1 Upadek Andrzeja Kozyry Andrzej Kozyra był rzeźbiarzem. On

Komentarze

Transkrypt

1 Upadek Andrzeja Kozyry Andrzej Kozyra był rzeźbiarzem. On
Upadek Andrzeja Kozyry
Andrzej Kozyra był rzeźbiarzem. On nigdy by tak o sobie nie powiedział, co nie zmienia
faktu, że w oczach ludzi rzeźbiarzem był. - Świątka dłubię - tak mówił i dłubał dalej. Jego
świątki nie były jakieś tam pokraczne, skrofuliczne, garbate, do siebie tylko podobne, z gębami
na ludowo wystrugane. Jego świątki były wyrzeźbione według wszelkich prawideł snycerskiej
sztuki przyjętej już od baroku aż po styl figur, które zapełniają neogotyckie kościoły w okolicy.
Świątki Andrzeja Kozyry miały atrybuty od wieków im przypisane, przez tradycje im przydane
do rozpoznania. Święty Piotr trzymał w dłoni klucz do królestwa niebieskiego, a może do wrót
nieba. Jakkolwiek by to rozpatrywać, z Piotrem trzeba mieć komitywę dobrą tu na ziemi, bo
kluczem drogę do zbawienia otwiera, a po śmierci też on na niebieskie pokoje wpuszcza.
Bywało, że Piotrowi klucz dyndał swobodnie u sznura, którym był przepasany. Lubił też Andrzej
łączyć drewno rzeźby z metalem i wtedy w dłonie Piotra wkładał żelazny klucz, znaleziony w
starych rupieciach. Święty Paweł miał za znak rozpoznawczy miecz u pasa i księgę. Jego patron,
święty Andrzej Apostoł, do którego szczególne miał nabożeństwo, swój krzyż męczeński niósł
wytrwale. Jan Ewangelista księgę pod pachą trzymał. Święty Józef wyekwipowany był w
narzędzia ciesielskie, jakby do budowy dachu się wybierał. Święty Marek z kolei nigdzie się nie
ruszał bez towarzystwa lwa. A bardziej współcześni – ktoś zapyta - jakie mieli znamiona? Ano
mieli. Święty Florian tradycyjnie z piką w dłoni prawej i w rzymskim hełmie, a lewą ręką z putni
drewnianej lał wodę na ogień pożaru trawiącego budynek. Na ramieniu świętego Franciszka
ptaszek siedział. Jan Nepomucen stał przegięty jak znak zapytania i tulił do siebie krzyż męki
pańskiej. Święty Jacek Odrowąż w prawej dłoni kielich z wiatykami trzymał, a w drugiej figurę
Matki Boskiej. Zaś święty Antoni zawsze z małym Jezusem na ręku i z kwiatem lilii był
przedstawiany w jego rzeźbach.
I różne jeszcze świątki rzeźbił Andrzej Kozyra i każdy był piękny z twarzą uduchowioną,
w szatach odpowiednich, w butach z epoki, o dłoniach szlachetnych, których palce tak finezyjnie
wyrzeźbił, że aż dziw bierze, że tak potrafił. A potrafił, bo wieczorami, gdy dłuto odkładał,
studiował sztukę renesansu, baroku. Portale internetowe przeglądał i w ulubione zapisywał.
Rzeźby mistrzów niedościgłych Michała Anioła, Wita Stwosza, Augusta Rodina i Augusta Kissa
oglądał w albumach kolorowych. Na allegro kupił pierwsze wydanie „Kapliczki i krzyże
przydrożne w Polsce” Tadeusza Seweryna, a ze współczesnych najbardziej do gustu mu
przypadły katalogi rzeźb szopki trydenckiej.
Gdy jechał gdzieś, przed figurami przydrożnymi przystawał i patrzył. Czytał inskrypcje
dziewiętnastowieczne, z łaciny czasem jakieś zawołania czy sentencje na bieżąco tłumaczył,
kontemplował rzeźbę, na koniec robił zdjęcie aparatem w telefonie komórkowym i jechał dalej
rowerowym szlakiem. Znów zatrzymywał się przed przydrożnym krzyżem, gdzie męka
Chrystusa była unaoczniona.
Wracał do domu pełen wrażeń, obrazów, z wyobraźnią nabrzmiałą jak bania i rzeźbił.
Mękę Pana Naszego Jezusa Chrystusa tak sugestywnie w drewnie lipowym wystrugał, że można
było pomyśleć, iż zawsze tam była, a Andrzej tylko pancerz kory zdjął umiejętnie i dłutami
wiórka niepotrzebne odrzucił, i oplótł jego głowę drutem kolczastym z ogrodzenia zdjętym. Miał
1
jakiś dar, nielicznym dany, że swoje widzenie świata i rzeczy, przetworzone przez wyobraźnię,
wiedzę i emocje, dłońmi kształtował. To poezja kształtu namacalna w przedmiocie rzeźby.
I unosiły się nad Andrzejem anioły z dziewięciu chórów, które strugał zawzięcie w
pozach różnych, zależnie od materiału, jaki w szopie znalazł. Raz były płaskie, z deski wycięte i
stojące ze skrzydłami jak płaszcz zwisającymi do ziemi, raz klęczące, to znów z uniesionymi
skrzydłami wygięte barokowo, ale zawsze z dłońmi złożonymi do modlitwy, chyba że trzymały
szarfę z łacińskim napisem „Deo Gratias”, czy kolędowym „Bóg się rodzi, moc truchleje”.
Miał Andrzej Kozyra do aniołów zamiłowanie szczególne. Fruwały w jego głowie, we
śnie go nawiedzały Serafiny, Cherubiny, Trony, Władze, Moce, Zwierzchności, Księstwa,
Archaniołowie i Aniołowie realizujący plany Boże. I rano pióra pogubione przez nich wokół
siebie znajdował. Wylatywały w świat spod jego dłuta często. Jakkolwiek anioł jest ciałem
astralnym, duchem jeno bezpłciowym, w wyobrażeniu tak wygląda jak je Andrzej rzeźbi. Płeć
mają tylko tych trzech archaniołów imieniem męskim nazwanych.
Chrystusa siedzącego na polnym kamieniu, czy pniaku przydrożnym umiał tak wyrzeźbić,
że z jego twarzy promieniowała dobroć, frasobliwość i zatroskanie, bo frasobliwość Chrystusa
nie w pozie jest zaklęta, ale w wyrazie oblicza. Rozumiał to Andrzej doskonale, znał bowiem
nauczanie Jezusa i dzieje apostolskie, jakby na KUL-u teologię studiował.
Tak, był rzeźbiarzem, chociaż tak o sobie nie mówił, ba, nawet tak nie myślał, choć dnia
nie było, by dłut nie ostrzył, wiórów niepotrzebnych z kloca nie odrzucał, drewna do przyszłych
rzeźb sobie nie przysposabiał.
Owszem rzeźby jego mieściły się w konwencji rzeźby już znanej, stylu po wielokroć
powielanym. Nie było w nich nic awangardowego. Ale też nie były nigdy przedrzeźnianiem i
kopiowaniem. Napatrzył się Andrzej, poznał, zachwycił, przez swoje klucze wyobraźni
przetworzył w myślach codziennych i conocnych samotnych, aż jego się stały. Na klocu postać
szkicował, proporcje rozmierzał i rzeźbił.
W domu trzymał tylko kilka swoich prac, a reszta rozeszła się wśród znajomych. Bo jakąż
pamiątkę można komuś ofiarować z małego miasteczka. Folder kolorowy? Kubek z malunkiem
żaby? To przecież żadnej emocji nie niesie, gadżet tylko, na odczepne dany. A Chrystus
Frasobliwy, anioł skrzydlaty, święty pański, Jezus Boleściwy, z sygnaturą daty, miejsca i autora
są emocjonalne same w sobie, co pamiątkę czyni niepowtarzalną.
Nie przyjmował Andrzej często zamówień, to by go krępowało, wyznaczało ramy czasu i
jakieś rygory, przy których już rzeźba nie powstawała z potrzeby serca, wolnej duszy,
uzewnętrznienia wyobraźni, twórczej prokreacji, ale z przymuszenia, bo słowo dane, a piasek w
klepsydrze się nieustannie przesypuje. Każde zamówienie, jakie zgodził się przyjąć, w jego
wnętrzu musiało się zagnieździć, umościć i tak zadomowić, by wyszło po czasie dłuższym lub
krótszym jako samoistne, zrodzone z potrzeby tworzenia.
