Dodaj komentarz - Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi

Komentarze

Transkrypt

Dodaj komentarz - Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi
projekt okładki - Piotr Pasiewicz
typografia, layout okładki - Agnieszka Kowalska-Owczarek
Stale współpracują:
Piotr Gajda,
Krzysztof Kleszcz,
Katarzyna Knapik-Gawin,
Paulina Ilska,
Justyna Fruzińska,
Monika Kocot,
Joanna Rybus
Rada programowa:
Lucyna Skompska,
Małgorzat Uptas
Jerzy Jarniewicz,
Zdzisław Jaskuła,
Andrzej Strąk
Adres redakcji:
Poleski Ośrodek Sztuki
ul. Krzemieniecka 2a
94-030 Łódź
www.arterie.com.pl
[email protected]
tel. 607 932 475
Wydawca:
Stowarzyszenie
Pisarzy Polskich
- Oddział w Łodzi
Poleski Ośrodek Sztuki
w Łodzi
Druk i oprawa:
Drukarnia Perfekt s.c.
ul. Wersalska 47/75
91-212 Łódź
Nakład:
500 egz.
rys. K. Szwarc
Redakcja:
redaktor naczelny - Przemysław Owczarek - [email protected]
sekretarz redakcji - Magdalena Nowicka - [email protected]
redaktor graficzny, opr. graf. - Agnieszka Kowalska-Owczarek - [email protected]
skład i łamanie, opr. graf. - Michał Murowaniecki - [email protected]
korekta - Rafał Gawin - [email protected]
KAMPANIA
Redakcja
Dariusz Eckert
Maria Kornatowska, Magdalena Nowicka
Radosław Wiśniewski
Agata Chmiel
Maciej Gierszewski
Agnieszka Smołucha
Magda Cybulska
Robert Miniak
Dariusz Eckert
Joanna Wygnańska
Karol Franczak
Miłosz Biedrzycki
przyczółki
pojedynek snajperów
manewry okrążające
przyczółki
manewry okrążające
przyczółki
Aleksandra Zbierska
Robert Rybicki
Agnieszka Kłos
Agnieszka Kłos
Horst R. Gertler
Alim Vielitov
Rafał Bojdys
Jacek Bieleński, Piotr Gajda
Jacek Bieleński
Katarzyna Knapik-Gawin
Vedrana Rudan, Katarzyna Knapik-Gawin
Jorie Graham, Ewa Chruściel, Miłosz Biedrzycki
III FESTIWAL PULS LITERTURY
Andrzej Strąk
Piotr Nita, Paweł Łęczuk, Radosław Sączek,
Tomasz Bąk, Jakub Sajkowski,
Przemysław Witkowski, Rafał Baron,
Joanna Borzęcka, Łukasz Witkowski,
Kajetan Herdyński, Natalia Malek,
Magdalena Dąbrowska, Beniamin Maria Bukowski
Marcin Kępiński
Piotr Gajda
Paulina Ilska
Jerzy Jarniewicz, Zdzisław Jaskuła
Justyna Banaszczyk
Katarzyna Knapik-Gawin
Michał Stępniak
Małgorzata Niedziółka
Marcin Bies
Justyna Banaszczyk
Rafał Gawin, Michał Murowaniecki
Krzysztof Kleszcz
Autorzy numeru
Zrealizowano w ramach Programu Promocji Czytelnictwa
ogłoszonego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
defilada
pojedynek snajperów
przyczółki
manewry okrążające
przyczółki
program
przyczółki
manewry okrążające
Nóż w płycie
Maseczki
Co do Joty
na linii ognia
(A) tak na marginesie
1
2
4
10
18
19
20
23
25
29
34
39
44
50
51
52
54
56
57
59
61
68
73
77
86
87
96
98
102
104
106
108
110
111
112
113
114
115
116
117
128
130
132
138
145
146
147
148
150
151
152
155
157
ZWIAD
Pułapka Starzy mistrzowie, młodzi gniewni i miłoś
Starzy mistrzowie, młodzi gniewni i miłość
Niepodległość gestu II
krucjata dziecięca; iliada;
plac nieziemskiego spokoju
Lewiatan, Wartości rodzinne, Rozprzedaż
sarnina, są takie miłości, kopiec, lód - list
Krótkie historie przedmiotów
Buty
Decyzja
Przybywam z kraju, którego nie ma
Czy kochają państwo „kalających własne gniazdo”?
Wojna; W śpiewającej tankietce;
Wiadomości z września; Wiadomości z października
A zdychać wcale nie trzeba; o świcie.; Kuba Bogu
Magnes; Straszyl; (Czy myślisz, że Słowo Boże
ma ludzki wymiar?); Mierzenie
Wojna Adama
Licmansztad
W SZY
(fragment)
Łódź Podwodna
Czołg Rommla; Major kocha wojsko;
Pompowanie ziemi; Wściekły Jensen
Bo ja to jestem skurwiel. . .
Marynarze Łodzi
Miasto moje murem podzielone
Kiedy kobieta jest kurwą
Kiedy mężczyzna jest pedałem
SĄŻNIE W GŁĄB; PRZY EKSHUMOWANYM
CIELE ŚWIĘTEJ KLARY W ASYŻU; OBCY; KOCHANKOWIE;
UCIELEŚNIA
WOJNA I POKÓJ
WOJNA I POKÓJ
NOMINOWANI do Nagrody im. J. Bierezina;
wybór wierszy
Pancerni zawsze wierni, czyli socrealistyczna bajka magiczna
Hymny ołowianych żołnierzyków
Gajcy na barykadach Warszawy
Z szblą za kulisy
o wojnie
Solistki kontra chórki męskie – reportaż z pola walki
W Afganistanie wszyscy przegrali. Sapkowski niestety też
Nie jem, więc jestem
Rzecz o prowincji i jej urokach
Jak napisać, żeby się czytelnik nie zorientował
Kamień sunący po wodzie
„Tarantino poezji”?
Wajchy Gregorija. Piosenki wojenne
ZWIAD
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: „Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
Julian Tuwim, Do prostego człowieka
Wojna! Wojna! Zawsze jest jakaś Wojna. Jest świętem śmierci i ojcem wszystkich rzeczy.
Umieranie zamienia w statystykę, rodzi w okopach bohaterów i pisarzy, którzy po powrocie
do domu tracą przyjemność z polowania, jak łowca jeleni, albo chwytają za pióro, jak Céline,
Heller i inni. Literatura wodzi nas po polach, gdzie trwa Wojna na słowa – Wojna, która szczęśliwie nie przynosi śmierci, ale zbawia od tej rzeczywistej.
W niniejszym numerze nie idziemy na Wojnę, szukamy jej tropów i śladów. Wiemy, że jest
za plecami naszych rodziców, po drugiej stronie kamery, snuje się za trumną żołnierza, który
zginął w „naszym” interesie. Cieszymy się z niewinnych czasów Pokoju, kiedy smacznie śpi bestia w człowieku.
W tej kampanii tropienia wojny podejmujemy rozmaite działania. Pojedynek snajperów
to rubryka z wywiadami. Poezja, proza i dramat trwają na stanowiskach w zdobytych przyczółkach. W galerii zapraszamy na defiladę, która niebawem przerodzi się w manewry
okrążające poszczególne tematy w esejach i felietonach. Na linii ognia, w dziale recenzji,
dojdzie czasami do gwałtownej kanonady. Państwu zaś rezerwujemy najlepsze miejsca na widowni okalającej arenę i czekamy na zagrzewający okrzyk: Hurrraaa!.
Redakcja „Arterii”
rys. Krzysztof Szwarc
Dariusz Eckert
Pułapka
Szliśmy w pięciu. Jak zazwyczaj. Jura prowadził. Trzeba było sprawdzić parę punktów, obejrzeć
świat z góry, cisnąć kamieniem w dół. Mniej więcej tak sensownie można było uzasadnić ten rozkaz, ale co robić...
Podwieźli nas, dokąd mogli, dalej musieliśmy iść sami. Kamieniste ścieżki, podczas deszczu zamieniające się w strumyki, łąki usiane głazami, łachy piachu, coraz rzadsze kępy drzew...
Szliśmy luźną grupą, pozornie bez szyku, ale czujni. Chłopcy przekomarzali się, rozmawiali leniwie
o nic nie znaczących sprawach, słońce prażyło, rozpinając nam mundury. W takich chwilach zawsze
miałem wrażenie jakiegoś gigantycznego oszustwa, w którym biorą udział obie strony. Gdybyśmy
spotkali teraz patrol strony przeciwnej – nastąpiłaby jatka. Gdybyśmy spotkali pięciu chłopaków na
szlaku, przepilibyśmy do nich rakiją, nie pytając o nic... Gdybyśmy sami byli chłopakami na szlaku...
Upał był coraz większy, drzewa coraz rzadsze, szliśmy pod górę i pod słońce, bolały oczy. Bolały nogi.
Ciężki zabrał najmniejszemu Zufikowi plecak, który go przygniatał coraz niżej. Zufi oczywiście nie
skarżył się, ale przyjął pomoc Ciężkiego z wdzięcznością i obdarzył go spojrzeniem, jakby patrzył na
beczkę zimnego piwa.
Jura sugerował delikatnie, żeby się nie wygłupiać. Że przecież wiem, że ten patrol to absurd i że jak
będzie chciał pozwiedzać, to sam pójdzie, bez plecaka i tego żelastwa... Coraz bardziej się zapalał, a
chłopcy patrzyli na mnie i czekali na reakcję. Dobrze wiedziałem, czym to może się skończyć. Jeśli ja
zacznę kwestionować rozkazy oficerów, oni zaczną moje i cała sprawa się rozsypie. Nie to, żebym miał
ją za szczególnie mądrą, ale sam tu przyszedłem, na ochotnika, więc albo akceptuję reguły gry albo...
Spojrzałem ciężko na Jurę i wrzasnąłem:
– Szyk!!! Broń!!! Marszem ubezpieczonym! Ruchy!
Zadziałało. Od razu. Jak za naciśnięciem guzika. Bawiliśmy się w wojnę ze dwa kilometry pod
górę. Doszliśmy do wielkiej zacienionej ściany skalnej. Popatrzyli na mnie błagalnie. Zarządziłem
postój. Chłód był tak cudowny, że chętnie przytuliliby się do skały. Vojko znalazł w zagłębieniu,
jakby szklanej misie, wodę. To było źródełko. „Brakuje jeszcze pastereczki z warkoczem, w niebieskiej sukience...” – pomyślałem – „kraina jak z mieszczańskiego landszaftu”. Ale woda była naprawdę
cudowna.
Z mapy wynikało, że mamy dojść do wzgórza X (na szczycie ponoć miała być kaplica czy kościółek),
a później krętą ścieżką w dół, do wioski – tam miał czekać samochód. Wyglądało na to, że to już niedaleko. Poderwałem ludzi. (Z trudem).
Faktycznie. Po dwudziestu minutach ukazał się malutki kamienny kościółek. Pewnie nie miał
więcej jak sto pięćdziesiąt lat, ale był stylizowany na gotyk, małe okienka bez szyb (jak strzelnice), łukowate dębowe drzwi (trudno je wyłamać). Pokryty czerwoną dachówką (nie pali się) ładnie
kontrastował z bielą kamienia.
2
Vojko i Zufi poszli sprawdzić, czy jest bezpiecznie, po czym weszliśmy wszyscy. W środku było
miejsca może na dwadzieścia osób, nie więcej. Kamienne podwyższenie z granitowym pulpitem
dla kapłana i parę prostych ławek bez oparć. Szukałem oznak, które powiedziałyby mi, czyja
była ta świątynia. Ale na ścianach nie było ani jednej ikony, żadnej figury, napisu, tylko surowy
dębowy krzyż na ścianie za plecami kapłana – jakkolwiek by go nie nazwać. Mógł to być pop,
ksiądz czy pastor... Pomyślałem sobie, że chyba znaleźliśmy tajną kryjówkę Boga. Pewnie tu
przychodzi, kiedy już ma wszystkiego dość... Znów poczułem, że ktoś mnie tu oszukuje
– skoro mogą zbudować coś tak przejmującego, że cynikowi o mocno ambiwalentnym
stosunku do wiary chce się tu siedzieć i przychodzą do głowy myśli o Bogu... to dlaczego
wyrzynają się za kolejność ruchów przy kreśleniu krzyża…?
Nagle rozległ się potworny huk i zrobiło się ciemno. Przez chwilę nic nie słyszeliśmy, tylko pył zgrzytał w zębach. Ruszyłem niepewnie parę kroków i zobaczyłem
całą ścianę zbryzganą na czerwono...
Postać leżąca za pulpitem, prawie przecięta w pasie, to był Vojko. Mina była
pod blatem – cała siła wybuchu skierowana w jedną stronę... Jura klęczał i wpatrywał się w pocętkowaną twarz Vojka, jakby nie mógł uwierzyć.
– Co ja powiem Viesnie?... – Vojko był narzeczonym jego siostry. Reszta
zaczęła się wycofywać, uważnie przyglądając się wszystkiemu, co nas otaczało...
Vojko został obok kościółka w płytkiej mogile z kamiennym kopcem.
Spojrzałem jeszcze do wnętrza świątyni – na czerwonej od krwi ścianie biały negatyw zerwanego wybuchem krzyża...
Schodziliśmy już bez śmiechu, czujni. Chłopcy próbowali dociec kto, do kurwy nędzy, podkłada bomby w świątyni...
w dodatku nie wiadomo czyjej – prawosławnej czy katolickiej... (muzułmanów tu nigdy nie było). Absolutny bezsens zupełnie nie mieścił im się w głowach. Ciężki skończył
dociekania:
– To była pułapka na Boga...
ilustracja Remigiusz Wojaczek
3
Maria Kornatowska, Magdalena Nowicka
ii
Starzy mistrzowie, ii młodzi gniewni i miłość
z Marią Kornatowską rozmawia Magdalena Nowicka
Magdalena Nowicka: Na jakimś portalu internetowym wyczytałam, że obecnie
sprzedaje się więcej biżuterii i bibelotów
z wizerunkiem Audrey Hepburn, niż
z Marylin Monroe.
Maria Kornatowska: Ostatnio, rzeczywiście, da się zauważyć pewną skłonność
do wielbienia Audrey Hepburn jako nostalgicznego symbolu utraconego wdzięku
i lepszych manier. W najnowszym, wybitnie
postmodernistycznym filmie Almodóvara
Przerwane objęcia, Penélope Cruz chwilami
jest „robiona” pod Hepburn. A w Nowym
Jorku, w jednym z modnych sklepów widziałam reklamę stylowych dżinsów „ŕ la
Audrey”. Marylin Monroe – uosobienie
tradycyjnej seksowności – nie przystaje już
dziś do ideału kobiety postfeministycznej.
Audrey była gwiazdą innego typu i dla innej nieco widowni. Nie opatrzyła się aż tak
bardzo. Typy idoli zmieniają się, zresztą,
z biegiem czasu. Musi być ruch w interesie,
a poza tym, owe zmiany mają też, przede
wszystkim, podłoże komercyjne. Skądinąd
nie widać dziś na ulicach ani dziewcząt stylizowanych na Audrey Hepburn, ani na
Marylin Monroe. I trudno by je sobie było
wyobrazić.
M.N.: Roland Barthes w swoich Mitologiach nazwał Hepburn zdarzeniem, w przeciwieństwie do Grety Garbo, w której upatrywał raz na zawsze napisanej ikony, idei
w formie twarzy. Dlatego po czterdziestce
miała wycofać się całkowicie z życia publicznego, żeby zachować ów mit. Natomiast
Hepburn byłaby nagłym powiewem, który
4
mąci nurt rzeki. W powieści Lwa Tołstoja
wojna dominuje na pierwszym planie,
a płocha Natasza Rostowa czasem przebiega przez scenę i chowa się w kulisach.
Z kolei w filmowej Wojnie i pokoju z 1956
roku, Natasza-Audrey gra rolę primadonny. Można mieć wątpliwości, czy to jest
jeszcze obraz o wojnie z Napoleonem czy
o wojnie o kobietę.
M.K.: To wynika z ducha i stylu hollywoodzkiej adaptacji powieści Tołstoja.
Wojna jest gdzieś w tle, tworzy klimat, jest
dekoracją, po to, by można było zrealizować kilka efektownych scen batalistycznych.
I ewentualnie pokazać heroiczne postawy
bohaterów. Natomiast istotą amerykańskiej
adaptacji jest romans. Widzów nie interesował Napoleon, pewnie nie końca wiedzieli,
że w ogóle istniał i co robił, ich interesowała
wielka miłość. Ale jest też rosyjska adaptacja powieści. Dosłowna i ponura. I ta wierna
w każdym calu adaptacja skupia się, oczywiście, na wydarzeniach historycznych, a głównymi postaciami filmu nie są ani Natasza,
ani Andrej Bołkoński, ale niezbyt atrakcyjny fizycznie Pierre Bezuchow – człowiek
niepospolity, głęboki, który w pewnym sensie reprezentuje poglądy i postawę samego Tołstoja. Natomiast amerykańskim filmowcom chodziło o efektowne widowisko,
w dodatku egzotyczne, bo rosyjskie i rozgrywające się w odległym wieku XIX, kiedy
to w Rosji istniały pałace, dwory, szlachta,
kiedy urządzano bale i flirtowano w stylowych wnętrzach. Dola rosyjskiego chłopa,
spędzająca sen z oczu i sumienia Tołstoja,
nikogo nie wzruszała. Audrey Hepburn była
zaś idealnym wcieleniem lirycznej Nataszy.
W owych latach publiczność podziwiała
jeszcze dziewczęcość subtelną, zwiewną,
a ona była właśnie jej perfekcyjnym uosobieniem.
M.N.: Ale również dziewczęcości zadziornej.
M.K.: Owszem. Była, z drugiej strony, aktorką inteligentną i nie chciała, by raz na
zawsze uwięziono ją w określonym stereotypie. W Sabrinie, uroczej komedii Billy
Wildera, potrafi być przekorna i ironiczna.
Od razu widać po niej paryską edukację.
Nie porównywałabym w ogóle Hepburn
z Gretą Garbo, bo mit Grety był osobny
i jedyny w swoim rodzaju. Zasadzał się na
„niedocieczeniu” i niedostępności. Na tajemnicy, której nie sposób przeniknąć.
M.N.: Dziś chyba nie byłaby w stanie zachować swojego mitu.
M.K.: Chyba nie. Byłam akurat w Nowym
Jorku, kiedy umarła w 1990 roku. Żyła
w odosobnieniu na Manhattanie, czasami
widywano ją na ulicy lub w sklepie. Wycofała
się z kina z kilku powodów. Między innymi dlatego, gdyż miała świadomość, że jej
czas przeminął, że nie ma dla niej miejsca
w nowych typach filmów, że postacie, które
kiedyś tworzyła, wydawałyby się w nowych
czasach anachroniczne. Niepowodzenie
przyniosła jej już komedia Dwulicowa kobieta – pierwsza próba wejścia w inny rodzaj
ról. Powiedzmy sobie jednak, że w dzisiejszym kinie Audrey Hepburn też nie miałaby szans.
M.N.: Przejdźmy na polskie poletko. Na
tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów
Fabularnych w Gdyni nagrody rozdzielono między dwa obrazy: jeden z wojną
w tytule, drugi dziejący się wkrótce po
wojnie. Wojna polsko-ruska opowiada
o wojnie o kobietę, Rewers o wojnie trzech
kobiet z męskim systemem. Czy mamy do
czynienia z jakimś szczególnym momentem w polskim kinie dla motywu wojny
i dla kobiety?
M.K.: Polskie kino nieszczególnie lubi kobiety. Nie tworzy dla nich atrakcyjnych życiowych ról, nie hołubi kobiecych gwiazd
z dużym potencjałem. Zmarnowano przecież dla ekranu wybitne talenty Aleksandry
Śląskiej, Danuty Szaflarskiej, atrakcyjność
Grażyny Szapołowskiej itd. Na szczęście,
Krystyna Janda potrafiła wybić się na pełne istnienie, stanąć w jednym szeregu obok
męskich idoli naszego kina, niekiedy w cha-
Polskie kino nieszczególnie lubi kobiety.
Nie tworzy dla nich atrakcyjnych życiowych ról, nie hołubi kobiecych gwiazd
z dużym potencjałem. Zmarnowano
przecież dla ekranu wybitne talenty
Aleksandry Śląskiej, Danuty Szaflarskiej,
atrakcyjność Grażyny Szapołowskiej.
rakterze „faceta z damską twarzą”. Znalazły
się, oczywiście, wyjątki wśród polskich reżyserów. Ciekawe postaci kobiece pojawiają się
w filmach Wojciecha Hasa. Myślę choćby
o Barbarze Krafftównie w Jak być kochaną.
Nawiasem mówiąc, to moim zdaniem, najlepszy polski film o II wojnie światowej,
a Krafftówna, nagrodzona za tę rolę w Cannes, tworzy wielką dramatyczną kreację.
Postać niejednoznaczną, tragiczną, podszytą autoironią. Trzeba mieć nadzieję,
że ten przyrodzony, wynikający zapewne
z jakichś utajonych kompleksów mizoginizm naszego kina ulegnie pozytywnej
przemianie. Przeobrazi się – kto wie –
w kult kobiecości. Możliwość tę potwierdza
Rewers Borysa Lankosza – rzecz o zwycięstwie trzech mądrych i solidarnych kobiet
nad męską nikczemnością.
5
M.N.: Nie lubi pani filmów o wojnie. Dlaczego?
„organiczne”, obficie dekorowane owocami
M.K.: Jeżeli myślę o rodzimych filmach
i zieleniną. W Nowym Jorku, ostatnio, nieo wojnie, przychodzi mi na myśl Has. Jego
mal wszystko jest organiczne, ze swetrami
Jak być kochaną albo Szyfry mówią w sposób
włącznie. Lubię jeszcze lokale sieci francudojrzały o niszczącej traumie wojny, o jej psyskich restauracji Le Pain Quotidien, czyli
chicznych i emocjonalnych skutkach. Wysoko
Chleb Powszedni. Stylizowane na ludowo
też cenię, inne w charakterze i stylu, świetserwują specyficzne menu, oczywiście, też
ne filmy Andrzeja Munka: Eroikę, Zezowate
obowiązkowo organiczne. Polecam kanapki
szczęście i Pasażerkę. Natomiast sceny bataliz razowego chleba, z twarożkiem, miodem
styczne do mnie nie przemawiają.
i figami na wierzchu. Pychota! W Le Pain
M.N.: Zostawmy więc wojnę. Dzieli
Quotidien jadają najczęściej artyści i manpani życie między Łódź a Nowy York.
hattańska inteligencja, no i rzecz jasna, świaGdybyśmy prowadziły tę rozmowę w Nodomi rzeczy, zagraniczni turyści.
wym Yorku, a nie w Łodzi, jakie miejsce
M.N.: Kiedy mówi się Nowy Jork, od razu
wybrałaby pani na spotkanie?
myśli się Woody Allen.
M.K.: Jeśli chodzi o Manhattan, mam słabość
M.K.: Wcale nie gorszym piewcą Nowego
do Upper West Side i nie ukrywam tego. Na
Yorku jest Martin Scorsese. Tkwi tylko na
Zachodniej 84. Ulicy jest urocza kawiarnia
przeciwnym do Allena biegunie. Jedni wielEdgar’s Café, nazwana tak od imienia Edgara
bią Manhattan lub Annie Hall Allena, a inni
Allana Poe, który przez czas pewien na tej
Nędzne ulice lub Taksówkarza. To całkiem
właśnie ulicy mieszkał. Dla uczczenia tego
odmienne wizje Nowego Jorku, pokazujące
faktu, nieopodal, nad rzeką Hudson stoi
jego różne oblicza. Bardzo lubię Po godzijego pomnik. Na 83. Zachodniej jest z kolei
nach, mniej znany film Scorsese. Są takie
Café Lalo. Cieszy się ogromnym wzięciem
filmy, które nie będąc dziełami najwybitniejod czasu, gdy rozegrało się w niej kilka scen
szymi w dorobku danego twórcy, wyrażają
filmu Nory Ephron Masz wiadomość. Lalo
kwintesencję jego sposobu widzenia świata.
stylizowana trochę na secesję, a trochę na
To są takie specyficzne wyznania wiary. Po
art déco. Zabawna obsługa mówi z rosyjskim
godzinach to film z tego gatunku. Po trosze
akcentem. Przed wejściem,
wizja narkotyczna, po trosze
Nas
przytłacza
kompulna ulicy ustawiono udekorokoszmar senny, a wszystko rasywna potrzeba ciągłewane małymi żaróweczkami
zem wpuszczone w labirynt
go powrotu do przeszłości
drzewka, a pod nimi drewSoHo, nowojorskiej dzielnicy
i jej dylematów. Nie winiane, romantyczne ławeczki.
artystów i ekscentryków. Surdzę filmów, które trafiłyby
Można więc sobie posiedzieć
realistyczne zderzenie racjow teraźniejszość.
przed kawiarnią, jako że we
nalnego, pragmatycznego yupwnętrzu, przeważnie zatłoczonym, panuje
pisa ze światem nieprzewidywalnej
ogłuszający gwar. Na Amsterdam Avenue,
wyobraźni, przyczynowo-skutkowej low okolicy 86. Ulicy znajduje się malownicza
giki z irracjonalną grą przypadków.
knajpko-kawiarnia Popover. Jadają tu całe
Scorsese należy do miłośników twórczości
rodziny z dziećmi w różnym wieku. To jeden
Felliniego. Napisał wyjątkowo piękny tekst
z ulubionych lokali typowej inteligeno La Stradzie. W Po godzinach można się docji z West Side’u. Serwuje się jedzenie
patrzyć ciekawych podobieństw do Miasta
6
kobiet. W obydwu filmach bohater, podążając za kobietą, wchodzi do nieznanego,
obcego sobie świata i żadną miarą nie może
z niego wyjść. W obydwu filmach tymi światami władają kobiety, które najpierw uwodzą
naszych bohaterów, a potem zajadle ich ścigają i chcą zniszczyć. Kobiecość okazuje się
żywiołem groźnym, niebezpiecznym mimo
kuszących pozorów. Myślę, że do takich filmów „drugiego planu”, wyrażających samą
esencję autorskiej wizji, należy też Złoto
Wojciecha Hasa, zanurzone w atmosferze
absurdu i surrealizmu, bliskie klimatom
krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Niby
chodzi o budowę elektrowni w Turoszowie,
a robotnicy recytują wiersze Villona, krajobraz przypomina dekorację jakiegoś dziwacznego spektaklu, maszyny przywodzą na myśl
twory wyobraźni Salvadora Dali, wędrowne
aktorki rozsnuwają swoje czary, każdy kogoś
gra, a przynajmniej udaje. Jest to rzeczywistość kompletnie wymyślona, ale w jakimś
sensie prawdziwa. Rzeczywistość totalnie
odlotowa, choć wyrażająca jakąś prawdę tamtych lat.
M.N.: Has i Scorsese. To nieoczywista
para.
M.K.: Ale i nieprzypadkowa. W 2010 roku
mija dziesiąta rocznica śmierci Wojciecha
Hasa. Wspólnie ze studentami Szkoły
Filmowej chcemy przygotować specjalną
uroczystość, nieco magiczną – jakby pewnie
życzył sobie twórca ekranowego Rękopisu
znalezionego w Saragossie – i zaprosić właśnie Martina Scorsese. Jest miłośnikiem
twórczości Hasa, a zwłaszcza Rękopisu...
Przyczynił się do rekonstrukcji jego pełnej
wersji. Miasto kobiet, Rękopis..., Po godzinach łączą niewątpliwie osobliwe, sekretne, niejednoznaczne związki: labiryntową
wyobraźnię, fascynację żywiołem kobiecości.
To metafora sytuacji człowieka XX wieku.
Tomasz Bohajedyn, Czarownica, grafika
Można by jeszcze śmiało dorzucić czwarty
tytuł – Oczy szeroko zamknięte Stanleya
Kubricka.
M.N.: A co wyraża sytuację człowieka
XXI wieku? Wymieniła pani reżyserów
doświadczonych, niektórzy spośród nich
już nie żyją. Kogo by pani wyróżniła
z twórców, którzy dziś są na fali?
M.K.: Postawiłabym na nieszczególnie
młodego Michaela Haneke. Jestem pod
ogromnym wrażeniem Białej wstążki,
a wcześniej Ukrytego. Haneke to indywidualność wybitna. Artysta i zarazem człowiek myślący. Moralista niekonwencjonalny.
Próbuje dotrzeć do prawdy o nas i naszych
czasach, o rzeczywistości nieoczywistej,
niejednoznacznej, niedookreślonej, rzeczywistości, której wciąż nie możemy zrozumieć
7
ani opanować. Wysoko cenię też twórczość
braci Coen. W swoim najnowszym filmie,
A Serious Man, który krytycy brytyjscy obwołali „wydarzeniem roku”, próbują właśnie
pokazać kondycję dzisiejszego człowieka,
klasycznego reprezentanta amerykańskiej
middle class.
M.N.: Haneke, bracia Coen... Nie pada
żadne polskie nazwisko.
M.K.: Nas przytłacza kompulsywna potrzeba ciągłego powrotu do przeszłości i jej
Nasze kino obawia się tematów drażliwych, ryzykownych, kontrowersyjnych.
Władysław Pasikowski od kilku lat ma
gotowy scenariusz o Jedwabnem, ale
nie może znaleźć pieniędzy na realizację swego projektu.
dylematów. Nie widzę filmów, które trafiłyby w teraźniejszość. Na Nowojorskim
Festiwalu Filmowym oglądałam liczne filmy na temat relacji rodzinnych. Wyłaniał
się z tego niezbyt zapewne optymistyczny
obraz sytuacji psychicznej i emocjonalnej
współczesnego człowieka. Ten temat podjął
u nas odważnie Mariusz Grzegorzek, w filmie Jestem twój, opartym na sztuce kanadyjskiej autorki Judith Thompson. Grzegorzek,
indywidualność na gruncie polskiego kina,
wstrzeliwuje się w aktualny nurt kina
światowego. Podejmuje analizę „choroby
naszego wieku”: nieczułości, solipsyzmu
graniczącego niemal z autyzmem, niezdolności do autentycznego kontaktu z drugim
człowiekiem, niezdolności kochania. Jak
wyciągnąć człowieka z tego kokonu? Oto
pytanie, na które stara się odpowiedzieć
Grzegorzek.
M.N.: Wróćmy raz jeszcze do wojny, ale
już rozumianej inaczej – postmodernistycznie neoliberalnie, jako walka o swój
własny sukces. Urlich Bröckling nazywa
8
prowodyrówtej wojny ja-spółka akcyjna.
Oni inwestują w siebie i muszą być niczym
maklerzy giełdowi: kalkulować, ale zarazem podejmować ryzyko, stawiać wszystko na jedną kartę i mieć tupet. Od lat uczy
pani studentów Filmówki. Coś się zmienia
w postawach? Dominują spółki akcyjne
czy buntownicy?
M.K.: Raczej spółki akcyjne. Ciekawe, że
na wspominanym już przeze mnie nowojorskim festiwalu najbardziej „młode” były
filmy realizowane przez twórców całkiem
niemłodych. Stulatek Manoel de Oliveira,
osiemdziesiędziosiedmioletni Alain Resnais
i osiemdziesięciojednoletni Jacques Rivette
zrobili urocze, przenikliwe i na swój sposób
odkrywcze filmy o miłości w nieprzyjaznym
dla niej czasie. O grze przypadków, o roli
wyobraźni, o zwątpieniach i niepewności,
o sile wewnętrznego przekonania i sugestii.
Młodzi reżyserzy raczej unikają tego trudnego tematu, a w najlepszym razie nie mają
nic ciekawego do powiedzenia.
M.N.: Jeden z moich ukochanych filmów,
Kobieta i mężczyzna Claude’a Leloucha też
niespiesznie opowiada o niczym, o przypadku, który jednak prowadzi do powstania czegoś między bohaterami.
M.K.: Właśnie. W Nowym Jorku i krytykom, i publiczności bardzo się podobał
Tatarak Andrzeja Wajdy, opowieść o grze
przypadku i zauroczeń, o sile wyobraźni,
o miłości i śmierci. Okazuje się, że starzy mistrzowie są młodzi duchem. Rozumieją sens
uczuć. Głoszą przesłanie nadziei. W dodatku, nie obawiają się długich ujęć, intensywnych zbliżeń twarzy, niespiesznego rytmu.
Poszukują nowych rozwiązań formalnych,
niekonwencjonalnej ekspresji, oryginalnych
sposobów wypowiedzi.
M.N.: Już o nic nie muszą walczyć, nic nie
mają do stracenia.
projektu. Nie powinniśmy jednak tracić nadziei, że coś się przecież odmieni. Narodzą
się „młodzi gniewni”, pojawią się producenci
z prawdziwego zdarzenia, stawiający na filmy bardziej ambitne, poszukujące, na indywidualności niezależne, chodzące własnymi
ścieżkami, a kina wypełnią się publicznością
dojrzałą, wymagającą, oczekującą czegoś
nowego, nieznanego, jakiejś wielkiej przygody. A to wszystko – jeszcze przed końcem
świata w roku 2012.
9
ilustracja Krzysztof Szwarc
M.K.: Dlatego nie boją się ryzyka. Stać ich
na odwagę. A tej odwagi brakuje ludziom
młodym, wstępującym w szranki profesji. Wybierają tematy z różnych względów
chodliwe, formuły sprawdzone, akceptowane przez producentów i dystrybutorów.
Nie walczą o swój punkt widzenia – może
go nie mają, po prostu? Z reguły, poddają
się wymaganiom „rynku”. To zabawne odwrócenie sytuacji. Kiedyś bunt i nonkonformizm przypisywano młodemu pokoleniu
niejako z urzędu. Kalkulacja i ostrożność
przychodziły z wiekiem. Teraz wysysa się je,
zapewne, z mlekiem matki. A tyle tematów
leży odłogiem. Myślę na przykład o potrzebie demistyfikacji polskiej historii, polskiego
bohaterstwa. Francuzi mimo oporów zabrali się za swoją nie najpiękniejszą moralnie przeszłość. Dziennikarz Andrč Halimi
nakręcił przed laty dokument Chantons
sous l’occupation czyli Śpiewamy pod okupacją, pokazując, jak znane postacie francuskiego świata artystyczno-intelektualnego
uległy urokom „germańskości” i z różnych
przyczyn, na różne sposoby kolaborowały
z Niemcami. Film zaczyna się efektownym
wjazdem do Paryża reprezentacyjnych oddziałów SS, a ponieważ był to słoneczny
czerwiec, na ulicach witały je dziewczyny w powiewnych sukienkach. Najsilniej
wbiły mi się w pamięć słowa burdelmamy,
że Niemcy to byli prawdziwi mężczyźni,
dzięki nim burdele rozkwitły, a kiedy przyszli Amerykanie, to, niestety, podupadły.
W 2003 roku tenże Halimi zrobił kolejny dokument o tym, że w okresie okupacji
Francuzi wysłali na ręce Gestapo trzy miliony donosów. Nasze kino obawia się tematów drażliwych, ryzykownych, kontrowersyjnych. Władysław Pasikowski od kilku lat
ma gotowy scenariusz o Jedwabnem, ale nie
może znaleźć pieniędzy na realizację swego
Radosław Wiśniewski
Niepodległość gestu II,
czyli materiały pomocnicze do nauki o Asklopie
1.
Kiedy pisałem trzy lata temu tekst pod tytułem Niepodległość gestu1, nie sądziłem,
że najbliższa przyszłość będzie obfitowała w tak liczne produkcje sponsorowane
przez Państwo (w osobach swych licznych
instytucji, przede wszystkim Instytutu
Pamięci Narodowej i Muzeum Powstania
Warszawskiego), kreujące politykę historyczną, a z czasem coraz bardziej zbiorową mitomanię opartą o wygładzone wersje
zdarzeń. Powstańcy są zawsze uśmiechnięci, rzadko kiedy śmierdzi gówno w kanale,
a ranni umierają pogodnie i chwacko, nie
lękając się śmierci. Kilka lat temu powiedzieć, że słowo na P ma znaczenie i konotację pozytywną, wymagało pewnej odwagi. Powiedzieć, że słowo na P, na przykład
Polska, jest ważne, oznaczało ustawić się po
prawej stronie dyskursu. Ten bowiem został
rozpisany – szczególnie w sztuce, literaturze, pomiędzy szarpiące się ideologicznie
„Krytykę Polityczną” i „Frondę”. Dbałość
o impregnację na zawłaszczenie przez jakąś
opcję polityczną wymagała przemyślanego
gestu, dobrej artystycznej strategii.
Trudno też ukryć, że odgórna próba
meblowania struktur zbiorowej pamięci
mieści się w okolicach prawej strony sceny
politycznej i chociaż wygląda na skuteczną,
jest dość daleka od tego, czego oczekiwałem
od nurtu wypowiedzi artystycznych, które
nazwałem wówczas obywatelskością opartą
o tytułową niepodległość gestu. Zza pleców
zbyt wielu realizacji wyłazi nazbyt natrętny
1
Por. „Studium”, nr 2/2006.
10
i nadęty profil sponsora lub mecenasa i zlewa
się z profilem artysty, tak że czasami trudno
rozróżnić, kto jest kim. To częsty przypadek,
gdy coś, co było elitarne i samo stanowiące
– staje się powszechne, a z czasem masowe
i sowicie sponsorowane. W takim przypadku kontekst rozmowy musi się nieuchronnie
spłaszczyć, wyrównać. Upraszczać można
ładnie albo nieładnie. Mam niejasne wrażenie, że stosunek do historii, szczególnie
do historii Polski, wchodzi pomału w archetypowy i niespecjalnie ładny schemat.
W miarę jak wymierają już naprawdę ostatni uczestnicy PW44 (to modny skrót internetowy Powstania Warszawskiego i zarazem internetowy adres Muzeum Powstania
Warszawskiego), nie mówiąc już o bitwie
pod Monte Cassino, obronie Westerplatte,
Wizny czy Helu, gdy na emeryturę odchodzą uczestnicy strajków 1970, 1976, 1980
– ów nieładny schemat narasta z falą publikacji i wypowiedzi coraz młodszych komentatorów próbujących dokonać rewizji
(bo już nikogo nie będzie boleć). Najczęściej
jednak nie jest to rewizja w duchu krytycyzmu, ale jego odrzucenie. Wiedza sama
w sobie nie ewokuje krytycyzmu, to bowiem
jest domeną rozumu, którego coraz mniej
w historycznych produkcjach, więcej zaś
emocji. Zaniechaniu krytyki wobec własnej
historii towarzyszy zdecydowanie afirmatywny, chwacki i chłopacki ton mówienia o niej.
Ma to zapewne dobry skutek. Jeszcze do
niedawna wiedza o Powstaniu, Wrześniu
1939 czy innych sprawach, tych sprawach,
uchodziła za rzecz niszową, sprawność
wyższo-harcerską. Ludzie pasjonujący się
Powstania Warszawskiego – jak chociażby
tymi sprawami gościli głównie w zaułkach
konkursowa antologia komiksu na motyforów internetowych pod hasłem „historia
wach powstańczych – budzą raczej irytację
i militaria”. Wraz ze wzrostem siły takich
bliską absmakowi, podobną do zakłopotania,
zjawisk i manekinów jak „Patriotyzm Jutra”,
które odczuwam, gdy widzę w pierwszych
„polityka historyczna” rzecz przeniosła się
dniach sierpnia na ekranie telewizora grupy
dzięki sztuce i rozrywce do
imitujące atak niedoPewne jest dla późnych wnuków,
społecznego mainstreamu. że lepiej rozegrałyby całą historię zbrojnych Powstańców
I oto nagle wydaje się, że niż głupie dziadki, które nawet Warszawskich na nienie ma osoby, która by nie nie potrafiły w ferworze walki mieckie punkty opomiała zdania na zadany odróżnić „Tygrysa” od „Pantery” ru. To nie była zabawa
temat. Nieliczni demon- – o zwykłym Panzerkampfwagen w strzelanego. Źle przystracyjnie odwracają obli- IV w wersji F z kanciastą wieżyczką gotowana i nienajlepiej
cza i utyskują na komik- nie wspominając.
wykonana przez słabo
sowe, uproszczone, akademijne wersje hidowodzonych Powstańców Godzina „W”
storii, inni odpowiadają, że wreszcie można
okazała się rzezią i szokiem. Zadaję sobie
i że to nasz patriotyzm, nasz romantyzm i ci
pytanie, co jeszcze będzie podlegać rekonpowstańcy to prawie nasi koledzy z podwórstrukcji? Selekcja na rampie w Auschwitz?
ka. Wydaje się, że drogi pamięci zaczynają
A może rekonstrukcja procesu mielenia
skręcać zbyt niebezpiecznie blisko komiksu,
kości w Chełmnie nad Nerem? Gdzie jest
disco-polo, że gubi się to, co w rozmowach
ta cienka czerwona linia między wolnośo Powstaniu, Wrześniu, Listopadzie, Stycią wyrazu – na przykład artystycznego –
czniu było najważniejsze – rozumne defia szacunkiem dla źródła, dla prawdy? Pamięć
niowanie swojej tożsamości i postawy wobec
Powstania Warszawskiego jest dobrą egspraw zbiorowych. Chodziło o określenie się,
zemplifikacją, w której jak w soczewce zbiea nie napisanie alternatywnej historii, w któga się wiele fałszywych głosów i strun.
rej gubi się odpowiedzialność za dramat oraz
triumfuje radosna mądrość późnych wnu2.
ków, które wszystko wiedzą lepiej od świadWiele ostatnio ukazuje się pomocniczych
ków wydarzeń. I pewne jest dla późnych
materiałów i skryptów rocznic powszechnej
wnuków, że lepiej rozegrałyby całą historię
słuszności i wzruszenia. Skrótowo zwrócę
niż głupie dziadki, które nawet nie potrafiuwagę na kilka z nich, mniej lub bardziej
ły w ferworze walki odróżnić „Tygrysa” od
udanych, które wydają mi się charaktery„Pantery” – o zwykłym Panzerkampfwagen
styczne. Na przykład wzmiankowana anIV w wersji F z kanciastą wieżyczką nie
tologia pokonkursowa komiksów poświęwspominając. A to przecież chleb z masłem
conych Powstaniu Warszawskiemu pod
przeciętnego adepta modelarstwa w okręgotytułem Powstanie ‘44. Większość realizacji
wym ognisku miłośników plastiku imienia
młodych autorów grzeszy najczęściej proAirfixa de Hesagawa.
stactwem ujęcia, słabością kreski i ucieczką
Trudno powiedzieć coś nowego i głęw fantazmat powstania. Główna nagroda
bokiego, gdy się ma trzydzieści sekund kliprzypadła krótkiej, kilkunasto-obrazkowej
pu. Dlatego kolejne koprodukcje Muzeum
historyjce, w której Powstańcy konstruują
11
wielkiego golema, jakby rodem z gwiezdniepowstrzymany strumień myśli, wrażeń,
nych wojen, o nazwie „Husarz”, który ściera
obserwacji, świadomości, niemalże alkohosię z równie wielkim niemieckim golemem
lowy ciąg opowieści. U Pospieszalskiego jest
czy innym mechatronem o nazwie „Goliat”.
trochę skandowania i nic z tego nie zapada
Patrzą na to czerwoni kosmici z drugiego
w pamięć. Kiedy więc zobaczyłem sygnobrzegu Wisły. W innym komiksie dwóch
wane przez Pospieszalskiego i Joszka Brodę
chłopców zmusza kotka do przebiegniępiosenki Powstania Warszawskiego wykocia drogi niemieckiemu czołgowi, po czym
nywane przez dzieci, dałem sobie spokój.
czołg tknięty pechem natychmiast wybucha.
Już sam pomysł to jakby zombie-project,
W jeszcze innym w kanałach błądzą obok
patriotyczna mutacja Arki Noego. Pomysł
powstańców postaci warszawskich legend –
trafiony nie w ten płot co trzeba.
Bazyliszek, Syrenka i Złota
Nieco lepiej ma się
Kiedy więc zobaczyłem sygnoKaczka. W finale śmiertelprojekt muzyczny Gajcy,
wane przez Pospieszalskiego
nie ranną syrenkę ratuje od
w ramach którego kili Joszka Brodę piosenki Powstaśmierci bazyliszek, patrząc
kunastu bardzo różnia Warszawskiego wykonywana nią w wiadomy sposób
ne przez dzieci, dałem sobie nych wykonawców prói pozwalając jej skamienieć spokój. Już sam pomysł to jak- bowało dobrać się do
w pomnik. Wszystko fajnie, by zombie-project, patriotycz- tekstów egzystującego
chciałoby się rzecz, gdy- na mutacja Arki Noego.
w świadomości zbioroby nie rażący infantylizm
wej, ostatnio trochę
i taki „drobny” fakt – że wzór skamieliny,
w cieniu Baczyńskiego, poety Tadeusza
pomnik warszawskiej syreny powstał
Gajcego. Zapada w pamięć Dezerter, Janerka
w latach 1936-1937, a pozowała do niego
i Agressiva 69, którzy chyba mniej więcej roKrystyna Krahelska, sanitariuszka przyzumieli, co i po co robią. Chociaż Dezerter
dzielona do szwadronu „Jelenia”, śmiertelnie
koncepcyjnie i aranżacyjnie brzmi trochę jak
postrzelona 1 sierpnia. 2 sierpnia zmarła od
singiel nienagranej płyty Lao Che. Reszta to
ran. Niby nic takiego, ale żeby zmyślać doraczej wprawki stylistyczne, jakby Gajcego
brze, trzeba bardzo dużo wiedzieć, o czym
zaśpiewać. Trudno jednak uciec od wrażesię zmyśla.
nia, że to w znacznej mierze realizacja bez
Gdzieś w okolicach tego bieguna komikspecjalnego zapału, bez szalonej miłości,
sowego plasuje się Mateusz Pospieszalski
chęci przeniknięcia tekstu i losu. Zero draze swoją musicalową przeróbką Pamiętnika
matu: chodźcie, zaśpiewajmy, włączmy się
Powstania Warszawskiego Mirona Białoszeochoczo w ten słuszny projekt.
wskiego. Płyta jest muzycznie gładka, bez
A przecież byłoby co badać i o czym
zarzutu – ale to czyni ją zarazem na dłużrobić muzykę, może nawet spójną rockszą metę nie do przyjęcia. Pomysł wydaje się
dramę. Gajcy był jedną z głównych postaodruchowy, odtwórczy, a nadto robi krzywci grupy twórców skupionych wokół pisdę Białoszewskiemu, szatkując go niczym
ma „Sztuka i Naród”, a samo pismo, jego
zaśpiewy suahili. Gdy Pospieszalski robi to
przekaz, trudno nazwać jednoznacznie
na użytek rockowych zgrywów w ramach
pozytywnym. W końcu to tam proponoVoo Voo, to pół biedy, ale tutaj zabija się
wano stworzenie imperium słowiańskiego
obezwładniającą siłę Białoszewskiego – ów
pod przewodem Polski, które miałoby się
12
przeciwstawić Niemcom i Rosji. Ale czy inne
narody chciałyby się dobrowolnie prymatowi jedynie słusznej Polski poddać, i co by
było, gdyby jednak nie chciały? Gajcy ginie
wraz ze Stroińskim i przed śmiercią pisze
wiersz o polskich flaczkach wprost z rynsztoku Kilińskiego. To ten wiersz wykonuje
w ciągu kilkudziesięciu sekund zamykających płytę Lech Janerka. Tępa melorecytacja,
dudnienie monotonnego basu i wokoło nic,
żadnego aranżu, tylko pogłos powtarzający
zgłoski ostatniego wiersza Tadeusza, który
być może ujrzał, że w płomieniu PW44 pali
się ostatecznie jego sen. Być może wrocławski basista próbował zadrwić niepodlegle,
po swojemu, z dętej akademii. Równie dobrze w tych poprawnych kawałkach o dużej
rozpiętości stylistycznej mogłyby znaleźć się
teksty Witkacego, Wata, Tuwima – kogokolwiek, na kogo byłoby aktualne zapotrzebowanie i znalazłby się sponsor.
A jednak komuś udało się rocznicowo zrobić rzecz wiarygodną, obdarzoną
niepodległością gestu – to L.U.C. albo
Łukasz Rostkowski. Audio-projekt 39/89
Zrozumieć Polskę stworzony został jako
etap realizacji widowiska i filmu wykorzystującego najnowsze techniki i motywy, zabawy z soundem i multimediami, ale także
żywymi instrumentami. Sam pomysł narracyjny, bliski końcowej refleksji Tomasza
Łubieńskiego z jego eseju 1939 zaczęło się
we wrześniu, wydaje się bardzo celny. Może
nie nowy, ale uzmysławia ciągłość procesu,
który rozpoczął się w maju 1939 (słynne
przemówienia ministra Józefa Becka o tym,
czym jest honor i jaką ma cenę) a zakończył
w czerwcu 1989 (no może trochę później,
dokładnej daty przecież nikt nie poda).
Projekt L.U.C.-a zaczyna się od utworu
„Polski Honor”, w który wplecione zostały fragmenty mowy sejmowej Józefa Becka
z 5 maja 1939 roku. Z jednej strony słychać
entuzjazm tamtej sali sejmowej, ale w tle
lamentacyjne śpiewy kogoś, kto już wie, ile
z tego honoru zostanie. W „Tribute to Stefan
Starzyński” Prezydent Warszawy, zagrzewając lud warszawski do boju, mówi o pomocy,
która lada dzień nadejdzie z Anglii, Anglia
usłyszy i pomoże. Ale słuchający i narrator
wiedzą przecież, że kiedy Starzyński wygłaszał swoje ostatnie przemówienie przez
radio, przed zniszczeniem nadajnika na
Mokotowie (24 września 1939), od czternastu dni obowiązywały już postanowienia
konferencji w Abbeville, na której alianci zadecydowali, że nie będą podejmować
żadnych ofensywnych kroków przeciwko
Niemcom. I tak L.U.C. prowadzi nas poprzez spiętrzone pogłosy aż do momentu,
kiedy insygnia władzy II R.P. wracają na odbudowany Zamek Królewski w Warszawie
i trafiają do rąk pierwszego demokratycznego prezydenta R.P. po 1939, czyli Wałęsy
Lecha. Słychać w tym projekcie godziny tytanicznej roboty archiwistycznej. Niezwykła
jest wyobraźnia dźwiękowa i aranżacyjna
dwudziestoparolatka, który gdyby odbył
regularne studia muzyczne, pewno pisałby
symfonie. Skończył prawo i tworzy inną
muzykę, której nie można odmówić kunsztu. Bo to jest kunszt, proszę Państwa. To
coś leży na pograniczu sztuk, łączy intuicję
dźwiękową i talent narracyjny. Jest tu i prosta
opowieść, naiwność, i oscylowanie na granicy patosu – ale w tym chyba tkwi siła tego
albumu, nagranego przez chłopaka z rocznika 1981, który pisze od siebie: Musimy
pamiętać nie po to, by nienawidzić Rosjan czy
Niemców, lecz by poprzez historię uczyć się lepiej decydować o przyszłości, a także by docenić
ten piękny bajzel, w którym przyszło nam żyć.
Bez złudzeń, bez politykierskiego zadęcia,
po prostu. Jakby facet urwał się Lao Che.
13
3.
Dlaczego bardziej obecna jest w tym nurcie
polityki historycznej muzyka, czy też próby
wyrazu około muzycznego, a nie poezja czy
literatura? Nie mam wątpliwości. Idziemy
w stronę emocji i historycznego emocjonalizmu. Bardzo dobrze do tego pasuje muzyka,
najlepiej ostra i zdecydowana, czego przykładem ostatni projekt muzyków spod znaku postpunkowego DePress. Album Myśmy
Rebelianci to program oparty na piosenkach
partyzantów podziemia antykomunistycznego 1944-1953. Teksty literacko nie są
i nie mogą być wybitne, bo nie mogą nimi
być leśne piosenki ludzi spalonych bez domu
– a jednak w tym połączeniu punka i tekstów wyklętych partyzantów tkwi uwodzicielska siła. „Anarchy In the P.R.L.” mogłoby
się to nazywać. Muzyka o anarchistycznych
korzeniach, wzywająca do obalenia każdego
systemu, a z drugiej strony echo żołnierzy
walczących jak Funky Koval – sami przeciw
wszystkim. Proste, szorstkie brzmienia, proste melodie i takowe teksty. Aż się ciśnie na
usta, że dzisiaj partyzant grałby hardcore. Aż
ręka szuka spluwy – powiedziałby mój przyjaciel. Płytę kończy – uwaga! – kawałek do
słów wiersza Zbigniewa Herberta „Wilki”,
i to chyba jeden z najlepiej zagranych i zaśpiewanych kawałków Herberta w ogóle. Stoi
za tym charczący fender, podpięty zapewne
do Marshalla, robiący ścianę dźwięków jak
z germańskiego metalu ŕ la Rammstein.
I jakby na przekór zdania z wiersza „Pan
Cogito a Pop”: sama idea owszem pociągająca
być bogiem to znaczy ciskać gromy […] Kłopot
polega na tym że krzyk wymyka się formie.
Ugładzony pop czy jazz – na przykład
w wykonaniu kolejnej akademijnej rocznicowej plejady zebranej ostatnio pod patronatem
koncernu Agora oraz Karima Martusewicza
(Karimski Club) gorzej przyjmuje słowo
Herberta niż dziarskie gitarowe frazowanie
DePress. Chociażby wojenny wiersz „Dwie
krople” zamienia się w interpretacji Rafała
Mohra w głupawą, nadętą, egzaltowaną pościelówkę z romantycznej komedii po polsku. Nie miejsce to i czas, by pastwić się nad
tym, co nie wyszło. Projekt Herbert można
śmiało ustawić na półce koło projektu Gajcy.
W dzisiejszych czasach
w literaturze poważnej
za niepoważną uznaje
się szeroką wiedzę z zakresu dziejów własnego
kraju czy kontynentu, natomiast obciachem jest
brak wiedzy o dokonaniach Lacana, Derridy
czy Žižka.
14
Tomasz Bohajedyn,
Strzelec pokładowy, grafika
Najlepiej gdzieś za drzwiami albo pod sufitem, gdzie się sięga rzadko i w desperacji.
Wracając do siły wyrazu i zaskoczenia
poezją Herberta w wersji postpunkowej
– może tajemnica tkwi w tym, że szorstki,
chropawy rockowy projekt Dziubka bliski
jest krzyku, jazgotu i zarazem zbliża się do
tego, co wymyka się formie – do losu tych,
którzy stawali w szesnastu, pięciu, czternastu przeciwko światu. Być może dlatego
Dziubkowi udaje się to, co innym ucieka
między palcami. Na granicy krzyku i wrzasku, jakby szturmowego zawołania, wrzawy
bitewnej, znajduje właściwą formę – proste
riffy i aranż ograniczony do klasycznego zestawu rockowych brzmień.
Tkwi w tym pewien rodzaj oszustwa
i uwiedzenia. Piosenka partyzancka musi
być prosta i jasna, zagrzewać zziębniętych do dalszego marszu w błocie, budzić
po nocy przespanej w deszczu i zimnie.
Rzeczywistość 1945-1953 nie była ani prosta, ani jasna. Z obu stron strzelali Polacy.
Nie jestem pięknoduchem, nie oczekuję
od punkowej kapeli historycznego wykładu racji i różnicowania postaw (bo co innego Łupaszko, Ogień, a co innego generał
August Fieldorf Nil). DePress chciało dać
zapewne jakiś głos temu, co przez dziesięciolecia milczało.
4.
Zastanawiam się, dlaczego w literaturze
uznawanej za poważną, w odróżnieniu od
popularnej, rozrywkowej, nie-poważnej,
rozmowa o historii, czy chociażby z historią w tle, nie cieszy się popularnością wśród
autorów. Jedynym wyjątkiem od reguły jest
zapewne kwestia Holocaustu, ale wygasają pomysły na mówienie o nim. Poza tym
temat Zagłady zajmuje przede wszystkim
starszych autorów. Tych młodszych zaś ani
ten, ani żaden inny temat historyczny nie
wydaje się pociągać. Nawet jako prototyp
powieści, schemat, tło, w którym można by
osadzić bohaterów.
Mam na ten temat swoje zdanie. W dzisiejszych czasach w literaturze poważnej
za niepoważną uznaje się szeroką wiedzę
z zakresu dziejów własnego kraju czy kontynentu, natomiast obciachem jest brak
wiedzy o dokonaniach Lacana, Derridy
czy Žižka. Wydaje mi się, że tę lekcję historii, historiozofii zapalczywie odpracowuje
właśnie literatura nie-poważna, popularna.
Projekty jak P50+, antologia opowiadań
i wypowiedzi o Polsce za lat pięćdziesiąt
czy antologia opowiadań fantastycznych inspirowanych drugą wojną światową, która
wyszła kilka lat temu w Fabryce Słów pod
tytułem Deszcze Niespokojne, zmusza mnie
do pytania: dlaczego w jednej niszy można,
a w prozie pisanej serio, próbującej jakoby
rzeczy dać słowo, ani się nie chce, ani się
udaje?
Jesteśmy w przeddzień wydania powieści Macieja Parowskiego pod tytułem Burza
– która pierwotnie miała być filmem i słuchowiskiem. Była już komiksem, w którym
w słoneczne, piękne lato tamtego roku wkrada się potężna burza i załamanie pogody. To
daje Polsce i Polakom chwilę oddechu, interludium, w którym dzieje świata odmieniają
swój bieg. Burza zamienia Polskę w wielkie
błoto, a w nim grzęzną niemieckie czołgi,
chmury sprawiają, że znika przytłaczająca przewaga Niemców w lotnictwie. Sam
Parowski nie ukrywa, że nie podoba mu się
obecna Polska. Nie podoba mu się, jak historia obeszła się z jego krajem. Pisząc powieść poczytną i zabawną, w której wiele jest
niezwykłych gagów – jak ten, kiedy polscy
ułani pocieszają niemieckich lotników płaczących po przegranej wojnie – autor chciał
15
czytelnikom dać odrobinę wytchnienia.
