nr 63, grudzień 2011

Komentarze

Transkrypt

nr 63, grudzień 2011
ZESZYTY
JAGIELLOŃSKIE
PISMO UCZNIÓW, NAUCZYCIELI I PRZYJACIÓŁ
LO im. KRÓLA WŁADYSŁAWA JAGIEŁŁY W PŁOCKU
NR 63 • GRUDZIEŃ 2011 • PISMO UKAZUJ E SIĘ OD ROKU 2000
Wielkie dzieła kultury
Stanisław Vincenz
"Na wysokiej połoninie"
Międzyszkolny
Klub Myśli Polskiej
w Liceum Ogólnokształcącym im. Władysława Jagiełły
prezentuje
SPOTKANIE CZWARTE
Stanisław Vincenz (1888-1971)
"Na wysokiej połoninie" (1936-1979)
Na okładce: Fotografie okładek wydania wieloksięgu Stanisława Vincenza przez Fundację
Pogranicze z Sejn w latach 2003-2005.
Zeszyty Jagiellońskie. Pismo Uczniów, Nauczycieli i Przyjaciół Liceum Ogólnokształcącego
im. Króla Władysława Jagiełły w Płocku
Redakcja: ul. 3 Maja 4, 09 – 402 Płock; ht t p: /w w w .ja g i ello n ka . plo c k. pl ; (024) 364-59-20
[email protected];
Opiekun zespołu: Wiesław Kopeć, [email protected] Opiekun merytoryczny projektu: Tomasz Zbrzezny.
Zespół redakcyjny: członkowie Międzyszkolnego Klubu Myśli Polskiej.
2
Świat Hucułów rusińskich II Rzeczypospolitej
w przedwojennych podręcznikach szkolnych do geografii
1. Tadeusz Radliński, Geografia Rzeczypospolitej Polskiej i Wolnego Miasta Gdańska,
wyd. ósme, Warszawa 1925.
Beskidy Wschodnie rozciągają się od źródłowisk Sanu w kierunku pd.-wschodnim.
Charakteryzuje je, w porównaniu z Zachodnimi, większa wysokość szczytów,
nie dochodzących wszakże nigdzie do linii śnieżnej, a przenoszącej granicę lasów, następnie
mniejsza rozciągłość w kierunku poprzecznym, brak licznych śródbeskidzkich dolin, tak
obficie spotykanych w Beskidach Zachodnich, oraz większe zalesienie, dochodzące do 40%
powierzchni. Doliny są węższe, niż na zachodzie i nie przedstawiające tak odpowiedniego
terenu dla osiedlenia się człowieka, toteż gęstość zaludnienia jest tu mniejsza.
Od przełęczy Łupkowskiej ku wschodowi rozciąga się łańcuch górski, złożony
z równoległych grzbietów, dochodzący 1.405 m. wysokości (szczyt Pikuj), znany pod nazwą
Bieszczady z przełęczami: Użocką (889 m.), Wereszczańską (841 m.), przez, którą idzie
szosa ze Skolego na Słowaczyznę i Wołoczańską, przez którą przechodzi linia kolejowa Stryj
— Ławoczne.
Za Bieszczadami ciągną się aż do przełęczy Jabłonickiej potężnymi lasami porosłe
Gorgany, o grzbietach nagich, zasianych rumowiskiem skalnym („cekotaˮ) z najwyższym
szczytem Siwulą (1.818 m.). Leży tu słynne przejście Pantyr, znane z walk II brygady
legionów polskich w 1914 — 15 r. Najbardziej ku południo-wschodowi wznoszą się szczyty
Czarnohory (Howerla 2.050 m.), przecięte przez Czarny i Biały Czeremosz oraz dolinę
Prutu. To najwyższe po Tatrach góry Polski.
Beskidy wschodnie zamieszkuje ruska ludność góralska Huculi. Jest to bardzo ciekawy
typ górala — wolnego syna górskiej krainy, częściowo podobny do górali z Tatr i Podhala
w swym zamiłowaniu do wolności i pojęciu o własnym honorze, a jednak odmienny tak
pochodzeniem jak i językiem, wyznaniem i ubiorem.
Huculi — są to Rusini wyznania wschodniego. Znaczna jest u nich prawdopodobnie
domieszka krwi rumuńskiej, dużo spotykamy tu rumuńskich zwyczajów i nazw wsi. Są też
rodziny pochodzenia polskiego, dawno tu osiadłe i zupełnie „zhuculszczoneˮ. Wzrostu
średniego, przeważnie ciemni, o ostrych rysach twarzy, stanowią Huculi piękny, a w każdym
razie bardzo oryginalny typ. Ładnie wyszywane, lecz odmiennie, niż w Tatrach serdaki, nogi
owinięte do połowy łydki w ciemne „onuczkiˮ i osznurowane lub też zupełnie bose,
na głowie wywinięty pilśniowy kapelusz, szeroki pas skórzany stanowią malowniczy strój
mężczyzn. Kobiety, na ogół niższego wzrostu i jaśniejsze od mężczyzn, noszą białe
wyszywane serdaki, i dwie barwne zapaski z przodu i z tyłu zamiast spódnicy.
Huculi mają wrodzone poczucie artystyczne, wyrażające się też w oryginalnej rzeźbie
drzewnej, snycerstwie, ozdabianiu swych strojów mosiądzem i paciorkami,
Jedynym ich zajęciem jest sezonowe pasterstwo, wyrąb lasów i spławianie drzewa.
Rolnictwa nie znają. Podróże odbywają konno.
Wobec braku najelementarniejszych zasad higienicznych i niskiego stanu kultury, panują
wśród Hucułów choroby i znaczna śmiertelność, szczególnie u dzieci.
W ogromnej większości analfabeci, mając wrodzony wstręt do systematycznej pracy,
leniwi i lekkomyślni, skorzy do kłótni i bójek, śpiewu i tańca (kołomyjki), Huculi z biegiem
czasu zbiednieli, a ich stada i pastwiska przeszły przeważnie na własność Żydów, których
na Huculszczyźnie spotyka się bardzo licznie.
3
Osiedla ludzkie skupiają się tu głównie wzdłuż 3 linii kolejowych, przechodzących przez
poprzeczne doliny rzeczne i przełęcze na Słowaczyznę. Znajdź nad górnym Stryjem, na linii
kolejowej, prowadzącej z Sambora przez przełęcz Użocką (889 m.) powiatowe miasto
Turkę (10 tys. mk).
Nad Oporem, dopływem Stryja, na linii kolejowej Stryj (miasto) — Ławoczne, idącej
przez przełęcz Wołoczańską, leży miasteczko Skole — słynne tartaki drzewne i punkt wyjścia
leśnej kolejki oraz wielkie kamieniołomy (6 tys. mk.) — a dalej ku pd. liczne stacje
klimatyczne, z których Sławsko słynie, jako najlepsze w Polsce tereny narciarskie. Niestety,
brak tu hoteli i wszelkich udogodnień dla ruchu turystycznego.
Z Nadwornej (stacja kolejowa na linii Stanisławów — Delatyn, 6 tys. mk.), idzie w górę
Bystrzycy Nadworniańskiej leśna kolejka aż pod przełęcz Pantyrską (1.225) do Rafajłowej.
Cała ta linia i sama przełęcz Pantyrka jest słynna z walk II Karpackiej ,,żelaznejˮ
brygady legionowej w 1914 — 15 roku.
Od Delatyna idzie w górę doliny Prutu linia kolejowa na przełęcz Jabłonicką (930 m.)
w dolinę Cisy.
Pod względem piękności krajobrazów dolina Prutu stanowi jedną z piękniejszych
miejscowości górskich Polski. Linia kolejowa wspina się w śmiałych łukach pod górę doliny,
przekraczając Prut po wspaniałym moście o 65 metrach rozpiętości. W dole, na 28 metrów
pod nami, przewalają się wody tej ślicznej górskiej rzeki, tworzącej pod Jaremczem piękny
wodospad. Wyżej w dolinie leży Worochta, stanowiąca punkt wyjścia górskich wycieczek
na Czarnohorę i słynna z terenów narciarskich.
Cały ten górski zakątek jest niezrównany w swej piękności i powinien stać się celem
wycieczek turystycznych z całej Polski.
Cały klin pomiędzy doliną Prutu a granicą naszą z Rumunią nosi nazwę Pokucia.
Jest to właśnie Huculszczyzna. Przecina ją Czeremosz Czarny, Biały zaś stanowi granicę
z Rumunią. Znajdź wielką wieś Żabie nad Czeremoszem, ,,stolicęˮ Huculszczyzny (8 tys.
mk.), stare handlowe ormiańskie miasteczko Kuty (6 tys, mk.) na pograniczu i miasteczko
Kosów ze stacją klimatyczną.
Stolicą Pokucia jest Kołomyja nad Prutem (41 tys. mk.) — dość duże, lecz mało ciekawe
rusko-żydowskie miasto na linii kolejowej ze Stanisławowa do Śniatyna i Rumunii. Znajdź je
na mapie.
Ponieważ Polska południowo-wschodnia, mająca na ogół znaczny odsetek Rusinów,
stanowi przedmiot tak zwanej kwestii „Galicji Wschodniejˮ, nie od rzeczy będzie zapoznać
się z historią ziem tych.
Czasy historyczne zastają tu Lachów. Nestor, pierwszy latopis (historyk)
słowiański, opowiada, że Włodzimierz-Słoneczko, wielki książę kijowski, podjął
wyprawę na „Lachyˮ w 981 r. i ,grody ich: Przemyśl, Czerwień i inne obsadził
swoimi wojami. Przemyśl leży nad Sanem, a Czerwień nad Dniestrem na ws chód od
obecnej Horodenki, a na północ od Śniatyna na lewym brzegu Dniestru. Bolesław
Chrobry odebrał te ziemie, ale po jego śmierci książęta ruscy Jarosław i Mścisław
znów poszli „na Lachyˮ, zabrali i obsadzili swoimi wojami grody Czerwieńskie,
które otrzymały potem nazwę Rusi Czerwonej.
W XIII wieku ziemie te stanowiły państwo Halicko-Włodzimierskie (Galicja
i Lodomeria, czyli Wladimirja) pod władzą książąt południowo-ruskich — Romana
i jego syna Daniela. Opustoszone przez napad chana tatarskiego Batyja w r. 1240,
podpadły one pod zależność od Tatarów, potem Węgrów, aż na koniec dostały się
pod panowanie Kazimierza Wielkiego w 1346 r. Na spustoszonych przez Tatarów
w 1240 r. ziemiach rozpoczęła się silna kolonizacja polska, która trwała bez przerwy
przez cały XIV wiek i doszła do największego natężenia w w. XVI, kiedy wybuch
powstań kozackich zatamował ją zupełnie aż do w XVIII.
W drugiej połowie XVIII wieku kraj ten był prawie zupełnie spolszczony.
4
Inteligencji ruskiej nie było zupełnie, prawie wszystkie szkoły były w rękach polskich
zakonników bazylianów.
Rozbiór Polski w 1772 r. wywołał zmiany, ponieważ rząd austriacki usiłował
wytworzyć inteligencję ruską, podnieść ruskie duchowieństwo unickie.
W 1784 r. założono seminarium duchowne dla unitów, a na Uniwersytecie
Lwowskim obsadzano katedry Rusinami; wykłady były nie tylko po łacinie, ale i po
niemiecku i cerkiewno-słowiańsku. Nie dało to jednak żadnych rezultatów.
Do odrębności jakiejkolwiek nie poczuwali się Rusini bynajmniej, mówili
„po prostemuˮ, a kto przestawał mówić „po prostemuˮ cywilizując się bardziej,
zaczynał mówić „po pańskuˮ, tj. po polsku. Pierwsze próby stworzenia języka
literackiego ruskiego zrobił Marcjan Szaszkiewicz (w 1829 roku), założywszy kółko
(„trójca ruskaˮ) i starając się rozpowszechniać słowem i drukiem język ruski.
Po rewolucji w 1848 r. gubernator Galicji zaczął popierać Rusinów przeciw
Polakom, tworząc ruską radę („Hołowna Rada Ruskaˮ). Powoli ruch ruski zaczął się
coraz więcej rozwijać i ogarniać szersze masy, będące równi eż pod dużym wpływem
Rosji (partia moskalofilów); ostatecznie mają obecnie Rusini własne szkolnictwo
ludowe, średnie i katedry ruskie na uniwersytecie. Jednak kolonizacja polska i ilość
Polaków wciąż rośnie.
Góry jednak, z natury rzeczy nie przedstawiające podatnych terenów
dla rolnictwa, są zaludnione przez ludność ruską, stojącą na niższym poziomie
kulturalnym; jedyne zajęcie jej to pasterstwo i dlatego kolonizuje ona niezaludnione
górskie tereny, pasąc swe bydło na połoninach, i posuwając swe osiedla daleko
ku zachodowi pod nazwą Łemków, Bojków i Hucułów.
2. Tadeusz Radliński, Nasz kraj. Geografia dla czwartego oddziału szkoły podstawowej,
Nakładem Autora, Warszawa 1931, wydanie jedenaste.
Na samym południu, w dolinie Prutu mieszkają w górach, Beskidach wschodnich,
Huculi rusińscy, mający odrębne obyczaje i stroje. Nie zajmują się rolnictwem, tylko
pasterstwem, hodowlą bydła, wyrębem lasu i spławianiem drzewa.
Wszyscy jeżdżą konno, kobiety i mężczyźni, na małych konikach, objuczonych z obu
stron. Kolei nie ma na Huculszczyźnie, wózków nie używają. Ubierają się w piękne
haftowane koszule i serdaki; nawet płócienne spodnie mężczyzn, odwinięte u dołu, ozdobione
są wyhaftowanym szlakiem. Kobiety noszą zamiast spódnicy dwie zapaski: z przodu i z tyłu,
a na głowę rodzaj czapki z czerwonych warkoczy, splecionych z wełny. W ogóle bardzo lubią
ozdoby i sprzęty domowe przystrajają rzeźbą w drzewie, torebki, pasy paciorkami, haftem
i ozdobami z mosiądzu.
Stolicą Huculszczyzny jest duża wieś Żabie. Ta dolina Prutu i Czeremoszu,
który wpada do Prutu już na samej granicy Rumunii, należy do najpiękniejszych
miejscowości w Polsce. Pod Jaremczem Prut tworzy prześliczny wodospad. Cały ten klin
5
pomiędzy doliną Prutu a granicą rumuńską nosi nazwę Pokucia. Stolicą Pokucia jest
Kołomyja nad Prutem.
Na północ od Dniestru rozciąga się wyżyna Podolska, która na północy graniczy
z Wołyniem i kończy się krawędzią, rozmytą przez wodę i tworzącą góry Krzemienieckie.
3. J. Michałowska i W. Domaniewska, Wiadomości z geografii dla V klasy szkół
powszechnych 3 i 2 stopnia, Lwów 1937.
HUCULI
Krajobraz naszych gór zmieni się raz jeszcze, gdy — minąwszy Prut — znajdziemy się
w paśmie Czarnohory, która leży między górnym biegiem Prutu i Białym Czeremoszem.
Jest to najwyższa część Beskidów Wschodnich. Parę szczytów Czarnohory przekracza 2 000
m. Przełęcze tworzą tu tylko nieznaczne obniżenia. Szczyty są płaskie i szerokie, a zbocza
łagodnie opadają ku dolinom.
Do tych okolic górskich prowadzi kolej wzdłuż Prutu. Most na Prucie w Jaremczu znają
wszyscy turyści; samo Jaremcze jest to uzdrowisko położone w górach z pięknym
wodospadem na Prucie.
Tą samą linią kolejową dojeżdżamy do Worochty, która leży jeszcze wyżej w górach
w dolinie Prutu i jest miejscowością bardzo uczęszczaną przez letników. Stąd możemy odbyć
wycieczkę na Howerlę — najwyższy szczyt w paśmie Czarnohory. Nie jest to trudna
wycieczka, gdyż Howerla jest łatwo dostępna, tak jak wszystkie szczyty Czarnohory.
Droga z Worochty na Howerlę prowadzi wzdłuż Prutu przez lasy świerkowe wśród
górskich potoków; teren ten ma stać się wkrótce rezerwatem. Mamy z tej drogi piękne widoki
na Howerlę i inne sąsiednie szczyty. Po cztero- lub pięciogodzinnej wędrówce dochodzimy
do wysokości 1250 m, gdzie wśród lasu znajduje się wygodnie urządzone schronisko.
Otwarte jest ono przez cały rok.
Czarnohora to kraina łąk i połonin. (Połonina oznacza to samo co hala w Tatrach).
Powyżej granicy lasów ścielą się tam olbrzymie przestrzenie porosłe trawami, ziołami
i kwiatami. Pastwiska ciągną się na zboczach gór bez przerwy aż do szczytu; pasą się na nich
stada bydła, trzody owiec, a także konie i kozy.
Howerla, jak wszystkie góry Czarnohory, nie posiada ostrych turni. Z Howerli roztacza
się widok na znaczną część Beskidów Wschodnich zarówno po stronie polskiej, jak
czechosłowackiej i rumuńskiej. Wysokość Howerli wynosi 2058 m.
Wędrując po tych górach, nie napotkamy wygodnych dróg, lecz liczne ścieżki, które
przecinają zbocza. Jedna z takich ścieżek doprowadziła nas do zagrody zamieszkałej
przez Hucułów. Zagrody te rozrzucone są pojedynczo i nie tworzą skupionej wioski,
6
gdyż przy każdej chacie ciągną się przynależne do niej pola i pastwiska. Sama zagroda
zabudowana jest w czworobok i otoczona parkanem; w środku tego czworoboku jest
podwórko. Takie osiedla spotyka się na rozmaitych wysokościach w górach (do 1400 m).
Idąc od jednej zagrody do drugiej, nie możemy zdać sobie sprawy, gdzie jest granica między
poszczególnymi wioskami.
Huculi, żyjąc pośród łąk i pastwisk, zajmują się przede wszystkim hodowlą bydła. Krowy
dostarczające mleka pasą się wczesną wiosną na łąkach obok zagrody, następnie wypędzają je
gospodarze na pastwiska położone wyżej w górach, gdzie stado spędza letnie miesiące. Późną
zaś jesienią krowy karmione są sianem nagromadzonym w stogach przy szałasach
wysokogórskich i pozostają tam dotąd, dokąd starczy paszy. Zwyczaj ten powstał wskutek
tego, że dowóz siana z niektórych łąk do zagrody jest dość trudny.
Gospodarze na wiosnę powierzają owce i cielęta watahom (to samo co baca tatrzański),
którzy strzegą przez całe lato trzód.
Mają oni do pomocy pasterzy i trudnią się wyrobem bryndzy, której część wataha
rozdziela pomiędzy poszczególnych gospodarzy, a część zachowuje dla siebie jako
wynagrodzenie za opiekę nad bydłem. W ciągu lata musi stado zmieniać miejsce, gdyż
po pewnym czasie pastwisko ulega wypasieniu.
Żyjąc w pobliżu lasów i mając pod dostatkiem materiału drzewnego, stał się Hucuł
wprawnym cieślą. Buduje sam swoje chaty, stawia cerkiewki, kryte studnie, kryte
przydrożne ławy. W zimie Hucuł zajmuje się chętnie wyrębem lasów.
Huculi wyróżniają się odrębnym strojem i obyczajami. Strój ich jest bardzo barwny: noszą
koszule pięknie haftowane, krótkie kożuszki bez rękawów, wierzchnie okrycie z sukna
brązowego zdobione czerwonym wyszyciem; najcharakterystyczniejsze są manty i gugle
(peleryny i kaptury sukienne), których używają w czasie jazdy konnej. Jeżdżą tu konno
zarówno mężczyźni, jak kobiety i dzieci. Ciekawie wygląda Hucułka z fajką w ustach,
jadąca na zręcznie chodzącym po górach koniku huculskim.
7
Huculi lubią zdobić wszystkie otaczające ich przedmioty. Z wełny swych owiec wyrabiają
barwne kilimy, którymi zaściełają łóżka.
Rzeźbią wyroby z drzewa i nabijają je paciorkami i blaszkami, wyrabiają też ozdobne
przedmioty z mosiądzu i rogu. Ozdobne są nawet rękojeści biczyska, rożki na proch; znane są
też piękne naczynia gliniane huculskie i barwnie malowane pisanki wielkanocne.
4. Aniela Chałubińska i Michał Janiszewski. Geografia Polski. Podręcznik do nauki
geografii dla I klasy gimnazjalnej, Lwów 1936.
W Karpatach Wschodnich warunki terenowe sprawiają, że gospodarka mieszkańców jest
bardziej pierwotna. Brak kotlin i stromość zboczy utrudniają rolnictwo, a skierowują
człowieka ku pasterstwu i gospodarce leśnej. Rusińska ludność Bieszczadów, Gorganów
i Czarnohory — Bojkowie i Huculi — jest najbardziej związana z pasterstwem
ze wszystkich mieszkańców Polski. Podobnie jak w Tatrach owca jest zwierzęciem
najważniejszym. Widać to choćby z pięknego stroju Hucułów, złożonego przede wszystkim
z wyszywanych kożuchów i wełnianych, kolorowych samodziałów. Także i wyrób znanych
kilimów huculskich wynika z obfitości wełny, a także z obfitości czasu, jakim rozporządza
pasterz, spędzający zimę w chacie.
Jak w stroju wełna, tak znów w budownictwie i sprzętach uderza bogactwo surowca
drzewnego. Nic dziwnego, bo ponad połowę obszaru w Gorganach i Czarnohorze porasta las.
Ludność pracuje więc przy wyrębie drzew i zalesianiu poręb, zwozi lub spławia pnie
w doliny. W dolinach istnieją tartaki, przerabiające dostarczony surowiec na deski, podkłady
kolejowe, stemple kopalniane i t. p. Na stacjach kolejowych Wschodnich Karpat prawie
zawsze zauważyć możemy składy drzewa, czekające na transport, niekiedy nawet za granicę.
Dla większych skupień ludności nie ma w Karpatach Wschodnich warunków. Znajdziemy
tam wśród gór tylko jedno większe miasto —Turkę, leżącą na drodze do przełęczy Utockiej.
Nie było tu potrzeby budowania podłużnej linii kolejowej. Koleje idą dolinami rzek
w poprzek Karpat, nie posiadają dziś jednak tego znaczenia, co w czasach przed wojną
światową.
5. Stanisław Karczewski, Geografia Polski dla I klasy gimnazjalnej, Lwów-Warszawa
1937.
Beskidy dzielimy na Zachodnie i Wschodnie: granicą między nimi jest San. Za Sanem
ku granicy rumuńskiej ciągną się Beskidy Wschodnie. Ta część Beskidów dzieli się na:
Bieszczady, Gorgany i Czarnohorę. Góry są tu wyższe i zwartsze, a przełęcze leżą też
wyżej (Tatarska 931 m). Najwyższy szczyt Howerla (2058 m) jest w paśmie Czarnohora.
W paśmie Gorganów często szczyty i stoki pokrywają odłamy piaskowca i tworzą istne
8
pustkowia (rys. 105). Ludność miejscowa takie właśnie wierzchołki z rumowiskami głazów
nazywa „Gorganemˮ (stąd nazwa całego pasma).
Doliny rzek i strumieni w Beskidach Wschodnich są ciaśniejsze, nieraz trudno dostępne,
zachowały się też wielkie lasy, częstokroć o charakterze pierwotnych borów. Ziemi zdatnej
pod uprawę niewiele, są natomiast rozległe pastwiska, co zachęca mieszkańców do zakładania
gospodarstw, daleko jedno od drugiego. Samotnicze, odosobnione osiedla spotyka się nieraz
na wysokości ponad 1000 m n. p. m. W kotlinach górskich są jednak i duże wsie, jak np.
Żabie, Worochta, a nawet i miasteczka, jak T u r k a, S k o l e.
Ludność Wschodnich Beskidów jest przeważnie ruska i żyje głównie z pasterstwa.
Mieszkańców dorzecza Prutu i Czeremoszu zwą Hucułami. Na Huculszczyźnie, prócz bydła
i owiec, hoduje się i konie. Koń huculski (rys. 106), mały, o mocnej budowie, twardych
kopytach, odznacza się wielką wytrzymałością. W stąpaniu bardzo ostrożny; jego zmyślności
jeździec może zawierzyć śmiało: zarówno przez niebezpieczne ścieżki górskie, jak i przez
topieliska wyprowadzi człowieka szczęśliwie. Zazwyczaj używa go Hucuł pod juki; równie
jednak nadaje się do zaprzęgu i pod wierzch.
Kiedy skończy się lato, stada wrócą do wiosek, roboty rolne w dolinach ustaną, idzie
góral w lasy na wyrąb drzewa. Ścięte kloce albo wprost stacza w dół po pochyłościach,
albo spuszcza żłobami drewnianymi, jeśli stoki są zbyt długie i drzewo mogłoby się gdzieś
zatrzymać. Koleją lub tratwami drzewo dochodzi do tartaków i stolarni.
Wyrób sprzętów domowych i naczyń drewnianych oraz snycerstwo jest ubocznym
zajęciem ludności gór. Wyrabia się również kożuchy i tkaniny na ręcznych warsztatach.
Piękno gór i obcowanie ciągłe z przyrodą wyrobiły w mieszkańcach gór zamiłowanie
do zdobienia przedmiotów codziennego użytku, chaty i odzieży. Sztuka ludowa górali
tatrzańskich i Hucułów budzić może podziw pomysłowością rysunku i doborem barw. Zdobią
furty, wnętrze izby, drzewca kosy, jarzmo na woły, siodła, pasy, fajki, wyrabiają ozdobne
garnki, pięknie wyszywają koszule i kożuchy.
9
prof. dr hab. Józef Olejniczak
STANISŁAW VINCENZ
Stanisław Vincenz urodził się 30 listopada 1888 roku w Słobodzie Rungurskiej
na Huculszczyźnie. W 1906 roku ukończył gimnazjum klasyczne w Kołomyi, po czym
studiował na uniwersytecie w Wiedniu biologię, prawo, slawistykę, sanskryt; a w latach
1911-1914 filozofię. 15 lipca 1914 roku obronił dysertację doktorską na temat: Filozofia
religii Hegla i jej wpływ na Feuerbacha, potem przygotowywał rozprawę habilitacyjną Hegel
w Polsce i w Rosji, ale jej rękopis spłonął w 1915 roku w trakcie pożaru dworku i biblioteki
dziadka – naftowego pioniera. Po studiach osiadł na rodzinnej Huculszczyźnie. Stamtąd
często podróżował do Lwowa (był związany ze środowiskiem literackim tego miasta) oraz do
Austrii, Anglii i Szwajcarii. W Szwajcarii poznał i zaprzyjaźnił się z filozofem Rudolfem
Marią Holzapflem, który poradził mu spisanie opowieści i gawęd o zwyczajach i wierzeniach
Hucułów – mieszkańców „ściślejszej ojczyzny” Vincenza, co było prawdopodobnie genezą
pierwszego tomu Na wysokiej połoninie – Prawdy starowieku, który ukazał się w 1936 roku.
18 września 1939 roku na wieść o przekroczeniu wschodnich granic Polski przez armię
sowiecką udał się górami przez Przełęcz Tatarską na Węgry, aby sprawdzić możliwości
przesiedlenia tam całej rodziny. Po powrocie został aresztowany przez sowiecką służbę
graniczną, osadzony w więzieniu NKWD był wiele razy przesłuchiwany. Został zwolniony
wczesną wiosną 1940 roku, po czym był nakłaniany przez władze sowieckie do
organizowania polskiego życia literackiego w przyłączonym do ZSRR Lwowie. W maju 1940
roku tą samą drogą, co parę miesięcy wcześniej, pisarz wraz z rodziną przeniósł się na Węgry,
gdzie pozostał aż do 1946 roku. W czasie pobytu na Węgrzech pomagał Żydom, za co został
wyróżniony jako „Sprawiedliwy wśród narodów świata”.
Ten fragment swojej biografii opisał we wspomnieniach Dialogi z Sowietami wydanych
w 1966 roku w Londynie, zaś eseje pisane w czasie pobytu na Węgrzech, publikowane
w polskich periodykach tam się ukazujących, zebrał Stanisław Snopek i wydał w 1994 roku
pod tytułem Atlantyda. Zapewne również na Węgrzech Vincenz pisał powieść Powojenne
perypetie Sokratesa, skoro w 1946 roku w miesięczniku „Salamandra” ukazał się jeden z jej
rozdziałów, jednak powieści nigdy nie dokończył, a jej nieukończona wersja została wydana
w Krakowie w 1985 roku. Także na Węgrzech – według świadectwa syna pisarza, Andrzeja
Vincenza – pisarz pracował nad zarysem ostatniego tomu Na wysokiej połoninie, wydanego
w „Oficynie Poetów i Malarzy” w Londynie w 1979 roku.
Zagrożony przez sowieckie władze okupacyjne repatriacją na tereny, gdzie spędził
dzieciństwo i młodość, wchodzące już w skład ZSRR, pisarz wraz z rodziną przeniósł się
do południowo-wschodniej Francji, gdzie osiadł początkowo w Uriage-Les-Bains, potem
w Grenoble, w końcu w niewielkiej górskiej wiosce La Combe de Lancey. W 1964 roku,
zagrożony ciężką chorobą, przeniósł się do Lozanny w Szwajcarii, gdzie umarł 28 stycznia
1971 roku. We Francji i Szwajcarii Vincenz pracował nad drugim i trzecim tomem
Na wysokiej połoninie, które zostały opublikowane w londyńskiej „Oficynie Poetów
i Malarzy” w 1970 roku (Zwada) i w 1974 roku (Listy z nieba). Obszerna spuścizna
eseistyczna Vincenza została zebrana w następujących tomach: Po stronie pamięci (Paryż
1965), Tematy żydowskie (Londyn 1977), Z perspektywy podróży (Kraków 1979), Po stronie
dialogu t 1-2 (Warszawa 1983). Vincenz pozostawił po sobie ogromne archiwum notatek,
dzienników i szkiców, z których do dnia dzisiejszego opublikowano zaledwie zapiski z lat
1938-1944 (Outopos, Wrocław 1992).
(WIRTUALNA BIBLIOTEKA LITERATURY POLSKIEJ, Uniwersytet Gdański,
http://literat.ug.edu.pl/autors/vincnz.htm)
10
Andrzej Stanisław Kowalczyk
Kultura ludowa - według Vincenza - nie jest tylko reliktem wczesnej fazy
rozwoju cywilizacji, zawiera nie tylko „uśpione ślady życia dawnego”, lecz
także „zapas sił, które dotąd nie znalazły dostępu do kultury świadomej”.
Zrozumienie przez naród własnego folkloru pozwala mu poznać samego siebie.
Celem, jaki Vincenz stawia przed refleksją humanistyczną i sztuką, jest
„przeniknięcie największego misterium: jedności człowieka w różnych
kulturach”. W tym sensie „Na wysokiej połoninie” odwołując się do języka,
mitologii i symboliki niewielkiej zamkniętej społeczności, otwiera przed
czytelnikami perspektywy uniwersalne.
Podania, legendy, wierzenia górali huculskich zostały przez Vincenza
w znacznej mierze przetworzone i według nowych kryteriów uporządkowane,
nie można więc nazywać „Na wysokiej połoninie” traktatem etnograficznym.
Dzieło to ma również wyraźny adres polemiczny: kultura nowoczesna, powiada
pisarz, „rozkawałkowuje człowieka na kruszyny”. Dzieło Vincenza, zarówno
jego część eseistyczna, jak i epicka, stanowi próbę odzyskania owej utraconej
jedności. Można uznać tę próbę za udaną lub chybioną, ale nie sposób odmówić
Vincenzowi wielkiego talentu literackiego, mądrości, wspaniałego daru dialogu
z czytelnikiem.
Współistnienie w utworze eposu i powieści, mitu i historii, konwencji baśni
i realizmu uwydatnia jego podstawowy temat: spotkanie dawności (starowieku)
i nowoczesności. "Na wysokiej połoninie" należy więc do dzieł rozwijających
wątki podstawowe dla kultury XX wieku.
Twórczość Stanisława Vincenza, a zwłaszcza „Na wysokiej połoninie” jest
wielkim świadectwem cywilizacji Europy Wschodniej, gdzie spotykały się
liczne narody, religie i wyznania. Cywilizacja ta, częściowo unicestwiona, jest
u Vincenza również projektem kulturalnym dla nowych pokoleń. Bez tego
dziedzictwa zjednoczona Europa będzie na pewno uboższa, a przede wszystkim
uboższa będzie kultura polska.
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/108549/barwinkowy-wianek-epilog
11
Głośne czytanie wieloksięgu Stanisława Vincenza
Tomasz Zbrzezny:
Stanisław Vincenz - wielki piewca Karpat Wschodnich, Pokucia,
Bukowiny, połonin...
Zawdzięczam Vincenza panu Edmundowi Zalewskiemu, nauczycielowi
języka angielskiego z Jagiellonki.
Vincenz utrwalił świat, którego już nie ma, świat piękny...
