Tajemna historia

Komentarze

Transkrypt

Tajemna historia
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Dla Breta Eastona Ellisa,
którego szczodrość nigdy nie przestanie chwytać mnie za serce;
i dla Paula Edwarda McGloina, muzy i mecenasa,
który jest najdroższym przyjacielem,
jakiego kiedykolwiek będę miała na tym świecie.
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Badając naturę filologa, stwierdzam, co następuje: Młody człowiek nie
ma najmniejszego pojęcia o tym, kim byli Grecy i Rzymianie. Nie wie, czy
ma odpowiednie predyspozycje, by tę materię zgłębić.
Friedrich Nietzsche, Niewczesne rozważania*
Więc proszę cię – tak jakbyśmy bajkę układali i mieli czas wolny, weźmy
się do kształcenia tych ludzi.
Platon, Państwo**
* Tłum. J. Kozłowski (przyp. red.).
** Tłum. W. Witwicki, Kęty 2003, s. 71 (przyp. red.).
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Dziękuję Binky Urban – nie mam słów, by wyrazić wdzięczność za jej niestrudzone działania na rzecz
wypromowania niniejszej książki; Sonny’emu Mehcie, który sprawił, że wszystko stało się możliwe;
Gary’emu Fisket​jonowi, il miglior fabbro; oraz Garthowi Battiście i Marie Behan, których cierpliwość
do mnie czasem wzrusza mnie do łez.
I choć istnieje niebezpieczeństwo, że zabrzmi to jak homerycka lita​nia okrętów – poniższe osoby
zasługują na podziękowania za pomoc, inspirację i miłość: Russ Dallen, Greta Edwards-Anthony,
Claude Fredericks, Cheryl Gilman, Edna Golding, Barry Hannah, Ben Herring, Beatrice Hill, Mary
Minter Krotzer, Antoinette Linn, Caitlin McCaffrey, Joe McGinniss, Paul i Louise McGloinowie, Mark
McNairy, Willie Morris, Erin „Maxfield” Parish, Delia Reid, Pascale Retourner-Raab, Jim i Mary
Robisonowie, Elizabeth Seelig, Mark Shaw, Orianne Smith, Maura Spiegel, Richard Stilwell, Mackenzie
Stubbins, Rebecca Tartt, Minnie Lou Thompson, Arturo Vivante, Taylor Weatherall, Alice Welsh,
Thomas Yarker i przede wszystkim ta kochana, stara, niedobra rodzina Boushé.
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
W górach topniał śnieg i Bunny nie żył już od kilku tygodni, gdy w pełni uzmysłowiliśmy sobie
powagę sytuacji. Wiecie, znaleziono go dopiero dziesięć dni po jego śmierci. Była to jedna
z największych akcji poszukiwawczych w historii Vermontu – policja stanowa, FBI, nawet śmigłowiec
wojskowy, zamknięta uczelnia, podobnie fabryka barwników w Hampden, ludzie ściągnięci z New
Hampshire, z północnego stanu Nowy Jork, nawet z Bostonu.
Aż trudno uwierzyć, że pomimo tych nieprzewidzianych wypadków skromny plan Henry’ego tak
znakomicie się powiódł. Nie zamierzaliś​my ukryć ciała gdzieś, gdzie nie byłoby można go odnaleźć.
Właściwie to w ogóle go nie ukryliśmy, po prostu zostawiliśmy je tam, gdzie upadło, w nadziei, że na
zwłoki natknie się jakiś pechowy przechodzień, zanim ktokolwiek zauważy zniknięcie Bunny’ego. Jakże
łatwo i sprawnie dawało się opowiedzieć tę historię: obsuwające się odłamki skalne, ciało na dnie
wąwozu z czysto skręconym karkiem oraz ślady zapierających się pięt w błocie nad przepaścią; wypadek
w górach, ni mniej, ni więcej, i na tym mogło się skończyć, na cichych łzach i skromnym pogrzebie,
gdyby nie śnieg, który spadł tamtej nocy. Przykrył zwłoki bez śladu i dziesięć dni później, gdy w końcu
przyszła odwilż, policjanci, agenci FBI i ratownicy z miasta przekonali się, że chodzili po ciele tam i z
powrotem tak długo, aż śnieg zbił się nad nim w twardy lód.
Trudno uwierzyć, że tak wielkie poruszenie wywołał czyn, za który byłem częściowo odpowiedzialny,
jeszcze trudniej zaś uwierzyć, że mog​łem przejść przez to wszystko – kamery, mundury, Mount Cataract
upstrzoną tłoczącymi się ludźmi jak cukiernica mrówkami – nie budząc w nikim choćby cienia
podejrzeń. Ale przejście przez to wszystko to jedno; okazało się, niestety, że odejście stamtąd to zupełnie
inna para kaloszy, i chociaż kiedyś wydawało mi się, że opuściłem tamten wąwóz na zawsze w pewne
kwietniowe popołudnie dawno, dawno temu, teraz nie jestem już tego taki pewien. Teraz, gdy ratownicy
wyjechali i życie wokół mnie znów się uspokoiło, uświadomiłem sobie, że choć całymi latami
wyobrażałem sobie, iż jestem gdzie indziej, w rzeczywistości cały czas tkwiłem tam: przy błotnistych
koleinach w młodej trawie na wzgórzu, gdzie nad rozedrganymi kwiatami jabłoni ciemnieje niebo i już
czuć w powietrzu pierwszy chłód śniegu, który spadnie w nocy.
Co wy tutaj robicie, spytał zaskoczony Bunny, gdy zastał naszą czwórkę czekającą na niego.
Jak to co, szukamy młodych paproci, powiedział Henry.
I po szeptanej naradzie w zaroślach – jedno ostatnie spojrzenie na ciało, ostatnie rozejrzenie się
dookoła, nikt nie upuścił kluczy, nikt nie zgubił okularów, wszyscy wszystko mają? – gdy ruszyliśmy
gęsiego przez las, raz jeszcze obejrzałem się za siebie przez gałązki młodych drzewek, które kołysząc się,
zamykały za mną drogę. Chociaż pamiętam tamten spacer i pierwsze samotne płatki śniegu nadlatujące
między sosnami, i pamiętam, jak z ulgą wpakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę, rodzina
na wakacjach, przy czym Henry jechał po wybojach z zaciśniętymi zębami, a my przechylaliśmy się nad
oparciami foteli i trajkotaliśmy jak dzieci; chociaż aż nazbyt dobrze pamiętam długą straszliwą noc, która
dopiero mnie czekała, oraz długie straszliwe dni i noce, które nastąpiły po niej, muszę tylko zerknąć
przez ramię, żeby te wszystkie lata rozpłynęły się i żebym znów zobaczył za sobą ten wąwóz, majaczący
czarno-zielono zza samosiejek – obraz, który nigdy mnie nie opuści.
Kiedyś, jak przypuszczam, nosiłem w sobie różne historie, ale teraz nie mam już innych. Nie będę
nigdy w stanie opowiedzieć żadnej historii – oprócz tej jednej.
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
KSIĘGA I
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Czy w świecie poza literaturą istnieje coś takiego jak „skaza tragiczna”, ta ostentacyjna ciemna rysa
biegnąca przez środek życia? Kiedyś myślałem, że nie, nie istnieje. Teraz uważam inaczej. I sądzę, że
moją skazą jest patologiczne pragnienie tego, co malownicze – za wszelką cenę.
A moi. L’histoire d’une de mes folies.
Nazywam się Richard Papen. Mam dwadzieścia osiem lat i przed dziewiętnastym rokiem życia nigdy
nie widziałem Nowej Anglii ani Hampden College. Jestem Kalifornijczykiem z urodzenia, a także, co
odkryłem niedawno, z natury. To ostatnie jest czymś, do czego się przyznaję dopiero teraz, po fakcie.
Nie żeby miało to jakieś znaczenie.
Wychowałem się w Plano, małym miasteczku Doliny Krzemowej na północy. Bez braci, bez sióstr.
Ojciec prowadził stację benzynową, a mama siedziała w domu, dopóki nie podrosłem i nie zrobiło się
krucho z pieniędzmi, wtedy zatrudniła się w biurze jednej z dużych fabryk chipów pod San Jose, gdzie
odbierała telefony.
Plano. Słowo to przywołuje wspomnienia restauracji drive-in, osiedli identycznych domów,
rozedrganego gorącego powietrza nad asfaltem. Lata tam spędzone przyniosły mi zbędną przeszłość, do
wyrzucenia jak jednorazowy plastikowy kubek. Co na swój sposób, jak sądzę, było wspaniałym darem.
Po wyjeździe stamtąd mogłem sfabrykować nową, znacznie bardziej zadowalającą przeszłość, pełną
imponujących i prostych wpływów środowiska; barwną przeszłość, łatwą do przyswojenia przez
obcych.
Blask tego fikcyjnego dzieciństwa – pośród basenów, gajów pomarańczowych i uroczych
liberalnych rodziców pracujących w show-biznesie – przyćmił całkowicie szary oryginał. Mało tego, gdy
myślę teraz o swoim prawdziwym dzieciństwie, nie potrafię sobie przypomnieć zbyt wiele prócz smutnej
zbieraniny kilku przedmiotów: noszonych przez cały rok tenisówek, książeczek do kolorowania
i komiksów z supermarketu, nic interesującego ani tym bardziej pięknego. Byłem spokojny i wysoki jak
na swój wiek, ze skórą skłonną do obsypywania się piegami. Miałem niewielu kolegów, ale nie wiem,
czy taki był mój wybór, czy doprowadziły do tego okoliczności. Uczyłem się chyba dobrze, ale nie
nadzwyczaj dobrze; lubiłem czytać ​– Toma Swifta, książki Tolkiena – lecz także oglądać telewizję, na
czym schodziło mi mnóstwo czasu, gdy leżałem na dywanie pustego salonu w dłużące się nudne
popołudnia po szkole.
Naprawdę nie pamiętam z tamtych lat dużo więcej oprócz pewnego nastroju, który przenikał
większość z nich, melancholii, która kojarzy mi się z oglądaniem niedzielnej dobranocki, Cudownego
świata Disneya. Niedziele były przygnębiające – musiałem wcześnie się położyć, rano szkoła, wieczne
obawy, że źle odrobiłem pracę domową – lecz gdy oglądałem fajerwerki wybuchające na nocnym
niebie, nad rozświetlonymi zamkami Disneylandu, trawił mnie strach bardziej ogólny, lęk przed
uwięzieniem w monotonnym kieracie między szkołą a domem: okoliczności, które przynajmniej dla
mnie stanowiły mocny empiryczny argument usprawiedliwiający ów smutek. Ojciec był skąpy, a nasz
dom brzydki, matka zaś nie zwracała na mnie większej uwagi: chodziłem w tanich ciuchach, obcięty za
krótko, i nikt w szkole za mną nie przepadał; a jako że to wszystko trwało tak długo, jak sięgała moja
pamięć, przypuszczałem, iż moje życie dalej, w dającej się przewidzieć przyszłości, będzie się toczyło
w podobnie przygnębiającym duchu. Krótko mówiąc: czułem, że moja egzystencja jest w jakiś subtelny,
ale istotny sposób naznaczona.
Nie jest więc chyba niczym dziwnym, że trudno mi pogodzić własne życie z życiem moich
przyjaciół, a przynajmniej z moim jego wyobrażeniem. Charles i Camilla są sierotami (jak bardzo
w dzieciństwie pragnąłem być sierotą!), wychowanymi przez babcie i stare ciotki w domu w Wirginii:
dzieciństwo, o którym lubię rozmyślać, wśród koni, rzek i ambrowców. A Francis? Jego matka, gdy go
urodziła, miała zaledwie siedemnaście lat – anemiczna, kapryśna dziewczyna z rudymi włosami
i bogatym tatusiem, która uciekła z domu z perkusistą grupy Vance Vane and His Musical Swains. Po
trzech tygodniach wróciła do domu, a po sześciu małżeństwo anulowano i – co Francis lubi powtarzać –
dziadkowie wychowywali ich, jego i jego matkę, niczym brata i siostrę, z takim gestem, że nawet
największe plotkarki były pod wrażeniem – angielskie nianie, prywatne szkoły, letnie wyjazdy do
Szwajcarii, zimowe do Francji. Weźmy nawet naszego prostackiego Bunny’ego. Na pewno nie było to
dzieciństwo pod znakiem marynarskich kurteczek i lekcji tańca bardziej niż moje – ale dzieciństwo jakże
amerykańskie. Syn gwiazdy futbolu z Clemson, bankiera po zakończeniu kariery sportowej. Czterech
braci, żadnych sióstr, w wielkim hałaśliwym domu na przedmieściach, z żaglówkami, rakietami
tenisowymi i psami rasy golden retriever; wakacje na Cape Cod, szkoły z internatem pod Bostonem
i pikniki z bufetem w samochodzie podczas sezonu piłkarskiego; wychowanie żywo obecne w Bunnym
na każdym kroku, od sposobu, w jaki ściskał ci dłoń, do sposobu, w jaki opowiadał dowcipy.
Ani teraz, ani wcześniej nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego, nic prócz znajomości greki i roku życia
spędzonego w swoim towarzystwie. I jeśli miłość jest czymś, co można dzielić z innymi, przypuszczam,
że ona też nas łączyła, chociaż zdaję sobie sprawę, że może to zabrzmieć dziwacznie w świetle historii,
którą zaraz opowiem.
Od czego zacząć?
Po liceum poszedłem do niewielkiego college’u w rodzinnym mieście (rodzice byli przeciwni, dając
mi wyraźnie do zrozumienia, że spodziewają się, iż będę pomagał ojcu w prowadzeniu stacji: jeden
z wielu powodów, dla których tak rozpaczliwie zależało mi na opuszczeniu domu) i podczas dwóch
spędzonych tam lat uczyłem się starogreckiego. Nie wynikało to z miłości do tego języka, po prostu
przygotowywałem się do studiów medycznych (widzicie, tylko pieniądze mogły odmienić mój los,
lekarze zarabiają mnóstwo kasy, quod erat demonstrandum) i mój opiekun zasugerował, żebym zapisał
się na jakiś język i w ten sposób zdobył wymagane punkty z przedmiotów humanistycznych;
a ponieważ zajęcia z greki odbywały się popołudniami, wybrałem je, żeby w poniedziałki móc się
wyspać. Była to zupełnie przypadkowa decyzja, która, jak się przekonacie, okazała się całkiem
brzemienna w skutki.
Z greką radziłem sobie dobrze, wręcz znakomicie, na drugim roku zdobyłem nawet nagrodę katedry
filologii klasycznej. To były moje ulubione zajęcia, bo jako jedyne odbywały się w zwykłej sali
dydaktycznej – bez słojów z sercem krowy, bez odoru formaldehydu, bez klatek pełnych
rozwrzeszczanych małp. Początkowo wydawało mi się, że ciężką pracą przezwyciężę swoje
przewrażliwienie i wstręt do głównego przedmiotu, a dzięki jeszcze cięższej pracy uda mi się przekonać
innych, że mam do niego talent. Ale tak się nie stało. Mijały miesiące, a biologia nadal mnie nie
interesowała, co więcej, zaczynała budzić we mnie coraz silniejszą niechęć; zbierałem słabe stopnie;
zarówno wykładowcy, jak i koledzy ze studiów okazywali mi pogardę. W geście, który nawet mnie
wydawał się zgubny i iście pyrrusowy, nic nie mówiąc rodzicom, przeniosłem się na literaturę angielską.
Czułem, że w ten sposób podrzynam sobie gardło, że zapewne będę tego żałował, wciąż wyznając
zasadę, że lepiej ponieść klęskę na lukratywnym polu, niż zabłysnąć na takim, które, jak zapewniał mnie
ojciec (niemający pojęcia ani o wielkiej finansjerze, ani o środowisku akademickim), jest wyjątkowo
niedochodowe i nieuchronnie sprawi, że do końca życia będę im siedział na głowie i prosił o pieniądze –
pieniądze, których, oświadczył z mocą ojciec, nie ma najmniejszego zamiaru mi dawać.
Studiowałem więc literaturę i podobało mi się to bardziej. Co nie znaczy, że bardziej spodobało mi
się mieszkanie z rodzicami. Chyba nie potrafię wyjaśnić, jaką rozpacz budziło we mnie otoczenie.
Chociaż teraz podejrzewam, biorąc pod uwagę okoliczności i moje usposobienie, że czułbym się
nieszczęśliwy wszędzie, w Biarritz, w Caracas albo na wyspie Capri, wtedy byłem przekonany, że moja
niedola jest nierozerwalnie związana z tym miejscem. Może częściowo rzeczywiście tak było. Wprawdzie
do pewnego stopnia Milton ma rację – umysł stanowi własne miejsce i sam przez się potrafi uczynić
z Piekła Raj i tak dalej – jest mimo wszystko jasne, że Plano wzorowano na Raju w mniejszym stopniu
niż na tym drugim, bardziej złowieszczym miejscu. W liceum nabrałem zwyczaju wałęsania się po
lekcjach po galeriach handlowych i w tych rozświetlonych, zimnych pasażach wprowadzałem się w stan
takiego oszołomienia towarami i kodami, promenadami i ruchomymi schodami, lustrami, muzakiem,
hałasem i światłami, że w moim mózgu następowało krótkie spięcie i w jednej chwili wszystko stawało
się nieczytelne: kolor bez formy, wir oddzielonych molekuł. Przechodziłem wtedy jak zombie na
parking i jechałem na boisko baseballowe, gdzie nie wysiadałem nawet z samochodu, siedziałem tylko
z rękoma na kierownicy i wbijałem wzrok w ogrodzenie z siatki i pożółkłą zimową trawę, aż wreszcie
zachodziło słońce i robiło się za ciemno, żeby cokolwiek oglądać.
Chociaż miałem niejasne pojęcie, że moje niezadowolenie ma dekadenckie, niejako marksistowskie
podłoże (jako nastolatek, głównie po to, żeby zagrać na nerwach ojcu, demonstracyjnie zainteresowałem
się socjalizmem), w gruncie rzeczy zupełnie go nie rozumiałem; i wściekł​bym się, gdyby ktoś
zasugerował, że wynika ono z moich silnych purytańskich inklinacji, ale to prawda. Całkiem niedawno
natknąłem się na następujący fragment ze starego notesu, spisany, gdy miałem około osiemnastu lat: „To
miejsce przesiąknięte jest dla mnie wonią rozkładu, odorem, jaki wydają z siebie przejrzałe owoce. Nigdy
i nigdzie ów odrażający mechanizm narodzin, kopulacji i śmierci – tych potwornych życiowych
wstrząsów, które Grecy nazywają miazmą, skalaniem – nie był tak brutalny ani tak ładnie
zapacykowany, a ludzie nie pokładali takiej wiary w kłamstwach, zmienności oraz śmierci śmierci
śmierci”.
Brzmi, przyznaję, dość radykalnie. Wygląda na to, że gdybym został w Kalifornii, mógłbym
skończyć jako członek jakiejś sekty, a w najlepszym razie przeszedłbym na jakąś dziwaczną restrykcyjną
dietę. Pamiętam, że w tym czasie czytałem o Pitagorasie i niektóre z jego pomysłów wydawały mi się
osobliwie pociągające – na przykład ubieranie się na biało lub unikanie potraw, które mają duszę.
Tymczasem jednak znalazłem się na Wschodnim Wybrzeżu.
Na Hampden trafiłem zupełnie przez przypadek. Pewnego wieczoru podczas długich ferii z okazji
Święta Dziękczynienia pod znakiem deszczowej pogody, żurawiny z puszki i meczów brzęczących
w telewizji poszedłem do swojego pokoju po kłótni z rodzicami (nie pamiętam tej konkretnej sprzeczki,
pamiętam tylko, że ciągle się kłóciliśmy – o pieniądze i naukę) i przekopywałem szafę w poszukiwaniu
kurtki, gdy na podłogę wypadła broszurka reklamowa Hampden College w stanie Vermont.
Miała dwa lata, ta broszurka. W liceum mnóstwo uczelni przesyłało mi różne materiały, bo dobrze
mi poszły egzaminy SAT, chociaż niestety nie aż tak dobrze, żeby zakwalifikować się na jakieś
stypendium, i akurat tę broszurę trzymałem w podręczniku do geometrii przez całą ostatnią klasę.
Nie wiem, skąd się wzięła w mojej szafie. Przypuszczam, że zatrzymałem ją, bo była bardzo ładna.
W ostatniej klasie spędziłem dziesiątki godzin, oglądając zamieszczone w niej zdjęcia, jak gdybym mógł
– jeśli będę wpatrywał się w nie wystarczająco długo i tęsknie – wniknąć za sprawą pewnego rodzaju
osmozy w ich czystą, nieskazitelną ciszę. Nawet teraz pamiętam te zdjęcia, jak obrazki z książki
z bajkami, którą uwielbiało się w dzieciństwie. Zalane słońcem łąki, góry unoszące się zwiewnie
w oddali, liście zalegające po kostki na owiewanej wiatrem jesiennej drodze, ogniska i mgła w dolinach,
wiolonczele, ciemne szyby w oknach, śnieg.
Hampden College, Hampden, w stanie Vermont. Założony w 1895 roku. (Już to było czymś, co
budziło moje zdumienie – nic, co znałem z Plano, nie powstało dużo wcześniej niż przed rokiem 1962).
Liczba studentów: 500. Uczelnia koedukacyjna. Postępowa. Specjalizująca się w sztukach
wyzwolonych. Ostra selekcja. „Hampden, zapewniając studentom gruntowne wykształcenie
humanistyczne, pragnie zagwarantować im nie tylko solidną wiedzę na wybranym polu, ale i orientację
we wszystkich dziedzinach zachodniej sztuki, cywilizacji i myśli. Tym samym pragniemy wyposażyć
każdego studenta nie tylko w suche fakty, lecz także w tworzywo mądrości”.
Hampden College, Hampden, w stanie Vermont. Sama nazwa, przynajmniej w moim odczuciu,
miała w sobie surowe anglikańskie brzmienie, w którym odzywała się beznadziejna tęsknota za Anglią
i obojętność wobec słodkich mrocznych rytmów założonych przez misjonarzy miasteczek. Przez dłuższy
czas wpatrywałem się w zdjęcie budynku zwanego Świetlicą. Był przesycony słabym, akademickim
światłem – innym niż w Plano, innym niż wszystko, co do tej pory znałem – światłem, które kojarzyło
mi się z długimi godzinami w zakurzonych bibliotekach, starymi książkami i ciszą.
Do drzwi zapukała matka, zawołała mnie. Nie odezwałem się. Wydarłem z końca broszury formularz
zgłoszeniowy i zacząłem go wypełniać. Imię i nazwisko: John Richard Papen. Adres: 4487 Mimosa
Court, Plano, Kalifornia. Czy jesteś zainteresowany/zainteresowana pomocą finansową? Tak. Wysłałem
go następnego dnia rano.
Kolejne miesiące były nużącą, obfitującą w sytuacje patowe, niekończącą się wojną pozycyjną
o dokumenty. Ojciec nie zgodził się wypełnić formularzy niezbędnych do uzyskania pomocy
finansowej; w końcu w desperacji wykradłem ze schowka jego toyoty druki zeznania podatkowego
i sam to zrobiłem. Znów wyczekiwanie. Potem wiadomość od dziekana do spraw naboru. Wymagana
była rozmowa kwalifikacyjna, kiedy mógłbym przylecieć do Vermontu? Nie stać mnie było na zakup
biletu lotniczego, o czym napisałem w liście do dziekana. Znów oczekiwanie i kolejny list. Uczelnia
zwróci mi koszty podróży, jeśli przyjęta zostanie ich oferta stypendium. Tymczasem nadeszła odpowiedź
w sprawie pomocy finansowej. Wkład własny wynosił więcej, niż mój ojciec był skłonny pokryć,
twierdząc, że go na to nie stać. Ta wojna podjazdowa ciągnęła się jeszcze przez osiem miesięcy. Nawet
dzisiaj nie do końca rozumiem cały łańcuch zdarzeń, który zawiódł mnie do Hampden. Życzliwi
wykładowcy słali listy; zastosowano w moim przypadku mnóstwo przeróżnych wyjątków od reguły.
I niespełna rok po tym, gdy klapnąłem na złocisty włochaty dywan w moim małym pokoju w Plano
i pod wpływem impulsu wypełniłem formularz, wysiadłem z autobusu w Hampden z dwiema walizkami
i pięćdziesięcioma dolarami w kieszeni.
Nigdy jeszcze nie byłem na wschód od Santa Fe ani na północ od Portland i kiedy wysiadłem
z autobusu po długiej, pełnej napięcia nocy, która zaczęła się gdzieś w Illinois, była szósta rano, nad
górami, brzozami i niesamowicie zielonymi łąkami wschodziło słońce i dla mnie, oszołomionego
nocnym czuwaniem i trzema dniami w podróży autostradami, była to kraina wprost ze snów.
Akademiki nie były nawet akademikami – w każdym razie nie przypominały tych, które znałem, ze
ścianami z pustaków i przygnębiającym, żółtawym światłem – mieściły się w białych drewnianych
budynkach z zielonymi okiennicami, wśród klonów i jesionów, w pewnym oddaleniu od gmachu
Świetlicy. Niemniej cały czas żywiłem przekonanie, że akurat mój pokój, gdziekolwiek miał się
znajdować, będzie oczywiście brzydki i rozczarowujący, jakież więc było moje zdziwienie, gdy ujrzałem
go po raz pierwszy – białe pomieszczenie z wielkimi, wychodzącymi na północ oknami, klasztorne
i surowe, z porysowaną dębową podłogą i z pochyłym mansardowo sufitem. Pierwszego wieczoru, gdy
zaczęło zmierzchać, siedziałem na łóżku, patrząc, jak ściany z szarych powoli stają się złociste, a potem
czernieją, i słuchałem sopranu, który wznosił się do zawrotnych wysokości i opadał gdzieś na drugim
końcu korytarza, aż wreszcie światło całkowicie zgasło, a sopran w oddali szybował w ciemności jak
anioł śmierci, i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek powietrze wydawało mi się tak czyste, zimne
i rozrzedzone jak tamtej nocy i żebym czuł się tak bardzo oddalony od równinnych przestrzeni brudnego
Plano.
Tamte pierwsze dni przed rozpoczęciem zajęć spędziłem w samotności w moim bielonym pokoju, na
jasnych łąkach Hampden. I naprawdę czułem się szczęśliwy w tych dniach jak nigdy przedtem, błąkając
się niby lunatyk, odurzony i upojony pięknem. Grająca w piłkę grupka dziewcząt o rumianych
policzkach, ich fruwające w powietrzu końskie ogony, okrzyki i śmiech niosące się cicho po
aksamitnym polu w poświacie zmierzchu. Jabłonie uginające się pod ciężarem owoców, jabłka czerwone
w trawie pod nimi, ciężka słodka woń gnijących na ziemi owoców i miarowe, dudniące brzęczenie os
wokół nich. Wieża z zegarem nad Świetlicą: porośnięta bluszczem cegła, biała iglica, jak zaczarowane
w mglistej dali. Szok pierwszego nocnego zetknięcia z drzewem brzozy wznoszącej się chłodno
i strzeliście jak duch. I noce, potężniejsze niż można sobie wyobrazić: czarne, wietrzne i bezkresne, dzikie
i oszalałe od gwiazd.
Planowałem znów zapisać się na grekę, był to bowiem jedyny język, który znałem w miarę biegle. Ale
gdy poinformowałem o tym przydzielonego mi opiekuna, romanistę, który nazywał się Georges
Laforgue, z oliwkową cerą i wąskim nosem o wydłużonych żółwich nozdrzach – uśmiechnął się tylko
i złączył koniuszki palców.
– Obawiam się, że z tym może być kłopot – rzekł z francuskim akcentem.
– Dlaczego?
– Mamy tutaj tylko jednego wykładowcę starogreckiego, a on jest bardzo wybredny, jeśli chodzi
o dobór studentów.
– Uczyłem się greki dwa lata.
– To zapewne nie będzie miało znaczenia. Poza tym, jeśli ma pan zamiar robić specjalizację
z literatury angielskiej, przyda się panu język nowożytny. Są jeszcze miejsca na moich zajęciach
z francuskiego dla początkujących, a także na kursach niemieckiego i włoskiego. Hiszpański… – Zajrzał
na swoją listę. – Hiszpański jest już właściwie obsadzony, ale jeśli pan chce, zamienię słówko z panem
Delgado.
– Może zamiast tego porozmawiałby pan z nauczycielem greki.
– Nie wiem, czy to cokolwiek da. Przyjmuje ograniczoną liczbę studentów. Bardzo ograniczoną.
Poza tym moim zdaniem przeprowadza selekcję, kierując się względami osobistymi, nie akademickimi.
W jego głosie pobrzmiewała nuta sarkazmu; a także sugestia, że wolałby nie ciągnąć dłużej tego
tematu, gdybym był tak łaskaw.
– Nie wiem, co pan przez to rozumie – powiedziałem mimo wszystko.
Tak naprawdę wydawało mi się, że jednak wiem. Odpowiedź pana Laforgue’a zaskoczyła mnie.
– Nie, nic z tych rzeczy – rzekł. – Oczywiście jest wybitnym uczonym. Przy okazji niebywale
czarującym. Ma jednak bardzo dziwne, jak sądzę, wyobrażenie o nauczaniu. On i jego studenci
właściwie nie utrzymują żadnego kontaktu z resztą wydziału. Nie wiem, dlaczego wciąż umieszczają jego
kurs w ogólnym katalogu – to mylące, co roku dochodzi przez to do nieporozumień – ponieważ,
praktycznie rzecz biorąc, te zajęcia mają charakter zamknięty. Słyszałem, że aby u niego studiować,
trzeba znać odpowiednie lektury, mieć podobne poglądy. Wielokrotnie już dochodziło do tego, że
odrzucał studentów takich jak pan, którzy wcześniej skubnęli trochę greki. U mnie – rzekł, unosząc
jedną brew – jeśli student chce się uczyć mojego przedmiotu i jest na odpowiednim poziomie, przyjmuję
go do grupy. Bardzo demokratyczne podejście, nieprawdaż? Najlepsze.
– Czy takie rzeczy często się tu zdarzają?
– Oczywiście. Trudnych wykładowców można spotkać na każdej uczelni. I mnóstwo – ku memu
zaskoczeniu zniżył głos – mnóstwo jest takich tutaj, znacznie gorszych od niego. Chociaż muszę pana
prosić, żeby się pan nie powoływał na moje słowa.
– Nie będę – obiecałem nieco zbity z tropu tym konfidencjonalnym tonem.
– Naprawdę, to niezwykle ważne, żeby się pan nie wygadał. – Pochylał się do przodu, szepcząc,
a jego drobne usta prawie się nie poruszały, gdy mówił. – Muszę to podkreślić. Być może nie zdaje pan
sobie z tego sprawy, ale mam na wydziale kilku śmiertelnych wrogów. Nawet, choć może trudno panu
będzie uwierzyć, tutaj, we własnym instytucie. Poza tym – kontynuował już normalniejszym tonem – to
szczególny przypadek. Wykłada tutaj od lat i odmawia nawet wynagrodzenia za swoją pracę.
– Dlaczego?
– Jest człowiekiem zamożnym. Swoją pensję przekazuje uczelni, chociaż zdaje się, że przyjmuje
jednego dolara rocznie ze względów podatkowych.
– O – zdziwiłem się. Chociaż przebywałem w Hampden dopiero od kilku dni, przyzwyczaiłem się
już do oficjalnych wiadomości o trudnościach finansowych, ograniczonym dofinansowaniu,
konieczności cięć.
– A ja – mówił dalej Laforgue – ja lubię uczyć, nie powiem, ale mam żonę i córkę w szkole we
Francji, więc pieniądze się przydają, prawda?
– Może jednak z nim porozmawiam.
Laforgue wzruszył ramionami.
– Proszę próbować. Ale radziłbym się z nim nie umawiać, bo pewnie pana nie przyjmie. Nazywa się
Julian Morrow.
Nie zależało mi jakoś strasznie na zapisaniu się na grekę, ale słowa pana Laforgue’a zaintrygowały
mnie. Zszedłem po schodach i wmaszerowałem do pierwszego napotkanego gabinetu. Przy biurku,
jedząc kanapkę, siedziała chuda kobieta z kwaśną miną i oklapniętymi jasnymi włosami.
– Mam przerwę na lunch – oznajmiła. – Proszę wrócić o drugiej.
– Przepraszam. Szukam tylko gabinetu jednego wykładowcy.
– Tu jest sekretariat dziekana, nie centrala telefoniczna. Ale może będę wiedziała. O kogo chodzi?
– Nazywa się Julian Morrow.
– Ach, on – powiedziała zaskoczona. – Czego pan od niego chce? Jest chyba na górze,
w Audytorium.
– W której sali?
– Jest tam sam w całym budynku. Lubi ciszę i spokój. Znajdzie go pan.
Odszukanie Audytorium wcale, jak się okazało, nie było łatwe. Był to niewielki gmach na skraju
kampusu, stary i porośnięty bluszczem tak bardzo, że stapiał się niemal z otaczającym go krajobrazem.
Na dole znajdowały się sale wykładowe i dydaktyczne, wszystkie puste, z czystymi tablicami i świeżo
wypastowanymi podłogami. Błąkałem się zagubiony po budynku, aż wreszcie na drugim jego końcu
zauważyłem narożną klatkę schodową – wąską i słabo oświetloną.
Po wspięciu się na górę znalazłem się na długim, opustoszałym korytarzu. Z przyjemnością
wsłuchując się w stukot własnych butów na linoleum, szedłem raźnym krokiem, wypatrywałem na
zamkniętych drzwiach numerów i nazwisk, aż podszedłem do drzwi z mosiężną ramką, w której mieściła
się tłoczona wizytówka podpisana JULIAN MORROW. Stałem tam przez chwilę, a potem zastukałem,
trzy krótkie puknięcia.
Minęła minuta, potem jeszcze jedna, nim białe drzwi uchyliły się lekko. Wyjrzała zza nich twarz.
Była to twarz drobna i mądra, pytająco czujna i wyczekująca; i chociaż niektóre jej cechy mogły
świadczyć o młodości – chochlikowate uniesienie brwi, zdecydowane linie nosa, szczęki i ust –
w żadnym wypadku nie była młoda, a włosy bieliły się jak śnieg.
Stałem tam przez chwilę, gdy on patrzył na mnie zdziwiony.
– W czym mogę pomóc? – Głos był rozsądny, przyjazny i brzmiał w sposób, w jaki życzliwi dorośli
czasem zwracają się do dzieci.
– Więc… nazywam się Richard Papen…
Przechylił głowę na bok i zamrugał, jasnooki, życzliwy, mający w sobie coś z wróbla.
– … i chciałbym zapisać się do pańskiej grupy na grekę.
Sposępniał.
– Och, tak mi przykro. – Jego ton, co dość zaskakujące, wskazywał, że naprawdę jest mu przykro,
bardziej nawet niż mnie. – Niczego tak bym nie pragnął, ale obawiam się, że jest już za późno. Mamy
komplet.
Coś w jego pozornie szczerym żalu dodało mi odwagi.
– Na pewno znajdzie się jakieś wyjście – przekonywałem. – Jeden student więcej nie zrobi różnicy…
– Ogromnie mi przykro, panie Papen – powiedział, jakby pocieszał mnie po śmierci ukochanego
przyjaciela, usiłując dać do zrozumienia, że jest bezradny i nie może mi pomóc w żaden istotny sposób.
– Ale narzuciłem sobie limit pięciorga studentów i nie mogę nawet myśleć o przyjęciu jeszcze jednego.
– Pięcioro studentów to niewiele.
Pokręcił szybko głową, z zamkniętymi oczami, jak gdyby dalsze słuchanie moich błagań było ponad
jego siły.
– Naprawdę, bardzo bym chciał pana przyjąć, ale nie mogę nawet brać tego pod uwagę –
oświadczył. – Strasznie mi przykro. A teraz wybaczy pan. Mam u siebie studenta.
Minął ponad tydzień. Zacząłem chodzić na zajęcia i zatrudniłem się u profesora psychologii, niejakiego
doktora Rolanda. (Miałem mu pomagać w jakichś niejasnych „badaniach”, których natury nigdy nie
zgłębiłem; był leciwym, roztargnionym wykładowcą, sprawiającym wrażenie niezbyt zorganizowanego,
behawiorystą, który większość czasu spędzał w pokoju profesorskim). Nawiązałem też kilka znajomości,
głównie ze studentami pierwszego roku, którzy mieszkali w tym samym akademiku. Właśnie, to były
tylko znajomości. Razem spożywaliśmy posiłki, zauważaliśmy, gdy któreś z nas wchodziło lub
wychodziło, ale przede wszystkim łączyło nas to, że nikogo nie znamy – sytuacja niekoniecznie
wówczas nieprzyjemna. Tych nielicznych, których znałem i którzy przebywali w Hampden dłużej,
pytałem, co wiedzą o Julianie Morrow.
Prawie wszyscy o nim słyszeli i przekazano mi mnóstwo sprzecznych ze sobą, lecz fascynujących
informacji: że jest geniuszem; że jest oszustem; że nie ma magisterium; że w latach czterdziestych był
wielkim intelektualistą, znajomym Ezry Pounda i T.S. Eliota; że jego rodzina dorobiła się na udziałach
w prestiżowej firmie bankowej lub na sprzedaży obciążonych nieruchomości podczas wielkiego
kryzysu; że uciekł przed poborem podczas którejś wojny (chociaż chronologicznie było to trudne do
ustalenia); że ma związki z Watykanem, ze zdetronizowaną rodziną królewską na Bliskim Wschodzie,
z frankistowską Hiszpanią. Oczywiście nie sposób było stwierdzić, do jakiego stopnia te doniesienia są
prawdziwe, ale im więcej o nim słyszałem, tym silniejsza stawała się moja ciekawość i zacząłem
wypatrywać Morrowa i jego nielicznej grupki studentów na terenie kampusu. Ci czterej chłopcy i jedna
dziewczyna z odległości nie wyróżniali się niczym szczególnym. Ale z bliska stanowili frapującą
gromadkę – przynajmniej dla mnie, który nigdy nie widział kogoś takiego jak oni i któremu przywodzili
na myśl całą paletę malowniczych i wyimaginowanych cech.
Dwóch z nich nosiło okulary, co zastanawiające, tego samego rodzaju: maleńkie, staromodne,
z okrągłymi drucianymi oprawkami. Wyższy z tej dwójki – a był naprawdę wysoki, dobrze ponad metr
osiemdziesiąt – miał ciemne włosy, kanciastą szczękę i chropowatą bladą skórę. Mógłby być przystojny,
gdyby jego rysy nie były tak nieruchome, a oczy za okularami tak pozbawione wyrazu i puste. Ubierał
się w ciemne angielskie garnitury i nosił parasol (przedziwny widok w Hampden), krocząc sztywno
przez tłumy hipisów, bitników, miłośników stylu „preppy” i punków z wystudiowaną dystynkcją starej
baletnicy, zaskakującą u kogoś tak postawnego jak on. „Henry Winter”, poinformowali mnie znajomi,
gdy im go pokazałem z oddali, jak omijał szerokim łukiem grupkę grającą na trawniku na bongosach.
Niższy z tej dwójki – ale niewiele niższy – był niechlujnym rumianym blondynem, z gumą do żucia
w ustach, nieustająco wesołym wyrazem twarzy i zaciśniętymi dłońmi wepchniętymi głęboko do
kieszeni spodni o wypchanych kolanach. Codziennie nosił tę samą bezkształtną marynarkę z brązowego
tweedu, wystrzępioną na łokciach i za krótką w rękawach, a jego piaskowe włosy miały przedziałek
z lewej strony, toteż na jedno oko za okularami opadała długa grzywka. Nazywał się Bunny Corcoran,
przy czym jakimś cudem przydomek Bunny wywodził się od imienia Edmund. Jego głos, donośny
i tubalny, niósł się po stołówce.
Trzeci chłopak był najbardziej egzotycznym członkiem tego grona. Kościsty i elegancki, przeraźliwie
chudy, miał nerwowe dłonie, przebieg​łą twarz o bladości albinosa i krótką ognistą czuprynę najbardziej
rudych włosów, jakie w życiu widziałem. Uważałem (błędnie), że ubiera się jak Alfred Douglas lub
Robert de Montesquiou: piękne wykrochmalone koszule z wywiniętymi mankietami; bajeczne krawaty;
czarny płaszcz, który łopotał za nim na wietrze i upodabniał go do kogoś będącego skrzyżowaniem
studiującego księcia i Kuby Rozpruwacza. Raz, ku mojej wielkiej radości, założył binokle. (Później
dowiedziałem się, że to nie były prawdziwe okulary, tylko pince-nez ze zwykłym szkłem, i że ma dużo
bystrzejszy wzrok niż ja). Nazywał się Francis Abernathy. Dalsze próby zdobycia informacji o nim
wzbudziły podejrzenia moich znajomych płci męskiej, którzy dziwili się, że interesuję się kimś takim.
I było jeszcze dwoje, chłopak i dziewczyna. Widywałem ich często razem i początkowo brałem za
parę, aż pewnego razu przyjrzałem im się z bliska i zdałem sobie sprawę, że muszą być rodzeństwem.
Później dowiedziałem się, że są bliźniętami. Byli bardzo do siebie podobni, z ciężkimi ciemnoblond
włosami i nieokreślonymi płciowo jasnymi twarzami, pogodnymi i skupionymi jak u flamandzkich
aniołów. I co może najbardziej nietypowe w środowisku Hampden – gdzie nie brakowało
pseudointelektualistów i nastoletnich dekadentów, wśród których obowiązywała czerń – lubili nosić
stroje w bladych kolorach, zwłaszcza białe. W tym kłębowisku papierosów i ciemnej wytworności
zjawiali się tu i tam niczym postacie z alegorii lub od dawna nieżyjący uczestnicy jakiegoś
zapomnianego garden party. Łatwo było się dowiedzieć, kim są, jako że wspólnie przypadał im
w udziale zaszczyt bycia jedynymi bliźniakami w kampusie. Nazywali się Charles i Camilla Macaulay.
Wszyscy sprawiali wrażenie – takie miałem odczucie – wyjątkowo nieprzystępnych. Obserwowałem
ich jednak z zaciekawieniem przy każdej nadarzającej się okazji: gdy Francis przystanął, żeby zamienić
słówko z kotem przycupniętym na progu; gdy Henry przejeżdżał w pędzie za kierownicą małego białego
samochodu, z Morrowem na miejscu pasażera; gdy Bunny wychylił się z okna na piętrze, by krzyknąć
coś do bliźniąt na trawniku. Powoli docierały do mnie kolejne informacje. Francis Abernathy był
bostończykiem, i to ponoć, jak słyszałem, dosyć bogatym. Podobno Henry też był zamożny; co więcej,
był geniuszem lingwistycznym. Władał kilkoma językami, klasycznymi i nowożytnymi, opublikował
też tłumaczenie poezji Anakreonta z Teos, z komentarzem, gdy miał zaledwie osiemnaście lat.
(Usłyszałem o tym od Georges’a Laforgue’a, który mówił o tym niechętnie i ze skwaszoną miną; później
odkryłem, że Henry na pierwszym roku okrutnie zawstydził Laforgue’a przed całą katedrą literatury po
jego dorocznym wykładzie o Racinie, gdy przyszła pora na pytania studentów). Bliźnięta wynajmowały
mieszkanie poza kampusem i pochodziły gdzieś z południa. Bunny Corcoran miał zaś w zwyczaju
późno w nocy puszczać w swoim pokoju na cały regulator marsze Johna Philipa Sousy.
Nie chcę sugerować, że jakoś nadmiernie ekscytowałem się tym wszystkim. W tym czasie
próbowałem się zaaklimatyzować na nowej uczelni; rozpoczęły się zajęcia i miałem dużo nauki. Moje
zainteresowanie Julianem Morrowem i jego studentami greki, choć wciąż żywe, zaczęło już przygasać,
gdy doszło do osobliwego zbiegu okoliczności.
Zdarzyło się to w środę rano w drugim tygodniu mojego pobytu w Hampden, gdy przed zajęciami
o jedenastej robiłem w bibliotece ksero​kopie dla doktora Rolanda. Po około trzydziestu minutach
z tańczącymi mi przed oczami plamkami światła przeszedłem do stanowiska bibliotekarki oddać klucz do
kserografu i gdy się odwróciłem do wyjścia, zauważyłem ich – Bunny siedział z bliźniętami przy stole
nad rozłożonymi kartkami, piórami i kałamarzami. Szczególnie zapamiętałem te kałamarze, bo bardzo
mnie urzekły, podobnie jak długie, czarne i proste pióra, które wyglądały niesamowicie archaicznie
i niepraktycznie. Charles miał na sobie biały tenisowy sweter, a Camilla letnią sukienkę z marynarskim
kołnierzem i słomiany kapelusz. Tweedowa marynarka Bunny’ego leżała przewieszona przez oparcie
krzesła, świecąc kilkoma dużymi rozdarciami i plamami na podszewce. Opierał się łokciami o blat, włosy
opadały mu na oczy, a zmięte rękawy koszuli podtrzymywał pasiastymi przepaskami. Rozmawiali cicho,
z głowami blisko siebie.
Nagle zapragnąłem się dowiedzieć, o czym mówią. Podszedłem do regału za ich stołem – powoli,
jak gdybym nie był pewien, czego szukam – do samego końca, aż znalazłem się tak blisko, że mogłem
wyciągnąć rękę i dotknąć ramienia Bunny’ego. Odwrócony do nich plecami, wyciągnąłem na chybił
trafił książkę – jakiś absurdalny tekst socjologiczny, jak się złożyło – i udawałem, że przeglądam indeks.
Wtórna analiza, wtórne dane, wtórna dewiacja, wtórna grupa.
– Nie jestem pewna – mówiła Camilla. – Skoro Grecy płyną do Kartaginy, to powinien być biernik.
Pamiętacie? Pytanie „dokąd”? Taka jest reguła.
– Niemożliwe. – To był Bunny. Głos miał nosowy, stentorowy. W.C. Fields z poważnym
przypadkiem szczękościsku. – Nie chodzi o kierunek, tylko o miejsce. Stawiam na ablatyw.
Rozległ się szelest wertowanych kartek.
– Zaraz – rzekł Charles. Jego głos bardzo przypominał głos siostry: zachrypnięty, z lekkim
południowym akcentem. – Spójrzcie na to. Oni nie tylko płyną do Kartaginy, płyną, żeby ją
zaatakować.
– Zwariowałeś?
– Nie, naprawdę. Spójrzcie na następne zdanie. Potrzebujemy celownika.
– Jesteś pewien?
Znowu szelest kartek.
– Jak najbardziej. Epi tō karchidona.
– Nie rozumiem – rzekł Bunny. Brzmiał jak Thurston Howell z Wyspy Gilligana. – Ablatyw, tego
nam trzeba. Ciężkie przypadki to zawsze ablatywy.
Krótka przerwa.
– Bunny – zwrócił się do niego Charles – coś ci się pomyliło. Ablatiwus występuje w łacinie.
– Wiem o tym, ależ oczywiście – zirytował się Bunny po pełnym zmieszania milczeniu, które
wskazywałoby na coś przeciwnego – ale wiecie, o co mi chodzi. Aoryst, ablatiwus, jedno i to samo tak
naprawdę…
– Słuchaj, Charles – wtrąciła Camilla. – Celownik nie pasuje.
– Pasuje. Przecież płyną, żeby zaatakować, tak czy nie?
– Tak, ale Grecy płynęli przez morze do Kartaginy.
– No przecież wstawiłem „epi” na początku zdania.
– Cóż, można zaatakować i użyć „epi”, ale musimy zastosować biernik, bo taka jest podstawowa
zasada.
Samookreślenie. Samoświadomość. Segregacja. Wpatrywałem się w indeks i łamałem sobie głowę
nad tym, jakiego potrzebują przypadku. Grecy płynęli przez morze do Kartaginy. Do Kartaginy. Dokąd.
Skąd. Kartagina.
Nagle coś mi przyszło do głowy. Zamknąłem książkę, odłożyłem ją na półkę i odwróciłem się.
– Przepraszam – powiedziałem.
Natychmiast umilkli zaskoczeni i odwrócili się, wbijając we mnie spojrzenia.
– Przepraszam, ale czy nie przydałby się tu miejscownik?
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
– Miejscownik? – powtórzył Charles.
– Trzeba by tylko dodać „zde” do „karchido” – wyjaśniłem. – Zdaje się, że „zde”. Wtedy
niepotrzebny będzie żaden przyimek, tylko „epi”, jeśli wybierają się na wojnę. Oznacza „w kierunku
Kartaginy”, więc nie będziecie się też musieli martwić o deklinację.
Charles spojrzał na swoją pracę, potem na mnie.
– Miejscownik? – powiedział. – To dość rzadkie.
– Jesteś pewien, że w ogóle istnieje taka forma dla Kartaginy? – spytała Camilla.
O tym nie pomyślałem.
– Może nie – przyznałem. – Wiem, że istnieje dla Aten.
Charles sięgnął po słownik, przysunął go do siebie po blacie i zaczął kartkować.
– Zostaw ten słownik, do diabła – wtrącił ostro Bunny. – Jeśli nie trzeba odmieniać przez przypadki
i nie wymaga przyimka, to mi wystarczy. – Odchylił się do tyłu na krześle i spojrzał na mnie. – Niech ci
uścisnę dłoń, anonimie. – Wyciągnąłem rękę; chwycił ją i mocno nią potrząsnął, o mało nie przewracając
łokciem kałamarza. – Bardzo mi miło, bardzo, bardzo – powtarzał, drugą ręką odgarniając włosy znad
oczu.
Ten nagły blask zainteresowania oślepił mnie; zupełnie jakby postacie z ulubionego obrazu, zajęte
swoimi sprawami, spojrzały na mnie z płótna i przemówiły. Ledwie dzień wcześniej Francis otarł się
o mnie na korytarzu z szelestem czarnego kaszmiru w smudze dymu z papierosa. Przez chwilę, gdy
dotknął mnie ramieniem, był istotą z krwi i kości, ale zaraz potem znów stał się urojeniem, wytworem
wyobraźni, gdy pomaszerował dalej korytarzem, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi, tak jak ponoć
duchy nie zważają na żywych podczas swoich nocnych peregrynacji.
Charles, wciąż wertując słownik, podniósł się i wyciągnął rękę.
– Nazywam się Charles Macaulay.
– Richard Papen.
– Ach, to ty – powiedziała nagle Camilla.
– Co?
– To ty przyszedłeś zapytać o zajęcia z greki.
– Moja siostra – kontynuował prezentację Charles – a to… Bun, przedstawiłeś się?
– Nie, nie, nie przypominam sobie. Bardzo mnie pan uszczęśliwił, szanowny panie. Mieliśmy pięć
minut na przetłumaczenie jeszcze dziesięciu takich. Jestem Edmund Corcoran – rzekł Bunny, znów ścis​‐
kając moją dłoń.
– Jak długo uczysz się greki? – spytała Camilla.
– Od dwóch lat.
– Niezły jesteś.
– Szkoda, że nie ma cię w naszej grupie.
Kłopotliwa cisza.
– Cóż – powiedział speszony Charles. – Morrow w tych sprawach zachowuje się dziwnie.
– Może byś spróbował jeszcze z nim pogadać, czemu nie? – zaproponował Bunny. – Przynieś mu
kwiaty, powiedz, że uwielbiasz Platona, a będzie ci jadł z ręki.
I znów cisza, tym razem jeszcze bardziej krępująca niż pierwsza. Camilla uśmiechnęła się, niezupełnie
do mnie – cudowny, nieukierunkowany uśmiech, dość powściągliwy, jak gdybym był kelnerem albo
sprzedawcą w sklepie. Obok niej Charles też się uśmiechał, uprzejmie unosząc brew – mina, która mogła
być skutkiem zdenerwowania, mog​ła właściwie znaczyć cokolwiek, ja jednak zinterpretowałem ją jako:
Czy to wszystko?
Wymamrotałem coś i już miałem się odwrócić, gdy Bunny – który patrzył w przeciwnym kierunku
– błyskawicznie wyciągnął rękę i chwycił mnie za nadgarstek.
– Czekaj – rzucił.
Zaskoczony podniosłem wzrok. Do biblioteki wszedł właśnie Henry – ciemny garnitur, parasol,
pełny rynsztunek.
Gdy podszedł do stołu, udał, że mnie nie widzi.
– Cześć – zwrócił się do nich. – Skończyliście?
Bunny wskazał na mnie ruchem głowy.
– Słuchaj, Henry, jest tu ktoś, kogo musisz poznać – powiedział.
Henry zerknął na mnie. Wyraz jego twarzy nie zmienił się. Zamknął oczy i otworzył je, jak gdyby
zdumiewało go, że ktoś taki jak ja stoi w zasięgu jego wzroku.
– Tak, tak – kontynuował Bunny. – Ten młody człowiek tutaj nazywa się Richard… Richard jak?
– Papen.
– A tak, tak. Richard Papen. Studiuje grekę.
Henry podniósł głowę, żeby dobrze mi się przyjrzeć.
– Ale chyba nie tutaj? – zapytał.
– Nie – przyznałem, patrząc mu w oczy, ale jego spojrzenie było tak nieprzyjazne, że byłem
zmuszony odwrócić wzrok.
– Ach, Henry, mógłbyś na to zerknąć? – wtrącił pospiesznie Charles, znów szeleszcząc kartkami. –
Zamierzaliśmy tu użyć celownika lub biernika, a on zaproponował miejscownik…
Henry pochylił się i spojrzał mu przez ramię na kartkę.
– Hmm, archaiczny miejscownik – powiedział. – Bardzo homerycki. Rzecz jasna, gramatycznie
byłby użyty prawidłowo, ale może niezbyt fortunny w tym kontekście. – Wyprostował się i otaksował
mnie spojrzeniem. Światło padało pod takim kątem, że odbijało się od jego maleńkich okularów i nie
widziałem oczu za szkłami. – Bardzo interesujące. Zajmujesz się Homerem?
Mogłem odpowiedzieć twierdząco, ale miałem wrażenie, że byłby zachwycony, mogąc przyłapać
mnie na kłamstwie, i że dokonałby tego bez trudu.
– Lubię Homera – odparłem słabym głosem.
Spojrzał na mnie chłodno z niesmakiem.
– Ja uwielbiam Homera – oświadczył. – Oczywiście studiujemy nowsze rzeczy, Platona, tragików
i tak dalej.
Próbowałem wymyślić jakąś odpowiedź, gdy znudzony odwrócił wzrok.
– Musimy lecieć – rzucił.
Charles z szelestem zebrał kartki i znowu się podniósł; Camilla stanęła obok niego i tym razem ona
też wyciągnęła do mnie rękę. Jedno przy drugim byli do siebie bardzo podobni, mniej z rysów twarzy,
bardziej natomiast ze sposobu bycia i zachowania, zbieżność gestów, która odbijała się między nimi jak
echo, toteż mrugnięcie u jednego zdawało się przenosić chwilę później na ruch powiek drugiego. Ich
oczy, inteligentne i spokojne, miały ten sam odcień szarości. Ona, uważałem, była bardzo piękna,
obdarzona poruszającą, wręcz średniowieczną urodą, nieuchwytną dla przypadkowego obserwatora.
Bunny odsunął się z krzesłem i rąbnął mnie między łopatki.
– No to, szanowny panie – powiedział – musimy się kiedyś spotkać i podyskutować o grece, no nie?
– Do widzenia – rzucił Henry ze skinieniem głowy.
– Do widzenia – odpowiedziałem. Oddalili się, a ja stałem i patrzyłem, jak wychodzą z biblioteki
szeroką ławą, jedno przy drugim.
Gdy kilka minut później wstąpiłem do gabinetu doktora Rolanda zostawić kserokopie, spytałem go, czy
nie dałby mi zaliczki na poczet wynagrodzenia.
Odchylił się do tyłu i wymierzył we mnie swe wilgotne, zaczerwienione oczy.
– Wie pan – rzekł – nie mam w zwyczaju tego praktykować od dziesięciu lat. Pan pozwoli, że mu
wyjaśnię dlaczego.
– Wiem, doktorze – wtrąciłem pospiesznie. Przemowy doktora Rolanda o jego „praktykach” mogły
trwać pół godziny lub dłużej. – Rozumiem. Tylko że to sprawa niecierpiąca zwłoki.
Wychylił się do przodu i odchrząknął.
– Jaka niby? – spytał.
Jego dłonie, splecione przed nim na biurku, były sękate i żylaste, z niebieskawym, perłowym
połyskiem wokół knykci. Wbijałem w nie spojrzenie. Potrzebowałem dziesięciu, dwudziestu dolarów,
potrzebowałem ich pilnie, ale wszedłem do gabinetu, nie zaplanowawszy, co powiedzieć.
– Nic takiego – odparłem. – Coś mi wyskoczyło.
Zmarszczył efektownie brwi. Mówiło się, że zniedołężnienie doktora Rolanda to tylko fasada; mnie
wydawało się całkiem autentyczne, chociaż czasami, znienacka, demonstrował nieoczekiwane przebłyski
przytomności umysłu, które – często niezwiązane z bieżącym tematem – dowodziły, że gdzieś
w mętnych głębinach jego świadomości zachodzą procesy racjonalnego myślenia.
– Chodzi o mój samochód – wyrzuciłem z siebie pod wpływem nag​łego natchnienia. Nie miałem
samochodu. – Muszę go naprawić.
Nie spodziewałem się, że będzie jeszcze o coś pytał, on jednak wyraźnie się ożywił.
– Co się popsuło?
– Coś w skrzyni biegów.
– Automatyczna? Chłodzenie powietrzem?
– Powietrzem – potwierdziłem, przestępując z nogi na nogę. Nie podobał mi się kierunek, w którym
zmierzała ta rozmowa. Nie znam się na samochodach i ledwo daję sobie radę ze zmianą koła.
– Co tam masz, jednego z tym maluchów z silnikiem V-6?
– Tak.
– Jakoś mnie to nie dziwi. Wygląda na to, że wszyscy młodzi o nich marzą.
Nie miałem pojęcia, jak się do tego odnieść.
Wysunął z biurka szufladę, zaczął wyciągać z niej różne rzeczy i podtykać je sobie pod oczy,
a potem chował je z powrotem.
– Z moich doświadczeń wynika, że jak pójdzie skrzynia biegów – powiedział – to już po aucie.
Zwłaszcza w przypadku V-6. Równie dobrze możesz oddać go na złom. Ja sam mam oldsmobila 98
regency brougham, dziesięcioletniego. Wystarczą regularne przeglądy, nowy filtr co dwa i pół tysiąca
kilometrów i wymiana oleju co pięć tysięcy. Chodzi jak marzenie. Uważaj na warsztaty w mieście –
dodał ostro.
– Słucham?
W końcu znalazł książeczkę czekową.
– Powinieneś z tym pójść do kwestury, ale to ci powinno wystarczyć – uznał, otwierając książeczkę
i zaczynając skrzętnie wypisywać czek. – W niektórych warsztatach w Hampden, gdy się dowiadują, że
jesteś z uczelni, każą ci płacić podwójnie. Ogólnie rzecz biorąc, najlepszy jest Zbawienny Serwis,
prowadzony przez grupę nawróconych chrześcijan, ale i tak potrafią nieźle człowieka oskubać, jeśli nie
patrzy im się na ręce.
Wyrwał czek i podał mi go. Zerknąłem na kwotę i serce zamarło mi w piersi. Dwieście dolarów.
Podpisany, wszystko jak trzeba.
– Nie pozwól, żeby ci policzyli choćby centa więcej – przestrzegł.
– Oczywiście, proszę pana – odparłem, ledwo skrywając radość. Co ja zrobię z taką ilością
pieniędzy? Może nawet zapomni, że mi je dał.
Zsunął okulary na czubek nosa i spojrzał na mnie znad szkieł.
– Zbawienny Serwis – przypomniał. – Przy autostradzie numer sześć. Szyld w kształcie krzyża.
– Dziękuję – rzuciłem.
Sunąłem korytarzem jak uskrzydlony, z dwustoma dolarami w kieszeni, i w pierwszej kolejności
zszedłem do telefonu i zamówiłem taksówkę do miasta. Jeśli jestem w czymś dobry, to we wciskaniu
kitu na zawołanie. Taki już mam talent.
I cóż takiego zrobiłem w Hampden? Szczerze mówiąc, byłem zbyt oszołomiony swoim szczęściem, żeby
wiele zdziałać. To był cudowny dzień; miałem po dziurki w nosie biedowania, więc zanim zdążyłem się
rozmyślić, wparadowałem do drogiego sklepu z męską odzieżą na głównym placu i kupiłem parę
koszul. Potem udałem się do sklepu Armii Zbawienia, gdzie wyszperałem z koszy tweedowy płaszcz od
Harrisa i parę brązowych brogsów w dobrym rozmiarze, a także spinki do mankietów i zabawny stary
krawat z myśliwymi. Gdy wyszedłem ze sklepu, z radością skonstatowałem, że nadal mam sto dolarów.
Może powinienem się przejść do księgarni? Do kina? Kupić butelkę szkockiej? Ostatecznie chmara
różnych możliwości, która się podnios​ła, szemrając i wabiąc, tak mnie osaczyła na słonecznym
jesiennym chodniku, że – niczym wiejski chłopak okrążony przez grupę prostytutek – przedarłem się do
budki telefonicznej na rogu i wezwałem taksówkę do kampusu.
Po powrocie do pokoju rozłożyłem ubrania na łóżku. Spinki były podniszczone i widniały na nich
czyjeś inicjały, ale wyglądały na zrobione z prawdziwego złota, połyskując w sennym jesiennym świetle,
które sączyło się przez okno i rozlewało żółte kałuże na dębowej podłodze – ponętne, intensywne,
odurzające.
Miałem wrażenie déjà vu, gdy nazajutrz po południu Morrow otworzył drzwi dokładnie tak jak za
pierwszym razem, uchylając je leciutko i wyglądając nieufnie przez szparę, jak gdyby w jego gabinecie
kryły się jakieś cudowności, których należało strzec, coś, co wolał chronić przed ludzkimi spojrzeniami.
W następnych miesiącach miałem dobrze poznać to uczucie. Nawet teraz, wiele lat później i daleko od
Hampden, czasem w snach wracam pod te białe drzwi, stoję pod nimi i czekam, aż pojawi się w nich jak
baśniowy stróż: w nieokreślonym wieku, czujny, po dziecięcemu sprytny.
Gdy zobaczył, że to ja, uchylił drzwi nieco szerzej niż za pierwszym razem.
– Pan Pepin raz jeszcze, zgadza się? – zapytał.
Nie chciało mi się go poprawiać.
– Obawiam się, że tak.
Przyglądał mi się przez chwilę.
– Ma pan wspaniałe nazwisko, wie pan? – powiedział. – To imię nosili królowie Franków.
– Jest pan teraz zajęty?
– Zawsze mam czas dla następcy frankijskiego tronu, jeśli rzeczywiście pan nim jest – odparł wesoło.
– Obawiam się, że nie.
Roześmiał się i zacytował krótki grecki epigramat o tym, że szczerość jest niebezpieczną cnotą, po
czym ku memu zdziwieniu otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka.
Właściwie nie był to gabinet, tylko piękny pokój, dużo większy, niż wydawałoby się z zewnątrz –
przestronny i widny, z wysokim sufitem i wykrochmalonymi zasłonami poruszanymi lekkim
wiaterkiem. W kącie, niedaleko niskiego regału z książkami, znajdował się niewielki okrąg​ły stół
zastawiony dzbankami do herbaty i greckimi książkami, i wszędzie kwiaty, róże, goździki i zawilce, na
biurku, na stole, na parapetach. Róże były szczególnie wonne; ich zapach, intensywny i ciężki, wisiał
w powietrzu zmieszany z aromatem bergamoty i czarnej chińskiej herbaty, a także z atramentową nutą
kamfory. Odurzony oddychałem głęboko. Gdziekolwiek spojrzałem, mój wzrok padał na coś pięknego
– orientalne dywany, porcelanę, miniaturowe obrazy niczym klejnoty – olśniewająca mozaika barw,
która poraziła mnie, jak gdybym wszedł do jednego z tych małych bizantyjskich kościółków, z zewnątrz
tak niepozornych, wewnątrz zaś przypominających bajecznie udekorowaną złoceniami i tesserami
pisankę.
Usiadł w fotelu przy oknie i skinął, żebym zrobił to samo.
– Domyślam się, że przyszedł pan w sprawie zajęć z greki – powiedział.
– Tak.
Jego oczy były życzliwe i szczere, bardziej szare niż niebieskie.
– Semestr już się zaczął – zauważył.
– Chciałbym kontynuować naukę. Szkoda by było przerywać po dwóch latach.
Uniósł brwi – wysoko, szelmowsko – i przez chwilę spoglądał na swe splecione dłonie.
– Podobno przyjechał pan z Kalifornii.
– Owszem – odparłem, nieco zaskoczony. Kto mu o tym powiedział?
– Nie znam zbyt wielu osób z Zachodu – przyznał. – Nie wiem, czy by mi się tam spodobało. –
Przerwał zamyślony, jakby czymś zatroskany. – A co pan robi w Kalifornii?
Zacząłem wciskać mu swoją wyuczoną gadkę. O pomarańczowych gajach, przygasłych gwiazdach
filmowych, koktajlach przy świetle lamp nad basenem, papierosach, nudzie. Słuchał tego z utkwionym
we mnie spojrzeniem, jakby urzeczony tymi fałszywymi wspomnieniami. Jeszcze nigdy moje wysiłki
nie spotkały się z takim zainteresowaniem, tak żywą czujnością. Sprawiał wrażenie zafascynowanego do
tego stopnia, że aż mnie kusiło, by podkoloryzować swoją historię bardziej, niż nakazywałaby
roztropność.
– Niebywałe – skwitował serdecznie, gdy wreszcie, w półeuforii, zakończyłem swoją opowieść. –
I jakie romantyczne.
– Ach, widzi pan, dla nas to nic nadzwyczajnego – oznajmiłem, starając się nie wiercić za bardzo,
pokraśniały od tak olśniewającego sukcesu.
– I czegóż osoba o tak romantycznym usposobieniu szuka w filologii klasycznej? – Zadał to pytanie,
jak gdyby schwytawszy szczęśliwie tak rzadkiego ptaka jak ja, pragnął wydobyć moją opinię, dopóki
jestem uwięziony w jego gabinecie.
– Jeśli przez romantyzm rozumie pan skłonność do samotności i introspekcji – odparłem – myślę, że
romantycy są często najlepszymi filologami klasycznymi.
Roześmiał się.
– Wielcy romantycy to często niespełnieni filolodzy klasyczni. Ale to tak przy okazji. Jak się panu
podoba Hampden? Jest pan tu szczęśliwy?
Przedstawiłem mu egzegezę, nie tak zwięzłą, jak być mogła, dlaczego ta właśnie uczelnia na razie
odpowiada moim celom.
– Młodzi ludzie często nudzą się na prowincji – stwierdził Morrow. – Co nie znaczy, że nie jest dla
nich dobra. Dużo pan podróżował? Proszę mi powiedzieć, co sprowadziło pana akurat tutaj.
Wydawałoby się, że młody człowiek taki jak pan poza miastem będzie się czuł zagubiony, ale może
życie w mieście pana zmęczyło?
Zręcznie i absorbująco prowadził mnie od jednego tematu do drugiego, całkiem mnie przy tym
rozbrajając, i jestem pewien, że podczas tej rozmowy, która zdawała się trwać zaledwie kilka minut, ale
naprawdę była znacznie dłuższa, udało mu się wydobyć ze mnie wszystko to, czego chciał się
dowiedzieć. Nie podejrzewałem, że jego ogromne skupienie może wynikać z czegoś innego niż
z najgłębszej rozkoszy, jaką daje moje towarzystwo, i chociaż z lubością i większą otwartością, niż
miałem w zwyczaju, wypowiadałem się na przeróżne tematy – po części dość osobiste – pozostawałem
w przekonaniu, że robię to z własnej, nieprzymuszonej woli. Żałuję, że nie pamiętam więcej z tego, co
zostało powiedziane tamtego dnia – a właściwie pamiętam głównie to, co sam powie​działem, z czego
większość była zbyt niemądra, bym chętnie do tego wracał. Jedyna sprawa, w której zaprezentował
odmienne zdanie (nie licząc pełnego niedowierzania uniesienia brwi na moją wzmiankę o Picassie; gdy
lepiej go poznałem, zrozumiałem, że musiał ją odebrać wręcz jako osobistą zniewagę), dotyczyła
psychologii ostatecznie mocno mnie frapującej, bo przecież pracowałem dla doktora Rolanda.
– Ale naprawdę pan sądzi – spytał z troską – że psychologię można nazwać nauką?
– Naturalnie. Czym niby jest?
– Nawet Platon wiedział, że klasa, wychowanie i tak dalej mają niezaprzeczalny wpływ na jednostkę.
Wydaje mi się, że psychologia to jeszcze jedno określenie na coś, co starożytni nazywali losem.
– Psychologia to rzeczywiście okropne słowo.
Żarliwie przyznał mi rację.
– Tak, okropne, prawda? – podchwycił, ale z wyrazem twarzy sugerującym, że uważał za
niesmaczne to, iż w ogóle go użyłem. – Może w pewnym sensie jest to pożyteczny konstrukt do
opisania umysłowości pewne​go rodzaju. Fascynują mnie ludzie, którzy mieszkają tu, na prowincji, bo
ich życie tak ściśle związane jest z losem, że naprawdę nie mają nań wpływu. Z kolei moi studenci,
obawiam się – dodał ze śmiechem – nigdy nie są dla mnie zbyt interesujący, bo zawsze dokładnie wiem,
co zrobią.
Oczarował mnie swoją rozmową i choć sprawiała wrażenie nowoczesnej i dygresyjnej (dla mnie
cechą nowoczesnego umysłu jest jego skłonność do zbaczania z tematu), teraz rozumiem, że w tym
wielosłowiu prowadził mnie wciąż do tych samych punktów. Bo jeśli umysł nowoczesny jest kapryśny
i dygresyjny, umysł klasyczny jest zawężony, niezachwiany, niepowstrzymany. Inteligencji o takich
właściwościach nie spotyka się obecnie zbyt często. Ale chociaż nie ustępuję najlepszym w robieniu
dygresji, w głębi duszy nie jestem nikim innym, tylko obsesjonistą.
Rozmawialiśmy jeszcze przez jakiś czas, po czym zapadła cisza. Po chwili Morrow powiedział
uprzejmie:
– Jeśli pan sobie życzy, panie Papen, chętnie przyjmę pana do swojej grupy.
Wyglądając przez okno, na wpół zapomniawszy, po co tam przyszedłem, odwróciłem się
z rozchylonymi ustami i wbiłem w niego wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Zanim jednak pan się zgodzi, jest kilka warunków, które musi pan przyjąć.
– Co? – wydusiłem z siebie, nagle oprzytomniawszy.
– Zechce pan jutro udać się do dziekanatu i złożyć prośbę o zmianę opiekuna? – Sięgnął po pióro
z kubka na biurku; co niesamowite, kubek pełen był wiecznych piór Montblanc Meisterstück,
przynajmniej kilkunastu. Szybko zapisał coś na kartce i podał mi ją. – Proszę tego nie zgubić –
powiedział – bo w dziekanacie przydzielają mi studentów tylko i wyłącznie na moją osobistą prośbę.
Liścik był skreślony męskim, nieco dziewiętnastowiecznym pismem, z greckimi „e”. Atrament był
wciąż wilgotny.
– Ale ja już mam opiekuna – zauważyłem.
– Wyznaję zasadę, że nigdy nie przyjmuję studentów, jeśli nie jestem też ich opiekunem. Inni
członkowie katedry literatury nie zgadzają się z moimi metodami nauczania i wpadnie pan w kłopoty,
jeśli ktoś inny będzie w stanie wetować moje decyzje. Powinien pan też wziąć kilka formularzy wniosku
o zmianę zajęć. Będzie pan musiał zrezygnować ze wszystkich bieżących kursów, myślę, poza
francuskim, który dobrze byłoby kontynuować. Zdaje się, że w sferze języków nowożytnych wykazuje
pan pewne braki.
Nie posiadałem się ze zdumienia.
– Nie mogę rzucić wszystkich zajęć.
– A to dlaczego?
– Rejestracja się skończyła.
– Nie szkodzi – rzekł łagodnie Morrow. – Zajęcia, które chciałbym, żeby pan zaczął, będą
prowadzone przeze mnie. Prawdopodobnie do końca studiów będzie pan uczęszczał na trzy, cztery moje
kursy w semestrze.
Spojrzałem na niego. Nic dziwnego, że miał tylko pięcioro studentów.
– Ale jak to możliwe? – spytałem.
Roześmiał się.
– Obawiam się, że niezbyt długo przebywa pan w Hampden. Administracja nie jest tym
zachwycona, ale nie mogą nic zrobić. Od czasu do czasu próbują stwarzać problemy, jeśli chodzi
o zaliczanie przedmiotów ogólnych, ale to nigdy nie doprowadziło do prawdziwych kłopotów.
Studiujemy sztukę, historię, filozofię, wiele różnych rzeczy. Jeśli zauważę, że ma pan braki w jakiejś
dziedzinie, możliwe, że udzielę panu indywidualnych korepetycji, może odeślę do innego wykładowcy.
Jako że francuski to nie jest mój język ojczysty, myślę, że roztropnie będzie kontynuować jego naukę
u pana Laforgue’a. W przyszłym roku zaczniemy łacinę. To trudny język, ale znając grekę, będzie panu
łatwiej. Najbardziej satysfakcjonujący ze wszystkich języków, łacina. Przekona się pan, że nauka łaciny
to czysta rozkosz.
Słuchałem nieco urażony jego tonem. Wykonanie tych zaleceń byłoby równoznaczne z całkowitym
przeniesieniem z Hampden College do jego prywatnej małej akademii starogreckiego liczącej pięcioro,
a ze mną sześcioro studentów.
– Wszystkie zajęcia u pana? – upewniłem się.
– Niezupełnie wszystkie – odparł poważnie, a potem roześmiał się, gdy ujrzał moją minę. –
Uważam, że dla młodego umysłu duża różnorodność nauczycieli jest szkodliwa i dezorientująca, zresztą
uważam też, że lepiej dogłębnie poznać jedną książkę niż pobieżnie setkę – wyjaśnił. – Wiem, że
współczesny świat w tej kwestii raczej się ze mną nie zgadza, ale ostatecznie Platon miał tylko jednego
nauczyciela, Aleksander też.
Powoli kiwałem głową, starając się jednocześnie wymyślić jakiś taktowny sposób wycofania się, gdy
nasze spojrzenia skrzyżowały się i pomyślałem nagle: „Czemu nie?”. Siła jego osobowości przyprawiała
mnie o lekkie zawroty głowy, ale radykalność tej propozycji była kusząca. Studenci Morrowa – jeśli
nosili jakieś znamię jego kurateli – imponowali mi i choć każde z nich było inne, łączył ich pewien
chłód, okrutny, manieryczny urok, który w najmniejszym stopniu nie był nowoczesny, lecz miał
w sobie dziwne, zimne tchnienie starożytnego świata: byli nadzwyczajnymi istotami, co za oczy, co za
dłonie, co za spojrzenia – sic oculos, sic ille manus, sic ora ferebat. Zazdrościłem im, coś mnie w nich
pociągało: ponadto tę dziwną cechę, z pewnością nie wrodzoną, naj​wyraźniej starannie kultywowano.
(Identycznie, jak się z czasem przekonałem, było z Morrowem: choć sprawiał zupełnie odwrotne
wrażenie, świeżości i szczerości, wcale nie spontaniczność, tylko najwyższy stopień kontroli powodował,
że jego sposób bycia wydawał się niewystudiowany). Wystudiowany czy nie, chciałem być taki jak oni.
Ekscytowała mnie myśl, że cechy te są nabyte i że być może tutaj zdołam je w sobie wyrobić.
To wszystko wydawało się tak dalekie od Plano i stacji benzynowej mojego ojca.
– A jeśli zdecyduję się chodzić na pańskie zajęcia, wszystkie będą prowadzone po grecku? –
spytałem.
Roześmiał się.
– Oczywiście, że nie. Będziemy studiować Dantego, Wergiliusza, najróżniejsze rzeczy. Ale nie
radziłbym panu biec po egzemplarz Goodbye, Columbus (głośna lektura obowiązkowa na jednym
z kursów dla studentów literatury pierwszego roku) – jeśli mi pan wybaczy ten prostacki żart.
Georges Laforgue wyraził zaniepokojenie, gdy mu powiedziałem o swoim zamiarze.
– To poważna sprawa – rzekł. – Rozumie pan chyba, jak ograniczone będą pańskie kontakty z resztą
kadry i uczelnią?
– To dobry wykładowca – oznajmiłem.
– Żaden wykładowca nie jest aż tak dobry. A jeśli dojdzie między wami do jakiejś różnicy zdań albo
w czymkolwiek niesprawiedliwie pana potraktuje, nikt z kadry nie będzie mógł nic dla pana zrobić.
Przepraszam, ale nie widzę sensu, żeby płacić trzydzieści tysięcy dolarów czesnego i studiować tylko
u jednej osoby.
Pomyślałem, czy nie zwrócić się z tą kwestią do Funduszu Stypendialnego Hampden College, ale
nic nie powiedziałem.
Odchylił się do tyłu na krześle.
– Proszę mi wybaczyć, ale wydawało mi się, że elitarystyczne poglądy takiego człowieka wydadzą
się panu odpychające – stwierdził. – Szczerze mówiąc, pierwszy raz słyszę, żeby przyjął studenta, który
w tak znacznym stopniu korzysta z pomocy finansowej. Jako instytucja demokratyczna nasza uczelnia
opiera się na zupełnie innych zasadach.
– No ale nie może być takim elitarystą, skoro przyjął mnie – zauważyłem.
Nie wychwycił mojego sarkazmu.
– Jestem raczej skłonny uznać, że nie zdaje sobie sprawy, iż pobiera pan stypendium – odparł
poważnym tonem.
– Więc jeśli nie wie – rzekłem – to ja nie zamierzam go o tym informować.
Studenci Morrowa zbierali się na zajęcia w jego gabinecie. Grupa była nieliczna, a poza tym żadna inna
sala nie mogła się z nim równać pod względem wygody i zaciszności. Morrow miał teorię, że studenci
uczą się lepiej w przyjemnej, nieakademickiej atmosferze; i ten luksusowy pokój-oranżeria, pełen
kwiatów w środku zimy, tworzył pewnego rodzaju platoński mikrokosmos tego, co jego zdaniem
powinno być idealnym pomieszczeniem do nauki. („Praca? – zdziwił się, gdy w ten sposób nazwałem
naszą aktywność podczas zajęć. – Naprawdę uważasz, że my tu pracujemy?” „Jak inaczej miałbym to
nazwać?” „Ja nazwałbym to najwspanialszym rodzajem zabawy”).
Gdy zmierzałem na pierwsze zajęcia u Morrowa, zauważyłem Francisa Abernathy’ego, jak
maszerował przez trawnik niczym czarny ptak, w płaszczu, który łopotał za nim na wietrze, ciemny
i upodabniający go do wrony. Francis był czymś zaabsorbowany i palił papierosa, ale myśl o tym, że
mógłby mnie zobaczyć, przepełniła mnie niewyjaśnionym niepokojem. Dałem nura w najbliższe drzwi
i odczekałem, aż przejdzie.
Odwracając się na podeście w Audytorium, zaskoczony ujrzałem go siedzącego na parapecie.
Zerknąwszy na niego, szybko uciekłem spojrzeniem i już miałem wyjść na korytarz, gdy usłyszałem:
– Czekaj.
Jego głos był opanowany i bostoński, niemal brytyjski.
Odwróciłem się.
– Ten nowy neanias to ty? – spytał kpiąco.
Nowy młodzieniec. Potwierdziłem.
– Cubitum eamus?
– Co?
– Nic.
Przełożył papierosa do lewej dłoni i prawą wyciągnął do mnie. Była koścista i miękka jak dłoń
nastolatki.
Nie raczył się przedstawić. Po krótkiej, krępującej pauzie powiedziałem mu, jak się nazywam.
Ostatni raz zaciągnął się papierosem i wyrzucił niedopałek przez otwarte okno.
– Wiem, jak się nazywasz – odparł.
Henry i Bunny byli już w gabinecie; Henry czytał książkę, a Bunny, pochylony nad stołem, mówił
coś do niego głośno i żarliwie.
– … w złym guście, takie właśnie jest, bracie. Rozczarowujesz mnie. Sądziłem, że jesteś odrobinę
bardziej wyrafinowany, jeśli mogę tak się wyrazić…
– Dzień dobry – przywitał się Francis, wchodząc za mną, i zamknął drzwi.
Henry podniósł wzrok i skinął głową, po czym wrócił do lektury.
– Czołem – powiedział Bunny, a potem jeszcze do mnie: – O, witaj. Słuchaj no – to do Francisa –
Henry kupił sobie pióro Montblanc.
– Naprawdę? – rzekł Francis.
Bunny ruchem głowy wskazał kubek eleganckich czarnych piór stojący na biurku Morrowa.
– Powiedziałem mu, żeby uważał, bo Morrow jeszcze gotów pomyśleć, że mu zwędził jedno.
– Był ze mną, kiedy je kupowałem – wtrącił Henry, nie podnosząc wzroku znad książki.
– A w ogóle to ile one kosztują? – spytał Bunny.
Brak odpowiedzi.
– No powiedz. Ile? Trzysta dolców za sztukę? – Całym swoim niemałym ciężarem naparł na stół. –
Pamiętam, jak mówiłeś kiedyś, że są brzydkie. Mówiłeś, że zawsze będziesz pisał zwykłym piórem
i niczym innym. Zgadza się?
Cisza.
– Daj mi raz jeszcze rzucić okiem, dobra? – poprosił Bunny.
Odłożywszy książkę, Henry sięgnął do górnej kieszeni, wyciągnął pióro i położył je na stole.
– Proszę – powiedział.
Bunny wziął pióro do ręki i zaczął je obracać w palcach.
– Jest jak te grube ołówki, których używałem w pierwszej klasie – skwitował. – Morrow namówił
cię do kupna?
– Chciałem mieć wieczne pióro.
– Nie dlatego je kupiłeś.
– Mam już dość tego tematu.
– Ja akurat uważam, że te pióra są w złym guście.
– Akurat ty – wtrącił ostro Henry – lepiej się o guście nie wypowiadaj.
Zapadła długa cisza, w czasie której Bunny odchylił się do tyłu na krześle.
– Dobra, jakich tu wszyscy używamy piór? – spytał swobodnym tonem. – François, ty też, tak jak
ja, jesteś zwolennikiem stalówek i kałamarzy, zgadza się?
– Tak jakby.
Wskazał na mnie, jak gdyby był gospodarzem dyskusji panelowej podczas talk-show.
– A ty, jak ci tam, Robert? Jakich piór nauczyli cię używać w Kalifornii?
– Kulkowych – odpowiedziałem.
Bunny pokiwał energicznie głową.
– Szczery człowiek, proszę panów. Proste gusta. Kawa na ławę. I to mi się podoba.
Otworzyły się drzwi i weszły bliźnięta.
– Co się tak wydzierasz, Bun? – spytał roześmiany Charles, kopniakiem zatrzaskując za sobą drzwi.
– Słyszeliśmy cię na końcu korytarza.
Bunny zaczął opowiadać o piórze Montblanc. Zawstydzony przesunąłem się do kąta i zacząłem
przeglądać książki w regale.
– Jak długo uczysz się greki? – spytał głos za moimi plecami. Był to Henry, który odwrócił się na
swoim krześle, żeby na mnie spojrzeć.
– Od dwóch lat – poinformowałem.
– Co czytałeś po grecku?
– Nowy Testament.
– To oczywiste, że czytałeś koine – powiedział z rozdrażnieniem. – Ale co jeszcze? Na pewno
Homera. I liryków.
Wiedziałem, że to specjalność Henry’ego. Wolałem nie kłamać.
– Trochę.
– A Platona?
– Tak.
– Całego Platona?
– Nie, fragmenty.
– Ale wszystko w tłumaczeniu.
Zawahałem się, nieco zbyt długo. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Nie?
Wsunąłem dłonie do kieszeni mojego nowego płaszcza.
– Większość – powiedziałem, co było dalekie od prawdy.
– Większość czego? Masz na myśli dialogi? A co z późniejszymi tekstami? Plotyn?
– Tak – skłamałem. Nigdy, nawet do dzisiaj, nie przeczytałem ani słowa z dzieł Plotyna.
– Co?
Niestety w głowie miałem pustkę i nie mogłem sobie przypomnieć ani jednej rzeczy napisanej przez
Plotyna. Bukoliki? Nie, niech to szlag, to Wergiliusz.
– Właściwie to nie przepadam za Plotynem – oświadczyłem.
– Nie? A dlaczegóż to?
Był jak policjant ze swoimi pytaniami. Tęsknie wróciłem myślami do moich starych zajęć, tych,
z których zrezygnowałem: Wprowadzenia do dramatu z wesołym panem Laninem, który kazał nam
kłaść się na podłodze i wykonywać ćwiczenia relaksacyjne, gdy sam chodził między nami i mówił
rzeczy w stylu: „A teraz wyobraźcie sobie, że wasze ciało wypełnia się chłodnym pomarańczowym
płynem”.
Nie odpowiedziałem na pytanie o Plotyna dostatecznie szybko jak na gust Henry’ego. Powiedział
coś szybko po łacinie.
– Słucham?
Spojrzał na mnie chłodno.
– Nic, nieważne – rzucił i pochylił się nad książką.
Próbując ukryć konsternację, odwróciłem się do regału.
– Zadowolony? – usłyszałem głos Bunny’ego. – Oczywiście musiałeś go porządnie wymaglować,
prawda?
Odetchnąłem z ulgą, gdy podszedł do mnie Charles, żeby się przywitać. Był serdeczny i nadzwyczaj
spokojny, ale ledwo udało nam się wymienić pozdrowienia, gdy otworzyły się drzwi i zapadła cisza po
tym, jak do środka wślizgnął się Morrow i cicho zamknął za sobą drzwi.
– Dzień dobry – powiedział. – Poznaliście już naszego nowego studenta?
– Tak – odparł Francis znudzonym, jak mi się wydawało, głosem, podsuwając Camilli krzesło,
a potem usiadł na swoim.
– Cudownie. Charles, mógłbyś nastawić wodę na herbatę?
Charles przeszedł do małego pokoju, nie większego niż szafa, i usłyszałem szum płynącej z kranu
wody. (Nigdy nie dowiedziałem się dokładnie, co znajdowało się w tym pomieszczeniu ani też jak
Morrow, od czasu do czasu, był w stanie w cudowny sposób wyczarować z niego czterodaniowy
posiłek). Po chwili wyszedł stamtąd, zamknął za sobą drzwi i usiadł.
– W porządku – rzekł Morrow, rozglądając się po zebranych wokół stołu. – Mam nadzieję, że
wszyscy jesteśmy gotowi zostawić za sobą świat materialny i zająć się rzeczami wzniosłymi.
Był cudownym mówcą, magicznym mówcą i żałuję, że nie potrafię lepiej oddać tego, co mówił, lecz
mierny intelekt nie jest w stanie przekazać mowy umysłu wybitnego – zwłaszcza po tylu latach – nie
gubiąc po drodze mnóstwa rzeczy. Dyskusja tego dnia dotyczyła zatracenia się, czterech rodzajów
boskiego szaleństwa według Platona, szaleństw wszelakiego typu; zaczął od omówienia czegoś, co
nazywał brzemieniem siebie, i dlaczego ludzie w ogóle chcą się go pozbyć.
– Dlaczego ten uparty głos w naszych głowach tak nas dręczy? – spytał, rozglądając się po
zebranych przy stole. – Może dlatego, że przypomina nam, iż żyjemy, przypomina nam o naszej
śmiertelności, o indywidualnych duszach… z czego ostatecznie boimy się zrezygnować, chociaż nic
innego nie sprawia, że czujemy się tak podle? Ale czy to nie ból pozwala nam sobie uświadomić siebie
najbardziej? To coś strasznego, gdy w dzieciństwie zaczyna do nas docierać, że jesteśmy istotami
oddzielonymi od reszty świata, że nikt inny i nic innego nie cierpi, jeśli sparzymy się w język albo
obetrzemy kolano, że nasze bóle i dolegliwości należą wyłącznie do nas. A jeszcze straszniejsza jest
świadomość, do której dochodzimy z wiekiem, że żadna osoba, nawet najbardziej ukochana, nigdy nas
w pełni nie zrozumie. Nasze własne „ja” unieszczęśliwia nas najbardziej i dlatego tak bardzo zależy nam
na tym, by się go pozbyć, nie sądzicie? Pamiętacie Erynie?
– Furie – wtrącił Bunny, którego oczy lśniły spod opadającej grzywki.
– Właśnie. I w jaki sposób doprowadzały ludzi do szaleństwa? Pogłaśniały ich wewnętrzny
monolog, podbijały aż do przesady już istniejące cechy, przez co ludzie stawali się tak bardzo sobą, że
nie mogli tego dłużej znieść.
– I jak – kontynuował – możemy zatracić to nieznośne „ja”, całkowicie się go pozbyć? Miłość? Tak,
ale jak powiedział kiedyś Sofokles, cytowany przez poczciwego Kefalosa, niewielu z nas wie, że miłość
to okrutny i straszny pan. Można oddać się całkowicie drugiej osobie, ale w ten sposób stajemy się
nieszczęsnymi niewolnikami najbardziej kapryśnego ze wszystkich bóstw. Wojna? Można się zapamiętać
w bitewnej ekstazie, w walce za szlachetną sprawę, tylko że teraz takich spraw nie ma zbyt wielu. –
Roześmiał się. – Chociaż po lekturze tylu tekstów Ksenofonta i Tukidydesa śmiem twierdzić, że niewielu
młodych ludzi ma tak świetne pojęcie o taktyce militarnej jak wy. Jestem przekonany, że gdybyście
chcieli, bylibyście w stanie ruszyć na Hampden i samodzielnie je podbić.
Henry wybuchnął śmiechem.
– Moglibyśmy tego dokonać jeszcze dzisiaj, w szóstkę – oznajmił.
– Jak? – spytali wszyscy naraz.
– Jedna osoba przecina linie telefoniczne i energetyczne, jedna staje na moście nad Battenkill, jedna
przy głównej drodze na północ. Reszta mogłaby nacierać od południa i zachodu. Nie ma nas wielu, ale
gdybyś​my się rozdzielili, moglibyśmy zablokować wszystkie inne punkty wjazdu – powiedział,
wyciągając rozcapierzoną dłoń – i natrzeć na centrum ze wszystkich stron. – Palce zacisnęły się w pięść.
– Oczywiście wykorzystalibyśmy element zaskoczenia – dodał, a ja poczułem nieoczekiwanie dreszcz na
dźwięk jego chłodnego głosu.
Morrow roześmiał się.
– Ile to już lat, odkąd bogowie ostatnio zainterweniowali podczas ludzkich wojen? Przypuszczam, że
Apollo i Atena Zwycięska zstąpiliby z niebios, żeby walczyć u waszego boku, „proszeni lub
nieproszeni”, jak wyrocznia delficka przekazała Spartanom. Wyobraźcie sobie, jakimi bylibyście
herosami.
– Półbogami – rzekł Francis ze śmiechem. – Moglibyśmy zasiąść na placu na tronach.
– Gdy miejscowi kupcy będą składać wam daninę.
– Ze złota. Z pawi i kości słoniowej.
– Raczej z żółtego sera i zwykłych krakersów – skwitował Bunny.
– Rozlew krwi to rzecz straszna – pospiesznie dodał Morrow (nie spodobała mu się uwaga
o krakersach) – ale najbardziej krwawe fragmenty Homera i Ajschylosa są często najwspanialsze, na
przykład ta fenomenalna mowa Klitajmestry w Agamemnonie, którą tak uwielbiam… Camillo, byłaś
naszą Klitajmestrą, gdy przerabialiśmy Oresteję; pamiętasz coś jeszcze?
Światło z okna padało prosto na jej twarz; w tak silnym świetle ludzie zwykle wydają się nieco
wyblakli, lecz jej wyraźne, szlachetne rysy były tylko rozświetlone, aż dalsze wpatrywanie się w nią –
blade, promienne oczy o czarnych jak sadza rzęsach, złociste migotanie na skroniach, które stopniowo
stapiało się z lśniącymi włosami w ciepłym odcieniu miodu – wywoływało wstrząs.
– Pamiętam co nieco – powiedziała.
Zapatrzona w punkt na ścianie nad moją głową zaczęła recytować. Nie spuszczałem z niej wzroku.
Ma chłopaka? Może jest nim Francis? Odnosili się do siebie dosyć poufale, ale Francis nie wyglądał na
kogoś, kogo szczególnie interesowałyby dziewczyny. Nie żebym miał duże szanse w sytuacji, gdy
otaczali ją ci wszyscy błyskotliwi bogaci chłopcy w ciemnych garniturach; ja, ze swoimi dwiema lewymi
rękami i sposobem bycia rodem z przedmieść.
Jej głos po grecku brzmiał ostro, nisko, pięknie.
Padł i ducha przez usta szeroko otwarte
wyrzygnął z krwi strumieniem. Bryznęła krew świeża
z taką mocą, że czarnym zrosiła mnie deszczem.
A jam poczuła rozkosz, niby rola orna,
gdy w niej ziarno kiełkuje, a z nieba Zeusowe
poleją się potoki… *
Gdy skończyła, zapadła krótka cisza; ku mojemu sporemu zdziwieniu Henry mrugnął do niej zza
stołu z poważną miną.
Morrow uśmiechnął się.
– Jakiż to piękny fragment – zachwycił się. – Nigdy mi się nie nudzi. Ale jak to się dzieje, że coś tak
potwornego, królowa mordująca męża w kąpieli, wydaje nam się tak piękne?
– To przez metrum – powiedział Francis. – Trymetr jambiczny. Te naprawdę makabryczne
fragmenty Piekła, na przykład, gdzie Pier da Medicina z odciętym nosem przemawia przez krwawe
rozcięcie w tchawicy…
– Bywają gorsze rzeczy – stwierdził Charles.
– Prawda. Ale ten fragment jest piękny za sprawą tercyny. Jej muzyki. Trymetr bije z tego monologu
Klitajmestry jak dzwon.
– Ale trymetr jambiczny stosowany jest dość powszechnie w liryce greckiej, prawda? – wskazał
Morrow. – Dlaczego akurat ten urywek tak zachwyca? Dlaczego nie urzeka nas jakiś spokojniejszy
i przyjemniejszy fragment?
– Arystoteles w Poetyce pisze – zauważył Henry – że zwłoki i tym podobne, choć same w sobie
stanowią bolesny widok, w dziele sztuki mogą stać się cudownym obiektem kontemplacji.
– I uważam, że Arystoteles ma rację. W końcu które poetyckie sceny wyryły się w naszej pamięci
najsilniej? Które kochamy najbardziej? Właśnie te. Zabójstwo Agamemnona i gniew Achillesa. Dydona
na pogrzebowym stosie. Sztylety zdrajców i krew Cezara… pamiętacie, jak Swetoniusz opisuje jego
ciało wynoszone w lektyce, z jednym ramieniem zwisającym ku ziemi?
– Śmierć jest matką piękna – powiedział Henry.
– A czym jest piękno?
– Trwogą.
– Dobrze powiedziane – pochwalił Morrow. – Piękno rzadko jest czymś delikatnym lub
pocieszającym. Wręcz przeciwnie. Autentyczne piękno jest często dość zatrważające.
Spojrzałem na Camillę, jej twarz jasną w słońcu, i pomyślałem o tym wersie z Iliady, który tak
bardzo lubię, o Pallas Atenie i oczach, które groźnie iskrzyły.
– I jeśli piękno to trwoga – mówił Morrow – w takim razie czym jest pożądanie? Wydaje nam się, że
mamy wiele pragnień, ale w istocie mamy tylko jedno. Jakie?
– Aby żyć – powiedziała Camilla.
– Żyć wiecznie – dodał Bunny z brodą opartą na dłoni.
Zagwizdał czajnik.
Gdy już rozstawiono filiżanki i Henry z powagą mandaryna nalał każdemu herbaty, zaczęliśmy
rozmawiać o szaleństwie wywołanym przez bogów: poetyckim, proroczym i wreszcie misteryjnym.
– Które jest zdecydowanie najbardziej tajemnicze – perorował Morrow. – Przyzwyczailiśmy się
myśleć, że ekstaza religijna występuje jedynie w społecznościach prymitywnych, chociaż często mamy
z nią do czynienia w społeczeństwach wysoko rozwiniętych. Wiecie, Grecy nie różnili się od nas aż tak
bardzo. Byli społeczeństwem mocno sformalizowanym, szalenie ucywilizowanym, dość
powściągliwym. A jednak często masowo wpadali w dziki szał – tańca, pasji, rzezi, wizji – co my
odebralibyśmy jako chorobę psychiczną, nieuleczalną. Tylko że Grecy, w każdym razie niektórzy,
potrafili się z takiego szału w dowolnej chwili wyzwolić. Nie możemy uznać tych relacji wyłącznie za
mit. Są nieźle udokumentowane, chociaż starożytni komentatorzy byli nimi tak samo zadziwieni jak my.
Niektórzy twierdzą, że był to skutek modlitw i postu, inni, że odpowiedzialny był alkohol. Z pewnością
grupowy charakter tej histerii też miał swoje znaczenie. Mimo to trudno wytłumaczyć skrajność tego
zjawiska. Ponoć ogarnięci szałem osiągali nierozumny, przedintelektualny stan, w którym osobowość
zastępowało coś zupełnie innego – i przez „innego” rozumiem coś, co nie jest śmiertelne. Ani ludzkie.
Pomyślałem o Bachantkach, sztuce, której brutalność i dzikość budziły we mnie niepokój,
podobnie jak sadyzm jej żądnego krwi boga. W porównaniu z innymi tragediami, zdominowanymi
przez rozpoznawalne zasady sprawiedliwości, choćby najbardziej surowe, była triumfem barbarzyństwa
nad rozumem: mrocznego, chaotycznego, niewytłumaczalnego.
– Nie lubimy się do tego przyznawać – mówił dalej Morrow – ale myśl o utracie kontroli fascynuje
ludzi opanowanych, takich jak my, chyba bardziej niż cokolwiek innego. Wszyscy prawdziwie
cywilizowani ludzie, starożytni w nie mniejszym stopniu niż my, ucywilizowali się poprzez celowe
tłumienie starego, zwierzęcego „ja”. Czy my, w tym pokoju, rzeczywiście tak bardzo różnimy się od
Greków i Rzymian? Opętanych ideą obowiązku, pobożności, lojalności, poświęcenia? Tych wszystkich
rzeczy, które współczesnym wydają się tak odstręczające?
Rozejrzałem się, spoglądając na sześć twarzy przy stole. Rzeczywiście wydawały się współczesnym
nieco odstręczające. Podejrzewam, że każdy inny nauczyciel po pięciu minutach już by dzwonił do
poradni psycho​logicznej, gdyby usłyszał, co powiedział Henry o uzbrojeniu studentów i wyruszeniu na
podbój Hampden.
– I każda osoba inteligentna, zwłaszcza perfekcjoniści tacy jak ludzie starożytni i my, odczuwa
pokusę, żeby zamordować to prymitywne, emotywne, pożądliwe „ja”. Ale to byłby błąd.
– Dlaczego? – spytał Francis, lekko pochylając się nad stołem.
Morrow uniósł jedną brew; długi nos mędrca sprawiał, że jego profil był lekko wysunięty do przodu
jak na płaskorzeźbie etruskiej.
– Bo ignorowanie pierwiastka irracjonalnego jest niebezpieczne. Im bardziej ktoś jest cywilizowany,
im bardziej inteligentny, im bardziej powściągliwy, tym bardziej potrzebuje jakiegoś sposobu
skanalizowania prymitywnych impulsów, na których tłumieniu tak bardzo mu zależy. W przeciwnym
razie te potężne stare siły będą się kumulować i wzmagać, aż w końcu eksplodują, tym gwałtowniej, im
bardziej były powstrzymywane, często wystarczająco potężne, żeby całkowicie znieść ludzką wolę.
Przykład Rzymian, ich cesarzy, stanowi ostrzeżenie, co się może stać, gdy zabraknie takiego wentylu
bezpieczeństwa. Weźmy na przykład Tyberiusza, brzydkiego pasierba, starającego się sprostać rozkazom
swego ojczyma Augusta. Pomyślcie o olbrzymim, nieprawdopodobnym stresie, na jaki był narażony,
próbując naśladować zbawcę, boga. Lud go nienawidził. Bez względu na to, jak bardzo się starał, nigdy
nie był dość dobry, nigdy nie mógł się pozbyć znienawidzonego „ja” i wreszcie tama puściła. Zgubiły
go własne perwersyjne skłonności i zmarł stary i obłąkany w ogrodach rozkoszy na Capri; nie będąc tam
nawet szczęśliwym, jak można by przypuszczać. Przed śmiercią napisał list do senatorów w Rzymie:
„Niech wszyscy Bogowie i Boginie ześlą na mnie niedolę jeszcze głębszą niż ta, którą znoszę
codziennie”. Pomyślcie o tych, którzy przyszli po nim. O Kaliguli. I Neronie.
Przerwał.
– Rzymski geniusz, a może rzymska skaza – kontynuował – to obsesja na punkcie porządku. Widać
ją w ich architekturze, literaturze, prawie, to zażarte odrzucanie ciemności, nierozsądku, chaosu. –
Roześmiał się. – Łatwo zrozumieć, dlaczego Rzymianie, zwykle tacy tolerancyjni wobec obcych religii,
tak bezlitośnie prześladowali chrześcijan, jak absurdalne wydawało im się przekonanie, że pospolity
przestępca powstał z martwych, jak oburzające to, że jego wyznawcy czcili go, pijąc jego krew. Owa
irracjonalność ich przerażała i robili wszystko, żeby się z nimi rozprawić. Co więcej, podjęli tak
drastyczne kroki moim zdaniem dlatego, że religia ta nie tylko budziła w nich lęk, ale i ogromnie ich
pociągała. Pragmatycy są często dziwnie przesądni. Pomimo przywiązania do rozsądku któż żył
w większym strachu przed tym, co nadnaturalne, niż Rzymianie?
– Grecy byli inni – wyjaśniał. – Podobnie jak Rzymianie mieli zamiłowanie do porządku i symetrii,
wiedzieli jednak, że niemądrze jest odrzucać ten niewidoczny świat, starych bogów. Emocje, mrok,
barbarzyństwo. – Przez chwilę z jakby zatroskanym wyrazem twarzy wpatrywał się w sufit. –
Pamiętacie, o czym mówiliśmy wcześniej, jak to czasem rzeczy krwawe i przeraźliwe bywają
najpiękniejsze? – spytał. – To bardzo grecka idea i bardzo głęboka. Piękno to trwoga. Jeśli nazywamy
coś pięknym, drżymy przed tym. I co może być bardziej przerażające i piękne dla dusz takich jak greckie
lub nasze niż całkowita utrata kontroli? Zrzucenie na chwilę łańcuchów istnienia, roztrzaskanie naszych
przypadkowych śmiertelnych bytów? Eurypides pisze o menadach; odchylona do tyłu głowa, gardło
zwrócone ku gwiazdom, „bardziej łanie niźli istoty ludzkie”. Pełnia wolności! Oczywiście człowiek
może dać upust tym niszczycielskim namiętnościom na wiele bardziej prymitywnych i mniej
efektywnych sposobów. Ale jak cudownie jest uwolnić je w jednym wybuchu! Śpiewać, krzyczeć,
tańczyć boso w lesie w środku nocy, nie bardziej świadomi śmiertelności niż zwierzęta! To potężne
misteria. Ryk byków. Tryskające spod ziemi miodowe źródła. Jeśli nasza dusza jest dostatecznie silna,
możemy zedrzeć zasłonę i spojrzeć prosto w oczy tego czystego, przeraźliwego piękna; niech Bóg nas
pochłonie, strawi, pomiesza kości. A potem niech nas wypluje, byśmy mogli się odrodzić.
Wszyscy siedzieliśmy pochyleni, nieruchomi. Ja z rozchylonymi ustami; byłem świadomy każdego
wdechu.
– I na tym według mnie polega nieodparty urok dionizyjskich rytuałów. Trudno nam to sobie
wyobrazić. Ten ogień czystego istnienia.
Po zajęciach zszedłem na dół jak we śnie, czując zawroty głowy, ale ostro i przenikliwie świadomy tego,
że jestem żywy i młody w piękny dzień; pod niebem w głębokim, oślepiającym wręcz odcieniu błękitu,
gdy wiatr rozwiewał czerwone i żółte liście w tornada konfetti.
Piękno to trwoga. Jeśli nazywamy coś pięknym, drżymy przed tym.
Tego wieczoru zapisałem w swoim dzienniku: „Drzewa są teraz schizofreniczne i zaczynają tracić
kontrolę, rozjuszone swymi wstrząsająco ognistymi kolorami. Ktoś – czy nie van Gogh? – powiedział,
że pomarańczowy jest kolorem szaleństwa. Piękno to trwoga. Chcemy, by nas pochłonęło, chcemy się
zatracić w tym ogniu, który nas uszlachetnia”.
Wstąpiłem na pocztę (zblazowani studenci, dzień jak co dzień) i wciąż niedorzecznie oszołomiony
skreśliłem parę słów na pocztówce do mamy – ogniste klony, górski potok. Rada z tyłu kartki: „Jeśli
chcesz obejrzeć Vermont w jesiennych barwach, zaplanuj wizytę między 25 września a 15 października,
kiedy to drzewa wyglądają najpiękniej”.
Gdy wrzucałem pocztówkę do skrzynki na listy zamiejscowe, zauważyłem na drugim końcu poczty
Bunny’ego, jak odwrócony do mnie plecami przegląda szereg ponumerowanych skrzynek pocztowych.
Zatrzymał się przy skrzynce, która najprawdopodobniej należała do mnie, i pochylił się, żeby coś do niej
wrzucić. Wyprostował się dyskretnie i wyszedł szybkim krokiem z rękami w kieszeniach i włosami
opadającymi na wszystkie strony.
Odczekałem, aż sobie pójdzie, i podszedłem do skrzynki. W środku znalazłem kremową kopertę –
gruby papier, szeleszczący i bardzo oficjalny – ale ołówkowe pismo było drobne i niewyraźne, dziecięce,
jak pismo piątoklasisty. Liścik w środku też został skreślony ołówkiem, maleńkie, nierówne litery,
trudne do odczytania.
Richard, bracie,
co byś powiedział na lunch w sobotę, może o 13.00? Znam jedno świetne miejsce.
Koktajle i te sprawy. Ja zapraszam. Przyjdź, proszę.
Pozdrawiam,
Bun
PS. Załóż krawat. Jestem pewien, że i tak byś założył, ale jeśli tego nie zrobisz, wyciągną
jakiś szkaradny z zaplecza i karzą (to chyba inaczej się pisze) ci go założyć.
Obejrzałem list ze wszystkich stron, wsunąłem go do kieszeni i właśnie wychodziłem z poczty, gdy
niemal wpadłem w drzwiach na doktora Rolanda. Początkowo sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział,
kim jestem. Ale gdy już myślałem, że uda mi się wymknąć, skrzypiąca maszyneria jego twarzy
przebudziła się i z zakurzonego proscenium opuszczono, nagłymi zrywami, tekturowy wyraz
rozpoznania.
– Dzień dobry, panie doktorze – przywitałem się, porzucając nadzieję.
– Jak się sprawuje autko?
Miał na myśli mój wymyślony samochód. Christine. Mój czarodziejski pojazd.
– Doskonale – odparłem.
– Zabrałeś go do tego warsztatu, który ci polecałem?
– Tak.
– Problem z kolektorem.
– Tak – przyznałem, po czym uzmysłowiłem sobie, że wcześniej powołałem się na problemy ze
skrzynią biegów. Ale doktor Roland rozpoczął już pouczający wykład na temat konserwacji
i funkcjonowania uszczelki kolektora wydechowego.
– I to – zaznaczył – jeden z głównych problemów, gdy ma się zagraniczne auto. Można w ten
sposób zmarnować mnóstwo oleju. Trzeba by je kupować puszkami, a one nie rosną na drzewach.
Rzucił mi wymowne spojrzenie.
– Kto ci sprzedawał uszczelkę? – spytał.
– Nie pamiętam – odparłem, kiwając się w pełnym znudzenia transie, lecz niepostrzeżenie
przesuwając się w stronę drzwi.
– Bud?
– Chyba tak.
– Czy Bill? Jeśli Bill Hundy, to dobrze.
– Zdaje się, że Bud – powiedziałem.
– Co sądzisz o tym starym capie?
Nie byłem pewien, czy mówi o Budzie czy jakimś prawdziwym starym capie, czy może wkraczamy
na terytorium starczej demencji. Czasem trudno było uwierzyć, że doktor Roland jest etatowym
wykładowcą na wydziale nauk społecznych tej bądź co bądź renomowanej uczelni. Bardziej
przypominał jakiegoś gadatliwego dziadziusia, który siedzi obok w autobusie i próbuje ci pokazać
złożone kartki przechowywane w portfelu.
Powtarzał właśnie część informacji, które już mi podał, na temat uszczelek, a ja czekałem na
odpowiedni moment, żeby sobie nagle przypomnieć, iż spóźniam się na umówione spotkanie, gdy
przydreptał przyjaciel doktora Rolanda, doktor Blind, rozpromieniony, wsparty na balkoniku. Doktor
Blind (wymawia się „Blend”) miał około dziewięćdziesięciu lat i przez ostatnich pięćdziesiąt prowadził
kurs o nazwie „Niezmienne podprzestrzenie”, słynący ze swej monotonii i niemal całkowitej
niezrozumiałości, a także z tego, że egzamin końcowy, odkąd pamiętają najstarsi studenci, składał się
z tego samego pytania rozstrzygającego. Pytanie ciągnęło się przez trzy strony, ale odpowiedź zawsze
brzmiała „Tak”. Tylko tyle trzeba było wiedzieć, żeby zaliczyć „Niezmienne podprzestrzenie”.
Jeśli to możliwe, był jeszcze większą gadułą niż doktor Roland. Razem tworzyli jeden z owych
duetów superbohaterów, niezwyciężeni, niepokonany sojusz nudy i niejasności. Wymamrotałem swoją
wymówkę i oddaliłem się, zostawiając ich w swoim jakże imponującym towarzystwie.
* Fragment Orestei Ajschylosa, tłum. S. Srebrny, Kraków 2003, s. 419 (przyp. tłum.).
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Miałem nadzieję, że w dzień lunchu z Bunnym pogoda nie dopisze, ponieważ moja najlepsza marynarka
była uszyta z szorstkiego ciemnego tweedu, ale gdy się obudziłem w sobotę rano, było gorąco i z każdą
chwilą robiło się coraz goręcej.
– Będzie dzisiaj skwar – zapowiedział woźny, gdy mijałem go na korytarzu. – Babie lato.
Marynarka była piękna: z irlandzkiej wełny, szara z cętkami nasyconej zieleni. Kupiłem ją w San
Francisco za prawie wszystkie pieniądze, które zaoszczędziłem z letniego zarobku – ale była za gruba na
tak ciepły i słoneczny dzień. Włożyłem ją i przeszedłem do łazienki, żeby poprawić krawat.
Nie byłem w nastroju na pogaduszki i gdy zastałem Judy Poovey szczotkującą zęby przy umywalce,
nie ucieszyłem się. Judy Poovey mieszkała kilka drzwi dalej i najwyraźniej uważała, że skoro pochodzi
z Los Angeles, to na pewno mamy ze sobą wiele wspólnego. Zatrzymywała mnie na korytarzach;
próbowała zmuszać do tańca na imprezach; powiedziała kilku dziewczynom, że zamierza się ze mną
przespać, tylko że sformułowała to dużo mniej delikatnie. Ubierała się odważnie, farbowała końcówki
włosów i miała czerwoną corvettę z napisem JUDY P na kalifornijskiej tablicy. Jej głos brzmiał donośnie
i często przechodził w pisk, który niósł się po budynku jak krzyk jakiegoś przerażającego tropikalnego
ptaka.
– Cześć, Richard – przywitała mnie i wypluła nadmiar spienionej pasty. Miała na sobie dżinsy
z obciętymi nogawkami i naniesionymi mazakiem przedziwnymi, szalonymi wzorami oraz górę ze
spandeksu, która odsłaniała mocno wyćwiczony brzuch.
– Cześć – odpowiedziałem i zająłem się krawatem.
– Wyglądasz bosko.
– Dzięki.
– Masz randkę?
Przeniosłem spojrzenie z lustra na nią.
– Co?
– Gdzie się wybierasz?
Zdążyłem się już przyzwyczaić do tych przesłuchań.
– Wychodzę na lunch.
– Z kim?
– Z Bunnym Corcoranem.
– Znasz Bunny’ego?
Znów odwróciłem się, żeby na nią spojrzeć.
– Tak jakby. A ty?
– Jasne. Chodził ze mną na zajęcia z historii sztuki. Jest przezabawny. Ale nie znoszę tego jego
kumpla dziwaka, tego w okularach, jak mu na imię?
– Henry?
– Właśnie, jego. – Przybliżyła twarz do lustra i zaczęła stroszyć palcami włosy, kręcąc głową w jedną
i drugą stronę. Paznokcie miała pomalowane na czerwono, ale były tak długie, że musiały być sztuczne,
kupione w drogerii. – Moim zdaniem to palant.
– Ja nawet go lubię – oznajmiłem urażony.
– A ja nie. – Rozdzieliła włosy zakrzywionym szponem palca wskazującego służącym jej za
grzebień. – Zawsze podle mnie traktuje. Nie cierpię też tych bliźniąt.
– Dlaczego? Są mili.
– O, czyżby? – powiedziała, przewracając w lustrze oczami z pomalowanymi rzęsami. – To
posłuchaj tego. W zeszłym semestrze bawiłam się na jednej imprezie, naprawdę napruta, i tańczyłam coś
w rodzaju pogo, wiesz? Wszyscy się ze sobą zderzali i z jakiegoś powodu ta bliźniaczka przechodziła
akurat przez parkiet i bum, wpadłam prosto na nią, z całym impetem. Więc powiedziała coś naprawdę
chamskiego, coś zupełnie nie na miejscu, a ja, zanim zdążyłam pomyśleć, chlusnęłam jej piwem w twarz.
To była jedna z tych szalonych nocy. Wtedy już jakieś sześć piw wylano na mnie i wiesz, wydawało mi
się, że to coś, co po prostu należało zrobić. Więc – kontynuowała – zaczęła się na mnie wydzierać
i jakieś pół sekundy później zjawił się brat bliźniak i ten cały Henry, stanęli
nade mną, jak gdyby zamierzali się na mnie rzucić. – Ściągnęła włosy do tyłu w kucyk i obejrzała swój
profil w lustrze. – No, w każdym razie ja pijana, a tu ci dwaj pochylający się groźnie nade mną, i wiesz,
ten Henry jest naprawdę wielki. Zrobiło się nieciekawie, ale byłam zbyt pijana, żeby się tym przejąć,
więc powiedziałam im tylko, żeby się odpierdolili. – Odwróciła się od lustra i uśmiechnęła olśniewająco.
– Tamtej nocy piłam kamikaze. Zawsze, jak piję kamikaze, przytrafia mi się coś okropnego. Rozwalam
samochód, wdaję się w bójki…
– Co się stało?
Wzruszyła ramionami i odwróciła się z powrotem do lustra.
– Jak mówiłam. Powiedziałam im po prostu, żeby się odpierdolili. I wtedy ten bliźniak zaczął się na
mnie wydzierać. Ale tak, jakby naprawdę chciał mnie zabić, wiesz? A ten cały Henry tylko tam stał i się
gapił, co nie? Ale jego bardziej się bałam niż tego drugiego. No, w każdym razie. Taki jeden mój
kumpel, studiował tu kiedyś, naprawdę ostry koleś, był w gangu motocyklowym, łańcuchy, te
sprawy… Spike Romney, słyszałeś o nim?
Słyszałem; co więcej, widziałem go na mojej pierwszej piątkowej imprezie. Był potężny, dobrze
ponad dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi, z bliznami na rękach, w motocyklowych buciorach ze
stalowymi czubami.
– No, w każdym razie, podchodzi Spike i widzi, jak mnie wyzywają, więc trąca bliźniaka w ramię
i mówi mu, żeby spadał, a wtedy ci dwaj, nim się spostrzegłam, rzucili się na niego. Ludzie próbowali
odciągnąć Henry’ego, całą grupą, ale nie dali rady. Sześciu chłopaków nie było w stanie go odciągnąć.
Złamał Spike’owi obojczyk i dwa żebra, do tego pokiereszował mu twarz. Powiedziałam Spike’owi, że
trzeba wezwać policję, ale sam miał jakieś kłopoty z glinami i dostał zakaz wstępu na teren kampusu.
Tak czy siak, wyglądało to paskudnie. – Pozwoliła włosom z powrotem opaść swobodnie wokół
twarzy. – Bo wiesz, Spike to twardy gość. I kawał łobuza. Można by pomyśleć, że spuści łomot tym
dwóm lalusiom w garniturach i krawatach.
– Hmmm – mruknąłem, starając się nie parsknąć śmiechem. Myśl o Henrym w lenonkach,
z książkami w języku palijskim, który łamie Spike’owi Romneyowi obojczyk, podziałała na mnie
rozweselająco.
– Dziwna sprawa – skwitowała Judy. – Zdaje się, że kiedy tacy sztywniacy się złoszczą, wpadają
w prawdziwy szał. Jak mój ojciec.
– Tak, pewnie masz rację – rzekłem, spoglądając znów w lustro, żeby poprawić węzeł krawata.
– Baw się dobrze – powiedziała bez entuzjazmu i ruszyła w stronę drzwi. Wtem zatrzymała się.
– Słuchaj no, nie za gorąco ci będzie w tej marynarce?
– To jedyna porządna, jaką mam.
– A chcesz przymierzyć inną?
Odwróciłem się i spojrzałem na nią. Studiowała kostiumologię i w związku z tym miała u siebie całe
mnóstwo dziwacznych ciuchów.
– Jest twoja?
– Zwinęłam ją z szafy w pracowni kostiumów. Zamierzałam ją pociąć i zrobić z niej coś w stylu
gorsetu bez ramiączek.
Super, pomyślałem, ale i tak poszedłem za nią.
Marynarka, nieoczekiwanie, okazała się cudowna, Brooks Brothers, jedwab bez podszewki,
w kolorze kości słoniowej w ciemnozielone prążki – luźnawa, ale nie za duża.
– Judy – zachwycałem się, spoglądając na mankiety. – Jest cudowna. Na pewno mogę ją pożyczyć?
– Weź ją sobie – powiedziała . – I tak nie mam czasu jej przerobić. Teraz nic tylko szyję te cholerne
kostiumy do pieprzonego Jak wam się podoba. Premiera za trzy tygodnie, a ja jeszcze nie mam żadnych
pomysłów. W tym semestrze dostałam do pomocy te wszystkie gówniary z pierwszego roku, które nie
odróżniają maszyny do szycia od maszyny do pisania.
– A nawiasem mówiąc, super ta marynarka, bracie – powiedział Bunny, gdy wysiadaliśmy z taksówki. –
Jedwab, prawda?
– Tak. Należała do mojego dziadka.
Bunny chwycił kawałek mocnego kremowego materiału przy mankiecie i potarł go między palcami.
– Piękna rzecz – oświadczył z wielką powagą. – Chociaż nie bardzo na tę porę roku.
– Nie? – zdziwiłem się.
– Nieeee. To jest Wschodnie Wybrzeże, chłopie. Wiem, że w twoich stronach do kwestii stroju
podchodzi się dosyć liberalnie, ale tutaj nie pozwalają ci biegać cały rok w kostiumie kąpielowym. Czerń
i granat, tego ci trzeba, czerń i granat… Zaraz, otworzę ci drzwi. Wiesz, myślę, że ci się tu spodoba.
Niezupełnie Polo Lounge, ale całkiem niezłe miejsce jak na Vermont, nie sądzisz?
Była to maleńka, śliczna restauracyjka z białymi obrusami i wykuszowymi oknami wychodzącymi
na wiejski ogródek – żywopłoty i róże pnące się po treliażu, nasturcje wzdłuż ścieżki z kamiennych płyt.
Goście w większości byli w średnim wieku i zamożni: w typie rumianych prowincjonalnych
prawników, którzy wedle miejscowej mody nosili tenisówki do garniturów Hickey-Freeman; panie
o ustach pomalowanych perłową szminką, w spódnicach z szalisu, ładnie opalone i dyskretnie ubrane.
Gdy weszliśmy, jedna z par podniosła wzrok i spojrzała na nas, a ja doskonale wiedziałem, jak musimy
wyglądać – dwaj przystojni studenci, synowie bogatych ojców, wolni od wszelkich trosk. Chociaż panie
w większości mogłyby być moimi matkami, parę z nich było naprawdę atrakcyjnych. Niezła fucha,
gdyby się trafiła, pomyślałem, wyobrażając sobie całkiem młodą mężatkę z dużym domem, która nie ma
nic do roboty, a jej mąż bez przerwy wyjeżdża w interesach. Dobre kolacje, jakieś kieszonkowe, może
nawet coś naprawdę dużego, jak samochód…
Podszedł do nas kelner.
– Mają panowie rezerwację?
– Na nazwisko Corcoran – rzekł Bunny z rękami w kieszeniach, kołysząc się do przodu i do tyłu na
piętach. – A gdzie się dzisiaj podziewa Caspar?
– Jest na urlopie. Wraca za dwa tygodnie.
– Takiemu to dobrze – powiedział Bunny serdecznym tonem.
– Przekażę, że pan o niego pytał.
– Naprawdę? Bardzo proszę.
– Caspar to super gość – wyjaśnił Bunny, gdy szliśmy za kelnerem do stolika. – Szef sali. Postawny
gość z wąsem, Austriak czy coś takiego. I – ściszył głos do teatralnego szeptu – nie ciota, jeśli dasz
wiarę. Pedały lubią pracować w restauracjach, zauważyłeś? To znaczy każdy pedał…
Spostrzegłem, że kark naszego kelnera lekko zesztywniał.
– … którego znam, ma obsesję na punkcie jedzenia. Ciekawe, dlaczego tak się dzieje. Może ma to
podłoże psychologiczne. Wydaje mi się…
Przyłożyłem palec do ust i skinąłem głową w stronę pleców kelnera w chwili, gdy ten odwrócił się
i obrzucił nas bezgranicznie nienawistnym spojrzeniem.
– Ten stolik może być, panowie? – spytał.
– Jasne – odparł Bunny z promiennym uśmiechem.
Kelner wręczył nam menu z afektowaną, sarkastyczną starannością, po czym oddalił się sztywnym
krokiem. Usiadłem i otworzyłem listę win, czując, że płonie mi twarz. Bunny, usadowiwszy się na
krześle, popił łyk wody i rozejrzał się radośnie dookoła.
– Wspaniałe miejsce – powiedział.
– Ładnie tu.
– Ale to nie Polo Lounge. – Oparł łokieć na stole i odgarnął włosy znad oczu. – Często tam bywasz?
Mam na myśli Polo.
– Niezbyt. – Nigdy nawet nie słyszałem o tym lokalu, co może i zrozumiałe, zważywszy, że
znajdował się jakieś sześćset pięćdziesiąt kilometrów od miejsca, w którym mieszkałem.
– Wydawałoby się, że to idealne miejsce na wizyty z ojcem – rzekł w zadumie Bunny. – Na męskie
rozmowy i tak dalej. Mojemu staremu służył do tego Oak Bar w hotelu Plaza. Zawoził tam mnie i moich
braci na pierwszego drinka, gdy kończyliśmy osiemnaście lat.
Jestem jedynakiem; rodzeństwo zawsze wzbudza moje zainteresowanie.
– Braci? – spytałem. – Ilu?
– Czterech. Teddy, Hugh, Patrick i Brady. – Roześmiał się. – Masakra, gdy mnie tam zabrał, bo
jestem najmłodszy z braci, więc to było dla niego coś naprawdę ważnego, rzucał teksty w stylu: „Śmiało,
synu, to twój pierwszy drink” albo „Niedługo zajmiesz moje miejsce”, albo „Ja już pewnie niedługo
pociągnę”, i tego typu bzdety. A ja przez cały ten czas umierałem ze strachu. Jakiś miesiąc wcześniej mój
kumpel Cloke i ja przyjechaliśmy z Saint Jerome na jeden dzień posiedzieć w bibliotece nad pracą
z historii, zaszaleliśmy w Oak Bar i po tym, jak dostaliśmy astronomiczny rachunek, wymknęliśmy się
bez płacenia. Wiesz, chłopięca fantazja, i oto znalazłem się tam ponownie, z moim starym.
– Poznali cię?
– No – odpowiedział ponuro. – Wiedziałem, że tak będzie. Ale zachowali się bardzo przyzwoicie.
Nic nie mówiąc, po prostu dopisali tamten rachunek do rachunku mojego ojca.
Próbowałem sobie wyobrazić tę scenę: pijany stary ojciec, w trzyczęściowym garniturze, kręcący
w szklance szkocką czy co tam akurat pił. I Bunny. Wyglądał na nieco pulchnego, ale była to pulchność
mięśni zamienionych w tłuszcz. Postawny, typ licealnego futbolisty. I rodzaj syna, jakiego po cichu
pragnie każdy ojciec: wysoki, serdeczny i nie przesadnie bystry, lubiący sport, z talentem do
poklepywania po plecach i opowiadania kiepskich dowcipów.
– I co, zauważył? – spytałem. – Twój stary?
– Nieee. Był zalany w trupa. Nie zauważyłby, gdybym był barmanem w Oak Room.
Kelner znów się do nas zbliżał.
– Patrz, idzie nasza ciotencja – rzucił Bunny, zainteresowawszy się menu. – Wiesz już, co chcesz?
– A w ogóle to co w nim jest? – spytałem Bunny’ego, pochylając się, żeby spojrzeć na drinka
przyniesionego mu przez kelnera. Był rozmiarów małego kulistego akwarium, w mocnym koralowym
odcieniu, z kolorowymi słomkami, papierowymi parasolkami i kawałkami owoców wystającymi pod
szaleńczymi kątami.
Bunny wyciągnął jedną z parasolek i oblizał jej koniec.
– Dużo różnych różności. Rum, sok żurawinowy, mleko kokosowe, likier pomarańczowy,
brzoskwiniowa brandy, crème de menthe, i nie wiem co jeszcze. Spróbuj, pycha.
– Nie, dzięki.
– Śmiało.
– Wolę nie.
– No, napij się.
– Nie, dziękuję. Nie chcę – upierałem się.
– Pierwszy raz spróbowałem na wakacjach na Jamajce, dwa lata temu – wspominał z rozrzewnieniem
Bunny. – Przyrządził mi go barman o imieniu Sam. „Wypijesz takie trzy, synu, a nie będziesz w stanie
dojść do drzwi”, powiedział i, psiakrew, miał rację. Byłeś na Jamajce?
– Ostatnio nie.
– Pewnie w Kalifornii palmy, kokosy i ta cała reszta to normalka. Ja byłem zachwycony. Kupiłem
sobie różowe kąpielówki w kwiatki i tak dalej. Próbowałem namówić Henry’ego, żeby ze mną pojechał,
ale stwierdził, że na Jamajce nie ma żadnej kultury, z czym nie do końca się zgodzę, bo widziałem tam
jakieś małe muzeum czy coś takiego.
– Dogadujesz się z Henrym?
– Och, pewnie – odpowiedział Bunny, odchylając się do tyłu na krześle. – Dzieliliśmy pokój. Na
pierwszym roku.
– I lubisz go?
– Jasne. Chociaż ciężko się z nim mieszka. Nie znosi hałasu, nie znosi towarzystwa, nie znosi
bałaganu. Co znaczy, że nie przyprowadzisz do pokoju dziewczyny po randce, żeby posłuchać razem
płyt Arta Peppera, jeśli wiesz, co mam na myśli.
– Moim zdaniem jest trochę nieprzyjemny.
Bunny wzruszył ramionami.
– Taki już jest. Widzisz, jego umysł nie pracuje tak samo jak twój lub mój. Wiecznie chodzi z głową
w chmurach, Platon, te sprawy. Za dużo siedzi w książkach, traktuje siebie zbyt poważnie, uczy się
sanskrytu, koptyjskiego i innych odjechanych języków. Mówię mu: Henry, skoro już chcesz tracić czas
na naukę czegoś oprócz greki (bo osobiście uważam, że oprócz niej i standardowej angielszczyzny
człowiek nie potrzebuje niczego więcej), może byś sobie tak kupił rozmówki Berlitza i poćwiczył
francuski? Znajdź sobie jakąś tancerkę rewiową czy coś w tym stylu. Wule wu kusze awek mua i tak
dalej.
– Ile zna języków?
– Straciłem rachubę. Siedem albo osiem. Potrafi czytać hieroglify.
– Rany.
Bunny pokręcił czule głową.
– Ten chłopak jest geniuszem. Gdyby chciał, mógłby zostać tłumaczem w ONZ.
– Skąd pochodzi?
– Z Missouri.
Pomyślałem, że żartuje, bo powiedział to ze śmiertelnie poważną miną, i parsknąłem śmiechem.
Bunny uniósł z rozbawieniem brew.
– A co? Myślałeś, że przyjechał z pałacu Buckingham?
Wzruszyłem ramionami, cały czas się śmiejąc. Henry był tak dziwny, że trudno było sobie
wyobrazić, iż pochodzi skądkolwiek.
– Tak, tak – powiedział Bunny. – Missouri. Chłopak z Saint Louis jak stary dobry T.S. Eliot. Ojciec
jest jakimś potentatem budowlanym, i to nie do końca kryształowym, jak słyszałem od kuzynów z Saint
Louis. Nie żeby Henry komukolwiek zdradził, czym się para jego ojciec. Zachowuje się, jakby sam nie
wiedział, a na pewno nic go to nie obchodzi.
– Byłeś u niego w domu?
– Żartujesz sobie? Jest tak tajemniczy, jakby chodziło o nowy projekt „Manhattan” czy coś w tym
guście. Ale poznałem jego matkę. Trochę przez przypadek. Zatrzymała się w Hampden po drodze do
Nowego Jorku i natknąłem się na nią, gdy błąkała się po Monmouth, pytając, czy ktoś wie, gdzie jest
jego pokój.
– Jaka była?
– Ładna. Ciemne włosy i niebieskie oczy jak u Henry’ego, futro z norek, za dużo tapety, jeśli chcesz
znać moje zdanie. Strasznie młoda. Henry to jej jedynak i ubóstwia go. – Pochylił się do przodu i ściszył
głos. – Jego rodzina ma tyle kasy, że byś nie uwierzył. Miliony. Oczywiście nuworysze, ale pieniądz to
pieniądz, wiesz, co mam na myśli? – Mrugnął porozumiewawczo. – á propos. Miałem zapytać. Twój
tatulek na czym tłucze szmal?
– Ropa – powiedziałem. Co częściowo było prawdą.
Bunny’emu opadła szczęka, a usta ułożyły się w małe okrągłe „o”.
– Macie szyby naftowe?
– Cóż, tylko jeden – odpowiedziałem skromnie.
– Ale ciągnie?
– Tak mówią.
– Rany – rzekł Bunny, kręcąc głową. – Złota Kalifornia.
– Nie narzekamy – oznajmiłem.
– Jezu – jęknął Bunny. – A mój ojciec to pospolity prezes banku.
Uznałem za konieczne zmienić temat, choćby miało to zabrzmieć niezręcznie, bo wpływaliśmy na
niebezpieczne wody.
– Jeśli Henry pochodzi z Saint Louis – spytałem – jak to się stało, że jest takim geniuszem?
Pytanie było niewinne, bez żadnych podtekstów, ale Bunny niespodziewanie się skrzywił.
– Henry w dzieciństwie miał wypadek – wyjaśnił. – Potrącił go samochód czy coś takiego, ledwo
przeżył. Przez parę lat nie mógł chodzić do szkoły, miał nauczanie indywidualne i tak dalej, ale przez
dłuższy czas mógł najwyżej leżeć w łóżku i czytać. Podejrzewam, że był jednym z tych dzieciaków,
które w wieku dwóch lat czytają teksty akademickie.
– Potrącił go samochód?
– Tak przypuszczam. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Nie lubi do tego wracać. – Ściszył
głos. – Czesze się tak, żeby włosy opadały na prawe oko, zauważyłeś? Dlatego, że ma tam bliznę.
O mało nie stracił oka, kiepsko na nie widzi. I ten jego usztywniony krok, właściwie to kuleje. Nie żeby
to miało jakieś znaczenie, jest silny jak tur. Nie wiem, co robił, ćwiczył z hantlami czy co, ale
z pewnością się odbudował. Drugi Teddy Roosevelt, też musiał przezwyciężyć słabości i takie tam.
Trudno go za to nie podziwiać. – Odgarnął do tyłu włosy i dał znak kelnerowi, żeby przyniósł mu
kolejnego drinka. – No bo weź kogoś takiego jak Francis. Jeśli chcesz znać moje zdanie, jest nie mniej
inteligentny niż Henry. Chłopak z wyższych sfer, forsy jak lodu. Ale wszystko przyszło mu zbyt łatwo.
Jest leniwy. Lubi się bawić. Po zajęciach nie kiwnie palcem, nic tylko chlanie i imprezy. Co innego
Henry. – Uniósł brew. – Nie odgonisz go kijem od greki… Ach, bardzo panu dziękuję – zwrócił się do
kelnera, który podawał mu kolejnego koralowego drinka. – A ty?
– Nie, dziękuję.
– Śmiało, bracie. Ja stawiam.
– To może jeszcze raz martini – powiedziałem do kelnera, który już zdążył się odwrócić.
Rzucił mi piorunujące spojrzenie.
– Dziękuję – bąknąłem słabo, odwracając wzrok od jego przyklejonego, nienawistnego uśmiechu, aż
się upewniłem, że odszedł.
– Wiesz, niczego tak nie znoszę jak nadętych pedałów – poinformował miłym tonem Bunny. – Jeśli
chcesz znać moje zdanie, powinni wszystkich wyłapać i spalić na stosie.
Znam mężczyzn, którzy atakują homoseksualizm, bo czują się niepewnie, może nawet skrywają
jakieś skłonności w tym kierunku; znam też mężczyzn, którzy atakują homoseksualizm i są w tym
szczerzy. Początkowo umieściłem Bunny’ego w pierwszej kategorii. Jego wylewna, studencka poufałość
była dla mnie czymś zupełnie obcym, a zatem podejrzanym; do tego studiował filologię klasyczną, co
jest z pewnością rzeczą całkiem niewinną, ale w pewnych kręgach wciąż wywoływałoby uniesienie brwi.
(„Chcesz wiedzieć, co to filologia klasyczna?”, spytał mnie na rauszu dziekan do spraw naboru na
przyjęciu wydziałowym parę lat temu. „Powiem ci, co to filologia klasyczna: wojny i pedalstwo”.
Sentencjonalna i wulgarna uwaga, bez dwóch zdań, lecz jak wiele tego typu gnomicznych mądrości
zawiera ziarnko prawdy).
Im dłużej jednak słuchałem Bunny’ego, tym bardziej wydawało się oczywiste, że nie ma tu ani
afektowanego śmiechu, ani desperackiej chęci przypodobania się. Zamiast tego radosny brak
skrępowania gadatliwego weterana zamorskich wojen – żonatego od lat, ojca gromady dziatek – dla
którego temat ten jest niezmiernie odrażający i zabawny.
– Ale twój przyjaciel Francis? – podsunąłem.
To była chyba złośliwość z mojej strony, a może po prostu chciałem zobaczyć, jak się tym razem
wywinie. Chociaż Francis mógł być homoseksualistą – i równie dobrze mógł też być naprawdę
niebezpiecznym typem bawidamka – bez wątpienia należał do tego gatunku sprytnych, świetnie
ubranych, opanowanych młodzieńców, którzy u kogoś takiego jak Bunny, mającego rzekomo nosa do
tych spraw, wzbudziliby pewne podejrzenia.
Bunny podniósł brew.
– Bzdura – rzekł szorstko. – Kto ci to powiedział?
– Nikt. Tylko Judy Poovey – dodałem, spostrzegłszy, że nie wystarczy mu zwykłe „nikt”.
– Cóż, dobrze rozumiem, dlaczego coś takiego mogłoby wyjść od niej, ale ostatnio każdy w każdym
widzi geja. Jest jeszcze coś takiego jak staro​modny maminsynek. Francis potrzebuje tylko jakiejś
dziewczyny. – Popatrzył na mnie zza swoich maleńkich porysowanych szkieł. – A z tobą jak jest? –
spytał nieco napastliwym tonem.
– Co?
– Masz kogoś? Zostawiłeś w liceum w Hollywood jakąś małą cheerleaderkę, która na ciebie czeka?
– Niezupełnie – odpowiedziałem.
Nie miałem ochoty wyjaśniać mu swoich problemów sercowych, nie jemu. Całkiem niedawno
w Kalifornii udało mi się wyplątać z długiego i klaustrofobicznego związku z dziewczyną, której damy
imię Kathy. Poznałem ją na pierwszym roku studiów i od razu poczułem do niej pociąg, wyglądała
bowiem na inteligentnego, refleksyjnego malkontenta, takiego jak ja; ale po jakimś miesiącu, w którym
to czasie skutecznie się do mnie przykleiła, z pewną dozą przerażenia zacząłem zdawać sobie sprawę, że
jest ni mniej, ni więcej, tylko uproszczoną wersją Sylvii Plath w wydaniu popularnym. To trwało całą
wieczność, jak jakiś łzawy i niekończący się telewizyjny film – te wszystkie próby podtrzymania
związku, te wszystkie skargi, te wszystkie parkingowe wyznania na temat „niedoskonałości” i „niskiej
samooceny”, te wszystkie banalne smęty. Między innymi dlatego tak bardzo zależało mi na wyjeździe
i dlatego też z taką nieufnością podchodziłem do wesołej, pozornie nieszkodliwej gromady nowych
dziewczyn poznanych w pierwszym tygodniu w Hampden.
Jej wspomnienie przygnębiło mnie. Bunny pochylił się nad stołem.
– Czy to prawda – spytał – że Kalifornijki są ładniejsze?
Zacząłem się śmiać i to tak bardzo, aż się przestraszyłem, że martini tryśnie mi przez nos.
– Piękności wśród fal? – Puścił do mnie oczko. – Plażowe bingo?
– Żebyś wiedział.
Był zadowolony. Jak jakiś wujaszek gawędziarz przechylił się przez stół jeszcze bardziej i zaczął mi
opowiadać o swojej dziewczynie, która miała na imię Marion.
– Na pewno ją widziałeś – powiedział. – Jest taka drobniuteńka. Blondynka, niebieskie oczy, sięga
mi gdzieś dotąd.
Faktycznie, coś kojarzyłem. W pierwszym tygodniu widziałem Bunny’ego na poczcie, gdy dość
oficjalnym tonem rozmawiał z dziewczyną, która odpowiadała temu opisowi.
– Tak – rzekł z dumą Bunny, wodząc palcem po brzegu swojej szklanki. – To moja dziewczyna.
Mówię ci, trzyma mnie krótko.
Tym razem, zaskoczony w trakcie przełykania, o mało się nie zakrztusiłem ze śmiechu.
– I studiuje pedagogikę wczesnoszkolną, czy to nie cudowne? – dodał. – Najważniejsze, że jest
normalną dziewczyną. – Rozłożył ręce, jak gdyby chciał zademonstrować, jak bardzo są oddalone. –
Długie włosy, zaokrąglona tu i tam, nie boi się chodzić w sukienkach. To mi się podoba. Może i jestem
staromodny, ale te inteligentki mnie nie interesują. Weź Camillę. Jest zabawna, równa z niej kumpela,
ale…
– Daj spokój – powiedziałem, wciąż się śmiejąc. – Jest naprawdę ładna.
– Ależ jest, jest – zgodził się, podnosząc pojednawczo dłoń. – Śliczna. Zawsze to mówiłem. Wypisz
wymaluj posąg Diany z klubu mojego ojca. Brakuje jej tylko mocnej ręki matki, ale mimo to uważam,
że jest, jak to się mówi, dziką różą, a nie wyhodowaną hybrydą. Wiesz, nie zależy jej na wyglądzie.
Chodzi w starych, byle jakich ciuchach brata, co może niektórym dziewczynom uszłoby na sucho…
cóż, szczerze mówiąc, chyba żadnej by to nie uszło na sucho, a jej na pewno. Za bardzo przypomina
swojego brata. To znaczy jej brat jest przystojny i fajny z niego gość, absolutnie, ale przecież nie
chciałbym się z nim ożenić, prawda?
Rozgadał się na dobre i już miał dorzucić coś jeszcze, ale po chwili, dość niespodziewanie, przerwał
i zrobił kwaśną minę, jak gdyby przyszła mu do głowy jakaś nieprzyjemna myśl. Byłem zaintrygowany,
ale i nieco rozbawiony; czyżby przestraszył się, że wypaplał za dużo, że się wygłupił? Próbowałem
wymyślić jakiś inny temat, żeby wybawić go z opresji, ale wtedy zmienił pozycję na krześle i spojrzał na
drugi koniec sali.
– Patrz – powiedział. – To chyba nasze, co? Najwyższy czas.
Pomimo olbrzymich ilości jedzenia, które tego popołudnia wchłonęliśmy – zupy, homary, pasztety,
musy, zestaw przeraźliwych rozmiarów i różnorodności – wypiliśmy jeszcze więcej, trzy butelki
szampana Taittinger, do tego koktajle i brandy, stopniowo więc nasz stolik stawał się jedynym punktem
ciężkości, wokół którego przedmioty rozmywały się i krążyły z zawrotną prędkością. Nie przestawałem
popijać z kieliszków, które zjawiały się jak za sprawą czarów, gdy Bunny proponował toasty za
wszystko, od Hampden College po Benjamina Jowetta i Ateny peryklejskie, i toasty te stawały się
z czasem coraz bardziej kwieciste, toteż gdy przyniesiono kawę, za oknami robiło się już ciemno. Bunny
był wówczas już tak wstawiony, że poprosił kelnera o przyniesienie dwóch cygar, co też ten uczynił,
razem z rachunkiem na małej tacce, wierzchem do dołu.
Ciemna sala wirowała teraz w nieprawdopodobnym tempie i cygaro nie tylko temu nie zapobiegło,
ale wręcz spowodowało, że zacząłem widzieć szereg świetlistych plamek o ciemnych krawędziach, co
przywołało nieprzyjemne wspomnienie tych strasznych jednokomórkowych organizmów, które
musiałem kiedyś oglądać pod mikroskopem tak długo, aż dostawałem zawrotów głowy. Zgasiłem
cygaro w popielniczce, a raczej w czymś, co wziąłem za popielniczkę, a co w rzeczywistości było
talerzykiem deserowym. Bunny zdjął swoje okulary w złotych oprawkach, starannie ściągając je
z każdego ucha, i zaczął wycierać szkła serwetką. Bez nich jego oczy były małe, słabe i dobrotliwe,
załzawione od dymu i pomarszczone w kącikach od śmiechu.