Kierowniczka Oddziału Muzeum Regionalnego namawiała Andrzeja Kozyrę do
pokazania swoich prac na wystawie w salach muzeum. Odmówił. Namawiała go,
argumentowała; - Zgódź się pan. Dla kultury warto. Rzeźby są świetne. Nic pan nie będzie
musiał mówić, kilka zdań tylko tak dla przyzwoitości, już ja resztę powiem. Panie Andrzejku,
zgódź się pan – zaklinała. Na darmo. Zanim swoją decyzję drugi raz wyartykułował, taką minę
zrobił, jakby go męka czekała. – To dla mnie jest Getsemani – wyrzekł.
Nie było wystawy. Jedna rzeźba stała przez czas jakiś w miejscowym Domu Kultury. Nie
śmiał odmówić Natalii Bonar, która była tam dyrektorką. Umiała go omotać, miłym uśmiechem
zachęcić. Nic to nie zmieniło w życiu Andrzeja Kozyry, bo i zmienić nie mogło i sam na żadną
zmianę nie liczył. Nie miał siły przebicia, więc o nic nie zabiegał. Nie zawiódł się i w kompleksy
nie popadł niepotrzebne. Miał swój świat już ułożony i swoje miejsce w nim wydeptane.
2
Domy Kultury rzadko twórcom służą. Są jak urzędy ze swoimi procedurami, biurami, gdzie
twórca jest petentem jak w wydziale geodezji i ksiąg katastralnych. To tylko miejsce bardziej lub
mniej przyjazne prawdziwej sztuce. Dzieło powstaje we wnętrzu artysty.
Rosła w nim pokusa rzeźbienia od najmłodszych lat. Dojrzewała, by jakąś figurą się
zmaterializować. Z początku jego ludziki wychodziły na świat nieporadne i pokraczne. Wiedział,
że to nie to, czego oczekiwał. Sam siebie pytał czy zdolności mu brakuje, czy w sobie jeszcze nie
dość emocji i wrażeń przetworzył i stad widzenie jego zbyt płaskie, a dłonie niewprawne?
Są talenty samorodne, – myślał Andrzej – co to dzieckiem będąc, z patyka kozikiem
zgrabne figurki wystruga. U niego talent niewątpliwy ogromną pracą był wsparty. Latami do
wprawy i biegłości dochodził. Dopiero w wieku lat trzydziestu w swój kunszt na tyle uwierzył, że
krzyż przydrożny odważył się odrestaurować. Długo była to jedyna jego wystawa. Kto chciał
oglądał, podziwiał i modlił się w wieczory majowe.
Tak się tym rzeźbieniem Andrzej zajął, że z dłutem w dłoni całe dnie spędzał. To świt, to
zmrok i lata szły, ani się obejrzał już mu czterdziestka stuknęła. On dalej nieśmiały do kobiet żył
w celibacie. Owszem, czasem i kobietę wyrzeźbił - świętą Teresę z krzyżem w dłoni i naręczem
kwiatów albo Najświętszą Maryję Pannę. Święte jego były pod szyję pozapinane, w chusty
owinięte, w szatach do kostek, z twarzy tylko kobiece, bo wypukłość biustu tak minimalistycznie
zaznaczał, jakby ten atrybut kobiecości grzechem był naznaczony.
Spokój uwielbiał i coraz tęsknie w odludne miejsca zaglądał. Robił wyprawy w zalesione
miejsca. Marzyło się mu na polanie śródleśnej z dala od ludzi osiąść, jak w eremie prowadzić
życie pustelnicze. Tam z przyrodą za pan brat, świątki strugać, księgi czytać i medytować.
Nie, nie przygniatała go ta miejskość miasteczka. Na uboczu mieszkał. Przed dom
wyszedł, w prawo spojrzał i już przestrzenie pól widział, pagórki i kępy lasów nieodległych. Od
ludzi nie stronił, ale natura i cisza bardziej go pociągały.
Nie mógł w eremie osiąść, bo na to trzeba odwagi, determinacji, by porzucić wszystko,
wielu rzeczy się wyrzec, życie do cna przewartościować. Został na swoim miejscu, ale coś więcej
postanowił po sobie zostawić. Na półmetku swego żywota dzieło życia zaczął budować. Mówił
do mnie, jakby się chciał z tego zawczasu wytłumaczyć. – Ty masz dzieci, a po mnie niech ta
kapliczka maryjna zostanie.
Drewno gromadził, kloc na figurę Maryi przyjmującej zwiastowanie już wysuszony na
pierwsze wręby dłuta czekał, dechy na płaskorzeźby ścienne sklejał i heblował. Rok poświęcił.
Wyrzeźbił figurę Maryi, Archanioła Gabriela, dwa skrzydlate anioły u sufitu, płaskorzeźby,
maryjne zawołania wyrył w deskach gotyckimi literami i kapliczkę drewnianą na kamiennej
podmurówce postawił. Jeszcze tylko kilka listewek przybić zamierzał na obramieniu dachu, choć
już kapliczka budziła podziw u ludzi. Przystawali i oglądali, chwalili twórcę i jego robotę, a nade
wszystko dziwowali się z niezmiernie, że Andrzej, jak niedzisiejszy, tak sam z siebie to robi,
własnym kosztem, żadnych pieniędzy nie bierze ani za materiał ani za robotę.
Kończył dzieło swego życia Andrzej Kozyra, ostatnią listewkę przybijał na dachu, a że
nie miał mu kto jej podtrzymać, westchnął do siebie bardziej niż do Boga. – O Boże, nawet
przytrzymać nie ma kto – i wtedy dziadek Andrzeja Szymon Kozyra zza kalenicy wychynął, i
listewkę mu podtrzymał. Przybił Andrzej, dokąd dosięgał zdobioną listwę gwoździami bez
łebków, po czym dziadkowi podał młotek i dwa gwoździe. Ten od góry jak należało przyczepił i
zanim Andrzej młotek od niego odebrał, dziadek zniknął, młotek zawisł w powietrzu, a Andrzej
tylko zdążył pomyśleć, że przecież dziadek już od dwudziestu lat nie żyje i spadł razem z
młotkiem.
I bądź tu człowieku mądry, bo jakże mylne są nasze wyobrażenia o wielu sprawach.
Niejeden myślał: – Dla Boga to robię, Bogu i jego świętym to wszystko ofiarowuję, nic mnie
3
złego przy tej robocie spotkać nie może - a tu nagle zza obłoków wysuwa się palec Boży, na
niego wskazuje i leci na dół z drabiny. Bęc i śmierć! Łup i kalectwo! A złamany szczebel czy
omam wzrokowy nic tu do rzeczy nie ma, nimi się tylko Bóg posłużył jak narzędziem, bo je miał
pod ręką. Ile ofiar było przy budowach średniowiecznych katedr? Pewnie setki. Wtedy mówili Bóg tak chciał. – Ale i wtedy nie chciał, i teraz też nie chciał. Jakiś większy zamysł jest w tym
wszystkim, gdy nieszczęście człowieka dopada.
Pogotowie ratunkowe przyjechało szybko, lecz Andrzej jeszcze szybciej przeniósł się na
niebieskie pokoje. Siedział w izbie niebieskiej u swoich dziadków na ławie pod oknem.
Uśmiechał się.
Izba niebieska Szymona i Juli Kozyrów była dość duża. W kącie piec kuchenny z białych
kafli, pod ścianą łóżko zasłane wysoko pierzyną puchową i poduszkami ułożonymi w piramidę,
w powłoczkach wyszywanych kordonkiem w maki, bławatki, osty i kąkole. Obok łóżka szafka
nocna, stół pod oknem i ława, i dwa krzesła. Na ścianie kilka obrazów z wizerunkami świętych
pańskich, pomiędzy nimi kołchoźnik wisiał i mruczał jakąś melodię nadawaną centralnie z
niebieskiego radiowęzła, a sufit był ze stragarzami.
Babcia Julia siedziała przy piecu. Wokół niej unosił się smakowity zapach zbożowej
kawy z mlekiem. Dziadek siedział na krześle przy stole i pykał fajkę nabitą wyśmienitym
tytoniem Złota Wirginia, który przysłał mu brat Janek z Ameryki. Uchylone okno wpuszczało
świergot ptasiego rodu i przyjemne ciepłe powietrze zaprawione nutką wysokich malw, których
pastelowe kielichy zaglądały przez okno. Niżej mościły się dalie i narkotyczne piwonie, a pod ich
stopy ścieliły się łachy omdlewającej maciejki.
Nie mieszały się zapachy. Stały w powietrzu jak słoje słonecznej woni, wystarczyło tylko
w tamtą stronę spojrzeć, o czymś miłym pomyśleć i już woń szlachetna uderzała w nozdrza. Nic
w tym niebieskim świecie nie było dziwne, ani przesadzone. Większych niespodzianek i
osobliwości się spodziewał, bo przecież „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce
człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”.