Pierwszy tom wieloksięgu, noszący tytuł „Prawda starowieku”,
ukazał się jeszcze przed wojną, w latach 30. To był ten sam czas, kiedy
swoją filozofię tworzył Martin Heidegger...
Zanim zaczniemy czytać Vincenza, zajrzyjmy do słynnego „Listu
o humanizmie” Heideggera z roku 1946. Heidegger przytacza
opowieść o Heraklicie, którą przekazał Arystoteles. Ludzie usłyszeli
o słynnym filozofie, udają się do jego domu, chcą zobaczyć myśliciela.
Zaglądają i widzą, jak filozof grzeje ręce przy piecu chlebowym. Są
zawiedzeni. Spodziewali się filozofa w jakiejś szczególnej pozie,
spotkali go w sytuacji bardzo zwyczajnej. Chcą odejść. Filozof
zatrzymuje ich jednak i ośmiela do wejścia słowami: „Tutaj także
mieszkają bogowie”.
Posłuchajmy samego Heideggera:
Już od dawna nie zastanawialiśmy się dość zdecydowanie nad istotą działania. Znamy
działanie tylko jako sprawianie skutków, których realność bywa oceniana zależnie od ich
przydatności. Tymczasem istotą działania jest dokonywanie. Dokonać znaczy: rozwinąć
coś do pełni jego istoty, do niej doprowadzić. Dokonać można właściwie tylko tego, co już
jest. A tym, co przede wszystkim „jestˮ, jest bycie (Sein). Myślenie dokonuje tego,
że bycie wiąże się z istotą człowieka. Nie stwarza tego związku ani go nie powoduje.
Ofiaruje go byciu jako coś, co myśleniu samemu jest udzielane przez bycie. Ofiarowanie
polega na tym, że bycie w myśleniu staje się mową. Mowa to domostwo bycia. Pod jego
strzechą mieszka człowiek. Stróżami domostwa są myśliciele i poeci. Ich stróżowanie
polega na tym, że dokonują jawności bycia; dzięki ich opowieści jawność ta staje się mową
i w mowie jest przechowywana.
12
Myślenie (...) pozwala (...), by „bycie” ugodziło je wezwaniem do wypowiedzenia swojej
prawdy.
Prawdziwi myśliciele zawsze mówią to samo. To samo jednak nie znaczy: jednakowo.
Mówią to oczywiście tylko temu, kto jest zdecydowany myśleć z nimi. (...)
Wkrótce po ukazaniu się Sein und Zeit pewien młody przyjaciel postawił mi pytanie:
„Kiedy napisze Pan etykę”. Wszak tam, gdzie istota człowieka została pomyślana tak
istotnie, to jest gdzie pomyślano ją wychodząc od pytania o prawdę bycia, i gdzie
człowieka nie uczyniono centrum bytu, musi obudzić się pragnienie wiążących wskazań
i reguł, które by powiedziały, jak człowiek doświadczony od strony eksistencji ku byciu
powinien żyć zgodnie ze swym udziałem.
Wołanie o etykę domaga się realizacji tym bardziej natrętnie, że wciąż bez miary rośnie
zarówno jawna, jak zamaskowana bezradność człowieka. Więzi, jaką zawdzięczamy
etyce, trzeba poświęcić całą naszą troskę, gdy człowiek techniki, wydany na łup masowości,
nie może inaczej osiągnąć godnej zaufania stabilności, jak tylko gromadząc i porządkując
całokształt swych planów i działań odpowiednio do techniki.
Któż mógłby przeoczyć to krytyczne położenie? Czyż nie powinniśmy zachowywać
i zabezpieczać więzi już istniejących, nawet jeżeli wiążą istotę ludzką w sposób tak
niedostateczny i tylko z dniem dzisiejszym. Z pewnością. Ale czyż ów niedostatek zwalnia
myślenie od tego, by pamiętało o tym, co jest szczególnie do myślenia i co jako bycie
stanowi rękojmię i prawdę uprzednią względem wszelkiego bycia.
Czy myślenie może jeszcze nadal nie myśleć bycia, skoro bycie to, po długim okresie
zapomnienia, znów w obecnej chwili dziejów świata daje znać o sobie wstrząsem wszelkiego
bytu?
Zanim będziemy mogli pokusić się o nieco bliższe określenie stosunku między
„ontologią” a „etyką”, trzeba nam zapytać, czym jest sama „ontologia” i sama „etyka”.
Konieczne jest rozważenie, czy to, co mogą wyrażać te nazwy, odpowiada i jest bliskie temu,
co jest zadane myśleniu, które jako myślenie ma do myślenia — przed wszystkim innym
— prawdę bycia.
(...)
„Etyka” po raz pierwszy pojawia się w szkole Platona wraz z „logiką” i „fizyką”.
Dyscypliny te powstają wtedy, gdy myślenie przekształca się w filozofię, a filozofia
w episteme (naukę), sama nauka zaś staje się sprawą szkoły i przedsiębiorstwa szkolnego.
Przechodząc przez tak rozumianą filozofię, nauka powstaje, ale myślenie odchodzi.
Wcześniejsi myśliciele nie znają ani „logiki”, ani „etyki”, ani „fizyki”. Pomimo to ich
myślenie nie było ani nielogiczne, ani niemoralne. Myśleli oni fisis tak głęboko i w takim
zakresie, jakiej nie była w stanie osiągnąć cała późniejsza „fizyka”. Tragedie Sofoklesa, jeśli
porównanie takie jest w ogóle dozwolone, przechowują w swych opowieściach etos w sposób
bardziej źródłowy niż wykłady Arystotelesa z „etyki”. Jedna wypowiedź Heraklita, składająca
się z trzech słów, mówi coś tak prostego, że ukazuje ona bezpośrednio istotę etosu.
Wypowiedź Heraklita brzmi: „Etos antropon dajmon”. Zazwyczaj tłumaczy się ją
następująco: „Właściwością człowieka jest jego dajmonion”. Przekład ten myśli współcześnie,
a nie po grecku. Etos oznacza pobyt, miejsce zamieszkiwania. Słowo to jest nazwaniem
otwartego obszaru, w którym mieszka człowiek. Otwarta przestrzeń jego miejsca pobytu
pozwala przejawiać się temu, co się zbliża ku istocie człowieka i co, dochodząc, przebywa
w jej pobliżu. Pobyt człowieka obejmuje sobą i ochrania nadejście tego, do czego człowiek
w swej istocie należy. Według Heraklita, jest to dajmon, Bóg. Wypowiedź brzmi: człowiek,
na ile jest człowiekiem, mieszka w pobliżu Boga.
Z wypowiedzią Heraklita zgadza się przekazana przez Arystotelesa następująca
opowieść:
„Heraklitowi przypisuje się słowa wypowiedziane do obcych przybyszów, którzy chcieli go
odwiedzić. Nadchodząc, zobaczyli go, jak grzał się przy piecu piekarskim. Zatrzymali się
13
zdumieni i to tym bardziej, że Heraklit, widząc ich wahanie, dodawał im odwagi i zapraszał
do wejścia słowami: «Tutaj także obecni są bogowie»ˮ.
Opowiadanie mówi samo za siebie, niemniej pewne szczegóły wymagają uwypuklenia.
W pierwszej chwili, ujrzawszy miejsce pobytu myśliciela, tłum obcych przybyszów staje
bezradny i rozczarowany w swej natrętnej ciekawości. Sądzą oni, że powinni spotkać
myśliciela w okolicznościach, które w przeciwieństwie do zwykłej wegetacji ludzkiej byłyby
pod każdym względem wyjątkowe i osobliwe i dlatego miałyby w sobie coś pobudzającego.
Tłum ma nadzieję, że w czasie odwiedzin znajdzie u myśliciela coś, co przynajmniej na jakiś
czas dostarczy materiału do zajmujących pogwarek. Obcy chcący odwiedzić myśliciela
oczekują, że być może zobaczą go w momencie, gdy myśli pogrążony w zadumie. Pragną
właśnie coś takiego „przeżyć”, ale nie po to, by także ich samych dotknęło myślenie,
lecz zaledwie po to, by potem mogli opowiadać, że widzieli i słyszeli kogoś, o którym z kolei
mówi się, że jest myślicielem.
Zamiast tego ciekawscy odnajdują Heraklita przy chlebowym piecu. Jest to doprawdy
zwyczajne i niepozorne miejsce. Istotnie piecze się tu chleb. Ale Heraklit przy chlebowym
piecu wcale nie jest zajęty wypiekiem. Przebywa tu tylko po to, by się ogrzać. Tak w owym
całkiem zwyczajnym miejscu zdradza cały niedostatek swego życia. Widok zziębniętego
myśliciela nie jest zbyt interesujący. Wobec obrazu przynoszącego tyle rozczarowań
ciekawscy tracą ochotę, by podejść bliżej. Po co tu są? Zwyczajne i niepodniecające
wydarzenie, że ktoś drży z zimna i stoi przy piecu, może każdy zawsze zobaczyć u siebie
w domu. Po co szukać myśliciela? Odwiedzający gotują się do odejścia. Heraklit odczytuje
na twarzach zawiedzioną ciekawość. Wie on, że wystarczy pozbawić tłum spodziewanych
wrażeń, aby ci, którzy dopiero co przybyli, natychmiast skierowali się do odwrotu. Dlatego
dodaje im odwagi. Nakłania ich, by jednak weszli, słowami: „tutaj także obecni są bogowie”.
Słowa te stawiają miejsce pobytu myśliciela (etos) i jego postępowanie w innym świetle.
Czy odwiedzający zrozumieli je zaraz, czy zrozumieli je w ogóle i czy potem zobaczyli
wszystko inaczej - opowiadanie nie mówi. Ale już sam fakt opowiedzenia tej historii
i przekazania jej aż do dzisiaj dowodzi, że opowiada ona coś, co wyłania się z atmosfery
panującej wokół myśliciela i charakteryzuje ją. „Także tu”, przy chlebowym piecu, na tym
zwyczajnym miejscu, gdzie każda rzecz, każda okoliczność, każda czynność i każda myśl są
bliskie i obiegowe, to znaczy swojskie, „także tu”, w tym swojskim kręgu einai deus, jest tak,
że „bogowie są obecni”.
„Etos antropon dajmon” - mówi Heraklit: „Miejscem pobytu (z którym oswoiliśmy się)
jest dla człowieka przestrzeń otwarta na uobecnienie się Boga (Tego, którego oswoić
nie można)”.
Skoro zgodnie z podstawowym znaczeniem słowa etos nazwa „etyka” mówi,
że zastanawia się ona nad pobytem człowieka, to myślenie, które myśli prawdę bycia jako
źródłowy żywioł człowieka jako kogoś eksistującego, jest już w sobie pierwotną etyką.
Vincenz także jest filozofem. Swoją pracę doktorską poświęcił
wpływowi Hegla na Feuerbacha, a potem powrócił do świata górali
huculskich. Tak jak Heidegger, który własnymi rękami zbudował dom
w górach Schwarzwaldu i spędził tam pół życia. Tak jak ksiądz
Tischner chętnie uciekał do górali Podhala. Z potrzeby powrotu
do najprostszych wartości...
Grecy epoki najdawniejszej nie znali słowa „etyka”, ale nie byli
niemoralni. O takim świecie opowiada Vincenz.
14
STANISŁAW VINCENZ
NA WYSOKIEJ POŁONINIE
PASMO PIERWSZE
PRAWDA STAROWIEKU
OBRAZY, DUMY I GAWĘDY Z WIERCHOWINY
HUCULSKIEJ
Andrzej Kuśniewicz
PRZEDMOWA (z wydania: PAX 1980)
Stanisław Vincenz należał bez wątpienia do ludzi mocnych i fizycznie, i psychicznie.
Tylko takich stać na luksus aż takiej życzliwości do całego świata, do bliźnich, lecz i zwierząt
domowych oraz dzikich, jak i do sprzętów domowych, drzew, całego krajobrazu. Nikt nie
potrafił z taką miłością opisać skrawek po skrawku, miejsce po miejscu tamtego zakątka
ziemi, w której przyszedł w roku 1888 na świat w Słobodzie Rungurskiej, najściślejszej
prywatnej swej ojczyźnie.
Kraj ten leży na południe od Dniestru, za którym, na drugim brzegu, Podole,
a ograniczają go - od wschodu Bukowina, od południa Ruś Zakarpacka, zaś od zachodu pasmo Gorganów i rzeka Łomnica.
Wielką swą huculską sagę nazwał autor „prawdą starowieku”. Kraj to istotnie jak
gdyby już po tamtej stronie pamięci, odchodzący w niepamięć. Legendy, mity związane z nim
sięgają daleko w przeszłość.
Vincenz do końca życia pozostał wierny tamtej bezpośredniej swej ojczyźnie, a gdy ją
na zawsze utracił, nie popadł ani w czułostkowość, ani tym mniej w nienawiść
do kogokolwiek, czy też zgryźliwą niechęć. Napisał przecież: „...w ostatniej wojnie
doszedłem do przekonania, że Montesquieu ma rację głęboką i przez to ukrytą (...)
15
Dla nabrania takiego przeświadczenia niezbędne jest sito, o którym poucza wielki poeta
Czyśćca: Lethe i Eunoe, zapomnienie i życzliwość, dwa ramiona tego samego strumienia
czyśćcowego.”
Należy dodać, że Vincenz interesował się całe życie osobą i twórczością Dantego, pisał
o nim, był nim wyraźnie zafascynowany.
Po ukazaniu się w roku 1936, nakładem „Roju”, pierwszego tomu Na wysokiej połoninie,
powstały już we Francji i Szwajcarii po wojnie dalsze rozdziały, mające w zamyśle utworzyć
drugi oraz trzeci tom wielkiej całości. Powstawał epos o Pokuciu i Huculszczyźnie,
na miarę, jakiej bodaj nie doczekały się Tatry ani Podhale. Vincenz ratował od zapomnienia
zasłyszane przed laty, jeszcze w dzieciństwie i młodości, czyjeś słowa, opowieści, legendy,
utrwalał i przenosił na papier to, co bez niego na zawsze by przepadło. Nic też dziwnego,
że dziś Ukraińcy czerpią z wdzięcznością z jego tekstów, oceniwszy właściwie miłość, z jaką
pisał i o tamtym kraju, i o tamtych ludziach.
A to szczególny góralski szczep ci Huculi. Pełen romantyzmu i jakiejś pierwotnej
szlachetności, o dużym poczuciu honoru i swoistej dumie. Wiele tu krwi dackiej,
rumuńskiej, o czym świadczą nazwy gór i osiedli, jak Fenterale i Ardżeluża, albo szczyt
Salatruka w Czarnohorze. Górami, połoninami, w ślad za bydłem, za kierdelami owiec
lub w pogoni za leśną zwierzyną, zapędzali się górale rumuńscy z Bukowiny
i od Siedmiogrodu aż w tamte pokuckie strony. Z kolei - ludzie z tej strony wędrowali
na wschód - ku Bukowinie, dolinie Marmaroszu, źródłom obu Cis - Czarnej i Białej, Jasinie
i miasteczku Bogdan. To wymieszanie ludnościowe, lecz i językowe, a także obyczajowe,
spowodowało, iż folklor huculski stał się wyjątkowo bogaty, jak zwykle w krajach
o wielorodności i wielorakości wpływów kulturowych. Można by to porównać po części
do wpływów słowackich sięgających na Podhale aż po Nowy Targ.
Mówiąc o Pokuciu należy dodać Żydów od stuleci zamieszkałych w dolinie
Czeremoszu, Waratynu, Bereźnicy i Rabyńca, Żydów chasydów i nie­chasydów, oraz
spławiających tratwami drewno w doliny „Żydów leśnych”, gatunek już przed laty w zaniku,
dziś zupełnie nieistniejący. Ich pamięci poświęcił Vincenz niejedną stronę swej prozy.
Można by go nazwać bez większej przesady jakimś Homerem Czarnohory. Jeśli Tatry
i Podhale, też mitotwórcze, jak wszystkie mało dostępne góry zaludnione przez ludzi
o obyczajach surowych, znalazły wielu piewców, kronikarzy i poetów, to tamte równie
piękne strony, chyba tylko pana Stanisława Vincenza ze Słobody Rungurskiej. Twierdzi on
wprawdzie, że o Huculszczyźnie pisał i Józef Korzeniowski w Karpackich góralach,
i wspominał o niej sam Słowacki w Beniowskim, a Wyspiański umieścił karczmę z Sędziów
w jednej z wsi pokuckich, lecz nikt poza nim, i to nie tylko w języku polskim, nie powiedział
tyle o tamtych stronach.
Krytycy zastanawiali się nad wyborem języka zastosowanego w Wysokiej połoninie.
Rzecz jasna, że tamtejszy lud mówił po ukraińsku, jak dawniej mawiano - po rusińsku. Zaś
Żydzi - w jidysz. Trudno było znaleźć odpowiednik językowy, który by nie raził
sztucznością, a był dla polskiego czytelnika zrozumiały. Jak sądzę, Vincenzowi udała się ta
niełatwa sztuka. Nie ma tu, na przykład, naszej rodzimej góralszczyzny, co mogło grozić
autorowi szukającemu jakiegoś wyjścia z trudności. Tylko niektóre pieśni i poszczególne
wyrazy czy zwroty pozostawił w oryginale huculskim.
Złagodził natomiast niektóre opisy obrzędów weselnych i ludowych zabaw, jako zbyt już
dzikie i okrutne. Tak przynajmniej utrzymuje Tadeusz Breza omawiając w recenzji,
zamieszczonej w „Kurierze Porannym” z 16 kwietnia 1939, książkę Vincenza. Twierdzi też,
że „legendy huculskie splatają się tu nierozłącznie z własną legendą autora”. Być może,
iż poniekąd mogło to odebrać tekstowi nieco surowego autentyzmu, bliskiego jakiemuś
przewodnikowi krajoznawczemu czy naukowemu opracowaniu, dodając jednocześnie
poetyckości. Niektóre partie Wysokiej połoniny czyta się jak poemat. Te choćby o podróżach
drogami u podnóża gór, od stolicy tamtejszej, Kołomyi, w stronę Rungur i Żabiego,
największej niegdyś wsi galicyjskiej, lub aż do Kosowa, słynnego z zakładu leczniczego
16
doktora Tarnawskiego, czy pogranicznych Kut, gdzie jadąc z pagórka na pagórek, z doliny
w dolinę - ulega się złudzeniu niemal bezruchu: nieruchomości krajobrazu, który niby to
przybliża się, a wciąż tkwi w miejscu jednako daleki. Albo kiedy pisze o niedobitkach
demonów uchodzących w panice przed swym prześladowcą i tępicielem, prorokiem
Eliaszem, szczególnie na nie zawziętym. Uciekają z dolin ku szczytom, skalnym
rozpadlinom, wąwozom i pieczarom czarnohorskim, gdzie kończy się połonina dancerska,
a zaczyna suchy piarg. Lecz i tam święty mąż Eliasz ciska w nie pioruny. Niektóre opisy łąk,
kwitnących różnymi barwami w zależności od pory wiosny i lata, przypominają strofy
Leśmiana, mimo iż są pisane prozą unikającą patosu i pozornie najzwyczajniejszą. Nie wiem,
czy nasze Tatry, mimo tylu pięknych stron im poświęconych przez mistrzów takich jak
Tetmajer czy Kasprowicz lub Orkan, doczekały się aż tak plastycznych i urzekających
opisów.
W rodzinnej Słobodzie Rungurskiej, gdzie mieszkał, przed wielu laty słynny
Szczepanowski dowiercił się ropy naftowej. Stanęły wieże wiertnicze i trysnęła nafta. Były to
jedne z pierwszych galicyjskich kopalń. Niestety - jak większość tamtejszych złóż wyczerpały się szybko. Pozostały wysokie wieże sklecone z desek, obalane przez byle
mocniejszy powiew. A wiatry w tamtych stronach wieją przez dużą część roku. Trudno było
w dwudziestoleciu międzywojennym mówić o jakimkolwiek bogactwie. Ot, ledwie jedna,
druga pompa wydobywała miesięcznie na powierzchnię niewielką ilość baryłek ropy.
Pamiętam stojące na rampie cysterny. Stanisław Vincenz w przededniu wojny był
posiadaczem niezbyt zabytkowego, lecz niebrzydkiego domostwa w malowniczym parku,
oraz sadu za nim. W ogrodzie ustawił popiersie ukraińskiego poety, Iwana Franki. Był dla
swych huculskich sąsiadów przyjacielem i doradcą, nigdy panem czy dziedzicem. I oni
potrafili to docenić w roku 1939, jesienią, dając mu najlepsze świadectwo. Niejaki Matarżuk,
miejscowy Hucuł ze Słobody, zapytany przez radzieckiego „komandira”, jaki też jest ten „ich
pan”, odparł: „Pan dobry sąsiad, żyjemy dobrze, ciągle zaprasza nas, u niego odbywają się
wieczorynki z naszą muzyką i naszymi tańcami”.
Na tablicy, obok popiersia Iwana Franki, Vincenz kazał wyryć cytat z jego wiersza:
„Wierzę w siłę ducha”. Było to poniekąd i hasło samego Vincenza. Po latach, już we
Francji, wyznał: „Wrażenie odniesione przez gości było niezaprzeczalne. Rozglądali się
po górach, chwalili czar zakątka i pomysł pomnika...” A byli tymi gośćmi w domu Vincenza
w Słobodzie radzieccy oficerowie.
Przejeżdżałem parokrotnie tamtędy, mijałem dom nad potokiem za kolejowym torem,
udając się czy to do Żabiego, czy aż na przełęcz Jabłoniecką, i dalej na tamtą, niegdyś
węgierską stronę. Nie miałem jednak niestety szczęścia poznać gospodarza Słobody
Rungurskiej. Nie przypuszczałem też wówczas, iż przyjdzie mi po wielu latach o nim pisać.
Wśród swych przodków Stanisław Vincenz miał również jedynych przedstawicieli
bukowińskiej arystokracji, hrabiów Wassilko. W rozdziale „Pobratymstwo z cesarzem”
wspomina o pewnym leśnym harnasiu, królu gór, potężnym Wasylku czy Wasyluku, który
pisząc listy do Wiednia, do Józefa Drugiego, podpisywał je dumnie „Prinz Wassilug
von Hollowy zu Bukowinka.”
Jakiś legendarny praprzodek? Może. Princem wprawdzie nie został, lecz grafem,
czyli hrabią, tak. Sięgnąłem do rejestru członków austriackiej Izby Panów i odnalazłem tam,
jak się tego spodziewałem: Alexander Wassilko­Serecki, Freiherr von, czyli baron, członek
Herrenhausu w latach 1867-1893, do daty zgonu; i jego następca, chyba syn: Georg Graf
Wassilko, dziedziczny pan na majętności Berhomet na Bukowinie, członek wiedeńskiej Izby
Panów w latach 1904-1918, czyli do upadku monarchii Habsburgów. Zmarł w Berhomecie
w roku 1940.
Inni krewni, z polskiej linii po kądzieli, zamieszkiwali dwór w Krzyworówni. To tam,
na czyjeś wesele, może matki autora Wysokiej połoniny, jechali żydowskimi furmankami
powożonymi przez bałagułów, których niezrównany język, humor, mądrość porzekadeł
przypominających i Opatoszu, i Szaloma Asza, i niektóre nieuczesane myśli naszego Leca
17
opisze później Vincenz, wędrowali goście aż z Kołomyi, a nawet pieszo, w huragan łamiący
najstarsze jodły i buki, przełęczami z tamtej, węgierskiej strony, cygańscy i żydowscy
grajkowie, by zagrać jak wypada u gościnnych państwa na weselu ich córki.
Krzyworównia leży nad rzeką w dole. „A wyżej - pisze Vincenz - ku szczytom - szum lasu
z wierzchołka Kiczory, szum Czeremoszu ledwie dosłyszalny w głębi doliny - cisza, niebo
i słońce górskie...”
Vincenz uważał za swój obowiązek spłacić dług tamtej rodzinnej ziemi, opisując
do najmniejszych szczegółów jej piękno, odrębność, obyczaje ludu, jego wierzenia, gusła
i legendy. Jakby tłumacząc się przed czytelnikami z tej troskliwej dokładności i pietyzmu,
niedługo przed śmiercią w 1971 roku, napisał: „Czynię, to nie dlatego, jakobym był
powołany, ale właśnie z obawy, że powołanych już nie stało”.
Czy starożytne podania mogą zawierać dla nas jakąś prawdę? Które? Oto,
że w kataklizmach nieraz już nastąpiła zagłada rodu ludzkiego, tak że pozostały
tylko nieznaczne jego szczątki... Rozważmy zatem jeden z wypadków,
który powstał po kataklizmie... Oto, że ci, którzy uniknęli zagłady, byli to
nie więcej niż jacyś górscy ludzie, pasterze gdzieś po szczytach. Ocalały
malutkie iskry życia, resztki rodzaju ludzkiego. Naprzód samotność usposobiła
ich przyjaźnie, życzliwie, lubili się wzajemnie. Nie było wśród nich
ani biedaków, ani kłótni wynikłej z biedy. Nie znając złota ani srebra nigdy
nie stali się bogaczami. A w społeczeństwie, w którym ani bogactwo,
ani ubóstwo nie zamieszka, najłacniej jeszcze można znaleźć obyczajność
najrzetelniejszą. Zatem co w podaniach słyszeli, że to piękne, a tamto brzydkie,
to w prostoduszności swej uważali za najbardziej prawdziwe i temu wierzyli,
a uważając za prawdę, co się opowiada o bogach i ludziach, żyli podług tego.
PLATON: PRAWA(NOMOI)
Wszystkie zamieszczone niżej fragmenty pochodzą
z Księgi I ("Za głosem trembity") Pasma I ("Prawda starowieku")
Od pierwowieku, w wyroków noc. Piorun, las i wodospad, trzej szumni posłańcy,
radeczkę radzą, jak począć trembitę.
W rewaszach starowieku przekazane tak:
18
„Weź na trembitę suchar ze smereki, zdartej przez piorun, skruszonej piorunem.
Wydrąż go w trąbę, szczelnie spleć i ściśnij łyki em z brzeziny spod wodospadu,
z piany i z szumu.”
I tak tłumaczy rewasz dawniej, dziś i jutro:
„Niech ma trembita gromu moc, donośność! Wodą wygrana, niechaj się osłucha
z wszelaką tajnią wód, rodem z puszcz. Niechaj zagarnia, niech łączy jak woda.”
Z takim zamysłem sporządzona trembita, wyrzutnia dla grotów, co mają przeciąć
dal, wyciąga się niezmiernie długo: trzy metry p rzeszło. A zbiera się, ściska
w przekrój znikomy: w ustniku niespełna cal, w wydechu z aledwie trzy cale. Sucha,
gładko spleciona łykiem, aż błyszcząca, leciutka, choć długa. Wytworna jak
dziewczyna górska, a oporna jak gdyby niema. Człek nieświadomy gry nie wie co
z nią począć, dopiero dla piersi mistrza, dla tchu wataha dostępna.
Z pioruna, z lasu, z szumu wód, z wyrocznej nocy poczęta, rozdziera zapory.
Z niej wytryskują jutrzenki, gody radosne i smutne, z niej wylewają się pory roku,
lata i wieki. Ona, wyroczna postać kraju i ludzi Wierchowi n, dzisiaj się światu
ogłasza.
Odzywa się na uroczystości świąteczne: na Boże Narodzenie, na Święty
Wieczór i podczas Pasterki przez całą noc rozbrzmiewa rozgłośnie po górach
z chaty do chaty, a głos przelatuje przez niedostępne i zaśnieżone, samotne puszcze.
Chadza za kolędnikami, którzy ze światłem i z muzyką wspinają się po wąskich
i stromych ścieżynach. Góry i puszcze drzemią zacisznie uśpione w śniegu, a głos
skrzypeczek wnikliwie wije się wśród nocy. Wtóruje im potężnie trembita.
Kolęda potęguje ten spokój snu zimowego i wzmaga poczucie błogiego
bezpieczeństwa.
W Święty Wieczór jest tak, jakby się leżało na łonie Bożym. Czas się zatrzymał.
Świat i Bóg jest tak dobry, że nawet Archijudę, wodz a czortów, Archanioł spuszcza
z łańcucha, aby się poprawił. I ludzie nie boją się go wtedy, zwłaszcza że kol ęda
broni wsi przed jego mocą.
Na Wielkanoc trembita radośnie głosi Alleluja. Przez zimę, przez posty
i po Wielkiej Nocy milczy trembita. Dopiero gdy święty Jurij zazieleni ruń połonin,
po której dotąd tylko niedźwiedź senny chodzi, a raczej wygłodniały słania się
po ciężkim śnie zimowym - a lawiny jak wystrzały armatnie w ponurym uroczysku
skalnym pod Szpyciami w Czarnohorze, dając pierwsze sygnały, hukają na cześć
wiosny - odzywają się trembity. I pieśń mówi, że wtedy święty Jurij dmie w trąbę
żubrową. A gdy po lasach rozejdą się odgłosy, wszystkie ptaszęta odniemieją. Już,
już niedługo popłyną roje owiec, i kóz, i najróżniejsza chudoba: łagodne
i flegmatyczne lub nieco rozkapryszone i grymaśne, wypiastowane przez gazdów,
nieraz od cielątka w izbie za piecem chowane krówki - i ciężkie, ponure, spode łba
patrzące, nieraz groźne buhaje. I konie przeróżne, całe ich stada; huculskie konie,
łyskające dzikim i gniewnym spojrzeniem, z cienkimi nogami, z potężną piersią,
z szeroką szyją, bujną grzywą. Myszate, kare, bułane, węgorzowe, śmietankowe.
Popłyną od wsi ku połoninom i wyroi się wiosenny ruch, co od wieków porósł
wzorzystym kwieciem zwyczaju - c h ó d p o ł o n i ń s k i. Potem już na
pastwiskach wysoko odbywa się mieszanie trzód. Tysiące chudoby, pasterze , psy
i trawy, wraca stara wspólnota.
Gdy tam na górze, na dnie kotła skalnego, wyścielonego mchami, watah wymota
z trembity nutę, co oplata dychanie jak pępowina, o głaszając tym pierwszy wypęd
na pastwiska, własność jest zawieszona. Kto dotknął trembity, ten oczyszczony,
nie chce zagarnąć świata, ni mieć go dla siebie. Połonina czyja? Boga i owiec, Bóg
i owce karmią wataha, pasterzy, gazdów. Watah czyj? Własny watah owiec, należą
wzajemnie do siebie, boteje do wataha, watah do botejów. Wszystko wiąże trem bita,
ściąga struną wiatrową od nieba do ziemi. Watah, choć go wcale nie pilnują, nikomu
19
nic nie zabierze, zabrać nie może, bo rewasz udojowy, dokonany przy mieszaniu
chudoby, od razu daje miernik wyraźny, ile każdy z właścicieli trzód - jak ich zwą
mieszanników - ma otrzymać bryndzy z całego letniego udoju. Watah służy każdemu
i wszystkim, lecz nikt z mieszanników nie ma mu ni c do rozkazywania i on nikomu
z nich nie rozkazuje. Jest zbyt daleko, zbyt wysoko. Któż inny zresztą z ludzi spędza
w ciągu roku tyle dni i miesięcy w chmurach, w świecie cieni i mgieł, gdzieś
niedaleko tamtego świata. Toteż dzieci, których tato jest watahem i przebywa latami
na połoninie, niepokoją się po nocach, czy go nie zagarnęły mgły na tamten bok,
a jesienią witają go tak radośnie, jak gdyby wrócił z tamtego świata. A te dzieci,
których tato nie żyje, pocieszają się mówiąc, że może - któż wie? - wrócił na lato
do swoich dawnych dziedzin i wędruje w chmurach za trzodami.
Połonina, na którą przyprowadza się owce i bydło, według sł ów pieśni, dumna
jest z tego. Harda, nieprzystępna okrywa się mgłami, jakby chustami. Dzień w dzień
przez całe lato grają trembity, zwołując pasterzy spod szczytów, z rozległych stepów
górskich, z łączek i kępek ukrytych po skałach i berdach, zwołują do posiłku,
do podoju i na nocleg. Jest jeszcze jeden tylko głos równie donośny, to głos wroga
połonińskiego, straszliwy ryk niedźwiedzia, o ile przepędzi go się od ofiary, albo gdy
wsiadłszy na wołu lub krowę, która ucieka w strachu śmiertelnym, wali łapą
po karku i ssie krew; gdy chce zastraszyć broniących stad pasterzy albo gdy jest
raniony. A dźwięk trembity donośny jest wprawdzie, lecz jakżeż łagodny, słodki,
kojący, jak gdyby dźwięczały błękity fletnią zza obłoków nad szczytami. I pasterze
i chudoba, zbłąkani w gęstych mgłach, witają ten głos radośnie, śpieszą doń,
od najmniejszego jagnięcia, co ledwie plącze nogami, aż do groźnego buhaja.
Dzień w dzień raduje się połoninka, słuchając trembity, bo to jej własny głos,
a smuci się, banuje dopiero jesienią, kiedy w święto Bogarodzicy gazdowie
przychodzą po swoje trzody i następuje „rozłączenie”. Gazdowie i gazdynie obliczają
się z watahem i odchodzą ze swoim pożytkiem i z trzodami do chat na wieś
lub do zymarek.