– Ach. Bracie, aleśmy się nażarli, co? – powiedział zza cygara zaciśniętego w zębach, podnosząc
okulary pod światło, żeby sprawdzić, czy są zakurzone. Wyglądał jak bardzo młody Teddy Roosevelt,
bez wąsów, przed poprowadzeniem regimentu kawalerii ochotniczej na wzgórze San Juan lub przed
polowaniem na antylopy gnu czy coś w tym guście.
– Było wspaniale. Dzięki.
Wypuścił potężną chmurę siwego, cuchnącego dymu.
– Znakomite jedzenie, dobre towarzystwo, mnóstwo alkoholu, czego chcieć więcej, prawda? Jak to
leciało?
– Co?
– I want my dinner – zaśpiewał Bunny – and conversation, and… coś tam, coś tam, dam ti dam.
– Nie znam.
– Ja też nie. Ethel Merman.
Światło gasło coraz bardziej i gdy próbowałem skupić wzrok na przedmiotach w naszym
najbliższym otoczeniu, zauważyłem, że lokal jest pusty, nie licząc nas. W odległym kącie czaił się blady
kształt, który wziąłem za naszego kelnera, istota niewyraźna, z pewnym pierwiastkiem nadnaturalnym,
choć bez tej aury zadumy cechującej ponoć duchy: jego zainteresowanie skupiało się wyłącznie na nas;
czułem, jak śle ku nam skoncentrowane promienie widmowej nienawiści.
– Uf – sapnąłem, kręcąc się na krześle tak, że o mało nie straciłem równowagi – może już
pójdziemy?
Bunny machnął wspaniałomyślnie ręką i odwrócił rachunek, grzebiąc w kieszeni. Po chwili podniósł
wzrok i uśmiechnął się.
– O, masz ci los.
– Co?
– Nie chcę ci tego robić, ale może tym razem ty byś zapłacił?
Odurzony uniosłem brew i parsknąłem śmiechem.
– Nie mam przy sobie ani centa.
– To tak jak ja – rzekł. – Dziwne. Zdaje się, że zostawiłem portfel w domu.
– Oj, przestań. Żartujesz sobie.
– Ani trochę – powiedział beztrosko. – Nie mam przy sobie złamanego grosza. Pokazałbym ci
kieszenie, ale ciotencja by zauważyła.
Przypomniałem sobie o złowrogim kelnerze majaczącym w mroku, bez wątpienia przysłuchującym
się z zaciekawieniem naszej wymianie zdań.
– Ile jest do zapłacenia?
Przesunął chwiejnie palcem po kolumnie liczb.
– W sumie dwieście osiemdziesiąt siedem dolarów i pięćdziesiąt dziewięć centów – odparł. – Bez
napiwku.
Byłem zaszokowany tą kwotą i zdumiony jego spokojem.
– Sporo.
– Wiesz, poszło trochę alkoholu.
– I co teraz zrobimy?
– Nie możesz wypisać jakiegoś czeku czy coś?
– Nie mam książeczki.
– No to zapłać kartą.
– Nie mam karty.
– Nie wygłupiaj się.
– Mówię ci, że nie mam – powtórzyłem, z każdą sekundą coraz bardziej poirytowany.
Bunny odsunął się do tyłu na krześle, wstał i rozejrzał się po restauracji z wystudiowaną
nonszalancją, niczym detektyw lustrujący hotelowe lobby, i przez jeden szalony moment myślałem, że
spróbuje dać drapaka. Poklepał mnie po ramieniu.
– Siedź tu, nie ruszaj się, bracie – szepnął – zamierzam wykonać telefon. – I odszedł, z rękami
w kieszeniach, połyskując w półmroku bielą swoich skarpetek.
Długo nie wracał. Zastanawiałem się, czy w ogóle przyjdzie, może po prostu wymknął się przez
okno i zostawił mnie z nieuregulowanym rachunkiem, gdy w końcu gdzieś trzasnęły drzwi, a on
wolnym krokiem przeszedł przez salę.
– Nic się nie martw – powiedział, osuwając się z powrotem na krzesło. – Wszystko jest w porządku.
– Co zrobiłeś?
– Zadzwoniłem do Henry’ego.
– Przyjedzie?
– Migiem.
– Wściekł się?
– Nieee – odparł Bunny, odpędzając tę sugestię lekkim machnięciem ręki. – Cieszy się, że może
pomóc. A tak między nami, myślę, że jest piekielnie zadowolony z tego, że się wyrwie z domu.
Po może dziesięciu nadzwyczaj krępujących minutach, kiedy to obaj udawaliśmy, że sączymy resztki
lodowatej kawy, do restauracji z książką pod pachą wmaszerował Henry.
– Widzisz? – szepnął Bunny. – Wiedziałem, że przyjdzie. O, cześć – powiedział, gdy Henry
podszedł do naszego stolika. – Rany, tak się cieszę, że cię…
– Gdzie rachunek? – spytał Henry bezbarwnym i martwym głosem.
– Już ci daję, stary druhu – rzekł Bunny, szperając między filiżankami i kieliszkami. – Stokrotne
dzięki. Jestem ci naprawdę zobowiązany…
– Cześć – rzucił chłodno Henry, odwracając się do mnie.
– Cześć.
– Wszystko w porządku? – Zachowywał się jak robot.
– Tak.
– To dobrze.
– Proszę bardzo, kochany – powiedział Bunny, podając mu rachunek.
Henry, z kamienną twarzą, uważnie przyjrzał się kwocie.
– Cóż – dodał poufale Bunny głosem dudniącym w pełnej napięcia ciszy – przeprosiłbym za
oderwanie cię od lektury, gdybyś jej ze sobą nie przyniósł. Co tam masz? Coś dobrego?
Henry bez słowa podał mu książkę. Litery na okładce wyglądały orientalnie. Bunny przez chwilę
wbijał wzrok w książkę, nim ją oddał.
– Ekstra – powiedział cicho.
– Gotowi do wyjścia? – spytał raptownie Henry.
– Jasne, jasne – pospieszył z odpowiedzią Bunny i zerwał się z miejsca, o mało nie przewracając
stolika. – Powiedz tylko słowo. Undele, undele. Kiedy tylko chcesz.
Gdy Henry regulował rachunek, Bunny stał za nim jak niegrzeczne dziecko. Podróż do domu była
koszmarna. Bunny na tylnej kanapie co chwila ponawiał błyskotliwe, acz skazane na niepowodzenie
próby podtrzymania rozmowy, które rozbłyskały i gasły jedna po drugiej, podczas gdy Henry nie
odrywał wzroku od drogi, a ja siedziałem z przodu obok niego i bawiłem się wbudowaną popielniczką,
otwierając ją i zamykając z trzaskiem, dopóki sobie nie uświadomiłem, jakie to irytujące, i – z trudem –
zmusiłem się do zaniechania tej czynności.
Najpierw zatrzymał się pod akademikiem Bunny’ego. Wywrzaskując serię uprzejmości bez ładu
i składu, Bunny poklepał mnie po ramieniu i wyskoczył z samochodu.
– Tak, dobrze, Henry, Richard, no to jesteśmy na miejscu. Cudownie. Znakomicie. Bardzo
dziękuję… wspaniały lunch… no to pa, pa, tak, tak, do widzenia…
Drzwi zamknęły się głośno i Bunny raźnym krokiem oddalił się ścieżką.
Gdy już zniknął w środku, Henry odwrócił się do mnie.
– Bardzo cię przepraszam – powiedział.
– Ależ nie, co ty? – wybąkałem zażenowany. – To tylko małe nieporozumienie. Oddam ci kasę.
Przeczesał ręką włosy i ze zdziwieniem zauważyłem, że drży mu dłoń.
– Nawet o tym nie myśl – odparł szorstko. – To jego wina.
– Ale…
– Powiedział, że zabiera cię na obiad. Tak czy nie?
W jego głosie pobrzmiewała lekko oskarżycielska nuta.
– No, tak – potwierdziłem.
– I tak się akurat złożyło, że zostawił portfel w domu.
– Nic się nie stało.
– Stało – burknął Henry. – To jego stary numer. Skąd miałeś wiedzieć? Wychodzi z założenia, że
ktokolwiek z nim jest, może wypłacić na zawołanie nie wiadomo jakie sumy. Wiesz, nigdy się nie
zastanawia, w jak niezręcznej sytuacji stawia innych ludzi. Poza tym: gdyby tak nie było mnie w domu,
to co?
– Jestem pewien, że po prostu zapomniał.
– Pojechaliście tam taksówką – przypomniał szorstko Henry. – Kto za nią zapłacił?
Automatycznie chciałem zaprotestować, ale głos uwiązł mi w gardle. Za taksówkę zapłacił Bunny.
Zrobił to nawet z pewną ostentacją.
– Sam widzisz – rzekł Henry. – Niezbyt mądrze z jego strony, prawda? Robi to każdemu, co jest już
wystarczająco paskudne, ale nie przypuszczałem, muszę przyznać, że będzie miał czelność naciągnąć
kogoś zupełnie obcego.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zajechaliśmy pod Monmouth w milczeniu.
– Jesteśmy na miejscu – oświadczył. – Przepraszam.
– Nic się nie stało, naprawdę. Dzięki ci, Henry.
– No to dobranoc.
Stanąłem pod światłem na ganku i patrzyłem, jak odjeżdża. A potem wszedłem do środka i wspiąłem
się po schodach do swojego pokoju, gdzie zamroczony alkoholem padłem na łóżko.
– Słyszeliśmy o twoim obiedzie z Bunnym – powiedział Charles.
Roześmiałem się. Było późne popołudnie nazajutrz, niedziela, a ja spędziłem bez mała cały dzień
przy biurku na lekturze Parmenidesa. Tekst był iście katorżniczy i choć na domiar złego miałem kaca,
czytałem tak długo, aż litery nie wyglądały już jak litery, lecz coś innego, nie do odcyfrowania, odciski
ptasich nóżek na piasku. Spoglądałem przez okno
w swoistym transie na łąkę niczym jasnozielony aksamit przechodzącą w zazielenione wzgórza na
widnokręgu, gdy daleko w dole ujrzałem bliźnięta sunące jak para duchów po trawie.
Wychyliłem się przez okno i zawołałem ich. Zatrzymali się i odwrócili, z daszkami dłoni nad
zmrużonymi w popołudniowym słońcu oczyma.
– Hej – zawołali, a ich głosy, słabe i zachrypłe, zlały się niemal w jedno. – Zejdź do nas.
Teraz więc szliśmy przez kępę drzew poza terenem uczelni, w sąsiedztwie mizernego sosnowego
lasku u podnóża gór, oni i ja między nimi.
Wyglądali wyjątkowo anielsko, z rozwianymi na wietrze jasnymi włosami, oboje w białych
tenisowych swetrach i tenisówkach. Nie byłem pewien, dlaczego mnie ściągnęli. Choć całkiem uprzejmi,
wydawali się nieufni i lekko speszeni, jak gdybym pochodził z kraju o nieznanych im ekscentrycznych
zwyczajach, przez co musieli bardzo uważać, żeby mnie nie wystraszyć ani nie urazić.
– Skąd wiecie? – spytałem. – O tym obiedzie?
– Bun dzwonił dziś rano. A Henry opowiedział nam wczoraj wieczorem.
– Podejrzewam, że był nieźle wkurzony.
Charles wzruszył ramionami.
– Może na Bunny’ego. Ale nie na ciebie.
– Chyba nie przepadają za sobą, co?
Wydawali się zdumieni moimi słowami.
– Przyjaźnią się od dawna – poinformowała Camilla.
– Powiedziałbym, że są najlepszymi przyjaciółmi – dorzucił Charles. – Był taki czas, kiedy nie
widywało się ich osobno.
– Zdaje się, że dosyć często się kłócą.
– Ależ naturalnie – odparła Camilla – ale to nie znaczy, że się nie lubią. Henry jest tak poważny,
a Bun tak… cóż, niepoważny, że naprawdę świetnie się dogadują.
– Właśnie – potwierdził Charles. – Jak L’Allegro i Il Penseroso. Dobrze dobrana para. Bunny to
chyba jedyna osoba na świecie, która potrafi rozśmieszyć Henry’ego. – Przerwał nagle i wskazał coś
w oddali. – Byłeś już tam? – spytał. – Na tym wzgórzu jest cmentarz.
Dostrzegałem majaczące między sosnami płaskie, rozsiane płyty nagrobne, nadgryzione zębem
czasu, przekrzywione pod takimi kątami, że wywoływały niesamowite wrażenie ruchu, jak gdyby jakaś
histeryczna siła, może złośliwy duch, rozrzuciła je zaledwie chwilę wcześniej.
– Jest stary, z osiemnastego wieku. Była tu też osada, z kościołem i młynem. Zostały po niej tylko
fundamenty, ale wciąż widać zasadzone przez mieszkańców ogrody. Jabłonie, zimokwiat i centyfolia
tam, gdzie kiedyś stały domy. Bóg jeden wie, co się tu stało. Może jakaś epidemia. Albo pożar.
– Albo Mohawkowie – wtrącił Charles. – Musisz się tam kiedyś przejść. I obejrzeć przede wszystkim
cmentarz.
– Jest śliczny. Zwłaszcza jak spadnie śnieg.
Słońce stało nisko, złocąc się między drzewami, rzucając na ziemię nasze cienie, długie
i zniekształcone. Szliśmy dłuższy czas, nic nie mówiąc. W powietrzu wyczuwało się woń dalekich
ognisk i przenikliwy chłód wieczoru. Nie słychać było niczego prócz chrzęstu naszych kroków na
żwirowej ścieżce i szumu wiatru w sosnach; byłem senny, bolała mnie głowa i w tym wszystkim był
pewien element nierealności, jak we śnie. Miałem wrażenie, że lada chwila mogę się ocknąć przy swoim
biurku z głową na stercie książek i skonstatować, że jestem sam w pogrążającym się w mroku pokoju.
Nagle Camilla zatrzymała się i przyłożyła palec do ust. Na martwym drzewie, rozdartym na pół przez
piorun, przycupnęły trzy ogromne czarne ptaki, o wiele większe niż wrony. Nigdy jeszcze takich nie
widziałem.
– Kruki – oznajmił Charles.
Staliśmy bez ruchu, przyglądając im się. Jeden z nich, podskakując niezdarnie, przemieścił się na
drugi koniec gałęzi, która zatrzeszczała i zachybotała pod jego ciężarem, po czym katapultowała go
kraczącego w powietrze. Pozostałe dwa odleciały za nim z łopotem skrzydeł. Szybowały nad łąką
w trójkątnym szyku, rzucając na trawę trzy ciemne cienie.
Charles zaśmiał się.
– One trzy na nas troje. Założę się, że to jakaś wróżba.
– Omen.
– Zapowiedź czego? – spytałem.
– Nie wiem – powiedział Charles. – To Henry jest ornitomantą. Wróży z lotu ptaków.
– Jest jak rzymski augur. Wiedziałby.
Odwróciliśmy się w stronę budynków uczelni i na szczycie wzniesienia ujrzałem dach Monmouth
House ciemniejący w oddali. Niebo było zimne i puste. Obrzynek księżyca, jak białe półkole paznokcia,
unosił się w mroku. Nie byłem przyzwyczajony do tych ponurych jesiennych zmierzchów, do chłodu
i wczesnych ciemności; noce zapadały zbyt szybko i cichość osiadająca na łące wieczorami przepełniała
mnie dziwnym, trwożliwym smutkiem. Zasępiony myślałem o Monmouth: puste korytarze, stare palniki
gazowe, klucz przekręcający się w drzwiach mojego pokoju.
– No to do zobaczenia później – rzekł Charles przed drzwiami mojego akademika z twarzą pobladłą
w świetle dobiegającym z ganku.
W oddali, po drugiej stronie trawnika, ujrzałem światła stołówki; widziałem ciemne sylwetki
przesuwające się na tle okien.
– Fajnie było – powiedziałem, wciskając ręce do kieszeni. – Może zjecie ze mną kolację?
– Niestety. Musimy wracać do siebie.
– Trudno – poczułem zawód, ale i ulgę. – Więc innym razem.
– Wiesz co… – odezwała się Camilla, odwracając się do Charlesa.
Zmarszczył brwi.
– Hmm – mruknął. – Masz rację.
– Chodź na kolację do nas – zaproponowała Camilla, raptownie odwracając się do mnie.
– Nie, nie – odpowiedziałem szybko.
– Prosimy.
– Nie, ale dziękuję. Naprawdę, nie trzeba.
– Oj, daj się namówić – prosił łaskawie Charles. – Nie przygotowujemy niczego specjalnego, ale
chcielibyśmy, żebyś przyszedł.
Poczułem przypływ wdzięczności dla niego. Chciałem z nimi pójść. I to bardzo.
– Jeśli jesteście pewni, że to żaden kłopot – zastrzegłem.
– Ależ skąd – uspokoiła mnie Camilla. – Idziemy.
Charles i Camilla wynajmowali umeblowane mieszkanie na drugim piętrze domu w północnym
Hampden. Po wejściu do środka przechodziło się do małego salonu o skośnych sufitach
i mansardowych oknach. Fotele i pofałdowana sofa obite były przykurzonym, wytartym na poręczach
brokatem: różane wzory na jasnym brązie, żołędzie i dębowe liście na nasyconej zieleni. Wszędzie
pociemniałe ze starości, podniszczone koronkowe serwetki. Na gzymsie kominka (który, o czym
dowiedziałem się później, był nieczynny) połyskiwały dwa kandelabry z ołowiowego szkła i kilka sztuk
zmatowiałych srebrnych talerzy.
Chociaż właściwie nie panował tam bałagan, mieszkanie ocierało się o ten stan. Na każdej dostępnej
powierzchni wznosiły się sterty książek; na stołach walały się papiery, popielniczki, butelki whisky,
pudełka czekoladek; w wąskim holu przejście utrudniały parasole i kalosze. W pokoju Charlesa na
dywanie leżały rozrzucone ubrania, a na drzwiach szafy wisiało kłębowisko krawatów; nocny stolik
Camilli zastawiony był pustymi filiżankami po herbacie, przeciekającymi piórami i zwiędłymi
nagietkami w szklanym wazonie, a w nogach łóżka rozłożono niedokończonego pasjansa. Plan
mieszkania był dość szczególny – okna w nieoczekiwanych miejscach i korytarze prowadzące donikąd
oraz niskie drzwi, w których musiałem się schylać, i gdziekolwiek spojrzeć, jakaś nowa osobliwość: stara
trójwymiarowa fotografia (palmowe aleje upiornej Nicei niknące w sepiowej dali), groty strzał
w zakurzonej szklanej gablocie, widłak goździsty, szkielet ptaka.
Charles wszedł do kuchni, gdzie zaczął otwierać i zamykać szafki. Camilla nalała mi irlandzkiej
whisky z butelki, która stała na stercie magazynów „National Geographic”.
– Byłeś nad jeziorami asfaltowymi w pobliżu La Brea? – spytała rzeczowo.
– Nie. – Beznadziejnie zakłopotany utkwiłem wzrok w swoim drinku.
– Wyobraź sobie, Charles – zawołała w stronę kuchni – on mieszka w Kalifornii i nigdy nie był nad
jeziorami asfaltowymi pod La Brea.
Charles ukazał się w drzwiach, wycierając dłonie w ścierkę.
– Poważnie? – spytał z dziecinnym zdumieniem. – Czemu nie?
– Nie wiem.
– Są niesamowite. Naprawdę. Pomyśl tylko.
– Znasz tu wiele osób z Kalifornii? – spytała Camilla.
– Nie.
– Znasz Judy Poovey.
Byłem zaskoczony: skąd o tym wiedziała?
– Nie przyjaźnimy się – wyjaśniłem.
– My też nie – powiedziała. – W zeszłym roku chlusnęła mi drinkiem w twarz.
– Słyszałem o tym – przyznałem ze śmiechem, ona jednak się nie uśmiechała.
– Nie wierz wszystkiemu, co słyszysz – poradziła i pociągnęła kolejny łyk drinka. – Znasz Cloke’a
Rayburna?
Słyszałem o nim. W Hampden działała zgrana, modna koteria Kalifornijczyków, głównie z San
Francisco i Los Angeles; Cloke Rayburn stanowił jej centrum, znudzone uśmiechy, senny wzrok
i papierosy. Dziewczyny z Los Angeles, łącznie z Judy Poovey, były fanatycznie mu oddane. Typ
gościa, którego można by spotkać na imprezie w męskiej toalecie, jak wciąga kokę z brzegu umywalki.
– Jest kumplem Bunny’ego.
– Jak to? – zdziwiłem się.
– Chodzili razem do prywatnego liceum. Świętego Hieronima w Pensylwanii.
– Znasz Hampden College – powiedział Charles, wypijając potężny haust swojego drinka. – Te
postępowe uczelnie uwielbiają uczniów z problemami, tych najsłabszych. Cloke przeniósł się po
pierwszym roku z jakiegoś college’u w Kolorado. Codziennie jeździł na nartach i oblał wszystkie
egzaminy. Hampden to ostatnia deska ratunku…
– Dla najgorszych typów na świecie – dokończyła ze śmiechem Camilla.
– Nie no, nie przesadzajcie – zaprotestowałem.
– Cóż, w pewnym sensie to prawda – rzekł Charles. – Połowa studentów znalazła się tutaj, bo nie
przyjęto by ich nigdzie indziej. Nie chcę przez to powiedzieć, że Hampden College nie jest wspaniałą
uczelnią. Może dlatego właśnie jest wspaniała. Weźmy na przykład Henry’ego. Gdyby nie przyjęto go
do Hampden, prawdopodobnie nie dostałby się na żadne studia.
– Trudno mi w to uwierzyć – skomentowałem.
– Cóż, może to i brzmi absurdalnie, ale Henry nigdy nie przeskoczył drugiej klasy liceum, a ile
porządnych uczelni przyjęłoby kogoś, kto wyleciał z liceum przed końcem drugiej klasy? Do tego
dochodzi kwestia egzaminów SAT. Henry odmówił wzięcia w nich udziału, chociaż pewnie wypadłby
znacznie lepiej niż większość rówieśników, ale ma do nich jakiś rodzaj estetycznej awersji. Możesz sobie
wyobrazić, jak to wygląda w oczach komisji rekrutacyjnej. – Pociągnął kolejny łyk. – A ty? Jak tu
wylądowałeś?
Wyraz jego oczu był trudny do rozszyfrowania.
– Spodobała mi się broszura – odpowiedziałem.
– I jestem pewien, że dla komisji rekrutacyjnej był to wystarczający powód, żeby cię przyjąć.
Żałowałem, że nie mam wody do popicia. W pokoju było gorąco, zaschło mi w gardle, a whisky
pozostawiała okropny posmak, chociaż nie był to zły trunek; był całkiem niezły, ale miałem kaca, cały
dzień nic nie jadłem i nagle zrobiło mi się niedobrze.
Rozległo się pukanie do drzwi, a potem cała seria stuknięć. Charles bez słowa dopił drinka i dał nura
z powrotem do kuchni, a Camilla podeszła do drzwi.
Zanim jeszcze otworzyła je na oścież, dostrzegłem błysk lenonek. Zabrzmiał chór powitań i oto
zjawili się wszyscy: Henry, Bunny z brązową papierową torbą z supermarketu, Francis, majestatyczny
w swym długim czarnym płaszczu, ściskający w dłoni w czarnej rękawiczce szyjkę butelki szampana.
Wszedłszy jako ostatni, pochylił się, żeby pocałować Camillę – nie w policzek, ale w usta, z głośnym
i pełnym satysfakcji cmoknięciem.
– Cześć, skarbie – powiedział. – Co za szczęśliwy zbieg okoliczności. Ja mam szampana, a Bunny
przyniósł porter, możemy sobie zrobić koktajl Black and Tan. Co mamy dzisiaj do jedzenia?
Wstałem.
Na ułamek sekundy zatkało ich. Bunny wepchnął papierową torbę Henry’emu i podszedł uścisnąć
mi rękę.
– No proszę, proszę. Czyż to nie mój wspólnik przestępstwa? – powiedział. – Nie mamy dość
obżarstwa poza domem?
Poklepał mnie po plecach i zaczął paplać. Było mi gorąco i czułem lekkie mdłości. Błądziłem
spojrzeniem po pokoju. Francis rozmawiał z Camillą. Henry, przy drzwiach, skinął nieznacznie głową
i uśmiechnął się do mnie, wręcz nieuchwytnie.
– Przepraszam – rzuciłem do Bunny’ego. – Za chwilkę wracam.
Przedostałem się do kuchni. Wyglądała jak kuchnia starszej osoby, z nędznym czerwonym linoleum
i – w duchu całego tego dziwacznego mieszkania – z drzwiami, które prowadziły na dach. Nalałem sobie
do szklanki wody z kranu i wychyliłem ją – za dużo i za szybko. Charles otworzył piecyk i nakłuwał
widelcem kotleciki jagnięce.
Ja – głównie w związku z koszmarną wycieczką, którą odbyliś​my w szóstej klasie do zakładów
mięsnych – nigdy nie przepadałem za mięsem; zapach jagnięciny nawet w najbardziej sprzyjających
okolicznościach nie wydałby mi się apetyczny, a w moim obecnym stanie był szczególnie odrażający.
Drzwi na dach, z podstawionym krzesłem, były otwarte i przez zardzewiałą siatkę wpadał wiatr. Znów
napełniłem szklankę i podszedłem do drzwi: oddychaj głęboko, pomyślałem, świeże powietrze, tego ci
trzeba… Charles oparzył się w palec, przeklął i zatrzasnął głośno piecyk. Gdy się odwrócił, wyglądał na
zaskoczonego moim widokiem.
– O, cześć – powiedział. – Co jest? Może ci przyniosę nowego drinka?
– Nie, dzięki.
Wbił spojrzenie w moją szklankę.
– Co pijesz? Gin? Skąd go wytrzasnąłeś?
W drzwiach zjawił się Henry.
– Masz aspirynę? – spytał Charlesa.
– Tak, proszę. Popij tym.
Henry wytrząsnął kilka aspiryn na dłoń, obok paru tajemniczych pigułek z kieszeni, i popił wszystko
whisky podaną mu przez Charlesa.
Zostawił buteleczkę z aspiryną na blacie, podszedłem więc dyskretnie i poczęstowałem się dwiema,
ale Henry mnie przyuważył.
– Źle się czujesz? – spytał nie bez życzliwości.
– Nie, boli mnie tylko głowa – odpowiedziałem.
– Mam nadzieję, że nie zdarza ci się to często?
– Co? – wtrącił Charles. – Czy wszyscy są chorzy?
– Dlaczego wszyscy tu siedzą? – z korytarza zadudnił zbolały głos Bunny’ego. – Kiedy zaczniemy
jeść?
– Chwila, Bun, jeszcze minutkę.
Wmaszerował do kuchni, spoglądając Charlesowi przez ramię na tacę z kotlecikami, którą ten
właśnie wyjął z pieca.
– Wyglądają mi na gotowe – oznajmił, po czym wyciągnął rękę i chwycił za kość niewielki kawałek
mięsa, który zaczął obgryzać.
– Bunny, naprawdę, przestań – skarcił go Charles. – Nie starczy dla wszystkich.
– Umieram z głodu – oświadczył Bunny z pełnymi ustami. – Zaraz zasłabnę.
– Może zostawimy ci kości, żebyś miał co obgryzać – wtrącił złośliwie Henry.
– Oj, cicho.
– Naprawdę, Bun, mógłbyś poczekać minutę – rzekł Charles.
– Dobra – powiedział Bunny, ale gdy Charles się odwrócił, wyciągnął rękę i capnął drugi kawałek.
Cienka strużka różowawego soku spłynęła mu po dłoni i zniknęła pod mankietem rękawa.
Byłoby przesadą, gdybym powiedział, że kolacja się nie udała, ale nie była też szczególnie udana.
Chociaż dokładnie rzecz biorąc, nie zrobiłem nic niemądrego ani nie chlapnąłem czegoś niepotrzebnie,
czułem się przybity, miałem wisielczy humor, mało się odzywałem i jeszcze mniej zjadłem. Rozmowa
w większości dotyczyła wydarzeń, w które nie byłem wtajemniczony, i nawet życzliwie wtrącane przez
Charlesa wyjaśnienia nie pomogły specjalnie ich rozjaśnić. Henry i Francis bez końca spierali się o to,
w jakiej odległości od siebie stali żołnierze rzymskich legionów: ramię przy ramieniu (jak twierdził
Francis) czy (jak utrzymywał Henry) w odległości metra, półtora. Ten spór przeszedł w jeszcze dłuższą
debatę – trudną do zrozumienia i przynajmniej dla mnie niemiłosiernie nudną – o tym, czy pierwotny
chaos był po prostu pustą przestrzenią czy chaosem we współczesnym rozumieniu tego słowa. Camilla
włączyła płytę Josephine Baker; Bunny zjadł moją porcję mięsa.
Wyszedłem wcześnie. Zarówno Francis, jak i Henry zaproponowali, że mnie odwiozą, co z jakiegoś
powodu sprawiło, iż poczułem się jeszcze gorzej. Powiedziałem, że dziękuję, ale wolałbym się przejść,
po czym uśmiechnięty wycofałem się z mieszkania, niemal w delirium, z twarzą rozpaloną pod ich
wspólnym spojrzeniem pełnym chłodnej, podszytej zaciekawieniem troski.
Nie miałem daleko do kampusu, jedynie piętnaście minut, ale robiło się zimno, bolała mnie głowa
i cały wieczór pozostawił we mnie głębokie poczucie niższości i porażki, pogłębiające się z każdym
krokiem. Bez przerwy, wciąż od nowa, odtwarzałem w myślach przebieg tego spotkania, usiłując
przypomnieć sobie dokładnie słowa, wymowne gesty, jakiekolwiek subtelne uszczypliwości lub
uprzejmości, które mogłem przeoczyć, i mój umysł – dość chętnie – podsuwał różne zniekształcenia.
Gdy dotarłem do swojego pokoju, ten srebrzył się obco w świetle księżyca, z wciąż otwartym oknem
i Parmenidesem na biurku, gdzie go zostawiłem; obok książki stała niedopita kawa z barku, zimna
w styropianowym kubku. W pokoju było chłodno, ale nie zamknąłem okna. Położyłem się za to na
łóżku, nie zdejmując butów i nie zapaliwszy światła.
Leżąc tak na boku, wpatrywałem się w kałużę białej księżycowej poświaty na drewnianej podłodze,
a podmuchy wiatru wydymały firanki, długie i blade niczym zjawy. Kartki Parmenidesa, jak za sprawą
niewidzialnej dłoni, przewracały się z szelestem w jedną i drugą stronę.
Zamierzałem przespać tylko kilka godzin, ale gdy rano poderwałem się ze snu, do pokoju wlewało się
słońce, a zegar wskazywał za pięć dziewiątą. Nie zatrzymawszy się, żeby się ogolić, uczesać czy nawet
przebrać, chwyciłem zeszyt do tłumaczeń, słownik Liddella i Scotta i pobieg​łem na zajęcia.
Oprócz Morrowa, który zawsze starał się spóźnić kilka minut, wszyscy byli już w jego gabinecie.
Jeszcze na korytarzu słyszałem ich rozmowy, ale gdy otworzyłem drzwi, umilkli i spojrzeli na mnie.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. W końcu milczenie przerwał Henry:
– Dzień dobry – powiedział. W czystym północnym świetle wszyscy wyglądali na świeżych
i wypoczętych, zaskoczonych moim wyglądem; gapili się na mnie, gdy zawstydzony przeczesałem ręką
rozczochrane włosy.
– Zdaje się, że nie spotkałeś się dziś rano z golarką – zwrócił się do mnie Bunny. – Zdaje się, że…
Wtedy otworzyły się drzwi i wszedł Morrow.
Tego dnia na zajęciach dużo się działo, zwłaszcza dla mnie, tak daleko w tyle za resztą; we wtorki
i czwartki mogło być całkiem przyjemnie, gdy siedzieliśmy i rozprawialiśmy o literaturze lub filozofii,
ale resztę tygodnia zajmowała gramatyka grecka i tłumaczenia, a to w większości była ciężka, katorżnicza
harówka, harówka, do której – będąc teraz starszy i nieco mniej wytrzymały – dziś raczej nie byłbym
w stanie się zmusić. Bez wątpienia miałem na głowie większe zmartwienia niż chłód, który najwyraźniej
ponownie owładnął moimi kolegami roztaczającymi silną aurę solidarności, oraz obojętność, z jaką ich
spojrzenia zdawały się przeszywać mnie na wylot. Ich szeregi, które wcześniej rozstąpiły się nieco, teraz
znów się zwarły; wyglądało więc na to, że znalazłem się z powrotem w punkcie wyjścia.
Tego popołudnia poszedłem zobaczyć się z Morrowem pod pretekstem rozmowy o przeniesieniu
punktów, z myślą jednak o czymś zgoła innym. Nagle bowiem doszedłem do wniosku, że decyzja
o rzuceniu wszystkiego dla greki była pochopna i niemądra, podjęta wyłącznie z niewłaściwych
powodów. Co ja sobie wyobrażałem? Lubiłem grekę i lubiłem Morrowa, ale nie byłem pewien, czy
lubię jego studentów i czy naprawdę chcę spędzić studenckie lata i późniejsze życie na przeglądaniu
zdjęć zniszczonych kurosów i ślęczeniu nad greckimi partykułami. Dwa lata wcześniej podjąłem równie
nieprzemyślaną decyzję, która rzuciła mnie w koszmarny, trwający rok kierat pod znakiem uśpionych
królików i codziennych wypraw do kostnicy, z którego ledwo udało mi się wyzwolić. Moja obecna
sytuacja nie była aż tak zła, w żadnym wypadku (z dreszczem obrzydzenia przypomniałem sobie dawne
laboratorium zoologiczne, ósma rano, pływające w kadziach świńskie płody), aż tak zła to nie –
przekonywałem samego siebie – w żadnym wypadku. Ale mimo wszystko wydawało mi się, że
popełniłem wielki błąd, a było już za późno, żeby wrócić na poprzednie zajęcia lub znowu zmienić
opiekuna.
Przypuszczam, że wybrałem się do Morrowa, aby rozbudził na nowo mój przygaszony zapał,
w nadziei, iż dzięki niemu poczuję taką samą pewność siebie jak pierwszego dnia. I najprawdopodobniej
to by mu się udało, gdybym tylko zdołał się z nim spotkać. Tak się jednak złożyło, że nie miałem szansy
zamienić z nim ani słowa. Wstępując na podest niedaleko jego gabinetu, usłyszałem czyjeś głosy na
korytarzu i przystanąłem.
To byli Morrow i Henry. Żaden z nich nie słyszał moich kroków na schodach. Henry właśnie
wychodził; Morrow stał w otwartych drzwiach. Miał zmarszczone czoło i wyglądał bardzo poważnie, jak
gdyby przekazywał wiadomość najwyższej wagi. W swej paranoicznej wręcz próżności przypuszczałem,
że być może rozmawiają o mnie. Zrobiłem krok do przodu i wyjrzałem zza rogu na tyle, na ile mogłem.
Morrow skończył mówić. Na chwilę odwrócił wzrok, przygryzł dolną wargę i znów spojrzał na
Henry’ego.
Wtedy odezwał się Henry. Mówił cicho, ale powoli i wyraźnie.
– Mam zrobić to, co konieczne?
Ku memu zdziwieniu Morrow chwycił obie dłonie Henry’ego.
– Zawsze powinieneś robić wyłącznie to, co konieczne – rzekł.
Co tu się u diabła dzieje? – pomyślałem. Stałem na podeście, starając się nie hałasować, i chciałem
stamtąd czmychnąć, ale bałem się ruszyć z miejsca.
Ku mojemu niebotycznemu zdumieniu Henry pochylił się i cmoknął Morrowa sztywno w policzek.
Po czym odwrócił się do odejścia, ale na szczęście dla mnie obejrzał się przez ramię i powiedział coś na
odchodnym; jak najciszej przemknąłem w dół schodami i na dolnym podeście puściłem się biegiem,
zbyt daleko, żeby mogli mnie usłyszeć.
Kolejny tydzień był samotny i surrealistyczny. Liście zmieniały kolor; często padało i wcześnie zapadał
zmrok; w Monmouth House studenci zbierali się na dole przy kominku, paląc w nim polanami
wykradzionymi pod osłoną nocy z domu profesorskiego, i w wełnianych skarpetach na nogach popijali
ciepły cydr. Ja jednak chodziłem tylko na zajęcia i wracałem prosto do domu, do swojego pokoju na
górze, mijając te wszystkie przytulnie oświetlone sceny, rzadko odzywając się do kogokolwiek, nawet
do tych najbardziej życzliwych, którzy zapraszali mnie, bym dołączył do ich grona.
Przypuszczam, że gdy minął urok nowości, byłem nieco przygnębiony zupełnie obcym charakterem
miejsca, w którym się znalazłem, tego dziwnego lądu, gdzie dziwiło mnie wszystko: zwyczaje,
mieszkańcy i nieprzewidywalna pogoda. Myślałem, że jestem chory, chociaż nie sądzę, żeby tak
rzeczywiście było; po prostu cały czas marzłem i nie mog​łem zasnąć, czasem przesypiając najwyżej
godzinę lub dwie w ciągu nocy.
Nie ma nic bardziej samotnego i dezorientującego niż bezsenność. Do czwartej nad ranem czytałem
greckie teksty, aż zaczynały mnie piec oczy i czułem zawroty głowy, aż jedyne światło w całym
akademiku paliło się tylko u mnie. Gdy nie byłem już w stanie skupić myśli na grece i alfabet zaczynał
się przeistaczać w nieskładne trójkąty i widełki, czytałem Wielkiego Gatsby’ego. To jedna z moich
ulubionych książek i wypożyczyłem ją z biblioteki w nadziei, że podniesie mnie na duchu; oczywiście
jeszcze bardziej mnie zdołowała, gdyż w swym beznadziejnym stanie dostrzegałem jedynie te rzeczy,
które odbierałem jako tragiczne podobieństwa między Gatsbym a mną.
– Jestem twardzielką – mówiła do mnie dziewczyna na imprezie.
Była jasnowłosa, opalona, za wysoka (prawie mojego wzrostu) i bez pytania wiedziałem, że
pochodzi z Kalifornii. Może zdradził ją głos, może fragment zaczerwienionej, piegowatej skóry rozpiętej
mocno na kościstych obojczykach i jeszcze bardziej kościstym mostku i klatce piersiowej –
nieurozmaiconej w żaden sposób wypukłościami piersi – który ukazywał mi się w rozpięciu gorsetu
Gaultiera. To był Gaultier, wiedziałem, bo ta informacja niejako od niechcenia jej się wymsknęła.
Według mnie wyglądał jak prymitywnie zasznurowany z przodu strój nurka. Mówiąc, starała się
przekrzyczeć muzykę.
– Myślę, że miałam niełatwo w życiu, biorąc pod uwagę choćby moją kontuzję ​– (słyszałem już
o tym: luźne ścięgna, strata dla świata tańca, korzyść dla świata sztuki performance) – ale chyba po
prostu mam bardzo silne wyczucie siebie, własnych potrzeb. Jasne, inni ludzie są dla mnie ważni, ale
wiesz, zawsze dostaję od nich to, czego chcę. – Jej głos brzmiał szorstko za sprawą staccato, które czasem
imitują Kalifornijczycy, gdy za bardzo próbują udawać kogoś z Nowego Jorku, ale mocno
pobrzmiewała w nim też nuta słonecznej pogody ducha. Cheerleaderka potępionych. Była tego rodzaju
ładną, zblazowaną, pustą dziewczyną, która w rodzinnych stronach nie zwróciłaby na mnie najmniejszej
uwagi. Ale teraz zdałem sobie sprawę, że próbuje mnie poderwać. Nie spałem w Vermoncie z żadną
dziewczyną oprócz jednej rudej, którą poznałem na imprezie pierwszego weekendu. Ktoś mi później
powiedział, że jest dziedziczką fortuny papierniczej ze Środkowego Wschodu. Teraz uciekałem
spojrzeniem za każdym razem, gdy się mijaliśmy. (Wyjście dżentelmeńskie, jak żartowali kiedyś moi
koledzy).
– Chcesz papierosa? – krzyknąłem do niej.
– Nie palę.
– Ja też nie, tylko na imprezach.
Roześmiała się.
– A to pewnie, poczęstuj mnie – wrzasnęła mi do ucha. – Nie wiesz może, gdzie moglibyśmy dostać
trawkę?
Gdy przypalałem jej papierosa, ktoś trącił mnie łokciem w plecy, aż poleciałem do przodu. Muzyka
grała potwornie głośno, ludzie tańczyli, na podłodze robiły się kałuże piwa, a przy barze zebrał się
hałaśliwy tłumek. Oprócz dantejskiej plątaniny ciał na parkiecie i chmury dymu unoszącej się pod
sufitem nie widziałem wiele, ale gdy ciemność przeszywało światło z korytarza, mignął mi a to
przewrócony kieliszek, a to szeroko rozciągnięte w uśmiechu pomalowane usta. W porównaniu z innymi
imprezami ta nie należała do najbardziej udanych i robiło się coraz gorzej – niektórzy pierwszoroczniacy
zaczęli już rzygać, czekając w ponurych kolejkach do łazienki – ale był piątek, a ja spędziłem cały
tydzień na nauce i było mi wszystko jedno. Wiedziałem, że żaden ze studentów z mojej greckiej grupy
tu nie przyjdzie. Jako bywalec wszystkich piątkowych imprez od początku roku akademickiego
wiedziałem, że stronią od nich jak od morowej zarazy.
– Dzięki – powiedziała dziewczyna.
Przesunęła się w stronę klatki schodowej, gdzie było trochę spokojniej. Można było teraz
rozmawiać, nie krzycząc, ale wypiłem już chyba z sześć wódek z tonikiem i nie miałem pomysłu na to,
co jej powiedzieć, nie pamiętałem nawet jej imienia.
– Hmm, co studiujesz? – wydukałem w końcu po pijanemu.
Uśmiechnęła się.
– Sztukę performance. Już mnie pytałeś.
– Sorry, skleroza.
Rzuciła mi pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Powinieneś się rozluźnić. Spójrz na swoje ręce. Jesteś strasznie spięty.
– Bardziej rozluźniony już nie będę – rzekłem zgodnie z prawdą.
Spojrzała na mnie i w jej oczach pojawił się błysk rozpoznania.
– Wiem, kim jesteś – stwierdziła, zerkając na moją marynarkę i krawat z myśliwskim wzorkiem. –
Judy wszystko mi o tobie powiedziała. Jesteś tym nowym, który studiuje grekę z tymi dziwolągami.
– Judy? Jak to Judy ci wszystko powiedziała?
Zignorowała te pytania.
– Lepiej uważaj – poradziła. – Słyszałam o nich różne dziwne historie.
– Co na przykład?
– Na przykład, że czczą, kurwa, szatana.
– U Greków nie ma czegoś takiego jak szatan – wytknąłem pedantycznie.
– Cóż, ja słyszałam coś innego.
– Co z tego? W takim razie źle słyszałaś.
– To jeszcze nie wszystko. Słyszałam też inne rzeczy.
– Co jeszcze?
Nie chciała powiedzieć.
– Kto ci tego naopowiadał? Judy?
– Nie.
– Więc kto?
– Seth Gartrell – odpowiedziała, jak gdyby to rozstrzygało sprawę.
Tak się składało, że znałem Gartrella. Był kiepskim malarzem i złośliwym plotkarzem ze
słownictwem składającym się niemal wyłącznie z wulgaryzmów, gardłowo brzmiących czasowników
i słowa „post​modernistyczny”.
– Ta świnia – burknąłem. – Znasz go?
Spojrzała na mnie z cieniem wrogości.
– Seth Gartrell to mój dobry przyjaciel.
Naprawdę wypiłem za dużo.
– Tak? – spytałem. – No to powiedz mi. Skąd u jego dziewczyny te podbite oczy? I naprawdę sika
na swoje obrazy jak Jackson Pollock?
– Seth – oznajmiła lodowatym tonem – jest geniuszem.
– Czyżby? W takim razie po mistrzowsku to ukrywa, prawda?
– Jest cudownym malarzem. To znaczy w warstwie konceptualnej. Wszyscy na wydziale sztuk
pięknych to mówią.
– Cóż. Skoro wszyscy tak mówią, to musi być prawda.
– Wielu ludzi nie lubi Setha – złościła się. – Myślę, że po prostu mu zazdroszczą.
Czyjaś dłoń pociągnęła mnie z tyłu za rękaw, przy łokciu. Zlekceważyłem to. Przy moim szczęściu
to mogła być tylko Judy Poovey ze swymi próbami dowalania się do mnie, które podejmowała
niezmordowanie mniej więcej o tej porze w każdy piątkowy wieczór. Ale znowu poczułem szarpnięcie,
tym razem mocniejsze i bardziej niecierpliwe; rozdrażniony odwróciłem się i mało brakowało,
a zatoczyłbym się na blondynkę.
To była Camilla. W pierwszej chwili ujrzałem tylko jej oczy koloru żelaza – świetliste, speszone,
błyszczące w słabym świetle z baru.
– Cześć – powiedziała.
Gapiłem się na nią.
– Czołem – rzekłem, starając się zachowywać nonszalancko, ale mimo wszystko uradowany
i uśmiechający się do niej promiennie. – Jak się masz? Co tu robisz? Mogę ci przynieść drinka?
– Jesteś zajęty? – spytała.
W tych warunkach myślenie przychodziło mi z trudem. Jej złociste włosy skręcały się na skroniach
w szalenie ujmujący sposób.
– Nie, nie, wcale a wcale – zapewniłem, nie patrząc jej w oczy, lecz na fascynujące okolice jej czoła.
– Bo jeśli jesteś, to powiedz – zaznaczyła półgłosem, spoglądając mi przez ramię. – Nie chcę cię
wyciągać na siłę.
Oczywiście: panna Gaultier. Odwróciłem się, oczekując poniekąd jakiegoś kąśliwego komentarza,
ale ona straciła już zainteresowanie moją osobą i demonstracyjnie prowadziła rozmowę z kimś innym.
– Nie – powiedziałem. – Nie mam tu nic do roboty.
– Chcesz pojechać na weekend na wieś?
– Co?
– Właśnie jedziemy. Z Francisem. Ma dom jakąś godzinę jazdy stąd.
Miałem dobrze w czubie, w przeciwnym razie nie pokiwałbym głową i nie poszedł za nią, nie
zadawszy choćby jednego pytania. Żeby dostać się do wyjścia, musieliśmy przeciąć parkiet: pot i żar,
mrugające świąteczne lampki, potworny ścisk. Gdy w końcu znaleźliśmy się na zewnątrz, było to jak
wpadnięcie do basenu pełnego chłodnej, nieruchomej wody. Zza zamkniętych okien dobiegały nas
stłumione wrzaski i pulsowanie prymitywnej muzyki.
– Mój Boże – powiedziała Camilla. – Te spędy są koszmarne. Wszyscy rzygają gdzie popadnie.
Kamienisty podjazd srebrzył się w świetle księżyca. Francis stał w mroku pod drzewami. Gdy
zauważył, że podchodzimy, wyszedł nagle na oświetloną ścieżkę.
– Buu.
Oboje odskoczyliśmy. Uśmiechał się niewyraźnie zza fałszywych binokli, w których odbijało się
światło. Z jego nozdrzy wydobywał się strumień papierosowego dymu.
– Cześć – rzucił do mnie, po czym zerknął na Camillę. – Myślałem już, że uciekłaś – rzekł.
– Trzeba było pójść ze mną.
– Cieszę się, że tego nie zrobiłem – oświadczył Francis – bo widziałem stąd kilka ciekawych rzeczy.
– Jakich niby?
– Jak na przykład to, że ochroniarze wynosili dziewczynę na noszach, a na jakichś hipisów rzucił się
czarny pies. – Roześmiał się, a potem podrzucił kluczyki do samochodu i chwycił je w powietrzu
z brzękiem. – Gotowi?
Miał starego mustanga w wersji cabrio i całą drogę na wieś przejechaliś​my ze złożonym dachem,
wszyscy troje z przodu. O dziwo, nigdy wcześniej nie jechałem kabrioletem, a co jeszcze bardziej
zdumiewające, udało mi się zasnąć, gdy prędkość i nerwy powinny mnie rozbudzić, ja jednak usnąłem
z policzkiem opartym o obite skórą drzwi – nieprzespany tydzień i sześć wódek z tonikiem podziałały na
mnie jak mocny zastrzyk.
Mało pamiętam z tej podróży. Francis jechał z rozsądną prędkością – był uważnym kierowcą
w przeciwieństwie do Henry’ego, który jeździł szybko i często w sposób brawurowy, a przecież nie
mógł się pochwalić świetnym wzrokiem. Nocny wiatr w moich włosach, ich niewyraźne rozmowy,
piosenki z radia, wszystko wymieszało się i zatarło w moich snach. Miałem wrażenie, że jedziemy
dopiero od kilku minut, gdy nagle zdałem sobie sprawę, że zrobiło się cicho, i poczułem na ramieniu
rękę Camilli.
– Obudź się – powiedziała. – Jesteśmy na miejscu.
Oszołomiony, jeszcze nie w pełni rozbudzony, nie wiedząc, gdzie jestem, potrząsnąłem głową
i poprawiłem się na siedzeniu. Po policzku spływała mi strużka śliny, którą wytarłem otwartą dłonią.
– Nie śpisz?
– Nie – odpowiedziałem, wciąż zaspany.
Było ciemno i nic nie widziałem. Moje palce wreszcie odnalazły klamkę i dopiero gdy wysiadałem
z samochodu, zza chmury wyszedł księżyc i moim oczom ukazał się dom. Wyglądał niesamowicie.
Zobaczyłem wyraźnie jego czarną jak atrament sylwetę na tle nieba, z wieżyczkami i szpicami, z tarasem
na dachu.
– Ja cię kręcę – wymamrotałem.
Francis stał tuż obok, ale nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę do czasu, aż przemówił
i wystraszył mnie bliskością swego głosu.
– W nocy nie widać go w całej okazałości – powiedział.
– Należy do ciebie? – spytałem.
Roześmiał się.
– Nie. To dom mojej ciotki. Jest o wiele za duży jak na jej potrzeby, ale nie chce go sprzedawać.
Przyjeżdża z moimi kuzynami na lato, a przez resztę roku mieszka tu tylko dozorczyni.
W holu wejściowym rozchodził się słodki, wilgotny zapach i panował tam półmrok, jak gdyby
stosowano oświetlenie gazowe; na ścianach rysowały się pajęcze cienie doniczkowych palm, a na suficie,
tak wysokim, że aż kręciło mi się w głowie, majaczyły zniekształcone ślady naszych cieni. Ktoś w głębi
domu grał na fortepianie. Ściany holu obwieszone były fotografiami i ponurymi portretami w złoconych
oprawach, które ciągnęły się długimi rzędami.
– Strasznie tu śmierdzi – poskarżył się Francis. – Przewietrzymy jutro, jak będzie ciepło, Bunny
dostaje od tego kurzu astmy… To moja prababka – poinformował, wskazując zdjęcie, które, jak
zauważył, przykuło moją uwagę. – A tutaj, obok niej, jej brat… był na pokładzie Titanica, biedak. Jakieś
trzy tygodnie później znaleziono jego rakietę tenisową, unosiła się na wodach północnego Atlantyku.
– Chodź obejrzeć bibliotekę – zaproponowała Camilla.
Z Francisem zdążającym tuż za nami przeszliśmy korytarzem i dalej, przez kilka pokoi: cytrynowy
salon ze złoconymi lustrami i żyrandolami, jadalnię w ciemnym mahoniu, pokoje, w których chciałem
się zatrzymać, ale udało mi się je tylko obejrzeć w przelocie. Dźwięki muzyki rozbrzmiewały coraz
bliżej; był to Chopin, może jedno z preludiów.
Wchodząc do biblioteki, wciągnąłem głośno powietrze i stanąłem jak wryty: przeszklone regały
i płyciny w stylu gotyckim ciągnęły się prawie pięć metrów do zdobionego freskami i gipsowymi
medalionami sufitu. W głębi pomieszczenia dostrzegłem marmurowy kominek, wielki niczym
grobowiec, a kulisty gazowy żyrandol, ociekający słupkami i sznurami kryształków – skrzył się
w półmroku.
Stał tam też fortepian, i grał na nim Charles, ze szklanką whisky na stołku obok. Był trochę
wstawiony; muzyka Chopina brzmiała niezbyt czysto: nuty zlewały się ze sobą sennie. Wiatr poruszał
ciężkimi, nadgryzionymi przez mole aksamitnymi zasłonami, rozwiewając mu lekko włosy.
– Kurczę! – rzuciłem.
Muzyka raptownie ucichła i Charles podniósł wzrok.
– No, nareszcie – powiedział. – Co tak późno? Bunny już się położył.
– Gdzie Henry? – spytał Francis.
– Pracuje. Może zejdzie przed pójściem spać.
Camilla podeszła do fortepianu i wysączyła łyczek ze szklanki Charlesa.
– Powinieneś rzucić okiem na te zbiory – zwróciła się do mnie. – Jest tu pierwsze wydanie Ivanhoe.
– Zdaje się, że akurat tę książkę sprzedano – rzekł Francis, rozsiadając się w skórzanym fotelu,
i zapalił papierosa. – Jest parę interesujących tomów, ale głównie Marie Corelli i stara seria Rover Boys.
Podszedłem do regałów. Dzieło pod tytułem London kogoś o nazwisku Pennant, sześć woluminów
w czerwonej skórze – olbrzymie księgi, ponad pół metra wysokości. Obok The Club History of
London, równie potężna seria, oprawiona w bladą cielęcą skórę. Libretto Piratów z Penzance.
Niezliczone tomy serii o bliźniętach Bobbsey. Marino Faliero Byrona, oprawiony w czarną skórę,
z datą 1821 przystemplowaną złotem na grzbiecie.
– Zrób sobie drinka, jeśli masz ochotę – Charles mówił do Camilli.
– Nie chcę. Chcę się napić twojego.
Jedną ręką podał jej szklankę, a drugą odegrał trudny pasaż, przesuwając dłonią w jedną i drugą
stronę.
– Zagraj coś – poprosiłem.
Przewrócił oczami.
– No, nie daj się prosić – zawtórowała Camilla.
– Nie.
– Oczywiście on tak naprawdę nie potrafi niczego zagrać – wtrącił współczująco Francis.
Charles łyknął ze szklanki i odegrał kolejną oktawę, wykonując niedorzeczny tryl prawą ręką. Po
chwili oddał szklankę Camilli i zwolniwszy lewą rękę, sięgnął w dół i zamienił ten ozdobnik w pierwsze
nuty ragtime’u Scotta Joplina.
Grał z wyraźną przyjemnością, z podwiniętymi rękawami, uśmiechnięty do muzyki, przechodząc od
niskich do wysokich rejestrów w skomplikowanym rytmie tancerza stepującego na schodach rewii
Ziegfelda. Camilla na stołku obok niego uśmiechała się do mnie. Odwzajemniałem jej uśmiech, nieco
oszołomiony. Sklepienia wywoływały widmowe echo, co nadawało tej rozpaczliwej wesołości charakter
wspomnienia w chwili, gdy siedziałem tam zasłuchany, wspomnienia rzeczy mi nieznanych.
Charlestony na skrzydłach lecących dwupłatów. Przyjęcia na tonących statkach, lodowata woda
bulgocząca wokół zanurzonych po pas członków orkiestry, gdy nieulękle wygrywają ostatni refren Auld
Lang Syne. Właściwie tamtej nocy, gdy zatonął Titanic, nie śpiewano Auld Lang Syne, lecz hymny.
Mnóstwo hymnów i katolicki ksiądz odmawiający Zdrowaś Maryjo, i salon pierwszej klasy, który tak
bardzo przypominał ten pokój tutaj: ciemne drewno, palmy w donicach, abażury z różanego jedwabiu
z kołyszącymi się frędzlami. Naprawdę wypiłem za dużo. Siedziałem bokiem na krześle, mocno
trzymając się poręczy (Święta Maryjo, Matko Boża), i nawet podłoga przechylała się niczym pokład
tonącego statku; jakbyśmy zaraz mieli wszyscy się ześlizgnąć na drugi koniec z histerycznym „uiiiiiii!”,
fortepianem i całą resztą.
Na schodach rozległy się kroki i do pokoju chwiejnie wszedł Bunny z włosami stojącymi na
wszystkie strony, mrużąc oczy.
– Co, u diabła – wymamrotał. – Obudziliście mnie.
Ale nikt nie zwracał na niego uwagi, w końcu więc nalał sobie drinka i podreptał z nim z powrotem,
boso, do łóżka.
Chronologiczne uporządkowanie wspomnień to ciekawa sprawa. Moje wspomnienia z tej jesieni, sprzed
pierwszego weekendu na wsi, są blade i zamazane: później nabierają rozkosznej ostrości. Właśnie tutaj
koturnowe manekiny moich pierwszych znajomości zaczynają ziewać, przeciągać się i ożywać. Musiały
jeszcze minąć miesiące, zanim blask i tajemnica nowości, które nie pozwalały mi ich oglądać
z odpowiednią dozą obiektywizmu, całkowicie się rozpłynęły – choć rzeczywistość była o wiele bardziej
interesująca niż jakakolwiek idealizacja – ale właśnie tutaj, w mojej pamięci, przestają być zupełnie obcy
i zaczynają po raz pierwszy nabierać własnych prawdziwych kształtów.
Ja sam w tych wczesnych wspomnieniach jawię się jako ktoś w pewnym sensie nieznajomy: czujny
i powściągliwy, dziwacznie milkliwy. Przez całe moje życie ludzie brali moją nieśmiałość za
ponuractwo, snobizm, przykre usposobienie tego czy innego rodzaju. „Przestań robić taką ważną
minę!”, wypominał mi czasem ojciec, gdy jadłem, oglądałem telewizję czy w inny sposób zajmowałem
się sobą. Ale ta moja fizjonomia (bo o to chyba tutaj w gruncie rzeczy chodzi, skłonność kącików ust do
opadania, co nie ma nic wspólnego z moim aktualnym nastrojem) równie często mi szkodziła, jak
działała na moją korzyść. Wiele miesięcy po tym, gdy poznałem całą piątkę, ku memu zdziwieniu
odkryłem, że na początku byli tak samo zaintrygowani mną jak ja nimi. Nigdy nie przyszło mi do
głowy, że mogą nie uznać mojego zachowania za dziwaczne i prowincjonalne, a już na pewno nie
sądziłem, że może im się wydać tak enigmatyczne, jak w rzeczywistości się wydawało; dlaczego – spytali
mnie w końcu – nic nikomu o sobie nie powiedziałem? Dlaczego zadawałem sobie tyle trudu, żeby ich
unikać? (Ze zdumieniem skonstatowałem, że moje próby chowania się w drzwiach nie były tak
skuteczne, jak sądziłem). I dlaczego nie odpowiadałem na żadne z ich zaproszeń? Chociaż uważałem, że
mnie lekceważyli, teraz zdaję sobie sprawę, iż tylko czekali, uprzejmie jak niezamężne ciotki, na mój
ruch.
W każdym razie w ten weekend sytuacja zaczęła się zmieniać: ciemne przerwy między latarniami
zmniejszają się i rozpraszają, pierwszy znak, że pociąg jest coraz bliżej znajomych miejsc i wkrótce
będzie przejeżdżał przez dobrze znane, oświetlone ulice miasta. Dom był ich kartą atutową,
najcenniejszym skarbem i w ten weekend zmyślnie mnie z nim zapoznawali, stopniowo –
przyprawiające o zawroty głowy pokoiki w wieżyczkach, poddasze z wysokimi belkami i udekorowane
dzwonkami stare sanie w piwnicy, wystarczająco wielkie, by zaprząc w nie cztery konie. W wozowni
mieścił się dom dozorczyni.
(„Ta kobieta na podwórzu to pani Hatch. Jest przeurocza, ale jej mąż to adwentysta dnia siódmego
czy coś takiego, bardzo pryncypialny. Jak wchodzi, musimy chować wszystkie butelki”. „Bo co?” „Bo
wpadnie w depresję i zacznie zostawiać wszędzie te swoje broszurki”).
Po południu wybraliśmy się nad jezioro, z którego korzystali wspólnie, acz dyskretnie właściciele
kilku sąsiadujących ze sobą posiadłości. Po drodze pokazali mi kort tenisowy i starą altanę, imitację
tolosu, skrzyżowanie stylu pompejańskiego w porządku doryckim, Stanforda White’a oraz (według
Francisa, który do tej wiktoriańskiej próbki klasycyzmu miał pogardliwy stosunek) D.W. Griffitha
i Cecile’a B. De Mille’a. Zbudowana została z gipsu, poinformował, i przytransportowano ją
w kawałkach z domu towarowego Sears. Teren posiadłości miejscami nosił ślady geometrycznej
wiktoriańskiej schludności, która stanowiła jej pierwotną formę: osuszone stawy rybne; długie białe
kolumnady szkieletowych pergol; okolone kamieniami klomby, gdzie nie rosły już żadne kwiaty.
W większości jednak ślady te zostały zatarte, żywopłoty rozrastały się dziko, a rodzime drzewa – wiązy
czerwone i modrzewie – przewyższały liczebnie pigwowce i klony palmowe.
Jezioro, otoczone brzozami, było lśniące i zupełnie nieruchome. W sitowiu kryła się niewielka
drewniana łódź pomalowana na biało z zewnątrz i na niebiesko w środku.
– Możemy nią wypłynąć? – spytałem zaintrygowany.
– Oczywiście. Ale nie wszyscy, bo pójdziemy na dno.
Nigdy w życiu nie pływałem łodzią. Wypłynęli ze mną Henry i Camilla – Henry przy wiosłach,
z podwiniętymi do łokci rękawami i ciemną marynarką obok na siedzeniu. Miał w zwyczaju, o czym
dowiedziałem się później, prowadzić dydaktyczne, całkowicie samonapędzające się monologi na temat,
który akurat w tym momencie go absorbował – Katuwelaunowie lub malarstwo późnobizantyjskie, lub
łowcy głów na Wyspach Salomona. Tego dnia, pamiętam, rozgadał się o Elżbiecie I i Leicesterze:
o zamordowanej żonie, królewskiej barce, monarchini na białym koniu przemawiającej do żołnierzy
w forcie Tilbury, gdy Leicester i hrabia Essex trzymali uzdę… Szum wioseł i hipnotyczne brzęczenie
ważek stapiało się z jego uczonym wykładem. Camilla, zarumieniona i senna, wodziła dłonią po wodzie.
Żółte liście brzozy sfruwały z drzew i spoczywały na powierzchni wody. Dopiero wiele lat później,
i daleko stąd, natknąłem się na ten ustęp z Ziemi jałowej:
Elżbieta i Leicester
Śmigają wiosła
Rufa jak muszla
Czerwono-złota
Gwałtowna wełna
Brzegi uniosła
Wiatr południowy
Niósł ponad prąd
Dzwonów dzwonienie
Białe wieżyce
Weialala leia
Wallala leialala*.
Dopłynęliśmy na drugi koniec jeziora i wróciliśmy, na wpół oślepieni migotaniem światła na
wodzie, zastając Bunny’ego i Charlesa na werandzie, gdzie jedli kanapki z szynką i grali w karty.
– Pijcie szampana, ale szybko – powiedział Bunny. – Bo wietrzeje.
– Gdzie jest?
– W dzbanku do herbaty.
– Pan Hatch wpadłby w amok, gdyby zobaczył na werandzie butelkę – wyjaśnił Charles.
Grali w „Idź na ryby”, jedyną grę karcianą, którą znał Bunny.
W niedzielę obudziłem się wcześnie w pogrążonym w ciszy domu. Francis oddał pani Hatch moje
rzeczy do prania; włożywszy pożyczony szlafrok, zszedłem posiedzieć kilka minut na werandzie, zanim
wstaną pozostali.
Na zewnątrz było chłodno i bezwietrznie: niebo w owym mglistym odcieniu bieli
charakterystycznym dla jesiennych poranków, zamokłe od rosy wiklinowe fotele. Żywopłoty i całe akry
trawnika spowijała sieć pajęczyn, które zatrzymywały kryształki rosy, bieliła się więc niczym szadź.
Przed odlotem na południe jaskółki trzepotały skrzydłami i utyskiwały pod okapem dachu, a z pokrywy
mgły nad jeziorem dolatywały ostre, samotne okrzyki krzyżówek.
– Dzień dobry – rozległ się za mną spokojny głos.
Zaskoczony odwróciłem się i ujrzałem Henry’ego na drugim końcu werandy. Siedział bez
marynarki, ale poza tym w nienagannym stroju jak na tak nieludzką porę: spodnie zaprasowane w ostry
kancik, sztywno wykrochmalona biała koszula. Na stole przed nim leżały książki i kartki, parujący
dzbanek z espresso, maleńka filiżanka oraz – zdziwiłem się – papieros bez filtra tlący się w popielniczce.
– Wcześnie wstałeś – zauważyłem.
– Zawsze wcześnie wstaję. Najlepiej pracuje mi się rano.
Zerknąłem na jego książki.
– Nad czym siedzisz? Greka?
Henry odstawił filiżankę na spodek.
– Robię tłumaczenie Raju utraconego.
– Na jaki język?
– Na łacinę – oznajmił uroczyście.
– Hmm – mruknąłem. – Dlaczego?
– Ciekaw jestem, co mi wyjdzie. Milton moim zdaniem jest najwybitniejszym poetą angielskim,
wybitniejszym niż Shakespeare, ale uważam, że pod pewnymi względami niefortunnie się stało, że
postanowił pisać po angielsku… oczywiście stworzył całkiem pokaźną liczbę wierszy po łacinie, ale to
było na początku, w czasach studenckich; mam tu na myśli jego późniejsze dzieła. W Raju utraconym
wyciska z angielszczyzny to, co tylko możliwe, ale sądzę, że żaden język bez deklinacji rzeczowników
nie jest w stanie wesprzeć strukturalnego porządku, jaki stara się narzucić.
Odłożył papierosa do popielniczki. Wbijałem wzrok w tlącą się końcówkę.
– Napijesz się kawy? – spytał.
– Nie, dziękuję.
– Mam nadzieję, że dobrze spałeś.
– Tak, dzięki.
– Nigdzie nie śpi mi się tak dobrze jak tutaj – wyznał Henry, poprawiając okulary i pochylając się
nad słownikiem.
W linii jego ramion można było dostrzec subtelny dowód zmęczenia i napięcia, co ja, weteran wielu
nieprzespanych nocy, wychwyciłem natychmiast. Nagle uzmysłowiłem sobie, że to jego niepopłatne
przedsięwzięcie prawdopodobnie nie jest niczym innym jak tylko metodą skrócenia sobie porannych
godzin, podobną do rozwiązywania krzyżówek przez inne ofiary bezsenności.
– Zawsze zrywasz się tak wcześnie? – spytałem go.
– Prawie zawsze – odrzekł, nie podnosząc wzroku. – Jest tu pięknie, ale w porannym świetle nawet
najbardziej pospolite rzeczy stają się znośne.
– Wiem, co masz na myśli – powiedziałem. I rzeczywiście wiedziałem.
Jedyną znośną porą dnia w Plano był wczesny ranek, jeszcze świt, kiedy ulice były puste, a na suchą
trawę, siatkowe ogrodzenia i samotne dęby padało złociste i łagodne światło.
Henry spojrzał na mnie znad swoich książek.
– Nie jesteś zbyt szczęśliwy tam, skąd przyjechałeś, prawda? – spytał.
Byłem zdumiony tym wnioskiem godnym Sherlocka Holmesa. Uśmiechał się, widząc moje wyraźne
zmieszanie.
– Nie martw się. Ukrywasz to bardzo sprytnie – przyznał, wracając do swojej książki. Po chwili
znów podniósł wzrok. – Wiesz, reszta tak naprawdę nie rozumie takich rzeczy.
Powiedział to bez złośliwości, bez empatii, może też bez szczególnego zainteresowania. Nie miałem
nawet pewności, co takiego ma na myśli, ale po raz pierwszy zaświtało mi coś, czego wcześniej nie
rozumiałem: dlaczego pozostali tak za nim przepadają. Dorosłe dzieci (wiem, oksymoron) instynktownie
lgną ku skrajnościom; na przykład młody uczony jest dużo bardziej pedantyczny niż jego starszy kolega.
A ja, sam będąc młody, traktowałem te wypowiedzi Henry’ego bardzo serio. Wątpię, czy sam Milton
mógł mi bardziej zaimponować.
Przypuszczam, że w życiu każdego istnieje taki czas, kiedy jego charakter kształtuje się na zawsze; dla
mnie był to ten pierwszy semestr spędzony w Hampden. Tyle rzeczy z tego okresu zostało we mnie do
tej pory: ówczesne upodobania co do strojów, książek, a nawet jedzenia – nabyte w dużej mierze, muszę
przyznać, wskutek młodzieńczego zafascynowania resztą mojej grupy – przetrwały całe lata. Łatwo mi
sobie przypomnieć, nawet teraz, jak wyglądał ich harmonogram dnia, który sam z czasem przejąłem.
Niezależnie od okoliczności żyli z zegarkiem w ręku, z zaskakująco niewielką dozą owego bałaganu,
który wydawał mi się zawsze nieodłączną częścią studenckiego życia – nieregularna dieta i nauka,
wyprawy do publicznej pralni o pierwszej w nocy. O pewnych porach, nawet gdyby się waliło i paliło,
można było zastać Henry’ego w całodobowej czytelni w bibliotece lub wiadomo było, że poszukiwanie
Bunny’ego nie ma sensu, bo jest na środowej randce z Marion lub na niedzielnym spacerze. (Trochę jak
w przypadku imperium rzymskiego, które niejako z rozpędu toczyło się samo nawet wtedy, gdy nie
było już nikogo, kto mógłby nim kierować, i całkowicie straciło rację bytu, podobnie ten porządek trwał
nienaruszony nawet w czasie owych strasznych dni po śmierci Bunny’ego. Aż do samego końca,
zawsze, ale to zawsze odbywała się niedzielna kolacja u Charlesa i Camilli oprócz samego wieczoru
morderstwa, kiedy nikt nie miał ochoty na jedzenie i przełożyliśmy ją na poniedziałek).
Dziwiłem się, z jaką łatwością zdołali wpleść mnie do swej cyklicznej bizantyjskiej egzystencji.
Wszyscy znali się tak dobrze, że chyba moja obecność podziałała na nich odświeżająco; intrygowały ich
nawet najbardziej prozaiczne z moich zwyczajów: słabość do powieści kryminalnych, uzależnienie od
regularnych wizyt w kinie; także to, że używałem jednorazowych maszynek do golenia z supermarketu
i sam się strzygłem, zamiast chodzić do fryzjera; nawet to, że od czasu do czasu czytałem gazety
i oglądałem wiadomości w telewizji (zwyczaj, który wydawał im się nad wyraz ekscentryczny,
charakterystyczny tylko dla mnie; żadne z nich w najmniejszym stopniu nie interesowało się tym, co
dzieje się na świecie, a ich niewiedza na temat bieżących wydarzeń, a nawet najnowszej historii była
wręcz zdumiewająca. Raz przy kolacji Henry zdziwił się, usłyszawszy ode mnie, że człowiek już
wylądował na Księżycu.
– Nie – powiedział, odkładając widelec.
– To prawda – potwierdzili chóralnie pozostali, którzy jakimś cudem już o tym wiedzieli.
– Nie wierzę.
– Oglądałem to – powiedział Bunny. – Pokazywali w telewizji.
– Jak oni tam dolecieli? Kiedy to się stało?).
Jako grupa wciąż byli onieśmielający i poznawałem ich indywidualnie, każdego z osobna. Wiedząc,
że też kładę się późno, Henry czasem wpadał do mnie wieczorem, wracając z biblioteki. Francis, który
był strasznym hipochondrykiem i nie chciał sam jeździć do lekarza, często zaciągał mnie ze sobą i o
dziwo zaprzyjaźniliśmy się właśnie podczas tych podróży do alergologa w Manchesterze lub
laryngologa w Keene. Tamtej jesieni musiał kanałowo leczyć jeden z zębów, co trwało jakieś cztery, pięć
tygodni; w każdą środę po południu zjawiał się u mnie blady i milczący, szliśmy razem do baru
w mieście i piliśmy do czasu jego wizyty u dentysty, o piętnastej. Towarzyszyłem mu rzekomo po to,
żeby go później odwieźć do domu, zamroczonego środkiem znieczulającym, ale jako że czekałem na
niego w barze po tym, jak przechodził przez ulicę do gabinetu stomatologicznego, zwykle nie
nadawałem się do prowadzenia samochodu bardziej niż on.
Najbardziej polubiłem bliźnięta. Traktowali mnie z wesołością i poufałością, które by sugerowały, że
znamy się znacznie dłużej. Za Camillą wprost przepadałem, jej towarzystwo sprawiało mi przyjemność,
ale czułem się przy niej z lekka nieswojo; nie z powodu braku uroku lub życzliwości z jej strony, lecz
z powodu zbyt wielkiego pragnienia imponowania z mojej. Chociaż cieszyłem się na każde nasze
spotkanie i myślałem o niej często i zapamiętale, swobodniej czułem się w obecności Charlesa. Był
bardzo podobny do swojej siostry, impulsywny i szczodry, ale bardziej humorzasty; i chociaż czasem
popadał w długie okresy milkliwego przygnębienia, poza tym był straszną gadułą. Bez względu na jego
nastrój świetnie się dogadywaliśmy. Pożyczaliśmy od Henry’ego samochód i jeździliśmy do Maine,
żeby mógł zjeść kanapkę klubową w swoim ulubionym barze; jeździliśmy do Bennington, Manchesteru,
na tor wyścigów chartów w Pownal, skąd zabrał do domu starą suczkę, żeby ją uratować przed
uśpieniem. Wabiła się Śnieżka. Uwielbiała Camillę i wszędzie za nią chodziła: Henry cytował długie
fragmenty o Emmie Bovary i jej charcicy: „Sa pensée, sans but d’abord, vagabondait au hasard,
comme sa levrette, que faisait des cercles dans la campagne…”. Ale psina była słaba
i znerwicowana, toteż pewnego słonecznego grudniowego ranka na wsi padła na zawał serca, radośnie
skacząc z werandy w pogoni za wiewiórką. Nie było to bynajmniej nic nieoczekiwanego; mężczyzna
z toru ostrzegał Charlesa, że Śnieżka może nie przeżyć tygodnia; mimo wszystko bliźnięta mocno
odczuły tę stratę i spędziliśmy smutne popołudnie, grzebiąc suczkę w ogrodzie za domem Francisa,
gdzie jedna z jego ciotek urządziła rozbudowany koci cmentarzyk, łącznie z nagrobkami.
Śnieżka lubiła też Bunny’ego. Co niedziela chadzała ze mną i Bunnym na długie i wyczerpujące
wędrówki po okolicy, kiedy pokonywaliśmy ogrodzenia i strumyki, mokradła i pastwiska. Sam Bunny
przepadał za spacerami jak stary kundel – jego piesze wycieczki były tak męczące, że trudno mu było
namówić na nie kogokolwiek oprócz mnie i Śnieżki – ale właśnie dzięki tym wyprawom zaznajomiłem
się z terenami wokół Hampden, z leśnymi drogami i myśliwskimi szlakami, wszystkimi ukrytymi
wodospadami i tajemnymi kąpieliskami w okolicy.
Dziewczyna Bunny’ego, Marion, przyjeżdżała zaskakująco rzadko: częściowo dlatego, jak sądzę, że
jej tam nie chciał, lecz także dlatego, wydaje mi się, że interesowaliśmy ją jeszcze mniej niż ona nas.
(„Lubi spędzać czas w towarzystwie swoich koleżanek – Bunny wyjaśnił chełpliwie mnie i Charlesowi.
– Gadają o ciuchach, chłopakach i tego rodzaju bzdetach. Wiecie”). Była drobną, chimeryczną
blondynką z Connecticut, o urodzie tak samo pyzatej i banalnej jak w wypadku Bunny’ego, a jej styl
ubierania się był jednocześnie dziewczęcy i szokująco staromodny – spódnice w kwiatki, swetry
z monogramem z dopasowanymi torebką i butami. Od czasu do czasu po drodze na zajęcia widywałem
ją na placu zabaw przed ośrodkiem opiekuńczym dla dzieci. Była to jakaś placówka współpracująca
z wydziałem pedagogiki w Hampden; chodziły tam do żłobka i przedszkola dzieci z miasta i tam właśnie
można ją było ujrzeć w swetrze z monogramem, jak dmucha w gwizdek i próbuje uciszyć i ustawić
w rządku swoich podopiecznych.
Nikt nie chciał specjalnie o tym rozmawiać, ale domyśliłem się, że wcześniejsze próby zintegrowania
Marion z grupą zakończyły się fiaskiem. Lubiła Charlesa, który generalnie był miły dla każdego
i posiadał niezawodną umiejętność prowadzenia rozmów z każdym, od małych dzieci do pań
pracujących w stołówce; Henry’ego traktowała jak większość tych, którzy go znali, z pewnego rodzaju
lękliwym szacunkiem; nie znosiła natomiast Camilli, a między nią i Francisem doszło do jakiegoś
katastrofalnego incydentu, który był tak koszmarny, że nikt nie chciał puścić pary z ust. Łączył ją
z Bunnym tego rodzaju związek, jaki rzadko widywałem poza małżeństwami z dwudziestopięcioletnim
lub dłuższym stażem, związek, który budził albo wzruszenie, albo irytację. W swoim stosunku do
Bunny’ego Marion była władcza i rzeczowa, traktując go w sposób niewiele różniący się od tego, jak
radziła sobie z maluchami w przedszkolu; odpłacał jej pięknym za nadobne, na zmianę przymilny, czuły
lub nadąsany. Przeważnie cierpliwie znosił jej zrzędzenie, ale kiedy tracił cierpliwość, wybuchały
straszliwe kłótnie. Czasem pukał do mnie późnym wieczorem, z nieszczęśliwą miną i dzikim
spojrzeniem, bardziej rozczochrany niż zwykle, mamrocząc:
– Wpuść mnie, stary, musisz mi pomóc. Marion wykopała topór wojenny…
Kilka minut później rozlegała się seria stuknięć do drzwi: rat-a-tat-tat. To była Marion, z zaciśniętymi
drobnymi usteczkami, jak mała, wściekła lalka.
– Zastałam Bunny’ego? – pytała, unosząc się na palcach i wyciągając szyję, żeby zajrzeć do pokoju.
– Nie ma go tu.
– Na pewno?
– Nie ma go tu, Marion.
– Bunny! – wołała wtedy złowrogo.
Brak odpowiedzi.
– Bunny!
I wtedy, ku memu wielkiemu zażenowaniu, Bunny ze zmieszaną miną zjawiał się w drzwiach.
– Cześć, skarbie.
– I co się chowasz?
Bunny próbował wyjąkać coś w odpowiedzi.
– Uważam, że powinniśmy porozmawiać.
– Jestem teraz zajęty, złotko.
– W takim razie… – zerkała wtedy na swój gustowny mały zegarek od Cartiera. – Ja teraz wracam
do domu. Poczekam z pół godziny, a potem kładę się spać.
– Dobra.
– No to widzimy się za jakieś dwadzieścia minut.
– Hej, czekaj no, przecież nie powiedziałem, że…
– Do widzenia.
I odchodziła.
– Nie ruszam się stąd – mówił do mnie Bunny.
– Też bym nie szedł.
– No bo za kogo ona się uważa?
– Nie idź.
– Trzeba czasem utrzeć jej nosa. Jestem zajęty. Ciągle w ruchu. Sam decyduję, co robię ze swoim
czasem.
– Otóż to.
Zapadała krępująca cisza. W końcu Bunny podnosił się.
– Chyba już pójdę.
– Dobra, Bun.
– To znaczy nie wybieram się do Marion, jeśli mnie o to podejrzewasz – zaznaczał na wszelki
wypadek.
– Oczywiście, że nie.
– Tak, tak – mówił Bunny z roztargnieniem i już go nie było.
Następnego dnia jedli z Marion wspólny lunch albo przechadzali się w pobliżu placu zabaw.
– I co, wyjaśniliście sobie wszystko z Marion? – jedno z nas pytało go, gdy spotykaliśmy go
samego.
– No – odpowiadał zawstydzony.
Najszczęśliwsze były weekendy spędzane w domu Francisa. Tamtej jesieni drzewa wcześnie zmieniły
kolor, ale jeszcze w październiku dni wciąż były ciepłe i większość czasu na wsi spędzaliśmy na dworze.
Poza sporadycznymi, rozgrywanymi bez entuzjazmu meczami tenisowymi (piłka lądująca poza kortem
po serwisie, apatyczne przeczesywanie wysokiej trawy rączkami rakiet) nie robiliśmy nic, co
wymagałoby szczególnego wysiłku fizycznego; coś w tym miejscu sprawiało, że ogarniało nas
zniewalające lenistwo, jakiego nie znałem od czasów dzieciństwa.
Teraz, gdy o tym myślę, wydaje się, że piliśmy wtedy niemal non stop: nie były to jednorazowo
duże ilości, aczkolwiek cienka strużka napojów wyskokowych, którą zaczynała krwawa mary do
śniadania, płynęła nieprzerwanie dotąd, aż kładliśmy się spać, i prawdopodobnie to właśnie, bardziej niż
cokolwiek innego, odpowiadało za naszą niemrawość. Zasiadając z książką w fotelu na dworze,
zasypiałem niemal od razu; gdy wypływałem łodzią, wiosłowanie szybko mnie męczyło, pozwalałem
więc sobie dryfować całe popołudnie. (Ta łódka! Nawet teraz czasem, mając kłopoty z zaśnięciem,
próbuję wyobrazić sobie, że leżę na jej dnie, z głową opartą o listwę na rufie, gdy woda chlupocze
głucho przy drewnianej burcie, a żółte liście brzozy sfruwają mi na twarz). Sporadycznie
podejmowaliśmy się czegoś nieco bardziej ambitnego. Pewnego razu, gdy Francis znalazł w nocnej
szafce ciotki berettę z amunicją, przeżyliśmy krótką fascynację ćwiczeniami strzelniczymi (charcicę,
nerwową po latach wystrzałów z pistoletu startowego, trzeba było izolować w piwnicy), kiedy to
celowaliśmy do słojów ustawionych na wiklinowym stoliku wyniesionym na podwórze. Ale ta zabawa
szybko się skończyła, gdy Henry, cierpiący na silną krótkowzroczność, trafił przez pomyłkę kaczkę.
Incydent ten mocno nim wstrząsnął i odłożyliśmy pistolet na miejsce.
Wszyscy oprócz mnie i Bunny’ego lubili krokieta; my dwaj nigdy nie opanowaliśmy dobrze tej gry,
zawsze uderzając piłkę z wściekłym zamachem, jakbyśmy grali w golfa. Od czasu do czasu
w przypływie werwy organizowaliśmy pikniki. Zawsze na początku podchodziliśmy do sprawy nazbyt
ambitnie – wyszukane menu, odległe i mało znane miejsce – i niezmiennie kończyło się na tym, że
wszyscy zgrzani, senni i lekko wstawieni z niechęcią myśleli o długiej wędrówce powrotnej
z piknikowymi koszami. Zwykle wylegiwaliśmy się całe popołudnie na trawie, popijaliśmy martini
z termosu i obserwowaliśmy mrówki wspinające się błyszczącą czarną nitką na brudny talerz
z niedojedzonym ciastem, aż w końcu martini się kończyło, słońce zachodziło, a my w ciemności
musieliśmy się doczłapać do domu na kolację.
Zawsze było ogromnym wydarzeniem, jeśli zaproszenie na kolację na wsi przyjmował Morrow.
Francis zamawiał przeróżne specjały z delikatesów, przeglądał książki kucharskie i całymi dniami
zamartwiał się, co podać, z jakim winem, w jakich naczyniach i co trzymać w pogotowiu jako danie
awaryjne na wypadek, gdyby opadł suflet. Smokingi szły do prania; z kwiaciarni przybywały kwiaty;
Bunny odkładał egzemplarz tandetnej powieści z cyklu Zbrodnie doktora Fu Manchu i zaczynał
chodzić z tomem Homera.
Nie wiem, dlaczego tak się napinaliśmy z tymi kolacjami, bo za każdym razem przed przybyciem
Morrowa byliśmy wycieńczeni fizycznie i nerwowo. Dla wszystkich, łącznie z samym gościem, czego
jestem pewien, wiązały się one z dużym stresem – chociaż Morrow zawsze okazywał wielką pogodę
ducha, zachowywał się z wdziękiem, był czarujący i niestrudzenie zachwycał się wszystkim
i wszystkimi, przyjmował średnio zaledwie jedno na trzy takie zaproszenia. W niewygodnym
pożyczonym smokingu i z niezbyt gruntowną znajomością etykiety stołowej, odkrywałem, że trudniej
mi jest ukryć oznaki zdenerwowania. Pozostali mieli więcej wprawy w tego typu symulacji. Pięć minut
przed przybyciem Morrowa mogli wylegiwać się w salonie – przy zaciągniętych zasłonach, z kolacją
parującą w podgrzewanych naczyniach w kuchni, wszyscy z mętnym od zmęczenia wzrokiem,
rozluźniający kołnierze – ale w chwili, gdy rozbrzmiewał dzwonek, prostowali się, rozmowa ożywała,
a z ubrań wręcz znikały zagniecenia.
Chociaż wtedy kolacje te wydawały mi się nużące i nieznośne, teraz, gdy je wspominam, znajduję
w nich coś cudownego: ciemna jama salonu ze sklepionym sufitem, ogień trzaskający w kominku
i nasze twarze dziwnie promienne i upiornie blade. Ogień z paleniska powiększał nasze cienie, iskrzył
w srebrach, migotał wysoko na ścianach; jego odbicie płonęło pomarańczowo w okiennych szybach, jak
gdyby na zewnątrz pożar trawił jakieś miasto. Szum płomieni brzmiał jak wirujące stado uwięzionych
ptaków trzepoczących skrzydłami pod sufitem. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby nagle długi
mahoniowy stół bankietowy, przyozdobiony obrusami, dźwigający porcelanę, świece, owoce i kwiaty,
po prostu rozpłynął się w powietrzu niby zaczarowana skrzynia z baśni.
Z tymi kolacjami wiąże się pewna powtarzalna scena, która wypływa raz za razem jak obsesyjny
motyw we śnie. Morrow, u szczytu stołu, wstaje i podnosi kieliszek.
– Abyśmy żyli wiecznie – mówi.
I my, cała reszta, też wstajemy, stukamy się kieliszkami nad stołem niczym wojskowy pułk
krzyżujący szable: Henry i Bunny, Charles i Francis, Camilla i ja.
– Abyśmy żyli wiecznie – odpowiadamy chórem, synchronicznie opróżniając kieliszki.
I zawsze, zawsze ten sam toast. Abyśmy żyli wiecznie.
Dziwi mnie teraz, że spędzając z nimi tyle czasu, tak mało wiedziałem o tym, co działo się pod koniec
tamtego semestru. Fizycznie bardzo niewiele wskazywało na to, że dzieje się cokolwiek – byli na to zbyt
sprytni – ale nawet te drobne niekonsekwencje, które przedostawały się przez zasłonę ich czujności, ja
przyjmowałem z pewnego rodzaju rozmyślnym zaślepieniem. Inaczej mówiąc: chciałem podtrzymywać
złudzenie, że w swych relacjach ze mną zachowują pełną szczerość; że wszyscy jesteśmy przyjaciółmi,
bez tajemnic, chociaż było całkiem oczywiste, że w wiele rzeczy mnie nie wprowadzali i tak miało przez
jakiś czas pozostać. I choć starałem się nie zwracać na to uwagi, mimo wszystko byłem tego świadomy.
Wiedziałem na przykład, że cała piątka czasami coś robi – co dokładnie, o tym nie miałem pojęcia – nie
zapraszając mnie, i że gdybym o to zapytał, wszyscy solidarnie kłamaliby w tej sprawie, w sposób
nonszalancki i dość przekonujący. Mało tego. Byli przekonujący do tego stopnia, tak bezbłędnie
wyćwiczeni w różnych odmianach i kontrapunktach fałszu (niewzruszona beztroska bliźniąt sprawiała
wrażenie szczerej wobec błazenady Bunny’ego lub pełnej znudzenia irytacji Henry’ego powtarzaniem
trywialnego porządku zdarzeń), że zazwyczaj im wierzyłem, często pomimo dowodów wskazujących na
coś przeciwnego.
Oczywiście z perspektywy czasu dostrzegam ślady tego, co się działo – trzeba im przyznać: ślady
nieznaczne. W tym, jak czasem znikali, bardzo tajemniczo, i kilka godzin później tylko oględnie
wspominali o miejscu swojego pobytu; w zrozumiałych tylko dla nich żartach, rzucanych po grecku lub
nawet po łacinie uwagach, które, doskonale zdawałem sobie sprawę, miały pozostać dla mnie niejasne.
Naturalnie nie byłem tym zachwycony, ale nie wydawało mi się to ani niepokojące, ani niezwykłe,
chociaż część tych wypowiadanych mimochodem uwag i żartów dużo później nabrała makabrycznego
sensu. Na przykład pod koniec tamtego semestru Bunny miał nieznośny zwyczaj odśpiewywania nagle
refrenu przedszkolnej piosenki Rolnik sam w dolinie; mnie jedynie tym irytował i nie rozumiałem
gwałtownego wzburzenia, jakie wywoływał w pozostałych; nie wiedząc wówczas, tak jak wiem teraz, że
ta piosenka musiała ich wszystkich zmrażać do szpiku kości.
Rzecz jasna, zauważałem różne rzeczy. Przypuszczam, że przebywając z nimi tyle czasu,
niemożliwością byłoby czegoś nie zauważyć. Ale były to głównie małe dziwactwa, niezgodności,
w większości tak drobne, że mogą tylko świadczyć o tym, jak niewiele miałem powodów wyobrażać
sobie, że dzieje się coś złego. Na przykład: cała piątka wydawała się nadzwyczaj podatna na wypadki.
Ciągle byli podrapani przez koty, zacinali się przy goleniu lub potykali o stołki w ciemności – sensowne
wyjaśnienia, z pewnością, ale jak na ludzi o siedzącym trybie życia dziwnie często nabawiali się siniaków
lub skaleczeń. Zauważałem też u nich osobliwe zainteresowanie pogodą; dziwiło mnie to, bo żadne
z nich nie było zaangażowane w czynności, którym jakikolwiek rodzaj pogody mógł sprzyjać lub
przeszkadzać. A jednak mieli obsesję na tym punkcie, zwłaszcza Henry. Martwił się przede wszystkim
nagłymi spadkami temperatury; czasem, w samochodzie, przeskakiwał stacje w radiu tak rozpaczliwie jak
kapitan statku przed sztormem, szukając odczytów barometrycznych, prognoz długoterminowych,
jakichkolwiek danych. Wiadomość o tym, że słupek rtęci opada, wpędzała go w nagłe,
niewytłumaczalne przygnębienie. Zastanawiałem się, co zrobi, gdy nadejdzie zima; ale nim spadł
pierwszy śnieg, to maniactwo zniknęło i nigdy już nie wróciło.
Drobiazgi. Pamiętam, że raz obudziłem się na wsi o szóstej rano, gdy wszyscy byli jeszcze
w łóżkach, i zszedłem do kuchni, gdzie podłoga była świeżo umyta, wciąż wilgotna, nieskazitelna, nie
licząc tajemniczego odcisku stopy Piętaszka na odcinku między grzejnikiem na wodę a werandą. Czasem
budziłem się w nocy, na wpół przytomny, ale w niejasny sposób świadom czegoś; stłumione głosy,
ruch, charcica popiskująca cicho i drapiąca w drzwi mojej sypialni… Raz podsłuchałem rozmowę
bliźniąt na temat jakiejś pościeli.
– Głuptasie – szeptała Camilla, a mnie mignął złachmaniony, trzepoczący materiał pobrudzony
błotem – zabrałeś nie te, co trzeba. Nie możemy ich oddać w takim stanie.
– Podmienimy.
– Ale zorientują się. Te z pralni mają stempel. Będziemy musieli powiedzieć, że je zgubiliśmy.
Chociaż ta wymiana słów nie pozostała długo w mojej pamięci, zaintrygowała mnie, co pogłębiła
jeszcze powściągliwa reakcja bliźniąt, gdy ich o to zapytałem. Kolejną osobliwością było odkrycie
pewnego popołudnia na tylnym palniku kuchenki dużego miedzianego kotła z bulgoczącą zawartością
i specyficznym zapachem. Podniosłem pokrywkę i w twarz buchnęła mi chmura wonnej, gorzkiej pary.
Kocioł pełen był wiotkich liści w kształcie migdałów, które gotowały się w dwóch litrach czarniawej
wody. Co to, do diaska, pomyślałem, skonsternowany, ale i rozbawiony, i gdy zapytałem o to Francisa,
wyjaśnił lakonicznie: „To do mojej kąpieli”.
Łatwo dostrzec różne rzeczy z perspektywy czasu. Ale ja wtedy nie byłem niczego świadomy prócz
własnego szczęścia i nie wiem, co jeszcze powiedzieć, może tylko to, że życie wówczas wydawało się
bardziej magiczne: sieć symboli, zbiegów okoliczności, przeczuć i znaków. W pewien sposób wszystko
do siebie pasowało; jakaś przebiegła i łaskawa Opatrzność stopniowo się ujawniała, a ja czułem, że drżę
bliski jakiegoś bajecznego odkrycia, jak gdyby lada dzień wszystko miało nabrać sensu – moja
przyszłość, przeszłość, całe moje życie – a ja miałem usiąść w łóżku jak rażony gromem i wzdychać och!
och! och!
Tamtej jesieni spędziliśmy na wsi tyle szczęśliwych dni, że z dzisiejszego punktu widzenia zlewają się
one w błogą, niewyraźną plamę. W okolicach Halloween zwiędły ostatnie, najbardziej wytrwałe polne
kwiaty, a wiatr stał się ostry i porywisty, zwiewając na szarą, pomarszczoną taflę jeziora deszcze żółtych
liści. W te chłodne popołudnia, kiedy niebo przypominało ołów, a chmury pędziły po niebie,
siedzieliśmy w bibliotece, dogrzewając się ogniem z kominka. Bezlistne wierzby stukały w szyby jak
szkieletowe palce. Gdy bliźnięta grały w karty na jednym końcu stołu, a Henry pracował nad czymś na
drugim, Francis zwijał się na siedzisku pod oknem z talerzem małych kanapek na kolanach i czytał
w oryginale wspomnienia księcia de Saint-Simona, przez które z jakiegoś powodu koniecznie chciał
przebrnąć. Wcześniej chodził do kilku szkół w Europie i doskonale władał francuskim, chociaż mówił
z takim samym leniwym, snobistycznym akcentem jak po angielsku; czasem udawało mi się go
nakłonić, żeby mi pomógł z francuskim, nużącymi historyjkami o Marie i Jean-Claudzie i ich
wyprawach do tabac, które czytał na głos, anemicznie rozciągając samogłoski („Marie a apporté des
légumes à son frère”), co wszystkich doprowadzało do spazmatycznego śmiechu. Bunny leżał na
brzuchu na dywaniku przed kominkiem, odrabiając pracę domową; od czasu do czasu wykradał jedną
z kanapeczek Francisa lub zbolałym tonem zadawał jakieś pytanie. Chociaż greka sprawiała mu tyle
trudności, tak naprawdę uczył się jej znacznie dłużej niż my wszyscy, od dwunastego roku życia,
okoliczność, która stanowiła wieczny temat jego przechwałek. Chytrze dawał do zrozumienia, że był to
po prostu jego dziecięcy kaprys, przejaw wczesnego geniuszu w stylu Alexandra Pope’a; prawda była
jednak inna (czego dowiedziałem się od Henry’ego), otóż cierpiał na dość ostrą dysleksję i greka
stanowiła obowiązkowy element terapii, w jego prywatnej szkole podstawowej wyznawano bowiem
pogląd, że zmuszanie dyslektyków do uczenia się greki, hebrajskiego lub rosyjskiego, języków, które
nie stosują alfabetu rzymskiego, jest dla nich korzystne. W każdym razie talent lingwistyczny Bunny’ego
był o wiele mniejszy, niż sam sugerował; Bunny nie potrafił wykonać najprostszych zadań bez ciąg​łych
pytań, narzekań i podjadania. Pod koniec semestru nasiliła się u niego astma, snuł się więc po domu
w piżamie i szlafroku, oddychając chrap​liwie, ze sterczącymi włosami, teatralnie dysząc z inhalatorem
przy ustach. Od pigułek, które łykał z tego powodu (o czym mnie poinformowano za jego plecami),
stawał się drażliwy, nie mógł spać i przybierał na wadze. I to wytłumaczenie jego zrzędliwości pod
koniec semestru uznałem za wystarczające, chociaż później dowiedziałem się, że jej źródłem było coś
zgoła innego.
Co mam wam powiedzieć? O pewnej sobocie w grudniu, kiedy Bunny biegał wokół domu o piątej
rano, wrzeszcząc „Pierwszy śnieg!”, a potem skakał po naszych łóżkach? Czy o dniu, kiedy Camilla
próbowała mnie nauczyć kroków walca; czy o dniu, kiedy Bunny przewrócił łódkę – z Henrym
i Francisem – bo wydawało mu się, że widzi węża wodnego? O przyjęciu urodzinowym Henry’ego czy
o dwóch wypadkach, kiedy zjawiła się matka Francisa – rude włosy, czółenka z krokodylej skóry
i szmaragdy – po drodze do Nowego Jorku, ciągnąc za sobą yorkshire terriera i drugiego męża? (Była
nieprzewidywalna, ta jego matka, a Chris, jej nowy mąż, niewiele starszy od Francisa, grał w telenoweli.
Miała na imię Olivia. W czasie kiedy ją poznałem, właśnie opuściła klinikę Betty Ford, gdzie leczyła się
z alkoholizmu i uzależnienia od nieokreślonych narkotyków, i radośnie wkraczała ponownie na drogę
grzechu. Charles kiedyś mi powiedział, że zapukała do jego drzwi w środku nocy i zapytała, czy miałby
ochotę dołączyć do niej i Chrisa w łóżku. Wciąż dostaję od niej kartki na Boże Narodzenie).
Pewien dzień wszakże pozostaje szczególnie żywy w mojej pamięci, słoneczna sobota
w październiku, jeden z ostatnich ciepłych dni tamtego roku. Poprzedniej nocy – która była dość zimna
– piliśmy i rozmawialiśmy niemal do świtu, obudziłem się więc późno, zgrzany i z lekkimi mdłościami,
z pościelą zwiniętą w nogach łóżka, gdy do pokoju przez okno wpadało słońce. Dość długo leżałem
nieruchomo w łóżku. Słońce filtrowało przez moje powieki ostrą, rażącą czerwień, a spocone stopy aż mi
mrowiły z gorąca. Pode mną dom pogrążony był w ciszy, rozedrgany i przytłaczający.
Zszedłem po skrzypiących schodach na dół. Dom był statyczny, pusty. W końcu znalazłem Francisa
i Bunny’ego po zacienionej stronie werandy. Bunny miał na sobie T-shirt i bermudy; Francis, z twarzą
plamistą i albinotycznie różową, z zamkniętymi i niemal drżącymi z bólu powiekami, ubrany był
w złachany frotowy szlafrok ukradziony z hotelu.
Popijali koktajl z żółtkiem na kaca. Francis podał mi szklankę, nawet na nią nie patrząc.
– Masz, wypij to – zaproponował – porzygam się, jeśli będę na to patrzył sekundę dłużej.
Żółtko drżało lekko w swej krwawej kąpieli z keczupu i sosu worcester.
– Ale ja nie chcę – oznajmiłem i odepchnąłem od siebie szklankę.
Założył nogę na nogę i ujął grzbiet nosa między kciuk i palec wskazujący.
– Nie wiem, dlaczego przygotowuję te mikstury – powiedział. – I tak nie działają. Muszę iść po alka
seltzer.
Charles zamknął za sobą siatkę przeciw owadom i wyszedł ospale na werandę w szlafroku
w czerwone pasy.
– Wiem, czego wam trzeba – powiedział. – Coca-coli z lodami.
– Ty i ta twoja cola z lodami.
– Pomaga, mówię wam. To zostało naukowo udowodnione. Zimne rzeczy dobrze robią na mdłości,
a…
– Zawsze to powtarzasz, Charles, ale ja po prostu w to nie wierzę.
– Zechcesz mnie łaskawie wysłuchać? Lody spowalniają trawienie. Cola reguluje pracę żołądka,
a kofeina łagodzi ból głowy. Cukier dodaje energii. A poza tym dzięki temu szybciej metabolizujesz
alkohol. Idealny napój.
– Może byś mi zrobił? – zasugerował Bunny.
– Sam se zrób – odparł Charles, nagle rozdrażniony.
– Chyba jednak muszę łyknąć alka seltzer, naprawdę – rzekł Francis.
Henry, ubrany i na chodzie od bladego świtu, zszedł niedługo potem, a po nim zjawiła się zaspana
Camilla, wilgotna i zaczerwieniona po kąpieli, z głową niby złota chryzantema, o poskręcanych
w nieładzie włosach. Dochodziła druga. Charcica leżała na boku, drzemiąc, z jednym okiem ledwie
przymkniętym i przewracającym się groteskowo w oczodole.
Nie znalazłszy alka seltzeru, Francis przyniósł butelkę piwa imbirowego, szklanki i lód i siedzieliśmy
tak przez pewien czas, gdy popołudnie stawało się coraz jaśniejsze i gorętsze. Camilla – która rzadko
mogła usiedzieć w miejscu i zawsze chciała coś robić, cokolwiek, grać w karty, wybrać się na piknik lub
przejażdżkę – nudziła się i niecierpliwiła, nie czyniąc z tego tajemnicy. Miała ze sobą książkę, ale nie
czytała; siedziała z nogami przewieszonymi przez poręcz fotela i jedną bosą piętą stukała o wiklinowy
bok w upartym, letargicznym rytmie. Wreszcie, głównie po to, żeby ją zadowolić, Francis zaproponował
spacer nad jezioro. Od razu podniosło ją to na duchu. Nie mieliśmy nic do roboty, postanowiliśmy więc
z Henrym do nich dołączyć. Charles i Bunny spali, chrapiąc, w swoich fotelach.
Niebo było jaskrawym, rozpalonym błękitem, drzewa intensywnymi odcieniami czerwieni i żółci.
Francis, bosy i wciąż w szlafroku, przestępował ostrożnie kamienie i gałęzie, trzymając szklankę z piwem
imbirowym. Gdy tylko dotarliśmy nad jezioro, wszedł do wody po kolana i jął przywoływać nas
teatralnymi gestami niczym Jan Chrzciciel.
Zdjęliśmy buty i skarpety. Woda przy brzegu była przejrzysta, bladozielona, chłodna wokół kostek,
a na kamienie na dnie padały słoneczne plamki. Henry, w marynarce i krawacie, z podwiniętymi do
kolan spodniami, staroświecki bankier z obrazu surrealisty, doszedł do miejsca, gdzie stał Francis.
W brzozach szumiał wiatr, podwiewając liście, ukazując ich blade spody, porwał też sukienkę Camilli,
która wydęła się jak biały balon. Roześmiała się i szybko wygładziła spódnicę, choć ta po chwili znów
się wybrzuszyła.
Brodziliśmy oboje blisko brzegu, w płytkiej wodzie ledwie pokrywającej nam stopy. Słońce
migotało na jeziorze w świetlistych falach – nie wyglądało jak prawdziwe jezioro, lecz miraż na Saharze.
Henry i Francis odeszli dalej od brzegu: Francis mówił coś, gestykulując gwałtownie w białym
szlafroku, Henry zaś stał z dłońmi splecionymi z tyłu, niczym szatan przysłuchujący się cierpliwie
tyradzie jakiegoś pustynnego proroka.
Przeszliśmy razem spory kawałek wzdłuż brzegu, po czym zawróciliśmy. Camilla, jedną dłonią
osłaniając oczy przed światłem, opowiadała mi długą historię o czymś, co zrobiła charcica – pogryzła
dywanik z owczej skóry, który należał do właściciela mieszkania, o ich wysiłkach mających na celu
ukrycie i wreszcie zniszczenie dowodów – ale ja nie słuchałem zbyt uważnie: tak bardzo była podobna
do swojego brata, lecz jego naturalna, czysta uroda stawała się niemal czarodziejska, powtórzona,
z zaledwie drobnymi modulacjami, w niej. Była dla mnie chodzącym marzeniem, sam jej widok
rozbudzał we mnie nieskończoną bez mała gamę fantazji, od greckich do gotyckich, od wulgarnych do
boskich.
Patrzyłem na jej twarz z profilu, zasłuchany w słodką, głęboką melodię jej głosu, gdy nagle wyrwał
mnie z rozmarzenia przeszywający krzyk. Camilla zatrzymała się.
– Co się stało? – spytałem.
Wbijała spojrzenie w wodę.
– Spójrz.
Przy jej stopie rozkwitał w wodzie ciemny obłok krwi; stałem tam, mrugając powiekami, gdy nad jej
palcami unosiło się spiralnie cienkie pasemko i falowało jak smuga karmazynowego dymu.
– Jezu, co zrobiłaś?
– Nie wiem. Chyba stanęłam na czymś ostrym.
Położyła dłoń na moim ramieniu, a ja przytrzymałem ją w pasie. Kawałek zielonego szkła długi na
siedem centymetrów wbił się w stopę tuż nad łukiem. Krew pulsowała gęsto w rytmie serca; zaplamione
czerwono szkło połyskiwało złowrogo w słońcu.
– Co to jest? – spytała, usiłując się wychylić, żeby zobaczyć ranę. – Bardzo się skaleczyłam?
Przecięła tętnicę. Krew tryskała mocno i szybko.
– Francis!? – wrzasnąłem. – Henry!?
– Matko Boska – jęknął Francis, gdy znalazł się dostatecznie blisko, żeby zobaczyć, co się stało,
i zaczął biec do nas, przytrzymując jedną ręką poły szlafroka nad wodą. – Ale się urządziłaś. Możesz
chodzić? Daj, zobaczę – wydyszał.
Camilla mocniej ścisnęła mnie za ramię. Spód jej stopy spływał czerwienią. Grube krople skapywały
do wody, rozpraszając się jak atrament w czystej wodzie.
– O Boże – powiedział Francis, zamykając oczy. – Bardzo boli?
– Nie – odparła z werwą, ale wiedziałem, że jest inaczej; czułem, jak drży, i pobielała na twarzy.
Nagle znalazł się przy nas także Henry i pochylił się nad nią.
– Obejmij mnie za szyję – poinstruował ją; sprawnie wziął ją na ręce, lekko, jakby była ze słomy,
jednym ramieniem podtrzymując głowę, a drugim kolana. – Francis, leć po apteczkę z samochodu.
Spotkamy się w połowie drogi.
– Dobra – rzucił Francis, ciesząc się, że ktoś mu mówi, co ma robić, i zaczął brodzić w stronę brzegu,
rozchlapując wodę.
– Henry, postaw mnie. Wybrudzę cię całego krwią.
Nie zwracał uwagi na jej słowa.
– Richard – zwrócił się do mnie – masz, weź tę skarpetę i obwiąż jej nogę w kostce.
Dopiero teraz pomyślałem o opasce uciskowej; niezły byłby ze mnie lekarz, nie ma co.
– Za mocno? – spytałem ją.
– W porządku. Henry, wolałabym, żebyś mnie postawił. Jestem za ciężka.
Uśmiechnął się do niej. Jeden z przednich zębów Henry’ego był lekko ukruszony, czego wcześniej
nie zauważyłem; ta szczerba sprawiała, że jego uśmiech stawał się szczególnie ujmujący.
– Jesteś leciutka jak piórko – rzekł.
Czasami, kiedy dochodzi do wypadku i rzeczywistość staje się zbyt nagła i dziwna, by ją ogarnąć
umysłem, wkrada się poczucie surrealizmu. Akcja zwalnia do onirycznego tempa, klatka po klatce; ruch
ręki, wypowiedziane zdanie wypełniają całą wieczność. Małe rzeczy – świerszcz na łodydze, żyłki na
liściu – potężnieją, wydobyte z tła nabierają rażącej wręcz ostrości. I to właśnie wydarzyło się wtedy, gdy
szliśmy łąką do domu. Jak na obrazie zbyt kolorowym, by mógł być prawdziwy – każdy kamyk, każde
źdźbło wyraźnie zaznaczone, niebo tak błękitne, że aż oślepiające. Camilla leżała bezwładnie na rękach
Henry’ego z głową odrzuconą do tyłu, jak martwa, linia szyi piękna i bez życia. Rąbek jej sukienki
trzepotał nierealnie na wietrze. Spodnie Henry’ego pokryły się plamkami wielkości
dwudziestopięciocentówki, zbyt czerwonymi jak na krew, jak gdyby ktoś machnął w jego stronę
pędzlem. W przemożnej ciszy między naszymi wygłuszonymi krokami krew śpiewała mi w uszach
świszcząco i szybko.
Charles zbiegał boso ze wzgórza, ślizgając się, wciąż w szlafroku, z Francisem tuż za nim. Gdy
Henry przyklęknął i położył Camillę na trawie, ta podparła się na łokciach.
– Camilla, żyjesz? – spytał zdyszany Charles, przypadłszy do ziemi, by obejrzeć ranę.
– Ktoś – ogłosił Francis, odwijając kawałek bandaża – będzie musiał wyciągnąć jej ze stopy to szkło.
– Mam spróbować? – spytał Charles, spoglądając na nią.
– Ale ostrożnie.
Charles, przytrzymując piętę, chwycił szkło między kciuk i palec wskazujący i pociągnął lekko.
Camilla wstrzymała oddech, krzywiąc się z bólu.
Charles cofnął się jak oparzony. Zrobił ruch, jak gdyby miał znów dotknąć jej stopy, ale nie mógł
się przemóc. Czubki palców miał mokre od krwi.
– No, szybciej – ponaglała Camilla dosyć opanowanym głosem.
– Nie mogę. Boję się, że cię zaboli.
– I tak mnie boli.
– Nie mogę – powtórzył Charles z żałosną miną, podnosząc na nią wzrok.
– Odsuń się – zakomenderował niecierpliwie Henry, przyklęknął szybko i chwycił jej stopę.
Charles odwrócił się; zbladł prawie tak bardzo jak siostra i zastanawiałem się, czy prawdziwa jest ta
stara historia, że jedno z bliźniąt czuje ból, gdy skaleczy się drugie.
Camilla skrzywiła się, otwierając szerzej oczy; Henry podniósł krzywy kawałek szkła
w zakrwawionej ręce.
– Consummatum est – obwieścił.
Francis zabrał się do roboty uzbrojony w jodynę i bandaże.
– Boże – jęknąłem, biorąc do ręki zaczerwieniony kawałek szkła i podnosząc go pod światło.
– Grzeczna dziewczynka – pochwalił ją Francis, bandażując stopę w podbiciu. Jak większość
hipochondryków miał osobliwie kojące podejście do chorych. – Proszę bardzo. Ani jednej łzy.
– Aż tak bardzo mnie nie bolało.
– Akurat, już ci wierzę – rzekł Francis. – Byłaś naprawdę dzielna.
Henry podniósł się z trawy.
– Była dzielna – oznajmił.
Tego dnia późnym popołudniem siedzieliśmy z Charlesem na werandzie. Oziębiło się nagle; na niebie
wciąż błyszczało słońce, ale wzmógł się wiatr. W domu pan Hatch rozpalał w kominku i wyczuwałem
nieznaczną woń drzewnego dymu. Francis też był w środku, przygotowując kolację; śpiewał przy tym
i jego wysoki, przenikliwy głos, lekko fałszujący, dolatywał do nas przez kuchenne okno.
Rana Camilli nie była poważna. Francis zawiózł ją na izbę przyjęć – Bunny też pojechał, bo był
wściekły, że przespał tak ekscytujące zdarzenie – i po godzinie była z powrotem, z sześcioma szwami na
stopie, bandażem i butelką tylenolu z kodeiną. Teraz Bunny i Henry grali na dworze w krokieta,
a Camilla towarzyszyła im, podskakując na zdrowej nodze i podpierając się dużym palcem drugiej stopy,
dziwnie żwawo z naszej perspektywy na werandzie.
Piliśmy z Charlesem whisky z wodą sodową. Wcześniej usiłował mnie nauczyć grać w pikietę („bo
w to samo gra Rawdon Crawley w Targowisku próżności”), ale nie byłem pojętnym uczniem i karty
leżały teraz porzucone.
Charles pociągnął łyczek swojej whisky. Do tej pory nie zadał sobie trudu, żeby się ubrać.
– Szkoda, że musimy jutro wracać do Hampden – powiedział.
– Gdybyśmy tak nigdy nie musieli tam wracać – rozmarzyłem się. – Gdybyśmy tak mogli
zamieszkać tutaj.
– Może będziemy mogli.
– Co?
– To znaczy nie teraz. Ale może kiedyś. Po studiach.
– Jakim cudem?
Wzruszył ramionami.
– Cóż, ciotka Francisa nie sprzeda tego domu, bo chce go zatrzymać w rodzinie. Francis mógłby go
od niej odkupić za bezcen, gdy skończy dwadzieścia jeden lat. A nawet jeśli nie będzie w stanie, Henry
ma tyle forsy, że nie wie, co z nią zrobić. Mogliby go kupić razem. Żaden problem.
Zaskoczyła mnie tak pragmatyczna odpowiedź.
– Chodzi o to, że Henry po studiach, jeśli je skończy, chce tylko znaleźć miejsce, gdzie będzie mógł
pisać książki i czytać o „dwunastu wielkich kulturach”.
– Jak to „jeśli skończy”?
– Bo może nie będzie mu się chciało. Może mu się znudzą. Już wspominał o wyjeździe. Nie ma
żadnego powodu, żeby tu zostać, a już na pewno nigdzie się nie zatrudni.
– Myślisz? – spytałem zaciekawiony; zawsze wyobrażałem sobie Henry’ego, jak uczy greki w jakimś
zapadłym, ale znakomitym college’u na Środkowym Zachodzie.
Charles prychnął.
– No oczywiście. Niby po co? Nie potrzebuje pieniędzy, a poza tym byłby fatalnym nauczycielem.
Francis z kolei nigdy nie pracował. Przypuszczam, że mógłby zamieszkać z matką, tylko że nie znosi
tego jej fagasa. Bardziej by mu się podobało tutaj. Morrow też nie byłby za daleko.
Wypiłem łyk drinka i spojrzałem na odległe postacie na trawniku. Bunny, z włosami opadającymi na
oczy, przygotowywał się do uderzenia, wymachując młotkiem i przenosząc ciężar z nogi na nogę
niczym zawodowy golfista.
– Morrow ma rodzinę? – spytałem.
– Nie – rzucił Charles z buzią pełną kostek lodu. – Ma jakichś siostrzeńców, ale nie znosi ich.
Popatrz na to – powiedział nagle, podnosząc się nieco z fotela.
Spojrzałem. W oddali na trawniku Bunny wreszcie wykonał uderzenie; kula szeroko ominęła szóstą
i siódmą bramkę, ale, co nieprawdopodobne, trafiła w iglicę.
– Patrz – powiedziałem. – Założę się, że będzie próbował zrobić kolejne wybicie.
– Ale mu się nie uda – rzekł Charles, znów siadając, ze wzrokiem wciąż jednak skierowanym
w stronę trawnika. – Popatrz na Henry’ego. Postawi się.
Henry wskazywał na opuszczone bramki i nawet z tej odległości domyślałem się, że cytuje zasady
gry; doleciały nas słabe okrzyki protestu w wykonaniu Bunny’ego.
– Już mnie tak nie męczy kac – poinformował po chwili Charles.
– Mnie też – oznajmiłem.
Słońce na trawniku miało złocisty odcień, rzucając wydłużone aksamitne cienie, a promienne niebo
z chmurami było jak wyjęte z płótna Constable’a; chociaż nie chciałem się do tego przyznać, byłem już
na rauszu.
Przez chwilę nic nie mówiliśmy. Z trawnika dobiegało nas ciche „stuk” młotka uderzającego
w krokietową kulę; z okna, przy brzęku garnków i trzaśnięciach szafek Francis wciąż śpiewał, jakby to
była najweselsza piosenka na świecie:
– Jesteśmy czarnymi owieczkami, które się zgubiły… Bee, bee, bee.
– A jeśli Francis kupi ten dom? – spytałem wreszcie. – Myślisz, że pozwoli nam tu zamieszkać?
– Jasne. Zanudziłby się na śmierć, gdyby został tylko z Henrym. Podejrzewam, że Bunny może
będzie musiał podjąć pracę w banku, ale mógłby zawsze przyjeżdżać w weekendy, jeśli zostawi w domu
Marion z dzieciakami.
Roześmiałem się. Poprzedniej nocy Bunny wyznał nam, że chciałby mieć ośmioro dzieci, czterech
chłopców i cztery dziewczynki; co sprowokowało długą, poważną przemowę Henry’ego o tym, jak to
realizacja cyklu rozrodczego jest w przyrodzie zapowiedzią rychłej degresji i śmierci.
– To straszne – powiedział Charles. – Naprawdę, już go widzę. Jak stoi przed domem w jakimś
kretyńskim fartuchu.
– Smaży hamburgery na grillu.
– Z jakąś dwudziestką biegających dookoła i wrzeszczących bachorów.
– Pikniki charytatywne.
– Fotele z wyciąganymi podnóżkami.
– Jezu.
W brzozach zaszeleścił nagle wiatr; na ziemię opadł kłąb żółtych liści. Wypiłem łyk whisky. Nawet
gdybym wychował się w tym domu, nie mógłbym kochać go bardziej, nie mógłbym lepiej znać
skrzypienia huśtawki, wzoru powojnika na kratownicy, aksamitnego pofałdowania kraj​obrazu
rozpływającego się w szarości widnokręgu oraz pasa drogi widocznej – ledwo co – na wzgórzach za
drzewami. Same barwy tego miejsca wniknęły w moją krew: tak jak Hampden w latach późniejszych
zawsze jawił się w mojej wyobraźni w bezładnym wirze bieli, zieleni i czerwieni, tak dom na wsi
wyłaniał się najpierw jako cudowny melanż akwarel, kości słoniowej i lazuru, brązu, ciemnego oranżu
i złota, stopniowo przechodząc w zarysy zapamiętanych rzeczy: domu, nieba, klonów. Ale już tamtego
dnia, tam na werandzie, z Charlesem u mego boku i zapachem drzewnego dymu w powietrzu, miał on
właściwość wspomnienia; był tam, miałem go przed oczami, a jednak wydawał się zbyt piękny, bym
mógł w niego uwierzyć.
Ściemniało się; zbliżała się pora kolacji. Jednym haustem dopiłem drinka. Myśl o tym, że tam
zamieszkam, nie musząc już nigdy wracać
do asfaltu, centrów handlowych i mebli z segmentów; zamieszkam tam z Charlesem, Camillą, Henrym
i Francisem i może nawet z Bunnym; że nikt nie weźmie ślubu, nie wróci do domu ani nie dostanie
pracy w mieście oddalonym o tysiąc kilometrów, ani nie zrobi żadnej z tych zdradziec​kich rzeczy,
których dopuszczają się przyjaciele po studiach, że wszystko pozostanie dokładnie takie jak w tej chwili
– myśl ta była tak boska, że chyba nie sądziłem, nawet wtedy, że może się kiedykolwiek ziścić, ale lubię
sobie wyobrażać, że w to wierzyłem.
Francis przygotowywał się do wielkiego finału swojego występu.
– Hulajmy, panowie wojacy… Przeklęci stąd do wieczności…
Charles zerknął na mnie z ukosa.
– A co z tobą? – zapytał.
– Co masz na myśli?
– W sensie: czy masz jakieś plany? – Roześmiał się. – Co zamierzasz robić przez następnych
czterdzieści lub pięćdziesiąt lat swojego życia?
Na trawniku Bunny wybił właśnie kulę Henry’ego około dwudziestu metrów poza pole. Rozległ się
zgrzytliwy śmiech, daleki, lecz wyraźny, przedarł się do nas przez wieczorne powietrze. Ten śmiech
wciąż mnie prześladuje.
* Fragment Ziemi jałowej T.S. Eliota, tłum. Cz. Miłosz, Kraków 2004, s. 57 (przyp. tłum.).
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Odkąd po raz pierwszy postawiłem stopę w Hampden, z lękiem myślałem o końcu semestru
i konieczności powrotu do Plano, płaskiego kraj​obrazu, stacji benzynowych i kurzu. Gdy mijał semestr,
śnieg stawał się coraz głębszy, ranki coraz ciemniejsze, a każdy dzień zbliżał mnie do daty na rozmazanej
kserokopii („17 grudnia – termin dostarczenia wszystkich prac zaliczeniowych”) przyklejonej po
wewnętrznej stronie drzwiczek szafy, moja melancholia zaczęła zamieniać się w coś podobnego do
trwogi. Wątpiłem, czy będę w stanie znieść święta w domu rodziców, z plastikową choinką, bez śniegu,
przy włączonym bez przerwy telewizorze. Poza tym rodzice też specjalnie nie palili się do tego, żeby
mnie u siebie gościć. W ostatnich latach zaczęli się zadawać ze starszym od siebie, gadatliwym,
bezdzietnym małżeństwem – państwem MacNattami. Pan MacNatt zajmował się sprzedażą
samochodowych części zamiennych, a pani MacNatt miała gołębie kształty i była akwizytorką Avonu.
Za ich namową rodzice jeździli autobusem do dyskontów, grali w „bunko” lub przesiadywali w piano
barze w hotelu Ramada Inn. W okresie świątecznym udział w tych atrakcjach znacznie się nasilał i moja
obecność, choć krótka i sporadyczna, odbierana była jako przeszkoda, a także coś w rodzaju wyrzutu.
Ale święta były tylko połową problemu. Jako że Hampden leżało tak daleko na północy, a budynki
były stare i drogie w ogrzewaniu, uczelnia zamykała się na styczeń i luty. Już słyszałem, jak mój
podchmielony ojciec skarży się na mnie panu MacNattowi, a pan MacNatt chytrze podjudza go swoimi
komentarzami, insynuując, że jestem rozpieszczony i że on nie pozwoliłby swojemu synowi, gdyby go
miał, tak sobie wchodzić na głowę. Poduszczany w ten sposób ojciec dostawał furii; w końcu wpadał
teatralnie do mojego pokoju i z drżącym palcem wskazującym, przewracając oczami jak Otello, kazał mi
się wynosić. Zrobił tak kilka razy, gdy chodziłem do liceum i do college’u w Kalifornii, z żadnego
konkretnego powodu, po to tylko, żeby przy matce i swoich znajomych zademonstrować swoją władzę
nade mną. Zawsze przyjmowano mnie z powrotem, gdy męczyła go skupiana na nim uwaga, i pozwalał
mojej matce „przemówić sobie do rozumu”, ale teraz? Nie miałem już nawet swojego pokoju
w Kalifornii; w październiku matka przekazała mi w liście, że sprzedała meble i zamieniła moją sypialnię
w pokój krawiecki.
Henry i Bunny wybierali się na ferie zimowe do Włoch, do Rzymu. Zaskoczyła mnie ta wiadomość,
którą Bunny ogłosił na początku grudnia, zwłaszcza że obaj od ponad miesiąca byli w kiepskich
nastrojach, w szczególności Henry. Wiedziałem, że Bunny w ostatnich tygodniach naciągał go na kasę,
ale chociaż Henry narzekał na ten stan rzeczy, wydawało się o dziwo, że nie jest w stanie mu odmówić.
Byłem całkiem pewien, że nie chodzi o pieniądze jako takie, lecz o zasadę; byłem też całkiem pewien, że
jeśli pojawiło się jakieś napięcie między nimi, to Bunny niczego sobie nie uświadamia.
Nie mówił o niczym innym, tylko o podróży. Kupił ubrania, przewodniki, płytę pod tytułem
Parliamo Italiano, która obiecywała nauczyć włoskiego w dwa tygodnie lub jeszcze szybciej („Nawet
tych, którzy do tej pory nie mieli szczęścia na innych kursach językowych!”, zapewniano na okładce),
oraz egzemplarz Piekła w tłumaczeniu Dorothy Sayers. Wiedział, że nie mam dokąd pojechać na ferie
zimowe, i uwielbiał pastwić się nade mną z tego powodu.
– Będę myślał o tobie, popijając campari i pływając gondolą – obiecał, puszczając oczko.
Henry niewiele miał do powiedzenia na temat tej wyprawy. Gdy Bunny trajkotał, on siedział,
zaciągając się głęboko i zdecydowanie papierosem, udając, że nie rozumie jego koślawej włoszczyzny.
Francis oznajmił, że z radością ugościłby mnie na święta w Bostonie, a potem zabrał ze sobą do
Nowego Jorku; bliźnięta zadzwoniły do babki w Wirginii, która powiedziała, że też chętnie by mnie
przyjęła na całą przerwę zimową. Ale pozostawała kwestia pieniędzy. Musiałem zarabiać w czasie
wolnym od zajęć przed rozpoczęciem drugiego semestru. Potrzebowałem pieniędzy, chcąc wrócić na
studia na wiosnę, a przecież nie mógłbym pracować, gdybym balował razem z Francisem. Bliźnięta, jak
zawsze w czasie świąt, miały pomagać w kancelarii prawniczej wuja, ale i tak trudno było znaleźć zajęcie
dla nich dwojga – Charles woził wujka Ormana na sporadyczne wyprzedaże majątków i do sklepu
monopolowego, Camilla zaś przesiadywała w kancelarii, gotowa odebrać telefon, który nigdy nie
dzwonił. Jestem pewien, że nie przyszło im nawet na myśl, że ja też chciałbym pracować – wszystkie
moje opowieści o kalifornijskich bogactwach zapadły im w pamięć bardziej, niż sądziłem.
– Co będę robił, gdy wy pójdziecie do pracy? – spytałem w nadziei, że pojmą aluzję, ale oczywiście
tak się nie stało.
– Obawiam się, że nie ma tam zbyt wiele do roboty – rzekł Charles przepraszającym tonem. –
Możesz czytać, rozmawiać z babcią, bawić się z psami.
Wydawało się, że nie mam wyjścia, muszę zostać w Hampden. Doktor Roland wyraził chęć
zatrzymania mnie, chociaż z pensją, która nie wystarczyłaby na przyzwoity czynsz. Charles i Camilla
podnajmowali swoje mieszkanie, a u Francisa miał zatrzymać się jego nastoletni kuzyn; lokum
Henry’ego z tego, co wiedziałem, stało puste, ale nie zaproponował mi, bym się u niego zatrzymał, ja zaś
byłem zbyt dumny, żeby go o to prosić. Dom na wsi też stał pusty, ale dzieliła go od Hampden godzina
drogi, a ja nie miałem samochodu. Potem usłyszałem o starym hipisie, absolwencie Hampden, który
w opuszczonym magazynie prowadził warsztat naprawy instrumentów muzycznych. Pozwalał mieszkać
za darmo w warsztacie, jeśli od czasu do czasu strugało się dla niego kołki lub szlifowało mandoliny.
Po części dlatego, że nie chciałem brać na siebie ciężaru czyjejś litości lub pogardy, nie mówiłem
nikomu o tym, gdzie zamierzam się zatrzymać. Niechciany w czasie ferii przez moich czarujących,
nieużytecznych rodziców – taka była oficjalna wersja – postanowiłem zostać sam w Hampden (w
nieokreślonym miejscu) i popracować nad greką, dumnie odrzucając podyktowane wyrzutami sumienia
rodzicielskie propozycje pomocy finansowej.
Swym stoicyzmem, poświęceniem się nauce à la Henry i ogólną pogardą dla świata materialnego
zaskarbiłem sobie podziw wszystkich, zwłaszcza samego Henry’ego.
– Wcale bym się nie pogniewał, gdybym sam miał tu zostać na zimę – poinformował mnie pewnego
ponurego wieczoru pod koniec listopada, gdy wracaliśmy od Charlesa i Camilli, a nasze buty zatapiały
się po kostki w wilgotnych liściach, którymi zasłana była ścieżka. – Uczelnia nie pracuje, sklepy
w mieście zamykają się przed piętnastą. Wszystko jest białe i puste i słychać tylko wiatr. W dawnych
czasach śnieg zasypywał domy aż po dach i uwięzieni w środku ludzie umierali z głodu. Znajdowano
ich dopiero wiosną.
Mówił sennym, spokojnym głosem, mnie jednak przepełniał niepokój. Tam, gdzie mieszkałem,
zimą nawet nie padał śnieg.
W ostatnim tygodniu semestru wszystkich ogarnął szał pakowania, pisania prac zaliczeniowych,
rezerwowania biletów lotniczych i telefonowania do domu – wszystkich oprócz mnie. Nie musiałem
wcześnie oddawać prac, bo nigdzie nie wyjeżdżałem; mogłem spakować się bez pośpiechu, gdy
akademiki opustoszeją. Bunny wyjechał pierwszy. Przez trzy tygodnie panikował w związku z esejem,
który musiał napisać na zaliczenie jednego z kursów o nazwie „Arcydzieła literatury angielskiej”.
Zadanie polegało na spłodzeniu dwudziestu pięciu stron na temat Johna Donne’a. Wszyscy
zachodziliśmy w głowę, jak tego dokona, bo pisanie szło mu jak po grudzie; chociaż dysleksja stanowiła
dogodną wymówkę, prawdziwym problemem była nie ona, tylko niemożność dłuższego skupienia
uwagi, jak u dziec​ka. Niezależnie od kursu rzadko czytał wymagane lektury lub dodatkowe materiały.
Jego wiedza na dowolny temat stanowiła zwyk​le miszmasz poplątanych, często zdumiewająco
niezwiązanych z tematem lub wyrwanych z kontekstu faktów, które zapamiętał z dyskusji bądź wmówił
sobie, że przeczytał. Gdy przychodziła pora napisania pracy, uzupełniał te wątp​liwej jakości strzępy
wiedzy, bombardując Henry’ego pytaniami (miał w zwyczaju konsultować się z nim, jakby zaglądał do
atlasu) lub szukając informacji albo w encyklopedii, albo w leksykonie pod tytułem Ludzie myśli
i czynu, sześciotomowym dziele pastora E. Tiptona Chatsforda z lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego
wieku, składającym się z krótkich sylwetek wybitnych jednostek z minionych stuleci, napisanym dla
dzieci i ilustrowanym dramatycznymi sztychami.
Wszystko, co wychodziło spod pióra Bunny’ego, musiało być zatrważająco oryginalne, skoro
korzystał z tak dziwacznych źródeł, wprowadzając dalsze zmiany w trakcie swej niezbyt lotnej analizy,
ale praca na temat Johna Donne’a musiała być najgorsza ze wszystkich dotychczasowych fatalnych prac
Bunny’ego (jak na ironię był to jedyny jego tekst, który doczekał się druku. Po zniknięciu Bunny’ego
jakiś dziennikarz poprosił o fragment z dorobku zaginionego młodego uczonego i Marion dała mu
kopię tej pracy, której pieczołowicie zredagowany akapit ukazał się na łamach magazynu „People”).
Bunny dowiedział się gdzieś, że John Donne poznał Izaaka Waltona, i w jakimś mętnym zakamarku
jego umysłu ta znajomość zaczęła nabierać coraz większego znaczenia, aż obaj stali się właściwie jedną
i tą samą osobą. Nigdy nie zrozumieliśmy, jak doszło do tego fatalnego skojarzenia: Henry winił Ludzi
myśli i czynu, ale nikt nie miał co do tego pewności. Parę tygodni przed terminem oddania pracy Bunny
zaczął pojawiać się u mnie w pokoju o drugiej lub trzeciej nad ranem, wyglądając, jakby o włos uniknął
jakiejś katastrofy, z przekrzywionym krawatem, z dzikim i rozbieganym wzrokiem.
– Cześć, cześć – mawiał, wchodząc do środka, przeczesując obiema rękami zmierzwione włosy. –
Mam nadzieję, że cię nie obudziłem, pozwolisz, że pstryknę światło, co? O tak, od razu lepiej…
Włączał światło, a potem chodził tam i z powrotem po pokoju, nie zdjąwszy płaszcza, z rękami
założonymi z tyłu, kręcąc głową. Wreszcie nieruchomiał i mówił z desperackim spojrzeniem:
– Metahemeralizm. Opowiedz mi o tym. Wszystko, co wiesz. Muszę się dowiedzieć czegoś
o metahemeralizmie.
– Przepraszam, ale nie wiem, co to takiego.
– To tak jak ja – przyznawał Bunny łamiącym się głosem. – Ma coś wspólnego ze sztuką lub
bukolizmem czy czymś takim. W ten sposób połączę Johna Donne’a z Izaakiem Waltonem, rozumiesz. –
Znów zaczął chodzić po pokoju. – Donne. Walton. Metahemeralizm. Tak widzę ten problem.
– Bunny, wątpię, żeby w ogóle istniało takie słowo jak „metahemeralizm”.
– Ależ oczywiście, że istnieje. Pochodzi z łaciny. Ma związek z ironią i sielanką. Tak, tak. Właśnie.
Może też z malarstwem i rzeźbą.
– Figuruje w słowniku?
– Nie wiem. Nie wiem, jak się pisze. Bo wiesz… – Nakreślił w powietrzu kształt ramy obrazu –
poeta i rybak. Parfait. Przyjaciele od serca. Otwarte przestrzenie. Poczciwe życie. Metahemeralizm musi
być tu spoiwem, rozumiesz?
I tak to się ciągnęło, czasem przez pół godziny lub dłużej: Bunny trajkotał o łowieniu ryb, sonetach
i Bóg wie czym jeszcze, aż w połowie tego monologu przychodziła mu do głowy jakaś genialna myśl
i ulatniał się tak szybko, jak wcześniej zwalał mi się na głowę.
Skończył pracę cztery dni przed terminem i przed oddaniem wszystkim ją pokazywał.
– Niezły esej, Bun… – chwalił ostrożnie Charles.
– Dzięki, dzięki.
– Ale nie sądzisz, że powinno być więcej odniesień do Johna Donne’a? Temat tego nie wymaga?
– Ach, Donne – rzucił drwiąco Bunny. – Nie chcę go w to wciągać.
Henry odmówił lektury.
– Jestem przekonany, że to nie na moją głowę, Bunny, naprawdę – rzekł, przeglądając pierwszą
stronę. – Powiedz mi, co jest nie tak z tą czcionką?
– Potrójna interlinia – oznajmił dumnie Bunny.
– To chyba jakieś dwa i pół centymetra.
– Wygląda trochę jak wolny wiersz, prawda?
Henry prychnął cicho, rozbawiony.
– Raczej jak menu w restauracji – skwitował.
Wszystko, co zapamiętałem z tej pracy, to ostatnie zdanie: „I gdy zostawiamy Donne’a i Waltona
u brzegów metahemeralizmu, czule machamy na pożegnanie tym słynnym kompanom sprzed wieków”.
Zastanawialiśmy się, czy dostanie zaliczenie. Ale Bunny niczym się nie martwił: perspektywa wyprawy
do Włoch, na tyle bliska, że nocą rzucała na jego łóżko cień wieży w Pizie, wprawiła go w stan
najwyższego podniecenia i zależało mu, żeby jak najszybciej opuścić Hampden i uporać się
z rodzinnymi obowiązkami przed wyruszeniem w drogę.
Jako że nie miałem nic do roboty, spytał mnie obcesowo, czy pomogę mu się spakować. Zgodziłem
się i zastałem go wśród porozrzucanych ubrań w trakcie przesypywania całej zawartości szuflad do
walizek. Sięgnąłem ostrożnie po oprawioną japońską grafikę ze ściany i położyłem ją na biurku.
– Nie dotykaj jej! – krzyknął, upuszczając z hukiem szufladę szafki nocnej. Śmignął do biurka
i złapał rycinę. – Ona ma dwieście lat.
Akurat dobrze wiedziałem, że to wierutne brednie, bo kilka tygodni wcześniej przyuważyłem go, jak
starannie wycina ją z książki w bibliotece; nic nie powiedziałem, ale byłem tak zirytowany, że
natychmiast wyszedłem przy wtórze skąpych wyjaśnień, na jakie pozwalała mu duma. Później, po jego
wyjeździe, znalazłem w swojej skrzynce nieporadny liścik z przeprosinami zawinięty wokół taniego
tomiku wierszy Ruperta Brooke’a i pudełka drażetek miętowych.
Henry wyjechał szybko i dyskretnie. Jednego wieczoru oznajmił, że wyjeżdża, a następnego już go
nie było. (Przed Włochami wybrał się do Saint Louis? Nikt z nas nie wiedział). Dzień później Hampden
opuścił Francis, czemu towarzyszyły długie, rozwlekłe pożegnania ​– wykrzykiwał je przez dobrych
czterdzieści pięć minut zza opuszczonej szyby, przy pracującym silniku, w wielkich kłębach białego
dymu spowijającego mustanga, gdy Charles, Camilla i ja staliśmy na poboczu, z czerwonymi nosami
i na wpół zamarzniętymi uszami.
Najbardziej przykro było mi się rozstać z bliźniętami, może dlatego, że wyjeżdżali jako ostatni. Po
tym, jak dźwięki klaksonu Francisa umilk​ły w śnieżnej, głuchej dali, ścieżką przez las przeszliśmy do ich
mieszkania, nie mówiąc zbyt wiele. Gdy Charles włączył światło, zauważyłem, że jest tam nieznośnie
czysto – pusty zlew, wypastowane podłogi i rządek walizek pod drzwiami.
Tego dnia w południe zamknięto stołówkę; śnieg sypał mocno, robiło się ciemno, a my nie
mieliśmy samochodu; lodówka, świeżo umyta i zalatująca lizolem, była pusta. Siedząc przy kuchennym
stole, zjedliśmy smutną, zaimprowizowaną kolację z zupy grzybowej z puszki, krakersów i herbaty bez
cukru i mleka. Głównym tematem rozmów była trasa podróży Charlesa i Camilli – jak poradzą sobie
z bagażem i na którą powinni zamówić taksówkę, żeby zdążyć na pociąg o szóstej trzydzieści rano.
Brałem udział w tych podróżniczych pogaduszkach, ale już wtedy zstępowała na mnie głęboka
melancholia, która miała mnie nie opuścić przez kilka tygodni; wciąż miałem w uszach warkot
samochodu Francisa, oddalający się i wreszcie cichnący w śniegu, i po raz pierwszy uzmysłowiłem
sobie, jakże samotne będą dla mnie następne dwa miesiące – zamknięta uczelnia, głęboki śnieg, wszyscy
gdzieś daleko.
Powiedzieli mi, żebym następnego dnia nie zawracał sobie głowy pożegnaniami, wyruszali tak
wcześnie, ale mimo to stawiłem się u nich znowu o piątej. Był bezchmurny, ciemny ranek inkrustowany
gwiazdami; termometr na werandzie Świetlicy wskazywał zero stopni. Taksówka, z silnikiem
pracującym na jałowym biegu, stała w chmurze oparów i czekała już przed domem. Kierowca właśnie
zatrzasnął bagażnik wypełniony walizkami, a Charles i Camilla zamykali drzwi na klucz. Byli zbyt
rozemocjonowani i zaaferowani, żeby ucieszyć się jakoś specjalnie z mojej obecności. Oboje zwykle
denerwowali się przed podróżą; ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym podczas weekendowej
wyprawy do Waszyngtonu i na wiele dni, zanim sami mieli gdziekolwiek wyjechać, trawił ich niepokój.
Poza tym byli lekko spóźnieni. Charles odstawił walizkę, żeby uścisnąć mi dłoń.
– Wesołych świąt, Richard. Będziesz pisał, prawda? – dodał, po czym ruszył ścieżką do taksówki.
Camilla, taszcząc dwie olbrzymie torby podróżne, upuściła obie w śnieg i powiedziała:
– Do diabła, nie uda nam się załadować do pociągu tylu rzeczy. W życiu.
Oddychała ciężko i na jej jasnych policzkach płonęły intensywne czerwone koła; w całym swoim
życiu nie widziałem dotąd kogoś tak obłęd​nie pięknego jak ona w tym momencie. Stałem, mrugając
powiekami, tępo w nią wpatrzony, słysząc w uszach dudnienie krwi, zapomniawszy o starannie
przygotowanym planie pożegnalnego pocałunku, gdy nieoczekiwanie podbiegła do mnie i oplotła
ramionami. Słyszałem wyraźnie w uchu jej chrapliwy oddech, a jej policzek był zimny jak lód, gdy
chwilę potem przycisnęła go do mojej twarzy; chwyciwszy jej dłoń w rękawiczce, poczułem pod
palcami szybki puls delikatnego nadgarstka.
Taksówkarz zatrąbił i Charles wystawił głowę przez okno.
– Szybciej – krzyknął.
Przeniosłem jej torby do chodnika i stanąłem pod latarnią, gdy odjeżdżali. Siedzieli z tyłu,
odwróceni do mnie, machając przez szybę, a ja stałem i patrzyłem na nich i na swoje zniekształcone
odbicie zmniejszające się w zakrzywieniu ciemnej szyby, aż samochód skręcił na rogu i znikł.
Stałem na wyludnionej ulicy, dopóki nie ucichł całkowicie odgłos silnika, i słyszałem tylko szum
drobnego śniegu, którego małe wiry podrywał z ziemi wiatr. Ruszyłem z powrotem w stronę kampusu,
z rękoma głęboko w kieszeniach, słysząc nieznośnie głośny chrzęst własnych kroków. Akademiki były
ciche i ciemne, a parking za kortem tenisowym pusty oprócz kilku samochodów kadry profesorskiej
i samotnej zielonej furgonetki personelu technicznego. W moim akademiku na korytarzach walały się
pudełka po butach, wieszaki, drzwi były uchylone, wszystko tonęło w mroku i grobowej ciszy. Jeszcze
nigdy nie czułem się tak przygnębiony. Zaciągnąłem rolety, położyłem się na niepościelonym łóżku
i znów zasnąłem.
Miałem tak mało rzeczy, że mogłem zabrać wszystko za jednym podejściem. Gdy znów się obudziłem,
około południa, spakowałem swoje dwie walizki, zostawiłem klucz u dozorcy i zacząłem taszczyć je
pustą, zaśnieżoną drogą do miasta i dalej, pod adres, który hipis podał mi przez telefon.
Przeprawa trwała dłużej, niż się spodziewałem. Szybko musiałem zejść z głównej drogi
i przemierzałem wyjątkowo wymarłe okolice Mount Cataract. Moja trasa wiodła wzdłuż bystrej, płytkiej
rzeki – Battenkill – tu i tam spiętej krytymi mostami.
Po drodze widziałem niewiele zabudowań i nawet te nędzne, potworne przyczepy, które spotyka się
często na głębokiej prowincji Vermontu, z olbrzymimi stertami drewna i czarnym dymem ulatującym
z kominów, były bardzo nieliczne. Nie mijałem żadnych samochodów, nie licząc wraków ustawionych
gdzieniegdzie na pustakach na podwórzu.
