poezja - Migotania

Komentarze

Transkrypt

poezja - Migotania
SZCZEGOLNIE POLECAMY:
Gustaw Szpet
Giganci Teatru - rozmowa z Zapasiewiczem
Strony świata - Wietnam, Serbia
Życie teatru - Śmiechowicz
Poezja - Wasilewski
Matusz o Biedrzyckim
Proza - Nieckowski
i
i
o
a
g
N
t
a
M
Nr 1 (26)2010
kwartalnik
cena 8 złotych
y
(w tym
y VAT 7%)
PRZEJAŚNIENIA
MIGOT I BŁYSK
„Literatura jest przeznaczona
do zatrzymania czasu w jego
niszczącym biegu”
Jan Parandowski
Bogusława Latawiec
Rozproszony na wietrze
jest w tym roku
o jeden migot mroku wyższy
i o jedną kroplę ptaka głośniejszy
tak że bezrozumnie
wierzę o świcie
że jego żywotna żywiczność
potrafi odwrócić
tętno czasu
Słyszę jak się tłucze pod ziemią
w korzeniach
bije w gałęziach
pod sklepieniem powietrza
w mojej drobnej krwistej tętnicy
na przegubie
w ślepej a światłotwórczej
korze mózgowej
Którejś nocy jednym błyskiem igliwia
jak zapalonym nagle lustrem
ogarnę całość:
wszystko zobaczone, dotknięte, pomyślane
tak jakby to były drobne
ułożone przede mną przedmioty
rys. Joanna Grochocka
Gazeta literacka
Gazeta literacka ISSN•GOŚĆ
1730–6531
Literatura Net Pl Gdańsk 2010
PLASTYCZNY NUMERU: •
FELIETON
Co jest w tych latach, co każe się ludziom pamiętać? Żaden inny
czas tak zbiorowo nie naznacza, zakładając, że przechodzi się
normalne fazy życiorysu, bez aberracji typu udział w powstaniu
czy powódź tysiąclecia. Może fakt, że to okres najintensywniejszego po niemowlęctwie rozwoju, może ten, że stanowi on
cezurę między dzieciństwem a dorosłością. Grupka młodych ludzi
przechodzi razem metamorfozę, najczęściej bolesną. Po czterech
latach, ci, którzy przyszli tu jako dzieci, wybiegają w dorosły świat,
z Ważnymi Świadectwami w kieszeniach, z dumą, że udało się
skończyć, z ulgą, że wreszcie, z przekonaniem, że mogą Wszystko.
Ta pewność nigdy nie będzie już tak bezwarunkowa. Wybiegają,
każdy w inną stroną. A jednak:
unoszą ze sobą wspólny eter, by całe życie podświadomie go
pielęgnować; matrycę młodości, prywatny archetyp, szyfr do siebie
w młodzieńczej odsłonie, unikatowy, z kodem dostępu znanym
jedynie tej grupie ludzi.
Wspomnienia z liceum, fragmentaryczne, podszyte bezwiedną
konfabulacją, są jak przeboje z młodości: nie pytamy o wartość, są
nasze, najlepsze. I bez względu na wszystko - poruszają, wybijają
z rytmu, dają poczucie osobności względem świata dzisiaj i przynależności do wtedy. Szarpią delikatne struny, dotykają miejsc,
których nie ujawniamy przed najbliższymi, a bez zażenowania
odkrywamy przed kimś z wtedy, z kim obiektywnie niewiele nas
łączy, ale kto jest w irracjonalny sposób bliski.
Ludzie, którzy zdeterminowani rocznikiem, decyzją o wyborze
szkoły, zrządzeniem losu, byli przez krótki czas razem. Ludzie, z
których każdy idzie swoją drogą, broi na własne konto, gromadzi
doświadczenia, które go o wieki świetlne oddalają od pozostałych
i żyje w świecie, o którym reszta nie wie nic, nawiązuje przyjaźnie
o stażu przekraczającym kilkukrotnie licealne lata, potrafią spotkać
się przy wódce, powyciągać stare zdjęcia i historie, śmiać się do łez
z tamtych numerów. Zapomnieć, że się starzeją, rozwodzą, mają
problemy z ciśnieniem i kredytami. Rozmawiają o wszystkim, bez
wstydu, wtapiania się w konwencje i myślenia o konsekwencjach.
Jak kiedyś. Albo raczej: jak nigdy. Mogą czuć się razem, wśród
swoich. Albo raczej: u siebie.
Nie umiem nie słyszeć: Własne pędy, własne liście, zapuszczamy
każdy sobie i korzenie oczywiście, na wygnaniu, w kraju, w grobie, w
dół, na boki, wzwyż ku słońcu, na stracenie, w prawo - w lewo. Kto
pamięta, że to w końcu jedno i - to samo drzewo.
Małgorzata Dorna
Paryż 5 marca 1982 roku, ożywiona rozmowa w gronie aktorów i malarzy, kilku zaprzyjaźnionych marchandów, krytyków.
Iskrzące się dowcipem anegdoty, finezyjne aluzje, lekkie drinki.
Rozmowa na pół tonach, skojarzenia chwytane w pół słowa, na
błysk spojrzenia, teatralne gesty - na odległość wyrafinowanej
metafory. Właśnie kończy opowiadać zabawną historię pani
kustosz, właścicielka sławnej galerii. Chodzi o zgodę sąsiadów
salonu sztuki na przeprowadzenie jakiejś zmiany budowlanej,
wspólnej dla galerii i kamienicy tuż obok. Oczywiście protesty
miejscowych, oczywiście święte oburzenie, oczywiście zawiść
bezinteresowna i wściekłość niepojęta, awantura z sąsiadami na
ekstremach. Ktoś krzyczy: Niech zdechną artyści! Na diabła nam
galeria! Na diabła te pijusy, te zarozumiałe, bezczelne clochardy!
– pani kustosz opowiada ze swadą.
Tadeusz Kantor zajęty rozmową ze znanym mecenasem sztuki
o możliwości wystawienia spektaklu w Norymberdze – uważnie
obserwuje zebranych.
„Jedyną rzeczą , którą mógłbym zrobić nie gdzie indziej, jak
tylko w Norymberdze, jest opowieść o gwoździu, którym przebito policzki Veit Stoss’a , stosując się do prawa przewidującego
taką karę za przewinienia finansowe. Stało się to wtedy, gdy
Mistrz jako starzec, gnany tęsknotą, z Krakowa, któremu pozostawił największe dzieło swego życia Ołtarz Mariacki, po długiej
wędrówce dobił do wrót swego domu rodzinnego” - napisze po
latach Kantor, dodając, zachwycony zbieżnością obu opowieści,
to wielce wymowne zdanie, powtarzane później przy byle okazji
przez byle znawcę sztuki, byle krytyka, pismaka: „Niech zdechną
artyści!” Oto tytuł nowego spektaklu, którego premiera odbyła
się w 1985 roku, w Norymberdze i który tam właśnie, a nie w
rodzinnym, ukochanym przez Kantora Krakowie – okrzyknięto
prawdziwym arcydziełem.
Teraz niszczy się metodycznie, z uporem i bez znieczulenia
twórcę światowego kina, autora tak znakomitych, przejmujących
dzieł jak „Lokator”, „Tess”, „Dziecko Rosemary” za czyn „moralnie
naganny”, ostatecznie popełniony (co prawda ofiara nie czuje
się ofiarą, ale jej subiektywne zdanie okazuje się nie mieć tu
większego znaczenia) przed prawie trzydziestu laty, sugerując
co mógłby zrobić artysta, gdyby... zdecydował się na ucieczkę,
gdzieś w góry, po stromych ścieżkach Alp, ponad krawędzią
otchłani. Ton każdej relacji wielce napastliwy, agresywne, młode
dziennikarki o ślicznych, nieskażonych cieniem myśli buziach,
jasnych jak kamień polny, mają niewątpliwe pole do popisu,
szefowie od telewizyjnego marketingu zacierają z emocją ręce.
Artysta – skandalista, człowiek ostatecznie zdeptany lub może
raczej wdeptany w błoto kultury masowej – wymownie milczy.
Sztuka nie chroni przed życiem – życie tylko dla twórcy bywa
sztuką, ale płaci on cenę najwyższą.
2
ą
J
m
m
i
k
c
so
a
t
ię
m
a
P
y
W
Lipiec 2001: jakbyśmy wrócili po wakacjach. A minęło 10
lat. Zabrakło M. Będzie żałowała: męczyła ją myśl, że musi nas
zobaczyć. Bo jeżdżąc po świecie, studiując, kochając, nie myślała
o liceum, a od niedawna ma silną potrzebę powrotu. Powie, że
za rok podporządkuje naszemu spotkaniu wszystko. I dotrze
do Polski.
1990: późne popołudnie, ciepło, które cieszy, które się zauważa,
pewnie wczesna wiosna. Siedzimy na podłodze. Czekamy na
zajęcia? Nie mogę pamiętać po 20 latach.
M. zna moją ignorancję w kontaktach z rosyjskim, której nie
próbuję maskować ani tłumaczyć kontestacją systemu. Od początku się nie uczyłam i tak zostanie, czego kiedyś będę żałować. M.
zna biegle rosyjski. Podobnie jak niemiecki i za parę lat jeszcze
kilka języków. M. zna biegle rosyjski, podobnie jak matematykę,
fizykę, chemię, ponieważ jest piekielnie zdolna i na tyle dojrzała,
żeby już wiedzieć, czego chce. Jest pod tym względem moim
przeciwieństwem.
M. zna też twórczość Wysockiego. Zafascynowana opowiada,
pod jak wielkim jest wrażeniem - głosu, odwagi, legendy, charyzmy - i wyciąga z brązowej torby teksty WW. Czyta Koni priwieriedliwyje. Brzmi pięknie. Niewiele rozumiem, proszę o tłumaczenie.
Nie tłumaczy mi jednak tekstu. Ona mi go opowiada.
Na korytarzu szaro; zza okna przygląda nam się ciepła wczesnowiosenność. Jesteśmy młode, przed nami tzw. całe życie. Na
ten mikroklimat nakłada się opowieść o koniach. Nie w samym
wierszu, w który tak naprawdę wczytam się dopiero po latach,
ale w tej opowieści: jest wszystko, co wydaje się Ważne. Magia,
pęd życia, głód wrażeń, tęsknota, determinacja, marzenia, sen
o wolności, bieg po Niemożliwe. Daję się temu wciągać i uświadamiam sobie, że nasze czytanie Wysockiego jest czymś, co się w
życiu zdarza raz. Nasze czytanie Wysockiego balansuje na granicy
metafizyki.
Już wtedy, między zwrotkami, wiem, że będę to pamiętać przez
całe życie. Zapomnę, gdzie była szatnia, jak się nazywał historyk,
kto z klasy palił. Ale będę pamiętać wiosenne ciepło, plik kartek,
iskry w oczach, niebywałą pasję. I pęd narowistych koni. I jeszcze
to, że kiedy braknie powietrza, pije się wiatr i połyka mgłę.
Wrzesień 2001: spotkałyśmy się. Wszystko było wbrew - zgubiłam jej numer komórki, ona mój zanotowała z błędem, nie
miałam z kim zostawić dziecka itd. Ale udało się. Nie umiem
sobie wytłumaczyć, skąd u nas tego dnia taka determinacja. Po
10 latach – 2 miesiące to kosmetyczna różnica, a M. miała znów
przyjechać w połowie listopada. Coś za nas chciało, żebyśmy się
spotkały.
Czekała pod ratuszem, piękna, elegancka, wyjątkowa. Jak
wtedy, gdy wyjeżdżała do Niemiec. Mówiła o wszystkim. Jak
tamtego popołudnia, na podłodze: obrazowo, z zaraźliwym
podekscytowaniem. Że studia, że miłość, że podróże, że ślub za
miesiąc, że u mamy dobrze. I że wciąż pamięta naszego Wysockiego. Umówiłyśmy się na połowę listopada.
5 listopada 2001: telefon od mamy M. Neisseria meningitidis.
Dopiero po latach spróbuję o tym napisać. Po latach też, w
teatrze u Jandy, rozpłaczę się na Rajskich jabłkach, kiedy Malinowski zaśpiewa nasze Konie. Jak dziecko się rozpłaczę.
Małgorzata Szadkowska-Borys
„Eviva L’Arte!”
Niech sczezną artyści... można powtarzać za Kantorem w
nieskończoność. Galerie świecą pustkami, rynek dzieł sztuki
faktycznie nie istnieje. Coraz mniej pięknoduchów, artystów, coraz
więcej tych, co to wiedzą najlepiej co sztuką jest, a co tylko nią
bywa. A jednak w wielkich miastach, w kafejkach, barach i klubach
spotykają się przedstawiciele wymarłej klasy – bohemy, a jednak
młodzi, cudownie naiwni ludzie zdają do szkół artystycznych, a
jednak o miejsce niezależnego krytyka trzeba walczyć z uporem,
doświadczając poniżenia, pogardy. Co więc ma w sobie takiego
owa piękna, występna, sponiewierana, upadła dama – Sztuka,
że zniewala i jednocześnie odrzuca, skazuje na swoistą banicję
swoich wyklętych kapłanów i piewców.
Czy zbiorowość, zamknięta w pułapce przeciętności, zniewolona
przez zamerykanizowaną, spauperyzowaną do ostatka kulturę
masową ma jeszcze jakiekolwiek powody, by szukać owej formy
porozumienia, rozmowy z drugim człowiekiem, jaką okazuje się
dobrze namalowany obraz czy poprawna warsztatowo grafika?
Zapewne nie. Odbiór dzieła sztuki wymaga bowiem zdrowego
snobizmu, przygotowania, emocjonalnego i intelektualnego
wysiłku, myślenia podobnym co nadawca, niekiedy trudnym
do rozszyfrowania kodem. Wymaga owej otwartości i tolerancji,
wrażliwości i ciekawości świata, o którą na duchowej, zunifikowanej, globalnej prowincji tak trudno.
W wirtualnym świecie mass mediów, w owej upiornej krainie
czarów, gdzie wszystko okazuje się tylko namiastką, atrapą sztucznie wykreowane gwiazdy sprzedają emocje „second hand”,
a mowa (ta najstarsza forma porozumienia) epatuje wątpliwym
pięknem dziennikarskiego, pośpiesznie i niedbale, agresywnie
podanego komunikatu. W świecie sztuki, w sterylnym, ascetycznym, wydzielonym teatrum galerii odrzucamy maskę anonimowości, ową „gębę” przyprawioną przez specjalistów od kreowania
wizerunku, stajemy twarzą w twarz z artystą, twarzą w twarz z
drugim (być może równie samotnym i smutnym) człowiekiem.
Obraz staje się zaproszeniem do dyskursu, do owego rytualnego
pojedynku, w którym liczy się tylko kolor, faktura, światłocień,
przemyślnie położona plama, rzeźba otwiera nową, nieznaną
przestrzeń, grafika zmusza do uwagi i skupienia, do owej fizycznej
bliskości, bez której nie uda się dostrzec detalu, śladu narzędzia,
zarysowań. Artysta zwraca się tylko do widza, obserwatora i
uczestnika zdarzenia, na linii nadawca – odbiorca aż iskrzy.
Niezależnie od miejsca, w którym przychodzi mu żyć – twórca
przemawia językiem formy i emocji, na tyle konwencjonalnym,
żeby móc przypisać mu miano uniwersalnego i na tyle indywidualnym, żeby fascynował odmiennością, oryginalnością,
własnym, rozpoznawalnym stylem. Czy zmierza w kierunku
groteski, prowokacji, karykaturalnych przerysowań, deformacji,
czy przeciwnie – pokazuje świat uładzony, wyidealizowany,
poprawny – zawsze zwraca się ku wyobrażonemu, immanentnie
wpisanemu w dzieło adresatowi. Czasami oczekuje jego aktyw-
ności, spontanicznych, niepoddanych kontroli reakcji, kiedy
indziej zakłada podświadomy dystans, wprowadza element
gry, kalkulacji, intelektualnej zabawy. Zawsze jednak oddaje
cząstkę siebie samego, jakiś fragment własnej biografii, jakiś
(być może ledwie uchwytny) rys własnej osobowości, natury.
Dzieło sztuki staje się zatem swoistym remedium na poczucie
alienacji i niespełnienia, specyfikiem o tyle niebezpiecznym, o
ile może prowadzić do taniego ekshibicjonizmu, do zbyt łatwej
manifestacji, odkrywania Tajemnicy, którą każdy z nas (a twórca
zapewne tym bardziej) nosi w sobie. Czy wówczas jest jeszcze
„dziełem”?... pozostaje pytaniem wielce ironicznym i zapewne
nie bez odpowiedzi.
Dwudziestowieczna awangarda przejrzała artystę na wylot,
dzieło sztuki przenicowała do ostatka, powieliła w tysiącach
egzemplarzy, zdemaskowała, zohydziła, zaszargała lub uczyniła
zeń estetyczny przedmiot do wnętrza, co być może okazało
się gorsze. W dziedzinie formy powiedziano prawie wszystko,
bawiąc się multiplikacją, wychodząc prowokacyjnie „w miasto”
z happeningiem, environmentem, artefaktem, działającym na
uderzenie - graffiti.
Co zatem pozostało? Czego może oczekiwać od wypowiedzi
artysty współczesny człowiek, tak bardzo zniewolony szeregiem
bezsensownych i niekiedy wmówionych obowiązków, tak mocno
osadzony w realiach bezwzględnego, odartego z wartości humanistycznych kapitalizmu, tak głęboko okaleczony przez natłok
informacji i coraz to nowe (rzekomo czyniące życie prostszym i
bardziej komfortowym) zdobycze techniki. I czy istnieją jeszcze
takie miejsca, w których można doświadczyć nieśpiesznego
kontaktu z samym sobą, chwili uważnej refleksji, wyciszenia.
Do tych miejsc nie należą już muzea, owe (jak prowokacyjnie
pisali futuryści) cmentarzyska sztuki, nie należą też teatry, gdzie
coraz rzadziej sięga się po repertuar klasyczny i proponuje dobrą
inscenizację, nowatorskie odczytanie tekstu. Do miejsc tych nie
należą tym bardziej owe wykreowane świątynie konsumpcji,
targowiska próżności i tandety, których coraz więcej w pejzażu
miasta i które nazywa się „galeriami” właśnie.
Kontakt z dziełem sztuki ma charakter osobisty, intymny. Nie
znaczy to oczywiście, że nie powinien odbywać się na ekstremach,
na spięciach. Artysta ma prawo prowokować, czynić świat bardziej
wyrazistym, niezwykłym, nonszalanckim gestem zrywając maski
– proponować coraz to inne wcielenia i role.
Tak dzieje się również z odbiorcą, który dotykając materii obrazu
szuka tego, co kryje się po drugiej stronie magicznego zwierciadła,
lustra. I nie ma większego znaczenia, czy znajdzie, czy lustro nie
okaże się pęknięte, zaśniedziałe, w lekko przykurzonej, spatynowanej ramie, czy przeciwnie – nie oślepi jarmarcznym błyskiem
tombakowego złota. Liczy się tylko ów gest, który każdy czyni sam,
na własne, osobiste życzenie, otwierając wrota Tajemnicy.
Piła 2009
Migotania, przejaśnienia 26
Bogusława Latawiec
Łoskot
POEZJA
Zwierzęta podróży
czają się już za progiem
a ty pytasz które buty włożę
na piach z lodem
mokry chrzęst
które oczy otworzę na krę
w słońcu
które uszy na łoskot przy brzegu
i krwi we mnie
na słony łopot mew –
żagli z piór, śniegu
nad naszym dniem pierwszym
i ostatnim
Poznań, marzec 2009 r.
Czerwone Pastwiska
W oknie czerwona koniczyna
Nocą zamyka liście
jak skrzydła wielkich motyli
i drobno kwitnie w doniczce
zamiast pod iglakami
paść się w Toskańskiej trawie
Po drugiej stronie ulicy
dzieci liczą deszcz po deszczu
gonią krople oczami i moją twarz odliczają
między innymi twarzami z okien
jak w zabawie: „raz, dwa, trzy gonisz ty”
Wszyscy tutaj raz za razem giniemy i wracamy
gdy tylko deszcz uderzy
w naszą szybę światłem
jak wahadło zegara, wiosło o wodę
Dotąd sprytnie podwajani:
my – pokątni zwiedzacze pokojów i ciał
i my – refleksy, smugi, odbicia
chodzące po szkłach, metalu, powietrzu wciąż jeszcze bez dojmującej różnicy w istnieniu
W końcu i tak razem poszybujemy
znad jałowych podłóg
jak skrzydła koniczyn
wprost na nasze
Czerwone Pastwiska
Poznań, marzec 2009 r.
Czyją dłonią była
ta krztyna farby zaschniętej
z obrazu
co się sama spod ciężkich olejów
potrafi wydobyć?
a tak zwiewna
że nim do mnie doleciała
już z niej tylko puch
i biel bez ciężaru
Uparta z niej po oczach i czasach
wędrownica
I to nie duszy są, nie ciała
kolejne wcielenia
ale kształtu jedynie
świetlnego i przenośnego
jak odbicie lampy
na nagim blejtramie
W pamięci?
W źrenicach?
Poznań, październik 2009
Gazeta literacka
rys. Joanna Grochocka
Krztyna farby
3
Gustaw Szpet
Sztuka istotnie zawiera w sobie, w swojej treści, intymny kult
twórczych mocy i własnej materii. Szuka słowa bez kultu słowa jest
nieznośnym cynizmem. Jako sztuka naturalna przeciwstawia siebie
sztucznej specjalizacji i niewyszukanej pragmatyczności, mających
to wspólne, że słowo w nich nie jest kultywowane w swoim autonomicznym znaczeniu, lecz dziko wyrasta bez artystycznej troski,
bez czułej uwagi przejawianej przez mistrza słowa. W najlepszym
razie człowiek myśli tu o słowie tyle samo, co o przyzwoitym stanie
przyodziewku lub o sprawności środków transportu. Jako sztuka
słowa staje się przedmiotem szczególnej troski, kultu artystycznego. Podnosi się je do rangi przedmiotu o samoistnej wartości,
domagającego służenia i ofiary. W swoim majestacie domaga się
ono oczyszczenia z niedającą się pogodzić z nim krzątaniną.
Realna wartość znaku słownego jako znaku polega na tym, że
jest to znak powszechny, uniwersalny. I tej właściwości słowo się
nie pozbywa, kiedy staje się przedmiotem kultury artystycznej.
Dopuszcza ono najpełniejszy przekład z wszelkiego innego systemu znaków. Ale nie odwrotnie: nie ma takiego innego systemu
tylko umownie nazwać podmiotem, wiemy, iż w rzeczywistości
jest ona nie podmiotem w ścisłym znaczeniu podmiotu jako
materia in qua. Inaczej wygląda sprawa z empirycznie zrealizowaną
świadomością: ma ono rzeczywiście podmiot jako jego nosiciel,
niezależnie od tego, czy będzie ten podmiot niepodzielny czy
będzie kolektywem. W świadomości jako takiej istnieją jedności
przedmiotowe, które obiektywizując się, ucieleśniają się w formach konkretnie indywidualnych lub konkretnie zbiorowych
podmiotów. Świadomość literacka jako wyraz świadomości kulturalnej powinna mieć swego nosiciela, wyraziciela świadomości
historycznej, ponieważ ta ostatnia domaga się dla siebie swego
realnego istnienia określonych form „piśmienności” we wskazanym
sensie możliwości rzeczywistego materialnego utrwalenia. Jeśli
świadomość językowa w ogóle jest świadomością, skierowaną
jako na przedmiot na siebie, na podmiot kultury, to literatura
w sensie „piśmienności” powinna wyrażać jakąś modyfikację
tej samej samoświadomości, w której przedmiot i odpowiednia
intencja zmieniają się nie zasadniczo, lecz jedynie specyficznie.
W czym tkwią osobliwości tej specyficznej modyfikacji samoświadomości kulturalnej?
U empiryków spotykamy odpowiedź na to pytanie, która głosi,
że zwykły ilościowy wzrost artystycznej produkcji językowej
z biegiem czasu przewyższa możliwości naszej pamięci i tym
samym popycha ku takiemu utrwaleniu stworzonej rzeczy, która
LITERATURA
znaków, na który można by przełożyć słowo choćby ze względną
adekwatnością. Jakby nie wydawało się ono dla nas empirycznie
niewystarczające, jeśli nie jest to świadectwo naszej własnej słabości i twórczej bezradności, słowo właśnie empirycznie stanowi
najbardziej doskonałe urzeczywistnienie idei znaku powszechnego. Dlatego też odpowiednia sztuka jest najbardziej uniwersalna
w naszym ludzkim sensie i skali. Nic innego, jak właśnie kult
słowa, przetwarzający słowo w słowo artystyczne, nadaje mu
tę wyjątkowość, kiedy nie tylko obraz artystyczny jednej sztuki
nie przekłada się na obraz innej sztuki, lecz nawet we własnych
granicach słowa artystycznego sama wyjątkowa jedyność jego
formy i niepowtarzalność realizacji mogły pojawić się jedynie jako
rezultat oddanej służby i ofiarności. Ale ta sprzeczność, jaka się
zawiera w samej naturze słowa, jest sprzecznością dialektyczną.
I przezwycięża się ją w życiowej jedności słowa przez to, że samo
jedyne słowo, zachowując całą swoją wartość poetycką, nie może
się pozbyć swojej służebnej logicznej roli bycia środkiem praktycznej komunikacji człowieka z człowiekiem i siły swego emocjonalnowolicjonalnego oddziaływania na zachowanie ludzi.
Ponieważ literatura jest sztuką słowną, umiejętność artystycznego władania słowem, a w swoim najwyższym natężeniu
również tworzenia go, wsłuchując się w jego własne formy i prawa,
to literatura jako wyraz ludzkiej samoświadomości, nie tylko
odzwierciedla ją i utrwala, ale także aktywnie tworzy. Jest ona
ucieleśnieniem własnej aktywności w twórczej potencji. Tworząc
spontanicznie w swoich formach, literatura – w odróżnieniu od
filozoficznej refleksyjnej analizy – podnosi poprzez sztukę swoją
spontaniczną twórczość do poziomu obserwowanej prawidłowości, która wytycza drogi nowej twórczości i sama staje się
przedmiotem badań jako odrębny problem nauki o literaturze.
W ten sposób ostatnia ogarnia świadomość od strony jej urzeczywistnienia w społeczno-kulturalnej realności w aspekcie jej
zawartości i sensu jako samoświadomość w jej obiektywnym
życiu. Ale tak samo zawiera ona również formalne prawidłowości
dróg realizacji tej zawartości i sensu.
To, co powiedzieliśmy, nie rozwiązuje jeszcze problemu niezbędności literatury jako specyficznego rodzaju sztuki, zmysłowo
zaprezentowanej w „pisemnej” formie. Oczywiście, rzecz nie
w empirycznym „przypadku” piśmienności: hieroglifu, rysunku,
litery, znaku typograficznego – o tym można powtórzyć to, co
zostało powiedziane o empirycznej przypadkowości znaku
słownego – lecz w istocie idei utrwalenia treści duchowej w stabilnej rzeczy, czyli w sensie utrwalenia słowa jako energii, jako
materialnej rzeczy.
Kiedy mówimy o czystej świadomości i badamy ją filozoficznie,
ściśle mówiąc, mamy do czynienia jedynie z przedmiotowością,
z czystym przedmiotem. Niech nawet świadomość ta jest nam
dana w finalnej lub finalizującej się jedności, możemy tę jedność
4
mogłaby pozostawać na długo, mogłaby przechodzić z rąk do rąk
osób i pokoleń, a nie tylko z ust do ust, i która byłaby dostępna
dla każdego, kto przyswoił nowy system trwałych znaków.
Taki wywód powinien wydać się powierzchowny i mało przekonywający. Jednakże, jak mi zdaje, tylko dlatego, że jest on
empiryczny, czyli ślepy, przeprowadzony bez rozumienia rzeczywistego sensu konstatowanego zjawiska, bez świadomości jego
granic i horyzontów. Z tego samego powodu wszelkie empiryczne wyjaśnienia i uzupełnienia nie mogą uczynić go głębszym
i bardziej wyrazistym. W każdym razie nie mogą przekazać mu
zasadniczego znaczenia. Trzeba zaś za pomocą zasadniczych
środków wyjawić tę słuszną intuicję, która może lec u podstaw
sądu empirycznego i która domaga się innej, refleksyjnej uwagi,
aby stać się nicią przewodnią analizy krytycznej.
Nikt nie wątpi, że trwałość znaku pisemnego w porównaniu
z dźwiękiem jest całkowicie względna, a pisemna bądź rysunkowa wizualna jego natura – przypadkowa. Sytuacja nie uległaby
zmianie, gdyby nowy system znaków pozostał dźwiękowy, ale
bardziej trwały lub stał się wyczuwalny, lub wreszcie zostałby
zastąpiony przez wizualnie odbierane materialne utrwalenie, ale
takie, w którym właśnie wzrokowa widzialność pozostawałaby
obojętnym faktem i, przykładowo, bezpośrednio przemienianym
w dźwięk jak w fonogramie. Niezależnie od tego, jakiego byśmy
sposóbu nadania dźwiękowi trwałości nie wynaleźli, w rzeczywiście zawsze będziemy mieć do czynienia z przypadkowym
fonogramem. Istotne pozostaje tylko to, że miejsce czystego
i bezpośredniego fonemu powinien zająć mediatyzujący fonogram. Zasadnicza baza dla przejścia do nowego systemu znaków
powinna tkwić nie w materialnych właściwościach znaku, lecz
w charakterze samej twórczości. Sposób utrwalenia jako akt
kulturowo-społeczny powinien odnaleźć swój sens w określonym
celu, w zadaniu, w motywie. Nie każdy motyw może okazać się
wystarczający dla zasadniczego usprawiedliwienia interesującego
nas przejścia. U jego postaw powinna tkwić istotna niezbędność.
Prosty graficzny zapis w celu lepszego zapamiętywania, przechowywania, wskazywania i tym podobne nie tworzy sam w sobie
literatury. Z tego punktu widzenia pozostaje on „przypadkowy”.
Takie na przykład są pisma urzędowe, umowy, akty, nadające
prawa i inne dokumenty, których celem jest zabezpieczenie
w całości i w szczegółach pewnego aktu społecznego przed
zapomnieniem lub wypaczeniem. Takie są na przykład ogłoszenia, szyldy, reklamy, wizytówki i tak dalej – wszystko, co ma
na celu wskazywanie, przypominanie. Wszystko są to przykłady
„przypadkowego” posługiwania się bardziej lub mniej trwałym
znakiem i żadnej „niezbędności” bytu literackiego one w sobie nie
zawierają. Szczególny charakter „przypadkowości” wszystkich tych
produktów znaku graficznego polega na tym, że nie będąc przypadkowymi pod względem treści, gdyż wyrażają one określony akt
Fot. Mariusz Kubik
społeczny, przypomnienie o nim, przechowanie go, wskazanie na
niego, nie mają niezbędnej indywidualnej formy i są pozbawione
prawa bądź formotwórczego pierwiastka, który określałby jego
zewnętrzny kształt. I odwrotnie: z tej samej przyczyny raz odnaleziona zewnętrzna, pragmatycznie umownie dogodna formuła
tutaj łatwo przemienia się w sztampę i szablon, rzeczywiście nie
uwarunkowany wewnętrzną koniecznością. Nawet w tych wypadkach, kiedy mamy przed sobą pisemny dokument, stanowiący
„jedyną możliwość” obcowania lub komunikacji, na przykład
prywatny bądź oficjalny list osoby, oddzieloną odległością od
innej, nie dostrzegamy poszukiwanej niezbędności, gdyż, podobnie jak inne przykłady tego typu, jego „niezbędność” przestaje
być aktualna, gdy tylko zostaje osiągnięty jego pragmatyczny
cel. Wszystko to nie jest literaturą, lecz ta samą pragmatyką, nie
literaturą – lecz działaniem.
Niezbędność, o jakiej mówimy, jest niezbędnością samej formy,
która przykuwa do siebie i swego prawa szczególną uwagę.
Kiedy coś utrwalamy za pomocą mniej lub bardziej trwałego
znaku i chcemy, żeby to coś „tak pozostało”, w tym „tak” kryje się
świadomość pewnej prawidłowości aktu, zamiaru i wykonania.
Jest to konieczność samej formy literackiej w przeciwieństwie
nie tylko do „przypadkowej” pragmatycznej formy i nie tylko
również przypadkowej improwizacyjnej artystycznej, ekstatycznej,
entuzjastycznej lub innej podobnej formy, ale także w przeciwieństwie do formy stałej w postaci konwencjonalnej sztampy
lub formy naturalnej w sensie powszechności, charakteryzującej
zarówno pisemne, jak i wszelkie inne słowo (na przykład w sensie
naturalności form logicznych). Jest to akceptacja formy całkowicie
indywidualnej, ale ujawniającej świadomość formotwórczego
pierwiastka, ukierunkowującego jej indywidualną realizację.
Nie jest to zwykły wymóg pamięci, lecz zamiar, stale kierowany
dostrzeżoną logiką formy oraz dążenie do nieustannej jej realizacji,
wypełniania z wciąganiem nowej treści i nowego materiału. Siła
wewnętrznej konieczności mocnego utrwalenia jest tak wielka,
że konieczna relacja dwóch systemów znaków, do których się
uciekamy, staje się odwrotna w stosunku do ich pierwotnej
relacji. Poszukiwaliśmy napisania, żeby utrwalić wymawiane, teraz
napisane dokonuje się przed wymawianiem – jest to nie za-pis,
lecz przed-mowa i nawet pod względem swojej formy – przedpisanie. Zaś w idei przed-pisywania zawsze zawiera się motyw
żądania, zadania. I rzeczywiście, utwór literacki domaga się jakby
od nas: obserwuj moje formy, poprzez nie jestem czymś nowym,
swoistym, różnym od wszystkiego innego, co znasz i w co się
wsłuchujesz w słowie!
Oto jedno ze sformułowań, w którym intuicja przeniknęła
przez powierzchnię w głąb rzeczy, pociągnęła za sobą empiryka
i przybliżyła do samej istoty rozpatrywanej konieczności: „nie
może być literatury bez pisma; gdyż literatura zakłada twardo
zaznaczoną formę (implies fixed form); i chociaż pamięć może
tworzy cuda, czysto słuchowa tradycja nie może zagwarantować
twardo zaznaczonej formy” (prof. Jebb)1.
Słuchowej tradycji i pamięci słuchowej przeciwstawia się „pismo”,
czyli tradycja literacka, a więc szczególnego rodzaju pamięć, wchodząca w skład świadomości literackiej, pamięć literacka. Czy jest
to przezwyciężenie pamięci w sensie abstrakcyjnego określenia
nieokreślonej zdolności czy raczej jest to właśnie prawdziwa
pamięć kulturalna jako podstawa i warunek samoświadomości
kulturalnej? Jako swego rodzaju aktywność powinna się ona
charakteryzować cechami jakościowymi, zależnymi od treści
przedmiotu, na który ona się kieruje. Treść ta poprzez swoją
stałość komunikuje świadomości literackiej w całości nie tylko
jego formalno-konieczną trwałość, ale także specyficzną charakterystykę pod względem sensu. Jest to jakaś kolektywna, rodowa
pamięć zarówno w aspekcie swojego przedmiotu, jak i w aspekcie
subiektywnym oraz jedności składających się nań aktów.
Ponieważ mówimy o świadomości kulturalnej, to z tego wynika,
że istnieje pamięć kulturalna i pamięć kultury. W tych kulturalnych
jakościach literatury tkwi jej uniwersalność, duchowa uniwersalność. Jest to pamięć ducha o sobie samym. W żadnym wypadku
nie należy rozumieć tutaj terminu „duch” w sensie hipostazowanej
transcendentności. Gdyby ten termin dawał się używać tylko
w tym sensie, to lepiej byłoby w ogóle zrezygnować. Zasadniczy
niedostatek takiego użycia słowa polega na tym, że nie może się
ono obejść bez wyjaśniających tendencji, zakładających realność
ducha w jego transcendentnym dla siebie bycie. A takie wyjaśnienie nieuchronnie zawiera w sobie błędne koło. W rzeczywistości
duch narodu określa się na podstawie jego literatury, a nie jest
czymś, czym można byłoby ją wyjaśnić. Szukamy dla ducha
ostatniej interpretacji, przemieniającej się w filozofię kultury, a nie
ostatecznego wyjaśnienia sprowadzającego to, co jest pierwotnie
dane do chimerycznej praprzyczyny. W naszym użyciu tego słowa
cała realność ducha zawiera się tylko w jego obiektywnym –
kulturalno-historycznym – przejawie; poza nim, w jego potencji,
w jego an sich, duch nie jest realny, nie działa, jego nie ma. Jest
tylko czysta i absolutna materia – jedynie możliwość bytu. Nie
tylko znamy go z jego przejawów, ale i w istocie nie istnieje on
inaczej jak w swoich przejawach. Ograniczając sferę ducha do jego
bytu kulturalno-historycznego i dziejów, nie możemy wykraczać
poza granice jego rzeczywistego obiektywnego, w historii danego,
bytu. Duch zaczyna się i istnieje tylko w wyrazie, jest on samym
wyrazem – oto zewnętrzny, materialny wyraz! Dialektycznie: czysta
materia, nicość, duch w potencji – jego stawanie, uduchowienie
nicości – urzeczywistnienie w materialnym wyrazie, materialna
realność bytu historycznego.
1
Cyt. za H.M. Posnett, Comparative literature, London 1880, p. 13
(Book I. Ch. I. What is literature?)
Migotania, przejaśnienia 26
grudzień 1929
przełożył Bogusław Żyłko
Przekład na podstawie tekstu zamieszczonego
w XV tomie serii „Trudy po znakowym sistiemam” (Tartu 1982).
Gazeta literacka
Małgorzata Dorna
POEZJA
Świadomość literacka w tym sensie jest samą świadomością
historyczną, świadomość rodu historycznego lub, co na jedno
wychodzi, narodu swojego własnego stawania i bytu historycznego. Świadomość literacka jako samoświadomość rodu w swoim
własnym słowie, bliżej i od strony formalnej określa się jako
świadomość narodowa: nie nieokreśloną świadomością etniczną,
lecz właśnie narodowo-historycznym słowem literackim, mową
literacką, przezwyciężającą ustno-słowną różnorodność dialektów
etnicznych. Naród nieposiadający literatury pozostaje prehistorycznym, prekulturalnym. I odwrotnie: dlaczego dany naród nie
pisze? – Bo nie ma o czym pisać! Nie ma literatury, dopóki nie ma
on nic do utrwalenia, dopóki jego byt historyczny jest wątpliwy,
efemeryczny, nieuzasadniony. Literatura rodzi się razem z jego
bytem historycznym i samoświadomością kulturalną. Właśnie
dlatego pozostaje zawsze odzwierciedleniem i wyrazem bytu
historycznego w jego kulturalnej pełni i samookreśloności,
Pod względem przedmiotu i treści świadomość literacka
jest świadomością narodu własnej narodowości w jej własnym
historycznym formowaniu, wzrastającym w przezwyciężaniu
przeszkód zewnętrznych i walce wewnętrznych podziałów i rozwarstwień. I niezależnie od tego, jaką różnorodność wnosiły do
kulturalno-historycznej jedności jego rozwarstwienie i klasyfikacja,
jaką wielokształtnością nie wzbogacały się formy i treść wyrazu
literackiego warstw i klas narodowości, formalnie jednoczącym
momentem pozostaje zawsze samo słowo, które do końca okazuje
się wspólnym, niech nawet jedynym żywiołem w walce i zderzeniu powstających różnorodności. Kultura narodowa pozostaje
edukacją narodową. Ostatnia jako taka awansuje do roli reguły
kierowniczej i literacko odciska się na pamięci i dalszej edukacji
kulturalnej jako wyraz – czyli w realnym urzeczywistnieniu –
określającej się samoświadomości, tworzącej samą siebie w tym
procesie stawania kulturalnego i formowania, ale nic na wieki
niewzruszonego w sobie nieprzesądzającego i właśnie dlatego
potrzebującego pamięci tego, co było i co przestało być. Ponieważ
i to, co przestało być, żyje w pamięci kulturalnej jako tradycja,
przechodząca w walce wewnętrznej od zwyciężonego do zwycięzcy, niczym go nie wiążąc, ale kształtując go w nieprzerwanej
jedności samoświadomości kulturalnej.
Jeśli będziemy specyfikować świadomość kulturalną wspólnoty
społeczno-historycznej jako jej inteligentną świadomość, to
świadomość literacka taką właśnie jest. Jeśli jest to świadomość
narodowości siebie samej jako narodowości, jej rozumienia tego,
co ona uświadamia w swoich własnych rysach i we własnym
sensie, tego, że i cały świat uświadamia się przez nią poprzez tę
samoświadomość, to można mówić o treści świadomości kulturalnej jako o światopoglądzie. Z uwagi na swoją treść świadomość
literacka jest światopoglądem. Obiektywizując siebie i swoją
oświatę w literaturze, narodowość tym samym tworzy w literaturze środek dla przyswojenia własnego ducha w środowisku
obiektywizującej się samoświadomości całości światowej historii
kulturalnej – w ten sposób literatura narodowości okazuje się literaturą ludzkości. W języku narodu mówi historyczna ludzkość. I jest
to nowy moment dialektyki kultury: kultura specyficzna i ogólna
przezwyciężają się w swojej sprzeczności jedyną wspólną kulturą.
Ponieważ w ogóle zakłada się możliwość przyswojenia, uznania
i rozumienia przez narodowość samej siebie, zakłada się tym
samym obecność i zdolność do rozwoju intelektu zbiorowego, ku
któremu bezpośrednio zwraca się literatura, kształtując i kultywując
go dalej. Oświecona, inteligentna świadomość przechodzi do
jednej historycznej świadomości kultury. W ten sposób dochodzi
się do ostatniej granicy tego urzeczywistnienia, które może być
nazwane kulturą w szerokim i ostatecznym sensie, kiedy pojęcie to
staje się kategorią, ogarniającą wszystkie modyfikacje wytworów
kultury, czyli filozofię, prawo, ekonomikę, religię, naukę, sztukę.
Sytuacja literatury w ogólnym stawaniu się kultury pozostaje
wyjątkowa, ponieważ jest ona wyrazem wspólnej samoświadomości, dlatego że cała wskazana treść odtwarza się w tej
jedności, podczas gdy filozofia na przykład jest jedynie krytyką
świadomości, nauka – działalnością poznawczą, sztuka w ogóle –
twórczym uformowaniem już gotowej sfery życia, zaś autentyczne
stworzenie – tylko nieobecnego i tak dalej. Literatura jako sztuka,
poezja już z powodu wyżej wskazanego ograniczenia również jak
gdyby się ogranicza, przez co powstaje szczególna antynomia.
Wyżej zaznaczona dialektyczna sprzeczność istnieje wewnątrz
literatury i przezwycięża się ją tylko w konkretnej całości literatury.
Z tego wszystkiego widać, że takie ograniczenie dotyczy tylko
jej niezbędnych form i zatem ściślej określa jej formalne miejsce
pośród realnej kultury jako całości. Pod względem treści i sensu
nie ona tutaj granic. Ma ona tylko początek – initium, od którego
rozwija się nazwana treść, tylko ona przyjmuje swoją pierwszą
obiektywną i realną formę. Empirycznie jest to najważniejszy
moment przejścia, koczującego po dialektach słowa do jego
osiadłego bytu, który teraz nazywa się literaturą, bytu realnie
i obiektywnie stanowiącego odrębny rodzaj życiowej różnorodności samego bytu, rzeczywistości, doświadczenia kulturalnego.
Jest to ta sama różnorodność, przed którą stoi nauka o literaturze.
Jest to materiał, z którego czerpie ona odpowiedzi na zapytania,
stawiane przez poznanie. Pierwszym krokiem ku nim jest dojrzenie
w tym materiale swoistego przedmiotu troski naukowej. Pierwsza
zachęta do pracy pochodzi od formującego z miłością ten materiał
i tworzącego słowo artysty, zaś pierwszy entuzjazm zapala się w niej
zaraźliwym natchnieniem jego służby i ofiary.
SALON SOPOCKI (erotyk)
EPITAFIUM DLA DIANY
Mój pies śpi jeszcze
Nie podnosi bursztynowych oczu na gwiazdy
Nie trąca nosem malowanej misy
W pobielone mlekiem krajobrazy.
Mój pies śni jeszcze…uśpiony
Że kiedyś położy mi łeb na kolanach
I zatęskni do tych dalekich podróży
W aleje buków i dębów
Ku czarno-białej brzozie
Pochylonej nad drogą w geście pojednania.
Nie obudzą Diany wezwania
Nie obudzą szepty szelesty poszumy.
Stanie kiedyś w srebrzystej poświacie
I poprowadzi mnie zarośniętą ścieżką
Daleko. Poza granicę mroku….W Noc
Zmartwychwstania.
17 grudnia 2003 r.
Drzemie we mnie mrokk Wezuw
Wezuwiusza
Ogniem rudego krateru.
Pana i tak to nie wzrusza
Świat wnętrza – równy zeru.
Moje piersi dymią, goreją
Brunatną czerwienią Pom
Pompei,
Ogniki w źrenicach kuszą
Na wskroś zetlałej nadziei
nadziei.
nne i dumne
Zwierzęta senne
wy
Chylą strzępiaste głowy
muru
Orfeusz w kawałku marmuru
Umiera – Lew Salonowy.
MODLITWA
Bez pośredników rozmowa
Spoglądasz Panie z wysoka
Milcząca pokorna szlocham
W mrok nocy schodzę.
Czuję Twój dotyk Panie
Niewierna sceptyczna wierzę
Bo kto tak jak Ty zna mnie
Wysoko mierzę.
I pod kopułą błękitu
Wśród gwiazd bezradna latam
Cieszą mnie chwile niebytu
Suflerem – Szatan.
Wiersze jesienne
+++
U szczytu mola Izolda
Gładzi łabędzie spłoszone
Fala unosi się żaglem
Tristan przybędzie stęskniony.
Mróz śnieży bielą po rzęsach,
Kryształem skrzy się we włosach
Serce przeszywa płomieniem
Gdy staje na deskach bosa.
Zmierzch senny, zmierzch ostateczny
Otula bezbrzeżne morze
Łabędzie syte pieszczotą
Ścielą śmiertelne loże.
listopad – grudzień 2007 r.
KONIEC TEATROLOGA
Wyznaczyłam
am dzień i godzinę – wtedy zginę.
zginę
Określiłam czas i miejsce zbrodni – tak bezpi
bezpieczniej
i pewnie wygodniej.
I nikomu nie rzeknę ni słowa – niepotrzebna ci
umarłych mowa
mowa.
Z rudym włosem w sitowie wp
wplątanym
Gdzieś na bagnie, nad ranem.
ew się nade mną pochylą
Dłonie drzew
nie mchów ciemną głębiną
Rzucą cienie
Ukołyszą miarowym oddechem i w zieleni
ziele
Odnajdę pocie
pociechę.
Wyznaczyłam: czas, miejsce i akcję
Trzy klasyczne jedności
- Mam rację!
5
G I G A N C I T E AT R U
Andrzej Żurowski
zastanawia się wraz ze swoimi rozmówcami
Co zostało z naszego teatru?...
Spotkanie siódme: ZBIGNIEW ZAPASIEWICZ
Andrzej Żurowski: Kiedyś powiedziałeś: „Opracowanie roli rozumiem jako zagubienie się w spektaklu”. Brzmi to tak, jak gdyby
szło o aktorstwo transformacyjne, mimetyczne; a jesteś artystą
o niezmiernej sile osobowości – indywidualności Zapasiewicza,
która emanuje przecież z każdej twojej postaci scenicznej. Czy nie
ma więc w tym sprzeczności?
Zbigniew Zapasiewicz: No wiesz, takie pojęcia, jak posiadanie
lub nieposiadanie osobowości, posiadanie lub nieposiadanie
wdzięku, to są problemy, nad którymi w gruncie rzeczy człowiek
wykonujący ten zawód nie powinien się zastanawiać. Dla jednych
się to ma, dla drugich się tego nie ma. Bo co to znaczy osobowość?
Że ludzie chcą się na mnie patrzeć, tak?, czymś ich zaciekawiam.
Ale pewnie są i tacy, których nie zaciekawiam, więc dla nich nie
mam tejże osobowości. Tak czy inaczej, nie należy o tym myśleć.
Jan Kreczmar kiedyś nas przestrzegał przed tak zwanym świadomym wdziękiem; że to jest straszliwe: grać, że się ma wdzięk.
Albo się wdzięk ma dla kogoś, albo się go nie ma. Natomiast jeżeli
chodzi o moją jakby – no, nie teorię, ale takie wyznanie wiary
aktorskiej – było to zawsze poszukiwanie jednak. I najbardziej
zadowolony jestem z tych swoich ról, w których udało mi się
w pewnym stopniu tę swoją osobę – czy tę swoją osobowość –
ukryć. Za maską. Maską niekoniecznie zewnętrzną; niekoniecznie
tą maską, która się nam kojarzy bezpośrednio z aktorstwem
funkcjonującym jeszcze gdzieś do połowy wieku XX, kiedy aktor
całkowicie się za rolą ukrywał, kiedy próbował zagubić siebie
zupełnie – w charakteryzacji, w sposobie poruszania się…
… aktorstwo z tradycji Solskiego…
No, powiedzmy, tak. Przypuszczam, że to była zresztą konieczność.
Powiedzmy w końcu XIX czy na początku XX wieku, co tydzień
premiera, musiał się aktor pokazywać różny, bo by zanudził
śmiertelnie, gdyby grał własną osobowością wyłącznie. To upadło oczywiście, w wielkim procencie; szkoda, myślę bowiem, że
w naturze teatru leży pewna kreacyjność roli, i ja mimo wszystko
– w teatrze przynajmniej, grając dużo w teatrze – staram się
szukać nie swojej osoby, poprzez którą wyrażam rolę, tylko jakby
próbować znaleźć zachowania, sposoby chodzenia, sposoby
mówienia właściwe temu człowiekowi, którego mam przez siebie
wyrazić. I stąd nie widzę w tym szczególnej sprzeczności, bo
pewnie – jeżeli ja mam rzeczywiście jakąś osobowość – to na
6
pewno ona się jakoś przebija, ale ja nad tym się nie zastanawiam,
a raczej pracuję w kierunku zniszczenia siebie.
Tak, ale w twoim wypadku wydaje się to szczególnie przewrotne.
Ludzie, którzy znają cię prywatnie, wiedzą, że jesteś człowiekiem
o szerokich i głębokich zainteresowaniach, intelektualistą. No,
możesz się w tej chwili uśmiechać – może ci się to podobać bądź
nie – ale tak jest, tak cię widzą. Jak w takim razie, jak ta prywatna
„nadświadomość” – i czym ona jest? – pomaga, czy raczej krępuje
w kreowaniu postaci scenicznej, które ze swej natury, z natury
aktorstwa, opiera się przede wszystkim na intuicji, na wyobraźni,
a nie na przemyśleniach?
Nie całkiem bym się z tobą zgodził. Jeżeli rzeczywiście jestem
klasyfikowany tak w opinii, jak mówisz, że takie mam „intelektualizujące zapędy”, to nie jest nic innego, tylko to, że ja
z dosyć dużym trudem do tego zawodu dochodziłem. Początki
miałem bardzo trudne. Pokonałem w sobie bardzo wiele oporów, zanim w ogóle zdecydowałem się na te studia. Szkoły też
nie przeszedłem tak różowo. Pierwsze dziesięć lat mojej pracy
aktorskiej nie było też usłane różami. Ja musiałem po prostu –
również dzięki temu dość wcześnie rozpocząłem działalność
pedagogiczną – musiałem wiele rzeczy nazwać. Musiałem
sobie je nazwać – dla siebie, czy na użytek czyjś; ale przede
wszystkim dla siebie. Ponieważ próbowałem je nazwać, więc
być może teraz w jakimś stopniu umiem się podzielić tym
sposobem „nazywania”. Nie jestem aktorem intuicyjnym; w tym
rozumieniu potocznym na pewno, bowiem ja się tego musiałem
niejako nauczyć. Miałem pewno jakieś dyspozycje do tego, ale
musiałem się tego nauczyć. Rozmawiając ze studentami muszę
umieć coś nazwać. Jeżeli w ogóle coś jest możliwe do nazwania;
ale przecież coś jest możliwe... Stąd być może czasem mi się
udaje coś powiedzieć takiego, co – jak się widzom wydaje – jest
skutkiem głębokich przemyśleń. A to wynika raczej z praktyki
mojego życia artystycznego.
Natomiast co do drugiej części problemu, który postawiłeś, to
mnie się wydaje, że cała praca analityczna w roli jednak płynie
ze łba.
Wcześniej powiedziałeś, że jednak chcesz „zniszczyć siebie” i „zagubić
się w postaci”…
Ależ tu jedno drugiego przecie nie wyklucza! Jakby roboczo
można sobie powiedzieć, są takie jakieś dwie drogi… Pewnie
tych dróg jest nieskończenie wiele, ale jakby tak z gruba sobie
chcieć powiedzieć, to można by sobie powiedzieć, że są dwie
drogi kreacji aktorskiej: albo ja poprzez siebie wyrażam myśli
zawarte w roli, którą mam do dyspozycji, i nie próbuję zobaczyć indywidualnego losu ludzkiego w postaci, którą gram,
lub odwrotnie – widzę tego człowieka, niejako z zewnątrz go
sobie wyobrażam i próbuję się w niego wpasować ze swoją
psychiką i swoimi, powiedzmy, technicznymi umiejętnościami,
i tak dalej. Sposoby dochodzenia do rezultatu są rozmaite
i pewno nie ma aktora, który zawsze jednolicie dochodzi do
postaci scenicznej i gra tak a tak, w ten sposób, a tamten, też
jednolicie, zawsze idzie drogą odmienną Tak, bywa rozmaicie,
ale jakaś tendencja, chęć psychiczna w danym aktorze drzemie.
I pewno można by tak aktorów jakoś podzielić, przykładów na
to jest bardzo wiele. Otóż ja raczej jestem zwolennikiem, czy
też: mnie bardziej interesują te role, w których mogę sobie
człowieka danego mi do przedstawienia wyobrazić poza
sobą i próbować się w niego wpasować, a nie naginać go do
moich możliwości. Mniej to lubię, dlatego… Dlatego wolę
grać w teatrze.
Wybór… Wybór zawodu: nie zacząłeś przecież od aktorstwa. Nie
należysz do tych, którzy na spotkaniach opowiadają: „tak, od kolebki
marzyłem, żeby być artystą dramatycznym”. Po maturze poszedłeś
na politechnikę, na wydział chemii. Dopiero po roku ruszyłeś do
szkoły teatralnej. To, przyznasz, dosyć karkołomny skok. A może –
w tym już wówczas w pełni świadomym wyborze – było coś z tego,
że aktorstwo to rodzaj kompensacji, możliwość spełnienia niespełnialnego w życiu…
Dokładnie. No, jeszcze by trzeba dodać do mego życiorysu
także ten fakt, iż ja się od dziecka wychowywałem w rodzinie
– ponieważ moje dzieciństwo przypadło na czas okupacji – ja
się wychowywałem bardzo blisko moich dwóch wujów, Jana
i Jerzego Kreczmarów. Nasza rodzina wtedy się dosyć trzymała
ze sobą blisko; był tam również Erwin Axer, który się ukrywał
u mojej rodziny w czasie okupacji, przecież człowiek teatru…
Myśmy wszyscy byli w bardzo ścisłym kontakcie, byłem więc
świadkiem, uczestniczyłem w ich rozmowach, w ich spotkaniach,
w ich problemach…
Migotania, przejaśnienia 26
… a jednak wybrałeś chemię.
Bardzo wcześnie zacząłem chodzić do teatru. Byłem na przykład
świadkiem przedstawienia Wesela w 44 roku w Lublinie; pierwsze
moje przedstawienie w życiu, jakie zobaczyłem. Potem ciągle
jeździliśmy do Łodzi, gdzie moi wujowie wtedy pracowali, więc
my z matką z tego zrujnowanego miasta, mieszkając tu w Warszawie, jeździliśmy do Łodzi na święta, na jakieś dni wolne. I stale
do teatru, do teatru. Ja z tym teatrem byłem jako widz bardzo
blisko. Ale powód tego, że poszedłem na chemię, był taki, że
właśnie wynikało to z mego bardzo głębokiego zamknięcia.
Z takiej sytuacji psychicznej, która była na granicy kompleksu
niższości właściwie. Dla mnie wejście do pomieszczenia, gdzie
było więcej niż trzy osoby – i to nawet z rodziny – było wysiłkiem
psychicznym. Więc na pewno to jest to, o czym mówiłeś, że ja
gdzieś instynktownie wyczułem, że to jest zawód, w którym
ja będę mógł się sprawdzać. W sposób sztuczny, nakazany, ale
otworzyć się, wyciągnąć…
… bez ekshibicjonizmu…
No tak, oczywiście, bez obnażania, bebechów. Ale będę miał
nakazane wyciągnięcie z siebie emocji, których w życiu bym
nigdy nie użył.
Ja w ogóle mam swoją prywatną, amatorską teorię psychologiczną;
uważam – niech mi wybaczą uczeni w psychologii – że życie ludzkie
jest pewną fabułą, którą przeżywamy, no i każdy człowiek przeżywa
w ciągu tej fabuły różne rzeczy – emocjonalne, fizyczne – przygody,
różnych doświadcza w związku z tym stanów; emocjonalnych,
intelektualnych. I teraz, gdyby tę fabułę każdego z nas, jak tu
obaj siedzimy, opowiedzieć, to jest to jakiś dramat. W czasie tego
dramatu – to jest obojętne: on może być nudny, może być ciekawy, jest to jakiś dramat – w czasie tego dramatu na przykład ktoś
trzy razy w życiu śmiertelnie się zakochał, a ktoś się nie zakochał
ani razu. Czy to znaczy, że ten, który się ani razu nie zakochał, był
niezdolny do miłości? Nie, tylko tak się okoliczności złożyły, że się
nie zakochał, a temu się tak złożyły, że się trzy razy zakochał. Ktoś
zabił człowieka w swoim życiu – z różnych przyczyn: samochodem,
po pijanemu, był w wojsku, na wojnie, nie wiadomo – a ktoś nie
zabił. Ale czy ten, co nie zabił, nie mógł zabić? Mógł; tylko tak się
złożyło, że nie, bo ta fabuła inaczej się potoczyła.
Aktorstwo jest niczym innym, jak pokazywaniem fabuł, zdarzeń.
Teatr w ogóle temu służy – w skondensowany sposób pokazać
jakieś zdarzenie, jakiś przebieg akcji kilku ludzkich życiorysów
i ujawnić poprzez to (czyli to jest ta strona aktorstwa osobista,
powiedziałbym), pokazać przed widzem: otóż patrzcie, ile jest
w człowieku różnych możliwości. Dyspozycja aktorska jest to nic
innego, jak umiejętność wyrażenia tego publicznie.
Stanów potencjalnie możliwych dla każdego z nas.
Dokładnie to określiłeś mówiąc, że była to „druga szkoła teatralna”.
Szkoła polegająca na bardzo ciekawym doświadczeniu, które
potem stało się – jakby to powiedzieć? – no: bazą dla mojego myślenia o tym zawodzie. To znaczy: był to teatr, w którym
oduczyłem się pewnych sposobów estetycznych, posługiwania
się techniką daną nam w szkole niewątpliwie przez naszych pedagogów wyrosłych jeszcze z tradycji dwudziestolecia – techniką,
która sama w sobie dała, no, żelazne podwaliny w zakresie słowa,
mówienia, interpretacji tekstu, analizy dialogu, etc., etc. – aliści
służyła estetyce, która już zaczynała być passé.
…estetyce swoistego – mówić prymitywnie – „szlachetnego udawania”.
No, to określenie jest nieco…
…niegrzeczne.
No tak. Ale bądźmy blisko tego sformułowania. Otóż Axer szukał
środków, po pierwsze – niesłychanie celowych, które będą służyły
takiej, a nie innej interpretacji tekstu, wyprowadzonej na próbach,
zdeterminowanej przez jego osobowość czy przez Jerzego Kreczmara,
czy przez reżyserujących na ogół tam ludzi, choć nie było ich wielu;
druga rzecz: szukał jak gdyby, no, czegoś, co bym nazwał znowu może
bardzo z gruba i brutalnie: współczesnego tonu. To znaczy sposobu
(tonu nie tylko w zakresie przecież mowy, lecz dużo szerzej, w ogóle),
no: tonu aktorskiego właśnie, tak, który – w ramach proponowanego
przez Axera repertuaru – odpowiadałby estetycznej i myślowej
potrzebie współczesnego widza; współczesnego.
Kilka rzeczy we Współczesnym zostało mi przez Axera powierzonych. To jest dużo, bo, no w kilku poważnych rolach mnie obsadził,
co dowodziło, że jakby zaczyna się ze mną dorozumiewać. Aliści po
siedmiu latach odbyliśmy poważną, a niełatwą rozmowę; z mojej
inicjatywy, czułem bowiem, że się we mnie nagromadził pewien
nabój, który chciałem gdzieś w większej przestrzeni… Właśnie
zobaczyć, czy te doświadczenia pozwolą mi wejść na dużą scenę,
w trochę inny repertuar, i przetworzyć to jakoś tak, żeby to miało
większy sens, niż się spodziewałem, niż myślałem na początku.
Jesteś aktorem niezmiernie współczesnym. Zawsze – obojętne, czy
grasz w sztuce klasycznej, czy w sztuce napisanej wczoraj. Współczesny jesteś zawsze w tym rozumieniu pojęcia, że prezentujesz
współczesną skalę wrażliwości. To, co trafia – wprost, we wrażliwość
rówieśnych. Czy w dialogu z widzem najbardziej istotne nie jest
właśnie to? I mniejsza, czy „zgubisz się” w granej postaci, czy graną
postać „zagubisz w sobie” – kluczowe, na jakim to czynisz piętrze,
na jakiej pospólnej płaszczyźnie z widzem rozmawiasz.
No i doszliśmy do pewnego problemu, który właśnie… Pewnie
czytelnicy nie uwierzą, że myśmy wcześniej sobie tego nie ustalali,
że nie fiksowaliśmy tematów rozmowy…
śmy… Nasz zawód jest zawodem, którego głównym wektorem
działania, siły od nas płynącej, jest być – starać się zachować
swój punkt widzenia, swój smak, swój ogląd świata. To prawda,
a jednocześnie nie można pominąć faktu, że my musimy służyć
tym, którzy chcą nas oglądać. Czyli: funkcja błazeńska tego zawodu – w najszlachetniejszym rozumieniu słowa „błazeńska” – jest
jednak najważniejsza. A tak zwana warstwa intelektualna?... Ktoś
powiedział, że aktor jest gdzieś w pół drogi pomiędzy mędrcem
a błaznem; bardzo to efektowne, ale… Jeżeli nadużywamy tej
drugiej warstwy aktorskiej kondycji, tego wpisanego w błazeński
zawód „mędrca”, to się robi coś bardzo niedobrego. Czy ja wiem,
czy to jest nadużycie? No, w każdym razie jest to…, no… Budzi
to moje poważne wątpliwości; zasadnicze.
Od lat raz po raz utwierdzam się w przekonaniu – szczególnie
wówczas, kiedy obserwuję grę twoją, Gustawa Holoubka, niewielu
jeszcze – że cała ta rzekoma „tajemnica” aktora, który pociąga
widza za sobą i potrafi wręcz „zniewolić” go do wspólnego myślenie
w narzuconych przez artystę kategoriach, na tym się nade wszystko
zasadza, że najważniejsze jest nie to, co aktor mówi, ale że gra to
tak, iż jeszcze ważniejsze jest to, czego nie powiedział…
Ależ naturalnie!
I jestem przekonany, że w szeregu twoich ról – więcej: w całym twoim
aktorstwie, wyznaczając jego kształt i określając istotę – właśnie t o było zawsze i jest czymś kluczowym. I wcale niekoniecznie w postaciach
wszystkich tych szalenie mądrych docentów; może wręcz przeciwnie
– zwłaszcza w rolach ludzi bardzo rozmaitych, z pozoru wręcz powszednich, którzy – kiedy ich grasz, wierzę w to – tyle by więcej mogli o sobie
powiedzieć, niż mają w tekście słów. O sobie, czyli… o mnie. I w tym,
sądzę, tkwi jądro naszego poprzez rampę kontaktu.
Tak, to jest ta przestrzeń metafory; ta pojemność spraw, którą
widzowi należy dostarczyć w postaci niezwerbalizowanej, wolnej
sfery myślenia na poddane tematy. Nie można dopowiadać do
końca, nie można widza „uczyć”. To jest ta cała niby „tajemnica” –
to znaczy: ta naszkicowana przez aktora przestrzeń, którą widz
wypełnia sobie swoją własną wyobraźnią.
To do tego aktor staje mu się najbardziej potrzebny; taki właśnie
aktor – inspirator.
Prawdopodobnie bardziej niż ten, który wszystko wykłada kawa
na ławę. A to jest sprawa… No tak, sposobu myślenia, jednak.
Czyli znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Przy próbie ustalenia, co jest
najistotniejsze w tym zawodzie: intuicja czy świadomość? Świadomość, która – jak mawia Hamlet – czyni nas tchórzami…
Nie, no jednak świadomość. Jednak świadomość.
Myślowa, warsztatowa…
Potencjalnie możliwych dla każdego z nas. Człowiek, który ma
dyspozycje do wykonywania tego zawodu, potrafi z siebie, czy
powinien potrafić, maksymalnie dużo z tych rzeczy ujawnić. Stąd
– zamykając ten krąg tematu – moja dążność do tego, żeby grać
ludzi raczej odległych ode mnie, bo poprzez nich mogę wyrażać
więcej i próbować wydobyć z siebie inny typ emocji niż ten, który
używam w życiu.
Należysz do „klanu Kreczmarów”. Miałem szczęście dosyć blisko
znać…
…Jerzego.
Jerzego, tak… Był to dla mnie niezwykły autorytet. Jeden z najsubtelniejszych intelektualistów teatru, jakich w ogóle w życiu
spotkałem, szalony erudyta, nie tylko przecież teatralny. I myślę,
że to musi być bardzo nieproste: wrastać w teatr pod tak ogromną
presją, intelektualną i emocjonalną, jakiej podlegałeś, mając z jednej
strony Jerzego, z drugiej strony Jana – wielkiego aktora.
Studiowałem w szkole teatralnej, tu – cztery domy dalej od miejsca,
w którym jesteśmy w tej chwili. Był wtedy rektorem Jan Kreczmar.
Kiedy na żądanie mojej matki powiadomiłem go, że zdaję do szkoły
teatralnej, on lekko się zdziwił, ponieważ – powiedział: „Ale ja nawet
nie wiem, jak ty mówisz…” – Bo ja się nie odzywałem, nigdy; strasznie się wstydziłem coś powiedzieć. Do dziś mam ten opór. I mówi:
„Dobrze, to sobie zdawaj, tylko mnie na tym egzaminie nie będzie”.
Tak że przechodząc przez te szkołę jakby… No, była taka cicha
umowa miedzy nami, że w szkole unikamy z sobą bezpośredniego
kontaktu. Wprawdzie jeden semestr wypadł taki, że mnie musiał
Jan Kreczmar uczyć, tak mu wypadło z grafiku jakiegoś tam – no,
nie było to dla mnie najmilsze, on pewno też się czuł skrępowany.
Potem trzy lata pracowałem w teatrze, w którym nie miałem z nim
żadnego bezpośredniego styku. A potem, ku mojemu zdziwieniu,
zaproponował mi wejście do zespołu Erwina Axera.
To był rok 1959. I tak się właściwie chyba zaczyna twoja – można by
tak powiedzieć – druga szkoła aktorska, bo ten okres w teatrze Axera
i Jerzego Kreczmara był przecież bardzo ważnym progiem w twojej
biografii artystycznej. A był to teatr o jakże wyrazistym, konkretnym
stylu scenicznym. Jak teraz, z perspektywy całych dziesięcioleci,
widzisz tamten czas? Co wniósł w rozwój twojej sztuki - choć mającej
tam, przy Mokotowskiej swoje zaplecze – dzisiaj sztuki dosyć już
od aktorstwa młodego Zapasiewicza odmiennej?
Gazeta literacka
Nie uwierzą, choć rzeczywiście nie ustalaliśmy.
Nie uwierzą, wiec się nie tłumaczmy. Miałem nadzieję, że dojdzie do
tego tematu, to znaczy: kontaktu z widzem. I tutaj sprawa zaczyna
być bardzo szeroka – nie wyczerpiemy jej, ale warto zasygnalizować
pewien mój… Nie, nie boję się powiedzieć: pewien dramat, jaki
przeżywam; teraz, jako stary aktor. Dzieje się bowiem coś takiego, że
to, na co wielu z nas… Dobra, mówimy w tej chwili o mnie, ale ja się
tu przecie nie różnię od kolegów, którzy często udają, że tej rzeczywistości nie ma, lub też nie udają podobnie jak ja. Otóż pięćdziesiąt
lat pracy mi stuknęło, ostatecznie postawiłem w życiu właśnie na to,
na to się zdecydowałem i to uprawiam, ten zawód. I teraz, po tylu
latach… Mówisz o sposobie rozmowy z widzem… Otóż jesteśmy
w tej chwili w czasie – ja nie klasyfikuję, kto jest temu winien, czy
teatr, czy widz, czy pewno generalnie tkwi to gdzieś w ogólnej
sytuacji społecznej, politycznej, wszelakiej tego kraju, w którym
żyjemy… Tak czy owak: myśmy się rozminęli, całkowicie.
Kto z kim się rozminął?
Teatr i widownia. A więc aktor i widz przez to. Wytworzyła się sytuacja, że nami – ależ tak! – ludzie bardzo się interesują… Ale nami
aktorami, prywatnymi ludźmi, nie zaś naszymi kreacjami scenicznymi, postaciami, spektaklami. Interesują się naszą prywatnością,
wyłącznie od tej strony. No, powiedzmy jasno: tym się interesują,
co i my obaj teraz – ot, gawędząc sobie – uprawiamy.
Czy nie uważasz – a jest to bardzo à propos zagadnienia, jak je stawiasz –
że wykorzystywanie pozycji artystycznej, w różnych zresztą dziedzinach,
do działalności politycznej – tak przecież częste, zwłaszcza w latach dziewięćdziesiątych niemal powszechne – ma pewien posmak nadużycia?
Jest przecież wykorzystywaniem swojej pozycji człowieka publicznego do
zupełnie innego rodzaju działalności publicznej, o której nie bardzo ma
się pojęcie. Obawiam się, że to wykorzystywanie pozycji artystycznej do
ról politycznych – istna plaga, która dopadła mandarynów sztuki u progu
III Rzeczypospolitej! – ma w sobie coś z takiej sytuacji, jak gdyby dobry
widz w pewnym momencie postanowił zostać dobrym aktorem.
Ja się bardzo już przez te lata naraziłem różnym moim kolegom
– nie bardzo wiem, czym zresztą, więc narażę się jeszcze raz: ma.
Oczywiście, ma ten posmak.
Wszelaka. Tak, na pewno świadomość. Oczywiście, że wielu rzeczy
nie można nazwać, wielu rzeczy nie można, a nawet może i nie
należy sobie uświadamiać; to już by była przesada. Ale jednak – jak
się ogląda największych aktorów świata, kiedy grają czy w teatrze,
czy w kinie, no to widać, jak to jest r o b i o n e. Przecież nikt mi nie
wmówi, że Dustin Hoffman grał tego autystę rainmana nieświadomie; to przecież była gigantyczna świadoma praca – był w klinice,
studiował, obserwował… Potem dochodzi jakaś warstwa intuicji,
która jest nienazwana i nikt by się nie ośmielił jej nazwać, ale jednak
to wszystko polega na działaniu świadomym, najpierw. Na jakiejś
analizie rzeczywistości, z którą się mam zetknąć. Pewno w ostatnim
etapie pracy następuje ten wypływ – żeby nie powiedzieć: wytrysk
– improwizacji, który daje, no, już tę warstwę intuicyjną; ale ona
jest już na końcu, pod koniec roboty.
I wówczas to już jest dzieło sztuki aktorskiej lub nim nie jest.
Właśnie: lub nie. I to – dla jednego jest, a dla drugiego nie jest.
Tu nie ma nic obiektywnego. Dzieło sztuki jest wtedy, kiedy jest
jego odbiorca…
… acz obiektywnego kryterium i dzieła, i jego odbioru brak.
No tak – nie ma. Toteż dla jednego widza jest to dzieło sztuki
aktorskiej, a dla drugiego nie ma w tym nic; bo jeden widz na tej
samej fali z aktorem płynie i przyjmuje, a drugi nie. No, jak siedzi
sześćset osób na widowni, albo sześćset osób ogląda obraz, to
nie należy sądzić, że na sześćset osób on tak samo wpływa – ten
aktor, czy ten obraz, czy ta muzyka. Prawda? Dla jednych jest to
dzieło sztuki, dla drugich nie jest. Dlatego sądzę, że najpierw się
jest aktorem, a dopiero potem artystą. Czasem, dla niektórych.
Ale artysta to nie jest zawód. Zawód jest aktor.
Zawód to jest aktor, kompozytor, zawód jest pianista, a artystą
jeden z drugim jest lub nie.
Najpierw się jest aktorem, a dopiero potem artystą. Czasem. Dla
niektórych.
[Zbigniew Zapasiewicz zmarł w lipcu 2009.
Na szczęście, w dużej mierze mamy to już poza sobą; nie wszyscy,
rzecz jasna, niestety. Ja uważam, że my, aktorzy, nie do tego jeste-
Tej naszej ostatniej rozmowy nie autoryzował.]
7
OPOWIADANIE
Piotr Müldner-Nieckowski
Telefon z dziekanatu
Rodzice z babcią siedzieli przed ekranem komputera i przekrzykiwali się, jak uwiecznić to, co widzą, bo nie znali żadnego sposobu
na zapisywanie stron internetowych na dysku.
Nie zapytali mnie, co wydawało się najprostszym wyjściem,
po prostu wytłumaczyłbym tym ludziom jak krowie na pastwisku, ale to nie ja liczyłem się w tej sprawie, tylko to, co było na
monitorze.
A tam jak wół stało, że zostałem przyjęty na wydział matematyczno-historyczny i że nie trzeba będzie składać żadnych
odwołań ani szukać poparcia. Ojciec z matką dawno byli na
taką ewentualność przygotowani, i proszę – niepotrzebnie. Tyle
wysiłku na marne. Babcia ze względu na wiek wypadła z układów
towarzyskich, ale oni jeszcze, jak sami twierdzili, byli w pełni sił
produkcyjnych i mieli całe menu działań. Mieli to we krwi. Jak
chcieli lecieć, powiedzmy, do Londynu, to pierwsza myśl, która
im przychodziła do głowy, dotyczyła oczywiście znajomych w
liniach lotniczych i to, czy ci znajomi będą tak łaskawi, że załatwią
bilet, a jeśli załatwią, to czy w połowie kabiny pasażerskiej, czy
w ogonie. Podobno w ogonie jest najbezpieczniej, chociaż ja
słyszałem coś akurat odwrotnego. Jeśli już znajdą kogoś w liniach,
to przez nich poszukają dojścia do gościa, który zna numer
telefonu do dyrekcji albo po prostu sam zechce interweniować.
Interweniować w sprawie wyjazdu do Londynu, co można zrobić
zwyczajnie, idąc na lotnisko.
Tak samo było teraz. Gdybym nie został przyjęty na uniwersytet, na pewno odbyłaby się poważna narada, w czasie której by
ustalono, kto z rodziców idzie do jednego pana znajomego, a kto
do drugiego, do kogo zatelefonować, a do kogo zamejlować i tak
dalej. Całe szczęście, że nie interweniowali przed decyzją, która
okazała się pozytywna, boby wszystko popsuli, i prawdopodobnie
tylko dlatego zostałem przyjęty, że przegapili moment, w którym
należało dotrzeć do władz uczelni z jakąś flaszką dobrego koniaku
