nr 39

Komentarze

Transkrypt

nr 39
facebook.com/redakcjaPDF
www.pdf.edu.pl
grudzień 2012 / nr 39
ISSN 1898–3480
egzemplarz bezpłatny
gazeta studencka
Instytutu Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
a
i
n
e
z
s
y
z
r
a
e
i
w
k
o
s
r
St
a
k
i
n
n
i
e
i
c
z
ś
d
o
ł
z
s
e
z
r
p
y
t
k
i
l
e
–r
PDF magazyn studencki – grudzień 2012
www.pdf.edu.pl
PDF magazyn studencki – grudzień 2012
www.facebook.com/redakcjaPDF
Temat z okładki
Temat z okładki
w SDP tacy, którzy najchętniej odcięliby sąsiadom prąd i wodę.
Zażarta walka o majątek po dawnym SPD spowodowana jest trudną sytuacją finansową obu organizacji. Na ich stronach co pewien
czas pojawiają się apele o uiszczenie zaległych składek członkowskich. - SDP z lat 60. to było stowarzyszenie, które dawało. Maszyny
do pisania, przydziały samochodów, wyjazdy do Złotych Piasków
na wczasy – wspomina Maślankiewicz. – Czasy się zmieniły. Stowarzyszenie nie daje, nie chroni i nie
ma siły przebicia. Teraz trzeba dać
organizacji coś od siebie.
Powód czwarty.
Brak inicjatywy i autorytetu
Krzysztof Skowroński (Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich) był moderatorem debaty ekonomicznej „Alternatywa” zorganizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość, fot. PAP/Radek Pietruszka
Orkiestra na dziennikarskim Titanicu
Dziennikarski statek
tonie. Tymczasem
branżowe organizacje, zamiast organizować akcję ratunkową,
grają żałobny tren.
Straszliwie fałszując.
Czy stowarzyszenia
dziennikarskie są
jeszcze komukolwiek
potrzebne?
Bo że statek tonie, nikt już nie ma
wątpliwości. – Czytam maile napływające od poszukujących pracy
dziennikarzy i jestem przerażona
– mówi Bożena Walewska, która kieruje „pośredniakiem” w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich.
– W tym momencie więcej dziennikarzy nie pracuje, niż pracuje –
tłumaczy. Młodym radzi, by uciekali z zawodu. Rynek nie wchłonie
ponad 20 tys. studentów dziennikarstwa (wg GUS) z niemal 35 uczelni. A tych, którzy się na nim znajdą,
czekają umowy śmieciowe (co trzeci zawodowy dziennikarz i niemal
80 proc. współpracowników mediów pracuje na umowach zlecenia
i o dzieło) i raczej niewielkie pieniądze. Najczęściej 2-4 tys. zł (dane
wg raportu „Zawód: dziennikarz”),
jednak początkujący nie mogą liczyć nawet na osiągnięcie dolnego pułapu w tym przedziale.
Rynkiem rządzą wydawcy i właściciele, a pozycja dziennikarzy
z roku na rok słabnie. Także w odczuciu społecznym. Jeszcze w 2002
roku o ich uczciwości było przekonanych 62 proc. badanych przez
CBOS. Po 10 lat później w badaniu
European Trusted Brands dziennikarzom ufa 32 proc. pytanych Polaków. – Jest źle – przyznaje Walewska. I wielu innych naszych
2
rozmówców. – W tej sytuacji naturalnym działaniem byłoby zjednoczenie się pod minimalnymi hasłami, np. obrony jakościowego dziennikarstwa – zastanawia się prof.
Wiesław Godzic, medioznawca
z SWPS. Naturalną platformą tego
zjednoczenia wydają się stowarzyszenia dziennikarskie. Wydają się,
bo ich działanie pozostawia wiele
do życzenia. Dlaczego? Powodów
jest co najmniej kilka.
Powód pierwszy.
Rozdrobnienie środowiska
- Do 1981 roku Stowarzyszenie
Dziennikarzy Polskich było podstawową organizacją dziennikarską
zrzeszającą ponad 10 tys. członków.
Z takim stowarzyszeniem liczyły się
nawet ówczesne władze – mówi Andrzej Maślankiewicz, sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy RP. SDP rozwiązano po wprowadzeniu stanu wojennego pod
zarzutem działalności opozycyjnej.
W jej miejsce powołano SDPRL, do
którego wstąpili dziennikarze, którzy pozytywnie przeszli weryfikację zawodową. Pozostali najczęściej
zmuszeni byli odejść z zawodu. Niektórzy z nich do końca nie zgadzali się z wyrokiem komisji weryfikacyjnej i w 1989 r. powołali nowe
SDP jako kontynuatora tradycji pierwotnej organizacji.
Dziś SDP i SDRP to jedyne liczące się organizacje dziennikarskie,
mające po ok. 3 tys. członków.
W ich cieniu działa kilkanaście innych stowarzyszeń (od Stowarzyszenia Dziennikarzy Katolickich
przez Press Club po Stowarzyszenie Dziennikarzy Naukowych), jednak żadna z nich nie ma więcej, niż
kilkuset członków. Biorąc pod uwagę, że w mediach pracuje według
różnych szacunków (i różnych definicji słowa „dziennikarz”) co najmniej 20-25 tys., nie jest to wiele.
Zdaniem Stefana Bratkowskiego
stowarzyszenia mogły się zwyczaj-
nie wypalić. - Przed 1989 roku
nielegalnie działające stowarzyszenie opowiedziało się jednoznacznie za demokracją. Kiedy wywalczyliśmy demokrację, przestało mieć tego rodzaju obowiązki. Bo
demokracja, niezależnie od tego,
co się mówi, nieźle funkcjonuje
– tłumaczy honorowy prezes SDP.
Pozbawione zewnętrznych wrogów,
stowarzyszenia zajęły się wewnętrznymi utarczkami. Często
o politycznym charakterze.
Podwód drugi.
Upolitycznienie
W styczniu tego roku kilkoro dziennikarzy o poglądach prawicowych,
wcześniej związanych z powstałą
w 1995 roku Radą Etyki Mediów,
stworzyło Obywatelską Komisję
Etyki Mediów. W jej skład weszli
m.in. Teresa Bochwic z SDP, Ewa
Stankiewicz znana ze Stowarzyszenia „Solidarni 2010” i Jan Żaryn
z UKSW i IPN, który bez powodzenia startował do Senatu z list PiS.
Komisja zdążyła już zaprotestować
przeciwko „przemysłowi pogardy”,
„nekrofilii” i „panświnizmowi”
w mediach oraz przyrównała twórców okładek „Newsweeka” do „hitlerowskich propagandzistów”.
