siebie. Chciał mi pokazać nową grę. Czas upłynął
tak szybko, że gdy zorientowaliśmy się, która jest godzina to musieliśmy już
wyjść do szkoły i zupełnie zapomniałem, że pan Józef czeka na te bułeczki. Jest
mi tym bardziej wstyd, że sąsiad zawsze obdarowuje mnie słodyczami albo
drobnymi kwotami w zamian za to, że robię mu poranne zakupy. Wiedziałem
przecież, że ma cukrzycę i musi zjeść posiłek zaraz po zastrzyku, ale
zapomniałem. Przeze mnie o mało nie wpadł w śpiączkę! - chłopczyk rozpłakał
się na dobre. Babcia przytuliła go.
- Nie bądź dla siebie taki surowy – powiedziała. - Ktoś z nas dorosłych powinien
tego dopilnować. Wszystko dobrze się skończyło dzięki pani pielęgniarce,
która akurat szła odwiedzić swego podopiecznego i dzięki temu, że nie
zamknąłeś drzwi od mieszkania pana Józefa na klucz. Rozumiem, że jest ci
wstyd, jednak to zdarzenie chyba wiele cię nauczyło?
- Tak babciu, ale właściwie dlaczego pan sąsiad mieszka sam?
Starsza kobieta zamyśliła się.
- Widzisz, Grzesiu – powiedziała po chwili milczenia – czasami tak dziwnie się w
życiu składa. Jest nawet takie powiedzenie: „Kogo Pan Bóg miłuje, tego
krzyżuje”. W zasadzie można je odnieść do pana Józefa. Tak wiele już
wycierpiał. Od niedawna mieszka tuż obok nas. Zamienił się mieszkaniem z
naszymi poprzednimi sąsiadami. Mieszkał na czwartym piętrze w bloku, w
którym nie ma windy. Bez nogi ciężko mu było się poruszać po schodach.
- Co się stało z jego nogą? - chłopczyk chciał wszystko dokładnie wiedzieć.
– To skutek choroby - odpowiedziała babcia - kiedyś opowiadał mi, że bardzo
go bolała i lekarze zdecydowali, że trzeba ją amputować.
- To straszne, bardzo mu współczuję. Czy pan Józef nie ma rodziny? Oprócz pani
pielęgniarki, nikt do niego nie przychodzi - Grzesiu pytająco patrzył na swoją
babcię.
- Wiesz, Grzesiu, pan sąsiad nie mówi o tym chętnie, być może krótko się
jeszcze znamy. W Uroczystość Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny
poprosił mnie, bym pomogła mu dostać się do kościoła na Mszę św. i na
cmentarz. Tam zapalił znicze i modlił się przy grobie swojej żony i synka.
Powiedział mi tylko, że zginęli w wypadku. Nic więcej nie wiem. Wiem jednak,
że potrzebuje naszej pomocy.
- O, tu jesteście – Asia i Kasia jednocześnie weszły do pokoju brata. - Idziemy
spać i chcemy powiedzieć dobranoc.
- Dobrze, że tu zajrzałyście! Trzeba wymyślić coś, aby pan Józef nie czuł się
samotny.
Babcia z nadzieją patrzyła na wnuczki. Kasia usiadła obok Grzesia na łóżku.
– Mogę z tobą, Grzesiu, robić zakupy dla pana sąsiada w te dni, kiedy mam na
później do szkoły – zadeklarowała chęć swojej pomocy.
- Zbliża się Adwent – myślała głośno stojąca w drzwiach pokoju Asia. Zmobilizuję swoich przyjaciół ze szkolnego koła Caritas. Będziemy odwiedzać
pana Józefa, zrobimy mu też przedświąteczne porządki.
- To wspaniale! – powiedziała babcia. - Może uda mi się namówić sąsiadki do
tej akcji. Wszyscy razem musimy zadbać, by nie było to tylko adwentowe
postanowienie, ale ciągle trwająca pomoc!
16.
Utracony dar
- Mamusiu, proszę Cię, pomóż mi szukać! Może jeszcze gdzieś znajdziemy?
Grzesio, ocierając łzy już chyba po raz dziesiąty, przeszukiwał szatnię.
- Ależ synku, telefon nie jest aż tak mały, zobaczylibyśmy, gdyby gdzieś tu
leżał. Prosiłam cię rano, abyś nie zabierał go do szkoły. Przecież nie możecie
mieć załączonych, ale się uparłeś. Chciałeś zaimponować kolegom, prawda?
Zmartwiona mama usiłowała przekonać synka, by zakończył poszukiwania.
- Wiem mamusiu, źle zrobiłem.
Chłopiec nie mógł powstrzymać łez, które jak grochy toczyły się po policzkach.
Koleżanki i koledzy dawno wyszli już ze szkoły. Szatnia była pusta. Mama
usiłowała uspokoić synka. Nie pomagały jednak żadne słowa. Grzesio
korzystając, że nie ma nikogo, płakał niemal na cały głos. Ten telefon otrzymał
od wujka Rafała, to najnowocześniejszy model. Wszystkie dzieci w klasie
podziwiały nowy nabytek Grzesia.
- Pomyśl, gdzie miałeś go po raz ostatni? – zapytała mama. Grzesio zmarszczył
czoło. Nagle jego buzia rozpromieniła się.
- Wycinaliśmy kwiaty z bibuły, a potem Kasia zsuwała śmieci z ławek wprost do
kosza, który trzymał Adam, oni są dyżurnymi. Mój telefon leżał pod tymi
śmieciami. Mamo, może on jest w koszu?
Nie zwracając uwagi na to, że ma już ubrane buty chłopiec pobiegł do klasy. W
ostatnim momencie zdążył powstrzymać panią sprzątaczkę przed wysypaniem
zwartości kosza do dużego worka na śmieci.
- Proszę pani, proszę mi pomóc, w koszu jest mój telefon! Sprzątaczka, pani
Jola, zawsze życzliwa i wyrozumiała dla uczniów, pochyliła się nad stertą
pociętej bibuły. Powstrzymała rękę Grzesia, który chciał zanurzyć ją w koszu.
- Poczekaj, ja mam rękawiczki, nie będziesz grzebał w śmieciach gołymi
rękami!
Po chwili trzymała w dłoni komórkę chłopca, który z radości obdarzył ją
całusem w policzek. Jednym susem znalazł się przy mamie.
- Wiesz, tak się cieszę, że ten telefon się odnalazł! Jutro jedziemy do wujka
Rafała, byłoby mu pewnie przykro, gdyby się dowiedział, że go zgubiłem.
- Rozumiem - powiedziała mama i pogładziła synka po rozwichrzonej czuprynie.
Wiesz po co jedziemy do wujka, prawda?
- Tak mamusiu, będą chrzciny Jacusia, synka wujka. Cieszę się, jeszcze nigdy tak
z bliska nie widziałem chrztu! A właśnie mamusiu, po co jest chrzest?
- Bardzo się zmartwiłeś, gdy zgubiłeś telefon? – odpowiedziała pytaniem na
pytanie mama. Chłopiec przytaknął główką.
- Było ci przykro, tym bardziej, że jest to dar od wujka. Kiedyś ludzie otrzymali
od Pana Boga wspaniały dar – kontynuowała mama - byli szczęśliwi, bo mogli
być bardzo blisko Boga, rozmawiać z Nim. Żyli w przyjaźni ze Stwórcą, ze
światem przyrody, także ze sobą. Nie mieli wyrzutów sumienia, bo nie zrobili
nic złego. Mieli w duszy jasne światło Boże. Ale pewnego razu stało się
nieszczęście, ludzie posłuchali szatana, który był zazdrosny o to, że oni są tacy
piękni i szczęśliwi. Namówił ich, by zrobili coś złego. Wtedy ludzie stracili
przyjaźń z Bogiem, zaczęli się też kłócić miedzy sobą, zabijać i zaczęli mieć
potworne wyrzuty sumienia, bo popełnili grzech pierworodny, zgrzeszyli
nieposłuszeństwem. Zgasło w nich jasne Boże światło. Bez Boga nie umieli być
dobrzy i szczęśliwi. Byli bardzo smutni. Gdy zrozumieli, co zrobili, żałowali i
prosili dobrego Ojca w niebie, który nigdy nie przestał ich kochać, by się
ulitował i pomógł im naprawić uczynione zło. Bardzo tęsknili. Wołali do Stwórcy
o ratunek, a On, widząc ich skruchę, zesłał na ziemię Zbawiciela.
- Wiem, Jezusa, który za nas oddał życie w okrutnej męce. Babcia i tato mi
opowiadali, gdy uczyłem się modlitwy „Wierzę w Boga Ojca” – Grzesio wszedł
mamie w słowo.
- Tak, właśnie Pan Jezus otworzył nam niebo i ustanowił chrzest święty, który
jest wielkim darem. W czasie chrztu otrzymujemy łaskę uświęcającą, zostaje
zgładzony grzech pierworodny, a na duszy wyryte znamię przynależności do
Chrystusa. Stajemy się dziećmi Bożymi. Dlatego Jacuś będzie ubrany w białe
ubranko i otrzyma białą szatkę. Ja będę jego chrzestną mamą.
- Mamusiu, jak to dobrze, że Jezus podarował nam tak wspaniały dar! - Grzesio
jak zawsze potrafił wyciągnąć mądry wniosek z rozmowy.
- Tak, to prawda. Popatrz przechodzimy obok kościoła, wejdźmy, by Mu za to
podziękować – powiedziała mama.
17.
A tak ci ufałam
Asia, jak zwykle na przerwie podeszła do okna, znajdującego się we wnęce
gimnazjalnego korytarza. Tu spędzała każdą wolną chwilę z Piotrkiem, kolegą z
I a. Rozumieli się i mieli wiele wspólnych tematów. Pasjonowała ich
matematyka, lubili razem rozwiązywać zadania. Rozmawiali o sprawach, które
ich nurtowały. Wymieniali się e-mailami. Relacje między nimi można by nazwać
głęboką przyjaźnią, a może nawet czymś więcej. Dziś jednak Piotrek zmroził
ją zimnym spojrzeniem.
- Myślałem, że jesteś inna, zawiodłem się na tobie – powiedział i odszedł z
kolegami.
- Co się stało? - Asia nie mogła zrozumieć o co chodzi Piotrkowi.
Chłopak jednak nie zatrzymał się nawet na sekundę, by wyjaśnić sprawę.
Dziewczyna przez chwilę usiłowała zebrać myśli. Zaczęła iść w stronę
chłopców, ale rozmyśliła się.
- Co go ugryzło? - zastanawiała się analizując ostatnie spotkanie. Nie miał
powodu się obrazić, nie zrobiła nic złego.
- Co, książę z bajki się ulotnił? - Ania podeszła do smutnej Asi.
Znały się od piaskownicy, chodziły do tej samej klasy w podstawówce, a teraz
w gimnazjum dzieliły nawet tę samą ławkę. Od czasu, gdy Asia zaprzyjaźniła
się z Piotrem, spotykały się nieco rzadziej. Chociaż ostatnią sobotnią noc Ania
spędziła u koleżanki. Trochę się uczyły i jak to dziewczyny, rozmawiały o
ciuchach i chłopakach.
- Nie wiem, o co mu chodzi? Nic z tego nie rozumiem – Asia była naprawdę
zdezorientowana..
- Stroi fochy, nie przejmuj się - Ania próbowała pocieszyć koleżankę, ale
brzmiało to jakoś nieszczerze.
W tej właśnie chwili zadzwonił dzwonek na lekcję. Asia nie mogła się skupić.
Nie zrozumiała zupełnie zadania, które tłumaczyła pani od matematyki.
Wyrwana do tablicy zrobiła banalny błąd w obliczeniach. Nie mogła doczekać
się przerwy. Gdy wreszcie rozległ się dzwonek z mieszanymi uczuciami
podeszła pod klasę I a. Poczekała na Piotra. Blokując mu przejście powiedziała:
- Nie znoszę niedomówień, o co chodzi?
- Nie udawaj. O twojego wczorajszego maila. Jak mogłaś tak napisać? Nie
miałaś odwagi powiedzieć mi wprost, co o mnie myślisz?
- We wczorajszym mailu wysłałam Ci zadania do rozwiązania i pozdrowienia,
nic więcej – wyjaśniła Asia.
- Przynajmniej miałabyś odwagę się przyznać, nie znoszę kłamców – Piotrek
był naprawdę poirytowany - jestem nieudacznikiem, co? Mogłaś sobie
przynajmniej darować tę uwagę o moim ojcu.
Piotrek prawie nikomu nie mówił o swoich problemach z ojcem alkoholikiem,
który często robił w domu awantury. Wiedziała o tym tylko Asia.
- Piotr, co ty mówisz? Nic takiego nie pisałam – Asia miała łzy w oczach, ale
Piotrek już jej nie słuchał. Odszedł rozzłoszczony.
Dziewczyna wyszła ze szkoły. W domu nawet nie tknęła obiadu, płakała w
swoim pokoju. Mama wyjechała na delegację, tacie w zasadzie nie chciała się
zwierzać, ale on, zmartwiony zachowaniem córki, usiłował dociec co się stało.
Więc połykając łzy opowiedziała mu całą sytuację.
- Wiesz Asiu, istnieje taka możliwość, że ktoś wysłał tego maila w twoim
imieniu – tato był nie mniej zmartwiony niż Asia - czy ktoś zna twoje hasło?
Wtedy Asia doznała olśnienia.
- Tylko Ania i tylko jej mówiłam o sytuacji domowej Piotra, ale ona jest moją
najlepszą przyjaciółką, nie mogła tego zrobić, tato, nie wierzę! Chociaż
faktycznie ostatnio jakoś dziwnie się zachowywała.
- Ubieraj się, idziemy do Ani – powiedział tato – trzeba to wyjaśnić.
W tym samym momencie rozległ się dzwonek do drzwi.
- Asiu, masz gości – poinformowała babcia stając w drzwiach pokoju
dziewczynki. W drzwiach pojawiła się również Ania, a za nią wszedł do środka
Piotrek.
- Czy możemy porozmawiać?
Ania stawała się raz czerwona, raz blada. Tato wstał chcąc wyjść, lecz Ania
zatrzymała go mówiąc:
- Niech pan zostanie, pewnie Asia opowiedziała już panu tę historię. Proszę
cię Asiu, wybacz mi. Byłam do spowiedzi, bo sumienie gryzło mnie jak
ogromny robal. Ksiądz uświadomił mi, że to oszczerstwo, nadużycie zaufania,
złamanie prywatności i w ogóle… nasłuchałam się ile wlezie. Należało mi się.
Zrobiłam to z zazdrości, nawet nie o Piotra, tylko o ciebie. Dawniej zawsze
miałaś dla mnie czas. Teraz tylko Piotr i Piotr. Wiem, że mnie to nie
usprawiedliwia, ale bardzo chcę naprawić swój błąd. Wyjaśniłam już sprawę
Piotrowi. Czy wybaczysz mi - proszę?
- Asia ukryła twarz w dłoniach, przez palce spływały jej łzy, po chwili opanowała
się i powiedziała:
- Spróbuję Aniu, na razie czuję jeszcze wielki żal, przecież tak ci ufałam…
18.
Pieniądze to nie wszystko
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedziała Asia połykając łzy.
- Na wieki wieków. Amen – powitała babcia wracającą do domu dziewczynkę co się stało? Dlaczego płaczesz?
Asia zrezygnowana usiadła przy kuchennym stole. Łzy płynęły jej ciurkiem po
policzkach. Żal ściskał ją za gardło i uniemożliwiał wydobycie głosu. Wyciągnęła
w kierunku starszej pani torebkę. Teraz dopiero babcia zauważyła, że była
pocięta, a w środku brakowało portmonetki.
- W ogóle nie zauważyłam jak to się stało – powiedziała wreszcie Asia - w
autobusie zrobił się nagle tłok, dopiero jak wysiadłam zorientowałam się w
sytuacji. Torebkę pocięto jakimś bardzo ostrym narzędziem. Miałam tam
wszystkie zarobione pieniądze. Co ja teraz zrobię? - martwiła się.
Od pierwszego kwietnia do końca czerwca Asia zobowiązała się opiekować
dzieckiem znajomej mamy. Zaraz po lekcjach jechała, by przejąć opiekę nad
malcem i zostawała tam aż do powrotu z pracy taty Piotrusia, czyli do około
dwudziestej. Wtedy dopiero wracała do domu, odrabiała lekcje i kładła się
spać. Gimnazjum, do którego uczęszcza, ma wysoki poziom nauczania, więc
chcąc być na bieżąco solidnie przykładała się do pracy. Pilnowanie chłopca też
wymagało sporego wysiłku. Miała jednak niezwykle dobry kontakt z
rozpieszczonym trzylatkiem, który wcale nie był łatwym do wychowania
dzieckiem. Często marudził, próbował manipulować rodzicami, którzy nie mieli
dla niego zbyt wiele czasu. Asia jednak znalazła drogę do jego serca. Piotruś
przy niej stawał się jakby grzeczniejszy i bardziej wyciszony. Dużo mu czytała,
bawiła się z nim i opowiadała bajki, które sama znała z niedawnego przecież
dzieciństwa. W ten sposób chciała zarobić na wakacje. Jutro właśnie mijał
termin wpłaty wyznaczonej sumy w biurze podróży, dlatego już dziś Asia
dostała od rodziców chłopczyka pieniążki, chociaż jeszcze zostało kilka dni do
końca czerwca.
- Tak się cieszyłam na ten wyjazd.
Rozżalona dziewczynka wciąż nie mogła powstrzymać łez. Nie zauważyła, że
od kilku minut całą sytuację obserwuje jej młodsze rodzeństwo: Kasia i Grzesio.
Braciszek zacisnął piąstki i z gniewną minką podszedł do siostry.
- Gdybym złapał tego złodzieja, to nie wiem co bym mu zrobił -powiedział
hardo – a właściwie wiem! Stłukłbym go na kwaśne jabłko.
Asia przytuliła chłopca.
- Dziękuję Grzesiu – powiedziała ocierając łzy – ale wiesz, teraz przypomniało
mi się takie opowiadanie, które czytał nam kiedyś tatuś. Zdaje się, że jego
autorem jest Bruno Ferrero. Nie pamiętam dokładnie jego treści, ale sens jest
taki, że okradziony starszy pan, któremu złodziej przyłożył pistolet do głowy i
zabrał wszystko, co miał, wieczorem modlił się dziękując Bogu za to, że żyje,
że w chwili napadu nie było przy nim jego córki i żony, modlił się za złodzieja.
Milcząca dotąd Kasia podeszła do siostry i podała jej chusteczki, a głośno
powiedziała:
- Chociaż to niezwykle trudne, dzisiaj przy wieczornej modlitwie pomodlimy
się za tego złodzieja. Ale modlitwa nie zwróci tobie Asiu pieniążków.
Pogładziła siostrę po mokrych od łez policzkach.
- Wiesz Kasiu, trudno, bardzo mi ich żal, ale dość tych łez – powiedziała Asia
zdecydowanym tonem - najważniejsze jest to, że mam kochającą rodzinkę.
Gdyby nie wy, byłoby mi bardzo smutno. Pieniądze to nie wszystko.
Zajęte rozmową rodzeństwo nie zauważyło nawet, że w przedpokoju zrobił
się ruch. Po chwili dopiero uradowany Grzesio zawołał:
- Ciocia i wujek przyjechali, ale niespodzianka!
Do kuchni weszła najpierw ciocia Ania, która była chrzestną mamą Asi, a za
chwilę w drzwiach pojawił się wujek Jurek. Mieszkali w Gdańsku, więc nie
często odwiedzali rodzinę, bo to przecież kawał drogi. Radosne powitanie
przerwała babcia zapraszając do stołu. Po obiedzie ciocia z ogromnej walizki
wydobyła prezenty. Grzesio odjechał do swojego pokoju wspaniałym autem,
Kasia dostała śliczną sukienkę.
- Asiu – powiedziała ciocia Ania – jesteś moją chrzestną córką, dla ciebie więc
specjalny prezent. Nie znam twoich upodobań, więc zdecydowałam, że sama
wydasz te pieniążki, na co będziesz chcieć. Wiem, że jesteś rozsądną
dziewczyną, więc z pewnością dobrze je zainwestujesz.
Asia zarzuciła cioci ręce na szyję.
- Dziękuję ciociu! - zawołała radośnie – uratowałaś moje wakacje!
Dziewczynka z niedowierzaniem patrzyła na trzymaną w ręce kwotę. To była
suma, która wystarczała na opłacenie wyjazdu. Przy wieczornej modlitwie Asia
mówiła:
- Dziękuję Ci Boże, że pozwoliłeś mi doświadczyć tego, że pieniądze to nie
wszystko i dziękuję Ci, że tak troszczysz się o mnie, dając mi dobrych ludzi.
Kasia natomiast dodała zgodnie z wcześniejszą deklaracją:
- Niech ten złodziej, który okradł moja siostrę także znajdzie drogę do Ciebie.
19.
Kto jest ważniejszy?
Kasia i Julitka wróciły z niedzielnej Mszy św. w radosnych nastrojach.
Dziewczynki zaprzyjaźniły się w czasie ferii, obydwie wypoczywały na tym
samym zimowisku w Krynicy. Rodzice pozwolili Julitce spędzić kilka dni u
koleżanki. Dziewczynki miały wolny piątek po Uroczystości Bożego Ciała, który
niestety bardzo szybko minął, podobnie sobota. Niedziela była dniem
pożegnania. Na szczęście, jak to mówi Julitka, dopiero po popołudniowej
kawie rodzice, którzy zostali na nią zaproszeni przez rodziców Kasi, zabiorą
swoją pociechę do domu.
- Myjcie ręce i siadajcie już do obiadku – powiedziała babcia.
Razem z Asią pięknie przygotowały niedzielny stół, Asia nawet położyła na nim
śliczne kwiaty, które wczoraj dostała od Piotra. Wszyscy zachwycając się
obiadowym zapachem zajęli miejsca przy stole. Tato rozpoczął modlitwę
przed jedzeniem. Julitka zdążyła się już jej nieco nauczyć. U niej w domu nie
ma zwyczaju modlenia się przed posiłkami. Dziewczynka bacznie obserwowała
życie rodziny swojej przyjaciółki. Podobały jej się zasady w niej obowiązujące:
podział obowiązków, wzajemna pomoc, a najbardziej to, że gdy któreś z dzieci
ma urodziny, może z rodzicami gdzieś wyjechać. Takie świętowanie urodzin
podoba się Julitce o wiele bardziej niż prezenty czy organizowane z tej okazji
imprezy. Dzwonek telefonu oderwał ją od stołu.
- To rodzice telefonowali – poinformowała po zakończonej rozmowie - chcą
zabrać mnie i Kasię na zakupy. Mama powiedziała, że będziemy mogły kupić
sobie najmodniejsze spodnie, właśnie te Kasiu, które w piątek oglądałyśmy w
galerii i możemy dobrać do nich bluzki – dziewczynce radośnie zabłysły oczy.
- Będę mogła pójść? - Kasia popatrzyła błagalnie na rodziców.
- Nie Kasiu, dzisiaj jest niedziela i nie robi się zakupów - odparła mama.
- Ale rodzice Julitki już nas tak szybko nie odwiedzą, czy nie mogłabym ten
jeden raz zrobić wyjątku. Będzie przykro jej mamie, gdy nie pójdę – buzia Kasi
ułożyła się w podkówkę.
- Myślę, że mama Julitki to zrozumie – powiedział tato.
- Inne dzieci też chodzą z rodzicami w niedzielę na zakupy, tylko ja nie mogę –
dziewczynka rozżaliła się na dobre.
- Wiesz, że staramy się przestrzegać Bożych przykazań. Niedziela to dzień,
który należy do Boga. Najważniejsza jest Msza św., ale również powinniśmy
odpoczywać i dać odpocząć innym – tłumaczył spokojnie tato.
- Pamiętasz Kasiu – wtrąciła się do rozmowy babcia – opowiadałam ci o św.
Faustynie. Żyła w Zgromadzeniu, które utrzymywało się między innymi ze
sprzedaży owoców i warzyw wyhodowanych przez siostry. W poniedziałek
rano trzeba było iść na targ, by je sprzedać. Musiały być poukładane w
koszykach, wcześniej jeszcze trzeba było je oczyścić i dlatego, by siostry
mogły dłużej pospać, ich Siostra Przełożona pozwalała wykonywać te
czynności w niedzielę popołudniu. Święta Faustyna prosiła wówczas, by mogła
wstawać o czwartej rano i wykonać przypadające na nią obowiązki. Z całego
serca pragnęła być posłuszna Bogu, który zawsze był dla niej najważniejszy.