Spotkał tam swoich dziadków w okresie, w jakim ich najlepiej pamiętał i gdy byli szczęśliwi. Nic
nie mówił, a słyszeli go i rozumieli, i on ich słyszał i rozumiał. Rozmowa poprzez projekcję
myśli. Zaciekawiony spytał dziadka:
- Przed chwilą listewkę przybić mi pomagałeś, a tu jesteś?
- Tu jesteś? A przed chwilą listewkę przybijałeś na kapliczce? - odpowiedział dziadek
pytaniem na pytanie i dodał: - Cienka jest granica, która dzieli te dwa światy.
- I widzisz, do nieszczęścia doprowadziłeś – z wyrzutem odezwała się babcia.
- E tam, do jakiego nieszczęścia, popatrz wnuk zadowolony, uśmiechnięty jest.
- Zadowolony, bo w niebie jest. Kto by nie był? Ale młody jeszcze, mógłby pożyć i na
ziemi jeszcze coś dobrego zrobić.
- Pogadać z nim chciałem.
- Pogadać, pogadać – utyskiwała babcia – inaczej trzeba było, a nie przestraszyć
chłopaka, gdy na drabinie stał.
- Próbowałem inaczej, Bóg mi świadkiem, że próbowałem. Tyle razy się mu śniłem po
nocach i nic. Budził się i nic nie pamiętał. Tylko mu rzeźby w głowie. No pamiętasz, kiedy ci się
śniłem? - spytał go dziadek.
Zastanawiał się Andrzej. Może śnił mu się dziadek którejś nocy, ale rzeczywiście nie
pamiętał. Sny zaraz po przebudzeniu jeszcze do świadomości się przebijają, aby po chwili w
rzeczywistości się rozwiać. Trudno mu cokolwiek sobie przypomnieć. Siedzi w jego głowie,
trzepocze skrzydłami jak motyl kolorowy, ale wiatru z tego nie ma, ani nawet szelestu nie słyszy.
4
- To poszedłem. Po dwudziestu latach chwila mi się na Ziemi należy, zwłaszcza, że
sprawa dla mnie ważna - ciągnął dalej dziadek.
- A co teraz poradzisz, jak Andrzejek już w niebie.
- Nic mu nie jest, do życia wróci, tylko mu do rozumu przemówię.
O co dziadkowi chodzi? – pomyślał Andrzej.
- O co chodzi! Jeszcze się pyta? Figurki drewniane strugasz, a sam jesteś. Nie żenisz się,
dzieci nie płodzisz. Mało to dziewczyn do zamążpójścia chętnych było? Swój czas przegapiłeś,
bo w drzewie żeś dłubał jak dzięcioł. Co ja mówię dzięcioł? On po to dłubie, by jaja wysiedzieć,
rodzinę założyć. To już dla ciebie jest ostatni dzwonek. Jeszcze kilka ponętnych panien w
okolicy zostało.
Z kołchoźnika popłynął muzyczny ladszaftcik: W zielonym gaiku ptaszęta śpiewają,
najlepsze dziewczęta, co buziaka dają.
- A skąd ty o tym wiesz? – spytała babcia, patrząc spod oka na dziadka.
Buzi bym ci dała, ale po kryjomu, bo by mnie mamusia pokrzyczała w domu.
- Skąd wiem! W temacie jestem, to wiem – odparł dziadek i ciągnął dalej reprymendę dla
wnuka. - Ruszyłbyś się z domu, zagadaj, na kawę zaproś, winem dobrym potraktuj i sam się
napij. Jezus w Kanie Galilejskiej wodę na wino zamieniał. Napij się, a śmielszy będziesz. Oj
Andrzej, Andrzej, wnuk żeś mój, a do niewiast taki jesteś nieśmiały. Wiesz, że siedmioro dzieci
miałem, niestety troje w niemowlęctwie zmarło, takie czasy były. Przeżyło czworo w tym dwóch
synów. Andrzej twój wujek, jak wiesz, same córki miał, tylko twój ojciec Adam miał syna,
ciebie. I w tobie cała nadzieja. – Spojrzał dziadek na Andrzeja z żalem i z iskierką ufności.
Buzi bym ci dała, ale byś powiedzioł, a jo bym tak chciała, żeby nikt nie wiedzioł.
On na wspomnienie ojca pomyślał, że dobrze by było, skoro już tu jest, go zobaczyć.
Trochę się zdziwił, że go u dziadków dzisiaj nie ma.
- Nie ma ojca, bo w czyśćcu odpokutować musi. Nic wielkiego, ale musi. Takie już tu
procedury, jak na Ziemi mówią, ale sprawiedliwie jest. Dobrze, że o ojcu myślisz, modlitwą mu
pomagasz, ale o swoim ojcostwie też pomyśl. Drewniane ludziki strugasz, a żywe byś zrobił jak
należy. Chłopak zdatny z ciebie, wiadomo Kozyra, to i dzieci dorodne mieć możesz. Znajdź
sobie kobietę ładną, dobrze zbudowaną, a dzieci robić, to sama przyjemność z taką jest.
A jak byś powiedzioł, jo bym się wstydziła, żeś ty mnie całowoł, jam się nie broniła.
- Daj chłopakowi spokój. Niech sobie rzeźbi. Święte rzeczy robi. Taką drogę wybrał –
babcia obstawała za wnukiem.
- Mój ród ginie. Kozyrów już nie będzie, jak on nie zaradzi. Jakże człowiek główne
zalecenie Boga ma realizować, by ziemię poddaną sobie czynić? Z pokolenia na pokolenie trzeba
iść. Kto pójdzie, jak dzieci nie będzie? No kto? Ja się pytam? Andrzeju, ożenić się musisz i dzieci
płodzić. Ja dziadek twój, Szymon Kozyra, tobie to nakazuję. Na Ziemię wracaj, za niewiastą się
rozejrzyj i dzieci rób, bo ród zaginie.
W zielonym gaiku jeleń wodę pije, dla ciebie dziewczyno, dla ciebie jo żyje.
Przykro się Andrzejowi zrobiło, że naganę od dziadka dostał w niebie. Dziadek podszedł
do niego i po plecach go poklepał przyjaźnie, do siebie przytulił i na pożegnanie powiedział po
cichu.
- Jeszcze mi dziękować będziesz. A kapliczka niczego sobie.
Podszedł Andrzej do babci, ta ze stołeczka wstała cała w zapachu zbożowej kawy i na
pożegnanie do ucha mu szepnęła:
- W ożenku rzeźbienie nie przeszkadza. Bogu na chwałę i ludziom rzeczy pożyteczne
czynisz. Do zobaczenia, wnuku.
5
Wrócił Andrzej Kozyra do przytomności, zanim do szpitala dojechał. Nie wiedział gdzie
jest i co się stało. Uśmiechał się cały czas półgębkiem.
- Dobrze, dziadku. Do zobaczenia, babciu – mówił z dziecięca pokorą.
Ratownik spojrzał na sanitariusza i powiedział:
- Przytomność odzyskał, ale od rzeczy coś gada.
W następnym dniu ze szpitala wyszedł. Wstrząśnienie mózgu i złamany obojczyk – lekarz
w karcie zapisał. Przez kilka dni Andrzej dochodził do siebie. Rękę trzymał na temblaku, by się
obojczyk zrósł bez przeszkadzania. Ortopeda zalecił tak przez dwa tygodnie, a robić zabronił
przez dwa miesiące.
