Jak rolnik złapał w szopie byka za rogi i pokonał króla

Komentarze

Transkrypt

Jak rolnik złapał w szopie byka za rogi i pokonał króla
SPIS TREŚCI:
3 Artykuł wstępny
4 Boże Narodzenie egzotycznie
6 Aktualności
7
8
9
10
12
Z życia szkoły
Z wizytą u Pani Herbert
Tydzień Ducha Szkoły
Okiem specjalisty
Herberciaki do kosza
Miej serce i patrzaj w serce
W wolnym czasie
13 Jak rolnik złapał w szopie byka
za rogi …
15 Transatlantyk
18 Czy latanie może być sztuką?
20 Wykorzystana szansa
Kącik Legionisty
22 O Legii i „kibolach”
przedświątecznie
2
REDAKCJA:
Eljasiak Małgorzata
Góralska Dominika
Kukawski Szymon
Smolak Filip
Sobczyk Jakub
Wiśniewski Maciej
Zawadzki Łukasz
SKŁAD:
Jakub Szerszeń
OPIEKA
Pani Halina Kwiatkowska
KONTAKT:
[email protected]
WSPÓŁPRACA
Spotkania zespołu:
czwartek 14:45 – 16:25
sala 209
Zapraszamy wszystkich
chętnych do współpracy
Wstępniak
Nadszedł grudzień i wszystkim poprawiły się humory.
No, może przesadzam, bo grudzień każdemu uczniowi kojarzy się z wystawianiem ocen semestralnych, co nie zawsze nastraja optymistycznie… Jednak jest coś na rzeczy. Gdy tylko
człowiek zobaczy pierwszą choinkę w centrum handlowym,
dostanie prezent mikołajkowy od kolegi z klasy, jakoś lepiej
myśli o świecie, uśmiecha się częściej.
Przedświąteczna atmosfera otworzyła serca naszym
szkolnym wolontariuszom czy kibicom Legii – o czym przeczytacie w tym numerze Herbertpress. A skoro przed Wami
dwa tygodnie świątecznego lenistwa, zachęcam do lektury
naszej szkolnej gazety. Obok obowiązkowego artykułu o różnych sposobach świętowania Bożego Narodzenia, polecam
szczególnie gorąco kącik „W wolnym czasie”, gdzie podzieliliśmy się z Wami naszymi zainteresowaniami.
Cała redakcja Herbertpress życzy oczywiście swoim
czytelnikom miłej lektury, udanych Świąt Bożego Narodzenia, dobrego humoru i towarzystwa w sylwestrowy wieczór.
Nauczycielom, jak i uczniom naszego Liceum życzymy dobrego roku 2012 – niech obie strony tej edukacyjnej machiny
będą zadowolone.
Wesołych Świąt!!!
3
Boże Narodzenie egzotycznie
„Navidad”, „Natal”, „Joulu”, ani tym bardziej „‫”داليملا دايعا‬
nie powiedzą Wam zbyt wiele. Jeśli jednak napiszę „Krisamasa”
to może co nieco zacząć świtać. Te wszystkie dziwności oznaczają
tyle, co… Boże Narodzenie – nie mniej, nie więcej. Tylko oczywiście w różnych językach. Jakich? Przeczytajcie, a dowiecie się
więcej o tej tradycji w różnych zakątkach naszej matki Ziemi.
Poczynając od tajemniczego „robaczka”, którego nie umiem
odczytać, przybliżę Święta Bożego Narodzenia w Egipcie. W państwie faraonów nie istnieje kościół latolicki, a koptyjski. Jest to
taki odłam chrześcijaństwa, w którym nie pogodzono się z człowieczeństwem Jezusa, uznając go w pełni za Boga. Oznacza to tyle, że
Święto Bożego Narodzenia dla koptów ma zupełnie inny wymiar.
Jest to święto samego Boga. Warto zwrócić uwagę na żyjących tam
muzułman. Obchodzą oni wspólnie z chrześcijanami część świąt wśród nich i to. Koptowie świętują narodziny Stwórcy nie 24 grudnia, lecz 7 stycznia. Jest to data wynikająca z kalendarza juliańskiego. Tak jak my mamy adwent trwający cztery tygodnie, Egipcjanie
mają 45 dni postu. W tym czasie wolno im spożywać jedynie ryby i
warzywa. Wyjątkiem w trakcie postu jest 6 grudnia, kiedy to odprawiane są od 20:00 do 24:00 specjalne msze święte. Po mszy rodziny udają się na kolację w postaci takiego dania jak „fatta”. Potrawa
ta składa się z ryżu z chlebem, grzanek, octu i czosnku. Pewno pytacie się teraz „Gdzie prezenty?!”. Otóż następnego ranka, czyli już
7 grudnia, możemy znaleźć pod choinką… puste pudełka po nich. I
to nie jest żart. Prezenty dostaje się dopiero w Nowy Rok. W samo
Boże Narodzenie, 7 stycznia, wierni wybierają się do kościołów na
świąteczną mszę, następnie kończą ten długi okres rodzinną kolacją. Tutaj kończy się świętowanie oraz post.
Brazylia – kraj, w którym mieszka najwięcej katolików na
świecie. Oni również obchodzą Święta Bożego Narodzenia, zwąc
je z portugalskiego „Natal”. Wpływ na formę świętowania ma aura
(w grudniu jest tam lato) oraz przeszłość. Brazylia to kraj powstały
w wyniku masowej kolonizacji.
