Policja jest potrzebna, bo gdyby ich nie było to juŜ dawno bym

Komentarze

Transkrypt

Policja jest potrzebna, bo gdyby ich nie było to juŜ dawno bym
P.
Policja jest potrzebna, bo gdyby ich nie było to juŜ dawno bym kogoś zabił. (Rumun)
[Kiedy ich spotykam, to zawsze oni czegoś ode mnie chcą. Tak, ja teŜ kiedyś czegoś od nich
oczekiwałem i rozczarowała mnie jakość usług.]
1. Pierwszy raz spotkałem ich – a wówczas jeszcze byli to Mili- pod kinem „Romantica”. Szliśmy z
kolegami na kolejną „Godzillę”. Byli dla nas wysocy. I wydawało nam się, Ŝe krzyczeli, gdy oni pewnie
tylko na nas huknęli. Oddaliśmy im legitymacje. Rafała zapytali:
Ty jesteś synem majora K.?
Rafał potwierdził. Oddali nam legitymacje. Mili- sobie poszli
Rodzice Rafała byli lekarzami. Znałem ich. Majorów chyba nie miał w rodzinie.
2. Kilka lat później, w Jarocinie w 1987. Szliśmy sobie, lekko nabombieni od strony małej sceny. Było
gęsto od przechodzących ludzi i zaparkowanych samochodów, a uliczka boczna. Podszedł do nas
kilkorga patrol. Przyczepili się do Przemka – moŜe dlatego, Ŝe był największy. Większy nawet od nich.
Spisali nas, a potem stwierdzili, Ŝe Przemek przeszedł przez trawnik, więc musi zapłacić mandat.
Wszyscy szliśmy przez trawnik. Przemek stwierdził, Ŝe nie zapłaci, bo nie ma pieniędzy.
50 złotych.
Nie mam pieniędzy.
Po chwili zastanowienia jeden z mili- ponowił naleganie:
30 złotych.
Nic nie mam.
20 złotych, a wy rozejść się.
Zrobiliśmy krok w tył, ale nie mieliśmy zamiaru odstępować od nich. Mili- pytają, czy moŜe my nie
mamy pieniędzy, aby mu poŜyczyć? Przemek stwierdza, ze my teŜ nie mamy pieniędzy. Po kolejnej
chwili milczenia mili- dają za wygraną.
No to uciekać.
Odeszliśmy. W czasie tej rozmowy mnóstwo ludzi przechodziło przez ten trawnik. Do nas się
przyczepili.
3. Dwa lata później otrzymałem wezwanie na komisariat. Pracowałem wówczas, więc aby się stawić –
oczywiście rano, w godzinach mojej pracy – musiałem się zwolnić z pracy.
[Jakiś czas wcześniej po meczu w Kielcach kibice spalili autokar piłkarzy ręcznych z Radomia, ja od
jakiegoś czasu deklarowałem się jako zwolennik libertarnych idei, dla mili- to było pewnie coś
pokrewnego kibolskiemu zadymiarstwu.]
Pytali mnie o zainteresowania. Czy chodzę na mecze? Do dziś nigdy w Ŝyciu nie byłem na Ŝadnym
meczu. Byli zdziwieni. To czym się interesuję i jak spędzam czas? Pokazywali mi zdjęcia róŜnych
kolesi, robione chyba na meczach, ale na fotografiach byli tylko nieznani mi ludzie. Siedzący przy
sąsiednim biurku zaczął się śmiać, gdy powiedziałem, Ŝe lubię długie spacery i czytanie ksiąŜek.
Warknąłem na niego:
A co w tym śmiesznego?
Ucichł. Rozmowa się nie kleiła i w końcu mnie wypuścili.
4. Tak, raz to ja coś od nich chciałem. Zadzwoniłem po pomoc. Mieszkająca w sąsiedniej klatce
koleŜanka Agnieszki miała powaŜny konflikt ze swoimi rodzicami, z rykami, rękoczynami, groźbami
karalnymi – próbowali ją sterroryzować. To trwało kilka godzin, z przerwami na oddech, od perswazji
po mordobicie. W czasie jednej z takich pauz Gośka zadzwoniła do nas z prośbą o pomoc. Agnieszka
namówiła mnie, abym zadzwonił na policję. No cóŜ, zrobiłem to – wykręciłem ten anonimowy numer,
gdzie niby nie trzeba było się przedstawiać, aby przyjęli zgłoszenie.
