pobierz - Nowy Czas

Komentarze

Transkrypt

pobierz - Nowy Czas
13-20
LONDON
15 maja – 14 czerwca
2012
5 (182)
FREE
ISSN 1752-0339
not
for
sale
Walne zebranie członków Ogniska Polskiego
ma przegłosować 27 maja propozycję sprzedaży
posesji w Kensington (wycenianej na 20 mln
funtów). Klub jest nierentowny. Czy wszyscy
o tym słyszeli? Tymczasem nieoczekiwanie 27
podań członkowskich zostało złożone na ręce
prezesa Andrzeja Morawicza. Czy z prawem
głosu? Powyżej niedoszli członkowie na
pamiątkowym zdjęciu w Ognisku.
»3-5,10-11
2|
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
”
Czas jest zawsze
aktualny
Sławomir Mrożek
[email protected]
24 kwietnia 2012 roku zmarła
Szanowni Państwo
Otrzymany wraz z numerem z 12
kwietnia-14 maja liścik, w którym
znalazły się słowa „ostatnie wydanie”,
w pierwszej chwili zrozumiałam jako
zapowiedź końca „Nowego Czasu”, a
co najmniej jego przesyłek do mnie. Po
namyśle, interpretuję go jako kurtuazyjny gest (przeprosin/usprawiedliwienia)
w odniesieniu do nieregularnego pojawiania się pisma, do czego chyba wszyscy już są przyzwyczajeni.
Byłoby naturalnie pięknie, gdyby
pismo ukazywało się regularnie, i gdyby zdołało sobie zapewnić wsparcie finansowe, także od czytelników
(zgłaszam gotowość staropanieńskiego
grosza), gotowych zapłacić za to, czego
gdzie indziej nie ma.
Ślę dobre życzenia i wyrazy poważania.
tereSa MYśkow
Luxembourg
Imię i Nazwisko........................................................................................
Adres............................................................................................................
........................................................................................................................
Kod pocztowy............................................................................................
Tel.................................................................................................................
Liczba wydań............................................................................................
Prenumerata od numeru....................................................(włącznie)
Prenumeratę
zamówić można na dowolny adres w UK bądź też w krajach Unii.
Aby dokonosć zamówienia należy wypełnić i odesłać formularz
na adres wydawcy wraz z załączonym czekiem lub postal order
Gazeta wysyłana jest w dniu wydania.
Czeki prosimy wystawiać na:
CZAS PUBLISHERS LTD.
63 Kings Grove
London
SE15 2NA
63 King’s Grove, London SE15 2NA
Tel.: 0207 639 8507, [email protected], [email protected]
redaktor naczeLnY: Grzegorz Małkiewicz ([email protected]);
redakcja: Teresa Bazarnik ([email protected]), Jacek Ozaist, Daniel Kowalski
([email protected]); WSPÓŁPRACA REDAKCYJNA: Lidia Aleksandrowicz, Krystyna Cywińska,
Adam Dąbrowski, Włodzimierz Fenrych, Mikołaj Hęciak, Monika S. Jakubowska, Aleksandra Junga,
Andrzej Krauze, Robert Małolepszy, Grażyna Maxwell, Wacław Lewandowski, Michał Opolski, Bartosz
Rutkowski, Sławomir Orwat, Aleksandra Ptasińska, Michał Sędzikowski, Wojciech A. Sobczyński,
Agnieszka Stando
dział Marketingu: tel./fax: 0207 358 8406, mobile: 0779 158 2949
[email protected]
Marcin Rogoziński ([email protected]),
wYdawca: CZAS Publishers Ltd.
© nowyczas
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczanych reklam i ogłoszeń oraz zastrzega
sobie prawo niezamieszczenia ogłoszenia.
PS. Mam nadzieję, że zechcą Państwo
zamieścić poniższą informację,
ponieważ najwyraźniej nie dotarła ona
do tych czytelników, których może dotyczyć i interesować.
W biuletynie dla byłych pracowników BBC, bbc-owski emeryt i były brytyjski lotnik przypomina, że Akcja
HEROES RETURN II, finansowana
przez Big Lottery Fund (tel. 0845
0000121) wobec niespodziewanie niskiego popytu w 2011 roku, została
przedłużona do 31 grudnia 2012.
Akcja HEROES RETURN II
przewiduje pomoc finansową (w wysokości od £150 na wizytę na terenie
Wielkiej Brytanii, £1300 w Europie, po
£5500 na Dalekim Wschodzie dla weteranów II wojny światowej, którzy
wraz małżonkiem/małżonką pragną
odwiedzić teren wojenny, na którym
walczyli. Dotyczy to również wdowców
i wdów po żołnierzach walczących pod
dowództwem brytyjskim. W razie potrzeby przewidziana jest pomoc finansowa na osobę towarzyszącą
(opiekuna).
O dofinansowanie ubiegać się mogą osoby zamieszkałe na trenie Zjednoczonego Królestwa i Wysp Normandzkich oraz w Republice Irlandii. Informacje można otrzymać z Big Lottery
Fund, ale także od weterana, który sam
z tej pomocy skorzystał i pragnie je
udostępnić towarzyszom broni:
Mr TED CACHARET
Chairman
The 49 Squadron Association
4 Cottage Close
Heage, Belper, Derbyshire, DE56 2BS
tel. 01773 853181
email: [email protected]
Polish Hearth
Sir,
Not myself being Polish, but married to
a Polish lady, I am most distressed by
the proposal by Andrzej Morawicz
and the Committee to sell the premises
of the Polish Hearth Club which has
stood as a standard for all free Poles
through the dark ages of German and
Soviet ocupation and is a living
Ś†P
Maria Fenrych
Naszemu współpracownikowi
Włodzimierzowi Fenrychowi
i ich Dzieciom
Justynie, Łukaszowi i Mateuszowi
składamy
głębokie wyrazy współczucia
Redakcja „Nowego Czasu”
monument to the bravest nation in
Europe.
The Club has historic significance
for Poles in the UK far beyond the
pecuniary value of the property.
Having myself been a member since
1986 I have noticed that, whilst being
an important social centre for Poles and
their families, it has never been properly
run as I understand a Club should be.
Mr Andrzej Morawicz has been a
Chairman for all these years in good
times and now in bad (or terminal). He
is an excellent spoksman for the Club
and his speeches are always concise and
relevant. However it is now the opinion
of many if not most people that he has
served his time and should withdraw
the motion for sale and allow a new
Chairman and Committee to take over.
Yours sincerely
Lord BeLhaven
and Stenton
•••
Dear Sirs,
I, who frequented the club for almost 60
years and remember the good old days:
successful theatre productions, Hemar
reviews, balls, various functions, Sunday
lunches, and not forgetting the club in
the basement which was very popular
with the younger generation, – would
grief if the club was lost like all the
others: White Eagle in Knightsbridge,
the Navy Club on the Embankment,
the Air Force Club in Earls Court, and
recently the loss of Fawley Court!
If everything else fails may I suggest
that you adopt similar solution that was
adopted by the Royal Thames Yacht
Club in Knightsbridge some years ago.
The building should be sold to a
developer at a suitably reduced market
value price, with a proviso, that after
total refurbishment by the developer to
mutually approved standard, the club
will be given the basement, ground
floor and possibly the first floor, rent
free “ad infinitum”. The second floor
could be sold or rented as a flat or
office, and the third and fourth floor to
be converted to a luxury apartment
and sold or rented.
All this should be maintained by
external management company and
paid for by the new owners, therefore
relieving the club of any expenses and
responsibilities, except for utility bills,
cost of employing professional club
management and staff, and the day to
day operating costs.
I sincerely hope that you will find a
way for the club to operate and flourish
again, for many years to come, and
after the refurbishment, the club will
attract younger generation of Poles and
admirers of Poland, and not rely on the
loyalty of the older diminishing
wartime generation.
I wish you all the best, and hope
that a suitable solution may be found.
andrzej jaworSki
Right to manifest our faith
Sir,
The atheists believe that God does not
exist. This is their faith. They have a
right to manifest their faith, but not to
curtail the faiths of others. Yet their
secular arm seeks to suppress other
faiths such as Catholic etc and thus
they exercise intolerance and
discrimination. They try to eliminate
it in the workplace, in the public
square, in places of learning and in the
court chambers.
We have a right to manifest our
faith. If we respect the last resting place
of Fr. Jarzebowski and wish to preserve
it, then those who seek to disrespect it
curtail our freedom. I recommend that
one questions them whether they
believe in the devil, arguing that
Christians believe in its existence, and
that they would be more convincing
disproving the devil rather than God.
Should they deny its existence they
become wide open to examples of evil
in the world, eg holocaust, and,
swamped by the evidence, give way.
If all else fails, we point and say: does
not your denial prove my case?
krzYSztof jaStrzęBSki
|3
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
polskilondyn
Ognisko nasze
to więcej
niż klub…
Grzegorz Małkiewicz
… to jest ośrodek polski, w którym jest dobrze
spotkać przyjaciół, powspominać. Niekiedy
wspólnie się smucić i – oby jak najczęściej –
wspólnie się cieszyć. Tak widział rolę Ogniska
Polskiego przy Exhibition Road jeden z byłych
prezesów, książę Eugeniusz Lubomirski de Vaux.
Czasy się zmieniły. Obecny zarząd tego wyjątkowego miejsca w Londynie uważa, że Ognisko
to przede wszystkim kilkanaście milionów funtów
uwięzionych w cegłach i robi wszystko, żeby ten
kapitał uwolnić. A w coraz głośniejszej debacie
środowiskowej cały dorobek kilku pokoleń przestał się liczyć, zastąpiły go odwołania do
przewrotnych paragrafów tak pozmienianego aktu założycielskiego, by sprzedaż była prawnie
możliwa. Obecnych powierników nie obowiązuje
dziś przekonanie księcia Lubomirskiego, co zresztą przy każdej okazji podkreśla prezes Andrzej
Morawicz: – Ognisko to prywatny klub!
Kogo? Prezesa? Słyszy się też taką opinię, że
Ognisko jest klubem oficerskim, a ponieważ oficerów – mimo napływu ogromnej fali Polaków
na Wyspy – nie przybywa, zasoby ludzkie klubu
się kurczą, więc sprzedaż pozostaje jedyną
opcją. Zdaniem włodarzy klubu, powoływanie
się na znacznie większą liczbę Polaków przebywających obecnie w Londynie jest słabym
argumentem, bo – według nich – młodzi się
tym nie interesują. Mają swoje puby – jak mówi
prezes Morawicz. Ale kto z nich (włodarzy) pamięta, że w pamiątkowym wydaniu na 50-lecie
klubu poza wypowiedzią księcia Lubomirskiego
są takie deklaracje:
Ognisko otwarte było dla wszystkich (…).
O Ognisku mówiliśmy z dumą.
Prezydent Ryszard Kaczorowski
Nie wyobrażam sobie Londynu bez Ogniska.
Tadeusz de Virion
pierwszy po 1990 ambasador RP w Londynie
W tym samym okolicznościowym wydaniu
znajdziemy również deklarację ówczesnych
władz: Wydaje się, że majątek Ogniska właśnie
najlepiej służy polskości utrzymując reprezentacyjny polski klub w Londynie... W nowych
warunkach odzyskanej niepodległości Ognisko
ma wszelkie dane ku temu, ażeby w tym przodować, podtrzymując polskie tradycje i kulturę w
swoistej polskiej atmosferze.
Co się zmieniło od roku 1992, że ta ocena misji klubu straciła na ważności? Polska wróciła do
rodziny europejskiej. Na mocy traktatów akcesyjnych setki tysięcy Polaków przyjechało do
Londynu. A klub w tak prestiżowym miejscu zaczął podupadać. Paradoks? Zaniedbanie?
Zaniechanie?
Czy pod okolicznościowymi deklaracjami
ukrywa się drugie dno? Agenda, którą prezes
ujawniał najbardziej zaufanym współpracowni-
kom, dobranym według klucza przydatności w
realizowaniu planu B, czyli sprzedaży posesji
przy Exhibition Road, o czym nie informował
nawet członków klubu?
Trochę hisTorii
Jeszcze w 1939 roku, po klęsce wrześniowej, polskie władze przed ewakuacją z Paryża do
Londynu myślały o stworzeniu w stolicy Zjednoczonego Królestwa klubu oficerskiego. To chyba
stąd bierze się opinia, że Ognisko Polskie jest
klubem oficerskim. Nigdy nie było. Był to kawałek Polski z całym społecznym przekrojem.
Ognisko, klub oficerski? W którym były dwa
stoliki dla oficerów?
Ognisko było zawsze klubem polskim – ani
oficerskim, ani prywatnym. Składki członkowskie
były zawsze niskie, a o zwiększanie liczby klubowiczów nikt się nie troszczył. Z naszego mini
sondażu wynika, że większość rozmówców kiedyś
była na liście członków, nikt jednak nie przypominał im o zaległościach, więc prawdopodobnie
członkostwo wygasło. Kto za to odpowiada?
W normalnych warunkach o wygaśnięciu
członkostwa zainteresowana organizacja bombarduje swoich członków listami, emailami do
znudzenia. Czy tak też działo się w przypadku
Ogniska? Czy zarządowi zależało na tym, by
liczbę członków powiększać? Czy może
obowiązywała zasada: im gorzej, tym lepiej. Bo
uzasadnić sprzedaż miejsca, które świetnie prosperuje, byłoby znacznie trudniej?
Wróćmy jednak do historii. Po wstępnych
ustaleniach odbyła się seria spotkań na najwyższym szczeblu, w których uczestniczył gen.
Sikorski. W końcu lord Halifax, brytyjski minister
spraw zagranicznych, zatwierdza plan, a role rządów przejmują British Council i polski Czerwony
Krzyż. Ognisko zostaje otwarte 16 lipca 1940
roku. Uroczystość swoją obecnością uświetnili:
Duke of Kent, lord Halifax, prezydent
Raczkiewicz i gen. Sikorski.
W krótkim czasie popularność klubu jest tak
duża, że pomieszczenia przy 55 Prince’s Gate są
za małe. Dzięki brytyjskiemu wsparciu Ognisko
przenosi się na Belgrave Square, nr 45. Zbliża
się koniec wojny. Brytyjczycy pomimo zdrady
na arenie międzynarodowej, idą na rękę swojemu byłemu sojusznikowi lokalnie, tu na
Wyspach. Nie ma jednak możliwości na utrzymanie drogiego lokalu przy Belgrave Square.
Ognisko wraca tam, gdzie zainaugurowało swoją działalność – do kamienicy 55 Prince’s Gate
przy Exhibion Road. W nowej sytuacji politycznej, po wycofaniu uznania dla rządu RP na
emigracji, zmieniają się też patroni klubu. Miejsce British Council i polskiego Czerwonego
Krzyża zajmuje nowo powstałe Towarzystwo
Pomocy Polakom. TPP podpisuje w imieniu
klubu umowę wynajmu do 1976 roku.
W historii klubu był to najlepszy okres. Swój
stolik w restauracji miał generał Anders, grywał
tam regularnie w brydża i oczywiście uczestniczył
Piękna dzielnica, reprezentacyjny budynek, tablice pamiątkowe i historyczne już
portrety generałów i znanych
postaci emigracyjnych. Z
Ogniska przez całe lata Polacy
byli dumni, zapraszając tam
swoich brytyjskich znajomych.
we wszystkich uroczystościach. Na pierwszym
piętrze występował kabaret Mariana Hemara. Generał grał w brydża, żona generała
śpiewała u Hemara, a córka jeździła między
piętrami na imponującej wiktoriańskiej poręczy. – Biedne dziecko – westchnął podobno
zatroskany Hemar – ojciec karciarz, a matka
szansonistka.
Sala na pierwszym piętrze kolokwialnie
nazywana jest „teatrem Hemara”. Hemar
powrócił do obiegu kultury w kraju, był i będzie najbardziej znanym wieszczem etosu
niezłomnego emigranta, może więc warto
zrobić wszystko, żeby zachować miejsce, gdzie
ten etos powstawał. To mógłby być największy pomnik tej Emigracji, większy niż w
Arboretum.
Takie myślenie obowiązywało jeszcze w latach 70. Kiedy wygasła dzierżawa, ówczesny
zarząd klubu podjął decyzję kupna posesji
przy 55 Prince’s Gate na własność wieczystą,
a nie była to decyzja łatwa, brakowało pienię-
ciąg dalszy na str. 4
4|
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
polskilondyn
dzy. Pomocną rękę wyciągnął hrabia Jan Badeni, członek
zarządu, pożyczając na zakup budynku brakujące 20 tys.
funtów. Współwaścicielem budynku pozostało Towarzystwo Pomocy Polakom z udziałem 10 proc. i dzierżawą
dwóch pokoi na czwartym piętrze do roku 2026. – Dzięki
wizji ówczesnego zarządu powstał majątek Ogniska – podkreśla autor pamiątkowego wydania. Można tę ocenę
sparafrazować na miarę współczesnych wymogów i standardów. Dzięki wizji obecnego zarządu majątek Ogniska
trafi na otwarty rynek – posesja jest wyceniana na niebagatelne 20 mln funtów
KTo CHCe SPRzeDAć?
Klub z listą stałych członków od początku był miejscem
otwartym, nikt nikogo nie sprawdzał. Można założyć, że w
ciągu ponad 70 lat istnienia Ogniska goście zostawili w klubie więcej pieniędzy niż jego członkowie. Po 70 latach
okazuje się, że członkowie klubu i ich goście, którzy stworzyli to miejsce, są materiałem zarządzanym przez grupę
powierników, która zamiast dbać o interesy członków i
przyszłość klubu chroniąc nasze wspaniałe dziedzictwo,
ostatnie lata wykorzystała na wprowadzenie stosownych
zmian w statucie, gwarantujących jej prawo do zakończenia
działalności i sprzedania posesji przy Exhibition Road bez
ponoszenia żadnej odpowiedzialności prawnej za długoletnie zaniedbania. Scenariusz dobrze już znany i sprawdzony, ostatnio w przypadku sprzedaży Fawley Court.
