Jak to z SARn¹ by³o

Komentarze

Transkrypt

Jak to z SARn¹ by³o
O studiach wy¿szych mniej powa¿nie
¬
Na jakimœ zebraniu, jak pamiêtam, pytano obecnych: Ilu
pochodzi ze wsi? Ilu z rodzin posiadaj¹cych poni¿ej 5 hektarów ziemi? Poni¿ej 20 hektarów? – i wreszcie: Powy¿ej tej
wartoœci? W odpowiedzi na ostatnie pytanie podnios³a siê tylko jedna rêka – przewodnicz¹cego ko³a ZMP.
***
Dwóch naszych kolegów mia³o pokój w Bratniaku, na pierwszym piêtrze, nad sto³ówk¹. Ka¿demu z nas by³o wygodnie po
obiedzie wpaœæ do nich, posiedzieæ i pogadaæ. Niekiedy odwiedziny takie przeci¹ga³y siê, zw³aszcza je¿eli po po³udniu nie
by³o zajêæ lub akurat wypada³o jakieœ „okienko” pomiêdzy
wyk³adami. Dla mieszkañców pokoju te wizyty by³y bardzo
uci¹¿liwe. Wywieszali wiêc napisy, takie jak: „Za³atw sprawê i
¿egnaj”, czy „Nie zabieraj kolegom czasu”. By³y one zupe³nie
nieskuteczne. Ka¿dy goœæ uwa¿a³, ¿e has³a te jego osobiœcie
nie dotycz¹, bo przecie¿ on jest zbyt z¿yty z gospodarzami.
***
W sto³ówce bardzo czêsto odbywa³y siê zabawy. W czasie
karnawa³u w ka¿d¹ sobotê. Cieszy³y siê one dobr¹ renom¹ nie
tylko wœród studentów Politechniki, lecz tak¿e i innych uczelni
i m³odzie¿y pracuj¹cej. Na ogó³ trwa³y a¿ do bia³ego rana. Gdy
sala siê zape³ni³a, drzwi zamykano i nikogo wiêcej nie wpuszczano. Kiedyœ nasz kolega Krzysztof spóŸni³ siê i nie zosta³
wpuszczony. A mia³ straszn¹ ochotê na zabawê, która odbywa³a siê tu¿, tu¿ za zamkniêtymi drzwiami. S³ychaæ by³o muzykê,
weso³e g³osy i krzyki. Obszed³ Bratniak wokó³ i nic. Wszystkie
drzwi i okna dobrze pozamykane. Spojrza³ w górê i przypomnia³ sobie kolegów z pierwszego piêtra. Stan¹³ pod ich oknem
i zacz¹³ wo³aæ: „Andrzej! Andrzej!” Mia³ szczêœcie, bo Andrzej
by³ w pokoju, wychyli³ siê z okna i zapyta³:
– Czego chcesz?
– Pomó¿ mi jakoœ dostaæ siê na górê.
– Zaczekaj! Wezmê jakiœ pasek i pomogê ci siê wskrobaæ tu
po rynnie.
Po chwili Krzysztof wdrapywa³ siê do góry, podci¹gany na
pasku, ale mu to jakoœ nie sz³o. By³ doœæ têgi, a ponadto musia³
bardzo uwa¿aæ na odœwiêtny garnitur, za³o¿ony na zabawê. Po
chwili zastanowienia postanowi³ zdj¹æ garnitur i podaæ go Andrzejowi. I tak zrobi³. Andrzej wci¹gn¹³ ubranie na górê, zacz¹³
siê œmiaæ i powiedzia³: „Dobrze! PrzyjdŸ jutro po odbiór”.
Krzysztof stan¹³ bezradnie i próbowa³ protestowaæ, ale w³aœnie
teraz jakieœ towarzystwo obchodzi³o budynek, szukaj¹c tak¿e
mo¿liwoœci dostania siê na zabawê. Krzysztof w bieliŸnie schowa³ siê w jakichœ zakamarkach. Po chwili wróci³ i wo³a³ b³agalnie: „Andrzej! Andrzej!”. A Andrzej stercza³ schowany za firank¹ i kona³ ze œmiechu. Co chwilê ktoœ obchodzi³ budynek i
co chwilê Krzysztof musia³ siê chowaæ, by znów wyjœæ z ukrycia i wo³aæ b³agalnie: „Andrzej! Andrzej!”. Po pewnym czasie
Andrzej zlitowa³ siê i odda³ mu garnitur, a Krzysztof, maj¹c ju¿
doœæ zabawy, wróci³ do domu.
***
Na egzaminie profesor-staruszek zada³ studentce pytanie: „Co
wie pani o motylu?”. Ta wyg³osi³a wszystko, co na ten temat
wiedzia³a. Profesor tymczasem podpar³ g³owê rêk¹, zmru¿y³
oczy i s³ucha³. Gdy zdaj¹ca umilk³a, profesor podniós³ g³owê i
zada³ to samo pytanie. Po czym zmru¿y³ oczy i znów s³ucha³.
Gdy ta zdziwiona wyrecytowa³a to samo, profesor podniós³ g³owê i powiedzia³: „A, skoñczy³a pani. Dobrze! To w takim razie
zadam pani jeszcze jedno pytanie. Proszê powiedzieæ wszystko, co pani wie o motylu”. Zdziwiona studentka znowu powtórzy³a swoj¹ odpowiedŸ. Profesor uwa¿nie wys³ucha³ i oœwiadczy³: „O motylu to w³aœciwie pani nic nie wie. Ale poniewa¿
odpowiedzia³a mi pani dobrze na poprzednie dwa pytania, to
stawiam ocenê dobr¹”.
***
M³oda mama z niemowlêciem na rêku wraca³a póŸno tramwajem do domu. Dziecko strasznie p³aka³o, a matka wiedzia³a,
¿e po prostu by³o g³odne. Rozejrza³a siê dooko³a. Pusto. Ludzi
prawie nie by³o, tylko jakiœ student w pobli¿u. Postanowi³a nakarmiæ dziecko i zrobi³a to, a ono z miejsca siê uspokoi³o. Student odezwa³ siê po chwili: „Wie pani co? To dziecko bardzo
mi siê podoba. Czy móg³bym z nim wypiæ bruderszaft?”.
Tadeusz Witalewski
Absolwent Politechniki Gdañskiej
Jak to z SARn¹ by³o...