albo talonem na bezpłatne naprawy w serwisie samochodowym,
a następnie załatwić przyjęcie z listy dodatkowej, mimo że właśnie
w tym roku rektor zlikwidował tę listę, żeby się pozbyć natrętnych
rodziców pracujących w rządzie i zasiadających w sejmie.
Tych marchewek dla ludzi, którzy coś mogą, ojciec miał jeszcze
całkiem sporo. Były to boczne wejścia do zamkniętych funduszy
inwestycyjnych, tanie wczasy w superfirmach turystycznych, zbiór
adresów znanych chirurgów i wiele innych. Nie zestarzał się na
tyle, żeby tego nie mieć. Dla mnie miał tylko kije. Nie, nie bił, ale
tak się mówi. Kij mnożony przez marchewkę lub marchewka
dzielona kijem.
Był pewien, że słabo zdałem maturę, bo ja wszystko robię słabo i
nie tak, jak on chce. Chciał, żebym jako przedmiot dodatkowy wziął
angielski, a ja wybrałem historię. Przyznaję, że na złość, bo ojciec
od dziecka niczego tak się nie bał, jak właśnie dziejów, a matka
wiedziała jedynie, kiedy się odbyła bitwa pod Grunwaldem, ale
wyszedłem na tym całkiem dobrze, bo z angielskim dawałem sobie
radę tylko w grach, a z historii byłem nie do zagięcia. Myślałem,
że ojciec się odczepi, ale nie dawał spokoju. „Na studia się przez
to nie dostaniesz!”, wrzeszczał. Zatykałem tylko uszy, chowałem
się w pokoju i robiłem porządki. Wchodziłem na jakieś czaty,
brałem udział w jakichś forach, zapisywałem się na stronach z
jakimś seksem, żeby tylko odjechać w jakiś inny świat.
Nie mogłem mu powiedzieć, skąd się wziął mój wybór, boby
dostał zawału. Człowiek z tak krótką wyobraźnią nigdy nie pojmie,
że można coś lubić, bo się lubi kogoś, kto lubi ciebie za to, że ty go
lubisz, z powodu tego, czego ludzie zwykle nie lubią. Wyśmiałby
mnie. Już go widziałem, jak mówi: „Jak ty będziesz miał trzydzieści,
ona będzie miała pięćdziesiąt, ty debilu”, podczas gdy miałaby
tylko trzydzieści siedem, choć to w ogóle nie miało znaczenia.
Wszystko brał bardziej niż serio i podbechtywał matkę, która
wobec tego by jęczała: „O, Boże, mój syn z taką klempą!” (nie
„klępą”, bo jest kiepska z ortografii). To prawda, że historyczka,
pani Lewandowska-Kaczorek, jest uderzająco piękna. Na jej
widok można oszaleć. Nie bez powodu na wywiadówki chodził
tylko ojciec. Chciał się na nią napatrzeć, rwał się do szkoły jak
nigdy dawniej. „Co ty widzisz w tej marnej wychowawczyni?”,
zapytał pewnego razu, kiedy mu powiedziała, że z historii jestem
najlepszy w klasie. „Przecież ona wam nawet nie powie, w której
ręce trzyma się nóż, a w której widelec”. „A co powie?”, odparłem
i tym go zgasiłem. Śliczna, niewysoka, szczupła, ale nie chuda jak
nasze anorektyczki w klasie, nie musiała nic mówić. Wystarczyło,
że była. Rysowałem jej profil setki razy, aż się nauczyłem, że dolną
wargę lekko wysuwa do przodu, kiedy myśli, i marszczy czoło,
kiedy jest wesoła, i śmieje się szeroko oczami. Ugryźć i zjeść uszko!
„Powiem ci, co powie”, powiedziałem. „Powie: proszę siadać”. I tym
go załatwiłem. Przestał się domyślać tego, czego nie powinien.
Tylko że szkoła była już za mną. Dostałem się na wydział matematyczno-historyczny właśnie dzięki punktom z przedmiotu
dodatkowego, którego się nauczyłem dzięki pani LewandowskiejKaczorek. To był powód do obrazy, ale też wszystko natychmiast
w tych ludziach złagodniało, kiedy zobaczyli moje wyniki w
Internecie, dokładnie i na ekranie. Agnieszce, siostrze, postawiali
to za przykład: „Patrz i się ucz, ile to punktów zebrał nasz zuch!”.
8
No, zobaczymy, jaki prezent za to dostanę, pomyślałem. Wyrosłem na bohatera, mimo że jeszcze niedawno ojciec krzyczał
do matki: „Ten dureń golenie zaczyna z włosem, kiedy należy
zaczynać pod włos, tysiąc razy mu to mówiłem”. Dla niego jestem
półgłówkiem. Zapomina, czyje noszę geny. O ile to w ogóle
prawda. Czułem, że dostanę samochód. Należał mi się.
Kłócili się przed komputerem o sposób uwiecznienia strony
internetowej ukazującej mój sukces, gdy zrozumiałem, że należy
momentalnie wybyć.
Trzasnąłem drzwiami i tyle mnie widzieli. Wysłałem do nich
SMS-a, żeby przypadkiem nie poszli na policję i nie zgłosili mojego zaginięcia, spokojnie odczekałem dwa miesiące u kolegi na
Mazurach do pierwszego października i w odpowiedniej chwili
wróciłem do stolicy. Z niepokojem otwierałem drzwi mieszkania,
ale na szczęście oni byli w pracy, a babcia spała. Tylko się przebrałem, zjadłem szynkę z lodówki i pojechałem na jedenastą na
immatrykulację. Odebrałem z rąk dziekana kartę studencką ze
zdjęciem i czipem i odwróciłem się do gęsto wypełnionej sali.
Pomachałem tłumowi, a tłum, ku mojemu zdumieniu, pomachał
do mnie. Krzyknąłem „Hej!”, tłum odpowiedział „Hej!”, ja „Hej!”, oni
„Hej!”, „Heja!”, „Heja!”, „Witojcie!”, „Witojcie!”, tak krzyczeliśmy, ja jako
didżej i wodzirej, oni jako dyskoteka, „Koom wos!”, „Koomy cie!”,
„Góralu, czy ci nie żal?!”, „Góralu, wracaj do hal!”. Wszyscy stali,
sztywne grono profesorskie w togach, biretach i łańcuchach
też wstało, śpiewało całkiem ochoczo, stukając się łokciami.
Zaśpiewałem „Gaudeamus igitur..!”, a sala ryknęła „iuvenes dum
sumus!”. Chór zgromadzony na galeryjce pewnie miał to zawyć
na zakończenie imprezy, ale włączył się już teraz i było cudownie.
Dopełniłem błazenady, ostentacyjnie całując brzeg sztandaru z
orłem w koronie (ryk tłumu, znowu brawa i wrzawa), po czym
usiadłem, żeby już jako ekspert oglądać jak inni odbierają karty
czipowe, a następnie wysłuchać wykładu inauguracyjnego o
ciele liczbowym jako fakcie historycznym, czy coś w tym rodzaju,
i wreszcie, kiedy zaczynało brakować powietrza, wymknąłem się
z zatęchłej auli.
Poszedłem do Jacka, aby zobaczyć jego nową dziewczynę.
Ostrzegał mnie e-mailowo, żebym się nie wystraszył, bo podobno
ją znam, więc byłem mocno napięty.
Długo nie mogłem złapać tchu, co było do mnie niepodobne.
Szedłem jednak do typowego prymitywa jako – tym razem –
student Rzeczpospolitej, nie mogłem tego uważać za tradycyjne
odwiedziny w celu odbycia sesji komputerowej. Zwykle szoruję do
przodu bez zastanowienia, a tu taka blokada: jak pogodzić nagłe
rozstanie z kastą graczy z przejściem do kasty inteligentów? Jakoś
to trzeba było zaznaczyć, dać do zrozumienia, żeby było jasne:
oto nastała nowa epoka. No, i ta nowa dziewczyna, którą rzekomo
miałem znać. Kogo poderwał, Luśkę, Mariettę, Kaśkę, Iwonę, może
inną, którą miałem na rozkładzie, a której już nie pamiętałem?
Jacek to imponer, lubi pokazać, co to nie on, a pomysły miewa,
trzeba przyznać, świetne. Nie mogłem więc demonstrować wsi,
a żadne dobre rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy.
Zanim wszedłem, wypaliłem ze trzy papierosy i miałem zacząć
czwartego, kiedy wreszcie wpadłem na pomysł, jak sobie dać z
tym radę. Zostawiłem sobie zgasłego pecika w kąciku ust. Był to
sposób na luz à la Hłasko, bardzo terapeutyczny i odprężający.
Dopiero wtedy z miną zblazowanego naukowca wparowałem,
jak to student, ze słuchawkami na szyi, z laptopem pod pachą,
kiwając się na boki na znak, że jestem całkowicie spokojny o
siebie i cały ten bajzlowaty świat. Było jasne, że Jacek, nieuk
i troglodyta, nie mógł mi niczym zaimponować, co najwyżej
tym, że miał świetne rozeznanie w cenach akcji z giełdowego
segmentu dużych firm. „Słowacki też grał na giełdzie”, powiedział
kiedyś. No, rzeczywiście, grał, i to nieźle. Za coś musiał drukować
te swoje kawałki. Palił też cygara i opium, i co z tego? Więc to
tylko mogło mnie zaskoczyć, że na przykład dziewczyna jest
na przykład córką na przykład jakiegoś znanego na przykład
maklera albo matką jamnika z uszami przykręcanymi na przykład na śruby.
Wszedłem, odrzuciłem grzywę do tyłu, spojrzałem i oczom nie
wierzyłem. Boże święty, Agnieszka w całej krasie! Moja siostra z
tym palantem! Wczepiona obiema rękami w jego kudły niczym
nietoperz, przytulona piersiami do jego pleców, niech ją szlag trafi,
włos rozpuszczony, guziki bluzki porozpinane, spódnica oczywiście, bo spodnie by zawadzały, a powiedziała jak do obcego:
– Proszę, siadaj.
Ten się wyrwał z objęć, że niby mu nie zależy na niej, a ma
szacunek dla mnie. Wszystko udawane. Fajny koleś do pogadania i giercowania, ale zakłamany ziomal też. Agnieszka z jakimś
zakrętem w głowie patrzyła na mnie zezowato, bo pierwszy raz
ją zobaczyłem w niedwuznacznie płciowej pozycji i czuła się
nieswojo. Coś chciała głupio powiedzieć, ale to zamarło na jej
ustach w dziwnym grymasie. Coś w rodzaju „Nie mów ludziom
dorosłym” albo podobna bzdura. Nisko mnie oceniasz, siostruniu,
pomyślałem i nawet w myślach nie dodałem komentarza. Jej sprawa, od wczoraj na tym świecie nie jest. Trochę może roztrzepana,
skrzek jej się czasem myli z krzykiem, ale w sumie potrafi być
lojalna, więc dlaczego ja miałbym nie być? Tymczasem niedoszły
absolwent szkoły fryzjerskiej Jacek zagaił następująco:
– Masz ochotę na Iron Maiden, Judas Priest czy Black Sabbath?
– Co to jest ten majden sabat? – zapytałem złośliwie, bo nie
znoszę metalu.
– Daj spokój – powiedziała Aga, ale nie wiadomo do kogo.
Do niego, ponieważ zaproponował mi badziewie, czy do mnie,
ponieważ jako gość wybrzydzam? Pewnie do siebie, bo trzęsła
się jak osika. Jeszcze jest czysta, pomyślałem. Gdybym przyszedł
godzinę później, byłoby dużo gorzej. Oj, chyba chciała pokazać,
że już jest gotowa decydować za innych.
– To może Ibiza Dreams, mam tego trochę, możemy sobie
posłuchać – mruknął niepewnie Jacek.
– Zrozum, nie chcę żadnego klepania po gitarach. Miałeś mnie
zapoznać z dziewczyną, zapoznałeś i lecę dalej. Co jeszcze?
– Nie, no, chyba nie trafiłem. Jesteś wpieniony?
– Źle z tobą, czy co?
– Przepraszam, nie chciałem, żeby tak wyszło.
– Nic nie wyszło, kolego. Jedni się kochają, drudzy świętują, i
tyle. Po prostu żenua. Nie lepiej było od razu powiedzieć?
Stał przede mną jak uczeń przy tablicy z dwumianem Newtona.
Za trudne jak dla niego. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie
to duże E, które tam jest i z którym nie wiadomo, co robić.
– Śmieszne, no nie? – dodałem. – Możesz zrobić piwo, a nawet
dwa, nie kryguj się tak. Chyba masz lodówkę?
Przesadziłem i on to wyczuł. Jeszcze przed chwilą ruchy miał
nerwowe, marionetkowe, ale teraz nagle spowolniał. Wróciła
podwórkowa pewność siebie. Nie miałem prawa go obrażać, to
się mści. Jeszcze moment i byłby mnie walnął w ryj. Jednak po
starej przyjaźni się opanował i nie chciał rozróby przy dziewczynie,
która w dodatku była moją siostrą. To dopiero byłoby śmieszne,
splunęłaby na niego i poszła. Tego by nie chciał.
– Jak chcesz, to se weź – odparł, usiadł na wersalce i wziął Agę
za rękę, a ona drugą ręką sięgnęła do półki, gdzie stała wieża, i
nacisnęła guzik. Z głośników lunął Ian Van Dahl, Castles In The
Sky, aż mnie skręciło. Straszna rąbanka, bardziej do drgania niż
do słuchania. Na stole zatrzęsły się szklanki.
Im się to podobało, przytulili się do siebie, a ja, rozparty w
krześle wpijającym się w pośladki, miałem chwilę na zastanowienie. Wsadziłem do uszu słuchawki, żeby zmniejszyć huk,
ale mądrzejsze myśli nie nadchodziły, tylko takie: niech się nim
pobawi, w końcu i tak szybko go wymieni na coś ciekawszego,
kiedy tylko zacznie umierać z nudów. Wiecznie o Simsach i barabara rozmawiać się nie da, a on tylko to potrafi. To jest chłopak
od strzałek i spacji na klawiaturze. Ciekawe, co będzie, jak Aga
go zagadnie, że chciałby zobaczyć Bloomsday w Dublinie. To jej
obsesja, od kiedy dorwała się do mojego egzemplarza „Ulissesa”.
Facet albo zacznie kombinować nowelki o Skywalkerze i przy
tym fałszować, jak to on, albo skręci na Lenina w Poroninie i
bohaterstwo Stalingradu, jak to jego tatuś. Chyba że rzeczywiście zależało jej tylko na bara-bara, a do tego nie trzeba żadnej
mądrości. Wtedy tak, niech się parzy w oparach wydzielanych
przez głośniki.
Zaczęli ruszać ustami, więc gadali, i musiałem zdjąć słuchawki,
żeby pochwycić przynajmniej sylaby. Usłyszałem niewiele więcej,
ale przynajmniej spowodowałem, że przestali się porozumiewać
dźwiękiem. Trącali się za to wymownie.
– Od kiedy jesteście razem? – zapytałem, żeby przełamać
skrępowanie. Denerwowały mnie te nachalne pieszczoty.
– Od kiedy zwiałeś z domu – odparła Agnieszka i wykrzywiła
się złośliwie.
– A miałem z nimi siedzieć całe lato?
– Nie mówię, że miałeś, tylko od kiedy jesteśmy razem.
– To był twój pomysł, żeby mnie zaskoczyć?
– SMS-a wysłał Jacek, a ja tylko tyle, żeby z tego tekstu wywalił
moje imię. Nie chciałam, żeby się popisywał.
– Fakt, popisywałem się – wtrącił Jacek.
– Nie pytam, kto wysłał SMS-a.
– No to nie pytaj. O co ci chodzi. Mówię, że Jacek, i tyle.
– Nie zwiałem. Wyjechałem, żeby mieć spokój. To chyba wolno.
Nie wiedziałem, że się znacie.
– Gdybyś nie zwiał, to byśmy się nie znali. A tak, to się znamy,
prawda, Jacuniu? – i przytuliła się, gładząc go po nieogolonej
brodzie. Musiało ją to podniecać, bo po chwili zaczęła go tam
całować. Nagle przerwała te czynności, przeciągnęła się i powiedziała całkiem serio:
– Nie masz pojęcia, co się działo, dostali kota.
– No, mów dalej – powiedziałem, bo urwała. Wiedziałem, że
zrobiła to dla efektu, ale zniecierpliwienie wzięło górę. Po co te
ceregiele? Nie może powiedzieć wszystkiego i wprost?
– Nie chcesz, to nie mów – dodałem.
– Nie chcę, bo z tobą jak zwykle nie ma rozmowy.
– O czym wy w ogóle gadacie? – mruknął Jacek i przyciszył
wzmacniacz. Ciekawski był, niewątpliwie.
– O tym i owym – powiedziałem. – Chodzi o to – ciągnąłem,
głęboko patrząc mu w oczy – że wyszło na jaw, że ludzie z Jedi
wcale nie mają nadmiaru midichlorianów tylko zwykłe subarachnoidy i nie pochodzą z Tythonu.
– Co ty gadasz? Subarachnoidy? Z jakiej to gry? – zapytał.
– Powtarzam za prasą amerykańską, ja się na tym nie znam.
Jakieś błędne tłumaczenie, czy coś takiego, z biblii Coryskantu.
– Jak zwykle, polscy tłumacze filmów i gier. Hołota.
– Nie polscy, amerykańscy, przecież mówię.
W oczach Agi widziałem iskierki wesołości, ale zachowałem
powagę. W końcu to ja się z nią lepiej znałem, od jakichś siedemnastu lat, niż on, od jakichś dwóch miesięcy. Już się zapowiadała
Migotania, przejaśnienia 26
całkowita porażka faceta, gdy jednak się połapał, że to jakieś
jaja.
– Dobra, przejdź na fale Dunaju – powiedział, żeby uciąć ten
temat. Nie był pewien, czy go robię w konia, ale mimo wszystko
zachował ostrożność. – Od kiedy się znamy? Dokładnie od siódmego lipca, kiedy wasz stary wparował tu do mnie z obstawą i
pytał, gdzie można cię znaleźć. A obstawą była Gusia.
– Nie mów „Gusia” – zapiszczała Aga.
– Nie mówię, tak tylko powiedziałem, że ty byłaś.
– No to nie mów.
– I jak się dowiedział, że nic nie wiem, to poszli, a Gusia potem
wróciła, i tak się znamy. Wszystko. Co jeszcze?
– No nic – wzruszyłem ramionami. – I co, chodził tak od Annasza
do Kajfasza?
– Dokładnie.
– I co się dowiedział?
– Nic. Że jesteś w Piecach nad jeziorem Sasek Wielki siedemnaście kilometrów długości koło Szczytna stacja benzynowa
osiem kilometrów sklep spożywczy kilometr karta wędkarska
sklep wędkarski Szczytno grób Krzysztofa Klenczona pomnik
Henryka Sienkiewicza w miejscu gdzie doszło do tragedii Juranda
i Jagusi historyczne inne zabytki – powiedziała Aga. – Ale z tego
nic nie wynikało i nie wiem, od kogo to wiedział. Ja za to miałam
święty spokój.
– Aha, wiedział, że jestem w Piecach.
– Jeszcze się upewniał. I byłeś.
– Byłem.
– A nie byłeś?
– Nie no, byłem. Co jeszcze wie?
– Zapytaj go.
– Widzisz – powiedziałem do Jacka – u nas każdy jest śledzony.
Ojciec nawet wie, kiedy i ile razy.
– My?
– Wy, przecież nie ja. On wie wszystko.
– Nieprawda – Agnieszka zerwała się z wersalki i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. – Nie słuchaj tego idioty, starzy nic
nie wiedzą.
– Mówiłaś, że to jest poza podejrzeniem – warknął wściekły
Jacek.
– Bo jest.
– Nie chcę, żeby w razie czego wyszło na to, że jestem ojcem
któregoś twojego dzieciaka. Zrobionego na jakiejś imprezie w
pijanym widzie. Nie wiedziałem, że jestem dzień i noc śledzony. A
może ty im wszystko mówisz, a tu udajesz nie wiadomo kogo?
– Jacek! O czym ty gadasz? Co w ciebie wstąpiło? – krzyknęła
Aga i zaczęła się rzucać po dywanie, jakby dostała padaczki. –
Dzieciaka? Obrażasz mnie tym chamstwem!
– Ty umiesz zrobić dzieciaka? – zapytałem niewinnie.
Jacek był tak oszołomiony, że zdaje się nie dosłyszał pytania,
a może je źle zrozumiał.
– Ty robisz pode mnie – wystękał wreszcie – jakieś podchody?
Agata, pytam cię o coś!
– No tak, ja jestem dla ciebie Agata – odparła z taką stanowczością, że już czułem w powietrzu szybkie pożegnanie. – Wezwij
na pomoc jeszcze Zosię, Małgosię i prosię.
– Gusia, zrozum – próbował jeszcze ratować sytuację, ale
Agnieszka zaczęła zbierać swoje rzeczy.
Zapowiadało się ciekawie, więc całkowicie ucichłem i zacząłem
się wsłuchiwać w upojne techno, które nadal żywcem leciało z
głośników: „Twen’y, twen’y – twen’y, twen’y”, wyjec rytmicznie
śpiewał swoją „Dwudziestkę”, bas walił na tonie G-dur i gitara
wtrącała z przesteru Gisy, wszystko prymitywnie na dwóch nutach,
ale aż się chciało w tych zgrzytach kołysać biodrami.
Zafalowałem rękami nad sobą, miało być pięknie, gdy wtem
poczułem na piersi, że wibruje komórka. Boże, w takim momencie! Kto mnie ściga? Z oczywistą niechęcią otworzyłem drzwi
i wyszedłem na klatkę schodową. Wcisnąłem klawisz z zieloną
ikoną słuchawki. Stało się, ktoś się do mnie dodzwonił, a ja to
zaakceptowałem.
– Słucham.
Z drugiej strony odezwał się głos starszej kobiety. Mogła mieć
nie mniej niż czterdzieści.
– Czy pan daleko jest od uniwersytetu?
– Nie, a o co chodzi?
– Dzwonię z dziekanatu w imieniu pana dziekana. Czy mógłby
pan z nim teraz rozmawiać?
Z dziekanatu. Koniec. Nie jestem na studiach. Nastąpiła
pomyłka. Wywalili mnie za numer na immatrykulacji. Nastąpiła
eksmatrykulacja. Miałem za mało punktów z historii. Wykryli, że
ściągnąłem wzór napisany pod skarpetką. Było zbyt podejrzane,
że jako jedyny w okręgu warszawskim bezbłędnie rozwiązałem
ósme zadanie z matmy. Ale to tylko wzór. Inni też mieli wzór i
nie rozwiązali, a ja rozwiązałem. Doniósł Kawczyński, siedział
koło mnie i widział. Tylko trzech miało na maturze sto procent
z matmy. Tamtych nie znam, nie wiem, z której są szkoły. Nikogo nie znam. To tylko przypadek, że rozwiązałem, tak mi się
napisało. Nie, mogę powtórzyć, dajcie mi coś trudniejszego.
Pokażę, jak się rozwiązuje. To jest proste. Miałem dobrego
nauczyciela. Kawczyńskiego nie znam. Znam Kawczyńskiego,
ale nie tak dobrze.
Zakręciło się w głowie.
– Słucham. Proszę.
– Musiałby pan przyjechać, to poważna sprawa.
– Muszę przyjechać, tak, rzeczywiście.
– Mógłby pan zaraz?
– Mogę – powiedziałem. A miałem powiedzieć, że nie mogę.
– Pan dziekan czeka – i złowrogo trzasnęło w słuchawce.
Gazeta literacka
Była druga po południu, poczułem zwijający wnętrzności głód,
od żołądka do gardła, świder nieprzytomnego głodu. Tamci nie
mieli nic w lodówce, to młoda para, zszedłem więc po schodach,
trzymając się mocno poręczy.
Kiedy się zbliżałem do budynku, czułem przez podeszwy
każdy kamyk. Nienawidziłem tej uczelni, wybranej zresztą przez
przypadek, drogą losowania. Mogłem się zgłosić na inny wydział
albo w innym mieście i miałbym teraz spokój. Tam, gdzie do tej
pory szukali chętnych na studia, a nie tu, gdzie było sześć osób
na jedno miejsce. Co za niefart. Tak to jest z losowaniem, nie
masz żadnych szans. A ojciec doradzał to, doradzał tamto i jak
zwykle miał rację.
Chyba mi zależało, bo wyjąłem z kieszeni wymięty krawat
i zatrzymałem się przy rosłym drzewie, żeby go wyprasować.
Przeciągnąłem lewą stroną po korze, prawa się nieco wygładziła,
ale nerwowo manipulując przy kołnierzu, oberwałem guzik.
Pal to sześć, schowałem krawat, będę bez krawata. Po co mi
krawat? Wyjąłem krawat i wrzuciłem do kosza na śmieci. Będziesz
śmieciarzem, zapowiadał ojciec. Tak jest, taki sam zawód jak
każdy inny.
Sekretarka dziekanatu ponuro spojrzała na zegarek. A więc się
opóźniałem, jej zdaniem.
– To ja – powiedziałem.
– Tak, słucham – odparła.
– Pani do mnie dzwoniła?
– A, to pan. Dobrze, pokój trzysta osiem. Pan profesor już jest
wolny.
Kiedy wszedłem, profesor nie wyglądał na profesora. Nie rozpoznałem w nim dziekana, który mi wręczał kartę studencką. Siedział
rozparty w obrotowym fotelu i trzymał w ręku ramkę fotograficzną.
Uśmiechał się do zdjęć, które pojawiały się na ekranie. Był tym tak
pochłonięty, że ledwie małym palcem prawej ręki wskazał, gdzie
mam się usadowić. Fryzurę miał jak młody Einstein, a brodę jak
stary Marks. Nos za to zgrabny i brwi normalne. Jednym ruchem
założył marynarkę. Naukowcy mają w tym wprawę.
– Zdjęcia z konferencji w Lille – powiedział tubalnym głosem. –
To jest profesor Chardon – i pokazał mi fotkę w ramce. Na tle długo
ciągnących się w górę schodów stał maleńki człowieczek, którego
rysów nie podobna było rozpoznać, więc uwierzyłem na słowo.
Profesor Chardon. – Będzie naszym gościem w październiku.
– Bardzo się cieszę.
– A właśnie – dziekan nagle odłożył ramkę – przyjeżdża osiemnastego.
– Ach tak.
– No, jest jeszcze trochę czasu, ze wszystkim zdążymy. Zna
pan francuski?
– Słabo.
– Ça vous plaît ici?
– Très bien, merci.
– Cela me suffit – powiedział, że to mu wystarczy, więc już
wiedziałem, że jest dużo lepiej, niż się spodziewałem. – Jak pan
wie, a może pan jeszcze nie wie, każdy kurs ma starostę i dwóch
zastępców starosty, słowem radę roku. Są to z jednej strony
reprezentanci roku, którzy występują w imieniu studentów, z
drugiej łącznicy między władzami wydziału, a nawet uczelni,
a studentami. Regulamin da panu pani Wanda, a ja chciałbym
tylko pana zapytać, czy zgodzi się pan, żeby opiekunka roku,
pani magister Siemaszko podała pana kandydaturę na starostę.
Wybory będą pojutrze.
– Dlaczego mnie?
– To nie jest tylko moja propozycja. Wszystko odbywa się
demokratycznie.
– Tak, ale czyja?
– Trudno powiedzieć. Po immatrykulacji rozmawialiśmy o
panu, zwrócił pan na siebie uwagę, miał pan bardzo dobre oceny,
spodobał się pan swoim kolegom. Kilka osób zaproponowało,
jakoś tak powiem, więc pomyślałem, żeby to panu zaproponować.
Zgadza się pan?
Nie mogłem mu powiedzieć, że i tak będę miał co robić, że
jestem kompletnie zaskoczony, że dzisiaj mam same niespodzianki
i to już zaczyna mnie wnerwiać, a poza tym, że to jest moim zdaniem wrabianie kogoś w funkcję, o której nigdy nie myślał, której
nie chciał, której się boi i którą ma gdzieś, bo się napatrzył na ojca,
który ma wyłącznie same funkcje, od prezesa koła łowieckiego
po sekretarza stowarzyszenia absolwentów szkoły i dyrektora
zakładu, nie powiem, że dla obłąkanych, ale wiadomo.
– To jest funkcja trochę, bardzo niewiele, wymagająca obecności
na radach wydziału, ale także honorowa, niektórzy uważają, że
prestiżowa.
– Pomaga w egzaminach?
– Nie pomaga.
– To dobrze.
– No, dziękuję – wstał i wyciągnął do mnie rękę. Nie znosił,
bestia, sprzeciwu. – Gdyby miał pan jakieś pytania, proszę do
pani Wandy.
– Czy obecność na radach wydziału jest obowiązkowa?
– Wszystko powie panu pani Wanda. Bardzo się cieszę, że
będziemy współpracować – uśmiechnął się od ucha do ucha.
Wstałem.
– A jeżeli nie zostanę wybrany?
– Zostanie pan.
– Aha.
– Do widzenia.
– Do widzenia, panie dziekanie.
– Może kiedyś pan będzie dziekanem. Nie życzę panu, to bardzo
obciążająca funkcja, ale może?
– Dziękuję.
Żałowałem, że wyrzuciłem krawat, kosztował pięćdziesiąt
złotych. Może jest jeszcze w koszu? Na pewno da się wyprać. Nie
pamiętałem, którędy wchodziłem do gmachu, teraz szedłem jakąś
inną drogą. Usiłowałem sobie przypomnieć, który to był kosz, a po
drodze stało ich z dziesięć. Zajrzałem do każdego i nie znalazłem.
Diabli wzięli. Ktoś już musiał grzebać w śmieciach, krawat nie
mógł tak w ciągu kilku minut rozpłynąć się w powietrzu. Stałem
bezradny. Wokół pustka, żadnego człowieka, choćby śmieciarza.
Ja jako starosta roku.
Nie pozostawało nic innego, jak ruszyć do domu. Zerwać z siebie
pancerz granatowego garnituru i przyoblec się w coś normalnego,
w sweter dziergany na australijskiej farmie i chińskie dżinsy z
fabrycznie wykonanymi dziurami na kolanach. Kolana polskie.
Aga z ładnie zaplecionym warkoczem, ubrana w spodnie
i koszulę wysoko zapiętą pod samą brodę siedziała już przy
swoim biurku i odrabiała lekcje. Na razie przeglądała Internet,
ale wkrótce będzie odrabiała, na pewno. Wszystko wróciło do
normy. Grzeczna dziewczynka. Nie drgnęła na mój widok, bo
to nie było miejsce na żadne reakcje. Wszystkiego się dowiem
za miesiąc albo dwa, gdzieś na dyskotece, kiedy ktoś naćpany
nachyli mi się do ucha i opowie, przekrzykując didżeja, co wie o
mnie i mojej rodzinie, ile zarabiają, ile wydają i kto z kim śpi. W
kuchni wlałem do talerza rosół, dodałem dwie łyżki sklejonego
w bryłę makaronu, wsadziłem do mikrofalówki i po chwili na
stojąco wstępnie zaspokoiłem fizjologiczną potrzebę mojego
organizmu. Ładując zupę do przewodu pokarmowego, czekałem
tylko na ojca. Matka, jak zwykle o tej porze, spała na kozetce przed
migającym telewizorem. Włączyłem laptop, sprawdziłem pocztę,
nic nie było, wyłączyłem.
Nagle drzwi – łup! Wchodzi z gazetą pod pachą, z wypchaną
teczką i miną pana wszechświata. Znowu – łup! Drzwi zatrzaśnięte, jak brama piekieł. Zobaczył mnie, a jeszcze nie zdążyłem
wyskoczyć z garnituru, i zawołał od progu:
– O, dobrze ci w krawacie! Jak tam wręczanie indeksów?
Słowem, krawat miałem na sobie.
– Nie wręczali. Nie ma indeksów, to jest wiek dwudziesty
pierwszy.
Niezrażony zawołał znowu, budząc przy tym mamę, Bogu
ducha winną:
– Wyczytywali z listy?
– A jak mieli wyczytywać?
– Kto wyczytywał?
– Nie znam człowieka.
– A wykład inauguracyjny?
– Czterdzieści osiem minut, a miało być czterdzieści pięć.
Już nie zapytał, o czym ten wykład. Czuł, że opór jest i że nawet
rośnie.
– Kiedy pierwsze zajęcia?
– Nie wiem, sprawdzę w Internecie.
– Nie jesteś zainteresowany studiami?
– Jestem.
– To o co chodzi?
– O nic. Zrobili mnie starostą.
– Brawo! I nic nie mówisz?
– Tak, nie mówię.
– Mój syn starostą! – powiedział z miną zwycięzcy, zdjął okulary
i wyjął chusteczkę. Tradycyjnie zaczął maskować zadowolenie
czyszczeniem szkieł. – Czy to nie jest powód do radości?
Podszedł do mnie i wyciągnął dłoń, ale ja swoją cofnąłem,
schowałem rękę za siebie. Jak zwykle był nieszczerze zdziwiony,
fałszywie zdumiony, wpatrywał się we mnie z miną nieszczęśliwie
oskarżonego. Takiego go znałem od zawsze.
– Znowu musiałeś się wtrącić? Znalazłeś dojście nawet do dziekana? Ile to kosztowało? – powiedziałem spokojnie, rzeczowo.
– Przestań – usłyszałem z tyłu podniesiony szept.
To Aga. Miała łzy w oczach, pociągnęła nosem. Ojciec, zdezorientowany, zakręcił się wokół własnej osi i wszedł do łazienki.
– Na dzisiaj dosyć – powiedziała tym swoim syczącym głosem
i wróciła do biurka, sączyć jad przez Internet. Otarła powieki z
krokodylich łez. Tyle płaczu o nic.
Rzeczywiście, powinienem był się opanować. Przemyśleć i się
uspokoić. Zaplanować precyzyjne sprawdzenie, w jaki sposób
ojciec wpłynął na to, że zostałem starostą. I dlaczego to zrobił,
co nim kierowało. Jedno byłem w stanie przewidzieć: to zadanie
będzie bardzo trudne, kto wie, czy w ogóle wykonalne. Nieprzyjazny dom, nieprzyjazny świat, nie było łatwo liczyć na czyjąkolwiek
współpracę. Matka zadała przykre pytanie:
– A rosół sobie zrobiłeś?
Babcia nie wychylała nosa z drugiego pokoju, nie widziała, nie
słyszała i ni w pięć, ni w dziewięć zaczęła się śmiać. To chore.
9
Jerzy Suchanek
Bardzo był już Berni zmęczony, mimo to dał radę zebrać się w
sobie i iść do domu. Wdowa Helena co prawda zapraszała, by się
u niej w kuchni przespał na kozetce, ale Berni sobie wyliczył, że
może jego syna Zenka już prokuratorzy wypuścili. Lepiej wrócić
do domu na noc... Ileż mogą trzymać doktora za parę czekolad
od pacjentów! No i w kamienicy Aniutki i Heleny ciągle czuł jakąś
straszność. Odruchowo wsłuchiwał się w senne szemranie kobit, co
się nieustannie, już drugą, a może trzecią noc, modliły za czerwoną
baronową przed naprędce wzniesioną na podwórku kapliczką.
A jak gdzieś na klatce ktoś trzasnął drzwiami, to się wzdrygał nie
słabiej niż Adolek, choć to tylko Adolek przed antyterrorami przez
okno od Aniutki uciekał. I jeszcze ta urwana ręka Adolka! Jak się
tylko Adolek zgodził, Helena poleciała do piwnicy po wielki słój,
a Aniutka po denaturat do spożywczego.
- Powim ci, Helenka, sklepowa Stasia to tak dziwnie mnie obgapiała, jakby myślała, że ja na schodkach przed sklepem ten denatol
pić będę! Co jej miałam powiedzieć? – opowiadała Aniutka, gdy
już słój umyły i powoli wypełniały go denaturatem. – Tylu butelek
jagodzianki naraz to chyba jeszcze nigdy nie sprzedała! I jeszcze
mi się pyta, czy chleba nie potrzebuję... Wiesz, Helenka, brynole
przez chleb denatol filtrują... W końcu jej powiedziałam, że drewno
mam mokre na rozpałkę, w piecu palić się nie chce, a ciasto mam
kaprys dzisiaj upiec, więc dużo potrzebuję. To ona mnie się pyta,
czy może zapałki dorzucić. I że niepotrzebne kartony ma, dobre
na rozpałkę... Życzliwa nawet...
- A widzisz! Weź no tu przytrzym, słój trzeba genau zamknąć –
Helena własną, wypróbowaną na przetworach metodą uszczelniła
pokrywkę i pieczołowicie ją dokręciła. – Szkoda, że nie miałam
takiego weka, one lepiej trzymały... Ale moim sposobem będzie
spokój z tym słojem na kilka lat.
- Przecież ty Aniutka masz gazową kuchnię... – zaskoczył nagle
Berni. – Tylko w zimie węglem palisz... Popatrz, ruskim dajesz
zarobić. Od nich ten gaz kupujemy... Ja się nieustannie o to z
Zenkiem kłóca! Zenek by chciał wszystko na gaz przerobić u nas w
chałupie. Gotowanie, ogrzewanie. Z węglem więcej roboty, brudzi
się bardziej, pewnie... Ale węgiel tańszy... I chłopaki na kopalni
robotę mają. Ciągle mówię Zenkowi, będziesz na swoim, albo jak
ja umrę, to rób, jak chcesz. Ja rusom i temu ich Putinowi coraz to
nowych rakiet fundował nie będę! Przeca w nas nimi celują!
- Dobrze ci godać, chałupę masz parterową, wiaderek z węglem
na piętro targać nie musisz. Teraz to mi Adolek pomaga, a i to się
od jesieni do wiosny chłop nachodzi po tych schodach, dwóch
wiader przecież nie zabierze z piwnicy jedną ręką... – Aniutka
skinęła Adolkowi, by polał do naparstków, które uporczywie
nazywała kieliszkami.
– Opatulimy słój ręcznikiem i będzie miał dobrze u ciebie w
piwnicy. Włożymy go do kosza po balonie na wino, co ci się stłuk
zeszłego roku – wymyśliła Helena. – Zanim go zniesiemy, może
by wypadało jaka modlitwa zmówić? W końcu...
- Starczy, że się te dewotki na podwórku zamodlają na umór!
– zaprotestowała Aniutka. - A słój zaraz na szrank się w sypialni
postawi. Ile razy mam wom godać, że ja chce mieć chopa całego
w domu, jak już się z Adolkiem pobierzemy! Zdrowie!
Zgasło światło i wypili z rozpędu, bo gdy na swoich twarzach
zobaczyli fioletową poświatę od księżycowego światła zabarwionego przez słój z urwaną ręką Adolka, to im się gorzałki nagle
odechciało.
- Znowu Nowarowie z parteru prąd podbierali i korki wywaliło. Nowarowa dzisiaj pranie miała robić. Starą, ruską pralkę
mają, dużo prądu żre... – domyśliła się od razu Aniutka i zapaliła
zgaszoną przed napełnianiem słoja świeczkę. – O, słyszycie, jaka
haja na klatce? Zaraz Wencel korki podrutuje, tylko napyskuje
Nowarom.
Właśnie wtedy, w tym księżycowym fiolecie Berni poczuł się
bardzo zmęczony. Gdy Wencel naprawił światło, Berni pięknie
10
podziękował, ucałował rączki obu wdów, oczywiście ze szczególną
atencją dłoń Heleny, i poszedł do domu. Po drodze zastanawiał
się, czy ma zaledwie sześćdziesiąt lat i warto spróbować smaku
życia z Heleną, czy ma aż sześćdziesiąt lat i może lepiej ograniczyć
się do – przy sobocie – wódeczki z Adolkiem? Czy Aniutka, jak się
hajtnie z Adolkiem, nie będzie koso patrzała, że Adolek zamiast
siedzieć z nią na wersalce i przykładnie telewizor wieczorem
oglądać, z Bernim lumpować się będzie – jak to nazywały obie
wdowy? Z drugiej strony, u Heleny miałbym dobrze, kombinował
Berni. Zenek miałby więcej swobody, szybciej by sobie kobitę
znalazł, a chłopak ma już swoje lata... Teraz to jak nie jedną, to
drugą pigułę na nocnym dyżurze czasem przydybie... Jeszcze
jakoweś nieporozumienie i nieszczęście z tego będzie, bo cwane
piguły na doktorów polują... Oj, polują! Chociaż ta Wiolka nie
była taka znowu... Co z tego... Miała rodzinę w rajchu, to sobie
obywatelstwo niemieckie załatwiła i niedługo potem pracę w
bawarskiej klinice. Po jakimś czasie Zenek nie tylko przestał o
niej mówić, ale od nerwów potrafił z domu wyjść, jak się Berni o
nią nieopatrznie zapytał.
Jak przypuszczał doktor Melecki i jak sobie umyślił Berni, prokuratorzy trzymali Zenka tyle, ile mogli, a nie mogli ani godziny
dłużej. Na stole w kuchni Berni znalazł kartkę od syna: „Ojciec,
wróciłem, nic się nie martw, przespałem się trzy godzinki i poleciałem na dyżur do szpitala. Będę rano. Ojciec, a gdzie ty łazisz,
że cię nie ma całe popołudnie i wieczór? I czemu komórki ze sobą
nie zabierasz? Wrócisz, to zadzwoń do mnie!”
Na rano umówił się był Berni z kopidołem Achimem Okoniem,
który – choć bardzo czegoś wystraszony – wziąwszy od Berniego flaszkę wódki tym samym podjął się wywiedzieć, kto ukradł
grób Wandzi... Więc Berni z grubsza się obmył, nastawił budzik
i poszedł spać. Już leżąc w łóżku wysłał Zenkowi esemesa,
że wrócił i że jak Zenek się po dyżurze wyśpi, to pogadają.
Gasząc lampkę na nakastliku przypomniał sobie o papudze
Barbarze, którą zostawił w sypialni u Heleny. Zmartwił się, czy
wdowa będzie pamiętała wypuścić papugę z klatki, by sobie
ptaszysko trochę po mieszkaniu polatało. I czy nie zapomni
na noc Barbary dobrze w klatce zamknąć. Przypomniał sobie,
jak na drugi dzień po geburstagu całą noc śniło mu się, jak
jego ojczym Antoni leży w chuderlawych krzakach gdzieś na
Białorusi, a nad nim lata najpierw samolot z czarnymi krzyżami,
a potem z czerwonymi gwiazdami na płatach. Krzaki wciąż
odsuwały się, chwytał je za łamliwe gałęzie, żeby się schować
lepiej, ale czuł, że jest coraz bardziej odsłonięty, wystawiony
na ostrzał z samolotu, i trząsł się ze strachu i z zimna. Gdy Berni
zmarzł zupełnie, obudził się. Leżał odkryty, kołdra poniewierała
się po podłodze, a na szczycie łóżka właśnie siadała papuga
Barbara, kracząc:
- Koszmarrr! Koszmarrr! Koszmarrr!
Dobrze, że Zenek znał się z weterynarzem Jarczewskim, który
sklep zoologiczny prowadził i u którego od czasu do czasu Berni
parę złotych zarabiał, sprzątając klatki różnych chomików, świnek
morskich i tym podobnych szczurów oraz czyszcząc akwaria.
Jarczewski handlował również klatkami i pożyczył Berniemu
używaną klatkę, urządzoną w sam raz dla papugi. Powiedział też
Berniemu, co ptaszysku żreć dawać. Niestety nie miał pojęcia,
komu taka wielka, czerwona papuga mogła uciec. Sam takimi
nie handlował, zbyt drogie były, by je ktoś z dzielnicy Berniego
chciał u niego kupować.
- Ogłoszenia trzeba wszędzie rozlepić, możesz też u mnie w
sklepie o znalezieniu się ptaka informację wywiesić – poradził
Jarczewski. – Może też właściciel zguby będzie szukać? Z daleka
to ona raczej nie przyleciała... Czekaj, a jeśli to gołąb po świętej
pamięci Hochule w papugę zaczarowany? Mówią, że ten hochułowy koroniec do ciebie na parapet w wyjątkowych chwilach
przylatuje...
- Co też pan, panie Jarczewski, opowiada – obruszył się Berni.
– Radnym już pan drugą kadencję nie jesteś, to kitu pan nie
wstawiaj. Trzeźwy jestem i...
- Panie Szwenda, panie Szwenda! – to przejście Berniego na
per pan obruszyło z kolei Jarczewskiego, który miał córkę z uniwersyteckim wykształceniem na wydaniu, ale niezbyt urodziwa
według Berniego była, płaska i pyskata, jak to nauczycielka. Pewnie
ku staropanieństwu zmierzała, więc chodziło Jarczewskiemu po
głowie, co by ją tak z synem Berniego, Zenkiem, jakimś sposobem
spiknąć, przy czym dobrze wiedział, że to słabo rokujące spekulacje. Z młodymi i wykształconymi jednak nic nigdy nie wiadomo.
Córka była przemądrzała, jeździła Jarczewskiemu po głowie, jak
chciała, więc się wyzłośliwił:
– Trochę fantazji, troszeczkę... Niechże ją Zenek w dziób pocałuje, może się w księżniczkę zmieni... To żab przywilej co prawda,
nie papug, ale przecież nigdy nic nie wiadomo...
- Oj, Jarczewski, Jarczewski, jak Zenek będzie miał fantazję, to
na pewno waszą Mariolkę zbałamuci – odciął się Berni. – Klatka
moga zabrać?
- No przecież mówiłem. U mnie niepotrzebna. Właściciel papugi
się znajdzie, oddasz. No, bez urazy Szwenda, tak? – upewnił się
Jarczewski. Mieszkał Jarczewski w innej dzielnicy, ale ze względu
na swój zwierzęcy gabinet i handel dbał, żeby ze wszystkimi
dobrze żyć.
- Blank bez urazy, piknie dziękuja – odpowiedział Berni i wychodząc ze sklepu dopytał się jeszcze:
- Kiedy znowu będzie robota w sklepie?
- Przyjdź po niedzieli, może we wtorek? – Jarczewski wyszedł
za Bernim przed sklep i dodał:
- Jakieś malowanie też trzeba by zrobić...
Tak, zamamrotał Berni zasypiając na dobre, malowanie u Heleny,
malowanie u Jarczewskiego, to i moją chałupę wymaluję... Tu w
sypialni taki słoneczny żółty, jak zawsze, ulubiony Wandzi... W
kuchni bladoniebieski, żeby się muchy nie trzymały... U Zenka...
I przyśniło się Berniemu, jak z Wandzią bardzo się starali, żeby
Zenka zrobić. Od razu było jasne, że to będzie Zenek. Zenon
miał na imię zastrzelony przez ruskich ojciec Berniego, bo się
ruskim i polski orzeł w koronie złotej nie podobał, i Chrystus w
koronie cierniowej na krzyżu. Tak przynajmniej matka, co Jadwiga
miała na imię – jak już Berni był całkiem duży i wiedział, czego
się nikomu nie powtarza – Berniemu opowiadała. Rodzonego
ojca znał Berni tylko z tych matki ciężkich wspomnień i trzech
podniszczonych fotografii. Zenon Szwenda miał lewą nogę
chromą, matka Berniego przypuszczała, że to od któregoś z
powstań śląskich. Blizny na niej były okropne. Zenon ponoć
do końca się upierał, że w młodości pod rozpędzoną furmankę
wpadł. Jak sobie wypił, gadał, że pod automobil francuskiego
marszałka, który na Śląsk przyjechał i łapówkę od Szkopów wziął,
żeby przeciwko Ślązakom Śląsk między Niemcy i Polskę dzielić.
Przyglądał się Berni fotografiom ojca, jednak jak było faktycznie,
nie potrafił na nich wypatrzeć. Bo i jak? Na jednej Zenon Szwenda
stał przed kościołem w eleganckim kapeluszu i opierał się na
lasce. Na drugiej – oparty o miotłę pilnował kamienicy. A na
trzeciej – laskę i miotłę zastąpiła matka Berniego... Berni urodził
się trzy miesiące po śmierci swego ojca, w sam koniec wojny.
Matka Berniego była kobietą zaradną i potrafiła ze szczerym
sercem przyjąć to, co jej los zsyłał. Jadwiga od 1931 roku cierpliwie
służyła o starych państwa Grass, ale od początku wojny wychodne
spędzała w łóżku stróża Zenona Szwendy. Gdy w styczniu 1944
zmarł stary Herr Grass, Frau Grassowa, dużo młodsza od Herr
Grassa, nie zastanawiała się długo. Co się dało sprzedała, co się
dało wysłała, resztę spakowała i wyjechała do swojej siostry we
Friedrichshafen, gdzieś przy Bodensee. Chciała zabrać ze sobą
matkę Berniego, ale Jadzia wolała zejść z pierwszego piętra,
gdzie mieszkali państwo Grass, do stróżówki Zenona Szwendy,
któremu powiedziała wprost:
- Gut ci dawałam. Nie musiałeś nigdzie kuśtykać. Wprowadzam
się do ciebie, a ty się ze mną zaraz ożeń. Wiem, wiem, kuternoga
jesteś i starszy ode mnie o szesnaście lat, na stróża się tylko nadajesz, ale porządny z ciebie chop. I nie martw się, Frau Grass mnie
zaopatrzyła, więc tylko musimy dobre miejsce znaleźć, żeby co
najcenniejsze pochować do końca wojny. Frau Grass dała mi list
polecający do pastora Ewarysta. Nie kręć mi tu nosem, ewangelik
nie ewangelik, ślub nam da. Bóg jest przecież ten sam. Po wojnie
znajdziemy katolickiego księdza, teraz nie ma na to czasu.
Wbrew wojennym komunikatom wszyscy liczyli na Amerykanów, lecz czy na Amerykanach można było polegać, skoro tylu
Włochów i Murzynów mieli w swojej armii? Gdyby się nie opieprzali na zachodnim froncie, to ojciec Berniego by od serii z ruskiej
pepeszy nie zginął w bramie kamienicy, której przed rabunkiem
pilnował. Zenon Szwenda wywiesił na balkonie mieszkania po
państwie Grass biało-czerwoną flagę, a sam stanął w wejściu
od ulicy z krucyfiksem w lewej i gipsowym orłem w koronie,
zrywającym łańcuchy, w prawej ręce. Lamentującą przy zwłokach
męża Jadwigę znalazł parę godzin później Antoni, przyszły ojczym
Berniego. Był przy rozkazie, żeby posterunek milicji założyć, czy
jakoś tak, to już na zawsze pozostało niejasne. Rusy akurat zrzuciły
polską flagę z balkonu państwa Grass, w których mieszkaniu pili
i zabawiali się paskudnie ze zdobycznymi niemieckimi dziewczynami. I tym matkę Berniego – jak utrzymywała – Antoni ujął
najbardziej, że gdy usłyszał na górze wrzaski gwałconych i strzały,
pofatygował się na pierwsze piętro i do pokoju, w którym siedziały
rusy wrzucił obydwa granaty, które miał ze sobą w razie czego.
Za dnia Berni, jak już jego matka zmarła, nie bardzo dowierzał,
że tak było, jak według jego matki było. Jednak kiedy zasypiając,
wyświetlał sobie na suficie wspomnienia, jak stare czarno-białe
filmy na amatorskim projektorze, który dostał na jubileusz 25-lecia
Migotania, przejaśnienia 26
Beata Patrycja Klary
POEZJA
pracy w tramwajach, nabierał pewności, że wszystkie matczyne
opowieści są najprawdziwsze, bo przecież prawda nie może być
byle jaka. I wtedy zawsze śnił też, jak z Wandzią Zenka robią, a
robili go przy każdej nadarzającej się okazji, w każdej wolnej
chwili, przed pracą, po pracy, w obiad, między pierwszym, a
drugim daniem, jakby Zenek ich popędzał, że bardzo chce na
ten świat. Zenek...
W rodzinie Wandzi też był Zenon i również od bolszewików
zginął, ćwierć wieku wcześniej niż ojciec Berniego, na wojnie
polsko-sowieckiej w 1921 roku. Dlatego Berni z Wandzią tak
dobrze się rozumieli, jeśli chodzi o Zenka zrobienie. Śnił Berni, jak
z Wandzią robią Zenka w sypialni o słonecznożółtych ścianach, w
kuchni przy piecu, w kuchni na podłodze, bo sobie przypomnieli,
że Zenka trzeba robić, gdy Wandzia na czworakach myła linoleum...
Trochę im czasu zajęło to robienie Zenka, przeszło pół roku po
ślubie... Nawet gdy pojechali z zajezdni tramwajowej, gdzie Berni
pracował, na wycieczkę zakładową do Węgierskiej Górki, to późno
w nocy poszli robić Zenka na kocu, który rozłożyli w betonowym
zaułku jazu na Sole i mogła Wandzia nakrzyczeć się z radości,
bo raz, że o tej porze nikogo poza nimi tam nie było, a dwa, że
spiętrzona woda spadając z jazu szumiała i huczała, szumiała i
huczała, szumiała i huczała...
...i szumiał i huczał nad Bernim wielki jak cerkiew w Sosnowcu
helikopter z aerofłotu, który wymyślił Adolek. Do maszyny stalowymi linami był przywiązany grób Wandzi, ale Berni wczepił się
kurczowo w odeskowanie i trzymał, trzymał z całych sił. Byłby nie
poradził, grób i Berni unosili się powoli do góry, ale w ostatniej
chwili Berniego złapała za nogi Helena, Helenę Aniutka, Aniutkę
jedną ręką zdrową, drugą urwaną i skamieniałą w węgiel Adolek.
Wirnik helikoptera rozwył się, rozwarczał, coś błysło, a był to
promień czerwcowego słońca, który liznął Berniego po oczach
przez okno sypialni o ścianach w wyblakłym kolorze żółtym i Berni
się obudził. Stary budzik „made in USSR/sdiełano w Sowietskom
Sojuzie” tańczył na nakastliku kazaczoka, a w kuchni na stole
komórka Berniego błyskała diodami elektronicznego kankana,
jak majtkami w „Moulin Rouge” wesołe tancerki. Widział takie tancerki Berni w telewizorze, przed którym przez pierwsze miesiące
po zainstalowaniu przez Zenka kablówki potrafił spędzać całe
noce. Ten przekolorowany świat niewolił Berniego bardziej niż
kiedyś filatelistów znaczki z egzotycznych, zamorskich krajów.
Szczególnie różne programy podróżnicze, o co niekiedy kłócili się
z Zenkiem, gdy ten jakiś ważny mecz piłkarski wolałby oglądać.
- Ojciec, nasi grają! Jak łebkiem byłem, zabierałeś mnie na
stadion, gdy Górnik Zabrze grał... Albo reprezentacja... Do Chorzowa żeśmy jeździli... Taki kibic byłeś! Nic, tylko „Polska gola!”
się darłeś... Co z tobą...
- Mówisz, że wygrają? Przegrają, albo zremisują... Po co się
mam nerwować... – Berni trzymał kurczowo pilota. - Patrz, jaka
cwana ta pantera, wciągnęła koziołka na drzewo i z nikim się
nie musi dzielić!
- Włączaj mecz, ojciec, panterę sobie w nocy obejrzysz, albo
rano, będzie powtórka! A najlepiej to się wyśpij dobrze, boś blady
się od tego telewizora zrobił, jak cerata na stole!
Trudno było Zenkowi przełączać ojca na sport. Wolał Berni lwy,
tygrysy i rekiny. Wolał obrzędy różnych murzyńskich, indiańskich
- czy jak w przypadku wesołych tancerek z Paryża
- francuskich plemion.
- W latach sześćdziesiątych to myśmy zasuwali po boisku za dwa
piwa i porcję krupnioka. Na mecze ja jeździł na kole – przypominał
sobie Berni swoją krótką karierę piłkarską w drużynie Tramwajarza
Zabrze. – I chciało nam się... A te obiboki zarabiają tyle w rok,
ile ty i ja przez całe życie piniędzy nie zobaczymy. Samolotami
se lotają... Ło rany, Zenek, popatrz! Się porobiło! Ruskie nawet
Pigmejów zaraziły! Pigmeje z kałachami po Afryce biegają!
Aż wylizywał Berni z kineskopu świat, jak w dzieciństwie powidła ze słoika, jeśli matka Berniego nie upilnowała, by zamknąć
spiżarkę na klucz. Co do wszelakich wesołych tancerek, mniej
lub bardziej gołych, to się w duchu przeżegnywał: „Wandziu,
wybocz!”, co zrobił i tym razem, gdy zerwał się ze snu i z łóżka
do kuchni, bo sobie nie życzył, żeby mu obce kobity nad stołem
majtkami trzęsły.
- O, Zenek dzwonił – stwierdził Berni po przyjrzeniu się komórce.
– Niedługo pewnie przyjdzie z dyżuru... Będzie się mądrzył pan
doktor. Dobrze, dobrze, synku... Później, jak wróca... Nie bede na
ciebie czekać... Mam sprawa...
I Berni prędko się oporządził, coś tam zjadł, popił wczorajszą
herbatą, i popędził na cmentarz, odzyskać grób żony Wandzi,
matki Zenka. Z pomocą kopidoła Achima Okonia, który najwidoczniej miał jakieś konszachty z ruskimi z aerofłotu, co groby
kraść przylatywali na Śląsk helikopterem wielkim, jak cerkiew
w Sosnowcu.
kiedy mydło robiono jeszcze z kazeiny
Bój o swoje samo, o niesamotność,
ć, bo to p
przecieżż boli.
pr
bo
boli.
o Wczoraj
W
Wcczo
Wcz
ora
or
zarnych
za
h la
aarw m
mu
uch
uc
hó
ów
już nie istnieje, a wciąż bezgłośnee ssanie cz
czarnych
larw
muchówki.
wią - kobie
obb e sąą zzarad
obiety
dne
dn
d
ne.
I ten spokój triumfatorów, gdy mówią
kobiety
zaradne.
od portretem,
portrete
tretem,
e krucha
kkrrruchaa jak
jaak
ak
Nawet ta zostawiona przy ścianie pod
ozkład
kładu.
ad
d
żurawie z papieru. Czerpana fotonami rozkładu.
em, a b
błęki
iitt nale
eżżżyy
Pola umarłych jeszcze nie kwitną popiołem,
błękit
należy
reści w
wszys
ysttkich
ys
h
do tonacji chłodnej. Z czasem nabierze treści
wszystkich
twiej, alee teraz
terrrazz obrastają
ob
brast
sta
tają
gazet. Po kominach żyły otworzą się łatwiej,
rzeczy i nic nie znaczy
comiesięczna krew.
hiszpańskie wakacje
Na śmieciach dużo się zarabia. To nic,
że śmierdzą. To nawet nic, że skóra przesiąkła wydzieliną kubłów.
Najdroższe wino pachnie ziemią Cortésa, dumą
konkwistadorów, odwagą w starciu z bykiem. Możesz ją
nim zapijać. Nie będzie marudziła, bo platyna na ręku
podkreśla brzeg palców, a ona jest drobna, nawet delikatna.
Spytasz, czy cię kocha. Pięknie się uśmiechnie. Dużo kosztowały
tak lśniące protezy i wargi napełnione zimnym silikonem. Musi się odwdzięczyć.
Pojechać do Cordoby, umyć twoje ręce
w wodach Guadalquivir, przyjąć cierpkie nasienie. Nie urodzić dziecka.
Czy to wstyd mieć w rodzinie syna od
śmieciarza?
on nie – ty!
Tego dnia wydarzyłeś się. Jak wnętrze pękniętego kamienia.
Podobny albo inny, otwarcie scalony. Ja się oklejam taśmą,
bo inaczej w znormalizowany sposób odstaję od normy.
A każdy chce być równie okrągły, zaciśnięty w ręcznik.
Dotknięty ręką w najwłaściwsze miejsce.
Tego dnia wydarzyłeś się. Ile w tym piękna i pustki zarazem.
Teraz nie można policzyć blizn, a skoro tak, to jakby odeszły.
Zwłaszcza ojcowie pobici przez córki leżące w małych
łóżeczkach, mniejszych niż ich lalki. Wchłonięta
odsypiam dzieciństwo.
Tego dnia wydarzyłeś się. Jak w każdym z nas.
Kołyska otoczaka kurczy się powoli, gładko przylegając
w zakrytej nagości. Z okruchów populacji głodnych ziaren
najbliżej nam do siebie, jak ciemnej i jasnej smudze
w prążkowanym krzemieniu.
przedpamiętanie
Niech nie będzie innych kobiet, jakbym tylko ja, Ewa, gdy zmyśliłam boga,
stanęła pierwsza przy tobie
poganiaczu wołów.
Kup dla nas nowe szkło, świeże prześcieradła. Napisz
kolejne książki
poganiaczu wołów.
Nie przywiązuj się do mnie jak do światła
gwiazdy, bo jestem tylko pędzlem z włosia poganianych zwierząt,
gotowych nas wyżywić, ogrzać śliskim ciałem.
przynosi kłopoty innym
Znów psy gonią sukę, a Jonasz zbiera kamienie do worka.
worrkk
kie
ieeem liże cierpki sok.
Gdy się parzą, wyszarpuje skórę i wypchanym językiem
ru
u
Spróchniał w lędźwiach - tyle co popatrzy, poślini brudne
palce i wymaca kurę.
żżo
Jabłonie bez przycinki kwaśno owocują. Obumarłaa żona,
waał bydlęta.
już bez konia stajnia. O konia zawsze dbał, szanował
Nie kosi pokrzywia, nie oczyszcza szamba. Czeka na wiadomość.
To nie będzie kłopot dla silnych grabarzy.
Gazeta literacka
11
Zawadowski
bez szyb
Widok z okna
d głową
wieszona na
za
ca
ń
o
sł
a
p
noc tylko lam iku świata
ko
w małym po ach ktoś powybijał szyby
n
w którego ok ą przez nie lodowate
aj
zimno wpad oli zastygają na ścianach is
ow
p
ia
n
ze
du stary nap
spojr
ielecikami lo ci w godzinie
k
sz
c
ą
aj
w
ry
owró
pok
wychwstał i p
że Bóg zmart
anioła
nieznanej
obieta udaje y
k
ś
a
k
ja
ie
n
k
wo
tualn
n i już nieak
ale to stary se do ciepłych krajów
ały
anioły odleci
i
poza granicam m
eś
zi
d
g
ie
n
te
ło
ia
jab
ju zwanego św
mojego poko ich owoce są gorzkie
a
drżą z zimna skowyczy
ie
cicho pies n odjęło już dawno
ę
wężowi mow ekał Ewy
cz
o
em
Adam nie d
d moim okn
o
p
leży pijany
POEZJA
Tadeusz
Słowo
wycinam je z
papieru
dorabiam
skrzydełka
szek
taki mały pta ziony
ię
w
u
na gałęzi
szamocze się
Lęk
ze złem
Walka dobra
ygotowany
nie byłem prz
na ten widok się zza
przyglądałem
drzewa
w siebie
jak mierzyli
nożami
o ubrani
obaj tak sam stu
o
równego wzr e
m
sa
ie
k
i noże ta
ygotowany
nie byłem prz
azwany
jeszcze nie n
czai się
trzewi
w zakątkach
nie wiem
ie drzwi
kiedy zamkn
o
zapali światł
u
lęk po ciemk
m
ie
k
lę
nie jest
trzeba
przerażenie
widzieć
o
patrzeć w jeg
e
n
o
rz
rozsze
lu
do granic bó
oczy
oć świeczkę
Boże zapal ch ie jutro
niechaj nastan
Przyjaciel llęk
jest jak cień
dzi
kiedy odcho
ewnie
p
ie
n
ę
si
czuję
wą twarzy
jakby z poło
szukam go
nie
a on już we m
śmieje się
t
zatyka usta
nie na powró
wpychając w wa
sło
wypłoszone
się po
popychamy
rozpędzone
pociągi
e
lub rozbiegan odów
ch
światła samo
mogę
on wie że nie
ć
bez niego ży
umrzeć
co najwyżej
rys. Joanna Grochocka
12
Migotania, przejaśnienia 26
Olga Śmiechowicz
samym roku Jan Klata podjął się reżyserii swojego dramatu w
Teatrze Polskim we Wrocławiu. Po festiwalu „Eurodrama”, podczas
którego Uśmiech, miał swoją premierę, dostał propozycję realizacji
Rewizora Gogola w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu. Po
kolejnym sukcesie zaczęły napływać propozycje z całej Polski.
Wówczas zaczął się wokół Klaty szum medialny i wszyscy zwrócili uwagę na młodego reżysera, który swoim teatrem stara się
pokazać, że czasem lepiej jest zburzyć porządek i zobaczyć, co się
wydarzy, niż bezkrytycznie afirmować rzeczywistość…1
Do jego praktyki teatralnej weszło na stałe czytanie wszystkich
tekstów „współcześnie”. Po Rewizorze, utrzymanym w atmosferze
PRL - u lat 70., postanowił odczytać Hamleta, pamiętając o nauce
Wyspiańskiego, który chciał, by teatralną przestrzeń Elsynoru
umieścić tam, gdzie bije dusza narodu – wybór Klaty padł na
Stocznię Gdańską.
Swoje autorskie dramaty pisze nie godząc się na codzienny
konsumpcjonizm i zakłamanie, jeden ze swoich tekstów poświęcił
dziennikarzom czekającym na śmierć Papieża. Ubrany w mundur
szwajcarskiej armii, z irokezem wyrażającym bunt: Sprzeciw wobec
zakłamanej rzeczywistości. Wobec tych wszystkich supermarketów,
przecen, promocji i ‚Las Ketchup’, ‚Tatu’, wobec bzdury i fałszu. A
młodzi ludzie mają świeżość spojrzenia, czasami desperacką, czasem gniewną i złośliwą, ale to jest świeże, wartościowe. (...) Za tym
gniewem z jednej strony kryje się rozpacz, smutek, żal, a z drugiej
strony duża energia, żeby coś zmienić.2
Kiedy reżyserował Córkę Fizdejki wg Witkacego, użył motywu
pojednania Polaków z Neo – Krzyżakami, by spojrzeć krytycznie
na nasze wstąpienie do Unii Europejskiej. Romansujący z pop
kulturą, używający kodów i symboli głęboko osadzonych we
współczesnym świecie, jest nazywany didżejem teatru, a sam o
swoich przedstawieniach mówi, że są one remiksami i coverami
literatury. Właśnie ta, tak aktualna, estetyka, w której są utrzymane
wszystkie jego realizacje, dodaje jego adaptacjom „wielkiej”
literatury niepowtarzalnego waloru. Mając w pamięci przedstawienia Krystiana Lupy: Mistrz i Małgorzata, Bracia Karamazow,
Marzyciele, Lunatycy z ciekawością patrzymy na sceniczne powroty
sztandarowych dzieł literatury, które w ostatnich latach zagubiły
się pośród nowej dramaturgii, opartej na wypisach z blogów
internetowych, reportaży i tekstów hip – hopowych.
Wystawienie Trylogii Sienkiewicza na deskach scenicznych
wydaje się niemożliwe, bo nie sposób przedstawić wszystkie wątki,
1
http://www.teatry.art.pl/portrety/klata_j/sylwetka.htm
2
Słowo Polskie 18.04.2003
Gazeta literacka
Ż YC I E T E AT R U
Jan Klata, jeden z najzdolniejszych młodych polskich reżyserów,
urodził się w 1973 roku, w Warszawie. Swoją przygodę z teatrem
rozpoczął w wieku 7 lat, grając w teatrze amatorskim w jednym z
warszawskich domów kultury. Gdy miał 12 lat, jego dramat: Słoń
zielony, otrzymał nagrodę podczas konkursu dramaturgicznego
Teatru Współczesnego we Wrocławiu i miesięcznika „Dialog”.
Został wówczas zaproszony na festiwal młodych dramaturgów
„Interplay” do Australii. Sztuka została również wystawiona w
Teatrze im. Witkiewicza w Zakopanem.
Początkowo studiował reżyserię w Warszawie, po dwóch
latach przeniósł się jednak do krakowskiej PWST. Był asystentem
Jerzego Grzegorzewskiego podczas realizacji La Boheme, wg St.
Wyspiańskiego; Jerzego Jarockiego przy spektaklu Grzebanie
i Krystiana Lupy przy Płatonowie wiśniowym i oliwkowym wg
Antoniego Czechowa.
Przez długi czas nie mógł znaleźć teatru, w którym mógłby zrealizować swój dyplom reżyserski. Był copywriterem, reżyserował
talk show dla jednej z polskich stacji telewizyjnych, zajmował się
również dziennikarstwem muzycznym. Wydawać by się mogło,
że jego kontakty z teatrem uległy ostatecznemu rozluźnieniu.
Przełom nastąpił w roku 2002, gdy jego sztuka Uśmiech grejpruta, została zakwalifikowana na konkurs dramaturgiczny Teatru
Współczesnego we Wrocławiu oraz miesięcznika „Dialog”. W tym
Remiksy i covery
- uwięzieni w micie
poprowadzić linię fabularną, lub raczej
linie, w sposób, który nie zgubiłby atmosfery całości. Projekt Jana Klaty i Sebastiana
Majewskiego, przygotowany w ramach krakowskiego festiwalu re_wizje/sarmatyzm
cieszył się dużym zainteresowaniem jeszcze
na długo przed premierą.
Przedstawiając swoją interpretację,
twórcy jasno określili nam widza – odbiorcę spektaklu: młody, umiejący podążać za
fabułą nie dłużej niż przez czas trwania
teledysku, przyzwyczajony do odbierania
komunikatów zawartych w chmurkach
komiksów. Który prawdopodobnie nigdy
nie zagłębił się w którykolwiek z tomów
dzieła Sienkiewicza dalej, niż za pierwszy
akapit. Jeden z dziennikarzy, piszących po
premierze, określił spektakl jako „ściemę
dla młodzieży”.
Trylogia Klaty jest zabawna, ale nie
wyszydzająca. Ukazuje lekkość warsztatową aktorów (w spektaklu grają między innymi: Anna Dymna, Krzysztof Globisz,
Mikołaj Grabowski, Błażej Peszek). Niektóre zaś sceny osiągają niezaprzeczalny poziom teatralnego majstersztyku: scena
porwania Heleny, odbywająca się podczas szalonej
galopady na łóżkach szpitalnych, obrona Zbaraża, gdy owe szpitalne łóżka stają się barykadą,
oddzielającą aktorów od publiczności… Matka
Boska Częstochowska, dobrotliwie tarmosząca
Kmicica po włosach. Oraz sceny kończące spektakl:
tzw. „katyńska”, w której dochodzi do multiplikacji
śmierci kolejnych postaci. Nagle ich bohaterska ofiara zostaje odmitologizowana, umierają i
natychmiast wstają, odbijając się od podłogi, jak
figurki w grze komputerowej, które dostają kolejny
kredyt na życie. I ta najbardziej upiorna… bo jak
widzowi, oswojonemu z codziennymi serwisami
wiadomości i towarzyszącymi im widokami krwi
i okrucieństwa, przedstawić scenę śmierci Azji
Tuhajbejowicza, by nim wstrząsnęła? By zrobiła na
nim wrażenie? - Zgasić wszystkie światła na sali i
przeczytać mu ją w całkowitej ciemności. Wówczas
obraz usłyszany, staje się bardziej przerażający, niż
ten, który moglibyśmy zobaczyć.
Oczywiście, irytują niektóre powtórzenia efektownych chwytów teatralnych. Spektakl, po pierwszym szoku,
spowodowanym jego skrótowym ujęciem, staje się rozrywką,
ale nie w złym znaczeniu tego słowa. Mówi się, że jako pierwszy
polską literaturę pozbawił koturnów Konrad Swinarski, Jan Klata
jest w takim razie jego godnym kontynuatorem.
Kontynuacją tej linii rozwojowej, jest wystawienie Ziemi obiecanej Władysława Reymonta, zamówione przez łódzki Festiwal Dialogu Czterech Kultur. Gdy tylko ukazała się informacja o planowanym
na jesień tego roku przedsięwzięciu, od razu pojawiły się głosy, że
Klata będzie rozprawiał się z historią fabrycznej Łodzi, z legendą
tego miasta. Szczęśliwie już program uspokaja tych, którzy nie
mają zbytniej ochoty na teatralną projekcję filmu Wajdy: Wiemy,
że „Ziemia obiecana” jest na pewno powieścią polskiego noblisty
Władysława Stanisława Reymonta napisaną w latach 1897/1898
[…] jest na pewno powieścią obszerną, w ekskluzywnym wydaniu
łódzkiego wydawnictwa Literatura liczy 471 stron […] każdemu
Polakowi na pewno kojarzy się z miastem Łodzią i z filmem Wajdy,
chociaż pierwszy sfilmował powieść Reymonta Aleksander Hertz już
w 1927 roku […] jest na pewno przedstawieniem przygotowanym
przez Jana Klatę, wraz z grupą stałych realizatorów i zespół aktorski
Teatru Polskiego we Wrocławiu i Wrocławskiego Teatru Współczesnego […] nie jest na pewno przedstawieniem o mieście – molochu,
wielkiej, rozrastającej się i dynamizującej Łodzi, i każdym innym
[…] nie jest na pewno przedstawieniem antypolskim, propolskim,
antyżydowskim, prożydowskim, antyniemieckim, proniemieckim,
antyrosyjskim, prorosyjskim, i każdym innym […] – nie jest.
Szczęśliwie Jan Klata nie stępił swojej bystrości widzenia
i ostrości teatralnego języka. Jego Ziemia obiecana, to świat
srebrnych laptopów i wirtualnych pieniędzy na giełdach internetowych. Borowiecki staje się stereotypowym, metroseksulanym
karierowiczem, który uwodzi i drażni niebezpieczeństwo. Bardziej
czując niż słysząc utwór Danger! High Voltage grupy Electric Six,
wykonywany podczas sceny podróży do Berlina, domyślamy się,
że to niebezpieczeństwo nie da się już uśpić. Znając zamiłowanie
Klaty do posługiwania się oryginalnymi skrótami, czekamy niecierpliwie na pożar fabryki Borowieckiego. Scenę, która dopełni
całą historię. Odpowiedzią dla nas jest wbiegający między filary
przędzalnianej hali aktor, ubrany w biały, płonący kombinezon
– wszyscy zrozumieli. Koniec interesów załatwianych w nocnych
klubach, życzliwego poklepywania po plecach przez wszystkich
zwodzonych do tej pory teściów.
Może drażni pewna powtarzalność w poetyce teatralnej Klaty,
ale nie można mu odmówić niezwykłej umiejętności budowania
napięcia scenicznego. Podobnie jak w Trylogii, przerażające
wrażenie robi scena „katyńska”, tak w Ziemi obiecanej zaskakuje,
miażdżąca dla Polaków, symbolika przysięgi Borowieckiego na
krzyż. Krzyż w zasadzie wciągnięty na scenę, zbyt ciężki, by mógł
go wnieść jeden człowiek. Przygniatający swoim rozmiarem,
przypominający parafialne Drogi Krzyżowe, nagle uświadamia
również ciężar wszystkiego, co do tej pory uczynił Borowiecki.
Klata rozprawia się z wielką literaturą skandując tytuły i nazwiska ze sceny. Gdy Lucy Zucker, ubrana w czarny gorset i kabaretki,
prosi Borowieckiego, by polecił jej jakieś książki do czytania…
przecież w tamtych czasach w dobrym tonie było trzymać z
„wielkimi”, a więc: Mann, Kafka, Marquez, Bułhakow, Dostojewski,
Flaubert, Reymont… typowe dla Klaty poczucie humoru…
fotografie pochodzą ze stron internetowych:
http://www.mmlodz.pl
http://www.polskatimes.pl/gazetawroclawska/kultura/157749,teatralnydolny-slask,id,t.html
http://splot.art.pl/e-splot/105/trylogia-jana-klaty-w-starym-teatrze
13
POEZJA
Olga Lalić-Krowicka
Wiersz o aniołach
Nie jest zbyt romantyczny
Lodówka koło lodówki
Życie do niebycia
A jak ja lubię czaj
I anielskie chłody białe
Zima zima prześciga dni
Dni są zimne jak anioły
A tobie myśl w głowie stoi
Wojna owiec
(ogólnobałkański strach)
– – – o, tu jest tytuł
Kiedy wszystkie wiatry Jugosławii ucichną
Świt będzie się kładł spać
Jeszcze głębiej
A noc otworzy okno – włączy światło
Czyje?
Gdy moja mama przeczytała harlequina
Gdzieś w lesie wybuchła mina
(sorki ?olki to nie rymowanka)
Na minie stała owca mana
I zmartwychwstała
(to nie paradoks)
Sąsiad – właściciel owcy zgłosił ten fakt
Na policję – która przyjechała zaraz-marazm
– ogłosili stan zagrożenia dla wszystkich owiec
PAROLE/HASŁO:
NIE WYPUSZCZAĆ OWIEC
GROZI WYBUCHOWIEC!
(to nie przesada)
Wszystkie owce zadrżały
O życie się bały
Ale sąsiad mister stary
Sprzedał owce na fanfary
Kto będzie teraz stawał na minach?
Poszukujący wrażeń
Czy nocne wampiry
?
Rozważania z katarem
Nie wierzę puszkom z owocami –
W sklepie z klockami.
Nie nie wierzę bez przesady
Pełną pleśni pustkę mi sprzedali.
Ha, ha – jest jedna zasada –
Jak nie towar to ludzka wada!
Celuj w sąsiada
Młoda z głoda
Minęła ta moda.
Jest nowy precedens –
Strzelaj, mówiąc KEKS!
Hehehe…napisał mi smajla
W pliku Word
Jakiś zbok.
Biorę biotyk
Na antybiotyk.
Stare zgredy jak świeże krewetki
Lubią młode i drogie klientki.
Świat zapiszczał – pociąg jest
Temperaturalny (?) i węglowo-naftowo-gazowy...
Tak, na tarasie oglądam wschód
W piwnicy zachód.
Lokomotywa kima na tapczanie Tuwima
Lubię kiedy mąż nie filozofuje i nie poucza
Lubię świeże powietrze i krakowskie tramwaje
Lubię kiedy sernik nie jest za słodki
I kiedy świat staje na nogach
(odpadła mu podłoga)
Nie lubię kiedy wierszami się ścigają
Kiedy wiersz o wojnie kosztuje
I kiedy noc poezji jest bez światła
Lubię à propos miłości – zaniknione sny
Wyblakłe echa zamknięte oczy w oczach
I milion słów i myśli bez wspomnienia
Naprawdę lubię.
Nie wchodź tam – do tego domu
Dom domowi nie był domem ani w domu
!-tak?
?-tak!
Dejan Bogojević
rys. Joanna Grochocka
Przypalam ostatniego papierosa
Przypalam ostatniego papierosa
I płonę
Szczęście pozostaje w popiele
W dymie jest nadzieja
Przypalam ostatniego papierosa
Ręką co drży
Nie z powodu końca
Lecz dlatego że nie odnalazłem siebie
Chociaż błądziłem i błądziłem
Przypalam ostatniego papierosa
Winię siebie
Ponieważ tylko głupcy winią
Innych i
Los
Przypalam…
Spowiedź
Słowa miłosne
W słowach miłosnych
Nocą pogrzebani w krzepnącej krwi
I wiatr w pył je przetwarza
Te nierządne metafory
Te nierządne metafory
Na dnie ciemność jest dziobata
Rogi jej wystają w osamotnieniu
Przygnębienie wkuje ją w słowa miłosne
Miłość jest naśladowaniem zwierza
Przemieniona w jedno jedyne słowo
(Nie słyszę tych
Miłosnych
Słów)
Ogień płonie
I piszę w nocy długiej
Spowiedź do końca
O żaglu
Słowa się układają
Zaczerwienione pejzaże
Na płótnie malarskim
I widzę Konie
I widzę Pociągi
A dym to ślad który śledzę
Jak sen o Nieszczęśniku
Świst batów
To łamią się dusze
W ŚMIERCI
W ŚMIERCI
14
Migotania, przejaśnienia 26
Aleksandar Čotrić
To w okresie pokoju
wielu zniknęło bez żadnego powodu.