Jak będzie teraz? Kolejny Fawley Court? Z jedną różnicą, w pierwszym przypadku majątek wypracowany przez
emigrantów przywłaszczyli sobie księża marianie (podobno na zbożny cel). Tym razem kasę podzieli między siebie
ZARZĄD, nawet wtedy, kiedy stworzy fundację. Kto ma
pieniądze, ten rządzi. W nowym statucie są zapisy o funduszach emerytalnych, ewentualnych pensjach etc.
Kto stanie się z dnia na dzień największym autorytetem
emigracji? Mityczny prezes! Koniecznie doświadczony, z
długim stażem. Rekordzistą na tym rynku jest obecny prezes Ogniska Andrzej Morawicz. Konflikt interesu? Nie ma
konfliktu, kiedy chodzi o najlepsze rozwiązanie, a tak uważa Andrzej Morawicz, który jest prezesem Ogniska od
prawie 22 lat i dyrektorem zarządzającej firmy Ognisko
Limited. Nie na tym kończy się jego aktywność zawodowa.
Jest współwłaścicielem firmy księgowej Crystalle Ltd, która
– za opłatą – prowadzi ten bankrutujący interes przy
Exhibition Road. Jej drugi udziałowiec, Lucy Quirke, jest
wiceprezesem Ogniska i wicedyrektorem Ogniska Limited.
Nie na tym koniec. Są też i powiązania z mediami. Nikogo nie powinna dziwić przychylna sprzedaży polityka
„Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza”. Redaktor
naczelny tej najstarszej polskiej gazety na Wyspach, Jarosław Koźmiński, od kilku lat w Wielkiej Brytanii, należy do
zarządu Ogniska Limited i jest jednym z udziałowców.
Niektórzy mówią, że młodym przybyszom z kraju tak
trudno było zostać członkiem tego polskiego klubu. Redaktor „Dziennika” na członka został przyjęty wtedy, kiedy
lista była już w zasadzie zamknięta i szybko trafił do zarządu. Felietonista tej gazety, Jacek Korzeniowski – również
powiernik i udziałowiec Ogniska Limited – nie sprawdził swojej wizytówki, postanowił wyszydzić protestujących
przeciwko sprzedaży. (Nie wiem, kto stoi za tą organizacją
[Save Ognisko – red.], ale czytając tekst zachęcający nas
do podpisania petycji podejrzewam, że nie wyszedł on
spod pióra osoby, która regularnie odwiedza ten szacowny
i stary klub na londyńskim Kensingtonie, bo np. adres
Ogniska podany jest błędnie! – napisał Jacek Korzeniowski. Czy powiernik Ogniska też nie bywa regularnie w tym
„szacownym i starym klubie? Czy tylko osoba złośliwa może dostrzec w tej sytuacji konflikt interesów.
W czasach powojennych obecność Polaków w Knightsbridge, Kensington i Earls Court była tak widoczna, że
konduktorzy czerwonych autobusów informując pasażerów
o przystankach nazywają ten odcinek trasy Polish Corridor. Ostatnim bastionem polskiej obecności w tej części
Londynu jest Ognisko.
Powstają bardzo aktywne grupy protestu. Tym niezwykłym miejscem zainteresował się też rząd polski,
Ambasada RP w Londynie wydała stosowne oświadczenie
(czytaj obok).
Petycję protestującą przeciwko sprzedaży
Ogniska Polskiego można podpisać na:
www.saveognisko.talktalk.net
Lord Parkinson był jednym z najbliższych
współpracowników Margaret Thatcher, w
„ognisku” stoi z tyłu za byłą premier
OŚWIADCZENIE W SPRAWIE
OGNISKA POLSKIEGO
Ambasada RP w Londynie jest żywotnie zainteresowana w znalezieniu
najlepszego rozwiązania problemów Ogniska Polskiego w Londynie.
Pragniemy, aby budynek ten, towarzyszący polskiej emigracji
niepodległościowej od zarania Jej losów w Wielkiej Brytanii, będący
przez dziesięciolecia centrum życia towarzyskiego i intelektualnego
emigracji, pozostał w polskich rękach i mógł w dalszym ciągu służyć
Polsce i Polakom w Wielkiej Brytanii.
Placówka nawiązała kontakt z zarządem Ogniska Polskiego. Z troską
obserwujemy coraz trudniejszą sytuację Ogniska i stan budynku przy
Exhibition Road. Jednak trzeba podkreślić, że o przyszłości Ogniska
Polskiego zdecydują jego władze statutowe. Wyrażamy przekonanie, że
decyzje dotyczące przyszłości siedziby Ogniska Polskiego będą
podejmowane w sposób przemyślany i transparentny.
Kierując się troską o przyszłość tego historycznego obiektu Ambasada
RP zadeklarowała, że gdyby statutowe władze Ogniska uznały, iż
jedynym wyjściem w obecnej trudnej sytuacji będzie sprzedaż
budynku, to jesteśmy gotowi przystąpić do rozmów w sprawie
ewentualnego jego nabycia. To stanowisko zostało przekazane
Zarządowi Ogniska Polskiego pismem z dn. 14 maja br. W przypadku
nabycia nieruchomości przez Skarb Państwa budynek zostałby
przeznaczony na rezydencję Ambasadora RP (choć prowadzone są
zaawansowane prace nad inną lokalizacją rezydencji). Podobnie jak w
przypadku kilku innych polskich placówek zagranicznych w kluczowych
stolicach świata rezydencja mogłaby być wówczas miejscem realizacji
zarówno funkcji reprezentacyjnych jak i przedsięwzięć z zakresu
dyplomacji publicznej i kulturalnej, służąc do organizowania koncertów,
spotkań, konferencji naukowych i innych tego rodzaju wydarzeń.
Pragniemy, aby powyższe rozwiązanie mogli ocenić Polacy mieszkający
w Wielkiej Brytanii.
Należy jednocześnie podkreślić, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych
przy podejmowaniu ostatecznej decyzji kierować się musi zarówno
dobrem publicznym, jak i koniecznością racjonalnego gospodarowania
środkami, na które składają się pieniądze polskiego podatnika.
Barbara Tuge-Erecińska
Ambasador RP w Londynie
27 maja o godz. 14:00, przed Ogniskiem
Polskim (57 Princes Gate, Exhibition Road,
SW7 9PN) odbędzie się wiec protestacyjny!
Revolt at Polish Hearth Club over
plans to sell its home
Members of the Polish Hearth Club in
Kensington are furious that the chairman and
committee have decided to sell the building
without consulting them. Located near the
Science Museum, it is thought to be worth £20
million.
Angry Poles held a meeting at the weekend at
the Kensington studio of Polish-born portrait
painter Basia Hamilton to confront the
chairman and tell him to hand over to a younger
generation.
The Duke of Kent and Lord Parkinson, former
president of the Anglo-Polish Conservative
Society, have written in support of the members.
Cecil Parkinson thanked the chairman Andrzej
Morawicz for his many years in the post and
said the best service he could offer now was to
resign. Following protests, members have been
invited to vote on the proposals on May 27.
Lady Rose Cholmondeley, president of the
Chopin Society, told the meeting this was
embarrassing because they had invited Princess
Alexandra to a concert in aid of the club on that
day.
The club was founded 70 years ago as a
cultural refuge for expat Poles who came to
Britain to fight Hitler and Stalin. At the meeting,
30 young new members signed up to fight the
decision but the chairman told them it takes
time to join the club so they wouldn’t be eligible
to vote.
'OD 1DMXNRFKDęV]HM 0DP\
QD ĤZLHFLH
SU]HV\ãDP
VHUGHF]QH İ\F]HQLD
/\FDPRELOH PD SUH]HQW GOD :DV]\FK 0DP Z 3ROVFH
=UyE 0DPLH QLHVSRG]LDQNč
:\ĤOLM MHM NZLDWND ] NDUWNĈ RUD] EH]SãDWQĈ NDUWĈ 6,0
SRWHP PRİHV] ] QLĈ UR]PDZLDþ GR
PLQXW ]D GDUPR Z VLHFL /\FDPRELOH
6]F]HJyã\ ZZZO\FDPRELOHSOPDPD
6|
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
wielka brytania • świat
Na kolejne
cztery lata
Boris Johnson
Boris Johnson – jedyny konserwatysta, który w obecnych
warunkach potrafi wygrywać. Inwestowanie w samego siebie
przyniosło Borisowi zwycięstwo. niemniej jednak, nie było to
łatwe. Do późnych godzin nocnych, pomimo przedwyborczych
dobrych wyników, sztab wyborczy burmistrza Londynu walczącego o reelekcję z głównym kandydatem, byłym burmistrzem
Kenem Livingstonem, utrzymywany był w niepewności.
Wygrał niewielką różnicą, 62,500 głosów przewagi, co przy
fatalnych wynikach konserwatystów w wyborach lokalnych
poza Londynem przyczyniło się do powstania opinii, że
popularność Johnsona zagroziła pozycji premiera Camerona w
partii. Ponowny wybór, bez specjalnego wspomagania ze strony
partii, o co sam kandydat nie prosił, i – jeśli nie musiał – nie
powoływał się na swoją partię, jest niewątpliwym sukcesem.
Przenoszenie jednak tego sukcesu do wyborów powszechnych
przypomina raczej political fiction i nie ma nic wspólnego z
szansami Johnsona w wyborach powszechnych. Sam nowy-
stary burmistrz nie zachęcał dziennikarzy do takich spekulacji,
podkreślając, że ma przed sobą cztery lata ciężkiej pracy w
ratuszu i nie zawiedzie zaufania londyńczyków.
Pierwszy prawdziwy sprawdzian czeka burmistrza już
niedługo. Wprawdzie formalnie za zorganizowanie olimpiady
odpowiedzialny jest Komitet Olimpijski, to jednak burmistrz jest
gospodarzem, a olimpijski splendor bądź porażki organizacyjne
(przede wszystkim funkcjonowanie komunikacji, sprawy
bezpieczeństwa itp.) zostaną przypisane jemu.
Kolejnym wyzwaniem nowej kadencji będzie przyszłość
komunikacji lotniczej. Boris Johnson przedstawił w czasie
pierwszej kadencji projekt budowy nowego lotniska w delcie
Tamizy. Takiego projektu nie zrealizuje sam burmistrz bez
politycznego i finansowego wsparcia Downing Street, na co w
czasach kryzysu nie może specjalnie liczyć. Z drugiej jednak
strony, jak alarmuje Colin Matthews, dyrektor BAA, właściciela
Heathrow, brak inwestycji w infrastrukturę lotniska doprowadzi
do marginalizacji Londynu na rzecz Frankfurtu, Paryża i
Amsterdamu. Zdaniem Colina Matthews sprawa jest na tyle
pilna, że nie można jej odkładać na lepsze czasy. Boris Johnson
niewiele mówił o swoich rozwiązaniach dotyczących lotnictwa
cywilnego w kampanii wyborczej, ale będzie to największe jego
wyzwanie obecnej kadencji.
Francja
na drodze
zmian?
czasie prezydenckiej debaty z Hollandem rzucił
pod adresem rywala: „Różnimy się tym, że pan
chce ograniczyć liczbę ludzi bogatych, a ja biednych”. Francuskie media jednak tej riposty prawie
nie zauważyły...
Jeśli mimo to na Sarkozy’ego głosowała tak
duża liczba wyborców, co na finiszu kampanii doprowadziło niemal do remisu, znaczy, że
francuscy wyborcy jeszcze bardziej bali się socjalisty Franciszka Hollande’a. Warto zauważyć, że
głosowało na niego o milion Francuzów mniej niż
w 2007 roku na Sarkozy’ego. Porażka Sarkozy’ego to także wynik podziałów wśród
centroprawicy. Po pierwszej turze Hollande uzyskał 28,63 proc., a Sarkozy – 27,18 proc. głosów.
W drugiej Hollande dostał poparcie Frontu Lewicowego i ekologów, Sarkozy’ego nie poparł w
II turze nikt.
Po raz drugi w powojennej
historii Francją będzie
rządził prezydent socjalista.
Bogdan Dobosz
Hollande’a z Mitterrandem łączy nie tylko imię,
polityczny kolor, ale nawet podobny przebieg
kariery (od działalności partyjnej na prowincji
po funkcję sekretarza generalnego). Jednak w
odróżnieniu od Mitterranda, który był politykiem ze starej szkoły, Francoise Hollande wydaje
się bardziej nowoczesny i otwarty na wszelkie
ideologiczne nowinki. Pozostaje pytanie – wygra ideologia czy francuski pragmatyzm?
Mitterrand zaczynał dość ostro, zgodnie z socjalistycznymi dogmatami zabrał się nawet za
nacjonalizację gospodarki. Fatalne skutki tego
typu decyzji szybko jednak skorygowały działania socjalistów i w końcówce rządów Mitterrand
był coraz większym pragmatykiem. Czy podobna droga czeka Hollande’a?
porażka sarkozy’ego
Zacznijmy jednak od pytania – dlaczego przegrał
Sarkozy? Dlaczego Francuzi ocenili cały okres jego rządów negatywnie? Najprostsza odpowiedź
to: czasy kryzysu, przeprowadzenie niepopularnych cięć w wydatkach państwa, obniżenie siły
nabywczej społeczeństwa. W ocenie francuskiego wyborcy życie pod rządami „Sarko” po prostu
się pogorszyło.
Kolejna przyczyna odrzucenia Sarkozy’ego
przez wyborców to sposób przeprowadzania reform. Od dawna wiadomo, że zbyt duża liczba
reform owe reformy zabija, a przy okazji zniechęca społeczeństwo. Zmiany proponowane
przez centroprawicę, choć bardzo ważne, zaledwie dotykały problemów. Starały się kruszyć
pewne etatystyczne przyzwyczajenia tego kraju,
przełamywały utrwalone przez lata schematy
dominacji lewicowego myślenia. Naruszały pozycje związków zawodowych, próbowały
„cywilizować” islam, zmieniały optykę rozdziału Kościoła od państwa. Efekty zmian mogłyby
być widoczne dopiero po pewnym czasie, gdyż
frontalny atak na każdy z tych bastionów francuskiego „republikanizmu” był ze względów
społecznych niemożliwy. Reformy Sarkozy’ego,
który próbował naruszyć fundamenty, nie przyniosły spektakularnych rezultatów, wywoływały
za to głośne protesty lewicy i grup, które na etatyzmie żerują.
Upadek Sarkozy’ego trudno także zrozumieć
bez poruszenia tematu jego osobowości. Ruchliwy, wiecznie gestykulujący, nerwowy, człowiek z
wybujałym ego, ocierał się o impertynencję i bufonadę. Polityczne ADHD nie przysłużyło się do
budowania powagi jego wizerunku, a stawało się
łatwym obiektem krytyki. Dobrym przykładem
jest tu upublicznienie jego życia prywatnego.
Przez lata życie prywatne polityków było nad Se-
Grzegorz Małkiewicz
Co Czeka FranCJę,
europę i polskę?
Francoise Hollande
kwaną tematem tabu (o nieślubnej córce Mitterranda Francuzi usłyszeli dopiero po śmierci
prezydenta). Sarkozy to tabu złamał. Rozwód,
plotki o licznych romansach, później ślub z celebrytką Carlą Bruni i dopuszczenie dziennikarzy
do życia prywatnego wywołały efekt odwrotny od
spodziewanego. Sarkozy w oczach Francuzów naraził się na śmieszność. Zamiast sympatii,
wywoływał kpiny. Nawet urodzenie dziecka przez
Carlę Bruni, choć przyciągnęło pod klinikę tłumy
dziennikarzy, popularności prezydentowi nie dodało. Nowy styl polityczny we Francji po prostu
się nie przyjął...
Lewica dość sprytnie skojarzyła też urzędującego prezydenta z „klasą posiadaczy”. Wypisywano bzdury o fascynacji Sarkozy’ego bogactwem, podkreślano jego związki z milionerami,
zamiłowanie do luksusu. Prezydent „burżujów”
w społeczeństwie, w którym termin égalite pojmowany jest wyjątkowo populistycznie, odstręczał od
siebie całe rzesze. Sarkozy podjął zresztą sprytną
próbę odwrócenia przyprawionej mu gęby i w
Francoise Hollande na razie nie ma większości w
parlamencie. Jednak tylko do czerwca. Jeśli wybory parlamentarne staną się łupem lewicy sytuacja
we Francji całkowicie odwróci się i Hollande będzie mógł realizować wszystkie swoje pomysły.
Na arenie europejskiej duet „Merokzy” zastąpił już duet „Merkolland”. Wydaje się jednak,
że zmian będzie tu niewiele, a górę weźmie właśnie francuski pragmatyzm. Niemal natychmiast
po ogłoszeniu pierwszych wyników Hollande
skontaktował się telefonicznie z Merkel, a w swoją pierwszą zagraniczną podróż wybrał się
właśnie do Berlina. Oś Berlin-Paryż nadal będzie odgrywała w relacjach europejskich główną
rolę. W programie wyborczym Hollande opowiadał się za pewnymi korektami paktu
fiskalnego, Merkel oznajmiła jednak, że nie ma
możliwości renegocjacji paktu fiskalnego i zwróciła się z apelem o dotrzymanie terminu
wycofywania wojsk z Afganistanu.
Na razie wielkich zmian w polityce zagranicznej Francji nie będzie, ale można przewidzieć, że
będzie się to zmieniało. Socjaliści przegrali w
Hiszpanii i Grecji, więc Hollande nie ma specjalnego zaplecza w UE, jego prezydentura może
jednak dodać ruchowi socjalistycznemu w Europie pewnej werwy. Dotyczy to przede wszystkim
niemieckiej SPD, która szykuje się do przyszłorocznych wyborów. Merkel, która otwarcie
wsparła w wyborach prezydenckich Sarkozy’ego,
może spodziewać się, że obecny lokator pałacu
Elysée odpłaci jej tym samym w roku 2013.
W przypadku przegranej Baracka Obamy,
prezydent Hollande będzie zapewne znacznie
mniej proamerykański, niż byłby tu Sarkozy.
Zresztą nawet obecna ekipa rządząca w Waszyngtonie patrzy na socjalistę z pewną obawą. Nic nie
|7
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
wielka brytania • świat
Niepokój w Grecji
W Grecji po niedawnych wyborach nie doszło
do powstania nowego rządu, który miał się
zmierzyć z kryzysem finansowym. Jeszcze przed
wakacjami mają być rozpisane kolejne wybory.
