Aldona Zaorska "Warszawska Gazeta"

Komentarze

Transkrypt

Aldona Zaorska "Warszawska Gazeta"
kraj
4-10 kwietnia 2014 r.
TU KUPISZ
NASZE
KSIĄŻKI
ALEKSANDRÓW ŁÓDZKI
Księgarnia Patriotyczna,
Wojska Polskiego 33
BYTOM
Księgarnia, plac Kościuszki
10
CHORZÓW
Księgarnia Powszechna
ul. Wolności 36
GDAŃSK
Księgarnia Ichtis ul. Piwna
19/21
KIELCE
• Księgarnia „Andrzej”,
Warszawska 6
• Centrum Książki Wiedza
ul.Paderewskiego 19/25
KRAKÓW
• Księgarnia Nasz Dziennik
ul. Starowiślana 49
• Księgarnia Akademicka
ul. Św. Anny 6
KROSNO
Antykwariat i księgarnia,
Portiusa 4
LIMANOWA
FPHU Akaz Suwenir,
Ks.L.Kowalskiego 3
LUBLIN
Księgarnia Uniwersytecka,
pl. M. Curie-Skłodowskiej 5
PŁOCK
Antykwariat Jerzy Załęski,
Jachowicza 30 A
POLICE
KUMI, ul.Piaskowa 84/7
POZNAŃ
Sursum Corda, Rynek
Łazarski 1
RACIBÓRZ
Księgarnia Oficyna Racibórz,
Obdrzańska 1
RYBNIK
Księgarnia Orbita, Rynek 12
SIERPC
Księgarnia Bonus
ul. Piastowska 8
STARACHOWICE
Pegaz, Staszica 7
SZCZECINEK
Fundacja Nasza Przyszłość,
Klasztorna 16
TARNÓW
Pan Tadeusz, Krakowska 47
WARSZAWA
• Nowy Ekran, Wiktorska
65/26Fundacja
Intermarium, Miła 24/5
• Księgarnia „Ministerium”,
Lipowa 4
• Stowarzyszenie Wolnego
Słowa”ul.Marszałkowska 7
• Księgarnia WIEJSKA 14,
ul. Wiejska14
Masz księgarnię, chcesz
sprzedawać nasze
książki i mieć promocję
w „Warszawskiej
Gazecie”,zadzwoń
22 339 05 41
Nie ma nas w Twoim mieście,
napisz do nas [email protected]
polskaksiegarnianarodowa.pl
39
Czas na prawdziwie polski instytut
filmowy bez gwiazdy w klapie
Wychodzi na to, że siedzące w Instytucie towarzystwo płaci swoim kumplom za robienie prymitywnych, kłamliwych, prostackich gniotów za podatki Polaków, zupełnie nie licząc się z tym, że być może wolą oni „Smoleńsk”
od antypolskiego „Pokłosia”. W efekcie w Polsce kryterium pozwalającym na
otrzymanie państwowej dotacji jest dziś antypolskość. A jeszcze lepiej od
razu Gwiazda Dawida w klapie marynarki i czerwony krawat na szyi.
Aldona Zaorska – Co łączy filmy takie,
jak: „Wyjazd integracyjny”, „Weekend”, „Sęp”
czy „Tajemnica Westerplatte”, oprócz tego,
że były wyjątkowo prymitywne i głupie?
To, że miliony wpompował w nie Polski Instytut Sztuki Filmowej. Ta sama instytucja do spółki z Amber Gold finansowała
także film o Lechu Wałęsie, którego tytuł
„Wałęsa. Człowiek z nadziei”, internauci natychmiast przechrzcili na „Wałęsa. Człowiek z teczki” oraz hojną ręką wsparła
antypolskiego, kłamliwego gniota „Pokłosie”. Potem usiłowała się z tego wycofać,
ale fakt pozostaje faktem. Kwotę 6 mln zł
dostał w 2011 r. film „Latająca maszyna”,
o którym wszyscy już dawno zapomnieli.
PISF płaci za puszczanie „bąków”
W tym roku instytucja ta odmówiła dofinansowania filmu „Smoleńsk”. Powód?