Konie,
obładowane
jasnymi
drewnianymi
berbenicami,
napełnionymi bryndzą i masłem, bądź objuczone pstrymi besahami, idąc w doły,
ostrożnie stąpają po wertepach. Trembity grają, głosząc rozłączenie, smucąc się
łagodnie, a także połoninka, jak mówi pieśń, zostaje zasmucona, gdyż owieczki
odchodzą. Boteje rozsypały się, własność powróciła, wspólnota zostaje w chmurach
i czeka, wiatr jesienny wspomina ją swoimi trembitami. Po płajach i po zakątach
kosodrzewiny drepce Mara, zagląda tu a tam, odwiedza owcze kosziery i wzdycha.
Któż wie, czy to duch zły, czy tylko błędny, stęskniony? I znów milkną trembity
na czas dłuższy, chyba że inny, równie ważny urząd spełniają. A spełniają go - takie
są wyroki niebios - przez cały rok. Gdy ktoś umrze, odzywają się trembity koło
chat. Inną nutę grają, inaczej wyciągają, tęsknie a sumnie zawodzą. Ale i wtedy jest
w nich zew łagodności i łaska błękitu, wyglądającego nad ciemnym szczytem spoza
ponurej chmury. Jeśli jadąc w pobliżu osad huculskich, zobaczycie wieczorem ognie
koło chaty i usłyszycie łkanie trembity, wiedzcie, że jak głosi pieśń „już się komuś
śpiewanka skończyła”. Lecz myśl nasza, lecąc teraz wspomnieniem za głosem
trembity, nie unosi nas tym razem ku sprawom smutnym, przeciwnie,
ku radośnie pogodnym, ku dawności starowieku.
ROZŁĄCZENIE (fragment)
2.
Cienie czaiły się, skradały się, postępowały drogą, a miejsca oświetlone słońcem uciekały.
Przeto pochód pośpieszył się, a ludzie wymykali się z Czerdaka. Raz jeszcze błogosławiło
rozłączeniu skłaniające się ku Czarnohorze słońce, łaskawe, pobłażliwe, grzeczne.
20
Niejeden z pasterzy oglądał się, po czym obracał się na drodze całym ciałem i kłaniał się
w pół. Zapewne niejeden mruczał modlitwę tak czy inaczej: „Słoneczko święte, lice
Hospodnie, Wyście gazda światowy, watah doskonały, a nas znosicie-cierpicie od dawna
i ciągle jeszcze. Z mraki wyprowadźcie, obrońcie i sława Wam. Amen.”
Gdy Foka był zajęty zapraszaniem i częstowaniem, konie jego i towarzyszy stały
uwiązane promieniście wokół Czerdaka, wysoko nad topielą szumiącego Bystrzeca.
A właśnie przechodziło jeszcze drogą stado koni, wracających z połoniny. (Warto pamiętać,
że jeszcze po latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w samym Żabiem było więcej koni
niż w nowszych czasach w całym powiecie.) Konie w stadzie szły dotąd równo, rozważnie,
prawie jak w zaprzęgu. Tylko źrebięta, najniesforniejsze ze wszelkiej młodzi, jak zawsze
odstawały i odlatywały. Skoro jednak konie z gromady zwęszyły obce konie obok Czerdaka,
zarżały całym stadem jak gdyby gromem i zaraz odpowiadały im konie od Czerdaka.
Widocznie górskie konie, podobnie jak ludzie, podminowane są tęsknotą do sobie
podobnych a odległych. Dlatego na targach górskich, kiedy sprowadzi się sporo koni
z najdalszych zakątków, gdzie pasły się dotąd same, taki grzmot toczy się przez cały dzień,
jakiego chyba na żadnych innych targach się nie słyszy. Myśli się mimo woli, że dlatego
utożsamiają u nas grom z koniem w powiedzeniach i w zagadkach jak ta: „Kiń biłobokij
zabrył w Dunaj hłybokij, jak zairżał weś świt zaznał.” Lecz mówi się także, że raj koński na
ziemi na tym samym się zasadza co ludzki: raj, dopóki z daleka, a z bliska biją się i kąsają.
W pośpiechu przeto wybiegano z Czerdaka, aby odpędzić konie ze stada, tłoczące się
ku koniom uwiązanym, na to, aby tuha końska po ziszczeniu nie uszkodziła jednako
tęskniących i wytęsknionych.
Aby przybliżyć ten koński świat, prowadząc dzisiaj ku dalekiemu krajowi swoich
i obcych, nie tylko tych, co przemierzyli niegdyś jego płaje, także tych, co o nich zaledwie
słyszeli, a nie zawąchali ni żywicznych zapachów ni dymów, nie zasłyszeli grzmotu stada
piersi końskich, ukażmy najstarszego przewodnika-konia. Bo powiadają o dawnej
Wierchowinie: „las, Hucuł i koń”. Las chronił, Hucuł parł przed siebie, koń prowadził. Jakiż
koń!
Piękne i szlachetne plemiona lub jednostki ludzkie są w wielkiej mierze, lub tak nam się
przynajmniej wydaje, niespodzianym stopem sprzeciwieństw czy odległych różnic, jakby
dziećmi jakiegoś cudownego przypadku. Podobnie piękna i mocna rasa koni huculskich
wydaje się nam dziełem owych cudownych boskich sztukmistrzów, działających
w przyrodzie, których my z nieświadomości nazywamy „przypadkami”. Tak różne cechy
w sobie łączy. Z jednej strony nieoczekiwaną tęgość, muskularność i siłę, z drugiej zgrabność taneczną, prawie akrobatyczną, rozwagę, wytrawną ostrożność w badaniu
niebezpieczeństw terenu, ale także ogień i nieokiełzaną wściekłość dzikiego mustanga, który
potrafi atakować groźnego nawet wroga, stając dęba, to uderzając przednimi nogami,
to wierzgając. I łagodność cicho czułych, wyrzeczonych oczu, jakby uśmiechniętych
przebaczająco.
Dzieckiem jeszcze marzyłem nieraz o tym, by stać się koniem: takim spokojnym,
łagodnym srokaczem, którego białe plamy śniegiem się wydają przy kontraście pasów
brunatnych lub czarnych. Lub takim dumnym karoszem, o bujnej grzywie, rżącym radośnie,
jak cyrkowiec stającym co chwila dęba, to znów wierzgającym psotnie w powietrzu.
Przeskakuje płoty jeden po drugim, ale kiedy trzeba - i sam to widziałem - przechodzi
ostrożnie, krok za krokiem, po zgniłej, śliskiej desce wysoko nad urwiskiem ponad spienioną
głębią. Albo delikatnym bułankiem o białej grzywie z ledwo dostrzegalnymi żyłkami
i kropeczkami. Takim, co wrażliwy, rozpieszczony, nerwowy jak dostojna panienka. Wyciąga
szyję jak łabędź, spogląda przed siebie lękliwie, drży cały, a cudownie śmiały w biegu
i w galopie. Marzyłem o tym jak o szczęściu prawdziwym: jakież to ziszczenie piękna być
koniem.
Kilku wiernych i czułych przyjaciół zyskałem pośród koni. A były tam także inne,
podziwu godne istoty końskie, o których przyjaźni nawet marzyć nie śmiałem, tylko
21
w cichości podziwiałem ich piękną dumę, cudowną poezję ruchu i rytmu, którą posiadały
w każdym calu. A potem - będąc chłopcem - chciałem już tylko opiewać konie i przyjaźń
moją rozszerzyłem na wszystkie konie, starałem się odgadnąć duszę, charakter i dolę
każdego konia, którego spotykałem.
Wiele utworów muzycznych oddawało mi rytm i piękno koni: wir bitwy, gonitwy stada
po rozległych połoninach, zmaganie się z wilkiem; ale także rytm cichego pochodu
po miękkim trawiastym płaju, rytm pojenia i kąpieli, rytm cichy paszy nocnej i zaciszne
ciepło stajni końskiej. Toteż z żalem spostrzegałem z czasem, jak wiele sztuk potrzeba,
aby oddać poezję konia.
Z pieśnią o koniu dobrym, wiernym, śmiałym i pewnym, ale dumnym, łatwym
do urażenia, bo właściwie nigdy nie był ujeżdżony, o koniu-przewodniku, o koniu-stróżu
należy przystąpić do opisu Wierchowiny i jej dawności. Jest taka pieśń, stara kolęda,
która nam śpiewa przy zwrocie roku, gdy świat się odnawia:
Któryż to piastun, co dziecię kołysze,
A uszkiem złotym szept serca słyszy?
W gwiazdy spogląda i z gwiazd miarkuje,
A w skałach progi kopytem kuje,
Ponad śnieg jako płomień wylata,
A ślad ogonem srebrnym zamiata?
Gdzie Hucuł, tam i koń, nie ma Hucuła, nie byłoby człowieka w górach, w czarnych
puszczach i złotych czapach połonińskich, gdyby nie koń. Przebywanie wielkich odległości,
przynoszenie ciężarów do rozrzuconych i wysoko obok pastwisk górskich położonych chat
huculskich nie byłoby możliwe bez konia. Wertepy i berda, zwory i jary, wszystko to
w dużym stopniu nieosiągalne bez konia, gdyż pasąc się od źrebięcia po wąwozach,
gąszczach, stromiznach, huculskie konie panują nad lękiem, a osiągają przy tym zdolność
przechodzenia miejsc niebezpiecznych, bo umieją wspinać się, czołgać i przysiadać w stopniu
rzadko spotykanym w rodzie końskim.
Lecz prawdę mówiąc, wierzchowcem jest koń huculski głównie dla swoich, dla tych, co
go karmili w chacie i pieścili od źrebięcia. Dlatego nie buntuje się przeciw kobietom. A choć
przymuszony i ściągnięty żelaznym wędzidłem, czego dawniej nigdy nie czyniono,
bezwładnie nosi niemiłego mu jeźdźca, ale tak chytrze, że nieraz zrzuci go przy sposobności,
bądź w rozpędzie uderzy nim o drzewo albo ściągnie zębami z siodła.
Powiada stare przysłowie perskich pasterzy, uwiecznione w Zend-Aweście: „Przez rozum
psa istnieje świat”. A my, dzieci gór, patrząc na ten świat górski, rozpamiętując, jak
powstał i wykluł się z puszczy czarnej, bezdennej, bezmiernej, puścił korzenie, jak zabudował
się na carynkach i pastwiskach wyniosłych, jak wdrapał się pod chmury na niedostępne
dawniej połoniny, jak się utrzymał i trzyma dotąd, winniśmy zawołać: „Przez rozum, przez
śmiałość, przez szlachetność konia istnieje ten świat. Posłuchajcie, jak dziarski rytm kopyt
rozlega się wśród puszczy! Utorował tutaj drogę i jest zawsze bębnem pochodu pionierskiego
człowieka.”
Carynkowymi, miękkimi płajami, leśną grząską lub kamienistą dróżką, zimą wśród
głębokiego śniegu, po lepkiej jak guma półzmarzłej grudzie, po lodzie i wśród roztopów,
ze stromych stoków, z chaty samotnej, chybocząc się ostrożnie, stawiając każdy krok jak
obliczony, idzie raźno i wesoło koń. Niesie, jak ruchoma kolebka, małe dziecię do dalekiej
cerkwi, do chrztu. I tak od kolebki służy całe życie człowiekowi huculskiemu. Aż wreszcie
na wyczerpanym i znużonym koniu ze zwieszoną głową, zza gór przyjeżdża na szczyt
do chaty ksiądz, aby oddać ostatnią posługę duszy, która odchodzi. Połoninami, puszczami,
po wertepach, po skałach bieleją kości koni, które odbyły już swój wiek, zakończyły dolę,
spełniły zadanie. Pieśń chwałę im śpiewa, a smereki chwieją się, czerpią soki z ich krwi
wsiąkłej w ziemię, rozszumiają się.
22
3.
Konie, to szczególna ozdoba i duma Huculii. Nadmiar koni u nas uzasadniano
rzekomym pochodzeniem kaukaskim ludności, bo podobno spośród wszystkich plemion
górskich w Europie, może w związku z osadnictwem tak rozproszonym, jedynie Huculi byli
jeźdźcami od wieków. Stąd niejeden zwyczaj, stąd strój, także strój kobiet, zamiast spódnicy
zapaski przystosowane do konia.
Lecz podstawa pasterstwa to owce.
Po koniach drogę nad Czeremoszem wypełniły szczelnie bryłami żywopłynnymi, ciepłe
i kosmate fale owiec. Ciszej, gęściej, a nie mniej bujnym zagonem, niż gdyby fale
Czeremoszu wystąpiły przejściowo na stromy brzeg, na drogę. Owce nie tylko ważko ciążyły
nad drogą, przelewały się szerzej i wyżej w górę po stromych stokach, dokąd by żadna
powódź nie dotarła. Sypały się także głęboko w dół nad samą wodę. Chyba tylko morze
podskalne, gdy wyleje się kiedyś z pępka ziemi, tak będzie władać zwycięsko, i tak spokojnie
igrać-zagarniać. Tymczasem, ściśnięte pod przełęczą Palenicy, drzemie sobie. Tylko czasem
budzi się i szpieguje, to tu, to tam, raz jednym morskim okiem, raz drugim.
Owczarze pośpiesznie usuwali z drogi przeszkody, przede wszystkim przepędzali
bez litości wszelkie inne zwierzęta, aby się nie płoszyły owieczki, aby się, broń Boże, nie
stłoczyły, aby się nie zlękły. Wybiegali naprzód, zaklinali jadących w przeciwnym kierunku
jeźdźców, aby poczekali gdzieś na boczku w schowku, aby nie krzywdzili drobiąt,
aby wiaterek lęku nie naleciał na owieczki. I tamci w zrozumieniu usuwali się, czekali
cierpliwie. Inaczej może przeklęliby ich owczarze, a na pewno długo by zapamiętali, jacy to
pohani ludzie ci z zakrętu nad Czeremoszem. Tak podnieceni i zafrasowani owczarze
zaledwie witali się z ludźmi spotkanymi, a wcale nie serdecznili się grzecznie i podług
zwyczaju, bo całe serce otworzyli troskom o owce. Ten i ów zerkał nawet nieufnie
ku Czerdakowi, czy jakieś oko ludzkie zanadto ostre nie razi owiec z ukrycia. Tymczasem
owce, pewne takiej opieki, jaka im potrzebna, rozsypywały się swobodnie, jak gdyby znalazły
się w ojczyźnie swego rodu, na pustkowiach skalnych. Po czym znów się zbierały,
a uspokojone zabiegami i troskami, nadal ufnie się toczyły z pluskiem jednostajnym: dzyńdzyń, bam-ba-łam, człap-człap, pyrsz-pyrsz.
Owczarze uspokajali się także, dobywali zza pazuch fłojer, i kręte, przenikliwie smętnoufne owcze nuty napełniały ciasny jar Czeremoszu. A ten i ów lubując się owieczkami,
zaśpiewał do wtóru fłojer aż echo odbijało z drugiego brzegu: „Oj oweczki, nebyleczki,
pysanyj boteju!”
I naprawdę z Czerdaka nie padło ani jedno ostre spojrzenie. Gdy okrzyk „drobięta idą”
przebuszował przez dom, Foka przerwał swe zajęcie i wyszedł na ganek. Stamtąd, z dawnego
Czerdaka, tak dobrze było spoglądać z wysoka na drogę. Za Foką wybiegali inni, także Etyk.
Stłoczyli się na ganku, w takiej ciekawości, jakby w tym raju owczym Wierchowiny kto wie
jak od dawna już nie widzieli owiec na oczy. Ale powtarzać umiłowanie, to daje ciągłą
nowość. Westchnienia zachwytu i współczucia sypały się z Czerdaka: „Ależ to botej tęgi,
tysiączka jak nic”. I dalej: „Maleństwa lube!” „Zmęczą się! Jagniątka najgorzej. Taki szmat
drogi!” - Etyk pokazywał: „Oj, patrzcie, jak ta nakrapiana kuleje. Pomóż jej Boże”. Foka
lubował się maleństwami w milczeniu. Jak o tym opowiedzą następne księgi, już od chłopca,
jedno lato za drugim, przebywał z owcami w dalekich pustkowiach sam jeden, wędrował
z nimi, troskał się o nie, czulił się z nimi. Owczarz zostaje na całe życie owczarzem. Także
Fokę uformowały owce. I później już gdy w młodości sam jeden bez broni, z łuczywem tylko,
odwojował od niedźwiedzi puszczę, jak mówiono, wypełniał słowa Księgi świętej:
„Z niedźwiedziami igrał, jak z jagniętami w młodości swej.”
Znawcy udowadniają, że współżycie ludzi z owcami jest podstawą cywilizacji. Jakież
współżycie? Której cywilizacji, ludzkiej czy owczej?
Przypatrzcie się wielkim botejom i potężnym czeredom owiec, wiosną lub jesienią
gdy sypią się te ciągi nie tylko nad Czeremoszem, połoninami, płajami, stokami i jak tam
te postacie gór i szlaków nazwane są w piętnastu językach Europy, od Bałkanu przez Karpaty,
23
Alpy, aż po Pireneje. Leją się i toczą fale owiec nie tylko w ostatnich tysiącleciach, lecz już
od najbardziej zamierzchłej starożytności. Ciągle wzbierają, a zawsze bardziej pokorne niż
wody rzeczne lub morskie. Bo wody swobodne, uderzając o przeszkody, buntują się, grzmią,
szaleją. Wody też groźne, ustępliwie nieustępliwe, czyhają, syczą, podmywają, a fale owiec
nie odbijają się, nie rozpryskują, nie tańczą jak wody, a przecie przenikają wszędzie, nawet
bardziej nieodparcie wdzierają się na każdą przeszkodę. A gdy się wedrą, nie tryumfują,
nie uśmiechają się w słońcu jak wody zwycięskie, lecz dalej bez przerwy monotonnie płyną,
pluszczą, dzwonią: dzyń-dzyń, bam-ba-łam, człap-człap, pyrsz-pyrsz.
Każda z nich, to przecież żywot odrębny, a do gromady tylko, do fali należą. Fale
z tysiąca czułków trwożliwych, rozedrganych, trzepoczących się nieustannie, fale żałośnie
bekliwe a zwycięskie. Jednakowo w dół i pod górę, przez puszcze-wertepy, śladami, płajami,
drogami, poprzez brody, gościńcami, ścierniskami, poprzez rogatki, rynkami, ulicami
wielkich miast, ku dworcom, ku rzeźniom, wciąż, nieustannie płyną przed siebie: dzyń-dzyń,
bam-ba-łam, człap-człap, pyrsz-pyrsz.
Wody nie twarde, wody przycichną, ale nie dadzą się ścisnąć ani oswoić. A fale owiec
nie tylko pokorniejsze od wód, także posłuszne. Gwizd pastucha, trzask bicza, strzał
pistoletu, zwrot kozła-przewodnika, jeden ruch barana kieruje falą owczą. Wstrzymuje ją,
jakby znakiem nagłym ktoś wstrzymał wodospad, i jakby pastuch fal, skinieniem
lub zawołaniem, kazał falom wspinać się i wciągał je na szczyty. Także, gdy fala owcza
rozleje się przez drogę lub przez pastwisko, pastuchy łatwo ściągają ją z powrotem do kupy.
Czasem, gdy pastuch jest niedbały, zdarzy się także baran marny, ani wybrany ani nie uznany,
przewodnik stada przez to, że jest. Taki to w baranim rozpędzie zaprowadzi stado
w rozhukane wody.
I owce pójdą za nim ślepo, dadzą się unieść i toną - nie gorzej niż ludzkie stada a które wyratują się z topieli, ciągną dalej bez zemsty i bez skargi. Nawet gdy wilki
napadną, gdy od razu rozszarpią capa przewodnika, a potem, opętane głodem i odurzone
krwią, rozedrą w szale dziesięć razy tyle i więcej owiec niż mogą pożreć, jeszcze nie koniec
boteju. Bo gdy trzoda rozbita rozsypie się jak ziarno z rozdartego worka, przytomny pasterz
także wówczas wybije czy przepędzi wilki. I na nowo ściągnie gwizdem - strzałem krzykiem z powrotem owce do gromady. I dalej, po krwawej rzezi, zdziesiątkowane płyną
pokorne, posłuszne i dzwonią i dzwonią i pluszczą: dzyń-dzyń, bam-ba-łam, człap-człap,
pyrsz-pyrsz.
Najpoddańsze ze wszystkich zwierząt oswojonych, najdawniej ujarzmione, dlatego
znijaczone. W przeciwieństwie do dzikich rodzajów owiec, nie walczą, nie bronią się. Nawet
ciężarne owce, niedbałe o samoochronę, ronią nieraz płód w tłoku. Bo znijaczył je kiedyś
jakiś lęk potężny, złamał ich samoobronę. Wierzą tylko w lęk, płoszą się byle czym. Bać się,
uciekać byle gdzie, oto ich drogowskaz. Ochrony szukają tylko w ciżbie. Dają się zaganiać,
rozpędzać, zatrzymywać, łapać, strzyc, doić, zarzynać, i dlatego są podstawą cywilizacji.
Dzikie owce wełny nie mają, tylko sierść, a od wełny nic cieplejszego dotąd nikt nie
wynalazł. Jej wytwórczość na całej ziemi przewyższa milion ton. I cóż za to wszystko
zaskarbiły sobie u ludzi, jakie uczucia? Znawcy udowadniają, że postęp cywilizacji nigdy
jeszcze nie począł się z uczuć, lecz z zamysłu, z wynalazków, ze zdobyczy. Bo samym
uczuciem chociażby moralnym, nikt jeszcze nikogo nie ogrzał. Tym mniej nie wynalazł
wełny ni tkaniny. Cześć znawcom, hodowcom także, zwłaszcza tym, co łagodni dla owiec,
bo zrozumieli, że łagodność jest najlepszą polityką wobec owiec. Przeto nie biją ich,
podobnie jak maszyn swych nie biją ani nie męczą. Tylko karmią owce coraz lepiej,
uzależniając je coraz ściślej, w myśl zasady hodowlanej, że owca jest kasą, a im więcej
do niej się włoży, tym jeszcze więcej z niej się wyciągnie. Przeto choćby na złamanie karku
poleciała cywilizacja, jedna, druga i setna, boteje i czeredy owiec będą płynąć naprzód
bez przerwy: dzyń-dzyń, bam-ba-łam, człap-człap, pyrsz-pyrsz.
Bo gdy się rozwalą i zapustynią miasta i osiedla, gdy zbraknie ciepłych owczarń, a nawet
gościńców i mostów, z całej skoszonej cywilizacji ostoją się głupie owce. Poniżej wymogów
24
i nawyczek hodowli potoczą się odwrotnie niż wody, lecz niemniej zawzięcie, ku szczytom
i pustkowiom, gdzie ich ojcowizna, ku nieużytkom. Wcisną się, gdzie coraz zimniej, ponad
granicę traw na granicę życia, w martwotę strzaskanych skał. I tam zwyciężą.
Po rumowiskach Gorganów, gdzie nieustannie sypią się z łoskotem lub dudnieniem ruchome
głazospady, gdzie osypiska i suche lawiny dawno zasypały las i wszelkie trawy, gdzie nawet
stare zadomowione głazy pokrywają swą spleśniałą goliznę zaledwie żółtymi brodami
lub wiechciami i czuprynami kęp, tam w całodziennym ruchu płyną i skubią stada owcze. Jak
wody gną się podług zagłębin i garbów, lecz oporniejsze od wód, bo nie zaciekają. Tu urwą
korzonek zeschły, tam schrupią grzybek, tam borówkę, tam listki bruśnic, i toczą się dalej.
I choćby zapustyniły się także góry, owce przetrzymają i utrzymają człowieka. Boją się
najmarniejszej psiny, płoszą się przy szeleście szczura górskiego, ale tam wysoko, ponad linią
życia, docierają na granice śniegu, ponad śniegi wiszące, pod urywające się skały.
Te znijaczone trzody pchają się bez lęku zarówno pod lawiny jak i pod pioruny. I dalej
jednakowo, jak w dostatkach hodowli zsypują się wraz z lawinami głazów, same jak żywe
głazy, i płyną, pluszczą, dzwonią jednakowo: dzyń-dzyń, bam-ba-łam, człap-człap, pyrszpyrsz.
A przecież, choć na tych falach owczych toczy się i znów wytacza się cywilizacja, czyż
można powiedzieć, że ludzie cywilizowani zaskarbili sobie dla serca i dla ducha jakieś
wspomnienia owcze, choćby kędziorek czy włosek jako godło na pamiątkę całego rodzaju
owczego? Nie tylko hodowcy ograniczają swą wdzięczność wobec tak nudnego zwierzęcia
do karmienia, doboru i ciepłej owczarni. Tym bardziej nikt inny z ludzi cywilizowanych
nie uważa owiec za towarzyszy jak inne zwierzęta. W dodatku, gdy o to zapytać, nie mogą się
nadziwić, że przeszłość niegdyś wybrała sobie jagnię jako godło i jednomyślnie chórem
głosują, że nie był to wcale wybór szczęśliwy. Tak jakby przeszłość, przechadzając się
przed sklepami godeł, grymaśnie wybrała godła, tak jak się wybiera kożuch taki czy inny.
Co więcej, im wyżej wznoszą się ludzie w cywilizacji, tym soczystszą pogardę - szczerze czy
nieszczerze - wkładają w słowa: „owczy pęd”. Czy dla wywyższenia się łatwego? Czy raczej,
by sobie samym ustawić ostrzegawcze tablice przeciw upadkowi w takie znijaczenie, którego
sami dokonali, w zwierzęcość oswojonych owiec?
Jednak pasterze huculscy, jak przed tysiącami lat izraelscy, nie poprzestają na tym.
Bo któż wie, co się objawi czy przyśni człowiekowi na pustkowiach w burzę piorunową,
pod grozą lawiny śnieżnej czy skalnej zasowy? Któż wie, jaki obraz wstrząsnął nim
i naprowadził na porównanie z losem owiec doli człowieka, gdyby raz, porażony
przerażeniem, uznał, że jest bezbronny. Co gorsza, gdyby uznał, że jest głupi, bo nic mu
nie pozostało, tylko przytulić się do kupy sobie podobnych. Może także zakarbował się
na zawsze w sercu owczarza obraz matek-owiec, które biegną za owczarzem becząc
żałośnie, gdy im zabierze jagnię, bez daremnego sprzeciwu, jak gdyby zginął w nich wszelki
poryw tej śmiałości, którą daje macierzyństwo. A ciągle na nowo powtarza się i powraca
przed jego oczy ten zaczątek rodzaju owczego - jagnię. Ciche jagnię, co ledwie plącze
krzywymi nogami, a drepcze za owczarzem, śmiało tuli się do niego: „masz mnie”. Biega
za nim krok w krok, pcha się do koliby, także do chaty, wspina się ku oknu, zagląda i beczy:
„wpuśćcie, to ja”. Więc chociaż pasterz wie, że nie rozumu i nie rozumienia należy
oczekiwać od owiec, powie, jak niegdyś Pasterz izraelski: „Owce moje znają mnie,
słuchają mnie, wierzą mi”. Bo Stwórca zadziwił pasterza pokazując mu jagnię, szepnął mu
zapowiadając, tak po pastersku, po huculsku: „Szymbałe-szymbałe! Cóż to za zagadka?”
I pasterz zgadywał przez wieki. By zgadnąć, przygarnął jagnię, darząc je tym, czego mu
nie może dać matka, znijaczona lękiem i kupą. Ośmielił się i odgadnął: oto obietnica
Stwórcy. Tak jak niejednemu młoda małpka swym obliczem uprzytamnia troskę oblicza
ludzkiego, troskę bardzo ludzką. Tak jak w dziecku dopatrzeć się można czegoś, co się
nie ziści, lecz wskazuje ponad człowieka ku Królestwu Niebios, tak pasterz dojrzał
w jagnięciu coś, co ziści się lub nie, lecz co napina uwagę słuchacza szeptów i łowcy
zagadek. Przeto dosłucha się modlitwy - choćby jemu niepiśmiennemu jedynie trawy ją
25
wyszeptały - tej, którą stary prorok izraelski śmiało wygłosił, jak napisane jest: „Poślij,
o Panie, jagnię na władcę ziemi”. Bo jagnię śpiące pod bokiem owczarza i biegnące za nim
krok w krok, stało się obrazem nie lęku, jak kropla z ciżby trwożliwej, owca, co zeń
wyrośnie, lecz obrazem ufności. Stało się kluczem pytajnym do serca pasterza: czy
otworzy się najbardziej bezbronnej ufności? Stąd godło jego. Dlatego napina czujność
do tego stopnia, że pozostawi całą trzodę i pójdzie szukać po pustkowiach jednego jagnięcia.
I będzie tak radował się bez żadnego wstydu, jak niegdyś dobry Pasterz izraelski:
„Przyjaciele, radujcie się ze mną, bo oto odnalazłem jagnię zgubione”. Napnie tak czujność,
że stanie po stronie jagnięcia, a przeciw złym pasterzom. Bo choć jagnię jest mu powierzone
i posłane, wzorem dla niego jest Ten, który je posłał i powierzył zagadkę, Pasterz doskonały,
sam Stwórca. Bo napisane jest także: „Patrzcie, mówi Pan, oto ja sam będę szukać mych
owiec rozsypanych”. Dlatego pasterz, chociaż chętnie da owcy połknąć gniazdo os
lub szerszeni, by ją podniecić jakby kieliszkiem wódki, na to, by była ostra, by dziarsko
szukała paszy, najmilszego mu jagnięcia nie będzie drażnił, nie wychowa tak, aby się
zmieniło, ucząc je: „Buntuj się, jagniątko, wyzwól się, stań się baranem dzikim i twardym!”
Nie! Zasłuchany w zagadki i w obietnice, głosi: „Jagnię zwycięży”.
Ileż jeszcze wiedzy o rodzie owczym chowa pasterz, o tym szczególnie, co zakrywają
tysiąclecia oswojenia! Ale nie śpieszy się rozpowiadać.
GAZDOWIE
CHATA
l
Na Święty Wieczór, w dzień Narodzenia, kiedy tajna wieczerza się odprawia, udziela
się ludziom i zwierzętom wiedza, znajomość prawd i przeczucie tajemnic świata.
I starowieczna kolęda tak prawi o Gazdach, którzy ten świat i tamten urządzili:
Jak to przed wiekiem, przed pierwowiekiem
Idą zza góry, zza połoniny
Gazdowie święci, posłańcy boży. -
Przedzierają się przez szczyty i puszcze pod szczytami i idą na pomoc ludziom, gazdom
ziemskim, jako ich goście, rozsiewając jasność po górach i lasach.
A pierwszy gazda Mikołaj święty,
A drugi gazda święty Jurijko,
A trzeci gazda - sam Jezus Chrystus...
Opisując pracę każdego z nich, jak pomoc niosą, pracując w polu, jak nauczają, jak ratują
ludzi, pieśń opowiada dalej o trudach i cierpieniu Zbawiciela. Krople potu Jego wsiąkają
w ziemię lub wiatr je porywa i niesie w puszczę. A gdzie padną - powstają caryny, wyrastają
gospodarstwa.
Wietrowie bujni w puszczę zaniosą,
I stają w węgły strojne przeciosy,
Przeciosy strojne - dworzyszcza rojne,
Dwory, domostwa - jasne gazdostwa.
A dalej na modłę swoistą pieśń uprzytamnia męki Zbawiciela: wdzięczna dusza
nieznanego pieśniarza, a za nim tradycja ludowa nie chce, nie może wierzyć, aby świat był
niemy, głuchy wobec tego, co najbardziej ukochane sercem człowieczym, by był okrutny
dla świętości jedynej, która raz zjawiła się na ziemi. Więc żadne drzewo puszczowe
nie chce wziąć udziału w zadawaniu cierpień. Tylko jedna robaczywa iwa zgrzeszyła...
I płyną łzy i krew człowiecza A gdzie łzy spłyną - tam zejdzie wino,
Winnice szumią - zakwitną modro,
Zakwitną modro - zarodzą szczodro.
26
--------------------------A gdzie krew tryśnie, cerkiew wybłyśnie:
Trójwierch skrzydlaty - na oba światy,
Dzwony zadzwonią: światy się skłonią.
Pokłonią się światy przed tak wielkim trudem i ofiarą.
Pieśń daje nabożną pochwałę pracy i trudowi. Potwierdza śmiało, że tam, gdzie któryś
z nas narażał głowę pod pioruny, pod lawinę, pod powódź i przeciw zwierzowi dzikiemu,
gdzie trapił się, trudził i mozolił, zmagając się z puszczą, tam w istocie przed wiekami już
wyprzedził go Syn Człowieczy, kroplę potu uronił, i naznaczył miejsce na chatę i dla
budowania.
Jak szukać tych śladów?