By³ sobie SAR. Magiczny punkt na planie miasta – miejsce niezwyk³e i œwiête ... Gdy dziœ duchem ju¿ tylko przemierzam fantomy niegdysiejszego SARowskiego terytorium, wci¹¿ czujê
jego magiczn¹ aurê, jak¹ przez ponad 30 lat stwarza³ tu „genius
loci". Snuj¹c siê po pomieszczeniach, s³yszê brum lampowych
wzmacniaczy w amplifikatorni, dyskretn¹ ciszê ma³ego i du¿ego studia („ciszê wyrzeŸbion¹ s³owem"), czujê zapach dewetonu. Za zielonymi drzwiami czerwone œwiate³ko oznaczaj¹ce
„Cisza. Nagranie" prowadzi mnie do re¿yserni, gdzie stoi niebieska konsoleta i takie¿ magnetofony przykryte troskliwie pasiastymi pokrowcami (uszytymi w³asnorêcznie przez SARman-
str. 3
ki). Dalej redakcja – miejsce niejednej burzy mózgów i azyl dla
waletów. Potem oaza spokoju – taœmoteka, w której przez lata
zgromadzono ponad 2 tysi¹ce taœm (pieczo³owicie montowanych, opisywanych i katalogowanych przez kilka pokoleñ SARowców). Wreszcie punkt strategiczny – pokój Redaktora Dy¿urnego, gdzie krzy¿owa³y siê œcie¿ki wszystkich Agentów. Nad
wys³u¿onym biurkiem i wielofunkcyjn¹ centralk¹ telefoniczn¹
górowa³a „œciana pamiêci", miejsce eksponowania rozmaitych
trofeów i laurów. Na koñcu pomieszczenie szczególne – klub
nazwany przekornie „Dlaczego NIE?!", w którym dzia³y siê
rzeczy, o jakich nawet zawodowym filozofom wczeœniej siê nie
œni³o (a by³o ich w SARze dwóch: Stefan Zabieglik i Andrzej
Leszczyñski). Nad tym wszystkim unosi³ siê ponadczasowy
DUCH SARu – niewidzialny, ale za to s³yszalny i magnetycznie przyci¹gaj¹cy do akademikowych g³oœników.
PISMO PG
Redaktor dy¿urny przyjmuje telefony od s³uchaczy (1977)
Jako studentka I roku Wydzia³u Chemicznego PG s³ucha³am go z fascynacj¹ od 1972 r. Podziwia³am radiowe
g³osy lektorów: Barbary Knot, Marii D¹browskiej, Waldemara Sza³tynisa. Z ciekawoœci¹ s³ucha³am audycji Miry
Urbaniak, Mieczys³awa Welke, Jacka Czury³o, Tadeusza
Buraczewskiego, tajemniczego Chocholaka – jak¿e innych
od ówczesnych oficjalnych programów dla m³odzie¿y,
otwieraj¹cych zupe³nie nowe obszary œwiadomoœci i wyobraŸni. Zasypiaj¹c przy „Wierszach na dobranoc", nieœmia³o marzy³am, ¿e mo¿e kiedyœ i ja wybiorê siê TAM i
spróbujê swych si³. D³ugo nie mog³am siê zdecydowaæ, a¿
przyszed³ mi z pomoc¹ los. Pewnego grudniowego wieczoru s¹siadka z tego samego piêtra w DS 5, wspomniana
ju¿ Marysia (zwana Mary, obiekt westchnieñ mêskiej czêœci za³ogi) poprosi³a mnie o 21.40, abym posz³a do SARu
(nie mog³a siê dodzwoniæ) i zawiadomi³a , ¿e ona ma postêpuj¹c¹ anginê i nie mo¿e poprowadziæ wieczornego programu. Pobieg³am wiêc szybko (bo mia³ siê zacz¹æ o 22.00)
i zadyszana wpad³am do ówczesnego programowca Romana Ga³êdka (zwanego Romeo, obiektu westchnieñ damskiej czêœci za³ogi ). Zameldowa³am o sytuacji, na co obiekt:
„no to ty poprowadzisz". „Ja?!!!" – z przera¿enia prawie
straci³am g³os. „S³uchasz naszego programu?" „No tak,
ale..." Zanim zd¹¿y³am skutecznie zaprotestowaæ, Romeo
wcisn¹³ mi do rêki teczkê z serwisem wiadomoœci i zaci¹gn¹³ do studia spikerskiego, mówi¹c: „nic siê nie bój, bêdê
ci podpowiada³". Znowu nie mog³am zaprotestowaæ, bo ju¿
realizator zza szyby dawa³ znak: „Uwaga! Zaraz wchodzimy!". Po chwili zapali³o siê czerwone œwiate³ko i zabrzmia³
znajomy sygna³. Nie by³o ratunku – „wpuszczona w kabel"
wziê³am g³êboki oddech i zapowiedzia³am: „Tu Studencka
Agencja Radiowa!". Potem wszystko potoczy³o siê nadspodziewanie g³adko, bez jednego zaj¹knienia (na szczêœcie jako wierna s³uchaczka „ramówkê" zna³am na pamiêæ,
a dykcjê æwiczy³am wczeœniej na konkursach recytatorskich). Ga³êdek nie kry³ zdziwienia, ¿e mój debiut „antenowy" odby³ siê bez ¿adnej wpadki i zaproponowa³: „to zostañ i wpisz siê do grafika dy¿urów". Wiêc zosta³am – na
ponad 10 lat ... Pracowa³am w sekcji spikerskiej, póŸniej
lektorskiej („daj¹c g³os" w s³uchowiskach i czytaj¹c zakazane powieœci w odcinkach). By³am te¿ gospodarzem programów popo³udniowych i wieczornych, nastêpnie kieroPISMO PG
wa³am redakcj¹ publicystyki (specjalizowa³am siê w „Dyli¿ansach aktualnoœci") i zosta³am cz³onkiem Kolegium
Redakcyjnego. Ju¿ na SARowskiej emeryturze funkcjonowa³am jako walet dy¿urny, a potem „Ciotka".