Podobno film jest „jednostronny”, a dialogi w nim są zbyt „patetyczne”. PISF nie
podobało się także zakończenie filmu,
w którym duchy zabitych w katastrofie smoleńskiej spotykają się w katyńskim lesie z duchami zamordowanych tam
oficerów, a wszystkich pokrywa mgła. Wygląda więc na to, że twórcy filmu powinni
wpleść w niego np. puszczanie „bąka”, jak
uczynił to w pierwszych scenach swego
filmu Cezary Pazura, reżyser „Weekendu”,
dofinansowanego kwotą 1,5 mln zł. Ewentualnie pójść w ślady twórców filmu „Tajemnica Westerplatte”. Polacy zostali
w nim pokazani jako zgraja pijaków i degeneratów liżących pornograficzne karty,
dowodzonych przez człowieka mającego
zwidy. Jak więc pokazuje praktyka dotacji, słowo „Polski” przy nazwie Instytutu
jest co najmniej pomyłką. Próżno wśród
wspieranych przez niego produkcji szukać filmów „polskich”. Instytut hojnie za to
wspiera pokazywanie kłamliwego obrazu
naszego kraju, historyczne fałszerstwa
(patrz: „Wałęsa…” czy najnowszy gniot
w reżyserii Roberta Glińskiego „Kamienie
na szaniec”, decyzją dyrektora Instytutu
dofinansowany kwotą 3 mln zł) i upokarzanie widza prymitywizmem, chamstwem i pseudopornografią. Być może,
gdyby Krauze zaproponował w swoim filmie sceny ostrego pijaństwa albo orgię na
pokładzie lecącego do Smoleńska Tupolewa, ewentualnie jakieś sceny ukazujące
śp. Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących
mu księży jako zgraję antysemitów, dostałby pieniądze.
Jakie pojęcie o patriotyzmie mają
lewaki?
Jak PISF dzieli kasę? Według informacji na jego własnej stronie dzieli ją 6 trzyosobowych komisji. Filmy przez nie
zaopiniowane przechodzą ostateczną weryfikację przewodniczących wszystkich
komisji. Swoją pulę ma też dyrektor PISF
Agnieszka Odorowicz. „Smoleńsk” przeszedł do drugiego etapu i w nim „poległ”. Za dofinansowaniem jego produkcji
opowiedział się tylko Sylwester Chęciński – twórca kultowych „Samych swoich”.
Przegłosowali go: Anna Kazejak-Dawid,
Sławomir Fabicki, Jerzy Skolimowski, Jerzy
Stuhr oraz Grzegorz Łoszewski (reprezentujący Roberta Glińskiego). Anna Kazejak-Dawid to typowa „młoda, wykształcona”.
Urodzona w 1979 r. nie ma za wielu sukcesów, stara się więc przypodobać lewackiemu towarzystwu, które w Instytucie
siedzi. Nic dziwnego, że wsparcia „Smoleńskowi” odmówił przedstawiciel Glińskiego – reżysera, który zgarnął miliony na
pohańbienie bohaterstwa Szarych Szeregów (Gliński najwyraźniej wiedział, kogo
wskazać). I nic dziwnego, że wsparcia odmówił filmowi żarliwy wyznawca PO, Jerzy
Stuhr, który już wcześniej zapytany o przyjęcie roli w „Smoleńsku” odpowiedział,
że nie wystąpiłby „w widowisku kłamliwym historycznie” (gorąco popierał jednak kłamliwą „Tajemnicę…”). Szkoda, że
odmowy występowania w kłamstwach
nie nauczył swego synalka, który zagrał
w „Pokłosiu”, a potem opowiadał idiotyzmy o dzieciach przywiązywanych przez
Polaków do tarcz oblężniczych pod Głogowem. Cóż, widać taka to już rodzinka:
film szkalujący Polaków – tak, film propolski – nie. Jerzy Skolimowski, jako gorący zwolennik „Krytyki politycznej”, też
nie mógł poprzeć filmu o tematyce, której „Krytyka” nie znosi. To przecież „Krytyka”
przechowywała w swoim lokalu uzbrojenie bandytów z Niemiec, którzy 11 listopada atakowali grupy rekonstrukcyjne
w polskich mundurach. Skolimowski jakoś się po tym od niej nie odciął i jej nie
potępił. Sławomir Fabicki z kolei stworzył
film „Męska sprawa”, pokazujący biedną
rodzinę jako patologię. Najwyraźniej
film, w którym patologii nie ma, nie przypadł mu do gustu. Czy wobec tych faktów kogoś jeszcze dziwi decyzja owego
gremium?
Odorek wokół Odorowicz
Na czele PISF stoi od lat Agnieszka Odorowicz. Pani ta zasłynęła z przyjęcia pod
dach swojego krakowskiego mieszkania SLD-owskiego ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego (nigdy się tego nie
wyparła, chociaż odmówiła autoryzowania wypowiedzi na ten temat, twierdząc,
że dotyczy ona jej życia prywatnego).
