Jachtem Perahu do Albanii i Grecji

Komentarze

Transkrypt

Jachtem Perahu do Albanii i Grecji
Jachtem Perahu do Albanii i Grecji
Wyspa Korfu
Na lotnisku w Korfu czekał na mnie kolega z załogi - Andrzej. Ucieszyłem się. Po krótkiej wymianie
zdań okazało się, Ŝe jacht stoi w innym porciku niŜ wcześniej ustalaliśmy. Miałbym powaŜne problemy by
odszukać jacht. Taksówką dotarliśmy na miejsce. Koledzy juŜ czekali na mój przyjazd - do Korfu dotarli
dzień wcześniej i przygotowali jachty. Mieliśmy płynąć w dwa. Wrzuciłem torbę na wskazaną przez Pawła
(właściciel jachtu s/y Perahu) koję. ZdąŜyłem przywitać kolegów naszego jachtu oraz sąsiadów. Oba jachty
oddały cumy i obrały kurs w kierunku Albanii. Po drodze zawinęliśmy do duŜej mariny Guwia, by załatwić
odprawę do Albanii. Portowe kierownictwo odsyłało nas kolejno do róŜnych urzędników, którzy nie wiedzieli jak załatwić odprawę. W końcu skierowano nas na posterunek policji. Tam stwierdzono, Ŝe moŜemy
płynąć bez specjalnych odpraw. Po dwóch godzinach postoju, mogliśmy wreszcie wyruszyć w kierunku portu Saranda w Albanii.
Był słaby wiatr 1 - 2o B. Pogoda umoŜliwiała swobodną rozmowę o jachtach i uczestnikach
tego rejsu.
Obie jednostki są prywatnymi jachtami, osób
mieszkających od wielu lat w Londynie. Stacjonują od jakiegoś czasu na wyspie Korfu w Grecji
i tu po okolicznych wyspach odbywają rejsy.
Załoga naszego jachtu składa się z czterech
osób (w tym trzech kapitanów). Dwie osoby
mieszkają w Londynie, jedna w Kopenhadze a ja
w Bydgoszczy. Na drugim jachcie płynęło pięć
osób, trzy były z Londynu, dwie z Polski – Poznań i Szczecinek. Jeśli chodzi o patenty to było
o wiele, wiele skromniej.
Angielscy Ŝeglarze naleŜą do YK Polski w
Londynie. ZałoŜyciel tego klubu i pomysłodawca
obecnego rejsu Maciej płynął na naszym jachcie s/y Perahu. Ciekawą postacią załogi jachtu Ra był Mietek.
Człowiek, który opłynął kawał świata, łącznie z Hornem. Był organizatorem i pomysłodawcą kilku długich
rejsów, nie posiadał patentu Ŝeglarskiego.
Saranda
Późnym popołudniem po 1700 dotarliśmy na
miejsce. Miasto Saranda i port leŜą w duŜej
owalnej zatoce. Nizinę wzdłuŜ brzegu zatoki
wypełniają budynki miasta, za którymi wznoszą
się góry. Z morza piękny widok. Saranda to,
ośrodek turystyczny i port. Sporo budujących się
obiektów, hoteli, mnóstwo straganów z warzywami, pamiątkami. Przeplatają się z barami i restauracjami.
Przedstawiciel portu w towarzystwie policjanta oczekiwał na nasze dojście do nabrzeŜa.
Wcześniej byli poinformowany drogą radiową
przez Pawła o naszym wejściu. Zabrali paszporty, dokumenty jachtu i zalecili nie opuszczać
jachtów. Chyba po dwóch godzinach paszporty
zostały oddane.
KaŜdy paszport posiadał kartkę w języku albańskim. Powiedziano nam, Ŝe w Albanii wystarczy okazać
tę kartkę podczas kontroli. Zapłaciliśmy 50 € za odprawę i dobę postoju. KaŜda następna kosztowała 7 €.
Port niewielki. Największa część portowego nabrzeŜa przeznaczona dla promów pasaŜersko - samochodowych, teŜ nie specjalnie duŜych. Kursują one między portami Albanii i pobliskiej Grecji. W naroŜniku
tego nabrzeŜa jest trochę miejsca dla jachtów z moŜliwością czerpania wody pitnej oraz podłączenia do prą-
du. Kawałek dalej osobne nabrzeŜe przeładunkowe dla statków handlowych. Krótkie, moŜe cumować jeden
statek. Inne na rozładunek czekają na kotwicy w zatoce. W budynku kapitanatu przyzwoite łazienki, z których mogą korzystać Ŝeglarze. Po obłoŜeniu cum na polery dostrzegliśmy polską banderą na motorówce.