„Ciotka" by³a funkcj¹ prawie honorow¹, natomiast walet mia³ wiele odpowiedzialnych zadañ, m.in. wstawanie w
œrodku nocy na „przebudzanki" o 6.30 – program dla tych,
którzy musieli zd¹¿yæ na zajêcia o 7.15, szczególnie na
„wojsko". Zazwyczaj na wpó³ œpi¹cy jeszcze dy¿urny po
sygnale wykrzykiwa³ jednym tchem w mikrofon: „ktoranowstaje/temuSARnadaje". Na dowód tego „zapuszcza³"
swojskiego hita „Jak dobrze wstaæ skoro œwit" (po czym
po³owa s³uchaczy wstawa³a, aby wy³¹czyæ g³oœniki) albo
elektryzuj¹cego Mayalla lub te¿ inny „czad". Najskuteczniejszym „budzikiem" by³ jednak „puszczany na ca³¹ parê"
sygna³ 1 kiloherca (1 kHz) – po czymœ takim nie mogli spaæ
nawet ci w stanie „pomrocznoœci jasnej" ... Tak codziennie
budzony jeden z naszych s³uchaczy d³ugo zastanawia³ siê,
co to za sarna – co robi w radiu, co daje i dlaczego? Dopiero kilka lat póŸniej, kiedy zosta³ Redaktorem Naczelnym (by³ to Zbyszek Œwirkowicz) odwa¿y³ siê zapytaæ, jak
to z t¹ SARn¹ by³o ...
A by³o tak:
Myli siê ten, kto s¹dzi, ¿e SAR by³ tylko fajn¹ „zabaw¹
w radio". Swoj¹ pracê traktowaliœmy bardzo powa¿nie.
Poprzeczkê stawialiœmy wysoko – wszystko mia³o byæ jak
w „prawdziwym radiu" (biada temu, kto oœmieli³by siê nazwaæ SAR radiowêz³em!). I by³o... Osi¹galiœmy to ogromnym wk³adem czasu i energii, nikt jednak nie ¿a³owa³ nieprzespanych nocy, sobót i niedziel poœwiêconych na dzia³alnoœæ w Agencji. Dla jednych by³a to ekscytuj¹ca przygoda, dla innych trampolina do dalszej kariery, dla wielu
sposób na ¿ycie – ¿ycie z pasj¹ (ci zostawali najd³u¿ej).
Stanowiliœmy samowychowuj¹c¹ siê grupê, w której obowi¹zywa³y okreœlone (pisane i niepisane) prawa, które egzekwowaliœmy bez ¿adnej taryfy ulgowej. Uczyliœmy siebie
nawzajem zasad dobrej roboty – nie tylko radiowej. Wszelkie bzdety – zarówno myœlowe, jak i techniczne (hafty,
pasztety, kaszany, gnioty, badziewie itp.). by³y surowo
Wóz reporterski SAR na pochodzie 1-majowym (1979)
str. 4
têpione. Zgodnie z SARowsk¹ przekor¹ obowi¹zywa³a leninowska (tak!) zasada: „lepiej mniej, ale lepiej".
Owa przekora (a nawet przewrotnoœæ) objawia³a siê
czêsto niepokornym stosunkiem do rzeczywistoœci lat 70.
(zw³aszcza okresu „póŸnego Gierka"). By³ to czas rozkwitu
kontrkultury – funkcjonuj¹cego ¿ywo w „drugim obiegu" nurtu opozycyjnego wobec propagandy sukcesu, nachalnie lansowanej przez oficjalne media i agendy kultury. SAR i jemu
podobne studenckie radia mia³y swój znaczny udzia³ w upowszechnianiu tej twórczoœci. Naszymi idolami nie by³y wszak
gwiazdy PRLowskiej estrady (których „puszczanie na antenie" by³o zabronione!), lecz Bellon, Kelus, Kleyff, Kofta, Kaczmarski, a tak¿e Cohen, Okud¿awa, Wysocki. Szczególnie skuteczn¹ odtrutk¹ na „rzeczywistoœæ medialn¹" by³y piosenki
Kleyffa, który demaskowa³ „kto szczu³ i co by³o grane", otwiera³ oczy na manipulacje „zawodowych patriotów", poucza³
„ogl¹dajmy, wypatrujmy/pamiêtajmy, przechowujmy", a przy
tym inteligentnie bawi³. Wszystko to owocowa³o – SAR sta³
siê szko³¹ samodzielnego myœlenia, uczy³ uwa¿nego obserwowania œwiata, kszta³towa³ postawy, pomaga³ okreœliæ ¿yciow¹ filozofiê. Chcieliœmy wiedzieæ i widzieæ wiêcej. Jedni za
Woln¹ Grup¹ BUKOWINA mówili górnolotnie: „A ty – ty wy¿ej
b¹dŸ i dalej/ni¿ ci, co siê wyzbyli marzeñ", inni woleli cohenowski luz w stylu „like a bird on the wire", jeszcze inni powtarzali
przekornie za Panem Jankiem: „jeden ma dyplom, a drugi coœ
umie". A kiedy przysz³o dokonywaæ istotnych ¿yciowych wyborów, wielu deklarowa³o za Kleyffem: „nie fetysz granic mnie
tu trzyma/lecz miejsca, a w tych miejscach przyjaŸñ" (wkrótce zacz¹³ nawo³ywaæ Kaczmarski: „Budujcie arkê przed potopem!").
Podobne wartoœci lansowa³y prawie wszystkie studenckie
radia, z którymi SAR utrzymywa³ kontakty. Powsta³a wtedy
sieæ tych „stacji" by³a licz¹c¹ siê si³¹ w ówczesnym ruchu
studenckim. Spotykaliœmy siê na ogólnopolskich obozach,
braliœmy udzia³ w obradach Sejmików „studenckich radiotów". Przewa¿nie jeŸdzi³a ekipa w sk³adzie: Pan Janek, Janosik, Mudrut, Nowak, Miel, Ewelina i ja. Dyskutowaliœmy o zadaniach, misjach i priorytetach tak ¿arliwie (a czasem za¿arcie), jakby chodzi³o co najmniej o racjê stanu, a nie o racje
programowe. Do rzeczywistoœci przywo³ywa³ nas trzeŸwy g³os
Pana Janka, który zadawa³ swoje ¿elazne pytanie: „A co z
kultur¹?". Wa¿nym ogniwem w ³añcuchu wzajemnych kontaktów by³y te¿ „goœcinne wystêpy" – wizyty w zaprzyjaŸnionych oœrodkach, podczas których prezentowaliœmy swój program z najlepszymi wybranymi audycjami. Najwiêksze wra¿enie robi³y zawsze „Grudniowe ogrody piosenki" (poœwiêcone pamiêci Grudnia ’70). Po emisji zwykle zapada³a g³êboka
cisza. A po programie w redakcyjnych pokojach toczyliœmy
d³ugie „nocne Polaków rozmowy"...