Świat ogromny, a nie ma w nim miejsca. Kto sam stanął wobec puszczy bez granic, tego
pierwszym ratunkiem skryć się przed bezmiarem, otorbić się, spać. Zrazu powita go i przytuli
byle suchy zakąt lasu, a tam we śnie tułaczym wyśni się mu własny kąt. Lecz pierwsza ulewa
wypędzi go przed siebie. Dzieje wygnania w świat stare jak świat, a od wygnania zaczyna
się szukanie schronu i budownictwo. Niegdyś przed wiekami - lecz może nie dawniej jak
przed pięciu wiekami - cała ludność Wierchowiny powstała ze zbiegów, tułaczy, wygnańców.
Od bezdomnego nikt lepiej nie pojmie, że całe życie trudzi się na wspinającej ścieżynie
i szuka domu jak nagi człowiek okrycia, buduje dom jak dusza ciało. Dzieje budownictwa
starsze od człowieka. Dlatego wygnaniec szuka postaci schronu, znajduje je, uczy się: oto
dachy drzew, oto kopuły grzybów, wydrążone pnie, ślimacze skorupy. Dowie się niebawem,
że zwierzęta w puszczy dzielą się na gazdów, na chudobę i na pustaków. Gazdowie budują,
zapobiegają, chronią się i bronią, inne dają się pędzić i polować na się, a schron znajdują
głównie w ucieczce. Lecz pierwsi śmiali tułacze zanim nauczyli się i zanim odważyli się
budować, odkryli - idąc za lotem nietoperzy - jaskinie obwarowane, nieraz niedostępne.
Takie, jak Cerkwy doboszowe, sklepienia i skrytki, wysoko na Synyciach, takie jak zaciszne
i ciepłe komory Dobosza w Jamnej nad Prutem. Albo zamczyska skalne, jakby świątynie
w Bołdach pod Doliną, w których znajdą się kąty, gdzie szepty, rosnąc w głosy, potem
w chóry, uderzają i straszą przybysza. Tamże podziemne skrytki ze śliskimi schodami w głębi
skał Mokrynu, gdzie grom wód przerazi, a burza wodospadów przepędzi natręta. Jaskinia
nie dopuszcza deszczu, wilgoci ni światła, jest sucha, ciepła i ciemna. Jest wzorem
doskonałego domu. Jak ciało człowieka ma ona oko, lecz dla siebie tylko, aby wyjrzeć,
śledzić, a nie aby kto przez nie zajrzał do wnętrza. Wewnątrz ciemna, w ten sposób odcina się
od bezmiaru świata. Nie słońcem ogrzewa się ani oświeca, tylko watrą, gdy jej potrzeba.
Dlatego po wiekach jeszcze przetrwała zasada, że dom choć obszerny, ma być ciemny jak
legowisko niedźwiedzia, jak gniazdo dudka. Napastnik nie zna wejścia ani wnętrza, nie pozna
go, nie waży się wejść, a gdy wtargnie, dostanie po łbie.
Dla najdawniejszych chat rąbano w puszczy kłody, ciosano je tamże, aby postawić dom
w tym miejscu. Lecz choć wybrano i przygotowano budulec najlepszy, nikt nie wyrąbywał
lasu od razu, tylko w ciągu lat. Bo takiemu co by wygolił las jak brodę, niespodzianie,
nieraz w nocy, zalała wyrąb woda, co łakoma buchnąć ze źródła odkrytego rąbaniem. Tym
mniej nikt nie stawiał od razu chaty na wyrębie. Naprzód trzeba długo badać, trza uczyć się,
gdzie można wyrobić z lasu carynki sianokośne, gdzie ogrody a gdzie pastwiska. I jak je
chronić, czy to pozostawiając dla zabezpieczania część lasu, czy podsypując je kaszycami
od strony potoków i spadów wody. Toteż w przerzedzonej i przejaśnionej puszczy nikt
od razu chaty nie założył. Niejeden przez całe pokolenie badał i doświadczał, nieraz przez
dwa. Naprzód nocleg, między dwiema watrami. Potem szałasy z gałęzi, raz na jednym końcu
obszaru, raz na drugim. Wreszcie koliby u obu kresów pastwiska, jedna górna tuż pod skałą,
druga dolna tuż nad lasem, chroniona gęstym stokiem kosodrzewu, każda z watrą na ubitej
ziemi. Potem pół chata, pół stajnia, pół skład siana, pobyt na jeden okres, zymarka do wypasu
siana przez zimę, i podobna jej wesnarka, w zakącie choćby wysokim lecz tak wybranym,
że nie dotrze doń lawina ani nie okrąży zamieć śnieżna. Mieszkanie pół-stałe, może
doświadczalne dla chaty na przyszłość, z „hrubą”, to jest piecem na pół izby, na którym
27
spać może kilka osób. I z okienkami ledwie widocznymi, chronionymi przez tęgie okiennice.
I długo-długo trwa zanim gazdowie postanowią, gdzie mają zakorzenić stałe domostwo
dla rodziny i dla rodu.
Lecz domu trwałego - nie dla snu tylko, nie dla schronu, nie na jeden okres wyłącznie
- potrzebuje dopiero człowiek z żoną. Między wygnańcem samotnym czy pasterzem
wędrownym, co życie swe kieruje według ruchu trzód, a człowiekiem z żoną, jest taka
różnica jak między światem, co ku jutru wcale nie spogląda i może prędzej czy później będzie
skazany przez los wędrowny, a takim, co chce założyć jutro i pojutrze. Choćby wygnańcom
wytępili całe ich rody, gdy pozostanie mąż z żoną - to początek nowej ludzkości.
Wystarczą sobie. Potrzebna im tylko chata, nie jako schron wyłącznie, lecz jako ciało
i postać rodu. To podwalina i dach życia aż do grobu i poza grób pokolenia dla rodu.
Na pociechę nazywają u nas trumnę domowiną, a kto zbudował chatę na śladach
Jezusowych i żył tak jak potrzeba na tych śladach, ten ma nadzieję, że po śmierci nie
tułactwo go czeka, nie wygnanie, lecz dom. Przecie jak każdy, co pamięta o tułaczym losie
człowieka, mieszkaniec Wierchowiny pozostanie ostrożny i czujny, choćby mieszkał
w najlepiej chronionej i w najwygodniejszej chacie. Widać to po samej postaci chaty jak
i po jej zamieszkaniu. Zatem gdy zapytać go, czy dobrze się mieszka, czy zdrów, nie inaczej
odpowie jak: „Tymczasem dobrze, tymczasem zdrów”.
Co ma trwać długo, powstaje długo. Niech nas nie dziwi, że z budową nowej chaty nikt
się nie spieszy.
O samym miejscu zdatnym, dobrym, błogosławionym i na budowę przeznaczonym,
zwierzęta domowe, krówki i gazdy-karzełki, mrówki pierwsze wiadomość mają. Więc trzeba
pilnie patrzeć, w których miejscach bydło lubi odpoczywać lub gdzie się gnieżdżą mrowiska,
bo tam jest dobre miejsce na chatę. A wtedy jeszcze w tym miejscu niech sam gazda
lub cieśla watrę rozpali i zaśnie przy niej: jeśli ma sny dobre, miłe i pogodne, zwłaszcza, jeśli
mu się przyśni chudoba, jest to radosne potwierdzenie, że znaleziono miejsce przez święte
moce wskazane.
I wtedy na tym miejscu zakopują krzyż ze smereczyny, poświęcony i okadzany
kadzidłem.
2
Do budowy chaty wybrano długo przed postawieniem jej, okrągłe a równej długości
bierwiona i równej grubości, im okazalsze, tym lepsze. Lecz nie w tym rzecz, by drzewo
przez samą grubość było dobre. Ważne, by było rodem ze zdrowego, z twardego podłoża, jak
się mówi „gęstolate” czyli o latach - to znaczy słojach - zbitych. Takie kłody czasem koruje
się od razu, lecz częściej przecina się je wzdłuż, tak jak są. Tak przepołowione słupy, z jednej
strony obłe, a z drugiej płaskie, nazywają się protesy, czyli przeciosy. Niegdyś, przeważnie
tuż po zrębaniu i na tymże miejscu, kłuto je na pół toporem i ociosywano mozolnie
a gładziutko. Od niedawna dopiero przecina się je, oparte sztorcem na traczce, piłą, w ten
sposób, że jeden robotnik stoi na górze, a drugi na dole. Choć to już jedna z pierwszych nibymaszyn, miarowy, lecz nie tak monotonny jak w maszynach rytm piły śpiewa wciąż nieco
inaczej pieśń ku chwale człowieka; tą, której zuchowate nuty kończą się wyrzeczeniem
a wyrzeczone krzepią się dziarsko: „wyrwać się! ach! darmo-na darmo! Poddać się - paść nie-nie, wciąż jeszcze nie!” Gdy protesy spadają jeden za drugim z traczki, niezwłocznie
topory i bardy korują je. Jak gdyby oszczekiwały potwora świerka, jakby kąsały go, zdzierają
zeń łuskę smokową, aż wreszcie spod powłoczek kory nie gada wnętrze się odsłoni, ani jucha
smoka się wyleje, tylko zaświeci złoty miąższ świerkowy. Drzewo-przyjaciel, co przez
ofiarę przeniosło się do ludzkiego świata, by go chronić i grzać. I nadal, podczas piłowania
i korowania, z jego szczodrości wieje wonny pył i obłok zapachów. Tuż obok pracujących
watra dymi i czyha. To zarży w ochocie łupu, to rozjuszy się w łykaniu: pożera łuski,
szczapki i śmiecie drzewne. Uprzątnie wszelkie ślady pochodzenia, wieku i zgonu świerka
i już tylko drzewo samo, nasze ludzkie drzewo, złoci się i pachnie.
28
Przed ustawieniem chaty cały materiał jest już dopasowany według planu i miary, a wręby
na węgłach przeciosów powycinane jakby to były zabawki jakiejś dziatwy wielkoludów.
Gdy nadal schną przeciosy, przęsłami ponad sobą poustawiane w wysokie trójkątne
rusztowania, trasuje się i ubija miejsce na chatę. Na czterech węgłach, często w miejscu,
gdzie wykarczowano korzenie, kopie się cztery doły, dwa metry w głąb i pół metra szerokie.
Tu chata ma puścić swoje korzenie w ziemię: w te doły sypie się głazy i kamienie, często
przynoszone z daleka, z potoka, a czasem z rozbitej czekanem skały podziemnej, i ubija się
mocno tak zwaną doubnią, to jest kłodą w kształcie ogromnego, drewnianego młota. Ubija się
tak, że powstają niejako cztery słupy kamienne, mocno tkwiące w ziemi i nieco wystające.
Na nich dopiero stają ciosane podwaliny chaty, pod które potem, już raczej dla ozdoby,
a mniej dla wzmocnienia, podkłada się równo i symetrycznie kamienne płyty w kilku
warstwach.
Gdy się już ustawi podwaliny, siadają wszyscy: rodzina, sąsiedzi i pomocnicy.
I słuchają, wysłuchują, jaki znak, jaka wróżba, przepowiednia co do szczęścia
i przeznaczenia chaty, choćby z daleka się objawi.
Gdy słychać głosy piękne i łagodne, gdy konie zarżą, bydło zaryczy lub wiatr łagodny
i cichy powieje, wróży to szczęście i błogosławieństwo. Ale niedobrze, gdy dolatują głosy
niemiłe, ostre, dudnienie i świst wichru, grzmoty, pisk i krzyk jastrzębia lub szczekanie psa.
Wtedy proszą gazdowie przemównika lub wieszczuna, aby odwrócił zamiary wrogich sił.
A on spełnia przemowę, „mówiąc w czas dogodny a milcząc w czas lichy.” I wyzywa,
wyklina, odwołuje niebezpieczne prądy i napaście:
„Aby szły sobie za morza, bawiły się w piaskach złotych, kołacze jadły i wino piły,
bylice-niebylice prawiły, ale woli niebios się nie przeciwiły i przed nią, nie przed ludzkim
zachceniem ustąpiły.”
Tego dnia, zwłaszcza popołudnia, po ustawieniu podwalin, już więcej się nie pracuje, lecz
świętuje się osnowanie chaty przy muzyce i tańcach. Przy watrze płonącej na miejscu
budowy, wśród podwalin stawia się stół. Jedni gwarzą, ucztując przy stole, a inni tańczą
i przyśpiewują.
Każdy człon chaty to postęp jej myśli. Na podwalinach stawia się naprzód odrzwia,
bo chata nie ma być pudłem. Wejść i wyjść - oto skrót losu człowieczego. Dopiero wokół
odrzwi „wiąże się” przygotowane przeciosy. Zostawiając, to jest wycinając otwory na okna,
wciska się „kluczem” jedną kłodę na drugą, wypukłą częścią na zewnątrz, a prostą do środka.
Składana chata rośnie jak skrzynia. Otwarta i jasna schnie nieustannie, przewietrza się nie
tylko przez drzwi i okna, przede wszystkim od góry, od nieba, bo dach się jeszcze nie urodził.
Ciągle jednać, spajać ciągle, to wytyczna. Gdy przeciosy są dobrane i spojone ściśle,
zewnętrzna ściana równo faluje tęgimi kręglakami, a wewnętrzna jest jedną gładką deską.
Lecz choć w jedności tej znikają prawie krawędzie spojeń między słupami, mozaika żywych
słojów i przekrojów drzewa zachowuje się nadal i na zawsze. Powikłane linie i rysunki
ślimacze, podłużne dzieje wzrostu drzewa, jednorazowe jak wszelkie dzieje, takie a nie inne,
w każdej kłodzie! Bronią się one długo przeciw murszeniu, ostają się nawet gdy drzewo
czernieje, a w późną starość rozpadają się podług linii owych słojów życia.
Po dobraniu kłód widać, że budowla zawarta jest już w samym drzewie, bo jedno życie
troszczy się o drugie, czeka aż się spotkają. Widać także, że ten, kto wyszukał drzewo
gęstolate, już zaczął budowę.
Tym bardziej po wiązaniu przeciosów, stosownym czy niestosownym - nietrudno
poznać, czy składał chatę mistrz cierpliwy, co spoił rysunki przeciosów w jedną ścianę jak
gdyby w obraz dziwny zagadkowy a mądry, czy może partacz bez pamięci, co pomieszał
przeciosy i złożył byle jak. Rzecz w tym, że mistrz i to taki, co nie troszczy się o pismo
papierowe, ani nawet o numery i dlatego nic nie notuje ani nie numeruje, zapamięta każdą
deskę i zna każdy przecios. Dlatego nieraz podczas budowania przemawia do nich po cichu,
upominając tak: „Nie figluj, bracie, i nie chowaj się, bo ty tutaj należysz, a tamten drugi niech
mi się nie pcha pod ręce i niech poczeka cierpliwie.” Mistrz sam czasem nawet nadaje
29
przeciosom imiona według ich rysunków i wzorów, nawet gdy już są w obrazie.
Ten „listostrojny”, a tamten „deszcz równoległych strun”, a ten trzeci to „zlewisko
strumieni”, a tamten czwarty „cały w kłusie”, bo jeden łuk w wyścigu wyskakuje ponad
drugi. Stąd gdy będzie spać przy ścianie, czy sam gazda czy gość, przed snem zatopi się
w inny obraz i przekrój. I każdy z nich inne sny w nim wzbudzi, a gdy potrzeba, inną trwogę
zagasi. Gdy w przekroju otwierają się szerokie przestrzenie między liniami, sen ma gdzie
wędrować daleko i swobodnie. Ale gdzie między liniami za dużo ciasnych i krętych uliczek,
takiego przeciosu lepiej nie dawać tam, gdzie będzie spoczywać głowa śpiącego, bo sen może
się wcisnąć w te duszne uliczki. Za to tam gdzie skrzydła ponad skrzydłami rozpędzają się
do lotu, dla snów szlak najlepszy do innych światów. Nie tylko wszakże stosowne są szlaki
szerokie, także przytulne, takie jak kołyski co chronią przed całym światem.
Taki, co wędruje w snach, będzie wdzięczny mistrzowi za szlaki i za schrony. Co prawda
rzadko kto pamięta samego mistrza i jak się nazywa. Prędzej już zeklnie partacza, co przez
roztrzepanie, sny zwęża albo przekręca. Ale ten, co umie czytać obrazy przekrojów - odczyta
mistrza, pozna go wszędzie. I wie, że spobratymował się z drzewem. Sam mistrz cieszyłby się
po cichu, że go odkryli, nie po pustym rozgłosie, lecz po dziele, to znaczy, że zbliżył drzewo
do człowieka i odnalazł wspólnotę snów, bowiem drzewo hałasu nie znosi, nawet wcale go
nie rozumie.
Na zakończenie wiązania wciska się na nie prawidła, długie, szczególnie ciężkie
przeciosy, naprzód po obu stronach drzwi na pół chaty, potem na odrzwia i okna, na całą
długość domu aż obciążą i spoją ostatecznie to, co powstało. Lecz wypustek przeciosów zarówno podłużnych jak i poprzecznych - tych, które wystają z wiązania, nie odrzyna się
równo ze ścianą chaty jako nieużyteczne. Przeciwnie, aby nie pominąć sposobności ozdoby,
zachowa się je, modeluje w misterną postać odwróconych schodów, co pną się aż pod dach.
Nie dla podparcia dachu, bo ledwie go musną! Za to wznosząc się w zygzaku, na kształt
schematu strzelistego drzewa, wspierają wznoszący się ruch chaty potwierdzając, że to nie
nora, tylko ludzka myśl, wzlot ku górze.
Od podwalin wznieść się do dachu, to myśl przewodnia budowy. Dach chroni z góry
i z boków. Po to jest stromy, aby wyrywał się wiatrom, otrząsał się łatwo z deszczu, zrzucał
z siebie grad i śnieg. Ale ma także ogarniać i grzać i po to załamuje swe linie, wygina je
nawet kilkakrotnie. Otula chatę jak suknia, jak ciężka manta lub gugla weselna, najbardziej
podobny zbroi pancernej, bo jakby z łusek składa się z deszczułek z drzewa wydartych,
dranicami zwanych, złotych, gdy nowe, srebrnych, gdy postoją. Czasem, gdy rozszerzające
się skrzydła chaty poczernieją już i łuski scalą się, widać dobrze, że to skrzydła ptaka,
co zapobiegliwie ochrania swe gniazdo przed wrogim nalotem. Jednak już w ciągu budowy,
gdy chata rodzi się dopiero, pieści ją dach jakby ducha co bierze na się ciało, jak matka
dziecko, jak oblubieniec żonę w tańcu weselnym. Dlatego gdy podczas budowania dociera się
do dachu, stroi się go w choinkę weselną obwieszoną jaskrawymi włóczkami, wstążkami
i papierkami.
Chata naśladuje poprzeczny przekrój ciała człowieka. Jej front i tył są o wiele szersze
od boków, ma przekrój prostokątny, nigdy kwadratowy. Z przodu, czasem z boków są jej
oczy-okna, tył jest bezwzględnie ciemny, nieraz dla ochrony zasłonięty od wiatru jakby
ogonem, długim spadem dachu, nieraz aż do ziemi. Toteż wszystkie chaty stoją plecami
do wiatru. Po szczytach i w miejscach wystawionych na silne wiatry obciąża się dach
ciężkimi płytami i kamieniami. Wyjątkowo zasłania się chatę umyślną zastawą z dranic na to,
by chwytała pęd wiatru, zanim uderzy w chatę.
3
Całość chaty nie tonie bezbronnie w otoczeniu zieleni czy bieli zimowej i nie gubi się
w podmurowaniu. Odcina się od terenu jak odrębne ciało, co więcej, zamyka się zakutana, nawet
opancerzona. Szczególnie dawne chaty zawierały się zawzięcie niby twierdze, czasem nie byle jakim
obwarowaniem. I chociaż nowe, jasne i otwarte zadawalniają się tylko odkrytymi galeryjkami - celem
odgrodzenia z przodu i z boków - przecie opłocenia ich, starannie zamknięte furteczkami u wejścia
30
i u wylotów, zachowują charakter izolacji. Co prawda, wierch każdej furteczki zdobiony jest,
dziecinnie jakoś, rzeźbionymi z drzewa krzyżykami, czasem kółkami lub figurynkami. I tak samo
wesoło wyskakują ku górze z opłoceń, galeryj - na węgłach i przed drzwiami - ochocze kolumienki.
Zanurzają się w dachu, wcale nie dlatego, by potrzebował ich podparcia, lecz że tak ładnie, że rade
z nim zatańczyć. Bez tych ozdób i przybawek, sam pancerny dach i tak trzyma się kupy i sensu, za to
pod jego skrzydłami wszystkie owe galeryjki, kolumienki, furteczki i cięte wypustki protesów, pnące
się wzwyż, dokazują przystojnie, jakby uspokajały: „Z takim jak nasz stary można się pobawić.”
Z tym wszystkim, także nowsza, wesoła chata nie przestaje być schronem niezawodnym, schowkiem
przed ulewą, zamiecią i powodzią. Jak starożytny korab wynurza się z tła nieba, z zieleni lub bieli,
a czasem nagle spośród mgieł gęstych a nieruchomych wychyli się, podpłynie ku nam i zaprasza:
„Wsiadajcie prędko, tu bezpiecznie.”
TRAWY
Bez kresu, aż do krańca horyzontu sięgają łąki sianowe. W ciągu wiosny i lata
wzorzyste i wonne co miesiąca aż do skoszenia i woń zmieniają i barwę.
Te łąki nie tylko dla gazdy, to świat odrębny, gazdostwo dla siebie.
Oko wędrowca, zaniesionego z daleka, gubi się jak w zamieci gwiaździstego nieba w tych
kniejach łąkowych. Dziwią go tylko barwy, raczą zapachy.
Gdyby kto wpuścił tu chudobę, od razu by wiedziała czego szukać. Podążałaby na pewno
tam, gdzie siateczkami dojrzewających ziarenek znaczą się trawy śmiałkowe, albo gdzie
w kępkach różowią się i zielenią koniczyny. Ale łąki poodgradzane są woriniem. O użytku
jakby zapomniano. Łąki żyją swoim życiem. „Słoneczko, dla wszystkiego łaskawe, piastuje
je”, a gazda - wiedzą to - oszczędza i chroni. Tylko owady - trzmiele, pszczoły, osy, motyle,
muchy i chrząszczyki mają pośród nich swoje szlaki. Z sygnałów barw i z wieści wonnych
odczytują, gdzie trzeba szukać sączy i pyłków. Ale nie dla siebie tylko ciągną pożytek
kwiatowy. Gazdują wspólnie z kwiatami. Bez nich zamarłaby łąka.
Zanim zadzwonią kosy, łąki świętują sobie wraz z owadami to życie dla siebie. Świętują
odrębność każdego rodu w zespole z innymi, odrębność każdego zespołu - we współżyciu
z innymi, odrębność łąki.
Spośród ludzi ten tylko zdoła ogarnąć te żywoty odrębne, całkiem swoje, a związane
z tylu innymi, kto ich nie dotyka, nie skubie, nie tłoczy i nie zrywa dla siebie. Może oko
górskiego pustelnika nabożnego, które w każdej roślinnej postaci dojrzy niepowtarzalną myśl
Jedynego? A ucho takiego pieśniarza, co pełen wytwornej grzeczności i życzliwej
uprzejmości dla wszystkiego, co żyje - usłyszałoby puls każdego żywotu kwiatowego. Czy
zakochane spojrzenie i pełna czułości ręka malarza, który podąży za rysunkiem i barwą
każdej roślinki. Dla jakiegoż pożytku? Tak, dla niczego. W pobratymstwie z każdą kosyczką
jaskrawą i pyszną i ze skromną czuprynką trawy - szepnie jej: „Jakażeś kraśna!”
Łąki na wiosnę. Naprzód żółte. Chwieją się na nich skromne boże-rączki, jak mszalne
dzwonki i pierwsze sygnaturki łąkowe. Jaskry przeglądają się w lusterkach sadzawek,
odbijają w nich jasną żółtość.
Różowe łąki - z przemożnym wojskiem kwiatowym firletek. Z daleka, z pól podolskich
kroczą przez cały kraj aż ku górom, aż ku dolnej granicy lasów.
Białe łąki - utkane tysiącami a tysiącami białych złocieni.
Łąki fioletowe - jak kwietniki egzotyczne. Tam pantofelki czy trepki zazuli, powyginane
misternie, pochylone dzwonki. Nakrapiane naparstki ze sączą nektarową, ukrytą
w skarbczykach - zakamarkach słodkich, do których tylko silne kosmate trzmiele się dostają,
a kwiat, zawierając cichutko usta, chowa upojonego trzmiela w swym aksamitnym sklepieniu.
Łąki latem. Na bardziej cienistych stokach, na zrębach nowe dziwo. Niebieskie i jakby
niebiańskie łąki zakwitają. To delikatnie powycinane i ząbkowane goryczki-gencjany
przelewają się całą gamą odcieni niebieskich. Zjawiają się olbrzymie, górom właściwe,
bławaty. Na słońcu zaś kwitną, goreją wśród traw, jakby słonkową postać odbijają nieduże
31
płomiennożółte, a lepkie kwiaty arniki. Na słońcu lecz przy ziemi i w poszyciu traw powoli
rzeźbią się i tworzą, znów inaczej postać słońca odbijając, bodiaki gwiaździste,
dziewięciosiły, olbrzymie nieśmiertelniki. Ciepłe i słodkie, a wyglądają jak ostre rysunki
szronowe. Za życia stężałe w kolące płatki, z jedwabistego metalu rzeźbione. Za to w zimie,
gdy wszystkie kwiaty zwarzone już i zeschłe dawno toną w jednostajnej warstwie siana,
bodiaki lśnią wiecznie żywe, zachowując świeży zapach miodu.
I wiosną i latem wciąż do oblicza łąk mieszają swe barwy, postać swą wświecają świeczki boże - storczyki. Różne rodzaje. Niektóre już w kwietniu na północnych, cienistych
stokach. A potem coraz to inne, białe, fioletowe lub dziko prążkowane, centkowane,
znaczone, tak aby zadziwić, zatrzymać, aby nie przeleciała obok pszczoła ni dziewczyna.
A wszystkie odurzają zapachem, jakby nie z naszych łąk, daleko przez wiatr unoszonym.
Wzdłuż ścieżek sierpownice. Jakby wędrujące, hen, z dolin, aż z dalekich pól, ubogie
najmitki dolskie, co poszły szukać doli aż tutaj. Szorstkie sierpownice o gwiaździstych
oczach, barwy jasnego nieba. Są tu i inni wędrowce. Z krainy kosodrzewu, z gór
zawędrowały ku łąkom jastrzębce, tak nieobliczalnie zmienny ród, czy też tak mieszany, jak
tutejsza ludność pasterska. Jastrzębce ogniste, jastrzębce złotawe, jastrzębce pozłociste,
złociutkie, któż zdoła wymienić te odcienie złotości, któż im nazw nastarczy.
Szum lasu z dołu, z wierzchołka Kiczery, szum Czeremoszu ledwie dosłyszalny z głębi
doliny - cisza, niebo i słońce górskie, a jako jedyne towarzystwo - stara wydeptana ścieżyna,
wijąca się daleko. A jedyny ruch to pszczoły i trzmiele, niosące miłość kwiatom. A czasem
dalekie dzwoneczki trzód z jakiegoś pastwiska, czasem kukanie zazuli, jakby sama wiosna
siebie oznajmiała. I oderwane dźwięki fujarki z akordami szumu lub szeptania potoku, gdzieś
wysoko pluszczącego o skałę. Nie ma zupełnie poczucia pustkowia ni zbytniego ogromu,
jak to bywa w połoninach, a jednak rozległość wielka, nie jednostajna, ciągle inna, zda się,
coraz piękniejsza. Ten świat łąk, carynek i kwietników gwiaździstych - to jeden świat
bezpieczeństwa, ciszy, szczęścia. Nie darmo uważa się niebo gwiaździste za polany - carynki
niebieskie. Pewnie też gazdowie niebiescy, zasiewając i piastując te górskie kwietniki, chcieli
dać ludziom przedsmak swoich polan.
Poczucie czasu zatraca się: czas się jakoś rozwiewa i rozpyla, a nie śpieszy, jak
jednowymiarowy szereg chwil i godzin, uciekających jedna za drugą, lecz rozdzwania się, jak
chór kościelny, czasem się cofa, wdzięcznie przyciągając, w tańcu rytmicznym i odwraca się,
jakby dziecko we śnie uśmiechnięte. To znów rozwija się, rozpościera, jak wachlarz
i rozszerza po łąkach - nie czas to, lecz - fala wieczności.
I chyba tylko dla uszu wtajemniczonych niauek, a czasem dla oczu gazdyń-przemównic,
wydzwaniają i wskazują godziny - zegary kwiatowe. Każdy kwiat bowiem, o swojej,
wybranej przez się godzinie, stosownie do miesiąca, otwiera kielich, by czerpać światło
słoneczne dla swych życiowych przemian i prac. I o swojej, całkiem swojej godzinie,
nie stosując się nawet do słońca, zamyka się kielich. Dla uszu wtajemniczonych dosłyszalne
są te dzwonienia godzin kwiatowych. Raniutko suche, szorstkie i surowe sierpownice - jakby
dzwonieniem błękitnym swych kwiatów - oznajmiają piątą godzinę słoneczną. Najraniej
otwierają oczy te zapobiegliwe i pilne najmitki wędrowne z dołów, a równocześnie prawie
niektóre jastrzębce, połoniński ród. Tamte przyniosły może ten zwyczaj ze stepów, a te
od szczytów. Jaskry, jak rześkie dzieciaki, wybrały sobie porę późniejszą, dają znać godziną
szóstą ze ślniących sadzawek łąkowych. Delikatne i wytworne goryczki-gencjany mają czas,
śpią i śnią dłużej, w odpoczynku nabierają sił do rzeźbienia form. Są to pracowniczki
mozolnej i wytwornej sztuki rzeźbiarskiej. Budzą się dopiero o godzinie dziewiątej. I tak
przez cały dzień. Wieczorami, gdy nie ma już słońca, syleny - szlachcianki, uprowadzone
przez zbójników, zaniesione skrzydlatymi wiatrami na połoninę i wierchowinę, oznajmiają
wieczorową godzinę siódmą - otwierają się dopiero, gdy sączą się ku nim, przecedzone
i przefiltrowane przez ciemny kryształ wieczoru, fale światła; opałowe i ciemnofioletowe.
Niauki wysłuchują codziennie dzwonienia tych zegarów, uwijając się wraz z owadami,
wśród zawiei zapachów, które także stanowią chóry głosów, śpiewek, wezwań, wdzięczenia
32
się i zalotów kwiatów do owadów. Lecz do ich rozróżnienia za grube są zmysły ludzkie.
Przed świętym Janem, gdy następują „Rozihry”, to jest święto rozigrania się przyrody, niauki
jak wodzirejki prowadzą pląsy i tany wszystkich istot żyjących po łąkach, w lasach
i połoninach. Nawet wilki wiodą szalone i radosne tany. Wtedy to w dzień jednania i bratania
się z ziołami młode gazdynie i dziewczęta raniutko do świtu wstają, aby ludzkie oko nie
widziało, i biegają nagie, jak mgiełki różowe, z rozpuszczonymi włosami po łąkach. Tańczą,
nurzając się, kąpiąc i tarzając w rosie traw wysokich, a zaglądając kwiatom w oczy, odczytują
godziny świtowe. Każde zioło, każdy kwiat proszą o dobrą godzinę, zaklinając je o mannę
czarodziejską dla ukochanej marżyny. Zrywają kwiaty, pląsają ku źródełku szemrzącemu po
skale, ujętemu w drewnianą rynienkę. Umywając się i oświeżając wodą kwiaty zerwane mówią:
- Wodo, wodyczko, święta Jordanyczko, najstarsza caryczko, radośnico serdeczna,
gwarnico rodzona, weź tę szczęśliwą godzinę kwiatową, chwilę świtową! Rozciągnij, rozlej ją
na cały rok. Nie wodę czerpię źródlaną, nie wodą lodową się umywam, lecz mannę wyciągam
z tych ziół i kwiatów. Jednam się z nimi, biorę dla mych bydlątek i dla chudoby.
Nie dla siebie mannę biorę, lecz dla mej Zoryny, Żółtani, Modrani i Srebrzyny...
Od dawna, co roku powtarzają się te słowa. Od wieków, co roku odbywa się na łąkach
siołowych i wierchowych święto rozigrania, bratanie się z ziołami, odczytywanie godzin
i czerpanie dobrego czasu z kwiatów, czerpanie manny. Jest taka godzina - tak wierzą
i wiedzą przez cały rok niewiasty - co z kwiatów odczytana i zaczerpnięta, przynosi szczęście
i radość. I o tej samej godzinie powinno się zaczynać każdą pracę, każde ważniejsze zajęcie,
aż do nowego święta rozigrania.
Latem codziennie podążają ścieżynami białe postacie w płóciennych ubraniach. A także
z daleka od żywej zieleni odbija się jaskrawa czerwień zapasek i chust - zawojów u niewiast
huculskich. Te białe postacie z daleka - z daleka widziane, w letni roisty poranek wśród
kwiecia bez końca, wśród grania świerszczy i świergotu ptaków, zdążające ku jasnej chacie,
z nuceniem piosenek lub ledwo dosłyszalną pogwarką - na zawsze w duszy zostają.