4
Mamy tym samym do czynienia z tradycjami pochodzącymi z
kultur wielu europejskich narodów. Stąd też Brazylijczycy znają tradycyjny żłobek, śpiewają kolędy, dekorują dachy domostw
i ogródki w świąteczne motywy. Mają również pasterkę, kojarzą
postać św. Mikołaja w taki sam sposób jak my. Jednakże nie rosną
u nich świerki i inne iglaki – zastępują je… choćby bananowcami.
Owszem, zdarzają się sztuczne choinki oblepiane równie sztucznym śniegiem, i mimo wszystko to one dominują w brazylijskich
domach. Na stołach w tej części Brazylii trafimy na indyki oraz
inny drób, a także na „churassco”, czyli wołowinę z rusztu. Brazylijczycy okazują radość z okazji narodzin Boga bardzo entuzjastycznie poprzez huk petard, wielobarwne ubiory oraz wesołą, rytmiczną muzykę.
Docierając do angielsko brzmiącego sformułowania „Krisamasa”, trafiamy do Indii. Święta Bożego Narodzenia obchodzone
są w bardzo różny sposób, a w pewnych miastach są one zupełnie nieobecne. Przyczyną tego jest bardzo niski odsetek katolików,
wynosi tam zaledwie 3%. Jednak jeśli już spotkamy się ze świętującą rodziną, to można poczuć się niemal jak w domu. O dziwo,
znaczna część tradycji jest niemal identyczna jak w Polsce. Jest
Wigilia, Pasterka, nawet można spotkać Świetego Mikołaja na ulicy. Zostały także zaadaptowane kolędy. Jedynie postacie jasełek
ubrane w tradycyjne hinduskie stroje nie przypominają tych z naszych szopek bożonarodzeniowych.
Do objaśnienia zostały jeszcze takie słówka jak „Navidad”
czy „Joulu”. Jednakże zachęcam Was, drodzy czytelnicy, do samodzielnego wyszukania ich pochodzenia oraz zapoznania się z
tradycjami bożonarodzeniowymi tych narodów. Chociaż, jak widać, tradycje te nie różnią się tak bardzo od naszych i jadąc w nawet najdalszy zakątek świata w Święta, możemy poczuć się jak w
domu. Jak tu, w Polsce.
Szymon
5
• Kultura
Aktualności
Uczennice naszej szkoły w listopadzie odebrały nagrody za
udział w konkursach poezji i pieśni patriotycznych. 16 listopada na gali wieńczącej Ogólnopolski Konkurs Piosenki i Recytacji Poezji Legionowej Żołnierskiej i Niepodległościowej
wyróżniono duet wokalny: Nicola Kasanji (1d) i Paulina Wawrzyniak (1a). 29 listopada na uroczystości wręczenia nagród w
VII edycji Praskiego Konkursu Patriotycznego im. gen. Jakuba
Jasińskiego, w kategorii pieśni i piosenki patriotycznej laureatkami II miejsca zostały: Paulina Wawrzyniak z 1a oraz Nicola
Kasanji z 1d, natomiast III miejsce zajęły: Ola Trzcińska - 1a,
Anna Mazurek - 1a. W kategorii recytacja wyróżnienie otrzymała Paulina Laskowska z klasy 1a.
• Historia
29 listopada, w dzień 181. rocznicy wybuchu powstania listopadowego, uczniowie klasy 2a wraz z Panem Profesorem Jarosławem Przybysławskim odbyli wycieczkę na Cmentarz Wojskowy na Powązkach. Po cmentarzu oprowadzał uczniów Pan
Tadeusz Sobieraj, dziennikarz i fotograf. Na symbolicznej mogile powstańczej zostały złożone kwiaty oraz zapalone znicze.
• Sport
Reprezentanci naszej szkoły zostali mistrzami dzielnicy Praga
Południe w kosza. W listopadzie zmierzyli się z drużynami z
innych dzielnic Warszawy. (Czytaj więcej – w artykule Herberciaki do kosza).
6
Z wizytą u Pani Katarzyny Herbert
16 listopada grupa
uczniów naszego liceum,
pod opieką Pani Dyrektor Bożeny Gromadzkiej,
Pani Adamkiewicz oraz
Pani Kwiatkowskiej, wybrała się w odwiedziny do
Pani Katarzyny Herbertżony Zbigniewa Herberta. Wszyscy uczestnicy w
odświętnych strojach oraz z pięknym bukietem kwiatów, udali się
na przystanek koło szkoły, by stąd pojechać na miejsce spotkania.
Podróż upływała głównie na zastanawianiu się, jak przebiegnie rozmowa. Po dojechaniu na miejsce i zrobieniu pamiątkowych zdjęć
przed domem, w którym mieszkał Zbigniew Herbert, cała licealna
zgraja weszła do środka.
Wszyscy obawiali się, że rozmowa będzie wymuszona, a
nasza rozmówczyni okaże się być nudną lub niemiłą osobą. A jednak okazało się zupełnie odwrotnie. Pani Herbertowa poczęstowała
nas pyszną herbatką, którą popijaliśmy, słuchając opowieści o Jej
mężu, stanie wojennym, wspólnych podróżach Państwa Herbert
oraz ciekawostek z życia poety. Atmosfera przy stole była iście rodzinna, ponieważ Pani Katarzyna swoim zachowaniem sprawiała,
iż czuliśmy się jak w domu. Potem nastąpiło krótkie zwiedzanie
domu. Na wszystkich największe wrażenie zrobiła ogromna biblioteka – miejsce pracy Zbigniewa Herberta - oraz wielki, stary kot
wygrzewający się na łóżku.