Potem Odorowicz została wiceministrą (oczywiście wspólne zamieszkiwanie z ministrem nie miało z jej awansem
nic wspólnego). A ze stołka wiceministra
był już tylko krok do fotela dyrektora Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (o tyle
lepszego od ministerialnego, że wyciągnąć go spod siedzenia Odorowicz praktycznie nie można), na który powołał
ją – co za niespodzianka – Waldemar Dąbrowski. Dziwnym zbiegiem okoliczności
w tzw. międzyczasie mieszkanie Odorowicz przeszło gruntowny remont, w ramach którego pojawiła się w nim np.
luksusowa, dwuosobowa wanna z hydromasażem. Według doniesień „Rzeczpospolitej” za wannę miał zapłacić Instytut
Sztuki, hojnie dofinansowany przez ministra Dąbrowskiego, a zatem z publicznych
pieniędzy. Minister obiecywał komisyj-
nie wyjaśnić, jak to z wanną było, ale nie
wyjaśnił. Również red. Lisiecki, który wyniuchał odorek dobywający się z wanny
pani Odorowicz, szybko przestał dalej węszyć. Zaraz potem doszło do zmiany rządu
i ministra Dąbrowskiego zastąpił Michał
Ujazdowski, zwany przez złośliwych „Budyniem”. Obiecywał on, że swoim niezawodnym nosem wywęszy, jak to z wanną
było, a nawet, że powoła specjalną komisję (wychodząc z założenia, że co parę nosów to nie jeden). Ale szybko najwyraźniej
machnął ręką na wannę Odorowicz i zajął się tym, co politycy lubią najbardziej,
czyli niczym szczególnie produktywnym.
Co ciekawe, w czasie, gdy Ujazdowski
obiecywał wyjaśnić, jak to z wanną było,
równie interesujące rzeczy, jak wokół luksusowego sanitariatu, działy się wokół
jego właścicielki. Okazało się, że zastępcami Odorowicz w Instytucie byli: słynny
w „kulturze” komuch Jacek Fuksiewicz
(nadzorujący sprawy programowe polskiej produkcji filmowej) i Jacek Wilczyński
jako dyrektor d/s upowszechniania kultury filmowej. Podobno to jego brat osobiście montował w krakowskim gniazdku
Odorowicz wannę, żeby nocujący u niej
goście nie odczuwali jakiegoś dyskomfortu. Oczywiście to, że obaj bracia Wilczyńscy kręcili się koło Odorowicz, to był
czysty (nomen omen) przypadek. I tylko
jacyś złośliwi zazdrośnicy plotkowali, że
Dąbrowskiego w wannie Odorowicz zastąpił Ujazdowski. A że minister i szefowa Instytutu dogadywali się idealnie?
Cóż, po prostu mieli podobne spojrzenie na sztukę. Wręcz musieli współpracować, żeby jakoś zmusić naród do przyjęcia
ich gustów. A że się nawzajem medialnie dopieszczali, to już tylko efekt podobnego spojrzenia na świat. Wanna nie miała
z tym nic wspólnego. Zwłaszcza, że Ujazdowskiego polityka ministerialna przeżuła
i wypluła, a Odorowicz została. Dziś nawet
nie udaje swojej apolityczności, gorąco
wspierając lewacki (wręcz komuchowaty)
Kongres Kobiet. Na potencjalną krytykę
jej fani mają jeden argument – Odrowicz zarządza „tylko” państwowymi dotacjami, więc w przeciwieństwie do takich
np. księży ma prawo ostentacyjnie demonstrować swoje przekonania polityczne. Wszyscy już tak do tego przywykli,
że unoszący się nad nią odorek nie przeszkadza kolejnym ministrom, nie mówiąc
już o członkach PISF. Co prawda, nasila
się co jakiś czas przy okazji kolejnych nietrafionych dotacji, ale gdy ktoś wystąpi
z pretensjami, rzecznik Instytutu ucina je
krótko, mówiąc zazwyczaj, że tenże się
pomylił. W końcu nikt nie jest nieomylny.
Skoro nawet członkowie Amerykańskiej
Akademii Filmowej przyznawali Oscary
bez oglądania filmów, to tacy członkowie
komisji w PISF też tak mogą. A poza tym
o gustach się nie dyskutuje i jeśli jakaś początkująca reżyserka uzna, że puszczanie
bąków jest kulturą wysoką – to jest. Wygląda więc na to, że siedzące w Instytucie towarzystwo płaci swoim kumplom za
robienie prymitywnych, kłamliwych, prostackich gniotów z podatków Polaków,
zupełnie nie licząc się z tym, że być może
wolą oni „Smoleńsk” od antypolskiego „Pokłosia”. W efekcie w Polsce wyznacznikiem
do otrzymania państwowej dotacji jest
dziś antypolskość. A jeszcze lepiej od razu
gwiazda w klapie marynarki i czerwony
krawat na szyi.

Podobne dokumenty