Nawet latem byłaby to trudna, choć przyjemna trasa, ale w grudniu, przy śniegu głębokim na pół
metra, dźwigając dwie ciężkie walizki, zastanawiałem się chwilami, czy w ogóle dobrnę do celu. Palce
u rąk i nóg cierp​ły mi z zimna i niejednokrotnie musiałem się zatrzymać na odpoczynek, ale stopniowo
okolica wyglądała na coraz mniej wyludnioną i w końcu droga doprowadziła mnie tam, dokąd miała
zgodnie ze wskazówkami, które otrzymałem: do Prospect Street we wschodnim Hampden.
Była to część miasta, której nigdy nie widziałem, szmat drogi od znanych mi okolic – tych z klonami
i drewnianymi fasadami sklepów, błoniami i zegarem na budynku sądu. To Hampden wyglądało jak po
nalocie bombowym: wieże ciśnień, zardzewiałe tory kolejowe, rozpadające się magazyny i fabryki,
zabite deskami drzwi i okna bez szyb. Wszystko to sprawiało wrażenie, jak gdyby stało opuszczone od
czasów wielkiego kryzysu, nie licząc obskurnego baru na końcu ulicy, który, sądząc po stłoczonych
przed nim ciężarówkach, prosperował całkiem nieźle, nawet o tak wczesnej porze. Nad neonami z nazwą
piwa wisiały świąteczne lampki i plastikowy ostrokrzew; zaglądając do środka, dostrzegłem szereg
mężczyzn we flanelowych koszulach przy barze, wszyscy z kieliszkami lub piwem, a w głębi sali
młodsze towarzystwo skupione wokół stołu bilardowego, bardziej gustujące w bejsbolówkach i bardziej
przy kości. Stałem przed czerwonymi, obitymi włóknem winylowym drzwiami i jeszcze przez chwilę
zaglądałem do środka przez szybkę. Mam wejść i zapytać o drogę, napić się, ogrzać? Uznałem, że tak,
i moja dłoń już spoczęła na wytłuszczonej mosiężnej klamce, gdy zauważyłem nazwę baru w oknie:
Boulder Tap. Słyszałem o nim w lokalnych wiadomościach. Stanowił epicentrum drobnej przestępczości
w Hampden – pchnięcia nożem, gwałty, nigdy ani jednego świadka. Nie był to lokal, do którego
chciałoby się samotnie wejść na drinka, będąc zagubionym studentem ze wzgórza.
Ale ostatecznie odnalezienie domu hipisa nie było aż tak trudne. Jeden z magazynów, nad samą
rzeką, pomalowany był na jaskrawy fiolet.
Hipis wyglądał na poirytowanego, gdy wreszcie podszedł do drzwi, jak gdybym go obudził.
– Koleś, następnym razem po prostu wejdź – burknął z ponurą miną.
Był niskim, grubym mężczyzną w zapoconej koszulce, z rudą brodą, i wyglądał, jak gdyby spędził
wiele cudownych wieczorów ze swoimi kumplami wokół stołu bilardowego w Boulder Tap. Wskazał
pokój, w którym miałem zamieszkać, na szczycie żelaznych schodów (naturalnie bez poręczy), i zniknął
bez słowa.
Znalazłem się w przestronnym, zakurzonym pomieszczeniu z podłogą z desek i wysokimi,
odsłoniętymi krokwiami. Oprócz zepsutej komody i krzesła stojącego w kącie było zupełnie
nieumeblowane, nie licząc kosiarki do trawy, zardzewiałej beczki na ropę i stołu na kozłach
z rozrzuconymi na nim kawałkami papieru ściernego i narzędziami ciesielskimi oraz kilkoma
rzeźbionymi kawałkami drewna, które mogły być szkieletami zewnętrznymi mandoliny. Na podłodze
walały się trociny, gwoździe, opakowania po jedzeniu i niedopałki oraz wydania „Playboya” z lat
siedemdziesiątych; okna ze szprosami pokryte były grubą warstwą szronu i brudu.
Pozwoliłem jednej, a potem drugiej walizce wyślizgnąć się na podłogę ze zdrętwiałych rąk; przez
chwilę mój mózg spokojnie rejestrował te wrażenia bez komentarza. Potem, ni stąd, ni zowąd zdałem
sobie sprawę z obezwładniającego huku. Podszedłem do okna za stołem i ze zdziwieniem ujrzałem
przestwór wody zaledwie metr poniżej. Dalej, zauważyłem, woda przelewała się przez tamę, wzbijając
mgiełkę. Gdy próbowałem dłonią wytrzeć kółko na szybie, żeby mieć lepszy widok, zorientowałem się,
że z moich ust wciąż wydobywa się para, nawet tutaj, wewnątrz.
Wtem poczułem coś, co mogę tylko opisać jako lodowaty podmuch, i zadarłem głowę. W dachu
ziała wielka dziura; ujrzałem błękitne niebo, bystrą chmurę przesuwającą się w poszarpanym otworze
z lewa na prawo. Poniżej, na drewnianej podłodze, utworzyła się cienka warstwa śnieżnego pyłu będąca
idealnym odbiciem kształtu dachowej wyrwy, nietknięta prócz wyraźnego zarysu jednego śladu stopy ​–
mojej.
Sporo osób pytało mnie później, czy zdawałem sobie sprawę, jak bardzo niebezpieczna jest próba
przetrwania najzimniejszych miesięcy roku w nieogrzewanym budynku na północy stanu Vermont;
i szczerze powiedziawszy: nie. W mojej podświadomości kołatały się zasłyszane niegdyś historie
o pijakach, starcach lub nieuważnych narciarzach, którzy zamarzli na śmierć, ale z jakiegoś powodu
uważałem, że mnie to nie dotyczy. Moja kwatera była niewygodna, to na pewno, obrzydliwie brudna
i przejmująco zimna; ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że może mi grozić jakieś niebezpieczeństwo.
Przecież wcześniej mieszkali tam inni studenci; sam hipis mieszkał w tym samym budynku; powiedziała
mi o tym recepcjonistka ze studenckiego biura podawczego. Nie wiedziałem jednak jednego: lokum
hipisa było właściwie ogrzewane, a studenci, którzy mieszkali w warsztacie wcześniej, przybywali
uzbrojeni w piecyki i koce elektryczne. Ponadto dziura w dachu była niedawnym nabytkiem i w biurze
podawczym jeszcze o niej nie wiedziano. Przypuszczam, że każdy, kto znałby wszystkie okoliczności,
próbowałby mnie powstrzymać, ale prawda była taka, że nikt ich nie znał. Tak bardzo się wstydziłem
tego, w jakich warunkach mieszkam, że nikomu nie powiedziałem, gdzie się zatrzymałem, nawet
doktorowi Rolandowi; jedyną osobą, która o wszystkim wiedziała, był hipis, a jemu dobro innych
oprócz własnego było absolutnie obojętne.
Wczesnym rankiem, gdy było jeszcze ciemno, wstawałem ze swego legowiska z koców na podłodze
(spałem w dwóch lub trzech swetrach, długiej bieliźnie, wełnianych spodniach oraz w kurtce)
i maszerowałem prosto do gabinetu doktora Rolanda. Ten długi spacer, jeśli padał śnieg lub wiał mocny
wiatr, bywał istną udręką. Stawiałem się pod Świetlicą zmarznięty i wycieńczony w chwili, gdy woźny
otwierał ją po nocy. Schodziłem do piwnicy, gdzie goliłem się i brałem prysznic w nieużywanym i dość
ponuro wyglądającym pomieszczeniu – białe płytki, rury na wierzchu, odpływ pośrodku podłogi –
będącym częścią prowizorycznej izby chorych podczas drugiej wojny światowej. Dozorcy czerpali
stamtąd wodę do sprzątania, był tam nawet piecyk gazowy. W głębi jednej z pustych oszklonych szafek
trzymałem maszynkę do golenia, mydło i dyskretnie złożony ręcznik. Potem szedłem podgrzać sobie
puszkę zupy, zaparzyć rozpuszczalną kawę na kuchence w sekretariacie wydziału nauk społecznych
i gdy pojawiali się doktor Roland i sekretarki, ja już pracowałem w najlepsze.
Przyzwyczajony do tej pory do moich absencji i częstych wymówek oraz nieterminowego
wykonywania zadań, doktor Roland był zaskoczony i dość podejrzliwie podchodził do tak raptownego
przypływu pracowitości. Chwalił mnie i zadawał dużo pytań; kilkukrotnie słyszałem go na korytarzu,
jak omawia moją metamorfozę z doktorem Cabrinim, dyrektorem zakładu psychologii, jedynym
wykładowcą poza nim, który nie wyjechał na przerwę zimową. Początkowo uważał, nie mam co do tego
wątpliwości, że to jakaś moja nowa sztuczka. Ale gdy mijały kolejne tygodnie i każdy nowy dzień
entuzjastycznej harówki dodawał kolej- ną złotą gwiazdkę do moich olśniewających osiągnięć, zaczynał
wierzyć: początkowo nieśmiało, ale w końcu triumfalnie. Około pierwszego lutego dał mi nawet
podwyżkę. Być może, jak na behawiorystę przystało, żywił nadzieję, że zdopinguje mnie w ten sposób
do wspięcia się na jeszcze wyższe szczyty pracowitości. Z czasem jednak pożałował tej decyzji, gdy
skończył się semestr zimowy, a ja wróciłem do wygodnego pokoiku w Monmouth House i znanych
z wcześniejszych miesięcy popisów niekompetencji.
Pracowałem u doktora Rolanda tak długo, jak tylko się dało, a potem szedłem na kolację do barku
w Świetlicy. W pewne wieczory dopisywało mi szczęście i mogłem się gdzieś wybrać, przeglądałem
więc starannie tablicę ogłoszeń, wypatrując spotkań AA albo przedstawień musicalu Brigadoon
wystawianego przez miejscowych licealistów. Zwykle jednak nie działo się zupełnie nic i Świetlicę
zamykano o dziewiętnastej, a mnie nie pozostawało nic innego, jak tylko odbyć długą podróż do domu
w śniegu i ciemności.
Takiego zimna jak w warsztacie nigdy wcześniej ani nigdy potem nie zaznałem. Przypuszczam, że
gdybym miał więcej oleju w głowie, wybrałbym się do miasta i kupił piecyk elektryczny, ale zaledwie
cztery miesiące wcześniej przybyłem z jednego z najcieplejszych miejsc w Ameryce i miałem bardzo
blade pojęcie o istnieniu takich urządzeń. Nigdy nie przyszło mi na myśl, że połowa mieszkańców
Vermontu nie doświadcza tego, przez co ja musiałem przechodzić każdej nocy – przeszywającego do
szpiku kości zimna, od którego bolały mnie stawy, zimna tak nieustęp​liwego, że przenikało do snów:
kra, zagubione ekspedycje, światła helikopterów ratunkowych kołyszące się nad falami, gdy samotnie
błąkałem się po czarnych arktycznych wodach. Rano po przebudzeniu byłem tak sztywny i obolały,
jakby mnie pobito. Myślałem, że to przez spanie na podłodze. Dopiero później uzmysłowiłem sobie, że
prawdziwym powodem tych dolegliwości było silne, niemiłosierne dygotanie, gdy moje mięśnie przez
całą noc, każdej nocy, kurczyły się mechanicznie jak pod wpływem impulsu elektrycznego.
To nie do wiary, ale hipis, który miał na imię Leo, był bardzo niezadowolony, że nie spędzam
więcej czasu na struganiu rozpórek mandoliny lub gięciu desek, albo czym tam jeszcze miałem się
według niego zajmować na górze.
– Koleś, za dużo sobie pozwalasz – mawiał groźnie za każdym razem, gdy mnie widział. – Nikt nie
robi Leo w konia. Nikt.
Ubzdurał sobie, że studiowałem budowę instrumentów i jestem w stanie wykonywać przeróżne
skomplikowane prace techniczne, chociaż nigdy niczego takiego mu nie mówiłem.
– Właśnie że mówiłeś – upierał się, gdy zapewniłem go o swej niewiedzy. – Mówiłeś. Mówiłeś, że
któregoś lata mieszkałeś w górach Pasma Błękitnego i zajmowałeś się wyrobem cymbałów.
W Kentucky.
Na takie dictum nie miałem już nic do powiedzenia. Nieobce mi są sytuacje, kiedy konfrontuje się
mnie z własnymi kłamstwami, ale kłamstwa innych zawsze wprawiają mnie w zakłopotanie. Mogłem
tylko zaprzeczyć i powiedzieć, całkiem szczerze, że nie wiem nawet, jak wyglądają cymbały.
– Strugaj kołki – rozkazał bezczelnie. – Pozamiataj.
Na co odpowiedziałem, dosłownie, że trudno strugać kołki w pomieszczeniu, w którym jest za
zimno, żeby zdjąć rękawiczki.
– Więc obetnij w nich palce, koleś – poradził niewzruszony Leo.
Moje kontakty z nim sprowadzały się wyłącznie do tych sporadycznych połajanek w holu
wejściowym. Szybko stało się dla mnie jasne, że Leo, pomimo rzekomej miłości do mandolin, nigdy
właściwie nie postawił stopy w warsztacie i najwyraźniej nie gościł tam całymi miesiącami przed moim
przybyciem. Zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno wie o dziurze w dachu; któregoś dnia
zebrałem się na odwagę i zapytałem go o to.
– Myślałem, że to jedna z rzeczy, które mógłbyś tu naprawić – rzekł.
O moim ówczesnym stanie ducha niech świadczy to, że pewnej niedzieli podjąłem się tego zadania,
z wykorzystaniem kilku kawałków mandolinowego drewna znalezionych w warsztacie, i prawie
przypłaciłem tę próbę życiem; kąt nachylenia dachu był piekielnie ostry, straciłem więc równowagę i o
mało nie wpadłem do wody, ale w ostatniej chwili chwyciłem się blaszanej rynny, która na szczęście
wytrzymała. Z trudem się uratowałem – zardzewiała blacha pokaleczyła mi dłonie i musiałem przyjąć
zastrzyk przeciwtężcowy – ale należące do Leo młotek, piła i kawałki drewna zsunęły się do tamy.
Wszystkie narzędzia poszły na dno i Leo prawdopodobnie do dziś nie wie, że zginęły, ale drewienka
niestety utrzymały się na powierzchni i zebrały na górze przelewu spływowego, tuż za oknem sypialni
Leo. Oczywiście miał mnóstwo do powiedzenia na ten temat i na temat studentów, którzy nie dbają o nie
swoje rzeczy, a także o tym, jak to wszyscy próbują cały czas z niego zdzierać.
Boże Narodzenie minęło niezauważone, tyle tylko że nie miałem dokąd pójść, żeby się ogrzać,
najwyżej na kilka godzin do kościoła – wszystko było pozamykane, a w święta miałem wolne u doktora
Rolanda. Po powrocie do domu kiwałem się zawinięty w koc, czując lód w kościach i myśląc o tych
wszystkich słonecznych świętach Bożego Narodzenia z dzieciństwa – pomarańcze, rower, hula-hoop
i zielona lameta błyszcząca w upale.
Od czasu do czasu do Hampden College przychodziła na poste restante korespondencja. Francis
przysłał mi sześciostronicowy list o tym, jak bardzo się nudzi i jak bardzo ma już dość, opisując niemal
wszystko, co zjadł od czasu, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Bliźnięta, niech im Bóg wynagrodzi,
przysyłali pudełka z ciasteczkami upieczonymi przez babcię i listy pisane na przemian różnymi kolorami
– na czarno przez Charlesa i na czerwono przez Camillę. Mniej więcej w drugim tygodniu stycznia
dostałem pocztówkę z Rzymu, bez adresu nadawcy. Było to zdjęcie posągu Oktawiana Augusta z Prima
Porta; obok Bunny dorysował zaskakująco udatne figurki siebie i Henry’ego w rzymskich strojach (togi,
małe okrągłe okularki) z zaciekawieniem spoglądające w kierunku wskazywanym przez wyciągnięte
ramię posągu. (Oktawian August był bohaterem Bunny’ego; wszystkich nas wprawił w zakłopotanie
podczas przyjęcia bożonarodzeniowego katedry literatury, wiwatując głośno, gdy padło jego imię
w trakcie czytania drugiego rozdziału Ewangelii świętego Łukasza o narodzinach Chrystusa. „No co? –
burknął, gdy próbowaliś​my go uciszyć. – Przecież trzeba było przeprowadzić ten spis, no nie?”).
Wciąż mam tę kartkę. Jak zwykle skreślona była ołówkiem; z upływem lat trochę wyblakła, ale
wciąż jest całkiem czytelna. Nie ma podpisu, lecz autorstwo nie podlega dyskusji:
Richard, bracie!
Zamarzłeś tam? Tutaj jest całkiem ciepło. Mieszkamy w Penscione (ort.) Wczoraj
w knajpie zamówiłem przez pomyłkę ślimaki i były ohydne ale Henry je zjadł. Wszyscy tutaj
są cholernymi katolikami. Arrivaderczi do zobaczenia wkrótce.
Francis i bliźnięta pytali mnie, dość uporczywie, o mój adres w Hampden. „Gdzie mieszkasz?”, pisał
Charles czarnym atramentem. „Właśnie, gdzie?”, wtórowała mu Camilla na czerwono. (Używała
szczególnego safianowego odcienia, który mnie, tęskniącemu za nią potwornie, natychmiast przywodził
na myśl pogodne brzmienie jej chropowatego głosu). Jako że nie miałem adresu, który mógłbym im
podać, ignorowałem te pytania i wypełniałem swoje listy obszernymi opisami śniegu, piękna
i samotności. Często myślałem, jak dziwaczne musi wydawać się moje życie komuś, kto gdzieś daleko
czyta te listy. Opisywana w nich egzystencja była ascetyczna i bezosobowa, wszechogarniająca, lecz
nieokreślona, z licznymi lukami, na które czytelnik natykał się na każdym kroku; gdyby pozmieniać
daty i okoliczności, listy te równie dobrze mogłyby przychodzić nie ode mnie, lecz od Buddy.
Pisałem je rano przed pracą, w bibliotece lub podczas przedłużanych do oporu pobytów w Świetlicy,
gdzie zaszywałem się co wieczór dopóty, dopóki nie wypraszał mnie dozorca. Wydawało się, że całe
moje życie składa się z tych urywanych fragmentów czasu, kiedy to przesiadywałem w tym czy innym
ogólnie dostępnym miejscu, jak gdybym czekał na pociągi, które nigdy nie nadjeżdżały. I jak jeden
z owych duchów, które rzekomo późno w nocy nawiedzają dworce i pytają podróżnych o godzinę
odjazdu ekspresu wykolejonego przed dwudziestoma laty, snułem się od światła do światła aż do owej
przeraźliwej pory, gdy wszystkie drzwi się zamykały, i opuszczając świat ciepła, ludzi i podsłuchanych
rozmów, znów czułem w kościach znajomą falę zimna, a potem popadały w zapomnienie – ciepło
i światło; nigdy w życiu nie było mi ciepło, nigdy.
Stałem się mistrzem niewidzialności. Potrafiłem przesiedzieć dwie godziny nad kawą, cztery nad
posiłkiem, pozostając niemal niewidocznym dla kelnerki. Chociaż dozorcy co wieczór przepędzali mnie
ze Świetlicy w porze jej zamknięcia, wątpię, czy zdawali sobie sprawę, że dwa razy zwracali się do tego
samego chłopaka. W niedzielne wieczory, z czapką niewidką na głowie, czasem po sześć godzin nie
ruszałem się z izby chorych, ze stoickim spokojem przeglądając czasopismo „Yankee” (Zbieranie małży
na wyspie Cuttyhunk) lub „Reader’s Digest” (Dziesięć sposobów na pozbycie się bólu pleców!), przy
czym mojej obecności nie odnotowywała ani recepcjonistka, ani lekarz, ani chorzy.
Ale tak jak niewidzialny człowiek H.G. Wellsa odkryłem, że mój dar ma swoją cenę, która w moim
– jak i w jego – wypadku przybrała postać pewnego rodzaju umysłowego zamroczenia. Wydawało się,
że ludzie nie są w stanie spojrzeć mi w oczy, zachowywali się, jakby chcieli przeze mnie przejść; moja
przesądność zaczęła się ocierać o manię. Nabrałem przekonania, że jest już tylko kwestią czasu, gdy
jeden z poluzowanych metalowych stopni prowadzących do mojego pokoju zarwie się, a ja spadnę
i złamię kark lub, co gorsza, nogę; zamarznę albo umrę z głodu, zanim Leo pofatyguje się mi pomóc.
Jako że któregoś dnia, gdy udało mi się wspiąć po schodach bez szwanku i bez lęku, po głowie chodziła
mi stara piosenka Briana Eno („In New Delhi / And Hong Kong / They all know that it won’t be
long…”), teraz musiałem ją nucić za każdym razem, kiedy pokonywałem schody w jedną lub drugą
stronę.
I za każdym razem, gdy przechodziłem przez kładkę nad rzeką, dwa razy dziennie, musiałem
przystanąć i wygrzebać z kawowego śniegu na skraju drogi kamień przyzwoitych rozmiarów. Potem
przechylałem się nad lodowatą barierką i wrzucałem go w bystry nurt, który pienił się nad nakrapianymi
granitowymi jajami dinozaura tworzącymi łożysko rzeki – dar dla rzecznego bóstwa, być może, za
bezpieczne przejście na drugą stronę, a może jakaś próba udowodnienia mu, że ja, choć niewidzialny,
jednak istnieję. Woda miejscami była tak płytka i przejrzysta, że czasem słyszałem, jak wrzucony kamień
stuka o dno rzeki. Z obiema dłońmi na lodowatej balustradzie, wpatrzony w wodę pieniącą się wokół
skał, bulgoczącą cicho nad wygładzonymi kamieniami, zastanawiałem się, jak by to było, gdybym spadł
i roztrzaskał sobie głowę o jedną z tych jasnych brył: paskudny trzask, nagły bezwład, potem żyłki
czerwieni marmurkujące szklistą wodę.
Gdybym rzucił się z kładki, rozmyślałem, kto by mnie znalazł w tej białej cichości? Może rzeka
poniosłaby mnie po kamieniach na spokojniejsze wody, tam w dole, za fabryką barwników, gdzie jakaś
kobieta zauważyłaby mnie w świetle samochodowych reflektorów, wyjeżdżając z parkingu o piątej po
południu? Czy raczej, niczym kawałki mandoliny Leo, zaklinowałbym się uparcie w jakimś zacisznym
miejscu za głazem, gdzie przeczekałbym do wiosny w falującym wokół mnie ubraniu.
To był chyba trzeci tydzień stycznia. Temperatura spadała; moje życie, które wcześniej było jedynie
samotne i nieszczęśliwe, stało się nieznośne. Codziennie w otępieniu chodziłem do pracy i z niej
wracałem, czasem przy piętnastu lub dwudziestu pięciu stopniach poniżej zera, czasem podczas śnieżyc
tak gwałtownych, że nie widziałem niczego prócz bieli i trafiałem do siebie tylko dzięki temu, że
trzymałem się blisko barierki na poboczu. W warsztacie zawijałem się w brudne koce i padałem na
ziemię jak nieżywy. Wszystkie chwile, których nie zajmowały próby ratowania się przed zimnem,
pochłaniały makabryczne fantazje rodem z twórczości Poego. Pewnej nocy, we śnie, ujrzałem własne
zwłoki, ze zlodowaciałymi włosami i szeroko otwartymi oczami.
Co rano jak w zegarku stawiałem się w gabinecie doktora Rolanda. On, rzekomo psycholog, nie
zauważył ani jednego z „Dziesięciu niepokojących symptomów załamania nerwowego” czy co tam
powinien dostrzec i zgodnie z kwalifikacjami wykładał. Zamiast tego wykorzystywał moje milczenie,
żeby mówić do siebie o futbolu i psach z dzieciństwa. Te rzadkie uwagi, które kierował do mnie, były
zagadkowe i niezrozumiałe. Spytał na przykład, dlaczego nie wystąpiłem w żadnej sztuce, skoro jestem
na wydziale dramatycznym.
– O co chodzi? Jesteś nieśmiały, chłopcze? Pokaż im, na co cię stać.
Innym razem powiedział mi, jakby od niechcenia, że gdy był na Uniwersytecie Browna, zamieszkał
z chłopakiem z tego samego piętra. Pewnego dnia wyraził zdziwienie, że mój przyjaciel został na zimę
w Hampden.
– Żaden z moich przyjaciół nie został na zimę – sprostowałem, zresztą zgodnie z prawdą.
– Nie powinieneś w ten sposób odpychać przyjaciół. Nie będziesz miał lepszych od tych, których
poznasz tutaj. Wiem, że mi nie wierzysz, ale kiedy jest się w moim wieku, zaczynają się wykruszać.
Gdy wieczorem wracałem do domu, wszystko dookoła bielało i wydawało się, że nie mam
przeszłości, nie mam wspomnień, że od zawsze znajdowałem się na tym odcinku świetlistej, szumiącej
drogi.
Nie wiedziałem, co właściwie się ze mną dzieje. Lekarze stwierdzili potem, że to przewlekła
hipotermia, zła dieta i na dodatek łagodne zapalenie płuc; ale nie wiem, czy to wyjaśnia te wszystkie
halucynacje i umysłowy zamęt. Wtedy nie zdawałem sobie nawet sprawy, że choruję; każdy objaw,
gorączkę lub ból zagłuszał huk pilniejszych bolączek.
Bo było ze mną naprawdę krucho. Styczeń tego roku był najzimniejszy od dwudziestu pięciu lat.
Bałem się, że zamarznę na śmierć, ale zupełnie nie miałem dokąd pójść. Przypuszczam, że mogłem
poprosić doktora Rolanda, czy nie przyjąłby mnie do mieszkania, które dzielił ze swoją partnerką, ale
myśl o tym wprawiała mnie w takie zażenowanie, że wolałem umrzeć. Nie znałem nikogo innego, nawet
pobieżnie, mogłem więc najwyżej chodzić i pukać do drzwi całkiem obcych osób. Pewnego
przenikliwie zimnego wieczoru próbowałem dodzwonić się do rodziców z budki przed Boulder Tap;
padał śnieg z deszczem, a ja dygotałem tak gwałtownie, że z trudem udawało mi się wrzucić monety do
automatu. Chociaż żywiłem desperacką, niezbyt rozsądną nadzieję, że przyślą mi pieniądze albo bilet
lotniczy, nie bardzo wiedziałem, co chcę od nich usłyszeć; wyobrażałem sobie chyba, że stojąc na
wietrze i mokrym śniegu na Prospect Street, poczuję się lepiej na sam dźwięk głosu ludzi z dalekiego,
ciepłego miejsca. Ale gdy po szóstym lub siódmym sygnale przepitym i rozdrażnionym głosem odebrał
ojciec, poczułem nagłą suchość w gardle i odwiesiłem słuchawkę.
Doktor Roland znów wspomniał o moim urojonym przyjacielu. Tym razem widział go w mieście,
przemierzającego plac późnym wieczorem, gdy wracał samochodem do domu.
– Mówiłem panu, że nie mam tu żadnych przyjaciół – przypomniałem.
– Wiesz, o kim mówię. Taki wysoki, duży chłopak. W okularach.
Ktoś, kto wyglądał jak Henry? Bunny?
– Coś się musiało panu przywidzieć.
Temperatura spadła tak bardzo, że kilka razy byłem zmuszony przenocować w motelu Catamount.
Byłem tam jedynym gościem oprócz staruszka o krzywych zębach, który go prowadził; zajmował
sąsiedni pokój i tak głośno kaszlał i charczał, że nie mogłem zasnąć. W drzwiach mojego pokoju nie
było zamka, jedynie staromodne ustrojstwo, które można by otworzyć agrafką; trzeciej nocy zbudziłem
się z koszmarnego snu (schody, każdy stopień innej wysokości i szerokości; mężczyzna schodzący
przede mną, bardzo szybko) i usłyszałem ciche stuknięcie.
Usiadłem w łóżku i ku swemu przerażeniu ujrzałem gałkę przekręcającą się ukradkiem w świetle
księżyca.
– Kto tam? – zapytałem głośno i gałka znieruchomiała.
Przez dłuższy czas leżałem w ciemności, nie mogąc zmrużyć oka. Rano zmyłem się stamtąd –
wolałem bowiem spokojniejszą śmierć u Leo, niż dać się ukatrupić w łóżku.
Około pierwszego lutego rozpętała się potworna śnieżyca, której skutkiem były zerwane linie
wysokiego napięcia, uwięzieni w zaspach kierowcy, a w moim wypadku przypływ halucynacji. W ryku
wody i szumie śniegu słyszałem głosy: „Połóż się”, szeptały, lub „Odwróć się w lewo. Pożałujesz, jeśli
tego nie zrobisz”. Moja maszyna do pisania w gabinecie doktora Rolanda stała pod oknem. Pewnego
popołudnia, gdy już się ściemniało, wyjrzałem na pusty dziedziniec i ze zdumieniem skonstatowałem, że
pod lampą zmaterializowała się jakaś mroczna, nieruchoma postać, z rękami w kieszeniach ciemnego
płaszcza, stała i patrzyła w moje okno. Zmierzchało i padał gęsty śnieg. „Henry?”, powiedziałem na głos,
po czym zacisnąłem powieki tak mocno, że zobaczyłem gwiazdy. Gdy otworzyłem znowu oczy,
widziałem tylko śnieg kłębiący się w pustce jasnego stożka pod latarnią.
W nocy leżałem, dygocząc, na podłodze i patrzyłem, jak podświetlone płatki wpadają kolumną przez
dziurę w dachu. Na granicy przytomności, gdy zsuwałem się po stromym dachu zapomnienia, coś mi
mówiło w ostatniej chwili, że jeśli teraz zasnę, mogę się już nigdy nie obudzić: zmuszałem się resztką
woli do otworzenia oczu i znienacka kolumna śniegu, jasna i wysmukła w ciemnym kącie, ukazywała
mi się w prawdziwej postaci, jako szepcząca i uśmiechnięta zmora, zwiewny anioł śmierci. Ale byłem
zbyt zmęczony, by się tym przejąć; patrząc na nią, czułem, jak mój uchwyt słabnie, i nim się
spostrzegłem, już turlałem się nad krawędzią w mroczną otchłań snu.
Czas zaczął się zacierać. Wciąż dowlekałem się do pracy, ale tylko dlatego, że było tam ciepło,
i jakoś udawało mi się podołać prostym zadaniom, które mi zlecano, ale szczerze mówiąc, nie wiem, jak
długo mógł​bym to pociągnąć, gdyby nie pewne nadzwyczaj zaskakujące wydarzenie.
Nie zapomnę tego wieczoru do końca życia. Był piątek i doktor Roland wyjechał z miasta do środy.
Dla mnie oznaczało to cztery dni w warsztacie, i nawet w tak zmąconym stanie umysłu stało się dla mnie
jasne, że naprawdę zawisła nade mną groźba śmierci z wyziębienia.
Gdy zamknięto Świetlicę, ruszyłem do domu. Śnieg był głęboki i niebawem poczułem mrowienie
w odrętwiałych nogach od kolan w dół. Nim droga doprowadziła mnie do wschodniego Hampden,
poważnie zacząłem się zastanawiać, czy zdołam dobrnąć do magazynu i co zrobię, gdy już tam dotrę.
We wschodnim Hampden królowała ciemność i pustka, nawet w Boulder Tap; jedyne światło
w promieniu kilku kilometrów zdawało się jarzyć przed budką telefoniczną. Zacząłem iść w jej stronę,
jakby była pustynnym mirażem. Miałem w kieszeni około trzydziestu dolarów, wystarczyłoby aż nadto,
żeby zamówić taksówkę, która zabrałaby mnie do motelu Catamount, do obskurnego pokoiku
z drzwiami bez zamka i do tego, co mogło się tam na mnie czaić.
Mówiłem bełkotliwie i telefonistka nie chciała mi podać numeru korporacji taksówkowej.
– Musi mi pan podać nazwę konkretnej firmy – oświadczyła. – Nie wolno nam…
– Nie znam konkretnej nazwy – tłumaczyłem niewyraźnie. – Nie ma tu książki telefonicznej.
– Przykro mi, proszę pana, ale nie wolno nam…
– Halo Taxi? – zgadywałem desperacko, wymyślając kolejne nazwy. – Tele Taxi? Top Taxi? Super
Taxi?
W końcu udało mi się chyba podać właściwą nazwę, a może telefonistka po prostu zlitowała się nade
mną. Usłyszałem kliknięcie i rozległ się mechaniczny głos z numerem. Wystukałem go szybko, żeby nie
zapomnieć, tak szybko, że się pomyliłem i straciłem ćwierćdolarówkę.
Miałem jeszcze jedną w kieszeni; ostatnią. Zdjąłem rękawiczkę i szukałem jej zdrętwiałymi palcami.
W końcu znalazłem – trzymałem monetę w dłoni i już ją miałem wrzucić do automatu, gdy nagle
wyślizgnęła mi się z palców; rzuciłem się za nią i wyrżnąłem głową o ostry kant metalowej półki pod
telefonem.
Przez kilka minut leżałem w śniegu twarzą do dołu. W uszach słyszałem szum jakby mknącego
strumienia; padając, zrzuciłem z widełek słuchawkę i jej sygnał, gdy się kołysała, brzmiał, jak gdyby
dobiegał z bardzo daleka.
Udało mi się dźwignąć na kolana i łokcie. Wpatrując się w miejsce, gdzie wcześniej opierała się moja
głowa, dostrzegłem ciemną plamę na śniegu. Kiedy dotknąłem czoła gołą ręką, zabrudziłem palce na
czerwono. Ćwierćdolarówka przepadła; poza tym nie pamiętałem już numeru. Wiedziałem, że muszę
wrócić później, gdy otworzą Boulder Tap, żeby rozmienić pieniądze. Jakoś udało mi się stanąć na nogi,
zostawiając czarną słuchawkę dyndającą na kablu.
Wchodziłem po schodach, a właściwie gramoliłem się na czworakach. Z czoła skapywała mi krew.
Zatrzymałem się na podeście, żeby odpocząć, i poczułem, jak wszystko dookoła traci ostrość: zakłócenia
między kanałami, przez chwilę śnieżna morka, a potem czarne linie zafalowały i obraz wrócił; niezbyt
wyraźny, ale rozpoznawalny. Trzęsąca się kamera, jak w reklamie z koszmaru. Magazyn Mandolin Lea.
Ostatni przystanek, nad rzeką. Niskie ceny. Pamiętaj też, że zaopatrzymy cię w każdy rodzaj mięsa.
Pchnąłem barkiem drzwi warsztatu i zacząłem po omacku szukać kontaktu, gdy nagle ujrzałem pod
oknem coś, co sprawiło, że aż się zatoczyłem pod wpływem szoku. Na drugim końcu pokoju z rękami
złożonymi z tyłu stała nieruchomo postać w długim czarnym płaszczu; przy jednej dłoni ujrzałem
punkcik żarzącego się papierosa.
Światło zapaliło się przy wtórze trzasków i szumu. Ciemna postać, teraz materialna i widzialna,
odwróciła się. To był Henry. Wydawało się, że zaraz rzuci jakąś żartobliwą uwagę, ale na mój widok
oczy mu się rozszerzyły, a usta ułożyły się w małe okrągłe „o”.
Przez parę chwil wpatrywaliśmy się jeden w drugiego z dwóch krańców pokoju.
– Henry? – wydusiłem w końcu głosem, który był niewiele głośniejszy od szeptu.
Wypuścił papierosa z palców i zrobił krok w moją stronę. To był naprawdę on – przemoczony,
rumiane policzki, śnieg na ramionach płaszcza.
– Richard, dobry Boże – powiedział – co ci się stało?
Nigdy nie widziałem takiego zdziwienia na jego twarzy. Nie ruszałem się z miejsca i wbijałem
w niego wzrok, chwiejąc się na nogach. Zrobiło się zbyt jasno. Wyciągnąłem rękę do framugi drzwi
i nim się spostrzegłem, ugięły się pode mną kolana, a Henry doskoczył do mnie, żeby mnie
przytrzymać.
Ułożył mnie na podłodze, zdjął płaszcz i przykrył mnie nim jak kocem. Mrużąc oczy, wpatrywałem
się w niego i otarłem usta wierzchem dłoni.
– Skąd się tu wziąłeś? – spytałem.
– Wróciłem wcześniej z Włoch. – Odgarniał mi włosy z czoła, próbując obejrzeć rozcięcie.
Zauważyłem krew na czubkach jego palców.
– Mam tu wypasiony apartament, co? – zaśmiałem się.
Zadarł głowę, spoglądając na dziurę w dachu.
– Tak – przyznał szorstko – istny Partenon. – Po czym pochylił się znowu nad moją głową.
Pamiętam, że znalazłem się w samochodzie Henry’ego, pamiętam światła i pochylających się nade mną
ludzi, i że musiałem usiąść, kiedy nie miałem na to ochoty, i pamiętam też, że ktoś próbował pobrać mi
krew, a ja słabo przeciwko temu protestowałem; ale pierwszą chwilą, którą pamiętam dość wyraźnie,
była ta, kiedy dźwignąłem się i skonstatowałem, że leżę w szpitalnym łóżku, w słabo oświetlonej białej
sali, z kroplówką podłączoną do ramienia.
Henry siedział na krześle przy moim łóżku, czytając przy lampce na stoliku. Odłożył książkę, gdy
zobaczył, że się poruszyłem.
– To rozcięcie to nic poważnego – poinformował mnie. – Było bardzo czyste i płytkie. Założyli ci
kilka szwów.
– Jestem w izbie chorych?
– Nie, w szpitalu. Przywiozłem cię tutaj.
– A po co ta kroplówka?
– Mówią, że masz zapalenie płuc. Chcesz coś do czytania? – spytał uprzejmie.
– Nie, dziękuję. Która godzina?
– Pierwsza w nocy.
– Ale myślałem, że jesteś w Rzymie.
– Wróciłem jakieś dwa tygodnie temu. Jeśli chcesz znowu zasnąć, wezwę pielęgniarkę, żeby ci
zrobiła zastrzyk.
– Nie, dzięki. Dlaczego cię do tej pory nie widziałem?
– Bo nie miałem pojęcia, gdzie mieszkasz. Korespondencję wysyłałem na poste restante. Dziś po
południu popytałem w sekretariacie. A przy okazji – dodał – jak się nazywa to miasto, gdzie mieszkają
twoi rodzice?
– Plano. A co?
– Pomyślałem sobie, że może chciałbyś, żebym do nich zadzwonił.
– Nie zawracaj sobie głowy – powiedziałem, opadając z powrotem na łóżko. Kroplówka wtłaczała
mi do żył lód. – Opowiedz mi o Rzymie.
– Dobra – zgodził się.
Zaczął bardzo cicho opowiadać o cudownej etruskiej terakocie w Villi Giulia, o stawach z liliami
i fontannach w nimfeum przed willą; o Villi Borghese i Koloseum, widoku z Palatynu wczesnym
rankiem i jak piękne musiały być Termy Karakalli za czasów rzymskich, z marmurami, bibliotekami
i wielkim okrągłym caldarium oraz frigidarium, z wielkim pustym basenem, który przetrwał do naszych
czasów, i prawdopodobnie o wielu innych rzeczach, ale nie pamiętam, bo zasnąłem.
Spędziłem w szpitalu cztery dni. Henry towarzyszył mi prawie cały czas, przynosił mi napoje, gdy o nie
prosiłem, zaopatrzył mnie też w maszynkę do golenia i szczoteczkę do zębów, a także w swoją piżamę –
z jedwabistej egipskiej bawełny, kremowej i niebiańsko miękkiej, z wyszytym szkarłatną nicią na
kieszonce monogramem HMW (M od Marchbanks). Przyniósł też ołówki i papier, które mnie
niespecjalnie się przydały, ale on, jak przypuszczam, czułby się bez nich zupełnie zagubiony, a ponadto
mnóstwo książek, z czego połowa była w nieznanych mi językach, a druga połowa równie dobrze być
mogła. Pewnego wieczoru – gdy od Hegla rozbolała mnie głowa – poprosiłem, żeby postarał się o jakieś
czasopismo; wyglądał na skonsternowanego, a gdy wrócił, przyniósł branżowy magazyn znaleziony
w poczekalni („Aktualności Farmakologiczne”). Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy. Większość czasu
czytał z koncentracją, która wprawiała mnie w zdumienie; po sześć godzin naraz, rzadko odrywając
wzrok od tekstu. Właściwie nie zwracał na mnie uwagi. Ale czuwał przy mnie w gorsze noce, kiedy
trudno mi było oddychać, bolały mnie płuca i nie mogłem spać; a pewnego razu, gdy pielęgniarka na
dyżurze spóźniła się trzy godziny z lekami dla mnie, wyszedł za nią z kamienną twarzą na korytarz i tam
wygłosił swym opanowanym, monotonnym głosem surową i elokwentną reprymendę, co nieco
utemperowało ową siostrę (pogardliwą, gruboskórną kobietę o farbowanych włosach podstarzałej
kelnerki, mającą dla każdego jakieś kwaśne słówko); od tej pory ta, która z taką bezdusznością zrywała
bandaże wokół wkłucia na kroplówkę i dziurawiła mi rękę, niemrawo poszukując żyły, traktowała mnie
dużo łagodniej i raz, gdy mierzyła mi temperaturę, powiedziała do mnie nawet „złotko”.
Lekarz z izby przyjęć stwierdził, że Henry ocalił mi życie. Była to dramatyczna i satysfakcjonująca
wiadomość – którą zresztą powtórzyłem kilku osobom – ale w duchu uważałem, że lekarz przesadzał.
W późniejszych latach doszedłem jednak do wniosku, że może miał rację. Gdy byłem młodszy,
wydawało mi się, że jestem nieśmiertelny. I chociaż szybko się wykurowałem, na dłuższą metę po tamtej
zimie nigdy tak naprawdę nie odzyskałem pełni zdrowia. Od tamtej pory mam problemy z płucami, przy
najmniejszym przechłodzeniu bolą mnie kości i łatwo się przeziębiam, choć wcześniej w ogóle nie
chorowałem.
Przekazałem Henry’emu, co powiedział mi lekarz. Był niezadowolony. Marszcząc brwi, rzucił jakąś
lakoniczną uwagę – właściwie to dziwię się, że jej nie zapamiętałem, tak bardzo byłem zażenowany –
i już nigdy nie wracałem do tego tematu. Sądzę jednak, że rzeczywiście mnie uratował. I gdzieś, jeśli
istnieje takie miejsce, gdzie przechowuje się dzienniki i przyznaje stopnie, jestem pewien, że przy jego
nazwisku widnieje złota piątka.
Robię się sentymentalny. Zdarza mi się, gdy wracam myślami do tamtych dni.
W poniedziałek rano mogłem w końcu opuścić szpital, z butelką antybiotyków i pokłutym ramieniem.
Nalegali, żeby do samochodu Henry’ego przewieźć mnie na wózku inwalidzkim, chociaż byłem w pełni
zdolny poruszać się o własnych siłach, i czułem się upokorzony tym, że wytacza się mnie jak jakąś
paczkę.
– Zabierz mnie do motelu Catamount – poprosiłem, gdy ruszyliśmy spod szpitala.
– Wykluczone – oznajmił. – Jedziesz do mnie.
Henry mieszkał na parterze starego domu na Water Street w północnym Hampden, przecznicę dalej
od Charlesa i Camilli i bliżej rzeki. Nie lubił przyjmować gości i wcześniej znalazłem się tam tylko raz,
i to tylko na parę minut. Jego mieszkanie wydawało się znacznie większe od tego, które wynajmowali
Charles i Camilla, i znacznie bardziej puste. Pokoje były duże i pozbawione charakteru, z podłogami
z szerokich desek, bez zasłon w oknach i z tynkowanymi ścianami pomalowanymi na biało. Meble, choć
najwyraźniej dobre, były podniszczone i nijakie, a także niezbyt liczne. Całe to miejsce sprawiało
wrażenie upiornego i niezamieszkanego; i niektóre pokoje stały całkiem puste. Słyszałem już od bliźniąt,
że Henry nie lubi elektrycznego światła, i gdzieniegdzie na parapetach dostrzegłem lampy naftowe.
Jego sypialnia, w której miałem nocować, podczas mojej poprzedniej wizyty w sposób dość
ostentacyjny została zamknięta. Znajdowały się tam książki Henry’ego – nie aż tyle, ilu można by się
spodziewać – i pojedyncze łóżko, a prócz tego niewiele więcej, nie licząc szafy z dużą, rzucającą się
w oczy kłódką. Do drzwi szafy przypięte było czarno -białe zdjęcie ze starego czasopisma – „Life”,
przeczytałem, 1945. Rozpoznałem Vivien Leigh i, ku swemu zdziwieniu, znacznie młodszego Juliana
Morrowa. Byli na koktajlu, z kieliszkami w rękach; on szeptał jej coś do ucha, a ona się śmiała.
– Gdzie je zrobiono? – spytałem.
– Nie wiem. Morrow twierdzi, że nie pamięta. Od czasu do czasu można się natknąć na jakieś jego
zdjęcie w starych czasopismach.
– Jak to?
– Kiedyś znał wiele osób.
– Kogo?
– Większość już nie żyje.
– Kogo?
– Naprawdę nie wiem, Richard. – Po czym, ustępując: – Widziałem jego zdjęcia ze Sitwellami. I z
T.S. Eliotem. Poza tym… jest takie jedno, zabawne, z tą aktorką, nie pamiętam, jak się nazywa. Już nie
żyje. – Zastanawiał się przez jakiś czas. – Blondynka – dorzucił. – Zdaje się, że wyszła za mąż za
bejsbolistę.
– Marilyn Monroe?
– Możliwe. To nie było wyraźne zdjęcie. Z gazety.
Dzień lub dwa wcześniej Henry podjechał do Leo i zabrał moje rzeczy. Przy łóżku stały moje
walizki.
– Nie chcę ci zajmować łóżka, Henry – powiedziałem. – Gdzie będziesz spał?
– W jednym pokoju jest łóżko chowane w ścianie – odpowiedział Henry. – Nie mam pojęcia, jak
one się nazywają. Nigdy jeszcze go nie rozkładałem.
– To może ja mógłbym tam spać?
– Nie. Jestem całkiem ciekaw, czy jest wygodne. Poza tym uważam, że od czasu do czasu wskazana
jest zmiana miejsca noclegu. Podobno dzięki temu śnią się ciekawsze sny.
Planowałem spędzić u Henry’ego tylko kilka dni – w poniedziałek wracałem do pracy u doktora
Rolanda – ale ostatecznie zostałem u niego do rozpoczęcia nowego semestru. Nie rozumiałem, dlaczego
Bunny twierdził, że ciężko się z nim mieszka. Był najlepszym współlokatorem, jakiego w życiu miałem,
cichym, czystym i zazwyczaj nieobecnym, przesiadywał bowiem w swojej części mieszkania. Przeważnie
nie było go w domu, gdy wracałem z pracy; nigdy nie mówił, dokąd się wybiera, a ja nie pytałem.
Czasem jednak, kiedy wracałem do domu, on czekał już z kolacją – nie był wytrawnym kucharzem jak
Francis i przygotowywał tylko proste potrawy w rodzaju grillowanego kurczaka z pieczonymi
ziemniakami, menu starego kawalera – a potem siadaliśmy przy karcianym stoliku, jedliśmy
i rozmawialiśmy.
Wtedy już dobrze wiedziałem, żeby nie wścibiać nosa w jego sprawy, ale jednego wieczoru
ciekawość wzięła nade mną górę.
– Bunny wciąż w Rzymie? – spytałem go.
Minęła dłuższa chwila, nim odpowiedział.
– Przypuszczam, że tak – rzekł, odkładając widelec. – Był tam, gdy wyjeżdżałem.
– Dlaczego nie wróciliście razem?
– Myślę, że nie chciał jeszcze wyjeżdżać. Opłaciłem kwaterę do końca lutego.
– Nie dołożył się?
Henry wsunął do ust kolejny kęs.
– Bunny – powiedział, gdy już przeżuł i przełknął – cokolwiek sam twierdzi, nie ma grosza przy
duszy, tak zresztą jak jego ojciec.
– Myślałem, że jego rodzice są zamożni – zdziwiłem się.
– Nie powiedziałbym – odparł spokojnie Henry. – Może kiedyś mieli jakiś majątek, ale jeśli nawet,
to dawno go roztrwonili. Ten ich straszny dom musiał kosztować fortunę i afiszują się tymi wszystkimi
jachtklubami, ekskluzywnymi ośrodkami sportowymi, drogimi szkołami dla synów, przez co są
zadłużeni po uszy. Może i wyglądają na zamożnych, ale nie mają grosza. Podejrzewam, że pan Corcoran
jest właściwie bankrutem.
– Bunny żyje całkiem luksusowo.
– Odkąd go poznałem, Bunny nie miał nawet centa swoich pieniędzy – rzucił cierpko Henry. –
A lubi się pławić w luksusie. Tak się niefortunnie składa.
Przez dłuższy czas posilaliśmy się w milczeniu.
– Na miejscu pana Corcorana – podjął na nowo Henry – wciągnąłbym Bunny’ego do jakiegoś
biznesu albo wysłałbym go na naukę zawodu po gimnazjum. Nie wiem, co Bunny robi na studiach.
Nauczył się czytać dopiero, gdy miał jakieś dziesięć lat.
– Dobrze rysuje – zauważyłem.
– Też tak myślę. Na pewno nie ma talentów akademickich. Powinni go oddać na praktykę do
jakiegoś malarza, jak był młodszy, zamiast posyłać do tych wszystkich drogich szkół dla dzieciaków
z dysfunkcjami.
– Przysłał mi bardzo udany rysunek, jak stoicie pod posągiem Oktawiana Augusta.
Henry wydał z siebie pełne irytacji prychnięcie.
– To było w Watykanie – powiedział. – Przez cały dzień rzucał głośne uwagi o makaroniarzach
i katolach.
– Przynajmniej nie zna włoskiego.
– Zna go na tyle dobrze, żeby zamawiać najdroższe dania z karty za każdym razem, gdy
wybieraliśmy się do restauracji – skwitował szorstko Henry, a ja uznałem, że należy zmienić temat, co też
uczyniłem.
W sobotę ostatniego weekendu przed rozpoczęciem zajęć leżałem w łóżku Henry’ego, czytając książkę.
Henry wyszedł, zanim się obudziłem. Nagle usłyszałem głośne łomotanie do drzwi. Myśląc, że Henry
zapomniał kluczy, poszedłem go wpuścić.
Za drzwiami stał Bunny. Miał na nosie okulary przeciwsłoneczne i – zamiast bezkształtnych
tweedowych szmat, które zwykle nosił – eleganc​ki i nowiutki włoski garnitur. Przybrał też na wadze
z pięć lub dziesięć kilogramów. Sprawiał wrażenie zaskoczonego na mój widok.
– O, cześć, Richard – powiedział, ściskając mi wylewnie dłoń. – Buenos días. Dobrze cię widzieć.
Nie widziałem samochodu na ulicy, ale właśnie wróciłem i pomyślałem, że i tak zajrzę. Gdzie pan
domu?
– Nie ma go.
– A ty co tu robisz? Kradzież z włamaniem?
– Pomieszkuję tu. Dostałem od ciebie kartkę.
– Pomieszkujesz? – spytał, spoglądając na mnie jakoś tak dziwnie. – Dlaczego?
Byłem zaskoczony, że nic nie wie.
– Chorowałem – odpowiedziałem i wyjaśniłem mu pokrótce, co się stało.
– Hmmm – mruknął Bunny.
– Chcesz wejść na kawę?
Przeszliśmy przez sypialnię do kuchni.
– Wygląda, że nieźle się tu rozgościłeś – skomentował szorstko, spoglądając na moje rzeczy na
nocnym stoliku i moje walizki na podłodze. – Macie tylko amerykańską kawę?
– Jak to? Mamy Folgersa.
– Chodzi mi, czy macie espresso.
– A nie, przykro mi.
– Bo ja teraz pijam tylko espresso – oznajmił snobistycznie. – W Italii piłem je cały czas. Mają tam
mnóstwo takich małych kawiarenek, gdzie można sobie siedzieć i popijać kawę, wiesz.
– Słyszałem.
Zdjął okulary i usiadł przy stole.
– Nie macie może czegoś porządnego do przegryzienia, co? – spytał, zaglądając do lodówki, gdy ją
otworzyłem, żeby wyjąć śmietankę. – Nie jadłem jeszcze obiadu.
Otwarłem drzwiczki szerzej, żeby mógł zajrzeć.
– Ten ser może być – stwierdził.
Pokroiłem chleb i zrobiłem mu kanapkę, nic nie wskazywało bowiem na to, że wstanie i sam ją sobie
zrobi. Nalałem kawę i usiadłem.
– Opowiedz mi o Rzymie – poprosiłem.
– Bosko było – powiedział, przeżuwając kanapkę. – Wieczne Miasto. Wszędzie dzieła sztuki.
Kościoły na każdym kroku.
– Co widziałeś?
– Mnóstwo różnych rzeczy. Wiesz, trudno spamiętać te wszystkie nazwy. Przed wyjazdem
trajkotałem po ichniemu jak makaroniarz.
– Powiedz coś.
Spełnił moją prośbę, stykając kciuk z palcem wskazującym i potrząsając dłonią dla podkreślenia
swych słów niczym francuski szef kuchni w telewizyjnej reklamie.
– Brzmi super – przyznałem. – A co to znaczy?
– Znaczy: „Kelner, przynieś mi miejscowe specjały” – wytłumaczył i wrócił do konsumowania
kanapki z serem.
Usłyszałem cichy odgłos klucza w zamku, a potem trzask zamykanych drzwi. Kroki oddaliły się
cicho na drugi koniec mieszkania.
– Henry!? – ryknął Bunny. – To ty?
Kroki umilkły. Po chwili bardzo szybko skierowały się do kuchni. Henry stanął w drzwiach
i wpatrywał się w Bunny’ego z pustym wyrazem twarzy.
– Podejrzewałem, że to ty – powiedział.
– Ja też się cieszę, że cię widzę. – Bunny, z pełnymi ustami, odchylił się do tyłu na krześle. – Jak się
mamy?
– Świetnie – odrzekł Henry. – A ty?
– Słyszałem, że przyjmujesz chorych pod swój dach – zakpił Bunny, mrugając do mnie. – Zżera cię
sumienie? Pomyślałeś, że dobrze by było zaliczyć parę dobrych uczynków?
Henry nic nie odpowiedział i jestem pewien, że dla kogoś zupełnie obcego wyglądałby całkiem
normalnie, ja jednak zauważyłem, że jest mocno wzburzony. Wysunął krzesło i usiadł. Po chwili zerwał
się z miejsca i poszedł nalać sobie kawy.
– Ja też bym poprosił jeszcze, jeśli można – rzekł Bunny. – Dobrze być z powrotem w naszych
starych poczciwych Stanach. Hamburgery skwierczące na grillach i tak dalej. Ziemia obiecana.
Gwiaździsty sztandar niech triumfalnie powiewa.
– Jak długo tu jesteś?
– Wczoraj w nocy przyleciałem do Nowego Jorku.
– Szkoda, że nie mogłem cię przywitać.
– Gdzie teraz byłeś? – spytał podejrzliwie Bunny.
– W sklepie.
Kłamał. Nie wiem, gdzie był, ale na pewno przez cztery godziny nie robił zakupów.
– Gdzie masz siatki? – spytał Bunny. – Pomogę ci wnieść.
– Zamówiłem dostawę.
– Dowożą z Food Kinga? – zdziwił się Bunny.
– Nie byłem w Food Kingu – odparł Henry.
Czując się trochę nieswojo, wstałem, żeby wrócić do sypialni.
– Nie, nie, nie odchodź – poprosił Henry, po czym jednym haustem dopił kawę i odstawił filiżankę
do zlewu. – Bunny, szkoda, że nie wiedziałem o twoim przyjeździe. Ale za kilka minut musimy
z Richardem wyjść.
– Gdzie?
– Mam umówioną wizytę w mieście.
– U prawnika? – Bunny roześmiał się głośno z własnego dowcipu.
– Nie. U okulisty. Dlatego wpadłem po ciebie – zwrócił się do mnie. – Mam nadzieję, że nie masz
nic przeciwko. Zakroplą mi oczy i nie będę mógł prowadzić.
– Skąd, jasne – zgodziłem się.
– To nie potrwa długo. Nie musisz czekać, wysadzisz mnie, a potem odbierzesz.
Bunny odprowadził nas do samochodu przy wtórze skrzypiących na śniegu kroków.
– Ach, Vermont – powiedział, robiąc głęboki wdech i uderzając się w pierś jak Oliver Douglas
w czołówce serialu Green Acres. – Tutejsze powietrze dobrze mi robi. Więc jak myślisz, Henry, o której
będziecie z powrotem?
– Nie wiem – odpowiedział, podając mi kluczyki i przechodząc do drzwi od strony pasażera.
– Bo wiesz, chciałbym z tobą zamienić parę słów.
– Ach tak, świetnie, ale naprawdę, jestem już trochę spóźniony, Bun.
– To co, wieczorem?
– Jak chcesz – rzekł Henry, po czym wsiadł do samochodu i zatrzasnął drzwi.
Gdy już Henry znalazł się w samochodzie, zapalił papierosa i nie odzywał się. Od powrotu z Włoch
wypalał dużo, prawie paczkę dziennie, co było dla niego rzadkością. Ruszyliśmy w stronę centrum
i dopiero gdy zatrzymałem się przed gabinetem okulisty, otrząsnął się i spojrzał na mnie w osłupieniu.
– Co się stało?
– O której mam po ciebie wrócić?
Henry wyjrzał za okno na niski szary budynek, na szyld z napisem KLINIKA OKULISTYCZNA
HAMPDEN.
– Dobry Boże – powiedział z prychnięciem i pełnym zdziwienia, gorzkim śmiechem. – Jedź dalej.
Tej nocy położyłem się wcześnie, około jedenastej; o północy obudziło mnie głośne, uporczywe
łomotanie do drzwi. Przez chwilę leżałem w łóżku i nasłuchiwałem, a potem wstałem, żeby sprawdzić,
kto to.
W ciemnym korytarzu natknąłem się na Henry’ego, w szlafroku, próbującego nałożyć okulary;
trzymał jedną ze swoich lamp naftowych, która rzucała długie, dziwaczne cienie na ściany wąskiego
holu. Na mój widok przyłożył palec do ust. Staliśmy tam, nadstawiając uszu. Lampa dawała upiorne
światło i gdy staliśmy tam bez ruchu w szlafrokach, zaspani, wśród drżących dookoła cieni, miałem
wrażenie, jakbym zbudził się z jednego snu i znalazł w drugim, jeszcze bardziej niesamowitym, w jakimś
przedziwnym schronie przeciwlotniczym nieświadomości.
Staliśmy tam przez dłuższy czas, jak się wydawało, długo po tym, gdy łomot ucichł i usłyszeliśmy
skrzypienie oddalających się kroków. Henry spojrzał na mnie i milczeliśmy jeszcze przez chwilę.
– Nic się nie stało – powiedział w końcu, odwrócił się raptownie i odszedł do swojego pokoju,
a wokół niego skakały szaleńczo refleksy światła. Odczekałem jeszcze chwilę w ciemności i wróciłem do
swojego pokoju, do łóżka.
Następnego dnia, około trzeciej, prasowałem w kuchni koszulę, kiedy znowu rozległo się pukanie do
drzwi. Przeszedłem do holu, gdzie zastałem Henry’ego.
– Myślisz, że to Bunny? – spytał cicho.
– Nie – odpowiedziałem. To pukanie było dość delikatne; Bunny zawsze walił w drzwi, jak gdyby
chciał je wyważyć.
– Podejdź do okna i sprawdź, czy widać, kto to.
Wszedłem do salonu i zacząłem się skradać pod ścianą; bez zasłon w oknach trudno było do nich
podejść niepostrzeżenie. Z mojego punktu obserwacyjnego widziałem tylko ramię czarnego płaszcza
z powiewającym z tyłu na wietrze jedwabnym szalikiem. Przemknąłem przez kuchnię z powrotem do
Henry’ego.
– Nie widać dobrze, ale to może być Francis – poinformowałem.
– A, jego chyba możesz wpuścić – zdecydował Henry, odwrócił się i przeszedł do swojej części
mieszkania.
Podszedłem do frontowych drzwi i otworzyłem je. Francis oglądał się przez ramię, zastanawiając się,
jak sądzę, czy odejść.
– Cześć – rzuciłem.
Odwrócił się do drzwi i zobaczył mnie.
– Cześć! – zawołał. Jego twarz, odkąd widziałem go ostatni raz, wyostrzyła się i zeszczuplała. –
Myślałem, że nikogo nie ma w domu. Jak się czujesz?
– Dobrze.
– Coś kiepsko wyglądasz.
– Sam też nie kwitniesz – odpowiedziałem ze śmiechem.
– Wczoraj za dużo wypiłem i rozbolał mnie brzuch. Chcę obejrzeć tę twoją niesamowitą ranę na
głowie. Będziesz miał bliznę?
Zaprowadziłem go do kuchni i przesunąłem deskę do prasowania, żeby mógł usiąść.
– Gdzie Henry? – spytał, ściągając rękawiczki.
– U siebie.
Zaczął rozwijać szalik.
– Skoczę tylko się z nim przywitać i zaraz będę z powrotem – powiedział z werwą i ulotnił się.
Nie było go przez dłuższy czas. Znudziło mi się czekanie i prawie skończyłem prasować koszulę,
gdy nagle usłyszałem głos Francisa podnoszący się z histeryczną nutą. Wstałem i wszedłem do siebie,
żeby lepiej słyszeć, co mówi.
– … myślałeś? Mój Boże, on wpadł w szał. Nie mów mi, że wiesz, co może…
Głos Henry’ego zaszemrał cicho, po czym znów dał się słyszeć głos Francisa.
– Nic mnie to nie obchodzi – powiedział z żarem. – Jezu, już to zrobiłeś. Jestem w mieście od dwóch
godzin i… nic mnie to nie obchodzi – oznajmił w odpowiedzi na kolejne szemrzące słowa Henry’ego. –
Poza tym nie sądzisz, że na to trochę za późno?
Cisza. I Henry znów zaczął mówić, zbyt niewyraźnie, bym mógł go zrozumieć.
– Tobie się nie podoba? Tobie? – pytał Francis. – A co ja mam powiedzieć?
Jego głos urwał się nagle, a potem powiedział coś jeszcze, za cicho jednak, bym mógł go usłyszeć.
Przeszedłem dyskretnie do kuchni i nastawiłem wodę na herbatę. Wciąż myślałem o tym, co
usłyszałem, gdy kilka minut później rozleg​ły się kroki i w kuchni zjawił się Francis, omijając deskę do
prasowania, żeby zabrać rękawiczki i szalik.
– Przepraszam, ale uciekam – zakomunikował. – Muszę wypakować rzeczy z samochodu i zacząć
sprzątać mieszkanie. Ten mój kuzyn przewrócił wszystko do góry nogami. Nie mogę uwierzyć, że przez
cały swój pobyt wyniósł śmieci tylko raz. Niech spojrzę na tę twoją ranę.
Odgarnąłem włosy z czoła i pokazałem mu bliznę. Już dawno zdjęto szwy i po ranie nie było prawie
śladu.
Pochylił się, żeby obejrzeć moje czoło przez binokle.
– Boże święty, chyba ślepnę, bo nic nie widzę. Kiedy zaczynają się zajęcia? W środę?
– Chyba w czwartek.
– To do zobaczenia – rzucił i już go nie było.
Powiesiłem koszulę na wieszaku, a potem przeszedłem do sypialni i zacząłem się pakować. Po
południu swoje podwoje otwierał Monmouth House; liczyłem na to, że Henry później podwiezie mnie
z walizkami.
Prawie skończyłem, gdy Henry zawołał mnie z głębi mieszkania.
– Richard?
– Tak?
– Możesz pozwolić tu na chwilkę?
Przeszedłem do jego pokoju. Siedział na brzegu chowanego w ścianie łóżka, z podwiniętymi do
łokci rękawami i pasjansem rozłożonym na kocu w nogach materaca. Włosy opadły mu na inną stronę
niż zwykle, dostrzegłem więc długą bliznę przy linii włosów, pełną wgłębień i marszczeń,
z wypukłościami białego ciała ciągnącymi się aż do łuku brwiowego.
Podniósł wzrok i spojrzał na mnie.
– Zrobiłbyś coś dla mnie? – spytał.
– Jasne.
Wziął głęboki wdech przez nos i poprawił okulary na łuku nosa.
– Zadzwonisz do Bunny’ego i poprosisz, żeby wpadł na parę minut? – powiedział.
Byłem tak zaskoczony, że przez pół sekundy nic nie mówiłem.
– Pewnie. Dobrze. Chętnie – oznajmiłem po chwili.
Zamknął oczy i potarł skronie czubkami palców. Po czym spojrzał na mnie, mrugając powiekami.
– Dziękuję – powiedział.
– Nie ma za co, naprawdę.
– Jeśli chcesz dziś zabrać trochę swoich rzeczy do akademika, możesz pożyczyć mój samochód,
bardzo proszę – dodał spokojnie.
Zrozumiałem aluzję.
– Jasne – odparłem i dopiero bezpieczne pół godziny później, gdy załadowałem walizki do
samochodu, zawiozłem je do Monmouth i poprosiłem dozorcę o otworzenie mi pokoju, zadzwoniłem
do Bunny’ego z automatu na dole.
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że gdy wrócą bliźnięta, gdy się znów zadomowimy w Hampden,
gdy wrócimy do słowników Liddella i Scotta i razem przebrniemy przez dwa lub trzy teksty do
przetłumaczenia na grekę, wszyscy wskoczymy z powrotem na utarte tory naszej wygodnej egzystencji
sprzed świąt i wszystko będzie tak jak dawniej. Pomyliłem się.
Charles i Camilla napisali, że przyjeżdżają do Hampden późnym pociągiem w niedzielę około
północy, i w poniedziałek po południu, gdy do Monmouth House zaczęli się zjeżdżać studenci
z nartami, sprzętem stereo i kartonowymi pudłami, spodziewałem się, że może mnie odwiedzą, ale nie
zrobili tego. We wtorek też się nie odezwali, ani oni, ani Henry, ani nikt inny oprócz Morrowa, który
zostawił w mojej skrzynce pocztowej uprzejmy liścik, witając mnie w nowym semestrze i prosząc
o przetłumaczenie na pierwsze zajęcia ody Pindara.
W środę udałem się do gabinetu Morrowa, żeby go poprosić o podpisanie kart rejestracyjnych.
Sprawiał wrażenie zadowolonego, gdy mnie zobaczył.
– Dobrze wyglądasz – ocenił – ale nie tak dobrze jak powinieneś. Henry informuje mnie na bieżąco
o twoim stanie zdrowia.
– O?
– Najwyraźniej dobrze się stało, że wrócił wcześniej – powiedział, przeglądając moje karty – ale ja
też się zdziwiłem, gdy się zjawił. Przyjechał do mnie prosto z lotniska, w środku śnieżycy, w środku
nocy.
Interesujące.
– Zatrzymał się u pana? – spytałem.
– Tak, ale tylko na kilka dni. Wiesz, sam zachorował. We Włoszech.
– Co mu było?
– Henry nie jest tak silny, na jakiego wygląda. Szwankuje mu wzrok, miewa straszne bóle głowy,
czasem jest mu naprawdę ciężko… Uważałem, że nie powinien jeszcze podróżować, ale szczęśliwie się
stało, że nie został u mnie, w przeciwnym razie nie znalazłby ciebie. Powiedz mi. Jak wylądowałeś
w tym potwornym miejscu? Rodzice nie chcieli dać ci pieniędzy czy wolałeś nie prosić?
– Wolałem nie prosić.
– W takim razie jesteś większym stoikiem ode mnie – roześmiał się. – Ale twoi rodzice chyba
niezbyt się tobą interesują, mam rację?
– No, nie mają bzika na moim punkcie.
– Jak sądzisz, dlaczego tak jest? Czy może nie wypada mi pytać? Powinni być z ciebie dumni,
tymczasem bardziej przypominasz sierotę niż ci z naszych studentów, którzy naprawdę są sierotami.
Powiedz mi – poprosił, podnosząc wzrok – czemuż to bliźnięta jeszcze do mnie nie wpadły?
– Ja też się z nimi nie widziałem.
– Gdzie oni się podziewają? Nie widziałem się nawet z Henrym. Tylko z tobą i Edmundem.
Dzwonił Francis, ale rozmawiałem z nim tylko przez chwilę. Spieszył się, mówił, że zajrzy później, lecz
jeszcze tego nie zrobił… Coś mi się wydaje, że Edmund nie nauczył się ani jednego słowa po włosku,
jak myślisz?
– Nie znam włoskiego.
– Ja też nie, to znaczy już nie. Kiedyś mówiłem całkiem płynnie. Przez jakiś czas mieszkałem we
Florencji, ale to było prawie trzydzieści lat temu. Będziesz się widział z którymś z nich po południu?
– Może.
– Oczywiście nie jest to sprawa wielkiej wagi, ale karty rejestracyjne powinny się znaleźć
w dziekanacie dziś po południu i dziekan będzie niezadowolony, jeśli ich nie dostanie. Nie żebym się
tym przejmował, ale z pewnością będzie w stanie uprzykrzyć życie każdemu z was, jeśli tylko zechce.
Byłem lekko wkurzony. Bliźnięta wróciły do Hampden trzy dni wcześniej i ani razu do mnie nie
zadzwoniły. Więc gdy wyszedłem od Morrowa, wstąpiłem do nich, lecz nie zastałem ich w domu.
Nie przyszły też wieczorem na kolację. Ani one, ani nikt inny. Spodziewałem się spotkać chociaż
Bunny’ego i po drodze do stołówki zatrzymałem się pod jego pokojem, gdzie zastałem Marion
zamykającą drzwi na klucz. Poinformowała mnie, dość oschle, że mają już plany na wieczór i wrócą
późno.
Zjadłem samotnie kolację i wróciłem do swojego pokoju w śnieżnym półmroku, z gorzkim,
ponurym przeświadczeniem, że jestem ofiarą jakiegoś kawału. O siódmej wieczorem zadzwoniłem do
Francisa, ale nie odbierał. Henry też.
Do północy czytałem. Po umyciu zębów i twarzy, gdy już byłem prawie gotowy pójść spać,
zszedłem do holu i znowu zadzwoniłem. I tym razem nikt nigdzie nie odbierał. Po trzecim braku
połączenia odzyskałem monetę i podrzuciłem ją do góry. I wtedy, pod wpływem impulsu, zadzwoniłem
do domu Francisa na wsi.
Tam też nikt nie podnosił słuchawki, ale coś mnie podkusiło, żeby poczekać dłużej niż powinienem,
i wreszcie, po około trzydziestu sygnałach, rozległ się trzask i Francis rzucił szorstko do słuchawki:
„Halo?”. Próbował dla niepoznaki obniżyć głos, ale mnie nie oszukał; nie znosił, gdy dzwonił telefon,
i niejednokrotnie słyszałem, jak odbiera tym niedorzecznym głosem.
– Halo – powtórzył i do wymuszonej basowości jego głosu wkradło się drżenie.
Nacisnąłem widełki i w słuchawce rozległ się ciągły sygnał.
Byłem zmęczony, ale nie mogłem zasnąć; moja irytacja i konsternacja ros​ły napędzane absurdalnym
poczuciem niepokoju. Włączyłem światło i przejrzałem swoje książki, aż znalazłem powieść Raymonda
Chand​lera, którą przywiozłem z domu. Przeczytałem ją już kiedyś i pomyślałem, że jedna lub dwie
strony skutecznie mnie uśpią, okazało się jednak, że zapomniałem większość fabuły, i nim się
spostrzegłem, przeczytałem pięćdziesiąt stron, a potem sto.
Minęło kilka godzin, a ja wciąż nie spałem. Kaloryfery pracowały pełną parą i powietrze w pokoju
było gorące i suche. Zachciało mi się pić. Doczytałem do końca rozdziału, wstałem, narzuciłem na
piżamę płaszcz i zszedłem po colę.
Świetlica była nieskazitelnie czysta i wyludniona. Wszędzie unosiła się woń świeżej farby.
Przeszedłem przez pralnię – lśniącą, jasno oświetloną, z kremowymi ścianami wyglądającymi obco bez
plątaniny graffiti, która rozrastała się coraz bardziej w trakcie poprzedniego semestru – i kupiłem puszkę
coli z fosforyzującego rzędu automatów szumiących na końcu korytarza.
Przechodząc z drugiej strony, ze zdumieniem usłyszałem głuche, brzękliwe dźwięki muzyki
dochodzące z sali telewizyjnej. Ktoś coś oglądał; Flip i Flap, przysłonięci burzą elektronicznego śniegu,
próbowali wnieść fortepian po bardzo długich schodach. Początkowo myślałem, że telewizor gra
w pustej sali, po chwili jednak zauważyłem czubek kudłatej jasnej czupryny spoczywającej na oparciu
jedynej sofy ustawionej przed telewizorem.
Podszedłem do sofy i usiadłem.
– Bunny – odezwałem się. – Wszystko w porządku?
Spojrzał w moją stronę szklistym wzrokiem i zajęło mu chwilę, nim mnie rozpoznał. Śmierdziało od
niego alkoholem.
– Ach, nasz Dickie – wymamrotał. – Tak.
– Co robisz?
Beknął.
– Kiepawo się czuję, jeśli mam być z tobą zupełnie szczery.
– Za dużo wypiłeś?
– Nieee – odparł ze złością. – Grypa żołądkowa.
Biedny Bunny. Nigdy się nie przyznawał do tego, że jest pijany; zawsze przekonywał, że boli go
głowa albo że musi sobie zrobić mocniejsze okulary. Właściwie podobnie się zachowywał w wielu
innych sytuacjach. Pewnego ranka, gdy wrócił z randki z Marion, zjawił się na śniadaniu z tacą
zastawioną mlekiem i pączkami, i gdy usiadł, zauważyłem, że na szyi nad kołnierzem ma dużą fioletową
malinkę. „Jak się tego dorobiłeś, Bun?”, spytałem go. Żartowałem tylko, ale on bardzo się obruszył.
„Potknąłem się na schodach”, odpowiedział szorstko i w milczeniu pochłonął pączki.
Udałem, że nabrałem się na kłamstwo z grypą żołądkową.
– Może zaraziłeś się czymś za granicą? – spekulowałem.
– Może.
– Byłeś w przychodni?
– Nie. I tak nic by nie pomogli. Muszę się wychorować. Ja bym nie siadał tak blisko, bracie.
Chociaż zajmowałem miejsce na drugim końcu sofy, odsunąłem się jeszcze dalej. Przez chwilę
siedzieliśmy i oglądaliśmy telewizję, nic nie mówiąc. Jakość obrazu była fatalna. Flap właśnie naciągnął
Flipowi na oczy kapelusz; Flip kręcił kółka i co chwila się z czymś zderzał, rozpaczliwie ciągnąc za
rondo obiema rękami. Wpadł na Flapa i Flap trzasnął go otwartą dłonią w głowę. Zerkając na
Bunny’ego, zauważyłem, że film całkowicie go pochłonął. Wzrok miał nieruchomy, a usta lekko
uchylone.
– Bunny – odezwałem się.
– No? – odpowiedział, nie odrywając wzroku od telewizora.
– Gdzie są wszyscy?
– Pewnie śpią – wyjaśnił z irytacją w głosie.
– Wiesz może, czy bliźnięta już wróciły?
– Chyba tak.
– Widziałeś się z nimi?
– Nie.
– Co się dzieje ze wszystkimi? Obraziłeś się na Henry’ego czy co?
Nie odpowiedział. Spoglądając na jego twarz z boku, spostrzegłem, że jest pozbawiona
jakiegokolwiek wyrazu. Wytrącony chwilowo z równowagi, przeniosłem wzrok z powrotem na ekran
telewizora.
– Pokłóciliście się w Rzymie czy jak?
Nagle odchrząknął głośno i myślałem, że zaraz mi powie, żebym pilnował swojego nosa, zamiast
tego jednak wskazał na coś i znów odchrząknął.
– Będziesz pił? – spytał.
Zupełnie zapomniałem o swej puszce coli. Stała na sofie nieotwarta i pokryta kropelkami. Podałem
mu ją, a on otworzył puszkę z trzaskiem, pociągnął duży, łapczywy łyk i beknął.
– Coca-cola to jest to – powiedział i jeszcze dodał: – Pozwól, stary, że dam ci pewną radę, jeśli
chodzi o Henry’ego.
– Słucham.
Pociągnął kolejny duży łyk i odwrócił się do telewizora.
– Pozory mylą.
– A co to znaczy? – zapytałem po długiej pauzie.
– To znaczy, że nie jest taki, jaki ci się wydaje – oznajmił, głośniej tym razem. – Ani taki, jak się
wydaje Morrowowi i wszystkim innym. – Znów wypił haust coli. – Przez pewien czas i mnie zamydlił
oczy.
– Ach tak – bąknąłem niepewnie po kolejnej długiej pauzie.
Zaczęło mi chodzić po głowie pewne krępujące przypuszczenie, że może to wszystko ma jakieś
podłoże erotyczne i lepiej by było, żebym o niczym nie wiedział. Spojrzałem z boku na jego twarz:
nadąsaną, rozdrażnioną, z okularami nisko na czubku niewielkiego spiczastego nosa i pyzatymi już nieco
policzkami. Czyżby Henry próbował się w Rzymie do niego przystawiać? Zdumiewająca, ale możliwa
hipoteza. Jeśli tak było, to z pewnością rozpętało się istne piekło. Nie przychodziło mi do głowy nic, co
sprowokowałoby tyle szeptów i tajemniczości i co miałoby tak silny wpływ na Bunny’ego. Jako jedyny
wśród nas miał dziewczynę i nie ulegało wątpliwości, że ze sobą sypiają, przy czym Bunny był
nieprawdopodobnie pruderyjny – drażliwy, obrażalski, z gruntu obłudny. Poza tym było coś ze wszech
miar dziwnego w tym, ile Henry na niego wydaje: płaci rachunki, reguluje płatności, wydziela gotówkę
jak mąż rozrzutnej żonie. Może Bunny stracił kontrolę nad swoją chciwością i z oburzeniem odkrył, że
hojność Henry’ego wiąże się z pewnymi zobowiązaniami.
Ale czy na pewno? Musiały tu wchodzić w grę jakieś zobowiązania, aczkolwiek – choć na pozór
wydawało się to proste – nie byłem pewien, z czego wynikały akurat te. Oczywiście pamiętałem tamtą
scenę z Morrowem na korytarzu; chociaż to było coś zupełnie innego. Przez miesiąc mieszkałem
z Henrym i nie pojawiła się najdrobniejsza oznaka tego typu napięcia, które ja, nie mając takich
inklinacji, bardzo szybko wyłapuję. Mocny podmuch tegoż napięcia wyczuwałem u Francisa, lekkie
tchnienie czasem u Morrowa; i nawet Charlesa, interesującego się kobietami, o czym wiedziałem,
cechowała pewnego rodzaju naiwna, szczeniacka wobec nich nieśmiałość, którą mężczyzna pokroju
mojego ojca zinterpretowałby zatrważająco jednoznacznie – ale w przypadku Henry’ego zero. Wskaźnik
licznika Geigera ani drgnął. Jeśli już, najbardziej zdawał się lubić Camillę, nad nią pochylał się uważnie,
gdy coś mówiła, ona była najczęściej adresatką jego rzadkich uśmiechów.
I nawet jeśli nie znałem go z jakiejś strony (co możliwe), czy było z kolei możliwe, że pociągał go
Bunny? Odpowiedź na to pytanie niemal bezsprzecznie brzmiała „nie”. Nie tylko zachowywał się, jakby
Bunny go nie pociągał, zachowywał się, jak gdyby z ledwością go znosił. I wydawało się, że Henry,
którego Bunny mierził chyba pod każdym względem, w tej sferze czułby wstręt o wiele większy nawet
niż ja. Byłem w stanie dostrzec, w sensie ogólnym, że Bunny jest przystojny, ale gdybym zbliżył szkła
trochę bardziej i próbował spojrzeć na niego w erotycznym świetle, miałbym przed sobą jedynie
odpychający miazmat śmierdzących koszul, mięśni zamienionych w tłuszcz i brudnych skarpet.
Dziewczynom najwyraźniej te rzeczy nie przeszkadzały, ale dla mnie emanował takim samym
erotyzmem jak podstarzały trener piłkarski.
Nagle poczułem się bardzo zmęczony. Wstałem. Bunny spojrzał na mnie z rozdziawioną buzią.
– Spać mi się chce, Bun – rzekłem. – Do zobaczenia jutro. Może.
Zamrugał powiekami, patrząc na mnie.
– Mam nadzieję, że nie bierze cię ten sam wirus, bracie – rzucił.
– Ja też – powiedziałem i z niewiadomego powodu zrobiło mi się go żal. – Dobranoc.
Obudziłem się w czwartek o szóstej rano z zamiarem wykonania zadanej pracy z greki, ale nigdzie nie
mogłem znaleźć swojego słownika. Przetrząsnąłem cały pokój i z zamierającym sercem przypomniałem
sobie: został u Henry’ego. Zauważyłem nieobecność słownika już podczas pakowania; z jakiegoś
powodu nie było go tam, gdzie reszta książek. Wszcząłem szybkie, acz staranne poszukiwania, które
ostatecznie porzuciłem, postanowiwszy, że wrócę po niego później. Teraz miałem niemały kłopot.
Pierwsze zajęcia z greki odbywały się wprawdzie dopiero w poniedziałek, ale Morrow zadał dużo,
a biblioteka wciąż była zamknięta, jako że zmieniano klasyfikację dziesiętną Deweya na system
klasyfikacji zbiorów Biblioteki Kongresu.
Zszedłem do holu, wykręciłem numer Henry’ego i tak jak się spodziewałem, nikt nie odebrał.
Kaloryfery w holu, gdzie hulały przeciągi, stukały i syczały. Gdy sygnał w słuchawce rozbrzmiewał
chyba po raz trzydziesty, nagle przyszła mi do głowy myśl: a gdybym tak po prostu skoczył po słownik
do mieszkania Henry’ego w północnym Hampden? Nie było go w domu – przynajmniej tak
przypuszczałem – a ja miałem klucz. Przecież nie będę go ściągał z domu Francisa na wsi. Gdybym się
pospieszył, mógłbym się tam znaleźć w piętnaście minut. Odwiesiłem słuchawkę i wybiegłem przez
frontowe drzwi.
W zimnym świetle poranka mieszkanie Henry’ego wyglądało na opuszczone, a jego samochodu nie
zauważyłem ani na podjeździe, ani na żadnym z miejsc wzdłuż ulicy, gdzie lubił parkować, kiedy nie
chciał, żeby wiedziano, że jest w domu. Ale na wszelki wypadek zapukałem. Pas de réponse. Mając
nadzieję, że nie wyłoni się w przedpokoju w szlafroku, wyglądając zza drzwi, ostrożnie przekręciłem
klucz i wszedłem do środka.
W domu nikogo nie było, ale w mieszkaniu panował bałagan: książki, papiery, puste filiżanki po
kawie i kieliszki po winie; wszystko pokrywała cieniutka warstwa kurzu, a wino w kieliszkach wyschło
do lepkich ciemnoczerwonych plam na dnie. W kuchni piętrzyły się niepozmywane naczynia, a mleko
stało za długo poza lodówką i się skwasiło. Henry na ogół był czysty jak kot i nigdy nie widziałem,
żeby zdjął płaszcz i od razu nie powiesił go na wieszaku. Na dnie jednej z filiżanek do kawy pływała
martwa mucha.
Zdenerwowany, jakbym przypadkiem natknął się na miejsce zbrodni, szybko przeszukałem pokoje
przy głośnym stukocie swych kroków w ciszy. Po pewnym czasie wypatrzyłem mój słownik na stoliku
w przed​pokoju, jednym z najbardziej oczywistych miejsc, gdzie mogłem go zostawić. „Jak mogłem go
nie zauważyć?”, zastanawiałem się. W dniu, gdy się przenosiłem, szukałem wszędzie; czyżby Henry
znalazł słownik i zostawił go dla mnie na widoku? Błyskawicznie złapałem tom i ruszyłem do drzwi –
podenerwowany, chcąc jak najszybciej wyjść – gdy mój wzrok padł na skrawek papieru na stoliku.
Pismo Henry’ego:
TWA 219
795 x 4
Na dole ręką Francisa dopisany został numer telefonu z numerem kierunkowym 617. Wziąłem
kartkę do ręki i przyjrzałem jej się. Zapiski znajdowały się na odwrocie monitu z biblioteki wysłanego
zaledwie trzy dni wcześniej.
Nie bardzo wiedząc dlaczego, odłożyłem słownik i zabrałem karteczkę do telefonu w salonie. Był to
numer kierunkowy do Massachusetts, prawdopodobnie do Bostonu; zerknąłem na zegarek, a potem
wybrałem numer, dzwoniąc na koszt doktora Rolanda.
Oczekiwanie, dwa sygnały, trzask.
– Tu kancelaria prawnicza Robeson Taft na Federal Street – poinformowała mnie automatyczna
sekretarka. – Nasza centrala telefoniczna w tym momencie jest nieczynna. Proszę zadzwonić powtórnie
między godziną dziewiątą a…
Odłożyłem słuchawkę i stałem tam, wbijając wzrok w kartkę. Z pewnym niepokojem
przypomniałem sobie żart Bunny’ego o tym, że Henry może potrzebować prawnika. Znów podniosłem
słuchawkę i zadzwoniłem do informacji z pytaniem o numer linii lotniczych TWA.
– Nazywam się Henry Winter – przedstawiłem się konsultantce. – Dzwonię, żeby, hm, potwierdzić
rezerwację.
– Chwileczkę, panie Winter. Pański numer rezerwacji?
– Hmm. – Starałem się myśleć szybko, przemierzając pokój tam i z powrotem. – Obawiam się, że nie
mam go pod ręką, może mogłaby pani… – Zauważyłem numer w górnym prawym rogu. – Zaraz.
A czy to nie 219?
Zastukały wciskane klawisze komputera. Niecierpliwie tupałem stopą i wyjrzałem przez okno,
sprawdzając, czy nie podjeżdża samochód Henry’ego. Wtedy poraziła mnie myśl, że przecież Henry nie
ma samochodu. Nie odstawiłem auta z powrotem po tym, gdy w niedzielę go pożyczyłem: wciąż stało
zaparkowane za kortem tenisowym tam, gdzie je zostawiłem.
W podyktowanym paniką odruchu o mało nie odłożyłem słuchawki – skoro Henry nie ma
samochodu, to nie mogę go usłyszeć, równie dobrze w tej chwili może się znajdować pod drzwiami –
ale w tym samym momencie odezwała się po przerwie konsultantka.
– Wszystko w porządku, panie Winter – powiedziała z werwą. – Agent, który sprzedawał panu
bilety, nie mówił, że w przypadku zakupu do trzech dni przed odlotem nie ma potrzeby potwierdzania
rezerwacji?
– Nie – rzuciłem niecierpliwie i już miałem przerwać połączenie, gdy zastanowiło mnie coś, co przed
chwilą powiedziała. – Trzech dni? – upewniłem się.
– Cóż, tego typu rezerwacje potwierdza się w dniu zakupu, zwłaszcza w wypadku bezzwrotnych
taryf takich jak ta. Agent powinien pana o tym poinformować we wtorek, gdy kupował pan bilety.
Dzień zakupu? Bezzwrotna taryfa? Przestałem krążyć po pokoju.
– Chciałbym się upewnić, czy mam wszystkie dane – powiedziałem.
– Naturalnie, panie Winter – odparła rzeczowo. – Lot linii TWA numer 401, wylot jutro z Bostonu
z lotniska Logana, bramka 12, godzina 20.45, przylot do Buenos Aires w Argentynie o 6.01 rano.
Z przesiadką w Dallas. Cztery bilety po siedemset dziewięćdziesiąt pięć dolarów w jedną stronę,
chwileczkę – powiedziała, wystukując liczby na komputerze – to będzie razem trzy tysiące sto
osiemdziesiąt dolarów plus podatek i wybrał pan płatność kartą kredytową American Express, zgadza
się?
Zakręciło mi się w głowie. Buenos Aires? Cztery bilety? W jedną stronę? Jutro?
– Życzę panu i pańskiej rodzinie przyjemnego lotu z liniami TWA, panie Winter – powiedziała
pogodnym głosem konsultantka i zakończyła rozmowę. Stałem tam ze słuchawką w ręku, aż zabuczał
w niej ciąg​ły sygnał.
Nagle zaświtała mi pewna myśl. Odłożyłem słuchawkę, przeszedłem do sypialni i otworzyłem na
oścież drzwi. Z półek zniknęły książki; zamknięta wcześniej szafa była otwarta i pusta; ze skobla zwisała
otwarta kłódka. Stałem przez chwilę, gapiąc się na nią, na wypukłe rzymskie litery na spodzie, które
układały się w napis YALE, a potem wróciłem do gościnnej sypialni. Tam też szafy były puste, nic
prócz wieszaków brzęczących na metalowym pręcie. Odwróciłem się szybko i o mało się nie potknąłem
o dwie olbrzymie walizki ze świńskiej skóry, z czarnymi skórzanymi paskami, pod samymi drzwiami.
Podniosłem jedną z nich i jej ciężar prawie mnie przeważył.
Mój Boże, pomyślałem, co oni wyprawiają? Wróciłem do przedpokoju, odłożyłem kartkę i ze
słownikiem pod pachą pospiesznie wyszedłem z mieszkania.
Gdy tylko znalazłem się poza północnym Hampden, zwolniłem kroku, całkiem skołowany, nurtowany
niepokojącymi myślami. Czułem, że muszę coś zrobić, ale nie miałem pojęcia co. Czy Bunny cokolwiek
o tym wiedział? Coś mi mówiło, że nie, i coś mi podpowiadało, żeby go o to nie pytać. Argentyna. Co
wiedziałem o Argentynie? Pampa, konie, kowboje w płaskich kapeluszach z pomponami zwisającymi
z ronda. Borges, ten pisarz. Podobno ukrywał się tam Butch Cassidy, a oprócz niego doktor Mengele
i Martin Bormann oraz cała zgraja jeszcze mniej sympatycznych postaci.
Pamiętałem, że któregoś wieczoru w domu Francisa Henry mówił coś o jakimś
południowoamerykańskim kraju – może o Argentynie, nie byłem pewien. Próbowałem się skupić. Coś
o wycieczce z ojcem, w interesach, na wyspę u wybrzeża… Ale ojciec Henry’ego dużo podróżował;
poza tym, jeśli istniał jakiś związek, to jaki? Cztery bilety? W jedną stronę? I jeśli wiedział o tym
Morrow – a zdaje się, że wiedział o Henrym wszystko, może nawet więcej niż cała reszta – to dlaczego
zaledwie dzień wcześniej wypytywał mnie, gdzie wszyscy się podziewają?
Rozbolała mnie głowa. Wychodząc z lasu na skraju Hampden na pokrytą śniegiem połać łąki, która
iskrzyła w słońcu, ujrzałem bliźniacze smugi dymu wydobywające się z poczerniałych ze starości
kominów na obu końcach dachu Świetlicy. Wszędzie było zimno i cicho, nie licząc ciężarówki
z mlekiem, która stała na jałowym biegu przy tylnym wejściu, gdy dwaj milczący, senni mężczyźni
wyładowywali skrzynki i stawiali je z brzękiem na asfalcie.
Stołówkę już otwarto, chociaż o tak wczesnej porze nie było studentów, jedynie kucharki
i pracownicy techniczni spożywający śniadanie przed rozpoczęciem zmiany. Wszedłem na górę
i kupiłem sobie kawę oraz dwa jajka na miękko, które zjadłem samotnie przy stole pod oknem w pustej
głównej sali stołówki.
Semestr letni zaczynał się tego dnia, w czwartek, ale moje pierwsze zajęcia z Morrowem miały się
odbyć dopiero w poniedziałek. Po śniadaniu wróciłem do swojego pokoju i zacząłem się uczyć
nieregularnych form aorystu. Dopiero przed czwartą zamknąłem w końcu książki i gdy wyjrzałem przez
okno na łąkę, przy gasnącym na zachodzie świetle, z jesionami i cisami rzucającymi długie cienie na
śnieg, czułem się, jakbym właśnie się zbudził, zaspany i zdezorientowany, konstatując, że już się
ściemnia, a ja przespałem cały dzień.
Tego wieczoru kolacja z okazji powrotu studentów na uczelnię była iście królewska – pieczeń
wołowa, zielona fasolka z migdałami, suflet serowy i jakieś wymyślne danie z soczewicy dla wegetarian.
Zjadłem kolację samotnie przy tym samym stoliku, przy którym skonsumowałem śniadanie. Sale były
pełne, wszyscy palili, śmiali się, do zajętych stolików dostawiano krzesła, ludzie z jedzeniem na talerzach
lawirowali w tłumie, żeby się ze wszystkimi przywitać. Przy sąsiednim stole zebrali się studenci wydziału
sztuk pięknych, o czym świadczyły ich zabrudzone tuszem paznokcie i umyślnie naniesione na ubrania
rozbryzgi farby; jeden z nich rysował na serwetce czarnym flamastrem; drugi jadł ryż z miski, zamiast
pałeczek używając odwróconych pędzli. Nie widziałem ich nigdy wcześniej. Kiedy piłem kawę
i rozglądałem się dookoła, uderzyła mnie myśl, że Georges Laforgue ostatecznie miał rację; rzeczywiście
byłem odcięty od życia uczelni – nie żeby mi specjalnie zależało na zażyłych stosunkach z ludźmi,
którzy zamiast sztućców używają pędzli.
Niedaleko mojego stolika dwóch neandertalczyków wyłudzało pieniądze na imprezę piwną w atelier
rzeźbiarskim. Właściwie to ich znałem; trudno było studiować w Hampden i ich nie znać. Jeden był
synem słynnego szefa gangu na Zachodnim Wybrzeżu, a drugi ​– producenta filmowego. Byli kolejno
przewodniczącym i wiceprzewodniczącym samorządu studenckiego, które to stanowiska
wykorzystywali głównie do organizowania zawodów w piciu, konkursów mokrego podkoszulka
i turniejów w zapasach w błocie dla kobiet. Obaj mierzyli dobrze ponad metr osiemdziesiąt –
przymulone twarze, nieogoleni, bardzo, ale to bardzo tępi – typ, który po wprowadzeniu czasu letniego
w ogóle nie spędzał czasu w domu, zamiast tego przesiadując od świtu do nocy na trawniku z gołą klatą,
przy styropianowych lodówkach i magnetofonach. Powszechnie uważano ich za dobrych chłopaków
i może zachowywali się całkiem przyzwoicie, jeśli na przykład pożyczało im się samochód, żeby mogli
pojechać po piwo, lub jeśli sprzedawało im się trawkę; ale obaj, zwłaszcza syn producenta filmowego,
mieli w oczach świński, schizofreniczny błysk, który ani trochę mi się nie podobał. Nazywano go
Ochlajem, nie do końca z czułością; ale lubił to przezwisko i dokładał
starań, żeby na nie zasłużyć, z czego czerpał rodzaj głupiej dumy. Wiecznie się upijał, a potem na
przykład podkładał ogień, wciskał pierwszoroczniaków do komina lub wrzucał baryłki piwa przez
zamknięte okna.
Ochlaj (vel Jud) i Frank zbliżyli się do mojego stolika. Frank podstawił mi puszkę po farbie pełną
monet i zmiętych banknotów.
– Cześć, ziom – powiedział. – Dziś wieczorem impreza piwna w pracowni rzeźbiarskiej. Może się
dorzucisz?
Odstawiłem kawę i wyłowiłem z kieszeni ćwierćdolarówkę oraz kilka drobniaków.
– Nie no, koleś – zaprotestował Jud dosyć agresywnie, jak mi się zdawało. – Stać cię na więcej.
Hoi polloi. Barbaroi.
– Sorry – rzuciłem, odsunąłem się od stołu, zabrałem płaszcz i wyszedłem.
Wróciłem do swojego pokoju, usiadłem przy biurku, otworzyłem słownik, ale do niego nie
zajrzałem.
– Argentyna? – powiedziałem do ściany.
W piątek rano poszedłem na zajęcia z francuskiego. Kilkoro studentów przysypiało z tyłu sali, bez
wątpienia zmorzonych nocnymi szaleństwami. Odór środka dezynfekującego i płynu do czyszczenia
tablic w połączeniu z wibrującymi świetlówkami i monotonną recytacją czasowników w trybie
przypuszczającym mnie też wprowadził w pewnego rodzaju trans, siedziałem więc w ławce, kiwając się
lekko pod wpływem zmęczenia i nudy, ledwo rejestrując upływ czasu.
Po zajęciach zszedłem do telefonu, wybrałem wiejski numer Francisa i pozwoliłem, by telefon
zadzwonił z pięćdziesiąt razy. Żadnej odpowiedzi.
Wróciłem po śniegu do Monmouth House, poszedłem do swojego pokoju i zatopiłem się
w myślach, a raczej siedziałem tylko na łóżku i wyglądałem przez okno na oblodzone cisy w dole. Po
pewnym czasie wstałem i usiadłem przy biurku, ale nie byłem też w stanie się uczyć. Bilety w jedną
stronę, powiedziała konsultantka linii lotniczych. Bezzwrotne.
W Kalifornii była jedenasta przed południem. Oboje rodzice pewnie pracowali. Zszedłem do mojego
starego druha, automatu telefonicznego, i wykręciłem numer mieszkania matki Francisa w Bostonie,
opłatą za rozmowę obciążając mojego ojca.
– Ach, Richard, to ty – powiedziała, gdy w końcu połapała się, kim jestem. – Kochanie. Jak miło, że
do nas telefonujesz. Myślałam, że w święta spędzisz z nami trochę czasu w Nowym Jorku. Gdzie jesteś,
skarbie? Może wysłać po ciebie auto?
– Nie, dziękuję, jestem w Hampden – odpowiedziałem. – Zastałem może Francisa?
– Skarbie, przecież jest na uczelni, prawda?
– Przepraszam – rzuciłem, nagle zapominając języka w gębie; popełniłem błąd, dzwoniąc w ten
sposób, nie zaplanowawszy, co powiedzieć. – Proszę mi wybaczyć. Chyba się przesłyszałem.
– Słucham?
– Myślałem, że mówił coś o wyjeździe do Bostonu.
– Jeśli nawet tutaj jest, złotko, to ja go nie widziałam. Mówiłeś, że gdzie jesteś? Na pewno nie
chcesz, żebym wysłała po ciebie Chrisa?
– Nie, dziękuję. Nie dzwonię z Bostonu. Jestem…
– Dzwonisz z uczelni? – zaniepokoiła się. – Czy coś się stało, skarbie?
– Nie, proszę pani, oczywiście że nie – uspokajałem ją; przez chwilę miałem ochotę, jak to ja,
odwiesić słuchawkę, ale teraz było już za późno. – Wpadł do mnie wczoraj wieczorem, kiedy byłem już
naprawdę śpiący, i mógłbym przysiąc, że wspominał o wyjeździe do Bostonu… o! Jest, widzę go! –
dodałem idiotycznie, mając nadzieję, że nie zmusi mnie do odkrycia kart.
– Gdzie, skarbie? Jest tam?
– Widzę go, idzie przez trawnik. Bardzo pani dziękuję, pani… yyy… Abernathy – wydukałem,
z nerwów nie mogąc sobie przypomnieć nazwiska jej obecnego męża.
– Mów mi Olivia, skarbie. Ucałuj ode mnie tego łobuziaka i przypomnij mu, żeby w niedzielę do
mnie zadzwonił.
Szybko się pożegnałem – wtedy już cały zlany potem – i właśnie się odwracałem, żeby wrócić po
schodach do swojego pokoju, gdy podszedł do mnie od strony tylnego wejścia Bunny ubrany w jeden
ze swoich eleganckich nowych garniturów i żujący energicznie dużą kulkę gumy. Był
ostatnią osobą, z którą miałem ochotę teraz rozmawiać, ale nie mogłem mu umknąć.
– Siema, brachu – rzucił na powitanie. – Gdzie się podziewa Henry?
– Nie wiem – odpowiedziałem po pełnej wahania pauzie.
– Ja też nie wiem – stwierdził wojowniczym tonem. – Nie widziałem go od poniedziałku. Ani
Francisa, ani bliźniąt. Słuchaj, z kim teraz rozmawiałeś przez telefon?
Nie wiedziałem, co powiedzieć.
– Z Francisem – wypaliłem. – Gadałem z Francisem.
– Hmm – mruknął, odchylając się do tyłu z rękami w kieszeniach. – Skąd dzwonił?
– Pewnie z Hampden.
– Nie zamiejscowa?
Poczułem mrowienie w karku. Co on wiedział o tym wszystkim?
– Nie – rzekłem. – Nic mi o tym nie wiadomo.
– Henry nic ci nie wspominał o wyjeździe z miasta?
– Nie, a czemu pytasz?
Bunny milczał. W końcu się odezwał:
– Przez kilka ostatnich nocy w jego mieszkaniu nie paliło się ani jedno światło. Samochód też
zniknął. Nie jest zaparkowany nigdzie na Water Street.
Z jakiegoś dziwnego powodu roześmiałem się. Przeszedłem do tylnego wejścia z szybką z widokiem
na parking za kortami tenisowymi. Stał tam samochód Henry’ego, dokładnie w miejscu, gdzie go
zostawiłem, widać go było jak na dłoni. Wskazałem go palcem.
– Tam jest – powiedziałem. – Widzisz?
Poruszająca się żuchwa Bunny’ego zwolniła, a jego wzrok zamglił się pod wpływem wysiłku
umysłowego.
– A to dziwne.
– Czemu?
Z ust zamyślonego Bunny’ego wyłonił się różowy balonik, powoli rozrósł się i pękł z trzaskiem.
– A nic – odparł z werwą, wznawiając żucie.
– Po co mieliby wyjeżdżać z miasta?
Podniósł rękę i szybkim ruchem odrzucił włosy znad oczu.
– Zdziwiłbyś się – rzekł pogodnym tonem. – A co teraz porabiasz, bracie?
Weszliśmy na schody prowadzące na moje piętro. Po drodze do pokoju zatrzymał się przy wspólnej
lodówce i zajrzał do środka, nachylając się krótkowzrocznie, by zbadać jej zawartość.
– Jest tu coś twojego, moczymordo? – spytał.
– Nie.
Sięgnął do środka i wyjął mrożony sernik. Do pudełka przyklejona była błagalna karteczka: „Proszę
mi tego nie zwędzić. Jestem na zasiłku socjalnym. Jenny Drexler”.
– To mi na razie wystarczy – oświadczył, rozglądając się szybko po korytarzu. – Idzie ktoś?
– Nie.
Wsunął pudełko za pazuchę i pogwizdując, ruszył przodem do mojego pokoju. Gdy znalazł się
w środku, wypluł gumę i przykleił ją do wewnętrznej krawędzi kosza na śmieci szybkim, dyskretnym
ruchem, jak gdyby miał nadzieję, że tego nie zauważę, a potem usiadł i zaczął wyżerać sernik prosto
z pudełka łyżką, którą znalazł na mojej komodzie.
– Fuj – wzdrygnął się. – Co za ohyda. Chcesz trochę?
– Nie, dzięki.
W zamyśleniu oblizał łyżkę.
– Za bardzo cytrynowy, w tym cały problem. I za mało serka śmietankowego. – Urwał, rozmyślając,
jak mi się zdawało, o tym felerze, po czym rzekł raptownie: – Słuchaj no. W zeszłym miesiącu
spędziliście z Henrym dużo czasu razem, hę?
Wzmogłem czujność.
– No, chyba tak.
– Dużo ze sobą gadaliście?
– Trochę.
– Opowiadał ci o naszym pobycie w Rzymie? – spytał, przyglądając mi się z zainteresowaniem.
– Nie za dużo.
– Wspominał o tym, że wyjechał wcześniej?
W końcu, pomyślałem, odetchnąwszy z ulgą. W końcu przejdziemy do sedna tej całej sprawy.
– Coś tam mówił, ale niewiele – oznajmiłem, zgodnie zresztą z prawdą. – Wiedziałem, że wyjechał
wcześniej, gdy się tu zjawił. Ale nie wiedziałem, że ty jeszcze zostałeś. W końcu któregoś wieczoru
zapytałem go o to i powiedział, że nadal jesteś w Rzymie. To wszystko.
Bunny ze zblazowaną miną odgryzł kawał sernika.
– Mówił, dlaczego wyjechał?
– Nie. – I gdy Bunny się nie odezwał, dodałem: – To miało jakiś związek z forsą?
– Tak ci powiedział?
– Nie – zaprzeczyłem i gdy znów nabrał wody w usta, dorzuciłem: – Napomknął, że krucho u ciebie
z kasą, że musiał opłacić waszą kwaterę i tak dalej. Zgadza się?
Bunny z pełnymi ustami wykonał ręką zamaszysty, lekceważący gest.
– Cały Henry – skwitował. – Uwielbiam go, tak jak ty, ale mówiąc między nami, uważam, że w jego
żyłach płynie trochę żydowskiej krwi.
– Co? – wydusiłem z siebie zaskoczony.
Właśnie wpakował sobie do ust kolejną potężną porcję sernika i zabrało mu chwilę, nim
odpowiedział.
– Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś robił takie wielkie halo, bo przyszło mu wspomóc finansowo
kolegę – oświadczył w końcu. – Powiem ci, z czego to wynika. Boi się, że ludzie chcą go wykorzystać.
– Jak to?
Przełknął.
– Mam na myśli, że pewnie jak był mały, ktoś mu powiedział: „Synku, masz forsy jak lodu i kiedyś
ludzie będą próbowali wycyganić ją od ciebie”. – Włosy opadły mu na jedno oko; łypał na mnie drugim
jak stary wilk morski. – Widzisz, rzecz nie w samych pieniądzach – wyjaśnił. – On ich nie potrzebuje,
chodzi raczej o zasadę. Chce mieć poczucie, wiesz, że ludzie lubią go nie z powodu pieniędzy, ale dla
niego samego.
Zaskoczyła mnie ta egzegeza, która kłóciła się z częstymi, o czym wiedziałem, i w mojej ocenie
przesadnymi przejawami hojności Henry’ego.
– A więc nie chodzi o pieniądze? – powiedziałem w końcu.
– Nie o nie.
– Więc o co chodzi, jeśli mogę zapytać?
Bunny pochylił się z zamyśloną i przez chwilę przejrzyście wręcz szczerą twarzą; i gdy znów
otworzył usta, myślałem, że wyrzuci z siebie, co naprawdę myśli; tymczasem on odchrząknął i zapytał,
czy byłbym tak dobry i zrobił mu kawy.
Tej nocy, kiedy leżałem na łóżku i się uczyłem, znienacka coś mi się przypomniało, zupełnie jakby na
moją twarz skierowano ukryty reflektor. Argentyna. Słowo to wciąż mocno mnie intrygowało i w
związku z moją niewiedzą na temat miejsca, jakie kraj ten zajmuje na kuli ziemskiej, zaczęło żyć
własnym osobliwym życiem. Początkowe szorstkie Ar przywodziło na myśl złoto, bóstwa, zaginione
miasta w dżungli, co z kolei prowadziło do cichej i złowrogiej komnaty gen z jasnym pytającym tyna na
końcu – wszystko nonsens, rzecz jasna, lecz wówczas w jakiś niejasny sposób wydawało mi się, że sama
nazwa, jeden z niewielu mi znanych konkretnych faktów, może sama w sobie być jakimś kryptogramem
lub wskazówką. Ale nie przez to raptownie usiadłem na łóżku, uzmysłowiłem sobie bowiem, która musi
być godzina… sprawdziłem na zegarku: dwudziesta pierwsza dwadzieścia. Więc teraz wszyscy są już na
pokładzie samolotu (czy rzeczywiście?), mknąc po ciemnym niebie w kierunku egzotycznej Argentyny
mojej wyobraźni.
Odłożyłem książkę, podszedłem do krzesła pod oknem, usiadłem na nim i przez resztę wieczoru już
się nie uczyłem.
Minął weekend, podobny do innych, a mnie upłynął pod znakiem greki, samotnych posiłków
w stołówce i wciąż tej samej dezorientacji przeżywanej samotnie w pokoju. Czułem się urażony
i tęskniłem za nimi bardziej, niż byłem skłonny przyznać. Poza tym Bunny zachowywał się dziwnie.
W ten weekend widziałem go parokrotnie, jak peroruje z ważną miną przed Marion i jej przyjaciółmi,
a oni wpatrują się w niego z niemym podziwem (w większości studiowali pedagogikę wczesnoszkolną
i przypuszczam, że uważali go za wielkiego erudytę, bo studiował grekę i nosił lenonki). Raz widziałem
go z jego starym kumplem Clokiem Rayburnem. Ale nie znałem Cloke’a dobrze, nie chciałem więc do
nich podchodzić i się witać.
Przed poniedziałkowymi zajęciami z greki skręcało mnie z ciekawości. Obudziłem się o szóstej rano.
Nie chcąc pojawić się o absurdalnie wczesnej porze, przesiedziałem jakiś czas w swoim pokoju
całkowicie ubrany do wyjścia, po czym spojrzawszy na zegarek, z dreszczem podniecenia zdałem sobie
sprawę, że jeśli się nie pospieszę, spóźnię się. Chwyciłem książki i wypadłem na dwór; w połowie drogi
do Audytorium uzmysłowiłem sobie, że biegnę, i zmusiłem się, żeby zwolnić kroku.
W chwili gdy otwierałem drzwi na tyłach budynku, zdołałem już opanować oddech. Powoli
wspinałem się po schodach – moje stopy poruszały się, a w głowie miałem dziwną pustkę. Podobnie
czułem się jako dzieciak w bożonarodzeniowy poranek, gdy po nocy niemal szalonej ekscytacji
przechodziłem korytarzem do zamkniętych drzwi, za którymi leżały moje prezenty, nagle wyzuty
z wszelkich pragnień, jak gdyby był to zwykły dzień.
Byli tam wszyscy, co do jednego: bliźnięta usadowione na parapecie, opanowane i czujne; Francis,
odwrócony do mnie plecami; obok niego Henry; i Bunny po drugiej stronie stołu, odchylony do tyłu na
swoim krześle. I opowiadający jakąś anegdotę.
– Więc słuchajcie – powiedział do Henry’ego i Francisa, odwracając się lekko, by zerknąć na
bliźnięta. Przykuwał uwagę wszystkich i nikt nie zauważył mojego wejścia. – Strażnik mówi do niego:
„Synu, jest już pięć po, a ułaskawienie od gubernatora nie przyszło. Jakieś ostatnie słowa?”. Więc koleś
zastanawia się przez chwilę, gdy prowadzą go do celi, gdzie ma się odbyć egzekucja – opowiadał,
zbliżywszy do oczu ołówek, przyglądając mu się bacznie przez chwilę – i mówi przez ramię: „Cóż,
gubernator taki a taki na pewno straci mój głos podczas najbliższych wyborów!” – Śmiejąc się, odchylił
się jeszcze bardziej na krześle; i wtedy zauważył mnie, stojącego jak kretyn w drzwiach. – O, chodź,
chodź – powiedział, ze stuknięciem stawiając przednie nóżki krzesła na podłodze.
Bliźnięta podniosły wzrok, zaskoczone jak para jeleni. Poza pewnym naprężeniem szczęki Henry
okazywał buddyjski spokój, Francis natomiast był tak blady, że niemal zzieleniał.
– Opowiadamy sobie kawały, zanim się zaczną zajęcia – wyjaśnił pogodnie Bunny, znów huśtając
się na krześle. Odrzucił włosy znad oczu. – Dobra. Smith i Jones dopuszczają się rozboju z bronią
w ręku i obaj czekają na wykonanie wyroku śmierci. Oczywiście ślą wszystkie możliwe odwołania,
starając się o odroczenie, ale Smith jako pierwszy trafia na krzesło. – Wykonał pełen rezygnacji,
filozoficzny gest, a potem, nieoczekiwanie, mrugnął do mnie. – Więc – kontynuował – wypuszczają
Jonesa z celi, żeby obejrzał egzekucję, i gdy patrzy, jak przywiązują kumpla do krzesła… –
Zauważyłem, że Charles, z pustym spojrzeniem, przygryza mocno dolną wargę. – … podchodzi do
niego strażnik. „Coś słychać w sprawie twojego odwołania, Jones?”, pyta. „Niewiele”, odpowiada Jones.
„W takim razie”, mówi strażnik, zerkając na zegarek, „chyba już ci się nie opłaca wracać do celi, co?” –
Bunny odrzucił do tyłu głowę i wybuchnął śmiechem, w najwyższym stopniu rozbawiony, chociaż nikt
inny nawet się nie uśmiechnął.
Gdy zaczął kolejny dowcip („Jest jeszcze jeden, o Dzikim Zachodzie, kiedy jeszcze się wieszało
skazanych…”), Camilla przesunęła się na parapecie i uśmiechnęła do mnie nerwowo.
Podszedłem do bliźniąt i usiadłem między nią a Charlesem. Cmoknęła mnie szybko w policzek.
– Jak leci? – spytała. – Pewnie się zastanawiałeś, co się z nami stało?
– Nie do wiary, że się jeszcze nie widzieliśmy – powiedział cicho Charles, odwracając się do mnie
i opierając nogę w kostce o kolano. Stopa dygotała mu mocno, jak gdyby ożyła. Położył na niej dłoń,
żeby ją uspo​koić. – Mieliśmy straszne przejścia z mieszkaniem.
Nie wiedziałem, co spodziewałem się od nich usłyszeć, ale na pewno nie to.
– Co? – bąknąłem.
– Zostawiliśmy klucze w Wirginii.
– Ciocia Mary-Gray musiała jechać aż do Roanoke, żeby nam je wysłać kurierem.
– Myślałem, że ktoś je od was podnajmował – wtrąciłem podejrzliwie.
– Wyjechał tydzień temu. Jak idioci poprosiliśmy go, żeby odesłał klucze pocztą. Właścicielka
mieszkania jest na Florydzie. Cały czas siedzieliśmy u Francisa na wsi.
– Uwięzieni jak szczury.
– Gdy Francis nas tam zawoził, jakieś trzy kilometry od domu coś strasznego stało się
z samochodem – relacjonował Charles. – Czarny dym i zgrzytanie.
– Nawalił układ kierowniczy. I wjechaliśmy do rowu.
Oboje mówili bardzo szybko. Przez chwilę zagłuszył ich ostry głos Bunny’ego.
– … No i ten sędzia miał swój własny specjalny system. W poniedziałki wieszał złodziei bydła, we
wtorki karcianych oszustów, w środy morderców…
– … więc potem – mówił Charles – musieliśmy drałować do domu Francisa na piechotę i całymi
dniami wydzwanialiśmy do Henry’ego, żeby po nas przyjechał. Ale on nie odbierał telefonu… wiesz,
jak to jest, gdy próbujesz się z nim skontaktować…
– U Francisa w domu nie było do jedzenia nic oprócz kilku puszek czarnych oliwek i proszku do
robienia naleśników.
– Tak, żywiliśmy się oliwkami i naleśnikami.
Czy to prawda? – zacząłem się nagle zastanawiać. Przez chwilę się cieszyłem: mój Boże, jaki ja
byłem głupi, ale potem przypomniałem sobie, jak wyglądało mieszkanie Henry’ego, walizki przy
drzwiach.
Bunny przygotowywał się do wielkiego finału.
– Więc sędzia mówi do niego: „Synu, jest piątek i bardzo bym chciał cię powiesić dzisiaj, ale będę
musiał zaczekać do wtorku, bo…”
– Nie było nawet mleka – kontynuowała Camilla. – Musieliśmy rozrabiać proszek wodą.
Rozległo się ciche odchrząknięcie, podniosłem wzrok i ujrzałem Morrowa zamykającego za sobą
drzwi.
– O Boże – powiedział w ciszy, która nagle zapadła – gdzie wyście się podziewali, gaduły jedne?
Charles zakasłał i ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie na końcu pokoju zaczął dość
mechanicznie opowiadać o kluczach do mieszkania, samochodzie w rowie, oliwkach i proszku do
robienia naleśników. Zimowe słońce wpadające ukosem przez okno sprawiało, że wszystko wyglądało
jak zamrożone, wyraźne w każdym szczególe; nic nie wydawało się prawdziwe, i miałem wrażenie, jak
gdyby to był jakiś zawiły film, który zacząłem oglądać od połowy i nie mogłem się połapać w fabule.
Więzienne żarty Bunny’ego z jakiegoś powodu mnie rozstroiły, chociaż pamiętałem, że jesienią sypał
takimi dowcipami jak z rękawa. Odpowiedzią na nie, i wtedy, i teraz, było pełne napięcia milczenie,
chociaż to były tylko głupie, kiepskie kawały. Zawsze podejrzewałem, że ma u siebie w pokoju jakąś
starą księgę humoru więziennego z oklepanymi żartami czy coś w tym rodzaju, na półce obok
autobiografii Boba Hope’a, powieści z cyklu Zbrodnie doktora Fu Manchu oraz Ludzi myśli i czynu.
(Co, jak się później okazało, było zgodne z prawdą).
– Dlaczego do mnie nie zadzwoniliście? – spytał Morrow zdziwiony i może nieco urażony, gdy
Charles dokończył swoją relację.
Bliźnięta zwróciły ku niemu puste spojrzenia.
– Nie przyszło nam to do głowy – odparła Camilla.
Morrow roześmiał się i wyrecytował aforyzm Ksenofonta, dosłownie traktujący o namiotach,
żołnierzach i nacierającym wrogu, ale zawierający sugestię, że w trudnych chwilach najlepiej o pomoc
prosić swoich.
Po zajęciach samotnie wracałem do akademika w stanie dezorientacji i wzburzenia. Moje myśli były tak
ze sobą sprzeczne i niepokojące, że nie byłem w stanie dłużej spekulować, zastanawiałem się tylko
w osłupieniu, co się wokół mnie wyprawia; do końca dnia nie miałem żadnych zajęć, ale nie mogłem
znieść myśli o powrocie do swojego pokoju. Udałem się do Świetlicy i ze trzy kwadranse przesiedziałem
w fotelu przy oknie. Może powinienem pójść do biblioteki? Wziąć samochód Henry’ego, bo wciąż
miałem kluczyki, i przejechać się, może sprawdzić, czy jest jakiś popołudniowy seans w kinie w mieście?
A może pójść do Judy Poovey i poprosić o valium?
Ostatecznie zdecydowałem, że ostatni z tych pomysłów to konieczny warunek wstępny realizacji
któregokolwiek z pozostałych planów. Wróciłem do Monmouth House i przeszedłem pod pokój Judy,
gdzie na drzwiach zastałem wiadomość spisaną złocistym markerem: „Beth, jedziesz ze mną i Tracy do
Manchesteru na lunch? Do 11.00 jestem w pracowni. J”.
Stałem tam, gapiąc się na drzwi Judy przyozdobione zdjęciami wypadków samochodowych,
krzykliwymi nagłówkami wyciętymi z „Weekly World News” i nagą lalką Barbie zwisającą na stryczku
z klamki. Była już pierwsza. Przeszedłem do moich niczym nieskalanych białych drzwi na końcu
korytarza, jedynych w całym szeregu, które nie były pokryte religijną propagandą, plakatami
Fleshtonesów i samobójczymi hasłami Artauda, zastanawiając się, jak im wszystkim udało się tak szybko
zalepić drzwi tymi śmieciami i po co w ogóle to robią.
Leżałem na łóżku i wpatrywałem się w sufit, próbując odgadnąć, kiedy wróci Judy, i ustalić, co
robić do tego czasu, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Był to Henry. Otworzyłem drzwi nieco szerzej i wbijałem w niego spojrzenie, nic nie mówiąc.
Spoglądał na mnie z niewzruszoną i cierpliwą obojętnością. Był spokojny i nie spuszczał ze mnie
wzroku, ściskając pod pachą książkę.
– Cześć – rzucił.
Nastąpiła kolejna pauza, dłuższa niż pierwsza.
– Siema – odpowiedziałem po chwili.
– Co słychać?
– W porządku.
– To dobrze.
Zapadło kolejne długie milczenie.
– Robisz coś dzisiaj? – spytał uprzejmie.
– Nie – odparłem zbity z tropu.
– Chciałbyś się ze mną przejechać?
Zabrałem płaszcz.
Gdy już byliśmy daleko za Hampden, zjechaliśmy z głównej drogi na żwirówkę, której nigdy wcześniej
nie widziałem.
– Dokąd jedziemy? – spytałem lekko zaniepokojony.
– Pomyślałem, że może obejrzymy sobie wyprzedaż na Old Quarry Road – odpowiedział
nieporuszony.
Zdumiałem się niepomiernie, gdy jakąś godzinę później droga w końcu doprowadziła nas do dużego
domu z tablicą z napisem WYPRZEDAŻ.
Choć dom był imponujący, sama oferta rzeczy na sprzedaż okazała się niezbyt ciekawa: fortepian
zastawiony srebrami i popękanymi wyrobami szklanymi, zegar szafkowy, kilka pudeł pełnych płyt,
utensylia kuchenne i zabawki oraz trochę tapicerowanych mebli mocno podrapanych przez koty,
wszystko wystawione w garażu.
Przejrzałem stertę starych nut, kątem oka śledząc Henry’ego. Szperał bez większego zainteresowania
w srebrach; jedną ręką odegrał od niechcenia takt z Träumerei na fortepianie; otworzył drzwiczki zegara
i zerknął na mechanizm; z siostrzenicą właściciela, która właśnie nadeszła od strony rezydencji, odbył
długą pogawędkę o tym, kiedy naj​lepiej wysadzać cebulki tulipanów. Po dwukrotnym przejrzeniu
kolekcji nut przeszedłem do szkła, a potem do płyt; Henry kupił motykę za dwadzieścia pięć centów.
– Przepraszam, że ciągnąłem cię tu tak daleko – powiedział w drodze powrotnej.
– Nie szkodzi – odparłem, skulony na swoim siedzeniu bardzo blisko drzwi.
– Zgłodniałem trochę. A ty? Miałbyś ochotę coś zjeść?
Zatrzymaliśmy się w barze na obrzeżach Hampden. Tak wczesnym wieczorem było tam właściwie pusto.
Henry zamówił potężną kolację – zupę z zielonego groszku, pieczeń wołową, sałatkę, purée
ziemniaczane z sosem pieczeniowym, kawę i ciastko – i konsumował ją w milczeniu, metodycznie,
z wielką lubością. Ja skubałem od czasu do czasu swój omlet i starałem się nie gapić ciągle na
Henry’ego, gdy jedliśmy, choć przychodziło mi to z trudem. Czułem się, jakbym siedział w wagonie
restauracyjnym pociągu i posadzono mnie z innym samotnym podróżnym, jakimś uprzejmym
nieznajomym, kimś, kto może nawet nie mówi w moim języku, ale kto mimo wszystko cieszy się, że
może zjeść ze mną kolację, roztaczając wokół siebie aurę cichej aprobaty, jak gdyby znał mnie od
zawsze.
Gdy skończył, wyciągnął z kieszeni koszuli papierosy (palił lucky strikes; zawsze, gdy o nim myślę,
myślę o tej czerwonej kropce tuż nad jego sercem) i poczęstował mnie, wytrząsając kilka z paczki
i unosząc brwi. Pokręciłem głową.
Wypalił jednego, potem drugiego i przy drugiej kawie podniósł wzrok.
– Czemu jesteś dzisiaj taki małomówny?
Wzruszyłem ramionami.
– Nie chcesz zapytać o naszą podróż do Argentyny?
Odstawiłem filiżankę na spodek i wbiłem w niego spojrzenie. Zacząłem się śmiać.
– Tak – przyznałem. – Ależ tak, chcę. Opowiedz mi.
– Nie jesteś ciekaw, skąd wiem? To znaczy skąd wiem, że ty wiesz?
O tym nie pomyślałem, co chyba wyczytał z mojej twarzy, bo teraz on się roześmiał.
– Żadna tajemnica – rzekł. – Gdy zadzwoniłem, żeby odwołać rezerwację, oczywiście nie chcieli
tego zrobić, bo taryfa bezzwrotna i tak dalej, chociaż w końcu udało mi się to załatwić… w każdym razie
kiedy zadzwoniłem do linii lotniczych, byli trochę zaskoczeni, bo zaledwie dzień wcześniej, powiedzieli,
telefonicznie potwierdziłem rezerwację.
– Skąd wiedziałeś, że to ja?
– Któżby inny? Miałeś klucz. Wiem, wiem – rzekł, gdy próbowałem mu przerwać. – Zostawiłem ci
ten klucz specjalnie. Później ułatwiłoby to sprawę, z różnych powodów, ale zupełnym przypadkiem
napatoczyłeś się w niewłaściwym momencie. Widzisz, dopiero co wyszedłem na kilka godzin
z mieszkania i ani przez moment nie przyszło mi do głowy, że mógłbyś wpaść między północą a siódmą
rano. Musieliśmy się minąć. Gdybyś trafił tam godzinę później, nic by nie zostało.
Wysączył łyk kawy. Miałem tyle pytań, że próby uporządkowania ich nie miały żadnego sensu.
– Dlaczego zostawiłeś mi klucz? – odezwałem się w końcu.
Henry wzruszył ramionami.
– Bo miałem pewność, że skorzystasz z niego tylko wtedy, gdy będziesz musiał – odpowiedział. –
Gdybyśmy rzeczywiście wylecieli, ktoś w końcu musiałby otworzyć mieszkanie właścicielce, a ja
wysłałbym ci instrukcje co do tego, z kim się skontaktować i jak pozbyć się rzeczy, które zostawiłem, ale
na śmierć zapomniałem o tym cholernym słowniku. To znaczy nie mogę tak powiedzieć. Wiedziałem, że
go zostawiłeś, ale spieszyłem się i jakoś nie pomyślałem, że po niego wrócisz bei Nacht und Nebel, że
się tak wyrażę. Ale postąpiłem niemądrze. Masz takie same problemy ze spaniem jak ja.
– Ustalmy coś. Jednak nie byliście w Argentynie?
Henry prychnął i gestem poprosił o rachunek.
– Oczywiście, że nie – odrzekł. – Byłbym teraz tutaj, gdybyśmy polecieli?
Zapłaciwszy, spytał mnie, czy chciałbym pojechać do mieszkania Francisa.
– Najprawdopodobniej go nie zastaniemy – powiedział.
– To po co jechać?
– Bo u mnie jest bałagan i mieszkam u Francisa, dopóki nie znajdę kogoś do sprzątania. Znasz może
jakąś dobrą firmę sprzątającą? Francis mówił, że gdy ostatnim razem wziął kogoś z urzędu zatrudnienia
w mieście, zniknęły dwie butelki wina i pięćdziesiąt dolarów z szuflady komody.
Po drodze do północnego Hampden z trudem się hamowałem, żeby nie zasypać Henry’ego pytaniami,
ale nim tam dotarliśmy, trzymałem gębę na kłódkę.
– Nie ma go w domu, na pewno – powiedział, otwierając kluczem frontowe drzwi.
– A gdzie jest?
– Z Bunnym. Zabrał go do Manchesteru na kolację, a potem, zdaje się, na jakiś film, który Bunny
chciał obejrzeć. Chcesz kawy?
Mieszkanie Francisa znajdowało się w brzydkim, należącym do uczelni budynku z lat
siedemdziesiątych. Było bardziej przestronne i zapewnia​ło więcej prywatności niż stare akademiki
z dębowymi podłogami, w których mieszkaliśmy na terenie kampusu, wskutek czego tego typu
mieszkania miały duże wzięcie; wadą było linoleum na podłodze, kiepsko oświetlone korytarze i tania
nowoczesna armatura jak w hotelu Holiday Inn. Francisowi najwyraźniej specjalnie to nie przeszkadzało.
Miał tam własne meble przywiezione z domu na wsi, ale wybrał je niedbale, tworząc okropny miszmasz
stylów, tapicerek, ciemnego i jasnego drewna.
Przeszukanie kuchni wykazało, że Francis nie ma ani kawy, ani herbaty („Przydałaby mu się wizyta
w sklepie spożywczym”, skomentował Henry, zaglądając mi przez ramię do kolejnej świecącej pustkami
szafki), jedynie kilka butelek szkockiej i trochę wody mineralnej. Zdobyłem lód, znalazłem szklanki
i zabraliśmy 750-mililitrową butelkę famous grouse do zacienionego salonu, stukając obcasami na
paskudnej połaci białego linoleum.
– A więc nie polecieliście – stwierdziłem, gdy już usiedliśmy i Henry nalał nam po szklaneczce.
– Nie.
– Dlaczego?
Henry westchnął i sięgnął do kieszonki po papierosa.
– Pieniądze – wyjawił, gdy zapałka rozbłysła jasno w półmroku. – Widzisz, ja nie mam funduszu
powierniczego tak jak Francis, jedynie miesięczną wypłatę. Wynosi dużo więcej, niż potrzebuję na życie,
i od lat większość tych środków wpłacam na konto. Ale dzięki Bunny’emu jest ono w zasadzie
wyczyszczone. Nie było możliwości, żebym zdobył ponad trzydzieści tysięcy dolarów, nawet gdybym
sprzedał samochód.
– Trzydzieści tysięcy to dużo kasy.
– Tak.
– Po co wam tyle?
Henry wypuścił kółko z dymu częściowo w żółtawy krąg światła pod lampą, częściowo
w otaczający nas mrok.
– Bo nie zamierzaliśmy wrócić – oświadczył. – Żadne z nas nie ma wizy pracowniczej. To, co
mogliśmy zabrać, miało nam wystarczyć na dłuższy czas. Nawiasem mówiąc – dodał, podnosząc głos,
jak gdybym chciał mu przerwać, choć tak naprawdę nie miałem takiego zamiaru, wydałem z siebie
jedynie nieartykułowany odgłos zdumienia – nawiasem mówiąc, Buenos Aires nie było głównym celem
naszej podróży. Jedynie przystankiem.
– Co?
– Gdybyśmy mieli dość pieniędzy, pewnie polecielibyśmy do Paryża albo Londynu, jakiegoś
dużego centrum komunikacyjnego z dużym ruchem, a stamtąd do Amsterdamu i w końcu do Ameryki
Południowej. W ten sposób, rozumiesz, trudniej by było nas wytropić. Ale nie mieliśmy tylu pieniędzy,
więc mogliśmy zamiast tego polecieć do Argentyny, a stamtąd okrężną drogą do Urugwaju – kraju
samego w sobie niebezpiecznego i niestabilnego, z tego, co wiem, ale nam by odpowiadał. Mój ojciec
ma tam udziały w jakichś nieruchomościach. Nie mielibyśmy problemu ze znalezieniem mieszkania.
– On o tym wiedział? – spytałem. – Twój ojciec?
– W końcu by się dowiedział. Właściwie to miałem cię prosić, żebyś się z nim skontaktował po tym,
jak przybędziemy na miejsce. Gdyby zdarzyło się coś niespodziewanego, mógłby nam pomóc, nawet
w razie potrzeby wydostać nas z tego kraju. Ma tam znajomości, kogoś w rządzie. Poza nim nikt by nic
nie wiedział.
– Zrobiłby to dla ciebie?
– Nie jesteśmy sobie bliscy, ja i mój ojciec – przyznał Henry – ale prócz mnie nie ma innych dzieci.
– Dopił szkocką i zakręcił kostkami lodu w szklance. – No, tak czy siak. Chociaż nie miałem za dużo
gotówki pod ręką, środki na moich kartach kredytowych były w pełni wystarczające, pozostawał tylko
problem zebrania odpowiedniej sumy, żeby przez jakiś czas mieć z czego żyć. I tu wkracza Francis. On
i jego matka korzystają z dochodów funduszu powierniczego, o czym pewnie wiesz, ale mają też prawo
wycofania do trzech procent kapitału rocznie, co by wynosiło około stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów.
Zwykle suma ta pozostaje nietknięta, ale w teorii któreś z nich może w dowolnej chwili wyjąć te
pieniądze. Firma prawnicza z Bostonu pełni funkcję powiernika i w czwartek rano wyjechaliśmy ze wsi,
wpadliśmy na kilka minut do Hampden, żebyśmy mogli z bliźniętami zabrać nasze rzeczy, a potem
wszyscy polecieliśmy do Bostonu i zameldowaliśmy się w Parker House. Cudowny hotel, znasz? Nie?
Zatrzymał się w nim Dickens podczas wizyty w Ameryce. W każdym razie – kontynuował – Francis
umówił się na spotkanie z prawnikami, a bliźnięta miały coś do wyjaśnienia w urzędzie paszportowym.
Jeśli się chce wyjechać nagle z kraju, trzeba zaplanować więcej, niż by się wydawało, ale mniej więcej
o wszystko zadbaliśmy; wylot był następnego wieczoru i nic nie wskazywało na to, że coś może nam
pokrzyżować plany. Trochę się martwiliśmy o paszporty bliźniąt, ale oczywiście nawet gdyby musiały
poczekać dziesięć dni i dołączyć do nas później, nie stanowiłoby to większego problemu. Sam też
miałem kilka spraw do załatwienia, ale niewiele, i Francis zapewnił mnie, że pobranie pieniędzy to tylko
formalność, musi tylko podjechać do centrum podpisać jakieś papiery. Jego matka dowiedziałaby się
o tym, lecz co mogła zrobić po fakcie, gdy nas już nie będzie? Nie wrócił jednak o umówionej porze –
relacjonował dalej Henry – minęły trzy godziny, potem cztery. Wróciły bliźnięta i we trójkę
zamówiliśmy właśnie lunch
do pokoju, gdy wpadł rozhisteryzowany Francis. Widzisz, wszystkie pieniądze z rocznego limitu
zniknęły. Jego matka na początku roku wybrała wszystko co do centa, nic mu o tym nie mówiąc. To
była nieprzyjemna niespodzianka, a jeszcze bardziej nieprzyjemna, biorąc pod uwagę okoliczności.
Próbował wszelkich sposobów, jakie przyszły mu do głowy: pożyczyć pieniądze pod zastaw funduszu,
nawet zrzec się odsetek, co, jeśli coś wiesz o funduszach powierniczych, jest chyba najbardziej
desperacką rzeczą, jaką można zrobić. Bliźnięta były za tym, żeby jednak zaryzykować i polecieć. Ale…
sytuacja była trudna. Gdybyśmy wyjechali, nie mielibyśmy powrotu, a poza tym co mieliśmy zrobić na
miejscu? Zamieszkać w domku na drzewie jak Wendy i zagubieni chłopcy z Piotrusia Pana? –
Westchnął. – Więc tak oto zostaliśmy ze spakowanymi walizkami i gotowymi paszportami, ale bez
pieniędzy. Dosłownie nie mieliśmy nic. Jakieś nędzne pięć tysięcy na całą czwórkę. Dyskusjom nie było
końca, ale w końcu postanowiliśmy, że nie mamy wyjścia, musimy wracać do Hampden. Przynajmniej
na jakiś czas.
Opowiadał o tym wszystkim dość spokojnie, lecz słuchając go, czułem, jak coraz bardziej ściska
mnie w dołku. Obraz sytuacji nadal był zupełnie nieczytelny, a to, co udało mi się wyczytać między
wierszami, w ogóle mi się nie podobało. Przez dłuższy czas nic nie mówiłem, patrzyłem tylko na cienie
na suficie rzucane przez lampę.
– Henry, Jezus Maria – wydusiłem w końcu głosem, który nawet w moich uszach zabrzmiał płasko
i dziwnie.
Uniósł brew i nic nie mówił, z pustą szklanką w ręku, z twarzą na wpół zacienioną.
Spojrzałem na niego.
– Jezu – powiedziałem. – Co wyście zrobili?
Uśmiechnął się cierpko i pochylił się, poza krąg światła, żeby dolać sobie szkockiej.
– Przypuszczam, że masz już całkiem niezłe pojęcie – rzekł. – Pozwól, że ci zadam pytanie. Dlaczego
nas kryłeś?
– Co?
– Wiedziałeś, że wyjeżdżamy z kraju. Wiedziałeś o tym cały czas i nikomu nie powiedziałeś.
Dlaczego?
Ściany zdematerializowały się i pokój tonął w czerni. Twarz Henry’ego, wyraźnie oświetlona przez
lampę, bieliła się na ciemnym tle, a pojedyncze punkciki światła mrugały z ramek jego okularów, jarzyły
się w bursztynowej głębi szklanki z whisky, lśniły niebiesko w jego oczach.
– Nie wiem – przyznałem.
Uśmiechnął się.
– Nie?
Wpatrywałem się w niego i milczałem.
– Przecież cię nie wtajemniczyliśmy – zauważył. Utkwione we mnie spojrzenie było nieruchome,
intensywne. – Mogłeś nas powstrzymać, kiedy tylko chciałeś, a jednak nie zrobiłeś tego. Dlaczego?
– Henry, na litość boską, co wy zrobiliście?
Uśmiechnął się.
– Zgadnij – powiedział.
I najstraszniejsze było to, że skądś znałem odpowiedź.
– Zabiliście kogoś – rzekłem – tak?
Patrzył na mnie przez chwilę, a potem ku memu niebotycznego zdziwieniu zaśmiał się odchylony do
tyłu.
– Brawo – powiedział. – Jesteś tak bystry, jak sądziłem. Wiedziałem, że prędzej czy później się
domyślisz, cały czas im to mówiłem.
Ciemność wisiała wokół naszego maleńkiego świetlnego kręgu ciężka i wyczuwalna niczym zasłona.
W przypływie czegoś, co przypominało chorobę lokomocyjną, doświadczyłem na chwilę zarówno
klaustrofobicznego poczucia, że ściany zacieśniły się wokół nas, jak i przyprawiającego o zawroty głowy
wrażenia, że oddaliły się w nieskończoność, pozostawiając nas dwóch zawieszonych w jakiejś
bezgranicznej ciemnej otchłani. Przełknąłem i spojrzałem znów na Henry’ego.
– Kto to był? – spytałem.
Wzruszył ramionami.
– Tak naprawdę to zdarzyło się niechcący. Przypadkiem.
– Nie zaplanowaliście tego?
– O rany, ależ skąd – odpowiedział zaskoczony.
– Co się stało?
– Nie wiem, od czego zacząć. – Przerwał i łyknął drinka. – Pamiętasz, jak jesienią na zajęciach
Morrowa omawialiśmy coś, co Platon nazywa szaleństwem telestycznym? Bakcheia? Dionizyjskim
szałem?
– Tak – rzuciłem dość niecierpliwie. Akurat teraz musiał wyciągać coś takiego, cały Henry.
– No więc postanowiliśmy, że spróbujemy wprowadzić się w taki stan.
Przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem.
– Co? – spytałem.
– Powiedziałem, że postanowiliśmy spróbować urządzić Bachanalia.
– Nie wygłupiaj się.
– Naprawdę.
Spojrzałem na niego.
– Żartujesz.
– Nie.
– To najbardziej zwariowana rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem.
Wzruszył ramionami.
– Skąd w ogóle taki pomysł?
– Miałem obsesję na tym punkcie.
– Dlaczego?
– Cóż, z tego, co było mi wiadomo, nikt tego nie próbował od dwóch tysięcy lat. – Przerwał,
widząc, że to wyjaśnienie mi nie wystarcza. – Ostatecznie pokusa, żeby przestać być sobą, nawet na
krótki czas, jest ogromna – wyjaśniał. – Żeby uciec przed poznawczym trybem doświadczenia, wyjść
poza przypadek własnego chwilowego bytu. Są jeszcze inne zalety, które trudniej wyjaśnić, rzeczy,
o których starożytne źródła tylko napomykają i które ja sam pojąłem dopiero post factum.
– Jak co?
– Cóż, nie bez kozery nazywa się to misterium – odrzekł kwaśno Henry. – Uwierz mi na słowo. Ale
nie można bagatelizować tej pierwotnej pokusy: żeby zatracić siebie, zatracić bez reszty. A przez to
otworzyć się przed zasadą ciągłego życia, życia poza okowami śmiertelności i czasu. Od początku
wydawało mi się to pociągające, nawet wtedy, gdy nic na ten temat nie wiedziałem i podchodziłem do
rzeczy bardziej jako antropolog, a nie potencjalny mystes. O całej sprawie starożytni komentatorzy
wyrażają się nader powściągliwie. Można było jednak, ogromnym wysiłkiem, dowiedzieć się czegoś
o niektórych świętych rytuałach: hymnach, świętych przedmiotach, co włożyć, co zrobić i co
powiedzieć. Trudniej było rozgryźć samo misterium: jak doprowadzić się do tego stanu, co jest
katalizatorem? – Jego głos był rozmarzony, rozbawiony. – Próbowaliśmy wszystkiego. Alkoholu,
narkotyków, modlitw, nawet małych dawek trucizny. W noc naszej pierwszej próby po prostu
wypiliśmy za dużo, urwał nam się film i leżeliśmy w chitonach w lesie niedaleko domu Francisa.
– Włożyliście chitony?
– Tak – odpowiedział z irytacją Henry. – Wszystko dla dobra eksperymentu. Zrobiliśmy je
z prześcieradeł ze strychu w domu Francisa. W każdym razie. Pierwszej nocy nic się nie stało oprócz
tego, że potem byliśmy skacowani i obolali po noclegu na ziemi. Więc następnym razem nie wypiliśmy
aż tyle, ale znaleźliśmy się znowu w środku nocy na wzgórzu za domem Francisa, wstawieni,
w chitonach i śpiewaliśmy grec​kie hymny jak podczas obrzędów inicjacyjnych, i nagle Bunny zaczął się
zanosić śmiechem tak bardzo, że padł jak mucha i stoczył się ze wzgórza. Było całkiem oczywiste –
kontynuował – że sam alkohol nie załatwi sprawy. Rany boskie. Czego myśmy nie próbowali, nie
byłbym w stanie tego zliczyć. Czuwanie. Post. Libacje. Na samą myśl o tym wpadam w przygnębienie.
Paliliśmy gałęzie cykuty i wdychaliśmy dym. Wiedziałem, że Pytia żuła liście laurowe, ale to też nic nie
dało. Znalazłeś te liście, o ile sobie przypominasz, na kuchence u Francisa.
Wbijałem w niego wzrok.
– Dlaczego się o niczym nie dowiedziałem? – spytałem.
Henry sięgnął do paczki po papierosa.
– No cóż – rzekł – to chyba całkiem jasne.
– Jak to?
– No przecież to oczywiste, że nie zamierzaliśmy ci nic powiedzieć. Ledwo cię znaliśmy.
Pomyślałbyś, że nam odbiło. – Przez chwilę się nie odzywał. – Widzisz, właściwie nie mieliśmy prawie
nic, na czym mogliś​my się oprzeć – powiedział w końcu. – Przypuszczam, że w pewnym sensie zmyliły
mnie opisy Pytii, pneuma enthusiastikon, trujących oparów i tak dalej. Te procesy, chociaż pobieżnie,
są dużo lepiej udokumentowane niż rytuały bachiczne i wydawało mi się przez jakiś czas, że istnieje
między nimi pewien związek. Dopiero po dłuższym czasie prób i błędów stało się jasne, że jednak nie
istnieje i że brakuje nam najprawdopodobniej czegoś całkiem prostego. I rzeczywiście.
– Czegóż takiego?
