„rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015

Komentarze

Transkrypt

„rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
ISSN 1644-1680
Wrzesień 2015 „Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” N° 8 (53) 2015
„Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym
sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka”
milanowekswjadwiga.pl
Jan Paweł II
I
Od Redakcji
Drodzy Czytelnicy! Rozpoczął się nowy rok szkolny.
Sześcioletnie dzieci po pierwszym etapie wychowania
i edukacji w rodzinnym domu i przedszkolu po raz
pierwszy przekroczyły szkolne progi. Odtąd na tych,
jakże ważnych, podstawach budować będzie szkoła.
Drodzy nauczyciele, katecheci, wychowawcy - rodzice powierzają Wam swoje Skarby, ufając. że nie
tylko poszerzycie ich wiedzę, ale przede wszystkim
wzbogacicie je w najcenniejsze wartości ducha.
Dzieciom i młodzieży życzymy sukcesów w niełatwej w sztuce poznawania tajników wiedzy i Bożej Mądrości oraz przeżywania najpiękniejszych
szkolnych przyjaźni. Nnauczycielom – wychowawcom życzymy sukcesów w najtrudniejszej pracy,
jaką jest kształtowanie osobowości człowieka. To
dar i powołanie. Życzymy wszystkim Bożego błogosławieństwa na ten nowy rok szkolny.
Witamy
ks. Franciszka Urmańskiego,
asystenta i opiekuna Redakcji „Jadwiżanki”
i życzymy miłej i owocnej wpółpracy.
Redakcja: ks. Franciszek Urmański, ks. Zbigniew Szysz,
Daniela Abramczuk, Leszek Cichosz, s.Teresa Górczyńska,
Dorota Grochala, Elżbieta Lis, Zbigniew Nowacki, Agnieszka
Nowińska, Dorota Popowska, Anna Ruszkowska, Beata
Starzyńska, Jolanta Surała
Witamy w redakcji także nową autorkę przepisów
kulinarnych, Panią Edytę Stępnik, i życzymy Pani
udanych propozycji dla wszytkich smkoszy czytających
„Jadwiżankę”.
Współpraca: Paulina Krysińska, Anna Orłowska, Tomasz
Gal, Edyta Stępnik, Monika Krawczyk, Iwona Dornarowicz,
Anna Cichosz, Agnieszka Zdziech, Małgorzata Soja
Sponsorzy „Jadwiżanki” – Elżbieta Lis
Wszystkim naszym ofiarodawcom składamy serdeczne
Bóg zapłać! Kurier „Jadwiżanka” potrzebuje wsparcia
finansowego dla rozwoju i na bieżace wydatki. Każda
wpłata na konto parafii będzie mile widziana i właściwie
wykorzystana. Przypominamy numer konta:
89 9291 0001 0086 4787 2000 0010
2
Spis treści
Komentarz do Ewangelii
według św. Marka...
Kącik młodego czytelnika
3
Drodzy młodzi Czytelnicy!
4
podróżowanie w czasie.
Moje wakacje w kraju hrabiego Drakuli
Aktualności z życia parafii
5
5
6
Odczułam oddziaływanie ks. Jerzego
8
- Obóz zastępu „Wilk” Skautów Europy
9
10
Wspomnienia z wakacji
- Moje wakacje – prawie jak
Świadectwo
Wspomnienia z wakacji
- Szkockie klimaty
Edukacja i wychowanie
Jak zapewnić dziecku dobry start w szkole? 11
Porady psychologa - Skuteczny Rodzic
12
Świadectwo Jak żyć z małolatą i nie zwątpić? 13
Nasze wędrowanie - „W Szczebrzeszynie
chrząszcz brzmi w trzcinie i Szczebrzeszyn
z tego słynie.”
14
Historia - Rodzinna historia - Warszawa 1944 15
Milanówek - Dlaczego Turczynek?
16
Współcześni zasłużeni dla Milanówka
Wywiad z Justyną Reczeniedi
17
Rodzina i prawo - Dualizm porządków prawnych 19
Poradnik medyczny - Co jadł Pan Jezus?
21
Nie samym chlebem ...
Bakłażan zapiekany z pomidorami
22
Jedni drugich brzemiona noście
22
Konkurs fotograficzny
23
Skład: Piotr Heinzelman
Druk: Agencja Wydawniczo-Handlowa BOŻENA
Ofiary zebrane za gazetę przeznaczone są na pokrycie
kosztów wydania oraz na inicjatywy ewangelizacyjne.
Okładka: Rodzina Złotorzyńskich w drodze do
NSP Familia w Brwinowie, foto. Z. Nowacki
Okładka – rewers: zdjęcia nagrodzone w Foto - Konkursie
Adres redakcji:ul. Kościuszki 41, 05-822 Milanówek
tel. kancelarii: 22 758 35 42
e-mail: [email protected]
http://milanowekswjadwiga. pl/article,51,. html
Zapraszamy do wspóŁpracy!
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
Komentarz do Ewangelii
Ks. prałat Zbigniew Szysz
Spór o pierwszeństwo
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA (9, 30 – 37)
P
o wyjściu stamtąd podróżowali
przez Galileę. On jednak nie
chciał, żeby kto wiedział o tym.
Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: „Syn człowieczy będzie wydany
w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity
po trzech dniach zmartwychwstanie”.
Oni jednak nie rozumieli tych słów, a
bali się Go pytać.
Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był
w domu, zapytał ich: O czym tak roz-
milanowekswjadwiga.pl
prawialiście w drodze?” Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali
się między sobą o to, kto z nich jest
największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: „Jeśli kto chce
być pierwszym, niech będzie ostatnim
ze wszystkich i sługą wszystkich!” Potem wziął dziecko, postawił je przed
nimi i objąwszy ramionami, rzekł do
nich: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto
Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie,
lecz Tego, który Mnie posłał”.
KOMENTARZ
Ewangelista Marek ukazuje, jak nawet
uczniowie towarzyszący Chrystusowi
ciągle nie mogli pojąć duchowego i moralnego charakteru Jego działalności i
nauczania. Oczekiwania mesjańskie czasów Chrystusowych miały tak zdecydowany charakter polityczny i nacjonalistyczny, że nawet Apostołowie niełatwo
mogli oswoić się z myślą, iż królowanie
Jezusowe jest „nie z tego świata”. Tymczasem w królestwie Bożym panuje zupełnie
różny od ziemskiego porządek. W nim
ostatni jest pierwszym, a sługa jest władcą. Wszelkie królowanie pod sztandarem
Chrystusa jest niczym innym jak służeniem. Sobór Watykański II na nowo przypomniał z całą mocą tę ewangeliczną
prawdę, że władza w Kościele jest służbą.
Papież wyraźnie mówi, że on jest „sługą
sług Bożych” Ks. Jan Twardowski mówi:
„Nieważne są nasze sądy. On (Chrystus)
wie, kto z nas jest na miejscu pierwszym,
a kto na ostatnim miejscu”
(„Wszędy pełno Ciebie”)
3
Kącik młodego czytelnika
Daniela Abramczuk
Drodzy młodzi Czytelnicy!
Niedawno powitaliście szkolne progi i spokojnie każdego dnia zasiadacie w ławkach, by
zdobywać wiedzę, zawierać szkolne przyjaźnie, grać w piłkę na boisku i cieszyć się każdym
dniem swojej młodości. Nie zawsze jednak tak było. Wspomnijmy dziś Waszych rówieśników
sprzed siedemdziesięciu jeden laty.
T
amci, młodzi jak wy,
nie szli każdego ranka
do szkoły, nie siedzieli
w ławkach, choć pewnie bardzo
by tego pragnęli. Wielu z nich
we wrześniu 1944 roku już nie
żyło. Zginęli w Powstaniu Warszawskim, broniąc swojego
miasta. Mimo to wielu, nie
zważając na niebezpieczeństwo
utraty życia, walczyło dalej w
Szarych Szeregach (kryptonim
harcerskiej organizacji ZHP)
lub w Armii Krajowej. W Harcerskiej Poczcie Polowej harcerze Zawiszacy, niemający
jeszcze piętnastu lat, zbierali
informacje o wrogu, przenosili meldunki, rozkazy, listy, stali na warcie przy magazynach
broni, pilnowali porządku.
Znając niemal wszystkie zakamarki swoich dzielnic, byli
łącznikami i przewodnikami.
Jednym z najmłodszych bohaterskich powstańców był
„Warszawiak”, jedenastoletni
Witek Modelski. Służył w Batalionie „Parasol”. Zginął, broniąc
ostatniego domu przy ulicy Cze-
niakowskiej. Za bohaterstwo
otrzymał stopień kaprala i
Krzyż Walecznych. Zginął
też „Morro”, Andrzej Romocki, najmłodszy kapitan
w Szarych Szeregach, dowódca Kompanii „Rudy” w Batalionie Szturmowym „Zośka”. Zginęło wielu...
„Przeszli, przepadli;
dym tylko dusi
i krzyk wysoki we mgle,
we mgle.”
Krzysztof Kamil
Baczyński
Postać Witolda Modelskiego (1944) przy Barbakanie na Starówce
Witod Modelski, ps. „Warszawiak”, (urodzony 11 listopada 1932 r.
w Warszawie, zm. 20 września 1944 r)
Drodzy młodzi Polacy, odwiedźcie koniecznie (nawet
jeszcze raz) Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie na Woli przy ulicy Grzybowskiej, opiszcie swoje
wrażenia z tej bolesnej lekcji
historii i przyślijcie je do Redakcji. (adres na s. 2) albo przynieście do kancelarii parafialnej. Najciekawsze zamieścimy
w „Jadwiżance”.
Z żalem informujemy, że z Zespołu Redakcyjnego „Jadwiżanki” odeszła Monika
Maciuszek, twórca ambitnych krzyżówek i ciekawych przepisów kulinarnych na
przeróżne słodkie przysmaki. Była najstarszym współpracownikiem – od powstania
pisma w 2002 roku.
Serdecznie dziękujemy Monice za jej trud i poświęcenie dla „Jadwiżanki” i „Małej
Jadwini”, życząc jej wielu łask Bożych i opieki Matki Bożej Niepokalanej dla niej i jej całej
rodziny.
Redakcja „Jadwiżanki”
4
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
Wspomnienia z wakacji
Moje wakacje – prawie jak podróżowanie w czasie.
Często zastanawiałem się, czy możliwa jest podróż w czasie. Niektórzy naukowcy twierdzą,
że tak, ale nikt jeszcze tego nie dokonał. Ja też w to nie wierzyłem, ale w ostatnie wakacje
przeżyłem przygodę, która była jak podróż w czasie.
W
yjechałem z moimi kolegami skautami na obóz
nad jeziorem niedaleko
małego miasteczka Rypin. Obóz rozbiliśmy na wielkiej polanie. Wszystko
musieliśmy robić samodzielnie. Sami
rozstawialiśmy namioty, sami
pompowaliśmy materace.Nie byliśmy tam tylko my – przyjechali
też skauci z Ursynowa. Codziennie
o ósmej rano była krótka Msza św.
Potem robiliśmy śniadanie, po
którym sami musieliśmy również
zmywać.
Po śniadaniu zazwyczaj chodziliśmy kąpać się nad jezioro. Po powrocie mieliśmy chwile czasu na zabawę.
wieczorem rozpalaliśmy ognisko, przy
którym piekliśmy, śpiewaliśmy piosenki i długo gadaliśmy ze sobą. Chociaż nie było tam rodziców, to i tak
później czekała mnie kąpiel.