Policjant, który odebrał telefon, długo wypytywał mnie o to kim jestem i dlaczego to akurat ja
dzwonię. To go interesowało. Sprawa, która teoretycznie stanowić miała sedno naszej rozmowy była
dla niego jakby nieistotna. To, Ŝe sąsiadkę biją rodzice było w ogóle nieciekawe.
Jeszcze długo, długo po tej rozmowie czułem niesmak. A policjanci oczywiście nie przyjechali, Gośce
udało się wyjść z domu i schronić się u nas.
5. Siedzieliśmy sobie we trzech na ławce koło „garbatych” [tak w Kielcach nazywa się pomnik czwórki
legionistów]. Był późny wieczór, czekaliśmy na autobus – tuŜ obok jest przystanek. Metyl z Jebikiem
pili wino, butelka stała za ławką i nie było jej widać. Kiedy wstaliśmy, by rzucić okiem na rozkład jazdy
autobusu, na który czekaliśmy z Metylem, nagle zza naszych pleców na środek skweru wjechał
samochód, zapłonęły mocne reflektory i usłyszeliśmy:
Stać! Odwrócić się!
1
W czasie, gdy policjanci sprawdzali nasze dokumenty reflektory cały czas świeciły nam w twarze.
Potem policjanci cofnęli się, a z radiowozu wysiadł jeszcze jeden facet – widzieliśmy tylko ledwie zarys
jego sylwetki.
Poznajecie tego pana?
Reflektory cały czas świeciły nam prosto w oczy, facet stał obok radiowozu. Próbowaliśmy mu się
przyjrzeć, ale bezskutecznie.
A moŜecie panowie zgasić światła? Nic nie widać...
Oddali nam dowody i odjechali bez Ŝadnych wyjaśnień.
6. Jola Mias. Właściwie nie wiem, czy ona teŜ pasuje do tych opowieści, bo to juŜ jakby inna jakość.
Tak, miała swój gabinet – bodajŜe 310 – w komisariacie na Śniadeckiego, dysponowała i korzystała z
proceduralnych moŜliwości właściwych policji, ale sama policja odŜegnuje się od tej pani. Ba,
zaprzecza nawet jej istnieniu – Gośka B. kręcąc dokument o kieleckich anarchistach była tam, chciała
z nią porozmawiać, poznać jej punkt widzenia, ale: taka u nas nie pracuje i nie pracowała. Artur B.,
nasz znajomy – niegdyś punk, potem policjant, taki kliniczny, zezwierzęcony, chlający litry wódki,
lejący Ŝonę tak, Ŝe miała go dość [zdechł z przepicia mając 35 lat] – pytany o Jolę, odpowiadał: nie
ma takiej. A gabinet 310? Nie ma takiego. Wielu jego bliskich kolegów bywało tam, Jola ich
przesłuchiwała. CóŜ, moŜe ona nie była z policji, tylko z jakiejś bardzo pokrewnej instytucji.
Jola kilkakrotnie dzwoniła do mojego brata. On jakiś czas wcześniej wyprowadził się, mieszkał z Ŝoną i
synem. Wracałem z trzeciej zmiany, złachany, coś zjadałem i kładłem się spać. Ledwie udało mi się
zasnąć dzwoniła Jola. Nie chciała się przedstawić, mówiła enigmatycznie, Ŝe jest z policji, była
natarczywa i nic nie chciała wyjaśnić. Groziła, Ŝe jeśli nie uda jej się z nim porozmawiać przez telefon,
to przyśle mu wezwanie.
Kiedy będzie? Gdzie moŜna go znaleźć?
Mruczałem, warczałem. Nie wiem i juŜ. Niech się odczepi i jeśli chce, to niech przysyła mu to
wezwanie. Potem przestała dzwonić.
Pokazywano mi ją na ulicy. Wysoka, szczupła, zgrabna, włosy do samej dupy. Widziałem ją, więc
wiem, Ŝe istniała.
7. Piliśmy kiedyś piwo z R. na ławce przed jego blokiem. nie chciałem juŜ wracać do niego na górę po
kolejnej wyprawie do sklepu, chciałem się jeszcze napić piwa ale juŜ zdecydowanie blisko przystanku.
R. zareklamował tą ławkę tak: codziennie, uporczywie, ze spoŜywaniem alkoholu i, chyba, nie tylko,
przesiadują tu młodzieńcy z hip hop generacji i nigdy, przenigdy policja się do tej ławki nie zbliŜa. No
to usiedliśmy i otworzyliśmy piwa, postawiliśmy je na ławce obok nas. Nie zdąŜyliśmy jeszcze wypalić
papierosa, gdy przed nami zatrzymał się bus policyjny. Całe szczęście dzieliło nas ogrodzone siatką
boisko, szkoła i skwer. Popatrzyliśmy na siebie, mnie zrobiło się nieswojo, a policjantom chyba nie.
