I miejsce Joanna Gill

Komentarze

Transkrypt

I miejsce Joanna Gill
Joanna Gill
klasa II MI
I LO Nakło nad Notecią
„Śmiertelne katharsis”
*Ewa*
-Nie da rady!Bądź, co bądź, zawsze mogę je obciąć! Albo, już wiem, ogolić się na łysokrzyczę szarpiąc szczotką z całej siły kołtuny rudych,kręconych włosów, które od kilku minut
usilnie próbuję rozczesać. Kazali mi się, jak to ojciec powiedział...ach, tak: oporządzić, bo
postanowili z mamą wyprawić uroczysty wieczorek w gronie znajomych.Tak.Chcą wrócić na
salony, wręcz o tym marzą,a ja, grzeczna i ułożona córeczka zawsze chętnie im w tym
pomogę. Wciąż uśmiecham się drwiąco wspominając, jak to przyszli razem do mojego
pokoju i prosili, zarzekając się, że mam wytrzymać tylko ten jeden jedyny raz, a później
zrobimy razem, co tylko zechcę, powtarzali, że już tak długo nie mieli gości. To by się
właściwie zgadzało, od czasu przeprowadzki do miasta po tym wypadku nikt u nich nie był.
Może nie chcieli mnie oglądać, poklepując współczująco po ramieniu, udawać że im przykro.
Tych ludzi nawet na ten fałsz już nie stać. Pieniądz, władza i interesy, ot co się dla nich liczy!
I chwała im za to, że nie przyszli-wzdycham. Ale teraz, sprawa ucichła i już się schodzą.
Zobaczą...wykrzywiam twarz i nadaję oczom szydercze spojrzenie.Nie, to przecież komiczne,
nie stać mnie na nic więcej? Ciągnę raz jeszcze, próbując bezskutecznie wygrać walkę z
supłami i przyglądam się sobie. Wyglądam strasznie, ta zmizerniała twarz bez wyrazu, dziko
okalające ją włosy i zarzucona zamiast ubrania szeroka płachta wyciagnięta z babcinej szafy.
Karykatura człowieka. Przerażona zastanawiam się, jak długo nie patrzyłam w lustro.Przecież
ja odstraszam samym wyglądem. Jestem jakimś monstrum-przychodzi mi na myśl i czuję
gorzki smutek. Od razu wyobrażam sobie te lepkie, obślizgłe stwory, wynurzające się z
jeziora i wyłapujące z brzegu swe ofiary w horrorach. Mogłabym wystąpić nawet bez
charakteryzacji. Phi, po co ja sobie to robię? Skoro ukochani rodzice tą niezwykle urokliwą
sugestią zrobienia czegoś ze sobą dają mi najdobitniej do zrozumienia,że wyglądam tragiczne.
Ukochani?! Boże, co za ironia, zważywszy na to, że to ojciec doprowadził do tego, jaka teraz
jestem. Za każdym razem, gdy zamknę oczy widzę ten wypadek, ciągle na nowo, bez końca.
Tak ostro i wyraźnie, że przeżywam go z całą mocą od początku.My, w samochodzie,
roześmiani, szczęśliwi. Ja, jeszcze taka beztroska i naiwna. Patrzę na siebie tak, jakbym
oglądała przedwojenny film, zamazany i w słabej jakości. Byłam strasznie, ale to strasznie
głupia! Ile ja mogłam wtedy zrobić, czego dokonać, stać się kimś, a teraz... Przyspieszamy, a
wraz z nami całe moje życie. Ojciec nie patrzy na znaki, nie zważa na zakręty, otwiera okna i
czujemy we włosach wiatr. Jak wypuszczeni na wolność pędzimy w dzikim uniesieniu. Mama
krzyczy, że na pewno nie uda się wyprzedzić to ferrari, które jedzie przed nami. Ojciec
przyjmuje zakład, gna coraz szybciej i szybciej, omijamy drzewa, domy, za oknem przelatuje
mi świat tak błyskawicznie,że zaczynam wpadać w stan ekstazy. –Jest cudownie!-udaje mi się
jeszcze wykrzyknąć, gdy nagle widzę masę rzeczy jednocześnie.Błysk świateł auta z
naprzeciwka .Ręce ojca próbującego opanować kierownicę.Pisk opon. Rozpaczliwy wrzask
matki. To są ułamki sekund, kiedy mam straszliwą świadomość,że nie ma już ratunku. Udaje
się skręcić samochód i uniknąć zderzania, ale po chwili pojawia się przed nami mur. Zbliża
się nieubłaganie. Zakrywam twarz dłońmi. Nie piszczę. Nie modlę się. Nie płaczę.Trwam w
zawieszeniu, czekając na nieuchronny koniec.Nagle czuję,że znikam, odpływam. W końcu
przestaję czuć...
Potem wyłania się szpital, twarz lekarza, który mówi,że już nigdy nie
będę chodzić i zapłakani rodzice, którym nic się nie stało. Przeklęta niesprawiedliwość? Te
wyroki Boskie, o których tyle się mówi? Nie, przecież ja nikogo nie zabiłam, nie okradłam,
sama nie wiem, w takim porównaniu wypadam całkiem nieźle. To zwykłe mydlenie oczu.
Iluzja, czerpiąca z ludzkiej ufności. Nie ma już zupełnie nic. Poza moim własnym
egzystencjalnym dramatem, który jest niczym dla innych.Dlaczego?! Dlaczego nie mogę żyć,
jak inni, normalni ludzie? Tak po prostu sobie żyć: chodzić,skakać, biegać,być.Czy chcę tak
wiele? Tak, zdecydowanie. Niespełnienie boli tak bardzo, że nie ma na to słów. Wciąż jednak
marzę. Śnię. -Dosyć!-wyrywam się z zamyślenia, odkładam lustro, rzucając na nie raz jeszcze
okiem.