On jest prawdziwym satyrykiem.
Powiedział, że utrzymuje się z pisania.

Prawda jest relatywna.
Często nie odpowiada oficjalnym poglądom.

Walczymy do ostatniego.
Powiedzieć to może tylko ostatni człowiek.

Medycyna postępuje,
teraz ludzie umierają zdrowi.

To, co widzicie, nie jest tym, co myślicie.

My też wiemy, że to nie jest możliwe,
ale u nas jest akurat tak.

Twierdzicie, że dwa i dwa to cztery.
A gdzie macie na to dowody?!

Nadeszła chwila prawdy.
Dla prawdy są zarezerwowane tylko chwile.

Nie ma po co wychodzić na ulicę.
Oni przyjdą sami do naszych mieszkań.

Zbudowaliśmy most.
To, że tutaj nie ma rzeki, jest wielką porażką natury.

Nasze rzeki są czyste.
Do nich wylewamy olbrzymie ilości
proszku do prania, mydła i szamponu.

Podpisaliśmy umowę o wiecznej przyjaźni,
z możliwością przedłużania jej co miesiąc.

Kto przeżyje, będzie opowiadał.
Jeśli będzie miał komu.

Naród rzadko grzeszy.
Raz na cztery lata.
Wielu nie ma co jeść,
lecz wszyscy piją.

To nieprawda, że cofnęliśmy się do okresu kamienia,
bo za nami nie pozostał nawet kamień na kamieniu.

Kula to fakt,
przed którym nie uciekniesz.

Wierzę w numerologię.
Numery na rachunku bieżącym
wiele mówią o człowieku.

Muszę przyznać,
że w tym roku w swoim mieszkaniu
nie poczułem efektów globalnego ocieplenia.

Kiedy dowiedzieli się, że wyjściem jest praca,
wszyscy wyszli.

Mit o niebiańskim narodzie
pochodzi z podziemnych bunkrów.

W ciągu pięćdziesięciu lat stworzyliśmy historię
długą na kilka wieków.
Rozdawaliśmy dobro i zło
- każdemu według potrzeby.

Pokój to nasz wojenny cel.

Książka wreszcie ujrzała światło dzienne .
Na stosie.

Nieprzyjaciele są bardziej wierni,
nie opuścili nas.
Gazeta literacka

Ci na szczycie
są niżej poziomu.

Żyjemy jak bogowie antyczni.
Jesteśmy goli i bosi.
Mam lęk wysokości.
Boję się tych na górze.

My szanujemy prawo międzynarodowe.
Na swój sposób.

Spełnimy wszystkie wasze życzenia.
Nowymi obietnicami.

Wszystko nie może być idealne.
Dostałem pracę, ale bez pensji.

Nawet przeszłość już nie jest taka, jak kiedyś.

Serbowie to niebiański naród.
Zostali bez ziemi.

Nasz los był w naszych rękach,
ale nie chcieliśmy brudzić sobie rąk.

Za żadne dolary nie zdradziłbym swojego państwa.
Wolę euro.

y
o
aF r zmy
Wybory były demokratyczne,
każdy mógł głosować na partię rządzącą.

Z politykiem wtedy jest coś nie w porządku,
gdy uwierzy w to, co mówi.

Wszyscy, którzy kochają Serbię,
są zakochani nieszczęśliwie.

Terytorium Serbii jest coraz mniejsze.
Mapa nas nie chce.
Psy wojny pozostawiają
za sobą kości.

Mam jedno życzenie
ale marzę, żeby się spełniło wiele razy.

Jestem człowiekiem rodzinnym.
Flirtuję tylko z zamężnymi kobietami.

Miłość wszystko może.
Kochanie, popchnij auto.