A czerwień chust, zawojów puszystych pyszni się, jakby wyczarowana przez samą łąkę, przez
zieleń górską dla akordu barwy.
Gdy zaczynają się sianokosy, znów innym życiem napełniają się carynki: słychać
dzwonienie i klepanie kos, głosy i śpiewy kosiarzy. Z daleka płyną wesołe okrzyki: „Boże
pomahaj! Sława Isu!” Odkrzykują im z daleka: „Sława Bogu i wam, dziękować za słowo
dobre, Boże pomahaj i wam” i dalej dzwonią kosy. Niewiasty przynoszą kosiarzom jedzenie
daleko w pole, aby nie tracąc czasu, mogli wyzyskać pogodę. W grabieniu i gromadzeniu
siana biorą udział kobiety. Kiedy zgromadzą wreszcie większą kopę siana, staje na jej
szczycie kobieta, a chłopy podają z dołu na widłach siano, przynosząc je z daleka na noszach.
Z wierzchu jaskrawi się pyszna, czerwona, puszysta chustka. Kobieta sporządza i urabia
kształt kopicy. Wreszcie stanęło gotowe, potężne „siano”, przyjmując kształt kopuły
cerkiewnej.
Na dole, poniżej łąk wysokich, na samym wierzchołku Kiczery, tuż ponad grażdą,
znajdowały się resztki starego boru. Tyle pozostało z dawnego lasu, z którego jądra, wedle
podania, urodził się pradziad Foki, Szumej.
CZAS GÓRSKI
Pamięć dawnych dziejów i dawnych opowieści utrzymuje się długo i pewnie.
Długowieczni ludzie, powiastuni cudowni o przebogatej pamięci, jak łąka górska soczystej
a wonnej, przejrzystej i lotnej jak powietrze wierchowe, ale bynajmniej nie miękkiej jak
wosk, co rzednie za lada tchnieniem, owszem twardej jak kryształ, powiadają: tak a tak było
na pewno, nie inaczej, wszystko inne, to puste gadania. Lecz dziwów i cudów nie odsuwa się
w zamierzchłe czasy. Opowieść przybliża je i przyciąga ku nam. Dzieją się i teraz.
33
Przekazuje się je bowiem żywym słowem, tętniącym jak krew rodowa. Ta krew w żyłach
rodów krąży, co w słowach powiastunów. Ludzie nie tylko krwią wiążą się z dawnymi
rodami, lecz i wieściami o dawności. Nie tylko dziedzictwem trzymają się i karmią,
lecz także żywą strugą wieści przekazanych. Inne plemiona mają swoje stare księgi, święte
pisma i biblie wzniosłe, talmudy arcymądre, a nasze górskie rody żywą księgę mają. Jak
długo żyją starzy ludzie, powiastuny, poczynacze, co czerpią ze źródeł dawności, ze starej
prawdy. Jak długo biją krynice samotności i słobody, podobne hołowyciom-źródłom
szczytowym, jak długo opowieści znajdują wiarę. Dla dawnych ludzi sto lat nie tak znów
dużo było, a dwieście także nic takiego. Nie tylko dlatego, że żyli długo, także dlatego,
że długo żyła pamięć żywa. Jak i dziś taki, co biega i śmiga sobie po górach, powiada
obcemu, który go o drogę pyta: że z Pisanego Kamienia do cerkwi Krasnojylskiej,
to niedaleczko, ot minutek parę (a tamten później pięć godzin idzie podług zegarka), a tam
do Hołów czy na połoninę Skupową dalej troszeczkę: tak godzinka będzie (a to czasem dzień
drogi nie starczy), tak i dla dawnych powiastunów czy Doboszowe czasy, czy tureckie czasy,
a nawet czasy walki z Syrojidami, z tatarską niewolą, wydawały się niedawne. To było ot,
jakby wczoraj. Tak pradziad opowiadał. No nie, ale może i stu lat nie ma - niedawno.
Niejeden powiastun przechadzał się tak po tych dalekich czasach słobodnie, jakby
po swojej własnej połoninie rozległej, jak sam chciał. Przynoszą także tchnienie dawności
sędziwej, umacniają jej bliskość potężne lasy, prastare, niewczorajsze, i nie jutro im ginąć.
Toteż dziwy dzieją się jeszcze teraz, dziać się będą tak długo, jak długo trwać będą lasy, jak
długo będą powiastuni starzy, jak długo nie zna się miary dla czasu. Jak długo świat ten
górski nieponumerowany, nierejestrowany po arendarsku, jak długo i czas górski
niekarbowany, niewystukiwany malutkim zegarkiem, nierachowany skąpo na grajcary nie zna granic. Sięga, gdzie zechce. Przybliża co przedwczorajsze, a oddala co dzisiejsze.
To milczy głęboko, to gwarzy głucho, to szumi, huczy i wdziera się niespodziewanie,
jak Czeremosz w czasie powodzi, a obficie sypie skarby, jakby hojny gazda stare dukaty
sypał z berbenicy. Krąży jakby w koło, wraca, skąd wypłynął, lub rozszerza się na wszystkie
strony, jak kręgi falowe na powierzchni jeziora.
Czas całkiem swój, całkiem odrębny włada i na co dzień Wierchowiną zieloną,
gazduje nad puszczami i połoninami. Patrzcie, jak się pora przed świtem. Jedzie sobie ten
czas, olbrzymi stary gazda z długimi, białymi włosami, jedzie połoniną czy płaikiem leśnym
na wozie zaprzężonym w cztery byki potężne ale stateczne. Gazda zadumany a rad czemuś.
Uśmiecha się łaskawie. Byki powolutku równomiernie kiwają głowami. Skrzypi jarzmo:
cyyr-cyyr... Stają prawie byki. - Heej... - cedzi gazda. Namyślają się byki, namyśla się
i gazda. Ogląda się, słoneczko jeszcze nie wzeszło: - Majemo czies... Heej - powtarza
po chwili. Ruszają byki, stąpają mocno, to z wolna idą naprzód, to zatrzymują się. Skrzypem
jarzma wygrywają szerokie tempo czasu huculskiego: „Majemo czies...” Te słowa, jak
łaskawy uśmiech gazdy piastuna, unoszą się nad całym krajem.
W gazdowskim życiu pośpiech niepotrzebny. Wszystko robi się zawczasu, wszystko
dzieje się na czas. Nikt się nie spóźni, bo woli wstać wcześnie, uporać się wcześnie, wyjść
wcześnie, by zawsze mieć dość czasu. Tak było dawniej. Odległości i podróży połonińskich
nie obliczało się na godziny czy, kryj Boże, na minuty jak pociągi, lecz na dnie i tygodnie.
Pośpiech, to dziwactwo jakieś, a ciągły pośpiech, to śmiech, to choroba. Pośpiechem
niedaleko zajedziesz, za to bez pośpiechu przepędzisz tych, co się śpieszą, i dobrze
wyprzedzisz. Pośpiechu niejeden żałował, czy to, że zbyt gorąco pogonił odpłacić jakąś
krzywdę i rąbnął przeciwnika niepotrzebnie, czy też zbytnio pośpieszył się z kupnem,
sprzedażą czy kontraktem. A powolna stateczność każdemu na korzyść wyszła. Drogi były
złe, nieraz karkołomne, płaje zawsze szły szczytami i wertepami leśnymi, gwałtowne ulewy
i powodzie, nagłe burze - wszystko to sprawiało, że pośpiech był niemożliwy, niepożądany,
mógł nawet być bardzo szkodliwy.
I czyż to wypadałoby godnemu, jelnemu gaździe śpieszyć się? Każdy to rozumie,
że kiedyś przed laty opryszki, ludzie lasowi, jak te ptaki drapieżne umieli się pośpieszyć.
34
I jeszcze jak! Ale z gazdów nawet i dziś, a cóż dopiero przed laty, któż by się śpieszył?
Śpieszy kto? Żyd rozgorączkowany, Bóg wie czemu gubiący patynki, śpieszy się pustak,
co od cudzej żony o świcie chyłkiem się wykrada, albo jakiś podejrzany zajda zawołoka,
próżniak cygańskiej wiary, ale nie gazda. Chybaby dorobkiewicz jakiś, skąpiec dławiący się
swym majątkiem. Zachłanny, nieuczynny jak luter, na tołoce nie przyjmie jak się godzi, nie
pomaga nikomu. I jemu nikt nie pomoże. Toteż uwija się od carynki do carynki, od sianokosu
do sianokosu z wywalonym językiem. Chybaby procesowicz jaki, durijką nawiedzony, zaraził
się od panów takim szałem terminowym, co go pędzi z jednego terminu sądowego na drugi.
Ha, a jeśli coś zdarzy się, kryj Boże, coś naprawdę nagłego w gazdowskim życiu,
co spadnie jak piorun, czy napad, czy pościg, czy nieszczęśliwy wypadek, to jest o czym
śpiewać pieśni i opowiadać latami, ale to jest poza obrębem życia gazdowskiego.
Wysoko idącymi płajami, jakby gościńcami przyrodzonymi, którymi już w odległe czasy
różne plemiona przechodziły, różne wędrówki ludów się odbywały, odwiecznymi płajami
podążają gazdowie, dawniej zawsze konno, dziś konno lub pieszo.
Gdy spotykają się, zawsze znajdują czas na powitanie. Powitanie tym bardziej jest
uprzejme, w im większą serdeczność się rozsnuwa. Grzeczność jest w wielkiej cenie u ludzi
samotnych, którzy tyle czasu przebywają w odludziu puszczowym i w pustkowiu
połonińskim. Na grzeczność powinno się mieć czas. Może także dlatego, że w dawne groźne
czasy już najmniejsza nieuprzejmość była podejrzana, mogła być poczytana za zamiar zły,
a z tego wywodziły się nieraz czyny gwałtowne, jakby dla uprzedzenia i unieszkodliwienia
wrogich poczynań. Bezpieczniej było być grzecznym. Grzeczność przejawia się w wielkiej
ilości powitań, wykrzykników i potakiwań. Ludzie małomówni nie muszą mówić,
ale powinni postać i posłuchać, pogwarzyć tak słuchając, a nie przecząc. Nawet dla konia
spotkanego gazdy wypada być grzecznym: „a jakżeż ty, biedniątko?” Bez grzeczności,
bez czasu na grzeczność nie ma godnego gazdy. Powiadają starzy ludzie, że w dawność
nie było gazdy, co by nie znał ceny grzeczności.
Nieraz z daleka już się witają, wołają z pełnej piersi, aż lasy odhukują:
- Zdrowiście, Wasylku luby? Sława Isu!
Odpowiedź równie gromka:
- Na wieki Bohu sława i wam, Dmytryku! - Zbliżają się, ściskają dłonie, potrząsają
rękami, starzy ludzie po dawnemu całują się wzajemnie w ręce.
- Boże pomahaj w drodze!
- Daj Boże i wam!
- Czy duzi? (Czyście mocni?)
- Dobrze, jak wy?
- Jak się wam trwa? Jakeście dniowali? Jak spali?
- Myrom. (W spokoju).
- A rodzina?
- Myrom.
- A ojcowie?
- Myrom.
- Żonka-gazdyńka, dziateczki?
- Myrom.
- A co słychać w dolinach, pobratymie słodki ta godny?
- Dobrze tymczasem, Bóg świąteńki cierpi nas, łaskaw jakoś.
- A co na wierchach?
- Ot, jak na wierchach, twarde życie, tak nam, jak tym smerekom wierchowym. Ale dzięki
Hospodu zdrowo, słobodnie, wesoło.
Siadają, kurzą fajki, coraz bardziej zbliża ich rozmowa.
- Marżynka jak? Krówki, jałownia, drobięta, szkapięta?
- Dziękuję za pytanie, obyście doczekali setki lat. Miłosierny Bóg daje hodować.
Naczyniły się cielątka, źrebiątka, jagnięta. A wołownia spasła się, haj, smoki to nie woły.
35
- A pogoda - weremieczko?
- Dzięki słoneczku-Bożemu licu, że sianko robić pozwala.
- A u nas na kiczerze z niedzieli, jak przyszła godzina-fortuna ta, z gradami takimi, hej,
klekotały, jęczały dusze chmurowe, aż strachu nadało.
A są jeszcze ludzie, są. Przemówkami, modlitwami napędzili to, zepchnęli het, tamtędy
w debry, między kamienie, w bezwieści. - Dziękować wszystkim świętym znanym i nieznanym!
- A czy nie zwierno wierchami?
- Oj słychać, pęta się wszelaka wilcza psiarnia i kaleczy maleństwa (młode bydło), ale to
aż gdzieś na Brusturach, a u nas tymczasem dobrze, pilnujemy.
Po tych powitaniach niezbędnych zaczynają sobie opowiadać gazdowie nieco dokładniej,
co słychać we wsi, a co na świecie. Ciekawy to i cudowny sposób (przez obcych wędrowców
zwany huculskim telefonem), którym po górach rozszerzają się wieści i docierają
do najdalszych zakątków. Docierają dość prędko, jednak równie prędko zmieniają swą postać
nie do poznania. A w tej właśnie zmienionej postaci trwają lata.
Wieści takie:
Jak syn cesarski, panicz Rudolf arcyksiążę chodził na kontrolę po górach i chatach,
a najwięcej między biedakami. Jak potem z tego srogie kary wyszły dla urzędów.
„Bajki” - niedbale zdmuchnie z ust młodzik, co dopiero wrócił z wojska. „Bajki? - oburzy
się stary mędrzec - takie bajki jak to, że teraz słońce świeci. Nasi ludzie dobrze znali Rudolfa.
Ja sam żołnierzem widziałem, jak siadał na okręt w Budapeszcie. Poznać nietrudno.” „Bajki upiera się młodzik już twardziej - po co by syn cesarski aż tutaj piechotą się błąkał? To nie
dla takich panów, śmiech!” „Nie dla panów? - rozeźli się stary - Jezus jeszcze z większych,
a ciągle tędy się kręci. Na pokaz - bidaczyna połatany, dla niepoznaki, na pułapkę,
a zamartwiony taki - czysta bieda. Ano przyjrzyj mu się, jak się uśmiecha. To tak jak widok
za tym oknem, myślałbyś, że malunek na szkle, a przypatrz się dobrze - haj! jaki bezmierny
świat. Jeśli będziesz tak bluźnić, chłopcze, to w pułapkę wpadniesz, biedaka przepędzisz,
jeszcze mu nazłosłowisz - grzech przepastny.”
Albo wieść inna: jak sam główny Turek pisał do naszego cesarza, naprzód groził, potem
przepraszał. Ho-ho, jaki chytry! Teraz taki czas idzie, że im kto cichszy, tym mocniejszy
u Boga.
Czy też nowiny ciekawe o Chinach, kobietach z dalekiego kraju, gdzie mężczyźni, pożal
się Boże, bezpłodni i znijaczeni, sami zaplatają sobie kosy jak baby. Cesarz chiński
w kłopocie, jednak mędrzec to - wie, co robić, ma tu niedługo przysłać te kobiety,
kto przyjmie do chaty - zapłaci, a kto spłodzi dziecko, tysiąc guldenów gwarantowane jak
jeden grosz. „A to prawda?” - pyta słuchacz, trochę mniej świadomy. „Jakżeż nieprawda, mój
bracie, kiedy sam Moszko z Uścieryk pokazywał temu staryganowi, Palijczukowi
z Dzembroni, gazety drukowane, gdzie wyraźnie Chińczycy namalowani z włosami
zaplecionymi w długie warkocze. No i stary Palijczuk, choć przez osiemdziesiątkę dawno
przewalił, z miejsca zapisał się do tej roboty.” „Cóż mi gadacie? Aby taki miał jeszcze siłę
spłodzić dziecko?” „Jakże by nie miał, kiedy od razu zapłacił Moszkowi za fatygę pięć
guldenów. Za darmo by nie płacił. A Żyd ostrokuty jak koń na zimę, drogę do cesarza
chińskiego znajdzie i pomocna dusza, choć żydowska, zapłacić warto. Naprzeciw tysiąca pięć
guldenów, to tyle co nic.”
A co tam się dzieje w krajach Syrojidów daleko na wschodzie słońca? Oślątko czatuje
na wędrowców, na naszych ludzi, a gdy zoczy ich, zarży i zaraz przylatuje tatarwa, pohane
Syrojidy, chwytają chrześcijanina, tuczą go jak prosię, by go mieć na święta na pieczeń sutą.
Czy też słychać co o tych zagadkach, zagadeczkach groźnych dla panów, które nasz pan
cesarz posłał ongiś do swoich ludów? Czy może jeszcze raz pośle?
Nikt nie ma możności ani potrzeby sprawdzać tych wieści, każdy powtarza je w dobrej
wierze, rzekomo jak słyszał.
36
Ten i ów gazda był na chramie w Jasieniu węgierskim albo na jarmarkach w Kosowie,
w Syhocie na Węgrzech, a drugi aż w Stanisławowie i to nie raz. Zdarzy się i taki bywalec,
co trzymał „burgwachę” przy samym panu cesarzu chrześcijańskim i umie o tym opowiadać
aż lubo. A inny znów, przykro to powiedzieć, kiedyś w młodości porąbał przeciwnika bardką,
jakoś nieopatrznie. No i zdarzył się wypadek. Umarł tamten nieborak, słabina jakiś, marnej
kości. Wyszło to na jaw i zaraz sądy pańskie, co wcale nie uznają jednania ani przebaczania
za krew, posłały go do furdygi. Siedział tak, hej Boże święty, kreminarami-furdygami, czy
w Budapeszcie, czy w Aradzie, niemało czasu, kto by tam zliczył. Ale też niemało świata
i ludzi poznał. Opowiada o tym wszystkim, tylko słuchać.
Byli i tacy jak sam Foka Szumejowy, jak Marko Mehedeniuk mistrz wielki, jak wójt
żabiowski Dmytrej, jak ten Andrijko, słynny powiastun, co bywali w Wenecji, a nawet
w Rzymie u samego Ojca świętego.
Ale znów dużo takich było dawniej i dziś się zdarzy niejeden, co ani razu przez całe życie
nie byli nawet w Kosowie. Jak to się mówi: od urodzenia nie bywali w mieście żadnym,
ani nikt z ich rodu. O mieście tylko tyle słyszeli, że tam śmierdzi, aż dusi, nie ma wody, nic
nie widać, że ciasno i strasznie. Stąd też domy nastawiane jeden drugiemu na głowie i tak też
biedacy ludzie latami mieszkają, jeden drugiemu nad głową się tłoczą. Zdarzy się jednak,
że taki „niechożały” (nieuchodzony) gazda musi się wybrać gdzieś daleko do miasta, czy
do Kosowa, czy do samej Kołomyi. Wtedy jest źle. Gazda, podobnie jak jego nieuchodzony
koń, co latami pustuje na pastwiskach, stracha się łatwo, traci wiele czasu, gubi różne rzeczy.
Na dolskich gościńcach fury śpieszą się okropnie, nie wiadomo po co. Woźnica wrzeszczy
i grozi z daleka, a tu gazda zagapi się i już fura najedzie nań, zrani konia, trąci człowieka.
I jeszcze ten woźnica dolski, paskudne człowieczysko, najmniejszej grzeczności nieświadom,
widać, że z pustego rodu, nawymyśla tak, że w górach za takie głowę by zrąbali. A ten jakoś
nic, jedzie sobie dalej. Marny naród. Do miasta przychodzi gazda albo zbyt rano o świcie
i tam wyczekuje cierpliwie przed urzędem do południa, albo choć i w biały dzień przyjdzie,
ale dla nich czegoś za późno, czekajże teraz przez noc. Tam u nich swój czas.
W samym mieście znów plaga. Miejscy pustaki, łobuzy i rzezimieszki, gdy zobaczą taką
postać gazdy, z koniem objuczonym liżnykami i osiodłanym godnie, otaczają go jak komary
i bąki. Tak się uwijają, że wyciągną mu w końcu z torby nieraz i całe pieniądze. A czasem
taki pies miejski po prostu wyrwie mu z rąk pieniądze, trąci go, uderzy i ucieknie. Szukaj go
teraz, kiedy tu każdy tak samo wygląda, jeden jak drugi. Idź z tym do policji, a tam,
gdy odszukasz ich w końcu, policyjne posiepaki złoszczą się i klną gazdę, jakby to ich własne
pieniądze. A co starsza szarża śmieje się, kiepkuje sobie, jakby to zabawa. Dopust Boży
i sprawa czarta to miasto! Choćbyś nie wiem po jak mądrych przemównikach i poczynaczach
chodził i dobrze zaręczył im zapłatę, a choćbyś i z góry płacił, nie dadzą rady.
Ale niech tutaj w góry przylezą te łaty miastowe! Tam gdzie byle mizerny chłopczyna
w godzinkę pobiegnie po ser czy masło i wróci, ot tak rzec, parę kroków do stai na tej
połoninie, którą stąd widać, powiadają, że to wycieczka. Jeden dzień śpią przedtem, a dwa dni
potem. Idą jak barany za procesją pogrzebową, odpoczywają jak cyganie po sławetnej pracy
cygańskiej. Potem tłumaczą, że to niezdrowo tak zanadto prędziutko latać po górach. Za to
zdrowo żyć w mieście.
Inny jest ten czas górski, nie może się zgodzić z obcym czasem.
NAUKA
W owe czasy, kiedy o żadnych letnikach, czy jak to mówią czasem górscy kpiarze
„cholernikach”, jeszcze nikomu się nie śniło, w Żabiu w wielkiej zagrodzie Buligowej (gdzie
przedtem byli rewizory), zamieszkał jakiś, jak mówiono - „pan czy profesor”. Zmizerowany,
schorowany, ciągle kaszlący nieborak porzucił piękny świat pański i przyjechał w te głuche,
puste góry leczyć chorobę płucną, pić białą żywicę i wąchać górskie powietrze. Niektórzy
37
mówili, że ten słabowina to jakiś niedopraktykowany ksiądz, bo wciąż przekonywał ludzi
do prawdziwego Boga, do ewangelii. Słychać było, że to największy mędrzec pośród panów.
Miał dużo pożółkłych książek, i wskazując na nie, rozumnie i gorliwie tłumaczył ludziom,
że wszystko, co tu w górach robią, jest złe i dzikie. Czasami nawet mówił, że powinni by się
przebrać w stroje ludzkie, a nie w tych pogańskich, jak krew czerwonych, pokazywać się
na słoneczko i świat Boży. To znów coś na gazdowanie tutejsze bardzo nosem kręcił. Jednak
nie chciał zdradzić tajemnicy, jak trzeba gazdować, by było dobrze. Dla siebie to chował.
Najgorzej jednak narzekał i pomstował na te głupie i szalone zabobony, na przesądy, na te
pohane i pogańskie wiary, czary i przemówki, niby to - modlitwy górskie. Miał z tym niemało
zmartwienia.
W owym czasie jeszcze uroczyściej niż dziś obchodzono w okresie Wielkiego Tygodnia
środę dziadową. Teraz tylko dzieciska o świcie przychodzą hurmą do chaty i krzyczą
uroczyście a rytmicznie pod wrotami piskliwymi głosami: „grzejcie Dziada, grzejcie Dziada!
myśmy tu przyszli na tę rokowiznę! grzej-cie Dzia-da, daj-cie chle-ba!” Każdemu od razu
wesoło robi się, radośnie, jakby mu całe brzemię zimowe spadło z duszy, jak śnieg z dachu.
Gazdynie wynoszą dzieciakom małe chleby, zwane kukucami, takie same jak te, które kładzie
się na grobach. Dzieci, nahałasowawszy się wesoło, idą dalej. I tyle.
Jak długo grzeje się Dziada, jak długo pisze się pisanki, jak długo dzwony dzwonią,
jak długo chodzą kolędnicy po chatach, tak długo on - przeklęty Aridnyk - onże i Archijuda patron niewoli i ucisku, przykuty na dnie piekielnym, nie ma siły szkodzić, nie może
zniszczyć tego świata.
W czasy młodości Foki uroczyście i pełnie obchodzono grzanie Dziada. Gdy z daleka
usłyszano wezwania dzieci „grzejcie Dziada” - z radością wybiegali domownicy z chaty
aż poza grażdę, na carynkę, wynosząc różne przygotowane potrawy. Tam rozpalali wielką
watrę. Gdy watra dobrze rozgorzała, wszyscy za biegiem słońca kręgiem trzykrotnie
obchodzili watrę, następnie z okrzykiem: grzejcie Dziada! - przeskakiwali przez watrę,
naprzód starsi, potem młodsi, a w końcu dzieci. Wreszcie siadali wszyscy wokół watry, razem
spożywali przyniesione potrawy.
Foka nieraz wspominał dzieciństwo i te obrzędy. Wspominał, jak to całą rzeszą
dziecińską, gdy już wiosną zaczęło pachnąć, wałęsali się od chaty do chaty. Znad watry
wznosił się biały kudłaty dym, dym z chwoi jałowcowej, jakby biały kudłaty Dziad
dobrotliwy, ogrzany i zachęcony radością wiernego mu ludu, wstawał z ziemi świętej. Dziad
rodów górskich, piastun chudoby, co cierpiał za nas, co modlił się do Boga. A ludzie żałowali
go, radowali się serdecznie, że się ogrzał.
I właśnie ów chorowity pan, czy profesor, na ten obrzęd pohany bardzo się sierdził.
Tłomaczył ludziom, tłomaczył najdobitniej i młodemu Foce, pod nos mu książki pożółkłe
podsuwał, że to nie żaden Dziad, tylko sam Jezus Chrystus, że on to cierpiał za nas, że on
do Boga się modlił, a nie Dziad, że w Wielki Tydzień Chrystusowi cześć należna, że Jego
należy żałować, a nie Dziada. A wszystko inne, co się o tym mówi, to puste gadanie i pohane.
Z tego zrozumieli ludzie, że Chrystus chociaż, jak się to mówi był młodzieniaszkiem, jednak
tak umęczon był w Wielkim Tygodniu, że w tym krótkim czasie postarzał się od cierpień.
Zrobił się Dido - Dziad. I dalej grzano Dziada, świętowano na cześć Dziada, żałowano
Dziada.
Dalej pouczał uczony człowiek, że ani watra niebieska nie jest żadnym ojcem, ani ogień
najstarszym aniołem, tylko Bóg to ojciec na niebie, pośród aniołów i Świętych, a dalej
jeszcze, że nie słoneczko to jakiś pan ognisty, tylko właśnie Pan Bóg w Trójcy świętej Jedyny
jest panem ognistym. To wszystko w tych książkach pożółkłych było zapisane... Tylko że nikt
nie znał czytania. Niektóre z tych rzeczy, co mówił pan czy profesor, były tak mądre, że nikt
nie zrozumiał ani słówka. Nie zrozumiałby, gdyby go zabijano. Ludzie zrozumieli tylko tyle
na pewno, że w górach cały naród grzeszny, nieoświecony i głupi. Na to nie mogli nic
poradzić. Robili dalej swoje.
38
Do tego uczonego człowieka zachodził młody Foka. Korciło go wielce zrozumieć, co
piszą pożółkłe książki, co powiadają o Didu, o Słoneczku świętym, a może i o Rachmanach.
Patrzał na książki ze czcią. Bał się niemal je dotknąć. Zatem uczony słabowina zaczął uczyć
Fokę pisma. Przez rok prawie nosił i posyłał mu Foka bryndzę, mleko, wędzonkę, dziczyznę,
ryby, miód, świeże owoce i suszenice, słowem wszystko, co było w chacie. I uczył się Foka,
pojętnie chwytał pismo. Do czasów Foki w górach mało kto znał pismo „pańskie”.
O watażkach opryszków, o najsłynniejszym ze wszystkich Doboszu, o tym mądrym śpiewaku
Dmytrze Wasylukowym, o paniczu Antosiu Pankiewiczu, synu rewizora (stąd nazwanym
Rewizorczukiem) opowiadają, że znali pismo. To zrozumiałe, to byli junacy-opryszki,
wojowali z panami, nie bali się nikogo. Ale z gazdów osiadłych, by kto znał pismo - nie daj
Boże! Może i znał, ale nie sposób było o tym się dowiedzieć, bo od czasów, kiedy cesarski
mandator Herdliczka zasadził Petra Tanasijczuka z Fereskuli do katusza i trzymał go tam
w mokrej piwnicy przez półtora roku, a jeszcze co kilka dni kazał go bić i katować, aby się
przyznał, że naród buntował - a wszystko to za to, że przeczytał sąsiadowi jakiś kontrakt od tego to czasu zrozumieli ludzie, jak niebezpiecznie znać pismo, kryli się z tym bardzo.
Przed Foką tylko stary pustelnik Maksym z Jaworza pod Czarnohorą znał pismo.
Foka poduczył się rychło i nieźle czytał, a wciąż dopytywał uczonego człowieka o tamte
najciekawsze książki. Ten jeszcze jednak nie dawał mu ich czytać. Może to także miał
za tajemnicę. Także na rewasze i karby, na te zacinane na kłodach obliczenia, tak pomstował
pan, że nawet Foce było śmiesznie. Foka bowiem myślał sobie, że to pańskie pismo
doskonałe, arcymądre, ale dla połonin i lasu i tamte starowieczne górskie karby także niezłe.
Ale uczony pan: nie i nie, tylko swoją mądrość uznawał.
Jednak był to człek dobry, życzliwy, widać że dobrze jakoś chciał dla ludzi. Foka
na Nowy Rok przyniósł mu pierścionek szczęścia. Taki, jaki i teraz można tu i ówdzie
znaleźć: pośrodku słoneczko, a po obu stronach słoneczka dwie pięćdziesiątki rewaszowym
pismem wyryte. To znaczy: „mnohaja lita, do stu lat”. Nad tym pierścionkiem zdaje się
odmówiono szesnaście przemówek, podług ilości fasoli, zawartej w jednym ze starych
pudełeczek w komorze Szumejowej.
Cieszył się Foka, bo w zimie polepszyło się uczonemu człowiekowi. Miał to za dobrą
wróżbą, za wpływ swego pierścionka. Przyszła wiosna i choremu znów się pogorszyło.
A że nie mógł usiedzieć na miejscu, wciąż chodził, gadał, bardzo gorączkował się byle czym,
ciągle chciał poprawiać ludzi i stąd ciągle narzekał na tych głupich i bezbożnych ludzi
górskich - w końcu raz jakoś tak rozkaszlał się, że umarł. Foka płakał za uczonym jak
za ojcem, sam mu sprawił pogrzeb i urządził goszczenie huczne na posiedzeniu
pogrzebowym. O tym jakoś nieboszczyk nie mówił nigdy, że posiedzenie to pogański
zwyczaj. Nie lubił biedak mówić o śmierci.
Pamięć i cześć zmarłego hucznie świętowali ludzie w chacie Buligowej. Żal im było tego
sieroty, co tyle mądrości miał, a nic mu to nie pomogło. Zgasł z dala od swoich, z dala
od rodu swego, od pańskich obyczajów i od honorów pańskich. Buliga i młody Foka suto
ugaszczali gości pogrzebowych, to wędzonką, to banyszem, to wódką, to miodem. Zatem
i zabawiali się szczerze przy nieboszczyku w gry, zwyczajem przepisane. Bawili się naprzód
w żużukało. Żużukali z zapałem, aż chata drżała, a z daleka słychać to było jakby organy
grały. Bawili się w młyn, chłopcy pod ławką w sieniach stukali i hałasowali, jakby młyn
prawdziwy turkotał. Bardzo głośne też były targi gazdy z kupcami Żydami i jeszcze
głośniejsze kłótnie Żydów między sobą. Jak zazwyczaj w tej zabawie. A gdy odgrywający
Żydów-konkurentów aktorzy, niby to wyrzuceni przez gazdę, wylecieli na dwór, to tak
rejwachowali, że aż na Synyciach było słychać. A z chaty raz po raz grzmiał śmiech potężny.
O żadnej z zabaw nie zapomniano. I sroka skrzeczała i koza rogata gryzła dziewczęta
i Ormianin galopował po chacie koniem rozhukanym, aż okna dzwoniły i dziada-żebraka
chapały kobiety, a zazdrosna baba tak je waliła po kożuchach, jakby z pistoletów strzelało.
Pili ciągle a wciąż wspominali nieboszczyka, życzyli mu carstwa niebiesnego. Ani zwady
nie było żadnej, ani nikt nawet nie przemówił się przykrym słowem, grzecznie przemawiali
39
do siebie i słodko, chociaż wcale głośno. Tak to - po chrześcijańsku - świętowali posiedzenie
koło ciała biednego pana czy profesora.
Buliga oddał Foce książki i listki pożółkłe. Foka ślęczał nad nimi, wyczytywał zwrotkę
za zwrotką, stronicę za stronicą. Było tam dużo o sadach, o jabłoniach, o gruszach, były
i takie książki, w których choć słowa poszczególne rozumiał, żadnego sensu nie mógł się
doczytać Foka. Ale nie mógł znaleźć tych książek, których szukał, nie mógł się doszukać
tego, co chciał wiedzieć. Kto wie, co się stało z tamtymi tajemniczymi książkami...