To jednak folklor, polityka toczy
się gdzie indziej. Na początku października Krzysztof Skowroński,
prezes SDP, poprowadził konferencję prasową kandydata PiS na premiera, prof. Piotra Glińskiego. Wielu dziennikarzy zareagowało na to
oburzeniem, a część członków SDP
zażądało jego ustąpienia. Niektórzy demonstracyjnie złożyli legitymacje. Skowroński bronił się, że
chciał zwiększyć prestiż siedziby
stowarzyszenia na Foksal, w której
odbyła się konferencja. – Zrobił jak
zrobił. Skowroński jest przede
wszystkim dziennikarzem, i to bardzo dobrym. A dopiero potem prezesem – podkreśla Stefan Truszczyński, sekretarz generalny SDP.
- Obecne władze zrobiły z SDP
przybudówkę polityczną – mówi
Bratkowski (choć je krytykuje, wciąż
pozostaje honorowym prezesem
SDP. - Nie wiadomo co z tym zrobić, mógłbym się po prostu zrzec
tego tytułu, ale demonstracje nie
leżą w moim charakterze. Zwłaszcza, że pierwszymi honorowymi
prezesami byli Jerzy Turowicz i Bolesław Wierzbiański - tłumaczy).
Wszystko zaczęło się kilka lat temu,
kiedy do stowarzyszenia zaczęli zapisywać się dziennikarze kojarzeni z prawicą. Niejednokrotnie płacąc z góry za składki, przez innych
nieuiszczanych latami. Pozbawieni pracy po zmianie władzy, zachęceni nielicznymi profitami płynącymi z członkostwa w stowarzyszeniu, zaczęli odgrywać w nim coraz
większą rolę.
Na fotel prezesa szykował się
Krzysztof Czabański, prezes Polskiego Radia za rządów PiS. Po czteromiesięcznych wyborczych przepychankach porzucił SDP i wybrał
miejsce na listach PiS do Sejmu. Gdy
większości nie mogli uzyskać inni
prawicowi kandydaci, pojawiło się
nazwisko Skowrońskiego. Jego kandydaturę zgłosiła delegatom dotychczasowa prezes, Krystyna Mokrosińska. - Zrezygnowałam z kierowania stowarzyszeniem. Nie mam
już siły na dyskusje w sytuacji, kiedy zasady etyki dziennikarskiej
określa się jako staroświeckie, a
jednocześnie część dziennikarzy
staje się oficerami politycznymi
jednej z partii – tłumaczy. - Skoro
tak wybrano, ta władza ma legitymację, żeby podejmować pewne
decyzje – ripostuje Truszczyński. –
Mamy organizację demokratyczną,
wszystko odbyło się w regulaminowy sposób – dodaje.
- Wszędzie na świecie dziennikarze mają swoje poglądy, wiadomo
kto jest lewicowy, kto jest prawicowy, i to nikomu nie przeszkadza, jeśli się nie przekracza pewnych norm
Stefana Truszczyńskiego pytamy,
czy warto należeć do SDP. Żachnął się, że oczywiście, tak. - Dlatego, że jednak bronimy dziennikarzy. Obroniliśmy „Rzeczpospolitą” pisząc do międzynarodowych
federacji, które przekazały sprawę premierowi. Dzięki temu w redakcji nie nastąpiły gwałtowne
zmiany. Ale ponieważ władza
chciała opanować „Rz” do końca,
krok po kroku to zrobiła – wyłuszcza. Po chwili namysłu dodaje:
– Być może te protesty są mało
efektywne.
„Mało efektywne” to eufemizm,
bo na kolejne oświadczenia dziennikarskich organizacji reagują co
najwyżej branżowe portale. Chyba, że ogłaszane są takie kurioza,
jak uwagi OKEM o nekrofilii i panświnizmie czy niektóre apele SDP,
np. w obronie TV Trwam. – Gdy
Nawet jednak poważne inicjatywy, jeśli się pojawią, cierpią z racji
braku autorytetu ich pomysłodawców. Od 2001 roku w piwnicy jednej ze szkół niszczały zbiory biblioteki SDRP. A ż 8 lat i interwencji
Stefana Bratkowskiego potrzeba
było, aby wymusić na warszawskim
ratuszu znalezienie miejsca dla liczącego ponad 20 tys. woluminów
zbioru. Mimo przeprowadzki na Mokotów nie udało się uratować niemal 5 tys. książek.
Nie lepiej jest z rozwiązywaniem
problemów o większej skali. Stowarzyszenia były praktycznie niewidoczne, gdy w parlamencie decydowały się losy wprowadzenia
w miejsce sprostowań odpowiedzi, które mogły sparaliżować redakcje. Senatorów przekonała dopiero wspólna akcja wydawców
i właścicieli gazet. Opornie idą też
pozostałe zmiany w prawie prasowym. – Działamy wg ustawy z 1984
roku i nikt się nie kwapi do radykalnej zmiany – podkreśla prof. Godzic. Choć zarówno SDP, jak i SDRP
składały w parlamencie swoje propozycje, żadna z nich nie znalazła
dostatecznego poparcia. Nawet
w oczach innych organizacji dziennikarskich.
Wydaje się więc, że o wiele ciekawszą ofertę mają dla dziennikarzy związki zawodowe, które funkcjonują już w większości liczących
się redakcji. - W momencie, kiedy
mamy wolny rynek, stowarzyszenia są co najwyżej miejscem dyskusji na temat problemów etycznych.
Nie mogą negocjować z pracodawcami wynagrodzeń czy warunków
i kultury języka – mówi Seweryn
Blumsztajn, publicysta „Gazety Wyborczej”. - Ale u nas sprawy zaszły
tak daleko, że rozmawiać po prostu się nie da – dodaje. Tłumaczy,
że z portalowymi mediaworkerami i dziennikarzami tabloidów nic
go nie łączy. Dlatego… założył własne Towarzystwo Dziennikarskie,
mające skupiać branżową elitę. Koło
się zamyka.
Powód trzeci.
Pieniądze, a raczej ich brak
Po 1989 roku zarówno SDP, jak
i SDRP odwoływały się do tradycji
pierwszej organizacji. Jednak wydaje się, że pod szlachetnym określeniem „tradycja” kryły się przede
wszystkim pieniądze: majątek zdelegalizowanej SDP skonfiskowany
przez władze komunistyczne. Został on przyznany SDPRL, przemianowanemu w międzyczasie na
SDRP. Chodzi głównie o Dom Dziennikarza na warszawskiej ulicy Foksal oraz ośrodek wypoczynkowy
w Kazimierzu Dolnym. Obie organizacje walczyły o nie przed Społeczną Komisją Rewindykacyjną,
która po 10 latach procesowania
uznała decyzję o delegalizacji SDP
za nieważną. I to właśnie jej przyznała majątek. SDRP zaskarżyła
werdykt do Naczelnego Sądu Administracyjnego, a nawet podważała działalność całej komisji przed
Trybunałem Konstytucyjnym. Bezskutecznie.
- Większa organizacja stała się
sublokatorem mniejszej – dowodzi
Andrzej Maślankiewicz z SDRP, która podnajmuje obecnie kilka pomieszczeń na Foksal. – Myśmy ich
nie wyrzucili z tych pokojów, tylko
ich zostawili tak, jak oni onegdaj
zostawili nam dwa pokoiki – ripostuje Stefan Truszczyński z SDP.