Na razie z rzeźbienia nici – pomyślał Andrzej. - Co robić? Zanudzę się na śmierć. Pójdę
do miasta, może spotkam jakąś dziewczynę, na kawę się umówię. - Uśmiechnął się do swoich
myśli, zdziwiony, bo wydały się mu czymś nowym i nieoczekiwanym. Już dawno nie zaprzątał
sobie głowy takimi sprawami. Nie mógł przełamać swojej nieśmiałości. Bliskość ładnej kobiety
krepowała go i onieśmielała. Już miał do niej usta otworzyć, coś zagadać, ale jakiś wewnętrzny
cenzor mówił mu, że zrobi z siebie pajaca, że ona wargi wydmie i wzrokiem pobłażliwym go
zmierzy. Bał się takich sytuacji. Przypominał sobie swoje pierwsze miłości w liceum. Były w
tym czasie w jego życiu dwie dziewczyny. Jedna z nich mieszka nieopodal, czasem ją widuje. Są
w koleżeńskich stosunkach, ale do wspólnych relacji z przeszłości nie wracają w rozmowach ani
słowem. Nie żeby było w nich coś wstydliwego, rozczarowującego. Było to takie zwykłe
młodzieńcze zauroczenie, a potem powolne gaśnięcie płomienia. Próbował później po wojsku
rozognić w sobie iskierkę miłości do jednej dziewczyny, ale zawsze kończyło się wszystko
wybuchem nieokiełznanego pożądania, w którym spełnieniu ona była zbyt wulgarna i w słowach
i w czynie. Czerpała przyjemność w zadawaniu mu bólu i jego też do takich zachowań
przymuszała. On tego nie akceptował. Szukał u dziewczyn piękna twarzy i całej figury, szukał
kobiecej serdeczności i delikatności, a przy tym nieodzownie musiał pojawić się choćby mały
akcent seksapilu. Gdy wydawało mu się, że już znalazł, że na tym będzie budował miłość
intensywną jak zapach jaśminu i słodką jak miód z lipowego kwiatu, okazywało się, że ta
dziewczyna już ma chłopaka. Zniechęcony przestał chodzić na dyskoteki do klubów. Wtedy
zaczął rzeźbić. To go zajęło, pochłonęło bez reszty. Tworzył. Nadawał formę. Wreszcie coś
zależało od niego.
Wracał z miasta do domu, nie mógł jeszcze rzeźbić, więc słuchał radia, ulubionej muzyki
rokowej z lat dziewięćdziesiątych. Współcześnie też żywił sympatię do kilku kapel, ale
najbardziej cenił Beth Hart i Joe Banamassa w ich rokowych balladach. Muzyka była tylko tłem
do jego myśli. Powoli przewartościowywał mu się świat, dążenia i cele. Już odpływały w dal
rozmyślania o świątkach, figurkach i kapliczkach. Teraz chciałby wyrzeźbić coś, co rodziło się w
nim w bólach nieśmiałości, pożądania i zawiedzionych marzeń. Wymyślił sobie, że to będzie
taka terapia przez sztukę.
Szkicował twarze kobiet. Szybko jednak zauważył, że twarze, to tylko portrety, tak jak
głowy wawelskie milczące, przekazują jakieś smutne refleksje i skojarzenia jakby pośmiertnych
masek. Całe sylwetki zaczął na kartach rysować, ciała kobiet w dynamicznych pozach, pełnych
życia. Patrzył na swoje szkice i wiedział, że one poprzez swoją seksualność wyrażają
antropologiczne dążenie do nieśmiertelności. Zamarzył, by taki wyraz w rzeźbie uchwycić.
Znalazł metrowy kawałek suchej lipy i kiedy już mógł bez większego bólu ruszać ręką,
zaczął rzeźbić swoją wymarzoną Wenus. Wprawiał się w pracę od nowa, delikatnie obchodził się
z drewnem. Wymuszone przez kontuzję jego lekkie uderzenia pobijakiem w trzon dłuta, czy
cyzelowanie powierzchni przez odrzucanie drobnych wiórków drewna, jakby kolejnych odsłon,
draperii i płaszczy, powodowało, że z czasem pokazała się rzeźba urzekająca, pełna wymowy.
6
Rzeźbę stanowiła postać nagiej kobiety przylegającej do skalnego głazu.
Andrzej patrzył na swoje dzieło i był szczęśliwy. Chciałby się podzielić swoim
szczęściem twórcy, pokazać tę wyrzeźbioną postać komuś, kto te wszystkie emocje i wrażenia w
niej zawarte właściwie odczyta. Pomyślał o Natalii Bonar, ale szybko odrzucił tę myśl. Nie
okazuje emocji, jest zbyt urzędowa. Może potrafi się czymś zachwycić, ale tego nie
uzewnętrznia. Zamknięta mimika twarzy nie ujawni nawet żadnego drgnienia emocji. Wszystko
pod kontrolą. Mało spontaniczna. - Z takich rozmyślań wyrwały go krzyki i piski dziecięcej
gromadki idącej mu naprzeciw.
Opiekunka tych dzieci, młoda, wysoka szatynka spytała go o najbliższą drogę w kierunku
miasta. Chcą je zwiedzić. Andrzej zaofiarował się, że pójdzie z nimi, z przyjemnością będzie
pełnił rolę przewodnika. Przedstawili się sobie. Miała na imię Ewa. Idąc rozmawiali. Kolonia
dzieci ze szkoły podstawowej była ze Stalowej Woli. Ewa od kilku lat uczy te dzieci zajęć
plastycznych, a w wakacje jest opiekunką kolonii. Andrzej pokazał im Rynek. W zaułku ulicy,
uchodzącej do Rynku, jak rzeka do morza, weszli do cukierni z najlepszymi lodami w okolicy.
Później zaprowadził ich do barokowego kościoła. Ewa zachwyciła się rzeźbionymi
ewangelistami oplatającymi kosz ambony. Gdzie tylko ma okazję, zwiedza muzea i kościoły. Tak
oddaje się swoim zainteresowaniom i poszerza wiedzę zdobytą na uniwersytecie, gdzie
studiowała historię sztuki. Andrzej pomyślał, że chyba sam Bóg zesłał mu tę dziewczynę. Nikt
inny nie zna się tutaj na sztuce jak ona. Jej pokaże swoje najnowsze dzieło. Gdy wracali,
opowiadał o swojej pasji rzeźbienia. Roziskrzyły się jej oczy i zapragnęła zobaczyć jego rzeźby.
Trzy dni poświęcił na dogładzanie każdej części ciała rzeźby, każdego zagłębienia i
wypukłości ostrymi dłutami. Na końcu postać kobiety pokrył woskiem barwiącym w kolorze
wenge, a skałę wybarwił na szarość granitu. Całość wypolerował miękką szczotką i flanelowym
gałgankiem.
Po południu następnego dnia poszedł po Ewę do kolonijnego ośrodka nad zalewem. Już
czekała. Wracali obok maryjnej kapliczki. Ewa oglądała, chwaliła figury, ale kręciła nosem przy
płaskorzeźbach. Uważała, że są za płaskie, nie ma w nich głębi, przez co zbyt monotonne.
- Płaskorzeźba powinna śmielej wchodzić w przestrzeń, przynajmniej jakąś swoją częścią.
Wtedy do nas przemawia, tak jak obraz musi świecić własnym światłem, by nas zaintrygował i
zachwycił.
W pokoju, w którym pachniało jeszcze woskiem, snop słonecznego światła oświetlał
rzeźbę. Ewa stanęła naprzeciw niej bez słowa. Andrzej czekał na jej ocenę i uwagi, z
zażenowaniem przyjąłby też pochwały, ale ona nadal stała milcząca. Tylko w jej oczach szeroko
otwartych i minie można było bez trudu odczytać zachwyt. Andrzej flanelowym gałgankiem
polerował ciało rzeźby. Wydobywał słoneczne refleksy. Dotykał figury rzeźbionej kobiety
najdelikatniej jak tylko umiał. Ewa patrzyła oczarowana poezją tych ruchów. Spytała, czy może
dotknąć, obawiała się czy nie będzie to z jej strony profanacja. Uśmiechnął się z przyzwoleniem.
Ona dotykała ramion rzeźbionej figury, przesunęła dłoń po jej gładkiej powierzchni i natrafiła na
dłoń Andrzeja. Nie cofnęła jej. Ich spojrzenia się spotkały. Poczuła ciepło i fakturę skóry jego
długich palców i pomyślała, że są cudowne, skoro z nich wychodzi taka sztuka, są delikatne, tak
twórcze, że powinny pieścić jej żywe ciało, tak jak tę rzeźbę. Patrzyła mu w oczy i całowała
wnętrze jego dłoni, a w nim wszystko drgało. Zdumienie przechodziło w zapach nadrzecznych
łąk, w szum brzozowych gajów, w nagłe porywy wiatrów w szczytach sosnowych lasów.
- Jak nazwałeś tę rzeźbę? – spytała później.
- Myślałem, że nazwę ją Wymarzona, ale zmieniłem zdanie.
- To znaczy?
- Ewa.
7
- Co?
- Nazwę ją Ewa.
Uśmiechnęła się.
Przed końcem kolonijnego turnusu spotkali się ostatni raz. Andrzej zapraszał ją do siebie.
- Nie chcę się angażować – odpowiedziała. – Potraktuj to jako przygodę. Wracam do
swoich spraw.
- Może spróbujemy? – pytał dalej.
- Nie wytrzymamy takiej próby. Szkoda się okłamywać - powiedziała. Pocałowała go
czule i odeszła. – Będę cię wspominać – dodała po kilku krokach, odwracając się w jego stronę.