– Tylko jednego: mianowicie aby przyjąć boga w czasie tego czy innego misterium, trzeba osiągnąć
stan euphemii, kultowej czystości. To właśnie stanowi istotę bachicznego misterium. Wspomina o niej
nawet Platon. Żeby pierwiastek boski mógł się przebić, najpierw nasza śmiertelna powłoka, nasz proch,
ta część, która ulega rozkładowi, musi się stać jak najczystsza.
– Jak to osiągnąć?
– Poprzez pewne symboliczne czynności, z których większość występuje powszechnie w świecie
greckim. Polewanie głowy wodą, kąpiele, post: Bunny nie radził sobie z postem, z kąpielami zresztą też,
jeśli chcesz wiedzieć, ale reszta nas robiła, co należy. Tylko że im dłużej to trwało, tym bardziej
wydawało nam się to bezsensowne, aż pewnego dnia olśniło mnie coś dosyć oczywistego, a mianowicie,
że każdy rytuał religijny jest czymś umownym, o ile nie potrafi się sięgnąć do jego głębszego sensu. –
Przerwał. – Wiesz – powiedział – co Morrow mówi o Boskiej komedii?
– Nie, Henry, nie wiem.
– Że jest niezrozumiała dla każdego, kto nie jest chrześcijaninem. Że jeśli chce się czytać Dantego
i zrozumieć go, należy stać się chrześcijaninem, choćby tylko na kilka godzin. To samo tutaj. Trzeba się
było temu oddać bezwarunkowo, nie z pozycji podglądacza czy nawet badacza. Początkowo, jak
przypuszczam, trudno było podejść do sprawy z innej pozycji, mając tak fragmentaryczną wiedzę
z minionych epok. Witalność tego aktu, jego piękno, groza, ofiara całkowicie się zatarły. – Zaciągnął się
papierosem po raz ostatni i zgasił go. – Najprościej rzecz ujmując – rzekł – nie wierzyliśmy. A wiara była
warunkiem sine qua non. Wiara i całkowite poddanie się.
Czekałem na ciąg dalszy.
– Musisz wiedzieć, że w tym momencie byliśmy o włos od kapitulacji – powiedział spokojnie. –
Całe przedsięwzięcie było interesujące, ale nie aż do tego stopnia; a poza tym było potwornie kłopotliwe.
Nie zdajesz sobie sprawy, ile razy o mało się na nas nie natknąłeś.
– Tak?
– Tak. – Henry popił whisky. – Pewnie nie pamiętasz, jak którejś nocy na wsi około trzeciej nad
ranem zszedłeś do biblioteki po książkę. Słyszeliśmy cię na schodach. Schowałem się za zasłoną;
gdybym chciał, mog​łem wyciągnąć rękę i cię dotknąć. Innym razem obudziłeś się, zanim zdążyliśmy
wrócić. Musieliśmy się zakraść do domu od tyłu i jak włamywacze przemknąć po schodach: to było
bardzo uciążliwe, to skradanie się boso w ciemnościach. Poza tym robiło się zimno. Mówi się, że
oreibasia odbywała się w środku zimy, ale śmiem twierdzić, że na Peloponezie pogoda o tej porze roku
jest znacznie łagodniejsza niż w stanie Vermont. Lecz nasze próby trwały już tak długo – mówił dalej –
a poza tym w świetle nowego odkrycia wydawało nam się sensowne, że należy spróbować raz jeszcze
przed nastaniem zimy. Nagle sprawa stała się poważna. Pościliśmy przez trzy dni, dłużej niż
kiedykolwiek wcześniej. We śnie przyszedł do mnie posłaniec. Wszystko zapowiadało się wspaniale,
jakbyśmy za chwilę mieli nabrać wiatru w żagle, i po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że sama
rzeczywistość wokół nas ulega przemianie w jakiś piękny i niebezpieczny sposób, że porywa nas siła,
której nie rozumiemy, w kierunku, którego nie znam. – Znowu sięgnął po drinka. – Jedynym
problemem był Bunny. Nie dotarło do niego w gruncie rzeczy, że sytuacja diametralnie się zmieniła.
Znajdowaliśmy się bliżej celu niż kiedykolwiek wcześniej i liczył się każdy dzień; zrobiło się już
strasznie zimno i gdyby spadł śnieg, co mogło się stać lada dzień, musielibyśmy czekać aż do wiosny.
Nie mogłem znieść myśli o tym, że po tylu wysiłkach Bunny mógłby w ostatniej chwili wszystko
zepsuć. A wiedziałem, że to zrobi. W decydującej chwili rzuci jakiś głupi dowcip i wszystko pójdzie na
marne. Drugiego dnia zacząłem mieć wątpliwości, a potem, przed kluczową nocą, Charles widział go po
południu w Świetlicy, jak pochłaniał grillowaną kanapkę z serem i popijał ją koktajlem mlecznym.
Miarka się przebrała. Postanowiliśmy wymknąć się bez niego. Wyjazdy w weekendy były zbyt
ryzykowne, bo kilka razy o mało nas nie przyłapałeś, więc wyjeżdżaliśmy samochodem późnym
wieczorem w czwartek i wracaliśmy o trzeciej lub czwartej nad ranem. Tyle że tym razem wyjechaliśmy
wcześnie, przed kolacją, i nie wspomnieliśmy mu o tym ani słowem.
Przypalił papierosa. Nastąpiła długa pauza.
– I co? – drążyłem. – Co się stało?
Roześmiał się.
– Nie wiem, co powiedzieć.
– Co masz na myśli?
– Mam na myśli to, że nam się udało.
– Udało?
– W rzeczy samej.
– Ale jakim cudem…
– Udało nam się.
– Nie jestem pewien, czy rozumiem, co masz na myśli, mówiąc, że się „udało”.
– W najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa.
– Ale jak?
– To było coś wstrząsającego. Nieopisanego. Pochodnie, zawroty głowy, śpiewy. Wilki wyjące
wokół nas i byk ryczący w ciemności. Rzeka bieliła się. Jak w przyspieszonym filmie, księżyc rósł
i malał, chmury pędziły po niebie. Pnącza wyrastały z ziemi tak szybko, że oplatały pnie drzew jak węże;
pory roku mijały w mgnieniu oka, całe lata, o ile mi wiadomo… Wydaje nam się, że istotą czasu jest
zmiana zachodzących zjawisk, tymczasem prawda jest zupełnie inna. Czasu nie obchodzą wiosny i zimy,
narodziny i rozkład, dobro i zło, jest wobec tego wszystkiego obojętny. Jest czymś niezmiennym,
radosnym i absolutnie niezniszczalnym. Przestaje istnieć dwoistość; nie ma ego, nie ma „ja”, chociaż jest
zupełnie inaczej niż w tych potwornych porównaniach, o których się słyszy w religiach Wschodu, gdzie
„ja” jest kroplą wody wchłoniętą przez ocean kosmosu. Kosmos raczej się rozciąga, by wypełnić granice
„ja”. Nie masz pojęcia, jak blednie zwykła egzystencja po doświadczeniu takiej ekstazy. Zupełnie jakby
się było niemowlęciem. Nie pamiętałem własnego imienia. Podeszwy miałem pokaleczone do krwi, ale
nawet tego nie czułem.
– Ale to są w zasadzie obrzędy orgiastyczne, prawda?
Zabrzmiało to nie jak pytanie, lecz stwierdzenie. Nawet nie mrugnął okiem, siedział tylko i czekał, co
powiem dalej.
– Co? Są czy nie są? – dopytywałem się.
Pochylił się, żeby zostawić papierosa w popielniczce.
– Oczywiście – zgodził się, opanowany jak kapłan w swoim ciemnym garniturze i ascetycznych
okularach. – Wiesz o tym tak dobrze jak ja.
Siedzieliśmy przez chwilę, wpatrując się w siebie.
– Co dokładnie robiliście? – spytałem.
– Wiesz, naprawdę, nie sądzę, żebyśmy musieli o tym teraz rozmawiać – odrzekł gładko. – W tym,
co się działo, był pewien element cielesny, ale całe zjawisko miało w zasadzie wymiar duchowy.
– Zobaczyłeś Dionizosa, jak sądzę?
Nie było to z mojej strony do końca poważne pytanie i zaskoczył mnie, zwyczajnie kiwając głową,
jak gdybym zapytał go, czy odrobił pracę domową.
– Widziałeś go w postaci fizycznej? W koziej skórze? Z tyrsem?
– A ty skąd wiesz, jak wygląda Dionizos? – spytał cokolwiek ostro Henry. – Myślisz, że co
zobaczyliśmy? Karykaturę? Podobiznę z grec​kiej wazy?
– Po prostu nie mogę uwierzyć, że chcesz mi wmówić, że naprawdę widziałeś…
– A gdybyś tak nigdy nie widział morza? Gdybyś widział tylko dziecięcy rysunek: niebieską kredką,
z małymi falami? Poznałbyś prawdziwe morze, gdybyś znał tylko ten rysunek? Byłbyś w stanie
rozpoznać prawdziwą rzecz, gdybyś ujrzał ją na własne oczy? Nie wiesz, jak wygląda Dionizos.
Mówimy tutaj o Bogu. Bóg to poważna sprawa. – Odchylił się do tyłu w swoim fotelu i otaksował mnie
spojrzeniem. – Nie musisz mi wierzyć na słowo, wiesz o tym – powiedział. – Było nas czworo. Charles
miał na ramieniu krwawy ślad po ugryzieniu i nie miał pojęcia, skąd się wziął, ale to nie było ludzkie
ukąszenie. Za duże. I dziwne nakłucia zamiast zębów. Camilla mówi, że w pewnym momencie
uwierzyła, że jest łanią; i to było dziwne, bo reszta nas pamięta, że ścigaliśmy przez las łanię, pokonując
przy tym całe kilometry, jak nam się zdawało. I rzeczywiście, to były całe kilometry. Wiem o tym na
pewno. Musieliśmy cały czas biec, bo gdy się ocknęliśmy, nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteśmy. Później
ustaliliśmy, że sforsowaliśmy co najmniej cztery ogrodzenia z drutem kolczastym, chociaż nie wiem jak,
i oddaliliśmy się spory kawałek od posiadłości Francisa, dziesięć lub dwanaście kilometrów. I tu właśnie
dochodzę do niefortunnej części mojej opowieści.
Pozostało mi jedynie bardzo mgliste wspomnienie – wyjaśniał. – Usłyszałem za sobą coś, coś lub
kogoś, odwróciłem się więc, o mało nie tracąc równowagi, i cokolwiek to było, coś dużego,
niewyraźnego, żółtego, zamachnąłem się na to z zaciśniętą pięścią, lewą, która nie jest tak silna jak
prawa. Poczułem straszny ból w knykciach, a potem, niemal od razu, coś sprawiło, że zabrakło mi tchu.
Było ciemno, rozumiesz; nie widziałem dobrze. Zamachnąłem się znowu, prawą ręką, z całej siły, i tym
razem usłyszałem głośny trzask i krzyk.
Nie mamy jasności, co się stało potem – opowiadał. – Camilla była sporo przed nami, ale Charles
i Francis biegli dość blisko z tyłu i szybko znaleźli się przy mnie. Doskonale pamiętam, jak się
podniosłem i zobaczyłem ich, gdy się przedzierali przez zarośla… Boże. Jakbym teraz ich widział.
W zabłocone włosy mieli zaplątane liście, a chitony były praktycznie w strzępach. Stali tam, dysząc
ciężko, z lodowatym, wrogim spojrzeniem w oczach: nie poznałem ani jednego, ani drugiego i myślę, że
pewnie rzucilibyśmy się na siebie, gdyby zza chmury nie wyszedł księżyc. Patrzyliśmy jeden na
drugiego. Powoli dochodziliśmy do siebie. Spojrzałem na swoją dłoń i zauważyłem, że jest cała we krwi
i, co gorsza, nie tylko we krwi. Potem Charles zrobił krok do przodu i klęknął przy czymś u moich stóp,
więc też się pochyliłem i spostrzegłem, że to jakiś mężczyzna. Był martwy. Około czterdziestu lat,
w koszuli w żółtą kratę, znasz te wełniane koszule, które tam noszą, miał skręcony kark i, przykro
mówić, mózg wszędzie na twarzy. Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Wyglądało to potwornie. Byłem
cały zbryzgany krwią, miałem krew nawet na okularach. Charles opowiada inną wersję – dodał. –
Pamięta, że widział mnie przy tych zwłokach. Ale mówi, że pamięta też jakąś walkę, że ciągnął coś
z całej siły i nagle uzmysłowił sobie, że to czyjeś ramię i że zaparł się stopą o czyjąś pachę. Co do
Francisa, trudno powiedzieć. Za każdym razem, gdy się z nim rozmawia, pamięta coś innego.
– A Camilla?
Henry westchnął.
– Podejrzewam, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co się wydarzyło naprawdę – oznajmił. –
Znaleźliśmy ją dopiero po dłuższym czasie. Siedziała spokojnie na brzegu strumienia ze stopami
w wodzie, w nieskazitelnie białym stroju, nigdzie ani śladu krwi oprócz włosów. Były ciemne
i przemoczone krzepnącą krwią. Jak gdyby chciała je ufarbować na czerwono.
– Jak to możliwe?
– Nie wiemy. – Przypalił kolejnego papierosa. – W każdym razie ten mężczyzna nie żył. A my
znajdowaliśmy się w środku lasu, półnadzy, zabłoceni, przy zwłokach na ziemi. Wszyscy byliśmy jak
otumanieni. Ja na przemian trzeźwiałem i odpływałem, mało brakowało, a bym zasnął; ale potem
podszedł Francis, żeby się lepiej przyjrzeć, i dostał silnego ataku odruchów wymiotnych. Coś w tej
scenie mocno mnie otrzeźwiło. Powiedziałem Charlesowi, żeby znalazł Camillę, a potem przyklęknąłem
i przeszukałem kieszenie tego człowieka. Nie znalazłem wiele, parę rzeczy z jego nazwiskiem, co
oczywiście do niczego nam się nie przydało. Zupełnie nie wiedziałem, co robić – przyznał. – Musisz
pamiętać, że robiło się zimno, od dłuższego czasu nic nie jadłem i nie byłem zbyt przytomny. Przez kilka
minut… Boże, jaki ja miałem mętlik w głowie… zastanawiałem się, czy nie wykopać grobu, ale
w końcu zdałem sobie sprawę, że to byłoby szaleństwo. Nie mogliśmy się tam kręcić całą noc. Nie
wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy ani kto może się napatoczyć, ani nawet która godzina. Poza tym nie
mieliśmy nic, czym można by wykopać dół. Na chwilę ogarnęła mnie panika: przecież nie mogliśmy
zostawić ciała ot tak, na widoku… ale uświadomiłem sobie, że to jedyne, co możemy zrobić. Mój Boże.
Nie wiedzieliśmy nawet, gdzie jest samochód. Nie wyobrażałem sobie, że będziemy teraz taszczyć
zwłoki przez góry i doliny, nie wiadomo jak długo; a nawet gdybyśmy je przenieśli do samochodu,
dokąd mielibyśmy je zawieźć? Więc gdy wrócił Charles z Camillą – ciągnął dalej – po prostu
zostawiliśmy ciało. Co, z perspektywy czasu, było najsprytniejszym rozwiązaniem. Przecież nie jest tak,
że w północnym Vermoncie aż roi się od genialnych koronerów. To prymitywne miejsce. Ludzie tam
bez przerwy giną gwałtowną śmiercią. Nie wiedzieliśmy nawet, kim jest ten człowiek; nic nas z nim nie
wiązało. Mieliśmy tylko jedno zmartwienie: odnaleźć samochód i dotrzeć do domu tak, żeby nikt nas nie
widział. – Pochylił się i dolał sobie szkockiej. – I to właśnie zrobiliśmy.
Też nalałem sobie kolejną szklaneczkę i przez minutę, może dłużej, siedzieliśmy, nie odzywając się.
– Henry – powiedziałem w końcu. – Jezus Maria.
Uniósł brew.
– Tak, to było bardziej wstrząsające, niż możesz sobie wyobrazić – rzekł. – Kiedyś potrąciłem
jelenia. Piękne stworzenie i gdy patrzyłem, jak się męczy, wszędzie krew, połamane nogi… A ten
wypadek był jeszcze bardziej makabryczny, ale przynajmniej miałem nadzieję, że to zamknięty rozdział.
Nawet mi się nie śniło, że jeszcze usłyszymy o tej sprawie. – Łyknął trochę szkockiej. – Niestety stało się
inaczej – powiedział. – Bunny się o to postarał.
– Co masz na myśli?
– Widziałeś go rano. Doprowadza nas wszystkich do szału. Ja jestem już u kresu wytrzymałości.
Rozległ się dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Henry podniósł szklankę i opróżnił ją długim
haustem.
– To pewnie Francis – rzekł i włączył górne światło.
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Gdy rozbłysło światło i pierzchła ciemność, odsłaniając zwyczajne, znajome zarysy salonu – zaśmiecone
biurko, niską, pofałdowaną sofę, zakurzone zasłony o stylowym kroju, które przypadły Francisowi po
jednej z dekoratorskich czystek przeprowadzonych przez jego matkę – było tak, jak gdybym zapalił
lampę po długim koszmarnym śnie. Mrugając powiekami, z ulgą odnotowałem, że okna i drzwi nadal są
tam, gdzie być powinny, a meble nie poprzestawiały się w ciemności za sprawą jakichś diabelskich
sztuczek.
Zasuwa przesunęła się. Francis wszedł do salonu z ciemnego holu. Oddychał ciężko, skubiąc ze
zgnębioną miną palce rękawiczki.
– Jezu, Henry – powiedział. – Co za wieczór.
Byłem poza zasięgiem jego wzroku. Henry zerknął na mnie i odchrząknął dyskretnie. Francis
odwrócił się gwałtownie.
Wydawało mi się, że patrzę na niego z dość neutralnym wyrazem twarzy, ale najwyraźniej było
inaczej. Musiał wyczytać z niej wszystko.
Wpatrywał się we mnie przez dłuższy czas, z na wpół zsuniętą rękawiczką zwisającą z dłoni.
– O nie – powiedział się w końcu, nie odrywając ode mnie wzroku. – Henry. Nie zrobiłeś tego.
– Obawiam się, że tak – rzekł Henry.
Francis zacisnął mocno powieki i otworzył je. Zrobił się biały jak ściana, a ta bladość wydawała się
sucha i talkowa jak rysunek kredą na papierze makulaturowym. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie
zemdleje.
– Wszystko w porządku – uspokajał Henry.
Francis nie ruszał się z miejsca.
– Naprawdę, Francis – dodał Henry, nieco już rozdrażniony. – Nic się nie stało. Siadaj.
Dysząc ciężko, przeszedł przez pokój i klapnął na fotel, po czym zaczął grzebać w kieszeni
w poszukiwaniu papierosów.
– Domyślił się – oznajmił Henry. – Mówiłem wam.
Francis spojrzał na mnie z niezapalonym papierosem drżącym między palcami.
– Naprawdę?
Nie odpowiedziałem. Przez chwilę miałem wrażenie, że to wszystko jest jakimś potwornym żartem.
Francis przesunął dłonią po policzku.
– Przypuszczam, że teraz już wszyscy wiedzą – stwierdził. – W ogóle nie wiem, dlaczego ja się tym
tak przejmuję.
Henry chwilę wcześniej oddalił się do kuchni po szklankę. Nalał do niej szkocką i podał Francisowi.
– Deprendi miserum est – zacytował.
Ku memu zaskoczeniu Francis roześmiał się: pozbawione wesołości krótkie prychnięcie.
– Boże święty – powiedział i wypił duży haust. – Co za koszmar. Wyobrażam sobie, Richard, co
musisz o nas myśleć.
– To nie ma żadnego znaczenia – wypowiedziałem te słowa bez zastanowienia, ale w tej samej chwili
z pewnym zdziwieniem zdałem sobie sprawę, że to prawda; to naprawdę nie miało większego znaczenia,
przynajmniej nie w stopniu, w jakim można by się tego spodziewać.
– Cóż, można chyba powiedzieć, że wpadliśmy jak śliwka w kompot – rzekł Francis, pocierając
oczy kciukiem i palcem wskazującym. – Nie wiem, co zrobimy z Bunnym. Chciałem go trzasnąć, gdy
staliśmy w kolejce na ten cholerny film.
– Zabrałeś go do Manchesteru? – spytał Henry.
– Tak. Ale ludzie są strasznie wścibscy i nigdy tak naprawdę nie wiadomo, kto za tobą siedzi,
prawda? To nawet nie był dobry film.
– A co oglądaliście?
– Jakieś głupoty o wieczorze kawalerskim. Chcę tylko wziąć pigułkę na sen i się położyć. – Dopił
resztę whisky i nalał sobie jeszcze. – Jezu – zwrócił się do mnie. – Jesteś taki wyrozumiały. Strasznie mi
głupio z powodu całej tej afery.
Zapadło długie milczenie.
W końcu spytałem:
– Co zamierzacie zrobić?
Francis westchnął.
– Nie zamierzaliśmy robić czegokolwiek – odpowiedział. – Wiem, że to brzmi fatalnie, ale co teraz
można zrobić?
Zrezygnowany ton jego głosu rozzłościł mnie i zaniepokoił zarazem.
– Skąd ja mam wiedzieć? – odparłem. – Dlaczego, na litość boską, nie poszliście na policję?
– Chyba żartujesz – rzucił oschle Henry.
– Powiedzieć, że nie wiecie, co się stało? Że znaleźliście go w lesie? Albo, nie wiem, Boże, że go
potrąciliście, że wybiegł wam prosto na maskę czy coś takiego?
– To byłoby bardzo nierozsądne – stwierdził Henry. – Wydarzył się nieszczęśliwy wypadek i żałuję,
że do niego doszło, ale szczerze mówiąc, nie bardzo widzę, jaką korzyść może przynieść mnie lub
podatnikowi to, że spędzę za kratkami w Vermoncie sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt lat.
– No ale to był nieszczęśliwy wypadek. Sam mówiłeś.
Henry wzruszył ramionami.
– Gdybyście się od razu zgłosili – kontynuowałem – może skończyłoby się na jakimś drobnym
zarzucie. Może w ogóle nic by wam nie groziło.
– Może – powtórzył Henry życzliwym tonem. – Ale pamiętaj, jesteśmy w Vermoncie.
– A co to, do diabła, za różnica?
– Niestety, ogromna. Gdyby sprawa oparła się o sąd, rozprawa odbywałaby się tutaj. I nie
mielibyśmy, dodam, ławy przysięgłych złożonej z ludzi naszego pokroju.
– Co z tego?
– Mów sobie, co chcesz, ale nie przekonasz mnie, że grupa przysięg​łych wybranych spośród
klepiących biedę Vermontczyków okazałaby choć krztynę litości dla czworga studentów podejrzanych
o zamordowanie jednego z ich sąsiadów.
– Mieszkańcy Hampden od lat po cichu liczyli na to, że wydarzy się coś takiego – wtrącił Francis,
przypalając nowego papierosa od poprzedniego. – Jak nic skazaliby nas za zabójstwo. I musielibyśmy
mieć wielkie szczęście, żeby nie trafić na krzesło elektryczne.
– Wyobraź sobie, jak by to wyglądało – tłumaczył Henry. – Jesteśmy wszyscy młodzi, dobrze
wykształceni, całkiem zamożni; a co może najważniejsze, nie jesteśmy stąd. I przypuszczam, że każdy
bezstronny sędzia wziąłby pod uwagę nasz wiek oraz fakt, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, i tak
dalej, ale…
– Czworo bogatych studencików? – dorzucił Francis. – Pijanych? Naćpanych? W środku nocy? Na
ziemi należącej do tego farmera?
– Byliście na jego ziemi?
– Wygląda na to, że tak – potwierdził Henry. – Gazety pisały, że tam właśnie znaleziono ciało.
Nie mieszkałem w Vermoncie od dawna, ale przebywałem tam wystarczająco długo, by wiedzieć, co
każdy Vermontczyk z krwi i kości pomyślałby o czymś takim. Bezprawne wkroczenie na teren
prywatny było równoznaczne z włamaniem się do domu.
– O Boże – jęknąłem.
– A to jeszcze nie wszystko – zaznaczył Francis. – Byliśmy ubrani w prześcieradła, na litość boską.
Boso. Umorusani krwią. Pijani w sztok. Wyobrażasz sobie, że stawiamy się przed szeryfem i próbujemy
mu to wszystko wyjaśniać?
– Nie żebyśmy byli zdolni cokolwiek wyjaśnić – wtrącił letargicznie Henry. – Naprawdę. Nie wiem,
czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, w jakim byliśmy wtedy stanie. Ledwie godzinę wcześniej wszyscy
naprawdę byliśmy owładnięci szałem. I możliwe, że trzeba nadludzkiego wysiłku, aby tak całkowicie się
zatracić, ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, jaki wysiłek trzeba włożyć w to, żeby oprzytomnieć.
– Na pewno nie było tak, że „pstryk” i każdy z nas stał się z powrotem swoim starym sobą –
wyjaśniał Francis. – Uwierz mi. Czuliśmy się, jak gdyby właśnie zaaplikowano nam elektrowstrząsy.
– Naprawdę nie wiem, jak udało nam się niepostrzeżenie dotrzeć do domu – powiedział Henry.
– W życiu nie udałoby nam się sklecić jakiegoś sensownego wytłumaczenia. Boże święty. Musiały
minąć tygodnie, żebym się z tego otrząsnął. Camilla zaniemówiła nawet na trzy dni.
Z lekkim dreszczem przypomniałem sobie: Camilla, z czerwonym szalem wokół szyi, pozbawiona
głosu. Zapalenie krtani, mówili.
– Tak, to było bardzo dziwne – przyznał Henry. – Myślała całkiem trzeźwo, ale słowa nie chciały się
formułować. Jak gdyby dostała udaru. Gdy znów zaczęła mówić, najpierw, przed angielskim i greką,
wrócił francuski z liceum. Przedszkolne słówka. Pamiętam, że siedziałem przy jej łóżku i słuchałem, jak
liczy do dziesięciu, albo patrzyłem, jak wskazuje na la fenêtre, la chaise…
Francis roześmiał się.
– Śmiechu było co niemiara – wspominał. – Gdy zapytałem ją, jak się czuje, odpowiedziała: Je me
sens comme Hélène Keller, mon vieux.
– Była u lekarza?
– Żartujesz?
– A gdyby jej się nie polepszyło?
– Cóż, wszyscy doświadczaliśmy tego samego – rzekł Henry. – Tylko że nam w ciągu kilku godzin
przeszło.
– Nie mogliście mówić?
– Pogryzieni i podrapani jak nieboskie stworzenia? – opowiadał Francis. – Oniemiali? Na wpół
obłąkani? Gdybyśmy poszli na policję, przypisaliby nam każde niewyjaśnione morderstwo z całej
Nowej Anglii z ostatnich pięciu lat. – Rozłożył na niby gazetę. – „Rozwydrzeni hipisi oskarżeni o leśny
mord dla zabawy”. „Rytualne zabójstwo poczciwego pana Iksińskiego”.
– „Nastoletni sataniści mordują wieloletniego mieszkańca Vermontu” – dorzucił Henry, przypalając
papierosa.
Francis zaczął się śmiać.
– Co innego, gdybyśmy mieli szansę na porządny proces – kontynuował Henry. – Ale nie mamy.
– I osobiście nie wyobrażam sobie gorszej rzeczy niż rozprawa, w której stawką jest moje życie,
z lokalnym sędzią i ławą przysięgłych wypełnioną telemarketerami.
– Sytuacja nie wygląda różowo – zgodził się z nim Henry – ale na pewno mogłoby być gorzej.
Głównym problemem jest teraz Bunny.
– Co mu się stało?
– Nic mu się nie stało.
– Więc o co chodzi?
– Po prostu nie umie trzymać języka za zębami i tyle.
– Nie rozmawialiście z nim?
– Jakiś milion razy.
– Próbował kontaktować się z policją?
– Jak tak dalej pójdzie – rzekł Henry – nie będzie musiał. Sami po nas przyjdą. Perswazja nic nie
daje. Po prostu nie dociera do niego, że sprawa jest naprawdę poważna.
– No chyba nie chce, żebyście trafili do ciupy?
– Gdyby o tym pomyślał, na pewno doszedłby do takiego wniosku – odpowiedział spokojnie
Henry. – I jestem pewien, że sam też nie chciałby trafić za kratki.
– Bunny? Ale dlaczego…?
– Bo wie o sprawie od listopada i nie powiadomił policji – odrzekł Francis.
– Ale nie w tym rzecz – stwierdził Henry. – Nawet on ma dość oleju w głowie, żeby nas nie wydać.
Na tamtą noc nie ma zbyt dobrego alibi, i gdybyśmy kiedykolwiek mieli pójść do więzienia, na pewno
wie, że przynajmniej ja zrobię wszystko, żeby wylądował tam razem z nami. – Zgasił papierosa
w popielniczce. – Problem w tym, że jest po prostu kretynem i prędzej czy później coś komuś chlapnie –
dodał. – Może nawet nie celowo, ale nie będę udawał, że w tym momencie ważny jest dla mnie motyw.
Słyszałeś go dziś rano. Sam znalazłby się w niezłych opałach, gdyby policja coś zwietrzyła, ale
oczywiście uważa, że te potworne żarty są nadzwyczaj subtelne, inteligentne i nikt się nie połapie.
– Kojarzy jeszcze na tyle, by wiedzieć, jakim błędem byłoby wydanie nas policji – wyjaśnił Francis,
przerywając, żeby nalać sobie kolejną whisky. – Ale nie udaje nam się jakoś wbić mu do łba, że jeszcze
bardziej w jego interesie leży to, by przestał tak mielić jęzorem. I wcale nie jestem pewien, czy po prostu
nie wygada komuś wszystkiego, gdy mu się zbierze na zwierzenia.
– Na przykład komu?
– Marion. Ojcu. Dziekanowi. – Aż się wzdrygnął. – Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze. To
taki typ, który zawsze wstaje z tyłu sali sądowej w ostatnich pięciu minutach Perry’ego Masona.
– Bunny Corcoran, mały detektyw – zakpił Henry.
– Jak się dowiedział? Przecież nie było go z wami?
– Tak naprawdę – powiedział Francis – to był wtedy z tobą. – Zerknął na Henry’ego i ku memu
zdziwieniu obaj parsknęli śmiechem.
– Co? Co was tak śmieszy? – spytałem zaniepokojony, wywołując kolejne salwy śmiechu.
– Nic – wydusił w końcu Francis.
– Naprawdę, to nic takiego – potwierdził speszony Henry z cichym westchnieniem. – Ostatnio
śmieszą mnie najdziwniejsze rzeczy. – Przypalił kolejnego papierosa. – Tego dnia był z tobą, w każdym
razie wczesnym wieczorem. Pamiętasz? Poszliście na film.
– Trzydzieści dziewięć kroków – podsunął Francis.
Aż zadrżałem na to wspomnienie: wietrzny jesienny wieczór, pełnia księżyca przysłonięta
zamglonymi strzępami chmur. Siedziałem do późna w bibliotece i nie byłem na kolacji. Wracałem do
domu, z kanapką z barku w kieszeni, gdy na ścieżce przede mną smyrgały i tańczyły suche liście,
i wpadłem na Bunny’ego, który wybierał się na przegląd filmów Hitchcocka wyświetlanych w auli
w ramach kółka filmowego.
Spóźniliśmy się i nie było dla nas miejsc, usiedliśmy więc na krytych wykładziną schodach – Bunny
oparł się na łokciach i wyprostował nogi przed sobą, w zamyśleniu stukając lizakiem o tylne trzonowce.
Silny wiatr wprawiał w drżenie rachityczne ściany sali; jakieś drzwi otwierały się i zamykały z trzaskiem,
aż ktoś podparł je cegłą. Na ekranie parowozy pokonywały ze świstem czarno-białe, spięte żelaznymi
mostami otchłanie jak z koszmaru.
– Później poszliśmy na drinka – wspominałem. – A potem on wrócił do siebie.
Henry westchnął.
– Chciałbym, żeby tak było – powiedział.
– Ciągle mnie pytał, czy wiem, gdzie jesteście.
– Sam doskonale wiedział. Kilka razy ostrzegaliśmy go, że jeśli nie będzie się zachowywał,
zostawimy go w domu.
– Więc wpadł na genialny pomysł, żeby przyjść do Henry’ego i go nastraszyć – rzekł Francis,
nalewając sobie kolejną whisky.
– Ale się wtedy na niego wściekłem – wtrącił nagle Henry. – Nawet gdyby nic się nie stało, postąpił
paskudnie. Wiedział, gdzie trzymam zapasowy klucz, więc po prostu wziął go i sobie otworzył.
– A i wtedy to wcale nie musiało się tak skończyć. Po prostu nastąpiła potworna seria zbiegów
okoliczności. Gdybyśmy zatrzymali się na wsi, żeby pozbyć się ubrań, gdybyśmy przyjechali tutaj albo
do mieszkania bliźniąt, gdyby Bunny nie zasnął…
– Zasnął?
– Tak, inaczej znudziłoby mu się czekanie i by sobie poszedł – dedukował Henry. – Dotarliśmy do
Hampden dopiero o szóstej rano. Cud, że odnaleźliśmy samochód, brnąc po ciemku przez te wszystkie
pola… Cóż, głupio zrobiliśmy, jadąc do północnego Hampden w zakrwawionych strojach. Mogła nas
zatrzymać policja, samochód mógł się zepsuć, cokolwiek. Ale źle się czułem, nie myślałem trzeźwo,
i przypuszczam, że po prostu instynktownie skierowałem się do swojego mieszkania.
– Wyszedł ode mnie około północy.
– W takim razie siedział sam u mnie od około wpół do pierwszej do szóstej rano. A koroner ustalił,
że śmierć nastąpiła między pierwszą a czwartą. To jedna z niewielu przyzwoitych kart, jakie dostaliśmy
od losu w tym rozdaniu. Chociaż Bunny’ego nie było z nami, miałby problem z udowodnieniem, że
było inaczej. Niestety nie jest to karta, którą możemy wyłożyć, chyba że w ostateczności. – Wzruszył
ramionami. – Gdyby tylko zostawił zapaloną lampę, cokolwiek, co by nas ostrzegło.
– Ale na tym, proszę ciebie, miała polegać ta jego wielka niespodzianka. Miał wyskoczyć na nas
z ciemności.
– Weszliśmy i włączyliśmy światło, a wtedy było już za późno. Natychmiast się obudził. A my…
– … w białych szatach, zakrwawieni, scena jak z Edgara Allana Poego – rzekł ponuro Francis.
– Jezu, i co zrobił?
– A jak myślisz? Śmiertelnie go przeraziliśmy.
– Dobrze mu tak – stwierdził Henry.
– Powiedz mu o lodach.
– No naprawdę, to już przepełniło czarę – powiedział ze złością Henry. – Wyją litrowe opakowanie
lodów, żeby uprzyjemnić sobie oczekiwanie, nie chciało mu się wziąć miseczki, rozumiesz, musiał mieć
cały litr, a kiedy zasnął, lody roztopiły się i wypłynęły na niego, na fotel i na ten śliczny orientalny
dywanik, który kiedyś miałem. Ten dywanik był w świetnym stanie, mimo swojego wieku, ale w pralni
chemicznej rozłożyli tylko ręce. Wrócił w strzępach. A fotel... – Henry sięgnął po papierosa. – Bunny
zaczął wrzeszczeć jak potępiony, gdy nas zobaczył…
– … i nie chciał się zamknąć – opowiadał Francis. – Nie zapominaj, że była szósta rano, sąsiedzi
spali… – Pokręcił głową. – Pamiętam, że Charles zrobił krok w jego stronę, próbował coś mu
perswadować, a Bunny darł się, jakby go obdzierano ze skóry. Po paru minutach…
– Właściwie sekundach – uściślił Henry.
– … po minucie Camilla chwyciła szklaną popielniczkę i rzuciła nią w niego, trafiając prosto w pierś.
– To nie był mocny cios – powiedział w zamyśleniu Henry – ale nastąpił w odpowiedniej chwili.
Natychmiast się uciszył, wytrzeszczając na nią oczy. „Bunny”, powiedziałem, „zamknij się. Obudzisz
sąsiadów. W drodze powrotnej potrąciliśmy jelenia”.
– I wtedy – relacjonował Francis – Bunny otarł czoło, przewrócił oczami i zaczął trajkotać po
swojemu: rany, aleście mnie nastraszyli, chyba się kimnąłem i tak dalej, i tak dalej…
– A tymczasem – przejął opowieść Henry – staliśmy tam we czwórkę w zakrwawionych
prześcieradłach, przy zapalonym świetle, bez zasłon w oknach, w pełni widoczni dla każdego, kto by
akurat tamtędy przejeżdżał. Bunny tak głośno się darł, w pokoju było tak jasno, a ja czułem się tak słabo
ze zmęczenia i stresu, że mogłem tylko stać i na niego patrzeć. Boże… byliśmy umorusani krwią tego
człowieka, wnieś​liśmy ją na butach do domu, słońce wstawało i jakby tego było mało…jeszcze Bunny.
Nie byłem w stanie nic wymyślić. Wtedy Camilla, dość przytomnie, zgasiła światło i nagle sobie
uzmysłowiłem, że bez względu na to, jak to wygląda i kto nas widzi, musimy zrzucić z siebie te stroje
i umyć się, nie tracąc czasu.
– Ja musiałem wręcz zdzierać z siebie prześcieradło – wspominał Francis. – Krew zaschła i materiał
przykleił się do skóry. Zanim się z tym uporałem, Henry i reszta byli już w łazience. Wszędzie krople,
woda w wannie zabarwiła się na czerwono; rdzawe bryzgi na kafelkach. Koszmar.
– Nie mieści się w głowie, jakiego mieliśmy pecha, że akurat był tam wtedy Bunny – stwierdził
Henry, kręcąc głową. – Ale, do jasnej cholery, nie mogliśmy po prostu stać i czekać, aż wyjdzie.
Wszędzie krew, wkrótce mieli wstać sąsiedzi i nie wiedziałem, czy za chwilę do drzwi nie załomocze
policja…
– Cóż, niedobrze się stało, że go wystraszyliśmy, ale z drugiej strony nie sądziliśmy, że robimy to
wszystko na oczach J. Edgara Hoovera – powiedział Francis.
– Właśnie – podchwycił Henry – nie chcę stwarzać wrażenia, że obecność Bunny’ego wydawała się
jakoś niesamowicie groźna w tym momencie. Była pewną niedogodnością, bo wiedziałem, że zachodzi
w głowę, co się dzieje, ale wtedy był najmniejszym z naszych problemów. Gdybyśmy mieli czas,
posadziłbym go i wszystko wytłumaczył od razu po powrocie. Ale nie mieliśmy czasu.
– Boże święty – Francis aż zadrżał. – Ja do tej pory nie mogę wejść do tej łazienki. Krew rozmazana
na porcelanie. Brzytwa Henry’ego wisząca na kołku. My cali posiniaczeni i podrapani.
– Zdecydowanie najgorzej wyglądał Charles.
– O mój Boże. Miał wszędzie powbijane ciernie.
– I to ukąszenie.
– Nigdy czegoś takiego nie widziałeś – oświadczył Francis. – Dziesięć centymetrów wokół ramienia
i wklęsłe ślady po zębach. Pamiętasz, co powiedział Bunny?
– Tak – roześmiał się Henry. – Powiedz mu.
– No więc jesteśmy wszyscy w łazience i Charles odwrócił się po mydło… nie wiedziałem nawet, że
Bunny tam jest, podejrzewam, że zaglądał przez drzwi… gdy nagle usłyszałem, jak mówi tym swoim
kuriozalnym rzeczowym tonem: „Zdaje się, że ten jeleń porządnie cię dziabnął, Charles”.
– Stał tam przez jakiś czas, rzucając różnego rodzaju komentarze – opowiadał Henry – ale nim się
spostrzegłem, zniknął. Zaniepokoiło mnie to, bo wyszedł tak nagle, lecz cieszyłem się, że mamy go
z głowy. Mieliśmy tyle do zrobienia i niewiele czasu.
– Nie baliście się, że komuś wygada?
Henry spojrzał na mnie obojętnie.
– Komu?
– Mnie. Marion. Komukolwiek.
– Nie. Wtedy nie miałem powodu podejrzewać, że zrobi coś podobnego. Towarzyszył nam podczas
poprzednich prób, rozumiesz, więc nasz wygląd nie zdziwił go tak bardzo, jak mógłby zdziwić ciebie.
Całą rzecz trzymaliśmy w najściślejszej tajemnicy. Był w to zaangażowany razem z nami od kilku
miesięcy. Żeby komuś o tym powiedzieć, musiałby wyjaśnić wszystko od początku i naraziłby się na
śmieszność. Morrow wiedział o naszym eksperymencie, ale i tak byłem całkiem pewien, że Bunny nie
pójdzie do niego bez skonsultowania się najpierw z nami. I tak się składa, że miałem rację.
Przerwał i przypalił papierosa.
– Wstawał nowy dzień, a sytuacja wciąż wyglądała fatalnie: krwawe ślady na ganku, porozrzucane
chitony. Bliźnięta ubrały się w moje stare rzeczy i wyszły posprzątać na ganku i w samochodzie.
Wiedziałem, że musimy spalić chitony, ale nie chciałem rozniecać wielkiego ogniska za domem; nie
chciałem też palić ich w domu, bo mógłby się włączyć alarm pożarowy. Właścicielka mieszkania ciągle
mi przypomina, żebym nie używał kominka, ale zawsze podejrzewałem, że jest czynny. Postanowiłem
sprawdzić i jak się szczęśliwie okazało, rzeczywiście działał.
– Ja do niczego się nie nadawałem – przyznał Francis.
– Tak, to prawda – potwierdził z irytacją Henry.
– Nic nie mogłem poradzić. Chciało mi się wymiotować. Poszedłem do pokoju Henry’ego
i położyłem się spać.
– Myślę, że każde z nas chciałoby się położyć, ale ktoś musiał posprzątać – skwitował Henry. –
Bliźnięta wróciły koło siódmej. Ja cały czas mordowałem się z łazienką. Plecy Charlesa były
ponakłuwane cierniami jak poduszeczka na szpilki. Przez jakiś czas razem z Camillą usuwaliśmy je
pęsetą; potem wróciłem do łazienki, żeby dokończyć sprzątanie. Najgorsze było już zrobione, ale oczy
same mi się zamykały ze zmęczenia. Ręczniki były w nie najgorszym stanie, staraliśmy się raczej ich nie
używać, lecz niektóre się pobrudziły, więc wrzuciłem je do pralki i wsypałem proszek. Bliźnięta spały na
chowanym łóżku w gościnnej sypialni. Kazałem Charlesowi się przesunąć i w mgnieniu oka zasnąłem.
– Czternaście godzin – wspominał Francis. – Nigdy w życiu tak długo nie spałem.
– Ja też. Jak zabity. Bez snów.
– Nie potrafię opisać, jakie to było dezorientujące – dodał Francis. – Gdy się kładłem, wschodziło
słońce, a gdy znów je otworzyłem, wydawało się, że minęła zaledwie chwila, tymczasem zrobiło się już
ciemno i dzwonił telefon, a ja nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Dzwonił i dzwonił, więc w końcu
zwlokłem się z łóżka i doczłapałem do holu. Ktoś powiedział, żebym nie odbierał, ale…
– Nie znam nikogo, kto by tak gorliwie odbierał telefony – skomentował Henry. – Nawet gdy nie
jesteś u siebie.
– A co mam robić? Pozwolić, żeby dzwonił? No, w każdym razie odebrałem i to był Bunny, wesoły
jak ptaszek. Kurczę, ale jesteśmy porąbani, świergotał, zamieniamy się w bandę nudystów czy co, i czy
może nie wyskoczylibyśmy wszyscy do Brasserie na kolację?
Wyprostowałem się.
– Zaraz – powiedziałem. – Czy to tego wieczoru…?
Henry kiwnął głową.
– Też wtedy przyszedłeś – rzekł. – Pamiętasz?
– Oczywiście – odparłem, z niewiadomego powodu podekscytowany, że ta historia w końcu
zaczyna się splatać z moimi doświadczeniami. – Oczywiście. Natknąłem się na Bunny’ego, gdy szedł się
z wami spotkać.
– Nie obraź się, ale wszystkich nas trochę zatkało, gdy zjawił się z tobą – oznajmił Francis.
– Cóż, przypuszczam, że chciał nas później złapać samych i wyciągnąć od nas, co się stało, ale to
mogło przecież poczekać – kontynuował Henry. – Nasz wygląd, mówiłem ci już, pewnie niespecjalnie
go zdziwił. Wcześniej spędził z nami już kilka nocy, które były, wiesz, prawie tak samo… jak to ująć?
– … kiedy rzygaliśmy dalej, niż widzieliśmy – podpowiedział Francis – tarzaliśmy się w błocie
i wracaliśmy dopiero o świcie. Owszem, teraz jeszcze pojawiła się krew, mógł się zastanawiać, jak to się
właściwie stało, że zabiliśmy tego jelenia, ale mimo wszystko.
Z niepokojem pomyślałem o Bachantkach: kopyta i krwawe żebra, szczątki zwisające z jodeł.
Istniało w grece na to pewne określenie: omofagia. Nagle przypomniałem sobie: wejście do mieszkania
Henry’ego, wokół te wszystkie zmęczone twarze i szydercze pozdrowienie Bunny’ego: „Chairei,
jeleniobójcy!”.
Tamtego wieczoru niewiele się odzywali, cisi i bladzi, chociaż nie bardziej niż ludzie cierpiący na
wyjątkowo ostrego kaca. Jedynie zapalenie krtani Camilli wydawało się nietypowe. Wyjaśnili mi, że
poprzedniej nocy dali sobie w gaz, spili się jak świnie; Camilla zostawiła w domu sweter i przeziębiła się
w drodze powrotnej. Na dworze było ciemno i mocno padało. Henry dał mi kluczyki i poprosił, żebym
poprowadził.
Był piątkowy wieczór, ale przy tak paskudnej pogodzie w Brasserie nie było prawie żywej duszy.
Jedliśmy grzanki z serem i słuchaliśmy zacinającego deszczu bębniącego o dach. Ja i Bunny piliśmy
whisky z gorącą wodą; pozostali zamówili herbatę.
– Niedobrze wam, bachantki? – zakpił Bunny, gdy kelner spisał nasze zamówienie na napoje.
Camilla zrobiła do niego skrzywioną minę.
Gdy po kolacji wyszliśmy do samochodu, Bunny obszedł auto, obejrzał reflektory, kopnął
w opony.
– To nim jechaliście zeszłej nocy? – upewnił się, mrugając w padającym deszczu.
– Tak.
Odgarnął z twarzy wilgotne włosy i pochylił się, żeby spojrzeć na błotnik.
– Niemieckie samochody – powiedział. – Nie chcę nic mówić, ale szwaby biją nas na głowę jakością
blachy. Nie widzę nawet zadrapania.
Spytałem go, co ma na myśli.
– Ach, jeździli po pijaku. Uprzykrzali życie kierowcom na publicznej drodze. Potrącili jelenia.
Zabiliście go? – spytał Henry’ego.
Przechodząc na stronę pasażera, Henry podniósł wzrok.
– Słucham?
– Jelenia? Zabiliście go?
Henry otworzył drzwi.
– Wyglądał mi na całkiem martwego – odrzekł.
Zapadło długie milczenie. Od dymu zaczęły mnie szczypać oczy. Pod sufitem wisiała gęsta szara mgła.
– Więc w czym problem? – spytałem.
– Jak to?
– Co się stało? Powiedzieliście mu czy nie?
Henry wziął głęboki wdech.
– Nie – odparł. – Mogliśmy, ale, rzecz jasna, im mniej ludzi wie, tym lepiej. Gdy po raz pierwszy
spotkałem się z nim w cztery oczy, ostrożnie poruszyłem temat, jego jednak najwyraźniej zadowalała
historyjka o jeleniu i tak już zostało. Skoro sam się niczego nie domyślił, na pewno nie było powodu,
żeby mu o tym mówić. Znaleziono ciało tego gościa, w lokalnej gazecie pojawił się artykuł, zero
problemu. Ale potem pech chciał… zdaje się, że w Hampden takie historie nieczęsto się zdarzają… dwa
tygodnie później opublikowano kolejny artykuł. Tajemnicza śmierć w hrabstwie Battenkill. I na ten
artykuł trafił Bunny.
– Kretyński zbieg okoliczności – uzupełnił Francis. – Przecież on nigdy nie czyta gazet. Nic by się
nie stało, gdyby nie ta cholerna Marion.
– Prenumeruje „Examinera”, to ma jakiś związek z tym jej ośrodkiem, w którym pracuje – wyjaśnił
Henry, pocierając oczy. – Bunny siedział z nią w Świetlicy przed obiadem. Rozmawiała z jakąś
koleżanką, Marion znaczy się… i Bunny z nudów zaczął czytać jej gazetę. Podeszliśmy do nich
z bliźniętami, żeby się przywitać, i pierwszą rzeczą, którą wypalił, obwieszczając to niemalże na całą salę,
było: „Patrzcie, niedaleko domu Francisa zamordowano jakiegoś hodowcę kurczaków”. Po czym
odczytał fragment artykułu. Pęknięta czaszka, brak narzędzia zbrodni, żadnych motywów, żadnych
tropów. Zastanawiałem się, jak zmienić temat, gdy dodał jeszcze: „Hej, to się stało dziesiątego listopada?
Tamtej nocy byliście u Francisa. Wtedy, co potrąciliście jelenia”.
„Coś ci się chyba pomyliło”, powiedziałem.
„Na pewno dziesiątego. Pamiętam, bo dzień później są urodziny mojej mamy. Niesamowite, co?”
„A tak – przytaknęliśmy – jak najbardziej”.
A on dalej:
„Gdybym był podejrzliwy, to posądzałbym was, Henry, bo tamtej nocy wróciliście z Battenkill cali
we krwi”.
Henry przypalił kolejnego papierosa.
– Musisz pamiętać, że to była pora lunchu, Świetlica pękała w szwach, Marion i jej koleżanka
słyszały każde słowo, a poza tym wiesz, jak się niesie jego głos… Roześmialiśmy się, naturalnie, Charles
powiedział coś zabawnego i ledwo udało nam się odwieść go od tego tematu, gdy znów zajrzał do
gazety. „Nie do wiary – dziwił się. – Najprawdziwsze morderstwo, do tego w lesie, niecałe pięć
kilometrów od was. Gdyby tamtej nocy zatrzymała was policja, to wiecie, że prawdopodobnie
siedzielibyś​cie teraz w mamrze? Jest taki numer, pod który można zadzwonić, jak się ma jakieś
informacje. Gdybym chciał, mógłbym wam narobić kaszany…” i tak dalej, i tak dalej.
Oczywiście nie wiedziałem, co o tym myśleć – ciągnął dalej Henry. – Żartuje czy naprawdę coś
podejrzewa? W końcu udało mi się zmienić temat, ale mimo to miałem paskudne wrażenie, że Bunny
doskonale wie, jak bardzo wytrącił mnie z równowagi. Dobrze mnie zna: ma szósty zmysł do tego typu
rzeczy. I naprawdę się przeraziłem. Rany boskie. Była pora tuż przed lunchem, dookoła ochroniarze,
z których połowa ma powiązania z policją w Hampden… przecież nasza wersja rozpadłaby się,
wystarczyłaby tylko pobieżna analiza, i dobrze o tym wiedziałem. Rzecz jasna, nie potrąciliśmy żadnego
jelenia. Ani na jednym, ani na drugim samochodzie nie było nawet rysy. I gdyby ktoś choćby
przypadkiem powiązał nas z ofiarą… Więc, jak mówię, ucieszyłem się, gdy porzucił ten temat. Ale
i wtedy coś mi mówiło, że jeszcze o tym usłyszymy. Droczył się z nami z tego powodu, całkiem
niewinnie, jak sądzę, ale nie tylko na osobności, także w miejscach publicznych, do końca semestru.
Znasz go. Jak tylko się do czegoś przyczepi, to już nie popuści.
Rzeczywiście: znałem go. Bunny miał nadzwyczajną umiejętność wykrywania tematów, które
wprawiają rozmówcę w zakłopotanie, i gdy tylko na taki temat trafiał, drążył go niemiłosiernie. Na
przykład przez te wszystkie miesiące, kiedy się kumplowaliśmy, nigdy nie przestał naśmiewać się
z marynarki, którą włożyłem tamtego pierwszego dnia na wspólny obiad w restauracji, a także z mojego
tandetnego, jak uważał, kalifornijskiego stylu. Dla postronnego obserwatora nasze ubrania właściwie nie
różniły się tak bardzo, ale on do znudzenia rzucał szydercze uwagi na ten temat, bo, jak sądzę, pomimo
mego dobrodusznego śmiechu musiał w jakiś sposób zdawać sobie sprawę, że uderza w czułe miejsce, że
w rzeczywistości jestem przewrażliwiony na punkcie tych prawie niezauważalnych różnic w ubiorze
i nieco bardziej zauważalnych różnic w sposobie bycia i noszenia się między mną i resztą grupy. Mam
dar wtapiania się w dowolne tło: nigdy nie widzieliście tak typowego nastolatka z Kalifornii, jakim
byłem, ani tak rozrywkowego i zblazowanego studenta przygotowującego się do studiów medycznych,
ale tak się jakoś dzieje, że pomimo tych wysiłków nigdy nie udaje mi się wtopić w tło całkowicie i pod
pewnymi względami odstaję od otoczenia, podobnie jak zielony kameleon pozostaje odrębny na
zielonym liściu, na którym się usadowił, niezależnie od tego, jak doskonale podrobił subtelności danego
odcienia. Kiedykolwiek Bunny, bezpardonowo i w towarzystwie, oskarżał mnie o noszenie koszuli
z domieszką poliestru lub zauważał krytycznie, że moje idealnie zwykłe spodnie, nie do odróżnienia od
tych, które sam nosił, noszą piętno czegoś, co nazywał „kowbojskim krojem”, duża część przyjemności,
jaką czerpał z tej zabawy, brała się z niezawodnego, detektywistycznego wyczucia, że akurat ten temat
spośród wszystkich innych peszy mnie szczególnie. Nie mógł nie zauważyć, iż swoją wzmianką
o morderstwie poruszył w Henrym czuły punkt; ani też, gdy już wytropił ten punkt, nie mógł się
powstrzymać przed ciągłym jego drażnieniem.
– Oczywiście o niczym nie wiedział – rzekł Francis. – Naprawdę. Dla niego to był jeden wielki żart.
Lubił robić aluzje, jakobyśmy zakatrupili tego farmera, tylko po to, żeby zobaczyć, jak podskakuję
z nerwów. Któregoś dnia powiedział mi, że widział jakiegoś policjanta, jak przepytuje moją gospodynię.
– Mnie też robił takie numery – dodał Henry. – Ciągle żartował, że zadzwoni pod numer
kontaktowy gazety i że w piątkę podzielimy się nagrodą. Podnosił słuchawkę. Udawał, że wybiera
numer.
– Możesz sobie wyobrazić, jakie to się stało po pewnym czasie męczące. Mój Boże. Niektóre
z rzeczy, które palnął przy tobie… Okropne było to, że nigdy nie wiedziałeś, kiedy się spodziewać
kolejnej aluzji. Tuż przed końcem semestru wetknął pod wycieraczkę mojego samochodu tamten artykuł
z gazety. Tajemnicza śmierć w hrabstwie Battenkill. Straszne było już choćby to, że w ogóle go
zatrzymał i przechowywał przez cały ten czas.
– I nie mogliśmy z tym nic zrobić. To było najgorsze – wyznał Henry. – Przez chwilę
zastanawialiśmy się nawet, czy nie wyłożyć kawy na ławę, niejako zdać się na jego łaskę, ale
zrozumieliśmy, że na tym etapie nie sposób przewidzieć, jak zareaguje. Chodził ze skwaszoną miną,
chorował i martwił się o stopnie. Semestr dobiegał już końca. Wydawało się, że najlepiej będzie, jeśli do
ferii pozostaniemy z nim w dobrych stosunkach, będziemy go zabierać w różne miejsca, kupować mu
różne rzeczy, poświęcać mu dużo uwagi, mając nadzieję, że sprawa sama przez zimę przycichnie. –
Westchnął. – Odkąd poznałem Bunny’ego, pod koniec prawie każdego semestru proponował, żebyśmy
się razem gdzieś wybrali, przez co rozumiał, że pojedziemy we wskazane przez niego miejsce, a ja za
wszystko zapłacę. Nie ma pieniędzy, żeby samodzielnie dotrzeć choćby do Manchesteru. I gdy znów
wypłynął ten temat, jak zresztą oczekiwałem, jakiś tydzień lub dwa przed końcem zajęć, pomyślałem:
czemu nie? W ten sposób przynajmniej jedno z nas mogło przez zimę mieć na niego oko; zmiana
scenerii również mogła okazać się zbawienna. Nie zaszkodziłoby też, powinienem dodać, gdyby
poczuwał się do pewnej wdzięczności wobec mnie. Chciał wybrać się albo na Jamajkę, albo do Włoch.
Wiedziałem, że nie zniosę Jamajki, kupiłem więc dwa bilety do Rzymu i zarezerwowałem pokoje
niedaleko placu Hiszpańskiego.
– I dałeś mu kasę na ubrania i te wszystkie nieprzydatne włoskie rozmówki.
– Tak. W sumie spory wydatek, ale wydawało się, że to dobra inwestycja. Myślałem nawet, że może
będzie całkiem przyjemnie. Ale nigdy, nawet w najśmielszych snach… Naprawdę nie wiem, od czego
zacząć. Pamiętam, jak zobaczył nasze pokoje… były, muszę powiedzieć, całkiem niczego sobie, freski na
sufitach, piękny stary balkon, bajeczny widok, byłem z siebie wręcz dumny, że je znalazłem… a on się
wściekł i zaczął marudzić, że dziadowsko, że za zimno, że szwankuje hydraulika w łazience; i, krótko
mówiąc, że to miejsce woła o pomstę do nieba i jak mogłem dać się tak oszukać. Sądził, że mam na tyle
dużo oleju w głowie, żeby nie pozwolić się naciągnąć jak jakiś zwykły turysta, ale chyba się pomylił.
Insynuował, że w nocy poderżną nam gardła. Wtedy jeszcze byłem bardziej skłonny znosić jego
kaprysy. Spytałem, gdzie chciałby się zatrzymać, jeśli nie podobają mu się te pokoje. A wtedy
zaproponował, żebyśmy poszli i wynajęli apartament… nie pokój, proszę ciebie, ale apartament w Grand
Hotelu.
Nie przestawał marudzić i w końcu mu powiedziałem, że to wykluczone. Po pierwsze, kurs
wymiany był niekorzystny, a po drugie, wynajęte pokoje, oprócz tego, że opłacone z góry, moimi
pieniędzmi, i tak były nieco za drogie jak na moją kieszeń. Przez kilka dni chodził obrażony, udając
ataki astmy, snuł się z kąta w kąt, pompował swój inhalator i bez przerwy mi dogryzał: oskarżał
o sknerstwo i tak dalej, bo przecież on lubi podróżować z klasą… i w końcu nie wytrzymałem.
Oświadczyłem mu, że skoro te pokoje zadowalają mnie, w takim razie są z pewnością lepsze od
warunków, do których sam jest przyzwyczajony… no bo, na Boga, mieszkamy w palazzo należącym
do hrabiny, zapłaciłem za te pokoje fortunę i, krótko mówiąc, nie ma możliwości, żebym płacił pięćset
tysięcy lirów dziennie za towarzystwo amerykańskich turystów i parę kartek hotelowej papeterii.
Zostaliśmy więc w pokojach przy placu Hiszpańskim, które on z czasem zamienił w namiastkę piekła.
Ciąg​le coś mu się nie podobało: a to dywan, a to rury, a to niewystarczające w jego mniemaniu
kieszonkowe, które ode mnie dostawał. Mieszkaliśmy zaledwie kilka kroków od Via Condotti,
najbardziej ekskluzywnej ulicy handlowej Rzymu. Mówił, że ja to mam szczęście. Nic dziwnego, że tak
mi tu dobrze, skoro mogę sobie kupić, co tylko zechcę, podczas gdy on może tylko leżeć i rzęzić w tej
mansardzie jak jakiś biedny pasierb. Robiłem, co w mojej mocy, żeby go udobruchać, ale im więcej mu
kupowałem, tym więcej chciał. A poza tym prawie w ogóle nie pozwalał mi się oddalać. Narzekał, jeśli
zostawiałem go samego choćby na kilka minut; ale jeśli namawiałem go do wyjścia, do muzeum albo do
kościoła, Boże, w końcu byliśmy w Rzymie, szybko się nudził i jęczał, żebyśmy już wracali. Doszło do
tego, że nie mogłem nawet poczytać książki, bo zaraz zaczynał zawracać mi czymś głowę. Boże święty.
Stawał pod drzwiami i paplał coś, gdy się kąpałem. Przyłapałem go raz, jak szperał w mojej walizce.
Wiesz… – przerwał ostrożnie – jest już lekko irytujące, gdy dzieli się tak niewielką powierzchnię nawet
z kimś dyskretnym. Może po prostu zapomniałem, jak to było, gdy mieszkaliśmy razem na pierwszym
roku, a może po prostu przyzwyczaiłem się do tego, że mieszkam sam, ale po tygodniu tego koszmaru
zamieniłem się w kłębek nerwów. Nie mogłem wręcz na niego patrzeć. I miałem też inne zmartwienia.
Wiesz – zwrócił się raptownie do mnie – że czasem cierpię na bóle głowy, i to dość ostre, prawda?
Tak, wiedziałem. Bunny – z lubością opisujący dolegliwości własne oraz innych osób – opowiadał
o nich podszytym trwogą szeptem: Henry leżący na wznak w zaciemnionym pokoju, z woreczkami lodu
na głowie i z oczami obwiązanymi chusteczką.
– Nie dokuczają mi tak często jak kiedyś. Gdy miałem trzynaście, czternaście lat, powtarzały się bez
przerwy. Ale gdy wracają teraz, czasem jedynie raz do roku, wydają się dużo silniejsze. I po kilku
tygodniach we Włoszech poczułem, że się zaczyna. Nie można tego pomylić z niczym innym. Hałasy
robią się głośniejsze, przedmioty zaczynają drżeć, pole widzenia ciemnieje na obrzeżach i czają się tam
różne okropności. W powietrzu jest potworne ciśnienie. Patrzę na znak drogowy i nie jestem w stanie go
odczytać, nie rozumiem najprostszych zdań. Niewiele można wtedy zdziałać, ale robiłem, co mogłem:
nie wychodziłem ze swojego pokoju, zaciągnąłem rolety, zażyłem leki, starałem się wyciszyć. W końcu
zdałem sobie sprawę, że muszę zatelegrafować do swojego lekarza w Stanach. Leki, które mi podają, są
zbyt silne, żeby je zapisać na receptę; zwykle zgłaszam się do szpitala na zastrzyk. Nie byłem pewien, co
zrobi włoski lekarz, jeśli się zjawię, dysząc, w jego gabinecie, amerykański turysta, i poproszę o zastrzyk
fenobarbitalu.
Zresztą było już za późno. W ciągu kilku godzin pojawił się ból głowy, a wtedy nie byłem już
w stanie ani odnaleźć lekarza, ani się z nim dogadać, nawet gdybym go odnalazł. Nie wiem, czy Bunny
próbował kogoś do mnie sprowadzić. Jego włoski jest tak beznadziejny, że gdy zaczynał z kimkolwiek
rozmawiać, zwykle udawało mu się najwyżej obrazić swego rozmówcę. Niedaleko znajdowało się biuro
American Express i jestem pewien, że podaliby mu tam nazwisko lekarza mówiącego po angielsku, ale
oczywiście nie jest to coś, co przyszłoby do głowy Bunny’emu.
Właściwie nie wiem, co działo się w następnych dniach. Leżałem w swoim pokoju przy
zaciągniętych roletach, dodatkowo jeszcze zaklejonych gazetami. Nie można było nawet zamówić lodu,
najwyżej dzbanki z letnią acqua semplice, zresztą miałem trudności z wypowiedzeniem się po
angielsku, nie mówiąc już o włoskim. Bóg jeden wie, gdzie się podziewał Bunny. Nie pamiętam, żebym
go widział, mało co pamiętam.
W każdym razie przez kilka dni leżałem na wznak, nie mogąc nawet mrugnąć powieką, żeby nie
poczuć, jak czoło rozdziera mi ból, wszystko dookoła czarne i przesycone chorobą. Budziłem się
i odpływałem, aż w końcu zdałem sobie sprawę z obecności cienkiej szczeliny światła na skraju rolety.
Nie wiem, jak długo się w nią wpatrywałem, ale stopniowo uświadamiałem sobie, że jest rano, że ból
nieco zelżał i że mogę się w miarę swobodnie poruszać. Uzmysłowiłem sobie też, że potwornie chce mi
się pić. W dzbanku nie było wody, więc wstałem, narzuciłem na siebie szlafrok i poszedłem po coś do
picia.
Z mojego pokoju i pokoju Bunny’ego wychodziło się z przeciwnych stron na dość okazały salon,
wysoki na cztery i pół metra sufit, z freskiem w stylu Carracciego, rzeźbione i sztukateryjne zdobienia,
przeszkolone drzwi prowadzące na balkon. Poranne światło niemal mnie oślepiło, ale dostrzegłem jakiś
kształt, w którym rozpoznałem Bunny’ego pochylonego nad książkami i papierami przy moim biurku.
Przytrzymując się gałki przy drzwiach, odczekałem, aż wyostrzy mi się obraz, i powiedziałem: „Dzień
dobry, Bun”. Podskoczył jak oparzony i zaczął szybko zbierać kartki, jak gdyby chciał coś ukryć,
i nagle uświadomiłem sobie, co czyta. Mój dziennik. Podszedłem do biurka i wyrwałem mu go. Od
dawna na niego polował, chcąc do niego zajrzeć; schowałem go za kaloryferem, lecz przypuszczam, że
w trakcie mojej niedyspozycji przeszukał pokój. Już raz go znalazł, ale ponieważ piszę po łacinie, chyba
niewiele zrozumiał z moich zapisków. Nie używałem nawet jego prawdziwego imienia. Cuniculus
molestus moim zdaniem określało go całkiem trafnie. I bez słownika nigdy nie byłby w stanie
rozszyfrować tego epitetu.
Niestety, gdy chorowałem, miał mnóstwo okazji, żeby się zaopatrzyć. Mam na myśli słownik.
I wiem, że nabijamy się z tego, jak kiepskim latynistą jest Bunny, ale udało mu się sklecić całkiem
porządne angielskie tłumaczenie najnowszych wpisów. Muszę powiedzieć, że nie przypuszczałem, iż jest
zdolny do czegoś takiego. Musiał nad tym siedzieć kilka dni.
Nawet się nie zezłościłem. Byłem w zbyt wielkim szoku. Wpatrywałem się w tłumaczenie, leżało tuż
przede mną, a potem w niego, i wtedy, niespodziewanie, Bunny odsunął się z krzesłem od biurka
i zaczął się na mnie wydzierać. Zabiliśmy tego człowieka, krzyczał, zamordowaliśmy go z zimną krwią
i nawet nie raczyliśmy go o tym poinformować, ale od początku wyczuwał, że dzieje się coś
podejrzanego, i jakim prawem nazywam go „królikiem” i że ma ochotę udać się prosto do
amerykańskiego konsulatu, żeby przysłali policję… I wtedy, głupio zrobiłem, ale uderzyłem go w twarz,
z całej siły. – Henry westchnął. – Nie powinienem był. Nie zrobiłem tego nawet ze złości, tylko
z frustracji. Byłem chory i wycieńczony. Bałem się, że ktoś go usłyszy. Po prostu nie mog​łem znieść
tych wrzasków ani sekundy dłużej.
I uderzyłem go mocniej, niż chciałem. Bunny stał z otwartymi ustami. Moja dłoń zostawiła na
policzku wielki biały odcisk. W mgnieniu oka napłynęła tam krew, jasnoczerwona. Zaczął na mnie
krzyczeć, przeklinać, wpadł w histerię, wywijał na ślepo pięściami. Na schodach zastukały czyjeś szybkie
kroki, a po nich rozległo się łomotanie do drzwi i gwałtowna erupcja włoskiego. Chwyciłem dziennik
razem z tłumaczeniem i wrzuciłem do ognia… Bunny próbował je ratować, ale przytrzymałem go,
dopóki kartki nie zajęły się ogniem, i wtedy krzyknąłem do osoby, która się dobijała, że można wejść.
To była pokojówka. Wpadła do pokoju, krzycząc coś po włosku w takim tempie, że nie zrozumiałem
z tego ani słowa. Początkowo myślałem, że to hałasy ją tak rozzłościły. Ale po chwili zrozumiałem, że
chodzi o coś zupełnie innego. Wiedziała, że zachorowałem. Przez kilka dni z pokoju nie dolatywał
prawie żaden dźwięk, a tu nagle, opowiadała z przejęciem, te wszystkie krzyki. Pomyślała, że może
umarłem w nocy i ten drugi signor znalazł mnie martwego, ale jako że stałem przed nią żywy,
najwyraźniej zaszła pomyłka. Spytała, czy potrzebny jest lekarz. Karetka pogotowia? Bicarbonato di
soda?
Podziękowałem jej i powiedziałem, że niczego mi nie trzeba, czuję się znakomicie, a potem coś tam
wydukałem po włosku, próbując jakoś wytłumaczyć to całe zamieszanie, ale jej najwyraźniej zupełnie to
nie obchodziło i poszła po nasze śniadanie. Bunny wyglądał, jakby dostał obuchem w głowę.
Oczywiście nie miał pojęcia, o czym rozmawialiśmy. Przypuszczam, że brzmiało mu to cokolwiek
złowrogo i niezrozumiale. Spytał mnie, dokąd poszła i co powiedziała, ale ja byłem zbyt słaby
i wściekły, żeby mu odpowiedzieć. Wróciłem do swojego pokoju, zamknąłem drzwi i siedziałem tam,
dopóki pokojówka nie wróciła ze śniadaniem. Zostawiła je na balkonie i wyszliśmy zjeść na świeżym
powietrzu. Co ciekawe, Bunny miał bardzo mało do powiedzenia. Po dłuższym, pełnym napięcia
milczeniu zapytał mnie o zdrowie, opowiedział, co robił, kiedy chorowałem, nie wspominając słowem
o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Zjadłem śniadanie i zdałem sobie sprawę, że mogę tylko
próbować zachować zimną krew. Wiedziałem, że go uraziłem: w dzienniku było kilka naprawdę
przykrych uwag pod jego adresem, postanowiłem więc od tej pory być dla niego jak najmilszy, mając
nadzieję, że nie pojawią się żadne nowe kłopoty.
Przerwał, żeby napić się whisky. Spojrzałem na niego.
– Naprawdę myślałeś, że kłopoty już się nie pojawią? – spytałem.
– Znam Bunny’ego lepiej niż ty – odrzekł poirytowany.
– No ale mówił, że zawiadomi policję?
– Richard, wiedziałem, że nie jest gotów pójść na policję.
– Gdyby to była tylko kwestia zabójstwa, sytuacja wyglądałaby inaczej. Rozumiesz? – wtrącił
Francis, wychylając się do przodu w swoim fotelu. – Nie chodzi o to, że gryzie go sumienie. Ani że
ogarnia go jakieś święte oburzenie. Sądzi tylko, że został w tej całej sprawie w jakiś sposób
poszkodowany.
– Cóż, szczerze mówiąc, wydawało mi się, że wyświadczam mu przysługę, nic mu nie mówiąc –
tłumaczył Henry. – Ale on był wściekły, właściwie wciąż jest na nas wściekły za to, że go nie
wtajemniczyliśmy. Czuje się urażony. Pominięty. I mogłem najwyżej spróbować mu to wynagrodzić. Ja
i Bunny jesteśmy starymi kumplami.
– Opowiedz mu, co Bunny nakupował, płacąc twoją kartą kredytową, gdy chorowałeś.
– Dowiedziałem się o tym później – rzekł ponuro Henry. – Teraz to już nie ma większego znaczenia.
– Przypalił kolejnego papierosa. – Przypuszczam, że przeżył duży szok, gdy się dowiedział –
usprawiedliwiał go. – A poza tym był w obcym kraju, nie znał języka, nie miał własnych pieniędzy.
Przez jakiś czas zachowywał się normalnie. Niemniej jednak gdy dotarło do niego, a stało się to dość
szybko, że w tych okolicznościach w znacznej mierze właściwie jestem zdany na jego łaskę, nie
wyobrażasz sobie, jaki miałem z nim krzyż pański. Trajkotał o tym bez przerwy. W restauracjach,
w sklepach, w taksówkach. Oczywiście było poza sezonem, zostało niewielu turystów mówiących po
angielsku, ale podejrzewam, że teraz całe rodziny Amerykanów w Ohio zastanawiają się, czy… O Boże.
Wykańczające monologi w Hosterii dell’Orso. Kłótnia na Via dei Cestari. Nieudolne odtworzenie
tamtego zdarzenia w lobby Grand Hotelu.
Pewnego popołudnia w kawiarni, gdy buzia mu się nie zamykała, zauważyłem, że przy sąsiednim
stoliku jakiś facet chłonie każde jego słowo. Wstaliśmy, żeby wyjść. On też wstał. Nie wiedziałem, co
o tym sądzić. Domyśliłem się, że jest Niemcem, bo słyszałem, jak rozmawiał z kelnerem, ale nie miałem
pojęcia, czy zna angielski ani czy słyszał Bunny’ego dostatecznie wyraźnie, żeby go zrozumieć. Może
był tylko homoseksualistą, ale nie chciałem ryzykować. Do domu wracaliśmy bocznymi uliczkami,
skręcając co chwila, i byłem pewien, że go zgubiliśmy, ale gdy się obudziłem następnego dnia
i wyjrzałem przez okno, on stał przy fontannie. Bunny był zachwycony. Uznał, że jest jak w filmie
szpiegowskim. Chciał wyjść, żeby się przekonać, czy ten facet będzie chciał nas śledzić, i w zasadzie
musiałem go zatrzymać siłą. Całe przedpołudnie podglądałem go przez okno. A on stał tam, wypalił
kilka papierosów i ulotnił się dopiero po paru godzinach. Około czwartej wyszliśmy coś zjeść, bo
Bunny, który marudził nieprzerwanie od południa, zaczął się strasznie pieklić. Ale odeszliśmy zaledwie
kilka przecznic od placu, gdy wydawało mi się, że znowu zauważyłem Niemca, który szedł za nami
w dość dużej odległości. Zawróciłem w nadziei, że doprowadzę do konfrontacji; zniknął, lecz gdy po
kilku minutach odwróciłem się, znowu mi mignął.
Wcześniej niepokoiłem się, ale teraz zacząłem się naprawdę bać. Natychmiast skręciliśmy w boczną
uliczkę i okrężną drogą wróciliśmy do siebie: Bunny ostatecznie nie zjadł tego dnia obiadu i grał mi na
nerwach, a ja siedziałem przy oknie, aż się ściemniło, powtarzając mu, żeby się uciszył, i próbowałem
wymyślić, co teraz zrobić. Nie sądzę, żeby ten Niemiec wiedział, gdzie dokładnie mieszkamy,
w przeciwnym razie po co się czaił na placu, czemu nie przyszedł prosto do nas, jeśli miał nam coś do
powiedzenia? W każdym razie. Opuściliśmy nasze pokoje właściwie w środku nocy i przenieśliśmy się
do Excelsiora, co Bunny’emu było bardzo w smak. Wiesz, obsługa hotelowa i tak dalej. Przez resztę
pobytu w Rzymie cały czas z niepokojem wypatrywałem tamtego człowieka, Boże, wciąż mi się śni, ale
więcej go nie zobaczyłem.
– Jak myślisz, czego chciał? Pieniędzy?
Henry wzruszył ramionami.
– Kto wie? Niestety, nawet gdyby ich zażądał, wtedy już niewiele mi zostało. Wyprawy Bunny’ego
do krawców i tak dalej skutecznie wyczyściły mi konto, a jeszcze musieliśmy się przenieść do tego
hotelu… nie chodziło mi o pieniądze, naprawdę, ale on po prostu doprowadzał mnie do szału. Ani przez
chwilę nie mogłem być sam. Nie można było napisać listu czy choćby skorzystać z telefonu, żeby
Bunny nie czaił się gdzieś w pobliżu, arrectis auribus, nadstawiając ucha. Gdy się kąpałem, wchodził
do mojego pokoju i grzebał w moich rzeczach; po wyjściu z łazienki zastawałem pozwijane w komodzie
ubrania i okruchy na kartkach mojego notesu. Cokolwiek robiłem, wzbudzało w nim podejrzenia.
Znosiłem to tak długo, jak byłem w stanie, ale zaczynałem już się załamywać i, szczerze mówiąc,
cały czas nie czułem się najlepiej. Wiedziałem, że pozostawienie go w Rzymie może być niebezpieczne,
ale z każdym dniem było coraz gorzej i w końcu stało się oczywiste, że przebywanie tam dłużej nie jest
żadnym rozwiązaniem. Wiedziałem już, że nasza czwórka w żadnym wypadku nie może wrócić
normalnie na zajęcia w semestrze letnim (choć proszę bardzo, wróciliśmy), i że musimy wymyślić jakiś
plan, który prawdopodobnie okaże się pyrrusowy i nie do końca zadowalający. Ale potrzebowałem
czasu i ciszy, kilku tygodni spokoju w Stanach, jeśli miałem się podjąć czegoś takiego. Więc pewnej
nocy w Excelsiorze, kiedy Bunny upił się i mocno zasnął, spakowałem swoje rzeczy i zostawiwszy mu
tylko bilet powrotny i dwa tysiące dolarów, pojechałem taksówką na lotnisko i wsiadłem w pierwszy
samolot do kraju.
– Zostawiłeś mu dwa tysiące? – nie posiadałem się ze zdumienia.
Henry wzruszył ramionami. Francis pokręcił głową i prychnął.
– Bagatela – rzucił.
Wytrzeszczałem na nich oczy.
– No właśnie – potwierdził spokojnie Henry. – Nie będę ci mówił, ile ta wycieczka do Włoch mnie
kosztowała. Moi rodzice są hojni, ale nie aż tak. Nigdy w życiu nie musiałem prosić o pieniądze, dopiero
w ostatnich miesiącach. Sytuacja wygląda tak, że moje oszczędności prawie się rozeszły, i nie wiem, jak
długo będę mógł karmić rodziców tymi historyjkami o skomplikowanych naprawach samochodu i tak
dalej. Widzisz, byłem gotów przemówić Bunny’emu do rozsądku, ale on najwyraźniej nie rozumie, że
jestem tylko studentem z kieszonkowym od rodziców, a nie jakąś studnią pieniędzy bez dna… I straszne
jest to, że nie widzę, aby to się miało skończyć. Nie wiem, co by się stało, gdyby moi rodzice stracili
cierpliwość i przestali przysyłać pieniądze, co jest całkiem możliwe w niedalekiej przyszłości, jeśli nic się
nie zmieni.
– Szantażuje cię?
Henry i Francis spojrzeli po sobie.
– No, niezupełnie – odrzekł Francis.
Henry pokręcił głową.
– Bunny nie myśli w tych kategoriach – wyjaśnił znużonym głosem. – Musiałbyś poznać jego
rodziców, żeby to zrozumieć. Synowie Corcoranów zostali wyekspediowani do najdroższych szkół, do
jakich mogli się dostać, a gdy już się tam znaleźli, musieli sobie radzić sami. Jego rodzice nie przysyłają
mu ani grosza. Najwyraźniej nigdy nie przysyłali. Powiedział mi, że gdy zapisali go do liceum, nie dali
mu nawet na podręczniki. Dość rzadko spotykana metoda wychowawcza moim zdaniem, jak
u niektórych gatunków gadów, gdzie po wykluciu się młodych rodzice zostawiają je na pastwę
żywiołów. Nic dziwnego, że to wpoiło mu przekonanie, iż uczciwiej jest żyć na koszt innych, niż
pracować.
– A ja myślałem, że jego rodzice to jakaś arystokracja – powiedziałem.
– Corcoranowie cierpią na manię wielkości. Sęk w tym, że nie mają pieniędzy na realizację swoich
ambicji. Bez wątpienia uważają, że postępują po wielkopańsku, oddając synów na utrzymanie obcym
osobom.
– On wcale się tego nie wstydzi – zauważył Francis. – Nawet przed bliźniętami, a one są prawie tak
samo biedne jak on.
– Im większe sumy, tym lepiej, i nigdy nie ma zamiaru niczego oddawać. Oczywiście wolałby
umrzeć, niż pójść do pracy.
– Rodzice też chyba woleliby go oglądać martwego – stwierdził kwaśno Francis, przypalając
papierosa, i zakasłał przy wydechu. – Ale taki wstręt do pracy zwykle się ulatnia, gdy trzeba samemu się
utrzymać.
– To się w głowie nie mieści – podchwycił Henry. – Wolałbym znaleźć pracę, sześć prac, niż żebrać.
Weźmy przykładowo ciebie – zwrócił się do mnie. – Twoi rodzice chyba nie zasypują cię pieniędzmi,
co? Ale ty tak się wzbraniasz przed pożyczaniem, że to aż trochę śmieszne.
Zawstydzony nic nie powiedziałem.
– Boże święty. Wolałeś zamarznąć w tym warsztacie, niż wysłać do nas telegram z prośbą o kilkaset
dolarów. – Przypalił papierosa i wypuścił teatralnie smugę dymu. – Dla mnie to błaha suma. Jestem
pewien, że do końca przyszłego tygodnia wydamy na Bunny’ego dwa lub trzy razy więcej.
Wytrzeszczyłem oczy.
– Żartujesz – powiedziałem.
– Niestety nie.
– Ja też nie mam nic przeciwko pożyczaniu komuś pieniędzy – rzekł Francis – jeśli je mam. Ale
Bunny pożycza bez umiaru. Już wcześniej zdarzało się, że prosił ot tak o sto dolarów, bez żadnego
ważnego powodu.
– I nigdy nawet nie podziękuje – dodał z irytacją Henry. – Na co może je wydawać? Gdyby miał
choćby krztynę szacunku dla samego siebie, poszedłby do urzędu zatrudnienia i znalazł sobie jakąś
pracę.
– Obaj możemy tam trafić za parę miesięcy, jak tak dalej pójdzie – skwitował posępnie Francis i nalał
sobie kolejną szkocką, rozchlapując sporo na stół. – Wydałem na niego tysiące. Tysiące – zwrócił się do
mnie, ostrożnie upijając z napełnionej po brzegi drżącej szklanki. – A większość na żarcie w knajpach,
bo napycha się jak świnia. Wszystko bardzo miło: może tak byśmy się wybrali na kolację i tak dalej, i w
tej sytuacji jak mogę powiedzieć „nie”? Matka myśli, że zacząłem brać narkotyki. Głodnemu chleb na
myśli. Poinstruowała dziadków, żeby nie dawali mi żadnych pieniędzy, i od stycznia oprócz dywidendy
nie zobaczyłem złamanego grosza. Co mnie by akurat nie przeszkadzało, ale nie mogę fundować co
wieczór kolacji za sto dolarów.
Henry wzruszył ramionami.
– Zawsze był taki – powiedział. – Zawsze. Jest zabawny, lubiłem go, było mi go trochę żal. Co mi
szkodziło pożyczyć mu na książki, wiedząc, że nie odda?
– Ale teraz – zaznaczył Francis – nie chodzi tylko o pieniądze na podręczniki. I teraz nie możemy
mu odmówić.
– Jak długo możecie to ciągnąć?
– Na pewno nie w nieskończoność.
– A jak skończą się pieniądze?
– Nie wiem – rzekł Henry, sięgając za szkła okularów, żeby znowu potrzeć oczy.
– Może bym z nim pogadał?
– Nie! – powiedzieli jednym głosem Henry i Francis ze stanowczością, która mnie zaskoczyła.
– Dlaczego…?
Zapadła krępująca cisza, którą w końcu przerwał Francis.
– Cóż, może o tym nie wiesz – zaczął – ale Bunny jest o ciebie trochę zazdrosny. I tak już myśli, że
wszyscy zmówiliśmy się przeciwko niemu. Jeśli odniesie wrażenie, że trzymasz z nami…
– Nie wolno ci zdradzić, że cokolwiek wiesz – podkreślił Henry. – Nigdy. Chyba że chcesz jeszcze
pogorszyć sytuację.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. W mieszkaniu było siwo od dymu, zza którego bielił się
arktycznie, surrealistycznie szeroki płacheć linoleum. Zza ścian, z mieszkania sąsiada, sączyła się
muzyka. Grateful Dead. Matko święta, akurat oni.
– Stała się rzecz straszna – rzekł nagle Francis. – To znaczy ten gość, którego zabiliśmy, może i nie
był Voltaire’em, ale mimo wszystko. To potworne. Okropnie się z tym czuję.
– No cóż, oczywiście ja też – dodał rzeczowo Henry. – Ale nie na tyle, żeby chcieć pójść za kratki.
Francis prychnął, dolał sobie whisky i od razu ją wypił.
– Nie. Aż tak to nie.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Byłem senny, kiepsko się czułem, jak gdyby to wszystko było
jakimś dłużącym się, nieznośnym snem. Już wcześniej zadałem to pytanie, ale zapytałem raz jeszcze,
lekko zdziwiony brzmieniem własnego głosu w cichym pokoju:
– Co zamierzacie zrobić?
– Nie wiem, co zamierzamy – odrzekł Henry spokojnym głosem, jak gdybym zapytał go o plany na
popołudnie.
– Cóż, ja tam wiem, co zamierzam – oświadczył Francis. Wstał niepewnie i pociągnął palcem
wskazującym za kołnierz. Zdziwiony spojrzałem na niego, a on roześmiał się, widząc moje zaskoczenie.
– Zamierzam się położyć – oznajmił, melodramatycznie przewracając oczami – „dormir plutôt que
vivre!”.
– „Dans un sommeil aussi doux que la mort"* ​– dodał z uśmiechem Henry.
– Jezu, Henry, ty pamiętasz wszystko – skomentował Francis – aż się niedobrze robi. – Odwrócił się
chwiejnie, poluzowując krawat, i niepewnym krokiem wyszedł z pokoju.
– Obawiam się, że wypił trochę za dużo – stwierdził Henry, gdy trzasnęły drzwi i usłyszeliśmy
wściekły szum puszczonej w łazience wody. – Jest jeszcze wcześnie. Chciałbyś zagrać partyjkę?
Zamrugałem powiekami.
Sięgnął po talię z pudełka na końcu stołu – karty od Tiffany’ego z błękitnym wierzchem i złotym
monogramem Francisa – i zaczął je z wprawą tasować.
– Moglibyśmy zagrać w bezika albo w jukera, jeśli wolisz – zaproponował, gdy błękit i złoto
rozmywały się w jego dłoniach. – Sam lubię pokera, to oczywiście dość prostacka gra i żadna
przyjemność, gdy się gra we dwóch, ale mimo wszystko jest w niej pewien element przypadku, który do
mnie przemawia.
Spojrzałem na niego, na jego pewne dłonie, terkoczące karty i nagle odżyło we mnie dziwne
wspomnienie: Tōjō, w apogeum wojny, zmuszający swych najwyższych rangą adiutantów, żeby przez
całą noc grali z nim w karty.
Przysunął do mnie talię.
– Chcesz przełożyć? – spytał i przypalił papierosa.
Spojrzałem na karty, a potem na płomień zapałki płonącej z niezachwianą jasnością między jego
palcami.
– Niespecjalnie się tym przejmujesz, co? – spytałem.
Henry zaciągnął się mocno papierosem, wypuścił dym, zgasił zapałkę.
– Nie – odpowiedział, spoglądając w zamyśleniu na smużkę dymu ulatującą z rozżarzonej
końcówki. – Myślę, że jakoś nas z tego wyplączę. Ale wszystko zależy od tego, kiedy pojawi się
właściwa okazja, a na nią będziemy musieli poczekać. Do pewnego stopnia zależy też, sądzę, jak daleko
ostatecznie będziemy skłonni się posunąć. Mam rozdać? – spytał i znów sięgnął po karty.
Zbudziwszy się z głębokiego snu bez marzeń sennych, zorientowałem się, że leżę w niewygodnej
pozycji na sofie u Francisa, a z tyłu przez rząd okien wlewa się poranne słońce. Przez chwilę nie
wykonywałem żadnego ruchu, usiłując sobie przypomnieć, gdzie jestem i jak się tu znalazłem; było to
przyjemne uczucie, które raptownie się zwarzyło, gdy wróciłem pamięcią do poprzedniej nocy.
Usiadłem i zacząłem pocierać kratkowany wzór odciśnięty na policzku przez poduszkę z sofy. Ruch ten
sprawił, że rozbolała mnie głowa. Wbiłem wzrok w przepełnioną popielniczkę, w trzech czwartych
opróżnioną butelkę szkockiej, pokerowy pasjans rozłożony na stole. A więc to wszystko było prawdą;
nie przyśniło mi się.
Chciało mi się pić. Przeszedłem do kuchni przy wtórze rozbrzmiewających w ciszy kroków
i wypiłem szklankę wody nad zlewem. Kuchenny zegar wskazywał siódmą rano.
Napełniłem raz jeszcze szklankę i zabrałem ją do salonu. Usiadłem na sofie. Popijając wodę, tym
razem wolniej (wyżłopanie pierwszej szklanki przyprawiło mnie o lekkie mdłości), spojrzałem na pasjans
Henry’ego. Musiał go ułożyć, gdy spałem. Zamiast układać kolumny kolorami, a rzędy fulami
i czwórkami, co w tej grze było najbezpieczniejsze, starał się o parę stritów w kolorze i nie udało mu się.
Dlaczego tak? Żeby się przekonać, czy uśmiechnie się do niego szczęście? Czy po prostu był zmęczony?
Zebrałem karty, potasowałem je i ułożyłem znowu jedna po drugiej według strategicznych reguł,
których sam mnie uczył, po czym przeskoczyłem jego wynik o pięćdziesiąt punktów. Wpatrywały się
we mnie zimne, przebiegłe twarze: czarne i czerwone walety, dama pik o rybich oczach. Nagle
przetoczyła się przeze mnie fala zmęczenia i nudności, podszedłem więc do szafy, zabrałem płaszcz
i wyszedłem, cicho zamykając za sobą drzwi.
Korytarz w porannym świetle przypominał szpital. Zatrzymawszy się niepewnie na schodach,
obejrzałem się na drzwi Francisa, nie do odróżnienia od pozostałych w długim bezimiennym rzędzie.
Przypuszczam, że jeśli w ogóle miałem jakąś chwilę zwątpienia, to właśnie wtedy, gdy stałem na tym
zimnym, upiornym korytarzu, oglądając się na mieszkanie, z którego wyszedłem. Kim są ci ludzie? Jak
dobrze ich znam? Czy mógłbym zaufać komuś z nich, gdyby przyszło co do czego? Dlaczego
postanowili powiedzieć o wszystkim akurat mnie?
To zabawne, ale sięgając myślami wstecz, zdaję sobie teraz sprawę, że ta konkretna chwila, gdy
stałem tam zaspany na opuszczonym korytarzu, była akurat tą, kiedy mogłem pójść zupełnie inną drogą
niż ta, którą wybrałem. Ale oczywiście wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że to kluczowy moment;
przypuszczam, że nigdy tego nie wiemy. Ziewnąłem więc tylko, otrząsnąłem się z chwilowego
odrętwienia, które mną owładnęło, i ruszyłem schodami w dół.
Po powrocie do swojego pokoju, wyczerpany, z zawrotami głowy, najmocniej ze wszystkiego
pragnąłem zasunąć rolety i położyć się w swoim łóżku – które nagle, z zatęchłą poduszką, brudnym
prześcieradłem i całą resztą wydało mi się najbardziej kuszącym łóżkiem na świecie. Ale było to
niemożliwe. Za dwie godziny zaczynały się zajęcia z pisania, a ja nie odrobiłem pracy domowej.
Morrow zadał nam dwie strony, po grecku, na temat wybranego epigramatu Kallimacha z Cyreny.
Miałem na razie jedną stronę i zacząłem pospiesznie dopisywać ciąg dalszy najpierw w wersji angielskiej,
a potem tłumacząc słowo po słowie na grekę niecierpliwą i niezbyt uczciwą metodą. Morrow prosił nas,
by nie pisać w ten sposób. Wartością zajęć z pisania, twierdził, jest nie to, że pozwalają osiągnąć biegłość
w języku, której nie można by uzyskać innymi sposobami, ale to, że przy właściwym podejściu, gdy się
pisze z głowy, uczą myśleć po grecku. Gdy jesteśmy skazani na ograniczenia nieelastycznego, obcego
języka, zmieniają się, mówił, nasze schematy myślenia. Pewne powszechne pojęcia stają się
niewyrażalne; inne, o których wcześniej nam się nie śniło, ożywają, odnajdując cudowną, nową formę.
Siłą rzeczy trudno jest mi wyjaśnić w ojczystym języku, jak sądzę, co dokładnie mam na myśli. Mogę
tylko powiedzieć, że incendium jest w swej istocie czymś zupełnie innym niż feu, którym Francuz
przypala papierosa, a obydwa słowa znacznie się różnią od surowego, nieludzkiego pir znanego
Grekom, owego pir, który płonął na wieżach Ilionu lub buchał i huczał na opuszczonej, smaganej
wiatrem plaży z pogrzebowego stosu Patroklesa.
Pir: w tym jednym słowie mieści się dla mnie tajemna, jasna, niesamowita klarowność starożytnej
greki. Jak mogę wam unaocznić to dziwne ostre światło, które przenika krajobrazy Homera i rozświetla
dialogi Platona, obce światło, niewyrażalne w naszym potocznym języku? Angielski jest językiem
misternych różnic i osobliwości, jest w nim miejsce na kiciusia, łachmytę, sztylet zecerski i piwo, jest
mową Ahaba, Falstaffa i dickensowskiej pani Gamp; i choć moim zdaniem nadaje się wyśmienicie do
tego typu refleksji, zupełnie zawodzi, gdy usiłuję opisać to, co uwielbiam w grece, tym języku wolnym
od dziwadeł i cudactw; języku mającym obsesję na punkcie działania i radości płynącej z pomnażania
czynności, gdzie te maszerują nieubłaganie do przodu, gdy kolejne zasilają ich szeregi, napływając
z jednej i drugiej strony, i dostosowują się do marszowego kroku w długiej prostej kolumnie przyczyny
i skutku, w stronę nieuchronnego i jedynego możliwego celu.
W pewnym sensie właśnie dlatego czułem taką bliskość z pozostałymi członkami mojej greckiej
grupy. Oni też znali ów piękny i wstrząsający krajobraz, martwy od stuleci; znane im było to samo
doświadczenie, gdy podnosili wzrok znad książek i świat współczesny z perspektywy piątego wieku
wydawał im się niepokojąco powolny i obcy, jak gdyby nie byli jego mieszkańcami. Dlatego też
podziwiałem Morrowa, a szczególnie Henry’ego. Ich umysły, ich oczy i uszy tkwiły nieodwołalnie
w zasięgu tych surowych, pradawnych rytmów – świat, a przynajmniej świat znany mnie, nie był tak
naprawdę ich domem, w owej zaś krainie, którą ja znałem jedynie jako zachwycony turysta, nie byli
sporadycznymi, lecz stałymi bywalcami, goszcząc tam tak długo, jak to tylko możliwe. Starogrecki jest
językiem trudnym, wręcz bardzo trudnym, i można się go uczyć całe życie, nie będąc w stanie
powiedzieć słowa; ale nawet dzisiaj uśmiecham się na myśl o wycyzelowanej, sztywnej angielszczyźnie
Henry’ego, angielszczyźnie dobrze wykształconego cudzoziemca, gdy porównać ją z cudowną
potoczystością jego greki – szybkiej, płynnej i nadzwyczaj dowcipnej. Zawsze wprawiało mnie
w zdumienie, gdy zdarzało mi się słyszeć Henry’ego i Morrowa, jak konwersują po grecku, spierając się
lub żartując, w sposób, w jaki nigdy nie słyszałem, żeby rozmawiali po angielsku; wielokrotnie
widziałem, jak Henry podnosi słuchawkę z drażliwym, ostrożnym „Halo”, i obym nigdy nie zapomniał
twardego i nieprzeparcie ujmującego brzmienia „Chairei!”, gdy na drugim końcu linii znajdował się
akurat Morrow.
Czułem się trochę nieswojo – po usłyszanej właśnie historii – czytając epigramaty Kallimacha
o zaróżowionych policzkach, winie i pocałunkach pięknie zbudowanych młodzieńców przy świetle
pochodni. Wybrałem więc dosyć smutny utwór, który w tłumaczeniu brzmi następująco: „O poranku
pochowaliśmy Melanippusa; gdy słońce zaszło, z własnej ręki zginęła dziewicza Basilo, nie mogąc
znieść życia po złożeniu brata na stosie; i dom ich doznał podwójnej niedoli, i cała Cyrena głowę
skłoniła, widząc dom szczęśliwych dzieci w rozpaczy pogrążony”.
Dokończyłem pracę w niespełna godzinę. Po przejrzeniu jej i sprawdzeniu końcówek umyłem twarz,
zmieniłem koszulę, zabrałem książki i udałem się do Bunny’ego.
Z naszej szóstki tylko ja i Bunny mieszkaliśmy na terenie kampusu, a jego akademik stał po
przeciwnej stronie trawnika przy drugim końcu Świetlicy. Zajmował pokój na parterze, co zapewne było
dla niego pewną niedogodnością, większość czasu spędzał bowiem na piętrze we wspólnej kuchni, gdzie
prasował spodnie, buszował w lodówce, wychylał się z okna w samej koszuli, pokrzykując do
przechodzących w dole. Tamże poszedłem go szukać, gdy nie otworzył drzwi, i zastałem go w kuchni,
siedzącego w podkoszulku na parapecie, sączącego kawę i przeglądającego czasopismo. Ku memu
zdziwieniu były tam też bliźnięta: Charles stał ze skrzyżowanymi w kostkach nogami, markotnie
mieszając kawę i wyglądając przez okno; Camilla – i to mnie zaskoczyło, ponieważ Camilla nie rwała się
raczej do prac domowych – prasowała jedną z koszul Bunny’ego.
– O, czołem, bracie – rzucił Bunny. – Wchodź. Mamy tu małe spotkanie przy kawie. Tak, kobiety
nadają się do jednej, może dwóch rzeczy – dodał, gdy zauważył, że wpatruję się w Camillę przy desce
do prasowania – chociaż jako dżentelmen – mrugnął znacząco – wolę nie wymieniać tej drugiej,
w końcu jesteśmy w mieszanym towarzystwie. Charles, nalej mu kawy z łaski swojej. Nie trzeba myć,
jest w miarę czysty – zakomunikował ostrym głosem, gdy Charles wziął z ociekacza brudny kubek
i puścił wodę. – Napisałeś pracę?
– Aha.
– Który wybrałeś epigramat?
– Dwudziesty drugi.
– Hmm. Najwyraźniej wszyscy się rzucili na smęty. Charles wziął ten o dziewczynie, która umarła,
i wszyscy przyjaciele za nią tęsknili, a ty, Camilla, wybrałaś…
– Czternasty – podsunęła Camilla, nie podnosząc wzroku, dość wściekle przyciskając czubek żelazka
do stójki.
– Ha! Ja wziąłem na tapetę jeden z tych bardziej pikantnych. Byłeś kiedyś we Francji, Richard?
– Nie – odpowiedziałem.
– W takim razie w wakacje musisz z nami pojechać.
– Z nami? Czyli z kim?
– Z Henrym i ze mną.
Tak mnie tym zbił z tropu, że mogłem tylko stać i wytrzeszczać na niego oczy.
– Do Francji?
– Me łiii. Dwumiesięczna wycieczka. Odjazd na maksa. Spójrz tylko. – Rzucił mi czasopismo, które
okazało się luksusowo wydanym prospektem reklamowym.
Zacząłem kartkować. Rzeczywiście wycieczka na bogato – „rejs luksusowym hotelem na wodzie”,
który zaczynał się w Szampanii, potem przelot balonem do Burgundii, znowu transport rzeczny, przez
Beaujolais na Riwierę, do Cannes i Monte Carlo. Prospekt był bogato ilustrowany, pełen bajecznie
kolorowych zdjęć wspaniałych potraw, udekorowanych kwiatami łodzi oraz wniebowziętych turystów,
którzy otwierają butelki szampana i machają z balonowego kosza do zdegustowanych starych
wieśniaków na polach w dole.
– Wygląda ekstra, co? – entuzjazmował się Bunny.
– Fantastycznie.
– Rzym był w porządku, ale w gruncie rzeczy to taka trochę większa dziura. Poza tym ja lubię się
trochę powłóczyć. Być w ciągłym ruchu, poznawać miejscowe zwyczaje. A tak między nami, jestem
pewien, że Henry będzie zachwycony tym pomysłem.
Też jestem tego pewien, pomyślałem, wpatrując się w zdjęcie kobiety, która obłąkańczo szczerzyła
zęby do obiektywu, trzymając w górze francuską bagietkę.
Bliźnięta pieczołowicie unikały mojego wzroku, Camilla pochylona nad koszulą Bunny’ego,
Charles wyglądający przez kuchenne okno odwrócony do mnie plecami, oparty łokciami o kredens.
– Oczywiście ten przelot balonem to super sprawa – opowiadał swobodnym tonem Bunny – ale
wiesz, tak się zastanawiam, co zrobić, jeśli ci się nagle zachce? Wypinasz się za kosz czy co?
– Słuchajcie, to chyba jeszcze potrwa kilka minut – wtrąciła raptownie Camilla. – Dochodzi
dziewiąta. Charles, może pójdziesz już z Richardem? Powiedzcie Morrowowi, żeby nie czekał.
– No chyba aż tak długo ci nie zejdzie? – spytał z irytacją Bunny, wyciągając szyję, żeby spojrzeć na
koszulę. – Wielka mi filozofia. A tak w ogóle, gdzie się nauczyłaś prasować?
– Nie nauczyłam się. U nas wysyła się koszule do pralni.
Charles ruszył za mną do drzwi. Przeszliśmy korytarzem i zeszliśmy po schodach bez słowa, ale gdy
znaleźliśmy się na dole, chwycił mnie za ramię i wciągnął do pustego pokoju do gry w karty. W latach
dwudziestych i trzydziestych Hampden ogarnęła brydżowa mania; gdy szaleństwo minęło, nie
przystosowano tych pomieszczeń do innych celów i teraz służyły studentom do handlowania
narkotykami, pisania na maszynie lub potajemnych schadzek.
Zamknął drzwi. Wbiłem wzrok w wiekowy karciany stolik – intarsjowany na czterech rogach
czterema symbolami: karo, kier, trefl i pik.
– Dzwonił do nas Henry – oznajmił Charles. Kciukiem pocierał wystający brzeg karowego rombu,
nie podnosząc głowy.
– Kiedy?
– Dziś rano.
Przez chwilę ani on, ani ja nie odzywaliśmy się.
– Przepraszam – powiedział Charles, podnosząc wzrok.
– Za co?
– Że ci powiedział. Przepraszam za wszystko. Camilla strasznie to przeżywa.
Sprawiał wrażenie dość spokojnego, zmęczonego, ale spokojnego, a jego inteligentne oczy, gdy
nasze spojrzenia się skrzyżowały, patrzyły na mnie ze smutną, łagodną szczerością. Zaniepokoiłem się
nagle. Lubiłem Francisa i Henry’ego, ale nie wyobrażałem sobie, żeby coś złego mogło się stać
bliźniętom. Ze wzruszeniem przypomniałem sobie, ile zawsze okazywali mi dobroci; jak kochana była
Camilla w tych pierwszych trudnych tygodniach i jak to Charles zawsze znajdował jakiś powód, żeby
pojawić się w moim pokoju, lub zwracał się do mnie w tłumie, zakładając bez słowa – co dodawało mi
otuchy – że łączy nas szczególna przyjaźń; przypomniałem sobie spacery, wyprawy samochodem
i kolacje w ich mieszkaniu; przypomniałem sobie ich listy – często pozostawiane bez odpowiedzi – które
przychodziły tak regularnie przez długie zimowe miesiące.
Gdzieś na górze zapiszczały i jęknęły rury. Spojrzeliśmy po sobie.
– Co zamierzacie? – spytałem. Przez ostatnią dobę najwyraźniej zadawałem wszystkim tylko to jedno
pytanie, a jednak nikt nie udzielał mi zadowalającej odpowiedzi.
Wzruszył ramionami, zabawny jednostronny gest, maniera wspólna dla niego i jego siostry.
– A bo ja wiem? – odparł znużonym głosem. – Chyba musimy już iść.
Gdy dotarliśmy do gabinetu Morrowa, Henry i Francis już tam byli. Francis nie skończył swojej pracy.
Z poplamionymi granatowym atramentem palcami bazgrolił coś na drugiej stronie, gdy pierwszą
sczytywał Henry, wprowadzając brakujące symbole wiecznym piórem.
Nie odrywał wzroku od kartki.
– Cześć – rzucił. – Bylibyście uprzejmi zamknąć drzwi?
Charles pchnął drzwi stopą i powiedział:
– Złe wieści.
– Bardzo złe?
– Owszem. Forsa.
Francis przeklął szybko pod nosem, nie przerywając pisania. Henry zrobił kilka ostatnich poprawek
i zamachał kartką, żeby wyschła.
– Na litość boską – powiedział łagodnie – mam nadzieję, że to może poczekać. Wolałbym nie
myśleć o tym w czasie zajęć. Jak ci idzie z drugą stroną, Francis?
– Jeszcze chwileczkę – odparł Francis, cedząc słowa, które ciągnęły się leniwie za pospiesznymi
ruchami pióra.
Henry stanął za krzesłem Francisa, pochylił się nad nim i zaczął sprawdzać początek drugiej strony,
opierając się łokciem o stół.
– Jest z nim Camilla? – spytał.
– Tak. Prasuje mu tę parszywą koszulę.
– Hmm. – Wskazał coś końcówką pióra. – Francis, tutaj potrzebny jest optatyw, nie tryb łączący.
Francis szybko oderwał pióro od swojej pracy – zapisał już prawie całą drugą stronę – i dokonał
zmiany.
– A ta spółgłoska zwarta zamienia się w pi, nie kappa.
Bunny przyszedł spóźniony i w podłym nastroju.
– Charles – warknął – jeśli chcesz, żeby twoja siostra znalazła sobie męża, to lepiej ją naucz, jak
używać żelazka.
Byłem wykończony, nieprzygotowany i z wielkim trudem koncentrowałem się na zajęciach.
O drugiej miałem francuski, ale po zajęciach z greki udałem się prosto do swojego pokoju, połknąłem
tabletkę nasenną i położyłem się spać. Tabletka była zbędnym gestem; nie potrzebowałem jej, lecz
perspektywa bezsenności, popołudnia pełnego koszmarów i odgłosów dobiegających z kanalizacji była
zbyt straszna.
Spałem więc mocno, mocniej niż powinienem, i dzień minął niepostrzeżenie. Było już prawie
ciemno, gdy uzmysłowiłem sobie, że gdzieś, zza wielkich otchłani, ktoś puka do moich drzwi.
To była Camilla. Musiałem wyglądać strasznie, bo uniosła jedną brew i parsknęła śmiechem.
– A ty tylko śpisz i śpisz – skwitowała. – Dlaczego za każdym razem, gdy cię odwiedzam, ty śpisz?
Gapiłem się na nią, mrugając powiekami. W pokoju były opuszczone rolety, na korytarzu panowały
ciemności i mnie, na wpół przytomnemu i ledwo trzymającemu się na nogach, wydało się, że mam przed
sobą nie promienną, nieosiągalną Camillę, lecz raczej mglistą i nieopisanie delikatną zjawę, całą
z wiotkich nadgarstków, cieni i roztrzepanych włosów, niewyraźną i śliczną istotę zamieszkującą
mroczny buduar moich snów.
– Wejdź – zaprosiłem ją.
Skorzystała z zaproszenia i zamknęła za sobą drzwi. Usiadłem na brzegu niepościelonego łóżka,
z bosymi stopami i rozpiętą koszulą, i pomyślałem, jak wspaniale by było, gdyby to naprawdę był sen,
gdybym mógł podejść tam, gdzie siedzi, przyłożyć dłonie do jej twarzy i pocałować ją, w powieki,
w usta, w miejsce na skroni, gdzie miodowe włosy przechodzą w jedwabiste złoto.
Przez długi czas patrzyliśmy na siebie.
– Jesteś chory? – spytała.
Błysk jej złotej bransoletki w ciemności. Przełknąłem ślinę. Trudno mi było skupić myśli i nie
wiedziałem, co powiedzieć.
Znów wstała.
– Pójdę już – oznajmiła. – Przepraszam, że cię obudziłam. Przyszłam tylko zapytać, czy chciałbyś się
przejechać.
– Co?
– Przejechać. Samochodem. Ale w porządku. Może innym razem.
– Dokąd?
– Dokądś. Nigdzie konkretnie. Za dziesięć minut spotykam się z Francisem w Świetlicy.
– Nie, czekaj – poprosiłem.
Czułem się całkiem przyjemnie. Moich kończyn nie opuściła jeszcze rozkoszna narkotyczna
ociężałość i wyobraziłem sobie, jaką frajdą byłoby przejść się z nią do Świetlicy, gdy jestem tak senny,
jak zahipnotyzowany, w gasnącym świetle, po śniegu.
Podniosłem się – trwało to całą wieczność, podłoga stopniowo oddalała się ode mnie, jak gdybym
po prostu rósł za sprawą jakiegoś organicznego procesu – i podszedłem do szafy. Podłoga kołysała się
pode mną jak pokład sterowca. Znalazłem najpierw płaszcz, potem szalik. Znalezienie rękawiczek było
zbyt skomplikowane, by zaprzątać sobie nimi głowę.
– Dobra – oznajmiłem. – Jestem gotów.
Uniosła brew.
– Jest dosyć zimno – poinformowała. – Ne sądzisz, że powinieneś włożyć jakieś buty?
Szliśmy przez breję i zimny deszcz i gdy dobrnęliśmy do Świetlicy, Charles, Francis i Henry już na nas
czekali. Ta konfiguracja wydała mi się w jakiś sposób, nie do końca zrozumiały, znacząca – byli
wszyscy oprócz Bunny’ego.
– Co się dzieje? – spytałem, mrugając powiekami.
– Nic – odpowiedział Henry, ostrym, lśniącym szpicem parasola rysując na podłodze jakiś kształt. –
Po prostu wybieramy się na przejażdżkę. Pomyślałem, że mogłoby być przyjemnie… – urwał delikatnie
– gdybyśmy wyrwali się na trochę z uczelni, może zjedli kolację…
Bez Bunny’ego, taki jest tutaj podtekst, pomyślałem. Byłem ciekaw, gdzie się teraz podziewa. Szpic
parasola Henry’ego zamigotał. Podnios​łem wzrok i zauważyłem, że Francis przygląda mi się
z uniesionymi brwiami.
– O co chodzi? – spytałem poirytowany, kołysząc się leciutko w drzwiach.
Wydał z siebie ostre, rozbawione prychnięcie.
– Jesteś pijany? – spytał.
Wszyscy przyglądali mi się jakoś dziwnie.
– Tak – odpowiedziałem. Nie była to prawda, ale nie chciało mi się tłumaczyć.
Chłodne niebo zamglone mżawką nad wierzchołkami drzew sprawiało, że nawet znajomy krajobraz
wokół Hampden wydawał się obojętny i obcy. Biała mgła zaścielała doliny, a szczyt Mount Cataract był
nią całkowicie zasłonięty, niewidzialny w zimnych oparach. Nie widząc jej, tej wiecznie obecnej góry,
która osadzała Hampden i okolice w moich zmysłach, z trudem orientowałem się, gdzie jestem,
i odnosiłem wrażenie, że zapuszczamy się na nieznane, dziewicze ziemie, chociaż jechałem tą drogą ze
sto razy przy każdego rodzaju aurze. Harry prowadził dość szybko, jak miał w zwyczaju – opony
piszczały na mokrej czarnej nawierzchni, a woda rozbryzgiwała się wysoko po obu stronach.
– Oglądałem to miejsce jakiś miesiąc temu – powiedział, zwalniając, gdy zbliżaliśmy się do białego
wiejskiego domu na wzgórzu, z rozrzuconymi po zaśnieżonym pastwisku smętnymi belami siana. – Jest
wciąż do sprzedania, ale chcą chyba za dużo.
– Ile akrów? – spytała Camilla.
– Sto pięćdziesiąt.
– Po co ci u licha aż tyle ziemi? – Podniosła dłoń, żeby odgarnąć włosy z oczu i znów błysnęła mi
bransoletka: „Rozwiany ślicznie włos, ciemny włos odwiany z ust…”** – Chyba nie chciałbyś jej
uprawiać?
– Moim zdaniem – oznajmił Henry – im więcej, tym lepiej. Chciałbym mieć tyle ziemi, żeby z domu
nie widać było autostrady, słupa telefonicznego ani niczego, czego wolałbym nie oglądać.
Przypuszczam, że to niemożliwe w obecnych czasach, a ten dom stoi praktycznie przy samej drodze.
Obejrzałem jeszcze jedną posiadłość, już w stanie Nowy Jork.
Minęła nas ze świstem pędząca ciężarówka, rozpryskując wodę.
Wszyscy wydawali się nadzwyczaj spokojni i odprężeni, a ja pomyślałem, że wiem dlaczego.
Dlatego, że nie było z nami Bunny’ego. Unikali tego tematu z udawaną obojętnością; musi teraz gdzieś
być, zastanawiałem się, musi coś robić, a co, o to wolałem nie pytać. Rozsiadłem się wygodniej
i śledziłem srebrzyste, rozedrgane strużki kropel deszczu ślizgających się po szybie.
– Gdybym miała kupować dom, kupiłabym go tutaj – powiedziała Camilla. – Zawsze góry
podobały mi się bardziej niż morze.
– Mnie też – przyznał Henry. – Przypuszczam, że pod tym względem mam gust helleński. Interesują
mnie miejsca śródlądowe, rozległe widoki, dzikie tereny. Nigdy w najmniejszym stopniu nie
interesowało mnie morze. Trochę jak Arkadyjczyków. Pamiętacie, co pisał o nich Homer? „Bo dzieła
morskiego nie byli świadomi”***.
– Bo wychowywałeś się na Środkowym Zachodzie – wtrącił Charles.
– Ale podążając tym tokiem rozumowania, wychodziłoby, że powinienem przepadać za równinami
i płaskościami. Co nie jest zgodne z prawdą. Opisy Troi w Iliadzie są potworne, wszędzie płasko
i palące słońce. Nie, mnie zawsze ciągnęło do górzystych, dzikich rejonów. Z takich miejsc pochodzą
najbardziej osobliwe języki i najdziwniejsze mitologie, najstarsze miasta i najbardziej barbarzyńskie
religie: wiecie, bóg Pan przyszedł na świat w górach. Zeus też. „W Arkadii Reja ciebie powiła… –
wyrecytował sennie, przechodząc na grekę – na zboczu góry porośniętej wielkim gąszczem…”
Ściemniło się. Wokół nas rozciągał się krajobraz spowity w mrok i tajemniczy, cichy w nocnej mgle.
Była to odludna, nieuczęszczana okolica, skalista i gęsto zalesiona, bez staromodnego uroku Hampden
i jego łagodnych wzgórz, bez domków w stylu alpejskim i sklepów z antykami, za to wysoka, groźna
i prymitywna, wszędzie czerń i nawet brak billboardów.
Francis, który znał te okolice lepiej niż my, powiedział wcześniej, iż niedaleko jest zajazd, ale trudno
było uwierzyć, że w promieniu siedemdziesięciu kilometrów znajduje się jakiekolwiek miejsce, gdzie
można by się zatrzymać. W pewnym momencie pokonaliśmy zakręt i nasze światła omiotły zardzewiały,
podziurawiony śruciną znak, który informował nas, że w leżącym niedaleko zajeździe Hoosatonic Inn
wynaleziono deser znany pod nazwą „Pie à la Mode”, czyli szarlotka na ciepło z lodami.
Budynek otaczała rozchwierutana weranda – wysłużone fotele na biegunach, obłażąca farba.
W środku hol był intrygującym połączeniem mahoniu z nadjedzonym przez mole aksamitem,
urozmaiconym przez poroża, kalendarze ze stacji benzynowych oraz dużą kolekcję zawieszonych na
ścianie ozdobnych podstawek pod garnki upamiętniających dwusetną rocznicę niepodległości.
Sala jadalna była pusta oprócz kilku miejscowych jedzących kolację, z których wszyscy spojrzeli na
nas z niewinnym, szczerym zaciekawieniem – na nasze ciemne garnitury i okulary, na spinki Francisa
z monogramem i na jego krawat firmy Charvet, na Camillę z jej chłopięcą fryzurą i eleganckim
karakułowym futerkiem. Byłem nieco zaskoczony tą zbiorową przychylnością – bez gapienia się
i pełnych dezaprobaty spojrzeń – dopóki nie przyszło mi do głowy, że ci ludzie prawdopodobnie nie
zdają sobie sprawy, skąd jesteśmy. Bliżej uczelni natychmiast zaszufladkowano by nas jako bogatych
dzieciaków ze wzgórza, które prawdopodobnie narobią hałasu i pożałują sutego napiwku. Ale tutaj
byliś​my jedynie obcymi ludźmi w miejscu, gdzie nieznajomi są rzadkością.
Nikt nawet nie podszedł, żeby spisać zamówienie. Kolacja pojawiła się jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki: pieczona wieprzowina, krakersy, rzepa i zupa kukurydziano-orzechowa
w grubych porcelanowych miseczkach z podobiznami prezydentów (do Nixona włącznie) wokół
brzegu.
Kelner, rumiany chłopak z obgryzionymi paznokciami, zatrzymał się na chwilę. W końcu spytał
nieśmiało:
– Jesteście z Nowego Jorku?
– Nie – odparł Charles, odbierając od Henry’ego talerz z krakersami. – Jesteśmy stąd.
– Z Hoosatonic?
– Nie. Mam na myśli Vermont.
– Nie z Nowego Jorku?
– Nie – potwierdził wesoło Francis, krojąc pieczeń. – Ja jestem z Bostonu.
– Byłem tam – zachwycił się chłopak.
Francis uśmiechnął się z roztargnieniem i sięgnął po talerz.
– Pewnie kibicujecie Red Soxom.
– A żebyś wiedział – odparł Francis. – Jeszcze jak. Chociaż ostatnio przegrywają wszystkie mecze,
co?
– Czasem im się zdarza wygrać. Ale mistrzostwa pewnie nigdy nie zdobędą.
Wciąż nie odchodził, zastanawiając się, co jeszcze powiedzieć, gdy spojrzał na niego Henry.
– Usiądź – zaprosił go nieoczekiwanie. – Może zjesz z nami?
Po nieśmiałym proteście chłopak przysunął sobie krzesło, chociaż odmówił zjedzenia czegokolwiek;
poinformował nas, że kończą wydawanie posiłków o dwudziestej i jest mało prawdopodobne, żeby ktoś
jeszcze przyszedł.
– Autostrada daleko – wyjaśnił. – A w okolicy ludzie kładą się wcześnie spać.
Nazywał się, jak się dowiedzieliśmy, John Deacon; był w moim wieku (dwadzieścia lat) i dwa lata
wcześniej skończył liceum Equinox w Hoosatonic. Od tamtej pory pracował u wuja na farmie; praca
kelnera to nowa rzecz, coś, co miało wypełnić zimowe godziny.
– To dopiero mój trzeci tydzień – przyznał. – Nawet mi się podoba. Dobre żarcie. I dają jeść za friko.
Henry, który zwykle nie przepadał (z wzajemnością) za przedstawicielami hoi polloi – w tej
kategorii w jego oczach mieściły się różne typy, od nastolatków z radiomagnetofonami do dziekana
w Hampden, który samodzielnie się wzbogacił i skończył amerykanistykę w Yale – miał jednakowoż
świetne podejście do ludzi biednych, prostych, ze wsi; gardzili nim pracownicy administracji
z Hampden, podziwiali zaś woźni, ogrodnicy i kucharze. Chociaż nie traktował ich jak równych sobie –
dokładnie rzecz biorąc, nikogo tak nie traktował – nie uciekał się też do protekcjonalnej życzliwości
bogatych. Pamiętam, jak Morrow powiedział pewnego razu: „Myślę, że do choroby i biedy
podchodzimy z dużo większą hipokryzją niż ludzie sprzed wieków. W Ameryce człowiek bogaty
próbuje udawać, że biedni są mu równi pod każdym względem oprócz finansowego, co po prostu nie
jest prawdą. Czy ktoś pamięta definicję sprawiedliwości Platona z Państwa? Sprawiedliwość
w społeczeństwie istnieje wtedy, kiedy każdy szczebel hierarchii funkcjonuje na swoim poziomie
i wszyscy są z tego zadowoleni. Biedak, który pragnie się wybić ponad swój stan, tylko niepotrzebnie
się unieszczęśliwia. I ci mądrzy wśród ubogich zawsze o tym wiedzieli, podobnie jak mądrzy wśród
zamożnych”.
Teraz nie jestem do końca przekonany, czy to prawda, bo jeśli tak, to co ze mną? Miałbym wciąż
myć szyby samochodowe w Plano? Nie ma jednak wątpliwości, że Henry był tak pewny swoich
zdolności i pozycji w świecie, czuł się tak swobodnie w swojej skórze, iż w dziwny sposób powodował,
że inni (łącznie ze mną) czuli się dobrze na swoim, niższym szczeblu w hierarchii, kimkolwiek byli. Jego
styl bycia przeważnie nie robił wrażenia na ludziach biednych, może jedynie w jakiś najbardziej mglisty,
podszyty podziwem sposób; i w konsekwencji byli w stanie dostrzec prawdziwego Henry’ego,
Henry’ego, którego znałem ja, milkliwego, uprzejmego, pod wieloma względami prostego
i bezpośredniego jak oni. Tę samą umiejętność posiadał Morrow, wielce podziwiany przez okolicznych
mieszkańców, podobnie jak dobrotliwy Pliniusz – lubimy sobie wyobrażać – cieszył się przychylnością
nędzarzy z Comum i Tifernum.
Przez większą część posiłku Henry rozmawiał z chłopakiem w poufały i dla mnie mało zrozumiały
sposób o okolicach Hampden i Hoosatonic – o podziale na strefy, inwestycjach, cenach za akr,
nieuprzątniętych działkach, tytułach i kto jest właścicielem czego – gdy reszta jadła kolację i słuchała.
Była to rozmowa, którą można by podsłuchać na każdej wiejskiej stacji benzynowej lub w sklepie
z paszą; ale mnie przepełniała dziwnym uczuciem szczęścia i pogodzenia ze światem.
Z perspektywy czasu może zastanawiać, jak niewielki wpływ na tak chorobliwą i histeryczną wyobraźnię
jak moja miał ów martwy farmer. Jestem sobie w stanie doskonale wyobrazić feerię koszmarów, którą
coś takiego mogłoby wywołać (drzwi otwierają się na szkolną salę, ubrana we flanelową koszulę postać
bez twarzy podparta upiornie o biurko lub odwracająca się od tablicy, żeby wyszczerzyć do mnie zęby),
ale jest chyba dość znamienne, że myślałem o nim rzadko i to tylko wtedy, gdy w jakiś sposób mi o tym
przypominano. Podejrzewam, że pozostali gryźli się tym jeszcze mniej niż ja, o czym niech świadczy to,
iż wszyscy tak długo zachowywali się zupełnie normalnie i dopisywały im humory. Choć brzmi to
potwornie, same zwłoki wydawały się jedynie rekwizytem, czymś wyniesionym po ciemku przez
inspicjentów i ułożonym u stóp Henry’ego, widocznym dopiero po zapaleniu świateł; ten obraz, niemy
i oskarżycielski w swej makabryczności, zawsze niezawodnie wywoływał lekki dreszcz niepokoju, ale
wydawał się stosunkowo niegroźny w zestawieniu z bardziej realnym i uporczywym zagrożeniem, jakie
stwarzał, co teraz rozumiałem, Bunny.
Bunny’ego, mimo pozorów pogodnej i gruboskórnej stabilności, tak naprawdę cechowała dzika
nieobliczalność. Powodów było kilka, ale wynikała ona przede wszystkim z jego kompletnego braku
jakiejkolwiek refleksji. Płynął przez świat wiedziony jedynie nikłymi światłami impulsu i nawyku
w przekonaniu, że nie napotka na swej drodze przeszkód tak dużych, by nie można ich było sforsować
samym pędem. Ale instynkt zawiódł go w nowych okolicznościach zaistniałych po morderstwie. Teraz,
gdy stare, zaufane znaki nawigacyjne zostały po ciemku poprzestawiane, automatyczny pilot jego psyche
był bezużyteczny; z zalanymi pokładami błądził bez celu, wpływając na mierzeje i wykonując różne
paniczne manewry.
Dla postronnego obserwatora pozostawał w znacznym stopniu sympatycznym dawnym sobą –
poklepywał ludzi po plecach, podjadał ciastka w czytelni i rozsypywał okruchy między stronicami
swych grec​kich lektur. Ale za tą rubaszną fasadą zachodziły wyraźne i dość złowrogie zmiany, zmiany,
z których niejasno zdawałem sobie sprawę, a które z upływem czasu stawały się coraz bardziej widoczne.
Pod pewnymi względami było tak, jak gdyby w ogóle nic się nie wydarzyło. Chodziliśmy na
zajęcia, uczyliśmy się greki i generalnie z powodzeniem udawaliśmy między sobą i w towarzystwie
innych osób, że wszystko jest w porządku. Wtedy otuchy dodawała mi świadomość, że Bunny, pomimo
oczywistego wzburzenia, z taką łatwością nadal wykonuje codzienne rutynowe czynności. Teraz
oczywiście rozumiem, że tylko dzięki temu jakoś się trzymał. Stanowiły one jedyny punkt odniesienia,
a on przywarł do nich mocno i zawzięcie, po części z przyzwyczajenia, po części zaś dlatego, że nie miał
ich czym zastąpić. Pozostali wyczuwali, jak przypuszczam, że kontynuacja dawnych rytuałów jest
w pewnym sensie farsą odgrywaną dla Bunny’ego, podtrzymywaną, żeby go ułaskawić, ale nie ja, nie
miałem też pojęcia, jak bardzo jest rozchwiany, dopóki nie doszło do kolejnego zdarzenia.
Spędzaliśmy właśnie weekend w domu Francisa. Poza ledwie dostrzegalnym napięciem, które
przejawiało się we wszystkich kontaktach z Bunnym w tym czasie, wydawało się, że wszystko jest
w najlepszym porządku, i podczas kolacji tego wieczoru Bunny’emu dopisywał humor. Gdy się
położyłem, był wciąż na dole, dopijając resztki kolacyjnego wina i grając w tryktraka z Charlesem, na
pozór zachowując się zwyczajnie, jak to on; ale w którymś momencie w środku nocy obudziły mnie
głośne, nieskładne wrzaski niosące się korytarzem z pokoju Henry’ego.
Usiadłem i włączyłem światło.
– Cholera, nic cię nie obchodzi! – usłyszałem krzyk Bunny’ego; po tych słowach rozległ się łoskot,
jakby z biurka na podłogę zrzucono książki. – Zależy ci tylko i wyłącznie, kurwa, na sobie, wszyscy
tacy jesteście… Chciałbym wiedzieć, co by sobie pomyślał Morrow, sukinsynu, gdybym powiedział mu
parę… Nie dotykaj mnie! – wrzasnął – nie podchodź…!
Kolejny rumor, jakby przewrócił się jakiś mebel, i głos Henry’ego, zniecierpliwiony i gniewny.
Wrzaski Bunny’ego były jednak głośniejsze.
– No proszę! – krzyknął tak głośno, że z pewnością obudził cały dom. – Spróbuj mnie
powstrzymać. Nie boję się ciebie. Brzydzę się tobą, ty pedale, ty nazisto, ty parszywa żydowska
kutwo…
Jeszcze jeden łoskot, tym razem rozbijanego drewna. Trzasnęły drzwi. Na korytarzu rozległ się
odgłos szybkich kroków. Potem stłumiony szloch, dławiące, przeraźliwe łkania, które trwały przez
dłuższą chwilę.
Około trzeciej nad ranem, gdy wszystko ucichło i już miałem zasnąć, usłyszałem miękkie kroki
z korytarza i po przerwie pukanie do moich drzwi. To był Henry.
– Boże święty – powiedział nieprzytomnie, rozglądając się po pokoju, ogarniając wzrokiem
rozkopane łóżko z baldachimem i moje ubrania rzucone na dywanik obok. – Cieszę się, że nie śpisz.
Widziałem, że się u ciebie pali.
– Jezu, o co tam chodziło?
Przeczesał dłonią rozczochrane włosy.
– A jak sądzisz? – spytał, spoglądając na mnie z roztargnieniem. – Nie wiem, tak naprawdę.
Musiałem zrobić coś, co go nakręciło, chociaż zabij mnie, nie wiem co. Czytałem u siebie w pokoju, gdy
wszedł i poprosił o słownik. Właściwie to chciał, żebym coś mu sprawdził i… Nie masz może
przypadkiem aspiryny, co?
Usiadłem na brzegu łóżka i przeszukałem szufladę w szafce nocnej, grzebiąc wśród chusteczek,
okularów do czytania i broszurek Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki należących do jednej
z podstarzałych ciotek Francisa.
– Nie widzę – powiedziałem. – Co się stało?
Westchnął i klapnął ciężko na fotel.
– Mam aspirynę u siebie w pokoju – rzekł. – W kieszeni płaszcza. I niebieskie emaliowane puzderko
na lekarstwa. I papierosy. Przyniósł​byś mi?
Był tak blady i wstrząśnięty, że zacząłem się zastanawiać, czy coś mu dolega.
– Co się dzieje? – spytałem.
– Nie chcę tam wracać.
– Czemu nie?
– Bo Bunny śpi w moim łóżku.
Spojrzałem na niego.
– Rany, Jezu – bąknąłem. – Wolałbym nie…
Zbył moje słowa machnięciem zmęczonej ręki.
– Nic się nie stanie. Naprawdę. Po prostu jestem zbyt roztrzęsiony, żeby tam pójść. A on śpi jak
zabity.
Wyszedłem cicho ze swojego pokoju i prześlizgnąłem się do drzwi na końcu korytarza.
Zatrzymawszy się przed nimi z jedną dłonią na gałce, usłyszałem wyraźnie charakterystyczne sapanie
śpiącego Bunny’ego dolatujące z pokoju.
Pomimo tego, co usłyszałem wcześniej, nie byłem przygotowany na ten widok: porozrzucane
wściekle na podłodze książki, przewrócona szafka nocna, walające się pod ścianą szczątki czarnego
ratanowego krzesła z przetrąconymi nogami. Przekrzywiony abażur lampy rzucał na pokój szalone
nieregularne światło. Pośrodku tego wszystkiego znajdował się Bunny, z twarzą opartą o tweedowy
rękaw marynarki i jedną stopą wciąż w bucie, zwisającą z krawędzi łóżka. Mruczał i fukał przez sen,
z otwartymi ustami i nabrzmiałymi powiekami, które wyglądały dziwnie bez okularów. Zabrałem rzeczy
Henry’ego i jak najszybciej opuściłem pokój.
Rano Bunny zszedł późno, z opuchniętymi oczami i w wisielczym nastroju, gdy Francis, bliźnięta
i ja jedliśmy śniadanie. Zignorował nasze nieśmiałe pozdrowienia, podszedł prosto do kredensu, nasypał
sobie do miski lukrowane płatki i usiadł bez słowa przy stole. W ciszy, która raptownie zapadła,
usłyszałem, jak przez frontowe drzwi wchodzi pan Hatch. Francis przeprosił nas i pospiesznie się oddalił,
a ja słyszałem, jak mamroczą coś między sobą w holu, gdy Bunny z ponurą miną chrupał swoje
śniadanie. Minęło kilka minut. Zerkałem z ukosa na zgarbionego nad miską Bunny’ego, gdy znienacka,
w oknie za jego głową, ujrzałem w oddali postać pana Hatcha, który przemierzał otwarte pole za
ogrodem, niosąc na śmietnik ciemne, poskręcane resztki ratanowego krzesła.
Te wybuchy histerii, choć zatrważające, zdarzały się rzadko. Ale unaoczniały, jak bardzo Bunny jest
rozstrojony i jak potrafi uprzykrzyć komuś życie, gdy się go sprowokuje. Najbardziej wściekał się na
Henry’ego, Henry’ego, który go zdradził i który zawsze był celem tych ataków. Jednak w jakiś dziwny
sposób to właśnie Henry’ego znosił najlepiej na co dzień. Do wszystkich innych właściwie bez przerwy
miał jakieś pretensje. Mógł rozzłościć się na Francisa na przykład za uwagę, którą uznał za zbyt
pretensjonalną, albo z niewyjaśnionych powodów wpadał w furię, jeśli Charles zaproponował, że
postawi mu lody; Henry’emu natomiast nie robił tego typu błahych awantur w ten sam małostkowy,
arbitralny sposób. I to pomimo że Henry nie zadawał sobie tyle trudu co inni, żeby go udobruchać. Gdy
wypływał temat wycieczki po Francji – a działo się to dosyć często – przytakiwał mu zdawkowo, a jego
odpowiedzi były mechaniczne i wymuszone. Dla mnie postawa Bunny’ego, który jak gdyby nigdy nic
czekał na ten wyjazd, była bardziej przerażająca niż jakiekolwiek wybuchy złości; jak mógł się łudzić, że
do tej wyprawy w ogóle dojdzie, a jeśli dojdzie, że nie zamieni się w koszmar? Tymczasem Bunny,
szczęśliwy jak pacjent szpitala psychiatrycznego, godzinami trajkotał o swoich urojeniach na temat
Riwiery, nie zważając na pewne napięcie na twarzy Henry’ego ani na puste, złowrogie milczenie, które
zapadało, kiedy już się wygadał i siedział z podpartą brodą, wpatrując się z rozmarzeniem w przestrzeń.
Wydawało się, że Bunny przenosi złość do Henry’ego na swoje relacje z resztą świata. Zachowywał
się obraźliwie, nieuprzejmie, porywczo wobec niemal każdego, z kim miał kontakt. Doniesienia o jego
wyczynach docierały do nas różnymi kanałami. A to rzucił butem w hipisów grających w zośkę pod
jego oknem; a to zagroził, że pobije sąsiada za zbyt głośne słuchanie radia; a to nazwał troglodytką jedną
z pracownic w biurze kwestury. Szczęśliwie się dla nas składało, jak sądzę, że z szerokiego grona swych
znajomych niewiele osób widywał regularnie. Morrow spotykał się z Bunnym tak często jak my, ale ich
kontakty nie wykraczały raczej poza zajęcia. Bardziej kłopotliwa była jego znajomość ze starym
kumplem ze szkoły, Clokiem Rayburnem; a najbardziej kłopotliwa – z Marion.
Marion, wiedzieliśmy o tym, dostrzegła zmianę w zachowaniu Bunny’ego tak samo wyraźnie jak
my – intrygowała ją i złościła. Gdyby zobaczyła, jak zachowuje się przy nas, bez wątpienia by sobie
uzmysłowiła, że powodem nie jest ona sama. Ale tak się złożyło, że widziała tylko odwołane randki,
huśtawkę nastrojów, przygnębienie i szybkie wybuchy irracjonalnej złości, pozornie wywołane
wyłącznie przez nią. Czyżby spotykał się z inną dziewczyną? Czyżby chciał z nią zerwać? Znajoma
z ośrodka opiekuńczego powiedziała Camilli, że któregoś dnia w pracy Marion dzwoniła do Bunny’ego
sześć razy, a podczas ostatniej rozmowy Bunny odłożył słuchawkę.
– Boże, błagam cię, Boże, niech Marion da mu porządnego kopa w tyłek – powiedział Francis,
zwracając oczy ku niebu, gdy usłyszał tę informację.
Nie wspomniano już o tym ani słowem, ale bacznie im się przyglądaliśmy, zanosząc modły, żeby tak
się stało. Gdyby Bunny miał trochę oleju w głowie, trzymałby język za zębami; teraz jednak, gdy jego
podświadomość została strącona z grzędy i histerycznie jak nietoperz łopotała skrzydłami w pustych
korytarzach jego czaszki, nie można było mieć pewności, do czego jest zdolny.
Z Clokiem widywał się rzadziej. Łączyło ich niewiele prócz wspólnego liceum i Cloke – który
obracał się w zabawowym towarzystwie, a poza tym brał dużo narkotyków – był głównie
zaabsorbowany sobą i nie należało się raczej spodziewać, że zmartwi się zachowaniem Bunny’ego czy
choćby zwróci na nie uwagę. Mieszkał w akademiku obok mojego – Durbinstall (przemianowanym
przez kampusowych wesołków na Draginstall, tętniącym życiem ośrodku „aktywności narkotykowej”,
jak to określano w administracji, i wizyty tam od czasu do czasu ubarwiały eksplozje lub małe pożary
wywołane przez amatorów kokainy z lufek bądź studentów chemii pracujących w piwnicy) i na
szczęście dla nas miał pokój od frontu, na parterze. Jako że rolety u niego były zawsze podniesione, a w
sąsiedztwie nie rosły żadne drzewa, można było bezpiecznie usiąść na werandzie przed biblioteką,
w odległości jakichś piętnastu metrów, i napawać się niczym nieprzesłoniętym, komfortowym widokiem
Bunny’ego w ramie jasnego okna, gdy przegląda z otwartymi ustami komiksy lub rozmawia,
wymachując rękami, z niewidzialnym Clokiem.
– Chcę tylko wiedzieć mniej więcej – wyjaśnił Henry – dokąd chodzi.
Ale tak naprawdę bardzo łatwo było mieć Bunny’ego na oku: pewnie dlatego, że i on nie chciał na
długo spuszczać z oka pozostałych, zwłaszcza Henry’ego.
O ile Henry’emu okazywał szacunek, to reszta nas zmuszona była znosić męczące, codzienne ukłucia
jego złości. Przeważnie był po prostu irytujący: na przykład w swych dyletanckich i częstych tyradach
przeciwko Kościołowi katolickiemu. Rodzina Bunny’ego należała do Kościoła episkopalnego, a moi
rodzice, z tego, co było mi wiadomo, w ogóle nie byli związani z żadną grupą wyznaniową; Henry,
Francis i bliźnięta zostali natomiast wychowani w wierze katolickiej; i chociaż żadne z nich nie chodziło
często do kościoła, ignorancki, niezmordowany strumień bluźnierstw Bunny’ego działał im na nerwy.
Mrugając znacząco, opowiadał o upadłych zakonnicach, wyuzdanych katolickich uczennicach, księżach
pedofilach („I wtedy ten ksiądz, jak mu tam, powiedział do ministranta, a ten chłopak ma dziewięć lat,
jest w mojej drużynie zuchów, więc mówi do Tima Mulrooneya: »Synu, chciałbyś zobaczyć, gdzie śpię
i gdzie śpią inni księża?«”). Wymyślał niestworzone historie o perwersjach różnych papieży; opowiadał
o mało znanych punktach doktryny katolickiej; grzmiał przeciw watykańskim spiskom, nie zwracając
uwagi na suche riposty Henry’ego i wymamrotane uwagi Francisa o protestanckich oportunistach.
Najgorzej było wtedy, kiedy obierał sobie za cel konkretną osobę. Z nadnaturalną wprost
przenikliwością zawsze wiedział, w który czuły punkt uderzyć, w którym momencie, żeby dotknąć
i rozdrażnić najbardziej. Charles miał łagodne usposobienie i niełatwo było wyprowadzić go
z równowagi, ale czasem te antykatolickie perory tak bardzo działały mu na nerwy, że filiżanka
zaczynała mu drżeć na spodku. Był też wyczulony na komentarze na temat picia. Trzeba przyznać, że
Charles rzeczywiście nie wylewał za kołnierz. Jak my wszyscy: ale chociaż nie oddawał się jakimś
spektakularnym pijackim ekscesom, często zdarzało mi się wywęszyć w jego oddechu zapach alkoholu
o dziwnych porach lub wpaść nieoczekiwanie wczesnym popołudniem i zastać go ze szklaneczką w ręku
– co było może zrozumiałe w ówczesnych okolicznościach. Bunny ostentacyjnie okazywał fałszywe,
irytujące zatroskanie, rzucając przy tym kąśliwe komentarze na temat ochlapusów i pijanic. Prowadził
wyolbrzymione statystyki spożywanych przez Charlesa koktajli. Anonimowo zostawiał w skrzynce
Charlesa ankiety („Czy czujesz czasem, że potrzebujesz drinka, by przebrnąć przez cały dzień?”)
i broszury (piegowate dziecko spoglądające żałośnie na rodzica z pytaniem: „Mamusiu, co znaczy
»pijany«?”), a raz posunął się nawet do tego, że podał jego nazwisko uczelnianej grupie AA, po czym
Charles został zasypany ulotkami i telefonami, a w końcu osobistą wizytę złożył mu pełen najlepszych
intencji uczestnik programu „Dwanaście kroków”.
Z kolei w przypadku Francisa sytuacja była jeszcze bardziej drażliwa i nieprzyjemna. Nikt nigdy nie
wspominał o tym słowem, ale wszyscy wiedzieliśmy, że jest gejem. Chociaż nie prowadził rozwiązłego
trybu życia, od czasu do czasu znikał tajemniczo podczas imprez i raz, na samym początku naszej
znajomości, gdy znaleźliśmy się sami pijani w łodzi, wykonał subtelny, acz jednoznaczny gest.
Wcześniej upuściłem wiosło i podczas chaotycznych prób wyłowienia go poczułem, jak jego palce niby
przypadkowo, ale umyślnie musnęły mój policzek nad żuchwą. Zaskoczony podniosłem wzrok, nasze
spojrzenia skrzyżowały się i przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, zapominając o upuszczonym
wiośle, gdy łódź kołysała się pod nami. Potwornie się speszyłem i zawstydzony odwróciłem wzrok;
wtedy nagle, ku memu wielkiemu zdziwieniu, Francis zaśmiał się z mojego zmieszania.
– Nie? – powiedział.
– Nie – odparłem i odetchnąłem z ulgą.
Wydawałoby się, że ten epizod ochłodzi stosunki między nami. Wprawdzie nie sądzę, żeby
homoseksualizm mógł zbulwersować kogokolwiek, kto angażuje tyle energii w studiowanie filologii
klasycznej, nie czuję się jednak zbyt swobodnie, jeśli dotyka mnie bezpośrednio. Chociaż lubiłem
Francisa, do tej pory zawsze zachowywałem się w jego towarzystwie nieco nerwowo; co ciekawe,
właśnie ta jego próba oczyściła atmosferę między nami. Wiedziałem chyba, że jest czymś nieuchronnym
i obawiałem się jej. A kiedy sprawa się wyjaśniła, czułem się przy nim absolutnie swobodnie, nawet
w najbardziej dwuznacznych sytuacjach – po pijaku, w jego mieszkaniu lub wciśnięty obok na tylnej
kanapie samochodu.