I dodaje, że w razie potrzeby nieodpłatnie udostępnia kolegom
z drugiej organizacji dodatkowe pomieszczenia na Foksal. Choć są
Nagłówki z natemat.pl
oświadczenia nie wydamy, to jesteśmy atakowani, że nie reagujemy. Powinniśmy działać wstrzemięźliwie i po chwili zastanowienia – przyznaje Truszczyński. Z tym
bywa jednak problem. W listopadzie ubiegłego roku kontrowersje
wzbudziło stanowisko ws. zamieszek podczas Marszu Niepodległości, które zostało odczytane jako
atak na dziennikarzy i obrona zadymiarz y. Generalnie jednak
wszystkie stowarzyszenia wydają oświadczenia jako odpowiedź
na nośne medialnie tematy (np.
głośną sprzeczkę Stefana Niesiołowskiego i Ewy Stankiewicz),
z rzadka tylko poruszając ważne
dla przyszłości mediów tematy.
zatrudnienia – mówi Piotr Kościński, przewodniczący „Solidarności”
w Presspublice. – W niektórych krajach istnieją stowarzyszenia dziennikarskie, które są jednocześnie
związkami zawodowymi. One poruszają wiele spraw, od płacowych
po etyczne. W Polsce była próba
stworzenia syndykatu dziennikarskich związków zawodowych. Jego
lokalne struktury wciąż gdzieniegdzie funkcjonują, ale nic nie słychać o jego centrali. Mówiąc krótko, zabrakło pieniędzy – tłumaczy
Kościński. Krystyna Mokrosińska
wątpi jednak, by dziennikarze skupili się wokół związków zawodowych. – W polskich warunkach? Nierealne. By zostać członkiem związ-
zespół redakcyjny:
Weronika Bloch, Szymon Cydzik, Sylwester Dąbrowski,
Maciek Główka, Krzysztof Lepczyński, Beata Mielcarz,
Adam Nowiński, Karol Leon Pantelewicz, Agnieszka
Prochowicz, Mariusz Rutkowski, Alicja Skorupko, Kinga
Szewczyk, Kamil Wąsik, Wioletta Witkowska
Gazeta STUDENCKA
REDAKCJA
grafika i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / www.grafikadtp.com
redaktor naczelny:
Paweł H. Olek
korekta: Paweł H. Olek
z-ca redaktora naczelnego:
Mirek Kaźmierczak
druk:
Agora S.A., nakład 5 tys. egz.
Oddano do druku 10 grudnia 2012 roku
Prezes SDP Krzysztof Skowroński podczas konferencji prasowej członków Stowarzyszenia Dziennikarzy
Polskich nt. protestu wobec łamania zasad etyki dziennikarskiej przez prezesa SDP, fot. PAP/Paweł Supernak
ku, trzeba mieć umowę o pracę
– mówi. A dziś w mediach to luksus.
Powód piąty.
Brak świeżej krwi
– Stowarzyszenie musi się odmłodzić. Jego trzon to ludzie… mocno
doświadczeni – przyznaje Andrzej
Maślankiewicz. I faktycznie, wystarczy spojrzeć na zdjęcia ze spotkań
wyborczych czy roboczych. Emerytowani dziennikarze to trzon największych stowarzyszeń. Dzięki legitymacji mają dostęp do bezpłatnej opieki medyc znej, porad
prawnych i… konferencji prasowych
z poczęstunkami. Specjaliści od public relations organizujący spotkania prasowe, seniorów myszkujących po konferencyjnych bufetach
nazywają „odkurzaczami”.
Zarówno Maślankiewicz, jak
i Truszczyński przekonują, że stowarzyszenia mają bogatą ofertę dla
młodych. I zamierzają tworzyć koła
czy zespoły dla młodzieży i studentów organizując kursy, szkolenia
oraz warsztaty. Legitymacja SDRP
upoważnia do uzyskania legitymacji Międzynarodowej Organizacji
Dziennikarzy (IFJ), z którą można
bezpłatnie zwiedzać wiele europejskich muzeów. – Wejście do Luwru to nie jest bagatelna sprawa
– przekonuje Maślankiewicz. Czy
jednak młodych to skusi? – Wielu
wcale nie chce być dziennikarzami. Chcą dostarczać informacji, nie
zawsze sprawdzonej, nie zawsze
prawdziwej – przyznaje prof. Godzic. Kursy dokształcające i muzea
to słaby wabik.
Jest zresztą jeszcze jeden problem. Aby wstąpić do SDP lub SDRP
należy mieć dwóch członków wprowadzających. To hermetyzuje środowisko. Maślankiewicz zapewnia
jednak, że wystarczy wypełnić ankietę, swoje dokonania odpowied-
nio udokumentować wycinkami lub
nagraniami i przyjść do siedziby na
Foksal. Jeśli podanie zostanie pozytywnie rozpatrzone, z pewnością
znajdzie się ktoś, kto poprze taką
kandydaturę.
Powód szósty.
Niemoc
Wszystko to składa się na paraliżującą niemoc stowarzyszeń. Tę najlepiej widać w kwestii połączenia
największych z nich. Nie jest to pomysł absurdalny, bowiem na poziomie lokalnym SDP i SDRP potrafią
współpracować, a sprawę wielokrotnie poruszano w najwyższych
gremiach obu organizacji. - To jest
marginalna sprawa. Myśmy odzyskali majątek zagarnięty w niechlubnym czasie stanu wojennego. Potem działaliśmy zupełnie
zgodnie. Po wyjaśnieniu sytuacji
majątkowej te sprawy zeszły na
plan dalszy – mówi o ewentualnym
połączeniu sił Krystyna Mokrosińska. O współpracy mówi też Stefan
Truszczyński: - W niektórych ośrodkach ich organizacje (SDRP – dop.
red.) pracują lepiej. W niektórych
oddziałach są wspólne inicjatywy.
I to jest słuszne – przyznaje. – Zgody na „zlanie się” nie ma na szczeblu ogólnopolskim – dodaje. I jest
to niezgoda wręcz karykaturalna.
- Od samego początku zarząd
SDRP stał na stanowisku, że trzeba połączyć oba stowarzyszenia
i wrócić do SDP. Z tamtej strony był
totalny opór, inwektywy pod naszym adresem. Nie tylko zarządu,
ale „czerwonych” dziennikarzy
w ogóle – tłumaczy Maślankiewicz.
– To nie jest tak, że wyciągają, bo
najpierw nas walili pałą po głowie
– odpowiada Truszczyński. Pat.
- Brakuje tu zawodowego instynktu samozachowawczego. Środowisko nie potrafi się zjednoczyć,
WYDAWCA:
bo to oznaczałoby podanie ręki ludziom w czyimś mniemaniu nieuczciwym – tłumaczy prof. Godzic.