Uśmiechała się serdecznie i miała błyszczące szczęściem oczy.
Andrzej patrzył za nią jeszcze przez chwilę, jak szła ulicą, pochylając głowę pod okapem
bujnych lip. Nie był zawiedziony, był uskrzydlony. Patrzył i uśmiechał się szczęśliwy, że po
wielu latach przeżył coś tak porywającego.
Odmieniło się życie Andrzeja Kozyry definitywnie, o 180˚ odmieniło. Lgnęły teraz do
niego kobiety, a on im filuternie w oczy patrzył, komplementy prawił. Jak przedtem nieśmiały,
tak teraz szarmancki, serdeczny i wylewny. Umawiał się z poznanymi dziewczynami na kawę, do
domu zapraszał, by nowe rzeźby zechciały obejrzeć. Przychodziły. Zostawały czasem na dłużej.
- To moje modelki – mówił na zaczepki kolegów, którzy z małżeńskich pęt choć na
chwilę chcieliby się wyrwać. – Teraz ciało kobiece mnie fascynuje, rzeźbiarsko również.
Takie wyznanie jeszcze większy zew wolności w nich wyzwalało. Dziwowali się temu
przeistoczeniu Andrzeja, ale wierzyli mu, gdyż swój wygląd też definitywnie zmienił. Zadbał o
siebie zewnętrznie. Markowych ciuchów sobie kupił, codziennie się golił, wód pachnących
używał, co jeszcze jego przymioty uwypuklało. Jak szedł, to szedł lekko. Wyzwolony człowiek.
Ziemi na tyle jedynie dotykał, by mieć punkt oparcia, a głowę wysoko nosił, jakby fruwać
zamierzał i błysk w oczach go rozświetlał.
Studiował Andrzej ciała niewieście oczami, a zwłaszcza dotykiem dłoni, bo dłonie u
rzeźbiarza ważne, gdyż spod nich jego sztuka wychodzi. Kształtów namacalnych pragnął w
siebie wchłonąć, fakturę skóry całego ciała, ust, włosów, a nawet kobiecego runa w opuszkach
palców zachować na odwzorowanie późniejsze. Dotykał i gładził, jakby już gotową rzeźbę
polerować zamierzał. Studiował pozy, gesty, miny, mięśnie wszystkie w napięciu i w
rozluźnieniu. Fotografował w świetle punktowym i w rozproszonym, w półcieniu i nocą ciemną,
gdy samo świeciło nagością.
Sąsiad patrzył zazdrośnie na te wszystkie modelki, które rano odjeżdżały sprzed domu
Andrzeja. – Ech, człowiek, by sobie odmienił, odpoczął od swojej gderliwej klimakterium –
myślał z miną tak cierpiącą, że żal było patrzeć. – Andrzej to ma dobrze. Dom wybudował,
drzewo posadził. Co tam jedno drzewo, sad cały i zieleniec wokół domu iglasty. Teraz
dziewczyny obraca. Mówi, że modelki do rzeźbienia. Ej, rzeźbi je chyba, rzeźbi. Trzydziestki,
czterdziestki eleganckie. U takich pociąg do seksu świeży, choć już dojrzały. Bezpruderyjne,
odważne i wiele potrafią. Pewnie późno erotycznie pobudzone, teraz nadrabiają łapczywie z
Andrzejem. Ale ma chłopak dobrze, pozazdrościć. I pomyśleć – dalej snuł swoje rozważania
sąsiad – nic mu w życiu nie uciekło. Dzieci też mieć może i to, z którą będzie chciał. Wystarczy,
że tylko się w nim uczucia ojcowskie odezwą, wybierze sobie najpiękniejszą, w biodrach
posażną, w piersiach obfitą i dziecko wyrzeźbi. Sama przyjemność. - Tak seksistowsko sąsiad
projektował Andrzejowi świat. – Będzie chciał, ożeni się. Wybór ma pod każdym względem. Z
dyrektorką Domu Kultury może się ożenić. Ostatnio przyjeżdża do Andrzeja. Kobieta ładna,
zgrabna jak modelka i elegancka. Wysiada z czarnego volkswagena, rozgląda się dookoła, aż się
jej te blond włosy mienią w słońcu, okulary przeciwsłoneczne poprawia i idzie do wejścia jak
8
aktorka w Cannes po czerwonym dywanie. Ech, łyżkami jeść. No, charakterek ma zasadniczy, co
małżeństwu nie rokuje, z takiej po latach ksantypa wychodzi. Ale do miłości bez zobowiązań
dobra. Będzie się chciał ustatkować, sam wybierze. Jeździ tu taka, lekko po trzydziestce,
księgowa Marzena. To jest materiał na żonę. Na buzi ładna i ciała ma gdzie potrzeba, trochę
niska, ale żywe srebro. Taką dosiąść – rozmarzył się sąsiad. W Andrzeja jak w obraz patrzy i tuli
się do niego i po policzku głaszcze. Z samochodu zawsze to placek niesie, to w rondlu zapewne
mięsiwo jakieś. Przez żołądek chce go wziąć. Na razie Andrzej ją bierze. Wino w sklepie kupuje.
Przedtem nie pił, no piwo czasem w dni upalne. Tak się mu po tym upadku odmieniło. W głowie
się mu poprzestawiało. Płyny ustrojowe się mu pomieszały, czy co? Na lepsze, na lepsze.
Szczęśliwy jakoś miał ten upadek. Ech, tak upaść.
W okno sąsiad patrzył. Papieros już wypalony w palcach dusił i taka go żałość wzięła, że
łzy w oczach poczuł, że nie dla niego to wszystko. On już przepadł z kretesem, a zazdrości w tym
żadnej nie było, tylko nad sobą się użalanie. Znalazłby i w swoim życiu wiele stron jasnych, dni
szczęśliwych, ale wiedział, że jak wspominać zacznie, to nawet marzeń się pozbawi.
- Piotr, chodźże tu! Pomidory podwiązać trzeba! Jadł będziesz, a sama przy nich muszę
robić! Gdzie jesteś? O, znowu w oknie stoi i papierochy pali, a potem firanki śmierdzą.
Gdy odchodził od okna, przed dom Andrzeja peugeot osobowy podjechał i wysiadła z
niego czarnowłosa piękność. Zadygotało w nim serce i ślinę nagle wezbraną przełknął, i poszedł
podwiązywać pomidory.
Pół roku już minęło od przemienienia Andrzeja, ale raz zdarzyło się, że emerytowana
dama do niego przyszła. Sąsiad zastanawiał się, czyżby uwodzicielska sława Andrzeja już
wdowy przyciągać zaczęła i jako modelka go nawiedziła. A ona w odwiedziny do dzieci w
Chicago jechała i anioła skrzydlatego najmłodszemu wnukowi w upominku z racji I komunii
chciała ofiarować. Nic nie wskórała i gdy już wychodziła, zaproponował jej Andrzej rzeźbę
kobiecego aktu.
- Już aniołów nie strugam. Ciało kobiety mnie fascynuje i pociąga. – Tak do niej mówił. –
Pani spojrzy, jaka sugestywna poza. Prawdziwe anioły, są te moje modelki tu naszkicowane.
Kartony ze szkicami do aktów, które zamierzał wyrzeźbić zaczął jej pokazywać. Ona
patrzyła na niego jak na zboczonego wariata i w stronę drzwi się wycofywała.
- Sodoma i Gomora – mówiła zgorszona. Może bała się, że z tej fascynacji i jej
pozowanie zaproponuje.
Poznawał Andrzej kobiece kształty, można powiedzieć, organoleptycznie w noce upojne,
gdy kolacja do śniadania się przeciągnęła. A w świetle dziennym rzeźbił je z pamięci, ze swoich
wrażeń, ze swoich nocnych uniesień.
Natalia Bonar długo biła się z myślami, czy zaproponować Andrzejowi wystawę aktów
kobiecych. Może znów zaproszenia nie przyjmie, odmówi jak dwa lata temu, gdy namawiała go
na wystawę aniołów. Nie lubi odmowy, źle znosi takie sytuacje. Rzeźba Andrzeja Kozyry stała
przez kilka tygodni w foyer teatru w dużym mieście. Pytają już o niego dyrektorzy okolicznych
przybytków kultury. Jeżeli nic nie zaproponuje Andrzejowi, a on na szerokie wody wypłynie z
pominięciem jej placówki, toż to dla niej będzie wstyd, hańba i niesława. Obawiała się jednak,
jak miejscowa opinia przyjmie akty kobiecego ciała wyrzeźbione przez miejscowego artystę. Czy
organizacja wystawy nie będzie z jej strony posunięciem zbyt śmiałym?