Dziêki temu SAR by³ znany i uznany w ca³ym œrodowisku
akademickim (czasem nawet wydawa³o siê nam, ¿e to Politechnika jest przy SARze, a nie na odwrót...) G³os SARowców by³ uwa¿nie s³uchany, zw³aszcza na forum Gdañskiego
Klubu Dziennikarzy Studenckich, który w tamtych latach by³
znacz¹c¹ organizacj¹. Równie¿ towarzysko SAR nadawa³
ton. Zaproszenie na nasze imprezy nobilitowa³o, a czerwona
str. 5
legitymacja i magnetofon z nalepk¹ SAR otwiera³y ka¿de
drzwi (od proboszcza po sekretarza KW). Nasze ekipy dociera³y wszêdzie, gdzie dzia³o siê coœ wa¿nego w studenckim
œwiatku. Staraliœmy siê nagrywaæ wszystko, co by³o wartoœciowe – szczególnie w kulturze studenckiej, która rozkwita³a wówczas bogactwem najrozmaitszych form i treœci. Dziêki temu zgromadziliœmy unikatow¹ (i jedn¹ z najwiêkszych w
kraju) dokumentacjê dŸwiêkow¹ – ponad 20 tysiecy nagrañ.
Z zasobów naszego archiwum korzysta³y nierzadko profesjonalne rozg³oœnie. Utrwalaliœmy bowiem nie tylko to, co
œpiewa³ „studencki ludek". Dziêki pasjonatom muzycznym
SAR nad¹¿a³ tak¿e za tym, co gra³o siê na œwiecie. Na przypomnienie zas³uguje s³awetna wyprawa do Londynu dwóch
„agentów JC" (Jacka Czury³o i Janka Ceg³y), którzy w 1974 r.
jako „dzia³acze SAR" zdobyli cenne promesy w kwocie 10
dolarów. Uda³o im siê zobaczyæ kultowe ju¿ wtedy musicale
„Hair" i „Jesus Christ Superstar", co sprawi³o, ¿e wracali w
glorii jak bohaterowie. Oprócz wra¿eñ (które opowiadali przez
miesi¹c) przywieŸli te¿ bezcenne wówczas p³yty z nagraniami, które lansowaliœmy przez kilka miesiêcy i które wkrótce
sta³y siê przebojami. Nie bez powodu te¿ przez dwa lata program SAR koñczy³ siê hymnem amerykañskiej m³odzie¿y epoki
posthippisowskiej – songiem „We shall overcome" œpiewanym przez Joan Baez. Wolnoœciowe i postêpowe idee, o które
wówczas walczy³a studencka braæ na ca³ym œwiecie, znajdowa³y rezonans i na naszej „antenie". Chyba te¿ jako pierwsi w
Polsce nadaliœmy w kilkanaœcie minut po us³yszeniu komunikatu o œmierci Lennona godzinny program poœwiêcony jego
pamiêci (na bazie nagrañ z naszej taœmoteki).
Niepowtarzalny klimat SAR tworzy³y te¿ obyczaje i tradycje, z których ka¿da to temat na oddzielne opowiadanie.
Fantazja i pomys³owoœæ Agentów przejawia³a siê w wielu niekonwencjonalnych formach. By³y to miêdzy innymi:
– kostiumowe „choinki" (zamiast akademii „ku czci"),
– ¿ywy „wóz reporterski" SAR, który wzbudza³ sensacjê
podczas pochodów 1-majowych (przepuszcza³y go nawet
miejskie autobusy, zw³aszcza podobno wtedy, kiedy to ja „robi³am za zderzak"),
– zwijanie „kalafiora" (biliœmy w tej kategorii rekordy, które dziœ mo¿na by wpisaæ do Ksiegi Guinessa),
– SARowiska w Babie Jadze nad Nariami,
– okolicznoœciowe happeningi w klubie „Dlaczego nie?!",
– tradycyjne wigilie, podczas których szczególnie by³o widaæ nasz¹ s³ynn¹ rodzinnoœæ. SARmani przyprowadzali swoje
dziewczyny, a czasem przychodzi³y te¿ osoby spoza SARu,
zwabione opowieœciami o niezwyk³oœci tego miejsca. Staraliœmy siê, aby wszystko by³o „jak w domu", zawsze wiêc by³
op³atek i bia³y obrus (z przeœcierade³ oczywiœcie), prawdziwa
choinka i kolêdy, barszcz i karp. W latach chudych by³ to
„karp a la Leszcz", w t³ustych „karp a la Miel" (raz nawet
Miel wyst¹pi³ osobiœcie w tej zaszczytnej roli ). W ciê¿kich
czasach stanu wojennego karp zosta³ zrobiony z tektury,
ale za to mia³ prawdziw¹ cytrynê w pysku! Zawsze te¿ odwiedza³ nas œwiêty Miko³aj – obowi¹zkowo z brod¹ (w tej roli
niezast¹piony by³ Krzyœ Nowicki). Obdarowywa³ wszystkich
prezentami za symboliczna z³otówkê, ale za to „z jajem", które
PISMO PG
polega³o na niezwyk³ym zastosowaniu przedmiotów ca³kiem
zwyk³ych, zgodnie z za³¹czonymi dowcipnymi instrukcjami.
Ile¿ by³o przy tym œmiechu, radoœci i wzruszeñ! I poczucia
wielopokoleniowej wspólnoty, któr¹ podtrzymywaliœmy przez
lata. PóŸniej listonosz (czêsto zdziwiony) przynosi³ widokówki
z wakacyjnych woja¿y, zaadresowane: Kochana Mamuœka
Studencka Agencja Radiowa ...
Ech, ³za siê w uchu krêci...(no to se u¿ ne vrati, Pane Janku). Nie sposób spisaæ wszystko, co sta³o siê przez lata
legendarn¹ „neverending story". Ale chyba mogê odetchn¹æ
i powtórzyæ za olsztyñsk¹ Grup¹ NIEBO:
„A jednak po nas coœ zostanie,
co czas zatrzyma na chwilê..."
Potêga uczucia
To dla Pani
El¿bieta Pietkiewicz-Kulas
Biblioteka G³ówna
Tego ci serce nigdy nie wybaczy,
Za ból w mej piersi k³amstwem zadany.
Przez dni czterdzieœci trwa³am w rozpaczy,
I pokój zala³am ³ez têsknotami.
To dla Pani! Dla Pani!? Tak!
Wiem – Pani nie wierzy.
Ten Pani gust – ten smak,
I ta suknia co tak piêknie le¿y.