Jeśli chodzi o Francisa i Bunny’ego, sprawy wyglądały zupełnie inaczej. W towarzystwie znosili się
wzajemnie, ale jeśli spędzało się z którymś z nich więcej czasu, stawało się oczywiste, że rzadko robią coś
razem i prawie nigdy nie zostają ze sobą sami. Wiedziałem, dlaczego tak się dzieje; wszyscy
wiedzieliśmy. Mimo to zawsze zakładałem, że na jakimś poziomie darzą się sympatią, i nigdy nie
przyszło mi do głowy, że prymitywne dowcipy Bunny’ego skrywają, nieważne w jak zwodniczy
sposób, ostry i bardzo zjadliwy pierwiastek złośliwości wymierzonej szczególnie we Francisa.
Przypuszczam, że szok wywołany uzmysłowieniem sobie czegoś takiego należy do tych
najgorszych. Nigdy nie przyszło mi na myśl, chociaż powinno, że w idiotycznych żartach Bunny’ego,
które wydawały mi się tak zabawne, nie ma ani krztyny ironii – że mówi całkowicie poważnie.
Nie żeby Francis, w normalnych okolicznościach, nie potrafił się obronić. Był impulsywny, miał
cięty język i choć mógł w dowolnej chwili utrzeć Bunny’emu nosa, ze zrozumiałych względów
powstrzymywał się. Wszyscy boleśnie zdawaliśmy sobie sprawę z owej metaforycznej fiolki
z nitrogliceryną, którą Bunny nosił przy sobie za dnia i w nocy i którą od czasu do czasu na krótko
wyjmował, aby żadne z nas nie zapomniało, że ma ją zawsze ze sobą i gdy tylko zechce, może cisnąć ją
o podłogę.
Nie mam naprawdę serca opisywać tych wszystkich podłych rzeczy, które powiedział lub zrobił
Francisowi, psikusów, komentarzy o ciotach i pedałach, publicznej, poniżającej serii pytań o jego
preferencje i zwyczaje: klinicznych i nader szczegółowych, z uwzględnieniem takich rzeczy jak
lewatywy, myszoskoczki i żarówki.
– Tylko raz – pamiętam, jak Francis syknął kiedyś przez zaciśnięte zęby. – Tylko raz chciałbym…
Ale nikt nie był w stanie nic zrobić ani powiedzieć, kompletnie nic.
Można by się spodziewać, że ja, wówczas zupełnie niewinny jakiejkolwiek zbrodni przeciwko
Bunny’emu czy ludzkości, nie stanę się celem tego nieustannego snajperskiego ostrzału. Niestety było
inaczej, co okazało się bardziej niefortunne dla niego niż dla mnie. Jak mógł być tak ślepy, żeby nie
zauważyć, jak groźne może być dla niego zrażenie do siebie jedynej bezstronnej osoby, jedynego
potencjalnego sojusznika? Bo przy całej mojej sympatii dla pozostałych lubiłem też Bunny’ego i nie
związałbym z nimi swego losu tak ochoczo, gdyby Bunny nie zwrócił się przeciwko mnie z taką
zaciekłością. Być może przed samym sobą usprawiedliwiała go zazdrość; jego pozycja w grupie zaczęła
słabnąć mniej więcej w czasie, kiedy się pojawiłem; ta uraza, wyjątkowo małostkowa i dziecinna, bez
wątpienia w ogóle nie doszłaby do głosu, gdyby nie był w tak paranoicznym stanie umysłu, nie
potrafiąc odróżnić sprzymierzeńców od wrogów.
Stopniowo zacząłem czuć do niego coraz większą niechęć. Z bezwzględnością psa myśliwskiego
szybko i niezawodnie wychwytywał trop wszystkiego, co podkopywało moją pewność siebie,
wszystkich rzeczy, na których ukryciu zależało mi najbardziej. Wdawał się ze mną w ciągłe sadystyczne
gry. Lubił prowokować mnie do kłamstw: „Cudowny krawat – mógł powiedzieć – chyba Hermès, co?”
– a gdy przytakiwałem, szybko sięgał przez stół podczas obiadu i demaskował skromny rodowód
rzeczonego krawata. Albo w trakcie rozmowy potrafił nagle uciąć i spytać:
– Richard, bracie, dlaczego nie masz tu zdjęć swoich rodziców?
Czepiał się właśnie tego typu detali. Jego pokój pełen był wspaniałych rodzinnych pamiątek,
z których wszystkie stanowiły idealną reklamę jego osoby: Bunny z braćmi wymachujący kijami do
lacrosse’a na świetlistym czarno-białym boisku do gry; rodzinne święta Bożego Narodzenia:
fantastyczni, eleganccy rodzice w drogich szlafrokach, pięcioro jasnowłosych chłopców w identycznych
piżamkach turlających się po podłodze z zachwyconym spanielem oraz absurdalnie rozbudowana
kolejka, z choinką wznoszącą się okazale w tle; matka Bunny’ego na pierwszym balu w białych
norkach, z pogardliwą miną na młodej twarzy.
– Co? – pytał z udawaną naiwnością. – W Kalifornii nie ma aparatów fotograficznych? Czy nie
chcesz, żeby twoi przyjaciele oglądali mamusię w poliestrowym spodnium? A w ogóle to gdzie twoi
rodzice studiowali? – dopytywał się, dodając, zanim zdążyłem cokolwiek wtrącić: – Liga Bluszczowa?
Czy jakiś zapyziały stanowy uniwerek?
Był to całkowicie niepotrzebny rodzaj okrucieństwa. Moje kłamstwa na temat rodziny były, jak
przypuszczam, zadowalające, lecz nie wytrzymywały pod naporem tak agresywnych ataków. Żadne
z moich rodziców nie skończyło liceum; moja matka rzeczywiście chodziła czasem w spodnium
kupionym w outlecie z końcówkami serii. Na jej jedynej fotce, którą miałem, mrużyła niewyraźnie oczy
do aparatu, z jedną ręką na siatce ogrodzenia, a drugą na nowej kosiarce do trawy ojca. Rzekomo był to
powód, dla którego to zdjęcie mi przysłano, mojej matce ubzdurało się bowiem, że zainteresuję się
nowym nabytkiem; zatrzymałem je, bo nie miałem innego zdjęcia matki, i schowałem je w słowniku
Webstera (pod M jak matka) na biurku. Ale którejś nocy wstałem, zdjęty nagłym lękiem, że Bunny
znajdzie je, myszkując w moim pokoju. Żadna kryjówka nie wydawała się wystarczająco bezpieczna.
W końcu więc spaliłem zdjęcie w popielniczce.
Te przesłuchania były wystarczająco nieprzyjemne, gdy odbywały się w cztery oczy, ale nie znajdę
słów, żeby odpowiednio wyrazić katusze, jakie przeżywałem, gdy postanawiał prowadzić je publicznie.
Bunny’ego nie ma już wśród nas, requiescat in pace, ale póki żyję, nie zapomnę pewnego aktu
sadyzmu, na który naraził mnie w mieszkaniu bliźniąt.
Kilka dni wcześniej Bunny wypytywał mnie, do którego liceum chodziłem. Nie wiem, dlaczego nie
mogłem po prostu powiedzieć mu prawdy, że chodziłem do państwowej szkoły w Plano. Francis
uczęszczał do kilku nieziemsko ekskluzywnych szkół w Anglii i Szwajcarii, Henry zaś uczył się
w równie ekskluzywnych amerykańskich szkołach, zanim całkowicie rzucił naukę w drugiej klasie
liceum; z kolei bliźnięta skończyły jedynie prowincjonalną szkółkę w Roanoke i nawet słynne liceum
Świętego Hieronima Bunny’ego nie było tak naprawdę niczym więcej niż drogą szkołą dla uczniów
z problemami w nauce, typ placówki, której reklamę można by znaleźć na okładce „Town and Country”
z informacją, że oferuje specjalistyczną pomoc mniej uzdolnionej młodzieży. Moja szkoła w tym
kontekście nie wypadała szczególnie żenująco, jednak ignorowałem jego pytania, aż w końcu
przyciśnięty do muru w desperacji powiedziałem mu, że chodziłem do Renfrew Hall, niewyróżniającej
się niczym specjalnym szkoły dla chłopców pod San Francisco, gdzie głównie gra się w tenisa. Ta
odpowiedź zdawała się go zadowalać, ale potem, ku memu ogromnemu zakłopotaniu, w obecności
wszystkich, znów wrócił do tematu.
– Więc chodziłeś do Renfrew – zwrócił się do mnie poufale, wrzucając do ust garść orzechów
pistacjowych.
– Tak.
– A kiedy skończyłeś?
Podałem mu datę ukończenia mojego prawdziwego liceum.
– Ach – podchwycił, pracowicie chrupiąc orzechy. – A więc chodziłeś tam z von Raumerem.
– Co?
– Alekiem. Alekiem von Raumerem. Z San Francisco. Kumplem Cloke’a. Był któregoś dnia u mnie
i zaczęliśmy gadać. Mówi, że w Hampden jest dużo chłopaków z Renfrew.
Nic nie powiedziałem, licząc na to, że nie będzie ciągnął tematu.
– Więc pewnie znasz Aleca i całą resztę.
– Hm, o tyle, o ile – odparłem.
– Dziwne, bo mówił, że cię nie pamięta – rzekł Bunny, sięgając po kolejną garść pistacji, ale nie
spuszczał ze mnie wzroku. – W ogóle nie pamięta.
– To duża szkoła.
Odchrząknął.
– Tak myślisz?
– Tak.
– Von Raumer powiada, że jest malutka. Jakieś dwieście osób tylko. – Przerwał i wrzucił do ust
kolejną garść pistacji. Mówił, przeżuwając: – Wspominałeś, że w której bursie mieszkałeś?
– Nazwa nic ci nie powie.
– Von Raumer chciał, żebym koniecznie cię o to zapytał.
– Ale co to za różnica?
– Ach, nic, nic takiego, stary – odparł Bunny słodko. – Tylko że to cholernie dziwne, n’est-ce pas?
Spędziliście tam z Alekiem cztery lata, w małej budzie takiej jak Renfrew, a on ani razu cię tam nie
widział?
– Chodziłem tam tylko przez dwa lata.
– A jakim cudem nie ma cię w księdze pamiątkowej?
– Jestem.
– A właśnie że nie ma.
Bliźnięta wyglądały na zaskoczone. Henry, odwrócony do mnie plecami, udawał, że nie słucha.
Niespodziewanie odezwał się, nie zmieniając pozycji:
– A ty skąd wiesz, czy jest w tej księdze?
– Ja tam nigdy w życiu nie byłem w żadnej księdze pamiątkowej – wtrącił ze zniecierpliwieniem
Francis. – Nie znoszę, jak mi się robi zdjęcia. Zawsze, gdy próbuję…
Bunny nie zwracał na nich uwagi. Odchylił się do tyłu na krześle.
– Proszę cię – zwrócił się do mnie. – Dam ci pięć dolców, jeśli mi powiesz, jak się nazywała ta bursa.
Wbijał we mnie spojrzenie; w jego oczach błyszczała potworna satysfakcja. Powiedziałem coś bez
ładu i składu, a potem w konsternacji zerwałem się z miejsca i poszedłem do kuchni po wodę. Opierając
się o zlew, przyłożyłem szklankę do skroni; w salonie Francis szepnął coś nie​wyraźnie, ale ze złością,
a potem Bunny roześmiał się ostro. Wylałem wodę do zlewu i odkręciłem kran, żeby nie musieć go
słuchać.
Jak to się stało, że złożony, nerwowy i delikatnie skalibrowany umysł, taki jak mój, był w stanie idealnie
się przystosować po wstrząsie wywołanym wiadomością o zabójstwie, podczas gdy umysł Bunny’ego,
pozornie bardziej wytrzymały i prymitywny, całkiem się zdestabilizował? Wciąż się nad tym czasami
zastanawiam. Jeśli Bunny tak naprawdę chciał się tylko zemścić, mógł całkiem łatwo do tego
doprowadzić, nie narażając się na niebezpieczeństwo. Co zamierzał osiągnąć tym powolnym
i potencjalnie zapalnym rodzajem tortur, czy miały one w jego mniemaniu jakiś cel? Czy może własne
czyny były dla niego tak samo niewytłumaczalne jak dla nas?
A może nie były aż tak niewytłumaczalne. Bo najgorsze w tym wszystkim było nie to, jak
zauważyła kiedyś Camilla, że Bunny przeszedł totalną metamorfozę, przeżył jakieś schizofreniczne
załamanie, ale że różne nieprzyjemne aspekty jego osobowości, które wcześniej tylko nam migały
w przelocie, teraz przeobraziły się i uwypukliły do zdumiewającego stopnia. Jego zachowanie budziło
niesmak, ale przecież widzieliśmy już wszystko wcześniej, tylko że w mniej skoncentrowanej i żrącej
postaci. Nawet w najszczęśliwszych chwilach naigrawał się z mojego kalifornijskiego akcentu,
lumpeksowego płaszcza i pokoju pozbawionego gustownych bibelotów, ale w sposób tak dowcipny, że
mogłem się tylko roześmiać. („Boże święty, Richard – mógł powiedzieć, podnosząc jeden z moich
starych butów i wtykając palec w dziurę w podeszwie. – Co się dzieje z wami, młodymi
Kalifornijczykami? Im więcej macie kasy, tym bardziej przypominacie kloszardów. Nawet nie pójdzie
taki do fryzjera. Nim się zorientuję, zapuścisz kudły do ramion i będziesz się snuł w szmatach jak
Howard Hughes”). Nigdy nie wpadłem na to, żeby się obrazić; to był Bunny, mój kumpel, który miał
jeszcze mniej kieszonkowego niż ja, a do tego wielkie rozdarcie na siedzeniu spodni. Moje przerażenie
zmianą w jego zachowaniu brało się w dużej mierze z tego, że tak bardzo przypominało ono jego dawne
i, szczerze mówiąc, ujmujące przekomarzanki, a ja byłem tak skonsternowany i rozzłoszczony nagłym
porzuceniem przezeń reguł gry, jak gdyby – założywszy, że odbywamy małe przyjacielskie sparingi –
Bunny zapędził mnie w róg i o mało nie zatłukł na śmierć.
Te wszystkie nieprzyjemne wspomnienia świadczące o jego przemianie są tym bardziej przykre, że
tak wiele zachowało się z dawnego Bunny’ego, tego, którego znałem i tak bardzo lubiłem. Czasem, gdy
widywałem go z daleka – z pięściami w kieszeniach, pogwizdującego, poruszającego się dziarsko
sprężystym krokiem – powstawało we mnie silne uczucie sympatii połączone z żalem. Wybaczałem mu,
po stokroć, i zawsze na podstawie tylko tego: spojrzenia, gestu, pewnego ułożenia głowy. Wydawało się
wtedy czymś niemożliwym, że da się w ogóle na niego złościć, cokolwiek by zrobił. Niestety właśnie
wtedy zwykle postanawiał zaatakować. Był miły, czarujący, gadatliwy w ten swój roztargniony sposób,
gdy tym samym tonem, nie tracąc impetu, odchylał się do tyłu na krześle i wypowiadał coś tak
potwornego, tak perfidnego, tak niemożliwego do skomentowania, że obiecywałem sobie, iż tego nie
zapomnę i już nigdy mu nie wybaczę. Łamałem tę obietnicę wielokrotnie. Miałem już napisać, że była to
obietnica, której musiałem ostatecznie dotrzymać, ale właściwie nie jest to prawda. Nawet dzisiaj nie
jestem w stanie wykrzesać z siebie czegoś, co przypominałoby złość na Bunny’ego. Co więcej, chyba
niczego nie pragnąłbym bardziej niż tego, żeby w tym momencie wszedł do mojego pokoju,
z zaparowanymi okularami, roztaczając woń wilgotnej wełny, strzepując deszcz z włosów jak stary pies,
ze słowami: „Dickie, mój chłopcze, czym mógłbyś dziś na​poić spragnionego druha?”.
Lubimy wierzyć, że w tym starym wyświechtanym powiedzeniu „amor vinicit omnia” kryje się
ziarno prawdy. Ale jeśli się czegoś nauczyłem w trakcie mego krótkiego i smutnego żywota, to tego
mianowicie, że ta konkretna sentencja jest kłamstwem. Miłość nie zwycięża wszystkiego. I ktokolwiek
myśli inaczej, jest głupcem.
Nad Camillą znęcał się po prostu dlatego, że była dziewczyną. Pod pewnymi względami stanowiła jego
najbardziej bezbronny cel – nie z własnej winy, ale po prostu dlatego, że w świecie greckim, ogólnie
rzecz biorąc, kobiety uważano za istoty pośledniego rodzaju, które lepiej oglądać, niż słuchać. Ten
dominujący wśród Achajów pogląd był tak rozpowszechniony, że przeniknął do kośćca samego języka;
nie wymyślę lepszego przykładu ilustrującego tę prawdę niż to, że w gramatyce greckiej jeden
z pierwszych przyswojonych przeze mnie aksjomatów głosił, iż mężczyźni mają przyjaciół, kobiety
rodzinę, a zwierzęta sobie podobnych.
Bunny wyznawał ten pogląd bynajmniej nie z umiłowania helleńskiej czystości, lecz ze zwykłej
perfidii. Nie lubił kobiet, nie lubił ich towarzystwa i nawet Marion, jego samozwańcza raison d’être,
była jedynie tolerowana niczym konkubina. Wobec Camilli był zmuszony przyjąć nieco bardziej
paternalistyczne podejście, patrząc na nią z góry z protekcjonalnością starego ojca wobec tępawej
latorośli. W rozmowach z resztą naszej grupy narzekał, że Camilla nie radzi sobie intelektualnie
i utrudnia tylko poważne dociekania naukowe. Wszyscy uważaliśmy ten osąd za dość zabawny.
Szczerze mówiąc, żadnemu z nas, nawet tym najbardziej błyskotliwym, nie była przeznaczona kariera
akademicka w późniejszych latach – Francis był na to zbyt leniwy, Charles zbyt rozproszony, a Henry
zbyt nieobliczalny i generalnie odstający od normy, Mycroft Holmes filologii klasycznej. Camilla nie
różniła się od reszty, skrycie przedkładając tak jak ja przystępne rozkosze literatury angielskiej nad
harówkę związaną z greką. Śmiechu warte było jednak to, że wątpliwości co do czyjegoś potencjału
intelektualnego zgłaszał akurat biedny Bunny.
Jako jedynej dziewczynie w wyłącznie męskim gronie musiało jej być ciężko. Cudem nie
kompensowała sobie tego chłodem lub kłótliwością. Wciąż była dziewczyną, delikatną i śliczną, która
leżała w łóżku i podjadała czekoladki, dziewczyną, której włosy pachniały hiacyntami i której białe
szaliki powiewały wesoło na wietrze. Ale choć była cudowna i niezwykła, kosmyk jedwabiu w gąszczu
czarnej wełny, wcale nie była tak bezbronna, jak mogłaby się wydawać. Pod wieloma względami
dorównywała Henry’emu spokojem i zdolnościami; bezkompromisowa i niezależna w swym sposobie
bycia i pod wieloma względami równie wyniosła. Na wsi nierzadko zdarzało się, że wymykała się sama
nad jezioro albo do piwnicy, gdzie raz znalazłem ją czytającą w wielkich porzuconych saniach
z futerkiem zarzuconym na kolana. Bez niej wszystko byłoby potwornie dziwne i chwiejne. Była
królową, która dopełniała rząd ciemnych waletów, ciemnego króla i dżokera.
Jeśli bliźnięta tak bardzo mnie fascynowały, to chyba dlatego, że było w nich coś ciut
niewytłumaczalnego, coś, co już, już miałem zgłębić, ale nigdy mi się to w pełni nie udało. Charles,
dobra i nieco eteryczna dusza, był pewnego rodzaju zagadką, ale prawdziwą tajemnicą, sejfem, którego
nie potrafiłem otworzyć, była Camilla. Nigdy nie miałem pewności, co myśli, i wiedziałem, że jeszcze
trudniej jest ją rozszyfrować Bunny’emu. Wcześniej często ją obrażał przez nieporadność, nie mając
takiego zamiaru; gdy stosunki stały się bardziej napięte, próbował ją znieważać i zbywać na przeróżne
sposoby, z których większość chybiała. Camilla była całkowicie odporna na impertynencje dotyczące
swego wyglądu; patrzyła mu pewnie w oczy, gdy opowiadał najbardziej wulgarne i poniżające dowcipy;
śmiała się, gdy usiłował obrażać jej gust lub inteligencję; ignorowała jego częste wykłady przeplatane
przekręconymi cytatami, których wyszperanie musiało go kosztować mnóstwo trudu, a wszystko na
potwierdzenie tezy, że kobiety bez wyjątku są od niego gorsze: że nie nadają się – tak jak on – do
zgłębiania filozofii, sztuki i logiki, a najwyżej do tego, żeby znaleźć męża i zająć się domem.
Tylko raz byłem świadkiem sytuacji, kiedy udało mu się ją dotknąć. Stało się to w mieszkaniu
bliźniąt bardzo późnym wieczorem. Charles na szczęście wyszedł wtedy z Henrym po lód; tego wieczoru
sporo wypił i gdyby był przy tym obecny, sprawy mogły się wymknąć spod kontroli. Bunny tak się
wstawił, że z trudem utrzymywał pozycję pionową, siedząc. Przez większość wieczoru był w znośnym
nastroju, gdy nagle, bez ostrzeżenia, odwrócił się do Camilli i zapytał:
– Jak to jest, że mieszkacie razem?
Wzruszyła ramieniem w ten dziwny, jednostronny sposób charakterystyczny dla niej i brata.
– Hę?
– Jest wygodniej – wyjaśniła Camilla. – I taniej.
– Cóż, to mi wygląda bardzo dziwnie.
– Mieszkam z Charlesem od zawsze.
– Mało prywatności, prawda? W takiej ciasnej klitce? Pewnie ciągle na siebie wpadacie?
– Tu są dwie sypialnie.
– A jak się poczujesz samotna w środku nocy?
Zaległa krótka cisza.
– Nie wiem, co próbujesz insynuować – oznajmiła lodowatym tonem.
– Oczywiście, że wiesz – rzekł Bunny. – Rzeczywiście, wygodnie jak cholera. Zresztą to w pewnym
sensie klasyka. Ci Grecy jak żadna inna nacja robili to ze swoimi braćmi i siostrami… ojej. – Chwycił
szklankę z whisky, która o mało nie spadła z poręczy fotela. – Jasne, to niezgodne z prawem i takie tam
– kontynuował. – Ale co to dla was. Jak się raz złamało prawo, można je łamać cały czas, nie?
Zamurowało mnie. Ja i Francis wytrzeszczaliśmy na niego oczy, gdy on jak gdyby nigdy nic osuszył
szklankę i znowu sięgnął po butelkę.
Ku memu niebotycznemu zdumieniu Camilla odparła zgryźliwie:
– Nie powinno ci się wydawać, że sypiam z bratem, tylko dlatego, że nie chciałam się przespać
z tobą.
Bunny roześmiał się nisko i nieprzyjemnie.
– Nie poszedłbym z tobą do łóżka, mała, nawet gdybyś mi zapłaciła – wymamrotał. – Za żadne
skarby świata.
Spojrzała na niego bladymi oczami, które nie wyrażały zupełnie nic. Wstała i przeszła do kuchni,
pozostawiając mnie i Francisa w chyba najbardziej nieznośnej ciszy, jakiej w życiu doświadczyłem.
Religijne oszczerstwa, napady złości, obelgi, wymuszenia, długi: wszystko błahe przewiny, tak
naprawdę, rzeczy irytujące – zbyt drobne, wydawałoby się, by pchnąć pięć rozsądnych osób do
morderstwa. Ale, ośmielę się to powiedzieć, dopiero gdy pomogłem w zabiciu człowieka, zdałem sobie
sprawę, jak nieuchwytnym i złożonym czynem może być mord, do tego niekoniecznie związanym
z jednym dramatycznym motywem. Łat​wo byłoby wskazać taki motyw. Z pewnością istniał jeden. Ale
instynkt samozachowawczy nie jest aż tak nieodpartą siłą, jak mog​łoby się wydawać.
Niebezpieczeństwo, jakie stwarzał Bunny, ostatecznie nie było bezpośrednie, raczej czaiło się
niespiesznie i przynajmniej hipotetycznie można je było odsunąć w czasie lub oddalać na różne sposoby.
Mogę sobie z łatwością wyobrazić, że nagle tam, w umówionym miejscu, o umówionej porze,
postanawiamy jeszcze wszystko przemyśleć, może nawet w ostatniej chwili udzielamy mu zgubnego
ułaskawienia. Lęk o własne życie mógł skłonić nas do tego, żeby poprowadzić go do szubienicy
i założyć mu na szyję stryczek, ale konieczny był bardziej naglący impuls, żeby pójść na całość i kopnąć
krzesło.
Bunny nieświadomie podał nam taki impuls na tacy. Chciałbym powiedzieć, że do tego, co
zrobiłem, doprowadził mnie jakiś nieodparty, tragiczny motyw. Ale chyba bym skłamał, gdybym tak
twierdził: gdybym sugerował, że w tamto niedzielne popołudnie w kwietniu powodowało mną coś
takiego.
Ciekawe pytanie: o czym myślałem, patrząc, jak zaskoczony z niedowierzaniem otwiera szerzej oczy
(„dajcie spokój, żartujecie, prawda?”) po raz ostatni, jak się miało okazać? Nie o tym, że pomagam
uratować przyjaciół, z pewnością nie o tym; nie o lęku; ani o poczuciu winy. Ale o drobnych rzeczach.
Zniewagach, aluzjach, małostkowych okrucieństwach. Setkach małych, niepomszczonych upokorzeń,
które nawarstwiały się we mnie od kilku miesięcy. To o nich myślałem, o niczym innym. To dzięki nim
mogłem w ogóle patrzeć, bez krztyny współczucia czy żalu, jak przez jedną długą chwilę chwieje się na
krawędzi urwiska – młócąc w powietrzu ramionami, przewracając oczami, komik z niemego filmu
ślizgający się na skórce banana – nim runął do tyłu, ku śmierci.
Henry, jak sądziłem, miał plan. Jaki – tego nie wiedziałem. Wiecznie znikał, załatwiając jakieś tajemnicze
sprawy, a może nie były niczym nadzwyczajnym, ale ja, chcąc wierzyć, że ktoś przynajmniej panuje nad
sytuacją, nadawałem im szczególne znaczenie. Nierzadko nie chciał otworzyć drzwi, nawet późno
w nocy, gdy paliło się u niego światło i wiedziałem, że jest w domu; niejednokrotnie zjawiał się
spóźniony na kolację w mokrych butach, z rozwianymi włosami i błotem na mankietach eleganckich
ciemnych spodni. Na tylnej kanapie jego samochodu zmaterializowała się sterta tajemniczych książek
w bliskowschodnim języku, który wyglądał na arabski, ze stemplem biblioteki Williams College. Było
to podwójnie zastanawiające, nie sądziłem bowiem, że zna arabski; wedle mojej wiedzy nie miał też
uprawnień do wypożyczania książek z tej biblioteki. Zerkając ukradkiem do jednej z nich,
zorientowałem się, że w środku zatknięta jest karta biblioteczna, i ostatnią osobą, która wypożyczyła tę
pozycję, był niejaki F. Lockett w roku 1929.
Ale chyba najbardziej zdziwiłem się pewnego popołudnia, kiedy zabrałem się z Judy Poovey do
miasta. Chciałem podrzucić trochę ciuchów do pralni i Judy, która wybierała się do Hampden,
zaproponowała, że mnie podwiezie; załatwiliśmy, co mieliśmy do załatwienia, nie wspominając
o zażyciu sporej ilości koki na parkingu Burger Kinga, i gdy staliśmy w jej chevrolecie na czerwonym
świetle, słuchając strasznej muzyki (Free Bird) ze stacji Manchester, Judy paplała jak najęta, bo przecież
się naćpała, o jakiejś znajomej parce, która ponoć zaliczyła numerek w Food Kingu („W tym sklepie!
W alejce z mrożonkami!”). Wtem wyjrzała przez okno i zaśmiała się.
– Patrz – powiedziała – czy to nie twój kolega okularnik, o tam?
Zaskoczony pochyliłem się do przodu. Bezpośrednio po drugiej stronie ulicy znajdował się maleńki
sklepik – fajeczki do marihuany, makatki, puszki z napojem Rush i przeróżnego rodzaju zioła i kadzidła
za ladą. Nigdy nikogo tam nie widziałem oprócz właściciela, smutnego starego hipisa w okrągłych
okularkach, absolwenta Hampden. Ale teraz ku memu zdumieniu ujrzałem Henry’ego – w czarnym
garniturze, z parasolem i całą resztą – wśród map nieba i jednorożców. Stał przy ladzie i spoglądał na
kartkę papieru. Hipis zaczął coś mówić, ale Henry, przerwawszy mu, wskazał jakąś rzecz za ladą. Hipis
wzruszył ramionami i zdjął z półki małą butelkę. Obserwowałem ich, wstrzymując oddech.
– Jak myślisz, co on tam robi? Gnębi tego biednego starego hipisa. Zresztą gówniany ten sklep. Raz
tam weszłam, żeby kupić wagę, i nie mieli nawet jednej, tylko kilka kryształowych kul i inne
dziadostwo. Wiesz, chodziło mi o taką zieloną plastikową wagę… hej, czy ty mnie słuchasz? – jęknęła,
widząc, że wciąż gapię się przez okno. Hipis pochylił się i zaczął szukać czegoś pod ladą. – Mam zatrąbić
czy co?
– Nie! – krzyknąłem pobudzony po kokainie i odepchnąłem jej dłoń z klaksonu.
– O Boże. Przestraszyłeś mnie. Nie rób tego. – Przycisnęła dłoń do piersi. – Cholera. Mózg mi się
lasuje. Ta koka była chyba z domieszką mety albo czegoś. No już jadę, jadę – burknęła z irytacją, gdy
światło zmieniło się na zielone i za nami zatrąbiła cysterna.
Skradzione arabskojęzyczne książki? Sklepik z używkami w Hampden? Nie miałem pojęcia, co
wyprawia Henry, ale choć jego poczynania wydawały się niezwiązane ze sobą, pokładałem w nim
dziecięcą wiarę i z ufnością doktora Watsona obserwującego swego bardziej znamienitego przyjaciela
czekałem, aż wyłoni się jakiś zamysł.
Co nastąpiło, w pewnym sensie, po kilku dniach.
W czwartkową noc, około wpół do pierwszej, ubrany w piżamę usiłowałem przed kieszonkowym
lusterkiem podciąć sobie włosy nożyczkami do paznokci (nigdy nie wychodziło mi to najlepiej; efekt
niezmiennie przywodził na myśl nastroszoną chłopięcą czuprynę à la Arthur Rimbaud), gdy rozległo się
pukanie do drzwi. Był to Henry.
– O, cześć – powitałem go. – Wejdź.
Przestępując ostrożnie przez kępki zakurzonych brązowych włosów, usiadł przy moim biurku.
Wpatrzony w swój profil w lusterku wróciłem do strzyżenia.
– Co tam? – spytałem, przycinając dłuższe pasmo przy uchu.
– Jakiś czas studiowałeś medycynę, prawda?
Wiedziałem, że to wstęp do pytania związanego ze zdrowiem. Po roku przygotowań do studiów
medycznych wyniosłem w najlepszym przypadku raczej skąpą wiedzę, ale moi przyjaciele, którzy
o medycynie nie mieli zielonego pojęcia i traktowali tę dziedzinę nie jako naukę per se, lecz coś
w rodzaju magii sympatycznej, bezustannie zasięgali mojej opinii na temat swoich dolegliwości
z rewerencją konsultujących się z szamanem dzikusów. Ich niewiedza była czasem rozbrajająca, a nawet
szokująca. Henry, pewnie dlatego, że tak często chorował, wiedział więcej niż reszta, ale od czasu do
czasu on również wprawiał mnie w zdumienie całkiem poważnym pytaniem na temat humorów lub
splinu.
– Jesteś chory? – spytałem, jednym okiem śledząc jego odbicie w lusterku.
– Potrzebny mi jest wzór na dawkowanie.
– Jak to: wzór na dawkowanie? Dawkowanie czego?
– Istnieje taki, prawda? Jakiś matematyczny wzór, który wyznacza właściwą dawkę w zależności od
wzrostu i wagi, coś w tym rodzaju?
– To zależy od stężenia leku – wyjaśniłem. – Nie mogę ci podać takiego wzoru. Musiałbyś zajrzeć
do farmakopei.
– To niemożliwe.
– Wszystko jest tam przystępnie opisane.
– Nie o to chodzi. Tego nie ma w farmakopei.
– Zdziwiłbyś się.
Przez chwilę słychać było tylko zgrzyt moich nożyczek. W końcu powiedział:
– Nie rozumiesz. Nie jest to coś, co zazwyczaj stosują lekarze.
Opuściłem nożyczki i spojrzałem na jego odbicie.
– Jezus Maria, Henry – jęknąłem. – Co masz? Jakieś LSD czy co?
– Powiedzmy, że tak – odrzekł spokojnie.
Odłożyłem lusterko i odwróciłem się, żeby przyszpilić go wzrokiem.
– Henry, to nie jest najlepszy pomysł – perswadowałem. – Nie wiem, czy ci kiedyś mówiłem, ale
parę razy zażyłem kwas. W drugiej klasie liceum. Najgorszy błąd, jaki kiedykolwiek…
– Zdaję sobie sprawę, że trudno oszacować stężenie takiej substancji – nie ustępował Henry. – Ale
powiedzmy, że mamy trochę empirycznych danych. Wiemy, dajmy na to, że na przykład ilość „x”
wystarczy, żeby podziałać na trzydziestokilowe zwierzę, a inna, nieco większa dawka, mogłaby je zabić.
Wypracowałem przybliżony wzór, ale mimo wszystko mówimy tu o bardzo subtelnych różnicach. Więc
na podstawie tego, co wiem, jak obliczyć resztę?
Oparłem się o komodę i wpatrywałem się w niego, zapomniawszy o włosach.
– Zobaczmy, co tam masz – zaproponowałem.
Przez kilka chwil przyglądał mi się bacznie, po czym sięgnął do kieszeni. Gdy otworzył dłoń, nie
mogłem uwierzyć własnym oczom, ale podszedłem bliżej. Na otwartej dłoni Henry’ego leżał blady
grzyb o cienkiej nóżce.
– Amanita caesaria – rzekł. – Nie to, o czym myślisz – dodał, widząc mój wyraz twarzy.
– Wiem, co to amanita. Muchomor.
– Nie wszystkie są trujące. Ten akurat jest nieszkodliwy.
– Jak działa? – spytałem, biorąc go w palce i podnosząc do światła. – To halucynogen?
– Nie. Właściwie to nadaje się do jedzenia… Rzymianie za nimi przepadali, ale ludzie z reguły ich
unikają, bo tak łatwo je pomylić z ich złym bliźniakiem.
– Złym bliźniakiem?
– Amanita phalloides – wyjaśnił łagodnie Henry. – Muchomorem sromotnikowym.
Zaniemówiłem na chwilę.
– Co zamierzasz zrobić? – spytałem w końcu.
– A jak myślisz?
Zdenerwowany podszedłem do biurka. Henry schował grzyba do kieszeni i przypalił papierosa.
– Masz popielniczkę? – zapytał uprzejmie.
Podałem mu pustą puszkę. Gdy przemówiłem, papieros był już prawie wypalony.
– Henry, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
Uniósł brew.
– Czemu nie?
Jeszcze mnie pyta, czemu nie.
– Ponieważ – odpowiedziałem, nieco gwałtownie – ślady każdej trucizny można wykryć. Myślisz,
że jak Bunny nagle padnie trupem, nikomu nie wyda się to dziwne? Każdy głupi koroner…
– Wiem o tym – odparł cierpliwie Henry. – I dlatego pytam cię o dawkę.
– To nie ma żadnego znaczenia. Nawet najdrobniejsza ilość…
– … wystarczy, żeby ktoś się poważnie rozchorował – wtrącił Henry, przypalając kolejnego
papierosa. – Ale nie musi doprowadzić do zgonu.
– Co masz na myśli?
– Chodzi mi o to – rzekł, poprawiając okulary na nosie – że istnieje cała gama znakomitych trucizn
znacznie lepszych od muchomora. Lasy wkrótce wypełnią się naparstnicą i tojadem. Z lepu na muchy
mogę uzyskać tyle arszeniku, ile mi trzeba. I nawet zioła, które nie występują tu powszechnie… dobry
Boże, Borgiowie zapłakaliby, widząc, co sprzedają w sklepie ze zdrową żywnością, który znalazłem
w Brattleboro w zeszłym tygodniu. Ciemiernik, mandragora, czysty olej piołunowy… podejrzewam, że
ludzie kupią wszystko, byle miało etykietę produktu naturalnego. Sprzedawali piołun jako organiczny
środek odstraszający owady, jak gdyby był przez to bezpieczniejszy niż ten syf oferowany
w supermarketach. Jedna buteleczka powaliłaby całą armię. – Znów poprawił okulary. – Choć są
znakomite, problem wiąże się, jak sam mówiłeś, z odpowiednim dawkowaniem. Amatoksyny
w porównaniu z innymi truciznami wywołują szereg nieprzyjemnych reakcji. Wymioty, żółtaczka,
drgawki. Nie jak niektóre z tych włoskich wygodnych trutek, które działają stosunkowo szybko i ofiara
się nie męczy. Ale z drugiej strony nie ma chyba niczego, co tak łatwo można by zaaplikować. Wiesz,
nie jestem botanikiem. Nawet mykolodzy mają problemy z odróżnieniem muchomorów. Trochę
zebranych grzybów… kilka trujących miesza się z jadalnymi… jeden student straszliwie się pochorował,
a drugi…
Wzruszył ramionami.
Spojrzeliśmy po sobie.
– Skąd pewność, że sam nie zjesz za dużo? – spytałem.
– Przypuszczam, że takiej pewności mieć nie mogę – odrzekł. – Moje życie musi też w przekonujący
sposób zostać zagrożone, sam więc widzisz, że mogę sobie pozwolić na bardzo niewielki margines
błędu. Ale mimo wszystko jest duża szansa, że się uda. Jedyne zmartwienie dotyczy mojej reakcji, wiesz.
Reszta sama się ułoży.
Wiedziałem, co ma na myśli. Jego plan miał kilka poważnych wad, ale w gruncie rzeczy był
genialny: jeśli można było na czymś polegać z niemal matematyczną pewnością, to na tym, że
Bunny’emu podczas każdego posiłku uda się zjeść prawie dwa razy więcej niż komukolwiek innemu.
Twarz Henry’ego w kłębach papierosowego dymu była blada i emanowała spokojem. Wsunął rękę
do kieszeni i znów wydobył z niej grzyba.
– Więc tak – powiedział. – Jeden kapelusz muchomora sromotnikowego, mniej więcej tych
rozmiarów, wystarczy, żeby zdrowy pies ważący trzydzieści kilo porządnie się rozchorował. Wymioty,
biegunka, nie zaobserwowałem żadnych drgawek. Nie sądzę, żeby doszło do czegoś aż tak poważnego
jak zaburzenia czynności wątroby, ale podejrzewam, że będziemy musieli zostawić to weterynarzom.
Najwyraźniej…
– Henry, skąd o tym wiesz?
Pomilczał przez chwilę, zanim odpowiedział:
– Widziałeś te dwa paskudne boksery parki mieszkającej nade mną?
Było to potworne, ale nie mogłem się powstrzymać i parsknąłem śmiechem.
– Nie – powiedziałem. – Nie zrobiłeś tego.
– Obawiam się, że tak – odparł oschle, rozgniatając papierosa. – Jeden z nich, niestety, przeżył. Ten
drugi nie będzie już ściągał śmieci pod moje drzwi. Zdechł w ciągu dwudziestu godzin, a dawka była
minimalnie większa, różnica może grama. Wydaje mi się, że na tej podstawie mógłbym ustalić, ile
trucizny każdy z nas powinien przyjąć. Martwi mnie tylko zróżnicowanie stężenia trucizny
w poszczególnych grzybach. W końcu nie odmierza jej farmaceuta. Może się mylę… jestem pewien, że
znasz się na tym lepiej niż ja, ale grzyb ważący dwa gramy może być trujący w takim samym stopniu jak
ten ważący trzy gramy, prawda? Stąd mój dylemat.
Sięgnął za pazuchę i wyciągnął zapisaną liczbami kartkę.
– Nie chciałbym cię w to wciągać, ale nikt z nas nie ma pojęcia o matematyce i ja sam też nie czuję
się zbyt pewnie. Zechcesz rzucić okiem?
Wymioty, żółtaczka, drgawki. Mechanicznie wziąłem od niego kartkę. Pokryta była równaniami
algebraicznymi, ale w tym momencie, szczerze mówiąc, algebra była ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem.
Pokręciłem głową i już miałem ją oddać Henry’emu, gdy spojrzałem na niego i coś mnie powstrzymało.
Zdałem sobie sprawę, że tu i teraz jestem w stanie położyć temu kres. Naprawdę potrzebował mojej
pomocy, inaczej by do mnie nie przyszedł; emocjonalne apele, wiedziałem o tym, nic nie dadzą, ale jeśli
będę udawał, że znam się na rzeczy, może zdołam go odwieść od tego zamiaru.
Położyłem kartkę na biurku, usiadłem z ołówkiem w ręku i zmusiłem się do przejrzenia plątaniny
liczb krok po kroku. Równania dotyczące stężenia chemicznego nigdy nie były moją mocną stroną na
chemii i są wystarczająco trudne, gdy się próbuje obliczyć stałe stężenie w zawiesinie wody
destylowanej; ale w tym przypadku, gdy miałem do czynienia z różnymi stężeniami w tworach
o nieregularnych kształtach, było to prawie niemożliwe.
Henry prawdopodobnie posiłkował się w obliczeniach całą swoją wiedzą z podstaw algebry i o ile
wszystko zrozumiałem, całkiem nieźle sobie poradził; ale nie był to problem, który można było
rozwiązać algebraicznie, jeśli w ogóle. Ktoś po trzech lub czterech latach studiowania analizy
matematycznej na poziomie akademickim może by wymyślił coś, co przynajmniej wyglądałoby bardziej
przekonująco; wprowadzając pewne poprawki, uściśliłem nieco proporcje, które wyliczył, ale większość
mojej skromnej wiedzy matematycznej już się ulotniła i mój wynik, choć prawdopodobnie bardziej
precyzyjny od jego wyliczeń, był daleki od prawidłowego.
Odłożyłem ołówek i podniosłem głowę. Zadanie zajęło mi około pół godziny. Henry wcześniej
zdjął z półki egzemplarz Purgatorio Dantego i czytał, pochłonięty lekturą.
– Henry.
Podniósł wzrok z roztargnieniem.
– Henry, chyba nic z tego nie będzie.
Zamknął książkę, zaznaczając palcem stronę.
– Pomyliłem się w drugiej części – powiedział. – Tam, gdzie zaczyna się rozkładanie na czynniki.
– Niezła próba, ale na pierwszy rzut oka widzę, że nie da się tego obliczyć bez tablic chemicznych
i porządnej znajomości analizy matematycznej i chemii. Bez tego ani rusz. No bo stężeń chemicznych nie
mierzy się nawet w gramach ani miligramach, tylko w molach.
– Mógłbyś to dla mnie zrobić?
– Obawiam się, że nie dam rady. Zrobiłem, co mogłem. Mówiąc wprost, nie umiem podać ci
odpowiedzi. Nawet profesor matematyki musiałby się nieźle nagłówkować.
– Hmm – mruknął Henry, zerkając mi przez ramię na kartkę. – Wiesz, jestem cięższy od Buna. O co
najmniej dziesięć kilogramów. To powinno mieć jakieś znaczenie, prawda?
– Tak, ale ta różnica nie jest na tyle duża, żeby czuć się bezpiecznie, nie przy tak dużym
potencjalnym marginesie błędu. Może gdybyś ważył dwadzieścia kilo więcej…
– Trucizna zaczyna działać dopiero po co najmniej dwunastu godzinach – dodał. – Więc nawet jeśli
przedawkuję, będę miał pewną przewagę, rodzaj karencji. Zaopatrzę się w odtrutkę, na wszelki
wypadek…
– Odtrutkę? – powtórzyłem zaintrygowany, odchylając się do tyłu na krześle. – A w ogóle istnieje?
– Atropina. Obecna w wilczych jagodach.
– Jezu, Henry. Jeśli nie wykończy cię jedno, to na pewno drugie.
– W małych dawkach atropina jest całkiem bezpieczna.
– To samo mówią o arszeniku, ale wolałbym nie próbować.
– Mają dokładnie odwrotne działanie. Atropina stymuluje układ nerwowy, szybkie tętno i tak dalej.
Amatoksyny go spowalniają.
– Nie brzmi to zbyt przekonująco, trucizna przeciwdziałająca truciźnie.
– Ależ skąd. Persowie byli mistrzami trucicielstwa i twierdzą…
Przypomniałem sobie książki z samochodu Henry’ego.
– Persowie? – powtórzyłem.
– Tak. Zdaniem wielkiego…
– Nie wiedziałem, że znasz perski.
– Nie znam, przynajmniej nie najlepiej, ale Persowie są wielkimi autorytetami w tej dziedzinie,
a większość potrzebnych mi książek nie została przetłumaczona. Przestudiowałem je jak najdokładniej ze
słownikiem.
Pomyślałem o książkach, które widziałem w samochodzie, zakurzonych, z popękanymi ze starości
oprawami.
– Kiedy je napisano?
– Powiedziałbym, że jakoś tak w połowie piętnastego wieku.
Odłożyłem ołówek.
– Henry.
– Co?
– Dobrze wiesz, że nie możesz się opierać na czymś tak starym.
– Persowie byli mistrzami w stosowaniu trucizn. To są bardzo praktyczne teksty, możesz je nazwać
poradnikami. Nie znam nic lepszego.
– Trucie ludzi to nie całkiem to samo co ich leczenie.
– Tych ksiąg używano od stuleci. Ich rzetelność jest niepodważalna.
– Cóż, mam tyle samo szacunku do wiedzy sprzed wieków, ale nie wiem, czy chciałbym ryzykować
życie, polegając na jakimś domowym remedium z czasów średniowiecza.
– Przypuszczam, że mogę to jeszcze sprawdzić gdzie indziej – powiedział bez przekonania.
– Naprawdę. Sprawa jest zbyt poważna, żeby…
– Dziękuję ci – przerwał mi gładko. – Bardzo mi pomogłeś. – Wziął znowu do ręki egzemplarz
Purgatorio. – Wiesz, to nie jest najlepszy przekład – stwierdził, kartkując leniwie książkę. –
Tłumaczenie Singletona jest najlepsze, jeśli nie znasz włoskiego, dość dosłowne, ale oczywiście traci się
wszystkie terza rima. Dlatego powinno się go czytać w oryginale. Muzyka wybitnej poezji przebija się
nawet wtedy, gdy nie znasz języka. Pokochałem Dantego nieprzytomnie, zanim nauczyłem się
pierwszego słowa po włosku.
– Henry – powiedziałem cicho naglącym tonem.
Zerknął na mnie rozdrażniony.
– Cokolwiek zrobię, nie uniknę ryzyka. Wiesz o tym – stwierdził.
– Ale na co to wszystko, jeśli umrzesz?
– Im dłużej słyszę o luksusowych barkach we Francji, tym mniej straszna wydaje mi się śmierć –
skwitował. – Dziękuję za pomoc. Dobranoc.
Nazajutrz wczesnym popołudniem wpadł z wizytą Charles.
– Matko, ale tu gorąco – rzekł, zsuwając z siebie mokry płaszcz i rzucając go na oparcie krzesła. Miał
wilgotne włosy, a twarz zarumienioną i rozpromienioną. Na czubku jego długiego, cienkiego nosa
drżała kropla deszczu. Pociągnął nosem i starł ją. – Pod żadnym pozorem nie wychodź na dwór –
ostrzegł. – Potworna pogoda. A przy okazji, nie widziałeś może Francisa?
Przeczesałem dłonią włosy. Było piątkowe popołudnie, nie miałem tego dnia zajęć i od rana nie
wychodziłem ze swojego pokoju ani też nie wyspałem się minionej nocy.
– W nocy był u mnie Henry – poinformowałem.
– Serio? Co chciał? Ach, byłbym zapomniał. – Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął zawinięty
w serwetki pakunek. – Przyniosłem ci kanapkę, bo nie byłeś na obiedzie. Baba ze stołówki widziała, jak
ją zwinąłem, i postawiła czarny znaczek przy moim nazwisku na liście. Camilla mi powiedziała.
Kanapka z serkiem śmietankowym i dżemem, wiedziałem bez zaglądania do środka. Bliźnięta miały
obsesję na ich punkcie, ale ja jakoś za nimi nie przepadałem. Odwinąłem jeden róg i ugryzłem kęs, po
czym odłożyłem kanapkę na biurko.
– Rozmawiałeś ostatnio z Henrym? – zagadnąłem.
– Choćby dziś rano. Podwiózł mnie do banku.
Wziąłem do ręki kanapkę i ugryzłem kolejny kęs. Nie pozamiatałem i kępki moich włosów ciąż
walały się na podłodze.
– Wspominał coś – spytałem – o…
– O czym?
– O tym, żeby za parę tygodni zaprosić Bunny’ego na kolację?
– Ach, o to chodzi – rzekł Charles, rozciągając się na moim łóżku i opierając głowę o poduszki. –
Myślałem, że już o tym wiesz. Nosi się z tym zamiarem od jakiegoś czasu.
– A ty co o tym sądzisz?
– Sądzę, że będzie mu piekielnie trudno znaleźć tyle grzybów, żeby Bunny się chociaż pochorował.
Po prostu jest za wcześnie. W zeszłym tygodniu wziął mnie i Francisa do pomocy, ale zebraliśmy tyle co
kot napłakał. Francis strasznie się podniecił, że tyle zebrał, zaglądamy mu do torby, a tam same
purchawki.
– Więc myślisz, że uda mu się uzbierać tyle, ile potrzebuje?
– Jasne, jeśli trochę poczeka. Pewnie nie masz papierosów, co?
– Nie.
– Szkoda, że nie palisz. Nie wiem dlaczego. Chyba nie uprawiałeś w liceum sportów?
– Nie.
– Bo Bunny właśnie dlatego nie pali. Jakiś trener piłkarski propagujący zdrowy styl życia przemówił
mu do rozumu, kiedy był podatny na wpływy.
– Widujesz się ostatnio z Bunnym?
– Nieczęsto. Ale był u nas wczoraj wieczorem. Myśleliśmy, że nigdy nie wyjdzie.
– To nie jest tylko czcza gadka? – upewniłem się, przyglądając mu się bacznie. – Naprawdę chcecie
to zrobić?
– Wolę pójść siedzieć, niż mieć świadomość, że Bunny będzie mi wisiał u szyi do końca życia. Nie
żeby mi się uśmiechało pójście za kratki, gdy teraz o tym myślę – powiedział, siadając na łóżku
i zginając się wpół, jak gdyby rozbolał go brzuch. – Jaka szkoda, że nie masz tych papierosów. Jak się
nazywa ta koszmarna dziewczyna, która mieszka na tym piętrze… Judy?
– Poovey – podsunąłem.
– Idź, zapukaj do niej i wysęp jedną paczkę. Wygląda na taką, co ma pochowane w pokoju całe
kartony.
Ocieplało się. Brudny śnieg stawał się kostropaty od ciepłego deszczu i topniał płatami, odsłaniając
oślizgłą, pożółkłą trawę; sople pękały i spadały z okapów jak sztylety.
– Mogliśmy być teraz w Ameryce Południowej – rozmarzyła się Camilla pewnego wieczoru
w moim pokoju, gdy piliśmy bourbona z filiżanek, słuchając deszczu skapującego z dachu. – Zabawne,
co?
– Tak – przyznałem, chociaż nie planowali zabrać mnie ze sobą.
– Wtedy nie podobał mi się ten pomysł. Teraz wydaje mi się, że wszystko by się jakoś ułożyło.
– Niby jakim cudem?
Oparła policzek na zaciśniętej pięści.
– Och, nie byłoby aż tak źle. Mogliśmy spać w hamakach. Uczyć się hiszpańskiego. Mieszkać
w małym domku z kurami na podwórzu.
– Albo zachorować – dodałem. – Zginąć od kuli.
– Mogę sobie wyobrazić gorsze rzeczy – oznajmiła, rzucając mi spojrzenie z ukosa, które przeszyło
mnie na wskroś.
Szyby w oknach zadrżały od nagłego podmuchu wiatru.
– No cóż – odezwałem się – ja tam się cieszę, że nie wyjechaliście.
Zignorowała tę uwagę i wysączyła kolejny łyk z filiżanki, wyglądając przez okno.
Wtedy już był pierwszy tydzień kwietnia, niezbyt przyjemny okres ani dla mnie, ani dla reszty. Bunny,
który do tej pory zachowywał się stosunkowo spokojnie, teraz miotał się i szalał, bo Henry nie chciał go
zawieźć do Waszyngtonu na wystawę dwupłatów z czasów pierwszej wojny światowej w Instytucie
Smithsona. Bliźnięta dwa razy dziennie odbierały telefony od groźnego pana B. Perry’ego ze swojego
banku, a Henry od pana D. Wade’a ze swojego; matka Francisa dowiedziała się o jego próbie wycofania
pieniędzy z funduszu i każdy dzień przynosił od niej nowy grad wiadomości.
– Boże święty – jęknął Francis, otworzywszy najnowszą korespondencję, i przeglądał ją
z obrzydzeniem.
– Co pisze?
– „Kochanie, Chris i ja bardzo się o ciebie martwimy – czytał Francis śmiertelnie poważnym tonem.
– Nie będę udawać, że znam się na problemach młodzieży, i może jestem za stara, żeby zrozumieć, przez
co aktualnie przechodzisz, ale zawsze miałam nadzieję, że ze swoimi problemami możesz zwrócić się do
Chrisa”.
– Wydaje mi się, że Chris ma o wiele więcej problemów niż ty – stwierdziłem. Postać, w którą się
wcielał w serialu, sypiała z bratową i była członkiem gangu zajmującego się przemytem dzieci.
– Powiedziałbym, że nie jest od nich wolny. Ma dwadzieścia sześć lat i jest mężem mojej matki,
prawda? „Trudno mi jest o tym pisać – czytał dalej – i nie zaproponowałabym tego, gdyby Chris nie
nalegał, ale wiesz, mój drogi, jak bardzo Cię kocha, i mówi, że często stykał się z takimi sytuacjami
w show-biznesie. Więc zadzwoniłam do kliniki Betty Ford i najdroższy, co o tym myślisz? Czeka tam
specjalnie na Ciebie, kochanie, śliczny pokój”… Nie, daj mi skończyć – poprosił, gdy zacząłem się
śmiać. – „Wiem, że ten pomysł ani trochę Ci się nie spodoba, ale naprawdę nie powinieneś się wstydzić,
to jest choroba, kochanie, sama to usłyszałam podczas mojego pobytu i dzięki temu poczułam się
o wiele lepiej, nie wyobrażasz sobie. Oczywiście nie wiem, co takiego zażywasz, ale naprawdę,
kochanie, podejdźmy do tego praktycznie, cokolwiek to jest, na pewno jest koszmarnie drogie,
nieprawdaż? I muszę być z Tobą całkowicie szczera: po prostu nie możemy sobie na to pozwolić, nie
teraz, gdy Twój dziadek zachowuje się tak, a nie inaczej, gdy mamy na głowie podatek od
nieruchomości i tak dalej…”
– Powinieneś jechać – stwierdziłem.
– Żartujesz sobie? Ta klinika jest w Palm Springs albo w jakimś podobnym miejscu, a poza tym
chyba nie można wychodzić z pokoju i każą ci ćwiczyć aerobik. Moja matka ogląda za dużo telewizji –
zawyrokował, zerkając znów na list.
Zadzwonił telefon.
– Niech to szlag – przeklął zmęczonym głosem.
– Nie odbieraj.
– Jeśli tego nie zrobię, matka zadzwoni na policję – powiedział i podniósł słuchawkę.
Otworzyłem sobie drzwi (Francis chodził tam i z powrotem po pokoju: „Dziwny? Jak to mam
dziwny głos?”) i udałem się na pocztę, gdzie ku swemu zdziwieniu znalazłem w skrzynce elegancki
liścik od Morrowa z zaproszeniem na lunch następnego dnia.
Morrow przy szczególnych okazjach wyprawiał czasem obiady dla swoich studentów; był
wyśmienitym kucharzem i gdy w młodości mieszkał w Europie, utrzymując się z funduszu
powierniczego, zyskał także reputację znakomitego gospodarza. Większość swoich słynnych przyjaciół
poznał właśnie w ten sposób. Osbert Sitwell wspomina w swoim dzienniku „niezrównane małe fêtes”
Juliana Morrowa, podobne komentarze pojawiają się też w listach takich znakomitości jak Charles
Laughton, księżna Windsoru i Gertrude Stein; Cyril Connolly, który zasłynął jako wyjątkowo
wybredny gość, poinformował Harolda Actona, że nie spotkał nigdy tak wytwornego Amerykanina jak
Morrow, co mogło być dwuznacznym komplementem, a Sara Murphy, sama będąc niezgorszą
gospodynią, napisała do Morrowa pewnego razu z błagalną prośbą o przepis na sole véronique. Ale
choć wiedziałem, że Morrow często zaprasza Henry’ego na obiady we dwoje, ja nigdy nie dostałem
zaproszenia na wspólny posiłek, poczułem się więc wyróżniony, ale i lekko zaniepokojony. W tym
czasie nawet najdrobniejsze rzeczy, które odbiegały od normy, wydawały mi się złowieszcze i chociaż się
ucieszyłem, jednocześnie nie mogłem odpędzić myśli, że Morrowowi wcale nie chodzi o przyjemność
spędzenia czasu w moim towarzystwie. Zabrałem zaproszenie do domu i przestudiowałem je.
Nonszalancki, ogólnikowy styl, w jakim zostało napisane, w żaden sposób nie rozwiał podejrzeń, że za
tym zaproszeniem coś się kryje. Zadzwoniłem do centrali i zostawiłem mu wiadomość, że może się mnie
spodziewać następnego dnia o pierwszej.
– Julian nie wie, co się stało? – spytałem Henry’ego przy najbliższej okazji, gdy znaleźliśmy się sami.
– Co? Ależ tak – odparł Henry, podnosząc wzrok znad książki. – Oczywiście.
– Wie, że zabiłeś tego faceta!?
– Naprawdę nie musisz tak głośno – zbeształ mnie Henry, odwracając się na krześle. Po czym dodał
spokojniejszym tonem: – Wiedział, co próbujemy osiągnąć. I aprobował nasze wysiłki. Dzień po
tamtym wydarzeniu pojechaliśmy do jego domu na wsi. Opowiedzieliśmy mu, co się stało. Był
zachwycony.
– Powiedzieliście mu wszystko?
– Cóż, nie widziałem powodu, żeby go martwić, jeśli o to ci chodzi – rzekł Henry, poprawiając
okulary i wracając do lektury.
Morrow oczywiście sam przyrządził obiad, który zjedliśmy przy dużym okrągłym stole w jego
gabinecie. Po całych tygodniach nerwów, nieudanych rozmów i kiepskiego jedzenia w stołówce
perspektywa posiłku z nim działała na mnie niezwykle pokrzepiająco; był uroczym kompanem i jego
obiady, choć na pierwszy rzut oka proste, miały w sobie coś z oktawiańskiej obfitości i sutości i zawsze
poprawiały nastrój.
Podał pieczoną jagnięcinę, młode ziemniaczki, groszek z porem i koprem włoskim, mocne
i szaleńczo wprost pyszne wino Château Latour. Posilałem się z apetytem, jakiego nie miałem od dawna,
gdy nagle zauważyłem, że pojawiło się przy mnie, jakby dyskretnie wyczarowane, czwarte danie:
grzyby. Były blade, z cienkimi nóżkami, i wyglądały znajomo, parując w sosie z czerwonego wina
o zapachu kolendry i ruty.
– Skąd pan je ma? – spytałem.
– Ach. Spostrzegawczy jesteś – ucieszył się. – Czyż nie są wspaniałe? Prawdziwa rzadkość.
Przyniósł mi je Henry.
Pociągnąłem szybko łyk wina, by ukryć konsternację.
– Powiedział mi… mogę? – spytał, wskazując półmisek.
Podałem mu, a on nałożył sobie kilka grzybów.
– Dziękuję… O czym to ja mówiłem? Ach, tak. Henry mi powiedział, że za tymi właśnie grzybami
przepadał cesarz Klaudiusz. Interesujące, bo pamiętasz, jak skończył Klaudiusz?
Rzeczywiście, pamiętałem. Agrypina pewnego wieczoru dodała mu do posiłku trujące grzyby.
– Niezłe – przyznał Morrow, skosztowawszy trochę. – Towarzyszyłeś Henry’emu podczas jednej
z jego wypraw na grzyby?
– Jeszcze nie. Nie zapraszał mnie.
– Muszę powiedzieć, że nigdy specjalnie nie lubiłem grzybów, tak mi się wydawało, ale wszystko,
co od niego dostaję, smakuje bosko.
Nagle zrozumiałem. Ze strony Henry’ego sprytne posunięcie asekuracyjne.
– Już wcześniej przynosił panu grzyby? – upewniłem się.
– Tak. Oczywiście byle komu bym nie zaufał w tych sprawach, ale Henry zdaje się o nich wiedzieć
szalenie dużo.
– Tak przypuszczam – bąknąłem, przypominając sobie o bokserach.
– Niesamowite, że czegokolwiek się tknie, jest w tym świetny. Potrafi hodować kwiaty, reperować
zegarki jak zegarmistrz, dodawać w pamięci nieprawdopodobne liczby. Nawet jeśli to coś prostego jak
zabandażowanie skaleczonego palca, radzi sobie lepiej niż inni. – Nalał sobie kolejny kieliszek wina. –
Domyślam się, że jego rodzice są rozczarowani tym, że postanowił skupić się wyłącznie na filologii
klasycznej. Oczywiście nie zgadzam się z nimi, ale w pewnym sensie rzeczywiście trochę szkoda. Byłby
znakomitym lekarzem, żołnierzem lub naukowcem.
Roześmiałem się.
– Albo świetnym szpiegiem – dodałem.
Morrow też się zaśmiał.
– Wy wszyscy bylibyście doskonałymi szpiegami – zauważył. – Kręcilibyście się po kasynach
i podsłuchiwali głowy państw. Spróbuj tych grzybów, naprawdę. Są wyśmienite.
Dopiłem resztę wina.
– Czemu nie? – stwierdziłem, sięgając po półmisek.
Po obiedzie, gdy sprzątnięto ze stołu naczynia i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, Morrow spytał
nagle, czy ostatnio zauważyłem coś dziwnego w zachowaniu Bunny’ego.
– No, nie, niespecjalnie – odpowiedziałem i ostrożnie napiłem się herbaty.
Uniósł brew.
– Nie? Moim zdaniem zachowuje się bardzo dziwnie. Nie dalej jak wczoraj rozmawialiśmy
z Henrym o tym, jaki się zrobił opryskliwy i przekorny.
– Chyba faktycznie ostatnio jest jakby w kiepskim nastroju.
Pokręcił głową.
– Nie wiem. Edmund to taka prosta dusza. Nigdy nie przypuszczałem, że zaskoczy mnie czymś, co
zrobi lub powie, ale któregoś dnia odbyliśmy bardzo osobliwą rozmowę.
– Osobliwą? – powtórzyłem nieśmiało.
– Może tylko przeczytał coś, co nim wstrząsnęło. Nie wiem. Martwię się o niego.
– Dlaczego?
– Szczerze powiedziawszy, obawiam się, że może być bliski jakiegoś katastrofalnego religijnego
nawrócenia.
Zelektryzowała mnie ta wiadomość.
– Czyżby? – spytałem.
– Widziałem już takie rzeczy. Nie przychodzi mi do głowy żaden inny powód tego nagłego
zainteresowania etyką. Nie żeby Edmund był jakimś wyjątkowym grzesznikiem, ale naprawdę poznałem
niewielu studentów, których tak mało obchodziłyby kwestie moralne. Jakież więc było moje zdumienie,
gdy zaczął z całą powagą zadawać mi pytania o takie abstrakcyjne pojęcia jak grzech czy przebaczenie.
Zastanawia się, czy nie wstąpić do Kościoła, po prostu wiem o tym. Może ta dziewczyna ma z tym coś
wspólnego, nie sądzisz?
Miał na myśli Marion. Zwykł na nią przerzucać winę za wszystkie przywary Bunny’ego – lenistwo,
humory, zły gust.
– Może – powiedziałem.
– Jest katoliczką?
– Zdaje się, że prezbiterianką – odparłem.
Morrow w sposób uprzejmy, lecz nieprzejednany gardził tradycją judeochrześcijańską w zasadzie we
wszystkich jej przejawach. Przyciśnięty do muru zaprzeczyłby temu, powołując się wymijająco na swoje
uwielbienie dla Dantego i Giotta, ale wszystko, co nadmiernie religijne, napawało go pogańskim
przerażeniem; i przypuszczam, że tak jak Pliniusz, którego pod tyloma względami przypominał, uważał
w duchu, że jest ona zdegenerowanym kultem rozbuchanym do nadmiernych rozmiarów.
– Prezbiterianką? Poważnie? – dopytywał się skonsternowany.
– Tak mi się wydaje.
– Cóż, cokolwiek się myśli o Kościele rzymskokatolickim, jest on godnym i potężnym
adwersarzem. Takie nawrócenie jeszcze bym zniósł. Ale byłbym doprawdy bardzo rozczarowany, gdyby
odbili nam go prezbiterianie.
W pierwszym tygodniu kwietnia zrobiło się nagle, przedwcześnie, nieprzeparcie wiosennie. Niebo było
błękitne, powietrze ciepłe i bezwietrzne, a słońce zalewało swoim blaskiem błotnistą ziemię ze słodką
niecierpliwością czerwca. Na obrzeżach lasu młode drzewa zażółciły się świeżym kolorem nowych liści;
dzięcioły pogwizdywały i stukały w zagajnikach, a ja, leżąc w łóżku przy otwartym oknie, słyszałem
szum i bulgotanie topniejącego śniegu spływającego rynnami przez całą noc.
W drugim tygodniu kwietnia wszyscy zastanawiali się z niepokojem, czy ta pogoda się utrzyma.
Utrzymywała się ze spokojną determinacją. Na rabatach kwitły hiacynty i żonkile, na łąkach fiołki
i barwinki; wilgotne, przybrudzone białe motyle fruwały nieprzytomnie w żywopłotach. Odwiesiwszy
zimowy płaszcz i kalosze, chodziłem w samej koszuli, niemal pijany radością.
– To nie potrwa długo – powiedział Henry.
W trzecim tygodniu kwietnia, gdy trawniki nabrały rajskiej zieleni, a jabłonie nierozważnie obsypały się
kwieciem, czytałem w swoim pokoju w piątkową noc przy otwartym oknie, gdy chłodny, wilgotny
wiatr muskał kartki na biurku. W akademiku po drugiej stronie trawnika odbywała się jakaś impreza i w
nocnym powietrzu niosły się śmiechy i muzyka. Było już dobrze po północy. Głowa kiwała mi się
sennie nad książką, gdy ktoś wyryczał pod oknem moje imię.
Otrząsnąłem się i wyprostowałem w samą porę, żeby zobaczyć jeden z butów Bunny’ego wlatujący
przez otwarte okno. Spadł z łomotem na podłogę. Poderwałem się i wychyliłem nad parapetem. Daleko
w dole ujrzałem jego kiwającą się, kudłatą postać, gdy próbował utrzymać równowagę, obejmując jedną
ręką pień niewielkiego drzewa.
– Co ty, do cholery, wyprawiasz?
Nie odpowiedział, tylko podniósł wolną rękę, co wyglądało, jakby chciał mi pomachać albo
zasalutować, po czym zataczając się, zniknął w ciemności. Trzasnęły drzwi wejściowe i chwilę potem
łomotał już do mojego pokoju.
Gdy mu otworzyłem, wszedł bez buta na jednej stopie, utykając i zostawiając za sobą błotnisty trop
niedopasowanych śladów. Okulary miał przekrzywione i jechało od niego whisky.
– Dickuś – wybełkotał.
Wrzask pod moim oknem najwyraźniej go wyczerpał i stał się dziwnie mało komunikatywny.
Ściągnął zabłoconą skarpetę i niezdarnie odrzucił ją od siebie. Wylądowała na moim łóżku.
Krok po kroku udało mi się wydobyć z niego wydarzenia minionego wieczoru. Bliźnięta zabrały go
na kolację, a potem do baru w mieście, żeby się jeszcze napić; później sam udał się na imprezę
w akademiku naprzeciwko, gdzie jakiś Holender próbował nakłonić go do wypalenia trawy,
a dziewczyna z pierwszego roku poczęstowała go tequilą z termosu. („Śliczna gówniara. Ale trochę
nawiedzona. Chodzi w drewniakach, wiesz, o czym mówię? I w zafarbowanym T-shircie, nienawidzę
ich. Skarbie, mówię do niej, jesteś taka śliczna, po kiego grzyba ci te hipisowskie szmaty?”) Potem,
nieoczekiwanie, przerwał swoją opowieść i wybiegł z mojego pokoju chwiejnym krokiem, zostawiając
otwarte drzwi. Doszły mnie odgłosy gwałtownych torsji.
Długo go nie było. Gdy wrócił, roztaczał kwaśny odór, twarz miał wilgotną i bardzo bladą; ale
sprawiał wrażenie opanowanego.
– Fju – westchnął i klapnął na moje krzesło, ocierając czoło czerwoną bandaną. – Musiało mi coś
zaszkodzić.
– Zdążyłeś do łazienki? – spytałem niepewnie. Odgłosy wymiotów brzmiały złowieszczo blisko
moich drzwi.
– Nieee – odparł, dysząc ciężko. – Dobiegłem do schowka. Przynieś mi z łaski swojej szklankę
wody.
Na korytarzu drzwi do schowka były częściowo uchylone, co pozwoliło mi dyskretnie zerknąć na
cuchnące pobojowisko w środku. Minąłem szybko schowek i udałem się do kuchni.
Bunny spojrzał na mnie szklistymi oczyma, gdy wróciłem do pokoju. Wyraz jego twarzy zmienił się
całkowicie i coś w jego fizjonomii sprawiło, że poczułem się nieswojo. Podałem mu wodę, a on
wychylił łapczywie wielki haust.
– Nie za szybko – ostrzegłem zaniepokojony.
Nie zwracając uwagi na moje słowa, wypił wszystko duszkiem i drżącą ręką odstawił szklankę na
biurko. Na czoło wystąpiły mu kropelki potu.
– O mój Boże – jęknął. – Słodki Jezu.
Przeszedłem nerwowo do łóżka i usiadłem, próbując wymyślić jakiś neutralny temat, ale zanim
zdążyłem się odezwać, on przemówił znowu.
– Nie zdzierżę tego dłużej – wymamrotał. – Po prostu nie mogę. Słodki Jezu Nazareński.
Nic nie mówiłem.
Przesunął roztrzęsioną dłonią po czole.
– Pewnie nie wiesz, o czym ja tu bredzę, co? – zapytał dziwnie gorzkim tonem.
Zdenerwowany rozprostowałem i na powrót skrzyżowałem nogi. Spodziewałem się tej chwili,
czekałem na nią ze strachem od kilku miesięcy. W pierwszym odruchu chciałem wybiec z pokoju,
zostawić go tam, ale wtedy on ukrył twarz w dłoniach.
– To prawda – mamrotał. – Wszystko prawda. Jak Boga kocham. Nikt o tym nie wie, tylko ja.
Idiotycznie uchwyciłem się nadziei, że to może fałszywy alarm. Może zerwał z Marion. Może jego
ojciec padł na zawał. Siedziałem jak sparaliżowany.
Przeciągnął obie dłonie po twarzy, jak gdyby ścierał z niej wodę, i spojrzał na mnie.
– Nawet się nie domyślasz – kontynuował. Oczy miał przekrwione, błyszczały niezdrowo. – Kurwa,
nie masz zielonego pojęcia.
Wstałem, nie mogąc już tego wytrzymać, i rozejrzałem się nieprzytomnie po pokoju.
– Hm – mruknąłem – chcesz aspirynę? Chciałem cię wcześniej zapytać. Jeśli teraz łykniesz parę, nie
będziesz się tak źle…
– Myślisz, że zwariowałem, co? – przerwał mi raptownie Bunny.
Niejako zawsze wiedziałem, że to się stanie w ten sposób, będziemy sami, późno w nocy, Bunny na
bańce …
– Ależ skąd – zaprotestowałem. – Potrzebujesz tylko trochę…
– Myślisz, że świr ze mnie. Szajbus. Nikt mnie nie chce słuchać – dodał podniesionym głosem.
Byłem przerażony.
– Uspokój się – poprosiłem. – Ja cię słucham.
– No to posłuchaj tego – powiedział.
Skończył mówić o trzeciej w nocy. Była to pijacka opowieść, poprzekręcana, chaotyczna i pełna
potępiających, świętoszkowatych dygresji; ale nie miałem problemów z jej zrozumieniem. Już ją przecież
słyszałem. Przez chwilę siedzieliśmy oniemiali. Lampka na biurku świeciła mi w oczy. Impreza za
trawnikiem trwała w najlepsze i słabo słyszalna, ale dynamiczna piosenka rap dudniła natrętnie w oddali.
Oddech Bunny’ego stał się głośny i astmatyczny. Oprzytomniał, gdy głowa opadła mu na pierś.
– Co? – spytał zdezorientowany, jak gdyby ktoś podszedł od tyłu i krzyknął mu coś do ucha. – A,
tak.
Nic nie powiedziałem.
– I co o tym myślisz, hę?
Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Miałem cichą nadzieję, że może o wszystkim zapomniał.
– Coś przepotwornego. Prawda prawdziwsza od fikcji, bracie. Zaraz, coś pokręciłem. Jak to było?
– Prawda jest dziwniejsza od fikcji – podpowiedziałem mechanicznie. Na szczęście nie musiałem się
specjalnie wysilać, żeby wyglądać na wstrząśniętego lub zdumionego. Byłem tak zdenerwowany, że
o mało nie zwymiotowałem.
– Widać z tego – wybełkotał pijackim głosem Bunny – że mogło trafić na każdego. Kogokolwiek.
Nie znasz dnia ani godziny.
Ukryłem twarz w dłoniach.
– Możesz powiedzieć, komu chcesz – rzekł Bunny. – Powiedz, psiakrew, burmistrzowi. Nic mnie to
nie obchodzi. Niech ich wsadzą do tego aresztu połączonego z pocztą przy sądzie. Myśli, że jest taki
mądry – mamrotał. – Cóż, gdyby to nie był Vermont, powiem ci, że nie mógłby spać tak spokojnie.
Przecież mój ojciec kumpluje się z komendantem policji w Hartford. Gdyby on się kiedyś dowiedział…
Jezu. Byli z ojcem w tej samej szkole. Chodziłem do gimnazjum z jego córką… – Głowa mu opadła, ale
znowu się otrząsnął. – Jezu – powtórzył, o mało nie spadając z krzesła.
Wpatrywałem się w niego.
– Bądź tak dobry i przynieś mi ten but.
Podałem mu go, skarpetkę też. Przez chwilę przyglądał im się, a potem wepchnął je do zewnętrznej
kieszeni marynarki. – Karaluchy pod poduchy – rzucił i po chwili wyszedł, zostawiając za sobą otwarte
drzwi. Słyszałem jego osobliwe utykanie, gdy schodził na dół.
Przedmioty w pokoju zdawały się przybliżać i oddalać z każdym uderzeniem mojego serca.
Siedziałem na łóżku w potwornym zamroczeniu, opierając się jednym łokciem o parapet, i próbowałem
wziąć się w garść. Diaboliczne rapowanie wciąż dolatywało z naprzeciwka, gdzie na dachu akademika
przycupnęły dwie niewyraźne postacie i rzucały puste puszki po piwie w zdegustowaną grupkę hipisów,
którzy próbowali wypalić skręta wokół ogniska w koszu na śmieci. Puszka po piwie poszybowała
z dachu, potem następna, trafiając jednego z nich w głowę z metalicznym brzękiem. Śmiech, okrzyki
oburzenia.
Zapatrzyłem się w iskry wylatujące ze śmietnika, gdy nagle uderzyła mnie wstrząsająca myśl.
Dlaczego Bunny postanowił przyjść do mojego pokoju zamiast do Cloke’a lub Marion? Gdy
wyglądałem przez okno, odpowiedź była tak oczywista, że aż przeszedł mnie dreszcz. Dlatego, że do
mnie miał zdecydowanie najbliżej. Marion mieszkała w Roxburgh, na drugim krańcu kampusu, z kolei
pokój Cloke’a znajdował się na drugim końcu akademika Durbinstall. Ani jedno, ani drugie miejsce nie
narzucało się w sposób naturalny doprawionemu Bunny’emu wychodzącemu chwiejnym krokiem
w noc. Z kolei akademik Monmouth House leżał w odległości zaledwie dziesięciu metrów i mój pokój,
ze swoim jasno rozświetlonym oknem, musiał majaczyć przed nim niczym latarnia morska.
Przypuszczam, że byłoby interesujące, gdybym oznajmił, że w tym momencie czułem rozdarcie, że
zmagałem się z moralnymi następstwami każdego z ewentualnych rozwiązań. Ale nie przypominam
sobie, żebym przeżywał coś takiego. Wsunąłem mokasyny i zszedłem na parter zadzwonić do
Henry’ego.
Automat w Monmouth House wisiał na ścianie przy tylnym wejściu, w miejscu jak na mój gust zbyt
wyeksponowanym, przeszedłem więc do budynku wydziału nauk ścisłych, słysząc własne chlupoczące
kroki na zroszonej trawie, i znalazłem ustronną budkę na drugim piętrze niedaleko laboratoriów
chemicznych.
Telefon zadzwonił chyba ze sto razy. Żadnej odpowiedzi. W końcu ze złością odłożyłem słuchawkę
i wybrałem numer bliźniąt. Osiem sygnałów, dziewięć; w końcu odetchnąłem z ulgą na dźwięk
zaspanego „halo” Charlesa.
– Cześć, to ja – powiedziałem szybko. – Coś się stało.
– Co? – spytał, nagle czujny. Słyszałem, że usiadł w łóżku.
– Powiedział mi. Przed chwilą.
Nastąpiła długa cisza.
– Halo? – odezwałem się.
– Zadzwoń do Henry’ego – rzekł raptownie Charles. – Rozłącz się i natychmiast do niego zadzwoń.
– Już to zrobiłem. Nie odbiera.
Charles zaklął pod nosem.
– Daj mi pomyśleć – poprosił. – Niech to szlag. Możesz do nas przyjść?
– Jasne. Teraz, już?
– Skoczę do Henry’ego i postaram się go ściągnąć. Zanim tu dotrzesz, powinniśmy być z powrotem.
Dobra?
– Dobra – odrzekłem, ale on już odwiesił słuchawkę.
Gdy dotarłem na miejsce, jakieś dwadzieścia minut później, natknąłem się na Charlesa nadchodzącego
od strony mieszkania Henry’ego. Szedł sam.
– Bez powodzenia?
– Bez – powiedział, oddychając ciężko. Włosy miał w nieładzie, a spod płaszcza wystawała mu
piżama.
– Co zrobimy?
– Nie wiem. Chodź na górę. Wymyślimy coś.
Ledwo zdjęliśmy okrycia, gdy w pokoju Camilli zapaliło się światło i pokazała się w drzwiach,
mrużąc oczy, z płonącymi policzkami.
– Charles? A co ty tu robisz? – spytała na mój widok.
Dość nieskładnie Charles wyjaśnił jej, co się stało. Słuchała zaspana, przedramieniem osłaniając oczy
przed światłem. Miała na sobie męską koszulę nocną, o wiele za dużą, i złapałem się na tym, że gapię się
na jej gołe nogi: cienkie w kostkach, opalone łydki, śliczne, przybrudzone stopy jak u chłopaka.
– Henry jest w domu? – spytała.
– Wiem, że jest.
– Na pewno?
– Gdzie miałby być o trzeciej w nocy?
– Sekundkę – odparła i podeszła do telefonu. – Chcę tylko coś sprawdzić. – Wybrała numer,
odczekała chwilę, odłożyła słuchawkę i znów zaczęła wybierać numer.
– Co robisz?
– To szyfr – wyjaśniła ze słuchawką wciśniętą między ucho i bark. – Dwa sygnały, przerwa, nowa
próba.
– Szyfr?
– Tak. Podał mi kiedyś… O, cześć, Henry – powiedziała nagle i usiadła.
Charles spojrzał na mnie.
– Niech mnie diabli – odezwał się cicho. – On przez cały ten czas wcale nie spał.
– Tak – mówiła Camilla; wbijała wzrok w podłogę, huśtając leniwie nogą założoną na nogę. –
Świetnie. Przekażę mu.
Odłożyła słuchawkę.
– Mówi, żebyś do niego przyszedł, Richard – oznajmiła. – Już teraz. Czeka na ciebie. Co tak na
mnie patrzysz? – zwróciła się z irytacją do Charlesa.
– Szyfr, tak?
– Ale o co ci chodzi?
– Nigdy nic nie mówiłaś.
– To głupie. Nie pomyślałam.
– Po co tobie i Henry’emu tajny szyfr?
– Nie jest tajny.
– To dlaczego mi nie powiedziałaś?
– Charles, nie zachowuj się jak dziecko.
Henry – wcale niezaspany, bez słowa wyjaśnienia – otworzył mi w szlafroku. Poszedłem za nim do
kuchni, gdzie nalał mi kawy i powiedział, żebym usiadł.
– Dobra – rzekł – opowiedz mi, co się stało.
Spełniłem jego prośbę. Henry siedział po drugiej stronie stołu, wypalając papierosa za papierosem
i nie spuszczając ze mnie swoich ciemnoniebieskich oczu. Tylko parę razy przerwał mi pytaniem.
Poprosił o powtórzenie kilku fragmentów. Byłem tak zmęczony, że mówiłem trochę bez ładu i składu,
ale cierpliwie znosił moje dygresje.
Gdy skończyłem, słońce już wstało i rozśpiewały się ptaki. Przed oczami śmigały mi czarne kropki.
Zasłonami poruszał wilgotny, chłodny wiatr. Henry zgasił światło, podszedł do kuchenki i dość
machinalnie zaczął przygotowywać jaja na bekonie. Patrzyłem, jak kręci się boso w półmroku kuchni
oświetlonej tylko porannym brzaskiem.
W czasie, gdy jedliśmy, spoglądałem na niego z zaciekawieniem. Był blady, wzrok miał zmęczony
i zamyślony, ale w wyrazie jego twarzy nie było nic, co mogłoby mi podpowiedzieć, o czym myśli.
– Henry – odezwałem się.
Aż zadrżał. Po raz pierwszy od co najmniej pół godziny któryś z nas się odezwał.
– O czym myślisz?
– O niczym.
– Jeśli wciąż się zastanawiasz, czy go nie otruć…
Podniósł wzrok z szybkim błyskiem złości, który mnie zaskoczył.
– Nie wygaduj bzdur – odburknął. – Mógłbyś przez chwilę się nie odzywać i dać mi pomyśleć?
Wbijałem w niego wzrok. Podniósł się nagle i poszedł dolać sobie kawy. Przez chwilę stał plecami
do mnie, podpierając się na blacie. W końcu odwrócił się.
– Przepraszam – powiedział znużonym tonem. – Po prostu nie jest zbyt przyjemnie, jeśli wkładasz
w coś mnóstwo czasu i wysiłku, a potem nagle uzmysławiasz sobie, że to całkowicie absurdalny pomysł.
Trujące grzyby. Plan jakby żywcem wyjęty z powieści Waltera Scotta.
– Myślałem, że to całkiem dobry pomysł – zdziwiłem się.
Potarł oczy kciukiem i palcem wskazującym.
– Aż za dobry – skwitował. – Podejrzewam, że jeśli ktoś przyzwyczajony do pracy intelektualnej ma
podjąć zwyczajne działania, pojawia się tendencja, żeby komplikować, przekombinowywać. Na papierze
istnieje pewna symetria. Teraz, gdy czeka mnie realizacja tego planu, uświadamiam sobie dopiero, jak
potwornie jest skomplikowany.
– Co jest nie tak?
Poprawił okulary.
– Trucizna działa zbyt wolno.
– Myślałem, że o to ci właśnie chodziło.
– Wiąże się z tym kilka problemów. Niektóre już wskazałeś. Kontrolowanie dawki jest ryzykowne,
ale prawdziwym zmartwieniem, myślę, jest czas. Z mojego punktu widzenia im dłużej, tym lepiej, ale
mimo wszystko… W ciągu dwunastu godzin można powiedzieć strasznie dużo. – Przez chwilę milczał.
– To nie tak, że tego nie przewidziałem. Myśl o uśmierceniu go jest tak odrażająca, że byłem w stanie
podejść do sprawy jak do zadania szachowego. Rozgrywki. Nie masz pojęcia, ile nad tym myślałem.
O najdrobniejszych szczegółach, łącznie z odmianą trucizny. Podobno puchnie od niej gardło,
wiedziałeś o tym? Ponoć ofiary tracą mowę, nie są w stanie wypowiedzieć imienia swojego truciciela. –
Westchnął. – Zbyt łatwo można dać się oczarować Medyceuszom, Borgiom, tym wszystkim zatrutym
pierścieniom i różom. Wiedziałeś, że tak też można? Zatruć różę, a potem ją komuś podarować? Kobieta
kaleczy się kolcem i pada martwa. Wiem, jak zrobić świecę, która zabije, jeśli się ją zapali w zamkniętym
pomieszczeniu. Albo jak zatruć poduszkę lub modlitewnik.
– A co z tabletkami nasennymi? – spytałem.
Zerknął na mnie poirytowany.
– Mówię poważnie – rzekłem. – Ludzie cały czas umierają z przedawkowania.
– Skąd weźmiemy tabletki nasenne?
– Jesteśmy w Hampden College. Jeśli potrzebujemy tabletek nasennych, to je zdobędziemy.
Spojrzeliśmy po sobie.
– Jak je podamy? – spytał.
– Powiesz mu, że to tylenol.
– A jak go namówimy, żeby połknął dziewięć, dziesięć tylenolów?
– Możemy je wsypać do szklanki z whisky.
– Myślisz, że Bunny wypije whisky z warstwą białego proszku na dnie?
– Myślę, że jest na to taka sama szansa, jak na zjedzenie przez niego potrawy z muchomorów.
Zapadła długa cisza, w czasie której jakiś ptak wyśpiewywał hałaśliwe trele za oknem. Henry na
dłuższą chwilę przymknął oczy, pocierając skronie koniuszkami palców.
– Co zamierzasz zrobić? – spytałem.
– Zamierzam wyjść i załatwić parę spraw – powiedział. – Chciałbym, żebyś poszedł do domu
i położył się spać.
– Masz jakieś pomysły?
– Nie. Ale jest coś, co chciałbym sprawdzić. Podwiózłbym cię na uczelnię, lecz chyba lepiej będzie,
jeśli na razie nie będzie się nas widywać razem. – Zaczął szperać w kieszeni szlafroka, skąd wyciągnął
zapałki, stalówki i niebieskie emaliowane puzderko na lekarstwa. W końcu wygrzebał parę
ćwierćdolarówek i położył je na stole. – Proszę – powiedział. – Zatrzymaj się w kiosku i kup po drodze
gazetę.
– Po co?
– Na wypadek, gdyby ktoś się zastanawiał, co robisz tak wcześnie na dworze. Możliwe, że
wieczorem będziemy musieli pogadać. Jeśli cię nie zastanę, zostawię ci wiadomość, że dzwonił doktor
Springfield. Przedtem nie próbuj się ze mną kontaktować, chyba że oczywiście będziesz musiał.
– Jasne.
– To do zobaczenia później – rzekł, ruszając do wyjścia. W drzwiach kuchni odwrócił się i spojrzał
na mnie. – Wiesz, jestem ci dozgonnie wdzięczny – dodał rzeczowo.
– Drobiazg.
– Wręcz przeciwnie i dobrze o tym wiesz.
– Sam parę razy mi pomogłeś – przypomniałem, ale on już wyszedł z kuchni i nie usłyszał mnie.
W każdym razie nie odpowiedział.
Kupiłem gazetę w małym sklepiku na ulicy i wróciłem do kampusu przez wilgotny, zieleniący się las,
zboczywszy z głównej ścieżki, pokonując głazy i butwiejące pnie, które od czasu do czasu zastępowały
mi drogę.
Gdy dotarłem do kampusu, nadal było bardzo wcześnie. Wszedłem do Monmouth House tylnym
wejściem i zatrzymałem się na górze schodów, ze zdziwieniem ujrzawszy gospodarza akademika
i gromadę dziewczyn w podomkach stłoczonych przed schowkiem na korytarzu i rozmawiających ze
sobą podniesionymi głosami pełnymi oburzenia. Gdy próbowałem przemknąć obok, Judy Poovey,
przyobleczona w czarne kimono, capnęła mnie za ramię.
– Hej – powiedziała. – Ktoś nam narzygał do schowka.
– Jeden z tych cholernych pierwszoroczniaków – wtrąciła dziewczyna stojąca u mego boku. – Upije
się taki w sztok, a potem haftuje po akademikach starszych studentów.
– No cóż, nie wiem, kto to zrobił – oznajmił gospodarz – ale ktokolwiek to był, jadł na kolację
spaghetti.
– Hmm.
– Co znaczy, że nie jada na stołówce.
Przecisnąłem się do swojego pokoju, zamknąłem drzwi na klucz i niemal natychmiast zasnąłem.
Przespałem cały dzień z twarzą wciśniętą w poduszkę, w wygodnej pozycji zwłok unoszących się na
wodzie, w nieznacznym tylko stopniu niepokojony zimnymi prądami rzeczywistości – rozmowy, kroki,
trzaskanie drzwiami – które od czasu do czasu przeszywały ciemne, ciepłe jak krew wody snu. Dzień
przeszedł w noc, a ja wciąż spałem, aż wreszcie szum i dudnienie spuszczanej wody przetoczyły mnie na
plecy i poderwały z łóżka.
Sobotnia impreza już się rozkręcała – w Putnam po sąsiedzku. Co znaczyło, że jest już po kolacji,
barek zamknięty, a ja przespałem co najmniej czternaście godzin. Mój akademik wyludnił się. Wstałem,
ogoliłem się i wziąłem gorącą kąpiel. Potem włożyłem szlafrok i chrupiąc jabł​ko, które znalazłem we
wspólnej kuchni, zszedłem boso sprawdzić, czy zostawiono dla mnie jakieś wiadomości.
Były trzy. Bunny Corcoran dzwonił za piętnaście szósta. Moja matka, z Kalifornii, za piętnaście
dziewiąta. Oraz doktor H. Springfield, stomatolog, który zaproponował wizytę przy najbliższej
sposobności.
Umierałem z głodu. Gdy dotarłem do mieszkania Henry’ego, ucieszyłem się, widząc, że Charles
i Francis wciąż skubią zimnego kurczaka i jakąś sałatkę.
Henry wyglądał, jakby nie spał od czasu, kiedy go ostatnio widziałem. Miał na sobie starą tweedową
marynarkę z wypchanymi łokciami, spodnie z plamami po trawie na kolanach i getry w kolorze khaki
nad butami, na których zaschło błoto.
– Talerze są w kredensie, jeśli jesteś głody – powiedział, odsuwając krzesło i siadając na nim ciężko
jak stary farmer po powrocie z pola.
– Gdzie byłeś?
– Pogadamy o tym po kolacji.
– Gdzie Camilla?
Charles zaczął się śmiać.
– Jest na randce – wyjaśnił Francis, odłożywszy udko kurczaka.
– Żartujesz. Z kim?
– Z Clokiem Rayburnem.
– Są na imprezie – dodał Charles. – A przedtem zabrał ją na drinka, wszystko jak trzeba.
– Są z nimi Marion i Bunny – uzupełnił Francis. – To był pomysł Henry’ego. Dziś wieczorem
Camilla pilnuje „wiadomo kogo”.
– „Wiadomo kto” zostawił dla mnie po południu wiadomość – oznajmiłem.
– „Wiadomo kto” cały dzień jest w wojowniczym nastroju – powiedział Charles, odkrawając sobie
kromkę chleba.
– Nie teraz, bardzo proszę – zaprotestował Henry zmęczonym głosem.
Po sprzątnięciu talerzy oparł się łokciami o stół i zapalił papierosa. Był nieogolony i miał podkrążone
oczy.
– Więc jaki mamy plan? – spytał Francis.
Henry cisnął zapałkę do popielniczki.
– W ten weekend – poinformował. – Jutro.
Zatrzymałem filiżankę z kawą w połowie drogi do ust.
– O Boże – jęknął zaniepokojony Charles. – Tak szybko?
– To nie może czekać.
– Ale jak? Co możemy zrobić tak nagle, bez przygotowania?
– Mnie też się to nie uśmiecha, ale jeśli będziemy czekać, następna szansa pojawi się dopiero
w następny weekend. A w najgorszym wypadku możemy w ogóle nie mieć następnej szansy.
Zaległa krótka cisza.
– To się dzieje naprawdę? – wtrącił niepewnie Charles. – To jest już jakby pewne?
– Nic nie jest pewne – rzekł Henry. – Nie wszystkie okoliczności będą zależne od nas. Ale chcę,
żebyśmy byli gotowi, jeśli pojawi się sposobność.
– To wszystko wydaje się jakieś nieokreślone – zauważył Francis.
– Bo jest. Niestety inaczej się nie da, bo to Bunny wykona większość zadania.
– Jak to? – zdziwił się Charles, odchylając się do tyłu na krześle.
– Wypadek. Podczas pieszej wędrówki, mówiąc konkretniej. – Henry przerwał. – Jutro jest
niedziela.
– Tak.
– Więc jutro, jeśli dopisze pogoda, Bunny najprawdopodobniej wybierze się na swój spacer.
– Nie zawsze chodzi – przypomniał Charles.
– Powiedzmy, że pójdzie. Możemy dość dokładnie przewidzieć jego trasę.
– Ona się zmienia – wtrąciłem. Towarzyszyłem Bunny’emu podczas wielu takich wypraw
w semestrze zimowym. Często przeprawiał się przez strumienie, wspinał na ogrodzenia, skręcał
w różnych niespodziewanych miejscach.
– Tak, oczywiście, ale mniej więcej ją znamy – odparł Henry. Wyciągnął z kieszeni kartkę i rozłożył
ją na stole. Pochyliwszy się, zauważyłem, że to mapa. – Wychodzi ze swojego akademika od tyłu,
okrąża korty tenisowe, a gdy dociera do lasu, kieruje się nie w stronę północnego Hampden, lecz na
wschód, w stronę Mount Cataract. Teren gęsto porosły lasem, niewiele osób się tam zapuszcza. Idzie
dalej, aż trafia na tę ścieżkę wydeptaną przez jelenie… Richard, wiesz, o której mówię, tej oznaczonej
białym głazem… i dalej kieruje się cały czas na południowy wschód. Ten szlak ciągnie się dwa
kilometry, a potem się rozwidla…
– Ale jeśli tam będziesz na niego czekać, to się nie doczekasz – wtrąciłem. – Byłem z nim na tym
szlaku. Może równie dobrze skręcić tutaj na zachód, jak i iść dalej na południe.
– Cóż, możemy go stracić już wcześniej, jeśli o tym mowa – rzekł Henry. – Wiem, że czasem
w ogóle porzuca tę ścieżkę i idzie cały czas na wschód aż do autostrady. Ale liczę na to, że tym razem
tego nie zrobi. Pogoda jest ładna, nie wybierze tak łatwej trasy.
– Ale drugie rozwidlenie? Nie wiemy, dokąd się skieruje stamtąd.
– Nie musimy. Pamiętasz, co jest po drodze, prawda? Wąwóz.
– A! – odezwał się Francis.
Zapadło długie milczenie.
– Dobra, słuchajcie – powiedział Henry, wyciągając z kieszeni ołówek. – Będzie szedł od strony
kampusu, z południa. Możemy całkowicie ominąć jego trasę i nadjechać z zachodu autostradą numer
sześć.
– Podjedziemy samochodem?
– Częściowo. Tuż przed zjazdem na Battenkill, za złomowiskiem, jest żwirówka. Obawiałem się, że
to może być droga prywatna, bo musielibyśmy z niej zrezygnować, ale dzisiaj po południu wpadłem do
urzędu i dowiedziałem się, że to tylko stara nieutwardzona droga powstała przy wyrębie. Kończy się
w środku lasu. Ale powinna nas doprowadzić bezpośrednio do wąwozu, na odległość pół kilometra.
Resztę dystansu pokonamy pieszo.
– A gdy tam dotrzemy?
– Cóż, będziemy czekać. Dzisiaj pokonałem trasę Bunny’ego z kampusu do wąwozu dwa razy,
w jedną i drugą stronę, i za każdym razem mierzyłem czas. Licząc od chwili, gdy wyjdzie ze swojego
pokoju, zajmie mu to co najmniej pół godziny. Co daje nam mnóstwo czasu, żeby dotrzeć tam z drugiej
strony i go zaskoczyć.
– A jeśli nie przyjdzie?
– Cóż, jeśli nie przyjdzie, stracimy najwyżej trochę czasu i tyle.
– A gdyby tak jeden z nas z nim poszedł?
Henry pokręcił głową.
– Myślałem o tym – przyznał. – To nie jest dobry pomysł. Jeśli sam wpadnie w pułapkę, z własnej
nieprzymuszonej woli, bez niczyjej pomocy, raczej trudno będzie odnaleźć tu jakiś związek z nami.
– Jeśli to, jeśli tamto – wytknął kąśliwie Francis. – Jak na mój gust za dużo zależy tu od przypadku.
– To akurat jest nam na rękę.
– Nie wiem, co było nie tak z pierwszym planem.
– Pierwszy plan jest zbyt wykoncypowany. Na kilometr widać w nim premedytację.
– Ale lepiej wszystko zaplanować niż zdać się na los.
Henry wygładził mapę na stole.
– I tu się mylisz – rzekł. – Jeśli będziemy zbyt skrupulatnie próbowali uporządkować wydarzenia,
dotrzeć do punktu x logicznym szlakiem, to też znaczy, że z punktu x tym samym szlakiem, ale
w odwrotnym kierunku, będzie można dotrzeć do nas. Wprawne oko zawsze dostrzeże świadome
działania. A ślepy los? Jest niewidzialny, nieprzewidywalny, anielski. Czy z naszego punktu widzenia
może być coś lepszego od sytuacji, w której pozwalamy mu wybrać okoliczności własnej śmierci?
Wszystko znieruchomiało. Na zewnątrz świerszcze hałasowały w monotonnym, świdrującym rytmie.
Francis, spocony i bardzo blady na twarzy, przygryzł dolną wargę.
– Zaraz, czy ja dobrze zrozumiałem? Czekamy na niego przy wąwozie i po prostu liczymy na to, że
się napatoczy. I jeśli tak, to go strącamy w przepaść, ot tak, w biały dzień, a potem wracamy do domu.
Zgadza się?
– Mniej więcej – potwierdził Henry.
– A jeśli nie nadejdzie sam? A co, jeśli przyplącze się jeszcze ktoś?
– Pobyt w lesie w wiosenne popołudnie nie jest przestępstwem – zauważył Henry. – Dopóki nie
spadnie, możemy w każdym momencie odstąpić od naszego planu. To będzie trwało tylko chwilę. Jeśli
natkniemy się na kogoś po drodze do samochodu, co moim zdaniem jest mało prawdopodobne, ale
gdyby tak się stało, zawsze możemy powiedzieć, że doszło do nieszczęśliwego wypadku i chcemy
sprowadzić pomoc.
– Ale jeśli ktoś nas zobaczy?
– Myślę, że to wyjątkowo mało prawdopodobne – oznajmił Henry, z pluskiem wrzucając kostkę
cukru do kawy.
– Ale możliwe.
– Wszystko jest możliwe, ale los zadziała na naszą korzyść, jeśli tylko mu pozwolimy – przekonywał
Henry. – Jakie są szanse na to, że ktoś wcześniej niezauważony znajdzie się w tak odludnym miejscu
akurat w tym ułamku sekundy, który jest potrzebny, żeby go zepchnąć?
– Nie można tego wykluczyć.
– Niczego nie można wykluczyć, Francis. Dzisiaj może go przejechać samochód, co bardzo
ułatwiłoby nam wszystkim życie.
Przez okno wpadał delikatny, wilgotny wiatr pachnący deszczem i kwiatami jabłoni. Zgrzałem się,
nawet tego nie zauważywszy, i podmuch wiatru na policzku sprawił, że poczułem się lepki od potu
i zakręciło mi się w głowie.
Charles odchrząknął i odwróciliśmy się w jego stronę.
– Czy wiesz… – zaczął. – To znaczy jesteś pewien, że tam jest dostatecznie wysoko? A co, jeśli…
– Byłem tam dzisiaj z centymetrem – poinformował Henry. – Najwyższy punkt ma wysokość
prawie piętnastu metrów, co powinno spokojnie wystarczyć. Najtrudniej będzie go tam zwabić. Jeśli
spadnie z mniejszej wysokości, najwyżej złamie nogę. Oczywiście dużo będzie zależeć od samego
upadku. Dla naszych celów lepiej byłoby tyłem niż przodem.
– Ale ja słyszałem, że ludzie wypadali z samolotu i przeżywali – powiedział Francis. – A jeśli
spadnie i się nie zabije?
Henry sięgnął za szkła okularów i potarł jedno oko.
– Więc tak, dnem wąwozu płynie strumień – rzekł. – Nie ma tam za dużo wody, ale wystarczy. Tak
czy inaczej, będzie nieprzytomny. Trzeba będzie go tam zaciągnąć i przytrzymać mu głowę pod wodą…
to nie powinno zająć dłużej niż parę minut. Gdyby się okazało, że nie stracił przytomności, może paru
z nas będzie musiało zejść i go tam podprowadzić…
Charles przesunął dłonią po wilgotnym, zarumienionym czole.
– O Jezu – jęknął. – O Boże. Posłuchajcie tylko siebie.
– O co chodzi?
– Czy my nie oszaleliśmy?
– O czym ty mówisz?
– Zwariowaliśmy. Odbiło nam. Jak to możliwe, że chcemy to zrobić?
– Nie jestem tym zachwycony bardziej od ciebie.
– To jakieś szaleństwo. Nie wiem, jak możemy w ogóle o tym rozmawiać. Musimy wymyślić coś
innego.
Henry wysączył łyk kawy.
– Jeśli masz jakiś pomysł – powiedział – chętnie posłucham.
– No więc… może by tak po prostu wyjechać? Wsiąść dziś w nocy do samochodu i odjechać?
– Dokąd? – spytał beznamiętnie Henry. – Za co?
Charles milczał.
– Teraz tak – dodał Henry, ołówkiem nanosząc na mapę linię. – Myślę, że dosyć łatwo będzie się
stamtąd niepostrzeżenie ulotnić, ale powinniśmy szczególnie uważać przy skręcie na żwirówkę i przy
wyjeździe na autostradę.
– Skorzystamy z mojego wozu czy z twojego? – spytał Francis.
– Myślę, że z mojego. Ten twój przyciąga uwagę.
– Może powinniśmy wynająć?
– Nie. Przez coś takiego wszystko może się posypać. Jeśli będziemy zachowywać się, jak gdyby
nigdy nic, nikt się nami nie zainteresuje. Ludzie nie zwracają uwagi na dziewięćdziesiąt procent tego, co
widzą.
Nastąpiła przerwa.
Charles odkaszlnął słabo.
– A potem? – dopytywał się. – Po prostu wrócimy do siebie?
– Po prostu wrócimy do siebie – potwierdził Henry. Przypalił papierosa. – Naprawdę nie ma się
czym martwić – dodał, wytrząsając z pudełka zapałkę. – Plan wydaje się ryzykowny, ale jeśli logicznie
na to popatrzeć, nie mógłby być bezpieczniejszy. To w ogóle nie będzie wyglądało na morderstwo. I kto
prócz nas wie, że mamy powód, żeby go zabić? Tak, tak – rzekł niecierpliwie, gdy próbowałem mu
przerwać. – Ale bardzo bym się zdziwił, gdyby powiedział komuś jeszcze.
– Skąd możesz wiedzieć, co zrobił? Mógł wygadać połowie ludzi na tej imprezie.
– Ale jestem gotów się założyć, że tego nie zrobił. Bunny jest nieprzewidywalny, oczywiście, lecz
w tym momencie w jego działaniach wciąż można dostrzec resztki zdrowego rozsądku. Miałem powody
przypuszczać, że tobie wygada się najpierw.
– Niby dlaczego?
– Chyba nie sądzisz, że przez przypadek ze wszystkich osób, którym mógł powiedzieć, wybrał
akurat ciebie?
– Nie wiem, byłem pod ręką, miał do mnie najbliżej.
– Komu jeszcze może powiedzieć? – spytał niecierpliwie Henry. – Nigdy nie pójdzie prosto na
policję. Gdyby to zrobił, ryzykowałby nie mniej niż my. I z tego samego powodu nie odważy się
powiedzieć komuś obcemu. Co pozostawia bardzo wąskie grono potencjalnych powierników. Po
pierwsze Marion. Poza tym rodzice. Po trzecie Cloke. Morrow, małe szanse. I ty.
– A skąd wiesz, że nie powiedział na przykład Marion?
– Bunny może i jest głupi, ale nie aż tak. Do obiadu następnego dnia wiedziałaby o sprawie cała
uczelnia. Cloke to kiepski kandydat z innych powodów. Nie traci tak łatwo głowy, ale mimo wszystko
nie jest godny zaufania. Kapryśny i nieodpowiedzialny. I bardzo interesowny. Bunny go lubi, chyba
nawet podziwia, ale nigdy by do niego nie poszedł z czymś takim. I nie powiedziałby swoim rodzicom,
co to, to nie. Na pewno stanęliby za nim, ale bez wątpienia od razu zawiadomiliby policję.
– A Morrow?
Henry wzruszył ramionami.
– Cóż, może powiedzieć Morrowowi. Jestem gotów przyznać, że taka możliwość istnieje. Ale jeszcze
tego nie zrobił i moim zdaniem wszystko wskazuje na to, że nie zrobi, przynajmniej w najbliższym
czasie.
– Czemu nie?
Henry uniósł brew, spoglądając na mnie.
– Jak myślisz, komu Morrow będzie bardziej skłonny uwierzyć?
Nikt nic nie powiedział. Henry zaciągnął się głęboko papierosem.
– A więc – rzekł i wypuścił dym. – Proces eliminacji. Nie powiedział Marion ani Cloke’owi ze
strachu, że wygadają innym. Nie powiedział swoim rodzicom, z tego samego powodu,
i prawdopodobnie nie zrobi tego, chyba że w ostateczności. Więc ile zostaje mu możliwości? Tylko
dwie. Mógłby powiedzieć Morrowowi, który by mu nie uwierzył, albo tobie, bo mógłbyś mu uwierzyć
i zatrzymać to dla siebie.
Wbijałem w niego wzrok.
– To tylko domysły – odezwałem się w końcu.
– Wcale nie. Myślisz, że gdyby komuś powiedział, siedzielibyśmy tu teraz? Myślisz, że gdy zwierzył
się tobie, zaryzykuje i wypapla jeszcze komuś, zanim się dowie, jaka jest twoja reakcja? Jak sądzisz,
dlaczego dzisiaj do ciebie dzwonił? Dlaczego cały dzień dawał się nam we znaki?
Nie odpowiadałem.
– Bo – kontynuował Henry – badał grunt. Zeszłej nocy był pijany, nakręcił się. Dzisiaj nie jest
pewien, co o tym sądzisz. Chce poznać czyjąś opinię. I w twojej reakcji będzie szukał wskazówki do
działania.
– Nie rozumiem – powiedziałem.
Henry wysączył kolejny łyk kawy.
– Czego nie rozumiesz?
– Dlaczego tak ci się cholernie spieszy, żeby się go pozbyć, jeśli uważasz, że nie wygada nikomu
oprócz mnie.
Wzruszył ramionami.
– Nikomu nie wygadał. Jeszcze. Co nie znaczy, że bardzo szybko tego nie zrobi.
– Może uda mi się go od tego odwieść.
– Szczerze mówiąc, wolałbym nie podejmować tego ryzyka.
– Ale mówisz o podjęciu dużo większego.
– Słuchaj – odparł spokojnie Henry, podnosząc głowę i przyszpilając mnie spojrzeniem
zaczerwienionych oczu. – Wybacz, że będę mówił otwarcie, ale jeśli ci się wydaje, że masz jakiś wpływ
na Bunny’ego, to się grubo mylisz. Nie przepada za tobą i jeśli mogę mówić szczerze, z tego co wiem,
nigdy cię nie lubił. Gdybyś akurat ty próbował interweniować, skutki byłyby katastrofalne.
– W końcu to do mnie przyszedł.
– Z oczywistych powodów, z których żaden nie jest zbyt sentymentalny. – Wzruszył ramionami. –
Dopóki trzymał język za zębami, mog​liśmy czekać bez końca. Ale ty byłeś dzwonkiem alarmowym,
Richard. Najpierw powiedział tobie… pomyśli, nie było tak źle, nic się nie stało… dwa razy łatwiej
będzie mu powiedzieć drugiej osobie. I trzeciej. Zrobił pierwszy krok na równi pochyłej. Teraz, kiedy
do tego doszło, obawiam się, że kolejne wydarzenia będą następowały po sobie bardzo szybko.
Pociły mi się dłonie. Chociaż okno było otwarte, kuchnia wydawała się parna i duszna. Słyszałem,
jak oddychają; ciche, miarowe wdechy i wydechy następujące z potworną regularnością, cztery płuca
wysysające resztki tlenu.
Henry splótł palce i wygiął je, wyciągając do przodu ramiona, aż trzasnęły knykcie.
– Jeśli chcesz, możesz już iść – zwrócił się do mnie.
– Mam sobie pójść? – spytałem dość ostro.
– Możesz zostać – powiedział. – Ale nie ma ku temu powodu. Chciałem, żebyś mniej więcej znał
nasze zamiary, ale w pewnym sensie im mniej poznasz szczegółów, tym lepiej. – Ziewnął. –
O niektórych rzeczach musiałeś się dowiedzieć, jak przypuszczam, ale obawiam się, że oddałem ci
niedźwiedzią przysługę, wtajemniczając cię tak bardzo.
Wstałem i rozejrzałem się po zebranych.
– No nic – bąknąłem. – Dobra.
Francis spojrzał na mnie, unosząc brew.
– Życz nam szczęścia – powiedział Henry.
Poklepałem go nieporadnie po ramieniu.
– Powodzenia – rzuciłem.
Charles, niewidoczny dla Henry’ego, przechwycił moje spojrzenie. Uśmiechnął się i bezgłośnie
wypowiedział słowa: „Zadzwonię jutro, okej?”.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, poczułem, jak zalewa mnie fala wzruszenia. Obawiając się, że
powiem albo zrobię coś dziecinnego, coś, czego będę żałował, narzuciłem na siebie płaszcz, długim
haustem dopiłem kawę i wyszedłem bez choćby najbardziej zdawkowego pożegnania.
Wracając do domu przez ciemny las, ze spuszczoną głową i z rękami w kieszeniach, o mało nie
zderzyłem się z Camillą. Była mocno pijana, do tego w szampańskim humorze.
– Cześć – pozdrowiła mnie, wsuwając mi rękę pod ramię i prowadząc mnie w kierunku, z którego
właśnie wracałem. – Nie zgadniesz! Miałam randkę.
– Słyszałem.
Zaśmiała się: cichy, uroczy chichot, który rozgrzał mnie tak, że zrobiło mi się ciepło koło serca.
– Czy to nie zabawne? – zapytała. – Czuję się jak szpieg w spódnicy. Bunny właśnie wrócił do
siebie. Problem polega na tym, że chyba spodobałam się Cloke’owi.
Było tak ciemno, że prawie jej nie widziałem. Ciężar jej ramienia był cudownie przyjemny, a na
policzku czułem jej ciepły, przesycony dżinem oddech.
– Cloke zachowywał się porządnie? – spytałem.
– Tak, był bardzo miły. Postawił mi kolację i kilka tych czerwonych drinków, które smakują jak
lody.
Wyszliśmy z lasu na wyludnione, niebiesko oświetlone ulice północnego Hampden. W świetle
księżyca wszystko tonęło w ciszy i wyglądało obco. Leciutki wiatr poruszał dzwoneczkami na czyjejś
werandzie.
Gdy się zatrzymałem, pociągnęła mnie za rękę.
– Nie idziesz? – zdziwiła się.
– Nie.
– Czemu nie?
Włosy miała zmierzwione, a śliczne usta zaróżowione drinkiem o smaku lodów – wystarczył rzut
oka, by się domyślić, że Camilla nie ma najmniejszego pojęcia o tym, co się działo u Henry’ego.
Wiedziałem, że nazajutrz pojedzie z całą resztą. Ktoś pewnie powie, że nie musi jechać, ale i tak
w końcu się z nimi zabierze.
Odkaszlnąłem.
– Słuchaj – powiedziałem.
– Co?
– Chodźmy do mnie.
Zmarszczyła brwi.
– Teraz?
– Tak.
– Czemu?
Dzwoneczki znów zadźwięczały: srebrzyście, złowrogo.
– Bo tego chcę.
Wpatrywała się we mnie z biernym, pijanym spokojem, stojąc chwiejnie na zewnętrznych
krawędziach stóp w czarnych rajstopach, toteż noga w kostce była skręcona do środka na kształt
zdumiewającego, lekkiego L.
Jej dłoń spoczęła w mojej. Ścisnąłem ją mocno. Księżyc przysłaniały pędzące po niebie chmury.
– Chodźmy – nalegałem.
Stanęła na palcach i poczułem chłodny, miękki pocałunek, który smakował jak lody. „Ech, ty”,
pomyślałem, czując, jak serce wali mi szybko i płytko.
Wyrwała mi się nagle.
– Muszę lecieć – powiedziała.
– Proszę cię, nie idź jeszcze.
– Muszę. Będą się zastanawiać, gdzie przepadłam.
Pocałowała mnie szybko, po czym odwróciła się i zaczęła iść ulicą. Odczekałem, aż skręci na rogu,
wcisnąłem ręce do kieszeni i ruszyłem w drogę powrotną do siebie.
Następnego dnia zerwałem się ze snu powitany zimnym światłem i dolatującym z któregoś pokoju
dudnieniem muzyki. Było późno, południe, może nawet popołudnie; sięgnąłem po zegarek na stoliku
nocnym i znów aż zadrżałem, tym razem jeszcze gwałtowniej. Była za piętnaście trzecia. Wyskoczyłem
z łóżka i zacząłem się pospiesznie ubierać, nie próbując nawet się golić ani czesać.
Na korytarzu, naciągając na siebie marynarkę, dostrzegłem Judy Poo​vey zbliżającą się dziarskim
krokiem. Była odstawiona, jak na Judy, i szła z przekrzywioną głową, próbując zapiąć kolczyk.
– Idziesz? – spytała, gdy mnie zobaczyła.
– Gdzie niby? – bąknąłem zdezorientowany, z ręką cały czas na klamce.
– A ty z Marsa się urwałeś czy co?
Wytrzeszczałem na nią oczy.
– Impreza – rzuciła niecierpliwie. – „Powitanie wiosny”. Przy akademiku Jennings. Zaczęła się
godzinę temu.
Miała zaczerwienione, królicze krawędzie nozdrzy i wytarła nos dłonią z pomalowanymi na
czerwono paznokciami.
– Niech zgadnę, co robiłaś – powiedziałem.
Zaśmiała się.
– Mam jeszcze sporo tego towaru. Jack Teitelbaum był w zeszły weekend w Nowym Jorku
i przywiózł cały zapas. A Laura Stora ma ecstasy, z kolei ten świr, który mieszka w suterenie
Durbinstall… wiesz, ten student chemii, właśnie ugotował wielką partię mety. Chcesz mi powiedzieć, że
nie wiedziałeś o tej imprezie?
– Nie.
– „Powitanie wiosny” to największa impra sezonu. Wszyscy od miesięcy się do niej przygotowują.
Chociaż szkoda, że nie odbyła się wczoraj, było tak ładnie. Jadłeś obiad?
Miała na myśli: czy wychodziłem od rana z pokoju.
– Nie – odpowiedziałem.
– To znaczy pogoda jest całkiem okej, ale zrobiło się chłodnawo. Wyszłam na dwór i pomyślałam:
o cholera. Więc jak: idziesz czy nie?
Popatrzyłem na nią nieprzytomnie. Opuszczając swój pokój, nie miałem zielonego pojęcia, dokąd się
wybieram.
– Muszę coś wszamać – powiedziałem w końcu.
– Dobry pomysł. W zeszłym roku poszłam na głodniaka, a potem napaliłam się trawy i wypiłam coś
około trzydziestu martini. Czułam się spoko i w ogóle, ale potem pojechaliśmy do tego wesołego
miasteczka. Pamiętasz? Fun O’Rama. A, zdaje się, że cię tu wtedy nie było. W każdym razie. Duży błąd.
Piłam od kilku godzin, spaliłam się na słońcu… Był tam ze mną Jack Teitelbaum i cała paczka. Nie
zamierzałam wchodzić, wiesz, na żadną karuzelę, ale pomyślałam sobie, co tam. Diabelski młyn. Mogę
się przejechać, spoko…
Wysłuchałem uprzejmie reszty historii, która skończyła się, jak było do przewidzenia,
spektakularnymi torsjami Judy za budką z hot dogami.
– Więc w tym roku mówię sobie: nie ma mowy. Tylko koka. „Koka to jest to!” A przy okazji,
powinieneś przyprowadzić tego swojego kumpla, jak mu tam… Bunny. Siedzi w bibliotece.
– Co? – spytałem, nagle zamieniając się w słuch.
– Tak. Wyciągnij go. Niech zorganizuje fajki wodne czy coś takiego.
– Jest w bibliotece?
– No. Przed chwilą widziałam go przez okno czytelni. A on nie ma samochodu?
– Nie.
– Bo pomyślałam sobie, że mógłby nas podwieźć. Do Jennings jest kawałek drogi. A może i nie,
może to tylko mnie tak się wydaje. Jestem w fatalnej formie, mówię ci, muszę się znowu zapisać na jakiś
aerobik.
Wtedy była już trzecia. Zamknąłem pokój na klucz i skierowałem swoje kroki do biblioteki, nerwowo
pobrzękując kluczem w kieszeni.
Był to dziwny, bezwietrzny, przytłaczający dzień. Kampus wydawał się wyludniony –
podejrzewałem, że wszyscy są na imprezie – a zielony trawnik i pstrokate tulipany ciche i wyczekujące
pod zachmurzonym niebem. Gdzieś zaskrzypiała okiennica. Nad moją głową, w groźnych czarnych
szponach drzewa wiązu konwulsyjnie zatrzepotał latawiec, po czym znieruchomiał. To jest Kansas,
pomyślałem. Kansas przed uderzeniem cyklonu.
Biblioteka przypominała grobowiec, rozświetlona od środka chłodnym blaskiem świetlówek, który
z kolei sprawiał, że popołudnie wydawało się chłodniejsze i bardziej szare niż w rzeczywistości. Okna
czytelni były jasne i puste; regały, wolne miejsca, ani żywej duszy.
Bibliotekarka, jędza o imieniu Peggy, czytała za swoim biurkiem „Women’s Day” i nawet nie
podniosła wzroku. Kserokopiarka szumiała cicho w kącie. Wszedłem po schodach na piętro
i przeszedłem do czytelni, okrążając dział obcojęzyczny. Była pusta, tak jak myślałem, ale przy jednym
ze stolików z przodu dostrzegłem gniazdko z książek, zmiętych kartek i zatłuszczonych torebek po
frytkach. Mogła je uwić tylko jedna osoba.
Podszedłem bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć. Miejsce to sprawiało wrażenie opuszczonego przed
chwilą; stała tam puszka gazowanego napoju winogronowego, w trzech czwartych pusta, wciąż zroszona
i chłodna w dotyku. Przez moment zastanawiałem się, co zrobić – może wyszedł tylko do łazienki, może
za chwilę wróci – i już miałem odejść, gdy zauważyłem liścik.
Na tomie encyklopedii leżała przybrudzona, złożona na pół kartka w linie, podpisana na zewnątrz
maleńkim maczkiem Bunny’ego: „Marion”. Otworzyłem ją i przeczytałem szybko:
Staruszko,
Umieram z nudów. Idę na imprezę po browar. Widzimy się później.
B
Złożyłem liścik i klapnąłem na podłokietnik krzesła Bunny’ego. Bunny chodził na swoje spacery,
jeśli w ogóle, około pierwszej po południu. Teraz była trzecia. Poszedł na imprezę. Nie spotkali go.
Zszedłem na parter schodami od tyłu i udałem się do budynku Świetlicy, którego czerwona ceglana
fasada rysowała się płasko jak teatralna scenografia na tle pustego nieba. Stamtąd zadzwoniłem
z automatu do Henry’ego. Nie odbierał. Tak jak i bliźnięta.
Świetlica była wyludniona, nie licząc paru zasuszonych woźnych w podeszłym wieku i damy
w rudej peruce, która przez cały weekend siedziała przy centrali telefonicznej i robiła na drutach, nie
zwracając uwagi na przychodzące połączenia. Jak zwykle światełka migały jak szalone, a ona siedziała
odwrócona do nich plecami, nie zważając na nie jak ów pechowy radiotelegrafista na pokładzie
Californian tamtej nocy, gdy zatonął Titanic. Minąłem ją i przeszedłem korytarzem do automatów, gdzie
kupiłem sobie wodnistą kawę, po czym wróciłem do telefonu ponowić próbę. Wciąż bez rezultatu.
Odwiesiłem słuchawkę i zawędrowałem z powrotem do pustej sali, niosąc pod pachą znalezioną na
poczcie uczelnianą gazetkę. Usiadłem w fotelu przy oknie, żeby wypić kawę.
Minęło piętnaście minut, potem dwadzieścia. Gazetka podziałała na mnie przygnębiająco. Wydawało
się, że absolwenci Hampden po skończeniu studiów nie robią nic innego, tylko otwierają małe sklepiki
z ceramiką w Nantucket lub lądują w nepalskich aśramach. Odłożyłem ją i zacząłem bezmyślnie
wyglądać przez okno. Światło na zewnątrz było bardzo dziwne. Coś w nim sprawiało, że zieleń trawy
stawała się intensywniejsza, wielka połać trawnika wyglądała więc aż nienaturalnie, jakby rozświetlona,
niezupełnie z tego świata. Amerykańska flaga, surowa i samotna na tle fioletowego nieba, łopotała na
mosiężnym maszcie.
Siedziałem i wpatrywałem się w nią przez minutę, a potem, nagle, nie mogąc usiedzieć ani chwili
dłużej, narzuciłem na siebie płaszcz i ruszyłem w stronę wąwozu.
W lesie – zielonym, czarnym i zastygłym – mrocznym, z wonią błota i rozkładu, panowała grobowa
cisza, złowroga jak nigdy dotąd. Wiatr ustał, ptaki umilkły, nie drżał ani jeden liść. Kwiaty dereni
zamarły, białe, surrealistyczne na tle ciemniejącego nieba, w ciężkim powietrzu.
Przyspieszyłem kroku, słysząc trzask gałązek pod stopami oraz własny chrapliwy oddech w uszach,
i niebawem ścieżka doprowadziła mnie na polanę. Stałem tam, oddychając głęboko, i dopiero po chwili
zorientowałem się, że nikogo tam nie ma.
Wąwóz rozciągał się na lewo – surowy, zdradziecki, opadający stromo ku skałom w dole. Ostrożnie,
starając się nie zbliżać zanadto do krawędzi, przeszedłem do urwiska, żeby mieć lepszy widok. Wszędzie
panował całkowity bezruch. Odwróciłem się w stronę lasu, z którego właśnie wyszedłem.
I wtedy, ku memu niebotycznemu zdumieniu, usłyszałem cichy szelest i zupełnie znikąd ukazała się
głowa Charlesa.
– Cześć – zawołał uradowanym szeptem. – Co ty, u diabła…?
– Cicho bądźcie – odezwał się raptownie czyjś głos i chwilę potem, jak za sprawą czarów,
zmaterializował się Henry, wyłoniwszy się z zarośli.
Zaniemówiłem z przejęcia. Henry patrzył na mnie, mrugając powiekami, poirytowany, i już miał coś
powiedzieć, gdy trzasnęły gałęzie, odwróciłem się zaskoczony i ujrzałem Camillę w spodniach khaki,
która schodziła z drzewa.
– Co się dzieje? – gdzieś bardzo blisko rozległ się głos Francisa. – Mogę już zapalić?
Henry nie odpowiedział.
– Co ty tu robisz? – spytał rozzłoszczonym tonem.
– Dzisiaj jest impreza.
– Co?
– Impreza. On tam teraz jest. – Zrobiłem pauzę. – Nie przyjdzie.
– Widzicie, a nie mówiłem? – rzekł z pretensją Francis, ostrożnie wychodząc z zarośli i wycierając
ręce. Ubrany był w całkiem elegancki garnitur, jak to on, niezbyt stosownie do okazji. – Nikt mnie nie
słucha. Mówiłem godzinę temu, żeby wracać.
– Skąd wiesz, że poszedł na imprezę? – spytał Henry.
– Zostawił wiadomość. W bibliotece.
– Wracajmy – zaproponował Charles, nasadą dłoni ścierając z policzka plamę błota.
Henry zignorował go.
– Niech to szlag – przeklął i pokręcił szybko głową, jak pies otrząsający się z wody. – A tak bardzo
liczyłem, że w końcu uda nam się z tym skończyć.
Nastąpiła dłuższa cisza.
– Jestem głodny – oznajmił Charles.
– Ja umieram z głodu – podchwyciła w zamyśleniu Camilla, a po chwili otworzyła szerzej oczy. – O,
nie.
– Co jest? – powiedzieli wszyscy naraz.
– Kolacja. Dzisiaj jest niedziela. Przyjdzie do nas na kolację.
Zapadło ponure milczenie.
– Nie pomyślałem o tym – przyznał Charles. – Ani przez chwilę.
– Ja też nie – zawtórowała mu Camilla. – I w domu nie ma nic do jedzenia.
– Będziemy się musieli po drodze zatrzymać w jakimś sklepie.
– Co możemy kupić?
– Nie wiem. Coś na szybko.
– Jesteście niemożliwi, jedno i drugie – zdenerwował się Henry. – Przypominałem wam o tym
wczoraj wieczorem.
– Ale zapomnieliśmy – powiedziały jednocześnie bliźnięta rozpaczliwym tonem.
– Jak mogliście?
– Cóż, jeśli budzisz się z zamiarem zamordowania kogoś o drugiej, raczej się nie zastanawiasz, czym
nakarmisz zwłoki na kolację.
– Jest sezon na szparagi – podsunął uczynnie Francis.
– Tak, ale czy mają je w Food Kingu?
Henry westchnął i ruszył w stronę lasu.
– Dokąd idziesz? – spytał zaniepokojony Charles.
– Zamierzam wykopać kilka paproci. Potem możemy wracać.
– Oj, darujmy sobie – zniecierpliwił się Francis. Przypalił papierosa i wyrzucił zapałkę. – Nikt nas
nie zobaczy.
Henry odwrócił się.
– Ktoś mógłby. A wtedy chciałbym mieć coś, co usprawiedliwi naszą obecność tutaj. I podnieś tę
zapałkę – zwrócił się cierpko do Francisa, który wypuścił z ust obłok dymu i wbijał w niego gniewne
spojrzenie.
Z każdą minutą robiło się coraz ciemniej – i zimniej. Zapiąłem marynarkę i usiadłem na wilgotnej
skale nad wąwozem, skąd spoglądałem na błotnisty, przysypany liśćmi strumyk w dole, jednym uchem
słuchając bliźniąt, które się spierały o to, co przyrządzić na kolację. Francis opierał się o drzewo, paląc
papierosa. Po pewnym czasie zgasił go o podeszwę buta i podszedł do mnie, żeby usiąść obok.
Mijały minuty. Niebo było tak zachmurzone, że przybrało niemal odcień purpury. Po drugiej stronie
wąwozu wiatr zakołysał jaśniejącą kępą brzóz. Zadrżałem. Bliźnięta kłóciły się monotonnie. Za każdym
razem, gdy były w takim nastroju – zdenerwowane, zmartwione – zachowywały się jak animowane
sroki z kreskówki o Heckle i Jeckle.
Nagle z leśnych zarośli wyłonił się Henry, wycierając o spodnie zabłocone ręce.
– Ktoś idzie – ostrzegł cicho.
Bliźnięta zamilkły i wytrzeszczyły na niego oczy.
– Co? – wydusił z siebie Charles.
– Od strony lasu. Posłuchajcie.
Umilkliśmy, spoglądając po sobie. Chłodny wiatr zaszeleścił wśród drzew i na polanę wyfrunął
deszcz białych płatków kwitnących dereni.
– Nic nie słyszę – powiedział Francis.
Henry przycisnął palec do ust. Cała nasza piątka znieruchomiała w oczekiwaniu. Wciągnąłem
powietrze i już miałem się odezwać, gdy nagle rzeczywiście coś usłyszałem.
Kroki, trzask gałązek. Spojrzeliśmy po sobie. Henry zagryzł wargę i rozejrzał się szybko. Wąwóz nie
był niczym porośnięty, nie mieliśmy się gdzie schować, reszta naszej grupy nie mogła bezszelestnie
przebiec przez polanę do lasu. Już miał coś powiedzieć, gdy wtem zaszumiały zarośla, gdzieś bardzo
blisko, i Henry dał nura między dwa drzewa jak ktoś, kto chowa się w drzwiach na ulicy.
Cała reszta, unieruchomiona na otwartym terenie, spoglądała po sobie i na Henry’ego, oddalonego
o dziesięć metrów, bezpiecznie ukrytego wśród drzew. Zamachał do nas niecierpliwie. Usłyszałem nagły
trzask kroków na żwirze i nie zdając sobie w pełni sprawy z tego, co robię, odwróciłem się nerwowo
i udawałem, że oglądam pień pobliskiego drzewa.
Kroki zbliżały się. Czując dreszcze na karku, pochyliłem się, by jeszcze dokładniej zbadać pień:
srebrzysta kora, chłodna w dotyku, mrówki wymaszerowujące ze szczeliny błyszczącą czarną linią.
Nagle – ledwo to zarejestrowałem – kroki ucichły tuż za moimi plecami.
Podniosłem wzrok i ujrzałem Charlesa. Patrzył prosto przed siebie z upiornym wyrazem twarzy i już
miałem go spytać, co się dzieje, gdy tuż za mną, wprawiając mnie w straszne, pełne niedowierzania
osłupienie, rozległ się głos Bunny’ego.
– No nie, nie mogę – powiedział z werwą. – Co to jest? Zebranie kółka przyrodniczego?
Odwróciłem się. To naprawdę był Bunny w całej swej okazałości, stojący za mną w obszernym
żółtym płaszczu przeciwdeszczowym sięgającym prawie do kostek.
Zapadła potworna cisza.
– Cześć, Bun – odezwała się słabo Camilla.
– A, cześć. – Miał ze sobą butelkę piwa (Rolling Rock, zabawne, że to pamiętam) i pociągnął z niej
długi, gulgoczący łyk, odchyliwszy do tyłu głowę. – Uff – sapnął. – Ostatnio strasznie często chowacie
się po lasach. Wiesz – dodał, szturchając mnie w bok – próbowałem się z tobą skontaktować.
Nagła, dudniąca bliskość jego osoby była dla mnie nie do zniesienia. Wpatrywałem się w niego
oszołomiony, gdy znowu napił się piwa, opuścił butelkę i otarł usta wierzchem dłoni. Stał tak blisko, że
czułem ciężkość jego mocnych, piwnych oddechów.
– Ach – westchnął, odgarniając włosy znad oczu, i beknął. – Więc co tu się dzieje, jeleniobójcy?
Wszyscy przywlekliście się tutaj, żeby po prostu pooglądać roślinki?
Rozległ się szelest i ciche, przepraszające odkaszlnięcie od strony lasu.
– Cóż, niezupełnie – odpowiedział spokojny głos.
Bunny odwrócił się zaskoczony (ja zresztą też) i ujrzał Henry’ego wyłaniającego się z cienia.
Henry podszedł bliżej i przyjrzał się Bunny’emu z miłym wyrazem twarzy. W ręku trzymał rydel,
a ręce miał czarne od ziemi.
– Cześć – przywitał się. – To dopiero niespodzianka.
Bunny posłał mu długie, surowe spojrzenie.
– Jezu – powiedział. – A ty co tam robisz? Grzebiesz kogoś?
Henry uśmiechnął się.
– Właściwie to dobrze się składa, że przyszedłeś.
– Tu się odbywa jakiś zlot?
– A wiesz, że rzeczywiście? – odrzekł po przerwie Henry uprzejmym tonem. – Niewykluczone, że
tak to można określić.
– Niewykluczone – powtórzył szyderczo Bunny.
Henry zagryzł dolną wargę.
– Tak – powiedział zupełnie poważnie. – Niewykluczone. Chociaż sam nie użyłbym tego słowa.
Wszystko trwało w zupełnym bezruchu. Gdzieś z daleka, z lasu, doleciał mnie cichy, niedorzeczny
chichot dzięcioła.
– Powiedzcie mi – rzekł Bunny i chyba po raz pierwszy wychwyciłem nutę podejrzliwości. – Co wy
tu, do pioruna, kombinujecie?
Las był cichy jak makiem zasiał.
Henry uśmiechnął się.
– Jak to co? Szukamy młodych paproci – odparł i zrobił krok w jego stronę.
* Fragment wiersza Charles’a Baudelaire’a Lete (przyp. red.).
** Fragment Środy popielcowej T.S. Eliota, tłum. A. Pomorski, Warszawa 2007, s. 93 (przyp. tłum.).
*** Fragment Iliady Homera, tłum. P. Popiel, Kraków 1900 (przyp. tłum.).
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
KSIĘGA II
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Dionizos był przecież Władcą Magicznej Iluzji, który mógł sprawić, by
winne grona wyrosły z deski okrętowej, i pokazać swym zwolennikom
świat taki, jakim nie jest naprawdę.
E.R. Dodds, Grecy i irracjonalność*
* Grecy i irracjonalność, tłum. J. Partyka, Bydgoszcz 2002, s. 76 (przyp. tłum.).
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Gwoli wyjaśnienia, nie uważam się za człowieka złego (choć brzmi to właśnie jak coś, co mogłoby
wyjść z ust zabójcy!). Za każdym razem, gdy czytam o głośnych morderstwach, poraża mnie uparta,
wzruszająca wręcz determinacja, z jaką grasujący po kraju dusiciele, wymachujący strzykawkami
pediatrzy oraz zdemoralizowani złoczyńcy wszelkiego autoramentu nie potrafią dostrzec w sobie zła,
a nawet czują się w obowiązku zapewniać o swej rzekomej przyzwoitości. „W zasadzie jestem bardzo
dobrym człowiekiem”. To słowa ostatniego seryjnego zabójcy – czeka go ponoć krzesło elektryczne –
który w Teksasie za pomocą krwawego toporka wysłał na tamten świat pół tuzina dyplomowanych
pielęgniarek. Z zainteresowaniem śledzę tę historię w prasie.
Ale choć nigdy nie uważałem się za człowieka wybitnie dobrego, nie mogę się przełamać i uwierzyć,
że jestem kimś z gruntu złym. Może po prostu myślenie o sobie w ten sposób jest niemożliwe, czego
doskonały przykład stanowi nasz teksański przyjaciel. To, czego się dopuściliśmy, było straszne, ale
mimo wszystko nie uważam, żeby któreś z nas było na wskroś złe, co możecie przypisać mojej słabości,
arogancji Henry’ego, zbyt dużej dawce tłumaczeń na grekę – czemu tylko chcecie.
Sam nie wiem. Może powinienem mieć lepsze wyobrażenie o tym, w co się pakuję. A jednak jakże
proste wydawało się to pierwsze zabójstwo – farmera. Upuszczony kamień, który opada na dno jeziora,
wywołując najwyżej leciutkie pomarszczenie wody na powierzchni. Drugie też było łatwe, przynajmniej
początkowo, ale nie domyślałem się nawet, jak wielka będzie różnica. Coś, co wzięliśmy za bezwolny,
zwykły ciężar (cichy plusk, szybki pęd w kierunku dna, ciemne wody zamykające się nad nim bez
śladu), w rzeczywistości okazało się ładunkiem głębinowym, który eksplodował właściwie bez
ostrzeżenia pod szklistą powierzchnią, a reperkusje tej eksplozji mogą wciąż być odczuwalne, nawet
teraz.
Pod koniec szesnastego wieku włoski fizyk Galileusz przeprowadził szereg eksperymentów, pragnąc
zbadać zachowanie spadających ciał – zrzucał więc różne przedmioty z Krzywej Wieży w Pizie
(podobno) i próbował obliczyć, z jakim przyspieszeniem spadają. Odkrył, co następuje: otóż spadające
ciała przyspieszają. Im dłużej spada dane ciało, tym szybciej się porusza. Prędkość spadającego ciała jest
równa przyspieszeniu grawitacyjnemu pomnożonemu przez czas opadania w sekundach. W skrócie:
zważywszy na zmienne w naszym przypadku, nasze konkretne spadające ciało przemieszczało się
z prędkością większą niż 9,7 metra na sekundę, nim runęło na kamienie na dnie przepaści.
Widzicie zatem, jak szybko było po wszystkim. I nie można zwolnić tego filmu ani zbadać
poszczególnych kadrów. Widzę teraz to, co widziałem wtedy, jak przewija się gładko, zwodniczo
podobne do nieszczęśliwego wypadku: deszcz żwiru, ramiona młócące powietrze, dłoń, która próbuje
chwycić gałąź i jej nie dosięga. Z zarośli wystrzela chmara przestraszonych wron, kraczących i ciemnych
na tle nieba. Przejście na Henry’ego cofającego się znad krawędzi. I wtedy film zacina się w projektorze
i ekran gaśnie. Consummatum est.
Jeśli leżąc po ciemku w łóżku, staję się mimowolną publicznością tego nieprzyjemnego dokumentu
(znika wraz z otwarciem oczu, ale zawsze gdy je zamykam, wyświetla się niestrudzenie od początku), nie
mogę się nadziwić, z jakim chłodem przedstawia ów incydent, jak dziwnie dobiera szczegóły, jak bardzo
wyzuty jest z emocji. Pod tym względem odzwierciedla zapamiętane doświadczenie precyzyjniej, niż
można sobie wyobrazić. Czas i wielokrotne projekcje przesyciły wspomnienie poczuciem zagrożenia
nieobecnym w oryginale. Przypatrywałem się wszystkiemu dosyć beznamiętnie – bez strachu, bez
litości, jedynie z pewnego rodzaju oszołomioną ciekawością – toteż wydarzenie to odcisnęło się
niezatarcie na moich nerwach optycznych, serce pozostawiając dziwnie niewzruszone.
Dopiero po wielu godzinach uświadomiłem sobie, co zrobiliśmy. Musiały minąć dni (miesiące,
lata?), nim zacząłem pojmować wagę tego czynu. Przypuszczam, że wcześniej po prostu za dużo o tym
myśleliś​my, za często o tym rozmawialiśmy, aż wreszcie nasz plan przestał być wytworem wyobraźni
i zaczął żyć własnym, strasznym życiem… Ani razu nie przyszło mi do głowy w jakimkolwiek
konkretnym sensie, że to wszystko jest czymś innym niż tylko grą. Poczucie nierzeczywistości
przenikało każdy, nawet najbardziej praktyczny szczegół, jak gdybyśmy planowali nie śmierć
przyjaciela, lecz fantastyczną podróż, w której realizację przynajmniej ja nigdy do końca nie wierzyłem.
„Niewykonalne są tylko rzeczy niewyobrażalne”. To coś, co powtarzał nam Morrow podczas zajęć
z greki, i choć sądzę, że chciał nas w ten sposób zachęcić do bardziej rygorystycznego wysiłku
umysłowego, słowa te mają dość przewrotny związek z omawianą sprawą. Pomysł zamordowania
Bunny’ego był przerażający, nierealny; mimo to bezustannie na ten temat dywagowaliśmy,
przekonaliśmy samych siebie, że nie ma innego wyjścia, opracowywaliśmy plany, które wydawały się
nieco absurdalne i nieprawdopodobne, lecz okazały się całkiem skuteczne, gdy zostały poddane
próbie… Nie wiem. Parę miesięcy wcześniej przeraziłby mnie sam pomysł morderstwa w jakiejkolwiek
formie. Ale w owo niedzielne popołudnie, gdy byłem jego świadkiem, wydawało się czymś
najłatwiejszym na świecie. Jak szybko Bunny spadł w przepaść; jak szybko było już po wszystkim.
Z jakiegoś powodu trudno mi pisać tę część, głównie dlatego że z tematem tym nierozerwalnie wiąże się
zbyt wiele nocy takich jak ta (ściśnięty żołądek, nerwy napięte jak postronki, wskazówka zegara sunąca
letargicznie między czwartą a piątą nad ranem). Wywołuje też zniechęcenie, dochodzę bowiem do
wniosku, że wszelkie próby analizy są w gruncie rzeczy płonne. Nie wiem, dlaczego to zrobiliśmy. Nie
jestem też wcale przekonany, że gdyby okoliczności tego wymagały, nie popełnilibyśmy tej zbrodni raz
jeszcze. I jeśli odczuwam skruchę, na swój sposób, prawdopodobnie nie ma to większego znaczenia.
Żałuję też, że przedstawiam tak ogólnikową i rozczarowującą egzegezę czegoś, co właściwie stanowi
centralną część mojej opowieści. Zauważyłem, że nawet najbardziej gadatliwi i bezwstydni zabójcy są
dość powściągliwi w relacjonowaniu własnych zbrodni. Kilka miesięcy temu kupiłem w księgarni na
lotnisku autobiografię głośnego zabójcy i jakież było moje rozczarowanie, gdy się okazało, że jest
całkowicie wyjałowiona z wszelkiego rodzaju szokujących szczegółów. W momentach największego
suspensu (deszczowa noc, wyludniona ulica, palce zaciskające się na ślicznej szyi ofiary numer cztery)
nagle i nie bez pewnej wstydliwości historia przeskakuje do jakiejś zupełnie niezwiązanej z meritum
kwestii. (Czy czytelnik zdaje sobie sprawę, że autora poddano w więzieniu badaniu na iloraz inteligencji?
I że oszacowano, iż jego wynik jest zbliżony do tego, który uzyskał wirolog Jonas Salk?).
Zdecydowanie największą partię książki zajmowały starokawalerskie dywagacje na temat więziennej
egzystencji – kiepskie jedzenie, zabawy na placu spacerowym, nudne dziwactwa więziennych
recydywistów. Pięć dolarów wyrzuconych w błoto.