Nazwałem ten obóz podróżą w czasie, ponieważ nie mogliśmy tam zabrać
żadnej ze współczesnych rzeczy. Przez
tydzień nie miałem nie tylko Internetu
i gier komputerowych, ale nawet radia
i zegarka. Dla większości moich kole-
gów tydzień bez elektroniki byłby niemożliwy, natomiast dla mnie było to
bardzo ciekawe doświadczenie. Pierwszy raz byłem sam na obozie – zobaczyłem, że można żyć bez tych wszystkich nowoczesnych urządzeń, a nawet
może być to świetna zabawa, …no i że
dla mnie takie życie jest możliwe!
Już dziś nie mogę się doczekać następnego obozu.
Miłosz Mądry, klasa V
Szkoła Podstawowa nr 2
im. Armii Krajowej w Milanówku
Moje wakacje w kraju hrabiego Drakuli
Czy myśleliście kiedyś, że macie dość wakacji? Ja tak. Kiedy ciągle się wyjeżdża albo rodzice
ciągają was z miejsca na miejsce, robi się żal, że nie zostało się w domu.
Czytałoby się książki, grałoby się na komputerze…
Jednak niektórych wakacji nie można zapomnieć, tak jak ja moich.
P
od koniec sierpnia pojechaliśmy całą rodziną do Rumunii.
Rumunia to kraj, z którego
pochodzi słynny hrabia Drakula. Rodzice dokładnie zaplanowali ten wyjazd. Mieliśmy tam pojechać na objazdówkę, czyli jeżdżenie wzdłuż i
wszerz całego kraju. Mieliśmy się zatrzymywać na kempingach i w pensjonatach, a naszym głównym celem
miało być Morze Czarne, nad którym
mieliśmy pobyć kilka dni. W drodze
nad morze zwiedzaliśmy dużo przepięknych, choć dla nas – dzieci – trochę nudnych cerkwi, czyli kościołów
prawosławnych. Bardzo mi się podobały wulkany błotne – jedno z kilku
milanowekswjadwiga.pl
takich miejsc w Europie. Tam też poślizgnęłam się na błocie i wykazując
się zręcznością, uniknęłam upadku.,
jednak buty były całe zabłocone.
Kiedy wreszcie dojechaliśmy nad morze, ja i moje rodzeństwo odetchnęliśmy
z ulgą. Morze okazało się zimne, a na
plaży leżały muszelki, które kaleczyły
stopy. Nad morzem przeżyliśmy niezłą
przygodę! Mój tata włożył kluczyki od
samochodu do kieszeni kąpielówek i
wszedł do wody popływać. Po wyjściu
zorientował się, że kluczyki utonęły. Rodzice szukali ich masę czasu, a my im
pomagaliśmy. Zapasowe były zamknięte w samochodzie, więc trzeba było wezwać fachowca od otwierania zamków.
W drodze powrotnej nie obeszło się
bez zwiedzania. Odwiedziliśmy zamek
Drakuli w Branie. Dowiedzieliśmy się,
że Wład Drakula wcale w nim nie
mieszkał, ba!, nawet ani razu go nie
odwiedził! Właściciele rozreklamowali go jako zamek Drakuli, ponieważ był
bardzo malowniczy.
Reszta podróży przebiegała bez niespodzianek i przejeżdżając przez Węgry, Słowację i pół Polski wróciliśmy
do utęsknionego domu.
Uważam, że nasza podróż była przyjemna i ekscytująca. Może czasami
warto pojechać?...
Ina Bablok, uczennica klasy 5
SP2 im. Armii Krajowej w Milanówku
5
Aktualności z życia parafii
Beata Starzyńska
Relikwie libańskich świętych
w Milanówku
Z inicjatywy ks. Pawła do naszej parafii w dniu 26 sierpnia zostały sprowadzone relikwie św. Charbela Makhlouf wraz z trzema świętymi Libanu :
św. Rawki Zakonnicy), św. Hardiniego
(Nimatullah al-Hardini) oraz bł. Brata
Estephana. Relikwie świętego przywieźli
parafianie z proboszczem z Annay w Libanie, gdzie obecnie spoczywa św. Charbel. Podczas Mszy św. celebrowanej przez
ks. Proboszcza, ks. Pawła oraz 6 księży z
Libanu mogliśmy usłyszeć piękny śpiew
w języku arabskim podczas dziękczynienia oraz w czasie namaszczenia olejami.
Na końcu Mszy św. zostały pobłogosławione oleje dla naszej parafii. Oleje te są
zmieszane z cudowną wydzieliną, która
wydobywała się z ciała św. Charbela po
śmierci. Po zakończeniu Mszy św. wszyscy
zrobili sobie grupowe zdjęcie i ruszyli w
dalszą podróż po Polsce.
Błogosławieństwo relikwiami będzie odbywało się każdego 28 dnia
miesiąca.
Pożegnanie
ks. Marcina Falkowskiego
Msza pożegnalna została odprawiona przez ks. Marcina w dniu 30 sierpnia
o godzinie 18.
Patryk Kocielnik i ks. Franciszek Urmański – Foto Z. Nowacki
Jak ksiądz Marcin sam mówił, cały
dzień denerwował się, jak odprawi tę
ostatnią Mszę św. w naszej parafii.
We Mszy św. wzięło udział wielu
naszych parafian, znajomych księdza,
więc wszystkie miejsca siedzące w kościele były zajęte, a dla wielu już ich
zabrakło. Podczas Mszy na policzkach
wielu ludzi mogliśmy dostrzec spływające łzy wzruszenia.
Ks. Proboszcz na zakończenie Mszy
św. podziękował księdzu Marcinowi za
jego posługę i czteroletnie zaangażo-
wanie. Tłumaczył też, że takie jest życie księdza – Co jakiś czas są zmiany,
którym trzeba się podporządkować.
Po podziękowaniach ks. Proboszcza
przyszła kolej na wiernych. Spora kolejka ludzi ustawiła się, aby podziękować za czteroletnią posługę, współpracę, wszelką pomoc i zrozumienie.
Ksiądz Marcin był wdzięczny za wszystkie dobre słowa skierowane do niego i
zapewnił, że będzie pamiętał o swojej
pierwszej parafii, bo- jak powiedział
– jego domem była przez cztery lata
była nasza parafia. Zapewnił też, że
będzie pamiętał o nas w modlitwie i
prosił także o modlitwę za niego i o
pobłogosławienie go, co wszyscy ze
wzruszeniem uczynili nakreśleniem
znaku krzyża.
Powitanie nowego kapłana
Na Mszy św. w niedzielę, 16 sierpnia
mogliśmy poznać nowego wikariusza
w naszej parafii, ks. Franciszka Urmańskiego. Jego posługa rozpoczęła się
oficjalnie 1 września. Ale już 30 sierpnia pomagał dzielnie w kolportażu
„Jadwiżanki” i uczestniczył w pożegnaniu ks. Marcina.
Ks. Franciszek Urmański, rocznik
1990, wychował się w wielodzietnej
6
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
rodzinie, która od lat angażuje się we
wspólnotach przy parafii św. Jakuba w
Warszawie. Trzy tygodnie przed ks.
Franciszkiem jego brat – ks. Stanisław
Urmański – przyjął święcenia w prałaturze Opus Dei w Rzymie. Natomiast
drugi brat Antoni jest numerariuszem
prałatury (osobą żyjącą w celibacie),
pracującym na Litwie. Księża Urmańscy mają jeszcze siostrę Marię i brata
Jana, którzy założyli rodziny.
A co o sobie powiedział tuż po święceniach ks. Franciszek? „Kiedy szedłem
do ołtarza, poczułem, że jestem wezwany przez Boga do wielkich rzeczy.
Czuję, że tej radości nie da się zatrzymać. Chcę być święty! Wielokrotnie
doświadczyłem tego, że Bóg prowadził
mnie przez przełożonych. Modlę się,
bym umiał słuchać Ducha Świętego.“
Ks. Franciszek Urmański jest naszym nowym asystentem kościelnym
i „naczelnym” Redakcji
„Jadwiżanki”.
76. rocznica wybuchu
II wojny światowej
Z okazji uroczystości 76. rocznicy
wybuchu II wojny światowej została
odprawiona uroczysta Msza św. pod
przewodnictwem ks. Zbigniewa Szysza.
Mszę poprzedziło złożenie kwiatów na
cmentarzu parafialnym przez panią
burmistrz, straż miejską, kombatantów
oraz harcerzy. Pani Wiesława Kwiatkowska na cmentarzu podziękowała
osobom tam będącym za pamięć i chęć
przybycia i zaprosiła wszystkich na
dalsze uroczystości.
Do kościoła przybyło wielu przedstawicieli różnych organizacji z pocztami
sztandarowymi: ze szkół podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, kombatanci- Armii Krajowej,
Turczynek – Foto. Kaja Abramczuk-Kalinowska
milanowekswjadwiga.pl
harcerze, straż pożarna, władze miasta
z burmistrzem, Wiesławą Kwiatkowską
na czele oraz Przewodniczącą Rady,
Małgorzatą Trębińską.
Po uroczystościach w kościele nastąpiło złożenie kwiatów pod Pomnikiem Bohaterów, a następnie zebranie
przejechali do Turczynka w celu obejrzenia widowiska muzycznego „Turczynek- genius loci”. Ta piękna inscenizacja, której scenarzystą i reżyserem
jest Iwona Dornarowicz i w której brało udział 19 aktorek i aktorów Stowarzyszenia T-Art, przy świetnym nagłośnieniu i oświetleniu przez grupę
Em-Art Piotra Jezierskiego, była dużym
przeżyciem kulturalnym, muzycznym
i historycznym.
W tej pięknej scenerii, w starej willi
Turczynek, która od 2008 roku jest we
władaniu miasta Milanówek, pokazane
były wydarzenia historii obu willi od
1905 roku przez I i II wojnę światową,
lata 20. i 30. okresu międzywojennego
oraz zniszczenia podczas ostatniej wojny oraz przez wojska sowieckie 19451946 aż po działalność szpitala miejskiego, zakończoną w 2004 roku.
7
Świadectwo
Małgorzata Soja
Odczułam oddziaływanie ks. Jerzego
Byłam studentką dziennikarstwa naUJ, gdy zginął ks. Popiełuszko. Bardzo to przeżywałam,
śledziłam wszystko, co ukazywało się na Jego temat, publikacje książkowe, prasowe,
internetowe. Zawsze pytałam, dlaczego go nie upilnowali...dlaczego studentów nie było,
w tym i mnie... Mijały lata, zawsze czułam żal i zawsze był mi bliski.
W
październiku 2014 roku Jerzego. Ostatecznie, po biopsji klatki tym. Gdy to się działo, tj 20 pażdzierbrałam udział w marszu piersiowej, okazało się, że mam po- nika 2014 roku, nie wiedziałam, co o
upamiętniającym roczni- większony węzeł, ale nie ma w nim tym sądzić. Natychmiast, tego samego
cę śmierci Księdza. Był to wieczór 19 niebezpiecznych komórek. Obecnie dnia, powiedziałam o tym swojej siopaździernika. Po marszu uczestni- pozostaję pod kontrolą lekarzy.
strze, która jest osobą bardzo wierzącą.
czyłam w Mszy świętej.
Powiedziała mi wtedy, no
Następnego dnia rano,
cóż, ty zawsze w jakiś spoobudziłam się „ w błogosób żyłaś męczeństwem
ści“. Jestem dziennikaks. Popiełuszki. Obie z siorzem pism katolickich
strą byłyśmy również na
(m.in. „Niedziela”, „Fronbeatyfikacji ks. Jerzego.
da”, „Głos Katolicki” w
Gdy leżałam w kliniParyżu), także autorką cekach między styczniem a
nionej książki obyczajowej
marcem 2015 roku, odi nie znajduję lepszego
powiedziałam sobie na
określenia na ten stan. Nie
pytanie, dlaczego ks Jenazwałabym tego „szczęrzy? Gdy ktoś leży słaby
śliwością“, ale właśnie błoi chory, a także, gdy nie
gością. W tym stanie powiadomo, co się z nim
myślałam: to pochodzi od
stanie, ks Jerzy jest wówks. Jerzego. Wówczas poczas bardzo bliski. Ja
czczułam jakby „przyprzypominałam sobie,
tknięcie“, kolejno w dwóch
jak cierpiało jego ciało,
miejscach swego ciała.
jak bardzo został sponieKońcem października,
wierany, jak też odczuwał
tuż przed świętem Wszystból i strach, śmiertelny
kich Świętych, źle się poczustrach o swoje życie.