Odjechali. Zaproponowałem ukrycie się w zaroślach koło bloku albo w klatce, albo ewentualnie spacer.
Odeszliśmy o parę metrów i paląc kolejnego papierosa widzieliśmy radiowóz mijający tą ławkę.
Podjechali i do nas, obejrzeli, ale Ŝe szliśmy rozsądnie, bez kombinacji, więc odjechali bez
nagabywania. Bo kiedy nas z bliska obejrzeli, to nie piliśmy akurat piwa. Nieśliśmy je pod kurtkami.
Było nas tylko dwóch. Nie bali się do nas podjechać. Jak na ławce siedzi sześciu młodych karków i łoi
browce, to oni raczej nie zbliŜają się zanadto. Ale nas siedziało dwóch spokojnych...
8. Raz się zdarzyło, Ŝe cieszyłem się z ich pojawienia. Piliśmy właśnie w pięciu wina proste na ławce
na skwerze między Jana Pawła II i Wesołą (dziś stoi tam pomnik AK). To była sobota, zaś następnego
dnia miały się odbyć wybory do parlamentu – te, które dały władzę koalicji SLD i PSL. Minęła nas
kilkunastoosobowa grupa skinów, mrucząca między sobą coś nieprzychylnego na nasz temat. Długi
tak się tym zdenerwował, Ŝe wykonał z butelki tulipana, co widząc skini przyspieszyli. Więc my
ruszyliśmy za nimi. Skini ruszyli biegiem w stronę katedry. My pobiegliśmy za nimi. Ich było trzy razy
więcej niŜ nas, ale to oni uciekali. Jeden z nich wskoczył do katedry – właśnie trwała msza – i ukrył się
za ołtarzem. Za nim do środka wskoczył Długi z tym tulipanem w ręce, rozejrzał się, pomyślał i
odpuścił, wyszedł. My biegnąc przez pałacowy dziedziniec za główną grupą wybiegliśmy na Zamkową.
Oni pognali w dół, w stronę parku, więc my ruszyliśmy za nimi. Skini skręcili za róg, w stronę muszli
koncertowej w parku. Zwolniliśmy. JuŜ chcieliśmy wracać do picia wina. Zatrzymaliśmy się na
wysokości pałacyku Zielińskiego i wtedy zza rogu wypadła chmara skinów. Biegli wyraźnie w naszą
stronę, nie sprawiali wraŜenia, by chcieli nas minąć. Staliśmy osłupiali. Mogliśmy tylko pomyśleć: o
kurwa! I właśnie wtedy między biegnących ku nam skinów i nas od strony źródełka wkroczył patrol
policji. My staliśmy osłupiali, więc to skini zwrócili uwagę policji. Udając spokój i brak zainteresowania
sytuacją wycofaliśmy się nie niepokojeni.
Wówczas policja uratowała nas chyba od powaŜnego mordobicia.
2
10. Ale zdarzyło się i tak, Ŝe zostałem przez nich potraktowany powaŜnie, okazali się mili i rzeczowi.
Piliśmy z A. piwo pod wiaduktem, takie odprowadzankowe. Wypiliśmy z nim wcześniej po kilka, co
nieco wypaliliśmy i odprowadzałem go w stronę cywilizacji, czyli za tory. Akurat pod wiaduktem
zatrzymaliśmy się, by wypić poŜegnalne piwo. I juŜ je wypiliśmy. Wtedy podjechali. Wychylili się przez
okno i coś do nas burknęli. Nie wiedzieliśmy co odpowiedzieć i wtedy zaczęli na nas krzyczeć:
Nie chcecie rozmawiać normalnie, to porozmawiamy inaczej.
Wysiedli i podeszli do nas. Dokumenty i komórki. Ja się zdziwiłem, A. nie, policjant zadeklarował się,
Ŝe wszystko nam wyjaśni. I powiedział jeszcze, Ŝe obserwowali nas od dawna i wszystko widzieli.
Wysłali nasze dane i czekali na odpowiedź. Pauza.
Pytam oto, od jak dawna nas obserwowali. Długo czekam na odpowiedź.