- Ale ja tak bardzo chciałabym mieć te spodnie i bluzkę – Kasia nie dawała za
wygraną.
- Mam pomysł – powiedziała przysłuchująca się rozmowie Julitka – już niedługo
wakacje. Przyjedziesz do mnie Kasiu, twoi rodzice wczoraj się zgodzili. Wtedy
pójdziemy na zakupy i nie będzie to niedziela, już ja o to zadbam. Nigdy się do
tej pory nie zastanawiałam nad tym, że jest przecież tyle innych dni, które
można przeznaczyć na zakupy. Gdyby nikt nie przychodził do sklepów w
niedzielę, to zatrudnieni tam pracownicy też mieliby wolne, oni także mają
rodziny i chcieliby pewnie razem świętować, tak jak wy.
- To bardzo dobre rozwiązanie, podoba mi się twój pomysł – podsumował
rozmowę tato.
- Jest jeszcze jedna sprawa, o której do dziś nie myślałam – Julitka podeszła do
przyjaciółki - najważniejszy jest Bóg i to, co On mówi – powiedziała obejmując
Kasię.
- Dla Niego warto zrezygnować z własnych przyjemności, tak jak to robiła św.
Faustyna.
- Masz rację – zgodziła się Kasia – to chodźmy jeszcze poświętować zanim
przyjdą twoi rodzice i będziemy musieć się pożegnać.
20.
Czuwaj nad nami…
- Babciu bardzo prosimy pozwól nam iść samym, będziemy ostrożni i
będziemy trzymać się szlaku – Asia błagalnie patrzyła w oczy starszej pani.
- Zapowiadali opady na dziś, boję się, że stanie się wam coś złego, nie
jesteście przyzwyczajeni do chodzenia po górach.
Babcia nie była przekonana co do słuszności samodzielnej wyprawy
nastolatków.
- Nie będziemy oddalać się zbyt daleko. Wrócimy na podwieczorek – Asia nie
dawała za wygraną – spójrz jak pięknie świeci słońce, może prognoza pogody
się nie sprawdzi. Będziemy szli tą samą drogą, którą przedwczoraj szedł Adam
ze swoim wujkiem, on już nieraz tam chodził, więc nie martw się, na pewno nic
nam się nie stanie.
- Dobrze, zabierzcie kanapki i płaszcze przeciwdeszczowe.
Babcia pomogła Asi i Tomkowi spakować podręczne plecaczki. Przed domem
czekali już ich nowo poznani przyjaciele, Adam i Małgosia. Oni też przyjechali
na letni wypoczynek w góry. Małgosia była zawsze radosna, tryskała
optymizmem i wesołymi dowcipami potrafiła rozbawić największego
ponuraka. Adam był jej kuzynem. Spędzał lato z wujostwem, gdyż podobnie
jak Tomek stracił swój dom podczas powodzi. Teraz w czwórkę stanowili
zgraną paczkę, świetnie się rozumieli i mieli mnóstwo wspólnych tematów.
Wyruszyli jeszcze raz obiecując babci Asi, że będą ostrożni. Małgosi jak zwykle
nie zamykała się buzia.
- Wiecie, co najbardziej mnie denerwuje? – trajkotała – nie wiem jak was, ale
mnie rodzice traktują jak dziecko. Muszę wracać przed dwudziestą pierwszą z
każdej imprezy, zawsze muszę meldować gdzie idę, to jest denerwujące.
- Martwią się o ciebie – Adam jak zwykle rzeczowo podszedł do tematu - na
ulicy wieczorem bywa niebezpiecznie.
- Tak samo niebezpiecznie jest o dwudziestej pierwszej jak o dwudziestej
trzeciej – Małgosia chciała postawić na swoim.
- Nieprawda, o dwudziestej trzeciej jest znacznie mniej przechodniów, a
więcej opryszków, którzy mogą wyrządzić ci krzywdę – wtrącił się do
rozmowy Tomek.
- Moja mama mówi mi zawsze, że zrozumiem te zakazy dopiero, gdy będę
mieć własne dzieci, wy pewnie też, więc nie ma o co się spierać - dodała Asia –
zobaczcie, zaczyna się chmurzyć.
Faktycznie, niebo od zachodu pokrywały ciemne chmury, które w szybkim
tempie przesuwały się w ich kierunku. Z daleka słychać było grzmoty.
- Nie lubię burzy – stwierdziła Małgosia – boję się! Może byśmy się gdzieś
schronili.
- Tam jest szałas – Adam wskazał ręką możliwe schronienie przed deszczem.
Oddalone było jednak sporo od miejsca, w którym przebywali. Zaczęli szybko
zmierzać w tamtym kierunku. Zerwał się mocny wiatr, spadły pierwsze krople
deszczu. Niedaleko uderzył piorun. Małgosia, która usiłowała wyciągnąć z
plecaka płaszcz przeciwdeszczowy, przestraszyła się. Jej noga ześlizgnęła się z
kamienia. Upadła. Krzyknęła, gdyż poczuła przeszywający ból. Chciała wstać,
ale nie mogła ruszyć nogą, która zrobiła się bezwładna. Adam pochylił się nad
dziewczyną.
- Moim zdaniem to jest złamanie, mieliśmy zajęcia z pierwszej pomocy w
szkole przed wakacjami, trzeba unieruchomić dwa sąsiednie stawy, kolano i
kostkę. Tomek znajdź jakieś grube kije, lub gałęzie!
Adam nie tracił zimnej krwi, widząc przerażoną Asię i pobladłą z bólu twarz
Małgosi. Z opanowaniem koordynował akcją ratunkową.
Burza rozszalała się na dobre. Tomek na szczęście znalazł dwie gałęzie, a Adam
jak prawdziwy sanitariusz usztywnił nogę kuzynki, poświęciwszy na to swoją
koszulkę, która spełniła rolę bandaża.
- Moja babcia zawsze modli się w czasie burzy – Asia, nie mogąc pomóc w
żaden inny sposób, zaczęła głośno odmawiać „Aniele Boży”.
Reszta przyłączyła się do niej. Błyskawice rozdzierały niebo, a głośne grzmoty
zakłócały słowa modlitwy.
- Boża Opatrzności - czuwaj nad nami – Asia nie ustawała w przyzywaniu
pomocy nieba.
Przemoczeni i przerażeni donieśli Małgosię do szałasu. Na szczęście schronili
się tam też inni turyści. Użyczyli im swojego telefonu, by mogli wezwać
pomoc. Ten, którym dysponowała Asia nie miał zasięgu. Burza jak szybko
przyszła tak szybko przeminęła. Małgosię przetransportowano do szpitala,
gdzie założono gips. Na szczęście jeszcze tego samego dnia mogła wrócić do
domu, gdyż złamanie nie było skomplikowane, a pierwsza pomoc udzielona
fachowo. Tak powiedział chirurg. Wszyscy byli dumni z Adama.
- Napiszcie mi coś na gipsie, tylko coś wesołego – Małgosia jak zwykle nie
traciła humoru. Podpierając się kulami skakała na jednej nodze.
– Pójdziemy wieczorem na nabożeństwo, podziękujemy Panu Bogu, że nad
nami czuwał i że w czasie tej okropnej burzy nie stało się nam coś gorszego.
- Bardzo się o was martwiłam, z chęcią przyłączę się do tej dziękczynnej
modlitwy – powiedziała babcia.
21.
Jak postąpić?
Na szkolnym korytarzu jak zwykle podczas przerwy panował gwar. Pani Ewa,
która akurat pełniła dyżur czujnym okiem spoglądała na uczniów pilnując, by
nikomu nie stała się krzywda. Zwróciła uwagę na grupę chłopców z czwartej
klasy, którzy jakoś dziwnie się zachowywali. W czasie, gdy zmierzała w ich
stronę, usłyszała głośny krzyk, a potem płacz. To Kubuś z drugiej klasy,
połykając łzy, bezradnie rozglądał się wkoło, a starsi chłopcy śmiali się z niego
dowcipkując i nazywając go mięczakiem. Przestali dopiero, gdy zauważyli
nauczycielkę.
- Co się stało? – zapytała pani.
- Oni dali mi coś do ręki i to tak dziwnie mnie zabolało, jakby raziło prądem, aż
do teraz boli mnie dłoń – tłumaczył Kuba, ciągle jeszcze pochlipując i rozcierał
bolące miejsce.
- Proszę mi to dać – zdecydowanie powiedziała pani do chłopców. Popatrzyli
jeden na drugiego i w końcu Marcin wyciągnął z kieszeni błyszczący przedmiot i
podał pani. Nauczycielka wzięła go do ręki i natychmiast upuściła,
doświadczając tego samego, o czym mówił Kubuś. Okazało się, że wzięcie w
nieodpowiedni sposób do ręki tej błyskotki, powoduje nieznośny ból i uczucie
rażenia prądem.
- Skąd to masz? – zapytała.
Marcin stał ze spuszczoną głową.
- Czekam – pani ponagliła chłopca.
Uczeń popatrzył błagalnie na kolegów, ale wszyscy wycofali się, stał sam przed
nauczycielką.
- Znalazłem, gdy szedłem do szkoły – powiedział - byłem ciekawy co to, więc
wziąłem. Zobaczyłem jak to działa, pomyślałem, że zrobię kolegom kawał.
- Zgłoszę to twojej wychowawczyni – powiedziała pani i poszła do pokoju
nauczycielskiego, gdyż dzwonek oznajmił, że pora na lekcję.
Uczniowie ustawili się pod klasą. Kasia, która dyskretnie obserwowała całe
zajście i słyszała tłumaczenie Marcina, podeszła do kolegi.
- Czemu powiedziałeś pani, że znalazłeś ten przedmiot w drodze do szkoły,
szliśmy razem, cały czas byłam z tobą i niczego takiego nie widziałam.
- A co cię to obchodzi – odburknął Marcin.
Kasia nie odezwała się więcej. Rozpoczęła się lekcja religii. Pani katechetka
robiła z dziećmi rachunek sumienia, gdyż następnego dnia miały się rozpocząć
rekolekcje wielkopostne. Opowiedziała przykład, jak to diabeł dodaje odwagi
wtedy, gdy czynimy zło i zabiera ją, gdy mamy klęknąć u kratek konfesjonału i
podsuwa wstyd.
Mówiła o konieczności przeproszenia i wynagrodzenia
wyrządzonej krzywdy. Kasia spoglądała na Marcina i widziała, że dokonuje się
w nim wewnętrzna walka. Przyjaźniła się z kolegą, często razem spędzali czas,
pomagając sobie w lekcjach. Ostatnio Marcin zrobił się jakiś inny. Dziewczynka
zauważyła, że Hubert i Jacek mają na niego zły wpływ. Kiedyś przyłapała ich na
wymuszaniu od młodszych dzieci pieniądzy, był z nimi Marcin. Postraszyła ich
wówczas, że zgłosi to wychowawczyni, ale oni obiecali, że więcej tego nie
zrobią. Ulitowała się, bo zarówno Jacek jak i Hubert mieli już całą litanię
negatywnych uwag w dzienniku. Kasia przeczuwała, że mają coś wspólnego z
zajściem na przerwie. Po lekcji podeszła do Marcina.
- Co się dzieje, tylko mnie nie zbywaj! Widzę przecież, że coś nie jest tak.
- Kaśka, nie wiem jak mam postąpić. Tak naprawdę, to myśmy ten kopiący
prostokąt wymusili na Łukaszu.
- Myśmy, to znaczy ty, Hubert i Jacek? – upewniła się Kasia.
- Tak! Byliśmy przedwczoraj u niego w domu. Jego brat chodzi do liceum i z
fizyki miał wykonać pracę. Zrobił właśnie taki kopiący przedmiot, który tam do
czegoś służy, ale ja nie pamiętam do czego. Namówiliśmy Łukasza, by zabrał
go dziś do szkoły. Chcieliśmy zrobić dowcip kolegom. Mieliśmy po lekcjach
zwrócić go Łukaszowi, bo jego brat ma jutro wziąć ten swój wynalazek do
oceny. Kłamałem, bo nie chciałem wsypać kolegów. Pani zabrała go i co teraz
będzie? Kaśka, ale nie mów chłopakom, że ci powiedziałem – błagał Marcin –
będę musiał iść i poprosić panią wychowawczynię o zwrot tego przedmiotu.
Pewnie dostanę karę.
Kasia, która słuchała z coraz większym oburzeniem pokręciła przecząco głową.
- A właśnie, że im powiem. Oni też robili przed chwilą rachunek sumienia.
Miarka się przebrała!
Dziewczynka zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku stojących w drugim
kącie korytarza kolegów. Marcin nawet nie próbował jej powstrzymać.
Wiedział, że Kasia jest uparta i zasadnicza. W zasadzie kiedy jej wszystko
opowiedział poczuł ulgę. Z bijącym sercem szedł w stronę pokoju
nauczycielskiego. Zanim zapukał, stał chwilę jak skazaniec czekający na wyrok.
Pani wychowawczyni spojrzała na Marcina surowym wzrokiem. Nie zdążyła
jednak o nic zapytać, bo nagle obok chłopca pojawili się Jacek i Hubert.
- Chcemy wyjaśnić – zaczął Jacek.
- To nie tylko Marcin jest winien – dołączył się Hubert i opowiedział pani całe
zdarzenie - Marcin próbował nas kryć. Dzięki stary – powiedział wyciągając do
kolegi rękę.
- A myśmy się zachowali jak tchórze – podsumował Jacek.
- Ale teraz bardzo przepraszamy. Przeprosimy też panią Ewę i Kubę – dodał
Marcin.
Kiedy skończyły się lekcje chłopak czekał na Kasię. Szli razem rozmawiając o
jutrzejszych rekolekcjach.
- Dziękuję, Kasiu – powiedział Marcin, nie wiem jak to zrobiłaś, ale Hubert i
Jacek pójdą ze mną do Łukasza, by oddać własność jego bratu. Na naukę
rekolekcyjną też umówiliśmy razem, pójdziesz z nami?
- Tak, i zabiorę ze sobą swojego brata Grzesia.
22.
Jak to naprawić?
Sobotni wieczór minął bardzo przyjemnie. Dziękując jeszcze raz za prezenty,
Kasia w przedpokoju żegnała imieninowych gości. Kiedy wyszli, rozpromieniona
wbiegła do kuchni.
– Pomogę zmywać, mamusiu! – zawołała.
- Dobrze, bardzo się cieszę. Przebierz się wcześniej, bo zbrudzisz bluzkę –
mama z troską spojrzała na córeczkę.
– Nie zbrudzę – zapewniła i pobiegła, by z pokoju przynieść resztę naczyń.
Zebrała je ze stołu na tacę. Zwróciła się w stronę drzwi i poczuła pod nogami
pędzącego na czworakach Grzesia, który akurat urządzał sobie wyścig
samochodowy. Automatycznie uniosła tacę w górę, by utrzymać równowagę,
taca jednak przechyliła się. Talerzyki spadały na podłogę, ocierając się
wcześniej o piersi Kasi. Przerażony Grzesio podniósł się z klęczek i utkwił wzrok
w dużej, wiśniowej plamie, odbitej na śnieżnobiałej bluzce.
- Patrz, co narobiłeś! - wrzasnęła dziewczynka.
– Ja? – zdziwił się chłopiec - to ty nie patrzysz pod nogi – rzekł usiłując zbierać
rozsypane po pokoju talerze.
Mama stanęła w drzwiach, patrzyła z wyrzutem na córkę.
- Wiem mamusiu – powiedziała Kasia tłumiąc łzy – bardzo przepraszam, miałaś
rację, powinnam się przebrać.
- Och, Kasiu – westchnęła mama opanowawszy zdenerwowanie. Widząc
szczery żal dziewczynki przytuliła ją.
- Chyba jest jeszcze coś, co powinnyśmy omówić, prawda? Daj szybko bluzkę
do prania, może uda się sprać tę nieszczęsną plamę i przyjdź do kuchni,
porozmawiamy zmywając.
Kasia wykonała polecenie i stanęła ze ściereczką do naczyń obok kuchennego
stołu.
- Pamiętasz? Doradzałam ci wczoraj, byś nie ubierała bluzeczki Zosi – mówiła
mama podając Kasi talerze do wycierania - wiem, że macie taką umowę i
pożyczacie od siebie różne rzeczy, z ubraniami włącznie. Nie jest to jednak
najmądrzejsze. Sama widzisz, co z tego wynikło. Jeżeli plama nie zejdzie,
trzeba będzie odkupić Zosi bluzkę.
- Tak, wiem mamusiu. Siostra katechetka tłumaczyła nam, że chcąc dobrze się
wyspowiadać, trzeba wypełnić wszystkie warunki spowiedzi. Już niedługo
rekolekcje. Rozumiem, że muszę oddać Zosi niezniszczoną bluzeczkę. Jeżeli
plama nie zejdzie, to zrezygnuję z kieszonkowego, by móc jej to wynagrodzić.
Mam jednak inny problem. Nie wiem jak naprawić szkodę, którą razem z
kolegami zrobiliśmy w kościele.
- Co takiego zrobiliście? – mama przestała zmywać i z niepokojem popatrzyła
na córkę.
- To było w środę, czekaliśmy na nowennę i siedzieliśmy w bocznej nawie.
Tomek wyjął z kieszeni mały gwóźdź i zaczął rysować po ławce. Zrobił taki
śmieszny napis. Potem Adam coś tam naskrobał. Wiedziałam, że to jest złe, ale
nie chciałam żeby się ze mnie nabijali, więc gdy przyszła moja kolej, to też
wyryłam na ławce swoje imię. W tym momencie zauważył to jakiś pan i kazał
nam natychmiast iść na środek kościoła. Powiedz mi mamusiu, jak mam przed
spowiedzią naprawić tę szkodę?
Mama po raz kolejny dzisiejszego wieczoru spojrzała z niepokojem na swoje
dziecko.
– Tego się po tobie nie spodziewałam, Kasiu – powiedziała smutno - będziesz
musiała o wszystkim opowiedzieć tacie, może coś na to poradzi. Papier ścierny
i lakier powinny uratować sytuację. Zrobicie to razem z kolegami. Oni też
powinni poczuć się odpowiedzialni za zniszczone mienie społeczne, na dodatek
w kościele.
- Jaka ja byłam niemądra. Tatuś będzie się gniewał, ale wiesz mamusiu, już mi
trochę lżej na sercu. Tak mi ciążył ten grzech, zapomniałam tylko na chwilę, gdy
byli goście. Zupełnie nie wiedziałam jak można naprawić taką ławkę. Jak to
dobrze, że mi podpowiedziałaś, teraz spokojnie mogę przygotować się do
spowiedzi. Bardzo przepraszam, że cię zdenerwowałam. Przeproszę także
Grzesia, nakrzyczałam na niego.
Kasia zarzuciła mamie ręce na szyję i przytuliła się mocno.
23.
Kogo trudniej kochać?
Rozpoczął się nowy, poświąteczny tydzień. Powoli wszystko zaczynało
przebiegać, utartym rytmem. Z kuchni jak zwykle dochodziły smakowite
zapachy. Babcia kończyła gotować obiad. W przedpokoju pojawił się Grzesio.
Zdejmując kurtkę i wypchany książkami plecak zapytał:
- Babciu, czy Kamil może do nas wejść? Odrobimy lekcje i trochę się
pobawimy.
Starsza pani wychyliła głowę zza kuchennych drzwi. Zobaczyła nieśmiałe,
proszące spojrzenie chłopca, stojącego jeszcze na klatce schodowej.
– A jego rodzice nie będą się martwić? – zapytała.
Grzesio gestem zaprosił Kamila do przedpokoju i spokojnie tłumaczył:
- Wiesz babciu, Kamil w zasadzie cały czas jest sam. Jego mama bierze
dodatkowe dyżury, a tata… - chłopiec zawahał się.
– A tata ma ważne sprawy i nie będzie go długo w domu – dokończył Kamil.
- Dobrze, wejdźcie i umyjcie ręce. Za chwilę wrócą dziewczynki, to podam
obiad.
Chłopcy grzecznie wykonali polecenie babci. Po smacznym obiedzie Kamil
pozostał jeszcze ponad godzinę. Kiedy ubierał kurtkę, babcia zauważyła, że
brakowało przy niej guzików, a nadprute kieszenie nie wyglądały zbyt
estetycznie. Chłopiec miał bardzo znoszone buty i zdecydowanie za duży
sweter, który zwisał mu z ramion. Na łokciach robiły się przetarcia.
W sobotni poranek, po wspólnej modlitwie, rodzina zgromadziła się przy
kuchennym stole. Dziewczynki, mające w tym dniu dyżur śniadaniowy, podały
smacznie przygotowany posiłek. Wszyscy lubili te chwile, kiedy mogli razem
rozpocząć dzień i porozmawiać o tym, co wydarzyło się podczas tygodnia.
Tato, nucąc jakąś wesołą melodię, radośnie przyglądał się córkom.
- Jestem z was dumny, tak ładnie nakryłyście do stołu. Skąd ta nadąsana minka
Kasiu? – zapytał przyglądając się młodszej córce.
- Z mojej półki zniknęły wszystkie słodycze. Grzesiek razem z kolegą zjedli całą
miskę cukierków. Gdy chodziliśmy z Kolędą Misyjną, dostawaliśmy mnóstwo
słodyczy. Chciałam nimi poczęstować koleżanki, które jutro do mnie przyjdą.
Zresztą dlaczego ten twój kolega przesiaduje u nas całymi dniami, nie ma
swojego domu, czy co? - Kasia zwracając się do brata wyrzuciła z siebie całą
złość.
Kamil faktycznie regularnie od poniedziałku do piątku pojawiał się w domu
Grzesia. Zjadał obiad, chłopcy razem odrabiali lekcje, bawili się i dopiero przed
wieczorem wychodził. Babcia zdążyła nawet poreperować jego ubranie.
Grzesio spuścił główkę i zaczerwienił się.
– Przecież nam pozwoliłaś się poczęstować – powiedział speszony.
- Owszem, poczęstować, ale nie zjeść wszystkiego – Kasia była wyraźnie
zdegustowana.
- Wiesz Kasiu, te cukierki… no… myśmy ich wszystkich nie zjedli – powoli
tłumaczył Grzesio - Kamil zabrał trochę do domu. Chciał poczęstować mamę. U
nich już dawno nie było słodyczy. Kasiu, ja dam ci swoje oszczędności ze
skarbonki. Jeszcze zdążysz kupić słodycze na jutro.
Chłopczyk podał siostrze z trudem zaoszczędzone 20 złotych. Dziewczynka
wzięła je bez zastanowienia. Babcia, która do tej pory nie odzywała się, ze
smutkiem spojrzała na wnuczkę i powiedziała:
- Kasiu, gdy chodziłaś z Kolędą Misyjną, byłaś przebrana za dziecko
afrykańskie. Zbierałaś pieniążki dla dzieci, które w dalekiej Afryce są głodne i
zaniedbane. Pamiętam, jak z zapałem mówiłaś, że oddałabyś im połowę
swoich rzeczy, bo ich bardzo kochasz.
- Tak, bo te dzieci są takie biedne – Kasi zabłysły oczy.
- Widzisz – kontynuowała babcia – spróbowałam dowiedzieć się czegoś o
Kamilu. Jego mama musi dużo pracować, by utrzymać rodzinę. Spotkałam się z
nią. Jest bardzo wdzięczna, że Kamil może u nas przebywać. Dziękowała za to,
że zjada u nas obiady i odrabia lekcje.
- A co z jego tatą? – zapytała milcząca także do tej chwili mama.
- Niestety jest bardzo chory. Ludzie jednak nie zawsze to rozumieją i zamiast
wesprzeć, wyśmiewają się lub odsuwają z odrazą.
- Tak, ja wstąpiłem do Kamila w czwartek, gdy wracaliśmy ze szkoły. Jego tato
był kompletnie pijany, bełkotał coś bez sensu, a potem w ubraniu zwalił się na
łóżko. Kamil tak bardzo się wstydzi – powiedział Grzesio.
- Alkoholizm to poważna choroba – stwierdził tato Grzesia - można ją jednak
leczyć.
- Rozmawiałam z mamą Kamila na ten temat – odparła babcia - ona usiłuje
namówić męża na leczenie, ale jak dotychczas bez skutku. Nie rezygnuje
jednak. Prosiła o modlitwę. Myślę, że to bardzo dobrze, że Grzesio przyjaźni
się z Kamilem
- To prawda – przyznała mama – cieszę się, że ten chłopczyk tu przychodzi,
musimy mu jeszcze bardziej pomóc. Wiesz Kasiu, w Piśmie Świętym czytamy,
że nie można kochać Boga, którego się nie widzi, nie kochając człowieka,
którego się widzi. W każdym z nas mieszka Chrystus. On nazwał wszystkich ludzi
braćmi i siostrami, i powiedział, że cokolwiek uczynimy jednemu z nich, to tak
jakbyśmy Jemu samemu czynili.