Na skutki polityczno-ekonomiczne pogłębiającego się kryzysu nie trzeba było długo czekać.
Wartość euro spadła na wszystkich giełdach.
Jednocześnie uruchomił się proces wycofywania
kapitału z niepewnych, zdaniem inwestorów,
lokat, niekoniecznie powiązanych z grecką
gospodarką. Wycofywanie gotówki miało też
miejsce na warszawskiej giełdzie.
Jak twierdzą analitycy, bankructwo Grecji
będzie miało poważniejsze konsekwencje dla
światowej gospodarki niż przyczyna kryzysu
bankowego sprzed kilku lat, czyli upadek
komercyjnego banku Lehman Brothers.
– System bankowy w Grecji jest bliski
zapaści – bezradnie oświadczył prezydent
Karolos Papoulias po załamaniu się rozmów
negocjacyjnych prowadzonych w celu
powołania rządu. Ostatnią deską ratunku
prezydenta będzie próba powołania rządu
technokratów, który nazwał government of
personalities.
Z niepokojem grecką sytuację obserwuje
brytyjski kanclerz George Osborn. Załamanie
w strefie euro może przedłużyć obecny kryzys
w Wielkiej Brytanii , tym samym przyczyni się
do zwiększenia krajowego długu. Bank of England myśli już o dodrukowaniu kolejnych
miliardów funtów, zwiększając pokaźną już
kwotę 350 mld. W tej sytuacji politycy Partii
Pracy po raz pierwszy zasugerowali przeprowadzenie referendum na temat obecności
Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej.
Optymistyczne prognozy dla Grecji są coraz
mniej prawdopodobne. Grecja może też pociągnąć za sobą inne kraje strefy euro, takie jak:
Włochy, Francja, Hiszpania, Portugalia czy Irlandia. Polsce tym razem może się nie udać
manewr pozostania poza strefą kryzysu. (gm)
wskazuje też na to, że zmieni się cokolwiek w relacjach z Rosją. W polskich mediach krytykowano
Sarkozy’ego za sprzedaż Rosji okrętów desantowych „Mistrali”. Hollande zrobiłby zapewne to
samo. Każdy prezydent Francji będzie bowiem
wspierał przede wszystkim jej interesy ekonomiczne. Swoją drogą, Hollande nie zapomni także, że
i w Polsce rządząca ekipa nie znalazła czasu, aby
się z nim spotkać...
granci spoza UE dostaną prawo do głosowania w
wyborach lokalnych. Nic dziwnego, że większość
znajdujących się we Francji meczetów wsparła w
wyborach kandydaturę Hollande’a. Na Placu Bastylii, gdzie świętowali wybór jego zwolennicy,
powiewało sporo flag Maroka, Tunezji, Algierii...
Prasę obiegły też zdjęcia wiwatujących na Polach
Elizejskich muzułmanek w nikabach. Wygląda to
na koniec walki z nielegalną emigracją czy wprowadzaniem porządku na przedmieściach wielkich
miast. Wyniki wyborów w miasteczkach zdominowanych przez emigrantów są jednoznaczne.
Zmiany społeczne i światopoglądowe pójdą
zapewne najdalej. Francji grozi wręcz powtórka
„zapateryzmu”, czyli dość fatalne posunięcia w
gospodarce i głębokie reformy ideologiczne. Prezydent-socjalista obiecał już nie tylko związki
partnerskie dla gejów, ale i ich „małżeństwa” wraz
z możliwością adopcji przez takie pary dzieci. Dodajmy do tego jeszcze prawo do eutanazji czy
refundowaną w stu procentach przez państwo
aborcję. Zapowiada się także bój z francuskim
Kościołem.
Walka o dusze Francuzów ma się rozegrać w
oświacie. W kampanii wyborczej Hollande obiecywał nauczycielom sporo. Można dodać, że
lewica od lat stara się wpływać na państwo właśnie
przez szkołę. Jej dominacja jest tak duża, że od lat
na lewicę głosuje ponad 70 proc. pracowników
oświaty. Hollande wesprze więc oświatę państwową. Szkolnictwo prywatne, głównie katolickie,
może natomiast sporo stracić, gdyż prezydent
obiecywał obronę publicznej szkoły laickiej.
Hollande obiecał także zmodyfikowanie porozumień zawartych przez rząd francuski ze Stolicą
Apostolską, które dotyczą uznawania dyplomów
wydawanych przez uczelnie katolickie. W swoim
programie zapowiadał także wymuszenie na szkołach prywatnych wprowadzenia obowiązku
koedukacji. Kierownictwo Szkolnictwa Katolickiego we Francji już wyraziło zaniepokojenie
próbą zamachu na „fundamentalną wolność, jaką jest swoboda nauczania”. Plany dotyczące
katolickiego szkolnictwa to tylko część przedwyborczych zapowiedzi Hollande’a o ścisłym
przestrzeganiu laickości państwa, od której to zasady zgodnie z jego obietnicami – „nie będzie
żadnych wyjątków”.
Wybór Hollande’a był postawieniem przez
Francuzów na zmianę, a właściwie na powrót do
słodkich czasów lekkiego życia i systemu pełnej
opiekuńczości państwa. Czasy się jednak mocno
zmieniły, a państwo od dawna nie jest w stanie
owej „słodkości” zapewnić. Uświadomienie sobie
tej gorzkiej prawdy przez większość Francuzów
pozostaje tylko kwestią czasu...
Co z Gospodarką?
Najwięcej pytań dotyczących nowej prezydentury
wzbudza ekonomiczna sytuacja Francji. Jeśli Hollande chciałby spełnić swoje wyborcze obietnice
to Francji groziłby po prostu krach. Z jednej strony obiecał zredukować zadłużenie budżetu, a z
drugiej jego pomysły na ożywienie popytu oznaczają przecież dalsze zadłużanie. Przypomnijmy,
że Hollande wycofa np. podniesienie wieku emerytalnego do 62 lat i przywróci granicę 60 roku
życia, nie podobało mu się także odejście rządu
od 35-godzinnego tygodnia pracy wymyślonego
jeszcze za rządów poprzedniej ekipy socjalistycznej. Obiecywał „zwiększenie siły nabywczej”
Francuzów m.in. przez podniesienie zasiłków i
płacy minimalnej, zamrożenie na 60 dni cen paliw. W jego planach jest 60 tys. nowych etatów w
oświacie, budowa mieszkań...
Obietnica wprowadzenia 75 proc. podatku
dla milionerów to czysta propaganda, która
żadnej dziury budżetowej nie zapcha i stanowi
ułamek potrzeb. Ta populistyczna obietnica
spowoduje raczej odpływ ludzi bogatych ze
swoimi majątkami do innych krajów, gdzie obciążenia fiskalne są mniejsze. Francja
przeżywała już taki odpływ podatkowy w czasach poprzednich rządów socjalistów... W
dodatku Hollande sam sobie utrudnia zadania,
obiecując np. zamknięcie do 2025 roku 24 z 58
elektrowni atomowych, dzięki którym Francuzi mieli dotąd energię tańszą o ok. 30 proc. w
porównaniu z innymi źródłami. Nawet zakładając, iż po wprowadzeniu się do Pałacu
Elizejskiego górę weźmie pewien pragmatyzm
gospodarczy, to przyszłość francuskiej gospodarki nie rysuje się zbyt różowo.
Co z pewNośCią się uda?
Najbardziej szkodliwa dla Francji, ale też zapewne dla całej UE, będzie działalność ideologiczna
Hollande’a dotycząca sfery przemian społecznych. Jego obietnice w tej materii są jednoznaczne
i, niestety, możliwe do spełnienia bez względu na
sytuację budżetową kraju. Hollande zapewne
szybko zakończy walkę z nielegalną emigracją.
Podczas kampanii obiecywał zamknięcie ośrodków dla nielegalnych emigrantów, wobec których
rozpoczęto procedurę wydalenia z kraju, a emi-
Bogdan Dobosz
PROMY DO
Euro 2012
FRANCJI
DOVER - FRANCJA
AUTO + 4
BILET POWROTNY
OD
29
£
Z A O S ZCZ
ĘDŹ
*
£10
TR O N Y
W DWIE S
KI: 2012
KOD ZNIŻ
*Warunki i obowiązujące zasady można znaleźć na naszej stronie internetowej.
Koszt połączenia wynosi 10p za minutę plus opłaty operatora.
8|
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
fawley court i ognisko to nasze dziedzictwo!!!
FROM
FAWLEY COURT
TO OGNISKO
FAW L E Y C O U RT O L D B OY S
WHO Cares WINS
82 PORTOBELLO ROAD, NOTTING HILL, LONDON W11 2QD
tel. 020 7727 5025 Fax: 020 8896 2043
email: [email protected]
The stench of corruption is unmistakable.
First it’s the Klub Marynarzy-Chelsea
Embankment, then Bialy Orzel- Hyde Park,
Klub Lotnikow- Earls Court, PitsfordNorthampton, Coworth Park –
Sunningdale. Then Lower Bullingham Hereford,and Fawley Court – Henley, (The
battle for the latter’s return to Polonia is
ongoing and raging !). Hundreds of houses
are donated to various shady Polonia
‘Charities and Trust’ foundations. The trick
is the same. Self-servingly usurp the title or
trust deeds, convert the assets into money
and cheat the beneficiaries – Polonia. Well,
enough is enough.
H
On 11 May the “Ognisko 27 Rejtans”
articulated the defiance of thousands in
protest against the heinously proposed sale
of Ognisko. With their white new
membership forms – like Neville
Chamberlain’s infamous “Peace in our
Time” white letter – are their new Ognisko
memberships worth the paper they are
written on?
“This just cannot go on like this”,
complains one reader. ”At this rate, mine
will be THE ONLY POLISH HOUSE
LEFT IN GREAT BRITAIN!”.
By any standards, Friday 11 May 2012, was
the most extraordinary of evenings in the
history of Ognisko, The Polish Heart Club,
at 55 Princes Gate, Exhibition Road,
London, SW7. This historic house, home for
almost seventy two years (since 1940!) first to
exiled Polish Governments and Military,
and later a social and cultural centre par
excellence, has – as with Fawley Court –
been willfully run down and ripened for an
asset stripping sale! But, it appears, this
mischievous little plot involving a disparate
dramatis personae – plotters and rebels – is
well and truly hitting the buffers…
It all started with an innocent soiree at
6.45pm at 62 Stanhope Gardens, SW7, home
and studio of painter and portraitist Barbara
Kaczmarowska-Hamilton. Thanks to her
splendid initiative some ninety determined,
angry Anglo-Poles turned up with a view to
executing a coup d’etat to oust Chairman
Andrzej Morawicz, the controversial, but
indomitable head of Ognisko. In effect the
wholesale resignation was being demanded
not only of Morawicz, but his ineffective
Ognisko Club Committee. How could they
even contemplate, let alone entertain a
proposal to sell Ognisko!? Heinous.
Surrounded by Basia Hamilton’s
distinctive pastels and paintings the
assembled rebels, elegant to a tee, were
fuming, to put it mildly. There was a strong
whiff of cordite in the air. The guest of
honour, Andrzej Morawicz, Ognisko’s
Chairman for near twenty one years (!),
was the last to arrive.
Morawicz was not expecting such a crowd,
all supposedly there to acknowledge those
owever, soon a wonder came to light.
Earlier Morawicz had indicated, but
was now promising, that with an
extra two hundred new members, their
subscription fees coupled to raising funds
would help repair the tired building, and
there would be: ”No need to sell”(!).
”Indeed”, he said. He was glad of Basia
Hamilton’s timely meeting; ”Nie wywołujcie
wilka z lasu” (Let sleeping dogs lie, talk of the
devil – and the devil appears). At last young,
interested Anglo-Poles were taking an interest
in Ognisko, wanted things to work, were
being galvanized, wanted to secure its long
term future. Morawicz, though, was still
being slippery, evasive. Those present were
also adamantly opposed to any sale.
Morawicz reiterated for all to hear; ”Jak
najbardziej przyjmę nowe członkowstwa do
klubu (Ogniska)…” (I will happily accept new
club memberships). This was too good an
opportunity to miss. Malevski suggested why
not start the new membership ball rolling
here and now, (as opposed to the
stonewalling, blackballing Morawicz and his
‘club’ had clearly practiced hitherto).
The cry was unanimous. Where were the
membership forms? At Ognisko, of course.
Let’s go to Ognisko then! Let’s sign up! It was
reminiscent of a scene at the House of
Commons with pockets of lobbying MPs, or
indeed of Poland’s old Sejm. And so everyone
amidst the hustle and bustle excitedly exited
Basia Hamilton’s studio, and made for
Ognisko, 55 Prince Gate, Exhibiton Road.
Andrzej Morawicz, whilst not trussed up,
was ensured a safe journey to Ognisko in a
sleek, but aged Alfa Romeo, with Jolanta
Pelczynska at the wheel, Teresa Potocka,
Bozena Karol, and Malevski.
Outside Ognisko Andrzej Morawicz
helpfully pointed out the repairs needed to
the façade and chimney stacks. Inside the
club, the first port of call was the bar.
Malevski at Morawicz’s request agreed to a
Bruderszaft (drink to friendship) – so there it
was, no longer „panie ten… panie tamten”,
but Andrzej, and Mirek…
Ah! The membership forms. Jolanta
Pelczynska – just in case he might escape –
accompanies Morawicz, and they return with
a batchful of pristine, blank Ognisko Club
membership forms.
Tucked away in all parts of Ognisko’s bar
and restaurant areas, pockets of rebels are busily
filling in their Ognisko Club Membership
forms. All in the hope that they can vote at the
EGM on 27 May against the unacceptable
proposal to sell Ognisko – OUR building !
The forms are signed by Ognisko
Chairman Andrzej Morawicz, and
countersigned by Honorary club member
Basia Hamilton or Arek Marczewski, also
aclub member. The battle lines are drawn.
I know we are going to WIN this one…!
Surrounded by Basia Hamilton’s
distinctive pastels and paintings
the rebels and the guest of
honour, Andrzej Morawicz.
twenty plus years of fine, at times erratic, even
despotic service to Ognisko. He was offered a
glass of wine, and placed centrally on a black
throne of honour by the hostess, Basia
Hamilton. Followed hawkishly by everyone,
his every move, utterance and gesture – as
Chairman of Ognisko – was being seen as his
last. Morawicz however, took things in his
stride, and saw things differently. He was not
going down without a fight.
asia Hamilton warmed to her task. On
behalf of the small throng she sweetly
thanked Morawicz for having steered
Ognisko through both calm and choppy
waters, his splendid twenty one years. To this
Morawicz quickly riposted with precise dates
– not quite yet twenty one years, (clearly he’s
counting). Questions were taken from the
floor. The first was from Lady Rose
Cholmondeley, president of the Chopin
Society. Inexplicably, and to some insultingly,
Morawicz refused Lady Cholmondeley’s plea
to reschedule the Ognisko club’s EGM
(Extraordinary General Meeting), of 27 May,
which was to vote on the sale. Lady
Cholmondeley even accused Morawicz and
his cohorts of carefully engineering the EGM
date which collided not only with the Chopin
concert of that date, meaning many members
of the Chopin Society could not vote, but was
embarrassing as Princess Alexandra was also
specially invited.
B
he mood intensified. Questions
rained down on Morawicz. Philip
Bujak (COE Montessori Schools)
took exception to Morawicz’s inept handling
T
of Ognisko’s commercial arm, and missing
appointments.
Tadeusz Dembinski on behalf of Gessler
restaurants offered generous upfront rent
funds to help steady the club through it
current sticky patch. Various cries from the
gathered, bayed for blood. It was not a
pleasant sight.
Then to ease the tension Basia Zarzycka,
fashion designer, stepped in courteously and
emphatically asking all to let Morawicz have
his say. Sadly, there was more beating about
the bush. In stepped Irena DelmarCzarnecka, the actress, (still running ZASP –
Zwiazek Artystow Scen Polskich – her
husband a onetime Chairman of Ognisko).
Resplendent in black oufit and silver Hermes
scarf, she diplomatically told Morawicz his
time was up, but equally stressed all the good
he had done for Ognisko, but that the
proposal to sell Ognisko was appalling.
Jurek Scibor-Kaminski highlighted the
pitfalls of the proposed Ognisko sale which
was largely prompted by poor husbandry,
and secretive ulterior motives. Running
through this debacle was an ongoing feud
between Mirek Malevski, (Chairman, Fawley
Court Old Boys), and Morawicz. The two
had never met. At one stage Malevski’s
insistence on answers was met with a rebuff
to “Shut up” (!).
Basia Hamilton again took the floor:
”Andrzej, please, it is now time, please
resign with dignity”. In support of this
motion a resignation declaration as Ognisko
Chairman, ready for Morawicz’s signature
was put under his nose. He was having none
of it.
Mirek Malevski, Chairman,
Fawley Court Old Boys, FCOB Ltd
|9
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
czas na wyspie
Miasto Cowes pamięta
Adam Szlongiewicz
Polski niszczyciel ORP „Błyskawica” w sierpniu
1939 roku, kilka dni przed wybuchem II wojny
światowej, opuszcza swój port w Gdyni i udaje
się w kierunku Wysp Brytyjskich. Zbudowany
przez stocznię w Cowes, w 1942 roku wraca
niejako do „domu”, na Isle of Wight.
W nocy z 4 na 5 maja 1942 roku niszczyciel
jest zacumowany w stoczni remontowej. Na
czas remontu okręt musi być rozbrojony,
chociaż kilka dni wcześniej był zaatakowany
przez samoloty Luftwaffe. Spodziewając się
kolejnego ataku kapitan Wojciech Francki,
który wcześniej przeszedł pod rozkazy
brytyjskie, nie podporządkowując się
przepisom, dozbraja okręt i w pełnej gotowości
bojowej salwą z pokładowych dział
kontratakuje nadlatujące samoloty Luftwaffe.
Tym samym zmusza Niemców do zwiększenia
wysokości i pozbawia ich szansy precyzyjnego
niszczenia jednego z ważniejszych portów
brytyjskich. Po odparciu pierwszego ataku w
krótkim czasie dochodzi do drugiego nalotu.