Przez ostatni rok wielkie nadzieje można
A z drugiej strony oddać sprawiedliwość
było wiązać z wystąpieniem pisma neomeprzedwojennej Polsce, która może miała
sjanistycznego „44” i środowiska skupionewady, ale była sensownym, logicznie rozwigo wokół manifestu neomesjanistycznego,
jającym się projektem – co nie zawsze możktóry odwoływał się wprost do polskiej hina powiedzieć o III R.P.
storii, eksponując w niej
Czy
da
się
dzisiaj
mądrze,
kryNieco prostsze w swote wątki, które są uznaim wyrazie są dwie powie- tycznie, niepodlegle podejść wane za przegrane, któści Marcina Ciszewskiego, do Baczyńskiego, Trzebińskiego, re są klęską i hekatomwww.1939.com.pl oraz
oraz Gajcego, Stroińskiego?
bą. Ponieść i przetrwać
www.1944.com.pl, w którklęskę w tym świecie,
ych elitarna jednostka GROM wraz z baby wskazać na jej sens w perspektywie
talionem osadzonym na transporterach
ostatecznej, wiecznej – to pomysł ciekawy
Rosomak przychodzi w sukurs polskim
(chociaż nie nowy) i przerażający zarazem,
wojskom w ich największych klęskach,
w każdym razie, w dzisiejszych warunkach
chociaż nie zmienia to globalnego wyi kontekście historycznym, zmuszający do
niku wojny. Coś ważnego „przebija się”
myślenia. W miejsce krytycyzmu historyczz tych opowieści – a to Polska właśnie. Nie
nego wprowadza bowiem mistycyzm histogłupia, nie obrzydłówkowa, ale taka, która
ryczny, co już w dziejach Polski i literatury
ma coś światu do zaoferowania. Na przypolskiej zdarzało się – ale nie w III R.P.
kład swoją niezwykłą, skomplikowaną, ale
I byłby to spójny projekt, gdyby znalazł konzarazem fascynującą opowieść. Historia to
tynuację. Tymczasem wydaje się, że pozostaprzecież znakomicie napisana powieść, pełnie efemerydą. Miłość wymaga nie tylko duno w niej zwrotów akcji, wiele wiarygodnych
chowego uniesienia, ale także materialnych
psychologicznie postaci, zakończeń niby
odpowiedników, uczucia. Wyraz duchowy
znanych, ale czy to ważne, jeśli powieść jest
musi szukać materialnego, dopełniać się
dobrze napisana?
w nim. Tymczasem zamiast kolejnego numeru pisma i zapowiadanej od kilkunastu
5.
miesięcy antologii poezji neomesjanistyczNie wiem, dlaczego tak mało ostatnio wonej mamy wystąpienia redaktorów pisma
jennej wrzawy wokół poezji. Ktoś chyba
w Telewizji Publicznej. Szkoda, bo te wyuwierzył, że poeci, literaci są przekupniastąpienia znikną ze zbiorowej świadomości,
mi, kuglarzami występującymi dla pustych
telewizyjny przekaz nie idzie w parze z jego
trybun, aby tylko ekwilibrystyka była doistotnością. Książka zaś zostaje. Redaktorzy
bra i koledzy oklaskiwali. Skąd to omdlenie
„44” to ponoć ludzie Księgi, powinni ufać
i mdłość idąca poprzez kartki? Być może
słowu pisanemu.
za zniechęceniem czytelników poezji kryje
Z lewej strony „Krytyka Polityczna” konsię, przynajmniej częściowo, konstatacja, że
sekwentnie unika wszystkiego, co może być
w poezji zamiera wojna na wartości. Brakuje
nośne, głosząc coś w Warszawie i okolicach.
wyrazistych projektów organizujących tę
To ciekawy, ale może nie taki znowu nieznascenę, żywotnych poetyckich dopowiedzeń
ny paradoks, że nową lewicę tworzy syta matreści, które innym gatunkom się wymykają.
terialnie intelektualna śmietanka towarzyska
16
i kilku literackich młodziaków w rodzaju
Jasia Kapeli czy Tomasza Pułki, którzy za
bardzo nie mieli pomysłu, na co się załapać,
więc załapali na to, co było pod ręką. Coś im
dopisał do tekstu Stokfiszewski, coś spróbowali dopisać sobie sami i podobno są lewicujący. Tylko co to dzisiaj oznacza? To nie są
bojownicy spoza systemu, którzy cokolwiek
z nim zrobią. To wytrawni systemowi gracze, których jedynym projektem jest przejąć
stery systemu. Żadni to rebelianci z lasów,
żadni partyzanci prawdy i wartości. Raczej
kunktatorzy i najemni kondotierzy. Czasy
się zmieniają – jak mawiał Franz Maurer
z Psów – a Pan ciągle jest w komisjach.
Mało kto w tej naszej poezji wystawia
nos poza nastroszone piórka wiecznych
chłopców i dziewczynek, którzy wierzą (bo
to tylko kwestia wiary), że są tacy strasznie
samoistni, samizdatni, samowładni. Mało
jest niepodległości wobec spraw na P, bo
niepodległością nie jest używanie słowa
„niepodległość” czy „niezależność” przy ich
całkowitym estetycznym podporządkowaniu czystości ideologicznej przekazu. Nie
jest też odpowiedzią abnegacja wszelkich
wartości, bo wprawdzie można być niepodległym „błotem” czy „bagnem”, ale to także
mało wyrazisty projekt artystyczny.
Czy da się dzisiaj mądrze, krytycznie, niepodlegle podejść do Baczyńskiego,
Trzebińskiego, Gajcego, Stroińskiego? Nie
na klęczkach, ale z szacunkiem, zobaczyć,
jak może się współczesny wiersz przeglądać w lustrze tamtej poezji? No tak, ale
żeby chcieć przed to lustro podejść, trzeba
je najpierw odtworzyć z potrzaskanych kawałków, a po co, skoro tirami przyjeżdżają
gotowe sztance jak profile do montażu płyt
regipsowych. Ładne, schludne, na miarę. To
trudne zadanie w słowie poetyckim – zagrać
historią, doświadczeniem opartym o coś
więcej niż tylko swoje, własne, zaciszne zakamarki ciała, a zarazem pozostać niepodległym twórcą – przeżyć, nie zostać pożartym.
To słowo nie pozwala za bardzo przekłamać,
zatuszować, podbarwić gitarowym efektem.
Pozwala na ściśle określonych zasadach
powędrować bezkarnie w poprzek czasów
i zdarzeń, wyprawić się w krainy wyobraźni
i wielu znaków (nie mylić z wieloznacznością). Ale każe też płacić za to wysoką cenę.
6.
Niepodległość – czyli wyprowadzenie swojej jakości z tego, co zbiorowe, artystyczna
impregnacja na zawłaszczenie, wyjście ze
środka i wyznaczenie granic ekstremistom.
Jeśli trzeba ją przekraczać, to żeby „walić
w ryj” w obronie wartości centralnych, na
przykład godności (godności człowieka, ale
także i godności słowa – bo słowa tak jak
ludzie mają swoje prawa). Wartość centralna to także krytycyzm i racjonalność przy
odsunięciu na bok historycznego emocjonalizmu łatwo zamieniającego się w histerię. Władza krytyczna rozumu każe badać
rytmy bębnów i melodię piszczałek na paradach i capstrzykach. Zanim się dołączy
do akademii na cześć, każe ważyć słowo,
dodaje smaku nieufności i ironii. To – poza
wszystkim – spora wiedza, świadomość, ale
także dobra artystyczna robota. Nie wiem,
czy dobrą nazwą literatury wspartej na niepodległym geście byłaby „literatura obywatelska”. Ostatecznie chodzi o to, żeby – jak
to napisał jakiś geniusz z plutonu regulacji
ruchu 2 Korpusu Polskiego pod Monte
Cassino – nie być głupim i nie dać się zabić.
To wbrew pozorom bardzo trafne i głębokie
sformułowanie. I jak mawiał pewien amerykański oficer z powieści Hellera Paragraf 22
– przemyślcie to sobie…
17
Agata Chmiel
krucjata dziecięca
konwój jest nocnym stworzeniem, zaopatrzonym w cztery srebrne ciężarówki. mija
i nigdy w takiej chwili nie wiadomo, co też się trzyma w środku, a co pomiędzy
najmniejszym a serdecznym palcem.
dlatego tajemnice dobrze czasem zmieniać, jak się ładuje nową amunicję.
i jeszcze, na domiar chłodu, te pękate
owocnie deszczu, które kołyszą się nad miastem. jest ciemno i mury szeleszczą,
uśpione obozowiska nieprzyjaciół milczą inaczej, niż obozowiska poranne.
poranne obozowiska rozciągają się wzdłuż ścian, między regałem a fotelem.
z wysoka widać mrowia liter manewrujące na rozpostartych płachtach gazet,
nad którymi pochylony generał nawet nie patrzy w stronę drzwi, a za nimi
brzęczą wilgotne przed wytarciem dzwonki spodeczków. doszło do jakichś
przegrupowań, gałęzie się rozwidlały,
rozdzielały i powielały twarze, a potem zaczynały osaczać.
obozowiska okopują się, przygotowują ostrza: prawa strategii mówią, że
to wszystko pułapka.
a armie nie paktują. na nic rozbrajająca cierpliwość. armie szykują broń i milczą
– jedna pod lewym nadgarstkiem,
druga pod łokciem, inne pod językiem i między drobnymi, nerwowymi
ruchami ręki. dom śpi po kolana w śniegu.
przybiegają w podskokach dwie małe dziewczynki w czerwonych sukienkach:
mama mówiła, żebyś nam zawiązał kokardy.
nawet nie otwiera ust, ognia zaporowego.
iliada
kto będzie trzymał w dłoniach przedmioty po zmarłych? kto im wyjaśni?
czy mewy zaczną odpryskiwać od ścian? monitor ćmi jasny punkcik wygaszacza,
kobieta o nakrapianych piegami ramionach przeciąga się wzdłuż parku,
dopiero potem zacznie szyć szereg zdarzeń grubymi nićmi, pruć go i stawiać warty.
dopiero wtedy będą wszyscy przed nami. trutka przywiera do palców,
złudzenia mają kilka dni, potem przestaną się plenić. gdzieś od zachodu walki
z wątpliwościami, potem sny przedzierają się ku północy. przedmioty w dłoniach.
zapas rozczarowania
kurczy się z każdym dniem. wygrane do niczego. nie prowadzą. temperatura
zmienia zdania
w konstelacje na szybie. mówią, że wojny mają zwyczaj się kończyć,
gdy niebo na dobre zarasta sierścią a kto jest już skończony, niech się doczeka spisu treści.
tak będzie: w portowych uliczkach odyseusze zaczną prosić o drobne na powrót.
18
wrócisz. wyobraź sobie: ledwo przyjeżdżasz, żwir na podjeździe zapisuje zmiany,
cały budynek trzeszczy jak gruszka w zębach, wiatr wyrywa morze z korzeniami.
coś kryje się w szparach w podłodze: rtęć, znowu.
plac nieziemskiego spokoju
muszle pełzają wzdłuż kręgosłupa, gruz i wszelkie piosenki miału. bo odtąd
kałuże będą małym bogiem, będą zakrzywiać światło
i płoszyć nas mruganiem, patrzeć wskroś, kiedy pojawią się sny. które
na pewno przyjdą kraść i przepłacać.
ulice zmieszczą wiele wyższych sił, anons cichnących kroków obrośnie je
jak kapliczki. podobno nadal lato,
śniedź lepi się do dachów, niebo zanosi się kaszlem.
myśleć: opowieść jak opowieść, zawsze będzie rosła lepiej w porze żalu.
a więc wytłumić, wyzerować? dać ogłoszenie: za długi serca nie odpowiadam?
chłopiec w połowie chodnika wygląda jak morze: podkrada się, marszczy.
sąsiad z wahaniem nawleka się na balkon. kiedy wygładzą się sprawy?
chmura jest wielką morwą, owocem, na którym hoduje się sztuczne światło:
spada miękko na oczy, ostrożnie wplątuje się w wargi;
oszczędza słowa, ale na pochód lampionów z papieru wystarcza.
ten dzień będzie dniem wyjść, bo od tygodnia poluję na jakieś wyjście,
niespodziewane rozwiązanie.
w końcu jeśli ułożysz stopy jak giętkie zwierzęta, stanie się jasne, że wszystkie
mury się skradają.
jednak: po czubki świata mam już narzędzi obosiecznych (gniew chociażby).
co widać przez szczelinę w łowach? brak rośnie jak gorączka, suchy
chrzęst ciszy jak niespodziewany nawrót.
gwiazdy to tylko rowerowe dzwonki, czasem zmiany pogody przynoszą
głuche miasto.
więc: z życia wzięte, komu oddane? wokół płaskie łańcuchy kałuż,
deszcz nas rozstawia pod murami.
znów zaczynamy przeżywać. wcześniej tylko umieraliśmy.
19
Maciej Gierszewski
Lewiatan
Zwalił się na łóżko i wtedy umarł trzeci raz.
Po ścianie w stronę okna bezszelestnie przebiegł gekon.
Zatrzymał się
i spojrzeli sobie w głęboko w oczy.
Zabrał głos: Tymczasem śpię, wypoczywam przed bitwą, nie przeszkadzaj.
Niech nadejdzie noc, niech przepadnie światłość1.
W oddali, teraz tego nie widać, przez Cieśninę Malakka
wędrują okręty i potwór z nimi igra.2
Do tego stworzony został?
Za ścianą z tektury chuda Chinka, która zmarła 70 lat temu
śpiewa kołysankę. Nie dla niego śpiewa.
W końcu otworzył usta, a zamknął oczy.
Wszystko tam czeka na ciebie, wstań. I
Ojciec wstaje z fotela i idzie pewnym krokiem przez przedpokój
prosto do toalety.
Wychodzi z łóżka trzy dni później i pierwszym promem
płynie do Johor Bahru.
1
2
Hi 3
Ps 104: 26, 27
20
Wartości rodzinne
Wsiadam do tramwaju, który jedzie na Ogrody.
Stojąc na przednim pomoście
przypomina mi się twarz matki, nie matka,
sama twarz jedynie, która śniła mi całą noc.
Na głowie nie miała ani jednego włoska.
Patrzyła mi w oczy, chciała mówić, nie poruszając ustami.
Jej głos usłyszałem w głowie: „Synku,
jestem pusta w środku. Rozumiesz, synku? Pusta!”
Nie rozumiałem, nie chciałem rozumieć.
Zostawiłem ją za sobą. Następnego dnia
zaraz po przebudzeniu, wystukałem numer do domu.
Po dwóch sygnałach odebrała siostra.
„Daję mamę, wiedziała, że będziesz dziś dzwonił.”
Od razu zapytała, czy przyjadę na święta, bo jak tak,
to kupi mi mały prezent, a jak nie, to nie
będzie sobie głowy zawracać. Ma teraz tyle spraw
do załatwienia.
Odpowiedziałem, że tak, choć chciałem powiedzieć, że nie.
Chyba nie uwierzyła, dopytywała kilka razy.
Chyba z pięć. Tłumacząc się: „Słuch mi się pogorszył”.
Prawie jej nie rozumiałem.
21
Rozprzedaż
Pół twarzy nie należy do mnie.
On wygrał aukcję na Allegro.
Licytacja nie trwała długo, była opcja „Kup teraz!”.
Przelew przyszedł. Od dziś
moja mimika jest o połowę mniej wyraźna.
Jutro wystawię drugą połowę
ciała. Odstąpię od siebie. To nie moje wody.
Czy twoja prawica wie, co robi
lewica? A centrum? A bezpartyjni?
Dłonie w strupach. Palce połamane.
Skóra całymi płatami odchodzi od ciała.
Promocja. Wyprzedaż. 15 tysięcy bawełnianych ręczników
do wygrania przy natychmiastowym zakupie.
Od dziś pół twarzy nie należy do mnie.
„Przydałbyś się w końcu do czegoś, lepiej przestań
się wydurniać. Posprzątałbyś trochę.” „Dobrze,
tylko się oporządzę.”
22
Agnieszka Smołucha
sarnina
lubiła palić w pomieszczeniach, dym jest jak woda, wsiąka w
tynk, w płuca. mróz kłuł w najcieńsze warstwy. na zgięciach
ciało jest jak papier, pergamin, zdarta skóra - dopiero kiedy boli
przyjmuje cudze słowa. pamiętam, którejś zimy ojciec wyszedł
i wrócił, a wciąż było słychać huk. niepokój to cisza po wystrzale.
to nic, rykoszet. więc mnie nie denerwuj. może właśnie teraz
jej dziecku kształtuje się pierwsza wyobraźnia jak dłoń, albo
powieka, której nie da się zamknąć w pięść, zwinąć, uderzyć.
dziecko mogło urodzić się chore ale rodzi się zdrowe. owoc,
na który rzucono urok, wieszano psy, puszczano krew. zimą
warte tyle co wędzone mięso.
są takie miłości
i to była jedna z nich. zawsze przechodziła, wolno, jak choroba.
zamknięta dla obcych - kawiarnia, albo trawnik. była pełna imion,
mówili, że co miesiąc roni jakieś dziecko jak łzę. wrzesień. żyliśmy
nadzieją, że przyjdzie i pewnością, że odejdzie, jak front wschodni,
kiedyś się wycofa i już nie będziemy mieli czego szarpać. byli
wśród nas tacy, co niejedno widzieli, mówili do niej: córko, łapali
za biodra. później ktoś ją zabrał na wycieczkę do cyrku, chciała
zobaczyć słonie, oczy matki, Berlin. córeczko, czas jest tylko
rytmicznym uderzaniem
w twarz.
23
kopiec
mamy takie zdjęcie. trzymam cię za dłoń w miejscu tak małym
i kruchym, że podejrzewam, może go już nie być. wtedy było
mi coraz cieplej. pode mną marło jezioro przecięte u ujścia
ostrą brzytwą łyżwy. rysowaliśmy na tafli chaotyczne wzory,
z kopca wyglądały jak topografia miasta, koncentracja sił
w centrum białej plamy. dziś pamiętam z twojej twarzy tylko
usta. wspomnienie to perspektywa zbieżna czasu, wariacji
położeń liści na drzewach, ciał schylonych nad wodą. w uścisku
kucie lodu, odrywanie od rąk przemarzłych blizn. szukaliśmy ran,
znaleźliśmy
się dwadzieścia lat później. w tym miejscu, do którego przyszedł
kiedyś sam, wyłuskał jezioro z zapadniętej ziemi, jak uschnięty
groch, drażniący okruch z oka. dookoła, oprócz wiatru, innych
płaszczyzn nie ma.
lód - list
pamiętasz, kiedy w porcie rozcinali
rybom brzuchy, wkładaliśmy do ust
pęcherze pełne zamarzniętej wody.
ten lód wciąż cierpnie pod skórą i
taje, otwiera przeręble. widzisz, to
nacięcie blisko miejsca, w którym
miałeś zostać. a obok niego obcy
mężczyzna przechodzi przeze mnie
jak kula, potem zasypia wewnątrz.
i jest coraz zimniej.
ilustracje Piotr Pasiewicz
24
Magdalena Cybulska
Krótkie historie przedmiotów
Na pierwszej wojnie światowej wyrosły podgrzybki. Pod warstwą suchych igieł drzemali żołnierze i tylko sosny pochylały się w ciszy nad pagórkami. Podobno pochowali
ich tutaj po jakiejś bitwie, Polaków, Niemców, Rosjan. Stado kurek ukryło się w zagłębieniu między dwiema mogiłami. Musiałam oczyścić je z przeszłości i ciemnych
grudek gliny. Zbieraliśmy grzyby na następną wigilię, zawsze coś się znalazło pod
warstwą gałęzi i liści. Wszyscy tu zbierali grzyby, może było im tutaj dobrze w cieniu
dębów. Na mchu błyszczały brązowe kapelusze. I tylko drewniany krzyż z datą 1914
przypominał, że to cmentarz. Krzyż przechylił się niebezpiecznie, pewnie korniki
zrobiły w jego ciele wiele dziur. Zaraz sam spocznie między jednym a drugim rzędem
mogił, postrzelony przez czas. Młodzi żołnierze dojrzewali pod ziemią.
Na drugiej wojnie światowej wyrosły śliwy tarniny. Dzikie jabłonie i grusze tworzyły pachnący sad, do którego przylatywały pszczoły i motyle. W okopach rósł perz,
biały podagrycznik, krwawnik pospolity i cykoria podróżnik, która zadomowiła
się tutaj na dobre. Czasem można było wpaść w norę królika i wylądować w innym
świecie, po drugiej stronie. Czarne ściany bunkrów trzymały się jednak dzielnie pod
ostrzałem deszczu. Wyrastały z ziemi, z zielonej trawy, wejść do ich gardeł strzegły
pokrzywy. Podobno kiedyś kręcili tutaj film i po zakończeniu zdjęć nie posprzątali po
sobie. Widocznie nie czuli takiej potrzeby. Po każdej wojnie zostaje bałagan, mnóstwo
ciał i gruzu. Oni na szczęście zostawili tylko gruz i kubki jednorazowe po kawie. Nie
musieli przynajmniej budować scenografii, tyle zaoszczędzonego czasu. Reżyser denerwował się, że ta jego wojna nie chciała się skończyć. Nic tu nie przebiegało według
wcześniej ustalonego scenariusza. Statyści domagali się pieniędzy, a do tego wyglądali
jak żywi, nie jak trupy po bitwie. Tylko bunkry były dobrze ucharakteryzowane. Nic
nie trzeba było poprawiać. Potężne, czarne ściany wcale się nie postarzały. Dziś między jednym a drugim bunkrem krowy bardzo powoli przeżuwają historię. Na łące
kwitnie żółty dziurawiec, dobry na choroby wątroby i układu pokarmowego. Nikt go
już nie zbiera.
Na wsi, niedaleko od bunkrów, mieszkał staruszek, który przeżył dwie wojny
światowe. Jego matka miała szczęście, syna nie postrzelono, nie wywieziono, nie ubito. Urodził się, kiedy świat był inny, lepszy, jeszcze nieskażony. Wszystko w nim było
na swoim miejscu, gniazda jaskółek, dachy pokryte strzechą, studnie, pola. Ludzie
rodzili się i umierali we właściwym momencie. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Codziennie rano wnuczka sadzała dziadka na krzesełku przed oknem i odsuwała
firankę. Jego nogi już odmówiły posłuszeństwa i teraz podpierał się z dwóch stron
kulami. Poorana twarz zastygała w bezruchu, gdy wpatrywał się w przestrzeń. Na
widnokręgu majaczyły drzewa, żółte fale uderzały o brzeg polnej drogi. Czasem ktoś
tędy szedł do lasu lub jakaś kobieta jechała na rowerze. Obserwował świat, jego każdy
25
najmniejszy ruch. Czasem na niebie przez kilka chwil wisiał skowronek, innym razem
zauważył, jak maleńki obłok uciekł z błękitnej zagrody. Często bezdomny pies pojawiał się na drodze, pewnie wabił go tutaj zapach głodu.
Wnuczka czasem próbowała dowiedzieć się od dziadka czegoś o tamtych czasach,
wojny przychodziły pod jej dom tylko w opowieściach. Nie narzucały swojej obecności, to ona zapraszała je pod drewniane drzwi, do kuchni, w której podskakiwał
na gazie czajnik i grzała się dla męża zupa pomidorowa. Teraz miała chwilę czasu,
aby posłuchać o wojnie. Psy nie szczekały na podwórku. Siadała na brzegu kanapy
i patrzyła, jak martwe oczy dziadka błądzą po jakichś drogach, może przed pierwszą
albo przed drugą wojną. W głowie szukał miejsca i czasu. Jakichś resztek. Sięgał ręką
po kolejną kanapkę. Dziadek na coś czekał od wielu lat. Ale nie wiedziała na co. Bała
się pytać.
Raz zabrali dziadka do muzeum, aby sobie coś wreszcie przypomniał. Zapach
przeszłości miał mu pomóc wrócić do domu, którego już nie ma. Dziś na jego dachu
rośnie glistnik jaskółcze ziele.
W obszernych i ciemnych salach prezentowano przedmioty uratowane z pierwszej i drugiej wojny. Nie wywieziono ich za granicę, nie rozstrzelano, nie powieszono,
nie spalono. Trwały pod szkłem dumne, że przetrwały. Idealnie czyste oficerki stały na
pierwszym planie. Dalej w gablotach wisiały na baczność mundury, pachnące preparatem przeciwko molom. Dziadek oglądał maski przeciwgazowe i opatrunki, które ktoś
wyniósł w całości z jakiejś bitwy. Na czarno-białych zdjęciach żołnierze uśmiechali
się od ucha do ucha, pewnie była wtedy ładna pogoda, a kobiety miały czerwone usta.
Nie wiedzieli, że nie będą mieli dokąd wrócić, że wszystkie przedmioty wyprowadzą
się z kamienic, tylko ściany zostaną bez dachów, jakby jedynie one nie mogły uciec.
W pudełeczkach błyszczały srebrne i złote kule wyjęte z ciał żołnierzy, ktoś je zbierał,
aby pokazać potomności, jak maleńka jest śmierć. Jak niewiele wystarczy, aby uwolnić
duszę z ciała. Człowiek składa się z delikatnej tkanki czasu, którą łatwo rozerwać,
a potem nie zszyje rany nawet najlepszy chirurg.
Dziadek oglądał eksponaty, dziwił się światu jak mały chłopczyk. Fascynowała go
broń, karabiny, pistolety. Siwa głowa górowała nad jasnymi włosami dzieci. Pewnie
niejeden chłopiec mu zazdrościł, że żył wtedy, gdy można było coś takiego trzymać
w ręku. Jednak pamięć dziadka umarła. Tylko przedmioty nadal były żywe, nosiły na
sobie warstwę wspomnień niczym kurz. Tylko przedmioty miały możliwość mówienia
26
o przeszłości jasno i wyraźnie. Szabla pamiętała jeszcze, jak pachnie pot na ludzkich
dłoniach. Jesteśmy równie delikatni jak te okulary, srebrna łyżeczka czy zegarek kieszonkowy, zostawione po tych, którzy zginęli w obozach. Złota obrączka w chwili ślubu wierzyła, że jej życie będzie długie i szczęśliwe. Teraz rozmyślała, dlaczego
wcześniej nie powiedzieli jej prawdy. Nikt jej nie ostrzegł. Bezpańskie przedmioty nie
mogły znaleźć sobie miejsca. Teraz dopiero mogą żyć, w cieple lamp i grzejnika. Nie
marzną, nie czują głodu, nie tracą nadziei. Nikt ich nie pozostawi po drodze. Rano
nie obudzą się w rowie, w mokrej od rosy trawie.
Cichutko leży na zielonym muślinie książeczka do nabożeństwa. A było o co się
modlić. Różaniec zgubił gdzieś srebrny krzyżyk. W kącie czeka lalka na jakieś małe
dłonie, które wyczeszą wszy z jej włosów. Ale kto się w wojnę bawi lalkami? Wtedy do
zabawy służyły czołgi i samoloty. Może jej właścicielka żyje i teraz sama na kolanach
trzyma wnuki. Zapomniała o lalce w poszarzałej sukience. Dziś może znów jest dzieckiem i biega po ogrodzie dziadków, szuka lalki, która została tutaj na ziemi.
Listy pachną jeszcze kobiecymi perfumami. Pewnie do niego nie dotarły. A tak
się starała, kreśląc precyzyjnie każdą literę. Listy są samotne. Podczas wojny myślały
o różowych, kiczowatych zachodach słońca, gdy inni myśleli, jak przeżyć do następnego wschodu.
Przedmioty z powstania kusiły zwiedzających. Powstanie ostatnio było modne.
W gablocie drzemała apteczka z przeterminowanymi lekami. Chyba nie zdążyli ich
użyć. Może to i lepiej, nie myśleli długo, jak nie przedawkować środków przeciwbólowych. Jeszcze uderzało miarowo serce blaszanego orzełka. Karykatura jakiejś
dziewczyny w krótkiej spódniczce i na szpilkach przyciągała wzrok. Trzeba się trochę
pośmiać. Śmiech przedłuża życie.
Na ścianie w ostatnim pomieszczeniu wisiało zdjęcie całej rodziny. Na pierwszym
planie siedziały śmiertelnie poważne dzieci, krzesełka zajmowali dziadkowie, nad
nimi stali rodzice. Kto z nich przeżył? Dzbanek został wdowcem, filiżanka wdową.
W muzeum mieszkał kot, pracownicy karmili go ciepłym mlekiem, które codziennie rano spijał ze spodka. Kot był jedynym tutaj żywym mordercą. Najbardziej interesowały go niewinne wróble.
Zapytała kiedyś dziadka, co pamięta z pierwszej wojny. Z tamtych czasów były
w nim jeszcze przerażone oczy matki, która gładziła go po głowie i mówiła, że wszystko
27
będzie dobrze, kiedy ojciec zniknął na kilka dni. Widział też po raz pierwszy na polu
porzucone przez duszę ludzkie ciało w mundurze. Z drugiej wojny pamięta, jak mówił dzieciom, że wszystko będzie dobrze i gładził je po głowach, gdy słyszał strzały
pod lasem. Wolał tam się nie zbliżać, by nie zobaczyć stygnących ciał i nie zmącić ciszy nocy. Miał nadzieję, że jutro nie będą leżeć na mokrej trawie zupełnie bezbronni.
Jego wnuczka nie ma wprawy w mówieniu dzieciom, że wszystko będzie dobrze.
Dziadek czekał. Na co? Aż jego najlepszy przyjaciel, który miał mniej szczęścia od
niego i zginął podczas drugiej wojny światowej, kiedyś wróci i uszczypnie go w ucho.
Przecież się umówili, że jeśli któryś z nich umrze, to da drugiemu znak, że tam na górze istnieje i ma się dobrze. Dlaczego przyjaciel go zawiódł, przecież obiecał. Dziadek
czekał na uszczypnięcie w ucho, wciąż miał jeszcze nadzieję. Czuł się jak porzucony przez innych przedmiot. A może przyjaciel jeszcze żyje, wyrzucony na jakiś obcy
brzeg. Przecież nigdy nie widział jego ciała. Pewnie dlatego nie uszczypnął go dotąd
w ucho.
Jesienią zbierała na pierwszej wojnie światowej podgrzybki. Będzie dobra zupa na
wigilię. Może dziadkowi coś się przypomni z dzieciństwa. Pewnie opowie, jak pachniała wówczas choinka, jak czekali na ojca, gdy wojna przechodziła tuż pod ich oknami. Z dziadka pamięć ulatywała, coraz mniej go łączyło z tym światem. Przedmioty
ani pierogi z kapustą i grzybami nie potrafiły go zatrzymać. Wspomnienia dogasały.
Dym unosił się ku niebu.
28
ilustracje Remigiusz Wojaczek
Robert Miniak
Buty
Nie, nie jestem żadnym popieprzonym trupem. Mieszkają we mnie tylko kawałki
ziemi, jakieś śmieci. Słowa układają się jak chrust, pachną torfem. Nie jestem też widmem, mam sny. Dzisiaj byłem zwykłą pomarańczarką, sprzedawałem duże, przejrzałe pomarańcze. Patrzyłem, jak kupujący biorą w dłonie, dotykają. Cieszą oczy.
Wiedziałem, że pod spodem są te gorsze, na wpół zgniłe, które trzeba wcisnąć sprytnie na dno torebki, żeby nikt nie zauważył, nie zwrócił. Uśmiechałem się, a w środku
myślałem tylko o tym, by dorzucić jeszcze jedną z tych za pół ceny, najgorszą. W tym
śnie ważny był nóż. Kroiłem pomarańcze, a sok przeciekał mi przez palce (trzeba
kroić w poprzek, wtedy ładnie wyglądają). Zupełnie jakby były z galaretek ułożonych w kółku, zasypanych cukrem. Pamiętam te galaretki. Obgryzałem je najpierw
z brzegów, odrywałem pasek kolorowej skórki, a dopiero potem trzymałem na języku
jak opłatek. Tak więc we śnie kroiłem pomarańcze i sok przeciekał mi przez palce.
Powtarzam się, ale już kolejny raz, kiedy byłem tą pomarszczoną pomarańczarką, zachęcałem: „Pani kupi, kupi”. I płynął sok. Lepił się do rękawiczki z obciętymi palcami
(miałem tylko prawą, lewa już dawno zgubiła się w poprzednich snach). Paskudny
sen. Ale i tak lepszy od tego z rybą. Bo trudno być rybą tak zupełnie bez okazji.
Pływać, modląc się, żebym przypadkiem nie był karpiem. Nie trafił na kobietę z tłuczkiem. Taką po rozwodzie, bezmężną. Ona zawsze stoi nieporadnie na środku kuchni
i boi się uderzyć. Czuję jej myśli. Tę odrazę do mojego śluzu, krwi rozbryzgującej się
po kafelkach. Czuję, z jaką niechęcią wkłada mi palce we wnętrzności, wygrzebuje
z nich pęcherz (podobny do złączonych pingpongówek). A przecież to nie jej wina,
że już nie ma męża, zwykłego sukinsyna, który odszedł do innej, z pewnością młodszej, nie o pupie jak wyschnięta pomarańcza z początkami celulitu. Widzę, jak ta
kobieta stoi nade mną i marzy, żeby dzień wysechł, żeby stał się cud i żebym umarł
– zwyczajnie zdechł jak karp albo „zasnął”, jak mówi się w lepszych domach. Zawsze
mnie to śmieszyło. Ale co mi tam, właściwie to mogę być zwykłym karpiem, z garstką
podwodnych, bąbelkowych marzeń. A może nie tylko podwodnych? Może choć raz
w życiu chciałbym powiedzieć do tej samotnej kobiety: „Popatrz, to ja, karp, dla ciebie
pozwolę się zabić. Będziesz mogła wziąć mnie w dłonie, usmażyć na oleju równo po
obu stronach. Zanieść do matki na wigilię. Niech zje. Może to jej ostatni kawałek
w życiu, może nie doczeka kolejnej, bo przecież jest stara, ma Alzheimera, na sąsiada
z parteru mówi Zygmunt i mruży przy tym oczy.”
Z dwojga złego wolę ten sen o pamarańczarce.
29
Mówili, że jak się w coś bardzo wierzy, to trudniej umierać. Nieprawda. Nieprawdą
jest też, że całe życie przelatuje przed oczami. Ja wtedy widziałem tylko las. Zupełnie
tak, jakby ktoś namalował go pędzlem. Na takim papierze do malowania plakatówkami. Rozmazany, rozlany. Las taki, który śmierdzi rozmaślonym błotem. Wtedy szła
odwilż, a ja miałem na nogach porządne, wysokie buty. Widziałem, jak tamci wpatrywali się w nie i przełykali ślinę. Z ichniejszych wyłaziły onuce bure jak breja. Zresztą
nie różniliśmy się od siebie. Byliśmy tak samo brudni i zarośnięci i śmierdzieliśmy
mężczyznami. Tylko oni mieli to kurewskie, wojenne szczęście. Nic więcej.
Sebastian był blady jak trup, a Kurt płakał. Ten wielki, odważny Kurt beczał jak
zwykły gnojek. Szlochał i rozcierał policzki grubymi paluchami. Powtarzał co chwilę „nicht schissen”, „nicht schissen”, „Hitler kaputt” i idiotycznie przykładał rękę do
serca, jakby chciał pokazać, że mówi najświętszą prawdę. Mnie było wszystko jedno. Przedzieraliśmy się do swoich piąty dzień i tylko ja z naszej trójki wiedziałem.
„Naszych” już nie ma. Wiedziałem w pierwszym dniu, kiedy usłyszałem z daleka
ciężki grzechot rosyjskich siedemdziesiątek szóstek. Te nasze bzyczały przy nich
jak komary. Zupełnie nieszkodliwe, małe i śmieszne. Pamiętam, jak uczyli mnie, że
siedemdziesiątek szóstek nie wystawia się na pierwszej linii. A to znaczyło, że tam,
gdzie teoretycznie stacjonowali nasi, teraz przelewali się tamci w rosyjskich szynelach. Sebastian chyba coś wyczuwał, bo całą drogę mamrotał te swoje modlitwy.
Przedzieraliśmy się nocami i pamiętam tylko, że najbardziej na świecie chciałem się
położyć i normalnie zasnąć. I zjeść kotlet z szynki. Nie, zupełnie nie chodziło mi
o cokolwiek, czym można by było zwyczajnie napełnić żołądek. Podświadomie oszukiwałem go, że nie ma wojny, że idziemy do restaurantu Frau Heilzl, a ona kładzie
nam na talerze grube, tłuste kotlety z szynki. A potem wylizuję wszystkie palce, powoli, cmokając tak głośno, że odwracają się ci wszyscy geszeftsmensze w kraciastych,
wełnianych marynarkach. Uśmiechałem się do tej myśli, a oni wszyscy myśleli, że
oszalałem, że zwyczajnie mi odbiło, tak samo, jak w listopadzie Staremu Uwe, kiedy
ostatnimi sucharami nakarmił wróble. Myśleliśmy, że on chce złapać te wróble, obedrzeć z piór, wrzucić do garnka z kaszą. A on je tylko karmił. Nic więcej, tylko karmił
i patrzył, jak dziobią się między sobą o okruchy. Potem poszedł za latrynę i powiesił
się na pasku. A przecież wtedy jeszcze nie było tak źle, mieliśmy naboje, siedzieliśmy
w okopach.
Z tej naszej ucieczki pamiętam też tę Polkę, która wyszła przed dom. Robiła sobie
daszek z dłoni, bo słońce odbijało się od śniegu i musiało ją razić w oczy. Zobaczyła
nas, odwróciła się na pięcie i spokojnie weszła do domu. Bardzo spokojnie. Była młoda, a my dawno nie mieliśmy kobiety. Ale ona już wiedziała, że przegraliśmy i nie ma
w nas odwagi, żeby pobiec do niej, popchnąć na łóżko i zerwać z niej ubranie. Chociaż
śmierdzieliśmy mężczyznami, to pod spodem popuszczaliśmy ze strachu. Ot, takie
skulone, posikane szaraki, skaczące przed psami od bruzdy do bruzdy.
Patrol, który nas złapał, liczył siedmiu ludzi. Sześciu zaprawionych w bojach krasnoarmiejców i jednego małolata. Właściwie to było mi i tak wszystko jedno, bo
30
ilustracja Remigiusz Wojaczek
kiedy wyszli z parowu naprzeciw nas, odetchnąłem. I tak to kiedyś musiało nastąpić.
Kurt natychmiast zaczął to swoje „kaputt” i „nicht schissen”, a ja i Sebastian staliśmy
z wzrokiem wbitym w ziemię. Pierwszy doskoczył do mnie ten niższy, krępy, z lekko
skośnymi oczami. Uderzył kolbą w twarz i poczułem, jak pęka mi warga, a ziemia
robi nagły zwrot w moim kierunku. Zasłaniałem głowę i brzuch, kiedy kopali i myślałem o ich butach z wystającymi onucami szarymi jak śnieg. Myślałem też o śmierci.
Nie, nie zakatowali mnie jeszcze wtedy. Zmęczyli się szybciej. Było ich tylko siedmiu,
a nas do kopania trzech. Pierwszy zaczął charczeć najstarszy z nich.
– Riebiat’a, sapagow żal’ka!
Widocznie i inni już się zmęczyli, bo odstąpili od nas, otoczyli kołem i tylko patrzyli, jak leżymy na zakrwawionym śniegu. Kurt zanosił się szlochem, a Sebastian
pluł krwią i wypluwał zęby. Miałem złamany kciuk lewej ręki i przez mgłę widziałem,
że puchnie i robi się jak serdelek z jatki Grubego Otto przy Königstrasse.
A potem zostawili przy nas małolata z odbezpieczoną pepeszą i stanęli jakieś dziesięć kroków dalej. Naradzali się. Przez moment nawet przemknęła mi myśl, że może
zabiorą nas ze sobą, pozwolą położyć się spać, a potem wyślą gdzieś na wschód, do
kopania rowów albo na inne równie ciężkie roboty i że to wcale nieprawda, co mówił
na odprawie Stary Uwe, że Rosjanie nigdy mniej niż stu jeńców nie biorą, bo pilnujących szkoda. Ale jak kazali nam zdejmować paski i buty, to wszystko stało się jasne i
proste jak wieża kościoła na rynku w Landsbergu. Pomyślałem, że nigdy już nie zjem
ogromnego sznycla z szynki, nie zobaczę cię, Mario, nie pójdziemy razem nad naszą
rzekę i nigdy nie będę spierał się z tobą o wiatr. Po raz pierwszy pojąłem, że wszystko,
co mówiłaś, było gdzieś we mnie od początku, kuliło się, żeby teraz wypłynąć, rozpalić się jak świeczki na urodzinowym torcie od Frau Heilzl. Przez moment to ja byłem
tym urodzinowym tortem, a potem pozwoliłem, byś wierciła we mnie dziurę na cały
palec, wyjadała wiśnie.
Krępy zabrał mi buty i skarpety. Patrzyłem na moje gołe stopy, zupełnie różowe od
zimna, widziałem, jak przylepia się do nich grudka błota ze śniegiem, a potem powoli
spływa, topnieje. Wraca do ziemi. Do lasu. Kurt przestał szlochać, dygotał tylko cały,
trząsł się, obejmując samego siebie, jakby się przytulał, chował to swoje głupie serce
31
między ramionami. Sebastian miał szeroko rozwarte źrenice. Dopiero teraz zobaczyłem, że na spodniach ma mokrą plamę. Wyglądała jak wielka wyspa.
Poczułem, jak krępy popycha mnie w kierunku lasu.
– Nu, ubieżaj.
Mechanicznie zrobiłem krok, potem drugi. Wyciągałem nogi z błota, a ono zasysało mnie, jakby chciało zatrzymać tu, w tym lesie, w tym parowie, z daleka od naszej
rzeki i ciebie. Ale miałaś rację – zmartwychwstanę, tylko muszę złapać powietrze,
zatrzymać, zupełnie jakbym się zanurzał. O, właśnie tak.
Kiedy ten dzieciak przyszedł do mnie pierwszy raz, pomyślałem, że pomylił drogę.
Wpatrywał się we mnie jak kura, przekrzywiając głowę na boki. Najpierw jednym
okiem, potem drugim. Od razu zwróciłem uwagę, że wszystko w nim było większe,
rozepchane, a ubranie sprawiało wrażenie, że ktoś je kupił dawno temu. Wyraźnie
za długie ręce wystawały znacznie poza rękawy flanelowej koszuli, zapiętej pod samą
szyję. Miała nieokreślony kolor mocno wymoczonych buraków. Pomyślałem, że przecież jest lato, a on nosi koszulę zapiętą pod samą szyję. Musi być mu cholernie gorąco
i niewygodnie. Nie przejmował się chyba tym zbytnio, bo co chwila drapał się po
gołych nogach. Musiały go gryźć komary, a on machinalnie wkładał brudny palec do
ust, ślinił go i smarował bolące miejsce. Kiwał się przy tym w przód i w tył, sprawiając
wrażenie wielkiego ptaka na długich nogach.
W tej chwili patrzył na mnie tymi wielkimi oczami jak kura, przekrzywiając głowę
na boki.
– Ja wiem, ty jesteś Jezus Chrystus.
– Nie, jestem Johann.
– Nie, ty nie jesteś żaden Johann. Ty jesteś Jezus Chrystus.
Nein, nein, scheisse! To przecież nie tak miało być! Gdzie w tym jest jakiś sens, jakaś myśl, układ, plan! Nie wierzę, że obudziłem się tylko po to, żeby trafić na tego niedorozwiniętego wiejskiego głupka, z głową wielką jak pingpongowa piłka! Cholerny,
przewrotny świat! Przez tyle czasu śniłem o tej paskudnej starej handlarce pomarańczami, babrałem się w karpiowych bebechach, i po co? Tylko po to, żeby na tę jedną
chwilę obudzić się przed tym wiejskim dzieciakiem?! Pewnie to tylko jakiś kolejny
idiotyczny sen, koszmar, ostatni haust powietrza, zanim pierwsza kula z pepeszy nie
rozwali mi lewego barku, nie przeleci na wylot aż do tego drzewa po lewej stronie, nie
wbije się w nie do miazgi.
Musiał pomyśleć przez chwilę o tym samym, bo pokazał paluchem na mój bark.
– O, tu dziurę masz, dziurę, wiesz?
– Wiem.
– A skąd masz?
– To dziura po kuli. Kiedyś mnie zastrzelili.
– Aaa.
Nie zdziwił się, nie przestraszył. Nie wydawał żadnego dźwięku poza cmokaniem
palca, którym ślinił kolejny strupek. Usiadł na trawie, a rękawy jego koszuli skurczyły
32
się, jakby dał im możliwość odpoczynku od tego ciągłego wyciągania się wraz z rosnącymi rękami. Zajmowała go teraz włochata zielona gąsienica, wyginająca się jak
miniaturowe wagony dziecinnej kolejki. Dotykał jej palcem, a ona odchylała się, nieudolnie uciekając od jego dotyku. Po chwili zastygł na moment, coś sobie przypominając. Odwrócił się do mnie z wyraźnym zainteresowaniem.
– Butów nie masz?
– Nie, nie mam, zabrali mi przed tym, jak umarłem.
– Aaa, a mnie mama kupiła. Takie od Ruskich, pod szafą są.
W tej swojej głupocie miał coś delikatnego. Już wiem. Dotykał wszystkiego samymi opuszkami palców. Brał w palce patyki i liście, które leżały obok niego, układał je
w stosik, jeden na drugim, potem kolejny. Zupełnie jakby budował z nich tunel do
wnętrza ziemi albo ołtarzyk, na którym najważniejszym stworzeniem była zielona
włochata liszka, przesuwająca się leniwie z jednego końca liścia na drugi. Mamrotał
przy tym pod nosem coś w rodzaju powtarzającej się mantry złożonej z kilku słów:
„mama, dziurę w butach, w butach, w butach, Chrystus, mama, dziurę”. Powtarzał to
w różnej, zupełnie przypadkowej kolejności, a z boku brzmiało to jak rodzaj modlitwy do takiego jak on, ułomnie-koślawego Boga, który doskonale rozumie jej sens.
Siedziałem, myśląc, że to chyba musiała być owa tajemnica, o której mówił stary Uwe,
zanim się powiesił. Tak, z całą pewnością ten wiejski głupek z uważnymi oczyma
znał tę tajemnicę. Patrząc na niego, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że obudził
mnie właśnie po to, żeby mi o niej opowiedzieć i że koniecznie muszę zapamiętać
kolejność, w jakiej wypowiadał swoje magiczne zaklęcie o mamie, dziurze i butach,
bo wbrew pozorom jest to cholernie ważne, może nawet ważniejsze niż pacierz.
Wiedziałem też, że od tej pory będzie do mnie przychodził kilka razy w tygodniu,
będzie rozmawiał ze mną tym swoim mamrotanym językiem, dopóki ktoś nie pójdzie
za nim, może nawet powie we wsi, że tu, w parowie ukazuje mu się Chrystus, który
ma na imię Johann i któremu Ruscy zabrali buty. A oni będą się śmiali albo wręcz
przeciwnie, pójdą za nim, postawią w tym miejscu krzyżyk i sklepiki z medalikami,
jak w Lourdes. Wytną drzewa. Może kiedyś odnajdą, w tym po lewej, wrośniętą kulę
od pepeszy i będę mógł odejść, poszukać ciebie, Mario, w całej plątaninie innych słów,
gałęzi i liści zupełnie obcego lasu.
rysunek Piotr Pasiewicz
33
Dariusz Eckert
Decyzja
Wątpliwości. Czy na pewno o to idzie gra. O to, o czym wszyscy mówili na początku. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę, że to nie będzie piękne, czyste, rycerskie.
Podejrzewałem też, że rzeczywistość przekroczy moje oczekiwania. W tym jednym się
nie pomyliłem. Im dłużej widziałem sprawę od środka, tym więcej wątpliwości. Kto tu jest
ofiarą, kto agresorem, kto zbrodniarzem...
Łańcuch przyczynowo-skutkowy. Kotwica gdzieś w odmętach historii. Wywlekają sobie winy sprzed dwustu, trzystu lat... jakby to było wczoraj...
Wydawało się, że nikomu nie zależy na zdobyciu czy odbiciu danego terytorium, tylko
na wymordowaniu się nawzajem.
„Złoty” nie był już ten sam. Ze starej załogi zostałem ja, Jura i Zufi. Ten ostatni, lekko ranny, uciekł ze szpitala i kurował się z nami. Ciężkiego trafiła kula znikąd. Snajper przerwał
mu śniadanie. W pół kęsa, w pół słowa, w pół żartu... Vojko wpadł w pułapkę zastawioną
na Pana Boga, Zdravko wszedł na minę... Było jeszcze paru chłopaków, zbyt krótko, byśmy się poznali, byśmy się docenili, zapamiętali...
Zapamiętałem Roberta, ale też tylko dlatego, że przebyliśmy ze sobą długą drogę. Ale
to zupełnie inna historia.
Na wojnie czas nie biegnie liniowo; kręci ósemki, pełznie. Galopuje z wydarzeniami, a ty
siedząc w środku, obserwujesz uważnie każdą sekundę... Obserwujesz uważnie każdą
chwilę, każdy gest, przewijasz w myślach do początku, choć pozornie nie ma na to czasu – szukasz przyczyn następujących wydarzeń. Szukasz sensu i uzasadnienia twojego
uczestnictwa... i coraz go mniej...
Na decyzję, zresztą, jak się okazało, nie tylko moją, miały wpływ dwa pozornie błahe
(naprzeciw innych straszliwych rzeczy) i nie związane ze sobą epizody.
*
Parę wiosek przechodzących z rąk do rąk w przeciągu jednej doby. Mało któremu z mieszkańców udało się uciec. Mało któremu z tych, co zostali – przeżyć... Zresztą, kto miał
przed kim uciekać? Mieszkali razem od niepamiętnych czasów, a tu przychodzą niby swoi,
a obcy i strzelają do twoich sąsiadów, do rodziny twojej żony; więc biegniesz zaświadczać,
że to dobrzy ludzie, ale to być może twój ostatni błąd...
Za godzinę wyzwalają cię drudzy, a za tobą nikt już nie poświadczy… Ale gdybyś przeżył, za dwie godziny znów przyjdą „twoi” i dowódca zapyta zjadliwie:
34
– Jak to się stało, że zostawili cię przy życiu?... – Śledztwo, obrona, proces i wyrok
zajmują tyle czasu, co wyciągnięcie pistoletu z kabury...
A trafi się artysta wojenny, co zrobi taki spektakl, że kulkę przyjmiesz jak wybawienie...
Ostatecznie nasze oddziały wyparły wroga z okolicy. Oddziały liniowe obsadzały pozycję, a „Złoty” dostał zadanie – wyłapać rozproszonych wrogów, dywersantów, aresztować zbrodniarzy... To ostatnie przyprawiło nas o pusty śmiech. Status Zufiego był taki
sam jak mój. A Jury podobny. On był tu parę lat wcześniej. Mieliśmy podobne pobudki,
idee i podobny dystans do spraw. Jakich zbrodniarzy?! Dokładnie to samo robiły obydwie
strony, tylko zawsze przykładało się do tego inną miarkę. Jeśli to my – lokalni gebelsi różnych rang prześcigali się w uzasadnieniach, jeśli oni – płynęła rzeka inwektyw i świętego
oburzenia. Rozdzierano szaty i spoglądano, czy Zachód patrzy. Z lubością sprowadzano
wtedy ekipy TV.
Tu muszę przyznać uczciwie – nie słyszałem o masowych mordach w wykonaniu naszych
wojsk. Zastanawiam się tylko, czy aby nie dlatego, że jak raz braliśmy w dupę, nie było
kogo eksterminować... A później Zachód już bardzo uważnie patrzył na ręce i końce luf.
„Złoty” miał zadanie.„Złoty”, jak zwykle, zadanie wypełnił. Prowadziliśmy chłopa wielkiego jak góra, trochę podobnego do naszego Ciężkiego (Ciężkiego już nie było). Brak mu
było tylko dobroci olbrzyma. Tego niezgrabnego wdzięku słonia, który uważa na wszystkie mniejsze istoty i automatycznie otacza je opieką. To, co prowadziliśmy, to była bestia.
Komandos z elitarnej jednostki. Mieliśmy wiele szczęścia, że przeżyliśmy to spotkanie.
Zauważyłem go pierwszy. Jako skulonego dziadka w baranicy. Intuicyjnie wyczułem coś
dziwnego – zapytałem, skąd jest czy coś takiego – w odpowiedzi dostałem w zęby tak,
że nie poczułem, kiedy spadłem i wyłączyło mi fonię. Widziałem tylko jak Zufi, dobry
karateka, cudem uskakuje przed bagnetem, a „dziadek” wyciąga spod baranicy pistolet, ale
opuszcza rękę bezwładnie i krzywi się, a z ramienia sterczy mu wielka kosa – to Jura przybił mu rękę do tułowia. Zufi poprawił kopniakiem w głowę, otwierając mu łuk brwiowy...
Rakus i Mija chcieli go wykończyć na miejscu; byli stąd. Ale rozkaz był wyraźny – żywych. Chcieli pokazać, jacy są cywilizowani, i że zbrodniarzy sądzi trybunał. Najchętniej
międzynarodowy. Propagandowo strzał w dziesiątkę.
Żeby naszego komandosa doprowadzić żywego albo żeby go nie trzeba było nieść
– trzeba go było opatrzyć. Opodal był szpital polowy.
Doktor skończył szychtę; pozszywał i poskładał prowizorycznie ciężej rannych, przygotowując do transportu na tyły, nie licząc lżejszych przypadków. Widać po nim było, że nie
spał już od dość dawna.
Właśnie opatrywał naszego jeńca, gdy wszedł ten chłopiec. Lat około siedmiu. Zwykły
wiejski wyrostek. Niósł na rękach dużego łaciatego kundla. Położył go przed doktorem.
Pies leżał na boku i drżał. Miał połamaną przednią łapę, rozciętą głowę, urwane ucho...
Zufi przeglądał dokumenty jeńca, a chłopiec tłumaczył coś doktorowi, który machał
35
ilustracja Remigiusz
Wojaczek
rękami, jakby się oganiał od muchy. Z opowieści chłopca wynikało, że gdy wybuchły
walki, ojciec i matka poszli po dwie starsze siostry do sąsiedniej wioski... Wszyscy
wiedzieliśmy aż nadto (a zwłaszcza nasz jeniec), że w tej wiosce nie było już nikogo
żywego... Komandos przypatrywał się chłopakowi z dziwnym wyrazem twarzy, rzekłbym – jakby porażony, chłopiec prosił doktora o pomoc dla psa, a Zufi pokazywał
mi zdjęcia z portfela wroga: uśmiechnięty kapitan (!) trzyma dumnie na ramieniu
blond chłopaczka – prawie jak ten z psem. Doktor już właściwie wychodził. Chłopiec
gładził psa i uspakajał, że przyjdzie ojciec i mu pomoże, przecież tato wszystko potrafi, gdy nagle patrząc w ziemię, odezwał się ranny kapitan, a było w jego głosie coś, co
zawróciło w miejscu doktora, a nas przyprawiło o odbezpieczenie broni...
– Napraw mu, kurwa, tego psa, musi się przecież kimś zajmować, żeby nie oszaleć,
jak się dowie...
Zawsze dziwiłem się, skąd taki pęd do autodestrukcji, taka zawziętość, nienawiść
bez cienia refleksji, bez odrobiny szansy na zrozumienie drugiej strony. Ludzie, którzy są absolutnym zaprzeczeniem cudnej, łagodnej krainy. Pofalowane zielone wzgórza, winnice, lasy, zabytki... Ci ludzie, którzy gościli cię całym sercem i nieba gotowi
przychylić, ale gdyby dowiedzieli się, że jesteś stamtąd...
Wystarczyło, by rozmowa zeszła na Ludzi Stamtąd, uśmiechy znikały, słychać
było tylko, jak nienawiść syczała przekleństwa przez zęby, a ręce zaciskały się w pięści
i szpony. Twarze kamieniały.
36
Szliśmy skądś, gdzieś, po coś. Szliśmy już dość długo, zbliżała się noc. Zakwaterowaliśmy się w dużym jednorodzinnym domu. Rodzina wielopokoleniowa – babcia,
jej siostra, córka, synowa, wnuczka, wnuczek. Wnuczek – lat pięć. Jedyny mężczyzna
w domu. Otaczany miłością, rozpieszczany, omalże na rękach noszony.
Podano jeść i pić. Wszystkie kobiety biegały koło nas jak szalone, zgadując nasze
pragnienia. Uśmiechaliśmy się do siebie zażenowani i speszeni, bo choć znaliśmy tutejszą gościnność i stosunek do żołnierzy, to jednak nigdy nie doświadczyliśmy tego
w tak skondensowanej postaci.
Kiedy już wszyscy pojedli, delikatnie wypili i ustaliwszy warty, posnęli w czystej
bieliźnie – usiadłem z Jurą i gospodyniami przy szklance tutejszego wina. Słuchałem
opowieści, które w różnych konfiguracjach i wersjach znałem i słyszałem już setki
razy. Jak to przyszli, wzięli, zabili, uciekli, gonili. I o swoich mężczyznach, mężach,
braciach, ojcach, narzeczonych, z dumą, że poszli, że walczą, albo że nie wrócą...
Mieszały się wydarzenia sprzed stu lat, z drugiej wojny, ostatnie walki... sąsiedzkie
zatargi, zasłyszane teorie, plotki... A to wszystko miało na celu udowodnienie tezy
o parszywości wroga, jego świńskości, diabelstwie i skurwysyństwie. Amen.
W międzyczasie przyszło parę sąsiadek. Patrzyłem na twarze tych kobiet.
Wszystkie były co najmniej ładne. Niektóre piękne – jak synowa, matka chłopca.
Patrzyłem na nie i nagle wydały mi się dziwnie do siebie podobne. Fakt, że niektóre
łączyły więzy krwi, nic tu nie zmieniał, bo przypominałem sobie inne twarze i odkrywałem nieustające podobieństwo.
Kobiety, znalazłszy słuchaczy, zapalały się w opowieściach, które nieodmiennie
kończyły się czyjąś śmiercią, łzami, uspakajającymi gestami sąsiadek i toastem...
Zastanawiałem się, co je łączy, może podobny ubiór, gestykulacja... na pewno, ale
to jeszcze nie to.
Kolejna kobieta podjęła swoją opowieść. Poprzednia kończy łkać, jeszcze wyciera
nos, jeszcze ją pogłaszczą i już słucha, potakując głową, opowieści, która niewiele się
różni od jej historii i którą pewnie też zna na pamięć. Opowiadająca tymczasem kreśli
tło – jak to im było dobrze, co mieli, jakie snuli marzenia... Tymczasem chłopczyk
ośmielony trochę przez nas i to, że siedzieliśmy bez ruchu (jeśli nie liczyć podnoszonych
szklanek), podszedł bliżej i zaczął nam się uważnie przyglądać. Może nie tyle nam, co
broni. Wodził po niej oczami młodego wilka z tęsknotą i pragnieniem. Nie musiałem
słuchać uważnie. Wystarczyło, że patrzyłem na twarze kobiet. Jak w pewnych momentach zaciskają szczęki, mrużą oczy, jak zwijają dłonie w pięści. A w kulminacyjnym
momencie chłopczyk chwycił za zmiotkę i z tak zaimprowizowanego automatu strzelał do wrogów. I wtedy zaczęło mi świtać. Zaczęło powoli być jasne... Zrozumiałem,
że mój odruch, moja pomoc, moja obecność tu i uczestnictwo jest absolutnie irracjonalne. Że żadnej rzeczywistości (a tutejszej zwłaszcza) nie da się naprawić kałachem.