Wiem. – Pani Ÿle myœli o mnie.
Nie, ja nie zaczepiam. Broñ Bo¿e!
Piszê odwa¿nie i przytomnie,
I jestem w dobrym humorze.
Ty nie wart by³eœ czystej mi³oœci,
Mego oddania, s³odyczy, szczeroœci.
A by³am twoj¹ ró¿¹ wœród kwiatów,
W mych oczach barwê widzia³eœ b³awatów,
Wielbi³eœ s³odycz warg rozca³owanch,
Nikt nie by³ nigdy jak ty, tak kochany,
Ten ból jak kolec cierni mnie rani,
Wybaczyæ nie mogê. Lecz szukam w otch³ani,
Gdzie jesteœ ? Poœród gwiazd miliona?
Jestem zakochana. A tak zawiedziona.
I nie wiem po co to g³upie wyznanie?
Bo we mnie mieszka – w Tobie z a k o c h a n i e.
Pani mi siê podoba! – Po prostu.
Czy to jest nietakt? Czy grzech?
Zwierzam siê ot tak – prostu z mostu,
Bo lubiê tê buziê, ten œmiech.
Wszystko mi siê podoba – niestety,
Odczucie to wielokrotne,
No, bo jak nie dostrzec kobiety,
Gdy wszystko w niej takie zalotne.
Marek Biedrzycki
Dzia³ Wspó³pracy z Zagranic¹
***
Odeszli koledzy i przyjaciele.
Smutnie bi³y dzwony na wie¿y w koœciele,
Obwieszczaj¹c koniec ich ziemskich zamarzeñ,
I smutne choæ w kwiatach by³y o³tarze.
Czerñ na niewieœcichi g³owach królowa³a,
A cisza smutek ³z¹ malowa³a.
Te ³zy gorzkie co z oczu kapa³y,
Ziemiê têsknot¹ na wskroœ przes¹cza³y.
Odeszli koledzy i przyjaciele.
Dni szare minê³y i barwne niedziele.
A krzy¿e zosta³y jako wspomnienie,
I ku pamiêci – zwyk³e przypomnienie.
Henrykowi Masiakowskiemu i Jurkowi Ciepielowskiemu
poœwiêcam
Marek Biedrzycki
Dzia³ Wspó³pracy z Zagranic¹
PISMO PG
str. 6
GARŒÆ WSPOMNIEÑ
Pamiêci mojego dawnego kierownika,
doc. dr. in¿. Wojciecha Nowakowskiego
„Dzieñ bez uœmiechu
jest dniem straconym”
W
ydzia³ Mechaniczny Politechniki Gdañ- skiej,
na którym pracujê od 1972 roku, tj. od zakoñczenia studiów, powsta³ z po³¹czenia Wydzia³u Budowy Maszyn i Wydzia³u Mechanicznego-Technologicznego. Przez dwie kadencje funkcjê dziekana dawnego Wydzia³u Budowy Maszyn pe³ni³
mój bezpoœredni prze³o¿ony, Pan doc. dr in¿.
Wojciech Nowakowski, poprzednio kieruj¹cy Instytutem Mechaniki i Podstaw Konstrukcji Maszyn
na tym Wydziale (w latach 70. i na pocz¹tku 80.
na wydzia³ach w PG obowi¹zywa³ podzia³ na instytuty i zak³ady b¹dŸ zespo³y; system katedralny przywrócono po 1983 r.). Wysoka osobista kultura, troska o podw³adnych i ogromna wiedza
fachowa Pana Docenta zjednywa³y mu ludzi; jak
wielu mia³ przyjació³, przekona³em siê naocznie
w lipcu ubieg³ego roku podczas Jego pogrzebu
na cmentarzu komunalnym Srebrzysko.
Mój nieod¿a³owany Szef znany by³ z ogromnego poczucia humoru. W okresie, kiedy piastowa³ stanowisko kierownika w Zak³adzie Pojazdów Mechanicznych, a nastêpnie w Katedrze Pojazdów i Maszyn Roboczych, istnia³ zwyczaj opowiadania kawa³ów. By³ to sposób na roz³adowanie stresów, zwi¹zanych z trudn¹, codzienn¹ rzeczywistoœci¹ owych prze³omowych lat 70. i 80. –
Czy wiecie, Pañstwo, sk¹d wziêli siê Szkoci? –
zapyta³ nas ongiœ Pan Docent. Poniewa¿ nikt nie
wiedzia³, wyjaœni³, ¿e zostali oni, po prostu, wypêdzeni z Poznania za... rozrzutnoœæ. Powy¿szy
dowcip stanowi³ pewien rodzaj samokrytyki, albowiem Szef pochodzi³ w³aœnie z Poznania – tam
spêdzi³ wczesn¹ m³odoœæ i zwi¹za³ siê z tym piêknym miastem mocnymi wiêzami emocjonalnymi.
Przez kilkanaœcie lat Katedra Pojazdów i Maszyn Roboczych (poprzednio jako zak³ad nosi³a
ró¿ne nazwy) wspó³pracowa³a z Oœrodkiem Badawczo-Rozwojowym Przemys³u Oponiarskiego
„Stomil” w Poznaniu. Dla tej w³aœnie instytucji
zosta³a zaprojektowana i nastêpnie wykonana
specjalna przyczepa dynamometryczna, s³u¿¹ca do
badania opon samochodowych. Jej testowanie
odby³o siê m.in. na poznañskim lotnisku „£awica”, gdzie znajdowa³ siê specjalny tor wyœcigowy
– idealne miejsce do prowadzenia badañ drogowych. Pewnego dnia, w trakcie pomiarów, doc.
Nowakowski wyda³ polecenie kierowcy, by ten natychmiast zatrzyma³ samochód. Moje zdziwienie
str. 7
spotêgowa³ fakt, ¿e zaraz po zatrzymaniu siê
pojazdu Szef raŸno pobieg³ w stronê pobliskiego
metalowego ogrodzenia. Dwuznaczne myœli przemknê³y mi przez g³owê (?!) – i nagle wszystko
siê wyjaœni³o w momencie ujrzenia... „kota-kosmonauty”, wczeœniej dostrze¿onego przez Szefa. Przypuszczalnie g³odne zwierzê wsadzi³o swoj¹
g³owê do znalezionego s³oika, by uraczyæ siê resztkami po¿ywienia, i nastêpnie bezskutecznie próbowa³o j¹ stamt¹d wyci¹gn¹æ; w tym „kosmicznym stroju” paradowa³o po lotnisku, mo¿e nawet od d³u¿szego czasu. Mój kierownik pragn¹³
„pechowca” wyzwoliæ z pu³apki, lecz ten na widok biegn¹cego cz³owieka przestraszy³ siê i da³
potê¿nego susa w celu pokonania ogrodzenia. W
trakcie skoku uderzy³ s³oikiem w stalowy s³upek,
powoduj¹c, ¿e szk³o rozprys³o siê na wiele kawa³ków. Po krótkiej chwili dezorientacji nasz „koci
kosmonauta” umkn¹³ w dal, „przyozdobiony”
na szyi fragmentem s³oika przypominaj¹cym
wygl¹dem obro¿ê.