Dotąd jedynie sielankowe pejzaże, kwiaty w akwareli malowane i ikony pisane były
prezentowane w galerii, i oczywiście rzeźba ludowa, jakiej wszędzie pełno. Nic szokującego,
uładzone wszystko, ą, ę, dziękuję, proszę, bez konsternacji, bez pytań. A tu nagle siedem gołych
bab! Żeby to jeszcze baby były, a to figury zredukowane do atrybutów kobiecości. Seksapil w
dębie wyrzeźbiony, wygładzony i zapuszczony barwiącym olejem. I jeszcze te tytuły: Strzała
9
Amora, Psyche oczekująca, Wzgórza Golan, Dolina Jordanu, Trzeci orgazm, Moja Wenus i
Dotknij mnie.
Taka wystawa, to przecież kulturowy szok i po mnie. Za to mogą mnie odwołać równie
dobrze jak za brak dyscypliny budżetowej. A niech tam, sztuka lubi wyzwania. Wolę być,
zamiast trwać – zadecydowała po długich wahaniach Natalia Bonar.
Wystawa rozpoczęła się bez żadnego afiszu, bez rozgłosu, nie było wernisażu,
niekończącego się witania, dziękowania, ciasteczek, kanapeczek i picia kalifornijskiego wina. W
szerokim holu na sześcianach białych pudeł autor ustawił swoje prace i z dwóch reflektorów
rzucił na nie krzyżujące się snopy światła.
Pocztą pantoflową szła wieść, że Andrzej Kozyra ma pierwszą w mieście wystawę aktów
kobiecych. Waliły tłumy do Domu Kultury, oglądali, podziwiali, cmokali z zachwytem. Niejeden
ciała drewnianego dotknął delikatnie, pogłaskał i drżała niejednemu dłoń, i wibrowało powietrze.
Jeżeli były jakieś wrażenia odmienne, to w tym ogólnym zachwycie bano się je wyartykułować,
ujawnić, by nie wyjść na profana nowoczesnej sztuki.
W dniu następnym w Internecie pokazały się zdjęcia. Ich śladem z Krakowa przyjechała
pani redaktor z radia „Kultura”, rozmawiała z Natalią Bonar i obie na wywiad nie umówiony do
Andrzeja przyjechały. Artysta na klocu drewna z czerwonego klonu szkicował kopulującą parę
kochanków. Anatomię ciał układał w pozach odpowiednich, proporcje rozmierzał. Ucieszył się
na ich przybycie. Spojrzał uważniej na redaktor Iwonę. Rejestrował jej kształty i budowę całej
sylwetki. Dłuższą chwilę patrzył na jej twarz. Klasyczna uroda, czaszka grecka godna dłuta
Fidiasza. Dzisiaj popracuję dłużej. Popracujemy wspólnie – pomyślał.
Spojrzała pani redaktor Iwona przez ramię na szkic do rzeźby i dolną wargę przygryzła, i
na Andrzeja spojrzenie przeniosła; ciekawe i obiecujące. On to zauważył i wino do kieliszków
nalał. Rozmawiali o wystawie. Redaktor Iwona zachwycała się jego pracami. Natalia piła wino
małymi łykami dumna z siebie, że takiego artystę odkryła i światu pokazała. - Ej nie wypłaci mi
się Andrzejek, długo nie wypłaci - rozkoszowała się taką myślą zbereźną. A Andrzej wyczuwał
te fluidy kobiece, feromony płci odmiennej, tę chemię pożądliwości w nozdrza łapał i już
szykował się na przyszłe rozkosze.
- Pani pozwoli, że dla sztuki wykorzystam ją trochę.
- Ach, tylko trochę? – spytała Iwona.
- Może się to rozwinie - nadzieję wyraził. – Pani może taką pozę przyjmie, a ja
naszkicuję.
Zaczął jej biodra ustawiać, w plecach ją odginać, ręce kazał tak trzymać, jakby
niewidzialnego kochanka tuliła. – Głowę odgiąć, do tyłu bardziej – kontynuował ustawianie pozy
– o tak, tak – i sam się do niej przysunął, wszedł w jej ramiona, objął ją uściskiem, nad ustami jej
zawisł jak sęp i poczuł jej oddech już grzechem zatruty.
Natalia dolała sobie wina, patrzyła smutno, że niewykorzystana.
- To taka grupa Laokoona mogłaby powstać – powiedziała.
Andrzej podchwycił ten pomysł i zaprosił ją do wspólnego pozowania.
- Chodź Natalio, widzisz, że ręki nie mam do szkicowania. A zresztą, aparat wezmę i
zdjęć kilka pstryknę.
Z szafki wyjął aparat fotograficzny, zamontował na nóżkach. Teraz obie ustawiał,
przesuwał. Sam się w trójkąt wkomponowywał, dawał jeszcze jakieś uwagi; - usta bardziej
namiętnie, oralnie, włosy rozpuść, piersi muszę widzieć, zdejmij tę bluzkę. A tu jest miejsce dla
mnie. Nie ruszać się, już wracam. – I szybko w aparacie ustawił samowyzwalacz, i wrócił w
uściski dwóch dziewcząt. Rozwinęła się ta scena w trójkąt równoramienny, równoboczny i po
następnych kieliszkach wina zapętliła się lubieżnie, że już żadnej figury geometrycznej nie
10
przypominała. Kamasutra. Garderoba leżała dookoła, a biustonosz Iwony miseczką rozmiar C
przezornie zasłaniał obiektyw fotograficznego aparatu. Wieczór nadszedł, księżyc pełną japę
wsadził w okno i mrugał zuchwale, a oni jeszcze pozowali, szkic do rzeźby ustawiali na nowo.
Dwa miesiące pracował Andrzej przy tej rzeźbie. Czasem odpoczywał, na fotografie
patrzył i z natury też podglądał modelki, bo przyjeżdżała redaktor Iwona, niby stan prac
sprawdzić, mistrza przy robocie podejrzeć. Odjeżdżała do królewskiego miasta Krakowa
zadowolona, że jej trud nie idzie na marne, bowiem z kloca arcydzieło się wyłaniało. Odjeżdżała,
a już na drugi dzień jak do krawieckiej przymiarki przyjeżdżała Natalia. Zdejmował Andrzej i z
niej miarę, bo w trójkącie ją odwzorowywał.
Rzeźba gotowa. - Tyle tylko w mailu do redaktor Iwony napisał.
Jutro jestem. Nie pokazuj jej nikomu. Pierwszy musi być Kraków – odpisała.
Przyjechała.
- Podniecające, znakomite, co za sugestywność rządzy ciała – gratulowała mu.
On wziął jej drobne dłonie o paznokciach czerwonych jak rubiny i przyłożył do bioder
wyrzeźbionej figury.
- Co czujesz? – spytał.
- To nie rzeźba, to afrodyzjak.
Przeniósł jej piękne dłonie na swoje ciało.
Rozmawiali później przez dłuższą chwilę. Ustalili, że ona pokaże fotografie rzeźby
zaprzyjaźnionej dyrektorce Galerii Sztuki Współczesnej w Krakowie. Jest pewna, że zgodzi się
co najmniej przez dwa tygodnie prezentować ją publiczności i krytykom.
Powiedzieć, że rzeźba Afrodyzjak, bo tak ją ostatecznie ochrzcili, to ciała trzech osób
wyrzeźbione linearnie w miłosnym zaplataniu, to powiedzieć zbyt dużo. Gdyby tak było, byłaby
to rzeźba klasyczna, temat tylko nieco mniej. Rzeźba ta, to idee ciał w miłosnym akcie.
Upodmiotowienie kształtów do seksualności. Archetyp zredukowany do pożądania i spełnienia.
Nie była jednak profanacją ludzkiego ciała. Emanowało z niej uniesienie, zachwyt, delikatność i
piękno. Zawarł to Andrzej w gestach, pozach, rysach i wyrazach. Rzeźba poruszała i budziła
wyobraźnię.
- Wiesz Andrzej, znany krytyk Aleks Zen zainteresował się twoimi aktami. Wypytywał o
ciebie. Wysoko ceni twój styl.
- Dzwonił do mnie Duraj, jakiegoś marszanda chciał mi naraić.
- I co! Zgodziłeś się? Sprzedasz te rzeźby?
- Nie! Co ty! Na wystawach muszą trochę pobyć, cenę podbić.
- Nie daj się cwaniaczkowi, Aleks to co innego, żadnego marszanda ci nie przywiezie.