Zrozumiałem też, co łączy tutejsze kobiety. Co sprawia, że są podobne, bez
względu na wiek i urodę. Ten chłopczyk może nawet nie wiedzieć, że to nie zabawa,
ale te kobiety wiedzą. Uśmiechają się wyrozumiale, a piękna matka (wdowa) tuli go
37
z miłością („Mój ty malutki obrońco...”). Ten mały jeszcze nie wie, że kimkolwiek
by nie był, będzie nim tylko czasowo. Profesorem, lekarzem, mechanikiem, pszczelarzem czy urzędnikiem... to tylko na określony czas. Na czas pomiędzy. Aż się
dopełni. Aż się stanie. A wtedy i on, przez pamięć wszystkich swoich przodków, przez pamięć krzywd i pretensji stanie się żołnierzem-mścicielem.
Chłopiec grzechotał w kieszeni jakimiś łuskami czy nabojami
i patrzył na nas znad ramienia matki. Poważnymi, dużymi oczami. Jeszcze nie wiedział, co to miłość, jeszcze nie znał tabliczki mnożenia, ale śmierć? Zabić? Umrzeć? Tak, wiem, znam...
I nieważne, kim chciałbyś zostać, jak dorośniesz. I tak będziesz
mścicielem. Kobiety nie dadzą ci zapomnieć...
Decyzję podjąłem. Czekałem tylko odpowiedniej chwili.
Tomasz Bohajedyn, Nokaut, grafika
38
Jest rok 1992, w Londynie umiera wdowa po ostatnim królu Jugosławii – Piotrze
II Karadziordziewiczu. W tym samym roku znika z mapy geograficzno-ideologicznej federacyjne państwo jugosłowiańskie. W rzeczywistości postjugosłowiańskiej uwagę zwraca figura eks-jugosłowiańskiego pisarza, przed którym stoją trzy
scenariusze. Żaden nie jest dobry
Przyczyn rozpadu „wyśnionej wielkiej Ilirii” należy szukać przede wszystkim w nasilającym się na Bałkanach na przełomie wieków i tysiącleci procesie narastania różnic
kulturowo-religijnych. Eseista Mirjana Miocinović pisze, że chorobą tych stron jest
paranoja, na którą cierpieli wszyscy, od Słoweńców do Macedończyków. Jego zdaniem największy paradoks wojny bałkańskiej zawiera się w przyjęciu obsesji historycznej za imperatyw postępowania. Najdziwniejszym obłędem jest dokonywanie
„czystek etnicznych” tam, gdzie mało jest „czystych ludzi”, ponieważ grupy etniczne
mieszały się przez wieki.
Po upadku Jugosławii bośniacki reżyser Emir Kusturica kręci film Underground,
będący próbą opowiedzenia baśni o Jugosławii. Moja Ziemia, reżyser uzasadnia ideę
filmowej opowieści, przez całe życie będę czuł jej zapach, będę słyszał opadające liście,
będę pamiętał znajome ulubione przedmioty. To było coś, co świat bezpowrotnie traci,
a ja chciałbym zatrzymać przynajmniej cząstkę tego odchodzącego świata, chciałbym to
uchronić przed zapomnieniem1.Film Kusturicy staje się więc alegoryczną bajką o kraju,
którego już nie ma, w którym – jak mówi reżyser – nadzieja, radość życia i śmiech były
silniejsze niż gdziekolwiek indziej. Ale i zło także.
Ojczyzna
Owo zło stron bałkańskich mieszkało już w dziewiętnastowiecznych wyobrażeniach
ludowych, obsadzających Bałkany w roli złego ducha Europy. Dziewiętnastowieczne
zachodnie mapy Bałkanów przypominają raczej zmyśloną kartografię, niż prawdziwy
geograficzny rys regionu. Pewien niemiecki autor „wzbił” skrzydła swojej wyobraźni
na tyle wysoko, że w jego interpretacji Bałkany stały się szopą ogrodową stojącą obok
szlachetnej zachodnioeuropejskiej, zamieszkałą przez ludzi prowadzących ze sobą
nieustanne spory. Božidar Jezernik, słoweński etnolog i antropolog kulturowy, wyjaśnia, że gdy słowa Bałkany zaczyna się używać w znaczeniu szerszym niż nazwa masywu górskiego w Bułgarii, natychmiast zyskuje ono negatywne, nacechowane ideologicznie konotacje: brudu, pasywności, niewiarygodności, nieposzanowania praw
kobiet, spisków, braku skrupułów, oportunizmu, gnuśności, przesądów, ospałości,
1
M. Jankowska, Świat według Emira Kusturicy, Wyd. Nauk. UAM, Poznań 2004, str. 84.
39
Joanna Wygnańska
Przybywam z kraju,
którego nie ma
pozbawionej zasad, nadgorliwej biurokracji itp2. Z tego powodu nawet w rodzimych, bałkańskich językach, słowo Balkan stało się synonimem braku cywilizacji
i zacofania. Ciekawostką jest tu pewien paradoks, mianowicie – gdy uznane za
barbarzyńskie i zacofane ludy bałkańskie z dumą przystąpiły do procesu europeizacji w połowie XIX wieku, europejscy podróżnicy uznali nowe Bałkany za
zbyt europejskie, pozbawione dawnego etosu historii, a przepełnione duchem
naśladownictwa francuskich i angielskich światów. . Na szczęście bądź na (przyszłe) nieszczęście – Bałkany zmieniły się jedynie od zewnątrz. Sfera ideologiczna
(powszechne wierzenia, zwyczaje, stosunki, system wartości) pozostawała wciąż
niezmienna.
Owo zło w czasie wojny domowej
Gdy uznane za barbarzyńskie i zacofane
na początku lat dziewięćdziesiątych naludy bałkańskie z dumą przystąpiły do
kreśliło nową mapę poznawczą granic
procesu europeizacji w połowie XIX wiegeograficznych i symbolicznych „myku, europejscy podróżnicy uznali nowe
ślącemu wciąż po staremu” narodowi.
Bałkany za zbyt europejskie, pozbawioKrwawe pożegnanie z ojczystym krane dawnego etosu historii
jem tłumaczy się często wyborem lepszej, autonomicznej przyszłości w obawie przed wielkoserbską państwowością.
Są to jednak jedynie próby usprawiedliwienia słoweńskich i chorwackich aspiracji
niepodległościowych. Czarodzieje nowego porządku zapomnieli, że odchodząca do lamusa, niby znikająca w kapeluszu magika nacjonalisty Jugosławia była
jednak przestrzenią społecznego konstruowania rzeczywistości w wieloetnicznej
wspólnocie. Stworzony w ten sposób świat wspólnych znaczeń i symboli, kreowany w procesie bezustannej interpretacji, pozwolił idei jugosłowiańskiej zaistnieć
naturalnie w wielkim państwie południowych Słowian. Stąd też nie ma się co
dziwić, że wspomniane zło nie potrafiło zniszczyć za jednym zamachem ponad
pięćdziesięciu lat kształtowania się wspólnej pamięci zbiorowej i mało prawdopodobne, aby znalazło antidotum na poszerzającą się nową chorobę tych stron
– jugonostalgię.
Pisarz z Atlantydy
W 1995 roku wydano książka pt. Dzieci Atlantydy, zbiór esejów młodych eks-Jugosłowian, którzy uciekli przed wojną. Na początku odnajdujemy krótki tekst:
Skąd jesteś?
Z Jugosławii.
Czy istnieje taki kraj?
Nie, ja jednak przybyłem stamtąd23.
2
B. Jezernik, Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników, Universitas, Kraków 2004,
str. 13
3 Children of Atlantis. Voices from former Jugoslavia, opr. Z. Lešić, Cetral European Universtity
Press, 1995, przekład polski, [w:] D. Ugrešić, Kultura kłamstwa, Wyd. Czarne, Wołowiec 2006,
str. 363.
40
ilustracja Krzysztof Szwarc
Słowo Atlantyda w momencie wybuchu wojny na Bałkanach staje się metaforą Jugosławii. Przywołany w ten sposób
mit o zniknięciu kraju ukaranego przez
Bogów wieszczy rychłe zatonięcie wielonarodowej republiki. Rzeczywistość, na
którą ocaleni eks-Jugosłowianie wypływają, dąży do przemianowania narodowej tożsamości mieszkańców spoczywającej już na dnie Jugosławii. Wmawia im,
że wyśnili sobie nowy świat, w którym
odrodzą się na nowo.
W tej nowej rzeczywistości na uwagę zasługuje postać eks-jugosłowiańskiego
pisarza, przed którym postjugosłowiański świat stawia trzy wyjścia. Po pierwsze,
jest to transformacja i adaptacja, czyli przyjęcie nowych rozwiązań systemowych
i wprowadzenie ich do własnego systemu wartości. Drugie oznacza wewnętrzną
emigrację z nadzieją, że krótko potrwa. Trzecie zaś emigrację rzeczywistą z nadzieją, że jest tymczasowa. Wszystkie trzy wyjścia kończą się „śmiercią” pisarza,
potrzebną, aby mógł on zapracować na nowe życie. Najbardziej bolesnym doświadczeniem eks-jugosłowiańskiego pisarza nie jest transformacja i adaptacja, emigracja
wewnętrzna bądź rzeczywista, nie jest nim także dialog ze swoim lub obcym środowiskiem kulturowym. Jego raną otwartą jest wojna. Pisanie o niej doprowadza eksjugosłowiańskiego pisarza do aktu twórczej niemocy. Natomiast milczenie wydaje
się być jeszcze gorsze.
Dodatkowym problemem staje się język, w którym eks-jugosłowiański pisarz ma
snuć wojenną i powojenną opowieść. Rozpad Republiki Jugosławii przynosi bowiem
rozbicie języka serbsko-chorwackiego, istniejącego sto pięćdziesiąt lat, na cztery języki. W efekcie separacji język serbski unika wariantów zachodnich, chorwacki zaś
serbizmów, w bośniackim dodaje się elementy arabskie i tureckie, w czarnogórskim
szuka odrębności. W praktyce z półek bibliotek w Chorwacji znikają książki pisane
cyrylicą, z programów szkolnych usuwa się pisarzy serbskich. W Serbii zaś z bibliotek
znikają książki pisane alfabetem łacińskim, a ze szkolnych programów wyrzuca się pisarzy chorwackich. Po rozpadzie Jugosławii i proklamowaniu niepodległości nowych
republik słowo Jugosławia jest zakazane. Ponadto, określenia takie jak Jugosłowianin
czy jugonostalgik stały się synonimami zdrajcy narodu. Dawne symbole: sztandary,
godła, nazwy ulic, placów oraz szkół, zastąpiono nowymi. Terminy takie jak antyfaszysta, były partyzant, komunista, lewicowiec, antynacjonalista, posiadające w państwie
jugosłowiańskim zabarwienie pozytywne, zyskały nagle negatywne znaczenie. Eksjugosłowiański pisarz musi się zdecydować, którą fonetyczną i semiotyczną drogę
pragnie obrać. Decyzja ta od razu ustawi go po jednej bądź drugiej stronie ideologicznej barykady. Dla pisarzy poszukujących prawdy brutalnym objawieniem stanie się
prosta myśl, że literatura przynależy do kultury pokoju, a nie wojny.
41
Ci, którzy pozostają w domovinie, czyli ojczyźnie, muszą się nauczyć nowych
Eks-jugosłowiański pisarz, zasad pisania, bo każda wpadka kończy
jeśli chce być pisarzem, się wygnaniem. Ci, którzy wyemigrowamusi ubrać w ramy inter- li, muszą pogodzić się z rolą wygnańca
pretacyjne ową granicz- we własnym kraju i tego zawsze obcego
nie obciążoną przestrzeń, w nowym miejscu zamieszkania. Można
w której zła pamięć jest zatem stwierdzić, że eks-jugosłowiański
żywa i pełni rolę narzę- pisarz na emigracji tworzy swoje dzieła w
dzia nienawiści.
duchu Gombrowiczowskiej strategii obcości, zgodnie z którą bycie pośród innych
oznacza dialektykę przyciągania i odpychania, zaufania i obcości oraz krytycznej
akceptacji34. Wyobcowany pisarz zyskuje przywilej bezinteresownego, „obiektywnego” oglądu, wyswobodzenia się ze zniewalających więzów narzuconych
przez wspólnotę. Strategia obcości opisuje jednostkę, która winna być zawsze choć trochę gdzieś poza tym, co robi. Wygnany pisarz może być eksJugosłowianinem, może jawnie cierpieć w swoich tekstach na jugonostalgię.
I choć trudno mu będzie – jeśli naprawdę jest pisarzem – przezwyciężyć twórczą niemoc w pisaniu o postjugosłowiańskim wojennym świecie, ma on chociaż szansę napisać o nim po swojemu. Ten drugi, który pozostał w domu, ma
być obrońcą i reprezentantem narodowej kultury, strażnikiem ducha narodu.
Jak zauważa tworząca na emigracji chorwacka pisarka Dubravka Ugrešić,
jugosłowiański jeszcze pisarz tworzył w warunkach wolności od narzuconych
norm estetycznych i ideologicznych. Posiadał tę cechę, którą ostatnia bałkańska wojna odebrała pisarzom bezpowrotnie – egzystował w środowisku
literackim otwartym na wszystkie światy z obszaru Jugosławii – w praktyce
oznaczało to, że mógł żyć swobodnie w wielokulturowej przestrzeni pozbawionej symbolicznych linii demarkacyjnych. I choć znani jugosłowiańscy
pisarze, np. Ivo Andrić, Miroslav Krleža czy Danilo Kiš, byli mało znani
w świecie zachodnim, zafascynowanym wtedy literaturą rosyjską i czeską, to
jednak w ojczyźnie pełnili funkcję klasyków.
Wspólne vs Nasze
Saša Broz – najmłodsza wnuczka przywódcy Socjalistycznej Federalnej
Republiki Jugosławii – w jednym z udzielonych wywiadów przyznaje, że minęły bezpowrotnie czasy charyzmatycznych przywódców. Nadeszła epoka fachowców
specjalistów. Dziadek był kreatorem jugosłowiańskiej, bałkańskiej, a nawet światowej polityki – ale był zarazem wytworem czasów, w których żył. Nie wiem, czy
dzisiaj by się odnalazł…45
4
M. Dąbrowski, Między inter- a transkulturowością: przypadek Bobkowskiego, [w:] red. W. Kalaga, Dylematy wielokulturowości, Universitas, Kraków 2004, str. 221.
5
Wywiad Ryszarda Bilskiego z Sašą Broz, [w:] R. Bilski, Nie strzelajcie do nocnego ptaka. Bałkany 1991–1998, Presspublica, Warszawa 1998, str. 160.
42
Eks-jugosłowiański pisarz, jeśli chce być pisarzem, musi odnaleźć się
w zastanej postjugosłowiańskiej kulturze symbolicznej. Musi ubrać w ramy interpretacyjne ową granicznie obciążoną przestrzeń, w której zła pamięć jest żywa
i pełni rolę narzędzia nienawiści. Niech opowie o wojnie, w której pamięć strzela
do pamięci, o codzienności wypełnionej jugonostalgią i kłamstwem, o moście pomiędzy sąsiadującymi narodami, który padł ofiarą wielu wojen, a z tej zakończonej
prawie wiek temu wyłoniło się wspólne państwo, goszczące na swojej ziemi wiecznie zwaśnione nacje. Jeśli zostanie w kraju, nie powinien pisać o tym, co wspólne
– niech zostawi reszcie świata snucie dalej bałkańskiej baśni. Jeśli wyjedzie, niech
uprawia jugonostalgię choćby w każdym zdaniu, w końcu za chwalenie narodowych
wartości wyklętych pisarzy nikt w ojczyźnie nie doceni. Jeśli zostanie, niech pamięta,
żeby zapomnieć o tym, co było, przecież nikt już nie potrzebuje jugosłowiańskich pisarzy. Jeśli jest na obczyźnie, może pamiętać wszystko, ale za cenę wyobcowania i braku
ideologicznej ojczyzny. Chociażby Dubravkę Ugrešić już dawno temu zaklasyfikowano
do grona kobiet-czarownic, próbujących słowami odczarować wyśnioną przez naród
chorwacki rzeczywistość.
Eks-jugosłowiański pisarz wie, że w średniowieczu na ziemiach bałkańskich Słowian
zaczęły powstawać pomniki dobrej pamięci, wyrastające z nadziei na wdzięczność następnych pokoleń. Były to najczęściej świątynie, ołtarze, studnie, mosty, schronienia dla
podróżnych, szkoły i klasztory. Każde z takich miejsc określano mianem Zadužbina, co
oznacza pobożny dar składany za duszę fundatora, na chwałę Bogu i przestrogę ludziom.
W rzeczywistości społecznej eks-jugosłowiańskiego pisarza bałkańskie zadužbiny zamiast
symbolem dobrej, wielopokoleniowej pamięci, stają się coraz częściej ofiarą pamięci złej, są
postrzegane przez potomnych jako znak obecności Obcego, wspomnienie dotkliwych
upokorzeń.
Pisanie o wojennych krzywdach na kartach eks-jugosłowiańskiej literatury narodowej
powinno przywoływać tylko pozytywne aspekty działania owej złej pamięci, podkreślać potrzebę dyferencjacji i egzemplifikacji własnej tożsamości. Jak stwierdza Ivan Čolović – belgradzki intelektualista, przejawiający w swojej twórczości strategię obcości – konflikt wywołuje
się w nadziei, że owa nasza „gramatyka” w końcu nie pozwoli nieznośnie bliskiemu Innemu usiąść
za naszym stołem, położyć się w naszym łóżku, mówić naszym językiem, pić nasze wino i w naszym
języku opowiadać nasze święte opowieści.6 Przecież jeśli w wojnie o naszą separację zginęli nasi, to
była śmierć w imię ideałów. Jeśli zginęli ci inni, źli, barbarzyńscy – nie żałujmy ich, mogli przecież zanieczyścić naszą czystą tkankę narodową. I tak, jeśli eks-jugosłowiański pisarz pragnie
opisywać podobieństwa między niegdyś jugosłowiańskimi braćmi, zabija tak bardzo pożądany
w jego twórczości patriotyzm (a dokładniej narzucony bądź przyjęty nacjonalizm). Gwałtowna
powojenna transformacja wartości powoduje przecież, że pisarska amnezja, świadome bądź nieświadome kłamstwo, nie budzi wątpliwości i sprzeciwów ze strony władzy. Gdy eks-jugosłowiański pisarz zostaje w domu, tworzy teksty polityczne.
Ten zaś, który pisze na emigracji, z bólem przełyka gorzką prawdę, że refleksję nad jego wojennym i powojennym świadectwem podejmie jedynie świat poza-bałkański.
6
I. Čolović, Polityka symboli, Universitas, Kraków 2001, str. 73.
43
Karol Franczak
Czy kochają państwo
„kalających własne gniazdo”?
Bella gerant alii, tu felix Austria, nube
(Niech inni wojują, ty, szczęśliwa
Austrio, żeń się)
Już na początku XX wieku Hermann
Broch w Lunatykach nazywał Austrię krajem dekoracyjnych kulis i braku wartości.
Waga i zasięg oddziaływania artystów na
kształt austriackiej tożsamości i pamięci
zbiorowej do dziś pozostaje europejskim
fenomenem
Autorefleksja społeczeństw europejskich
w sporach o kształt pamięci zbiorowej łączy się w ostatnich latach z rozpoznaniem
niejednoznaczności ról, które przypadało
pełnić ich pobratymcom: katów, oprawców,
kolaborantów, konfidentów, biernych świadków, „szmalcowników” i innych. Refleksja
nad własnymi niechlubnymi czynami jest
niekiedy efektem długotrwałego namysłu i pracy specjalnie do tego powołanych
instytucji, częściej jednak bywa skutkiem
gwałtownego „wtargnięcia” problematycznej
przeszłości do dyskursu publicznego, np.
za sprawą eseju historyczno-filozoficznego
(Die Schuldfrage Karla Jaspersa), prasowego
artykułu lub telewizyjnego reportażu (irlandzkie Państwo strachu z 1999 roku), publikacji książki historycznej (casus Sąsiadów
Jana T. Grossa) czy skandalizującego działania artystycznego.
W Austrii „trudna przeszłość” to głównie obrachunek z narodowym socjalizmem.
Od zakończenia II wojny światowej debaty
44
wokół udziału Austriaków w zbrodniach
nazistowskich i odpowiedzialności za narodowy socjalizm toczyły się w dużej mierze
za sprawą niepokornych członków elity kulturalnej – pisarzy, dramaturgów, reżyserów
etc. Krytycy wielokrotnie zwracali uwagę na
wyjątkową (neurotyczną, jak dodawali niektórzy) wrażliwość artystów austriackich
na otaczającą rzeczywistość oraz ostrość ich
spojrzenia, które docierało w rejony pomijane przez polityków, dziennikarzy lub historyków. Wielu austriackich artystów do
dzisiaj pozostaje więc europejskim fenomenem wiedzy „nieujarzmionej”, takiej, która
rezygnuje ze społecznego nakazu grupowej
lojalności i poddaje krytyce dominujące wyobrażenia oraz powszechnie obowiązujący
porządek znaczeń.
Gniazdo os
W ciągu ponad dziewięćdziesięciu lat, które
minęły od 1918 roku i początku Pierwszej
Republiki, Austria przebyła długą drogę
– przeżyła upadek wielokulturowej monarchii, w latach 1938-45 związek z III Rzeszą,
następnie „wyzwolenie” (lub jak chcą niektórzy, „okupację”) przez siły alianckie. W 1955
roku podpisano Traktat Państwowy, dzięki
któremu Austria zyskiwała status państwa
neutralnego oraz wyraźnie prozachodnią
orientację. Przez następnych kilkadziesiąt
lat kształtował się i umacniał wewnętrzny
wizerunek Republiki jako „pierwszej ofiary
Hitlera”. Poważne próby zakwestionowania
tego mitu rozpoczęły się dopiero w latach
ilustracja Krzysztof Szwarc
osiemdziesiątych XX wieku – w trakcie prepokolenie pisarzy, którzy krytycznie próbozydenckiej kampanii wyborczej w 1986 roku
wali rozprawić się z niechlubną przeszłością
i tzw. „afery Kurta Waldheima” oraz obchowłasnego kraju, doszło do głosu w latach
dów pięćdziesiątej rocznicy Anschlussu dwa
sześćdziesiątych. Zarzucano im wszystkim
lata później.
„kalanie gniazda” i potępiano za nielojalność
Te i kolejne wydarzenia oraz debaty obwobec własnej kultury. Odtąd kategoria
rachunkowe częściowo zrewidowały obraz
Nestbeschmutzer stała się poręczną inwekAustrii z okresu II wojny światowej. Wysiłki
tywą, którą określani byli wszyscy „niepozakwestionowania mitu i przełamania milkorni” artyści, zwłaszcza Thomas Bernhard,
czenia na temat „kwestii żydowskiej” łączyły
Elfriede Jelinek, Robert Menasse, Peter
się jednak z eksplozją języka wrogości, jawTurrini i Martin Pollack. Oprócz najbardziej
nymi wystąpieniami przeznanych nazwisk,
Kategoria
Nestbeschmutzer
staciw Żydom i ponownym
wielu twórców (takła
się
poręczną
inwektywą,
któ„uruchamianiem” wizerunże spoza obszaru lirą określani byli wszyscy „niepoku Austrii jako ofiary obteratury) angażowakorni” artyści, zwłaszcza Thomas
cych mocarstw.
ło się w austriackie
Bernhard, Elfriede Jelinek, Robert
Długo zanim w latach
spory o przeszłość,
Menasse, Peter Turrini i Martin
osiemdziesiątych Austrię
a wydarzenia artyPollack.
ogarnęły ogólnospołeczne
styczne stawały się
debaty, jedną z nielicznych intelektualnych
niejednokrotnie wydarzeniami politycznymi.
opozycji wobec dominującej narracji byli
Oddziaływanie austriackich Nestbeaustriaccy artyści. To oni zwalczali histoschmutzer ujawniło, że w nagłaśnianiu i deryczne i społeczne tabu, krytykowali obrońfiniowaniu ważnych problemów społeczców status quo, domagali się demokratyzacji
nych (w tym np. kwestii mniejszości nasfery publicznej oraz mówili o kłamstwach
rodowych czy prawicowego ekstremizmu)
i mitach Drugiej Republiki. Najważniejsze
trudno pominąć głos przedstawicieli sztuki.
45
W swojej twórczości obnażają oni zarówno fakt niedostatecznego rozliczenia
zbrodni hitlerowskich, jak i współczesne
przejawy ideologii faszystowskiej oraz języka antysemityzmu. Wielu z nich wykorzystuje autentyczne wydarzenia społeczne
(np. ataki na mniejszość romską) jako tło
dla artystycznego komentarza.
Najszerszym echem odbiła się premiera sztuki Plac
Bohaterów (Heldenplatz)
w 1988 roku w wiedeńskim
Burgtheater. Wywołała
ogromny skandal, falę protestów, ale i entuzjazmu.
Figura Nestbeschmutzer służy nie tylko
nazwaniu postawy zakładającej dystans wobec własnej zbiorowości, ale jest także etykietą w życiu publicznym. W zależności od
interpretacji, „kalający własne gniazdo” jest
bądź dyskredytującym określeniem stosowanym przez tych, którzy określają siebie
jako „prawdziwych Austriaków” i chcą wska-
zać „wyrodnych” członków społeczeństwa,
bądź rodzajem autostereotypizacji. Artysta
przyjmuje szyderczą etykietę i wykorzystuje ją jako narzędzie walki o prawomocność
własnego stanowiska. W tej sytuacji łatka
„kalającego gniazdo” jest czymś pożądanym.
Nobilituje.
Czyż jest piękniejszy kraj?
Początki literatury „rozliczeniowej” były
trudne. W latach sześćdziesiątych ukazała się
doniosła dla problemu, lecz niezauważona
książka Hansa Liberta (pisarza nie-żydowskiego pochodzenia) Wilcza skóra, o zbrodniczej przeszłości austriackiej prowincji
i zbiorowym milczeniu. Podobny schemat
miała powieść Gerharda Firtscha Fasching
46
(1967). Rozrachunkowych dyskusji nie spowodował też wydany w 1967 roku dramat
Friza Hochwäldera Der Himbeerpfücker
(Zbieracz malin) ani opublikowane w tym
czasie wiersze Ernsta Jandla. Lepiej przyjęta
została poezja Ingeborgi Bachmann, problematyzująca chorobę narodowego socjalizmu.
W wielu wierszach wyczuwa się niepokój
spowodowany wszechobecnym po wojnie
duchem faszyzmu. Paradoksalnie, pierwsze
książki zaliczane do literatury Holocaustu
wydała literatura austriacka: m.in. autobiograficzną powieść Ilsy Aichinger Die grössere
Hoffnung (Większa nadzieja), wiersze Paula
Celana (Fuga śmierci) i Rosy Ausländer oraz
eseje Jeana Améry’ego.
Z biegiem czasu krytyczny stosunek literatury do historii Austrii stawał się coraz
widoczniejszy. Najbardziej spektakularnym atakiem na wciąż żywe tradycje nazistowskie były utwory Thomasa Bernharda.
Elementy rozliczeniowe można znaleźć
w większości jego powieści i dramatów, choć
nie można też twórczości Bernharda redukować do tej tematyki. Najszerszym echem
odbiła się premiera sztuki Plac Bohaterów
(Heldenplatz) w 1988 roku w wiedeńskim
Burgtheater. Wywołała ogromny skandal,
falę protestów, ale i entuzjazmu. Sztuka
w bolesny sposób odkrywała nazistowskie
ciągoty współczesnej Austrii, jej antysemityzm i zaściankowość. Z kolei dramat
Przed odejściem w stan spoczynku (Vor dem
Ruhestand) nawiązywał do „afery Filbingera”,
premiera Badenii-Wirtembergii, w czasie
wojny nazistowskiego sędziego, a w demokratycznych Niemczech zręcznego polityka.
W dramacie Na szczytach panuje cisza (Über
allen Gipfeln ist Ruh) Bernhard ostrzegał
m.in. przed podskórnym nacjonalizmem intelektualnym, który ukrywa się pod fasadą
fałszywego humanizmu. Wątek rozliczeniowy
jest również w dużej mierze treścią ostatniej
powieści Bernharda Wymazywanie. Rozpad
(Auslöschung. Ein Zerfall), gdzie tytułowa
metafora odnosi się zarówno do ciemnej
przeszłości rodziny głównego bohatera, jak
i przeszłości Austrii.
Wiele lat po wojnie problem „obrachunku”, winy i kary podejmuje kontrowersyjna
Elfriede Jelinek (w sztukach Burgtheater,
Macht nichts. Eine kleine Trilogie des Todes;
Stecken, Stab und Stangl; Das Werk; Rechnitz
czy w powieści Wykluczeni), Peter Turrini
(Bitwa o Wiedeń, Świniobicie), Felix Miterrer
(Kein schöner Land, In der Löwengrube).
Tematyką, jak sam go nazywał, „kraju bez
właściwości” zajmował się w swoich esejach
Robert Menasse (Überbau und Underground.
Die sozialpartnerschaftliche Ästhetik. Essays
zum österreichischen Geist z 1990 roku oraz
Das Land ohne Eigenschaften. Essay zur
österreichischen Identität z 1992 roku). Także
w jego powieści Die Vertreibung aus der Hölle
(Wygnanie z piekła) odnaleźć można motywy rozliczeniowe.
Szokowa pedagogika, którą
przez lata fundowali własnemu społeczeństwu niepokorni artyści, okazała się w dużej
mierze przeciwskuteczna.
Wyraźna zmiana sposobu pisania o przeszłości zaznacza się w austriackiej literaturze w latach dziewięćdziesiątych, kiedy zaczyna pojawiać się ton swobodniejszy, wolny
od obciążeń osobistych. O ile w literaturze
niemieckiej wciąż dominuje polityczna poprawność, wykluczająca z dyskusji literackich jakąkolwiek „niestosowność” (choć i ta
pojawia się znienacka w wystąpieniach poważnych intelektualistów), w Austrii głosy
w dyskusji są nierzadko autoironiczne lub
sarkastyczne. Do literatury rozliczeniowej
tego okresu można zaliczyć powieść Norberta Gstreina Angielskie lata (Die englischen
Jahre, wyd. polskie 2003) oraz utwory pisarzy uważanych za postmodernistów, przede
wszystkim Norberta Ransmayra (Morbus
Kitahara), który jako jeden z pierwszych
autorów w latach dziewięćdziesiątych XX
wieku podjął w Austrii temat zbrodni narodowego socjalizmu. Bestsellerem stała się
wówczas także książka austriackiej Żydówki Ruth Klüger Weiter leben – Eine Jugend,
w której prawda o Żydach jest niezgodna z
martyrologiczną political correctness i szokująca. Najnowsze przykłady literatury „rozliczeniowej” to dobrze znane w Polsce książki
Martina Pollacka Ojcobójca (Anklage Vatermord. Der Fall Philipp Halsmann), wydany
w Austrii w 2002 roku i Śmierć w bunkrze
(Der Tote im Bunker) z roku 2004.
Kochają państwo Scholtena, Jelinek,
Peymanna, Pasterk, Häupla czy sztukę
i kulturę?
Thomasa Bernharda przeklinali przedstawiciele większości ugrupowań politycznych.
Front ataku przy okazji wszystkich jego
kontrowersyjnych utworów i wypowiedzi
(choćby wywiadów prasowych) był bardzo
szeroki. Jedni próbowali unieszkodliwić
Bernharda przez zniesławienie, inni nazywali go mistrzem przesady i odmawiali
jego dramatom prawa do komentowania
współczesnej rzeczywistości. W przypadku Elfriede Jelinek nie poprzestawano na
atakach medialnych. Podczas kampanii do
47
wyborów lokalnych w Wiedniu w 1995 roku
Austriacka Partia Wolności (FPÖ) wykupiła
bilbordy, na których można było przeczytać:
Kochają państwo Scholtena [ówczesnego ministra kultury], Jelinek, Peymanna, Pasterk,
Häupla [w tym czasie burmistrz Wiednia]
czy sztukę i kulturę?.
Publiczne wypowiedzi artystów na
tematy polityczne zyskiwały więc w Austrii ponadprzeciętne znaczenie, a w role
komentatorów ich działań i twórczości
wcielali się politycy ze szczytów władzy. Ciekawy wydaje się efekt spójności pomiędzy artystyczną działalnością
niektórych austriackich twórców (oraz
jednocześnie ich medialną obecnością), a ocenami dokonywanymi przez ich
krytyków. Stempel „kalającego własne
gniazdo” przykładany był przy dużym
współudziale samych zainteresowanych.
Stereotypowa figura Nestbeschmutzer powstawała przy znaczącym wsparciu kontrowersyjnych wypowiedzi, wystąpień
i demonstracji (np. podczas wręczania literackich nagród). Tego rodzaju działania
odbywały się często w pozaartystycznym
kontekście, a krytycznie nastawionym
do Austrii postaciom życia publicznego
przyświecała chęć wywarcia określonego
wrażenia. Skandalizujące treści okazywały się być składnikiem pożądanego wizerunku. Wzajemne odziaływanie między
48
wybranymi przedstawicielami środowiska
austriackich artystów a ich przeciwnikami
zadecydowało o uzyskaniu tego charakterystycznego efektu spójności.
„Efekt śpiocha”?
Czy publiczną obecność Nestbeschmutzer
można traktować w kategorii „pośrednika”, tłumaczącego i pomagającego zrozumieć deficyty płynące z „zablokowanej
pamięci” tak politykom (podtrzymującym
wizję Austrii jako „pierwszej ofiary”), jak
i społeczeństwu (któremu w zdecydowanej większości bardzo długo nie zależało
na ujawnianiu niechlubnych opowieści
z przeszłości swojego kraju)? Wydaje się,
że nie. Paradoksalnie – to perspektywa
„kalających własne gniazdo” wymagałaby
translacji.
Szokowa pedagogika, którą przez lata
fundowali własnemu społeczeństwu niepokorni artyści, okazała się w dużej mierze
przeciwskuteczna. W strategii „kalających
własne gniazdo” brakowało świadomości
tego, że w funkcjonowanie języka „insurekcyjnego” wpisana jest polaryzacja, która może przyczyniać się do pogłębiania
konfliktów społecznych. Szlachetna idea
może prowokować „utwardzanie” rywalizujących ze sobą stanowisk oraz konsolidację przeciwnego obozu, broniącego
mitu Austrii – „pierwszej ofiary”.
Do tego dochodzi problem „artystypośrednika”, kogoś, kto zamierza przekazywać wiedzę niechcianą i przemilczaną.
Rywalizujące o „rząd dusz” obie strony
sporu widzą tylko siebie w obozie „cywilizowanych elit”. Z jednej strony, za
„oświecone” uchodzą te poglądy, które są
w stanie zerwać nakaz grupowej lojalności i forsować niepopularne narracje (np.
pamięć o własnej hańbie). Z drugiej, jako
„oświecone elity” przedstawiają się przeciwnicy „kalających własne gniazdo” (w
tym wielu polityków), którzy dokonują na
artystach rytualnych zabiegów dyskredytacji, oskarżając ich m.in. o chęć poniżenia
i ośmieszenia własnego społeczeństwa na
arenie międzynarodowej.
Jak zatem inicjować debaty o przeszłości w kraju takim jak Austria? Czy wprowadzać je z wykorzystaniem działań „skandalizujących” i liczyć się z możliwością
podziału społeczeństwa, czy może lepiej
robić to innymi środkami? Otwarta konfrontacja między rywalizującymi obozami
w okresie kampanii wyborczej 1986 roku,
a także skandalizujące działania artystów
pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach
dziewięćdziesiątych nie przeszkodziły, po
pierwsze, w sukcesie wyborczym Kurta
Waldheima, po drugie, nie powstrzymały
wzrostu nastrojów narodowych i radykalnych, które w 2000 roku przełożyły
się na poparcie dla Jörga Haidera i Partii
Wolnościowej. Zgodne potępienie populistów z FPÖ przez „kalających własne
gniazdo” i społeczność międzynarodową
także okazały się przeciwskuteczne.
Tej pesymistycznej diagnozie zaprzecza
jednak długofalowy efekt intensywnej i toczącej się niejako podskórnie recepcji działalności „kalających własne gniazdo”, m.in.
przełamanie milczenia na temat własnych
niechlubnych czynów z przeszłości oraz
podjęcie trudów obrachunku, zarówno
w wymiarze indywidualnym, jak i grupowym. Nadzieja na zmianę zawsze jest. Tak
mówił o niej w jednym z wywiadów Peter
Turrini: Ta nadzieja, a jednocześnie mania
wielkości, jest całym moim życiem. Z czterdziestu sztuk, które napisałem, co najmniej
dwadzieścia było wielkimi skandalami wywołującymi debaty w parlamencie. Osiągnąłem
więcej niż wielu polityków. Wielokrotnie próbowałem wyjechać z kraju. Równie dobrze
mógłbym uciec na Kilimandżaro. Austria i tak
by mnie dopadła. Dlatego zawsze wracałem.
49
Miłosz Biedrzycki
Wojna
Wojna! Szturm na eurodolarze.
Czarna i niespokojna noc
obrońców eurozłotego. Zawierucha
unosi chmarę punktów bazowych,
płatków popiołu.
Dziesięć procent komórek mojego ciała
to moje ciało.
Reszta to ciało bakterii.
Na milimetrze kwadratowym skóry
sto milionów bakterii. Kiedy podaję ci rękę,
moje i twoje bakterie dotykają się.
Kiedy głaszczę bakterie na twoich piersiach,
czy cieszą się tak samo, jak my?
Liczne państwo na każdym milimetrze kwadratowym
skóry. Mojej? Czyjej. Podobno na Romanie Ingardenie
wychowały się pokolenia literaturoznawców polskich.
Aż boję się myśleć o pokoleniach
zajmujących pozycję krótką
na kontynencie mojego policzka.
Dobrze, że nie kupowałem miedzi!
W śpiewającej tankietce
W śpiewającej tankietce walczy polski żołnierz,
inteligentnej, za pół miliona dolarów, przeciwko minom
z prochu i starego garnka po dwadzieścia siedem centów.
Czy hasło punks not dead wciąż jest żywe.
Czy kapral „Śruba”, dawniej załogant załogi alterglobalistów
z Nakła nad Notecią, wciąż jest żywy.
Czy nastąpił na garnek z prochem
jak na węża pięta Adama-Achillesa. Jak to się ma
do reanimacji kultowego rockowego ewentu,
gdzie tradycyjnie dominowała ludność z irokezem.
„Kiedy odrzucimy wszystko, co niemożliwe,
zostaje prawda, choćby była najbardziej nieprawdziwa”
– naprawdę, panie Sherlock. „Nie ma pewności,
że jutro słońce też wzejdzie” – naprawdę, panie Hume.
50
Wiadomości z września
Pijany obrońca sikający na portret marszałka.
Polscy żołnierze obleśnie oblizujący pornograficzne karty.
Nic takiego nie mogło mieć miejsca w rzeczywistości.
Rzeczywistość nie ma na to w sobie miejsca ani pojemności.
Wiadomości z października
Benzyna po osiem złotych jeszcze przed końcem roku.
Mejl od Homera, zwiększ długość swojego eposu.
Grad wielkości grejpfruta uszkodził mózg posła.
Nagranie pijanej w sztok pijącej własny rosół.
51
Aleksandra Zbierska
A zdychać wcale nie trzeba
Gwoździe zdarzają się małe. A bywają i duże,
jak palec. Droga pisarza usiana gwoździami,
przeważnie dużych rozmiarów. Chodzić po nich
trzeba boso, krwi ubędzie dosyć
i z każdym rokiem będzie ciec obficiej.
Jeśli jesteś słaby, to kupią cię i sprzedadzą,
zahukają, uśpią, i uwiędniesz, udając,
że jesteś kwitnącym drzewem. Błogosławię cię za to,
że dasz sobie połamać żebra, by dostać się
w sam środek rikszy. Ugnieciesz swą twórczość
jak ciasto, po to tylko, by spotykając człowieka
z wyrwanym strzępem serducha stworzyć w nagrodę –
dla równowagi - na miarę uszyte kłamstwo,
pocieszający fałsz, np.:
że pierwszy szczebiot ptaka o świcie
jest piękny. (Jedna z panienek zdejmuje pończochy
i boso spaceruje po śniegu, żeby nabawić się
zapalenia płuc i wyzionąć ducha.) Cześć wam,
szaleńcy, co zapalacie złoty sen dla ludzkości,
nieszczęsnej. Cześć waszym zębom
dygoczącym z zimna.
o świcie.
Ma w sobie coś pięknego ta chwila, gdy spojrzenie
przestaje być spojrzeniem. Gdy rozpada się
powłoka cywilizacji, przymusu & dyscypliny
odsłaniając dziką, spragnioną mordu bestię.
Może to zabrzmi dziwnie, ale uświadomienie sobie
tej prawdy dało mi pierwsze odczucie wolności
52
Kuba Bogu
Dedykowany niewątpliwie Teu bę
Laska mówi - twarz twoja nikła w oddali,
czekałam, chciałam cię jakoś ocalić. - To
z German - mówię. - Ja tu przychodzę nie po to,
by reperować twarz, ani otrząsać z kurzu
duperele. Cha zresztą wie, po co się tak
wywnętrzać. Laska mówi - paralele
czekania. Ja mowie - liść czekania - rozłąka,
jak liść pożółkły leżała pomiędzy nami.
Zostań, gdzie jesteś - słyszę - prochów z siebie
nie otrząsaj, trupa z buta nie odwracaj. Och,
to już innego rodzaju gra. Sadzie jabłkowy
z niedopieszczoną ja - błonką, owocu do gnicia mówię ci, pamiętam. Mam w ręku kamień,
podrzucam kamień, kamień do mnie wraca.
Laska mówi - bumerang. Ja mówię - dobrze.
53
Robert Rybicki
Magnes
ciągnie oczy, włosy
lśnią jak prześwietlone
rabarbary, konnica
rastafarian między
mrówkowcami zjeżdża
spod nasypu.
Spotkałem Magnes.
Przez widzialne jak parawan
w japońskim teatrze cieni
Magnes. Rozdżwiękowiło się
niebo. Spłonęły paragrafy
i ustępy.
Oczyściły się rejestry.
Odcharknęło się ciału i głos stał się klarowny.
Gdyby wszystkie ludzkie
krtanie wbudować jako
stroiki w klarnety, trąbki,
saksofony, flety poprzeczne,
puzony, waltornie i rogi –
- jak brzmiałby Twój głos
i do czego by pasował?
- czy zyskałaby na tym
muzyka
awangardowa?
Chyba nie.
Powstałoby nowe okrucieństwo
ze zbyt wielkiego przechyłu sztuki
w stronę ideału.
54
Straszyl
(co się zatem odrywa?)
miasto się rozkręca,
wszędzie pełno śrubek,
a on się wspina
do pracy,
gdzie ekranizacja świadomości
przybiera realne formy, a
on sam staje się dodatkiem
do swojej mimiki,
twarzy;
co to miał być ten drewnotok?,
pyta napalony wij-wiła,
jakby chciał przetrzepać słoje
boazerii starej gazdówki
DAWAJ NO STARA
ZIŁA I KAMAZA
SZYKUJEMY DLA WAS
K O M P U T E R R O R:
zamiast programu do montażu
niebo wyświetla trailera burzy,
sesja fotograficzna z udziałem chmur,
które tym razem są gwiazdami,
podchmurne, rozczapierzone eksplozje,
o błękitna poświato błysku!,
eksperymentalna perkusja deszczu
jako tło do kotłowaniny dźwięków
kotła nieba, tak brzmią porady
zabitych pająków, które grały w TEATRZE
B Ł Y S K A W I C A,
gdzie
żywioły mają swoją matematykę.
55
(Czy myślisz, że Słowo Boże
ma ludzki wymiar?)
czas przepływa przez
świadomość jak przez
tunel oświetlony ze
wszystkich ścian jak
jarzeniówka, dzieło
sztuki wycieka ze
ściany, ale nie przybiera
żadnej ze znanych nam
barw;
im mniej mnie
jest, tym lepiej
jest –
- duppyzm
- FREE fraza:
Skandal to skan dali,
czyli zeskanowana dal.
To jest skandal!
- nanofraza:
adam [email protected]
Wzdłuż deszczu.
Od urodzenia istnieję do granic wytrzymałości.
Grażecka.
Dostrunienie gitary.
Rozkład perki.
Jestem profesorem głupoty.
Lira-świra.
Mierzenie
oporności mózgu
przy napięciu stałym
i zmiennym,
mierzenie mocy
mózgu przy napięciu
stałym i zmiennym:
czarna wołga
z pięcioma zakonnicami
wewnątrz. Stare kurwy
karmią nas mitami?
ilustracje Piotr Pasiewicz
56
Kończyła się wojna. Ludzie wprowadzali się do mieszkań na chybił trafił.
Wlokła się ta fala ludzi wzdłuż drogi i co rusz ktoś się odłączał od szeregu,
żeby znaleźć sobie dom. Niektórzy traktowali te domy jak znalezione
noclegi i tak też robili. Siadali lub kładli się na krzesłach, podłodze,
odwracali drzwi i układali się na nich na grubych płaszczach. Po czym
natychmiast zapadali w kamienny, dziwnie odległy sen. Nie śniło im się
życie, które znali, wręcz przeciwnie, śnili im się ludzie nowi, pierwszy raz
widziani na oczy, obcy, którzy spędzili w tych domach swoje najpiękniejsze
lata, a teraz są nie wiadomo gdzie. Głęboki sen, mimo że przykry, nie
chciał się skończyć przed końcem, więc ludzie spadali z drzwi, obracając
się gniewnie na boki albo opadali na piece, w których tkwiły ukryte książki,
dokumenty lub pamiątki zamiast drzewa. Dom, który znalazłam, należał do
rodziny murarza i krawcowej. Murarz postawił ten dom dla swoich dzieci,
ale niespotykany niepokój lat trzydziestych zmiótł dzieci na krańce Rzeszy
i murarz nigdy już ich nie spotkał. Próbował po wojnie zrekonstruować losy
swoich dzieci, ale nikt właściwie nie umiał mu pomóc. Nie umiał lub nie
chciał. Upór murarza nie wystarczył i pewnego dnia zmarł, nie spotykając
ani jednego z dzieci. Tymczasem krawcowa głównie milcząc, przetrwała
kilka nowych epok. Zaraz po wojnie piekła murarzowi jedzenie w starym
garnku, który znaleźli z jego lub jej przedwojennych zapasów. W garnku
była zaschnięta kupa radzieckich żołnierzy, ale krawcowa przemyła go,
przetarła piaskiem znad rzeki i przygotowała zwyczajny posiłek. Dopiero
w kilka lat później, po jej śmierci garnek wylądował w ogrodzie i służył za
poidełko dla kotów. Zresztą kasza tego dnia nie była zła, myślał murarz
i jadł tak szybko, żeby w razie pojawienia się dzieci w ogrodzie nie przyłapały
go na czymś tak normalnym, pozbawionym niepokoju, lęku, tęsknoty.
W moim pokoju nie było jednej całej ściany, dlatego słyszałam, co dzieje się
po drugiej stronie domu, niby w obcym mieszkaniu. Nie było ono jednak
obce, bo wprowadziły się do niego trzy dziewczyny. Nie widziałam żadnej
z nich poza najniższą, która przedstawiła mi pozostałe pewnego dnia, po
prostu, po zmierzchu w ogrodzie. Miała gruby brązowy sweter, który po
praniu zrobił się miodowy, wytarte spodnie z grubego materiału i dziecięce
buty z prawdziwej skóry. Nie wiem, jak ona mieściła w nich swoje stopy.
Nazajutrz pojawił się Adam. I wszystko się zmieniło. Adam był dziki,
wielki i chodził półnagi. Włosy odrosły mu do ramion, nie zamierzał ich
ścinać ani golić do skóry. Właściwie jego pojawienie się w okolicy wywołało
popłoch wśród kobiet, niepotrzebnie, bo Adam polował na młode
57
Agnieszka Kłos
Wojna Adama
dziewczynki. Był zwinny jak kuna, cierpliwy, piękny i wielki w tym swoim pożądaniu
małych dziewczynek, o które wcale nie było tak łatwo. Można je było zobaczyć przed
wojną, jak zapatrzone w ziemię odkrywają jakieś elementy zabawy. W każdym razie
miały swój rytuał, nie teraz. Teraz można było zobaczyć, jak przywiązane do matek
maszerują, ale właściwie były kolejnym workiem brudnych rzeczy na plecach, torbą
wypełnioną przedmiotami, które mogą się przydać po drodze, czy dziećmi? Nigdy
nie widziałam tego dokładnie, choć pochód nieszczęśliwych i zamyślonych kobiet
szedł nieprzerwanie pod moimi oknami. Nie byłam jedną z nich. Miałam drzwi obite
starym żołnierskim płaszczem i Adama w okolicy. Ale ani razu nie zaprosiłam go do
domu. Podobała mi się dziewczyna najniższa z sąsiedztwa i bałam się, że Adam ją
zniszczy. Do niczego nie doszło, ale się bałam, choć właściwie nie rozmawiałam nawet
z tą dziewczyną za wiele. Patrzyłam, kiedy nie patrzyła w moją stronę i przyglądałam
się spokojnie rzeczom, które układały się na jej ciele. Widziałam ciemne zagięcia
zniszczonej skóry na jej dziecięcych butach, wytarte ślady na pośladkach, jakby kiedyś
była grubsza. Raz widziałam jej zmarznięte ręce, jak się schylała po coś w ogrodzie.
Kucnęła nawet później nad ziemią, ale ręce schowała do kieszeni. Leżąc na starych
drzwiach, przypomniałam sobie jej włosy i wargi. Miała bardzo czerwone, niezdrowe
wargi. Adam przyszedł niespodziewanie. Pojawił się w kuchni i zasłonił mi światło.
Najpierw zrobiło się ciemniej, a potem wszedł Adam do środka. Podrzucał coś w ręku,
spytałam, co robi, ale mi nie powiedział. Miał włosy, które przypominały coś brudnego
i nie do rozczesania. Nie chciałabym ich nigdy rozplątywać. Najlepiej je ściąć. Adam
się tym nie przejmował. Chyba polubił wojnę, zadomowił się w niej i pozostał. Grzebał
po śmietnikach i zakradał się do domów w okolicy, kiedy ich właściciele wychodzili na
zewnątrz. Zakładali obręcze od wiader na furtki domów, zawiązywali je sznurkiem,
ale to nie pomagało. Jedzenie ginęło. Adam się uśmiechał. W końcu powiedział mi, co
robi z małymi dziewczynkami i że mu dobrze, że to mu się podoba. Nie mogłam spać.
Nie wiedziałam, że w środku wojny można zrobić drugą wojnę i mieć swoje ofiary.
Najtrudniej mi było znieść to, że nikt nie protestował. Adam powiedział, że to jest
normalne i wszyscy mu ze strachu przytaknęli.
ilustracja Remigiusz Wojaczek
58
Agnieszka Kłos
Licmansztad
Napisałam opowiadanie o babci i zasnęłam. W niedzielę obudziłam się i musiałam natychmiast iść na cmentarz. Wiedziałam, że spotkam tam Alę, dentystkę,
do której idę w poniedziałek. W przedpokoju, jak moja babcia, miałam silną intuicję. Retrospekcja: jakiś miesiąc, dwa temu na niedzielnym spacerze na cmentarzu widzę Alę, ale ucieka przede mną. Ja bezradna, w rozpaczy, że Ala się wstydzi,
kim jest. Nie biegnę za nią, ze smutkiem kiwam głową. Wracam do świeżych
grobów, ale przecież nie wiem, jak Ala nazywa się naprawdę. Wyjaśnienie: Ala
to przyjaciółka naszego domu. Moja matka piastowała jej córkę. Jest dentystką i mieszkała kiedyś w Rawiczu, krótko. Zatem niedziela. Idę na cmentarz,
przechodzę przez bramę główną i wchodzę naprzeciw Ali. Zastawiam jej drogę
ucieczki. Nie dziwię się, że ją znajduję. Ona zaszokowana, zmieszana, widzę, że
truchleje. Witamy się wylewnie. Mówimy oczywiście o wizycie, choć stoimy nad
grobem jej ojca. Nie mogę jeszcze w tej chwili spojrzeć na tablicę. Patrzę tylko
na Alę. Czekam. Ala w końcu; a tu mój ojciec leży. Ja, udając lekkie zdziwienie;
tak? I mówię, siadamy, pani Alu, gadamy, bo myślę, że tu się coś urodzi i trzeba
robić miejsce. Ala siada posłusznie na ławce, brudnej, od lat tu nikt nie siedział.
Odkurzamy. Ścieramy. Siadamy w niedzielnych ubraniach i Ala zaczyna swoją
opowieść. Ja pożarta przez głębię, opowieść rozległą od wschodu do Wenezueli.
Wojenny paszport dla ciotki, paczki w komunie z kolorowymi sukienkami i czekoladą, 1968 próba wyjazdu do Szwecji, panika matki, zostanie. Wcześniej obozy
zagłady na wschodzie. Ucieczka ojca przed deportacją. Getto w Łodzi dla wszystkich ze strony matki. Nie patrzę na Alę. Czekam. Jestem tak silnie wzruszona, że
mogłabym stracić przytomność. Cała drżę. Podchodzi do nas cmentarny Marek
– Jakub, wita się z Alą czule, serdecznie, z szacunkiem. Zabiera coś, co położył
ilustracja Remigiusz Wojaczek
59
na naszej ławce. Odchodzi. Opowiadam
Ali, dlaczego tu przychodzę. Mówię o ojcu,
o sobie. Oglądam Alę nowymi oczami,
mimo że ją znam. Nie patrzę jednak na nią.
Przypominam sobie jej głębokie oczy, niemal aksamitne i to, że kochaliśmy się w niej
wszyscy po kolei; mój ojciec, mój brat i ja.
Odprowadzam Alę do wyjścia. Żegnam
ją w pełnym słońcu. Wracam i idę odszukać ohel rabinowej. Jestem pod tak silnymi
emocjami, że trudno mi ustać, uspokoić się.
Proszę rabinową o błogosławieństwo na tydzień dla mojej głowy, ale nie mogę przestać
myśleć o Ali. I wtedy przypominam sobie,
jaka jest piękna. Mimo wieku. I jakie ma
piękne oczy. Głębokie, namiętne, intensywne. I przypominam sobie zazdrość Polek
o Żydówki. I to pogłębia jeszcze smutek
tej całej historii. W nocy nie śpię. Myślę
o Ali i jej przeprowadzkach. Do Rawicza,
z Rawicza. O ucieczkach po Wrocławiu.
O przełamanym życiu. Kręcę się po łóżku. Wstaję. Wciąż dochodzą nowe fakty.
Przypominam sobie komunię jej dzieci.
Jestem wstrząśnięta. Chcę komuś zrobić
ilustracja Remigiusz Wojaczek
60
awanturę. Pytam – czy Adaś, jej syn, jest
obrzezany – samą siebie. W jednej chwili
nad grobem wywlokłam z ziemi potężne
korzenie, jak na mapie świata pełne spektrum losów. Jestem teraz nosicielem tej
historii.
Właśnie wracam od Ali. Mam już zaplombowane dwa zęby. Jej zręczne ręce.
Ala powiedziała, mam ręce po dziadkach.
Oni szyli w getcie w Łodzi. Ala była dziś
dla mnie czuła, taka czuła. Wszystko jej
leciało z rąk. Przedmioty, waciki, wiertła.
Ja siedziałam z zaciśniętymi pięściami
w lęku. Potem oprzytomniałam. Jak przy
porodzie rozluźniałam się i ręce puściły.
Podaję Ali pieniądze i chcę ją znieważyć.
W tym samym momencie czuję niezwykłą
słodycz idącą od serca do gardła. Tajemnica
jak słodki sznur spowija mnie w środku.
Jestem pod wpływem jej oczu długo po wizycie. Dokładnie słyszę, jak Ala mówi, każdy człowiek miał wtedy cenę. Moja rodzina
kosztowała tyle a tyle i trzeba było uzbierać pieniądze. Każdego kupili z maszyną,
a potem Niemcy zlikwidowali getto.
Herst Gettler
WSZY
(fragment)
Akt I, scena I
Na scenie dwa krzesła i biurko. Cicha muzyka. Słychać szycie maszyny. Szuranie. Odgłos jadącego pociągu.
Na scenę wchodzi kobieta w białym fartuchu. Naciska przycisk radia. Piosenka Dietrich. Lekarka siada
za biurkiem. Spogląda na pantofelek na swojej stopie. Rozluźnia kołnierzyk. Za drzwiami odgłos szamotaniny.
JESZUA Puść mnie, ty szwabie!
PIELĘGNIARZ I Spokojnie. Spokojnie.
JESZUA Ty szwabie! Esesmanie jeden. Jak ja ci zaraz...
Drzwi otwierają się. Krótka szamotanina. Jeszua ląduje na ziemi.
AGNIESZKA Panie Andrzeju, co się dzieje?! Jak pan traktuje pacjenta?! To izba przyjęć!
Jeszua ma na ramieniu gwiazdę Dawida. Pod nosem mruczy melodię ze skrzypka na dachu: „If I were
a rich man”.
AGNIESZKA Proszę wstać.
JESZUA Dziękuję.
AGNIESZKA Proszę usiąść.
JESZUA Zna pani niemiecki?
AGNIESZKA Nie.
JESZUA A słucha pani Dietrich.
AGNIESZKA Nie. To Goja. Ale też śpiewa o miłości.
SANITARIUSZ I Mamy zostać?
AGNIESZKA Nie.
Słychać piosenkę Goi.
AGNIESZKA Niech pan usiądzie.
Jeszua siada. Agnieszka także. Jeszua wstaje i przesuwa biurko, które dzieli go od Agnieszki.
AGNIESZKA Co pan robi?
61
JESZUA Nie chcę tego.
Agnieszka uśmiecha się.
AGNIESZKA Jak się pan nazywa?
JESZUA Jeszua Gertler.
AGNIESZKA Jest pan pewien?
JESZUA Tak.
AGNIESZKA W karcie pacjenta jest napisane – Adam Sommer. Wie pan, który mamy rok?
JESZUA 1943.
AGNIESZKA Nie. 2008. Wie pan, gdzie pan jest?
JESZUA Dwa dni temu byłem w łódzkim getcie. Mój brat skoczył z tego mostu, co wszyscy skaczą.
Zabił się, oni się zabijają.
AGNIESZKA Chodzi panu o ten most przy kościele?
JESZUA Tak.
AGNIESZKA Tego mostu już nie ma.
Jeszua wstaje. Zaczyna śpiewać w języku jidisz.