15
ESEJ
Andrzej C. Leszczyński
IMPROWIZACJA
Ratiō i ōrātiō: myślenie i mówienie. W „Przeglądzie Politycznym”
niedługi, zmuszający do wniknięcia w osiemnastowieczne słownictwo i zamierzchłą stylizację, szkic Heinricha von Kleista pt.
O wytwarzaniu myśli w toku przemawiania. Nie chodzi w nim o
przemowy w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, czyli o wypowiedzi oficjalne i uroczyste, które są zazwyczaj odczytywaniem
tekstu napisanego przez sekretarza lub współpracowników.
Przemawianie jest w tym szkicu bliskie pr zemawianiu się:
przekomarzaniu, zaczepianiu, kłóceniu – o coś. Autor mówi
o przemawianiu rozumianym jako mowa żywa i uwikłana w
rozmowę. Zaleca rozmowę (podobne nastawienie można będzie
spotkać u Stanisława Vincenza) choćby z byle kim, dlatego że
„idee rosną w miarę mówienia”. Podczas mówienia ujawniają
się i uwyraźniają niejasne przeczucia, nabierają kształtu mgliste
wyobrażenia. Mówienie jest głośnym myśleniem. Ludzie, którzy
uczą się czegoś w samotności, wykuwają na pamięć wiedzę
wyrażoną przez kogoś w piśmie, to „ordynarne duchy”. Ordynarne,
czyli nierozeznające własnych możliwości.
Godny najwyższej uwagi jest następujący fragment: Mówiąc
mieszam słowa i nieartykułowane dźwięki, rozciągam w nieskończoność spójniki, nie żałuję przydawek tam, gdzie wcale nie byłyby
konieczne i uciekam się do innych rozwlekających mowę sztuczek, by
tylko zyskać czas konieczny do fabrykacji idei w warsztacie rozumu.
Heinrich von Kleist mówi tu o improwizowaniu. O artykulacyjnej
zabawie, która nieraz może zadziwić myślową doniosłością. Improwizacja jest aktem twórczym par excellence, czyli takim, w którym
przeżycie (intuicja) splata się nierozdzielnie z realizacją. Musiała
przeżyć coś podobnego Wanda Wiłkomirska, skoro na trwałe
zapamiętała zdanie z recenzji po jednym z dawnych koncertów:
Grała tę Chaconę tak, jakby komponowała ją w tej chwili. Twórczość
zawiera się tu w spontaniczności rozumianej etymologicznie, jako
aktu wyrastającego z własnej inicjatywy (sua sponte). Wszystko,
co ma miejsce - jest, choć nie musiało być. Improwizacja swą
wolnościową naturą przekreśla jakąkolwiek konieczność wyrażoną
w projekcie, zawartą w konwencji, czy określoną w estetyce. Nie
ma w niej wykalkulowania. Możliwość aktualizuje się całkowicie
przypadkowo: mimowolnie i impulsywnie.
Żywy wykład, rzadki niezmiernie. Przeważnie jest dokładnie
przygotowany, oparty na konspekcie albo scenariuszu wystąpienia. Coraz częściej sprowadza się do tzw. prezentacji. Prezentacja
obejmuje treści uporządkowane, wtłoczone w bezwzględne
karby strukturalne. Wszystko jest tu wypunktowane, punkty
rozpadają się na podpunkty, z nich coś jeszcze innego wypełza.
Co najśmieszniejsze, punkty te i podpunkty przedstawiane są
zarazem wizualnie i głosowo: prezenter czyta to, co właśnie
wyświetlił na ekranie. Byłoby to zasadne w jednym tylko wypadku – gdyby audytorium składało się pospołu z dwóch kategorii
kalek, osób głuchych i ślepych; wtedy pierwsi mogliby czytać,
drudzy słuchać.
W dzisiejszym kulcie profesjonalizmu słowo improwizacja
nabiera cech wyraźnie negatywnych, kojarzy się z chaosem,
bylejakością i prowizorką. Utarła się opinia o nieprzygotowanych,
improwizujących we wszystkim Polakach, przeciwstawianych rzemieślniczo solidnym Niemcom. Improwizacja jest zaprzeczeniem
(im-) przewidywania (fr. prévision), opatrzności (providence) czy
przezorności (prévoyance). To coś gorącego, nieoczekiwanego,
niepewnego, prowizorycznie zaznaczonego. Ma przecież jakiś
urok taka prowizorka, świadczy o inteligencji i zdolności do
mierzenia się z nową sytuacją. Nie tylko wtedy jest potrzebna,
gdy sytuacja wymyka się spod kontroli i nie działają reguły; nie
musi być przymusem. Może być wyborem czegoś, co można by
określić najprościej jako wolność istnienia. Estetyk i filozof sztuki
16
Evangelos Moutsopoulos łączy z improwizacją takie cechy, jak
ulotność, nietrwałość, niepełność czy umowność. Pisze o „nieregularności”, „dziwaczności”, „wieloznaczności”, która polega na tym, że
improwizacja udaje tożsamość, podczas gdy sama z siebie stanowi
dowód przemienności; stąd ma ona charakter głęboko antynomiczny,
ekstrawagancki, niedefiniowalny i absurdalny. Co może najistotniejsze, improwizacja, zdaniem Moutsopoulusa, bierze się z odczucia
braku i szuka pełni, której nigdy nie osiągnie. Ateńczyk mówi o
improwizacji mając na myśli bujność życia nie zadekretowanego,
otwartego na doświadczenia, które trudno było sobie wcześniej
wyobrazić. Nie ma tu żadnego „wcześniej”, wszystko rozstrzyga się
„teraz”. Wymaga to zaakceptowania niejakiego ryzyka i oddania się
temu, co niesie strumień zdarzeń. Zamierzałem być prawnikiem,
jednak urzekł mnie zawód ogrodnika. Myślałem o żonie posażnej,
lecz serce wybrało dziewczynę bez majątku. - Nie musi to oznaczać
kaprysu i wyrzeczenia się wszelkich obowiązków, przeciwnie,
może być ich warunkiem podstawowym, jakim jest osadzenie
w doświadczeniu wolności.
Radość wolności widać w improwizacjach aktorskich (nie ma
już, niestety, tego przedmiotu w polskich szkołach teatralnych), w
happeningach niepoddanych rygorom scenariusza. W wymyślaniu
potraw i sposobów urządzania mieszkania. W erotyce, która nie
ogląda się na techniczne poradniki. Na improwizacji opiera się
jazz (do dziś nie rozumiem, jaki sens miało wydanie zapisu nutowego improwizacji Andrzeja Kurylewicza, odwołujących się do
tematów znanych standardów). Istota jazzowej improwizacji to
jam session: występ na żywo, prowokowany przez spontaniczne
reakcje publiczności. Spotkanie bezinteresowne. Nie dla zarobku,
ale dla radości wolnej - niewyznaczonej wiekiem, pozycją czy
majątkiem - muzycznej rozmowy.
Niesamowite improwizacje Adama Mickiewicza – po polsku
wierszem, i po francusku prozą - zazwyczaj z akompaniamentem
muzycznym, przeważnie na temat rzucony przez któregoś z gości.
Szkoda, że nie było wtedy urządzeń nagrywających (oczywiście
dobrze, że ich nie było).
HETEROTOPIA
To odrobinę warczące słowo znalazło się w tytule konferencji
zorganizowanej przez Zakład Pedagogiki Społecznej UG: Utopia – heterotopia – miejsce inne. Poproszony o prowadzenie, bez
szczególnych emocji zapowiadałem wystąpienia przewidziane
w pierwszej części spotkania. Czekałem na drugą część, w której
miałem moderować dyskusję panelową zatytułowaną: „Gdańsk:
miejsce – przemieszczenie – tożsamość”. W dyskusji wzięli udział
przedstawiciele gdańskich wilnian (Edward Borowski), Niemców
(Gerhard Olter), Ukraińców (Elżbieta Krzemińska), Tatarów (Jerzy
Szahuniewicz) i Żydów (Michał Rucki). Był także tutejszy Nigeryjczyk, Larry Okey Ugwu. Zgodnie z życzeniem organizatorów
i uczestników debaty starałem się wcześniej określić niektóre
choćby zagadnienia, mogące stać się punktem wyjścia do rozmowy. Kiedy myślałem o tych zagadnieniach, przyszła mi najpierw
do głowy kwestia możliwości (albo jej braku) wyboru pomiędzy
tym, co bardziej i co mniej ogólne.
Nie ma możliwości takiego wyboru w przypadku relacji między
figurą i trójkątem, albo między kolorem i czerwienią. Tutaj pojęcia
ogólniejsze muszą się bytowo konkretyzować w pojęciach mniej
ogólnych. Figura musi być z konieczności albo trójkątem, albo
ukośnikiem, albo jakąś inną jej znaną z geometrii postacią. Kolor,
podobnie, musi być albo zielenią, albo bielą, albo inną jeszcze konkretną barwą. Inaczej jest wtedy, gdy chodzi na przykład o relacje
między chrześcijaninem i katolikiem; albo między katolikiem w
ogóle i rzymskim jego wcieleniem: tu można wybierać swą religijną tożsamość. Chrześcijanin może chrześcijaninem pozostać nie
poszukując kościelnych zawężeń (Ernest Hemingway w powieści
i
Komu bije dzwon pisze, że chrześcijanin to wśród katolików nadzwyczaj rzadkie zjawisko). Wielu ludzi woli określać swą tożsamość
przez europejskość, afrykańskość czy latynoamerykańskość - niż
za pomocą korzeni narodowych bądź państwowych. Ks. Jan Zieja
mówił o sobie odwołując się do takiej oto kolejności: Jestem
człowiekiem. Jestem Polakiem. Jestem chrześcijaninem. Zdaniem
Jerzego Nowosielskiego narodowość to (...) najbardziej sztuczna
kategoria tożsamości, jaką ludzie potrafili wytworzyć. W XVII i XVIII
wieku weszła do ludzkiej świadomości w miejsce przynależności
konfesyjnej, ponieważ żarliwość religijna zanikła wtedy prawie
do zera. Leszek Kołakowski mówił na Uniwersytecie Gdańskim
o potrzebie duchowości kosmopolitycznej, która narzucałaby
wędzidło etnicznym zaślepieniom. Potrzeba „wykorzenienia
narodowego” widoczna jest u Witolda Gombrowicza, Józefa Czapskiego, Czesława Miłosza czy Andrzeja Bobkowskiego. Ten ostatni
pozaetniczne nastawienie (nazywa je postawą Kosmopolaka)
znajduje także u Josepha Conrada: Mam wrażenie, że Conradowi
udało się pomimo wszystko w dużym stopniu to, co Gombrowicz
proponował naszym pszenno-skowronkowym pisarzom i co ośmielił
się nazwać po prostu „uwolnieniem się od Polski”.
Mówiąc o tożsamości nie rozumiem jej logicznie (jako równoważności lub implikacji), bądź metafizycznie (gdy istota bytu
pokrywa się z jego istnieniem). Ma teraz sens wyłącznie psychologiczny i egzystencjalny: jest poczuciem bycia sobą mimo zmian
zachodzących w czasie. Ja – to wciąż „toż-sam” człowiek. Inną i
zapewne nie mniej ważną sprawą jest, czy tożsamość pojmuje się
socjocentrycznie, czy antropocentrycznie. Czy opiera się na zaimku
„my” (Polacy, Europejczycy, itp.) – czy „ja” (Polak, Europejczyk)?
Kiedy dominuje „my”, tożsamość staje się takożsamością.
Oto trzy zagadnienia, które sformułowałem jako przystawki
do rozmowy:
1. Tożsamość a pamięć. Julia Kristeva w pracy Etrangers à nousmêmes (Obcy samym sobie) pisze, że obcego najbardziej rani pytanie
o korzenie. Obcy ucieka od korzeni, zdradza je. Zastępuje korzenie
nadzieją bycia gdzie indziej, albo nawet bycia nigdzie. Czy można
uciec od korzeni? Orhan Pamuk (Stambuł. Wspomnienia i miasto):
Każdy, kto próbuje nadać sens swojemu istnieniu, przynajmniej raz
w życiu zastanawiał się nad znaczeniem miejsca i czasu, w którym
przyszedł na świat. Dlaczego urodziliśmy się akurat w tym zakątku i
tego dnia? Silke Halfmann, pastor protestancka, mówi (trochę tak,
jak w znanym dowcipie o kreciku, który wbrew swojej woli musi
wrócić pod ziemię), że od korzeni się nie ucieknie: Dla mnie ojczyzną
jest moja wioska. Tam nauczyłam się związku z konkretnym miejscem
na świecie. Ojczyzna to jest wiedzieć, skąd się pochodzi. Nie chcę tam
mieszkać. Ale to jest moje miejsce. Czy obcość i swojość to kategorie
etniczne, czy także aksjologiczne? Marlena Dietrich, Tomasz Mann
– wyrzekli się niemieckości, czy tylko jej zwyrodnienia?
2. Źródła tożsamości. Ryszard Kapuściński wspomina o czterech kulturowych źródłach tożsamości. Mogą nimi być (a) kultura
globalna, określająca tożsamość człowieka; (b) krąg cywilizacyjny,
budujący np. tożsamość Europejczyka; (c) kultura kraju czy państwa,
z której bierze się np. tożsamość Polaka; (d) kultura lokalna, zawarta
np. w tożsamości Kaszuby. Które z tych źródeł jest szczególnie
ważne? Czy w ogóle kulturowe źródła są jeszcze ważne? JeanFrançois Lyotard ma w tej sprawie poważne wątpliwości. Sądzi,
że kultura jest dziś podobna do mody albo supermarketu; że
tożsamość kulturową, podobnie jak ubranie, każdy może sobie
wybrać. Inna sprawa, że chyba miesza się w tym wypadku kulturę
rozumianą wertykalnie i duchowo (tradycja niemiecka) z horyzontalną i technologiczno-ekonomiczną cywilizacją (USA).
3. Tożsamość a język. Co to znaczy: mówić uczciwie, czyli
po swojemu? Jak uchronić się przed przejmowaniem języka
otoczenia, przed mimikrą (także językową), opisaną np. w
Migotania, przejaśnienia 26
opowieści o Proteuszu, który potrafił przyjąć dowolną postać,
tylko swojej nie mógł odnaleźć? Mimikrą przedstawioną w
filmie Woody Allena pt. Zelig? Jest to zagadnienie szczególnie
istotne, gdy uznać, że ludzkie istnienie dokonuje się w języku.
Emil Cioran mówi, że zamieszkujemy nie kraj, a właśnie język.
Skoro zatem mówimy o różnych miejscach, czyli o heterotopiach, to - pozostając przy grece użytej przez Foucaulta – może
należałoby dostosować do nich także różne języki (heteroglotty
i heteroglossy)? Może dobrze byłoby wypowiadać w tej sprawie
różne zdania (heteroprotazje)? A także dbać o to, by używać
różnych nazw (heteroonomii)? Niekoniecznie trzeba trzymać się,
pochodzących sprzed pół wieku, intuicji i dekretacji językowych
samego Michela Foucault.
OBCY
Przede wszystkim twarz. Kształt, karnacja, usta, oczy. Julia
Kristeva pisze, że kiedy obcych twarzy jest wokół coraz więcej,
tubylec reaguje emocjonalnie - oburzeniem, gniewem. Profesor Bogusław Wolniewicz tworzy hierarchię obcych opartą
na stopniu zagrożenia, jakie zwiastują. Znajduje więc kolejno
gościa, przybysza-przybłędę, intruza, najeźdźcę i prześladowcę.
Określa też stosowne formy ksenofobicznych reakcji: ostrożność
wobec obcego, niechęć, wrogość, wreszcie nienawiść. Nie
potępia żadnej z tych postaw, przeciwnie, sądzi, że są zasadne
i godne szacunku, bowiem ksenofobia nie jest reakcją bezwarunkową. To niechęć do obcych, którzy chcą wejść do naszego
domu (oikos). Ksenofobia łączy się z oikofilią niczym naczynia
połączone: tym większa miłość do „domu” (siedliska, tradycji),
im większa niechęć do obcych. Jak widać, miłość ma - w tym
tylko wypadku, czy w każdym, trudno powiedzieć - charakter
negatywny, wyrasta z reakcji przeciw komuś trzeciemu. Brzmi to
dość przygnębiająco, niewykluczone jednak, że profesor Wolniewicz zmieni swe stanowisko także w tej sprawie. Słyszałem, jak
mówił w Radiu Maryja o potrzebie ostatecznego przetrącenia
karku komunie, a przecież wiele osób pamięta, że przed laty
był jedynym w środowisku gdańskim filozofem, który zwracał
się do kolegów per towarzyszu. Jeszcze dużo później, podczas
jednego z gdańskich spotkań poświęconych problematyce
śmierci, kategorycznym tonem stwierdził, że Boga nie ma i że
niebo jest puste. Coś podobnego na temat nieba mówił także
pułkownik Mirosław Hermaszewski, ale ten przynajmniej był
wcześniej w kosmosie.
Dlaczego „obcość”, która jest przecież równoznaczna z „mniejszością” – z małą liczebnością, grupową słabością – budzi strach
i wywodzącą się z niego agresję? Arjun Appaduraj (amerykański
antropolog kulturowy, z pochodzenia Hindus) twierdzi, że wynika
to z potrzeby zachowania tożsamości zbiorowej. „My” kształtuje się
w opozycji do „oni”. Wątła, zagrożona w swej trwałości tożsamość
większości staje się tożsamością drapieżną: wymaga zagłady
innych zbliżonych tożsamości. Słaba mniejszość zagraża właśnie
dlatego, że jest słaba - relacją z nią jest mało skontrastowana,
więc trzeba ją wzmocnić poprzez wywołanie lęku i poczucia
zagrożenia. Dopiero względna chociażby symetria powoduje,
że pojęcia większości (swojości) i mniejszości (obcości), oraz
związane z nimi odczucia zanikają.
Mówił o takim świecie Zbigniew Herbert. Kiedy wspominał
w radiu Czerniowce, porównywał je do swojego ukochanego
Lwowa: (...) starcie wielu, wielu kultur, tam był uniwersytet, nie
wiem, ilu mieszkańców, miałem zajrzeć do encyklopedii, ale... może
sto, dwieście [tysięcy] powiedzmy. Żydów sefardyjskich, Ormian,
Polaków zdaje się nie było tam dużo, Rumunów, różnych kręgów
podkultury tak zwanej, ludzi z Bukowiny, którzy stanowili rodzaj
narodu jak Huculi, powiedzmy, których Vincenz tak pięknie opisał,
i to tworzyło... Tak jak we Lwowie, ci Ukraińcy, mam to w rodzinie:
nie mam w ogóle Polaków, tylko Anglików, Austriaków, Niemców,
Niemców najmniej na szczęście, babcia z Armenii. I to wszystko
było absolutnie normalne. I mam mówić do narodu, który jest w
stu procentach czysty! Stuprocentowy Polak jest stuprocentowym
idiotą. A w innym miejscu, w rozmowie z Jackiem Trznadlem: Dla
mnie Polska bez Żydów, bez Ukraińców, bez Ormian (...) – przestała
być Polską. Ten ideał jednonarodowego państwa jest ideałem
faszystowskim, co tu dużo gadać. I to jest zbrodnia, bo kulturze
polskiej wielonarodowość dawała kolosalne szanse. Karol Wojtyła
w Pamięci i tożsamości wypowiada rzeczy bardzo podobne:
Pamiętam, iż co najmniej jedna trzecia moich kolegów w szkole
powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. (...) A to, co u niektórych
z nich mnie uderzało, to był ich polski patriotyzm. A więc polskość
to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie.
Wydaje się jednak, że ten „jagielloński” wymiar polskości, o którym
wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś
oczywistym.
Nie zdziwiłem się, widząc błysk prywatnej satysfakcji na twarzy
Emmanuela Olisadebe, gdy – grając już w jednej z zagranicznych
drużyn - zaraz na początku meczu strzelił bramkę Wiśle Kraków. Po
tych wszystkich epitetach, jakimi go określano („asfalt” należał do
najczęstszych i nie najbardziej dosadnych), po skórkach bananów
rzucanych na murawę, łatwych osądach jego niby to migania
się od reprezentacyjnych występów, nawet święty zapałałby
gniewem. Rasistowskie okrzyki padają wciąż z trybun, pojawiają
się też w prywatnych rozmowach.
– No i masz, znowu ci kolorowi – westchnął Marek B. widząc
dwóch Azjatów wchodzących do baru w którym piliśmy wino.
Wściekłem się. - Kolorowi? A ty co, przezroczysty jesteś? Bezbarwny? Nie widzisz swojej skóry, różowej jak u prosiaczka? Milczał
przytłoczony wybuchem, widziałem na jego twarzy zaskoczenie
związane z odkryciem, że też jest kolorowy.
Gazeta literacka
ZASADA NIEOZNACZONOŚCI
Jedna z interpretacji zasady nieoznaczoności Wernera Heisenberga (najmniej interesująca, twierdzi znajomy atomista, ale
jedyna, jaką potrafię pojąć) mówi o tym, że samo patrzenie na
mikrocząsteczkę wywołuje w niej zmiany. Nawet najmniejsza
drobinka światła, która przebędzie drogę od oka do elektronu i
z powrotem, okaże się zbyt brutalną siłą jak na wrażliwość badanego obiektu. Kiedy światło odbije się od elektronu - wytrąci go z
dotychczasowego położenia i przyniesie obraz rzeczywistości już
nieistniejącej, zmienionej pod wpływem patrzenia. Obserwacja
czyni sama siebie nietrafną, zaś obserwator staje się kreatorem
mikroświata.
Odmienne interpretacje dotyczą także skutków wywoływanych
przez alkohol. Są tacy, co twierdzą, że wódka otwiera duszę
pijącego i ujawnia to wszystko, co znajduje się w jej najgłębszych
otchłaniach. Inni mówią, że wódka niczego nie ujawnia, lecz
– podobnie jak światło wobec elektronu – pokazuje swą moc
sprawczą, polegającą w tym wypadku na destrukcji normalnej
do tej pory psychiki: upicie się jest psychozą. Krystian Lupa,
komentując swą pracę nad spektaklem Factory 2, zwraca uwagę
na stany nieodległe od psychozy, na zatracanie się aktora w
roli. Nazywa te stany „wywoływaczami” osobowości. To bardzo
prawdopodobne, że można wywołać w człowieku zachowania,
których możliwości sam by nawet nie podejrzewał; że można
wydobyć zeń – za pomocą perswazji, szantażu emocjonalnego,
„aresztów wydobywczych”, czy jakichś innych sposobów – bardzo
wiele. Dwudziestowieczni egzystencjaliści francuscy – zwłaszcza
po doświadczeniach drugiej wojny światowej, która pokazała
ludzi zdolnych zarówno do najwyższej szlachetności, jak i do
najgorszego zbydlęcenia - skłonni byli widzieć człowieka jako byt
potencjalny. Człowiek to projekt rzucony w niebyt przyszłości, pisał
Jean-Paul Sartre: może być wszystkim, lecz jest niczym, dopóki nie
podejmie decyzji, na którą jest jak widać skazany. Sama decyzja
jest aktem sytuacyjnym, zależnym od wielu czynników.
Toczy się właśnie dyskusja na temat prowokacji stosowanych
przez Centralne Biuro Antykorupcyjne – ujawniają tylko, czy raczej
wywołują naganne zachowania? Pułapki, oparte na analizie psychologicznej upatrzonych „kandydatów”, zastawiane są zazwyczaj
na ludzi chwiejnych osobowościowo, może też przeżywających
kryzys związany z wiekiem bądź z sytuacją rodzinną, jednak nie
wykazujących zrazu wyróżniających ich przestępczych skłonności.
Dostrzega to nowy szef Agencji: Jeżeli nie rozróżniono, co jest zdobyciem zaufania, a co stworzeniem zależności i więzi emocjonalnej,
zaspokojeniem miłości, to niedobrze. Działania tego typu nie mogą
polegać na niszczeniu komuś życia poprzez rozkochanie i porzucenie.
(...)zakochane osoby zachowują się irracjonalnie. Agent (piękny,
czuły i bogaty „Tomek”), który poprzez sprawną donżuanerię
zyskał uczuciowy wpływ na ufającą mu bezwarunkowo panią
Beatę Sawicką i zdołał namówić ją do zachowań sprzecznych z
prawem, przypomina kogoś, kto najpierw uwiedzie mężatkę, by
zaraz potem nazwać ją z obrzydzeniem pospolitą kurwą. Zdaniem
jego dotychczasowego szefa, Mariusza Kamińskiego, „Tomek”
realizował operacje specjalne wymagające najwyższego zaangażowania i profesjonalizmu. Rzeczywiście, żeby zdekonspirować
Weronikę Marczuk-Pazurę został jej kochankiem, to w końcu
nic nadzwyczajnego w tak wymagającej służbie. Czy jednak nie
posunął się za daleko w swym ideowym oddaniu, pozwalając
się przedstawić matce zakochanej ofiary, co chyba kłóci się z
rygorami tajniackiego profesjonalizmu?
Chrześcijanie modlą się do Boga, żeby ich nie „wodził na pokuszenie” i widać, że nie są to prośby daremne; w końcu to nie kto
inny jak szatan trzykrotnie kusił Chrystusa (na pustyni, w Mieście
Świętym, na wysokiej górze). Prowokacyjnym próbom charakteru
– podobnym do tych, jakie przeszedł Chrystus – poddawano po
wielokroć podczas szkoleń agentów tajnych służb. Czy znaczy to
jednak, że można je stosować, na przykład w postaci tandetnych
usług płatnego żigolaka, wobec zwykłych obywateli,i, sprawdzaćć
ich hart i odporność na diabelskie podszepty?
ESPRIT
Tyle rzeczy irytuje mnie we Francji i tyle rzeczy pociąga,
ąga, to samo
o
tyczy samych Francuzów. Bezradność pojawia się wtedy, gdy
próbuję nazwać te rzeczy, zobaczyć je z osobna i potem jakoś
składać - w co właściwie? W charakter narodowy? Lokalną
kalną urodę
ludzi tu mieszkających? Szkoła, bicie po twarzy uczniów.
czniów. Brutalność policjantów na komisariatach. Patriarchalizm
m prowincji
(wspaniale pokazuje go w filmach Jean Gabin). Le petit
tit déjeuner:
niepowtarzalne miny i gesty towarzyszące łamaniu
iu bagietek,
maczaniu w kawie rogalików, nadziewanych czekoladą
dą croissantów, czytaniu i komentowaniu gazet. Muzyczność języka,
yka, kwarty i
kwinty dające się usłyszeć w zwyczajnych: - Ca va? – Qui, ca va, et
toi? Ca va? Miał stuprocentową rację Maurice Chevalier
lier mówiąc,
że nie może posługiwać się tym językiem ktoś, kto pozbawiony
jest trwałego wewnętrznego uśmiechu.
Ta bezradność podnosi jeszcze poziom irytacji, bo przecież
c
nie ma wątpliwości, że jest coś, co wymyka się wszelkim
zelkim próbom językowego uchwycenia. To „coś” od razu odnalazłem
nalazłem w
wywiadzie, jakiego udzieliła niespełna osiemdziesięcioletnia
sięcioletnia
ęcioletn
Jeanne Moreau. Prostota wypowiedzi, w której słychać
hać
ać uśmiech
przepojony zapachem palonego papierosa. Humor
orr podszyty
ds y
cieniem egzystencjalnej samowiedzy, a wszystko spowija
wija łagodny
sarkazm. Dziennikarz wspomina o pewnym krytyku
ku paryskim,
paryski
którego zdaniem aktorka prowadziła życie tarzając się w cielesnych uciechach. I słyszy w odpowiedzi: - Lubię gotować.
wać. Ale jego
nigdy nie częstowałam.
Janusz Taranienko
sceptycyzm
ojcu edwardowi konkolowi, s.w.
ja sceptyk
modlę się o własne oświecenie
mnie niedowiarkowi
składają się ręce w znak krzyża
gdy pogrzebny ojca kościół mijam
przypadkiem
ja racjonalista
nie znam odpowiedzi na proste pytanie
czy chcesz by bóg był twoim ojcem
taka to ta moja wiara
sobiepańska modlitwa
ułomna
bezbożna
kaleka jak grzech
każdego powszedniego
chleba
lecz wiem
jeżeli niebo istnieje
to brzmią tam bacha koncerty na skrzypce
te które grałem matce
nim przybył kapłan
z ceremonią
..............................
ja sceptyk
modlę się o łaskę oświecenia
03-16 lipca 2006
***
synowi
całkiem niedawno
ty byłeś mną
używałeś moich źrenic uszu palców języka
a moje zdanie
przekształcało znaki zapytania w
prostoliniowe drogowskazy
teraz
gdy umiesz już odróżniać smaki kolory
dźwięki
kiedy potrafisz
potra
rafiszz oznaczyć przestrzeń
przzesstrzeeń miarą
tęsknoty
zaś przeszłoś
ość liczyć
lic
tyle
przeszłość
ile waży dzisiaj
dzis
isiajj
teraz więc dosyć
do yć
bym ja
był tylko mure
rem
murem
rys. Joanna Grochocka
17
POEZJA
Eda Ostrowska
xxx
Taka mała muszelka
mój synek
dlaczego stopy rani
i dokąd bieży
kiedy zorza
w pierzynach fal
żal
Kołobrzeg, 2 sierpnia
Roku Pańskiego 2008
xxx
Korabie na niebie
dmuchawce fal
moce omdlenia
i w koszu owoce
gdzie jesteś siostro
przyjaciółko moja
najlepsza cząstko
Kołobrzeg, 3 sierpnia
Roku Pańskiego 2008
xxx
Urodo świata
wierna żono
masko przecudna
i natchniona
bierzesz w ramiona
dziada
Kołobrzeg, 4 sierpnia
Roku Pańskiego 2008
xxx
Jak dobra gwiazda
łaska
w godzinę śmierci
morze dziś przyjazne
w klejnoty zasobne
dobro czyniące
Kołobrzeg, 7 sierpnia
Roku Pańskiego 2008
xxx
Pora wracać
do swoich
kątów i pająków
zostawić morze
w białym czepcu
niespokojne
jak serce
Kołobrzeg, 6 sierpnia
Roku Pańskiego 2008
xxx
Nie jest dobrze
dla człowieka
żyć w niezrozumieniu
pośród skorpionów i hien
wodo jak kryształ
i błogosławieństwo
wzmocnij mnie
Kołobrzeg, 7 sierpnia
Roku Pańskiego 2008
Julia Łukasiak
Iluzjonistka
rys. Joanna Grochocka
krążyła od wazy do dzbanka
zapominała się w tym tańcu
pogrążona w domowej hipnozie
ujmowała książki czule w dłonie
zapominała się w tym tańcu
wśród szelestu tysięcy kartek
ujmowała książki czule w dłonie
pocierała jak magiczną lampę
wśród szelestu tysięcy kartek
wszystko znikało pod powiekami
pocierała jak magiczną lampę
zmęczone czytaniem oczy
Tancerki
wszystko znikło pod powiekami
kot wprowadził sen przez ucho
zmęczone czytaniem oczy
zasnęły słodkim snem bez czasu
Źródło
Kolejna urodzinowa kartka z pozytywką.
Ostrożnie ją otwiera i zamyka się
na wszystkie inne możliwości.
Wtedy po raz pierwszy pojawia się myśl,
że we wszystkich książkach czekają
uśpione miliony dźwięków.
A szelest kartek to tylko namiastka.
Jak mruczenie kota w drugim pokoju
- pewność, że tam jest źródło ciepła.
18
Odpukaj w niemalowane
nagrzane liście pachną jak plaster miodu
dopiero wieczorem dowiaduję się
że to zapach zbyt nagłego końca lata
które mogło trwać o kilka wdechów dłużej
popatrz tuż obok dyszy malarka
gdy zapach sadu miesza się z farbami
ona próbuje uchwycić skrzydła motyli
rzekłbyś jednym pociągnięciem pędzla
zamyka tubki i już wie że pod motylami
od tylu dni dojrzewały tegoroczne spady
nic nie mów tylko odpukaj je
w nienamalowanym szkle
Ich głowy zakuto w koczki
ciała wyrwano z kokonów
znaki rozpoznawcze
zamaskowano starannie
Bawiły się w dorosłość
w przyciasnych pointach
a nie na obcasach
tańczyły do pierwszej krwi
Odbite linie bez szlifów
w krzywych zwierciadłach
o rytmie monotonnym
doskonalsze co dnia
A od święta witraże:
poszatkowane ciało
złączone pępowiną
teatralnego światła
Migotania, przejaśnienia 26
Marcin Czeczko
Było świetliste, złociste, poza tym nic nie istniało oddzielnego,
innego, a tylko to, jedyne i czułe, które połyskiwało i jaśniało
wszędzie, obejmując i ogrzewając tak przyjemnie.
Aż oddzieliły się z tego dwie iskierki nagle, punkciki dwa w
lśniącej poświacie wzniosły się wysoko ponad, i były wpatrzone,
były dobre i roześmiane, zaś otaczające je światło zgęstniało
nasycone promiennym lśnieniem, po czym wyłoniła się z niego
twarz mamy.
Wyszła ze światła, a ono stało się przez ten ubytek bledsze,
i coraz więcej w nim nowych powstawało iskierek, te również
odbierały moc światłu, gdy rozbłyskiwały nagle i krążąc wokół,
zakreślały coraz większą przestrzeń, jaśniejąc migotliwie to tu,
przypominać się stamtąd będzie, gdy usłyszę słowo „marzyć”, jeśli
pomyślę o marzeniu, już zawsze ten cudowny profil zapali się we
wnętrzu mojej myśli, jak wolframowy pręcik w żarówce.
Aż w pewnej chwili pojąłem, że nikogo wokół mnie nie brakowało, bo była mama i był tata, o których najpierw myślałem,
że są mną, tylko trochę na zewnątrz, lecz potem stanęli obok, i
okazało się, że wszystko było od zawsze ustawione na swoim
miejscu, takie oczywiste, doskonałe i pełne. I może dopiero, gdy
zjawiła się siostra, a brat zaraz po niej, porządek na moment
się zachwiał, wtargnęli weń intruzi, ale i oni wkrótce okazali się
być częścią świata od zawsze. Więc nic się nigdy nie zmieniało,
chociaż poświata wokół mnie bladła, galaktyki iskierek znikały,
lecz nawet to było odwieczne, przecież od samego początku
moje światełka matowiały i spadały, wnikając gdzieś we mnie,
zapadając mi w pamięć, jak małe gustowne bibeloty. Wciąż
powiększała się moja kolekcja.
Dla której miałem coraz większą przestrzeń, a w niej ciągle
miejsca więcej, bo coś zaczęło się dzielić we mnie na mniejsze
i mniejsze elementy, coś rozdrabniało się w nieskończoność, a
niektóre cząsteczki tego okazywały się dobre, zaś inne złe, po
czym jedne i drugie układały się w obrazki, niezwykłe scenki
i kompozycje, zawsze ze mną w tle, albo raczej wokół mnie, i
zasłaniały powoli wszystko inne, zaczynały odgradzać mnie od
wszystkiego innego.
rys. Joanna Grochocka
Katedra
Strzelistą wieżę wzniesiono ku Bogu ponad dziesięć wieków temu.
Początkowo, jak reszta kościółka ufundowanego ku chwale Pana,
na pożytek wiernym, dla wzmocnienia władzy i krzewienia chrześcijaństwa, była w całości drewniana, wycięta z pobliskich lasów,
w których zresztą nowinka chrześcijaństwa jeszcze wówczas się
nie przyjęła. Dopiero mniej więcej w czasie, gdy pewien człowiek
orzekł: „zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”, postanowiono
nadać kościołowi bardziej trwałą, godniejszą i nadążającą za trendami w ówczesnym budownictwie sakralnym formę kamienną.
Sto czy też dwieście lat później awansowano świątynię do rangi katedry, następnie zburzono wieżę, a na jej miejsce wzniesiono dwie większe – nieustannie poprawiano coś lub stawiano od
nowa, jak w kalejdoskopie zmieniały się ołtarze, witraże i prezbiteria. Kto ma ochotę oraz cierpliwość, może prześledzić rozwój
budowli na podstawie zachowanych dokumentów.
Czas mijał, a katedra stawała się coraz potężniejsza i szacowniejsza, choć nie obywało się bez perturbacji. Na przykład w początkach XVI wieku, gdy znaczna grupa bogatych mieszczan odmówiła bywania na nabożeństwach z uwagi na obraz pędzla pewnego włoskiego artysty, umieszczony w sąsiedztwie ołtarza, który zdał im się, jak stoi w kronikach, zbyt fircykowaty.
Romanizm, gotyk, renesans, barok w końcu się przemieszały, bo
katedra zmieniała szatę, lub chociaż dodatki, po każdej rewolcie
w architekturze, niczym wytworna dama nadążająca za modą.
Los jednak, w przeciwieństwie do architektów i kapituły, nie
pieścił się z nią; aż dwukrotnie świątynia została niemal doszczętnie zrujnowana.
Roku pańskiego 1459, gdy pożar, który wybuchł w jednej z sąsiednich kamienic i strawił cały kwartał ulic, przeniósł się również na
wciąż drewnianą przykościelną kapliczkę, a z niej do wnętrza katedry. Zginęło owego dnia 37 osób, w większości bogaci mieszczanie
oraz ich służba, zginęła Marianna, przekupka z rynku, żona miejskie-
Gazeta literacka
go kata i kochanka wikarego, który do końca życia nie umiał wybaczyć sobie, że jego grzeszne ciało ściągnęło na świat tyle gniewu
bożego. W kronikach można znaleźć zapis o pożarze miasta i spalonej katedrze, ale ani słowa o Mariannie czy wikarym.
Zimą i wczesną wiosną 1945 roku radziecki ostrzał artyleryjski
oraz naloty omijały świątynię, pozostawiając ją przez wiele tygodni nietkniętą. Sąsiednie budynki zmieniały się w gruz jeden po
drugim, a ona wciąż stała, niepokalana, z wieżami wytkniętymi
w niebo, nieczuła, zdawałoby się, na skutki pożarów oraz bomb.
Gdy raptem cichły odgłosy eksplozji, obie katedralne wieże pewnie wyłaniały się z otchłani pyłu i dymu, niewzruszenie przecząc
wojnie oraz zdrowemu rozsądkowi, urągając losowi innych płonących kościołów, grzebiących ludzi domów i przepadłych bez śladu
ulic. Stojąc wciąż bezdusznie wbrew całemu miastu, które przypominać komuś siebie mogło już tylko na zdjęciach. Byłżeby to jakiś
znak? – gubiono się w domysłach – Lecz jak go odczytywać? Dla
niektórych znaczenie fenomenu było oczywiste. Już 7 kwietnia
gauleiter Hesse wystosował do komendantury garnizonu oficjalne pismo z żądaniem natychmiastowego zburzenia kościoła. Argumentował w nim, że bolszewicy kpili sobie w żywe oczy z obrońców miasta za pomocą katedry, bezczelnie prowadząc ostrzał w
ten sposób, aby jej wieżom nie stała się najmniejsza szkoda. Miała
to być wedle gauleitera typowa dla czerwonych błazeńska sztuczka propagandowa, obmyślona, aby zaprezentować wszechwładną rzekomo potęgę komunizmu, który jako jedyna w świecie moc,
władny jest decydować, co wojnę przetrwa, a co nie.
Swoją opinię na temat znaczenia górujących nad miastem wież
mieli też saperzy z garnizonu miasta – ci, jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia, poczęli masowo produkować raporty, z których
wynikało niezbicie, iż obiekt takich rozmiarów, musi stanowić dla
wrogiej artylerii oraz lotnictwa doskonały punkt orientacyjny. W
związku z czym sugerowali bezzwłoczne zlikwidowanie elementu
architektonicznego w postaci dwóch przyłączonych do katedry
wież. Natomiast wedle plotek, którymi wymieniała się ludność
cywilna stłoczona w przerobionych na schrony piwnicach, bolszewicy mieli zwyczaj oszczędzania najwyższej budowli w każdym ze zdobywanych miast, aby w dzień triumfu umocować na
jej szczycie gigantycznych rozmiarów portret Stalina.
Uporczywe trwanie kościoła raziło obrońców aż do piętnastego kwietnia. Rano tego dnia naczelny dowódca garnizonu
gen. Emil Steiger, zniecierpliwiony zamieszaniem wokół tak błahej jego zdaniem sprawy jak istnienie bądź nieistnienie jakiegoś obiektu o niskim znaczeniu strategicznym, podpisał wreszcie rozkaz zburzenia wież - lecz jak się niemal natychmiast okazało: nadaremno. Walczący o miasto czerwonoarmiści już bowiem
od dawna podejrzewali, iż wróg ulokował w jednej z katedralnych wież obserwatora artyleryjskiego, odpowiedzialnego za
zabójczo precyzyjny ogień niemieckich haubic. Meldunki w tej
sprawie przedarły się wreszcie przez wojskową biurokrację do
świadomości wyższych dowódców radzieckich, skutkiem czego
dokładnie w chwili, gdy niemiecki komendant podpisywał swój
rozkaz, eskadra Iłów ponowiła sfuszerowany kilka tygodni wcześniej nalot na katedrę.
Nim legła w gruzach, pewien pułkownik artylerii o nazwisku
Schleiermacher, zauroczony był już otaczającą kościół dzielnicą.
Przypominała mu jego rodzinne Kaiserslautern. Odkąd jesienią
1944 roku przydzielono go do garnizonu i wyznaczono kwaterę w pobliżu katedry, uliczki wokół niej stały się jego ulubionym
miejscem spacerów, które odbywał za każdym razem, gdy chciał
spokojnie pomyśleć.
– Zaniosę jej puszkę kawy i amerykańską czekoladę dla dzieci – myślał na przykład - a jeśli to w połączeniu z winem nie
zadziała, pójdę do burdelu. W końcu trzeba żyć pełnią życia,
póki można.
Czasem zaglądał też do samego kościoła i kazał prowadzić się
na szczyt jednej z wież, aby przez lornetkę podziwiać widoki.
– Jak długo wytrzymamy? Miesiąc, może dwa, tylko po co? Po
co niszczyć to piękne miasto? – pytał później przy wódce zaufanych oficerów.
W momencie, gdy radzieckie samoloty rozwiązywały kwestię
wież, pułkownik Schleiermacher pod pozorem wizytacji punktów obserwacyjnych artylerii, znajdował się właśnie na szczycie
jednej z nich. Jego roztrzaskany hełm znaleziono kilka lat później w gruzowisku i wrzucono do rzeki. Do dziś tam spoczywa,
pod dnem, i pewnie będzie leżał jeszcze długo zanim wreszcie
wydobędą go przy pogłębianiu.
19
OPOWIADANIA
Początek
to tam, w obcej twarzy, w jakimś głosie, wirowały sobie te ogniki
zabawne i radosne.
Wirowały i niepostrzeżenie się odmieniały, wciąż ulotne jeszcze,
lecz w ich odmianach poczynało jawić się już coś materialnego,
niezgrabniejszego, aż pewnego dnia zaczęły z nich tworzyć się
słowa.
Może tylko zaczątki słów. Drobne w iskierkach nieprzejrzystości,
grudki w zupie świetlistej, maleńkie czegoś drobinki, co wzajemnie się przyciągały i grawitowały ku sobie, gdy już obciążyła je
ta krztynka znaczenia, od której zaraz ciemniały i z nią w sobie
majestatycznie opadały , ustalając się w przedziwne konstelacje,
obejmujące już całe gromady iskierek, miriady roziskrzonych
galaktyk, które zachęcająco migotały, gdy chodziłem za nimi
po słonecznym pokoju i próbowałem je chwytać, lecz były zbyt
odległe i w lot przenikały się z rzeczami, lub z sobą nawzajem,
opadając wciąż niżej i niżej pod stale ogromniejącym ciężarem
i coraz więcej iskierek przechodziło ten proces, gdy bawiłem się
klockami, oglądałem obrazki w książce, galaktyki iskierek spadały
wokół jak płatki śniegu coraz częściej, coraz gęstsze, bardziej
masywne i ciemniejsze, wciąż jednak z jakiejś głębi świecące tym
swoim światłem, lecz już zamkniętym w skomplikowanej figurze
geometrycznej, kolorowej intensywnie, lub w bryle, rubinowoszmaragdowej, albo w kobiecym przedziwnie bursztynowym
profilu, który spadł sobie raz w jakiś zakamarek i już zawsze
o
g
e
i
k
c
y
z
r
d
e
i
B
a
z
s
o
ł
Mi
„Akslop” Miłosza Biedrzyckiego to niewątpliwie najbardziej rozpoznawalny jego wiersz, publikowany niemal we
wszystkich antologiach poezji po przełomie w 1989 roku.
„Akslop” to Polska – pisana wspak. Biedrzycki pisze jednak
przewrotnie, myląc tak czytelnika:
Dla Świetlickiego polskość jest ciężarem, który musi
dźwigać jako poeta – zniewalającym społecznym obowiązkiem – jaki czuli Norwid i Baczyński. Kulą u nogi,
kłodą – o które „zahacza język”. Polska jest jednocześnie
romantyczną kochanką – ale i dziwką, przez którą podmiot
wiersza cierpi:
„Akslop, może to jakieś duńskie miasto”.
Dania to ojczyzna Hamleta, księcia Danii, który wysłany
przez Klaudiusza do Anglii napotyka wojska norweskie
maszerujące na Polskę pod wodzą Fortynbrasa. Szekspir
słabo znał geografię – Biedrzycki ma prawo udawać trochę,
że też jej nie zna.
Prosty zabieg pomaga czytelnikowi – który żyje z Polską
na co dzień, na chwilę się zatrzymać, zastanowić – spojrzeć
na kraj z dystansem, pomyśleć, czy to aby rzeczywiście nie
jakieś miasto w ojczyźnie Hamleta i Andersena. W tym
krótkim zdaniu mamy oprócz palindromu jeszcze jeden
zabieg – redukcję państwa, czy też kraju do miasta-państwa – czegoś na kształt greckiego polis. Wprowadzenie
elementu obcości i redukcja obszaru pozwalają ogarnąć
całość problemów, spojrzeć na Polskę innymi oczyma –
turysty, osoby przebywającej czasowo:
„jestem tu przejazdem, co prawda na nieco dłużej...”.
Co turysta widzi po przełomie? Na pozór duński obrazek:
„ministrowie rolnictwa
usiedli na bańkach z mlekiem i zatarasowali”
Dania to kraj kojarzący się z wysokorozwiniętym rolnictwem i przetwórstwem. W ten krajobraz duńsko-polski
poeta wprowadził element komizmu, kolorytu Polski
początku lat 90. i powszechnych wtedy protestów rolniczych.
W tym kolorycie pojawiają się także „lokalne osobliwości” jak „Diwron,/ czy Cziweżór”. Używając palindromów
autor ingeruje w język – zwracając uwagę także na jego
fonetyczne i ortograficzne osobliwości – uznawanego za
bardzo twardy i dźwięczny wśród języków słowiańskich.
Biedrzycki jest na te zjawiska wyczulony – ponieważ z
domu jest dwujęzyczny. Wszak jest synem wybitnego
słoweńskiego poety Tomaža Šalamuna.
Te obco brzmiące nazwiska, to oczywiście palindromy
utworzone od nazwisk Norwida i Różewicza. Można się
zastanawiać, dlaczego autor wybrał tych poetów. Powody
mogą być trzy. – Są to mniej znani na świecie poeci i pisarze
od na przykład Miłosza i Gombrowicza, a wysoko cenieni
w Polsce – uważani za „sumienie narodu”. – Mogą więc
uchodzić za „lokalne osobliwości”. Palindromy ich nazwisk
brzmią dosyć oryginalnie i egzotycznie dla „polskiego
ucha” – a jednocześnie da się je odczytać na głos; czego
nie dałoby się raczej zrobić z palindromem od nazwiska
Gombrowicz. Trzecia przyczyna może wiązać się z Marcinem Świetlickim i jego wierszami z „Zimnych krajów”
poświęconymi tematowi Polski: „...SKA”, dwoma wierszami
o tytule „Polska”, jednym „Polska 2” i z wierszem „Dla Jana
Polkowskiego”. W tym ostatnim znajdujemy podobną, nieco
dłuższą wyliczankę „lokalnych osobliwości”:
„Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem
głodny, samotny, my dwoje, nas czworo,
nasza ulica – mówią cicho: Wanda
Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid,
Józef Piłsudski...”.
„Akslop” Biedrzyckiego, acz może funkcjonować samoistnie, to jest jednak ukrytą polemiką z Marcinem Świetlickim
i jego wierszami poświęconymi Polsce.
Na powinowactwa wskazuje jeszcze jeden fragment ze
Świetlickiego. Miłosz Biedrzycki w swoim wierszu redukuje
Polskę do polis, Świetlicki zaś w wierszu „...SKA” pisze tak:
„Dlaczego twój niepokój tak obraca się wokół
wyrazów: niepodległość, wolność
równość, braterstwo, Polska jest od morza do morza,
bezrobocie, podatki, „Gazeta Wyborcza”?
Czy nie wiedziałeś, że są to małe wyrazy?
Czy nie wiedziałeś, że są to wyrazy najmniejsze?
Dlaczego właśnie o nie
zahacza twój język?
„która wybiera sobie tego, którego akurat
ty nienawidzisz, który znęca się nad nią i wbija w nią
gwoździe.
Przez nią siedzisz w więzieniu, przez nią jesteś głodny”.
Świetlicki złorzecząc ojczyźnie-kochance przywołuje
jednocześnie obrazy z celi Konrada. Można tu znaleźć
podobne obrazy jak w „Wiośnie” Juliana Tuwima:
„Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki,
ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą!
Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki,
Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom!”
Bohater liryczny wierszy Świetlickiego to zdradzony
kochanek – zdradzony przez ojczyznę. To bardzo polskie,
romantyczne. Ale odrzucenie ma jeszcze inne powody –
literackie. W drugim wierszu „Polska” wyraźnie wzoruje
się na słynnych poematach Allena Ginsberga „Skowyt” i
„Ameryka”. Porównajmy – Ginsberg:
a kończy ten wiersz tak:
„w nocy budzi mnie bicie bębnów i jazgot tureckich piszczałek
w ciszy wpatruję się w sufit, jakbym miał dokądś jechać,
jakbym miał złapać hiva i umrzeć, jakbym dawniej latał
cały
teraz tylko sadza”.
To jakby sceny z pobytu Mickiewicza w Ankarze-Konstantynopolu i Polonezköy – czyli dawnego Adampola
założonego przez Adama Czartoryskiego w 1842 roku
– przeniesione, a raczej skompilowane z czasem obecnym. Dalszy ciąg osobliwości państwa-miasta Akslop.
Wędrując po Europie: Danii, Polsce, Bałkanach, Słowenii
i Konstantynopolu – wszak to też Europa (w granicach
Turcji), Biedrzycki jawi się raczej ciekawym historii i świata (i
Polski) turystą, badaczem, niż zdradzonym romantycznym
wieszczem-tułaczem.
Fragment książki „Licznik Geigera - 20 najważniejszych współczesnych wierszy polskich”. Zrealizowano przy pomocy środków
budżetowych Samorządu Województwa Śląskiego. (proszę dodać
logo województwa śląskiego)
Projekt winiety: Mira Kostyła.
„Ameryko oddałem tobie wszystko a teraz jestem
niczym.
Ameryko dwa dolary i dwadzieścia siedem centów 17
stycznia, 1956.
Nie mogę znieść własnych myśli.
Ameryko kiedy zakończymy tę ludzką wojnę?
Pieprz się swoją bombą atomową.
Nie czuję się zbyt dobrze daj mi spokój.
Nie napiszę żadnego wiersza dopóki nie znajdę się we
właściwym stanie umysłu.
Ameryko kiedy będziesz anielską?
Kiedy zdejmiesz swoje ubranie?...”
[„Ameryka” - Tłum. Marcin Walkowiak]
A teraz Świetlicki w jednym z wierszy zatytułowanych
„Polska”:
I kiedy ustawimy się rzędem przed magazynem broni,
śmierdząc jeszcze snami,
i kiedy ona dotyka mnie mokrym palcem w kinie, a żebym
wiedział, że płacze,
i kiedy drugi dąb w ogrodzie zostaje sprzedany, i dostaję
za niego swoją część,
i kiedy ogniomistrz wrzeszczy do mnie ty skurwysynu, a ja
blednę i mówię do niego oczami,
i kiedy jestem upiorem Dworca Centralnego...”.
Nie ma wątpliwości, że na romantyczną wizję Polski
Świetlickiego nałożyła się inna, bitnikowska kalka. To nie
jest Gombrowiczowskie uwolnienie od Polski i jej kompleksów. Niechęć do Polski została zdwojona – przez niechęć
Ginsberga do Ameryki. Tymczasem wiosna Biedrzyckiego
jest inna. Traktuje Polskę i polskość z większym dystansem,
ale i sentymentem – rozdzielając funkcje ojczyzny, cierpień
od niej i rolę kochanki:
„kochałem tutejsze dziewczyny,
policja parę razy przegoniła mnie po
chodnikach. mieszkańcy są bardzo serdeczni,
namawiają, żebym został na dłużej”
Uliczne zamieszki i bójki z policją, to też element lokalnego kolorytu – rzec by można: taki kraj – „Pomarańczowa
Alternatywa”. Bohater liryczny Biedrzyckiego „bawiąc przejazdem” w „duńskim Akslop” nie stroni od romansów i podkreśla tradycyjną gościnność mieszkańców – jaką chwalą
się Polacy: „namawiają, żebym został na dłużej”. Wyłania się
obraz Polski jakby z „Pana Tadeusza”. – W innym z wierszy,
zaczynającym się od tych słów Biedrzycki pisze:
„Dobry wieczór, nazywam się Mickiewicz, jestem
Białorusinem, pierwszy w Polsce pisałem jak O’Hara (...)//
właściwie przestałem pisać, czasem opowiadam klechdy
o Polsce”
rys. Joanna Grochocka
Czy nie wiedziałeś, że tym wszystkim rządzi ta szczupła
dziwka? ta którą kochasz a raczej masz na nią ochotę”
20
Migotania, przejaśnienia 26
karolina. list szósty
Sławomir Hornik
karolina. list trzeci
śmieję się. Wiem, że ma rację i boję się,
że nie zamieszkam w szczegółach. Ciągnie
od gwiazd, więc piszę, że rano wstanę
ze szronem na palcach. Nie, nie śpię z nią,
Co będzie świętym znakiem da się poznać,
dotknąć, przeniknąć, wypali od środka znamię.
Blizna będąca mapą między Ś. a O. Gdy któreś
z nich napotkasz na niej, wiedz: nie musisz
dzielą nas jakieś cztery ciała, żeby razem
zasnąć i się obudzić musimy spędzić
kilka wakacji więcej.
znać ulic, żeby tam zamieszkać. Nic nie jest
twoje, nic też tu po tobie. Gościniec. Lustro.
To, co się odbija, to mój oddech wstrzymany astmą.
W bliźnie po nim wciąż śnieg. Tobie więc wysyłam
list, cienkimi wstążkami dymu przewiązane niebo.
Należy do ciebie skrawek od Ś. do O. Trakt dla
met. hojne doliny
W kałuży oliwy składam swoje pośmiertne ciało.
Panno zaokienna, we framugę wtarła się szadź,
cały kopiec kurzu z sąsiedniej ulicy spaceruje
po szybie. Ja umyłam kieliszki, stół nakryłam
świeżym obrusem i czekam, jak mgła uderzy
czołem o kant nieba, zgaśnie trzecia część gwiazd.
I nic im nie opowiem, że nie przychodzą już listy,
a w skrzynkę puka pazur mrozu. Pomimo ciepłych
wiosennych dni, nic a nic nie powiem, rozniecę
ogień, zaproszę sztukmistrzów z Jeruszalaim,
smutne golemy, przydrożne psy. Umyję kości,
włosy i paznokcie.
księżyce, kratery. domostwa niepewnej wiary
listów, pocztówek, sms-ów. Gdy rozłożysz dzień jak
książeczkę do nabożeństwa, o co będziesz prosić?
Przyjechałem tutaj po dar wątpliwości. Wierzę
w tajemnicę pierwszej nocy, gdy przyjdzie i powie,
że zapomniał grymas mojej twarzy; krzywię się
ze strachu i to, co ma wrócić na swoje miejsce
rys. Joanna Grochocka
wraca. Mówisz do nocy: grudzień, astma, i ptaki
zastygają w locie. Mniej się boję odkąd spłynęła
tędy via dolorosa białej krwi synogarlic, wiem, że
mógł tędy przechodzić jego syn szatan, ze szramą
pod piersią, z dziurami po kulach na dłoniach
i piętach.
Wychodzę wyżej i widzę, jak rozrasta się pueblo
rozbijanych namiotów. Jak nad wszystkim błądzą
cienie podróżujących, święte i przyjazne, pewne
jak śmierć, która mnie odnalazła.
apokatastasis
jest czas otwarcia powiek i zamknięcia łóżka
czas nakładania koszuli i zdejmowania snu
T. Karpowicz, Księga Eklezjastesa
Niebo jest siwe i stare. Odkrywam tę zależność, gdy
budzę się, żeby narąbać drewna. Coś jest w mruczeniu
głodnej kotki, któremu chcę zapobiec suchym chlebem
ze smalcem maczanym w wodzie.
Jej odkrycia są prostsze niż moje - horyzont jest dnem
miseczki jak niebo, do którego próbuje unieść brzuch
z piątką młodych, żeby mi je pokazać. Krew płynie wolno
i nagle znika mgła, poranne kadzidło w katedrze z mchu
i paproci. Pierwszy ołtarz z porozrzucanych drzazg.
Na tacy stołu dary: chleb, kawa, borówki, czernice.
Są już ofiarnicy, czekają aż skończy się burza; z Oo
nasłuchujemy uderzeń podniebnego zegara.
Cztery wiersze dla
Tomasz Piekło
Połowa
Kobieta
jeśli była, jak niewidomy mogłeś patrzeć
w słońce. A ona śmiała się, wiązała
włosy przed wyjściem – dzień z nocą.
Jeśli był język, miłością był – zaledwie
dotknął. Nazwał i pozwolił odejść.
Wrócił między zwierzęta.
Jeśli odwrócisz wzrok ku tamtej burzy,
nie odwrócisz niczego. Zobaczysz
swoją twarz. Ewo
Gazeta literacka
Połowa marca. Rzuciłem palenie.
Nie wiem, za czym tęsknię.
Rzuciłem z tęsknoty, jak zawsze.
Słyszę twój głos w słuchawce,
stukot obcasów. Chodzisz za mną
od stołu do łóżka. Jestem głodny.
Odkąd rzuciłem palenie, cały czas jestem głodny.
Powiedz, że chcesz, że przyjdziesz zaraz
po kolacji. Rozbiorę cię, przełożę
na inny język, jak Coltrane, jak Davis,
jak Bóg wie co. Rytm, stukot obcasów.
Chodzisz tęskniąc?
Chodzisz znajdując rannych na ulicy.
Całe miasta rannych pragną
byś je znalazła, zadzwoniła gdzie trzeba,
a najlepiej do mnie. Jestem głodny,
rzuciłem palenie i nie wiem za czym tęsknię.
Położyć się na ulicy?
Lekcje śpiewu
Lekcja śpiewu na drugim piętrze.
Jabłko czernieje u ciebie na stole.
U ciebie na stole. Jabłko dla mnie.
Stoję przed wejściem, ale to tak jakbym już
kochał się z tobą. Kocham się z tobą
każdej nocy. Stoję przed wejściem.
Wiersz
Kobieta pochyla się nad źdźbłem –
nad sobą. Ta sama kobieta
chce cię urodzić. Była już matką
rannej pliszki. Wieczorem
opowiada o odległości.
Wieczorem nie mam ciała, a jedynie
język do rozwiązywania węzłów.
Ona powie – bądźmy cicho i będzie
jasna. Teraz śpi, objęta prawem morza,
stref przyległych, moich oczu.
21
POEZJA
Układam się wzdłuż pleców, bo łatwiej
przylegać do rzeczy pewnych. Jest noc,
ona mówi, że dołem uciekają sarny,
Aleksandar Flaker
Polonia Restituta
I
Gdańsk/Danzig, sierpień 1930
Właściwie każdą biografię mojego pokolenia, jako biografię XX
wieku, należałoby rozpocząć od nazwy miasta, w którym zaczęła
się druga wojna światowa. Linia pociągnięta z Danzig do Triestu
wyznaczyła granicę Europy; także Chorwacja, która pod każdym
względem przynależała do Europy Środkowej, znalazła się, według
Krležy, na wschód od tej linii: w Blitwie, a więc pomiędzy Kartoffelsuppe i barszczem, nie godząc się na zupę z buraka.
Dla mnie osobiście Danzig ma szczególne znaczenie. Pod
koniec drugiej dekady nasi sąsiedzi z Rogów koło Łodzi wyjechali
do Danzig. Sztark (tak właśnie pisało się nazwisko tego komiwojażera) z rodziną (trochę starszy ode mnie syn Harry i córka
Ilona – moja rówieśniczka) wprowadził się do mieszkania przy
drodze poza centrum miasta; był to dom z cegły, z charakterystycznymi wykuszami, jakie można zobaczyć także w Hamburgu.
okresie przyłączenia do Rzeszy w latach 1939-1944 nosiło nazwę
Litzmannstadt, dla uczczenia dowódcy, który podczas pierwszej
wojny światowej tutaj wojował. Białostocka mitologia rodzinna
mówiła mniej więcej tak: poród odbył się w jakimś „białym domku”
we wsi Wysoki Stoczek; poza akuszerką był także lekarz – felczer
(z niem. Feldscher, czyli w istocie wojskowy lekarz posiadający
średnie wykształcenie medyczne). Przy porodzie doszło do sepsy,
którą w obliczu braku leków zwalczano koniakiem, przez co mama
była ciągle „pijana”. Olga nie chciała oddać dziecka mamce, więc
w ten sposób ssałem mleko przyprawione koniakiem! Wszystko to
działo się około imienin Olgi; od Juliusza dostała ona w prezencie
rower i tak zaczęły się moje pierwsze podróże – rowerem po
pokoju. Fabryka w Wysokim Stoczku, własność dziadka Juliusza
seniora, po najeździe bolszewików w 1920 roku nie mogła już
pracować, więc Juliusz junior znalazł posadę inżyniera (ukończył
Politechnikę w Warszawie) w fabryce Eiserta, w innym, większym
tekstylnym centrum.
Łódź mojej młodości
Łódź, 1924-1931
[…]
Łódź była wówczas miastem przemysłu włókniarskiego: dominowały nad nią ciemnoczerwone kominy fabryczne, które na
okoliczne budynki rzygały czarnym dymem, skutkiem czego
ciemniały także ich cegły. Wyróżniały się ciemnoszare pałace;
Fragmenty (wybór i przekład Anita Gostomska)
Staliśmy wszyscy razem w wykuszu, przyciągnięci dochodzącą
z ulicy muzyką orkiestry dętej: na czele oczywiście maszerował
bęben (taki sam jak w powieści Grassa). Za nim, żołnierskim
krokiem, stąpali młodzieńcy w brunatnych koszulach, z dziwnymi
krzyżami na czerwonych opaskach wokół ramienia. Miasto było
wówczas pod protektoratem Ligi Narodów i tytułowało się Freie
Stadt Danzig. Poczta przynależała do Polski, a na Westerplatte
ulokowany był polski garnizon. Wówczas mnie to nie obchodziło:
wyjeżdżaliśmy z miasta, aby zażywać kąpieli na wydmach pobliskiego Bohnsack. Tę idyllę dwóch rodzin zakłócił hałaśliwy widok
z wykusza: defilada niosła zapowiedź czegoś złego. Oglądaliśmy
ją w milczeniu; nawet rodzice nie wiedzieli, co się dzieje. Ciszę
przerwał Julije: - To są jacyś bolszewicy. Wspominałem później
to jedno jedyne zdanie, właściwie czyniąc Julije zarzuty z powodu
zrównywania nazistów z rosyjskimi komunistami (maszerowali
wtedy członkowie SA, formacja jeszcze nie była wojskowa, należała do legalnej partii z siedzibą w Niemczech i filiami wszędzie
tam, gdzie istniała mniejszość niemiecka, od Sudetów do Ptuja,
niem. Pettau). Julije miał jednak rację: komunistów poznał w Rosji,
zwłaszcza na Kaukazie, gdzie, mieszkając w Kisłowodsku (czytać
Lermontowa!), aż do 1921 roku pracował dla bolszewików przy
utrzymywaniu transkaukaskiej kolei. Widział ich defilady, spotkania […], militaryzm partii, która swoimi odnogami sięgała aż na
południe, ale z Polski musiała się wycofać, chociaż w Białymstoku
zaprojektowała już swoją władzę. Poznał system znaków i militaryzm jednego totalitaryzmu; w Danzig mógł dostrzec narodziny
drugiego. Pomiędzy tymi dwoma totalitaryzmami toczyła się moja
geobiografia. Czy ubrane w jednokolorowe mundury formacje
są groźne także dzisiaj?
Mit narodzin
W gruncie rzeczy wokół naszych narodzin zawsze tworzy się mit.
My samych siebie nie mogliśmy nawet zobaczyć, a co dopiero
móc przeżyć to, jak się rodzimy. Tym trudniej jest opisać świat,
który wtedy ujrzeliśmy. Tylko nieliczni z nas przebywali w tym
samym miejscu „od kolebki aż po grób” […]. Z tego powodu,
jako permanentny ptak wędrowny, którego rodzice wkrótce po
porodzie nagle zawieźli do innego miasta, niewiele mogę powiedzieć o tym, jak w lipcu 1924 roku wyglądał Białystok. Swoje oczy
otworzyłem dopiero w mieście, które nazywało się Łódź, a tylko w
1
Miroslav Krleža (1893-1981), jeden z najwybitniejszych pisarzy chorwackich,
erudyta. Jego twórczość, często bardzo polemiczna, wywarła ogromny wpływ
na kształtowanie się chorwackiej kultury. Wspomniana przez Aleksandra
Flakera Blitwa nawiązuje do tytułu trzytomowej powieści Krležy, Bankiet w
Blitwie. Jej akcja toczy się w wyimaginowanym państwie europejskim, ulegającym powolnej faszyzacji. Historia tytułowej Blitwy oddaje sytuację, w jakiej
znalazły się kraje Europy Środkowej po pierwszej wojnie światowej. Wydanie
polskie (I wyd. pol. 1968) łączy trzy księgi w jednym tomie. Zob. M. Krleža,
Bankiet w Blitwie, przeł. M. Krukowska, Warszawa 1987.
2
Obecnie Sobieszewo.
3
Mówiąc o swoich bliskich, autor często używa wyłącznie ich imion: Julije/
Juliusz i Olga (rodzice), Aleks (brat).
22
nauczyłem się nazwisk ich właścicieli: Poznański, Cegielski, Scheibler, Grohmann, a Juliusz pracował u Eiserta, na ulicy Józefa 19.
Ulice pokrywał przeważnie bruk, nieociosany gruby kamień. To się
nazywało: kocie łby […]. Dorożki, które czekały przy dworcu Łódź
Fabryczna, jeździły na oponach samochodowych, inaczej mocno
by trzęsło! Miasto było pełne sadzy; w białej koszuli nie wychodziło się na dwór. Wyasfaltowana była wtedy tylko główna ulica,
którą jeździły tramwaje od Placu Wolności do Placu Reymonta.
Mieszkaliśmy na Piotrkowskiej 109, ale w oficynie […]. Rzadkie
były nazwy ulic i placów pochodzące od słynnych Polaków: w
czasie, kiedy miasto się rozwijało, administracja rosyjska nie
zezwalała na takie nazewnictwo. Rosjanie pozostawili po sobie
jedną cerkiew prawosławną; kościołów ewangelickich i synagog
było znacznie więcej. Ani Niemcy, ani Żydzi nie są tutaj uważani
za mniejszość narodową. Pod względem etnicznym każda z tych
narodowości stanowiła około jedną trzecią mieszkańców. Klasa
robotnicza, administracja i instytucje kulturalne były polskie,
podczas gdy Niemcom i Żydom hurtem przypadał przemysł
tkanin wełnianych, zaś Żydzi, którzy zasiedlili „starą” część miasta
– Bałuty, stanowili większość miejskiej biedoty. Na Bałucki Rynek
chodzimy rzadko: jest tam brudno i śmierdzi słonymi śledziami
oraz czosnkiem. Żydów można rozpoznać po stroju: bogaci są
oczywiście zasymilowani i eleganccy, ale niższa warstwa nosi
długie czarne płaszcze (chałaty), małe czarne czapeczki; są brodaci,
a szczególnym akcentem są kręcone bokobrody (pejsy). Mówią
językiem jidysz, a piszą alfabetem hebrajskim, oczywiście na
własne potrzeby (gazety, książki).
Lubię chodzić na zakupy. Pobliska mleczarnia jest mi wyjątkowo
miła: prowadzi ją tłusta, ruda Żydówka; zakasane rękawy odsłaniają jej ręce obsypane piegami koloru miedzi. Najbardziej lubię
patrzeć, jak sięga po drewniany łuk i napiętą struną kroi masło
z wielkiej okrągłej gomóły, podobnej do jej naprężonych piersi
pod białym fartuchem. Nasz masarz to oczywiście Niemiec. Herr
Schulz sprzedaje wątrobiankę i salceson, a ja szczególnie lubię
kiełbasę z cienkimi, słodkawymi włóknami, która po niemiecku
nazywa się Mettwurst. Szynkę kupujemy rzadko, obowiązkowo
przed Wielkanocą. Wtedy kupuje się także żydowskie mace: duże,
białe arkusze, wyglądające jak hostia albo mlinci.
Należy uważać, jak się do kogo zwraca. Pewnego razu, kiedy w
rozmowie telefonicznej przerwałem panu Nowickiemu, pytając
go: co? […], Olga przestrzegła mnie, że to niegrzeczne, ponieważ
zapytuje się uprzejmym: proszę pana? […]. W rozmowach ze
sprzedawcami Żydami taki zwrot nie jest konieczny; mówi się
po prostu „niech mi Sara odetnie dziesięć deko masła”, bez „pani”,
ale w trzeciej osobie, jak wymaga tego język polski. Zwracanie
się per „wy” może wywołać reakcję: „kóz z wami nie pasłam”. Tak
bowiem mówią między sobą chłopi. Oni (wówczas jeszcze) nie
byli „panami”. Zwracanie się per „pan” nie było też obowiązkowe
w rozmowach z klasą niższą. Stróż w Rogach nazywał się Andrzej,
do jego żony mówiło się Andrzejowa, syn miał na imię Bolek, a
4
Ciasto makaronowe w płatach, podawane do mięsa, z którym wcześniej było
zapiekane.
córka Stefka. Mówiło się więc niech Andrzej przytrzyma Łotra (imię
psa) lub Andrzejowo, proszę zamieść podwórze. Do Bolka i Stefki
zwracaliśmy się naturalnie per „ty”. […]
Geograficzne troski
[…]
Bez specjalnej nauki zacząłem czytać. Przyciągały mnie księgarnie na Piotrkowskiej: Gebethner i Wolff, Arct i inne. Nazwiska
właścicieli były niemieckie, ale sprzedawano przeważnie polskie
książki. Kupowałem zeszyciki z mapami konturowymi (ślepymi)
i wrysowywałem albo województwa, albo pasma górskie i rzeki.
Były arkusze z portretami polskich królów wielkości znaczka
pocztowego, ale też takie same arkusze z portretami polskich
pisarzy – od Mikołaja Reja po Stefana Żeromskiego, latami ich
narodzin i śmierci oraz spisem najważniejszych dzieł… Oczywiście były tu i książki stosowne dla mojego wieku: Szympansiczka
Ossendowskiego czy W pustyni i w puszczy Sienkiewicza – na
początek… Apetyt rósł „en mangeant”.
Na letnisku
Kiedy tylko zabłysło wiosenne słońce, wyjeżdżaliśmy „na letnisko”.
W mieście bowiem słońce było słabo widoczne; zasłaniały je dym
i para, tworzące chmury ponad miastem. Kto tylko mógł, kupował
parcelę pod miastem i budował „letnisko”. Jeździł potem, jak to
się niegdyś, w szlachetnych czasach, także w Chorwacji mawiało,
na wilegiaturę. Jako że do „wilegiaturowej sekty” łódzkiej należała
prawie cała warstwa średnia, osada letniskowa tworzyła coś na
kształt wieńca wokół miasta.
Mówi się: wieś Rogi […], chociaż ze wsi niewiele zostało. W
naszym sąsiedztwie, po drugiej stronie lasku, brzeziny, która
przeobrażała się w sosnowy las, była co prawda wiejska zagroda
Krygiera, z chałupą krytą słomą i oborą, w której ryczały krowy.
Chodziliśmy tam, żeby ze stawu wyławiać przepiękne traszki,
które zabieraliśmy do akwarium. Samego Krygiera baliśmy się;
nie był „jednym z nas”, którzy spędzaliśmy tutaj tylko lato, zwożąc
pełne fury pościeli i sztućców. Nasz dom został zbudowany
według pomysłu Olgi, więc nazywał się „Willa Olga”. Nazwa była
ironiczna: był to drewniany budynek, parterowy, z czymś w rodzaju
mansardy, wyposażonej w balkon, pokrytej papą, czarną, smolistą.
Latem nad nami krążyły burze, te równinne, które potrafią długo
wisieć nad wioskami. Takich burz się bałem; nauczywszy się obliczać odległość błyskawic od nas […], narzekałem każdorazowo,
że dom nie posiada piorunochronu. W odpowiedzi słyszałem:
mają go sąsiedzi, a nasze ściany kryją w sobie warstwę drucianej
siatki, która trzyma tynk, a jako dobry przewodnik chroni nas
także przed piorunami. To nie brzmiało zbyt przekonująco […].
Pozostawało jedno: przykryć głowę poduszką, albo cierpliwie
liczyć kilometry.
Kiedy „willa” stanęła, przed nią rozpościerało się jeszcze kartoflisko. Olga kazała je zaorać i posadziła truskawki. Obok nich rósł
agrest (brrr, kwaśne!), dalej porzeczki, a na skraju lasu rabarbar
– roślina z wielkimi liśćmi, jeszcze kwaśniejsza niż kłujący agrest,
jadalna wyłącznie w postaci kompotu. Z tego wszystkiego lubiłem
tylko duże i soczyste truskawki, które bardzo szybko rosły, więc
Olga je sprzedawała. Aby jeszcze inaczej utrzymać letnisko,
wymyśliła króliki. Te szybko się rozmnażały i wkrótce była ich
cała ferma. Lubiłem się bawić z tymi „zajączkami” i rozpaczałem,
kiedy obdzierano je ze skóry, a mięsa nie chciałem nawet tknąć.
Skórę się sprzedawało, z futerek powstawały płaszcze, które
zimą nosiły średnio bogate panie. Takie futra nazywały się „foka”;
przypominały selskiny, farbowane matową czernią. Aby zimowy
ekwipunek był kompletny, noszono również czarne kalosze marki
„Tretorn” (Finlandia?), niezbędne w warunkach miejskiego błota,
które zbierało się w dziurach w bruku.
Wieś Rogi była oddalona od miasta o około cztery kilometry.
Jechało się tramwajem na koniec miasta, następnie mijało duży
żydowski cmentarz, który napawał mnie lękiem, ponieważ ogrodzony był wysokim ceglanym murem, zaś jego szczyt wysypano
tłuczonym szkłem. Wyobrażałem sobie człowieka, który się wspina
na ten mur, być może w jakiejś opresji, uciekając przed kimś,
a ręce mu krwawią jak ręce Jezusa na krzyżu… Tam, za tym
murem, spoczywała prawdopodobnie rodzina naszego Szmula,
który dwa razy w tygodniu przywoził zawsze świeże warzywa.
Miał rudą brodę, kręcone włosy, ale ubierał się tak jak my: głowę
osłaniał brązowym kaszkietem, i chętnie z nami rozmawiał. Za
cmentarzem szło się przez piaski, za punkt orientacyjny służył
rząd posadzonych brzóz, dzięki czemu można było chodzić na
skróty. Oczywiście, istniało także coś na kształt drogi. Podróżował
nią regularnie Juliusz, który kupił słabiutki motorower firmy
„Ruppa” i skakał nim po dziurach tej, również piaszczystej, drogi.
Na tę okoliczność nabył też oliwkowy kombinezon z kapturem,
który posiadał klapki na uszy. Z kaptura wyzierały wielkie okulary:
wyglądał jak Lindbergh, kiedy przelatywał nad Atlantykiem.
Ta osada letniskowa w przeważającej mierze należała do zasymilowanych Niemców. Z prawej strony wymurował dom jakiś architekt,
a za płotem z lewej strony wypoczywała rodzina Vogel; z nimi się
przyjaźniłem: chłopiec nazywał się Jurek, a dziewczynki Nata i Ula.
Jurek był szczupły, Nata nosiła warkocze, a Ula była trochę starsza,
nosiła krótką fryzurkę, co przydawało jej krągłości. Najzamożniejszy
w Rogach był jednakowoż pan Nikiel (niem. Nickel); jego ogród był
„parkowany” (pardon: parcelę przeobrażono w park), willa naprawdę
zasłużyła na swoją nazwę, a pośrodku tego parku znajdowało się
jeziorko, któremu brakowało tylko łabędzi. W tym jeziorku pływałem
Migotania, przejaśnienia 26
i „utonąłem”, kiedy wyślizgnęła mi się dętka samochodowa. Później
byłem dumny z tego „utopienia”: tonąłem, a oni mnie uratowali i
„wypompowali wodę” (faktycznie się zachłysnąłem). Tak tworzyłem
pierwszy osobisty dziecięcy mit ocalonego człowieka…
Życie na letnisku sprzyjało dorastaniu. Zostawiłem za sobą
afrykańską bajkę o ciekawskim słoniu, któremu na rzece Limpopo
krokodyl rozciągnął trąbę. Kara za ciekawość nie zrobiła na mnie
wrażenia; słonie lubiłem właśnie takie, z długimi trąbami. Któregoś
dnia pojechaliśmy do miasta odwiedzić znajomych – państwa
Bednarzewskich; ja miałem się zająć kartkowaniem Encyklopedii
(Trzaska, Ewert i Michalski). Znalazłem pod literą J państwo, do
którego Juliusz już wtedy podróżował, aby załatwiać interesy;
dowiedziałem się, że jest to królestwo, co szczególnie mnie zaintrygowało. Zapragnąłem mieć kiedyś taką książkę: o wszystkim.
Marzyłem o niej, spacerując brzeziną… Ale materii do czytania
i tak było w Rogach sporo. Aleks przygotowywał się do matury,
ale literatura go widocznie nie interesowała: wydań Biblioteki
Narodowej nawet nie otwierał. A mnie już nie zajmowała rzeka
Limpopo i małpka Ori-Ori, ale literackie „bajki” innej natury. Kijki
do gry w serso (fr. cerceau) stawały się mieczami w pojedynkach
Skrzetuskiego i Bohuna; klęczeliśmy z nimi przed Heleną – Iloną.
Kiedy odegraliśmy Sienkiewiczowskich bohaterów, przychodził
wieczór, a to oznaczało: kwaśne mleko z ziemniakami, truskawki z
ogrodu, zapalanie lampy naftowej, której klosz czerniał od sadzy
i w tym drżącym półmroku czytanie Mickiewicza:
Głucho wszędzie, ciemno wszędzie / Co to będzie, co to będzie?
Nie wiedziałem, dlaczego ktoś nazywa się Gustaw, a ktoś Konrad,
ale wyczuwałem grobową atmosferę bliskiej mi Litwy, widziałem
duchy złych szlachciców i grzech carskich urzędników. Drżałem z
podniecenia i przyjmowałem sakrament historii. Utożsamiałem
się ze zbuntowanym romantykiem Dziadów!
Nad Bałtykiem
Bohnsack, lata dwudzieste
Wizyta u Sztarków zakończyła się któregoś lata na bałtyckich
wydmach. Do Bohnsack podróżowało się z Gdańska statkiem „Paul
Beneke”, w kierunku Neufahrwasser (po polsku: Wisłoujście?)
i była to moja pierwsza podróż statkiem. Nie było otwartego
morza, jakie oglądałem z Półwyspu Helskiego, tak wąskiego,
że z wagonu kolejowego można było z jednej strony zobaczyć
Zatokę Gdańską, a z drugiej, na odległość, której nie sposób
ogarnąć wzrokiem, rozpościerało się ołowiane morze, grożące
piaskowemu języczkowi zalaniem. Nie, tutaj Wisła zrobiła swoje:
wzdłuż ujścia tworzyły się nasypiska, wydmy chroniły plaże od
„wiatru od morza” (cytuję tytuł Żeromskiego), mówiąc krótko
- było to idealne miejsce na kąpiel, kiedy przypiekło słońce i
zagrzała się woda, ale i wtedy szukało się schronienia przed
wiatrem. Fotografowali mnie z Utą, w pozie, którą dzisiaj znamy
ze znaku firmowego marki „Robe di Kappa”. Rzecz jasna, jak bywa
zazwyczaj, rodzice swatali swoje dzieci. I, jak to zwykle bywa, nic
z tego nie wyszło, ale mimo to byłem zmuszony śledzić losy tej
„dziewczyny z sąsiedztwa”. Ten Bohnsack określił mój stosunek
do morza. Kiedy wyprowadziliśmy się do Zagrzebia i jeździliśmy
do Kraljevicy czy Crikvenicy, regularnie wybierało się – piasek.
I sam długo szukałem piaszczystych plaż, aby dopiero w okresie
dojrzewania zaakceptować wypoczynek na skałach, wylegiwanie
na kamieniach, skakanie na główkę w krystalicznie błękitną
głębinę; eros dzikości i słonej czystości. […]
Śmierć rosyjskiej szlachcianki
Sosnowiec, 1929
Jednego lata w Rogach do Olgi przyjechała jej matka. Przywiozła
ją do Polski ciotka Nina, która w Moskwie znalazła jakiegoś fatyganta, aktualnie pracującego w GPU, krewnego Tatiany. Wyrobił
Hrypowej paszport i pozbawiona praw stolbowaja dworjanka (tytuł
oznaczał, że szlachectwo jest rodowe, a nie przyznane za zasługi),
obywatelka Olszewska, mogła wyjechać do rodziny, która w 1921
roku wyemigrowała do Polski. I tak, pewnej nocy, po otrzymaniu
telegramu z wiadomością o śmierci babki, Olga zabrała mnie ze
sobą w podróż do Sosnowca, gdzie mieszkali Nina i Antoni Cichoń;
oboje nauczyciele muzyki, a właściwie rytmiki. Naturalnie swoją
babkę ledwie znałem. Była już łysa, Polski jako ojczyzny nie ceniła,
gdyż tutaj również nie uznawano jej błękitnej krwi, a poza tym
płaciło się tu za lekarstwa; ta przybyła z „socjalizmu”!
Do Sosnowca przyjechaliśmy przed pogrzebem. Jej ciało leżało
przykryte na łóżku w sąsiednim pokoju, zaś w kuchni przeraził
mnie widok zaiste „proletariacki”. W miasteczku na skraju byłego
rosyjskiego imperium, na granicy ze Śląskiem, wtedy jeszcze nie
było kanalizacji. Śmieci i fekalia wynosiło się do septycznej jamy
wewnątrz chatki z bierwion, w której załatwiało się, za przeproszeniem, potrzebę. A jednak stryj Antoni, były śpiewak operowy
(zdjęcia z La Scali!) i oficer CK Monarchii, który w niewoli ożenił
się z Niną Olszewską i wywiózł ją z sowieckiej Rosji, odnajdywał
się w tej przestrzeni; przepychał fekalia przez otwory kuchennego
zlewozmywaka żelaznym łomem. Dla dziecka to było niezapomniane przeżycie! Do centrum Łodzi kanalizacja już docierała, a
takie prace wykonywała służąca Józia!
Na samą ceremonię pogrzebu Olga mnie nie wzięła. Widziałem
tylko z zewnątrz kościół prawosławny, jakie buduje się w miastach
5
Autor mylnie odczytuje nazwę Neufahrwasser, bowiem jej polskim odpowiednikiem nie jest Wisłoujście, lecz Nowy Port.
6
Popularne nadmorskie miejscowości wypoczynkowe w Dalmacji.
Gazeta literacka
carskiej Rosji, jakie wznosi się w Lublanie lub w Sušaku w okresie
Królestwa SHS. Warto zauważyć, że w czasach Piłsudskiego
zburzono ogromną cerkiew obok Ogrodu Saskiego w samym
centrum Warszawy i przy pomniku księcia Józefa Poniatowskiego,
uczestnika armii Napoleona, dłuta Thorvaldsena, powstało miejsce
na defilady wojska polskiego. Polski ikonoklazm nie był w tym
czasie osamotniony: świątynię Chrystusa Zbawiciela w Moskwie
zburzyli bolszewicy! Dla Olgi zresztą prawosławie nie było zbyt
istotne. W Zagrzebiu chodziła na Cvjetni trg tylko na rezurekcję
i to dlatego, że „wtedy każdy z każdym się całuje”! W ten sposób
moja babka popadła w zapomnienie. O pozostałych z rodziny
Olszewskich troszczyła się nadal wyłącznie ciotka Nina.
Czasami jeździliśmy do Białegostoku, do dziadków. Obowiązkowe było zwiedzanie Pałacu Branickich, gdzie poznali się Olga i
Julije oraz moje penetrowanie strychu zdewastowanej fabryki. W
międzyczasie Aleks zdał maturę, ale nie ożenił się z Kindermannówną, córką wielkoprzemysłowca, tylko zdał na Politechnikę w
Warszawie, co prowadziło nas także do stolicy.
Słuchaliśmy małego radia z kryształkiem i igłą sprężynową, którą
„wybierałem” stacje. Niedawno zbudowano w Raszynie nadajnik o
mocy 1000 kW, lepiej było słychać stację Kominternu i opozycyjne
wobec niej radio Viipuri (ros. Wyborg), ale groźby docierały teraz
z Kőnigswusterhausen. Hitler już zaryczał, Piłsudski umarł, a
pułkownik Beck paktował.
Czerwona łódź
Rok „syreny”
Łódź, 1928-1930
W języku polskim miesiące noszą ludowe nazwy; spośród nich
niektóre pokrywają się z chorwackimi, tyle że kalendarzowo odrobinę się spóźniają. Jedna łacińska nazwa pozostała nietknięta:
maj. Majowe są nabożeństwa; majówki (majales) to studenckie
uroczystości, ale także wyprawy na łono przyrody; pozostał także,
rzecz jasna, pierwszy maja. Któregoś pierwszego maja wyszedłem
na dwór. Ponieważ mieszkaliśmy na ulicy, która była główną arterią
miasta, od razu zrozumiałem, że dzieje się coś wielkiego. Zwykłych
policjantów w niebieskich mundurach nie było, ale stójkowi z
czerwonymi opaskami na ręce, rozstawieni co mniej więcej dwadzieścia metrów, bronili dostępu do drogi, na której wstrzymano
tramwaje i wszelki inny ruch. Ulicą jednak, szóstkami, przechodziły
ostrym wyrównanym krokiem zdyscyplinowane rozśpiewane
masy, wyraźnie pogrupowane partiami. Większość z nich nosiła
czerwone koszule, ale były też całe oddziały w kolorze niebieskim
– z napisami „Bund”. Były to żydowskie organizacje socjalistyczne;
takich Żydów jeszcze nie znałem. Wiedziałem, że PPS (Polska Partia
Socjalistyczna) jest bardzo silna w mieście, ale nie jedyna. U Bednarzewskich widziałem przedwyborczy plakat: partie oznaczono
numerami, a numer jeden przypisany został Blokowi Bezpartyjnych
(BB). Wybory były jawne, a oddanie głosu na jedynkę znaczyło
spełnienie obywatelskiego obowiązku wobec Piłsudskiego i jego
Legionów. Wszystkich pozostałych uważano za drobnicę. Pochód
pierwszomajowy świadczył o czymś zupełnie innym. To miasto
miało silną tradycję socjalistyczną, to tak naprawdę stąd ruszyła
pierwsza rewolucja rosyjska w 1905 roku, a rytmów Warszawianki,
w rosyjskim opracowaniu, słuchał Błok w Dwunastu. Naturalnie,
wówczas nie znałem ani tekstów, ani melodii, których echo niosło
się po Piotrkowskiej, ale później, dzięki słowom, kiedy je dobrze
usłyszałem, mogłem zrekonstruować, co śpiewano. Oczywiście
„czerwony sztandar ponad tronem” należał do polskiego wariantu
Międzynarodówki, wezwania Polaków, aby chwycili za bagnety, do
Warszawianki z 1905 roku, była tu też Marsylianka… Cały repertuar
polskiej czerwonej tradycji. Słuchałem jej mowy, obserwowałem jej
siłę… Tonęła ona w drugiej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej […],