*Natalia*
-Mamo, ale czy to na pewno koniecznie? Nie możecie zostać, chociaż te parę dni? Nie zrobisz
tego dla mnie, przecież ja tak bardzo tęskniłam...tak bardzo...-urywam i odwracam spojrzenie,
w którym zabłysły łzy.Skupiam całą swą uwagę na pakowaniu ubrań do wielkiej, czarnej
walizki.
-Dziecko, przecież tyle razy ci mówiłam, że nie wyjeżdżalibyśmy, gdyby nie było takiej
potrzeby.Tak, to absolutna konieczność-kwituje mama, wzdycha ciężko i zapada milczenie.
-Ja... doskonale wszystko rozumiem, tyle że was potrzebuję, nawet nie wiesz, jak okropnie
samotna czuję się w tym wielkim, pustym mieszkaniu- próbuję jeszcze raz, błagalnie
spoglądając na rodzicielkę. Ona jednak pozostaje nieugięta i marszczy czoło.
-Wiesz, że zawsze możesz liczyć na nasze wsparcie i...
Nie pozwalam jej dokończyć: -Nie, nie mogę. Kolejny raz, zupełnie o mnie zapominając,
lecicie sobie w świat. Przecież jestem waszą córką!
-Dosyć tego! Masz wszystko, czego dziewczyna w twoim wieku tylko może zapragnąć i
jeszcze kaprysisz!Jesteś zupełnie rozpuszczona i Bóg jeden wie, co dzieje się w tej twojej
głowie!-mama przestaje nad sobą panować.
-Ależ nie, nie o to mi chodzi. Ja doceniam to, co mi dajecie, ale... Ja po prostu chciałabym...Ja
tylko...-jąkam się, nie umiejąc znaleźć odpowiednich słów-...chcę być kochana- dodaję
szeptem,niemal nie wypowiadając już końcówki tego zdania.
-Co ty tam mruczysz pod nosem? Pewnie jakieś obelgi? Tak sobie pogrywasz?Jak ty w ogóle
śmiesz!Nie tak cię z ojcem wychowałam.
-Ale mamo! Przecież ja nie... –głos więźnie mi w gardle. Spoglądam w odrętwieniu na
czerwoną bluzkę w czarne kwiaty, którą właśnie trzymam w dłoniach. Nie, to nie może być
prawda. Ona uważa, jest przekonana, że z pełną perfidią i okrucieństwem mam zamiar
ograniczyć swobodę jej życia.To nie tak. Muszę to wyjaśnić, wytłumaczyć, nie mogę być w
oczach własnej matki pozbawioną uczuć bestią. Tylko czy to ma sens? Czy to cokolwiek
zmieni? Czy ona jest w stanie to zrozumieć? Tę burzę uczuć, która wraca do mnie regularnie,
falami, wpędzając mnie w stan zadumy, refleksji i rodząc pragnienia tych doznań, za którymi
najbardziej tęsknię. Co powiedzieć?-myślę gorączkowo w pełni świadoma tego,że w tej
chwili już nic nie wskóram, bo ostateczna decyzja została podjęta. Jak zwykle obok mnie, a
nie ze mną. Czy pojawił się w moich myślach wyrzut? A jeżeli to prawda? Jeżeli w jej
słowach jest trochę racji i kieruje mną czysty egoizm? Zbiera mi się na płacz.- Ty egoistko,
chcesz wpłynąć tak na ludzkie uczucia i wywołać wyrzuty sumienia!-krzyczę na siebie w
duchu, zaczynam oceniać się coraz bardziej krytycznie, przyjmując wszelkie zarzuty. Otóż to,
chyba nigdy nie wiedziałam, na co mnie stać. Co czuję, gdy patrzę na Ewę, ukochaną
sąsiadkę z naprzeciwka, niegdyś przyjaciółkę, która teraz o mnie nie myśli, bo sama tak
bardzo cierpi? Boże, ja chyba jej zazdroszczę. Oczywiście nie kalectwa, tego bardzo jej
współczuję, przytuliłabym ją, gdyby tylko na to pozwoliła. Zazdroszczę jej miłości i ciepła,
które otrzymuje w domu, a czego nie dostrzega i nie docenia. To okropnie wyniszczające.Tak
mi wstyd za samą siebie!
-Natalia, co ty robisz? Trzymasz tę bluzkę od dobrych dziesięciu minut, ja już dawno
skończyłam pakowanie.Daj mi ją.- podaję mamie ubranie, które wcześniej delikatnie do
siebie przytulam.Tak,to jej ślad, zapach,serce.-Dziękuję. A teraz koniec rozmowy,idź już, bo
muszę chwilę odpocząć przed podróżą. Ojciec niedługo będzie i pojedziesz pożegnać nas na
lotnisku, jeśli chcesz. To tylko 3 miesiące, nic wielkiego, więc nie histeryzuj. Bo jak patrzę na
te twoje wielkie, przerażone oczy, to robi mi się słabo.Pani Stasia będzie cię odwiedzać,
sprzątać i załatwiać istotne szkolne sprawy.Pieniądze masz na stole.No, na co czekasz?