Jego słowo pochlebne wiele znaczy w świecie sztuki. Zobaczysz Andrzej, na salony trafisz.
Kazimiera Anczyc była szczęśliwa, że jej galerii trafiła się taka gratka. Rzuciła okiem na
kilka fotografii, które pokazała jej Iwona i już podjęła decyzję. Zorganizuje wernisaż i główną
salę udostępni na trzy tygodnie.
Od dnia wernisażu rzeźba stała się wielką atrakcją Galerii Sztuki Współczesnej. Dyrektor
Kazimiera Anczyc weszła razem z Andrzejem do sali wystawowej. Powiedziała kilka słów,
przedstawiła artystę i jego dzieło. Redaktor Iwona występowała w roli kuratora wystawy i
odkrywcy artysty. Była olśniewająca. Natalia Bonar próbowała z nią rywalizować, bo przecież z
jej kulturalnego matecznika Andrzej się wywodził, to u niej pokazywał pierwsze swoje prace.
Musiała ustąpić pola, nie była na swoim terenie. Miejscowa telewizja robiła z tego wydarzenia
materiał do cotygodniowego przeglądu kulturalnego. Młody redaktorek o wyglądzie gogusia
wysilał się na strzeliste określenia. Andrzej uśmiechał się komplementowany w rozmowie z
dyrektor Anczyc.
11
Co za wyraz, temat odważny, tak bez zahamowań pokazany cały erotyzm człowieka.
Komunia ciał, emocje, napięcie chwili w kształcie, w grymasie ekstazy - tak pomiędzy sobą
szeptali zaproszeni na wernisaż goście.
Aleks Zen spóźnił się nieznacznie, to u niego norma. Miał wejście, wszyscy to zauważyli,
przycichli. Czekali teraz na jego ocenę. On podszedł do Kazimiery Anczyc, która przedstawiła
mu Andrzeja.
- Oto sprawca dzisiejszego zamieszania, Andrzej Kozyra. Mam nadzieję, że jeszcze
namiesza.
- Witam panie Andrzeju. Proszę mi mówić Aleks. Tak będzie łatwiej nam rozmawiać.
Oglądał rzeźbę, dotykał, obchodził ją ze wszystkich stron. Aleks Zen był w wieku
Andrzeja. Trochę tylko niższy, tuszy średniej. Wyraz jego twarzy był dość pospolity, lecz oczy
patrzyły na świat z głębią szlachetnej mądrości. Nie przystawało to nijak do jego rozwichrzonej
fryzury. Czarne gęste włosy, jak zboże po deszczowej nawałnicy, nachylały się kępami we
wszystkie strony i stawały dęba. Godności i elegancji dodawał mu żółty fular w granatowe
wielokąty włożony pod kołnierz niebieskiej koszuli.
- Brak mi słów uznania. Gratuluję. Objawienie proszę państwa. Odkrycie – głośniej
powiedział, by wszyscy słyszeli. – Już dawno nie było tak, by jedno dzieło stanowiło całość
wystawy. To stanowi i ogniskuje uwagę. Rzeźba Andrzeja Kozyry wypełnia nas emocjami
uniesień i skojarzeń. Skąd artysta czerpał inspirację? To niech zostanie jego tajemnicą. - Iwona
uśmiechnęła się, a Natalia spojrzała na Andrzeja. - Proszę państwa, oto tajemnica symbolu,
symbolu uduchowionego, oto tajemnica ludzkiego ciała i wrażliwości artysty. Spojrzał Andrzej
Kozyra na wszystko, co stworzył, a widząc, że było dobre, stworzył więc człowieka, na swoje
wyobrażenie go stworzył; stworzył mężczyznę i dwie kobiety. Szanowni państwo! Oto stwórca.
No takich słów się Andrzej nie spodziewał. Na wyrost, tak jak w sztuce, chodzi o to, by
zaszokować. Cóż ma zrobić krytyk, by jego było na wierzchu? Zaszokować jeszcze bardziej.
Owacje, owacje, owacje. Miłe uśmiechy, toasty kieliszkami szampana. Może i trochę
zawiści. O tym nie myślał. Trwało jego pięć minut. Zen podniósł dłoń dla uciszenia oklasków, w
geście, że jeszcze chce coś powiedzieć.
- Bójcie się już artyści rzeźbiarze, od Bugu po Odrę się bójcie, w całej Eurazji się
obawiajcie, bo, zaprawdę powiadam wam, nadchodzi większy od was, twórca uniwersalny –
Andrzej Kozyra.
Kilku fotografów pstrykało zdjęcia rzeźby i jego autora razem i osobno. Ktoś z
publiczności o porównanie się pokusił, że dzieło urzekające w emocjach jak słynny Pocałunek
Rodina. Ktoś jeszcze mówił: - Kumulacja podniecenia.
- Dziękuję, mistrzu! Olśniewające. Pański Afrodyzjak, to współczesny Szał. Gratuluję –
powiedziała redaktorka kulturalnego miesięcznika Wenus. – Zrobi nam pan uprzejmość i dla
naszego magazynu udzieli wywiadu?
- Owszem, będziemy w kontakcie – odparł Andrzej. Oto moja wizytówka.
Podeszli bliżej stolika z kieliszkami szampana. Andrzej odstawił swój pusty. Podał
napełniony kieliszek redaktorce kulturalnego miesięcznika, sobie wziął również. Rozmawiali
przez chwilę. Redaktor Iwona rozmawiała z Aleksem. On spoglądał ciekawie w stronę Natalii.
Zauważyła to Iwona i odwróciła się tak, by zasłonić mu widok. Po chwili podszedł do nich goguś
z telewizji. Aleks zostawił ich samych i podszedł do Natalii. Przedstawili się sobie, pili szampana
i konwersowali dość zabawnie, bo słychać było śmiechy.
Towarzystwo rozchodziło się. Opuszczali powoli salę. Aleks podszedł do Andrzeja, by się
pożegnać. Wymienili uściski, wizytówki i umówili się na współpracę.
12
- Pana trzeba wypromować w mediach, to zadanie Iwony. Ja będę promował dobrym
słowem pańskie rzeźby, jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu?
Andrzej rozłożył ręce w geście przyzwolenia. Pomyślał – dają, trzeba brać. Aleks
entuzjastycznie, ale szczerze, jakby się zapomniał czy pomylił, jeszcze dodał:
- Co ja mówię, pańska sztuka promuje się sama, tylko pokazywać ją trzeba. Mam kilka
pomysłów, ale o tym jeszcze porozmawiamy. Teraz czas świętować sukces. Do zobaczenia.
Goguś z telewizji zwrócił się do Andrzeja z zaproszeniem na poranny program na żywo w
dniu jutrzejszym. Andrzej nie okazał żadnego zakłopotania. Ależ owszem, czemu nie - pomyślał
i podszedł z nim do Iwony
- Proszę z panią Iwoną uzgadniać, jest moim impresario.
Natalia na taką deklarację Andrzeja zrobiła wielkie oczy. Była zdziwiona. Sam Andrzej
był nie mniej zdziwiony, bowiem o tym, że Iwona będzie jego impresario zadecydował przed
chwilą. Zadecydował bez przemyślenia, po prostu powiedział i poszło.
Andrzej dotknął ramienia Natalii, przyciągnął do siebie i powiedział jej do ucha na
poczekaniu ułożony wiersz:
- „W żółtej sukience tak ci cudnie
Oderwać wzroku wciąż nie mogę
Twój widok chłonie mnie jak studnia
I topię się i pragnę wody”
Zapraszam cię dzisiaj na kolację z racji tego tutaj zamieszania – pokazał dłonią na rzeźbę
i salę z kilkunastoma jeszcze ludźmi.
- Tu w Krakowie?
- Tak.
- Sami?
- No oczywiście, że sami. Ja, ty i Iwona. W trójkącie – znacząco podniósł brwi.
Uśmiechnęła się.
- Dzisiejszy wieczór mam już zajęty.
- Czyżby urzekła cię fryzura Aleksa?
Uśmiechnęła się.
- Widzę, że koleżanka nie próżnuje. W Krakowie zamierza oddawać się kulturze.
Program telewizyjny na żywo „Śniadanie z porcją kultury” rozpoczynał się o dziewiątej.