ale wypowiedziała się pełnym głosem w wydarzeniu, które zaczęło
się w Gdańsku, pośród klasy robotniczej tamtejszej stoczni i rozwinęło w masowy ruch Solidarności. To ten ruch, nie zapominajmy
o tym, na przekór „stanowi wojennemu”, który narzuciła Moskwa,
z błogosławieństwem Karola Wojtyły jako „polskiego papieża”,
jeszcze zanim obalono mur berliński, przepowiedział europejskiemu
Wschodowi inną przyszłość. W tych dniach przypomniałem sobie
pochód pierwszomajowy z 1928 roku w „polskim Manchesterze”,
tak głęboko utrwalony w dziecięcej świadomości.
Poza tym, jak wiadomo, te lata oznaczały także ogólny kryzys
gospodarczy. „Ulicami naszego miasta” dudniły wozy strażackie,
wybuchały pożary, a do naszego słownika weszło pojęcie „plajta”
(z niem. Pleite). Płonęła wielka fabryka Scheiblera i Grohmana,
mówiło się, że ze względu na odszkodowania ogień podłożono.
Wtedy Eisert z ulicy Józefa 19 zdecydował się na inwestycje w
Chorwacji: pakowaliśmy się!
Warszawa, 1938
W tym roku zmieniła się mapa Europy. Do Wiednia, triumfując,
wkroczył Adolf Hitler. Tego lata podróżowaliśmy do Warszawy
samochodem, który rodzice podarowali Aleksowi w nagrodę
za zdobycie dyplomu na Politechnice Warszawskiej. Wiózł nas
Štefek, kierowca spółki „Zagorske d.d.”. Przejeżdżaliśmy przez Graz
i Bruck a/M jak przez szpaler sztandarów ze swastykami, nie było
przyjemnie. Wiedeń ominęliśmy i dalej cięliśmy drogami przez
Morawy, dobrymi jak na tamte czasy; polskie drogi znaliśmy,
ale do Warszawy dotarliśmy bez trudu, przez Łódź, rzecz jasna.
Ponieważ Aleks był chory, Olga pojechała z nim na wczasy do
Otwocka, warszawskiego letniska, gdzie pozostali w zakładzie
uzdrowiskowym. Mnie wzięli pod swój dach Sztarkowie, ul.
Żórawia 24. W ten sposób Harry został moim przewodnikiem po
polskiej stolicy.
Czytaliśmy popularny „Kurier Czerwony” (kolor nie miał związku
z polityką!) i wybieraliśmy [rubrykę] „Dokąd dzisiaj?” […]. Był to
czas głosowania w „plebiscycie”. Chodziło o to, że urodziła się
słonica; dwunasta słonica w jakimś zoo! Proponowano imiona:
Tuzinka (od „tuzin”) albo Syrenka (od warszawskiego herbu, z
syreną z Wisły). Głosowało się, oczywiście, patriotycznie. Tak oto
ten historyczny rok stał się rokiem „syreny”. Ale nowiny nie przychodziły wyłącznie z zoo. Tego roku wprowadzono nowe zasady
pisowni, według których nie pisało się już „Marja” ani „Marya”, tylko
„Maria”; nie „Jugosławja”, ale „Jugosławia”. Tego roku Warszawę
wizytował rumuński król. Gazety wzywały do wiwatowania „Trajasku redzele” (polska transkrypcja), z wyższością dodając jednak,
że rumuńscy żołnierze w swojej ojczyźnie paradują boso! Rok
później to się zemściło: ściśnięci przez Wehrmacht z jednej, a Armię
Czerwoną z drugiej strony, polscy uchodźcy musieli przekraczać
właśnie rumuńską granicę; docierali do Zagrzebia w Banowinie
Chorwackiej i udawali się dalej – na drugą wielką polską emigrację. Poza tym, w 1938 roku prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
ułaskawił Sergiusza Piaseckiego, skazanego za przemyt, liczne
przekroczenia (sowieckiej) granicy i coś jeszcze, który w więzieniu
napisał powieść Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy […]. Piasecki
zbeletryzował własne doświadczenia: przemytnika kokainy,
przygody seksualne, konflikty z GPU i regularną sowiecką milicją…
Polski czytelnik zyskiwał w ten sposób wgląd w to, co działo się po
tamtej stronie granicy, aż po Mińsk i dalej. W tym okresie polscy
komuniści w Związku Radzieckim zostali już „zlikwidowani”, a w
ojczyźnie stworzono dla nich obóz w Berezie Kartuskiej. To była
dobra literatura polityczna. Oczywiście, powieść przeczytałem;
także dla mnie były to wiarygodne informacje, znacząco odmienne
od opisów podróży E.E. Kischa, A. Słonimskiego, a nawet A. Gide’a,
o Krležy nie wspominając; ich przypisywałem przedstalinowskim
latom dwudziestym. Piasecki mnie zawczasu uodpornił – nie na
ideę komunizmu, ale na kult sowieckiej mocarstwowości. Jednakowoż najchętniej Harry i ja spacerowaliśmy Marszałkowską,
czytaliśmy pisane warszawskim żargonem felietony Wiecha
(Wiecheckiego), a chętniej niż ortograficzne nowości, w naszym
paplaniu podchwytywaliśmy żargonowy komizm.
Polonia Restituta
II
Wakacje w Rogach
Z Polską, międzywojenną, pożegnanie
W 1931 roku definitywnie przeprowadziliśmy się do Oroslavja i
Zagrzebia. Ale „Willi Olgi” nie porzuciliśmy. Regularnie, przynajmniej część lata (Olga i ja) spędzaliśmy „na letnisku”. Psa Łotra
już nie było, ale stróże pozostali wierni właścicielom, sąsiedzi
Vogelowie byli na swoim miejscu, przyjeżdżała także Ilona Sztarkówna, a z czasem pojawiał się również jej przyszły narzeczony,
polski oficer. Stąd śledziliśmy wydarzenia w Mieście i w Polsce: na
olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku zdobyła medal Kwaśniewska,
lekkoatletka, którą poznaliśmy wcześniej na nartach w Zakopanym. Z satysfakcją pokazywałem fotki z tego okresu, zaś polska
duma tego czasu podyktowała wersy:
Jak Kwaśniewska dyskiem,
To Kiepura pyskiem,
Paderewski rękami,
Kusociński nogami…
[…]
7
Królestwo SHS (serb.-chorw. Kraljevina Srba, Hrvata i Slovenaca) – dosł. Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Państwo powstałe po zakończeniu I
wojny światowej w wyniku rozpadu Austro-Węgier. W 1929 roku przemianowane na Jugosławię.
8
Plac w centrum Zagrzebia, przy którym znajduje się cerkiew prawosławna.
Zaleszczyki, sierpień 1939
Tego roku wakacje spędziłem w Polsce. Przez Budapeszt dotarłem
do Lwowa […], trochę pospacerowałem i udałem się do miasta
Kopyczyńce na Podolu, w którym Aleks pracował w nowo wybudowanej fabryce, wypróbowując kotonizację konopi metodą
zagrzebskiego profesora Softy. Pracę uzyskał dzięki członkostwu
w paramilitarnej organizacji „Strzelcy”, którą reprezentował na
wyścigach motokrosowych. Ponieważ na miejscu nie było stosownego lokum, skierował mnie do pobliskiego letniska Zaleszczyki,
słynnego z wyjątkowego w Polsce klimatu, umożliwiającego
nawet hodowlę winorośli! Umieścił mnie w pensjonacie, w którym
przebywali w głównej mierze oficerowie spotykający się ze swoimi
wybrankami. Po drugiej stronie Dniestru widać było rumuński
brzeg, a moją wyobraźnię rozpalał nie tylko wypełniony erosem
pensjonat, ale także ogromny żelazny most, po którym poruszały
się pociągi w drodze do sąsiedniego państwa, o którym słyszałem
już w 1938 roku, kiedy to jego król gościł w Warszawie, w związku
z „twardą osią”, która miała stawić opór osi Rzym-Berlin oraz
chronić Europę przed bolszewickim najazdem od strony rzeki
Zbrucz. Nad rzekę tę organizowano z Zaleszczyk wyprawy, w celu
obserwowania czerwonych przez lornetkę. Nieoczekiwane było
jednak moje zainteresowanie ludnością miejscową. Już na drodze
9
Właściwie Königs Wusterhausen; pierwsza radiowa stacja nadawcza w Niemczech, działająca od 22 grudnia 1920, nadająca na falach długich.
23
z nowej siedziby Aleksa zauważyłem butę okazywaną wobec
przystrojonych w barwy narodowe chłopskich wozów, które przeszkadzały rzadkim pojazdom silnikowym. Kilkumilionowa ludność
tych stron była przeważnie ukraińska, zarejestrowana w Polsce
jako Rusini. Moją ciekawość wzbudzały pieśni dziewcząt, które o
zmierzchu, na dniestrzańskich nasypiskach rozbierały się do naga
i tak przystępowały do kąpieli, która nie miała nic wspólnego z
nieafirmowanym jeszcze europejskim nudyzmem, była bowiem
częścią rustykalnego rytuału ukraińskiego, bez znajomości którego
nie mogło być dla obcokrajowców zrozumiałe zbiorowe wyjście
całego milionowego Kijowa nad Dniepr, na dodatek w skrajnie
skąpej odzieży […]. […] Zaliszczyki (tak się to miejsce nazywa po
ukraińsku) w swojej miejskiej części zamieszkane są przez ludność
polską, państwotwórczą i żydowską, trudniącą się handlem
detalicznym (w odróżnieniu od Żydów w Łodzi, „Galicjanie” nosili
duże czarne kapelusze zamiast małych „jarmułek”), ale ludność
wiejska była ukraińska. Tutaj przeżyłem swoje pierwsze spotkanie
z narodem, dotychczas znanym mi tylko z literatury pisanej przez
Rosjan (por. Gogol) lub Polaków (por. Sienkiewicz). Było to jakieś
święto, a może tylko niedziela, kiedy w miasteczku wyczuwało
się wyraźnie podniecenie. Kręcili się oficerowie z pensjonatu,
widziało się granatowe mundury policyjne, w stronę targowiska
zmierzały ozdobione chorągiewkami zaprzęgi, ciągnięte przez
konie przystrojone frędzlami i barwnymi wstążkami; na wozach
chichotały wykąpane dziewczęta i słodko uśmiechali się chłopcy
w białych koszulach i czarnych butach z cholewami, na przekór
latu. Nie był to jednak soroczyński czy zaliszczycki jarmark. Na
placu rozbity był namiot i przy dźwiękach mało mi znanych
instrumentów (nie mogę ręczyć, że to były „bandury”), zaczęło
się przedstawienie. Język był ukraiński, stroje niewątpliwie także;
zorientowałem się, że chodziło o jakąś romantyczną opowieść
z kozackiej przestrzeni. W skrócie: pierwszy raz widziałem ten
naród w akcji. […]
Zaleszczyki – Gdynia, sierpień 1939
Z Zaleszczyk ruszyłem pociągiem tranzytowym przez terytorium
rumuńskie w kierunku Lwowa. Rumunii (właściwie Bukowiny)
widziałem niewiele: tylko na jakichś hydrantach pisało apa buata,
co tłumaczyłem jako woda pitna, przypominając sobie, jak warszawskie gazety uczyły mieszkańców, żeby pozdrawiali króla
słowami „traiascu regele”!
Pociąg z Lwowa do Krakowa wypełniały kobiety z koszami wiśni;
ciągle z nich ciekło, a sok był czerwony jak krew. Sam Kraków
mnie zachwycił: rozgrzał moją polskość do czerwoności. Planty
– ten zielony naszyjnik dla renesansowej cegły, z Barbakanem,
który każde dziecko chciałoby mieć za zabawkę, Wawel z Kryptą
Królewską, dziedziniec Uniwersytetu; wszystko to ginęło w cieniu
gorączki, która ogarnęła historyczne miasto. Plakaty przestrzegały
agresora: nie damy odepchnąć się od Bałtyku bądź rzucały cień
króla Bolesława Chrobrego jako palimpsest na mapę, która udowadniała, że historyczna granica Polski naprawdę leży na Odrze,
ale z przyczyn politycznych nie wspominały, że ten sam król tępił
swój miecz na bramach Kijowa. Stałem oto przed pomnikiem
Grunwaldu (czytali państwo Krzyżaków?), który wynurzał się z
porannej mgły, obsypany kwiatami i zrozumiałem – wojna jest
na horyzoncie.
Moje zamiary także były historyczne. Ruszyłem do Zakopanego,
gdzie znajdował się obóz „Kadrówka”, dla Polaków z zagranicy.
Miałem prawo pobytu. Zameldowałem się, dostałem legowisko w
baraku i zasnąłem, ale długi odpoczynek nie był mi pisany: zbudził
mnie zew bojowej trąbki, zeskakiwanie z łóżek, zbiórka parami,
poranna modlitwa („Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki…”),
wciąganie flagi przy wtórze hymnu, następnie ćwiczenia, najwyraźniej dostosowane do przygotowania „kadry” do wojny. Stało
się jasne: to nie dla mnie. […] Pokazując figę, po kilku godzinach
zdezerterowałem. Swój patriotyzm odzyskałem w następnych
dniach w Krakowie, oprowadzając dwie Amerykanki po mieście
„od wieku siódmego” i - nie dałem się „odepchnąć od Bałtyku”:
wybrałem się do Gdyni (miałem bilet ulgowy). Nocą pociąg minął
Danzig – tranzytem, ale jednak z widoczną kontrolą postaci ze
swastykami i zapowiedzią miasta poza dworcem - aby ostatecznie
dotrzeć do dużego, nowoczesnego miasta portowego. Znalazłem
nocleg w siedzibie „Ligi Morskiej i Kolonialnej” (Polska nadal
marzyła o wielkim państwie i nowym podziale kolonii, tak, jak
domagali się tego Hitler i Mussolini) i wyszedłem na nabrzeże,
gdzie zakotwiczony był „transatlantyk M/S Batory”. Niewątpliwie
czekał na Witolda Gombrowicza, bezczynnego podróżnika przez
ocean (tak mi później powiedział Zdravko Malić). Gdynia,
którą budząca respekt Polska wznosiła jako przeciwwagę dla
właściwie spisanego już na straty Gdańska, wyglądała imponująco: bloki budowane według zasad funkcjonalności Bauhausu,
majestatyczny „dworzec morski”, biało-czerwone flagi na dźwigach
– żurawiach, nigdzie zwyczajowych śmieci i bruku - „kocich łbów”
– wszystko to wydawało się odświętne na tym morskim paśmie,
które w prasie funkcjonowało jako „korytarz”. Nosiło mnie licho;
wybrałem się na wycieczkę do Gdańska. Motorówka opłynęła
tylko gdański akwen: widzieliśmy polską pocztę, sfotografowałem
(wbrew przepisom) Westerplatte jako polską fortecę wojenną w
rękawie Wisły. Byłem obecny na historycznej prapremierze. Proszę
czytać Blaszany bębenek Grassa. Autora spotkałem później – w
zagrzebskiej restauracji „Okrąglak”. Prywatne „manewry wojenne”
oceniam również dzisiaj jako skuteczne i wydajne…
10
Ilona Kula
Lodówka
Nie potrzebując już tego, o czym wczoraj marzyła,
nie wierząc w przedmiot swojej chwiejnej wiary,
odczuwając brak zależności jako namiastkę wolności,
pachnąc dymem papierosowym jakby była
bezpłodna,
wstając z łóżka ciałem, które ważyło tyle co noc
ze wszystkimi drogami i budowlami, zaglądając
podejrzliwie w okno jakby ludzie patrzyli
z balkonów przez lornetki i wysyłali esemesy:
żyje, nie żyje, jest w czyśćcu, podśpiewując piosenkę,
w której kwitła miłość wieśniaczki do żołnierza,
nade wszystko jednak nie ufając sobie
odkąd bez powodu i żalu porzuciła przedmiot
długich i intensywnych dążeń, odkąd nie wytrwała
w związku z chorym, choć czytała Pismo Święte
i Nagi lunch, odkąd zachorowała na piosenki
przyjaciół, kunsztowność ich metafor, które były
tak zmyślne, że wyrzekła się domu i miłości,
lecz przede wszystkim nie znajdując drogi
do dnia, który wypadł Bogu z plecaka
i od kilku godzin leżał kałużą światła pod oknem,
zeszła do kuchni, stanęła przed lodówką i
stwierdziła, że nie ma nic do jedzenia.
Nic, nic absolutnie, jak nigdy.
Eureka!
Urodziłaś dziecko! Tak długo nie wiedziałaś
co ze sobą zrobić, teraz masz dziecko.
Rozpaczliwie nie wiedziałaś gdzie pójść,
smutna i zamknięta w sobie przesuwałaś
swoje życie z miejsca na miejsce jak
kolejną porcelanową figurkę. Wszędzie
chciano cię czegoś uczyć, wszędzie dawano
powody do myślenia bądź zachwytu, nikt
nie myślał jak bardzo utonęłaś w smutku,
jak wielkim analfabetą jest topielec. Ani jeden
początkujący artysta czy przyszły inżynier
nie spytał czemu nie jesz. Odpowiedziałabyś mu,
że jest ci smutno i wybierasz się na cmentarz.
Pewnego dnia twój mąż, myśląc o kobietach,
rozkazał ci się cieszyć. Ucieszyłaś się więc
z malinowych lodów, żeby nie uciekł od twojego
smutku, który sam się nudzi. Teraz masz dziecko.
To sens mojego życia – mówisz wszystkim.
Wstajesz w nocy i zamieniasz proszek w mleko.
Sens budzi się, ale czasem myli cię z maskotką.
Lot na Marsa
Pięć dni temu traciła oddech. Świadoma śmierci
nic nie jadła i pomijała wzrokiem ludzi,
którzy wpatrywali się w nią jak patrzy się
np. na las, by dostrzec wreszcie obraz lasu.
Dziś rysuje pewną ręką drzewo i pije piąty kubek
gorzkiej herbaty. Ojciec patrzy w jej powieki
i przypomina, że ma zaległości z przyrody.
Nie znosi gdy młodzi ludzie się zaniedbują.
Potem są same kłopoty, mówi, potem nie potrafią
powiedzieć kim są. Są trochę jak kosmici.
Po pracy
Późny wieczór. Noc zagląda nam w oczy.
Siedzimy przy okrągłym stoliku i palimy
papierosy, które nieustannie się kończą,
więc palimy trochę mniej niż wypada.
Wszystko w nas i dokoła zamienia się
we wczoraj, jak wino w wodę.
J. opowiada o gwałcie nieopodal dworca,
D. nie chce słyszeć o supermarketach.
Mówi, że jest komunistą, ale nikt
mu nie wierzy, więc cichnie.
Dochodzi dziesiąta, pijemy
waniliową herbatę jakbyśmy chcieli
zmienić świat. Każdy patrzy na każdego
czy aby nie na serio i czy aby komuś
nie wpadło do głowy przebrać się za Konrada.
Po kilku chwilach, gdy robi się znacznie
swobodniej, wyobrażamy sobie E. w starym
znoszonym płaszczu, który wyszedł z każdej,
nawet najbardziej stylizowanej mody, śmiejemy się.
W rzeczywistości jednak drżymy na myśl o każdym
z nas chodzącym po mieście w ubraniu żebraka.
Choć gdyby E. zaczął biegać po ulicach w kostiumie
Supermana czy innego bohatera naszych czasów
pomyślelibyśmy, że zwariował.
Zdravko Malić (1933-1997), wybitny chorwacki polonista, profesor, wieloletni pracownik Katedry Języków Zachodniosłowiańskich na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Zagrzebiu. W swoich pracach zajmował się historią
literatury polskiej, m.in. twórczością Witolda Gombrowicza; sporządził wiele
antologii, przekładów. Autor małych form prozatorskich, wierszy, esejów.
24
Migotania, przejaśnienia 26
Gazeta literacka
z Petite Plaisance
Marguerite Yourcenar.
Francuska pisarka i tłumaczka, żyjąca w latach 1903-1987. Urodziła się w Brukseli, zmarła na wyspie Mount Desert w Stanach
Zjednoczonych, gdzie mieszkała od 1939 roku, z przerwami na
liczne i czasem długie podróże. Jako pierwsza kobieta została w
1980 roku członkiem Akademii Francuskiej. Jest też laureatką
Nagrody Erazma z Rotterdamu.
Jej nazwisko pisarskie jest anagramem właściwego: Crayencour.
Zaczyna się od Y, bo pisarka lubiła tę literę, oznaczającą u Celtów
skrzyżowanie dróg albo drzewo. Była tłumaczką Virginii Woolf,
Henry`ego Jamesa, Hortensji Flexner, Konstandinosa Kawafisa i
anonimowych twórców Negro spirituals.
Bardzo dbała o swój wizerunek.
Przez pięćdziesiąt lat od jej śmierci, czyli do roku 2037 nie można
zajrzeć do jej listów, pamiętników, notesów. Także do materiałów,
które pozostawiła jej towarzyszka życia, Grace Frick.
Była zawsze „pielgrzymką i cudzoziemką” – taki tytuł zamierzała
dać zbiorowi wspomnień i esejów. Uważała, że życie jest grą,
wymagającą wszystkich naszych sił. Graczem była wytrawnym.
Udało jej się stworzyć oficjalny wizerunek uduchowionej kobiety,
zafascynowanej buddyzmem, egocentrycznej, bezlitosnej, obojętnej, o sercu z kamienia. Studentki z uniwersytetu w Bronxville,
gdzie przez pewien czas prowadziła zajęcia, podziwiały jej mistrzostwo, tajemniczość, majestat. Nazywały ją „ciosaną w skale”.
Dla mediów kreowała się na samotniczkę. Nie lubiła rozmawiać o prywatności. Obraziła się na przyjaciela, Matthieu Galeya
(„Rozmowy z Marguerite Yourcenar”, Wydawnictwo Marabut),
który nie wykreślił z książki osobistych zdań. Lubiła przemawiać
„pomnikowo”, przybierać wyniosłe pozy w czasie oficjalnych
wystąpień. Była mistrzynią tłumienia emocji i samokontroli.
„Przekonana jestem, że wolność głoszenia deklaracji o sposobie
życia idzie w parze z wolnością milczenia na ten temat. Swobodę
zdobywa się nie poprzez hałaśliwe stawianie żądań, ale poprzez
cichą, spokojną afirmację jestestwa” –pisała. – Nie używam słów
„homoseksualizm”, „seksualizm”. Dla mnie są to terminy zbyt
„kliniczne”. Istnieje lepsze słowo: „sensualność” - powiedziała w
wywiadzie.
Inteligentna, zawsze zdystansowana, powściągliwa, pogodna,
patrząca na ludzi spokojnie, chłodno, prawie niewinnie. Intelektu,
oryginalności wywodu, dyscypliny myślenia mógł jej pozazdrościć
największy filozof.
Miała swój styl ubierania się. Nosiła długie, proste suknie,
peleryny, szale, szerokie spodnie, etniczną biżuterię. Wybierała
kolory brunatne, fiolet, czerń. Szanując ten styl, Yves Saint Laurent zaprojektował jej strój na ceremonię przyjęcia w szeregi
Akademików.
Anya Kayaloff, znajoma Yourcenar i Grace uważa, że były one
hipiskami zanim to pojęcie powstało. Świadczył o tym nie tylko
ich sposób ubierania się, ale w ogóle sposób życia: domowe
wypiekanie chleba, wegetarianizm, pacyfizm, nieoglądanie
telewizji, brak samochodu.
– Większość mego życia intelektualnego poświęciłam na odrzucanie stylu życia wytworzonego przez cywilizację konsumpcji
– powiedziała.
Stworzyła wizerunek tajemniczej kobiety, nieosiągalnej dla
innych, spędzającej życie na pracy i rozmyślaniach w samotni
Petite Plaisance, na wyspie Mount Desert, przez czterdzieści
lat u boku ciągle tej samej przyjaciółki Grace Frick. Ich związek
nazywa miłością-sympatią, w której zmysły odgrywają ważną
rolę, ale dominuje czułość.
Odwrócona od polityki, od grup społecznych, narodowych,
wykorzeniona, solidarna czuje się tylko z pojedynczym człowiekiem, bo według niej sens mają tylko rozwiązania indywidualne.
Wspomaga finansowo kampanie na rzecz ginących fok i wielorybów, zapobiegania plagom i na rzecz równowagi biologicznej.
Nie zabiegała o popularność u czytelników. Doceniona przez
krytykę, miała garstkę życzliwych wyznawców, którzy znali jej
„Łaskę śmierci”, zanim ukazały się „Pamiętniki Hadriana”, genialne
dzieło życia, które przyniosło jej popularność także w wysokonakładowej prasie, radiu i telewizji.
Pisała je w latach 1924-1929, potem w latach 1934-1937. Książka
miała kilka szkiców, które zaginęły wraz z walizką, pozostawioną
w hotelu, przed wojną i odnalazły się po dziesięciu latach, w
1948 roku.
Pisanie ostatecznej wersji zajęło Yourcenar trzy lata nieprzerwanej pracy, bez żadnych innych zajęć. W rozmowach z Matthieu
Galey powiedziała: „ To trzy lata współżycia z główną postacią
w symbiozie tak zupełnej, że nieraz zdarzało mi się wiedzieć,
że Hadrian kłamie, ale nie przeszkadzałam mu w tym. /…/ Nie
liczyłam, że więcej niż parę osób przeczyta tę książkę. Nigdy
nie oczekuję, że moje książki znajdą czytelników, dla tej prostej
przyczyny, że raczej nie zajmuję się rzeczami, które interesują
większość ludzi”.
PROZA
Napisała w posłowiu do „Nathanaela”: „Każde dzieło literackie jest
przemieszaniem wizji, wspomnienia i działania, pojęć i informacji
zasłyszanych lub wyczytanych w ciągu życia, i odprysków naszej
własnej egzystencji”.
To ważne wyznanie dla tak powściągliwej pisarki. Ważne jest
i to, że identyfikowała się z trzema stworzonymi postaciami:
Nathanaelem, Hadrianem z „Pamiętników Hadriana” i Zenonem
z „Kamienia filozoficznego”.
źd iW
Wiedźma
Marta Fox
rys. Joanna Grochocka
Yourcenar potrafiła spenetrować męską psychikę i wyjaśnić
tajemnicę dzikiej pasji Hadriana do młodego Greka Antinousa.
Można zwiedzać dom Yourcenar i Grace – Petite-Plaisance i na
tej podstawie weryfikować wyobrażenia o pisarce, którą zna się
tylko z dzieł, wywiadów, filmowego portretu. Tak zrobiła Sandra
Petrignani w książce „Domy pisarek”, dzięki czemu odkryła inne
oblicze pisarki, to skrywane, bardziej prywatne.
Dom był dla Yourcenar przystanią, dziuplą na wsi, ciszą, w której
mogła tworzyć, myśleć, być samotną, choć nie samą, bo bardzo
się bała pojedynczości, dlatego nigdy nie mieszkała sama i nie
podróżowała sama.
Została sierotą, mając dwadzieścia sześć lat, bo wtedy zmarł
jej ojciec. Matki nie znała wcale, gdyż zmarła po jej urodzeniu,
w połogu. Po ojcu odziedziczyła spadek, który przeznaczyła na
podróże i rozrzutne życie. Ta intelektualistka, znająca łacinę i
grekę, także kilka innych języków, w równym stopniu uwielbiała
podróże, co kawiarniane życie, pełne prowokacyjnych rozmów,
zabaw, perwersyjnego erotyzmu i ekscesów.
Uwodzicielka mężczyzn i kobiet za nic miała plotki, nie obchodziło ją, że wywołuje skandal. Nosiła w sobie zawsze głębokie
poczucie moralności, sprawiedliwości i prawdy. Aż do czasu
wyjazdu do Stanów Zjednoczonych Yourcenar żyła beztrosko,
lekko i frywolnie, a potem oddała się w „niewolę” Grace, która
była jej partnerką, sekretarką, przyjaciółką i strażnikiem. Kobiety
zgotowały sobie los podszyty sadomasochistycznymi zależnościami. Niekoniecznie bowiem musiało być tak, że to Marguerite
była przez czterdzieści lat „zakładniczką zaborczej miłości” Grace.
Być może i ona potrafiła być katem dla tej kobiety schorowanej
i kochającej za bardzo.
Kiedy Grace zmarła (1979), Marguerite w żałobie schudła dziesięć kilogramów. Spadała w pustkę, ale jednocześnie budziła
się w niej chęć nadrobienia niemiłosiernie uciekającego czasu.
Zakochała się do szaleństwa w Jerrym Wilsonie, którego poznała
na rok przed śmiercią przyjaciółki jako 28-latka, przybyłego
do ich domu z zespołem telewizyjnym z Francji, filmującym
pisarkę w jej domostwie. Jerry stał się jej dziką namiętnością
i upokarzającą miłością, trwającą sześć lat, aż do jego śmierci
(zmarł w wieku 36 lat).
Jerry był homoseksualistą. W jego towarzystwie, a czasem i
w towarzystwie narzeczonego Jerry`ego odbyła szereg podró-
ży: Kenia, Jamajka, Egipt, Japonia, Tajlandia, Indie, Grecja,
Włochy, Francja. Jerry, Amerykanin znający francuski, stał się
jej bóstwem, wcieleniem Antinousa, którego cesarz Hadrian
kochał nawet po jego śmierci. „Wszystko trwa tyle, ile trwać
może” – powiedziała w jednym z wywiadów, więc chwytała
chwile, radując się związkiem, w którym nie brakowało uniesień, zazdrości, sadyzmu, upokorzeń, manipulacji, gry, ironii.
Była pewna, że trwać będzie krócej niż on, a tymczasem los
zadecydował inaczej.
Najpierw umiera narzeczony Jerry`ego. Jerry wiąże się z innym
mężczyzną, Danielem, nie rezygnując jednak z podróży z Margueritte. Kiedy Jerry zaczyna chorować i wyjeżdża się leczyć do
Paryża, Yourcenar poddaje się operacji by-passów. On umiera w
1986 roku, po trzech nieudanych próbach samobójstwa, ona w
półtora roku po nim.
Michel Sarde w książce „Vous, Marguerite Yourcenar. La passion
et ses masques” analizuje nerwicę uczuciową pisarki, źródła
masochizmu, skłaniające ją ku konieczności odczuwania bólu w
miłości i niedoceniania siebie. Może z tego samego źródła wynika
i to, że w twórczości pisarka hiperbolizuje postaci mężczyzn,
dewaluując postaci kobiet.
W roku 1986 rozmawiała z Jorge Luisem Borgesem, na parę
dni przed jego śmiercią. Żartując, zapytała go wówczas, kiedy
wydobędzie się z labiryntu (labirynty, lustra, tygrysy, sztylety to
motywy powracające w jego twórczości). Odpowiedział: „Kiedy
wyjdą z niego wszyscy inni”.
Yourcenar.
Wiedźma, czyli ta, która wie.
Genialna erudytka.
Dziewczynka-staruszka o pobrużdżonej twarzy z diabelskim
błyskiem w oku.
Ukochana córeczka tatusia, dandysa i obieżyświata.
Yourcenar.
Lubiła, kiedy się do niej zwracano tylko po nazwisku, wymawiając tak, jakby było imieniem.
Mistrzyni.
Animula vagula, blandula.
Fragment powieści „Kobieta zaklęta w kamień”, która ukaże się we
wrześniu 2009 roku w Wydawnictwie Literackim.
25
Pałac w Thien Truong
S T R O N Y Ś W I A TA
Paweł Kubiak
LY THUONG KIET (1019 –1105)
Z początkiem roku opublikowaliśmy z wietnamskim poetą
Lam Quang My „Antologię poezji wietnamskiej od XI do
XIX w.” (Wydawnictwo Książkowe IBiS, Warszawa 2010).
Praca nad tą pozycją zaowocowała zaproszeniem do
Hanoi na Międzynarodową Konferencję Tłumaczy Literatury Wietnamskiej. Tam potwierdziła się większość moich
wcześniejszych rozpoznań: sytuacyjnych, mentalnych,
materialnych, wytrzymała próbę konfrontacji z rzeczywistością. Inne trzeba będzie skorygować, przewartościować
zanim przystąpimy do formowania drugiej części antologii
obejmującej poezję współczesną. Moje czytanie Wietnamu
wciąż musi dojrzewać. Chociaż obcuję z poezją Kraju Południa ponad pięć lat, nadal uczę się jej głębszego przesłania,
sekretnych miejsc, smaków, aromatów.
Kiedyś zadziwiła mnie myślowa dojrzałość wietnamskich
klasyków, ich polityczna samoświadomość, prostoduszny
patriotyzm, zdumiewający „luz” tematyczny (generał dowodzący armią pisze wyłącznie o urokach przyrody!) połączony
z umiarkowaniem emocjonalnym – a przecież był to okres
ustawicznej obrony dopiero co odzyskanej niepodległości!
Oczywiście, te przymioty wymagały odpowiednio wyposażonego warsztatu, który czerpiąc z dobrych wzorów
chińskich stopniowo i konsekwentnie się uniezależniał.
W Polsce tamtych wieków – chociaż mieliśmy niepodległe
królestwo – pisano wyłącznie po łacinie i nie zachowały
się żadne utwory poetyckie, zaś samodzielność językową,
a wraz z nią poetycką, uzyskaliśmy kilka wieków później.
Prawdziwie nazwisko Ngo Tuan
Urodził się w Thang Long (obecnie Hanoi). Był generałem za panowania
dynastii Ly. Zasłużył się w wojnie z Chinami, rządzonymi przez agresywną
dynastię Song, odnosząc dwukrotnie zwycięstwo, w 1075 i 1076 r. Jego
wiersz „Rzeki i góry Wietnamu” uważany jest za pierwszą wietnamską
proklamację granic państwa. Za zasługi dla państwa otrzymał przywilej
używania dynastycznego nazwiska Ly.
Do naszych czasów zachował się jego jeden wiersz i kilka utworów
prozą.
Rzeki i góry Wietnamu1
Wietnamski kraj jest dla osiedlania się królów2 Wietnamu.
Te granice jasno zapisane są w boskiej księdze.
Dlaczego nasi okrutni wrogowie z uporem je naruszają?
Bądźcie jednak pewni, że zostaniecie pokonani.
Ciemna zieleń i jasna czerwień potęgują ciszę,
Znikają obłoki i deszcz zmywa wszystko.
Mnisi wracają po naukach mistrza,
Gospoda nad rzeką czeka na księżyc,
co wyjdzie nad mostek.
Trzydzieści świętych wież zalega
jak trzydzieści łóżek dla bogiń,
Osiem tysięcy wieżyczek kołysze się
jak wiosenny przypływ rzeki.
Panorama pagody Pho Minh wygląda jak dawniej,
Znów we śnie ujrzę cienie swoich przodków.
Odwiedziny pałacu w Thien Truong
DAO HANH THIEN SU (1072 – 1127)
Widoki i przedmioty są czyste i nostalgiczne,
Widzę jedną z jedenastu dawnych miejscowości.
Sto głosów ptasich jak sto instrumentów,
Tysiąc drzew mandarynki jak tysiąc lokajów.
Wolny księżyc oświetla wolnych ludzi,
Jesienna rzeka miesza się z jesiennym niebem.
Kurz osiadł wszędzie i jest już spokojnie,
Te odwiedziny są milsze niż dawniej.
Prawdziwe nazwisko Tu Lo
Mnich i poeta. Do naszych czasów zachowały się cztery jego wiersze. Potomni
poświęcili mu kilka pagód (świątyń buddyjskich) w rejonie Hanoi.
Poranne kwiaty moreli (1)
„Istota” i „nic”
Mówi się, że „istota” może być maleńka jak kurz,
Mówi się, że „nic” może być ogromne jak wszechświat.
„Istota” i „nic” podobne są do światła księżyca odbitego
w wodzie,
Nie mocno opierać się na „istocie”, nie wolno sądzić, że
„nic” jest niczym.
Okrągły kwiat moreli ma pięć płatków i słupki
z żółtym pyłkiem,
Jak zarys koralu w głębinie, jak płynący smok morski.
Zimą na gałęziach pojawiają się białe pączki,
Później, na początku wiosny pojawia się zapach,
Pachnący słodki nektar budzi nałogi motyli,
a
i
n
d
u
oł
P
u
j
a
r
K
z
WIEKOWE
SŁOWO
Potem zaskoczyło mnie traktowanie przyrody, jakże
odmienne od europejskiego. Elementy przyrody (także nieożywionej!) mają charakter osobowy (księżyc jest „młody”,
a nie mały czy sierpowaty), rozpierają się w wierszach na
zasadzie swoistego partnerstwa z poetami, absolutnie nie
wystarcza im służebna rola rekwizytów – a przy tym ich
przedstawienie pozbawione jest, tak charakterystycznych
w Europie p a t o s u, grozy, podziwu i lęku. Góry i rzeki,
gwiazdy i kamienie są po prostu sobą: górami, rzekami,
gwiazdami i kamieniami, tak jak człowiek, ich sąsiad, jest
człowiekiem. Wspaniały wyjątek stanowią kwiaty, chryzantemy, orchidee, morele (ozdobna odmiana śliwy), które
wolno i należy podziwiać w każdej sytuacji i konfiguracji,
zwłaszcza porównując je do kobiet. No i ta poetycka dominacja księżyca nad słońcem!...
Odmienny jest także stosunek wietnamskich poetów
klasycznych do ciała i jego spraw, w tym do seksu. Europejskie czy polskie ciało jest dla poety użyteczne, czasem
jest ciężarem lub przynosi zawstydzenie, zawsze zaś jest
zdecydowanie z e w n ę t r z n e – wietnamski poeta pisze
o ciele w ł a s n y m, dotykalnym (bez specjalnych konotacji
emocjonalnych czy estetycznych), zdarza się, że nazywa je
całkiem zwyczajnie „mięsem”, co w kulturze europejskiej
zarezerwowane jest dla świata zwierząt. Stąd np. erotyki Ho
Xuan Huong robią na nas wrażenie wyjątkowo śmiałych,
a nawet bulwersujących.
Inna od naszej, polskiej, tradycji jest też w tej twórczości
(zapewne także w życiu) funkcja religii. O ile u nas religia
wieków średnich ostentacyjnie przecinała się z życiem
i niejako p r z e n i k a ł a, to starowietnamscy twórcy
traktowali ją jako r ó w n o l e g ł y strumień, warunkujący
raczej styl życia niźli osobiste zmaganie.
Imponuje mi spokój (przypomnę: w stanie ustawicznej
obrony granic i tożsamości narodowej) poezji dawnego
Wietnamu, wypływająca z wielowiekowej tradycji buddyjskiej zgoda na życie. Człowiekowi Zachodu z trudem
przychodzi wiara w istnienie świata, społeczności ludzkiej
bez frustracji i desperacji – a dopiero taki świat skutecznie
broni się przed wszelkiej maści nihilizmem.
26
Pouczenie uczniów przed śmiercią
Nadchodząca jesień nie zapewnia o przylocie jaskółek3,
Kpijcie z ludzkiego żalu po czyjejś śmierci.
Gdy umrę, nie okazujcie przywiązania do mnie,
Wasz dzisiejszy mistrz jest wcieleniem dawnych
nauczycieli.
Zgubić klejnot
Słońce i księżyc po kolei wschodzą od strony wzgórz,
W życiu każdy gubi swój klejnot.
Podobnie bogacz, który ma cennego konia,
Ale podróżuje pieszo.
TRAN NHAN TONG (1258 – 1308)
Był królem z dynastii Tran w latach 1278 – 1293. Zrzekł się tronu na rzecz
syna i wyruszył w góry w celu pogłębienia buddyjskiej medytacji. Założył
Szkołę Medytacji „Truc Lam” („Bambusowy Las”).
W czasie najazdu Mongołów dowodził wojskami wietnamskimi w dwu
zwycięskich bitwach (1284 i 1288 r.) wyzwalając kraj. Historycy uznali go za
największego władcę i bohatera w historii Wietnamu.
Poza twórczością religijną stworzył dwa tomy wierszy: „Poezja Tran
Nhan Tong” i „Tom poezji dowodzący aromatu wielkiego morza”. Podczas
późniejszej okupacji chińskiej jego wiersze stały spalone i ocalały tylko we
fragmentach.
1
Powiedzenie „rzeki i góry” oznacza w jęz. wietnamskim „kraj, ojczyzna”.
2
W Wietnamie tamtych czasów słowo „król” było równoznaczne ze słowem
„naród”.
Dawniej w Wietnamie jaskółki przylatywały jesienią, co współcześnie zostało
zakłócone przez zmiany klimatyczne w makroregionie.
3
Nocą światłem jak woda zwodzą spragnione ptaki.
Jeżeli Hang Nga4 pozna piękno kwiatów moreli,
To księżycowy pałac będzie dla niej niczym.
NGUYEN TRAI (1380 – 1442)
Ps. Uc Trai
Urodził się w Thang Long (obecnie Hanoi) na dworze dziadka, który był
wysokim mandarynem za panowania dynastii Tran. Zasłynął jako strateg
wojskowy w zwycięskiej 10-letniej wojnie obronnej z Chinami za panowania
dynastii Ming. Wspomagał powstanie nowej dynastii Le.
Pisał w języku chińskim i w dawnym wietnamskim języku „Nom”.
Najważniejsze dzieło to ocalały we fragmentach poemat „Tom poezji
Uc Trai” oraz utwór „Orędzie o uśmierzeniu Ngo” (Ngo oznacza chiński
imperializm).
Wyrażanie nastrojów
(Cykl 25 wierszy)
4
Czytając swoje utwory czuję się szlachetnie osamotniony,
Niebieskie morze wyschło, fale wymyły żelazne skały.
Chcę wzmocnić dawną wolę, żeby nie ustała,
Czy żyje jeszcze ktoś z dawnych bohaterów?
Światło księżyca nie dociera do wnętrza bambusu5,
Płynąca woda nie odbije wszystkich cieni góry.
Za nic mając bogactwo porzuciłem stanowisko,
Dla potomnych zostawiam białe kwiaty moreli
i żółte chryzantem.6
4
Według wietnamskiej legendy księżniczka Hang Nga zauroczona urodą
księżyca dostrzegła na nim piękny pałac. Zapragnęła go odwiedzić. Pewnego
dnia bogini spełniła jej życzenie, ale Hang Nga już nie wróciła na ziemię.
5
Na Dalekim Wschodzie smukły, prosty bambus jest symbolem szczerego
postępowania.
6
Biały kwiat moreli jest symbolem czystego sumienia, a żółte chryzantemy to
symbol dobroci.
Migotania, przejaśnienia 26
Przedziurawiony bęben
Żal mi długo ukrywanej membrany
Którą ktoś przedziurawił pałką
W spokojny dzień uderzył kilka razy
Nocną ciszę zakłóciło kilka uderzeń
Chwilową delikatność wynagradzał
sobie gwałtownością
Uderzał stojąc i uderzał siedząc
Proszę o zrozumienie
Ból ciała i kości każdy odczuwa tak samo.
15
Boję się sieci zarzuconych w życiu,
Żeby spokojnie przetrwać, ukrywam się we wsi.
Bambus i morela nie zdradzą szlachetnego człowieka,
Ptaki zaprzyjaźnią się z uciekinierem.
Zrywam chryzantemy, przesadzam orchidee,
ich zapach nasącza ubranie,
Szukając kwiatu moreli depczę po świetle księżyca.
Zimno przenika szalik, melodia strumienia wpada w ucho,
Góra jest starym, wiernym przyjacielem.
Motyl umierający w książce
siążce
że
Zapach literatury wypełnia
ełnia całą bib
biblioteczkę
bl eczkę
Motyl, który zrezygnował z wesołego życia,
życia
cia, nie zwariował
Umarł młodo, bo takie było jego książkowe
kowee przeznaczenie
p
Choć duch odleciał, motyl nie płacze,, nie ma żżalu do
literatury
Łatwo jest zrozumieć los owada jako
o niepoważny
niepoważn
ny sen
Trudno spalić uniesienia serca ogniem
em świętoja
świętojańskiego
ańskiego
robaczka
Motyl doznał olśnienia i z ochotą poświęcił
oświęcił się dla swojego
marzenia
Mimo że motyle bardzo kochają kwiaty, akurat ten kocha
książki.
NGUYEN DU (1766 – 1820)
Ps. To Nhu i Thanh Hien
Urodził się w Thang Long (obecnie Hanoi), syn wysokiego urzędnika na dworze
dynastii Nguyen, pochodzącego z miejscowości Tien Dien w prowincji Ha
Tinh w środkowym Wietnamie.
Poeta i mandaryn dynastii Nguyen Tay Son. Pisał w języku chińskim
i wietnamskim. Historycy literatury nazywają go największym poetą
w historii Wietnamu. Przyczynił się do ukształtowania literackiego języka
wietnamskiego. W roku 1965 został uznany przez UNESCO sławnym twórcą
świata kultury.
Najważniejsze dzieła to „Opowieść o Kieu” (imię głównej bohaterki
utworu) – poemat złożony w 3254 numerowanych wersów i „Tom poezji
Thanh Hien”.
Wiosenna noc
Wokół czarna noc, gdzie jest wiosenne światło?
Za oknem tylko ciemny cień wierzby
Długo trwa choroba na obcej ziemi
Wiosenny deszcz i wiatr przenika głęboką noc
Rodzinna kraina odległa o tysiąc mil
płonie księżycem
Przez tyle lat pod lampą poety płyną smutne łzy
Przez Nam Dai1 płynie rodzinna Rzeka Smoka2.
Dźwięk zimnej fali żegna przeszłość i przyszłość.
Pora rozpędzić smutek
Poetka, urodziła się w prowincji Nghee An w Środkowym Wietnamie. Krytycy
nazywają ją królową języka wietnamskiego
amskiego tamtego okresu (czyli języka
jęz
ę yka
„Nom”). Śmiało występowała przeciwko
ciwko feudalnym ograniczeniom praw
kobiet. Wbrew konfucjanizmowi opowiadała
owia
wiadała się za ukazywaniem w literaturze
życia, również erotycznego, w sposób
osób bezpośredni.
bezpośr
pośredni. Najważniejsze pozycje
książkowe: „Tom poezji Xuan Huong”
ng” i „Zapisywanie
i „Zapisywani
anie zapachu”.
Wachlarz
Przez jeden otwór przepleciono
leciono nieogra
nieograniczoną
raniczoną
liczbę piór,
Nie wiem od kiedy mój los zależy od
o takiego kształtu.
Kiedy rozłożę się w trójkąt,
jkąt, wyraźnie
wyraź
aźnie widać,
że brakuje skóry,
Gdy obie strony zejdąą się, widać
wida
dać nadmiar ciała.
Chłodzę twarz bohatera
era w be
w bezwietrzną
ezwietrzną pogodę,
Okrywam głowę dżentelmena,
entelmen
na, kiedy leje deszcz.
Pytam leżącego na łóżku, czy
zy zasługuje na troskę.
Zadowala mnie jegoo obecność
obecno
ość na mym łonie.
Być drugą żoną
Pierwsza ma ciepłą
płą kołdrę, druga
drug marznie w zimnie,
Precz z takim życiem
yciem
m ze wspólnym
wspólny mężem.
Rzadko dzieli z nim
łoże,
nim ło
oże,
Raz na miesiąc,
c, a możee mniej.
Chciałaby spożyć
kąski, ale ich nie dostaje,
żyć nawett gorsze kąs
Chciałaby byćć sługą, ale i tak nie cenią
ce jej pracy.
Gdyby przewidziała
widziała swoją
ją smutną przyszłość,
p
Nie poszłabyy nigdy za takiego
kiego męża
męża.
rys. Joanna Grochocka
Od dziesięciu lat wojenny kurz pokrywa ganek
Spustoszona została połowa starego miasta
Uciekły ptaki, robaki, złe duchy i zjawy
Na ziemi i niebie widać plamy krwi
Łzy oblały tysiąc mil rodzinnej ziemi
Niewielu przyjaciół czyta książki pod lampą
Cisza zaległa jesienną noc
Bez przerwy przebiega sto
natarczywych, niespokojnych myśli.
HO XUAN HUONG (1772 – 1822)
2)
1 Nam Dai – wioska w ziemi rodzinnej autora.
2 Obecnie Rzeka Niebieska
Gazeta literacka
27
POEZJA
Patrycja Kaleta
Kartografia
Ta mapa nieuchronnie przeciera się na krawędziach,
gdzieniegdzie nieistniejące herbaciane wyspy,
tłuste atole i śnieg z cukru w okolicach równika.
Kryje w sobie zagadkę powstania atramentu,
wydobywanego z gór, gdzieś na północy.
Choć w obrębie Morza Śródziemnego
widać też podwodne złoża.
Można z niej też wyczytać dowody na istnienie
raf o wzorach podobnych do linii papilarnych
albo
linii papilarnych o wzorach podobnych do raf.
Zniosła wiele stearynowych deszczy,
opalanych węglem zim i wiosen
ze wszystkimi ich wycieczkami
palcem po mapie.
Teraz, latem, pochylasz się nad nią
z pustą szklanką w ręce i słońce z sykiem
wypala małe dziury na papierze.
To dopiero początek znikania tego świata.
Prądy zatokowe
Jest zima, prądy zatokowe nierówno szarpią,
linia wybrzeża, tak podobna do linii twojego ciała,
wiec przypływy, odpływy, zmiennocieplność,
sztormy,
oddawanie kolejnych centymetrów kwadratowych
morzu.
O tej porze roku port zamknięto na cztery spusty,
w kałuży przed nim bawisz się w kapitana z obcych
krajów
przywiozłeś mi skarby i teraz mam to wszystko
schować guziki, puste flakony zapachów do ciast, łupiny
pistacji.
Wczoraj ostatnie połączenie z kontynentem zostało
zerwane,
proklamowaliśmy niepodległość - wolne miasto
skóry.
Lipidowe zaułki, w które lepiej się nie zapuszczać
będą produkować sól, cukier wytrąci się sam - ze
słów.
Jest zima, prądy zatokowe uderzają w najczulsze
punkty
kapitanie mój kapitanie, kiedy opróżnimy tę butelkę
napiszę długi list i nigdzie go nie wyślę.
List motywacyjny
Dla potrzeb procesu życia
wyrażam zgodę
na przetwarzanie moich danych osobowych.
Mówiono mi już trochę
o moich obowiązkach i prawach.
Wiem, jak często podlewać kwiaty
i w jaki sposób usunąć
skrzepy mleka z kubków.
Umiem wywołać zamieszanie w filiżance
i odciąć światłu powrotną drogę.
Znam nieznośne zdrobnienia
- sól, piasek, brokat na policzku.
Zapisałam kilka zeszytów
historią bez końca
o początku barwnym i dawno obrosłym legendą.
Kiedyś dużo dzwoniłam.
Świat najczęściej odkładał słuchawkę.
Tak wielu numerów nie ma
i nigdy nie będzie.
Potem byłam w miejscach i poza nimi też.
Robiłam tam zdjęcia i zbierałam muszle
pełne mokrego, szorstkiego piachu.
Przytulałam policzek do szyby
patrząc jak obraz oddala się
i rozmywa.
Za pięć lat widzę się
w jeszcze większym oddaleniu.
***
Nie byłam dobra dla twoich zwierząt,
nigdy nie głaskałam ich do syta
i nie wyprowadzałam poza miasto,
gdzie mogłyby złapać trop.
Za nic miałam wrażliwość ich nozdrzy
skrapiając się ciężkimi perfumami,
posypując ciało w załamaniach talkiem
o gęstej, piżmowej woni.
Podróż życia
Prawdziwą podróż do wnętrza ziemi odbyła moja
babka
w osiemdziesiątym drugim roku swojego życia
akurat zmieniały się wtedy pory roku
i słońce trochę wolniej wschodziło
czekając na wskazówki od zegarów.
A ona wyruszyła, po truflę życia i brakującą zwrotkę
z narzędziami takimi jak zwykle:
widelec, tępy nóż i mała łyżeczka
z trzonkiem ozdobionym secesyjną różą.
To nią zwykle wyłupywała oczy potworom,
rzucała wyzwania królom, zdobywała królestwa
i najlepsze szlaki do upłynniania przypraw,
sklejając statki z papieru gęstą gumą arabską.
Wy wiecie tylko to, co napisano o niej w księgach:
królowa, znająca wymarłą sztukę cerowania,
głagolicę, cyrylicę i alfabet złotych rybek.
Posiadaczka całej szuflady sreberek od czekolady
wygładzonych pracowicie paznokciem,
zamkniętej na kluczyk, który kiedyś połknęła
i trzyma w żołądku, na nitce przywiązanej do zęba.
Mówili o niej, że śpi w szafie, żeby nie pognieść myśli
że chowa zapasowe części ciała w komodach
że zawsze była i nawet w dniu końca będzie
z nieśmiertelną trwałą i zegarkiem sprzed wojny
przestawionym o pięć minut
żeby na pewno niczego nie przegapić.
I nigdy regularnych pór posiłków
i nigdy prosto z deszczu na dywany.
Długie kwarantanny w brzydkich przedpokojach,
monotonna nauka siadania, wstawania.
Odmawiałam ich duszom prawa do istnienia,
jak odmawia się drugiej, północnej kolacji,
zabójczej czekolady, okruchów strzepniętych ze stołu
żeby nie zepsuć, nie rozpieścić, nie znużyć.
A teraz, po białym puchu biegasz z nimi ty.
I to ty wyznaczasz gwiazdy do aportowania.
Ja czekam wiernie, na powrót ze spaceru:
prychnięcia, merdanie, zapach mokrej sierści.
28
Migotania, przejaśnienia 26
Ninette Nerval
Boję się, że jeśli odkleję
Się od komputera
usłyszę coś co zostanie
Mi w pamięci,
że nowa kolekcja od Macieja Zienia
to chaos aksjonormatywny,
a Ty mnie nie chcesz
Boję się, że kiedy wstanę krzesła
wybuchnie wojna
Albo stanie się coś gorszego
Skończy nam się cukier
I darmowe minuty
Mesjasz obróci się tyłem
A transfer spadnie do pół giga
Boję się, że odkryję
Że mi się spóźnia,
że dialektyka nie ma tu nic do rzeczy
A Hegel wszystko nadrabiał miną
Rozetnę sobie teraz wargę
Z wrażenia
Zdemontuję radyjko od środka
Pogubię wszystkie wolne chwile
Natalia P. z kopertą Lanvine.
Obok Weronika K. i koperta Prada
O matko
Krwawię
Tisercin 15 miligramów
Dlaczego tu wszyscy szepczą
Robimy problemy?
a siostry walą po oczach latarkami w nocy
patrzą jak golisz nogi
Zasłabłam z głodu przechodząc
koło restauracji
w sukience po Jelinek
z wynikiem badania-nowotwór
Urojenie nihilistyczne, zwiódł mnie demon
siniak na przełyku, coś w oskrzelach,
dren, zostawią mi w ranach podwiązki
szumy, mdłości
i order na piersi
Odwiedź mnie w psychiatryku
gdzie ciężkie od prochów
z libido obniżonym do zera
kobiety-psy węszą
Z każdej strony okno, każdy obserwuje,
usiąść za szafką, żebyś mógł podglądać mnie
przez szparę w drzwiach
Spodobam Ci się
Nacieram się Musem Krishny
Sypiam nago i łykam
dwukolorowe i lepkie
dawki digoksyny
dziewczyna spod wiaduktu melduje się!
Dzisiaj pozbyłam się czegoś
Dawnej przyjaźni
Tisercin, Effectin, Tranxene
schowane podjęzykowo
Zdobywam Kilimanjaro
ataki szczytowe
w skali depresji Hamiltona zyskuję 33 punkty.
Kilimanjaro-wspaniale wyposażony
przez naturę
jak ja dostanie za to tytuł szlachecki
od bogatej oziębłej hrabiny
Annus dominus fallus
wypożyczą mnie sobie
podgnili studenci filozofii
Halucynuję głos
halucynuję drgawki
jestem prochem i nicością
Maska twarzowa i dwuskroniowa
lokalizacja elektrod
Rzym to okrutne miasto!
Zaśpiewam pieśń z południa
grzyb zakwita na bialo
biały dren
biały tren
polizać
świeżo mrożone osocze
Przyszli mnie zająć. Między szczeblami.
W piątek 15-tego lipca.
W trzystu czterdziestu dwóch kroplówkach
przeżyłam obłęd
pępowina jelit dusi za gardło krępuje oddech
a może to kroplówka?
tabletki przyklejane do spodu łóżka
ciało na zdrowie
tumor
karawana wymyka się spod kontroli
tracę ją z pola widzenia
Pompa potasowa
Mam łoże
podobne do łuku rzymskiego!
Przepnij, wypnij
Plącze mi naczynia
Krępuje ruchy
Przepinane, wywala bezpiecznik
Za torem, przy torze
Pilnuj kropel ale tak, żeby druga nie spadła zupełnie
Tracę kontrolę
kropel nie słychać
za ciemno
Zabierają mi mój
zwodzony most pełen białego mleka
przekarmionego zgnilca w piersiach bezdzietnej
matki
Oddajcie mi wenflony
plastik zaszyty w żyłach
mechanicznej wątroby
Podobne do Rive Gauche!!
Zabrali.
Puste spojrzenia pielęgniarzy
ich białe kitle śledzące każdy
ruch kiedy sala pusta
Po trzystu pięćdziesięciu kroplówkach
pozostał tylko
szary
pusty
dół
sina mokra plama
na Pont du Carousel
Nieżywa i leworęczna
Mnożę się. Krwawię
bomba wodorowa
Fenactil i cień do powiek
żeby wzbudzić oznaki życia
to mi wystarczy:
dół po potasowej pompie
i spadki bilirubiny
przekrwione białka
cienie zimnych powiek
plugawe
śledzą każdy ruch żyletki
Robimy problemy?
kontemplują nagie członki
barbituranowych kobiet
w kąpieli na Trileptalu
sprawia im to przyjemność
niemal jak oglądanie Star Treka
i pięknie zbudowanych ludzi
Tranxene?
Nie jestem senna, mam tylko puste kości
i brak krążenia. Proszę defibrylator!
Robimy problemy?
Łykam ...podjęzykowo
Sprawdza, wypluwam
patologiczna kłamczucha na valium
w swoim petitio principii
mówi o sobie w liczbie mnogiej
kobiety w obozach miały zniewolone ciała
kobiety na oddziale mają spętane umysły
rys. Joanna Grochocka
Gazeta literacka
29
POEZJA
Monthly Bastard
le délire de négation-
PROZA
Maurycy Witkowiak
Lądowanie. Jak dobrze. Helenie huczało w głowie, czuła się jakby
wypiła co najmniej dwa kieliszki wina. Powoli ogarnęła wzrokiem
swoje ciało, poczynając od stóp, jej wzrok sunął po łydkach, udach,
biodrach. Pierwsze, co poczuła , to uderzenie letniego powietrza,
krzyk i gwar, miała wrażenie, że ludzie, którzy ją otaczają wcale nie
zauważają jej istnienia, jak gdyby w ogóle nie było jej na świecie,
ani tym bardziej tutaj – w Transgression City. Zajęci własnymi
sprawami pozwalali jej poczuć się listkiem, cieniem, ziarnkiem
piasku, okruszkiem.
Jak daleko teraz byli ci wszyscy tak niegdyś ważni dla Heleny.
W jakże innej galaktyce znajdowali się oni. Jacy byli śmieszni , jak
bardzo razili swoją niemożliwością dotarcia do niej, pokazania się!
Kilka godzin później, siedząc w kawiarni w centrum miasta, Helena
zrozumiała , że tamtego świata już nie ma i patrząc z dzisiejszej
perspektywy to (za cholerę) nie wiadomo, czy ona sama kiedykol-
– Damn it. Co Ty robisz? – wykrzyknęła Morosa, odsunęła ją
na bok i sama weszła do środka, krzątając się i zapalając światło.
Helena obejrzała się za siebie. Na niebie pojawiły się chmury,
a słońce pełzło coraz to niżej. Weszła do środka, odgarniając
włosy z czoła.
– Do pracy idziemy jutro o siódmej pi em – powiedziała Morosa,
zaparzając herbatę. – Ubierz coś casual, bo łatwo można się
pobrudzić. Musimy wysprzątać to cholerne mieszkanie, wytrzepać dywany, umyć podłogi i okna. To dziesięć minut drogi stąd.
Aha, gdy będziesz rozmawiać z właścicielką, nie patrz jej w oczy,
ona tego nie lubi- dodawała, kładąc kubki na stół. Wredna lady
Decayer... Czy to moja wina, że jest starą panną? Babsko jest
zdrowo jebnięte, a fucked scatter brain to keep...
Teraz dopiero Helena rozejrzała się po pomieszczeniu. Drewno
łączyło się tutaj z oliwkowym kolorem roślin. Przez brudne szyby
leniwie przeświecało słońce, załamując się na meblach, kotarach
i krzesłach. Na wszystkim było mnóstwo kurzu, co potęgowało
poczucie starości, antyczności tego domu. To wszystko spodobało się
Helenie, tak iż na chwilę zapomniała, że przyjechała tutaj do pracy,
a nie dla podglądania malarskich ujęć, jakkolwiek byłyby piękne.
Tej nocy nie mogła zasnąć, jako że księżyc był w pełni i świecił
zuchwale, a ponadto nie mogła się przyzwyczaić do zapachu
TeNeBRaRuM
TeNeBRaRuM
wiek do niego wróci. To oddalenie podobało się jej, inspirowało.
Nikt już nie będzie poniżał, śmiał się. Tutaj zaczyna od nowa. Jest
piękna księga, w której tańczą małe koboldy z irlandzkich legend,
trzeba to wszystko zapisać. To cudowne móc wreszcie kierować
pojazdem swojego życia. Sam decydujesz, dokąd idziesz, z kim
się spotykasz, o czym myślisz. To jedna strona. Z drugiej obraz jest
rozmyty, a niewiele rzeczy wygląda zachwycająco. Nie należy się
jednak tym przejmować. Może nie jest w innym państwie tylko
w zupełnie innym świecie? Czym jest świat?
Tam - w Małdytach, wszystko było nieśmiałe i rozmyte. Helena
mogła w tej chwili zamknąć oczy i przypomnieć sobie te barwyszary, beżowy, brązowy, rudy. To wszystko. Jedzenie?- ziemniaki,
kapusta, chleb, pomidory tak wodniste i jałowe, że niemalże
nienadające się do spożycia. A tutaj rodzajów groszku było tyle,
że aż ćmiło się w głowie, desery z kremem orzechowym , z kawałkami czekolady truskawkowej, koktajl bananowy z liśćmi mięty,
jagnięcina w szafranowym sosie! Jest tutaj, a chciałaby być w
tylu miejscach naraz! Bombaj walczy o lepsze z Krasnojarskiem,
Sewilla z Budapesztem, Colorado z Addis Abebą, Dubrownik
z Auckland. Wszystko trzeba przejść, przeżyć i spróbować. Są
smaki i zapachy, są przeżycia – ludzie, serca, głowy, myśli, idee,
znaki na niebie i ziemi, zwierzęta, rośliny, są różne zapachy tego
samego piasku, jest sowa przyczajona we wnętrzu kaktusa, syrop
sezamowy (uwielbiała!) wódka cytrynowa i świątynia Bodhgaja,
obmywana zewsząd brudnymi, burymi wodami.
Z Morosą miała się spotkać wieczorem, w małej knajpie na
obrzeżach miasta. Powoli wchłaniała w siebie charakterystyczny,
śmietankowy zapach Transgression. Gdzieś z tyłu głowy odzywał
się tępy ból spowodowany ostatnią nieprzespaną nocą. To nic.
I tak jest odważna i wytrzymała, i tak z impetem zaczyna ten
nowy rozdział książki zwanej życiem, którą dopiero teraz zaczęła
pisać tak spazmatycznie, jakby niewiele już czasu jej pozostało.
Mały, czerwony autobus zatrzymał się i Helena niepewnym
krokiem wysiadła z niego, ściskając w ręku bagaże. Nie było tego
wiele- kilka sukienek, para spodni, bielizna, sweter, kosmetyki,
dokumenty i trochę jedzenia. Od razu zobaczyła Morosę, która
wyszła jej naprzeciw i powitała ją głosem tak zmienionym, że
Helena stanęła jak wryta:
Moja droga. Hello. Nareszcie. At least. Hopuję, że podróż
upłynęła Ci w przyjemnej atmosferze, akomodejszon jest już
załatwione- mówiła pośpiesznie, lustrując ją wzrokiem.
Morosa chyba zmieniła się (tak, zmieniła) – nie była już tą
dziewczyną, z którą Helena spacerowała nad jeziorem Sambród,
z którą zbierała kasztany po okolicznych parkach. Cholera. Oto
miała przed sobą kobietę pozbawioną złudzeń, o czym mogły
świadczyć lekko rozchylone wargi Morosy, zastygłe w jakimś ironicznym grymasie. Teraz dopiero, w łagodnym świetle zmierzchu
spostrzegła, że jej przyjaciółka zaczęła się malować. Na ustach
błyszczyk, rzęsy, cień do powiek, na twarzy podkład. W ręce
torebka, na palcach pierścionki. Zapach papierosów. Rozbiegane
spojrzenie, w którym niewiele pozostało z tej ciepłej łagodności,
w blasku której Helena ogrzewała się tyle razy.
Mijały małe domki w różnych kolorach, które stały po obu
stronach ulicy. Wiele z nich sprawiało wrażenie jakby wymarłych.
Uwagę Heleny zwróciła czystość i schludność, do której wciąż nie
mogły przyzwyczaić się jej oczy, przyzwyczajone do nieporządku.
Wtem stanęły przed budynkiem z czerwonej cegły.
Oto i nasz menszon- powiedziała Morosa, szukając kluczy w
torebce.
Helena wahała się, czy ma przestąpić próg, przez moment
wszystko zakotłowało jej się w głowie (To ze zmęczenia- pomyślała). Podniosła już stopę, po czym cofnęła ją jakby znad skraju
przepaści. Pobladła i wyciągnęła przed siebie ręce.
30
pościeli, który przypominał jej pień drzewa. Wyślizgnęła się z łóżka i
wyjrzała za okno. Wśród porozrzucanych liści spacerowała samotna,
przygarbiona postać. To nie jest Polak – westchnęła w myślach.
Gdy wreszcie znużona zamknęła oczy, miała dziwny sen.
Szła przez las, wśród ciemnej nocy, trzymając w rękach małego
szpaka. Była w białej, długiej sukni, a wzroku nie spuszczała z
malutkiej kuleczki, którą ściskała w dłoniach, które zdawały się
jakby nie jej, bardziej dziecięce, delikatniejsze i mniej rozwinięte.
Ani przez moment (we śnie) nie schodziła z drogi , która wiodła
między rzędami drobnych drzew, niby brzóz. Miała wrażenie, że
za nimi toczy się jakieś życie, do którego nie miała dostępu, nie
wiedziała już, czy patrzeć ma na szpaka, czy też na to, co dzieje się
za drzewami. Usłyszała jakoby odgłos tłuczonego szkła, dźwięk
instrumentu (nie potrafiła rozpoznać jakiego), obejrzała się i gdy
miała spojrzeć na szpaka ponownie, zobaczyła, że jej ręce są
puste. Jeszcze czuła na palcach ciepło ptaszyny i bicie jej małego
serduszka, ale jej dłonie były już próżne i mniej dziecięce niż
przedtem, większe, palce dłuższe i dziwnie napuchnięte.
Przebudzenie było dość smutne – wyjący budzik, ciemności za
oknem, kwaśny posmak w ustach, zniecierpliwiony głos Morosy.
Helena z trudem powracała w realny świat, wciąż będąc rozgrzaną od snu. Czuła o wiele wyraźniej zapach swojego ciała, woń
pościeli, która pachniała jak świeżo zebrane grzyby, tak ochoczo
wymiętoszona, uroczo porozrzucana. Nie, nie wolno (Helena
uchwyciła karcące spojrzenie Morosy). Nie można poddawać się
obrazom i tym iskierkom namiętności, które drgają pod skórą i
rozchyloną koszulką nocną. Boże, już wpół do siódmej! Podkład
kładło się trudniej niż zwykle, w sumie robiła to od niedawna, to
znaczy niedawno zaczęła zwracać baczniejszą uwagę na makijaż.
Lubiła ciemne szminki, w których jej usta były jeszcze pełniejsze.
Do dziś pamięta smak tej szminki na swoich ustach, gdy całowała
się z Arkiem, jego palce przebiegające po jej ciele niczym po
klawiaturze fortepianu, bezkompromisowość jego męskiego ciała,
trzymającego ją w uścisku nad samym brzegiem głębokiego jeziora. Nie stało się. I dobrze. Helena nie lubiła pogrążać się, tonąć do
samego końca wśród swych gestów pełnych rezygnacji. Małdyty
nie potrafiły jej dotknąć, wziąć jak kobiety, chwycić i rozkrzyżować
na tafli dni, ogarnąć i posiąść, rozsypać jak talię kart na stole letnich
nocy. Ci idioci w skórzanych kurtkach i o wyżelowanych łbach nie
zasługiwali na nią, nie rozumieli jej obrazów i rysunków, myśli i
uczuć. Olsztyn był daleko – nie dwadzieścia kilometrów, ale całe
lata świetlne. Zresztą, nigdy jej tam nie ciągnęło. Teraz jest tu- w
Transgression City – i tylko to się liczy.
Pani Decayer przywitała je zmrużonymi i zapuchłymi oczyma.
Paliła i kaszlała na przemian, spacerując powoli i z godnością w
rozdeptanych kapciach. Jej rude włosy wystawały spod dziwnego
nakrycia głowy, a cienkie kosteczki prześwitywały pod jej skórą,
stwarzając iście upiorne wrażenie.
Po uzyskaniu wszystkich niezbędnych informacji, Helena
zabrała się do czyszczenia dywanu , tłumacząc sobie po cichu, że
to przecież pierwszy krok jest najtrudniejszy, że z każdą kolejną
chwilą będzie łatwiej. Spuściła oczy i odruchowo odgarnęła
włosy z czoła.
Brush the kitchen! – wykrzyknęła nagle postać, która stanęła
za jej plecami.
Helena zgłupiała, pospiesznie przypominała sobie wszystkie
angielskie słówka na literę „b” (bring, build, bin, boring, busy,
bitch, barrell...), ale tego cholernego „brush” nie znalazła. Chwyciła
za ścierkę.
Brush the kitchen, stupid girl! – wykrzyknęła pani Decayer,
zaciskając pięści i w ohydny sposób pochylając głowę, w czym
przypominała sępa lub inne drapieżne ptaszysko.
Nie, to nie był sen - pomyślała Helena, gdy obudziła się następnego dnia. Światło słońca powoli sączyło się przez przymknięte
żaluzje. Chwilę później Helena parzyła się już herbatą, którą piła
z małej pomarańczowej filiżanki. Herbata... Tutaj była zupełnie
inna. Syczała mocnym i bezwstydnym aromatem, wyższością, siłą.
Pachniała. Pełna królewskich, fantazyjnych herbów, chóralnych
napisów w stylu „English superior tea”, była nie tylko herbatą, ale
jakimś eliksirem, napojem, jeśli nie bogów, to herosów, smakiem
jakoby jej zwycięstwa nad tamtym światem.
Za miastem rozciągał się parów nazywany tutaj dingle, w jego
łożysku spokojnie spoczywało miasteczko z jeszcze bardziej
kolorowymi domkami niż w Transgression i pomnikiem delfina
na malutkim rynku. Helena patrzyła właśnie przez brudne okno,
a widok zadziwiał ją coraz bardziej. Praca przewierciła ją na wylot,
uszczypnęła i dała prztyczka w nos.
Pani Decayer wciąż była tak samo marudna, zazdrościła jej i
Morosie młodości. Skutek był taki, iż Helena wreszcie ten stan
doceniła, że patrzyła inaczej na swoje piegi, na policzek, na
twarz, na głowę, ręce, uda i stopy ubrane w czarne japonki.
Teraz czyści i sprząta, potem chce mieć i przeżyć, jest zwrócona
do swojego wnętrza. Już niedługo zdarzy się pierwszy dzień
wolny i będzie można triumfalnie wyruszyć i spojrzeć, co jest w
łożysku, w parowie.
Tęsknisz za Małdytami? – ni stąd ni zowąd spytała się Morosa,
gdy pewnego dnia spacerowały uliczką zanurzającą się w mroku,
niczym w gęstej, śliskiej puszczy.
rys. Joanna Grochocka
Migotania, przejaśnienia 26
Nie - odparła z uśmiechem Helena, mrużąc oczy. Gdzie one są?
Nie ma ani ich, ani mamy, ani taty, ani Twojej małej siostrzyczki.
Jesteśmy my, Ty i ja tutaj i teraz – wyrzuciła z siebie pospiesznie
i oblizała usta. – Bądźmy tu tylko bardziej – schwyciła Morosę
za ramię.
Co to znaczy być bardziej? – spytała się Morosa, ale nie otrzymała od razu odpowiedzi, gdyż Helena dopadła do rosnącego
przy ulicy krzaka jeżyn i zaczęła je pośpiesznie zrywać i jeść.
–To właśnie- odparła, pospiesznie ocierając usta. –Spróbuj, jakie
soczyste i jaki delikatny na nich jest puszek. Jakie dobre bluberi...
Mogą nam posłużyć za nadzienie do muffinek, które upieczemy
(może w niedzielę, to znaczy....sandej, co?). Polejemy je potem
śmietanką i zjemy sobie.
Zanim doszły do domu , zaczął siąpić lekki deszczyk, sprawiając,
że jaskrawe domki zrobiły się bure i przybladły, niczym twarze
ludzi dotkniętych chorobą. Powiał wiatr, a po ulicach zaczęły
fruwać papierki i kawałki starych gazet.
(A przecież to miasto wydawało mi się takie czyste...- myślała)
W ciągu następnych dni Helena zrozumiała, że pani Decayer nie
zamierza respektować ich, szumnie mówiąc, praw pracowniczych.
Może wcale coś takiego nie istniało. Podczas pracy nie było mowy
o przerwach, chociaż akurat nie to było najgorsze. Wredne babsko
potrafiło specjalnie wejść w ubłoconych butach do salonu, a
potem kazać jej i Morosie czyścić zostawione ślady. Paliła- a skarżyła się, że w domu śmierdzi. Nie można powiedzieć, że Helena jej
nienawidziła. Chyba nie była skłonna to tak gwałtownego uczucia.
Wszystko w niej było wyciszone i jakby obłożone watą, do każdej
sprawy można było podejść lekko i z nonszalancją.
Ponadto zdawała sobie sprawę ze swojej wyższości. Decayer
mogła je upodlić, zabronić im chodzić do kibla, kazać czyścić go
szczoteczką do zębów, ale i tak nie mogła odebrać im młodości,
nie mogła wydrzeć z nich tego, co miały przeżyć, tego, co miało
się stać i co trwało przed nimi niczym tajemnicza góra, nie była w
stanie zamienić się w kobietę młodą, mogła tylko uprzykrzyć im
życie, a nawet tego nie potrafiła zrobić konsekwentnie i z klasą,
stąd wywoływała raczej pogardę, uśmiech politowania, grymas
zniechęconych ust.
Helena poczuła się już nieco pewniej, coraz rzadziej zapominała
słów, coraz częściej używała odpowiednich. Była z siebie zupełnie
zadowolona. Zastanawiała się tylko, skąd nagle pojawiła się w niej
chęć zajrzenia do wnętrza swojego ciała. Helena pragnęła bowiem
sama stać się tylko patrzeniem, tylko okiem, czy może jakimś rodzajem sondy, zamierzała jako na wpół fizyczny, na wpół duchowy byt
wedrzeć się do własnego przełyku, powoli spadać w tę przepaść
będącą cudem, wcisnąć się między gałęzie własnych płuc, rozglądać
się dalej i dalej, mówić – to jest wątroba, to śledziona, to nerki, a to
przewód pokarmowy. Skąd ta pieprzona ciekawość?
Już ochłonęła, uspokoiła się – oto nikt jej nie woła, nikogo nie
ma za drzwiami, nikt o niej nie mówi wściekłym głosem, skończyło się już to rozedrganie, które dotąd było jej nieodłącznym
towarzyszem. Wyprostowała się! Patrzy teraz na księżyc, ukryty
za podświetloną kotarą chmur, patrzy i nie myśli o niczym, no,
może o parowie, łożysku, które wzywa ją jakąś dziwną pieśnią,
hymnem, który może kiedyś słyszała...nie...sama już nie wie.
Zauważyła, że odkąd w swoim wnętrzu nabrała pewności ,
zaczęli na nią zwracać uwagę mężczyźni. Wystarczyło, że zawiesiła
na którymś wzrok na dłużej niż na kilka sekund, a już osobnik
podnosił się, wypychając biodra w charakterystyczny sposób,
i patrzył na nią wyzywająco, niepostrzeżenie zbliżając się do
jej stolika. Wywoływało to w Helenie dreszczyk emocji, miała
ochotę kusić, naprężyć bosą stópkę i machać nią w powietrzu, w
zalotny sposób wkładać do ust własne włosy, przymrużyć swoje
oczy i ciskać nimi tajemnicze spojrzenia, a wszystko tylko po, aby
zobaczyć cóż takiego się stanie.
Czy kochałaś się już kiedyś z facetem? – spytała Morosa, obierając ziemniaki.
Po co chcesz o tym wiedzieć? – zapytała Helena podnosząc
lękliwie oczy.
Chcę. Simpli. Abyś wyszła z tego zaułka, kąta, w który sama się
zagoniłaś. Widzę, jak faceci patrzą na Ciebie, jak Cię taksują, widzę
to w ich oczach, ten dizajer – ciągnęła, żując gumę i przymrużając
oczy ciężkie od tuszu. –A ty ani nóg nie rozłożysz, aby mogli
zobaczyć twoje majtki, ani włosów nie rozpuścisz... Elen... (Lubiła
tak do niej mówić, oznaczało to największą poufałość).
Ostatni obrany ziemniak chlupnął do garnka i Morosa wyszła
do drugiego pokoju. Helena usłyszała tylko trzask zapalniczki i
po chwili poczuła tytoniowy dym. Zacisnęła palce na filiżance z
kawą, tak mocno, aż zrobiły się sine. Milczała. Ale czuła , że teraz to
Morosa zastępuje jej matkę, że chciałaby, aby ten głupi trzpiot w
tandetnym makijażu, który właśnie zaciąga się marlboro, przytulił
ją i pocałował, może pochwalił.
Tydzień później wieczorem, po pracy, razem z Morosą poszły na
imprezę do pobliskiego miasteczka, leżącego po drugiej stronie
łożyska. W ciemnej sali, przypominającej raczej długą grotę
z wieloma wejściami, siedziało mnóstwo ludzi, a może raczej
jakichś podziemnych istot, gdyż Helena widziała tylko twarze,
dłonie, buty. Duszno. A Morosa już płynęła w tym brudzie, tym
kanałem, już ciągnęła Helenę za sobą, przeciskając się między
facetami spuszczała wzrok i oceniała zawartość ich rozporków.
Znalazła dla nich jakiś kącik w cieniu tej pieczary.
Po dwóch piwach Helena rozmarzyła się. Wszystko przepływało jakby dwa razy szybciej przed jej ciężkimi, zmrużonymi oczami.
Poczuła mrowienie w dłoniach, przyjemną pustkę w głowie. I
nagle w jej sercu zapłonęła tak ogromna potrzeba miłości, że
myślała, iż rzuci się na ziemię z powodu głodu dotyku, uścisku.
Rozejrzała się. Oto natrafiła się okazja do pierwszego przekroczenia granicy. Helena przechyliła się na krześle i w ciemności
Gazeta literacka
rys. Joanna Grochocka
poszukała ust nieznajomego. On spojrzał na nią, wziął głęboki
oddech i odpowiedział łapczywie, zaciskając umięśnioną dłoń
wokół jej białej szyi i przyciągając ją do swoich warg. I trwali tak
przez kilka chwil, pochyleni jak drzewo, podczas gdy Helenie
szumiało w głowie z zaskoczenia i niedowierzania, bowiem ów
nieznajomy był naprawdę przystojny. Nie myślała, że w ogóle
zwróci na nią uwagę, podczas gdy on teraz pieścił jej wilgotne
usta i język, trwając w jakimś zachwyceniu i dysząc po cichutku. Gdy już nasyciła się i zmęczone usta poczęły jej drętwieć,
wymknęła się po cichutku z groty zostawiając owego nieznajomego w samym centrum zdziwienia. Na zegarze było wpół
do drugiej. Morosa patrzyła na nią z zadowoleniem, pokrytym
może leciutką mgiełką znudzenia. Czy w głębi duszy liczyła na
to, że jej Elen jest inna niż wszyscy i nie ulegnie presji? A Helena
zasmakowała ust Nieznajomego (nie pamiętała nawet jego
imienia) i zrobiła pierwszy krok w kierunku od ciasnej furtki do
przestronnej bramy i szerokiej drogi. Zabłysły pierwsze czerwone
światła, zaśmiały się oczy, usta zacisnęły się w złowieszczym
uśmiechu. A co mógł robić wtedy Tiferet, jak daleko był od
niej, dlaczego bał się i nie mógł jej dostrzec? Ilu zwierciadeł
potrzebował, ilu luster?
Tydzień minął niespodziewanie szybko. Helena była gotowa
podążać jeszcze głębiej. Jednak w oczach Morosy nie znajdowała
ciepła ani zrozumienia. Sama wyczytała w nich tylko nieme, zimne
potwierdzenie.
Na ulicy było co najmniej kilka pubów, jednak Helena i Morosa
weszły do najmniejszego z nich, ukrytego w rogu ulicy, w cieniu
drzew kasztanowych.
Nazywał się Samael.
Biorę oddech, właśnie w tym miejscu, chociaż mogłem zrobić to
wcześniej lub później. Pocieram oczy i boję się tych słów, które mają
się ze mnie wydobyć. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, nie wiem,
kim jest Helena, nie wiem jeszcze, co się stanie dalej, ale wszystko
widzę wyraźnie- jak chwyta za klamkę, tak, widzę wyraźnie, jak
jej dłoń kurczowo zaciska się na klamce, złotej, z ciemniejszym
pobłyskiem. Helena jest ubrana w białą, lekko przezroczystą minisukienkę, ma gołe nogi i na stopach baletki, błękitną koszulkę
w białe poprzeczne paski, paznokcie ma pomalowane na kolor
srebrny. Teraz widzę ją, więc może jednak jest? Potrafię przecież
podać szczegóły jej ubioru, opisać jej twarz, widzę przymrużone
oczy i lekki uśmiech, za nią Morosę, dla której to wyjście nie jest
niczym specjalnym, co widzę po wyrazie twarzy.
Zamówiły piwo i usiadły przy stoliku, naprzeciwko kilku Hindusów, którzy coś głośno opowiadali i objadali się ciastkami.
Ostre aromaty kadzidła i kolor ciemnego drewna odprężyły
Helenę. Wypluła gumę do żucia, na chwilę zamknęła oczy i wzięła
głęboki oddech.
Wtem z głośnika zabrzmiała piosenka:
„I’m going slightly mad, I’m going slightly mad
It’ s finally happened, happened
I’m slightly mad
I’m knitting with only one needle
Unraveling fast it’s true
I’m driving only three wheels these days
But my dear how about You?”
Helena zauważyła, że kelnerki rozdają wszystkim karteczki z
napisami. Jedna z nich podeszła do niej i podała jej mały kawałek
tektury, na którym było nabazgrane pisakiem S z e c h i n a.
O co chodzi? – spytała Morosę
To taki zwyczaj. Na czas imprezy każdy dostaje nowe imię.
Na mojej karteczce jest „Hara’a”. Cute, prawda? Jak jakiś arabski
pseudonim – zaśmiała się, pokazując zęby. No to – wypijmy
kolejny bruderszaft – Szechinko ty moja.
Brzdęknęły kufle irlandzkiego piwa. Morosa pocałowała Helenę
w usta, pogładziła ją po twarzy i szepnęła jej do ucha.
Szybko się uczysz...
Piły. Grupa Hindusów przysiadła się do nich. Jeden z nich - o
imieniu Jafals upatrzył sobie Elen, prawił jej komplementy łamaną
angielszczyzną. Patrząc na jego twarz Helena czuła się obco, tak
beznadziejnie obco.
Jafals drżąca dłonią schwycił Helenę za nadgarstek i zmrużył
oczy. Odeszli od stołu. Łagodnym ruchem wysunął się przed nią,
pociągnął za sobą i tak weszli po drewnianych, obitych skórą
schodach. Teraz jego ruchy były szybsze, już prawie ją popchnął,
wydając stłumiony okrzyk chwycił za klamkę i oto oboje znaleźli się
w pokoju. Helena patrzyła na niego wielkimi, niezdrowo lśniącymi
oczami, na jego rozpaloną twarz i zmierzwione, czarne, kędzierzawe
włosy. Jafals odetchnął, zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów,
zamknął drzwi. Podszedł do niej powolutku, przeciągnął ręką po
jej białej sukience, po czym przywarł do jej ust. Poczuła zapach
alkoholu, który przywołał w niej jakieś delikatne, nieokreślone
wspomnienie. „Boże, to takie nienaturalne, że oto on trzyma mnie
w ramionach - pomyślała. Dlaczego tak jest, że traktuję to jako
coś dziwnego, niezwykłego?” – pomyślała. Jafals przymrużył oczy
raz jeszcze i miażdżąc wargami jej usta zaczął rozpinać koszulkę i
powoli zabierać się za stanik. Helena poczuła motylki w brzuchu,
oraz wilgoć, zaczynającą się gdzieś w okolicach lędźwi.
Wyglądała teraz jak spokojna, płacząca wierzba, gdy stała
bosymi stopami na podłodze (a marzyła w tej chwili, żeby czuć
zjednoczenie z ziemią, żeby stać na niej całym ciężarem ciała), w
tym oto pokoju, metr od łóżka, obitego wiśniowym materiałem.
Czy wiedziała już, co się na nim za chwilę stanie? Co teraz dzieje
się z tym łóżkiem i kto na nim śpi, kto będzie mógł zapłacić za
jej krzywdę i głupotę? Jakże radowałbym się, gdybym mógł sam
jeden pociąć to łóżko na kawałki, spalić i tańczyć w blasku tych
płomieni, wśród nocy, śmiać się im wszystkim w twarz wiedząc,
że zabrałem ją stamtąd, kiedy mnie potrzebowała! Co robisz?
Uciekaj, wyrwij się! Wymyśl coś, wiesz dobrze, że tak naprawdę to
jeszcze mnie nie ma, ja sam, piszący te słowa wcale nie istnieję i
nie mogę Ci pomóc. Nie pozwól jego rękom czynić tego, co teraz
czynią, wiesz dobrze, że on bierze coś, co nie należy do niego.
Dlatego niech będzie przeklęty. Wiem, że nadejdzie czas, kiedy
zagoją się rany i nie będzie już tego wszystko, że tam, po drugiej
stronie może ja sam piszący te słowa położę się na tym łóżku i
my wszyscy razem pojednamy się.
Na razie jednak zionie otchłań nocy, nad parowem zawisł
brunatny, martwy księżyc. Wiem także, że tej samej nocy było
wiele takich Helen, winnych bardziej czy mniej, wyrwanych
ze swoich Małdyt, wiem, że takich Małdyt było więcej, gdzie
rodzice myśleli o swojej córeczce, a gdyby wiedzieli, co się z nią
dzieje, pobiegliby wszyscy przez pola prosząc tylko ziemię, by
ich pochłonęła. Chociaż może ich przeceniam... Wyglądała jak
spokojna, płacząca wierzba, gdy pół godziny potem spokojnym,
niedbałym gestem wycierała się od ciemnopomarańczowej krwi i
lustrowała wzrokiem podłogę, aby odnaleźć na niej własne rzeczy.
Obejrzała się i nie zobaczyła już Jafalsa. Uznała zatem, że był to
sen, a biały ręcznik brudny od krwi wrzuciła pod łóżko, gdzie miał
już leżeć do końca świata. Stanęła w samym środku mitycznie
udekorowanej nicości. Dusza Heleny dryfowała gdzieś, może
szukając legendarnego delfina, może niby lekka mgła wpełzła
do lasu, by nacieszyć się zapachem drzew i kwiatów?
(Poznań, marzec-czerwiec 2008)
31
POEZJA
Katarzyna Gąsiorek
1.
*
czy wiesz
jak brzmi słowo wyrażone słowem
kocham?
a wiesz
że słowa mają własny
niewerbalny świat? piekielną wirtuozerię
dlatego słowo piekło przypomina piękno
nawet kuszą podobnie
prawda?
słowo prawda jest wrogiem słów
poluje nocą choć potrafi zabić w biały dzień
już wiesz czemu tak boli
słowo ból jak myślisz po co jest?
żeby musnąć ostrzem po otwartej ranie
zamiast dotyku?
słowo dotyk wraz ze słowem wzrok
rozepną i zapną błyskawicznie każdy niuans
twojej wrażliwości którą skrywasz w ciele
ciało to jest twoje ty
tam żyją wióry prawdy piękna oraz miłości
i ciało odda za nie życie
3.
piszczel poematu
‚
nic we mnie
ani ponad mną
tylko pręga samotności
everyman
samotność to nieskończoność
wypatrująca człowieka
z okien jego życia
‚
nie pytam o sens
nie sądzę by życie musiało mieć sens
życie nie wymaga sensu
ta radosna myśl
ten dreszcz spokojnej zgody
na obojętność mojego życia
wobec sensu i
bezsensu
‚
kiedy się rodzisz
nic cię nie chroni przed narodzinami
w dniu śmierci tylko ty słyszysz modlitwę
własnej agonii
mroczny burdon twojego życia
będzie stręczył myśl o dobrej śmierci
ale nie
ty nie chcesz dobrze umrzeć
umrzeć prawdziwie to nie być związanym
żadną myślą żadnym pragnieniem
śmierć to napis który musisz odcyfrować sam
bez doradców
bez poręcznej czcionki
wieczności
‚
wieczność
jest obsesyjnym trwaniem
z sobą
twarzą w twarz
zetrę to lustro w proch