łam. Wykryto u mnie choDużo modliłam się
robę nowotworową, w
przez pośrednictwo ks.
miejscu, gdzie czułam to
Jerzego, nie zapominając,
„przyłożenie“. Był to nowoże Jezus Chrystus też odtwór pierwszego stopnia i
dawał życie w bólu i że to
poprzestano na operacji,
do Niego zwracam się pouznano mnie za wyleczoną
przez pośrednictwo Przyi nie potrzebowałam leczejaciela, ks. Jerzego.
nia onkologicznego. Przed
Pragnę zgłosić to świaoperacją robiono mi rtg płuc
dectwo,
by dołączyć do
Bł. ks. Jerzy w sanktuarium w Warszawie – Foto. Z. Nowacki
i tam wykryto coś, czego
tych, którym ks. Jerzy polekarze bardzo się obawiali, nie muszę
Z całą odpowiedzialnością pragnę mógł, gdyż uważam, że pewnie i w
dodawać, jak bardzo obawiałam się ja. stwierdzić, że chore miejsca mojego moim wyleczeniu brał On udział. Łączę
Było to drugie miejsce, w którym od- ciała zostały mi wskazane, zanim do- się we wspólnej ufności w łaski za poczułam wcześniej oddziaływanie ks wiedziałam się w sposób medyczny o średnictwem ks Jerzego.
8
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
Wspomnienia z wakacji
Agnieszka Zdziech
Szkockie klimaty
O podróży do Szkocji marzyłam już od kilku lat, ale wydawało mi się to marzeniem ściętej
głowy. Ku mojej ogromnej radości na początku tego roku dowiedziałam się, że program Erasmus+ może je spełnić. Wraz z kolegami z pracy napisaliśmy projekt i w lipcu znaleźliśmy się
w krainie zamków i owiec.
B
ył to ten gatunek wakacji, który łączy przyjemne z pożytecznym. Z jednej strony mogłam wiele się nauczyć i podszlifować
angielski, a z drugiej zwiedzić i zobaczyć cudowne miejsca. Przez dwa tygodnie mieliśmy zajęcia na uniwersytecie w Edynburgu, które okazały
się niezwykle interesujące i pozwoliły mi zebrać nowe, ciekawe materiały
do nauczania. Ponadto przekonałam
się, dlaczego tenże uniwersytet plasuje się na pierwszym miejscu w Szkocji: ma wspaniale wykształconą kadrę,
profesjonalne wyposażenie (z ubolewaniem muszę powiedzieć, że polskie
szkolnictwo pod tym względem ma
jeszcze daleką drogę) i biurokrację
ograniczoną do minimum (czyli się
milanowekswjadwiga.pl
da!). Od pierwszego dnia „szkoły”
urzekła mnie też kultura osobista i
chęć niesienia pomocy ze strony każdego przedstawiciela tamtejszego
personelu (czyli to też da się zrobić).
Po lekcjach mieliśmy sporo czasu na
eksplorację tej fantastycznej stolicy i jej
okolic. Nie wiadomo było od czego zacząć! W zasadzie każdy kamień i budynek to zabytek. Szkocja nie ucierpiała podczas II wojny, więc jeśli znajdują
się tam ruiny (a owszem, jest ich tam
wiele), to są one wspomnieniem dużo
starszych, średniowiecznych lub renesansowych, podbojów. Te pozostałości
przeszłości stały się dla mnie intelektualną pożywką. Zamki, w większości
przypadków naruszone właśnie przez
historię lub zębem czasu, to były moje
główne cele. Nie dość, że same w sobie
fascynujące, bo zupełnie inne od naszych, to jeszcze umiejscowione w oszałamiającym krajobrazie, np. na klifach.
Absolutnie warte zobaczenia!
Spacerując z kolei codziennie uliczkami Edynburga, miałam wrażenie, że
cofnęłam się w czasie. To wrażenie burzyły tylko nowoczesne pojazdy oraz
wszechobecne supermarkety. Nie mogłam natomiast oderwać oczu od kamieniczek, kościółków wciśniętych
pomiędzy nie i przytulnych kawiarenek. Do muzeów aż chciało się wchodzić i pękały w szwach od dzieci, co
bardzo mnie ucieszyło. Stawiają tam
bowiem na tworzenie wystaw, które
będą zarówno atrakcyjne dla młodego
człowieka, jak i edukacyjne, ale w spo-
9
sób niebezpośredni (tak jak nasze Centrum Nauki Kopernik). Nawet Muzeum
Chirurgii wydawało się ciekawe z opisu, choć niestety nie mogłam tego zweryfikować, gdyż jest w remoncie.
Po tych wszystkich superlatywach
czas przejść do minusów. Zawsze i
wszędzie kryje się jakiś kruczek. Znalazłam tylko dwa, ale dość dotkliwe:
ceny i klimat. Dla przeciętnego Polaka
ceny potrafią być zaporowe. Nie daje
się spróbować wszystkich przysmaków,
a wchodząc do płatnych muzeów czy
zamków oraz wyjeżdżając na wycieczkę krajoznawczą z biura nie można
przeliczać funtów na złotówki, bo boli
serce. Z tym jednak turyści wyruszający na wyspy muszą się liczyć. Inna
rzeczywistość, inne pensje.
Zabawniejszym, bo wciąż pobudzającym do żartów, czynnikiem okazała
się typowa w te wakacje szkocka pogoda. Przed wyjazdem wyczytałam gdzieś
następujący dowcip: „W tym roku lato
w Szkocji było w czwartek, ale nie zauważyłem, bo brałem wtedy prysznic.”
Nie zrozumiałam. Znaczenie dotarło
do mnie drugiego dnia pobytu. W roz-
mowie z innymi uczestnikami doszliśmy do wniosku, że szkockie lato w tym
roku było pod koniec naszego dwutygodniowego pobytu – słońce świeciło
przez większość tego dnia, nie spadło
więcej niż kilka kropel deszczu i temperatura osiągnęła szalone 20 stopni
Celsjusza (podczas gdy w Polsce panowały czterdziestostopniowe upały)!
Nasza Pani Doktor poinformowała nas,
że lato to raczej najgorszy moment na
zwiedzanie Szkocji, poleciła natomiast
zimę (chociaż często bardzo mroźna,
Wspomnienia z wakacji
to jest najsłoneczniejszą porą roku). Tą
wiedzą, uważam, muszę się podzielić
z wszystkimi, którzy się pragną do
Szkocji wybrać.
Piękny, spokojny kraj, przesympatyczni ludzie (całe szczęście mówią
piękną angielszczyzną, bo po szkocku
i galijsku poznaliśmy tylko kilka słów)
i piękna architektura z nieco mroczną
historią w tle – tak bym podsumowała
swoje wrażenia z wyjazdu. Z perspektywy czasu i we wspomnieniach te
mniej pozytywne aspekty bledną.
Mateusz Borządek
Obóz zastępu „Wilk” Skautów Europy
Na tegoroczny obóz pojechaliśmy do Ryteli Święckich (mała wieś nad Bugiem).
W
yjazd trwał od
04.07 do 20.07. W
ciągu pierwszych
kilku dni był upał, pomogło
nam to w zbudowaniu pionierki na czas. Już pierwszej
nocy spaliśmy na platformie.
Po trzech dniach pracy nad
gniazdami wreszcie rozpoczął
się obóz. Pierwszą przygodą
(poza pionierką) było „Explo”,
czyli trzydniowa wędrówka i
poznawanie okolicznych miejscowości. Całym zastępem uznaliśmy,
że to najlepszy moment obozu. Potem
10
czekały na nas takie atrakcje jak: gry
terenowe, turniej piłki nożnej, bieg na
wywiadowcę, wielka gra, konkurs kulinarny, ogniska… wszystkie były bardzo ciekawe
i były dla zastępu Wilk pod koniec kolejnymi przygodami,
uczącymi nas nowych technik
harcerskich i umiejętności.
Wszystkie te przygody złączyły
się w jedną wielką, czyli obóz.
Pod koniec wyjazdu pogoda
zaczęła się psuć, także ostatniej
nocy przeszła nad nami burza,
największa, którą zastępem spędziliśmy w lesie.
Dojechaliśmy cali i zdrowi.
zastępowy z zastępu „Wilk”
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
Edukacja i wychowanie
Monika Krawczyk
Jak zapewnić dziecku dobry start w szkole?
Pierwszego września nasze dzieci rozpoczęły naukę w szkole.
Niektóre trafiły tam po raz pierwszy. Co możemy zrobić,
aby nasze pociechy chętnie do niej uczęszczały i czerpały radość ze zdobywania wiedzy?
Oto kilka prostych wskazówek dla rodziców pierwszoklasistów.
pić się na lekcji. Często
skarżą się na ból brzucha lub głowy. Pamiętajmy też o drugim
śniadaniu i butelce
wody. Warto zaplanować pewien rytm dnia,
w którym będzie czas
na naukę, zabawę, ruch
na świeżym powietrzu
i wypoczynek. Dziecko
po pewnym czasie przyzwyczaja się do stałego
rytmu dnia, co i nam
rodzicom znacznie ułatwi życie (np. odrabianie pracy domowej,
chodzenie spać).
Po czwarte
Urządźmy dziecku
kącik do nauki, nie
musi to być osobny poMarysia Sitek z rodzicami w drodze do szkoły – Foto. Z. Nowacki kój, wystarczy biurko
lub stolik z odpowiedPo pierwsze
Zapewnijmy dziecku poczucie bezpie- nim oświetleniem. W pierwszych mieZawsze starajmy się mówić pozytyw- czeństwa. Dla pierwszoklasisty pierwsze siącach roku szkolnego warto nauczyć
nie o szkole. Mówmy naszym dzieciom, tygodnie w szkole są niezwykle ważne, ale dziecko, jak spakować tornister, przyże szkoła jest miejscem, w którym nie i trudne. Postarajmy się, aby momentowi gotować potrzebne przybory, towarzytylko nauczą się nowych, ciekawych rozstania towarzyszył uśmiech rodzica i szyć w odrabianiu pracy domowej i
rzeczy ale i poznają wielu przyjaciół, zapewnienie „będzie dobrze”, „powodze- odpowiadać cierpliwie na tysiące pypojadą z wychowawcą na wycieczkę, nia!”. Przed wyjściem z domu powiedzmy tań, które z całą pewnością zrodzą się
będą odkrywać tajemnice przyrody, też dziecku, kto i kiedy je odbierze, wów- w małych główkach.
wezmą udział w konkursach i zabawach. czas maluch będzie czuł się pewniej. Jeśli
Najważniejsze jednak jest to, aby być
Ważne, aby takie rozmowy odbywały dziecko ma problemy z adaptacją, należy z dzieckiem, otaczać je miłością i
się w miłej atmosferze. Warto wtedy o tym poinformować wychowawcę i śmia- wsparciem, zapewnić poczucie bezpieusiąść wygodnie z pierwszakiem i spo- ło prosić o pomoc i wsparcie.
czeństwa. Pomagać, ale nie wyręczać
kojnie porozmawiać, może nawet opoi.... rozmawiać, rozmawiać, rozmaPo
trzecie
wiedzieć mu o swoich zabawnych przywiać.
godach związanych ze szkołą?