- No tak – podjął myśl tato – łatwiej jest kochać na odległość murzyńskie
dzieci. Trudniej tych, z którymi dzielimy codzienność.
Wszyscy zamilkli. Po chwili odezwała się Kasia.
- Grzesiu, weź swoje pieniążki z powrotem. Przepraszam, że się złościłam. Nie
wiedziałam nic o sytuacji Kamila. Macie rację, łatwo jest deklarować miłość,
zwłaszcza jak nic nas nie kosztuje. Trudniej jest naprawdę kochać i udowodnić
to swoim postępowaniem.
- Moja mądra córeczka – tata posadził Kasię na kolanach i mocno przytulił – sam
bym lepiej tego nie określił – dodał.
- Mam propozycję, może pójdziemy do kina. Daj mi numer Grzesiu, zadzwonię
do mamy Kamila, może pozwoli mu pójść z nami – powiedziała mama.
24.
Musimy, czy chcemy?
- Będę mieć świadectwo z paskiem! - Asia zadowolona zdejmowała w
przedpokoju buty i oznajmiała wszystkim radosną wiadomość.
– Pani wychowawczyni powiedziała, że za cały rok solidnej pracy należy mi się
wyróżnienie. Nawet nie wpisała mi negatywnej uwagi, gdy od Iwonki
ściągnęłam zadanie, pamiętacie? Doceniła to, że potrafiłam się przyznać do
popełnionego błędu przed całą klasą i przeprosić Iwonkę. Obiecaliście, że jak
będę mieć dobre wyniki to pojadę na obóz językowy. Już się umówiłyśmy z
Jolą, jej rodzice się zgodzili. Będzie super! - Asi nie zamykała się buzia.
- Umyj ręce i usiądź córeczko – mama krzątała się po kuchni kończąc gotować
obiad - porozmawiamy przy stole.
Tato położył Grzesia do wózeczka i pomógł Kasi wytrzeć ręce. Po krótkiej
modlitwie wszyscy zajadali smaczną zupę.
- Będę mogła pojechać, prawda? – Asia chciała uzyskać natychmiastowe
potwierdzenie, gdyż zaniepokoił ją smutny wyraz twarzy taty.
- Obawiam się, że musimy zmienić wakacyjne plany. Właśnie chcieliśmy wam
powiedzieć, że już jutro przyjedzie do nas Tomek. Wiąże się z tym jeszcze
jedna sprawa. Córeczko, musisz przeprowadzić się do pokoju Kasi – oznajmiła
mama.
- To jakiś żart? – Asia patrzyła na rodziców z niedowierzaniem.
- Nie, to nie jest żart. Wczoraj dzwoniła do nas ciocia Ala i prosiła o pomoc.
Wiesz, że oni stracili niemal wszystko podczas powodzi. Mieszkają w szkole.
Teraz, kiedy woda opadła, chcą wrócić, by posprzątać i wyremontować.
Marysię, młodszą córeczkę, ciocia Ala wysyła do swojej mamy, czyli babci
Tomka i Marysi. Nie ma tam jednak warunków, by mogli pojechać obydwoje,
dlatego ciocia prosiła o pomoc nas. To, co ich spotkało to wielka tragedia.
Tata był poważny i z oczekiwaniem patrzył na córkę.
- Ale ja bardzo liczyłam na ten wyjazd, snułam takie fajne plany i
podszkoliłabym się w angielskim. To bardzo ważne w gimnazjum, a po
wakacjach tam przecież będę chodzić. Na dodatek mam się przeprowadzić do
Kasi. Tracę zupełnie prywatność! – Asia nie kryła swojego rozczarowania.
– Jak długo Tomek tu zostanie, całe wakacje?
- Jeżeli będzie trzeba, to nawet dłużej. Miejmy jednak nadzieję, że ciocia i
wujek uporają się z pracą do końca sierpnia. Dlatego właśnie nasze plany
wakacyjne, jak to się mówi „legły w gruzach”. Trzeba rodzinie pomóc i na to
potrzebne są pieniążki, które miały być na twój obóz córeczko i na nasz wyjazd
nad morze – mama też była bardzo poważna.
Zrobiło się jakoś smutno. Asia zupełnie straciła apetyt. Odeszła naburmuszona
od stołu i zamknęła się w swoim pokoju. Po chwili usłyszała pukanie. Bez
skrywanej niechęci dziewczynka powiedziała „proszę” i do pokoju weszła
babcia. Starsza kobieta usiadła obok wnuczki.
- Tylko bez morałów – powiedziała niezbyt grzecznie Asia - posiedzę sobie
ostatni raz w swoim pokoju.
- Właśnie przyszłam ci pomóc się przeprowadzić do Kasi, nie mam zamiaru
niczego ci tłumaczyć. Chciałam tylko zaproponować pewne rozwiązanie.
Wiem, że to nie to samo, co obóz językowy. Jeżeli się jednak zgodzisz, to
chciałam ciebie i Tomka zabrać ze sobą do swoich znajomych w góry.
Mieszkalibyśmy w takim góralskim domku – babcia pytająco spojrzała na
wnuczkę.
- Tomek to nie to samo co Jola – Asia ciągle była nachmurzona – dawno go nie
widziałam, nie wiem czy znajdę z nim wspólny język?
- Może poznasz kogoś ciekawego, do tych znajomych przyjeżdżają całe
rodziny na wypoczynek. Oni prowadzą gospodarstwo agroturystyczne – babcia
usiłowała rozweselić wnuczkę – wiesz, rozmawiałam wczoraj z Tomkiem przez
telefon, on jest bardzo zażenowany tym, że zabiera twój pokój. Chciałam ci
jeszcze powiedzieć, że to bardzo dzielny chłopak. Gdy w nocy woda zalewała
domy, z poświęceniem pomagał ratować, co się jeszcze dało. W ostatniej
chwili zdążył spuścić psa sąsiada z łańcucha i wyprowadzić krowy z obory.
Asia słuchała w skupieniu. Po chwili milczenia przytuliła się do babci.
- Nie zdawałam sobie z tego sprawy, mama powiedziała, że musimy zmienić
wakacyjne plany. Przecież to nie tak, Tomka trzeba przekonać, że nie musimy,
tylko chcemy i że nie jest nam z tego powodu smutno. Prawda babciu?
- Dobrze by było, gdyby nie odczuł, że jest dla nas ciężarem – starsza pani z
dumą patrzyła na wnuczkę -powiemy o tym rodzicom, dobrze Asiu?
- Jak mogłam myśleć tylko o sobie w takiej sytuacji. Przecież tyle widziałam
dramatycznych scen w telewizji, tyle słyszałam o tragedii powodzian. Wakacje
w górach też będą wspaniałe babciu – powiedziała Asia i zaczęła pakować
rzeczy, które chciała zabrać do pokoju Kasi.
25.
Nakarmić miłością
Tatusiu, czy mogę zająć ci chwilkę? – zapytała Asia wchodząc do pokoju
rodziców.
Tato pochłonięty oglądaniem programu sportowego powoli zwrócił się w
stronę córki.
- Chętnie z tobą porozmawiam – powiedział i wyłączył telewizor - co zaprząta
piękną główkę mojej dziewczynki?
Asia uśmiechnęła się, bardzo lubiła te pieszczotliwe powiedzonka taty.
- Wiesz tatusiu, na ostatniej lekcji religii mówiliśmy o Światowym Dniu
Chorego, którego inicjatorem, jak zapewne wiesz, był Jan Paweł II. Ksiądz
przeczytał nam wiersz ks. Jana Twardowskiego pod tytułem „Głodny” i polecił
zastanowić się i napisać, jak i czy w ogóle przesłanie tam zawarte, ma
odzwierciedlenie w dzisiejszym świecie. Mamy rozwinąć cytat: „…tylko
miłością mój Bóg daje się nakarmić”. Myślałam długo, ale nie bardzo wiem jak
to wszystko ująć.
Asia z nadzieją patrzyła w oczy taty, który z uwagą słuchał jej słów. Potem
sięgnął po leżący na półce tomik poezji ks. Jana Twardowskiego. Powoli
przeczytał cały wiersz. Spojrzał na córkę i po namyśle zapytał:
- Czy wiesz, gdzie mama wychodzi trzy razy w tygodniu późnym wieczorem?
- Tak! Pomaga zaprzyjaźnionej rodzinie w opiece nad chorym. Żal mi mamy, bo
potem idzie prosto do pracy po nieprzespanej nocy i często jest zmęczona.
Nigdy jednak się nie skarży.
- Wiesz Asiu, pomyślałem, że powinnaś iść chociaż jeden raz z mamą i
zobaczyć, jak należy zajmować się chorym. Dziś jest sobota, jutro się wyśpisz.
Na Mszę św. pójdziesz wieczorem. Porozmawiam o tym z mamą, myślę, że to
będzie dobra wskazówka, jak napisać zadanie.
- Myślisz, że dam radę tatusiu? – zapytała z obawą dziewczynka.
- Oczywiście, jesteś przecież już gimnazjalistką.
Niedzielny wieczór zgromadził całą rodzinę przy kuchennym stole. Smaczna
kolacja została przygotowana przez babcię przy znacznej pomocy Grzesia.
Chłopczyk nakrywał do stołu, pokroił pomidory, ogórki i szczypiorek. Plasterki
były troszkę grube, ale babcia zręcznie poukładała je na talerzu.
– Niech się chłopak uczy - porozumiewawczo mrugnęła do taty, który trochę
krytycznie patrzył na dzieło syna.
Asia z mamą właśnie wróciły z wieczornej Mszy św. Dziewczynka była
niezwykle poruszona nocnym dyżurem przy chorym panu Romanie. Z
przejęciem opowiadała wszystkim o sytuacji w jego rodzinie. Żona pana
Romana, 84 letnia Elwira, z trudem porusza się po domu. Jeden z ich synów
również jest chory na stwardnienie rozsiane, to nieuleczalna choroba,
utrudniająca codzienne funkcjonowanie. Drugi syn jest zdrowy, ale bardzo już
wyczerpany obowiązkami domowymi i nocnym czuwaniem przy chorym tacie.
Pan Roman wymaga całodobowej opieki. W nocy prawie wcale nie śpi, wydaje
mu się, że zalewa go woda, albo, że spada z drzewa lub że pali się dom. Ciągle
krzyczy, dlatego trzeba przy nim siedzieć i do niego mówić, wtedy się
uspokaja. Trzyma mamę za ręce, więc ona całą noc siedzi przy nim. Kiedy
wydaje się, że przysypia i próbuje się wyciągnąć rękę z jego rąk, natychmiast
się budzi. Takie dyżury wyczerpują.
- Już wiem, co ks. Jan Twardowski miał na myśli pisząc, że Bóg daje się
nakarmić tylko miłością – powiedziała Asia - jeżeli weźmiemy na poważnie
słowa Jezusa: „Byłem chory, a odwiedziliście mnie” i zrozumiemy, iż On
mieszka w każdym człowieku, to chętniej będziemy przychodzić chorym z
pomocą.
- Dlaczego jednak ludzie muszą tak cierpieć, to niesprawiedliwe – wtrąciła się
do rozmowy Kasia.
- Tak, masz rację - powiedziała mama - jest to niesprawiedliwe, jeżeli
spojrzymy tylko po ludzku. To pewna tajemnica cierpienia. Nie wiemy,
dlaczego dotyka właśnie tego, a nie innego człowieka. Mamy natomiast
obowiązek pomagać chorym, a przynamniej modlić się za nich.
- Znalazłam piękny cytat, który umieszczę w swojej pracy domowej –
powiedziała Asia - Jan Paweł II mówił do chorych: „Jesteście wszędzie w
społeczeństwie, a zwłaszcza w Kościele ważni i szczególnie cenni, jesteście na
wagę złota”. Już wiem, co znaczą słowa, że Boga, który mieszka w drugim
człowieku, można nakarmić jedynie miłością.
26.
Spełnione marzenie
- Opowiedz nam coś – poprosił Grzesio gramoląc się mamie na kolana. Kobieta
przytuliła synka i zastanowiła się.
- O tak, tak mamusiu! - Kasia poparła prośbę brata i usiadła obok.
– Tylko nie jakąś bajkę, ale coś z życia, takie prawdziwe - powiedziała.
- Bardzo lubimy, kiedy opowiadasz nam prawdziwe historie – dołączyła do
rodzeństwa Asia.
Sobotnie popołudnie zgromadziło niemal całą rodzinę przy smacznym
podwieczorku. Brakowało babci, która poszła odwiedzić chorą sąsiadkę i taty
przebywającego już od tygodnia na delegacji. Wszyscy z utęsknieniem
oczekiwali na jego powrót. Lada moment miał przyjechać.
- Pamiętacie pogrzeb pana Romana, poznaliście wtedy jego rodzinę – zaczęła
mama - Asia zresztą już wcześniej miała tę możliwość.
- Tak pamiętamy, to tacy sympatyczni ludzie. Tyle cierpienia w ich życiu, a oni
są prawie zawsze uśmiechnięci – podjęła temat Asia - dużo im pomogłaś
mamusiu, dyżurując przy chorym.
- Którejś nocy – kontynuowała mama – gdy jeszcze pan Roman był przytomny,
opowiedział mi niesamowitą historię ze swojego życia. Kiedy jego synkowie
byli jeszcze mali, pracował daleko od domu, na delegacji.
- Tak, jak nasz tatuś! – zawołał Grzesio.
- Tak, dokładnie tak. Jednak to były inne czasy – opowiadała dalej mama - pan
Roman nie miał samochodu. Na delegacji przebywał 200 km od domu. Zbliżały
się urodziny chłopców. Tak się poskładało, że mają je w ten sam dzień, 20
października, tylko Adam jest młodszy o 2 lata od Piotra. Pan Roman chciał coś
im kupić, marzył o tym od dwóch tygodni. Liczył na to, że majster wypłaci mu
należną sumę pieniędzy, ale okazało się, iż wystąpiły jakieś problemy i
pieniędzy nie otrzymał. Przeliczył swój budżet. Miał tylko tyle, by kupić bilet na
pociąg. Łzy zakręciły mu się w oczach, kiedy pomyślał, że nic nie przywiezie
chłopakom ani swojej żonie. W pociągu zdrzemnął się chwilę, potem poczytał
książkę i wysiadł na stacji, z której miał około 7 kilometrów do domu. Musiał
pokonać je pieszo, bo na bilet autobusowy zabrakło mu już pieniędzy. Szedł,
ciągle myśląc o swoich synkach i ich rozczarowaniu brakiem urodzinowego
prezentu. Wiedział, że żona go zrozumie, więc tym, że dla niej nic nie ma, nie
martwił się aż tak bardzo. W pewnym momencie jego wzrok padł na
przydrożną kapliczkę. Pomyślał, że zatrzyma się i odmówi różaniec, był
przecież październik. Jeżeli nic nie może kupić swoim najbliższym, to chociaż
pomodli się za nich. Podszedł pod kapliczkę i po prostu go zamurowało. Obok
ścieżki leżał portfel. Podniósł go i rozejrzał się za właścicielem, ale w pobliżu
nie było żywej duszy. Pomyślał, że odmówi różaniec, może w tym czasie
przyjdzie właściciel portfela, więc mu odda. Skończył modlitwę, ale nikt się nie
zjawił. Zajrzał więc do środka, była tam znaczna suma pieniędzy i dowód
osobisty z adresem właściciela. Rozpoznał osobę. W miejscowości, w której
mieszkał, prawie wszyscy się znają. Na dodatek było to po drodze. Ucieszył się
więc, że może oddać własność. Zastukał do drzwi. Gospodarz otworzył bardzo
zdenerwowany. Kiedy wyjaśnił cel wizyty, znalazł się w ramionach
rozradowanej żony gospodarza, której jeszcze nie obeschły łzy na policzkach.
W portfelu znajdowała się bowiem cała wypłata jej męża. Wdzięczni
małżonkowie na siłę wręczyli panu Romanowi znaleźne, które oczywiście
przeznaczył na prezent dla chłopców i jakiś drobiazg dla żony.
- Wie pani – opowiadał mi pan Roman – myślę, że to Matka Boża zrobiła
prezent moim chłopakom. Zawsze Jej ufałem i nigdy mnie nie zawiodła. Tym
razem też pozwoliła mi spełnić marzenie.
Zapadła cisza, przerwał ją zgrzyt klucza w zamku. To tatuś otwierał drzwi.
- Jak dobrze, że już wróciłeś! – zawołał Grzesio – wiesz, mama opowiadała nam
niezwykłą historię, na dodatek prawdziwą. Zaraz ci ją powtórzę.
- Może za chwileczkę – powiedziała mama, zdejmując synka z ramion męża –
pozwólmy tatusiowi napić się kawy i nieco odpocząć.
27.
Próba
- Asiu, dzwoniła do mnie mama Konrada. On ma problemy z matematyką, czy
zgodzisz się mu pomóc? Nowa szkoła, nowi koledzy, jakoś nie może nadążyć.
Mama spojrzała na córkę. Asia usiadła przy kuchennym stole. Była nieco
zmęczona po ośmiu lekcjach. Mimo to odpowiedziała:
- Dobrze mamo. Wiesz, pani od matematyki twierdzi, że w zasadzie ma on
szansę na dobrą ocenę pod warunkiem, że solidnie się przyłoży i dobrze
napisze następny sprawdzian. Sporo mamy materiału, ale jeśli posiedzimy dziś
dłużej to nadrobimy zaległości Konrada, a ja będę mieć okazję do
szczegółowej powtórki.
- To świetnie, tak myślałam, że się zgodzisz. Można na ciebie liczyć.
Zadzwonię do mamy Konrada, przywiezie go do nas za jakąś godzinkę.
Odpocznij w tym czasie.
Mama Asi była wyraźnie dumna z córki, która świetnie sprawdziła się w roli
korepetytorki. Uczyli się do późnego wieczora. Przerobili i utrwalili materiał.
Asia doceniła wysiłki Konrada i zapewniła go, że da sobie radę na jutrzejszym
sprawdzianie. Matematyka była na pierwszej lekcji. Cała klasa przebierała się w
szatni. Była 7.45. Nagle Romek wpadł na szalony pomysł.
- Słuchajcie! Idziemy na wagary. Tylko szybko.
Pani, która ma dyżur, poszła akurat na drugi koniec korytarza.
- Zmywamy się, ale wszyscy i to już!
Rozkazujący ton Romka sprawił, że uczniowie z powrotem zmienili obuwie na
wyjściowe i już ich nie było. Konrad próbował oponować.
- Proszę was, tylko nie z matmy! - rozpaczliwie chciał zmienić decyzję klasy.
- Nie łam się chłopie, jedna pała więcej, jedna mniej, co za różnica! Idziemy –
dorzucił Robert.
Klasa opuściła szatnię lotem błyskawicy. Konrad po parunastu krokach
zatrzymał się. Patrzył jak wszyscy znikają za zakrętem. Stał chwilę ze
spuszczoną głową, w uszach brzmiały mu słowa nauczycielki: „Wierzę, że
potrafisz nadrobić zaległości, no i żadnej wpadki więcej. Liczę na ciebie”.
Powoli zawrócił w stronę szkoły. Wszedł do pustej klasy. „Dzień dobry”
wypowiedziane przez nauczycielkę, która była jednocześnie ich
wychowawczynią, zabrzmiało dla Konrada jak dzwon na pogrzebie.
- A gdzie reszta klasy? – zapytała.
Stał ze spuszczoną głową.
- Miał być sprawdzian – ciągnęła dalej pani – no mów gdzie są wszyscy?
Konrad speszony i przestraszony wyjąkał: Poszli na badania do przychodni.
- Na badania – zdziwiła się pani – nic nie wiem o żadnych badaniach. A ty nie
poszedłeś?
- Ja już miałem je wcześniej – kłamstwo nie było mocną stroną Konrada. Sam
by nie uwierzył w coś takiego. Ze wstydu nie patrzył wychowawczyni w oczy.
- Zaraz to sprawdzimy – wyjęła telefon.
Konrad zbladł. Miał świadomość, że za chwilę wszystko się wyda. Przypomniał
sobie słowa mamy: „Kłamstwo ma krótkie nogi”. Musiał się o tym przekonać na
własnej skórze, aby uwierzyć. Po rozmowie pani z pielęgniarką sprawa była już
oczywista.
- Teraz dołącz do Ib. Resztę rozwiążemy jutro na godzinie wychowawczej nauczycielka usiłowała zachować spokój.
Nazajutrz w klasie było tak cicho, że można by usłyszeć spadający z głowy
włos.
- Wyjaśnij nam Konrad jakie to badania miała klasa wczoraj – zapytała
wychowawczyni i popatrzyła na swoich uczniów zaniepokojonym wzrokiem.
Chłopak wstał i nie odzywał się wcale. Wszyscy siedzieli ze spuszczonymi
głowami. Po paru minutach pani powiedziała:
- Więc nie jesteś taki odważny, by zabrać głos. Dostajesz negatywną uwagę
za kłamstwo, a reszta klasy za wagary i jutro przyjdziecie z rodzicami.
Wtedy wstała Asia.
- Proszę nie wpisywać Konradowi tej uwagi, on chciał nas chronić. Pani przecież
wie, jakie on ma oceny, nie poszedł z nami, bo nie chciał pogorszyć swojej
sytuacji. My zrobiliśmy źle, wiemy o tym. Poniesiemy wszelkie konsekwencje,
tylko nich pani nie karze Konrada.
- Bardzo panią prosimy – dołączył się przewodniczący klasy, Robert – Konrad
próbował nas powstrzymać, ale go nie słuchaliśmy.
Teraz wstała cała klasa i błagalnym wzrokiem wpatrywała się w
wychowawczynię.
- Siadajcie. Podoba mi się wasza solidarność. Co ja mam z wami zrobić? Nie
wpiszę koledze uwagi. Jutro jednak przychodzicie z rodzicami.
Rozczarowaliście mnie. Jesteście w nowej szkole i już wagary! Ale jedno
muszę wam przyznać, w chwili próby chociaż jeszcze dobrze wszyscy się nie
znacie, potraficie działać dla wspólnego dobra – powiedziała pani.
Rodzice również nie byli zachwyceni wybrykiem swoich pociech. Klasa poniosła
konsekwencje. Obniżone zachowanie dla wszystkich, żadnych dyskotek i
wycieczek. Mimo to jakoś dziwnie dobrze im razem. A wychowawczynię
traktują jak drugą mamę.
28.
To wymaga odwagi
Kasia wyglądała przez okno nie mogąc doczekać się powrotu siostry z
obozu. Nie widziała Asi już dwa tygodnie. Wreszcie zauważyła ją idącą razem z
koleżanką.
- Babciu idą, idą! – zawołała radośnie.
- Możemy więc podawać obiad – odparła babcia.
Wkrótce zmęczone dziewczynki pojawiły się w drzwiach mieszkania.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedziały prawie jednocześnie.
- Na wieki wieków. Amen – odparła babcia. Umyjcie ręce i siadajcie do stołu.
Mamusia i tatuś też już wracają z pracy, a ty Izuniu zostaniesz dziś u nas na
noc. Z pewnością twoi rodzice dzwonili do ciebie.
- Tak, mój dziadziuś wczoraj poczuł się źle i musieli się nim zaopiekować.
Dzisiaj jest już o wiele lepiej, ale jeszcze u niego pozostaną. To super, że mogę
u was spać. Zaprzyjaźniłyśmy się z Asią.
Obiad przebiegał w bardzo przyjemnej atmosferze. Dziewczynki miały
mnóstwo wrażeń. Na przemian opowiadały o kolejnych obozowych dniach. Asia
najmocniej przeżyła nocną wartę. Wokół las, wszyscy śpią a ona musiała
czuwać od drugiej do trzeciej w nocy, zupełnie sama. Tak zresztą jak pozostali
uczestnicy obozu. Do rozmowy włączył się tato.
- W waszym wieku też byłem na obozie. Pełniliśmy wartę podobnie jak wy. Nie
to jednak wymagało największej odwagi.
- To mogło być coś bardziej strasznego niż samotna warta w środku nocy? –
zdziwiła się Asia.
- Wyobraź sobie, że dla mnie tak. Gdy wyjeżdżałem na obóz rodzice mówili –
pamiętaj o Panu Bogu, o codziennej modlitwie i niedzielnej mszy św. Okazało
się to dla mnie trudne. Wstydziłem się przeżegnać. Wtedy odwagi dodał mi
Rysiek. Mimo, że prawie wszyscy zaczęli się śmiać i nazywać go
„pobożnisiem”, gdy uklęknął rano do modlitwy, on niezrażony spokojnie
dokończył pacierz. Wtedy uklęknąłem i ja, a potem jeszcze kilku innych
uczestników obozu. W niedzielę mieliśmy do wyboru: albo wspaniałą
wycieczkę, albo pójście na mszę św. i całodniową nudę na miejscu pod opieką
jednego z wychowawców. To były trudne czasy. Znowu Rysiek bez
zastanowienia wybrał mszę św. Z ogromnym żalem ja też zrezygnowałem z
wyprawy do ZOO i planetarium.