Jednakowoż w pewnym sensie wiem, jak się czuje mój kolega po fachu. Nie żeby wszystko
rozpłynęło się w czerni niepamięci, nic z tych rzeczy; tyle tylko, że samo zdarzenie przysłania mgła za
sprawą jakiegoś prymitywnego mechanizmu obronnego, który się wówczas włącza; tego samego
mechanizmu, jak sądzę, który pozwala ogarniętym paniką matkom wskakiwać do lodowatej wody lub
wbiegać do płonących budynków na ratunek dziecku; mechanizmu, który od czasu do czasu umożliwia
pogrążonej w głębokiej żałobie osobie dotrwać do końca pogrzebu bez jednej łzy. Pewne rzeczy są zbyt
straszne, by od razu ogarnąć je umysłem. Inne rzeczy – wyraziste, tryskające krwią, niezatarte w swej
okropności – są zbyt straszne, by je w ogóle przyswoić. Dopiero później, w samotności, w pamięci,
pojawia się świadomość: gdy prochy ostygły, gdy żałobnicy odeszli, gdy rozglądasz się i odnajdujesz
siebie – ku sporemu zaskoczeniu – w zupełnie innym świecie.
Kiedy wróciliśmy do samochodu, nie zaczęło jeszcze śnieżyć, ale las kulił się już pod niebem, cichy
i wyczekujący, jak gdyby wyczuwał ciężar lodu, który go przygniecie, nim zapadnie noc.
– Jezu, patrzcie na to błoto – przeraził się Francis, gdy podskoczyliś​my na kolejnym wyboju na
drodze, a na okno trysnęła brązowa maź, bębniąc przy tym głucho.
Henry zredukował bieg do pierwszego.
Następny wybój, i to taki, że zaszczękały mi zęby. Gdy próbowaliśmy wyjechać z zagłębienia,
opony zawyły, wzbijając świeże fontanny błota, i osunęliśmy się z powrotem tak gwałtownie, aż nami
zarzuciło. Francis opuścił szybę i wystawił głowę na zewnątrz.
– Rany boskie – usłyszałem jego głos. – Zatrzymaj się. Nie ma mowy, żebyśmy…
– Wyjedziemy z tej kałuży.
– Wątpię. Pogarszasz tylko sprawę. Jezu, Henry. Zatrzymaj…
– Zamknij się – warknął Henry.
Opony zawyły z tyłu. Bliźnięta, które siedziały obok mnie, jedno z jednej, drugie z drugiej strony,
odwróciły się, żeby wyjrzeć przez tylne okno na rozbryzgi błota. Henry raptownie wrzucił pierwszy bieg
i z nagłym zrywem, od którego urosło mi serce, wydostaliśmy się z kałuży.
Francis osunął się z powrotem na siedzenie. Był ostrożnym kierowcą i jazda samochodem z Henrym,
nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach, targała mu nerwy.
Po powrocie do Hampden podjechaliśmy do mieszkania Francisa. Mieliśmy z bliźniętami się rozdzielić
i wrócić do siebie – ja na kampus, one do swojego mieszkania – a Henry i Francis doprowadzić do
porządku samochód. Henry wyłączył silnik. Cisza była niesamowita, wstrząsająca.
Zerknął na mnie w lusterku.
– Musimy pogadać – oznajmił.
– O co chodzi? – spytałem.
– O której wyszedłeś od siebie?
– Za piętnaście trzecia, coś koło tego.
– Ktoś cię widział?
– Właściwie to nie. Nic mi na ten temat nie wiadomo.
Schładzając się po długiej podróży, samochód stukał, syczał i sadowił się z zadowoleniem na swojej
ramie. Henry przez chwilę się nie odzywał i już miał coś powiedzieć, gdy Francis nagle wskazał coś za
oknem.
– Patrzcie – zawołał. – To śnieg?
Bliźnięta pochyliły nisko głowy, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Henry, przygryzając dolną wargę, nie
zwracał uwagi na jego słowa.
– Nasza czwórka – powiedział w końcu – była po południu w Hampden, podwójny seans
w Orpheum, który trwał od pierwszej do za piętnaście piąta. Później zrobiliśmy sobie krótką przejażdżkę
i wróciliśmy… – zerknął na zegarek – piętnaście po piątej. Jesteśmy kryci. Nie jestem pewien, co zrobić
z tobą.
– Dlaczego nie mogę powiedzieć, że byłem z wami?
– Bo nie byłeś.
– Kto się pozna?
– Kto? Kasjerka w kinie. Razem poszliśmy do kasy kupić bilety na popołudniowy seans, płacąc
banknotem studolarowym. Zapamiętała nas, zapewniam cię. Siedzieliśmy na balkonie, a potem
wymknęliśmy się wyjściem awaryjnym kwadrans po rozpoczęciu pierwszego filmu.
– Dlaczego nie mogłem do was dołączyć?
– Mogłeś, tylko że nie masz samochodu. I nie możesz powiedzieć, że podjechałeś taksówką, bo to
się da łatwo zweryfikować. Poza tym kręciłeś się po kampusie. Mówiłeś, że przed spotkaniem z nami
byłeś w Świetlicy?
– Tak.
– W takim razie możesz tylko powiedzieć, że potem wróciłeś prosto do siebie. Nie jest to idealne
alibi, ale w tym momencie nie masz wyboru. Na wypadek gdyby ktoś cię widział, co jest całkiem
prawdopodobne, załóżmy, że spotkaliśmy się w jakimś momencie po kinie. Powiedzmy, że
zadzwoniliśmy do ciebie o piątej i spotkaliśmy się na parkingu. I pojechałeś z nami do Francisa… to
wszystko niezbyt się klei, ale nic innego nie wymyślimy… i potem wróciłeś pieszo do siebie.
– W porządku.
– Jak będziesz w swoim akademiku, sprawdź na dole, czy między trzecią trzydzieści a piątą nikt nie
zostawił ci jakiejś wiadomości. Jeśli tak, musimy ustalić, dlaczego nie odebrałeś tych telefonów.
– Słuchajcie – wtrącił Charles. – Naprawdę się rozpadało.
Maleńkie płatki, ledwo widoczne nad czubkami sosen.
– I jeszcze jedno – dodał Henry. – Nie chcemy się zachowywać, jakbyśmy tylko czekali na jakąś
sensacyjną wiadomość. Wracamy do domu. Czytamy. Raczej nie powinniśmy się dzisiaj kontaktować,
chyba że oczywiście będzie to absolutnie konieczne.
– Nigdy nie widziałem, żeby padało o tej porze roku. – Francis wyglądał przez okno. – Wczoraj
było już ponad dwadzieścia stopni.
– Zapowiadali coś takiego? – spytał Charles.
– Nic nie słyszałem.
– Jezu. Popatrzcie tylko. Niedługo Wielkanoc.
– Nie rozumiem, dlaczego tak się tym ekscytujecie – burknął Henry. Posiadał pragmatyczną
farmerską wiedzę o tym, w jaki sposób warunki pogodowe wpływają na okres wzrostu, kiełkowania,
kwitnienia i tak dalej. – Ten śnieg zabije wszystkie kwiaty.
Szedłem do domu szybkim krokiem, bo było mi zimno. Listopadowa cichość jak śmiertelny oksymoron
zasnuwała kwietniowy krajobraz. Śnieg rozpadał się teraz na dobre, wielkie ciche płatki sypiące
w wiosennym lesie, białe bukiety rozpływające się w śnieżnym mroku: koszmarna, absurdalna kraina
wyjęta z baśni. Ścieżka wiodła pod rzędem jabłoni, rozkwitłych i lśniących, drżących w półmroku jak
szpaler bladych parasoli. Wielkie białe płatki unosiły się między nimi, senne i miękkie. Nie
zatrzymywałem się jednak, lecz jeszcze przyspieszyłem kroku. Miniona zima w Hampden rozbudziła we
mnie lęk przed śniegiem.
Na parterze nie czekały na mnie żadne wiadomości. Wszedłem na piętro do swojego pokoju,
przebrałem się, nie wiedziałem, co zrobić z rzeczami, które zdjąłem, pomyślałem, czy ich nie uprać,
zacząłem się zastanawiać, czy nie będzie to wyglądało podejrzanie, i w końcu wepchnąłem je na samo
dno kosza na pranie. Usiadłem na łóżku i spojrzałem na zegar.
Przyszła pora na kolację, ale chociaż przez cały dzień nic nie jadłem, nie byłem głodny. Podszedłem
do okna i patrzyłem, jak śnieżynki wirują w wysokich łukach światła nad kortami tenisowymi, po czym
przeszedłem z powrotem do łóżka i znów usiadłem.
Zegar tykał, odmierzając minuty. Znieczulenie, które pozwoliło mi przebrnąć przez wydarzenia tego
dnia, przestawało działać i z każdą mijającą sekundą myśl o tym, że mam przesiedzieć samotnie całą noc,
wydawała się coraz bardziej nieznośna. Włączyłem radio, wyłączyłem je, próbowałem czytać. Gdy się
okazało, że nie mogę się skupić na jednej książce, sięgnąłem po inną. Minęło ledwie dziesięć minut.
Wziąłem do rąk pierwszą książkę i odłożyłem ją. W końcu, wbrew podszeptom rozsądku, zszedłem na
dół do automatu i wybrałem numer Francisa.
Odebrał po pierwszym sygnale.
– Cześć – powiedział, gdy usłyszał, kto dzwoni. – Co się stało?
– Nic.
– Na pewno?
Dotarło do mnie mamrotanie Henry’ego w tle. Francis, odsunąwszy słuchawkę, mówił coś, czego
nie dosłyszałem.
– Co tam robicie? – spytałem.
– Nic takiego. Pijemy drinka. Zaczekaj chwileczkę, dobrze? – poprosił w odpowiedzi na kolejną
wymamrotaną wypowiedź.
Nastąpiła przerwa, niewyraźna wymiana zdań, a potem w słuchawce odezwał się rześki głos
Henry’ego.
– Co się dzieje? Gdzie jesteś? – spytał.
– U siebie.
– Jakieś problemy?
– Tak się tylko zastanawiam, może bym wpadł na drinka czy coś.
– To nie jest najlepszy pomysł. Właśnie wychodziłem, kiedy zadzwoniłeś.
– I co zamierzasz?
– Cóż, jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, zamierzam wziąć kąpiel i się położyć.
Na chwilę obaj zamilkliśmy.
– Jesteś tam? – odezwał się Henry.
– Henry, ja dostaję świra. Nie wiem, co ze sobą zrobić.
– Cóż, rób, co chcesz – powiedział Henry uprzejmym tonem. – Pod warunkiem, że nie będziesz
nigdzie wychodził.
– Nie rozumiem, co by szkodziło, gdybym…
– Kiedy coś cię gryzie – przerwał mi raptownie Henry – dobrze jest przerzucić się w myślach na
język obcy. Próbowałeś kiedyś?
– Co?
– To cię spowalnia. Utrzymuje myśli w ryzach. Dobre ćwiczenie w każdych okolicznościach. Albo
mógłbyś spróbować tego, co praktykują buddyści.
– Że co?
– W praktyce zen jest takie ćwiczenie, które się nazywa zazen, podobne do techniki wipaśjana
z tradycji therawady. Siadasz przed pustą ścianą. Bez względu na to, jakie targają tobą emocje, bez
względu na to, jak silne i gwałtowne, siedzisz bez ruchu. Twarzą do ściany. Chodzi oczywiście o to,
żeby wysiedzieć jak najdłużej.
Zapadła cisza i w tym czasie próbowałem znaleźć słowa, które odpowiednio dobitnie wyraziłyby, co
myślę o tej debilnej radzie.
– Dobra, słuchaj – dodał, nim zdążyłem cokolwiek rzec. – Padam z nóg. Widzimy się jutro na
zajęciach, w porządku?
– Henry… – powiedziałem, ale on już odłożył słuchawkę.
Wszedłem na piętro jak w transie. Strasznie się chciałem napić czegoś mocniejszego, ale nic nie
miałem. Usiadłem na łóżku i wyjrzałem przez okno.
Skończyły mi się tabletki nasenne. Wiedziałem o tym, ale przeszedłem do komody i na wszelki
wypadek sprawdziłem buteleczkę. Była pusta, zostało mi tylko trochę witaminy C po pobycie w izbie
chorych. Małe białe pigułki. Wysypałem je na biurko, ułożyłem z nich kilka wzorów, a potem łyknąłem
jedną w nadziei, że sam odruch przełykania sprawi, iż poczuję się lepiej, ale tak się nie stało.
Siedziałem zupełnie nieruchomo, starając się o niczym nie myśleć. Wydawało się, że na coś czekam,
chociaż nie miałem pewności na co, chyba na coś, co zniweluje napięcie i pozwoli mi poczuć się lepiej,
ale nie byłem w stanie wyobrazić sobie niczego – w przeszłości, teraźniejszości ani w przyszłości – co
mogłoby tak podziałać. Miałem wrażenie, jakby minęła cała wieczność. Nagle uderzyła mnie porażająca
myśl: A więc tak to wygląda? Tak już od tej pory będzie zawsze?
Zerknąłem na zegar. Minęła ledwo minuta. Wstałem i nie zawracając sobie głowy zamykaniem
pokoju na klucz, przeszedłem pod drzwi Judy.
Jakimś cudem była u siebie: wstawiona, szminkująca usta.
– Cześć – rzuciła, nie odrywając wzroku od lustra. – Chcesz iść ze mną na imprezę?
Nie wiem, co jej odpowiedziałem, chyba że nie czuję się najlepiej.
– To zjedz bajgla – zaproponowała, odwracając głowę w jedną i drugą stronę, żeby przyjrzeć się
sobie z profilu.
– Wolałbym łyknąć jakąś tabletkę na sen, jeśli coś masz.
Schowała szminkę, z kliknięciem nałożyła nasadkę i otworzyła szufladę toaletki. Właściwie nie była
to toaletka, tylko zwykłe biurko, takie jak to, które stało w moim pokoju, ale niczym jakiś dzikus
nierozumiejący prawdziwego przeznaczenia tego mebla – zamieniając go w stojak na broń lub
w ukwiecony fetysz – mozolnie przekształciła swoje biurko w kącik kosmetyczny, ze szklanym blatem,
przystrojony satynową spódnicą, z podświetlonym trzyczęściowym lustrem. Pogrzebawszy
w zbieraninie puderniczek i ołówków, wyciągnęła apteczną buteleczkę, podnios​ła ją do światła,
wyrzuciła do kosza i sięgnęła po następną.
– To powinno pomóc – oznajmiła, podając mi ją.
Przyjrzałem się buteleczce. Na dnie spoczywały dwie szare tabletki. Na etykiecie napisane było tylko:
PRZECIWBÓLOWE.
– Co to jest? – spytałem zirytowany. – Anacin czy coś takiego?
– Spróbuj. Są w porządku. Pogoda zwariowała, co nie?
– No – przyznałem, połykając tabletkę, i oddałem jej buteleczkę.
– Spoko, zatrzymaj ją sobie – powiedziała, odwrócona już do swojej toaletki. – Rany. Tutaj nic
tylko śnieg i śnieg, ja pierdolę. Nie wiem, kurwa, po co ja tu w ogóle przyjeżdżałam. Może browar?
Miała w pokoju schowaną w szafie lodówkę. Musiałem się przedrzeć przez dżunglę pasków,
kapeluszy i koronkowych koszul, żeby się do niej dostać.
– Nie, ja nie chcę – odparła, gdy podawałem jej jedno piwo. – Jestem już najebana. I co, w końcu
nie byłeś na tej imprezie?
– Nie – potwierdziłem i znieruchomiałem z butelką piwa przy ustach. Było coś w jego smaku,
w zapachu, i po chwili przypomniałem sobie: Bunny, jego chmielowy oddech, rozlane piwo pieniące się
na ziemi. Butelka spadająca z brzękiem po stoku w ślad za nim.
– I dobrze zrobiłeś – stwierdziła Judy. – Było zimno, a zespół grał beznadziejnie. Widziałam tego
twojego kumpla, jak mu tam. Pułkownika.
– Co?
Roześmiała się.
– No, wiesz. Laura Stora tak go przezywa. Kiedyś mieszkała z nim po sąsiedzku i wkurzał ją na
maksa, cały czas puszczając te marsze Johna Philipa Sousy.
Miała na myśli Bunny’ego. Odstawiłem butelkę.
Ale Judy, dzięki Bogu, zajęta była malowaniem brwi kredką.
– Wiesz – ciągnęła dalej. – Mnie się wydaje, że ta Laura to cierpi na jakieś zaburzenia, nie na
anoreksję, tylko na to, co miała Karen Carpenter, co to się ciągle wymusza wymioty. Wczoraj byłam
z nią i Trace w Brasserie i, poważnie ci mówię, napchała się tak, że ledwo mogła oddychać. A potem
poszła do kibla rzygać, więc ja i Tracy patrzymy po sobie, w sensie, czy to jest normalne? I Trace mi
jeszcze powiedziała, bo ten, pamiętasz, jak Laura niby to leczyła się w szpitalu z mononukleozy. No
więc podobno naprawdę…
Trajkotała dalej. Gapiłem się na nią, pogrążony we własnych, strasznych myślach.
Nagle zdałem sobie sprawę, że przestała mówić. Spoglądała na mnie wyczekująco, jakby się
spodziewała odpowiedzi.
– Co?
– Pytałam: Czy to nie najbardziej kretyńska rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałeś?
– Ymmmmm.
– Jej rodzice pewnie mają to wszystko gdzieś. – Zamknęła szufladę z kosmetykami i odwróciła się
do mnie. – W każdym razie. Chcesz iść na tę imprę czy nie?
– U kogo?
– U Jacka Teitelbauma, tępoto. W suterenie Durbinstall. Ma być kapela Sida i Moffat znów gra na
bębnach. I ktoś coś mówił o jakiejś tancerce go-go w klatce. No, chodź.
Z jakiegoś powodu nie byłem jej w stanie odpowiedzieć. Automatyczne odrzucanie wszelkich
zaproszeń Judy było odruchem tak głęboko we mnie zakorzenionym, że słowo „tak” jakoś nie mogło mi
przejść przez usta. I wtedy pomyślałem o swoim pokoju. O łóżku, komodzie, biurku. Książkach
otwartych tam, gdzie je zostawiłem.
– Nie daj się prosić – dodała kokieteryjnie. – Nigdy nigdzie ze mną nie chodzisz.
– Dobra – ustąpiłem w końcu. – Skoczę tylko po płaszcz.
Dopiero znacznie później dowiedziałem się, czym poczęstowała mnie Judy: demerolem. Zaczął działać,
zanim jeszcze dotarliśmy na imprezę. Kąty, kolory, orgia płatków śniegu, łoskot kapeli Sida – wszystko
było miękkie, dobre i nieskończenie przyjazne. Dostrzegłem dziwne piękno w twarzach tych, którzy
wcześniej budzili we mnie odrazę. Uśmiechałem się do wszystkich i wszyscy uśmiechali się do mnie.
Judy (Judy! Niech jej Bóg wynagrodzi!) zostawiła mnie ze swoim kumplem Jackiem Teitelbaumem
i gościem o imieniu Lars, po czym odeszła po drinki. Wszystko było skąpane w niebiańskim świetle.
Słuchałem, jak Jack i Lars rozmawiają o bilardzie, motocyklach, damskim kick-boxingu i ich próby
włączenia mnie do rozmowy cieszyły moje serce. Lars poczęstował mnie fajką wodną. Gest ten wydał mi
się szalenie wzruszający i niespodziewanie zdałem sobie sprawę, że myliłem się co do tych wszystkich
ludzi. Byli dobrzy, prości – sól ziemi; powinienem poczytywać sobie za wielkie szczęście, że ich
poznałem.
Usiłowałem znaleźć jakiś sposób zwerbalizowania tego objawienia, gdy wróciła Judy z alkoholem.
Wypiłem swojego drinka i oddaliłem się po następnego, spostrzegając, że poruszam się w stanie
płynnego, przyjemnego odurzenia. Ktoś poczęstował mnie papierosem. Byli tam Jud i Frank, Jud
z tekturową koroną z Burger Kinga na głowie. W tej koronie było mu osobliwie do twarzy. Z odrzuconą
do tyłu głową, zanosząc się od śmiechu, potrząsając potężnym kuflem piwa, wyglądał jak Cúchulainn,
Brian Śmiały, jakiś mityczny celtycki król. Cloke Rayburn grał w bilard na zapleczu. Przyglądałem mu
się, niewidoczny dla niego, jak z poważną miną, pochylony nad stołem tak, że włosy opadły mu na
twarz, pociera kij kredą. Puk. Kolorowe kule rozpierzchły się we wszystkie strony. Przed moimi oczami
zatańczyły plamki światła. Pomyślałem o atomach, molekułach, rzeczach tak małych, że nie można ich
nawet zobaczyć.
Pamiętam, że potem zakręciło mi się w głowie i zacząłem się przepychać przez tłum, żeby wyjść na
powietrze. Widziałem kusząco uchylone, podparte pustakiem drzwi, czułem zimny powiew na twarzy.
Potem – nie wiem, chyba urwał mi się film, bo w następnej chwili stałem oparty o ścianę w zupełnie
innym miejscu i rozmawiałem z obcą mi dziewczyną.
Stopniowo uświadamiałem sobie, że najwyraźniej stoję tam z nią od pewnego czasu. Zamrugałem
powiekami i dzielnie próbowałem skupić na niej wzrok. Bardzo ładna ze swoim zadartym nosem i aurą
serdeczności; ciemne włosy, piegi, jasnoniebieskie oczy. Widziałem ją wcześniej, ale gdzie? Może
w kolejce do baru, nie zwracając na nią większej uwagi. I oto stała teraz przede mną, jak zjawa, popijając
z plastikowego kubeczka czerwone wino i zwracając się do mnie po imieniu.
Nie mogłem zrozumieć, co do mnie mówi, chociaż jej głos brzmiał wyraźnie, nawet przy
otaczającym nas zgiełku: wesoły, zachrypły, dziwnie przyjemny. Pochyliłem się – była drobną
dziewczyną, ledwie półtora metra – i przytknąłem rękę do ucha.
– Co? – spytałem.
Roześmiała się, stanęła na palcach, zbliżyła swoją twarz do mojej. Perfumy. Gorący strumień szeptu
na moim policzku.
Chwyciłem ją za nadgarstek.
– Za głośno jest – powiedziałem jej do ucha; ustami musnąłem jej włosy. – Chodźmy stąd.
Znów się zaśmiała.
– Ale dopiero co weszliśmy – zdziwiła się. – Mówiłeś, że umierasz z zimna.
Hmm, pomyślałem. Oczy miała blade, znudzone i w zielonkawym świetle przyglądała mi się
z pewnego rodzaju czułym rozbawieniem.
– Gdzieś, gdzie jest ciszej – wyjaśniłem.
Dopiła wino i spojrzała na mnie zza dna kubeczka.
– Do ciebie czy do mnie?
– Do ciebie – zdecydowałem bez chwili zastanowienia.
Była fajną dziewczyną, „równiachą”. Uroczy chichot w ciemności, jej włosy opadające na moją twarz,
zabawne dziewczęce westchnienia. Ciepło ciała w moich ramionach było czymś, czego już prawie nie
pamiętałem. Ile minęło czasu, odkąd całowałem kogoś w ten sposób? Miesiące, wiele miesięcy.
Dziwne, gdy się pomyśli, jakie wszystko mogło być proste. Impreza, kilka drinków, ładna
nieznajoma. W ten sposób egzystowała większość studentów – opowiadali wstydliwie przy śniadaniu
o nocnych przygodach, jak gdyby ten nieszkodliwy i powszechny występek, który w katalogu
grzechów plasował się gdzieś poniżej pijaństwa i powyżej obżarstwa, był otchłanią deprawacji
i rozpusty.
Plakaty, suszone kwiaty w kuflu, świetlisty blask wieży stereo w ciemności. Wszystko aż nazbyt
znajome z mojej małomiasteczkowej nastoletniej egzystencji, teraz jednak nieprawdopodobnie odległe
i niewinne, niczym wspomnienie z zapomnianej dyskoteki w gimnazjum. Jej błyszczyk do ust miał
smak gumy do żucia. Zatopiłem twarz w jej miękkiej szyi o gorzkim zapachu i kołysałem nią do przodu
i do tyłu – mamrocząc, szemrając coś pod nosem i czując, jak zapadam się coraz głębiej i głębiej
w mroczne, na wpół zapomniane życie.
Obudziłem się o wpół do trzeciej w nocy – jak wskazywała migająca, demonicznie czerwona tarcza
elektronicznego zegara – w stanie najwyższej paniki. Coś mi się przyśniło, tak naprawdę nic
przeraźliwego, jechaliśmy z Charlesem pociągiem i próbowaliśmy umknąć tajemniczemu trzeciemu
pasażerowi. W przedziałach tłoczyli się goście z imprezy – Judy, Jack Teitelbaum, Jud w koronie
z tektury – gdy my przemykaliś​my korytarzami. Jednak przez cały sen dręczyło mnie wrażenie, że to
wszystko nie ma znaczenia, że tak naprawdę mam dużo poważniejsze zmartwienie, gdybym tylko mógł
je sobie przypomnieć. Nagle przypomniałem sobie i ten wstrząs sprawił, że się ocknąłem.
Zupełnie jak gdybym zbudził się z jednego koszmaru i znalazł w następnym, jeszcze gorszym.
Usiadłem, czując dudnienie serca, i próbowałem wymacać kontakt na białej ścianie, aż zakołatała mi
w głowie straszna myśl, że nie jestem u siebie w pokoju. Ze wszystkich stron napierały na mnie
przeraźliwie obce kształty, nieznajome cienie; nic nie podpowiadało mi, gdzie jestem, i przez kilka
delirycznych chwil zastanawiałem się, czy na pewno żyję. Wtedy poczułem obok śpiące ciało.
Odruchowo cofnąłem się, a potem delikatnie trąciłem je łokciem. Nie poruszyło się. Leżałem jeszcze
przez parę minut w łóżku, starając się zebrać myśli; później wstałem, znalazłem swoje rzeczy, ubrałem się
najszybciej, jak umiałem po ciemku, i wyszedłem.
Na zewnątrz poślizgnąłem się na oblodzonym stopniu i padłem twarzą w głęboki na prawie pół
metra śnieg. Przez chwilę leżałem nieruchomo, po czym dźwignąłem się na kolana i rozejrzałem dookoła
z niedowierzaniem. Kilka płatków śniegu to jedno, ale nie sądziłem, że to możliwe, by pogoda zmieniła
się tak nagle i tak gwałtownie. Kwiaty i trawnik znalazły się pod śniegiem; wszystko znikło. Gdzie sięgał
wzrok, rozciągała się nieprzerwana połać czystego śniegu, niebieska i roziskrzona.
Obtarłem sobie dłonie i czułem, że mam zbity łokieć. Podniosłem się z pewnym trudem.
Odwróciwszy się, żeby sprawdzić, skąd wyszedłem, z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że właśnie
opuściłem akademik Bunny’ego. Jego okno na parterze spoglądało na mnie ciemne i ciche. Pomyślałem
o jego zapasowych okularach leżących na biurku; o pustym łóżku; o rodzinnych fotografiach
uśmiechających się w mroku.
Gdy wróciłem do swojego pokoju – okrężną, chaotyczną trasą – padłem na łóżko, nie zdejmując
płaszcza ani butów. Światło było zapalone i czułem się dziwnie odsłonięty i bezbronny, ale nie chciałem
go gasić. Łóżko kołysało się lekko jak tratwa i jedną stopę oparłem o podłogę, żeby je ustabilizować.
Potem zasnąłem i spałem bardzo mocno przez kilka godzin, aż zbudziło mnie pukanie do drzwi.
W świeżym przypływie paniki usiłowałem usiąść zaplątany w płaszcz, który w jakiś sposób owinął się
wokół moich kolan i zdawał się mnie atakować z siłą żywego stworzenia.
Drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem. I przez chwilę żadnego dźwięku.
– Co się, do diabła, z tobą dzieje? – rozległ się ostry głos.
W drzwiach ukazał się Francis. Stał z jedną dłonią w czarnej rękawiczce na klamce, spoglądając na
mnie jak na obłąkanego.
Przestałem się szamotać i opadłem na poduszkę. Tak się ucieszyłem z jego wizyty, że chciało mi się
śmiać, i byłem tak odurzony, że pewnie się zaśmiałem.
– François – powiedziałem idiotycznie.
Zamknął drzwi, podszedł do łóżka i stanął przy nim, patrząc na mnie z góry. To był naprawdę on, ze
śniegiem na włosach i na ramionach długiego czarnego płaszcza.
– Dobrze się czujesz? – spytał po długiej, ironicznej pauzie.
Potarłem oczy i spróbowałem raz jeszcze.
– Siema – rzuciłem. – Przepraszam. Nic mi nie jest. Naprawdę.
Stał tam, wpatrując się we mnie z obojętnym wyrazem twarzy, i nie odpowiadał. Potem zdjął płaszcz
i przerzucił go przez oparcie krzesła.
– Chcesz herbaty? – spytał.
– Nie.
– Tak czy siak, zaparzę, jeśli pozwolisz.
Gdy wrócił z kuchni, zdążyłem już trochę dojść do siebie. Postawił czajnik na kaloryferze i wyjął
kilka torebek herbaty z szuflady w komodzie.
– Proszę – powiedział. – Możesz wziąć tę niewyszczerbioną filiżankę. W kuchni nie było mleka.
Cieszyłem się, że przyszedł. Usiadłem i popijając herbatę, patrzyłem, jak zdejmuje buty i skarpety.
Ustawił je przy kaloryferze do wyschnięcia. Miał długie i wąskie stopy, zbyt długie jak na tak szczupłe,
kościste nogi; rozciągnął palce stóp i spojrzał na mnie.
– Straszna noc – rzekł. – Byłeś na dworze?
Opowiedziałem mu trochę o minionej nocy, pomijając epizod z dziewczyną.
– O rany. – Sięgnął do kołnierza, żeby go poluzować. – A ja siedziałem u siebie. I się nakręcałem.
– Ktoś się odzywał?
– Nie. Moja matka dzwoniła koło dziewiątej; nie mogłem z nią rozmawiać. Powiedziałem, że piszę
pracę.
Z jakiegoś powodu moje spojrzenie przeniosło się na jego dłonie bębniące nerwowo o blat biurka.
Zauważył, na co patrzę, i opanował się, rozkładając je płasko na blacie.
– Nerwy – wyjaśnił.
Siedzieliśmy przez chwilę, nic nie mówiąc. Odstawiłem filiżankę na parapet i odchyliłem się do tyłu.
Demerol uruchomił w mojej głowie jakąś dziwną odmianę zjawiska Dopplera, jak pisk samochodowych
opon rozlegający się w pobliżu, a potem cichnący w oddali. Oszołomiony patrzyłem przed siebie – jak
długo, tego nie wiem – gdy stopniowo zacząłem sobie uświadamiać, że Francis wpatruje się we mnie ze
skupionym, nieruchomym wyrazem twarzy. Wymamrotałem coś, wstałem i podszedłem do komody po
alka seltzer.
Nagłe podniesienie się przyprawiło mnie o zawroty głowy. Stałem tam tępo, zastanawiając się, gdzie
położyłem opakowanie, gdy znienacka poczułem, że Francis znajduje się tuż za mną, i odwróciłem się.
Jego twarz była bardzo blisko mojej. Ku memu zdziwieniu położył mi ręce na ramionach, pochylił
się i pocałował mnie prosto w usta.
To był prawdziwy pocałunek – długi, powolny, nieśpieszny. Wcześniej chwycił mnie, żebym nie
stracił równowagi, a ja przytrzymałem się go za ramię; wciągnął ostro powietrze, jego dłonie znalazły się
na moich plecach i nim się zorientowałem, bardziej odruchowo niż umyślnie, ja też go całowałem. Jego
język był ostry. Miał gorzki, męski smak herbaty i papierosów.
Odsunął głowę, dysząc ciężko, i pochylił się, żeby pocałować mnie w szyję. Rozejrzałem się dość
nieprzytomnie po pokoju. Boże, pomyślałem, co za noc.
– Słuchaj, Francis – zaprotestowałem – przestań.
Rozpinał mi koszulę przy kołnierzyku.
– Wariacie – powiedział. – Wiedziałeś, że włożyłeś koszulę na lewą stronę?
Byłem tak zmęczony i pijany, że zacząłem się śmiać.
– Przestań, Francis – powtórzyłem. – Odczep się.
– Będzie super – odparł. – Obiecuję.
Sprawy posuwały się dalej. Moje zmęczone nerwy zaczęły reagować. Oczy Francisa, powiększone za
binoklami, patrzyły na mnie szelmowsko. Po chwili zdjął binokle i upuścił je na komodę z jakby
oddalonym stukotem.
I wtedy, zupełnie niespodziewanie, znów ktoś zapukał do drzwi. Odskoczyliśmy od siebie. Strach
rozszerzył mu oczy. Patrzyliśmy na siebie i wtedy ponownie rozległo się pukanie.
Francis przeklął pod nosem, zagryzł wargę. W panice, zapinając koszulę tak szybko, na ile mi
pozwalały zdrętwiałe palce, już chciałem coś powiedzieć, gdy Francis wykonał w moją stronę szybki
uciszający gest.
– A jeśli to… – szepnąłem.
Miałem powiedzieć „A jeśli to Henry?”, ale tak naprawdę pomyślałem „A jeśli to gliny?”.
Wiedziałem, że Francis pomyślał o tym samym.
Znowu pukanie do drzwi, tym razem bardziej natarczywe.
Serce waliło mi w piersi. Skonsternowany podszedłem do łóżka i usiadłem.
Francis przeczesał dłonią włosy.
– Proszę! – zawołał.
Byłem tak zdenerwowany, że potrwało chwilę, nim do mnie dotarło, że to tylko Charles. Opierał się
jednym łokciem o futrynę, z czerwonym szalikiem niedbale zawiniętym kilkakrotnie wokół szyi. Gdy
wszedł do środka, od razu się zorientowałem, że jest pijany.
– Hej – rzucił do Francisa. – A ty co tu robisz, do diabła?
– Ale nas wystraszyłeś.
– Szkoda, że nie wiedziałem, że tu będziesz. Dzwonił Henry i wyciągnął mnie z łóżka.
Wpatrywaliśmy się w niego, czekając na wyjaśnienia. Zrzucił z siebie płaszcz i zwrócił ku mnie
swoje wodniste, intensywne spojrzenie.
– Śniłeś mi się – powiedział.
– Co?
Zamrugał powiekami.
– Właśnie sobie przypomniałem – rzekł. – Miałem dzisiaj sen. I ty w nim byłeś.
Wytrzeszczałem na niego oczy. Zanim miałem okazję stwierdzić, że on też mi się śnił, Francis
zniecierpliwił się:
– Dobra, Charles, o co chodzi?
Charles przesunął dłonią po rozwianych włosach.
– O nic – powiedział. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął plik złożonych kartek. – Zrobiłeś
zadanie z greki na dzisiejsze zajęcia? – spytał mnie.
Przewróciłem oczami. Greka była ostatnim z moich zmartwień.
– Henry pomyślał, że mogłeś zapomnieć. Dzwonił i prosił, bym ci podrzucił swoje na wszelki
wypadek, żebyś mógł przepisać.
Był mocno wstawiony. Nie bełkotał, ale jechało od niego whisky i bardzo niepewnie trzymał się na
nogach. Twarz miał anielsko zarumienioną i promienną.
– Rozmawiałeś z Henrym? Słyszał coś?
– Wścieka się z powodu tej pogody. Nic mu nie wiadomo, żeby coś się wydarzyło. Rany, ale tu
gorąco – poskarżył się, zsuwając marynarkę.
Francis, który siedział na krześle przy oknie, jedną nogę opierając gołą kostką o kolano, ustawiwszy
na niej filiżankę, bacznie przyglądał się Charlesowi.
Charles odwrócił się chwiejnie.
– Co się tak gapisz? – spytał.
– Masz w kieszeni butelkę?
– Nie.
– Bzdura, Charles, słyszę, jak chlupocze.
– A co to ma do rzeczy?
– Chcę się napić.
– No dobra – rzekł poirytowany Charles. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął półlitrową
płaską butelkę.
– Masz – powiedział. – Tylko nie wychlaj wszystkiego.
Francis dopił herbatę i wziął butelkę.
– Dzięki – rzucił, nalewając sobie resztę whisky do filiżanki.
Spojrzałem na niego: ciemny garnitur, sztywna poza, noga założona teraz na nogę. Wyglądał jak
wzór zacności, gdyby nie te bose stopy. Nagle złapałem się na tym, że widzę go takim, jakim widzi go
świat, jakim ja sam widziałem go na początku: opanowanego, kulturalnego, zamożnego, absolutnie bez
zarzutu. Było to tak przekonujące złudzenie, że nawet ja, znając jego zasadniczą fałszywość, poczułem
się dziwnie podniesiony na duchu.
Wypił wszystko jednym haustem.
– Musimy cię doprowadzić do porządku, Charles – stwierdził. – Za parę godzin zaczynają się
zajęcia.
Charles westchnął i usiadł w nogach mojego łóżka. Wyglądał na bardzo zmęczonego i wrażenie to
przejawiało się nie w podkrążonych oczach lub bladości, lecz w rozmarzonym, rumianolicym smutku.
– Wiem – powiedział. – Miałem nadzieję, że spacer mnie otrzeźwi.
– Potrzebujesz kawy.
Otarł wilgotne czoło nasadą dłoni.
– Potrzebuję czegoś więcej niż kawy– rzekł.
Rozłożyłem kartki, podszedłem do biurka i zacząłem przepisywać zadanie z greki.
Francis usiadł na łóżku obok Charlesa.
– Gdzie Camilla?
– Śpi.
– Co robiliście wieczorem? Drinkowaliście?
– Nie – zaprzeczył krótko Charles. – Sprzątaliśmy.
– Nie. Ale naprawdę.
– Poważnie mówię.
Byłem wciąż tak odurzony, że zupełnie nie rozumiałem przepisywanego tekstu, jedynie od czasu do
czasu jakieś zdanie. „Zmęczeni marszem żołnierze zatrzymali się w świątyni, aby złożyć ofiarę. Po
powrocie z podróży powiedziałem, że widziałem Gorgonę, ale nie zamieniła mnie w kamień”.
– Mamy w domu pełno tulipanów. Chcecie trochę? – oświadczył zagadkowo Charles.
– Jak to?
– Zanim napadało więcej śniegu, wyszliśmy po nie na dwór. Są teraz wszędzie. Stoją nawet
w szklankach.
Tulipany, pomyślałem, wpatrując się w plątaninę liter. Czy starożytni Grecy znali je pod inną nazwą,
o ile w ogóle mieli tulipany? Grecka lite​ra „psi” ma kształt tulipana. Nagle, nieoczekiwanie, z gąszczu
liter na kartce w szybkim, przypadkowym rytmie spadających kropel deszczu zaczęły się wyłaniać małe
tulipany.
Obraz zafalował przede mną. Zamknąłem oczy. Siedziałem tak przez dłuższy czas, na wpół drzemiąc,
aż dotarło do mnie, że Charles wypowiada moje imię.
Odwróciłem się na krześle. Właśnie wychodzili. Francis siedział na krawędzi łóżka i zawiązywał
sznurowadła.
– Dokąd się wybieracie? – spytałem.
– Do domu przebrać się. Robi się późno.
Nie chciałem zostać sam, wręcz przeciwnie, ale z niewyjaśnionych powodów czułem silne
pragnienie, żeby pozbyć się ich obu. Słońce już wstało. Francis wyciągnął rękę i zgasił lampę. Poranne
światło było spokojne i blade, powlekając pokój potworną cichością.
– Niedługo się widzimy – powiedział, a potem usłyszałem ich kroki oddalające się na schodach.
Wszystko w świetle brzasku było wyblakłe i wygłuszone – brudne filiżanki, nieposłane łóżko, płatki
śniegu opadające za oknem ze zwiewnym, niebezpiecznym spokojem. Szumiało mi w uszach. Gdy
wróciłem do pisania drżącymi, poplamionymi tuszem dłońmi, pióro skrzypiało głośno na papierze
w panującej ciszy. Pomyślałem o ciemnym pokoju Bunny’ego, o odległym wąwozie, o tych wszystkich
warstwach ciszy jedna na drugiej.
– A gdzie się dzisiaj podziewa Edmund? – spytał Morrow, gdy otwieraliśmy książki do gramatyki.
– Pewnie jest w domu – rzekł Henry. Przyszedł późno i nie mieliśmy okazji zamienić słowa.
Wydawał się bardziej spokojny i wypoczęty, niż nakazywałaby przyzwoitość.
Pozostali też byli zaskakująco spokojni. Nawet Francis i Charles, dobrze ubrani, świeżo ogoleni,
prezentowali w znacznej mierze swoje zwyczajne, niefrasobliwe oblicza. Camilla siedziała między nimi,
z łokciem opartym niedbale o stół, z brodą w dłoni, cicha i spokojna jak orchidea.
Morrow uniósł brwi, spoglądając na Henry’ego.
– Zachorował?
– Nie wiem.
– Ta pogoda mogła go zatrzymać. Może powinniśmy zaczekać kilka minut.
– Myślę, że to dobry pomysł – uznał Henry i zajrzał z powrotem do książki.
Po zajęciach, gdy znaleźliśmy się poza murami Audytorium, niedaleko brzozowego zagajnika, Henry
rozejrzał się, sprawdzając, czy w pobliżu nikogo nie ma, i wszyscy pochyliliśmy się bliżej, żeby
usłyszeć, co ma nam do powiedzenia, ale akurat w tym momencie, kiedy staliśmy w zwartym kręgu,
z którego ulatywały obłoczki naszych oddechów, usłyszałem, jak ktoś mnie woła, i w oddali ujrzałem
doktora Rolanda drepczącego po śniegu krokiem słaniającego się trupa.
Odłączyłem się od reszty i podszedłem do niego. Oddychał ciężko i przy wtórze pokasływań
wychrypiał, że jest coś, na co muszę zerknąć w jego gabinecie.
Nie było innej rady, musiałem z nim pójść, dostosowując się do jego powłóczystego, ciężkiego
kroku. Gdy już znaleźliśmy się w budynku, przystawał kilka razy na schodach, żeby ponarzekać na
śmieci niezamiecione przez woźnego, poszturchując je słabowicie stopą. Zatrzymał mnie na pół godziny.
Kiedy wreszcie umknąłem z jego gabinetu, słysząc dzwonienie w uszach, z plikiem luźnych kartek, które
próbowały mi się wyrwać na wietrze, brzozowy zagajnik był pusty.
Nie wiem, czego się spodziewałem, ale świat z pewnością nie został wytrącony z dnia na dzień ze
swojej orbity. Ludzie chodzili w tę i we w tę, spieszyli się na zajęcia, wszystko odbywało się po staremu.
Niebo było szare i od strony Mount Cataract wiał lodowaty wiatr.
Kupiłem w barze koktajl mleczny i udałem się do siebie. Zmierzając korytarzem do swojego pokoju,
wpadłem na Judy Poovey.
Wbijała we mnie gniewne spojrzenie. Z podkrążonymi oczami wyglądała, jakby miała paskudnego
kaca.
– O, cześć – przywitałem się, próbując ją minąć. – Przepraszam.
– Hej – zawołała mnie.
Odwróciłem się.
– Więc wczoraj ulotniłeś się z Moną Beale?
Przez chwilę nie wiedziałem, o czym mówi.
– Co?
– I jak było? – spytała złośliwie. – Jest dobra w łóżku?
Zaskoczony wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej korytarzem.
Ku mojej irytacji podbiegła i chwyciła mnie za ramię.
– Ma chłopaka, wiesz o tym? Módl się, żeby nikt mu nie wykablował.
– Wszystko mi jedno.
– W zeszłym semestrze spuścił łomot Bramowi Guernseyowi, bo myślał, że Bram się do niej
przystawia.
– Ale to ona przystawiała się do mnie.
Rzuciła mi z ukosa kocie spojrzenie.
– No cóż, to jedna z tych, co to lubią się puszczać.
Tuż przed przebudzeniem miałem straszny sen.
Znajdowałem się w dużej, staromodnej łazience jak z filmu z Zsa Zsą Gabor, złota armatura, lustra
i różowe kafelki na ścianach i podłodze. W kącie na patykowatym cokole stała kula ze złotymi rybkami.
Podszedłem, żeby je obejrzeć, słysząc echo własnych kroków na płytkach, a potem zdałem sobie sprawę
z miarowego plum, plum, plum dolatującego z wanny.
Wanna też była różowa, napełniona wodą i leżał w niej nieruchomo w pełni ubrany Bunny. Oczy
miał otwarte, okulary przekrzywione, a źrenice różnych rozmiarów – jedna duża i czarna, druga jak
główka szpilki. Woda była przejrzysta i zupełnie nieruchoma. Końcówka jego krawata falowała blisko
powierzchni.
Plum, plum, plum. Nie mogłem się ruszyć. Wtem, nagle, usłyszałem zbliżające się kroki i głosy.
Struchlały ze zgrozy uzmysłowiłem sobie, że muszę jakoś ukryć ciało, gdzie, nie wiedziałem;
zanurzyłem ręce w lodowatej wodzie, chwyciłem je pod pachami i próbowałem wyciągnąć, ale bez
skutku, nic to nie dało; głowa opadała do tyłu, co nie ułatwiało mi zadania, do otwartych ust wlewała się
woda…
Mocując się z ciężarem, zatoczyłem się do tyłu i strąciłem z cokołu szklaną kulę. Roztrzaskała się na
kafelkach. Złote rybki rzucały się wokół moich stóp wśród kawałków potłuczonego szkła. Ktoś zaczął
walić w drzwi. Zdjęty strachem puściłem ciało, które wpadło znów do wanny z okropnym plaśnięciem,
rozbryzgując wodę, i wtedy się obudziłem.
Było prawie ciemno. W piersi czułem potworne, nierówne dudnienie, jak gdyby za moimi żebrami
uwięziono dużego ptaka, który próbował zatłuc się w tej klatce na śmierć. Leżałem na łóżku, dysząc
ciężko.
Gdy minęło najgorsze, usiadłem. Dygotałem cały, zlany potem. Wydłużone cienie, światło jak
z koszmaru. Na dworze zauważyłem jakichś smarkaczy wygłupiających się na śniegu, ciemne sylwetki
na tle okropnego, łososiowego nieba. W ich krzykach i śmiechu, z tej odległości, było coś szalonego.
Przycisnąłem dłonie mocno do oczu. Mleczne kropki, punkty światła. O Boże, jęknąłem w myślach.
Goły policzek na zimnych płytkach. Szum i pęd spuszczanej wody był tak głośny, że myślałem, iż
porwie mnie ze sobą. Było jak zawsze wtedy, gdy chwytały mnie torsje, te wszystkie pijackie ataki
mdłości w łazienkach stacji benzynowych i barów. Ta sama psia perspektywa: dziwne guzki u podstawy
muszli klozetowej, których normalnie się nie zauważa, potniejąca porcelana, szmer rur, długi plusk
spływającej spiralnie wody.
Gdy myłem twarz, zacząłem płakać. Łzy mieszały się swobodnie z zimną wodą w świetlistym,
kapiącym szkarłacie złączonych dłoni, i początkowo w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego, że
płaczę. Łkania były regularne i beznamiętne, mechaniczne jak suche odruchy wymiotne, które skończyły
się chwilę wcześniej; nie było dla nich żadnego uzasadnienia, nie miały ze mną nic wspólnego. Zadarłem
głowę i z pewnego rodzaju chłodnym zainteresowaniem spojrzałem na swoje zapłakane odbicie
w lustrze. Co to znaczy? – pomyślałem. Wyglądałem strasznie. Nikt inny się nie rozkleja, a ja tu się cały
trzęsę i widzę nietoperze jak Ray Milland w Straconym weekendzie.
Od okna powiało zimnem. Byłem roztrzęsiony, ale dziwnie odświeżony. Przygotowałem sobie
gorącą kąpiel, wrzucając do wody sporą garść soli kąpielowych Judy, i kiedy się wykąpałem i ubrałem,
znów poczułem się sobą.
Nihil sub sole novum, pomyślałem, zmierzając korytarzem do swojego pokoju. Każdy czyn
w bezmiarze czasu rozpływa się w nicość.
Wszyscy byli już na miejscu, gdy wieczorem przyszedłem do bliźniąt na kolację, i zebrani wokół radia
słuchali prognozy pogody jak wiadomości z frontu w czasach wojny.
„W dalszej perspektywie – informował rześkim głosem spiker – przewidujemy chłodny czwartek
z dużym zachmurzeniem i możliwymi opadami deszczu oraz ocieplenie w…”
Henry wyłączył radio.
– Jeśli dopisze nam szczęście – powiedział – do jutra wieczorem śnieg stopnieje. Richard, gdzie
spędziłeś popołudnie?
– W domu.
– Cieszę się, że przyszedłeś. Miałbym do ciebie małą prośbę, jeśli się zgodzisz.
– O co chodzi?
– Chciałbym zawieźć cię dzisiaj po kolacji do miasta, żebyś obejrzał te filmy w Orpheum
i opowiedział nam o nich. Charles zaproponował, że napisze za ciebie pracę domową, jeśli chcesz.
– Jeśli to zrobię twoim wiecznym piórem na tym żółtym papierze, którego używasz – wyjaśnił
Charles – Morrow się nie połapie.
– Dzięki – powiedziałem.
Charles miał dość zaskakujący talent do falsyfikacji, który, jak twierdziła Camilla, rozwinął się już
we wczesnym dzieciństwie – mistrzowskie podpisy w dzienniczkach, nim skończył czwartą klasę, całe
usprawiedliwienia, nim skończył szóstą. Ciągle prosiłem go o podrabianie podpisów doktora Rolanda na
moich kartach kontrolnych.
– Naprawdę – dodał Henry – niezręcznie mi jest cię o to prosić. Podobno te filmy są beznadziejne.
Były faktycznie kiepskie. Pierwszy, film drogi, z początku lat siedemdziesiątych, opowiadał
o facecie, który zostawia żonę i wybiera się w podróż po kraju samochodem. Po drodze zbacza do
Kanady i zadaje się z grupą dekowników. Pod koniec filmu wraca do żony i odnawiają śluby podczas
hipisowskiej uroczystości. Najgorsza była ścieżka dźwiękowa. Te wszystkie piosenki
z akompaniamentem gitary akustycznej i przewijającym się bez przerwy słowem „wolność”.
Drugi film był nowszy. Traktował o wojnie w Wietnamie i nosił tytuł Pola hańby –
wysokobudżetowa produkcja z mnóstwem gwiazd, ale efekty specjalne były trochę zbyt realistyczne jak
na mój gust. Ludziom urywało nogi i tak dalej.
Gdy wyszedłem z kina, samochód Henry’ego stał zaparkowany na ulicy z wyłączonymi światłami.
U Charlesa i Camilli wszyscy siedzieli przy kuchennym stole z podwiniętymi rękawami, pochłonięci
greką. Kiedy weszliśmy, oderwali się od pisania, a Charles wstał i zaparzył kawę, gdy ja czytałem swoje
notatki. Oba filmy były właściwie pozbawione fabuły i miałem trudności z przekazaniem, o co w nich
chodziło.
– Ależ to brzmi strasznie – załamał się Francis. – To dopiero będzie wstyd, jak ludzie usłyszą, że
poszliśmy na tak słabe filmy.
– Zaraz, chwila – wtrąciła Camilla.
– Ja też czegoś nie rozumiem – powiedział Charles. – Dlaczego sierżant ostrzelał wioskę, gdzie
mieszkali ci dobrzy ludzie?
– Właśnie – podchwyciła Camilla. – Dlaczego? I kim był ten chłopiec ze szczeniakiem, który tam
przywędrował w trakcie ostrzału? Skąd znał Charliego Sheena?
Charles odwalił za mnie kawał dobrej roboty i przeglądałem właśnie zadane ćwiczenie przed zajęciami
następnego dnia, gdy zjawił się Morrow. Zatrzymał się w drzwiach, spojrzał na puste krzesło i roześmiał
się.
– Boże święty – powiedział. – Znowu?
– Na to wygląda – rzekł Francis.
– Mam nadzieję, że nasze zajęcia nie stały się nudne aż do tego stopnia. Proszę, przekażcie
Edmundowi, że jeśli jutro zaszczyci nas swoją obecnością, postaram się, żeby to były szczególnie
ciekawe ćwiczenia.
Do południa stało się jasne, że meteorolodzy się pomylili. Temperatura spadła o pięć stopni, a po
południu dopadało jeszcze śniegu.
Mieliśmy w piątkę wybrać się wieczorem na kolację i gdy zjawiłem się z bliźniętami u Henry’ego,
zastaliśmy go z wyjątkowo posępną miną.
– Zgadnijcie, kto przed chwilą do mnie dzwonił – powiedział.
– Kto?
– Marion.
Charles usiadł.
– Czego chciała?
– Chciała wiedzieć, czy widziałem Bunny’ego.
– Co jej powiedziałeś?
– No oczywiście powiedziałem, że nie – zirytował się Henry. – Byli umówieni na niedzielę
wieczorem, ale nie widziała go od soboty.
– Martwi się?
– Niespecjalnie.
– Więc w czym problem?
– W niczym. – Westchnął. – Mam tylko nadzieję, że jutro przyjdzie ocieplenie.
Ale nie przyszło. Środowy świt był jasny i zimny i w ciągu nocy przybyło pięć centymetrów śniegu.
– Oczywiście – rzekł Morrow – nie mam nic przeciwko, jeśli Edmund opuści od czasu do czasu
jakieś zajęcia. Ale trzy razy z rzędu? Wiecie przecież, z jakim trudem przychodzi mu nadrabianie
zaległości.
– Dłużej nie możemy udawać, że nic się nie dzieje – stwierdził Henry w mieszkaniu bliźniąt tego
wieczoru, gdy paliliśmy papierosy nad niedojedzoną jajecznicą z bekonem.
– Co możemy zrobić?
– Nie wiem. Tyle że nie ma go już trzy doby i będzie wyglądało dziwnie, jeśli w najbliższym czasie
nie zaczniemy się niepokoić.
– Nikt inny się nie niepokoi – zauważył Charles.
– Nikt inny nie widuje się z nim tak często jak my. Ciekawe, czy Marion jest u siebie – powiedział,
spoglądając na zegar.
– A co?
– Bo może powinienem do niej zadzwonić.
– Na litość boską – zdenerwował się Francis. – Jej w to nie wciągaj.
– Nie mam zamiaru jej w nic wciągać. Po prostu chcę, żeby miała jasność, iż żadne z nas nie
widziało Bunny’ego od trzech dni.
– I spodziewasz się, że co zrobi w tej sprawie?
– Mam nadzieję, że zadzwoni na policję.
– Upadłeś na głowę?
– Cóż, jeśli ona tego nie zrobi, to my będziemy musieli – wyjaśnił niecierpliwie Henry. – Im dłużej
go nie ma, tym gorzej będzie to wyglądało. Nie chcę, żeby się podniosło larum, żeby zaczęły padać
pytania.
– Więc po co dzwonić na policję?
– Bo jeśli powiadomimy ich w miarę wcześnie, wątpię, żeby podnieśli alarm. Może przyślą paru
funkcjonariuszy, aby się rozejrzeli, myśląc, że to prawdopodobnie fałszywy alarm…
– Jeśli do tej pory nikt go nie znalazł – wtrąciłem – nie rozumiem, skąd pomysł, że para gliniarzy
z drogówki w Hampden będzie miała więcej szczęścia.
– Nikt go nie znalazł, bo nikt go nie szukał. Jest niecały kilometr stąd.
Ktokolwiek odebrał telefon, sprowadzenie do aparatu Marion zajęło mu mnóstwo czasu. Henry stał
cierpliwie, wbijając wzrok w podłogę; stopniowo jego spojrzenie zaczęło błądzić i po jakichś pięciu
minutach wydał z siebie odgłos oburzenia i podniósł wzrok.
– Rany boskie – wysyczał. – Ile to może trwać? Francis, podaj mi papierosa z łaski swojej.
Francis przypalał mu go, gdy w słuchawce odezwała się Marion.
– O, cześć Marion – przywitał się Henry, wydmuchując chmurę dymu i odwracając się do nas
plecami. – Cieszę się, że cię złapałem. Jest tam Bunny?
Krótka przerwa.
– Aha – powiedział Henry, sięgając po popielniczkę – a wiesz może, gdzie jest?
– No, szczerze mówiąc – rzekł w końcu – miałem cię zapytać o to samo. Od dwóch, trzech dni nie
przychodzi na zajęcia.
Kolejna długa cisza. Henry słuchał z miłym i pustym wyrazem twarzy. Wtem nagle otworzył szerzej
oczy.
– Co? – wyrzucił z siebie nieco zbyt ostro.
Wszyscy nadstawiliśmy uszu. Henry nie patrzył na nikogo z nas, tylko na ścianę nad naszymi
głowami, a jego niebieskie oczy stały się okrąg​łe i szkliste.
– Rozumiem – powiedział wreszcie.
Kolejna wypowiedź na drugim końcu.
– Cóż, jeśli do ciebie wpadnie, byłbym wdzięczny, gdybyś go poprosiła, żeby do mnie zadzwonił.
Podam ci swój numer.
Gdy odłożył słuchawkę, miał dziwny wyraz twarzy. Wszyscy wpatrywaliśmy się w niego.
– Henry – odezwała się Camilla. – Co się stało?
– Wścieka się zamiast się o niego martwić. Spodziewa się, że może wrócić w każdej chwili. Nie
wiem – dodał, wbijając wzrok w podłogę. – To bardzo dziwne, ale jakaś jej znajoma, nazywa się Rika
Thalheim, dzisiaj po południu podobno widziała Bunny’ego przed bankiem First Vermont.
Byliśmy w zbyt wielkim szoku, żeby cokolwiek z siebie wydusić. Francis roześmiał się, krótki,
pełen niedowierzania śmiech.
– Boże – powiedział Charles. – Przecież to niemożliwe.
– Nie ma co do tego krztyny wątpliwości – stwierdził sucho Henry.
– Po co ktoś miałby wymyślać coś takiego?
– Nie mam pojęcia. Ludziom wydaje się, że widzą różne rzeczy. No, oczywiście, że go nie widziała
– zwrócił się drażliwie do Charlesa, który wyglądał na mocno poruszonego. – Ale nie wiem, co mamy
teraz zrobić.
– Co masz na myśli?
– No, skoro ktoś go widział sześć godzin temu, nie możemy już zgłosić zaginięcia.
– Więc co robimy? Czekamy?
– Nie – odparł Henry, zagryzając dolną wargę. – Będę musiał wymyślić coś innego.
– Gdzie, do licha, podziewa się Edmund? – zapytał w czwartek rano Morrow. – Nie wiem, jak długo
jeszcze planuje być nieobecny, ale to bardzo nieodpowiedzialne z jego strony, że się ze mną nie
skontaktował.
Nikt mu nie odpowiedział. Podniósł wzrok znad książki, rozbawiony naszym milczeniem.
– Co się dzieje? – spytał żartobliwie. – Te wszystkie skruszone miny. Może – dodał już poważniej –
niektórym jest wstyd, jak kiepsko się przygotowali na wczorajsze zajęcia.
Zauważyłem, że Charles i Camilla spojrzeli po sobie. Z jakiegoś powodu akurat w tym tygodniu
Morrow zarzucił nas pracą. Wszyscy jakoś poradzili sobie z zadaniami pisemnymi, ale mieliśmy
zaległości w czytaniu i podczas poprzednich zajęć kilka razy zapadło kłopotliwe milczenie, którego
nawet Henry nie był w stanie przerwać.
Morrow zerknął do książki.
– Może zanim zaczniemy – zaproponował – któreś z was powinno zadzwonić do Edmunda
i poprosić, żeby do nas dołączył, jeśli w ogóle jest w stanie. Przymknę oko, jeśli nie przeczytał tego, co
zadałem, ale to będą ważne zajęcia i nie powinien ich tracić.
Henry wstał. Ale wtedy, dość nieoczekiwanie, odezwała się Camilla.
– Nie sądzę, żeby był u siebie.
– W takim razie gdzie jest? Wyjechał?
– Nie jestem pewna.
Morrow zsunął okulary i spojrzał nad nimi na Camillę.
– Jak to?
– Nie widzieliśmy go od paru dni.
Oczy Morrowa rozszerzyły się z dziecięcym, teatralnym zdziwieniem; nie po raz pierwszy
pomyślałem, jak bardzo jest podobny do Henry’ego, to samo osobliwe połączenie chłodu i serdeczności.
– Istotnie – przyznał. – Dziwna sprawa. I nie macie pojęcia, gdzie może być?
Ironiczny, powątpiewający ton jego głosu zaniepokoił mnie. Wpatrywałem się w wodne, faliste
kręgi światła, które kryształowy wazon rzucał na blat stołu.
– Nie – oznajmił Henry. – Sami jesteśmy tym trochę zdziwieni.
– No myślę.
Przechwycił spojrzenie Henry’ego na długą, dziwną chwilę.
On wie, pomyślałem w przypływie paniki. Wie, że kłamiemy. Nie wie tylko, co ukrywamy.
Po obiedzie, po lektoracie z francuskiego, siedziałem na ostatnim piętrze biblioteki nad rozłożonymi
książkami. Był to dziwny, jasny, oniryczny dzień. Zaśnieżony trawnik, nakrapiany dalekimi figurkami
ludzi, miał gładkość lukru na urodzinowym torcie; za piłką biegał, szczekając, miniaturowy pies;
z kominów domków dla lalek sączył się prawdziwy dym.
Co robiłem, zastanawiałem się, o tej samej porze w zeszłym roku? Pojechałem samochodem kolegi
do San Francisco, wystawałem w księgarniach przed regałami z poezją, martwiąc się, czy przyjmą mnie
do Hampden College. A teraz proszę, siedzę w zimnej czytelni dziwnie ubrany i zadaję sobie pytanie,
czy pójdę do więzienia.
Nihil sub sole novum. Gdzieś głośno zaskrzeczała temperówka. Położyłem głowę na książkach –
szepty, ciche kroki, zapach starego papieru w nozdrzach. Kilka tygodni wcześniej Henry rozzłościł się,
gdy bliźnięta werbalizowały moralne obiekcje wobec planu zamordowania Bunny’ego.
– Nie bądźcie śmieszni – warknął.
– Ale jak – dopytywał się bliski łez Charles – jak możesz w ogóle usprawiedliwić zabójstwo z zimną
krwią?
Henry przypalił papierosa.
– Wolę sobie wyobrażać – wyjaśnił – że to tylko redystrybucja materii.
Ocknąłem się raptownie i zauważyłem, że stoją nade mną Henry i Francis.
– Co się stało? – spytałem, przecierając oczy i spoglądając na nich.
– Nic – odrzekł Henry. – Przejdziesz z nami do samochodu?
Zaspany zszedłem za nimi na dół. Samochód stał zaparkowany przed księgarnią.
– O co chodzi? – zapytałem, gdy już wsiedliśmy do środka.
– Wiesz, gdzie jest Camilla?
– Nie ma jej w domu?
– Nie. Morrow też jej nie widział.
– Czego od niej chcecie?
Henry westchnął. W samochodzie było zimno i z jego ust dobywała się biała para.
– Coś się musiało stać – wyjaśnił. – Widzieliśmy z Francisem Marion w towarzystwie Cloke’a
Rayburna przy budce strażniczej. Rozmawiali z kimś z ochrony.
– Kiedy?
– Jakąś godzinę temu.
– Chyba nie sądzicie, że coś zrobili?
– Nie powinniśmy wyciągać pochopnych wniosków – rzekł Henry. Wyglądał przez okno na dach
księgarni pokryty iskrzącą się w słońcu warstwą lodu. – Chcielibyśmy, żeby Camilla wpadła do Cloke’a
i spróbowała z niego wyciągnąć, co się dzieje. Sam bym poszedł, tylko że prawie go nie znam.
– A mnie nie znosi – wtrącił Francis.
– Mnie może kojarzyć – powiedziałem.
– To nie wystarczy. Charles jest z Clokiem w dość dobrych stosunkach, ale jego też nie możemy
znaleźć.
Odwinąłem z opakowania w kieszeni tabletkę na zgagę i zacząłem ją ssać.
– Co tam podjadasz?
– Rolaids.
– Możesz mnie poczęstować z łaski swojej? – poprosił Henry. – Chyba powinniśmy znowu do nich
zajrzeć.
Tym razem Camilla podeszła do drzwi, uchylając je lekko, i wyjrzała zza nich ostrożnie. Henry zaczął
coś mówić, ale rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.
– Cześć – powiedziała. – Wchodźcie.
Ruszyliśmy za nią bez słowa ciemnym korytarzem do salonu, gdzie z Charlesem siedział Cloke
Rayburn.
Charles wstał nerwowo, Cloke zaś nie ruszył się z miejsca i skierował na nas senne, nieprzeniknione
spojrzenie. Był spalony słońcem i nieogolony. Charles uniósł brwi i bezgłośnie wypowiedział w naszą
stronę słowa „jest na haju”.
– Cześć – rzucił po przerwie Henry. – Jak się masz?
Cloke zakasłał – głęboki, paskudnie brzmiący charkot – i z paczki na stoliku przed sobą wytrząsnął
marlboro.
– Nie najgorzej – oznajmił. – A ty?
– W porządku.
Przypalił papierosa wsuniętego w kącik ust i znowu zakasłał.
– Hej – zwrócił się do mnie. – Jak leci?
– Może być.
– Byłeś na tej niedzielnej imprezie w Durbinstall.
– Tak.
– Widziałeś się z Moną? – spytał bez jakiejkolwiek modulacji głosu.
– Nie – odburknąłem i nagle zdałem sobie sprawę, że wszyscy się we mnie wpatrują.
– Mona? – powtórzył Charles po pełnej konsternacji ciszy.
– Taka jedna – rzekł Cloke. – Z drugiego roku. Mieszka w akademiku Bunny’ego.
– À propos Bunny’ego – wtrącił Henry.
Cloke rozsiadł się wygodniej w fotelu i przyszpilił Henry’ego spojrzeniem przekrwionych oczu spod
ciężkich powiek.
– No – powiedział. – Właśnie o nim gadaliśmy. Nie widzieliście go w ostatnich dniach, co?
– Nie. A ty?
Cloke przez chwilę nic nie mówił. Po czym pokręcił głową.
– Nie – wychrypiał, sięgając do popielniczki. – Nie kumam, gdzie on, do cholery, się zbunkrował.
Ostatni raz widziałem go w sobotę wieczorem, nie żebym się tym jakoś do tej pory przejmował.
– Wczoraj wieczorem rozmawiałem z Marion – poinformował Henry.
– Wiem – rzekł Cloke. – Trochę się jakby martwi. Rano spotkałem ją w Świetlicy i mówiła, że nie
ma go od jakichś pięciu dni. Pomyślała, że może wrócił do domu albo co, ale zadzwoniła do jego brata,
Patricka. I Patrick twierdzi, że nie ma go w Connecticut. Rozmawiała też z Hugh i w Nowym Jorku
również go nie ma.
– Rozmawiała z jego rodzicami?
– Nie, cholera, nie chciała mu robić kaszany.
Henry milczał przez chwilę.
– Jak myślisz, gdzie on teraz jest? – spytał.
Cloke odwrócił wzrok, nerwowo wzruszył ramionami.
– Znasz go dłużej niż ja – kontynuował Henry. – Ma jeszcze brata w Yale, prawda?
– Tak. Brady’ego. W szkole handlowej. Ale Patrick mówił, że niedawno rozmawiał z Bradym, no
nie?
– Patrick mieszka z rodzicami, zgadza się?
– Tak. Próbuje rozkręcić jakiś biznes, sklep z artykułami sportowymi czy coś takiego.
– A Hugh jest prawnikiem.
– Tak. Jest najstarszy. Pracuje w Milbank w Nowym Jorku.
– A co z tamtym bratem, który się ożenił?
– To Hugh się ożenił.
– Ale jeszcze jeden jest chyba żonaty?
– Ach, Teddy. U niego na pewno go nie ma.
– Dlaczego?
– Teddy mieszka u teściów. Zdaje się, że się strasznie żrą.
Zapadła długa cisza.
– Masz jeszcze jakieś pomysły, gdzie mógłby być? – spytał Henry.
Długie ciemne włosy opadły Cloke’owi na twarz, gdy pochylił się do przodu i strącił popiół
z papierosa. Miał zasępioną, tajemniczą minę i po chwili podniósł wzrok.
– Zauważyliście, że przez ostatnie dwa, trzy tygodnie Bunny miał przy sobie strasznie dużo szmalu?
– Co masz na myśli? – spytał Henry nieco zbyt ostro.
– Znacie Bunny’ego. Ciągle chodzi spłukany. Ale ostatnio miał kasę. Naprawdę dużo kasiory. Może
babcia mu podesłała albo co, ale dam sobie łeb uciąć, że od rodziców nic nie dostał.
Znowu zapadła długa cisza. Henry zagryzł wargę.
– Do czego zmierzasz? – spytał.
– A więc też zauważyłeś?
– Teraz, kiedy o tym mówisz, to rzeczywiście.
Cloke poruszył się nieswojo w fotelu.
– To, co teraz powiem, niech zostanie między nami – zastrzegł.
Usiadłem z zamierającym sercem.
– O co chodzi? – dopytywał się Henry.
– Nie wiem, czy w ogóle powinienem o tym wspominać.
– Jeśli uważasz, że to coś ważnego, to jak najbardziej – oznajmił szorstko Henry.
Cloke po raz ostatni zaciągnął się papierosem i zgasił go nieśpiesznym rotacyjnym ruchem.
– Wiecie – powiedział – że od czasu do czasu handluję trochę koką? Na niewielką skalę – dodał
pospiesznie – po kilka gramów tu i ówdzie. Zaopatruję tylko siebie i znajomych. Ale to nic trudnego, no
i mogę trochę dorobić.
Wszyscy spojrzeliśmy po sobie. Żadna nowina. Cloke był jednym z największych dilerów
narkotykowych w kampusie.
– Więc?
Cloke wyglądał na zaskoczonego. Wzruszył ramionami.
– Więc – kontynuował – znam takiego jednego Chińczyka z Mott Street w Nowym Jorku, koleś
wygląda naprawdę groźnie, ale mnie lubi i zawsze daje mi tyle towaru, na ile uda mi się uzbierać hajsu.
Najczęściej kokainę, czasem trochę trawy, ale z tym zwykle tylko kłopot. Znamy się od lat.
Handlowałem z nim już wtedy, gdy chodziłem z Bunnym do liceum. – Przerwał. – No więc sami
wiecie, że Bunny ciągle jest bez grosza.
– Tak.
– No więc zawsze strasznie się interesował tym biznesem. Wiecie, szybka kasa. Gdyby Bunny kiedyś
miał jakąś gotówkę, mógłbym go nawet wkręcić, mam na myśli stronę finansową, ale zawsze był goły,
a poza tym lepiej, żeby się do tego nie mieszał. – Przypalił kolejnego papierosa. – W każdym razie –
dodał. – To mnie właśnie martwi.
Henry zmarszczył brwi.
– Obawiam się, że nie rozumiem.
– To był duży błąd, ale kilka tygodni temu zabrałem go ze sobą.
Słyszeliśmy już o tej wyprawie do Nowego Jorku. Bunny ciągle się nią chełpił.
– I? – podpytywał Henry.
– Nie wiem. Po prostu trochę się jakby martwię, to wszystko. Wie, gdzie mieszka ten kolo, no nie?
I ma teraz skądś tę kasę, więc jak gadałem z Marion, po prostu…
– Chyba nie myślisz, że pojechał tam sam? – spytał Charles.
– Nie wiem. Mam taką nadzieję. Nigdy nie poznał tego kolesia ani nic.
– Bunny mógłby zrobić coś takiego? – wtrąciła Camilla.
– Szczerze mówiąc – rzekł Henry, zdejmując okulary i przecierając je szybko chusteczką – wydaje
mi się, że właśnie coś tak głupiego byłoby bardzo w jego stylu.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Henry podniósł wzrok. Jego oczy bez okularów wydawały się
ślepe, nieruchome, obce.
– Marion o tym wie? – spytał.
– Nie – odparł Cloke. – I wolałbym, żebyście jej nie mówili, dobra?
– Są jeszcze jakieś powody, żeby myśleć, iż tam pojechał?
– Nie. Ale gdzie indziej miałby być? Marion mówiła wam, że Rika Thalheim widziała go w środę
pod bankiem?
– Tak.
– To trochę dziwne, chociaż właściwie to nie, jeśli się nad tym zastanowić. Załóżmy, że pojechał do
Nowego Jorku i wziął ze sobą parę setek, nie? I powiedział, że ma dużo więcej. Ci goście gotowi za
dwadzieścia baksów porąbać cię i zapakować do worka. Bo ja wiem? Może kazali mu wrócić do domu,
zamknąć rachunek w banku i przywieźć wszystko, co ma.
– Bunny nawet nie ma konta.
– O którym byście wiedzieli – zauważył Cloke.
– Masz absolutną słuszność – rzekł Henry.
– Nie możesz po prostu do niego zadzwonić? – spytał Charles.
– Do kogo niby? Koleś nie figuruje w książce telefonicznej i nie rozdaje wizytówek, no nie?
– To jak się z nim kontaktujesz?
– Muszę zadzwonić do innego kolesia.
– To zadzwoń – podsunął spokojnie Henry, chowając do kieszeni chusteczkę i nakładając okulary
na nos.
– Niczego bym się od nich nie dowiedział.
– Myślałem, że się kolegujecie.
– A ty myślisz, że co? – zdenerwował się Cloke. – Myślisz, że ci kolesie bawią się tam w skautów?
Chyba nie mówisz poważnie. To są prawdziwi gangsterzy. Żadne tam, kurwa, lelum polelum.
Przez jedną straszną chwilę wydawało mi się, że Francis wybuchnie śmiechem, ale zamiast tego
odegrał atak kaszlu, chowając twarz za dłonią. Prawie na niego nie patrząc, Henry trzepnął go mocno
w plecy.
– Więc co byś nam radził? – spytała Camilla.
– Nie wiem. Chciałbym zajrzeć do jego pokoju, sprawdzić, czy na przykład zabrał walizkę.
– Nie jest zamknięty na klucz? – wtrącił Henry.
– Jest. Marion prosiła ochronę, żeby ją wpuścili, ale nie chcieli się zgodzić.
Henry zagryzł dolną wargę.
– Cóż – powoli cedził słowa – przecież nie byłoby aż tak trudno się tam dostać, prawda?
Cloke zgasił papierosa i spojrzał na Henry’ego z zainteresowaniem.
– Nie – przyznał – nie byłoby.
– Okno na parterze. Okiennice zdjęte.
– Na pewno sobie poradzę z siatką na owady.
Obaj popatrzyli po sobie.
– Może – powiedział Cloke – dobrze by było, gdybym już teraz tam skoczył i spróbował się dostać
do środka.
– Idziemy z tobą.
– Rany – zirytował się Cloke – wszyscy nie możemy pójść.
Zauważyłem, jak Henry zerka na Charlesa; Charles, za plecami Cloke’a, dał znać, że zrozumiał.
– Ja z tobą pójdę – oznajmił nagle głosem, który zabrzmiał zbyt donośnie, i dopił resztę drinka
jednym haustem.
– Cloke, jak do diabła wpakowałeś się w coś takiego? – spytała Camilla.
Roześmiał się z wyższością.
– Spoko – powiedział. – Trzeba tylko pogrywać z tymi kolesiami według ich reguł. Nie daję sobie
wciskać kitu i tyle.
Henry dyskretnie prześlizgnął się za fotelem Cloke’a do Charlesa i szepnął mu coś na ucho.
Widziałem, że Charles pokiwał lekko głową.
– Nie żeby nie próbowali – zastrzegł Cloke. – Ale ja znam ich sposób myślenia. Za to Bunny, on nie
ma o tym zielonego pojęcia, wydaje mu się, że to jakaś gra, gdzie studolarówki po prostu leżą na ziemi
i czekają, aż jakiś ćwok się po nie schyli…
Gdy skończył swoją przemowę, Charles i Henry zdążyli już się namówić i Charles podszedł do szafy
po płaszcz. Cloke sięgnął po okulary przeciwsłoneczne i wstał. Czuć było od niego suchy, ziołowy
zapach, echo marihuanowej woni unoszącej się na zakurzonych korytarzach Durbinstall: olejek paczuli,
papierosy goździkowe, kadzidełka.
Charles owinął szalikiem szyję. Wyraz jego twarzy był zarazem nonszalancki i niespokojny; miał
nieobecny wzrok i nieruchome usta, ale nozdrza rozszerzały się lekko wraz z oddechem.
– Tylko ostrożnie – przypomniała Camilla.
Zwracała się do Charlesa, ale to Cloke odwrócił się i uśmiechnął.
– To pestka – powiedział.
Odprowadziła ich do drzwi. Jak tylko je za nimi zamknęła, odwróciła się do nas.
Henry przyłożył palec do ust.
Przysłuchiwaliśmy się ich krokom na schodach i nie odzywaliśmy się, dopóki nie zawarczał silnik
samochodu Cloke’a. Henry podszedł do okna i odsunął poszarzałą firankę.
– Odjechali – poinformował.
– Henry, jesteś pewien, że to dobry pomysł? – spytała Camilla.
Wzruszył ramionami, wciąż wyglądając na dół.
– Nie wiem – odparł. – Musiałem improwizować.
– Wolałabym, żebyś to ty pojechał. Dlaczego nie zabrałeś się z Charlesem?
– Mógłbym, ale tak jest lepiej.
– Co mu powiedziałeś?
– Cóż, powinno się stać całkiem oczywiste, nawet dla Cloke’a, że Bunny nigdzie nie wyjechał.
Wszystkie jego rzeczy zostały w tym pokoju. Pieniądze, zapasowe okulary, zimowy płaszcz. Cloke
najprawdopodobniej będzie chciał wyjść, nikomu nic nie mówiąc, ale przykazałem Charlesowi, żeby
przynajmniej zadzwonili po Marion. Jeśli ona to zobaczy… cóż. Nie ma pojęcia o problemach Cloke’a,
a nawet gdyby coś wiedziała, miałaby to gdzieś. O ile się nie mylę, zadzwoni na policję, a w najgorszym
razie do rodziców Bunny’ego, i wątpię, czy Cloke’owi uda się ją powstrzymać.
– Dzisiaj już go nie znajdą – zgadywał Francis. – Za parę godzin zrobi się ciemno.
– Tak, ale jeśli się nam poszczęści, od rana zaczną go szukać.
– Myślisz, że ktoś będzie chciał z nami rozmawiać?
– Nie wiem – odpowiedział z roztargnieniem Henry. – Nie wiem, co się robi w takich sytuacjach.
Cienki promyk słońca padł na pryzmaty lichtarza ustawionego na gzymsie kominka, rzucając
olśniewające, rozedrgane smugi światła zniekształcone skosem mansardowej ściany. Nagle zaczęły
napływać mi do głowy obrazy ze wszystkich filmów kryminalnych, jakie kiedykolwiek widziałem –
pokoje bez okien, ostre światło i wąskie korytarze – obrazy, które wydawały się nie tyle zainscenizowane
lub obce, ile naznaczone nieodpartym piętnem wspomnienia, przeżytego już doświadczenia. Przestań
o tym myśleć, przestań, upominałem samego siebie, wbijając wzrok w jasną, zimną kałużę słonecznego
światła wsiąkającą w dywan u moich stóp.
Camilla próbowała przypalić papierosa, ale najpierw zgasła jej jedna, a potem druga zapałka. Henry
wziął od niej pudełko i wyręczył ją; zapałka buchnęła wysokim, mocnym płomieniem i Camilla
pochyliła się do niej, osłaniając ogień jedną dłonią, a drugą kładąc na jego przegubie.
Minuty mijały nieznośnie powoli. Camilla przyniosła do kuchni butelkę whisky i siedzieliśmy przy
stole, grając w jukra, Francis z Henrym przeciwko mnie i Camilli. Camilla grała dobrze – to była jej
ulubiona gra – ale ja nie byłem najlepszym partnerem i traciliśmy lewa po lewie.
W mieszkaniu panował bezruch: brzęk szkła, szelest kart. Henry siedział z podwiniętymi za łokcie
rękawami koszuli, a w binoklach Francisa połyskiwało metalicznie słońce. Robiłem, co w mojej mocy,
żeby skoncentrować się na grze, ale raz za razem łapałem się na tym, że zerkam przez otwarte drzwi do
sąsiedniego pokoju na zegar stojący na gzymsie kominka. Był to jeden z tych przedziwnych
wiktoriańskich bibelotów, za którymi bliźnięta tak bardzo przepadały – biały porcelanowy słoń
z zegarem umiejscowionym na grzbiecie i małym czarnym poganiaczem w złoconym turbanie
i bryczesach, który uderzał w gong. W tym kornaku było coś diabolicznego i za każdym razem, gdy
podnosiłem wzrok, widziałem, jak szczerzy do mnie zęby w uśmiechu przepełnionym radosną
złośliwością.
Przestałem liczyć punkty, przestałem liczyć rozdania. Pokój zasnuł się mrokiem.
Henry wyłożył karty.
– Biorę – powiedział.
– Ja już mam dość – oznajmił Francis. – Gdzie on się podziewa?
Zegar tykał głośno, hałaśliwy, arytmiczny takt. Siedzieliśmy w gasnącym świetle, zapomniawszy
o kartach. Camilla wzięła jabłko z miski na kuchennym blacie i usadowiła się na parapecie, chrupiąc je
markotnie i wyglądając przez okno na ulicę. Światło zmierzchu tworzyło wokół jej sylwetki ognistą
obwódkę, płonęło rudozłociście w jej włosach, rozpraszało się we włochatym materiale niedbale zebranej
wokół kolan wełnianej spódnicy.
– Może coś poszło nie tak – zgadywał Francis.
– Nie wygaduj bzdur. Co mogło się stać?
– Milion różnych rzeczy. Może Charles stracił głowę albo coś w tym rodzaju.
Henry rzucił mu zimne, pozbawione wyrazu spojrzenie.
– Uspokój się – powiedział. – Nie wiem, skąd ci się biorą takie pomysły. Naczytałeś się
Dostojewskiego czy co?
Francis już miał odpowiedzieć, gdy Camilla aż podskoczyła.
– Idzie – zawołała.
Henry wstał.
– Gdzie? Jest sam?
– Tak – odpowiedziała Camilla, biegnąc do drzwi.
Zbiegła po schodach, żeby przywitać Charlesa na podeście, i po chwili oboje wrócili do mieszkania.
Charles miał rozbiegane spojrzenie i włosy w nieładzie. Zdjął płaszcz, rzucił go na krzesło i padł na
sofę.
– Niech mi ktoś naleje drinka – poprosił.
– Wszystko w porządku?
– Tak.
– Co się stało?
– Gdzie ten drink?
Henry niecierpliwie chlusnął whisky do brudnej szklanki i wcisnął mu ją do ręki.
– Wszystko poszło dobrze? Przyjechała policja?
Charles pociągnął długi łyk, skrzywił się i kiwnął głową.
– Gdzie Cloke? U siebie?
– Chyba.
– Opowiedz wszystko od początku.
Charles dopił drinka i odstawił szklankę. Twarz miał spoconą, rumianą, jak w gorączce.
– Miałeś rację co do tego pokoju – powiedział.
– Jak to?
– Wyglądał upiornie. Strasznie. Nieposłane łóżko, wszędzie kurz, połowa starego ciastka na biurku
i chodzące po nim mrówki. Cloke się wystraszył i chciał wyjść, ale zanim to zrobił, zadzwoniłem do
Marion. Przyszła po kilku minutach. Rozejrzała się i chyba ją zamurowało, niewiele mówiła. Cloke był
bardzo zdenerwowany.
– Powiedział jej o narkotykach?
– Nie. Coś tam napomknął parę razy, ale Marion nie zwracała na niego większej uwagi. – Podniósł
wzrok. – Wiesz co, Henry – dodał raptownie – myślę, że popełniliśmy duży błąd, nie wchodząc tam
wcześniej. Powinniśmy byli przeszukać ten pokój, zanim oni w ogóle się tam znaleźli.
– Dlaczego tak mówisz?
– Zobacz, co znalazłem.
Wyciągnął z kieszeni jakąś kartkę.
Henry szybko wziął ją od niego i przeleciał po niej wzrokiem.
– Skąd to masz?
Charles wzruszył ramionami.
– Miałem szczęście. Leżała na wierzchu na biurku. Capnąłem ją przy pierwszej nadarzającej się
okazji.
Spojrzałem przez ramię Henry’ego. Była to skserowana strona lokalnego „Examinera”. Między
artykułem o rozbudowie domu i uciętą reklamą motyk widniał mały, ale rzucający się w oczy nagłówek.
TAJEMNICZA ŚMIERĆ W BATTENKILL
Biuro szeryfa Battenkill i policja z Hampden nadal prowadzą śledztwo w sprawie brutalnego
zabójstwa Harry’ego Raya McRee z dnia 12 listo​pada. Zmasakrowane zwłoki pana McRee,
hodowcy drobiu i byłego członka Stowarzyszenia Producentów Jaj Stanu Vermont,
znaleziono na terenie jego posiadłości w Mechanicsville. Motywem tej zbrodni
najprawdopodobniej nie była kradzież i chociaż pan McRee, o czym wiadomo, miał kilku
wrogów, zarówno w branży hodowlanej, jak i w całym okręgu Battenkill, żadna z tych osób
nie jest podejrzana o to zabójstwo.
Przerażony pochyliłem się bliżej – zelektryzowało mnie słowo „zmasakrowane”, oprócz niego nie
widziałem nic innego – ale Henry odwrócił kartkę i zaczął oglądać drugą stronę.
– Cóż – powiedział – przynajmniej nie jest to ksero wyciętego artykułu. Najprawdopodobniej
skopiował gazetę z biblioteki.
– Mam nadzieję, że masz rację, ale to nie znaczy, że to jedyna kopia.
Henry położył kartkę na popielniczce i zapalił zapałkę. Gdy przytknął ją do krawędzi, z boku zaczęła
pełgać jasnoczerwona żyłka, która po chwili pochłonęła całość; słowa zostały na chwilę podświetlone,
nim zwinęły się i ściemniały.
– Cóż – orzekł – teraz jest już za późno. Przynajmniej zabrałeś tę kopię. Co się stało potem?
– No więc Marion wyszła. Do Putnam House, po sąsiedzku. I wróciła z koleżanką.
– Którą?
– Nie znam jej. Ma na imię Uta, Ursula, jakoś tak. To jedna z tych dziewczyn o skandynawskiej
urodzie, która bez przerwy chodzi w rybackich swetrach. W każdym razie ta Uta, czy jak jej tam, też się
rozejrzała po pokoju, gdy Cloke siedział na łóżku i palił z miną, jakby go bolał brzuch, i w końcu
zaproponowała, żebyśmy weszli na piętro i zawiadomili gospodynię akademika.
Francis zaczął się śmiać. W Hampden do gospodarza akademika szło się w sytuacji, kiedy zepsuły się
okiennice albo ktoś za głośno słuchał muzyki.
– No i dobrze, że to zaproponowała, w przeciwnym razie wciąż byśmy tam stali – skomentował
Charles. – Gospodynią jest tam ta wyszczekana ruda, która ciągle chodzi w traperach, zaraz, jak ona się
nazywa? Briony Dillard?
– Tak – potwierdziłem. Poza pełnieniem funkcji gospodyni akademika i prężnej członkini
samorządu studenckiego przewodniczyła też lewac​kiemu stowarzyszeniu poza kampusem i wiecznie
próbowała zmobilizować studencką brać Hampden, spotykając się z porażającą obojętnością.
– No więc od razu wpakowała się do pokoju Bunny’ego i przystąpiła do działania – relacjonował
Charles. – Spisała nasze nazwiska. Zadała kilka pytań. Zebrała na korytarzu sąsiadów Bunny’ego i ich
też przepytała. Zadzwoniła do Biura Spraw Studenckich, a potem do ochrony. W ochronie powiedzieli,
że kogoś przyślą… – przerwał, żeby przypalić papierosa – ale że zniknięcie studenta tak naprawdę to nie
ich działka i że trzeba dzwonić na policję. Mogę jeszcze drinka? – zapytał, odwracając się raptownie do
Camilli.
– I co, przyjechała policja?
Charles, z papierosem między środkowym i wskazującym palcem, nasadą dłoni starł z czoła pot.
– Tak – odpowiedział. – Dwóch policjantów. I paru ochroniarzy.
– Co zrobili?
– Ochroniarze nic. Ale policjanci byli nawet całkiem sprawni. Jeden z nich rozejrzał się po pokoju,
a drugi wyprowadził wszystkich na korytarz i zaczął zadawać pytania.
– Jakiego rodzaju pytania?
– Kto widział go ostatni i gdzie, jak długo jest nieobecny, gdzie może przebywać. Wszystko
zupełnie oczywiste rzeczy, ale po raz pierwszy ktoś w ogóle o to pytał.
– Cloke coś mówił?
– Niewiele. Było straszne zamieszanie, mnóstwo ludzi, większość koniecznie chciała się podzielić
tym, co wie, czyli niczym. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Ta babka, która przyszła z Biura Spraw
Studenckich, próbowała się wtrącać, była strasznie namolna, powtarzała, że to nie jest sprawa dla policji,
że uczelnia się tym zajmie. W końcu jeden z policjantów się wkurzył. „Słuchajcie – powiedział – co się
z wami, ludzie, dzieje? Chłopaka nie ma przez bity tydzień i nikt do tej pory nawet o tym nie
wspomniał? To poważna sprawa, i jeśli mam wtrącić swoje trzy grosze, to uważam, że uczelnia może nie
być tu bez winy”. Jak ta babka z biura to usłyszała, to się dopiero zaczęło i wtedy, nagle, z pokoju
wyszedł ten drugi policjant z portfelem Bunny’ego.
Zrobiło się bardzo cicho. W portfelu było dwieście dolarów i wszystkie dokumenty. Policjant, który
znalazł portfel, stwierdził: „Chyba powinniśmy się skontaktować z rodziną tego chłopaka”. Wszyscy
zaczęli szeptać między sobą. Babka z biura zrobiła się biała na twarzy i powiedziała, że idzie od razu po
teczkę Bunny’ego. Poszedł z nią jeden z policjantów.
Wtedy już na korytarzu zebrał się cały tłum. Ludzie napływali z zewnątrz i czekali, żeby zobaczyć,
co się stanie. Ten drugi policjant kazał wszystkim wracać do siebie i zająć się swoimi sprawami i wtedy,
w tym całym zamieszaniu, Cloke też się wymknął. Zanim wyszedł, odciągnął mnie na stronę
i powtórzył, żebym nikomu nie wspominał o dragach.
– Mam nadzieję, że zaczekałeś, aż pozwolą ci odejść.
– Tak. Nie musiałem długo czekać. Policjant chciał rozmawiać z Marion, a mnie i tej Ucie
powiedział, że gdy tylko spisze nasze dane, możemy wracać do siebie. To było jakąś godzinę temu.
– To dlaczego wróciłeś dopiero teraz?
– Do tego zmierzam. Nie chciałem się na nikogo natknąć po drodze, więc przeszedłem za
budynkami administracyjnymi na tyłach kampusu. To był duży błąd. Nie dotarłem jeszcze do
brzozowego zagajnika, gdy ta awanturnica z Biura Spraw Studenckich, ta, która tak się wykłócała,
zauważyła mnie ze swojego okna w dziekanacie i zawołała, żebym do niej wstąpił.
– Co ona robiła w dziekanacie?
– Korzystała z telefonu do rozmów zamiejscowych. Dodzwonili się do ojca Bunny’ego. Wrzeszczał
na wszystkich, groził, że poda ich do sądu. Dziekan próbował go uspokoić, ale pan Corcoran koniecznie
chciał rozmawiać z kimś znajomym. Próbowali się dodzwonić do ciebie, Henry, z drugiego telefonu, ale
nie było cię w domu.
– Chciał rozmawiać ze mną?
– Najwyraźniej. Mieli już posłać kogoś do Audytorium po Morrowa, ale wtedy ta babka zobaczyła
przez okno mnie. Było tam z milion różnych osób: ten policjant, sekretarka dziekana, cztery lub pięć
osób z akademika, ta wariatka, która pracuje w Archiwum. Zaraz obok, w Biurze do spraw Naboru, ktoś
próbował się skontaktować z rektorem. Kręciło się tam też paru wykładowców. Zdaje się, że dziekan był
w trakcie jakiejś narady, gdy ta babka z Biura Spraw Studenckich wpadła tam z policjantem. Richard,
widziałem tam też twojego przyjaciela. Doktora Rolanda. W każdym razie tłum się rozstąpił, gdy
wszedłem, i dziekan podał mi słuchawkę. Pan Corcoran uspokoił się, gdy zdał sobie sprawę, z kim
rozmawia. Zaraz wpadł w poufały ton i zapytał mnie, czy to nie jakiś studencki wygłup.
– O Boże – westchnął Francis.
Charles zerknął na niego kątem oka.
– Pytał o ciebie. „Gdzie jest ten ryży?”, chciał wiedzieć.
– Co jeszcze mówił?
– Był bardzo miły. Właściwie pytał o was wszystkich. Kazał przekazać pozdrowienia.
Zapadła długa, niezręczna cisza.
Henry zagryzł dolną wargę i podszedł do barku nalać sobie drinka.
– Czy w ogóle wypłynęła – zapytał – ta sprawa z bankiem?
– Tak. Marion podała im nazwisko tej dziewczyny. Nawiasem mówiąc – gdy podniósł wzrok, jego
spojrzenie było rozkojarzone, puste – zapomniałem wspomnieć, ale Marion podała policjantom twoje
nazwisko. Twoje też, Francis.
– Dlaczego? – zaniepokoił się Francis. – Po co?
– Chcieli wiedzieć, z kim się przyjaźni.
– Ale dlaczego moje?
– Uspokój się, Francis.
W pokoju zrobiło się już ciemno. Niebo przybrało fioletowy odcień, a zaśnieżone ulice jarzyły się
surrealistyczną, księżycową poświatą. Henry włączył lampę.
– Myślicie, że dzisiaj zaczną poszukiwania?
– Na pewno. Ale czy będą go szukać we właściwym miejscu, to już inna sprawa.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
Charles w zamyśleniu kręcił szklanką, stukając kostkami lodu.
– Wiecie co – powiedział – zrobiliśmy coś strasznego.
– Musieliśmy, Charles, już o tym rozmawialiśmy.
– Wiem, ale nie mogę przestać myśleć o panu Corcoranie. O feriach, które spędziliśmy w jego
domu. I był taki miły przez telefon.
– Wszystkim wyszło to na dobre.
– Chcesz powiedzieć: niektórym.
Henry uśmiechnął się kwaśno.
– No nie wiem – odparł. – „Πελλαίου βους μέγας ΄ειν ΄Αίδη”.
W tym powiedzeniu chodziło o to, że w podziemnym świecie zmarłych wielki wół kosztuje grosze,
ale wiedziałem, co ma na myśli i wbrew sobie parsknąłem śmiechem. Wśród starożytnych panowała
opinia, że w piekle wszystko jest bardzo tanie.
Wychodząc, Henry zaproponował, że podwiezie mnie do kampusu. Było późno i gdy zatrzymał się przy
moim akademiku, spytałem go, czy nie wybrałby się na kolację do Świetlicy.
Zatrzymaliśmy się na poczcie, żeby Henry mógł sprawdzić korespondencję. Otwierał swoją skrzynkę
zaledwie raz na jakieś trzy tygodnie, więc czekał na niego spory plik; stanął przy koszu na śmieci,
obojętnie przeglądając koperty, i połowę wyrzucił bez otwierania. Nagle znieruchomiał.
– Co jest?
Zaśmiał się.
– Zajrzyj do swojej skrzynki. To ankieta. Ocena pracy Morrowa.
Gdy dotarliśmy do stołówki, już ją zamykali, a woźni zaczęli zmywać podłogę. Kuchnia też była
zamknięta, poszedłem więc wyżebrać trochę masła orzechowego i chleb, gdy Henry robił sobie herbatę.
Główna sala jadalna była całkowicie wyludniona. Usiedliśmy przy stole w rogu, odbici w czerni
okiennych szyb. Henry wziął pióro i zaczął wypełniać kwestionariusz.
Jedząc, przeglądałem swoją kopię. Odpowiedzi na pytania miały się mieścić w skali od jednego
(ocena zdecydowanie negatywna) do pięciu (bardzo dobra): „Czy wykładowca jest punktualny? Dobrze
przygotowany? Chętnie pomaga poza zajęciami?”. Henry bez chwili namysłu zakreślił piątki na całej
liście od góry do dołu. Zauważyłem, że wpisuje w puste miejsce liczbę „19”.
– A to co?
– Liczba zajęć Morrowa, w których uczestniczyłem – wyjaśnił, nie podnosząc wzroku.
– Aż dziewiętnaście?
– W to wchodzą zajęcia indywidualne, wszystko – odparł z irytacją.
Przez chwilę jedynym dźwiękiem było skrzypienie pióra Henry’ego i odległy brzęk suszarek do
naczyń w kuchni.
– Wszyscy je dostali czy tylko my? – spytałem.
– Tylko my.
– Ciekawe, po co w ogóle zawracają sobie tym głowę.
– Pewnie potrzebują do dokumentacji. – Otworzył ostatnią stronę, która w większości była pusta.
„Poniżej proszę zamieścić dodatkowe, pochlebne lub krytyczne, uwagi na temat wykładowcy. W razie
konieczności można dołączyć dodatkowe materiały”.
Jego pióro zawisło nad ankietą. Po chwili złożył ją i odsunął od siebie.
– Co – zapytałem – nic nie napiszesz?
Henry wysączył łyk herbaty.
– Jak przekonam dziekana – powiedział – że w naszych szeregach mamy istotę boską?
Po kolacji wróciłem do swojego pokoju. Z lękiem myślałem o czekającej mnie nocy, ale nie
z powodów, których można by oczekiwać – nie martwiłem się policją ani nie dręczyły mnie wyrzuty
sumienia, nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie. Wtedy już jakimś czysto podświadomym sposobem
wypracowałem skuteczną blokadę przed myślami o morderstwie i wszystkim, co go dotyczyło. Mogłem
o nim rozmawiać w naszym wąskim gronie, ale na osobności moje myśli rzadko krążyły wokół tej
sprawy.
W samotności doświadczałem za to czegoś w rodzaju ogólnego neurotycznego lęku, przypływu
trwogi i nienawiści do samego siebie, podniesionych do potęgi dziesiątej. Każda okrutna lub głupkowata
rzecz, którą kiedykolwiek wypowiedziałem, wracała do mnie ze wzmożoną wyrazistością bez względu
na to, jak bardzo sobie perswadowałem lub potrząsałem głową, żeby odpędzić te myśli. Stare zniewagi,
przewiny i wstydliwe sytuacje sięgające czasów dzieciństwa – mały inwalida, z którego się naśmiewałem,
wiosenny kurczak, którego zadusiłem – paradowały przede mną jedna po drugiej w całej swej żywej
i jadowitej okazałości.
Próbowałem uczyć się greki, ale na próżno. Sprawdzałem w słowniku słowo, ale wypadało mi
z pamięci, zanim jeszcze zdążyłem je zapisać; przypadki rzeczowników, formy czasowników zupełnie
wyleciały mi z głowy. Około północy zszedłem do automatu i zadzwoniłem do bliźniąt. Telefon
odebrała Camilla. Była senna, lekko wstawiona i właśnie kładła się spać.
– Opowiedz mi jakąś wesołą historyjkę – poprosiłem.
– Nic mi nie przychodzi do głowy.
– Jakąkolwiek.
– O Kopciuszku? O trzech niedźwiadkach?
– Opowiedz mi o czymś, co ci się przytrafiło, jak byłaś mała.
Opowiedziała mi więc o jedynej sytuacji, z której zapamiętała ojca, zanim zginął w wypadku z jej
matką. Padał śnieg i Charles spał, mówiła, a ona stała w dziecinnym łóżeczku i wyglądała przez okno.
Na podwórzu jej ojciec, ubrany w stary szary sweter, rzucał śnieżkami w płot.
– To musiało być popołudnie. Nie wiem, co tam robił. Wiem tylko, że go widziałam i że strasznie
chciałam wyjść, próbowałam więc wydostać się z łóżeczka i dołączyć do niego. Wtedy weszła babcia
i podniosła szczebelki, żeby mnie zatrzymać, a ja w płacz. Wujek Hilary, brat mojej babci, który
mieszkał z nami, gdy byliśmy mali, wszedł do pokoju i zobaczył, że płaczę. „Biedactwo”, powiedział.
Poszperał w kieszeniach i w końcu wyciągnął miarkę i dał mi się nią pobawić.
– Miarkę?
– Tak. Wiesz, taką, co się zwija za wciśnięciem przycisku. Wiecznie się o nią kłóciliśmy
z Charlesem. Wciąż jest gdzieś w domu.
Nazajutrz późnym rankiem zostałem gwałtownie wyrwany ze snu pukaniem do drzwi.
Otworzyłem i ujrzałem Camillę, która wyglądała, jak gdyby ubrała się w pośpiechu. Weszła
i zamknęła drzwi na klucz, gdy ja stałem w szlafroku i mrugałem powiekami.
– Wychodziłeś dzisiaj? – spytała.
Po karku przebiegł mi pająk niepokoju. Usiadłem na brzegu łóżka.
– Nie – odpowiedziałem. – A co?
– Nie wiem, co się wyprawia. Policja rozmawia z Charlesem i Henrym, a ja nawet nie wiem, gdzie
jest Francis.
– Co?
– Około siódmej rano był u nas policjant i chciał się widzieć z Charlesem. Nie mówił, o co chodzi.
Charles ubrał się i wyszli razem, a potem, o ósmej, miałam telefon od Henry’ego. Spytał, czy miałabym
coś przeciwko, gdyby rano się trochę spóźnił. Zapytałam, o czym mówi, bo nie planowaliśmy
spotkania. „O, dziękuję – powiedział – wiedziałem, że zrozumiesz, bo widzisz, są tu policjanci w sprawie
Bunny’ego i chcą mi zadać kilka pytań”.
– Na pewno wszystko będzie w porządku.
Przeczesała dłonią włosy pełnym frustracji gestem, zupełnie jak jej brat.
– Ale nie chodzi tylko o to – stwierdziła. – Wszędzie się kręcą jacyś ludzie. Reporterzy. Policja. Istny
dom wariatów.
– Szukają go?
– Nie wiem, co robią. Wygląda na to, że wybierają się w kierunku Mount Cataract.
– Może powinniśmy zmyć się z kampusu na jakiś czas.
Jej blade, srebrzyste spojrzenie przebiegło nerwowo po pokoju.
– Może – powiedziała. – Ubierz się i zdecydujemy, co robić.
Właśnie ekspresowo goliłem się w łazience, gdy wbiegła Judy Poovey, przyskakując do mnie tak
szybko, że się zaciąłem.
– Richard – zawołała, kładąc mi rękę na ramieniu. – Słyszałeś?
Dotknąłem twarzy, spojrzałem na krew na czubkach palców i zirytowany przeniosłem wzrok na nią.
– O czym?
– O Bunnym – wyrzuciła z siebie ściszonym głosem, otwierając szerzej oczy.
Wpatrywałem się w nią, nie wiedząc, co zaraz powie.
– Jack Teitelbaum mi mówił. W nocy rozmawiał z nim Cloke. Nie słyszałam, żeby ktoś tak po
prostu… zniknął. Strasznie to dziwne. I Jack twierdzi, że jeśli do tej pory go nie znaleźli… To znaczy na
pewno nic mu się nie stało ani nic takiego – dodała, widząc, jak na nią patrzę.
Nie przychodziło mi do głowy nic, co mógłbym jej powiedzieć.
– Jeśli chcesz do mnie wpaść albo co, będę u siebie.
– Jasne.
– To znaczy gdybyś chciał pogadać czy coś. Jestem u siebie. Po prostu wpadnij.
– Dzięki – rzuciłem nieco zbyt szybko.
Spojrzała na mnie oczami przepełnionymi współczuciem i zrozumieniem dla potrzeby samotności
i braku manier u tych, którzy są pogrążeni w żalu.
– Wszystko będzie dobrze – zapewniła, ściskając mnie za ramię, po czym wyszła, zatrzymawszy się
w drzwiach, żeby na odchodnym rzucić mi jeszcze jedno smutne spojrzenie.
Pomimo ostrzeżenia Camilli nie byłem przygotowany na obłęd panujący na zewnątrz. Parking pękał
w szwach i wszędzie kręcili się mieszkańcy Hampden, z wyglądu głównie robotnicy z fabryki, jedni
z drugim śniadaniem, inni z dziećmi, dźgali śnieg kijami, sunąc w kierunku Mount Cataract w szerokich,
luźnych rzędach, gdy studenci krążyli dookoła i przyglądali im się z zaciekawieniem. Przyjechali
policjanci, ludzie szeryfa, paru funkcjonariuszy policji stanowej; na trawniku obok kilku służbowo
wyglądających pojazdów stał radiowy wóz transmisyjny, food truck i furgonetka telewizji ActionNews
Twelve.
– Co ci wszyscy ludzie tutaj robią? – spytałem.
– Patrz – powiedziała Camilla. – To nie Francis?
Daleko, w kłębiącym się tłumie, mignęły mi rude włosy, rzucająca się w oczy sylwetka w czarnym
płaszczu, z opatuloną szalikiem szyją. Camilla podniosła szybko rękę i zawołała go.
Przedarł się przez grupę pracowników stołówki, którzy wyszli zobaczyć, co się dzieje. Palił
papierosa; pod pachą niósł złożoną gazetę.
– Cześć – powitał nas. – Dacie wiarę?
– Co się dzieje?
– Poszukiwanie skarbu.
– Co?
– Corcoranowie w nocy wyznaczyli wysoką nagrodę. Zamknięto wszystkie fabryki w Hampden.
Ktoś chce kawy? Mam dolara.
Przedarliśmy się do food trucka przez rozproszone, ponure zbiegowisko woźnych i pracowników
technicznych.
– Poproszę trzy kawy, dwie z mlekiem – powiedział Francis do grubaski za ladą.
– Mleka nie ma, tylko cremona.
– W takim razie czarna – zdecydował i odwrócił się. – Widzieliście dzisiejszą gazetę?
Było to późne wydanie miejscowego „Examinera”. Na pierwszej stronie zamieszczono niewyraźne,
aktualne zdjęcie Bunny’ego, a pod nim widniał podpis: POLICJA I RODZINA POSZUKUJĄ
ZAGINIONEGO W HAMPDEN STUDENTA, LAT 24.
– Dwadzieścia cztery? – wybąkałem zaskoczony. Bliźnięta i ja mieliś​my po dwadzieścia lat, a Henry
i Francis dwadzieścia jeden.
– W podstawówce parę razy nie zdał – wyjaśniła Camilla. – Ach.
W niedzielę po południu Edmund Corcoran, student Hampden Col​lege, nazywany przez
rodzinę i przyjaciół Bunnym, brał udział w studenckiej imprezie, którą później opuścił, udając
się rzekomo na spotkanie ze swoją dziewczyną, Marion Barnbridge z Rye w stanie Nowy
Jork, również studentką Hampden College. Wtedy Bunny’ego Corcorana widziano po raz
ostatni.
Zaniepokojona Barnbridge wraz z przyjaciółmi Corcorana zawiadomiła wczoraj policję,
która wydała komunikat w sprawie zaginięcia. Dzisiaj rozpoczyna się w rejonie Hampden
akcja poszukiwawcza. Zaginiony student (ciąg dalszy na s. 5)
– Skończyłaś? – spytałem Camillę.
– Tak. Możesz przekręcić.
ma 1,90 m wzrostu, waży 86 kg, włosy rudoblond, oczy niebieskie. Nosi okulary i gdy
widziano go po raz ostatni, był ubrany w szarą tweedową marynarkę o sportowym kroju,
spodnie khaki i żółty nieprzemakalny płaszcz.
– Twoja kawa, Richard – powiedział Francis, odwracając się ostrożnie z kubeczkami w obu
dłoniach.
W Liceum Świętego Hieronima w College Falls w stanie Massachusetts Corcoran brał czynny
udział w sportowych rozgrywkach międzyszkolnych, zdobywając odznaki szkoły za grę
w hokeja, lacrosse i wioślarstwo. Z drużyną piłkarską Wolverines, której był kapitanem
w ostatniej klasie, doszedł do mistrzostw stanu. W Hampden Corcoran był członkiem
ochotniczej straży pożarnej. Studiował literaturę i języki, koncentrując się na filologii
klasycznej, i był przez innych studentów nazywany „uczonym”.
– Ha – zaśmiała się Camilla.
Cloke Rayburn, kolega Corcorana z liceum i jeden z pierwszych, którzy zawiadomili
policję, powiedział, że Corcoran „to porządny chłopak, na pewno niezamieszany w narkotyki
ani nic takiego”.
Wczoraj po południu, zaniepokojony przedłużającą się nieobecnością kolegi, włamał się
do pokoju Corcorana w akademiku, a następnie zawiadomił policję.
– Nieprawda – powiedziała Camilla. – Wcale nie zadzwonił na policję.
– Nie ma słowa o Charlesie.
– Chwała Bogu – odparła po grecku.
Rodzice Corcorana, Macdonald i Katherine Corcoranowie z Shady Brook w stanie
Connecticut, przyjeżdżają dzisiaj do Hampden, żeby pomóc w poszukiwaniach najmłodszego
z pięciorga dzieci. (Czytaj też Rodzina się modli, s. 10). Podczas wywiadu telefonicznego pan
Corcoran, który jest prezesem Bingham Bank and Trust Company oraz członkiem zarządu
First National Bank of Connecticut, powiedział: „W domu niewiele zdziałamy. Chcielibyśmy
pomóc, jeśli będzie taka możliwość”. Ujawnił nam, że rozmawiał z synem przez telefon
tydzień przed jego zniknięciem i nie zauważył niczego nietypowego.
Katherine Corcoran, zapytana o syna, powiedziała: „Edmund jest bardzo zżyty z rodziną.
Gdyby miał jakiś problem, wiem, że powiedziałby Mackowi lub mnie”.
Za informacje na temat miejsca pobytu Edmunda Corcorana wyznaczono nagrodę
w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów ufundowaną przez rodzinę Corcoranów,
Bingham Bank and Trust Company oraz lożę Prawowiernego Zakonu Łosia z Highland
Heights.
Wiał silny wiatr. Z pomocą Camilli złożyłem gazetę i oddałem ją Francisowi.
– Pięćdziesiąt tysięcy dolarów – powtórzyłem. – Ładna sumka.
– I dziwisz się, skąd tu dziś rano ci wszyscy ludzie z Hampden? – spytał Francis, sącząc kawę. –
Kurczę, straszny ziąb.
Zawróciliśmy do budynku Świetlicy. Camilla zwróciła się do Francisa:
– Słyszałeś o Charlesie i Henrym, prawda?
– No ale przecież uprzedzali Charlesa, że może będą chcieli jeszcze z nim rozmawiać, no nie?
– A Henry?
– O niego bym się nie martwił.
Budynek Świetlicy był przegrzany i zaskakująco pusty. Nasza trójka, popijając kawę, usadowiła się
na lepkiej, czarnej kanapie obitej sztuczną skórą. Wokół nas kręcili się różni ludzie, wchodzili
i wychodzili, wpuszczając do środka podmuchy zimnego powietrza. Niektórzy podchodzili, żeby
spytać, czy mamy jakieś wiadomości. Jud „Ochlaj” Mac​Kenna, jako wiceprzewodniczący samorządu
studenckiego, nadszedł z pustą puszką po farbie i spytał, czy nie chcielibyśmy wesprzeć finansowo akcji
poszukiwawczej. Wspólnie zebraliśmy drobnymi monetami dolara.
Rozmawiał z nami Georges Laforgue, który opowiadał z zapałem i bardzo szczegółowo
o podobnym zniknięciu na Uniwersytecie Brandeisa, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, wyłonił się za nim
Henry.
Laforgue się odwrócił.
– O – powiedział chłodno, gdy zobaczył, kto to.
Henry lekko pochylił głowę.
– Bonjour, Monsieur Laforgue – rzekł. – Quel plaisir de vous revoir.
Laforgue teatralnym gestem wydobył z kieszeni chusteczkę i wydmuchiwał nos przez, jak się
zdawało, pięć minut. Potem, pedantycznie złożywszy chusteczkę na małe kwadraciki, odwrócił się
plecami do Henry’ego i wznowił swoją opowieść. Okazało się w tym przypadku, że student po prostu
wybrał się autobusem do Nowego Jorku, nikomu o tym nie mówiąc.
– A ten chłopak… Birdie, tak?
– Bunny.
– Tak. Tego chłopaka nie ma znacznie krócej. Zjawi się znowu, z własnej woli, i wszyscy będą mieli
bardzo głupie miny. – Ściszył głos. – Sądzę, że władze uczelni obawiają się pozwu i może dlatego
zatraciły wszelkie wyczucie proporcji, prawda? Proszę się tylko nie powoływać na moje słowa.
– Ależ oczywiście.
– Rozumiecie, nie mam najwyższych notowań u dziekana.
– Jestem trochę zmęczony – później, w samochodzie, przyznał Henry – ale nie mamy się czym martwić.
– O co cię pytali?
– Nie było tego dużo. Jak długo się znamy, czy dziwnie się zachowywał, czy znam jakiś powód, dla
którego mógłby podjąć decyzję o wyjeździe. Oczywiście w ostatnich miesiącach zachowywał się
dziwnie, co też im powiedziałem. Ale powiedziałem również, że ostatnio rzadko się widywaliśmy, co
zresztą jest prawdą. – Pokręcił głową. – No naprawdę. Dwie bite godziny. Nie wiem, czy bym się na to
wszystko zdecydował, gdybym wiedział, jaka się z tego zrobi szopka.
Zatrzymaliśmy się u bliźniąt i zastaliśmy Charlesa śpiącego na sofie, rozciągniętego na brzuchu w butach
i płaszczu. Jedno ramię zwisało nad krawędzią z podwiniętym rękawem, odsłaniając kilka centymetrów
nadgarstka i tyle samo mankietu.
Obudził się gwałtownie. Miał nabrzmiałą twarz i rowkowany wzór poduszek sofy wyciśnięty
głęboko na policzku.
– Jak poszło? – spytał Henry.
Charles dźwignął się lekko z sofy i potarł oczy.
– Chyba w porządku – odpowiedział. – Chcieli, żebym podpisał jakiś papier z opisem tego, co się
stało wczoraj.
– Mnie też odwiedzili.
– Serio? Czego chcieli?
– Te same pytania.
– Byli dla ciebie mili?
– Niespecjalnie.
– Boże, dla mnie byli tacy mili na komisariacie. Dali mi nawet kawę i pączki z dżemem na śniadanie.
Był piątek, co znaczyło, że nie mieliśmy zajęć i że Morrow jest u siebie w domu, nie w Hampden.
Jego dom położony był niedaleko – w połowie drogi do Albany, gdzie jeździliśmy na naleśniki
w zajeździe dla kierowców ciężarówek – i po obiedzie Henry zaproponował znienacka, żeby podjechać
i sprawdzić, czy Morrow jest u siebie.
Nigdy tam nie byłem, nigdy nawet nie widziałem jego domu, chociaż zakładałem, że pozostali byli
u niego ze sto razy. Właściwie – oczywiście Henry był tu godnym uwagi wyjątkiem – Morrow nie
przyjmował często gości. Nie było to tak zaskakujące, jak się wydaje; utrzymywał między sobą
a studentami dyskretny, lecz zdecydowany dystans; i chociaż darzył nas dużo większą sympatią, niż
wykładowcy zwykle okazują swoim podopiecznym, nie był to – nawet w przypadku Henry’ego –
związek równego z równym i nasze zajęcia z nim odbywały się bardziej w duchu oświeconej dyktatury
niż demokracji. „Jestem waszym nauczycielem – oznajmił kiedyś – ponieważ wiem więcej niż wy”.
Chociaż na poziomie psychologicznym jego podejście było niemal boleśnie intymne, na zewnątrz
sprawiał wrażenie rzeczowego i chłodnego. Nie chciał dostrzegać w nas niczego oprócz najbardziej
ujmujących cech, które pielęgnował i pogłębiał kosztem tych nieciekawych i mniej pożądanych.
Odczuwałem wprawdzie rozkoszną przyjemność, podporządkowując się temu atrakcyjnemu, acz niezbyt
trafnemu wizerunkowi siebie – a ostatecznie dochodząc do wniosku, że w gruncie rzeczy stałem się
postacią, którą od dłuższego czasu tak kunsztownie odgrywałem – nigdy nie było żadnych wątpliwości
co do tego, że Morrow nie chce nas oglądać w pełnej ani, w rzeczy samej, w jakiejkolwiek innej postaci,
jedynie we wspaniałych rolach, które dla nas wymyślił: genis gratus, corpore glabellus, arte
multiscius, et fortuna opulentus – z gładkim licem, miękką skórą, dobrym wykształceniem i fortuną.
Właśnie ta swoista ślepota na wszelkie problemy natury osobistej, jak sądzę, pozwoliła mu w końcu
zamienić nawet bardzo przyziemne kłopoty Bunny’ego w rozterki duchowe.
Nie wiedziałem wtedy, tak jak nie wiem teraz, nic o życiu Morrowa poza uczelnią i może to właśnie
przydawało wszystkiemu, co mówił i robił, tak fascynującej tajemniczości. Bez wątpienia jego życie
prywatne było niedoskonałe w takim samym stopniu jak życie wszystkich innych, ale ów fragment,
który pozwalał nam oglądać, był wypolerowany na tak idealnie wysoki połysk, że gdy nie było go
wśród nas, odnosiłem wrażenie, iż wiedzie życie zbyt uduchowione, bym mógł je sobie choćby
wyobrazić.
Naturalnie więc byłem ciekaw, gdzie mieszka. Był to duży dom z kamienia stojący na wzgórzu kilka
kilometrów od głównej drogi i gdzie sięgnąć wzrokiem, wszędzie widać było tylko drzewa i śnieg.
Prezentował się imponująco, ale nie był nawet w połowie tak monstrualnie neogotycki jak rezydencja
Francisa. Słyszałem niezwykłe historie o ogrodzie, a także o wnętrzach tego domu – greckie wazy,
miśnieńska porcelana, płótna Alma-Tademy i Fritha. Ale ogród przykrywał śnieg i Morrowa
najwyraźniej nie było w domu, a przynajmniej nie otwierał.
Henry obejrzał się ze wzgórza na nas, czekających w samochodzie. Sięgnął do kieszeni po kartkę
i skreślił krótki liścik, który złożył i wsunął w szparę w drzwiach.
– Czy w poszukiwaniach biorą udział studenci? – spytał Henry w drodze powrotnej do Hampden. – Nie
chcę tam jechać, jeśli mamy się rzucać w oczy. Ale z drugiej strony czy nie będzie to wydawało się nieco
bezduszne, jeśli po prostu pojedziemy do siebie?
Przez chwilę nic nie mówił zatopiony w myślach.
– Może powinniśmy rzucić okiem – zdecydował. – Charles, ty już zrobiłeś wystarczająco dużo jak
na jeden dzień. Może po prostu wrócisz do domu.
Po odwiezieniu bliźniąt udaliśmy się we trójkę do kampusu. Spodziewałem się, że do tej pory ekipa
poszukiwawcza zmęczy się i rozejdzie, ale ku memu zaskoczeniu akcja rozkręciła się jeszcze bardziej.
Byli tam policjanci, pracownicy uczelnianej administracji, harcerze, pracownicy techniczni i ochroniarze,
około trzydziestu studentów Hampden Col​lege (część w oficjalnej grupie zorganizowanej najwyraźniej
przez samorząd studencki, część po prostu dla towarzystwa) i chmara mieszkańców miasteczka. Duże
zbiorowisko ludzkie, ale gdy spoglądaliśmy w jego stronę ze szczytu wzniesienia, sprawiało wrażenie
dziwnie wygłuszonego i niewielkiego na szerokiej połaci śniegu.
Zeszliśmy ze wzgórza – Francis naburmuszony, bo nie chciał z nami iść, wlókł się kilka kroków
z tyłu – i wmieszaliśmy się w tłum. Nikt nie zwracał na nas najmniejszej uwagi. Nagle usłyszałem za
sobą niewyraźny, przerywany szmer walkie-talkie i zaskoczony wszedłem tyłem na szefa ochrony.
– Uważaj no! – zawołał. Był krępym, buldogowatym mężczyzną z plamami wątrobowymi na nosie
i policzkach.
– Przepraszam – rzuciłem pospiesznie. – Może mi pan powiedzieć, co…
– Studenty – wymamrotał, odwracając głowę, jak gdyby miał splunąć. – Kręcą się pod nogami,
potykają, nie wiedzą, cholera jasna, co robić.
– Tego właśnie chcielibyśmy się dowiedzieć – odburknął Henry.
Ochroniarz odwrócił się szybko i jakimś sposobem jego spojrzenie padło nie na Henry’ego, tylko na
Francisa, który stał i patrzył tępo przed siebie.
– O, znalazł się gagatek – powiedział zjadliwie. – Książę spoza kampusu, któremu się wydaje, że
może parkować na parkingu dla kadry.
Francis aż zadrżał, ze spłoszonym spojrzeniem w oczach.
– Tak, do ciebie mówię. Wiesz, ile masz niezapłaconych mandatów? Dziewięć. Nie dalej jak
w zeszłym tygodniu powiadomiłem dziekana. Mogą cię zawiesić w prawach studenta, zatrzymać indeks,
co tam jeszcze. Uniemożliwić korzystanie z biblioteki. Gdyby ode mnie zależało, wpakowałbym cię do
ciupy.
Francis gapił się na niego z otwartymi ustami. Henry chwycił go za rękaw i odciągnął na bok.
Po śniegu kroczył, chrzęszcząc, długi, nierówny szereg mieszkańców Hampden, z których część
anemicznie dźgała śnieg kijami. Przeszliśmy na koniec tego rzędu i dostosowaliśmy krok do ich tempa.
Świadomość, że ciało Bunny’ego leży tak naprawdę jakieś trzy kilometry na południowy wschód,
sprawiała, iż prowadziłem poszukiwania bez większego zaangażowania, brnąłem przed siebie jak
w amoku, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Z przodu maszerowała z pochylonymi głowami wydająca
rozkazy grupka funkcjonariuszy policji stanowej i lokalnej, którzy prowadzili ściszone rozmowy, gdy
wokół nich truchtał szczekający owczarek niemiecki. W powietrzu wyczuwało się jakąś ciężkość, niebo
zaś nad górami było zachmurzone i zapowiadało burzę. Płaszcz Francisa łopotał za nim i wybrzuszał się
dramatycznie, a on sprawdzał, czy w pobliżu nie ma jego prześladowcy, od czasu do czasu wydając
z siebie ciche, płaczliwe westchnienia.
– Dlaczego, do diabła, nie zapłaciłeś tych mandatów? – wysyczał Henry.
– Daj mi spokój.
Sunęliśmy po śniegu godzinami, jak się wydawało, aż energiczne ukłucia w moich stopach
zamieniły się w nieprzyjemne odrętwienie; ciężkie, czarne buty policjantów skrzypiały na śniegu, z ich
ciężkich pasów zwisały pałki. Nad drzewami przeleciał z warkotem helikopter, na chwilę zatrzymał się
nad nami, a potem śmignął z powrotem tam, skąd przybył. Dzień już gasł i ludzie kierowali się
zadeptanym stokiem do domów.
– Wracajmy – powiedział Francis po raz czwarty lub piąty.
Zawróciliśmy w końcu, gdy drogę zagrodził nam przechodzący tamtędy policjant.
– Macie dość na dzisiaj? – spytał, uśmiechając się, wielki, rumiany facet z rudym wąsem.
– Chyba tak – odparł Henry.
– Znacie tego chłopaka?
– Tak się składa, że znamy.
– Nie domyślacie się, gdzie się mógł wybrać?
Gdyby to był film, pomyślałem, spoglądając życzliwie w sympatyczną, mięsistą twarz policjanta,
gdyby to był film, teraz byśmy wykonywali nerwowe ruchy i zachowywali się mocno podejrzanie.
– Ile kosztuje telewizor? – spytał Henry po drodze do domu.
– A co?
– Bo chciałbym dzisiaj obejrzeć wiadomości.
– Telewizory są dosyć drogie – rzekł Francis.
– Widziałem jakiś na strychu u mnie w akademiku – wtrąciłem.
– Należy do kogoś?
– Na pewno.
– Cóż – stwierdził Henry – odniesiemy go, jak już przestaniemy z niego korzystać.
Francis stał na warcie, gdy Henry i ja weszliśmy na strych i rozpoczęliśmy poszukiwania wśród
zepsutych lamp, tekturowych pudeł i olejnych bohomazów studentów sztuk pięknych. W końcu
znaleźliśmy odbiornik za starą klatką na króliki i znieśliśmy go po schodach do samochodu Henry’ego.
Po drodze do mieszkania Francisa wstąpiliśmy po bliźnięta.
– Corcoranowie próbują się z tobą skontaktować – poinformowała Henry’ego Camilla.
– Pan Corcoran dzwonił ze sześć razy.
– Dzwonił też Morrow. Jest bardzo wzburzony.
– I Cloke – dodał Charles.
Henry zatrzymał się.
– Czego chciał?
– Chciał się upewnić, czy ty i ja nie wygadaliśmy policji o narkotykach, gdy rozmawiali z nami dziś
rano.
– Co mu powiedziałeś?
– Powiedziałem, że nie, ale nie wiedziałem, jak było z tobą.
– Dobra – interweniował Francis, zerkając na zegarek. – Jeśli się nie pospieszymy, nie zdążymy na
wiadomości.
Postawiliśmy telewizor na stole w jadalni Francisa i majstrowaliśmy przy nim dotąd, aż uzyskaliśmy
przyzwoity obraz. Przewijały się właśnie napisy końcowe serialu Petticoat Junction na tle wieży ciśnień
Hooter​ville i ekspresu Cannonball.
Wiadomości zaczynały się po filmie. Gdy cichła serialowa muzyka, w dolnym lewym rogu ukazało
się małe kółko ze studia wiadomości, a w nim stylizowane zdjęcie policjanta z latarką w ręku i psem
wyrywającym się na smyczy, z napisem POSZUKIWANIA TRWAJĄ.
Prezenterka spojrzała do kamery.
„Kilkaset osób bierze udział w poszukiwaniach, a kilka tysięcy modli się – poinformowała – po
rozpoczęciu w okolicach Hampden akcji mającej na celu odnalezienie studenta Hampden College,
Edmunda Corcorana”.
Zdjęcie przeszło w panoramiczne ujęcie gęsto zalesionego terenu; grupa poszukiwaczy, filmowana
od tyłu, kijami przetrzepywała zarośla, gdy owczarek niemiecki, którego widzieliśmy wcześniej, radośnie
szczekał na nas z ekranu.
– A wy gdzie, chłopaki? – spytała Camilla. – Jesteście tu gdzieś?
– Patrzcie – powiedział Francis. – To ten koszmarny facet.
„Stu ochotników – rozległ się głos lektora – przybyło dziś rano pomóc studentom Hampden College
w poszukiwaniach swojego kolegi, którego nie widziano od sobotniego popołudnia. Do tej pory
w sprawie zaginięcia dwudziestoczteroletniego Edmunda Corcorana z Shady Brook w stanie
Connecticut nie pojawił się żaden trop, ale nasza stacja otrzymała właśnie wiadomość telefoniczną, która
zdaniem policji może rzucić na sprawę nowe światło”.
– Co? – Charles zadał pytanie odbiornikowi telewizyjnemu.
„Oddajemy teraz głos Rickowi Dobsonowi, który jest na miejscu”.
Na ekranie pojawił się mężczyzna w trenczu z mikrofonem w ręku stojący przed czymś, co
wyglądało jak stacja benzynowa.
– Znam to miejsce – powiedział Francis, pochylając się do przodu. – To Zbawienny Serwis przy
szóstce.
– Cii – uciszył go ktoś.
Mocno wiało i mikrofon zapiszczał, a potem ucichł z trzaskiem.
„Dziś po południu – informował reporter z opuszczoną głową – o pierwszej pięćdziesiąt sześć
telewizja ActionNews Twelve otrzymała ważną wiadomość, która może okazać się przełomem
w policyjnym śledztwie w sprawie zaginionego niedawno studenta z Hampden College”.
Kamera zrobiła odjazd, obejmując starszego mężczyznę w kombinezonie, wełnianej czapce
i poplamionej ciemnej wiatrówce. Wbijał nieruchomy wzrok gdzieś w bok, głowę miał pękatą, a twarz
pustą i beztroską jak twarz noworodka.
„Jest z nami William Hundy – kontynuował reporter – współwłaściciel Zbawiennego Serwisu
w Hampden i członek Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, który właśnie zgłosił się
z pewną informacją”.
– Henry – odezwał się Francis. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jego twarz nagle bardzo pobladła.
Henry sięgnął do kieszeni po papierosa.
– Tak – powiedział krótko. – Widzę.
– Co jest? – spytałem.
Henry ubijał tytoń o bok paczki. Nie odrywał oczu od ekranu telewizora.
– Ten człowiek – rzekł – reperuje mój samochód.
„Panie Hundy – kontynuował reporter – zechce nam pan opowiedzieć, co pan widział w sobotę po
południu”.
– O mój Boże – jęknął Charles.
– Cicho – skarcił go Henry.
Mechanik nieśmiało spojrzał do kamery, po czym szybko odwrócił wzrok.
„W sobotę po południu – zaczął z nosowym akcentem Vermontczyka – do tego tutaj dystrybutora
podjechał kremowy pontiac LeMans, kilkuletni. – Z zakłopotaniem, jak gdyby coś sobie przypomniał,
podniósł rękę i wskazał jakieś miejsce poza kadrem. – Trzech ich było, dwóch z przodu, jeden z tyłu.
Nietutejsi. Wyglądało, jakby im się spieszyło. Nie zwrócił​bym uwagi, tylko że był z nimi ten chłopak.
Poznałem go ze zdjęcia w gazecie”.
Serce o mało nie zamarło mi w piersi – trzech mężczyzn, jasny samochód. Ale po chwili
przypomniałem sobie szczegóły. Z Camillą było nas czworo, a w niedzielę Bunny nawet nie zbliżył się
do samochodu. Poza tym jechaliśmy bmw, trudno go pomylić z pontiakiem.
Henry przestał stukać o bok paczki nieprzypalonym papierosem, który zwisał teraz luźno między
jego palcami.
„Chociaż rodzina Corcoranów nie dostała wiadomości z żądaniem okupu, policja nie wyklucza
ewentualności porwania. Rick Dobson, na żywo dla ActionNews Twelve”.
„Dziękuję, Rick. Jeśli któryś z naszych widzów ma jakiekolwiek informacje związane z tą lub inną
sprawą, prosimy o telefon na naszą linię kontaktową, 363-KONTAKT w godzinach od dziewiątej do
siedemnastej… Kuratorium okręgu Hampden głosowało dzisiaj nad zapewne najbardziej
kontrowersyjną…”
Wpatrywaliśmy się w telewizor w pełnym zdziwienia milczeniu przez kilka, jak się wydawało,
minut. W końcu bliźnięta spojrzały po sobie i parsknęły śmiechem.
Henry pokręcił głową, wciąż wpatrując się z niedowierzaniem w ekran.
– Vermontczycy – powiedział.
– Znasz tego gościa? – spytał Charles.
– Od dwóch lat serwisuję u niego samochód.
– To jakiś wariat?
Henry znów pokręcił głową.
– Zwariował, kłamie, może ma chrapkę na nagrodę. Nie wiem, co powiedzieć. Zawsze sprawiał
wrażenie całkiem normalnego, chociaż raz zaciągnął mnie na stronę i zaczął opowiadać o Królestwie
Bożym na ziemi.
– No cóż – stwierdził Francis – bez względu na powód, oddał nam wielką przysługę.
– Nie wiem – rzekł Henry. – Porwanie to poważne przestępstwo. Jeśli wszczęte zostanie
dochodzenie, mogą natknąć się na coś, czego nie chcielibyśmy ujawniać.
– Niby jak? Co to wszystko ma wspólnego z nami?
– To nie musi być nic wielkiego. Ale jest tyle drobiazgów, które byłyby mocno obciążające, gdyby
komuś się chciało je poskładać. Na przykład głupio zrobiłem, kupując te bilety lotnicze kartą kredytową.
Trudno by nam było się z tego wytłumaczyć. A co z twoim funduszem powierniczym, Francis? I z
naszymi kontami w bankach? Potężne wypłaty w ciągu ostatnich sześciu miesięcy i nic, co by je
uzasadniało. Tymczasem szafa Bunny’ego nie domyka się od mnóstwa nowych ubrań, za które nie mógł
sam zapłacić.
– Ktoś musiałby kopać naprawdę głęboko, żeby się do tego dogrzebać.
– Ktoś musiałby tylko wykonać dwa, trzy telefony pod właściwe numery.
Właśnie w tym momencie zadzwonił telefon.
– O Boże – jęknął płaczliwie Francis.
– Nie odbieraj – poradził Henry.
Ale Francis i tak, jak zresztą przewidziałem, podniósł słuchawkę.
– Tak – rzekł ostrożnie. Przerwa. – Ach, dobry wieczór, panie Corcoran – powiedział, siadając
i przesyłając nam uspokajający gest wykonany kciukiem i palcem wskazującym. – Jakieś wieści?
Bardzo długa pauza. Francis słuchał uważnie przez kilka minut, wpatrując się w podłogę i kiwając
głową. Po pewnym czasie jego kolano zaczęło niecierpliwie podskakiwać.
– Co się dzieje? – wyszeptał Charles.
Francis odsunął słuchawkę od ucha i wykonał „paplający” gest dłonią.
– Wiem, czego chce – zgadywał Charles z ponurą miną. – Chce, żebyśmy przyszli do jego hotelu na
kolację.
– Tak się składa, proszę pana, że już jedliśmy – mówił Francis. – Nie, oczywiście, że nie… Tak.
Ależ tak, próbowałem się z panem skontaktować, ale wie pan, jakie jest zamieszanie… Naturalnie…
W końcu odłożył słuchawkę. Wpatrywaliśmy się w niego.
Wzruszył ramionami.
– Cóż – powiedział. – Próbowałem. Spodziewa się nas w hotelu za dwadzieścia minut.
– Nas?
– Sam nie idę.
– Jest tam ktoś jeszcze?
– Tak. – Francis przemieścił się do kuchni. Słyszeliśmy, jak otwiera i zamyka szafki. – Cała familia
oprócz Teddy’ego, którego spodziewają się lada chwila.
Nastąpiła krótka przerwa.
– Co ty tam robisz? – spytał Henry.
– Robię sobie drinka.
– Mnie też zrób – poprosił Charles.
– Może być szkocka?
– Wolałbym bourbona, jeśli masz.
– I ja chcę – wtrąciła Camilla.
– Po prostu przynieś z łaski swojej całą butelkę – powiedział Henry.
Po ich wyjściu położyłem się na sofie Francisa i oglądałem teleturniej Va banque, popalając jego
papierosy i popijając jego szkocką. Jeden z uczestników pochodził z San Gilberto, całkiem niedaleko
miejsca, gdzie dorastałem, nie dalej niż osiem, dziewięć kilometrów. Te wszystkie przedmieścia zdają się
przechodzić jedno w drugie, nie zawsze więc można stwierdzić, gdzie kończy się jedno miasteczko,
a gdzie zaczyna następne.
Potem zaczął się jakiś film telewizyjny o groźbie zderzenia Ziemi z inną planetą i o tym, jak wszyscy
naukowcy świata zjednoczyli siły, by zapobiec tej katastrofie. Pewien domorosły astronom, który ciągle
występuje w różnych talk-show i którego nazwisko byłoby wam prawdopodobnie znane, grał
w epizodzie samego siebie.
Z jakiegoś powodu obawiałem się samotnego oglądania wiadomości, gdy zaczęły się o dwudziestej
trzeciej, przełączyłem więc na PBS i oglądałem program pod tytułem Historia metalurgii. Nawet
ciekawy, ale będąc zmęczony i lekko wstawiony, usnąłem, zanim się skończył.
Gdy się obudziłem, leżałem pod kocem, którym ktoś mnie przykrył, a pokój w chłodnym świetle
poranka był siny. Francis siedział na parapecie odwrócony do mnie plecami; miał na sobie ubranie
z poprzedniego wieczoru i wyjadał wisienki koktajlowe ze słoika ustawionego na nodze.
Usiadłem.
– Która godzina?
– Szósta – odpowiedział, nie odwracając się, z pełnymi ustami.
– Dlaczego mnie nie obudziłeś?
– Wróciłem dopiero o wpół do piątej. Zbyt pijany, żeby cię odwieźć. Chcesz wisienkę?
Wciąż był na rauszu. Koszulę miał rozpiętą pod szyją, ubranie w nieładzie i mówił płaskim,
bezbarwnym głosem.
– Gdzie byłeś całą noc?
– U Corcoranów.
– Chyba nie piliście?
– Ależ oczywiście.
– Do czwartej?
– Gdy wychodziliśmy, oni cały czas tankowali. W wannie było pięć lub sześć skrzynek piwa.
– Nie wiedziałem, że to będzie zakrapiane spotkanie.
– Dar od Food Kinga – wyjaśnił Francis. – Mam na myśli to piwo. Pan Corcoran i Brady przywieźli
je do hotelu.
– Gdzie się zatrzymali?
– Nie wiem – powiedział smutno. – Straszne miejsce. Jeden z tych wielkich płaskich moteli
z neonem, bez room service. Wszystkie pokoje były połączone. Dzieciaki Hugh wydzierały się i rzucały
chipsami, w każdym pokoju włączony telewizor. Piekło… Naprawdę – kontynuował z poważną miną,
gdy ja zacząłem się śmiać. – Myślę, że po zeszłej nocy nic nie jest mi już straszne. Przeżyję wojnę
jądrową. Wystartuję samolotem. Ktoś, zdaje się, że któryś z tych cholernych bachorów, ściągnął z łóżka
mój ulubiony szalik i zawinął w niego udko kurczaka. W ten śliczny jedwabny ze wzorkiem w zegary.
Jest do wyrzucenia.
– Bardzo się przejęli?
– Kto, Corcoranowie? Oczywiście, że nie. Chyba nawet w ogóle niczego nie zauważyli.
– Nie mówię o szaliku.
– Ach. – Wydobył ze słoika kolejną wisienkę. – Każdy chyba przeżywał to na swój sposób.
Właściwie nie mówiło się o niczym innym, ale nie sprawiali wrażenia zrozpaczonych ani nic takiego.
Pan Corcoran przez moment odgrywał smutnego i zmartwionego, a po chwili, nim się obejrzałeś, bawił
się z dzieckiem albo częstował wszystkich piwem.
– Była tam Marion?
– Tak. Cloke też. Poszedł się przejechać z Bradym i Patrickiem i jak wrócili, jechało od nich trawą.
Przesiedzieliśmy z Henrym całą noc na kaloryferze i rozmawialiśmy z panem Corcoranem. Zdaje się, że
Camilla poszła się przywitać z Hugh i jego żoną i ją wcięło. Nie wiem nawet, co się stało z Charlesem.
Po chwili Francis pokręcił głową.
– Nie wiem – dodał. – Nie masz czasem wrażenia, potwornego w sumie, jakie to wszystko zabawne?
– Prawdę mówiąc, to nie jest ani trochę zabawne.
– Pewnie masz rację – przyznał, zapalając drżącymi rękoma papierosa. – Pan Corcoran mówił
jeszcze, że przyjeżdża dzisiaj Gwardia Narodowa. Ale cyrk.
Od jakiegoś czasu wpatrywałem się w słoik z wisienkami, nie zdając sobie w pełni sprawy z tego, co
to jest.
– Dlaczego wyjadasz te wiśnie? – spytałem.
– Nie wiem – odrzekł, spoglądając na słoik. – Są ohydne.
– Wyrzuć je.
Zaczął się mocować z przesuwnym oknem. Wreszcie zaskrzypiało i poszybowało do góry.
Smagnął mnie po twarzy podmuch lodowatego powietrza.
– Hej! – zawołałem.
Wyrzucił słoik przez okno, po czym naparł na nie całym swoim ciężarem. Podszedłem, żeby mu
pomóc. W końcu zatrzasnęło się, a za nim opadły zasłony, zastygając przy oknie. Wiśniowy sok
pozostawił na śniegu rozbryźniętą trajektorię czerwieni.
– Trochę w stylu Jeana Cocteau, nie sądzisz? – ocenił Francis. – Padam z nóg. Jeśli pozwolisz,
wezmę teraz kąpiel.
Napuszczał wodę do wanny, a ja właśnie wychodziłem, gdy zadzwonił telefon.
Henry.
– Oj – powiedział. – Przepraszam. Myślałem, że dzwonię do Francisa.
– Bo dzwonisz. Zaczekaj chwilkę. – Odłożyłem słuchawkę i zawołałem go.
Przyszedł w spodniach i podkoszulce, z twarzą na wpół pokrytą pianką do golenia, z maszynką
w dłoni.
– Kto to?
– Henry.
– Powiedz, że jestem w wannie.
– Jest w wannie – powtórzyłem.
– Wcale nie – rzekł Henry. – Stoi obok ciebie. Słyszę go.
Podałem Francisowi słuchawkę. Trzymał ją w pewnym oddaleniu od twarzy, żeby jej nie pobrudzić.
Słyszałem, że Henry coś mówi. Po chwili zaspane oczy Francisa otworzyły się szerzej.
– O nie – powiedział. – Tylko nie ja.
Znów głos Henry’ego, szorstki i rzeczowy.
– Nie, mówię poważnie, Henry. Jestem zmęczony, kładę się spać i w żadnym wypadku…
Nagle zmienił się na twarzy. Ku mojemu zdumieniu przeklął głośno i tak mocno cisnął słuchawkę na
widełki, że aż zabrzęczała.
– Co jest?
Wbijał spojrzenie w telefon.
– Niech go szlag – powiedział. – Rozłączył się.
– Ale o co chodzi?
– Chce, żebyśmy znowu się włączyli do tych cholernych poszukiwań. W tej chwili. Tylko że ja nie
jestem taki jak on, nie potrafię wytrzymać bez snu pięć lub sześć dni z…
– Już, teraz? Przecież jest jeszcze wcześnie.
– Zaczęli godzinę temu, tak przynajmniej twierdzi. Niech go szlag. Czy on nigdy nie śpi?
Nie wracaliśmy do incydentu w moim pokoju sprzed kilku dni i w sennej ciszy samochodu poczułem
potrzebę wyjaśnienia sprawy.
– Wiesz co, Francis – zacząłem.
– Co?
Wydawało mi się, że najlepiej od razu wyrzucić z siebie, co mi leży na wątrobie.
– Wiesz – powiedziałem – nie pociągasz mnie, prawdę mówiąc. To znaczy, nie że…
– A to ciekawe – odparł chłodno. – Bo ty też mnie nie pociągasz.
– Ale…
– Byłeś po prostu pod ręką.
Resztę drogi na uczelnię przejechaliśmy w dość krępującej ciszy.
