Kaja Ptak ,,Koniec świata nieodmiennie jest dla ludzi tematem

Komentarze

Transkrypt

Kaja Ptak ,,Koniec świata nieodmiennie jest dla ludzi tematem
Kaja Ptak
,,Koniec świata nieodmiennie jest dla ludzi tematem intrygującym. Wszystko, co miało swój
początek, musi mieć i koniec. Ale jednocześnie koniec świata jest czymś trudnym do pojęcia, budzi
grozę, strach, zaciekawienie, a także nadzieję. Ostatnie odkrycia przewidują koniec świata na 21
grudnia 2012 roku”- tak na kilka miesięcy przed końcem roku 2012 rozpisywali się internauci. Trudno
się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że wydarzenie, jakim miał być koniec świata, budzi wielkie
zainteresowanie. Wizja unicestwienia ludzkości towarzyszy człowiekowi od dawna- spotkamy ją
między innymi w jednym z najstarszych źródeł kultury europejskiej - Biblii. 31 grudnia 999 roku,
listopad 1992 roku, 24 listopada 1993 roku, 1 stycznia 2000 roku - to tylko najpopularniejsze daty, w
których miała nastąpić zagłada. Można więc stwierdzić, że ludzkość, z jakiegoś powodu, chętnie
zwiastowała swój kres. Biblijny potop miał być karą zesłaną przez Boga na grzeszną ludzkość. Czy
przytoczone przeze mnie przykładowe terminy były oczekiwaniem na ponowną karę? Czy świadczy to
o tym, że otaczający nas świat nam nie odpowiada i niejako domagamy się jego ,,odnowienia”? Jest to
całkiem możliwe, jednak inne spostrzeżenia wydają się tu istotniejsze. Odpowiadając na pytanie
,,dlaczego tak wielu ludzi przejęło się szaloną teorią zbliżającego się końca?” należy zastanowić się
przede wszystkim, jak to się stało, że tylu ludzi w ogóle usłyszało o tym irracjonalnym pomyśle.
Nie pierwszy raz mamy do czynienia z sytuacją, kiedy media przekazały ludzkości mało realną
,,plotkę”, która jednak szybko została zaakceptowana i zyskała ogromną popularność. Wydaje się to
potwierdzeniem teorii memów. Memetyka to nauka, która tłumaczy wszelkie zjawiska kulturowe
poprzez rozwój (podobny do ewolucji biologicznej) memów (czyli najmniejszych jednostek informacji
kulturowej, odpowiedników genów). Wspomniana teoria zakłada, że memy prostsze i ciekawsze
rozprzestrzeniają się szybciej niż te zawiłe i mało atrakcyjne. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka
jest poczucie bezpieczeństwa, dlatego też można sądzić, że informacja o końcu świata z jednej strony
jest niezwykle interesująca (każdy chciałby znać swoją przyszłość), z drugiej dość nieskomplikowana
(wizja apokalipsy towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów). Wydaje się to główną przyczyną
,,sukcesu” tego tematu. W prasie zaroiło się od artykułów szczegółowo opisujących ewentualny
przebieg zagłady ludzkości. Portale społecznościowe przepełnione były żartami i sloganami na ten
temat. Filmy katastroficzne znalazły świetne uzasadnienie swojej irracjonalnej tematyki. Co więcej,
powstały nawet piosenki, których tekst dotyczył zbliżającego się końca świata. Dlaczego tak lubimy
rozmyślać o zagładzie ludzkości?