- Tatusiu czy ten Rysiek to pan Rysio, do którego jeździmy w odwiedziny? –
zapytała Kasia.
- Tak, z Ryśkiem przyjaźnimy się do dziś. W czasie stanu wojennego był
internowany za swoje poglądy. Nigdy jednak nie wyparł się tego, w co wierzy,
chociaż zapłacił za to utratą pracy. Nie utracił jednak pogody ducha,
wewnętrznej radości i pokoju. Dzisiaj też zaraża innych humorem i
optymizmem.
- Ciekawe skąd czerpie tę wewnętrzną siłę? – zastanowiła się mama.
- Też go o to zapytałem - odparł tato - powiedział mi, że zaczyna i kończy dzień
na kolanach, rozmawiając z Bogiem.
Tato zamyślił się, po chwili rzekł - dość tych pogaduszek, bierzemy się do
pracy.
Dziewczynki razem z babcią posprzątały kuchnię. Kasia poszła z rodzicami do
kina, natomiast Iza pomagała Asi rozpakować plecak.
Wiesz – powiedziała – ty też dodałaś mi odwagi. Wstyd się przyznać, ale
zastanawiałam się czy przeżegnać się przed jedzeniem w pierwszy dzień na
obozie. Jednak gdy zobaczyłam, że ty to robisz, nie miałam już wątpliwości. To
dziwne, ale przyznanie się do swojej wiary zawsze wymaga odwagi.
29.
Tak nie można
- Wujku, powiedz mu coś, on nie pozwala mi pograć, siedzi przed komputerem
już trzy godziny, a miał przecież wynieść śmieci, dziś jego kolej! – wołał
wyraźnie oburzony Jarek, wchodząc do pokoju wujka bez pukania.
– Ach, przepraszam – zreflektował się widząc, że przeszkadza – nie
wiedziałem, że wujek ma gościa.
- Właściwie to ja już wychodzę – powiedział wstając pan Michał, kolega wujka
z pracy.
- Odprowadzę pana Michała i chcę z wami porozmawiać. Powiedz wszystkim,
że zbiórka w kuchni za pięć minut.
Jarek zapukał do pokoju dziewczynek. Kasia i Asia na czas majowego weekendu
i pobytu chłopców u wujostwa mieszkały razem. Grzesio natomiast spał na
materacu, a swoje łóżko grzecznie odstąpił kuzynom, w myśl przysłowia, które
często powtarzała babcia: „Gość w dom, Bóg w dom”. Jarek i Marek,
bratankowie taty Grzesia, mieszkają na Śląsku, przyjechali na kilka wolnych dni
do wujostwa. Są bliźniakami i chodzą do piątej klasy.
- Proszę tatusiu, to twoja ulubiona kawa – powiedziała Asia podając tacie
filiżankę aromatycznego napoju - dla nas zrobiłam herbatę.
Dziewczynka postawiła na stole pięć kubków i smaczne ciastka, które piekły
wczoraj razem z babcią.
- A gdzie Marek? - tata spojrzał na zgromadzone przy stole dzieciaki.
- Jak zwykle przy komputerze, on mógłby tak cały czas. Nawet wieczorem jak
rodzice wracają późno, to nie śpi, tylko gra. W szkole jest niewyspany, dostaje
złe stopnie, a na dodatek chce zamieniać się przy odpowiedzi. Nauczyciele
często nas nie rozróżniają, bo jesteśmy prawie identyczni, więc udaje, że ja
jestem nim – Jarek wylewał swoje żale przed rodziną.
- Grzesiu, zawołaj Marka raz jeszcze – poprosił tato. Chłopczyk po chwili wrócił
rozcierając kolano i powstrzymując łzy.
- Co się stało? – zapytał tato.
- Upadłem, Marek mnie gwałtownie odepchnął. Nie zdołałem utrzymać
równowagi.
- Marku, proszę tu natychmiast! – zdenerwowany głos mężczyzny zadziałał na
chłopca. Zjawił się w kuchni, trochę nieobecnym spojrzeniem powiódł po
wszystkich.
- Usiądź, to twoja herbata - powiedział wujek – poczęstuj się ciastkiem, jest
bardzo pyszne.
- Muszę wujku? Właśnie osiągnąłem następny poziom i Grzesiek mi
przeszkodził, dlatego go popchnąłem, ale chyba nic mu się nie stało? Czy mogę
wrócić do gry?
- Nie, nie możesz i musisz mi wytłumaczyć skąd wziąłeś tę grę? Nie
zauważyłem żebyś przywiózł ją ze sobą.
- Jasne, że jej nie przywiozłem, ściągnąłem ją z Internetu. Wszyscy tak robią,
jest świetna.
- Właśnie dlatego chciałem z wami porozmawiać, bo jak rano wszedłem do
pokoju, to też grałeś Marku i wydawało mi się, że jest to bardzo brutalna gra,
tylko w tym momencie przyszedł pan Michał i nie zdążyłem z wami
porozmawiać. Wiecie, że ściąganie tego typu gier z Internetu jest nielegalne i
niemoralne. Jesteście katolikami i obowiązuje was Dekalog, a ponadto zwykła
ludzka uczciwość.
- Ojej wujku, przesadzasz z tą uczciwością – Marek był widocznie
rozczarowany brakiem perspektywy powrotu przed komputer.
- Nie przesadzam, ponadto nie widząc opakowania, nie mogę zapoznać się z
tym, co zawiera gra. Widzisz, zdecydowanie nie zgadzam się byś nadal w nią
grał. Jak wszyscy mogliśmy zauważyć, nie wpływa ona na ciebie dobrze. Zbyt
długo siedzisz przed komputerem, nie traktujesz poważnie swoich obowiązków
i w domu, i w szkole. Oszukujesz nauczycieli wykorzystując brata, zachowujesz
się niegrzecznie popychając innych, jak np. Grzesia.
- Ależ wujku – próbował oponować Marek
- Bez ale. Ubierzcie się, pójdziemy do ZOO i na zakupy. Dostaniecie ode mnie
grę dostosowaną do waszego wieku i od tej pory wszyscy sprawiedliwie będą
korzystać z komputera. Nie może być tak jak do tej pory, że ty Marku prawie
cały czas jesteś do niego „przyklejony”. Myślę, że twoi rodzice podzielą moje
zdanie.
- Czy zabierzesz nas także na lody? – zapytał Grzesio.
- Tak, pójdziemy również na lody, bardzo bym chciał, by Marek zobaczył jak
można przyjemnie spędzać czas nie tylko przed komputerem.
30.
Wszyscy tak robią!
- Mamusiu, Asia znowu na mnie nakrzyczała, ja chciałam tylko wejść do jej
pokoju po książkę. Wczoraj obiecała, że dziś mi poczyta, ale znów nie miała
czasu. Powiedziała też, że mam się od niej wynosić – Kasia stała przed mamą z
rozżaloną miną.
- Porozmawiam z Asią za chwilę córeczko, teraz chodźcie na śniadanie.
Mama zaparzyła herbatę i postawiła na stole talerz z kanapkami. Asia wbiegła
do kuchni, bąknęła pod nosem coś w rodzaju „dzień dobry” i złapała kanapkę.
- A modlitwa? – przypomniała mama – dziewczynka ze złością odłożyła kromkę
i zrobiła niedbale znak krzyża.
- Co się z tobą dzieje dziecko? – zapytała mama. Rozumiem że dojrzewasz. To
trudny ale i piękny czas w życiu człowieka. Możesz czuć się zmęczona i
rozdrażniona, musisz jednak nauczyć się panować nad sobą. Zrobiłaś przykrość
Kasi.
Asia szybko pochłonęła kanapkę, duszkiem wypiła herbatę, wstając od stołu
mówiła:
- Bo ona nie może przychodzić do mnie kiedy jej się zachce, nie mam czasu na
czytanie jakichś głupich, dziecinnych książek. Idę i wrócę dziś później.
Umówiłyśmy się z Beatą, pójdziemy pooglądać wystawy. Ma być nowa
dostawa w galerii. Beata chce sobie kupić spódniczkę. Chyba mogę? – zapytała
Asia widząc surowy wzrok mamy.
- Nie, nie możesz córeczko. Po pierwsze nie zapytałaś mnie wcześniej, po
drugie chcę dziś z tobą poważnie porozmawiać, gdy wrócisz ze szkoły.
Dlatego proszę żebyś przyszła zaraz po lekcjach.
- Ale ja już obiecałam Beacie, wszystkie moje koleżanki nie muszą wracać do
domu tak szybko, tylko ja mam takie „pieskie życie”. Co ja jej teraz powiem?
Asia z gniewem patrzyła na mamę.
- Powiesz po prostu prawdę, że nie uzgodniłaś wcześniej tego z rodzicami,
przeprosisz koleżankę. Jeżeli jej zależy na twoim towarzystwie, to umówicie
się na inne popołudnie – mama była bardzo stanowcza.
Asia ze złością złapała drugie śniadanie i wyszła bez słowa. Mama ze smutkiem
patrzyła na znikającą za drzwiami córkę.
- Nawet nie powiedziała „zostańcie z Bogiem” – zauważyła Kasia.
Całą tę sytuację obserwowała babcia, która właśnie wróciła z porannej mszy
św. A kiedy Kasia podziękowała za jedzenie i poszła bawić się do swojego
pokoju, obydwie kobiety usiadły przy stole, by wypić poranną kawę.
- Chyba muszę ci to powiedzieć – odezwała się babcia - wczoraj wracałam
wieczorem do domu i zauważyłam, że Asia stoi razem z grupką młodych ludzi.
Palili papierosy, nie wiem czy Asia też. Myślę jednak, że nie jest to
towarzystwo dla niej. Zmieniła się bardzo, używa niecenzuralnych słów.
Zwracałam jej uwagę ale powiedziała mi, że wszyscy tak mówią.
- Tak, bardzo mnie martwi zachowanie Asi, jest opryskliwa, ma złe stopnie w
szkole.
- Trudno być matką nastolatki - podsumowała rozmowę starsza kobieta.
Asia wróciła ze szkoły w złym humorze. Bez słowa zjadła obiad. Babcia
zaproponowała Kasi spacer i Asia została sama z mamą. Zaczęła rozmowę od
potoku pretensji.
- Wszyscy mogą robić co chcą, chodzić ze swoimi przyjaciółmi po lekcjach,
ubierać się modnie, tylko ja nie. Nie muszą też wiecznie zajmować się
młodszym rodzeństwem.
Mama podeszła do zagniewanej córki, przytuliła ją mocno i powiedziała:
- Bardzo cię kochamy Asiu i martwimy się twoimi problemami.
Dziewczynka znieruchomiała. Spodziewała się raczej bury i pretensji ze strony
mamy. Po chwili milczenia mama mówiła dalej:
- To bardzo trudne, tak wobec wszystkich zaprezentować swoje stanowisko.
Uwierz mi, tylko ludzie wielcy to potrafią. Ty jesteś naszym bardzo kochanym
dzieckiem, więc liczymy na ciebie zawsze. Myślę że nie wszyscy postępują tak
jak mówisz. Widziałam w twoim zeszycie do religii narysowane kamienne
tablice z przykazaniami. Pomyśl, gdyby Mojżesz kierował się głosem
większości, to zamiast dekalogu na kamiennych tablicach mielibyśmy złotego
cielca.
Asia spojrzała na mamę i dostrzegła w jej oczach ogromne zatroskanie. Jeszcze
troszkę była zagniewana, ale w głębi serca czuła, że to mama ma rację. Objęła
ją za szyję i powiedziała:
- Tak, to prawda. Kamila także opiekuje się swoim rodzeństwem i wiesz, to ona
powstrzymała mnie przed zapaleniem papierosa. Powiedziała, że to jest
niemodne i że wcale nie wszyscy palą. Myślę, że ona też ma taką fajną mamę
jak ja. Pójdę dziś do spowiedzi mamusiu, przepraszam cię bardzo, przeproszę
też babcię i Kasię.
- Tak się cieszę Asiu. Jutro, gdy tatuś wróci z delegacji wybierzemy się
wieczorem do kina, a teraz idź odrób lekcje i możesz umówić się z Beatą na
popołudniowe „buszowanie” po galerii. Dostaniesz kieszonkowe.
- Kochana jesteś mamusiu! Asia cmoknęła mamę w policzek i zniknęła w swoim
pokoju.
31.
Wszystko mi wolno, ale…
Asia wróciła opalona i zadowolona z wakacyjnych wojaży. Po powrocie
ze wspaniałej wycieczki, cały miesiąc spędziła jeszcze nad morzem, korzystając
z zaproszenia wujostwa. Ostatnie chwile wakacji poświęcała na przygotowanie
podręczników i przyborów szkolnych. Pomagała także młodszej siostrze Kasi i
Grzesiowi, który od września rozpoczyna naukę w pierwszej klasie. Rodzice po
krótkim urlopie musieli wrócić już do pracy, więc ona jako najstarsza pilnowała
wszelkich przygotowań. Cała trójka najbardziej lubiła wieczory, chwile kiedy po
wspólnej kolacji każdy mógł opowiedzieć o tym, co w czasie dnia wydarzyło się
ciekawego.
Na dzisiejszy wieczór Asia zaplanowała pokaz zdjęć z wakacji. Rodzina zasiadła
przed komputerem. Grzesio dokładnie o wszystko wypytywał i przyglądał się
bacznie każdej fotografii.
- Asiu, kto jest na tym zdjęciu? – zapytał.
Dziewczynka zamyśliła się.
- To znajomi wujka, mieszkaliśmy u nich przez parę dni. Mają dom położony w
lesie, daleko od miasta. Pan Jurek jest leśniczym, a to jego żona, pani Julia. Tu
natomiast stoją ich dzieci: Karolinka, a obok niej Robert. Państwo Romańscy, bo
tak się nazywają, poprosili nas, to znaczy mnie i Krzyśka, byśmy zaopiekowali
się dziećmi i gospodarstwem podczas ich wyjazdu na wesele.
- Wujek na to pozwolił? - mama zaniepokoiła się.
– Tak mamusiu – odpowiedziała Asia - Krzysiek często przebywa u państwa
Romańskich, zna tam każdy kąt. Dzieci są grzeczne, gospodarstwo niewielkie,
pracy raczej mało. Pani sąsiadka miała na nas oko. Pan Jurek pozwolił nam
rozpalić grilla. Mogliśmy także zaprosić kolegów i koleżanki z sąsiedztwa. Nasi
gospodarze wraz z wujkiem wyjechali we czwartek wieczorem. W piątek
szybko uwinęliśmy się z obowiązkami, a wieczorem przyszli koledzy i koleżanki.
Usiedliśmy w ogrodzie, dzieci już usnęły i ktoś wpadł na pomysł, by zapalić
grilla. Zaczęłam oponować tłumacząc, że przecież to piątek, a mamy tylko
kiełbaski i boczek, a nie ryby. Krzysiek też trochę się wahał, ale inni nas
przegłosowali. Najpierw nie chciałam jeść, jednak zaczęli się ze mnie
wyśmiewać i uległam.
- Nie pościłaś w piątek? – szczerze zdziwił się Grzesio.
Asia miała czerwone policzki i patrząc braciszkowi prosto w oczy powiedziała:
- Wstyd mi Grzesiu, ale nie pościłam. To jeszcze nie wszystko – ciężkie
westchnienie potwierdzało fakt, że trudno jest jej o tym mówić –potem ktoś
załączył płytę i zaczęły się tańce – kontynuowała - też z początku nie chciałam,
ale uległam chociaż wiem, że nie takie wartości wpajacie nam w domu. Sobota
upłynęła nam na spacerach i poznawaniu okolicy, to znaczy, ja poznawałam, a
Krzysiek był przewodnikiem. To bardzo niewielka miejscowość, tylko kilka
domów, ale pięknie położona. Zobaczcie jaki cudny las – Asia pokazywała
zdjęcia.
- Wieczorem, kiedy dzieci poszły spać – opowiadała dalej - przyszła pani
sąsiadka i zaproponowała, że posiedzi z maluszkami, a my możemy pójść do
dyskoteki. Skorzystaliśmy z propozycji, bawiliśmy się świetnie. Wróciliśmy
około dwudziestej trzeciej, byliśmy bardzo zmęczeni. Zanim umyliśmy się i nim
wyprasowałam pranie, było po dwudziestej czwartej. Nagle olśniło mnie, że
jeżeli chcę uczestniczyć w niedzielnej Mszy św., sprawowanej w oddalonej o
cztery kilometry kaplicy, o godzinie ósmej, muszę wstać parę minut po szóstej.
- To nie mogłaś pójść na późniejszą Mszę św.? – zapytał Grzesio.
- Nie, to jedyna Msza św., w niedzielę, ksiądz przyjeżdża z pobliskiego
miasteczka. Powiedziałam Krzyśkowi, że musimy wcześnie wstać, ale mnie
wyśmiał i zapewnił, że on nie idzie. Przez chwilę pomyślałam podobnie.
Przypomniały mi się jednak słowa, które często powtarzał nam ksiądz na
lekcjach religii: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść”.
Pamiętam, że tak pisał św. Paweł do Koryntian. Miałam i tak już duże wyrzuty
sumienia spowodowane tym, że nie obroniłam swojego zdania w piątek. Nie
przyniosło to korzyści mojej duszy. Nastawiłam budzik, a rano byłam zdumiona,
bo maluchy wstały wcześniej niż ja, same się ubrały, zjadły śniadanie i gotowe
do drogi czekały, by pójść na Mszę św. Dzielnie pokonały te osiem kilometrów
i wcale nie narzekały, że bolą je nóżki.
- Aż osiem kilometrów – nie mógł uwierzyć Grzesio.
- Tak, one tak chodzą w każdą niedzielę. Dobrze, że przed Mszą Świętą ksiądz
przyszedł do konfesjonału. Mogłam się wyspowiadać i z czystym sercem
uczestniczyć w Najświętszej Ofierze. To wszystko pozwoliło mi jeszcze
bardziej przekonać się, że warto dokonywać mądrych wyborów, bo:
„Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść”.
32
Zawsze byłeś na czas…
Po wieczornej modlitwie Grzesio jak zwykle czekał na opowieść. Tym razem
rodzice wyszli, więc babcia usiadła przy łóżku chłopca.
- Babciu, opowiedz mi coś ciekawego.
Babcia pogłaskała wnuka po głowie i zaczęła:
Było sobie kiedyś czterech wiernych przyjaciół; Kacper, Melchior, Baltazar i
Artaban. Byli bardzo bogaci, każdy z nich miał własne królestwo. Odwiedzali
się często i spędzali ze sobą dużo czasu. Pewnej nocy zauważyli na niebie
dziwne zjawisko. Ogromna, jasna gwiazda rozświetliła niebo.
- Co to takiego? - myśleli.
W mądrych księgach wyczytali, że taka gwiazda ma się pojawić, gdy narodzi
się nowy Król Żydowski, potężny i Wieczny. Postanowili, że o świcie wyruszą
tam, gdzie będzie prowadzić ich gwiazda. Umówili się nad brzegiem morza.
Każdy postanowił zabrać to, co miał najcenniejszego, by złożyć Królowi w
darze. Kacper złoto, Melchior mirrę, Baltazar kadzidło, a Artaban brylant,
szmaragd i drogocenną perłę.
Bladym świtem na umówione miejsce przybył najpierw Kacper z całą swoją
świtą, tuż po nim Melchior w towarzystwie sług i Baltazar również otoczony
swoim dworem. Artaban spóźniał się. Przyjaciele poczekali godzinę, potem
drugą, w końcu zniecierpliwieni ruszyli w drogę, nie czekając na kompana.
­
Może się rozmyślił – mówili między sobą.
Nie. Artaban nie rozmyślił się. Bardzo chciał pojechać pokłonić się
Nowonarodzonemu. Zgodnie z umową wyruszył z domu, gdy jeszcze było
ciemno. Na niebie widział jasną gwiazdę, która dodawała mu siły. Razem ze
swoim wiernym sługą jechał radośnie sobie podśpiewując. Nagle usłyszał jęk.
W przydrożnym rowie leżał bardzo zmasakrowany człowiek, napadli na
niego zbójcy, wszystko zabrali i pozostawili prawie umierającego. Artaban
pochylił się nad biedakiem.
- Spóźnimy się Panie – usłyszał głos swego sługi, który niecierpliwie go
pospieszał.
- Przecież nie zostawimy go tu na pewną śmierć – powiedział Artaban i
podźwignął rannego i usadowił na swoim koniu. Opodal była gospoda.
Artaban uprosił właściciela, by zajął się poszkodowanym.
- To będzie kosztować – rzekł gospodarz przypatrzywszy się bacznie bogato
odzianemu Artabanowi.
Artaban otworzył sakiewkę, wyjął brylant i dał gospodarzowi za opiekę nad
rannym. Potem galopem popędził na umówione spotkanie. Niestety przyjaciół
już nie zastał. Odjechali bez niego. Postanowił, że sam wyruszy w dalszą
drogę. Gwiazda, jak wierny towarzysz, prowadziła go aż do miasteczka
Betlejem. Tam działo się coś dziwnego. Po ulicach biegały matki z maleńkimi
dziećmi, a za nimi żołnierze, z mieczami ociekającymi krwią.
- Ratuj Panie! – usłyszał nagle za sobą rozpaczliwy szept kobiety tulącej w
ramionach dziecko.
Zdążył zasłonić ją sobą przed okrutnym ciosem miecza.
- Zaczekaj żołnierzu – powiedział rozkazującym tonem – Chyba możemy się
jakoś dogadać. Sięgnął po sakiewkę, wyjął błyszczący szmaragd.
Żołnierzowi zabłysły oczy.
- Niech będzie – rzekł – szmaragd mój, ale wy z dzieckiem uciekajcie z miasta,
by Herod się nie dowiedział.
Artaban posadził kobietę na konia. W drodze opowiedziała mu co się
wydarzyło.
W szopie narodziło się dziwne Dziecię. Była wielka jasność, podobno ktoś
widział aniołów, pasterze mówili, że potem przyszli jacyś bardzo bogaci
monarchowie. Trzech ich było, a jeszcze później ta Rodzina, w pośpiechu
odjechała ponoć do Egiptu, a Herod rozkazał zabić wszystkich chłopców do lat
dwóch.
- Niech Cię Bóg błogosławi, żeś ocalił życie memu dziecku, myślę że tamto
Dziecię też ocalało. Mówią o Nim, że to przyszły Król.
Kobieta z dzieckiem udała się do swych krewnych mieszkających w górach,
tam była bezpieczna.
Artaban stał zupełnie zagubiony. Powoli ruszył dalej. Myślał jak odnaleźć
Króla w dalekim Egipcie. Zresztą została mu tylko jedna perła. Mógł ją
sprzedać i wygodnie wrócić do domu.
- Co mam zrobić? Gdy tak przez głowę przelatywały mu coraz czarniejsze
myśli usłyszał dzwoneczki. Tak, to trędowaci. Dzwonili by uprzedzić, że tu są i
że trąd jest bardzo zaraźliwy. Odrzuceni przez społeczeństwo koczowali w
górach.
Artaban zsiadł z konia i usłyszał jęk. Rozejrzał się. To była kobieta, leżała i
płakała. Pochylił się nad nią, okazało się, że ona rodzi. Wiedział jak pomóc, na
dworze ojca nauczył się trudnej sztuki medycznej. Odebrał poród i wręczył
dziecko szczęśliwej matce. Inni trędowaci zeszli się ze wszystkich stron. Zaczął
opatrywać ich rany, to trwało cały dzień. Wieczorem zasnął ze zmęczenia.
Gdy rano otworzył oczy znów zobaczył potrzebujących.
- Zostań z nami jakiś czas – prosili trędowaci – nikt się nami nie zajmuje.
- Pozostanę do wieczora, potem zobaczę, gdzie poprowadzi mnie gwiazda –
powiedział. Wieczorem na niebie jednak nie było już gwiazdy.
- Jak mam trafić do Ciebie Wiekuisty Królu, skoro zabrałeś mi swój znak –
myślał z goryczą Artaban.
W tym samym momencie jakieś trędowate dziecko wdrapało mu się na
kolana i oparło na piersi swoją obolałą główkę.
- Zostań z nami – kiedyś jeszcze odnajdziesz swego Króla.