ORP „Błyskawica” bez żadnego wspomagania
walczy w sumie z 160 samolotami
nieprzyjaciela. Lufy dział pokładowych są tak
rozgrzane, że trzeba je chłodzić morską wodą.
Drugi atak odparty, zniszczenia portu i miasta
niewielkie. Podczas zmasowanych ataków ginie
jednak 70 osób. W trakcie nalotu zestrzelone
zostały dwa niemieckie samoloty. Dopiero 20
lipca dowódca brytyjski dziękuje za the good
work done by Commander Francki.
Mieszkańcy Cowes docenili od razu brak
subordynacji kapitana Franckiego i pamiętają do
dziś tę noc, kiedy polski niszczyciel obronił ich
przed najeźdzcą organizując coroczne uroczyste
obchody tej rocznicy.
Konsul Generalny RP w
Londynie Ireneusz Truszkowski i
mieszkający obecnie na wyspie
Wight Otton Hulacki podczas
uroczystości 5 maja w Cowes
W tegorocznych uroczystościach w Cowes
uczestniczyli polscy marynarze. Przybyli na
wyspę Wight na pokładzie okrętu transportowo-minowego ORP „Toruń” z 8. Flotylli Obrony
Wybrzeża. W polskiej delegacji, oprócz załogi
okrętu, obecni byli przedstawiciele dowództwa
Marynarki Wojennej, załoga ORP ,,Błyskawica”
oraz Orkiestra Wojskowa ze Świnoujścia. Okręt
przebywał na redzie portu Cowes od 3 do 8
maja. W tych dniach miały miejsce uroczystości
związane z bohaterska postawą marynarzy z
„Błyskawicy”. W uroczystościach 70-lecia obrony
miasta, wraz z marynarzami, wzięły udział
władze wyspy Wight i miasta Cowes oraz zarząd
i członkowie towarzystwa przyjaciół ORP
Przygotowania
do igrzysk
dr Witold Rybczyński
,,Błyskawica”. Delegacje złożyły kwiaty na
miejskim cmentarzu Kingston, uczestniczyły
w rocznicowych uroczystościach w ratuszu
oraz historycznych punktach miasta i wyspy.
Goście z Polski wzięli udział także w paradzie
miejskiej. Szczególnie atrakcyjne dla
mieszkańców były koncerty w wykonaniu
Orkiestry Wojskowej ze Świnoujścia i
londyńskiego chóru Ave Verum. Podczas
uroczystości upamiętniających ofiary II wojny
światowej w kościele w Cowes, Otton Hulacki,
wiceprezes Towarzystwa Przyjaciół OkrętuMuzeum ORP ,,Błyskawica” odczytał,
skierowany do mieszkańców wyspy Wight, list
Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.
18 kwietnia przedstawiciele Ambasady RP w Londynie zaprosili
media na krótkå konferencję prasową, dotyczącą powołania do
życia Polonijnego Centrum Olimpijskiego. Organizatorzy mają
nadzieję, że Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny, w
Hammersmith, w którym będzie mieściło się centrum, stanie się
miejscem spotkań Polonii i Polaków, zwłaszcza tych sciągających
do Londynu na tegoroczne Igrzyska Olimpijskie.
Przedstawiciele mediów licznie przybyli na spotkanie z dr Witoldem Rybczyńskim z Polskiego Komitetu Olimpijskiego. W czasie ponad godzinnego spotkania przedstawiony został dość
szczegółowy plan organizowanych równolegle do igrzysk wydarzeń. Cały program obfituje w imprezy promujące nasz kraj i
kulturę, a większość z nich będzie odbywała się właśnie w POSKu. Oprócz spotkań ze sportowcami, aktorami i politykami Centrum oferuje wiele konkursów, wystaw i koncertów. Organizowane
jest także Światowe Forum Polonijne, które będzie otwarte przez
prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Organizatorzy obiecali, że na czas święta sportu poszarzały i posępny na co dzień
gmach POSK-u będzie zapraszał swoim nowym wyglądem.
To tylko nieliczne z atrakcji, które zapewni nam Centrum.
Miejmy więc nadzieję, że medale naszym olimpijczykom będą
sypały się gęsto, niczym manna z nieba, bo wtedy świętowaniu nie będzie końca. A swoją drogą dobrze będzie zobaczyć nowe oblicze poskowego gmachu – pytanie tylko, czy niczego nie spodziewający się stali
bywalcy trafią tam, gdzie powinni...
Tekst i zdjęcie:
Monika S. Jakubowska
10|
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
nowy czas
felietony opinie
[email protected]
0207 639 8507
63 King’s Grove
London SE15 2NA
Skóra na niedźwiedziu
2012
Za młodu nie byłam
bywalczynią Ogniska
przy Exhibition Road.
Nie stać mnie było. Za
drogo. Zbyt eksluzywnie.
Zbyt salonowo. Zbyt
straczo towarzysko.
Jak dojrzałam, zaczęlam
bywać. Kiedy byłam w
kwiecie wieku, stać mnie
już było na taki luksus,
jak kolacja w Ognisku.
Albo na sobotni obiad.
W pięknym hallu, pod
pięknym żyrandolem, pod
kilimem z szablami na
ścianie, był kiosk pani
Rudzkiej.
– Kicia jej było – twierdzi znajomy
weteran. Ale wtedy co druga piękna
przekwitająca pani nazywała się Kicią, Lolą czy Dzidzią. W ogniskowym kiosku kupowało się koniecznie
patriotyczne bibeloty, patriotyczne
książki, patriotyczne pisma. O innych mowy nawet być nie mogło. Po
zakupach w kiosku, w patriotycznym
natchnieniu, wchodziło się na przekąskę do baru. Przy barze, z kieliszkami, kiwali się przeważnie ci sami
gracze w brydża czy rozgrywacze
politycznych misji emigracyjnych.
Piękne panie za barem, nalewały,
dolewały, podawały to śledzika, to
nóżki w galarecie. I czuł się człowiek jak w ojczyźnie. Jak w warszawskiej restauracji u Lardellego –
mawiano. A ja, będąc już, jak rzekłam, w kwiecie wieku, lustrowałam
krytycznie starszyznę. Nieco już
przekwitłe panie, i dobrze już podstarzałych panów. A na pięknych
ścianach Ogniska przybywało portretów jego bywalców, i fotografii aktorów ogniskowej estrady. Siedziby
głównie chyba Mariana Hemara.
Z baru wchodziło się do eleganckiej restauracji, gdzie do wytwornie
nakrytych stołów, podawały arystokratki albo co najmniej panie z towarzystwa. Prym tam wiodła wytworna
i zawsze elegancka generałowa Regulska. Po prawej stronie od wejścia
był dwór generała Andersa. On, w
otoczeniu kawaleryjskiej szarży. Nic
niżej rotmistrza. Serce człowiekowi
raźniej biło na ten zawadiacki widok
w stanie spoczynku.
Nadstawiałam ucha, o czym to
rozprawiają. Ale dziś już nie pamiętam o czym. Pewnie o metodach
zbawienia kochanej ojczyzny. Jęczącej – jak mawaino –w okowach komuny. PRL, to nie Polska,
powszechnie uważano. Polska była
na pewno w ścianach Ogniska. Z
generałem i jego sztabem za stołem.
Po drugiej stronie od wejścia, na lewo była siedziba sów dziennikarskich. Dam dzienikarskich nie
wspominam, bo ich było wtedy zaledwie dwie. Stefania Kossowska i
Helena Heinsdorf. Pisywała na stronie kobiecej jako Hestia. Prezydował
przy tym stoliku wybitny pisarz i fellietonista Zygmunt Nowakowski,
Dużych rozmiarów, barczysty z wyglądu i siarczysty w mowie. Patrzył
już wtedy niczym cyklop jednym
okiem oprawnym w lupę. Lustrował
wchodzących i wychodzących z tym
samym krytycznym uśmiechem. W
soboty w południe, kiedy wszyscy
zajęci już byli spożywaniem i gadaniem, wkraczała na salę piękna Irena Delmar z mężem lub eskortą. I
wszystkie oczy od zupy czy klopsa
na talerzu przenosiły się na nią. Jej
kapelusze, stroje, biżuteria, gesty niczym na estradzie. A tu szmer komentarzy i brzęk talerzy czasem
tłuczonych z podniecenia. Ukłony,
pozdrowienia, zachwyty i krytyki.
Wszyscy się w tym Ognisku znali.
Z czasem, jak stare i łyse konie. I
wszystkim tam było przyjaźnie i swojsko. I było się czym pochwalić, wystrojem i kuchnią przed znajomymi
Anglikami czy przyjezdnymi z Polski.
Przepraszam weteranów – przyjezdnymi z PRL-u, że się poprawię.
Z czasem język się zmienił. Nazewnictwo zmieniło. Kraj zaczęło się
odwiedzać. Przez Ognisko przelewały się fale, a czasem potoki nowych
przybyszów. Opozycjonistów politycznych i szukających tu lepszego
życia. Wtapiali się łatwiej i trudniej w
emigracyjny grunt. Wsiąkali powoli
w tę naszą specyficzną atmosferę. I
stawali się bywalcami Ogniska.
Jeśli ktoś nie napisał historii tej
naszej pięknej siedziby, niech się śpieszy. Bo jak słyszę i czytam, jak
wszystko inne – i Ognisko jest na
sprzedaż. Dwa tygodnie temu po
dłuższej niebytności wchodzę tam. I
co widzę już od progu? Prawie tendencyjne zaniedbanie. Brudne dywany, brudne schody, brudnawe ściany.
I kurzem pokryty wielki żyrandol.
Kupił go wiele lat temu dla Ogniska
Felek Laski, żeby rozświetlał to ognisko polskością. By nigdy nie zgasło.
Felek był finansistą, filantropem, pasjonatem Ogniska. Natknęłam się
niechcący na prezesa Ogniska, pana
Andrzeja Morawicza. Zawsze mi
przypomina wiatrak mielący kiepską
mąkę. Macha rękami, zalewa je potokiem słów. Pytam go, dlaczego tu
tak brudno? No i przede wszystkim
dlaczego ten piękny żyrandol taki zakurzony. I słyszę butną odpowiedź
prezesa. – Bo Felek Laski nie zostawił pieniędzy na czyszczenie żyrandola. Oniemiałam. Ze zdumienia, że
kogoś stać na aż taką arogancję. Felek Laski już dawno nie żyje.
Opodal, tu urodzony, przedstawiciel młodszej generacji pyta prezesa,
co będzie z Ogniskiem. – Czy ta
scheda po naszych ojcach będzie
sprzedana? W odpowiedzi zostaje
niemal siłą wyrzucony za drzwi. Ktoś
mówi, że prezes Morawicz niejednego członka lub gościa z Ogniska wyrzucał lub usuwał, dla ścisłości.
I słyszę głośne ubolewanie, że na
dochód z ewentualnej sprzedaży tej
naszej schedy już czekają ci i owi. Nazwisk ani organizacji , które się wymienia, nie wymienię dla
przyzwoitości. Czyli już się dzieli i
ćwiartuje Ognisko niczym skórę na
niedźwiedziu. Nie wierzę żadnym argumentom, jakie słyszałam i czytałam, o potrzebie sprzedaży Ogniska.
Nie wierzę ani jednemu słowu prezesa. Powinien odejść i spuścić z pewnego siebie tonu. Wierzę, że Ognisko
znajdzie odpowiednich, zawodowo
do tego przygotowanych ludzi, którzy
je ocalą od niepamięci.
Skończ Waść z rozrabianiem, wstydu nam oszczędź!
Patriota. Ten tutaj. Nie tam…
Zostałem ostatnio zapytany o to, czy jestem
patriotą. Pytanie zabrzmiało dziwnie z ust Polaka.
W 1992 roku popełniłem największy błąd w życiu.
Dałem się przekonać na wyjazd do Ameryki.
Wtedy, by z Polski polecieć do Stanów, trzeba było
mieć niezłe dochody i solidne zaproszenie, by dostać
wizę. Owszem, pracowałem w gazecie, pisałem, ale
zarabiałem grosze. Miałem co prawda zaproszenie
od znajomych w Kalifornii, ale wtedy każdy miał
zaproszenie. Zresztą nie w tym rzecz. Problem
polegał na tym, że wizę dostałem i poleciałem. I po
Kalifornii szwendałem się przez prawie miesiąc. I w
tym właśnie cały jest ambaras.
Dzisiaj, z perspektywy czasu uważam, że
wówczas jechać nie powinienem. Nie tylko do
Ameryki, ale również do tych wszystkich innych
krajów na czterech kontynentach, które udało mi się
odwiedzić w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Co
więcej, powinienem siedzieć na tyłku – jak na
prawdziwego Polaka przystało – i z kraju nad Wisłą
nie wyjeżdżać, i to nigdzie, nawet na chwilę. Bo po
co, skoro Polska to taki piękny kraj?
Niestety, zawsze robiłem rzeczy po swojemu,
wierząc, że tylko w ten sposób jestem w stanie
opanować to całe bogactwo, jakie świat ma do
zaoferowania. I jeździłem po świecie jak wariat,
zachwycając się niemal wszystkim.
Wyjeżdżając na wakacje do Ameryki (i innych
krajów) naraziłem mój patriotyzm na prawdziwy
test. Okazało się bowiem, że są miejsca na świecie
bardziej normalne, w których żyje się lepiej,
przyjemniej, by nie powiedzieć bezstresowo, bo stres
taki czy inny jest zawsze.
Gdy oglądam dzisiaj wiadomości z Polski,
zaczynam się zastanawiać nad tym, czy tam
ktokolwiek kogokolwiek jeszcze lubi. W polityce
wszyscy się wyzywają i oskarżają. Jak nie komuniści,
to Żydzi, jak nie PiS-owcy, to PO-wcy, jak nie tacy,
to owacy. Nie lepiej jest nawet, kiedy ogląda się
programy, które w założeniu mają bawić. Tam albo
jest się „za grubym”, albo „się nie nadajesz”, albo
„nie przechodzisz dalej”, albo „przegrałeś”. Same
negatywy. Zawsze jest coś źle, nie tak. Zawsze
można lepiej. Jeszcze gorzej jest w sporcie. Już
prawie połowa Polaków deklaruje, że ma w nosie
polskie Euro 2012, bo przecież i tak za dużo
kosztuje. Ktoś już nawet wyliczył, ile dopłacą Polacy
do każdego biletu. A ci, którzy do Polski przyjadą
oglądać mecze, to sami chuligani i pijacy, i na
prawdziwej Polsce się nie poznają, bo przecież to ich
wcale nie interesuje, tylko sport. No i pewnie piwo.
I nikt nie pyta już, jaka tak naprawdę jest ta
prawdziwa Polska. Co w niej takiego, że coraz
więcej tam nienawiści, a nie społecznej jedności.
Stajemy się narodem coraz bardziej podzielonym,
zamkniętym w swoim małym ogródku, w którym
zajmujemy się już coraz to większymi drobiazgami,
którymi nikt na świecie nie zawraca sobie głowy.
Na pytanie o mój patriotyzm nie potrafię
odpowiedzieć. Bo o ile nadal czuję się Polakiem, to
coraz bardziej się tego wstydzę, coraz częściej
przyłapuję się na tym, iż tak naprawdę to nie
umiałbym już tam żyć. Ale czy można być Polakiem
tysiące kilometrów od Polski? Pewnie można.
I pewnie trzeba, tylko że już zupełnie inaczej, bez
przymykania oczu na tę ponurą obyczajowość, która
jakimś dziwnym cudem nie chce Polski opuścić.
Może, ale to tylko nadzieja, może jest tak, że
moja niezgoda na to polskie zdziczenie jest właśnie
moją odpowiedzią na to, jak być patriotą tutaj, a nie
tam. Chciałbym w to wierzyć. I dożyć kiedyś
czasów, kiedy będę mógł przyznać, że i tam zrobiło
się normalnie.
V. Valdi
nowyczas.co.uk
|11
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
felietony i opinie
Na czasie
KOMENTARZ ANDRZEJA KRAUZEGO
Grzegorz Małkiewicz
I znowu w polskim Londynie pojawiła się znana
emigracyjna mantra: – Brak zainteresowania naszym
dorobkiem, my mieliśmy inne wartości. Ogniskiem
Polskim nikt się nie interesował, nie pytał, nie troszczył.
Nikt z tej masowej, zarobkowej emigracji – lamentuje
prezes i jego dwór. Ale też nikt, łącznie z prezesem, nie
zapraszał do rozmów i współpracy.
W skali moralnej kodeksu Boziewicza,
młoda emigracja zachowała się nienagannie, czekając na inicjatywę starszego, doświadczonego pokolenia, nazywanego w skrócie niepodległościowym. Grupy te wykopały rów tak szeroki, że wyciągnięta obecnie ręka po
obu stronach ginie we mgle. Czy jest
jeszcze szansa na kompromisowe rozwiązanie? Myślę, że jest, pod warunkiem że zrozumiemy, co jest nie tyle
do wygrania, ale do przegrania.
Ale do tego potrzebna jest skala
wartości, którą emigracja niepodległościowa (samym już swoim istnieniem)
broniła do 1989 roku, a które, niestety, wyszły już z mody.
W tym przypadku chodzi przede
wszystkim o dziedzictwo. Nie trzeba
zaglądać do słownika – każdy chyba
poprawnie odpowie, co to takiego to
narodowe dziedzictwo. Zbyt długo
Polacy walczyli o jego zachowanie, o
przekazanie go następnym pokoleniom. A jednak coraz częściej można
odnieść wrażenie, że chociaż mówimy tym samym językiem, używamy
tych samych słów, to albo słowa pozostają puste, albo nabierają innych
zupełnie znaczeń.
Dziedzictwo ustępuje potrzebom
bieżącym, bywa, że staje się politycznym frazesem, albo sprowadza się do
konieczności sprzedania „rodzinnego
srebra”.
Czy rzeczywiście jedynym wyjściem jest sprzedanie tej reprezentacyjnej posesji wolnych Polaków? Nawet
wtedy, kiedy nabywcą będzie polski
rząd – bo też jest i taki plan, potwierdzony przez ambasador RP w Londynie panią Barbarę Tuge-Erecińską.