Bardzo ważne jest to, aby uczeń przed
Wszystkim Pierwszoklasistom i ich
wyjściem z domu zjadł śniadanie. Głod- Rodzicom życzę samych sukcesów w
Po drugie
ne i niewyspane maluchy nie mogą sku- szkole!
milanowekswjadwiga.pl
11
Porady psychologa
s. Bogumiła Kucharska
Skuteczny Rodzic
Kiedy dziecko zaczyna uczęszczać do szkoły, pojawia się wiele dodatkowych czynników
kształtujących jego osobowość, ale rodzina nadal pozostaje bardzo ważna.
P
owstałe na wskutek doświadczeń w rodzinie poczucie wartości lub jego braku jest
wzmacniane: pewny siebie człowiek
może poradzić sobie z niepowodzeniami w szkole albo wśród rówieśników, natomiast dziecko oceniające się
nisko, nawet gdy osiąga sukces może
dręczyć się pytaniem, czy jest ważne
dla innych.
Każde słowo, każdy gest czy wyraz
twarzy obojga rodziców jest dla dziecka komunikatem na temat jego wartości. Szkoda tylko, że tak wielu rodziców
nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie informacje przekazuje swoim pociechom.
Komunikują półsłówkami, nie wprost,
zwracając się bezosobowo.
Tysiące razy słyszymy krzyk: „Ty
cymbale, przestań to robić!” Dziecko,
do którego skierowane są te słowa,
może nie mieć pojęcia o co chodzi. Zawołane przezwiskiem, zwłaszcza gdy
słyszy owo „to”, wcale nie musi wiedzieć, o czym rodzic mówi. Jeśli jest w
stanie przeformułować ten kod na normalny język, to może nie poradzić sobie ze zranionymi uczuciami. Przyczyną wielu nieporozumień zachodzących
w komunikacji międzyludzkiej jest
12
fakt, że mówimy w niedbały i zakamuflowany sposób czyli: ktoś, coś robi a
nie powinien.
Dziecko dysponujące niewielką ilością życiowych doświadczeń, nie może
właściwie interpretować tego typu słów.
Domyśla się wiec, że od tego kogoś o
imieniu „cymbał” oczekuje się „czegoś”, ale dokładnie nie musi rozumieć
wszystkiego. Ma po prostu „zgadnąć”.
Jakby otrzymał
zaproszenie od
rodzica do
udziału w jakiejś mętnej
grze, w której i
tak jest skazany
na przegraną:
rodzic posługuje się metodą
niejasnych sugestii, a dziecko
ma czytać w
myślach, by dowiedzieć się o co chodzi...Gra – pułapka dla dziecka, ale i dla rodzica.
Pułapka, w którą wpada rodzic to
jego przekonanie o tym, że bez względu na to, co i jak mówi, zawsze jest
zrozumiałe dla dziecka. W dobrej wierze nakłada na dziecko ograniczenia
bez wyjaśnień, żąda określonego zachowania niezrozumiałego dla dziecka,
wymaga od niego „ślepego posłuszeństwa”, wprowadza zakazy bez odpowiedzi na pytanie: „a dlaczego nie?”,
posługuje się groźbą kary. Panuje zasada:,, ja zwyciężam – ty przegrywasz”.
A wszystko po to, by okazać swoją wyższość, władzę z racji błędnie rozumianego autorytetu.
Cała ta procedura zgadywania odpowiedzialna jest za wiele nieporozumień zachodzących w relacji z dziec-
kiem Aby tego uniknąć rodzic powinien
usłyszeć najpierw samego siebie. Jak
zwracam się do swojego dziecka – czy
po imieniu? Czy komunikat jest na tyle
jasny, że dziecko wie, o co mi tak naprawdę chodzi? Czy mój język jest precyzyjny, neutralny, czy osądzający, a
nawet poniżający?
Kolejną ważną sprawą jest ocena
umiejętności szczerego wyrażania własnych uczuć. Chodzi o zakomunikowanie
dziecku, jakie znaczenie ma dla nas jego
zachowanie i jak się z tym czujemy.
Warto przy tym pamiętać, że negatywnej informacji możemy nadać pozytywne zabarwienie, a wtedy dziecko
nie ma poczucia odrzucenia.
Wysyłanie do dziecka komunikatu
„ja” np. „Jestem zaniepokojony, że nie
odrobiłeś jeszcze lekcji”, różni się wyraźnie od wyrzucenia z siebie przykrego dla dziecka stwierdzenia: ” jesteś
leniuchem!”. Taki komunikat jest przez
dziecko odkodowane jako ocena, zarzut, osąd, drwina, krytyka, czy komunikat zawstydzający. Rodzic kieruje w
stronę dziecka oskarżycielski palec. Tu
nie ma już miejsca na rozmowę. Natomiast obwiniające, poniżające i karzące reakcje rodziców na niestosowne
zachowanie swoich pociech mają daleko idące konsekwencje.
Często rodzice sami nie doświadczyli pewnych zachowań wychowawczych, więc nie przychodzi im do głowy, że można postępować zupełnie
inaczej, niż są przyzwyczajeni, i na
dodatek, że to można zmienić. Refleksja rodzica nad wzorcami relacji w
rodzinie pochodzenia i nad własnymi
trudnymi doświadczeniami może być
źródłem decyzji o zmianie wysyłanych
do dziecka komunikatów na bardziej
skuteczne.
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
Świadectwo Anna Ruszkowska
Jak żyć z małolatą i nie zwątpić?
M
- Mamo, wyluzuj… - te słowa doprowadzają mnie do szału.
oja piętnastoletnia córka
właśnie wywróciła oczami
znacząco i spojrzała z wyrzutem na mnie, kiedy kolejny raz
wchodząc do jej pokoju nie wytrzymałam nerwowo i rozkazałam posprzątać pokój. Cóż, nasze wyobrażenia na temat ładu i porządku różnią
się diametralnie.
- To mój pokój i chcę mieć wybór
decyzji, gdzie leżą moje brudne skarpetki . Sama mówiłaś, że dom dzielimy
na przestrzenie: Twoją, moją i wspólną.
Porządek ma być w przestrzeni wspólnej, a tu jest moja przestrzeń i mój bałagan. Mamo, wyluzuj… – moje elokwentne dziecko powołało się właśnie
na moje słowa. Wcześniejsze nasze negocjacje i ustalenia były po to, aby
wreszcie wyprowadzić bałagan i zlikwidować leżące jej brudne skarpetki
na podłodze w łazience, kuchni, salonie
i przedpokoju.
rzeczy dziś, które wydają się nie mieć
sensu?
W te wakacje moje dojrzewające
dziewczę poszło o krok dalej. Pierwszy papieros w życiu dziecka to mój
kolejny strach w moim sercu. Pierwsze poważne kłamstwo z tym związane to mój następny strach, większy
i potężniejszy od pierwszego…
-Mamo, wyluzuj, są gorsze rzeczy,
uwierz mi . Ja tylko spróbowałam z
ciekawości. Ty nigdy nie próbowałaś?
– próbowałam, ale na szczęście mnie
nie smakowało. Nie dlatego się boję,
że z ciekawości dziecko zapaliło, a
potem próbowało niezdarnie uniknąć
konsekwencji i skłamało… Mój strach
ma wielkie oczy, że córce papieros
bardzo posmakuje i że ktoś poczęstuje potem czymś jeszcze, co okaże się
nie być zwykłym papierosem. I może
skrzywdzi… Ileż to niebezpieczeństw
czyha teraz na nasze dzieci!
Gdyby był, to nie pozwoliłby na twoją
chorobę. Nie pozwoliłby, żeby umarł
mi dziadek. A jeśli istnieje ten twój Bóg,
to się pomylił… Nikt mnie nie rozumie
- to stwierdzenie mnie powaliło na kolana. To było gorsze od bałaganu, złych
ocen, papierosów i kłamstwa…
Co mam zrobić, kiedy córka już nie
chce rozmawiać o Bogu i modlić się ze
mną jak kiedyś? Czy tamten czas
wspólnego czytania Biblii i modlitwy
wieczornej minął bezpowrotnie? Czy
na nic było wspólne świętowanie świąt
i niedzieli? Czy znak krzyża na czole i
błogosławieństwo przy wyjściu z domu
i podróży nic nie znaczył? Czy modlitwa przy grobie dziadka była bez znaczenia? Czy mam zwątpić, że wszystkie
moje starania były na nic i nie dały
żadnych owoców?
Moja najdroższa córko, proszę…
„Żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi
bo nie jesteś sama
Niech dobry Bóg zawsze cię za rękę trzyma
kiedy ciemny wiatr porywa spokój siejąc smutek i zwątpienie
Pamiętaj że jak na deszczu łza
cały ten świat nie znaczy nic a nic
chwila która trwa może być najlepszą z twoich chwil
idź własną drogą
bo w tym cały sens istnienia żeby umieć żyć”
(Dżem, Do kołyski)
Patrycja odrabia lekcje – Foto. Z. Nowacki
- Mamo, szkoła jest bez sensu.
Uczą tam niepotrzebnych rzeczy. No
sama powiedz, po co mi w życiu budowa atomu? - to retoryczne pytanie
wprowadziło mnie w głęboką konsternację. Cóż, ile ja muszę robić
milanowekswjadwiga.pl
Tyle się słyszy o porwaniach, gwałtach, wypadkach, dopalaczach… Za
moich czasów….
- Mamo, wyluzuj. Ja nie chcę chodzić
na religię. Ten ksiądz jest beznadziejny.
Ja i tak już nie wierzę, że Bóg istnieje.
Trzeba nadal być… Być blisko i najbliżej jak tylko można, pozwolić od
siebie odchodzić i wracać… a swoim
życiem dziecku pokazywać, że mój Bóg
nie umarł. W moim życiu i w mojej
chorobie Bóg się nie pomylił…
13
Nasze wędrowanieZbigniew Nowacki
„W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie
i Szczebrzeszyn z tego słynie.”
Jeśli ktoś sądzi, iż to nasz poeta Jan Brzechwa wymyślił nazwę Szczebrzeszyn dla potrzeb
uroczego wierszyka, ten jest w dużym błędzie.
S
zczebrzeszyn istnieje naprawdę
i należy do najstarszych i najciekawszych miast Roztocza.
Ten urokliwy zakątek Polski to pasmo
wzgórz o długości 180 km i szerokości
od 15 do 25 km, ciągnące się od Kraśnika do Lwowa. Warto wybrać się na
wycieczkę do Roztoczańskiego Parku
Narodowego i jego siedziby – Zwierzyńca, do Krasnobrodu, Józefowa,
Suśca czy Tomaszowa Lubelskiego.
Historia Roztocza – pomijając najstarsze ślady człowieka z neolitu (ok.
2500-4000 lat p.n.e.) rozwój Roztocza
zawdzięcza się kanclerzowi i hetmanowi
Janowi Zamoyskiemu, który w 1589 r.
utworzył Ordynację Zamojską na znacznym terenie Roztocza. Kozacy, Szwedzi
i Tatarzy pustoszyli ten region w XVII i
XVIII wieku. Potem były zabory przez
Austrię i Rosję, a najtragiczniejsze losy
przeżyło Roztocze w czasie II wojny światowej. Znane są: tragedia dzieci Zamojszczyzny, wywożonych i germanizowanych
przez Niemców, zagłada wielu tysięcy
mieszkających tu Żydów oraz krwawe
walki z bandami UPA.
14
W Szczebrzeszynie godnym uwagi
jest renesansowy kościół św. Mikołaja z
ciekawymi sztukateriami na sklepieniu
oraz bogato dokorowaną amboną z
XVII w. Oryginalna, drewniana rzeźba chrząszcza stoi nad źródłem naprzeciw ordynackiego młyna wodnego.