Wychodzę załamana, siadam przy biurku swojego pokoju i spoglądam z rozpaczą na
zdjęcia.Fotografia rodziców zrobiona we Francji. Czekałam tak długo na ich powrót i jakże
okropnie się rozczarowałam. Dlaczego oni nie widzą, co się ze mną dzieje? Dlaczego mi nie
pomogli,tylko zostawiają znów samą. Zawsze tylko samą. Zdjęcie klasowe i twarze tych
dziewczyn, które mają zawsze gotową stertę pięknych wyzwisk dla mnie, zaraz od mojego
wejścia do szkoły.Nie mam sił reagować. Dawne koleżanki, nie umiejące wybić się ponad
zdanie ogółu, który stwierdził, że jestem inna. A to coś najgorszego w grupie, być inną bez
daru przewodnictwa zespołowi. I jego zdjęcie... teraz widzę już tylko je.Mój Michał, jedyny
na świecie chłopak, który mógł mnie tak bardzo zranić i to zrobił.Phi, nawet się nie
zawahawszy zostawił mnie, pozbawiając wszelkiej godności. Nie widziałam tego ,że byłam
tylko świeżutką partią, zdobyczą. Naiwną dziewczyną, która myślała, że złapała Pana Boga za
nogi. Co mi zostało? Wszechogarniająca nicość. Zapadam się. Rozkładam na części pierwsze
całe swe człowieczeństwo, którego już niemal zupełnie mi zabrakło. Nagle, strach niknie, w
mojej głowie zaczyna kotłować się myśl.Powoli kształtuje się decyzja.
Tak, to jedyne wyjście.
*Ewa*
Przeszło mi?-pytam sama siebie przesiadając się z łóżka na wózek. Patrząc na obraz, znów
widzę swoje odbicie i wszystko wraca. W szybie także jestem ja. Ja, ja i ja. Jak można czuć
się osaczonym przez samego siebie? To jest przecież chore. Ale czy nawet meble usilnie chcą
mi udowodnić moją szpetność? Czy nie mają litości? Czy wszystko sprzysięgło się przeciwko
mnie? Ratunku! Boże, to nie jest normalne, należy stąd szybko uciec, włącza się we mnie
ostrzegawcza lampka ostatniej szansy. Uciec? W moim przypadku to przecież niemożliwe.
Nieistotne. Wyjechać z pomieszczenia, otóż to. Byle do kuchni. Niestety, ojciec zmywa
naczynia i widząc mnie automatycznie się odwraca.
-Cześć,słonko.Już wstałaś? Nie chciałem cię budzić.- szczebiocze urokliwie aż do bólu.
-Ja wcale nie spałam.-odpowiadam grobowym tonem, usiłując zachować cierpliwość.
-Ach, to nic. Tak czy siak cieszę się, że do mnie przyszłaś-dodaje z uśmiechem.
-Przyszłaś?! Zapominasz,że ja nie chodzę.-mam już dość i z pełną perfidią psuję cały jego
dobry nastrój. Jestem z siebie dumna.
-O niczym nie zapominam! O niczym nie zapominam, słyszysz?
-Tak, ty już dawno zapomniałeś. Ale wiedz, że ja nie zapomnę- wyciągam palec w
oskarżycielskim geście-że to ty- poklepuję obiema rękami koła wózka-Zawsze będę pamiętać.
-Powiedz mi dlaczego, dlaczego ty mi to ciągle robisz?-pyta ojciec błagalnie.
-Nie wiem-mówię przeciągle-Może dla rozrywki. No co tak patrzysz, zabrałeś mi inne
atrakcje.A może, byś ty nigdy nie był szczęśliwy.
-Czego ty chcesz? Chcesz, żebym też nie mógł się poruszać? A może pragniesz mojej
śmierci?Co?!
Jestem jak w transie. Czuję się tak, jakbym była kimś zupełnie innym, stała obok siebie.
-Umarł? Przecież ty jesteś nieśmiertelny, jak...wampir.Żywisz się ludźmi. Chcesz ich zabić,
zniszczyć. Ale ze mną ci się nie uda.Nie, nie.Jestem lepsza.Znam cię.
-Boże, kim ty jesteś? Dlaczego stałaś się tak bezwzględna? Nie rozumiesz, jak ja...
-Co jak ty?- chcę coś dodać, ale nagle co innego zwraca moją uwagę. Szklanki, umyte, stojące
na kuchennym blacie i łyżki. Podnoszę jedną i widzę swoją twarz odbitą w jeszcze bardziej
karykaturalny sposób niż wcześniej, przez porcelanową powierzchnię. No to już szczyt
okrucieństwa. Położył tu je, bym mogła na siebie popatrzeć. Pewnie teraz sobie drwi.
Spoglądam na ojca, on też na mnie patrzy, tak jakby był przerażony moją reakcją. I bardzo
dobrze!Uśmiecha się? Czyżby to kpina? -Nie pozwolę ci na to wszystko dłużej! Traktujesz
mnie jak co...bohatera komediowego? Bawisz się mną?Moim bólem?-cedzę słowa i nie dając
mu szans na odpowiedź, rzucam się na niego z pięściami i niezawodnymi kołami wózka.
Ojciec nie ma właściwie czasu na przemyślenie reakcji. Odskakuje. Uderzam w szafkę.
Obijam sobie łokieć, co mnie jeszcze bardziej rozjusza.Przestaję myśleć.Jadę.. on... odpycha
mnie,mocno, gwałtownie. Ląduję na podłodze.-Ty....-tylko na tyle mnie stać, a ojciec z
anielskim niemal spokojem kuca obok mnie. –Nie spróbujesz raz jeszcze?-mówi tylko, gdy
mocuję się z wózkiem. –No , pomóż mi! Dasz mi teraz jeszcze dłużej cierpieć?!-wrzeszczęPrzez ciebie jestem poobijana, no chodźże!
-Nie.-słyszę tylko.-Spróbuj, walcz!
-Jak, kiedy ja nie chodzę?I to przez ciebie.-odbijam brutalnie pałeczkę.