gdzie jest lustro
a gdzie ja
1906 - 1990
Smutek czyha, wpadając pod pejcz chwil podawanych
mi w formach eleganckich jak prosta czarna kreska
łamiąca dwie graniczne daty na pół,
czego?
Wiara tropi siebie dysponując ledwie prostą
czarną kreską jak rysikiem do opisu,
czego?
Nadziejo, trącasz łokciem nieczułe czynniki
rzeczywistości i razem dopinacie prostej czarnej
kresce dywergentne skrzydła,
czego?
Miłość, jak zawsze z bezczelnym cygarem w kąciku
ust, rozbiera z rozbawieniem wszystkie kody
egzystencji - a nuż w tej czarnej pauzie mojego
czasu jest szansa na pojawienie się,
?
a jeśli to jest życie?
Elsie! wróciłaś do domu
po długich wojażach a
po co?
na co ci ten dom?
już nie potrafisz żyć
naprzód?
tak oddaliłaś się od siebie
że musisz wracać?
przyjechałaś znikąd i nikt cię nie wita
(a chcesz?)
nagle nie wiesz gdzie twoje miejsce
siądź zjedz truskawkę zaśnij
no co?
szkoda słów
Elsie
aż słów brak
przyjechałaś’
bagaż rzucony w kąt
pod stołem
psi nos trąca cię w kolano
za oknem plucha’
liście cmokają smycz
pies merda ogonem
sfatygowany wilgocią but
pęka ze śmiechu
a Tobie Elsie
jest z tym do twarzy
gdzieś hen hen
Elsie,
gdzie jesteś?
jak zgubiona śrubka
stukająca o asfalt w deszczową noc
jesteś stara i głupia
nie wiesz że drogą swojej ucieczki
wrócisz?
twój dom przy twojej ulicy
dom na ulicy dzielonej z psem
i miską księżyca
ta ulica jak grymas klauna
z tej ulicy twój skok w dno oka
klauna tańczącego w strugach kabli
częstujących ogniem
boisz się że nawieje?
już jej nie ma nie ma jej
tam’ śmieszna Elsie
usłyszała gong zwiastujący życie
więc żyje’ ktoś rzucił „kochasz, to
rób co chcesz” – więc żyje a te
odurzone pyski wokół dałyby się zabić
za promil jej pewności
wykrzykują: Elsie skąd ty się wzięłaś
między wilkami?
przezroczysta na bezpańskim bruku
skąd łzy? porzucany przez nas
(nigdy porzucający) jest świt
pamiętaj o tym i wytrzyj nos
spójrz nasze słońce to pieprz i żółć
spójrz na ludzi depczą po sobie
w drodze do domu
popatrz na wszystko na siebie
ale bez kpin Elsie
nie chciej rozumieć
lepiej tańcz
taniec to jeden z cudownych gagów
świadomości (jaka niewinna jest
kiedy tańczy i jaka niekonieczna
zawsze)
eh Elsie ten wiersz o tobie
nie chce się skończyć
a jesteś taka przeciętna
szara w swoim szale
kłopot z Elsie
idzie siekając mgłę
skulona
w ciele pustyni
jest sama
oczy jak kule
włos zwieszony
w koronie drzewa słońce
osadziło swój łeb
paski światła biją po skórze
Elsie kocha człowieka
z całym piekłem w nim
które jest smutkiem
nieba
pogroziła niebu
a ono dla żartu
stanęło otworem
świeże wilgotne powietrze
Elsie bawi się oddechem
i jak dziecko cieszy się zdziwiona
wyszła opuściła ten dom
w którym ściany wyskakują oknem
jak sznur myszy
w ciele pustyni
jej ciało
to kropla pustyni
Dla Elsie
Kłopot z Elsie
W rogu siedzi kobieta
Zgarbiona z zamkniętymi oczami
Widać jednak że nie śpi
32
będziesz się tak nieskończenie snuć
biedna Elsie
na zgaszonym pikselku nieba
chcesz rozstrzelać swoją
przypadkowość
doznać - nazwać – być’
ciężki cichy ptaku
kruche lata
nie chcą puścić farby
w sprawie tzw. „tajemnicy”
-zawijasz ją w cudzysłów
okratowujesz nawiasem
rys. Joanna Grochocka
Migotania, przejaśnienia 26
Grzegorz Musiał
Neapol, Czwartek 2 maja
Utknęliśmy naprzeciw wejścia do Archivio del Stato, na piazzetta
del Grande Archivio - przy skromnej studzience, za to objętej
wyniosłym barokowym portykiem, podobnym do pałacowej
bramy. Moja miłość do Włochów to jest ich miłość dla szczegółu.
Na skromnym placyku, gdzie zbiegają się wyloty trzech uliczek,
którym czasem przeturla się motorynką jakiś neapolitański łobuziak, jak pewnie niegdyś truchtał objuczony sakwami osiołek,
skąd nagle ta bujność wymagań? Rozrzutny, wielkopański gest
wyobraźni, każący głupi kran z wodą do którego się schylasz, pijąc
zeń i nie podnosząc oczu, a potem idziesz dalej - obudować czymś,
co pozostanie „tylko piękne” i nie spełni najmniejszej użytkowej
funkcji: kunsztowną budowlą z czarnego i żółtego marmuru
i piaskowca, ujętą kolumnami, wolutami i szeroką kamienną
balustradą, na której teraz siedzimy? Coś takiego, taki szał smaku
nie występuje w takim natężeniu nigdzie indziej na świecie.
Silvio mnie tu przywlókł prosto z mego ukochanego gotyckiego
kościoła Świętej Klary, każąc mi tu oglądać – koniecznie!!! – gdzieś
w środku, na piętrze, które nazwał „Chistro del Platano” każąc mi
tę nazwę parę razy powtórzyć – jakąś rzadkość ogromną, i kto
coś takiego w ogóle widział w tej części Włoch - freski umbryjskie! Mam iść do strażnika, powiedzieć mu, że jestem scrittore di
Polonia i żeby mnie wpuścił. Silvio tu zaczeka. Kończąc, patrzał
już na dachy i na gołębie. Mówiąc zdanie coraz ciszej, ciszej już
odpływał w to swoje szaleństwo, zapatrzony. Więc idę, i zaraz
wracam. Freski są, dostępne, ale tylko rano. Trudno. Nie zobaczę
umbryjskich fresków, w Neapolu.
*
Neapol grzmi, trąbi, krzyczy, handluje, kipi w wąziutkich uliczkach, pod wielopiętrowymi festonami ze schnących ręczników
i majtek. Ludzka fala w przyboju, w ciągłej, niewyczerpanej
energii kinetycznej. Gdyby tu, na moim miejscu, stanął samotny,
zadumany Szatan, z pogardą patrzyłby na tę eksplozję życia, na
szał prostej ludzkiej biologii i radości istnienia. Wszystko to lawiruje wśród wyłożonych na chodnik, a wylewających się z nigdy
niezamykanych sklepików – czy raczej wnęk w murze – różnej
wielkości „Matekbosek” w niebieskim płaszczu i zapalającej się na
bateryjkę koronie z gwiazd, złoconych amorków, neapolitańskiego
sowizdrzała - Pulcinelli w złamanej szpiczastej czapce, białej
kryzie pod brodą i półmasce z czarnym nochalem, gramofonów
z, koniecznie złotymi, tubami, wizerunków Ojca Pio, Faustyny,
karafek do oliwy, wieńców czosnku, a w tej masie, w którą jakimś
cudem tu i ówdzie wetknięto jeszcze stolik dymiący górą makaronu i dwa krzesełka, robiące za restaurację, przemykają trąbiąc bez
przerwy, bo bez trąbienia się nie da, skutery, motorynki, a nawet
małe samochody. Nikt tu jakoś od tego nie ginie. Tak chyba przed
wojną wyglądał Lwów.
*
Kościół San Domenico Maggiore przypomina mi stary gotycki
zamek z Lotaryngii. To są te ślady Andegawenów w Neapolu. Moja
ulubiona Święta Klara też należy do tej gotyckiej rasy, prostej,
potężnej i wykwintnej, przywleczonej tu w XIII, XIV wieku z północy, z Francji. Po obłędnym hałasie miasta – powaga. Szlachetny
dwuszereg kolumn, zbiegający się hen, w perspektywie nawy
głównej. Rytm złoconych kapiteli i kasetonów wysoko, w płaskim
sklepieniu bazyliki. Cisza, kosmiczny spokój.
W architekturze gotyku zyskuje swoje apogeum to, co chrześcijańska Europa miała od zarania i co następca gotyku, renesans,
kompletnie zatracił - to znaczy najczyściej duchowy, abstrakcyjny
kontakt ze Świętym Świętych. Porywające wzwyż, tylko wzwyż
uczucie, że jest się, zaiste, w Świątyni, w Bramie Nieba, na które
zobojętniał renesans, odwrócony do swych gołych Apollinów, ale
które po renesansie znowu odzyskuje barok. Dlatego tak rozumieją
się ci dwaj bracia - gotyk i barok, choć formalnie są przecież tak
od siebie różni. A przecież złocony barokowy kapitel świetnie
wieńczy gotycką kolumnę. Te barokowe rozbuchania i krągłości,
ten jezuicki szał ornamentu tak bardzo obcy, zdawałoby się, gotyckiej linii prostej, geometrycznie wyliczonej, perspektywicznej,
oschłej – jakże głęboko łączy wspólny wektor duchowy: wzwyż,
wzwyż, do Nieba! Po Świętość! Za Wszelką Cenę!
Bo to jest przecież w ogóle – cena wielkiej sztuki. Cena Ostateczna. Gotyku – który nie miał sobie równych w arytmetycznym
wyliczeniu gigantycznego rozpędu, jaki musi wziąć dusza, aby
dosięgnąć Nieba – i baroku, który identyczny zamysł wyraża
swym wyobrażeniem tryumfu Nieba na ziemi. Niestety, sztuka
późniejsza – wraz ze światem wzbogaconych mieszczan, który od
końca XVIII w. zatryumfował w dawnej Europie królów i rycerzy odwróciła się od wielkich duchowych zmagań. Przestały one być
dla mieszczan zajmujące. Zaczęli się rozglądać za landszaftem nad
kominek i kopią Wenus z Milo, którą można ustawić za kanapą.
Gazeta literacka
Więc również artyści zajęli się czymś, co można wystawić w sklepie
lub w Salonie Jesiennym, do którego przybywają bogacze i snobi:
widoczkiem, ornamentem, seksem, kabaretem…
I znów! Coś tak pięknego, ten czysty andegaweński chorał
gotyku prześwietlony kosmicznym światłem, znajduję też w prezbiterium kościoła San Lorenzo Maggiore. Myślałem, jaką metaforę
dać wzruszeniu, które mnie tu ogarnia. I myślę, że byłoby to coś
w tym rodzaju: tu każde słowo Psalmu brzmi jak kropla srebra
uderzająca o krawędź kielicha, wykonanego z najcieńszego
kryształu.
*
Ulica. Włoskość skoncentrowana w jakimś niszczącym wszystko
inne roztworze. Trudno się dziwić, że ci z Południa gromadami
wędrują na Północ. Tu by się samo-rozpuścili w tym potwornym
stężeniu. Tam - nabierają gładkiej formy, blasku. Silvio mówi, że
bardzo wielu Włochów zasilających elity północne pochodzi
stąd: lekarze, profesorowie, artyści. Północ ich szlifuje, czyści – do
surowego metalu.
I zaraz następna myśl: jeśli Neapol jest Lwowem Włoch, to
tylko pomyśleć, co by tu się działo, gdyby im odciąć Neapol. I całą
Kampanię, z Salerno, i Kalabrię, kędy do Włoch weszła starożytna
Grecja i zrobiła im Renesans, i Basilicatę z Materą i Apulię z Bari,
Foggią i Trani, skąd do Palestyny odbijały statki krzyżowców
… a zamiast tego doczepić im z drugiej strony jakiś wypalony
i zbombardowany Zurych, zrabowane i spalone przez Czerwoną
Armię Monachium – i kazać im kochać te zimne obce miasta
zbudowane dla rozwiązłych i oszczędnych gospoś z piegami
na dekoltach i mówiących gardłowym szczekaniem, tam żyć
od nowa, sprzedawać na chodnikach te ich lazurowe Madonny
i Pulcinelle w kryzach, tam, do zatrzaskiwanych w porze trawienia
okien, wyśpiewywać te ich słodkie, pełne światła canzony… Jak
długo po czymś takim, po potwornym gwałcie na kulturze, na
tożsamości, na duchowości, jaki Polska przeżyła po pakcie trzech
krwawych kupczyków w Jałcie – Włochy pozostałyby Włochami?
Gdyby jeszcze do tego, poza Kalabrią, Apulią, oderżnąć im na
północnym wschodzie, jak to zrobiono z Wilnem i Grodnem, kawał
kraju z jakąś Wenecją, Bolonią i na dokładkę urwano po połowie
Toskanii i Umbrii? Tak, żeby został tylko Rzym – widmowy, zrujnowany, obrabowany, jak po najeździe Gotów, bez kopuły Św. Piotra
i wszystkich tych cudów sterczących nad dachami miasta, gdy
patrzy się z Janikulum na jego niebiański pejzaż, z przepędzoną
na cztery strony świata rdzenną ludnością i wymordowanymi
elitami - a z większych miast łaskawie pozostawiono by im, dajmy
na to, Turyn i Mediolan.
Niedaleko od Katedry, w zaułku via Vergine – niczym szczególnym nie wyróżniająca się, wtopiona w ciąg ulicy fasada pałacowa.
Silvio informuje mnie, że jest to Palazzo dello Spagnolo i każe
mi wejść pod ciemny łuk bramy. Wchodzę w podwórze i nagle
znajduje się wewnątrz czegoś, co mogłoby być odbiciem szału,
panującego w jego głowie. Jest to szał późnego baroku, szał
podwórca, ujętego przez w cztery kondygnacje łuków i ażurowej
klatki schodowej, która bezlitośnie nachyla się nad tobą kolejnymi
łukami, biegnącymi w głąb za tym pierwszym szeregiem, jakby
na podbój wnętrza domu, a tam rozbiegają się tak, że widać gołe
żebra łuków w poprzek dalszych łuków i prześwitów za kolejnymi
prześwitami, i skosami cwałujące przez to biegi schodów niknących na podestach po to, by rozdwoić się, roztroić, i wreszcie
chciałbyś krzyczeć: dosyć! Ale to nie koniec, bo wszystko również
naciera na ciebie pod różnymi kątami, gdyż linia fasady nie jest
prosta, a pozałamywana, aż twe oczy zaczynają łzawić z wysiłku
i wzruszenia, bo tylko tu, w tym obłąkanym z miłości do sztuki
kraju, mógł się znaleźć architekt, który z czegoś tak banalnego
jak klatka schodowa w podwórcu – ot, parę stopni w górę, drzwi
i kołatka – zrobić umie Boski model jakiejś monstrualnej klatki
piersiowej, która żyje i oddycha w spiętrzeniu swych kamiennych
kondygnacji, zmieniających się w sen, jaki zainspirował pewnie
Georgio di Chirico do jego łukowatych miejskich pejzaży dla
widm i dla muzyki atonalnej, która najlepiej odbijałaby swe echa
wśród tej właśnie nadludzkiej, kosmicznej geometrii, jakby w takt
wznoszenia się i opadania kamiennych miechów rozświetlających
ją snopami świateł biegnącymi znikąd do nikąd, jak dźwięk
zagubionego fletu pośród posępnych waltorni.
*
Na via Toledo, tutejszym deptaku handlowym, wśród gór plastikowych worków ze śmieciami (w Paryżu jest wieża Eiffla, w Bergen
pada deszcz, a w Neapolu strajkują służby oczyszczania miasta)
łobuziaki kopią piłkę między samochodami. Piłka szybuje nad
dachem samochodu, uderza w głowę idącego w towarzystwie
żony, starszego Niemca w polo, szortach i złoconych okularach.
Niemiec NIE POSIADA SIĘ z oburzenia! Piłka już dawno wróciła
pod łokieć chłopaka, który wraz z kolegami stoi na krawężniku,
trochę speszony patrząc za odchodzącymi, gdy oni wciąż obracają do nich wykrzywione złością twarze, wymieniając krótkie
szczekliwe uwagi w swoim pięknym języku. Nie chciałbym być
na jego miejscu, gdyby w zasięgu telefonów komórkowych
tej pary znalazł się choć jeden umundurowany przedstawiciel
niemieckiej Bundespolizei.
Bluźnierstwo w Neapolu! Na rogach ulic porozlepiano białoczarne plakaciki zapowiadające w klubie Bauhaus (znów Niemcy)
„Dark Electric Night” w wykonaniu zespołu Depeche Mode. Na
rysunku nagi tors świętego Sebastiana, aureola nad głową, ale jego
ciało omdlewa w przegięciu „gejowskim”, jakby do przechodniów
wołał „hello” z oczami przewróconymi – tak, przewróconymi –
do nieba i przeszyty nieszkodliwymi strzałami, jakby je sobie
podoklejał. Od pasa w dół – kusa damska spódniczka, spod niej
wystaje czarny pas do pończoch.
Piątek, 3 maja
Wreszcie! Na morzu! Punktualnie o siódmej wieczór prom „Campania” wyrusza z portu Neapol w ciemniejącą otchłań… chciałem
napisać, oceanu, a tu przecież tylko kawałek Morza Śródziemnego
dzieli nas od Sycylii. Ale do Palermo dopłyniemy dopiero o ósmej
rano, więc spędzam czas na kanapce w salonie baru o nazwie
„Oleandri”. Jest też wielki telewizor za moimi plecami, do którego zaraz przykleił się Silvio. Niestety, zapewne ze względów
oszczędnościowych, mój przyjaciel nie wykupił nam kabiny,
a mnie nawet nie przyszło do głowy o to go zapytać. Więc noc
w śpiworze. Na szczęście wziąłem ze sobą mały cienki śpiworek,
w którym zmieściłbym się na długość jedynie podkurczając nogi,
ale jest na to za wąski, więc spać będę w woreczku sięgającym mi
do pasa. Ponieważ Włosi mają teraz tak zwany superdługi weekend (przedwczoraj był dzień wolny, 1 maja, a w zeszły czwartek
wypadło im Święto Wyzwolenia), więc od paru dni cztery miliony
Włochów przewalają się po całej Italii autostradami, samolotami,
promami w tę i we w tę. Widać to po tłumie obsiadającym gromadami każde wolne miejsce w naszym barze. Na szczęście mój
postkomunistyczny instynkt kolejkowy kazał mi, ledwie weszliśmy
na pokład, zaraz runąć tu do kanapki i rzucić na nią nasz majdan.
Słyszę za plecami, że John Grisham dostaje nagrodę wydawnictwa
Mondadori. Oj, polski pisarzu. Tam twój pobratymiec kokosi się
w objęciach hrabin, w światłach reflektorów, owinięty zjeżoną
stonogą mikrofonów, gdy ty, skulony na kanapce baru „Pod
Oleandrami”, rozmyślasz, że i tak niejeden z polskich pisarzy tej
sytuacji by ci pozazdrościł.
Cała moja nadzieja – w tym mebelku. Że jakoś tu się prześpimy,
choć oto nieprzerwanie nadlatują chmary pasażerów, którzy
z trapu wpierw pędzą „Pod Oleandry”, by potem rozproszyć się
w poszukiwaniu dostępnych szczelin w coraz gęściej zapakowanym statku.
W morze! Za plecami wiatr targa radosną biało-zielono-czerwoną flagą narodową Włoch, a przede mną - oddalający się
port Neapolu. Potężny, szary czworobok Castel Nuovo nareszcie
widzę od tyłu. Na wprost, wysoko – Capo di Monte. Po lewej dość
ładne białe zabudowania portowe w stylu art deco, a na prawo,
wypiętrzająca się w pasmach mgły, ponad watahą rozglądających
się we wszystkie strony żyraf portowych, sina, garbata sylweta
Wezuwiusza. Morze jest najbardziej Boskim spośród ziemskich
tworów Boga. Jeśli w każdym z nas jest dusza, cząstka Boskiej
nieśmiertelności, to morze jest oblewającą kulę ziemską czystą esencją Boga: kołyszącym się przestworem bez granic, bez
określeń, bez czegokolwiek, co by je kiełznało, ograniczało, poza
kapryśnymi, nagle wyłaniającymi się i tym chętniej niknącymi
w oddali, liniami brzegów, rysujących morzu jego wymykający
się oczom, bezcielesny kształt.
Oparci o balustradę, zapatrzeni w przestwór samotni, pogrążeni
w kontemplacji ludzie. I nagle w tym szarogranatowym zmierzchu,
w ciszy, która dzięki warkotowi okrętu jeszcze bardziej staje się
ciszą kosmiczną, boską, sprzed Stworzenia - nadlatuje ku mnie
jakiś trzepoczący motyl, daleka aria. Z powietrza? Z mej głowy?
Ocknęło się to coś, jakby spod głazu poruszonego w jego podwodnym łożu – głos z szumiącej starej płyty? Amelita Galli - Curci?
Traviata? „Addio del passato”? A może „Poławiacze pereł”?
Jeszcze przed chwilą, tam daleko, „Pod Oleandrami”, byłem
rzeczywistością, ale zaledwie musnęło mnie to coś, zatrzepotało,
zabrzęczało mi koło ucha jak złoty dzwoneczek z zaświatów, i ja,
i ci ludzie, podający sobie jednorazowe aparaty fotograficzne,
i flaga, która nagle zwisła bezwładnie, jakby i jej nakazano spokój,
i sekundowy blask fleszów, oblewających ten zamglony przestwór
jak cieśninę, w którą powoli wpływał Odyseusz - zmieniliśmy
się w sen.
33
DZIENNIKI - PODRÓŻE
Z cyklu: Dziennik włoski (5)
PODRÓŻE
ks. Jan Sochoń
Pomiędzy winnicą a szopą na siano
Kartka z Majorki
I
Zebrałem siły i wyruszyłem na Majorkę. Wszystkim nam, na ogół,
kojarzy się ona z rozległymi plażami, z życiowymi perypetiami
Fryderyka Chopina i George Sand; mniej natomiast wiemy o życiu
i misyjnym geniuszu Rajmunda Lulla – „pełnomocnika niewierzących” (jak sam o sobie mówił), wielkiego mistyka, poety i myśliciela
średniowiecza, który urodził się na Majorce, czy o jedynej świętej
tej wyspy – Catalinie Thomas, albo arcyksięciu Ludwigu Salvatorze Habsburgu, osiadłym tu na stałe i propagującym Majorkę
niemal na cały świat. Sam prowadził badania topograficzne,
folklorystyczne i archeologiczne, napisał siedmiotomową historię
tej cząstki Balearów, doprowadził do zachowania w niezmienionym kształcie znacznej części wysp. Dlatego warto wgłębić
się nie tylko w zachwycające krajobrazy, kolory oliwkowych
gajów i plantacji cytrusowych, ciszę przenikającą nadmorskie
zakola i rubinowo-błękitne zakątki skalne, ale poznać duchową
atmosferę archipelagu, położonego bardzo blisko północnych
nabrzeży Afryki.
Na tej przecudownej wyspie przebywali Fenicjanie, Grecy,
Kartagińczycy, Rzymianie, Bizantyńczycy, Arabowie. Ostatecznie,
w początkach XIII wieku król Katalonii Jakub I zdobył ją i rozwinął
kulturę chrześcijańską. Wśród jego następców wyróżnił się Jakub II,
dbający o tamtejszą gospodarkę, życie zakonne i religijne. Zbudował on wiele szkół, klasztorów, kościołów. Stał się też mecenasem
i patronem Rajmunda Lulla, którego życie było tak niezwykłe, tak
fascynujące, że aż trudno w nie uwierzyć. To niemal gotowy scenariusz, albo na opowieść romantyczno-awanturniczą, albo dramat
psychologiczno-religijny. Jest w niej gorąca, tragiczna miłość,
emocje literackie, mistyczne objawienia, natchnione nawrócenie
zdj. J. Sochoń
III
Dokonał rzeczy niezwykłej: rozstał się, jednym cięciem decyzji,
z dotychczasowym trybem myślenia i działania. Zatarł po nim
wszelkie ślady, chcąc jakby urodzić się na nowo. Uznał za bezwartościową swą młodzieńczą twórczość; zniszczył dworskie,
miłosne wiersze, rozdał majątek ubogim, pozostawiając pewną
część, jako zabezpieczenie żony i dzieci, i udał się na poszukiwanie religijnego ideału, podejmując trud pielgrzymowania do
różnych europejskich sanktuariów. Po śmierci żony przyjął sposób
zakonnego życia żebraczego, na wzór św. Franciszka. Wyrzekł
się luksusów, ogarnięty niespożytą pasją głoszenia wiary. Chciał
roznieść ją po całym ówczesnym świecie, nie zważając na trudy i
przeciwności. Nie działał jednak pospiesznie, bez planu.
Jego umysł, choć gorączkowy, napięty poznawczo do
ostatnich granic, miał racjonalną barwę. Nie pozwalał
na emocjonalną, chaotyczną grę ze światem ówczesnej
kultury. Stąd też Lull zamierza podjąć się pionierskiej
akcji nawracania na chrześcijaństwo muzułmanów, dokonać przy tym uzasadnienia wiary katolickiej i zachęcać
przyszłych misjonarzy do nauki języków orientalnych.
Wszystko po to, aby chrześcijaństwo niosące prawdę,
mogło stać się skarbem wszystkich ludzi. Sam przez dziewięć lat uczy się języka arabskiego, korzystając z pomocy
arabskiego niewolnika, zapoznaje się z dialektyką, czyli
logiką, zakłada kolegium w Randzie, na wzgórzu, gdzie
wszechstronnie kształcono misjonarzy, stając się w ten
sposób prekursorem współczesnej orientalistyki. Później
buduje klasztor w Mirmar, niedaleko Valldemossy. Czyta
także traktaty filozoficzne; studiuje twórczość św. Auguzdj. J. Sochoń
styna, św. Anzelma, przedstawicieli myśli franciszkańskiej,
jak też interesuje się filozofią i teologią islamu, wczytując
religijne, wytężona praca intelektualna, podróżne misyjne, próby się gorliwie w Koran. Zwieńczeniem tego twórczego okresu życia
dialogu z innowiercami, oskarżenia o herezję, męczeństwo, Rajmunda stało się dzieło Liber contemplationis, przeznaczone do
odrzucenie przez Kościół, wreszcie beatyfikacyjna rehabilitacja. pracy misjonarskiej wśród niewierzących.
O tym wszystkim dowiadujemy się z tekstu autobiograficznego,
IV
nawiązującego do Wyznań św. Augustyna, Vita coaetanea, który na
podstawie wspomnień samego Rajmunda zredagował któryś – o
Odwiedziłem to ciche, skryte wśród gajów oliwnych, miejsce,
nieznanym dzisiaj imieniu – z jego uczniów.
rozjaśnione słońcem i błękitem morza, zakryte przed jakimkolwiek oddziaływaniem życia świeckiego. Jeszcze teraz – kiedy
II
nie ma wielu turystów – odczuwa się tutaj błogą aurę duchowej
W Palma de Majorka, w wielu eksponowanych miejscach miasta, pogody, płynącej z faktu, że ludzka wola i rozum zgodziły się na
stoją pomniki Rajmunda Lulla. Ten myśliciel tak bardzo wrósł w współpracę z Bożą łaską. Wyobrażałem sobie, wpatrując się w
krajobraz i wrażliwość tamtejszych mieszkańców, że stanowi z nimi ciemnofioletowe barwy wody, przeniknięte słoneczną jasnością,
niemal jedno. Kim był? Dlaczego wciąż pozostaje postacią żywą i postać Lulla, który toczy boje z innowiercami, przekonując ich do
pobudzającą do twórczej aktywności? Urodził się najprawdopo- przyjęcia chrześcijańskiej wizji świata. Nie było to wówczas – jak
dobniej przed rokiem 1235, w dystyngowanej, bogatej rodzinie zresztą i dzisiaj – łatwe. Żeby się porozumieć, najpierw trzeba
szlacheckiej. Wychował się na dworze królewskim, zaznajomiony się wzajemnie poznać, zaakceptować i wyznaczyć możliwy do
ze sztuką rycerską i trubadurskim stylem życia. Pełnił funkcję przyjęcia obszar rozmowy. Należy też wyzbyć się przekonania,
zarządcy dworu Jakuba II, który już jako władca Majorki obdarzał że zna się jedyną, godną przyjęcia drogę wiodącą do celu. Ale
go życzliwością i gościnnym wsparciem. Początkowo prowadził o to właśnie najtrudniej. Tymczasem Lull zyskał nieoczekiwane
życie wziętego poety i damskiego barda, miejskiego zalotnika. wsparcie. Przebywając w klasztornym odosobnieniu przeżywa
Uczył się rymowania i pisarstwa w konwencji epoki. Założył tajemnicze chwile mistycznego olśnienia, dzięki którym wie, że
rodzinę i został ojcem dwójki dzieci, Dominika i Magdaleny. jego system filozoficzny, obejmujący całość wtedy dostępnej
Pisywał poezję miłosną odwołując się do literackiego dorobku wiedzy, nosi znamiona wiedzy objawionej. Nazwał go Wielką sztuką i będzie go poprawiał, ulepszał przez
Marie de France.
Popisywał się tego rodzaju pisaniną, igrał z miłością; zakochał całe swoje badawcze życie. Legendarne
się też w jednej z mieszkanek Majorki, która porzuciwszy sektę wieści mówią, że zawarł z Chrystusem
katarów, przyjęła chrześcijaństwo. Hagiograficzna opowieść swoisty pakt: za wierną służbę miał od
mówi, że nachodził ją, niepokoił, narzucał się nocą i dniem. Mistrza uzyskać przywileje niezwykłej
Pewnego razu zaprosiła go ona do siebie, odsłoniła przed nim mądrości i roztropności. Zgodnie z tą
swoje piersi i powiedziała: spójrz, oto moje ciało, niszczone obietnicą nie ustaje w podróżach, dużo
przez chorobę, gnijące, poranione. Z twojej do mnie miłości, jak pisze, gości u templariuszy, którzy leczą
widzisz, nic dobrego nie może wynikać. Zostaw mnie i raczej go z ciężkiej trwającej dwa lata choroby,
zwróć się do Tego, który wszystko stworzył, kochaj nie mnie, ale zabiega o organizację wyprawy krzyżowej;
Boga, miłością gorącą i oddaną. Porzuć piękno przemijające, kieruje petycję do soboru w Vienne w celu
niedające głębszych satysfakcji. Spotkanie tym bardziej wywarło uzyskania zakazu nauczania awerroizmu
na nim wrażenie, że od jakiegoś czasu Lull doznawał tajemni- – czyni to wszystko z gorliwością neofity,
czych wizji Chrystusa ukrzyżowanego. Przejęty do głębi tym zarażonego miłością do Chrystusa.
Kilkakrotnie podejmuje ewangelizacyjwydarzeniem, uświadomił sobie, że jego dotychczasowe życie
było rzeczywiście wyrazem duchowych ciemności, lubieżności ne misje w Północnej Afryce. Zamieszkuje
i głupoty. I zapragnął, mając już trzydzieści lat, zmienić grun- w Tunisie, gdzie próbuje nawracać muzułtownie charakter bycia, postanowił stać się innym człowiekiem. manów na chrześcijaństwo. Wywołuje to
ogólne poruszenie i zamieszki. Zostaje
Czy zrealizował to pragnienie?
34
uwięziony, ale ostatecznie sułtan Abu Hafs zmusza go do opuszczenia miasta bez prawa powrotu. Przybywa więc do Neapolu,
włącza się w różne akcje pisarskie i religijne, podróżuje do Paryża,
Montpellier; udaje się również do Armenii, często jednak powracając na Majorkę. Później wyrusza ponownie do Afryki Północnej,
do Bugii. Tutaj jest nieprzychylnie przyjęty przez muzułmanów,
osadzony w więzieniu, ciężko poraniony. Nie rezygnuje jednak
z chęci szerzenia idei ewangelicznych. W roku 1314 znów znajduje się w Tunisie, gdzie wciąż z zapałem oddaje się misyjnej
działalności. Sporo pisze, angażując się w proces ewangelizacji
muzułmanów. Najprawdopodobniej umiera w marcu 1316 roku
na Majorce. W ten sposób spełniło się marzenie, które wyraził
następująco: „Pragnę umrzeć, będąc pielgrzymem miłości”. Miał
wówczas ponad osiemdziesiąt lat. Został beatyfikowany w XIX
wieku przez Piusa IX.
V
Lull napisał około 300 najróżniejszych dzieł. Wszystkie przenikał
żywioł i temperament człowieka południa, który z przejęciem
domaga się coraz intensywniejszych uniesień, zwłaszcza tych
mistycznych. Chce wyrazić w zuchwałym poetyckim języku
swe związanie z Bogiem. Układa przeto Księgę Przyjaciela i
Umiłowanego – brewiarz miłości mistycznej. Składa się nań
366 krótkich pisanych prozą sentencji, zwanych przez autora
„metaforami moralnymi”. To sformułowanie oznacza zapewne,
że zostały przeznaczone do wielokrotnej medytacji; są otwarte
na wiele możliwych interpretacji, w zależności od siły prawości
tego, kto je czyta. Nadto, wszystkie razem kreślą pewną drogę
naśladowania Chrystusa; pokazują, pośród jakich wartości
trzeba się poruszać, aby nie popaść w chaos i pustkę duchową.
Należy czytać jeden fragmencik w ciągu dnia i poddawać się sile
z niego płynącej: rozważać poszczególne słowa, wnikać w treść
sugestii, jakie niosą, milczeć, kiedy warto milczeć, płakać, kiedy
płakać się powinno. Kolejności lektury nie musi wyznaczać rytm
poszczególnych stron. Można otwierać księgę na którejkolwiek
sentencji. Każda stanowi znaczeniową całość. Przypomina
kryształowa kulę, w której ukrywają się drobiny sensu, warte
odczytania. Nie ma więc tutaj żadnego ustalonego z góry
porządku, ponieważ droga do Boga jest kręta, niespodziana,
pełna zaułków i niewyraźnych śladów.
Lull miał świadomość, że nawet najbardziej jasne znaki ingerencji Boga w ludzkie życie nie likwidują trudu podążania za Nim.
Boga przecież dosięga serce, symbolizujące uczucie, dlatego
więź ze Stwórcą jest i być musi narażona na zranienie, oschłość,
a nawet może dochodzić do jej zerwania. Czym innym bywają
próby przekonania kogoś o istnieniu Boga, próby stosowania
argumentów racjonalnych, czym innym zaś osobiste poświęcenie
się w sprawach wiary, zaangażowanie po stronie ewangelicznych
zasad. Lull – nawiązując do Pieśni nad pieśniami – nazywa Boga
Umiłowanym, sam zaś uznaje się za Przyjaciela, choć zasadniczo
jest nim każdy człowiek poszukujący Wszechmogącego. Marzy
o tym, aby osiągnąć stan kontemplatywnego uniesienia, które
zdaje się być ostatecznym efektem unii z Bogiem. Nie jest on
dostępny tutaj na ziemi, przede wszystkim z powodu słabości
ludzkiej natury, uwikłanej w cielesne ograniczenia, namiętności i emocje. Nie pozwalają one na dogłębne, bezpośrednie
widzenie Boga.
Zgodnie z chrześcijańskim wzorem życia duchowego Lull – w
optyce św. Augustyna – uznaje duszę za to „wewnętrzne miejsce”, które umożliwia pełne spotkanie z Bogiem. Duch bowiem,
pozbawiony zmysłowych obciążeń, odsłania niejako Boże przymioty. Dysponując wolą, pamięcią i rozumem wprowadza w sfery
tajemne, niedostępne w ziemskim poznaniu. Trzeba się tylko
owymi władzami posługiwać, wspierając się Bożą łaską. Niczego
nie otrzymujemy za darmo, zdaje się sugerować majorkański
mnich. Warto być przygotowanym na pokorną skruchę, niekiedy
potwierdzoną łzami, nigdy nie poddawać się rozpaczy, raczej z
wdzięcznością przyjmować Jezusową życzliwość, która wszak nie
ma granic, zdobyć wyraźną świadomość, że nawet największa
zdj. J. Sochoń
Migotania, przejaśnienia 26
nieprawość nie odłącza od miłosiernego serca Zbawiciela, co
jednak nie znaczy: wszystko wolno. Koniecznością jest, abyśmy
angażowali cały swój duchowy wymiar, wraz z władzami rozumu,
woli, uczuć, dążeń, aby nasza wierność Chrystusowi nie zanikała,
a nadto umacniali przekonanie, że serce jest cenniejsze od naszej
cielesności, która – choć ważna – nie może stać się pierwszym
kryterium działania. Ani za dnia, ani w ciemnościach nocy.
VI
Samo życie zapisuje księgę, którą Katalończyk nazwał Księgą
Przyjaciela i Umiłowanego. Życiem zaś kieruje, a właściwie jest nim
samym, miłość – duma wszystkich ludzkich dni. Doświadczając
jej powinniśmy rozmyślać nad nią samą, próbować zgłębiać jej
istotę. Wiąże ona tak człowieka z człowiekiem, jak i człowieka z
Bogiem. Lull dobrze o tym wiedział, skoro nazywał siebie „szalonym z miłości”. Oznacza to, że podporządkował miłości wszystkie
sprawy istnienia, wszelkie osobiste, najbardziej intymne gesty.
Miłość bowiem, jak z nutą zauważalnej ironii zanotował, dopadła
go „pomiędzy winnicą a szopą na siano”. Bez niej żaden ziemski
krok nie ma znaczenia, rozpływa się w porannej mgle, jak zarys
lasu na widnokręgu, albo twarz przechodnia, nie wiadomo gdzie
się spieszącego.
Miłość jednak, choć wydarza się w człowieczym kręgu, pozostaje
przede wszystkim odpowiedzią na bezinteresowną, pierwszą
miłość Umiłowanego. Jest też tajemnicą, i w tajemnicy się objawia
– stanowczo podkreślał majorkański mistyk. Dlatego tak niewiele o
niej wiemy, ponieważ ujawnia się wraz z postępem codzienności,
z ruchem rządzącym naszym sercem, wzrokiem, dotykiem. Tkwi
w rzeczach, w przyrodzie, w nadmorskich skałach opadających
stromo jak warkocz Penelopy. A skoro tak, to tym bardziej trzeba
odnosić ją do źródła tej ziemskiej tajemnicy – do Boga.
Lull nie przestawał dziwić się misternemu urządzeniu rzeczywistości, bo zrozumiał, że to, co wewnętrzne musi dawać się
przekładać na to, co zewnętrzne. Być może jest tak, że miłość
zaczyna budzić się do istnienia dopiero wówczas, kiedy przybierze
określony kształt, barwę, ciężar, zapach. Nie można pragnąć Umiłowanego, nie nasyciwszy się uprzednio Jego darami, niesionymi
przez życie. To bowiem – zauważył Claudio Magris – co pozostaje
wyłącznie wewnętrzne, łatwo gorzknieje i ulega zepsuciu, staje
się nałogiem i szaleństwem. Również namiętność pogrąża się w
mule serca i przemienia w bezpłodne fantazjowanie, jeżeli nie
stanie się wspólnym światem, przygodą pośród rzeczy. Samotny
świat wewnętrzny traci łatwo poczucie dobra i zła, podobnie jak
w snach, w których można pozwolić sobie na wszystko i nie czuć
się z tego powodu winnym.
Świat wewnętrzny musi być przenicowany niczym
stara marynarka, powiązany z rzeczywistością
zewnętrzną; inaczej zblednie, rozsypie się w jaskrawy popiół. Tylko dlatego, że niekiedy dostrzegamy – jak wrażliwe dzieci – w zwykłym dzbanku na
wodę mityczny puchar nieśmiertelności, dzbanek
ten nabiera poetyckiego czaru, porusza do głębi.
Stąd miłość mieści w sobie najróżniejsze krajobrazy;
nie lęka się cierpienia, znoju, bólu, ale też wpada w
zachwyt, w rozkosz, w taneczny pląs. Przynosi wiedzę
o tym wszystkim, co stanowi rdzeń bycia. Lull napisał:
„Gdybym miłości nie znał, skąd byłbym wiedział o
cierpieniu, o smutku i o bólu”.
Kiedy więc przemierzałem drogi Majorki, dojeżdżając
aż do północnego cypla Cabo de Formentor, wcielałem się niejako w bohatera Lullowskich sentencji.
W bliskości turkusowego dna morza i głębi koloru
indygo, obrysowywany wiatrem, pełnym surowości i
ciepła, zapominałem o wszystkim. Liczyła się ta jedyna
chwila, kiedy człowiek chce zrozumieć samego siebie, pozostawić
za sobą to, co banalne, przypadkowe, przeciskające się do uszu
z ponowczesnych głośników i hałaśliwych mediów, zniszczyć
w sobie owe „mechanizmy retoryki” niepozwalające na szeroki,
wolny uśmiech i pogodę ducha. Wiem, że nie przezwyciężę tych
ograniczeń ostatecznie, ale nawet kilka dni w oddaleniu od tej
wrzawy – daje poczucie radości i swobody.
VII
Lull pisze: „Powiedz, szalony: kto więcej wie o miłości: ten, który
rozkosz z niej czerpie, czy ten, któremu ona cierpień i udręki
przysparza? Odpowiedział, że tylko jedno z drugim razem do
poznania miłości doprowadzić mogą”. Co to oznacza? Przede
wszystkim, że nie mamy żadnych uzasadnionych podstaw
do życia ogarniętego żalem, smutkiem czy jakąś zdwojoną
niepewnością, a tym bardziej do rozpaczy z tego powodu, że
świat przemija, opuszcza ludzką pamięć. Przecież: nie tylko
wszystkie „rzeczy” i wytwory, a także wszelkie nasze przeżycia,
związki z innymi osobami, tkające nasze istnienie, wspomnienia
i nastroje – w miarę jak zaistniały w czasie, nieubłaganie trwają
w Bożej wieczności. Oczyszczone – jak mówił profesor Stefan
Swieżawski – z drobin egoizmu zostaną utrwalone w zachowane
w wieczności i zabezpieczone przed bezpowrotnym przemijaniem. Człowiek stanie przed Stwórcą bez żadnych zasłon, bez
możliwości ukrycia tego, co w nim złe. Wie, że przed Bogiem liczy
się jedynie miłość i jest to dla niego źródłem nadziei. Albowiem
zdj. J. Sochoń
tylko miłość, jaką żyliśmy na ziemi, będzie w stanie zmazać nasze
grzechy, tylko ona okaże się silniejsza niż zło i zapewnia szczęście
w życiu wiecznym. Kiedy nie będziemy musieli wstydzić się
naszego życia, kiedy będziemy mogli powiedzieć: grzeszyłem
często, lecz jeszcze częściej kochałem, nic już nie będzie powodem wstydu czy zażenowania. Śmierć odsłania tajemnice zakryte
przed ziemskimi oczami. Nie prowadzi jednak ku rozpaczliwym
próbom oszukania czasu i przeznaczenia.
Nie łudzę się, że możliwe jest zatrzymanie czasu, nie widzę
zresztą sensu w sprzeciwianiu się Bożej woli i naturze działającej z Jego nakazu. Człowiek może łudzić tylko samego siebie.
Rozpoznawanie własnej przemijalności ma sens jedynie wtedy,
gdy sięga głębiej niż tylko troska o własną urodę i atrakcyjność.
Dlatego starajmy się żyć w duchu modlitwy, służby Bogu i ludziom,
aby koniec naszego życia był zgodny z wizją przedstawioną
przez Rajmunda Lulla: „Ptaki śpiewały o świcie i przebudził się
Umiłowany, który jest świtem. Śpiew ptaków umilkł i Przyjaciel
obumarł w Umiłowanym, o świcie”.
VIII
Umberto Eco potwierdził: jedynym celem Lulla było mówienie o
Bogu i nawracanie niewiernych na chrześcijańskie prawdy wiary
hipnotyzujące zawrotnym wirem jego kół. Dlatego legenda jakoby
zginął męczeńską śmiercią na terenach muzułmanów, nawet jeśli
nie jest prawdziwa, dobrze współgra z jego biografią.
jesień 2009
Teresa Nietyksza
BURZA NAD BUGIEM
Dziękuję Boże że mogłam jeszcze raz
usłyszeć burzę nad Bugiem
NA STARE LATA
LIST Z KRAJU
Nie wiem dlaczego
napisałam tyle wierszy
a może
aż tyle
Szanowny Panie Elbaum
Pozdrawiam Pana z Kraju
A szczególnie z Łodzi i Kolumnyy
Na stare lata
przychodzi czas zastanowienia
które nie na wiele
już się zdaje
Liście laurowe
wyławiam w krupniku
i nikt się z tego żartu
ze mną
nie śmieje
DACH ŚWIATA
Irinie Orlovej
Choć to nie był mój Kraj
to był mój Świat
Wyczuwam tamto miejsce i dziś
Ono przecież wciąż trwa
na naszych zdjęciach
Choć słyszę twój głos
w telefonie:
Patrz wali się wieża
i ta chwila gdy druga
osuwa się zemdlona
Potem wycieczka w ruiny
rys. Joanna Grochocka
m
od czasu do czasu uderzała wałkiem
jak drewnianym młotem
aż blask rozdzierał niebo
W Kraju nie jest źle
Mógłby Pan mieć znów fabryczkę
Kraj zaprasza Pana
(Czy Pan Bóg ją zatrudnia
gdy rozciąga nad rzeką
szare prześcieradła chmur?)
Proszę pozdrowić żonę
i niech nie płacze za rodzinnym domem
dumna stałam
na jego dachu
Gazeta literacka
To jakby babcia Maszkiewska
prostowała krochmalone płótna
terkocząc zębami maglownicy
Wstydliwy kikut rozpaczy
i obok biznes pamiątek
fotografie na nowym tle
Dobrze że zgubiłaś ten film
W końcu cisza jak zawsze po burzy
więc chcę wybiec na drogę
robić w piasku „masło”
Macie przecież domek w Chicago
i apartment na Florydzie
Lato w Chicago zima w Miami Beach
Cyntia jest zawsze dobrze uczesana
i living room ma w ulubionym kolorze
(tak pamiętam po polsku imię Cesia)
Chcę jeszcze raz podziękować
za smak urodzinowego tortu
i dźwięk słowa Kraj
Gdy wspominam
ukradkiem ocieram jakąś głupią łzę
ale biały piasek czarna kryje droga
i moje pragnienia z bajki dzieciństwa
ni przypiął ni przyłatał
***
Krzysztofowi Majchrzakowi
Pan mówi o spotkaniu
Tak jak kiedyś czułam
Tak jak spotykałam
Znam tamtą radość
której dzisiaj
zi
może też w pędzie szukają młodzi
Pan chce zatrzymać
czas czy świat
Czy tylko tę pędzącą burzę
Piasek się wdziera w usta oczy
Ukryci w konsumpcyjnych schronach
pełzniemy chwilę
by znów biec
35
S T R O N Y Ś W I A TA
Agnieszka Syska
rys. Joanna Grochocka
Śmietnik
Odpady ludzkie i zwierzęce, paznokcie, włosy/
Papierowe koronki taśm dalekopisów
Odpady wykrochmalonych koronek
Złote gilzy zużytych szminek jak gilzy nabojów karabinowych/
(Danilo Kiš „Śmietnik”)
Antologia poezji serbskiej XX wieku obejmuje twórczość autorów
urodzonych w Suboticy (Danilo Kiš, Serbia), w Csongradzie (Miloš
Crnjanski, Węgry), w Starych Mikanovcach (Antun (Tun) Milinković,
Chorwacja), w Skopiu (Miroljub Todorović, Macedonia), we Vlahoviciach (Gojko Djogo, Hercegowina), w Vukovarze (Zoran Bognar,
Sławonia), w Kušlacie (Mićo Cvijetić, Bośnia), w Podgoricy (Duško
Novaković, Czarnogóra), w innych rejonach byłej Jugosławii.
Dobrze byłoby jednak zjawiskowość w ostrości widzenia i delikatności wyrażania w formach przekazu poetyckiego poetów
serbskich XX wieku zestawić z prozą współczesnej Serbii; przyjrzeć
się, jak poezja w swojej wielomowie – skrótowości i wielomóstwie
frazy – współistnieje obok prozy; prozy w antologię nie ujętej;
uchwyconej okiem obserwacji przez historyków i krytyków literatury,
w popularyzacji której przemożną rolę zawsze odgrywają tłumacze;
rzesze tłumaczy współdziałających we wspólnym dziele nadawania
Dziełom nowego tchnienia.
Historycy i krytycy literatury zwracają uwagę na pisarzy serbskich, takich jak: Milisav Savić, Dragan Velikić, Vladan Dobrivojević,
Srdjan Valjarević, Živojin Pavlović, Svetislav Basara, Djordje Pisarev,
Vidosav Stevanović, Antonije Isaković, Aleksandar Tišma, Pavle
Ugrinov, Radomir Konstantinvić, Ivan Ivanji, Milorad Pavić, Dragoslav
Mihajlović, Bora Ćosić, Slobodan Selenić, Ratko Adamović, Miro
Vuksanović, Janko Vujinović, Miroslav Josić Višnjić, Milica Mićić
Dimovska, Radovan Beli Marković, Radoslav Bratić, Radivoj Šajtinac,
Milorad Grujić, Jovan Radulović, Ljiljana Jokić Kasper, Labud Dragić,
Franja Petrović, Gojko Čelebić, Vladan Matić, Vladimir Pistalo, Miodrag
Kajtez, Veselin Marković, Saša Radonjić, Mirko Demić, Vladimir Tasić,
Darko Gavrilović i Laslo Blašković, Goran Petrović; niektórzy spośród
nich dali się poznać lub dają się poznać jako przedstawiciele starszej,
średniej lub młodszej generacji; generacji pisarzy – poetów; ich głos
wielogłośny zabrzmiał lub brzmi wciąż nader wyraziście.
Za tym głosem – głosem prozaików jeszcze pójdziemy…; do tego
głosu jeszcze wrócimy (…).
Podtytułowe Odpady ludzkie i zwierzęce, paznokcie, włosy/ Papierowe koronki taśm dalekopisów Odpady wykrochmalonych koronek
Złote gilzy zużytych szminek jak gilzy nabojów karabinowych ze
„Śmietnika” Danilo Kiša, wybitnego późnego pisarza, pośledniego
wczesnego poety, syna Czarnogórki i węgierskiego Żyda, niedawnego jugosłowiańskiego pisarza (w samoświadomości pisarza),
późniejszego serbskiego pisarza (w świadomości krytyki literackiej),
najlepiej oddają nastrój zapożyczonej tożsamości i pamięci zastępczej w całej poetyckiej, i serbskiej, i dwudziestowiecznej spuściźnie
przedwojennej, wojennej i powojennej narodów mniejszych, małych,
większych i wielkich Jugosławii, które rodziły się „W cieniu wojen
i totalizmów” (tyt. T. I.); jawę nanizały na sen; odradzały się „Z pokolenia na pokolenie” (tyt. T. II.); sen nanizały na jawę.
Małe (mniejsze) i wielkie (większe) Jugosławie to nic innego jak koronki wizji, jak koronki taśm dalekopisów, bo poeci i pisarze widzą daleko,
głęboko; żeby widzieć potrzebują swojego słowa koronczarza –wizjonera; słowa koronczarza –taśmy; słowa koronczarza –dalekopisu.
Układają swoje wewnętrzne Jugosławie; zapożyczone, zastępcze
i rzeczywiste, sąsiadując bez granic poetyckich w dwutomie „Antologii poezji serbskiej XX wieku”, w którym spotykamy się ze stu pięćdziesięcioma czterema imionami i nazwiskami (siedemdzisięcioma
pięcioma w tomie pierwszym, osiemdziesięcioma w drugim).
„W cieniu wojen i totalizmów” („Antologia”); pierwszy wszechpanuje
modernizm, który przejmuje swoim przemożnym wpływem literaturę
europejską od końca XIX wieku, i jeszcze przed wybuchem I wojny
światowej zaczyna docierać do zagrzebskich i belgradzkich środowisk
twórczych. Zwalczany przez zwolenników pozytywistycznego realizmu i naturalizmu, poważniejsze wpływy i zwolenników, szczególnie
wśród młodych, zdobywa dopiero pod sam koniec wojny.
Od roku 1918 nowi zwolennicy występują z niezwykłą energią
jako głosiciele odnowy. Są to między innymi: Miloš Crnjanski, Rastko
Petrović (1898 -1949), Stanislav Vinaver (1891 -1955), Ivo Andrić (1892
-1975), Rade Drainac (1899 -1943). Nie stanowią jednak jednolitej grupy.
Serbski ekspresjonizm, nazywany też okresem stylów ekspresjonistycznych, jest wyraźnie heterogeniczny. Na jego rozwój, poza francuskim
symbolizmem, niemieckim ekspresjonizmem, miał wpływ również
włoski i rosyjski futuryzm. W jego nurcie mieszczą się kosmiczny
ekspresjonizm Tina Ujevicia, sumatraizm Miloša Crnjanskiego, hipnizm
Radego Drainaca, zenityzm Ljubomira Micicia (1895 -1971).
Odetną się potem od nich debiutujący niemal w tym samym czasie:
Dušan Matić (1898 -1980), Milan Dedinac (1902 -1966), Aleksandar
Vučo (1897 -1985) i Marko Ristić; serbscy nadrealiści.
Obok Oskara Daviča (1909 -1989), który podjął walkę z żdanowszczyzną w literaturze (jego poezja pełna była buntu nadrealistycznego
przed wojną, po wojnie estradowa, a potem na nutę surrealistyczną,
nosząca pozory poetyckiej rewolucyjności i permanentnego buntu
awangardowego), wpływ na powojenne pokolenie poetyckie wywarł
Dušan Matić (w swojej poezji łączył lirykę osobistą i intelektualną)
i Milan Dedinac (wyrażał się w surrealistycznej poetyce swobodnych
skojarzeń, metafor, grze podświadomości).
W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych doszli do głosu najwybitniejsi i najbardziej znaczący poeci buntu Miodrag Pavlović (1928/)
i Vasko Popa (1922 -1991).
Miodrag Pavlović sięga do historii (jego poetyka nasycona apokaliptyzmem szuka środków dla wyrażenia masowych mordów,
zagrożenia atomowego) podobnie jak Vasko Popa, który łączył mity
36
„Wiersze (i ten również)
na których pierś wypinają ludzie poeci pisarze”
z historią, odsłaniał głębszy sens wydarzeń przeszłych, współczesnych i tych, jakie nadejdą (poetyka Popovska znalazła się pomiędzy
poetyckimi doświadczeniami surrealistów, jeśli chodzi o wizję świata,
a ekspresjonistami. Z tymi drugimi łączyła go droga eksperymentu
językowego, która nie wykluczała sięgania po metafizykę).
Następne pokolenie poetyckie debiutowało już bez trudu, nie wytworzyło jednak własnegostylu konstruowania wiersza; dlatego mówi się
o nim„generacja w cieniu”. Jednym z najwybitniejszych przedstawicieli
tego pokolenia był Ivan V. Lalić (1931 -1996), który osiągnął mistrzostwo
formy poetyckiej, kosztem jednak spontaniczności i bezpośredniości
(jego poetyka jest przesycona pięknem krajobrazu śródziemnomorskiego, nawiązuje do zabytków cywilizacji grecko –bizantyjskiej).
Podobnie jak Lalić, zapatrzony w świat helleński jest Jovan Hristić
(1933 -2002), ale interesuje go nie Bizancjum, a Aleksandria (w swojej
poetyce ucieka od lirycznych wzruszeń na rzecz filozofii).
Nieco inna nuta przebija z poezji Vuka Krnjevicia (1935), w której
widoczne są wpływy szkoły surrealistów (tym, co charakteryzuje jego
poezję jest wtopienie w bogomilską legendę; obsesyjna wizja śmierci). Vuk Krnjević jest jednym z najbardziej autentycznych i szczerych
w swojej wypowiedzi artystycznej poetów tego pokolenia.
Debiuty lat sześdziesiątych w zasadzie nic w tym obrazie nie
zmieniły. Większość młodszych o kilka lat adeptów sztuki poetyckiej
wtapia się powoli w pasywność poetycką, wśród nich są m.in. Milovan
Danojlić (1937) i Vito Marković (1936).
Przedstawicielami nowych tendencji poetyckich, oscylujących
w kierunku aktywizmu, są Branislav Petrović (1937 -2002), czy Matija
Bećković (1939).
Petrović, postrzegany jako obrazoburca, brnie w przeszłość narodową, by uczynić ją nie tyle przedmiotem kpin, co zrzucić okalające
ją zasłony kłamstwa we wszystkich przejawach życia (jego poetyka
satyryczno–ironiczna będzie nośnikiem tragedii pokolenia).
Podobnie Matija Becković, poeta szyderca, humorysta w dobie
wyobcowania (jego poetyka niesie nie tylko nowy sposób wyrazu
poetyckiego, ale także nowy sposób interpretowania rzeczywistości;
wypływa nie tylko z poszukiwań na gruncie języka, ale też z poruszeń
wewnętrznych).
„Z pokolenia na pokolenie” („Panorama nowej poezji serbskiej”);
młodzi poeci wkraczają z nowymi nurtami lirycznymi. To pokolenie
reprezentuje Rajko Petrov Nogo (1945), który uprawia poezję będącą
wyrazem sprzeciwu wobec głosu współczesnych i tradycji (jego
poetyka łączy surowość charakteru z silnymi wiatrami liryzmu).
W podobnym duchu pisze Stevan Tontić (1947), który inspiruje się
goryczą codziennego życia (jego poetyka pozbawiona onirycznych
wizji, trzyma się ziemi).
W stronę tematyki społecznej zwraca się Gojko Djogo (1940),
który posiada niemałe wyczucie języka (jego poetyka osadzona
jest silnie w tradycji folklorystycznej, co skądinąd zapewnia mu
miejsce parodysty).
Jakby poza wydarzeniami politycznymi i atmosferą tamtych
lat pozostał Milan Komnenić (1940) i Adam Puslojić (1943). Milan
Komnenić poszukiwał nowych możliwości języka (jego poetyka
reprezentowała awangardyzm i antypoetyzm, była zaczątkiem
ruchu poetyckiego klokotrystów, który dążył do zjednoczenia sztuk).
W latach osiemdziesiątych Puslijić zainicjował utworzenie pomostu
pomiędzy sztukami poetyckimi, a sztukami plastycznymi i wizualnymi (jego poetyka była agresywna, humorystyczna; wychodziła
do różnych warstw społeczeństwa).
Poza nurtem neorealistycznym pozostał Miroljub Todorović
(1940), który wprowadza poezję sygnalizmu (na jego poetyce ślad
zostawiają eksperymenty werbalne, dotykowe, i wizualne).
Todorović ma swoich kontynuatorów, m.in. w osobie Vujicy Rešina
Tucicia (1941), który odkrył poezję dyskursywną (jego poetyka pełna
spontaniczności, żyje życiem dyskursantów).
Po pierwszym szoku na frontach wojny domowej w Krajinach,
wokół Dubrownika w Sarajewie i w Bośni, zaczyna odzywać się stara
tradycja poetycka. Debiutanci końca lat osiemdziesiątych i początku
lat dziewięćdziesiątych powracają do Raickovicia, Pavlovicia, Ivana
Lalicia i nadrealistów Maticia, Popy i Davica.
Są wśród nich Milan Orlić (1962), Marija Knežević (1963), Srdjan Valjarević (1965), Zoran Bognar (1965), Laslo Blašković (1966), Ana Ristović
(1972), Nenad Jovanović (1973), Olivera Nedeljković (1973), Aleksandar
Šaranac (1974), Jelena Katić (1975), Ivan Lalović (1975), Ivana Velimirac
(1976), Dragana Bukvić (1976), Tomislav Marković (1976), Mirjana Mima
Kovačević (1976), Jasna Stefanović (1978), Ana Dumović (1981).
Jeśli chodzi o prozę wspomnieć należy Milisava Savicia. Otrzymuje
on (1991) nagrodę za powieść Hleb i strah. Pozostawia tym samym
w tle pisarzy młodszego pokolenia, jak np.: Dragana Velikicia (1953)
z powieścią Astragan, Vladana Dobrivojevicia (1968), który tego
roku opublikował dwie powieści – Soba nadohvat vulkana i Legenda
o zemlji zrikavaca, czy wreszcie Srdjana Valjarevicia (1976) publikującego powieść debiutancką List na korici hleba.
Savić, zauważony już na samym początku, dzięki powieści pt.: Bugarska baraka (1969), dopiero w swojej czwartej powieści zrezygnował
z tradycyjnego typu tzw. prozy realistycznej i odważnie wkroczył we
fragmentaryczną i postmodernistyczną formę narracji. W 1992 r.
nagroda po raz drugi przypadła Živojinovi Pavloviciovi (1933). Powieść
Lapot o pogańskim obrzędzie zabijania starców wśród starców, ze
względu na swoją tematykę wyprzedziła młodszą generację pisarzy,
wśród której znaleźli się Svetislav Basara (1953) z powieścią Mongolski
bedeker i Djordje Pisarev (1957) z powieścią Kovceg. Vidosav Stevanović
(1942) publikuje Sneg u Atini, a Mora Kapor (1937) – jeden z najpopularniejszych pisarzy jugosłowiańskich i serbskich – niezwykłą powieść
Zelena coja Montenegra, która będzie przyczyną wielu wątpliwości;
napisana była bowiem we współpracy z Zukiem Cumhurem.
W 1993 r. nagrodzona zostaje powieść Radoslava Petkovicia (1953)
Sudbina i komentari.
W tym samym roku Vidosav Stevanović publikuje dwie książki:
Ostrvo Balkan i Hristos i psi. Aleksandar Gatalica ma wreszcie na
koncie debiut literacki – Linije zivota. Rok 1994 był rokiem wielkiego
precedensu i zwycięstwa pokolenia najmłodszych twórców. Mogąc
wybierać między Milovanem Djilasem (1911 zm. 1995), jednym
z pierwszych serbskich dysydentów, którzy po zniesieniu zakazu
publikowania w kraju, zalewają rynek swoimi książkami, – podobnie
rzecz się miała z Vukiem Draškoviciem (1946), jednym z najpopularniejszych serbskich prozaików, wówczas i ciągle jeszcze liderem
Serbskiego Ruchu Odbudowy – jury opowiada się za Vladimirem
Arsenijeviciem (1965) i jego pierwszą, niezbyt obszerną powieścią
U potpalublju. Decyzja okazuje się trafna; problem młodego pokolenia, które doświadcza skutków wojny zostaje przedstawiony
w urbanistycznej leksyce jako krajobrazie czasu powojennego.
Następnymi książkami, takimi jak: Andjela (1997) i Mexico City (2000),
Arsenijević potwierdza swoją pozycję pisarza urbanistycznego pokolenia cockerów, buntowników mających swoje racje, którzy poszukują
tożsamości w świecie rządzonym przez polityczną dyktaturę.
W 1995 r. za najlepszą powieść uznaje się Bezdno Svetlany Velmar
– Janković (1933), które jest wydarzeniem w serbskiej literaturze.
Rok 1996 przynosi nagrodę Davidovi Albahari (1948). W 1997 r.
za najlepszą uznaje się powieść Milovana Danojlicia (1937) pt. Oslobodioci i Izdajnici. Dajnolić opowiedział po raz kolejny uniwersalną
historię o czasach po II wojnie światowej, nacechowaną krytycznie,
ale też lirycznie. Ty samym tropem podążają kolejne jego książki:
Ballada o siromastvu (1999) i Pustolovina (2002).
W roku 1999 nagradza się powieść Danila Nikolicia (1926) Fajront
u Grgetegu. Ten w zasadzie realistyczny powieściopisarz dopiero tą
książką zwrócił na sobie uwagę, przyciągając rzesze czytelników.
Ale popularność po raz kolejny zdobywa pisarz starszej generacji,
a wśród młodszych znajdował się wówczas Vojislav Despotov
z wyjątkową - utopijną powieścią Evropa broj 2. [3].
Rok ten upłynął pod znakiem powieści pt. Karakteristika – krótkiego utworu, który jednak nie przyniósł Maksowi Erenjahowi rozgłosu.
O wiele popularniejszy był wówczas Vladislav Bajec (1954). Wydał on
powieść zatytułowaną Druid iz Sindiduna. Tego samego roku opublikowana zostaje powieść utopia, trawestacja rzeczywistości pod
nazwą Drvodelja iz Nabisala, ostatnia powieść Vladislava Despotova,
który odszedł nagle w 2000 r.
W 2000 r. nagroda przypada Goranovi Petroviciowi; publikuje
on powieść Sitnicarnica Kod srećne ruke. Tym samym po raz kolejny
nagroda wymyka się Svetislavowi Basarze, który odmówił przyjęcia
nagrody NIN-u; tym posunięciem umocnił swoją pozycję niezwykle
popularnego pisarza w Serbii i Czarnogórze.
W 2001 r. zwyciężył młody pisarz Zoran Cirić (1962), powieścią
Hobo. Cirić zaczynał w latach 90. jako poeta, a następnie – najpierw
mocnymi opowiadaniami, a potem powieściami. Wprowadził nowy typ
wrażliwości, surowy język ulicy i ulicznych bohaterów, rzeczywistych
lub stanowiących wytwór wyobraźni. Wszystko w poszukiwaniu za
umarłymi sensu w bezsensie ich małych odistniałych istnień.
Dla Mladena Markowa (1943), obecnego od półwiecza z wieloma
utworami prozatorskimi, ukoronowaniem twórczości była nagroda
NIN-u przyznana mu za powieść Ukop oca.
Nagroda wymyka się tym samym Dobrilo Nenadiciowi (1940),
który na znak protestu zażądał, by spalono wszystkie jego powieści;
zagroził, że zniszczy swoje rękopisy.
Na początku lat 80. pojawił się fenomen powieści fantastycznej.
Z niej rozwinęła się proza Milorada Pavicia. Odłam prozy fantastycznej stanowi powieść o cechach fantastyki naukowej, która ma
swoich wielu naśladowców.
Powiedzieć trzeba, że przez pryzmat powieści fantastycznej bywa
czytana proza pisarza i poety Danila Kiša (1935-1989).
Za tym głosem – głosem poetów - prozaików jeszcze podążamy…;
do tego głosu jeszcze wracamy (…).
Antologia poezji serbskiej XX wieku w przekładzie Grzegorza Łatuszyńskiego, wydana w ramach serii Biblioteka Poetycka (z udziałem
Migotania, przejaśnienia 26
translatorskim i pod redakcją Maryli Siwkowskiej), z udziałem patronackim i finansowym Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego
oraz Ambasady Serbskiej w Warszawie, opatrzona wstępem i rzetelnym
posłowiem, otwiera spuściznę poetycką świata literackiego, daje wgląd
w literaturę południowoeuropejską i zachodnioeuropejską…
Współczesny czytelnik z kręgów poetyckich, pisarskich, i translatorskich - slawistycznych, znajdzie w niej świadectwo przemiany
myśli poetyckiej, odniesienie do historii obszaru językowego byłej
Jugosławii, w którym rozgrywała się, rozgrywa i będzie rozgrywać
wojna archaicznych form językowych z nowymi, nośnymi środkami
wyrazu, fermentem poetyckim.
Gnany myślami i dogoniony (zanim się spostrzeże podczas lektury),
rozpocznie dyskurs zewnętrzny i wewnętrzny dotyczący zapożyczonej tożsamości i pamięci zastępczej (pisarze żyjący, prezentowani
w Antologii poezji serbskiej XX wieku, zadeklarowali osobiście serbską
tożsamość twórczą; pisarz nieżyjący; jugosłowiański, czarnogórski,
serbski poeta i pisarz Danilo Kiš deklaruje przynależność do małych,
większych i wielkich Jugosławii).
Powracają podtytułowe Odpady ludzkie i zwierzęce, paznokcie,
włosy/ Papierowe koronki taśm dalekopisów Odpady wykrochmalonych
koronek Złote gilzy zużytych szminek jak gilzy nabojów karabinowych;
wojna domowa w lirycznych tonach młodej poezji serbskiej; wypisane
długopisy, krzykliwe obwoluty książek niczym krwawa macica muzy
poezji, koronkowe strużyny ostrzonych temperówką ołówków, listy
pisane trzęsącą się ręką starca, listy pisane ręką dziecięcą, listy miłosne,
które deszcz zmienia w tragedie.
Ze „Śmietnika” powstają odkopane, odgrzebane, wszystkie chwile,
które są tu i nic być nie przestaje; wszystkie chwile, które były i będą.
/Stare pantofle, które stopniowo stają się zielone jak trawa
Dziecięce rysunki słońca i nieba, na których deszcz składa
swój podpis zmieniając je w arcydzieła/
Wiersze (i ten również)/
(Danilo Kiš „Śmietnik”)
Ana Dumović: Wszystkie chwile są tu i nic być nie przestaje (fragment wiersza)
Grzegorz Łatuszyński Wszystkie chwile są tu i nic być nie przestaje. Antologia poezji
serbskiej XX wieku.
T. 1. W cieniu wojen i totalizmów. Antologia,
T. II. Z pokolenia na pokolenie. Panorama nowej poezji serbskiej.
(wybór, przekład, posłowie Grzegorz Łatuszyński)
Oficyna Wydawnicza „Agawa”, Biblioteka Poetycka, Warszawa 2008 roku.
Miroljub Todorović
Zielone lilie Australii
nad brzegiem morza kupię
żółty dom
drewniane krzesło
dolinę wielkich królów
z czasów przednapoleońskich
zielone lilie
australii
rurociąg
kolej żelazną
na antarktydę
coś o czym zawsze marzyłem
oceany
morsy
helikoptery
autorzy mojej biografii
pomińcie wietrzną ospę
srebrną łyżeczkę
pakt atlantycki
przetarte portki
na zadku
ja obserwuję ze swojego progu
wielką mgławicę na andromedzie
moja niebieska koszula
jak niewinne dziecko
nakręca budzik i
podpisuje umowę
w sprawie rozbrojenia
bystre nogi poezji
zapowiadają wulkany
siedemnaście lat deszczowych
dla babilonii
umarli nadciągają
w złotych trumnach
wstań
podnieś swoją rękę
nie zapomnij o mnie
Gojko Djogo (Hercegowina), 1940
Urodzony we Vlahoviciach (Hercegowina), szkołę średnią ukończył w Mostarze,
a uniwersytet w Belgradzie. Zadebiutował jako poeta w 1967 roku.
Gojko Djogo
Danilo Kiš (Serbia), 1935 – 1989
Urodzony w Suboticy (Baczka), poeta, pisarz, tłumacz. Marzył o tym, by zostać poetą
i pisał wiersze w młodości, ale raczej ich nie publikował. W końcu zrezygnował z ambicji
poetyckich na rzecz prozy. W latach sześćdziesiątych przyjaźnił się z malarzem
i teoretykiem sztuki Leonidem Sejką, autorem cyklu rysunków przedstawiających
śmietnik. Śmietnik Sejki nie był jednak zwykłym śmietnikiem, zwały przedmiotów
niepotrzebnych, wyrzuconych, skazanych na zagładę, przedstawiały obraz świata
i losu, w którym zdewaluowane zostały wartości. Zgodnie z jego filozofią, na śmietnik
trafiają nie tylko rzeczy, ale także idee, dla których zabrakło miejsca w świecie, co
stał się śmietnikiem. Śmietnik Danila Kiša, powstały pod wpływem Sejki, to poetycka
wizja tego samego tematu.Ostatnie lata życia spędził Kiš w Paryżu.
Miloš Crnjanski (Węgry), 1893 – 1977
Urodzony w Csonogradzie (Węgry), poeta, prozaik, dramaturg, eseista. W czasie
I wojny światowej służył w armii austro-węgierskiej, walczył na froncie włoskim
i galicyjskim. Studia z zakresu filozofii i historii sztuki odbył w Wiedniu, Paryżu,
Belgradzie. Pracował jako redaktor w czasopismach „Književni put” (1919) i „Putevi”
(1924). W 1921 r. współtworzył awangardową grupę „Alpha” w Belgradzie. W latach
1928 – 1929 i 1935 – 1941 pracował jako attaché prasowy ambasad Królestwa
Jugosławii w Berlinie, Rzymie, Lizbonie i Londynie. W 1965 r. powrócił do kraju.
Dorobek z pierwszego okresu został zamieszczony w tomach: Lirika Itake(1919),
poematy Sumatra (1920) i Stražilovo (1921). Filozoficzno – liryczna mikroopowieść
Zapiski o Czarnojeviciu (1921), przedstawia losy żołnierza z czasów I wojny światowej.
Napisana na emigracji po trzydziestu latach (1962) trzytomowa Seobe knjiga druga
(Druga księga Wędrówek) jest udaną kontynuacją pierwszej. Na emigracji powstała
też Powieść o Londynie (1971) – przedstawiająca życie emigrantów politycznych,
którzy po II wojnie światowej opuścili ojczyznę.
Miloš Crnjanski
Dziewczyna
Rodzenie to gwiazdy w jeziorze,
bezsilny blask życia.
Łzą zamglone młodej matki spojrzenie
jest słabe jak róża w blaszanym dzbanie.
Od kobiet płodnych, winnic pijanych,
z których jastrzębie wzlatują jesienią,
nasze by ciała, gołębie białe,
w bezkres bez żalu pierzchały.
Dopiero gdy się zjawiasz, ból przechodzi,
w ruchach Twoich, ożywiony kamieniu,
słyszę tajemny szum piasku, co pada
bezgłośnie na dno wody migotliwej.
I wtedy w kurzu powietrze rozbłyska
przez kraty srebrne Twoich żeber,
by nam oświetlić orszak drzew w ogrodzie,
co w dojrzałość kroczą, by uschnąć.
Miroljub Todorović (Macedonia), 1940
Urodzony w Skopiu (Macedonia), poeta, eseista. Teksty o sygnalizmie i poezję
wizualną oraz komputerową drukuje w czasopismach poświęconych poezji
wizualnej Europy i Ameryki; reprezentowany w międzynarodowych antologiach
sztuki konkretnej i wizualnej.
Czas nieczas
Istnieje czas,
W którym jestem i młodszym, i starszym swoim bratem,
Kiedy rozkazuję i wykonuję rozkaz,
Kiedy bezwiednie szukam w przestrzeni,
Sam nie wiedząc czego.
Istnieje czas wiatrów i czas ciszy,
Kiedy blizny na twarzy pękają
I szron pokrywa spokojną ścianę czoła.
Istnieje coś, co mnie budzi,
Kiedy śpi wszystko, co żywe,
I każe iść w noc, objąć
Kamień przydrożny lub drzewo,
Istnieje coś, co się sprzeciwia,
Gdy wszyscy milczą.
Ktoś zimny jak śmierć
Podpaliłby świat, żeby zobaczyć,
Czy można się ogrzać w jego płomieniach.
Istnieje czas, kiedy się śmieję
I kiedy milczę, liczę czarne minuty,
Jakbym skądś to ja
Przybłąkał się do obcego stada.
Istnieje czas, kiedy przychodzę pod ścianę
I pytam, gdzie jest najtwardsza, żeby uderzyć,
A ktoś za plecami szepcze:
Jesteś trupem, zjawą tylko.
Wtedy wbijam zęby, nie zastanawiając się,
Czy to duch dobry, czy zły.
Duško Novaković (Czarnogóra), 1948
Urodzony w Podgoricy (Czarnogóra), poeta, redaktor, zadebiutował w 1967 r. Członek
Serbskiego Stowarzyszenia Literackiego i SerbskiegoPEN Cetrum. Prowadził, równocześnie z pracą w transporcie lotniczym, dział poezji w czołowych belgradzkich pismach
literackich, np. „Književne novine”, „Književnost”, „Ovdje”.Jego wiersze są prezentowane
we wszystkich ważniejszych antologiach współczesnej poezji serbskiej.
Duško Novaković (Czarnogóra)
Kłody
Wy, tych kilka kolejnych wierszy
Nocnych i bez układu
Macie rozumieć okrzyk bojowy
Ryki i wrzaski konnicy
Którą prowadzi niedoświadczony Aleksander
Ale i tamtą świętą ciszę ustronia
Kiedy się wlecze i składa zabitych
Jak kłody pod okapem.
Antun (Tun) Milinković (Chorwacja), 1904 – 1964
Urodzony w Starych Mikanovcach (Chorwacja). Studiował slawistykę na Uniwersytecie Zagrzebskim. Publikował teksty krytyczne o pisarzach rosyjskich; swoje
wiersze drukował w „Zenicie” Micicia (1921), w periodykach Aleksicia „Dana tank”
i w „Dada jazz” (1922). Publikował pod pseudonimem Fer Mill.
Antun (Tun) Milinković
Na zapleczu kino – filmu
I powiedziałem gospodyni,
że jej makarony to moje uczucia,
a ona się śmiała.
Przechodzę obok lad z mięsem
i myślę:
może gdzieś na Sycylii również jest taki ja,
co znienawidził zastygłe gwiazy.
Śmiałem się przeskakując po dwa trzy
i cztery stopnie na pierwsze piętro.
Hej, i wtedy padli przede mną na kolana
wszyscy mieszczanie z asfaltem pod nogami.
Moje oczy dziś im tańczą:
panowie,
nie widziałem was wczoraj przy wsiadaniu
do pociągu Vis à vis,
Może zapomnieliście spojrzeć na kompas
albo czas wam zatrzymały wasze żony
Przepraszam,
wasze skarpetki są bardzo wrażliwe.
Tak!
Trzy magnetyczne słowa
i trzy uwodzicielskie strzały was przeszyły,
padliście w objęcia córek ojca.
Pojazd powietrzny z końmi poluzowanymi
śmignął nad corso,
prychnęły kominy domowe
i omal nie zburzyły schodków katedry.
Oooo!
Idiotycznie arogancki okrzyk corsa i ignorancji.
„Może i są pojazdy powietrzne!?” –
„O, renegacki kundlu twardej Dziś – ziemi.”
Trzy wesołe szczeniaki chętnie powiązały naszyjniki.
Pospólstwo żre plakaty filmowe.
Bo w paragrafie zapisano, że trzęsienia są niemożliwe
i każde echo kałuży wpada do kałuży.
Coś jednak jest w tych pojazdach powietrznych.
Mićo Cvijetić, (Bośnia), 1946
Urodzony w Kušlacie k. Fočy (Bośnia), poeta, krytyk, publicysta, ukończył studia na
Uniwersytecie w Sarajewie, doktoryzował się w Belgradzie w 1989 r. Jest redaktorem
naczelnym miesięcznika belgradzkiego miesięcznika: „Književne novine”. Autor pięciu
książek, setek artykułów w periodykach literackich i felietonów radiowych.
Mićo Cvijetić
Zasadzka
Boimy się gorzkich słów i złego spojrzenia,
miasta i miałkości, gwałtowności czasu,
podstępnej choroby, suszy, lat nieurodzajnych,
nagłej jesiennej ślizgawicy i wczesnych mrozów,
koszatki, kreta i stonki ziemniaczanej,
szpaka, jastrzębia i pająka krzyżaka,
szczwanego lisa, niedźwiedzia i wściekłego wilka,
upiornych zjaw i skóry zrzuconej przez żmiję,
ludzi leśnych, marnych myśliwych i trujących strzał,
pająków, które niebo zasnuły pajęczyną,
więc i strumyk wydaje nam się być rzeką.
Drżymy przed nieprzyjaciółmi, którzy nam się odgrażają,
i przed tymi, których sami sobie w bezczynności wymyślmy,
przed strasznymi marami nocnymi i różnymi pułapkami,
przed ludźmi podstępnymi, którzy opowieściami nas mamią.
Lękamy się, Panie, niepocieszeni, na łaskę losu
niepewnego zdani, próbie diabła poddani,
na zasadzkę odwieczną gadów i wilków narażeni.
Zoran Bognar (Sławonia), 1965
Urodzony w Vukovarze (Sławonia), poeta, eseista, krytyk literacki, antologista, zadebiutował w 1986 roku; od tamtego czasu wydał siedemnaście tomików poetyckich,
dwie powieści, trzy tomy esejów i jedną antologię tematyczną współczesnej poezji
serbskiej. Tłumaczony na wiele języków europejskich i pozaeuropejskich. Laureat
prestiżowych nagród krajowych i zagranicznych.
Zoran Bognar
Alchemia
Mówię:
Alchemia jest moim krzyżem,
do którego codziennie się przybijam
w labiryncie kręgu
i
równocześnie przemieniam w złoty pył…
I
nikt mi nie może odebrać
tego pylnego wyzwolenia;
tego błogosławieństwa
Nicości i Nowego Ognia…
wiersze w wyborze i przygotowaniu Agnieszki Syskiej
Gazeta literacka
37
POEZJA
Zofia Maria Pągowska
W serii „przed debiutem” prezentowałem już - przypominam - Dorotę
Klamkę, Zdzisława Drzewieckiego. Pora na kolejną osobę. Polecam chwilę zastanowienia nad wierszami Zofii Marii Pągowskiej.
Pągowska to wulkan poezji podszytej jakże wdzięcznym erotyzmem,
subtelnie wycyzelowanym, mnie przypominającym słynne filmowe
zdejmowanie rękawiczki przez Ritę Hayworth. Wiem, że nie jestem
pierwszym, który zwrócił uwagę, że wiersze Pągowskiej pretendują
już do tomikowej samodzielności, tym śmielej dzielę się swoim
poleceniem.
Andrzej Wołosewicz
Czereśnie
Znów mnie jakoś tak przez Pana rozebrało,
To ten czerwiec - włazi w myśli już od rana
Coś się w środku rozbudziło, przypomniało
Byłam w Panu tak cudownie zakochana…
Ziemia wkoło rozkwitała pod stopami
Pulsowała rytmem życia, tak jak serce
Słowa ptaki przyfruwały wraz z listami
W moich myślach wyścielając sobie miejsce.
A czereśnie - czy pamięta Pan czereśnie ?
Złote kule cierpko - słodkie i dojrzałe
Ciepłe dłonie rozturlane tak radośnie,
Roztańczone na mym ciele - oszalałe…
Lepkie wargi zwilgotniałe, niecierpliwe,
Szukające kropli soku w zagłębieniach
Tak zachłannie, tak namiętnie, tak gorliwie,
Że się ranek różem odbił w naszych cieniach.
Turlam w dłoniach tegoroczne pierwsze kule,
Lato budzi się do życia - jeszcze wcześnie
Niech Pan przyjdzie ja jak wtedy się przytulę
Otworzymy nowy sezon na czereśnie….
Zbigniew Chojnowski
Pomyłka….
W domu siadam na fotelu tym przy oknie
List otwieram w środku wiersz jest od poety
Jakoś cieplej – i nasz klon za oknem moknie,
Tylko kolor moich włosów - blond – niestety….
Zapach Verony
Zasłuchana w odgłos kiedyś dobrze znany
Co zapachy lata przynosił z daleka,
Teraz gdzieś na nowo w myślach odgrzebany
W sukienki tęsknoty serce przyobleka…..
Który widzi ludzi
Kto poznaje bez pokory,
Poznać się nie może.
Nierozpoznany przez samego siebie
Wyje po nocach,
Kreśli w ciemności na chropowatych
bryłach
Zygzaki – żywoty lęków.
38
Coś pęczniej, rośnie, pachną znów jaśminy,
Rymy się gromadzą na krawędzi wiersza,
Sama nie wiem, czemu, z jakiej to przyczyny,
Ale słyszę w dali ciche skrzypki świerszcza.
Odszukaj zapach tamtych dni,
jej oczy roześmiane,
ich błękit co się w nocy śni,
gdy biegniesz po nieznane...
Ktoś prawie taki jak bliźniak.
W tobie, w nim bluzga krew, język.
Bluźnimy, czy trzeba, czy nie trzeba.
Kuropatwy z rogu w róg pola
Podlatywały, jakby nie chciały
Opuścić miejsca swego wyklucia.
Zieleniały szare piaski, wołały: „Pójdźcie pleć!”
Bielały kłosy, prosiły: „Idźcie żąć!”
Brązowiały ścierniska, skarżyły: „Nie ma nic”.
Nie słyszałem tego wołania, proszenia, skarżenia
Z ludowej piosenki.
Klon za oknem wiatru całują podmuchy,
Dzień jak kot skulony grzeje się przy piecu,
Smutki czas obsiadły jak natrętne muchy,
Powodów radości szukać by ze świecą.
Julia została na balkonie,
Verona już nie pachnie majem
Romeo czemu puste dłonie ?
Samotnie idziesz życia skrajem.
Kto z wiary w swoje lepsze jutro
Zawodzi bliźniego swego,
Chodzi na skróty,
Uderza twarzą w swoją twarz.
Przeoczenia
Nocą się rozsrebrzam tysiącami marzeń,
gdy niebo nad głową udręką szarzeje,
otulając dłonią każdą bliznę zwątpień,
uśmiechom na twarzy malując nadzieję.
Tylko skrzypki
A on podkręcał motor życia
Nie patrzył, że jej oczy płoną
Dziś gdy w szarości brak odbicia
Pyta - nie pachniesz już Veroną ?
Przychodzi zawsze z bliska, nie z kosmosu.
Staje w strumieniu twoich dni,
Olśnień, oślinień, w tobie się zabliźnia
Jak powierzchnia wody naruszona kamieniem.
W bliźnim liczba mnoga miesza się z pojedynczą,
Najwyższy krzyk, najniższe zobojętnienie.
Przypływam do Ciebie rozszeptaną rzeką,
tocząc się tęsknotą po kamieniach myśli,
kropelkami uczuć wzbieram pod powieką,
zakwitając w sercu białym kwiatem wiśni.
Odpływam i jestem na lagunach pragnień,
na rozgrzanym piasku pisząc swoje imię,
bose stopy tańczą, w mroku nasze cienie,
ręka szuka ręki…..jestem – jesteś przy mnie…
Wołały oczy, wołał maj
A zmysły wrzały w rytm muzyki
Prosiły wierszem - rękę daj
Ja nie chcę dzielić ciebie z nikim.
Bliźni
Z tym, którego powinieneś kochać jak siebie samego
Dzielisz nie bliskość, lecz oddalenie.
Rzeka
Wymachując moim listem, wbiegłam pędem
Po trzy schodki przeskakując wszystkie piętra
Zapach kusi – on jest chyba jakimś cudem
Serce bije, może to jest list od jutra….
Który widzi ludzi,
Jakby to była masa, miazga, monitor,
Mieszka w ciasnocie.
Bliźni to ten, którego dostrzegasz
Na obraz swój, na swoje niepodobieństwo.
rys. Joanna Grochocka
Dziś zaczepił mnie listonosz na ulicy
List do Pani – pachnie z niego jaśminami,
O jak miło – powiem Panu w tajemnicy,
Czekam listu z wiosennymi zapachami…..
Na zakończenie roku 2008, czyli żal o świcie
Wstajesz z łoża ciemności, uderzając czołem w sklepienie innej.
Trafia cię szlag, że żyjesz na darmo nie za darmo.
Okolica nabrzmiewa powrotem słońca,
Wiesza się na powstających z nocy drzewach.
Podświetlasz się skargą na ciemnicę w krętym losie,
Zaczepiony zdziwieniem jak w kościele we Frankfurcie nad
Odrą:
Zamiast liturgii koncert rocka,
Zamiast kielicha z winem beczka z piwem.
30 grudnia 2008
Odeszłego
Odeszłego żegnaj, w sobie witaj.
Bądź domem dla przemienionego
W zapach jaśminu wróbla.
Schroń poorane twoim spojrzeniem twarze, drzewa,
Zapakuj pamiątki z czasów przed utratą ufności.
Udziel azylu temu, co przepadło, nadchodzi.
Wzruszanie się znikaniem to za mało, za dużo.
Po wszystkim zawsze ktoś lub coś pozostaje, prawie
nic.
Podróżuj do tego, co przeszło, przyjdzie.
Wywiedź się z niewoli jednego czasu
I pierwszej osoby liczby pojedynczej.
Teraz arterie dźwięków, baśnie o produktach,
Piramidy: kontenerów, promocji, zachwalań,
Abyś nie przeoczył, miał.
Jesteś większy od własnego ja,
Które najchętniej z dala od ciebie
Ujada w samotniach pośród nowych puszcz.
Ciebie, was jest więcej niż ci się wydaje.
Bronię się, powiększam nic jak miejsce,
W którym przegapiam nową okazję.
Odeszłego nie wołaj,
Witaj w tym, który idzie.
Migotania, przejaśnienia 26
Bogusław Żyłko
W ostatnim numerze „Migotań, przejaśnień” (2009, nr 24/25)
można przeczytać szkic Krystyny Śmiechowicz Petersburg Anny
Achmatowej. Autorka ze znawstwem (wyniesionym nie tylko z
książek) opisuje „achmatowowskie” miejsca w tym mieście. Są to
domy, w których mieszkała poetka w różnych okresach swego
życia, pałace, sobory, place, ulice, nabrzeża Newy (Wielkiej i Małej),
dworce kolejowe, parki i skwery. Jest wśród tych miejsc i więzienie,
w którym przetrzymywano po rewolucji bolszewickiej jej syna.
Związki Achmatowej z tym miastem – Petersburgiem-Piotrogrodem-Leningradem – są mocne i odzwierciedliły się w jej twórczości. Więcej: topos i słowo stopiły się w jedno, tworząc amalgamat,
który Władimir Toporow, wielki uczony polihistor, nazwał „tekstem
petersburskim literatury rosyjskiej”. Dzieło Achmatowej (obok A.
Błoka i O. Mandelsztama) należy już do ostatnich, końcowych
fragmentów tego tekstu, któremu początek dał Puszkin swoim
Jeźdźcem miedzianym (z Mickiewiczem, który pierwszy dojrzał
prawdziwe cechy tego miasta), zaś swoje apogeum osiągnął w
„petersburskich” powieściach F. Dostojewskiego.
„Tekst petersburski” jest pojęciem złożonym. Nie wystarczy
umieścić akcję utworu w Petersburgu, lub wyposażyć go w