Zwierzyniec – nazywany Perłą Roztocza – jest położony nad Wieprzą i
otoczony lasami i wzgórzami Roztoczańskiego Parku Narodowego. Jan
Zamoyski wybudował tu dwór, pełniący funkcję letniej rezydencji, i utworzył
zwierzyniec myśliwski, w którym zamieszkały żubry, łosie i tarpany (dzikie
konie). W Zwierzyńcu bywali królowie
polscy: Władysław IV, Jan Kazimierz
oraz Jan III Sobieski, który spotykał się
tam z Marysieńką, jego przyszłą żoną.
Najciekawszym zabytkiem Zwierzyńca
jest barokowy kościół „Na wodzie” pw.
św. Jana Nepomucena. W parku miejskim można spotkać jedyny na świecie
pomnik szarańczy, upamiętniający plagę szarańczy z 1711 roku.
W siedzibie Dyrekcji RPN znajduje się
Ośrodek Edukacyjno-Muzealny, od którego rozchodzi się 9 ścieżek edukacyjnych i przyrodniczych po parku, m.in.
na Bukową Górę oraz do stawów „Echo”,
gdzie można zobaczyć koniki polne, których przodkami były tarpany. Koniki
polne używane są m.in. w hipoterapii,
rajdach konnych i lekkich zaprzęgach.
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
Tomaszów Lubelski – to stolica powiatu i największe, poza Lwowem, miasto Roztocza.
Najcenniejszym zabytkiem Tomaszowa jest modrzewiowy kościół Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny,
jeden z najciekawszych przykładów
architektury drewnianej w Polsce. W
ołtarzu głównym znajduje się słynący
z cudów obraz Matki Boskiej Szkaplerznej z XVII w.
W Krasnobrodzie warto nawiedzić dominikański zespół klasztorny,
który ma rangę Sanktuarium Matki
Bożej Krasnobrodzkiej z jej cudownym obrazem, z kaplicą objawień „na
wodzie”, zbudowaną na palach nad
źródłem oraz rzeźbionymi kapliczkami i stacjami dróżek różańcowych.
Klasztor ufundowała Marysieńka
Sobieska w podzięce za odzyskane
zdrowie i siły po chorobie. Początek
kultu maryjnego był jeszcze wcześniej, bo w 1640 r., kiedy to wieśniakowi Jakubowi Ruszczykowi objawiła się Matka Boża. W Krasnobrodzie
jest słynne sanatorium dla chorych
na górne drogi oddechowe i ze schorzeniami narządów ruchu. Gdy byłem
chłopcem, chorowałem na zatoki i
właśnie dzięki 2- miesięcznemu pobytowi w tym sanatorium wyleczyłem
się z tej przypadłości. Pamiętam także, że było tam mnóstwo komarów...
Do odwiedzenia Roztocza zachęcają z pewnością naturalne warunki:
rozległe lasy, czyste powietrze i największa w Polsce liczba dni słonecznych, ponad 1000 km oznakowanych
pieszych ścieżek i szlaków turystycznych. Na przykład Centralny Szlak
Rowerowy Roztocza ma 179 km długości i prowadzi z Kraśnika do Hrebennego (na granicy z Ukrainą). Dla
miłośników sportów wodnych możliwe
są ciekawe spływy kajakowe na Wieprzy i Tanwi.
Historia Anna Cichosz
Rodzinna historia- Warszawa 1944
Po 63 dniach dogorywało Powstanie Warszawskie. Ocaleni mieszkańcy Warszawy szykowali
się do opuszczenia miasta. Tysiące ludzi zostało skierowanych do obozów przejściowych
w Ursusie i Pruszkowie. Dzieci, kobiety, mężczyźni szli 15-20 kilometrów pieszo na zachód.
Brudni, niedożywieni, chorzy – tak wyglądał ten pochód widm.
W
kolumnie tej znaleźli się
również Bolesław Bartoś
ze swoją kilkutygodniową
córką Jadwigą. Jadwiga urodziła się
27.08.1944 roku przy ul. Próżnej w
Warszawie. Mała Jadzia to jedno z
dzieci urodzonych w Warszawie podczas Powstania. Urodzona w piwnicy
kamienicy na Próżnej, kilkaset metrów od budynku Pasty, gdzie toczyły
się zaciekłe walki przez ponad 20 dni.
Szanse na przeżycie dla niemowląt i
małych dzieci w czasie działań wojennych były znikome. Brak wody, żywności, lekarstw. Bardzo często młode
matki, same niedożywione, nie miały czym karmić swoich dzieci. Każdy
przeżyty dzień był cudem. Każdy następny to kolejna walka o wodę, mleko dla dziecka i o…przetrwanie. Zbliżał się czas, kiedy rodzice Jadzi
musieli podjąć następną dramatyczną
decyzję. Warszawę z córką na ręku
opuścił ojciec. Wiedziano już wtedy,
milanowekswjadwiga.pl
że z dzieckiem Bolesław ma większe
szanse na ocalenie życia. Nie dotarł
jednak do obozu przejściowego. Wykorzystał moment nieuwagi eskorty
i oderwał się od kolumny. Razem z
córką dotarł do Milanówka do domu
swojej teściowej, Elżbiety Piątkowskiej. Tu razem z nim dotarło jeszcze
17 osób – rodzina i sąsiedzi Bolesława.
Tu też w małym domku na skraju ul.
Kochanowskiego mieszkali aż do powrotu do Warszawy. Tu też mała Jadzia czekała na powrót mamy, która
uciekła z transportu wieziona na roboty w głąb Rzeszy.
Po wojnie rodzina Bartoś wróciła do
Warszawy. Kamienica przy ul. Próżnej
też przetrwała wojnę i istnieje do dziś.
Barbara Bartoś z domu Piątkowska to
siostra mojego Taty, Stefana Piątkowskiego.
Większość historii nie miała jednak
tak szczęśliwego zakończenia. Dwie
siostry mojej Mamy, Anna i Helena
Jakubiak nie przeżyły Powstania Warszawskiego. Obie zmarły w sierpniu
1944 roku. Obie zostały pochowane na
Cmentarzu Wolskim. Ludność cywilna Woli przeszła piekło. Rzeź Woli to
najtragiczniejsza karta Powstania Warszawskiego.
Oddając cześć bohaterom Powstania
Warszawskiego, zapalmy również
świeczkę i zmówmy modlitwę w intencji cywilnych ofiar. Oddajmy też cześć
tym, którym udało się wygrać walkę o
życie najsłabszych i bezbronnych –
dzieci.
15
Milanówek – ludzie i zabytki
Iwona Dornarowicz
Dlaczego Turczynek?
Milanowska posiadłość bynajmniej nie ma azjatyckich korzeni. Ale po kolei. Panowie Jerzy
Meyer i Wilhelm Wellisch, oraz ich wspólny teść Bonawentura Toeplitz, zlecili łódzkiemu
architektowi Dawidowi Lande wykonanie projektu dwóch willi. Stanąć miały w Milanówku;
w miejscu, gdzie Milanówek styka się z Brwinowem i Podkową Leśną.
R
ozpoczęta w 1904 roku budowa rok później zaowocowała
dwiema willami w stylu „malowniczo eklektycznym”1. Do jednej
sprowadzili się państwo Maria (córka
Bonawentury) i Jerzy Meyerowie, do
drugiej Anna (również z domu Toeplitzówna) i Wilhelm Wellischowie.
Wkrótce w rodzinie Meyerów pojawili się: Staś, Stefan, Jaś, Matylda i
Anielka, a u Wellischów: Leopold,
Zofia, Karol i Róża.
Właściciele posiadłości obracali się
w bogatych kręgach finansjery, naukowców i przemysłowców, stanowili niejako
elitę współczesnego sobie społeczeństwa. Jednak ani to, ani żydowskie korzenie zarówno rodziny Toeplitzów, jak
i mężów młodych Toeplitzówien, nie
tłumaczy nadanej zespołowi willowopałacowemu nazwy. A wyjaśnienie jest
proste: na Bonawenturę zdrobniale mówiono w rodzinie Turek. Stąd córki –
Turczynki. I stąd Turczynek…
Turczynek w rękach Turczynek
Światowe katastrofy nie
ominęły Turczynka, ale też
do pewnego momentu
oszczędziły go w dużym
stopniu. W czasie I wojny
światowej front przechodził tędy dwukrotnie2. W
sierpniu 1915 roku do zaprzyjaźnionych Wellischów
wybrał się Leon Wyczółkowski. Nie spodziewał się
zastać u nich innych „gości”. Obie wille zastał zajęte przez oficerów Landwehry. Przebywali tam do
połowy 1917 roku.
16
Za to dwudziestolecie międzywojenne
upływa pod znakiem zabaw, brydża, przyjęć – jednym słowem życie towarzyskie
kwitnie. Bliskość Stawiska powoduje, że
zadzierzga się przyjaźń między mieszkańcami Turczynka a Iwaszkiewiczami. Codzienne wizyty ułatwiono sobie, wydeptując wygodną ścieżkę łączącą Turczynek
ze Stawiskiem, co pozwoliło znacznie
skrócić drogę. Prawdopodobnie była tam
też „nieoficjalna” furtka3. Wśród stawiskowo-turczynkowego grona można było
spotkać takie postaci jak Maja Berezowska, Jerzy Mierzejewski, Stanisław Lilpop,
Jerzy Andrzejewski, Czesław Miłosz, Stanisław Dygat, Witold Lutosławski, Andrzej Panufnik.
Wbrew pozorom II wojna światowa
nie od razu zburzyła tę sielankę. Wiosną
1940 roku do Turczynka, do rodziny,
przeprowadzają się z Warszawy Wertensteinowie. Zamieszkują w domu Meyerów. To dzięki pamiętnikom Wandy
Wertenstein mamy dziś barwny obraz
Turczynka między marcem 1940 roku a
kwietniem 1941. Życie tu jest zabawne –
spokój, cisza – a wokoło burza4 – w tym
zdaniu młodziutka wówczas autorka trafnie ujęła to, co było udziałem mieszkańców tej swoistej enklawy. Ciszę i spokój
„zakłócały” jedynie spotkania towarzyskie, z obowiązkowym codziennym brydżem. Wydawałoby się: do chwili, aż 12
sierpnia 1940 roku w posiadłości zakwaterowani zostali Niemcy. Tymczasem nic
bardziej mylnego. Stosunki z gospodarzami układają się poprawnie, można by
nawet, na podstawie wspomnień Wandy
Wertenstein, zaryzykować stwierdzenie,
że niemal serdecznie. Goście – żandarmeria polowa – są grzeczni, cisi, czyści5.
Życie towarzyskie nie ucierpiało, mężczyźni prowadzą interesy, kobiety – otwarty dom. Do czasu. Wiosną 1941 roku,
na mocy decyzji Liegenschaftsverwaltung, Wellischowie, Meyerowie i mieszkający tam gościnnie przez rok Wertensteinowie dostają nakaz opuszczenia
posiadłości. Rozpraszają się po Polsce i
po świecie; do rodzinnego majątku mieli już nie powrócić. W Turczynku zaś
stacjonują Niemcy, na pewien okres urządzają tam szpital polowy.
Z rąk do rąk
Turczynek – genius loci – zdjęcie Kai AbramczukKalinowskiej, wyróżnione w Foto-konkursie
Bezpośrednio po wojnie następuje szybka, podyktowana biegiem historii, zmiana „właścicieli”. Miejsce
Niemców w willach zajmują żołnierze armii radzieckiej6. Zdewastowane opuszczają w 1946 roku. Dzieło
zniszczenia kontynuuje niejako Organizacja Młodzieży Towarzystwa
Uniwersytetu Robotniczego (OM
TUR). Kursanci korzystają z zespołu
willowo-pałacowego, tu odbywają się
szkolenia i systemowe budowanie
wiary w „jedynie słuszny” ustrój –
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
komunistyczna ideologia zyskała przynajmniej ładny entourage. Turczynek jest
wówczas (od 1945 r.) własnością skarbu
państwa.