Myślę, że to spotkanie zostanie w pamięci każdego z uczestników. I to na długo. W końcu nie każdy ma okazję robić herbatkę
z żoną Zbigniewa Herberta.
Filip
7
Tydzień ducha szkoły
Jak co roku, w listopadzie przeżywaliśmy tydzień ducha szkoły. Przez
siedem kolejnych dni uczniowie mogli
przebierać się zgodnie z tematami wybranymi przez Samorząd Uczniowski.
Każda przebrana osoba korzystała z
unikalnego przywileju - nie mogła być
pytana przez nauczycieli. Tydzień ducha szkoły odbył się w dniach 14 -18 listopada. Jego tematy były zróżnicowane. Zaczynając od „dresa i solary” przez
„halloween”, zwiedzając „lata 80”, w
„piżamach” i kończąc „bobasem”. Okazało się, że wielu uczniów naszego Liceum ma talent i wyobraźnię
- wymyślało przeróżne stroje, których nie powstydziliby się najlepsi
kostimografowie i charakteryzatorzy w naszym kraju. Pierwszego dnia
wiele osób przyszło od góry do dołu ubranych w dresy. W kolejny dzień
korytarze wypełniły się grozą. Nie oszczędzano ciemnych ubrań, mocnych makijaży oraz sztucznej krwi na twarzy czy koszulkach. Podczas
„lat 80” ludzie założyli najróżniejsze kolorowe koszule, poprzecierane
spodnie czy wisiorki z pacyfkami. Większość dziewczyn rozpuściła
włosy oraz założyła na głowę hipisowską opaskę. W dzień „piżamy”
wielu zaoszczędziło czas przed wyjściem z domu i w „stroju wieczorowym” pojawiło się na lekcjach. Szczerze mówiąc niektórzy wyglądali
tak, jakby uciekli z jakiegoś zakładu psychiatrycznego. Inni natomiast
pozakładali kolorowe szlafroki oraz ciepłe kapcie. W dniu „bobasa”
chyba najmniej osób się przebrało. Jednak byli i tacy, którzy nie bali
się przyjść do szkoły w różowym pampersie z dziecięcą czapką na głowie oraz ze smoczkiem. Wydaje mi się, że taki zwariowany tydzień to
bardzo ciekawe wydarzenie i wprowadziło wiele uśmiechu do naszej
szkoły. Czekamy z niecierpliwością na kolejną taką akcję.
8
Meg
Okiem specjalisty
Pewnego grudniowego poranka w naszej szkole pojawił
się gość specjalny, Pan Tadeusz
Sobieraj. Jednak tylko nieliczni
mieli okazję się z nim spotkać,
a dokładnie redakcja naszej kochanej gazetki szkolnej. Zapewne dlatego, że nasz gość jest
znanym i szanowanym pisarzem
– historykiem, dziennikarzem i
fotografem. Można by długo wymieniać jego dzieła. Nam udało
się zapoznać z „Pieśnią maków na Monte Cassino”. Okazało
się, że nie tak prosto jest napisać coś nowego, coś, co zainteresowałoby czytelników. Nasi początkujący pisarze dostali kilka
cennych rad, a przy okazji usłyszeli historie, które Pan Tadeusz
przywiózł z całego świata. Miejmy nadzieję, że już w tym wydaniu zauważycie rezultaty.
Dominika
9
Herberciaki do kosza
Uczciwie powiem – nie wiem jak wygląda herbertowska przeszłość,
jeśli chodzi o zawody w kosza. Nie napiszę też, że wreszcie, po iluś
tam latach oczekiwania, dostaliśmy się na Warszawę. Poprzestanę
na tym, że się dostaliśmy i coś tam zagraliśmy i chyba ugraliśmy.
Nie wiem, z mojego punktu
widzenia, schrzaniliśmy. Ale po kolei.
Tegoroczne zawody zaczęliśmy z kopyta, wygrywając w
pierwszej fazie grupowej Pragi Południe z Komorską i Skłodowską
dużą różnicą punktów. Nieco trudności przysporzył nam dopiero
mecz z Mickiewiczem, ale kolegów od romantyzmu odprawiliśmy
z kwitkiem, wygrywając około dwudziestoma punktami i rewanżując się za zeszłoroczną porażkę.
W kolejnej fazie grupowej rywalizację z nami nawiązali reprezentanci Okulickiego. Zanotowaliśmy kolejną wygraną, również
dużą liczbą oczek. Najtrudniejszymi meczami na etapie dzielnicowym były te z Prusem. Trzeba przyznać chłopakom, że grać potrafią
i napsuliśmy sobie przez nich trochę krwi. Pierwsze spotkanie, w
fazie grupowej, zwyciężyliśmy po dogrywce wynikiem 43:40.
W półfinałach nie daliśmy szans Wyspianowi, kończąc mecz
wynikiem 46:17. Mecz bez historii.
Finał, również z Prusem, był cholernie ciężką przeprawą.
Prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie i największą różnicą, jaka została osiągnięta przez nas, czy też przez nich, było siedem
oczek. Mecz rozstrzygnął się dopiero w końcówce. Obie drużyny
miały kłopoty z faulami. Ostatnie słowo należało do nas, gdy po
trafionych przez Sikorę osobistych, rzucającego z syreną rozgrywającego Prusa, zablokował Bartek Flaga. Mecz skończył się wynikiem 42:40 dla nas. Zdobyliśmy mistrzostwo Pragi Południe i to
my świętowaliśmy w szatni zdobycie pucharu (z pucharem).