- Tak zrobię – powiedział Artaban.
Został w osadzie trędowatych. Nauczył ich jak opatrywać rany, jak uprawiać
ziemię, siać i zbierać ziarno. Nauczył ich pisać i czytać. Mijał rok za rokiem,
minęło ponad trzydzieści lat. Do osady zaczęły docierać wieści, że Galileę i
Judeę przemierza jakiś Nauczyciel. Głosi swoją naukę, czyni cuda. Mówią, że
to Mesjasz, Król żydowski. Uzdrawia, wskrzesza zmarłych.
Młody chłopak, któremu trąd zupełnie uszkodził wzrok, zdecydował, że
pójdzie pod Jerycho w nadziei, że zostanie uzdrowiony. Przyjaciele pomogli
mu.
Artaban był ciekaw rozwoju sytuacji, jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że to
może i dla niego jakaś szansa. Może to ten Król, którego szukał tyle lat. Był
już taki zmęczony życiem pośród trędowatych, osłabiony tym wszystkim,
bolało go serce.
Ale to, co zobaczył dodało mu nowej energii. Chłopak biegł sam i radośnie
wołał:
- Uzdrowił mnie, uzdrowił! Nie tylko ze ślepoty ale i z trądu! To naprawdę
Mesjasz! To ten, którego szukałeś Artabanie. Idź do Jerozolimy, wkrótce Żydzi
będą mieć swoje święto. Święto Paschy. On na pewno tam przybędzie, idź,
spotkasz Go!
Artaban wyjął swoją sakiewkę. Ciągle przetrzymywał tam drogocenna perłę.
Jedyny dar jaki mu jeszcze został dla Króla.
- Pójdę – pomyślał.
Czwartkowy wieczór zastał go w Jerozolimie. Wszyscy wiedzieli, że wielki
Nauczyciel razem z uczniami spożywał Paschę w Wieczerniku. Artaban szedł
za wskazówkami jednego z mieszkańców. Dotarł na miejsce, ale wielka sala
Wieczernika była już pusta. Jakieś kobiety sprzątały po wieczerzy. Przystanął
obok jednej. Miała smutne oblicze i piękne oczy. Patrzyła z ufnością w twarz
nieznajomego. Sam nie wie dlaczego opowiedział Jej wszystko. Całe swoje
życie.
- Jestem Jego Matką – powiedziała łagodnie - chcą Go zabić, za to co robi. Za
Jego poglądy. Boję się o Niego. Teraz poszedł ze swoimi uczniami do Ogrodu
Oliwnego. Często tam się modlił. Jeżeli chcesz to idź za nimi.
Artaban szedł tak jak tłumaczyła mu Matka jego Króla. W Ogrodzie Oliwnym
zastał wielkie zamieszanie. Związanego mężczyznę prowadzono jak jakieś
zwierzę, inni uciekali w popłochu. Żołnierze i żydowska kohorta prowadzi
jego Króla, tego był pewien. Dokąd? Dlaczego? Szedł za nimi pełen obaw.
Zamknęły się jednak przed nim drzwi pałacu Kajfasza.
- Dziś już niczego się nie dowiem. Spróbuję jutro – pomyślał i przysiadł pod
bramą.
Ranek obudził go chłodem i wrzawą. Na dziedzińcu kogoś biczowano.
Próbował się tam przecisnąć, ale go przegoniono. Wydawało mu się, że do
słupa przywiązany był jego Król. Po chwili był tego pewien. Jakiś mężczyzna
stojący obok nie pytany, komentował wydarzenia:
- Chcą Go zabić, Jego, Mesjasza, On nigdy nikomu nie zrobił nic złego.
Artaban ściskał w ręce perłę. Komu ją dać, aby uwolnić Króla? W tym samym
momencie usłyszał głośny lament młodej dziewczyny. Okazało się, że jej ojciec
zmarł, a za jego długi ona ma być sprzedana w niewolę. Przyjrzał się baczniej.
Znał ją, to była córka dawnego przyjaciela, Sara. Ona też go poznała.
- Ratuj Panie! Sprzedadzą mnie do niewoli, wywiozą do obcego kraju. Panie,
nie mam nikogo - błagała.
Artaban trzymał w palcach perłę. Myśli tłukły mu się w głowie. Sara czy Król,
którego szukał całe życie?
- Panie! – prosiła Sara.
- Masz tu człowieku perłę, daj wolność dziewczynie, powiedział zwracając się
do handlarza niewolników.
Sara upadła mu do nóg.
- Niech Bóg Cię błogosławi Panie.
Artaban stał osłupiały. Wydarzenia toczyły się zbyt szybko, by mógł to
wszystko ogarnąć. Widział jak żołnierze szpalerem prowadzą trzech
skazańców za miasto. Tam stały już trzy słupy. Powlókł się za nimi. Słońce
prażyło niemiłosiernie. Młody mężczyzna, skatowany, z cierniową koroną na
głowie, szedł powoli. Upadał, musieli Mu pomagać. Przez moment ich oczy
spotkały się. Artaban poczuł uścisk w gardle.
- Królu w cierniowej koronie – wyszeptał.
Tłum przewrócił go. Upadł. Potem była burza, pioruny, ciemność. Serce
Artabana biło jak oszalałe, aż w końcu pękło. Umierał i nagle zobaczył wielką
jasność. Usłyszał słowa:
- Artabanie, to Ja, szukałeś mnie. Jeszcze dziś będziesz ze Mną w domu Mego
Ojca. Jestem Królem. Twoim Królem.
Artaban spojrzał Mu w oczy. To były oczy mężczyzny w cierniowej koronie,
jednak nie było korony, nie było krzyża.
Król wyciągał do niego swoją dłoń.
- Ale ja nie mam dla Ciebie nic – szepnął Artaban – wszystkie dary zostawiłem
po drodze. Nie zdążyłem na czas.
- Ty zawsze byłeś na czas – rzekł Król. To mnie dałeś brylant, szmaragd i perłę.
To mnie pielęgnowałeś przez 30 lat w osadzie trędowatych. Cokolwiek
uczyniłeś jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnie uczyniłeś. A teraz
chodź ze mną po zasłużoną nagrodę, Przyjacielu mój Artabanie.
Babcia skończyła opowiadanie. Dłuższą chwilę trwało milczenie.
- Chciałbym zawsze być na czas, jak Artaban – powiedział Grzesio.
- Myślę, że to zadanie dla nas wszystkich, ale teraz zamknij oczy i śpij, bo jutro
czeka cię pracowity dzień – odparła starsza pani, poprawiła kołderkę na łóżku
wnuka i pobłogosławiła go robiąc krzyżyk na jego czole.
- Dobranoc babciu.
- Dobranoc, śpij dobrze wnusiu.
33.
Nie bez przyczyny
- Mamusiu, proszę powiedz mi co znaczy słowo seks, czy to jest coś
śmiesznego? – Kasia wyjęła z plecaka brudnopis i pokazała mamie.
– Zobacz, Wojtek napisał mi to na okładce i dziwnie się śmiał. Nie rozumiem o
co mu chodziło?
Mama odłożyła truskawki, które akurat myła, by przyrządzić pyszny koktajl.
- Sądzę, że musimy poważnie porozmawiać – powiedziała.
- A o czym będziecie rozmawiać? – zapytał Grzesio wjeżdżając swoim nowym
samochodzikiem do kuchni.
- O bardzo ważnych dla każdego człowieka sprawach. Zrobię herbatę i
usiądziemy w pokoju Kasi, tam będzie nam wygodnie. Na osłodę weźmiemy
ciasteczka.
Mama podała Grzesiowi cały talerz słodyczy.
- Czy ja też załapię się na te łakocie? –zapytała Asia, która akurat wróciła od
koleżanki.
- Idziemy na poważną rozmowę do pokoju Kasi – oznajmił Grzesio usiłując
bezpiecznie donieść tam ciastka.
Asia pomogła mamie podać herbatę i po chwili cała czwórka siedziała przy
stole.
- Kasiu, otwórz słownik angielsko - polski i znajdź słowo seks. Przeczytaj, co ono
znaczy.
Dziewczynka śledziła spis wyrazów pomagając sobie palcem,
sa…sad…se..seks. Mam! Seks znaczy płeć.
- Właśnie, a płeć określa to, kim jesteśmy. Człowiek został stworzony przez
Boga jako mężczyzna i kobieta, którzy są równi w godności, ale powołani do
nieco innych zadań – powiedziała mama.
- Nie rozumiem, co to jest godność i jakie są te inne zadania? – zapytał jak
zwykle dociekliwy Grzesio.
- Zarówno kobiecie jak i mężczyźnie przysługują te same prawa. Każdemu
należy się szacunek. Jednak to kobieta może rodzić dzieci, karmić je własną
piersią i to jest jej wyjątkowe i bardzo piękne zadanie. Natomiast mężczyzna
ma troszczyć się o to, by jego żona była szczęśliwa, a dzieci czuły się
bezpiecznie – tłumaczyła mama.
- W książce, którą dostałam od ciebie i taty przeczytałam, że powinniśmy być
wdzięczni Bogu za to, że jesteśmy istotami płciowymi, to znaczy seksualnymi,
bo seksualność to wielki dar ale też zadanie, które trzeba dobrze wypełnić –
Asia uzupełniła wypowiedź mamy.
- Tak to prawda. Aby mogły powstawać rodziny potrzebni są mężczyźni i
kobiety. Kiedy przychodzi odpowiedni moment, taki młody chłopak zakochuje
się w dziewczynie, a ona w nim. Potem może zrodzić się między nimi miłość.
Następnie przed Bogiem ślubują sobie, że zawsze będą razem i z ich miłości,
przy wpółdziałaniu Boga rodzą się dzieci – kontynuowała mama.
- Tak, właśnie! Czytałam też, że dziecko pochodzi od Boga i rodziców – Asia
dzieliła się swoimi myślami.
- To prawda, Kasiu pamiętasz jak tłumaczyliśmy ci z tatusiem kiedy pytałaś
skąd się biorą dzieci, że tylko część od mężczyzny czyli plemnik, pasuje do
części od kobiety, czyli komórki jajowej. To są komórki rozrodcze, bardzo
ważne u każdego człowieka. Kobiety i mężczyźni są inaczej zbudowani, aby
mogli te komórki przekazać kiedy już są małżonkami. Widzisz, pewne części
ciała zawsze mamy zakryte, nie dlatego, że są one brzydkie, ale dlatego, że
odczuwamy wstyd. Chronimy je, bo są przeznaczone dla specjalnych zadań. To,
że posiadamy płeć jest bardzo ważne i piękne. Powinniśmy za to Bogu
dziękować. Ja jestem Mu bardzo wdzięczna za to, że jestem kobietą, bo
mogę być waszą mamą.
- Posłuchajcie – powiedziała Asia włączając MP3 – to jest świetna piosenka śpiewa ją Maga Anioł. Po chwili rozległa się muzyka i zabrzmiały słowa: „Nie
bez przyczyny są chłopcy i dziewczyny, nie bez przyczyny tak jest”.
34.
Wakacyjna przygoda
- Synku, jesteś pewien, że chcesz zostać u cioci i wujka? – zapytała mama
wkładając buty.
- Tak mamusiu, jestem już przecież duży i będę grzeczny.
- Wiesz, że możemy przyjechać po ciebie dopiero za dwa tygodnie, jeszcze
nigdy tak długo nie byłeś poza domem – tato także nie był przekonany o
słuszności decyzji syna.
- Chłopcy się nim zajmą gdy będziemy w pracy, a wieczorami wymyślimy coś
ciekawego – ciocia przyszła z pomocą Grzesiowi.
- Wobec tego bądź grzeczny, będziemy do ciebie codziennie telefonować, ale
dopiero wieczorem, chyba żeby działo się coś nadzwyczajnego to dzwoń, w
przeciwnym wypadku pamiętaj, że jesteśmy w pracy i raczej nie wolno nam
przeszkadzać. Podobnie jak cioci i wujkowi, to daj całusa my już idziemy.
- Całusa? – mamusiu, jestem już duży, pożegnajmy się normalnie – powiedział
Grzesiu podając rodzicom rękę i tylko lekko się przytulając. Wydawało mu się
dziecinne tak wylewnie się żegnać.
- Przecież dwa tygodnie szybko upłyną i znowu wrócę do domu - stwierdził.
Rodzice wyjechali, wieczorem ciocia zabrała wszystkich do kina, wujek miał
jeszcze jakieś drobne prace do wykonania. Niedziela i pierwsze dni tygodnia
upłynęły w miarę szybko. Jarek i Marek, kuzyni Grzesia, faktycznie zajmowali
się nim przez te dni, jednak zaczęło im wkrótce przeszkadzać, że chłopak chce
wszędzie z nimi chodzić. Mieli swoją paczkę, a Grzesio, co tu dużo mówić, był
od nich jednak sporo młodszy. Coraz częściej zostawiali go więc w domu,
zabraniając mówić o tym cioci i wujkowi. Chłopczyk bardzo tęsknił, troszkę
czytał, rysował, grał na komputerze w różne gry, ale szybko mu się to nudziło.
Piątkowy poranek powitał go pięknymi promieniami słońca. Spojrzał na
zegarek, o… już dziewiąta – pomyślał. Zrobił znak krzyża i wstał z nadzieją, że
chłopcy może jeszcze nigdzie nie wyszli. Nie było jednak nikogo. Śniadanie
zrobione przez ciocię przed wyjściem do pracy czekało na stole w kuchni, a w
termosie ciepła herbata. Grzesio umył się, pomodlił i zjadł posiłek. Wieczorem
długo nie mógł zasnąć, płakał z tęsknoty cichutko do poduszki, żeby nikt nie
słyszał. Gdyby mama była blisko to przytuliłby się do niej i mocno ucałował, i
wcale by nie uważał, że jest na to za duży. Łzy znowu pojawiły mu się w
oczach. Nagle przyszła mu do głowy fantastyczna, jak mu się wydawało myśl.
Na parapecie kuchennego okna leżały klucze od mieszkania, przez okno widział
jak na placu zabaw bawią się dzieci. Klucze jakoś same znalazły się w jego
rękach, starannie zamknął drzwi i wybiegł na podwórko. Nie znał jednak
żadnego dziecka.
- Pójdę pooglądać wystawy – pomyślał i wyszedł na pobliską ulicę.
– Zraz wrócę, przecież się nie zgubię – zapewniał sam siebie.
Zapatrzył się na fantastyczne zabawki, za szybą stały super samochody i
motocykle. Poszedł troszkę dalej i dalej. Wszystko było takie wielkie, chciał
zawrócić i nagle zorientował się, że nie wie gdzie. Bezradnie rozejrzał się
dokoła. Nie miał pojęcia jak się tu nalazł. Wydawało mu się, że dopiero
wyszedł z domu. Sięgnął do kieszeni, na szczęście zabrał telefon. Przypomniał
sobie jednak co mówili rodzice. Są teraz w pracy i pewnie bardzo zajęci, ciocia i
wujek też. Mama jednak mówiła, że gdyby się działo coś nadzwyczajnego to
ma dzwonić. Czy to jest nadzwyczajna sytuacja? – myślał.
Trzymał w dłoni telefon i nie wiedział co ma zrobić. W końcu zdecydował, że
zadzwoni.
- Tylko do kogo? – pytał sam siebie. Słyszał kiedyś rozmowę dorosłych, wujek
mówił, że cieszy się bo ma blisko do pracy.
- Zadzwonię do wujka, może to gdzieś niedaleko, to po mnie przyjdzie –
postanowił.
- Przepraszam cię wujku, chyba się zgubiłem – powiedział do słuchawki i
rozpłakał się.
- Uspokój się Grzesiu, jak to się zgubiłeś, nie ma z tobą chłopców? – wujek
zaniepokoił się.
- Nie ma, poszedłem sam na spacer – mówił łkając chłopczyk.
- Posłuchaj mnie uważnie – wujek próbował uspokoić dziecko – powiedz mi
gdzie jesteś, możesz przeczytać jaka to ulica i jaki numer budynku przy którym
stoisz.
Grzesio wykonał polecenie wujka. Okazało się, że to bardzo blisko jego pracy.
Po paru minutach było już po strachu. Chłopak mocno trzymał za rękę wujka,
który zwolnił się na chwilę, by odprowadzić bratanka do domu. W miedzy
czasie zadzwonił do swoich synów, dając im ostrą reprymendę za
pozostawienie Grzesia bez opieki. Musieli natychmiast zjawić się w domu i
zaopiekować kuzynem. Po dłuższej rozmowie z tatą zrozumieli swój błąd i
przeprosili Grzesia. Aż do jego wyjazdu nie odstępowali go ani na krok.
35.
Trudno to zrozumieć
Asia od powrotu ze szkoły nie mogła powstrzymać łez, które toczyły się
po jej policzkach jak wielkie grochy. Wydawało się jej, że cały świat nagle
stracił wszystkie barwy. Wiadomość o śmierci Marysi spadła na nią jak grom z
jasnego nieba. Marysia, sąsiadka tylko rok starsza od Asi, była dla niej jak
siostra, tym bardziej bliska, że chorowała od wczesnego dzieciństwa. Asia
odwiedzała ją bardzo często. Lubiły ze sobą rozmawiać, a kiedy Marysia
przebywała w szpitalu kilkanaście razy na dobę wysyłały do siebie sms-y.
- Asiu, chodź podgrzałam ci obiad – zawołała babcia z kuchni. Dziewczyna
usiadła nad talerzem zupy i z trudem przełykała jedzenie.
- To niesprawiedliwe babciu – powiedziała odsuwając opróżniony tylko do
połowy talerz – Marysia tyle się w życiu nacierpiała. Wszyscy wiedzieli, że jest
chora, ale nikt nie przypuszczał, że tak szybko odejdzie – mówiła patrząc na
krzątającą się po kuchni starszą kobietę.
Babcia usiadła obok wnuczki i przytuliła ją do siebie. Dziewczynka ocierała
płynące po policzkach łzy.
- Marysia miała tyle planów. Miałyśmy razem jechać na oazę. Wiesz babciu, że
największym marzeniem Marysi było poczuć smak potraw: zwykłego chleba
czy też zupy?
- Tak, wiem – powiedziała babcia. Nawet hostia, którą przyjmowała musiała
być bezglutenowa. W sumie żyła tylko dzięki temu, że miała dożywianie
pozajelitowe. Codziennie wieczorem jej mama podłączała jej coś w rodzaju
kroplówki do tzw. wejścia centralnego w okolicy mostka. Tak samo zresztą jest
odżywiana jej najmłodsza siostra, Emilka. Tylko Zosia jest zdrowa. Wiesz Asiu,
myślę że powinnaś pójść do Zosi, jej też jest bardzo trudno. Pomogłabyś jej
zająć się tatą, który wymaga opieki. Porusza się przecież na wózku
inwalidzkim i to przy pomocy innych osób.
- Masz rację babciu, później odrobię lekcje, a teraz pójdę. Tyle cierpienia w
tej rodzinie. Emilka również bardzo przeżyła śmierć siostry. To mądra
dziewczynka, jej choroba jest bardzo podobna do choroby Marysi. Asia wciąż
nie mogła powstrzymać łez.
- To prawda, kiedy byłam tam wczoraj Emilka mówiła, że ona pewnie też
umrze. Bardzo potrzeba im teraz wsparcia. Wciąż nie mogę zrozumieć
dlaczego tyle nieszczęścia dotyka jedną rodzinę – mówiła Asia ubierając buty
– jak można to wytrzymać. Ile jeszcze musi znieść pani Aneta, chory mąż,
chore dwie córeczki, jedna już nie żyje, dobrze że chociaż Zosia jest zdrowa,
ale…taka smutna. Co ja jej mogę powiedzieć, jak ją pocieszyć babciu?
Przecież ja sama ciągle płaczę – dziewczynka po raz kolejny starała się osuszyć
łzy.
- Tu nie są ważne słowa. Najważniejsza jest twoja obecność. Wiesz, jest takie
powiedzenie, że smutek dzielony we dwoje jest połową smutku. Trudno
zrozumieć dlaczego właśnie rodzinę Zosi dotknął taki los. Widocznie Bóg ma w
tym jakiś cel – tłumaczyła babcia.
- Jestem pewna, że Marysia jest szczęśliwa w niebie, tam już nie cierpi, była
przecież taka dobra – do rozmowy włączyła się milcząca dotąd Kasia - gdy
byłyśmy tam ostatnim razem powiedziała mi, że ofiaruje swoje cierpienia za
grzeszników i zachęca do tego swoją młodszą siostrę Emilkę, która nie jest tak
cierpliwa jak ona. Pójdę z tobą Asiu, to chociaż porozmawiam z Emilką lub
wspólnie się z nią pomodlę. Pani Aneta ma przecież do załatwienia mnóstwo
praw związanych z pogrzebem.
Dziewczynki wyszły mijając w drzwiach wracającego ze szkoły brata. Grzesio
niedbale zrzucił plecak i buty, wszedł do kuchni i usiadł przy stole, na którym
babcia widząc wracającego ze szkoły wnuka postawiła odgrzany obiad.
Popatrzyła z troską na naburmuszonego chłopca.
- Co się stało Grzesiu? – zapytała.
- Krzysiu mi dokucza, znowu się śmiał, że mam takie niemodne buty i spodnie –
mówił z poczuciem krzywdy odsuwając na kraj stołu ulubione pierożki.
Starsza pani milcząc usiadła obok wnuka. Jego problemy wydały jej się banalne
w porównaniu z dramatem rodziny sąsiadów. Miała zamiar mu to powiedzieć.
Widząc jednak w oczach chłopca autentyczny żal, zapytała:
- Bardzo chciałbyś mieć takie ubranie jak Krzysiu, prawda?
- Tak babciu – powiedział chłopczyk już nieco pogodniej, a gdzie dziewczyny? –
zapytał - ach wiem – odpowiedział sam sobie – pewnie poszły do sąsiadów. To
smutne, co tam się wydarzyło. Ale przecież spotkamy się z Marysią w niebie,
prawda babciu? Tak mówiłaś, gdy zmarł dziadziu – chłopczyk po swojemu
tłumaczył zaistniałą sytuację.
- Tak, to prawda –odparła babcia, ciesząc się, że chłopczyk zapomniał już o
przykrości wyrządzonej mu prze kolegę.
Grzesio przysunął do siebie talerz z pierożkami - pyszne – stwierdził, jak
zawsze babciu.
- Smacznego, jedz na zdrowie, powiedziała uśmiechając się starsza pani.
36.
A jednak nie takie nudne
- Kasiu, musisz się pospieszyć, za pół godziny wychodzimy – powiedziała babcia
widząc wnuczkę siedzącą na podłodze pośród sterty ubrań, które wyrzuciła z
szafy.
- Ależ babciu, chciałam zrobić porządek, czy muszę iść z wami?
- Nie Kasiu, nie musisz, ale myślałam, że chcesz. Dziś pierwsze nabożeństwo
różańcowe. Zawsze chodziliśmy wszyscy. Asia i Grzesio już prawie gotowi.
- Nabożeństwo różańcowe jest takie nudne, w kółko powtarza się to samo,
takie klepanie paciorków – dziewczynka podniosła się z podłogi i usiadła na
kanapie.
- Wiesz Kasiu, może się tak wydawać, ale przecież odmawiając konkretne
tajemnice rozważamy treść w nich zawartą. Wtedy nie jest to nudne –
odparła babcia siadając obok wnuczki.
- Weźmy na przykład trzecią tajemnicę z części Światła, co można rozważać
odmawiając ją? – Kasia z przekorą patrzyła na babcię – jakoś najbardziej jest
ona dla mnie dziwna.
Starsza pani objęła wnuczkę ramieniem i odsunęła z jej twarzy piękne, falujące
się włosy.
– To moja ulubiona tajemnica – powiedziała – wyobraź sobie Kasiu małe
miasteczko w Palestynie, nosi ono nazwę Naim. Mieszka tam młody chłopak.
Powiedzmy, że ma na imię Dan, jest jedynakiem. Dan to bardzo dobry
człowiek. Umie zauważyć potrzeby innych ludzi. Niedawno naprawił
drewnianego konia chłopcu z sąsiedztwa. Chorej sąsiadce naniósł wody,
jeszcze komuś innemu pomógł w przeprowadzce. W takim małym miasteczku
wszyscy się znają i nie ma tam człowieka, który nie znałby Dana i jego
szczerego, radosnego uśmiechu. Niedawno, po długiej chorobie zmarł tato
chłopca. Kiedy mama pogrążona w bólu płakała, Dan pocieszał ją i zapewniał,
że jest już na tyle duży, by zatroszczyć się o utrzymania ich obojga. Podjął
pracę i wiodło im się całkiem dobrze, aż pewnego wieczoru dostał wysokiej
gorączki, a rano już nie żył. Ulicami Naim szedł kondukt pogrzebowy, prawie
wszyscy mieszkańcy towarzyszyli biednej wdowie, która nie mogła
powstrzymać łez, słowa skargi wylewały się z jej ust. Akurat przez to
miasteczko przechodził Pan Jezus. Żal mu się zrobiło płaczącej kobiety.