W latach 60. wille zamieniają się w
szpital z oddziałami: płucnym, internistycznym i kardiologicznym – i tę funkcję pełnią się aż do roku 2004. Po likwidacji placówki oddziały przeniesione
zostają do Szpitala Zachodniego im. Jana
Pawła II w Grodzisku Mazowieckim, tam
też trafia część personelu oraz aparatura,
która uznana została za jeszcze przydatną. Szpital w Turczynku wygenerował
sobie rozliczne opinie, z całą pewnością
wiele do życzenia pozostawiał standard
pomieszczeń.
I tak rok 2004 zamknął okres w historii Zespołu willowo-parkowego Turczynek, kiedy to miejsce komuś / czemuś służyło. Różna była to służba,
różne losy, różni ludzie, różne role.
Gdyby tak wsłuchać się w mury, w
drzewa, można by „usłyszeć” rozmaite
języki, dźwięki Międzynarodówki,
ostatnie ludzkie oddechy…
W 2008 roku Miasto Milanówek weszło w posiadanie Zespołu willowo-parkowego Turczynek. Stowarzyszenie T-Art
wystawiło w 2015 roku dwukrotnie wi-
dowisko muzyczne z cyklu
„Światło i dźwięk” pt. „Turczynek
– genius loci”, które obejrzało wielu mieszkańców Milanówka. W
przedstawieniu wykorzystano
piękną muzykę różnych kompozytorów:
* Andrew Lloyd Webber - The
Phantom in the Opera (trawestacja słów – Iwona Dornarowicz) – Upiór w Operze
* Piotr Czajkowski - Waltz of
the Flowers (Walc kwiatów)
* Sergiusz Prokofiew - MontaRadość po spektaklu – zdjęcie Kai Abramczukgues and Capulets
Kalinowskiej, nagrodzone w Foto-konkurskie
* Carl Orrf - Carmina Burana - o
Fortuna
Piotra Jezierskiego. Kostiumy i rekwi* Richard Wagner - Ride of the Valky- zyty wykonała Izabela Kalicińska.
1) www.turczynek.pl
ries (Walkiria)
Informacja ustna, prof. A. Tyszka.
* Piotr Czajkowski - Swan Lake (Jezio- 2)
3) Ibidem.
ro Łabędzie)
4) W. Wertenstein, Jeden rok wojny [w:]
Wspomnienia i zapiski z lat 1939–1953, „Rocznik
* George Bizet - Toreador
Podkowiański” 1999, z. nr 4, s. 13.
* Samuel Barber - Adagio for Strings
5) W. Wertenstein, op. cit., s. 62.
* Karl Jenkis - Agnus Dei (Baranek 6) Informacja ustna, prof. A. Tyszka.
Materiały źródłowe:
Boży)
1) W. Wertenstein, Jeden rok wojny [w:]
Miałam przyjemność być scenarzyWspomnienia i zapiski z lat 1939–1953, „Rocznik
Podkowiański” 1999, z. nr 4.
stą i reżyserem tego widowiska, którego stronę muzyczną opracował Dariusz 2) Zaczęło się w Turczynku. Z Jerzym Toeplitzem
rozmawiają Małgorzata Bojanowska i
Biernacki i którego nagłośnienie i
Włodzimierz Pomierny, „Podkowiański
Magazyn Kulturalny” 2008, nr 56–57.
oświetlenie zapewniła grupa Em_Art
Współcześni zasłużeni dla MilanówkaZbigniew Nowacki
Wywiad z Justyną Reczeniedi,
śpiewaczką, solistką Warszawskiej Opery Kameralnej
Z.N. Czy Pani jest milanowianką od
urodzenia czy z wyboru? Jeśli to
drugie, to od jak dawna i dlaczego
wybrała Pani Milanówek?
J.R. Urodziłam się i wychowałam w
Warszawie. Tam chodziłam do szkół
muzycznych, a potem do Akademii
czyli dzisiejszego Uniwersytetu im.
Fryderyka Chopina, kończyłam też
Uniwersytet Warszawski na wydziale filologii polskiej. Tata mój pochodzi z Żyrardowa, dlatego często jeździliśmy koleją przez Milanówek. To
miasto urzekało mnie tym, że jest tu
milanowekswjadwiga.pl
tyle drzew. Po ślubie, 11 lat temu, zamieszkaliśmy z mężem w Pruszkowie, ale poszukiwaliśmy miejsca
spokojnego, cichego, więc zdecydowaliśmy się na Milanówek.
Z.N. Piętrowa Willa „Maciejówka”,
w której mieszka Pani obecnie, wybudowana została w 1930 roku dla
Jadwigi i Wacława Maciejewskich.
Co w niej Panią zainteresowało?
J.R. Gdy zobaczyłam tę willę, to ona
mnie oczarowała najbardziej. Nawet
nie oglądając jeszcze wnętrza... ogród
na Podgórnej i sama willa, wywarły na
17
mnie tak silne wrażenie, że zapragnęłam właśnie tutaj spędzić najbliższe lata
mojego życia. W naszym mieszkaniu
jest stary piec kaflowy, z okien widać
piękne sosny i szalejące wiewiórki.
Z.N. Jest Pani śpiewaczką – solistką
Warszawskiej Opery Kameralnej.
Jak wyglądała Pani droga do dzisiejszej sławy międzynarodowej?
J.R. Talent muzyczny to dar od Boga,
który w pewnym sensie odziedziczyłam po rodzicach. Jednak wszystko,
czym dziś dysponuję poparte jest
także wieloletnią pracą u wybitnych
pedagogów. Tata grał na fortepianie,
lubił śpiewać. Mama także marzyła
o śpiewie, ale poszła w kierunku nauczycielskim i nie szkoliła głosu.
Moja kariera zawodowa zaczęła się
od występów w Warszawskiej Operze
Kameralnej. To z nią jeździłam na
tournée do Japonii, Hiszpanii, Libanu i po całej Polsce. Występowałam
także w Kanadzie, w Austrii, Grecji,
Niemczech i na Węgrzech.
Z.N. Jest Pani także muzykiem instrumentalistą. Czy gra Pani na
skrzypcach na koncertach czy tylko
dla przyjemności?
J.R. Kiedy miałam 6 lat tata zaprowadził
mnie na egzamin do szkoły muzycznej. Miałam zgłosić się do gry na fortepianie, ale po drodze usłyszałam
dźwięk skrzypiec. Zapytałam tatę, jak
się nazywa ten instrument i on mnie
tak zachwycił, że na pytanie egzaminatora odpowiedziałam, że chcę grać
na skrzypcach. I tak się stało. Obecnie
grywam tylko dla przyjemności, ale
mój partner sceniczny, Krystian Adam
Krzeszowiak, znakomity tenor, zmobilizował mnie do tego, aby w projekcie Co-Opera (połączenie muzyki
klasycznej i rozrywkowej) zastosować
czasem grę na skrzypcach.
Z.N. Pani nauczycielką była m.in.
słynna śpiewaczka, Bogna Sokorska,
nazywana Słowikiem Warszawy. Co
jej Pani zawdzięcza najbardziej?
18
J.R. Bognie Sokorskiej zawdzięczam
to, że w ogóle jestem śpiewaczką. Ona
mnie nie tylko uczyła szkolić głos w
stylu bel canta, ale i... wychowywała,
doradzała także w sprawach osobistych... To była pedagogika na najwyższym poziomie. Maestra mówiła
nie tylko o technice śpiewu, ale i o
interpretacji. Uczyłam się u niej w
szkole muzycznej na Bednarskiej, a
także potem prywatnie.
Z.N. Napisała Pani o Bognie Sokorskiej książkę. Czy to z powodu fascynacji tą osobą?
J.R. Bogna Sokorska była nie tylko wybitną śpiewaczką, ale też zjawiskowo
piękną kobietą, wdzięczną i elegancką. Zachowała tę urodę mimo wieku
i choroby. Była dobrą osobą, otwartą
na świat, lubiła pomagać innym.
Miała tak piękny głos, że ja ani wcześniej, ani obecnie nie słyszałam równie niezwykłego głosu, o tak przepięknej, kryształowej barwie. Skala
głosu olbrzymia – rzadko spotykana
koloratura, do czterokreślnego „c”!
W mojej biografii o Bognie Sokorskiej zebrałam wspomnienia o niej
wielu znakomitych osób, takich jak
Wiesław Ochman, Bogusław Kaczyński, Maria Fołtyn...
Z.N. Jest Pani także autorką monografii o słynnym tenorze Stanisławie
Gruszczyńskim, który był pierwszym właścicielem pięknej willi „Zacisze” i który po wielu latach sławy
zmarł w zapomnieniu w Milanówku
w 1959 roku. Co Panią skłoniło do
napisania tej monografii?
J.R. Byłam zafascynowana jego głosem
i artyzmem; jako powiedzmy – moim
kolegą „po fachu”. A z drugiej strony
zmobilizował mnie b. burmistrz Jerzy
Wysocki, który zaproponował mi napisanie tej monografii. Stanisław
Gruszczyński śpiewał fenomenalnie.
Znali się z Janem Kiepurą, przyjaźnili się nawet, a pod koniec życia Kiepura pomagał mu także finansowo.
Gruszczyński był gwiazdą przedwo-
jennej opery, a jednocześnie wspaniałym człowiekiem. Był także znakomitym aktorem. Cieszę się, że mogłam
tę książkę napisać o nim i dla niego.
Z.N. Nagrała Pani wiele płyt muzycznych m.in. „Tam mnie znajdziesz”,
„Najpiękniejsze arie operowe ”,
„Szczęśliwi”, „Pomiędzy światem a
nami”, a także płytę z piosenkami
Anny German. Można znaleźć na
nich różną muzykę: operową, operetkową, musicalową i piosenki. Taki
zestaw wybrała Pani na koncert Letniej Filharmonii. Jaki gatunek muzyki lubi Pani śpiewać najbardziej?
J.R. Wychowałam się na operze i opera
jest najbliższa mojemu sercu. I tak
będzie zawsze. Ale specjalizuję się w
łączeniu gatunków, nawet na jednym
recitalu. Zaczynam od opery, poprzez
operetkę, musical, potem prezentuję
poezję śpiewaną i wreszcie piosenkę:
repertuar Anny German, przedwojenne szlagiery, także pieśni neapolitańskie, muzykę popularną... Nie
mogłabym tylko śpiewać disco. Obecnie marzę o tym, aby nagrać najpiękniejsze czardasze, tanga i walce.
Z.N. A czy i jakiej muzyki lubi Pani
słuchać w wolnych chwilach?
J.R. Słucham muzyki ciągle, „na okrągło”. Przede wszystkim tej muzyki,
którą muszę przygotować. Nagrywam swój głos i potem odsłuchuję.
Na tym polega mój zawód – cały czas
uczę się nowego repertuaru. W tej
chwili przygotowuję się do kilku występów, m.in. z repertuarem przedwojennej Polski. Szykuję więc najsłynniejsze szlagiery: Tango Milonga,
Tango Jalousie, „Jesienne róże”,
„Ostatnia niedziela” i walce, które
zaśpiewam 20 września w Milanówku na Święcie Miasta na koncercie
pt. „Powróćmy jak za dawnych lat”.
Serdecznie Państwa zapraszam!
Z.N. Koncertowała Pani w wielu krajach: w Europie, ale także w Kanadzie i w Japonii. Ale często wystę-
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
puje Pani także w naszym
Milanówku. Która publiczność była
dla Pani wyjątkowa?
J.R. Publiczność robi się coraz bardziej
gorąca na moich koncertach, może
dlatego, że ja się rozwijam i otwieram.