Etap warszawski był dla nas jak kubeł zimnej wody na rozgrzaną głowę. Praktycznie brak łatwych punktów, krycie na cały
parkiet i punktowanie głównie dzięki trójkom czy też penetracjom
zakończonym zagraniem na czystą pozycję. Kosze na hali przy ulicy
Geodetów są bardzo sztywne, toteż nawet dobijanie piłki nie było
10
prostym zadaniem, co można było zauważyć również w spotkaniach innych drużyn. Słowem, gryzienie parkietu od początku do
końca.
Coach prof. Mroczek poprowadził nas do wygranej nad Targówkiem. Na parkiecie byliśmy wyraźnie lepsi i Targówek praktycznie nie mógł punktować z bliska. Wygrana zapewniła nam
awans do kolejnej grupy.
Pierwszą porażkę zanotowaliśmy ze Słowackim. Nie mam
pojęcia, co się działo w tym meczu. Piłka nie chciała znaleźć drogi
do kosza, nawet po akcjach zagranych teoretycznie dobrze. Graliśmy bardzo nieskutecznie, co doprowadziło do pierwszej porażki
naszej drużyny w tym roku. Tak czy inaczej, po meczu z Targówkiem, mieliśmy już zapewnione wyjście z grupy.
Na kolejnym etapie rozgrywek trafiliśmy na drużyny z Bielan i Mokotowa. Niestety, negatywnie przełomowym meczem w
turnieju był dla nas ten z Kochanowskim, mistrzami Mokotowa.
Gryźliśmy parkiet od początku do końca. Przez pierwsze trzy
kwarty pewnie kontrolowaliśmy grę. Na początku czwartej prowadziliśmy dziesięcioma punktami. Nasz rozgrywający zszedł z
boiska przez kłopoty z faulami i wtedy zaczęły się nasze problemy.
Masa błędów popełnionych w ataku i w obronie, niecelne podania,
nieprzykładanie się do krycia i błędne decyzje rzutowe doprowadziły do naszej przegranej. Co tu dużo mówić – załamaliśmy się.
Wiedzieliśmy, że przegraliśmy tylko i wyłącznie z samymi sobą.
Ostatnim meczem turnieju był ten z Bielanami. Po porażce z Mokotowem nie potrafiliśmy już nawiązać rywalizacji. Mam
wrażenie, że największym problemem w tym meczu był nasz brak
woli walki, który przekładał się na totalny brak obrony, czy też
zgrania w ataku. Mecz oddaliśmy i tyle.
Zawodów w tym roku nie zaliczę do udanych. Nie zagraliśmy na sto procent naszych możliwości. Wiem, że mogliśmy zajść
znacznie wyżej, niż do drugiego etapu grupowego na Warszawie i
walczyć o wysoką lokatę w pierwszej ósemce. Niedosyt pozostanie na długo. Na Warszawę może dostać się każdy, rywalizacja zaczyna się dopiero w turnieju finałowym. Widzimy się tam za rok.
Łukasz Zawadzki
11
„Miej serce i patrzaj w serce”
W dniach 2-4 grudnia uczniowie naszej szkoły oraz jej absolwenci wzięli udział w Świątecznej Zbiórce Żywności. Zostaliśmy
przydzieleni do hipermarketu Real na ul.Jubilerskiej. Już od 9.00 przy
kasach sklepowych pojawili się wolontariusze czekający na osoby,
które podarują jakieś produkty na rzecz ubogich rodzin. Część uczniów
chodziła po sklepie z ulotkami zapraszając na naszą akcję, a inni
czekali przy koszach. Ludzie byli
bardzo hojni, reagując na prośbę
umieszczoną na ulotkach dostarczali do koszy olej, ryż, konserwy
oraz mąkę, ale dodatkowo kupowali również słodycze czy dżemy. Miałam przyjemność bycia
na miejscu w piątek po południu.
Niektórzy dawali jedną mąkę, inni przyjeżdżali i oddawali połowę
kosza z zakupami. Każdy dał tyle, ile mógł, ale widać było, że wiele
osób chciało pomóc.
W te dni mogliśmy się przekonać, że ludzie potrafią odnosić
się do słów zacytowanych w tytule. Mieli serce, ponieważ z własnej
woli kupowali dodatkowe produkty, aby inni ludzie mogli przeżywać
święta podobnie do nich.
Nie wszyscy wierzą, że takie akcje są prawdziwe, że naprawdę żywność jest przekazywana osobom potrzebującym. Jednak są też
tacy, którzy traktują ją poważnie i potwierdza to liczba zebranych towarów. W ciągu trzech dni udało się zebrać 730 ton żywności. Wolontariusze z naszej szkoły zebrali 5 ton żywności, to bardzo dużo.
Podczas tych kilku dni udało się zebrać o 100 ton żywności więcej niż
w zeszłym roku.
Mamy nadzieję, że w przyszłym roku znajdzie się więcej chętnych wolontariuszy z naszej szkoły, którzy zapragną pomóc innym.
12
Meg
Jak rolnik złapał w szopie byka za rogi i pokonał
króla szos...