Podszedł do zmarłego chłopca i powiedział: "Młodzieńcze, mówię ci, wstań !".
Dan wstał i zaraz wszyscy zobaczyli jego szeroki uśmiech. „Głoszenie
Królestwa i wzywanie do nawrócenia”, tak nazywa się ta tajemnica. Za każdym
razem, nim zaczniesz ją odmawiać możesz zajrzeć do Biblii i przeczytać, co
takiego powiedział, czy też zrobił Pan Jezus – babcia uśmiechnęła się do
wnuczki.
- Skąd wiesz, że tak właśnie było – Kasia nie dawała za wygraną – zdaje się, że
Ewangelista nie podaje imienia tego wskrzeszonego chłopca.
- Podaje jednak sam fakt wskrzeszenia, a przecież każdy posiada imię, więc ja
wymyśliłam mu takie.
- Skąd pomysł, że był taki dobry? – Kasia patrzyła na babcię, dużymi
brązowymi oczami, płonącymi jak rozżarzone węgle.
- Tak myślę, skoro towarzyszył jego matce wielki tłum ludzi. Wszyscy musieli go
kochać. Babcia wstała i podeszła do półki, na której leżała Biblia. Znalazła
odpowiedni fragment i podała Kasi. Dziewczynka zatopiła się w lekturze.
- Babciu – powiedziała po chwili – wydaje mi się, że czytasz pomiędzy
wersetami. Potrafisz wydobyć z tekstu, to czego ja tam nie dostrzegam.
Babcia zamyśliła się i przesuwając bluzki Kasi, które leżały blokując przejście,
znowu usiadła obok dziewczynki.
– Widzisz Kasiu, Pismo Święte to nie jakaś tam książka, którą można czytać
bezmyślnie. Zanim sięgniesz po Biblię pomódl się do Ducha Świętego, aby
oświecił twój rozum, wtedy zauważysz o wiele więcej niż tylko litery i
zapisane słowa.
Dziewczynka odłożyła Pismo Święte na biurko. Wstała z kanapy i rozejrzała się
po pokoju. Westchnęła widząc ogromny bałagan, pomyślała chwilę i
zdecydowała:
- Pojdę z wami, posprzątam jak wrócimy.
- Chętnie ci pomogę – powiedziała Asia, która już od dłuższego czasu stała
cichutko w drzwiach i przysłuchiwała się rozmowie.
- Super, jesteś fantastyczną starszą siostrą – odparła Kasia chowając do
kieszeni różaniec - myślę, że dziś nie będę się nudzić w kościele.
37.
Wybór
- Ale zimno – zawołał Grzesio.
Chuchaniem rozgrzewał skostniałe dłonie. Chłopczyk razem z siostrami wrócił z
niedzielnej Eucharystii. Mama i babcia krzątały się w kuchni przygotowując
obiad. Tato oglądał właśnie transmisję Mszy św. w telewizji. Ponieważ zmogła
go choroba, nie mógł pójść do kościoła. Nie miał już dziś gorączki, ale był
jeszcze bardzo osłabiony. W szlafroku, opatulony kocem siedział w fotelu, w
zasięgu reki miał tabletki do ssania, syrop, aspirynę i ciepłą herbatę z lipy.
Wczoraj wieczorem babcia zaaplikowała mu bańki.
- Co tam w parafii słychać? – zapytał, kiedy Msza św. w telewizji dobiegła
końca.
Dzieci zgromadziły się wokół chorego. Czekając na obiad relacjonowały
ogłoszenia parafialne oraz homilię, która nie tylko na Grzesiu zrobiła bardzo
duże wrażenie. Asia jako najstarsza zaczęła streszczać słowa księdza
proboszcza.
- To działo się w czasie II Wojny Światowej – mówiła - Niemcy najechali na
małą miejscowość. Mieszkańcy byli przerażeni. Słyszeli, co działo się w
sąsiedniej wsi, w której Niemcy zamknęli wszystkich w stodole i żywcem
spalili.
- Pomyśleli, że w kościele będą bezpieczni - włączyła się do rozmowy Kasia więc zgromadzili się w parafialnej świątyni. Po parunastu minutach kościół
został otoczony przez oddział żołnierzy – Kasia zaczerpnęła powietrza.
- Do środka wkroczył niemiecki oficer – Asia weszła siostrze w słowo poinformował zgromadzonych, że za paręnaście minut kościół zostanie
wysadzony w powietrze. Mogą opuścić budynek, jest tylko jeden warunek.
- W tym momencie – przejął opowiadanie Grzesio – oficer zdjął ze ściany
obraz Pana Jezusa i położył na podłodze przed drzwiami. „Tylko ten może
opuścić świątynię, kto wychodząc napluje na twarz Jezusa”, zdecydował
oficer. Zapadło przerażające milczenie. Po chwili podniósł się jeden
mężczyzna, wychodząc ze słowem: „Wybacz”, splunął na obraz i opuścił
kościół. Podobnie zachowało się jeszcze kilkoro mieszkańców wsi.
- Wstała również młoda dziewczyna – teraz relację z homilii kontynuowała Asia
- podeszła do obrazu i uklękła. Dłońmi odgarnęła plwocinę i ucałowała twarz
Chrystusa. W tym momencie rozległ się huk wystrzału, a w powietrzu uniósł się
szept grozy wyrwany z piersi pozostałych w świątyni ludzi. Dziewczyna padła
martwa na obraz. Oficer z dziwnie wykrzywioną twarzą wyszedł z kościoła.
Wtedy do dziewczyny podbiegł mężczyzna, jak się okazało, był to jej ojciec. Ze
łzami w oczach wołał: „Ach, gdybym przewidział, co chcesz zrobić, uczyniłbym
to przed tobą”. Pozostali uklękli wokół bohaterskiej dziewczyny, leżącej z
rozkrzyżowanymi ramionami na obrazie. Wyglądało to tak, jakby własną
piersią zasłaniała Chrystusa przed strzałem. Wszyscy zatopili się w modlitwie.
Kościoła nie wysadzono - Asia zakończyła opowiadanie.
Grzesio miał łzy w oczach, przytulił się do taty.
- To piękne świadectwo wiary, na szczęście my nie musimy dokonywać aż
takich dramatycznych wyborów – tatuś objął ramieniem synka.
- Ale gdybym był w takiej sytuacji – Grzesio patrzył ojcu prosto w oczy - to
tatusiu mógłbym na przykład udawać, że pluję na obraz, a w duszy myśleć, że
tego nie robię i wyjść z kościoła? – zapytał.
- Widzisz Grzesiu, to jest wybór, możesz się opowiedzieć za Chrystusem lub
przeciw Niemu. Ale trzeba to zrobić ze wszystkimi konsekwencjami, tak jak
zrobiła to ta dziewczyna. Czytałem ostatnio w „Głosie św. Franciszka” – mówił
tato – artykuł o solidarności z Kościołem Prześladowanym. W tym roku, 11
listopada będzie już po raz czwarty obchodzony taki dzień. Czy wiecie, że
dzisiaj też 170 000 chrześcijan rocznie oddaje swoje życie za wiarę. Co 3
minuty ginie jeden chrześcijanin, a w ponad 70 krajach łamie się prawo do
wolności religijnej.
- Och, to straszne, nie wiem czy byłbym zdolny tak postąpić, jak ta dziewczyna
– Grzesio smutno pokiwał głową.
- Wiecie co, mam pomysł – powiedział tato, chcąc podnieść swojego synka na
duchu. Od dziś przy wieczornej modlitwie będziemy zawsze jeszcze dodawać
dwie intencje, jedną za tych którzy cierpią prześladowanie za wiarę, a drugą
byśmy zawsze dokonywali słusznych wyborów i umieli bronić wartości.
Wszyscy zaakceptowali pomysł taty i z radością zgromadzili się przy stole, by
spożyć pięknie pachnący, niedzielny obiad.
38.
A ile to trwa?
- Teraz ja chcę zagrać! Siedzisz już dwie godziny przy komputerze, a obiecałeś,
że ja też będę mógł – Grzesio stał przed swoim kuzynem, którego rodzice
zostawili u wujostwa na cały weekend, bo sami wyjechali na jakieś ważne
sympozjum. Chłopak niechętnie wstał z krzesła i oddał miejsce Grzesiowi.
- Ale nudy – stwierdził - a to dopiero piątek, rodzice wrócą w niedzielę
wieczorem.
Grześ popatrzył swymi brązowymi oczami na Arka, który z miną chorej lamy,
usiadł w fotelu. Nie przerywając gry zapytał:
- Może chcesz poczytać? Mam książki o różnej tematyce, wybierz sobie jakąś
– pokazał ręką na półkę.
- Nie lubię czytać – stwierdził Arek.
Zapadła cisza. Grzesia pochłonęła gra, ale po chwili znowu spojrzał na kuzyna,
który siedział skulony w fotelu.
- To co chcesz robić? - zagadnął widząc smutne oczy chłopca.
- Nie wiem - odparł Arek, zawsze rodzice mi mówią co mam robić. Tata się ze
mną bawi albo mama ze mną rozmawia, albo gram na komputerze. Na
komputerze najwięcej – przyznał szczerze – bo rodzice często wracają późno.
- Mam pomysł – powiedział Grzesio kończąc grę - pobawimy się kolejką.
Arkowi zaświeciły się oczy.
- Super! – zawołał i ochoczo zabrał się do pomagania Grzesiowi przy
rozkładaniu torów.
Chłopcy bawili się świetnie, po godzinie Grzesio spojrzał na zegarek.
- Koniec – musimy sprzątać - powiedział zdecydowanie.
- Ale dlaczego? - Arek zawiedziony patrzył na swojego kuzyna - tak fajnie się
bawimy. Przecież jurto sobota, nie musisz się uczyć.
- Za chwilę wejdzie tu babcia i zawoła nas do modlitwy, a potem będzie
kolacja.
- Jak to do modlitwy? – Arek nie mógł zrozumieć - to razem będziemy się
modlić, ja też? – zapytał zdumiony.
- Sądzę, że ty też – odparł Grzesio - my zawsze wieczorem odmawiamy
różaniec. Kiedy już wszyscy są w domu, wspólnie klękamy do modlitwy.
W tym momencie rozległo się pukanie i w drzwiach pojawiła się babcia, jak
zawsze uśmiechnięta, poprawiając okulary, które wciąż niesfornie zsuwały się
jej z nosa.
– Gotowi do modlitwy? – zapytała wesoło.
Arek stał z zakłopotaną miną, wreszcie wskazując na różaniec, który babcia
trzymała w ręce, zapytał:
- A ile to trwa?
- Czy rysowałeś kiedyś tort czasu? – odpowiedział pytaniem na pytanie Arka
tato Grzesia, który razem z mamą i dziewczynkami szedł do dużego pokoju,
gdzie na małej półeczce stała figurka Matki Bożej. Tu rodzina zbierała się na
wieczorną modlitwę.
- Tort to jadłem na urodzinach, ale taki prawdziwy, nie narysowany – odparł
Arek.
- Zobacz – tato wziął do ręki dużą kartkę papieru i ołówek.
Wszyscy usiedli wokół stołu. Dziewczynki z uśmiechem patrzyły na tatę. Im już
to wyjaśniał, ale z zaciekawieniem słuchały, przyglądając się bratu i kuzynowi,
którzy z zainteresowaniem patrzyli na kartkę.
– Rysujemy koło – kontynuował tato – to jest tort czasu, czyli nasza doba,
konkretnie twoja Arku. Za chwilę, jeżeli zechcesz, uklękniesz z nami do
modlitwy. Będziesz miał też ważne zadanie, sprawdzisz czas, czyli zobaczysz
jak długo będziemy się modlić. Proszę, to mój zegarek, jest bardzo dokładny,
załóż go na rękę. Po modlitwie usiądziesz przy stole i zaznaczysz w kole „porcje
tortu”, to znaczy czas, który przeznaczasz w ciągu doby na różne czynności, na
przykład takie jak: właśnie modlitwa, spanie, sprzątanie, komputer, nauka,
rozmowa z rodzicami, przyjaciółmi. Co ty na to, podołasz zadaniu? – zapytał
Arka tato Grzesia.
Arek wziął zegarek wujka, który zawsze mu się podobał i z dumą założył na
rękę.
- Jasne, że tak, możemy już zaczynać - odparł.
Modlitwę jak zawsze rozpoczął tato, po odmówieniu: „Wierzę w Boga
Ojca…” wszyscy uklękli. Tajemnice bolesne, jak w każdy wtorek i piątek,
prowadziły na zmianę: Kasia i Asia.
- Dwadzieścia minut – oznajmił Arek, gdy wszyscy podnieśli się już z klęczek.
Wujek posadził siostrzeńca na kolanach. Podając chłopcu ołówek powiedział:
– Teraz zobacz jaka to duża „porcja” na twoim torcie czasu. Chłopczyk solidnie
zaznaczał wszystkie „porcje”, w końcu stwierdził:
- Dla Pana Boga wyszło najmniej czasu, chociaż dzisiaj modliłem się chyba
najdłużej w swoim życiu.
- Widzisz, tak to właśnie jest, że często brak nam czasu dla Tego, od Kogo ten
czas mamy. Zapominamy, że Jemu należy się nasza uwaga w pierwszej
kolejności. Dorosłym też się to zdarza.
Arek przyglądał się kartce.
- Koniecznie muszę zabrać ten tort do domu i pokazać rodzicom, chyba
powinniśmy w naszej rodzinie zwiększyć „porcję” przeznaczoną dla Pana
Boga.
- To bardzo dobry pomysł – pochwaliła ciocia – ale teraz chodźcie już do kuchni,
czeka kolacja i smakowity deser.
- Super - zawołali chłopcy i pierwsi pobiegli za wspaniałym zapachem.
39.
Kto mnie potrzebuje?
- Wychodzimy Kasiu, wrócimy za trzy, góra cztery godziny – mama dosuwała
zamek u kozaczków - gdyby babcia długo nie wracała to zrób kolację, bo
pewnie będziecie głodni.
- Dobrze mamo – powiedziała Kasia nie przerywając malowania.
Na juro musiała dokończyć pracę plastyczną.
- Aśka to ma dobrze, pojechała na dwa dni na wycieczkę – pomyślała z nutką
zazdrości o siostrze - a ja się tu muszę męczyć, nie dość, że lekcje, to jeszcze
brat z kolegą.
- Bądźcie grzeczni – powiedział tato w stronę drzwi pokoju Grzesia – słyszycie
chłopaki?
- Tak tato – odparł Grześ nie przerywając zabawy.
- Oczywiście proszę pana – dodał Sławek, który zostawał u kolegi na noc.
Chłopcy rozgrywali właśnie pasjonującą bitwę. Pokój zamienili w wielki ocean,
krzesła spełniały rolę okrętów. Kiedy już obronili cały świat przed zalewem
obcych cywilizacji stwierdzili, że bardzo zgłodnieli.
- Kasiu, chce się nam jeść! – zawołał Grzesio w stronę pokoju siostry.
- Posprzątajcie, za chwilkę zrobię kolację - dziewczynka nadal siedziała nad
swoją pracą.
Chłopcy zabrali się za porządkowanie pokoju. Kiedy krzesła z okrętów znów
zamieniły się w miejsca do siedzenia, a pokój nie był już oceanem, chłopcy
stwierdzili, że mogliby zjeść konia z kopytami. Ponieważ Kasia wciąż była
zajęta, postanowili sami pójść do kuchni i zrobić sobie kanapki. Grześ
wyciągnął z lodówki wędlinę, a Sławek zabrał się za krojenie pieczywa. Nagle
nóż zsunął się z nieco twardej skórki chleba wprost na palec chłopca.
- Aj, boli! – Sławek zbladł.
- Kasiu, Kasiu! Nieszczęście! - Grzesio widząc spadające na podłogę krople krwi
rozpaczliwie wołał siostrę.
Dziewczynka zjawiła się natychmiast, zabrała przerażonego Sławka do łazienki.
Z apteczki wyjęła wodę utlenioną, polała mocno krwawiący palec i założyła
opatrunek.
- Dlaczego nie poczekaliście? – zapytała zdenerwowana.
Wtedy właśnie wróciła babcia. Grzesio wtulił się w jej ramiona i opowiedział
cale zdarzenie. Kobieta wytarła zakrwawioną podłogę w kuchni i w łazience.
- Gdybyś była w domu babciu, to by się Sławek nie skaleczył. Kasia nie miała
czasu by nam zrobić kolację – Grzesio nie mógł się uspokoić - czemu tak długo
byłaś u pana Józefa?
- Chciałam ugotować dla niego obiad na jutro, zmienić mu opatrunek i
posprzątać nieco mieszkanie. Wiesz, że sam sobie nie radzi, a pani Ola, która
też go odwiedza, razem z mężem wyjechała do rodziny na dwa tygodnie, więc
teraz ja musze być u niego dłużej. Ale chodźcie, zrobimy wreszcie tę kolację.
Dzieci zgromadziły się w kuchni, babcia pokroiła pieczywo, a Kasia smarowała
masłem kanapki. Chłopcy układali wędlinę i pomidory. Po smacznym posiłku
Grześ zapytał:
- Opowiesz nam coś babciu, zanim pójdziemy się myć?
- Dobrze, posłuchajcie. Niedawno czytałam takie opowiadanie napisane przez
ks. Kazimierza Wójtowicza. W bardzo mroźny zimowy dzień, pewien człowiek
spotkał małą dziewczynkę. Stała ona na brzegu drogi i trzęsła się z zimna, bo
miała na sobie tylko cienką sukienkę. Widać było też, że już od kilku dni nie
miała nic w ustach. Dziecinne oczy patrzyły jakoś matowo, bez nadziei.
Pobożny człowiek przeżył bardzo to spotkanie. Zdenerwował się i zaczął Bogu
wymyślać, iż dopuścił do tego, że nic nie zrobił, aby ulżyć temu dziecku. Pan
Bóg milczał cały dzień, a w nocy nieoczekiwanie odpowiedział: „Owszem,
zrobiłem coś w tym kierunku, stworzyłem ciebie”.
- Już rozumiem babciu, to tak jak z panem Józefem, Bóg stworzył ciebie i panią
Olę i innych dobrych ludzi, którzy przychodzą mu z pomocą – Grzesio jak
zwykle podsumował opowiadanie.
- Tak, masz rację – powiedziała z uśmiechem babcia. Każdego z nas Bóg
stworzył po coś, każdy z nas jest komuś potrzebny. A teraz kiedy przeżywamy
Wielki Post, trzeba się szczególnie nad tym zastanowić i pomyśleć komu
możemy przyjść z pomocą. Nie zawsze muszą to być wielkie czyny, czasami
wystarczy uśmiech, może podzielenie się kanapką z kolegą, który akurat jest
głodny. Czasami wystarczy sama świadomość, że jest ktoś, do kogo możemy
przyjść, żeby porozmawiać.
- Myślę – powiedziała milcząca dotąd Kasia – że dziś troszkę zawiodłam. To
przeze mnie Sławek się skaleczył. Przepraszam. Na przyszłość będę bardziej
się zastanawiać nad tym, komu w danej chwili jestem potrzebna.
- Ja też przepraszam, że byłem taki niecierpliwy – Sławek przyglądał się
skaleczonemu palcowi, opatrunek przesiąkł krwią. Kasia więc kolejny raz
wcielając się w rolę pielęgniarki zakładała bandaż.
- Robisz to bardzo delikatnie, prawie wcale nie boli. Dziękuję Kasiu. Muszę
pomyśleć, komu ja jestem potrzebny, bo i mnie przecież Pan Bóg po coś
stworzył, prawda proszę pani?
- Oczywiście, a teraz chodźmy do wspólnej modlitwy, pomodlimy się za tych,
którzy oczekują naszej pomocy oraz o to, byśmy umieli ich dostrzec –
powiedziała babcia.
40.
By miłość zwyciężała
Za oknem wolno padały puszyste płatki śniegu. W świetle latarni
wyglądały jak srebrny pył rzucany z góry przez niewidzialną rękę. Asia stała za
firanką wpatrzona w uspakajającą scenerię zimowego wieczoru. Jej piękne,
ciemnobrązowe oczy pełne były łez. Czuła bezradność i żal. Nie wiedziała do
kogo go skierować. Z zadumy wyrwał ją głos mamy.
- Trzeba rozwiesić firany u pana Józefa, zajmiesz się tym córeczko?
Asia burknęła coś pod nosem.
- Słucham?
Mama zaniepokojona dziwnym zachowaniem córki podeszła do okna. Asia
szybko wytarła łzy.
- Dobrze, rozwieszę – powiedziała z nutką pretensji – ale czy my tak zawsze
wszystkim musimy pomagać?
- Nie pomagamy wszystkim – mama spojrzała ze zdziwieniem na dziewczynę –
pan Józef to nasz sąsiad i wiesz, że jest niepełnosprawny, sam tego nie zrobi.
Mam wrażenie, że jednak nie w tym jest problem, prawda?
Mama objęła córkę ramieniem. Asia wysunęła się z objęć mamy, westchnęła
ciężko i oparła się o krawędź stołu.
- Usiądź, porozmawiamy. Co tak bardzo cię martwi?
Mama ciepło patrzyła na swoja pociechę. Przysiadły obydwie na kanapie.
- To taka niezręczna sytuacja, nie chciałabym o tym mówić, ale chyba muszę,
bo nie wiem jak rozwiązać ten problem. Poznałaś mamusiu Agnieszkę, ona
przyszła do naszej klasy tak jakoś w połowie września, zaprzyjaźniłyśmy się –
Asia wolno cedziła słowa.
- Tak wiem. To dla niej zrezygnowałaś z przyjaźni z Zosią?
- Trudno powiedzieć, że zrezygnowałam, po prostu Zośka jakoś nie przepada
za Agnieszką.
- Tak, tylko że ty nie miałaś czasu, by jak dawniej dzielić go z Zosią, wolałaś
przebywać w towarzystwie Agnieszki. Mówiąc szczerze troszkę mnie to
niepokoi, zwłaszcza, że przyjmujesz od niej drogie prezenty.
- Właśnie mamo, chodzi o prezent. Aga ma urodziny tuż przed Świętami
Bożego Narodzenia. Chciałam jej coś kupić tylko wiesz, to, co jej się podoba,
jest bardzo drogie. Nie wiem, czy dostanę od was tyle pieniędzy. Gdybym dała
wszystkie moje oszczędności, nie wystarczy nawet na pół takiego prezentu jaki
wymarzyła sobie Agnieszka.
Asia błagalnie patrzyła na mamę.
- Czy naprawdę musimy zapraszać na wigilię Kamila z rodziną? – zapytała - to
przecież tylko kolega Grzesia, na dodatek jego ojciec to alkoholik. Gdybyśmy
ich nie zapraszali, moglibyśmy zaoszczędzić nieco pieniędzy i wtedy
starczyłoby na prezent dla Agi. Jeżeli kupię Agnieszce jakieś badziewie, to
mnie wyśmieje. Jej rodzice jakoś tak nie przejmują się całym światem. Może
dlatego stać ich na wiele rzeczy, o których nam nawet się nie śniło - Asia
wyrzuciła z siebie cały żal.
- Asiu, nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Po pierwsze: tato Kamila wrócił
właśnie z leczenia odwykowego, już nie pije, ale nadal mają bardzo ciężką
sytuację materialną. Zobacz – mama wysunęła spod biurka ozdobne pudełko twój młodszy brat cały adwent odkłada słodycze do paczki dla Kamila,
odmawia sobie drobnych przyjemności, by nasi goście poczuli się u nas
dobrze. Po drugie: chcę, abyś pomyślała nad hierarchią ważności spraw.
Zastanów się, co jest ważniejsze: drogi prezent dla Agnieszki, czy pomoc
rodzinie Kamila? Moim zdaniem możesz dla koleżanki wymalować obraz, masz
wielki talent. Sądzę, że taki prezent jest o wiele wartościowszy niż kupiony w
sklepie. Możemy oprawić go w piękną ramę, obiecuję, że za nią zapłacę.
Agnieszka to bardzo sympatyczna dziewczyna, jednak nigdy nie doświadczyła
braku czegokolwiek. Może właśnie twoim zadaniem jest pokazać koleżance,
że w życiu nie liczą się tylko pieniądze, że przyjaciół nie pozyskuje się
prezentami. Pomyśl o scenerii Bożego Narodzenia. Gdzie rodzi się Boży Syn?