czytelne odniesienia do tego miasta, aby automatycznie stał
się on składnikiem tego tekstu. Musi on spełniać kilka istotnych
warunków: przedstawiać „życie na skraju”, ukazywać bohatera
w sytuacjach ekstremalnych, między życiem i śmiercią, naturą i
kulturą, chwilą i wiecznością. Osoba i twórczość poetycka Achmatowej ściśle związała się z dziejami rodzinnego miasta w XX
wieku, z tragicznymi wydarzeniami w skali całego kraju. Rewolucje
1917 roku kładą kres całemu – „petersburskiemu” – okresowi w
historii Rosji.
Ma rację autorka szkicu o „Petersburgu Achmatowej”, gdy pisze,
że można poznawać to miasto, wędrując śladami poetki i obierając
ją za przewodniczkę. Sama Achmatowa wkładała dużo wysiłku w
to, żeby odcisnąć swoje piętno na wizerunku miasta, czasami w
sensie wręcz dosłownym. Chodzi o jej pomniki. W tekście można
ich naliczyć z pięć. Nie tylko chce stworzyć sugestywny obraz
miasta w swoich wierszach, poematach, listach, ale fizycznie
niemal zaistnieć w nim w brązie lub kamieniu. Wejść namacalnie
do przestrzeni miejskiej poprzez wypełnienie niektórych jej
fragmentów swoimi rzeźbiarskimi podobiznami.
Piotr Balkus
Świadectwo
Widziałem
pył, który stawał się
kamieniem.
List do Gazy
Co mam napisać, skoro i tak nic nie zmienię.
Już nie istnieją żadne słowa, które są ciałem,
powracają one do ciszy, bardzo szybko, z prędkością
rakiety. Już nie istnieją cztery strony świata,
już nie ma czterech ścian domu, nie ma już
czterech nóg stołu. Już nie ma żadnego stołu.
Moja dusza i moje ciało to twoja czarna flaga.
Mimo to napiszę. Białym na czarnym napiszę,
mimo że ten, kto to przeczyta, zapomni,
a ten, kto nie przeczyta, będzie wiedział
wszystko. Napiszę, żebyś wiedziała mniej, Gazo.
Bo kto wie mniej, ten nie wątpi, ten zaczyna
szukać. Szukać stołu, domu, świata.
Koniec świata
Świat się nie może jeszcze skończyć,
Dominika i Michał
dopiero uczą się tańczyć twista.
Jałowa ziemia
Mówili, że to jałowa ziemia,
że nie wyrośnie na niej nic.
I nie sadzili na niej nic.
Kiedy umarli,
tylko jałowa ziemia
przyjęła ich.
Gazeta literacka
Zastanawia ta „ponadnormatywna” pomnikowa obecność
Achmatowej w mieście. Pod tym względem nie mogą się z
nią równać klasycy rosyjscy, twórcy „mitu petersburskiego”
z wymienioną wyżej „wielką trójką” – Puszkinem, Gogolem,
Dostojewskim – na czele. Ale najdziwniejsze jest to, że te pomniki
sama Achmatowa już za życia zaprojektowała. Krystyna Śmiechowicz wspomina o tym, ale robi to tak, jakby to było czymś
całkowicie naturalnym. Poeci stawiali sobie pomniki, ale nie
Achmatowa
i
pomniki
były one ze spiżu. Horacjańskie Exegi monumentum powtarzało – poważnie lub żartobliwie – wielu poetów, ale mieli oni na
myśli monumenty z innego materiału. Rówieśnik Achmatowej,
Majakowski, pomimo swojego monumentalizmu, nie myślał o
swoim pomniku, podobnie Borys Pasternak. Pisali najwyżej o
pozostawieniu „śladów” w postaci pojedynczych linijek wierszy.
Zaś Achmatowa była jak najbardziej dosłowna – już w młodzieńczym wierszu, zwracając się do marmurowego posągu Puszkina,
pisała: „Zimny, biały, poczekaj,/ Ja też się stanę marmurowa”.
Później, w Requiem, mowa jest o miejscu, w którym ma on
stanąć i o jej „brązowych powiekach”, z których jak łzy będzie
spływać topniejący śnieg.
Ta niezrozumiała fiksacja Achmatowej na punkcie swoich
pomników staje się bardziej zrozumiała, gdy się umieści ją w
kontekście jej biografii, której ważną częścią było świadome
tworzenie przez poetkę swojej własnej legendy. Udało się jej
stworzyć sugestywny mit o sobie – biednej, bezdomnej poetce,
prześladowanej przez potężny nieludzki reżym, cierpiącej matce
i wdowie. W trudnych warunkach udało się jej zbudować wokół
swojej osoby szczególny kult, przejawiając w tej mitotwórczej
aktywności zadziwiającą konsekwencję i determinację. Potrafiła
zmyślać na temat swojego rzekomo arystokratycznego pochodzenia i wykształcenia. Formułowała kategoryczne i powierzchowne
sądy (często niesprawiedliwe) o swoich współczesnych, śledziła
wszystkie publikacje o sobie, wpisując na „czarną listę” autorów,
którzy krytycznie się o niej wypowiadali, i przeganiając ze swojego
„dworu królowej poezji rosyjskiej” ludzi, którzy jej w czymkolwiek
podpadli. „O potworze!” – napisała o niej w swoim dzienniku Lidia
Czukowska, osoba skądinąd bliska i oddana.
Po rozpadzie Związku Radzieckiego ten stworzony za życia
Achmatowej mit poetki-męczennicy zaczął formować jej obraz w
świadomości zbiorowej. Mit ten nowej sytuacji narzucił w pisaniu
o niej hagiograficzne wręcz tony. Zaczęto przypisywać obce jej
cnoty, świetną, ale w sumie kameralną poetkę traktować jako
prorokinię, „świętą Annę wszech Rusi”. Ale jednocześnie – jako
reakcja na takie uświęcanie pisarki – pojawiają się publikacje,
ściągające ją z tego piedestału, który ona sama wznosiła przez
całe życie. Czasami robią to zbyt brutalnie, jak na przykład
książka Tamary Katajewej Anty-Achmatowa (Moskwa 2007),
charakteryzująca ją jako fanaberyjną megalomankę z poważnymi deficytami psychicznymi. Z tej książki wyraźnie wynika,
że nawet w okropnych czasach stalinowskich czystek, wojny,
„żdanowszczyzny” radziła sobie całkiem nieźle, w każdym razie
jej losu nie można porównać z losem Osipa Mandelsztama czy
Maryny Cwietajewej.
Kto ma rację? Ci, którzy stawiają te pomniki, realizując niejako testament Achmatowej, czy ci, którzy rozwiewają nimb
świętości, jako absolutnie do niej nieprzystający? Można tę
kwestię ująć następująco: poeci mogą tworzyć mity o sobie.
To jest ich święte prawo. Ale zadaniem badaczy i krytyków jest
demistyfikacja, dekonstrukcja rozmaitych kultów i mitów oraz
sztamp ich propagatorów. Do tego są oni powołani. Powinno
się jednak to robić w innym stylu niż czyni to Katajewa, pisząc o
kłopotach hormonalnych Achmatowej w czasie przechodzenia
przez menopauzę. Potrzebna jest analiza tego mitotwórstwa, w
tym wypadku – przyjrzenie się strategii, jaką obrała Achmatowa
przy budowaniu swojego kultu. Wzorem takiej roboty może
być choćby praca wrocławskich polonistów Stanisława Beresia
i Katarzyny Kantorowicz-Wołowiec o biograficznej legendzie R.
Wojaczka (Wojaczek wielokrotny, Wrocław 2008), rekonstruująca
(m. in. poprzez przeprowadzenie dziesiątków wywiadów) w
sposób możliwie bezstronny podstawowe fakty z życia poety oraz
rzucająca światło na mechanizmy legendotwórcze, uruchamiane
przez samego Wojaczka, jak i jego późniejszych krytyków, legendę
tę rozwijających i wzmacniających.
„„Dobranoc” Mickiewicza w wersji lego
D
Dobranoc!
już dziś więcej nie będziem bawili
ssię klockami, po ciemku już się gubią klocki,
Dobranoc, już tych klocków nie widzą me oczy,
Dobranoc, przypomnij, żebyśmy jutro dokończyli.
Dobranoc, z każdej z tobą przebawionej chwili
Niech zostanie jakiś klocek mały a uroczy,
Niechaj legnie w kieszeni mojej, bym miał w nocy
Czym się bawić. Tylko żebyśmy ich nie zgubili.
Dobranoc, złóż jeszcze raz małe klocęta,
Pozwól i mi. - Dobranoc - złożyłeś je ciasno?
Daj mi domek zbudować, ludzi i zwierzęta.
- Dobranoc, już złożyłem i mogę już zasnąć.
Dobranoc ci przez klocek - i wam, legolęta.
Powtarzając dobranoc, ułożyłbym miasto.
Król
zabrali mu koronę
tron i berło
wtrącili do więzienia
na zapomnienie
spalili annały
tylko on wie
że jest królem
Miejsce, gdzie zostawiłeś kawałek serca
Miejsce, gdzie zostawiłeś kawałek serca,
ono śni się ci po nocach.
W tym miejscu przychodziłeś codziennie na świat,
codziennie umierałeś, szczęśliwy.
Miejsce, które pamiętasz,
choć już nie masz pewności, że istnieje.
Czasami ktoś kocha tak mocno, że wystarczą mu
złudzenia.
rys. Joanna Grochocka
39
RECENZJE
NASZ WSPÓLNY NIECHCIANY„SPADEK”?
Rozstrzygnijmy najpierw sprawę polityczną, bo od niej zaczyna Erwin Kruk, autor tytułowego
„Spadku”, zaczyna od rozmowy, na którą umawiał się z nim dziennikarz, a która dotyczyć miała
„ostatnich zdarzeń, w tym wypowiedzi premiera w Nidzicy i w Nartach, że trzeba bronić polskiej racji
stanu na Mazurach”. (s. 5) Piękne są już dwa pierwsze akapity, już chce się czytać. Klarowność stylu
i myśli, klarowność myśli i stylu, ich ujęcie, opis sytuacji, pozwalający domniemywać, o co dalej
może chodzić. Najpierw jednak o tej polityczności. Dwa konieczne przytoczenia: „Tymczasem w TVN
transmitowano całe przemówienie Eriki Steinbach, szefowej ziomkostwa. Dziwiłem się tej transmisji.
Choć wystąpienie, jak na przewodnicząca związku wypędzonych, było wyważone, to komentatorzy
polscy uważali, że nie dość jednoznaczne. Steinbach przypominała przeszłość, a nie widziała wspólnej
historii przyszłości. Ważny dla niej był tragiczny koniec wojny, a nie tragiczny jej początek, który miał
tak kolosalne następstwa. A gdzieś podano, że do naszego Sejmu trafiły trzy projekty w sprawie ksiąg
wieczystych. Że trzeba je zapisać i uaktualnić. To chyba znaczy, aby przedwojenne księgi zamknąć
i zostawić w archiwum. Przeznaczono na ten cel już milion złotych. Ale to dopiero początek. Wygląda
na to, że nasz odpis księgi gruntowej też wpisuje się w to polsko-niemieckie tło. Ale nam idzie o to, czy
ludzie żyjący na Mazurach, nie wędrujący po świecie, mają prawo do własności, prawo do swej ziemi
mazurskiej?” (s.18) I właśnie takim niewędrującym Mazurem jest Erwin Kruk. I drugi cytat: „Kiedyś,
przed wieloma laty, byłem na pogrzebie jej matki: „To prawdziwa Mazurka”, mówiła(…). Na cmentarz
już nie pojechałem. Nieraz jednak wiedliśmy rozmowy o powojennych losach. Kiedyś mi mówiła, że jest
z Pisanicy koło Ełku. I pytała, czy jest możliwość odzyskania spadku po rodzicach. Teraz powiedziała
mi: - Domu już nie ma. Ale do gospodarstwa należały pięćdziesiąt trzy hektary ziemi! – Niestety, nie ma
takiej ustawy. Wszystko trzeba załatwiać przez sąd. A ja myślałem wcześniej, że może będzie ustawa
i sąd będzie niepotrzebny. – No, ale ludzie otrzymują – powiedziała. – W gazecie pisali. – Ale kogo to
dotyczy? Tylko tych, którzy w latach siedemdziesiątych wyjechali. – A kto nie wyjeżdżał? – Ten powinien
być zadowolony, że nic nie ma. To tak, jak my – stwierdziła ze smutkiem.” (s.33) W ten nostalgiczny,
serdeczno-smutny sposób zaczyna się opowieść, w której autor, jak sam podkreśla, chce mówić nie
o „roszczeniach, które zagrażają naszemu regionowi, ale o prawie do własności.” (s.5). Rozstrzygnięcie
sprawy politycznej – wyprzedźmy narrację – polega na tym, że nic nie zostało rozstrzygnięte,
że jedynie odbywa się polityczny sabat przed kolejnymi wyborami, aby „nałapać głosów”, a nie
cokolwiek rozwiązać prawnie i sprawiedliwie. W każdym razie po tym początku nabrałem apetytu na
czytanie ze względu na te inne walory i ze względów sentymentalnych: Mazury, które, jak zakreśla
Erwin Kruk, rozciągają się od Działdowa, Nidzicy i Szczytna, przez Mrągowo, Giżycko i Pisz, aż po
Ełk, Węgorzewo, Gołdap i Olecko, są ziemią mojej młodości, chociaż samo dzieciństwo spędziłem
na Suwalszczyźnie i Sejeńszczyźnie, bliżej Litwy niż czegokolwiek innego. Ta „mapa” jest po to, aby
Czytelnik mógł osadzić narrację w geograficzno-historycznych realiach. Historyczne autor przytacza
(ss. 54-55) w skondensowanej formie, dzięki czemu wiemy, że sformułowanie „Mazurzy pruscy”
pojawiło się w 1817 roku u Maksa Toeppena w książce „Geschichte Masurens”, ale samo wyłonienie
się społeczności mazurskiej było zwieńczeniem procesów trwających od XIV wieku, związanych
z charakterem osadnictwa na ziemiach pruskich prowadzonego przez zakon krzyżacki. Mimo tak
długiej i bogatej przeszłości Mazurzy i mazurskość właściwie nie ocaleli, dlatego gra o spadek jest
bardziej grą o pamięć, o ocalenie pamięci bardziej niż od odzyskanie ojcowizny. „Nie wiadomo, czy
pisanie lub niepisanie – to wyjmowanie kasztanów z ognia. (…) Nie czytałem książki (idzie o „Strach”
Grossa – A.W.) Zdaje mi się jednak, że znam ten powojenny strach na Mazurach, na Warmii. W niektórych
powiatach takie były zdarzenia, że jeszcze do dzisiaj o tym nie chce się opowiadać głośno. Mało tego,
słuchający nie wierzą w te opowieści. Przecież Polacy są szlachetni. Taka opinia przeważa. Gdy byłem
POLKOWSKI PŁYNIE POD PRĄD
Jan Polkowski w otwierającym tomik „Cantus” wierszu „Rzeka” płynie pod prąd, a raczej ogląda się
wstecz, patrzy na to, co było:
„Jestem młodszy o ponad pół wieku,
łowię patykiem ryby w młynówce.
Jednak zanadto się przechylam i po chwili, chybocąc się,
płynę i bulgocę jak wrzucona do wody pusta butelka.
Tę krótką podróż przerywa mama, która krzycząc z przerażenia
wyciąga mnie na brzeg.
Budzę się później w domu i ostrożnie dotykam siebie.
Istnieję – znajduję kawałek wierzbowego łyka
przylepiony mocno do skóry.
Kim jestem, czy kim się staję gdy go odlepiam?
Tym, który tonie i który śpi? Tym, który umiera i budzi się?
Tym, który widzi i tym, który rozpacza?
Leżę, nowonarodzony, w nakrochmalonej pościeli i dotykam
zamkniętej w suchym kawałku kory przeszłości i przyszłości.
Po raz pierwszy odkrywam urywany puls wewnętrznej
ciemności i czuję słodki smak
wszechświata.”
Stoi nad rzeką, także nad rzeką swego nieprzerwanego trwania (choć zrobił sobie blisko 20-letnią
przerwę, poprzedni tomik „Elegie z Tymowskich Gór” pochodzi z 1990 roku), naszej nieprzerwanej
pamięci – dzięki temu może wybrać stronę poetyckiego patrzenia i wybiera. Raczej patrzy tam
skąd rzeka pamięci przypływa i nawet mówiąc o krajobrazach współczesności podsuwa nam ich
genezę i diagnozę pozwalającą wiedzieć: skąd się wzięło to, co jest i dlaczego jest akurat takie.
Ziemia, przestrzeń, miejsca często przywoływane w wierszach Polkowskiego są głęboko naznaczone
ludzkim losem, choć poeta często ten los odtwarza ze strzępów, zgliszcz i pogorzelisk, z ich ulotnych,
już nieistniejących śladów. Tak samo pełny, dojrzały, bez skazy jest drugi wiersz tomiku, wiersz
bez tytułu otwierający nas na dwie sprawy. Pierwsza dotyczy wierszy bez tytułu. Jest ich dużo. Na
ogół nie lubię wierszy bez tytułu. Mam poczucie, że autor mnie oszukuje, że brak tytułu jest jakimś
wyrazem bezradności, niemożności nazwania tego, o czym wiersz traktuje. U Polkowskiego jednak,
mimo że wiersze bez tytułu stanowią ponad połowę wszystkich utworów, nie mam tego kłopotu, co
więcej – musiałem zmienić swoje nastawienie: wciągająca esencjonalność jego wierszy jest tym, co
obejmuje czytelnika od razu, nawet mam kłopot z natychmiastową werbalizacją swoich odczuć, jest
to jedynie kłopot recenzencki, gdy chcę od razu układać się do pisania o przeczytanym; gdy jednak
pozbywam się lub zawieszam to oczekiwanie, jestem w miejscach opisywanych przez Polkowskiego,
czuję na sobie mgłę Podola, mogę ją niemal strzepywać z surduta, idę wiedziony jak na pokuszenie,
poetyckie pokuszenie, za jego myślami, stonowanymi strachem i nostalgią.
40
w Nidzicy, stojąc na tle kościoła, to mówiłem, że po
wojnie było sto tysięcy Mazurów, a teraz w całej
diecezji mazurskiej Kościoła ewangelickiego
zostało niespełna pięć tysięcy. Nigdy mi do
głowy nie przyszło jednak przeświadczenie, że
antymazurskość jest cechą Polaków. (To jest ważna
różnica z Grossem, którą warto podkreślić – A.W.)
Ale w warunkach, w jakich żyła ludność po wojnie,
władze przy mazurskim exodusie mogły liczyć na
przychylność społeczeństwa. Ci Mazurzy to Niemcy,
mówiono. A i tamci, którzy nie wyjechali, też. Czy
ja wiem, ludzie zacierają i wypychają z pamięci
to, co niewygodne i co by źle świadczyło o ich
występkach. Dla nowych osiedleńców to było jakby
oczywiste, że dawni mieszkańcy – jako resztówka
poniemiecka – muszą ustąpić im miejsca.” (s. 114) I ten motyw wydaje się najciekawszy, najcenniejszy.
(Oczywiście nie odbieram autorowi prawa do własnej struktury ważności spraw).
Najlepszym wprowadzeniem do motywu, nad którym chcę się skupić są słowa samego autora,
będące komentarzem do jego rozmowy prowadzonej przy okazji rozlicznych jego kontaktów
i zainteresowań skoncentrowanych na utrwalaniu i przekazywaniu, bo kultura bez pamięci przestaje
istnieć: „ – Słuchał pan? – Nie. A, to było o jubileuszu kościoła i o książce. Miło było pana posłuchać.
Doszedłem do wniosku, że to było nagrane w kancelarii parafii. Już dawno odzwyczaiłem się od tego,
aby słuchać, jak brzmi mój głos. Mało tego, jakoś dawna pasja literacka, która wcześniej inspirowała
mnie, od długich lat jakby straciła na znaczeniu. Gdy ktoś mnie pyta: nad czym pan pracuje,
odpowiadam: - nad życiem. Pytający uznają to częstokroć za żart. Ja jednak uważam, że
to naprawdę ważne i trudne zadanie.” (ss. 62; podkreśl. – A.W.) W tym trudnym zadaniu,
z którego „Spadek” jest Wielkim Sprawozdaniem, sprawozdaniem, z którego przenika na strony
książki stonowana, acz trudna do ukrycia gorycz, pojawia się wiele codziennych powtarzalnych
radości: to telefony od dzieci rozrzuconych po świecie (córka Liza na stałe w Anglii, syn Tomek też
poza Olsztynem, w Warszawie), a to parafialne spotkania, czy wizyty brata związane z bieganiem
po urzędach w związku z próbami odtworzenia formalnej strony rodzinnego dziedzictwa. Autor
opowiada swoją historię z odczuwalnym widocznym bólem, który – dodatkowo – narasta wraz
z rozwojem urzędniczej gehenny, na jaką jest zdany (on i jego brat), ale też jakby mówił: bolało
i boli, ale nie żałuję, bo to moje życie, nie żałuję, bo starałem się je przeżyć i staram się je dożyć
w możliwie sensowny sposób, to znaczy dodawać siebie do tego, co się ostaje, to znaczy czynić
i działać tak, aby odkładać się w pamięci wspólnoty, otoczenia, rodziny, przyjaciół: „Jako emeryt,
w dodatku mający kłopoty ze zdrowiem, nie muszę na to pracować, by zaznaczyć swoje poletko w życiu
miasta. Jeżeli to, co robiłem, nic dziś nie znaczy, to trudno. Już nie te siły, by się rozpychać. Możliwe, że
jednak coś zrobiłem, a inni – uświadamiając to sobie – uważają, że dla nich to ważne, abym wspomagał
ich aspiracje. W zasadzie nie szukam dla siebie miejsca. Jeżeli czasem myślę o tym, to ze względu na
to, by nie poddawać się manipulacji.” (s. 71) Ten sposób autorskiego myślenia sprawia, że czyta się
„Spadek” jako – raczej zupełnie niezaplanowaną – powieść psychologiczną, bowiem Erwin Kruk,
relacjonując fabułę skupioną wokół chodzenia po urzędach w tytułowej sprawie, tak naprawdę robi
rentgen własnej duszy, która jest tu gdzie jest i choć nigdzie się nie ruszała, czuje się w dużym stopniu
wykorzeniona, więc bardziej właściwym wydaje mi się ten „spadek”, który jest zachowaniem,
przekazem, pamięcią tego, co w dużej mierze zachowało się jedynie w restaurowanej z biegiem
stron książki świadomości autora. „Nie ma jednak już nikogo, z kim można się spotkać, porozmawiać
i podczas rozmowy odpocząć od samotności.” (s. 133) „Będziemy szli razem, powiemy sobie kilka słów,
pomilczymy wspólnie nad tym, jakimi drogami miotało nas życie.” (s. 157)
„Spadek” ma jeszcze jeden walor, wykraczający daleko poza kwestię własnościowego,
prawnego ukorzenienia Mazurów (a raczej jego braku), bo rozciągający się na pewien typ ludzi
pióra funkcjonujący do dziś, tzn. ludzi pióra, którym nie udało się i nie udaje normalnie dzięki
swej twórczej aktywności funkcjonować. Owszem, zbierają laury, a może bardziej laurki, niektórzy
nawet chętnie chwalą się ich towarzystwem i znajomością z nimi, są zauważani przez władze, gdy
tej jest wygodnie, robią więc za „kwiatek do kożucha”, ale mimo takiego traktowania nie wyrzekają
się swego zajęcia, bo wiedzą, że dłużej klasztora niż przeora i nie rezygnują z tego, co robią, choć
wokół, także w mediach, pełno dobrze ustawionych matołów, którzy dla kultury nie robią nawet
dziesiątej części tego, co oni.
„Spadek” jest dla mnie dokumentem u p a d k u k u l t u r y, bo dokumentuje w e g e t a t y
w n y c h a r a k t e r funkcjonowania autentycznych użyźniaczy kultury (przepraszam za słowo, ale
lepszego nie znajduję i – dla jasności – nie uważam je za obraźliwe, wręcz przeciwnie, ale zastrzec
się wolę), tych, którzy pracują u podstaw.
Zwrócić chcę uwagę, że „Spadek” jest pisany niespiesznie, miałem nawet wrażenie (w połowie
książki) niespiesznej nudy. Niespieszność ta stała się po jakimś czasie monotonna. Zaczynałem się
zastanawiać nie nad tym, jak skończą się starania autora i jego brata o spadek, lecz, co jeszcze się
mentalnie nowego wydarzy w kwestiach istotnych dla zanikającej pamięci o Mazurach. Inaczej mówiąc,
zaczynałem myśleć o tym, czy jest jakieś uzasadnienie dalszego ciągu, choć przecież wiedziałem, że
przeczytam do końca. Dla prawdy lektury jestem zobowiązany powiedzieć, że „lęki nudy” opuściły
mnie po kolejnych dwudziestu stronach i raczej jestem skłonny złożyć je na karb czytelniczego, a nie
autorskiego zmęczenia . Dawno nie czytałem tak mięsistej literatury, tak mięsistej życiem narracji,
co więcej, nie ma w tym ani odrobiny sztuczności, kombinowania, tylko naturalność, prostota. Może
właśnie stąd ta mięsistość, przecież ujmująca prostota przekazu to – przynajmniej dla mnie – coś
cudownego wycyzelowanego przez doświadczenie autora, bo zawsze, gdy doświadczam tego, czego
doświadczyłem czytając Erwina Kruka (a to mój pierwszy Kruk, liczę, Panie Erwinie, na przesłanie mi
wierszy, w antologii mego przyjaciela Józefa Jacka Rojka „Literaci i literatura Warmii i Mazur” ledwie
ich kilka; być może będzie dobrze i o niej napisać następnym razem), przypominam Rilkego, którego
uparcie powtarzam, ale tylko przy szczególnych okazjach: „Świat utracił w mych oczach mgławicowość,
ową płynność form, zdolność ciągłego samoprzekształcania się i samotworzenia – co było cechą i słabością
moich wczesnych wierszy. Rzeczy stały się rzeczami, zwierzęta zwierzętami, które można odróżnić, kwiaty
kwiatami; nauczyłem się prostoty, długom się uczył i z trudem, że w końcu wszystko jest zwyczajne,
i dojrzewałem do tego, by mówić o rzeczach prostych.”
Zobaczmy zatem prostotę i piękno jednej z ostatnich scen „Spadku”: „W drodze powrotnej do
Olsztyna skręciliśmy z głównej trasy i zajechaliśmy na cmentarz w Dobrzyniu. (…) Staliśmy w milczeniu
nad grobami. Ryszard był zdziwiony tym, jak bardzo się cmentarz zmienił. Zrazu patrzył na tablice. Potem
ostrożnie rozglądał się wokół, jakby nie dowierzając, że nic się już nie odmieni i że cały nasz spadek
jest tutaj. Ale zaraz pojawiła się refleksja, że przyszedłem nie do umarłych, ale do oddalonych, którzy
bez własnej woli wcześnie i pośpiesznie musieli odejść z mojego dzieciństwa.” (s. 268).
Panie Erwinie, niech mi będzie wolno na koniec powiedzieć i to, że czytałem „Spadek” ze
wzruszeniem. Pański „Spadek” jest od teraz po części i moim. Dziękuję.
Andrzej Wołosewicz
Drygi rys to specyficzna religijność. Polkowski operuje czymś, na co trudno znaleźć dobre
określenie, bo u niego jakby to kosmos ziem poharatanych historią się modlił. Nie idzie więc o słyszaną
czy wypowiadaną modlitwę, choć przecież kościoły i świątynie są w wierszach Polkowskiego obecne,
namysłu (język namysłu to to, co wiersz w nas, jak
w membranie, powoduje, do czego nas zmusza)
daje satysfakcję. Wiersze Polkowskiego wciągają
w swą wewnętrzną przestrzeń, w której historia
i dzień dzisiejszy, obraz odległej przeszłości i obraz
niedookreślonego świtu {patrz choćby wiersz
„*** (Opowieść, która nieustannie niszczeje…”,
s.52)} doskonale poetycko istnieją obok siebie,
a właściwie nie tyle obok siebie, co wzmacniają
siłę swego brzmienia. Dzięki takim zestawieniom
mogą pełniej wybrzmieć stanowiąc jeden głos,
jeden ton. Polkowski rozbudza przed nami żywioł
przetrawianych przez siebie krajobrazów: podmiot
liryczny nie pozostaje wobec forsowanych opisów/
prezentacji zewnętrzny. Tak jest w wierszach „Czarnoziem” (s. 55) czy w „Mgłach, ścierniskach” (s.
62). Złapać ulotność, jej konkretność, mimo że bez dat, nazw, granic i narodów:
idzie raczej o – już mam – sakralizację ziemi, losu, pamięci. Religijność jest tu raczej obecna niż
przedstawiona, jest tu wyczuwalna obecność religijności – stąd ta odbiorcze poczucie sakralizacji
poetycko obrabianej materii. Ot, choćby fraza z tytułowego „Cantusa”: „Dojrzał czas i planety
niezauważalnie otarły się/ o marność rzeczy” (s.30) czy wiersz „Pomieszane języki” (s.35):
„Pomieszane języki, ukraiński, polski i rosyjski.
Modlitwa powszechna po polsku, psalm po ukraińsku,
i w rosyjskim credo. Rudy chłopiec, paulin,
z iskrami radości w rozpalonych otwierających się życiem
oczach, wznosi ramiona ku górze
w niedawnym muzeum ateizmu.
Na początku XXI wieku, Kamieniec Podolski odpoczywa,
otulony wapiennym, poszarzałym kamieniem i niebem
o przejrzystej, toskańskiej barwie. Leniwy, rozgrzany żywym
światłem Smotrycz, już nie chce płynąć ku Dniestrowi,
trwa jak zielonkawy obłok nad szukającą cienia
klaczą i źrebięciem.
Biedni ludzie jedzą słodką bułkę przy długim stole.
Między nimi, na honorowym miejscu,
ich przeszłe dni, których nie chcą pamiętać.
Biedni ludzie i ich zamyślone dzieci o dorosłych twarzach.
Prosili dzisiaj o wiele. O zdrowie dla Józefy
i szczęście dla Ireny i Hryhorija.
Prosili także o powrót Francji, Pierwszej Córy,
do Rzymskiej Matki. Przed pożegnaniem dziękują
za wspólny śpiew, pieczołowicie sprzątają okruszyny.”
Polkowski pisze wiersze klarowne, w większości są o czymś, nie epatują słowem tylko p o w a g ą.
Polkowski swoimi wierszami rozmawia ze światem, a nie tylko opowiada nam o nim, a jeśli rozmawia,
i to w naszej czytelniczej przytomności, to„rozmawia” także z nami, w każdym razie znajdujemy się –
przysłuchując – w kręgu tej rozmowy. Każdy wiersz Polkowskiego mogę z pełną ufnością traktować
jak jednostkę rozrachunkową jego rozmowy ze światem. Choćby ten , znów bez tytułu, ze strony 44,
w którym stłumiony skowyt ziemi, ziemi ludzkich losów, zakreślony jest jakby jednym ruchem pióra,
bez odrywania ręki. Tak, większość wierszy Polkowskiego czytam z poczuciem – tu już mówimy
o sprawach warsztatowych, sprawach kuchni poetyckiej – jakby pisane były jednym tchem, na
bezdechu, nie ma w nich przerw, w których widać by było, jak autor zastanawia się i nad konstrukcją,
i nad tym, co ma dalej powiedzieć. U Polkowksiego„wątek” i „osnowa” wciągają czytelnika obopólnie.
Płynność języka czytania (język czytania to dla mnie literackość/poetyckość oraz konstrukcja) i języka
Erwin Kruk, Spadek. Zapiski mazurskie 2007-2008, Wydawnictwo RETMAN 2009.
„Za wybitymi oknami i resztkami drzwi
zmurszałe, niespełnione losy, stęchły smród
moczu i skłębione ludzkie
śmieci.
Na ścianie, wśród ordynarnych rysunków, zaklęć
i nie wysłuchanych wyznań, wyblakły ślad
po krzyżu.
W prześwicie wibruje żarłoczna modlitwa
kurzu. W migocącym witrażu ognia tańczy,
lekko uniósłszy dłonie, prawie niewidzialny
diabeł..”
W takim wierszu Polkowski dobiera się do metafizycznego wymiaru historii czy losu. Delikatność
poetyckiej kreski, jakby poetycka grafika a przecież„żarłoczna modlitwa kurzu” zatrzymała i utrwaliła
w obrazie tego wiersza i dosłowność, i cielesność, i krwistość, i tragiczność.
Powiedzmy na koniec o samym brzmieniu poetyckiego głosu, o prowadzeniu poetyckiej
frazy. U Polkowskiego mamy do czynienia z pełnym podporządkowaniem formy wypowiedzi
przekazywanej treści. To treść mnie prowadzi i właściwie nie zwracam uwagi na formę. To nie nią
Polkowski czytelnika zajmuje. Można nawet powiedzieć, że traktuje język spokojnie, klasycznie, nie
każąc czytelnikowi łamać sobie nad nim głowy. Żadnej zbędnej ekwilibrystki słownej, a to wcale
nie takie oczywiste w dzisiejszych poetyckich poszukiwaniach.
Andrzej Wołosewicz
Jan Polkowski „Cantus”, Wydawnictwo a5, Kraków 2009, stron 77.
Migotania, przejaśnienia 26
POLEMIKA
POETYCKIE ENGRAMY EDWARDA BALCERZANA
zderzenia świadomości tego, jak jest, z tym, jak mogłoby być. Są jednocześnie argumentem
negatywnym w sporach o przynależność Poety do nurtu lingwistycznego. Rozstrzygając tę kwestię,
Autor powie: „Nie wyrzekam się lingwizmu. Szukam w nim tego, co moje” (s. 205).
Poetyckie poszukiwania przez Balcerzana własnej tożsamości są delikatnymi engramami
o wołczańskim rodowodzie. Ten engram inicjuje wszystkie pozostałe – głównie szczecińskie
i poznańskie. Zamknięte w formule słownej stały się one natychmiast lingwalnym śladem o konkretnej
czasoprzestrzeni. Słowo Balcerzana zawsze jest słowem, które pojawia się między ludźmi, pośredniczy
Gazeta literacka
otworzyć się na nieodgadnioną wieczność.
Grzegorz Ojcewicz
Edward Balcerzan, Wiersze niewszystkie. Wstęp Dariusza Pawelca: Obroty myśli.
Wiersze Edwarda Balcerzana Mikołów 2009, 214 s.
PATRZĄC W „GWIEZDNE OCZY”
Obserwujemy zachodzące zmiany. Zmienia się
społeczeństwo, zmieniają przyzwyczajenia, technologie.
Młodzież dorasta coraz szybciej. Czy te zmiany, ich dynamika
napawają optymizmem? Niektóre z nich na pewno.
Dorosły czytelnik, który przeczyta książkę Jagody Wójcik,
nie wiedząc, kim Ona jest, może uznać, że to zwykła powieść
dla nastolatków. Kogoś może zaciekawić, ktoś uzna, że
napisana jest w zwyczajny sposób i nie wyróżnia jej nic
specjalnego. Nie wydaje mi się jednak, żeby był ktoś, kto
wiedząc, że autorka książki ma 14 lat (gdy ją pisała, była rok młodsza!) przejdzie nad tym do
porządku dziennego. Dla mnie to jest niesamowite. Dla jasności, nie oceniam książki wyłącznie
przez pryzmat bardzo młodego wieku jej autorki. Wyobraźnia tej młodej osoby, nad wyraz dojrzały
sposób widzenia otaczającego świata i sposób budowania skomplikowanej historii, opowiedzianej
na kartach ponad 300 stron budzą mój niekłamany respekt.
Historia piętnastoletniej Ewy, szukającej swojej tożsamości po utracie pamięci, od ponad dwóch
tysięcy lat żyjącej między dopełniającymi się światami ludzi zwykłych i innym, zamieszkałym
przez istoty magiczne oraz między czasem teraźniejszym a przeszłym(główna bohaterka posiada
umiejętność podróżowania w czasie), skrojona jest na miarę powieści przygodowych uznanych
autorów, co tym bardziej czyni ją godną uwagi. Trudno oderwać się od lektury. Chęć poznania tego,
co wydarzy się dalej, towarzyszy czytelnikowi do ostatniej strony. I to jej największy atut.
Nie jestem miłośnikiem gatunku fantasy, ale dla dwóch autorów tego rodzaju beletrystyki zrobiłem
wyjątek, dla Rogera Żelaznego oraz Jagody Wójcik. Nie żałuję żadnego z nich. Z niecierpliwością
czekam na powieść, którą napisze Jagoda w wieku dwudziestu kilku lat. Myślę, że to kolejny z
powodów, który, mam nadzieję, nie pozwoli mi umrzeć zbyt szybko.
Jarosław Milewczyk
Jagoda Wójcik, Gwiezdne oczy, Wydawnictwo INTRO-DRUK, Koszalin 2010.
rys. Joanna Grochocka
pisarza, istota jego oryginalności, pojedynczy
klucz do odgadnięć nieoczywistej rzeczywistości.
Zaskakiwanie przez słowo nierzadko występuje
u Balcerzana razem z naturalną skłonnością
Autora do oglądania, smakowania, słuchania,
dotykania, mierzenia i ważenia zasobów języka
oraz do usiłowania nadawania WOKÓŁLUDZKIEJ
rzeczywistości nowych imion, prezentowania
swoich WY-tłumaczeń i PO(D)-glądów, zaznaczania autorskiej prywatności.
Antologię Wiersze niewszystkie otwiera studium Dariusza Pawelca zatytułowane Obroty myśli.
Wiersze Edwarda Balcerzana (s. 5-18). Nie o nim jednak chcę pisać, pozostawiając krytykowi prawo
do własnych odkryć i sądów na temat ocenianych utworów, ale o Manifeście wspomnieniowym
samego Poety, tekście szczególnym, nacechowanym intymnością nieobcą dziennikom (s. 197206). Gdy czytam Manifest…, przychodzi mi do głowy myśl o pisarzach, którzy, jak na przykład
Vladimir Nabokov (Lolita) czy Bruno Jasieński (Palę Paryż), dokonując autoprzekładów, stawiali
przyszłych tłumaczy ich dzieł w stosunkowo kłopotliwej sytuacji. Bo czy translatorzy są w stanie
wobec powyższego dokonać przekładu lepszego od autorskiego? Podobnie rzecz wygląda tutaj:
wszystko, cokolwiek zostało powiedziane o twórczości Balcerzana do momentu Jego autoprezentacji
w postaci Manifestu wspomnieniowego, ulokowało się w obszarze krytyki literackiej na prawach
sądów – przynajmniej teoretycznie – równoważnych, takich, z którymi Autor się utożsamia, lub
które dla niego samego okazują się interpretacyjnym kuriozum. Słowo odautorskie nie tylko zaś
przejaśniło to, co dotąd mogło uchodzić za interpretacyjnie niepewne, lecz także zbudowało określoną
strukturę hierarchii w sferze indywidualnej poetyki Balcerzana, zobowiązując tym samym badaczy
do uwzględniania w studiach nad Jego wypowiedziami rysów imagologicznych i z obszaru decyzji
strukturalnych nakreślonych przez samego Nadawcę, a nie tylko domyślnych, będących domeną
krytyki; zmusiło zatem do poszanowania – mówiąc translatologicznym językiem Wernera Kollera
– poetyki sformułowanej przez samego Autora.
Manifest wspomnieniowy obejmuje cały dorobek poetycki Balcerzana. Odnosi się do debiutanckiego
tomiku Morze, pergamin i ty (1960) oraz takich tekstów, jak Podwójne interlinie (1964), Granica na
moment (1969), Późny wiek (1972). Charakteryzuje też dwa inne wybory: jeden nazwany Wiersze
z czasopism i szuflad (1963-2009) i drugi – Wiersze uzależnione (1959-2003). Pięćdziesiąt lat aktywności
poetyckiego słowa na stałe towarzyszącego Balcerzanowi w pracy literackiej zaświadcza o niezwykłej
wierności samemu sobie, o stabilności percepcyjnej Autora, co wcale nie równa się percepcyjnej
rutynie! Stabilność tę utożsamiam z nieustanną więzią Poety ze swoim tekstem – więzią panoramiczną:
biograficzną, emocjonalną, intymną. Bez względu na liczbę poetyckich debiutów (sam Autor
wspomina o trzech) za każdym razem utwór staje się żywym świadectwem reakcji piszącego na świat
zewnętrzny lub świat wewnętrzny (albo obydwa te światy jednocześnie), za każdym zaś razem reakcja
na każdy ze światów jest kolejną okazją do prezentacji samopoznania.
Poezja Balcerzana jest poezją pamięci, będącej synonimem trwania. Wiersze są tutaj lirycznymi
miniaturami, które zdają sprawę z tego, co i jak pamięta (lub nie pamięta) twórczość. Na przykład
w wierszach powstałych w roku 1956 i w utworach późniejszych próżno by szukać znaków
charakterystycznych dla oficjalnej literatury socrealistycznej, albowiem socrealizm jest poetyką
absolutnie obcą Balcerzanowi, poetyką jałową i zdecydowanie odrzuconą, poetyką negatywną,
a przez to – konsekwentnie nieobecną. Zbiór przestróg pisarskich, sformuowanych w Manifeście…,
odwołuje się przecież wprost do pamięci indywidualnej i podkreśla znaczenie wartości uniwersalnych,
jak duchowa sprężystość w kreowaniu wizerunku świata i etyczny nonkonformizm w stosunku poety
do niego. Poezja w rozumieniu Balcerzana, jako twór koncepcyjny wyższego rzędu, nie może być
tekstem użytkowym, nie może być świadectwem zwycięstwa żywiołów emocji, nie może być czczym
patosem obliczonym na łatwy poklask niewyrobionego odbiorcy. Z unikania językowej łatwizny,
w szerokim tego słowa znaczeniu, a także z nieudawania kogoś, kim się nie jest – mógłby uczynić
Autor Wierszy niewszystkich motto swojej najnowszej antologii.
Związki z pamięcią przebiegają w tym tomie w sposób szczególny. Czasoprzestrzenie
wypełniają komponenty autobiograficzne i pozwalają śledzić relacje Poety z zawirowaniami
polskiej historii po roku 1956. Lecz są i takie przykłady, które utrwalają świadomą działalność
kreacyjną Autora, stając się indywidualnym znakiem aktywności umysłu twórcy gotowego do
uruchamiania bogatych pokładów własnej fantazji. Bez względu jednak na punkty styczne
wierszy Balcerzana z osobistą czasoprzestrzenią czy przestrzeniami Jego fantazji, za każdym
razem otrzymujemy w postaci gotowego tekstu fragment samego Nadawcy, który pragnie
ocalić siebie od zapomnienia. Lecz ocalanie to ma jednocześnie za zadanie zapewnić utrwalenie
poczucia jednokrotnej tożsamości, tj. egzystencji bytu niepowtarzalnego, dla którego prywatna
mitologia i przeżycia momentalne są impulsem do budowania poetyckich uogólnień o naturze
człowieka i świata. Wyrazem owych więzi Poety z czasoprzestrzenią jest na przykład wiersz
Czwarta ściana, w którym modyfikacji ulega tradycyjny topos o teatrze i ludziach-aktorach.
Według Balcerzana „w dzisiejszym teatrze świata ludzie stali się udręczonymi statystami, nie
rozumieją sensu widowiska, w którym biorą udział” (s. 202).
Uwagi Autora antologii na temat Jego więzi z poezją lingwistyczną przybliżają nas
ku kwestiom umiejscawiania twórcy na mapie literatury. Personalne zakotwiczanie każdego pisarza
nie może się obejść bez dylematów natury identyfikacyjnej, bez skrajnie szczerej odpowiedzi przed
samym sobą na pytanie o to, kim się jest: jednym z wielu na podobieństwo wielu czy też – wyłącznie
sobą, niepodobnym do innych, chociaż ze znakami poetyckiej wspólnoty, do jakiej zaprasza tradycja,
dialog kultur, język. Relacje Balcerzana z językiem są zawsze wynikiem wewnętrznej przygody,
w kontakcie z rzeczywistością, ostrzega przed semantyczną atrofią, wskrzesza umarłe krajobrazy
znaczeń, odbudowuje spowszedniałą metaforykę, rekonstruuje pierwotne etymologie.
Chronos zajmuje więc w pisarstwie Balcerzana wyjątkowe miejsce. Pulsuje także w Wierszach
niewszystkich. Uczestniczy w budowaniu indywidualnych strategii lirycznych, które przebiegają
równolegle nie tylko wobec czasu biograficznego, lecz także paralelnie w stosunku do zmieniających
się mód w literaturze. Chronos nie jest sprzymierzeńcem człowieka w sensie fizycznym przez
nieustanne powtarzanie apokaliptycznego prawie memento mori, lecz paradoksalnie pomaga
mu w uzmysłowieniu sobie wartości engramów uniwersalnych w łagodzeniu napięć pomiędzy
nieodwracalnym przemijaniem i szansą na zaistnienie w pamięci innych. Te szansę realizuje
Balcerzan za pomocą świata znajdującego się w ciągłym ruchu, świata tajemniczego, synestezyjnego,
wielowymiarowego, świata, w którym jedną z głównych ról w zakresie instrumentalizacji stylistycznej
powierzył metaforze i polisemii.
Sprawdzone sobą Wiersze niewszystkie Edwarda Balcerzana pozostaną dla mnie wyraźnym
sygnałem o dokonaniu się indywidualnego, lecz w planie uniwersalnym, rozrachunku poetyckiego,
w którym uczestniczył twórca i jego dzieło; zwłaszcza tytuł antologii kieruje ku takiej właśnie
interpretacji. Z jednej strony to oczywiste, że dopóki żyje człowiek, dopóty nie może się
wyczerpać potencjalność jego poetyckiej aktywności, a zatem – i możliwość powstawania wciąż
nowych utworów potwierdzających prawdę o kreacyjnej NIEWSZYSTKOŚCI. Z drugiej zaś – owa
NIEWSZYSTKOŚĆ implikuje obecność rzeczy tutaj niepokazanych, ukrytych, których występowania
i jakości można się tylko domyślać.
Wiersze niewszystkie Edwarda Balcerzana pozostaną też dla mnie próbą walki Autora o poetycką
autonomię, o potrzebę zachowania dystansu wobec skłonności krytyków literatury do szufladkowania
twórców. Owszem, wszelkie porównania pisarstwa własnego z pisarstwem wybitnych ludzi
pióra nie przynosi porównywanym ujmy, jest chyba jednak zawsze pójściem na swego rodzaju
kompromis krytycznoliteracki, który nie toleruje zjawisk satelitarnych, tj. wymykających się
badawczemu oswojeniu. Bycie jednym z wielu, choćby najwybitniejszych, jest zawsze trwaniem
w otoczeniu sobie podobnych, podczas gdy tak naprawdę dopiero świadomość odrębności
przesądza o oryginalności i indywidualności. Innymi słowy, Balcerzan był i będzie dla mnie zawsze
zjawiskowy, niepowtarzalny, sam dla siebie stanowiący system. System światopoglądowy. System
poetycki. System interpretacyjny. Wiersz-znak Pomnik otworzył zbiorek Morze, pergamin i ty (1960),
wiersz-znak Julian Przyboś: Wiosna 2001 zamknął Wiersze niewszystkie. Lecz zamknął tę znakową
nieskończoność poezji, zaświadczoną osobistym doświadczeniem Autora, tylko na chwilę, by
Szanowny Panie,
rzadko zaglądam do internetu, dlatego dopiero teraz mogę odpowiedzieć na Pański felieton o mojej nieskromnej osobie, który, przyznaję,
sprawił mi ogromną przyjemność, przynosząc ze sobą tak konieczne
dla megalomana mojego pokroju katharsis. Cóż, nie jestem idealny
– ale kto jest? Zgódźmy się więc z tym, że jestem potworem – to
pojęcie zawiera w sobie ładunek na tyle negatywny, że zadowoli moich
wszystkich wrogów. Niemniej, Pańska zawoalowana teza, że pisarz
(szerzej: artysta) nieznany za życia jest niejako a priori mierny, wydaje
mi się pozbawiona podstaw, czego dowodzi historia, pełna nazwisk
twórców swego czasu nieznanych. Bo przecież nie doraźna popularność jest miarą sztuki, nie postawa etyczna artysty, nie jego koneksje,
pochodzenie ani nawet nie jego – jakże niekiedy barwne – cechy
charakteru. Nie one czynią artystę wielkim. Czynią to jego wyjście poza
modne konwencje epoki, wiedza, warsztatowa sprawność, umiejętność
nawiązania dialogu z poprzednikami i kilka innych cech, wśród nich
ta najsłabiej zdefiniowana, intuicyjna raczej, jaką jest talent. A Pan
postanowił dać upust swoim frustracjom urażony moim stwierdzeniem,
że nie jest Pan przystojny i męski, ale za to umie Pan pisać, tylko nie
ma o czym, i że Pańska słynna pelisa jest po dziadku. Przyznaję, nie są
to argumenty merytoryczne, co do przepięknej pelisy, to nie znam jej
pochodzenia, ale i rozmowa z Janem Siwmirem była dosyć swobodna,
wielowątkowa, kpiarska i ironiczna, co niesie ze sobą dygresje, niekiedy
godzące w próżność, w tym przypadku Pańską. A wiemy z psychologii,
że im większa próżność, tym rana bardziej dotkliwa. Miał Pan, jak sądzę,
zajęcia z psychologii? Czasem taką ranę leczy poczucie humoru. Jeśli
go nie ma – to rzeczywiście, życie staje się trudniejsze. Przykro mi, ale
w tej sprawie nie mogę Panu pomóc.
Postąpił Pan jednak nieładnie, nie po dżentelmeńsku, posługując się
wyrwanymi z kontekstu zdaniami, zafałszowaniami, przemilczeniami
i przeinaczeniami oraz innymi, typowymi dla propagandy pewnych
przebrzmiałych formacji politycznych, zabiegami. Nie zadał Pan
sobie trudu przeczytania moich książek i skonfrontowania ich treści
z – przyznaję – entuzjastycznymi recenzjami. Pominął Pan milczeniem
zawarty w moich esejach i felietonach program artystyczny i stopień jego zgodności z uprawianą przeze mnie twórczością. Uniknął
Pan merytorycznej, logicznej i filozoficznej kontroli moich tekstów,
uciekając się do sztubackich wygłupów, które, jak wiemy, potrafią
ośmieszyć wszystko. Podobnie w złym guście jest nieinformowanie
mnie o Pańskiej publikacji, co uniemożliwiło mi odpowiedź we
właściwym czasie i miejscu. Cóż, widać po dziadku została Panu tylko
pelisa – kindersztubę diabli wzięli. Bo co innego facecje w luźnej
rozmowie, a co innego publikacja w dziale książki (co Pański felieton
ma wspólnego z recenzją KSIĄŻKI?)
Jest Pan, w opinii niektórych, wielkim artystą wszechstronnym,
polskim Leonardem, największym kolorowym balonem, planetą, ba,
najjaśniejszą gwiazdą polskiego zaprzałego literackiego nieboskłonu,
więc złość i jad Panu nie przystoją, tym bardziej nie przystoi nieelegancki
atak ad personam przypuszczony na mnie z braku merytorycznych
argumentów. Szczególnie on niesmaczny, bo sprowokowany błahostką,
jednak przyznaję, tekst w sumie zabawny – chociaż nieuczciwy i zalatujący paszkwilem. Stąd moje mieszane uczucia, w których jednak kiełkuje
nadzieja, że nareszcie mam godnego siebie przeciwnika – oczywiście,
jeśli idzie o złośliwość, bo zasady dżentelmeńskiej walki powinien Pan
sobie przyswoić. Rzecz jasna, jeśli uzna to Pan za konieczne – broń
Boże, proszę nie łamać swojej natury.
Jak wspomniałem, Pański atak na mnie jest osobisty i nosi cechy
pieniactwa, bowiem w całej długiej (25 str.) rozmowie z Janem Siwmirem poświęciliśmy Panu zaledwie dwa zdania. Rozumiem, że Pan
i Towarzystwo uważacie, że tacy jak my powinniśmy jedynie płacić na
Was podatki i siedzieć cicho, rozdziawiając gęby w niemym zachwycie,
bo tacy jesteście wielcy – przecież mówią o Was w mediach, wydają Wam
książki. Otóż te czasy, Panie Dehnel, się skończyły. To, kto jest naprawdę
wielki, oceni historia, może co lepiej wykształceni czytelnicy, a nie Komitet Centralny, Radiokomitet czy inni koledzy. Proszę wspomnieć te dzisiaj
zapomniane, a niegdyś wynoszone nazwiska. Kto pozostał z dawnych
nadmuchanych balonów? Kto zostanie z dzisiejszych? Ja nie mam tyle
pychy, by stwierdzić, że wiem. Mogę jedynie przypuszczać.
Panie Dehnel, dał się Pan nabrać na moją pozorną w istocie megalomanię, sprowokowaną tym, co dzieje się w dzisiejszej polskiej krytyce
i literaturze – moja bufonada to tylko kopia z dystansem tego, co
wyprawiają inni, ci znani i lubiani autorzy i ich apostołowie. Obnażył
Pan za to megalomanię swoją, niestety prawdziwą. Czy uzasadnioną?
Cóż, ponownie zostawmy głos historii.
Przy okazji, gorąco polecam Panu lekturę moich książek – nie
tylko wstępów do nich. Bo może jednak zweryfikowałby Pan swoją,
proszę wybaczyć, niemądrą tezę, że jedynie popularny pisarz to
dobry pisarz. Bowiem jeśli to Pan ma rację, to, ach, aż się boję – te
wszystkie Hölderliny i Schulze, Gombrowicze i Witkace, te zastępy
za życia wyśmiewanych, niedocenianych i zwykle niewydawanych
lub wydawanych późno i w niewielkim nakładzie pisarzy, są do dupy,
a liczą się jedynie ci wydawani, medialni, nagradzani i wynoszeni przez
sobie współczesnych krytyków, żerujący na stypendiach, tłumaczeniach, zagranicznych wojażach, za pieniądze podatnika?
Właściwie mógłbym wzruszyć na ten Pański atak ramionami,
gdyby nie jedna, jedyna rzecz – wzbudził Pan w czytelnikach swojego
felietonu błędne przekonanie, że pogardzam takimi ludźmi, jak:
Szekspir, Bach, Mozart, Mickiewicz, Słowacki, Witkacy, uważając ich
za „pozytywnych grafomanów”. Nie napisał Pan, przez niegodziwość
lub niezrozumienie, że przez grafomanię, co wyjaśniam wyraźnie, rozumiem
jedynie imperatyw pisania, który przynosi efekty pozytywne, doskonałe, jak
u wyżej wymienionych, którym oddaję cześć niemal boską, albo mierne, zgodnie
ze słownikowym wyjaśnieniem terminu grafomania.
I’m last, but not least – nie bardzo się zgadzam z Pańską samokrytyką.
Określa się Pan bowiem słowem „matołek”, które, wydaje mi się, nie
jest właściwe. Matołkiem może być uczeń podstawówki, ostatecznie
gimnazjalista, ale człowiek po studiach zasługuje na epitet adekwatny
do wykształcenia.
Kłaniam się,
Tomasz Sobieraj
Odpowiedź na felieton Jacka Dehnela Po prostu: Sobieraj, książki.wp, wrzesień 2009.
41
RECENZJE
Intelektualne zaskakiwanie czytelnika
od dawna należy do ulubionych chwytów
t wórcz ych Edwarda B alcer zana. B o
w zaskoczeniu umysłu, w deautomatyzacji myśli,
w nagłym odświeżeniu percepcji odbiorcy kryje
się odwieczna tajemnica indywidualnego stylu
RECENZJE
DLACZEGO WARTO MÓWIĆ O PRZEMINĘŁO Z WIATREM?
Aby udowodnić wartość Przeminęło z wiatrem, można się powołać na liczby: ponad milion
egzemplarzy książki sprzedanych w ciągu pół roku, blisko 200 wydań w 37 krajach, 50 tysięcy dolarów
zapłaconych za prawo do sfilmowania bestselleru, najwyższe zarobki w historii kina, wreszcie 13
nominacji do Oscara, w tym 10 statuetek. Nie można również nie wspomnieć o Pulitzerze, którego
otrzymała za powieść Margaret Mitchell1.
Jednak liczby, świadczące o wysokiej poczytności i oglądalności dzieła, a nawet nagrody, nie
wszystkich przekonują. W uznaniu powieści za arcydzieło przeszkodziła jej zbytnia popularność wśród
czytelników2 oraz przypisanie do literatury kobiecej, która, tak jak uniwersytety otwarte dla kobiet
w latach trzydziestych, uważana była za gorszą od męskiej3.
Grażyna Stachówna, dopraszając się szacunku dla filmowych melodramatów, stwierdza:
Gatunek kobiecy tylko dla ludzi ograniczonych znaczy: gorszy, sentymentalny i głupi. (...) Melodramaty
przynoszą skomplikowane przesłania dotyczące problemów moralności, praw ustanowionych w danej
społeczności i kar wymierzonych za złamanie obowiązujących norm postępowania4. Badaczka
podkreśla, że Przeminęło z wiatrem to nie tylko historia miłosna, ale również monumentalna
opowieść o legendzie Starego Południa5.
Ideał damy i dżentelmena a drobne odstępstwa
Zdaniem Amerykanów ich ojczyzna zawsze dzieliła się na inteligencką, purytańską i mieszczańską
Północ oraz arystokratyczne, rolnicze Południe6. Kultura plantacji opierała się na patriarchalnej
hierarchii – najważniejszy był właściciel majątku, po nim jego żona, dzieci, biały zarządca plantacji,
czarna służba domowa, wreszcie Murzyni pracujący w polu.
Tradycyjnie przyporządkowuje się kobiecie sferę natury, a mężczyźnie kultury, jako że ona
rodzi dzieci oraz przygotowuje żywność, a on zajmuje miejsce w przestrzeni publicznej. Wydaje
mi się jednak, że w arystokratycznych społecznościach wiejskich to mężczyzna, swobodnie
ubrany i doglądający konno prac rolnych bliższy jest naturze, niż jego uwięziona w gorsecie,
dbała o elegancki wygląd rezydencji żona. Margaret Mitchell pisze: Mężczyzna ryczał jak byk, gdy
drzazga utkwiła mu w palcu, kobieta zaś tłumiła jęki w czasie porodu, by nie przeszkadzać mężowi.
Mężczyźni używali ordynarnego języka i często się upijali, kobiety zaś ignorowały plugawe słowa i bez
narzekań kładły pijaków do łóżka. Mężczyźni byli grubiańscy i prostoduszni, kobiety zaś uprzejme,
łagodne i pobłażliwe7.
Dama z Południa, jako panna czarująca i niewinna, po ślubie powinna stać się stateczną
gospodynią. Odtąd jej zadaniem jest bezwzględne posłuszeństwo mężowi, kultywowanie ideałów
Południa i wychowywanie dzieci w tym patriotycznym duchu. (...) Panienka wychowana pod kloszem
nie była przygotowana do zarządzania plantacją8. Do podobnych wniosków dochodzi Grażyna
Stachówna, pisząc, że w Tarze, rodzinnym majątku Scarlett, domem rządzi jej matka Ellen oraz czarna
niania Mammy, plantacją zaś zajmuje się mężczyzna-właściciel9. Tymczasem Margaret Mitchell
kreuje damę przygotowywaną od dzieciństwa do opieki nad plantacją. Gerald nigdy nie wpadł
na to, że wszyscy na plantacji są posłuszni jedynie cichemu głosowi jego żony Ellen. (...) Mężczyzna
był właścicielem plantacji, kobieta zaś nią kierowała. Ale to mężczyznę chwalono za rządy10. Także
w filmie Ellen O’Hara wykonuje większość obowiązków, co widać, gdy zarządca pyta, jakie prace
mają być podjęte nazajutrz, a ona odpowiada, że właśnie urodziło mu się nieślubne dziecko. Już
wiadomo, że zarządca utracił posadę, lecz Ellen, okazując szacunek mężowi, konsultuje z nim tę
decyzję. Następnego dnia Gerald wybiera się z córkami na przyjęcie, a Ellen zostaje w domu, aby
uporządkować rachunki. Nic dziwnego, że skoro żona pełniła tak ważną funkcję w życiu i w interesach
Geralda, po jej śmierci oszalał i w razie problemów powtarzał: Musimy zapytać o to panią O’Harę.
Podobną bezradność wykazał Ashley po śmierci Melanii.
Elżbieta H. Oleksy, widząc analogię między damą z Południa a Matką Polką, zauważa: Kobieta
staje się kwintesencją tradycji Południa: staje się w istocie wyobrażeniem Południa11. Pamiętając,
że melodramat to gotowy fantazmat, (...) spreparowany z mitów, stereotypów, emocji, obsesji,
tęsknot i marzeń12, można przypuszczać, że ideał damy zaprezentowany w Przeminęło z wiatrem
1
Por. Helen Taylor, Scarlett’s women.“Gone with the wind” and Its Female Fans,
New Bronswick 1989, s. 1-2.
2
Jerzy Serczyk, Dookoła „Przeminęło z wiatrem”, Toruń 1996, s. 214.
3
Por. Ibidem, s. 317.
4
Grażyna Stachówna, 100 melodramatów, Kraków 2000, s. 7-9.
5
Ibidem, s. 84.
6
Por. Maria Ossowska, Ethos rycerski i jego odmiany, Warszawa 1986, s. 154.
7
Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem, Warszawa 2000, s. 55.
8
Elżbieta H. Oleksy, Kobieta w krainie Dixie, Łódź 1998, s. 13-17.
9
Por. Grażyna Stachówna, Niedole miłowania. Ideologia i perswazja w melodramatach filmowych, Kraków 2001, s. 118-119.
10
Margaret Mitchell, op. cit., s. 31-55.
11
Elżbieta H. Oleksy, op. cit., s. 13-17.
12
Grażyna Stachówna, Niedole..., s. 15.
KIMKOLWIEK JEST LUNIEK
Kimkolwiek jest Luniek, debiutancka książka Izy Chłond, jeśli wierzyć tytułowi - to odpowiedź. A jeśli
Pisanie wiersza jest podjęciem dialogu: z innymi wierszami, z czytelnikiem, z tradycją poetycką, a także bardzo bym tego chciała - z innymi, niepoetyckimi, obliczami języka. (Julia Fiodorczuk), jeśli poezja z natury
jest w jakimś stopniu pogłosem literackich i pozaliterackich światów, chciałoby się na początek ustalić,
odpowiedzią na jakie wyzwania czy pytania próbuje być książka Izy Chłond. Tytuł pierwszej z czterech
części jasno ostrzega, że na początek będzie to śmierć. I jest. Mamy tu wiersze o „sporym zasięgu“,
które nie skupiają się na konfesyjnych lamentach czy westchnieniach ani nie lewitują w poszukiwaniu
jednoznacznych odpowiedzi na odwieczne pytania, są to raczej przejmujące próby usytuowania się,
określenia wobec śmierci; jak w poruszającym fragmencie: i ojciec – gdzieś tam, na onieśmielająco
białej sali| zupełnie bezradny.| i matka – z każdą diagnozą coraz bardziej odległa|| i ja – nagle stara,
próbująca skracać dystanse,| szukająca nawiasu, objęcia. [*** (nieuniknione poznać to)] czy w tym,
nawiązującym do wiersza Szymborskiej: niesprawiedliwe – nie móc używać| czasu teraźniejszego
w rozmowie o zmarłym.| jakby rozkład ciała udzielał się tkankom zdań,| wszystkim związkom słów,
zwrotnicom znaczeń.|| zabrakło jednego podmiotu i nagle tyle| osieroconych orzeczeń. [gramatyka]
Marek Kołodziejski tak napisał o książce Chłond: To nie literatura opisująca egzystencjalne rozterki,
to relacja z pierwszej ręki. I rzeczywiście, autentyzm tej poezji jest wartością absolutnie nie do
przecenienia. Jeśli mowa o cierpieniu - współodczuwam, jeśli o dzieciństwie - błądzę myślami w stronę
własnego itd. Pomimo dystansu, chwilami „programowo” zimnego spojrzenia na świat, jest w tych
42
jest iluzoryczny, gdyż żadna z bohaterek nie spełnia go do końca, tak, jak żaden z bohaterów nie
jest stuprocentowym dżentelmenem.
Książkowa wersja informuje, że w młodości Ellen popełniła niegodny damy błąd – zakochała
się bez wzajemności. Za Geralda wyszła z rozpaczy, a nie z miłości.
Skromna, altruistyczna Melania, dla której Ashley odrzucił Scarlett, zawsze gra rolę damy, a dopiero
potem matki, żony, patriotki13. Jednocześnie potrafi być stanowcza i wymagająca, a z jej zdaniem liczą się
wszyscy znajomi14. Cechy te, ujawniające się, gdy Melania ujmuje się za wyrzutkami społeczeństwa, jak
Scarlett, Rhett i prostytutka Bella, wydają się stać w sprzeczności z fantazmatem dbałej o konwenanse
damy, chociaż świadczą o dobrym sercu.
Ashley był potomkiem ludzi, którzy swój wolny czas poświęcali myśleniu, a nie działaniu15.
Po utracie majątku nie potrafił dostosować się do nowego ustroju. Jego honor nie ulega zmianie
za zmianą warunków, tak jak nie zmieniają się maniery16. Dlatego też pan Wilkes nie pochwala
kapitalistycznych metod Scarlett: wyzysku robotników oraz handlu z Jankesami. W powieści,
nawet jeżeli Ashley był prawdziwym dżentelmenem, nie był ideałem dżentelmena z Południa ze
względu na przewagę intelektu nad temperamentem. Jak wszyscy mężczyźni lubił polowania, grę
w karty, tańce i dysputy o polityce, a konno jeździł najlepiej ze wszystkich. Od innych różniło go jednak
to, że przyjemności te nie stanowiły dla niego celu i sensu życia17. Kobietom oglądającym film Ashley
wydaje się mdły, nieciekawy18.
Ideałem dżentelmena nie jest też Gerald. Pomimo galanterii, odwagi i zamiłowania do
popularnych rozrywek, jego wybuchowość zdradzała, że to dorobkiewicz, plantator w pierwszym
pokoleniu. Powieść mówi, że Tarę i pierwszego niewolnika wygrał w pokera.
Scarlett i Rhett – w drodze pod prąd
Scarlett i Rhett najbardziej odbiegali od ról damy i dżentelmena, ale dzięki temu potrafili się
odnaleźć po upadku secesji. Rhett to przystojny awanturnik o skandalicznej reputacji, pewny siebie,
arogancki, bezczelny i bardzo sexy. Z pozoru cynik i drań, w istocie romantyczny kochanek wielbiący
kobietę, która go nie kocha, szlachetny idealista, który popiera przegrane sprawy – wstępuje do wojsk
Konfederacji, gdy klęska Południa jest już przesądzona19. Jego odrębność podkreślają sceny, kiedy
paraduje w drogim, białym garniturze na tle Południowców w obdartej żałobie. Bohater powtarzał, że
nie jest dżentelmenem i że Scarlett podoba mu się, gdyż nie jest damą. Lecz niebycie damą oznaczało
dla Południowców brak kobiecości, natomiast męskości Rhetta nie kwestionowano, chociaż znał
się na damskich strojach, uwielbiał córkę i pozwalał żonie prowadzić interesy.
Scarlett wyglądała słodko, czarująco i figlarnie, w rzeczywistości zaś była samowolna, uparta
i zapalczywa. Pozory jej wystarczyły, bo właśnie dzięki nim uzyskała powodzenie20. Kiedy odgrywanie
roli damy zaczęło stać w sprzeczności z interesami bohaterki, wyrzekła się jej: wyznała miłość
Ashleyowi, odrzucona wyszła za niekochanego Charlesa, a jako wdowa powróciła do balów i flirtów.
Po splądrowaniu Tary przez Jankesów rządziła na plantacji twardą ręką, wbrew naukom matki.
Broniąc się przed głodem i utratą ziemi, Scarlett nie zawahała się pracować w polu, kraść, zabijać,
prostytuować, odbić siostrze bogatego konkurenta, po czym sama zająć się jego interesami. Wyszła
też za nieprzyjmowanego w towarzystwie Rhetta, a w dodatku nie odnajdywała się w roli matki,
zwłaszcza w powieści. Południowcy nie potrafili docenić tego, że Scarlett nie uciekła z oblężonej
Atlanty, ale została, aby odebrać poród Melanii i że ciężko pracowała, aby wyżywić ją i resztę swojej
niepraktycznej rodziny. Sprzeniewierzenie się wizerunkowi damy było niewybaczalne. Odrębność
i samotność bohaterki podkreśla scena filmu, kiedy podczas przyjęcia u Wilkesów, na wieść o wojnie,
wszyscy goście zbiegają entuzjastycznie po schodach, natomiast Scarlett wchodzi na nie powoli,
załamana z powodu odrzucenia jej przez Ashleya.
Badacze piszą o Scarlett, że radzi sobie ze sprawami przypisywanymi tradycyjnie mężczyznom
znacznie lepiej, niż jej dwaj pierwsi mężowie oraz Ashley21 oraz że po kobiecemu interpretuje
męską rolę22. Literacka Scarlett zaliczana jest do tzw. nowych kobiet, negujących model, w którym
bogactwo i władza należą się wyłącznie mężczyznom23, natomiast w filmie jest niszczycielką
(kobietą kastrującą), która wykorzystuje erotyzm nie dla własnej satysfakcji seksualnej, ale by
kontrolować i podporządkować sobie mężczyzn24. Dopatrywano się w niej też osobowości histerycznej,
tyranizującej otoczenie, wybuchowej, oziębłej i nieświadomej, że Ashley jest pensjonarskim
zauroczeniem, a prawdziwa miłość to Rhett25. Większość badaczy26 twierdzi, że Scarlett,
wychowywana w przeświadczeniu, że seks jest przyjemny tylko dla mężczyzn i w dodatku dwa
razy zamężna z nieporadnymi kochankami, nauczyła się odczuwać rozkosz dopiero po gwałcie
Rhetta. Wydaje mi się jednak, że bohaterkę podniecały już jego pocałunki – przecież to dzięki nim,
a nie tylko ze względu na majątek, zgodziła się wyjść po raz trzeci za mąż. Kiedy zaś, wspominając
Ashleya i bojąc się kolejnych ciąż, odmówiła Rhettowi łoża, żałowała, że mąż nie próbuje przekonać
jej do zmiany decyzji i zapytała z zaskoczeniem: Nie zależy ci?
Intrygujące są relacje Scarlett z rodzicami. Wbrew teorii psychoanalizy, to matka odpowiadała
jej sferze superego, a ojciec id. Ellen to typowa matka, która narzuca córce własny los, (...) uważając,
że lepiej ją wychować na „prawdziwą kobietę”, gdyż społeczeństwo wówczas przyjmie ją do swego
grona27. Scarlett, kochając, podziwiając matkę i bojąc się rozczarować Ellen, ukrywa przed nią
prawdziwą osobowość, natomiast identyfikuje się z ojcem, po którym odziedziczyła upór i odwagę.
Kiedy Gerald zrozumiał, że nie będzie miał synów (...), zaczął bezwiednie odnosić się do niej jak
mężczyzna do mężczyzny. Bardzo jej to odpowiadało28. Paradoksalnie zatem, na podporządkowanie
się Scarlett patriarchalnemu systemowi nalegał nie uprzywilejowany w tym systemie ojciec, ale
wykorzystywana przezeń matka, w dodatku przy pomocy jeszcze bardziej wykorzystywanej
niewolnicy - Mammy.
Zakończenie
Melodramaty, chociaż przeznaczone dla kobiet, lansują męski punkt widzenia29. W Przeminęło
z wiatrem Gerald, Ashley i Rhett wiedzą lepiej od Scarlett, czego jej potrzeba. Uświadamiają jej
miłość do Tary i zgadzają się – nie wyłączając Ashleya – że nie będzie z nim szczęśliwa. Lecz Ashley
i Gerald nie podejrzewają, że Scarlett potrafi być egoistyczna i okrutna, toteż najlepiej pasuje do
niej Rhett. Sam Rhett nie ma co do tego wątpliwości.
Na ogół melodramaty przekonują, że wyjątkowość kobiet stwarza kłopoty, zagraża układom
rodzinnym i społecznym, (...) więc powinna być poskromiona, a nawet ukarana30. Przeminęło z wiatrem
zdaje się kierować tą zasadą, zwłaszcza w ostatniej scenie, gdy Scarlett uświadamia sobie uczucie
do Rhetta, a on odchodzi. Jednak bohaterka nigdy się nie poddaje, więc i tym razem jest pewna,
że zdoła odzyskać męża. Dlatego też Przeminęło z wiatrem to dzieło wyjątkowe, nie formułujące
ideologicznego przekazu o klęsce i ukaraniu kobiety, ale o jej odwadze, niespożytej sile, upartym
podnoszeniu się po każdym ciosie, ciągłej gotowości do walki i radosnej nadziei na zwycięstwo31.
Scarlett, chociaż bywa niesympatyczna, budzi podziw kobiet, pozwalając im uwierzyć, że i one
potrafią się przeciwstawić całemu światu.
Weronika Górska
Dama i rycerz z Południa. Wokół Przeminęło z wiatrem – powieści Margeret Mitchell oraz
filmu Davida O. Selznicka
Bibliografia podmiotu:
Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem, Warszawa 2000.
David O. Selznick, Przeminęło z wiatrem, USA 1939.
Bibliografia przedmiotu:
Agnieszka Borkowska, „Nowa kobieta”: rozważania o kobietach w nie(?)kobiecych rolach [w:] Gender. Film. Media,
red. Elżbieta H. Oleksy, Elżbieta Ostrowska, Kraków 2001.
Simone de Beauvoir, Druga płeć, Kraków 1972.
Elżbieta H. Oleksy, Kobieta w krainie Dixie, Łódź 1998.
Maria Ossowska, Ethos rycerski i jego odmiany, Warszawa 1986.
Jerzy Serczyk, Dookoła ”Przeminęło z wiatrem”, Toruń 1996.
Grażyna Stachówna, 100 melodramatów, Kraków 2000.
Grażyna Stachówna, Niedole miłowania. Ideologia i perswazja w melodramatach filmowych, Kraków 2001.
Grażyna Stachówna, Wstęp [w:] David O. Selznick, Przeminęło z wiatrem, Kolekcja Gazety Wyborczej,
Warszawa 2006
Helen Taylor, Scarlett’s women.“Gone with the wind” and Its Female Fans, New Bronswick 1989.
13
Por. Ibidem, s. 124.
14
Ibidem, s. 124.
15
Maria Ossowska, op. cit., s. 159.
16
Ibidem, s. 159.
17
Margaret Mitchell, op. cit., s. 27.
18
Por. Helen Taylor, op. cit., s. 189.
19
Grażyna Stachówna, Wstęp [w:] David O. Selznick, Przeminęło z wiatrem,
Kolekcja Gazety Wyborczej, Warszawa 2006, s. 32.
24
Elżbieta H. Oleksy, op. cit., s. 130.
20
Margaret Mitchell, op. cit., s. 56.
25
Por. Grażyna Stachówna, Niedole..., s. 126, Jerzy Serczyk, op. cit., s. 328.
21
Por. Jerzy Serczyk, op. cit., s. 190.
26
Por. Ibidem, s. 126, Ibidem, s. 328.
22
Por. Grażyna Stachówna, Niedole..., s. 125. Autorka przytacza tę opinię za
Pedro Almodovarem.
27
Simone de Beauvoir, Druga płeć, Kraków 1972, s. 27.
28
Margaret Mitchell, op. cit., s. 31.
Por. Agnieszka Borkowska, „Nowa kobieta”: rozważania o kobietach w nie(?)
kobiecych rolach [w:] Gender. Film. Media, red. Elżbieta H. Oleksy, Elżbieta
Ostrowska, Kraków 2000. Autorka przytacza tę opinię za Janet Lee, Elizabeth
Fox-Genovese, Margaret Marshment.
29
Por. Grażyna Stachówna, Niedole..., s. 20.
30
Ibidem, 21.
31
Ibidem, 129.
23
wierszach głęboka naturalność, wiarygodność, jest w nich jakaś prawda, która pozwala zaufać, mimo
nieznośnej świadomości, że autorka proponuje nam tak naprawdę swoistą grę – pierwszoosobowa
narracja, wielokrotnie pojawiające się imię poetki, odniesienia do zdarzeń sądowych (Iza Chłond
jest z zawodu prawnikiem) podejrzanie mocno podkreślają autobiograficzny charakter opowieści,
można więc przypuszczać, że jest to jednak konwencja. Ale grą ani zabawą nie są z pewnością
emocje, tematy, problemy czy pytania, którymi podszyte są wiersze. I to bez względu na to, czy mowa
o rozstaniu (jakoś mniej żywy bez ciebie| cały ten świat we mnie. [parablel lum]), samotności (i znowu
prowadzisz dialog ze świecą| może dlatego, że nie widać kto bardziej drży,| a może dlatego, że nie ma
cieplejszej istoty| od knota. w tym domu [3.10 – ponowna próba odgrzania imion własnych]), wysiłku
„ukorzenienia się” (nawet sprzątaczka po tym jak spadłam ze| świeżo umytych schodów mówi mi dzień
dobry.| odhaczam: kolejna oswojona| i już mogę triumfalnie oświadczyć: jestem w domu. [gniazdo]),
bolesnych doświadczeniach z dzieciństwa [w drodze z W.], czy wreszcie o śmierci (kolejna wiosna:
okna umyte, z szaf zdjęty balast| zimowej odzieży. gdyby nas zastano takich zziajanych,| w fartuchach,
rozdeptanych kapciach, supłających jak ptaki| kolejne, jednoroczne gniazda to ile by było śmiechu,| a ile
powagi w innych wymiarach? [substancja do budowy świata]) – za każdym razem są to wiersze mocne,
niebanalne, pełne zaskakujących detali, przyprawione puentą o silnym przekazie.
Szczególnie mocnym głosem mówią wiersze, w których autorka sięga po motywy z sali sądowej
i wykorzystuje je jako kanwę do refleksji nad naturą człowieka, także tego „zbłąkanego“, a jednak
godnego spojrzenia nań jak na brata – mało tego, jak na własnego, młodszego, rodzonego brata:
najbardziej niepokoi|| świadomość jutra. tego, że trzeba się będzie spotkać| z zabójcą, zajrzeć mu
w oczy i zobaczyć w nich| swojego młodszego brata. że się będzie chciało| powiedzieć mu: „młody, ale
się wygłupiłeś -| nie było lepiej iść na rower zamiast kupować nóż?” [o sobie]. Uderza w tej postawie
szlachetna wyrozumiałość dla kondycji człowieka, który stając przed obliczem sądu - tak po prostu,
po ludzku - traci pewność siebie: lepiej wiedzieć co|| się mówi, generalnie mieć słowa - na wszelki
wypadek.| a my wszystko zapiszemy, szloch| zmieniając w znaki przystankowe. [przesłuchanie]
Jest w tych fragmentach - obok świadomości zła – humanitarna gotowość do pochylenia się
nad człowiekiem, kimkolwiek by nie był. Pobrzmiewa jednak w „wierszach prawniczych” coś jeszcze
- szczególny autobiograficzny motyw: prawnik-poeta wchodzi w głęboką i trwałą interakcję z tym,
co spotyka, interakcję, która zaowocuje przecież słowem:
potem zaczynają się sny. co się śni? wiersze.| doskonale
bolesne. kpią sobie z pamięci.| ciągną się i nie ma słów
na to, jak się ciągną| przechodząc w równie doskonałą
puentę. [o sobie].
Daję się ponieść Re:Luńkowi, wierzę tym wierszom,
podobnie jak wierzę autorce, która pisze: Myślę o pisaniu
jak o czymś najważniejszym na świecie.[Boski wiersz]
Izabela Fietkiewicz-Paszek
Iza Chłond, Re: Luniek, Wydawnictwo Miniatura,
Kraków 2009
Migotania, przejaśnienia 26
BOCZNA DROGA DO SIEBIE SAMEGO
ZIEMSKIE I KOSMICZNE RONDO
„Rondo” to tom wierszy Józefa Barana, datowanych
na lata 2006 –2009. Wkraczając na tę orbitę,
można mieć wrażenie, że będzie tu kosmicznie
i nieziemsko. Już w prologu czytamy o „6 miliardach
duszyczek powiązanych ze sobą w konwulsyjnym
tańcu Ziemi”. Autor „Ronda” zaczyna filozoficznym
działem – „Tyle razy umieraliśmy, tyle razy
odradzaliśmy się”. Ta metafora wskazuje na bardzo
ważny etap w ciągu każdego dnia. Ludzkie życie
nie jest bowiem monotonne. Wciąż, w każdej
chwili coś obumiera, w zamian wciąż się coś
rodzi. Majestatycznie do wierszy wstępują jesień
i miłość. Uroki egzystencji najwyraźniej widać
w wierszu „Tryptyk szpitalny”: „udaje się spiąć/
Niebo z ziemią/ w nieśmiertelną chwilę.” Ale czy
kilkoma wierszami można trafnie rozwiązać zagadkę
cywilizacyjną? Utwory o charakterze religijnym mogą udźwignąć tematykę naszej planety. Jest to
sprawa nas samych, ludzkich dokonań, kiedy wybranym zdarza się cud narodzenia. Przykładem
może posłużyć: „Hymn niepoprawnych optymistów – lotnych akrobatów słowa”. Wiersz poświęcony
pamięci ks. J. Twardowskiego. Wiara poety jest niczym innym, jak nadzieją. „pozwól sercu/ by
znów fermentowały w nim/ młode uczucia” („Przesłanie na każdy wiek”). Dział o egzystencji
ludzkich dusz wobec kosmosu kończy się niezwykle sentymentalnie i przestrzennie. „Każdorazowo
zmniejszam/ Wielki Kosmos/ z ważką w tle/ i moim życiem/ pełnym burz i iluminacji/ do skali/ 1
cm kwadratowego/ i dopiero wtedy przystępuję do/ grawerowania/ mojego imperium/ pod lupą
metafory” („Dwa wiersze o pisaniu wierszy”).
„Jeszcze jeszcze” to drugi dział globalnych wierszy Józefa Barana. Zamiast jesiennej melancholii
czy symptomów miłości, do wierszy wkradają się widoki z wieżowców, miasto Singapur, Morze
Południowochińskie czy„Niedziela w Indonezji”. Co tak naprawdę, poprzez wiersze, notatki z podróży
chciałby zakomunikować autor „Ronda”? Będą to pytania, na które nikt nie ma odpowiedzi: „może
jesteśmy dopiero na tropie/ Nieśmiertelnego/ który wpuszcza do naszych religii/ swoich sobowtórów
a sam/ pozostaje nierozpoznany” („Na ruinach Heliopolis”), a także tęsknota za Cudownym wymiarem:
„zanurzeni/ w oceanie śmierci klinicznej/ którzy doznali tam Tak pięknych lustrzanych odbić/ że za
żadne nie chcieli/ wracać na Ziemię” („Życie przygląda się zdumione w życiu”). Po dwóch, prawie
kosmicznych i częściowo ziemskich wierszy, „Rondo” wydaje się bardzo osiedlowe, jak wieczorne
lub poranne spotkania na przystanku w celu wymiany wrażeń. Chciałoby się zaśpiewać, jak
próbują uporządkować.
Podróż odbywa się głównie bocznymi drogami, z dala od centralnej autostrady, na której, jak na
teatralnej scenie, trwa przerażający, polityczny spektakl w orwellowskim stylu, według scenariusza
napisanego przez dogorywający system totalitarny. Boczne drogi krzyżują się jednak z jedyną
autostradą i nie ma możliwości, by uniknąć przymusowego uczestniczenia w zbiorowym horrorze.
Nie uda się też zachować pozycji outsidera, ponieważ autostrada biegnie w jednym kierunku.
Co prawda, docierają tutaj przemycane z „wrogiej nam zagranicy” wyobrażenia innego,
normalnego świata, ale strach o tym myśleć...
Andrzej ginie, stając się ofiarą systemu. Przeżywa poeta. Sam teraz kontynuuje podróż. Musi
dalej pisać powieść, uczestnicząc w masowym exodusie ku Nowemu Staremu, a może Staremu
Nowemu, które właśnie nadchodzi. Musi też próbować znaleźć prawdę o sobie samym: czy zostałem
opowiedziany już do końca, czy jestem jeszcze opowiadany, czy słucham czyjejś opowieści o kimś
innym, czy jednak o mnie. Muszę wiedzieć, czy sam opowiadam o sobie, czy sam układam moją
opowieść, czy tylko postępuję według poza mną ustalonego scenariusza. (…) Kimkolwiek bym nie
był tu, czy tam, teraz i kiedykolwiek.
Dla kogoś, kto zapomniał, lub – z przyczyn metrykalnych - nie zna peerelowskiego koszmaru,
świat przedstawiony będzie miał cechy dystopijne: prawda historyczna to jedynie prawda bohatera/
narratora. Postaci z historii Polski pojawiają się jedynie anegdotycznie i w ekstremum swej
nieudolności w powieściowym „kraju bocznych dróg i centralnych autostrad” (w tej nazwie jest
przemyślna kpina, gdyż w rzeczywistości przedstawionej autostrada jest jedna...). Inwersja czasowa to
jeden z podstawowych zabiegów kompozycyjnych, za pomocą którego autor/narrator/Płakula buduje
napięcie, igrając z czytelnikiem i pozostawiając jego inwencji rozwikłanie związków przyczynowoskutkowych. Główna oś fabularna ledwo istnieje i rozmywa się wraz z pokonywaniem kolejnych
etapów podróży przez narratora/bohatera. Schemat opowieści drogi jest mocno naruszony.
Książka ma kompozycję szkatułkową: powieść w powieści o powieści, w której – przez
zastosowanie techniki kolażu – przeszłość i współczesność bohatera/narratora nakładają się
i przenikają. Formalne odniesienia literackie, stylizacje i podteksty pozaliterackie także.
„Płakula” to mroczno/metaforyczno/pikantna, a przez to intrygująca, mieszanka środków
ekspresji: groteski obyczajowej, ironii intelektualnej i parodii politycznej. A wszystko jest podszyte
poetycką refleksją nad kondycją współczesnej literatury i mechanizmami życia społecznego
i literackiego, ograniczającymi wolność artystyczną. Powieściowa rzeczywistość – na styku starego
i nowego porządku – jest tylko makietą państwa totalitarnego, na której postawione zostały
zuniwersalizowane pytania o sens podróży do wolności i do... miłości. Skoro wszystkie boczne
drogi i tak muszą się przeciąć z główną autostradą, dokąd w takim razie prowadzą? Autor „Płakuli”
wraz z twórcą powieściowej powieści odpowiadają, że do siebie, do siebie samego, o ile nastąpi
niezbędne rozsunięcie „ja” i „ja” – mężczyzny w sensie egzystencjalnym i pisarza.
Intrygujący jest także język „Płakuli”. Suchanek nie byłby sobą, gdyby – po raz kolejny –
nie zabawił się językiem. Zabawa polega na tym, że „po imieniu” nazywa rzeczy, dla których
zarezerwowany jest język poprawności politycznej, natomiast we wszystkich, oficjalnie
obowiązujących i niewymagających tej„poprawności”, nazwach własnych stosuje parodię nowomowy.
Językowy patos sąsiaduje z reportażową dokładnością i precyzją powieści sensacyjnej, ludyczny
wulgaryzm z wykwintnym eufemizmem, ckliwe gruchanie z opery mydlanej ze słowami, które
w czasie powieściowym jeszcze nie istnieją... A do tego duża dawka poezji. W końcu jest to także
opowieść o sile uwolnionej od kryteriów „salonów literackich”, opowieść o wolnej wyobraźni,
która podporządkowuje się wyłącznie imperatywowi pisania. A przy tym nie tyle rozrachunek, co
porachunek z peerelem, który trwa w najlepsze...
Grażyna Baranowska
Jerzy Suchanek, Płakula, Instytut Mikołowski, Mikołów 2009, s. 174.
poetycki z wierszami Józefa Barana, Adama Ziemianina i Ryszarda Sobieszczańskiego. Głos tych
trzech panów jest mocny, dojrzały, a wiersze dobrze osadzone w realiach. Nie byłoby w tym żadnej