Ma to zapewne wiele wspólnego z naszym zamiłowaniem do teorii spiskowych. Wystarczy
przypomnieć sobie, jaką karierę zrobiły książki typu ,,Kod Leonarda da Vinci”, czy liczbę hipotez
dotyczących zamachu na Kennedy’ego. Każde trudne do wytłumaczenia wydarzenie lubimy otaczać
dodatkową tajemnicą, wynikającą z jego rzekomych ,,nienaturalnych” właściwości. Pojawienie się
widocznej z Ziemi komety, niespodziewane trzęsienia ziemi, nagła śmierć sławnej osoby powodują
szybkie namnożenie frustrująco nierozsądnych i nieprawdopodobnych przypuszczeń. Nie da się ukryć,
że przypominamy wtedy bardziej ludy pierwotne niż społeczeństwo komunikujące się przy pomocy
telefonów komórkowych i korzystające z Internetu. Nie można się jednak temu dziwić, biorąc pod
uwagę, że zarówno jedna jak i druga forma życia społecznego mają pewną niezwykle istotną cechę
wspólną: zdolność do zjawiska, jakie określimy mianem zbiorowego złudzenia.
Socjolodzy dowodzą, że człowiek, żyjący w grupie dobrowolnie oddaje część swojej
indywidualności na rzecz poczucia bezpieczeństwa i spełnienia, jakie daje zbiorowość. W ten sposób
ma zapewnioną pomoc w razie niebezpieczeństwa, ale jednocześnie musi przejawiać pewne
skonwencjonalizowane i podporządkowane reszcie społeczności zachowania. W końcu dochodzi do
tego, że nie czuje potrzeby wyróżniania się, ,,odstawania” od grupy, bo daje mu ona wszystko, czego
potrzebuje. Tracąc całkowicie swoją indywidualność, zaczyna nie tylko mówić i robić to, co większość,
ale także czuć i przeżywać w podobny do innych sposób. Dlatego wszyscy kibice krzyczą z radości w
podobny sposób, niezadowolone z opóźnienia autobusu osoby pomrukują podobne frazesy. Z tego
samego powodu większość społeczeństwa tak łatwo przyjęła kolejną teorię o końcu świata i poddała
się temu ,,zbiorowemu szaleństwu”, polegającemu na zaczytywaniu się artykułami o zbliżającej się
apokalipsie, uczynieniu z tej informacji najważniejszego tematu i poświęceniu mu nieproporcjonalnie
dużej ilości czasu. Przypomina to trochę zbiorową histerię. Różnica polega na tym, że zbiorowa
histeria prowadzi do zachowań agresywnych, patologicznych. Tutaj mamy natomiast do czynienia z o
wiele mniej groźnym zjawiskiem, które jest raczej grupową reakcją na nieistniejący lub błędnie
zinterpretowany czynnik, wywołujący niepokój, strach, chęć ucieczki, rozdrażnienie.
Warto też zastanowić się nad tym, kto tak naprawdę uwierzył w ostatnią teorię o końcu
świata. Najbardziej widoczną cechą takiej osoby wydaje się przede wszystkim jej nieświadomość i
niewiedza. Taki osąd jest jednak niepełny i surowy. Nie można przecież powiedzieć, że ekscytacji
kolejną zapowiedzią końca świata uległy osoby niewykształcone, analfabeci. Były to raczej osoby,
które nie potrafiły korzystać ze swojej wiedzy i doświadczenia, nie posiadały umiejętności
racjonalnego myślenia, w końcu: nauczone postępowania zgodnego ze schematem, który w tym
przypadku wytyczyła ,,modna” plotka. Dlaczego nasze społeczeństwo jest nieprzystosowane do