Nie w bogactwie i przepychu. Może właśnie to namaluj Agnieszce, z
dedykacją, by w jej sercu, tak, jak w twoim i moim, zawsze zwyciężała miłość
– mama znowu objęła Asię, tym razem dziewczynka oparła głowę o jej ramię.
Po chwili milczenia stwierdziła:
- Ten obraz to dobry pomysł, zawieszę firany i wezmę się do malowania.
41.
Czy sól może stracić smak?
Tego dnia na lekcji plastyki panował wyjątkowy harmider. Pani
kilkanaście razy prosiła o spokój, ale bez skutku. Nie była jakąś rygorystką,
można było rozmawiać w czasie wykonywania prac. Chłopcy zaczęli kłuć się
mocno zaostrzonymi kredkami. Zagrażało to ich bezpieczeństwu, dlatego
zdenerwowana pani zagroziła, że jeżeli sytuacja się nie uspokoi, wpisze
negatywną uwagę temu, kto będzie dokuczał innym. W klasie zapanowała
błoga cisza. Pani przechodziła miedzy ławkami przyglądając się pracom swoich
wychowanków. Kątem oka zauważyła, że siedzący w trzeciej ławce chłopcy
siłują się wyrywając sobie kredkę.
- O co was prosiłam? – zapytała zdenerwowana.
- To wina Fabiana – odparł Kamil, największy rozrabiaka w klasie, posiadający
rekordową liczbę negatywnych uwag.
Fabian trzymał w rękach mocno zaostrzoną kredkę.
- Niech mu pani wpisze uwagę, powiedziała pani przecież, że tak będzie –
Kamil ze złością patrzył na swego sąsiada.
- To prawda – potwierdziła wypowiedź Kamila Kasia – widziałam jak Fabian
porysował pracę Kamila.
- Czy tak było? – pani ze smutkiem zapytała oskarżonego.
Fabian stał ze spuszczoną głową. Z reguły był grzecznym uczniem, najstaranniej
z wszystkich chłopców wykonywał rysunki, nie miał ani jednej negatywnej
uwagi.
- Porysowałeś jego pracę? – pani usiłowała wyjaśnić sprawę przyglądając się
rysunkowi Kamila.
- Tak, ja to zrobiłem, przepraszam cię Kamilu – odparł Fabian. Kamil jednak był
bezlitosny.
- Niech mu pani wpisze uwagę – nalegał – przecież pani powiedziała.
- Tak, tak – poparła Kamila Kasia, tak będzie sprawiedliwie.
- Słuchajcie – powiedziała po raz kolejny ze smutkiem pani – przecież przeprosił
i żałuje. Przypomnij sobie Kamilu ile razy tobie darowałam. Myślę, że na
katechezie powinniście porozmawiać na temat przypowieści o nielitościwym
dłużniku. Zdaje się, że to już następna lekcja.
Dzwonek zagłuszył ostatnie słowa nauczycielki. Uczniowie z głośnym: „do
widzenia”, wybiegli na korytarz. Przerwa jak zwykle skończyła się szybciej niż
uczniowie by chcieli. Ksiądz po krótkiej modlitwie podał hasło nowego roku
liturgicznego, który rozpoczyna się w I Niedzielę Adwentu. Uczniowie zapisali:
„Być solą ziemi”.
- Proszę księdza pani Alina, ta od plastyki prosiła byśmy porozmawiali o
litościwym dłużniku - Kasia niezbyt grzecznie weszła katechecie w słowo.
- Raczej o nielitościwym – sprecyzował ksiądz - to nawet dobrze się składa, bo
jak pamiętacie na ostatniej katechezie mówiliśmy o Chrystusie Królu i Jego
królestwie. Pan Jezus nauczając o królestwie niebieskim opowiadał różne
przypowieści. Pewnego razu powiedział, że podobne jest ono do króla, który
chciał się rozliczyć ze swoimi sługami. Okazało się, że jeden z nich jest mu
dłużny ogromną sumę pieniędzy, dziesięć tysięcy talentów. Nie miał z czego
oddać i król kazał go sprzedać wraz z żoną i dziećmi. Lecz kiedy bardzo prosił o
cierpliwość, król ulitował się nad nim i podarował mu cały dług. Ale wyobraźcie
sobie, co zrobił ów człowiek. Kiedy wyszedł od króla spotkał swojego
znajomego, który był mu winien niewielką sumę pieniędzy, o wiele mniejszą
niż ta, którą podarował mu król. Zażądał od tego znajomego natychmiastowej
spłaty długu, a ponieważ tamten nie miał z czego oddać wtrącił go do
więzienia. Wtedy inni współsłudzy donieśli królowi o tym wydarzeniu.
Zawezwał on nielitościwego dłużnika i powiedział: „Sługo niegodziwy!
Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czy i ty nie powinieneś
był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?”
Ksiądz zamknął Pismo Święte, gdyż ostatnie zdania czytał z Ewangelii (por. Mt
18,21-35).
- Nie chcielibyście być w skórze tego dłużnika. Król kazał go wydać katom,
dopóki mu całego długu nie odda – powiedział ksiądz.
Dzieci milczały zasłuchane. Nagle zgłosił się Kamil.
- Chyba już zrozumiałem – powiedział – chciałem zachować się dziś jak ten
nielitościwy dłużnik. Dobrze, że pani była tak wyrozumiała jak ów król. Fabian,
przepraszam. Porysowałeś mi pracę, bo ci dokuczałem.
- Nie gniewam się – Fabian podał rękę Kamilowi.
- W królestwie Chrystusa mamy być solą – ksiądz nawiązał do zapisanego na
tablicy hasła – wiecie jakie znaczeni ma sól? Jak ktoś nie wie, to niech poprosi
mamę, by nie posoliła obiadu. Kiedyś Pan Jezus powiedział: „Jeżeli sól utraci
swój smak, czymże ją posolić?” (por. Mt5,13).
- Czy sól może utracić smak? – Kasia z niedowierzaniem patrzyła na księdza.
- Zastanówcie się nad tym, porozmawiajcie w domu z rodzicami, a może z
dziadkami i na następnej lekcji rozwiniemy tę kwestię, a teraz wstańmy do
modlitwy.
42.
Musimy inaczej
- A ja bym ich wszystkich rozstrzelał – Kacper wyraźnie oburzony głośno wyraził
swoją opinię.
- No właśnie, proszę pani, to byłoby sprawiedliwe – Grzesio solidarnie poparł
stanowisko kolegi.
Dzieci przygotowywały się do występu na akademii upamiętniającej
wydarzenia z 1940 roku. Właśnie Kacper przyswajał sobie tekst mówiący o
rozstrzelaniu polskich oficerów w katyńskim lesie. Chłopcy automatycznie
poczuli w sobie chęć odwetu za tamto wydarzenie. Uczniowie byli tym
bardziej poruszeni, że czytali także wspomnienia jednego z dzieci poległego
oficera, który opowiadał jak maleńka, dwuletnia Ziutka, jego siostra, tuliła się
do ojcowskich butów, nim ten wyruszył na wojnę, z której już nie wrócił.
- Nie moi drodzy, tak nie wolno mówić – zaoponowała pani - gdybyśmy
pozwolili sobie na taki odwet, czym różnilibyśmy się od tamtych oprawców? A
wiecie co to jest nieśmiertelnik?
- To taki kwiatek – odparła Ewka, która zawsze pierwsza rwała się do
odpowiedzi.
- Tak, to prawda – potwierdziła pani - ale nie tylko kwiatek. To także kawałek
metalu, najczęściej owalnego kształtu, na którym wybite było imię i nazwisko
żołnierza, rok jego urodzenia oraz numer jednostki rekrutacyjnej i nazwa
powiatu, gdzie ona
się mieściła. Dzięki nieśmiertelnikowi można
zidentyfikować poległego. Wyobraźcie sobie, że taki nieśmiertelnik znaleziono
w Katyniu, podczas ekshumacji i należał on do taty tej jasnowłosej Ziutki. To
jedyna pamiątka, jaka pozostała jej po ojcu. Ta pani jest koleżanką mojej babci
i częstym gościem w naszym domu. Nieraz słuchałam jej opowieści o tamtych
strasznych czasach, o których długo nie można było głośno mówić.
Zapamiętałam jedno zdanie, które ona często powtarzała: „Musimy umieć
wybaczyć, lecz pamięci niech nikt nam nie odbierze”. Dlatego moi drodzy teraz
wy musicie dobrze nauczyć się historii i przekazać ją tym, którzy przyjdą po
was. Ale także musicie nauczyć się przebaczać, chociaż to bardzo trudne.
Porozmawiajcie dziś z waszymi rodzicami, może dziadkami na ten temat.
Ostatnie słowa pani zagłuszył dzwonek. Grzesio jednak usłyszał je bardzo
dobrze. Gdy tylko przyszedł do domu, usadowił się w kuchni i patrząc na
krzątającą się babcię zagadnął:
- Babciu, dlaczego trzeba przebaczać?
Kobieta spojrzała na wnuczka.
- Aby na świecie był pokój – odpowiedziała.
- Bardziej interesuje mnie, ile razy trzeba przebaczać? Jeżeli ktoś skrzywdziłby
mnie raz i potem znowu, to czy za każdym razem mam mu wybaczyć?
Starsza pani wytarła ręce i usiadła obok wnuczka.
- Wiesz Grzesiu, nie ty pierwszy stawiasz takie pytanie.
- Jak to? - zdziwił się chłopiec, to kto już ciebie o to pytał?
- Nie mnie, ale wyobraź sobie, że pewnego dnia do Pana Jezusa przyszedł św.
Piotr i zapytał, czy powinien przebaczyć swojemu bratu siedem razy? Pan Jezus
spojrzał na swojego Ucznia, pewnie się uśmiechnął i powiedział: „nie siedem,
ale siedemdziesiąt siedem razy”. A musisz Grzesiu wiedzieć, że dla Żyda
siedemdziesiąt siedem to znaczyło zawsze. Wobec tego Pan Jezus uczy nas, że
zawsze musimy wybaczać, nawet największe urazy.
- A czy wybaczyć znaczy zapomnieć? - Grzesio jak zawsze musiał wszystko
dokładnie zrozumieć.
- Nie, to wcale nie znaczy zapomnieć. Są takie wydarzenia i sprawy, o których
nawet nie wolno nam zapomnieć – odpowiedziała babcia.
- Wiem, mówiliśmy dzisiaj w szkole o ważnych datach z historii naszej
Ojczyzny.
- Właśnie tak, Grzesiu. Nie wolno nam odpłacać złem za zło. Pamiętasz jak
kiedyś tatuś opowiadał ci o ks. Jerzym Popiełuszce? Jego hasło życiowe
brzmiało: „Zło dobrem zwyciężaj”. Trudno jest stosować w życiu tę zasadę.
Jednak czas Wielkiego Postu jest dobry do tego, by ćwiczyć się w
przebaczaniu.
- Mówiliśmy na religii – Grzesio wszedł w słowo babci – o tym, że Pan Jezus
także wybaczył swoim oprawcom. Nie przeklinał ich, nie złorzeczył, ale się za
nich modlił.
- To prawda, dlatego my, jego uczniowie także powinniśmy postępować tak
jak nasz Nauczyciel - kontynuowała babcia - jeżeli nie potrafimy od razu
wybaczyć, to powinniśmy modlić się o łaskę umiejętności przebaczenia.
Musimy inaczej postępować niż ci, którzy krzywdzą zadając ból, bo tylko
wtedy świat stanie się lepszy.
- Przed spowiedzią w czasie rekolekcji ksiądz nam o tym mówił. Pokłóciłem się
dziś z Kamilem, on bardzo brzydko mnie przezywał. Ale już chyba złość mi
przeszła, zadzwonię do niego babciu i pierwszy wyciągnę rękę do zgody.
- Tak, myślę że to naprawdę dobry pomysł, Grzesiu, godny ucznia Pana Jezusa
– powiedziała babcia i zabrała się za klejenie pierogów.
43.
W ramionach Pasterza
Grzesio wrócił ze szkoły i zamknął się w swoim pokoju. Nie przyszedł jak
zwykle zaraz do kuchni, by napełnić pusty żołądek. Babcia, zaniepokojona
zachowaniem wnuczka, postanowiła sprawdzić, jaka jest tego przyczyna.
Chłopczyk siedział z głową opartą o blat biurka, smutna mina odzwierciedlała
stan jego duszy.
- Powiesz mi co się stało?
Babcia usiadła obok wnuczka. Grzesio spojrzał w twarz kobiety swoimi
orzechowymi oczami.
- Prawie wszyscy się ze mnie śmieją i przezywają mnie.
Po policzkach chłopca potoczyły się łzy.
– Mówią, że jestem kulas - Grzesio popatrzył na swoją prawą nóżkę, która po
zdjęciu gipsu ciągle jeszcze nie zginała się w kolanie tak jak należy.
Babcia otarła chusteczką łzy z twarzy wnuczka.
- Jest ci z tego powodu przykro? – zapytała.
- Tak, bardzo. Nie mogę szybko biegać, wszyscy mnie wyprzedzają.
- Posłuchaj, opowiem ci pewną historię. W wysokich górach – zaczęła babcia mieszkał pasterz, który miał piękne stado owiec i baranków. Codziennie
wyprowadzał je na halę, by mogły skubać świeżą, soczystą trawę, a
wieczorem zaganiał do zagrody. Liczył je, by sprawdzić, czy wszystkie
bezpiecznie wróciły i starannie zamykał, by zabezpieczyć przed napaścią złego
wilka lub innego drapieżnika. Zwykle na samym końcu do zagrody wracał
malutki baranek z chorą nóżką. Pasterz czasami musiał brać go na ręce, bo nie
mógł nadążyć za stadem. Duże owce i barany zmęczone długą wędrówką z
pastwiska, po powrocie od razu kładły się spać, ale małe owieczki i baranki
wcale nie myślały o nocnym odpoczynku. Wciąż jeszcze hasały beztrosko po
zagrodzie wymyślając różne zabawy. Dziś zrobiły zawody, skakały przez
kałużę powstałą po niedawnej ulewie. Wszystkim udało się ją przeskoczyć,
tylko jeden, jedyny baranek z chorą nóżką wylądował w środku i cały oblepił
się błotem. Inne owieczki i baranki śmiały się z niego i dokuczały mu również,
nazywając go fajtłapą dlatego, że zawsze ostatni przychodził na pastwisko i
ostatni wracał do domu. Baranek spuścił łebek, z oczu płynęły mu łzy, powoli
pokulał w najdalszy kąt zagrody. Nie mógł jednak zasnąć. Marzył o tym, że
wszystkie nóżki ma zdrowie i że potrafi przeskoczyć kałużę. Nagle w jego
główce zaświtała pewna myśl. Po cichutku przecisnął się przez szczelinę w
ogrodzeniu i powoli zaczął iść w stronę pastwiska. „Pójdę całą noc, jutro
będę pierwszy” cieszył się. „Ale się wszyscy zdziwią”, myślał. W pewnym
momencie dostrzegł na wzgórku dziwną postać, zadrżał ze strachu. Spojrzał
jeszcze raz. Tak to był wilk, który już smakowicie się oblizywał. Kolacja sama
przyszła do niego. Baranek skulił się nie widząc szansy ucieczki. Już prawie
poczuł na sobie ostre wilcze pazury, gdy nagle ktoś uniósł go w górę. Ciągle
drżąc mocno przytulił się do swego wybawcy i usłyszał równe uderzenia jego
serca. Zły wilk zobaczywszy człowieka z pochodnią w ręku, dał susa w pobliskie
zarośla. Pasterz niósł kulawego baranka i gładził jego kędzierzawą wełnę na
grzbiecie. „Muszę cię lepiej pilnować”, mówił. „Jesteś bardzo milutki baranku,
nie chcę, aby stała ci się krzywda”. Zmęczony baranek zasnął w ramionach
pasterza, który delikatnie położył go w miękkim legowisku. Gdy rano otworzył
oczy, wszyscy znowu wychodzili na pastwisko. Najszybciej jak umiał wyskoczył
na drogę, już nie przejmował się docinkami kolegów. Wiedział, że Pasterz
kocha go bez względu na wszystko.
- Ale piękna historia babciu.
Grzesio zapomniał już o swojej krzywdzie.
- Nie będę już płakał i przejmował się tym, że mi dokuczają. Przecież pan
doktor powiedział, że za parę tygodni już nie będę utykał.
Wstał z krzesła i podszedł do ściany, na której wsiał obraz.
- To Dobry Pasterz – powiedziała babcia – widzisz On też niesie na ręku
owieczkę.
- Tak, wiem – chłopczyk z przejęciem patrzył na obraz – tymi owieczkami i
barankami są ludzie, a Dobry Pasterz najbardziej troszczy się o słabe i chore,
prawda?
- Masz rację Grzesiu, a teraz chodź, zjesz obiadek, musisz mieć dużo energii,
by nóżka szybko się goiła.
- Dobrze babciu, już jestem bardzo głodny.
Chłopczyk przytulił się do babcinego fartucha i z uśmiechem pobiegł do kuchni.
44.
Nie można zmusić
Asia od kilku dni chodziła dziwnie smutna. Jej zawsze figlarne i błyszczące
oczy przygasły, jakby przysłoniła je mgła. Mama wyjechała na cały miesiąc w
delegację, więc nie miała komu się zwierzyć. Tato widząc, że córka siedzi
pogrążona w zadumie, przysiadł obok w fotelu.
- Coś cię dręczy, prawda? – zapytał.
Asia ocknęła się, popatrzyła na tatę i jej oczy wypełniły się łzami. Oparła głowę
o ścianę i przez zaciśnięte wargi wyszeptała:
- Prawda, ale nie wiem, czy powinnam o tym mówić. To w zasadzie tylko moja
sprawa, ty tatusiu masz mnóstwo swoich problemów.
- Nie mów tak, wy jesteście dla mnie najważniejsi i kiedy ty masz problem, to
staje się on także moim problemem. Pewnie mama zrozumiałaby cię lepiej, ale
daj mi szansę, może razem jakoś temu zaradzimy. Czy przypadkiem twój
problem nie ma coś wspólnego z Piotrem? Dawno go u nas nie widziałem, a
przecież był bardzo częstym gościem.
Tato odsunął Asi włosy z czoła. Dziewczyna rozpłakała się na dobre. Z Piotrem
przyjaźniła się od pierwszej klasy gimnazjum. Kiedy w drugiej klasie chłopak
miał wypadek, podczas którego złamał nogę i rękę, Asia codziennie zanosiła
mu lekcje, uzupełniała zeszyty, pomagała w nadrabianiu zaległości. Dużo
rozmawiali, uczyli się wspólnie. Tak było aż do końca pierwszego semestru,
kiedy do ich klasy dołączyła Lilka. Wychowawczyni poprosiła, by dziewczynie
pomóc zaaklimatyzować się w nowym środowisku. Trzecia klasa, dużo
materiału, testy kompetencji na horyzoncie. Piotr zgłosił się natychmiast i wziął
nową uczennicę pod swoje skrzydła.
- Widzisz tatusiu, jest mi przykro, czuję się zawiedziona, bo niby Piotr
mówi mi, że jestem dla niego ważna, ale każdą wolną chwilę spędza z Lilką.
Przedwczoraj umówił się ze mną, że będziemy dziś wspólnie przygotowywać
się do testu z matematyki, miał właśnie do mnie przyjść, ale przed godziną
zadzwonił i powiedział, że Lilka ma jakieś kłopoty i musi do niej pójść, zresztą
to już nie pierwszy raz – Asia ocierała łzy - Lilka jest zawsze przy kasie i
zaprasza Piotra to na pizzę, to na lody, albo do kina. Zośka mi powiedziała, że
te dzisiejsze „kłopoty” Lilki to właśnie pizza – mówiła dalej rozżalona
dziewczyna.
Tato objął córkę ramieniem.
- To faktycznie bardzo przykre. Powiem teraz coś, co z pewnością zabrzmi dla
ciebie brutalnie. Myślę, że Piotr zauroczył się nową koleżanką. Nie myśli w tej
chwili racjonalnie. Daj mu trochę czasu, nie narzucaj się, nikogo nie można
zmusić do przyjaźni, ani do miłości, nikogo nie można zatrzymać siłą.
- Ale tatusiu, to bardzo boli jak się zostaje tak zlekceważonym przez
przyjaciela. Myślałam, że dla Piotra są ważne te wszystkie dni, które razem
spędziliśmy.
Dziewczyna bezradnie patrzyła w twarz ojca.
- Nie chciałabym źle mówić o Lilce, ale ona nie ma dobrego wpływu na Piotra.
Złapał w przeciągu dwóch tygodni aż pięć jedynek, nigdy mu się to wcześniej
nie zdarzało. Martwię się o niego.
- To bardzo trudne chwile dla ciebie Asiu, ale spróbuj nie poddawać się
smutkowi. Jeżeli Piotr ma chociaż troszkę oleju w głowie, to zastanowi się nad
tym co robi. Ty jednak musisz być jak zwykle radosna i uśmiechnięta, bo tak
łatwiej przyciąga się do siebie ludzi niż skwaszoną miną i pretensjami. Jeżeli
będziesz mieć okazję, to powiedz szczerze Piotrowi, co czujesz, z naciskiem na
fakt, że niepokoją cię jego oceny. Mam jeszcze jedną radę dla ciebie. Jutro
jest środa, w naszej wspólnocie parafialnej wieczorem będzie nowenna do
Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Zachęcam cię do udziału w tym
nabożeństwie. Maryję nazywamy Matką Pięknej Miłości. Może w intencji
Piotra podejmiesz trud uczestniczenia w tym nabożeństwie przez dziewięć
tygodni. Matka Boża z pewnością wyprosi u swojego Syna to, co najlepsze dla
ciebie i twojego kolegi.
Asia otarła łzy, spojrzała na tatę i oparła swoją głowę o jego ramię.
– Jak to dobrze, że jesteś tatusiu – powiedziała – zawsze można na ciebie
liczyć. Pójdę jutro na nowennę i pomodlę się także za Lilkę, chociaż musze
przyznać, że nieźle mnie denerwuje ta dziewczyna.
- Wierzę, że wszystko dobrze się ułoży, Matka Boża znajduje rozwiązania
nawet w bardzo trudnych i beznadziejnych sytuacjach – powiedział tato i
mocno przytulił córkę.
45.
Najlepszy prezent
Kasia usiadła przy kuchennym stole i wpatrywała się w kopytka, które
babcia układała na stolnicy. Stały równiutko jak żołnierze, wszystkie tej samej
wielkości ze śmiesznym dołeczkiem w środku. Podziwiała, że babci chce się
tak misternie robić coś, co za chwilę zniknie w głodnych żołądkach
domowników.
- Co tam w szkole Kasiu? – zapytała starsza pani nie przerywając „twórczej”,
kopytkowej pracy.
- W zasadzie dobrze – Kasia oderwała wzrok od babcinych palców.
- To czemu jesteś taka zamyślona?
- Zrobiło mi się dziś przykro, chociaż sprawa w zasadzie nie dotyczyła mnie.
Tomek i Jacek z naszej klasy byli w sobotę u Sebastiana na urodzinach. Sebek
zaprosił także Jurka, tego nowego kolegę. To bardzo sympatyczny chłopak,
ale jego rodzina żyje raczej skromnie, więc i prezent Jurka był skromny. Wiem
jednak, że w dzień urodzin Jurek uczestniczył we Mszy św. i przyjął Komunie
św. w intencji Sebastiana. Dzisiaj w szatni Sebek głośno komentował
urodzinową imprezę i powiedział, że prawdziwe prezenty dostał tylko od
Tomka i Jacka. Wtedy ja zobaczyłam, że w drzwiach stoi Jurek. W zasadzie nie
powinno go być, ponieważ angielski ma dzisiaj jedna grupa, a grupa Jurka
przychodzi na drugą lekcję. Widziałam jak bardzo było mu przykro, odwrócił się
i odszedł. Sebek tego nie zauważył, ja też mu nie powiedziałam.
Podsumowałam tylko całą dyskusję stwierdzeniem, że przecież liczy się gest i
obecność, a nie cena i jakość prezentu.
- To prawda Kasiu – babcia na chwilę przerwała swoją pracę. Myślę, że ten
Jurek to mądry chłopak i nie zrazi go to niemiłe doświadczenie. Skoro potrafi
wstać rano, by ofiarować za kolegę Mszę św., będzie umiał pokonać w sobie
to uczucie przykrości. Pan Jezus czyni cuda. Przypomniała mi się teraz taka
historia opowiadana przez moją mamę.
Kobieta znowu powróciła do przerwanej czynności krojenia kopytek.