Ambasada nie cierpi z powodu braku
reprezentacyjnych pomieszczeń, a i te
nie są chyba w pełni wykorzystywane.
W pospolitym już prawie ruszeniu
wokół Ogniska Polskiego nie chodzi
tylko o zachowanie tego miejsca w
polskich rękach, ale o zachowanie jego klubowego charakteru z całą bogatą historią Emigracji. Znajdujemy
pieniądze na budowę pomników (i
bardzo dobrze, bo są one też potrzebne), a nie potrafimy utrzymać
tego miejsca? Ognisko powinno być
żywym miejscem dla wszystkich Polaków, nawet nie prestiżowym klubem, czy – tym bardziej – prestiżową
rezydencją polskiego ambasadora.
Przyszłość Ogniska to oczywiście temat wiodący wszystkich spotkań i rozmów polskiego Londynu. Efektem tych
rozmów jest wyjątkowe poruszenie na
forach internetowych. Paradoksalnie,
spora grupa Polaków, nawet mieszkających w Londynie, dowiaduje się dopiero teraz o istnieniu tego ośrodka. Nie
muszę chyba dodawać, że również o jego historii. Czy fakt ten nie świadczy o
świadomym wygaszaniu działalności
Ogniska przez działaczy odpowiedzialnych za jego przyszłość? A może ostatni zarząd Ogniska uważa, że jego
przyszłością jest koniec? I w ciągu ostatnich 20 lat robił wszystko, żeby do tego
końca łagodnie doprowadzić. Ogłosić
zgon, ale oszczędzić agonii. Jeśli to robił na zlecenie członków, zadanie wykonał, chociaż metodą kontrowersyjną.
Jeśli jednak zrobił to samowolnie, bez
konsultacji z członkami, powinien ponieść wszystkie statutowe konsekwencje, łącznie z dymisją. Może właśnie
głosowanie nad votum nieufności wobec zarządu powinno być tematem zebrania członków Ogniska w dniu 27
maja, a nie jego sprzedaż.
Klubowiczu, Twój głos się liczy!
Spisane będą czyny i rozmowy, a losy
Kartaginy mnie nie interesują.
kronika absurdu
Grecki prezydent Karolos Papoulias myśli o powołaniu
rządu celebrytów. Celebryci są zwykle zamożni i nie
muszą się martwić o dochody. Z pewnością też swoje
oszczędności przenieśli już w bezpieczne miejsce. Może
tym samym wiedzą najlepiej, jak zarządzać kapitałem
i unikać bankructwa. Druga ważna zaleta takiego
manewru – ich popularność i zaufanie, jakim są darzeni.
Celebrycie nikt nie zazdrości zamożności. Sami ją
osiągnęli. Nie są przedmiotem zazdrości, a pożądania.
Baron de Kret
Wacław Lewandowski
Flirt i pieniądze
Rzadko mam okazję pochwalić
polskie sądownictwo, ale tym razem
pochwała się należy. Za zdrowy rozsądek, chociażby. Oto bowiem sąd
pierwszej instancji nie dał wiary wyjaśnieniom byłej posłanki Beaty Sawickiej, oskarżonej o korupcję i skazał ją na trzy lata więzienia.
Sawicka, mało znana ze swej parlamentarnej aktywności, stała się
gwiazdą mediów tuż przed przegranymi przez PiS wyborami parlamentarnymi. Postawiona w stan oskarżenia, zwołała konferencję prasową,
podczas której roniła przed kamerami krokodyle łzy i pokrzykiwała, że
stała się ofiarą prowokacji politycznej.
Twierdziła, że ówczesny szef CBA
Mariusz Kamiński, wraz z ówczesnym ministrem i prokuratorem generalnym Zbigniewem Ziobrą zastawili na nią sidła, uknuli misterny plan,
którego głównym wykonawcą był niejaki agent „Tomek”, zręczny przystojniak, który rozkochał w sobie niczego
nie podejrzewającą posłankę PO, a
rozkochawszy, nakłonił ją do działań
korupcyjnych.
Platforma Obywatelska niby to
bezpośrednio Sawickiej nie broniła,
jednakowoż wszczęła szum medialny na temat metod Ziobry i Kamińskiego, twierdząc że zamiast ścigać
przestępców, nakłaniają oni uczciwych acz naiwnych ludzi do dokonywania przestępstw. Zaczęło się
mówienie i pisanie o „przekroczeniu uprawnień”, ba, nawet o „państwie policyjnym”, które to duet
Ziobro-Kamiński miał nam pod patronatem Jarosława Kaczyńskiego
fundować.
Wkrótce potem Platforma odniosła sukces wyborczy, w czym niewątpliwie miały swój procentowy
udział publicznie eksponowane łzy
Sawickiej. Ona sama startować w
wyścigu o mandat już nie mogła,
ale oświadczyła, że czeka na proces,
bo przed sądem oczyści się z zarzutów i dowiedzie własnej niewinności, jak i tego, że stała się ofiarą
politycznego spisku.
Nowy rząd wyrzucił Kamińskiego z CBA, wszczęto też prokuratorskie śledztwa przeciwko niemu i
Ziobrze, ciągając obu po prokuraturach w różnych, odpowiednio odległych miejscach kraju, w celu „składania wyjaśnień”. Śledztwa te żadnych nieprawidłowości w działaniu
obu panów nie wykazały, w końcu
prokuratura musiała je umorzyć.
Niczego też nie przyniosło sejmowe śledztwo tzw. komisji do spraw
nacisków, co ogłosił Andrzej Czuma,
tracąc zaufanie Platformy i jej szefa
oraz ministerialny stołek. Zastanawia
w tej sprawie siła oddziaływania
propagandy PO. Oto nagle pół Polski uwierzyło, że agent „Tomek” flirtował z Sawicką, wzniecając w niej
burzę uczuć, by potem nakłonić ją
do przestępstwa. Wszyscy jednak słyszeli z operacyjnych nagrań, że to nie
„Tomek” nakłaniał, lecz Sawicka żądała łapówki, bez żenady wyznając,
że potrzebuje forsy na kampanię wyborczą.
Interesujące, co wierzący w wersję
Sawickiej (i Platformy) sądzili o uczuciowości posłanki? Bo jakże to, kobieta się zakochuje, ulegając czarowi
podstawionego fircyka i ten stan zakochania sprawia, że zamiast o słoneczku, ptaszkach i kwiatkach myśli i
mówi: „dajcie mi kasę”?! Przedziwna
to, zaiste, uczuciowość, niezwykle –
by tak rzec – praktyczna.
A jednak – „ludzie to kupili”,
przynajmniej większość ludzi! Wobec
tego sądowi, który „nie kupił”, należy się szczególna pochwała i szacunek. Miejmy nadzieję, że sąd drugiej
instancji będzie równie niewrażliwy
na łzy i opowieści o „uczuciowym
wykorzystaniu” naiwnej kobiety. I
nie chodzi tu o to, bym pałał żądzą
ujrzenia Sawickiej za kratami. Rzecz
w tym, że jak się okazuje ostatnio,
korupcja w Polsce kwitnie, a kres
rządów PiS najwyraźniej odczytano
jako przyzwolenie na korupcyjne
praktyki. W takiej sytuacji każdy sygnał woli i możliwości karania za korupcję płynący z sądu uznać należy
za niezwykle cenny i społecznie potrzebny.
12|
LADY KITCH
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
ludzie i miejsca
– Kicz? Jaki kicz? To ręcznie robione rzeczy,
prawdziwe cudeńka, jedynie w swoim rodzaju –
poprawia mnie Ania.
Roman Waldca
Ania pracuje w tej samej firmie, co ja. Dużym domu
towarowym w centrum Londynu. Średnia klasa brytyjskiego społeczeństwa nie wyobraża sobie robienia
zakupów gdzie indziej, a dla nas jest to po prostu miejsce, gdzie pracujemy. Praca nie jest łatwa, jak to w
handlu: soboty, niedziele, bank holidays i inne święta –
pracujemy non stop. Jeśli nie od wczesnych godzin porannych, to do późnego wieczora. I tak bez końca.
O tym, że Ania chce robić coś swojego, wiedziałem
od dawna. Opowiadała bez końca o swoich planach. I
z takim zacięciem, że zaczynałem jej tej pasji po prostu
zazdrościć. Wiedziałem, że jest poważna i mówi całkiem serio, że w końcu dopnie swego.
Któregoś dnia zadzwoniła i powiedziała szefowej, że
nie może tak dużo pracować, że chce mniej godzin. Zaczęły jednak nękać ją pytania: Boże, jak ja sobie teraz
poradzę, co ja zrobiłam? Uświadomiła sobie, że nie
będzie łatwo. A ja zazdrościłem jej odwagi. Nic dziwnego, że prędzej czy później ludzie decydują, że odchodzą. Częściej jednak zostają, bo czasy trudne i o
pracę już nie tak łatwo, jak kiedyś.
– Zaczynam nowy kontrakt w przyszłym tygodniu
– oznajmiła mi przez telefon. Coś jednak było nie tak.
Nie ten sam głos. Gdzie podział się jej szalony entuzjazm, którym tak łatwo zjednywała sobie ludzi? – Czy
ja robię coś głupiego? – pytała.
Ania Nikipirowicz mieszka w Londynie od 1994 roku. – Gdy tu przyjechałam – opowiada – miałam zaledwie szesnaście lat, nie mówiłam po angielsku, nie
miałam tutaj znajomych. Przyleciała do matki, która
wtedy tutaj mieszkała. Od razu jej się spodobało, choć
nie było łatwo. Na początku lat dziewięćdziesiątych nie
było w Londynie tylu Polaków co teraz, głównie starsza emigracja, która do nowych przybyszy z Polski nastawiona była dosyć sceptycznie. – Było bardzo ciężko,
bardzo – przyznaje i wspomina, jak chodziła do polskiej szkoły sobotniej tylko po to, by nawiązać jakieś
kontakty, poznać ludzi, z kimś się spotykać od czasu do
czasu. – Nie lubiłam tej szkoły, czułam
się dziwnie. Tam uczono głównie języka
polskiego tych, którzy po polsku nie mówili, bo urodzili się tutaj – dodaje. A jednak chodziła na Clapham South co
tydzień. Z czasem zaczęła poznawać ludzi. Po czterech miesiącach pobytu mówiła już trochę po angielsku i poczuła,
że to wcale nie jest taki obcy kraj. – Jak
potrafisz się tutaj dogadać, to wiesz, że
Londyn to wspaniałe miasto. Już wtedy
wiedziałam, że tutaj da się żyć, że
wszystko da się zrobić. Postanowiła, że
do Polski już nie wróci.
Pierwsza praca nie była tą wymarzoną, ale co mogła robić młoda dziewczyna z Polski? Restauracja, w której
pracowała, potrzebowała młodych ludzi,
chętnych do biegania między stolikami i
nalewania piwa do późna.
– W tej branży niewiele się zmieniło.
Zupełnie tak, jakby każdy, kto tutaj
przyjedzie, obowiązkowo musiał przejść
szybki kurs pracy w barze czy innej
knajpie – zauważa i przyznaje, że długo
nie wytrzymała. Może dwa albo trzy lata. – Nie pamiętam dokładnie.
Pamięta za to doskonale, że tuż potem zatrudniła się w sklepie z ciuchami.
– Było już trochę lepiej, inne godziny,
mniejszy stres i inni klienci. Po dwóch
latach Ania zostaje menedżerem. – Cieszyłam się jak głupia, bo myślałam, że
teraz moje życie się odmieni, będzie lepiej, łatwiej, przyjemniej. Nie ukrywa, że
była wówczas bardzo naiwna. Zamiast
lepiej, było inaczej. Pracowała znacznie
więcej niż poprzednio, coraz częściej zostawała po godzinach tylko po to, by być
na bieżąco z pracą, której przybywało z
każdym dniem.
– Pracowałam jak szalona, ale miałam takie momenty, kiedy czułam, że
coś się zmienia, że będzie lepiej, że...
Ania wspomina, jak w przerwach w
pracy zaglądała do znajdującego się tuż
obok sklepu z pasmanterią. – Tam było
dosłownie wszystko: materiały, wstążki,
a przede wszystkich wspaniała kolekcja
włóczek, w każdym możliwym kolorze,
w każdym odcieniu. Dla dziewczyny z
Polski, pamiętającej szare sklepowe półki, to był prawdziwy raj.
Spędzała tam dużo czasu. Przeglądała, dotykała. Pewnego dnia zaczęła rozmawiać z właścicielką, która pokazała jej
książkę o tym, jak robić na drutach.
– Wiesz, ja powinnam umieć robić na
drutach, w końcu u mnie w domu, tam
w Polsce, każdy wtedy robił na drutach.
To były takie czasy, że trzeba było sobie
radzić samemu. Wszystkie moje ciocie,
bacie, nawet mama, spędzały całe dnie
robiąc przeróżne cuda na drutach, ale ja
byłam jakoś oporna. Szydełka, igły czy
kłębki wełny nigdy mnie tak naprawdę
nie interesowały, wolałam palić papierosy – wspomina po latach. – Gdyby mi
wtedy ktoś powiedział, że włóczka zmieni moje życia, wyśmiałabym go! I popatrz, dokąd mnie to wszystko
doprowadziło – dodaje rozradowana.
Kupiła książkę i tak się zaczęło. Nie
było jednak łatwo pogodzić nową pasję z
pracą. Zaczęła cierpieć na przepracowanie. – Co z tego, że byłam menedżerką,
skoro nie miałam czasu spotkać się nawet ze znajomymi. Ile możesz pracować, no powiedz, ile?
W sklepie przepracowała sześć długich lat. – Może o sześć za dużo, ale
przecież czasu nie da się cofnąć, więc co
było to było. Prawie natychmiast znalazła pracę w dużym domu towarowym w
centrum Londynu. Zatrudniono ją w
dziale z haberdashery. – Byłam w swoim żywiole. Już nie musiałam zaglądać
do pasmanterii, ja w niej pracowałam!
Uczyła się wszystkiego: jakie są rodzaje
wełny, kto je produkuje i co można z
niej zrobić. A zrobić można przecież
wszystko. – Wełna daje ci niesamowite
możliwości tworzenia. Praktycznie nie
ma żadnych ograniczeń, no może poza
zwykłą ludzką wyobraźnią.
Ania zdecydowanie ożywia się, kiedy
zaczyna mówić o włóczkach. Dla mnie
to czarna magia, nie mam zielonego pojęcia o czym to wszystko jest, ale czuję,
że dla niej to zupełnie inna historia. Nie
ukrywa, że to prawdziwa miłość. –
Wiesz, ja jestem bardzo kreatywną osobą, która wbrew pozorom bardzo lubi
wyzwania. Im są większe, tym lepiej. A
pracując z wełną czasem trzeba się zupełnie nieźle wysilić, by wymyślać i
stworzyć coś nowego, ale przede wszystkim, by wiedzieć, jak sobie z tym poradzić. Ludzie często nie doceniają tego,
że robienie na drutach może być bardzo
wymagającym zajęciem, któremu trzeba
poświęcić dużo uwagi i czasu. Liczy się
dokładność, kreatywność i przede
wszystkim cierpliwość. A ja przecież
zbytnio cierpliwa nie jestem – śmieje się.
Właśnie dostała e-mail, że jedna z jej
prac zdobyła pierwszą nagrodę w konkursie organizowanym przez Rowan
(jednego z producentów wełny) z okazji
królewskiego jubileuszu. – Zrobiłam na
drutach poduszkę z herbem królowej i...
wygrałam! Potrzebowała takiej mobilizacji. Wiadomość o wygranej przyszła w
momencie, gdy zdecydowała, że ograniczy czas pracy w domu towarowym i
zacznie skupiać się na czymś własnym.
Tak zaczęła pracować nad… Moochką. To jej własna strona internetowa, gdzie można kupić handmade
goodies by Anna Nikipirowicz. Wchodząc na Moochka.co.uk wita nas
uśmiechnięta krówka (tak, tak, to jest
właśnie Moochka!) i zdjęcia jej prac.
Wszystkie z wełny. Ciepłe, kolorowe.
– Ale to trochę takie kiczowate – staram się podpuścić Anię. – No pewnie! –
odpowiada natychmiast. – Ale zobacz,
jaki to jest kicz. Ten kicz jest piękny, miły
w dotyku, ciepły. Daje poczucie swobody, niezależności i indywidualności. To
bycie sobą i robienie rzeczy po swojemu,
by potem poczuć się wyjątkowo bez
obawy, że ktoś w metrze będzie miał na
sobie to samo. I ludzie to kochają !
Wie co mówi. Już dostała pierwsze
zamówienia. Rzeczy te trzeba dopiero
zrobić, ale ludzie nie obawiają się czekać, bo wiedzą, że to, co dostaną, jest
robione specjalnie na ich zamówienie i
będzie czymś absolutnie wyjątkowym.
– A łatwo tak na drutach? – pytam.
– Łatwo, jeśli masz dobrego nauczyciela
i dużo determinacji. Jednym idzie to
szybciej, drugim wolniej, ale można się
nauczyć. I wiesz mi, nie ma większej satysfakcji niż tworzenie czegoś, co potem
samemu możemy ubrać, używać, pokazać znajomym. Bo robienie na drutach
to nie tylko wełna i skarpetki na zimę.
To przyjemność, a na dodatek jest się
niezwykle dumnym z samego siebie.
Moochka to dopiero początek. Ania
już myśli o warsztatach robienia na drutach. Przy kawie, z miłą pogawędką. Na
luzie. Już raz to robiła, charytatywnie,
teraz chce na tym zarobić pieniądze. O
chętnych się nie boi.
– Od wełny można się uzależnić.
Wiem coś o tym – dodaje na odchodne.
Wełna to moja pasja.
arteriaposterexhibition.tumblr.com
II
arteria
1-4 June 2012
List z redakcji
Językiem sztuki jest aluzja, język pośredni. Anglicy nazywają go indirect speech. W Polsce w czasach PRL-u ta
najważniejsza cecha sztuki ratowała wielu artystów, którzy byli zmuszeni przechytrzyć cenzora. Z tej perspektywy, mogą tylko dziękować losowi za łaskawość.