Następnego dnia dowiedzieliśmy się, Ŝe motorówka naleŜy do polskich płetwonurków. Prowadzą tu szkolenie, mają nawet sklep ze sprzętem do nurkowania.
Na kolację w obie załogi poszliśmy do miasta. Znaleźliśmy przyjemną restaurację nad zatoką. Wybrałem rybę, gatunek nieznany, ale smacznie przyrządzona i duŜa. Zapłaciłem 400 leków t.j. ok. 3 euro, łącznie
z piwem.
O zachodzie słońca nad miastem rozległ się głos muły nawołującego do wieczornych modlitw. Jesteśmy w kraju o innej kulturze uświadomiłem sobie.
Od kelnerów w restauracji dowiedzieliśmy się, co warto zobaczyć w mieście i okolicy. Następnego dnia
podczas śniadania omówiliśmy, plan zwiedzania. Wybraliśmy zabytkową miejscowość Butrint ok. 15 km od
Sarandy. Z Andrzejem wyruszyliśmy do miasta, by ustalić, połączenie autobusowe. Pozostali mieli zaciągnąć języka w kapitanacie portu.
Albańczycy w mieście bardzo przychylni, pokazali nam drogę do przystanku autobusowego. Większość
dobrze radziła sobie z j. angielskim. O ile z wyjazdem autobusu do Butrint daliśmy sobie radę, to określenie
godziny powrotu było niemoŜliwe. Nawet w punkcie informacji turystycznej nie udało się tego ustalić.
Po powrocie na jacht okazało się, Ŝe istnieje moŜliwość wypoŜyczenia mikrobusu, który obwiezie nas
po okolicy. Znowu narada, wybrane zostały dodatkowe miejscowości do zwiedzenia. Janusz (armator drugiego jachtu) z Maćkiem określili kapitanowi portu, co chcemy zobaczyć. On przyrzekł załatwić samochód
i przewodnika na następny dzień.
Po południu poszliśmy zwiedzać miasto,
kupić Ŝywność oraz zaliczyliśmy kąpiel.
Brzeg morza to drobne owalne kamyki, na
których ludzie rozkładają koce. Całymi rodzinami zaŜywają kąpieli morskiej i słonecznej.
Woda czysta, lecz na dnie niestety leŜą puszki
po piwie, butelki, worki foliowe. Wchodząc do
wody naleŜy uwaŜać. Jesteśmy zaskoczeni, w
mieście i na plaŜy nie spotkaliśmy zatrefionych
kobiet a przecieŜ to kraj muzułmański. W sklepiku z pamiątkami dowiedzieliśmy się, Ŝe liczba
muzułmanów i katolików jest pół na pół. Młodzi przechodzą na katolicyzm lub protestantyzm, chcąc w ten sposób zbliŜyć się do kultury
europejskiej. Jest sporo małŜeństw róŜnowyznaniowych, nikt nie robi z tego powodu problemu.
Na kolację poszliśmy znowu do restauracji, zamówiliśmy narodową potrawę Mustakę – ciasto z mięsem za 350 leków. Spotkałem tam Polaków z Bydgoszczy, byli na wycieczce.
Wycieczka
JuŜ przed dziesiątą rano zjawił się umówiony mikrobus z przewodnikiem i wyruszyliśmy. Na przedmieściach Sarandy jest kilka jeszcze nieukończonych budynków zniszczonych najwyraźniej przez podłoŜenie ładunku wybuchowego. Przewodniczka wyjaśniła, Ŝe pobudowano je bez zgody władz – miały to być
pensjonaty, hotele.
TuŜ za miastem skończył się asfalt, jechaliśmy dalej drogą szutrową w tumanach kurzu. Droga wiodła
stromymi i krętymi zboczami górskimi. Pokrytymi zupełnie suchą od słońca trawą. Minęliśmy pięknie
wśród gór połoŜone jezioro, z uprawami muli.
Butrint - staroŜytne miasto portowe leŜące na wzgórzu z trzech stron otoczonym
wodą, pomiędzy jeziorem, a kanałem Vivari.