– Taka linia podziału byłaby zrozumiała, występuje w każdym kraju,
który był pod jakąś dominacją. Ale
stało się coś gorszego. Głównie
w ramach obozu solidarnościowego zaznaczyły się wtórne podziały wokół oceny przeszłości. To są
w dużej części animozje osobiste
– dodaje medioznawca. Podkreśla
też, że dziennikarze potrzebują autorytetów, które nakreśliłyby granice dopuszczalnych zachowań.
Tymczasem autorytety są kwestionowane, jak np. Ryszard Kapuściński czy odsądzany od czci i wiary
Adam Michnik
Może więc jednak uda się scalić
organizacje w imię wyższych racji?
– A kto w tej chwili o tym rozmawia? – pyta Mokrosińska. – To jest
wydumany problem. Istniejemy
obok siebie i różnimy się ładnie. Ale
dobrze by było, gdybyśmy się zjednoczyli rozmawiając choćby o prawie prasowym czy paragrafie 212
kodeksu karnego.
A w tej chwili nie ma dialogu na
żaden temat.
Puenta
Fragment rozmowy ze Stefanem
Truszczyńskim, sekretarzem generalnym SDP:
Dlaczego tak mało młodych ludzi
przychodzi do stowarzyszeń dziennikarskich?
- Przychodzą.
Ale mało.
- To jest względne pojęcie.
W ogóle w stowarzyszeniach jest
mało dziennikarzy.
- Ale jest kilka stowarzyszeń…
Trafił mnie pan celnie.
Krzysztof Lepczyński
współpraca z serwisem foto:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy: Grażyna Oblas
adres redakcji:
PDF – redakcja studencka
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51,
IV piętro, 00–046 Warszawa,
tel. 022 5520293, [email protected]
Wydanie ukazało się
dzięki wsparciu Fundacji
na rzecz Rozwoju Szkolnictwa Dziennikarskiego.
ul. Nowy Świat 69 p. 307,
00-046 Warszawa
stała współpraca:
Więcej tekstów na: www.pdf.edu.pl
www.facebook.com/redakcjaPDF
3
PDF magazyn studencki – grudzień 2012
www.pdf.edu.pl
PDF magazyn studencki – grudzień 2012
www.facebook.com/redakcjaPDF
Fotografia
reklama
zapraszamy do redakcji PDF
portal / gazeta / facebook - sam wybierz co Cię interesuje
Interesujesz się kulturą, fotografią lub mediami? Chcesz pisać o życiu studenckim? Przyjdź do nas.
Kolegia foto: poniedziałek, godz. 19.00. Kolegia dziennikarskie: wtorek, godz. 18.30.
Instytut Dziennikarstwa UW, ul. Nowy Świat 69, sala 51 (IV piętro) Zgłoszenia: [email protected]
reklama
Akademia
fotoreportazu
poleca
warsztaty
fotografii
rzeczywistości
fot. Wojciech Grzędziński
Wzięliśmy na stronę trzech fotoblogerów. Chcieliśmy pokazać
jeszcze nieodkryte, wschodzące gwiazdy fotografii, jednak ostatecznie – nie mogąc zdecydować,
kogo wybrać – poszliśmy na łatwiznę i zrobiliśmy to, co wszystkie
redakcje we wszechświecie,
czyli uderzyliśmy do znanych
i lubianych fotografów. Zadaliśmy
im głupie pytania – takie, które
porządny dziennikarz wstydzi się
zadać. Szczęściem, nie jesteśmy
porządnymi dziennikarzami.
Mogliśmy dzięki temu rozwiać
wątpliwości na kilka podstawowych tematów. Przede wszystkim,
czy słusznie uczymy się fotografii
na studiach lub kursach, skoro dobrą fotę zrobi także amator (co
zdają się potwierdzać zwolnienia
fotoreporterów z Agencji Gazeta
i Fotorzepy). Czy zawzięcie publikując na swoich fotoblogach, nie
reklama
popadamy przypadkiem w manierę, czy fotoblog nie zaczyna kształtować naszego sposobu patrzenia
na fotografię? Pytanie o powody
prowadzenia fotobloga służyło z
kolei rozwianiu naszych osobistych
rozterek, a pytanie o fotografię
analogową i cyfrową dorzuciliśmy
dla przyjemności naszych rozmówców, ponieważ wiemy, że fotografowie ubóstwiają ten temat. Mamy
nadzieję, że się przyda.
1.Po co prowadzisz bloga
– czy jest to dla Ciebie sposób
dotarcia do widzów czy
jedynie uzupełnienie Twojej
działalności?
2.Czy medium (fotoblog)
kształtuje Twoje fotografie
(układ, może nawet
tematykę)?
3.Klisza czy karta pamięci?
(dlaczego?)
4.Czy każdy może
fotografować?
street photo – DAMIAN CHROBAK
dokument – RENATA DĄBROWSKA
portret – MIŁOSZ WOZACZYŃSKI
Urodzony w Jastrzębiu Zdroju. Studiował fotografię na A kademii Fotografii w Warszawie, jednak po pierwszym roku
postanowił spróbować na innym kierunku i zaczął poszukiwania fotografii, które mógłby nazwać swoimi. W Londynie ukończył kurs fotografii czarno-białej na University of
the Arts London. Odkrycie fotografii ulicznej stało się punktem zwrotnym w jego pracy. Damian zaczął dokumentować życie na ulicach Londynu. Miał kilkanaście wystaw
indywidualnych i zbiorowych zarówno w Polsce, jak i w A nglii. W styczniu 2010 roku został uhonorowany członkostwem
w ZPAF.
Renata Dąbrowska (ur. 1983) - mieszka w Gdańsku, od 7
lat współpracuje z trójmiejskim oddziałem „Gazety
Wyborczej”. Studentka fotografii Państwowej Wyższej
Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Kilkukrotna laureatka prestiżowych polskich konkursów
fotografii prasowej: Grand Press Photo, BZ WBK Press Foto
oraz Gdańsk Press Photo.
Urodzony w 1975 w Szczecinie, obecnie mieszkaniec
Łodzi. Fotograf samouk. Zajmuje się głównie portretem
i fotografią kreacyjną. Fotografuje głównie aparatami wielkoformatowymi na klasycznych materiałach światłoczułych oraz na kliszach rentgenowskich. Jest zdobywcą
złotego medalu w konkursie Prix de la Photographie Paris PX3 oraz laureatem tegorocznego konkursu Hasselblad Masters 2012, za serię artystycznych portretów ślubnych. Jego prace były pokazywane na kilku wystawach
w kraju i zagranicą, najnowsze zdjęcia można obejrzeć
w albumie Hasselblad Masters v3 oraz na tegorocznych
targach Photokina w Kolonii.
pod kierunkiem Andrzeja Zygmuntowicza
(Uniwersytet Warszawski, ZPAF)
facebook.com/AkademiaFotoreportazu
www.fotoreportaz.org.pl
4
4x3 Cztery pytania do trzech fotoblogerów
1. Bloga założyłem zaraz po tym, gdy zacząłem robić zdjęcia. Dzięki niemu wymusiłem na sobie s ystematykę. Postanowiłem codziennie publikować jedno zdjęcie i w ten
sposób mobilizowałem się do regularnego spacerowania po Londynie z aparatem w ręku. Na początku nie zastanawiałem sie zbytnio, czy ktoś mojego bloga ogląda.