Nie zawsze pamiętamy o tych uwarunkowaniach politycznych podziwiając polskich mistrzów z ubiegłego wieku. W przeciwieństwie do literatów produkujących na zamówienie panegiryki rzekomo chłopsko-robotnicze, czy
plakacistów rysujących mężczyzn z umęczonymi twarzami bądź wypiętą piersią coraz większa grupa artystów
tworzyła zaskakujące widza skojarzeniami plakaty informujące o konkretnych imprezach artystycznych, a jednak
ich wymowa wytrzymała próbę czasu. Nie pisali manifestów, nie szukali estetycznego języka jedynie słusznego,
a stworzyli coś, co od dawna powszechnie nazywane jest
polską szkołą plakatu.
ARTeria, po dłuższej, nieplanowanej nieobecności, wraca
z wystawą prezentującą historię polskiego plakatu. Stało się to możliwe dzięki współpracy z Galerią Plakatu w
Krakowie, specjalizującą się w tej dziedzinie sztuki. Kuratorem wystawy jest Natalia Dydo wychowana w innych
czasach, kiedy dosłowność zdominowała przekaz, a jednak, ona i jej rówieśnicy, nadal dostrzegają to tajemnicze
drugie dno. Zapraszamy Państwa do poszukiwań tego
drugiego dna na własną rękę, z zachowaniem ostrożności, bo są też prace, które dna nie mają i można się zgubić
w nicości, a to metafizyczne doświadczenie polecam jedynie najbardziej odpornym.
Tradycyjnie już wystawę wzbogacą koncerty muzyki jazzowej, soulowej i rockowej.
Grzegorz Małkiewicz
Senior editor || Grzegorz Małkiewicz
Editor & exhibition curator || Natalia Dydo
Project Coordinator || Teresa Bazarnik
Designer || Monika Ciapala
Wystawa
Polish Posters
An invitation to the
exhibition of Polish Posters
Od 1 do 4 czerwca w kryptach kościoła St George
the Martyr w Borough w Londynie, SE1, obędzie się
wystawa plakatu POLISH POSTERS.
Between 1st and 4th of June there will be an exhibit
of POLISH POSTERS in the Crypt of St. George the
Martyr Church in Borough, London, SE1.
Organizatorem wystawy jest gazeta Nowy Czas, która w
ramach cyklicznego projektu ARTeria promuje polskich
artystów mieszkających w Londynie. Wystawa powstała
we współpracy z Galerią Plakatu w Krakowie.
Organised by Nowy Czas newspaper as part of their cyclical project ARTeria promoting Polish artists living in
London, in cooperation with renowned Cracow Poster
Gallery — a leading institution in this field.
Plakat artystyczny jest wizytówką Polski, podobnie jak
Chopin, Wajda czy Kieślowski. W latach 60. XX wieku pojawiło się określenie „polska szkoła plakatu”, które skupiało różnorodność technik, stylów i osobowości artystów.
Najbardziej reprezentatywne nazwiska to m.in.: Henryk
Tomaszewski, Eryk Lipiński, Józef Mroszczak, Jan Lenica,
Jan Młodożeniec, Waldemar Świerzy, Roman Cieślewicz,
Franciszek Starowieyski. Oryginalne w swym przesłaniu
i stylistyce projekty plakatów filmowych, teatralnych,
muzycznych były docenianie zarówno w Polsce, jak i za
granicą. Na ulicach plakat artystyczny zostaje wypierany przez komercyjne reklamy. Jednak ta forma przekazu
wizualnego wciąż się rozwija i pojawiają się kolejne pokolenia plakacistów.
Posters are showpieces of Poland in the same way that
Chopin, Wajda and Kieslowski are. In the 1960s the term
‘Polish School of Posters’ was coined, it referred to the
varying techniques, styles and character of poster artists. The most noted artists include Henryk Tomaszewski, Eryk Lipiński, Józef Mroszczak, Jan Lenica, Jan
Młodożeniec, Waldemar Świerzy, Roman Cieślewicz and
Franciszek Starowieyski. Original in both their message
and style, posters were appreciated not only in Poland
but abroad as well. Today, on the streets, the artistic poster is overwhelmed by commercial advertising. Nevertheless this form of visual information continues to influence
with the next generation of practitioners.
The exhibition will be divided into two parts:
Wystawa będzie podzielona na dwie części:
I. LONDON CONNECTIONS
Plakaty artystów, którzy w różny sposób są powiązani z
Londynem – mieszkają tu, pracują, studiują lub spędzili
tu tylko kilka miesięcy. Jest to wybór prac twórców uznanych w dziedzinie plakatu, jak i tych, którzy na co dzień
zajmują się inną dziedziną sztuki, a plakat był jednym z
artystycznych doświadczeń w ich życiu. W wystawie wezmą udział: Michał Bończa, Monika Ciapala, Joanna Ciechanowska, Sława Harasymowicz, Maria Kaleta, Katarzyna Kałdowska, Mariusz Kałdowski, Andrzej Klimowski,
Andrzej Krauze, Zuzanna Lipińska, Justyna Niedzińska,
Ryszard Rybicki, Olga Sieńko, Rosław Szaybo.
I. LONDON CONNECTIONS
Posters of artists who have a connection to London —
they live, work, study here or in some cases have only
spent a few months here. The works displayed are partly
by artists who specialise in the field, but also by those
who specialise in other artistic forms but for whom poster
making was important in their creative development. The
exhibition will hold the works by: Michał Bończa, Monika
Ciapala, Joanna Ciechanowska, Sława Harasymowicz,
Maria Kaleta, Katarzyna Kałdowska, Mariusz Kałdowski,
Andrzej Klimowski, Andrzej Krauze, Zuzanna Lipińska,
Justyna Niedzińska, Ryszard Rybicki, Olga Sieńko and
Rosław Szaybo.
II. CRACOW POSTER GALLERY
Plakaty z kolekcji Galerii Plakatu w Krakowie – prace mistrzów i nowe trendy w sztuce plakatowej. Na wystawie
pojawią się zarówno prace sław polskiej szkoły plakatu,
jak i ich następców, oraz najmłodszego pokolenia, m.in.
Mirosława Adamczyka, Elżbiety Chojny, Kaji Renkas, Sebastiana Kubicy, Moniki Starowicz.
II. CRACOW POSTER GALLERY
Posters from the collection of the famous Poster Gallery
in Cracow. The exhibition will display famous works from
the classic time of the Polish School of Posters as well as
their successors and the present generation. Showcased
will be the work of Mirosław Adamczyk, Elżbieta Chojna,
Kaja Renkas, Sabastian Kubica and Monika Starowicz.
Przybywa coraz więcej pasjonatów polskiego plakatu.
Przyjdź i dołącz do nich.
More and more people are becoming enthusiasts of Polish Posters. Come and join them.
Zapraszamy! || arteriaposterexhibition.tumblr.com
Everyone is welcome!
Galeria Plakatu w Krakowie
Poster Gallery Kraków
Galeria Plakatu w Krakowie specjalizuje się w promocji
i sprzedaży polskiego plakatu. Jest miejscem spotkań
zarówno artystów, jak i tych, których interesuje polski
plakat artystyczny. Powstała na bazie prywatnej kolekcji
Dydo Poster Collection.
Zorganizowała ponad dwieście wystaw indywidualnych i zbiorowych w Polsce oraz co najmniej trzysta w
większości krajów Europy i w wielu krajach innych kontynentów (m.in. w USA, Meksyku, Maroku, Chinach i Iranie). Poza wystawami tematycznymi, jak plakat teatralny, filmowy, operowy, jazzowy itp., prezentuje wystawy
współpracujących z Galerią artystów, zarówno sław jak
i młodych twórców polskiego plakatu. Poza przygotowywaniem wystaw, drukiem katalogów, plakatów i kartek
pocztowych z reprodukcjami, galeria współorganizuje
konkursy na plakat, współpracuje z państwowymi i prywatnymi instytucjami kulturalnym oraz festiwalami w
Polsce i za granicą.
Dla miłośników plakatu jest to jedno z najbardziej
znanych miejsc na świecie. Od wielu lat odnotowują je
wszystkie renomowane międzynarodowe przewodniki
po Polsce i Krakowie. Piszą o niej również polskie i zagraniczne pisma dotyczące projektowania graficznego, jak i
te związane z turystyką. U
The Poster Gallery in Cracow is one of the most famous
places in the world for many poster-lovers. It has become
a meeting place for artists and all those interested in poster art. For many years it has been featured as a must visit
gallery in the best-selling international guidebooks to Poland and Cracow. It has been extensively written about
in polish and foreign magazines dedicated to travel and
graphic design.
The Gallery is based on the private Dydo Poster Collection. It has organised over 200 individual and group
exhibitions in Poland, and at least 300 in almost every
country in Europe as well as in Australia, Mexico, China,
Iran, Canada and the US. Most frequently presented,
aside from the exhibitions on the themes of theatre, film,
opera, jazz, etc., have been the monographic exhibitions
dedicated to the recognised masters of Polish poster design as well as promising young artists.
The Gallery regularly collaborates with various public
and private cultural institutions in Poland and abroad. In
addition to organising exhibitions, printing catalogues,
posters and postcards and reproducing rare posters, the
Gallery also collaborates with poster and film festivals
and other organisations throughout Poland mounting
thematic poster competitions. U
Galeria Plakatu w Krakowie // Poster Gallery Kraków // Kramy Dominikańskie // ul. Stolarska 8-10 // 31-043 // Kraków // Poland // www.cracowpostergallery.com
arteria
1-4
1- 4 J
June
une
e 2012
2012
III
Me
Meet
M
eet
th
the
he
e artists
at
Kasia Ka
Kałdowska
łdowska
Mariusz
M
Mar
iusz Kałdo
Kałdowski
wski
Joanna C
Ciechanowska
Ciechanowska
www.kaldowskigallery.co.uk
www
.kaldowskig
gallery.co.uk
www.kaldowskigallery.co.uk
w
www
.kaldowskigallery.co.uk
www.joanna-ciechanowska.com
www
.joanna-ciec
echanowska.com
Kasia K
Kasia
Kałdowski
ałdowski sstudied
tudied g
glass
lass and ceramics
ceramics
well
artt cu
curating
London’s
Central
as w
ell as ar
urating at London
’s Centr
al
completed
Saint Martins,
Martins, and
a
rrecently
ecently com
pleted her
printmaking
sstudies
tudies in pr
intm
making techniques
techniques and web
web
was
design. She w
as tto
o sstudy
tudy fine art
ar t in Gdansk
Gdansk
Art
Academy
1981,
however
Art A
cademy in
n 1
981, ho
wever due tto
o tthe
he
Martial
Law
Martial La
aw in Poland
Poland she sstayed
tayed in the
the
UK, finishing a La
Law
Degree,
never
L
aw Deg
ree, but she ne
ver
stopped
stopped creating.
creating
g. She is a member of Free
Free
Painters
Sculptors,
Painters and Sc
ulptors, tthe
he Association of
Polish
Artists,
Artt V
Village
Polish Ar
tists, London
L
Global Ar
illage
and Br
British
Women
Artists.
liv-itish W
om
men Ar
tists. She has been liv
ing in tthe
since
he UK sin
nce 1981.
1981.
Mariusz
Mar
M
iusz Kałdowski
Kałdowski studied
studied painting
paiinting at the
the
Academy
Arts
Cracow.
painter,
A
cademy of Fine
Fine Ar
ts in Cr
acow. A paint
er,
print
maker
graphic
designer;
a pr
int mak
er and a g
raphic de
signer; since
1996
has
c
coming
tto
o tthe
he UK in 1
996 he ha
as been busy
creating,
c
cr
eating, exhibiting
exhibiting and successfully
succe
essfully sellselling
work.
commissioned
in
ng his w
ork. He has been co
ommissioned
ffor
or
o portraits;
portraits; for
for a number of years
years now
now he
portrait
painter
Fred
h been tthe
has
he ffamily
amily por
trait pai
inter ffor
or F
red
Fred
O
Olsen
(of F
red Olsen Cruise
Cruise Liners).
L
Liner
s). Since
Artist
Residence
2
2002
he has been an Ar
tist in R
esidence in
Regent’s
working
R
egent’s Park.
Park. In 2009 he sstarted
tar ted w
orking
with
artist
w
wit
h the
the National
National Trust
Trust as its resident
resident
e
artist
South
Eastt rregion.
ffor
or
o tthe
he Sout
h Eas
egion.
Ciechanowska
Prof.
Joanna Ciec
han
nowska sstudied
tudied under Pr
of.
Leszek
Holdanowicz
Academy
Fine
Lesz
ek Holdano
owicz at tthe
he A
cademy of F
ine
Arts
Warsaw.
Poland
worked
Ar
ts in W
arsa
aw. In P
oland she w
orked as a
graphic
designer
illustrator.
After
years
g
raphic designe
er and illus
trator. Af
ter y
ears
working
East,
sspent
pent living and
dw
orking in tthe
he Middle Eas
t,
Africa
Far
East,
now
Afr
ica and tthe
he F
ar Eas
t, she is no
w based in
APA
London. She hass been a member of tthe
he AP
PA
director
Gallery
Poland tthe
he dir
ectorr of POSK Galler
y in tthe
he P
olCultural
ish Social & Cul
ltural Association in London
works
predominantly
with
since 2009. She
ew
orks pr
edominantly wit
h
pastels,
sometimes
collage
oils and pas
telss, some
times using collag
e
from
photographs,
own
and cut outs fr
rom pho
tographs, her o
wn
others.
and o
thers.
Olga
O
Olg
a Sieńk
Sieńko
o
Olga Sieńk
Olga
O
Sieńko
o sstudied
tudied g
graphic
raphic design
d
at The
Academy
Fine
Arts
Warsaw.
After
A
cademy of F
ine Ar
ts in W
arsa
aw. Af
fter
moving
m
mo
ving tto
o London she studied
studied
d at the
the Slade
School
Fine
Artt as a Br
British
scholS
Sc
hool of F
ine Ar
itish Council
C
sc
holCentral
a and continued her sstudies
ar
tudies at
a tthe
he Centr
al
Stt Mar
Martins
School
Artt and Design. She
S
tins Sc
hool of Ar
completed
printmaking
education
c
com
pleted her pr
intmaking edu
ucation at tthe
he
Royal
College
Art.
1993
established
R
oyal Colleg
e of Ar
t. In 1
993 she
e es
tablished
Studio
Sienko
Gallery,
where
cu-S
tudio Sienk
o Galler
y, wher
e she has cu
over
seventy
exhibitions.
rrated
ated o
ver se
venty e
xhibitions. She has also
written
photographed
Arteon,
Polw
wr
itten and pho
tographed ffor
or Ar
A
teon, a P
olartt mag
magazine,
organised
i ar
ish
azine, and or
ganised
d a number of
workshops
Poland,
Italy
France.
w
orkshops in P
oland, It
aly and
dF
rance.
IV
arteria
1-4 June 2012
Monika Ciapala
Michał Bończa
www.merdesign.co.uk
Monika Ciapala is studying graphic design
at the University of Bedfordshire. She is one
of the winners of the Design Factory 2012
competition. She likes to use a ‘purely mathematical’ approach to her work by using
geometrical shapes, grids and a limited palette of colours. Monika has created a series
of posters, designed one edition of Arteria
for Nowy Czas as well as helped with various other design jobs in preparation of the
Arteria Poster Exhibition.
Michal Bończa studied at the University of
Arts in Poznań. While in Poland he trained
in fine art and poster design, he later moved
to Britain. In the 70s, 80s and 90s he was
famous for his political posters. Almost his
entire career has been spent as a graphic
designer in service of the non-commercial
sector including NGOs, Global Union Federations, educational establishments and
charities. He now works as a journalist and
a graphic designer for Morning Star paper.
Justyna Niedzińska
Zuzanna Lipińska
www.justnnabout.blogspot.com
www.zuzannalipinska.com
Justyna Niedzińska studied Media Art
Advertising Photography under Professor Rosław Szaybo at the Academy of Fine
Arts in Warsaw. She represents the youngest generation of poster designers. She is
inspired by the Polish School of Posters,
photography (from classic white-black photographic advertisements) as well as modern paintings. She has worked as a graphic
designer for Nowy Czas in London.
Zuzanna Lipińska studied poster design
under Professor Józef Mroszczak at the Warsaw Academy of Fine Arts; now a poster
designer, illustrator, and website designer.
She collaborates with many companies and
publishers in Poland and abroad, including
Czytelnik, The National Theatre and Syrena
Theatre in Warsaw. She has worked as a
logo and poster designer for The Muzeum
Karykatury, whose founder and first director
was her father Eryk Lipiński, a famous illustrator, satirist and poster designer.
arteria
1-4 June 2012
V
Sława Harasymowicz
Ryszard Rybicki
www.sharasymowicz.com
www.rybicki-art.com
Sława Harasymowicz studied philology and translation at the Jagiellonian University in
Cracow. After moving to London she studied graphic design at the Royal College of Art
where she graduated with an MA. She is a frequent contributor to the Guardian Weekend
Magazine, Penguin Books, BBC online and BBC iPlayer. She lectures in Visual Communication at the University of Bedfordshire. She references her art to archive photography, family
memorabilia and her own photos, translating them into ‘image sets’ of drawings, silkscreen
prints, paintings, posters and graphic novels.
Ryszard Rybicki studied at Art School in Bruges, Belgium; he emerged as a naturally talented artist. He moved to the UK in 2004 and has designed and provided art to many interiors,
both residential as well as commercial. At the moment Ryszard is the artist-in-residence at
Mary Ward House in London.
VI
arteria
1-4 June 2012
Maria Kaleta
Andrzej Klimowski
Rosław Szaybo
Andrzej Krauze
Maria Kaleta studied painting at the Academy of Fine Arts in Poznań and graphic design at the WMC College in London. She has
a clear flair for the abstract and the colour
that can be found in the works of traditional
Polish artists, such as Jacek Malczewski or
Tadeusz Brzozowski, as well as the more
modern artists such as Francis Bacon and
Mark Rothko. She is a Committee member
of The Association of Polish Artists in Great
Britain. Her portfolio includes painting,
drawing, pastels, traditional printmaking
and computer graphics.