JESZUA Pani ma bardzo ładne czerwone usta.
AGNIESZKA Dziękuję.
JESZUA To wiersz Tuwima.
AGNIESZKA Wie pan, gdzie pan jest?
JESZUA W niemieckim szpitalu w Oświęcimiu.
AGNIESZKA Nie.
Na scenę wchodzi Miriam, matka Jeszuy.
MIRIAM Jeszua. Tata się o ciebie martwi. Mamy trochę słoniny. Tata ją zdobył. Od Anioła.
Jeszua odwraca się.
JESZUA Anioł! Tyle razy wam mówiłem, żeby się nie zadawać z tym szmalcownikiem.
AGNIESZKA Z kim pan rozmawia?
JESZUA Z matką.
Jeszua odwraca się do Agnieszki, klęka przed nią.
JESZUA Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą.
MIRIAM Lo!
JESZUA Błogosławiona ty jesteś między niewiastami.
MIRIAM Nie wolno ci tego mówić!
62
kolaż Remigiusz Wojaczek
Jeszua wstaje. Bierze krzesło. Stawia je na środku sceny. Agnieszka też wstaje. Podchodzi do siedzącego na
środku sceny Jeszuy.
AGNIESZKA Sprawdzimy głowę.
Słychać krzykliwy głos Hitlera i skandujące tłumy.
JESZUA W getcie panuje wszawica.
AGNIESZKA Jest pan w szpitalu.
Lekarka delikatnie pieści skórę głowy Jeszuy.
JESZUA W getcie panuje wszawica. Chcę zapomnieć.
AGNIESZKA Muszę sprawdzić, czy ma pan czystą głowę.
JESZUA Jestem Żydem.
AGNIESZKA Wiem.
Odgłosy bombardowania. Gwizd bomb. Na scenę wmaszerowuje czterech żołnierzy Wehrmachtu. Łapią
Jeszuę pod ramiona. Ten wyrywa się. Ucieka ze sceny.
MIRIAM To mój syn! Zostawcie go!
AGNIESZKA (podnosi słuchawkę telefonu) Pacjent uciekł z izby przyjęć. Prawdopodobnie znajduje
się jeszcze na terenie szpitala. Metr osiemdziesiąt wzrostu. Na rękawie ma gwiazdę Dawida.
Ciemność. Stłumione odgłosy bombardowania.
DUCH I Niemcy wybudowali ten szpital.
DUCH II Jaka gładź.
63
DUCH III Gładkie ściany.
DUCH I Cóż się stanie?
DUCH II To będzie historia o miłości.
DUCH III Z getta rodem.
DUCH I Niemcy zbudowali ten szpital
DUCH II Jaka gładź.
DUCH I Nas zagazowali spalinami tu obok...
DUCH III W parku.
DUCH II W parku jest cmentarz.
DUCH III Żydowski.
DUCH I Dla pacjentów.
DUCH III Jaka gładź. Niemcy zbudowali...
DUCH I Historia miłosna. Hagada.
fotografia Remigiusz Wojaczek
Duchy zaczynają śpiewać pieśń.
MIRIAM Boję się gwizdu bomb. Zrywam się ze snu i martwię się o syna. Przed tym, jak dostaliśmy
się do getta, mieszkaliśmy na Piotrkowskiej, ale teraz nie ma odpoczynku. Nawet w Święta Bożego
Narodzenia. Taka chodziła pogłoska, że nie będziemy wtedy pracować. Ale musieliśmy iść do pracy. Wszyscy do pracy. Czesać przędzę. Tak jak włosy. Czesać przędzę. Przędza wygląda jak włosy.
DUCH I Niemcy mawiają, że wszyscy Żydzi mają wszy.
DUCH II I roznoszą choroby.
MIRIAM Jeden z moich synów zachorował na tyfus.
Światło. Duchy uciekają ze sceny. Na scenie seksownie ubrana Agnieszka. Wystukuje numer w komórce.
Zmysłowo rozciąga się na łóżku.
AGNIESZKA Cześć Tomek. Twój kociak na ciebie czeka. Tak, słoneczko. Miałam dzisiaj ciężki
dzień.dzień.
Przyjdź.
Muszę
się zrelaksować.
DoDo
teatru?
Dzisiaj?
Nie.
Przyjdź.
Muszę
się zrelaksować.
teatru?
Dzisiaj?
Nie.Myślę,
Myślę,żeżelampka
lampka wina
wina będzie
lepszalepsza
i mojei moje
towarzystwo.
Chyba
nie zrezygnujesz?
towarzystwo.
Chyba
nie zrezygnujesz?
Gaśnie światło.
MIRIAM Małżonka twoja jak płodny szczep winny we wnętrzu twego domu, synowie twoi jak sadzonki oliwki dookoła stołu. Oto błogosławieństwo dla męża, który boi się Boga. Niech ci Haszem
błogosławi z Syjonu. Pokój nad Izraelem.
AGNIESZKA Tomek. Słyszysz mnie? Światło zgasło. Muszę znaleźć świeczkę. Gdzie ona jest?
ta świeczka?
jest. Zrobiło
się ciemno.
Jestwieczór,
piątek ale
wieczór,
alenie
Tomek,
nie mam
GdzieGdzie
jest tajest
świeczka?
O, jest.O,
Zrobiło
się ciemno.
Jest piątek
Tomek,
mam ochoty
iść
ochoty
iść do teatru.
Przyjedź
mnie. Zapalę
świeczkę.
Już wieczór. Jedną.
do teatru.
Przyjedź
do mnie.
Zapalędoświeczkę.
Już wieczór.
Jedną.
DUCH I Zapal siedem.
DUCH II Postaw obok siebie.
DUCH III Postaw i zapal.
Słychać przemówienie Hitlera. Głośno krzyczy. Agnieszka zapala świeczkę.
64
MIRIAM Szabas Shalom. Rumkowski kazał wydać nam naszego syna chorego na tyfus. Nie ma
siły pracować. Tylko tak przetrwamy. Czesząc przędzę. Tyfus. Kocham mojego syna. Jednego
i drugiego. Jeszua jest jeszcze taki młody.
AGNIESZKA No, nareszcie. Trochę jaśniej. Tomek. Jesteś tam? Nie, nie mówię, że nie lubię teatru.
Przyjedź do mnie. Potrzebuję cię, misiaczku.
Ciemność. Powoli scenę rozświetla siedem świeczek. Na łóżku siedzi Jeszua z gwiazdą na ramieniu. Obok Anna.
JESZUA Musi się jutro udać.
ANIA Wiesz, że nie możemy tego zrobić.
JESZUA Musimy.
ANIA Nic nie musimy, tylko pracować.
Słychać głos syreny wołający robotników do pracy. Pracują maszyny.
JESZUA Chodź do fabryki.
ANIA Chodź do fabryki.
JESZUA Praca ma sens. Tylko praca.
ANIA Jak tryb maszyny.
JESZUA A potem do kina.
ANIA Śpiewa Marlena Dietrich.
JESZUA W kinie.
ANIA Dawno nie byłam w kinie.
JESZUA Musimy stąd uciec, jutro.
ANIA Ale dokąd?
JESZUA Do kina.
ANIA Zapraszasz mnie do kina?
JESZUA A potem na lody. Na Piotrkowską.
ANIA Oni przecież wiedzą, że chcemy uciec z getta. Oni wszystko wiedzą. Biebow wie, Rumkowski wie.
Na scenę wchodzi duch. Zdmuchuje świeczki. Jedną po drugiej. Ciemność. Po kilku sekundach światło. Na
scenie na łóżku siedzi Jeszua. Obok stoi Agnieszka.
AGNIESZKA Jak się pan dzisiaj czuje?
JESZUA Marlena, to ty? Przyszłaś do mnie?
AGNIESZKA Nie. Na imię mam Agnieszka. Jestem pańską lekarką.
JESZUA Biebow wiedział.
AGNIESZKA Kto to Biebow?
JESZUA Niemiec.
AGNIESZKA A co wiedział?
JESZUA To było tak. Biebow. Hans Biebow przyszedł do Rumkowskiego i mu powiedział.
AGNIESZKA Co powiedział?
65
Na scenę wchodzi Rumkowski i Biebow ubrany w mundur esesmana.
BIEBOW I co, Rumkowski? Ty wiesz, co jest dla was najlepsze.
RUMKOWSKI Tak.
BIEBOW Fabryki przynoszą straty.
RUMKOWSKI Poprawimy się w produkcji.
BIEBOW I pamiętaj, dwadzieścia tysięcy.
RUMKOWSKI Dwadzieścia tysięcy.
BIEBOW A teraz odmaszerować, Rumkowski. Eins, zwei, drei! Schnela!
Rumkowski w towarzystwie Biebowa maszeruje wokół sceny. Biebow schodzi ze sceny. Rumkowski podchodzi do łóżka, na którym siedzi Jeszua i namiętnie całuje Agnieszkę.
RUMKOWSKI Wyciągam do was swoje ręce. Oddajcie mi ich.
.
Pojawia się duch.
DUCH Są nieużyteczni.
JESZUA Pani doktor. Tam stoi Rumkowski.
AGNIESZKA Przewodniczący Judenratu?
JESZUA Widzę też ducha.
Agnieszka wstaje z łóżka. Wybiega ze sceny.
AGNIESZKA Siostro. Zlecenie! Musimy dać większą dawkę trankseny.
Na scenę wchodzi Ania.
ANIA Rozmawialiśmy z jednym szmalcownikiem, takim, co pomaga uciec z getta. Daliśmy mu
wszystkie pieniądze. Jutro uciekamy, ale nie wiemy dokąd. Wywożą gdzieś dzieci, które nie
mogą pracować i starców. W getcie zostają tylko ci, co pracują. Opowiadają, że wywożą ich na
Madagaskar. Tam jest bardzo gorąco. Ma wyjechać na początku dwadzieścia tysięcy.
Do łóżka, na którym siedzi Jeszua, podchodzi Starzec w szpitalnej pidżamie.
STARZEC Shalom!
JESZUA Shalom. Jesteś Żydem?
STARZEC Nie, majorem lotnictwa polskiego.
JESZUA Jesteś w Oświęcimiu.
STARZEC (trzyma w ręku kawałek chleba i kubek) Nie. Ty masz schizę.
JESZUA Nie mam schizy.
66
STARZEC U majora wszystko jest. Chleb, kawa, herbata. Napij się.
JESZUA Daj. (Pije z brudnego kubka, z którego pił starzec)
STARZEC Jedz. (Daje chleb).
Jeszua łapczywie zjada kawałek chleba.
JESZUA Nazywam się Jeszua Gertler.
STARZEC Bzdury pleciesz.
JESZUA A jak ty się nazywasz?
STARZEC Zdzisław Papieski, major lotnictwa polskiego!
JESZUA Można stąd uciec?
STARZEC Na tamtą stronę. Lądując na czterech kołach.
JESZUA Jak na czterech?
STARZEC Czytałeś Cenę życia Harta?
JESZUA Nie.
STARZEC Pij! Kochliwy jesteś.
JESZUA Jak to?
STARZEC Kochasz się w doktor Agnieszce?
JESZUA Skąd wiesz?
STARZEC Mosad wie wszystko.
Starzec odwraca się plecami do sceny i oddaje mocz na podłogę.
MIRIAM Jeszua mi został, on jeszcze ma siłę pracować. Od Anioła dostaliśmy trochę słoniny. Kiełbasy
nie chciał dać. Zabrał zegarek i powiedział, że nie koszerna. Dał trochę słoniny. Nie wiem, co z tym
zrobić. Jeszua chce, abyśmy uciekli z getta razem z Anną. Mamy uciec.
Na scenę wchodzi Hitler i żołnierze Wehrmachtu.
HITLER Dokładnym przeciwieństwem Aryjczyka jest Żyd!
ŻOŁNIERZE WERMACHTU Dokładnym przeciwieństwem Aryjczyka jest Żyd!
Na scenę wchodzi Agnieszka. Rozmawia przez telefon. Żołnierze stoją na baczność. Miriam, skulona, boi
się. Na łóżku siedzi Jeszua i je chleb.
AGNIESZKA Dobrze mi wczoraj z tobą było. Nie, nie żałuję, że nie poszliśmy do teatru. Nie lubię
teatru. Wolę kino.
ŻOŁNIERZE WERMACHTU Dokładnym przeciwieństwem Aryjczyka jest Żyd.
[...]
Łódź, 2008-08-17
67
Alim Vielitov
Komiks Łódź podwodna Alima Vielitova (rysunek, scenariusz) ukazał się w antologii City Stories
Rafał Bojdys, Czołg Rommla, 1998, akryl,150 x 120 cm
Rafał Bojdys, Major kocha wojsko, 2000, akryl,155 x 142 cm
Rafał Bojdys, Pompowanie ziemi, 1996, akryl, 149 x 110 cm
Rafał Bojdys, Wściekły Jensen, 1999, akryl, 120 x 160 cm
z
ja to jestem skurwiel...
Jackiem Bieleńskim rozmawia Piotr Gajda
Jacek Bieleński to swoisty artystyczny koloryt miasta Łodzi. Poeta, tekściarz, kompozytor, prozaik, scenarzysta filmowy, aktor. Lider grup Plastic
Bag i Paffvulon. Autor tekstów do piosenek Antoniego Gralaka, Włodka
Kiniorskiego, Maryli Rodowicz, Justyny
Steczkowskiej, Fiolki Najdenowicz oraz
Wojciecha Waglewskiego. Jego twórczość to wybuchowa mieszanka szorstkiej, sowizdrzalskiej i momentami nieco
nieobyczajnej poezji i wyrafinowanej,
często jazzującej kompozycji. To żywa,
łódzka legenda, postać niezwykle wyrazista, wielobarwna i anegdotyczna. Wśród
jego autorskich dokonań znajdują się tak
urozmaicone płyty jak Czeska laleczka,
nagrana z zespołem Plastic Bag i solowa
pt. Bielas. Z Jackiem Bieleńskim rozmawiałem w „Łodzi Kaliskiej”, przebijając
się przez dobywającą się z głośników „popową tapetę”, jakże nieprzystającą „ideologicznie” do naszej rozmowy…
Piotr Gajda: Jacku, nie obawiasz się, że
zostaniesz odlany w brązie i ustawiony
gdzieś niedaleko ławeczki Tuwima jako alternatywne podejście do uchwał podejmowanych przez radnych, komu stawiać pomniki? W Łodzi w pewnych środowiskach
jesteś postacią legendarną, wręcz „pomnikową”. Ale tak naprawdę bycie częścią małej architektury chyba cię nie interesuje?
Jacek Bieleński: No wiesz… Brąz jest w cenie. Mam dużo długów i przydałby się ten
brąz teraz, a nie później. Zawsze wszystko
przychodzi za późno…
P.G.: Jest przecież szansa, że na końcu
drogi artystycznej, która przecież trwa,
będzie jakieś generalne uznanie…
J.B.: To jest cały ten „showbiz”, chociaż stronię od „showbizu”, ale nie jestem naiwny, że
cały „off ” też jest jego częścią. Jest to jakaś
ryzykowna gra, bo nie każdy musi na koniec
trafić ze swoim komunikatem „pod strzechy”, a to w końcu daje wymiar kasowy. Ale
nie to jest ważne, tylko w zasadzie ważny
jest akt twórczy czyli to, co się dzieje, kiedy piszesz albo wykonujesz piosenki. Jeżeli
człowiek zaczyna marzyć o profitach, to nie
o to chodzi. No, ale też nie ukrywajmy, że
jak wychodzisz na scenę, to jest ta miłość
własna. Dobrze jest siebie kochać, bo to pomaga kochać innych. Jednocześnie, żeby się
rozwijać, musisz z tym walczyć, musisz się
tego pozbywać.
P.G.: Którego określenia najbardziej
nie lubisz, a do którego byłbyś skłonny
się przyznać: „łódzki Grzesiuk”, „bard
Piotrkowskiej”, „buddysta”, „artysta alternatywny”, „punk”, „książę nocy”… A może
masz własną definicję siebie?
J.B.: Najbardziej zawsze mnie wkurzało, kiedy ktoś nazywał mnie „bardem”.
Akurat tak się zdarzyło, że gram na gitarze. Natomiast głównie jestem tekściarzem
i zajmuje się komunikatami i robieniem
pewnych obrazków. „Bard”! To jest coś, co
mnie wnerwiało! Grzesiuka bardzo cenię.
Był olbrzymim poetą, jest uznawany za
77
Jacek Bieleński, Piotr Gajda
Bo
folkowego gościa. „Książę nocy”? Lektura
książki Nowakowskiego kiedyś mnie powaliła. Teraz nie chciałoby mi się jej czytać. Nudzi mnie, bo dziś już nie piję. Jest
taki okres w życiu, kiedy te rzeczy kręcą…
Człowieku, to buddyzm uratował mi resztki „kumacji”.
P.G.: A najbardziej zwarta definicja samego siebie?
J.B.: Jak ja cały czas uciekam od definicji,
która się formuje i próbuje się zdefiniować
na nowo, a ty mi zadajesz takie pytanie…
P.G.: Czytałem z tobą wywiad, w którym
tłumaczyłeś, dlaczego wszyscy mówią do
ciebie „Jacku”, chociaż w dowodzie osobistym widnieje „Jerzy”. I powiedziałeś
wtedy, że wedle rodzinnej legendy pierwszymi słowami, które zacząłeś używać,
w ogóle artykułować, był zwrot ja chcę, co
fonetycznie brzmiało jak „Jacek”. A czego
dzisiaj chcesz?
J.B.: Chcę, żeby się ludzie więcej do siebie
uśmiechali na ulicy. Chcę czegoś, co już się
w Łodzi zaczynało. W ogóle już mieliśmy
takiego „farta” w Polsce, że już zaczynało
być… „normalnie”. Że ludzie nagle zaczynali
być życzliwi dla siebie, mieli jakieś wspólne
78
interesy. I wiadomo było, że jak zaczną coś
robić wspólnie, to coś z tego wyjdzie. Teraz
znowu nastąpił taki jakiś okres zawieszenia.
Ja bardzo bym chciał, żeby to wróciło. Wtedy,
kiedy jest „normalnie”, to jest przeciwko czemu się buntować, siać ferment… Ale a propos tego „Jacka”, to mi mama opowiadała, jak
moja babcia była zdecydowanie przeciwna
temu imieniu: Wyobrażasz sobie czterdziestoletniego faceta z brzuszkiem, na którego wołają
„Jacek”? I tak zostałem „Jerzym”. Ale ja tylko
reaguję na „Jacka”.
P.G.: Z twoim tekstem zetknąłem się jeszcze w latach osiemdziesiątych. Wtedy po
raz pierwszy i ostatni zainteresowałem
się twórczością Maryli Rodowicz. Mówię
o „Dentyście sadyście”… Te twoje frazy: zmęczony, zbroczony dentysta szalony;
z trzyletniej dziewczynki wyrywa jedynki,
one dla mnie wtedy były genialne. No i ten
cały entourage tego teledysku…
J.B.: Nie mogę go dorwać…
P.G.: Wiem już, że słowa były twojego autorstwa, ale gdzieś wyczytałem, że kompozycja też?
J.B.: Nie, muzyka nie jest moja. Nauczyli
mnie, gdzie przyciskać struny w czterech
miejscach, żebym miał ten „time”. To mnie
w zasadzie zdeprawowało absolutnie, ponieważ zobaczyłem, że sprawa finansów życiowych nie jest aż taka ciężka. Przez trzy
godziny zarobiłem na długi trzyletnie. Parę
razy w życiu udało mi się trafić, ale jakoś
specjalnie za tym nie „ganiałem”. Zawsze te
rzeczy wypływały jakoś spontanicznie.
P.G.: A jak dzisiaj postrzegasz współpracę
z Marylą Rodowicz?
J.B.: Bardzo dobrze. To był taki okres, dzięki Maryli i z Marylą udało mi się zrobić to,
o co mi chodziło. Siedząc w pokoju, mogłem
rzucić wyzwanie i rękawicę, co prawda z list
przebojów później nas wycięto…
P.G.: To było „zarąbiste”! Byłem w szoku, bo znałem ją wyłącznie od strony tych
słynnych „Jarmarków”…A potem jak to
wyszło, cała kompozycja, tekst, teledysk,
„różowe czuby”… Domyślam się, że nie
jesteś wyznawcą żadnej ideologii, a raczej jesteś wierny tej, która się nazywa
„Jacek Bieleński”. Czy w tobie jako w artyście toczy się wewnętrzna wojna między „undergroundem” a „mainstreamem”?
Z jednej strony współpraca z Rodowicz
i Grażyną Auguścik, a z drugiej – Fiolka
Najdenowicz, Plastic Bag, Paffulon?
J.B.: Artysta „undergroundowy”, „mainstreamowy”? Znam te pojęcia, ale to jest dla mnie
nieważne… Po prostu… Musi to być na moich warunkach, tak jak ja to chcę powiedzieć.
Czy to jest „podziemne”, czy to jest „nadziemne”, ja mam to w zasadzie w dupie. Przecież
jak Graża T. (Grażyna Trela, aktorka, scenarzystka i pisarka, piosenkarka rockowa występująca pod takim pseudonimem w latach
osiemdziesiątych – przyp. P.G.) zaśpiewała
moje piosenki… tam się nic nie zmieniło
w tekście, tylko Graża mnie prosiła, czy go
może zaśpiewać… I nagle sprzedałeś się! Co
to znaczy „się skomercjalizować”? Mogłem
zapłacić parę długów. Takie bycie przeciwko
komercji, to jest idiotyczna postawa. Pisanie
do szuflady i te wszystkie rzeczy.
P.G.: Czy to prawda, że nazwa grupy
Plastic Bag pochodzi od torebki foliowej,
której użył Jerzy Kosiński, żeby popełnić
samobójstwo?
J.B.: Słuchaj, to była taka sytuacja: moja
matka studiowała prawo, a Kosiński studiował socjologię, w tym okresie się znali,
bo on był przyjacielem moich rodziców…
A nad ranem zadzwonił do mnie „koleżka” z Australii i powiedział mi o tej śmierci. Opowiedział mi o tej torebce, a właśnie
zakładałem zespół. Bo się z „Kiniorem”
(Włodzimierz Kiniorski – muzyk i kompozytor, twórca stylu flap, promującego eklektyzm
muzyczny – przyp. P.G.) rozszedłem wtedy
na chwilę. Nie wiedziałem, jak zespół nazwać. I człowieku, nie masz pojęcia, jak ci
się później śni, jak trzy godziny ci się śni, jak
ta torba plastikowa ci przywiera do twarzy.
Ja nie wiedziałem… Ja nie czytałem jeszcze
wtedy tej „instrukcji”….
P.G.: Jak popełnić samobójstwo za pomocą reklamówki?
J.B.: Tak. Później czytałem tę książkę o samobójstwach, przetłumaczoną na polski.
To jest majstersztyk, to jest poezja. Piszą, że
niezależnie, czy lubisz oglądać życie, czy nie,
możesz wziąć przezroczystą torebkę, albo
matową… no i żebyś przypadkiem nie wziął
za wąskiego sznurka, ale szeroką taśmę do jej
owinięcia wokół szyi. To mnie powaliło. Bo
wstałem zdołowany, bo dopiero co się obudziłem… I tak gadamy o tym Kosińskim i o tym,
że chcę nazwać zespół z Adkiem Drabińskim
(reżyserem m.in. serialu Tajemnica twierdzy
szyfrów – przyp. P.G.), a on na to: czego
jeszcze szukasz, przecież masz nazwę: „Plastic
Bag”. Gadamy o tym Kosińskim i o tym, że
chcę nazwać zespół z Adkiem Drabińskim, a
on na to: czego jeszcze szukasz, przecież masz
nazwę: „Plastic Bag”. Adziu to wymyślił…
P.G.: Jacku, popraw mnie, jeśli się mylę…
Pierwszy koncert Plastic Bag odbył się
w nocy z 15 na 16 lipca 1991 roku, w Kielcach, w Pałacu Zielińskich. Jak ten debiut
zapamiętałeś?
J.B.: Pałacyk Zielińskich to było w ogóle
„super” miejsce. „Kinior” tam „mącił” bardzo
mocno. Jest to wielce prawdopodobne, że to
był nasz pierwszy koncert. Pamiętam, że byłem z takim młodym „perkmenem” z Łodzi,
„Muszką”. On bardzo czekał na to granie,
a ponieważ myśmy grali koło pierwszej,
przespał koncert. Poszedł gdzieś i zasnął
79
w jakimś zakamarku. Musiałem szukać innego perkusisty. W tym zawodzie nie chodzi się wcześnie spać…
P.G.: W „Marynarzach Łodzi” śpiewasz:
żeby to wytrzymać, trzeba dużo dymać,
i w gruzy rozjebało całą bawełnianą Łódź.
A co z łódzkim magistratem? Zwracają
się czasem do ciebie z propozycjami grania koncertów na miejskich imprezach?
J.B.: Zagrałem na paru miejskich imprezach, może nie za tego prezydenta. Ale jakikolwiek by to nie był prezydent, to i tak
to się kończy zakazem gry na dwa, trzy
lata. W „hip hopie” są przecież teksty dużo
ostrzejsze. A może, jak to ktoś powiedział:
ze mną jest gorzej, bo najpierw jest grzecznie,
a potem zaczyna się „jazda”?. Co do magistratu… Może się zdarzy sytuacja, że będę
musiał zabrać głos w odpowiedzi na jakieś
zdarzenie polityczne, ale prezydenci przecież się zmieniają, a my wciąż trwamy…
P.G.: Jaką rolę w twoich tekstach pełnią
wulgaryzmy? Na przykład w tekście „Gołe
Były” piszesz: Chuj wie, skąd się wzięły,
chyba z nieba spłynęły. Nad ranem przyszły,
siadły i nie wyszły…
J.B.: Wulgaryzmy… Staram się ich unikać, jak
mogę. Ale to jest jakaś hipokryzja… To my
nadajemy tym słowom znaczenia. Dlaczego
„kwiatek” ma być słowem bardziej uprzywilejowanym niż jakieś inne słowo? Jestem za demokracją słów. Bo co, bo żeśmy się tak umówili? Słowa są w jakiś sposób sprawcze. Staram
się nie operować wulgaryzmami. Może jedną
piosenkę napisałem, w której starałem się
nimi szokować – „Halina”. To było wcześniej,
jak jeszcze nie było hip hopu w „Polandzie”.
To wtedy mogło szokować. Albo w „Pedale
z Chechła”. To były tematy, które podejmowałem w końcu lat siedemdziesiątych i początkach osiemdziesiątych. Jechaliśmy kiedyś
z „Kiniorem” na koncert w Słupsku. To był
80
jakiś koncert poetycki bardziej, więcej było
poetów niż nas. I „Kinior” mówi: Jacek, no
kurcze, wiesz, może tam to wszystko powycinać.
Nie możesz tu tego zastąpić? I jeszcze coś. Na
Sali dużo starszych pań. Zacząłem delikatnie,
„Tango sztango”, a potem „Jeb!”. Zależy, jak to
wszystko podejdzie. Nie chodzi o to, żeby ludzi obrażać. Graliśmy raz w Łęku, w studio
telewizyjnym, taki duży koncert. Ze Stańko,
Sojką, więc wypas jak cholera. To był koncert
rejestrowany. Patrzę, w pierwszym rzędzie
siedzi dwoje staruszków, którzy się wspaniale bawią, kiedy śpiewam „Wysokie niebo”.
Przechodzę do „Po co ci”, grzeczna piosenka,
niemalże buddyjska, ale w pewnym momencie pada przysłowie: chuj i po uszy w katiuszy.
Widzę, że im tak dobrze, że im tym popsuję
atmosferę. Ocenzurowałem się i byłem na siebie zły jak cholera… Ostatni koncert Plastic
Bagu, tu, w Łodzi na Targowej, w Filmówce… Lato, godzina osiemnasta, jest widno
i są dzieci. Dla mnie jatka. Ja nie piszę piosenek dla dzieci. One nie są uniwersalne, dla
wszystkich. To są raczej piosenki dla ludzi,
którzy coś przeżyli. A jeśli ktoś bierze tylko
zewnętrzną warstwę, dotrze do niego tylko
coś takiego, no to nie o to mi chodzi. Lubię
grać w nocy, kiedy dzieci już śpią…
P.G.: Pytam o te wulgaryzmy, bo natrafiłem w necie na recenzję twojej płyty Bielas,
której autor zarzuca ci brak umiejętności
we wplataniu ich w tekst. A pod recenzją
jest komentarz podpisany Jacek Podsiadło,
i takie zdanie skierowane do jej autora:
Jacek Bieleński nie wplata przekleństw, tylko równo jebie, kuma Pan różnicę? Jak myślisz, to może być komentarz TEGO Jacka
Podsiadły?
J.B.: Ja nie wiem, kto to jest Jacek Podsiadło,
ale raczej bym się z tym zgodził. Ja go mogę
znać, ale nie pamiętam, gdzie go spotkałem.
Kurczę, z poetami to ja mam na pieńku.
Pojechałem na jakieś spotkania poetyckie do
Wrocławia i zanim zdążyłem do nich wyjść,
pogadać po koncercie, to oni o drugiej już
byli nieprzytomni. Upijać się koło drugiej?
Upija się koło piątej…
P.G.: Zabieram cię na „pole minowe”…Czy
powstanie piosenka dla Widzewa, bo wiemy już, że to ŁKS-em bije serce Łodzi. Czy
tylko kibic ŁKS, to prawdziwy łodzianin?
J.B.: Temat jest wojenny, człowieku! Ja
geograficznie mieszkam po stronie ŁKSu. Jak sięgam pamięcią, w czasach „szczawiarskich”, to byłem parę razy na stadionie
„ełksy”. Jakoś wtedy Widzew nie istniał.
Wiesz, że w Łodzi jest najdłuższa i jedyna na świecie granica izraelsko-izraelska?
Biegnie wzdłuż ulicy Kilińskiego. Po jednej stronie Widzew „żydy”, po drugiej ŁKS
„jude”! I tak wyszło. Pokorne cielę dwie
matki ssie, ale ja nie jestem pokorne cielę.
Co innego w tej sprawie jest ważne, Klub
Kibica w osobie Jacka Bogusiaka zwrócił się
do łódzkich artystów, między innymi i do
mnie, żeby pomogli uratować sekcję piłki
nożnej. I udało się ŁKS uratować. W bardzo śmieszny sposób. Jakaś konferencja prasowa była i wylądowałem tam ze Sławkiem
Kowalewskim (basistą Trubadurów) i Andrzejem Makowieckim… nie wiem, czy
znasz takiego pisarza?
P.G.: Tak, to autor Rapiera Napoleona,
o Polańskim… z Łodzi jest.
J.B.: Przed laty, kiedy włóczyliśmy się po
„biglu” (tak się w latach sześćdziesiątych
nazywał kawałek Piotrkowskiej), to on
dla nas był kozak, bo był pisarzem, dziennikarzem, scenarzystą filmowym, trębaczem jazzowym i jeszcze potrafił się
potężnie nałoić alkoholem. To nam wtedy bardzo imponowało. Nagle patrzę,
a ląduję z nim na konferencji prasowej…
P.G.: On napisał jeszcze taką świetną powieść, Powrót wabiszczura…
J.B.: Był strasznie antyhippisowski, ale dla
nas wtedy, kiedy my mieliśmy po siedemnaście lat, to był ktoś… A teraz, tak siedzimy
na tej konferencji, wyjątkowo dużo przyszło
dziennikarzy. Ci z ŁKS-u jakoś wierzą, że
my artyści wytworzymy taką siłę, że my ich
uratujemy. Więc próbuję, nawijam o stuletniej tradycji, mówię, co to znaczy zbudowanie marki. I miasto dopuszcza do tego,
że teraz rozwala się coś, co jest bezspornie
częścią jego kultury. A Kowalewski mówi
krótko: Napisałem piosenkę dla ŁKS- u, a
teraz ŁKS-u ma nie być, no to po co? My musimy iść do prezydenta. Wszyscy kibice. Na
co „starszy” Makowiecki z boku dopowiada: Co to za demonstracje bez palonych opon?
No i zaczęło się! Urzędnicy wyobrazili sobie parę tysięcy kibiców na Piotrkowskiej
81
przed Urzędem Miasta, te płonące opony…Człowieku, jak się rozdzwoniły telefony, żeby to zablokować…Wysyłają kogoś, a
nie chcieli wcześniej rozmawiać z tym ŁKSem. Najpierw ileś tam tysięcy, potem drugie
ileś tam tysięcy… I uratowaliśmy ŁKS. Co
prawda na chwilę, bo cały czas myślę, że tu
problem jest… Ja nie byłem nigdy kibicem,
teraz zacząłem chodzić na te mecze. Żeby
był taki klub, gdzie na mecze ludzie mogą
iść z dziećmi. Uważam, że ten ŁKS niestety
padnie, jeżeli nie zmieni swojego wizerunku. Nie trzeba się z Widzewem ścigać, tylko
trzeba znaleźć inną osobowość klubu. Coś
się jednak otwiera… Nikt w dredach do tej
pory nie napisał piosenki kibicom, he, he!
Upraszczając – teraz w tym ŁKS-ie „umoczył się” profesor Andrzej Chętko, bardzo
konceptualny artysta z łódzkiej ASP. Zrobił
pocztówkę z bramą klubu, którą sprzedawano jako cegiełkę. Kiedyś w przerwie meczu
wsadzili nas na taki podest i obwieźli dookoła. Mówię: Andrzej, przez całe życie nie zrobiłeś żadnej takiej wystawy, żeby dostać taką
owację. Szale w górę, wszystkie pały łyse! To
było podziękowanie kibiców. Kiedyś w przerwie meczu wsadzili nas na taki podest i obwieźli dookoła. Mówię: Andrzej, przez całe
życie nie zrobiłeś żadnej takiej wystawy, żeby
dostać taką owację. Szale w górę, wszystkie
pały łyse! To było podziękowanie kibiców.
Ale to jest siła sztuki.
P.G.: W kontekście tego wątku naszej rozmowy i twojego tria Paffulon, nie mogę
nie zapytać, jak ci się układają stosunki ze
strażą miejską i służbą zdrowia?
J.B.: Z łódzką strażą miejską mam okoliczność przede wszystkim przez mandaty za
złe parkowanie… O żesz ty, to jest już na
dwa i pół tysiąca! Natomiast z łódzką służbą zdrowia się nie kontaktuję, nie chodzę do
lekarza, nie byłem tam tyle lat… Nie mam
82
ubezpieczenia. Na razie nie chcę się tym zajmować. Patrzę, jak koledzy umierają…
P.G.: Paffulon to miał być taki zespół,
którego zadaniem było „zwiotczyć” nasze
mięśnie?
J.B.: Tak, i cały czas marzę o tym, żeby to pozostało akustyczne, luźne. Chociaż „Kinior”
cały czas lansuje teorię, że nic, co nie ma elektroniki, nie ma dynamiki. I tak sobie przeciągamy linę. Teraz graliśmy w Towarzystwie
Teatralnym „Badów”, w miejscu należącym do
jednego z udziałowców „Gazety Wyborczej”.
Występowaliśmy z „Kiniorem” w ramach takiej akcji „Biedni bogatym”. To znaczy gościu
odrestaurował pałacyk za półtora miliona dolarów. I to mu się spaliło w półtorej godziny.
Czyli milion dolarów paliło się na godzinę.
No i zagraliśmy na ten cel w warszawskim
„CDQ-u”. Przyjechała Donna Regina, artystka niemiecka, grał Hajdasz z nowym
zespołem, Krzysztof Knitel – kompozytor muzyki współczesnej i prezes Związku
Kompozytorów Polskich. Ale jak nas zabrali
tam później do tego „Badowa”, to się okazało, że to, co zostało po pożarze, i tak powala na kolana… taki był pomysł, że właściciel
będzie mieszkał w tym pałacu, a wszystkie
rzeczy będą się odbywać w zabudowaniach
gospodarczych. Zabudowania gospodarcze
z salą teatralną, fortepianem, salą bilardową,
apartamentami, kuchnią, w której można
jeszcze w te czterdzieści osób posiedzieć, porozmawiać przy stole o spektaklu, koncercie,
przy potrawach, które serwuje Bikont i on
je tam dobiera… Bardzo ciekawe, ale trochę
snobistyczne miejsce na mapie. Ale jest kolejna scena. Nie mam nic przeciwko popowi,
ale nie może być tak, że jest tylko pop. „Off ”
jest częścią tego wszystkiego. Przeczytałem
taką rzecz, że gro kasy w całym tym obiegu,
że osiemdziesiąt procent to są produkcje niszowe, a ten „mainstream” to jest dwadzieścia
procent. Biznesmeni są od rozmawiania
daje taki jakiś paradoks, który masz dalej do
o sztuce, artyści są od liczenia kasy. Natomiast
rozwiązania. Co on ze sobą niesie i po co?
na świecie zagospodarowuje się różne nisze.
P.G.: Czujesz artystyczne pokrewieństwo
Najpierw baza, a później nadbudowa. Tak
z tym, co robią Tymon Tyrański, Kazik
myślę…
Staszewski, Maciej Maleńczuk, Marcin
P. G.: W jaki sposób piszesz swoje teksty.
Świetlicki ze Świetlikami?
Gdzie i kiedy?
J.B.: Na pewno, na pewno… Najważniejszą
J.B.: Największa ilość tekstów, które nirzeczą jest jednak znaleźć swój indywidugdy nie zostały napisane, powstała w Łodzi
alny rys, opowiadanie i swój język. To jest
Kaliskiej. Zawsze sobie obiecywałem, że
najważniejsze.
jak tylko wrócę do domu, to już siadam, bo
P.G.: Jak by tak sięgnąć głębiej w te twoje
mam frazę. Po czym coś trzeinspiracje…
Na
pewno
jest
ta
inspiracja,
ba było zjeść, czymś się zająć
J.B.: Bardzo lubiże siłą artysty jest jego indyi zapominałem, jak ta fraza
łem Dylana... Ja się
widualność. Nie chodzi o to,
brzmiała... Nie ma żadnej
na muzyce specjalnie
żebyś się nauczył grać solówki
reguły na tekst. Są ludzie,
nie znałem, bo byłem
jak Jimi Hendrix czy zaśpiewał
co piszą stroniczkę dzienw liceum plastycztak jak Dylan. Oni dlatego są
nie. Znam gościa, który miał
tak znani, ponieważ odnaleźli nym. Na początku
dwie wersalki maszynopisów. w sobie to „coś”, co dostrzegli myślałem, że będę
Umarł na tętniaka, nawet później wszyscy…
malował. Potem mynie stary chłop był. Są różne
ślałem, że będę pisał
metody… Kończyłem wydział scenarzystów,
opowiadania, scenariusze… I nagle ktoś
ale nigdy nie byłem zawodowcem. Jak coś za
mi uświadomił, że można tak fałszować
dobrze już umiesz, to się niczego więcej nie
i jeszcze płyty wydawać. Było to dla mnie
nauczysz i zaczyna cię to nudzić. Czasem
jakieś duże światełko, i później ono zaczęjak mam jakieś zlecenie scenariuszowe, tekst
ło pulsować. Słuchałem Zappy… Na pewna zamówienie, to mnie to kręci. I to są wyno jest ta inspiracja, że siłą artysty jest jego
zwania, jak z piosenką o ŁKS-ie, gdzie jest
indywidualność. Nie chodzi o to, żebyś się
taki zbiorowy bohater i musisz poczuć jakąś
nauczył grać solówki jak Jimi Hendrix czy
jedność, znaleźć wspólną płaszczyznę z tyzaśpiewał tak jak Dylan. Oni dlatego są tak
mi wszystkimi ludźmi, dla których piszesz
znani, ponieważ odnaleźli w sobie to „coś”,
tekst. Na tym tekście bym „poległ”, gdybym
co dostrzegli później wszyscy…
nie spotkał Bartka Pintery, dawnego „dyryP.G.: Jaką muzyczną drogę musiałeś
genta” galery na ŁKS-ie… Razem jakoś to
przejść, począwszy od materiału nagranepokonaliśmy. A jak piszesz dla siebie, to mugo na kasetę w 1993 roku, rozdawanego
sisz mieć kontakt ze sobą.
później na koncertach, przez Czeską laleczP.G.: Jacku, a skąd bierzesz pomysły na
kę, aż do Bielasa. Co dla ciebie ważnego arswoje teksty? „Padł lew” to historia pewnetystycznie zdarzyło się na tej drodze?
go ZOO, w którym zdechł lew, a „Miasto
J.B.: Parę salt już w życiu wykonałem, bywarczy” to ponury, abstrakcyjny opis nocłem hippisem, alkoholikiem, biznesmenem,
nego życia miasta z punktu widzenia psa…
projektantem ciuchów, dyrektorem domu
J.B.: Z życia. Co tu dużo mówić? Życie ci
kultury, różne rzeczy robiłem w życiu, jako
83
ktoś już dosyć określony, ale niezdefiniowany. Później ta Rodowicz się ukazała, jakiś
film. Potem w Krakowie jeszcze grałem na
ulicy Floriańskiej, tam gdzie i Maleńczuk
grał. Grałem, bo nie miałem kasy. Niby fajnie, montowałem nasz program: „Miejska
rzeka – Plastic Bag”, telewizja płaciła za hotel i śniadanie, ale w kieszeniach „zero”. No to
rano „śmigałem” na Floriańską, żeby trochę
„miedzi” zarobić na kawę i godność człowieczą. Teraz nie potrafiłbym, bo już mi się nie
chce kumulować na sobie takiej energii. To
mnie potem nauczyło na scenie, że można
wytrzymać obojętność. Że musisz się skoncentrować na opanowaniu emocji, byś mógł
przekazać to, co masz do powiedzenia i nie
reagować na to, że cię mają w dupie. Jak robisz swoje, to zawsze są „święta”. Grasz dla
tych, którzy chcą cię słuchać.
P.G.: Cały czas w naszej rozmowie przewija
się nazwisko Włodzimierza Kiniorskiego
(„Kiniora”). To chyba ważna postać twojego muzycznego świata. Słuchasz jazzu?
J.B.: Jazzu słucham od dawna, od liceum w zasadzie. To kwestia pozytywnej roli snobizmu.
Kiedyś przez to pojechałem do Warszawy,
na Jazz Jamboree. Ogólnie mało byłem na
sali, gdzie odbywały się koncerty, ale później
zacząłem słuchać. To jest bardzo rozwijająca
84
muzyka. Raz spotkałem takiego tradycyjnego punkowca, „Szmalca”, który grał jeszcze
w Moskwie, teraz mieszka w Londynie i gra
w kapeli, o której marzył, jak był punkiem.
Zawsze był ortodoksyjnym punkowcem, ale
ostatnio mi powiedział, że go znudziły te
rytmy i ze wstydem się przyznał, że zaczyna
słuchać jazzu. A z „Kiniorem” poznaliśmy się
jeszcze jako „szczawie”. Komuna robiła wtedy
jakiś spęd, Demarczyk, cała Polska awangardowa się zjechała i to było pod Augustowem
w Borkach. I tam się poznaliśmy, mieliśmy po
siedemnaście lat z „Kiniorem”. Dostał jakąś
nagrodę ZMS-u, za coś tam muzycznego,
kurwa! I w ogóle żeśmy się nie zorientowali,
że ta impreza już się skończyła i trwa plener
artystów okręgu białostockiego, którzy się
bali do nas przychodzić, bo byliśmy tak narąbani i dość agresywni. Później pamiętam
z nim jakąś podróż, niemalże jak stacje męki
z kontrabasem. Z Borek, z kontrabasem, to
jest straszny instrument dla skacowanych
ludzi po paru dniach picia… I od tej pory
mieliśmy różne spotkania, aż w końcu jak się
wziąłem za muzykę, pierwszy był „Kinior”.
On pojechał do Świnoujścia, i wtedy pojawił się punk… I co jest? Trzy „funty”, a to
kręci. I zaprosił mnie do pewnego działania.
Najpierw pisałem tylko teksty, a później zaczęliśmy robić kapelę. I jakoś się to potoczyło. Muzycznie to jest olbrzymi eksperyment.
Często nie rozumiałem tego, co on robi.
Kłóciłem się z nim, że „przepierdolił” piosenkę, i nie mijały trzy lata, a okazywało się, że
miał rację. Bardzo Włodka cenię.
P.G.: Które swoje osiągnięcie uważasz za
to na najważniejsze?
J.B.: Że nie dałem się zabić. Jakoś człowiek
tyle przeżył i nie odpadł. A artystycznie…
W ogóle to jest jakiś ciąg, co jest ważniejsze,
co jest mniej ważne… To, że przez przypadek gdzieś tam dostaniesz nagrodę, gdzieś ci
fot. Przemek Owczarek, opr. graf. Agnieszka Kowalska-Owczarek
się poszczęści, jesteś na topie… Mógłbyś ją
mam ich za faryzeuszy. A tak niespodziedostać albo nie dostać. Ważniejsze jest to, że
wanie się pozawijali. Jeszcze tydzień temu
jesteś na drodze. Ważna jest każda następna
„koleżka” żył. Zawsze były takie imprezy
piosenka, która się pojawi.
i festiwale, na których Paweł się pojawiał.
P.G.: A miejsce, w którym żyjesz jest jaPonieważ ja nie piję i on nie pił, to sobie
koś tam dla ciebie ważne? Mógłbyś się
siadaliśmy gdzieś nad ranem i gadaliśmy.
obyć bez miasta, zamieszkać na przykład
Okazuje się, że rak w dwa tygodnie go zabił.
w Bieszczadach?
Nie spodziewałem się tego, ale miałem moJ.B.: Bieszczady to jest miejsce, gdzie ja wykre oczy… Człowiek się starzeje…
palałem węgiel drzewny i pracowałem przy
P.G.: E tam! Chciałbym w twoim wieku
budowie domów. Jak byłem młodszy, sprawtak wyglądać. Nie zamierzasz chyba oddzałem też takie „działki”, czy przypadkiem
puszczać w wojnie o własne, artystyczne
ta cała zabawa w sztukę nie jest próbą „wypryncypia?
migania” się od życia. Stąd moje włóczęgi po
J.B.: Ja bym z chęcią odpoczął, ale trzeba się
Piotrkowskiej, pakowanie się w awantury,
„barować”. Ciężko teraz się przebranżowić.
żeby się sprawdzić. Ja się nie muszę zasłaIm bardziej żyjesz z biegiem czasu, tym barniać sztuką, że jestem artystą, ale nie wiem,
dziej czujesz jego ciężar, że jeszcze trzeba coś
jak zrobić pieniądze, nie umiem bić się, kiezrobić. Ale nie nerwowo. Nadgorliwość gordy trzeba. Bycie artystą to jest
sza od faszyzmu. Czasami
rodzaj choróbska. Po prostu Bycie artystą to jest rodzaj żałuję, że nie napisałem więnajbardziej cię „kręci”, kiedy choróbska. Po prostu naj- cej tekstów. Czasami myślę,
pojawia się następny obraz, bardziej cię „kręci”, kie- ile tekstów zaniechałem.
dy pojawia się następny
piosenka czy jakiś inny „dzieMoże dobrze. A po drugie,
obraz, piosenka czy jakiś
łotwór”. Trzeba jakoś z tym
wiesz, to, co piszę, raczej jest
inny „dziełotwór”.
żyć, ale nie można się tym zaprzeżyte. Musiałem przez
słaniać.
to przejść, przetrawić…
P.G.: Powiedziałeś kiedyś, że prowadzisz
P.G.: A jakie masz plany na najbliższą
działalność usługową pod nazwą „proprzyszłość?
dukcja wzruszeń”. Dodam od siebie, że ze
J.B.: Teraz z „Kiniorem” robimy płytę
względu na swoje produkty powinieneś
Paffulonu i koncertujemy. Człowiek trochę
być bardzo majętnym człowiekiem. A ososię obawia, jak się karty rozłożą. Koncert to
biście, co cię wzrusza?
jest jakiś dialog, musisz słuchać tego druJ.B.: Muszę przyznać, że zaczynam się wzrugiego zdania i musisz umieć błyskawicznie
szać na pogrzebach. Nigdy nie płakałem, ale
w nie wejść. Jestem inwalidą, bo ja nie znam
wczoraj na pogrzebie w Radomiu takiego
angielskiego… Ale zobaczyłem to u Ginprzyjaciela i malarza, Pawła Biernackiego,
sberga, jak go w Warszawie spotkałem, bo
po raz pierwszy poleciały mi łzy. A jeszcze
ktoś mnie na niego wyciągnął, że człowieinny odszedł: Jurek Czuraj, zajebisty maku, to jest melodia liter między sobą, oddelarz. Boży ludzie, naprawdę tacy boży ludzie
chów między sobą. Ja nie znałem tej poezji,
z taką absolutną dobrocią. Bo ja to jestem
ale jak usłyszałem, jak on czyta swoje wierskurwiel, powiem tak, i wcale tego nie kryję.
sze… Człowieku, ciary mnie przechodziły…
A oni byli głęboko wierzącymi ludźmi i nie
Muzyka słów!
85
Marynarze Łodzi
Żyła pulsuje
Dziób falę pruje
Na pokładzie już od dawna zalegała mgła
Dobrze się marynarz w marynarce czuje
Kiedy marynarka zaciągnąć się da
Maszyny drżące
Kominy wyjące
W gruzy rozjebało całą bawełnianą Łódź
W barach są już tylko miejsca dla stojących
Zobaczyłeś marynarkę – tu kotwicę rzuć!
Jak się marynarzom marynarki jarzą?
Każdy przecież jakiś port na oku chyba ma
Dookoła burza, świt już się wynurza
Ma się na to, marynarzu, nie zostaniesz
sam!
Marynarze Łodzi!
Przecież o to chodzi!
Żeby to wytrzymać, dymy trzeba dymać!
Dużo trzeba walić, ale się nie chwalić,
zabaniaki1!
Zacumowały barki na Pietrynie
Kanionem płynie łódzki tłum
Jakiś chłopak opowiada coś dziewczynie
Ona słucha jak muzyki, choć on nie zna nut
Marynarze Łodzi!
Przecież o to chodzi!
Żeby to wytrzymać, dymy trzeba dymać!
Dużo trzeba walić, ale się nie chwalić,
zabaniaki!
1
zabaniaki – w grypserze więziennej „zabaniak”
oznacza łodzianina (przyp. red.).
86
Dobrze jest i ma być dobrze dalej
Tak szczerze mówiąc – to mnie to wali
Mieszkasz tu, ja też i się nie chwalę
Może miałem być gdzie indziej ale
Znów wypływa weekendowa łódź
Pod stopami pokład drży
Tu marynarka jest gotowa
By w niej konkretny marynarz tkwił
Marynarze Łodzi!
Przecież o to chodzi!
Żeby to wytrzymać, dymy trzeba dymać!
Dużo trzeba walić, ale się nie chwalić,
zabaniaki!
Różne miejsca są na ziemi
Banał, każdy o tym wie
I nie po to człowiek płynie
By się znaleźć sam na dnie
Znów wypływa weekendowa łódź
Pod stopami pokład drży
Tu marynarka jest gotowa
By w niej konkretny marynarz tkwił
Marynarze Łodzi!
Przecież o to chodzi!
Żeby to wytrzymać, dymy trzeba dymać!
Dużo trzeba walić, ale się nie chwalić,
zabaniaki!
O ściano, podziwiam cię, że nie rozleciałaś
się dotąd. Jesteś skazana na to, by znosić tyle
czczej paplaniny! Chociaż pasowałyby do
dzisiejszych czasów, słowa te mają prawie
dwa tysiące lat, a napisał je mieszkaniec
Pompei na krótko przed katastrofą. I nie
byłoby w utyskiwaniu anonimowego pompejczyka zapewne nic dziwnego, gdyby
nie fakt, że swoją refleksję uwiecznił… na
ścianie. Nie dość więc, że przyznał się do
uważnego czytania podobnych napisów,
lecz na dodatek sam nie mógł się oprzeć
pokusie oznajmienia światu, co myśli,
właśnie na tej ogólnodostępnej, publicznej
tablicy, jaką jest mur
Przechodzień w wielkim mieście jest przyzwyczajony do bazgrołów na każdym niemal budynku. Zazwyczaj bez wnikliwej lektury wie, co jest tam napisane: wulgaryzmy,
oznaczenia stref wpływów przez bandy kibicowskie, antysemickie obelgi pod adresem
nielubianej drużyny piłkarskiej i plątaniny
mało estetycznych tagów, które rozumieją
tylko wtajemniczeni. Czytać te napisy? Ale
po co?
zdjęć przedstawiających łódzkie (i nie tylko)
hasła z murów. - Nie ma w tym zbiorze żadnego, które by zwróciło moją uwagę na dłużej.
Denerwuje mnie tylko, że ktoś zniszczył ścianę.
Co prawda zdarzają się czasem napisy mające
sens, ale to są zaplanowane akcje, mamy wtedy do czynienia z szablonami, ze street artem.
Bardzo cenię sztukę uliczną, prawdziwe graffiti czy happeningi. Niestety, tego rodzaju zjawiska są u nas rzadsze niż pospolity wandalizm.
W istocie, spontaniczne, często absurdalne wynurzenia wandali, jakie przedstawiają zdjęcia, trudno nazwać street artem.
Większość z nich powstaje pod wpływem
chwili i jest aktem całkowicie jednostkowym. Emila Kasperczak twierdzi, że także
beznadziejnie banalnym. Warto byłoby zapytać, czy autorzy tych „ambitnych” wynurzeń
zgodziliby się wytatuować je sobie na ramieniu. Jeśli nie, czemu wypisują je na ścianach?
Pewnie, że chciałabym przeczytać jakiś intrygujący napis, ale takich po prostu brakuje.
Czy zatem żadne z haseł nie zasługuje na
dłuższą refleksję? Ten napis, „Czemu nie”
CZEMU NIE?
Nie należy doszukiwać się głębszego dna
w bazgrołach na ścianie, które tworzą smarkacze-wandale – stwierdza moja pierwsza
rozmówczyni, Emilia Kasperczak, dziennikarka, studentka psychologii. Z wyraźnym
niesmakiem przegląda próbkę około stu
Fot. 1
87
Katarzyna Knapik-Gawin
Miasto moje
murem podzielone
Fot. 2
Fot. 3
– wskazuje Kasperczak – ale tylko dlatego,
że takie pojawiają się w całym mieście i jest to
część happeningu. To ma sens. A dopisek, cóż,
nie ma już żadnego.
Ktoś sobie zażartował z tej akcji, nie tak
całkiem bez sensu, bo odniósł się do kontekstu historycznego – komentuje napis Szymon
Pietkiewicz, socjolog, copywriter. – Bawi
mnie, kiedy ktoś obnaża pustą hasłowość, tak
jak w napisie „Peace, love, empathy”, do którego ktoś dorzucił „i chuj”. Wulgarne, owszem,
ale wyśmiewa tę pretensjonalność, jaka towarzyszy sloganom o głębi tekstów z kapsli od
Tymbarka.
Kto może czuć tak gwałtowną potrzebę
podzielenia się ze światem swoimi, mniej
lub bardziej zrozumiałymi, refleksjami?
Bardzo wielu ludzi: od kibiców, przez entuzjastów różnej maści opcji politycznych,
narkomanów, domorosłych filozofów,
młodzież licealną i dzieci z podstawówki,
po subkultury w stylu punków i emo. Co
mają do przekazania? Wszystko: dowcipy
i przestrogi, swoje emocje, zainteresowania
88
(gdyby pójść tropem samych tylko napisów fanowskich, powstałby osobny reportaż), przemyślenia, ulubione cytaty, czasem krytykę polityczną. Alkohol wiśniówka
– zagłada Polaków, głosi napis pod Pałacem
Kultury i Nauki w Warszawie. Zamknąć
brudne elektrownie węglowe, budować czyste
atomowe – wielkie litery, teraz już poważnie
zniszczone przez czas i raczej mało czytelne, wyzierają spod przęseł wiaduktu przy
Dworcu Łódź Kaliska (hasło Unii Polityki
Realnej). Czasem napotyka się prostą,
rozbrajającą w swej szczerości afirmację
upojenia narkotykowego: Jak zajebiście jest
palić liście! Przy alei Mickiewicza widnieje
natomiast wyznanie cierpiącej duszy: Mam
dziewczynę żyjącą w innym świecie, przyjaciół mówiących innym językiem i przedmioty, które nic do mnie nie mówią. Trzy linijki
tekstu, a tyle w tym depresji i samotności.
BŻYDOTA POLSKICH MURÓW
Istnieją swoiste gwiazdy ulicznej krytyki
polityczno-społecznej, które nie wysilają się
na formę plastyczną, a wyłącznie na maksymalnie skondensowany, mniej lub bardziej
czytelny przekaz. Należał do nich niejaki
Kleksiarz-Kulkarz, wypisujący na łódzkich
ścianach Osądzić psychologów behawioralnych
– zbrodniarzy. Został w końcu ujęty przez
policję, ale ktoś (być może w ramach parodii lub nawiązania) zamieścił na budynku
sądu napis Sąd sądom. Hasło o psychologach
okazało się na tyle intrygujące, że zawitało
do Internetu, gdzie można nawet zamówić
T-shirt z nadrukiem. Obecnie po mieście
szaleje Wiesław W., znany policji i mediom
jako Haikupsychol, wypisujący całkiem długie teksty, często wewnętrznie zorganizowane, obracające się wokół tematów teologii
chrześcijańskiej (inspiruje go zwłaszcza starotestamentowy Bóg i zagadnienie diabła),
Fot. 4
bżydota. I tylko tyle. Resztę pozostawił twojej interpretacji, drogi przechodniu, twoim antysemickim (lub nie) skojarzeniom.
Pomijając ideologiczną, rasistowską otoczkę,
sam pomysł na kalambur jest mistrzowski
– stwierdza Pietkiewicz. To jedno jedyne słowo, a zawiera w sobie całą krytykę polityczną
– dodaje Horowska – a na dodatek ma w sobie coś z psychomanipulacji przekazu podprogowego, bo przecież najpierw zauważasz tylko
błąd. A potem dopiero Żyda. Autor napisu być
może chce, byś dostrzegał go wszędzie.
ale także moralności (w przejściu podziemnym przy szpitalu klinicznym WAM ginekologów nazywa alfonsami), osobistych zapewne doświadczeń z organami ścigania (Pacierz
u glin to sąd) i obsesyjnego lęku przed obcym: Murzynem, Żydem. Nie głosuj, to Żydy
są. Zobaczta jak zniszczyli Polskę, Wałęsa to
Żyd. Murzyn skąd na Ziemi. Stosuje swoisty
kod, ideogram przedstawiający głowę z różkami prawdopodobnie oznacza diabła, a numery – odwołania do przykazań. Na tle tej
paranoicznej, choć w istocie dość prymitywnej wizji świata uderza napis o charakterze
refleksyjno-teologicznym: Świnte to na wieki
żyją jak Bóg, nie umierają.