Każda publiczność jest wspaniała, ale
ta milanowska ostatnio przeszła moje
oczekiwania. Zjechali się z różnych
miast: z Kielc, Katowic, ze Szczecina,
spod Lublina, z Warszawy. Dziękuję
Bogu za dar głosu, że mogę dzielić się
sztuką i taki zawód wykonywać. To
wiąże się z tym, że zaznaję nie tyle
uwielbienia, co MIŁOŚCI od ludzi.
Do odbioru sztuki potrzebna jest specjalna wrażliwość i wiele osób ją przejawia. Z wieloma fanami przyjaźnię
się, oni wchodzą niemalże w krąg mojej rodziny. Niespotykana była owacja
publiczności po niedawnym koncercie
w Bydgoszczy, gdzie razem z Vladyslavą Vdovychenko i Krystianem Krzeszowiakiem śpiewałam piosenki Anny
German: publiczność wstała i skandowała „Dziękujemy, dziękujemy!”.
Z.N. Czy śpiewając w obcych językach
stara się Pani ich nauczyć w stopniu
dobrym, bardzo dobrym czy nie jest
to konieczne?
J.R. Trzeba przede wszystkim rozumieć
cały tekst, każde słowo, no i wymowa
jest ważna – fonetyka. Najlepiej czuję
się w niemieckim, ale brakuje czasu,
aby uczyć się danego języka, gdyż stale są do opanowania arie w obcym
języku. W utworach przeze mnie śpiewanych dominują włoski i francuski.
Trzeba mieć pamięć i to nie tylko muzyczną... Gábor natomiast jest poliglotą, ma wielki talent językowy.
Rodzina i prawo Z.N. Pani mężem jest Węgier – Gábor
Fekete De Reczenied. On jest Pani
managerem – impresario? Czy on
jest także muzykiem?
J.R. Poznaliśmy się 19 lat temu w Krakowie, grałam wtedy na skrzypcach.
On nie znał polskiego. Wyjechaliśmy
każdy w swoją stronę, bez podania sobie adresu. Ale Bóg zdecydował, abym
go ponownie spotkała i tak się stało. I
znowu w Krakowie. Gábor nie jest muzykiem, ale kocha i rozumie muzykę.
Jest moim managerem, doradcą, trenerem personalnym, impresariem.
Z.N. Macie Państwo maleńką córeczkę, Irmę – 6 miesięcy. Podobno lubi
słuchać Pani kołysanek (jakie dziecko nie lubi...).
J.R. Tak, ona bardzo lubi mój głos, czy
to na żywo, w domu, czy odtwarzany
na płytach, czy podczas prób i koncertów. Kocha głos mamy, z którym
oswoiła się już w brzuszku, ale także
głos taty, gdy Gábor zaczyna coś nucić,
chociaż nie ma głosu szkolonego...
Uwielbia również głos babci czyli mojej mamy. Ostatnio, podczas próby w
Filharmonii, trzymałam ją na ręku,
bo Gábor musiał na chwilę wyjść, i
śpiewałam mocnym głosem podpartym, a ona była zachwycona i grzeczna, po prostu w swoim żywiole.
Z.N. I na zakończenie ostatnie pytanie: czy zgodzi się Pani wystąpić z
krótkim recitalem na IV Spotkaniu
z czytelnikami „Jadwiżanki” w
przyszłym roku ?
J.R. Z wielką radością i czekam na ten
moment. Bardzo się cieszę już na to
spotkanie. Lubimy się z proboszczem
parafii św. Jadwigi Śląskiej, ks. Stanisławem Golbą.
Dziękuję za szczerą rozmowę i życzę Pani w imieniu czytelników
Jadwiżanki wielu sukcesów i szczęścia rodzinnego.
Tomasz Gal, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie
Dualizm porządków prawnych
Niniejsza publikacja stanowi wstęp do cyklu artykułów,
których celem będzie przybliżenie Czytelnikom „Jadwiżanki”
podstawowych reguł prawnych, jakie znajdują zastosowanie w prawie rodzinnym.
milanowekswjadwiga.pl
19
R
elacje małżeńskie i rodzinne
należą do jednej z najbardziej
osobistych sfer życia człowieka. Jednocześnie stanowią one przedmiot powszechnie obowiązującej regulacji prawnej. Można postawić
pytanie, dlaczego tak się dzieje, w
szczególności w kontekście wynikającej z ogólnych zasad doświadczenia
życiowego prawdy, iż do bycia dobrym
małżonkiem, rodzicem nie jest w istocie konieczna znajomość norm prawnych regulujących ten obszar aktywności osoby ludzkiej.
Źródłem zainteresowania władzy
państwowej instytucjami małżeństwa
i rodziny jest ich społeczna doniosłość.
Prawodawca, mając na uwadze przesłanki społeczne i ekonomiczne, reguluje preferowany przez ogół społeczeństwa model stosunków pomiędzy
małżonkami i innymi członkami rodziny. W przypadku, gdy w rodzinie
zaistnieje stan rzeczy odbiegający od
tego wzorca, dana osoba uprawniona
jest do poszukiwania ochrony prawnej
na zasadach określonych w przepisach
uchwalonych przez ustawodawcę.
W historii nie zawsze tak było, albowiem aż do okresu zaborów prawodawstwo państwowe nie kwestionowało sak ralnego charakteru
małżeństwa i wyłącznej nad nim jurysdykcji Kościoła katolickiego. Dopiero w Księstwie Warszawskim
wprowadzono obowiązkowe małżeństwa cywilne na podstawie kodeksu
cywilnego Napoleona. Aktualnie ustawodawcy świeccy nie rezygnują z jurysdykcji nad małżeństwem. Jednocześnie Kościół katolicki z uwagi na
sakramentalny charakter małżeństwa
nie pozostawia przedmiotowej instytucji poza obszarem zainteresowania
norm określonych w prawie kanonicznym
Ów dualizm porządków prawnych
w sytuacji, gdy występuje wzajemne
poszanowanie na zasadzie autonomii
obu reżimów, jest aktualnie stanem
powszechnie akceptowanym w cywilizowanych systemach prawnych. Co
20
więcej, przyjmuje się, iż współpraca
pomiędzy Kościołem i państwem w
trosce o dobro instytucji małżeństwa
jest rzeczą pożądaną. Kościół katolicki dostrzega pozytywny aspekt zainteresowania tą instytucją przez prawodawcę świeckiego. Myśl tę wyraził
Sobór Watykański II w Konstytucji
duszpasterskiej o Kościele w świecie
współczesnym Gaudium et spes. Dobro społeczne, jakim jest małżeństwo,
wymaga, aby związek małżeński objęty był skuteczną opieką władzy państwowej, która w odróżnieniu od władzy kościelnej, korzysta z przymiotu
polegającego na możliwości zastosowania przymusu w zakresie egzekucji
praw.
Z wyżej wymienionego względu
kościelne prawo małżeńskie stanowi,
że skutki stricte cywilne związków
małżeńskich zawieranych przez katolików są przedmiotem kompetencji
władzy świeckiej (kan. 1059 kodeksu
prawa kanonicznego). Czysto cywilne
skutki małżeństwa dotyczą spraw,
które nie są ściśle związane z istotą tej
instytucji, a zatem spraw majątkowych, np. alimentacyjnych, odnoszących się do sposobu zarządu majątkiem małżonków w trakcie związku,
czy też spraw opiekuńczych. Zarówno
w porządku świeckim, jak i kościelnym, małżeństwo stanowi umowę,
przy czym od razu należy zastrzec, iż
umowę szczególną. Jej cechy szczególne polegają co do zasady na tym, iż
może być zawarta tylko przez jedną
kobietę i jednego mężczyznę, jej treść
i istotne elementy nie mogą być kształtowane swobodnie przez strony (w
przypadku porządku prawnego cywilnego są określone przez bezwzględnie obowiązujące normy kodeksu
rodzinnego i opiekuńczego, a w przypadku porządku kościelnego są określone przez prawo naturalne), nie
może być rozwiązana przez strony,
nawet przy zaistnieniu wzajemnej
zgody małżonków w tym zakresie.
Zasadnicza różnica pomiędzy małżeństwem świeckim, a małżeństwem
unormowanym przez Kościół katolicki sprowadza się do tego, iż zgodnie z
nauką Kościoła małżeństwo jest sakramentem (sakramentalność małżeństwa jest dogmatem wiary katolickiej ogłoszonym na Soborze
Trydenckim). Potwierdza to treść kan.
1055 § 1 kodeksu prawa kanonicznego. W tym miejscu należy zaznaczyć,
iż sakramentalność nie jest jakimś
dodatkowym przymiotem umowy
małżeńskiej, lecz stanowi jej istotę. Z
tej przyczyny chrześcijanin, zawierając związek małżeński, nie może wykluczyć jego sakramentalności.
Istotna odmienność w obu porządkach prawnych wynika także z faktu,
iż według norm kościelnych związek
małżeński ma charakter nierozerwalny. W przypadku małżeństwa katolików jest to nierozerwalność bezwzględna, co oznacza, iż jeśli
małżeństwo zostało ważnie zawarte i
dopełnione ( matrimonium ratum et
consummatum), to może być rozwiązane tylko na skutek śmierci współmałżonka (kan. 1141 kodeksu prawa
kanonicznego). Według nauki Kościoła podstawowym źródłem tej cechy
związku małżeńskiego jest objawienie
Boże (Mt 5; 31 – 32, Mt 19; 3, 4- 6, 7,
8, Mr; 10, 10 – 12), a dodatkowym
źródłem jest prawo naturalne, ponieważ małżeństwo powinno być trwałe,
aby mogło zrealizować cele tej instytucji.
Inaczej kwestię nierozerwalności
małżeństwa reguluje ustawodawca
państwowy. Co do zasady preferuje
on zasadę trwałości związku małżeńskiego, ale nie ma ona charakteru
bezwzględnego. Zgodnie z przepisem
art. 56 § 1 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w przypadku trwałego i
zupełnego rozkładu pożycia małżeńskiego możliwe jest orzeczenie przez
sąd powszechny rozwiązania związku
małżeńskiego przez rozwód. Zdarzenie to traktowane jest przez system
prawa świeckiego jako mniejsze zło.
Z cywilistycznego punktu widzenia
w istocie nie ma takiej umowy, której
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
nie można byłoby rozwiązać.
O przedstawionych w zarysie podobieństwach i różnicach dotyczących
małżeństwa cywilnego i sakramentalnego warto pamiętać, w szczególności w obliczu trudności dnia co-
Poradnik medyczny dziennego. A o prawnych aspektach
tych problemów już w następnym odcinku.
lek. Anna Ruszkowska
Co jadł Pan Jezus?
- Pani Doktor, wyczytałam w Internecie o nowej cudownej diecie na odchudzanie.
Co Pani Doktor o tym sądzi?
M
oja pacjentka podaje kolejną nazwę modnej diety.
Czasem zdarza się, że nie
jestem w stanie nadążyć za nowinkami
dietetycznymi i kolejnymi pomysłami
na odchudzanie. Moim zamiarem nie
jest narzucanie czy krytykowanie sposobu, jakim się odżywiasz.
Szczery chrześcijanin zapewne będzie
szukał dobrych rad w Słowie Bożym i stosował się do nich. To, co przedstawiłam
w tym artykule, to pewna część poruszanego zagadnienia. Zachęcam do dalszych
poszukiwań w Biblii każdego, kto chce
być zdrowszy i dążyć do tego z pomocą
Bożą. Wiem, że zmiana przyzwyczajeń to
rzecz bardzo trudna. Pamiętaj jednak, aby
z jedzenia nie zrobić religii.
O diecie Jezusa niewiele możemy
przeczytać w Biblii, poza kilkoma fragmentami. Cała reszta to przypuszczenia.