Andrzej ledwo zdążył. Zostało tylko kwadrans do wejścia na antenę, a on jak z krzyża zdjęty; z
podkrążonymi oczami, blady i rozkojarzony. Charakteryzatorka nie takich delikwentów
doprowadzała do znakomitego wyglądu, ale zmęczenia nie usunie. Tu już siła determinacji
gościa musi zadziałać i red bull. Zadziałało. Po przedstawieniu Andrzeja, redaktor prowadząca
program, zadała mu kilka pytań typu; czym jest dla pana sztuka, kto jest pana guru w sztuce, jak
odbiera sukces i zamierzenia na jutro. Odpowiadał krótko, tak jak go instruowała przed
programem – nie dłużej niż trzydzieści sekund na odpowiedź. Andrzej odpowiadał płynnie. Ze
dwa razy udało mu się wtrącić coś śmiesznego. Patrzył na nią oczami rzeźbiarza i bardziej chyba
mężczyzny. Chuda trochę, ale mogłoby być ciekawie. Jeszcze takiej nie miałem – pomyślał i
uśmiechnął się do siebie. Goguś przytoczył w rozmowie słowa Aleksa.
- Wczoraj na wernisażu pańskiej wystawy Aleks Zen powiedział: Zapamiętajcie państwo
dzisiejszą datę. Od niej zaczyna się w sztuce nowa epoka. Nazwał pana objawieniem, twórcą
uniwersalnym. Co pan na to?
- To zobowiązuje. Cieszy mnie. Ale rzeczywiście, który był wczoraj? - uśmiechnął się.
13
Goguś i Chuda też się uśmiechnęli. Goguś podał datę wczorajszego dnia i zadał kolejne
pytanie.
- Znam pana siedem aktów, Afrodyzjak to arcydzieło. Żeby tak ciało kobiety uchwycić w
ekstazie, trzeba być nie lada znawcą kobiet. Czy nie ma pan poczucia, że traktuje je pan zbyt
instrumentalnie?
- Ciało kobiety jest instrumentem, tak jak ciało mężczyzny. Jest to instrument życia. Żeby
istniało życie musi być przekazywane. Musi być pożądliwość ciał. Zauważył pan, że moje rzeźby
wyrażają takie emocje. Więc nie, nie traktuje je instrumentalnie w pańskim rozumieniu. Ja
kobiety kocham. Pocieszam je, kiedy tylko mogę.
Redaktor Iwona w radio „Kultura” reklamowała wystawę rzeźby Afrodyzjak. Zachęcała
jak mogła. Odsyłała do strony internetowej galerii i swojego radia, gdzie są fotografie tego dzieła
i również znanych już publiczności siedmiu kobiecych aktów. Po południu poszła z Andrzejem
na spotkanie z Aleksem w restauracji Hotelu Francuskiego. Aleks zaproponował, by z aktów
zrobić odlewy w brązie.
- Serię po kilkanaście sztuk. Oczywiście wszystkie sygnowane przez autora. Ja biorę na
siebie organizację całego przedsięwzięcia, sprawy techniczne i sprzedaż. Już można to załatwiać,
a równolegle promować i promować. Iwona ustawiaj wywiady dla Andrzeja w prasie
artystycznej, w telewizji. Prace prezentować nie dłużej w jednym miejscu jak dwa, trzy tygodnie.
Musi się w ciągu trzech miesięcy zrobić na ciebie moda. – Klepnął Andrzeja w plecy. Andrzej
trochę się wahał, ale Iwona go przekonała.
- Co ty, korzystny układ, oryginalne rzeźby są nadal twoje, ty sprzedajesz tylko określoną
ilość kopii. Mówimy tylko o siedmiu aktach. Afrodyzjak jest zbyt cenny.
Dogadali wstępnie szczegóły rozliczeń. Kto, ile procent. Zen podał Iwonie kilka numerów
telefonów do osób pomocnych przy promocji. Hipotetycznie ustalili miejsca wystaw.
Andrzej obawiał się, czy sprzeda się po kilkanaście kopii z każdego aktu. Można z tym
zostać i będą straty. Kto je pokryje? – pytał.
- Dla ciebie chłopie ziemia obiecana się otwiera. Ty wnosisz prawa autorskie, ja pomysł i
organizację przedsięwzięcia, Iwona reklamę. Wszyscy troje, na pozór, nie mamy nic, a mamy aż
tyle, by zrobić dobry interes. Zapewniam cię, że w tym kraju żyje dosyć ludzi próżnych,
chełpliwych i pyszałkowatych, a mających duże pieniądze i kupią te rzeźby do salonu albo do
sypialni – tu mrugnął porozumiewawczo do Andrzeja.
Zabawił Andrzej w Krakowie kilka dni. Świętował sukces. Spotkał się z redaktorką
magazynu Wenus, której udzielił obszernego wywiadu. Był w kwadransie kulturalnym radia
„Kultura”. Na antenie Iwona prowadziła z nim rozmowę o kondycji współczesnej sztuki. Trzeba
przyznać, że w mediach wypadał korzystnie. Telewizja pokazywała jego rzeźby i urywki z
wystawy. Gdy zobaczył siebie w telewizorze, uwierzył w sukces. Chyba lekko gazowana
Piwniczanka uderzyła mu do głowy, bo sam do siebie powiedział: - No to jestem, kogo nie ma w
tvn, tego jakoby wcale nie było. Ja jestem.
Wrócił do domu zmęczony, ale spełniony. Odpocznę kilka dni i za nowy projekt się
zabiorę – pomyślał. Ale w głowie miał już kształt nowej rzeźby. Im więcej o tym myślał, tym
bardziej stawała się realna. Czuł jak przechodzi w jego dłonie, rośnie, pęcznieje i tylko
odpowiednich narzędzi i tworzywa potrzeba, by stała się ciałem.
Nie odpoczywał w ogóle. Spacerował, a w przestrzeni krajobrazu widział rzeźby.
Przygotowywał sobie posiłek, a na patelni, na talerzu roiły się mu różne plastyczne wizje.
Wieczorem kilka naszkicował. Przejrzał internetową pocztę. Na kilka maili odpisał i przypomniał
sobie, że na pojutrze zapowiedziała się przedstawicielka z wydawnictwa Ikona. Chodziło o kilka
fotografii i rozmowę do katalogu jego prac. Jeszcze w Krakowie rozmawiał z nią telefonicznie.
14
Miły głos - wtedy skonstatował. Ciekawy był reszty i zapalił się do tego spotkania. – Jak to jest,
że jak dupy rzeźbię, od razu sława, laski i pieniądze? To mnie nakręca. Ze świątkami nawet za
opłotki wyjść nie chciałem. – Taka refleksja go naszła, ale odfrunęła jak spłoszony wróbel.
Stał przed lustrem. Patrzył na swoje odbicie. Czterdzieści cztery lata, to najlepszy wiek
dla mężczyzny – pomyślał. - Doświadczenie, a w ciele sama siła i wigor, i energia aż kipi. A
liczba jego czterdzieści cztery – przemknęło mu jeszcze przez głowę, ale już nie pamiętał, co to
miało u Mickiewicza znaczyć, więc dalej patrzył w lustro. - Włos jeszcze gęsty, a srebrne nitki
sprawiają, że w latach szlachetnieję. Patyna intryguje i zaciekawia – pochlebiał sobie. Malutkimi
nożyczkami wycinał włoski w uszach i w nosie. Ogolił się i wklepywał wodę po goleniu Hugo
Boss w gładką, zadowoloną twarz. Poczuł zapach złotej wirginii. Rozejrzał się dookoła,
przezornie powąchał jeszcze wodę po goleniu. Pachniała swoim firmowym zapachem. Spojrzał w
lustro, a w nim zobaczył twarz dziadka Szymona. Obejrzał się, za nim dziadka nie było. Znowu
zerknął w lustro, dłonią przetarł parę z powierzchni szkła, sądząc, że to ona fałszuje obraz. Nie
zobaczył swojego odbicia. Był tam dziadek Szymon.
- No i co wnuku!? Długo jeszcze szlajał się będziesz!? Ożeń się! Ostatni raz cię
upominam!
Andrzej wypadł z łazienki do kuchni, z kuchni do pokoju, z pokoju do pracowni, nigdzie
dziadka nie było. Ostrożnie uchylił drzwi łazienki. Pod sufitem wisiał kłąb tytoniowego dymu i z
wentylacyjnej kratki, jak z kołchoźnika płynął muzyczny ladszaftcik: „Za las chłopcy za las, bo
za lasem grają, bo mi się za lasem panny podobają”.
Wypadł na podwórze, rozejrzał się. Nigdzie nie było żywej duszy. Siadł na progu.
Zanurzył się w myślach. Otulił go zapach maciejki i zbożowej kawy. W uszach dalej dźwięczały
mu słowa ludowej piosenki. Za las chłopcy za las, bo za… przypomniał sobie, że za lasem
mieszka Marzena.
Maj 2013. Adam Tomczyk.
15

Podobne dokumenty