-Normalnie. Jeżeli nie chodzisz, to się czołgaj,ale nie rezygnuj!Zwyciężaj co dnia w walce z
samą sobą.Bo właśnie na tym polega życie.
-Życie? A co ty w ogóle wiesz o życiu?!-pytam siedząc już na wózku- i o odpowiedzialnościdodaję.-A teraz żegnam, opuszczam dom.- wyjeżdżam z kuchni i zatrzaskując szybko drzwi ,
nie słyszę oczywistych pytań, dokąd jadę i dlaczego.Wsiadam do windy, chcąc uciec od
pogoni ojca.
Patrzę na przyciski, prowadzące na różne piętra.Który nacisnąć i jak to z robić,czy ja... mam
jechać na... dół? Ręce zaczynają mi drzeć. Nie, nie uda się, nie jestem w stanie, nie mogę
wyjść.-Boże, co teraz?-pytam samą siebie.-Co ty chciałaś sobie udowodnić? Że wyjedziesz i
co, i co potem? Będziesz błąkać się po obcym mieście? Zaśniesz pod drzewem? Poczekasz aż
znajdzie cię policja, którą rodzice powiadomią o twoim zaginięciu? Milknę, przecież tak
naprawdę nie mam pojęcia, co począć. Wrócić? To byłoby upokarzające.Wykluczone! Nie
mogę pozwolić sobie na takie poniżenie. A to ojciec miałby satysfakcję. Nigdy w życiu!
Niespodziewanie dumanie przerywa mi ruch windy, która najwyraźniej zjedzie w dół.- I co? I
co teraz?-dzikimi oczyma spoglądam na malejące cyfry symbolizujące wysokość, na której
jestem.Już prawie... Jest, zero. Cała się trzęsę.Kto tam czeka? Nie, nie mogę patrzeć w tę
stronę, odwracam się w ostatniej chwili , słysząc już skrzypienie otwierających się drzwi.
Potem cisza. I co, nic? Wejście zamyka się. Oddycham lżej, uspokajam się,ale ciekawość
jednak bierze nade mną górę i lekko odwracam głowę. –Cześć.-słyszę nieśmiały, dziewczęcy
głos.-Natalia?-sama nie zdaję sobie sprawy, że powiedziałam to na głos.Jezu, co za ulga.-Tak,
to ja-wsłuchuję się w ton głosu. Troska? A może zwyczajne stwierdzenie? Przynajmniej nie
ma powodów do nerwów. Okręcam wózek, by móc się jej przyjrzeć. Jedno spojrzenie i nic,
nic już nie mówię,nie potrafię wykrztusić z siebie słowa. Te jej oczy. Przerażająco smutne
oczy. Można by w nich dostrzec całą rozpacz tego świata, nieopisany ogrom cierpienia, bólu.
Nie patrzy właściwie na mnie, tylko na coś, czego ja nie dostrzegam. Jej wzrok jest w innym
wymiarze, czasoprzestrzeni, jest jak ocean, z którego nigdy nie uda się nikomu czerpać wody
do końca, by posiąść całą wiedzę i wszystkie tajemnice. Co jej się... nagle przytomnieję. Ona,
cierpienie, co ja sobie ubzdurałam? Oglądam ją od stóp do głów. Ubrała się w zwyczajne,
nieco wytarte ciemne dżinsy i zapinana na zamek granatowa bluza, nie kontrastująca zbyt
dobrze z prostymi jak druty, czarnymi włosami. Butów już nie dostrzegam, całą uwagę
skupiam na nogach. Na jej długich, zgrabnych nogach, na... ruchomych nogach. Boże, ile ona
ma? Czy nie zdaje sobie z tego sprawy? Ona chodzi, to tyle... to jest wszystkim, jak może...Co u ciebie słychać?-wykrztuszam, czując, że powinnam zagaić rozmowę, bo zbliżamy się na
nasze piętro.-Dawno się nie widziałyśmy.-odkrywczo to stwierdziłam, kpię z siebie
-U mnie?- jakby to do niej nie docierało-Ach tak, jasne, u mnie. Wszystko w porządku,
właśnie wracam z lotniska, rodzice polecieli do Nowego Jorku.-odwraca wzrok, w końcu
dalej podejmuje urwany wątek reflektując się jakby, zdając sobie w końcu sprawę, jak
uważnie ją obserwuję.- No cóż, to tylko trzy miesiące i potem zostaną w Polsce dłużej.
Wyobrażasz sobie? Jejku, przepraszam, ja tu mówię o sobie, a ty przecież... kochana, jak się
czujesz? Kiedy wreszcie mnie odwiedzisz?
Winda hamuje. Pomaga mi wysiąść i dojechać do mieszkania.-Dziękuję-mówię tylko i
pospiesznie wjeżdżam do środka. I ona, ona ma być nieszczęśliwa?
*Ojciec Ewy*
Słyszę dźwięk przyciskanej klamki i otwieranych drzwi. Dzięki Bogu, wróciła. Tylko gdzie
ona była? Jak to możliwe, że ani Barbara,ani Kowalscy, ani nikt inny jej nie widział, skoro
przed chwilą weszli. Basia wyjechała po nich, bo inaczej za nic w świecie nie trafiliby na
miejsce. Niby centrum miasta! Mówili, że w ramach dbania o kondycję wybrali schody,
mimo że przecież winda jest zupełnie sprawna. Czyli... domyślam się reszty. Koncetruję
uwagę, wstaję.
-Ewa, wszyscy już są. Później porozmawiamy o tym, gdzie byłaś.-mówię nieco groźnie, a
właściwie chcę, żeby to tak zabrzmiało-To Ewa, zapewne ją pamiętacie-zwracam się
uprzejmie do gości.