Aż trudno w to uwierzyć, ale w nocy akcja nabrała jeszcze większych rozmiarów. Teraz już brały w niej
udział setki ludzi: funkcjonariusze w mundurach, ludzie z psami, megafonami i kamerami, ludzie
kupujący drożdżówki z food trucka i zaglądający w ciemne okna wozów transmisyjnych – trzech, w tym
jednego należącego do stacji telewizyjnej z Bostonu – zaparkowanych na trawniku przed Świetlicą, nie
licząc lawiny samochodów na parkingu.
Znaleźliśmy Henry’ego na werandzie Świetlicy. Był pochłonięty lekturą maleńkiej, oprawionej
w welin książki napisanej w jakimś bliskowschodnim języku. Bliźnięta – zaspane, z czerwonymi
nosami, rozczochrane – rozsiadły się na ławce jak para nastolatków, podając sobie kubeczek z kawą.
Francis na wpół trącił, na wpół kopnął czubek buta Henry’ego.
Henry aż podskoczył.
– O – powiedział. – Dzień dobry.
– Dobry? Jak ci to może w ogóle przejść przez gardło? Nie zmrużyłem nawet oka. Od trzech dni nic
nie jadłem.
Henry zaznaczył tasiemką stronę i wsunął książeczkę za pazuchę.
– No to idź kup sobie pączka – zaproponował uprzejmie.
– Nie mam kasy.
– Więc ci dam.
– Nie mam ochoty na pieprzonego pączka.
Podszedłem do bliźniąt i usiadłem obok.
– Żałuj, że cię wczoraj z nami nie było – powiedział z przekąsem Charles.
– Słyszałem co nieco.
– Żona Hugh przez półtorej godziny pokazywała nam zdjęcia dzieci.
– Tak, co najmniej – potwierdziła Camilla. – A Henry pił piwo z puszki.
Cisza.
– A ty co robiłeś? – spytał Charles.
– Nic. Oglądałem film w telewizji.
Oboje się ożywili.
– O, naprawdę? Ten o zderzeniu planet?
– Leciał w pokoju pana Corcorana, ale ktoś w trakcie zmienił kanał – wyjaśniła Camilla.
– Jak się skończył?
– Do którego momentu oglądaliście?
– Do sceny w górskim laboratorium. Jak ci młodzi, gorliwi naukowcy zmawiają się przeciwko temu
staremu cynikowi, który nie chciał im pomagać.
Opisywałem właśnie scenę finałową, gdy nagle ujrzeliśmy Cloke’a Rayburna przeciskającego się
przez tłum. Przerwałem, myśląc, że zmierza do nas, ale on tylko pozdrowił nas skinieniem głowy
i podszedł do Henry’ego, który stał teraz na skraju werandy.
– Słuchaj – usłyszałem go. – Nie miałem okazji z wami wczoraj pogadać. Namierzyłem tych kolesi
w Nowym Jorku i Bunny’ego u nich nie było.
Henry przez chwilę się nie odzywał.
– Mówiłeś chyba – powiedział w końcu – że z nimi nie można się skontaktować.
– To jest możliwe, tylko że strasznie upierdliwe. No, w każdym razie nie widzieli go.
– Skąd wiesz?
– Co?
– Mówiłeś, zdaje się, że nie można im ufać.
Wyglądał na zaskoczonego.
– Tak mówiłem?
– Owszem.
– Hej, posłuchaj – rzekł Cloke, zdejmując ciemne okulary. Oczy miał przekrwione i podpuchnięte. –
Ci kolesie mówią prawdę. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, zresztą nie było na to czasu…
w każdym razie piszą o tym we wszystkich gazetach w Nowym Jorku. Jeśli naprawdę coś mu zrobili, nie
siedzieliby w swoim mieszkaniu i nie odbieraliby moich telefonów… O co chodzi, stary? – zapytał
nerwowo, gdy Henry milczał. – Mam nadzieję, że nie puściłeś farby?
Henry wydał z siebie nieokreślony gardłowy dźwięk, który mógł znaczyć wszystko.
– Co?
– Nikt o to nie pytał – odparł Henry.
Jego twarz była nieodgadniona. Cloke, wyraźnie skonsternowany, czekał, aż Henry powie coś
jeszcze. W końcu w jakby obronnym geście znów włożył okulary.
– Cóż – bąknął. – Hm. No dobra. To na razie.
Po jego odejściu Francis odwrócił się do Henry’ego ze skonsternowaną miną.
– Co ty, do diabła, kombinujesz? – zapytał.
Ale Henry nie odpowiedział.
Ten dzień minął jak sen. Głosy, psy, szczekanie, warkot helikoptera w górze. Wiatr był silny i jego szum
wśród drzew przypominał ryk oceanu. Helikopter przysłała komenda nowojorskiej policji stanowej
z Albany; usłyszeliśmy, że jest wyposażony w specjalny czujnik ciepła na podczerwień. Ktoś udostępnił
też tak zwany samolot „ultralekki”, który nurkował nisko, o mało nie ścinając czubków drzew. Byliśmy
jak prawdziwe wojsko pod komendą dowódców z megafonami, fala za falą, maszerując po ośnieżonych
stokach.
Pola uprawne, pastwiska, gęsto zarośnięte pagórki. Gdy zbliżaliśmy się do podnóża góry, teren
zaczął się obniżać. W dolinie zalegała gęsta mgła, parujący kocioł bieli z wystającymi jedynie
wierzchołkami drzew, surowy i jakby wyjęty z utworu Dantego. Schodziliśmy stopniowo coraz niżej
i świat wokół nas zanikał. Charles, tuż obok, ze swymi rumianymi policzkami i ciężkim oddechem
rysował się wyraźnie i niemal hiperrealistycznie, ale trochę dalej Henry zamienił się w widmo, ulotny
i dziwnie niematerialny we mgle.
Gdy kilka godzin później teren zaczął się podnosić, wyszliśmy na tyły innej, mniej licznej grupki.
Znajdowały się w niej osoby, których widok mnie zaskoczył i z jakiegoś powodu wzruszył. Martin
Hoffer, znakomity stary kompozytor z Wydziału Muzyki; kobieta w średnim wieku, która sprawdzała
legitymacje w stołówce, wyglądająca w nieokreślony sposób żałośnie w swoim płaszczu z gładkiego
materiału; doktor Roland, którego fanfary wywołane wydmuchiwaniem nosa słychać było na odległość.
– Patrzcie – powiedział Charles. – A tam nie stoi przypadkiem Morrow?
– Gdzie?
– Niemożliwe – stwierdził Henry.
Ale to był on. W dość charakterystyczny dla siebie sposób udawał, że nas nie widzi, aż podeszliśmy
tak blisko, iż nie mógł nas dłużej ignorować. Przysłuchiwał się drobniuteńkiej kobiecie o lisiej twarzy,
która z tego, co wiedziałem, zajmowała się sprzątaniem akademików.
– Boże święty – odchylił się do tyłu, udając zaskoczenie, gdy woźna przestała mówić. – A wy skąd
się tu wzięliście? Znacie panią O’Rourke?
Pani O’Rourke uśmiechała się nieśmiało.
– Znam was wszystkich – oznajmiła. – Studenci myślą, że sprzątaczki ich nie zauważają, ale znam
was wszystkich z widzenia.
– No, mam taką nadzieję – rzekł Charles. – Chyba mnie pani nie zapomniała? Akademik Bishop
House, spod dziesiątki?
Powiedział to tak serdecznie, że aż poczerwieniała z zadowolenia.
– A pewnie – odparła. – Pamiętam cię. To ty żeś mi ciągle uciekał ze szczotką.
W czasie tej wymiany zdań Henry i Morrow rozmawiali ze sobą cicho.
– Powinniście mi powiedzieć wcześniej – słyszałem głos Morrowa.
– Przecież mówiliśmy.
– Owszem, ale mimo wszystko. Edmundowi zdarzało się opuszczać zajęcia – stwierdził Morrow ze
strapioną miną. – Myślałem, że symuluje chorobę. Mówi się, że został porwany, ale to chyba
niedorzeczne, prawda?
– Jakby to był mój dzieciak, tobym wolała, żeby go porwali, niż żeby miał spędzić sześć dni w tym
śniegu – oświadczyła pani O’Rourke.
– Cóż, mam szczerą nadzieję, że nic mu się nie stało. Zapewne wiecie, że jego rodzina jest tutaj?
Widzieliście się z nimi?
– Nie dzisiaj – odparł Henry.
– Tak, tak, oczywiście – dodał pospiesznie Morrow. Nie lubił Corcoranów. – Ja też się z nimi nie
widziałem, to nie najlepszy moment, żeby się narzucać… Rano przez przypadek natknąłem się na ojca
i na jednego z braci. Miał ze sobą małe dziecko. Nosił je na barana, jak gdyby wybierali się na piknik.
– Że też wynoszą takie maleństwo na tę zimnicę – oburzyła się pani O’Rourke. – Trzech latek jeszcze
nie ma.
– Tak, zgadzam się, niestety. Zupełnie nie rozumiem, po co zabierać takie małe dziecko na taką
akcję.
– Ja swojemu na pewno nie dałabym tak się wydzierać.
– To może dlatego, że było zimno – wymamrotał Morrow. Ten ton był delikatnym sygnałem, że
wolałby zmienić temat.
Henry odchrząknął.
– Rozmawiał pan z ojcem Bunny’ego? – spytał.
– Tylko przez chwilę. On… cóż, myślę, że każde z nas w inny sposób radzi sobie w takich
sytuacjach… Edmund jest do niego bardzo podobny, prawda?
– Tak jak wszyscy bracia – wtrąciła Camilla.
Morrow uśmiechnął się.
– Tak! I ilu ich jest! Jak w jakiejś bajce… – Zerknął na zegarek. – Boże święty – zdziwił się – ale
późno.
Francis przerwał swoje ponure milczenie.
– Wraca pan już do domu? – spytał z nadzieją Morrowa. – Może pana odwieźć?
Była to bezczelna próba ucieczki. Nozdrza Henry’ego rozszerzyły się, nie tyle ze złości, ile
z podszytego niedowierzaniem rozbawienia: spojrzał z wyrzutem na Francisa, ale wtedy Morrow,
zapatrzony w dal i zupełnie nieświadomy dramatu, który związany był z jego odpowiedzią, pokręcił
głową.
– Nie, dziękuję – rzekł. – Biedny Edmund. Wiecie, naprawdę się o niego martwię.
– Strach pomyśleć, jak się czują jego rodzice – powiedziała pani O’Rourke.
– Tak – potwierdził Morrow tonem, który zdawał się wyrażać zarówno współczucie, jak i odrazę
wobec Corcoranów.
– Ja na ich miejscu odchodziłabym od zmysłów.
Morrow nagle zadrżał i podniósł kołnierz płaszcza.
– Tej nocy z nerwów prawie nie zmrużyłem oka – oznajmił. – To taki uroczy chłopak, ma w sobie
taką naiwność; naprawdę go lubię. Gdyby coś mu się stało, nie wiem, jak bym to zniósł.
Spoglądał na wzgórza, na majestatyczną filmową panoramę ludzi, dzikiej przyrody i śniegu, która
rozciągała się w dole; i chociaż w jego głosie pobrzmiewał niepokój, na twarzy malowało się dziwne
rozmarzenie. Ta cała sprawa wstrząsnęła nim, to wiedziałem, ale wiedziałem też, że w operowym
rozmachu trwających poszukiwań jest coś, co musi do niego przemawiać, i że skrycie czerpie
przyjemność z estetycznej strony tego wszystkiego.
Henry też to dostrzegł.
– Scena jak z Tołstoja, prawda? – zauważył.
Morrow obejrzał się przez ramię i ze zdziwieniem ujrzałem prawdziwy zachwyt na jego twarzy.
– Owszem – zgodził się. – Czyż nie?
Około drugiej podeszli do nas, wyrastając jak spod ziemi, dwaj mężczyźni w ciemnych płaszczach.
– Charles Macaulay? – odezwał się niższy z tej dwójki. Miał wydatny tors i baczne, łagodne
spojrzenie.
Charles, obok mnie, zatrzymał się i spojrzał na niego ze zdziwieniem.
Mężczyzna sięgnął do górnej kieszeni i pokazał odznakę.
– Agent Harvey Davenport, FBI, Oddział Północno-Wschodni.
Przez chwilę myślałem, że Charles straci zimną krew.
– O co chodzi? – spytał, mrugając powiekami.
– Chcielibyśmy porozmawiać, jeśli pozwolisz.
– To nie potrwa długo – zapewnił ten wyższy. Był Włochem o lekko przygarbionych ramionach
i smutnym, ziemistym nosie. Jego głos brzmiał cicho i przyjemnie.
Henry, Francis i Camilla przystanęli i wpatrywali się w nieznajomych z różnym natężeniem
zainteresowania i trwogi.
– A poza tym – dodał żywo Davenport – dobrze będzie na parę minut schronić się przed tym
zimnem. Założę się, że ci odmarza tyłek.
Po ich odejściu nasza trójka aż kipiała z niepokoju, ale oczywiście nie mogliśmy rozmawiać, wlekliśmy
się więc dalej ze spojrzeniami wbitymi w ziemię, bojąc się podnieść wzrok. Niebawem minęła trzecia,
a potem czwarta. Poszukiwania trwały w najlepsze, lecz przy pierwszych wczesnych oznakach, że akcja
tego dnia powoli dobiega końca, oddaliliśmy się szybko i w milczeniu do samochodu.
– Jak sądzicie, czego oni od niego chcą? – spytała Camilla chyba po raz dziesiąty.
– Nie wiem – odparł Henry.
– Przecież już go przesłuchali.
– Policja, nie oni.
– A co za różnica? Dlaczego chcą rozmawiać akurat z nim?
– Camilla, nie wiem.
Gdy dotarliśmy do mieszkania bliźniąt, ulżyło nam, kiedy ujrzeliśmy tam Charlesa – samego. Leżał na
sofie z drinkiem na stole obok i rozmawiał przez telefon z babcią.
Był w stanie wskazującym na spożycie.
– Babcia cię pozdrawia – zwrócił się do Camilli po zakończeniu rozmowy. – Strasznie się martwi.
Jakaś zaraza czy coś zaatakowała jej azalie.
– Co ty masz na rękach? – spytała nerwowo Camilla.
Wyciągnął je przed siebie, wewnętrzną stroną do góry, niezbyt stabilnie. Czubki palców były czarne.
– Pobrali mi odciski palców – wyjaśnił. – To było nawet interesujące. Nigdy wcześniej mi ich nie
pobierano.
Przez chwilę wszyscy byliśmy zbyt wstrząśnięci, żeby cokolwiek powiedzieć. Henry wystąpił do
przodu, chwycił jedną z jego dłoni i obejrzał ją pod światłem.
– Wiesz, dlaczego to zrobili? – spytał.
Charles otarł czoło nadgarstkiem wolnej ręki.
– Zamknęli dostęp do pokoju Bunny’ego – powiedział. – Szukają tam teraz odcisków palców
i zbierają różne rzeczy do plastikowych torebek.
Henry puścił jego rękę.
– Ale dlaczego?
– Nie wiem dlaczego. Chcieli pobrać odciski wszystkich tych, którzy w czwartek byli w tym pokoju
i dotykali różnych rzeczy.
– Co im to da? Nie mają odcisków Bunny’ego.
– Podobno jednak mają. Bunny należał do harcerstwa i lata temu jego drużyna zgłosiła się na
pobranie odcisków palców, żeby zdobyć jakąś odznakę. Trzymają je jeszcze gdzieś w archiwum.
Henry usiadł.
– Z jakiego powodu chcieli z tobą rozmawiać?
– To było ich pierwsze pytanie.
– Co?
– „Jak myślisz, dlaczego chcemy z tobą rozmawiać?” – Przesunął nasadą dłoni po policzku. – Oni
nie są w ciemię bici, Henry – powiedział. – To nie policja.
– Jak cię traktowali?
Charles wzruszył ramionami.
– Ten, który się nazywa Davenport, dość szorstko. Ten drugi, ten Włoch, był milszy, ale bałem się
go. Niewiele mówił, tylko słuchał. Jest dużo bardziej inteligentny od tego drugiego…
– I co? – rzucił Henry niecierpliwie. – O co im chodzi?
– O nic. Po prostu… nie wiem. Musimy naprawdę uważać, to wszystko. Parę razy próbowali zbić
mnie z tropu.
– Jak to?
– No, na przykład, jak im powiedziałem, że poszliśmy z Clokiem do pokoju Bunny’ego około
czwartej.
– No przecież to prawda – zauważył Francis.
– Wiem. Ale ten Włoch, strasznie sympatyczny facet, naprawdę, zrobił nagle zmartwioną minę. „Czy
to możliwe, synu? – zapytał. – Pomyśl”. Miałem mętlik w głowie, bo wiedziałem na pewno, że
poszliśmy tam o czwartej, a potem Davenport powiedział: „Lepiej się zastanów, bo twój kumpel Cloke
mówił nam, że spędziliście w tym pokoju bitą godzinę, zanim do kogokolwiek zadzwoniliście”.
– Chcieli sprawdzić, czy ty i Cloke coś ukrywacie – stwierdził Henry.
– Może. Może po prostu chcieli sprawdzić, czy zacznę kłamać.
– A kłamałeś?
– Nie. Ale gdyby zapytali mnie o coś bardziej drażliwego, a trochę się bałem… Nie zdajecie sobie
sprawy, jak to jest. Dwóch na jednego i nie ma za dużo czasu, żeby się zastanowić… Wiem, wiem –
dodał rozpaczliwie. – Ale z policją jest inaczej. Ci małomiasteczkowi gliniarze tak naprawdę nie
oczekują, że na coś trafią. Byliby w szoku, gdyby znali prawdę, prawdopodobnie nie uwierzyliby wam,
gdybyście im powiedzieli. Ale ci goście… – Zadrżał. – Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, wiecie, jak
dużą rolę odgrywają pozory – rzekł. – Bo przecież nie jesteśmy aż tak genialni, po prostu nie
wyglądamy na takich, którzy by to zrobili. Na dobrą sprawę można by nas wziąć za grupkę nauczycieli
ze szkółki niedzielnej. Ale tym facetom nie da się tak łatwo zamydlić oczu. – Podniósł szklankę i napił
się. – Nawiasem mówiąc – dodał – zadali mi milion pytań o waszą wyprawę do Włoch.
Henry, zaskoczony, podniósł wzrok.
– Pytali w ogóle o finanse? Kto za nią zapłacił?
– Nie. – Charles dopił drinka i przez chwilę kręcił lodem w szklance. – Bałem się, że zapytają. Ale
zdaje się, że dali się zmylić Corcoranom. Pewnie by mi uwierzyli, gdybym im powiedział, że Bunny
nigdy nie nosił dwa razy tych samych majtek.
– A co z tym Vermontczykiem? – wtrącił Francis. – Tym z telewizji?
– Nie wiem. Najbardziej interesował ich Cloke, tak mi się wydawało. Może po prostu chcieli się
upewnić, czy jego wersja pokrywa się z moją, ale padło kilka naprawdę dziwnych pytań, które… nie
wiem. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że Cloke rozpowiada wszystkim dookoła tę swoją teorię,
że Bunny’ego porwali handlarze narkotykami.
– Wykluczone – rzekł Francis.
– Cóż, nam mówił, a przecież nawet się z nami nie koleguje. Chociaż ci z FBI myślą, że jesteśmy
bliskimi przyjaciółmi.
– Mam nadzieję, że postarałeś się wyprowadzić ich z błędu – powiedział Henry, przypalając
papierosa.
– Jestem pewien, że Cloke wyjaśnił im, jak się sprawy mają.
– Niekoniecznie – stwierdził Henry. Zgasił zapałkę i wrzucił ją do popielniczki, po czym zaciągnął
się głęboko papierosem. – Wiecie – powiedział – na początku myślałem, że to skojarzenie z Clokiem jest
bardzo niefortunne. Teraz widzę, że to jedna z najlepszych rzeczy, jaka się nam przytrafiła.
Zanim ktokolwiek zdążył go zapytać, co ma na myśli, Henry zerknął na zegarek.
– Boże – zawołał. – Chodźmy już. Dochodzi szósta.
Po drodze do mieszkania Francisa przebiegła nam drogę ciężarna suka.
– To bardzo zły znak – ostrzegł Henry.
Ale zapowiedź czego, tego już nie wyjaśnił.
Wiadomości dopiero się zaczynały. Prowadzący podniósł wzrok znad pliku kartek z poważnym,
a jednocześnie wielce zadowolonym wyrazem twarzy.
„Wciąż trwają gorączkowe, choć do tej pory bezowocne poszukiwania zaginionego studenta
Hampden College, Edwarda Corcorana”.
– Jezu – jęknęła Camilla, sięgając do kieszeni płaszcza brata po papierosa. – Można by pomyśleć, że
chociaż imienia nie pomylą.
Na ekranie ukazało się lotnicze ujęcie zaśnieżonych wzgórz nakrapianych jak wojenna mapa
szpileczkami maleńkich postaci, z potężną Mount Cataract rysującą się krzywo na pierwszym planie.
„Szacuje się, że około trzystu osób – informował lektor – w tym Gwardia Narodowa, policja,
strażacy z Hampden i pracownicy miejscowych służb publicznych, przeczesywało trudno dostępne
rejony drugiego już dnia akcji poszukiwawczej. Dodatkowo dzisiaj w Hampden swoje śledztwo
rozpoczęło FBI”.
Obraz zadrżał, po czym nastąpiło raptowne przejście na szczupłego siwowłosego mężczyznę
w kowbojskim kapeluszu; jak informował podpis, nazywał się Dick Postonkill i był szeryfem okręgu
Hampden. Mówił coś, ale z jego ust nie dobywał się żaden dźwięk. Za nim, na śnieżnym tle, kręcili się
zaciekawieni poszukiwacze, stając na palcach i niemo szczerząc się do kamery.
Po chwili, przy wtórze urywanych trzasków, dźwięk raptownie wrócił. Szeryf był w połowie zdania.
„… przypomnieć turystom – mówił – żeby wychodzili w góry grupami, nie zbaczali ze szlaków,
zostawiali plan trasy w miejscu noclegu i zabierali ze sobą dużo ciepłych ubrań na wypadek nagłego
obniżenia się temperatury”.
„To był szeryf okręgu Hampden, Dick Postonkill – przypomniał radośnie prowadzący – i kilka rad
dla widzów na temat bezpieczeństwa w górach w okresie zimowym”.
Odwrócił się i kamera zrobiła na niego najazd pod innym kątem.
„Jeden z nielicznych dotychczasowych tropów w sprawie zaginięcia Corcorana podsunął William
Hundy, miejscowy przedsiębiorca i widz ActionNews Twelve, który pod naszym numerem
kontaktowym zostawił wiadomość o zaginionym studencie. Dzisiaj pan Hundy przedstawiał
funkcjonariuszom policji lokalnej i stanowej opis domniemanych porywaczy Corcorana…”
– „Lokalnej i stanowej” – powtórzył Henry.
– Co?
– Nie ma mowy o federalnych.
– Oczywiście, że nie – powiedział Charles. – Myślisz, że FBI uwierzy w durną historyjkę wyssaną
z palca przez jakiegoś Vermontczyka?
– Jeśli nie, to po co przyjechali?
Była to niepokojąca myśl. W nagranym materiale w oślepiającym południowym słońcu po schodach
przed gmachem sądu schodziła pospiesznie grupka mężczyzn. Był wśród nich pan Hundy, ze
spuszczoną głową. Włosy zaczesał sobie do tyłu i zamiast kombinezonu mechanika miał na sobie
jasnoniebieski sportowy garnitur.
Ściskając mikrofon w dłoni, podeszła do niego reporterka, Liz Ocavello, miejscowa celebrytka
z własnym programem na temat aktualnych wydarzeń i z autorskim segmentem Puls kina
w wiadomościach lokalnych.
„Panie Hundy! – zawołała. – Panie Hundy!”
Zatrzymał się zmieszany, gdy jego towarzysze poszli dalej, zostawiając go samego na schodach. Po
chwili uzmysłowili sobie, co się stało, i obstąpili go, wyglądając przy tym bardzo oficjalnie. Chwycili go
za łokcie i wyglądało na to, że chcą go odciągnąć, on jednak się opierał.
„Panie Hundy – nie ustępowała Liz Ocavello, przepychając się bliżej. – Rozumiem, że
współpracował pan dzisiaj z policyjnymi specjalistami przy tworzeniu portretów pamięciowych osób,
które widział pan z zaginionym w niedzielę po południu”.
Pan Hundy dość energicznie przytaknął. Jego wcześniejszy nieśmiały, pełen rezerwy sposób bycia
ustąpił miejsca nieco bardziej asertywnej postawie.
„Mógłby nam pan powiedzieć, jak wyglądali?”
Mężczyźni nadal obstępowali pana Hundy’ego, on jednak sprawiał wrażenie zahipnotyzowanego
kamerą.
„Więc tak – zaczął – tutejsi to oni nie byli. Ciemni”.
„Ciemni?”
Policjanci ściągali go już teraz po schodach, ale obejrzał się za siebie, jak gdyby dzielił się jakimś
sekretem.
„Araby – oznajmił. – Wie pani”.
Liz Ocavello ze swoimi okularami i gigantyczną fryzurą telewizyjnej prezenterki przyjęła tę
informację tak obojętnie, że pomyślałem, iż się przesłyszałem.
„Dziękuję panu, panie Hundy – powiedziała, odwracając się od niego, gdy ten zniknął na dole
schodów ze swoją kompanią. – Liz Ocavello sprzed budynku sądu okręgowego w Hampden”.
„Dziękuję, Liz” – rzekł pogodnie prezenter wiadomości, odwracając się na krześle.
– Zaraz – odezwała się Camilla. – Czy ja dobrze słyszałam?
– Co?
– Arabowie? Powiedział, że Bunny wsiadł do samochodu z jakimiś Arabami?
„Tymczasem w związku z tą sprawą – informował prezenter – członkowie lokalnych grup
wyznaniowych postanowili wspólnie pomodlić się za zaginionego. Jak donosi pastor A.K. Poole
z Kościoła luterańskiego, kilka zgromadzeń z trzech sąsiadujących stanów, w tym ze zboru baptystów,
metodystów, zielonoświątkowców i członków Kościoła Najświętszego Sakramentu zaofiarowało…”
– Ciekawe, co kombinuje ten twój mechanik, Henry – zastanawiał się Francis.
Henry przypalił papierosa i wypalił go do połowy, nim się odezwał:
– Charles, pytali cię o Arabów?
– Nie.
– Ale mówili właśnie w telewizji, że Hundy nie zeznaje przed FBI – zauważyła Camilla.
– Tego nie wiemy.
– Nie uważasz, że to wszystko jakaś ściema?
– Nie wiem, co myśleć.
Na ekranie zmienił się obraz. Szczupła, zadbana kobieta po pięćdziesiątce – kardigan od Chanel,
perły na szyi, włosy do ramion ze sztywno wywiniętymi końcówkami – mówiła coś nosowym głosem,
który wydawał się dziwnie znajomy.
„Tak – powiedziała (gdzie ja słyszałem ten głos?). – Mieszkańcy Hampden są nadzwyczaj mili. Gdy
wczoraj późnym popołudniem przyjechaliśmy do naszego hotelu, czekał na nas konsjerż…
– Konsjerż – powtórzył zniesmaczony Francis. – W Coachlight Inn nie ma konsjerża.
Przyjrzałem się jej z większym zainteresowaniem.
– To mama Bunny’ego?
– Zgadza się – rzekł Henry. – Ciągle zapominam. Nie poznałeś jej.
Była drobna, o żylastej, piegowatej szyi, jak to często bywa u kobiet w tym wieku i tego
usposobienia. Podobieństwo do Bunny’ego było niewielkie, ale włosy i oczy mieli tego samego koloru,
i ten sam kształt nosa: mały, spiczasty i ciekawski, idealnie harmonizujący z pozostałymi rysami jej
twarzy, choć u Bunny’ego zawsze wydawał się nieco niedopasowany, doczepiony jak gdyby po
namyśle pośrodku jego dużej, szczerej twarzy. Pani Corcoran robiła wrażenie wyniosłej i nieobecnej
myślami.
„Och – mówiła, kręcąc obrączką na palcu – zasypała nas istna lawina z całego kraju. Kartki, telefony,
najcudowniejsze bukiety…”
– Oni ją czymś naszprycowali czy co? – spytałem.
– Co masz na myśli?
– Nie wygląda na specjalnie przejętą, prawda?
„Oczywiście – refleksyjnie kontynuowała pani Corcoran – oczywiście my tu wszyscy odchodzimy
od zmysłów. I mam szczerą nadzieję, że żadna matka nie będzie musiała nigdy przechodzić przez to,
przez co ja musiałam przejść przez ostatnich kilka nocy. Ale pogoda chyba rzeczywiście się poprawia
i spotkaliśmy tylu cudownych ludzi, a właściciele miejscowych sklepów okazują nam hojność na tyle
różnych sposobów…”
– Jest nawet całkiem fotogeniczna, prawda? – skomentował Henry, gdy na ekranie pojawiła się
reklama.
– Wygląda na twardą zawodniczkę.
– Z piekła rodem – wtrącił bełkotliwie Charles.
– Oj, nie przesadzajcie – rzekł Francis.
– Mówisz tak, bo ona zawsze ci kadzi – skwitował Charles. – Ze względu na twoją matkę i w ogóle.
– Kadzi? O czym ty mówisz? Wcale nie.
– Jest straszna – ciągnął dalej Charles. – Jak można wmówić dzieciom, że w życiu liczą się tylko
pieniądze, ale hańbą jest kalanie się pracą. A potem wyekspediować je z domu bez grosza przy duszy.
Nigdy nie dała Bunny’emu choćby…
– Pan Corcoran też nie jest tu bez winy – dodała Camilla.
– No cóż, może. Nie wiem. Po prostu nigdy jeszcze nie spotkałem takiej bandy chciwych i płytkich
ludzi. Patrzysz na nich i myślisz, o, jaka elegancka, atrakcyjna rodzina, ale każde z nich to zero, są jak
wycięci z reklamy. Mają w swoim domu specjalny pokój – Charles odwrócił się do mnie – który
nazywają salonem Gucciego.
– Co?
– Zrobili tam lamperię z obwódką w tych okropnych kolorach Gucciego. Pisali o tym w różnych
czasopismach. „House Beautiful” piał o tym w jakimś kretyńskim artykule o szalonych trendach
w dekoracji wnętrz czy jakimś innym absurdzie, wiesz, gdy każą ci, powiedzmy, namalować
gigantycznego homara na suficie sypialni, co ma niby być strasznie pomysłowe i stylowe. – Przypalił
papierosa. – Bo widzisz, oni są właśnie tego typu ludźmi. Żyją samymi pozorami. Bunny był
zdecydowanie najlepszy z nich, ale nawet on…
– Nie znoszę Gucciego – oznajmił Francis.
– Naprawdę? – spytał Henry, otrząsając się z zamyślenia. – Poważnie? Mnie się wydaje całkiem
efektowny.
– Daj spokój, Henry.
– Cóż, jest strasznie drogi, ale i strasznie brzydki, prawda? Myślę, że ta brzydota jest celowa.
A jednak ludzie kupują te rzeczy z czystej przewrotności.
– Nie wiem, co widzisz w tym efektownego.
– Wszystko, co się robi na odpowiednio dużą skalę, jest efektowne – zawyrokował Henry.
Tej nocy maszerowałem właśnie do domu, nie zwracając uwagi na to, którędy idę, gdy w pobliżu kępy
jabłoni przed akademikiem Putnam podszedł do mnie postawny chłopak z posępną miną.
– Richard Papen to ty? – spytał.
Zatrzymałem się, spojrzałem na niego i odpowiedziałem twierdząco.
Jakież było moje zdumienie, gdy w następnej chwili dostałem pięścią w twarz i upadłem na plecy
w śnieg tak mocno, że zabrakło mi tchu.
– Nie zbliżaj się do Mony! – wrzasnął. – Jak jeszcze raz do niej podejdziesz, to cię zabiję.
Zrozumiałeś?
Zbyt oszołomiony, żeby odpowiedzieć, gapiłem się na niego. Kopnął mnie w żebra, mocno,
a potem odszedł ciężko; słyszałem kroki skrzypiące na śniegu, łupnięcie drzwi.
Spojrzałem do góry na gwiazdy. Były tak daleko. W końcu dźwignąłem się z ziemi – w żebrach
poczułem ostry ból, ale chyba nic nie było złamane – i pokuśtykałem w ciemności do siebie.
Rano obudziłem się późno. Przetoczywszy się na bok, poczułem ból w okolicach oka. Leżałem
przez chwilę w łóżku, mrugając powiekami w jasnym słońcu, gdy przemieszane szczegóły poprzedniej
nocy wróciły do mnie jak sen. Sięgnąłem po zegarek ze stolika nocnego i okazało się, że jest późno,
prawie południe – i dlaczego nikt po mnie nie wpadł?
Wstałem i w trakcie tej czynności w lustrze naprzeciwko powitało mnie moje odbicie – en face.
Znieruchomiało i wytrzeszczyło oczy: zmierzwione włosy, idiotycznie rozchylone w wyrazie zdumienia
usta, jak postać z komiksu rąbnięta w głowę kowadłem, z wiankiem z gwiazd i ptaszków ćwierkających
wokół głowy. A co najbardziej zdumiewające – w oczodole widniał okazały pierścień podbitego lima
w najwspanialszych odcieniach purpury tyryjskiej, żółci, zieleni i fioletu.
Umyłem zęby, ubrałem się i pospiesznie wyszedłem na dwór, gdzie pierwszą napotkaną znajomą osobą
był Morrow zmierzający do Audytorium.
W niewinnym chaplinowskim geście zaskoczenia odchylił się do tyłu.
– Boże święty – zawołał. – Co ci się stało?
– Jakieś nowiny o poranku?
– Nie, dlaczego? – odparł, przyglądając mi się z zaciekawieniem. – Z tym podbitym okiem
wyglądasz, jakbyś brał udział w jakiejś barowej bójce.
W innych okolicznościach za bardzo bym się wstydził, żeby powiedzieć mu prawdę, ale miałem już
tak dość kłamstw, że korciło mnie, aby odpowiedzieć szczerze, przynajmniej w tej błahej sprawie.
Zrelacjonowałem więc, co się stało.
Jego reakcja zdziwiła mnie.
– A więc bójka – rzekł z dziecięcym zachwytem. – Ekscytujące. Zakochałeś się w niej?
– Obawiam się, że nie znam jej zbyt dobrze.
Roześmiał się.
– No, no, mamy dzisiaj dzień szczerości – skwitował z zadziwiającą przenikliwością. – Życie nagle
stało się szalenie dramatyczne, prawda? Jak w jakiejś książce… A przy okazji, mówiłem ci, że wczoraj po
południu odwiedziło mnie paru dżentelmenów?
– Kto taki?
– Było ich dwóch. Na początku trochę się zdenerwowałem. Myślałem, że są z Departamentu Stanu
albo jeszcze gorzej. Słyszałeś o moich problemach z isramskim rządem?
Nie jestem pewien, czego zdaniem Morrowa rząd Isramu – istotnie, państwa terrorystycznego –
miałby od niego chcieć, ale jego lęk brał się stąd, że jakieś dziesięć lat wcześniej był nauczycielem
wygnanej księżniczki, następczyni tronu. Po rewolucji została zmuszona do ukrywania się i ostatecznie
trafiła do Hampden College. Morrow uczył ją przez cztery lata w ramach indywidualnych zajęć
nadzorowanych przez byłego isramskiego ministra edukacji, który od czasu do czasu przylatywał ze
Szwajcarii z prezentami w postaci kawioru i czekoladek i pilnował, żeby program nauczania był
odpowiedni dla dziedziczki tronu.
Księżniczka była bajecznie bogata. (Henry widział ją kiedyś w przelocie – ciemne okulary, długie
futro, schodziła szybko po schodach Audytorium z nieodłączną ochroną). Dynastia, do której należała,
miała ponoć swoje początki w wieży Babel i od tamtej pory zgromadziła gigantyczne bogactwa, których
lwią część wywieźli za granicę ocalali krewni i poplecznicy. Ale wyznaczono nagrodę za jej głowę,
w związku z czym księżniczka żyła w izolacji, pilnie strzeżona i w znacznej mierze pozbawiona
przyjaciół, nawet jako nastolatka w Hampden. Późniejsze lata skazały ją na pustelniczą egzystencję.
Przenosiła się z miejsca na miejsce, panicznie bojąc się zamachowców; cała jej rodzina, nie licząc paru
kuzynów i niedorozwiniętego młodszego brata, którego zamknięto w szpitalu psychiatrycznym, została
kolejno wybita przez zamachowców i nawet stary minister edukacji, pół roku po zakończeniu studiów
przez księżniczkę, zginął od snajperskiej kuli, siedząc w ogrodzie swojego małego domku z czerwonym
dachem w Montreux.
Morrow nie był zaangażowany w politykę isramską pomimo sympatii dla księżniczki oraz swego
poparcia – z zasady – dla rojalistów, nie rewolucjonistów. Odmawiał jednak podróży samolotami i nie
przyjmował przesyłek płatnych gotówką przy odbiorze, żył w strachu przed niespodziewanymi gośćmi
i od ośmiu, dziewięciu lat nie wyjechał ani razu za granicę. Nie wiem, czy były to rozsądne czy
przesadne środki ostrożności, ale jego związki z księżniczką nie wydawały się zbyt silne
i podejrzewałem, że isramski dżihad ma lepsze rzeczy do roboty niż ściganie wykładowców filologii
klasycznej z Nowej Anglii.
– Oczywiście nie byli z żadnego Departamentu Stanu, choć są w jakiś sposób powiązani z rządem.
W tych sprawach mam nosa, czy to nie ciekawe? Jeden z nich, Włoch, był bardzo uroczy, naprawdę…
szarmanc​ki niemal, w taki zabawny sposób. Byłem tym wszystkim trochę oszołomiony. Powiedzieli, że
Edmund brał narkotyki.
– Co?
– Nie wydaje ci się to dziwne? Bo moim zdaniem bardzo.
– Co pan im powiedział?
– Powiedziałem, że to z całą pewnością nie jest prawda. Może i pochlebiam sobie, ale wydaje mi się,
że znam Edmunda całkiem dobrze. Jest naprawdę bardzo nieśmiały, wręcz purytański… Nie wyobrażam
sobie, żeby był zamieszany w coś takiego, a poza tym młodzi ludzie, którzy się narkotyzują, zawsze są
strasznie ogłupiali i nudni. I czy ty wiesz, co mi powiedział jeden z nich? Powiedział, że jeśli chodzi
o młodych, nie sposób stwierdzić, kiedy biorą. Uważam, że nie ma racji, a ty? Jak myślisz, ma rację?
Przeszliśmy przez Świetlicę – słyszałem brzęk talerzy w stołówce – i pod pretekstem, że mam coś do
załatwienia w tamtej części kampusu, towarzyszyłem mu dalej do samego Audytorium.
Od strony północnego Hampden kampus był zwykle cichy i opuszczony, ze śniegiem
nieskazitelnym i nietkniętym pod sosnami do samej wiosny. Teraz wszystko było tam podeptane
i zaśmiecone jak na placu targowym. Ktoś wjechał jeepem w drzewo wiązu – potłuczone szkło, wygięty
błotnik, straszna roztrzaskana rana ziejąca na żółto z bagażnika; grupka urwisów z miasteczka zjeżdżała
na kawałku tektury, wydzierając się i wykrzykując przekleństwa.
– Boże święty – powiedział Morrow – Biedne dzieciaki.
Zostawiłem go pod drzwiami na tyłach Audytorium i pomaszerowałem do gabinetu doktora
Rolanda. Była niedziela, nie zastałem go. Otworzyłem sobie, zamknąłem drzwi na klucz i spędziłem
popołudnie w błogim odosobnieniu: poprawiając prace, popijając błotnistą filtrowaną kawę z kubka
z napisem RHONDA i jednym uchem słuchając głosów z korytarza.
Pamiętam tylko, że te głosy były słyszalne i że mógłbym zrozumieć, co mówiono, gdybym się
wsłuchał, ale nie zrobiłem tego. Dopiero później, gdy już wyszedłem z gabinetu i zupełnie o nich
zapomniałem, dowiedziałem się, do kogo należały, i że może nie byłem tego popołudnia tak bezpieczny,
jak mi się wydawało.
Agenci FBI, poinformował Henry, urządzili sobie tymczasową kwaterę w jednej z pustych sal na tym
samym piętrze, niedaleko gabinetu doktora Rolanda, i właśnie tam z nim rozmawiali. Wszystko działo
się nie dalej niż kilka metrów od miejsca, gdzie siedziałem ja, pili nawet tę samą błotnistą kawę z tego
samego ekspresu, którą zaparzyłem w pokoju nauczycielskim.
– Dziwne – rzekł Henry. – Gdy spróbowałem tej lury, od razu pomyślałem o tobie.
– Jak to?
– Miała taki dziwny smak. Jakby była przypalona. Jak twoja kawa.
W sali (relacjonował Henry) była tablica zapisana równaniami kwadratowymi, dwie pełne
popielniczki i długi stół konferencyjny, przy którym siedzieli. Były tam też laptop, plastikowy woreczek
na dowody z żółtym emblematem FBI i pudełko cukierków z syropu klonowego w papierowych
osłonkach – w kształcie żołędzi i miniaturowych pielgrzymów. Należały do Włocha.
– To dla moich dzieciaków – wyjaśnił.
Henry oczywiście wypadł znakomicie. Nie powiedział tego, ale przecież nie musiał. On, w pewnym
sensie, był autorem tego dramatu i długo już czekał za kulisami na moment, kiedy wkroczy na scenę
i wcieli się w rolę, którą dla siebie napisał: chłodny, lecz uprzejmy, niepewny, powściągliwy
w podawaniu szczegółów, bystry, ale nie aż tak jak w rzeczywistości. Powiedział mi, że rozmowa z nimi
naprawdę sprawiła mu przyjemność. Davenport to kołtun niewart uwagi, ale ów Włoch był poważny
i uprzejmy, czarujący wręcz. („Jak jeden z tych florentczyków, których Dante spotyka w Czyśćcu”).
Nazywał się Sciola. Bardzo interesowała go podróż do Włoch, zadawał mnóstwo pytań, nie tyle jako
prowadzący przesłuchanie, ile turysta. („Udało wam się, chłopcy, obejrzeć, no, jak ona się nazywa,
bazylikę Świętego Praksedy, niedaleko dworca kolejowego? Z tą małą kaplicą z boku?”). Mówił też po
włosku, ucięli sobie więc z Henrym krótką i wesołą pogawędkę, którą przerwał im zirytowany
Davenport – nie rozumiał ani słowa i chciał przejść do sedna sprawy.
Henry ociągał się z wyjawieniem, przynajmniej mnie, jakiej sprawy. Powiedział tylko, że jeśli mają
jakiś trop, to fałszywy.
– Poza tym – dodał – chyba się domyślam, co to za trop.
– Tak?
– Cloke.
– Nie myślą chyba, że to on go zabił?
– Myślą, że Cloke wie więcej, niż im mówi. I uważają, że zachowuje się podejrzanie. Co zresztą jest
prawdą. Dowiedzieli się wielu różnych rzeczy, o których im nie powiedział.
– Na przykład?
– O logistyce prowadzonego przez niego handlu narkotykami. Daty, nazwiska, adresy. Rzeczy,
które się wydarzyły, zanim w ogóle przyjechał do Hampden. I najwyraźniej próbowali częściowo
powiązać to ze mną, co oczywiście im się nie udało w żaden zadowalający sposób. Boże święty. Pytali
mnie nawet o moje recepty, środki przeciwbólowe, które dostałem w izbie chorych na pierwszym roku.
Wszędzie leżały teczki, dane, do których nikt nie ma dostępu, historie choroby, testy psychologiczne,
komentarze kadry nauczycielskiej, próbki prac, stopnie… Oczywiście postarali się, żebym zobaczył, że
są w posiadaniu tych wszystkich rzeczy. Przypuszczam, że próbowali mnie zastraszyć. Wiem mniej
więcej, co jest w mojej teczce, ale Cloke… słabe stopnie, narkotyki, zawieszenia. Mógłbym się założyć,
że zostawił za sobą w dokumentach całkiem pokaźny ślad. Nie wiem, czy to właśnie te dokumenty per
se tak ich zaciekawiły czy coś, co powiedział sam Cloke, gdy z nim rozmawiali, ale ode mnie – a także
od Morrowa, Brady’ego i Patricka Corcoranów, z którymi rozmawiali zeszłej nocy – chcieli wydobyć
przede wszystkim szczegóły dotyczące związków Bunny’ego i Cloke’a. Morrow oczywiście o niczym
nie wiedział. Brady i Patrick podobno powiedzieli im bardzo dużo. Ja zresztą też.
– Niby co?
– Cóż, Brady i Patrick przedwczoraj palili z nim trawkę na parkingu przy Coachlight Inn.
– Ale co ty im powiedziałeś?
– To, co Cloke mówił nam. O handlu narkotykami w Nowym Jorku.
Odchyliłem się do tyłu na krześle.
– Jezu – jęknąłem. – Jesteś pewien, że wiesz, co robisz?
– Naturalnie – odrzekł Henry ze stoickim spokojem. – To właśnie chcieli usłyszeć. Całe popołudnie
krążyli wokół tego i gdy w końcu postanowiłem się wygadać, tylko na to czekali… Podejrzewam, że
Cloke’a nie ominie parę nieprzyjemnych dni, ale nam tylko w to graj. Nie moglibyśmy sobie wymarzyć
nic lepszego. To ich zajmie aż do odwilży… i zauważyłeś, jak słonecznie się zrobiło w ostatnich dniach?
Zdaje się, że na drogach śnieg już topnieje.
Moje podbite oko było źródłem sporego zainteresowania, spekulacji oraz dyskusji – oznajmiłem
Francisowi, że zrobili to agenci FBI tylko po to, żeby zobaczyć jego minę – ale nie w aż takim stopniu
jak artykuł z bostońskiego „Heralda”. Dzień wcześniej przysłali do Hampden reportera, podobnie jak
„New York Post” i „New York Daily News”, jednak dziennikarz „Heralda” ubiegł wszystkich.
ZNIKNIĘCIE W VERMONCIE
MOŻE MIEĆ ZWIĄZEK Z NARKOTYKAMI
Agenci FBI badający sprawę zniknięcia 24 kwietnia Edmunda Corcorana, 24-letniego
studenta Hampden College, z którego powodu przez ostatnie trzy dni prowadzono zakrojoną
na szeroką skalę akcję poszukiwawczą, odkryli, że zaginięcie mężczyzny mogło mieć związek
z narkotykami. Funkcjonariusze, którzy przeszukali pokój Corcorana, znaleźli narkotykowe
akcesoria oraz resztki kokainy. Chociaż Corcoran nie był uprzednio karany za zażywanie
narkotyków, według źródeł zbliżonych do zaginionego zazwyczaj ekstrawertyczny Corcoran
w ostatnich miesiącach stał się zamknięty w sobie i przygnębiony. (Czytaj też Czego nie
powie ci dziecko, s. 6)
Relacja ta wprawiła nas w zdumienie, chociaż wszyscy inni w kampusie wydawali się doskonale
poinformowani. Mnie oświeciła Judy Poovey.
– Wiesz, co takiego znaleźli w jego pokoju? To było, no, takie lusterko, które należało do Laury
Story. Założę się, że w Durbinstall nie ma nikogo, kto by nie wciągał z niego koki. Strasznie stare,
z małymi rowkami z boku, Jack Teitelbaum nazywał je Królową Śniegu, bo jeśli ktoś był
zdesperowany, zawsze mógł wyskrobać z niego parę kresek. I jasne, formalnie rzecz biorąc, to jej
lusterko, ale właściwie to tak jakby własność publiczna, a ona twierdzi, że go nie widziała milion lat,
ktoś je zabrał z pokoju dziennego w jednym z tych nowych akademików w marcu. Bram Guernsey
mówi, że Cloke mu powiedział, iż nie widział go wcześniej w pokoju Bunny’ego, że federalni je
podrzucili, ale Bram twierdzi też, że według Cloke’a ta cała sprawa śmierdzi. Chcą ich wrobić. Jak
w Mission Impossible albo w jednej z tych paranoicznych książek Philipa K. Dicka. Powiedział
Bramowi, że jego zdaniem ci z FBI zainstalowali gdzieś w Durbinstall ukrytą kamerę. Wygadywał różne
szalone rzeczy. Bram uważa, że to wszystko dlatego, że Cloke boi się zasnąć i że od dwóch dni jest na
metamfetaminie. Siedzi w swoim pokoju zamknięty na klucz i wciąga kreska za kreską, bez przerwy
puszczając tę piosenkę Buffalo Springfield… wiesz którą? „Something’s happening here… what it is
ain’t exactly clear…” Dziwne. Jak łapiesz doła, nagle chcesz słuchać starego hipisowskiego szajsu,
którego nigdy byś nie puścił w normalnym stanie, jak zdechł mój kot, musiałam wyjść i pożyczyć te
wszystkie płyty Simona & Garfunkela. Mniejsza z tym. – Przypaliła papierosa. – Po co ja ci o tym
wszystkim mówię? Więc tak, Laura wariuje, jakoś udało im się ustalić, do kogo należy to lusterko, a ona
przecież studiuje warunkowo, wiesz, jesienią dostała za karę te wszystkie prace społeczne po tym, jak
„Dachówka” wpakowała się w kłopoty i sypnęła Laurę i Jacka Teitelbauma… pamiętasz tę aferę,
prawda?
– „Dachówka”? Pierwsze słyszę.
– Oj, znasz ją. Straszna zołza. Wszyscy ją tak nazywają, bo jeździ volvo swojego starego i na
pierwszym roku dachowała chyba ze cztery razy.
– Nie rozumiem, co ta cała „Dachówka” ma z tym wspólnego.
– Richard, ona akurat nic, jesteś jak porucznik Colombo, który zawsze domaga się faktów. Chodzi
po prostu o to, że Laura wariuje, okej? I grożą jej ci z Biura Spraw Studenckich, że zadzwonią do
rodziców, jeśli im nie powie, jak to lusterko znalazło się w pokoju Bunny’ego, a ona nie ma o tym,
kurwa, bladego pojęcia, i wyobraź sobie, że ci z FBI dowiedzieli się o ecstasy, które miała na „Powitaniu
wiosny” w zeszłym tygodniu, i chcą, żeby im podała nazwiska dostawców. Powiedziałam jej: „Laura,
nie rób tego, będzie jak wtedy z »Dachówką«, wszyscy cię znienawidzą i będziesz musiała się przenieść
na inną uczelnię”. Bram zresztą mówił też…
– Gdzie teraz jest Cloke?
– Gdybyś się na chwilę przymknął, tobym ci powiedziała. Nikt nie wie. Wczoraj naprawdę
odlatywał i wieczorem spytał Brama, czyby mu nie pożyczył samochodu, żeby stąd wyjechać, ale dziś
rano samochód stał z powrotem na parkingu z kluczykami w środku, nikt nie widział Cloke’a, nie ma go
u siebie i dzieje się coś dziwnego, ale ja na pewno nie wiem co… I w ogóle nie zamierzam nigdy więcej
brać mety. Odbija mi po niej. A przy okazji, chciałam już wcześniej zapytać, co ci się stało w oko?
Z powrotem u Francisa z bliźniętami – Henry został zaproszony na obiad do Corcoranów – przekazałem
im, czego się dowiedziałem od Judy.
– Ja kojarzę to lusterko – przyznała Camilla.
– Ja też – dodał Francis. – Takie stare, ciemne, z kropkami. Bunny miał je u siebie przez jakiś czas.
– Myślałam, że jest jego.
– Ciekaw jestem, jak je zdobył.
– Jeśli ta dziewczyna zostawiła je we wspólnym pokoju – rozumował Charles – Bunny pewnie je
znalazł i zakosił.
Było to bardzo prawdopodobne. Bunny miał łagodną skłonność do kleptomanii i często zdarzało
mu się chować do kieszeni wszelkie drobne, bezwartościowe przedmioty, które przykuły jego uwagę –
cążki do paznokci, guziki, krążki taśmy klejącej. Chował te rzeczy w swoim pokoju w bezładnych
gniazdkach. Była to słabostka, której oddawał się po kryjomu, a jednocześnie bez żadnych skrupułów
otwarcie wynosił przedmioty o większej wartości, które znajdował niepilnowane. Robił to z taką
pewnością siebie i swobodą – wsuwał pod pachę butelki alkoholu lub niestrzeżone pudełka z kwiaciarni
i odchodził, nawet nie oglądając się za siebie – iż zastanawiałem się, czy Bunny w ogóle wie, że kradnie.
Kiedyś słyszałem, jak żarliwie i bez żadnego zawstydzenia wyjaśniał Marion, co jego zdaniem należy
robić z tymi, którzy podkradają jedzenie ze wspólnych lodówek.
Choć sytuacja Laury Story była niewesoła, sytuacja nieszczęsnego Cloke’a była jeszcze gorsza. Dopiero
później dowiedzieliśmy się, że nie odstawił samochodu Brama Guernseya z własnej woli, tylko został do
tego zmuszony przez agentów FBI, którzy zatrzymali go, zanim odjechał piętnaście kilometrów od
Hampden. Sprowadzili go z powrotem do pokoju, w którym się zainstalowali, i trzymali go tam prawie
przez całą niedzielną noc, i chociaż nie wiem, co mu powiedzieli, wiem, że w poniedziałek rano Cloke
poprosił o adwokata.
Pani Corcoran (relacjonował Henry) wściekała się, że ktokolwiek miał czelność zasugerować, jakoby
Bunny się narkotyzował. Podczas obiadu w Brasserie do stolika Corcoranów zakradł się jeden
z reporterów z pytaniem, czy mają coś do powiedzenia na temat „narkotykowych akcesoriów”
znalezionych w pokoju Bunny’ego.
Pan Corcoran, zbity z pantałyku, opuścił groźnie brwi i wydukał: „Cóż, naturalnie, hmm, ahem”, ale
pani Corcoran, z tłumioną agresją krojąc steak au poivre, wygłosiła kąśliwą tyradę ze wzrokiem wbitym
w talerz. Akcesoria narkotykowe, jak postanowili to określić, to nie narkotyki i wielka szkoda, że prasa
zamierzała obrzucać oskarżeniami tych, którzy nie mogą się bronić, a ona wystarczająco już cierpi bez
aluzji ze strony obcych, jakoby jej syn był ćpunem. Z czego wszystko brzmiało całkiem sensownie
i prawdziwie, a „New York Post” skwapliwie zacytował jej wypowiedź słowo w słowo następnego dnia,
zamieszczając nie​korzystne zdjęcie pani Corcoran z otwartymi ustami i nagłówkiem: MATKA MÓWI:
NIE MÓJ SYN.
W poniedziałek około drugiej nad ranem, gdy siedzieliśmy u Francisa, Camilla poprosiła mnie, żebym
odprowadził ją do domu. Henry wyszedł wcześniej, mniej więcej o północy, a Francis i Charles, którzy
od czwartej po południu ostro drinkowali, nie sprawiali wrażenia, jakoby mieli zwolnić tempo.
Zadekowali się w kuchni i przy zgaszonym świetle z zatrważającą wesołością przyrządzali serię
niebezpiecznych koktajli zwanych Blue Blazer, co wiązało się z przelewaniem podpalonej whisky
płonącym łukiem między dwoma cynowymi kubkami.
Pod swoim domem Camilla – drżąca, zamyślona, o zarumienionych z zimna policzkach – zaprosiła
mnie na górę na herbatę.
– Nie wiem, czy dobrze zrobiliśmy, zostawiając ich samych – powiedziała, włączając światło. –
Jeszcze się podpalą.
– Nic im nie będzie – uspokajałem ją, chociaż ta sama myśl i mnie przyszła do głowy.
Popijaliśmy naszą herbatę. Światło lampy było ciepłe, a mieszkanie ciche i przytulne. W moim
łóżku, w prywatnej otchłani marzeń, sceny, które podsuwała mi wyobraźnia, tak się właśnie zaczynały:
późna, senna godzina, po alkoholu, sami we dwoje, scenariusze, w których Camilla niezmiennie niby
przez przypadek ocierała się o mnie lub pochylała na dogodną odległość, żeby wskazać jakiś fragment
w książce, z policzkiem tuż przy mojej twarzy; okazje, z których korzystałem, delikatnie, ale po męsku,
preludium do bardziej dynamicznych rozkoszy.
Filiżanka z herbatą była za gorąca; parzyła mnie w palce. Odstawiłem ją i spojrzałem na Camillę –
nieobecną myślami, palącą papierosa, zaledwie pół metra ode mnie. Mógłbym zatracić się na zawsze
w tej niezwykłej twarzy, w melancholii jej pięknych ust. „Chodź do mnie. Zgaś​my światło, dobrze?”
Gdy wyobrażałem sobie te słowa przyobleczone w jej głos, były nieznośnie wręcz rozkoszne; teraz,
kiedy siedziałem tuż obok, było dla mnie nie do pomyślenia, żebym sam mógł je wypowiedzieć.
A z drugiej strony – niby dlaczego? Camilla była zamieszana w zabójstwo dwóch osób; stała
spokojnie jak posąg Madonny, patrząc na śmierć Bunny’ego. Przypomniałem sobie chłodny głos
Henry’ego sprzed zaledwie sześciu tygodni. „W tym, co się działo, był pewien element cielesny”.
– Camilla? – odezwałem się.
Podniosła roztargnione spojrzenie.
– Co się naprawdę wydarzyło tamtej nocy w lesie?
Myślę, że spodziewałem się jeśli nie zaskoczenia, to przynajmniej jego symulacji. Ona jednak nawet
nie mrugnęła okiem.
– Cóż, nie pamiętam zbyt wiele – odrzekła powoli. – A tego, co pamiętam, właściwie nie potrafię
opisać. To wszystko jest teraz dużo mniej wyraźne, niż było nawet kilka miesięcy temu. Chyba
powinnam była to spisać albo coś takiego.
– Ale co pamiętasz?
Odpowiedziała dopiero po chwili.
– Cóż, na pewno słyszałeś już wszystko od Henry’ego. Już samo mówienie o tym na głos wydaje się
niedorzeczne. Pamiętam sforę psów. Węże wijące się wokół moich ramion. Drzewa w ogniu, sosny
buchające płomieniami jak potężne pochodnie. Przez pewien czas towarzyszyła nam piąta osoba.
– Piąta osoba?
– Nie zawsze w postaci ludzkiej.
– Nie wiem, co masz na myśli.
– Pamiętasz, jak Grecy nazywali Dionizosa? Πολυειδής. Wielo​postaciowy. Czasem ta osoba była
mężczyzną, czasem kobietą. A czasem czymś jeszcze innym. Powiem ci… powiem ci, co jeszcze
pamiętam – dodała raptownie.
– Co? – spytałem z nadzieją na jakiś namiętny, pikantny szczegół.
– Ten martwy człowiek. Leżący na ziemi. Miał rozcięty brzuch i ze środka wydobywała się para.
– Brzuch?
– Tej nocy było zimno. Nigdy też nie zapomnę tego zapachu. Cuchnęło jak wtedy, gdy mój wujek
rozcinał jelenia. Zapytaj Francisa. On też to pamięta.
Zdjęty zgrozą, nie byłem w stanie niczego z siebie wydusić. Camilla sięgnęła po dzbanek i dolała
sobie herbaty.
– Wiesz – spytała – dlaczego tym razem prześladuje nas pech?
– Dlaczego?
– Bo zostawiliśmy niepochowane ciało. Tamtego farmera znaleźli od razu, wiesz. A pamiętasz
biednego Palinurusa z Eneidy? Jeszcze długo ich straszył i nie chciał odejść. Obawiam się, że żadne z nas
nie zazna spokojnego snu, dopóki ciało Bunny’ego nie znajdzie się w ziemi.
– To jakaś bzdura.
Roześmiała się.
– W czwartym wieku przed naszą erą opóźniano wypłynięcie całej attyckiej floty tylko dlatego, że
jakiś żołnierz kichnął.
– Za dużo czasu spędzasz z Henrym.
Przez chwilę milczała.
– Wiesz – zapytała – co Henry kazał nam zrobić parę dni po tym, co się stało w lesie?
– Co?
– Kazał nam zabić prosiaka.
Byłem wstrząśnięty nie tyle tą rewelacją, ile niesamowitym spokojem, z jakim została
wypowiedziana.
– Jezu – wydusiłem z siebie.
– Poderżnęliśmy mu gardło. A potem po kolei trzymaliśmy go nad głową, żeby spłynęła na nas jego
krew. To było straszne. O mało nie zwymiotowałam.
Powątpiewałem w sensowność umyślnego polewania się krwią – nawet świńską – niedługo po
popełnieniu morderstwa, ale powiedziałem tylko:
– Skąd ten pomysł?
– Morderstwo zatruwa. Morderca kala wszystkich, z którymi ma kontakt. I krew można oczyścić
jedynie krwią. Odczekaliśmy, aż ten prosiak się na nas wykrwawi. A potem wróciliśmy do domu
i zmyliśmy z siebie krew. Od tamtej pory czuliśmy się dobrze.
– Chcesz mi wmówić – zacząłem – że…
– Oj, nie martw się – przerwała mi pospiesznie. – Nie sądzę, żeby tym razem miał takie plany.
– Dlaczego? Nie zadziałało?
Nie wychwyciła mojego sarkazmu.
– Ależ nie – odpowiedziała. – Zadziałało, jak najbardziej.
– Czemu więc tego nie powtórzyć?
– Bo Henry wyobraża sobie, że to mogłoby cię rozstroić.
Usłyszeliśmy dźwięk klucza nieporadnie wciskanego do dziurki i chwilę potem do środka dał nura
Charles. Zsunął z siebie płaszcz i pozwolił, by opadł bezładnie na podłogę.
– Hej, hej! – zawołał śpiewnie, kołysząc się na nogach i w ten sam sposób zrzucając z siebie
marynarkę. Nie wszedł do salonu, ale wykonał nagły skręt do holu, który prowadził do sypialni
i łazienki. Otworzyły się jakieś drzwi, potem drugie.
– Milly, mała – usłyszałem jego wołanie. – Gdzie jesteś, słońce?
– O rany – westchnęła Camilla. Na głos powiedziała: – Tutaj jesteśmy, Charles.
Pojawił się znowu. Miał poluzowany krawat, a włosy zwichrzone.
– Camilla – powiedział, opierając się o framugę – Camilla.
I wtedy zobaczył mnie.
– Ty – rzucił, niezbyt uprzejmie. – A ty co tutaj robisz?
– Pijemy tylko herbatę – wyjaśniła Camilla. – Chcesz?
– Nie. – Odwrócił się i zniknął znowu w holu. – Późno jest. Kładę się spać.
Trzasnęły drzwi. Spojrzeliśmy z Camillą po sobie. Wstałem.
– Dobra – powiedziałem – to ja się będę zbierał.
Wciąż trwały poszukiwania, ale liczba zgłaszających się do nich mieszkańców miasteczka drastycznie się
skurczyła i nie został prawie nikt ze studentów. Cała operacja stała się bardziej zwarta, dyskretna,
profesjonalna. Słyszałem, że policja sprowadziła kobietę jasnowidza, a także eksperta w dziedzinie
daktyloskopii oraz specjalny zespół tropowców wytresowanych w Dannemorze. Może przez to, że
wyobrażałem sobie, iż jestem dotknięty jakimś tajemnym skażeniem, niedostrzegalnym dla nikogo,
a wyczuwalnym może tylko psim nosem (w filmach to zawsze pies jako pierwszy wie, kim naprawdę
jest gładki w obejściu i przez nikogo niepodejrzewany wampir), myśl o tropowcach wzmogła we mnie
skłonność do zabobonów i starałem się trzymać jak najdalej od psów, wszelkich psów, nawet
głupkowatych mieszańców labradora, które należały do nauczycielki garncarstwa i biegały z wiecznie
wywieszonymi jęzorami, czekając na zabawę z frisbee. Henry – może widząc oczami wyobraźni jakąś
roztrzęsioną Kasandrę mamroczącą proroctwa przed chórem policjantów – znacznie bardziej przejmował
się jasnowidzącą.
– Jeśli nas znajdą – powiedział z posępną pewnością siebie – to właśnie w ten sposób.
– No chyba nie wierzysz w te brednie.
Rzucił mi spojrzenie pełne niewymownej pogardy.
– Zdumiewasz mnie czasami – obruszył się. – Wydaje ci się, że jeśli czegoś nie widać, to znaczy, że
to nie istnieje.
Jasnowidząca była młodą matką z północnej części stanu Nowy Jork. Po porażeniu prądem, które
nastąpiło po dotknięciu przewodów rozruchowych, zapadła w śpiączkę, a gdy się ocknęła trzy tygodnie
później, potrafiła „odgadywać” różne rzeczy, trzymając jakiś przedmiot lub dotykając czyjejś ręki.
Policjanci już kilkakrotnie z powodzeniem korzystali ​ z jej usług w trakcie poszukiwań. Raz znalazła
ciało uduszonego dziec​ka, wskazując jedynie punkt na mapie geodezyjnej. Henry, który był tak
przesądny, że czasem wystawiał pod drzwi spodeczek z mlekiem, by ułagodzić zabłąkane złe duchy,
obserwował ją zafascynowany, gdy chodziła samotnie po obrzeżach kampusu – grube szkła,
prowincjonalny prochowiec, rude włosy związane pod chustką w grochy.
– Co za niefart – powiedział. – Wolałbym jej się nie pokazywać. Ale bardzo, bardzo chciałbym z nią
porozmawiać.
W pozostałych członkach naszej grupy większe poruszenie wywołała jednak informacja –
prawdziwa czy nie, tego wciąż nie wiem – że swoich agentów przysłała DEA, agencja do zwalczania
przestępczości narkotykowej, i wszczęła tajne śledztwo. Théophile Gautier, pisząc o wpływie
Chattertona Alfreda de Vigny na paryską młodzież w dziewiętnastym wieku, wspominał, że nocami
słychać było pojedyncze wystrzały pistoletów; tymczasem w Hampden nocną ciszę burzył szum
spuszczanej w sedesach wody. Uzależnieni od substancji wszelkiej maści snuli się ze szklistym
wzrokiem, niepocieszeni po tak nagłej stracie. Ktoś w atelier rzeźbiarskim próbował spuścić tyle
marihuany, że trzeba było wezwać hydraulika do udrożnienia kanalizacji.
W poniedziałek po południu około wpół do piątej w moim pokoju zjawił się Charles.
– Siema – rzucił. – Chcesz coś zjeść?
– Gdzie Camilla?
– Nie wiem, gdzieś – odpowiedział, omiatając bladym spojrzeniem mój pokój. – Idziesz czy nie?
– No… dobrze – odrzekłem.
Rozpromienił się.
– Super. Taksówka już czeka na dole.
Taksówkarz – rumiany jegomość o przezwisku „Junior”, który zawoził mnie i Bunny’ego do miasteczka
tamtego pierwszego jesiennego popołudnia i który za trzy dni miał po raz ostatni zawieźć Bunny’ego do
Connecticut, tym razem taksówką jako karawanem – spojrzał na nas w lusterku wstecznym, gdy
wyjeżdżaliśmy na College Drive.
– Wybieracie się, chłopcy, do Biusterii?
Miał na myśli Brasserie. Był to mały żarcik, którym zawsze nas raczył.
– Tak – potwierdziłem.
– Nie – rzucił dość nieoczekiwanie Charles. Siedział po dziecięcemu skulony i oparty o drzwi,
zapatrzony przed siebie, i bębnił palcami o podłokietnik. – Jedziemy na ulicę Catamount 1910.
– Gdzie to? – spytałem go.
– Oj, mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko – powiedział, unikając mojego spojrzenia. –
Po prostu mam ochotę na jakąś odmianę. To niedaleko, a poza tym znudziło mi się już to żarcie
z Brasserie. Tobie nie?
Miejsce, w którym wylądowaliśmy – bar o nazwie Farmer’s Inn – nie było godne uwagi ani ze względu
na jedzenie, ani na wystrój, składane krzesła i stoliki kryte laminatem, ani na przerzedzoną klientelę
rekrutującą się głównie spośród podpitej tubylczej ludności powyżej sześćdziesiątego piątego roku życia.
Ustępowało Brasserie w gruncie rzeczy pod każdym względem oprócz jednego: można tam było dostać
naprawdę pokaźne porcje whisky po pięćdziesiąt centów.
Usiedliśmy na końcu baru przy telewizorze. Trwał właśnie mecz koszykówki. Barmanka –
pięćdziesiątka z turkusowym cieniem do powiek i mnóstwem turkusowych pierścionków do kompletu –
otaksowała nas, nasze marynarki i krawaty. Zamówienie Charlesa, dwie podwójne whisky i kanapka
klubowa, najwyraźniej ją zaskoczyło.
– A niech mnie! – zaskrzeczała głosem ary. – Pozwalają wam, chłopcy, łyknąć se od czasu do czasu?
Nie wiedziałem, o co jej chodzi – czy był to jakiś przytyk do naszych ubrań, do Hampden College,
chciała zobaczyć nasze dowody? Charles, który jeszcze chwilę wcześniej siedział z nosem zwieszonym
na kwintę, podniósł wzrok i przyszpilił ją uśmiechem o niebywałej serdeczności i słodyczy. Potrafił
rozmawiać z kelnerkami. W restauracjach wiecznie krążyły w pobliżu i stawały na rzęsach, żeby mu
dogodzić.
Ta spojrzała na niego – z zadowoleniem i niedowierzaniem – i parsknęła szczekliwym śmiechem.
– Ale odlot – wychrypiała, sięgając upierścienioną dłonią po papierosa marki Silva-Thin żarzącego
się w popielniczce obok. – A ja myślałam, że wam, mormonom, nie wolno nawet tknąć coca-coli.
Gdy tylko oddaliła się nieśpiesznie do kuchni, żeby przekazać nasze zamówienie („Bill! –
słyszeliśmy, jak krzyknęła za wahadłowymi drzwiami. – Hej, Bill! Posłuchaj tylko tego!”), z twarzy
Charlesa zniknął uśmiech. Sięgnął po whisky i kiedy próbowałem przechwycić jego spojrzenie,
wzruszył tylko smętnie ramionami.
– Przepraszam – powiedział. – Nie przeszkadza ci, mam nadzieję, że tu przyjechaliśmy? Jest taniej
niż w Brasserie i nikogo nie spotkamy.
Nie był w nastroju do rozmowy – choć niekiedy tryskał energią, potrafił być też milczący i nadąsany
jak dziecko – i pił równo z łokciami na barze, z włosami opadającymi na twarz. Gdy przyniesiono mu
kanapkę, rozłożył ją, zjadł bekon i zostawił resztę, a ja popijałem swoją whisky i oglądałem Lakersów.
Dziwnie się czułem, oglądając mecz w tym dusznym, ciemnym barze w Vermoncie. W Kalifornii,
w kampusie mojej poprzedniej uczelni, działał pub o nazwie Falstaff’s z szerokoekranowym
telewizorem; mój wiecznie odurzony kumpel Carl zaciągał mnie tam na tanie piwo i mecze koszykówki.
Pewnie siedział tam teraz na barowym stołku z sekwoi i oglądał ten sam mecz.
Nachodziły mnie te przygnębiające myśli i inne, podobne, Charles zaś sączył czwartą lub piątą
whisky, gdy ktoś zaczął przeskakiwać pilotem z kanału na kanał: Va banque, Koło Fortuny,
MacNeil/Lehrer Report, a na koniec lokalny talk-show. O nazwie Tonight in Vermont. Studio było
stylizowane na wiejski dom z Nowej Anglii, proste drewniane meble i stare wiejskie sprzęty, widły i tym
podobne, wiszące na ścianie z desek w tle. Gospodynią była Liz Ocavello. Na wzór programów Oprah
Winfrey i Phila Donahue każdy odcinek kończył się pytaniami z widowni, segmentem zwykle niezbyt
fascynującym, jako że gospodyni programu przeważnie zapraszała dość nudnych gości typu komisarz
stanowy do spraw weteranów wojennych lub członek bractwa Shriners ogłaszający zbiórkę krwi
(„Przypomnij widzom adres, Joe”).
Tego wieczoru jej gościem był William Hundy, chociaż uzmysłowiłem to sobie dopiero po pewnym
czasie. Miał na sobie garnitur, nie ów niebieski sportowy, ale stary, z rodzaju tych, które mógłby nosić
wiejski kaznodzieja, i z niejasnego dla mnie powodu wypowiadał się autorytatywnym tonem o Arabach
i OPEC.
„Przez ten cały OPEC – twierdził – zniknęły stacje benzynowe Texaco. Pamiętam, jak byłem mały,
Texaco było wszędzie, ale te Araby, to był, no, jak to się mówi, wykup kredytowany…”
– Patrz – zwróciłem się do Charlesa, ale zanim udało mi się go wyrwać z odrętwienia, ktoś przełączył
na teleturniej.
– Co? – spytał.
– Już nic.
Va banque, Koło Fortuny, znów MacNeil/Lehrer przez dość długi czas, dopóki ktoś nie wrzasnął:
– Dotty, wyłącz to gówno!
– To co chcecie oglądać?
– Koło Fortuny – rozległ się chrapliwy chór.
Ale Koło Fortuny już się kończyło (olśniewający całus posłany przez prowadzącą) i nim się
obejrzałem, byliśmy z powrotem
w zainscenizowanym wiejskim domku z Williamem Hundym. Opowiadał teraz o swoim występie
w programie Today poprzedniego dnia.
– Patrzcie – powiedział ktoś – to ten koleś, co prowadzi Zbawienny Serwis.
– On go nie prowadzi.
– No to kto?
– On i Bud Alcorn. Razem prowadzą.
– Oj, zamknij się, Bobby.
„Nie – mówił pan Hundy – nie widziałem Willarda Scotta. Pewnie zapomniałbym języka w gębie,
gdybym go spotkał. To naprawdę wielka produkcja, chociaż na ekranie tak tego nie widać”.
Kopnąłem Charlesa w stopę.
– Tak? – rzucił bez zainteresowania i niepewnie podniósł szklankę do ust.
Ze zdziwieniem patrzyłem, jak elokwentny stał się pan Hundy w ciągu zaledwie czterech dni.
Z jeszcze większym zdziwieniem skonstatowałem, jak ciepło przyjmowała go telewizyjna publiczność –
zadając zaangażowane pytania na różne tematy, od sądownictwa karnego do roli drobnych
przedsiębiorców w społecznościach lokalnych, i reagując śmiechem na jego kiepskie dowcipy.
Domyślałem się, że ta popularność może jedynie wynikać z tego, co widział, lub twierdził, że widział.
Jego dawne onieśmielenie i mrukliwość znikły bez śladu. Teraz, z dłońmi splecionymi na brzuchu,
odpowiadając na pytania z łagodnym uśmiechem biskupa udzielającego dyspensy, czuł się tak pewnie,
że było w tym coś niemal namacalnie fałszywego. Zastanawiałem się, dlaczego nikt inny tego nie widzi.
Drobny, śniady mężczyzna w samej koszuli, który już od pewnego czasu podnosił rękę, został
w końcu poproszony przez Liz o zabra​nie głosu.
„Nazywam się Adnan Nassar i jestem Amerykaninem palestyńskiego pochodzenia – wyrecytował
szybko. – Przyjechałem do tego kraju z Syrii dziewięć lat temu. Od tamtej pory zdobyłem amerykańskie
obywatelstwo i obecnie jestem zastępcą kierownika w Pizza Pad przy autostradzie numer sześć”.
Pan Hundy przechylił głowę na bok.
„Cóż, Adnan – powiedział serdecznym tonem. – Coś mi się zdaje, że w twoim kraju taka historia
byłaby mało prawdopodobna. Ale tutaj system działa w ten właśnie sposób. Każdy może z niego
skorzystać. I to niezależnie od rasy czy koloru skóry”. Aplauz.
Liz, z mikrofonem w dłoni, oddaliła się między rzędami i wskazała na kobietę z tapirem na głowie,
ale Palestyńczyk wściekle zamachał rękami i kamera znów przeniosła się na niego.
„Nie w tym rzecz – odparł. – Jestem Arabem i nie podobają mi się oszczerstwa rzucane tutaj
przeciwko moim arabskim braciom”.
Liz wróciła do Palestyńczyka i w stylu Oprah położyła mu na ramieniu pocieszającą dłoń. William
Hundy, usadowiony na podwyższeniu na krześle imitującym styl pierwszych osadników, zmienił nieco
pozycję, pochylając się.
„Podoba ci się tutaj?”, spytał krótko.
„Tak”.
„A chcesz wrócić?”
„Zaraz – wtrąciła się głośno Liz. – Nikt nie chce powiedzieć, że…”
„Bo statki – przerwał jej Hundy, mówiąc jeszcze głośniej – kursują w obie strony”.
Dotty, barmanka, zaśmiała się z podziwem i zaciągnęła papierosem.
– Dobrze mu powiedział – stwierdziła.
„A skąd pochodzi twoja rodzina? – spytał Arab. – Może jesteś Indianinem?”
Pan Hundy jakby tego nie usłyszał.
„Opłacę ci podróż powrotną – zaproponował. – Ile teraz kosztuje bilet w jedną stronę do Bagdadu?
Jeśli chcesz, to…”
„Myślę – wtrąciła pospiesznie Liz – że zaszło pewne nieporozumienie. Nasz gość próbuje tylko
powiedzieć, że…” Oplotła ramieniem Palestyńczyka, on jednak w złości strząsnął z siebie jej rękę.
„Cały wieczór nic tylko obrażasz Arabów – krzyczał. – Chociaż nic o nich nie wiesz!”. Uderzył się
pięścią w pierś. „Ja wiem, w głębi duszy, co znaczy być Arabem”.
„Ty i twój kolega Saddam Husajn”.
„Jak śmiesz twierdzić, że wszyscy jesteśmy chciwi i jeździmy wielkimi samochodami? To jest dla
mnie obraźliwe. Jestem Arabem i staram się dbać o środowisko…”
„I dlatego podpalacie te wszystkie szyby naftowe, tak?”
„… i dlatego jeżdżę toyotą corollą”.
„Nie mówiłem akurat o tobie – wyjaśnił Hundy. – Mówiłem o tych mendach z OPEC, to one, te
gnidy, porwały tego chłopaka. Myślisz, że jeżdżą toyotami corollami? Myślisz, że my tutaj godzimy się
na terroryzm? Może w twoim kraju tak, ale nie tutaj”.
„Kłamiesz!”, wrzasnął Arab.
Przez chwilę, w powstałym zamieszaniu, kamera przeniosła się na Liz Ocavello, która patrzyła
niewidząco z ekranu, i wiedziałem, że myśli dokładnie to, co ja: O rany, teraz się dopiero zacznie…
„Wcale nie – zaprzeczył żarliwie Hundy. – Wiem, o czym mówię. Od trzydziestu lat prowadzę
warsztat. Myślisz, że nie pamiętam? Że jak Carter był prezydentem, w siedemdziesiątym piątym,
przystawiliście nam nóż do gardła? A teraz przyjeżdżacie tutaj, zachowując się, jakbyście byli u siebie,
z tą waszą cieciorką i tą obrzydliwą pitą”.
Liz patrzyła gdzieś w bok, ruchem ust przekazując komuś polecenia.
Arab przeklął siarczyście.
„Dosyć tego! Koniec!”, zawołała w desperacji Liz Ocavello.
Pan Hundy zerwał się na nogi i z płonącym spojrzeniem wymierzył drżący palec w publiczność.
„Arabskie brudasy! Arabskie…”
Kamera obróciła się gwałtownie i wskazała boczną część planu, plątaninę czarnych kabli, osłonięte
reflektory. Obraz stracił i znów odzyskał ostrość, a po chwili zafalował i na ekranie pojawiła się reklama
McDonald’s.
– Ho, ho – ktoś zawołał z uznaniem.
Rozległy się pojedyncze oklaski.
– Słyszałeś to? – powiedział Charles po przerwie.
Zupełnie o nim zapomniałem. Mówił bełkotliwie, a wilgotne od potu włosy przyklejały mu się do
czoła.
– Uważaj – zwróciłem się do niego po grecku i ruchem głowy wskazałem barmankę. – Ona może
cię słyszeć.
Wymamrotał coś, bujając się na barowym stołku, wyściełanym, z błyszczącego plastiku
i chromowanej stali.
– Chodźmy. Późno już – zaproponowałem, grzebiąc w kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy.
Chwiejnie, ze spojrzeniem utkwionym we mnie, przechylił się i chwycił mnie za nadgarstek. Światło
z szafy grającej zaiskrzyło w jego oczach, sprawiając, że stały się dziwne, szalone, jak błyszczące oczy
zabójcy, które czasem nieoczekiwanie zalśnią na zdjęciu na twarzy przyjaciela.
– Stary, cicho bądź – powiedział. – Posłuchaj.
Wyrwałem rękę i odwróciłem się na stołku, ale w tym samym momencie rozległ się długi, głuchy
grzmot. Burza.
Spojrzeliśmy po sobie.
– Deszcz – szepnął.
Padał przez całą noc, ciepły deszcz, skapywał z dachu i stukał w szybę, gdy ja leżałem płasko na wznak
z otwartymi oczami, nasłuchując.
Padał przez całą noc i cały ranek: ciepły, szary, spływał miękko i miarowo jak sen.
Gdy się obudziłem, wiedziałem, że tego dnia go znajdą, czułem to przez skórę od chwili, gdy wyjrzałem
przez okno na śnieg, zgniły i dziobaty, z łatami oślizgłej trawy i zewsząd kap, kap, kap.
Był to jeden z tych tajemniczych, przytłaczających dni, jakie czasem zdarzały się w Hampden, kiedy
góry, majaczące na widnokręgu, ginęły we mgle i świat wydawał się lekki i pusty, w jakiś sposób
niebezpieczny. Przemierzając kampus, z trawą chlupoczącą pod butami, można się było poczuć jak na
Olimpie, w Walhalli, w jakiejś pradawnej, porzuconej krainie nad chmurami; znane punkty odniesienia,
wieża zegarowa, akademiki unosiły się jak wspomnienia z dawnego życia, pojedyncze i oderwane we
mgle.
Mżawka i wilgoć. W Świetlicy, ciemnej i przygaszonej, czuć było odór mokrych ubrań. Odnalazłem
Henry’ego i Camillę na piętrze, siedzących przy oknie z pełną popielniczką na stole między nimi,
Camilla z podpartą brodą i papierosem żarzącym się między poplamionymi atramentem palcami.
Główna sala jadalna znajdowała się w nowoczesnym aneksie na piętrze, który wystawał nad
zapleczem z rampą. Ogromne, spryskane deszczem tafle szkła – podbarwione na szaro, przez co dzień
wydawał się jeszcze bardziej ponury – otaczały nas z trzech stron, dając pierwszo​rzędny widok na rampę,
gdzie wcześnie rano podjechały ciężarówki z masłem i jajami, i na lśniącą czarną drogę, która wiła się
między drzewami i niknęła we mgle w kierunku północnego Hampden.
Na obiad była zupa pomidorowa i kawa z chudym mlekiem, bo skończyło się pełne. Deszcz bębnił
o szyby. Henry był niespokojny. Poprzedniego wieczoru agenci FBI złożyli mu kolejną wizytę – nie
wyjawił, czego dotyczyła – i cichym głosem rozgadał się o Ilios Schliemanna, czubki palców dużych
kanciastych dłoni opierając o krawędź stołu, jak na planszy ouija. Gdy mieszkałem u niego zimą, czasem
całymi godzinami wygłaszał te dydaktyczne monologi, wyrzucając z siebie drobiazgowy i zdumiewająco
dokładny potok informacji z nieśpiesznym, magnetycznym spokojem kogoś, kogo poddano hipnozie.
Mówił teraz o wykopaliskach na wzgórzu Hissarlik: „straszne miejsce, przeklęte miejsce”, opowiadał
z rozmarzeniem, miasta pogrzebane pod miastami, miasta zburzone, miasta spalone, których cegły
przetopiły się na szkło… straszne miejsce, mówił z roztargnieniem, przeklęte miejsce, gniazda maleńkich
brązowych żmij, które Grecy nazywają antelion, i tysiące, wiele tysięcy małych bożków śmierci
o sowich głowach (tak naprawdę bogiń będących jakimś potwornym pierwowzorem Ateny)
spoglądających fanatycznie i surowo z rycin.
Nie wiedziałem, gdzie jest Francis, ale o Charlesa nie musiałem pytać. Poprzedniej nocy trzeba go
było odwieźć taksówką do domu, pomóc mu wejść na górę, do łóżka, z którego, sądząc po stanie,
w jakim go zostawiłem, jeszcze się nie podniósł. Dwie kanapki z serkiem śmietankowym i dżemem
leżały zawinięte w serwetki przy talerzu Camilli. Nie było jej w domu, gdy odwoziłem Charlesa,
i wyglądała, jak gdyby sama właśnie wstała z łóżka: potargana, z nieumalowanymi ustami, w szarym
wełnianym swetrze z przydługimi rękawami. Dym z jej papierosa unosił się smużką koloru nieba za
oknem. Drogą z miasta, daleko, nadjeżdżał na sygnale biały punkcik samochodu, sunął czarną
serpentyną z każdą chwilą coraz większy.
Było późno. Obiad się skończył, ludzie wychodzili. Stary bezkształtny woźny przykuśtykał
z mopem i wiadrem, wydając z siebie liczne stęknięcia, i zaczął polewać wodą podłogę przy stoisku
z napojami.
Camilla wyglądała przez okno. Nagle jej oczy rozszerzyły się. Powoli, z niedowierzaniem, podniosła
głowę; a po chwili dźwigała się już z krzesła i wyciągała szyję.
Zobaczyłem to samo i przyskoczyłem do szyby. Bezpośrednio pod nami zaparkowała karetka
pogotowia. Dwóch sanitariuszy, ściganych przez sforę fotografów, mijało ich z pochylonymi
w zacinającym deszczu głowami, dźwigając nosze. Leżący kształt przykryty był płachtą, ale zanim
wsunęli nosze do środka przez podwójne drzwi (długim, gładkim ruchem, jak chleb do pieca)
i zatrzasnęli je, dostrzegłem dziesięć, piętnaście centymetrów żółtego płaszcza przeciwdeszczowego
zwisającego nad krawędzią.
Gdzieś daleko, na parterze Świetlicy, okrzyki; trzaskające drzwi, narastające zamieszanie,
przekrzykujące się głosy, a potem jeden zachryp​ły głos wznoszący się nad pozostałe:
– Żyje?
Henry wziął głęboki wdech. Potem zamknął oczy i wydychając raptownie powietrze, z ręką
przytkniętą do piersi, opadł z powrotem na krzesło, jak gdyby ktoś do niego strzelił.
Oto, co się wydarzyło.
We wtorek, około pierwszej trzydzieści po południu Holly Goldsmith, osiemnastoletnia studentka
pierwszego roku z Taos w Nowym Meksyku, postanowiła wyprowadzić swojego golden retrievera
o imieniu Milo na spacer.
Holly, która studiowała taniec współczesny, słyszała o poszukiwaniach, ale jak większość studentów
ze swojego roku nie brała w nich udziału, wykorzystując nieoczekiwaną przerwę w zajęciach na sen
i powtórzenie materiału do egzaminów półsemestralnych. Co dość zrozumiałe, podczas spaceru nie
chciała się natknąć na ekipę poszukiwawczą. Dlatego postanowiła zabrać Mila za korty tenisowe do
wąwozu, jako że ta okolica była już przeczesana, a poza tym pies szczególnie upodobał sobie to miejsce.
Oto, co powiedziała Holly:
– Gdy już straciliśmy z oczu kampus, spuściłam Mila ze smyczy, żeby mógł sobie sam pobiegać.
Lubi to…
Więc stałam tam [na skraju wąwozu] i czekałam na niego. Milo zbiegł po skarpie, kręcił się wszędzie
i szczekał, jak zwykle. Tego dnia zapomniałam zabrać jego piłkę tenisową. Myślałam, że mam ją
w kieszeni, ale nie, odeszłam więc na chwilę zebrać kilka gałęzi do rzucania. Gdy wróciłam na skraj
wąwozu, zauważyłam, że potrząsa czymś w zębach. Nie chciał podbiec, kiedy go zawołałam. Myślałam,
że złapał królika albo coś takiego…
Przypuszczam, że Milo go wykopał, głowę i tors, tak mi się wydaje… nie widziałam dobrze.
Zauważyłam okulary… zsunęły się z jednego [ucha] i tak jakby dyndały w jedną i drugą stronę jak…
tak, bardzo proszę… lizał go po twarzy… Przez chwilę myślałam, że on… [dalej niewyraźnie].
Szybko zeszliśmy we trójkę na dół (woźny gapiący się z rozdziawionymi ustami, kucharki wyglądające
z kuchni, pracownice stołówki w swoich pielęgniarskich sweterkach pochylające się nad balustradą),
minęliśmy barek, stanowisko poczty, gdzie choć ten jeden raz kobieta w rudej peruce obsługująca
centralę odłożyła robótki i koszyk z kolorowymi motkami i stała w drzwiach ze zmiętą papierową
chusteczką w ręku, odprowadzając nas zaciekawionym spojrzeniem, gdy pędziliśmy korytarzem do
głównej sali Świetlicy, gdzie zastaliśmy grupkę zasępionych policjantów, szeryfa, strażnika łowieckiego,
ochroniarzy, jakąś nieznajomą dziewczynę zalaną łzami i kogoś, kto robił zdjęcia, i wszyscy mówili
naraz, aż ktoś spojrzał w naszą stronę i zawołał:
– Hej! Wy! Nie znaliście przypadkiem tego chłopaka?
Wszędzie rozbłysły flesze i ku naszym twarzom wysunęło się kłębowisko mikrofonów i kamer
wideo.
– Jak długo go znacie?
– … incydent powiązany z narkotykami?
– … po Europie, zgadza się?
Henry zasłonił twarz dłonią; nigdy nie zapomnę, jak wtedy wyglądał, biały jak talk, z kropelkami
potu na górnej wardze i światłem odbijającym się od okularów… „Zostawcie mnie”, wymamrotał,
chwycił Camillę za nadgarstek i próbował przepchnąć się do drzwi.
– … jakiś komentarz…?
– … najlepszymi przyjaciółmi?
Czarny pysk kamery wcisnął mu się przed twarz. Odepchnął ją zamaszystym gestem i kamera upadła
na podłogę z głośnym trzaskiem, wypluwając baterie we wszystkie strony. Jej właściciel – tłuścioch
w czapce Metsów – wrzasnął piskliwie, w konsternacji przypadł do podłogi, a potem podniósł się,
przeklinając, i zrobił ruch, jak gdyby chciał złapać wycofującego się Henry’ego za kołnierz. Jego palce
musnęły tył marynarki i Henry się odwrócił. Zaskakująco szybko.
Mężczyzna skulił się. To zabawne, ale wydawało się, że ludzie na pierwszy rzut oka nigdy nie
zauważali, jak wysoki jest Henry. Może to przez ubranie, które było jak kiepski, zadziwiająco skuteczny
kamuflaż z komiksów (dlaczego nikt nigdy nie widzi, że „ciapowaty” Clark Kent bez okularów to
Superman?). A może była to kwestia uzmysłowienia im tego. Henry miał znacznie bardziej niezwykły
talent do znikania, w pokoju, w samochodzie, pozorną umiejętność dematerializowania się na własne
życzenie, i może ten dar był jedynie odwrotnością tamtego, nagłe skupienie rozproszonych molekuł,
dzięki czemu widmowa forma natychmiast nabierała solidności – metamorfoza zadziwiająca jej
naocznych świadków.
Karetka odjechała. Drogi ciągnęły się lśniące i puste w padającej mżawce. Agent Davenport
z opuszczoną głową wbiegał pospiesznie po schodach do Świetlicy, kłapiąc czarnymi butami na
mokrym marmurze. Zatrzymał się na nasz widok. Za nim Sciola pokonał mozolnie dwa, trzy ostatnie
stopnie, łapiąc się za kolano. Stanął za Davenportem i przyglądał nam się przez chwilę, oddychając
ciężko.
– Przykro mi – powiedział.
Wysoko nad nami przeleciał samolot, niewidzialny w chmurach.
– A więc nie żyje – rzekł Henry.
– Niestety.
Szum samolotu cichł w oddali, wilgotnej i wietrznej.
– Gdzie go znaleziono? – spytał w końcu Henry. Był blady, blady i spocony na skroniach, ale
w pełni opanowany. Jego głos brzmiał matowo.
– W lesie – poinformował Davenport.
– Niedaleko – dodał Sciola, pocierając knykciem podkrążone oko. – Niecały kilometr stąd.
– Byliście tam?
Sciola przestał pocierać oko.
– Co?
– Byliście tam, gdy go znaleziono?
– Jedliśmy właśnie obiad w Blue Benie – odparł bezzwłocznie Davenport. Oddychał ciężko przez
nos. Jego obcięte na jeżyka włosy były zroszone paciorkami skroplonej mgły. – Pojechaliśmy się
rozejrzeć. Teraz jedziemy na spotkanie z rodziną.
– To oni nie wiedzą? – spytała po przerwie wstrząśnięta Camilla.
– Nie o to chodzi – wyjaśnił Sciola. Poklepał się po klatce piersiowej, delikatnie szperając długimi
żółtymi palcami w kieszeni płaszcza. – Zawozimy im papiery. Chcielibyśmy, żeby się zgodzili na
wysłanie ciała do laboratorium w Newark i przeprowadzenie badań. Chociaż w takich przypadkach… –
zacisnąwszy na czymś palce, bardzo powoli wyciągnął zmiętą paczkę pall malli – w takich przypadkach
trudno nakłonić rodzinę do podpisania zgody. Nie mogę powiedzieć, że ich nie rozumiem. Ci ludzie
czekali od tygodnia, cała rodzina jest razem, będą chcieli szybko go pochować i skończyć z tym
koszmarem…
– Co się stało? – spytał Henry. – Wiecie coś?
Sciola szukał w kieszeniach zapałek, znalazł je i po dwóch, trzech próbach przypalił papierosa.
– Trudno powiedzieć – rzekł, wypuszczając wciąż płonącą zapałkę z palców. – Leżał na dnie
urwiska ze złamanym karkiem.
– Nie sądzicie, że mógł się targnąć na życie?
Wyraz twarzy Scioli nie zmienił się, ale z jego nozdrzy wydobyła się smużka dymu w sposób
wskazujący na zaskoczenie.
– Dlaczego miałby to zrobić?
– Ktoś tu przed chwilą sugerował coś takiego.
Sciola zerknął na Davenporta.
– Nie zwracałbym na to uwagi, synu – rzekł. – Nie wiem, co wykryje policja, i rozumiesz, to oni
podejmą decyzję, ale nie sądzę, żeby stwierdzili samobójstwo.
– Dlaczego?
Mrugając powiekami, patrzył na nas łagodnie żółwimi oczyma o ciężkich powiekach.
– Nic na to nie wskazuje – oznajmił. – Z tego, co mi wiadomo. Szeryf podejrzewa, że zawędrował
tam, za cienko ubrany, zrobiło się zimno i może za bardzo się spieszył, żeby wrócić…
– I nie mają pewności – dodał Davenport – ale wygląda na to, że wcześniej pił.
Sciola wykonał pełen znużenia, włoski gest rezygnacji.
– A nawet jeśli nie – powiedział. – Podłoże było błotniste. Padał deszcz. Możliwe, że było już
ciemno, nie wiadomo.
Przez dłuższą chwilę nikt nic nie mówił.
– Posłuchaj, synu – rzekł Sciola całkiem życzliwie. – To tylko moje zdanie, ale nie sądzę, żeby twój
przyjaciel się zabił. Widziałem to miejsce, gdzie spadł. Krzaki na krawędzi były, wiesz… – Wykonał
lekkie pstryknięcie w powietrzu.
– Połamane – uzupełnił szorstko Davenport. – Ziemia pod paznokciami. Kiedy ten chłopak spadał,
próbował się chwycić, czego tylko mógł.
– Nikt tu nie chce przesądzać, jak do tego doszło – zastrzegł Sciola. – Radzę tylko nie wierzyć we
wszystko, co usłyszycie. To niebezpieczne miejsce, tam w lesie, powinni je ogrodzić czy coś…
Chciałabyś na chwilę usiąść, skarbie? – zwrócił się do Camilli, która pozieleniała na twarzy.
– Uczelnia tak czy siak będzie miała przechlapane – przewidywał Davenport. – Po tym, co mówiła ta
kobieta z Biura Spraw Studenckich, widzę już, że próbują wymigać się od odpowiedzialności. Jeśli upił
się na tej studenckiej imprezie… Podobny proces odbył się w Nashua, skąd pochodzę, jakieś dwa lata
temu. Chłopak uchlał się na jakiejś imprezie korporacji studenckiej, zemdlał w zaspie i znaleźli go
dopiero, jak przyjechały pługi. Pewnie wszystko zależy od tego, jak bardzo się upił i gdzie dostał
ostatniego drinka, ale nawet jeśli nie był pijany, sprawa nie wygląda najlepiej dla uczelni, prawda?
Chłopak wyjeżdża na studia i na terenie kampusu dochodzi do takiego wypadku? Z całym szacunkiem
dla rodziców, ale poznałem ich i wyglądają mi na takich, co to będą się sądzić.
– A pan jak myśli, jak do tego doszło? – Henry zwrócił się do Scioli.
To przesłuchanie nie wydawało mi się szczególnie roztropnym posunięciem, zwłaszcza w tych
okolicznościach, ale Sciola wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu jak stary pies lub opos – za dużo
zębów, pożółk​łych, poplamionych.
– Ja? – spytał.
– Tak.
Przez chwilę nic nie mówił, tylko zaciągnął się papierosem i kiwał głową.
– To nie ma żadnego znaczenia, synu, co ja o tym myślę – rzekł po przerwie. – To nie jest sprawa
dla federalnych.
– Co?
– Chce powiedzieć, że to nie jest sprawa dla FBI – wyjaśnił sucho Davenport. – Nie popełniono
przestępstwa federalnego. Zdecyduje o tym miejscowa policja. Wezwali nas tutaj przede wszystkim
z powodu tego świra, wiecie, tego z warsztatu samochodowego, a on nie miał ze sprawą nic wspólnego.
Zanim tu przyjechaliśmy, z Waszyngtonu przefaksowali nam o nim sporo informacji. Chcecie wiedzieć,
co to za świr? W latach siedemdziesiątych wysyłał do Anwara Sadata masę anonimowych przesyłek.
A w nich środki przeczyszczające, psie odchody, katalogi ze zdjęciami nagich arabskich modelek. Nikt
nie zwracał na niego większej uwagi, ale kiedy Sadat padł ofiarą zamachu, kiedy to było?…
w osiemdziesiątym drugim, agenci z CIA prześwietlili Hundy’ego i to właśnie oni udostępnili nam te
teczki. Nigdy go nie aresztowano ani nic, ale co za fioł. Potrafił nabić rachunek telefoniczny na tysiąc
dolarów, wydzwaniając na Bliski Wschód ze swoimi głupimi żartami. Widziałem list, który napisał do
Goldy Meir, gdzie nazwał ją swoją daleką kuzynką… Naprawdę, trzeba podchodzić z dystansem, kiedy
zgłasza się z informacjami ktoś taki. Wydawał się zupełnie nieszkodliwy, nie chodziło mu nawet
o nagrodę – podstawiony agent skontaktował się z nim i próbował mu wcisnąć lewy czek, nie chciał go
tknąć. Ale na takich jak on naprawdę trzeba uważać. Pamiętam Morrisa Lee Hardena, to był
siedemdziesiąty ósmy, wydawał się najmilszym człowiekiem pod słońcem, reperował te wszystkie
zegary i zegarki i rozdawał je biednym dzieciom, ale nigdy nie zapomnę dnia, kiedy wjechali na zaplecze
jego sklepu z koparką…
– Te dzieciaki nie pamiętają Morrisa, Harv – wtrącił Sciola, wypuszczając papierosa z palców. – Byli
wtedy za mali.
Staliśmy tam jeszcze przez dłuższą chwilę, skrępowani, w pół​kolu na płytach chodnikowych, i gdy
już się wydawało, że za chwilę wszyscy jednocześnie otworzą usta i powiedzą, że muszą lecieć,
usłyszałem dziwny, zduszony dźwięk od strony Camilli. Spojrzałem na nią zdumiony. Płakała.
Przez chwilę najwyraźniej nikt nie wiedział, jak zareagować. Davenport rzucił mnie i Henry’emu
pełne oburzenia spojrzenie i odwrócił się lekko, jak gdyby chciał powiedzieć: to wszystko wasza wina.
Sciola, mrugając powiekami w leniwej, ponurej konsternacji, dwa razy wyciągnął rękę, żeby ją
położyć na ramieniu Camilli i przy trzeciej próbie jego powolne palce wreszcie zetknęły się z jej łokciem.
– Skarbie – zwrócił się do niej – chcesz, żebyśmy podwieźli cię do domu?
Ich samochód, czarny ford sedan – dokładnie taki, jakiego można się było po nich spodziewać – stał
zaparkowany pod wzgórzem, na żwirowym placu za budynkiem wydziału nauk ścisłych. Camilla szła
między nimi. Sciola przemawiał do niej uspokajająco jak do dziecka; słyszeliśmy go przy chrzęście
kroków, kapaniu wody i wietrze szumiącym w drzewach nad nami.
– Brat jest w domu? – spytał.
– Tak.
Pokiwał nieśpiesznie głową.
– Wiesz – powiedział. – Lubię twojego brata. To dobry chłopak. Zabawne, ale nie wiedziałem, że
chłopak i dziewczyna mogą być bliźniętami. Wiedziałeś o tym, Harv? – rzucił nad jej głową.
– Nie.
– Ja też nie. Byliście jeszcze bardziej podobni w dzieciństwie? To znaczy, widać podobieństwo, ale
nawet nie macie włosów tego samego koloru. Moja żona ma kuzynki bliźniaczki. Są nie do odróżnienia
i obie pracują w Ministerstwie Zdrowia. – Zamilkł na chwilę. – A wy z bratem się dogadujecie?
Odrzekła coś stłumionym głosem.
Pokiwał smętnie głową.
– To miło – stwierdził. – Założę się, że macie parę ciekawych historyjek do opowiedzenia.
O telepatii i tak dalej. Kuzynki mojej żony jeżdżą czasami na te zloty bliźniaków, nie uwierzyłabyś, co
nam opowiadają po powrocie.
Białe niebo. Drzewa zlewające się z niebem, krajobraz bez gór. Moje dłonie zwisały z mankietów
marynarki, jak gdyby nie należały do mnie. Nie mogłem się przyzwyczaić do tego, jak horyzont potrafi
się po prostu wymazać i zostawić człowieka porzuconego, dryfującego w niekompletnej krainie snów
przypominającej szkic znanego świata – zarys pojedynczego drzewa zastępujący cały zagajnik, latarnie
i kominy unoszące się bez kontekstu, zanim płótno dookoła nich zostanie wypełnione – w krainie
niepamięci, w pewnego rodzaju wypaczonym Niebie, gdzie stare punkty orientacyjne są rozpoznawalne,
ale zbyt od siebie oddalone, pomieszane, przerażające przez otaczającą je pustkę.
Przed rampą załadunkową w miejscu, gdzie niedawno stała karetka, leżał na asfalcie stary but. Nie
był to but Bunny’ego. Nie wiem, do kogo należał ani jak się tam znalazł. Była to tylko stara tenisówka
przewrócona na bok. Nie wiem, dlaczego akurat teraz ją sobie przypomniałem, i nie wiem, dlaczego
zrobiła na mnie wtedy takie wrażenie.
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Chociaż Bunny nie miał w Hampden College zbyt wielu znajomych, na tak małej uczelni niemal każdy
w ten czy inny sposób zdawał sobie sprawę z jego istnienia; wiedziano, jak się nazywa, znano go
z widzenia, pamiętano brzmienie głosu, który pod wieloma względami stanowił jego najbardziej
charakterystyczną cechę. Dziwne, ale chociaż mam parę fotek Bunny’ego, przez te wszystkie lata to nie
jego twarz, lecz głos, ów utracony głos towarzyszył mi najczęściej – przenikliwy, trajkoczący,
wyjątkowo wręcz donośny, raz usłyszany nie dawał się łatwo zapomnieć i w owych pierwszych dniach
po jego śmierci sale stołówki bez tego donośnego dyszkantu, który rozbrzmiewał zazwyczaj przy
mlekomacie, wydawały się dziwnie ciche.
Było więc czymś normalnym, że ludzie za nim tęsknili, ba, nawet się smucili – bo w miejscu takim
jak Hampden, gdzie wszyscy żyją w takiej izolacji od świata, tak blisko siebie, trudno się pogodzić
z czyjąś śmiercią. Zaskoczyły mnie jednak te nieokiełznane przejawy żalu, które popłynęły jak lawa, gdy
oficjalnie ogłoszono wiadomość o śmierci Bunny’ego. Wydawały się nie tylko nieuzasadnione, ale
i żenujące, biorąc pod uwagę okoliczności. Nikt nie sprawiał wrażenia szczególnie poruszonego jego
zniknięciem, nawet w tych ponurych ostatnich dniach, kiedy podejrzewano, że wiadomości, gdy już się
pojawią, nie mogą być dobre; a same poszukiwania w opinii wielu nie były niczym innym jak tylko
olbrzymią niedogodnością. Teraz jednak na wieść o jego śmierci ludzie ulegali dziwnej histerii. Nagle
wszyscy go znali; z żalu wszyscy odchodzili od zmysłów; wszyscy musieli jakoś żyć dalej bez niego.
„On by tego chciał”. To zdanie słyszałem wielokrotnie w tamtym tygodniu z ust ludzi niemających
zielonego pojęcia, czego by chciał Bunny: pracowników uczelni, bezimiennych żałobników,
nieznajomych, którzy ściskali się i łkali przed stołówką; członków rady nadzorczej, którzy
w asekuracyjnym i ostrożnie sformułowanym oświadczeniu napisali, że „w zgodzie z wyjątkowym
charakterem Bunny’ego Corcorana oraz humanistycznymi i postępowymi ideałami Hampden College”
przekazano w jego imieniu hojną darowiznę Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich – organizacji,
do której Bunny z pewnością czułby odrazę, gdyby zdawał sobie sprawę z jej istnienia.
Naprawdę mógłbym zapisać jeszcze wiele stron na temat tej rozgrywającej się publicznie szopki
w dniach po śmierci Bunny’ego. Opuszczono do połowy masztu flagę. Psychologowie dyżurowali pod
telefonem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Kilku dziwaków z politologii nosiło czarne opaski.
Organizowano bezlik akcji sadzenia drzewek, nabo​żeństw żałobnych, zbiórek pieniędzy i koncertów.
Jakaś dziewczyna z pierwszego roku próbowała popełnić samobójstwo – z powodów zupełnie
niezwiązanych ze sprawą – najadłszy się trujących jagód z krzaka przed budynkiem Wydziału
Muzycznego, ale to wszystko niejako miało swoje źródło w owej atmosferze ogólnej histerii. Przez wiele
następnych dni wszyscy nosili ciemne okulary. Frank i Jud, jak zawsze wyznając pogląd, iż „życie musi
trwać dalej”, krążyli ze swoją puszką po farbie i zbierali pieniądze na imprezę piwną na cześć
Bunny’ego. Zdaniem niektórych pracowników uczelni był to pomysł w złym guście, zwłaszcza iż
śmierć Bunny’ego zwróciła uwagę opinii publicznej na dużą liczbę zakrapianych imprez
organizowanych na terenie kampusu, ale Frank i Jud pozostali niewzruszeni. „On by chciał, żebyśmy
imprezowali”, powtarzali obrażonym tonem, co z pewnością nie było prawdą, ale ostatecznie Biuro
Spraw Studenckich żyło w śmiertelnym strachu przed Frankiem i Judem. Ich ojcowie zasiadali
dożywotnio w zarządzie uczelni; ojciec Franka podarował pieniądze na nową bibliotekę, a ojciec Juda
wybudował budynek Wydziału Nauk Ścisłych; teoretycznie ci dwaj byli nie do ruszenia i reprymenda
od dziekana nie mogła ich powstrzymać od zrobienia czegoś, na co mieli ochotę. Tak więc impreza
piwna mimo wszystko się odbyła i była dokładnie tego rodzaju niesmacznym i chaotycznym
wydarzeniem, jakiego można by się spodziewać – ale wybiegam za daleko w przyszłość.
Społeczność Hampden College zawsze była dziwnie podatna na wybuchy histerii. Tamtejsi studenci,
czy to pod wpływem odosobnienia, czy to kierowani złośliwością lub zwykłą nudą, byli bardziej
łatwowierni i emocjonalnie rozedrgani, niż to wypada ludziom wykształconym, jak się powszechnie
uważa, i ta hermetyczna, przegrzana atmosfera czyniła z nich idealną szalkę Petriego do rozwoju bakterii
melodramatu i koloryzacji. Doskonale pamiętam na przykład paniczny, zwierzęcy strach, który ogarnął
wszystkich, gdy jakiś łobuz z miasteczka włączył dla żartu syrenę obrony cywilnej. Ktoś rzucił, że to
atak jądrowy; odbiór radia i telewizji, w górach zawsze szwankujący, akurat tego wieczoru był
wyjątkowo kiepski i w powstałym masowym pędzie do telefonów doszło do zwarcia w centrali, co
wywołało niewyobrażalną wręcz panikę w kampusie. Na parkingu zderzały się samochody. Ludzie
krzyczeli, płakali, rozdawali swoje rzeczy, zbijali się w małe grupki, szukając słów pociechy i ciepła.
Grupa hipisów zabarykadowała się na Wydziale Nauk Ścis​łych w jedynym schronie przeciwlotniczym,
nie chcąc wpuścić nikogo, kto nie znał słów do piosenki Sugar Magnolia. Tworzyły się frakcje,
z chaosu wyłaniali się przywódcy. Choć świat w rzeczywistości nie uległ zagładzie, wszyscy doskonale
się bawili i ludzie jeszcze po latach czule wspominali to wydarzenie.
Wprawdzie nie aż tak spektakularne, przejawy żalu po stracie Bunny’ego były pod wieloma
względami podobnym zjawiskiem – afirmacją wspólnotowości, schematycznym sposobem wyrażenia
hołdu i lęku. „Ucz się poprzez działanie”, brzmi motto Hampden. Ludzie napawali się poczuciem
niezniszczalności i szczęścia, uczestnicząc w grupowych dyskusjach i koncertach fletowych na świeżym
powietrzu; cieszyli się, mając oficjalny pretekst do porównywania swoich koszmarów lub zalewania się
łzami w miejscach publicznych. W pewnym sensie było to zwykłe odgrywanie komedii, ale
w Hampden, gdzie ekspresję twórczą ceniono ponad wszystko inne, odgrywanie komedii było samo
w sobie rodzajem sztuki i ludzie podchodzili do tej symulacji rozpaczy z taką samą powagą, z jaką dzieci
czasem bawią się – ponuro i bez przyjemności – w biuro lub sklep.
Zwłaszcza wśród hipisów żałoba miała wymiar niemal antropologiczny. Bunny za życia był z nimi
właściwie w ciągłym stanie wojny: hipisi a to zapaskudzili wannę podczas farbowania koszulek, a to
puszczali głośno muzykę, żeby mu zrobić na złość; Bunny bombardował ich pustymi puszkami po
napojach i wzywał ochronę za każdym razem, kiedy nabierał podejrzeń, że palą trawkę. Teraz, gdy już
nie żył, jego przejście na inną płaszczyznę egzystencji czcili na wzór bezosobowy i niemal plemienny –
recytowali modlitwy, tworzyli mandale, grali na bębnach, odprawiali swoje enigmatyczne, tajemnicze
obrzędy. Henry przystanął, żeby poprzyglądać im się z daleka, oparłszy okucie parasola o czubek buta
pod getrami koloru khaki.
– Czy „mandala” pochodzi z języka palijskiego? – spytałem go.
Pokręcił głową.
– Nie – odrzekł. – Z sanskrytu. Oznacza „koło”.
– Więc to zjawisko jest związane z hinduizmem?
– Niekoniecznie – stwierdził, taksując hipisów spojrzeniem, jakby byli zwierzętami w zoo. –
Przypisuje się je tantryzmowi, mam na myśli mandale. Tantryzm dla buddyjskiego panteonu w Indiach
był pewnego rodzaju zanieczyszczeniem, chociaż oczywiście jego elementy zostały przyswojone
i przeformowane przez tradycję buddyjską, i do, powiedzmy, dziewiątego wieku naszej ery tantryzm
miał już własną tradycję akademicką, niespójną moim zdaniem, ale mimo wszystko tradycję. – Przerwał,
patrząc, jak jedna z dziewcząt z tamburynem kręci się w zamroczeniu po trawniku. – Ale odpowiadając
na twoje pytanie – kontynuował – uważam, że mandala zajmuje całkiem godne miejsce w historii
therawady, pierwotnej szkoły buddyjskiej. Jej elementy można znaleźć między innymi w stupach na
nizinie Gangesu już w pierwszym wieku naszej ery.
Przeczytawszy jeszcze raz ten fragment, mam wrażenie, że pod pewnymi względami jestem
niesprawiedliwy wobec Bunny’ego. Ludzie naprawdę go lubili. Nikt dobrze go nie znał, ale osobliwą
cechą jego osobowości było to, że im mniej się go znało, tym bardziej się wydawało, iż jest odwrotnie.
Oglądana z dystansu, jego postać nabierała solidności i pełni, choć w rzeczywistości była iluzoryczna jak
hologram; z bliska cały składał się z drobinek i światła, można było zatopić w nim rękę. Gdyby jednak
odejść odpowiednio daleko, złudzenie znów powstawało i ukazywał się taki jak wcześniej,
przerysowany, mrużący oczy zza swoich okularków i zaczesujący do tyłu dłonią wilgotny kosmyk
włosów.
Postać tego typu rozpada się przy uważniejszej analizie. Można ją jedynie zdefiniować anegdotą,
przypadkowym spotkaniem lub podsłuchanym zdaniem. Ci, którzy nigdy nie zamienili z nim słowa,
nagle przypominali sobie tkliwie, że widzieli, jak rzucał patyk psu lub wykradał tulipany
z nauczycielskiego ogrodu. „Pozostawił ślad w naszych sercach”, powiedział rektor, pochylając się, żeby
chwycić blat podium obiema rękami; i chociaż powtórzył to samo określenie, tym samym tonem, dwa
miesiące później podczas pogrzebu studentki pierwszego roku (która wykazała się większą skutecznością
z wykorzystaniem żyletki niż trujących jagód), przynajmniej w wypadku Bunny’ego była to, o dziwo,
prawda. Rzeczywiście pozostawił ślad w ludzkich sercach, w sercach obcych mu osób, w sposób
zupełnie nieoczekiwany. To właśnie oni naprawdę go opłakiwali – swoje wyobrażenie o nim – ze
smutkiem wcale nie mniej głębokim przez to, że nie doświadczyli zażyłości z opłakiwanym.
Właśnie ta nierzeczywistość postaci Bunny’ego, jej kreskówkowość, jeśli tak to wolicie określić, była
tajemnicą jego wdzięku i ostatecznie czyniła jego śmierć tak smutną. Jak każdy wielki komik ubarwiał
swoje otoczenie, dokądkolwiek się udawał; ażeby zachwycać się jego niezmiennością, chciało się go
oglądać w przeróżnych oryginalnych sytuacjach: Bunny na wielbłądzie, Bunny opiekujący się
dzieckiem, Bunny w kosmosie. Teraz, po śmierci, ta niezmienność skrystalizowała się i stała się czymś
zupełnie innym: był starym znajomym trefnisiem obsadzonym – z zaskakująco poruszającym efektem –
w roli tragicznej.
Gdy śnieg w końcu stopniał, zniknął tak szybko, jak się pojawił. W ciągu jednej doby nie został po nim
ślad, nie licząc kilku malowniczych łat w zacienionych zakątkach lasu – dziurawionych przez wodę
skapującą z pobielałych gałęzi – oraz brejowatych szarych stert na poboczach. Trawnik przed Świetlicą
rozciągał się szeroko i ponuro niczym jakieś napoleońskie pole bitwy: zryty, zaniedbany, naznaczony
śladami stóp.
Był to dziwny, bezładny okres. W dniach przed pogrzebem nie widywaliśmy się zbyt często.
Corcoranowie porwali Henry’ego do Connecticut; Cloke, który wyglądał na bliskiego załamania
nerwowego, nieproszony zadekował się u Charlesa i Camilli, gdzie litrami żłopał grolscha i zasypiał na
sofie z zapalonym papierosem. Ja z kolei miałem na głowie Judy Poovey i jej przyjaciółki, Tracy i Beth.
W porach posiłków regularnie po mnie przychodziły („Richard – mawiała Judy, sięgając przez stół, żeby
uścisnąć mi rękę – ty musisz jeść”) i przez resztę czasu byłem przymuszany do skromnych rozrywek,
które planowały z myślą o mnie – filmy w kinach samochodowych, meksykańskie żarcie, wizyty
w mieszkaniu Tracy, gdzie raczono mnie margaritami i MTV. Chociaż nie miałem nic przeciwko kinu,
nieprzerwana defilada nachos i drinków na bazie tequili wychodziła mi już uszami. Miały fioła na
punkcie koktajli kamikaze i lubiły zabarwiać swoje margarity na potworny jaskrawoniebieski kolor.
Prawdę powiedziawszy, często cieszyło mnie ich towarzystwo. Pomimo swych wad Judy była
życzliwą duszą, do tego tak apodyktyczną i gadatliwą, że czułem się przy niej dziwnie bezpiecznie. Beth
nie lubiłem. Była tancerką z Santa Fe, z gumowatą twarzą, idiotycznym chichotem i mnóstwem
dołeczków, kiedy się uśmiechała. W Hampden uważano ją nawet za swoistą piękność, ale nie znosiłem
jej sprężystego, spanielowatego sposobu chodzenia i głosu małej dziewczynki – wydawał mi się bardzo
afektowany i często przybierał jękliwy ton. Ona też zaliczyła załamanie nerwowe, niejedno, i czasami,
podczas odpoczynku, robił jej się rozbieżny zez, który wytrącał mnie z równowagi. Co innego Tracy.
Była ładną Żydówką o olśniewającym uśmiechu i skłonności do manieryzmów aktorki Mary Tyler
Moore – obejmowała się albo obracała w kółko z rozpostartymi ramionami. Wszystkie trzy dużo paliły,
opowiadały długie i nudne historie („I ten, no, nasz samolot stał na tym pasie przez pięć godzin”)
i rozmawiały o ludziach, których nie znałem. Ja, roztargniony i pogrążony w smutku, mogłem bez
przeszkód gapić się przez okno. Ale czasem męczyły mnie i jeśli skarżyłem się na ból głowy albo
mówiłem, że chcę się położyć, Tracy i Beth błyskawicznie znikały, jakby to wcześniej ustalono,
i zostawałem sam z Judy. Podejrzewam, że miała dobre intencje, ale ten rodzaj pocieszenia, który chciała
mi zaoferować, niespecjalnie mi odpowiadał i po dziesięciu lub dwudziestu minutach sam na sam z nią
znów byłem gotów na każdą ilość margarit i MTV u Tracy.
Francis, jako jedyny spośród nas, nie miał nikogo na głowie i od czasu do czasu wpadał się ze mną
zobaczyć. Bywało, że zastawał mnie samego; w przeciwnym wypadku siadał sztywno na krześle przy
biurku i udawał, na wzór Henry’ego, że przegląda moje greckie książki tak długo, aż nawet tępawa
Tracy pojmowała aluzję i wychodziła. Gdy tylko zamykały się drzwi i na schodach rozlegały się kroki,
zaznaczał palcem stronę i pochylał się do przodu, mrugając nerwowo powiekami. Naszym głównym
zmartwieniem w tym czasie była sekcja zwłok, o którą poprosiła rodzina Bunny’ego; przeżyliśmy szok,
gdy Henry, przebywający w Connecticut, przekazał nam tę wiadomość, wymknąwszy się pewnego
popołudnia z domu Corcoranów, żeby zadzwonić do Francisa z automatu, pod łopoczącymi flagami
i pasiastymi markizami komisu samochodowego, z rykiem autostrady w tle. Wcześniej podsłuchał, jak
pani Corcoran mówi do męża, że robią to dla siebie, w przeciwnym razie (i Henry przysięgał, że usłyszał
te słowa bardzo wyraźnie) „nigdy nie będą mieli pewności”.
Cokolwiek się mówi o poczuciu winy, z pewnością diabolicznie wręcz podkręca wyobraźnię;
spędziłem więc parę najgorszych nocy nie tylko wtedy, ale i w całym swoim życiu, czuwając bezsennie,
pijany, z potwornym posmakiem tequili w ustach, zamartwiając się włókienkami, odcis​kami palców
i kosmykami włosów. Cała moja wiedza dotycząca sekcji zwłok opierała się na tym, co widziałem
w powtórkach serialu o specjaliście medycyny sądowej, doktorze Quincym, ale jakoś nigdy nie przyszło
mi do głowy, że mogę mieć niezbyt precyzyjne wyobrażenie na ten temat, skoro ukształtował je
telewizyjny serial. Czyż nie sprawdzano starannie tych rzeczy, nie zatrudniano na planie konsultantów?
Usiadłem, zapaliłem światło; usta miałem upiornie poplamione na niebiesko. Gdy w łazience zwracałem
drinki, idealnie przejrzyste, miały jaskrawy odcień, strumień żywego wściekłego turkusu jak z logo
jakiegoś środka dezynfekującego.
Ale Henry, mogąc swobodnie obserwować Corcoranów w ich naturalnym środowisku, szybko
doszedł do tego, co się dzieje. Francis tak bardzo chciał przekazać tę dobrą nowinę, że nie czekał nawet,
aż Tracy i Judy wyjdą, lecz powiedział mi od razu, byle jaką greką, gdy urocza głupkowata Tracy
zdziwiła się głośno, że w takim momencie chce nam się zawracać głowę nauką.
– Nie lękaj się – zwrócił się do mnie po grecku. – Chodzi o matkę. Obawia się hańby syna związanej
z winem.
Nie rozumiałem, co ma na myśli. Użyta przez niego forma słowa „hańba” (ατιμία) oznaczała też
„utratę praw obywatelskich”.
– Atimia? – powtórzyłem.
– Tak.
– Ale prawa obywatelskie dotyczą żywych, nie martwych.
– Οιμοι – powiedział, kręcąc głową. – O Boże, nie, nie.
Nerwowo szukał słów, pstrykając palcami, gdy Judy i Tracy przyglądały mu się z zaciekawieniem.
Rozmowę w martwym języku prowadzi się trudniej, niż można przypuszczać.
– Chodzą pogłoski – wysłowił się wreszcie. – Matka boleje. Ale nie nad stratą syna – dodał
pospiesznie, gdy zauważył, że chcę coś wtrącić – bo to jest nikczemna kobieta. Boleje raczej nad hańbą,
która spadła na jej dom.
– Jaką hańbą?
– Οινον – odparł niecierpliwie. – Φάρμακον. Chce pokazać, że w jego ciele nie było wina (użył tu
bardzo eleganckiej i nieprzetłumaczalnej metafory o mętach w pustym bukłaku ciała).
– Ale bądź łaskaw wyjaśnić, dlaczego jej na tym zależy.
– Bo wśród obywateli chodzą różne słuchy. Wstyd, kiedy młody człowiek umiera pijany.
Mówił prawdę, przynajmniej w kwestii pogłosek. Panią Corcoran, wcześniej do dyspozycji każdego,
kto chciał jej słuchać, złościły niepochlebne opinie, które zaczęły się ukazywać w mediach. Pierwsze
artykuły, gdzie opisywano ją jako „elegancką”, „atrakcyjną”, a rodzinę jako „doskonałą”, ustąpiły
miejsca złośliwym i z lekka oskarżycielskim tekstom w rodzaju MATKA MÓWI: NIE MÓJ SYN.
Chociaż o obecności alkoholu świadczyła jedna nędzna butelka po piwie, a twardych dowodów na
zażywanie narkotyków w ogóle nie znaleziono, psychologowie w wieczornych wiadomościach
wspominali teraz o dysfunkcyjnych rodzinach, zjawisku wyparcia, podkreślali, że skłonności do
uzależnień często przechodzą z rodzica na dziecko. Był to ciężki cios. Pani Corcoran, wyjeżdżając
z Hampden, przeciskała się przez tłum reporterów, jeszcze niedawno tak jej życzliwych, odwracając
wzrok i zaciskając zęby w olśniewającym nienawistnym uśmiechu.
Oczywiście było to niesprawiedliwe. Na podstawie telewizyjnych wiadomości można by
wywnioskować, że Bunny był typowym młodym człowiekiem „nadużywającym substancji
odurzających” lub „zbuntowanym nastolatkiem”. Nie miało najmniejszego znaczenia to, że wszyscy,
którzy go znali (łącznie z nami: Bunny nie był młodocianym menelem), temu zaprzeczali; ani to, że
sekcja zwłok wykazała jedynie maleńki promil alkoholu we krwi i zero narkotyków; ani nawet to, że nie
był już nastolatkiem – plotki krążące jak sępy nad jego trupem wreszcie spadły na niego i na dobre
zatopiły w nim szpony. Akapit, w którym chłodno opisano wyniki sekcji, pojawił się na ostatniej stronie
„Examinera”. Jednakowoż w uczelnianej tradycji zapamiętano Bunny’ego jako potykającego się
nastoletniego amatora trunków wyskokowych; o jego pijackim duchu wciąż się wspomina w ciemnych
pokojach akademików w strasznych opowieściach dla studentów pierwszego roku, obok ofiar
dekapitacji w wypadkach samochodowych i podlotka, który się powiesił na strychu Putnam, oraz całej
reszty umarlaków z Hampden.
Pogrzeb zaplanowany został na środę. W poniedziałek rano znalazłem w swojej skrzynce dwie koperty:
jedną od Henry’ego, drugą od Morrowa. Najpierw otworzyłem list od Morrowa. Był opatrzony
nowojorskim stemplem pocztowym i został skreślony w pośpiechu, czerwonym piórem, którego używał
do poprawiania naszych prac.
Drogi Richardzie! Jakże się dzisiaj czuję nieszczęśliwy, wiedząc, że czeka mnie wiele
takich poranków. Wiadomość o śmierci naszego przyjaciela ogromnie mnie zasmuciła. Nie
wiem, czy próbowałeś się ze mną kontaktować, ale wyjechałem, nie czuję się dobrze i nie
wiem, czy wrócę do Hampden przed pogrzebem…
Ogarnia mnie wielki smutek na myśl, że w środę spotkamy się razem po raz ostatni. Mam
nadzieję, że list ten zastanie Cię w dobrym zdrowiu. Ślę pozdrowienia.
Na dole jego inicjały.
List od Henry’ego, z Connecticut, brzmiał sztywno jak kryptogram z frontu zachodniego.
Drogi Richardzie!
Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku. Od kilku dni jestem u Corcoranów.
Chociaż odnoszę wrażenie, że nie jestem w stanie ich pocieszyć tak, jak bym tego pragnął,
pozwalają sobie pomagać w wielu drobnych domowych sprawach.
Pan Corcoran poprosił mnie, żebym napisał do przyjaciół Bunny’ego z uczelni i zaprosił
ich na nocleg przed pogrzebem. Przypuszczam, że zostaniesz ulokowany w suterenie. Jeśli nie
planujesz przyjazdu, proszę Cię, skontaktuj się telefonicznie z panią Corcoran i powiadom ją
o tym.
Cieszę się na nasze spotkanie na pogrzebie, o ile nie wcześniej, na co liczę.
Nie było podpisu, a zamiast niego sentencja z Iliady po grecku. Pochodziła z księgi jedenastej, kiedy
Odyseusz, odcięty od swych towarzyszy, zostaje sam na terytorium wroga:
Wiem, że z placu haniebnie sam gnuśnik uchodzi,
Mąż zaś wielkiego serca nigdy się nie boi,
Czy zwalczy, czy go zwalczą, na miejscu dostoi*.
Wybrałem się do Connecticut z Francisem. Chociaż spodziewałem się, że pojadą z nami bliźnięta,
wyruszyły dzień wcześniej z Clokiem – który, ku zaskoczeniu wszystkich, dostał osobiste zaproszenie
od samej pani Corcoran. Myśleliśmy, że w ogóle go nie zaproszą. Po tym, jak Sciola i Davenport
przyłapali go na próbie ucieczki z miasta, pani Corcoran nie chciała nawet z nim rozmawiać. („Próbuje
ratować twarz”, powiedział o niej Francis). W każdym razie otrzymał osobiste zaproszenie
i wystosowano też – przekazane przez Henry’ego – zaproszenia dla kolegów Cloke’a: Rooneya
Wynne’a i Brama Guernseya.
Corcoranowie zaprosili całkiem sporo osób z Hampden – znajomych z akademika, ludzi, o których
nawet nie wiedziałem, że znają Bunny’ego. Jakaś Sophie Dearbold, która mignęła mi gdzieś na
lektoratach z francuskiego, miała zabrać się z nami samochodem.
– Gdzie się poznali? – spytałem Francisa, gdy po nią jechaliśmy.
– Wątpię, żeby znali się zbyt dobrze. Bunny zadurzył się w niej na pierwszym roku. Marion na
pewno nie będzie zachwycona, że ją też zaprosili.
Obawiałem się, że podróż upłynie nam w krępującej atmosferze, tymczasem czułem cudowną ulgę,
przebywając z kimś obcym. Było nawet całkiem przyjemnie, grało radio, Sophie (brązowe oczy,
chropawy głos) pochylona nad oparciem przedniego fotela gawędziła z nami, opierając się na
skrzyżowanych przedramionach, a Francisa dawno nie widziałem w tak dobrym nastroju.
– Wyglądasz jak Audrey Hepburn – powiedział jej – wiesz o tym?
Poczęstowała nas papierosami mentolowymi i cynamonową gumą do żucia, opowiadała zabawne
historie. Śmiałem się, wyglądałem przez okno i modliłem się, żebyśmy przeoczyli nasz skręt. Nigdy
w życiu nie byłem w Connecticut. Nigdy też nie byłem na pogrzebie.
Shady Brook położone było przy wąskiej drodze, która odchodziła pod ostrym kątem od autostrady
i meandrowała przez wiele kilometrów przez mosty, wśród pól i pastwisk. Po pewnym czasie
pofałdowane łąki przeszły w pole golfowe. OŚRODEK REKREACYJNY SHADY BROOK, ogłaszał
drewniany szyld kiwający się przed budynkiem o architekturze naśladującej styl Tudorów. Za nim
zaczęły pojawiać się domy – duże, efektowne, przestronne, każdy ustawiony na sześciu, siedmiu akrach
ziemi.
Czuliśmy się tam jak w labiryncie. Francis wypatrywał numerów na skrzynkach pocztowych,
wjeżdżając w jeden niewłaściwy podjazd za drugim i cofając przy wtórze przekleństw i chrobotania
skrzyni biegów. Nigdzie nie było oznaczeń ani jakiejkolwiek dostrzegalnej logiki w numeracji domów
i po półgodzinie krążenia na oślep po okolicy zacząłem żywić nadzieję, że nie znajdziemy tego domu, że
po prostu zawrócimy i odbędziemy wesołą podróż z powrotem do Hampden.
Ale oczywiście trafiliśmy ostatecznie do celu, na końcu ślepej drogi. Był to duży dom z rodzaju tych
„nowoczesnych”: bielone drewno cedrowe, dwa poziomy i asymetryczne tarasy świadomie pozbawione
wszelkich ozdób. Podwórze utwardzono czarnym żużlem i nigdzie ani skrawka zieleni oprócz kilku
miłorzębów w postmodernistycznych kostkach ustawionych w dramatycznych odstępach.
– O rany – zachwyciła się Sophie, prawdziwa wychowanka Hampden, posłusznie hołdująca
wszelkim przejawom „nowego”.
Zerknąłem na Francisa, który wzruszył ramionami.
– Jego matka lubi współczesną architekturę – skwitował.
Nigdy wcześniej nie widziałem mężczyzny, który otworzył nam drzwi, ale natychmiast go rozpoznałem,
jakby wrócił do mnie nieprzyjemny sen. Był postawny i rumiany na twarzy, z mocną szczęką i gęstą
czupryną siwych włosów; przez chwilę wpatrywał się w nas, a jego drobne usta uformowały zwarte,
krągłe „o”. Po czym z zaskakująco młodzieńczą werwą rzucił się do przodu i chwycił dłoń Francisa.
– No proszę – powiedział. – No proszę, proszę. – Głos miał nosowy, terkotliwy, głos Bunny’ego. –
Nasz ryży przyjaciel. Jak się masz, chłopcze?
– Całkiem nieźle – odparł Francis i byłem nieco zaskoczony, jak głęboko i serdecznie zabrzmiał jego
głos, a także jak mocno odwzajemnił uścisk.
Pan Corcoran objął jego szyję ciężkim ramieniem i przyciągnął go do siebie.
– To mój beniaminek – wyjaśnił Sophie i mnie, mierzwiąc Francisowi włosy. – Wszyscy moi bracia
byli rudzi, a wśród moich synów w całej gromadzie nie ma ani jednego porządnego rudzielca. Nie
rozumiem tego. A ty kim jesteś, skarbie? – zwrócił się do Sophie, puszczając Francisa i wyciągając do
niej dłoń.
– Dzień dobry. Nazywam się Sophie Dearbold.
– No, ale z ciebie ślicznotka. Czy ona nie jest śliczna, chłopcy? Wyglądasz zupełnie jak twoja ciotka
Jean, skarbie.
– Słucham? – wybąkała Sophie po pełnej konsternacji przerwie.
– No, twoja ciotka, skarbie. Siostra twojego taty. Ta śliczna Jean Lick​fold, która wygrała turniej
golfowy dla pań w naszym klubie w zeszłym roku.
– Nie, proszę pana. Ja się nazywam Dearbold.
– Dearfold. A to dziwne. Nie znam tu żadnych Dearfoldów. Zaraz, znałem kiedyś gościa o nazwisku
Breedlow, ale to musiało być, jej, ze dwadzieścia lat temu. Robił jakieś interesy. Mówi się, że okradł
wspólnika na okrągłą sumkę pięciu milionów.
– Ja nie jestem stąd.
Uniósł brew, podobnie jak to kiedyś robił Bunny.
– Nie? – zdziwił się.
– Nie.
– Nie jesteś z Shady Brook?
Powiedział to tak, jakby nie mógł w to uwierzyć.
– Nie.
– A to skąd jesteś, skarbie? Z Greenwich?
– Z Detroit.
– Kochaniutka, że też specjalnie przejechałaś taki szmat drogi.
Sophie z uśmiechem na ustach pokręciła głową i przystąpiła do wyjaśnień, gdy ni stąd, ni zowąd pan
Corcoran objął jął i wybuchnął płaczem.
Aż nas zmroziło. Oczy Sophie nad jego trzęsącymi się plecami, były okrągłe i przerażone, jak gdyby
przeszył ją nożem.
– Och, moja droga – chlipnął, wtulając twarz w jej szyję. – Skarbie, jak tu żyć bez niego?
– Panie Corcoran, już dobrze – uspokajał Francis, ciągnąc go za rękaw.
– Bardzo go kochaliśmy, skarbie – łkał pan Corcoran. – Prawda? Ciebie też kochał. Chciałby, żebyś
to wiedziała. Wiesz o tym, prawda, kochana?
– Panie Corcoran – rzekł Francis, chwytając go za ramiona i potrząsając nim mocno. – Panie
Corcoran.
Odwrócił się i zawodząc, oparł się o Francisa.
Podbiegłem z drugiej strony i udało mi się zarzucić jego ramię na swoją szyję. Ugięły się pod nim
kolana; o mało nie ściągnął mnie w dół, ale jakoś razem z Francisem, słaniając się pod jego ciężarem,
utrzymaliśmy go i wprowadziliśmy do środka, a potem pokonaliśmy zygzakiem hol („Ja pierdzielę –
słyszałem za sobą mamroczącą Sophie – ja pierdzielę”) i dobrnęliśmy do fotela.
Wciąż płakał. Jego twarz zrobiła się purpurowa. Gdy wyciągnąłem rękę, żeby poluzować mu
kołnierz, chwycił mnie za nadgarstek.
– Odszedł – jęknął, patrząc mi prosto w oczy. – Mój syneczek.
Jego spojrzenie – bezbronne, dzikie – rąbnęło mnie jak policyjna pałka. Nagle, po raz pierwszy tak
naprawdę, dotarła do mnie gorzka, nieodwołalna prawda tego, co się stało; zło, którego się
dopuściliśmy. Jakbym wjechał z maksymalną prędkością w ceglany mur. Puściłem jego kołnierz, czując
się całkowicie bezsilny. Chciałem umrzeć.
– O Boże – wymamrotałem. – Boże, zlituj się, przepraszam…
Poczułem mocnego kopniaka w kostkę. To był Francis. Twarz miał białą jak kreda.
Moje pole widzenia rozszczepił snop światła. Chwyciłem oparcie fotela, zamknąłem oczy i ujrzałem
świetlistą czerwień, gdy rytmiczne odgłosy łkań jak maczuga przeszywały raz za razem powietrze.
Wtem, raptownie, urwały się. Wszystko ucichło. Otworzyłem oczy. Pan Corcoran – z resztkami łez
wciąż ciurkającymi po policzkach, ale z twarzą już opanowaną – przypatrywał się z zaciekawieniem
szczeniakowi spaniela, który obgryzał ukradkiem czubek jego buta.
– Jennie – odezwał się surowym tonem. – Ty mała łobuzico. Mamcia cię nie wypuściła? Hę?
Z pieszczotliwym szczebiotaniem, jak gdyby zwracał się do niemowlęcia, pochylił się i zgarnął
suczkę, która przebierała wściekle nóżkami w powietrzu, po czym wyniósł ją z pokoju.
– No, śmigaj – usłyszałem jego beztroski głos. – A sio!
Gdzieś zaskrzypiały drzwi z siatki. Po chwili był z powrotem: już spokojny, rozpromieniony, tatuś
z reklamy.
– Któreś z was ma może ochotę na piwko? – spytał.
Wszyscy byliśmy oniemiali. Nikt nie odpowiadał. Ja wytrzeszczałem na niego oczy, rozdygotany,
poszarzały na twarzy.
– No, co z wami? – powiedział i puścił oczko. – Nie ma chętnych?
Francis w końcu odchrząknął chrapliwie.
– O, to może ja się napiję, poproszę.
Zaległa cisza.
– Ja też – dodała Sophie.
– Trzy? – jowialnie zwrócił się do mnie, podnosząc trzy palce.
Poruszyłem ustami, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Przechylił głowę na bok, jak gdyby chciał mnie przyszpilić wzrokiem.
– A myśmy się chyba jeszcze nie poznali, synu?
Pokręciłem głową.
– Macdonald Corcoran – rzekł, pochylając się, żeby podać mi dłoń. – Mów do mnie Mack.
Wymamrotałem, jak się nazywam.
– Jak, jak? – zapytał z werwą, przystawiając dłoń do ucha.
Powiedziałem jeszcze raz, tym razem głośniej.
– Ach! To ty jesteś tym chłopakiem z Kalifornii! A gdzie twoja opalenizna, chłopie? – Zaśmiał się
głośno z własnego żartu i poszedł po piwo.
Klapnąłem ciężko na fotel, wycieńczony i na pograniczu mdłości. Znajdowaliśmy się
w gigantycznym pokoju rodem z „Architectural Digest”, wielkim i przypominającym loft, ze świetlikami
i kominkiem z polnych kamieni, z krzesłami obitymi białą skórą, stolikiem do kawy w kształcie nerki –
nowoczesnymi, designerskimi meblami z Włoch. Wzdłuż ściany w głębi pokoju ciągnęła się długa
szklana gablota pełna pucharów, medali, szkolnych i sportowych pamiątek; złowieszczo blisko stało
kilka dużych wieńców pogrzebowych, które razem z wystawionymi trofeami nadawały tej części pokoju
klimat jak z gonitwy Kentucky Derby.
– Pięknie tu – skomentowała Sophie. Jej głos odbił się od ostrych krawędzi i wyfroterowanej
podłogi.
– O, dziękuję ci, skarbie – zawołał z kuchni pan Corcoran. – W zeszłym roku byliśmy w „House
Beautiful”, a rok wcześniej w dodatku „New York Timesa” o wystroju wnętrz. Sam tak bym tego nie
urządził, ale w tej rodzinie to Kathy jest dekoratorem, wiecie.
Zadzwonił dzwonek u drzwi. Spojrzeliśmy po sobie. Znów zabrzmiał. Dwa melodyjne dźwięki.
Z głębi domu wyłoniła się pani Corcoran, stukając obcasami, i minęła nas bez choćby jednego słowa czy
spojrzenia.
– Henry – zawołała. – Przyjechali twoi goście. – Otworzyła frontowe drzwi. – Witam – zwróciła się
do dostawcy, który stał pod drzwiami. – A ty skąd? Z kwiaciarni?
– Tak, proszę pani. Zechce pani podpisać.
– Zaraz, zaraz. Dzwoniłam do was wcześniej. Chciałabym wiedzieć, dlaczego przywieźliście te
wszystkie wieńce rano, gdy mnie tutaj nie było.
– Ja ich nie przywoziłem. Dopiero zacząłem zmianę.
– Jesteś z kwiaciarni „Zachód Słońca”?
– Tak, proszę pani.
Zrobiło mi się go żal. Był nastolatkiem z maścią na trądzik w odcieniu skóry rozmazaną po całej
twarzy.
– Prosiłam wyraźnie, żeby do domu przysłano wyłącznie kompozycje kwiatowe i rośliny
doniczkowe. Te wszystkie wieńce powinny trafić do domu pogrzebowego.
– Przepraszam panią. Jeśli chce pani zadzwonić do kierownika czy coś…
– Obawiam się, że nie rozumiesz. Nie chcę tutaj tych wieńców. Masz je zabrać do furgonetki
i zawieźć do domu pogrzebowego. I tego też mi nie wciskaj – zaprotestowała, gdy podniósł jarmarczny
wieniec z czerwonymi i żółtymi goździkami. – Powiedz tylko, kto go przysłał.
Chłopak popatrzył na podkładkę.
– „Z wyrazami współczucia, państwo Bartle”.
– Ach! – zawołał pan Corcoran, który nadszedł z piwem; ściskał wszystkie butelki w dłoniach,
bardzo niezdarnie, bez tacy. – To od Betty i Boba?
Pani Corcoran zignorowała go.
– A ty na co czekasz? Wnieś mi tu te paprotki – zwróciła się do dostawcy, niechętnie taksując
spojrzeniem owinięte w folię donice.
Po jego wyjściu pani Corcoran zaczęła oglądać rośliny, podnosząc liś​cie, żeby sprawdzić, czy nie ma
martwych, i robiąc notatki na opakowaniach maleńkim srebrnym wysuwanym ołówkiem. Zwróciła się
do męża:
– Widziałeś ten wieniec, który przysłali Bartle’owie?
– Czy to nie miło z ich strony?