Witam wszystkich serdecznie i zapraszam do lektury nowych w
naszej gazetce tekstów o tematyce motoryzacyjnej. Szczególnie gorąco
zapraszam do czytania, bo motoryzacja jedzie drogą, która prowadzi ją
do podzielenia losu szlaczkonia torfowca (taki motyl, który jest na wymarciu, dlatego, że te bezczelne krowy w Australii wypuszczają gazy
szybciej niż przeżuwają pokarm). Moim natomiast celem jest pokazać,
że świat maszyn spalinowych może być naprawdę ciekawszy niż Top
Model. Poza tym ten świat trzeba ratować, bo kiedy Saab dostaje naklejkę „Made In China”, a pojazdy kołowe napędzane są taką
samą siłą jak wasz mikser,
wkraczają do walki, to znaczy
że jest źle. (Znacznie gorzej
niż z wspomnianym już fikuśnym motylkiem. Ale walczyć
z ekologią będę kiedy indziej).
Teraz chciałbym dowieść swego i opowiedzieć Wam historię
o rolniku, który zamykając się z paroma chłopami w szopie, złapał byka
za rogi. Dosłownie.
Wszystko rozpoczęło się 28 kwietnia 1916 roku, kiedy w domu
rolnika w mieście Ferrara (Włochy) przychodzi na świat mały Ferruccio.
Chłopak, poza skakaniem po winogronach i jazdą traktorem, uwielbiał
majsterkować. Po kilkunastu latach dłubania zrobił kilka traktorów i kupił sobie Ferrari. Niestety - jak to z samochodami od Enzo bywa – auto
często się psuło, a mało kto umiał je wtedy naprawić. Ponadto Ferruccio
nie mógł znieść tak twardego sprzęgła oraz niedopracowanego układu
kierowniczego. Będąc prostym, acz znaczącym już człowiekiem, pojechał do samego Enzo Ferrari i kulturalnie dał mu kilka wskazówek, lecz
ówczesny król supersamochodów wyrzucił go z domu mówiąc, że żaden
wieśniak nie będzie mu mówił, jak się robi wyścigówki, bo one nie mają
orać pola, tylko szybko jeździć. Ferruccio zachował się jak na Włocha
przystało i powiedział, że sam zbuduje lepszy, mimo że
13
nie miał o tym bladego pojęcia. Wykorzystał jednak swoje uwagi odnośnie Ferrari, wszedł do szopy, wykupił kilku grubych, łysiejących
mechaników z warsztatów Enzo i zrobił sobie wymarzony samochód,
Lamborghini 350 GTV – najnowocześniejszy pojazd tamtych czasów.
Ba! Istne dzieło sztuki mechanicznej i stylistycznej, które wyprzedziło
maszyny Enzo o kilka lat konstruowania i wiele więcej wypitych butelek wina. W 1963 roku Ferruccio Lamborghini stworzył firmę Automobili Lamborghini SpA ulokowaną w miasteczku Sant’ Agata (tuż obok
Modeny – rodzinnego miasta Enzo). Na swoje logo, do którego prawa
są dziś warte więcej niż nowe auto tej marki, producent traktorów obrał
byka – swój znak zodiaku. Jednak był to dopiero początek tej fascynującej corridy. Historia Lamborgini’ego obiegła Italię jeszcze szybciej
niż zatruwają planetę wspomniane beztroskie, australijskie krówki. A
jak to z plotkami bywa, każda następna ma więcej pikanterii. Nietrudno
więc domyślić się, że szybko konflikt między Ferrucciem a panem Ferrari zaczął przypominać właśnie corridę. I jak się później okazało, ten
brutalny hiszpański sport stał się inspiracją tradycji trwającej do dziś:
wiele modeli posiada nazwę, która ma coś wspólnego z ową dyscypliną. Reszta natomiast jest po prostu „groźna”. Poniżej przedstawiam
tylko kilka barwnych przykładów:
Miura – nazwisko sławnego torreadora Antoniego Miury
Murcielago – imię niezwykle silnego byka, któremu po ciężkiej walce
torreador darował życie Reventon – eksplozja.
No dobrze. Mam nadzieję, że choćby w niewielkim stopniu wykazałem możliwość istnienia, czegoś takiego jak niezobowiązująca miłość
czy wiara w duszę w odniesieniu do samochodów i nie zostanę uznany
za wariata, ale za pasjonata. Bo są one nie tylko liczbą koni mechanicznych albo spalonych litrów, lecz projektem, wykonaniem i radością z
jazdy oraz dźwięku - sztuką. Jeszcze większą nadzieję mam na to, że
moja pisanina sprawi, iż Wy również przekonacie się o bezsensowności
napędzania pojazdów w ten sam sposób co blendery i ładowania ich 14
godzin. W następnym wydaniu opiszę historię łysego Fryderyka, który
w więzieniu wymyślił najbardziej znany samochód świata.
Jackob
14
Transatlantyk
O amerykańskim rapie mógłbym pisać godzinami. Poważnie.
Żaden temat mnie tak nigdy nie wciągał jak dokonania czarnych, latynoskich i nieraz białych kolegów - powiedzmy – po fachu. Nie chodzi
nawet o to, że muzycznie jesteśmy jeszcze ze sto lat za Murzynami.
Jak nie więcej. Mamy swoje podwórka, nie gryziemy się wzajemnie,
to najważniejsze. A wręcz lubimy, o czym każą nam sądzić doniesienia
z obozu Ryszarda Andrzejewicza. Zarówno u nas są różnorakie perły kultury czterech elementów, jak i u nich. Podobnie jak o albumach
Black Star, CunninLynguists, czy Buckshota LeFonque, mogę godzinami mówić
o dokonaniach Pezeta, Mesa, Smarka, czy
też Leszka K. chociażby. Sęk w tym, że
„Nie jestem dawno”, „My”, „Kawałek o
ściemnianiu panien” albo takie „Chodź ze
mną” śmigają po odtwarzaczach wszystkich potencjalnych czytelników tego artykuliku. Toteż nikomu polecać polskich
cudeniek dziś nie będę. Skupię się na
Black Star
trzech perełkach zza oceanu, które siedzą
Mos Def and Talib Kweli
w mojej głowie i wyjść z niej nie potrafią.
are Black Star
W zasadzie, to ja im nie daję możliwości
ewakuacji.