Czy Jezus był wegetarianinem? Będąc
na ziemi kilka razy nakarmił tłum chlebem i rybą (Mt 14, 15-21). Można sądzić,
że Chrystus nie był wegetarianinem. Po
zmartwychwstaniu nad Morzem Tyberiadzkim Jezus przygotował uczniom
rybę i chleb na ognisku (J 21, 1-13), a gdy
spotkał się z większą grupą uczniów
poprosił o coś do jedzenia i dano mu
rybę oraz miód (Łk 24, 36-43). Może
pojawić się pytanie: Czy Jezus jadł mięso nieczyste? Wiemy, że był Żydem i
doskonale znał prawo Boże, również to
dotyczące zakazu jedzenia mięsa nieczystego. Jedzenie mięsa nieczystego
było grzechem, a o Jezusie czytamy, że
żadnego grzechu nie popełnił (1P 2, 2123; Hbr. 4, 15). Stąd możemy wnioskować, że go nie jadł. Wydarzenie, gdy
milanowekswjadwiga.pl
demony wypędzone z opętanego proszą Jezusa, aby pozwolił im wejść w stado świń,
które tam było, to Jezus im na
to pozwala. Wskutek tego
wszystkie świnie zginęły zeskakując ze zbocza góry (Mk
5, 1-20). Jak możemy przypuszczać, świnie służyły gospodarzom jako pożywienie lub hodowane były na sprzedaż. Jezus tego nie
pochwalał w myśl prawa Bożego.
Co jadł Jezus? Dieta Jezusa w dużym
stopniu pokrywała się z klasyczną dietą
śródziemnomorską. Spożywał wyłącznie czyste gatunki ryb (do hodowanych
zapewne nie miał wtedy dostępu) grillowane, pieczone i gotowane. Można
przypuszczać, że Jezus jadł również koszerne, czyste wędliny pozbawione nadmiaru tłuszczu. Istnieją tzw. „cudowne
diety“ polegające na zjadaniu dużej ilości tłuszczu zwierzęcego. Dziś wielu
uważa je jako dobre i pomagające. Bóg
jednak tak wypowiedział się o tłuszczu
zwierzęcym: „Powiedz Izraelitom: Nie
wolno wam jeść tłuszczu cielców, owiec
i kóz!” (Kpł 7, 23). Prawdopodobnie Jezus bardzo rzadko jadał czerwone mięso wołowe, gdyż w diecie tamtych terenów spożywano głównie mięso kóz i
owiec. Jaja i drób również spożywał z
umiarem. Nabiał, głównie kóz i owiec
był spożywany na tamtych terenach
bardzo często. Prawdopodobnie Jezus,
wedle zwyczajów, nie łączył mięsa z nabiałem. „Nie będziesz gotował koźlęcia
w mleku jego matki” (WJ 23, 19). Prawdopodobnie Jezus również nie spożywał
krwi zwierząt. Jest bowiem napisane:
„Gdziekolwiek będziecie mieszkać, nie
wolno wam spożywać krwi zwierząt”
(Kpł 7, 26). A co z chlebem? Jezus jadł
czyste ziarna i chleb wyłącznie w jego
pełnoziarnistej postaci. W diecie tamtych czasów zwyczajnie nie było białej
mąki i cukru, tak przetworzonej i
oczyszczonej, co teraz . Zamiast cukru
spożywano miód, rodzynki, suszone
daktyle. Jedzono rośliny strączkowe
(soczewica, fasola, groch) i warzywa
(cebula, por). Używano ocet jabłkowy,
cytryny, orientalne zioła (czosnek, majeranek, kminek, cząber). Podstawowym
tłuszczem była oliwa z oliwek. Jezus pił
czystą wodę i wino. Mógł pić również
soki wyciskane z owoców i już popularne w tamtym czasie ziołowe napary.
Czy Jezus jadł w samotności i pośpiechu? Jezus nie jadał w samotności,
zawsze biesiadował w towarzystwie apostołów, wyznawców i zwykłych ludzi.
Czy Jezus się objadał? Nieumiarkowanie
w jedzeniu i piciu to jeden z siedmiu
grzechów głównych. W czasach biblijnych nie najadano się do syta. Było to
dozwolone wyłącznie podczas uczt i
świąt. Post był ważnym elementem życia
tamtych czasów, ale miał znaczenie
głównie religijne, a nie wyłącznie odchudzające.
21
Nie samym chlebem ...Edyta Stępnik
Bakłażan zapiekany z pomidorami
Bakłażan: psianka podłużna, oberżyna, gruszka miłości - to tylko niektóre z określeń
fioletowego warzywa o sprężystej skórce i charakterystycznym w smaku miąższu. Bakłażan
jest dobrym źródłem błonnika i wspomaga trawienie tłustych mięs. Ma również sporo
magnezu potasu, wapnia oraz witamin C i A. Wiele osób zniechęca gorzkawy posmak potraw
z bakłażana, ale jest na to prosty sposób, o którym wspomnę przy sposobie wykonania
dzisiejszego dania. Bardzo polecam bakłażana zapiekanego z pomidorami.
Przygotowanie:
Umyty bakłażan kroimy na plastry grubości ok. 1 cm
i solimy. Odkładamy na około 20 min. Potem płuczemy
i odsączamy na ręczniku papierowym. Właśnie ten
zabieg pozbawia bakłażany gorzkiego posmaku. Plastry
bakłażana smarujemy olejem i krótko podsmażamy z
obu stron na patelni (najlepiej grilowej).
Układamy je w naczyniu żaroodpornym. Suszone
pomidory odsączamy z zalewy, kroimy w paseczki i
kładziemy na bakłażany (również i kapary, jeśli są).
Następnie kładziemy pomidory z puszki, tak, aby
pokryły dokładnie suszone pomidory, które odkryte,
mogą się przypalić. Całość posypujemy solą, pieprzem
i ziołami. Na wierzchu układamy grube plastry
świeżych pomidorów, starty ser i skrapiamy odrobiną
oleju (możemy użyć zalewy z suszonych pomidorów).
Zapiekamy w piekarniku przez 20 min w 180°C.
Gotowe danie przybieramy listkami bazylii.
SMACZNEGO!
Składniki:
• 1 średniej wielkości
bakłażan
• 1/2 słoika (około 150 ml)
suszonych pomidorów
(mogą być z kaparami,
jeśli lubimy)
• 1 do 2 puszek
lub kartoników
krojonych pomidorów
• 2 średnie świeże
pomidory ulubione zioła
(prowansalskie, włoskie
itp.)
• tarty ser typu parmezan
• garść świeżych liści
bazylii
• sól, pieprz, olej
Jedni drugich brzemiona noście
22
Śluby
Chrzty
Łukasz Wieczorek
i Paulina Czerwińska
Mateusz Piaścik
i Kamila Bogucka
Sam Poppe
i Sylwia Tempczyk
Krzysztof Sitarz
i Edyta Golisz
Marcin Lasocki
i Dorota Dubielecka
Dawid Woźny
i Karolina Markiewicz
Krzysztof Sowa
i Aleksandra Zadrożna
Patryk Wąsowski
i Anna Lesiewicz
Torsen Dickel
i Aneta Gorzelewska
Michał Stanisław Wojtaszek
Katarzyna Anna Warda
Mikołaj Nowak
Gabriela Grad
Michał Lasocki
Gabriela Lasocka
Wojciech Kurmanowski
Stefan Trojanowski
Jakub Kula
Emma Kszczot
Wiktoria Gąstuł
Olga Wieczorowska
Pola Łumińska
Krzysztof Pałucki
Bartosz Kwiatkowski
Nicola Dickel
Odeszli do Pana
Ryszard Wdowiak l. 90
Franciszek Kraszewski l. 84
Janina Żołądek l.74
Jadwiga Kruszewska l. 80
Jerzy Jędrzejewski l, 71
Zenon Kuran l.59
Irena Pawłowska l. 92
Maria Wołdańska l. 65
Mirosław Skrzypek l. 83
Jadwiga Gontarczyk l. 57
Adam Więckowski l. 44
Krystyna Stolarska - Łuniewska l. 92
Jerzy Kamiński l. 76
Jan Wiśniewski l. 84
Alicja Potocka l. 72
Krystyna Michalska l. 92
Hass Antonina l. 46
Jacek Grabarek l. 46
Eugeniusz Gębicki l. 78
Irena Mikusek l. 81
Janina Kędzierska l. 84
„Rodzice i szkoła – wychowanie i edukacja” – Wrzesień 2015
Konkurs fotograficzny IV edycja
denta w Wiśle – Marcin Chmielecki
II miejsce – W sercu santorińskiego
nieba – Sławomir Karolak
Wyróżnienia:
Kat. III – I miejsce – Kaplica przy Zamku... – Marcin Chmielecki
Foto-Komisja, działająca na podstawie Regulaminu Konkursu i z upoważnienia Redakcji kuriera parafialnego
„Jadwiżanka”, po rozpatrzeniu nadesłanych prac – zdjęć i opisów – przyznała następujące nagrody:
w kategorii I. - zdjęcia osób
(portrety, ślubne, z wycieczek)
I miejsce – Zaduma szkraba – Marcin
Chmielecki oraz Radość po spektaklu
- Kaja Abramczuk-Kalinowska
II miejsce – Moje dwa światełka – Sławomir Karolak
Wyróżnienia:
- Zatopieni w makach – Paulina Smorawińska
- Tam, gdzie Narew wpada do Wisły
- Izabela Uziak
- Zbożowy pejzaż – Gabrysia Chmielecka
w kategorii III - zdjęcia obiektów
sakralnych i zabytków architektury
I miejsce – Kaplica przy Zamku Prezy-
- Turczynek – genius loci – Kaja
Abramczuk-Kalinowska
- Pomnik na Powązkach – Marcin
Chmielecki
- Brama Żuraw w Gdańsku – Darek
Florczak
Nagrodzone i wyróżnione zdjęcia
będą opublikowane na stronie internetowej parafii św. Jadwigi Śląskiej.
Foto-Komisja działała w składzie:
Paulina Krysińska, Zbigniew Nowacki
oraz Anna Orłowska.
Łącznie nadesłano rekordową liczbę
zdjęć, bo aż 38 od 8 osób, biorących
udział w konkursie. Dziękujemy
wszystkim autorom zdjęć i liczymy na
udział w kolejnych edycjach także innych osób. Zdjęcia do V edycji prosimy
nadsyłać do 25 września 2015 roku na
adresy mejlowe: [email protected]
gmail.com z kopią do [email protected]
gmail.com lub złożyć do kancelarii u
s. Teresy Górczyńskiej. Nie zapominajmy o krótkim opisie zgodnie z Regulaminem, a także o tym, że do zdjęć
portretowych (osób) potrzebna jest
zgoda tych osób na upublicznienie.
Wyróżnienia:
- Zadumana – Izabela Uziak
- Lata 20-te – Kaja Abramczuk-Kalinowska
w kategorii II - zdjęcia plenerowe
(pejzaże, obiekty zielone)
I miejsce – Łódeczka nad Zalewem
Solińskim – Beata Starzyńska
Pokazy lotnicze – Darek Florczak
II miejsce – Bałtycki grzywacz – Marcin
Chmielecki
Kat. III – II miejsce – W sercu santorińskiego nieba - Sławomir Karolak
milanowekswjadwiga.pl
23
Kat. I – I
miejsce Radość po spektaklu
– Kaja Abramczuk-Kalinowska
Kat. I - I miejsce
- Zaduma szkraba
– Marcin Chmielecki
Kat. II - I miejsce
– Łódeczka nad Zalewem Solińskim
– Beata Starzyńska
Kat. II - I miejsce
– Pokazy lotnicze
– Darek Florczak
Kat. I - II miejsce
- Moje dwa światełka
– Sławomir Karolak
Kat. II - II miejsce
– Bałtycki grzywacz
– Marcin Chmielecki

Podobne dokumenty