Wymieniona powy¿ej przyczepa dynamometryczna zosta³a wyposa¿ona w system zraszania
nawierzchni, umo¿liwiaj¹c tym samym badanie
opon w symulowanych warunkach opadu deszczu. Powa¿ny problem stanowi³ permanentnie zacinaj¹cy siê zawór wodny, wyprodukowany przez
znan¹ duñsk¹ firmê (dla unikniêcia krypto-antyreklamy nie wymieniê jej nazwy). Pan Docent
wymyœli³ na ten zawodny detal sposób; otó¿ przed
samym pomiarem poddawa³ go zabiegowi obstukiwania... kamieniem, znalezionym na skraju
lotniska. Narzêdzie to – bêd¹ce od tamtego czasu na sta³ym wyposa¿eniu przyczepy badawczej
– zast¹pi³o m³otek, który mia³ zbyt ma³¹ masê.
Jak widaæ – nawet i obecnie z powodzeniem
mo¿na nawi¹zaæ do pradawnej techniki z epoki
paleolitu.
Pewnego majowego dnia w pocz¹tkach lat 80.
Szef zrelacjonowa³ mi zdarzenie, którego by³ mi-
mowolnym uczestnikiem. Otó¿ piastuj¹c wówczas
stanowisko dziekana, musia³ obowi¹zkowo uczestniczyæ w pierwszomajowej manifestacji. Po uroczystoœci, podczas której dosz³o do zamieszek,
pieszo wraca³ z rejonu œródmieœcia Gdañska do
domu. Z powodu nawrotu dolegliwoœci bólowych,
wywo³anych zapaleniem ¿y³, usiad³ na ³awce ko³o
„Cristalu” we Wrzeszczu. W pewnym momencie
nadjecha³a zomowska polewaczka, z której wytrysn¹³ strumieñ wody w kierunku odpoczywaj¹cych osób: matek z dzieæmi i emerytów, a tak¿e
jego samego. – Nie pamiêtam, jak to siê sta³o –
relacjonowa³ Pan Docent – ale oprzytomnia³em
dopiero na wysokoœci ul. Koœciuszki. –Tak szybko
to ju¿ dawno nie bieg³em i zupe³nie nie czu³em
bólu w nodze – kontynuowa³ opowieœæ. – Ale
by³em sam sobie winny, gdy¿ nie przygotowa³em
siê w³aœciwie do owych uroczystoœci, zapomnia³em bowiem o... k¹pielówkach – zakoñczy³ sw¹
relacjê. Z owej opowieœci jasno wynika³o, ¿e w
latach 80. XX wieku ówczesny dziekan wy¿szej
uczelni, prócz zdolnoœci intelektualnych, kierowniczych itp., mia³ obowi¹zek wykazaæ siê tak¿e
du¿¹ sprawnoœci¹ w biegach na krótkim dystansie i bezwzglêdnie musia³ posiadaæ kartê p³ywack¹.
Mój nieco starszy kolega, Kazio, zasta³ któregoœ poranka Szefa w jego gabinecie, odzianego
wy³¹cznie w slipy. – Widzi Pan – odrzek³ Szef
zdziwionemu koledze – by³em na kameralnym
towarzyskim spotkaniu, takim bankiecie. Po spo¿yciu przez goœci sporej iloœci napojów wyskokowych, gdy atmosfera sta³a siê bardziej swobodna, panie gremialnie rzuci³y has³o: Panowie, do
roboty! No... i przyszed³em do... pracy. W rzeczywistoœci Pan Docent zosta³ zaskoczony intensywnymi porannymi opadami deszczu i suszy³ zmoczon¹ odzie¿.
W okresie, gdy dziekanem Wydzia³u Budowy
Maszyn by³ Pan doc. Nowakowski, pewnego poranka zasta³em na stole kabel elektryczny z przytwierdzon¹ niewielk¹ kartk¹ papieru, opatrzon¹
krótkim zdaniem skreœlonym rêk¹ Szefa: „Panie
z dziekanatu bêd¹ wdziêczne za naprawienie tej
wtyczki”. Poni¿ej widnia³a piecz¹tka – Dziekan
Wydzia³u Budowy Maszyn i podpis – trzy krzy¿yki. Ubawi³em siê wówczas ogromnie. Oczywiœcie
kabel zreperowa³em i doczepi³em do niego tak¿e karteczkê z napisem: „Z wielk¹ przyjemnoœci¹
naprawi³em”. Pod nim postawi³em dwa krzy¿yki
(w domyœle: mgr in¿.). Ow¹ karteczkê z trzema
krzy¿ykami zachowa³em do dziœ, jako pami¹tkê
po moim niezapomnianym Wspania³ym i Wielkim Szefie.
Marcin S. Wilga
Wydzia³ Mechaniczny
PISMO PG
Relacje pomiêdzy architektur¹ i sposobem jej wyra¿ania
„Architektura” nie jest czymœ sta³ym. Ma d³ug¹ tradycjê zmieniaj¹cych siê zainteresowañ, zmieniaj¹cych siê systemów i zasad.
Wiedza architektoniczna jest po
czêœci histori¹ wykonywania zawodu, po czêœci ewolucj¹ nauki o
konstrukcji i po czêœci przepisywaniem teorii estetycznych”.
The Foucautt Reader, ed. P. Rabinow, Nowy Jork 1986
Z
aczynaj¹c od najbardziej banalnej de
finicji architektury jako sztuki kszta³towania przestrzeni, ³atwo mo¿na udowodniæ, ¿e ewolucjê architektury wyjaœniano najczêœciej za pomoc¹ mutacji
kanonów sztuki lub przewrotów w zasadach kszta³towania (budowania). S¹dzê
jednak, ¿e motorem zmian w architekturze jest w równym stopniu odmienne odczuwanie przestrzeni przez architektów
ró¿nych pokoleñ. Od kilku lat „tryumfalny” marsz postmodernistycznej estetyki
zostaje prze³amywany przez architekturê
rozgrywaj¹c¹ siê w nowej, bardziej rygorystycznej przestrzeni.