samodzielnego, logicznego myślenia? Wydaje się, że problemy te wynikają z nieodpowiedniego
przygotowania ludzi do podejmowania trafnych decyzji, za co odpowiada przede wszystkim szkoła,
jako miejsce, gdzie każdy powinien zdobyć takie umiejętności. Można stwierdzić, że dzieci i młodzież
są uczone tego co myśleć, a nie żeby myśleć krytycznie. Jak widać same informacje nie są
wystarczające w życiu, trzeba też umieć je odpowiednio interpretować. Powraca tu pytanie: ,,jak
zrobić, abyśmy zmądrzeli?” Można dokonać kolejnej reformy systemu oświaty. Dzieci od najmłodszych
lat będą przyswajać wiedzę i umiejętności, ale tylko takie, które mogą im umożliwić kreatywność i
samodzielne myślenie. Okaże się jednak, że problem wcale nie zniknie. Nie tylko szkoły i wychowanie
są odpowiedzialne za taki stan świadomości społecznej. Dla nas Polaków (jak dla każdego narodu) jest
to wynikiem złożonych wydarzeń historycznych, społecznych, kulturowych, które razem sprawiły, że
można nam przypisać pewne charakterystyczne cechy. Jako naród - zbiorowość mamy skłonność do
wiary w przeznaczenie, los. Lubimy widzieć sens we wszystkim, co się dzieje. Jest to pewnie
spowodowane wieloma tragicznymi wydarzeniami w naszej historii, którym musieliśmy nadać jakiś
sens. Często też nie przypominamy ludzi żyjących w Europie Środkowej w XXI wieku, ale słowiańskie
ludy zamieszkujące te tereny przed kilkoma stuleciami. Nasza zabobonność i przesądność z jednej
strony dodają uroku naszej kulturze, z drugiej zaś są powodem zawstydzająco naiwnej wiary w kolejną
teorię o zbliżającym się końcu świata. Nie można też pominąć naszego ,,wrodzonego” pesymizmu.
Wydaje się wręcz oczywiste, że te wszystkie cechy skłaniają nas do rozmyślań o zagładzie.
Jednocześnie widać, że to nie ,,wadliwy” system oświaty sprawia, iż nie potrafimy myśleć krytycznie:
chociaż dostrzegamy nieracjonalność pewnych naszych zachowań, to uwarunkowania kulturowe nie
pozwalają nam ich odrzucić.
Nie można nie wspomnieć również o roli autorytetów we współczesnym świecie. Najpierw
należy się zastanowić, kto jest tym autorytetem. Pojawia się kolejny problem, bo jak słusznie
zauważono: w dziedzinie fizyki nawet naukowcy z NASA nie byli w stanie uspokoić ludzkości i nie
stanowili dla nich odpowiedniego wzoru. Większym zaufaniem - a na pewno popularnością - cieszyły
się tanie czasopisma czy wiedza zdobyta w Internecie. Czyżby dzisiejszy świat zupełnie zapomniał o
prawdziwych ideałach i wzorcach i nie był w stanie odnaleźć się w XXI wieku? Trudno odpowiedzieć na
te pytania, a właściwie: trudno przyznać się, że należałoby na nie odpowiedzieć twierdząco. Ostatnie
wydarzenia pokazują, że zachłysnęliśmy się możliwościami środków masowego przekazu i pogubiliśmy
w poszukiwaniu odpowiednich źródeł informacji. Łatwiej jest nam uwierzyć w to, co usłyszymy z ust
popularnego dziennikarza, który zazwyczaj jest pierwszą osobą, która przekazuje najnowsze ,,plotki”,
niż specjaliście, którego widzimy pierwszy raz w życiu. Może jedyny koniec świata, z jakim mamy tu do
czynienia, jest to koniec świata rozsądku i kultu myśli?