Po jakimś czasie na bloga zaczęli zaglądać znajomi, a potem także inne osoby zainteresowane streetem. Teraz
zrobiła sie z tego forma blogu-galerii, gdzie codziennie
zagląda ok. 100 osób.
2. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno ułatwia
mi wgląd w zdjęcia, które wcześniej zrobiłem, pozwala
je śledzić w porządku chronologicznym. Pomaga zachować systematyczność.
3. Fotografia analogowa czy cyfrowa - byłem świadkiem
wielkich kłótni na ten temat. Obstaję przy stanowisku,
że to sprawa indywidualna fotografa. Mnie nie do końca
podoba się sterylność obrazu cyfrowego. Nie wspominając już o ilości robionych zdjęć. I tu nic mądrego nie
wymyślimy. Czy to profesjonalny fotograf czy fotograf
amator, liczba robionych zdjęć wzrasta, gdy bierze sie
w rękę cyfrę. Osobiście uwielbiam ten proces negatywowy, czekanie, aż skończy się film, aż go się wywoła, żeby
móc zobaczyć. A potem proces przechowywania obrazów na negatywie, przechowywania negatywów w segregatorze z podpiętą do każdego stykówką itd. Teraz
wszyscy posiadają aparaty cyfrowe (te wypasione) i od
razu myślą, że będą robili mega foty. I co z tego, że posiadają te cuda techniki, skoro 60 proc. użytkowników
nie wie, do czego służą funkcje aparatu i jak ich użyć. Dla
nich jest to tylko przyciśnięcie migawki zazwyczaj w trybie P. Sam chwytam za cyfrę, gdy trzeba dla kogoś coś
pstryknąć, bo większość zleceniodawców chce widzieć
efekt od razu. Minimalizuje się w ten sposób koszta. Do
swojej fotografii używam jednak przede wszystkim filmu. I wolę też mieć negatywy, bo kartom pamięci na dłuższą metę nie ufam. 4. Na pewno tak, ale czy każdy może zostać fotografem, to
już inna sprawa. Bycie fotografem to nie jest tylko robienie zdjęć. Tam się kryje coś głębszego w tym całym procesie. Tu trzeba oddać całego siebie. To są lektury, godziny spędzone na fotoedycji i analizie obrazów, ciągłe
wyrabianie swojej wrażliwości, wyrabianie własnego stylu. Ciągła praca nad własnym rozwojem.
1. I jedno i drugie. Pracując dla GW fotoedytor często do
gazety wybierał zdjęcia, które niekoniecznie wybrałabym ja. Zdjęcia te najczęściej też były kadrowane i to,
co ja chciałam powiedzieć (kadrem, kompozycją, kolorem, światłem) - „zdjęcie” w gazecie spełniało rolę „zatykacza” dziury wcześniej określonej przez redaktora
/składacza. Czasem przy okazji jakiegoś zwykłego / nudnego tematu - konferencja prasowa, dziura w drodze,
udawało się zrobić zdjęcie, które nie miało szans na publikacje w gazecie - nie pasowało do tematu, a które
mnie się bardzo podobało. Blog jest świetnym miejscem
do publikacji takich „moich” zdjęć. Z czasem (bloga prowadzę od ponad 3 lat) okazało się, że wiele zdjęć publikowanych na blogu tworzy serie / cykle / zestawy fotografii np. „na dysce”, „na pieska” czy „gotowanie”. Realizując (przez ostatnie trz y lata) mój jak dotąd
najpoważniejszy projekt - sportretowałam 100 kobiet,
głównie z Polski, które nazywają się tak samo jak ja. Na
blogu na bieżąco publikowałam fotografie Renat Dąbrowskich. Ułatwiało mi to zadanie i uwiarygadniało
moje dobre zamiary - kobiety które z różnych powodów
obawiały się włączenia w mój projekt mogły zobaczyć,
jak wyglądają inne RD, że to co robię, robię na prawdę
mimo, że wydawało się im i pewnie nie tylko im zwariowane i dziwne. Fotoblog spełnia rolę strony internetowej, daje też możliwość prezentacji swojego portfolio.
2. Trochę pewnie tak. Układ zdjęć prezentowanych (nie
tylko na blogu) - zawsze bardziej lubiłam robić zdjęcia
poziome, lepiej mi się układają / komponują, a na moim
blogu - takie / poziome, lepiej wyglądają. Robię swoje,
na blogu mam możliwość publikować to na bieżąco. Są
tzw. zdjęcia blogowe, robione właśnie „na bloga”, takie
często „żadne”, a jednak jakieś - które autor ma potrzebę pokazania, takie na pamiątkę, bo fotoblog trochę też
spełnia rolę „pamiętnika”.
3. Kiedyś fotografowałam na negatywie, teraz najczęściej
robię zdjęcia cyfrowe. Nie ma to dla mnie większego
znaczenia. Oczywiście widzę ogromną różnicę miedzy
fotografią analogową a cyfrową, ale przy okazji fotografii jaką ja „uprawiam”, cyfra wystarczy. W zawodzie jestem od ośmiu lat, ze względu na czas, koszty (wszyscy
wiemy, co się dzieje z rynkiem fotograficznym, prasowym), używam aparatu cyfrowego.
4. Tak samo jak „śpiewać każdy może..”, mam wrażenie, że
wszyscy wszystko fotografują!
1. Prowadzenie bloga to oczywiście sposób na dotarcie do
widzów, ale przede wszystkim możliwość pokazania wybranych prac osobom zainteresowanym moimi zdjęciami. Oczywiście, najlepiej byłoby zdjęcia pokazywać na
papierze, na żywo, na wystawach. Ale dzięki blogowi
można dotrzeć do szerszej publiczności, a także pokazać namiastkę tego, co kiedyś będzie można obejrzeć
na papierze.
2. Ani trochę. Blog to tylko prezentacja tego, co robię. To
raczej moje fotografie wpływają na kształt bloga i jego
układ.
3. Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka oczywista,
jak by się wydawało. W zasadzie powinienem napisać
„zdecydowanie klisza”, ale sprzęt cyfrowy ma też swoje zalety, dzięki którym mogą powstawać świetne fotografie. Zatem odpowiem, że preferuję kliszę, ale jeśli
trzeba fotografuję cyfrowo.