To najciekawszy zabytek w kraju - ruiny staroŜytnego miasta greko-bizantyjskiego, załoŜonego w VII wieku p.n.e.Po antycznym
mieście pozostały: amfiteatr z przylegającą
do niego świątynią, baptysterium z kolorowymi mozaikami, łaźnie z czasów rzymskich, a takŜe kilka bram miejskich. Cały
kompleks został w 1992 roku wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego
UNESCO.
Następnie autobusik zawiózł nas do Gjirokastra - miasta muzeum. Zawdzięcza to
określenie między innymi kamiennym domkom starówki, które pokryte są szarymi łupkami. Liczne uliczki bardzo strome i wąskie, dlatego teŜ Gjirokastra zwana jest "Miastem Tysiąca Schodów". W 2005 roku miasto zostało wpisane na Listę Światowego
Dziedzictwa UNESCO.
Nad miastem góruje stara, średniowieczna
twierdza, rozbudowana przez Turków. Niegdyś
w podziemiach twierdzy mieściło się więzienie dla
więźniów politycznych.
Obecnie twierdza zamieniona jest w muzeum
uzbrojenia: sprzęt głównie z okresu II Wojny Światowej (armaty, moździerze, czołg, samolot).
Kolejny etap naszej wycieczki to Niebieskie
Oko. Jest to olbrzymie źródło wody spływającej
z gór. Woda wypływa z otworu o głębokości 65 m na
powierzchni tworząc rozległe i duŜe bąble, jak podczas gotowania. Wody wypływa tak duŜo, Ŝe źródło
zamienia się natychmiast w duŜą rzeczkę. Otoczenie
źródła stanowi Park Narodowy.
Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad. Padła propozycja. Wszyscy wybieramy taką samą potrawę.
Kuchnia szybciej wydała jedzenie. Anglicy wybrali i zamówili potrawę regionalną. Równocześnie ekstrawagancką - łeb kozy. No cóŜ - jadałem o wiele, wiele lepsze dania!
Podczas naszej wycieczki kilka razy były telefony do kierowcy, gdzie jesteśmy. Następnie oddawał telefon komuś z naszej grupy by potwierdził miejsce pobytu. Oczywiście były
dodatkowe pytania jak się czujemy, czy
się podoba itd. Zaczęliśmy zastanawiać
się czy to opieka organizatorów, czy policji.
Palermo
Przy wietrze 2-3o B z kierunku N opuściliśmy Sarandę. Kierując jachty na północ
wzdłuŜ wybrzeŜa w kierunku zatoki Palermo.
Przy przeciwnym wietrze płynęliśmy na silniku. Nad górami, które wynurzają się z morza
zaczęły zbierać się chmury. Po jakimś czasie
do moich kompanów powiedziałem będzie
Bora. Nie bardzo chcieli uwierzyć. Po doświadczeniach na wodach chorwackich czułem, Ŝe jednak coś będzie.
Przed piętnastą weszliśmy do malowniczej zatoki z małym portem rybackim - Porto
Palermo. Zatoka otoczona górami. Na zboczach agawy, z których część kwitnie. W porcie pusto i cicho. Przy betonowym pirsie trzy
kutry i nasze dwa jachty. Nie ma tu Ŝadnych
władz portowych. Typowa atmosfera południowego kraju – maniana. Brak moŜliwości tankowania ropy,
wody, podłączenia do prądu. Brak toalet. Niewiele jachtów przyciąga ten port. Za to stoimy za darmo. Przychylni rybacy wskazują gdzie lepiej stanąć, bo ma wiać. Zaczynają sprawdzać się moje przewidywania.
W pewnym oddaleniu od portu na stoku góry kilka domów, to chyba domy mieszkalne rybaków.
Na półwyspie wyrastającym z zatoki zamek tureckiego gubernatora All Paszy. Zbudowany z kamienia na planie trójkąta. Jest cały
lecz bez wyposaŜenia. Po drodze do zamku
mały kościół a moŜe cerkiew. Mam problem
z określeniem tego obiektu. Obrazy wskazują
na cerkiew a krzyŜe są katolickie. TuŜ obok
kilka samochodów kempingowych na rejestracjach włoskich i albańskich. Stoją przy kamienistej plaŜy.
Postanowiłem się wykąpać. Wydawało
się, Ŝe miejsce jest ok. do pływania. PrzeraŜenie ogarnęło mnie, gdy chciałem wyjść z wody
– pełno jeŜowców na dnie.