Zawsze, kiedy widzę te napisy, kojarzą mi się
z Philipem K. Dickiem – mówi Anna-Maria
Horowska, tłumaczka, poetka, zajmująca się
zagadnieniami popkultury. – W tym szaleństwie jest metoda. Haikupsychol widzi co najmniej dwie emanacje Boga: Demiurga i tego,
którego określa hasłem „Bóg to diabeł”. Bardzo
intrygujące.
Na początku zauważasz tylko błąd
ortograficzny. Tak, ktoś naprawdę napisał
Fot. 6
SOSIUS PODPISAŁ SIĘ. ONESIUS
ZAMALOWAŁ GO BIAŁYM TYNKIEM
Horowska przytacza anegdotę z własnej
okolicy: Na Dąbrowie, na jednym z pawilonów
handlowych regularnie od co najmniej ośmiu
lat pojawia się nazistowski napis „BIAŁA
SIŁA”. Właściciel uparcie z tym walczy, ale
zanim zdąży zamazać, z taką samą regularnością pojawia się korekta „BIAŁEJ SIŁY” na
napis „BIAŁA KIŁA”.
Szablony NOP-u przy placu Dąbrowskiego są również z podziwu godną
konsekwencją przerabiane. Adwersarze
dorysowują symbolowi ruchu – rombowi
zawierającemu w środku ramię trzymające
miecz – znaną z kibicowskich „wojen sprejowych” szubienicę. Być może nie bez znaczenia jest fakt, że plac i jego okolice to prawdziwe zagłębie studenckie, bo wokół znajduje
Fot. 5
89
Fot. 7
się kilka wielkich wydziałów Uniwersytetu
Łódzkiego, w tym prawa i ekonomii. I chociaż Kolorowa Tolerancja solidarnie zamalowuje wszystko, szablony i przeróbki,
przez jakiś czas rozśmieszają przechodniów
dyskusje polityczne w rodzaju: NOP walczy.
Dopisek: O kromkę chleba.
Nieprzypadkowe wydaje się także
zderzenie dwóch z pozoru nie mających
ze sobą nic wspólnego szablonów: jeden
krzyczy czerwonymi literami Wczoraj
Moskwa, dziś Bruksela. Drugi, znany nam
już: Czemu nie?
Fot. 8
90
ZAGRASZ ZE MNĄ?
Jakiś czas temu wszędzie w mieście można
było zobaczyć plakat przedstawiający twarz
Japończyka, w różny sposób zamalowaną
napisem Can you catch me? Napisy pojawiały się także bez zdjęcia, a ich charakterystyczną cechą był pytajnik postawiony
w poziomie. Nikt nie wiedział, o co chodzi,
ale szablon intrygował. Podobał mi się –
przyznaje Kasperczak. – Przechodziłam
obok i zastanawiałam się nad nim jeszcze
przez jakiś czas. Horowska zgadza się: Takie
napisy mnie budzą.
Can you catch me? znika pomału ze ścian,
pokryte kolejnymi warstwami farby i innych
napisów, ale interaktywność nie jest tylko
cechą zaplanowanych happeningów. Czarek
to… napiszcie sami! – anonimowy autor tego
„dzieła” widocznie nie chciał wyjawić, co
myśli o Czarku. Ktoś mnie prowokuje, żebym
sam wymyślił coś obraźliwego, zamiast po prostu to napisać – zauważa Pietkiewicz.
Ściana bywa też kartką pocztową, walentynką, listem. Anka zależy mi na tobie – wyznaje swoje uczucia mieszkaniec Górnej.
Kochanie – wielki napis przy biurowcach niestety nie zdradza, do jakiego obiektu uczuć
został skierowany, a może ma wyrażać samą
abstrakcyjną ideę miłości? W innym miejscu widnieje rysunek tortu ze świeczkami,
data i podpis Sto lat! Przy al. Piłsudskiego
na Widzewie wzrusza wielki mural z okazji osiemnastych urodzin koleżanki. Swego
czasu na al. Kościuszki widniały wyniki
maturalne, a pod spodem inni wypisywali gratulacje. Na klatce schodowej jednej
z kamienic ktoś podzielił się refleksją Życie
jest szare i do dupy. Interlokutor pocieszył
Owszem, ale niekoniecznie. Trzeci uczestnik
dyskusji zastanawia się zaś Dlaczego? Skąd
taki wniosek? Piszący przekazują sobie także
pozdrowienia: Pozdro dla Ozimka, najbardziej rozpoznawalnego żula w Pabianicach.
Szacunek dla żuli!
Swoistą ciekawostkę stanowi ściana
Teatru Wielkiego: z pozoru przedstawia
przypadkowy ciąg liter i cyfr, które z daleka
mogą nawet wyglądać jak kod lub numery
telefonów. Jeśli jednak będzie przechodzić
tamtędy osoba obeznana ze zjawiskiem
hack mowy, czyli sposobu pisania za pomocą
cyfr i znaków graficznych umieszczonych na
klawiaturze komputera, przy odrobinie wysiłku odczyta treść. To kolejny
wpis dla wtajemniczonych, skierowany
tylko do osób, które
posługują się tym samym kodem – wyjaśnia Pietkiewicz.
Najbardziej bawi
mnie w tym napisie to, że ktoś zaszyfrował
przekaz do bólu banalny, a zarazem można
wszystko potraktować jako cyniczny dowcip pod
adresem czytelnika – śmieje się Horowska. –
Łamiesz kod tylko po to, żeby przeczytać pod
swoim adresem „Ssij kij”!
Studenci Wydziału Filologicznego, a właściwie studentki, bo to w damskiej toalecie
można oddać się lekturze, prowadzą całe
dialogi na drzwiach od kabin. Wypisują
lingwistycznie dowcipne, choć niepoprawne politycznie hasełka w rodzaju Nie będzie
Giertych pluł nam w twarz ni dzieci nam romanił, ale dzielą się też utyskiwaniami na
życie i uwagami o wykładowcach. Bo mur
może być także rodzajem bloga.
Fot. 10
TAK PŁYNIE BAUCKI
THRILLER
Nie, to nie! Ja się nie będę
prosić! Kochasz? To już mnie
nie obchodzi, mam swój
własny świat, to mi wystarczy – krzyczy poręcz schodów przy al. Piłsudskiego.
Podobnych wpisów w stylu emo-młodzieży jest tam
więcej: Odwrotnością miłości
jest obojętność! Albo: Takiego
świata ja nie chcę, więc go
sobie ulepszę… czy przestroga:
91
Fot. 9
nek uśmiechniętej, choć nieco otępiałej twarzy i dopisek Global Cannabis Culture.
Fot. 11
Fot. 12
Życie jest w twoich rękach. Nie zmarnuj go. To
ostatnie hasło zostało nawet opatrzone ksywą autora: by Piasiu. Kolejny myśliciel dzieli się ze światem swoimi równie odkrywczymi uwagami na temat mijającego czasu
– Młodości nie kupisz ani nie sprzedasz!!! W
tych napisach uderza to, że nie są wulgarne,
nie mają na celu zaskoczenia ani sprowokowania czytelnika, lecz skłonienia go do
refleksji, nawet jeśli jest to refleksja do bólu
banalna. Na drugim biegunie wpisów o tematyce życiowej znajdują się śmieszno-gorzkie wyznania w rodzaju Jestem inny, mamo,
tato, mogę wpierdol dostać za to. Wyznanie
geja albo emo? Młodzież dzieli się także
swoimi doświadczeniami z używkami
i związaną z nimi
domorosłą filozofią – Dzieci zamiast
w szkole, na haju być
wolą, szkoda, że nie
mieszkamy w raju!
Gdzie indziej rysu-
92
Uwagę Pietkiewicza przykuł rysunek
postaci z telewizorem zamiast głowy,
opatrzony tylko jednym komentarzem:
Kwasowo. Ekran telewizora przedstawia
chaos. Oczywiście, to może być tylko efekt
przypływu fantazji u narkomana, ale nie
musi. Telewizor zamiast głowy sugeruje, że
wszyscy świrujemy od nadmiaru TV. W języku młodzieżowym „kwas” oznacza nie
tylko LSD, lecz również sytuację ogólnie
nieprzyjemną, niefortunny bieg wypadków,
agresję, negatywne emocje między ludźmi.
Na innej ścianie ktoś postanowił podzielić
się swoim Delirium. Alkohol także znajduje uznanie w oczach osób bazgrzących po
ścianach, o czym świadczy tajemniczy napis na liceum Nowa esencja spirytusu. Świat
narkotyków jawi się jako idealny, jest odtrutką na szarą rzeczywistość i beznadzieję,
o czym świadczą tęskne wpisy Którędy do
Baku-Bakowa? Dla niewtajemniczonych:
Baku-Bakowo to mityczna kraina rodem
z piosenki Kalibr 44, przypuszczalnie tonąca w oparach ogólnodostępnej i legalnej
marihuany. To kolejne hasło, które zrobiło
karierę w Internecie: wystarczy wpisać je
w wyszukiwarkę, a wyskoczy mnóstwo profili na forach, grach sieciowych i blogach,
w których jako miejsce zamieszkania podane jest właśnie Bakubakowo (pisownia różni się zależnie od widzimisię piszącego).
Cytowane są również bon moty autorstwa Pei: Pozytywny jak HIV, mam na ciebie
zły wpływ, a także – być może w ramach lokalnego patriotyzmu – piosenka O.S.T.R.
Bałuty. Młodzież dzieli się z przechodniem
tym, czego słucha, co do niej przemawia najbardziej. Tylko czy do kogoś to trafia? Kiedy
widzę napis w stylu „Smutek jest drzewem,
a jego owocami łzy”, to aż mnie skręca od
Fot. 13
tej taniej pseudofilozofii rodem ze łzawych
filmów i seriali. Te hasła może i coś w sobie
mają, ale zostały do cna zużyte przez kulturę popularną, wyprane z wszelkiej treści
– narzeka Pietkiewicz. – O wiele bardziej
podobają mi się te zaczepno-prowokacyjne,
one mnie zmuszają do myślenia, nawet jeśli
są wulgarne.
OJ!
Marian, lato 07’, punx ‘n’ skins, unite ‘n’ win,
a zaraz obok napis Oi! O co może chodzić?
Żeby zrozumieć kontekst tych napisów,
trzeba zapytać anglistę.
Pewnego dnia wyszłam z domu i zobaczyłam napis Cockney Rejects. Nie wierzyłam własnym oczom. Poczułam się prawie
jak w jakiejś robotniczej dzielnicy Londynu
– wspomina Horowska. – „Oi! Oi! Oi!” to
tytuł piosenki zespołu Cockney Rejects, od
której wziął nazwę cały ruch tzw. street punka, potem nazywanego właśnie oi! Samo słowo w robotniczym slangu oznacza po prostu
coś zadziwiającego, a może być także pozdrowieniem. Cockney Rejects był właśnie jednym
z zespołów związanych z tą subkulturą, tzw.
„ojowych”. Sam ruch miał w założeniu sięgać
prostych, robotniczych korzeni punka, odżegnywać się od polityki i artystycznych eksperymentów, a ponadto promować jedność
ze skinheadami, tak jak w początkach, gdy
stanowili jeden ruch. To właśnie stąd hasło
„punx ‘n’ skins – unite ‘n’ win”.
CZY WŁUCZYKIJ PODRÓŻOWAŁ
BO LUBIAŁ… CZY TEŻ
NIEUSTANNIE UCIEKAŁ PRZED
WŁASNYM PRZEZNACZENIEM?
Do Brzegu na Śląsku najwidoczniej zawitał
jakiś moderator, bo podkreślił błędy: Włuczykij
i lubiał, a nawet na marginesie dopisał, nauczycielskim zwyczajem „ort”. A może te błędy są
celowe, tak jak w„Bżydocie”, mają przykuć nasz
wzrok – zastanawia się Pietkiewicz. – To chyba najbardziej intrygujący ze wszystkich napisów.
Po pierwsze, ma formę bardzo konkretnego pytania, po drugie, odwołuje się do kontekstu znanego
praktycznie każdemu odbiorcy: popularnej dobranocki Muminki. Jeśli ktoś chciał zwrócić naszą
uwagę, to udało mu się w stu procentach. Takie
hasła są mocno pretensjonalne w takim miejscu.
Po prostu nie pasują jako napis na murze. – uważa Horowska. Może jednak spełniają jakąś rolę,
jeśli budzą czyjś metafizyczny niepokój?
Znany internetowy dowcip głosi: Jak poznać
na ulicy moderatora (dyskusji w sieci – przyp.
aut.)? To człowiek, który chodzi ze sprejem
i poprawia napisy na murach.
Fot. 14
93
ZASTANÓW SIĘ, JUDASZU
Te mury to wizytówka Łodzi – anonimowy
obywatel, najwidoczniej równie jak jego
poprzednik z Pompei był zmartwiony stanem ścian w swoim mieście. I podobnie
jak tamten, swoje oburzenie wypisał właśnie na jednej z nich, na dodatek przy ulicy
Piotrkowskiej, najbardziej uczęszczanym
deptaku. Pod pewnym względami nic na
świecie się nie zmienia.
Fot. 15
Zdjęcia (poza 15 i 17): Katarzyna KnapikGawin
Zdjęcia nr 15 i 17 dzięki uprzejmości Anny-Marii Horowskiej
Podpisy do zdjęć:
Fot. 16
94
Fot. 17
1. Marian, lato 07 ‘. Punx ‘n’ skins unite ‘n’ win.
walka na poglądy przy placu Dąbrowskiego
Pocztówka czy deklaracja subkulturowa?
10. Dla 3. komisariatu Komendy Miejskiej Policji
2. Całe życie z wariatami. Ściany w wielkich
w Łodzi. Dedykacja na liceum
miastach nigdy nie miały lekko. (Nazwa jedne-
11. Hack mowa na ścianie Teatru Wielkiego
go z łódzkich zespołów)
12. Kwasowo na Widzewie
3. Czemu nie?/3 x Tak, La la
13. E, masz chwile? Zawód jubiler, hobby diler,
4. Sąd sądom. Budynek łódzkiego Sądu
tak płynie baucki thriller! Cytat z piosenki
Okręgowego, pl. Dąbrowskiego
O.S.T.R. „Bałuty”
5. Świnte to na wieki żyją jak Bóg nie
14. Oi! czyli symbole brytyjskich subkultur na
umierają - element wewnętrznego świata
polskich murach
Haikupsychola
15. Oi!Oi!Oi! Cockney Rejects. Wbrew pozorom
6. Bżydota, czyli cała krytyka w jednym słowie
to Dąbrowa, a nie East End
7. Społeczeństwo szczepu winy? Uwaga! Atak na
16. Czy Włuczykij podróżował bo lubiał... czy też
gatunek! – być może autor przeliczył się, stawia-
nieustannie uciekał przed własnym przeznacze-
jąc na domyślność odbiorców
niem? kamienica w Brzegu, Śląsk
8. Liga Polskich Rodzin – (bez)nadzieja dla
17. Modlij się. Jakkolwiek paradoksalnie by to
Polski. Kamienica przy ul. Gdańskiej, łódzki
nie brzmiało, na mury trafia czasem refleksja
ośrodek partii
o religijnym charakterze
9. UE Nie(Tak) NOP ( Jełop) bezpardonowa
95
Vedrana Rudan, Katarzyna Knapik-Gawin
Kiedy kobieta jest kurwą
Pewnego razu jeden z moich mężów powiedział wszystkie kobiety to
kurwy, ty się po prostu ostatnio dobrze kontrolujesz. Z czysto medycznego
punktu widzenia, kiedy kobieta jest kurwą?
Kobieta jest kurwą, kiedy dostaje pierwszy okres, a dopóki nie dostanie,
jest tylko przyszłą kurwą?
Nie, to nieprawda, kobieta jest kurwą także wtedy, gdy krzyczy nie!, nie!,
nie!, podczas gdy tata wpycha wielkiego siusiora w pięcioletnią cipuszkę.
Kurwą jest także mając lat czternaście, gdy wychodzi z domu w mini,
getrach i wydekoltowanej bluzce… Sama jest sobie winna, jeśli ją ktoś napadnie w parku o siedemnastej i zgwałci.
Kobieta jest kurwą, kiedy czternastoletniej córce nie powie, że wszystkie
dziewczyny w mini, getrach i wydekoltowanych bluzkach to kurwy.
Kobieta jest kurwą, kiedy wieczorem sama wchodzi do baru, kiedy o drugiej
po południu sama wchodzi do restauracji, kiedy rano sama wchodzi do kawiarni.
Gdyby nie była kurwą, nie wchodziłaby w męską przestrzeń bez towarzystwa, jej
samotne ciało to jasny przekaz, trzeba mi kutasa.
Kobieta jest napaloną kurwą, kiedy odtrąca mężczyznę, który siada obok niej
i mówi mam to, czego ci potrzeba.
Kobieta jest kurwą, kiedy nie daje dupy ojcu swojej najlepszej przyjaciółki.
Kobieta jest kurwą, kiedy ją łapie za cycki dziadek jej najlepszej przyjaciółki.
Kobieta jest kurwą, kiedy nie chce pracować po godzinach z szefem w jego biurze,
ona na stole, on między jej nogami.
Kobieta jest kurwą, kiedy zostawia męża z powodu innego mężczyzny.
Kobieta jest kurwą, kiedy zostawia męża z powodu siebie samej.
Kobieta jest kurwą, kiedy chodzi do fryzjera raz w tygodniu, kiedy posiwieje, kiedy
odmówi codziennego gotowania, kiedy nie wozi dzieci do przedszkola, kiedy nie weźmie
zwolnienia z powodu ospy wietrznej u dzieci, kiedy nie chce sama prasować, tylko wynajmuje do tego kurwę. Kiedy choruje, kobieta jest chorą kurwą, kiedy on choruje, ona jest
kurwą, która robi za gorącą herbatę, za słabą kawę, obrzydliwą zupę, przynosi letnie piwo,
wsadza termometr, wymaga od niego, żeby się wykąpał, chociaż jest chory.
Kobieta jest kurwą, kiedy jej z powodu raka odetną pierś.
Kurwiszczem jest każda kobieta bez piersi, która szuka pieniędzy na silikony.
Kobieta jest kurwą, gdy nie chce się rozstać bez awantury, jest kurwą, gdy chce się rozstać, jest
kurwą, gdy część swojej pensji wydaje na torebkę, kozaki i płaszcz, chociaż już ma torebkę, kozaki
i płaszcz.
96
Kobieta jest kurwą, gdy nie wynosi śmieci, gdy odmawia troszczenia się o jego rodziców, gdy przeczyta
w jego komórce esemesa wysłanego przez kurwę. Tylko
kurwy grzebią w cudzym telefonie.
Kobieta jest kurwą, gdy dostanie szału, bo on zaciąga
kredyty, żeby obstawiać zakłady, a ona to odkrywa ostatnia.
Kobieta jest kurwą, gdy rozmawia przez telefon ze swoją
matką kurwą.
Kobieta jest kurwą, gdy rozmawia przez telefon.
Kobieta jest kurwą, gdy mu nie staje.
Kobieta jest kurwą, gdy chce być sama, a ma jego i dzieci.
Jest kurwą, gdy głośno płacze na jego pogrzebie, a także gdy
płacze cicho, jest kurwą, gdy na jego pogrzebie nie płacze; on
umarł dlatego, że jego żona jest kurwą.
Kobieta jest kurwą, kiedy ma niską pensję, tylko kurwiszcza
dobrze zarabiają. Wszystkie piosenkarki to kurwy, i aktorki, i prezenterki TV, i dziennikarki, i kobiety-politycy, i pisarki. Gdyby nie
były kurwami, nikt by o nich nie usłyszał.
Jeśli kobieta uprawia sport, jest kurwą, kiedy nie pobije rekordu
świata.
Kiedy kobieta pobije rekord świata, jest kurwą żądną sławy i pozowania do zdjęć.
Kobieta jest kurwą, kiedy on ją zostawia dla młodszej kurwy, kiedy
porzucona znajduje sobie kogoś młodszego, kiedy znajduje kogoś starszego, kogoś w swoim wieku, kiedy nie znajduje nikogo.
Kobieta jest kurwą, kiedy jest lekarką, a chciałaby zostać szefową oddziału.
Kobieta jest kurwą, kiedy jest dziennikarką, a chciałaby zostać redaktorem naczelnym.
Kobieta jest kurwą, kiedy urodzi niemowlę płci żeńskiej, które jest więc
urodzoną kurwą.
Kobieta jest kurwą, kiedy jest mamą, a nie chce już być mamą. Jest kurwą, kiedy nie jest mamą i nie chce być mamą. Jest kurwą, kiedy jest mamą,
a znowu chce być mamą. Kobieta jest kurwą, gdy jest mamą, a chciałaby iść do
kina, do teatru, na kawę.
Największe kurwy nie mogą nawet kurwy urodzić.
Kobieta jest kurwą, kiedy w telewizji woli oglądać film zamiast meczu, jest
kurwą, kiedy gada, podczas gdy Chorwacja przegrywa na boisku, jest kurwą, gdy
się nie cieszy, a nasi strzelili gola, jest kurwą, gdy się śmieje, a nasi nie strzelili.
Kobieta jest kurwą, kiedy mu nie mówi, żeby zażył antybiotyk, jest kurwą, gdy
mu mówi, że za dużo pije; gdyby ona nie była kurwą, to on by nie pił.
97
Kobieta jest kurwą, kiedy dzieci w szkole mają jedynki i nieusprawiedliwione godziny, kiedy nie idzie na zebranie rodziców, na które ich wzywa kurwa.
Kobieta jest kurwą, jeśli się dla niego nie stroi; kobieta, która się stroi, jest wypizdrzoną kurwą.
Kobiety robią sobie nagie zdjęcia, ponieważ są kurwami; te, które ich nie robią,
są brzydkimi kurwami.
Kobieta jest kurwą, jeśli pije likier z cytryną i lodem, jest kurwą, jeśli pije wino,
piwo, whisky, wódkę. Kobieta, która nigdy nie pije alkoholu, jest kurwą, która przegina pałę. Te wszystkie na kasach w marketach to leniwe kurwy, przedszkolanki to leniwe kurwy, te w bankach to leniwe kurwy, pielęgniarki leniwie pobierają krew z żyły,
stara matka już miesiącami umiera, a umrzeć nie może; żyjemy na świecie, którym
rządzą leniwe kurwy.
Kobieta jest kurwą, kiedy nie czuje, że on jest zmęczony po pracy, jest kurwą,
kiedy ona jest zmęczona po pracy, kobieta jest kurwą, kiedy nie da dupy i prawdziwy
z niej kurwiszon, kiedy ją oferuje.
Kobieta jest kurwą, kiedy mężczyzna ją złapie za tyłek w autobusie, w pociągu,
w pracy, w tramwaju, w tańcu. Tylko kurwy chodzą po świecie nosząc tyłki.
Kobieta jest kurwą, gdy jest stara. Każda kobieta jest stara, kiedy skończy trzydziestkę.
Zawsze trzeba to podkreślać, wszystkie kobiety to kurwy.
Autorka tego tekstu to kurwa nad kurwami, tylko takiej kurwie może przyjść do
głowy, żeby pisać o tym, że kobieta to kurwa.
W Chorwacji przynajmniej jedna kurwa miesięcznie płaci życiem za to, że jest
kurwą.
Kiedy kobieta przestaje być kurwą?
Kiedy umiera?
Kiedy kobieta umiera, nie przestaje być kurwą.
Ona się staje martwą kurwą.
Kiedy mężczyzna jest pedałem
Pedałem jest każdy mężczyzna, który nie myśli, że każda kobieta to kurwa. Zaraz na
wstępie trzeba powiedzieć, że pedałów jest bardzo mało.
Pedałem jest taki mężczyzna, który odprowadza dzieci do przedszkola, a ona została w domu, maluje paznokcie, popija kawę.
Pedał czasem w niedzielę gotuje obiad dla niej i dzieci.
Pedał umie włączyć pralkę, zmywarkę, korzystać z żelazka i zmienić pieluchy.
Kiedy pedał raz na sto lat ogląda mecz i tamci wbiją gola, on nie chwyta w garść
swoich jąder i kutasa i nie wystawia ich sędziemu krzycząc obciągnij mi, pedalska cioto!
Pedał składa życzenia urodzinowe starej matce i zawozi ją na grób zmarłego męża,
98
który nie umarł dlatego, że jego syn to pedał, starszy pan też był pedałem, tata umarł
na atak serca.
Pedały to wszyscy mężczyźni, którzy nie wrzeszczą głosujcie na nas, nie na pedały
z SDP.1
Pedały to także ci, którzy się nie drą, HDZ2 nie ma pojęcia.
Prawdziwy pedał po wysraniu się zawsze spuszcza wodę i otwiera okno w łazience.
Jeśli łazienka nie ma okna, włącza wentylator.
Każdy pedał przed seksem myje kutasa i jaja. Największe pedały między pedałami
spryskują wodą całe ciało.
Kiedy pedał jest sam w podróży służbowej, nigdy nie bierze prysznica w pokoju hotelowym, ale zawsze, z szacunku dla sprzątających, ochlapuje podłogę w łazience.
Pedał płaci alimenty i nie myśli, że za te pieniądze kurwa kupuje seksowne szmatki.
Pedał nie kocha auta bardziej od swoich dzieci.
Pedał cieszy się z weekendu, a nie z pracy.
Pedał nie chce wyruchać ani przyjaciółki swojej żony, ani młodszej siostry.
Pedał nie myśli, że równolatki jego córki pragną jego kutasa.
Pedał nigdy nie pije taniego piwa, a kiedy na ekranie widzi mężczyzn, którzy je ciągną
z butelki, zawsze pyta dlaczego oglądamy tych kretynów?
Pedał myje zęby codziennie rano, a także wieczorem, jeśli planuje seks.
Kiedy pedałowi na ulicy żona powie widziałeś tę cytatą laskę?, on zawsze odpowie wybacz,
nie widziałem.
Pedały idą na zakupy bez kobiet i bez listy w ręce, a wychodzą pchając pełne wózki.
Znam pedała, który w każdą sobotę idzie na rynek i kupuje żonie kwiaty, żółte róże.
Znam pedała, który wziął kredyt, żeby kupić żonie koralową torebkę.
Kocham pedała, który mi w każdą sobotę rano i w każdą niedzielę rano przynosi kawę
do łóżka. Swojemu domowemu pedałowi nie ugotowałam w życiu nawet pięciu obiadów, ale
kiedy raz w ciągu dekady przygotuję knedle, kupuje mi pierścień z brylantem.
Pedały odrabiają dzieciom zadania domowe.
Istnieje jeden pedał, który ma syna w siódmej klasie, dla niego nauczył się różnicy między
masą i ciężarem.
Inny pedał stracił noc na Szekspira, napisał o tym wypracowanie, córka dostała jedynkę, pedałowi łzy płyną z oczu, słoneczko, powiedział, daj tacie jeszcze jedną szansę, poprawi się.
Pedały idą do szpitala do chorej żony z zupą, którą sami ugotowali.
Pedał nie wychodzi z domu, kiedy do domu wchodzi dziecko.
Pedały wstają w nocy i szukają zabawki pod dziecięcym łóżeczkiem, chociaż rano wstają do
pracy, a ona zostaje w łóżku.
Pedały nie nazywają swoich kobiet i przyjaciółek oślicami, krowami, pizdami i idiotkami.
Pedały nie pieprzą cudzych żon i nie mówią im między nią a mną wszystko skończone, jestem z nią
tylko z powodu dzieci.
1
SDP – Partia socjaldemokratyczna. [przyp.tłum.]
HDZ – Hrvatska Demokratska Zajednica (Chorwacka Wspólnota Demokratyczna), obecnie panująca partia, która
doszła do władzy w trakcie pierwszych wolnych wyborów w 1990 r. pod przywództwem Franjo Tuđmana. [przyp. tłum.]
2
99
Pedały nie uważają, że mają niską pensję, bo cały świat się na nich uwziął,
a jeśli nie zrobili magistra, nie opowiadają, jak to na uniwersytetach egzaminy zdaje się za pomocą dupy.
Pedały kochają kota swojej żony, chociaż najbardziej ze zwierząt lubią
psy.
Pedały zanoszą kota do weterynarza, trzymają go za kark, gdy weterynarz robi mu zastrzyk w ciało, bez dalszego debatowania płacą sto pięćdziesiąt kun3 i nie żalą się, że musieli czekać dwie godziny na konsultację, otoczeni wielkimi psami, małymi psami, kotami i papugami.
Pedały nie martwią się o drwa na zimę, znajdują kogoś, kto im tych drew
narąbie i poukłada.
Prawdziwy pedał, zanim wyjdzie do pracy, dokłada do kominka.
Prawdziwy pedał nigdy nie powie kobiecie, że jej cycki wiszą, że ma dwadzieścia kilo za dużo, z miasta przynosi jej puree kasztanowe z bitą śmietaną na
dodatek4.
Kiedy na komórce pojawi się numer jej matki, on – podczas gdy ona histerycznie macha rękami – bierze słuchawkę i mówi miło mi panią słyszeć, pani córka jest w
ogrodzie, a co u pani słychać, jak tam ciśnienie?
Pedałowi podczas seksu się nie spieszy, staje mu kiedy ona ma ochotę, nie naciska
i nigdy nie mówi dawaj cipę, sama podpisałaś, kurwo!
Pedały myją głowę, codziennie mają na sobie czyste ubranie, brudne wrzucają do
kosza, skarpety też.
Pedały sami prasują swoje koszule i kładą je do swojej szafy.
Kobieta, która mieszka z pedałem, nie ma pojęcia, w której szufladzie on trzyma
majtki i podkoszulki.
Pedały czyszczą swoje buty i jej buty, i dziecka buty.
Pedał wie, jaki numer ubrania nosi jego żona, jaka torebka by się podobała jego córce,
jakiej kurtki potrzebuje jego syn.
Pedał nie myśli, że jego syn urodził się, by został Eduardo albo Srną5, albo prezydentem
Europy, pedał chce, żeby jego syn był szczęśliwy. Pedał na ulicy całuje swojego syna, kiedy go
przypadkiem spotka.
Pedał nie postrzega innych mężczyzn jako konkurencji i wrogów, którym trzeba dojebać
i zniszczyć.
Pedał nie ogląda Dziennika, nie ogląda telewizji, nie wie nic o piłce nożnej, nie chodzi na
wybory, nie widzi różnicy między HDZ a SDP, nie kocha ojczyzny, tylko swoją żonę.
Pedał nie wyzywa sąsiadów i nie truje im psów.
Pedał lubi innych ludzi.
Pedał nie uważa, że pięściami wszystko można rozwiązać i że ci, którzy tego nie rozumieją, to
pedały.
Wszystkie kobiety szaleją za pedałami. Szczęśliwe te, które ich mają, pozostałe szukają ich całe życie.
3
4
5
1 kuna chorwacka to ok. 0,59 zł. [przyp.tłum.]
Puree kasztanowe to deser uważany za wielki przysmak na Bałkanach. [przyp. tłum.]
Darijo Srna – piłkarz chorwacki, reprezentant kraju. [przyp.tłum.]
100
Pedał nigdy, przenigdy nie poszedłby do łóżka z mężczyzną.
A skoro pedał to każdy mężczyzna, który kocha kobiety, to kim są mężczyźni,
którzy kochają mężczyzn?
Mężczyźni, którzy kochają mężczyzn, to prawdziwi mężczyźni.
Vedrana Rudan (ur. 1949 w Opatii) – chorwacka pisarka, dziennikarka i publicystka. Od 1991
jest wolnym strzelcem, przed wojną pracowała w radiu. Za rządów Franjo Tuđmana została zwolniona z pracy za poglądy. Napisała łącznie pięć książek: Uho grlo nož (polski tytuł Ucho gardło nóż,
2002), Ljubav na poslednji pogled (polski tytuł Miłość od ostatniego wejrzenia, 2004), Ja nevjernica
(2005), Crnci u Firenci (2006) i Kad je žena kurva/Kad je muškarac peder (2009). W Polsce dwie
pierwsze powieści zdobyły ogromną popularność, przy czym Ucho gardło nóż zostało zaadaptowane przez Krystynę Jandę w monodramie pod tym samym tytułem. Vedrana Rudan jest przez wielu
w Chorwacji uznawana za wroga publicznego numer jeden, jej nazwisko nie figuruje ani w chorwackiej, ani w serbskiej Wikipedii. Tłumaczone eseje pochodzą z jej najnowszej książki o dwóch
tytułach i dwóch stronach tytułowych Kad je žena kurva/Kad je muškarac peder.
Tomasz Bohajedyn, Medea, grafika
101
Jorie Graham
SĄŻNIE W GŁĄB
i burzy się morze, szum niepojętej płaszczyzny: dal: niebieski długopalcy ocean i jego
nic więcej: nie widać w powyższym niczego prócz
wody: woda i
bez przerwy białe samoniszczące kwiaty przyboju, i wiry
w zbliżeniu, i
tutaj, na tym, co zostało z lądu
obijanie się bloczków o pusty maszt flagowy, odpływ, wolny dzień, niczego dziś
się tu nie
upamiętnia – wspomnienia unoszą się, tak,
nad tym miejscem, lecz nie wspomnienia kogokolwiek spośród
nas żywych – otwórz
dłonie – ze śmiechem upuść kawałek złomu – zapomnij o
sąsiedzie z góry, którego
nie uchroniłeś – zabrali
go – zapomnij o tym, jak się bał,
o czym wiedziałeś, kiedy dalej żyłeś swoim
dniem – dniem przepełnionym miejscem
i czasem – przyszli i zabrali go – istnieją dobre maniery na każdą
okoliczność – przerwał czytanie i podniósł
wzrok, kiedy przyszli – czy nikt ci nie
powiedział, że nigdy nie będziesz czuć się u siebie – że pewien rodzaj niewolnictwa
jest obecny we wszystkim – i kiedyż to
w twoim, faktycznie, dosyć krótkim
życiu
wolno było ci wierzyć, że to jest na zawsze –
wyjmij ręce
z kieszeni – wyjmij listę rzeczy do prania, pokwitowanie na wszytko, co
zastawiłeś zeszłej nocy – zdecyduj się, kogo
winić – trzymaj się swojej
wersji – wyłącz oczekiwanie nagrody
w niebie – wyłącz
mleko
ludzkiej dobroci – zatrute od samego początku – tak – kto by się spodziewał, że to
była pomyłka – ci wszyscy mordercy i cudotwórcy – zawieszone
w pajęczynach
baśnie – latawce, anioły, pociski, żółte
gwiazdy – chmury – to były domy, które są jego oczami – to było życie, które
jest jego
oczami – to są rodziny, to jest intymność, to są szczegóły – to są umowy
odszkodowań, podsumowania,
to jest mnożenie się
na powierzchni ziemi, która jest – to są lasy, pokłady węgla,
wiążące dwutlenek węgla, są jego –
kiedy zmieniają się w źródła
dwutlenku węgla – jego –
i ropiejące rany, które są – i spichlerz, który się spalił – i nagły cios
wymierzony, tak, żeby było
bezboleśnie, jak to
mówią – jego oczy jego tak jego ciosy, pierwsze
zasianie jego nasion w
tej naszej jedynej glebie –
i kwiat, ucięty
kwiat w moim bukiecie, ułożonym
tu dzisiaj rano podczas naszego spaceru, bez celu, niczym na wolności,
102
ilustracja Maciej Bugajski
gdy poprosiłeś mnie
o rękę, i bochenek
z jęczmienia, prosa i pszenicy, który udało mi się
położyć na stół
tak po prostu, ze świeżego
wypieku,
w życiu.
PRZY EKSHUMOWANYM CIELE ŚWIĘTEJ KLARY W ASYŻU
Tu więc jesteś, królowo światłocienia, czarna dziewczyno,
wyszywasz na nas. Co poprawiłabyś, gdybyś wróciła na wierzch
nienaruszona? Czy to, co chciałaś nam
pokazać, jest takie
krzywe? Tu jesteśmy, tymczasowi
u twojej śmiertelnej ławy. Niebo nad naszym nieodwracalnym postępem,
nieczystym i czasem radosnym,
jest błękitne. Niebo nad czy mam się z nim rozstać
czy nie, nad mitem, obozami zagłady, nad dłońmi Bruny,
wyrabiającymi koronki tak szybko, że nie nadążam
patrzeć, jest błękitne. Błękitne nad twoim ciałem pozagrobowym
na wznak w czarnej sukni ze złotą lamówką,
kiedy patrzy na nas, niezużytych.
Jak gdyby ciało było, mimo wszystko, na wieczność,
oto ona, twoja bezceremonialna skromność, czysta,
nawet spod zwałów ziemi, po sześciuset latach,
po tym, jak w ludzkich umysłach zmieniłaś się
w symbol. Jak gdyby ciało nieodmiennie było
taką deklinacją: więcej ciała. Pod ruchem
więcej ciała,
pod światłem dnia i gniciem i prawem... Czy to jest prawda?
nocny wiatr coraz bardziej zmiękcza drzewa oliwne, aż
zaczynam je widzieć tam, gdzie były
właśnie wtedy
i nazywam to: drzewa oliwne. Dotykam
tej miłości. Głębokiego opóźnienia. Tego i tego kochałaś,
z tym i tym się rozstałaś przed ukończeniem dwudziestu jeden lat,
nazywając to wiarą, ustanawiając zakon
podobnych sióstr, całych na czarno, z czarnym zasłonami
na twarzach. Nie po to, żeby się ukryć przed nami. Po to,
żebyśmy cię zobaczyli.
Opieram się teraz o twoje nigdzie.
103
ilustracja Maciej Bugajski
OBCY
Ręka, którą na tobie położyłam – co, jeśli nie
istnieje tam, gdzie rozpoczęła drżącą deklinację
twojej rozpinanej koszuli, zmierzch opóźnia się z każdym
szklistym, arktycznym guzikiem, wyblakła czerwonawa koszula – co, jeśli nie
istnieje – te palce przeszukujące bawełnianą powierzchnię, pływające
w nieugiętej powierzchni –
co, jeśli nie ma miejsca, w którym może istnieć
to szukanie miejsca, żeby się położyć,
stworzyć maleńką cywilizację –
tu pomiędzy mchem i długimi korytarzami popołudniowego światła –
pomiędzy przesadą ozdobnych cisów
ułożonych w powolnej pieszczocie dnia wzdłuż ceglanej
kamienicy,
bez zachłanności, bez planowania po omacku szukania miejsca,
jedno z nas oparte teraz o drzewo, jedno z nas jak cień
nad wodą, jedno z nas błaga, jedno z nas bierzę miarę,
myśli, przemyśliwuje,
pomiędzy środą i czwartkiem,
co, jeśli nie istnieje miejsce,
gdzie po raz pierwszy ręka spoczęła
na twoim sercu, bawełniane dżinsy i ciało
w środku,
mieć je na zawsze, pierwszy owoc z gąłęzi,
zaniemówienie, trzaśnięcie drzwi, silniki samochodów gasną
na skrzyżowaniach –
czy to miejsce jest umięśnione?
czy to są akordy, których pragnie otwarta dłoń?
narzeczona chwili,
ślubująca wierność,
trochę rozmowy nami jak ślady stóp,
czy przetrnie się z trzepotem skrzydeł przez
powłokę ciała,
po które sięga, ta ręka teraz na tobie, plakietka, prześwietlenie,
namierzające cel, hipoteza, z półsłówek,
ponad giętkim, plotkarskim, blaszanym sercem – bezwzględnym –
104
ilustracja Maciej Bugajski
żeby powołać cię do istnienia –
Czyje imiona kartkuje wiatr, żeby nas dojrzeć?
A za nami: tulipany wyrastające nie wiadomo skąd –
ziemia otwierająca tysiące wiek. Tak łatwo.
Kciuk za kciukiem. Całe ręce. Przepychające się w górę.
Są kwiatami, bo zatrzymują się tam, gdzie trzeba.
KOCHANKOWIE
Wpatrują się w siebie nawzajem już od dłuższego czasu.
Wokół nich – przedmioty (w przybliżeniu 1980 r.)
Dalej korytarze, okna, łąka, _____________.
Wpatrują się nawzajem w swój koniec już od
dłuższego czasu.
Ona próbuje sobie przypomnieć, nadaremnie.
Próbuje tego drugiego – Nadziei – zarzuca haczyk odrobinę
w przód,
Ach, ale to kosztuje zbyt wiele.
Albo po nas przyjdą teraz, albo wcale, mówi Kochanie.
Wokół nich – przedmioty, minuty, Nie wypowiedziane w przelocie.
Oto jest, tutaj, koniec piękna, teraźniejszość.
To, do czego wlał się pejzaż. Z czego chce wyrosnąć, płożący się,
nabrzmiały...
Nie Nie mówi głos i przyszpila samo serce tych
cieśnin.
Opuść opuść kurtynę.
Ty tam w fotelu, ty tam.
Oto spojrzenie, pomiędzy nimi, szybkie, żar.
Oto spojrzenie unoszące się – na grzbiecie czego, droga pustko?
Oto jest, tutaj –
Zdecydowali, że dadzą temu wszystko, a potem się zobaczy.
Zdecydowali, że chcą, by reszta otaczała ich ciasno, o
tak.
Chcą być posiadani, jedynie to jest w stanie ich posiąść.
Spojrzenie, spojrzenie wreszcie uwolnione od wypatrywania,
pośpiech wreszcie odczepiony od spieszenia się.
Wszędzie wokół coś palącego, jak pył albo ława przysięgłych.
Ty tam. Skończyli mówić.
Skończyli oczekiwanie.
Albo teraz, albo wcale, myśli ona, nie ruszaj się.
Wszędzie wokół coś palącego – niech ono
zadecyduje.
Będziemy musieli nadać mu kształt (prawda?)
nie ruszaj się.
I krzyki coraz bardziej
nie ruszaj się.
Jak __________ to spojrzenie między nami
nie ruszaj się.
Jeżeli w środku zaczyna się małe przerażone szczęście
jak idea koloru
jak idea koloru opadająca, żeby zabarwić emanację, rzecz,
jak ręka, trzymająca zapaloną świecę w drzwiach, które się rozwierają,
jeżeli, ach, jeżeli – zostaw to.
Posłuchaj, to jest to, co może je teraz złowić – spojrzenie –
wyjącą i gryzącą wyrwę –
i nasze dwie twarze wzniesione
105
ilustracja Maciej Bugajski
żeby nic się nie zaczęło (nie odwracaj wzroku),
żeby nie było gdzie indziej,
żeby nie było gdzie indziej, w które można się zasiać,
tylko to tutaj pomiędzy nami, to spojrzenie (widzisz mnie?) to
spojrzenie unoszące się na pragnieniu, na braku,
ten długi chudy anioł, którego ciało jest łodygą, bez korzenia,
bez kwiatu,
którego ciało stwarzamy, którego ciało jest ___________,
(tylko szybszym, znacznie szybszym, pożogą)
anioł, ostatni, jedyny, który jeszcze jest w stanie tu
przeżyć
(podczas gdy w korytarzu zapisują nazwiska)
(podczas gdy w korytarzu buty mruczą o pastę)
ostatni, już ostatni,
przy życiu, tak – tak – ale bezskrzydłe to pomiędzy, bezskrzydłe –
UCIELEŚNIA
Jesień w pełni i wystąpił błąd, zakwitła śliwa, dwanaście
kwiatów na trzech różnych
gałęziach, co dla nas osobiście oznacza brak kwiatów na wiosnę, a może brak kwiatów na
tych gałęziach, na których
właśnie
przysiada, znienacka, szaro-złoty wędrowny ptak – jest tu jeszcze? – szeleści,
pomnaża niewłaściwe
powietrze, porusza gałęzie drobnymi
skokami, potem nieruchomieje – bardzo nieruchomo – wydycha w ten tlen, który
przywłaszcza sobie też mój
wytężony wzrok, właśnie
tak, wchłania go, także moje
myślenie, które próbuję odciąć,
moje człowieczeństwo, nie jestem błędem, myśli moje człowieczeństwo, nie mogę
udać się gdziekolwiek
indziej niż do tego ciała, po każdej z chwil następuje wyłącznie
inna chwila, oddychaj, oddychaj,
moje komórki sięgają na zewnątrz, mnożę się na powierzchni
tej ziemi, na
błocie – widzę swoje ślady w słodkim niebieskawym błocie – gdzie właśnie
stawałam na palcach, żeby zobaczyć, czy
to naprawdę były kwiaty; czy przypadkiem, myślałam, nie papiery
na wietrze, i smutek
jest we mnie jak po przymusowym rozstaniu, jak wtedy, kiedy kochałam osobiste
kochanie, co teraz wydaje się nie do pomyślenia,
i patrzę na
bramę, jaka jest otwarta,
wygląda, jakby sam fakt Boga jako
wynalazku w niej tkwił, pewnie, jak w siodle, wygodnie – i dokąd
z niej droga
prowadzi – i czy urwane druty wiszą z konarów, i głos, który usłyszałam kiedyś, mijając,
jak mi się zdawało, śpiącego
106
mężczyznę, wymamrotane przekleństwo, i klatka po tym, jak wypuszczono
zwierzęta,
są gdzie indziej, na innym wybiegu, wybieg z pustą klatką
lśni, klatka jest
na pokaz, żałobna, na nic, twoja pielgrzymka kończy się tutaj,
jestśmy wyspami, nie
zrodzimy niczego i
co mam zrobić ze swoją wyobraźnią? – i osoba we mnie drży – i jest jeszcze
niewinność, która zaczyna się gdzieś
nawet w tej chwili, i dziwne puchnięcie tak zwanej Drogi Mlecznej, i odgłos
skrzydeł ptaka, kiedy podrywa się
nagle, i jak zmierza w określone miejsce, i ta precyzja, i jak nie mogę
już dłużej być pewna, że niczego
nie wie, płomienny, jak brzytwa, pierzasty wąż, którego widziałam jako dziecko, z kamienia,
i
jak wpatruje się we mnie
ze szczytu piramidy, i krew spływająca z ofiary, i wróżbici
rozrywający serca hakami, żeby
oznajmić, co
się zdarzy, co jest prawdą, i cała krew, przez tysiąclecia, płynąca, żeby odwlec
przyszłość, odwlec,
i armie na dalekich równinach, połysk ich zbroi w oku tego ptaka
w tej chwili, kiedy leci w moją stronę,
potem nade mną, i odgłos tysięcy mężczyzn, zebranych już za
wszelką cenę, odgłos
podrywającego się ptaka, ciężki, szeleszczący tam, gdzie przelatuje – z tym, że to
jednak jest jastrząb, nie przyjrzałam się
dokładnie, odleciał polować na sąsiednie pole, i chlorofil
krąży, i słońce się
zassało, i arcykapłan odchodzi w tej chwili od resztek
ciała zostawionych,
jak każe obyczaj, dla miejscowego ptactwa.
Tłum. Ewa Chruściel i Miłosz Biedrzycki
Jorie Graham – jedna z najbardziej znanych i nagradzanych poetek amerykańskich. Obecnie
wykłada na Universytecie Harvarda jako Boylston Professor of Rhetoric (jej poprzednikiem
na tym stanowisku był Seamus Heaney). W latach 1997–2003 pełniła funkcję rektora Akademii Poetów Amerykańskich. W 1996 r. otrzymała nagrodę Pulitzera. Obok innych nagród i wyróżnień otrzymała stypendium MacArthur Fellowship, tzw. „grant dla geniuszy”.
Opublikowała do tej pory dwanaście tomów poezji, z których najnowszym jest Sea Change z 2008 r. Jej wiersze zostały przetlumaczone na hiszpański, włoski, francuski i niemiecki
oraz wydane w tych językach w formie książkowej.
O poezji Graham pisali tacy czołowi krytycy amerykańscy jak Helen Vendler, Calvin Bedient czy Forrest Garnder. Ukazał się również zbiór esejów na temat jej tworczości. Jest,
obok Johna Ashbery’ego, najchętniej wymieniana i tłumaczona za granicą spośród poetów
i poetek amerykańskich. W Polsce ukazały się jej poszczególne wiersze w antologii poetek
amerykańskich pod redakcją Julii Hartwig oraz w tłumaczeniach Jacka Gutorowa.
Informacja bibliograficzna:
„Sążnie w głąb”, oryg. „Full Fathom” z tomu Sea Change (2008 r.)
„Przy ekshumowanym ciele świętej Klary w Asyżu”, oryg. „At the Exhumed Body of Santa
Chiara, Assisi” z tomu Erosion (1983 r.)
Obcy”, oryg. „The Strangers” z tomu The Errancy (1997 r.)
„Kochankowie”, oryg. „The Lovers” z tomu The End of Beauty (1987 r.)
„Ucieleśnia”, oryg. „Embodies” z tomu Sea Change (2008 r.)
107
WOJNA I POKÓJ
1.
Wojna i pokój, pokój
IIIi wojna,
FESTIWAL PULS LITERATURY
kula utula nas, bogobojna,
WOJNA I POKÓJ
chłopie, w okopie męska przygoda,
Łódź, 9–13 XII 2009
w żyłach krew młoda, błoto i woda,
groby, mikroby, ścieki, zasieki,
śmierci uroda, wojna i moda.
9 XII 2009 (środa)
BRZEZINY, MUZEM REGIONALNE (Brzeziny, ul. Piłsudskiego 47)
g. 17.00 – Kłopoty z wiedzą, kłopoty z wiarą – prezentacja miesięcznika „Tygiel Kultury”:
Wojna i pokój, pokój i Joanna
wojna,
Rozwandowicz, Krystyna Stołecka, Zbigniew W. Nowak.
g. 17.30
–
Świat
niedopowiedziany
– I Ogólnopolski Konkurs Poezji Lirycznej
zdrada się skrada, noc niespokojna,
żona zmęczona,
blada im.
jakAndrzeja
flaga, Babaryki – uroczystość wręczenia nagród.
g. 18.30 – List do M – koncert zespołu AGNES’BAND.
2.
ale nim skona puder nakłada,
barwy wojenne, miłość i blaga, 10 XII 2009 (czwartek)
dąsa się, kąsa, gadaPOLESKI
i bada. OŚRODEK SZTUKI (Łódź, ul. Krzemieniecka 2a)
g. 18.00 – Errata do biografii: Władysław Broniewski – projekcja filmu Macieja Gawlikowskiego
– wprowadzenie: Sergiusz Sterna Wachowiak.
literackie a przełomy historyczne – rozmowa z okazji 20-lecia Stowarzyszenia
Wojna i pokój,g. 18.30
pokój–iŻycie
wojna,
Pisarzy Polskich: Sergiusz Sterna Wachowiak, Wacław Holewiński, Zdzisław
nuda, ułuda, więc
noc Jaskuła,
upojna,
Andrzej Strąk.
trawa, zabawa,g. 19.30
chwała
i
sława,
– Poezja na co dzień – Lucyna Skompska.
g. 20.30
– Krytyk
i jego
pisarz: Tomasz Bocheński – Zbigniew Kruszyński.
biada ci, biada, bo śmierć
jest
hojna,
g. 21.30 – I poszedł – recital Agnieszki Greinert.
3.
4.
ślepa zwierzyna, w popłochu pada,
noc ją zarzyna, krwawa obława.
11 XII 2009 (piątek)
POLESKI OŚRODEK SZTUKI (ul. Krzemieniecka 2a)
g. 17.00 – Fabryka kurzu – prezentacja książki Jana Czarnego.
kim jesteś. Wokół książki Witolda Wirpszy – Maciej Melecki,
Wojna i pokój,g. 17.30
pokój–iPolaku,
wojna,
Dariusz Pawelec i Zdzisław Jaskuła.
noc raz jest słodka,
g. 18.30cnotka,
– Krytyk raz
i jegozbrojna,
pisarz: Roman Kurkiewicz – Marek Bieńczyk.
panie i panki, g. 19.30
bary i banki,
– Barwy wojenne literatury. Nowe tematy – nowe konteksty – nowe estetyki.
Panel z udziałem: Kingi Dunin, Krystyny Pietrych, Przemysława Czaplińskiego
skiny i geje, kurwy, złodzieje;
Piotra Śliwińskiego.
książki kto pali
z minąi tak
chytrą,
g. 20.30 – Flesz poetycki – Życie świetnych ludzi, Makijaż, Przester – Kacper Bartczak,
diabeł z portali czy bóg
in Jarniewicz,
vitro? Maciej Melecki.
Jerzy
g. 21.00 – Proza poetycka – IV Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Witolda Sułkowskiego
– rozstrzygnięcie.
g. 21.30 – Głośniej od bomb! – I Slam Poetycki Pulsu Literatury.
Odmienne stany świadomości – koncert. zespołu PURGA.
W sercug. 22.30
jak w–piecu
Ref.
wojna się toczy,
12 XII 2009 (sobota)
chłodna nienawiść
POLESKI OŚRODEK SZTUKI (ul. Krzemieniecka 2a)
wypala g.oczy.
17.00 – Wojna i Pokój – nowy zeszyt kwartalnika „Arterie”: Magdalena Nowicka,
Przemysław Owczarek.
Kolumbowie dziś – panel z udziałem: Tomasza Cieślaka, Jacka Gutorowa,
W sercug. 17.30
jak w –piecu
Radosława Kobierskiego i Krzysztofa Siwczyka.
grzeje się
żmija,
g. 18.30
– Krytyk i jego pisarz: Piotr Śliwiński – Paweł Marcinkiewicz.
syczy i g. 19.30
kąsa, – XV Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jacka Bierezina
czasem zabija.– Jubileuszowe wystąpienie Karola Maliszewskiego
– Dzikie dzieci – mityng poetycki z udziałem laureatów poprzednich edycji
– Zapaść i Fabryka tanich butów – Joanna Lech i Magdalena Gałkowska
W sercu jak w –piecu
Prezentacja nominowanych XV OKP im. Jacka Bierezina.
g. 21.30
–
Gość
człowiek się spala, specjalny festiwalu: Andrij Ljubka (Ukraina).
g. 22.00 – V Turniej Jednego Wiersza o Czekan Jacka Bierezina.
i tylko miłość
g. 22.30 – Jestem tutaj – koncert zespołu NOT.
czasem g. 23.30
ocala. – Zamknięcie festiwalu: uroczyste wręczenie nagród III Festiwalu Puls Literatury.
108
Imprezy towarzyszące:
TRANSLATORSKI PULS LITERATURY
11–12 XII 2009 (piątek–sobota)
POLESKI OŚRODEK SZTUKI (ul. Krzemieniecka 2a)
Warsztat dla tłumaczy z literatur niemieckojęzycznych: austriackiej i szwajcarskiej
(dla osób wcześniej zakwalifikowanych).
Prowadzenie: Sława Lisiecka, g. 12.00–17.00
PULS LITERATURY DLA DZIECI
9–13 XII 2009
BRZEZINY, MUZEM REGIONALNE (Brzeziny, ul. Piłsudskiego 47)
9 XII 2009 (środa)
W moim ogrodzie mieszka czarodziej – spotkanie z Kaliną Jerzykowską.
MUZEUM KINEMATOGRAFII (pl. Zwycięstwa 1)
13 XII (niedziela), g. 12.00
Przez mapę na gapę – filmowy poranek z Andrzejem Strąkiem.
PULS LITERATURY W FILMIE
11–17 XII 2009
MUZEUM KINEMATOGRAFII (Łódź, pl. Zwycięstwa 1)
11 XII (piątek), g. 17.00
Obywatel Poeta (2000) – reż. Jerzy Zalewski (75’)
Testament Jerzego Giedroycia (2007) – reż. Jerzy Zalewski (45’)
Errata do biografii: Władysław Broniewski – reż. Maciej Gawlikowski (26’)
12 XII (sobota), g. 18.00
Filmy z cyklu 14 bajek z królestwa Lailonii Leszka Kołakowskiego:
Czołówka (1996) – reż. Piotr Dumała (1’)
O największej kłótni (1999) – reż. Zbigniew Kotecki (15’)
O wielkim wstydzie (1998) – reż. Jacek Adamczak (16’)
O zabawkach dla dzieci (1999) – reż. Hieronim Neumann (15’)
Jak Bóg Maior utracił tron (1999) – reż. Piotr Muszalski, Paweł Walicki (17’)
O sławnym człowieku (1998) – reż. Krzysztof Kiwerski (15’)
Przed projekcją: spotkanie ze Zbigniewem Koteckim
13 XII (niedziela)
g. 17.00 – Mniejsze zło (2009) – reż. Janusz Morgenstern (109’)
g. 19.00 – Spotkanie z Januszem Andermanem
g. 20.00 – Parę osób, mały czas (2005) – reż. Andrzej Barański (105’)
16 XII (środa), g. 18.00
Wojna polsko-ruska (2009) – reż. Xawery Żuławski (108’)
17 XII (czwartek), g.18.00
Tatarak (2008) – reż. Andrzej Wajda (85’)
109
Hymn Festiwalu
Andrzej Strąk
WOJNA I POKÓJ
1.
Wojna i pokój, pokój i wojna,
kula utula nas, bogobojna,
chłopie, w okopie męska przygoda,
w żyłach krew młoda, błoto i woda,
groby, mikroby, ścieki, zasieki,
śmierci uroda, wojna i moda.
2.
Wojna i pokój, pokój i wojna,
zdrada się skrada, noc niespokojna,
żona zmęczona, blada jak flaga,
ale nim skona puder nakłada,
barwy wojenne, miłość i blaga,
dąsa się, kąsa, gada i bada.
3.
Wojna i pokój, pokój i wojna,
nuda, ułuda, więc noc upojna,
trawa, zabawa, chwała i sława,
biada ci, biada, bo śmierć jest hojna,
ślepa zwierzyna, w popłochu pada,
noc ją zarzyna, krwawa obława.
4.
Wojna i pokój, pokój i wojna,
noc raz jest słodka, cnotka, raz zbrojna,
panie i panki, bary i banki,
skiny i geje, kurwy, złodzieje;
książki kto pali z miną tak chytrą,
diabeł z portali czy bóg in vitro?
Ref.
W sercu jak w piecu
wojna się toczy,
chłodna nienawiść
wypala oczy.
W sercu jak w piecu
grzeje się żmija,
syczy i kąsa,
czasem zabija.
W sercu jak w piecu
człowiek się spala,
i tylko miłość
czasem ocala.
110
XV EDYCJA KONKURSU IM. JACKA BIEREZINA
NA POETYCKI DEBIUT KSIĄŻKOWY
NOMINOWANI DO NAGRODY
Piotr Nita (godło: Bougart)
Paweł Łęczuk (godło: plewap)
***
tous les matins du monde
pisanie pisaniem ale nic się
nie dzieje nic się nie
niesie widzę się jak na
dłoni pisze się
tu nic
ponad to co dziać
się ma i mam to
napisane i wyraźnie i czytelnie
podpisane oj
agnieszce
stara kurwa przy barze
śpiewała ciągle „hey joe”,
chociaż sto razy mówiłem,
że na imię mam paweł.
kiedy już wyszła, włączyliśmy
„wszystkie poranki świata”.
a jaki był twój poranek,
agnieszko?
czy rzeczywiście piękniej
drozdy leśne śpiewają, niż
śpiewak płatny na chórach?
samba przed rozstaniem: nie
nie możesz teraz odejść.