Trudno mi jakkolwiek zacząć opis tej płyty. Nie wiem, za co się
zabrać. Sylwetki debiutujących Mos Defa (dziś Yasiin Bey) i Taliba
Kweli (dziś... Talib Kweli)? Może po prostu zacznijmy od początku.
Od samego, samiutkiego wstępu. Bowiem Black Star zaczyna się w
sposób nowojorski. Hi-Tek kilkoma zapętlonymi dźwiękami, samplami
i skreczami zdefiniował całą płytę. Istna cisza przed burzą. Godzina 23,
latarnie Brooklynu, panowie w szerszych ciuchach i o ciemniejszym
odcieniu skóry opierają się o ściany bloków, okupując winkle. Mos Def
i Talib Kweli jadą przez tą dzicz swoim wysłużonym buickiem, a beat
Hi-Teka wprawia ich głowy w ruch drgający. Następnie zatrzymują
15
się przed klubem, bez słowa, z kamiennymi twarzami wchodzą na scenę, gdzie następuje ogień. Tak to sobie wyobrażam. I wiecie co? Cały
ten album jest podróżą przez Brooklyn widziany z różnych perspektyw. Co najlepsze, narratorami tej podróży jest dwóch gości, którzy
wytworzyli między sobą większą chemię niż Meth z Redmanem, czy
Pimp C z Bunem B. Przynajmniej w moim odczuciu. Głód majka obu
panów wylewał i wylewa się w każdej minucie płyty. Sam w „Black
Star” zakochałem się już od pierwszego odsłuchu, gdy po intro nastąpił moment „Astronomy”. Zostałem wówczas zmiażdżony przez rap, a
po którymś kolejnym utworze, zapewne po „Respiration” pokochałem
bycie łupiną.
CunninLynguists
A Piece of Strange
2006
Słyszał ktoś kiedyś Bucketheada? Otóż
gość ten jest gitarzystą. Sprawa z trochę
innej beczki, bo sama jego osoba ma z „A
Piece of Strange” tyle wspólnego co nic.
Niemniej, słuchając tej płyty po raz kolejny i kolejny, nie mogę pozbyć się wrażenia, że Kno, odpowiedzialny za stronę
produkcyjną płyty oraz kolega od kubełka z KFC na głowie, mają bardzo podobne poczucie muzyki. No więc,
jeśli ktoś gościa wcześniej już słyszał, a zdecydowanie powinien usłyszeć, bo to jeden z najlepszych gitarzystów w historii (powiedzmy, że
obiektywnie, bowiem tak został niegdyś sklasyfikowany przez magazyn „Guitar One”, ale subiektywnie też), to powinien wiedzieć, że ma
on świetną głowę do kompozycji. I jak mówiłem – z każdym kolejnym
odsłuchem, w mojej głowie nakładają się na siebie kompozycje Bucketheada, którego uwielbiam i produkcje z tej płyty. Prawdę mówiąc,
nie słyszałem wiele równie dopracowanych i ciekawych muzycznie
rapowych albumów. W sumie coś w tym jest, bo koncertowali wspólnie
m.in. z Depeche Mode. A więc, czy mógłbym z czystym sercem polecić
„A Piece of Strange” o każdej porze dnia i nocy ? Czy mógłbym?
16
Ano mógłbym. Wręcz musiałbym. To jest jeden z tych albumów, który
w każdych okolicznościach wywołuje deszcz ciarek na plecach. Emocje
wylewają się z tej płyty, jak u Bucketheada, a panowie z CunninLynguists stworzyli jedno ze wspanialszych dzieł w historii rapu.
Buckshot LeFonque
Music Revolution
1997
Trochę jazz, trochę funk, ale generalnie
to rap. Tym jednym zdaniem można by
zdefiniować cały twór, który spowodował
czytany przez ciebie akapit. Jest to płyta,
której szukałem od dawna. Nie ze względu na to, że sobie kiedyś upatrzyłem w
internecie nazwę Buckchot LeFonque i
chciałem sprawdzić ich album, czy tam
zapragnąłem posłuchać czegoś Buckshota, a tu się okazuje, że dodanie
sufiksu LeFonque sprawia, że to zupełnie inny zespół, bo w końcu już
nie solo. Nie. Jest to (kolejny) twór, w którym zakochałem się od pierwszego odsłuchu. I to nie w taki sposób, jak w w/w albumie Black Star. To
nie klimat „Music Revolution” jest głównym czynnikiem przyciągającym
słuchacza. Całe piękno tkwi w jej egzotyczności, wyjściu poza ramy. Setki razy rzygałem żelazną strukturą prostych bębnów, zapętlonego sampla i wokalu napinka_16w_2*refren_16w_2*refren_16w_4*refren_więcej napinki i koniec. Mniej więcej w ten sposób powstaje 90% polskich
utworów. W stanach zapewne jakieś 98%, ze względu na większą ilość
rapującej masy. A tu psikus. Dobry znajomy poleca mi podczas pracy
prawdopodobnie najbardziej jazzowy album hip-hopowy nagrany kiedykolwiek. Zajarany Loco wraca do domu, ściąga go z neta, wrzuca na
głośniki, słucha i jest w ekstazie. Nie bez powodu twórcy albumu wzięli
swoją nazwę od pseudonimu Cannonballa Adderleya. Ten album płynie.