Po 1700 godz. zaczął nasilać się wiatr, by
po dwóch godzinach osiągnąć 6º B. O godz.
2100 wiało juŜ z siłą 7 - 8º B. Zabraliśmy się za poprawianie cum i załoŜenie dodatkowych.
Ten wiatr utrzymał się przez całą noc. Wywołując w wantach nieprzyjemny gwizd.
Rano wiatr osłabł na tyle, Ŝe około godz. 1000
postanowiliśmy wyjść.
Znowu płyniemy na silniku. Wiatr słaby
i z przeciwnego kierunku. Martwa fala, utrudnia
płynięcie na Ŝaglach. Po 20 Mm trafiamy do uroczej małej zatoki. Stajemy na kotwicy rufami
przymocowani do pirsów na skale. Locja wymienia
zatokę, jako kotwicowisko, lecz przy wiatrach powyŜej 5 B chyba nie daje schronienia.
Spędziliśmy tu resztę dnia na kąpieli i poznawaniu zatoki. Rano ruszamy dalej na północ. Znowu słaby i przeciwny wiatr tem. 31º C. Dopiero
przed zatoką Vlore wiatr oŜywił się zmienił kierunek, co umoŜliwiło postawienie Ŝagli.
Orikum
Po godz.1600 weszliśmy do Mariny Orikum. Wejście dość skomplikowane i słabo oznaczone. Podobno jest to jedyna marina w Albani.
Zbudowana przez Włochów na odludziu. Na kei
woda prąd dla jachtów. Na lądzie hotel i łazienki
dla Ŝeglarzy. Stało 11 jachtów Ŝaglowych, 3 motorówki typu morskiego. Jachty pod banderami
Włoch, Izraela, Austrii, Turcji.
W marinie nie ma sklepu. Po zakup Ŝywności poszliśmy 3 km do najbliŜszej wsi. Tu zaczęły się problemy. Obsługa sklepu ni w ząb w Ŝadnym cywilizowanym języku nie kumała, nawet
po rosyjsku toŜe niet. Ale byli bardzo cierpliwi i
dobrze znali „język migowy”. Wiele problemów
było z kupnem mydła; podawali mi ciasteczka
z kremem bez kremu, krem do opalania, chleb itd.
Wieczorem po kolacji poszliśmy do małego pabu na terenie mariny. Przysiadł do nas miejscowy facet.
Skąd jesteście itd. (pytania po angielsku). Jak dowiedział się, Ŝe Polacy rozmowę zaczął prowadzić po rosyjsku. Dodał, Ŝe mieszkał wiele lat w Rosji. Spytałem po rosyjsku w jakim mieście, odparł w Moskwie.
Po kilku dalszych pytaniach szybko powrócił do j. angielskiego. Przed domem stała jego luksusowa Toyota.
Kim był ten człowiek? Zastanawialiśmy się. W końcu ktoś wykombinował to były SB’ek, który zaszył się
na wsi. „Esbek” powiedział nam jak dotrzeć do Tirany. Część z nas planowała zobaczyć stolicę. Oddaloną
ok. 80 km od Orikum.
Rano wyruszyłem tylko z Andrzejem i Włodkiem z jachtu RA. Reszta przez noc straciła ochotę. Włodek jechał do Tirany na lotnisko, kończył mu się urlop, musiał wracać do Londynu. „Esbek” odwiózł nas do
wsi wskazał mikrobus i właściwie oddał pod opiekę kierowcy. Coś przy okazji mu wyszeptał. Tak dotarliśmy do Vlore. Tam przekazano nas do kolejnego mikrobusu, jadącego do Tirany. Za cały przejazd zapłaciliśmy 750 leków. Autobusiki jak i droga nie były najlepszej jakości. PodróŜ odbywała się na zasadach taksówki. Zatrzymywaliśmy się na kaŜde skinienie przechodniów, jak teŜ pasaŜerów mikrobusu.