że to co ode mnie
do mnie tylko trafia
nie wołane samo się
zjada gryzie w język
żuje i łyka to
co napisane i tego co pisze też
podpisano oj
pisane pisaniem i nic
się dalej nie niesie
jeno podpis
- jo
Radosław Sączek (godło: SZABOLSC)
wyjątkowo
Myślisz o tym, że napiszę
i ja pewnie myślę, ze to ty napiszesz.
Mam ponad trzydzieści lat,
a testowałem podobny kontakt dwa razy.
Jednak nigdy z wielką chmurą nad Żoli.
Nigdy tym telefonem, nigdy z tematem wiersza
i prawdopodobnie nigdy obok robót drogowych.
Ciężarówka wrzyna się w blok i zastawia przejście.
Zyskuję i tracę siłę na przemian
z postępującą utratą wzroku.
Wracam, patrząc w ocean przez sieć,
schwytany jak klucz przez drzwi klatki schodowej.
111
Tomasz Bąk (godło: PAN PLANETA)
Blitzkrieg
Pierwsze kroki w przypadkowych butach,
za rękę z nową Lili Marlene. W kieszeni kości
i aspiryna, w Lili Marlene – jungen Mensch,
Franzozisch. To nowy rok – regularna wojna,
my kontra kompania miejska i batalion przyjezdnych.
W centrum miasta wyrosły szklane tulipany, niesie się potłuczone
echo – Czerwone maki na Monte Cassino, nucę
jakbym oberwał po łbie narodem. Przed kościołem
przyklękam, modlę się za niewypały, niewybuchy
i niedopałki. Ksiądz zrzuca z ambony papierową
katiuszę, posypuje głowy prochem, popiołem.
Asfalt zdobią plamy oleju i koleiny po pochodach
pierwszostyczniowych. Dopada mnie czerwone światło,
choć Tomaszów to nie Amsterdam. Muszę zwolnić
– zgubiłem język, gdzieś w starym roku, przy lewym bucie.
Jakub Sajkowski (godło: Kochanemu Wojtusiowi w dniu pierwszej komunii)
Jałta
Magdzie
To ma wyglądać w ten sposób: będziesz czytać Czechowa
i nagle staniesz się tą damą z pieskiem – miało być za późno,
lecz spotkałaś mężczyznę, który w danym momencie
był znudzonym Onieginem i musiał się tutaj przenieść
(taki żarcik Wolanda). I wszystko, wszystko, wszystko
zaczyna się łączyć – coś popchnęło Annuszkę,
ten cypelek oleju (tak, to był cypelek) sprawił,
straciłaś grunt, tramwaj nagle przyspieszył i rzuciło na Krym,
ulicę, gdzie wreszcie jest dialog, melodia, że krok dalej
inny stan skupienia. To daje, zdaje się, szansę.
Napiszesz jedyną w życiu powieść, z mnóstwem odniesień,
i tylko on ma powiedzieć, że wszystkie rozumie.
112
Przemysław Witkowski (godło: Wożiszek)
WYCHOWANIE OBYWATELSKIE
znów trzystu zabitych w iraku, transmisja z planety małp,
remisja raka u sąsiadów, listopad, sen martwych gołębi.
(w co to wsiąka, że nigdy nie trafisz na gniazdo,
nawet na szkielecik?)
jest znaleziony na ulicy liść koki, łuska z browninga,
otwarty palnik i cisza na stadionach, allen ginsberg
drący jednodoloarówki i henry kissinger negocjuje
w dialekcie z chińskim poselstwem.
w telewizji puszczają śnięte karpie, złe autobusy
jeżdżące bez puenty i dzwonią nowi przyjaciele z tele 2,
oferują wymianę filtrów do wody, matki, prezydenta.
pęka kra i jest krew z nosa, znak, że coś się rozszczelnia;
ciężkie kroki na schodach, źdźbło trawy w bucie,
siekiera wbita w uschniętą wierzbę. to jest antyświat,
mróz wraca od granicznej rzeźni.
Rafał Baron (godło: Kaustyka Jaźni)
Azazel
Wieczorem
pokazałaś mi podziemne państwo w stanie wojny. Upiory
walczące o opisanie za wszelką cenę. Nie bierzesz jeńców.
Bierzesz na siebie pamięć. Jej podskórne rzeki wciąż
żłobią w tobie zbyt wiele koryt. Pamiętaj, by się okopać
i zamknij mnie na sen, zalej neonową wylewką.
Zatopię twoje demony w zimnym, pustym morzu,
które wypluje mnie rano zziębniętego i otumanionego.
Podpełznę do ciebie cały w piasku, nosząc w sobie
wszystkie odmiany twoich chorób. Będę miał truciznę
i antidotum.
Jestem Azazel,
noszę w sobie wszystko.
113
Joanna Borzęcka (godło: Cool Color)
A może oddajmy bazę Kubańczykom
Przeklęta chłodnia znowu nawala,
przez ten wściekły upał wysiadają wszyscy.
Żeby tak jeszcze nie trzeba było utrzymywać
ciepła po tej stronie, kiedy glina zalewa mi dom
a ja noszę praktycznie bez końca ciężar
ściętego drzewa i nie wiem jaki w tym sens.
A może to synchronia i stąd starta skórka
i zapach pomarańczy, kiedy przylegasz do mnie
a oni mówią, że mają nakaz i muszą nas zrewidować,
bo zbrodnie w afekcie zwykle dokonuje się z bliska
a człowiek z psem nie wzbudza niczyich podejrzeń.
Bo tylko drapieżniki chcą widzieć wszystko
z ukrycia, a dwa zabójstwa, to już na serio seria
i dlatego nadłamane konary, no i jak to się ma
do sporej odległość jak na tak przypadkowy cel.
I dokąd właściwie idziesz, robaczku,
po moim płonącym policzku,
przyniesiony z drewnem.
Łukasz Witkowski (godło: ecreen)
Każdy ma takiego kierowcę na jakiego zasłużył.
Już zapomniałem co przywiało w te strony, jakie znudzenie
sobą. Nigdy tak bardzo nie myślałem o powracaniu
jak teraz przy nim, nieobecnym, za kierownicą, połykaczu
drogi i znaków stop. Ocieram się o drzewa niczym o zimną
skórę nieruchomych rekinów zakotwiczonych na dnie,
zdając sobie sprawę z prowizorycznego bezpieczeństwa
metalowej klatki. Teraz jak nigdy przedtem rozumiem,
że nie był to dobry pomysł, że z opcji: dotrzeć do celu
za wcześnie albo nie dotrzeć wcale, obie są równie
prawdopodobne. Jedyny możliwy do przeprowadzenia
rachunek dokonuje się w stanie najwyższego skupienia.
Gdzie kończy się szczęście tam rozpoczynasz pokutę,
powolne wyciąganie odłamków szkła, czarnych grudek
żwiru z wychłodzonego ciała. Chodzę w kółko tak by jeszcze
nie wracać, stracić głowę, poddać się zawrotom. Ocknąć
się przed zapadnięciem zmroku, wyjściem strzyg na żer.
114
Kajetan Herdyński (godło: Artur Niemann)
Pisząc, nie zapisując
Powiedzmy, że na powierzchni wszystkiego jest improwizacja.
Powiedzmy, że sięgamy tylko po najtańsze inspiracje.
Powiedzmy, że te wszystkie podróże to tylko wypełnienie treścią
dwóch wyrazów, tam i z powrotem, i tego, co pomiędzy, choćby
toastem za powodzenie, lub nietracenie przynajmniej tego,
co się nie powiodło. Powiedzmy, że pielęgnujemy własne niepowodzenia,
jak to, co wyrosło na naszym pierwszym oknie z pierwszej
ocalonej pestki. I widok z okna, który też zależy od nas. I to, co się gubi
między okiem, soczewką lornetki, a linią domów, za którymi
pasie się niebo, które nie chce zbyt łatwo dopuścić nas do gwiazd,
komet i tego wszystkiego, co nazywamy wszechświatem. Tam,
jak astronauci moglibyśmy dryfować nie wiedząc, gdzie jest dół, a gdzie
góra. I co to znaczy, że wkrótce ma nadejść nasz czas? Dla nas
trudno znaleźć definicję, trudno się nawet pozbierać, kiedy wszystkie
kierunki zdają się wołać zamieniając co chwila pozycjami. Historie
opowiadają się same, a każde zakończenie jest bardzo pozorne.
Natalia Malek (godło: denat czy pasażer)
Ciastka lody śmietana
Czy nie myślałaś o dziecku, pyta, pochylając się lekko do przodu,
czy nie myślałaś, jak pięknym dzieckiem jesteś.
I gdy, rozumując ściśle, szukasz predykatu, lub zwykłej dynamiki
wewnątrz swojego tekstu, czy wtedy nie przychodzi obraz jaśniejącej
kuli, którą rzucono do stóp, w oczekiwaniu na jeszcze jaśniejszą
odpowiedź. Jestem tutaj.
Pachnie mi z ust słodko, czy nie myślałam o sobie, uchylając się
od odpowiedzi, czy nie myślałam, jak dobrze było od niej uciec. I gdy,
pozwalając sobie na odejście, szukamy oparcia
w czymś tak prostym jak świeckość, czy ona wtedy ma szansę
zabłysnąć? Jestem daleko, daleko, daleko. Plotę własny warkocz.
115
Magdalena Dąbrowska (godło: Satargotte)
tryb nocny
na dobranoc ciało
ukryte w poszwie barwy bezsennego nieba
przeciągam się przez ucho igły
rozwijając ze szpuli jak opasła mulina
zdejmuję naparstek
by rozpiętą niczym kanwa skórę
oznaczyć dokładnie krzyżykowym ściegiem
taka mała krucjata
potem lnem i konopią zakrywam ci usta
wszystko na czasie rozumiesz ekologicznie
aż przybierzesz barwy wojenne
drżąc jak źdźbło w kolankach z pióropuszem na głowie
zdobyczny!
mogę spokojnie osiągnąć
temperaturę pokojową
Beniamin Maria Bukowski (godło: Herostrates)
Szkice o władzy. Szkic pierwszy: O rewolucji na Tuoni
Na wyspie Tuoni panowała demokracja,
Lecz wyspa Tuoni drogą matematyczną
Dążyła do optymalizacji.
Rachunek prawdopodobieństwa wykazał, że przy współczynniku niekompetencji
rzędu dziewięćdziesięciu procent, zgodnie z prawidłami statystyki, każdy rząd z
natury swej musi być niekompetentny. Tymczasem monarcha, a w każdym razie jeden na dziesięciu, będzie władcą o przynajmniej miernych zdolnościach.
Pozostałych dziewięciu nie robi różnicy. Statystyka się nie myli.
rysunki Piotr Pasiewicz
116
Czterej pancerni śmiałym manewrem
wdarli się do kultury popularnej i na długo w niej pozostaną. Pancernym nie raz
zarzucano, że propagują kłamliwą propagandę komunistyczną, fałszując historię,
ale pokolenia Polaków nie przyjmują tego
do wiadomości. Do dziś jest to dla wielu
film o przyjaźni i przygodach, o których
kiedyś marzyli.
Mit stworzony przez Janusza Przymanowskiego
przetrwał czas Polski Ludowej. Do kontekstu
filmowego świata serialu odwołują się reklamy, napisano książkę o kulisach jego powstania, ilustrowane czasopisma publikują sesje
zdjęciowe znanych aktorów przebranych za
serialowe postacie, a do gazet dodawane są
płyty z filmem. Nie przeszkodzą temu protesty ani żądania zdjęcia z anteny filmu zakłamującego historię, obrażającego patriotyczne
uczucia Polaków.
Książka Janusza Przymanowskiego, na
której oparto serial, osiągnęła nakłady rzędu
siedmiuset tysięcy i więcej egzemplarzy dopiero w latach siedemdziesiątych, po emisji
serialu telewizyjnego. Czterech pancernych
i psa drukowano za granicą, we wszystkich
krajach dawnego „obozu socjalistycznego”:
ZSRR, Bułgarii, Mołdawii, Kubie, Rumunii,
NRD. Olbrzymią popularność w Polsce
książka zawdzięcza nie tylko serialowi, ale
także „Klubowi Pancernych”, który funkcjonował w latach 1966-1970, jako program
telewizyjny, ale przede wszystkim społeczny
ruch młodzieżowy.
Magiczne oddziaływanie „serialu wszechczasów”
Od końca lat sześćdziesiątych Janek Kos
był bohaterem „żywym”, towarzyszącym
codziennemu życiu Polaków. Dzisiaj, po
czterdziestu latach, nadal jest w nim obecny. Zastanawiającym wydaje się fakt, iż serial, skrojony na miarę PRL-u, funkcjonuje
w świecie popkultury. Co więc spowodowało długowieczność Czterech pancernych?
Nie bez znaczenia były wartości, jakie
film propagował: przyjaźń, poświęcenie,
miłość, praca na rzecz wspólnoty, prawość,
sprawiedliwość. Serial zawierał także uniwersalne kulturowo elementy, jak topos walki dobra ze złem, w wyniku której w końcu tryumfuje dobro, a zło przegrywa, choć
początkowo przeważa, czy topos wędrówki
bohatera, pokonującego przeróżne, groźne
przygody, zdobywającego wiedzę o świecie,
miłość i prawdziwą przyjaźń, dokonującego
właściwych wyborów.
117
Marcin Kępiński
Pancerni zawsze wierni,
czyli socrealistyczna bajka magiczna
Czterej pancerni i pies nie
Przeszłość ma tu status są wymysłem propagan- Wano Keczakmadze.
mityczny, jest niezmienną dy, zakłamującym historię.
Czterej pancerni i pies
wartością, która przecho- Są przykładem na mityza- nie są wymysłem propawuje się mimo wciąż pul- cję przeszłości historycznej, gandy, zakłamującym hisdokonującą się w ramach
sującego rytmu życia1. Wytorię. Są przykładem na
pamięci zbiorowej.
pełniająca ją nostalgia to
mityzację przeszłości hisnasycony emocjami rodzaj pamięci, nawiątorycznej, dokonującą się w ramach pamięzujący do greckich nostos (powrót) i logos
ci zbiorowej. Polega ona na przekształcaniu
(cierpienie), pamięci tego, co było i jest w
postaci oraz wydarzeń przeszłości we wzory
nas samych, ale czego nie możemy w danej
i personifikacje wartości, które sankcjonują
chwili doświadczyć. Nostalgia to pamięć
zachowania i postawy ważne dla życia zbioutraconej rzeczywistości o cechach orbis inrowości3. W serialowym micie nie ma miejterior, a więc uważanego za najważniejszy
sca na racjonalność, związany jest z uczuciafragmentu świata. Konfrontacja teraźniejmi, przemawia nie do rozumu, a do serca.
szości z przeszłością wypada na korzyść tej
Czas, do którego odwołuje się serial – wojna
ostatniej.
– jest czasem sakralnym, diametralnie różTrudno się dziwić, że serial wywierał tak
nym od rzeczywistości dnia codziennego.
mocne społeczne oddziaływanie. Był doPodobieństwa między pancernymi a miskonale nakręcony, miał świetny scenariusz,
tem na tym się nie kończą, bowiem mit zawyraziste postaci bohaterów, znakomitą
kłada wartościowanie. Świat mitu to świat
fabułę. Pracowali przy nim wybitni polscy
istot krańcowo złych albo krańcowo dobrych
scenarzyści, reżyserzy, operatorzy, aktorzy.
i nie ma w nim miejsca na odcienie szarości.
Serial odwoływał się do rozbudowanej wyobraźni dzieci i młodzieży, która w sponCzterej pancerni, bajka magiczna i epika
taniczny sposób zareagowała na stworzony
bohaterska
przez Przymanowskiego „Klub Pancernych”,
Władimir Propp zaproponował wydziele2
będący kontynuacją serialowego świata .
nie z szerokiego, różnorodnego tematycznie
obszaru bajek bajki magicznej, charakteDo skonstruowania postaci czołgiryzującej się szczególnym zestawem cech.
stów i ich przygód autor wykorzystał
Rozpoczynają się one od poniesienia jakiejś
biografie żołnierzy Brygady Pancernej
straty (porwanie, wygnanie) albo od pragim. Bohaterów Westerplatte. Wzorem
nienia posiadania czegoś.4 Bajka magiczna
dla filmowego Olgierda Jarosza był radziecki kapitan Wiktor Tiufiakow,
Gustlika – Ślązak Ernest Jeleń, Janka Kosa
– równie młody Stanisław Rzeszutek,
a Gruzina Saakaszwilego – dowódca
Przymanowskiego z Armii Czerwonej,
1
Na temat nostalgii por. Burszta W.J., Czytanie Kultury. Pięć szkiców, IEiAK UAM w Poznaniu, Łódź
1996.
2
Twórcy serialu to między innymi: Henryk Kluba,
Konrad Nałęcki, Agnieszka Osiecka, Wojciech Kilar,
Roman Kolski i cała plejada wybitnych aktorów, obsadzanych nawet w rolach drugoplanowych.
118
jest całością o powiązanych ze sobą fabułach, którymi rządzą funkcje/działania –
niezmienne stałe.
Atrybuty bohaterów bajki magicznej mogą się zmieniać, ale nie zmieniają się podejmowane przez nich działania.
Wyodrębnienie stałych elementów bajki
3
Por. B. Szacka Czas przeszły, pamięć, mit, Scholar,
Warszawa 2006.
4
Por. Wł. Propp, Historyczne korzenie bajki magicznej,
tłum. J. Chmielewski, Wyd. KR, Warszawa 2003.
pozwala badać ją i porównywać w kontekście mitów, literatury, religii, społeczność
i kultur.
Janusz Przymanowski z pewnością znał
folklor rosyjski i fascynował się kulturą
naszych „słowiańskich braci”. Widać to w
większości jego książek, w których „ludzie
radzieccy” pełnią zawsze ważne role postaci
pozytywnych. Fabuła powieści Czterej pancerni i pies zawiera szereg elementów charakterystycznych nie tylko dla konstrukcji
ludowej epiki bohaterskiej, ale i opisu bajek
magicznych.
Ważnym jej elementem jest rodzina, która na początku żyje spokojnie, szczęśliwie
i nic nie zakłóca jej szczęścia.
W szczęśliwym życiu rodziny Janka
Kosa nagle pojawiają się dramatyczne okoliczności, zmieniające zwyczajny, uporządkowany bieg zdarzeń. Wtargnięcie chaosu
w dziecięcy świat poprzedza wyjazd Ojca,
nauczyciela i oficera rezerwy, na wojskową
placówkę Westerplatte. Z tego nieszczęścia i przeciwdziałania rodzi się zasadnicza
fabuła. Zazwyczaj na końcu bajki nieszczęście zmienia się w szczęście. Bohater przeżywa dramatyczne przygody, zdobywa wiedzę o świecie i sobie samym, pokonuje zło,
a wreszcie wszystko dobrze się kończy.
Kiedy poznajemy Janka, wędruje po
syberyjskiej tajdze w poszukiwaniu zwierzyny, jest towarzyszem i uczniem starego
myśliwego. Nie od razu dowiadujemy się
o tragicznej przeszłości chłopca. Wypadek
podczas polowania podsuwa wspomnienia o innym nieszczęściu, śmierci matki
i wygnaniu z domu. Motyw wędrówki jest
wpisany w dzieje Janka Kosa, który jest
typowym bohaterem-sierotą. Matkę zabili Niemcy, a on, ukrywając się przez wrogiem, wydostał się z Gdańska i wyruszył
na poszukiwania ojca. Poszukiwania się
nie powiodły, a bohater dotarł bardzo daleko, nad Ocean Spokojny, na kraj świata.
Zauważmy, że Janek Kos jest postacią nadrzędną w Czterech pancernych, wokół niego
osnuta jest akcja, to on stanowi centralne
odniesienie dla wszystkich wątków. Taki
sposób narracji – cyklizacji wątków wokół
jednej postaci – przypomina konstrukcję
eposu rycerskiego. Przypomnijmy przykłady Percewala, Tristana i Rolanda. Bohatersierota jest główną postacią mitu, bajki bohaterskiej i tradycyjnego eposu.
Zanim Janek podejmie na nowo pełną
nadzwyczajnych przygód wyprawę, musi
dokonać bohaterskiego czynu. Nie szuka
narzeczonej, bo to wyprawa syna w poszukiwaniu ojca, wiążąca się z motywem zemsty
rodowej. Chłopiec nienawidzi wrogów, sprawców cierpień jego rodziny, kraju i wszystkich
dobrych ludzi. Ma do tego prawo. Nie jest to
jednak zacięta, zimna nienawiść. Janek jest,
podobnie jak jego towarzysze walki, szlachetny, potrafi okazać wielkoduszność, a nawet litość. To postawa zasługująca na uznanie, tym
bardziej że wróg nie posiada podobnej cnoty.
Już jako dowódca czołgu, Kos przygarnia zabłąkane niemieckie dziecko, ratując je przed
głodową śmiercią. Początkowo załoga sądzi,
że mały jest Polakiem, przynoszą mu chleb
i mleko, bawią się z nim. Wypowiedziane w
obcym, wrogim języku słowa momentalnie
zmieniają sytuację, przywołując nieludzki,
obcy świat i metonimię śmierci: „Gib mir! Oh,
gib mir diesen Frosch!” Po tych słowach roześmiane wokół twarze zastygły. (…) Wrócił
Tomasz z grubą kromką chleba w jednej i menażką pełną mleka w drugiej. Stanął zdziwiony bezruchem i nagłą ciszą. (…) – Milch.
Brot. – Szkop? – Spytał Tomasz. – Szwabski
syn – wycedził przez zęby Wichura. Znowu
milczeli długą chwilę. (…) Wreszcie Janek
głęboko westchnąwszy, wyrzucił z siebie
119
jedno słowo: – Dziecko. (…) Wziął z rąk
Czereśniaka chleb i podał chłopcu5.
Las, nauczyciel i magiczny pomocnik
Idąc, „gdzie oczy poniosą”, bohater albo bohaterka bajki magicznej trafia do ciemnego, gęstego lasu. Las to rekwizyt obrzędów
przejścia, metonimia śmierci, odwróconego
porządku orbis exterior. W bajce odgrywa
rolę powstrzymującej przeszkody. Zanim
bohater znów rozpocznie swą epicką przygodę, musi spełnić warunek bohaterskiego
czynu. Przygotowuje go do tego starzec, uczy
języka zwierząt, sztuki rozumienia lasu, poruszania się w nim, obcowania z przyrodą,
zasad walki.
Nauczyciel Janka to surowy i wymagający, mądry i sprawiedliwy Starzec, Jefim
Semionycz. Przygarnia bohatera do swego domu, uczy celnie strzelać, chodzić po
tropie jak wilk, czytać wiatr, rozróżniać
zapachy lasu i zwierząt, rozumieć szelesty
i ślady, poruszać się cicho, sprawnie i szybko.
Przekazuje wiedzę o świecie6.
Zarówno serial, jak i książka Janusza
Przymanowskiego poruszają motyw przyjaźni człowieka i zwierzęcia, która wyraża
się we wzajemnej pomocy, zwierzę ostrzega
człowieka przed niebezpieczeństwem, ocala
przed wrogami, wskazuje zagubioną drogę.
Magiczny pomocnik towarzyszący bohaterowi to wyraz jego siły i zdolności. Może
należeć do kategorii zwierząt (orzeł, koń,
wilk) bądź przedmiotów (latający dywan,
różdżka), które przenoszą go do następnego etapu wędrówki, do drugiego królestwa
bądź innej krainy, wypełniając dla bohatera
liczne zadania. Możemy się zastanowić, ile
5
J. Przymanowski, Czterej pancerni i pies, Wyd.
MON, Warszawa 1973, str. 301.
6
Pomijam tu topos inicjacji, strukturalny model
medialności i separacji. Por. E. Leach, A.J. Greimas
Komunikacja międzykulturowa, [w:] E. Leach, Rytuał
i narracja, Warszawa 1989.
120
z cech pomocnika posiada czołg, nazwany
przez pancernych „Rudy”. Niewątpliwie rolę
magicznych narzędzi w przygodach Janka
pełni broń, której z mistrzostwem i doskonale używa – zdobyczny karabin snajperski
i pistolet. Oba narzędzia są darami od przyjaciół, z którymi Janek zawarł pobratymstwo
poprzez wspólny udział w walce.
Opis nauk młodego bohatera pozwala
dostrzec wspólne motywy bajki ludowej i powieści Przymanowskiego. Jefim Semionycz,
czyli starzec-opiekun, zastępujący Jankowi
ojca, udziela mu lekcji przetrwania w groźnym świecie, przygotowując go do wyprawy
na wojnę. Janek Kos mając szesnaście lat,
zabija ussuryjskiego tygrysa, ratując przy
tym od śmierci swego opiekuna. Zostaje nagrodzony pierwszym trofeum – uszami tygrysa, otrzymuje w darze „czarodziejskiego
pomocnika” – psa Szarika. Trofeum przyda
się nie raz, okazane niedowierzającym bohaterowi ludziom, a roli psa nie da się przecenić. Szarik będzie wiernym druhem chłopca, wielokrotnie ratując swego pana i całą
załogę od śmierci z rąk wroga. To on, jako
szczeniak, wyczuł zbliżającego się tygrysa
i ostrzegł przed nim myśliwych. Pomógł
Jankowi dostać się do pancernej kompanii,
to dzięki niemu załoga „Rudego” wydostała
się z okrążenia, radziecki saper rozminował fort, Janek zabił niemieckiego snajpera, a Tomek Czereśniak nie został zastrzelony przez swoich jako szpieg. Nie sposób
wyliczyć wszystkich zasług „cudownego
pomocnika”. Serialowa załoga, dowódca
brygady i żołnierze radzieccy porozumiewają się z psem jak z człowiekiem.
Dowódca czołgu ma coś z wróżbity, decydującego o rozpoczęciu
wyprawy. Gustlik jest najbardziej
typową dla epiki bohaterskiej postacią ludowego siłacza. Grigorij
Saakaszwili to nie tylko kierowca
czołgu, ale i świetny jeździec, doskonale władający szablą.
„Pancerna drużyna”
Motywem epiki bohaterskiej w Czterech pancernych jest zbratanie w pojedynku pomiędzy
Grzegorzem a Jankiem. Tego rodzaju więź
pomiędzy mężczyznami jest charakterystyczna nie tylko dla ludowej wyobraźni i literatury. Wojna to czas zawierania przyjaźni na
śmierć i życie, budowania opartych na altruizmie zespołów młodych mężczyzn, poddanych wspólnemu warunkowaniu klasycznemu
i narażonych na te same niebezpieczeństwa.
Innym motywem jest drużyna towarzysząca bohaterowi we dnie i w nocy, pomagająca
w niezwykłych czynach, składająca się z dzielnych rycerzy. Do pancernej drużyny należą:
Olgierd, meteorolog wróżący z chmur, siłacz
Gustlik, wreszcie pełen zapału, doskonały
kierowca i mechanik czołgu Grigorij. Dołącza
do nich Janek, przyjęty po dokonaniu niezwykłego czynu – trafia trzy razy pod rząd w środek tarczy. Tworzą oni załogę, spojoną więzią
braterstwa walki, silniejszą niż więź rodzinna.
Dowódca czołgu ma coś z wróżbity, decydującego o rozpoczęciu wyprawy. Gustlik jest najbardziej typową dla epiki bohaterskiej postacią
ludowego siłacza. Grigorij Saakaszwili to nie
tylko kierowca czołgu, ale i świetny jeździec,
doskonale władający szablą. Rycerską broń
przekazuje mu umierający polski ułan, a gru-
ziński dżigit udowadnia, że jest odpowiednim
kandydatem do stanu rycerskiego. Szabla towarzyszy mu w momentach klęski, śmiertelnie groźnych, jak na przykład wtedy, gdy pancerni zostają złapani przez Niemców. Załoga,
zamknięta w ogołoconym z amunicji czołgu,
zostaje zmuszona do jazdy na wprost ustawionych dział przeciwpancernych. Grześ odczuwa
strach, przypadkiem dotyka jelca szabli i nagle
słyszy cichą melodię. Saakaszwili rozumie, że
to dedamitca – matka ziemia powtarza kroki
idących do boju Gruzinów. Wtedy, nieoczekiwanie dla wszystkich śpiewa pełnym głosem
starą, gruzińską pieśń. Grigorij, podobnie jak
Janek, Gustlik i Tomasz, czuje łączność z ziemią, jest dzieckiem natury, dobrze znającym jej
tajemnice. Przeciwnie Niemcy – ci niepewnie
czują się w lesie, boją się ciemności, nie znają języka leśnych stworzeń. Zatracając swoje
człowieczeństwo i uczucia, stali się podobni
maszynom, swoim ulubionym wojennym zabawkom niosącym śmierć.
Porucznik Olgierd Jarosz przejmuje od
Starca, Jefima Semionycza rolę opiekuna
głównego bohatera. Dowódca „pancernej drużyny” uczy Janka żołnierskiego rzemiosła, zna
odpowiedź na każde pytanie. Zarazem opiekuje się nim, czuwa, by nie stała mu się krzywda. Jest dla Janka wzorem do naśladowania
i starszym bratem. Gdy ginie śmiercią bohatera, ratując czołg przed ogniem, Kos przejmuje
po nim dowództwo i robi wszystko, by godnie
go zastąpić. Sam dowódca jest duchem opiekuńczym załogi, a Janek w trudnych chwilach
patrzy na jego zdjęcie, dotyka Krzyża Virtuti
Militari i zastanawia się, jak powinien postąpić. Przedmioty pozostawione przez Olgierda
stają się, podobnie jak tygrysie uszy, amuletami Janka Kosa.
Nosi je przy sobie, chroniąc przed zniszczeniem bądź zagubieniem, wierzy, że przynoszą żołnierskie powodzenie. Amuletami
121
mogły być przeróżne przedmioty: pierścień,
kamień, podkowa, część zwierzęcia. Taki
przedmiot trafiał do człowieka w szczególnych okolicznościach i miejscu, znaleziony
bądź podarowany7. Fotografie i odznaczenia,
„zgodnie ze zwyczajem”, po śmierci Olgierda
przekazał Jankowi dowódca pancernej brygady, a uszy syberyjskiego tygrysa podarował mu
Jefim Semionycz. Artefakty należące do Janka
i jego drużyny możemy rozpatrywać w kategorii niezwykłych, spełniających funkcje amuletu, chroniącego i przynoszącego szczęście.
Braterstwo „pancernej drużyny”
Przyjaźnie zawierane przez załogi czołgów
Armii Czerwonej i Ludowego Wojska
Polskiego były równie mocne jak ta spajająca
w jedną, płynnie działającą całość, „pancerną
drużynę” z „Rudego”. Od kolektywnego wypełniania powierzonych im zadań bojowych, zależał los własny i całej załogi. Każda zła decyzja
dowódcy, pomyłka pozostałych, chwila nieuwagi, wahania, mogła być ostatnim, kosztownym
błędem w życiu. Ciągłe napięcie, spędzony razem czas w śmiertelnym zagrożeniu pola walki,
wspólne zabijanie wrogów i motywacja ideologiczna, czyniły z załóg czołgów, jeśli przeżyły
razem wystarczająco długo, wspaniale zgrane
zespoły. Spędzali razem czas w ograniczonej
przestrzeni metalowego pudła, dzielili odpowiedzialność za czołg. Załogi łączyła przede
wszystkim groźba wspólnej śmierci. Z około
czterystu tysięcy czołgistów, których Armia
Czerwona wyszkoliła podczas wojny, zginęło trzysta dziesięć tysięcy8. Służba w czołgu,
zaraz po piechocie, była przez żołnierzy uważana za najbardziej niebezpieczną i prowadzącą w większości przypadków szybką drogą do
7
Por. P. Kowalski, Leksykon znaki świata. Omen,
przesąd, znaczenie, PWN, Warszawa 1989.
8
Por. C. Merridale, Wojna Iwana. Armia Czerwona
1939 – 1945, tłum. Bażyńska- Chojnicka K., Chojnicki P., Rebis, Poznań 2007.
122
śmierci lub w najlepszym razie do kalectwa.
„Czołgowa śmierć” była jedną z najstraszniejszych, jakie do zaoferowania miała żołnierzom
wojna – ci, którzy nie zostali rozerwani na
kawałki przez eksplodującą amunicję, płonęli
żywcem. Może właśnie z tego powodu czołgiści obu walczących stron ubierali czarne kombinezony. Niemieccy pancerniacy dodatkowo
nosili na wyłogach mundurów srebrne trupie
czaszki, symbolizujące ich przynależność do
śmierci. Z tego powodu Rosjanie brali ich za
esesmanów i w razie wzięcia do niewoli, natychmiast rozstrzeliwali. Żołnierze służący
w czołgach obu stron konfliktu mogli liczyć tylko na szczęście lub szybką śmierć. Zazwyczaj
ich ciała były już tak spalone, że szczątków nie
dawało się oddzielić9. Złączonych za życia więzami przyjaźni, śmierć łączyła w jedną garść
popiołów. Ciągła troska o czołg i niezawodne
funkcjonowanie jego mechanizmów zapewniały załodze większą szansę na przeżycie pancernej bitwy. Zdjęcia czołgów z okresu II wojny
światowej pozwalają dostrzec namalowane na
ich pancerzach kobiece imiona, rysunki niedźwiedzi, tygrysów, podków i wiele innych wzorów. Wydaje się, że załogi chciały w ten sposób
„oswoić” swój pojazd, nadać mu indywidualny,
wyróżniający rys, jak też zażegnać potencjalne
niebezpieczeństwa.
W podobny sposób postępują pancerni. Choć zagrażają im podstępni wrogowie
i przeróżne pułapki, śmierć ich nie dosięgnie, bowiem prócz niezwykłych umiejętności, mają jeszcze jednego towarzysza
– „Rudego”10. Motyw konia-przyjaciela widzimy przy okazji poszukiwań odpowiedniej
nazwy dla czołgu. Nadanie imienia „Rudy” ma
na celu odwrócenie uwagi sił nadprzyrodzonych zarówno od pojazdu, jak i Marusi, noszącej przezwisko „Ogoniok”. Wszak w języku
9
Tamże.
Por. R. Sulima, Folklor i literatura. Szkice o kulturze
i literaturze współczesnej, LSW, Warszawa 1985.
10
rosyjskim to słowo oznacza „ogieniek”, przed
którym ma chronić pancernych gruba skóra
ich konia. Nadanie imienia jest jednocześnie
ochronnym zaklęciem. Czołg otrzymuje imię
w związku ze szczególnymi wydarzeniami
– pancerni uszli z życiem z wyjątkowo niebezpiecznej misji, a Marusię, postrzeloną przez
niemieckiego snajpera, uratowali Janek z psem.
Imię „Rudy” zostaje nadane na cześć rannej
dziewczyny – sanitariuszki, która zaimponowała pancernym odwagą, jak też jako magiczna
ochrona przed ogniem – najgorszym wrogiem
wszystkich czołgistów.
W ciekawym opracowaniu służącym szkoleniu załóg czołgowych z lat pięćdziesiątych, w
rozdziale zatytułowanym „Czołgiści kochają
swój sprzęt” czytamy: Czołg – w pojęciu czołgisty – to nie tylko opancerzony i uzbrojony pojazd mechaniczny, który jeśli został uszkodzony
w walce, może być opuszczony, a jego załoga
(…) będzie walczyła pieszo. Czołg jako całość
stanowi dla czołgisty narzędzie walki, potężny
środek zwyciężania, potężną broń. Umiłowanie
i przywiązanie czołgistów do swoich wozów bojowych zespala ich w jedną nierozerwalną potężną
całość; jest to również jednym ze źródeł ich siły
bojowej11. „Rudy” to sowiecko-polski, także z
powodu składu załogi, niezwyciężony wojownik pola walki.
„Rudy”
Czołg T-3412: dom, narzędzie walki i przyjaciel
pancernych, jest przez wielu historyków woj11
Cz .Lipka, Ogień czołgu, Wyd. MON, Warszawa
1954, s. 82.
12
Na temat czołgu T-34 i innych patrz: II Wojna
Światowa, red. Nauk. Matusak P., Bellona, Warszawa 2005; II Wojna Światowa: encyklopedia uzbrojenia, red. A. Zasieczny, Muza S.A., Warszawa 2000;
St. Żerko, Ilustrowany leksykon II Wojny Światowej,
Wyd. Kurpisz S.A., Poznań 2004; A .Zasieczny,
Czołgi II Wojny Światowej, Alma-Press, Warszawa
2005; J. Magnuski, Wozy bojowe LWP 1943-1983,
Wyd. MON, Warszawa 1985; jak też liczne monografie Wydawnictwa Militaria, opracowane przez
rosyjskich autorów.
skowości nazywany czołgiem, który wygrał II
Wojnę Światową. To wyjątkowe narzędzie
zadawania śmierci stanowi swój własny pomnik, nie tylko w krajach dawnego ZSRR,
a więc w swej ojczyźnie, ale i w Polsce. Zdobi
miejsca zwycięstw oręża polskiego, muzea,
place przed szkołami i jednostkami pancernymi, a nawet jest ozdobą kilku prywatnych kolekcji. W powieści i filmie czołg pełni bardzo ważną rolę, prawie nigdy się nie
psuje, szczęśliwie i wiernie służy załodze,
nie zawodzi jej w najtrudniejszych momentach. Dzięki niemu pancerni pokonują liczniejszego wroga, jego pancerz osłania ich
przed ogniem, pociskami i śmiercią. Choć
w czasie bitwy na Pradze załoga zostaje
ranna, a trafiony czołg się pali, to jednak
bohaterowie nie giną, tylko trafiają do szpitala, gdzie wkrótce lekarze przywrócą im
zdrowie. „Rudy”, prowadzony wprawną ręką
Grzesia, obsadzony przez wzorową załogę, nie daje szans niemieckim czołgom. Jest
bowiem skonstruowany i wyprodukowany
w Związku Radzieckim, a z kraju, gdzie
panuje najdoskonalszy ustrój na świecie
– komunizm, pochodzić mogą tylko najlepsze wytwory ludzkiej myśli technicznej.
Również załoga jest motywowana ideologią
sowiecką, Olgierd i Grigorij są oddanymi
komunistami, chcącymi uwolnić ludzkość
od faszystowskiego zła i przynieść zniewolonej Europie wolność. Janek i Gustlik,
jako ich towarzysze pancerni, są związani
z ZSRR, który dał im doskonałą broń do
123
uwagi. Do tego sowieccy czołgiści, z powodu braku czasu i potrzeb frontu, byli fatalnie
wyszkoleni, przed wyruszeniem do bitwy
spędzając w maszynach zaledwie kilkadziesiąt godzin. To jedna z przyczyn ogromnych
strat wśród załóg czołgów na polu walki. Ci,
którzy przeżyli wystarczająco długo, stawali
się jednak zgranymi zespołami, spajanymi
przez wspólne uczestnictwo w walce i stawianie czoła niebezpieczeństwu.
ręki, przysięgą na sojuszniczą wierność.
Samych czołgów T-34 ZSRR wyprodukował w czasie II Wojny Światowej olbrzymią ilość; łącznie około pięćdziesiąt pięć
tysięcy, czyli więcej niż Niemcy wszystkich
typów swoich maszyn. Gdy do tego dodamy
inne typy wozów bojowych, w tym słynne
ciężkie – „JS” – nazwane tak na cześć Józefa
Stalina, łatwo możemy wyobrazić sobie potęgę sowieckiego pancernego walca, zgniatającego wszystko na swej drodze.
W rzeczywistości T-34, szczególnie wytwarzany w początkach Wielkiej Wojny
Ojczyźnianej, dawał załogom małą szansę
na przeżycie walk, między innymi ze względu na: niską jakość produkcji (zwłaszcza
pancerza, silnika, urządzeń celowniczych),
zawodność układu przeniesienia napędu,
ciasnotę wnętrza, brak radiostacji czy nikłą
możliwość obserwacji terenu. Na mankamenty takie jak brak jakiegokolwiek komfortu „pracy” załogi czy konieczność używania brutalnej siły do kierowania pojazdem,
a co za tym idzie szybkie zmęczenie, nikt
z ludzi radzieckich w ogóle nie zwracał
124
Kultura robotnicza, a socrealistyczne motywy Czterech pancernych
Czterej pancerni propagują pewien typ bohatera i wartości, charakterystyczny zarówno dla kultury robotniczej w rozumieniu
Stefana Czarnowskiego13, jak i jej socrealistycznej wizji. Wedle Czarnowskiego, do
nadrzędnych wartości zjawiska określanego
przez niego mianem „nowej kultury” należą:
sprawiedliwość, solidarność klasowa, praca
(rozumiana jako twórcze przekształcanie
rzeczywistości), braterstwo, godność ludzka, honor. Kulturę robotniczą cechuje przy
tym wyjątkowa spójność i zgodność, jakiej
ludzkość nie znała od czasów średniowiecza oraz poczucie misji dziejowej tej klasy.
Oczywiście, rozważania Czarnowskiego dotyczą okresu międzywojennego, jednak po
1945 roku władza ludowa chętnie odwoływała się do treści kultury robotniczej, służących
rytualizacji życia publicznego. Widać to
wyraźnie zwłaszcza w okresie socrealizmu,
kiedy komunistyczni „rzemieślnicy” kultury
usiłowali przydać jej nowych znaczeń.
W Polsce powojennej aż do upadku komunizmu wszystkie ważniejsze wydarzenia społeczne, strajki i protesty wiązały się
z robotnikami, traktowanymi przez władzę
jako ważne ogniwo jej legitymizacji. W tym
13
Por. Powstawanie nowej kultury, [w:] M. LegiędźGałuszka, Czarnowski, Wiedza Powszechna, Warszawa 1989.
sensie dziewiętnastowieczny mit klasy ropancerni, jest wolna od wszelkich wątpliwości
botniczej, walczącej o dobro powszechne,
czy metafizycznych dywagacji. Jest absolutsytuujący ją w centrum wypadków, istniał
nie materialna, stworzona przez człowieka,
nadal. Do tego mitu odwoływała się zarówa świat rzeczy materialnych (technika wojenno „Solidarność”, jak i władza PRL-u, choć
na) ma służyć sprawnemu prowadzeniu walz innych powodów i w odmienny sposób.
ki i jak najszybszemu wygraniu wojny. Czy
Kulturę robotniczą charakteryzowawykonywaną czynnością będzie zakładanie
ła silna potrzeba przynależności do zbiozerwanej gąsienicy, zabijanie esesmanów, nocrowości proletariuszy, których celem jest
ne podchodzenie wrogów, naprawa uszkoprzekształcanie materialnej rzeczywistości.
dzonego czołgu, czy ponowne uruchomienie
Wizja, którą proponowano, była klarowna
fabryki, działanie to musi być wykonane naji jasna: materia, którą zbiorowa praca przesumienniej i najlepiej, jak tu tylko możliwe. twarza – to świat. Praca i czyn rewolucyjny
W wyzwolonym przez Ludowe Wojsko Polskie
– to źródła wszelkich wartości. Obok praLublinie pancerni spotkają robotników, któcy, dwoma nadrzędnymi wartościami były
rzy ukryli przed wycofującymi się Niemcasprawiedliwość i braterstwo. Wszystko inne
mi maszyny fabryczne, a teraz pomaga– to złudna nadbudowa. Czarnowski podaje
ją odbudowywać zniszczone zakłady pracy.
przykład bezrobotnych proletariuszy, z któGdy tylko następuje przerwa w boju, takrymi dzielą się jedzeniem inni, mający praże załoga „Rudego” staje do pracy – pomaga
cę robotnicy. Za swą postawę nie oczekują
w odbudowie lubelskiej fabryki. Każdy akt
nagrody ani nawet podziękowania. Nikt nie
pracy i budowy stawał się aktem kreacji nowezastanawia się nad moralnym znaczeniem
go, lepszego jutra, dowodem mocy twórczej soczynu. Po prostu jest on
cjalistycznego państwa i
dla nich czymś „natural- Rzeczywistość, w jakiej funkcjo- jego awangardy – klasy
nują pancerni, jest wolna od
nym”, tak właśnie należy
robotniczej (słynne hawszelkich wątpliwości czy metapostępować. Podobnie fizycznych dywagacji. Jest ab- sło: „Polska wielkim plarzecz ma się w przypadku solutnie materialna, stworzona cem budowy”).
pancernych. Zawsze dzie- przez człowieka, a świat rzeczy
Czołg, który jest
materialnych
(technika
wojenlą się z potrzebującymi,
ich wojennym dona) ma służyć sprawnemu pronie odmawiają nikomu
mem, pancerni trakwadzeniu walki i jak najszybszejedzenia ani pomocy, na- mu wygraniu wojny.
tują z wielką trowet jeśli będzie to niemieską. Kiedy wyrywają
ckie dziecko. Zawsze starają się postępować
się z okrążenia, wykonawszy niebezsprawiedliwie – okradający żołnierzy kucharz
zostaje przez Janka i Gustlika zdemaskowany
i ukarany. Za wzorową postawę żołnierską
i odwagę w boju pancerni nie oczekują nagród, nie upominają się o medale i awanse.
Wiedzą, że ich przełożony, „ojciec” brygady,
wie o wszystkich zasługach swoich podwładnych i stosownie je wynagrodzi.
Rzeczywistość, w jakiej funkcjonują
pieczne zadanie uratowania sojuszniczego batalionu kapitana Baranowa,
bardziej dbają o „Rudego” niż o siebie. Po
śmierci Olgierda, który kosztem własnego
życia ratuje „Rudego” przed spaleniem, załoga nie chce porzucić zniszczonego czołgu.
Właśnie na nim pragnie osiągnąć morski
brzeg, czując, że jest do tego zobowiązana
przez ofiarę bohaterskiego dowódcy.
125
Przyczyny takiego stosunku
do wojennego narzędzia zostają dokładnie wyjaśnione, gdy
czołg jest uszkodzony w walce
i technik „brygady pancernej”
musi przyciąć armatnią lufę
„Rudego”. Załoga tłumaczy
chorążemu, starszemu, poważnemu mężczyźnie o spokojnych
ruchach fabrycznego majstra,
dlaczego nie chce „okaleczać”
swego towarzysza walki: My na
„Rudym” od samego początku.
Nie rzuciliśmy go, choć pułkownik chciał dać nowy, z działem
osiemdziesiąt pięć. (…) – Każda
zadra na pancerzu, to jakby mnie
samego skaleczył – dodał Jeleń.14
Technik wypowiada znamienne
słowa: Wiem, co was boli, bo od
szczeniaka w fabryce robię. Kiedy
zaczynałem, musiałem skrzynkę
podstawić, żeby do tokarki sięgnąć. Jeśli maszynę lubić, jeśli koło
niej chodzić i nie dać krzywdy
zrobić, to ona odpłaci.15
Wspólnota i braterstwo w powieści Janusza Przymanowskiego
są niezmiernie ważne. „Słowiańskimi braćmi” w walce i odbudowie zniszczonego wojną
świata są Polacy i Rosjanie,
a przyjaźń między wyzwolonymi przez Armię Radziecką i Ludowe Wojsko Polskie narodami
rozkwita dzięki najlepszemu
z możliwych ustrojowi, socjalizmowi i jego humanistycznym
wartościom. Komunizm upodabniał się do religii przez
14
J. Przymanowski, Czterej pancerni…, str. 367.
15
Tamże, str. 367.
126
swój nacisk na tezę o tworzeniu przez ludzi wspólnoty poprzez rytualne działanie.16
Działaniem spajającym grupę, a zarazem
społeczną funkcją religii jest wspólna wiara
i podporządkowanie się autorytetom. Cały
światowy proletariat miał wyznawać tę samą,
komunistyczną doktrynę uciskanych mas.
Wiemy, że szczególne więzy łączą „Rudego”
z jego załogą. Podobnie jest w przypadku
kultury robotniczej. Narzędzia walki o lepsze, sprawiedliwe jutro czynią z człowieka
demiurga, stwórcę rzeczywistości, nowego, pięknego świata radości i lepszego życia.
Antropomorfizowane narzędzie, jakim jest
„Rudy”, ma służyć podobnym celom: chcemy
przynieść na nim ludziom wolność, chcemy
jak najszybciej skończyć wojnę. Potem będzie
pokój, zgoda między narodami, rozbrojenie.
Olgierd chce po zakończeniu walki wrócić do
pracy meteorologa, Grzegorz będzie traktorzystą, Gustlik kowalem, a Janek pójdzie do
szkoły. Każdy z pancernych po wygranej wojnie
będzie dalej pracował ku wspólnemu dobru
ludzkości. Praca była bardzo ważną częścią
przedwojennej egzystencji postępowej części
społeczeństwa polskiego – chłopów, robotników i inteligencji pracującej – nadawała głęboki, choć nie zawsze uświadamiany sens ich życiu. Świadomość tę pomoże obudzić nowy, budowany także dzięki wojennemu wysiłkowi,
ustrój społeczny – socjalizm. W budowie
socjalizmu, jak i w pracy przodują oczywiście ludzie radzieccy, traktujący wojnę równie
poważnie, jak przedwojenny twórczy wysiłek,
przekształcający przyrodę, podporządkowujący człowiekowi otaczający go, materialny
świat. Wiadomo już, dlaczego Niemcy wojnę
przegrywają, a wygrywają Rosjanie. Nie tylko
dlatego, że ci pierwsi są źli, a ci ostatni stoją
po stronie dobra. Wojna niczego nie tworzy,
a jedynie niszczy, zaś przynależna ludzkiej
16
Por. M. Kula, Religiopodobny komunizm, Nomos,
Kraków 2003.
naturze jest właśnie nieustanna, doskonaląca
świat i ludzkiego ducha twórcza praca. Janka
Kosa uczył takiego poważnego podejścia do
wykonywanych obowiązków ojciec – nauczyciel i oficer rezerwy. Gustlika Jelenia i Tomka
Czereśniaka ludowej filozofii życia nauczono
w rodzinnych domach. Grigorij Saakaszwili,
Olgierd Jarosz, sierżant Czernousow oraz
Iwan Pawłow to przedstawiciele zahartowanego w bojach kolejnych planów pięcioletnich
narodu radzieckiego. Dołączający do załogi
pod koniec wojny radziecki saper reprezentuje
nowe pokolenie ludzi sowieckich, wychowane
całkowicie wedle wzorów komunizmu.
Motywy walki, pracy i postępu dziejowego
zbliżają zaproponowaną przez autora Czterech
pancernych wizję świata do tej kreowanej w ramach socrealizmu, jak i do kultury robotniczej.
Jest to dualistyczne spojrzenie porządkujące
rzeczywistość w sposób charakterystyczny
zarówno dla komunizmu, bajki magicznej, jak
i mityzowanej pamięci. Komunistyczna wizja
historii zbudowana została wokół manichejskiej walki dobra za złem.
Ta „teologiczna”, posługująca się skrajnym
wartościowaniem wizja dziejów przedstawiała walkę dobra/komunizmu ze złem/kapitalizmem jako nieuchronny proces prowadzący
do zwycięstwa „postępowych sił ludzkości”. Świat, oglądany przez pryzmat utworów socrealistycznych, był uporządkowany
i operował tylko barwami biało-czarnymi.
Nie było miejsca na kolory pośrednie, co
pozwalało każdemu odbiorcy sztuki na
łatwą, jednoznaczną interpretację znaczeniowej „przezroczystości”17. Zauważmy, że
podział oparty na binarności opozycji jest
obecny w micie, nadającym rzeczywistości
czytelny, dwudzielny charakter.
Potrzeba mitu
Centralnym, najważniejszym motywem
Czterech pancernych pozostaje wspólne działanie w imię dobra, jak i szerszej wspólnoty ideowej. Zbieżności pomiędzy ludową
epiką bohaterską, bajką magiczną i książką
Janusza Przymanowskiego, na które możemy się powołać, są aluzją do rozległej tradycji epickiej, wywołaną przez czas walki
z niemieckim najeźdźcą, powiada Roch
Sulima. Dodajmy, że bohaterowie powieści
i filmu na jej kanwie powstałego, są syntezą
typów ludowego bohaterstwa, wręcz archetypem rodem z żołnierskich opowieści, gawęd
i pamiętników.
Mit Czterech pancernych będzie istniał
dalej, bowiem jedną z podstawowych funkcji mitów jest wyjaśnianie rzeczywistości,
sankcjonowanie podejmowanych działań
i nadawanie im sensu. Inną funkcją mitycznych opowieści jest przekazywanie wzorów
odpowiedniego postępowania, zasad etycznych, norm i wartości ważnych dla wspólnoty, a uosabianych przez bohatera. Mity
pomagają ludziom rozumieć swą przeszłość
i projektować przyszłość. Być może właśnie z tego powodu mit Czterech pancernych
stał się częścią dyskursu pamięci zbiorowej
Polaków, dotyczącej zarówno wojny, jak
i czasów dzieciństwa spędzonego w Polsce
Ludowej.
17
Por. A. Paluch, Nierealny świat realnego socjalizmu,
[w:] Nim będzie zapomniana. Szkice o kulturze PRLu, Wrocław 1997.
rysunki Krzysztof Szwarc
127
Piotr Gajda
NÓŻ W PŁYCIE
Hymny ołowianych żołnierzyków
to mieszank
a
wy-
łącznie dla
kolesi
zbierających
w le-
sie zardze
wia
łe
bagnety za
miast
grzybów.
w Iraku,
istanie, Gruzji czy
an
fg
A
w
e
ni
ę
si
yć
iany będą tocz
Już niebawem woj
sję) i zrobi ogólnośw
er
w
ą
ck
ra
pi
ej
(j
i
uci wojnę do siec
wojny, aby
a w necie. Ktoś wrz
w czasach zimnej
et
rn
te
in
i
lil
yś
ym
erykanie w
znutowe bum! To Am
rnym, aby mogli do
ea
kl
nu
u
ak
at
m
po ewentualny
nkra: Is
zachować łączność
z prezydenckiego bu
at
ik
un
m
ko
m
sa
n
wysyłać te
dzenia i bez skutku
There?
h z kapustą
There Anybody Out
informacyjny groc
ę
si
je
da
po
ej
ór
kt
ka, w
częśDzisiaj net to stołów
parcie, bo o wiele
za
as
w
ie
dn
pa
do
ochówkę. Zanim
ton „40:1”,
albo żołnierską gr
iego zespołu Saba
zk
ed
w
sz
sk
dy
le
te
Youtube
awaciej oglądaliście na
na których sprzed
o,
gr
lle
A
i
m
ja
kc
au
o albo strony z
n dzwon?
niż szwedzkie porn
cie się, komu bił te
ów
an
st
za
o,
lv
vo
ki
hody mar
wym?
no używane samoc
ym aparatem słucho
nn
zy
ec
ni
z
om
nt
om? Kombata
ie lub fePatriotom? Harcerz
z wiadrem na głow
ii
or
st
hi
om
el
ci
zy
allu, nauc
zruszeMiłośnikom paintb
ja ocierałem łzy w
i
,
ch
O
?
la
ul
tb
pi
aku adidasa i
bohaterstwo
tyszystom spod zn
Szwedów opiewa
u
ci
eś
sz
h
ac
ow
sł
pięknych
Wojny
nia, słysząc, jak w
źdźcą podczas II
je
na
im
ck
ie
em
ni
walczących z
urat czytał
polskich żołnierzy
sk synowi, który ak
dy
le
te
y
an
ni
om
sp
wałem w
emieŚwiatowej. Pokazy
omocji z języka ni
pr
ał
ym
rz
ot
e
ni
k
haTrylogię, ale i ta
Potopie – pełna re
sienkiewiczowską
o
em
ał
ni
m
po
za
i i chemii. Za to ja
trochę
ckiego, matematyk
miętamy!) jest już
pa
te
et
ox
(R
ą
zn
a, bo z muzyc
ierzy kapitana
bilitacja historyczn
i bohaterstwo żołn
ny
iz
W
ny
ro
ob
storia
a, ale na
gorzej. Owszem, hi
o za metalowe serc
lk
ty
e
ni
ać
yt
w
ch
i
oniu 1939 mus
metal, czyli skrzyż
Raginisa we wrześ
er
w
po
a
gr
n
to
ba
zyznę, szwedzki Sa
tów!
Boga, Honor i Ojc
i w tempie 45 obro
ym
an
cz
sz
pu
n
de
ai
ytami Iron M
byisty zagrzewający
wanie operetki z pł
al
ok
w
os
gł
i
y
ad
szarży lekkiej bryg
j płycie
Syntezator, tempo
ego dla siebie na te
cz
ni
si
pi
ip
(h
i
śc
sie
rawiania miło
i” zbierających w le
najmniej nie do up
es
ol
„k
a
dl
ie
zn
ąc
, to mieszanka wył
raczej nie odnajdą)
y zamiast grzybów.
zardzewiałe bagnet
128
p
yc
oz
p
ro
e
ni
ja
j
t
es
na
u
n
to
ba
Sa
ż
a
k
ja
ta
to
e
ki
s
ru
p
k
-
r
po
y
bu
r
nk
The Art Of War – już sam tytuł
mówi sam za siebie, a w dodatku
Szwedzi postanowili połączyć „filozofię Ikei” z chi
ńską sztuką walki sprzed dwóch
i pół tysiąca lat („Sun
Tzu Says”), aby swojemu projektow
i nadać głębię porównywalną do wy
miarów frontowych
okopów. Dzięki tym zabiegom na
pewno udało im się jedno – ani od
dzisiaj, ani od jutra
nie będzie się mówić, że szwedzki
power metal jest tak samo gówno
wart jak niemiecki
metal, ponieważ propozycja Sabato
nu nie jest aż tak toporna jak pru
skie bunkry na Wale
Pomorskim. Niemniej „The Ghost
Division” zaczyna się podobnie jak
1000 podobnych
mu produkcji; szaleńczy atak gita
r, chóralne klawisze i podniosły klim
at. Utwór tytułowy to kawałek solidnej, metalowe
j sztuki, ale kto by chciał stawiać
pomnik pilnikowi do
metalu? Tym bardziej, że wszystkie
kompozycje są dość prosto skonst
ruowane i posiadają
wyraźnie wybijające się, nieskomp
likowane refreny. To takie typowe
heavy/powermetalowe hymny, łatwo wpadające w uch
o. Mocno rytmiczne z wyrazistymi
wokalizami i pracą
gitar, obojętnie, co akurat weźmiem
y na „warsztat” – wojnę radziecko
-fińską w „Talvisota”,
pancerną bitwę pod Kurskiem w „Pa
nzerkampf ”, Monte Cassino w „Un
ion (Slopes Of St.