Andrzej Klimowski studied at St Martin’s
School of Art in London and studied poster
design under Henryk Tomaszewski, he also
studied film animation at the Warsaw Academy of Fine Arts. He is active in graphic design, poster art, painting and the author of
many books and experimental films. He is
also an international illustrator of book covers, press and magazine illustrations and an
author of graphic novels. He is currently a
professor at the Royal College of Art in London and designed posters for several films
including Chinatown, Down by Law, The
Duellists and Institute Benjamenta.
Rosław Szaybo studied painting and poster
design under Henryk Tomaszewski at the
Warsaw Academy of Fine Arts. He moved to
Britain in 1966, where he became a prominent graphic designer and printmaker. He
has designed book covers, art posters and
over 2000 CD covers for international musicians. Szaybo was the artistic director of
Young and Rubicon Advertising Agency
between 1968 and 1973, he then went on
to CBS Records for a further 14 years. In the
early 1990s he moved to Poland and now
works as a lecturer in photography at The
Warsaw Academy of Fine Arts.
Andrzej Krauze studied painting and illustration under Henryk Tomaszewski at the
Warsaw Academy of Fine Art. He contributed cartoons to the satirical polish magazine
Szpilki and worked as political cartoonist
for the weekly magazine Kultura. In 1982 he
settled in London. He contributes regularly
to The Guardian, Rzeczpospolita, New York
Times, International Herald Tribune and
others (among them Nowy Czas). His drawings, watercolours and theatre posters are
represented in many private and public collections. In 1985 he was appointed Visiting
Lecturer at the Royal College of Art.
arteria
1-4 June 2012
VII
Historia
polskiego plakatu
Historia plakatu sięga przełomu XIX i XX wieku
i wiąże się z doskonaleniem techniki litograficznej.
Ustalenie formy artystycznej plakatu poprzedzały lata
ukazywania się mniej lub bardziej ozdobnych afiszy. Począwszy od prac francuskiego przedstawiciela postimpresjonizmu Henriego de Toulouse-Lautreca, trwa proces
odkrywania reguł sztuki plakatowej. Podstawowymi elementami języka plakatowego jest: znak wizualny, alegoria, symbol, metafora.
W Polsce pierwsze projekty powstawały w krakowskich pracowniach wybitnych malarzy. W 1898 roku odbyła się I Międzynarodowa Wystawa Plakatu, w ówczesnym Muzeum Techniczno-Przemysłowym przy ulicy
Smoleńsk 9 w Krakowie. Organizatorem tego przedsięwzięcia był dyrektor wspomnianego obiektu, Jan Kacper
Wdowiszewski. Wystawiono tam około 250 prac. Dział
polski liczył ich 15. Autorami plakatów byli między innymi Teodor Axentowicz i Juliusz Kossak. Anonsowały one
przede wszystkim spotkania towarzyskie, bale charytatywne, rauty, wystawy, wydarzenia kulturalne. Jednak
dopiero rok później wydrukowano plakat, który zrywał
z obowiązującym dotychczas układem typograficznym i
rozwiązaniem kompozycyjnym (górna część — obraz, dolna — tekst) i jest najbardziej znanym przykładem, który
charakteryzuje początki tej formy użytkowej w Polsce.
Była to praca Stanisława Wyspiańskiego do odczytu
Stanisława Przybyszewskiego, połączonego z przedstawieniem sztuki Maeterlincka „Wnętrze”. Inspiracje Wyspiański czerpał z twórczości przedstawicieli secesji —
znał osobiście czeskiego artystę Alfonsa Muchę, zetknął
pierze (1926), który stawia ten plakat w rzędzie najlepszych osiągnięć tego czasu w Europie. Gronowski był
absolwentem Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Środowisko architektów — Jerzy Skolimowski,
Jerzy Hryniewiecki, Maciej Nowicki, Stanisława Sandecka — jawi się jako zdecydowanie nadające ton polskiemu
plakatowi w latach trzydziestych. Charakterystyczna dla
ich projektów była jasna konstrukcja kompozycji oraz jasny znak graficzny.
W Krakowie tradycje druku artystycznego kontynuowano w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i
Przemysłu Artystycznego. W 1930 zorganizowano Ogólnopolską Wystawę Afiszów i Druków Reklamowych
w Muzeum Przemysłowo-Technicznym, stanowiącą
przegląd osiągnięć środowiska artystycznego w dziedzinie plakatu. Najciekawsze prace tworzyli FranciszekSeifert i Witold Chomicz. Istotnym czynnikiem, który
napędzał rozwój plakatu był element konkurencji i organizowane konkursy.
Pod koniec okresu międzywojennego zaznacza się
obecność Tadeusza Trepkowskiego. Zaprojektował on
cykl prac z dziedziny bezpieczeństwa pracy oraz plakaty
dla linii żeglugowej. Jego twórczość dopiero się rozwijała.
Plakat powojenny i polska szkoła plakatu
Po 1945 roku wzrosło zapotrzebowanie na propagandę
polityczną i społeczną. Trepkowski stworzył antywojenny plakat Nie! (1952). Jednocześnie zainteresowanie
Z początkiem lat siedemdziesiątych nastąpił kolejny
etap dziejów plakatu. Odwoływanie się do czasów szkoły
polskiej przy pomocy aluzji, odległych nieraz skojarzeń,
posługując się często ironią, paradoksem, a nawet graficzną prowokacją charakteryzowało prace Jana Jaromira Aleksiuna, Jerzego Czerniawskiego, Eugeniusza
Get Stankiewicza i Jana Sawki. Wzrosła znacznie sama
produkcja wydawnicza, ukazywało się sporo plakatów
wartościowych artystycznie. Środowisko projektantów liczyło kilkaset osób. Dojrzewało wtedy artystycznie pokolenie debiutujące w poprzedniej dekadzie (Grzegorz Marszałek, Mieczysław Górowski, Mieczysław Wasilewski), a
także nowa generacja projektantów (Marcin Mroszczak,
Lech Majewski, Andrzej Klimowski). Mierną pod względem artystycznym produkcję plakatów politycznych rekompensowała duża liczba prac o tematyce kulturalnej.
Plakat filmowy tracił swe znaczenie, natomiast teatralny
umacniał niekwestionowaną pozycję lidera całego polskiego plakatu .
Solidarność
Kolejna dekada rozpoczęła się strajkami i narodzinami Solidarności, a potem okresem stanu wojennego i ciągłymi
objawami kryzysu gospodarczego. Plakaty dla Solidarności (poza paroma zaledwie wyjątkami) formalnie kopiowały sposób wyrażenia treści politycznych czy społecznych z poprzedniej epoki. Oficjalna propaganda partyjna przestała mieć już jakąkolwiek wartość artystyczną.
Podstawowymi elementami języka
plakatowego jest: znak wizualny,
alegoria, symbol, metafora.
się zapewne w Paryżu również z twórczością Eugène
Grasseta, szwajcarskiego artysty tworzącego we Francji.
Pierwsze symptomy secesji wiedeńskiej — art nouveau i
modern art — zwiastowane były również plakatami Wojciecha Weissa (Raut artystyczny, 1898), Józefa Mehoffera,
Teodora Axentowicza (Sztuka, 1899). Tworzyli oni dzieła
interpretujące nowe prądy artystyczne w sposób rodzimy, inspirowane sztuką ludową. Mówienie nie wprost,
odwoływanie się do refleksyjności samego odbiorcy to
cechy, które charakteryzowały ich prace a pół wieku później legły u podstaw polskiej szkoły plakatu. W 1904 roku,
ponownie w Krakowie, zorganizowano Wystawę Drukarską z inicjatywy Towarzystwa Polskiej Sztuki Stosowanej.
Na początku XX wieku pierwsze plakaty pojawiły się
też w Warszawie, lecz życie artystyczne w szczytowym
okresie Młodej Polski pulsowało wciąż mocniej w Krakowie. Plakaty z tego okresu cechowały się dekoracyjnym
traktowaniem płaszczyzny, bogatą ornamentyką, stylizowanym liternictwem oraz stosowaniem motywów
ludowych. Podczas I wojny światowej powstało wiele
plakatów politycznych (agitacyjnych, legionowych, antybolszewickich, plebiscytowych) i społecznych, których
autorem był między innymi Wojciech Kossak. Na podstawie tych faktów można stwierdzić, że to ruch Młodej Polski ukształtował formę plakatu.
Dwudziestolecie międzywojenne
Zmiana stylu nastąpiła po zakończeniu I wojny światowej, kiedy to awangardowe kierunki sztuki europejskiej
znalazły wyraz w plakatach do wystaw formistów, dążących do powiązania osiągnięć kubizmu, futuryzmu i ekspresjonizmu. Plakat stał się samodzielną dyscypliną sztuki. Ośrodkiem rozwoju grafiki użytkowej oraz centrum
kulturalnym kraju stała się Warszawa. Tam też została
zorganizowana pierwsza powojenna wystawa plakatu
w 1922 roku w kamienicy Baryczków. Wystawa zaaranżowana na wzór krakowskiej sprzed osiemnastu lat, z
dużym rozmachem prezentowała druki artystyczne z różnych działów, m.in. książki, ilustracji, reklamy, opakowań.
Najwybitniejszym artystą tego okresu był Tadeusz
Gronowski. Klasycznym jego dziełem stał się Radion sam
projektantów padło na plakat kulturalny o tematyce filmowej. Zamówień na plakat filmowy było bardzo dużo
ze względu na to, że każdy film, jaki wchodził na ekrany,
miał mieć swój własny polski plakat, który finansowany
był przez państwo. W Polsce Ludowej nie chodziło przecież o kasowy sukces filmu, lecz o jego treści wychowawcze. Co istotne, wtedy jeszcze państwo nie ingerowało w
projekty, dzięki czemu przed artystami otwarły się nowe
możliwości w tej dziedzinie. Wyróżniały się plakaty Henryka Tomaszewskiego (Obywatel Kane, 1948), Trepkowskiego (Ostatni etap, 1948) oraz prace Józefa Mroszczaka,
Adama Bobwelskiego, Jana Słomczyńskiego, Eryka Lipińskiego. Bez osiągnięć okresu pierwszego dziesięciolecia PRL nie do pomyślenia byłyby światowe sukcesy polskiego plakatu zaledwie kilka lat później i ukucie pojęcia
„polska szkoła plakatu”.
Określenie szkoła kojarzy się zazwyczaj z jednolitym
stylem, wspólnym językiem graficznym. Według Jana
Lenicy (i nie tylko) w tym przypadku nie jest to słuszne.
Polski plakat jest wielostronny, heterogenny, jest zbiorem
różnorodnych temperamentów i osobowości. Polską szkołę plakatu charakteryzowała indywidualność ich twórców w podjęciu tematu, różnorodność wykorzystanych
form oraz skrót myślowy, metafora. Henryk Tomaszewski, Jan Młodożeniec, Franciszek Starowieyski, Waldemar
Świerzy zapewnili sukces plakatowi polskiemu. Jan Lenica i Wojciech Fangor jako jedni z pierwszych wprowadzili
do projektowania plakatu warsztat malarski. Wystawy
prac polskich artystów objeżdżały całą kulę ziemską, a
ciekawszym realizacjom i ich twórcom były poświęcane
artykuły w specjalistycznych pismach.
Polska aspirowała do miana plakatowego imperium.
Skutkiem rozwijającego się gatunku było ufundowanie
pierwszego na świecie Muzeum Plakatu w Wilanowie w
1968 roku, którego otwarcie poprzedzało zorganizowanie
I Międzynarodowego Biennale Plakatu w 1966 w Warszawie. W warunkach społeczno-politycznych państwo nie
wymagało od artystów uprawiających plakat zaangażowania w problemy komercyjne. Dzięki temu stał się on
sam w sobie dziełem sztuki, chronionym przez specjalnie
do tego powołane muzeum.
Trudno wskazać dominującą tendencję tych lat.
Debiutanci dochodzą do głosu. Wiktor Sadowski, Stasys
Eidrigevicious, Wiesław Wałkuski, mają podstawy solidnego warsztatu malarskiego i tworzą plakaty oszczędne
w środkach. Na uwagę zasługuje nurt typograficzno-konstruktywistyczny, posługujący się wyłącznie literą, bądź
typografią połączoną z elementami geometrycznymi.
Najciekawsze prace tego typu znajdujemy w twórczości
Władysława Pluty, Tadeusza Piechury.
Po 1989 roku
Na trudne dzieje polskiego plakatu po roku 1989 zaważyły głównie czynniki ekonomiczne. Wzrost cen druku
i dystrybucji plakatu ograniczyły tę formę promocji instytucji kulturalnych, a tym samym liczbę realizacji, w
konsekwencji zaś wpłynęły na funkcjonowanie plakatu
w przestrzeni miejskiej. Kiczowate, komercyjne reklamy
amerykańskie (tak zwany styl amerykański) spowodowały upadek ambitnego plakatu filmowego. Jedynie kina
studyjne i Dyskusyjne Kluby Filmowe wciąż zabiegały o
autorski, rodzimy plakat.
Grafiką użytkową zajmowali się m.in. Mieczysław Górowski, Roman Kalarus, Piotr Kunce, Władysław Pluta,
Wiesław Grzegorczyk, Marek Pawłowski. Po 1990 roku
odbywały się liczne konkursy na plakat (np. Kraków –
miasto tradycji, kultury i sztuki w 1995 roku). Największą
popularnością cieszył się plakat kulturalny – do wystaw,
koncertów, przedstawień teatralnych.
Obecnie można mówić o renesansie plakatu w Polsce.
Młodzi artyści, tworzący zarówno w kraju jak i za granicą,
nawiązują do najlepszych wzorców polskiej szkoły. Zdobywają liczne nagrody w konkursach, warto wymienić np.
Sebastiana Kubicę i jego brązowy medal w 2003 roku na
International Poster Biennal in Toyama, oraz Joannę Górską i Jerzego Skakuna (Homework), zdobywców srebrnego medalu na Międzynarodowym Biennale Plakatu w
Meksyku (2008). U
Natalia Dydo
Where to get them
There will be a selection of Polish posters
available for purchase at the exhibition.*
Didn’t find what you want? Did you miss the exhibition?
Why not visit: cracowpostergallery.com /shop
*While stock lasts.
Posters for sale
Mirosław Adamczyk // 25 Dydo Poster Collection
Bogna Otto-Węgrzyn // Kabaret
Ewa Tamara Bajek // Dekalog 6
Elżbieta Chojna // Kino włoskie w plakacie polskim
Joanna Górska & Jerzy Skakun // Fando i Lis
Tomasz Bogusławski // Tytus Andronikus
Weronika Ratajska // Porozmawiaj z nią
Monika Starowicz // L’affiche Polonaise Contemporaine
Władysław Pluta // Szymanowski
Michał Sitek // Il Manifesto Polacco e il Gran Teatro del Mondo
Mieczysław Górowski // Absolut Warhola
Leszek Żebrowski // Casanova
+ many more
|21
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
kultura
Photo: John Heynes
Polski
Makbet
w The
Globe
Katarzyna Paradecka
Możliwość wystawienia dramatu szekspirowskiego w The Globe w Londynie to z pewnością zaszczyt dla zespołu
artystycznego, ale także okazja na
sprawdzenie swoich możliwości w przestrzeni scenicznej owianej tradycją i historyczną aurą.
W tym roku taką szansę dostał zespół Teatru Dramatycznego im. Jana
Kochanowskiego z Opola, który w ramach jednego z najbardziej znanych
światowych szekspirowskich festiwali
Globe to Globe (w którym bierze
udział aż 37 zespołów z różnych krajów), pokazał Makbeta w reżyserii
Mai Kleczewskiej. Było to nie tylko
wyróżnienie, ale również ogromne
wyzwanie, biorąc pod uwagę fakt, że
spektakl ten nie jest wierną interpretacją dzieła szekspirowskiego i raczej
niewiele ma wspólnego z klasyczną realizacją. Jest oparty na współczesnych
realiach i zjawiskach, w bezpośredni i
brutalny sposób ukazuje losy głównego bohatera Makbeta (Michał Maj-
Makbet opolskiego Teatru im.
Jana Kochanowskiego na
scenie The Globe w Londynie
nicz) i jego żony Lady Makbet( Judyta Paradzińska). Polska reżyserka snuje opowieść o bezwzględnym dążeniu do
zaspokojenia własnych ambicji oraz żądzy
władzy. Główni bohaterowie wplątują się
w sieć marzeń o nieograniczonej władzy.
Ona pragnie zostać królową. On, jak błądzący we mgle chłopiec poddaje się kolejnym zamysłom partnerki i staje się powoli
narzędziem w jej ręku. Lady Makbet
według Kleczewskiej początkowo skrywa
swoje żądze pod niewinną dziewczęcą postacią w sukience, jednocześnie zaś kusi i
prowokuje męża do zabójstwa wykorzystując do tego swój seksapil i intuicję. W
drugiej części spektaklu pojawia się już jako królowa w sztywnej sukni na tronie
próbując tłumaczyć tajemnicze zachowanie swojego męża przed gośćmi. Makbet
szaleje, nie potrafi pogodzić się z dokonanymi czynami. Spełnia się
przepowiednia trzech wiedźm, które snują się przez wszystkie sceny jako znak niekończącej się ciążącej nad bohaterami groźby. Maria, Żu-Żu i Lola są żywą ikoną popkultury i seksualnej wolności, znakiem
współczesnego zjawiska poszukiwania tożsamości płciowej.
W spektaklu nie ma konkretnej współczesnej scenografii, charakter i
klimat sztuki budują głównie stroje i rekwizyty. W przestrzeni scenicznej
The Globe z jej charakterystycznym fartuchem, galeriami, miejscem dla
stojącej widowni i otwartym niebem nad głowami widzów znalazły się
również wózek dziecięcy, telefony komórkowe, leżaki, drinki z palemką,
garnitury, jaskrawozielone slipy, białe kozaczki, elektroniczny papieros i
wiele innych gadżetów wspólczesności.
Czy teatr będący świątynią ducha elżbietańskiej sceny był w stanie
unieść tego typu eksperyment teatralny, jaki zaproponował opolski teatr?