-Tak, tak, to ta ofiara wypadku. No, nie jest z nią tak źle- skrzeczy Staszek i przechyla głowę
przyglądając się jej.To dobrze nie rokuje.Wpatruję się przerażony w Ewę.Marszczy czoło, to
się jej nie spodobało.Wiedziałem. Zaraz po tym uśmiecha się jednak filuternie i mówi
słodkim głosikiem, nieco nawet zbyt przesłodzonym
-No widzi Pan, nadal żyję. Ale dziękuję, dziękuję bardzo za troskę. Na Pana zawsze można
liczyć- Staszek jest rozanielony, tak łatwo do niego trafić.W jej oczach widzę dumę, ale nie
taką zwyczajną , lecz pełną jakiegoś morderczego instynktu. On jeszcze dodaje:
-Oj, skarbie, jesteś bardzo miła. Dobre, naprawdę dobre z ciebie dziecko.
Przesadził, pytam sam siebie? Dziecko? Ewa znów się uśmiecha i wysyła nawet całusa w
przyjacielskim geście.-Przepraszam, ale ja pójdę się już teraz pobawić do siebie.Będę
grzeczna.Do widzenia Panu-kończy i wyjeżdża,zamykając za sobą drzwi pokoju. Goście
patrzą po sobie z pewną dozą zaskoczenia, ale nikt tego nie komentuje. Spoglądamy na siebie
z Basią. Tak, ona też się boi, co zrobi Ewa. Rozmowa szybko zbacza na finanse, a ja siedzę
jak zahipnotyzowany, nie mówiąc zupełnie nic.Czas mija, ale dla mnie każda sekunda to
wieczność. Powinienem tam zajrzeć? A może jeszcze chwilę poczekać?Niespodziewanie
dociera do mnie, że tematy dyskusji stały się lżejsze. Mój przyjaciel Adam nieco zatroskony
pyta:
-Andrzej, jak się tak w ogóle masz? Tyle było roboty,że nawet nie miałem czasu zadzwonić.
-Ja, dziękuję, zupełnie nieźle, już dobrze.Tylko...te wyrzuty sumienia. Nikt, kto tego nie
przeżył, nie wie, jak straszne są noce, jak się z nimi śpi.Wciąż tak bardzo się boję-zwieszam
głowę.Czuję,że zagęściłem atmosferę. Adam jednak klepie mnie po plecach, mówiąc:
-Stary, dobrze będzie. Teraz może być już tylko dobrze. Robisz wszystko, co możesz.
Oddajesz jej całego siebie, każdy swój dzień, myślisz tylko o niej-rozgryzł mnie, czuję to,
jestem zaskakująco wdzięczny za te słowa otuchy.On widzi to i dodaje-Wypijmy zdrowie
Ewuni.Niech żyje!-zgadzam się. Polewają się toasty, zaczynam już prawie doznawać dziwnej
ulgi, gdy nagle widzę w drzwiach twarz Ewy. Tak, to jasne, podsłuchiwała. Znowu.Domyśla
się, że ją dostrzegłem. Cały drżę. Ona też, ale mimo to wjeżdża do pokoju.
-I co? Mój kochany, cierpiący tatuś ma mnie dość? Takim jestem ciężarem? Ja też chcę się po
prostu pobawić razem z gośćmi.Będzie fajnie...Naprawdę, umiem być śmieszna-przyglądam
się jej. Ubrała różową sukienkę, na głowie ma dziecinną koronę, a na kolanach trzyma dwie
lalki.-Znam wierszyk nawet-i zaczyna głosem kilkuletniej dziewczynki-Do psedśkola chodźie
z wolkiem i...- urywa,wykrzywiając się nagle.-Nie, nie chodzę! Bo ja w ogóle nie chodzę!
Nawet głupi wierszyk do mnie zupełnie nie pasuje.-Ewa wpada w jakiś amok
-Dziecko, zlituj się, bardzo cię proszę, później.-błagam ją zrozpaczony i pełen obaw.
-Póżniej?Później?! Teraz nie poświęcisz mi uwagi, tylko później?Jak możesz?- nie wiem,
zupełnie nie mam pojęcia, jak uratować sytuację. Ewa rzuca się w stronę stołu. Twarz jej
okrywa się purpurą.-Nikt,absolutnie nikt w tym domu nie będzie teraz urządzał pijackich
imprez.I już nigdy!-rzuca wraz z tymi słowami kolejne tace z jedzeniem w stronę gości Oni
stoją jak skamieniali.Kątem oka widzę, że Barbara prowadzi ich w stronę drzwi.-No co?
Miała być zabawa? Przecież jest i to przednia. Nie bawicie się...uciekacie?-Kolejne naczynia
lądują na podłodze, talerze, filiżanki tłuczone są z hukiem.
-Uspokój się, uspokój się, skarbie- prosi rozpaczliwie Basia.
-Ja, się, nie, uspokoję-cedzi słowa Ewa-Już nigdy, nigdy nie będę spokojna. Nie piszę się do
tego waszego przedstawienia,obrazu szczęśliwej rodzinki-zrzuca następne rzeczy z trzaskiem,
mieszkanie jest już niemal w rozsypce.Idę do sypialni. Zamykam drzwi- Wystraszyłeś się?
Powiedz.Chociaż się do tego przyznaj.Boisz się mnie? Boisz?-Ewa triumfuje.Barbara nagle
zaczyna płakać. I dopiero wtedy słyszę łomot zamykanych z całej siły drzwi pokoju mojej
córki. Czyli wreszcie zrezygnowała. O Boże, dlaczego ona to robi? Czy jestem skazany na to,
by już nigdy, nigdy nie zaznać spokoju?