Benedict)” albo czasy pierwszej wo
jny światowej w „Cliffs Of Gallip
oli”. Gdyby nie ten
power metalowy sztafaż (nacisk kła
dziony na wokal Joakima Brodéna,
wyśpiewującego kolejne utwory wzmacniane przez chó
rek w szczególnie podniosłych mo
mentach, za którymi
ciągną się dwie motorycznie grające
gitary, które operują w szybkich i
średnich tempach,
przecinanych od czasu do czasu
raźnymi solówkami), taki „Unbre
akable” mógłby być po
prostu rzetelnym hard rockiem.
Szwedzi z Sabaton utworem „40:1”
podbili serca Polaków – urodzonyc
h bohaterów, patriotów, leni i pieczeniarzy. Podbili
społeczeństwo, które jednoczy się
wyłącznie przeciwko
komuś albo czemuś (na co dzień
Polacy z powodzeniem zwalczają
się wzajemnie z intensywnością najszybszej solówki z The
Art Of War). Podbili naród, którem
u od dwóch wieków przyświeca narodowy mesjan
izm (na imię mu „44”), o dziwo, nie
przy pomocy armii
Karola Gustawa ani reguł naucza
nych przez Sun Tzu, a dzięki kul
towemu już numerowi
pt. „40:1”. Każdy Polak posłucha
choćby z patriotycznego obowiązku
, chociaż artystyczna siła tej kompozycji (jak i całej
płyty) rozkłada się pomiędzy histor
yczną rekonstrukcją
w wykonaniu grubasów pod pięćdz
iesiątkę udających żołnierzy wrześn
ia a zestawem żołnierzyków ustawionych na baryka
dzie zbudowanej w piaskownicy.
A w dodatku (jestem
tego pewny) ktoś po latach nakręc
i film o obronie Wizny i będzie się
upierał, że naprawdę
to było jednak inaczej…
Sabaton, The Art Of War, Black Lod
ge Records, 2008.
129
NÓŻ W PŁYCIE
Piotr Gajda
Gajcy na barykadach Warszawy
Powstanie Warszawskie to kol
ejna ze „wspaniałych klęsk” nas
zego narodu. Ale to także jego DNA, zw
ierciadło historycznej choroby,
ciążące na
nim fatum, które musiało się wy
pełnić i wypełniło się. Któż piękn
iej ginie
za naród, niż poeci, kto zazwy
czaj ratuje własną skórę, jeśli nie
dekownicy i tchórze? Któż nami rządzi
, jeśli nie mogą ci, którzy oddal
i za nas
swoje życie?
Tadeusz Gajcy zginął 16 sierpn
ia 1944 roku pod gruzami kam
ienicy wysadzonej przez Niemców
. Był najbardziej apokaliptycznym
z poetów-powstańców nawiązującyc
h w swoich wierszach do katast
rofizmu,
rozliczających się z mistycznym
sensem ofiary w imię miłości
do ludzi
i ojczyzny, przekonanych o nie
uchronności losu własnego i cał
ego swojego pokolenia. Apokaliptyczny
rock znudzonych życiem „tuzów
” naszej rodzimej sceny w porównan
iu z piekłem Baczyńskiego i Ga
jcego to
Disneyland. Z drugiej jednak
strony, kto jeśli nie rock’n’rollow
cy odda
w swoich pieśniach nagranych
do jego słów młodzieńczy bu
nt, grozę
i dramat życia skazanego na zag
ładę?
Gajcy to płyta balansująca na po
graniczu ostrego rocka, punk roc
ka,
folku i reggae, ale i lekkich, nas
trojowych brzmień. Paleta artyst
ów, którzy się na niej pojawili, jest urozm
aicona jak powstańcza broń i um
undurowanie. Na krążku znaleźli się
m.in. tacy wykonawcy jak Kazik
, Armia,
Made In Poland, Kawałek Ku
lki, Maleo, Lech Janerka, Karol
ina Cicha
(czyżby wnuczka któregoś z
cichociemnych?) i Żywiołak.
Koncepcja
zderzenia wojennej poezji Ga
jcego z wojującym rockiem zro
dziła się
w Muzeum Powstania Warsz
awskiego, które w ten sposób
(alternatywny do nadętych, patriotyczny
ch obchodów) postanowiło ucz
cić 65.
rocznicę warszawskiego zrywu
. Tę płytę powinni nagrać sam
i rdzenni
warszawiacy, ale i tak się udało
. I choć pierwsza na barykadzie
była Ewa
130
To napisana do ich słów
muzyka wydobywa
z tych tekstów ukryte
sensy, uzbraja je
w nowe brzmienie - są
głębokie jak leje
po bombach
muzym sojusz
y
jc
a
G
a
n
Che,
wie
espół Lao
naszej gło
z
j
w
ie
y
n
d
o
ie
p
K
”,
ieścia.
k, a zaraz
ztukasów
ze Śródm
s
„
w
Demarczy
ie
ó
t
c
is
lo
z
a
a
n
rii i n
wypchnął
ześkiej artyle
ż
ię
c
le
u uwspółc
ki i tekstu
a
z
z
s
r
u
t
s
h
o
c
y
o
z
a
do nas
ł i kurz p
o napisan
dobiegają
T
.
w
opada py
o
ó
g
z
e
u
jc
r
a
g
ch
rsze G
raja
łów tamty
rtelne wie
ie
m
ś
sensy, uzb
spod zwa
ie
e
n
t
y
e
r
a
k
g
g
u
e
r
w
tekstó
ez rock i
owej artyZ
wa z tych
.
y
nione prz
b
h
c
o
a
d
b
y
m
w
a
po bo
w muzyk
z esie jak leje
k
o
b
tego prze
do ich słó
łę
g
lę
k
ą
y
s
w
–
i
ie
h
n
eklętyc
brzmie
tnych kom
zasów prz
ie
c
je w nowe
w
ś
ji
z
ę
e
d
o
w
p
–
a napra
ymbiozy
„Moja
iło się kilk
z
d
o
stycznej s
r
wiołaka (
z
y
–
Ż
a
i
ll
k
o
n
’r
e
s
to pio
nt rock’n
prezentują
iwe perły
le
z
a
tablishme
d
n
o
w
k
a
s
r
o
p
ra”). D
śród nich
ść bez jut
łka Kulki
a
o
ił
w
a
pozycji. W
M
„
K
(
j
iu
e
ich
konan
aroliny C
ego w wy
jc
a
G
a
z
mała”) i K
s
).
u
rajszemu”
rsze Tade
o
ie
z
c
w
ie
„W
c
(
ły
czemu
ii
się na p
wykonaw
ie”) i Arm
ć
n
a
a
t
n
y
w
P
ó
„
r
(
się do
Maleo
, po („Bajka”),
nie udało
a druga”)
jk
m
a
y
B
r
„
ó
(
t
k
a
arotk
legli,
e,
– ginie K
cie ukryt
S ą te ż p o
ły
w
p
ó
j
g
e
t
le
o
a
k
h
sz cz e n
ierć
wu swoic
Ale są je
.
)
”
a
ne jak śm
bohaterst
n
k
im
o
z
ą
e
S
n
r
.
a
a
Janerk
oane („Cz
tóre nie p
stki, Lech
k
u
legło Het
,
P
d
,
n
T
la
O
o
N
e In P
dw o d y –
ochyięki Mad
w
ź
d
zbrojne o
a
w y p ad a p
o
ik
n
B
.
z
y
c
c
łą
a
r
m
i lub p
letniego
ed świste
z
c z a s n au k
r
d
dziesięcio
p
o
p
k
y
ja
t
ły
ed nią
c h a ć te j p
dzie
lić się prz
y
h
c
u
zwalają słu
miejscu, g
,
ią
w
c
ś
ś
r
o
t
ie
r
p
a
a
jej zaw
ć się z
ach, złapa
lić się nad
n
io
m
a
r
ć głowę w
kuli, ukry
.
ł odłamek
y
ękło?
z
s
e
z
r
p
y to serce p
z
ciało
c
,
u
k
n
y
s
kula,
009.
Czy to była
wskiego, 2
rsza
stania Wa
w
o
P
m
u
, Muze
wcy, Gajcy
a
n
o
k
y
w
i
Różn
P
a
l
t et
po ór a
m ja zy ar
t
w
w aic i si ys
li ę
u st on , j n tó
m a a e a w
u ńc j st
n z a
n ,
d a k u ie
k
131
Maseczki * Maseczki * Maseczki * Maseczki * Maseczki * Maseczki
Paulina Ilska
Z szablą za kulisy
Nie chciałabym przedstawiać obecnej sytuacji teatru jako pola bitwy.
Kondycja wielu scen jest dobra, zarówno pod względem artystycznym, jak
i finansowym czy organizacyjnym.
Czasem jednak, gdy wetkniemy nos za kulisy bądź w zacisze gabinetów,
z daleka czuć smród brzydkiej wojenki podjazdowej. I stęchliznę. Czeski film,
nikt nic nie wie. Widzimy i słyszymy tylko skutki – przez niektóre sceny i foyer przemaszerowują wojska różnych frakcji. I jak we wspomnieniach staruszki z czasów wojny: jak przyszli z lewa, to zabrali krowę, jak z prawa, to zgwałcili,
a jak przyszli nasi, to zjedli wszystkie ziarna pod uprawy i z przyzwyczajenia
spalili domy w pień.
Podobno czasy przełomów, wszelkiego rodzaju napięcia oraz złe warunki bytowe sprzyjają teatrowi. Kierują go ku egzystencjalnym poszukiwaniom i odkrywczości w wykorzystywaniu przestrzeni czy scenografii. Rzecz w tym, by nie przekraczać pewnych granic. Bo nie da się przez całą zimę pracować grzęznąc w śniegu po
pas, w świńskiej grypie, w błocie po kostki1, o czym mówił w wywiadzie dla „Polityki”
Włodzimierz Staniewski, twórca znanych na całym świecie Gardzienic.
Ale do rzeczy. Wojenek teatralnych jest co najmniej kilka. Podziały przebiegają
wzdłuż i wszerz, do tego dochodzą różne niuanse i niespodziewane sojusze jednych
przeciwko drugim. Próbując to uporządkować, posłużyłam się pewnym uproszczeniem.
Wyznaczyłam linie demarkacyjne wokół kilku najbardziej palących kwestii.
WOJNA PIERWOTNA
Toczy się o to, czy teatr w ogóle przetrwa. Czy ma rację bytu jako zjawisko kulturowe,
dziedzina sztuki. Są tacy, którzy twierdzą, że za kilka lat podzieli los filharmonii, odwiedzanej przez garstkę nielicznych. Poza tym – twierdzą – w dobie filmu i wszelkich sztuk
audiowizualnych teatr po prostu się przeżył. Nie warto więc go finansować. Sęk w tym, że
zwolennicy tego poglądu nigdy nie odważą się wypowiedzieć go głośno. Choćby dlatego, że
najzwyczajniej świecie, bardzo długo w tym teatrze nie byli. Mają jakieś mgliste wspomnienie
traumatycznej wycieczki szkolnej na Romea i Julię. Kłania się fatalna edukacja teatralna. Klasy
zabiera się głównie na lektury albo najgorsze ramoty, których nie da się wcisnąć indywidualnym
widzom. A szkołom sprzeda się po zniżce. Potem ci widzowie dorastają i sądzą, że wszystkie
spektakle wyglądają jak ten nieszczęsny Romeo i Julia. Trudno się dziwić, że na hasło „teatr” dostają wysypki. Gdyby poszli na młodszych zdolniejszych2 albo dobry teatr alternatywny, może myśleliby inaczej. Ale nie pójdą.
1
2
E. Winnicka, Udręka, rzadziej ekstaza, „Polityka”, nr 42/2009, s. 58.
P. Gruszczyński, Ojcobójcy, młodsi zdolniejsi w teatrze polskim, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2003.
132
Zwolennicy teatru gorąco bronią jego istnienia i wielkiej wartości. Bo – po pierwsze – od zawsze w takiej czy innej formie był, po drugie – jest królową sztuk, łączącą wszystkie inne, niezwykle
nośnym medium o niewyczerpanym bogactwie środków wyrazu. Pełni też ważne funkcje społeczne. Jest soczewką skupiającą wibracje danego czasu, miejscem integrującym społeczność (wspomina się słynne Dziady Dejmka z 1968 roku), konstruktywną formą spędzania wolnego czasu,
wreszcie – świetnym narzędziem niestandardowej pracy z młodzieżą i osobami wykluczonymi
(teatr amatorski i nurt terapii teatrem).
Ale jeśli teatr ma istnieć dalej, trzeba odpowiedzieć na pytanie, jaki ten dobry teatr powinien
być. I za co go utrzymać. Z tych dwu elementarnych pytań wynikają WOJNY WTÓRNE:
1. KLASYCZNA WOJNA „MŁODYCH” ZE „STARYMI”
Czy może raczej nieklasyczna, bo młodzi nie tworzą grupy okraszonej wspólnym manifestem lub programem. Ale, każdy po swojemu, płyną pod prąd. W głównej roli starca ze
szkiełkiem i okiem obsadził się dyrektor Teatru Narodowego Jan Englert. Na własne
życzenie. Od czego się to zaczęło? Chyba od manifestacyjnego opuszczenia sali podczas
Fanta$ego Jana Klaty. Niczym ksiądz Kordecki Częstochowy, Englert broni wierności
tekstowi literackiemu (najwyżej ceni teksty klasyczne) i tradycyjnie pojmowanemu
rzemiosłu. Krytykuje egocentryzm młodych twórców, uważa, że brak im podstaw
warsztatowych i że mają ambicję wejść do historii teatru. A reżyser powinien pełnić
funkcję służebną wobec tekstu dramatycznego i widzów, samemu pozostając niewidocznym3.
Zupełnie inaczej do swojej pracy podchodzi grupa reżyserów, uznanych za następców
młodszych zdolniejszych, czyli Lupy, Warlikowskiego, Jarzyny, Cieplaka, Augustynowicz.
Jako najmłodszych„Siedmiu wspaniałych” wymienia się: Zadarę, Olsten, Pęcikiewicz,
Borczucha, Korczakowską, Rubina, Strzępkę; Joanna Derkaczew dodaje jeszcze
Passiniego. Zainteresowanych odsyłam do świetnego opracowania tego tematu
w „Notatniku Teatralnym”. Poprzestanę na skrótowym i uproszczonym streszczeniu
najważniejszych wyznaczników, podając je za Pawłem Sztarbowskim4:
− teksty i formy klasyczne są traktowane nie w kategoriach świętości, ale jak
partnerzy. Każdy z reżyserów proponuje autorskie odczytanie tekstów, nie boi
się korzystać z pomocy dramaturgów;
− twórcy próbują znaleźć nową formę, adekwatną do treści jako wyraz
sprzeciwu wobec teatru mieszczańskiego;
− indywidualnie, ale wnikliwie odrobili lekcję z teatru Kantora;
− kluczowe dla zrozumienia ich spektakli są: sceptycyzm wobec medium
teatru i poszukiwanie wsparcia wśród innych dziedzin humanistyki;
− zrozumieli, że nie tyle teatr jest reprezentacją rzeczywistości, co rzeczywistość jest zorganizowana teatralnie; zadaniem teatru uczynili więc
deformację (często agresywną) form teatralnych używanych w życiu codziennym, by pokazać ich zwyrodniałość i kłamliwość;
3
4
E. Hevelke, Geniusze i rzemieślnicy, „Notatnik Teatralny”, 49-51/2008, s. 587-593.
„Notatnik Teatralny”, 49–51/2008.
133
ilustracja Krzysztof Szwarc
− często pojawia się autotematyzm, forma teatralna jako czołowy temat;
− założeniem tego teatru jest nierozdzielność zagadnień sztuki i zagadnień społecznych;
− scena nie jest przestrzenią do naśladowania świata, ale do zagospodarowania i stworzenia w niej świata autonomicznego;
− użycie multimediów, kamer i mikrofonów, technologia jako temat spektaklu, ukazywanie, jak bardzo przekaz jest zniekształcany przez środki techniczne;
− widz jest po to w teatrze, żeby myśleć;
− wszyscy ci reżyserzy to intelektualiści, którzy akurat teatr wybrali jako formę
przekazu.
2. WOJNA TEATRU REPERTUAROWEGO (MIESZCZAŃSKIEGO)
Z TEATREM POSZUKUJĄCYM
Klasyczne spektakle sceny pudełkowej, z czwartą ścianą, intrygą i tradycyjnie
skonstruowanymi postaciami, znajdują zwolenników zarówno wśród reżyserów,
krytyków, jak i widzów. W Łodzi takie spektakle wystawia Teatr Powszechny, który
prowadzi też Centrum Komedii z ambicją poszukiwania nowych sztuk teatralnych,
a nawet inspirowania twórczości dramaturgicznej tego typu. I ma swoją stałą widownię. Jednocześnie, na Festiwal Sztuk Przyjemnych i Pożytecznych, Powszechny zaprasza najlepszych z młodszych zdolniejszych oraz pokolenia najmłodszego: Lupę, Klatę,
Rubina, Zadarę. Paradoksalnie, z tymi dziełami zestawia wyprodukowaną przez siebie
Plotkę, spektakl przyjemny, ale sztampowy i zwyczajny. W konfrontacji z Klatą czy
Zadarą wygląda jak płaszczyk kupiony na rynku, wystawiony pośród kreacji haute couture. Tu zbliżamy sie do...
3. POTYCZEK TWÓRCY – WIDOWNIA
Zbigniew Brzoza, pytany przez Joannę Derkaczew, jakiego teatru potrzebuje Łódź, odpowiedział: Wiem tylko, do jakiego była przyzwyczajona. Przed objęciem dyrekcji Teatru
134
Nowego spotkałem się z kolporterkami biletów. Opowiadałem im
o swoich planach, profilu teatru. One słuchały, słuchały. W końcu
w krótkich żołnierskich słowach wyjaśniły mi: „Panie dyrektorze, my
tutaj, żeby sprzedać bilety, potrzebujemy czterech rzeczy”. Ja przygotowałem się do notowania, a one: „Bajki dla dzieci młodszych,
bajki dla dzieci starszych, lektury i czegoś lekkiego na wieczór”5.
Najostrzej teatr mieszczański zaatakował Maciej Nowak, dyrektor Instytutu Teatralnego, były dyrektor Teatru Wybrzeże:
Mamy misję i obowiązki wobec świata, dlatego nie chcę, aby scena
oraz widownia były jedynie azylem przed otaczającą rzeczywistością.
Publiczność nienawidzi ryzyka i oczekuje, że za każdym razem
będzie ubawiona po pachy. Teatr traktuje trochę jak sitcom na
żywo. A scena powinna służyć do rzeczy istotniejszych6 – powiedział
w wywiadzie dla „Odry”.
4. TEATR INSTYTUCJONALNY A TEATR
ALTERNATYWNY
Jak wygląda i jak funkcjonuje typowy teatr instytucjonalny,
wiadomo. Najwięcej zamieszania wynika z powszechnego utożsamiania teatru alternatywnego z amatorskim. Amatorski ma
być z założenia „gorszy”, pozbawiony fachowców z wykształceniem i aspiracjami, ulotny i krótkotrwały. Tymczasem dobre teatry alternatywne w Polsce często działają kilkadziesiąt lat, a poziomem wyrastają ponad mniej ambitne teatry
instytucjonalne. Wystarczy wymienić Teatr Ósmego Dnia,
Cinemę, Gardzienice, Biuro Podróży, Wierszalina, Teatr Pieśni
Kozła, Choreę, Provisorium, Akademię Ruchu, Stajnię Pegaza,
Porywaczy Ciał. Niestety, często mimo ciężkiej pracy i poświęceń, nie mogą liczyć na podobne do instytucjonalnych scen warunki techniczne, personel administracyjny czy stałą dotację od
miasta. W najtrudniejszej sytuacji są bardzo młode teatry, które
potrzebują warunków do rozwoju i wypracowania swojego języka
teatralnego, ale nie są jeszcze znane. Większość grup ma status
organizacji pozarządowych i próbuje sobie radzić za pomocą uzyskiwania dotacji na konkretne projekty. Ale ciężko funkcjonować w warunkach ciągłej niepewności i łączenia pracy twórczej
z obowiązkami personelu administracyjnego i technicznego.
Nowym rozwiązaniem, za przykładem szczecińskiej Kany, jest
tworzenie instytucji będącej połączeniem placówki publicznej
5
J. Derkaczew, Sprawa Brzozy, czyli Łódź sztuce nierada, „Gazeta Wyborcza”
nr 26.08.2009, www.e-teatr.pl
6
A. Majewski, „Ukradziono nam sztukę”, „Odra” nr 1, www. e-teatr.pl,
24.01.2006.
Ale i t
warunkac ak aktorzy p
do niebah wołających
nią rolę. Nie dość,
bileterów, księgowych,
techniczne sprzątaczek
to w z j, to jeszcze
i
kilkudniowmnie. Pamięt
podczas e warsztaty
wet wod których odłą
ę
pracują . Ale i tak
o pomst w warunkach
że pełnię do nieba.
ą
kretarek rolę księg
, bileter
ów, spr
ekipy te
c
bią to hnicznej, to
kilkudnioww zimnie. Pa
podczas e warsztaty
k
wodę. A tórych odłącz
cują w le i tak ak
o pomst warunkach w
ę do ni
eba.
135
i organizacji pozarządowej – taki status uzyskała łódzka Chorea, działająca w Fabryce
Sztuki. Ale i tak aktorzy pracują w warunkach wołających o pomstę do nieba. Nie
dość, że pełnią rolę księgowych, sekretarek, bileterów, sprzątaczek i ekipy technicznej,
to jeszcze robią to w zimnie. Pamiętam też kilkudniowe warsztaty teatralne, podczas
których odłączono nawet wodę. Słynna już jest anegdota, jak po gościnnym występie
Chorei poza Łodzią, aktorzy rzucili się do odbierania dekoracji ludziom, którzy zaczęli
ją wynosić. Po prostu przyzwyczaili się, że wszystko robią sami. Chorea nadal tworzy
spektakle i wykonuje imponującą pracę edukacyjno-animacyjną w niewyremontowanym,
nieogrzewanym budynku przy ul. Tymienieckiego. Przed ostatnią premierą Dominika
Gorzkiewicz, zapraszając widzów na spektakl, poprosiła o założenie kurtek, obiecując,
że w perspektywie kilku lat na pewno na premierach będzie ciepło.
5. TWÓRCY A KRYTYCY
Najbardziej oczywiste wydaje się napięcie pomiędzy praktykami a teoretykami. Czyli
artystami a oglądaczami, co to tylko siedzą i komentują, ale sami by na scenę nigdy nie
wyszli. Recenzenci, chcąc nie chcąc, stają po różnych stronach wcześniej opisywanych
wojen. Świetnie to widać, gdy czyta się teksty na portalu e-teatr.pl, który gromadzi recenzje tych samych spektakli, ale z różnych mediów.
W Łodzi do ostrych, bezpośrednich dyskusji między twórcami i recenzentami dochodzi właściwie tylko podczas Łódzkich Spotkań Teatralnych. Zasłynął z nich m.in.
Leszek Karczewski z „Gazety Wyborczej”. Zdenerwowany niskim poziomem spektaklu,
oświadczył twórcy podczas wieczornych omówień, że za wystawienie czegoś takiego powinien dostać w mordę.
Natomiast teatry instytucjonalne w Łodzi rzadko otwarcie dyskutują z recenzentami. Obchodzą się z nimi jak z jajkiem, proponują miejsca o najlepszej widoczności,
dają program i płyty ze zdjęciami. Wyjątek stanowi Teatr Powszechny, któremu zdarza
się nie wpuszczać recenzentów na spektakle. Albo proponować miejsca pod tytułem „coś
tam słychać, nic nie widać”. Powszechny robi tak nawet w przypadku tych mediów, które
objęły ich Festiwal patronatem medialnym. Bileterzy mawiają w takich sytuacjach, że nie
ma co oczekiwać miejsc, skoro redakcje nie płacą za bilety. Taka opłata ma podobno być
od tego roku wprowadzona.
136
6. TEATR A POLITYCY
Prócz sporów estetycznych, ideowych i organizacyjnych teatrem
wstrząsają spory polityczne. W Warszawie władzom nie przypadł do gustu repertuarowy Teatr Ochoty. W Gdańsku odwrotnie – nie podobały się eksperymenty, za jakie uznano wystawianie sztuk młodych dramaturgów. Maciej Nowak, dyrektor
Teatru Wybrzeże, stracił stanowisko. Nie przekonał argument, że
nowi twórcy gdzieś muszą debiutować, że warto czasem obejrzeć
coś innego niż Molier i Szekspir. Źle przyjęto współpracę z Janem
Klatą. Nie podobały się też odmienne od tradycyjnych metody
pracy – czyli np. próba używania techniki verbatim.
Prezydent Łodzi także chronicznie nie znosi teatru poszukującego. Do tego stopnia, że usunął Zbigniewa Brzozę ze stanowiska dyrektora Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka.
Fakt, że Brzoza w rok postawił na nogi zdychający od lat, mierny
teatr, okazał się kompletnie nieistotny. Nie miały znaczenia ani
osiągnięcia – świetne spektakle, które ściągnęły do Łodzi widzów
i krytyków z całej Polski – ani nagrody: Paszport Polityki za
Brygadę szlifierza Karhana czy Złote Maski (dwie). Nie pomogły
Spotkania Miast Partnerskich, zapraszanie ciekawych teatrów na
występy gościnne, współpraca z bardzo dobrym teatrem alternatywnym Dada von Bzdulow. Nie liczyło się także powołanie do
życia Kawiarni Literackiej czy Centrum Edukacji Teatralnej.
Co ciekawe, w obronie Brzozy stanęli wszyscy, niezależnie
od wojenek wewnętrznych: podpisane listy słały teatry instytucjonalne i alternatywne, twórcy teatrów repertuarowych
i poszukujących, dramaturdzy, widzowie, a nawet recenzenci.
Sprawa trafiła do sejmu, trwają w tej chwili prace nad zmianą przepisów, by prawnie uniemożliwić prezydentom podobne posunięcia. Ale Brzoza już nie wróci: ciężka praca całego zespołu została
zaprzepaszczona. Wszystko dlatego, że prezydent Kropiwnicki
chce mieć teatr dla ludzi. A dla ludzi, to znaczy wystawianie lektur
szkolnych i fars, a nie powracanie do najlepszych propozycji z czasów Kazimierza Dejmka. Oburzony syn legendarnego dyrektora
właśnie wystąpił do prezydenta o odebranie Teatrowi Nowemu
imienia swego ojca.
137
Co do Joty
Jerzy Jarniewicz, Zdzisław Jaskuła
Jarniewicz do Jaskuły, Jaskuła do Jarniewicza
O wojnie
Jerzy Jarniewicz: Jak miałem dziesięć lat, to biegałem po podwórku z kijem,
strzelałem do chłopaków i krzyczałem: Hände hoch, a ty?
Zdzisław Jaskuła: Ja nie… Zbierałem dzieciaki i urządzałem festiwale
piosenki. Na przykład Violetty Villas. Albo teatrzyki…
J.J.: Ile lat miałeś wtedy?
Z.J.: O Jezu, jedenaście chyba.
J.J.: No wiesz, ja też zajmowałem się kulturą i sztuką, i dziedzictwem
narodowym, u mnie też były piosenki, „Szli na zachód osadnicy” albo „Bo
w moich oczach granatów pęk”, ale przy okazji toczyłem podwórkowe
wojny. Od kiedy pamiętam, to była jedyna zabawa, która łączyła chłopaków
ze wszystkich pięter bloku i wszystkich klas podstawówki. Strzelaliśmy się
do późnych godzin wieczornych, dopóki matki nie wzywały nas do domów.
I miałem wrażenie, że robią to wszyscy.
Z.J.: U mnie też się w to bawiono. W opowieściach rodziców wojna była
jeszcze świeża, ale mnie to jakoś nie pociągało. Nie byłem wielbicielem
Czterech pancernych i psa. Nie byłem też wielbicielem wuefu. Mnie
odrzucała każda forma militaryzacji, a wuef to było coś takiego.
J.J.: Też nie byłem wielbicielem wuefu, a konkretnie wuefmena sadysty, nigdy
nie wskoczyłem w mundur, nawet harcerski, ale wojna towarzyszyła mi,
nie przesadzę, od małego. Dziadkowie czy rodzice czytali mi na dobranoc
jakieś bajki, a potem opowiadali, co przeżyli w czasie wojny. Od sowietów
i hitlerowców. Wyjątkowo okrutne historie, które zapadały głęboko w psychikę
kilkuletniego chłopca. Przerażające obrazy: na przykład niemiecki żołnierz
odkrawa bagnetem pierś młodej dziewczynie. To z opowieści powstańczych
mojej ciotki. Tego typu historii było dużo. Wydawało mi się więc, że ta wojna
jest jakby za moimi plecami. I rzeczywiście, była wydarzeniem niedawnym,
mniej wówczas odległym niż powstanie „Solidarności” z dzisiejszego punktu
widzenia. Bardzo świeża historia, wpisana w historie rodzinne. O tym,
jak moją babkę pod czołgiem postawili i mieli ją z dziećmi rozstrzelać.
Te emocjonujące historie wracały, zapadały w pamięć, a ja, jak to dziecko,
prosiłem: opowiedz mi jeszcze raz, jak cię mieli rozstrzelać. Potem wychodziłem
na podwórko do kolegów i rozstrzeliwaliśmy się wzajemnie. A jednocześnie
miałem takie wrażenie, że cała ówczesna oficjalna kultura jest przesiąknięta
atmosferą wojny. To była wojna w szkole, gdzie rok szkolny zawsze
zaczynało się od opowieści wojennych, no bo wiadomo: pierwszy września.
138
Były czytanki o wojnie, były wojenne piosenki. Na rysunkach malowało się czołgi i myśliwce. Brało się
udział w nieustających uroczystościach ku czci bohaterów wojennych. Spotykało się weteranów. Potem
przychodziło się do domu, oglądało telewizję, a w telewizji apiat to samo: filmy o wojnie, rozmowy
o wojnie, piosenki o wojnie. Wojna od rana, wojna do wieczora. Wojna w wydaniu polskim, radzieckim
i jugosłowiańskim. Wszystkie filmy jugosłowiańskie były wtedy o partyzantach…
Z.J.: Poza Winnetou. Ale to film enerdowsko-jugosłowiański.
J.J.: No i pamiętajmy, że był to czas wojny – zimnej wojny. Propaganda robiła wszystko, żeby nas
wychowywać w przekonaniu, że tak naprawdę już walczymy na froncie. Był to ważny wymiar świata,
w którym dorastałem. A jak wychodziło się z chłopakami na podwórko, to człowiek wpierw pograł
w piłkę, a potem brał patyk i strzelał. Pamiątki wojenne? Miałem całą kolekcję hełmów, bagnetów,
łusek. Łatwo było je znaleźć na wiejskich strychach i w piwnicach.
Z.J.: Pamiętam, że mnie z kolei bardzo męczyło, że te opowieści zawsze krążyły wokół wojny, okupacji.
Łask jest obok Wielunia, a tam być może rozpoczęła się wojna, a nie na Westerplatte. Natomiast
wiem, że front szedł szybko w stronę Łasku. Wszyscy uciekali w popłochu, chaotycznie. I to były
przerażające opowieści. Matka wspominała, jak w ciąży i z najstarszym synem na ręku biegała po
okolicznych lasach, szukając schronienia.
J.J.: A nie śniło ci się to potem?
Z.J.: Śniło. Otóż we śnie towarzyszyłem mamie, kiedy uciekała przez te lasy. Budziłem się
z krzykiem.
J.J.: Właśnie, takimi obrazami śniliśmy i myśleliśmy… Nie śniłem o wojnie dlatego, że to były historie
rodziców, tylko dlatego, że wpisywały się w szereg dochodzących do mnie z bardzo różnych stron,
innych wojennych historii.
139
Z.J.: To bardzo dziwne, ale te doświadczenia w domu uwiarygodniały
w pewnym sensie propagandę. Człowiek nie myślał, że oni w tej sprawie
kłamią. Że historia wojny jest załgana. A potem na studiach chodziło się w
mundurze i to robiło wrażenie. Bo zwykły żołnierz musiał ci zasalutować
jako podchorążemu. Mundury były okropnie niedopasowane. Studenci
na ogół wyglądali żałośnie. Miałem takiego przyjaciela. Byłem strasznie
chudy i wysoki, a on niższy i gruby. Pamiętam, jak kazali się nam pierwszy
raz ubrać w mundury. Pobraliśmy mundury u pana magazyniera, który
podpisywał się mgr. Znaleziono coś, co na mnie okropnie wisiało. Na
moim przyjacielu mundur zaś się nie dopinał. I pamiętam wkurwionego
pułkownika Subota, że my tu sobie jaja robimy z tego wojska… Kazał się
nam zamienić mundurami. Ale jak się przebraliśmy i wróciliśmy, to cała
kompania pokładała się ze śmiechu... I trzeba było ściąć włosy i pożegnać
się na ten głupawy czas z aspiracjami kontrkulturowymi. Wszyscy szukali
powodów, jak z tego uciec…
J.J.: Ja miałem wojsko pod koniec lat
siedemdziesiątych, kiedy ten system już się
kładł. Nie było już mundurowego wojska, ale
i tak człowiek wychodził z tych zajęć totalnie
wypluty. Jeden cały dzień w tygodniu na
wojsko. Od siódmej rano. Zajęcia, których
idiotyzm po prostu bił w oczy. Jeśli człowiek
nie uruchomił mechanizmów obronnych,
które zamieniały te posiedzenia w kabaret,
to nie wytrzymywał. Ludowe wojsko było
obiektem powszechnych szyderstw, ale mogło
w życiu człowieka sporo napsuć. Pamiętam,
że kiedy miałem wyjechać na pierwsze
stypendium zagraniczne, wojsko powiedziało
„nie”. A raczej, po nazwisku, szef studium
wojskowego, pułkownik Figurski oznajmił
mi, że nie, bo „wojsko mnie potrzebuje”. Obok
siedziała pani dziekan, szlachetna skądinąd
postać, i nie powiedziała ani słowa.
Z.J.: Parametry czołgu mogłeś przekazać. Albo
kbka ak 47. Ale tu chodzi o to, że atmosfera
zagrożenia, wojennego zagrożenia była stale
obecna przez całe nasze tamte dorosłe życie.
140
J.J.: Był taki radziecki film partyzancki, którego tytułu nie pamiętam. Grała w nim
Pola Raksa, śliczna kobieta, w której wszyscyśmy się kochali. I w końcowej scenie
filmu ta piękność z moich chłopięcych snów zostaje zgwałcona przez Niemców,
a potem naga przybita do ściany. Ten ostatni kadr z filmu pamiętam do dziś. No,
właśnie. Że wojna to wcale nie przygoda, a śmierć, i to śmierć okrutna, sadystyczna,
to ja wiedziałem z opowieści rodzinnych i właśnie z ówczesnych filmów.
Z.J.: Miałem w Łasku pewnego zaprzyjaźnionego sierżanta, to było wojskowe
miasto, lotnicze. I on robił kino objazdowe. Jeździł po wsiach i na wolnym powietrzu
wyświetlał filmy. Niektóre przepiękne. Do dzisiaj pamiętam, jakie wrażenie zrobiła
na mnie Ballada o żołnierzu, którą obejrzałem, mając lat jakieś naście. Czy niesłychany
romans pod tytułem 41. To radzieckie kino wojenne było na wysokim poziomie
artystycznym, pomijając oczywiście aspekty propagandowe. Ale pamiętam też, jak
przyjechali żołnierze rosyjscy i rozdawali na rynku w Łasku cukierki. W 1956 roku
stacjonowały tam czołgi, które kierowały się na Warszawę. To było niesłychane
przeżycie. Nagle na rynku, gdzie zawsze były wozy warzywne, stragany, stały czołgi.
W czołgach żołnierze rosyjscy. Ale rozdawali cukierki. I tym nas przekupywali. Ale
ja dostałem lanie za pójście do tych żołnierzy. Matki zabraniały wtedy dzieciom
wychodzić z domu.
J.J.: Tak, wojna była nie tylko na podwórku, była powracającym nocnym koszmarem.
Nawet taki dziwny, mocno zideologizowany film jak Ogniomistrz Kaleń się do tego
przysłużył. Wiesław Gołas grał tytułowego bohatera, któremu upowcy odrąbują
siekierą głowę. I to jest na filmie bardzo plastycznie pokazane. I to mnie, głupiemu
dziecku, zapada głęboko w pamięć i noszę to jak jakąś traumę. Na wojnę patrzyłem
przez pryzmat takich właśnie sadystycznych obrazów.
Z.J.: Moim zdaniem druga wojna trwała w Polsce od wybuchu do 1989 roku.
Bo albo nas straszono jej powrotem, albo że ona nie jest skończona, albo że
wybuchnie trzecia. W propagandzie wielką rolę odgrywał język wojenny,
militarystyczny, te wszystkie „fronty jedności narodu”, „kampanie buraczane”...
Częściowo odkłamywała to literatura. Moje „wojenne” doświadczenia związane
były przede wszystkim z poetami. Na przykład Różewicz, bardzo lubiłem
Borowskiego, Gajcego, Stroińskiego. Człowiek się z nimi jakoś identyfikował. Ale
z tego pokolenia Kolumbów to najbardziej były wstrząsające teksty Różewicza.
„Ocalony”…
J.J.: Dla mnie dużo ważniejszy był Różewicz niż Baczyński, który wydawał mi się
za bardzo w swojej poetyce wyestetyzowany. Takiej wizji wojny nie kupowałem.
Natomiast całkowicie pozbawiony złudzeń, cyniczny, prawie nihilistyczny,
niezostawiający żadnych niedopowiedzeń Różewicz to autor, który mnie jakoś tam
kształtował.
Z.J.: Pod tym względem do dzisiaj kształtuje świadomość. Do piachu, którego
premiera napotkała na takie opory, czy nagle to, co oburzyło kiedyś Kingę Dunin,
w wywiadzie, gdzie mówił o gwałcie, że gwałcenie na wojnie to duża przyjemność.
Więc u niego ten bezpruderyjny stosunek do wojny objawiał się…
141
J.J.: …bez żadnych idealizujących założeń. A też przychodzi mi na myśl zupełnie
inna postać. Marek Edelman opowiadający o powstaniu w getcie i o Anielewiczu,
który malował nieświeże ryby na czerwono, żeby je lepiej sprzedać.
Z.J.: Co nie oznacza, że to odbiera Anielewiczowi bohaterstwo czy zasługi.
Czyni go właśnie bardziej ludzkim, nie posągowym bohaterem. A w poezji to
jeszcze Białoszewski, próby demitologizacji… ale Różewicz to początek…
J.J.: A mogę wyjść poza literaturę polską? Taki absolutny początek, już nie
tyle odheroizowanego, ile bezlitośnie groteskowego patrzenia na wojnę
i wojsko to Paragraf 22, dostępny w polskim przekładzie dopiero w połowie lat
siedemdziesiątych. Albo nieco późniejsza Rzeźnia numer 5 Vonneguta. Obraz
wojny w tak przekrzywionym lustrze był dla mnie ważniejszy niż poczciwy
pacyfizm Pożegnania z bronią.
Z.J.: Ja byłem wtedy troszkę starszy, na mnie to robiło mniejsze wrażenie.
No właśnie, ale to było bliskie temu łódzkiemu środowisku, w którym ja się
obracałem.. Tu raczej przejawem walki z systemem była groteska... Dla mnie
czymś wspaniałym była Mała apokalipsa…
J.J.: Tak, to było zaskoczenie. Autor, wydawałoby się, do bólu mainstreamowy,
uosabiający mocno okopane już wartości, pisze prześmiewczą, nieoczywistą
powieść opozycyjną…
Z.J.: Właśnie, jak określić tę naszą walkę? W Warszawie było bardziej
frontalnie… Mnie się wydaje, że u nas to nie była wojna wydana systemowi,
tylko olewanie systemu. „Puls” chciał być pismem, które nie wchodzi w żadną grę
z cenzurą i władzą, tylko jest „poza”.
J.J.: Opozycję, do pewnego stopnia, programowało to, przeciwko czemu się
zwracała. To był jakiś dziwny klincz. A w działaniach łódzkiej opozycji związanej
z „Pulsem” chodziło o to, żeby od systemu odwrócić się plecami, żeby się na
system wypiąć…
Z.J.: A dzisiaj mam wrażenie, że życie literackie w Polsce składa się trochę
z takich wojenek, podbojów, podchodów. Bo są wyznaczane nowe fronty.
Mógłbym powiedzieć, że tę ideologię paradoksalnie przyjmuje czy głosi „Krytyka
Polityczna”. Oni ciągle o coś walczą, ale lewica zawsze była walcząca.
J.J.: To są raczej okrzyki i pohukiwania niż działania wojenne. Czytałem
niedawno książkę Justyny Ziarkowskiej o surrealizmie hiszpańskim. Jak tam się
ze sobą ci faceci żarli! Pozwól mi zacytować list, jaki poeta Vicente Huidobro,
nie znoszący surrealistów, napisał do Louisa Buńuela: Wiedz pan, że dzień, gdy
dotknie pan jednego mojego włosa, będzie dniem bardzo smutnym dla pańskich
zębów, a gdyby okazał się pan silniejszy ode mnie, znajdzie pan pięć wystrzałów
w swoim brzuchu, choćbym miał szukać pana pod ziemią i choćbym miał potem
zgnić w więzieniu. Pozostaje mi jeszcze dodać na koniec, że mam pana w dupie aż
do piątego pokolenia. To nie było zwykłe rzucanie inwektywami, to były groźby
pozbawienia życia. Groźby karalne. W historii nowej polskiej literatury nie było
podobnej gorączki. Raczej mamy pacyfistycznie nastawione środowisko.
142
Z.J.: Ja się zastanawiam, czy to dobrze, z drugiej strony. Może jakieś „waleczne serca” ożywiłyby życie
literackie...
J.J.: Lepiej żeby ludzie przychodzili na spotkania z poetami i je zrywali?
Z.J.: No tak, obrzucenie autora inwektywami lub jajkami to już jest coś atrakcyjnego. Takie akcje
przed wojną to miały miejsce. Na przykład futuryści…
J.J.: Politycy są bardziej drapieżni. Ich język to wyraźnie język agresji. W literaturze chęci do wojowania
nie widzę. Daleki jestem od mitologizowania jakiejkolwiek wojny, ale rozumiem, że tęsknimy czasem
za czymś, co byłoby wyrazistsze. Za jakimiś istotnymi wyborami, za które moglibyśmy przystąpić
do walki. Kiedy człowiek gotów byłby pójść na te pięć dni do paki za spoliczkowanie poety, który nie
umie rymować albo dedykuje jakiś podły wiersz Johnowi Ashbery’emu.
Z.J.: Otóż to, jedyną stroną, która stara się projektować coś wyrazistego, jest właściwie ten krąg
„Krytyki Politycznej”…
J.J.: A z drugiej niby jest „Fronda”. Mówię „niby”, bo to żaden przeciwnik. W porównaniu z „Krytyką”
są na szczęście mało skuteczni i niesłyszalni.
Z.J.: A pośrodku jest dużo niczyjego pola. Ktoś to zagospodaruje, ale nie ma takich wyrazistych
konfliktów, stron estetycznych…
J.J.: Mamy rozmaite języki poezji. Przynajmniej niektóre z nich powinny być ze sobą w ostrym,
śmiertelnym konflikcie, ale ten konflikt się nie ujawnia. Żyjemy w epoce małych kwantyfikatorów.
Niczemu dziś nie można zaufać na tyle, żeby prowadzić w tej sprawie wojnę. Bo całkowite zaufanie do
jakiejś idei świadczy najczęściej, żeśmy się dali w coś wmanewrować. Tymczasem żeby toczyć wojnę,
muszę być tak jak Breton przekonany, że mam absolutną rację, i kosić wszystkich, którzy myślą inaczej.
Groza. Takiego Bretona teraz się nie znajdzie, bo żyjemy – na szczęście – w kulturze nieufności
i sądów kwalifikowanych. Nieufności, nawet albo przede wszystkim, do własnych przekonań.
Z.J.: Mnie jednak brakuje w literaturze jakiś prawdziwych dyskusji. Co jakiś czas ktoś próbuje takie
dyskusje wywoływać, ale te głosy się rozłażą. No i sama
krytyka literacka jest w Polsce trochę mdła. Jakby jej o nic
nie chodziło. Ale i zachowania pisarzy jakieś grzeczne.
J.J.: Pamiętasz, że w Łodzi był kiedyś poeta, który po
ogłoszeniu wyników konkursu poetyckiego potrafił
wylać na głowę jurora „puchar wina” (nazwa konkursu
poetyckiego i jednocześnie nagroda – przyp. red.)?.
Z.J.: Ale to sytuacje sporadyczne. Jednak to, że brak
mi w życiu literackim jakichś bitew i bijatyk o wartości,
nie znaczy, że tęsknię za wojną w ogóle i się w barwy
wojenne chciałbym malować. Skłaniam się raczej do
myśli, że być może takie jednak dość abstrakcyjne
byty jak ojczyzna niekoniecznie są warte tylu ofiar.
Czasem bliski jest mi duch Tuwima: rżnij karabinem
o bruk ulicy, twoja jest krew a ich jest nafta. Ten rodzaj
pacyfizmu jest mi dzisiaj z biegiem lat bliższy. Narody
i jednostki są uwikłane w pewne stereotypy zachowań.
I to jest groźne.
143
fot. Przemek Owczarek, opr. graf. Agnieszka Kowalska-Owczarek
J.J.: To, co mówisz, przywołuje mi na myśl brytyjskiego pisarza Forstera, który
kiedyś powiedział: Gdyby mi przyszło wybierać między zdradą ojczyzny a zdradą
przyjaciela, zdradziłbym ojczyznę. To brzmiało i nadal brzmi szokująco, zwłaszcza
u nas. Ale chwila, pomyślmy: ta szokująca deklaracja oznacza, że przekładamy
konkret, indywidualny i osobisty, nad jakiś abstrakcyjny porządek symboliczny.
Bo co to znaczy, że pozostaję wierny ojczyźnie, ale zdradzam przyjaciela? Czy
ojczyzna nie składa się także z przyjaciół?
Z.J.: Warto walczyć z „porządkiem symbolicznym”, kiedy zabiera nam przyjaciela.
Ja, jak mówiłem, oczekiwałbym w literaturze jakiejś walki, bo to oznacza, że coś
ma sens. Ale w literaturze to jest element gry, a w życiu…
J.J.: Nie wiem, czy takie kwestie są możliwe do rozważenia teraz i tutaj, gdy sobie
wygodnie siedzimy w fotelach i popijamy napoje z lodem. W związku z rocznicą
powstania warszawskiego pojawiły się plakaty z wizerunkami powstańców
i zapytaniem: A ty? Poszedłbyś z nimi? No i jestem tak pewny siebie, że mówię:
Tak, poszedłbym z nimi. Wybucha powstanie, a ja się chowam pod stół, bo jednak
się przeceniłem, bo brak mi odwagi. Albo czuję, że powstanie nie ma w tej chwili
sensu. Albo na jego czele stają ludzie, którym nigdy nie ufałem. Albo nie idę z nimi,
bo mam przyjaciela, którego trzeba wywieźć z Warszawy, żeby mu uratować życie.
Z.J.: Właśnie, nie można oceniać innych ludzi za to, że nie wzięli w czymś udziału,
bo mogli robić coś równie ważnego, zamiast na przykład latać z karabinem.
J.J.: Jakie walki w życiu stoczyliśmy? Musieliśmy walczyć o papier toaletowy
i szampon, potem o paszport czy mieszkanie, a jak zostało trochę czasu,
można było powalczyć o pokój. O dwa pokoje naraz. Walki uliczne z ZOMO,
te przepychanki stanu wojennego, w których braliśmy udział, z perspektywy
lat wydają się dziecinadą. Dziś, gdybym miał walczyć, to tylko z ludźmi bez
wątpliwości. Z tymi, których przenika buta i pewność siebie. Jeśli spotykam
kogoś, kto wierzy, że ma stuprocentową rację, zamieniam się w wojownika.
Z.J.: Czyli są jednak rzeczy, które wymagają ostrej reakcji.
J.J.: Albo, jak to nasze gadanie, ostrej redakcji.
144
Justyna Banaszczyk
Solistki kontra chórki męskie
– reportaż z pola walki
Ostatnimi czasy, wbrew modom wcześniejszym,
nastawionym raczej na gromkie wchodzenie,
wstępowanie czy wręcz asymilację, w modzie
jest wychodzenie. Niektórzy ostentacyjnie
postanawiają wyjść z szafy, inni usilnie starają
się wyjść, czy choćby wyściubić nos, z cienia.
W cenie jest także wychodzenie z mroków
historii, kartotek i archiwów. Wychodzenie ze
związków także bywa intratne, wiedzieć należy
jednak, z jakiego związku wyjść i kiedy to zrobić,
byleby nie wyjść z siebie. Zupełnie passé zdaje
się być obłapianie czy padanie w ramiona, toteż
redaktorki Solistek – Maria Cyranowicz, Joanna
Mueller i Justyna Radczyńska – postanowiły
wyjść naprzeciw oczekiwaniom polskich poetek
tworzących w ostatnim dwudziestoleciu i wyrwać
je z męskich, jakże troskliwych, ramion.
Wszystko w świetnym stylu. Premiera
antologii odbyła się podczas stołecznego
festiwalu o niemałej renomie – warszawskich
Manifestacji Poetyckich, sama antologia zaś
była intensywnie promowana na łamach
internetowej Mekki (i Medyny zarazem)
wszystkich polskich poetów (a przynajmniej
tych wirtualnych) – portalu Nieszuflada.pl.
Tak też zainteresowanych przybyło bez liku,
a impreza zgodnie z panującymi trendami
przybierała chwilami charakter nieokrzesanego
performance, podczas gdy rozemocjonowani
goście i gościnie wylegali na ulicę Nowy Świat,
radośnie celebrując poetyckie objawienie, jakim
dla wielu (śmiem twierdzić, że mimo wszystko
gości) okazać musiały się Solistki.
Premierze antologii towarzyszyły liczne,
by tak rzec, wydarzenia i atrakcje poboczne,
chociażby w postaci dyskusji dotyczących
stanu polskiej poezji (z udziałem Macieja
Maleckiego, Igora Stokfiszewskiego, Justyny
Sobolewskiej czy Bartosza Sadulskiego) oraz
recytacji, melorecytacji, wykrzy- i wyszeptywań
poetyckich, dokonywanych przez poetów i poetki w osobach własnych (by wymienić
Agnieszkę Wolny-Hamkało, Edwarda Pasewicza,
Roberta Rybickiego i wielu, wielu innych).
Momentami owe wykrzykiwania poetyckie
przybierały (niestety) kształt przekrzykiwań,
a w starciu poeta/poetka kontra podkład
muzyczny zazwyczaj, haniebnie, przegrywał
recytujący (przede wszystkim zaś poezja sama,
niknąca najzwyczajniej w hałasie). Niewątpliwie wydarzeniem centralnym całego festiwalu była dyskusja z udziałem redaktorek antologii, prowadzona przez Kazimierę Szczukę
i Zdzisława Jaskułę. Panie odpowiedzialne za
kształt Solistek, wzięte w dwa ognie krytycznych
pytań, roszczeń i sugestii, starały się przedstawić
swój pomysł i koncepcję towarzyszącą tworzeniu
tomu. Dyskusja wyjawiła jednak, że koncepcja
owa nie była do końca spójna wewnętrznie,
a same redaktorki niezupełnie zgadzały się
co do jej ostatecznego kształtu. Z jednej
strony więc, miał być on wolny od ideologii
i stawiania twardych tez (jak sugerowała
Justyna Radczyńska), umożliwiając po prostu
dobrym poetkom zaistnienie w tak zwanym
„literackim obiegu”, z którego do tej pory bywały
wykluczane.
Ta bezideowość jednakże szybko okazała
się być fatamorganą, za którą to, czy może
raczej – na której gruzach dało się dostrzec
i dosłyszeć głośno łopoczący sztandar Krytyki
Politycznej patronującej (!) całemu wydarzeniu.
Tak też koncepcja, która za swój cel i centralny
punkt odniesienia stawiałaby sobie poezję
„samą w sobie”, ostatecznie została zakrzyczana,
pozwalając tym samym zwyciężyć koncepcji
rewolucyjnej. Na plan pierwszy wysunięte
zostały kwestie „bardziej” istotne – takie jak
dyskryminacja, męska dominacja czy walka
płci. Ci z gości, którzy spodziewali się dyskusji
o tekstach samych, mogli poczuć się zawiedzeni
zwrotem rozmowy w stronę polityki, interesów
tych czy tamtych, z lewej czy prawej strony.
Sama Maria Cyranowicz wyraziła żal z powodu
niewystarczająco radykalnego charakteru Solistek. Niewystarczająco radykalnego? Cóż
właściwie ma to oznaczać? Dlaczego w takim
145
razie nie powstała antologia poezji radykalnie
feministycznej, a jedynie świetna antologia
tekstów autorstwa niezwykle utalentowanych
kobiet? Zdecydowanie zabrakło dyskusji o różnorodności tych poezji, ich momentami całkowicie nieprzystawalnego charakteru, lecz nie
względem twórczości poetów, a właśnie twórczości innych poetek.
Wierzę, że czytelnicy pozostawieni samym
sobie przez twórczynie antologii, z o wiele większą
wrażliwością podejdą do tekstów czterdziestu
jeden poetek, z o wiele większą starannością
i zaangażowaniem zechcą prześledzić poetyckie
drogi przemierzane przez autorki i miast uparcie
kompromitować termin „kobieca” postarają się
go zredefiniować, odpowiadając jednocześnie
na pytanie – dlaczego przez dwadzieścia lat tak
usilnie był kompromitowany w obowiązującym dyskursie krytycznym? Wszak to kawał
niezwykle różnorodnej literatury, naprawdę
niepotrzebującej ideologicznej podbudowy
by istnieć, by pobudzać nie tylko emocjonalnie, lecz również, jeśli nie przede wszystkim, intelektualnie. Solistki znakomicie bronią
się same, o czym, mam nadzieję, zechcecie się
przekonać.
Solistki. Antologia poezji kobiet 1989-2009, red. M.
Cyranowicz, J. Mueller, J. Radczyńska, Staromiejski
Dom Kultury, Warszawa 2009.
Katarzyna Knapik-Gawin
W Afganistanie wszyscy
przegrali. Sapkowski
niestety też
Krytykowanie nowej powieści Andrzeja
Sapkowskiego to, cytując jego samego, z lewa
chujnia, z prawa chujnia, a w środku pizdiec. Nie
jesteś fanem? No toś, bratku, nie w temacie,
uroków tekstu pojąć niezdolnym. Jesteś fanem?
146
Uff, jeszcze gorzej, kolejny fanatyk, który zamiast
pozwolić pisarzowi się rozwijać, chce kolejnego
Wiedźmina.
Tak, jestem fanem. I tak! Chcę kolejnego
Wiedźmina! Bo Wiedźmin był dobrze napisany,
bohaterowie mięsni i krwiści, wątki barwne,
a archaiczny, stylizowany język pasował do świata
przedstawionego. Cech tych Żmii zarzucić nie
sposób. Obrońcy książki wysuwają argument,
że tekst był w założeniu opowiadaniem i nie
można go traktować jako powieść. Może i tak,
z klasyfikacją gatunkową Żmii borykać się nie
zamierzam. Ciśnie się jednak na usta pytanie:
no to co to w końcu jest?
Plot? What plot? Dobra wiadomość: kto
nie wie, o co w Żmii chodzi, niech przeczyta
blurba na tylnej okładce. Zła wiadomość: jak
przeczytacie, to nie musicie już ruszać reszty.
Serio-serio. Fani autora mogą dopisać dialogi
i opisy z głowy, tak bardzo są wtórne wobec
wcześniejszych powieści. Trochę patosu lub
melodramatu zrównoważonego rubasznym
grepsem, brzemienne w efekciarskie detale
opisy, na koniec stosik nawiązań (tak subtelnych
jak ignorancja to siła czy chorąży Rawik), bo
w końcu żyjemy w postmodernie. W ramach
tejże wprawny czytelnik może skompilować
opis bitwy pod Brenną z Pani Jeziora, fragmenty
bitew z trylogii husyckiej oraz słowniczek
terminów wojskowych zamieszczony na końcu
Żmii, a wyjdzie mu mniej więcej to samo, co
Sapkowskiemu, tylko szybciej i taniej. A jak
podmieni marionetkowych bohaterów na tych
ze wcześniejszych powieści, to gwarantuję, że
i lepiej. Opisy Afganistanu można przy tym
od razu pominąć, poza strzelaniem nazwami
geograficznymi nie widać bowiem zbyt wiele
zza bedeerów i broniegrup, akcja zatem może
się dziać gdziekolwiek. W ramach wisienki na
torcie umieścić należy motyw Wielkiej Bogini
– jako siurpryzę dla fanów.
Sapkowski gruntownie przygotował się
do pisania Żmii. To się czuje. Rosjanie czasem
wtrącają rosyjskie słowa, tak w ramach odróżnienia, bo dialogi są w domyśle po rosyjsku.
Na podobną chorobę cierpią Anglicy. Tylko
woje Aleksandra Macedońskiego nie okraszają
wypowiedzi greką, może jej nie znają. I nawet
kilka dowcipnych replik nie jest w stanie ocalić
ogólnej dialogowej nędzy. Żołnierze jadą raz
żargonem koszarowym, raz prowadzą dyskusję
w stylu akademickiej dysputy, gęsto-okraszanejwyszukanymi-słowy, żeby sparafrazować znowu
samego Sapkowskiego. Tematy, jak to na wojnie:
granice człowieczeństwa, filozofia ducha czasów,
geopolityczne analizy, mitologia Bliskiego
Wschodu i zwyczaje gadów łuskowatych.
Istne kółko akademickie przy dworze królowej
Elżbiety, a w tle latające flaki, ruchawka,
zniszczenia i pożoga. Brzmi znajomo? W końcu
Żmija, jak przystało na krewniaczkę sławetnego
węża Urobosa, też zjada własny ogon.
Andrzej Sapkowski, Żmija, Supernowa,
Warszawa 2009.
Michał Stępniak
Nie jem, więc jestem
Mówiono o niej „najgorętsze ciało młodej
literatury”, nazywano „krakowską Masłowską”.
Marta Syrwid zadebiutowała w wieku
osiemnastu lat, wydając książeczkę Czkawka.
W dniu, kiedy wkraczała w dorosłość, pojawiła
się w programie Kazimiery Szczuki, a potem
nagle słuch o niej zaginął. Piotr Marecki na
łamach krakowskiego dodatku do „Gazety
Wyborczej” w kwietniu ubiegłego roku
zapowiadał, że ta cicha studentka drugiego roku
filmoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego
pisze powieść o anoreksji, czyli, jak sama
powiedziała, o wewnętrznym samodoskonaleniu
się i autodyscyplinie. Zabrzmiało groźnie
i zapachniało literaturą młodzieżową dla
czytelniczek „Bravo”. Marecki napisał: Zatem
już niedługo Kraków będzie mógł przekonać
się, czy rzeczywiście w naszym mieście mieszka
następczyni [Masłowskiej].Trochę wody w Wiśle
musiało upłynąć, abyśmy mogli to sprawdzić.