Tirana
W Tiranie mikrobus wysadził nas w centrum na głównym placu. Miasto stylowo bardzo
zróŜnicowane zrobiło na mnie wraŜenie chaosu
architektonicznego. Na centralnym placu pomnik bohatera narodowego Gjergj Kastrioti
(ur. 1405, zm. 17 stycznia 1468), przywódcy
powstania narodowego. Wiele budynków zaniedbanych. Spotkaliśmy meczet, z którego
muła nawoływał do południowych modlitw
a takŜe, kościół katolicki. W porze obiadowej
zjedliśmy mustafę z innym nadzieniem niŜ
w Sarandzie, bardzo smaczną. Po kilku godzinach włóczęgi po stolicy poszliśmy w miejsce
gdzie wysadził nas rano mikrobus. Długo czekaliśmy. Nie było zbierających się ludzi i autobusu. To nas zaniepokoiło. Chłopak sprzedający w pobliŜu lody podpowiedział, Ŝe musimy przejść w zupełnie inne miejsce ok. 3 km. Tam na szerokiej
ulicy stało kilka mikrobusów, niewyróŜniające się oznakowaniem.
Kierowca jednego z nich odpowiedział, Ŝe do Vlore jedzie dopiero za godzinę i naleŜy poczekać.
Po chwili poznał nas z porannej jazdy i pozwolił wejść do mikrobusu. Inni pasaŜerowie w mig zapełnili
wnętrze, po piętnastu minutach byliśmy na trasie. Ta część miasta była wyraźnie lepiej zadbana.
Po drodze wsiadło kilku młodych męŜczyzn. Później okazało się, Ŝe to studenci. Mikrobus zakończył
podróŜ na przedmieściach miasta Vlore, w zupełnie nieznanym terenie. Pytani na ulicy ludzie o przystanek
mikrobusu do Orikum nie potrafili pomóc. Chwila
grozy, co dalej. Wydawało nam się, Ŝe w mikrobusie
studenci mówili coś o Orikum. Jakoś grzebali się i
nie oddalili specjalnie od nas. Dogoniliśmy ich. Teraz musimy miejskim autobusem pojechać na drugi
koniec miasta. Tam jest przystanek mikrobusu do
Orikum. Jechali w tym Samym kierunku, teŜ byli zaskoczeni skróceniem trasy przez mikrobus.
Wieczorem po trzech godzinach podróŜy byliśmy na jachcie, zadowoleni z wycieczki i szczęśliwi,
Ŝe spotkaliśmy albańskich studentów.
Kolejny dzień spędziliśmy jeszcze w Orikum na
klarze jachtu. Wiatr jak zwykle z kierunku NW 2-3º
B, temperatura 32º C, kąpiel. Zapłaciliśmy za postój,
7 € za dobę.
Powrót
Po dniu lenistwa wstaliśmy o godz. 0400, by wyruszyć w drogę powrotną na południe. Kawałek za mariną po 10 min awaria silnika. Zerwał się pasek klinowy napędzający alternator. Jacht Ra wziął nas na hol.
My do naprawy. Paweł wklinował się do małego przedziału silnika a ja podawałem róŜne narzędzia, podtrzymując czasami poluzowany alternator. Maciej z Andrzejem zajęli się prowadzeniem jachtu. Płynęliśmy przez zatokę Vlore
bez wiatru. Po 45 min awaria została usunięta i
rozpoczęliśmy samodzielne płynięcie na silniku.
Nie zdąŜyłem dobrze umyć się a z pokładu
wołają delfin przed dziobem. Wyskoczyłem
z aparatem na pokład. Widoczny był jego
grzbiet powoli zanurzający się w wodzie i tyle.
Zrezygnował z dalszych pokazów. Przy wyjściu
z zatoki postawiliśmy Ŝagle – zaczęło wiać nawet do 4º B z północy. Płynęliśmy z wiatrem
4,5 do 5 w. Spieszyło nam się. Komunikat meteo zapowiadał po godz. 1400, wiatr o sile 7º B.
Ponownie Palermo
Wcześniejsze plany dopłynięcia do Sarandy
jednym kursem odłoŜyliśmy. Wiatr nasilał się z
kaŜdą chwilą, rosła fala. Na horyzoncie pojawiły
się białe grzywy fal. Postanowiliśmy schronić się
w porcie Palermo, który był tuŜ, tuŜ. Po 1400
byliśmy w porcie. Uprzejmy rybak zaproponowałby stanąć przy burcie kutra. ChociaŜ miejsca
było duŜo przy pirsie. śadnych innych kutrów
niŜ poprzednio. Idzie silny wiatr powiedział. Potwierdził tym samym nasze informacje pogodowe. O godz. 1700 było juŜ 7º B i siła wiatru rosła. Pomiarów wiatru dokonywałem w porcie
osłoniętym górami a ile było na morzu? W następnych godzinach wiatr dochodził do 9º B i tak
trzymało przez całą noc. Jak poprzednio jachty
podskakiwały na fali, szarpały cumami, groŜąc zerwaniem. Rano uspokoiło się o godz. 0700 tylko 23º C,
jest nam zimno po temperaturach 32-35º C. Zakładam długie spodnie i polar.