*Ewa*
Jak zwykle. Zostawili mnie po kłótni samą w domu. Ojciec trzasnął drzwiami mówiąc, że
jestem zupełnie pozbawionym uczuć potworem. Potworem?! Ja? A czy on w ogóle pamięta
cokolwiek, czy potrafi racjonalnie myśleć, kojarzyć fakty? Nie. Zamknął ten rozdział ze
swoimi dwiema sprawnymi nogami. A mnie co pozostało? Na wieki będę przykuta do tego
krzesła. Darmowy transport od siedmiu boleści. I jeszcze teraz ja jestem w oczach każdego tą
złą, która nie widzi, jak jej tatuś bardzo cierpi, jak się obwinia, jak patrzy na mnie wzrokiem
tej potulnej psiny gotowej podążyć za każdym gestem swojego pana, zdanej na jego łaskę i
niełaskę. Phi, przecież do absurd, co, mam przyjąć jego ofiarę? To już całkiem przekracza
granice mojej wytrzymałości. Nie mogę do końca życia dziękować Bogu za to, że żyję,
słysząc jak niewiele brakowało. –Miałaś szczęście, że tylko tak to się skończyło.- zwariować
można. A teraz nawet w tych dawniej paskudnie przymilnych spojrzeniach ciotek i kuzynek,
które niespodziewanie tuż po wypadku zadzwoniły z czystej ciekawości i dowiedziały się o
tej tragedii, widać wyrzut. Ba, przecież to odraza, brzydzą się tego , jaka jestem, a może kim
jestem. Dziewczyna na wózku burzy ich idealny, nieskazitelny obraz świata, a przecież
ucieczka od złych doświadczeń jest taka banalna. Cóż, w tym całym prymitywizmie ich
myślenia, właściwie nie ma się co dziwić. Po co mają spędzać swój czas zamiast na
świergotaniu o niczym z przyjaciółeczkami czy też bieganiu ( olśniło mnie, do tego to już na
pewno się im nie przydam) po sklepach, ze mną? Na co im kaleka, na co komukolwiek do
czegokolwiek potrzebna jest kaleka? Jej przypisane są tylko pełne litości spojrzenia na ulicy i
wskazywanie paluszkami pulchniutkich rączek rozpieszczonych dzieci ciągniętych przez
znerwicowane matki do przedszkola. Odruchowo patrzę na swoje palce, są długie i całkiem
smukłe, niemal wychudzone. Oddycham z ulgą.” A co ci tak właściwie chodzi? Na co tobie to
wszystko, kiedy nikt, absolutnie nikt na ciebie nigdy nie spojrzy. Jesteś idiotką, na dodatek
próżną , ignorujesz wszystkich razem i każdego z osobna.”-Cisza!- krzyczę do pustych ścian,
rozglądając się w około w nadziei, że ktoś tam jednak jest. Podjeżdżam szybko do okna i
spoglądam w przestrzeń właściwie nic nie widząc. Ani placu zabaw tuż pod oknem, ani drogi,
po której auta wjeżdżają na osiedle. Tylko ten głos wciąż dźwięczy tak, jakby ktoś stał przy
moim uchu. ”Tak, tak, kochana. Nie jesteś taka bezwzględna, za jaką sama siebie uważasz.
To wszystko na nic, twój ojciec już zaczął normalnie żyć, matka też próbuje zapomnieć.
Zostałaś tylko ty. Widziałaś, jak się dziś bawili. I co, podobało ci się? A może ty także tego
chcesz? No idź potańczyć, dalej ,dalej idź! Na co jeszcze czekasz? Może się boisz? Boisz się
pokazać światu. Przecież jesteś taką maleńką, bezbronną dziewczynką. Chcesz, bardzo
chcesz, by cię ktoś przytulił i... ”- Zamknij się! Nie, ja niczego nie chcę! Niczego! I tak nie
dostanę już zupełnie nic! NIC!- łkam jak dziecko. Dziecko.A jednak to prawda. Jestem tak
beznadziejna, że nie potrafię nawet okłamać samej siebie. A to miało być tak naturalne i
proste. Czerpanie radości z krzywdy innych. Boże, przecież ja tylko dzięki temu żyję,
wzięłam sobie za punkt honoru karmienie się bólem bliskich. Co mi tam, śmieję się gorzko,
nieszczerze. Wytrzymam, dam radę, taka właśnie jestem.” Nie poradzisz sobie, nie masz
żadnych szans.Nawet nie próbuj się łudzić.” Jadę do pokoju. Patrzę na przeraźliwie białe
ściany, zaczynam się kręcić wokół własnej osi ,jedno kółko, drugie, trzecie... Wszystko
wiruje, w głowie czuję pulsujący ból. Rzucam się na łóżko, nawet nie myśląc o zahamowaniu
wózka. Cisza, milczenie, spokój, tylko tego chcę. Te ściany... ”Sama takich chciałaś”-
podsuwa mi umysł. Zaczynam uderzać zaciśniętą pięścią w poduszkę. Zapamiętale, dziko,
wściekle. Oddając jej niemal całą swą złość. Jedwabny materiał jednak tylko lekko się
zagina.-Nieeee!- szarpię, coraz mocniej, z całej siły, wreszcie tkanina rozdziera się i wszędzie
pojawiają się małe, białe piórka. Przyklejają się do mojej mokrej od łez twarzy, do ubrania,
spadają na podłogę. Staram się oprzytomnieć. –Boże, ja zwariowałam.- wydaję wreszcie
wyrok. Czy wariaci mogą sobie normalnie stąpać po ziemi? Ha, pewnie wkrótce zamkną
mnie w domu bez klamek. Przynajmniej będzie to najlepszy ośrodek w mieście, a może nawet
w kraju, kochany tatuś już się o to postara-chichoczę, śmieję się niemal sama z
siebie.Pozbędzie się wreszcie balastu, który ot tak, po prostu sfiksował. Może napiszą o tym
w gazecie? „Córka znanego polskiego biznesmena Andrzeja Ryńskiego została umieszczona
w szpitalu psychiatrycznym. Jak mówią lekarze, stanowiła zagrożenie dla ludzi
współegzystujących z nią, leczenie potrwa do końca roku. Prawdopodobnie. Ojciec zapytany
o stan zdrowia Ewy podkreśla, jak bardzo się o nią martwi, że myśli o niej cały czas i że
chciałby wziąć na swe barki jej ból” Cały kraj zacznie mu współczuć, istnieje szansa ,że
ochrzczą go tytułem nowego narodowego bohatera. I to wszystko dzięki mnie. Bynajmniej,
tak się nie stanie, nie dopuszczę do ostateczności. Nie uda się im wszystkim mnie zniszczyć.