4. Fotografować może każdy, ale nie każdy będzie w stanie robić to dobrze. Obecnie dostępność sprzętu, jego
automatyka daje ludziom pozorne uczucie, że mogą robić dobre zdjęcia. Owszem robienie poprawnych zdjęć
jest stosunkowo proste, ale od poprawnych do dobrych
fotografii jest bardzo daleka droga. Opracowanie: Maciek Główka i Karol Leon Pantelewicz
5
PDF magazyn studencki – grudzień 2012
www.pdf.edu.pl
Fotografia
Fotografia mody to pojęcie szerokie i głębokie.
Bo chociaż sama moda
– rozumiana jako kreacja
wzorów ubiorów przez zawodowych projektantów
narodziła się dopiero w
połowie XIX w., to z całą
pewnością już w czasach
prehistorycznych żyły kobiety, które dbały o to, aby
noszona przez nie skóra
z niedźwiedzia pasowała
do obuwia oraz mężczyźni, którzy staranniej niż
inni dobierali kolor rzemyka sandałów do kości,
z których robiona była
ówczesna biżuteria.
PDF magazyn studencki – grudzień 2012
www.facebook.com/redakcjaPDF
Fotografia
Publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
Szyk, klasyka i słonie
Fotografia, która wkraczała na
światowe salony tuż przed 1830
rokiem, nie skupiała się początkowo na fasonach spódnic noszonych
przez eleganckie panie. Przeglądając fotograficzne archiwa, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że
moda szybko zajęła istotne miejsce wśród inspiracji fotografów już
pierwszej połowie dziewiętnastego wieku.
Wiele można by wymienić nazwisk, bez których fotografia mody
miałaby zupełnie inne oblicze.
Cecil Beaton, Norman Parkinson,
Louise Dahl-Wolfe… Jednak żaden
artysta nie wywarł na nią takiego
wpływu jak Richard Avedon, fotograf, który pracował nieprzerwanie od 1945 roku, aż do śmierci
w 2004. Karierę fotograficzną rozpoczynał od robienia zdjęć do identyfikatorów na morskich handlowcach. Jeden z takich portretów,
przedstawiający marynarzy bliźniaków, zostało zauważone przez
dyrektora artystycznego „Harper’s Bazaar”. Alexey Brodovitch przekonał Avedona do zrobienia paru
zdjęć dla magazynu. I w ten właśnie sposób rozpoczęła się jego
kariera w świecie mody. Od fotografowania marynarskich twarzy
przeszedł więc Richard Avedon do
robienie zdjęć takim gwiazdom jak
Marlin Monroe (zrobiony przez
niego, do bólu szczery, portret aktorki stał się jednym z jej najpopularniejszych zdjęć), Elizabeth Taylor, Brigitte Bardot, Marlon Brando, Jack Nicholson, Bob Dylan czy
Kate Moss – by wymienić zaledwie
kie portrety, które wykonuję, mogłyby być właściwie autoportretami. W fotografii interesuje mnie
kondycja ludzka, ale to, co nazywam kondycją ludzką, może być…
moją własną”. Dlatego autor lubił
rozmawiać z fotografowanymi osobami, wdawać się z nimi w głębokie dyskusje, dotykające często
bardzo niewygodnych tematów.
Nie stronił od wprowadzania swoich modeli w zakłopotanie, byle tylko wydobyć możliwie najszczerszy obraz widzianej przez obiekt y w postaci. „Moich prac nie
traktuję jako ‘zdjęć mody’, ale jako
obserwacje kobiet w sukniach”
– podkreślał fotograf.
Słonie
Nowoczesne, świeże spojrzenie
Avedona spowodowało odrzucenie wcześniejszego, bardziej klasycznego stylu i zapoczątkowało
nową erę w świecie fotografii mody.
Amerykanin wprowadził do swoich zdjęć ruch, dynamikę, a modelkom i modelom pozwolił nawet…
na uśmiech! Chciał widzieć na zdjęciu żywą istotę zdolną do przeżywania emocji, a nie manekina
Szyk
Jeszcze zanim nabrała charakteru
masowego i służyła głównie prezentacji znanych osobistości swoich czasów, wymyślne suknie, oryginalne kapelusze i imponujące
peruki zdawały się często pełnić
rolę pierwszoplanową i przyćmiewać na zdjęciach samych modeli.
Prawdziwy rozkwit fotografia mody
przeżyła w pierwszej dekadzie
dwudziestego wieku. Rynek wydawniczy zaczął wówczas podbijać magazyn „Vogue”, który przez
lata stopniowo docierał do niemal
wszystkich krajów na całym świecie i po dziś dzień wyznacza trendy w modz ie, odkr y wa nowe
twarze i dla wielu pozostaje wyrocznią w sprawach stylu. Obecna
redaktor naczelna, Anna Wintour,
która swoje stanowisko objęła w
1988 roku, stała się już żywą legendą świata mody (ostatnimi laty
głównie za sprawą filmu Davida
Frankela „Diabeł ubiera się u Prady”, gdzie w rolę Mirandy Priestley
– wzorowanej na postaci Wintour
- wcieliła się Meryl Streep). Od początku kariery miała jeden, jasno
określony cel – zostania naczelną
„Vogue’a”. Dzięki swojemu żelaznemu charakterowi, bezkompro-
misowości, ale przede wszystkim
doskonałemu wyczuciu smaku, należy obecnie do jednej z najlepiej
rozpoznawalnych kobiet świata.
Pierwsza okładka pisma, jaka ukazała się pod jej kierownictwem, na
której mało znana modelka ubrana jest w tanie dżinsy oraz w bluzkę Christiana Lacroix za bagatela
dziesięć tysięcy dolarów, wywołała wielki szok i zapoczątkowała
nową erę w historii magazynu
mody.
Pierwszym oficjalnym fotografem „Vogue’a” był Adolph de Meyer, uważany również za pioniera
fotografii mody. Jego nastrojowe,
pełne elegancji portrety osób
z wyższych sfer charakteryzowały się doskonałym wyczuciem
światła i były jednym z istotnych
argumentów w toczącej się na
przestrzeni lat dyskusji na temat
tego, czy fotografię można zaliczyć
do sfery sztuki. Dziś, kiedy już nikt
nie ma wątpliwości, że dobry fotograf to artysta przez duże „A”,
zdjęcia modowe jawią się często
w oczach współczesnych jako
prawdziwe perełki wśród osiągnięć całej fotografii. Od początku też przynosiły sławę i pieniądze tym, którzy ją tworzyli. Nic
w tym dziwnego – fotografia pięknych kobiet ubranych w odzież zaprojektowaną przez najlepszych
projektantów po prostu sprzedawała się sama. Cieszyła oko zarówno koneserów wdzięków płci słabej, wielbicieli mody i stylu, jak
i fascynatów fotografii w ogóle.
Przykładem innego fotografa
pracującego przez lata dla „Vogue’a” czy „Harper’s Bazaar” jest
Edward Jean Steichen. Chociaż
jego nazwisko kojarzy się głównie
z wystawą zdjęć fotografów z całego świata „The Family of Man”,
to Steichen niezaprzeczalnie przyczynił się także do rozwoju, a nawet wystawienia na piedestał
fotografii mody. Jego zdjęcia, które ukazały się w 1911 roku w magazynie „ Art And Decoration”
uważane są za pierwsze nowoczesne fotografie mody kiedykolwiek
opublikowane w prasie. Lata trzydzieste i czterdzieste dwudziestego wieku uczyniły z niego najbardziej rozpoznawalnego i najlepiej
opłacanego fotografa na świecie.