Mamy tu przekrój brzmień stricte rapowych, funkowych, dubowych, aż
po wokale w stylu Stinga. Całość przeplatana trąbką, skreczami, saksofonem i pianinem DJ-a Premiera. Nic więcej na temat tej płyty nie powiem.
Po prostu warto ją poznać, bo wiele takich dzieł w rapie nie ma. Podkreślam – dzieł.
Łukasz Zawadzki
17
Czy latanie może być sztuką?
Na wstępie muszę przyznać Wam wszystkim rację – na pierwszy
rzut oka pytanie w tytule jest strasznie głupie i tak abstrakcyjne, jak zastanawianie się nad tym, czy zjedzenie kartkówki może być kulturalne.
Jednak to tylko pozory. Mamy przecież te wszystkie pokazy lotnicze,
skoki narciarskie i Lady Pank ze swoją „Sztuką Latania”. Wszystkie te
wcześniejsze hipotezy pojawiły się w mojej głowie za sprawą filmu
„The Art of Flight”. Film ukazuje nam roczną pracę grupy osób, w której skład, poza ekipą filmową, wchodzi czołówka najlepszych na świece snowboarderów, takich jak Travis Rice, Pat Moore, John Jackson i
wielu innych. Tak więc widzicie, że tytułowe pytanie nie pojawiło się
znikąd...
Przejdźmy teraz
do omówienia tego „widowiska”. Zdaję sobie
sprawę, że entuzjazm,
jaki wykazuję, może
wywołać kąśliwe komentarze, które - mówiąc piękną polszczyzną - będą ujmować
szacunku mojej osobie,
bowiem określenie „kinowy film sportowy” brzmi dosyć dziwnie. Poza tym jest jeszcze grono
tzw. profesjonalistów, którzy w towarzystwie powiedzą, że ten film nie
ma wiele wspólnego z rzeczywistością i jest typową wysokobudżetową
hollywoodzką papką. Ale właśnie o to tu chodzi! Film nie nazywa się
„Travis Rice robiący wiele skomplikowanych tricków na snowboardzie,
nakręconych moim nowym białym iPhonem”, jakich wiele w serwisie
YouTube. To jest właśnie sedno – „sztuka latania”. I właśnie to powoduje, że „profesjonaliści”, po powrocie do domu, będą siedzieć przez
przeszło 70 minut z facjatą bardziej rozwartą niż u dentysty, obgryzając
wszystkie 20 paznokci i mówiąc w duchu: też tak chcę, to
18
piękne! Producenci stworzyli po prostu ambrozję dla oczu, uszu i czego tam jeszcze chcecie. Pokazuje wszystko, co towarzyszyło produkcji filmu: zagrożenia, emocje, zabawę, podróże i zniewalające piękno
przyrody, świetnie zrealizowane efekty specjalne (zwolnienia, zbliżenia i zawirowania) oraz znakomicie oddane emocje – mieszankę
adrenaliny, radości i strachu. Do tego wpleciono żarty, jakie rodzą się
w głowach młodych facetów, muzykę oraz zdjęcia i opisy przyrody
rodem z Discovery HD3D.
Bohaterowie podróżują po zachodniej części globu, od białej
Alaski, przez zaśnieżoną i groźną Kanadę, a także rodzinne Jackson
Hole w USA, aż po Chile, gdzie jedno z pasm górskich po wybuchu wulkanu przypomina postapokaliptyczną scenę ze świętego Jana.
Oczywiście nie należy zapominać też o głównym temacie filmu – o
akrobacjach, trikach, sztuczkach, fanaberiach, ewolucjach. Niestety –
nie obyło się bez kontuzji. Trzeba wspomnieć tutaj Scotty’ego Lago,
który po nieszczęśliwym lądowaniu, z urazami czaszki i kolana trafił
do szpitala oraz Marka Landvika – porwany przez lawinę rzucony
został na kupę kilkunastutonowych skał. Na szczęście obaj przeżyli i
chcą wszystko powtórzyć.
Podsumowując: „The Art of Flight” jest niesamowity, genialny,
odjechany, wystrzelony w kosmos i Wielki, przez wielkie W. Jest arcydziełem pełną gębą, mimo, albo może właśnie dlatego, że powstał
on tylko i wyłącznie dzięki pasji szalonego człowieka do kawałka deski i wysokich lotów. Jeśli szukacie czegoś zupełnie niezwykłego, to
znajdziecie – sztukę latania. Jestem przekonany, że to dzieło pozostanie w pamięci na bardzo długi czas... Chyba że Travis i ekipa Brain
Farm wymyślą coś nowego.
Jacob
19
Wykorzystana szansa
W dniach 20 listopada - 4 grudnia 2011 w Japonii odbył się
Puchar Świata siatkarzy. Turniej ten jest bardzo trudny, ponieważ w
ciągu 14 dni drużyny muszą rozegrać 11 meczy. Trudny, ale sprawiedliwy, tutaj każdy gra z każdym. Nie powiemy, że ktoś miał szczęście, bo trafił do łatwiejszej grupy. Wygrywa drużyna, która swoją
siłę odnajdzie w drużynie, a nie w poszczególnych zawodnikach.