Foka, zwłaszcza podczas świąt i niedziel, nie zaniedbywał książek, czytał je, a czasem
przepisywał sobie powolutku. Z czasem umiał na pamięć, powtarzał całe stronice,
nie otwierając książki. Na razie nawet to, co te książki pisały o sadach i sadowinie,
nie przydało mu się. Dla swoich obliczeń połonińskich, dla politków, dla wesnarek i zymarek
miał inne pismo. Były to rewasze.
Do Szumejowej chaty przynoszono po ukończeniu latowania rewasze. Całe pęki
drewienek przeznaczonych do rozliczenia leżały w komorze na półkach, a niektóre już dawne,
już niepotrzebne rozliczenia, porzucone po kątach. Ojciec razem z Foką przesiadywali
w komorze i przeprowadzali końcowe rozliczenia, z którymi się miały zgadzać ilości trzód
i zapasy. Młody gazda przeglądał deszczułki, powoli liczył i dodawał, a stary jeszcze
powolniej karbował dodane sumy każdą na innej grubej pałce. Każda pałka była z innego
drzewa.
W drugim kącie komory na półce kiedrowej były jeszcze jakieś inne większe kłody
prastare, całkiem innymi karbami znaczone. A obok także różne stare pudełka rzeźbione
w krzyże i słońca. Foka nigdy nikomu zapewne o tym nie opowiadał, ale różni, czy tacy sobie
bajarze, czy może prości brechacze zapewniali, że to nie obliczenia były, lecz prastare pismo
na drzewie karbowane i że były one tylko dla świadomych, a ci udzielali go komu chcieli.
I czy nie było już więcej potrzebne nikomu, czy nie było komu przekazać, czy też coraz
bardziej wszystko to się kryło, wszystko przepadło gdzieś i poszło w zapomnienie. Niektóre
kłody takie można było odczytać palcami z zamkniętymi oczyma, tak były jeszcze wyraźnie
pozacinane. To właśnie miał być dowód, że stary ślepiec gromowy, co tu przed laty mieszkał
na Ihrecu, dał je Foce. Kto wie, może tam były te wieści o Didu, szczątki wieści
o Rachmanach? A inne były jakieś zatarte i stare i samo drzewo zmurszałe, że już ani
oczyma, ani palcami nic by nie wyczytał. W osobnych pudełeczkach dużych i małych były
ziarna fasoli, każde pudełko miało swój znak. Te fasole wskazywały ilość przemówek,
okrzyków, modlitw i Ojczenaszów, potrzebną dla każdego świętowania, dla każdego rodzaju
czarów.
POWRÓT KOLĘDY
Na Święty Wieczór, na zakręcie czasu, odprawia się w lasach i pustkowiach
karpackich tajna wieczerza, biesiada niewidzialna a powszechna. W najmroźniejszą noc,
pod świecącymi gwiazdami, albo w zawieję wirową, gdy nie widać na krok, otwierają się
liczne uszy i liczne usta, niczym kwiaty na wiosnę. Ludzie pytają, zwierzęta odpowiadają,
potem już mówią same z siebie. Czasem ludzie dosłyszą takie słowa lub takie zagadki,
które im się dotąd nie przyśniły.
Zaledwie mrok zapadnie, pasterz - raczej stary niż młody - przychodzi do stajni sam,
aby go nikt nie widział ani nie słyszał. Zamyka drzwi szczelnie, nic nie słychać,
tylko oddechy chudoby. Z początku dla niepoznaki pasterz rży do koni, ryczy do krów
i do wołów, beczy do owiec, a w pasiece brzęczy do pszczół. I gdy mu odpowiedzą, każde
po swojemu pyta cierpliwie: „Czyście zdrowe, maleństwa? A może was coś boli? A może
byście coś pokosztowały sobie od świata? Może suszenic słodziutkich z miodem? A może
bułki bialutkiej?” Wtedy dopiero rozerżą się konie, rozryczą krowy, rozbeczą owce,
rozbrzęczą pszczoły, a pasterz biegnie prędko do chaty po traktament.
40
Nie ma co ganić bez potrzeby. Sporo jest takich pasterzy, którzy mają sumienie przez cały
rok, choć, jak to bywa, niejeden coś zapomni albo przeoczy. Ale prawdę mówiąc, jest wielu
takich, co dopiero na święta się rozsumienią i coś sobie przypomną. I wtedy dopiero gorliwie
zaczynają rozmawiać ze zwierzętami i zabiegać o nie. A czemu? Bo dobrze wiadomo,
że na Święty Wieczór skądś z połonin powieje i sam Jezus chodzi nocą pomiędzy śpiące
zwierzęta i sprawdza: „Maleństwa moje, a czy was kto nie krzywdzi? A może cierpicie
z pragnienia, bo was na czas nie napoją? A może z zimna, bo wam nie pościelą i nie ogarną?
A może z kolek, bo was nikt nie natrze?”
Na każdy wypadek przeto nawet człowiek twardy i bez serca pomyśli sobie: w ten jeden
wieczór lepiej być dobrym z chudobą, bo chudoba niepamiętliwa, co dobre pamięta wszystko
co złe zapomni, nie naskarży.
Ugaszczanie chudoby, to dopiero początek. Na Święty Wieczór gościnność tak się
rozlewa jak rzeka górska, co rozbija zapory i porywa wszystko, co po drodze. Zaledwie
pasterz skończył ugaszczać chudobę, otwiera na oścież wrota, a także drzwi swojej chaty,
choćby nie wiadomo jaki mróz trzaskał. Wzywa i zaprasza takich gości, których przez cały
rok nikt nie widuje, a jeśli nawet widuje, na pewno nikt ich nie zaprasza. Naprzód wszelaką
żywocinę po lasach, po przepaściach leśnych, po skrytkach, po zakątkach, po ścieżkach,
ścieżynach. Pasterz pozdrawia wszystkich głośno i tak się to zaczyna: „Na wszystkich
płajach, na wszystkich płaiczkach, na wodach-zdroiczkach, na zakrętach, na przeskoczkach Boża Dziecino, rączką zorniczną błogosław im wszystkim! Czy z niedźwiedziego rodu
czy z wilczego rodu, czy z jeleniego rodu, z sarniego czy z zajęczego, ze skały czy z brodu,
z lasu czy z płaju, chodźcie do nas, nie bójcie się, skorzystajcie, poliżcie, skosztujcie, napijcie
się, nasyćcie.”
Czy cicho w lesie, czy trzaśnie gdzieś chrust, czy słychać kroki w śniegu, pasterz nie boi
się. Czeka, powtarza trzy razy zaproszenie dla wszelkiego dychania, dla wszelkiej żywociny.
Zaproszenia sięgają coraz dalej, coraz bardziej ważkie, coraz bardziej „warkie” - ryzykowne.
Pasterz wzywa dusze zmarłych, swoich i obcych. Te, które błądzą po lesie w wietrze,
a nigdzie nie mogą trafić. Dusze tych, co zabici piorunami i kłodami leśnymi, tych,
co zabłądzili i przepadli po puszczach, tych, co potonęli na spławach wśród powodzi. Te,
za które nikt się nie modli, które nie mają dokąd pójść na Święty Wieczór.
„Ojcowie albo nieojcowie, bracia albo niebracia, pobratymi albo rozpobratymi,
przybywajcie, lećcie tu do światła, do chat, bądźcie łaskawi, odpocznijcie, pokrzepcie się,
ucieszcie się. My wam radzi, dla was rzucamy miód z pszenicą i z makiem.”
I zaraz furkocąc cichutko wlatują hurmą dusze do chaty. A domownicy obrzucają ściany
i sufit potrawą z miodu, pszenicy i maku, aby dusze siadając gdzie zechcą mogły sobie ssać
jak motyle. Potem domownicy dmuchają lekko na stół i na ławy, aby ich nie przysiąść,
aby nie zgnieść żadnej duszyczki.
W końcu przychodzi najważniejsze zaproszenie. Zapewne nie każdy pasterz albo nie
każdy jednakowo, bo nie każdy wie, o co chodzi, wzywa i zaprasza Cesarza Gromowego
ze skalnego państwa, aby go odwiedził wraz ze swymi bojarami gromowymi, z drużyną
skalną gromową: „Przyjdź, cesarzu godny, na Wieczór Święty! Ponad nas jest większe
światło, Dzieciątko Boże, przyjdź Je uczcić!”
Ale co robi wówczas cesarz gromowy? Zawiera się w zamczyskach skalnych,
w komnatach gromowych, głuchy na słowa święte, w przemoc dufny, w moc pioruna
i w harmaty gromowe. Czyż jeszcze nie wiecie, kto to? To główny poprzecznik Boga.
Od wieków czekają nań słowa uprzejme i drzwi chaty otwarte. A on nie ruszy się nigdy,
ani nie mruknie. Milczy. I dalej zapraszają go pasterze ku chwale Dzieciątka zrodzonego
z gwiazd, w Jego Imieniu i na cześć Narodzenia świętego. A może?
Wieczerzy ani biesiady tajnej nikt nigdy nie nakazał i dlatego nie może zakazać i nikt
jej nigdy nie zakaże. Choćby na każdym drzewie były tablice państwowe i zakazy kościelne
przeciw zabobonom, nikt nigdy nie upilnuje pasterzy.
41
Gdy kończy się tajna biesiada, zaczyna się kolęda. Kolęda jest wesoła, otwarta,
beztroska i dlatego nazwano ją chrześcijańską. Ludzie bowiem górscy myślą, że smutek
to pogaństwo albo i kuszenie czarta, zaś chrześcijaństwo, to radość swobodna, to życzliwość
przyjazna. Od początku świata chodzą pasterze-kolędnicy. A skądże wzięła się kolęda u nas
w górach nad Prutem, nad Czeremoszami, nad Bystrzycami? Gdy ostatki słobody zagasły
na dołach, gdy i prastarą pieśń zadeptano, a wszystkie sprawy wiary i serca poddano
urzędom, święty Mikołaj wędrowiec, opiekun najbiedniejszych i uciśnionych, opuścił
wszystkie tamte kraje i tu u nas w górach się pokazywał. Za nim podążyła jego dziatwakolędnicy, i dlatego jedynie w nasze góry schroniły się stare pieśni, dawne pląsy, cały obyczaj
tak radosny, że do nieba podskakuje i dlatego słusznie nazywa się chrześcijańskim.
Ale sto lat temu i u nas zapadła noc. Mandatorzy zdławili obyczaj i już się zdawało,
że koniec świata wisi nad głową. Mówi się bowiem słusznie, że gdy ludzie przestaną
śpiewać stare kolędy, zdobić pisanki i modlić się do Rachmanów, zaraz łańcuchy
na Lucyferze rozluźnią się, a on zaczyna ryczeć i gotuje się, by wpaść jak burza na ten
świat. Jednak tym razem nie udało mu się. Mandatorzy wywrócili się i poszli do piekła, niech
ich ma i trzyma! A pieśń zmartwychwstała. Znów po płajach zaśnieżonych błyskały światła,
znów skrzypki śpiewały, dzwonki dzwoniły, pistolety hukały, rogi grzmiały, a trembity
trąbiły po lasach i po połoninach. Znów wracali kolędnicy do chat.
Czyli janheły z nieba spłynęły?
Od Boga goście, to kolędniczki!
Kolędniczkowie - Boży diaczkowie.
Lasy stare, pamiętające dawną swobodę, witały radosnymi echami te pieśni, których nie
słyszały przez cały czas niewoli, przez pół wieku. Wracała kolęda z tamtego świata, pytała
w imieniu Ojców:
Cóż tam porabia nasza warstwa sławna?
Czy wiara taka jak starodawna?
Czyli w kościołach modlą się szczerze?
Czyli się kłonią Tajnej Wieczerzy?
Czy dzierżą mocno starowieku wiarę,
Prawdę swobodną, jak ojce stare?
Kolęda znalazła wszystko po staremu. Nie zgasła jeszcze stara prawda. Starzy ludzie
witali kolędę ze łzami w oczach. Gdy pod oknami zagrały skrzypki i trembity, gdy zadzwonił
dzwoneczek kierownika kolędy, gdy młode głosy huknęły: „Czy śpisz czy czuwasz
gospodareczku?” Odpowiadano z chaty gromko: „Prosimy, prosimy, panowie
kolędniczkowie”.
Kolędnicy rzędem stawali pod oknami, podnosząc ogromne topory jak wojownicy
starowieku. W chacie zaś dzieci w radosnym przestrachu pchały się do okna, niepewne,
czy może gdzieś w tłumie kolędników nie ukryły się janhely skrzydlate, czy z tyłu
za trembitarzami nie kroczy sam święty Mikołaj. Widziały, jak wśród świateł czerwieniły się
stroje kolędników, jak błyskały topory w tańcu, jak na śniegu kotłował pląs. Stary Matarha,
z wąsami jak dwie równe białe a długie wiechy, był starszym bratem kolędy. Trzymał krzyż
owinięty w przędziwo, uśmiechnięty uroczyście stał nieporuszenie. Obok niego kierownik
kolędy, Foka z rodu Szumejów, ubrany świetnie, cały błyszczący miedzią, z dwoma
pistoletami ciężkimi jak armaty, z czterema prochownicami. To dzwonił dzwonkiem,
to skinieniem kierował pląsy, to zaśpiewał kolędy. Potem skakała Koza - czyli kolędnik
przebrany za kozę, potem drugi przebrany za konia wierzgał i rżał hardo podrzucając głowę,
co chwila Michonosza, który miał zbierać i pieniądze i dary, wywijał workiem. Skrzypek ciął
skoczną melodię pląsu i kruhleka i sam wyginał się jak ta melodia. W oddali stali trembitarze
i co chwila odzywały się trembity potężnie a słodko. Z małej zagrody głos trembity
obwieszczał światu powrót kolędy. Każdy kolędnik uzbrojony był w pistolety i po trembicie
rozlegały się strzały, tak że dym gęsty osnuł kolędników niby mgła górska. Wreszcie
42
za przewodem Foki szła pieśń - kolęda podokienna, bardzo powoli, poważnie i równo. Potem
kudłaci, białowłosi starcy pląsali z toporami, przysiadali i okręcali się dziarsko jak niegdyś
za dawnych lat. Młodzieńcy pląsali po starcach. Wszyscy szczęśliwi, jakby świat znów się
w ręce Boże dostał, jakby się na nowo narodził. W końcu kolędnicy zdobywali chatę,
wchodzili hurmą do chaty i zasiadali za stół. To wesoło płynął obrzęd, to uroczyście. Dzieci
do końca życia nie zapomniały powrotu kolędy.
Za czasów młodości Foki nie tak wygodnie chodzono jak dzisiaj, kiedy po jednej gminie
kilka partii kolędników się kręci, a wówczas przez osiem dni dobrze nogi trzeba było
wyciągać, by przelecieć cztery albo nawet pięć gmin, co były odległe od siebie. Nieraz już
od jednej chaty do drugiej był marsz potężny, a gdy śniegi zapadły po pas, i trud nie lada.
Czasami, gdy mało było czasu, spraszano ludzi do jednej chaty, i od tej pory nie wszystkim
naraz śpiewają kolędy, kolędują każdemu w chacie osobno stosowną pieśń, choćby
najmniejszemu dziecku, a o umarłych nigdy nie zapominają.
Tak w najdalsze zakątki puszczowe nieśli wieść radosną i słowo Boże. Po ośmiu dniach
wracali, skąd wyszli, to jest na Jasienowo na rozples, czyli odpląsanie, tym tańcem kończyli
kolędę.
Także dzisiejsi ludzie chlubią się, że jako kolędnicy nie śpią przez osiem dni,
bo nieustannie sławią Chrystusa tańcem, pieśnią i przyjacielskim obcowaniem z ludźmi.
Alboż to prawda? Jaki taki słabeusz-kolędnik zaledwie jedną albo dwie noce przetańczył,
zaledwie podreptał od jednej chaty do drugiej, co teraz i tak nie bardzo daleko, a już trzepnie
się byle gdzie, chrapie potężnie albo co najmniej drzemie i nosem o stół uderza i znów
drzemie. Nie taki naród jak niegdyś. Jedno trzeba przyznać, że nasi kolędnicy nie tak chodzą
jak ci kościelni, gdzieś tam na dołach, co chociaż nawet wyuczeni dobrze, wyklepią prędko
swoje, jakby cepem, byle tylko parę złotych na kościół wydostać, i już lecą dalej.
Nie, chrześcijańska wiara nie wynudzonych pieniędzy potrzebuje! Potrzebna jest ochota
udała, chce porwać, zachwycić, zyskać sławę. Po miastach uczeni i światli ludzie chodzą
do teatru, cieszą się przedstawieniami. U nas na kolędę cały teatr przychodzi do chaty.
Ale nie wiadomo jeszcze, jak będzie grać, jak długo w chacie kolędnicy pobędą. Wszystko
zależy od tego, jak się ich przyjmie, jak się z gospodarzami zaprzyjaźnią. Po chrześcijańsku,
to tak właśnie: każdemu inaczej życzenia złożyć, inaczej pląsać, inne powieści powiastować,
inne żarty wymyślać, a jak trzeba, błazeństwa płatać. Ale ze wszystkimi zaprzyjaźnić się!
Tacy to kolędnicy prawdziwi!
Aby wskrzesić kolędę, Foka wydobywał, skąd mógł, stare pieśni, chadzał do innych
kierowników kolędy. Razem przypominali i powtarzali stare pieśni. Chadzał też do starego
diaka w Krzyworówni Kropiwnickiego, który niejednemu udzielił tajemnych nauk o tamtym
świecie, i uczył także chętnie kolęd, gdy kto chciał się nauczyć. Foka słuchał także
wędrowców, co zatrzymywali się na noc w jego chacie, niektóre zaś pieśni wyczytywał
z jakichś książek. A może żadnego kazania chrześcijanie górscy nie słuchali tak nabożnie, jak
kolędy Foki, gdy z uśmiechem zaśpiewywał rozmowę Hospoda ze świętym Nykołą:
A u naszego gazdy i pana,
U pobratyma brata Iwana,
Kiedrowe dwory, cisowe stoły.
Raduj się ziemio! Syn się narodził! Raduj się!
Sam Hospod siedzi u świętej Wieczerzy,
A po zastolu święci, anioły,
A nie ma li tylko świątka Nykoły. Posłuż mi gazdo! - sam Hospod zawoła Niech wraz się zjawi świątek Nykoła! I za godzinę Nykoła bieży,
Jasna korona na jego skroni,
A miecz ognisty w prawicy dzierży,
Wiedzie wiosenkę, a zimkę goni.
Raduj się, ziemio, Syn się narodził, raduj się!
43
Rzecze doń Hospod tak spoza stołu:
- Gdzieżeś to bawił święty Nykoło?!- Przebacz mi, Panie, zawsze tak bawię,
Byłem na morzach, hen na przeprawie.
Siedemset duszek jam wiózł przez tonie,
Żadnej duszyczki nigdy nie ronię.
Lecz skądś wichrowie bujni wychyną,
Zwichną mi cichy korab w głębinę
I dwie duszyczki morze zabierze:
Jedną, bo nie przyjęła do domu
biedaka, skąpiąc jadła, odzieży,
nie przysporzyła dobra nikomu.
Druga duszyczka, ta miała za nic
Macierz i ojca, waży się ganić.
I tę duszyczkę morza zabrały.
I już nad nimi zamkną się wały.
Nurkiem po trzykroć w głębię się ważę,
Fale po trzykroć przeciwią się wraże,
Alem je w końcu wyłowił ze dna
I nie przepadła dusza ni jedna.
Siedemset duszek jam przewiózł przez tonie,
Żadnej duszyczki jam nie uronił.
Raduj się, ziemio, Syn się narodził, raduj się!
Przykro powiedzieć, że taka pieśń na papierze położona, a choćby odczytana głośno,
wytrajkotana równiutko, tak jakoś smutnie wygląda, jakby ją w trumnie nowiutkiej na sen
wieczny ułożyli, a diak w pośpiechu wieczną pamięć wybehekał. Pieśń Fokowa szła powoli,
nie śpieszyła się. Rozsnuwała się wokoło, mówiła do każdego, pytała każdego. Bo Foka
nie tylko każdą zwrotkę obwieszczał, nawet każde słowo wyrażał dobitnie i patrzył w oczy
jednemu za drugim, a dopiero po każdej zwrotce naprzód kolędnicy, a potem nieraz wszyscy
w chacie odpowiadali powtarzając chórem wyraźnie refren: „Raduj się, ziemio, Syn się
narodził, raduj się!”
Tak, nie śpiesząc się wcale, śpiewając godzinami, odśpiewali każdemu z obecnych,
nie omijając nikogo, długie kolędy. Każdemu inną, stosowną dla każdego: inną dla gazdy,
inną dla gazdyni, inną dla chłopca, inną dla dziewczyny, inną dla dzieci i wreszcie kolędy
dla zmarłych, co zaproszeni na Wieczór Święty, choć niewidzialni, słuchali gdzieś po kątach.
Znów odpoczywali, znów traktowano ich, a kolędnicy na przemian to certowali się, to
przekąsywali i wypijali, skłonieni długim zapraszaniem.
Potem wstawali nagle. Foka rozpoczynał z pieśnią na ustach obrzęd szczególny, to jest
taniec świąteczny nazwany pląsem, rześki, skoczny, zwrotny jakby młode kózki tańczyły.
Rozpoczynał pieśń pytaniem:
Oj dobryj weczer do ceji chaty
Czy pozwołyte kozi skakaty?
Kolędnicy odpowiadali gromko:
Oj skaczi, skaczi, kozo neboho,
Nasijaw nasz pan pszenyci mnoho.
I wówczas naprzód starcy, co pamiętali dawny obyczaj, brali się za ręce po dwóch,
to w skokach naprzód, to w nagłych zwrotach wstecz, to w przysiadach. Atakowali jednego
po drugim obecnych, wzywając pieśnią, aby dał za pląs pieniądze na cerkiew. Lecz wkrótce
młodzi pląsarze zmieniali starszych. Bo każdy z obecnych wiedział, nawet dziecko każde
wiedziało, że ma to być próba wytrzymałości pląsarzy, czy długo i wytrwale potrafią tak
skakać, przysiadać, pląsać i śpiewać równocześnie, na to, aby wydusić pieniądze. I każdy,
choć trzymał pieniądze przygotowane w garści, starał się wytrzymać pląsarzy jak najdłużej.
Cała chata śmiała się głośno, a niejeden z obecnych mówił: „Ho, ho, tak łatwo to nie ma,
44
niech padają ze zmęczenia, niech zapracują na cerkiew Bożą!” Foka nieustannie dzwonił
dzwoneczkiem w rytm pląsu, a pląsarze już usta otwierali ze zmęczenia, już słaniali się
w przysiadach, ale nadal skakali i przysiadali, i choć zadyszani śpiewali dopominając się
o datek:
Ne choczesz daty, ne pidem z chaty!
I wreszcie oblegany przez nich osobnik, to przez jednych do oporu zachęcany, to znów
przez drugich upominany, aby miał litość nad kolędnikami, rzucał pieniądze do dzwoneczka.
Zaledwie chwilę odpoczęli pląsarze i znów oblegali pląsem kogoś innego, aż wyciągnęli
pieniądze na cerkiew, tyle ile się dało. Zapracowali je ciężko.
Były jeszcze inne radości i zabawy. Na święta owe gazdowie więcej prochu wystrzelali i to nie byle jakiego - bo gruboziarnistego węgierskiego, co zowie się banyas - niż ich
przodkowie w słynnych wyprawach na Złotą Banię, kopalnię złota, czy w Kuckiej wojnie
z wojskami cesarskimi. Strzelali nie tylko przed wejściem do chaty, także w chacie.
Nie było to z żadnej dzikości, ani - broń Boże - z pijaństwa, tylko z czystej radości
świątecznej, a także z grzeczności, aby którejś chacie nie odmówić tej parady. A dlaczego?
To zrozumieć trzeba.
W dawnych czasach, więcej niż dwieście lat temu, przodkowie pasterzy szukali sobie
grackich przygód, zwad i czemuż by nie? - złota, i wreszcie wina węgierskiego czy innego,
byleby było gęste jak oliwa, a nie rozwodnione. Za górami, gdzie Karpaty kończąc się
pagórkami schodzą w równinę węgierską, stało na skale potężne zamczysko, obwarowane
ponadto murami i zwodzonymi mostami. Tam była kopalnia złota i, jak się opowiada dotąd,
mennica złotych pieniędzy. Stąd zamek ten nazwano u nas Złotą Banią, bo po węgiersku
banya znaczy kopalnia. Zamek ten należał do wielkiej rodziny książąt Batorych, którzy
zasłynęli w dziejach Węgier i w dziejach Polski. Jeden z nich był takim junakiem, że zagrażał
samej Moskwie i strachu napędził jej białym carom. To było coś ponętnego dla przodków
naszych pasterzy. W biały dzień pod dowództwem młodego watażka, który zwał się Dobosz,
nie zwracając uwagi na armaty i kule, zdobyli twierdzę. Nie czyniąc krzywdy nikomu
naładowali złota na konie, naśmiali się i wrócili w góry.
Jak tylko kolędnicy zaczęli wspominać, jak młodziutki pan Dobosz nakazał surowo
swoim junakom, aby podczas napadu, broń Boże, nikogo nie zabić na zamku, na to, aby
wyjść z honorem, i jak sam uśmiechając się odpędzał kule niby muchy, tak im się zrobiło na
sercu, że jeden za drugim w chacie strzelali z wielkich pistoletów podobnych armatkom.
I zaraz okna w chacie wylatywały.
Potem jeszcze wspominali, jak inni przodkowie napadli na miasto Kuty za to, że tam
wojska cesarskie wraz z urzędnikami usadowiły się jak u siebie w domu. Nabudowali sobie
tratew młodzi napastnicy, poprzebierali tratwy w skóry dzikich zwierząt i tak znienacka
nalecieli rzeką wezbraną na miasto, że wojsko cesarskie poddało się. Nie zrobili krzywdy
nikomu. Pili z Ormianami, napoili żołnierzy cesarskich, załadowali ich na tratwy i wywieźli
na widły obu rzek. Tam ustanowili granicę: z tamtej strony pan cesarz apostolski ze swym
wojskiem niech będzie! A z tej strony chrześcijanie swobodni na swojej Wierchowinie
zielonej.
Wspominając to, znów strzelali kolędnicy i znów wylatywały szyby, tak że czasem wiatr
połoniński wleciał do chaty, pląsał w chacie i niezgorzej pomagał śpiewać kolędnikom.
Z takich radości, jeśli dobrze poszło, to znaczy, jeśli świętowano szczerze, czy to w chatach,
czy w karczmach żydowskich, czy w pokojach pańskich, pozostało szyb niewiele. Tu załatano
okna zapasowym szkłem, tam zalepiono je błonami z pęcherzy wolich, a gdzieniegdzie
po prostu zapchano szmatami. Nie ma co ganić, poznać, że było święto, a święto musi
kosztować. Po świętach czekali na zmiłowanie Boże i na wiosnę, aż który błoniarz czyli
szklarz żydowski, zapraszany długo, zlitował się i przyszedł ze szkłem w góry.
Nabyli się w chacie, jak gdzie wypadło, czy to pół dnia, czy pół nocy, czy przez noc
aż do rana. Czasem już naglili, upominali jeden drugiego, aby iść dalej, ale jeszcze i jeszcze
zabawiali się wesoło. Wreszcie na znak berezy trembitarz wymykał się z chaty. Po chwili
45
trembita ogłaszając koniec kolędy uroczyście a donośnie upominała, że inne chaty czekają.
A kolędnicy, gdy już zaprzyjaźnili się z każdym, żegnali się z żalem, a wciąż zatrzymywani,
nieustannie traktowani, sami jakby nie wiedzieli, czy mają iść, czy jeszcze zostać. Lecz już
i skrzypek wykradł się z chaty, a skrzypce rozśpiewały się przenikliwie i skocznie z nadworu,
już także i rogi wzywały do dalszego pochodu. Kolędnicy wysypywali się z chaty szumnie,
a domownicy i goście wychodzili razem z nimi na dwór. Bo jeszcze na zakończenie wszyscy
śpiewacy i pląsarze układali na śniegu przed chatą nagłowniki czyli kapelusze, jeden na drugi,
w stromy stos, tak iż wyglądały jak pień czyli ul starowieczny. Wokół takiego ula z samych
nagłowników tańczyli taniec zwany kruhlek, wirowy, chyży a lekki, tak jak młode pszczółki
na wiosnę, gdy odkryją sączę na kwiatach. Tańczyli właśnie na pomyślność uli, rojów
i miodu. Kończyli pieśń i całą kolędę zwrotką:
Oj koby sy wam bżoły roiły.
Zabierali kapelusze i jeden za drugim jak gęsi mknęli za skrzypkiem po wąziutkim płaju
wyżłobionym w śniegu. Na końcu szeregu bereza dzwonił dzwonkiem co chwila. Z daleka
i z bliska lasy odpowiadały skrzypkom i dzwonkowi. Jeszcze raz, tańcząc na wąskim płaju,
posyłali pozdrowienia gościnnej chacie śpiewając:
Oj koby sy wam bżoły roiły.
I już z innych chat porozrzucanych daleko słuchano: kolędnicy idą, idą już!
Cóż tu powiedzieć o kruhleku i o tych życzeniach? Nie mówi się o tym, ale każdy wie,
że to po prostu czary za pomocą tańca. Nie dziwota przeto że księża, co młodsi i co uczeńsi,
rozpoznając w tym pogaństwo, po prostu obrzęd magiczny - jak mówili - czasem otwarcie
ganili, częściej napomykali to ważko, to na ucho delikatnie, że co najmniej w okresie
chrześcijańskiej otwartej i przyludnej kolędy, nie należy uciekać się do czarów. I stąd poszło
od pewnego czasu, że kolędnicy, może na to, aby od razu uprzedzić nagany, już na samym
początku kolędy, gdy biorą od księdza krzyż i skarbonkę, wirują na cerkiewnym podwórzu
ów taniec pszczeli nasamprzód wokół księdza, składając w ten sposób życzenia jemu
pierwszemu. Biedny ksiądz, cóż ma robić? Stoi nieruchomo sam jak ul czy pień. Kto wie,
może coś w nim brzęczy w środku, może jaka taka gniewna pszczółka rada by ciąć w ucho
tego czy owego kolędnika. Ale twarze kolędników roześmiane jaśnieją. Jak tu ciąć, jak ganić?
Ksiądz uśmiecha się spokojnie, czasem słucha pieśni, częściej nie słucha, bo lubią zaczynać
kolędę zwrotkami swawolnymi.
Tak czy inaczej kolęda była chrześcijańska. Zaczynali przed cerkwią i od księdza, a był
przed nimi otwarty cały świat. Chodzili do wszystkich, bratali się z wszystkimi, nie tylko
ze swoimi, nie tylko z gazdami i pasterzami. Chodzili także do młodego dziedzica,
co niedawno zamieszkał nad Rzeką i do końca życia pozostał w górach. Matka dziedzica,
mówiono, że księżna, była z tych, co tylko raz na rok, około Nowego Roku, przemówią kilka
słów do chrześcijanina, i spoglądała na kolędników z góry, jakby wdrapała się na sam czubek
dachu. Ale sam młody pan, choć milczek, tak mrugał oczyma, jakoś po ludzku. Od razu było
widać, że kolęda bierze go za serce, że to chrześcijanin, nie pan tylko. Potem ściskał ręce
kolędnikom, a choć niektórzy mówili, że skąpy czy raczej rachunkowy, tak darzył
kolędników, że byli w kłopocie, jak unieść to wszystko.
Chodzili także do Żydów, i Żydzi byli bardzo radzi. Zapominali o swojej powadze,
porzucali smutne i kwaśne miny, przepijali do starszego brata, przepijali do sławnego berezy
Foki. Po chrześcijańsku się radowali, dziękowali za życzenia. Dziękowali za pląsy, hurmą
klaskali w dłonie podczas pląsania, prosili jeszcze o tę czy o tamtą kolędę. Stary Ajzyk z siwą
brodą i z długimi pejsami, mocny, poważny i surowy jak sam święty Eliasz, także popijał i
smakował pieśń jakby wino. Uśmiechał się życzliwie, czasem cmoknął z zadowolenia i grube
banknoty do dzwoneczka rzucał na cerkiew. A młody pleczasty Abrumcio, czarnooki,
z kruczymi włosami, z pozakręcanymi pejsami, chwytał za bardę, a wywijając nią potężnie,
46
szczerze, z oddaniem, po chrześcijańsku, pląsał wraz z kolędnikami. Radosna, piękna była
kolęda także u Żydów-pobratymów.