Warto zwrócić uwagę, że powracające zapowiedzi końca świata stają się już pewnym rytuałem
społecznym. Powracają co kilka lub kilkanaście lat, pełniąc funkcję pewnego urozmaicenia naszego
,,nudnego”, spokojnego życia. Nie można powiedzieć, że są dla nas przestrogą, budzą strach czy
niewyobrażalną panikę. Są raczej rozrywką, tematem żartów. Czesław Miłosz w utworze pt.:
,,Piosenka o końcu świata” przedstawia mało atrakcyjną wizję zagłady - ten dzień, według poety,
niczym nie różni się od wszystkich pozostałych. Wiersz kończy się słowami ,,Innego końca świata nie
będzie”. Wizja spokojnego biegu zdarzeń nie budzi żadnych emocji poza zdziwieniem i
rozczarowaniem. Miłosz zauważa: ,,A którzy czekali błyskawic i gromów, są zawiedzeni”. Tak! Wszyscy
bylibyśmy zawiedzeni, bo jeśli nasz świat (tak wspaniały, wielki, tworzony przez tyle lat i z takim
trudem) miałby się skończyć, to liczymy, że zrobiłby to z wielkim hukiem. Może więc powracające
,,proroctwa” o ,,wielkim końcu” nie tyle związane są z przekonaniem, że wszystko musi się skończyć,
ale z naszą niezgodą na to, by niepostrzeżenie zniknął. Jest więc to lęk przed uświadomieniem sobie
marności naszego życia i bezcelowości działań. W tym znaczeniu można potraktować koniec świata
jako symbol naszych największych fobii, obaw. Każdy z nas boi się czegoś innego, żałuje, że pewne
rzeczy zrobił lub przeciwnie, że na coś się nie odważył. Perspektywa zbliżającej się śmierci powoduje,
iż nagle wszyscy uświadamiają sobie wszystkie niewykorzystane szanse, zaniedbane sprawy,
odrzucone propozycje. W takim momencie ,,wracają” do nas przygnębiające historie. Koniec świata choć dla każdego oznacza coś innego, choć każdy z nas ma inną wizję tego wydarzenia i boi się go z
innych powodów - staje się impulsem (wspólnym dla całego społeczeństwa) do rozmyślań nad swoim
życiem i do podejmowania decyzji i działań, na które normalnie byśmy się nie odważyli.
Nie można też nie wspomnieć o tym, w jaki sposób mówiono o zbliżającym się końcu świata.
W świecie, w którym religia nie znaczy już właściwie nic, nie dotrzemy do ludzi przez proroctwa, przez
groźby i stylizowane na język biblijny wezwania do ludu. Teraz, kiedy największe znaczenie ma
technika, a książki i gazety zastępuje telewizja i Internet , by zwrócić na siebie uwagę społeczeństwa i
przekonać je do naszych racji musimy mówić językiem skrótowym, prostym, a jednocześnie takim,
który sugerowałby nasz profesjonalizm. Stąd wszystkie artykuły poświęcone tak irracjonalnemu
tematowi jak koniec świata, to przede wszystkim bogato ,,ozdobione” wypowiedziami specjalistów i
naukowców felietony , o raczej niskim poziomie artystycznym, które miały na celu zwrócenie uwagi
czytelnika (nie będącego ani znawcą językowym ani wybitnym fizykiem). Gdyby więc nawet sama
teoria o zbliżającej się zagładzie ludzkości nie była niedorzeczna i miałaby pewne poparcie naukowe,
to sam sposób, w jaki o niej mówiono (czy właściwie: rozpisywano się),dezawuuje ten temat i zniża go
do poziomu plotek o ostatniej nieudanej diecie jednej z celebrytek.
W sobotę 22 grudnia 2012 roku obudziłam się przed południem i oprócz typowego
zadowolenia z nadejścia weekendu nie czułam nic szczególnego. Nawet nie przyszło mi do głowy
wspomnienie o poprzednim dniu, w którym około godziny 10 rano miał nadejść (kolejny) koniec
świata. Dopiero po obejrzeniu porannych wiadomości przypomniały mi się (męczące już) żarty, jakie
do tej pory widziałam na popularnych portalach społecznościowych. Koniec świata nie nastąpił i
nawet przez chwilę tego żałowałam, uświadamiając sobie, ile pracy mnie czeka. Nie zmieniło się nic:
zaczynając od warunków klimatycznych i sytuacji społecznej na całym świecie, kończąc zaś na moich
poglądach i prywatnych planach. Czy 21 grudnia 2012 roku jest więc czymś godnym uwagi? Jest.
Przede wszystkim dlatego, że jest to kolejne zjawisko, które uświadamia nam, że nie umiemy żyć
inaczej niż w grupie. Wszystkie zachowania społeczne, o których mówiłam wcześniej (m.in.