Prostota i jasna teoria jest zawarta w
ksi¹¿ce Roberta Venturiego „Z³o¿o- noœæ
i sprzecznoœæ” (1969); wprawdzie w tym
samym roku wydano nieco bardziej „z³o¿on¹” ksi¹¿kê pt. „Architektura miasta”,
Aldo Rossiego.
Venturi w swej ksi¹¿ce nie pomija problemu przestrzeni. Przestrzeñ wyra¿ana
jest we wzajemnych relacjach wnêtrzezewnêtrze, które staj¹ siê „god³em” pracowni, umieszczanym na elewacjach w
postaci ³uku i prostok¹ta w ró¿nych kombinacjach.
Na fali rosn¹cego niezadowolenia z
warunków ¿ycia w modernistycznych
miastach (m.in. Jane Jacobs „¯ycie i
œmieræ wielkich amerykañskich miast”,
Tradycyjne przedstawianie obiektów z lat 70.
1969) wyp³ywa kolejne fundamentalne
dzie³o postmodernizmu, „Przestrzeñ
miejska” Roba Kriera (1975). Propozycja ta pe³na jest rozwa¿añ o przestrzeni,
ale tej kszta³towanej pozytywowo, czyli
na zasadzie wycinania placów i ulic w
tkance miasta. Ukoronowaniem, przynajmniej w teorii, by³y „Form Follows Fiasco” Petera Blake’a‚ czyli po¿egnanie
modernizmu, i „Jêzyk architektury postmodernistycznej” Charlesa Jencksa (obie
1977), ale ju¿ wtedy pojawi³y siê ksi¹¿ki
próbuj¹ce zasugerowaæ, ¿e totalizowanie
postmodernistyczne jest tak samo niew³aœciwe jak ka¿da totalizacja, m.in. krytykowana totalizacja modernistyczna. Colin Rowe wyda³ „Miasto Collage” (1978),
wyjaœniaj¹c, ¿e porz¹dko- wanie miasta
na sposób „krierowski” jest utopi¹ i mo¿e
byæ realizowane przez utopijne systemy
polityczne, ¿e miasto budowane jest bardziej demokratycznie i wymaga wiêcej
ni¿ jednego sposobu kszta³towania przestrzeni. Nikt nie przej¹³ siê Colinem
Rowe, gdy¿ równoczeœnie na pó³kach
ukaza³ siê nowy Venturi z „Nauk¹ p³yn¹c¹ z Las Vegas” (1978).
Pocz¹tek lat 80. by³ okresem odradzania siê architektury. Budowano normalne
domy (u nas tak¿e koœcio³y) dla ludzi,
których potrzeby mieszkalne by³y nieco
wy¿sze ni¿ podstawowe, i których by³o
na to staæ. Dziêki tym nieco bogatszym,
nie tylko duchem, pragnienie reprezentacji, identyfikacji z w³asnym miejscem,
estetyzacji etc. zaczê³o pojawiaæ siê rów-
Technika komputerowa umo¿liwia przedstawienie nielinearnych, bardzo skomplikowanych
przestrzennie obiektów architektonicznych (lata 90., projekt klubu dyskotekowego)
PISMO PG
nie¿ u inwestorów mniej zasobnych, a
bardziej ambitnych. Postmodernizm, który „móg³ siê uczyæ od przesz³oœci”, by³
wymarzon¹ stylistyk¹ architektoniczn¹ do
tego celu. Przywo³a³ bowiem historyczne formy, które potrafi³y zadowoliæ ka¿dy gust, równoczeœnie nadaj¹c tym formom now¹ wartoœæ intelektualn¹.
„Jêzyk architektury postmodernistycznej” Charlesa Jencksa zbudowany by³ jak
podrêcznik gramatyczny: opisywa³ s³owa,
sk³adniê i wyjaœnia³ znaczenia nowej stylistyki. Jancks zrobi³ to tak klarownie, ¿e
mo¿na by³o przypuszczaæ, i¿ postmodernizm jest rodzajem klocków lego, z których wszystko mo¿na u³o¿yæ (nic dziwnego, ¿e wreszcie og³oszono konkurs na
makietê domu postmodernistycznego z
klocków lego).
Zasady dekompozycji mo¿na by³o odczytaæ w wiêkszej liczbie indywidualnych, wielowartoœciowych projektów ró¿nych twórców. Analiza twórczoœci poszczególnych architektów wskazywa³a
jeszcze inn¹ prawid³owoœæ: nastêpowa³o
zawê¿enie poszukiwañ nowych struktur
formalnych na rzecz wype³niania nielicznych struktur wieloma, czasem nazbyt
wieloma, elementami formalnymi, dekoracj¹, cytatem, ³atw¹ parafraz¹. W ten
sposób postmodernizm, którego zasady
dawa³y mo¿liwoœci tworzenia nowych
uk³adów przestrzennych, a który zapatrzy³
siê w ¿urnal, koñczy³ siê na elewacji,
kompensuj¹cej swym formalizmem niedostatki przestrzeni we wnêtrzu.
W 1983 r. w konkursie na Peak w
Hong-Kongu pierwsze miejsce zajmuje
praca pani Zahy Hadid. Projekt Hadid‚
zasadniczo nieodbiegaj¹cy od modernistycznych metod kszta³towania przestrzeni, syntetyczny w rysunku i bardzo dynamicznie podany, poszerzony by³ o seriê
perspektyw rysowanych z punktu widzenia ruchomego obserwatora. Dla statycznego postmodernizmu, fasadowego, pozytywnego i realistycznego, by³ to zimny
prysznic. Jeszcze w rok póŸniej „L’Architecture d’Aujourd’hui” publikowa³a
str. 8
Projekt Z. Hadid – syntetyczny przekaz
rysunku niezwykle dynamicznego utworu
architektonicznego zazwyczaj poszerzony
jest o seriê perspektyw rysownych z punktu
widzenia ruchomego obserwatora; by³a to
absolutna nowoœæ w latach 80., dziœ jest w
powszechnym u¿yciu
perspektywy Hadid do góry nogami (AA
233, str. 69).