Teraz Marta Syrwid ma już dwadzieścia
trzy lata i czuje się sucharem polskiej literatury.
Jej książka wreszcie ujrzała światło dzienne.
Wszystkie określenia, które nadawano autorce,
straciły rację bytu. Nie ma drugiej Masłowskiej,
bo takowa jest nam niepotrzebna. Mamy za to
Syrwid. Szalenie uzdolnioną pisarkę.
Zaplecze to opowieść o dążeniu do perfekcji,
o ucieczce przed przeszłością, o samotności.
Bohaterką jest Klara Wiśniewska – wiecznie
niezadowolona ze swojego wyglądu dziewczyna.
Klara to anorektyczka, która konsekwentnie
zmierza do realizacji swojego marzenia –
idealnej wagi czterdziestu trzech kilogramów.
Każdy dzień jest dla niej walką, a największym
wrogiem bomba kaloryczna. Przepraszam,
odbiło mi się powietrzem i polizanym żelazem.
Trawię już samą siebie, czuję w ustach pot i metal.
Ale dopiero za godzinę mogę zjeść dwa kilogramy
kalafiora posypane pieprzem. Plus minus dwieście
pięćdziesiąt kilokalorii. To wszystko stanowi
jednak tylko tło dla opowieści o dorastaniu.
Dostajemy coś w stylu Gnoju Kuczoka, ale
w wersji żeńskiej. Zaplecze jest monologiem
skrzywdzonej dziewczyny, która cierpi
z powodu niemożliwości nawiązania kontaktu
z najbliższymi osobami.
Jej ojciec znęca się psychicznie, a także
fizycznie nad nią i nad matką. Przed pierwszą
komunią Klara mówi księdzu przy spowiedzi,
że pragnie, aby jej tata zdechł. Boi się zostawać
z nim samotnie w domu. Jakiego ja bym chciała
Ojca? Żadnego ojca. Tatę. Chciałabym mieć
takiego, żebym mogła być córeczką. Syrwid jednak
nie przedstawia go jednowymiarowo. Rafał
skrada się pewnej nocy i całuje dziecko w czoło,
myśląc, że śpi. Bywa potworem, ale potworem
wrażliwym. Być może dlatego, że sam nie zaznał
ciepła w rodzinie. Klara dorasta, ale trauma jej
nie opuszcza. Chcę Powtórnego Dzieciństwa
– przyznaje. Z rówieśnikami również nie
potrafi się dogadać. W podstawówce koleguje
się z Ewką, ale ta także się nad nią znęca –
niszczy trampki, wiąże sznurówki, powodując
upadek dziewczyny na oczach całej klasy. Klara
ją jednak kocha. Dzięki niej nie jestem sama na
przerwach. Przynajmniej z wierzchu wygląda
147
to tak, jakbym miała koleżankę. Stopniowo
choroba zaczyna całkowicie władać bohaterką.
Wymyśla nowe diety, rozkład dnia buduje
wokół potrzeby schudnięcia, rytm życia
wyznaczają jej spalane kalorie. Głód staje się
przyjemnością, a strach powoli zżera duszę.
Ważę mało, wiem. Chcę mniej. Klarę poznajemy
i zostawiamy w momencie, kiedy dostaje się
na farmację w Gdańsku. Za dwa miesiące ma
wyjechać z rodzinnego Olsztyna. Rozstanie
się wreszcie z ojcem i matką. Może jednak
wcześniej zmieni się w manekinkę, o czym tak
długo marzyła?
Marta Syrwid w wywiadzie dla „Dziennika”
powiedziała, że jej celem było stworzenie
nienaukowego języka dla opisu choroby,
innego niż ten znany np. z blogów. Czym jest
według autorki anoreksja? W Zapleczu pisze:
Anoreksja to jedyny stworzyciel, ciebie i nieba.
(…) Anoreksja to ciężka praca, uczciwa praca
nad sobą. Zamierzenie Syrwid chyba się
udało. Książka wciąga, urzeka i hipnotyzuje.
W czasie lektury można odczuwać ból, uderza
wszechobecna agresja. Jeśli autorce chodziło
o „rekonstrukcję emocji”, to z pewnością
osiągnęła sukces. Uwagę przykuwa zwłaszcza
język stosowany przez Syrwid. Tekst znajduje
się gdzieś na pograniczu prozy i poezji, czasami
bardzo trudnej. Nie mamy tu więc do czynienia
z literaturą młodzieżową i dodatkowo trochę
szkoda, że wydawnictwo umieściło Zaplecze
w „Serii z miotłą” skierowanej przecież generalnie tylko dla kobiet.
We wspomnianym wywiadzie dla „Dziennika” Marta Syrwid wyznała: Jestem przerażona
perspektywą tego, co będę robiła po studiach. Bo
za mało robię, na przykład studiuję tylko jeden
kierunek. Pewnie skończę jako kelnerka, a później
to wszystko opiszę. Nie życzę autorce źle, ale
może to całkiem dobry pomysł. Fajnie też by
było nową powieść przeczytać szybciej niż za
pięć lat.
Marta Syrwid, Zaplecze, Wydawnictwo W.A.B.,
Warszawa 2009.
148
Małgorzata Niedziółka
Rzecz o prowincji i jej urokach
Chyba każdy zna to nieszczęsne uczucie, kiedy
powieść źle się czyta, zdania się nie kleją, litery
zmieniają szyk, a brnięcie przez fabułę kojarzy
się z drogą krzyżową. Albo te chwile, kiedy
tekst przypomina nieudolne próby prozatorskie
nastolatek, koniecznie pachnące kurkumą,
lawendą, czeremchą i całą gamą innych ziół.
Główna bohaterka takich opowiadań jest
wyalienowaną, małomówną intelektualistką,
chętnie powracającą do miejsca swego
beztroskiego dzieciństwa – do stojącej pod
lasem drewnianej chatki z ogromnym kaflowym
piecem. W takim nastoletnim świecie zawsze
znajdzie się miejsce dla czarnego kota i magii,
która poza przeciągiem, ciemnością i glinianymi
garnkami nijak się nie przejawia.
Podobne odczucia towarzyszą w trakcie
lektury dwóch opowiadań otwierających
debiutancki tomik Agnieszki Czachor
– „Wrażenie” oraz „Szeptucha”. Zwłaszcza
ta druga historia, osnuta wokół życia Luny,
dziewczyny przeklętej po śmierci własnej babki
i ginącej tragicznie w pożarze drewnianego
domku z piecem kaflowym, zirytowała mnie
najbardziej. Infantylność fabuły dopełnia jej
tempo, które nagle staje się nienaturalne i nie do
zniesienia. Na szczęście, w językach ognia i pod
ciężarem solidnego dachu ginie twórcza niemoc
autorki i każde kolejne opowiadanie okazuje się
ciekawsze.
Agnieszka Czachor we wszystkich rozdziałach swojej książki tworzy zgrabny
i prawdopodobny obraz prowincji, zazwyczaj
oddalonej od najbliższego miasta o dziesiątki
kilometrów i hektary bezpańskich pól. W mieście
jest szpital, uczelnia, praca, bar mleczny, dom
starców. Na wsi jest spokój, cisza, samotność
i wszystko to, za czym miejski człowiek
tęskni i czego od wsi oczekuje. Prowincja
w tomie Ciśnij piorunem nawet w śmierć jest
swoistą Arkadią mieszczucha-inteligenta, gdzie
hoduje się szlachetne konie, posiada owczarki
niemieckie i mieszka we własnych, przestronnych
domach, wybudowanych z dala od sąsiedztwa.
Te malownicze budowle są dla bohaterów
pustelniami i omfalosami, do których przeważnie
się wraca, choćby daleko im było do ideału
(opowiadania „Wypadek”, „Jednorożec”, „Różany
całus”). Na kartach książki został uchwycony
genius loci polskiej prowincji – bliskiej naturze
i zaświatom, hermetycznej i tradycyjnej, w której
przybysze z wielkich metropolii toczą swoje
życie, nie integrując się nadmiernie z tubylcami.
Wszystkie postacie przedstawiane przez
Agnieszkę Czachor są pod względem psychologicznym zbudowane z wielką precyzją i wyczuciem. Autorka chętnie sięga po psychoanalizę,
kreśląc trójwymiarowe portrety osobowości.
Narrator wprowadza czytelnika nie tylko
do środka opisywanych domostw, ale przede
wszystkim do wnętrza głównych bohaterów,
pozwala oglądać najbardziej intymne skrawki
świadomości, często ukrywane nawet przed
najbliższymi. Odbiorca może pozwolić sobie
na wejście w skórę każdego z opisywanych
charakterów, na posmakowanie towarzyszących
im emocji, stanów i lęków. Dlatego też pisarka
nie stara się stworzyć porywającej fabuły, która
mogłaby czymś zaskoczyć lub stać się kanwą dla
kolejnego przeboju filmowego. Czachor sięga
po dobre literackie wzorce znane chociażby
z Pani Dalloway, tworząc historie z przeciętnego
życia zupełnie przeciętnych ludzi. Sytuacje,
w jakich poznajemy protagonistów, oraz świat
przedstawiony, nie są niezwykłe i niejeden
czytelnik mógł się z podobnymi zetknąć. Ta
zwyczajność fabularna oraz drobiazgowość
w opisach ludzkich przeżyć pozwala bezkarnie
zgłębiać portret psychologiczny bohaterów.
Wszystkie dogłębne analizy psychologiczne oraz sposób opisywania literackiej
rzeczywistości od pierwszych wersów wydają się
jednak znajome, bo do złudzenia przypominają
styl Olgi Tokarczuk. U obu pisarek zauważyć
można skłonność do tworzenia dziwacznych
imion i nazwisk, które mają ukryte znaczenia
i mają przypisywać postaciom określone cechy
(Isa, Iskra, Luna, Milena, Karmelowa). Nikt
nie uświadczy tu Ryśków, Anek, Kowalskich,
Nowaków czy Tadków. W opisy często wplatane są moralizatorskie, najczęściej banalne
sekwencje, mające podnieść autorytet narratora
i zapewne podkreślić jego wszechwiedzę. Olga
Tokarczuk, z wykształcenia psycholog, równie
chętnie rozbiera bohaterów swoich książek
z zewnętrznych otoczek i podaje czytelnikowi
ich nagie dusze na talerzu. Prowincja w książkach Ciśnij piorunem nawet w śmierć oraz Prawiek
i inne czasy zdaje się być dość podobną, choć
czas trwania akcji oraz położenie geograficzne
z pewnością są różne. Zarówno Czachor, jak
i Tokarczuk chętnie korzystają z realizmu
magicznego, który w swej słowiańskiej wersji
najlepiej czuje się na wsi, w drewnianych domkach
z piecem kaflowym, w glinianych garnkach, na
bagnistych polanach lub w pierzynach słodko
drzemiących na lichych płotach.
Mimo wszystko warto sięgnąć po debiut
Agnieszki Czachor, nagrodzony w II edycji konkursu literackiego im. Macieja Słomczyńskiego,
chociażby dla mozolnie skonstruowanych postaci, których struktura przypomina delikatną
koronkę z Koniakowa.
Agnieszka Czachor, Ciśnij piorunem nawet w śmierć,
Seria Studium Literacko-Artystycznego UJ, Kraków
2009.
rysunki żołnierzy Krzysztof Szwarc
149
Marcin Bies
Jak napisać, żeby się czytelnik
nie zorientował
Pierwszym argumentem, który skłania czytelnika do lektury, jest chęć ucieczki gdzieś
indziej niż akurat się jest. Chęć ta zawsze
jest naznaczona ryzykiem, gdyż ani okładka,
ani krytyczne recenzje, ani wydawnictwo, ani
nawet autor nie gwarantują satysfakcji czytania.
Czytelnik spragniony lektury często staje
przed książką niczym amator halucynogenów
przed nieznanym rodzajem grzyba; nie wie,
co mu będzie. I zdarza się nieraz, że uciekając
w książkę, trafiamy tam, skąd właśnie zamierzaliśmy uciec.
Tak właśnie dzieje się w przypadku debiutu
Kamila Majewskiego Panta Deus. Autor
postanowił przedstawić nam rzeczywistość
taką, jaka jest – żywiąc, zdaje się, nadzieję, że
to Czytelnikowi wystarczy. Na dzień dobry zaczyna się żonglerka atrybutami teraźniejszości,
które już dawno przestały symbolizować cokolwiek. Jaka bowiem radość wynika dla czytelnika z faktu, że bohater książki też jada
w McDonald’sie i używa telefonu komórkowego z dzwonkami mp3? Żadna. Może więc
chodzi o to, by się zmartwić. Zasępić nad
metafizyką hamburgera, kondycją człowieczeństwa gadającego do komórki. To mógłby
być jakiś punkt wyjścia do snucia filozoficznych tyrad, jednak w przypadku Majewskiego
brak tu potencji w sensie formalnym. Dominuje
język potoczny, naszpikowany odniesieniami
do tego, co widzimy w telewizji, na billboardach
i reklamowych ulotkach. Pocieszający jest fakt,
że autor nie pozostawia nadziei, że coś się
zmieni. Panta Deus jest od pierwszej strony
zapowiedzią tego, co będzie dalej. Czytelnik
w pierwszym rozdziale mógłby dopatrzyć się
odautorskiej deklaracji, gdy Tomek, główny
bohater, opisuje (w McDonald’sie, oczywiście),
o czym chciałby zrobić film:
– Jak to o czym? O życiu! O tym, jak imprezuję,
150
jak widzę świat, jaki jestem spłukany. Że miłość
jest okay.
Problem w tym, że posiłkując się (nomen
omen) taką motywacją, trzeba usytuować
czytelnika w miejscu bardzo dalekim od
okay. Sprawy nie ratują nawarstwienia fabuły,
przedstawiające postaci i wydarzenia błahe
(choć zabawne), które nawet przy najlepszej
woli czytelnika nie wzbudzają w nim odczuć
estetycznych. Jak pisze recenzentka: Powieść
ta nie ma ambicji diagnozowania świata, nie
jest nasycona filozoficzną czy egzystencjalną
refleksją, a jednak jest interesująca poprzez
celne obserwacje i bezwzględne punktowanie
słabych stron naszego (widzenia) świata.
Diagnoza słuszna. Czy jednak punktowanie
słabych stron, naszych i świata, to nie za mało,
by zaspokoić czytelnicze chucie i rościć sobie
prawa do bycia literaturą? Czyż słabych stron
„wszystkiego” nie punktują do znudzenia
seriale telewizyjne i inne autorytety? Doceniam
dar opowiadania, jaki Kamil Majewski
niewątpliwie posiada, jednak w tych trudnych
czasach tanich rozmów telefonicznych należy
zadać sobie pytanie, czy to wystarczy, by
napisać dobrą powieść.
Ale nie brak tu kilku smakołyków, które
mogą być dla wnikliwego czytelnika łyżką
dziegciu. Bohater, dostawca pizzy, zmierza
z dostawą: Tego dnia mijał piąty miesiąc jego
pracy w pizzerii. Wiedział więc, jak ugryźć, żeby
klient się nie zorientował.
Lektura książki Kamila Majewskiego
przypomina próbę ugryzienia pizzy tak, żeby
nikt nie widział, że jest ugryziona. Szalenie
trudne zadanie.
Kamil Majewski, Panta Deus, Seria Studium
Literacko-Artystycznego UJ, Kraków 2009.
Justyna Banaszczyk
Kamień sunący po wodzie
Znacie teksty, które rozłożyć można niczym
papierowy okręt, wyprasować bez trudu
wszystkie zagięcia i kanty znaczeń, po
czym położyć przed czytelnikiem czystą
kartkę? Znacie zapewne również takie, które
rozkwitają, podobne japońskiemu origami.
Niczym papierowe kwiaty w zetknięciu
z wodą rozwijają płatki, zmieniają kształt,
przechodzą subtelne metamorfozy umykające
oku – formy przenikają się, a sensy rozmywają,
by niespodziewanie się wyostrzyć. Tak właśnie
Walter Benjamin pisał o literaturze w swoim
eseju o Kafce, a model tekstu „rozkwitającego”
zdaje się być świetnym punktem odniesienia
dla pisania o poezji Andrzeja Sosnowskiego.
Okazja, by o niej mówić, jest nie byle jaka
– Biuro Literackie wydało zbiór mieszczący
dorobek poetycki warszawskiego poety. To
już druga tego typu publikacja, tym razem
obejmująca całość twórczości, łącznie z prozą
poetycką, która pominięta została w zbiorze
poprzednim – Dożynkach (również wydanym
przez wrocławskie wydawnictwo). Niech
Pozytywki i marienbadki będą doskonałym
pretekstem dla wszystkich tych, którzy do tej
pory nie zetknęli się z twórczością Sosnowskiego,
lecz nie byle gratką również dla tych, którym jest
ona doskonale znana.
Niech to opasłe tomiszcze stanie się
ostateczną motywacją do tego, by zmienić zdanie
na temat najnowszej polskiej poezji („nie czytam,
bo jest kiepska”), której jednym z ważniejszych
przedstawicieli jest właśnie Sosnowski.
Drodzy przeciwnicy poezji – jak długo można
ignorować to artystyczne indywiduum, które nie
dość, że do poezji polskiej wprowadza zupełnie
nowe wartości estetyczne, zdążyło jeszcze
ukształtować pokolenie zarówno epigonów, jak
i całkiem niezłych poetów? Nawet jeśli istnieją
jeszcze osoby, które interesują się literaturą,
a gdzieś się uchowały bądź ukrywały, bądź zajadle
broniły („nie czytam, bo jest kiepska”) i nie
znają Sosnowskiego, teraz właśnie nadarzyła się
okazja, by odmienić zły los, sięgnąć po Pozytywki
i marienbadki i dać sobie szansę. Sobie, a przede
wszystkim swojemu intelektowi.
Warto bowiem pojedynkować się z tą
poezją, wchodzić w dyskusje i awantury,
nieustające spory o kształt świata, a właściwie o świata kształtowanie się, w przyprawiającym niekiedy o zawrót głowy kalejdo
-skopowym wirze percepcji. Chaos jest jej
pokarmem, niesiona przez zmienne prądy
rzeczywistości przyprawia niemal o obłęd.
Jest to obłęd pożądany, lecz jedynie dla tych,
którzy zechcą odrzucić skostniałe formy.
Wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca
– jego przeznaczeniem z pewnością nie jest
tłumaczenie mechanizmów rządzących światem. To jedynie chwilowa impresja, ale
jednocześnie mająca fundamentalne znaczenie
dla stale konstytuującej się tożsamości. Zapis
szumu istnienia. Sosnowski czerpie całymi
garściami z materii rzeczywistości. Obserwujące
nieustannie „ja” zdaje się być zarazem wszędzie
i nigdzie, myląc tropy, prowadząc w ślepe
zaułki języka. Wszystkie rzeczy, daty, osoby
i inicjały to zaledwie preteksty do mówienia
o świecie, niekończącego się monologowania
o nim. Podmiot mówiący w wierszu styka
się z przedmiotami i osobami nieprzerwanie,
tak jakby stworzone były na potrzeby jego
komentarza, zaś więź piszącego i opisywanego
była nierozerwalna i konieczna.
Poezja to właśnie ten płaski kamyk sunący
po wodzie oraz seria wierszy i odbić. Wiersz
niechaj będzie więc pojedynczym zetknięciem
powierzchni kamienia z powierzchnią wody,
pisaniem świata, pisaniem siebie i własnej
tożsamości – mikrodoświadczeniem odbijanym
w tekście. Kto jest w stanie przewidzieć, ile
razy kamień dotknie powierzchni wody?
Nikt, lecz mimo wszystko odbicia te układają
się w tajemniczy sposób, choćby były tylko
kadłubkami znaczeń, hasłami szeptanymi w grze
w głuchy telefon, choćby świat wymykał się
obiektywnemu opisowi. Sosnowski zdaje się
mówić – niechaj się wymyka! Przecież przy
151
każdej próbie rozsypuje się jak domek z kart.
Czy w takim razie ta poezja jest poezją
ruin? Raczej rozsypanych kart stanowiących
niegdyś fundamenty olśniewającego gmachu
rzeczywistości. By ruiną być, trza być wprzód
całością, pisał Brzozowski – całością, pozornie
stabilnym pomnikiem tożsamości.
Andrzej Sosnowski, Pozytywki i marienbadki, Biuro
Literackie, Wrocław 2009
Rafał Gawin, Michał Murowaniecki
„Tarantino poezji”?
Michał Murowaniecki: Można powiedzieć,
że niektórzy poeci torują sobie drogę do tzw.
kariery w sposób nachalny, awanturniczy,
narzucając się czytelnikom prowokacyjnym
zachowaniem lub kontrowersyjnymi utworami.
Jest to niekiedy skuteczny sposób autopromocji,
tak było np. z Wojaczkiem. Czasami jednak
taka autopromocja wypada wątpliwie, żeby nie
powiedzieć żenująco. Dwudziestopięcioletni
Grzegorz Kwiatkowski zdaje się na to nie
zważać. Na forach i stronach dotyczących poezji
stale zakłada wątki dotyczące swoich nowych
publikacji, pochlebnych recenzji, zamieszcza
anonse o nominacjach typu „nadmorski talent
poetycki”. Ostatnio zachęcał do wysłania smsa w jakimś plebiscycie na „poetyckie odkrycie
roku”. Stopniowo zapoznawał użytkowników
Nieszuflady z blurbami, które miały ukazać
się na okładkach tomów. Niedługo przed
premierą Eine kleine Todesmusik – czyli drugiej
książki, o której będziemy rozmawiać – odbyło
się wirtualne odliczanie dni do premiery.
Chciałbym wierzyć, że poezja wywołuje obecnie
takie emocje. Chciałbym móc powiedzieć, że
nowy zbiór Kwiatkowskiego jest warty całej
tej otoczki. W końcu jego obiecujący debiut
został zauważony (m.in. w kutnowskim
„Złotym Środku Poezji”), i nie natknąłem się
152
na jakąkolwiek negatywną ocenę tej poezji.
Wszystkie były zatrważająco entuzjastyczne
(cytując za Gazetą.pl: polski Tarantino poezji).
Cóż, jeśli coś podoba się wszystkim, staje się
w moich oczach podejrzane.
Rafał Gawin: A jednak poezja ostatnio wywołuje
emocje – mam tu na myśli Nagrodę Nike dla
Tkaczyszyna-Dyckiego i kolejne dodruki jego
Piosenki o zależnościach i uzależnieniach. Jeśli
chodzi zaś o nową książkę Kwiatkowskiego,
pamiętam głównie fragment blurba Józefa
Barana, w którym krakowski poeta określił
prowokację jako obosieczną broń. I tak niestety
było również z próbami kreowania przez autora
Przeprawy kontrowersyjnej otoczki i atmosfery
„medialnego wydarzenia rynku poetyckiego”
wokół Eine kleine Todesmusik. Nie miałbym nic
przeciwko, gdyby takie działania towarzyszyły
promocji rzeczywiście zjawiskowej książki,
nawet gdyby nie włączył się w nie praktycznie nikt
poza samym autorem. Tymczasem nowy tom
gdańszczanina budzi wątpliwości i rozczarowuje
na kilku płaszczyznach, od spójności kompozycji, poprzez zawartość od strony narracyjnej
(neoklasycyzm Kwiatkowskiego nadal oscyluje
wokół form okołoprozatorskich), metaforycznej
i (anty)refleksyjnej, po sam dobór tematów
i środków. Ale po kolei. Książka zaczyna
się obiecująco – intrygującym mottem oraz
spokojnym i wyważonym czterowersowym
„chłopczykiem”…
M.M.: ...po którym następuje lawina „widokówek”, zasypująca czytelnika specyficznymi „scenkami rodzajowymi”. To, co w tej
książce uderza już na początku, to zanik
poetyckich środków. Fraza charakterystyczna
dla prozy, niekiedy pocięta na dwu-, trzywersowe
strofki, zmusza czytelnika do odbioru tomu
raczej poprzez obrazy, wyłączając niemal zupełnie
kwestię języka. A jakie są to obrazy? Powiedzmy
szczerze – momentami dla wytrwałych: w końcu
kochalibyśmy się do rana / a ona zeszczałaby
mi się do łóżka („Opór”); całuje się z własnym
odbiciem / a potem onanizuje się czarnym
butem („Bertche”); mężczyźni nie mogą się
opanować / onanizują się / i źródło staje się
jaśniejsze o jeden ton („Mandala”), posłuchaj
jak mnie dobrze karmisz chłopcze – / posłuchaj
pierdzącego szczęścia („gruba kobieta”). Można
powiedzieć, że pojęcie tabu jest Kwiatkowskiemu
obojętne. Dla poety pociągające okazuje się
przekraczanie granic (dobrego smaku? tonu?).
Najprawdopodobniej epatowanie drastycznymi,
wulgarnymi lub niesmacznymi obrazami jest
świadome – zgodnie z założeniem, iż poezja
powinna wyzwalać jakieś emocje, chociażby
negatywne: gniew, oburzenie, niesmak itd.
Rozumiem takie podejście, bo poezja potrzebuje
biegunów, takich jak np. Ratoń. Problem w tym,
że Kwiatkowski używa tępych narzędzi. Gdy
w książce dwudziestopięcioletniego chłopaka
czytam o zbiorowym gwałcie na trzynastolatce,
o paleniu własnego dziecka, o masturbacji przy
pomocy obuwia, a także innych wymyślnych
odchyłach, to naprawdę nie rusza mnie fragment:
spójrz jaka jesteś brudna / jaka z ciebie jebana
szmata / i nagle robi mi się ciepło / nie kiedy
we mnie tryska / ale kiedy nazywa mnie szmatą
(„język”). Henryk Bereza pisze w blurbie: (...)
każdemu ta poezja – aż niemożliwa i szaleńcza –
może ujawnić swoją siłę i prawdę. Przyjmie się
ją, gdy się ją dobrze usłyszy i odnajdzie w sobie.
Powiem szczerze: ja tej poezji w sobie nie słyszę.
Być może wcale nie chcę... a ty?
R.G.: Słyszę pukanie od spodu, czuję się molestowany (żeby nie powiedzieć gwałcony) bezmyślną systematycznością budowania wierszy
w oparciu o najtańsze chwyty, przy jednoczesnej
ucieczce w historię, baśń czy nawet mit. Jakby
w ten sposób autor próbował zbudować dystans,
którego zabrakło mu przy tak tendencyjnym
doborze środków. Ale nie możemy aż tak
generalizować. Przecież w tomie znalazły się
również spokojniejsze wiersze, albo raczej mniej
kontrowersyjne. Są to na ogół, rozrzucone na
przestrzeni tomu jakby losowo, fragmentaryczne
impresyjki i histeryjki, najczęściej z okolic II
wojny światowej i okupacji, na dłuższą metę
kompletnie nieistotne. Od czasu do czasu
pojawiają się i znikają wielkie pojęcia, zwłaszcza
w kontekście odwiecznej pary, śmierci (tytuł
zobowiązuje) i miłości (tym razem pozbawionej
aspektu fizycznego). Niekiedy zastępują
puenty – od najzgrabniejszego, choć ogranego
skojarzeniowo dwie minuty później / w moim
sercu / wybuchła bomba („Diter Litwann, ur. 1964
zm. 2003”), poprzez jeśli was kiedyś zamorduję /
zrobię to z miłości / która jest większa niż śmierć
(„siły”) i towarzysze nihiliści: nasze serca biją na
wieki w jeden trumienny akt („takt”), po discopiosenkowe chce dusić się górskim powietrzem /
i chce mieć ranne od kuli serce. Czyżby zwyczajność
tych wierszy okazała się na tyle nieatrakcyjna, że
trzeba było ją podnieść do rangi uniwersalnej?
W końcu ponadczasowość wpisana jest praktycznie w każdy rodzaj klasycyzowania. To
łatwe, lekkie i przyjemne, gdy wykorzysta się
dewiacyjne sposoby na „jebnięcie wierszem”.
Takie pojęcia, zwłaszcza gdy wykorzystuje się
je lekkomyślnie, są bronią obosieczną. Jak pisze
autor w wierszu o znamiennym tytule „zastępcze
światło”: miłość zamieniła się w tanie romanse.
Czyli możemy już przejść do kiczu w drugiej
książce Kwiatkowskiego?
M.M.: Tak. Kwiatkowski zapewne chciałby
być postrzegany jako autor dotykający problemów ważnych, trudnych i – rzecz jasna
– kontrowersyjnych. A mimo wszystko nie
mogę się przekonać, czytając fragmenty w stylu:
rozbierz się July // czuję w sobie dużą moc //
i chcę byś poczuła ją również („dentysta”). Kicz
można wykorzystać w poezji na wiele sposobów,
ale ten z Eine kleine Todesmusik trudno mi
zaakceptować. Po pierwsze, jest go za dużo. Po
drugie – kicz ten pojawia się za każdym razem
w podobny sposób. Odnajduję go np. w postaci
ckliwych wyznań: Diter Diter niemądry chłopcze
/ na swój latawiec upolowałeś / płaczącą jaskółkę
i jej pisklę („Uve”) albo podszedłem do fasady
i ukląkłem // i ją pocałowałem // i z moich oczu
pociekły łzy („ulga”). Innym jego przejawem są
tandetne obrazki w stylu: piją kawę palą papierosy
// i są teraz jak dwa zakurzone lustra // jak
dwa płaty zapomnianej tapety („popołudnie”).
A zatem: wzniosłość i liryczność kontra
prowokacja, nieustanne przechodzenie z ironii
do patosu lub na odwrót – oto główne cechy
153
poezji Kwiatkowskiego, który uderza w wysokie
C, żeby za moment puścić oczko. I nie byłoby
w tym nic złego, gdyby nie fakt, że książka jest
przeciążona tego typu „zagraniami”. Pewnie wiele
wierszy dałoby się obronić, gdyby wieńczyła je
błyskotliwa puenta lub zgrabnie wyprowadzony
wniosek. Jak dla mnie, brak dojrzałości tym
rozważaniom (wbrew temu, co pisze Baran).
Aranżacja puenty odbywa się szablonowo,
zwykle poprzez tworzenie refrenów ze zdań,
które same w sobie nie brzmią wyjątkowo, ale
powtórzone sprawiają wrażenie „ważniejszych”.
Imitowanie Świetlickiego? Sam nie wiem:
neoklasycyzm czy jednak barbarzyństwo?
R.G.: Jeśli barbarzyństwo, to spod znaku
Onana Barbarzyńcy, gawędziarstwo z pretensjami, nachalna terapia szokowa. I to wszędzie
tam, gdzie można było zagrać na cichszych
dźwiękach, zaintrygować, zaledwie dotknąć.
Jeśli Świetlicki miałby być patronem takiego
pisania, to tylko ze względu na częste jednowersowe, dwukrotnie powtarzane refreny,
mające zapewne na celu wywołanie swego
rodzaju transu, a w ostatecznym rozrachunku
– pielęgnujące nudę i wywlekające ze „zwrotek”
jednowymiarowość i bylejakość. Świetliki nie
zaśpiewałyby takich tekstów nawet z Lindą.
proponowany nam przez Kwiatkowskiego jest
do niczego. Byłbym niesprawiedliwy. A jednak
te lepsze wiersze (jak np. „Pan Cogito i litera
Pisma” czy „dwie siostry (III)”) giną w natłoku
tekstów średnich, czyli jak je nazwałeś – „impresyjek i histeryjek”. A szkoda, bo Przeprawa
obiecywała znacznie więcej. Odnoszę wrażenie,
że Kwiatkowski pospieszył się z drugą książką
i nie dokonał obiektywnej selekcji tekstów, że
zbytnio zaufał w swój geniusz...
R.G.: …czy też w geniusz instytucji blurbownictwa i promocji za wszelką cenę. Bez
nich mój odbiór tej książki może byłby mniej
negatywny,w każdym razie,niezakrzyczany przez
autora (i w konsekwencji podmiot liryczny);
dałbym jej wtedy dłuższą lekturową szansę. Sprawność warsztatowa – jak najbardziej,
tak samo konsekwencja formalna, kilka jaśniejszych punktów, pojedynczych lepszych wierszy
(do wymienionych mogę dodać wspomnianego na
wstępie „chłopczyka”). Ale co do wykorzystania
języka…
M.M.: …to nie mamy złudzęń. Jak pisze autor:
mojemu językowi / pozostało tylko / obciąganie
(„język”).
Grzegorz Kwiatkowski, Eine kleine Todesmusik,
M.M.: Nie mogę powiedzieć, że w nowej książce
nie ma dobrych wierszy, ani że sposób na poezję
154
Mamiko, Nowa Ruda 2009.
Tomasz Bohajedyn, Co ty wiesz o zabijaniu, grafika
(A)tak na marginesie
Walka na ziemi i w niebie / przeciwko sobie samemu o siebie
I walka o święte cele / O wieczne nadzieje
(...)
Bo jak powiedział Wieczny Prezydent
W niezmiennej wojnie pomnażajcie treść1
Jest wszędzie. Przed chwilą widziałem egzekucję plastikową pepeszą. Na
moich oczach osunęły się ciała. W plazmie full HD, która rozlała się na całą
ścianę, ktoś ginie co minutę dwanaście sekund. Śmierci widać nawet kreseczkę
nad ś. Wojna robi oglądalność, dzięki niej lepiej sprzedają się czipsy i piwo.
Wobec niej jesteśmy już zobojętniali. Tuż po tym, jak widziałem atak na
World Trade Center, targowałem się o cenę szafy trzydrzwiowej.
Bomba trafiła w środek tłumu / Nawet nie ma już co zbierać/ Pokazuje to
kamera /
Całkiem spokojnie jem kolację / Wcale nie chce mi się rzygać2
Umiemy się uśmiechać jak Linda, ale nic nie wiemy o zabijaniu.
Szewc zabija szewca bumtarara bumtara3
Wojna jak kolorowa atkrytka, piosenka o deszczach niespokojnych przerobiona na techno.
Wciąż wojna trwa między biednym i bogatym / Wojna między mężczyzną
i kobietą / Między lewicą i prawicą, czarnym i białym / Parzystym i nieparzystym4
Czy to sen, czy nie sen, w każdym razie ręka jest w nocniku. Rozpętała
się bitwa o ropę, o słupki sondaży (pierdolnięta husaria5 walczy z olimpijską
regularnością), o miejsce na parkingu, o pryncypia, o łóżko w szpitalu (niestety
w czerwcu skończyły się limity, zdychaj), o dwanaście groszy...
1
Coma, Hipertrofia, 2009.
Pidżama Porno, Styropian, 1998.
3
Siekiera, Nowa Aleksandria, 1986.
4
Maciej Zembaty, Alleluja. Ballady Leonarda Cohena, 1985.
5
Świetliki, Perły przed wieprze, 1999.
2
155
Krzysztof Kleszcz
Wajchy Gregorija. Piosenki wojenne
Tomasz Bohajedyn, Historia pistoletu maszynowego, grafika
Albo wojna z samym sobą. Wróg mieszka pod skórą. I trzeba od rana bić
się ze swoją bezradnością, sennością, nieostrożnością, albo wykopać topór
wojenny przeciw swemu rozdętemu ego, przeciw chcieć-mieć, które siedzi we
mnie tłuste i obleśne.
Rzucam się do walki choć sił mi brak / rozmiarów siłacza za wąski mam kark /
lecz duchem obuchem ciąłem jak nóż / rozpruję rozpłatam brzuch6
Świat schamiał i na klatce schodowej nie mówi nam już dzień dobry.
Wszystko jest obce, nieludzkie, anonimowe, a wokół szlabany kolejowe;
osiedla owijają druty kolczaste. Sprawiedliwość wypadła z kodeksów prawa,
małym druczkiem dopisano „nie dotyczy”. Urzędnicy podwyższają akcyzy,
VAT-y.
Wojnę toczą sklepikarze, dyrektorzy, malarze, piosenkarze. Poeci walczą
na dykcje. O to, kto bardziej przekonujący, kto przebieglejszy. Wojnę wywołujesz, przyznając komuś nagrodę jako juror, wygrywając konkurs, komentując wiersz na portalu. Nadwrażliwcy i tak wszystko wezmą do siebie, zinterpretują, jak chcą. Idź już spać. Ale wiedz, że w twojej skrzynce na listy jest
ryba bez głowy.
Świt rozpoczną strzały. Rzeczywistość to Grigorij Saakaszwili, który rusza wajchami. Czołg jedzie w twoją stronę.
6
156
Lipali, Trio, 2009.
Autorzy numeru:
Justyna Banaszczyk. Kulturoznawczyni w procesie,
recenzentka portali internetowych, łowczyni młodych
poetów. W literaturze poszukuje tego, co graniczne
i marginalne (podobnie jak w życiu). Literaturoznawczyni z anarchistycznym pazurem, wojująca rowerzystka. Mieszka na Limance, w Łodzi.
Jacek Bieleński, ur. 1951. Poeta, prozaik, kompozytor,
scenarzysta filmowy (z wykształcenia) i aktor. Autor
tekstów dla Ziuta Gralaka, Włodka Kiniorskiego, Maryli
Rodowicz, Justyny Steczkowskiej, Fiolki, Wojciecha
Waglewskiego. Współscenarzysta filmu fabularnego
Tanie Pieniądze. Aktor, organizator oraz pomysłodawca
wydarzeń kulturalnych. Od jedenastu lat prowadzi
scenę klubu Łódź Kaliska. Autor muzycznego projektu
Plastik Bag współtworzonego przez wielu muzyków:
Włodka Kiniorskiego, Ziuta Gralaka, Gregera,
Przemysława Rajskiego, Loco Richtera. Z Kiniorskim
i Filipem Gałązką założył w 2007 r. trio Paffulon.
W 2008 r. nagrał piosenkę „Ełkaesem bije serce
Łodzi” z okazji stulecia Łódzkiego Klubu Sportowego.
Z dziada pradziada łodzianin.
Marcin Bies. Poeta, urodzony zimą 1982 r. w Mikołowie.
Wydał arkusz Atrapizm (2009).
Miłosz Biedrzycki (MLB), ur. 1967. Autor kilku
tomików wierszy po polsku, ostatnio wydał Sofostrofę
(2007). Często zmienia miejsce pobytu.
Tomasz Bohajedyn, ur. 1974 w Bieczu. Grafik
i rysownik. Swoje prace publikuje m.in. w „Le Monde
diplomatique”, „Ricie Baum”, „Midriaszu”, „Gazecie
Wyborczej” i „Europie. Tygodniku Idei”. W 2006 r.
wydał książkę graficzną Kongo, a w 2007 Spaghetti
western. Mieszka w Krakowie.
Rafał Bojdys, ur. 1967. W latach 1988–93 studiował na
Wydziale Grafiki ASP w Katowicach. Dyplom uzyskał
w pracowni projektowej doc. Tomasza Jury (plakat)
i w pracowni malarstwa i rysunku prof. A.S. Kowalskiego.
Wystawiał w kraju i za granicą: w Czechach, Słowacji,
Niemczech, Belgii, Jugosławii, Holandii, Turcji. Jego
prace można było oglądać w kilku edycjach wystawy
Salonu Karykatury Antywojennej organizowanej przez
BWA w Bielsku-Białej. W ostatnich latach wystawiał
się m.in. na Targach Sztuki w Żylinie na Słowacji, brał
udział w wystawie „Herbst Austellung 2005” w Mainz
w Niemczech, wystawie pokonkursowej XXIII Aydin
Dogan International Cartoon Competition w Istambule.
Jego prace można było oglądać na ekspzycji „Bielsko
Obraz XXI” w BCK (2009) w Bielsku-Białej, gdzie
mieszka.
Maciej Bugajski, ur. 1985. Studiował wzornictwo
na Politechnice w Łodzi (Wydział Inżynierii i Marketingu Tekstyliów 2003-2006). Od 2006 r. studiuje
na Akademii Sztuk Pięknych im. Wł. Strzemińskiego
w Łodzi. Mieszka w Łodzi.
Agata Chmiel, ur. 1986. Studentka Collegium Medicum
UJ. Publikowała w prasie literackiej (m.in. w „Akcencie,
„Opcjach”, „Frazie” i „Portrecie”). Laureatka konkursów
poetyckich.
Ewa Chruściel, ur. 1972. Zadebiutowała tomikiem
wierszy Furkot w 2003 r. Jej drugi tomik Sopiłki ukaże się
w grudniu 2009 r. w Bibliotece „Frazy”. W 2010 r. ukaże
się w USA jej tom Strata, który wygrał międzynarodowy
konkurs poetycki. Jej wiersze po angielsku były też
prezentowane na łamach m.in. „Boston Review” oraz
w „Colorado Review”, „Lana Turner”, „Process”, „Squaw
Valley Review”, „Poetry Wales”. Tłumaczyła wiersze
Miłosza Biedrzyckiego, Agnieszki Kuciak i Anny
Piwkowskiej oraz wybrane powieści Londona, Conrada
i Singera na polski. Wykłada literaturę i pisanie twórcze
w Colby-Sawyer w USA. Obecnie wraz z Miłoszem
Biedrzyckim przygotowuje wybór wierszy Jorie Graham
w tłumaczeniu na polski.
Magdalena Cybulska. Studiowała biologię na Uniwersytecie Łódzkim, obecnie pisze doktorat na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Debiutowała w liceum
w szkolnym tomiku poetyckim. Jej wiersze były dru
-kowane w kilku almanachach pokonkursowych. Pisze
także prozę. Mieszka w Łodzi.
Dariusz Eckert, ur. 1964. Rozbitek edukacyjny. Absolwent przyzakładowej szkoły budowlanej. Murarz. Łatwy
do sprowokowania jak wybuch w prochowni. Najemnik
słusznych spraw. Rycerz. Błędny. Po paru nieudanych
związkach. Ojciec czwórki cudownych dzieci. Znów
szczęśliwy. Imacz wielu profesji – budowlaniec, drwal,
żołnierz, ochroniarz, kaowiec, cieć, kucharz, dziadek do
orzechów. Wokalista zespołu Inkwizycja.
157
Karol Franczak, ur. 1979. Adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego. Mieszka w Łodzi.
Piotr Gajda, ur. 1966. Poeta, autor książki poetyckiej Hostel
(2008). Wiersze publikował m.in. w„Tyglu Kultury”,„Cegle”,
„Arteriach”, „Opcjach”, „Toposie”, „Frazie” oraz w antologii
łódzkich debiutantów Na grani (2008). Nominowany do
nagrody głównej Konkursu im. Jacka Bierezina (2007).
Laureat kilkunastu konkursów poetyckich i turniejów
jednego wiersza, m.in. OKP im. W. Sułkowskiego, TJW
„Stachura pozostałym”, TJW „O Czekan Jacka Bierezina”,
OKP im. W. Bąka „Struna Orficka”, ŁKL im. Wł.
Reymonta, OKP „Prawy Brzeg”. Mieszka w Tomaszowie
Mazowieckim. Zob. www.bialafabryka.blogspot.com.
Rafał Gawin, ur. 1984. Współzałożyciel mŁodzi
Literackiej przy łódzkim oddziale SPP, członek redakcji
„Arterii”. Wydał arkusz Przymiarki (2009). Publikował
m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Odrze”, „Tyglu Kultury”,
„Opcjach”, „Kresach”, „Frazie”, „Red.”, „Portrecie”,
„Wyspie”, „Wakacie”, „Cegle” oraz Na grani. Antologii
wierszy łódzkich debiutantów (2008). Nagradzany
w konkursach, m.in. im. J. Bierezina i T. Sułkowskiego.
Mieszka w Justynowie i w Łodzi.
Horst R. Gertler (Robert Dudek), ur. 1975. Wydał
książkę prozatorską pt. Bóg i Dratewka (2009). Mieszka
w Łodzi.
Maciej Gierszewski, ur. 1975. Wiersze i prozę
publikował m.in. w „Kresach”, „Studium”, „Kwartalniku
Artystycznym”,„FA-arcie”,„Czasie Kultury”,„Twórczości”.
Wydał książki podrabiane przepaście (2003) i Profile
(2006). Zredagował (razem ze Szczepanem Kopytem)
antologię poetycką Słynni i świetni. Antologia poetów
Wielkopolski debiutujących w latach 1989-2007 (2008).
Prowadzi bloga: http://hajfa://hajfa.wordpress.com.
Mieszka w Poznaniu.
Paulina Ilska. Kulturoznawca, nauczycielka, recenzentka teatralna. Mieszka w Łodzi.
Jerzy Jarniewicz, ur. 1958. Poeta, tłumacz, krytyk,
wykładowca uniwersytecki. W 1982 r. ukończył anglistykę na Uniwersytecie Łódzkim, w 1984 r. filozofię.
W prasie debiutował w 1974 r. (w „Motywach”). Jest
autorem tomów wierszy: debiut książkowy Korytarze
(1984), Rzeczy oczywistość (1992), Rozmowa będzie
możliwa (1993), Są rzeczy, których nie ma (1995),
Niepoznaki (2000), Po śladach (2000), Dowód tożsamości
(2003), Oranżada (2005), Skądinąd (2007). Autor
książek krytycznych, ponad czterystu artykułów,
szkiców, recenzji w pismach krajowych i zagranicznych.
Ostatnio wydał Od pieśni do skowytu. Szkice o poetach
158
amerykańskich (2008) oraz tom poetycki Makijaż
(2009). Od 1994 r. redaktor „Literatury na Świecie”.
Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, „Tygodnikiem
Powszechnym” i „Tyglem Kultury” oraz z brytyjskimi
pismami literackimi „Poetry Review” i „Areté”. Wykłada
współczesną literaturę angielską na uniwersytetach
w Łodzi i Warszawie. Mieszka w Łodzi.
Zdzisław Jaskuła, ur. 1951. Poeta, pisarz, autor
adaptacji i piosenek teatralnych, reżyser. Od 1976 r.
związany ze środowiskiem KOR. W latach 197781 współpracował z pismem społeczno-literackim
„Puls” w Łodzi, które funkcjonowało poza cenzurą.
Debiutował w 1969 r. na łamach „Poezji”. Autor czterech
tomów poetyckich: Zbieg okoliczności, Dwa poematy,
Wieczór autorski i Maszyna do pisania. Wraz z żoną
Sławą Lisiecką opracował nowe tłumaczenie To rzekł
Zaratustra F. Nietzschego. Autor artykułów prasowych
i felietonista „Fabryki”. Wiceprezes Oddziału Łódzkiego
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Łodzi.
Marcin Kępiński, ur. 1970. Absolwent socjologii,
pracuje jako adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Łódzkiego oraz jako
wykładowca kierunku Dziennikarstwo i Komunikacja
Społeczna AHE. Autor książki Mit, symbol, historia,
tradycja. Gombrowicza gry z kulturą (2006), nagrodzonej przez Rektora UŁ. Publikuje w „Kulturze
i Społeczeństwie”, „Kulturze i Historii”, „Zeszytach
Wiejskich”. Jego zainteresowania naukowe to: ikonografia wojny, literatura pamiętnikarska okresu II Wojny
Światowej, pamięć Stanu Wojennego, marketing polityczny i public relations.
Krzysztof Kleszcz, ur. 1974. Poeta, autor książki
poetyckiej Ę (2008). Wiersze publikował w: „Tyglu
Kultury”, „Red.zie”, „Arteriach” oraz w antologii
łódzkich debiutantów – Na grani (2008). Nominowany
do nagrody głównej Konkursu im. Jacka Bierezina
(2004, 2006, 2007). Laureat konkursów poetyckich
i turniejów jednego wiersza: im. H. Poświatowskiej,
im. J. Jarmołowskiego, im. C.K. Norwida. Wyróżniony
w konkursie „Złoty Środek Poezji” na debiut poetycki
(2009).Współprowadzi blog literacki www.bialafabryka.
blogspot.com. Mieszka w Tomaszowie Maz.
Agnieszka Kłos. Pisarka, fotografka, krytyk sztuki,
publicystka i kuratorka. Autorka książki Całkowity koszt
wszystkiego (2008). Pracowała w „Gazecie Wyborczej”
i „Dużym Formacie”. Jest redaktorką pisma „Rita Baum”.
Publikowała m.in. w „Ha!arcie”, „FA-arcie”, „Kresach”,
„Przekroju”, „Kinie”. Była stałą felietonistką w „Pozytywie”
i Świecie.Obrazu.pl. Miała wystawy fotograficzne
i instalacje m.in. w Galerii Entropia we Wrocławiu, Ośrodku Praktyk Teatralnych Gardzienice w Lublinie, Galerii
Zamek w Poznaniu, na Międzynarodowym Festiwalu
Fotografii w Łodzi, Festiwalu Wrocław Non Stop. Autorka
historycznego projektu multimedialnego związanego
z mapą pamięci Wrocławia „Breslau cv”. Prowadzi warsztaty edukacyjne i historyczne na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.
Katarzyna Knapik-Gawin, ur. 1986. Doktorantka
w Katedrze Slawistyki Południowej UŁ, tłumaczka,
stały współpracownik „Arterii”. Mieszka w Łodzi.
Maria Kornatowska. Krytyk filmowy, związana z miesięcznikiem „Kino”, wykłada w łódzkiej Szkole Filmowej. Felietonistka, eseistka, autorka kilku książek,
m.in. Rozmyślań przy makijażu (2007), monografii
Fellini (2003, wyd. IV, poszerzone), wywiadu-rzeki
z Agnieszką Holland, Magia i pieniądze (2002),
Wodzirejów i amatorów (1990), Erosa i filmu (1986).
Mieszka w Łodzi.
Agnieszka Kowalska-Owczarek, ur. 1977. Absolwentka
Akademii Sztuk Pięknych im. Wł. Strzemińskiego
w Łodzi, dyplom z wyróżnieniem (2004) oraz teatrologii
Uniwersytetu Łódzkiego, redaktor graficzny kwartalnika
artystyczno-literackiego „Arterie”. Współpracuje z Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi. Zajmuje się grafiką
komputerową, książkową, projektami okładek, książką
artystyczną, formami przestrzennymi, performance oraz
projektami interdyscyplinarnymi. Materią jej prac bywają
rośliny oraz ręcznie preparowany papier. Wielokrotnie
nagradzana, wystawy i prezentacje w kraju i za granicą.
Współtwórczyni muzyki oraz wokalistka zespołu
Agnes’band, wykonującego piosenkę literacką. Mieszka
w Łodzi. Zob. www.agnesband.art.pl.
Robert Miniak, ur. 1969. Członek koła młodych przy
łódzkim SPP. Laureat wielu konkursów poetyckich.
Publikował w „Tyglu Kultury”, „Toposie”, „Fragile”,
„Arteriach”. Autor tomiku poetyckiego pt. Czarne wesele
(2008). Mieszka w Łodzi.
Michał Murowaniecki, ur. 1982. Autor zbioru wierszy
Punctum (2008), laureat Dżonki 2008. Mieszka w Łodzi.
Małgorzata Niedziółka, ur. 1983. Doktorantka na
Wydziale Polonistyki UJ. Bada przedstawienia Nowej Huty
w utworach literackich z lat 1949–2009. Od niedawna
zajmuje się również fotografią i pracą w miesięczniku
fotograficznym. Marzy o wyjeździe na Kubę oraz
o powrocie epoki grunge’u. Mieszka w Krakowie.
Magdalena Nowicka, ur. 1984. Asystentka w Zakładzie
Badań Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie
Łódzkim i sekretarz redakcji „Arterii”. Publikowała m.in.
w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”,
„Wiedzy i Życiu”, „Odrze”, „Red.zie”, „Tyglu Kultury”
oraz „Filmie”. W 2009 r. ukazał się jej debiutancki tom
wierszy pt. Przewieszka. Pisze powieść o wspinaniu.
Mieszka w Łodzi.
Przemysław Owczarek, ur. 1975. Poeta, prozaik,
z zawodu antropolog kultury. Redaktor naczelny
„Arterii”. Mieszka w Łodzi.
Piotr Pasiewicz, ur. 1979. Grafik, rysownik, performer,
fotograf, ilustrator, często określa się terminem
grafomówca. Od 2008 r. student ASP w Łodzi na
Wydziale Malarstwa i Grafiki (kierunek grafika
warsztatowa). Eksponował swoje prace w Pałacu
Scheiblera, Muzeum Kinematografii, Muzeum Książki
Artystycznej, Galerii Manhattan, Galerii Rondo,
w Klubie „Forum Fabricum”, w Galerii Urzędu Miasta
Łodzi, na V Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, IV
Międzynarodowym Festiwalu Animacji „Reanimacja”
w Łodzi, w Instytucie Historii Sztuki we Wrocławiu
i w Łodzi, a także w Vancouver (Association of Polish
Veterans, Rock & Point’ Gallery, 2004) i Neapolu (2009).
Realizuje projekty performance: „Horyzont”, „Filary
Wrażliwości”, „Teatr Wyobraźni w procesie”. Mieszka
w Łodzi. Zob. www.myspace.com/piotrpasiewicz.
Robert Rybicki, ur. 1976. Poeta Elektrowni, polonista,
happener, redaktor-recenzent. Studiował prawo
i polonistykę na Uniwersytecie Śląskim. Autor trzech
książek z wierszami: Epifanie i katatonie (2003), Motta
robali (2005), Stos gitar (2009). Były redaktor pisma
artystycznego„Plama” w Rybniku i tygodnika„Nowy Czas”
w Londynie; obecnie redaktor „re:presji” w Katowicach.
Przez wiele lat animował życie literackie w Rybniku,
aż w końcu Biuro Literackie go dorwało jako najlepszy
debiut 2003, ale, ludzie!, Ryba się nie daje! Odskakuje od
peletonu i na skróty wali jak w Fantomasie!!! Z górki, na
przełaj i sru, sru! Nad Orzepicami!
Agnieszka Smołucha, ur. 1987. Studentka IV roku
Historii Sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Interesuje się malarstwem wczesnego renesansu
włoskiego. Nagradzana i wyróżniania w konkursach
poetyckich „Prawy Brzeg”, „O Wawrzyn Sądecczyzny”,
im. Zdzisława Morawskiego i im. Michała Kajki.
Mieszka w Krakowie.
Michał Stępniak, ur. 1984. Mężczyzna heteroseksualny
z wielką słabością do Morrisseya. Były punkowiec,
obecnie filmoznawca. Z dawnych czasów pozostała
mu nienawiść do wygazowanego piwa i kilka koszulek.
159
Od kilku lat konsekwentnie krzyczy w kultowym
(w niewielkim kręgu) zespole Mental Terror. Fałszywie określany przez znajomych jako „wielki
miłośnik literatury debiutantów”. Mieszka w Krakowie
i w Częstochowie.
Andrzej Strąk, ur. 1952. Poeta (i filmowiec). Był m.in.:
pomocą (operatora), asystentem (reżysera), drugim
(reżyserem), szefem (Zakładu Dźwięku i Montażu),
dyrektorem (Studia Filmowego Semafor). Jest: poetą
oraz prezesem (Łódzkiego Oddziału Stowarzyszenia
Pisarzy Polskich). W wolnych chwilach układa
wiersze (także dla dzieci) oraz piosenki (także dla
dorosłych), uprawia twórczość satyryczną, pisze dla
filmu i teatru. Opublikował m.in. tomiki poetyckie:
Co się zdarzyło Sejmurowi, Węch, Mars wita nas oraz
książeczki dla dzieci: 13 budowli świata i Filmowe psoty.
Mieszka w Łodzi.
Krzysztof Szwarc, ur. 1976. Ukończył studia ekonomiczne na Uniwersytecie Łódzkim, pracuje w jednej
z dużych firm. Rysownik-amator, twórca komiksów.
Jego prace były publikowane w czasopismach „Red.”
i „Być dla Innych”. Mieszka w Łodzi.
Radosław Wiśniewski, ur. 1974. Absolwent UJ
w Krakowie, mieszka w Brzegu, pracuje we Wrocławiu.
Wydał zbory wierszy Nikt z przydomkiem (2003), Albedo
(2006) oraz NeoNoe (2009), wspólnie z Dariuszem
Pado tematyczne maxi-single poetyckie RAJ/JAR
(2005) oraz Korzenie Drzewa (2008); obecnie pracuje
znowu nad zbiorem rzeczy krytycznych Marszbatalion
oraz zaczyna nowy projekt krytyczny Zawsze apokryf.
Redaktor naczelny czasopisma literackiego „Red.”,
stały współpracownik „Odry”, prowadzi bloga http://
jurodiwy-pietruch.blog.pl i wspólnie z Patrykiem Dolińskim
mikro-serwis www.poecidlatybetu.pl. Mieszka w Brzegu.
Remigiusz Wojaczek, ur. 1979. Ukończył z wyróżnieniem studia na Wydziale Grafiki i Malarstwa
Akademii Sztuk Pięknych im. Wł. Strzemińskiego
w Łodzi, student Wydziału Operatorskiego i Realizacji
Telewizyjnej w Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej
Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi.
Uczestniczy w projekcie artystycznym HUMAN-EX.
Wspólnie z Michałem Poniedzielskim tworzy duet
BURY TUKAN, w ramach którego realizują videoklipy,
krótkie formy filmowe i animowane. W 2009 r. jego
prace były pokazywane w konkursie etiud studenckich na
Plus Camerimage, w galerii Flottmann-Hallen w Herne
(Niemcy), w CSW Łaźnia w Gdańsku, na Festiwalu
Filmów Polskich w Los Angeles. Mieszka w Łodzi.
Joanna Wygnańska, ur. 1984. Doktorantka II roku
studium socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Lubi
i praktykuje fotografię analogową oraz górskie
wędrówki. Mieszka w Łodzi.
Alim Vielitov, ur. 1977. Rysownik i scenarzysta komiksowy, członek studia artystycznego Ludzie Martwej
Ryby. W 1993 r. ukończył Moskiewską Międzynarodową
Szkołę Filmową w Pracowni Filmów Rysunkowych.
Pracował nad animacjami przy kilku rosyjskich filmach
i teledyskach. Wydał autorski zbiór komiksów Balovstvo.
W 2006 r. wziął udział w projekcie City Stories, rysując
komiksy o Łodzi lub z Łodzią związane.
Aleksandra Zbierska, ur. 1968. Laureatka wielu
konkursów literackich. Autorka tomów Wibrujące
ucho (2008) i panoptikom (2009). Publikowała w wielu
pismach literackich i kulturalnych, jej wiersze ukazały
się również w antologii poezji kobiet Solistki (2009).
Mieszka w Poznaniu.
kolaż Remigiusz Wojaczek
160
Piotr Pasiewicz, 2007, technika mieszana, 100 x 70 cm
I SSN 1898 - 584X
9 771898 584002

Podobne dokumenty