Nasza drużyna miała jasno wyznaczony cel- zapewnić sobie awans na Igrzyska Olimpijskie. Myślę, że w głowach niektórych kibiców pojawiła się obawa, zwątpienie, gdy okazało się, że
do Japonii nie pojedzie Mariusz Wlazły. Do tej pory był kapitanem
drużyny, to on w trudnych momentach potrafił poderwać kolegów
do walki. Mariusz odbył z selekcjonerem rozmowę, podczas której
wyjaśnił, dlaczego nie chce grać w kadrze. Niestety nie wiemy, co
nim kierowało. Baliśmy się, ze brak tego zawodnika zostanie wyraźnie zauważony. Na szczęście odmieniony skład zaprezentował
się z jak najlepszej strony i przez całe mistrzostwa przeszedł jak
20
burza, zdobywając upragniony awans i drugie miejsce w ogólnym
rankingu Pucharu Świata. Oczywiście były i gorsze momenty. jak
mecz z Iranem. Wydawało się, że zwycięstwo mamy w kieszeni,
jednak zawodnicy z Iranu pokazali, iż potrafią walczyć i wygrali
z nami 3:2. Nasi chłopcy po porażce szybko zebrali siły i z wysoko podniesioną głową świetnie zagrali kolejny mecz. Poza Iranem
jeszcze dwie drużyny mogą odnotować zwycięstwo z Polską- Brazylia i Rosja. Choć i tu zabrakło niewiele, abyśmy to my mogli
cieszyć się zwycięstwem. Wszystko decydowało się w 5 secie.
Wszyscy zawodnicy pokazali się z jak najlepszej strony i
ewidentnie zasłużyli na srebrny medal (choć jak dla mnie złoty). W
indywidualnych nagrodach został wyróżniony Marcin Możdżonek
jako najlepszy blokujący turnieju.
Zawodnikom życzymy kolejnych sukcesów, a kibicom
wielu niezapomnianych wrażeń!
Dominika
21
O Legii i „kibolach” przedświątecznie
Listopad pod względem sportowym był dla nas miesiącem
przewrotnym. Na początku legioniści po ciężkim, zremisowanym
meczu w Poznaniu, odprawili z kwitkiem rumuński Rapid 3:1 w Lidze Europejskiej. Następnie przyszedł czas na kolejny wyjazdowy
remis, tym razem w Białymstoku. Miejscowa Jagiellonia nie położyła się przed Legią, a wręcz stawiła jej czoła, co w efekcie dało
bezbramkowy remis. W końcu przyszło nam zasmakować listopadowej wygranej w lidze. Legia na własnym stadionie ograła gdańską
Lechię 3:0 i wszyscy z optymizmem patrzyli na nadchodzące zaległe starcie z Zagłębiem oraz potyczki z Koroną i PSV. O ile mecz z
Zagłębiem poszedł gładko i na swoje konto legioniści mogli wpisać
kolejne 3 punkty po zwycięstwie 3:0, to w następnych meczach już
tak kolorowo nie było. Porażki z Koroną (1:0) i z PSV (0:3) odebrały
nam szansę na liderowanie w Ekstraklasie oraz w grupie Ligi Europejskiej. W przypadku ekstraklasy, co się odwlecze to nie uciecze,
a w LE awans z drugiego miejsca mieliśmy już zapewniony. To by
było na tyle, jeśli chodzi o grę naszych kopaczy w listopadzie.
Bardziej chciałbym się skupić na aspektach pozasportowych
dotyczących nas – kibiców, ale także i obywateli. Święta Bożego Narodzenia zbliżają się do nas wielkimi krokami. Gorączka zakupów
zaczyna ogarniać domowników, którzy zapominają o bożym świecie. Tymczasem należałoby poświęcić trochę uwagi tym, dla których
święta mają zupełnie inny wymiar, ze względu na chociażby ich stan
materialny. Wbrew opinii o kibicach, która krąży w mediach oraz w
części społeczeństwa, o takich właśnie ludziach ci „straszni stadionowi przestępcy” pamiętają. Grupy kibicowskie z całej Polski organizują pomoc w postaci świątecznych paczek, szczególnie dla 22
Polaków mieszkających na Kresach Wschodnich, którzy żyją często
w niezwykle trudnych warunkach, a na dodatek nie mają lekko z
miejscową władzą. W Warszawie pomagamy dzieciakom z domów
dziecka (1, 9 i 16) oraz przede wszystkim powstańcom warszawskim. Powstańcy wbrew pozorom nie żyją w luksusach. Ich sytuacja
jest bardzo zbliżona do poziomu zycia Kresowiaków. Powstańcy
służą rządzącym tylko jako „ozdoba” różnorakich uroczystości, poza
tym nikt się nimi nie interesuje. W innych miastach kibice też nie
próżnują i pomagają w tym przedświątecznym okresie (i nie tylko!)
głównie domom dziecka.
W mediach próżno szukać informacji o takich „kibolskich akcjach”.
Nikt przecież nie dostał po głowie, nic nie zostało zniszczone, więc
to się nie sprzeda. Kibic to ten zły i basta! Niestety, żyjemy w medialnym UBekistanie i we wszelkich środkach masowego przekazu
mówią nam to, co wygodniejsze dla nich i co się lepiej sprzedaje, a
nie to, co prawdziwe. To już jest jednak zupełnie inna bajka i temat
rzeka, niekoniecznie do „Kącika Legionisty”.
Maciej
23

Podobne dokumenty