Wydawaæ by siê mog³o, ¿e ta zmiana
stylistyki dokonywa³a siê pod skór¹ architektury od dawna. Istnia³y przecie¿
projekty japoñskie, zachowuj¹ce najlepsze wzorce modernizmu. Od kilku lat
dzia³a³o OMA, którego propozycja
ugruntowana by³a projektem na Rotterdam (1981). Znana by³a austriacka spó³ka Coop Himmelblau (m.in. realizacja
Roter Engel 1981). Jednak nie wczeœniej
ni¿ w 1983 zaakceptowano, obok stylistyki postmodernizmu, coœ jeszcze. W
tym samym roku Bernard Tchumi (Szwajcar ze Stanów Zjednoczonych) wygrywa
konkurs na Park de la Villette; AA zamieszcza szerokie omówienie projektu
OMA na ten sam temat; eksponowane w
Londyñskiej Akademii Architektury „Prace kameralne” Daniela Libeskinda wytycz¹ na kilka lat kierunki poszukiwañ tej
szko³y.
Mimo to, Charles Jencks na ³amach
„Architectural Design” (7/8, 1983) dokona³ nowego podzia³u postmodernizmu,
wyodrêbniaj¹c w nim trzy nurty: now¹
abstrakcjê, now¹ reprezentacjê i abstrakcyjn¹ reprezentacj¹, pozostawiaj¹c w ten
str. 9
sposób miejsce na czwarty nurt – reprezentacyjn¹ abstrakcjê, i wykonuj¹c uk³on
w stronê nowego, „zrewidowanego” modernizmu.
„Ob³askawianie” zjawisk w architekturze przez ich nazywanie ma tê s³ab¹
stronê, ¿e ods³aniaj¹c referencje formalne – zas³ania podstawy teoretyczne. Dzisiaj zdecydowanie wróciliœmy do awangardy lat dwudziestych. OMA w projekcie na Rotterdam (1981) miêdzy innymi
parafrazuje „Trybunê Lenina” E. Lissickiego z 1920 roku. Zaha Hadid w HongKongu (1983) wykorzystuje m.in. kolorystykê „Kompozycji” A. M. Rodczenki
(1920). Znane s¹ grafiki Hadid z pocz¹tku lat 80. pt. „Æwiczenia z Malewicza”.
W projektach pawilonów Tchumiego w
Parku de la Villette dostrzec mo¿na
wp³yw budynku „Prawdy” braci Wiesninów z roku 1923 i Pomnika III Miêdzynarodówki Tatlina (1919/20).
Mo¿e siê wydawaæ, ¿e trzymamy ju¿
w palcach tê niæ, która zawiedzie nas poprzez ca³y labirynt do centrum, do Ÿród³a
wspó³czesnej estetyki w architekturze.
Lecz niæ siê rwie, formalne analogie s¹
z³udne, bowiem wszystko coœ przypomina i wszystko jest do czegoœ podobne.
Bior¹c pod uwagê ostatni przyk³ad – pawilony Tchumiego w Parku de la Villette
– i nie spekuluj¹c na tematy formalne, lecz
siêgaj¹c do autorskiego opisu parku (B.
Tchumi, Le Parc de la Villette, Paris
1987), odnajdujemy: alegoriê Big-Bangu, czyli kosmologicznego pocz¹tku
(schemat rozmieszczania programu),
metaforê entopii (równomierne nasycenie
powierzchni parku programem), aluzjê do
masowej produkcji, seryjnych powtórzeñ,
prefabrykacji, porcjowania, braku relacji
pomiêdzy funkcj¹ a form¹ oraz pomiêdzy konstrukcj¹ a kszta³tem (budowa formy poszczególnych pawilonów).
W opisie Tchumiego znaleŸæ mo¿na
powtórkê z historii urbanistyki, rozwa¿ania na temat rytmu i melodii, szaleñstwa
i filmu, odwo³ania do literatury i filozofii. Trudno wskazaæ punkty wspólne tej
wyliczanki z awangard¹ lat dwudziestych.
Byæ mo¿e Tchumi jest wyj¹tkiem. Spróbujmy inaczej.
Zauwa¿yæ mo¿na zdynamizowanie
zapisu projektowego, jak gdyby projekt
by³ tylko szkicem, ci¹g³ym poszukiwaniem broni¹cym siê przed sztywnym zdefiniowaniem samego siebie
Mno¿¹ siê perspektywy budynków w
ruchu, eksploduj¹ce aksonometrie, próby w modelu. Dlatego linie rw¹ siê, zanim nakreœlaj¹ jak¹œ formê, jakby wyzwoli³y siê z potrzeby obrysowywania starych
form, jakby wskazywa³y tylko kierunek,
rytm, pocz¹tek czegoœ, co nie powinno
byæ okreœlone, zdefiniowane, a wiêc zafa³szowane, martwe. Projekty zbli¿aj¹ siê
sw¹ form¹ do grafik Daniela Libeskinda,
nazywanych „architektur¹ bez architektury”, grafik, które s¹ zwi¹zkami odcinków zagêszczaj¹cych siê i rozsypuj¹cych,
splotów linii krzywych, fragmentów, znaków, grafik, które s¹ jak szkice. A to nic
nowego. Mo¿e nie by³o jeszcze architektury w formie szkicu, ale szkice architektoniczne istnia³y zawsze. Co wiêc zmieni³o siê?
Zmieni³a siê epistema, czyli wiedza o
œwiecie i zrozumienie œwiata, która wyznacza stosunek miêdzy œwiatem rzeczy
i œwiatem s³ów. A wiêc zmieni³a siê równie¿ relacja, która wystêpuje pomiêdzy
architektur¹ i sposobem jej wyra¿ania.
Analizuj¹c te relacje, mo¿na przeœledziæ
zmiany, które zasz³y w architekturze:
l) Znaczenie przesta³o byæ domen¹
formy, a sta³o siê zale¿ne od wewnêtrznego uporz¹dkowania dzie³a i istnieje, o
ile strukturê dzie³a mo¿emy odczytaæ jako
przekaz znacz¹cy (przy czym dzie³o rozumiane jest zarówno jako projekt i konkretny obiekt).
2) Projekt przesta³ byæ manifestacj¹
zamierzeñ autorskich, bo te czêsto ulegaj¹ mistyfikacji, a staje siê studium nad
mo¿liwoœciami i granicami jêzyka, którym siê pos³uguje. Jêzyk bowiem przywo³uje do ¿ycia autora i odbiorcê.
Krystyna Pokrzywnicka
Wydzia³ Architektury
PISMO PG

Podobne dokumenty