- Działo się to w czasie wojny - mówiła. Do lasu na terenie Niemiec szedł
pędzony przez gestapowców odział polskich więźniów. Szedł na ciężką pracę.
Wrzaski strażników, szczekanie psów, to wszystko zlewało się w jeden chór,
przejmujący trwogą i wzruszeniem, od którego drętwiały głowy i serca. Nagle
przez ten piekielny zgiełk przebił się delikatny dźwięk dzwonka. To niemiecki
ksiądz z pobliskiej parafii szedł z Komunią św. do chorego. W jednej chwili cały
oddział polskich więźniów upadł na kolana. Widząc to ksiądz, udzielił im
błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Strażników najpierw
opanowało zdumienie, potem wściekłość. Zaczęli bić więźniów i szczuć ich
psami, ale żadna siła nie zdołała tych ludzi poderwać z kolan. Ksiądz
pobłogosławił ich Najświętszym Sakramentem drugi raz. Strażnicy zaczęli
grozić księdzu. Krzyczeli, że go zastrzelą. Po raz trzeci pobłogosławił ich i
poszedł do chorego. Dopiero gdy zniknął za zakrętem, więźniowie podnieśli
się i udali w dalszą drogę. Po wyzwoleniu uczestnik zdarzenia, inżynier z
Wielkopolski, odszukał tego księdza i odwiedził go, by mu podziękować, bo
wierzył, że otrzymane wówczas błogosławieństwo pomogło mu przetrwać
ciężkie dni niewoli. Ksiądz przyjął go bardzo serdecznie. Pamiętał o tym
zdarzeniu. Miał je zapisane w swoim brewiarzu. A na końcu opowiadania
dopisał: „Nie może zginąć lud, który żywi taką cześć do Najświętszego
Sakramentu!”
Babcia wyprostowała plecy i skończyła kroić kopytka.
- Widzisz Kasiu, podobnie jak ty uważam, że nie liczy się cena prezentu tylko
serce i szczerość tego, który prezent daje. Popatrz, Pan Jezus dał nam siebie w
prezencie, jakże często jesteśmy Mu za to mało wdzięczni. Zapominamy, by
Mu dziękować za to, że chce być z nami. Myślę, że twój kolega Jurek dał
Sebastianowi najlepszy prezent, modlitwę i Komunię św. To prezent, który nie
ulegnie przedawnieniu, a Pan Jezus da Jurkowi siłę, by umiał jak przedtem
przyjaźnić się z Sebastianem, a przez tę przyjaźń zmienić także jego
myślenie.
46.
Kierunek: Niebo
Cała rodzina wróciła właśnie z wesela chrzestnej córki mamy.
- Nie czuję nóg – westchnęła Asia.
Zdjęła buty i zaczęła masować obolałe stopy.
- Nic dziwnego – odparła Kasia, wpatrując się w zgrabne buciki siostry – jeżeli
balowałaś całą noc w takich szpilkach, to zrozumiałe, że bolą cię nogi.
- Jak wesele to wesele, warto było pocierpieć, żeby ładnie wyglądać – Asia
uśmiechnęła się do siostry – widziałaś buty panny młodej? Ona dopiero miała
wysoki obcas i… w ogóle była taka śliczna.
- To prawda – Kasia potwierdziła opinię siostry – a i pan młody niczego sobie.
- A wy tylko o strojach i urodzie – Grzesio wtrącił się do rozmowy sióstr pewnie nawet nie zauważyłyście jaki problem mieli gospodarze. Babcia mówi,
że było zupełnie podobnie jak na weselu w Kanie Galilejskiej. Tylko, że tam
brakło wina, a tu nie wiadomo dlaczego lodówka, w której przechowywano
tort weselny i lody, zamiast chłodzić, zaczęła grzać. Z tortu spłynęła dekoracja,
lody się roztopiły i kiedy wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia, do
zmartwionych gospodarzy podszedł jeden z gości weselnych, mąż znajomej
cioci. To ona, zupełnie tak jak Maryja w Kanie, zauważyła zakłopotanie
gospodarzy i przyprowadziła swojego męża. Zaproponował pomoc. Okazało
się, że jest właścicielem cukierni. Zadzwonił do swoich pracownic, a one
zgodziły się szybko udekorować tort, podarował również lody. Dla wszystkich
gości starczyło i prawda, że były pyszne? – Grzesio oblizał się na wspomnienie
łakoci.
- Skąd ty to wszystko wiesz? – zapytała mama.
- Grzesio oglądał wesele „od kuchni” – powiedziała babcia – nie tylko się
wesoło bawił, ale także potrafił zauważyć trudną sytuację. Muszę wam
powiedzieć, że razem z Grzesiem modliliśmy się o rozwiązanie tej sprawy.
Jestem pewna, że to Matka Boża przyszła na pomoc poprzez tych dobrych
ludzi. Młodzi na zawarcie sakramentu małżeństwa wybrali dzień Jej
poświecony. 15 sierpnia, Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Myślę,
że będzie im zawsze towarzyszyć.
- Nie wiem, czy zwróciliście uwagę – do rozmowy włączył się tato – w
kościele, w którym był ślub, po prawej stronie ołtarza wisi przepiękna ikona.
Maryja trzyma Dzieciątko Jezus na jednej ręce, a drugą wskazuje na Niego.
- Tak, to piękna ikona – potwierdziła słowa taty mama – jednym z najstarszych
tytułów jakimi nazywano Maryję jest „hodegetria”, czyli „Ta, która wskazuje
drogę”. Uroczystość Wniebowzięcia przypomina nam tę prawdę. Jezus jest
Drogą, a Maryja wytycza właściwy kierunek wiodący do nieba.
- A właściwie gdzie jest niebo? – Grzesio jak zwykle chciał wszystko dokładnie
wiedzieć.
- Niebo zaczyna się w sercu człowieka, jeżeli jest wypełnione miłością,
dobrocią, pokojem, jeżeli tęskni za Bogiem, który jest jego celem i podąża za
wskazówkami Maryi, to możemy powiedzieć, że poniekąd żyje w
rzeczywistości nieba – odparł tato.
- Skąd my wiemy, że Maryja jest w niebie z ciałem i duszą? – Grzesio nie
ustawał w swoich pytaniach.
- To jest dogmat naszej wiary – tym razem odpowiedziała mama.
- Do… co? – chłopczyk nie mógł zrozumieć.
- Dogmat, czyli prawda wiary, której nie da się udowodnić, a w którą
wierzymy. Tajemnica wzięcia Maryi do nieba z ciałem i duszą została ogłoszona
1 listopada 1950 r. przez papieża Piusa XII jako dogmat wiary. Natomiast
wśród teologów przez wieki nie było zgodności, czy Maryja została wzięta do
nieba za życia, czy po śmierci. Dlatego też często używano sformułowania
„zaśnięcie” – wyjaśniła mama.
- Bardzo chciałbym być w niebie – powiedział Grzesio ziewając – zasnąć tak jak
Maryja.
- Jak na razie to trzeba położyć się spać, bo wszyscy jesteśmy zmęczeni.
Druga w nocy to nie najlepsza pora na takie poważne dyskusje – odparł tato.
- Jeżeli jednak chcemy być w niebie, to zanim się położymy, jak zawsze
pomódlmy się wspólnie – mimo późnej pory mama nie dawała taryfy ulgowej.
- Podziękujmy Maryi w modlitwie za Jej obecność w naszym życiu, za to, że
zawsze przychodzi nam z pomocą i wskazuje drogę wiodącą do nieba –
podsumowała babcia biorąc różaniec do ręki.
47.
Niezwykłe zdarzenie
- Pamiętaj, ile Ewka dla ciebie zrobiła – Jola kolejny już raz w rozmowie z Asią
podkreślała zasługi Ewy – przychodziła do ciebie, kiedy w zimie byłaś chora.
Przynosiła owoce, poświęcała ci swój czas. Powinnaś być jej wdzięczna.
Ostatnio w rozmowie ze mną wyrwało jej się, że nic w zamian od ciebie nie
otrzymała. Mogłabyś dać jej jakiś drobiazg.
Asia patrzyła troszkę zdezorientowana na swoją koleżankę. W duchu
przyznawała jej rację. Ewka rzeczywiście odwiedzała ją w czasie dłuższej
choroby. Przesiadywała do późna, potem tatuś odwoził dziewczynę do domu,
żeby nie wracała sama po zmroku. Asia była wdzięczna koleżance, jednak
zdawała sobie sprawę, że to, co jest dla Ewki drobiazgiem, dla niej oznacza
sporą sumę. Ponadto była przekonana, że dobre uczynki robi się
bezinteresownie.
- Będę mieć to na uwadze – powiedziała do Joli – myślę, że coś namaluję.
Podobały jej się moje obrazy, więc może się ucieszy.
- Może – Jola nie była przekonana.
Dziewczynki czekały na autokar. Razem z grupą chętnych osób wybierały się na
Jasną Górę, by podziękować Maryi za szczęśliwe wakacje. Autokar podjechał.
Jola, która lubiła dużo mówić, zajęła miejsce obok Renaty. Po chwili obie
trajkotały, wspominając wakacyjne wyprawy.
Asia natomiast usiadła obok Doroty i jej mamy.
- Jak się czujesz? – zapytała.
- Tak średnio – odparła Dorotka - tydzień temu stwierdzono u mnie zapalenie
trzustki, ale jak wiesz, to tylko jedna z moich licznych chorób.
- Próbowałam zniechęcić Dorotkę do wyjazdu, ale się uparła – mama
dziewczynki włączyła się do rozmowy.
- Zażyłam leki. Wierzę, że podróż minie szczęśliwie. Od tak dawna nigdzie nie
wyjeżdżałam, nawet z domu nie wychodziłam. Zresztą wiesz, bo przecież
prawie codziennie mnie odwiedzasz.
- Właśnie Asiu – podjęła temat mama Dorotki – jesteśmy z mężem wdzięczni,
że tak dużo czasu poświęcasz naszej córce. Bardzo dziękujemy.
- Drobiazg, robię to bardzo chętnie.
- Mogłabyś ten czas wykorzystać inaczej – trochę smutno powiedziała
Dorotka. Zdawała sobie sprawę, że nie jest zbyt ciekawą towarzyszką dla
młodej, pełnej życia koleżanki.
- Chętnie się z Tobą spotykam. Dobrze, że już nie jesteś w szpitalu.
- Też się cieszę, ale wciąż muszę łykać bardzo dużo gorzkich lekarstw –
Dorotka spojrzała na zegarek – właśnie pora na lek przeciwpadaczkowy.
Dziewczyna wydobyła z torebki pudełeczko, w którym przechowywała
lekarstwa. Otworzyła je i z niepokojem spojrzała na mamę.
- Zapomniałam zabrać tej tabletki – powiedziała prawie z płaczem - co będzie
jak dostanę ataku?
- Wiesz, nie denerwuj się. Na Jasnej Górze jest punkt medyczny, może u nich
dostaniemy to, co jest ci potrzebne. Popatrz przez okno, właśnie dojeżdżamy
– Asia próbowała uspokoić koleżankę.
- Pójdziesz z nami? – Dorotka błagalnie spojrzała na Asię.
- Oczywiście – odparła Asia, chociaż Jola i Renata chciały, by poszła w ich
towarzystwie do kaplicy Cudownego Obrazu – nawet wiem, gdzie znajduje się
punkt medyczny, zaprowadzę was.
- Jak to dobrze, że z nami jesteś Asiu – powiedziała mama Dorotki, pomagając
córce wysiąść z autokaru.
Wszystkie trzy ruszyły w kierunku wskazanym przez dziewczynę. Asia otwarła
drzwi i przepuściła przodem koleżankę z mamą. Weszły do korytarza i nagle
Dorotka wykrzyknęła:
- Zobacz mamo, ten pan, stojący pod oknem trzyma w ręku całe opakowanie
leku, który jest mi potrzebny!
- Faktycznie – mama poparła słowa córki - proszę pana, chyba spadł nam pan z
nieba – powiedziała zwracając się do zupełnie obcego człowieka – moja córka
zapomniała lekarstwa, proszę mi odsprzedać chociaż jedną tabletkę.
Mężczyzna początkowo nie bardzo wiedział o co chodzi, ale gdy zrozumiał,
wyjął cały listek z opakowania i podał mamie Doroty.
- Proszę zabrać – powiedział – mnie jeszcze zostanie sporo. Z nieba co prawda
nie spadłem, ale chciałbym się tam dostać. Dobrze, że mogłem pomóc.
- Ależ to niezwykłe – Asia zdumiona podsumowała całe zdarzenie, kiedy
koleżanka połknęła już lekarstwo – tego pana, to chyba przysłała sama Maryja.
Przy Tobie Dorotko dzieją się cuda, pewnie dlatego, ze tak bardzo wierzysz.
- To najwyżej taki mały cudzik – powiedziała Dorotka i uśmiechnęła się – ale
jestem za niego bardzo wdzięczna – chodźmy wreszcie do Matki Bożej, pora
Jej za to podziękować.
48.
Nadzieja
Opadające powoli z drzew, pożółkłe liście, ścieliły się grubą warstwą na
cmentarnej alei. Grzesio zwykle bardzo lubił jak szeleściły mu pod butami i
specjalnie podrzucał je do góry, to prawą, to lewą nogą. Dzisiaj jednak wracał z
cmentarza z całą rodziną w całkowitym milczeniu. Liście w ogóle go nie
obchodziły. Ukradkiem ocierał płynące po policzkach łzy. Kiedy wszyscy wsiedli
już do samochodu powiedział:
- Nie zdążyłem podziękować panu Józefowi za te wszystkie wspaniałe historie,
które mi opowiedział. Myślałem, że będzie z nami jeszcze długo.
Chłopczyk bardzo lubił sąsiada, który przypominał mu nieżyjącego dziadka,
także Józefa.
- Śmierć sąsiada zaskoczyła nas wszystkich – odezwał się milczący do tej pory
tato.
- Nie do końca się zgadzam – babcia miała nieco odmienne zdanie – wydaje mi
się, że od dłuższego czasu przygotowywał się na odejście. Porządkował swoje
sprawy.
- Tak babciu, ty to wiesz najlepiej, byłaś przecież u niego bardzo częstym
gościem – powiedziała Asia. – Teraz żałuję, że nieraz tak niechętnie
przychodziłam mu z pomocą. Marudziłam kiedy musiałam zawieszać u niego
firanki, czy też ścierać kurze.
Starsza kobieta przytuliła siedzącą obok niej wnuczkę.
- Nie rób sobie wyrzutów, pan Józef, był bardzo wdzięczny wszystkim, którzy
przychodzili mu z pomocą. Mówił, że dzięki takim ludziom jak my, samotność
mniej boli.
- Czy wiesz babciu dlaczego pan Józef mieszkał sam? Czy on nie miał rodziny? –
Kasia chciała dowiedzieć się czegoś więcej o sąsiedzie. – Pamiętam, że kiedyś
mówiłaś o jego zmarłej żonie i synku.
- Oni zginęli w pożarze. Kiedy pewnego razu pan Józef wracał z nocnej zmiany,
usłyszał wyjące syreny straży pożarnej. Gnany złym przeczuciem błyskawicznie
znalazł się pod płonącym domem. Rzucił się w ogień, by ratować najbliższych.
Zawalił się na niego strop. Strażacy wynieśli go półżywego. W szpitalu długo
leżał nieprzytomny. Kiedy odzyskał świadomość dowiedział się, że niestety
zmiażdżonych nóg nie da się uratować. Dlatego pan Józef resztę życia spędził
na wózku inwalidzkim. Jednak wiadomość o nogach nie była tą najgorszą.
Najbardziej bolała strata ukochanej żony i synka.
Babcia na chwilę przerwała opowiadanie.
- Kiedyś pan Józef mówił mi, że obraził się na Pan Boga – wtrąciła Asia – To
było kilka lat temu. Wtedy, gdy byłam strasznie zła, bo chciałam iść na
dyskotekę, a nie uzyskałam od was zgody. Wyżaliłam mu się i powiedziałam, że
to przez te zasady i przykazania. Pan Józef wytłumaczył mi wówczas, że one są
dla mojego dobra, nie zdradził jednak dlaczego obraził się na Pana Boga.
- Tak, jego złość na Boga miała związek z tym tragicznym zdarzeniem.
Babcia podjęła przerwany przez Asię wątek
- Długo się buntował i nie chodził do kościoła. Miał pretensje do Boga, że
pozwolił zginąć tym, których kochał. Pewnego razu sięgnął po książkę, którą
kiedyś codziennie czytała jego żona. Okazało się, że to Pismo Święte,
otworzył je i trafił na słowa: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we
Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie
umrze na wieki. (J 11, 25-26)”. Słowa te nie dawały mu spokoju. Powoli w jego
sercu zaczęła rodzić się nadzieja. Odkrył, że jego żona i synek chociaż odeszli,
nie przestali istnieć. Od tej pory z każdym dniem stawał się innym
człowiekiem, człowiekiem nadziei. Uwierzył, że spotka się z nimi tam, gdzie
wszyscy zmierzamy. Natomiast teraz może się z nimi spotykać na modlitwie.
Babcia zamilkła. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
- Za niedługo będzie Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny –
przerwała milczenie Kasia – znowu pójdziemy na cmentarz, by zapalić lampki
na grobach naszych bliskich.
- Nie tylko po to – włączył się do rozmowy Grzesio – pamiętam jak rok temu
tłumaczyliście mi, co to jest Świętych obcowanie. Będziemy się modlić do
Świętych, ale także za tych zmarłych, którzy są jeszcze w czyśćcu. W ten
sposób przyjdziemy im z pomocą. Oni odwdzięczą nam się także swoją
modlitwą.
- Wspaniale pamiętasz – pochwaliła wnuka babcia. – Poprzez modlitwę
wchodzimy w duchową łączność z tymi, którzy odeszli już do innego życia.
Mamy też nadzieję, że spotkamy się z nimi kiedyś w niebie.
- Ja będę się modlił za pana Józefa – powiedział Grzesio i po raz pierwszy
dzisiejszego dnia uśmiechnął się.
- To dobra decyzja, ale teraz wysiądźcie i idźcie do domu – powiedział tato – ja
zaparkuję samochód i zaraz do was dołączę. Mam ochotę na smaczną kolację.
49. Czas oczekiwania
­ Ta maleńka jest śliczna, prawda mamusiu?
Grzesio z zachwytem wpatrywał się w leżącą na jego łóżku, czteromiesięczną
Emilkę. Dziewczynka to córeczka sąsiadów. Wprowadzili się jakiś czas temu do
mieszkania obok. W sobotnie popołudnie przyszli w odwiedziny. Ponieważ
Asia i Kasia wyszły do kina, rodzice położyli Emilkę w pokoju Grzesia i
poprosili, by chwilkę ją popilnował. Mała gaworzyła i śmiesznie machała małymi
rączkami i nóżkami. Te jej wyczyny bardzo podobały się chłopcu. Mama, która
przyszła, by zobaczyć jak syn sprawdza się w roli niani, pochyliła się nad
dziewczynką. Usteczka Emilki ułożyły się w szeroki uśmiech.
­ Tak, masz rację Grzesiu, jest śliczna i radosna ­ kobieta zgodziła się z opinią
syna ­ bardzo ładnie się nią zajmujesz.
Pochwalony przez matkę chłopczyk, poczuł się dowartościowany. Zadowolony
usiadł obok dziecka i kolorową grzechotką delikatnie wymachiwał przed oczkami
Emilki. Dziewczynka śmiała się radośnie i głośno gaworzyła. Kiedy Grzesio
zaczął przemawiać do niej czule, zamknęła oczka i zasnęła. Chłopak delikatnie
wstał i na paluszkach, by nie zbudzić śpiącej Emilki wyszedł z pokoju. Dorośli w
salonie pili herbatę. Babcia podała smaczną szarlotkę. Grzesio zakomunikował,
że dziecko śpi i usiadł przy stole.
­ Emilka to nasz wielki skarb, czekaliśmy na nią prawie trzy lata, to był dla nas
taki swoisty adwent – powiedziała pani sąsiadka.
­ Tak, od ślubu codziennie modliliśmy się o dziecko i Bóg nas wysłuchał ­
dopowiedział pan sąsiad. Ale na nas już pora.
Sąsiedzi owinęli śpiącą dziewczynkę kocykiem, pożegnali się i wyszli.
­ Tatusiu, dlaczego pani sąsiadka mówiła, że czekanie na narodziny Emilki to dla
nich był adwent? – zapytał Grzesio i usiadł obok taty na kanapie.
­ Pewnie dlatego, że adwent to czas oczekiwania. Słowo adwent pochodzi od
łacińskiego adventus, co oznacza przyjście. Dla nas chrześcijan jest to okres
przypominający oczekiwanie na powtórne przyjście Pana Jezusa, ale też czas
wspominania tego wielkiego adwentu, podczas którego ludzie czekali na pierwsze
przyjście Chrystusa.
Tato przerwał na chwilę opowiadanie. Wstał i wyjął z półki Pismo Święte z
obrazkami. Usiadł przy stole. Grzesio, chociaż był już duży wdrapał się ojcu na
kolana. Pokazując obrazki tato tłumaczył:
­ Po grzechu pierwszych ludzi Pan Bóg obiecał, że ześle na ziemię Zbawiciela,
ludzie czekali i modlili się, aby Boża obietnica się wypełniła. Bóg posyłał do ludzi
proroków, którzy zapowiadali narodzenie Mesjasza. Takim szczególnym
prorokiem, bardzo często czytanym w czasie nabożeństw w adwencie jest
Izajasz, o jest namalowany na tym obrazku.
­ A to tatusiu jest Jan Chrzciciel. Pani katechetka nam o nim opowiadała. Jego
rodzice też przeżyli długi adwent oczekiwania na dziecko – trafnie zauważył
Grzesio.
W tej chwili rozległ się dzwonek do drzwi.
­ To z pewnością Romek! Zupełnie zapomniałem, że się umówiliśmy. Mamy
zrobić karmnik dla ptaków na poniedziałek.
Grzesio pobiegł otworzyć. Na widok kolegi stojącego w drzwiach aż krzyknął z
przerażenia. Chłopak miał rozciętą wargę, ocierał krew rękawem.
­ Co się stało? – zapytał tato, którego do przedpokoju sprowadził krzyk Grzesia.
­ Nic takiego proszę pana, pobiłem się z Jaśkiem. On, proszę pana uważa, że jest
najmądrzejszy i ma najlepsze, markowe ubrania, wyśmiewał się z Mateusza, że
chodzi w starych swetrach, a przecież pan wie, że u nich w domu się nie
przelewa, i jeszcze że mama Mateusza urodzi czwarte dziecko, a tato jest na
bezrobociu, bo właśnie stracił pracę. Nieźle mu dołożyłem, niech sobie nie myśli,
że jest taki ważny – Radek ze złością relacjonował wydarzenia.
­ Wejdź, umyj buzię i ręce, potem porozmawiamy ­ zdecydował tato Grzesia.
Gdy chłopcy siedzieli już przy stole, tato powiedział:
­ Rozumiem, że stanąłeś w obronie kolegi, ale czy nie było innego rozwiązania?
Myślisz, że Jasiek zrozumiał swoje złe postępowanie? Moim zdaniem trzeba z
nim porozmawiać. Rozpoczyna się adwent, to dobry czas na przemianę serca.
Przecież Jasiek też jest ochrzczony. Myślę, więc że na najbliższej lekcji religii
powinniście porozmawiać o tym wszystkim.
­ Masz rację tatusiu, powinniśmy też jakoś pomóc Mateuszowi zwłaszcza teraz,
kiedy ich rodzina oczekuje na narodziny dziecka. Grzesio, jak zawsze rozsądnie
próbował ocenić sytuację i znaleźć jakieś rozwiązanie.
­ Mateusz mówił mi, że prawdopodobnie będzie to właśnie w czasie Świąt
Bożego Narodzenia – włączył się do rozmowy Romek.
­ Każde dziecko, to skarb. Nawet Pan Jezus stając się człowiekiem przyszedł na
świat jako dziecko. Wcale nie narodził się w pałacu i nie miał najpiękniejszych
strojów. Najważniejsza jest miłość, a w rodzinie Mateusza, chociaż nie ma
najlepszych warunków materialnych, wszyscy się kochają. Mam wrażenie, że
wasz kolega Jasiek o tym zapomniał. W adwencie staramy się robić dobre
uczynki. Jeżeli uda się wam przypomnieć Jaśkowi, tylko tak bez przemocy, o tym
wszystkim to Pan Jezus chętnie narodzi się w waszych sercach.
­ Nie będzie to łatwe ­ powiedział Romek, który miał bardzo porywczy charakter
– ale postaram się, by ten czas oczekiwania na narodziny Jezusa, nie był czasem
straconym.