Nie uda!Zasłaniam kołdrą twarz, głowa dokucza mi tak, że już nie mogę znieść światła.
Dzikie szepty przeradzają się w niezrozumiały bełkot, nie słyszę już zdań, nie wyodrębniam
słów. Tylko ten szum. Zaciskam uszy dłońmi. Na pewno dam radę, udaje mi się jeszcze
pomyśleć i zasypiam, odpływam ze zmęczenia i udręki.
*Natalia*
Spokojnie otwieram drzwi i siadam na kanapie.Spokojnie?To niezwykle dziwne, jak bardzo
uspokoiło mnie podjęcie decyzji. Nie potrafię właściwie zrozumieć, dlaczego. Wtedy, gdy
próbowałam walczyć, nie myśleć i odnaleźć sens, byłam zupełnie inna. Rozdrażniona,
wieczne poirytowana, gotowa uprzykrzyć innym życie. Gdyby tylko było komu... Może
wtedy mogłabym się tego trzymać, mocno i kurczowo, jak ostatniej deski ratunku na
spienionym morzu. Nieważne, jak wiele zobaczyłabym w niej dziur zrobionych przez
pozbawione litości fale, jak byłaby mała i prawdopodobnie niezdolna mnie utrzymać i ocalić
moje życie. Ale by była, rzeczywista i namacalna, o czymś tak banalnym marzę od dawna.
Analizuję i wyciągam wnioski. Teraz wiem, że gdybym wtedy, kiedy nie było jeszcze za
późno, uwierzyła w owy ratunek, siłę tej nadziei, która znaleziona nawet gdzieś na drugim
końcu świata, owładnęłaby mną, to... wierzę, że wszystko mogłoby się zmienić i uczynić
moją klęskę nieco mniej dotkliwą. Bo doskonale zdaję sobie sprawę ,że przegrałam swoje
życie ,poniosłam porażkę w najważniejszej walce, tej stoczonej o samą siebie, choć nigdy nie
stanęłam na ringu. Tak. Byłam i wciąż jestem słaba, niczym wysuszony kłos pszenicy, który
prędzej czy później i tak zegnie wiatr, złamie i to stanie się jego końcem. Koniec. To straszne
i wyjątkowo okrutne słowo w całej swej wymowie. Każdy ma swój własny, osobisty koniec
świata, po którym nie ma już odwrotu, niczego już nie ma. Zostaje pustka, rozpacz, przepaść,
która zaczyna otaczać człowieka ze wszystkich stron. Gdy zrobi krok w którymkolwiek
kierunku może pogrążyć się w niej na zawsze. A najbardziej przeraźliwym z tych wszystkich
końców jest śmierć. Otóż to, śmierć, a z nią wszystko inne,idące w parze spokój i ulga.I to na
wieki. Wreszcie spokojny sen nie zakłócany obrazami rozpaczy. Bo ona działa niczym
niewidzialny mechanizm ,najpierw osacza człowieka jak szpieg, który szuka słabych stron
potencjalnej ofiary, a potem go atakuje i przejmuje nad nim kontrolę. Nie dałam temu rady.
No cóż, teraz już jest za późno, trzeba działać, podążyć wreszcie w stronę stanu
pozaziemskiej błogości, o którym tak marzę. Kto wie, może tam, właśnie tam...spotka mnie
szczęście.Chyba aż nazbyt się łudzę.Czy to strach? Czy w ostatniej chwili się od tego
powstrzymam? Czy nawet tego nie umiem zrobić? Nie. Prawdopodobnie nie. Sama nie wiem.
Muszę. I to już.Teraz. Sądzę, że każdy, niezależnie od tego, jak bardzo się przygotuje, obawia
się spojrzenia śmierci w twarz. Przyklękam ostrożnie, o co modlić się w takiej chwili? –Boże,
proszę Cię, wybacz mi,jeżeli tylko możesz. I proszę Cię tylko o jedno, zapewnij moim
bliskim spokój i nie daj im cierpieć.A ze mną zrób, co tylko zechcesz-po twarzy płyną mi łzy.