,,rozprzestrzenianie się” plotek, złudzenia zbiorowe, typowe dla całego narodu cechy, wpływ środków
masowego przekazu na społeczeństwo) pokazują, że tak silnie jesteśmy przywiązani do egzystowania
w zbiorowości, iż wyrzekamy się na rzecz tego życia części swojego krytycznego myślenia i pozwalamy
się ,,ogłupiać” naszemu otoczeniu. Pojawia się pytanie: czy jest możliwe, żebyśmy zmądrzeli? Wydaje
się, że tak. Możemy spróbować zmienić sposób przekazywania informacji, ograniczyć dostęp do
wyrażania swoich opinii ludziom, którzy nie są specjalistami w danej dziedzinie, możemy, o czym już
wspominałam, wprowadzić nowe sposoby nauczania w szkołach, możemy usiłować ,,naprawiać”
naszą mentalność i kulturę. Rodzi się jednak inne- moim zdaniem o wiele ważniejsze- pytanie: czy
powinniśmy tak zrobić? W pierwszym momencie przychodzą na myśl same korzyści, ze znacznym
wzrostem świadomości społecznej na czele. Możliwe, iż pozwoliłoby to nam na podejmowanie
bardziej trafnych decyzji, co mogłoby z kolei polepszyć naszą sytuację. Ja jednak, nie chciałabym
rezygnować z całej tej ,,ogłupiającej”, ale za to tak pięknej mentalności i kultury polskiej. Nie wszystko,
co rozsądne i racjonalne niesie ze sobą taki ładunek emocjonalny jak impulsywne i instynktowne
zachowania. Można więc też zapytać, czy chcemy zmądrzeć? Może widzimy, ile krzywdy wyrządza
nam wiara w podobne teorie spiskowe, ale jest nam z tym wygodnie? Marek Aureliusz powiedział:
,,Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym
zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego”. Wydaje się, że
łatwiej jest żyć ze świadomością, że musimy przebywać w otoczeniu, z którym trzeba ,,się pogodzić”,
niż w tym, które możemy ,,zmieniać”. W ten sposób nie mamy poczucia winy, iż robimy za mało, nie
przejmujemy się tym ,,co by było gdyby”, w końcu łatwiej jest pogodzić się z ewentualnymi porażkami
i nieszczęściami. Ja nie widzę sensu, by w XXI wieku, mając dostęp do zdobyczy technologicznych, o
jakich jeszcze kilkanaście lat temu nie mogliśmy marzyć, przestać wierzyć w rzeczy nadprzyrodzone.
Czy w takim razie chodzenie do szkoły i nauka fizyki mają sens, jeśli łatwiej nam uwierzyć w słowa
jakiegoś ,,szarlatana”? Mają sens, bo właśnie one pozwalają nam zobaczyć pewien dualizm naszej
osobowości: z jednej strony człowiek wykształcony (względnie: świadomy), z drugiej zaś ktoś, w kim
ciągle tkwi wrażliwe dziecko, wierzące ufnie w czary i bajki. Może to nierozsądne, nieodpowiedzialne,
niedojrzałe, ale chyba nie przychodzimy na ten świat po to, by być mądrymi i nieszczęśliwymi, ale po
to, by w odpowiedniej wiedzy znaleźć szczęście. Dobrze wiemy, że aby stracić sens życia i aby
wszystko, na co pracowaliśmy i czego oczekiwaliśmy legło w gruzach nie potrzeba potopu, deszczu
siarki, trzęsienia ziemi, przemagnesowania Ziemi czy deszczu meteorytów. Wystarczy jeden człowiek,
nieszczęśliwy wypadek, jedno niespodziewane wydarzenie i okazuje się, że koniec świata przychodzi
bardzo cicho i nikt go wcale nie zapowiadał, nikt nie wyznaczył daty, nikt nie uprzedził. I w tym
właśnie tkwi cały ,,urok” końca świata: nic o nim nie wiemy- tylko tyle, że nadejdzie niespodziewanie.