Tak naprawdę przyjechali na interwencję. Jakiś przechodzień zadzwonił. Staliśmy pod schodami i to
mogło się komuś wydać podejrzane, a teraz tak wielu ludzi ma komórki... Nie zdziwiliśmy się. Telefony
okazały się być nie kradzione, my – nie karani, chyba starsi od policjantów. A. rzucił kiepa i policjant
tylko pogroził mu palcem i powiedział, Ŝe gdyby to zrobił jakiś łeb spod bloku to on od razu dałby mu
mandat, ale powaŜnemu człowiekowi daruje. Nie zdybali nas na niczym złym, poŜegnaliśmy się bez
złości i bez konsekwencji.
Kiedy juŜ zaczęliśmy rozmawiać normalnie – wcześniej to chyba się nas bali i dlatego tak warczeli –
zrobiło się spokojnie. Popatrzyliśmy na siebie jak na ludzi. Ale na dzień dobry strasznie nas
wystraszyli. Było strasznie, a skończyło się miło – A. poczuł się mocno zbudowany opinią policjanta,
Ŝe jest powaŜnym człowiekiem. Nigdy wcześniej nie słyszałem takiej informacji, uzasadnienia, co
skłoniło ich do zwrócenia uwagi na mnie konkretnie – tak nas wystraszyli wówczas, Ŝe wyjaśnienie
nieco osładzało przetrwany stres spotkania. Ale w bezpośrednich kontaktach to absolutne curiosum i
ani wcześniej, ani potem Ŝaden policjant nie chciał uzasadniać tego, czemu coś ode mnie chce. Tak,
pijam czasem piwo w tak zwanych miejscach publicznych, i w innych teŜ, ale nie rozrabiam i nie
bałaganię. No i ich spotykam.
Wychodzę czasem spotkać się ze znajomymi i napotkanych nieznajomych chciałbym poznawać, ale
wtedy, gdy ja tego chcę. Nie podoba mi się napastowanie, obojętnie jakiej proweniencji.
11. A raz to juŜ naprawdę niewiele brakowało... Na początku lat dziewięćdziesiątych, po dość
intensywnie przeŜytym dniu, trafiliśmy do piwnicy pewnego kolegi. Tam piliśmy i paliliśmy, siedząc na
motorze i skuterze. A kiedy zrobiło się późno, wyszliśmy, chcąc zdąŜyć na ostatnie autobusy. Szliśmy
we czterech, byliśmy juŜ nieopodal kładki nad torami, za którą tuŜ, tuŜ były przystanki. S. mówił juŜ
od jakiegoś czasu, Ŝe słyszy sapanie i tupanie za nami, ale nie chcieliśmy go słuchać. Okazało się, Ŝe
te odgłosy to patrol, który gonił nas od pewnego czasu. Zatrzymali nas, wezwali radiowóz, skuli
kajdankami i zawieźli na komisariat na Ślichowicach. Dlaczego? – jakiś czas wcześniej kilku młodych
ludzi napadło i pobiło jakiegoś faceta. Wśród napastników był jeden niewielkiego wzrostu. Tak jak S.
Pytaliśmy się czy tamten teŜ był w ramonesce, ale nie udzielono nam odpowiedzi. Wsadzili nas
wszystkich razem do jednej celi zabierając uprzednio dokumenty. Przez kraty w oknie świecił łysy.
Długo nikt się nami nie interesował, pomyślałem więc, Ŝe zapalimy haszyszu, ale okazało się, Ŝe lufka
została w tamtej piwnicy.
Wreszcie przyszli. Piliście? Tak, wszyscy potwierdzili, choć B. wypił tylko szklankę wina. Nie wiem,
czym się kierowali dokonując wyboru. Mnie i R. puścili wolno. S. i B. zawieźli na izbę. Tam okazało się,
Ŝe S. ma ponad 3 promile i zostaje, zaś B. choć pił, to ma zero promili. Pół biedy, gdyby puścili go
stamtąd – miał juŜ niedaleko do domu. Nie, zawieźli go z powrotem na komisariat i dopiero stamtąd
puścili. Całe miasto do przejścia... Złośliwość?
Całe szczęście, Ŝe nie sprawdzali dokładnie co mamy w kieszeniach. CóŜ, kiedy mogli, to nie chcieli.
12. Tak, wiem, te wszystkie historie to w większości spotkania bez przykrych konsekwencji dla mnie,
ale za kaŜdym razem odczuwam lęk, gdy do nich dochodzi. Czy o to chodzi? Ja sam staram się być
spokojny, wyzbyć się agresji, nie stresować zanadto poli-, ale nie robię nic nagannego – z mojego
punktu widzenia, więc czemu niby miałbym się bać?