O godz. 0900 wiatr osłabł do 3-4º B opuszczamy Porto Palermo. Mamy wiatr z baksztagu płyniemy na
genule z dobrą prędkością. Armator jachtu Ra przed wyjściem oświadczył. Będę unikał tak dziwnego portu,
w którym zawsze w nocy piekielnie wieje.
Saranda
Przed godz. 1500 weszliśmy do znanego
juŜ nam portu Saranda. Znowu odprawa. Po
oddaniu paszportów część osób poszła do miasta uzupełnić prowiant. Dowiedzieli się, Ŝe
wieczorem jest festiwal albańskich zespołów
ludowych. Zjedliśmy kolację i w miasto. Występy zespołów ludowych odbywały się w centrum miasta na małym stadionie. Otoczonym
kilku piętrowymi budynkami.
Przez noc i rano wiatr z południowegowschodu. Tłucze nami o keję. Mimo zabezpieczeń wykonanych na cumach jedna została
przetarta. Po godz. 0900 postanawiamy opuścić port i na Ŝaglach niemal półwiatrem płyniemy do Kassiopi na wyspie Korfu.
Kassiopi
Miasto pięknie rozłoŜone nad niewielką
zatoką z licznymi pensjonatami. Miejsc do
cumowania niewiele. Skończył się nam gaz do
gotowania. Postanowiłem odszukać stację benzynową, bo tam podobno mają. Na odległym
przedmieściu odnalazłem stację - jest gaz. Radość była krótka. Właściciel stacji wyjaśnił, Ŝe
gaz jest na wymianę, w butlach 10 litrowych.
Na jachcie mamy 5 litrową butlę. Nic nie załatwiłem. Janusz znając nasz problem poŜyczył
swoją – miał trzy butle.
Późnym popołudniem po zrobieniu zdjęć
w okolicy portu zabrałem się do zrobienia szplajsu na przetartej cumie w Sarandzie.
Rano ruszyliśmy trochę na południe do portu Kerkyra by załatwić odprawę na Grecję. Tym razem poszło sprawnie. śadnych odpraw nie trzeba, bo jacht juŜ tu był, oświadczył urzędnik portowy. Popłynęliśmy
na południe od półwyspu Mandraki by stanąć na kotwicy.
Rano była to środa przed śniadaniem odśpiewaliśmy naszemu armatorowi i kapitanowi tradycyjne sto
lat. Właśnie dzisiaj wypadają jego imieniny. Po
śniadaniu i toaście ok. 0930 podnosimy kotwicę i na Ŝaglach przy dobrym wietrze płyniemy
do wyspy Paxoi.
Paxoi
Wpływamy ok. godz. 1500 do owalnej,
malowniczej zatoki Lakka w północnej części
wyspy Paxoi. Zatokę otacza lekkie wzniesienie. Czysta woda, o kolorze jasnego błękitu.
Masa Jachtów na kotwicy. Stajemy burta
w burtę z jachtem Ra teŜ na kotwicy. Głębokość ok. 5 m, dno piaszczyste. Doskonale widać leŜący na dnie łańcuch kotwiczny. Niemal
wszyscy wskakujemy do wody, załogi innych
jachtów teŜ zaŜywają kąpieli.
Wieczorem na kamiennej plaŜy rozpalamy
ognisko i grilla. Rozpoczyna się impreza imienin Pawła. Są kiełbaski, piwo, śpiew. Po północy nabiera nowego blasku rozpoczynają się
urodziny Magdy z sąsiedniego jachtu. Są nowe
toasty, Ŝyczenia, śpiew. Rześkość przywracamy
ranną kąpielą. Po południu wycieczka do połoŜonego w zatoce miasteczka o tej samej nazwie,
co zatoka. Widać wyraźne ukierunkowanie na
turystów. Mnóstwo kawiarenek, sklepików
z pamiątkami. Kupiłem szklaneczki do wody
mineralnej z wytłoczoną kotwicą, jako pamiątkę
z Grecji. Po czasie okazało się, Ŝe to produkcja
Bułgarska.