mistyfikacji, lecz doskonale dobrana poetyka. Pomimo wymienionych podobieństw, każdego z tych
poetów wyróżnia coś innego. Wiersze Józefa Barana najłatwiej rozpoznać po empatii.
W „Rondzie” znajduje się trzecia seria wierszy – „Rozmowy, wywiady, dialogi i monologi”. Jest to
bez wątpienia najsłabszy zakręt w tomie, a jednocześnie najbardziej charakterystyczny. Możemy się
z niego dowiedzieć, co pogwizduje dwudziestolatek na przystanku, albo co myśli przedstawicielka
najstarszego zawodu świata. Jak wygląda obrazek z Robotnikami za oknem, lub co myślą stare listy,
widokówki i fotografie. Umieszczenie takich wierszy w tomie świadczy nie tylko o szczerości Barana,
lecz o kunszcie poety. Nie jest bowiem łatwo, w dzisiejszych czasach, rozmawiać z ludźmi o życiu.
O tym, co ich boli, co jest dla nich najistotniejsze. W utworach tych autor wczuwa się w bliźnich,
opowiada o ich światach wewnętrznych, używając ich języka, niekiedy nawet gwary. Autor „Ronda”
posiada bowiem rzadki dar empatii. Empatia w poezji to zresztą nie tylko dar wczuwania się w innych,
ale również umiejętność dzielenia się odczuciami i myślami z Czytelnikiem za pośrednictwem
najprostszych, najcelniejszych słów, które bywają też najbardziej sugestywne.
„Rondo” to najnowszy tom wierszy Józefa Barana, w którym spotykają się światy zwykłych ludzi,
zwykłych spraw. Na osiedlowe rondo można wjechać z czterech stron. Spotykają się przypadkowi
ODNAJDYWANIA
ludzie i rozmawiają. Z takich rozmów powstają wiersze: „z tekturowego pudła rozsypują się
w cztery strony/ niczym domki z kart/ nieaktualne twarze przyjaciół znajomych/ skargi prośby
zaklęcia nadzieje/ ulotne miłości/ przywrócone do istnienia krzyczą proszą rozmyślają snują
plany na/ przyszłość która jest już przeszłością” („Rozmowa ze starymi listami, widokówkami,
fotografiami…”).
Na„Rondzie” zawróciłem, czytałem z przyjemnością jeszcze raz. Teraz, o wiele jaśniej świeci moja
gwiazda oświecająca sprawy „6 miliardów duszyczek na Ziemi”. Nieco więcej spraw o charakterze
ziemskim poznałem. Z tego powodu mam kosmiczny niedosyt. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnia
prosta, ostatni poetycki szlak poety z Krakowa.
Piotr Goszczycki
nawet pewny, czy dziecko jest jego. Wędrując po Mierzei Wiślanej stara się odnaleźć dziewczynę, Mirkę.
Wydobyte z zakamarków pamięci wracają obrazy, chwile spędzone z rudą dziewczyną, z którą był ten
pierwszy raz. Józef odnajduje tylko kawałki zbitego lustra. Niestety, nastolatka w ciąży zdążyła się już
zabrać z tego ziemskiego padołu, ale jest ogromna szansa na światełko w tunelu beznadziejności. Józef
rozmawia prawdopodobnie ze swoją córką, a także z nastoletnią wnuczką. Rozmowy te nie dają pewnej
odpowiedzi, kto rzeczywiście jest biologicznym ojcem. Kazimierz Orłoś nie przewidział konsekwencji
wyjazdu na jesienne sentymentobranie dwa tygodnie, spędzone na wczasach w poszukiwaniu prawdy,
udaje mu się tylko podpatrzeć, pomyśleć, powspominać.
W literaturze znajduję podobieństwa. Marek Ławrynowicz w „Kinie szpak” opisał warszawską
Falenicę z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jest to opowieść o młodzieńczych losach grupy
dzieciaków opowiadanych przez autora pewnemu człowiekowi. W prozie Orłosia widzę analogie do
prozy Andrzeja Stasiuka z jego motywem podróży, motywem celu, motywem dotarcia do prawdy.
Trudno tutaj ominąć Nabokova i jego książkę „Lolita”, w której opisana jest historia miłosna starszego
mężczyzny i niepełnoletniej dziewczyny. Te książki składają się na historyczny, wspólny mianownik.
To także próba ponownego odkrycia lat młodzieńczych z ekwiwalentem grzechów. Takich opowieści
jest mnóstwo i towarzyszą literaturze europejskiej od „Iliady”, przez „Dekameron”, „Ulissesa”.
„Letnik z Mierzei” nie jest książką przypadkową. Jej formuła zbierała się systematycznie z ciągu
trzech lat w postaci licznych zapisków. Notatki te, powstawały na swobodnych kartkach, często
restauracyjnych serwetkach czy marginesach gazet. Prozę tę, możemy odczytywać na dwa sposoby.
Józef Baran, Rondo. Wiersze z lat 2006 – 2009, Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2009.
Jesień dla Kazimierza Orłosia to dobra pora roku na
odnajdywanie. Schowana na dnie pudła, po 50 latach
odnajduje się młodzieńcza korespondencja. Nastolatka
z Mierzei Wiślanej napisała dwa listy: że jest w ciąży,
i że czeka. Autor „Letnika z Mierzei” postanawia
wyjechać raz jeszcze. Zostawia w milczeniu żonę,
syna i wyrusza na poszukiwanie zapomnianego.
„Letnik z Mierzei” jest nie tylko książką trzymającą
w napięciu, ale przede wszystkim osobistym dramatem
egzystencjalnym (jak listy Witkacego do żony). Dla
kawalera ciąża z wakacji może być uwieńczeniem
miłosnych zalotów, lecz dla starszego mężczyzny, który
ma dom, rodzinę, dorastającego syna jest katastrofą.
Powiedzieć żonie o pamiątce z wakacji, synowi
o przyrodniej siostrze? Główny bohater, Józef, nie jest
Jako sentymentalną podróż w czasie, pod wpływem listów. Dla mnie jednak, podróż ta, to rozliczenie
się z przeszłością. Dotarciem do ukrytych głęboko w pokładach pamięci korzeni i najintymniejszych
przeżyć. Dla Józka jest to spisany testament, mający potwierdzić, bądź wykluczyć pochodzenie
wakacyjnego potomka. To także cenna lektura dla syna, do którego jest kierowana ta książka. Być
może jest to źle odrobiona lekcja wakacyjnej miłości, gdzie skutkiem przeważnie jest niechciana
ciąża. W przypadku „Letnika z mierzei” ciąża ta jest skrycie (w zapomnieniu) przechowywana przez
pół wieku. Czy po takim czasie dziecko jest przedawnione, czy zignorowane? Dlaczego Mirka nie
szukała prawdziwego ojca? Z niewiedzy, czy niechęci do miastowych kawalerów?
W obecnych czasach cukierkowate historie banalnych i niebanalnych znajomości czy buntu
nastolatków trącą sztampą i pochłania je zyskowna komercja. Jednak brakuje w nich kilku ważnych
elementów. Momentu zaskoczenia i refleksji płynącej z nauki życiem pisanej. „Letnik z Mierzei”
Kazimierza Orłosia jest książką dla ludzi szukających rozwiązań w trudnych czasach, wspomnieniem
dziecięcych wyjazdów na łono natury, pierwszych wlotów i upadków. Przede wszystkim zaś refleksji
nad przemijaniem i poczęciem nowego życia.
Piotr Goszczycki
w piosence Jacka Kleyffa „Cyrk” – „Krzyczą jeszcze, jeszcze!”. Nie jest łatwo odpowiedzieć, co na
następnej stronie może się wydarzyć, gdy kończy się „Jeszcze”. Niektórzy na rondzie poezji mogą
jeździć w koło bez wytchnienia.
Gdyby „Rondo” skończyło się w tym momencie, całkowicie inaczej postrzegałbym tę książkę.
W tym momencie – przychodzą porównania i refleksje. Na odłożonej na bok książce rysuje się
horyzont i pytanie„Dokąd To?”. Odpowiedź na powtarzalność„Ronda” znajduję u Adama Ziemianina.
Ziemianin, niegdyś związany z Muszyną, a teraz z Krakowem, jest w podobnej sytuacji co Józef
Baran. Mnóstwo dobrych wierszy, nagród o charakterze międzynarodowym. Obu panów łączy
kilka płyt z poezją śpiewaną. Jako przykład podam, płytę „Makatki” nagraną w latach 90. przez
zespół Stare Dobre Małżeństwo, na której Krzysztof Myszkowski śpiewa ich wiersze. Autor „Ulicy
Ogrodowej” chciałby łączyć wiek z wiekiem i często opisuje miejsca mało dostrzegalne, ale za to
w swej wymowie piękne. Wiersze Ziemianina są stylistycznie podobne do przekroju twórczości Józefa
Barana. Świadomie zaplanowana puenta i oczekiwanie na wiadome. Gdyby spojrzeć na estetykę
tomu, estetykę wiersza, można znaleźć porównanie z Ryszardem Sobieszczańskim. Sobieszczański,
jest w wieku Józefa Barana, i posiada niezwykłe umiejętności patrzenia na miłość, przyrodę, poezję
i opisywania tego za pomocą prostych metafor. To dopiero składa się na poezję, która, jak również
wiersze Barana i Ziemianina były tłumaczone na inne języki. Proszę sobie wyobrazić - wspólny wieczór
Kazimierz Orłoś, Letnik z Mierzei, Wyd. Literackie, Kraków 2008.
rys. Joanna Grochocka
Gazeta literacka
43
RECENZJE
Na przecięciu historii, snu i męskiej wyobraźni leży „kraj bocznych dróg i centralnych autostrad”.
Przemierza go młody, niespełniony poeta, piszący swoją pierwszą w życiu powieść i szukający
antidotum na miałkość swej egzystencji.
Powieść – w niejasnym odczuciu bohatera – pisana o nim równocześnie przez kogoś innego,
powstaje na oczach czytelników, a jej autor – którym na równych prawach wydaje się być Jerzy
Suchanek, narrator i bohater (a może kilku bohaterów?) – relacjonuje podczas przerw w podróży
przebieg procesu twórczego. Tak najzwięźlej można ująć fabułę postmodernistycznej (bardziej ze
względu na czas publikacji niż krytyczną szufladkę) powieści Jerzego Suchanka Płakula, utrzymaną
w konwencji XX-wiecznej awangardowej powieści francuskiej nouveau roman.
Synkretyczna opowieść, osnuta na polskich realiach trzech ostatnich dekad, jest relacją z oniryczno/
sensualno/surrealistycznej podróży przez peerelowską rzeczywistość, będąca jednocześnie eskapadą
przez mroczne zakamarki własnej jaźni, w których obsesje artystyczne i polityczne kłębią się równie
mocno, jak fantazje erotyczne. To również podróż przez narodową przeszłość i podróż przez język.
Jednakże wciąż okazuje się, że to tylko substytut autorealizacji poprzez dzieło literackie, autorealizacji
niemożliwej bez odnalezienia upragnionej kobiety, ponieważ – jak stwierdza narrator – kobiety
są potwierdzeniem mężczyzn i zarazem schronieniem przed wszystkimi męskimi wątpliwościami,
co do nich samych. Jednakże postać wymarzonej kobiety wciąż wymyka się wyobrażeniom
bohatera o kobiecym ideale. Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czy istnieje miłość idealna i na
czym polega jej spełnienie, staje się „wędrówką” od kobiety do kobiety. I jest albo afirmowaniem
partnerek z niemalże sakralną czcią, albo ich brutalnym profanowaniem. Śmiałe sceny erotyczne
rozgrywają się na pograniczu jawy i snu, przy czym jawą jest koszmar peerelu, snem – trudny do
wyobrażenia, więc wątpliwy „wolny świat”.
Jest jeszcze przedmiot, który oprócz cielesności (najczęściej) i duchowej więzi (rzadko), łączy
narratora/bohatera z jego kobietami. To zwykła (niekiedy) walizkowa maszyna do pisania. Jest
wszechobecna. Niemal podmiotowo uczestniczy w tworzeniu narracji, stwarza więź narratora
z rzeczywistością. Kobiety piszą na maszynie pod jego dyktando, piszą też za niego, bądź przepisują
coś bez związku lub po prostu posiadają umiejętność pisania na maszynie – tak jak on. Pisze zresztą
większość postaci występujących w „Płakuli”. Stukot maszyny do pisania – motyw przewodni
i ważny element autotematyczny, często jest jedynym elementem, rozdzielającym poszczególne,
przenikające się i spiętrzające warstwy fabularne.
Głównemu bohaterowi/narratorowi,
podwójnie dwoistemu i podwójnie
rozdwojonemu, towarzyszy Andrzej, niemal
sobowtór – zarazem alter ego i byt samodzielny,
towarzysz podróży i współtwórca powieści,
nieźle „urządzony” w peerelowskiej przestrzeni
jako „archeolog ze służb porządkujących
przeszłość”. Często rozszerza pamięć narratora.
Postać Andrzeja kompensuje psychiczną
kruchość poety, jego egzystencjalne zagubienie,
skłonność do samotności i płaczu. Wspólnie
penetrują zbiorowe mogiły pomordowanych
przez „funkcjonariuszy służb porządkowych”
trzech reżimów oraz własną przeszłość, którą
DW U G ŁO S
PROROCTWA BLAKE’A ZNAD TRUCHEŁ
Po Nike
Stworzenie książki po otrzymaniu Literackiej Nagrody Nike jest szczególnie trudne i stresujące.
Sprzyjająca autorowi grupa czytelników i krytyków oczekuje czegoś jeszcze lepszego, a przynajmniej
tak dobrego, jak uhonorowane dzieło. Czegoś, co potwierdzi, że wyróżnienie trafiło nie do
przypadkowego pisarzyny, ale do prawdziwego Mistrza. Natomiast ci, których zdaniem najbardziej
prestiżowa nagroda literacka w Polsce powinna przypaść w udziale innemu twórcy, ze złośliwym
uśmiechem wyczekują potknięcia laureata. Potknięcia udowadniającego, że nigdy nie był dobrym
pisarzem, a jeżeli już, to jego talent się wyczerpał, zapewne pod wpływem przekonania, że po
Nike nie trzeba się już starać, bo czegokolwiek by się nie wydało, i tak zostanie się pochwalonym.
Olga Tokarczuk poradziła sobie z presją obciążającą ją zarówno ze strony wielbicieli, jak
i antagonistów. Po prostu zrobiła swoje. Napisała kolejną, interesującą książkę.
Wiejskość
Fabuły powieści Olgi Tokarczuk często wędrują do miejsc i epok odległych autorce. Akcja debiutanckiej
Podróży Ludzi Księgi rozgrywa się w osiemnastowiecznej Francji. Tytułowa bohaterka E.E. przeżywa
niepokoje dorastania co prawda w doskonale zdanym pisarce Wrocławiu, ale przed stu laty. Anna In
w grobowcach świata to historia osadzona w rzeczywistości azjatyckich mitów. Natomiast fabuła
uhonorowanych Literacką Nagrodą Nike Biegunów swobodnie wędruje w czasie i przestrzeni.
Mimo to, ze względu na swoje dwie najpopularniejsze, poza Biegunami, książki – Dom dzienny,
dom nocny oraz Prawiek i inne czasy, Olga Tokarczuk została zaszufladkowana jako „pisarka wiejska”
i monografistka „małych ojczyzn”. Świat przedstawiony tych utworów to dwudziestowieczna, polska
prowincja, w pierwszym z nich na Dolnym Śląsku, w drugim na Kielecczyźnie. Bohaterowie hodują
kurczaki, sieją zboże, chodzą na grzyby, warzą ziołowe wywary. Wielu z nich wierzy, że ich osada
to centrum świata i nie przejawia potrzeby wyruszenia poza jej granice.
W najnowszej powieści, zatytułowanej cytatem z poezji Williama Blake’a Prowadź swój pług
przez kości umarłych, pisarka powróciła do, świetnie przez siebie opracowanych, motywów, scenerii
i bohaterów „wiejskich”. Po raz kolejny osadziła akcję na Dolnym Śląsku, tym razem w Kotlinie
Kłodzkiej. W niewymuszonych, doskonale wplecionych w fabułę, krótkich i celnych opisach autorka
przedstawiła specyfikę klimatu, fauny, flory, zabudowy oraz mieszkańców miejsca, w którym
rozgrywa się opowiadana przez nią historia. Sceny zemsty stada kwiczołów na próbującym na
nie zapolować jastrzębiu, czy też wyrywania zębów przez pozbawionego prawa do wykonywania
zawodu dentystę-alkoholika, trudno przeczytać i zapomnieć. Cechuje je ogromna oryginalność,
pomysłowość, nasycenie typowym dla autorki umiłowaniem szczegółu i sensualnością. Wsi Olgi
Tokarczuk, chociaż podlega ona swoistej, romantycznej mityzacji, daleko zarówno do idyllicznej
krainy poczciwych dzikusów, jak i do mrocznego zakątka brutalnych indywiduów. Prowincja
w powieściach tej autorki posiada blaski oraz cienie, pachnie i macierzanką, i gnojem.
New Age, magia, wywrotowość
Z „wiejskością” utworów pisarki wiążą się kolejne ich cechy, szczególnie widoczne w najnowszej
powieści – klimat tajemnicy i czarów oraz rewolty w imię powrotu do życia w zgodzie z naturą,
THRILLER MORALNY... W INNYM KONTEKŚCIE
Znana i ceniona polska pisarka, najczęściej tłumaczona i wydawana za granicą, napisała kolejną powieść.
Tym razem, jak sama ją nazywa, jest to thriller moralny. I rzeczywiście – trudno odmówić autorce racji,
ale w zupełnie innym kontekście, niż by sobie tego sama życzyła. Z kartek jej książki, owszem, wieje
grozą, niestety, nie z powodu sprawnie poprowadzonej akcji, pełnej mrocznych meandrów i zwrotów,
tajemniczej atmosfery, barwnych, pełnokrwistych postaci, bo te zdecydowanie wypadły blado, ale
z powodu braku rzemieślniczych umiejętności w konstruowaniu takich powieści, a określenie„moralny”
zakrawa na kpinę, zwłaszcza w odniesieniu do działań głównej bohaterki – Janiny Duszejko – obrończyni
zwierząt i jedynej sprawiedliwej na całym Płaskowyżu w Kotlinie Kłodzkiej z licencją na…, ale na
co – to zostawiamy już dociekliwemu czytelnikowi, który niezrażony tą recenzją postanowi przeorać
się przez to kuriozalne dzieło.
W swojej powieści autorka postanowiła rozprawić się przede wszystkim z myśliwymi, którzy to
osobnicy znajdują przyjemność w zabijaniu zwierząt. Uważam, że temat jest ważny i godny dobrego
pióra. Doskonale pamiętamy świetne opowiadanie Bohumila Hrabala Najpiękniejsze oczy z tomu
Święto przebiśniegu – kilkustronicowe, bezpretensjonalne i arcywzruszające, w którym poznajemy
krótką historię życia sarny, z jej punktu widzenia. Nie jest to ani „thriller”, ani tym bardziej „moralny”,
za to genialna miniatura literacka. Kiedy przeczytamy to opowiadanie los zwierząt na pewno staje
się nam bliski, a wrogość do myśliwych rośnie – ich postępowanie podlega jednoznacznej ocenie.
Natomiast w powieści Olgi Tokarczuk stykamy się ze zwierzętami już nieżyjącymi albo ogarniętymi
żądzą zemsty – jedno i drugie w schematycznym ujęciu, i nie robi wrażenia; bohaterce giną dwa psy,
które do tej pory biegały bezpańsko po całej okolicy, co nie budziło jej obaw o życie dzikich zwierząt,
a chyba nie trzeba wielkiego intelektu, żeby wiedzieć, jakie zagrożenie dla zwierzyny stanowią psie
włóczęgi. Ta obrończyni zwierząt, niestety, niewiele o nich wie. Na przykład beztrosko wypuszcza
hodowlane lisy na wolność. Tylko jak one na tej wolności mają przeżyć? Nie wiadomo. Zoologiczną
ignorancję autorka próbuje zastąpić skrupulatnie zebranymi wiadomościami o procesach wytoczonych
w przeszłości naszym braciom mniejszym. W jednym z listów do policji, jakie pisze główna bohaterka,
czytamy m.in. o pszczołach, które w 846 roku w Wormacji zostały skazane na śmierć przez uduszenie,
za to, że pozbawiły człowieka życia. W innym procesie pozwano szczury, które jednak uniewinniono
z powodu niemożności zapewnienia im bezpieczeństwa przy doprowadzeniu na salę rozpraw. Ten
ostatni precedens miałby przemawiać na korzyść saren, które, według bohaterki, zabijają bezdusznych
myśliwych i, co więcej, mają do tego prawo! Szkoda, że tak ważny moralnie temat został potraktowany
z jednej strony, ze zbędną historyczną skrupulatnością, a z drugiej, z brakiem elementarnej wiedzy
o zwierzętach. Zdecydowanie zabrakło w powieści ducha, który ożywiłby zarówno wydarzenia, jak
i papierowe postacie.
Teraz przyjrzyjmy się Janinie Duszejko. Narratorka i bohaterka w jednym. W zamierzeniu Olgi
Tokarczuk jest zapewne postacią pozytywną, a może nawet alter ego samej autorki. Janina Duszejko to
kobieta pięćdziesięcioparoletnia, obarczona wieloma wadami, aż chciałoby się powiedzieć ludzki z niej
wbrew cywilizacji Zachodu, która narzuca człowiekowi pogoń za pieniędzmi, dualizm ciała i duszy,
antropocentryzm.
Główna bohaterka, a zarazem narratorka książki, narzucająca czytelnikom swój punkt widzenia,
to ekscentryczna hippiska i wegetarianka, posiadająca wszelkie cechy wiedźmy. Janina Duszejko
mieszka w domu na odludziu, jest w wieku nieco powyżej średniego, niezbyt urodziwa, dziwacznie
ubrana, oczywiście niezamężna i ateistka. Posiada sporą wiedzę, zarówno naukową, powszechnie
szanowaną (zdobyła tytuł inżyniera, pracowała jako konstruktorka mostów, obecnie dorabia do
emerytury pracą pedagogiczną i pomaga byłemu uczniowi tłumaczyć poezję Williama Blake’a), jak
i tajemną, astrologiczną, wyśmiewaną nie tylko przez wrogów, ale nawet przez przyjaciół.
Postać stworzona przez Olgę Tokarczuk, chociaż żyje poza wiejską wspólnotą, żywo interesuje
się jej sprawami, przynajmniej tymi kolidującymi z jej interesami, poglądami, systemem wartości.
Pomimo zaawansowanego wieku oraz nie najlepszego stanu zdrowia, które powodują, że Janina
przed snem zawsze powinna mieć porządnie umyte nogi, na wypadek, gdyby ją w Nocy miało
zabrać pogotowie, kobieta uparcie pisze petycje w sprawie dręczonych i zabijanych zwierząt oraz
zanieczyszczających środowisko jeepów. Lata i doświadczenie nie stępiły jej wrażliwości na krzywdę
– i ludzką, i, zwłaszcza, zwierzęcą, nie pozwoliły zagnieździć się w drobnomieszczańskim (a raczej
drobnowieśniackim) ciepełku, wygodnictwie, obojętności na świat poza własnym podwórkiem.
Nieefektowna pani (a raczej panna) Duszejko okazuje się niestrudzoną wojowniczką o nowy,
demokratyczny ład. W jej na pozór kruchym, kobiecym ciele kryje się niezwykła odwaga i moc,
a także skłonność do wszczynania fanatycznych rewolt. Przed wolą pogardzanej, starej wariatki,
jak sama o sobie mówi, będą się musieli w końcu ugiąć reprezentujący pełną nadużyć, patriarchalną
władzę komendant policji, przedsiębiorca, prezes i ksiądz. Oczywiście, wszyscy przedstawieni są przez
narratorkę jako cyniczni hipokryci i kanalie, w dodatku obleśne, spasione i przepite. Janina Duszejko
w ten sposób sprytnie manipuluje czytelnikami swojej opowieści, pragnąc zdobyć ich sympatię
i poparcie oraz wykreować siebie na ostatnią sprawiedliwą mieszkankę Kotliny Kłodzkiej.
Truchła, truchła
Próbując zdyskredytować Olgę Tokarczuk, krytycy często zarzucali jej, że tworzy literaturę popularną,
a przynajmniej „literaturę środka”. W Prowadź swój pług przez kości umarłych pisarka otwarcie
korzysta z wzorca powieści gatunkowej. Jej książka posiada wszystkie cechy porządnego kryminału
– liczne truchła, mylne tropy oraz stosownie serwowane porcje napięcia, które zmuszają czytelnika
do pochłonięcia trzystuczternastostronnicowego dzieła w ciągu jednego dnia. Odpowiedzi na
sakramentalne pytania: kto zabił? oraz: dlaczego zabił? nie wydają się oczywiste, chociaż sprytny
czytelnik może się ich domyślić. Natomiast metoda uśmiercania kolejnych ofiar z pewnością go
zaskoczy.
Chociaż autorka czerpie z przepisu na kryminał, i to bardzo umiejętnie, co wcale nie jest łatwe,
potrafi zachować indywidualność. Dlatego też będę się upierać, że mimo wszystko, tworzy ona
coś ambitniejszego, aniżeli literaturę
dla każdego.
Jak puzzle
Prowadź swój pług przez kości umarłych to książka, w której wszystkie elementy – wiejskość, magia,
wywrotowość, obfitość trupów, poezja Williama Blake’a, a nawet patos znakomicie do siebie pasują
i się wzajemnie dopełniają, a żadna postać, zwierzę ani przedmiot nie pojawiają się przypadkowo.
Jak na dobry kryminał i jak na po prostu dobrą powieść przystało.
Weronika Górska
snem, bałagan w domu, w którym
nie można nic znaleźć) dochodzimy
do wniosku, że raczej chodzi spać
brudna. Jedyne odstępstwo czyni raz
w tygodniu na rzecz czystego ubrania
(nie mylić z czystym ciałem), makijażu
orędowniczka braci mniejszych, z pominięciem jednak żab. Żaby są paskudne – obrzydliwa jest ta
siła, która kazała wchodzić Żabom jedne na drugie i bez końca kopulować w stawie Matogi. Czyżby ta
obrzydliwa siła to cudzysłowowy Bóg? To z pewnością kolejny argument przemawiający za tym, że
ta książka to swoiście pojmowany thriller moralny. Jeśli chodzi o akt kopulacji zwierząt, do których
i człowiek się zalicza, to przychodzą mi do głowy jeszcze psy, tak bezczelnie uprawiające ten niecny
proceder na oczach wszystkich. Ale Olga Tokarczuk w tej kwestii zachowuje daleko posuniętą czujność
i staranniejszej fryzury – wtedy idzie
do pracy do szkoły, gdzie z pełnym
zaangażowaniem, w przeciwieństwie
do innych nauczycieli, uczy języka
angielskiego dzieci do lat dziesięciu
– powyżej tego wieku są „bardziej
obrzydliwe niż dorośli”, więc traci
nimi zainteresowanie, a one z kolei tracą
indywidualność, co dla bohaterki jest nie do przyjęcia. Nie bardzo wiadomo, jak to zamiłowanie do
ludzkiej indywidualności ma się do innej jej teorii, że trzeba mówić ludziom, co mają myśleć, nie mam
innego wyjścia, inaczej zrobi to kto inny. I tu ujawnia się kolejna cecha pani Duszejko, a może i całej
powieści Olgi Tokarczuk – brak konsekwencji i nierozumienie rzeczywistości. Pierwszy z brzegu
przykład: w jednej ze scen kobieta parzy czarną herbatę dla siebie i gościa (ortodoksyjnie pija tylko
czarną, jakby inne szkodziły), ale w efekcie podaje kawę; mieszka na odludziu, w otoczeniu gór
i lasów, i dziwi się, że sarny zimą podchodzą blisko pod ludzkie siedziby; według niej śnieg najszybciej
topnieje w lesie (pani Duszejko, inżynier od budowy dróg i mostów, oprócz języka angielskiego,
uczyła kiedyś również geografii), a zaorana ziemia zimą jest cieplejsza od tej porośniętej trawą.
Wiele tam podobnych problemów, w sam raz dla czwartoklasisty. Prawda, że wieje grozą?
Olga Tokarczuk obdarza swoją bohaterkę syndromem Leniwej Wenus (pani Duszejko zaniedbuje się
i ponoć nie wykorzystuje swoich możliwości) i jednocześnie każe jej działać pod wpływem Gniewu.
Gniew to uczucie, które doczekało się w powieści teoretycznej wykładni. Dowiadujemy się, że dzięki
niemu umysł staje się jasny i przenikliwy i widzi się więcej; z Gniewu bierze się wszelka mądrość, On
zaprowadza porządek i przywraca dar Jasności Widzenia. Nic, tylko wynieść gniew jako kategorię
moralną do rangi najwyższej wartości. Ale owa teoria gniewu dotyczy tylko głównej bohaterki,
bo gniew innych bohaterów – jest niesłuszny. Jedynie wobec niej sprawdza się to, co mówi nasz
Blake (kilkakrotnie czytamy o naszym Blake’u, tylko nie wiemy, jakiej części wtajemniczonych
– w powieści swobodnie biegają tylko suki, a te, jak wiadomo, na siebie seksualnie nie nastają.
Natomiast ludzie zabawiają się pod kołdrą, tak jak Janina Duszejko. Robiła to już z protestantem
i z katolikiem, ale najwyraźniej ci mężczyźni się nie sprawdzili – szczęśliwie, kolejny okazał się
ateistą, nie wiemy, czy żonatym. Zaprosiła go pod kołdrę, ale ponieważ nie jestem Czułostkowa ani
Sentymentalna – mówi – nie będę się nad tym dalej rozwodzić. Pewnie dobrze było – zgadujemy,
i cieszy czytelnika, że w sumie można dopuszczać się tych żabich„obrzydliwości”, byle nie z katolikiem
czy protestantem (bo to marni kochankowie); grunt, żeby po cichutku i pod kołderką. Amen. Ot,
thriller moralny rozgrywający się w łóżku emerytowanej pani inżynier.
Gniew, poparty cytatami z Williama Blake’a, przywodzącymi na myśl dawne makatki
z ludowymi mądrościami (np.: Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść, albo – Na świętego
Hieronima jest śnieg albo go ni ma, w powieści zaś czytamy: Beczenie, Wycie, Ryk, Szczekanie/
To jak o pomoc łomotanie, albo: Wypytujący z chytrą miną siedzi. Sam jednak nigdy nie zna
odpowiedzi) miał usprawiedliwiać działania pani Duszejko. Natomiast Astrologia miała ją
w tych działaniach wspierać. Astrologia, oczywiście pisana w powieści przez wielkie A, kładzie
się cieniem na całym świecie przedstawionym, można nawet zaryzykować twierdzenie, że nie
Janina Duszejko, nie bezbronne zwierzęta, słuszny czy niesłuszny Gniew, tylko właśnie Astrologia
jest w tej powieści najważniejsza, że wszystko zostało jej podporządkowane – krótko mówiąc,
jest to pean na jej cześć. Wyjątkowa nadgorliwość Olgi Tokarczuk w podejściu do astrologii
powoduje, że owa pseudonauka przeradza się mimochodem we własną karykaturę. Na stronie
72 po długim wywodzie na temat astrologii, działającej narkotycznie na swoich adeptów,
czytamy: (…) najmniejszy nawet fragment świata związany jest z innym skomplikowanym
Kosmosem korespondencji, które trudno jest przeniknąć zwykłemu umysłowi. Tak to działa. Niczym
japońskie auto. Prawda, że to japońskie auto chwyta za serce, zważywszy, że Janina Duszejko
swój samochód (japoński!) nazywa pieszczotliwie Samurajem i czuje się z nim emocjonalnie
bardzo związana? Ów samochód wie, kiedy się zatrzymać, co ominąć, kogo obryzgać błotem:
Jest to pewna lojalność. Jak się żyje razem tyle czasu i jest się na siebie nawzajem zdanym, rodzi się
coś w rodzaju przyjaźni. I tu uważnemu czytelnikowi przychodzi do głowy kolejna myśl. Jak to się
dzieje, że bohaterka, która nienawidzi piły czy kosiarki do trawy, bo to zbrodnicze narzędzia, tak
roztkliwia się nad samochodem? Przecież tyle zwierząt i ludzi (chociaż o ludzi w tym thrillerze
moralnym mniejsza) ginie każdego dnia pod kołami samochodów. Ale widać ten aspekt moralny
umknął uwadze autorki, zresztą nie pierwszy i nie ostatni.
Ustępów poświęconych astrologii w powieści jest bardzo dużo, więc zainteresowanych odsyłam
czytelników ta naszość dotyczy): prawdą jest, że kto czuje gniew, a nie działa, szerzy zarazę, więc
Janina Duszejko, nie mając innego wyjścia, działa. Działa w imię obrony praw zwierząt, a właściwie
przeistacza się w anioła zemsty, chociaż anioły nie cieszą się jej przychylnością, bo według niej, jeżeli
istnieją, to albo zrywają z nas (ludzi) boki ze śmiechu, albo stoją po niewłaściwej stronie. Niestety,
ten powieściowy Gniew ma wymiar jedynie teoretyczny, jest blady jak świeżo umyte nogi Janiny
Duszejko. My czytelnicy zupełnie go nie czujemy.
głęboką niechęć do higieny (brudne paznokcie u rąk, niemycie zębów i nieprzebieranie się przed
maszyneria prosta, efektywna, sprawiedliwa. Więc słowo „Bóg” biorę w cudzysłów – odważnie wyznaje
44
Ten Blake
Każdy z rozdziałów Prowadź swój pług przez kości umarłych opatrzony jest mottem pochodzącym
z poezji Williama Blake’a i nawołującym do godziwego traktowania zwierząt. Twórczość angielskiego
poety pojawia się również w akcji powieści, jej wspólne tłumaczenie stanowi spoiwo przyjaźni Janiny
z Dyziem, zaś handlujący nią księgarz na ostatnich kartach powieści okazuje się niezwykle istotny.
Dlaczego autorka wybrała akurat Williama Blake’a? Chyba nie tylko ze względu na ekologiczne
przesłanie jego wierszy. William Blake, jako poeta o niewątpliwym prestiżu, tworzący tajemnicze,
profetyczne dzieła, a także jako patron kontrkultury, wspaniale pełni funkcję wspierającego racje
narratorki i głównej bohaterki autorytetu. Poza tym, jako ikona romantyzmu, angielski twórca
wspaniale pasuje do stworzonej przez Olgę Tokarczuk atmosfery grozy, towarzyszącej naturze,
która wymierza karę za podłe uczynki.
Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.
w nocy miało zabrać ją pogotowie. Niestety, nie wiemy, czy to robi, ale poznając ją bliżej i jej
się, że bohaterka z powodu wieku powinna wieczorami porządnie myć nogi, na wypadek, gdyby
Szczypta autotematyzmu
Jedną z pobocznych postaci książki jest Pisarka, krucha i bezbarwna kobieta nosząca kołnierz
ortopedyczny. W oczach narratorki, chociaż sympatyczna, wydaje się również niebezpieczna: Ta
osoba nie jest sobą, tylko okiem, które bezustannie patrzy, a to, co widzi, zamienia w zdania; w ten
sposób okrawa rzeczywistość ze wszystkiego, co w niej najważniejsze, z niewyrażalności. Sama Pisarka
traktuje swoje zajęcie jako autoterapię (tworzy horrory, bo sama bezustannie czegoś się boi) oraz
odskocznię od rzeczywistości (na kartce papieru daje upust wyobraźni, podczas gdy na co dzień
twardo stąpa po ziemi). Czy Olga Tokarczuk postrzega swój zawód tak, jak pani Duszejko, czy tak,
jak Pisarka? A może jeszcze inaczej?
Szczypta patosu
Janina Duszejko jest zagorzałą
Po niewłaściwej stronie, w świecie Janiny Duszejko, stoi również Bóg, bo świat nie został stworzony
dla człowieka, ku jego wygodzie i przyjemności – jak stwierdza pani inżynier w pewien zimowy
poranek. Poza tym Bóg nie byłby w stanie unieść takiego cierpienia (ta kategoria dotyczy w powieści
jedynie zwierząt, ludzi pomijamy), tylko maszyna byłaby w stanie udźwignąć cały ból świata. Tylko
człowiek – sam niedoskonały i tak pięknie rozgrzeszający innych. W pierwszym zdaniu dowiadujemy
obrończynią nie tylko zwierząt, ale też patosu, uznając, że jedynie ironiści bez własnego zdania
oraz systemu wartości są do niego niezdolni. Sama jednak opowiada o sobie i swoich przekonaniach
z dystansem, ostrożnie, nie nadużywając cech patetycznego stylu. Wyjątek stanowi jej irytujący nałóg
pisania wielu rzeczowników wielką literą, jak nazw własnych. O ile jest to zrozumiałe w przypadku
Zajęcy, Saren, Lisów oraz innych zwierząt, które bohaterka traktuje z wielką sympatią i szacunkiem,
to w przypadku Nocy, Mroku, Dolegliwości itp. po prostu śmieszy jako naiwny sposób na wzbudzenie
zainteresowania lub wręcz sensacji.
Zastanawiam się, czy Olga Tokarczuk wyposażyła styl stworzonej przez siebie narratorki w tę
cechę celowo, pragnąc dać wyraz jej rozegzaltowaniu i pretensjonalności, czy też nadużywając
wielkich liter miała nadzieję wywołać atmosferę niesamowitości i tajemniczości. W pierwszym
przypadku stanowiłoby to oczywiście zaletę powieści.
bezpośrednio do książki, uprzedzając, że i tak miejscami albo są nudne, albo niewiele można z tego
zrozumieć bez podstawowej wiedzy z tej dziedziny. Ufamy jednak, że Olga Tokarczuk wie, o czym pisze,
bo konsultowała się z Leszkiem Weresem (informuje o tym na końcu książki), polskim autorytetem
od czytania przyszłości w gwiazdach. A jeśli ktoś poczuje się zażenowany swoją ignorancją w tym
zakresie, to proszę się nie martwić, i o to Olga Tokarczuk zadbała, przypominając czytelnikowi co
Migotania, przejaśnienia 26
rys. Joanna Grochocka
DW U G ŁO S
jakiś czas o Najważniejszej Książce pod Słońcem, mianowicie o Efemerydach planet. 1920 – 2020
(pozwalamy sobie złośliwie zauważyć, że pachnie to kryptoreklamą). Janina Duszejko wyznaje, że
właśnie Efemerydy wzięłaby na bezludną wyspę i za pomocą suwaka logarytmicznego stawiałaby
horoskopy na lewo i prawo. Pytanie – komu? – pozostaje bez odpowiedzi. Ale póki nie jest na
bezludnej wyspie – uwaga: bez dotacji unijnych! prowadzi badania nad datami urodzin i śmierci,
a że datę swojej śmierci zna, czuje się kobietą wolną. I korzysta z tej wolności, wulgaryzując swoimi
działaniami w słusznej sprawie słynne Kantowskie zdanie: niebo gwiaździste nade mną, a prawo
moralne we mnie. Drugi teren jej poważnych badań to analiza wpływu gwiazd na programy
telewizyjne: Tym razem uważnie analizowałam program telewizyjny możliwie największej liczby
kanałów i badałam współzależności między treścią filmów wyświetlanych danego dnia a konfiguracją
Planet. Wzajemne związki były bardzo wyraźne i wydawały się oczywiste. (…)Zauważyłam na
przykład, że pewien film o tytule „Medium”, bardzo poruszający i dziwny, pojawiał się w telewizji,
kiedy tranzytujące Słońce wchodziło w jakiś aspekt do Plutona i Planet w Skorpionie. (…) Podobne
prawidłowości udało mi się zaobserwować w przypadku serii filmów o Obcym, tym statku kosmicznym.
Tutaj wchodziły w grę subtelne zależności między Plutonem, Neptunem i Marsem. Gdy tylko Mars
aspektował jednocześnie te dwie powolne Planety, telewizja powtarzała którąś część „Obcego’. Czy
to nie fascynujące? Aha, i jeszcze jedno – bohaterka postuluje wprowadzenie astrologii do szkół
policyjnych! Co tak nieśmiało?! A może do szkół w ogóle! Taka astrologia mogłaby z powodzeniem
zastąpić znienawidzoną historię, fizykę czy geografię. Jednak coś za coś – suwak logarytmiczny
bezwzględnie do opanowania i na dodatek matematyka. Na szczęście o obowiązkową matematykę
na maturze zadbały już władze oświatowe, więc pierwszy krok zrobiony.
Niestety, na drodze głównej bohaterki stoi znienawidzona Ironia; wydaje się groźniejsza
nawet od myśliwych. Postacie negatywnie postrzegane przez Janinę Duszejko albo uśmiechają się
ironicznie, albo ironicznie mrużą oczy (jak wredny kłusownik po śmierci), albo mówią sarkastycznie
i od razu wiemy, że mamy do czynienia z wrogimi, demonicznymi siłami. Tego najbardziej nie
lubię u ludzi – zimnej ironii. To bardzo tchórzliwa postawa; wszystko można obśmiać, poniżyć, w nic
się nigdy nie zaangażować, z niczym nie poczuć się związanym. W tym miejscu pozwalamy sobie
zauważyć, że pani Duszejko, alter ego(?) Olgi Tokarczuk, myli ironię z cynizmem. A potępiając
w czambuł ironistów za ich podły język, za triwia i banalia, potępia niemałą część literatury,
zarówno polskiej jak i światowej. Ot, pierwsze z brzegu przykłady: Słowacki, Norwid, Prus,
Reymont, Witkacy, Gombrowicz, a nawet Szymborska (ale to jeszcze ciepła ironistka, więc może
jest w porządku). W powieści słyszymy dużo o tym, jak to u naszych południowych sąsiadów
jest dobrze, ludzie mili i przyjaźnie nastawieni. Tak, na szczęście tacy ironiści, jak Karel Čapek
i Jarosław Hašek już nie żyją. I rzeczywiście, gdyby tak odchudzić historię literatury światowej
o Arystofanesów, Horacych, Dickensów itd. gwiazda Olgi Tokarczuk zajaśniałaby pełnym blaskiem
na literackim nieboskłonie.
Mimo to Olga Tokarczuk robi wyraźny ukłon w stronę ironistów – chociaż nie lubi, to do
końca nie lekceważy. Więc żeby nie narzekali, że w jej thrillerze brakuje elementów prawdziwej
grozy, wprowadza do swojej powieści demony, które Janina Duszejko bezbłędnie rozpoznaje
po zarośniętych włosami stopach. Stopy także doczekały się gruntownych badań i równie
gruntownej teorii: Stopy są najbardziej intymną i osobistą częścią ciała, wcale nie genitalia, nie
serce – czytamy w książce – nie mózg, narządy bez istotnego znaczenia (sic!), które zbyt wysoko
się ceni. To w stopach kryje się cała wiedza na temat Człowieka, tam spływa z ciała ważki sens tego,
kim naprawdę jesteśmy i jak odnosimy się do ziemi. Stopy to są nasze wtyczki do kontaktu. A teraz te
nagie stopy były dla mnie dowodem jego innego pochodzenia. Nie mógł być Człowiekiem. Może był
czymś w rodzaju demona. Istoty demoniczne inaczej pieczętują ziemię. Pani Duszejko oczywiście
ma znacznie większy pakiet „genialnych” teorii, którymi chętnie dzieli się z czytelnikiem, ale
przecież naszym zadaniem nie jest psucie mu przyjemności w ich poznawaniu.
Na zakończenie pozwolimy sobie zrobić jeszcze kilka uwag. Postać Janiny Duszejko wydaje
się być skrojona na wyraźne czytelnicze zamówienie – starsza kobieta, nie pozbawiona wad,
ale i „cennych” zainteresowań astrologią, żyjąca za pan brat z telewizją. Telewizja ją uspokaja
(oj, bałamutne stwierdzenie!), dzięki niej kobieta zna numer na policję (zgrabne podkreślenie
misyjnej funkcji telewizji, zwłaszcza w okresie wzmożonej batalii o abonament), a do szczęścia
potrzebuje jedynie, żeby uruchomiono kanał TV Wpływy Kosmosu. Kolorowych czasopism unika,
bo wpędzają ją w kompleksy (najprawdopodobniej młodość okładkowych piękności), a poczucie
niższości w kontaktach z ludźmi i tak ją prześladuje, więc po co je dodatkowo pogłębiać. My, ze
swej strony, myślimy jednak, że z tym poczuciem niższości pani Duszejko trochę nas kokietuje.
Przecież nie do każdego nauczyciela podstawówki byli uczniowie zwracają się – pani profesor,
co, naszym skromnym zdaniem, i w odniesieniu do nauczycieli szkół średnich wypada śmiesznie,
ale co tam. Jej słabością są zwierzęta, zwłaszcza psy, więc kiedy giną bez wieści, rozpoczyna się
akcja tego pseudothrilleru moralnego, bo prawdziwy thriller moralny to, co najwyżej, rozgrywa
się w głowie bohaterki, którą męczą senne koszmary. Ale i na to Janina Duszejko ma niezawodny
patent i w tej jednej jedynej kwestii zupełnie się z nią zgadzamy, i polecamy go poważnej
rozwadze wszystkim niezdecydowanym czytelnikom, którym talent Olgi Tokarczuk nie zrobił
jeszcze wody sodowej z mózgu, jak telewizja – milionom oglądających ją kobiet (w pewnym
wieku): Stary sposób na senne koszmary jest taki, że trzeba je opowiedzieć na głos nad otworem
ubikacji, a potem spuścić wodę.
Z przykrością stwierdzamy, że na nic innego nie zasługuje najnowsza powieść o karkołomnym
tytule „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, która w naszej ocenie nie jest tworem
nieskrępowanej wyobraźni, jak chciałaby autorka, tylko efektem telewizyjnej edukacji (gadające
głowy), niedociągnięć warsztatowych i intelektualnej hochsztaplerki, ale to nie dziwi u kogoś, kto
zdaje się mieć w pogardzie głupie i sztywne reguły rozumu, których niezbyt udany literacki„romans”
z Williamem Blake’em nie zastąpi. Chyba, że Oldze Tokarczuk, poza paniami w pewnym wieku,
które od urodzenia są przyzwyczajone przyjmować wszystko na wiarę, na innych czytelnikach
nie zależy. I w ogóle nie ma większych ambicji, a to zamieszanie wokół niej i wynoszenie jej na
szczyty współczesnej polskiej literatury jest jedynie dziełem krytyków, dla których na bezrybiu i rak
ryba. Przecież każdemu wolno pisać. Z drugiej strony, promowanie zabobonu, ciemnoty, lenistwa,
niedouctwa jest zastanawiające – kiedyś z tym „cnotami” walczono. Teraz, w dobie upadającej
oświaty, widać coraz śmielej wypływają na wierzch. Szkoda, że w przypadku tej powieści właśnie
one mają decydować o czytelniczej atrakcyjności. Przecież nie można nie zauważyć negatywnych
skutków takiego zabiegu. Bohaterka, nad wyraz szczodrze wyposażona w owe „cnoty”, nie jest
przekonująca, a do tego, podobnie jak wspomniana wcześniej astrologia, wypada karykaturalnie,
z wielką stratą dla tak ważnego społecznie problemu jak mordowanie zwierząt, a jesteśmy głęboko
przekonani, że Oldze Tokarczuk na osiągnięciu takiego efektu nie zależało.
Wioletta Sobieraj
Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie 2009.
Gazeta literacka
45
DW U G ŁO S
TAM, GDZIE RZECZYWISTOŚĆ UMIE ZAPOMINAĆ
Debiutancki tomik wierszy Teresy Radziewicz lewa strona zaskakuje swoją dojrzałością. Dojrzałością
pod względem warsztatowym i tematycznym zarazem. Na ogół bowiem jest tak, że pierwsze książki
poetyckie grzeszą niejednorodnością stylistyczną, są obrazem poszukiwania własnego głosu, z często
występującymi zapożyczeniami z rozmaitych poetyk i autorów; prócz tych braków„formalnych”, zbiorki
debiutanckie charakteryzują się zwykle tak dużą rozpiętością tematyczną, iż trudno, w książce jako
całości, odnaleźć organizującą tę całość główną ideę, myśl czy wątek. lewa strona zdaje się przeczyć
powyższemu opisowi: jest książką przemyślaną i konstrukcyjnie dopracowaną; co więcej – Radziewicz
wytworzyła w niej autorski, własny i rozpoznawalny styl, który wydaje się być trudny do naśladowania.
Już w swoim pierwszym tomiku Teresa Radziewicz mówi własnym głosem.
Przyczyn tego stanu rzeczy można by dopatrywać się w debiucie, jak to się zwykło określać,
„późnym” czy„spóźnionym”: Radziewicz zaczęła publikować swoje wiersze w prasie literackiej dopiero
w pierwszych latach tego stulecia, będąc w wieku około 30 lat, tomik zaś ukazał się pod koniec
2009 roku. Wydaje się jednak, że to nie wyłącznie wiek biologiczny autorki zdecydował o dojrzałości
książki – często zdarzają się bowiem„debiuty spóźnione”, które są jednocześnie obarczone wszystkimi
cechami właściwymi pierwszym publikacjom. Wyjątkowość tomiku funduje raczej talent poetki,
jej praca nad słowem w poszczególnych tekstach i konstrukcja całości zbiorku.
Przedmiotem opisu wierszy Teresy Radziewicz jest czas i jego przemijanie. Nic w tym
nadzwyczajnego, nic odkrywczego. Temat pamięci, w tym wspomnień z dzieciństwa, temat upływu
czasu, starzenia się rzeczy i ludzi – więc i doświadczenie śmierci – to problemy egzystencjalne, obok
których żaden zapewne z twórców literatury nie przeszedł obojętnie. Można nawet twierdzić, że każdy
człowiek, bez względu na profesję, musiał w swoim życiu odnieść się do tych zagadnień. Ale czas
w tomie Teresy Radziewicz nie płynie liniowo, chronologicznie: od przeszłości, poprzez teraźniejszość,
do przyszłości. Czas u Radziewicz miewa naturę kolistą, rytmiczną, powtarzalną. A co najmniej
„jednoczesną”, symultaniczną, zbiegającą się w jednym punkcie. Dzięki temu oswaja śmierć.
Tomik otwiera sześć, dających się wyraźnie wyodrębnić, wierszy „genealogicznych”; cykl
ten zaczyna się od tekstu zapowiadającego główny temat zbiorku już samym swoim tytułem:
Rozpoczynam wędrówkę w stronę zamkniętą. Początkowe wiersze zaludniają książkę postaciami
od dawna będącymi „po tamtej stronie”: pradziadem Jakubem, baćko Michałem, dziadkiem
Konstantym i babcią Marianną, drugą babcią, nie nazwaną z imienia – trochę tak, jak u Marqueza
w rodzie Buendia. Przeczytajmy:
Wszyscy moi krewni tłoczą się i każdy chce,
by opisać jego historię, nawet pradziadek Jakub,
którego w żadnym razie nie mogę pamiętać. Nic
o nim nie wiem prócz tego, że fundował krzyże; /.../
Drzewo genealogiczne
- i Radziewicz opisuje ich historię. Trochę z pamięci własnej, częściej z zasłyszanych opowieści
rodzinnych, jeszcze częściej zapewne z domniemania, że mogłoby tak być, jak pisze. Ale nie jest
tu ważne rozstrzygnięcie dylematu: prawda to – czy zmyślenie; tak jak i nie jest ważne, dla poezji
w ogóle, czy to autentyczni, czy też fikcyjni protoplaści samej autorki. Dalej, po cyklu genealogicznym,
przybywa bohaterów wierszy. Oto pojawia się ojciec (wcześniej, w cyklu „genealogicznym”, opisany
jako Pogrobek, ostatnie dziecko Kostka i Marianki), matka, szwagier, miejscowa dzieciarnia, sąsiedzi,
proboszcz, wikary i nawet psy. Magiczne Macondo – w rzeczywistości rodzinny Juchnowiec nieopodal
Białegostoku – oraz przywoływane z pamięci krajobrazy z dolin Biebrzy i Narwi wypełniają poetycki
świat Radziewicz. Wszyscy bohaterowie naznaczeni są piętnem czasu, bardzo często również –
znakiem śmierci. Radziewicz dookreśla w ten sposób przewodni temat swojej książki. W Eschatologii
szaf elektrycznych /.../ każdy rysunek / był memento mori /.../; w Kapslu kundel parafialny, Kapsel,
nosi ślady krwi na futrze; Kosmos – to rozważania o śmierci; sceneria Wizyty sugeruje cmentarz; tytuł
Wiersz o umieraniu mówi sam za siebie; Anastazja jest zapisem pogrzebu sąsiadki; Zanim otworzę
Widzę zielone aureole spodziewanego,
miękką zapowiedź igieł na modrzewiach
przy mojej drodze; za trzydzieści lat
ktoś zdecyduje, że zabierają zbyt wiele
powietrza. /.../
***
[Nie pamiętam dnia...]
Ja wiem, co będzie w przyszłości – pisze Teresa Radziewicz
– bo pod światło widzę spodziewane, widzę zapowiedź.
Podobną myśl odnajdujemy w przywoływanym już Drzewie
genealogicznym: pradziadek Jakub nie wie, / że za niecały
wiek zostanie po nim studnia / i sad, w którym prawnuczka
będzie zrywać / cierpkie owoce, wymieniać pestkę na ziarno,
/.../ – ale ja-opowiadacz wiem; w zbliżony sposób da
się również interpretować wiersz Matki, czy inny, Ojciec.
Matka. Czas dojrzewania winogron, gdzie wyraźnie mówi
się o przeczuwaniu, więc o swego rodzaju prekognicji,
antycypacji przyszłości. Tak oto teraźniejszość – dzisiejsza strona – splata się w tomiku Radziewicz
z przeszłością, najdobitniej egzemplifikowaną przez śmierć, lewą stronę i jednocześnie łączy się
z przyszłością: antycypowaniem spodziewanego.
Wart przywołania w całości jest jeden z ostatnich wierszy w zbiorku:
Rzeczy tracą wrodzone kształty,
jakby rzeczywistość umiała zapominać,
albo jakby nie istniały zupełnie,
skoro już o nich nie wiemy.
Dlatego skupiona wpatruję się, by zatrzymać
piasek w przewróconej klepsydrze,
kiedy ziarna na krańcach rozłożą ciężar.
***
[Rzeczy tracą wrodzone kształty]
Radziewicz wie, że piasku w klepsydrze zatrzymać nie sposób, nawet wówczas, gdy się ją przewróci.
Można w zamian, jak w Sanatorium... u Brunona Schulza spóźniać się z czasem o pewien interwał, co
spowoduje nałożenie się na siebie płaszczyzn czasowych, ich współistnienie w jednym podmiotowym
„teraz”. Łącznie z przyszłością, która – chociaż jest projektowana dziś – z innej perspektywy, obecne
„dziś” kształtuje. Zgodnie – zresztą – z jedną z tez egzystencjalizmu mówiącą, iż „człowiek nigdy nie
jest tym, kim jest, a zawsze jest tym, kim będzie”.
Oto fragment Wiersza o zwykłych sprawach:
Pisać o niej jak o codziennych zakupach:
przynieść chleb, masło, trochę śmierci
i w kalendarzu dla pamięci zaznaczyć:
wyrzucić śmieci, zrobić pranie, umrzeć.
A przecież jest tylko odchodzeniem w jednym celu:
żeby wrócić, a nawet jeżeli nie wracać,
to żeby się jednak spotkać. /.../
Wiersz o zwykłych sprawach
swoją autorka opatrzyła mottem z Wojaczka: Ile śmierć ma szuflad! – i jest refleksją na temat własnej
śmierci; Krew okazała się za gęsta traktuje o śmierci bliskiej osoby; tematem Wiersza o zwykłych
sprawach jest również śmierć. Czyżby tomikiem tym zawładnęła obsesja śmierci?
Śmierć jest namacalna, niepowątpiewalna, niezbywalna. Wręcz dotykalna i wszechobecna. Nie ma
sposobu, by ją pokonać. Zatem postarajmy się ją choćby oswoić, aby można było z nią żyć – zdaje się mówić
Radziewicz. Jak? Na lacki sposób poprzez swoistą „magię”; na sposób chrześcijański – dzięki wierze.1/
W lewej stronie kluczem do akceptacji śmierci jest pojmowanie czasu: Spotykamy się pomiędzy czasami, /
w części wspólnej zakresów, / której nikt jeszcze nie zaznaczył. /.../ - pisze autorka w wierszu następującym
po genealogii, zatytułowanym Skąd te pęknięcia, przez które płyniemy do siebie? Oto, dzięki wspólnemu,
jednoczesnemu istnieniu minionego i obecnego pomiędzy czasami, tworzy się możliwość spotkania.
Przeszłość daje się uobecnić„teraz”; bezsporny fakt czyjejś śmierci przestaje być taki oczywisty, jest bowiem
Wiersz ten zamyka książkę poetycką Teresy Radziewicz. Jeszcze raz potwierdzając zasadniczy
temat jej poetyckich penetracji – i jeszcze raz potwierdzając świadomość językową i przemyślaną
konstrukcję całości.
W obecnym omówieniu skupiłem się prawie bez wyjątku na problematyce książki Teresy
Radziewicz, sygnalizując jedynie – we wstępie – oryginalność jej poetyki. Obawiam się, że aby
bardziej dokładnie tę poetykę opisać, trzeba by na to przeznaczyć drugie tyle miejsca. Niechaj
więc, na użytek tej recenzji, wystarczy kilka dookreśleń – szczególnie, że wiersze autorki były
wielokrotnie przywoływane i, za sprawą tychże przywołań, widoczne są co najmniej ślady jej
sposobu uprawiana poezji. Tak więc, nie bez przyczyny, dla wierszy Radziewicz łatwiej odnaleźć
prozatorskie (Marquez, Schulz), niż poetyckie konteksty odniesień. Interesujące, że gdy się słucha
jej wierszy nie widząc tekstu (np. w radiu), odnosi się wrażenie, że są to mini-opowiadania, czy
przejście / na odwrotną stronę (Kosmos): nawet cmentarne krzyże kute trzysta lat temu są liniami, które rysuje
się, by łączyć (Dolina Biebrzy). Paradoksalnie: fakt, że ktoś zmarł, że fizycznie nie istnieje, bynajmniej nie
oznacza, iż tego kogoś nie ma. Albo: że nie można go uobecnić. Paradoksalnie – lub magicznie.
Możliwość kontaktu z tymi, którzy są po stronie lewej czy odwrotnej mamy wyłącznie my: ci
z dzisiejszej strony. Tamci natomiast, którzy odeszli, mogą znaleźć się w naszym „teraz” wyłącznie
poprzez nasze ich przywołanie.
Gdybyś choć raz we śnie przyszedł,
twarz pokazał. Zapewnił: śmierć wcale nie taka
nieodwracalna i prawdziwa.
Krew okazała się za gęsta
Podobnie jest w wierszu Kosmos, który można czytać jako rozmowę ze zmarłym (albo jako dialog
ze sobą, który przecież także jestem „potencjalnie zmarłym”!), mogącym jedynie patrzeć w okno
(z perspektywy swego – obecnego lub przyszłego – łoża śmierci? trumny?), chociaż chcącym,
bezskutecznie, móc dotykać, odczuwać smak - /.../ Wszystko, / byle tylko nie czuć nieważkości.
Zatem to ja – poetka – przywracam do istnienia, wydobywam z przeszłości ludzi i rzeczy, mając
też może raczej proza poetycka. Podobnie można by sądzić, gdyby czytać te wiersze dokonując
na nich uprzednio zabiegu zmiany wersyfikacji, tj. gdyby zlikwidować łamanie na wersy i zwrotki
i zapisać je „ciągiem”. Znamion epickości twórczości Radziewicz przydaje również rzadko spotykana
w poezji wielość bohaterów jej utworów, także fabularność jej wierszy (opowiadana jest w nich
pewna historia, anegdota) oraz raczej narracyjny, obiektywizujący charakter wypowiedzi,
z rzadka tylko akcentowanym „ja” mówiącym. Wiersze te nie bywają ekspresyjnym monologiem
lirycznym, w sensie wyznania czy też wyrażania podmiotowych stanów emocjonalnych. Są
głównie opowieściami o zdarzeniach, budowanymi ze zdań rozwiniętych, z zachowaniem
interpunkcji i wielkich liter, w których nie ma miejsca na emocjonalny żywioł liryczny, dominuje
zaś zracjonalizowany i refleksyjny opis i opowiadanie, będące głównymi formami podawczymi
epiki. I na tych określeniach, z grubsza rzecz ujmując, podobieństwa z epiką się kończą. Oto
bowiem u Radziewicz rozbudowane i rozwinięte (epickie więc) zdania wiersza w swoim pozornym
realizmie kryją najczęściej wieloznaczność metafory, cała zaś opowiadana historia nijak się
nie ma do prawdy rzeczywistości, gdyż daje się odczytywać dopiero na przykład w porządku
zbliżonym do magicznego, do nadrealistycznego, do fantastycznego – z wszystkimi tychże
odczytań konsekwencjami niejednoznaczności i niedopowiedzeń, polegającymi (chyba?) na
pełną świadomość, że ich czas dawno już się skończył. Bez oszukiwania się: śmierć z całą pewnością
nieistnieniu w świecie rzeczywistym realnych odpowiedników literackiego znaku: niezwyczajnego,
jest nieodwracalna i prawdziwa. Idąc dalej: ja, demiurg czasu (wszechwiedzący narrator – a może
doktor Gotard z Schulzowego Sanatorium pod Klepsydrą?), nie tylko jestem w stanie wskrzesić
minione, ale mam również wiedzę o przyszłości.
/.../ umiem
przyglądać się rzeczom pod światło.
zmetaforyzowanego opisu czy symbolicznej opowieści. I jednak, mimo tego, że zdania opisujące czy
opowiadające w wierszu „udają” obiektywny tok narracji – to sposób doświadczania opowiadanego
świata, polegający na sensualności tegoż doświadczenia, ma charakter jednostkowy i subiektywny,
a więc właściwy liryce. Podobnie rzecz się ma z uogólnieniami w wierszach, występującymi
u Radziewicz najczęściej w postaci point. Zamknięcie wiersza, ostatnie wersy, są w tej poezji
zapisem reakcji podmiotu na wcześniej opowiadaną, a w zasadzie kreowaną, przezeń historię. Ta
podmiotowa reakcja (często refleksja, często zapowiedź zachowania) oraz nieuzurpowanie sobie
prawa do głoszenia niepodważalnych prawd, przesądzają o liryczności lewej strony.
1
Wiara w poezji Teresy Radziewicz jest zupełnie odrębnym zagadnieniem
i wymagałaby osobnego studium; niech przy okazji tego omówienia wystarczy, że problem ten zostanie jedynie zasygnalizowany.
46
Oczywiście, jednemu z powyższych twierdzeń zarzucić można niezasadne utożsamienie epiki
z realizmem, co z punktu widzenia literaturoznawstwa jest nadużyciem – i byłby to zarzut słuszny.
Tym niemniej, gdyby chcieć go dyskutować, wkroczylibyśmy w rejony, w których
twórczość Teresy Radziewicz zeszłaby na dalszy plan i stałaby się jedynie
pretekstem teoretycznoliterackich dywagacji. A przecież rzecz jest w tym, by
pobieżnie choćby dowieść, że autorka lewej strony mówi własnym, od nikogo
nie zapożyczonym i niepowtarzalnym językiem.
Janusz Taranienko
Teresa Radziewicz, lewa strona, Stowarzyszenie Literackie im. K. K.
Baczyńskiego,
wyd. I, Łódź 2009.
PORTRET ZBIOROWY
Debiut, na który czekałam od dawna. Teresa Radziewicz, wielokrotnie
nagradzana i publikowana, nie spieszyła się, pozwoliła swojej poezji dojrzeć,
okrzepnąć i zaproponowała książkę przemyślaną, w której nie dała szans
wierszom słabszym czy przypadkowym.
Tomik otwierają teksty wyciągające na światło wiersza korzenie rodzinne - piękne, poruszające,
niezwykle melodyjne i obrazowe, bardzo osobiste, jednak niebędące tylko sentymentalną podróżą
czy laurką rodzinną - wciągając narracją, każą się oczywiście pochylić nad losami bohaterów, ale
przy tym wnikają głębiej, szukają ukrytych korytarzy między dawnym a dzisiejszym, co już pierwszy
utwór zapowiada tytułem: [Rozpoczynam wędrówkę w stronę zamkniętą] i dopełnia kontrapunktem
w puencie: Wiem,| są miejsca, które muszę zrozumieć| samodzielnie. Będzie więc podmiot liryczny szukał
w sobie naturalnej kontynuacji tego, co przodkowie napoczęli, z czym go zostawili. Będzie kroczył
po śladach, odszukiwał i nazywał miejsca wspólne, paralele między losami, by dać perspektywę dla
ich oglądu - jako jednej ciągłej opowieści. Wszyscy moi krewni tłoczą się i każdy chce| by opisać jego
historię [Drzewo genealogiczne] - poetka angażuje więc swój język i aranżuje przestrzeń wierszy
tak, by spisać, co było. Ale ze świadomością, że spisywanie nie będzie proste. Tworząc wiersze pełne
konkretów, biograficznych czy nawet topograficznych odniesień, wie: fakty są skromne, reszty trzeba
szukać [W drodze dziedziczenia]. I szuka – w sobie. Jak silne jest poczucie ciągłości pokoleniowej, jak
silny jest związek z przeszłością i świadomość, że losy i tajemnice przodków przekładają się na nasze
życie – pięknie pokazują wiersze takie, jak [Spadek] (gdzie czytamy o dziadku: na każdym zdjęciu ma
w oczach| tajemnicę, nie powiedział wszystkiego.|| Ojciec przechował to dla mnie) czy [Pogrobowiec]
(w którym tytułowy krewny zlicza w sierpniu gwiazdy, w lutym maluje na szkle| kaczeńce i przy kopcącej
łojówce uczy się na pamięć| wierszy.| Jeszcze nie wie, że wszystko| odbije się w dzieciach.)
lewa strona to zbiorowy portret tych, którzy odeszli, ale przygotowali i ukształtowali sobą miejsce
dla potomnych. Zaglądając na lewą stronę dostrzegamy struktury, miejsca szycia, sploty, które
zapewniają spójność, a są niewidoczne na pierwszy rzut oka. Warto pójść tym tropem, choćby i po
to, by rozgryźć, na języku poczuć|| smak goryczy. Wszystko,| byle tylko nie czuć nieważkości. [Kosmos],
po to, by wejść w środek prywatnej mitologii i przez jej pryzmat spojrzeć na własne życie.
Eksplorując rodzinne przestrzenie, poetka powoli przesuwa środek ciężkości w stronę namysłu
nad tożsamością, miejscem człowieka i jego relacjami z otoczeniem. Nie pamiętam dnia, w którym
matka| podarowała mnie światu, ale umiem| przyglądać się rzeczom pod światło“ [*** (Nie pamiętam
dnia)]. Przyglądanie się rzeczom pod światło wydaje się być charakterystycznym dla tej poetyki
sposobem przekładu rzeczywistości na wiersz.
Jak wrażliwe jest poetyckie oko i ucho Radziewicz, jak nośne i sugestywne są jej obrazy, świetnie
widać w utworze [Ojciec. Matka. Czas dojrzewania winogron] – zmysłowe, synestezyjne opisy
nie tylko uautentyczniają wiersz-powrót do dzieciństwa, ale pokazują kunszt autorki, zdolnej do
kreacji, które wzruszając przez wywołanie ducha przeszłości nie są zwykłym „odwracaniem się za
siebie“. Podobnie [Kapsel], [Podciśnienie], [Eschatologia szaf elektrycznych] czy [Piaskownica] - to
wiersze-wyrazy dojrzałości, która uczy akceptować świat płynący jak cumulusy [Podciśnienie], choć
nie zawsze zna jednoznaczną odpowiedź, jak się z nim uporać: Co z każdym szczegółem, sercem|
wyciętym na starym jesionie, wyrysowanym na wilgotnej ziemi? [Piaskownica].
Poezja Teresy Radziewicz z uwagą podpatruje człowieka, który jest „umocowany” w swojej
historii, naznaczony i zdeterminowany losami przodków i wydarzeniami dzieciństwa, ale także
zawieszony w kosmosie, przeznaczony chwili, a w tej chwilowości – bezbronny i bezbrzeżnie
samotny. Życie| z tamtej strony wydaje się lepsze. Tutaj marazm|| zastój, rzeczy nieruchome,
klatka, której przecież| nikt jednak nie zamknął [Kosmos]. Jednak nie ma w tych wierszach zgody
na pesymistyczną nadwyżkę, skoro czytamy taką oto apoteozę człowieczej niepowtarzalności,
niezwykłości: Spotykamy się pomiędzy czasami,| w części wspólnej zakresów,| której nikt jeszcze
nie zaznaczył. [Skąd te pęknięcia, przez które płyniemy do siebie?]
Dwa fragmenty uparcie odczytują mi się jako poetyckie (czy tylko?) credo autorki: Dni mijają jak
przesuwane dagerotypy,| rzutują ślady na miedzianą płytkę. Uczulam|| tworzę światłoczułą warstwę,
utrwalam głębię| niezatartych znamion, wywołuję efekt | trzykrotnego zanurzenia w wodzie,||
nacierania oliwa, spotkania| z więcej niż tylko człowiekiem. [W poszukiwaniu zagubionych źródeł]
oraz Milkniemy|| i nagle łapię najważniejsze słowo,| a ono mocno kłuje w język. [Dolina Biebrzy] . Czy
nie tak właśnie poetka chwyta świat, przyłapuje go swoją wrażliwością i przekłada na słowa?
lewą stronę kończą wiersze o śmierci. Z tym motywem mierzy się prędzej czy później (na nieszczęście
dla poezji zazwyczaj prędzej) niemal każdy poeta. Radziewicz radzi sobie i z tym wyzwaniem świetnie.
Jej utwory poruszają, hipnotyzują, omijają pułapki uproszczeń i tanich refleksji, niezależnie od
tego, czy są próbą oswojenia śmierci (w kalendarzu dla pamięci zaznaczyć: wyrzucić śmieci, zrobić
pranie, umrzeć [Wiersz o zwykłych sprawach], wyrazem zgody na jej nieuchronność (Dobra śmierć|
zawsze gromadzi tych, którzy kochają. [Anastazja]) czy próbą poetyckiego przetworzenia bólu,
buntu i tęsknoty za umarłym (Gdybyś choć raz we śnie przyszedł,| twarz pokazał. Zapewnił: śmierć
wcale nie taka| nieodwracalna i prawdziwa. [Krew okazała się za gęsta]). A czego spodziewać się już
„po“? Piękne zakończenie wiersza, piękne zakończenie tomu: „Potem cisza normalna więc całkiem
nieznośna”| boli jak źle skrojony materiał| z brakiem po lewej stronie. [Wiersz o zwykłych sprawach]. I tu
pytanie: czyżby zamysłem autorki było ostatecznie nakierować tytułem zbioru czytelniczą wrażliwość
właśnie na tę lewą stronę? Zataczamy więc koło, po drodze uczestnicząc w poezji pięknej, niezwykłej,
mądrej, mówiącej o sprawach ważnych, które z konieczności mogę tu jedynie telegraficznie nakreślić
i powierzchownie potraktować. Z czystym sumieniem: warto zajrzeć na lewą stronę.
Izabela Fietkiewicz-Paszek
Teresa Radziewicz, lewa strona, Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego, Łódź 2009.
Migotania, przejaśnienia 26
druk
M i g o t a Ni a
PRZEJAŚNIENIA
współfinansowany
przez
Wydawnictwo Poligraficzne „FAMI” - Drukarnia
Bogusław Pankowski
ul. Chocimska 15, 85-078 Bydgoszcz
tel./fax (0 52) 322 00 34
[email protected]
www.wydawnictwofami.pl
Joanna Grochocka
Urodzona w 1981 roku w Gdyni. Ilustrator, grafik.
Współtwórczyni pracowni mediów niezależnych „Obin Org”, działającej w latach 2003-2006 w kolonii artystów w stoczni gdańskiej.
Na przestrzeni ostatnich lat współpracowała przy projektach artystycznych z grupami takimi jak „Vlepynet” czy „Krecha”.
Obecnie działa w ramach duetu ilustratorsko-multiartystycznego „Zumba Stein” oraz współprowadzi pracownię sitodruku przy
Uniwersytecie Gdańskim.
Książki nadesłane
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
Gazeta literacka
P. Müldner-Nieckowski, L. M. Jakób, Korespondencja literacka Lecha M. Jakóba i Piotra MüldneraNieckowskiego publikowana na łamach kwartalnika „Łabuz” w latach 1998-2007, Wydawnictwo Adam
Marszałek, Toruń 2010.
T. Radziewicz, lewa strona, Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2009.
K. Suchcicka, haust powietrza, Oficyna Wydawnicza Łośgraf, Warszawa 2009.
R. Wasilewski, Jeżeli czytasz we mnie..., Wydawnictwo Książkowe IbiS, Warszawa 2010.
D. Majer, Ksiąga grawitacji, Wydawnictwo „mamiko”, Nowa Ruda 2009.
A. Syska, Śpiewała młoda prawda. Vasko Popie od „Bocznego nieba”. Wiersze 2006-2008, Podkarpacki
Instytut Książki i Marketingu, Rzeszów 2009.
M, Wabik, Spisek, Wydawnictwo „mamiko”, Nowa Ruda 2009.
G. Przepiórka, Aneks, Siedleckie Towarzystwo Naukowe, Siedlce 2009.
. Sikorski, Droga z Daulis do Delf, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2009.
P. Piaszczyński, Moleskine, Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne „Portret”, Olsztyn 2009.
Człowiek i sacrum. V Ogólnopolski Konkurs Poetycki „O Wawrzyn Sądeczcyzny”. Almanach, Katolickie
Stowarzyszenie Civitas Christiana, Kraków 2009.
B. Sadliński, M. Dobrzański, Nomen omen (B. Sadliński, Zbrodnia Ikara; M. Dobrzański, Należy zostać),
Drukarnia Solpress, Prudnik-Opole 2009.
M. S. Knapczyk, Córka słońca, Wyd. Sowa, Warszawa 2009.
J. Suchanek, Ku, Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Biblioteka „Toposu”, Sopot 2009.
E. Ostrowska, Śmiech i łaska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2010.
M. Jentys, Argonauci naszych czasów. O prozie polskiej(i niepolskiej), Wydawnictwo Adam Marszałek,
Toruń 2009.
47
OdPRySKi
Autorzy goszczący po raz pierwszy:
Jan Gondowicz
Na stuLECie
Myśli Leca: ciszenrufy.
Demokracja
Obywatel obrywatel.
De profundis
Saska tradycja: sramnatyzm.
Nauki społeczne
Warstwa wyznawców dewizy „Olewam to!”: urynariat.
Uny
Ci, co są pawiem narodu.
Normy
Poziom? – skandard.
Politologia
Problem niemiecki – szkopuł.
Czekając na barbarzyńców
Upragniony najazd ze Wschodu: tatarsis.
Dylemat
Co gorsze: utajnienie ujawnienia utajnień czy ujawnienie
utajnienia ujawnień?
Sentencja
„Myślę, więc tu jestem” (Kratezjusz).
Internet
Oczyszczalnia wścieków.
Piśmiennictwo
Jak nie Scylla, to Charybda
Inspirację piórom skryb da.
Sztuki piękne
Dodaizm.
Nauka
Watykanista: klerudyta.
Medycyna
Przenosiny dla zdrowia na prowincję: pacaneum.
Dlaczego klasycy
Credo quia absurdum – kredyt rozpaprany na głupstwa.
Is fecit cui podest – czuję: jest narobione na półpiętrze.
In dubio pro reo – prorektor zdębiał.
Nil admirari – dowódca floty rzecznej
w starożytnym Egipcie.
Pars pro toto – kichaj na to.
Quo vadis? – co przeszkadzasz?
Suum cuique – gdy sum kwiknie.
Vae soli! – bo zupa była za słona.
Psychologia
Wiara w UFO: ufność.
Album mitologiczne
Marsjasz: Mesjasz Marsjan.
Iluminacja
Autentyczna literówka: „prawdziwny”.
Wątpliwość
Czy „nalewka” to pozycja erotyczna?
Obsługa
W malinowym chruśniaku: chrustessa.
Turystyka
Wodoodporna busola – kąpas.
Koty
Obyczaje niektórych rasowych kotów – perswersja.
Rozrywki umysłowe
Łatwa zagadka – zgadka. (Trudna – niezgadka).
Proverbia
Gadu, gadu – mawiał stary jaszczur.
48
Aleksander Flakar. Urodził
się w 1924 roku w Białymstoku, wczesne dzieciństwo spędził w Polsce międzywojennej.
Po wojnie zamieszkał w Chorwacji. Emerytowany profesor
Uniwersytetu w Zagrzebiu.
Znawca awangardowej
literatury i sztuki w Europie
Wschodniej i Środkowej
(jego prace z teorii literatury
były drukowane na łamach
„Pamiętnika Literackiego”
i innych polskich periodyków
naukowych). Pomysłodawca
i redaktor Słownika awangardy rosyjskiej. Na jego seminarium uczęszczała znana
pisarka chorwacka Dubravka
Ugrešić.
Beata Patrycja Klary. Poetka i krytyczka. Za debiutancki tom wierszy pt. Witraże
została nagrodzona Wawrzynem Lubuskim (2005).
Wydała ponadto 2 arkusze
poetyckie Schną koniczyny
i Nokturny intymne oraz tom
wierszy Imaginacje (2006).
Na co dzień jest bibliotekarką, pełni też funkcję zastępcy
redaktora naczelnego pisma
literackiego „Pegaz Lubuski”.
Zbiera anioły, jej kolekcja
liczy już około 300 figurek
i wizerunków tych boskich
posłańców.
Teresa Nietyksza. Urodziła się na Podlasiu, gdzie
spędziła wczesne dzieciństwo. Następnie mieszkała
z rodzicami w Kaliskiem i tu
ukończyła szkołę średnią (III
Liceum im. Anny Jagiellonki w Kaliszu). Debiutowała
jako Teresa Szwed (nazwisko
rodowe) w 1959 r. podczas
studiów w Krakowie (19591960). Od 1960 r. mieszka
w Opolu.W jej twórczości
znajdziemy poetycki zapis
dzieciństwa na Podlasiu, tragizm wojny i pogranicza, styk
różnych narodowości, kultur i religii, miłość do ludzi,
kraju, rodziny i świata, jak też
fascynację sztuką i refleksje
z podróży do Ameryki. Jest
autorką książek poetyckich:
Cień z oczu (1991), Powietrzem i miłością (2004),
Podróż Penelopy (2005),
Sonety opolskie (2006).
Dejan Bogojević. Urodzony
4 lipca 1971 r. w miejscowości Valjevo (Serbia). Pisze
wiersze, prozę, haiku, eseje,
dramaty. Zajmuje się także
krytyką literacką i plastyczną. Publikował swoje utwory
w koło 120 zbiorach i antologiach w kraju i zagranicą.
Zajmuje się także twórczością plastyczną (malarstwo,
ilustracja, rysunek, komiks
i designe). Dotychczas
zilustrował i zaprojektował
ponad 50 książek i czasopism. Miał 17 indywidualnych wystaw w kraju i więcej
niż 40 wystaw kolektywnych
w kraju i zagranicą. Laureat
nagrody „PANONSKI GALEB
1999” w Suboticy (Serbia),
„SRPSKO PERO 2003”w Jago-
dinie (Serbia), „Šumadijske
metafore 2003” w Mladenovacu (Serbia), „RADE TOMIĆ”
w Kraljevu (Serbia).
Olga Lalić-Krowicka. Urodzona w 1980 roku w Šibeniku w Chorwacji, serbskopolskiego pochodzenia.
Absolwentka filologii słowiańskiej na Uniwersytecie
Jagiellońskim w Krakowie.
W 2007 roku przyznano
jej stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa
Narodowego. Publikowała
na łamach m. in. polskich
oraz serbskich czasopism
oraz w ponad trzydziestu
antologiach i almanachach
wydanych w Serbii i Polsce.
Pisze wiersze, haiku, krótkie
opowiadania oraz dramaty.
Jej wiersze tłumaczono na
języki: angielski, bułgarski,
litewski, macedoński oraz
słoweński. Jest laureatką kilkunastu konkursów
i wyróżnień w Polsce i na
Bałkanach. Zajmuje się również przekładami. Mieszka
i tworzy w Dukli.
Aleksandar Čotrić. Urodzony
w 1966 r. w Loznicy, Serbia.
Należy do belgradzkiego kręgu
aforystów oraz jest członkiem
Związku Literatów Serbskich.
Z wykształcenia jest prawnikiem.
Mieszka i pracuje w Belgradzie.
Tadeusz Zawadowski.
Poeta, krytyk literacki; urodził się 9. 12. 1956 r. w Łodzi,
gdzie ukończył studia ekonomiczne na Uniwersytecie
Łódzkim. Od 1981 roku
mieszka w Zduńskiej Woli,
gdzie współtworzył Klub
Literacki „TOPOLA”, którego
jest nieformalnym liderem
i redaktorem większości
wydawnictw ( w tym serii
wydawniczej Biblioteka
TOPOLI ) oraz interdyscyplinarny Klub Twórczej Pracy
„BEZ AUREOLI”. Jest również
członkiem Związku Literatów Polskich. Laureat ponad
200 międzynarodowych
i ogólnopolskich konkursów
literackich. W roku 1997 Niezależna Fundacja Popierania Kultury Polskiej POLCUL
FOUNDATION w Sydney(
w kapitule zasiadali m.in.
Jerzy Giedroyc, Gustaw
Herling – Grudziński, Jan
Nowak – Jeziorański) uhonorowała go swoją nagrodą
za całokształt działalności
kulturotwórczej. Jest autorem ponad 600 publikacji
w ogólnopolskiej i zagranicznej prasie literackiej. Swoje
wiersze i teksty krytyczne
publikował w ponad stu
pięćdziesięciu antologiach
literackich. Wydał tomiki
poetyckie: Fotoplastikon
(1987), Witraże (1991), Demony (1992), Przedrośla (1994),
Listy z domu wariatów (1995),
O Elizabeth, Berenice i jeszcze
innych kobietach (1997), Krajobraz z kroplą w tle (1997),
Lustra strachu (2000), Ścieżka obok raju (2005), Między
Prenumerata!
Cena Migotań, przejaśnień wynosi 8 złotych (14 złotych numer podwójny),
horyzontami (2006), Powrót
do domu wariatów (2007).
Jego wiersze były tłumaczone na języki: chorwacki,
serbski i angielski.
Ninette Nerval. Do tej pory
publikowała poezję („Czas
Kultury”, „Fa-Art”, „Pogranicza”, „Kresy”, „Neurokultura”,
„Zeszyty Poetyckie” itp)
fragmenty prozy (Rita Baum,
Korespondencja z Ojcem), krytykę literacką i filozoficzną
(„Estetyka i Krytyka”, „Nowa
Krytyka”), przekłady Wittgensteina („Ethos i Logos”, „Kwartalnik Filozoficzny”). Kończy
filozofię na UJ, fotografuje,
kręci krótkometrażówki.
Patrycja Kaleta. Urodziła
się w 1983 roku. Mieszka
w Czeladzi. Jest dziennikarką
i studentką studiów doktoranckich w zakresie literaturoznawstwa na Uniwersytecie
Śląskim. W 2004 roku wydała
tomik poetycki Pokoje pachnące mlekiem. Publikowała
m.in. w „Śląsku”, „ArtPapierze”
i „Prowincji”.
Zbigniew Chojnowski
(ur. 1962). Poeta, krytyk
i historyk literatury. Opublikował m.in. Śniardwy
(1993), Cztery strony domu
(1996), Prześwit (2002), Ląd
gordyjski (2006), Rozwidlenia
(2008), a także monografie
o poezji J. Iwaszkiewicza,
A. Kamieńskiej i M. Kajki.
Mieszka w podolsztyńskiej
wsi Przykop.
Julia Łukasiak. Ur.1989, studentka Kolegium MISH na
Uniwersytecie Warszawskim,
laureatka kilku konkursów
poetyckich( m.in konkursu
im. Sieniawskiego, I Nadwiślańskich Spotkań z Poezją,
Turnieju I wiersza podczas
V Manifestacji Poetyckich).
Debiutowała w kwartalniku
literackim „Wyspa”.
W wolnych chwilach maluje.
Mieszka w Warszawie.
Sławomir Hornik. Ur. 1986.,
student kulturoznawstwa.
Publikacje w „Akancie”, „Pro
Arte”, kwartalniku „sZAFa”
oraz na kilku portalach
internetowych. Jeśli ma
możliwość - pakuje mandżur
i jeździ w góry.
Tomasz Piekło. Ur.1983r. Pisze,
pracuje, współpracuje z magazynem Fragment. Publikował
w kwartalniku literacko-artystycznym „sZAFa”, piśmie
literacko-kulturalnym„Portret”.
Mieszka pod Krakowem.
Małgorzata Dorna.
Ur. 22 I 1954 r. w Sopocie.
Krytyk sztuki, nauczyciel.
Współpracowałam z „Głosem
Wybrzeża”, „Sztuką Polską”,
„Projektem”, „Tygodnikiem
Czas” i „Tygodnikiem Sopot”.
Zawsze pisałam o sztuce nigdy o polityce. Sztuka jest
wieczna - z polityką różnie
bywa...Polski „tygiel” raczej
mnie nie interesuje.Ciągle
lansuję jakieś inne nazwisko
- mam skłonność do komplikowania sobie życia.
M i got a
w środku plakat
z rysunkiem
Joanny
Grochockiej
G a z e t a
l i t e r a c k a
Migotania,
przejaśnienia
numer 1 (26) 2010
Redaktor naczelny: Zbigniew Joachimiak
Sekretarz redakcji: Karolina Firyn
Redakcja: Izabela Fietkiewicz-Paszek, Marta Fox,
Jan Gondowicz, Maria Jentys-Borelowska,
Andrzej Wołosewicz, Andrzej Żurowski, Bogusław Żyłko.
Stale współpracują:
Ewa Graczyk, Bartosz Jastrzębski, A. C. Leszczyński,
A.D. Liskowacki, Grzegorz Musiał,
Antoni Pawlak, ks. Jan Sochoń, Olga Śmiechowicz,
Roman Warszewski.
Projekt graficzny: Dariusz Szmidt
Opracowanie graficzne: Renata Kowalczyk
Wydawca: Literatura Net Pl. Sp. z o.o.
Adres redakcji: LNP - Literatura Net Pl.,
ul. Grunwaldzka 309, 80–309 Gdańsk
tel. (058) 345 25 94
[email protected], [email protected]
Migotania, przejaśnienia. G a z e t a l i t e r a c k a
sprzedawana jest w salonach Empik i Kolportera
w całym kraju w cenie 8 zł za pojedynczy egzemplarz (numer podwójny w cenie 14 zł). Możliwy jest
również zakup za zaliczeniem pocztowym. Łaskawe
zamówienia proszę składać w Redakcji dowolną
drogą. Redakcja uprzedza, iż nie odsyła tekstów
nie zamówionych; nie gwarantujemy również oceny
nadesłanych utworów literackich. W korespondencji
z Redakcją prosimy używać przede wszystkim adresów e–mailowych.
Ni a
w prenumeracie 5 złotych za egzemplarz (10 złotych numer podwójny)!
PRZE
JAŚN
IENI
Jak zamawiać? To proste! Jest na to wiele sposobów:
A
1) Zadzwoń pod numer 058 345 25 94 i złóż zamówienie
2) Wyślij zamówienie mailem na adres [email protected]
3) Wyślij zamówienie na adres: LNP - Literatura Net Pl., ul. Grunwaldzka 309, Centrum Handlowe Oliwa, 80-309 Gdańsk
Prenumeratę otrzymasz po wpłaceniu odpowiedniej kwoty na konto:
Kredyt Bank 53 1500 1171 1211 7004 7034 0000 lub za zaliczeniem pocztowym (koszty przesyłki i pobrania ponosi odbiorca)
Migotania, przejaśnienia 26

Podobne dokumenty