Niektórzy zaczęli już wtedy pomrukiwać na to, jako że powiadali, Żydowie to „wiara nie
nasza”, bo wciąż niektórzy księża pomrukiwali pod nosem także na samą kolędę, że prawdę
mówiąc - pogańska. Tylko na Krzyworówni staruszek ksiądz kanonik Buraczyński, co dobrze
znał i rozumiał górskich ludzi, za to ich nigdy nie ganił. Przeto Foka nie słuchał nagan. Mało
dbał o nie. Powiadał, że jeśli na Święty Wieczór z pierwowieku jednamy się z wszelkim
dychaniem, ze wszystkim, co żyje, to przede wszystkim z ludźmi, z sąsiadami,
z pobratymami. Tak jest po chrześcijańsku, a nie to, co któryś tam urzędnik kościelny sobie
wybębni i wybeheka. I dalej chodził do wszystkich - także do Żydów - z radosną wieścią,
z kolędą i pląsem, jak długo był berezą, a potem starszym bratem.
Nie tylko do sąsiadów poszliby, do bogatych i do nędzarzy, do wszystkich pałaców,
dworów, gospod, chat, karczm i bud! Do Cyganów także, choć są tacy, co uparli się,
że Cyganie nie od matki Ewy pochodzą, tylko od diablicy, przeto nie mają pępka, wcale
nie mają duszy. Ale niech będzie! Pójdą do każdego, kto zechce skosztować kolędy.
A do samego czorta? Ha? Czemuż by nie?! Na ten wypadek, żeby ich chwileczkę posłuchał,
choćby przez okno, to by mu dali radę pieśnią, tańcem, wesołością, przyjaźnią. Czort smutny,
od pierwowieku napycha się samym smutkiem, tak suchym jak stara szczecina świńska.
Bez kropli wody, bez kropli wina! I z tego zły. Któż by nie był zły?
Pójdziemy z kolędą do wszystkich - powiadał Foka - samo Dzieciątko święte posłało nam
taką ustanowę radosną, trzeba ją piastować, trzeba niebiosom dziękować za nią.
Taki był powrót kolędy. I tak się do dziś dnia ją odprawia. Nikt się u nas przez to
nie wywyższa ponad innych. Przeciwnie, wiadomo nam - i cały świat o nas to powiada żeśmy ugrzęźli w dawności jakiejś obrosłej mchem, w obyczaju przestarzałym. Niech i tak
będzie! Przyjdą do nas jeszcze! Wspomną, że pastuchy pierwsi do Dzieciątka przybiegli,
i na zawsze przy Nim pozostali.
SAMOTNOŚĆ
Czas górski, co tak potężnie i powoli się toczy, a niekiedy tak szczodrze rozsieje radość,
uroczystość barwną, inne jeszcze skarby kryje, nieosiągalne dla oka.
Gdy wędrowiec przyjedzie w sierpniowe przedpołudnie nad Czeremosz,
na Krzyworównię lub Jasienowo w taki dzień jasny, jakie tam tylko bywają, wtedy to woda
tak iskrzy się i świeci, że każdą kroplinę okiem oddzielnie można odróżnić, wtedy
na drzewach gałązki, liście, igliwia i szyszki tak nasycone są światłem, że każde z osobna
odcina się od błękitu. A chociaż korzenie drzew zakryte, chociaż cały świat tych bujnych
korzeni łąkowych gnieździ się w ziemi, jednak w dniu takim myśli się jakoś: gdyby je odkryć,
odsłonić, gdyby i do nich dotarło światło... Wniknęłoby w każdą miotełkę, w każdą nitkę
korzenia. W dniu takim uwierzyć można, że cały świat z tkaniny świetlnej usnuty.
Że wszędzie światło kojarzy się z światłem i rodzi światło. Że nie ma rzeczy, której
nie można by samym okiem pojąć. Może nawet przejście do śmierci nieodwołalne i niepojęte,
gdy je potężniej światłem nasycisz, w tak przejrzystą grę kroplin się rozsieje jak tonie
Czeremoszu.
Ale gdy noc głęboka zatopi Jasienowo, a ponad szczytami z przepaści nieba zadrgają
przeraźliwie samotne tętna świetlne, a inne światełka coraz lżejsze, coraz znikomsze pyłami
toną w czarnych bezdnach, przeczuwa się wtedy, że są moce potężniejsze od światła.
Samotne promienie ślizgają się po nich, nie przesiąkną ich nigdy.
W życiu ludzi ponad obcowanie i pracę, ponad świętowanie i radość, ponad
towarzyskość wszelką, starsza i mocniejsza jest samotność.
Kto by raczył natężyć słuch, zastanowić się nad rzeczą tą, tak nieważną dla dzisiejszego
świata, i nad tym, że skłonność do serdeczności, do wielkich darów serca, a także
47
do uwielbiania, do kultu, do świętowań, rodzi się w samotności - temu wysączy się z piersi
Wierchowiny, jak zwierzenie nieoczekiwane, źródło prastare, ciche, ciągle żywe.
W zamierzchłych czasach wieszczowie, nauczyciele ludzkości, poznali sami tę moc
światowładną i ludziom odkryli nowy świat, chociaż przez to ani o włos nie zmienili swych
zajęć. To wszystko teraz pozakrywane warstwami licznymi. A może przecież jeszcze te same
tętna źródlane drgają?
W samotności pustelnika-pastucha, czuwającego na pustkowiu pośród burzy gromowej,
co świat zalewa to powodzią światła, to czarności. W samotności myśliwca i zbiega, w czasie
zawieruchy śnieżnej rozszarpującej szałas, zasypującej go lawiną śniegu. W samotności
wędrowca pośród milczących lasów, których szept każdy napełnia drżeniem, każdy szum
unicestwia człowieka. W samotności rodziny zdanej tylko na siebie, gdzieś w pustkowiu
górskim, skąd żaden krzyk, żadne wołanie o pomoc nie dotrze do ludzi.
O samotności samej mało kto zdoła opowiedzieć. I komu to przyjdzie do głowy, gdy ona
to właśnie nieubłaganie pędzi człowieka ku towarzystwu, ku miłości, albo ku wspólnej pracy
i zabawie, jakby na to, by o niej samej zapomnieć.
Biała nieskalanie ścieżka, wijąca się wśród zasp śnieżnych grzbietem połoniny ku samotnej zymarce. Głos niewidzialnej fłojery, tęsknie wzywający z głębi puszczy. Takie
chyba obrazy samotności pozostają?
Bo tymczasem powoli „zaludnia” się każda samotność. Człek długo samotny, w wielkim
świecie chmur, szczytów, lasów, wód i traw szuka towarzystwa, szuka pobratymstwa.
Czasem nie szukając znajduje. Wynurza mu się zewsząd inny świat, podziemny, świat
widzeń, zapytań, zagadek i znaków. Uczy się nauki niezwyczajnej. Każdy szept, każdy gwar
nabiera znaczenia niewymiernego. Tam, gdzie milczy puszcza stara i czeka, gdzie połonina
bezkresna w świetle miesięcznym się roztapia, tam, może wśród ziół i korzonków, czekają
na grzeczne słowa, na jakąś bardzo trudną „przemówkę”, na znak tylko świadomym znany,
pobratymkowie życzliwi?
Leśne źródła, rodzące się w mrokach, szepcą, wzdychają. Wierchowe potoki w szuwarach
ględzą, szczebiocą słodko jak dzieci wodne, albo igrają sobie, dzwonią po skałach. Inne
po junacku grzmią, uderzają. Dolinami radują się wody przestrzenią, prądem tanecznym.
Łączą się, cieszą z pobratymstwa słobodnych strug, sejmują rady wodne, głoszą napomnienia
ważkie, niosą dalej przypowieści i nauki wód górskich. Już lada chwila głosy ucieleśnią się
w postacie, dotąd nigdy nie widziane. Czasem już w drzemocie wprost u wrót serca zakwilą
ptaszyną wieszczą, szumami nadzieję nawieją. Przygrywają, przyśpiewują, pocieszają
śpiącego samotnika.
Bo tam gdzieś także z młak syczących czy powleczonych zielonymi krostami rumowisk
skalnych, albo pośród wyrw, z plątaniny wiatrołomów korzeniastych - tak pouczają
„przemówki” - to wychylają się, wyzierają nieznacznie, to okiem łypną i znów przyczają się,
czyhając na jakieś nieostrożne słowo, warują, czekając na podszczucie czyjeś, moce upiorne.
Psotne, śmiechliwe, albo straszne upiorzyska z wyżartymi licami, ze zwisającymi z tyłu
kiszkami, niosące choroby, cierpienia, szał i śmierć. Nieraz straszniejsze od tych wrogów
słobody, co to skądś przynoszą w góry ucisk, krew i biedę. Może z tego samego rodu
biedowatego?
A także gdzieś pod wierchami w Czarnohorze, w najgłębszych ustroniach gór, spoczywają
po królewsku, w potajnikach baszt i wieżyc, w komorach i łożach, wykutych przez
olbrzymów, olbrzymy orle - potęgi groźne lecz wspaniałe, czasem nawet jak gdyby łaskawe.
Moce watrookie, chmuroskrzydłe, gromodzwonne. Spoczywają - do czasu. Z okienek
skalnych baszt, z ganeczków, z narożnic wiszących nad przepaścią, błysną czasem ogniste
oczy, zadudni pomruk odległy.
Małomówny i milczący człowiek słyszy rozmowy przeróżne, o jakich w życiu nie śnił.
Taki, co mało bywał po świecie między ludźmi, tu w samotności nabywa manier układnych.
Najtroskliwiej pilnuje modlitwy i obyczaju, strzeże się, by nie wyrzekł w ciszy bezludnej
48
słowa brzydkiego, słowa nie w czas, by ruchem niesfornym, a może nawet myślą
nie zbudził, nie spłoszył „czegoś”.
Czasem taki, co niewiele dbał o dziewczęta, gdy siedząc tak sam miesiącami zacznie
tęsknić za którą, może jakimś jednym westchnieniem lub krzykiem tęsknym wywołać
zwiewną marę ptasią, skrzydlatą, ze światła zielonego utkaną Niaukę, nieziemską
oblubienicę, co mu ten świat cały ukaże pospolitym i nudnym, i wiedzie go czule - poprzez
dno przepaści - ku zaświatom.
Ale też, gdy z czasem nabrzmiały pożądaniem pozwala żądzom toczyć serce, wyzwie tym
chciwą pieszczot, nienasyconą groźną kochankę puszczową Leśną - piękną, lecz z wnętrzem
z tyłu otwartym - od której nawet, gdy wróci między ludzi, chyba śmierć go wybawi.
Nawet spokojny, zgodliwy, nie szarpany żądzami człek też wystawiony na napaście,
na nasłania wrogie, chodzi z lękiem, jakby z cieniem, gotów do odparcia napadu nagłego,
przygotowanego chytrze, niechybnie niszczycielskiego. Uczy się niezmiernej ostrożności.
Wilk jakiś mignie koło chaty. Śladu nie zostawi. Czyż to wilk? Gwiazda taka jasna pojawi
się, jakiej dotąd nie widział. Alboż to gwiazda? Wiatr gna z całym wojskiem wyjących bied,
rozwścieczonych czortów i czorcików, hulających w psotnych podskokach wśród
przekornych świstów i pisków. To nie zwyczajny wiatr.
Oblężony przez grozę i pokusy pustkowia, niejeden człek sam staje się wojownikiem,
zatarasowuje się i obwarowuje, przepędza pokusy i widma słowami, znakami, środkami
tajemnymi, albo nawet wyzywa groźne moce. I czasem - jak to na wojnie - ulega im, do czasu
lub na zawsze.
W dzisiejsze czasy gdzież znaleźć między ludźmi takiego mocarza „przemównika”,
chmurnika czy gromowego poczynacza, który by stanął mocom groźnym do oczu, równy
albo mocniejszy potęgą tajemną, który by bronił innych ludzi, chudobę i pasznicę od nich?
Można chyba się z nimi sprzymierzyć za cenę kto wie jaką albo po prostu poddać się im bez
sławy. Zwyczajny człek myśli: najlepiej przykucnąć przy ziemi jak trawa, nie pchać się
między mocnych, postawić sobie zastawy z przemówek, ochrony z krzyży i ziół. Siedzieć tak
cicho, aż przegalopują gdzieś sobie mocarze:
Cesarz gromowy, wichrowi królowie sępoludów z groźnymi zastępami, z pobratymami
swoimi, z dziatwą swą niesamowitą, duchy powodzi, królowie wodni i inni.
OCHRONA
Gdy wichry i huragany roztętnią się dziką jazdą, gdy gromy rozdzierają niebo, a grady
sypią, taki samotny, choćby i zwyczajny człek, co zawczasu zaopatrzył się w „przemówki”,
w wodę nie nadpoczynaną z dziewięciu źródeł czarodziejskich, dobrze zmieszaną i zaklętą,
przygotowywał się na Święty Wieczór i na gromowe święta, a żadnego z dwunastu świąt
gromowych nie naruszył, lecz świętował je jak przepisane: pościł bez chleba i wody, na ten
czas oniemiał, słowem nie odzywał się do nikogo, nawet do chudoby ani do drzewa, nawet
strzegł się, by nie splunąć, nago chodząc czynił kroki czarowne i zastawy, i wymawiał
zaklęcia i prośby - taki to spokojnie zniesie niejedną burzę, co obcemu przybyszowi na całe
życie pamiętna.
Człek taki, co chce mieć ochronę czy władzę czarodziejską, gdy co dnia przed świtem
zbiera wodę z dziewięciu źródeł, czyni to zawsze samotnie, nie widziany przez nikogo. Stoi
długo przed każdym źródłem, słucha jego mowy, kłania się każdemu źródłu w lesie
czy na połoninie. Gdy zaczerpnie wody, szeptem dziękuje źródłu, czci i prosi wodę starymi
przemówkami: „Wodo, Wodyczko! Święta Jordanyczko! Najstarsza caryczko! Umywasz
brzegi, korzenie, białe kamienie, gasisz płomienie! Umyj mnie od grzechu, od złego,
od zmazy! Jakaś Ty czysta, jakaś Ty święta, spraw bym był taki!”
Naprzód osobno zbiera wodę dla przemówek, a potem osobno myje ręce i twarz.
Gdy wraca do chaty czy do koliby, kłania się dymowi z watry. Do gaszenia węgli w wodzie,
49
do wszelkiego okadzania, do przemówek z ogniem musi przygotować prastarym sposobem
przez potarcie drewienek - watrę żywą.
I wtedy już może zaczynać „przemawianie”. Przemówka może rozwinąć swe skrzydła.
Woda żywa, watra żywa i słowo żywe, widzące. Jaki poczynacz, takie i poczynanie. Jeden
fruwa jak wróbelek i ćwierka, drugi jak wrona lecąc pokrakuje i stracha się, a gdzieniektóry
wzlatuje od razu pewnie, hardo, jak orzeł czarnohorski okiem orlim przenika i wyzywa.
Ludzie starowieku upatrywali wszędzie w świecie walkę ciągłą a nieubłaganą, dzielili
świat na dwa obozy, wrogów i druhów. Spośród wszystkich dobroczyńców, pobratymów
samotnego człowieka, najpotężniejsze jest Słoneczko. Daje przeciwwagę wszystkim
z ciemności zrodzonym napaściom, przepędza czary i groźby nieuchwytne. Gazduje ponad
wszystkim, płodzi, żywi i uzdrawia.
Wiele słów wdzięcznych je sławi: „Prawedne Soneczko”.
Nieskalane Słoneczko, prawe lice Boże,
Praojciec i piastun rodów ludzkich,
Słoneczko - Hospod - ognisty.
Jemu, Leliowi świętemu codziennie należy się modlitwa radosna a pokorna, zawsze
w samotności na kolanach odprawiana, z obliczem ku słońcu zwróconym.
„Lelio-Słoneczko! zapaszne, prawe! dojrzyjcie mnie grzesznego!” I tak potężne,
wschodzące Słoneczko odpowiada dzieciom swoim:
A jak ja wyjdę z nocy głębiny,
A jak ja wyjdę cicho - cichutko.
A gdy ja wzejdę rano - raniutko.
W niedzielkę świętą rankiem wypłynę To uraduje się moim zorzom
Zwierka i ptaszka i rybka w morzu Rade mi zioła i łąki zielne,
Rade mi wierchy, wierchy kościelne.
Na ziemiach wszystkich cerkwie - kościoły,
W niebiesiech wszystkie moce - anioły
Wzniosą się śpiewne - dzwony cerkiewne,
Cerkiewne bramy rozerwą się same.
Same w ołtarzach świece rozjarzą,
Same się święte służby odprawią,
Zdrowiem obdarzą - od złego zbawią.
Żywą watrą niebieską leczy świat cały gazda światowy. Jest wzorem dla gazdy,
wzorem potęgi pracy, szczodrości i grzeczności, wzorem dla wojownika - niezachwiany,
zawsze zwycięski. Dzień narodzenia jego czczą ludzie kolędą. I niedziela święta, to także
święto słonkowe. Od Słoneczka Bożego, to jedno życie dane, a także jedna śmierć. U kolebki
człowieka dwunastu wysłańców, sądków anielskich, odgadło wyroki i orzekło, czym ma być.
Wieszczun nietlenny wiedział to od razu, a mądry sąsiad czasem zmiarkował z zachowania
się dziecka.
Człowiek taki, co siedziałby w mroku w pustkowiach bez światła, bez mycia się,
bez modlitw i bez świętowań, niechybnie wpadnie w moc sług czartowskich, zdziczeje,
a potem ucieka w wiecznym strachu, zęby szczerzy jak zwierz goniony.
Lecz taki, co przebywa szkołę samotności, co przebył praktyki i wtajemniczenia,
co słyszał głosy, a przełamał strach, przejdzie przez puszcze spokojnie, tygodniami sam
będzie szedł nieznanym pustkowiem bez lęku, choć wtedy nieraz już sam „ten” do niego się
bierze.
Czasem o północy w smerekę się schowa i rośnie ku niebu przepotężny, rogaty,
wyszczerzony. A czasem na połoninie, gdzie już jasno i wesoło, takie coś pokrzywione
i karłowate się zjawi - niby drzewko - widać kto to. A niech sobie bachory biesowe straszy!
50
„On” tylko takie migi pokazuje, ani wielki ani mały jest. Czort, to ułuda. On - nijaki.
A chce znijaczyć świat. Chce, byś się pomiął i skurczył ze strachu do samej ziemi. A kto to
rozpozna, temu bies - choćby jak sobie sadził się, rósł i nadymał pod niebo - śmieszny.
„Z drogi! precz! Sczeźnij Bido!” Otwarty przed człowiekiem świat - słobodny, przestronny.
Niejeden z tych ludzi tak jak modlitwy odmawia i śpiewa, hymny śpiewałby i akafisty
wzniosłe układałby o samotności, gdyby sobie mógł uświadomić wszystko. Bez samotności
nie ma słobody prawdziwej. W natłoku ciągłym ani wielkiej miłości do człowieka
ani radości z ludzi nie ma. I człowiek sam nie tylko nie wie, czym jest, nie wie prawie,
że jest. W samotności zymarki czy szałasu i o użyteczności niewiele się myśli. Bylebyś tylko
miał trochę mąki i baraboli na placki do mleka i krztynę tytoniu. A jak się zdarzy, że nie
przyniosą na czas, to Bogu i owieczkom i za syrek dzięki. Robisz swoje z ochotą, bo co by
za pohana to dusza była gadzinowa, co zaniedbałaby chudobę, co cię karmi. Toć i pies pilnuje
swego. Chociażeś i najmita, nie zginasz się przed nikim, prostyś jak kiedra wiecznie zielona górska detyna. Żyjesz z tym światem wielkim naokoło, światem puszcz, gór i chmur.
A w jego obliczu każdy pokorny! Bo nie znijaczy on nikogo, ani nie skapłoni słobodnego
chrześcijanina. Nie zmusza cię być niewolnikiem, rabem zmiętoszonym, ani nie robi cię
niuńką kwękającą, taką, co nie wie co czarne, a co białe. Choćbyś jaki malutki, wyprostujesz
się do nieba. Jesteś taki, a nie inny. Wyraźnie widzisz to i wiesz. Jeśliś się ustrzegł od pokus
puszczowych, jeśliś przemógł je w końcu, przyjaźń i grzeczność słonkowa dla ludzi,
dla stworzenia wszelkiego świeci ci w sercu, grzeje cię, nadzieją grają niebiosa, połoniny
złote, lasy i wody. Wiara stara kołysze cię jak matka.
Gdyście spotkali kiedy na połoninach takich właśnie słobodnych duszą, łagodnych
pastuchów, co od nikogo nie żądają i nie oczekują niczego, od razu rzeźwość i cisza
otuliła wasze dusze. Ludzie ci cieszą się każdym spotkaniem. Co radosne - cieszy ich, co
smutne - wzrusza szczerze. Mimo woli opowieść beztroska sama wam z ust wypłynie. A im
biedniejszy człek taki, tym szerzej otwarte ma serce i uszy. Nic im nie zagraża, nic
nie pobudza do zawiści, zawsze współradować i współsmucić się gotowi.
POCZYNACZE I MOLFARY
Tak to w całym życiu pokoleń i rodów wszystko zależy od potęg wielkich, od ich
życzliwości lub wrogości, a ubezpieczone jest lub zagrożone przez zdarzenia i oznaki
na pozór błahe i nieznane. Te bowiem moce wszystkie, chociaż na co dzień zapamiętale
milczą, chociaż chowają się skrzętnie przed okiem człowieka, mają wszędzie - wśród
zwierząt, wśród roślin, a także wśród ludzi - swe służki, swych szpiegów, krewniaków
i dzieci. A wszystko, jakże niepozorne nieraz i nikłe! Nieoczekiwane pokrewieństwa, związki,
sploty i wspólnoty! Moce różne sprzymierzone ze sobą dziwnie i nieoczekiwanie. Często
łączy je nazwa lub podobieństwo nazwy. Słuchaj tylko, odgaduj!
W większych skupieniach ludzkich powstaje pewien habitus bezpieczeństwa
i kontroli. Jakby jakaś potężna tama. O nią rozbijają swe wały spienione gdzieś daleko poza
człowiekiem szalejące burze. Ta zapora nie umocowuje się w duszach ludzi górskich.
To uczucie bezpieczeństwa nie może się w nich zadomowić. Widzą ciągle jakby z bezkresu
płynące fale ciemne, całe ich hufce, legiony istot, bądź groźnych, bądź przyjaznych,
ale zawsze potężnych i tajemniczych.
Człowiek, co odbył szkołę samotności, nie tylko uczłowiecza potęgi, upiory i choroby,
także ludziom, nieznanym duszom ludzkim daje znaczenie ważkie, tajemnicze.
Gdy dostaje się między ludzi, ma już i na ludzi inne oko. Taki, co bronił się od różnych mocy
ciemnych lub zmuszał je życzeniami, przemówkami, znakami, praktykami, i wobec ludzi
będzie je stosować. Dla mieszkańca samotnej kiczery czy połoniny obcy człowiek
i przybysz bardziej dziwny i niezwykły niż dla ludzi miejskich lub nawet wiejskich.
To bardziej miły i godny serdeczności, gościnności niezwykłej, to znów bardziej podejrzany
51
i groźny. Żaden rys nieznany, żadne spojrzenie nie uchodzi uwadze samotnika. O wszystkim
rozmyśla, czasem także głośno rozprawia z najbliższymi sobie. Nieznaczna, niezrozumiała
przykrość, czy może tylko dziwaczność długo pozostaje w pamięci. Gdy zaś potem zjawi się
choroba czy nieduha, smutek czy nawiedzenie, przypomina sobie różne spojrzenia. Rozważa,
które było badawcze, ostre, nieżyczliwe. Wie, że to boła - nasłana, choć nie jest jeszcze
pewny, kto ją nasłał. Wtedy trzeba odwrócić te nasłania przez zaklęcia lub czary. Trzeba
znaleźć przemówników dobrych i życzliwych albo, jeśli nie można inaczej, usposobić dobrze
i tamtych najętych czy jakoś podmówionych przez wrogów. Najlepiej samemu posiąść
właściwości czarowne, samemu przepędzać nasłania.
Wśród tylu chat porozrzucanych po górach niejedna chlubiła się poczynaczem
lub przemównikiem świetnym. Przemównik, wypędzając nasłania z ciała chorego, odgaduje:
„Czyś z czarnych oczu, oczu ponurych? Czy z wytrzeszczonych oczu, wyłupiastych? Czy
z oczu przenikliwych, oczu złośliwych, czy z oczu kaprawych, oczu łzawych - ty boło durna!
Ja cię wyzywam! Ja cię wyklinam!”
Ten, co zna poczynanie, może też posłać obertyn, odwrócić nasłane czary z taką siłą,
że temu, co posłał, żyły pękają. Niektórzy ludzie posiadają dary czarowne od urodzenia i sami
nieraz o tym nie wiedzą. Nieraz człowiek dowie się o tym nagle, niespodzianie, sam
z przerażeniem doświadczy swej mocy. Inne właściwości można nabyć przez posty,
przez wtajemniczenia i praktyki.
Uzyskiwanie i objawianie się sił czarownych otoczone jest wielką tajemnicą. O wielkich
poczynaczach, takich co byli wieszczunami, tyle wiadomo, że długo wędrowali po puszczach,
nypali po zaklętych komorach. Między poczynaczami są dobrzy, może święci ludzie, a są
na pewno i czartowscy. Inny jest wieszczun, co zna przyszłość, co może samym spojrzeniem
uzdrowić, a inny molfar, co samą myślą i czarownym działaniem niszczy i zamęcza.
Dawniej bywały całe groźne i zacięte wojny między samymi przemównikami,
poczynaczami i czarownikami, nie o jakąś korzyść prowadzone, ani nawet nie tyle
dla odwrócenia szkody, co dla sławy, dla pokazania swej siły czarodziejskiej, dla pokonania
przeciwnika. Między tymi wojownikami czarodziejskimi bywali ludzie oględni, a nawet
rycerscy. Ale bywali i tacy, co nie cofali się przed żadnym sposobem, choćby jak
czortowskim. Nieraz po zaciętej długoletniej walce, jeden przemównik zegnał ze świata
drugiego jakąś nieznaną straszną chorobą. To jednak pewne, że żaden z nich nie używał ani
topora, ani strzelby, ani trucizny, słowem, żadnych innych sposobów oprócz duchowych.
Przeto niejeden taki, co świadomie i umyślnie posługiwał się czortami i sposobami
czortowskimi i przez to miał na sumieniu śmierć przeciwnika, poszedł po śmierci do wnętrza
Czarnohory i dotąd pewnie tam pokutuje, dźwiga na plecach lód z jezior czarnohorskich,
gdy słudzy cesarza gromowego każą mu sypać grad na ziemię.
I nie dość tego. Choćby ktoś wcale nie mieszał się do walk takich siłaczy, molfaryzłoczyńcy, czarodzieje, czarodziejnice i wiedźmy - poddani złemu od urodzenia, czy też
z własnej woli i ochoty - czyhają nań, nie próżnują. Zaprzęgają wszystkie moce do służby,
zyskują wśród nich sprzymierzeńców. Wciąż nasyłają złe prądy, choroby, szkody. Postępują
nieraz z siłami czarownymi i z własnymi darami tak jak ci ludzie, zwani cywilizowanymi, co
owładnąwszy siłami przyrody używają ich dla męczenia i niszczenia innych. Molfary czynią
to za jakąś drobną obrazę, z zemsty za czyjeś niedopatrzenie, czasem dla jakiejś drobnej
nawet korzyści, i na to, by tamten się wykupił, a „cywilizowani” nawet bez tego. Nie mamy
dokładnych dowodów, że huculscy molfary nasyłali naprawdę duchowym sposobem na ludzi
męczarnie i śmierć straszną. Ale to jedno poznali górscy ludzie, że jeśli istnieją molfary,
najgroźniejszą zbrodnią jest zbrodnia duchowa, jest ściśnienie, skupienie całej potęgi
ducha i woli pod komendę nienawiści, dla szkodzenia bliźnim i istotom żyjącym.
Może jest i tak, że z powodu oddalenia osiedli wiele wrogości pozostaje tylko
w zamysłach i w zamiarach? Może przy spotkaniu przeciwników rozgorzałyby w wielką
groźną zwadę, wybuchnęły srodze? A ta wiara czy wiedza o molfarach pokazuje, jak wiele
złych i wrogich uczuć trwa i działa dalej, chociaż nie wyładowane, chociaż zduszone.
52
Gdy molfar lalce drewnianej lub glinianej, przedstawiającej jego przeciwnika (albo jego
krowę) - a zawierającej włosy lub cząstki ubrania wroga - wbije szpilki lub kołki w język,
przeciwnik choruje na język albo oniemieje, gdy wbija w głowę - szaleje, gdy w oko ślepnie, gdy kładzie lalkę do komina - wróg schnie i ginie powoli. Czasem robi to jeszcze
inaczej. „Zwiąże” w „jakiś” sposób - myślami i czarami - jakieś zwierzę z wrogiem. Chwyta
np. wiewiórkę i zadaje jej męki lub powoli zabija ją. To jest najpewniejszy sposób męczenia.
Molfar nasyca się męką wroga.
Chociaż molfarowi wszystkie prawie zamiary ziszczają się jakby we śnie, zwłaszcza
wobec ludzi bezbronnych, nie przeczuwających napaści, chociaż każde niemal życzenie złe
staje się rzeczywistością jak u dzieci, jednak musi się napracować niezmiernie, natężyć się,
by tak skupić złość i nienawiść jak strzałę gromową. Molfary różne sztuki znają, różne
choroby nasyłają, przeróżną władają mocą, by „obcęgami szczypać i łupać, kazić, wykręcać,
morzyć, rozpinać i palce naciągać”, jak rzecze przemówka. Molfary mają klucze od skrzynki
z męczarniami. Pośród ciemnej zachmurzonej nocy, o północy lecą te strzały zawzięcie,
niestrudzenie szukają po chatach, po kolibach, po lasach i połoninach swej ofiary, zdzierają
z niej zdrowie i szczęście, jakby łupiły skórę z żywego, naładowują na nią brzemiona trosk
i mąk. Oprócz samego molfara grzesznego, nikt, nikt nie może wiedzieć, ile cierpień
i męczarni zostało zadane z umysłu. Jeśliby nawet zdarzyło się, że molfarowi nie udały się
niektóre praktyki, nawet jeśli to wszystko nieprawda, to pozostaje on najgorszym mordercą,
odciętym od wspólności z życiem ludzi i zwierząt, zdziczałym fłudowatym upioremwilczyskiem w ludzkiej skórze. Byłoby niepojęte, gdyby Bóg i Słoneczko chcieli mu to
wybaczyć.
Z gospodarstwem i z życiem dawnym odmienne od dzisiejszych były związane
wyobrażenia o dobrym i złym. Dla ludzi dawnych własność gruntu nigdy nie była określona
zbyt ściśle. Na połoninach i pustkowiach cały świat należał do samotnika i śmiałka, co się
tam wdarł pierwszy, czy inni to uznali czy nie. A jeśli uznali, to co z tego? Niejeden nie mógł
obejść swego „własnego” lasu, a mądry samotny człek i tak wiedział, że nie zabierze tego
ze sobą. Zresztą las i tak był „Boży” z pierwowieku. I powinien być Boży. Dopiero
panowie przyszli tu, kiedy inni już utorowali drogę, pozagradzali i pozabierali co nie ich
albo wyszachrowali od wójtów zdradzieckich stare patenty. Dlatego to i dotąd nikt nie chce
uznać własności zwierzyny leśnej. O dawnej namiętności darzenia, o gościnności dawnej
serdecznej, wylewnej jakby z bajki, różne wieści i historie opowiadają. Także w czasie
głodów, w czasie kryzysów ci, co mieli coś jeszcze, całymi dniami naprawdę z uszczerbkiem
dla siebie, a trudząc się niemało, karmili ludzi głodnych, choćby i nieznajomych.
O bijatykach, pojedynkach, rąbaniu głów i kości wiadomo, że tego nigdy bardzo za złe
nie miano. Tylko zawziętość w zwadzie jest zła, ale nie sama zwada. Byleby się pojednali
ludzie w końcu według obyczaju, to wtedy i złość znikała. A co z przypadku w bójce się
zdarzyło, to właśnie z przypadku. Kradzieży drobnych rzeczy, nie bardzo potrzebnych
do życia, nie brał sobie nikt zbytnio do serca ani nie uważał za grzech. Ale kradzież krowy,
to już grzech taki jak porwanie dziecka od matki. Za grzeszną bardzo i godną pogardy
uważano kradzież w czasie pielgrzymek i wędrówek cerkiewnych.
Lecz największy grzech, to krzywdzenie bydląt, a czarodziejska kradzież mleka, której
dopuszczają się właśnie molfary i wiedźmy-wydojnice, co to czasem doją krowę z daleka, tak
że krew cieknie z wymion, to grzech nad grzechy. Sam Pan Jezus, gdy usłyszy ryczące
i płaczące krówki-błahunki, schodzi na ziemię, by je pocieszyć. I wszystkie istoty bezbronne
taką krzywdą dotknięte! Przychodzi wraz ze świętym Jurijkiem, słuchają, skąd płyną jęki,
słuchają westchnień bolesnych. Tam idą i razem zwalniają od czarów złych modlitwąprzemówką, dobrym słowem, czerpanym z wody. A czemuż tak się trudzą? Bo bezbronność
zwierząt, to Boża próba. Próba, czy świat potrafi żyć samą przyjaźnią i jak długo.