Richard Avedon, Dovima with Elephants (1955)
szą precyzją – sylwetki postaci
układają się w łagodny łuk tworzący literę U. Gra światła i cienia podpowiada co bardziej czujnemu oku,
że naturalne słoneczne światło
sprawiłoby, że morze wyszłoby na
zdjęciu o wiele ciemniejsze. Studyjne oświetlenie zdołało wydobyć na pierwszy plan kontury
postaci i zamazać łagodnie tło.
Autorem owej fotografii jest George Hoyningen-Huene, Rosjanin,
który w 1920 roku wyruszył do Paryża, gdzie w niedługim czasie stał
się jednym z głównych fotografów
pisma „Vogue”. Po parunastu
latach przeniósł się do Nowego Jorku, aby pracować dla „Harper’s Bazaar”. Po drodze poznał też innego, przyszłego fotografa, który
wkrótce stał się jego kochankiem
oraz modelem. Horst P. Horst przez
całą karierę wspominał swojego
mistrza i nauczyciela, jednak w
swoich pracach wykorzystywał
głównie inspiracje klasycystyczne, studiując klasyczne pozy greckich rzeźb oraz postaci z obrazów,
szczególną uwagę przywiązując
do pozycji rąk modela.
Klasyka
Adolph de Meyer – Jeanne Eagels
6
Przykładem perełki światowej fotografii stało się jedno z najlepiej
rozpoznawalnych zdjęć ze świata
mody, które zrobione zostało na
potrzebę reklamy kostiumów kąpielow ych. Chociaż powstało
w 1930 roku, wydaje się być bliskie również współczesnym trendom fotografii i doczekało się wielu reprodukcji. Widać tu zarówno
szyk i elegancję, jak i klasycystyczny spokój. Obraz dwóch postaci
wpatrzonych w horyzont morza został wykonany z największym
kunsztem i zamiłowaniem do aranżacji. Bo przecież morze nie jest
tu morzem, lecz tłem w studio,
a swobodna pozycja, z jaką para
ludzi siedzi tyłem do obiektywu,
została dopracowana z najwięk-
Edward Steichen – Norma Shearer
Richard Avedon – Marylin Monroe (1957)
kilka nazwisk jego sławnych modeli. Artysta uwieczniał zresztą nie
tylko celebrytów ze świata filmu
i mody – bohaterami jego fotografii były również takie osobistości
jak Jackie Kennedy, Samuel Beckett czy Dalajlama. Ze swoim aparatem docierał również na podwórka zwykłych ludzi, czego przykładem może być cykl portretów „In
the A merican West”, przedstawiający rolników, kierowców czy
sprzedawców przy swoich codziennych zajęciach. Nie ma tu miejsca
na romantyczne złudzenia, autor
nie ucieka od pokazania mniej
atrakc y jnej s trony A mer y k i .
Zmarszczki i blizny na twarzach
sportretowanych ludzi pokazują,
że życie nie zawsze może być idealnie zaprojektowane, a wszelkie
aranżacje prędzej czy później okazują się bezsilne w obliczu codziennych problemów i nieustannego
wysiłku. Zdjęcia te przyczyniły się
do demitologizacji „amerykańskiego snu”. Bez względu na status społeczny fotografowanej postaci, najważniejszym elementem każdego
zdjęcia Richarda Avedona były
prawdziwe emocje, bijące od modeli bądź wynikające w gry świateł, cieni oraz otoczenia, w którym
umieszczał swoich bohaterów. Sam
artysta powiedział kiedyś: „Wszyst-
pozbawionego wszelkich uczuć.
Artysta mawiał: „Od artysty nie
można przecież oczekiwać, że będzie miły i delikatny, tylko żeby się
wyrażał, żeby wypowiadał się
o ludzkiej egzystencji.”
Najsłynniejszym zdjęciem Richarda Avedona, które w roku 1955 wywołało prawdziwy szok oraz zapoczątkowało nowy styl w fotografowaniu mody jest „Dovima with
Elephants”. Nikt wcześniej nie zdobył się na odwagę, aby sławną modelkę w sukni zaprojektowanej przez
Christiana Diora umieścić na zdjęciu ze zwierzętami (w dodatku ze
zwierzętami, którym daleko do elegancji odpowiadającym stylowi
światowych stolic mody). Szorstka
powierzchnia szarej skóry słoni tworzy niezwykły kontrast z gładko lejącą się czarno-białą tkaniną sukni.
Modelka wygięta w subtelnej pozie, z podniesioną do góry prawą
ręką oraz trzy przypięte łańcuchami słonie stojący obok siebie na
przykrytym sianem betonie – owo
zestawienie nawet w dzisiejszych
czasach wydawać się może niezwykłe, lecz w roku 1955 było prawdziwą rewolucją, jakiej nigdy nie oczekiwano w świecie fotografii mody.
Chyba żadne z późniejszych zdjęć
nie wywołało już takiego estetycznego szoku.
Dwa lata przed śmiercią artysty
„The New York Times” ogłosił Avedona najsłynniejszym fotografem
świata. Nic dziwnego, skoro jego
nazwisko obiło się o uszy nawet zupełnym laikom, którzy nie mają nic
wspólnego ani z fotografią ani
modą. Sam fotograf musiał być niezwykle spełnionym człowiekiem,
ponieważ powiedział kiedyś:
„Wiem, że przypadek, który sprawił, że zostałem fotografem, pozwolił mi w ogóle żyć. Jeśli danego dnia
nie zrobię czegoś związanego z fotografowaniem, czuję się, jakby ominęło mnie coś niezbędnego do istnienia. To tak, jakbym zapomniał się
obudzić”. Ów wewnętrzny przymus
fotografowania, zamiłowanie do
poznawania ludzi i docieranie do
sedna ludzkich emocji sprawiły, że
fotografia Richarda Avedona to
znacznie więcej niż zdjęcia mody,
nawet jeżeli przez lata oglądano je
w „Vogue’u” czy w „Harper’s Bazaar”. Stały się ponadczasowe i wciąż
inspirują. „Portrety i fotografie
mody Richarda Avedona pomogły
stworzyć definicję stylu, piękna i
kultury Ameryki w ostatnim półwieczu” – napisał po śmierci artysty w
pożegnalnym artykule „The New
York Times”.
Patrząc wstecz na całą historię
fotografii, nasuwa mi się na myśl
refleksja, że tymczasowa moda nigdy nie powinna deklasować artystów. Postępowe podejście Richarda Avedona nie umniejsza talentu
o wiele bardziej klasycznego fotografa, jakim był Hoyningen-Huene,
podobnie jak żaden przyszły talent
nie zdoła odebrać osiągnięć najsłynniejszemu fotografowi świata. Artystyczne trendy w tym obszarze
przez całe lata czerpały inspiracje
zarówno z innych dziedzin sztuki,
ale bywały też dziełem przypadku
lub dziećmi pomysłowości twórców.