Nadszedł już czas. Zdecydowanym krokiem podążam w stronę szklanej szafki nad zlewem w
łazience. Nie myślę o niczym. Czuję się jak robot, doskonale poinstruowany o kolejnych
czynnościach, które ma wykonać. Nie mający serca.Wyjmuję opakowania leków.Jest ich
multum. Które wybrać? Które będą lepsze, szybsze...bezbolesne? Decyduję się na środki
nasenne taty i trochę innych tabletek, nawet nie zastanawiając,jak działają. Wsypuję je
wszystkie do plastikowego kubeczka.Dolewam wody.Spoglądam na pływające w niej
kolorowe pigułki. Paradoksalnie, wyglądają niemal apetycznie. Są niebieskie,
zielone,żołte,duże,małe,okrągłe i nieco bardziej podłużne. Podnoszę wzrok na łazienkowe
lustro i patrząc na własne oczy: przerażone, a jednocześnie takie...pewne,pochylam kubek w
stronę ust.Łyk za łykiem w mojej buzi jest ich coraz więcej.Stopniowo połykam pigułki,
trochę się krztusząc. Są gorzkie, niedobre w smaku, ale...zażywam je co do jednej.Koniec.
Odwracam wzrok. –Co ja zrobiłam?-szepczę do siebie niemal przerażona.Jestem w szoku. Po
chwili odzyskuję równowagę. Idę do sypialni., nie mogę na siebie dłużej patrzeć. Zaczyna
kręcić mi się nieco w głowie. Czy to... już? Kładę się na łóżku,tak, zasnę jak przystało na
damę.Poza tym nogi trochę mi drżą.Czuję, że dłużej nie postoję. Zaczynam liczyć sekundy,
minuty, stopniowo tracę rachubę. Może coś napisać?- pojawia się nagle w mojej głowie
dziwna myśl.Pożegnalny list? Przecież w filmach... nie, to takie teatralne.Nie chcę robić tego
rodzaju. Co miałabym napisać?Że przykro mi za to, co robię? Że nie chciałam? Jakie to
absurdalne, same standardowe kłamstwa.Że nie mają się obwiniać? To by się jednak
przydało. Nie, nie wstanę.Nie dam rady. Biorę do ręki telefon. Cyferki zamazują mi się przed
oczyma.Nie widzę już prawie nic.Półcienie, czarne plamy, prześwitujące przez ten mrok
kontury kształtów. Udaje mi się po kilku próbach wykręcić numer mamy.Poczta głosowa.Mamo,tato,dziękuję za wszystko.Ja...-charczę do słuchawki. Nie jestem w stanie dodać nic
więcej.Ręka bezwładnie opada mi w dół i wisi teraz wzdłuż ciała. W uszach słyszę nieznośny
szum.Aaaa..ratunku...Co się dzieje? Czy gdzieś coś hałasuje? Nie, to ja... nie przekrzyczę
tego, nie powiem już nic. Dłonią dosięgam włącznika wieży.Odtwarza się jak zwykle moja
ulubiona płyta. Nie słyszę.Głośniej.Jeszcze głośniej.Tak. Głowa opada mi bezwładnie na
poduszkę.Spać, spać, odpływać, myślę tylko. Zamykam oczy. Pogrążam się w nicości...
*Ewa*
-Aaaaa...-budzę się niespodziewanie dla samej siebie z krzykiem.Siadam na łóżku tak szybko,
jakby poraził mnie piorun. Co mi się śniło? Jakiś koszmar? Przecież spałam, wreszcie spałam,
i to długo-stwierdzam spojrzawszy na zegarek. Nie, to ta muzyka. Ta przeklęta muzyka
wyrwała mnie z transu-dociera do mnie w końcu.Upiornie dudniące dźwięki zza ściany.
Czego ona słucha? I dlaczego tak głośno? Ogłuchła czy co? Nie, to ja zaraz ogłuchnę.
Kolejny utwór jest jeszcze bardziej przeraźliwy.Co to za gatunek? Zaczynam uderzać w
ścianę.-Cisza!Wyłącz to, bo...-wrzeszczę, choć przecież i tak nikt mnie nie słyszy, bo nie
odbieram już niemal własnych myśli.Stukam raz jeszcze.Mocno, obiema rękoma.Zero reakcji.
Wsiadam na wózek.Ja jej powiem,otóż to, powiem, co o tym sądzę.Wyjeżdżam na klatkę i jak
dzika dosięgam dzwonka mieszkania Natalii. Phi, nawet drzwi otworzyć nie raczy.-Dalej,
przecież wiem, że tam jesteś!-krzyczę.Nic.Zdesperowana naciskam klamkę.Otwarte?Trzeba
wreszcie uciszyć tę muzykę. Co zrobić? Ech, wjeżdżam do środka.Po co ja się waham?
–Natalia, Natalia!- badam kolejne pokoje.Gdzie ona u diabła jest? Zaglądam do sypialni.
I wtedy ją dostrzegam,leżącą bezwładnie wzdłuż całego łóżka. Rozglądam się w
poszukiwaniu...nie ma nic, choć tak naprawdę ja ,wszystko już wiem.Wraca do mnie tamta
rozmowa w windzie.-Natalia,o Boże, Natalia! Błagam cię, odezwij się. Zrzucam się z wózka i
nie bacząc na to, że się przewrócił pełzam błyskawicznie w jej stronę. Boże, a jeśli? A jeśli
ona? Zaczynam płakać, czołgając się na łóżko. Wreszcie ją dosięgam.- Natalia, NataliaPotrząsam nią niemiłosiernie-Ocknij się, ja przepraszam, ja zrobię wszystko.Obudź się tylko,
nic więcej.Proszę.Proszę. - ciało dziewczyny bez życia spoczywa w moich rękach.Moje łzy
kapią na jej twarz.-Co ja zrobiłam?Jezu, co ja zrobiłam?-odwracam wzrok dosłownie na
chwilę. Widzę kręcące się wciąż koła porzuconego wózka.Stopniowo hamują.Aż
wreszcie...stają.

Podobne dokumenty