– Nie, prawdę mówiąc, nie uważam, żeby to było stosowne. Żeby pracownik przysyłał coś takiego?
Zastanawiam się, czy przypadkiem Bob nie chce cię poprosić o podwyżkę.
– Nie no, kochanie.
– I jeszcze te rośliny. To się w głowie nie mieści – utyskiwała, wbijając palec wskazujący w glebę. –
Ten fiołek afrykański jest prawie uschnięty. Louise spaliłaby się ze wstydu, gdyby wiedziała.
– Liczy się pamięć.
– Wiem, ale mimo wszystko, jeśli po tym wszystkim mam jakąś nauczkę, to taką, żeby już nigdy nie
zamawiać kwiatów z „Zachodu Słońca”. W „Krainie Kwiatów” Tiny wszystko mają dużo ładniejsze.
Francis​ – powiedziała tym samym znudzonym tonem, nie podnosząc wzroku. – Nie byłeś u nas z wizytą
od zeszłej Wielkanocy.
Francis pociągnął łyk piwa.
– Och, u mnie wszystko w porządku – powiedział teatralnie. – Jak się pani trzyma?
Westchnęła i pokręciła głową.
– Jest nam bardzo ciężko – rzekła. – Każdy dzień jest osobnym wyzwaniem. Wcześniej nie
zdawałam sobie sprawy, jak strasznie trudno jest rodzicom pogodzić się z… Henry, czy to ty? – zapytała
ostro, słysząc szuranie na podeście.
Przerwa.
– Nie, mamo, to ja.
– Idź go poszukaj, Pat, i powiedz mu, żeby zaraz zszedł – poinstruowała go i znów odwróciła się do
Francisa. – Dostaliśmy rano prześliczną wiązankę z lilii od twojej mamy – powiedziała. – Co u niej
słychać?
– Wszystko dobrze. Jest teraz w mieście. Bardzo to przeżyła – dodał skrępowany – gdy dowiedziała
się o Bunnym.
(Francis powiedział mi, że dostała histerii, gdy rozmawiali przez telefon, i musiała zażyć coś na
uspokojenie).
– Ona jest przecudowna – stwierdziła pani Corcoran tonem pełnym słodyczy. – Tak mi było
przykro, jak usłyszałam, że przyjęto ją do kliniki Betty Ford.
– Spędziła tam tylko parę dni – zauważył Francis.
Uniosła brwi.
– O? Tak szybko zrobiła postępy? Zawsze słyszałam, że to znakomity ośrodek.
Francis odchrząknął.
– Cóż, pojechała tam głównie po to, żeby odpocząć. Sporo osób tak robi, proszę pani.
Pani Corcoran wyglądała na zaskoczoną.
– Och, mam nadzieję, że nie sprawiłam ci przykrości, poruszając ten temat, co? – rzekła. – Nie
powinieneś mieć żadnych oporów. Uważam, że to bardzo nowocześnie ze strony twojej matki, iż
uświadamia sobie konieczność zwrócenia się o pomoc. Jeszcze nie tak dawno po prostu nie mówiło się
o problemach tej natury. Kiedy byłam dzieckiem…
– Proszę, proszę, o wilku mowa – zadudnił pan Corcoran.
Henry, w ciemnym garniturze, schodził po skrzypiących schodach sztywnym, miarowym krokiem.
Francis wstał. Ja też. Henry nie zwrócił na nas uwagi.
– Chodź no, synu – powiedział pan Corcoran. – Poczęstuj się browarem.
– Nie, dziękuję – odmówił Henry.
Zaskoczyło mnie, z bliska, jak bardzo jest blady. Twarz miał ziemistą, a na czoło wystąpiły mu
paciorki potu.
– Co wy tam, chłopcy, robicie całe popołudnie? – dociekał pan Corcoran z ustami pełnymi kostek
lodu.
Henry patrzył na niego, mrugając powiekami.
– Co? – dopytywał się pan Corcoran z miłym wyrazem twarzy. – Oglądacie nieprzyzwoite pisemka?
Budujecie radiostację?
Henry przesunął dłonią – która, zauważyłem, lekko drżała – po czole.
– Czytam – oznajmił.
– Czytasz? – powtórzył pan Corcoran, jak gdyby nigdy jeszcze nie słyszał o czymś takim.
– Tak, proszę pana.
– A co? Coś dobrego?
– Upaniszady.
– No, no, ty to masz łeb nie od parady. W suterenie jest cała półka z książkami, gdybyś chciał
zerknąć. Mam nawet parę starych Perrych Masonów. Niezłe powieści. Zupełnie jak ten serial, tylko że
w książkach Perry trochę świntuszy z Dellą, od czasu do czasu rzuci mięsem i takie tam.
Pani Corcoran odchrząknęła.
– Henry – powiedziała gładko – jestem pewna, że młodzież chciałaby zobaczyć, gdzie będzie
nocować. Może mają jakieś bagaże w aucie.
– Dobrze.
– Sprawdź, czy w łazience na dole wystarczy myjek i ręczników. Jeśli nie, przynieś je z bieliźniarki
w holu.
Henry kiwnął głową, ale nim zdążył odpowiedzieć, nagle wyrósł za nim pan Corcoran.
– Takiego chłopaka – rzekł, klepiąc go po plecach (zauważyłem, jak Henry’emu sztywnieje szyja,
a zęby zatapiają się w dolnej wardze) – to ze świecą szukać. Kathy, czy on nie jest aniołem?
– Rzeczywiście bardzo nam pomaga – przyznała chłodno pani Corcoran.
– Bez dwóch zdań. Nie wiem, co byśmy bez niego zrobili w tym tygodniu. Wy, młodzi – dodał
z ręką zaciśniętą na ramieniu Henry’ego – módlcie się o takiego przyjaciela. Takich się nie spotyka na
każdym kroku. Co to, to nie. Wiecie, nigdy tego nie zapomnę, pierwszego dnia w Hampden Bunny
dzwoni do mnie i mówi: „Tato, szkoda, że nie widziałeś tego świra, z którym mam dzielić pokój”.
„Wytrzymaj, synu – mówię do niego – daj mu szansę”, i nim się zorientowaliśmy, zaczęło się: Henry to,
Henry tamto, Henry zmienia specjalizację z jakiejś inszej cholery na starogrecki. Jedziemy do Włoch.
Szczęśliwy jak nigdy. – W oczach pana Corcorana zaczęły zbierać się łzy. – Kolejny dowód na to –
kontynuował, potrząsając ramieniem Henry’ego z pewnego rodzaju męską czułością – że pozory mylą.
Nasz poczciwy Henry może i wygląda, jakby połknął kij od szczotki, ale lepszy człowiek nie chodził po
Ziemi. Podczas jednej z naszych ostatnich rozmów kochany Bunster, proszę was, strasznie się
ekscytował letnim wyjazdem do Francji z tym oto jegomościem…
– Mack, proszę cię – przerwała mu pani Corcoran, ale było już za późno. Znowu płakał.
Nie tak gwałtownie jak za pierwszym razem, ale mimo wszystko całkiem żałośnie. Zarzucił ramiona
wokół Henry’ego i ronił łzy w klapę jego marynarki, podczas gdy Henry stał tylko i patrzył posępnie
przed siebie ze stoickim spokojem.
Wszyscy czuli się zażenowani. Pani Corcoran zaczęła skubać rośliny doniczkowe, a ja, z płonącymi
uszami, wbijałem wzrok we własne kolana, gdy trzasnęły jakieś drzwi i do szerokiego holu z wysokimi
krokwiami wparadowali dwaj młodzi mężczyźni. Ani przez chwilę nie można było mieć wątpliwości co
do tego, kim są. Światło padało na nich od tyłu, nie widziałem ich więc dobrze, ale śmiali się
i rozmawiali i – Boże, jakby ktoś mnie nagle pchnął nożem w serce, gdy usłyszałem echo głosu
Bunny’ego, ostrego, drwiącego, dźwięcznego, które pobrzmiewało w ich śmiechu.
Nie zwracając uwagi na łzy ojca, podeszli prosto do niego.
– Hej, tato – odezwał się starszy. Miał kręcone włosy, około trzydziestu lat i z twarzy bardzo
przypominał Bunny’ego. Wysoko na biodrze umieścił sobie berbecia w czapeczce z napisem Red Sox.
Drugi brat – piegowaty, szczuplejszy, ze zbyt ciemną opalenizną i podkrążonymi niebieskimi
oczyma – wziął od niego dziecko.
– Idź do dziadzia – powiedział. – Proszę.
Pan Corcoran natychmiast przestał płakać, ucinając szloch w połowie; podniósł wnuka wysoko do
góry i spojrzał na niego z uwielbieniem.
– Nasz Czempionek! – zawołał. – Byłeś na wycieczce z tatą i wujkiem Bradym?
– Zabraliśmy go do McDonalda – rzekł Brady. – Dostał Happy Meal.
Szczęka pana Corcorana opadła w wyrazie zdumienia.
– Zjadłeś wszystko? – zwrócił się do dziecka. – Cały zestaw?
– Powiedz „tak” – zaszczebiotał ojciec dziecka. – „Tak, dziadziu”.
– Bez kitu, Ted – wtrącił ze śmiechem Brady. – Nawet go nie tknął.
– Ale dostał zabawkę z zestawu, prawda? Dostałeś? Hę?
– Zobaczmy, co to – poprosił pan Corcoran, skrzętnie podważając zaciśnięte wokół zabawki
paluszki dziecka.
– Henry – wtrąciła pani Corcoran – może byś tak pomógł tej młodej damie z torbami i odprowadził
ją do jej pokoju. Brady, ty możesz zabrać chłopców na dół.
Pan Corcoran wydobył zabawkę – plastikowy samolocik – z dłoni dziecka i pokazywał, jak fruwa
w jedną i drugą stronę.
– Patrz! – zawołał tonem pełnym niewysłowionego podziwu.
– Jako że to tylko na jedną noc – zwróciła się do nas pani Corcoran – jestem pewna, że nikomu nie
będzie przeszkadzało, że dzieli z kimś pokój.
Gdy odchodziliśmy z Bradym, pan Corcoran posadził wnuka na dywaniku przed kominkiem
i zaczął się z nim tarzać po podłodze, łaskocząc go. Już na schodach słyszałem przenikliwe wrzaski
dziecka, piski trwogi i zachwytu.
Mieliśmy nocować w suterenie. Pod ścianą w głębi pomieszczenia, przy stołach do ping-ponga i bilardu
ułożono kilka materacy, a w kącie wznosiła się sterta śpiworów.
– Można się załamać – stwierdził Francis, gdy tylko zostaliśmy sami.
– To tylko jedna noc.
– Nie umiem spać w pokoju z innymi ludźmi. Do rana nie zmrużę oka.
Usiadłem na materacu. Powietrze tchnęło wilgocią nieużywanego pomieszczenia, a zielonkawe
światło lampy nad stołem bilardowym działało przygnębiająco.
– Patrz, ile kurzu – zrzędził Francis. – Myślę, że powinniśmy po prostu wynająć sobie pokój
w hotelu.
Pociągając hałaśliwie nosem, skarżył się na kurz, jednocześnie poszukując popielniczki, ale jeśli
chodzi o mnie, równie dobrze do sutereny mógł się sączyć zabójczy radon. Zastanawiałem się tylko, jak
na miły Bóg zdołam przebrnąć przez następne godziny. Byliśmy tam zaledwie od dwudziestu minut, a ja
już miałem ochotę się zastrzelić.
Francis nie przestawał utyskiwać, a ja coraz bardziej pogrążałem się w rozpaczy, gdy zeszła do nas
Camilla. W butach z lakierowanej skóry i szykownej, aksamitnej, czarnej garsonce o dopasowanym
kroju, z dżetowymi kolczykami w uszach.
– Cześć – przywitał się Francis, podając jej papierosa. – Przenieśmy się do Ramada Inn.
Gdy wsuwała papierosa między spierzchnięte wargi, uzmysłowiłem sobie, jak bardzo za nią
tęskniłem w ostatnich dniach.
– Oj, nie macie tu tak źle – stwierdziła. – Bo ja zeszłej nocy musiałam spać z Marion.
– W tym samym pokoju?
– W tym samym łóżku!
Oczy Francisa rozszerzyły się w wyrazie podziwu i przerażenia.
– Ojej, naprawdę? Coś potwornego – wyszeptał struchlałym głosem.
– Charles siedzi teraz z nią na górze. Wpadła w histerię, bo ktoś zaprosił tę biedaczkę, która z wami
przyjechała.
– Gdzie Henry?
– Nie widzieliście się z nim jeszcze?
– Widzieliśmy. Ale nie rozmawialiśmy.
Odczekała chwilę, wypuszczając z ust chmurę dymu.
– Jakie sprawia wrażenie?
– Bywało, że wyglądał lepiej. A co?
– Nie czuje się dobrze. Wróciły te jego bóle głowy.
– Silne?
– Tak twierdzi.
Francis popatrzył na nią z niedowierzaniem.
– No to jak udaje mu się funkcjonować?
– Nie wiem. Nafaszerował się lekami. Ma swoje pigułki i zażywa je od kilku dni.
– No a gdzie jest teraz? Czemu się nie położy?
– Nie wiem. Pani Corcoran właśnie wysłała go do sklepu po mleko dla tego bachora.
– Może prowadzić?
– Nie mam pojęcia.
– Francis – zwróciłem się do niego. – Twój papieros.
Zerwał się, capnął go za szybko i oparzył się. Wcześniej położył go na skraju stołu bilardowego i żar
przepalił materiał aż do drewna; na lakierze rozprzestrzeniała się zwęglona plama.
– Chłopcy? – z góry schodów zawołała pani Corcoran. – Chłopcy? Mogę zejść i sprawdzić
termostat?
– Szybko – rzuciła Camilla, rozgniatając papierosa. – Tu na dole nie wolno kopcić.
– Kto tam jest? – spytała ostro pani Corcoran. – Czy tu coś się pali?
– Nie, proszę pani – odrzekł Francis, przecierając zwęglone miejsce i usiłując schować niedopałek,
gdy pani Corcoran schodziła po schodach.
To był jeden z najgorszych wieczorów w moim życiu. Dom zapełniał się ludźmi i godziny mijały wśród
zlewających się ze sobą w jedną smugowatą plamę krewnych, sąsiadów, płaczących dzieci, przykrytych
półmisków, zablokowanych podjazdów, dzwoniących telefonów, jasnych świateł, sztywnych rozmów.
Jakiś ćwok o prymitywnej gębie przyszpilił mnie w kącie na całe godziny, chwaląc się wygranymi
konkursami wędkarskimi i interesami w Chicago, Nashville i Kansas City, aż w końcu przeprosiłem go
i zamknąłem się w łazience na górze, nie zważając na walenie w drzwi i żałosne jęki nieznanego
malucha, który błagał, zanosząc się płaczem, żeby go wpuścić.
O siódmej zaczynała się kolacja, niezbyt apetyczny miszmasz wykwintnych dań z cateringu – sałatka
z makaronem orzo, kaczka w campari, miniaturowe tartaletki z foie gras – i potraw przyniesionych przez
sąsiadów: zapiekanki z tuńczykiem, nóżki w plastikowych pojemnikach i przepotworne ciasto o nazwie
„błotniak”, którego nie podejmuję się opisać. Ludzie snuli się po domu z papierowymi talerzykami
w rękach. Na dworze było ciemno i padało. Hugh Corcoran, w samej koszuli, krążył z butelką i dolewał
gościom, torując sobie drogę łokciami przez ciemny, mamroczący tłum. Przemknął obok mnie, nawet na
mnie nie spojrzawszy. Ze wszystkich braci to on był najbardziej podobny do Bunny’ego (którego
śmierć zaczynała się wydawać jakimś potwornym rodzajem aktu twórczego: gdziekolwiek spojrzałem,
wyskakiwał kolejny Bunny, Bunny z powrotem wśród żywych) i miałem wrażenie, jakbym spoglądał
w przyszłość na Bunny’ego w wieku trzydziestu pięciu lat, tak jak rzut oka na jego ojca dawał pewne
wyobrażenie o tym, jak Bunny by wyglądał jako sześćdziesięciolatek. Znałem Hugh, ale on nie znał
mnie. Odczuwałem silne, wręcz nieodparte pragnienie, żeby wziąć go pod rękę, powiedzieć coś, ale co,
nie miałem pojęcia, po to tylko, żeby ujrzeć raptownie opadające brwi, tak dobrze mi znane, żeby ujrzeć
zaskoczone spojrzenie tych naiw​nych, mętnych oczu.
„To ja zabiłem siekierą i okradłem tę starą lichwiarkę i jej siostrę Lizawietę”.
Śmiech, zawroty głowy. Nie przestawali podchodzić do mnie i zagabywać obcy ludzie. Uwolniłem
się od jednego z nastoletnich kuzynów Bunny’ego – który, usłyszawszy, że jestem z Kalifornii,
zasypywał mnie bardzo szczegółowymi pytaniami o surfing – i przedzierając się przez skłębiony tłum,
odnalazłem Henry’ego. Stał samotnie przed szklanymi drzwiami, plecami do pokoju, i palił papierosa.
Stanąłem obok niego. Nie spojrzał na mnie ani się nie odezwał. Drzwi wychodziły na pusty, zalany
sztucznym światłem taras – czarny żużel, ligustr w betonowych urnach, rzeźba z artystycznie
pokruszonych na ziemi białych elementów. Deszcz zacinał w świetle reflektorów ustawionych pod takim
kątem, żeby rzucały długie, dramatyczne cienie. Uzyskano modny, postnuklearny, ale też starożytny
efekt zasypanego pumeksem dziedzińca w Pompejach.
– To najbrzydszy ogród, jaki kiedykolwiek widziałem – oznajmiłem.
– Tak – przyznał Henry. Był bardzo blady. – Gruzy i popiół.
Za nami ludzie śmiali się i rozmawiali. Światła przez spryskaną deszczem szybę rzucały na jego twarz
wzór spływających kropelek.
– Może powinieneś się położyć – zasugerowałem po chwili.
Zagryzł wargę. Popiół jego papierosa miał mniej więcej dwa i pół centymetra.
– Skończyły mi się leki – wyznał.
Spojrzałem na jego profil.
– Trzymasz się jakoś?
– A mam wyjście? – odparł, nie poruszając się.
Camilla zamknęła łazienkę na klucz i we dwójkę, na czworakach, zaczęliśmy grzebać w zbieraninie
buteleczek z lekami pod umywalką.
– „Na nadciśnienie” – przeczytała.
– Nie.
– „Na astmę”.
Rozległo się pukanie do drzwi.
– Zajęte! – wrzasnąłem.
Camilla wetknęła całą głowę do szafki przy rurach, wypinając tyłek. Słyszałem brzęk buteleczek.
– „Ucho wewnętrzne”? – zapytała stłumionym głosem. – „Jedna kapsułka dwa razy dziennie”?
– Zobaczmy.
– Podała mi jakieś antybiotyki, co najmniej dziesięcioletnie.
– To się nie nadaje – stwierdziłem, przysuwając się bliżej. – Widzisz coś z napisem „Tylko na
receptę”? Może od dentysty?
– Nie.
– „Może powodować uczucie senności”? „Może wpływać na zdolność bezpiecznego prowadzenia
pojazdów i obsługi ciężkich maszyn”?
Ktoś znów zapukał i pokręcił gałką. Rąbnąłem w drzwi z drugiej strony, po czym sięgnąłem nad
umywalkę i odkręciłem do końca oba kurki.
Nasze znaleziska nie były imponujące. Gdyby Henry cierpiał na oparzenia sokiem sumaka
jadowitego, katar sienny, reumatyzm, zapalenie spojówek, mielibyśmy szczęście, ale jedynym lekiem
przeciwbólowym, jaki wygrzebaliśmy, był excedrin. Z czystej desperacji wziąłem garść, a oprócz tego
dwie zagadkowe kapsułki z ostrzeżeniem o wywoływaniu senności, podejrzewając, że to leki
przeciwhistaminowe.
Myślałem, że nasz tajemniczy gość sobie poszedł, ale wyściubiwszy nos do holu, z irytacją zastałem
czającego się tam Cloke’a. Rzucił mi pogardliwe spojrzenie, które zamieniło się w wytrzeszcz, gdy
Camilla – potargana, obciągająca spódnicę – wyszła tuż za mną.
Jeśli zdziwiła się na jego widok, nie okazała tego.
– O, cześć – rzuciła, pochylając się, żeby otrzepać kolana.
– Hej. – Odwrócił wzrok w wystudiowany, znaczący sposób. Wszyscy wiedzieliśmy, że Cloke się
nią trochę interesuje, ale nawet gdyby tak nie było, Camilla nie należała do dziewczyn, po których
można by się spodziewać, że będą się obściskiwać w zamkniętej łazience.
Minęła nas i ruszyła schodami w dół. Ja też zacząłem schodzić, ale Cloke zakasłał teatralnie, więc
odwróciłem się do niego.
Opierał się o ścianę, spoglądając na mnie tak, jak gdyby już dawno przejrzał mnie na wylot.
– No więc? – zagadnął. Koszulę miał pogniecioną i wyciągniętą na spodnie; i chociaż patrzył na
mnie zaczerwienionymi oczyma, nie wiedziałem, czy jest naćpany, czy tylko zmęczony. – Jak leci?
Zatrzymałem się na podeście. Camilla znalazła się już na dole schodów, poza zasięgiem naszych
głosów.
– W porządku – odrzekłem.
– Co tam kręcicie?
– Co?
– Nie dajcie się przyłapać Kathy, jak będziecie się zabawiać w łazience. Wyśle was na piechotę na
dworzec autobusowy.
Mówił neutralnym tonem, ale mimo wszystko przypomniała mi się historia z chłopakiem Mony
sprzed tygodnia. Cloke przedstawiał jednak niewielkie, jeśli w ogóle jakieś, zagrożenie natury fizycznej,
a poza tym miał dość własnych kłopotów.
– Słuchaj – powiedziałem – to nie to, co myślisz.
– Mnie wszystko jedno. Po prostu ci mówię.
– Ja też tylko ci mówię. Możesz sobie wierzyć lub nie, mam to gdzieś.
Cloke leniwie pogmerał w kieszeni, wydobył z niej paczkę marlboro tak wygniecioną i spłaszczoną,
że wydawało się niemożliwością, by w środku znajdował się jeszcze jakiś papieros.
Powiedział:
– Tak podejrzewałem, że się z kimś spotyka.
– Na litość boską.
Wzruszył ramionami.
– To nie moja broszka – rzekł, wydłubując jednego zakrzywionego papierosa i zgniatając w dłoni
pustą paczkę. – Na uczelni nie dawali mi spokoju, więc nocowałem u nich na sofie, zanim tu
przyjechaliśmy. Słyszałem, jak rozmawia przez telefon.
– I co mówiła?
– A, nic takiego, ale wiesz, o drugiej lub trzeciej w nocy, szepty, dziwnie to wyglądało. –
Uśmiechnął się posępnie. – Pewnie myśli, że śpię jak zabity, ale prawdę mówiąc, nie sypiam zbyt
dobrze… Dobra – uciął, gdy się nie odzywałem. – Więc nic ci o tym nie wiadomo?
– Nie.
– Jasne.
– Naprawdę.
– To co tam robiliście?
Patrzyłem na niego przez chwilę, a potem wyciągnąłem garść pigułek i pokazałem mu je w otwartej
dłoni.
Pochylił się, zmarszczył brwi i jego zamglone oczy od razu stały się bardziej przenikliwe i czujne.
Wziął jedną kapsułkę i nie tracąc czasu, podniósł ją do światła.
– Co to? – spytał. – Wiesz?
– Sudafed – odpowiedziałem. – Możesz sobie odpuścić. Nic tam nie ma.
Zarechotał.
– A wiesz dlaczego? – rzekł, po raz pierwszy spoglądając na mnie naprawdę przyjaźnie. – Dlatego,
że szukaliście nie tam, gdzie trzeba.
– Co?
Obejrzał się za siebie.
– Na końcu korytarza. Sypialnia gospodarzy. Powiedziałbym ci, gdybyś zapytał.
Zdziwiłem się.
– Skąd wiesz?
Schował kapsułkę do kieszeni i uniósł brwi.
– Ja praktycznie wychowałem się w tym domu – oznajmił. – Stara Kathy jest chyba na szesnastu
różnych prochach.
Obejrzałem się na zamknięte drzwi głównej sypialni.
– Nie – powiedział. – Nie teraz.
– Czemu nie?
– Babcia Bunny’ego. Musi się położyć po każdym posiłku. Zajrzymy później.
Na dole trochę się przerzedziło, ale niewiele. Camilla gdzieś przepadła. W kącie Charles, znudzony
i wstawiony, przytykał szklankę do skroni, gdy zapłakana Marion – z włosami ściągniętymi mocno do
tyłu i związanymi ogromną dziewczęcą kokardą z katalogu Talbots ​– o czymś paplała. Nie miałem
jeszcze okazji zamienić z nim słowa, bo od naszego przyjazdu nie odstępowała go na krok; nie wiem,
dlaczego się tak do niego przyssała, no ale z Clokiem nie rozmawiała, bracia Bunny’ego byli albo
żonaci, albo zajęci, a w gronie pozostałych przedstawicieli płci męskiej z jej grupy wiekowej (kuzyni
Bunny’ego, Henry i ja, Bram Guernsey i Rooney Wynne) Charles był zdecydowanie najprzystojniejszy.
Zerknął jej przez ramię w moją stronę. Nie miałem ochoty go ratować, więc odwróciłem wzrok; ale
właśnie w tym momencie jakiś berbeć – zwiewając przed swoim roześmianym bratem o odstających
uszach – prześlizgnął się między moimi nogami, o mało mnie nie przewracając.
Zaczęli się ganiać wokół mnie. Ten mniejszy, przestraszony i piszczący, padł na podłogę i złapał
mnie za kolana.
– Patałach – załkał.
Ten drugi zatrzymał się, zrobił krok do tyłu i w wyrazie jego twarzy dostrzegłem coś paskudnego
i niemal okrutnego.
– Tataaaa – zawył, a jego głos rozlał się jak syrop.
– Taaaa-taaaaa.
Na drugim końcu pokoju Hugh Corcoran, ze szklanką w ręku, odwrócił głowę.
– Brandon, nie każ mi podchodzić – ostrzegł.
– Ale Corey mówi, że jesteś patałach, taaaaato.
– To ty jesteś patałach – zapłakał młodszy z braci. – Ty, ty, ty!
Oderwałem go od nogi i poszedłem odszukać Henry’ego. Stał w kuchni z panem Corcoranem,
w półokręgu innych osób: pan Corcoran, który otoczył go ramieniem, wyglądał, jakby wypił o jeden
kieliszek za dużo.
– No bo Kathy i ja – perorował mentorskim tonem – zawsze otwieraliś​my nasz dom dla młodzieży.
Zawsze dodatkowe nakrycie przy stole. I nim się obejrzymy, przychodzą do Kathy i do mnie ze swoimi
problemami. Jak ten tutaj – powiedział, trącając łokciem Henry’ego. – Nigdy nie zapomnę, jak podszedł
do mnie któregoś wieczoru po kolacji. „Mack”… wszyscy młodzi tak się do mnie zwracają…
„chciałbym poprosić cię o radę w pewnej męskiej sprawie”. „Zanim zaczniesz, synu – odpowiadam –
chcę ci powiedzieć jedno. Myślę, że kto jak kto, ale akurat ja znam się na rzeczy. Sam wychowałem
pięciu synów. I dorastałem z czterema braćmi, więc sądzę, że generalnie można mnie nazwać nie lada
autorytetem…”
Ciągnął to apokryficzne wspomnienie, Henry zaś, blady i cierpiący, znosił jego kuksańce
i poklepywania jak tresowany pies toleruje razy nieokiełznanego dziecka. Sama historia była
niedorzeczna. Oto dynamiczny i dziwnie narwany młodszy Henry wbrew radom swoich rodziców chciał
koniecznie kupić używany samolot jednosilnikowy.
– Ale nasz przyjaciel był zdeterminowany – opowiadał pan Corcoran. – Zamierzał zdobyć ten
samolot albo krewa. Po tym, jak mi o wszystkim powiedział, milczałem przez minutę, a potem wziąłem
głęboki wdech i tak mu mówię: „Henry, synu, to istne cacko, z tego co opowiadasz, ale mimo to będę
z tobą szczery i powiem ci, że zgadzam się z twoimi rodzicami. Pozwól, że wytłumaczę ci, dlaczego…”
– Hej, tato – wtrącił Patrick Corcoran, który właśnie wszedł, żeby zrobić sobie następnego drinka.
Był drobniejszy niż Bun, mocno nakrapiany piegami, ale miał rudozłote włosy Bunny’ego i jego
spiczasty mały nos. – Tato, wszystko ci się poplątało. To nie był Henry, tylko stary kumpel Hugh,
Walter Ballantine.
– Brednie – stwierdził pan Corcoran.
– Ależ oczywiście. I w końcu kupił ten samolot. Hugh? – zawołał do sąsiedniego pokoju. – Hugh,
pamiętasz Waltera Ballantine’a?
– Jasne – odrzekł Hugh i zjawił się w drzwiach. Trzymał za nadgarstek małego Brandona, który się
wił i złościł, próbując się wyswobodzić. – Co z nim?
– Czy Walter nie kupił w końcu tej małej bonanzy?
– To nie była bonanza – sprostował Hugh, z lodowatym spokojem ignorując ciosy i skomlenia
swego syna. – Jakiś beechcraft. A, już wiem, dlaczego tak myślicie – dodał, gdy Patrick i jego ojciec
chcieli mu przerwać. – Pojechałem z Walterem do Danbury obejrzeć małą przerobioną bonanzę, ale
właściciel chciał o wiele za dużo. Konserwacja tych maszyn kosztuje fortunę, a poza tym miała mnóstwo
felerów. Sprzedawał ją, bo nie stać go było na naprawy.
– No a co z tym beechcraftem? – dopytywał się pan Corcoran. Jego dłoń ześlizgnęła się z ramienia
Henry’ego. – Słyszałem, że to znakomita maszyna.
– Walter miał z nim trochę kłopotów. Znalazł ogłoszenie w „Penny​saverze” i kupił go od jakiegoś
emerytowanego kongresmena z New Jersey, który przemieszczał się nim w czasie kampanii wyborczych
i…
Jęknął i zatoczył się do przodu, gdy mały z nagłym szarpnięciem wyzwolił się z uścisku i pomknął
przez kuchnię jak kula armatnia. Umykając przed rękami ojca, zrobił też unik przed próbującym go
zatrzymać Patrickiem i oglądając się na pościg, wpakował się prosto w brzuch Henry’ego.
Cios był mocny. Chłopiec zaczął płakać. Henry’emu opadła szczęka i z twarzy odpłynęła mu
ostatnia kropla krwi. Przez chwilę byłem przekonany, że się przewróci, ale jakoś udało mu się
wyprostować z dystyngowanym, potężnym wysiłkiem rannego słonia, podczas gdy pan Corcoran
odrzucił do tyłu głowę i zaśmiał się wesoło na widok jego udręczonej miny.
Nie wierzyłem do końca Cloke’owi w sprawie narkotyków na piętrze, ale gdy znowu z nim tam
poszedłem, przekonałem się, że mówił prawdę. Przy sypialni państwa Corcoranów znajdowała się
maleńka garderoba, a w niej toaletka z czarnej laki z mnóstwem przegródek i miniaturowym kluczykiem,
i w jednej z tych przegródek kryło się pudełko czekoladek Godiva i starannie ułożona kolekcja
buteleczek z kapsułkami w cukierkowych kolorach. Lekarz, który je przepisał – E.G. Hart, dr med.,
najwyraźniej bardziej lekkomyślny, niż wskazywałby ten oficjalny skrót – był nader szczodry, zwłaszcza
przy ordynowaniu środków amfetaminowych.
Damy w wieku pani Corcoran zwykle gustowały w valium i tym podobnych, ona jednak miała taki
zapas amfy, że wystarczyłoby na szalony rajd przez cały kraj dla całego gangu harleyowców.
Denerwowałem się. W pokoju pachniało nowymi ubraniami i perfumami; wielkie lustra na ścianie
jak w dyskotekowej kuli paranoicznie pomnażały każdy nasz ruch; nie było ucieczki ani żadnego
wiarygodnego usprawiedliwienia naszej obecności w tym miejscu, gdyby ktoś nas nakrył. Pilnowałem
drzwi, podczas gdy Cloke z godną podziwu sprawnością robił przegląd.
Dalmane. Żółtopomarańczowe. Darvon. Czerwono-szare. Fiorinal. Nembutal. Miltown. Wziąłem po
dwie sztuki z każdej podanej mi buteleczki.
– Co – zdziwił się Cloke – nie chcesz więcej?
– Nie chcę, żeby coś zauważyła.
– Pierdol to – poradził, otwierając następną buteleczkę i opróżniając do kieszeni połowę jej
zawartości. – Bierz, ile chcesz. Pomyśli, że to jedna z synowych albo co. Masz, weź trochę tego speeda –
rzekł, wytrząsając mi do ręki większość pozostałych w buteleczce kapsułek. – Towar pierwsza klasa.
Aptekarski. W czasie egzaminów za jedną zgarniesz lekko po dziesięć, piętnaście dolców.
Zszedłem na dół z prawą kieszenią marynarki wypchaną środkami pobudzającymi, a lewą –
uspokajającymi. Francis stał na dole schodów.
– Słuchaj – zwróciłem się do niego – wiesz, gdzie jest Henry?
– Nie. Widziałeś Charlesa?
Był w stanie graniczącym z histerią.
– Co się dzieje? – spytałem.
– Ukradł mi kluczyki do samochodu.
– Co?
– Wyciągnął je z kieszeni mojego płaszcza i odjechał. Camilla widziała, jak ruszał z podjazdu.
Z otwartym dachem. Ten samochód traci sterowność w deszczu, a jeśli… cholera – przeklął, przeczesując
dłonią włosy. – Nic o tym nie wiesz?
– Widziałem go jakąś godzinę temu. Z Marion.
– Tak, z nią też rozmawiałem. Mówił jej, że jedzie po papierosy, ale to było godzinę temu. Widziałeś
go i nie gadałeś z nim?
– Nie.
– Był pijany? Marion mówi, że tak. Wyglądał ci na pijanego?
Francis też nie wyglądał na trzeźwego.
– Niespecjalnie – stwierdziłem. – Chodź, pomóż mi znaleźć Henry’ego.
– Mówiłem ci. Nie wiem, gdzie jest. Po co ci on?
– Mam coś dla niego.
– Co to jest? – spytał po grecku. – Narkotyki?
– Tak.
– No to podziel się, na litość boską – rzekł, kiwając się do przodu i wytrzeszczając oczy.
Był za bardzo wstawiony, żeby zażyć środki nasenne. Poczęstowałem go excedrinem.
– Dzięki – rzucił i popił pigułkę dużym, niedbałym łykiem whisky. – Obym umarł tej nocy. A tak
w ogóle, to dokąd pojechał, jak ci się wydaje? Która godzina?
– Koło dziesiątej.
– Chyba nie sądzisz, że pojechał do siebie, co? Może po prostu wziął samochód i wrócił do
Hampden. Camilla kategorycznie zaprzecza, nie w sytuacji, kiedy jutro jest pogrzeb, ale nie wiem, po
prostu zniknął. Jeśli naprawdę pojechał po papierosy, nie sądzisz, że do tej pory powinien już wrócić?
Gdzie jeszcze mógł pojechać? Nic mi nie przychodzi do głowy. A tobie?
– Wróci – zapewniłem go. – Słuchaj, przepraszam cię, ale muszę lecieć. Zobaczymy się później.
Szukałem Henry’ego wszędzie i znalazłem go w suterenie – siedział sam po ciemku na materacu.
Zerknął na mnie kątem oka, nie poruszając głową.
– Co tam masz? – spytał, gdy podałem mu dwie kapsułki.
– Nembutal. Bierz.
Wziął je ode mnie i połknął bez wody.
– Masz jeszcze?
– Tak.
– Daj mi.
– Nie możesz wziąć więcej.
– Dawaj.
Podałem mu je.
– Nie żartuję, Henry – ostrzegłem go. – Lepiej uważaj.
Spojrzał na nie, po czym sięgnął do kieszeni po niebieskie emaliowane puzderko i włożył je
ostrożnie do środka.
– Byłbyś tak dobry – rzekł – i przyniósł mi z góry jakiegoś drinka?
– Nie powinieneś mieszać.
– I tak już piłem.
– Wiem.
Zapadła krótka cisza.
– Słuchaj – powiedział, poprawiając okulary na nosie. – Przynieś szkocką z wodą sodową.
W wysokiej szklance. Nie żałuj whisky, mniej wody, dużo lodu, i jeszcze szklankę zwykłej wody, bez
lodu. Tego mi trzeba.
– Nie zamierzam ci niczego przynosić.
– Jeśli tego nie zrobisz – oznajmił – sam będę musiał iść.
Udałem się więc do kuchni i przygotowałem mu drinka, tylko że nie pożałowałem wody sodowej,
nalewając dużo więcej, niż by sobie życzył.
– To dla Henry’ego – zgadła Camilla, wchodząc do kuchni, gdy już napełniłem jedną szklankę i do
drugiej nalewałem kranówki.
– Tak.
– Gdzie on jest?
– Na dole.
– Jak się trzyma?
Byliśmy w kuchni sami. Nie spuszczając oczu z pustych drzwi, powiedziałem jej o toaletce z laki.
– Cały Cloke – stwierdziła, śmiejąc się. – Tak naprawdę całkiem porządny z niego gość, prawda?
Bun zawsze mówił, że przypomina mu ciebie.
Byłem zaintrygowany i nieco urażony tymi słowami. Chciałem coś powiedzieć na ten temat, ale
zamiast tego odstawiłem szklankę i zapytałem:
– Z kim rozmawiasz o trzeciej w nocy przez telefon?
– Co?
Jej zaskoczenie wydawało się całkowicie naturalne. Problem polegał na tym, że była mistrzowską
aktorką i nie sposób było stwierdzić, czy jest szczere.
Wytrzymałem jej spojrzenie. Nawet nie zmrużyła oka, marszcząc czoło, i w chwili, gdy pomyślałem,
że milczy o sekundę za długo, pokręciła głową i znów się roześmiała.
– Co ci strzeliło do głowy? – spytała. – O czym ty mówisz?
Ja też się zaśmiałem. W tej grze nie można jej było pokonać.
– To nie przesłuchanie – uspokoiłem ją. – Ale radzę ci uważać, co mówisz przez telefon, gdy
w domu jest Cloke.
Wyglądała na skonsternowaną.
– Uważam.
– Mam nadzieję, bo cię podsłuchuje.
– Nie mógł nic słyszeć.
– Na pewno bardzo się starał.
Staliśmy, wpatrując się w siebie. Tuż pod okiem miała przecudowne ciemnoczerwone znamię,
maleńkie jak punkcik po ukłuciu szpilki. Nie mogąc się opanować, pochyliłem się i pocałowałem ją.
Roześmiała się.
– A to za co? – spytała.
Serce, które na chwilę wstrzymało oddech, zaskoczone moją śmiałością, teraz zaczęło frenetycznie
tłuc się w mojej piersi. Odwróciłem się i zająłem szklankami.
– Za nic – odparłem. – Po prostu ładnie wyglądałaś…
I mogłem powiedzieć coś jeszcze, gdyby do kuchni nie wpadł, ociekając wodą, Charles z Francisem
depczącym mu po piętach.
– Dlaczego po prostu mi nie powiedziałeś? – wysyczał ze złością Francis. Był zarumieniony
i rozdygotany. – Nieważne, że siedzenia są przemoczone i prawdopodobnie zgniją i zagrzybią się, i że
jutro muszę wrócić do Hampden. Mniejsza z tym. Nieważne. Nie mieści mi się tylko w głowie, jak
mogłeś specjalnie odszukać mój płaszcz, zabrać kluczyki i…
– Ile razy cię widziałem, jak jeździłeś w deszczu z otwartym dachem – rzekł szorstko Charles. Stał
przy blacie, odwrócony plecami do Francisa, i nalewał sobie drinka. Włosy miał przyklejone do głowy,
a wokół niego na linoleum tworzyła się mała kałuża.
– Co takiego? – wycedził przez zęby Francis. – Nigdy w życiu.
– Oczywiście, że tak – twierdził Charles, nie odwracając się.
– Podaj jeden przykład.
– Dobra. A tego popołudnia, kiedy wybraliśmy się razem do Manchesteru, jakieś dwa tygodnie
przed początkiem semestru, i postanowiliśmy pojechać do Equinox House na…
– To było latem. I tylko mżyło.
– Wcale nie. Padało porządnie. Nie chcesz teraz o tym gadać, bo to było wtedy, jak chciałeś mnie
zaciągnąć…
– Zwariowałeś – rzekł Francis. – To nie ma nic do rzeczy. Teraz jest ciemno jak w grobie i leje, a ty
jesteś na bani. To cud, że nikogo nie przejechałeś. A w ogóle to dokąd pojechałeś po te fajki? Tu nie ma
żadnego sklepu w promieniu…
– Nie jestem pijany.
– Ha, ha. Dobre sobie. Gdzie kupiłeś te papierosy? Chciałbym wiedzieć. Założę się…
– Powiedziałem, że nie jestem pijany.
– Tak, pewnie. Założę się, że nawet nie kupiłeś żadnych papierosów. A jeśli tak, to możesz je teraz
wyżymać. Gdzie je masz?
– Daj mi spokój.
– Nie. Naprawdę. Pokaż je. Chciałbym zobaczyć te słynne…
Charles z trzaskiem odstawił szklankę na blat i odwrócił się.
– Daj mi spokój – wysyczał.
Najstraszniejszy był nie tyle ton jego głosu, ile wyraz twarzy. Francis wybałuszał oczy z lekko
uchylonymi ustami. Przez jakichś dziesięć długich sekund nie słychać było nic oprócz rytmicznego tik,
tik, tik wody skapującej z przemoczonych ubrań Charlesa.
Wziąłem drinka Henry’ego z dużą ilością lodu i szklankę samej wody, minąłem Francisa,
wahadłowe drzwi i zszedłem schodami do sutereny.
Lało przez całą noc. W śpiworze świdrowało mi w nosie od kurzu, a podłoga w suterenie – wylana
betonem pod cienką, niewygodną warstwą uniwersalnej wykładziny – sprawiała, że bolały mnie kości
bez względu na to, na który bok się przewracałem. Deszcz bębnił w wysoko umiejscowione okna,
reflektory zaś, świecące przez szyby, rzucały na ściany wzór, jak gdyby spływały po nich ciemne strużki
wody, od sufitu do podłogi.
Charles chrapał z otwartymi ustami na swoim materacu; Francis mruczał przez sen. Od czasu do
czasu przejeżdżał w deszczu samochód, a jego światła omiatały na chwilę pokój – stół bilardowy, rakiety
śnieżne na ścianie i maszynę do treningu wioślarskiego, fotel, w którym siedział Henry, bez ruchu,
z papierosem żarzącym się lekko między palcami. Jego twarz, blada i czujna jak oblicze zjawy,
ukazywała się na moment w światłach, a potem stopniowo rozpływała się w mroku.
Rano obudziłem się obolały i zdezorientowany przy stukocie obluzowanej rolety uderzającej gdzieś
w okno. Padało jeszcze mocniej. Ulewa rytmicznymi falami smagała okna białej, jasno oświetlonej
kuchni, gdy my, goście, siedzieliśmy przy stole i w posępnym milczeniu jedliśmy śniadanie składające
się z kawy i chlebków Pop Tarts.
Corcoranowie ubierali się na górze. Cloke, Bram i Rooney popijali kawę, oparci łokciami o stół,
i rozmawiali ściszonymi głosami. Byli świeżo ogoleni i wykąpani, pewni siebie w swoich odświętnych
garniturach, ale też niespokojni, jak gdyby czekała ich wizyta w sądzie. Francis, z podpuchniętymi
oczami, ze sterczącymi rudymi włosami, które gdzieniegdzie były absurdalnie przylizane, wciąż miał na
sobie szlafrok. Obudził się późno i z trudem hamował oburzenie, bo skończyła się ciepła woda ze
zbiornika na dole.
On i Charles siedzieli naprzeciwko siebie i robili wszystko, żeby na siebie nie patrzeć. Marion –
z zaczerwienionymi oczami, z lokówkami na głowie – też siedziała w milczeniu z ponurą miną. Była
ubrana bardzo elegancko, w granatową garsonkę, ale z puchatymi różowymi kapciami na cielistych
rajstopach. Od czasu do czasu sięgała do głowy i kładła rękę na wałkach, sprawdzając, czy ostygły.
Henry jako jedyny spośród nas miał nieść trumnę – pozostała piątka rekrutowała się spośród
przyjaciół rodziny i wspólników pana Corcorana. Zastanawiałem się, czy trumna jest naprawdę ciężka,
a jeśli tak, jak Henry da sobie radę. Chociaż zalatywało od niego amoniakalną wonią
potu i szkockiej, nie wyglądał na pijanego. Pigułki pozwoliły mu się pogrążyć w przepastnym,
chłodnym spokoju. Z papierosa bez filtra tlącego się niebezpiecznie blisko jego palców ulatywały
smużki dymu. Był to stan, który mógłby wydawać się podejrzany, gdyby nie to, że niewiele się różnił
od jego normalnego stylu bycia.
Według wskazań kuchennego zegara minęła już dziewiąta trzydzieści. Pogrzeb był zaplanowany na
jedenastą. Francis poszedł się ubrać, a Marion zdjąć lokówki. Reszta wciąż siedziała przy kuchennym
stole, skrępowana i bierna, udając, że z przyjemnością raczy się drugą lub trzecią kawą, gdy do kuchni
wmaszerowała żona Teddy’ego. Była ładną prawniczką o surowych rysach, z przyciętymi do wysokości
brody jasnymi włosami. Bez przerwy paliła. Towarzyszyła jej żona Hugh: drobna kobieta o łagodnym
usposobieniu wyglądająca o wiele za młodo i delikatnie jak na kogoś, kto urodził tyle dzieci.
Niefortunnym zbiegiem okoliczności obie miały na imię Lisa, co było w domu źródłem mnóstwa
nieporozumień.
– Henry – powiedziała pierwsza Lisa, pochylając się i gasząc papierosa Vantage tak, że złamał się
pod kątem prostym w popielniczce. Zbyt obficie spryskała się perfumami Giorgio. – Jedziemy teraz do
kościoła ułożyć w prezbiterium kwiaty i zebrać karty z kondolencjami przed rozpoczęciem uroczystości.
Matka Teda – (ani jedna, ani druga Lisa nie lubiła pani Corcoran, uczucie przez nią żarliwie
odwzajemniane) – powiedziała, że powinieneś się z nami zabrać i dołączyć do reszty panów niosących
trumnę. Dobra?
Henry, błyszcząc stalowymi oprawkami okularów, nie dawał po sobie poznać, że ją usłyszał. Już
miałem go kopnąć pod stołem, gdy bardzo powoli podniósł wzrok.
– Dlaczego? – zapytał.
– Ci, którzy mają nieść trumnę, spotykają się o dziesiątej trzydzieści w westybulu.
– Po co? – spytał znowu Henry z wedyjskim spokojem.
– Nie wiem, po co. Powtarzam ci tylko, co powiedziała. Tam wszystko jest dopracowane
w najmniejszym szczególe, jakby chodziło o pływanie synchroniczne albo o jakąś inną cholerę. Jesteś
gotowy czy potrzebujesz minutę?
– Spokój, Brandon – żona Hugh zwróciła się słabym głosem do swojego synka, który wbiegł do
kuchni i zaczął się huśtać na rękach matki jak małpiszon. – Proszę cię. Zrobisz krzywdę mamusi.
Brandon.
– Lisa, nie możesz mu pozwalać, żeby się tak na tobie wieszał – oznajmiła pierwsza Lisa, zerkając na
zegarek.
– Proszę cię, Brandon. Mamusia musi iść.
– Jest za duży, żeby się tak zachowywać. Wiesz o tym. Na twoim miejscu zabrałabym go do łazienki
i porządnie mu przyrżnęła.
Pani Corcoran pojawiła się na schodach jakieś dwadzieścia minut później, w czarnym krepdeszynie,
grzebiąc w kopertówce z pikowanej skóry.
– Gdzie są wszyscy? – spytała, widząc tylko Camillę, Sophie Dearbold i mnie kręcących się
w salonie pod gablotą.
Gdy nikt jej nie odpowiedział, zatrzymała się na schodach zirytowana.
– No? – naciskała. – Wszyscy już pojechali? Gdzie Francis?
– Chyba się jeszcze ubiera – poinformowałem zadowolony, że zapytała o coś, na co mogłem
odpowiedzieć, nie uciekając się do kłamstwa.
Ze swojego miejsca na schodach nie mogła widzieć tego, co widzieliśmy my, całkiem wyraźnie,
przez szklane drzwi salonu prowadzące na taras: Cloke, Bram i Rooney, a z nimi Charles, stali
w zacisznym zakątku tarasu i palili trawę. Dziwnie było oglądać Charlesa, akurat jego, jak ćmi skręta,
i przychodził mi do głowy tylko jeden powód, dla którego to robił, liczył mianowicie, że marihuana
pozwoli mu wziąć się w garść, tak jak mocny drink. Jeśli tak, to na pewno czekało go paskudne
rozczarowanie. Gdy miałem dwanaście, trzynaście lat, upalałem się w szkole codziennie – nie dlatego, że
to lubiłem, bo oblewałem się zimnym potem i miewałem napady paniki, ale dlatego, że w niższych
klasach popalanie trawki wiązało się z niesłychanym prestiżem, a poza tym byłem mistrzem
w ukrywaniu paranoicznych, grypopodobnych symptomów, które wywoływała u mnie marihuana.
Pani Corcoran patrzyła na mnie, jak gdybym wypowiedział jakąś nazistowską przysięgę.
– Ubiera? – powtórzyła.
– Tak mi się wydaje.
– To on się do tej pory nie zdążył ubrać? Co wy wszyscy robiliście od samego rana?
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Spływała po schodach po jednym stopniu naraz i teraz, gdy jej
głowa wyłoniła się zza balustrady, miała niczym nieprzysłonięty widok na tarasowe drzwi – ze
spryskanymi deszczem szybami i nieświadomymi niebezpieczeństwa palaczami za nimi – gdyby tylko
zechciała spojrzeć w tamtą stronę. Wszyscy staliśmy jak sparaliżowani. Niektóre matki nie wiedziałyby,
z czym mają do czynienia, gdyby zetknęły się z trawką, ale pani Corcoran wyglądała mi na ekspertkę
w tej dziedzinie.
Zatrzasnęła kopertówkę i potoczyła dookoła spojrzeniem drapieżnego ptaka – jedyna w niej rzecz,
bez wątpienia, która mogła mi przywieść na myśl ojca, i tak też się stało.
– I co? – kontynuowała. – Może któreś z was pofatygowałoby się i powiedziało mu, żeby się
pospieszył?
Camilla zerwała się z miejsca.
– Ja po niego pójdę – zaofiarowała się, ale gdy tylko zniknęła za rogiem, śmignęła do tarasowych
drzwi.
– Dziękuję ci, kochanie – powiedziała pani Corcoran. Znalazła to, czego szukała, okulary
przeciwsłoneczne, i włożyła je. – Nie wiem, co się z wami, młodymi, dzieje – stwierdziła. – To znaczy
nie z wami konkretnie, ale to dla nas wszystkich ciężkie chwile, wielki stres, i musimy się postarać, żeby
wszystko przebiegło jak najsprawniej.
Delikatne stukanie Camilli w szybę przyciągnęło spojrzenie przekrwionych, nierozumiejących oczu
Cloke’a. Zajrzał do salonu i nagle jego twarz zmieniła się. Widziałem, jak mówi „kurwa”, bezgłośnie, i z
jego ust uleciał obłoczek dymu.
Charles zobaczył to samo i o mało się nie udławił. Cloke wyrwał Bramowi skręta i zgasił go między
kciukiem i palcem wskazującym.
Pani Corcoran, w wielkich czarnych okularach, pozostawała na szczęście nieświadoma dramatu
rozgrywającego się za jej plecami.
– Wiecie, do kościoła jest kawałek drogi – mówiła, gdy Camilla przemknęła za nią i poszła po
Francisa. – Ja z Mackiem pojedziemy przodem kombi, a wy możecie pojechać albo za nami, albo za
chłopakami. Myślę, że musicie zabrać trzy samochody, chociaż może zmieścicie się do dwóch… Nie
biegaj po domu babci! – wrzasnęła do Brandona i jego kuzyna Neale’a, którzy minęli ją pędem na
schodach i wbiegli do salonu, tupiąc głośno. Mieli na sobie granatowe garniturki z muszkami na gumce,
a ich odświętne buty potwornie hałasowały na podłodze.
Brandon, dysząc ciężko, schował się za sofą.
– Babciu, a on mnie uderzył!
– A on mnie nazwał fujarą!
– Wcale nie!
– Właśnie że tak!
– Chłopcy – zagrzmiała. – Powinniście się wstydzić.
Zrobiła dramatyczną pauzę, by przyjrzeć się ich milczącym, zbolałym twarzom.
– Wasz wujek Bunny nie żyje i czy wy wiecie, co to znaczy? To znaczy, że odszedł na zawsze. Że
już nigdy go nie zobaczycie, do końca życia. – Wbijała w nich gniewne spojrzenie. – Dzisiaj jest
szczególny dzień – dodała. – Dzień, kiedy wszyscy go wspominamy. Powinniście siedzieć gdzieś cicho
i przypominać sobie te wszystkie miłe rzeczy, które dla was zrobił, zamiast biegać jak opętani i rysować
tę piękną nową podłogę, którą babcia niedawno kazała polakierować.
Zapadła cisza. Neale z zawziętą miną próbował kopnąć Brandona.
– Wujek Bunny mówił mi kiedyś, że jestem bękartem.
Nie byłem pewien, czy naprawdę go nie usłyszała, czy postanowiła go nie usłyszeć; jej kamienny
wyraz twarzy skłaniał mnie raczej ku temu drugiemu, ale wtedy rozsunęły się tarasowe drzwi i wszedł
Cloke z Charlesem, Bramem i Rooneyem.
– O, jesteście – powiedziała podejrzliwie pani Corcoran. – Co wy tam robiliście na deszczu?
– Świeże powietrze – odpowiedział Cloke. Wyglądał na mocno upalonego. Z butonierki wystawał
mu czubek buteleczki z kroplami Visine.
Wszyscy wyglądali na upalonych. Biedny Charles miał wytrzeszczone oczy i pocił się. Tego się
pewnie nie spodziewał: jasne światła, zamroczenie, konfrontacja z wrogo nastawioną panią domu.
Popatrzyła na nich. Ciekaw byłem, czy się domyśla. Przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz coś
powie, ona jednak chwyciła tylko Brandona za ramię.
– No tak, wszyscy powinniście się już zbierać – rzuciła szorstko, pochylając się, żeby mu przeczesać
dłonią zmierzwione włosy. – Robi się późno, a mnie doszły słuchy, że mogą być problemy z miejscami
siedzącymi.
Kościół, jak podawał Krajowy Rejestr Zabytków, został wybudowany w osiemnastym wieku. Był to
stojący przy krętej wiejskiej drodze, pociemniały ze starości budynek o wyglądzie starego więzienia,
z podupadłym cmentarzykiem od tyłu. Gdy przybyliśmy na miejsce samochodem Francisa po
niewygodnej jeździe na zmoczonych fotelach, auta ustawione były po obu stronach drogi jak przed jakąś
wiejską zabawą albo wieczorkiem z bingo, opadając łagodnie w stronę trawiastych rowów. Siąpiła szara
mżawka. Zaparkowaliśmy niedaleko ośrodka rekreacyjnego, dość daleko, po czym w ciszy i błocie
przeszliśmy pół kilometra do kościoła.
W przedsionku panował półmrok i gdy wszedłem do nawy głównej, oślepił mnie blask świec.
Kiedy wzrok przyzwyczaił się do tej jasności, ujrzałem żelazne żyrandole, śliską kamienną posadzkę,
wszędzie kwiaty. Zdziwiony zauważyłem, że jedna z kompozycji, dość blisko ołtarza, układa się
w kształt liczby 27.
– Myślałem, że miał dwadzieścia cztery lata – szepnąłem do Camilli.
– Nie – sprostowała – to jego stary numer z drużyny futbolowej.
Kościół pękał w szwach. Szukałem Henry’ego, ale nigdzie go nie było widać; wydawało mi się, że
rozpoznaję Morrowa, ale kiedy się odwrócił, uświadomiłem sobie, że to nie on. Staliśmy tam przez
chwilę, zbici w grupkę, nie wiedząc, co ze sobą począć. Pod ścianą ustawiono metalowe składane krzesła
dla gości, ale wtedy ktoś zauważył na wpół pustą ławę i ruszyliśmy w jej stronę: Francis i Sophie,
bliźnięta i ja. Charles, który trzymał się blisko Camilli, wyraźnie odlatywał. Cmentarna atmosfera jak
z horroru z pewnością mu nie pomagała, rozglądał się więc po kościelnych wnętrzach ze szczerym
przerażeniem, gdy Camilla ciągnęła go za ramię i próbowała posadzić w ławce. Marion już wcześniej
zniknęła, przyłączywszy się do ludzi, którzy przyjechali z Hampden, a Cloke, Bram i Rooney po prostu
przepadli, gdzieś między samochodem i kościołem.
Nabożeństwo trwało bardzo długo. Pastor, który swoje ekumeniczne i – w odczuciu niektórych – nieco
bezosobowe uwagi zaczerpnął z kazania o miłości świętego Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian,
mówił przez prawie pół godziny. („Nie sądzicie, że to bardzo niestosowny tekst?”, skomentował później
Morrow, u którego, jak przystało na poganina, śmierć wywoływała przygnębienie połączone z lękiem
przed nieznanym). Następnie wystąpił Hugh Corcoran („Był najlepszym młodszym bratem, jakiego
można sobie wymarzyć”); potem dawny trener piłkarski Bunny’ego, energiczny typ społecznika, który
mówił bez końca o koleżeńskości Bunny’ego i opowiedział porywającą anegdotę o tym, jak to kiedyś
Bunny uratował drużynę przed blamażem podczas meczu z wyjątkowo trudnym przeciwnikiem
z „dolnego” Connecticut. („To znaczy – szepnął Francis – że grali z czarnymi”). Pod koniec tej historii
przerwał i przez dziesięć sekund wbijał wzrok w pulpit, by wreszcie podnieść swoje szczere spojrzenie.
– Nie jestem specem od nieba – stwierdził. – Moim zadaniem jest uczyć chłopaków, jak grać i nie
poddawać się. Dzisiaj zebraliśmy się tutaj, żeby uhonorować chłopca, którego zdjęto z boiska zbyt
wcześnie. Ale to nie znaczy, że kiedy grał, nie dawał z siebie wszystkiego. To nie znaczy, że nie był
zwycięzcą. – Długa, pełna napięcia cisza. – Bunny Corcoran – wychrypiał – był zwycięzcą.
Spośród zebranych, gdzieś ze środkowego rzędu, dobiegł samotny płaczliwy jęk.
Nie licząc filmów (Knute Rockne – Stuprocentowy Amerykanin), nie wiem, czy widziałem
kiedykolwiek tak brawurowy występ. Gdy usiadł, połowa zgromadzonych zalewała się łzami – łącznie
z samym trenerem. Nikt nie zwracał większej uwagi na ostatniego mówcę, Henry’ego, który wszedł na
podium i odczytał, niesłyszalnie i bez komentarza, krótki wiersz A.E. Housmana.
Wiersz miał tytuł Boleśnie serce pamięta. Nie wiem, dlaczego wybrał akurat ten. Wiedzieliśmy, że
Corcoranowie poprosili go o przeczytanie czegoś i zapewne zdali się na jego wybór. Jakże łatwo byłoby
mu wybrać coś innego, coś, co mógłby zaczerpnąć, na litość boską, z Lycidasa albo Upaniszad,
cokolwiek, tak naprawdę, ale na pewno nie to, nie jeden z wierszy, które Bunny znał na pamięć.
Przepadał za rzewnymi wierszydłami klepanymi z pamięci w podstawówce: Szarża lekkiej brygady, Na
polach Flandrii i wieloma innymi tego typu sentymentalnymi ramotkami, których autorów ani tytułów
nawet nie pamiętałem. Reszta naszej grupy, snobująca się w tych sprawach, uznawała jego poetyc​ki gust
za żenujący, porównywalny z jego zamiłowaniem do ciasteczek King Dons i Twinkies. Dosyć często
słyszałem, jak Bunny recytuje ten wiersz Housmana na głos – poważniej po pijaku, bardziej ironicznie
na trzeźwo – toteż te linijki dla mnie zastygły i zlały się w jedno z brzmieniem jego głosu; może dlatego,
gdy usłyszałem je wtedy, wyrecytowane monotonnym akademickim głosem Henry’ego (był
beznadziejnym deklamatorem), przy migoczących świecach, w przeciągu poruszającym kwiaty,
z zapłakanymi dookoła ludźmi, rozniecił się we mnie przelotny, a mimo to tak nieznośny ból, jak gdyby
poddano mnie którejś z tych dziwnych, naukowo opracowanych japońskich tortur, aplikowanych w taki
sposób, aby zadać możliwie jak najsilniejsze cierpienie w jak najkrótszym czasie.
Był to bardzo krótki wiersz.
Boleśnie serce pamięta
Przyjaciół, jak złoto drogich:
Różanouste dziewczęta,
Chłopaków skrzydlatonogich.
Nad strugami nie do przeskoczenia
Śmigłonodzy chłopcy dziś drzemią;
Śpią różanouste stworzenia
Pod usłaną płatkami róż ziemią**.
Podczas modlitwy kończącej nabożeństwo (za długiej) zacząłem się kiwać tak mocno, że poczułem,
jak boczne krawędzie moich nowych butów wpijają mi się w czuły punkt pod kostką. Było duszno;
ludzie płakali; coś uporczywie brzęczało mi przy uchu, a potem ucichło. Przez chwilę bałem się, że
zemdleję. Wtem uświadomiłem sobie, że brzęczenie emituje duża osa śmigająca tu i tam nad naszymi
głowami. Francisowi, który bezskutecznie próbował ją odgonić programem nabożeństwa, udało się ją
tylko rozjuszyć; dała nura w stronę głowy szlochającej Sophie, ale zauważywszy, że ta nie reaguje,
zrobiła zwrot w powietrzu i wylądowała na oparciu ławki, żeby zebrać myśli. Camilla dyskretnie
przechyliła się na bok i zaczęła zsuwać but, ale nim zdążyła to zrobić, Charles uśmiercił osę z trzaskiem
za pomocą modlitewnika.
Pastor, w kluczowym momencie swej modlitwy, aż podskoczył. Otworzył oczy i jego wzrok padł na
Charlesa, wciąż dzierżącego modlitewnik. „Wejrzyj łaskawie na pokorne prośby nasze – powiedział
nieco mocniejszym głosem – a duszę służebnika Twego wprowadź do przybytków chwały wiekuistej”.
Szybko pochyliłem głowę. Osa wciąż była przyklejona do krawędzi ławki jednym czarnym
czułkiem. Wpatrywałem się w nią i myślałem o Bunnym, biednym poczciwym Bunnym, mistrzu
eksterminacji latających szkodników, czającym się na domowe muchy ze zwiniętym egzemplarzem
„Examinera”.
Charles i Francis, którzy nie odzywali się do siebie przed nabożeństwem, w jego trakcie zdołali się jakoś
pogodzić. Po finałowym „Amen” w milczącej, idealnej zgodzie wymknęli się do pustego korytarza
odchodzącego od bocznej nawy. Mignęli mi, gdy oddalali się pospiesznie bez słowa, i nim skręcili do
męskiej toalety, Francis obejrzał się nerwowo za siebie, sięgając do kieszeni płaszcza po schowaną tam,
o czym wiedziałem, płaską półlitrową butelkę czegoś mocniejszego, wyciągniętą wcześniej ze schowka
w samochodzie.
Przed kościołem było mokro i ciemno. Deszcz wprawdzie ustał, ale niebo było zachmurzone i wiał
silny wiatr. Ktoś bił w kościelny dzwon, lecz nie wychodziło mu to najlepiej; szczęk dzwonu
rozbrzmiewał w nierównych odstępach jak dzwonek podczas seansu spirytystycznego.
Ludzie rozchodzili się do samochodów, z sukienkami łopoczącymi na wietrze, przytrzymując
kapelusze na głowie. Kilka metrów przede mną Camilla, wspiąwszy się na palce, usiłowała złożyć
parasol, który ciągnął ją za sobą – Mary Poppins w czarnej, żałobnej sukience. Podszedłem, żeby jej
pomóc, ale nim zdążyłem się przy niej znaleźć, parasol się wygiął. Ożył na chwilę, skrzecząc i łopocząc
jak pterodaktyl; z nagłym, przeszywającym krzykiem Camilla wypuściła go z rąk i natychmiast pofrunął
trzy metry do góry, robiąc w powietrzu parę fikołków, nim utknął wysoko w koronie jesionu.
– Niech to szlag – przeklęła, spoglądając najpierw za parasolem do góry, a potem w dół, na swój
palec, na którym pojawiła się cieniutka strużka krwi. – Jasna cholera.
– Nic ci nie jest?
Wetknęła skaleczony palec do ust.
– Nie chodzi o to – rzuciła cierpko, spoglądając do góry na czubek drzewa. – To mój ulubiony
parasol.
Przeszukałem kieszenie i podałem jej chusteczkę. Potrząsnąwszy nią, przytknęła ją do palca (trzepot
bieli, rozwiane włosy, ciemniejące niebo) i gdy się jej przyglądałem, czas stanął w miejscu, a mnie
przebiło jasne ostrze wspomnienia: niebo miało ten sam szary, burzowy odcień jak wtedy, młode liście,
jej włosy zwiane tak samo na twarz…
(trzepot bieli)
(… nad wąwozem. Zeszła na dół razem z Henrym i wróciła przed nim, gdy reszta czekała na
skraju, zimny wiatr, trzęsionka, podbiegliśmy, żeby jej pomóc się wdrapać; nie żyje? Czy on…?
Wyjęła z kieszeni chusteczkę i wytarła nią ubrudzone ziemią ręce, właściwie nie patrząc na
żadnego z nas, jej jasne włosy powiewające na wietrze na tle nieba, a twarz niczym czysta kanwa
dla każdej emocji, którą chciałoby się zobaczyć…)
Za nami ktoś powiedział bardzo głośno:
– Tato?
Dręczony poczuciem winy aż podskoczyłem. Był to Hugh. Szedł żwawym krokiem, na wpół
biegnąc, i po chwili dogonił ojca.
– Tato? – powtórzył, kładąc dłoń na jego zgarbionych plecach. Żadnego odzewu. Potrząsnął nim
delikatnie. Z przodu żałobnicy niosący trumnę (gdzieś wśród nich Henry, niczym się niewyróżniający)
wsuwali ją między otwarte drzwi karawanu.
– Tato – powiedział Hugh. Był ogromnie podekscytowany. – Tato. Posłuchaj mnie przez chwilę.
Zatrzaśnięto drzwi. Powoli, bardzo powoli pan Corcoran odwrócił się. Niósł na rękach dziecko,
które nazywali Czempionkiem, ale tego dnia wnuczek stanowił najwyraźniej mizerną pociechę. Na
dużej, obwisłej twarzy pana Corcorana malowały się udręka i zagubienie. Patrzył na syna, jak gdyby
widział go po raz pierwszy w życiu.
– Tato – mówił Hugh. – Zgadnij, kogo właśnie widziałem. Zgadnij, kto przyjechał. Pan
Vanderfeller – oznajmił pospiesznie, ściskając ramię ojca.
Sylaby tego znakomitego nazwiska – które Corcoranowie wymawiali z niemal taką samą atencją jak
imię Boga Wszechmogącego – po wypowiedzeniu na głos miały na pana Corcorana cudownie
ozdrowieńczy wpływ.
– Vanderfeller jest tutaj? – spytał, rozglądając się. – Gdzie?
Ta majestatyczna postać, odgrywająca arcyważną rolę w zbiorowej świadomości Corcoranów, stała
na czele pewnej fundacji charytatywnej – powołanej przez jeszcze bardziej majestatyczną figurę przodka
– która, tak się składało, posiadała pakiet kontrolny w banku pana Corcorana. Wiązało się to z udziałem
w posiedzeniach zarządu i sporadycznych przyjęciach, a Corcoranowie dysponowali niewyczerpaną
skarbnicą „zachwycających” anegdot o Paulu Vanderfellerze, o tym, jaki to jest europejski, co za
niespotykany „dowcip”, i choć jego błyskotliwe powiedzonka, powtarzane przy każdej okazji,
wydawały mi się mało śmieszne (to już ochroniarze w budkach strażniczych w Hampden byli bardziej
dowcipni), Corcoranowie zanosili się dystyngowanym i najwyraźniej zupełnie nieudawanym śmiechem.
Bunny często zaczynał zdanie, przekazując, jakby od niechcenia: „Gdy tata któregoś dnia był na
obiedzie z Paulem Vanderfellerem…”.
I oto zjawił się ów gigant, we własnej osobie, rażąc nas wszystkich promieniami swojej chwały.
Spojrzałem w kierunku wskazanym przez Hugh i ujrzałem go – mężczyznę o przeciętnym wyglądzie,
z życzliwym wyrazem twarzy kogoś, kto jest przyzwyczajony do tego, że zaspokaja się każdą jego
zachciankę; pod pięćdziesiątkę; dobrze ubrany; nic szczególnie „europejskiego” oprócz brzydkich
okularów oraz niskiego wzrostu, znacznie poniżej przeciętnej.
Na twarz pana Corcorana wypłynął wyraz czegoś bardzo zbliżonego do czułości. Bez słowa wcisnął
dziecko synowi i ruszył szybkim krokiem przez trawnik.
Z jakiegoś powodu – może dlatego, że Corcoranowie pochodzili z Irlandii, a może dlatego, że pan
Corcoran urodził się w Bostonie – cała rodzina najwyraźniej uważała, iż między nimi a familią
Kennedych istnieje jakaś tajemnicza zbieżność. Podobieństwo to starali się uwypuklać, zwłaszcza pani
Corcoran ze swoją fryzurą i ciemnymi okularami w stylu Jackie – ale rzeczywiście można się było
doszukać pewnej nieznacznej fizycznej analogii: w szczupłości zbyt mocno opalonej, wyszczerzonej
w uśmiechu twarzy Brady’ego i Patricka majaczył cień Roberta Kennedy’ego, podczas gdy pozostali
bracia, między innymi Bunny, byli zbudowani wedle modelu Teda Kennedy’ego, dużo ciężsi,
z krągłymi, drobnymi rysami skumulowanymi pośrodku twarzy. Nietrudno byłoby ich wziąć za
pomniejszych członków klanu, może kuzynów. Francis opowiadał mi, że kiedyś wstąpił do modnej,
bardzo zatłoczonej restauracji w Bostonie w towarzystwie Bunny’ego. Czekali długo i wreszcie kelner
zapytał o nazwisko: „Kennedy”, wypalił Bunny, kołysząc się na piętach, i chwilę potem połowa
personelu rzuciła się przygotować im stolik.
I może to przez te dawne skojarzenia, które tłukły mi się po głowie, a może dlatego że jedyne
pogrzeby, jakie do tej pory widziałem, były transmitowanymi przez telewizję uroczystościami
państwowymi, w każdym razie kondukt żałobny – długie, czarne, spryskane deszczem samochody,
a wśród nich bentley pana Vanderfellera – połączył się onirycznie w moich myślach z innym pogrzebem
i innym, dużo głośniejszym orszakiem. Powoli sunęliśmy do przodu. Otwarte samochody pełne
kwiatów – jak kabriolety z koszmarnej Różanej Parady – jechały powoli za zasłoniętym karawanem.
Mieczyki, farbowane chryzantemy, palmowe liście. Wiatr wiał mocno i barwne płatki odrywały się od
kwiatów i fruwały między samochodami, przyklejając się do wilgotnych szyb jak krążki konfetti.
Cmentarz leżał przy drodze. Zatrzymaliśmy się, wysiedliśmy z mustanga (głuchy stukot zamykanych
drzwi) i staliśmy, mrugając powiekami na zaśmieconym poboczu. Samochody mijały nas ze świstem po
asfalcie w odległości niespełna trzech metrów.
Cmentarz był duży, wietrzny, płaski i nie wyróżniał się niczym szczególnym. Płyty wznosiły się
w rzędach jak szeregowe domy. Ubrany w uniform kierowca lincolna z domu pogrzebowego obszedł
limuzynę, żeby otworzyć drzwi pani Corcoran. Trzymała w rękach – nie wiedziałem dlaczego – bukiecik
z pąków róż. Patrick podał jej ramię, a ona wsunęła dłoń w rękawiczkach w zagięcie jego łokcia,
nieprzenikniona za ciemnymi okularami, spokojna jak panna młoda.
Otwarto tylne drzwi karawanu i wysunięto trumnę. Zebrani ruszyli za nią, gdy niesiono ją na
barkach na otwarte pole, podskakującą na morzu traw niczym łódka. Z wieka powiewały wesoło żółte
wstęgi. Niebo było wrogie i bezkresne. Z mijanego grobu jakiegoś dziecka szczerzyła zęby plastikowa
latarnia w kształcie dyni.
Nad dołem wzniesiono baldachim w zielone pasy, taki, jakie widuje się na przyjęciach na otwartym
powietrzu. Było w tym coś bezsensownego i głupiego, gdy baldachim wydymał się na tym pustkowiu,
coś pustego, banalnego, prymitywnego. Zatrzymaliśmy się i staliśmy tam skrępowani w małych
grupkach. Nie wiedzieć czemu, wyobrażałem sobie, że to będzie coś bardziej spektakularnego. Na trawie
leżały śmieci po tych, którzy kosili trawę. Niedopałki, papierek po batoniku twix, rozpoznawalne.
Co za głupota, pomyślałem w nagłym przypływie paniki. Jak do tego doszło?
Dalej, na autostradzie, mknął strumień samochodów.
Grób był czymś niewymownie wręcz potwornym. Nigdy jeszcze nie oglądałem mogiły.
Barbarzyństwo: ślepy gliniasty dół ze składanymi krzesłami dla rodziny chwiejącymi się z jednej strony
i kopcem surowej ziemi z drugiej. Mój Boże, pomyślałem. Zacząłem teraz wszystko rozumieć, wszystko
naraz, z piekielną wyrazistością. Po co zawracać sobie głowę trumną, baldachimem i całą resztą, jeśli po
prostu zamierzali go tam zostawić, przysypać ziemią i wrócić do domu? I to już wszystko, nic więcej?
Mieli go tam po prostu wyrzucić jak kubeł śmieci?
Bun, pomyślałem, och, Bun, przepraszam cię.
Pastor szybko odklepywał formułki z pozieleniałą pod baldachimem nijaką twarzą. Był tam Morrow
– widziałem teraz, jak spogląda w stronę naszej czwórki. Najpierw Francis, a potem Charles i Camilla
podeszli do niego i stanęli obok, ale mnie było wszystko jedno, byłem jak w transie. Corcoranowie
siedzieli bardzo cicho, z rękami złożonymi na kolanach: jak oni mogą tak siedzieć, pomyślałem, przy
tym strasznym dole i nic nie robić? Była środa. W środy o dziesiątej mieliśmy zajęcia z tłumaczeń i tam
właśnie wszyscy powinniśmy teraz być. Trumna leżała niemo przy grobie. Wiedziałem, że jej nie
otworzą, ale chciałem, żeby to zrobili. Zaczęło do mnie właśnie docierać, że już nigdy go nie zobaczę.
Mężczyźni, którzy wcześniej nieśli trumnę, stali teraz za nią w ciemnym rzędzie jak chór w greckiej
tragedii. Henry był wśród nich najmłodszy. Stał tam spokojnie z rękami złożonymi z przodu – duże,
białe, akademickie dłonie, sprawne i starannie utrzymane, te same dłonie, które sprawdzały Bunny’emu
tętno na szyi i poruszały jego głową na żałosnej złamanej łodydze, gdy reszta nas z zapartym tchem
obserwowała tę scenę znad krawędzi. Nawet z daleka widzieliśmy nienaturalne odchylenie szyi, but
zwrócony w złą stronę, strużki krwi z nosa i ust. Kciukiem podniósł powieki, nisko pochylony,
uważając, starając się nie dotknąć okularów, które przekrzywione trzymały się na czubku głowy
Bunny’ego. Jedna noga poruszyła się w odosobnionym spazmie, który stopniowo przeszedł w drganie,
a potem zamarł. Camilla miała zegarek z sekundnikiem. Widzieliśmy, jak naradzają się po cichu. Wspiął
się za nią po zboczu, zaciskając dłoń na kolanie, i wytarłszy ręce o spodnie, na nasze hałaśliwe szepty –
Nie żyje? Czy on…? – odpowiedział bezosobowym, lekarskim skinieniem głowy.
– „… Prosimy Cię, Panie, byśmy opłakując odejście naszego brata Edmunda Graydena Corcorana,
sługi Twego za życia, pamiętali, że jesteśmy gotowi pójść w jego ślady. Obdarz nas łaską, byśmy mogli
się przygotować na ostatnią godzinę, i chroń nas od nagłej i niespodziewanej śmierci…”
Niczego się nie spodziewał. Niczego nie rozumiał, nie było czasu. Chwiejąc się jak nad brzegiem
basenu: komiczny odgłos jodłowania, ramiona młócące powietrze. Potem pełen zdziwienia koszmar
upadku. Ktoś, kto nie wiedział, że jest coś takiego jak śmierć; kto w nią nie wierzył, nawet gdy stanął
z nią twarzą w twarz; komu się nie śniło, że ona po niego przyjdzie.
Trzepot wronich skrzydeł. Lśniące żuki pełzające w zaroślach. Kawałek nieba zastygły w mglistej
siatkówce, odbity w kałuży na ziemi. Hej tam! Bycie i nicość.
„… Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie.
Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki…”***
Mężczyźni opuścili trumnę do grobu za pomocą długich, skrzypiących pasów. Mięśnie Henry’ego
drżały od wysiłku; mocno zaciskał szczęki. Przez tył jego marynarki przesiąkał pot.
Pogrzebałem w kieszeni, żeby sprawdzić, czy wciąż są tam leki przeciwbólowe. Czekała mnie długa
podróż powrotna.
Pasy wciągnięto z powrotem. Pastor pobłogosławił grób, a potem pokropił go wodą święconą.
Ziemia i ciemność. Pan Corcoran z twarzą ukrytą w dłoniach łkał monotonnie. Baldachim łopotał na
wietrze.
Pierwsza łopata ziemi. Jej głuchy odgłos na wieku sprawił, że poczułem w sobie coś obrzydliwego,
czarnego, pustego. Pani Corcoran – z Patrickiem z jednej strony i trzeźwym Tedem z drugiej – podeszła
do krawędzi. Wciąż w rękawiczkach wrzuciła do grobu swój różany bukiet.
Powoli, bardzo powoli, z narkotycznym, niezgłębionym spokojem, Henry pochylił się i podniósł
garść ziemi. Przeniósł ją nad grób i pozwolił, by zsunęła się z jego dłoni. Po czym, nieludzko
opanowany, cofnął się i z roztargnieniem wytarł dłoń o pierś, brudząc ziemią klapę marynarki, krawat
i nieskazitelną biel wykrochmalonej koszuli.
Gapiłem się na niego, podobnie jak Morrow, Francis i bliźnięta, z pewnego rodzaju zgorszonym
przerażeniem. Wyglądał, jakby nie zdawał sobie sprawy, że zrobił coś dziwnego. Stał tam zupełnie
nieruchomo, gdy wiatr targał mu włosy, a nikłe światło odbijało się od oprawek jego okularów.
* Iliada Homera, tłum. F.K. Dmochowski, Warszawa 2004, s. 203 (przyp. tłum.).
** Boleśnie serce pamięta A.E. Housmana, tłum. S. Barańczak, Kraków 1993 (przyp. tłum.).
*** Cyt. za Biblią Tysiąclecia (przyp. tłum.).
===LUIg TCVLIA5 tAm9 Pe0 x +TX5 eNEM iTid ULm4 ecV8 wXjtPYRF9
Moje wspomnienia ze stypy u Corcoranów są dosyć mgliste, przypuszczalnie w związku z koktajlem
pigułek, których garść połknąłem po drodze na miejsce. Ale nawet morfina nie była w stanie całkowicie
zneutralizować potworności owej konsolacji. Pojawił się Morrow, co przyniosło pewną ulgę; niczym
dobry anioł krążył wśród gości, z wdziękiem ich zagadując, wiedząc dokładnie, co komu powiedzieć,
i zachowując się wobec Corcoranów (których właściwie nie lubił i vice versa) z tak niebiańskim
urokiem i taktem, że nawet pani Corcoran była udobruchana. Poza tym – Mount Everest chwały, jeśli
chodzi o Corcoranów – okazało się, że jest starym znajomym Paula Vanderfellera, i Francis, który
przypadkiem znalazł się w pobliżu, powiedział, że nigdy nie zapomni miny pana Corcorana, gdy
Vanderfeller rozpoznał Morrowa i pozdrowił go („po europejsku”, jak wyjaśniała później swojej
towarzyszce pani Corcoran) niedźwiedzim uściskiem i całusem w policzek.
Małe Corcoranki – które sprawiały wrażenie dziwnie ożywionych smutnymi wydarzeniami tego dnia
– biegały jak szalone w szampańskich humorach: rzucały rogalikami, zanosiły się śmiechem i ganiały
wśród gości z okropną zabawką, która wydawała z siebie pierdzące odgłosy. Organizatorzy poczęstunku
też zawalili sprawę – za dużo alkoholu, za mało jedzenia, niezawodny przepis na kłopoty. Ted bez
przerwy kłócił się z żoną. Bram Guernsey zwymiotował na płócienną sofę. Pan Corcoran wpadał raz
w euforię, raz w najgłębszą rozpacz.
Napatrzywszy się na to wszystko, pani Corcoran oddaliła się po pewnym czasie do sypialni, a potem
zeszła do salonu z przerażającym wyrazem twarzy. Dyskretnym tonem przekazała swojemu mężowi, że
doszło do „włamania”, uwagę, która podsłuchana przez życzliwego gościa rozeszła się szybko po
pokoju, wywołując falę niepożądanego zainteresowania. Kiedy to się stało? Co zginęło? Czy wezwano
policję? Ludzie porzucali prowadzone rozmowy i obstąpili ją mamroczącą gromadą. Wykręcała się od
odpowiedzi po mistrzowsku, z miną męczennicy. Nie, stwierdziła, nie ma sensu zawiadamiać policji:
zginęły drobiazgi przedstawiające sobą jedynie wartość sentymentalną, nikomu nieprzydatne oprócz niej
samej.
Cloke wykorzystał okazję, żeby się wymiksować niedługo potem. I chociaż nikt tego specjalnie nie
komentował, Henry także zniknął. Niemal natychmiast po pogrzebie zebrał swoje torby, wsiadł do
samochodu i odjechał, po bardzo oszczędnym pożegnaniu z Corcoranami, nie zamieniwszy nawet słowa
z Morrowem, któremu bardzo zależało na rozmowie z nim.
– Wygląda jak siedem nieszczęść – Morrow zwrócił się do Camilli i mnie (obojętnego, pogrążonego
w głębokim farmakologicznym stuporze). – Myślę, że powinien się wybrać do lekarza.
– Ma za sobą ciężki tydzień – przypomniała Camilla.
– Bez wątpienia. Ale sądzę, że Henry jest dużo bardziej wrażliwy, niż nam się wydaje. Pod pewnymi
względami trudno sobie wyobrazić, żeby doszedł do siebie po czymś takim. Chyba nie zdajecie sobie do
końca sprawy z tego, jak blisko byli z Edmundem. – Westchnął. – Dziwny wiersz wybrał do odczytania,
prawda? Ja bym sugerował coś z Fedona.
Około drugiej goście zaczęli się rozchodzić. Mogliśmy zostać na kolację – a gdyby pijackie zaproszenia
pana Corcorana potraktować poważnie (lodowaty uśmiech pani Corcoran za jego plecami mówił jednak
co innego), mogliśmy zostać na dłużej, jako przyjaciele rodziny, nocując na własnych materacach
w suterenie; uczestniczylibyśmy w życiu domu, w jego codziennych radościach i smutkach: rodzinne
wyjazdy, opieka nad małymi, sporadyczna pomoc w domowych porządkach, współpraca, działanie
razem (podkreślał), bo taki mieli styl Corcoranowie. To nie byłoby beztroskie życie – on sam wychował
synów twardą ręką – ale niewiarygodnie wręcz wzbogacające, rozwijając w ten sposób charakter, hart
ducha i wysokie standardy moralne, przy czym wątpił, żeby wielu z naszych rodziców zadało sobie trud
wpojenia nam tych ostatnich.
Była czwarta, gdy wreszcie udało nam się stamtąd wyrwać. Teraz z jakiegoś powodu Charles
i Camilla przestali się do siebie odzywać. Pokłócili się o coś – widziałem, jak sprzeczają się przed domem
– i przez całą drogę powrotną, na tylnej kanapie, siedzieli jedno przy drugim wpatrzeni prosto przed
siebie, ze skrzyżowanymi na piersi rękami w komicznie, z czego, byłem pewien, nie zdawali sobie
sprawy, analogiczny sposób.
Miałem wrażenie, że nie było mnie w moim pokoju w akademiku dłużej niż w rzeczywistości. Wydawał
się opuszczony i pomniejszony, jak gdyby stał pusty całymi tygodniami. Otworzyłem okno i położyłem
się na rozgrzebanym łóżku. Od pościeli zalatywało stęchlizną. Zmierzchało.
W końcu miałem to za sobą, ale czułem się dziwnie rozczarowany. W poniedziałek czekały mnie
zajęcia: greka i francuski. Nie byłem na lektoracie od prawie trzech tygodni i na samą myśl o francuskim
przeniknął mnie dreszcz niepokoju. Prace zaliczeniowe. Przetoczyłem się na brzuch. Egzaminy.
I wakacje za półtora miesiąca – gdzie, do diabła, miałem je spędzić? Pracując u doktora Rolanda?
Obsługując dystrybutory w Plano?
Wstałem, zażyłem kolejną pigułkę dalmane’u i znów się położyłem. Za oknem było już prawie
ciemno. Zza ściany, z wieży sąsiada dolatywała muzyka: David Bowie. „This is Ground Control to
Major Tom…”
Wpatrywałem się w cienie na suficie.
W jakiejś dziwnej krainie między snem a jawą znalazłem się na cmentarzu, nie na tym, gdzie
pochowano Bunny’ego, na jakimś innym, dużo starszym i bardzo znanym – gęsto porośniętym
żywopłotami i iglakami, z pnączami oplatającymi popękane marmurowe grobowce. Szedłem wąską
dróżką wyłożoną płytami. Gdy skręciłem na rogu, mój policzek musnęły niespodziewanie białe kwiaty
hortensji – świetliste obłoczki unoszące się blado w mroku.
Szukałem grobu znanego pisarza – chyba Marcela Prousta, a może George Sand. Ktokolwiek to był,
wiedziałem, że jest pochowany właśnie tam, ale cmentarz porastał taki gąszcz zarośli, że ledwo widziałem
nazwiska na płytach nagrobnych, a poza tym zapadał zmrok.
Trafiłem do ciemnego sosnowego zagajnika na szczycie wzgórza. Daleko w dole majaczyła
zamglona dolina. Odwróciłem się i spojrzałem tam, skąd przyszedłem: kolce marmurowych iglic,
niewyraźne mauzolea, blade w zapadającej ciemności. Dużo niżej maleńkie światełko – może latarnia
albo latarka – zbliżało się, podskakując, między stłoczonymi nagrobkami. Wychyliłem się do przodu,
żeby się lepiej przyjrzeć, i wtedy przestraszył mnie łoskot w zaroślach za mną.
To było dziecko, które Corcoranowie nazywali Czempionkiem. Chłopiec spadł z niewielkiej
wysokości i próbował się dźwignąć z ziemi; po chwili dał za wygraną i znieruchomiał, leżąc boso, cały
drżąc, z brzuszkiem podnoszącym się i opadającym miarowo. Nie miał na sobie nic prócz plastikowej
pieluchy, a na rękach i nogach dostrzegłem długie, brzydkie zadrapania. Wpatrywałem się w niego
przerażony. Corcoranowie byli bezmyślni, ale to nie mieściło się w głowie; potwory, piekliłem się
w duchu, kretyni, po prostu poszli sobie i zostawili je na pastwę losu.
Dziecko popłakiwało, ze zsiniałymi z zimna nogami. W jednej tłustej rączce o kształcie rozgwiazdy
ściskało plastikowy samolocik znaleziony w zestawie z McDonalda. Pochyliłem się, żeby sprawdzić, czy
nic mu się nie stało, ale w tej samej chwili usłyszałem z bardzo bliska ostentacyjne, kpiarskie
odchrząknięcie.
To, co się stało potem, odbyło się w okamgnieniu. Gdy spojrzałem przez ramię, mignęła mi
w przelocie postać, ale to wystarczyło, żebym zatoczył się do tyłu z krzykiem, a potem spadał, spadał,
spadał, aż w końcu wylądowałem na własnym łóżku, które wypłynęło ku mnie z dołu, z ciemności.
Wstrząs upadku mnie obudził. Dygocząc, leżałem przez chwilę płasko na wznak, a potem nerwowo
zacząłem szukać kontaktu.
Biurko, drzwi, krzesło. Leżałem, cały czas się trzęsąc. Chociaż jego rysy były glinowate i oszpecone,
pokryte grubymi strupami, których wolałem sobie nie przypominać nawet przy zapalonym świetle –
doskonale wiedziałem, kto to był, i w tym śnie on wiedział, że ja wiem.
Po przejściach minionych tygodni nie dziwiło mnie specjalnie, że wszyscy mieliśmy trochę dość
swojego towarzystwa. Przez pierwszych kilka dni każdy siedział u siebie, nie licząc zajęć i posiłków;
teraz, gdy Bunny nie żył i został pochowany, mieliśmy chyba dużo mniej tematów dogadania i zniknął
powód do tego, żeby siedzieć do czwartej lub piątej nad ranem.
Czułem się dziwnie wolny. Chodziłem na spacery; byłem sam na kilku filmach w kinie; wybrałem
się na piątkową imprezę poza kampusem, gdzie stałem na ganku w domu jakiegoś nauczyciela, sączyłem
piwo i słyszałem, jak jedna dziewczyna szepcze do drugiej: „Prawda, jak on smutno wygląda?”. Noc
była bezchmurna, z cykaniem świerszczy i milionem gwiazd. Ta dziewczyna była ładna, typ z jasnymi
oczami i żywym temperamentem, który zawsze mnie pociągał. Zagadała do mnie i mogłem pójść do
niej; ale wystarczyło mi, że z nią flirtuję w ten czuły i nieśmiały sposób, w jaki to robią tragiczne postaci
w filmach (cierpiący na nerwicę frontową weteran albo melancholijny młody wdowiec zaintrygowany
nieznajomą dziewczyną, lecz dręczony przez mroczną przeszłość, której ona w swej niewinności nie
może z nim dzielić), i że napawam się widokiem gwiazd empatii błyszczących w jej dobrych oczach;
czując jej rozbrajającą chęć uratowania mnie przed samym sobą (ach, moja droga, gdybyś wiedziała,
w co się pakujesz, o rany, gdybyś tylko wiedziała); zdając sobie sprawę, że gdybym chciał z nią pójść, to
mógłbym.
Ale nie chciałem. Bo – niezależnie od tego, co sądziły nieznajome dziewczyny o dobrych sercach –
nie potrzebowałem ani towarzystwa, ani pocieszenia. Chciałem tylko jednego – zostać sam. Po imprezie
nie wróciłem do siebie, udałem się za to do gabinetu doktora Rolanda, wiedząc, że nikt nie będzie mnie
tam szukał. W nocy i w weekendy w gabinecie było rozkosznie spokojnie i odkąd wróciliśmy
z Connecticut, spędzałem tam mnóstwo czasu – czytając, drzemiąc na kanapie doktora, wykonując jego
i swoją pracę.
O tej porze późno w nocy nie było nawet dozorców. Budynek tonął w ciemnościach. Zamknąłem
drzwi na klucz. Lampa na biurku doktora Rolanda rzucała ciepły, maślany krąg światła i po włączeniu
cicho w radiu bostońskiej stacji z muzyką poważną umościłem się na kanapie z gramatyką francuskiego.
Wiedziałem, że jeśli później zrobię się śpiący i będę miał ochotę, czekały na mnie powieść kryminalna
i herbata. Regały z książkami doktora Rolanda jaśniały ciepło i tajemniczo w świetle lampy. Nie robiłem
nic złego, ale mimo wszystko czułem się nie w porządku, jakbym prowadził potajemne życie, które,
choć przyjemne, prędzej czy później się na mnie zemści.
Między bliźniętami wciąż panowała niezgoda. Czasem między przyjściem jednego i drugiego na obiad
mijała godzina. Wyczuwałem, że wina leży po stronie Charlesa, który był opryskliwy i mrukliwy, a poza
tym – co ostatnio stawało się regułą – pił trochę więcej, niż mu to służyło. Francis twierdził, że o niczym
nie wie, ale coś mi podpowiadało, że wie więcej, niż się do tego przyznaje.
Z Henrym nie rozmawiałem od pogrzebu, a nawet go nie widziałem. Nie pojawiał się w stołówce
i nie odbierał telefonu. Podczas sobotniego obiadu spytałem:
– Myślicie, że z Henrym wszystko w porządku?
– Ach, nic mu nie jest – stwierdziła Camilla, pracowicie manewrując sztućcami.
– Skąd wiesz?
Znieruchomiała, zawieszając widelec w powietrzu; jej spojrzenie było jak snop światła zwrócony
nagle na moją twarz.
– Bo właśnie się z nim widziałam.
– Gdzie?
– U niego. Rano – poinformowała, wracając do konsumowania obiadu.
– I co, jak się ma?
– Dobrze. Ciągle trochę roztrzęsiony, ale w porządku.
Obok niej Charles z podpartą na dłoni brodą wbijał gniewne spojrzenie w nietknięty talerz.
Żadne z bliźniąt nie przyszło tego wieczoru na kolację. Francis był rozmowny i w świetnym nastroju.
Właśnie wrócił z Manchesteru, obładowany zakupami, i pokazywał mi po kolei nowe nabytki:
marynarki, skarpety, szelki, koszule w kilka różnych pasków, bajeczny zestaw krawatów, z których
jeden – z zielonkawobrązowego jedwabiu w pomarańczowe grochy – był prezentem dla mnie. (Francis
zawsze szczodrze rozdawał ubrania. Mnie i Charlesowi podarował całe naręcza starych garniturów; był
wyższy od Charlesa i chudszy od nas obu, więc oddawaliśmy je do poprawek u krawca w miasteczku.
Wciąż noszę wiele z tych garniturów: od Sulki, Aquascutum, Gievesa and Hawkesa).
Wstąpił też do księgarni. Wybrał biografię Cortésa; tłumaczenie Grzegorza z Tours; studium
wiktoriańskich morderczyń wydane przez Harvard University Press. Kupił też prezent dla Henry’ego:
zbiór mykeńskich inskrypcji z Knossos.
Przejrzałem je. Była to olbrzymia księga. Żadnego tekstu, jedynie fotografie potłuczonych tabliczek
z inskrypcjami – pismem linearnym B – faksymilowanymi na dole. Niektóre kawałki miały tylko jedną
literę.
– Spodoba mu się – stwierdziłem.
– Tak, też tak myślę – przyznał Francis. – To najnudniejsza książka, jaką udało mi się znaleźć.
Pomyślałem, że mu ją podrzucę po kolacji.
– Może pojadę z tobą – podsunąłem.
Francis przypalił papierosa.
– Możesz, jeśli chcesz. Ale nie będę wchodził. Zostawię mu ją pod drzwiami.
– A, to dobrze – powiedziałem, odczuwając dziwną ulgę.
Całą niedzielę, od dziesiątej rano, spędziłem w gabinecie doktora Rolanda. Około jedenastej w nocy
zdałem sobie sprawę, że tego dnia nic nie zjadłem, nic oprócz kawy i kilku krakersów z Biura Spraw
Studenckich, zabrałem więc swoje rzeczy, zamknąłem gabinet na klucz i zszedłem na dół sprawdzić, czy
bar Rathskeller jest jeszcze otwarty.
Był. W Rat, oferującym głównie śmieciowe jedzenie, stało kilka flipperów oraz szafa grająca,
i chociaż nie można tam było kupić prawdziwych drinków, za zaledwie sześćdziesiąt centów dostawało
się plastikowy kubeczek rozwodnionego piwa.
Tego wieczoru w barze było głośno i bardzo tłoczno. To miejsce działało mi na nerwy. Dla ludzi
takich jak Jud i Frank, którzy przesiadywali tam od chwili, gdy otwierały się drzwi, stanowiło centrum
wszechświata. Siedzieli tam też i teraz, pośrodku stołu otoczonego tłumkiem swoich wielbicieli
i klakierów, całkowicie pochłonięci jakąś grą, która najwyraźniej polegała na próbach dźgnięcia jeden
drugiego w rękę kawałkiem potłuczonego szkła.
Przepchnąłem się do lady i zamówiłem kawałek pizzy i piwo. Czekając, aż pizza wyjdzie z mikrofali,
zauważyłem Charlesa siedzącego samotnie na końcu baru.
Przywitałem go, a on odwrócił się do mnie. Był pijany; wskazywała na to pozycja, w jakiej siedział,
nie jak ktoś w stanie upojenia alkoholowego per se, ale jakby jakaś inna osoba – ospała, ponura –
wniknęła w jego ciało.
– O – powiedział. – Super. To ty.
Zastanawiałem się, co on robi w tym okropnym miejscu, sam, popijając kiepskie piwo, gdy u siebie
ma barek wypełniony najlepszymi trunkami, jakie można sobie wymarzyć.
Powiedział coś, czego nie dosłyszałem w panującym gwarze i przy grającej muzyce.
– Co? – zapytałem, pochylając się bliżej.
– Pytałem, czy nie pożyczyłbyś mi trochę kasy.
– Ile?
Odliczył coś na palcach.
– Pięć dolarów.
Dałem mu je. Nie był tak pijany, żeby przyjąć je bez powtarzanych przeprosin i obietnic szybkiego
zwrotu.
– Miałem iść do banku w piątek – tłumaczył się.
– W porządku.
– Nie, naprawdę. – Ostrożnie wyjął z kieszeni pomięty czek. – Babcia mi przysłała. Mogę go
spokojnie spieniężyć w poniedziałek.
– Nie ma o czym mówić – uciąłem. – Co ty tu robisz?
– Miałem ochotę wyjść.
– Gdzie Camilla?
– Nie wiem.
Nie był aż tak pijany – jeszcze – żeby nie móc wrócić samodzielnie do domu; ale Rat zamykano
dopiero za dwie godziny, a mnie nie podobał się pomysł, żeby został tam sam. Od pogrzebu Bunny’ego
kilka osób – w tym sekretarka z Wydziału Nauk Społecznych – próbowało wydobyć ode mnie jakieś
informacje. Traktowałem ich jak powietrze, sztuczka, której nauczyłem się od Henry’ego
(nieodgadniony wyraz twarzy, bezlitosne spojrzenie, zmuszenie zażenowanego intruza do wycofania
się); była to niemal stuprocentowo niezawodna taktyka, lecz stawienie czoła tym ludziom na trzeźwo to
jedno, a po alkoholu to coś zupełnie innego. Nie byłem pijany, ale też nie miałem ochoty siedzieć
w barze, aż Charles łaskawie zgodzi się wyjść. Wiedziałem, że każda próba wyciągnięcia go stamtąd
spowoduje tylko, że zaprze się jeszcze mocniej; na rauszu zwykle wstępował w niego duch przekory
i zawsze chciał robić coś dokładnie odwrotnego niż to, co mu się proponowało.
– Czy Camilla wie, że tu jesteś? – spytałem.
Pochylił się i oparł dłonią o blat, żeby się ustabilizować.
– Co?
Znów zadałem mu pytanie, tym razem głośniej. Spochmurniał na twarzy.
– Nic jej do tego – odpysknął i wrócił do piwa.
Pojawiło się moje zamówienie. Zapłaciłem i zwróciłem się do Charlesa:
– Przepraszam cię, zaraz wracam.
Toaleta znajdowała się w zatęchłym, cuchnącym korytarzu biegnącym prostopadle do baru.
Przeszedłem, niewidoczny dla Charlesa, do automatu telefonicznego na ścianie. Korzystała z niego jakaś
dziewczyna rozmawiająca po niemiecku. Czekałem całe wieki i już miałem odejść, gdy wreszcie się
rozłączyła. Sięgnąłem do kieszeni po ćwierćdolarówkę i wybrałem numer do bliźniąt.
Bliźnięta zachowywały się inaczej niż Henry; jeśli były w domu, zwykle odbierały telefon. Ale tym
razem nikt nie odbierał. Wybrałem numer raz jeszcze i zerknąłem na zegarek. Jedenasta dwadzieścia. Nie
miałem pojęcia, gdzie się podziewa Camilla o tej porze, chyba że właśnie szła tutaj po niego.
Odwiesiłem słuchawkę. Moneta zabrzęczała, wpadając do komory ze zwrotami. Schowałem ją do
kieszeni i wróciłem do baru, do Charlesa. Przez moment myślałem, że się gdzieś przeniósł, ale po chwili
uzmysłowiłem sobie, że go nie widzę, bo go tam nie ma. Dopił resztę piwa i wyszedł.
Hampden nagle się zazieleniło niczym rajski ogród. Większość kwiatów zmarzła pod śniegiem, nie licząc
tych późnych, między innymi kapryfolium i bzu, ale drzewa zagęściły się jeszcze bardziej, jak się
zdawało, głębokie i ciemne, i tak obsypane liśćmi, że ścieżka prowadząca przez las do północnego
Hampden nagle zrobiła się bardzo wąska i zieleń napierała z obu stron, zasłaniając słońce na wilgotnej,
rojącej się od robaków dróżce.
W poniedziałek zjawiłem się w Audytorium nieco wcześniej, zastając w gabinecie Morrowa otwarte
okna i Henry’ego układającego peonie w białym wazonie. Wyglądał, jakby schudł pięć lub siedem kilo,
niewiele jak na kogoś postury Henry’ego, ale mimo wszystko dostrzegłem szczupłość twarzy, a także
nadgarstków i rąk; ale to nie to, zaszła w nim jeszcze jakaś inna, nieokreślona zmiana, odkąd widziałem
go po raz ostatni.
Rozmawiali z Morrowem – żartobliwą, ironiczną, precyzyjną łaciną – niczym para księży
sprzątających zakrystię przed mszą. W powietrzu unosił się mocny, ciemny aromat parzonej herbaty.
Henry podniósł wzrok.
– Salve, amice – pozdrowił mnie i w jego sztywnych rysach, zwykle tak stężałych i chłodnych,
zadrgało subtelne ożywienie. – Valesne? Quid est rei?
– Dobrze wyglądasz – powiedziałem i rzeczywiście tak było.
Przechylił głowę lekko na bok. Jego oczy, które w chorobie były mroczne i rozszerzone, teraz
jaśniały najczystszym błękitem.
– Benigne dicis – rzekł. – Czuję się dużo lepiej.
Sprzątając ze stołu ostatnie bułki i dżem – zjedli z Henrym razem śniadanie, całkiem obfite z tego, co
zauważyłem – Morrow roześmiał się i powiedział coś, czego nie dosłyszałem, to była pewnie jakaś
horacjańska sentencja o tym, że na smutki dobre jest mięso. Ucieszyłem się, że stał się na powrót swoim
dawnym, pogodnym i spokojnym sobą. Morrow miał do Bunny’ego niewytłumaczalną wręcz słabość,
ale silne emocje były mu wstrętne i demonstracja uczuć, całkiem normalna w dzisiejszym świecie, jemu
wydawałaby się ekshibicjonistyczna i lekko szokująca: byłem całkiem pewien, że ta śmierć poruszyła go
bardziej, niż dawał po sobie poznać. Podejrzewam jednak, że pogodna, sokratejska obojętność Morrowa
wobec spraw życia i śmierci nie pozwalała mu się dłużej smucić z jakiegokolwiek powodu.
Przybył Francis, a potem Camilla; Charles się nie zjawił, prawdopodobnie wciąż leżał skacowany
w łóżku. Usiedliśmy przy dużym, okrąg​łym stole.
– A teraz – rzekł Morrow, gdy zrobiło się cicho – mam nadzieję, że wszyscy jesteśmy gotowi
zostawić za sobą świat materialny i zająć się rzeczami wzniosłymi.
W tym czasie odkryta niedawno swoboda sprawiała mi ogromną przyjemność. Teraz, gdy wszystko
wskazywało na to, że jesteśmy bezpieczni, czułem się, jakby z mojego umysłu ulotniła się wielka
ciemność. Świat był dla mnie świeżym i cudownym miejscem, zielonym, rześkim i całkowicie nowym,
a ja oglądałem go zupełnie innym okiem.
Odbywałem mnóstwo długich, samotnych spacerów przez północne Hampden aż do rzeki. Lubiłem
zwłaszcza wizyty w małym wiejskim sklepiku w północnym Hampden (którego wiekowi właściciele,
matka i syn, byli ponoć inspiracją dla znanej i często cytowanej w różnych antologiach powieści grozy
z lat pięćdziesiątych), gdzie kupowałem butelkę wina i przechodziłem nad rzekę, żeby ją tam wysączyć,
a potem wałęsałem się na rauszu przez resztę każdego z tych cudownych, złocistych, rozświetlonych dni
– zbijałem bąki, chociaż miałem zaległości w nauce, wisiały nade mną prace do napisania i zbliżały się
egzaminy, ale wciąż byłem młody; trawa była zielona, powietrze ciężkie od brzęczenia pszczół, a ja
właśnie cofnąłem się znad krawędzi samej śmierci, ku słońcu i powietrzu. Teraz byłem wolny; a moje
życie, które wcześniej wydawało mi się stracone, rozciągało się przede mną nieopisanie cenne i cudowne.
Podczas jednej z tych popołudniowych wędrówek przechodziłem obok domu Henry’ego
i zauważyłem, że skopuje właśnie grządkę w ogródku. Miał na sobie ogrodniczy strój – stare spodnie,
koszulę z podwiniętymi za łokcie rękawami – a w taczce czekały sadzonki pomidorów i ogórka,
truskawki, słonecznik i pelargonie. Trzy lub cztery różane krzewy ze związanymi korzeniami w workach
stały podparte o ogrodzenie.
Otworzyłem sobie boczną furtkę i wszedłem. Byłem nieźle wstawiony.
– Hej – zawołałem – hej, hej, hej.
Znieruchomiał i wsparł się na łopacie. Grzbiet jego nosa różowił się lekko od słońca.
– Co robisz? – spytałem.
– Wykopuję sałatę.
Zapadła długa cisza, w czasie której zauważyłem paprocie przywiezione z lasu tamtego popołudnia,
kiedy zabiliśmy Bunny’ego. Pamiętam, że nazywał je zanokcicami; Camilla stwierdziła, że nazwa ta
brzmi nieco diabolicznie. Posadził je po zacienionej stronie domu, niedaleko piwnicy, gdzie rozrosły się
w chłodzie ciemne i pierzaste.
Zatoczyłem się trochę do tyłu i przytrzymałem słupka.
– Zostajesz tu na lato? – spytałem.
Przyjrzał mi się uważnie i wytarł ręce o spodnie.
– Tak sądzę – odrzekł. – A ty?
– Nie wiem – powiedziałem.
Nikomu o tym nie wspomniałem, ale poprzedniego dnia w Biurze Spraw Studenckich
odpowiedziałem na ofertę pracy, która polegała na opiekowaniu się mieszkaniem na Brooklynie pod
nieobecność właściciela, profesora historii wybierającego się na lato do Anglii. Wydawało się, że to
idealna fucha – zakwaterowanie za friko, fajna część Brooklynu i żadnych obowiązków oprócz
podlewania kwiatów i wyprowadzania dwóch boston terierów, które nie mogły pojechać do Anglii ze
względu na kwarantannę. Moje doświadczenia z Leo i jego mandolinami nauczyły mnie ostrożności, ale
pracownica biura zapewniła mnie, że nie, tym razem będzie inaczej, i pokazała mi plik listów od
zadowolonych studentów, którzy wcześniej wykonywali tę samą pracę. Nigdy nie byłem na Brooklynie
i nic o nim nie wiedziałem, lecz spodobała mi się myśl o zamieszkaniu w mieście – jakimkolwiek,
zwłaszcza obcym – spodobała mi się myśl o ruchu ulicznym i tłumach, pracy w księgarni, kelnerowaniu
w kawiarni, kto wie, w jak dziwną i samotną egzystencję mógłbym się wślizgnąć? Zjadane w pojedynkę
posiłki, wieczorne spacery z psami; i nikt by nie wiedział, kim jestem.
Henry wciąż mi się przyglądał. Poprawił okulary na nosie.
– Wiesz – rzekł – jest trochę za wcześnie na picie.
Roześmiałem się. Wiedziałem, co sobie myśli: najpierw Charles, teraz ja.
– Czuję się znakomicie – oznajmiłem.
– Tak?
– Oczywiście.
Wrócił do swojej pracy, napierając stopą przyobleczoną w getry koloru khaki na łopatę, żeby zatopić
ją w ziemi. Szelki tworzyły na jego plecach czarne X.
– No to pomóż mi z tą sałatą – poprosił. – W szopie jest jeszcze jeden szpadel.
Późno w nocy – o drugiej – do moich drzwi zadudniła gospodyni akademika i wrzasnęła, że jest do
mnie telefon. Zaspany narzuciłem na siebie szlafrok i powlokłem się na dół do aparatu.
Dzwonił Francis.
– Czego chcesz? – spytałem.
– Richard, ja mam zawał.
Jednym okiem zerknąłem na gospodynię – Veronicę, Valerie, nie pamiętam, jak miała na imię –
która stała przy aparacie ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma, z głową przechyloną na bok
w zatroskanej pozie. Odwróciłem się od niej.
– Nic ci nie jest – powiedziałem do słuchawki. – Idź spać.
– Posłuchaj mnie. – W jego głosie pobrzmiewała panika. – Ja naprawdę mam zawał. Zaraz umrę.
– Nic takiego się nie stanie.
– Mam wszystkie objawy. Ból w lewym ramieniu. Ściskanie w klatce piersiowej. Trudności
z oddychaniem.
– Jak mam ci pomóc?
– Zawieź mnie do szpitala.
– Czemu nie zadzwonisz na pogotowie? – Byłem tak śpiący, że oczy same mi się zamykały.
– Bo się boję karetek – wyjaśnił Francis, ale nie usłyszałem reszty, niespodziewanie bowiem wtrąciła
się Veronica, która na słowo „pogotowie” nadstawiła uszu.
– Jeśli potrzebna jest pomoc medyczna, ci goście w budce ochrony umieją robić sztuczne
oddychanie – poinformowała z przejęciem. – Mają dyżur od północy do szóstej. Mogą też podwieźć
furgonetką do szpitala. Jak chcesz, to…
– Nie trzeba – przerwałem jej. W słuchawce Francis gorączkowo powtarzał moje imię.
– Jestem, jestem – powiedziałem.
– Richard? – Jego głos był słaby i zachrypnięty. – Z kim ty rozmawiasz? Co się dzieje?
– Nic. A teraz mnie posłuchaj…
– Kto wspominał o pomocy medycznej?
– Nikt. Teraz posłuchaj. Słuchaj – rozkazałem, gdy próbował mnie zagadać. – Uspokój się. Powiedz
mi, co się dzieje.
– Chcę, żebyś przyszedł. Czuję się fatalnie. Ojej, serce przestało mi bić na chwilę. Ja…
– Czy to ma związek z narkotykami? – spytała konfidencjonalnym tonem Veronica.
– Słuchaj – zwróciłem się do niej – mogłabyś się zamknąć, bo nie słyszę, co do mnie mówi.
– Richard? – jęknął Francis. – Przyjdziesz po mnie? Proszę cię.
Zapadło krótkie milczenie.
– No dobrze – zgodziłem się – daj mi kilka minut. – I odwiesiłem słuchawkę.
Zastałem Francisa leżącego w łóżku, ubranego oprócz butów.
– Sprawdź mi tętno – poprosił.
Spełniłem jego życzenie. Puls był szybki i mocny. Francis leżał omdlały, trzepocząc powiekami.
– Jak myślisz, co mi jest? – spytał.
– Nie wiem – rzekłem. Był trochę zarumieniony, ale tak naprawdę nie wyglądał źle. Możliwe
jednak, choć wiedziałem, że szaleństwem byłoby teraz o tym wspominać, że się czymś zatruł albo ma
zapalenie wyrostka czy coś takiego.
– Nie sądzisz, że powinienem pojechać do szpitala?
– Sam mi powiedz.
Leżał przez chwilę, nic nie mówiąc.
– Bo ja wiem? Myślę, że powinienem – stwierdził w końcu.
– No dobrze. Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej. No, już. Wstawaj.
Rzekoma choroba nie przeszkodziła mu w paleniu papierosów przez całą drogę do szpitala.
Skręciliśmy z podjazdu i podjechaliśmy pod szerokie, rozświetlone wejście z napisem „Izba Przyjęć”.
Zatrzymałem samochód. Siedzieliśmy przez chwilę w środku.
– Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? – spytałem.
Spojrzał na mnie ze zdumieniem i pogardą.
– Uważasz, że ja udaję? – wycedził.
– Nie, skąd – odparłem zaskoczony; i szczerze mówiąc, myśl ta nie przyszła mi do głowy. – Po
prostu zadałem ci pytanie.
Wysiadł i trzasnął drzwiami.
Musieliśmy odczekać jakieś pół godziny. Francis wypełnił formularz i siedział ze skwaszoną miną,
przeglądając stare numery „Smithsoniana”. Ale gdy pielęgniarka w końcu go wywołała, nie wstał.
– Teraz ty – podpowiedziałem.
Wciąż nie ruszał się z miejsca.
– No, idź – popędzałem go.
Nie odpowiadał. Rozglądał się tylko dość błędnym wzrokiem.
– Wiesz co – powiedział wreszcie. – Rozmyśliłem się.
– Co?
– Mówię, że się rozmyśliłem. Chcę do domu.
Pielęgniarka stała w drzwiach, z zainteresowaniem przysłuchując się tej wymianie zdań.
– To jakiś bezsens – zwróciłem się do niego poirytowany. – Czekałeś tyle czasu.
– Rozmyśliłem się.
– No przecież sam chciałeś tu przyjechać.
Wiedziałem, że tym argumentem go zawstydzę. Rozdrażniony, unikając mojego spojrzenia,
zatrzasnął czasopismo i przemaszerował przez podwójne drzwi, nie obejrzawszy się za siebie.
Jakieś dziesięć minut później do poczekalni wychylił się lekarz w szpitalnej bluzie, który sprawiał
wrażenie wycieńczonego. Byłem tam jedyną osobą.
– Witam – rzucił lakonicznie. – Jest pan z panem Abernathym?
– Tak.
– Mógłby pan tu wstąpić na chwilkę?
Wstałem i poszedłem za nim. Francis siedział na skraju leżanki, w pełni ubrany, zgięty prawie wpół,
z nieszczęśliwą miną.
– Pan Abernathy nie chce włożyć fartucha – wyjaśnił lekarz. – I nie pozwala pielęgniarce pobrać
krwi. Nie wiem, jak mamy go zbadać, jeśli nie będzie współpracować.
Zapadło milczenie. W gabinecie było bardzo jasno. Poczułem się potwornie zażenowany.
Lekarz podszedł do umywalki i zaczął myć ręce.
– Panowie dzisiaj coś zażywali? – spytał od niechcenia.
Poczułem, jak robię się czerwony na twarzy.
– Nie – odrzekłem.
– Trochę kokainy? Może speed?
– Nie.
– Jeśli pański kolega tutaj coś brał, bardzo by nam pomogło, gdybyś​my wiedzieli co.
– Francis – zwróciłem się do niego słabowicie, ale uciszyło mnie jego nienawistne spojrzenie: et tu,
Brute.
– Jak śmiesz? – warknął. – Niczego nie brałem. Doskonale o tym wiesz.
– Proszę się uspokoić – rzekł lekarz. – Nikt pana o nic nie oskarża. Ale chyba się pan zgodzi, że
pańskie dzisiejsze zachowanie jest nieco irracjonalne, prawda?
– Nie – oznajmił Francis po pełnej zmieszania pauzie.
Lekarz opłukał ręce i wytarł je w ręcznik.
– Nie? – powtórzył. – Zjawia się pan tu w środku nocy, twierdząc, że ma zawał, a potem nie
pozwala się nikomu do siebie zbliżyć? Jak mam według pana ustalić, co panu dolega?
Francis nie odpowiadał. Oddychał ciężko. Wzrok miał spuszczony, a twarz jasnoróżową.
– Nie umiem czytać w myślach – dodał lekarz. – Ale doświadczenie mi podpowiada, że jeśli ktoś
w pańskim wieku twierdzi, że ma zawał, to może być jedna z dwóch rzeczy.
– Co? – odezwałem się w końcu.
– Cóż. Albo zatrucie amfetaminą.
– To nie to – rzucił ze złością Francis, podnosząc wzrok.
– No dobrze, dobrze. W takim razie zespół lęku napadowego.
– Co to takiego? – spytałem, starając się nie patrzeć w stronę Francisa.
– Nagły przypływ paniki. Palpitacje serca. Drżenie i pocenie się. Może przebiegać dość ostro. Ludzie
często myślą wtedy, że umierają.
Francis się nie odzywał.
– A więc? – dopytywał się lekarz. – Myśli pan, że to może być coś takiego?
– Nie wiem – rzekł Francis po kolejnej pełnej zmieszania pauzie.
Lekarz oparł się o umywalkę.
– Często pan miewa takie napady? – spytał. – Bez żadnego określonego powodu?
Gdy wyszliśmy ze szpitala, było już piętnaście po trzeciej. Francis zapalił na parkingu papierosa. W lewej
dłoni międlił karteczkę, na której lekarz zapisał mu nazwisko psychiatry z Hampden.
– Jesteś zły? – spytał, kiedy znaleźliśmy się w samochodzie.
Już drugi raz zadał mi to pytanie.
– Nie – odpowiedziałem.
– Wiem, że jesteś.
Ulice były oświetlone jak we śnie, ani żywej duszy. Z opuszczonym dachem minęliśmy pogrążone
w ciemności domy i skręciliśmy na kryty most. Opony łomotały na drewnianych deskach.
– Proszę cię, nie złość się na mnie – mówił Francis.
Zignorowałem go.
– Wybierasz się do tego psychiatry? – spytałem.
– Nic by to nie pomogło. Wiem, co nie daje mi spokoju.
Nic nie mówiłem. Gdy wypłynęło słowo „psychiatra”, zaniepokoiłem się nie na żarty. Nie miałem
zbyt dobrej opinii o psychiatrii, ale kto wie, co wyszkolone oko może dostrzec w teście osobowości,
śnie, a nawet zwykłym przejęzyczeniu?
– W dzieciństwie przechodziłem psychoanalizę – poinformował Francis. Wydawało się, że z trudem
powstrzymuje łzy. – Miałem może jedenaście, dwanaście lat. Matka dostała wtedy bzika na punkcie jogi,
zabrała mnie ze starej szkoły w Bostonie i wyekspediowała do tego strasznego ośrodka w Szwajcarii.
Instytutu jakiegoś tam. Wszyscy nosili skarpety do sandałów. Były zajęcia z tańca derwiszów i z kabały.
Gdzie wszyscy z „poziomu białego” – tak nazywali moją klasę, grupę, cokolwiek to było – musieli co
rano wykonywać chińskie ćwiczenia qigong i odbywać cztery godziny terapii według Reicha. Ja
musiałem mieć sześć.
– Jak się poddaje psychoanalizie dwunastolatka?
– Mnóstwo skojarzeń słownych. Poza tym dziwne gry, w które miałeś się bawić z wykorzystaniem
anatomicznie realistycznych lalek. Przyłapali mnie i parę małych Francuzek, jak próbowaliśmy się
ulotnić z ośrodka, byliśmy na wpół zagłodzeni, wiesz, żywność makrobiotyczna, chcieliśmy się tylko
dostać do bureau de tabac i kupić sobie jakieś batoniki, ale oczywiście upierali się, że to jakiś incydent
o podłożu seksualnym. Nie żeby mieli coś przeciwko takim rzeczom, ale lubili, kiedy im się o tym
opowiadało, a ja byłem zbyt zielony, żeby spełnić ich prośbę. Dziewczyny wiedziały więcej o tych
sprawach i wymyśliły jakąś niegrzeczną francuską historyjkę, chcąc zadowolić psychiatrę – trójkąt
w stogu siana, nie wyobrażasz sobie, jak zaburzony im się wydawałem, tłumiąc coś takiego. Chociaż
powiedziałbym im wszystko, gdybym sądził, że dzięki temu odeślą mnie do domu. – Roześmiał się bez
wesołości. – Boże. Pamiętam, jak dyrektor tego ośrodka zapytał mnie raz, z jaką fikcyjną postacią
utożsamiam się najbardziej, a ja wypaliłem, że z Davym Balfourem z Porwanego za młodu.
Dojeżdżaliśmy do skrętu. Nagle w strumieniu reflektorów na drodze wyrosło duże zwierzę.
Wdepnąłem hamulec. Przez krótką chwilę wpatrywałem się przez szybę w parę rozjarzonych oczu. Po
czym, w ułamku sekundy, zwierzę dało susa w bok.
Siedzieliśmy przez jakiś czas wstrząśnięci.
– Co to było? – spytał Francis.
– Nie wiem. Może sarna.
– To nie była sarna.
– No to pies.
– Wyglądał mi na jakiegoś kota.
Właściwie ja też odniosłem takie wrażenie.
– Ale koty są mniejsze – wskazałem.
– Może to była puma albo coś takiego.
– Tutaj ich nie ma.
– Kiedyś były. Nazywano je „górskimi kotami”. Jak ulica Catamount w Hampden – Ulica Górskich
Kotów.
Nocny wiatr był chłodny. Gdzieś zaszczekał pies. Na tej drodze nocą nie było dużego ruchu.
Wrzuciłem bieg.
Francis poprosił mnie, żebym nikomu o naszej wycieczce do szpitalnej izby przyjęć nie wspominał, ale
w niedzielę wieczorem u bliźniąt wypiłem trochę za dużo i skończyło się na tym, że w kuchni po kolacji
wypaplałem wszystko Charlesowi.
Okazał współczucie. Sam tego wieczoru nie wylewał za kołnierz, ale nie wypił tyle co ja. Miał na
sobie stary garnitur z marszczonej bawełny, który trochę na nim wisiał – Charles też schudł – i stary
wystrzępiony krawat od Sulki.
– Biedny François – rzekł. – Jest nieźle trzepnięty. I co, wybiera się do tego psychiatry?
– Nie wiem.
Wytrząsnął papierosa z paczki lucky strike’ów, którą Henry zostawił na blacie.
– Na twoim miejscu – powiedział, stukając papierosem o wewnętrzną stronę nadgarstka i wyciągając
szyję, żeby się upewnić, czy w holu nikogo nie ma – na twoim miejscu poradziłbym mu, żeby nie
wspominał o tym Henry’emu.
Czekałem, aż doda coś jeszcze. Przypalił papierosa i wypuścił z ust chmurę dymu.
– No bo wiesz, ja sam tankuję więcej, niż powinienem – kontynuował ściszonym głosem. –
Przyznaję się bez bicia. Ale Jezu, to ja musiałem gadać z glinami, nie on. To ja mam na głowie Marion,
na litość boską. Wydzwania do mnie prawie codziennie. Niech sam spróbuje z nią przez chwilę
porozmawiać, to zobaczymy, jak się poczuje… Nawet gdybym miał ochotę obalać butelkę whisky
dziennie, nie rozumiem, co on ma do tego. Powiedziałem mu, że to nie jego sprawa, i też nie jego
sprawa, co ty robisz.
– Ja?
Rzucił mi skonsternowane, dziecięce spojrzenie. I roześmiał się.
– A więc nie słyszałeś? – spytał. – Teraz chodzi też o ciebie. Że za dużo pijesz. W środku dnia
wałęsasz się nawalony po okolicy. Staczasz się po równi pochyłej ku ruinie.
Byłem zaskoczony. Znów się roześmiał, widząc moją minę, ale potem usłyszeliśmy kroki i brzęk
lodu w szklance – nadchodził Francis. Wsunął głowę przez drzwi i zaczął o czymś wesoło trajkotać, więc
po kilku minutach zabraliśmy drinki i udaliśmy się za nim z powrotem do salonu.
To był przyjemny wieczór, szczęśliwy wieczór; zapalone lampy, błysk szklanek, deszcz dudniący mocno
w dach. Na zewnątrz czubki drzew kołysały się gwałtownie z pienistym świstem wody sodowej
musującej w szklance. Okna były otwarte i przez zasłony wpadał do środka wilgotny, chłodny wiatr,
cudownie świeży i przyjemny.
Henry był w doskonałym nastroju. Odprężony, rozparty w fotelu z wyciągniętymi przed sobą
nogami, był skupiony, wypoczęty, skory do śmiechu i ciętych ripost. Camilla wyglądała czarująco.
Miała na sobie wąską sukienkę bez rękawów w łososiowym kolorze, która odsłaniała parę ślicznych
obojczyków i urocze, delikatne kręgi na karku – cudne rzepki kolan, cudne kostki, cudne gołe nogi
o silnych łydkach. Sukienka podkreślała jej szczupłość, jej nieświadomy i lekko męski wdzięk;
kochałem ją, kochałem ponętny, nerwowy sposób, w jaki mruga powiekami, opowiadając jakąś historię,
albo to (delikatne echo Charlesa), jak trzyma papierosa między knykciami palców z obgryzionymi
paznokciami.
Wyglądało na to, że pogodzili się z Charlesem. Nie rozmawiali ze sobą dużo, ale wydawało się, że
dawna niema nić zażyłości znów jest na swoim miejscu. Jedno przysiadało na podłokietniku krzesła
drugiego i przynosili sobie drinki (osobliwy bliźniaczy rytuał, skomplikowany i wymowny). Chociaż
nie rozumiałem w pełni tych obrządków, generalnie świadczyły o tym, że sprawy mają się dobrze. Jeśli
już, to Camilla sprawiała wrażenie strony pojednawczej, co zdawało się obalać hipotezę o jego winie.
W centrum uwagi znalazło się lustro nad kominkiem, zmatowiałe i stare, w palisandrowej ramie; nic
nadzwyczajnego, kupili je na pchlim targu, ale była to pierwsza rzecz, jaką się zauważało po wejściu do
mieszkania, a teraz jeszcze bardziej rzucała się w oczy, ponieważ tafla była popękana – tworząc
dramatyczny wzór rozchodzący się od środka jak pajęczyna. Historia o tym, jak do tego doszło, była tak
zabawna, że Charles musiał ją opowiedzieć dwa razy, choć najzabawniejsze było odegranie przez niego
całej sytuacji – wiosenne porządki, a on nieszczęśliwy i kichający od unoszącego się kurzu, psika tak
gwałtownie, że spada z drabiny i ląduje na lustrze, które właśnie zostało umyte i leżało na podłodze.
– Nie rozumiem jednego – powiedział Henry. – Jak ci się udało powiesić je z powrotem tak, żeby
nie wypadło szkło?
– To był cud. Teraz już bym go nie tknął. Nie sądzicie, że wygląda rewelacyjnie?
I rzeczywiście, nie można było zaprzeczyć, poplamione ciemne lustro roztrzaskane jak kalejdoskop
i odbijające pokój w stu kawałkach.
Dopiero niedługo przed wyjściem odkryłem, właściwie przez przypadek, w jaki sposób lustro
naprawdę pękło. Stałem przy kominku z ręką spoczywającą na gzymsie, kiedy moje spojrzenie
przypadkiem zawędrowało do paleniska. Kominek nie działał. Był wprawdzie przysłonięty kratką, a w
środku znajdował się ruszt, lecz ułożone na nim polana pokrywała warstwa kurzu. Ale teraz, spoglądając
w dół, zauważyłem coś jeszcze: srebrne iskry, błyszczące odłamki pękniętego lustra wymieszane
z dużymi, charakterystycznymi kawałkami szklanki do koktajli ze złoconym brzegiem, bliźniaczki tej,
którą trzymałem właśnie w ręku. To były ciężkie stare szklanki z dnem grubym na dwa centymetry. Ktoś
cisnął nią dość silnym ramieniem z drugiego końca pokoju, na tyle mocno, że rozbiła się na kawałeczki
i roztrzaskała lustro za moją głową.
Dwa dni później znów obudziło mnie w nocy pukanie do drzwi. Zdezorientowany, w podłym nastroju,
pstryknąłem lampę i mrugając powiekami, sięgnąłem po zegarek. Była trzecia w nocy.
– Kto tam? – zawołałem.
– Henry – nadeszła zaskakująca odpowiedź.
Wpuściłem go, acz niechętnie. Nie usiadł.
– Słuchaj – zaczął – przepraszam, że wyrywam cię ze snu, ale to bardzo ważne. Mam do ciebie
wielką prośbę.
Mówił szybko, rzeczowym tonem, co wzbudziło mój niepokój. Usiadłem na krawędzi łóżka.
– Czy ty mnie słuchasz?
– O co chodzi? – spytałem.
– Jakieś piętnaście minut temu dzwonili do mnie z policji. Charles siedzi w areszcie. Za prowadzenie
samochodu po pijanemu. Chcę, żebyś tam pojechał i wyciągnął go.
Poczułem ciarki na karku.
– Co? – wybąkałem.
– Jechał moim samochodem. Spisali moje dane z naklejki rejestracyjnej. Nie mam pojęcia, w jakim
Charles jest stanie. – Sięgnął do kieszeni i podał mi niezaklejoną kopertę. – Przypuszczam, że
wyciągnięcie go stamtąd będzie kosztować, nie wiem ile.
Otworzyłem kopertę. W środku znajdował się czek in blanco, tylko z podpisem Henry’ego,
i banknot dwudziestodolarowy.
– Wyjaśniłem już policji, że pożyczyłem mu samochód – poinformował Henry. – Jeśli będą mieli co
do tego jakieś wątpliwości, niech do mnie zadzwonią. – Stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz. – Rano
skontaktuję się z prawnikiem. Chcę tylko, żebyś go stamtąd wyciągnął, najszybciej jak się da.
Potrwało chwilę, nim wszystko do mnie dotarło.
– A pieniądze? – odezwałem się w końcu.
– Zapłać im, ile trzeba.
– Mam na myśli tę dwudziestkę.
– Będziesz musiał wziąć taksówkę. Zresztą przyjechałem tu nią. Czeka na dole.
Zapadło długie milczenie. Wciąż jeszcze nie obudziłem się w pełni. Siedziałem na łóżku
w podkoszulce i bokserkach.
Gdy się ubierałem, Henry wyglądał przez okno na ciemną łąkę, z rękami splecionymi za plecami, nie
zważając na pobrzękiwanie wieszaków i moje niezdarne w sennym odurzeniu przetrząsanie szuflad
komody – spokojny, zamyślony, pochłonięty najwyraźniej własnymi abstrakcyjnymi troskami.
Dopiero kiedy Henry wysiadł i jechaliśmy, z dość dużą prędkością, w kierunku ciemnego centrum
miasteczka, zdałem sobie sprawę, jak blade mam pojęcie o sytuacji, w którą się właśnie pakuję. Henry
nic mi nie powiedział. Czy doszło do jakiegoś wypadku? Czy ktoś odniósł obrażenia? Poza tym, jeśli
sprawa jest naprawdę tak ważna – a to był w końcu samochód Henry’ego – dlaczego nie jedzie tam ze
mną?
Nad pustym skrzyżowaniem kiwał się na kablu samotny sygnalizator świetlny.
Areszt w Hampden mieścił się w aneksie budynku sądu. Zresztą jedynym gmachu na placu, który
był o tej porze oświetlony. Poprosiłem kierowcę, żeby zaczekał, i wszedłem do środka.
W dużym, jasnym pomieszczeniu siedziało dwóch policjantów. Zauważyłem mnóstwo segregatorów
i metalowe biurka za przepierzeniami; staromodny automat z chłodzoną wodą; dystrybutor gum do żucia
z reklamą klubu Civitan („Twoja zmiana zmienia wszystko”). Rozpoznałem jednego z funkcjonariuszy –
gościa z rudym wąsem, który brał udział w poszukiwaniach. Obaj zajadali się smażonym kurczakiem,
kupionym pewnie z podgrzewacza w całodobowym sklepie spożywczym, i oglądali talk-show Sally
Jessy Raphael na przenośnym, czarno-białym telewizorku.
– Dobry wieczór – rzuciłem.
Podnieśli wzrok.
– Chciałem się dowiedzieć, czy jest możliwość wyciągnięcia z aresztu kolegi.
Ten z rudym wąsem wytarł usta w papierową serwetkę. Był wysokim trzydziestolatkiem
o przyjemnej powierzchowności.
– Dam sobie głowę uciąć, że chodzi o Charlesa Macaulaya – rzekł.
Powiedział to tak, jak gdyby Charles był jego starym kumplem. Może i był. Charles spędził z nimi
mnóstwo czasu, gdy rozpętała się afera z Bunnym. Mówił, że gliniarze byli dla niego mili. Kupowali mu
kanapki i colę z automatu.
– Ale to nie z tobą gadałem przez telefon – wtrącił się drugi policjant. Był postawny i spokojny,
w wieku około czterdziestu lat, z siwymi włosami i żabimi ustami. – Jesteś właścicielem tego
samochodu?
Przystąpiłem do wyjaśnień. Konsumowali kurczaka i słuchali: wielkie, przyjazne chłopiska,
z dużymi trzydziestkami ósemkami przy pasie. Ściany zaklejone były rządowymi plakatami:
ZAPOBIEGAJ WADOM WRODZONYM, ZATRUDNIAJ WETERANÓW, ZGŁASZAJ
OSZUSTWA POCZTOWE.
– Wiesz, nie możemy ci oddać auta – oznajmił policjant z rudym wąsem. – Pan Winter będzie się
musiał pofatygować osobiście.
– Nie obchodzi mnie samochód. Chcę tylko wyciągnąć z aresztu kolegę.
Ten drugi zerknął na zegarek.
– Dobra – powiedział – no to wróć za jakieś sześć godzin.
Żartował sobie?
– Mam pieniądze – oświadczyłem.
– Nie możemy wyznaczyć kaucji. Zrobi to sędzia, gdy zajmie się sprawą. O dziewiątej rano.
Sędzia? Serce zabiło mi mocniej. Co do licha?
Gliniarze patrzyli na mnie beznamiętnie, jak gdyby chcieli zapytać: „Czy to wszystko?”.
– Mogą mi panowie powiedzieć, co się stało? – poprosiłem.
– Co?
Mój głos brzmiał jakoś płasko i dziwnie.
– Co konkretnie zrobił?
– Na Deep Kill Road zatrzymał go do kontroli policjant stanowy – poinformował siwowłosy.
Wypowiedział te słowa, jak gdyby odczytywał je z kartki. – Oczywiście był pod wpływem alkoholu.
Zgodził się na badanie alkomatem i okazało się, że jest nietrzeźwy. Policjant przywiózł go tutaj, a my
wrzuciliśmy delikwenta na dołek. To była jakaś druga dwadzieścia pięć.
Wciąż nie miałem pełnej jasności, ale za nic nie mogłem sformułować odpowiedniego pytania.
W końcu spytałem:
– Mogę się z nim zobaczyć?
– Nic mu nie jest, synu – rzekł policjant z rudym wąsem. – Możesz się z nim zobaczyć rano.
Same uśmiechy, pełna życzliwość. Nie pozostało do powiedzenia nic więcej. Podziękowałem
i wyszedłem.
Gdy znalazłem się przed budynkiem, taksówka już odjechała. Wciąż miałem piętnaście dolarów
z dwudziestu, które dostałem od Henry’ego, ale wezwanie kolejnej taksówki wiązało się z powrotem na
posterunek, a na to nie miałem ochoty. Przeszedłem się więc wzdłuż Main Street do jej południowego
krańca, gdzie przed barem szybkiej obsługi stała budka telefoniczna. Aparat był popsuty.
Zmęczony tak bardzo, że mało brakowało, a zasnąłbym na stojąco, przeszedłem z powrotem do
placu, minąłem pocztę, sklep żelazny, kino z pustym afiszem nad wejściem: tafle szkła, popękane płyty
chodnikowe, gwiazdy. Na fryzie biblioteki publicznej grasowały płaskorzeźbione górskie koty. Szedłem
dalej, aż sklepy zaczęły się przerzedzać, ulica pociemniała i znalazłem się na szerokim poboczu
autostrady. W końcu dotarłem do dworca autobusowego, smętnego w świetle księżyca, gdzie przed
kilkoma miesiącami po raz pierwszy zetknąłem się z Hampden. Dworzec był zamknięty. Usiadłem na
zewnątrz, na drewnianej ławce pod żółtą żarówką, czekając na otwarcie, żebym mógł skorzystać
z telefonu i napić się kawy.
Pracownik dworca – tłuścioch o martwym spojrzeniu – przyczłapał o szóstej i otworzył drzwi.
Oprócz nas nikogo tam nie było. Udałem się do toalety, umyłem twarz, a potem wypiłem nie jedną,
tylko dwie kawy, które tłuścioch nalał mi niechętnie z dzbanka z płytki grzewczej za ladą.
Słońce już wstało, ale przez zarośnięte brudem szyby trudno było cokolwiek dostrzec. Na ścianach
nieaktualne rozkłady jazdy; w linoleum wdeptane głęboko niedopałki i gumy do żucia. Drzwi budki
telefonicznej pokryte były odciskami palców. Zamknąłem je za sobą i wybrałem numer Henry’ego, po
cichu licząc na to, że nie odbierze, ale ku memu zdziwieniu zrobił to po drugim sygnale.
– Gdzie jesteś? Co się dzieje? – dopytywał się.
Wytłumaczyłem mu, co się stało. Na drugim końcu złowroga cisza.
– Siedział w celi sam? – odezwał się w końcu.
– Nie wiem.
– Był przytomny? To znaczy, czy mógł mówić?
– Nie wiem.
Kolejna długa cisza.
– Słuchaj – powiedziałem. – O dziewiątej staje przed sędzią. Może spotkamy się w sądzie?
Henry przez chwilę nie odpowiadał.
– Najlepiej będzie – rzekł – jeśli ty się tym zajmiesz. Tu wchodzą w grę jeszcze inne względy.
– Jeśli tak, byłbym bardzo wdzięczny, gdybym mógł je poznać.
– Nie złość się – odparł szybko. – Po prostu chodzi o to, że ja miałem już za dużo do czynienia
z policją. Znają mnie, jego zresztą też. Poza tym… – przerwał – obawiam się, że jestem ostatnią osobą,
którą Charles chciałby teraz widzieć.
– Jak to?
– Wczoraj w nocy się pokłóciliśmy. To długa historia – oznajmił, kiedy próbowałem mu przerwać.
– Ale gdy się rozstawaliśmy, był na mnie wściekły. I myślę, że ze wszystkich nas ty w tym momencie
jesteś z nim w najlepszych stosunkach.
– Hmmm – mruknąłem, choć w duchu byłem udobruchany.
– Charles bardzo cię lubi. Wiesz o tym. Poza tym policja nie wie, kim jesteś. Mało prawdopodobne
moim zdaniem, żeby powiązali cię z tamtą sprawą.
– Nie sądzę, żeby to miało w tym momencie jakiekolwiek znaczenie.
– Obawiam się, że ma. Większe, niż ci się wydaje.
Zapadła cisza, w czasie której wyraźnie uzmysłowiłem sobie bezsens wszelkich prób dotarcia do
sedna sprawy w rozmowach z Henrym. Był jak propagandysta, rutynowo zatajając informacje,
ujawniając je tylko wtedy, gdy służy to jego celom.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Teraz nie jest najlepsza pora, żeby o tym rozprawiać.
– Jeśli mam tam pójść, radzę ci, żebyś mi powiedział, o czym mówisz.
Gdy się znowu odezwał, jego głos był trzeszczący i odległy.
– Powiedzmy tylko, że przez jakiś czas sytuacja było dużo bardziej groźna, niż podejrzewałeś.
Charles ostatnio przeżywał ciężkie chwile. To niczyja wina, tak naprawdę, ale musiał wziąć na swoje
barki więcej, niż był w stanie.
Cisza.
– Nie proszę cię o wiele – dodał.
Tylko żebym zrobił to, co mi każesz, pomyślałem, odwieszając słuchawkę.
Sala sądowa znajdowała się przy tym samym korytarzu co cele aresztu i wchodziło się do niej przez
wahadłowe drzwi z szybkami u góry. Wyglądała jak reszta gmachu sądu, jakieś lata pięćdziesiąte,
dziobate płytki linoleum i pożółkła boazeria, która sprawiała wrażenie, jakby wręcz kleiła się od grubej
warstwy miodowego lakieru.
Nie spodziewałem się, że zastanę tam tylu ludzi. Przed ławą sędziego ustawione były dwa stoły, przy
jednym siedziało dwóch policjantów stanowych, przy drugim trzech lub czterech mężczyzn
o nieokreślonej funkcji; protokolantka sądowa ze swoją zabawną miniaturową maszyną do pisania;
jeszcze trzech nieznajomych mężczyzn na miejscach dla publiczności, siedzących w dużych odstępach od
siebie, a także jakaś zabiedzona kobiecina w brązowym płaszczu, która wyglądała, jakby ktoś regularnie
ją maltretował.
Wstaliśmy, gdy wszedł sędzia. Sprawa Charlesa miała być rozpatrzona jako pierwsza.
Przeszedł bezszelestnie przez drzwi jak lunatyk, bez butów, z depczącym mu po piętach strażnikiem
sądowym. Twarz miał niewyraźną, tępo wpatrzoną przed siebie. Oprócz butów zabrali mu pasek
i krawat, przez co wyglądał trochę, jakby był w piżamie.
Sędzia spojrzał na niego z podwyższenia. Był skrzywionym sześćdziesięciolatkiem o cienkich ustach
i obwisłych policzkach posokowca.
– Ma pan adwokata? – spytał z silnym vermonckim akcentem.
– Nie, Wysoki Sądzie – odrzekł Charles.
– Żona albo rodzice są obecni?
– Nie, Wysoki Sądzie.
– Może pan wpłacić kaucję?
– Nie, Wysoki Sądzie – powtórzył Charles. Pocił się i wyglądał na oszołomionego. Wstałem.
Charles mnie nie zauważył, ale sędzia owszem.
– Przyszedł pan wpłacić kaucję za pana Macaulaya? – spytał.
– Tak.
Charles odwrócił się i wytrzeszczył na mnie oczy, otwierając usta, z pustym i nieprzytomnym
wyrazem twarzy dwunastolatka.
– To będzie pięćset dolarów, można wpłacić w okienku na korytarzu po lewej stronie – tłumaczył
sędzia znudzonym, monotonnym głosem. – A pan – zwrócił s