Sama moda była często jedynie pretekstem do wyrażenia swoich artystycznych zamysłów i przełamania
kolejnych barier w sztuce. Erwin
Blumenfeld, Helmut Newton, David Bailey czy Hiro – wszyscy ci artyści wnieśli do spuścizny fotografii coś znacznie więcej niż obrazki
modnych ubrań i pięknych modelek. Anna Wintour mówi: „Nasze potrzeby są bardzo proste. Od fotografa oczekujemy tego, aby wziął
sukienkę, sprawił, że dziewczyna
będzie w niej ładnie wyglądała, dał
nam tyle zdjęć, abyśmy mieli z czego wybierać i był obojętny. Fotografowie tymczasem – jeśli mówimy o tych lepszych – zawsze chcą
tworzyć sztukę”.
W 2012 roku, kiedy fotografia
mody obecna jest praktycznie wszędzie – począwszy od dobrze znanych magazynów mody, poprzez
brukowce, przeróżne strony internetowe (nie tylko te poświęcone
modzie), billboardy i plakaty stojące tuż pod naszym blokiem, a skończywszy na opakowaniach rajstop
czy t-shirtów z hipermarketów, trudno niekiedy uwierzyć, że w natłoku tych obrazów można znaleźć
prawdziwe dzieła sztuki. Nie musimy jednak szukać daleko – rodzimemu rynkowi fotograficznemu nie
brakuje wszak talentów, które z sesji modowej potrafią stworzyć prawdziwą ucztę dla oka. Wystarczy wymienić takie nazwiska jak Aldona
Kaczmarczyk, Iza Grzybowska, Mateusz Stankiewicz czy Zuzanna Krajewska i Bartek Wieczorek. Ale o fotografii mody w polskim wydaniu…
już innym razem.
Agnieszka Prochowicz
Więcej widzieć,
słyszeć i odczuwać
Susan Sontag urodziła się w Nowym Jorku, w żydowskiej rodzinie. Jej ojciec Jack Rosenblatt był
handlarzem futer w Chinach, zmarł gdy miała cztery lata. Relacja z matką nie była dla niej łatwa. Pisarka oskarżała ją o oziębłość, brak emocjonalnego
wsparcia. W efekcie dorosłemu życiu Sontag towarzyszył ogromny lęk przed samotnością oraz tendencja do nadmiernego podporządkowywania się
ludziom. W wieku siedemnastu lat poznała Philipa
Rieffa, wykładowcę socjologii. Wzięła z nim ślub
i urodziła syna Davida. Zmarła w 2004 roku na skutek białaczki. Była w tym czasie w związku z fotografką Annie Leibovitz.
Sontag była pisarką, eseistką, krytykiem społecznym i aktywistką praw człowieka. W 2000 roku opublikowała powieść W Ameryce, w której pierwowzorem głównej postaci była Helena Modrzejewska. Obecnie przywołuje się ją w Polsce za sprawą publikacji jej autorstwa przygotowanych przez wydawnictwo Karakter.
Pierwsza z nich O fotografii została wznowiona po dwudziestu
trzech latach. Kolejne to Widok cudzego cierpienia, Przeciw interpretacji i inne eseje i pierwszy tom dzienników Odrodzona.
Przeciw interpretacji... jest zbiorem esejów pisanych od 1961
roku i wydanych pięć lat później w USA jako druga (po Dobroczyńcy) książka Sontag. Fascynująca jest zdolność autorki do wyławiania z kultury zjawisk, mierzenia się z nimi, nazywania ich i opisywania. Tytułowy esej działa ożywczo na odbiorcę sztuki, przypomina o jej pierwotnych zadaniach. Sontag odważnie i wprost
występuje przeciwko współczesnym (lata 60. XX wieku) działaniom krytyków, które dążą do odkrycia znaczenia dzieła sztuki
czyli „treści ukrytej”. Pomija się formę, liczy się tylko treść.
W wysiłkach krytyków eseistka widzi zagrożenie, a nawet zagładę dzieła. Przedstawia zabarwioną negatywnie definicję interpretacji rozumianej jako działanie umysłu według reguł, schematów, które odnosi się do dzieła. Podaje chociażby oświeceniową
interpretację mitu o cudzołożnym związku Zeusa i Leto. Był on
trudny do zaakceptowania dla stoików, którzy zakładali, że bogowie kierują się zasadami moralnymi. Poradzili sobie interpretując nieprawy związek jako alegorię połączenia ze sobą Mądrości
i Siły. Sontag podkreśla tutaj, że interpretacja zmienia tekst, tworzy (!) coś zupełnie innego - ekwiwalent dzieła sztuki. Jak się przed
tym ustrzec? Autorka postuluje zajęcie się formą dzieła. Oglądajmy, patrzmy, zatroszczmy się o odpowiednią terminologię. Mając to na uwadze autorka zauważa, że naszą kulturę charakteryzuje nadmiar. Ilość bodźców działających na słuch, węch, wzrok
jest ogromna. W czasach Dantego nie były one tak atakowane
a sztuka wysoka była czymś rzadkim. Dziś powielamy jej przykłady przez reprodukcje, odbiór dzieła jest utrudniony przez dodatkowe dźwięki, zapachy, widok miejskiego pejzażu. Tymczasem naszym zadaniem jest zadbać o zmysłowy kontakt z dziełem.
Mamy odsunąć na bok treść, powrócić do patrzenia i opisu jak pisze Sontag: „musimy nauczyć się więcej widzieć, słyszeć, odczuwać”. Funkcją krytyki jest zatem pokazanie w jaki sposób dzieło
sztuki istnieje.
Warto zainteresować się przywoływanym zbiorem esejów również ze względu na „Zapiski o kampie” najczęściej przywoływany tekst autorki. Do tej pory jego polska wersja była dostępna
w „Literaturze na świecie”, która w latach 70. ubiegłego wieku
opublikowała go jako „Notatki o kampie”. Sontag zaznacza, że w
1954 roku Christopher Istwood napisał powieść Świat wieczorem
i poświęcił w niej dwie strony kampowi. To bardzo mało, prawie
nic, ale wystarczyło by zaintrygować eseistkę i zainspirować do zajęcia się
tematem.
Przeciw interpretacji...
pozostawia czytelnika
oczarowanego precyzyjnym stylem autorki, przenikliwością umysłu. Rodzi
chęć bliższego poznania
jako osoby. Jest to możliwe dzięki jej dziennikowi
wydanemu również przez
Karakter.
Beata Mielcarz
Susan Sontag
„Przeciw interpretacji
i inne eseje”
Wydawnictwo Karakter,
2012
Liczba stron: 320
7

Podobne dokumenty