Mam jednak w pamięci to co spotykało moich znajomych i wiem, Ŝe związek przyczynowo skutkowy
nie musi tu występować. Reakcja moŜe być nieadekwatna, kara moŜe wystąpić bez winy. I jakoś nie
mogę sobie przypomnieć ani jednego zdarzenia, w którym policjanci pomogli, pamiętam za to takie, w
których policjanci mocno skomplikowali Ŝycie moim znajomym.
Paweł nagrywał mi pierwszą płytę „Necromantix”, piliśmy przy tym piwo, a kiedy się rozstaliśmy i on
spotkał policjantów, ci stwierdzili, Ŝe to on okradł – w czasie gdy rozmawiał ze mną – jakiś samochód,
zabrali go na komendę i potem to juŜ poleciało. Uparli się, a poniewaŜ wierzył w sprawiedliwość i
poszedł do sądu bez adwokata, to dostał wyrok w zawieszeniu.
3
A. zatrzymana skrzyczała policjantów za wyrzucenie jej psa z radiowozu, ci ją pobili i asekurancko
oskarŜyli o to, Ŝe to ona ich pobiła. TeŜ poszła do sądu bez adwokata i teŜ dostała wyrok w
zawieszeniu.
Witek i O. na kieleckim rynku: pierwszy był grzeczny, drugi pił piwo. Zostali zatrzymani przez
policjantów – ci mają tam swoją budkę. Witek powiedział wprost, Ŝe nie podoba mu się ta sytuacja, za
co został pobity na miejscu i oskarŜony o atak na funkcjonariuszy. W sądzie – przyszedł z adwokatem
– trudna sprawa, ale jej efektem była tylko grzywna.
Mariusz wyzywany w trakcie transportowania na izbę wytrzeźwień, upomniał ich, Ŝe płaci na nich
podatki i oczekuje ludzkiego traktowania. Urządzili mu taką ścieŜkę zdrowia po wyjściu z radiowozu, Ŝe
uciekł do środka, do izby. Z dwojga złego tam nie czekało go bicie.
Pewnie gdybym pogrzebał w pamięci przypomniałbym sobie więcej takich epizodów. Ale nie to jest
najbardziej przeraŜające. Wielki mrok przesłania wszystko, gdy wspominam opowieść Z. Mama jego
partnerki, czyli potencjalna teściowa, a zarazem oficer policji, postanowiła sprawdzić, co firma, w
której pracuje wie na temat jej potencjalnego zięcia. Streściła mu to, co dobrze o niej świadczy. A
wiedza ta obejmuje wszystkie kontakty z policją, bez wymazywania staroci – jak to ma miejsce w
przypadku Centralnego Rejestru Skazanych: co?, kiedy?, gdzie?, z kim? O tym, Ŝe oni wiedzą takie
rzeczy, ja wiedziałem juŜ wcześniej – pewnego razu, gdy spisywano mnie razem z Tomkiem, policjant
po sprawdzeniu nas otrzymał informację z komendy: nie karany, ale przewijał się. Nie mówiąc juŜ o
tym, Ŝe przy co drugim spisywaniu muszę odpowiadać na pytanie dlaczego nie mieszkam tam, gdzie
jestem zameldowany. Więc wiedzą, ale rozmiar tej wiedzy – odnotowane w policyjnej pamięci
wszystkie incydenty, łącznie z kontekstem sytuacyjnym – napawa mnie głębokim niepokojem. Mam w
myślach te najczarniejsze scenariusze – mając taką wiedzę, do czego mogą ją wykorzystać? KaŜde
kolejne spotkanie moŜe zakończyć się dla mnie bardziej i bardziej dramatycznie. Bo oni wiedzą coraz
więcej.
A kiedy rozmawiam z kryminalistami – tak, oni strasznie psioczą na policję – dla nich to jednak jest
oczywisty, rudymentarny element otaczającego nas świata. Czują się emocjonalnie związani z policją,
nawet jeśli są to resentymenty, choć mimo narzekań to nie tylko negatywne emocje. Bez policji
kradzieŜe, napady i cała ta reszta przestępczego świata nie byłaby chyba dla nich tak atrakcyjna. Dla
bandytów świat bez policji byłby ułomny, niepełny. Ja nie odczuwam braku policji kiedy jej nie ma w
pobliŜu. Zaś dla bandytów policja zdaję się być niezbędna – tak jak bandyci dla policji.
Orest Łyhywnia
4

Podobne dokumenty