A któż inny troska się o to, jak nie sam Jezus, co tu na ziemi bezbronny był jak jagnię,
łaskawy jak źrebiątko, czuły dla świata jak krówka dla cieląt... A molfar taki, co z zasadzki
53
ukrytej nasyła męki bezbronnemu bydlątku, taki wróg wyzywa moce święte, że schodzą
na ziemię.
Ale z ludzi któż odnajdzie molfara samego? Takie zbrodnie właśnie pozostają w ukryciu.
Ciemna, nieprzenikniona dusza ludzka. Wiedzą o tym ludzie samotni.
Jedna rzecz przecież, co stanowi korzeń grzechu molfarskiego, jest także jedyną cnotą
molfara: to hardość i pycha górska. O czarownikach tamtędy na dołach opowiadają, że gdzieś
na Łysej Górze w święto czortowskie czortu biją czołem, a o wiedźmach, nawet o paniach
mówią, że dokładnie tyłek czortowski wycałowują, jakby muchy lizały miskę po miodzie.
Tfu! To dopiero śmiech i obrzydzenie dla molfara górskiego! On tak powiada: „Tu na ziemi
moje królowanie, moje rozkazywanie. Ja czortem pomiatam, ja nim podłogi szoruję i stajnie
czyszczę, ja nim tyły i podogonia końskie do glancu pucuję! A jak będę mu musiał odsłużyć,
to prędzej niech mi wątrobę szczypcami rozpalonymi rozedrze, niech mi w gardle watrę
smolną rozpali, niżby mógł czołobitność wycisnąć od duszy, choć i molfarskiej, ałe hardej chrześcijańskiej!”
Za taką dumę coś niecoś ludzie górscy skłonni wybaczyć molfarowi.
ŚWIADECTWO FOKI
Wiekowy dziad, wieszczun gromowy często gadał sam do siebie, czasami sobie śpiewał,
a czasem, co prawda rzadko, zapominał się i szeptał w jakimś języku niezrozumiałym,
którego nigdy nie słyszałem. Bo główna nauka lirników, to był tajny język. Z tego właśnie
języka zdawali młodsi ślepcy egzamin przed sejmem lirnickim, także potajemnie.
Bez egzaminu tego nikt nie mógł być towarzyszem bractwa ani do wiary lirniczej należeć.
I takiemu śpiewać nie pozwalano. Ale to bywało na dołach tylko - tak dziad gromowy
wspominał - i to bardzo dawno.
I trzymał ten starzec zwierzęta oswojone, całe gospodarstwo lasowe: lisy, łasiczki, sarny,
sowy, kanie. A najwięcej gadów przeróżnych. Bardzo do nich przygadywać lubił, a umiał.
Cały ten świat - powiadał gromownik - to wielka księga. A tamten świat i dusza
człowiecza, to granie, muzyka. Widzący wieszczun męczy się, odgaduje, odczytuje,
a niewidomy nawet nie potrzebuje tego i zna więcej, bo wszystko mu gra, wyśpiewuje samo.
To pismo światowe pozakręcane, bardzo ciężkie. A czasem umyślnie na wywrót napisane,
aby coś przeciwnego wyczytał jakiś taki ciekawski człeczyna. Bo ono dla świadomych tylko,
dla tych, do których przyszło wezwanie niebiesne. Na obliczu człowieka wypisane jego myśli,
jego chęci, dobro i grzech, to, czego chce. A na dłoni - dziedzictwo, dola: chce czy nie chce,
tak jest i będzie. Kwiaty i zioła o ziemi wypisują, o glebie, jaka jest, była albo będzie. Wody
o wnętrzu ziemi opowiadają, a także wypisują na skałach, na brzegach, na urwiskach
i na dnie też. Ale czytaj tylko pilnie, wnikaj w to, synku! I to tylko, co odczytasz, co w głowie
twojej odpisane z księgi światowej i co w uszach twoich ze światowej gry pozbierane, tym
możesz kierować, przemawiać i innych prowadzić, nie rozkazywać, lecz ciągnąć z głębi,
dźwigać do góry.
l jeszcze tak mówił starzec o graniu:
Watra dymem wylatuje, szuka sobie po górach drugiej waterki-siostrzycy. Ale też z daleka
dopytuje się, śpiewa do niej, przemawia i szepce.
Ano posłuchaj: wiedzieć będziesz, co gdzie komu pisane, co komu grozi, co zrobić przeciw
temu. Wszystko ci te watry w rozhoworach wyśpiewają, wyszepcą.
Wiatr gada albo raduje się, trembitami rozbrzmiewa albo kwili i skrzydłami bije,
i w bębny wali, do boju wyzywa. Wiatrów jest dużo, różne są. Kraśny bywa ten wiosenny
młodzik, junak. Śmieje się, skoczy koniem z połoniny na połoninę, kopnie Lodową Babę
Eudokię, bardką dorębie i zaraz ciepło. A wyśpiewuje, jakby sto cerkwi pełnych śpiewało
i jakby na każdej górze cerkiew. Wyśpiewuje nowe życie trawom, kwiatom, ptaszętom
i dychaniu różnemu. A wiatr zimowy suchożebry sześcioskrzydły puszczołomiec: stadami
54
konie mroźne wypędza, goni przed siebie, puszcze tratuje. A nocami o grobach wszystkich
zawodzi i o tym, co się w nich dzieje-nie dzieje. I jakie to groby będą nowe. Nasłuchałem się
go, a dawniej ciężko sercu było słuchać.
Wiatry, to najstarsze lirniki-muzykanty, jako my wędrowne włóczęgi. Lecą przed siebie
kudłate, rozczochrane, niewidome, ale świadome. I jak dla liry, muzyki Bożej, nie ma zakazu,
nie ma postu, tak nie ma i dla nich. Zawsze im grać wolno. I grają chętnie. A zawsze jest
komu słuchać. Boć to i duchy puszczowe, i niauki źródlane z połonin, i Dido kosmaty,
wychylają się z puszczy, wychylają się z traw, wychylają się z wody, słuchają wieści-powieści
wiatrowej, nasłuchać się nie mogą.
Wędrował-jeśm i ja - prawił dziad - jako ci bujni wiatrowie. A potem już inne słowo
do mnie przyszło. Dziad-lirnik zawsze wie, co ma śpiewać, kiedy pieśń jaką ma skończyć,
a inną zacząć. I ja hen, na dołach, na polach-podolach, w jarach, na stepach szerokich,
przed wielkimi roki zakończyłem pieśń moją lirnicką. Zawodzenie nad chęcią człowieka,
że słabsza od pyłu bodiaków na wietrze, i nad dolą człowieczą, że żałośniejsza niż trawa
spalona. Te dumy gorzkie, dumy pokorne skończyłem, przerwałem, I tam-jeśm, gdzieś
na stepie, bractwo moje, którego ojcem wierchowym byłem, zostawił. Przecie chodzili
do mnie bracia starcy ślepi, dreptali, kijami stukając, aż tutaj na wierch. Ciągnęli rzędem
ślepym, jak dzikie gęsi, co już nie odlecą. Przychodzili, by sejmować po dziadowsku, grać
i płakać nad dolą światową. A jam ich pocieszał, opamiętywał twardo. Przecie z płaczem
wracali, męczyli się zanadto pamięcią dziadowską. A potem, oho! chodzić już przestali.
A dziad sam tu pozostał, z gromami tylko. A śmierć coś na mnie nie ciekawa.
Tu usłyszałem pieśń gromową. Nie znalem jej przedtem, a to właśnie było słowo światowe,
co zwało mnie tędy na wierchy, ot tu pod chmury. Śpiewał-jeśm nieraz ja i brać moja lirnicka
starecka o Chmielu tym, co z człeczyny w poniewierce na lwa wyrósł. Sam czoło stawił
wszystkim panom gwałtownikom. Wypędził ich, zgniótł, zgasił, w wodach pogrążył okrutnych.
Śpiewałem też o Hetmanie, o tym skrzydlatym, co od Turków piersią starcowską dziatwę
chrześcijańską zasłonił, a głowę bialutką, do królowania pomazaną, pod szable krzywe
położył. Otóż i do mnie przyszły te głosy, że lew tu potrzebny i orzeł hospodni na borbę
z nawałą gromową, z tą wiarą gromową. Dzieciątko Boże rączkami malutkimi mnie,
stuletniego blisko, ujęło, naszeptało.
Foka przyznawał się dziedzicowi, że włosy jeżyły mu się na głowie, gdy oglądał
poczynacza wówczas, kiedy zbierały się chmury gromowe i gradowe. Pełzły zza wierchów,
a dudnienie i ryk gromów rozbijały się dalami. Wówczas dziad z twarzą wykrzywioną,
z ustami półotwartymi, jak orzeł, co upatrzywszy zdobycz dziób otwiera, patrzył - ślepymi
oczyma - w stronę chmur. Gotów do skoku, wychylając przez oparkanienie ganeczku wielką
głowę z białymi kudłami. Wyklinał szeptem, czasem wyrzucał groźby.
- A gdy słuchały go chmury gradowe i tucze gromowe, nie tylko mnie chłopczynę
i zwyczajnego chrześcijanina, także starców bywałych, naprzód lęk przysypywał, potem
odchodził, a w końcu otucha w duszę wstępowała. Serce radowało się, burze niestraszne
były, bo widział niejeden, co człowiek może i co nasza wiara potrafi, jeśli zna pismo
światowe i granie światowe słyszy.
Nas wszystkich dziad świadomy pouczał o tajemniczym cesarzu żelaznym, co to
w basztach skalnych i komorach, za skalnymi murami, zaworami skalnymi się zamyka,
a uczłowieczyć się nie chce. I jak gazda z gazdami, choć i król, słowem dobrym na świętą
wieczerzę proszony, pojednać się nie chce. Łakomy tylko tego, by deptać karki i chaty
człowiecze, pola i chudobę gradami niszczyć, piorunami razić, gromowiskiem ogłuszać.
Dlatego powiadał dziad:
To samo słowo, słowo pojednania narodzone na Wieczór Święty ma moc przeciw
królowi, gdy hardością się pyszni, gdy poniewierać, na proch spalać chce ludzkie kości.
Bo nie masz większej siły jak drzwi chaty na oścież otwarte całemu światu na Święty
Wieczór, gdy Dziecię Boże do świata całego rączki wyciąga. Jednak należy się każdemu
55
honor i cześć, niechaj więc gazda, bratając się w Święty Wieczór z całym światem
podniebnym, do króla mocnego, do cesarza gromowego tak przemawia:
„Przyjdź królu czcigodny na Wieczór Święty. Rozgość się u nas, bądź łaskaw władco!
Czemnie się kłaniam sile twej, twym ludom, ludom gromowym, gradowym, twym rycerzom,
twym wodzom-panom i twej drużynie. Bo ponad nas wszystkich jest siła większa, świętsza,
co dziś się rodzi i światło rozsiewa. Cesarzu, łaskaw przyjdź, razem z nami ją pochwal.”
Ale co wówczas robi cesarz gromowy? Zamyka się w okrutnych zamczyskach, zaryglowuje
się, głuchy na słowo święte, w moc pioruna dufny i w harmaty gradowe. A wyjeżdża dopiero,
gdy bukowiny się zazielenią, gdy pola w kwiatach, gdy łany kosy rozplotą. Z całą potęgą
rusza, zniszczeniem grozi na to, aby ukorzyli się przed nim ludzie, aby za Boga go uznali.
Gramoli się jak niedźwiedź czarny, tętni wraz z całym wojskiem żelaznym, dudni hufami,
szeregami koni żelaznych, o żelaznych rzędach, żelaznych tarnicach, uzdach i czaprakach
żelaznych.
On-cesarz na wronym koniu ciężkim, ciemny, ponury, łyskaniem opasany, berła
skinieniem rozkazuje. Na zdeptanie ziemi i na pogardzenie świętości sprzysiągł się wielką
przysięgą gromową. Wokół niego wojewody gromowi, tuczowi bojary, jego synkowie, wnuki,
krewniaki żelazni. Na przedzie zaś z gromowych krain skalnych zebrana muzyka wojenna:
gromowi dudziarze, trembitarze, skrzypki i cymbaliści gromowi przygrywają do boju przeciw
gazdostwom ludzkim, przeciw wszelkiej pasznicy, wszelkiej zwierzynie. Cesarz pyszniewzgardliwie berłem błyśnie, wskaże na domostwa i pola. I zaraz zaczną gromami razić czarne
wojska, lodami ostrymi zasypywać, ranić, liście obdzierać, pola tratować, chaty łamać
i wywracać.
A wtedy gazdowie-synkowie Boży wspominajcie! To słowo wysoko nieście ku chmurom!
(Ilekroć wypowiadał zaklęcia ślepiec wielikański, wstawał, ręce przed siebie wyciągał,
głowę do góry wznosił i bardzo wyraźnie szeptał:)
„Chwała wysokościom i głębinom świętym. Chwała gwiazdom-organom niebiesnym.
A mir, pokój dobrej woli, trawom ziemskim, chatom, trembitom, fłojerom i sercom.”
To słowo miłowaniem ogromnym wszystkie twory ogarnie.
To słowo strąci w bezwieści, w przepaście światowe wojska żelazne, wszystkie hufce
piorunowe.
Chwytaj, cesarzu wraży, swój miecz ognisty, zmykaj, czepiaj się siodeł i strzemion
żelaznych, uciekaj! Ja słowem zbrojny daję tobie drogę, w przepaści, w bezwieści, ku lodom
bezkresnym, ku morzom bezdennym. Tam szukaj sobie sławy, ze smokami wojuj, pałace
smakowe dobywaj!
Gdy zaś nie ustąpią zastępy wraże, wzywając świętych znanych i nieznanych, dobądźcie
z głębi zaklęcia słowo niewypowiedziane, najświętsze, u każdego inne. Zatrzymajcie,
spętajcie, zduście pętlami za szyję wojska gromowe! Aż giną, jęczą, o łaską proszą... Tak
niechaj czynią-poczynają gazdowie. Na chwałę Dzieciątka z gwiazd, w Jego imieniu,
na cześć Narodzenia Świętego.
***
I ten wieszczun i inni - tłumaczył Foka - dali nam zrozumienie, że nie kto inny, a właśnie
święci posłańcy, robotnicy Boży, gazdowie tak łagodni jak gwiazdy co nam świecą, świat
urządzają, porządkują, i uczą, ład i krasę tworzą. Nie moce gwałtowne, choćby nie wiem
jak potężne. A dzieciątka Boże tańce wiodą radośnie i świat nimi weselą, serca mu dodają.
Dawniej, bardzo dawno - tak przekazują starzy - kłaniali się ludzie gromom, padali plackiem
na twarz przed piorunem, za Boga go mieli. Ale ci światłem z niebios oświeceni, ojcowie
nasi, nauczyli już nas z dawien dawna, że nie przemocy pokłonić się należy. Tak to,
przyjacielu mój, od świadomego człowieka, pieśniarza, od śpiewaków Bożych mamy
to przekazanie, żeby raczej piorunom dać się roztrzaskać niż przemocy ciemnej się pokłonić.
To jest prawo nasze wierchowińskie, prawda starowieku.
56
Joanna Tokarska-Bakir
Vincenz i Tischner, czyli "poszerzanie serca"
Czy są na sali etnografowie? Pełnoletni? Więc czytam: "Huculszczyzna była skarbem
etnograficznym, którego ukazanie w świetle dziennym zaćmiłoby "Tristes tropiques" i cały
strukturalistyczny bełkot Lévi-Straussa. Nikt jednak z polskich etnografów [w porę] tym się nie
zainteresował".
Gdy Jerzy Stempowski pisał te słowa, strukturalizm zdawał się ostatnim krzykiem mody. Dziś
wiemy, że był raczej trzaśnięciem drzwiami - domknięciem epoki, która ani Huculszczyzny,
ani Stanisława Vincenza rozpoznać nie mogła. "Nie zawsze jest winą książki, drogi czytelniku,
gdy uderzywszy o głowę, usłyszysz dźwięk pusty" (Adolf Nowaczyński).
Trzy zagadki
Tradycja panegiryków w Polsce jest bardzo stara. Czy można wygłosić orację na cześć Stanisława
Vincenza i uniknąć panegiryku? "Bezpiecznie nic nie twierdzić na pewno, lepiej zaczekać" (PS 55).
Może rozpocząć od zagadek? Zagadka, szczególnie ta, której się nie objaśnia, pozwoli powiedzieć
co trzeba, i ustrzec się panegiryku.
Zagadka pierwsza: na kim mógłby wzorować się Bóg Ojciec, gdyby zechciał być do kogoś
podobny, i co my byśmy z tego mieli? (1)
Druga: komu Stanisław Thugutt przepowiadał, że będzie jak Radziwiłł w jedwabnym chałacie
i białych pończochach zasiadać do stołu z dwunastoma rabinami?
Trzecia: za kim pewien galicyjski rabin agitował: "Trzymajcie te wariaty, une są potrzebne!"?
Czwarta: o kim napisano: "Istnieją ludzie, którzy jawnie żadnej władzy nie sprawują, ale w ukryciu
rządzą pokoleniem"? (2)
Stanisław Vincenz znał się na zagadkach, ale nie usiłował ich przechytrzyć. Na pytanie "czy Bóg
istnieje" odpowiadał: "Bóg istnieje bardziej niż ja", ale zaraz dodawał: "Bóg daje nam zagadki, które
trudno zgadnąć. Ja na przykład nie mogę zrozumieć zagadki wojennej, na co ta cała wojna była,
z mordowaniem tylu niewinnych ludzi". W tej niewiedzy co do boskich intencji Vincenz wzorował się
na huculskich diabełkach - szczeznykach, świadkach wielkiego głodu na Wierchowynie, które "cicho,
grzecznie wcale", pytały: "dlaczego wasz Bóg pozwala na to wszystko?" (PS 435).
U swoich greckich źródeł określona mianem próblema, zagadka początkowo była rozumiana jako
"przeszkoda, coś rzuconego pod nogi", dopiero potem stała się "sformułowaniem do dociekania,
dialektycznym pytaniem, które rozpoczyna dyskusję". W wersji Vincenzowskiej zagadka została
pozbawiona przymusu objaśnienia i oczyszczona z wrogości, którą zabarwił ją Sfinks, zadający
pytania Edypowi.
Vincenz uczył zaczynać od zagadek, ale odpowiadać radził nie za wszelką cenę.
W odpowiedzi nie spieszyć się - majemo czies!
Mówić prawdę, ale patrzeć końca, bo "z wszystkiego, co żywe, zbawienie wyrosnąć może.
Zniszczenie też" ("Barwinkowy wianek", s. 405)
Nie oszukiwać, ale i nie dawać się oszukać.
Dawać wybór, unikać dowodów. Perswadować.
Skąd wziął się Stanisław Vincenz?
Nie wiadomo. Wszystkie genealogie ustalone, żadna tego nie wyjaśnia. Stanisław Vincenz jest jak
niespodzianka u Heraklita - "Kto nie spodziewa się niespodzianki, nie znajdzie jej. Żadna droga do
niej nie prowadzi". "Szeroka słowiańska twarz, łysa czaszka w okolu siwych kosmyków, ręce
rozłożone w geście powitania. Szlachcic polski na progu swego domu" (Czesław Miłosz,
"La Combe").
"Ale odmienny od "narodowej" sztancy, bo szlachcic kresowy" - dopowiada Miłoszowi Kot
Jeleński, też częsty bywalec u Vincenzów - "wierny temu, co JEST, mędrzec, który "nigdy nie był
wygnany"". I znów Miłosz: "Szaleni szlachcice [kresowi], zrośnięci z niepolską etnicznie glebą,
górowali w jakiś sposób nad swymi pobratymcami z Królestwa Polskiego. Vincenz, zukrainszczały
i zżydziały dokładnie w tym stopniu, jaki jest niezbędny, by w jego osobie dokonał się stop trzech
pierwiastków jego ojczyzny (...), kiedy chce ująć coś dobitnym, ludowym zwrotem, używa
ukraińskiego. W swoich medytacjach nad Samaelem, czyli Złym, zapuszcza się w przerażające głębie
dialektyki żydowskich bałagułów spod Kosowa (...). I nagle z polskiego szlachcica wyziera ktoś inny:
57
cadyk w huculskim kożuchu". Ktoś, kto na wieść o tym, że pobożna znajoma powierzyła go św.
Teresie z Lisieux, z całą naturalnością odpowiadał: "mnie może najwięcej strzeże to, że w Słobodzie
był Baal Szem Tow". Jeśli wierzyć Platonowi, że w niebie idei wszystkie rzeczy mają swoje
odwieczne modele, na długo zanim powstała Fundacja Pogranicze, Stanisław Vincenz zasiadał już
w jej niewidzialnej radzie nadzorczej. "Narody nie muszą mieć i nie mają granic twardych - zanotował
w roku 1938. - Wchodzą jedne w drugie. Przesiąkają, przechodzą stopniowo jedne w drugie".
To właśnie u Vincenza, drugiego po Mickiewiczu, odsłania się ta inna Polska, w której matką
polskiego wieszcza może być Żydówka, w której żydowski dopływ polskości docenia się jako siłę,
"lampę we krwi". Zaraz po wojnie Vincenz ciskał się, czytając to, co wypisywano o jego Kresach:
"Jeśli piszą o Lwowie, to żeby fałszować. Polacy, że polski (...) Ukraińcy fałszują, że ukraiński. (...)
Żydzi nie lubią wspominać, że byli spolszczeni". Pisarz, zżydziały w równym stopniu, jak jego
żydowscy rozmówcy byli spolonizowani, uparcie równoważył obrazek żydowskiego chłopca, który
stoi pod murem cmentarnym "jakby zaklęty przez czar modlitw chrześcijańskich" ("Spotkanie
z chasydami"), obrazkiem małego Stasia, wspinającego się w Jom Kippur ku rozjarzonym oknom
bóżnicy nad Czeremoszem. Z powodzeniem mógłby też sam wypowiedzieć słowa, które przytacza
wplecione w następującą opowieść: "W czasie uchodźczego pobytu na Węgrzech poznałem młodego
chasyda [Ziębę], rodem z Węgier, który spędził kilka lat w szkole rabinackiej w Polsce, u znanego
rabina Rokacha w Bełzie. (...) Zięba w czasie ukrywania się i podczas oblężenia Budapesztu namiętnie
oddawał się lekturze. "Najwięcej mnie pociąga literatura rosyjska i literatura polska; rosyjska Dostojewski i Tołstoj, to sprawy ludzkie, - a polska, to sprawy religijne". "A któreż to dzieła
z literatury polskiej?" - zapytałem. Zięba wyliczał bez zająknienia: "Wielki Megid, słowa samego Baal
Szem Towa, Mendel z Witebska, Nachman z Bracławia i inni". Jak niezrozumiały jest dziś ten wywód
o przynależności języków żydowskich do polskiej tradycji kulturalnej, do życiowej i religijnej
przestrzeni Rzeczypospolitej. Jak wyjałowiona, wytrzebiona, wyzuta z siebie samej została ta tradycja
i sama idea Rzeczypospolitej, skoro poza garstką ludzi pogranicza nikt o podobnym dopływie wciąż
nie chce dziś pamiętać. (3)
"W poszyrzonym sercu"
Ze swoją "dawnością" (4), "poszyrzonym sercem", Vincenz ciągle nas wyprzedza. Ktoś, kto
wszędzie dostrzegał zagadki, nie dostrzegł zagadki, jaką był sam. Skąd, po wiekach jałowego
rozdzielenia, ten ktoś wiedział, że intelekt i mądrość, rozum i serce, są do siebie przypisane,
od początku sobie przeznaczone? Zanim domyślił się tego ktokolwiek inny z jego pokolenia, Ateny
i Jerozolima, Heidelberg i Berdyczów, upchnięte w jego "poszyrzonym sercu", dawno były u siebie.
Pogodziła je Vincenzowska gawęda: "niby to poddana niezgrabności i powtarzankom typowym
dla ludowego gawędziarstwa, gdyż przeważnie głos zabierają [tu] woźnice, wędrowni kramarze,
pasterze lub myśliwi - atakuje [ona] jakby od tyłu współczesną racjonalistyczną arogancję, oblega inną
sferę duszy, zastępuje dowód - tajemnicą, pewność - pytaniem, i odwraca wszystkie wartości:
Błogosławieni ubodzy duchem" (Jeanne Hersch). Krytykując swoje pokolenie, które "wartości
Berdyczowa i Ger mierzyło kryteriami Paryża i Heidelbergu" (Heschel), Vincenz cierpliwie budował
przeprawę powrotną. Ale celem nie był powrót, tylko swobodne przejście tam i z powrotem.
Jak Platon nie wychylał nosa poza dialogi i listy, tak i on nie wychodził poza gawędę. Nie znosił
"mandatorstwa". Nie chciał trafiać do wszystkich, ale do każdego z osobna. Apelował nie do uczuć,
a do przeczuć. To nie nauka, choć taka mogłaby być i nauka. I nie etyka. Jego sztuka stawia
wymagania i jednej, i drugiej. Dla niektórych Vincenz zawsze był zbyt mało manichejski. Utyskiwano
na "różową mgiełkę", przez którą nie może się przebić tragizm istnienia (5). Zarzucano mu słowiańską
sielankowość, lekceważenie realności zła. "- To chyba czort? [pytali go, wskazując na demona] - Nie
[odpowiadał] (...) to ochotnik, aby za biedę swoją czorta na tronie posadzić" (PS 219). Zaprawiony
w zagadkach Vincenz nie daje się oszukać. W próbie z czortem, który "tylko takie migi pokazuje",
a chce, by cały świat mu wierzył, widać siłę jego spokojnego sceptycyzmu. "Czort to ułuda tłumaczy. - On nijaki. A chce znijaczyć świat. Chce byś się pomiął i skurczył ze strachu do samej
ziemi. Ale kto to rozpozna, temu bies, choćby nie wiem, jak sobie sadził się, rósł i nadymał pod niebo
- śmieszny" (PS 124). Zło działa wtedy jak szczepionka. Kto przejrzał czarta, brzydzi się przymusem.
Słoboda
Wolność, po ukraińsku: słoboda, wmieszała się w los Stanisława Vincenza już na samym
początku. Urodził się w Słobodzie Rungurskiej. Za Słobodą tęsknił całe życie. Gdy u schyłku życia
sprzykrzyła się mu już czużyna, znów "chciał ukryć się w Słobodzie".
58
W swoim przywiązaniu do wolności Vincenz bardzo przypomina innego górala, też filozofa, który
słobodę nazywał ślebodą, twierdził, że jest ona "sposobem istnienia dobra", i jeszcze całkiem
niedawno pisał: "To prawda, że góry tworzą górali, ale prawdą jest również, że górale tworzą góry.
Między człowiekiem i jego krajobrazem rozwija się twórcza wzajemność. Co góry mogą dać
człowiekowi? Myślę, że przede wszystkim mogą ofiarować mu wolność. Co człowiek może dać
górom? Może je zwieńczyć sztuką" (6). Vincenz i Tischner. Mała szansa, by się nawzajem czytali.
Ale rozpoznali się na pewno. Wiecują teraz wśród mgieł, słuchają, co też o nich powiastujemy.
Łączył ich serdeczny stosunek do gór, ludzi gór (opryszki!) i talent do zagadek. A także osobliwy
użytek z filozofii, która zwykle nadaje wzrokowi chłód, ale akurat ich oczy wyposażyła w ciepłą
przenikliwość. Człowieka bez pamięci, bez przywiązania do ziemi, przewrotnie nazywa się tu
"przyziemnym" (7) - to Tischner. Albo liściem na wietrze, Syroidem (to Vincenz). Ściga i przyciąga
go to, co porzucił. We własnych oczach sam-sobie-pan, wolny i usprawiedliwiony egoista,
w rzeczywistości niewolnik "ziemnej huzyci" (czyli tyłka), sługa Archijudy, "dobrodzieja niewoli"
(PS 418). Niełatwo to pojąć. Filozofia Vincenza trudna, pozakręcana. Gdyby nie polubowność, łatwo
by ją wziąć za volkizm, co "lud", "korzeń", "źródło" i "dziedzictwo" przez wszystkie przypadki
odmienia. Różnica w wolności. Pamięć, o której mówi i Vincenz, i Tischner, jest jak prawda: "nie
karmi się niewolą" ("Barwinkowy wianek" 400). I Vincenzowi, i Tischnerowi szło o to, by ludzie
dorastali do własnej przeszłości. Toteż ich perswazja dotyczyła wyłącznie "poszerzania serca",
przesuwania granic wspólnoty i pamięci. Dla Tischnera takim ideałem wspólnoty był
katolicyzm. Dla Vincenza - górska przyroda, co "przytuli a ukołysze każdy żywot: zieleń się, ciesz
się i cicho siedź (...). Nie odrzuci żadnego: zabieraj się, tyś nie nasz (...). Przeto każdy z nas nad
Czarną Rzeką, liść czy ptak, gad czy człowiek, owca lub orzeł, dalekosiężnymi oczyma przenikany
i grzany, siedzi tymczasem w zieleni i ufa. Bądź takim, jaki jesteś, jakim cię Bóg stworzył, a nie rób
nam wstydu" (PS 33).
Czytanie i pisanie
Vincenz i Tischner. Ich język, choć wypracowany, nie mizdrzy się do literatury, bo wie, że są
rzeczy ważniejsze niż literatura. "Mistrz nie troszczy się o pismo papierowe" (PS 48).
Urodzili się do rozmowy. Za Platonem, pismo mieli za grób myśli, bezbronny wobec mówienia.
Vincenz: "Taka pieśń na pulpicie położona, a choćby nawet odczytana głośno, wytrajkotana
równiutko, tak jakoś smutnie wygląda, jakby ją w trumnie nowiutkiej na sen wieczny ułożyli, a diak
w pośpiechu wieczną pamięć wybehekał" (PS 110). Jedyne wiarygodne "pismo" - światowe, górskie,
łąkowe - wypisane na twarzach ludzi i w oczach zwierząt. "Naokoło wszystko kiwa, szepce, ciągnie
nas za włosy, za ręce, za poły, aby nas przestrzec" (PS 36) - pisał Vincenz. Ale, dopowiadał mu
Tischner, "trza umieć cytać ten ślad" (SŚ 43).
W czytaniu zaś łatwo się pomylić. "Ślepota nie zwodzi, nie mami, ani nie przemienia jak mgła.
Przeciwnie, każe uparcie trzymać się swego" (PS 416). Ślepota zniekształca i odmienia charakter
pisma światowego, z dobrego słowa nieraz zrobi złe. A różnica duża: słowo dobre to "nasienie
zbawienne" (PS 229), a złe - "ziarno smokowe, posiew nieszczęścia i zbrodni" (PS 195). Mało słów
dobrych, scalających.
Vincenz i Tischner, dwaj dziwni ojcowie na rozszerzającej się pustyni, mieli takie słowa. Spisali je
w "Słowie o ślebodzie" i "Prawdzie starowieku". Czy są to słowa skuteczne, "widzące"? Ludzie tak
mówią, ale nikt wierzyć nie musi. Tylko jeśli nie uwierzy, co mu przyjdzie z opowieści?
1. Jeannne Hersch napisała, że chciałaby bardzo, żeby Bóg Ojciec był podobny do Stacha Vincenza. "Czułabym
się bezpieczna wszędzie, nie tylko w jego domu, gdzie sypiałam mocniej niż gdziekolwiek indziej".
2. Nachman z Bracławia.
3. Profesor Andrzej Vincenz zwrócił mi uwagę na książkę z lat siedemdziesiątych, "Siedemset lat polskiej myśli
filozoficznej". Można w niej znaleźć przekłady z łaciny, niemieckiego, a nawet włoskiego. Nie ma ani jednego
tekstu przełożonego z hebrajskiego czy jidysz.
4. "...ci wszyscy, których na żadnych płajach ziemskich nie spotkacie. Kości ich gdzieś nad Amurem,
albo w Alpach włoskich, w Londynie albo w Nowym Jorku, a te osoby same nie gdzie indziej, lecz po naszych
płajach właśnie się przechadzają. To nie przywidzenie żadne, dawność to nie przeszłość. Bo tak już jest, że im
dawniejszy płaj, im więcej pokoleń po nim dreptało, - lasem czy grzbietem, brzegiem czy stokiem, w opłotkach
czy połoniną - tym pewniejszy, bo tak wydrążony a gładki, że nawet w noc ciemną nie wypuści człowieka
ani konia" (PS 14).
5. Józef Czapski w przedmowie do trzeciego wydania "Na wysokiej połoninie", Londyn 1956.
6. Józef Tischner, "Góry i ludzie gór", [wstęp do:] R. Ziemak, "Tatry", Warszawa 1999.
7. Józef Tischner, "Słowo o ślebodzie. Kazania spod Turbacza 1981-1997", Kraków 2003.
59
60

Podobne dokumenty