Kolejnego dnia po kąpieli około godz.
1200 zaczynamy podnosić kotwicę, by opuścić
zatokę. Okazuje się, Ŝe trzydniowy postój burta w burtę przyniósł niekorzystny efekt. Łańcuchy kotwiczne
naszych jachtów bardzo skręciły się, przez zmiany kierunków wiatru, prądy wodne. Zaczynamy mozolne
i długie manewry prowadzące do rozplatania łańcuchów. Na pokładach sąsiednich jachtów pojawiają się zatroskani ludzie o burty własnych jednostek. Jest ciasno. Nie dotykamy Ŝadnej. Na silniku, slalomem między
jachtami opuszczamy malowniczą zatokę. Po wyjściu z zatoki stawiamy grot i fok. W półwietrze osiągamy
5 węzłów. Kurs do portu leŜącego na lądzie stałym.
Mourtos
W głębokiej zatoce zwęŜającej się w stronę
brzegu leŜy stara wieś rybacka Mourtos. Obecnie
kurort z wieloma pensjonatami. Zmienił nazwę na
Sivota od duŜej wyspy leŜącej przy wejściu do zatoki. Stajemy przy kamiennym nabrzeŜu ułoŜonym wzdłuŜ miasteczka. Wcześniej wyrzuciliśmy
kotwicę z dziobu a rufą cumujemy do brzegu.
Wyruszamy na zwiedzanie miasteczka. Tu
podobnie duŜo sklepików z pamiątkami. Mnóstwo
restauracji, barów szczególnie wzdłuŜ brzegu.
Wracając z miasteczka wstąpiliśmy do baru nad
zatoką.
Do naszego jachtu mamy 10 m. Kelner Grek
rozpoznał naszą rozmowę, podszedł do stolika.
Powiedział, Ŝe trochę rozumie po Polsku, bo ma Ŝonę Polkę. Jest właścicielem tej restauracji. Wieczorem po
kolacji z Maćkiem poszliśmy na spacer. Po drodze gawędziliśmy sobie. Mijając kolejną kawiarenkę słyszymy zawołanie - Polacy? Zatrzymaliśmy się. Podeszła do nas kobieta. Jestem kelnerką w tej kawiarence. Pochodzę z Wałbrzycha mieszkam tu i pracuję z męŜem od 6
lat. W zimie, kiedy kawiarenka jest zamknięta otrzymujemy
zasiłek od państwa greckiego.
Rano w kawiarence Greka poznałem jego Ŝonę i teściów – Polaków ze Śląska. Aktualnie są tu na wakacjach,
chwilę z nimi rozmawiałem.
Dotarła do baru reszta naszej załogi. Zajęliśmy miejsca
przy stoliku. Szef baru podał hasło kelnerce – Polacy i to załatwiało sprawę. Natychmiast zjawiły się dwie, bardzo
uprzejmie nas obsługiwały. Kelnerki pochodziły z Albanii,
Słowenii. Czuliśmy się jak najwaŜniejsi goście.
Za dwa dni postoju zapłaciliśmy 16 €.
Wyspa Korfu
Rano wypływamy w kierunku wyspy Korfu, by po dwóch
godzinach zatrzymać się w zatoce na wyspie Korfu. Obok nas
wielki jacht wyrzucony chyba przez sztorm na plaŜę. Jeszcze
łopocze na sztagu fok. W burcie dość rozległe rozdarcie o kamienie. Trochę w prawo od jachtu mała wieś dosłownie kilka
domów.
Następnego dnia płyniemy na północ wyspy by zatrzymać
się w duŜej zatoce przed miastem Kerkyra.
Wyruszyliśmy
z Pawłem
do miasta by
poszukać warsztat naprawiający silniki przyczepne.
Nasz uŜywany do napędu pontonu odmówił posłuszeństwa. Na dalekich przedmieściach miasta coś znaleźliśmy. Kazali zostawić silnik nie dając duŜych szans na
naprawę. Wieczorem Magda z Jackiem wpadli na nasz
jacht by się poŜegnać. Nad ranem mają samolot do Londynu. Impreza przeciągnęła się do pierwszej w nocy.
Następnego dnia wieczorem odlatują Maciej i Andrzej.
Na jachtach zostaliśmy we trójkę.
Na Ra Janusz – właściciel i na naszym Paweł i ja.
Opracował: Wojciech Klessa