O tym przekonali się widzowie, którzy licznie przybyli by oglądać polską
wersję Makbeta. Większą część widowni stanowili Polacu, jednak nie brakowało też przedstawicieli innych narodowości żywo zainteresowanych
polskim podejściem do realizacji. Czy spektakl sprostał oczekiwaniom widzów? Jeśli ktoś spodziewał się klasycznych strojów epoki elżbietańskiej i
Genialni Nietykalni
Jacek Ozaist
Raz na jakiś czas pojawia się na ekranach kin film, który
pustoszy mózgi nobliwych krytyków i wypełnia radością
serca zwyczajnych kinomanów. Bez wątpienia Nietykalni
(zbieżność tytułów z dziełem Briana de Palmy z 1987 roku
przypadkowa) to film do swobodnego, radosnego przeżycia,
nie zaś do jakiejkolwiek analizy i to właśnie uczyniła z nim
publiczność w Polsce i na całym świecie, śrubując rekordy
oglądalności. A najbardziej nieprawdopodobne jest to, że
historia przyjaźni bogacza i chłopaka z ulicy wydarzyła się
naprawdę.
Driss po wyjściu z więzienia trafia prosto do pośredniaka. Nie chce mu się podejmować żadnej pracy. Musi jedynie zdobyć papierek na dowód, że się starał. To wystarczy,
aby otrzymał zasiłek i mógł spokojnie przesiadywać z kumplami na murku, popijając piwko i popalając skręta. Philippe Pozzo di Borgo, sparaliżowany od szyi w dół milioner
nie ma łatwego życia. Nie mają go również zatrudnione
przy nim osoby. Panuje spora rotacja, zwłaszcza na stanowisku bezpośredniego opiekuna. Bezczelność i swobodny
styl bycia Drissa przypadają Philippe’owi do gustu. Nie liczy on na litość, nie chce współczucia. Młody emigrant z
Afryki zostaje więc przyjęty na okres próbny i przeżywa
prawdziwą przygodę życia. Obaj zresztą na tej przedziwnej,
nieprawdopodobnej przyjaźni zyskują. Philippe wyprowadza Drissa na ludzi, pokazuje mu lepszy świat, inny od podmiejskich blokowisk, a przy okazji wydobywa na światło
dzienne tkwiące w chłopaku dobro. Z kolei Driss nie ma
To już nie film, to
społeczny fenomen
kompleksów ani zahamowań. Burzy z pozoru poukładany
świat sparaliżowanego milionera i organizuje go na nowo.
Wprowadza proste, jasne zasady życia zwykłych ludzi, w
którym dominuje kontrast czerni i bieli. I prosta, lecz nie
prostacka wrażliwość.
Samo spotkanie dwóch światów – dużych pieniędzy i
wysokiej kultury z biedą oraz brakiem wykształcenia rodzi
wiele komicznych sytuacji. Trudne i smutne tematy (niepełnosprawność, bezrobocie, niedola emigrantów z Afryki, narkotyki, problemy wychowawcze) są raczej przemycane niż
manifestowane. Widz gładko przechodzi ponad nimi, zauważając jednak, między salwami śmiechu, że istnieją.
Omar Sy (Driss) oraz Francois Cluzet (Philippe) jako ży-
poetyckich monologów mógł się mocno zawieść. Kostiumy były współczesne
a tekst inkrustowany wulgaryzmami
mówiony był prosto, bez większej dbałości o formę wiersza. Może to celowy
kontrast mający na celu uświadomienie
powszechnego dziś kryzysu języka. Jeśli
ktoś oczekiwał rozrywki i oderwania od
rzeczywistości, owszem mógł ją dostać.
Śmiech wywoływały absurdalne i karykaturalne kreacje trzech wiedźm. Jak
się okazuje, śmiech ten był tylko odruchowy, gdyż za zasłoną przesadzonych
zachowań i pstrokatych strojów kryła się
bolesna prawda. Epatowanie brutalną
seksualnością, kiczowate kostiumy, frywolny sposób interpretacji tekstu, muzyczne standardy, jak choćby słynny
przebój Glorii Glaynor I will survive czy
Bang Bang z Kill Billa wplatane w akcję to tylko niektóre środki artystyczne,
do jakich odwołała się reżyserka spektaklu, by przybliżyć widzom w bardzo
bezpośredni sposób swoją popkulturową wizję Makbeta. Już chyba bardziej
nie można było.
To z pewnością dość ryzykowne, aby
w miejscu tak przesiąkniętym historycznym duchem światowej sławy dramatopisarza umieszczać nowatorskie czy
wręcz kontrowersyjne rozwiązania sceniczne. Jednak nieprzypadkowo przecież wybór padł właśnie na ten spektakl.
Przeniesienie historii Makbeta w dzisiejsze czasy, w których żądza władzy,
wiecznie niespełnione ambicje, pogoń
za uznaniem i sławą nie są zjawiskiem
obcym, dowodzi, że wątki szekspirowskie są nadal aktualne i ponadczasowe.
Makbet Kleczewskiej w The Globe
to z pewnością wydarzenie ważne dla
polskiego teatru głównie ze względu na
możliwość wejścia w dialog z międzynarodową widownią, ale także konfrontacji polskiej wizji szekspirowskiego
świata z wizją innych zespołów.
wo przypominając Dustina Hofmana z czasów Rain Mana to pełen
sprzeczności duet, który robi z widzem coś, o co ostatnio bardzo trudno –
zachwyca, wzrusza i śmieszy do łez. Bezpretensjonalnie i lekkostrawnie.
Właściwie nie wiadomo dlaczego. Czasem twórcy coś wyjdzie na tyle dobrze, że sam jest efektem swojej pracy zadzwiwiony. Tak jak Olivier Nakache i Eric Toledano. Może to skromność, może kokieteria, lecz faktem jest,
że dojrzewali do realizacji tego filmu bardzo długo. Zdążyli nakręcić dwa
inne, zanim uznali, że już czas zmierzyć się z tą historią.
Słychać głosy, że francuska komedia trzyma się nieźle. Rzeczywiście,
ostatnio rozśmieszały widzów takie obrazy jak Jeszcze dalej niż północ
czy Nic do oclenia, lecz o efekcie Nietykalnych twórcy tych filmów mogą
jedynie marzyć. Tu się dzieje śmiech i toczą się łzy wzruszenia, tak po
chaplinowsku. To magia kina w postaci czystej – w istocie jarmarczna, a
jednak wzniosła.
Film Nakache i Toledano dawno wykroczył poza ramy kina i zwyczajowego myślenia o sztuce filmowej. Amerykanie zarzucili mu rasizm i umacnianie stereotypów, Francuzów napełnił dumą, że są tacy tolerancyjni,
barwni, zaskakujący. Jeszcze nie wzięli się za niego politycy, ale pewnie także do ich świata Nietykalni w końcu się przebiją.
Jak napisał francuski „Liberacion”: To już nie film, to społeczny fenomen. Kto nie widział, niech pędzi do kina lub wypatruje DVD. Ponownie
czegoś takiego prędko nie doświadczymy.
22|
15 maja – 14 czcerwca 2012 | nowy czas
kultura
OUT OF FOCUS:
PHOTOGRAPHY
Poszlim
boso…
Lightness of Being_Hi
Charles Saatchi prezentuje jedną z największych wystaw
fotograficznych w Londynie. Pokazane prace 38 artystów, m. in. Katy Grannan, Michele Abeles, Adam Broomberg & Oliver Chanarin, Anders Clausen, David
Noonan, Chris Levine, Jennifer West. Każdy z nich
przedstawia swój własny punkt widzenia na świat oraz
unikatowe podejście do sztuki fotografii.
Bez wątpienia, w dzisiejszych czasach fotografia
przeżywa jeden ze swych najbogatszych, a zarazem
najburzliwszych momentów. Każdego dnia pojawia
się milion zdjęć w internecie. Tradycyjne granice pomiędzy różnymi dziedzinami fotografii – reportażu,
mody i sztuki – zacierają się i powstaje nowy styl,
który ciężko zaszufladkować. Nawet definicja artysty
i fotografa staje się tematem do wielu dyskusji.
Wystawa Out of Focus połączyła w jednym miejscu
prace artystów z Wielkiej Brytanii, Ameryki, Japonii,
Afryki Południowej, Australii, Szwajcarii, Francji, Finlandii, Szwecji, Danii, Turcji i Beninu. Zaprezentowane
prace mogą wystawić pojęcie środka przekazu na próbę.
Zanikają tutaj jakiekolwiek reguły, jeżeli chodzi o samą
formę wyrazu. Można znaleźć tu prawie wszystko, poczynając od klasycznej fotografii reportażowej, przez kolaże, instalacje, do prezentacji online.
Większość prac na wystawie jest naprawdę dobrej jakości i warta obejrzenia. Zdecydowanie polecam serię
anonimowych portretów, ekscentrycznych osobistości z
San Francisco, stworzonych przez Katy Grannan.
Zdjęcia są rozmieszczone w piętnastu pomieszczeniach, przy czym w każdym z nich zaprezentowano róż-
ne trendy fotograficzne. Warto zachować kierunek zwiedzania i odwiedzać galerię według numeracji 1-15, w
przeciwnym razie może ominąć cię coś niesamowitego.
Aneta Barnett
Wyst awa czynna do 22 lipca. Wstęp wolny.
Więcej informacji: www.saatchi-gallery.co.uk
Anonymous
(Boulevard Series)
Fot. Monika S. Jakubowska
Sławomir Orwat
Są takie chwile w życiu dziennikarza, które każą mu zastanowić się, jak niezbędną postacią jest on dla artysty.
Takie egocentryczne refleksje pojawiają się wtedy, kiedy
uświadamia on sobie, że został potraktowany jak wyścigowy koń, który po długim galopie, wynoszącym artystę
na wierchy medialnej popularności, zostaje pozbawiony
należnej mu kostki cukru, jaką jest podzielenie się wrażeniami po występie. Wywiady, recenzje, zdjęcia i medialny patronat –TAK, jak najbardziej! Rozmowa po
koncercie – NIE, bo… właściwie… po co?
Zakopower był przed siedmiu laty sporym objawieniem na polskiej scenie muzycznej, a Sebastian Karpiel-Bułecka to w dodatku „niezłe ciacho”, jak
twierdzi moja dwudziestokilkuletnia sąsiadka. Jako że
cukiernikiem nie jestem, skupię się na muzycznej warstwie zagadnienia i przyznam się, iż rad jestem bardzo, że chłopcy przed laty się skrzyknęli i postanowili
wspólnie pomuzykować, bo nie tylko kapela piknie
gro, ale i publika dudki na płyty radośnie wydaje. Nie
bardzo jednak to brzmienie z płyt słychać było 13 maja w londyńskim HMV Forum.
Początek koncertu sprawiał nawet wrażenie, jakby
muzycy zamiast grać, stroili instrumenty i sprawdzali,
czy dobrze każdego z nich słychać. Przez ponad połowę
koncertu wokal Sebastiana przebijał się niczym kilof
przez niewidzialną ścianę instrumentów, a sekcja rytmiczna brzmiała jakby była umieszczona w studni. Pozbawiony dynamiki dźwięk był płaski jak naleśnik, a z
Sebastian Karpiel-Bułecka brawurowo łączył swój
charakterystyczny wokal z grą na skrzypcach i kobzie
różnych części sali dało się słyszeć głosy: –
Gdzie są basy???
Żal mi było muzyków, którzy na scenie
robili co mogli, aby publiczność zapamiętała
ich dobrze, ale nie żal mi było „fachowca”,
który odpowiadał tego dnia za akustykę.
Osobnym tematem jest frekwencja. Nie
wiem, kto w sztabie Zakopowera ubzdurał
sobie, że na ich gig przyjdą te same tłumy, jakie co roku można zobaczyć na koncertach
Kultu, T-Love czy Lady Pank, ale wiem, że
ów człowiek musiał uwierzyć tak bardzo we
własną propagandę, jak ci, którzy w 1989 roku wmawiali „partyjnym dołom”, że naród
zagłosuje na listę krajową. Nie od dziś wiadomo, że wartościowa muzyka to nie zawsze ta,
na którą przychodzą tłumy (choć bardzo
bym chciał, aby tak było). Jestem w stanie
zrozumieć niezadowolenie z finansowej porażki. Przyjmuję nawet do wiadomości
wszystkie braki techniczno-organizacyjne i
darmowe rozdawanie biletów na lewo i prawo, które stało się tajemnicą poliszynela. Nie
potrafię tylko zrozumieć postawy muzyków.
Kilka minut po występie cudem udało mi się
krzyknąć z odległości kilku metrów do najprzystojniejszego (podobno) faceta RP, że jestem z prasy i chciałbym zamienić z nim
kilka słów. Sebastian podpisując płytę wskazał
na menedżera, który przerwał mi bez pardonu, mówiąc: – CZTERY! (że mogę mieć
cztery minuty) i dodał: – Będziemy za chwilę
w pubie, zaczekajcie przy wyjściu. Nie bardzo wiedzieliśmy, o jakie wyjście chodziło, bo
wyjść w Forum jest kilka, a puby w najbliższym otoczeniu były przynajmniej dwa (jeden
już zamknięty, a z drugiego wyproszono nas
zaraz po przekroczeniu progów, bo właśnie
go zamykano). Dowiedziałem się potem, że
muzycy spotkali się z pewną grupą (wyznaczoną nie wiedzieć z jakiego klucza) medialnych wybrańców na piętrze tego samego
budynku, w którym tak dzielnie walczyli
wcześniej z nieznośną akustyką.
A występ? Muzycy, świadomi problemów
z nagłośnieniem robili wszystko, aby pospolite
ruszenie zgromadzonych na sali widzów zabrało ze sobą do domu jak najlepsze o nich
wrażenie. Oprócz instrumentalnych solówek
Sebastiana, który brawurowo łączył swój charakterystyczny wokal z grą na skrzypcach i
kobzie, mieliśmy także okazję oklaskiwać taneczne popisy instrumentalistów, które w polskiej świadomości od zawsze stanowiły istotę
występu podhalańskiej kapeli. I nawet jeśli w
krótkiej rozmowie dla „Nowego Czasu”, która ukazała się w poprzednim numerze, Sebastian Karpiel-Bułecka odżegnywał się od
stwierdzenia, że Zakopower gra muzykę gór,
to góralskiej duszy każdego z nich trudno było
nie zauważyć. Znakomity poziom instrumentalistów, którzy w większości są muzycznymi
samoukami, jest kolejnym dowodem na to, że
góral z muzyką się rodzi, a tradycji muzykowania w podhalańskich rodzinach od wieków
przekazywanej z pokolenia na pokolenie,
można by się zapewne doszukać w strukturach DNA. Mam takie marzenie, aby dane
mi było jeszcze kiedyś ponownie stanąć naprzeciw sceny, na którą wyjdzie Zakopower.
Bardzo chciałbym zobaczyć perfekcyjnie
przygotowany występ tego zespołu, który nie
będzie tylko małym fragmentem jakiejś trasy
koncertowej i który stanie się wydarzeniem,
pokazującym, jak wspaniale może brzmieć
ten zespół, jeśli zapewni mu się wszystkie warunki, które są dla artysty niezbędne, aby na
scenie mógł dać z siebie wszystko.
|23
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
kultura
Rzucać słowa na wiatr
Fot. Wojciech A. Sobczyński
Wojciech A. Sobczyński
P
oprzez elektroniczne wici dostałem niedawno zawiadomienie o unikatowym wydarzeniu artystycznym w Tate Modern.
Zaintrygowany przeczytałem w dodatku, że
będzie to jednorazowy pokaz przedstawicielki polskiej awangardy Ewy Partun.
Na piątym piętrze Tate Modern znajdują się na ogół najnowsze eksponaty nabyte w ostatnim okresie. W pośpiechu
przemykam między zwiedzającymi, żeby zdążyć na początek
performance o dwunastej w południe. Po drodze zauważałem
wiele znakomitych przykładów sztuki najnowszej, eksponowanych po mistrzowsku w sterylnie białych przestrzeniach galerii
zalanych tego dnia wiosennym światłem. W sali numer dziewięć
było prawie ciemno. Powoli przyzwyczaiłem oczy do mroku.
Zebrana grupa widzów patrzyła z uwagą na projekcję filmu.
Na ekranie młoda kobieta pokazana była w kilku scenach rzucając na wiatr papierowe litery. Film nakręcony przeszło trzydzieści lat temu był teraz tłem do podobnej akcji. Po chwili
dotarły do mojej świadomości szelesty dochodzące z boku widowni. Patrząc bliżej zobaczyłem kobietę, zgiętą w pół i pochyloną nad pakunkami. Jej ręce utopione w szeleszczącej materii
uniosły się nagle w powietrze i podobnie jak na ekranie, rozproszyły papierowe litery.
Ten prosty, powtarzający się akt nie wymagał wyjaśnień.
Podłoga Tate Gallery usłana była wkrótce papierowym dywa-
nem liter. Na ekranie też, słowa rzucane na wiatr ścieliły się jak
jesienne liście, czasami układając się w przypadkowe słowa.
Jest to pomysł prosty. Może nawet za prosty, aby pozyskać moją sceptyczną aprobatę. Po jakimś czasie, kiedy szeleszczące pakunki przestały zawierać więcej liter artystka ukłoniła się w
stronę widzów zamykając performance, czyli swój występ trzema angielskimi słowami wypowiedzianymi z silnym słowiańskim akcentem: – Zis iss oll.
Przyznam się do mieszanych uczuć. Z jednej strony słowa
rozsiewane po świecie, porywane przez wiatr, rozmowa z nikim, jako sama idea przemawia do mojej wyobraźni. Tak jest
czasami przecież w życiu, kiedy pozornie słuchając jednocześnie nadstawiamy „głuche” ucho, jak mówi angielskie przysłowie. Kiedy rozmawiamy o sprawach nieważnych, wypełniając
ciszę słowami bez znaczenia. Z drugiej strony performance art
jako konceptualny „pseudo-izm” pozbawiony jest w moim
przekonaniu wystarczających jakości, by wynagrodzić widza za
udział w seansie, które komunikuje zamierzoną prawdę. Moje
zastrzeżenia rozwiały się jednak natychmiast, kiedy dowiedziałem się od artystki, że rozrzucane litery stanowiły komplet słów
zawartych na dwóch stronicach książki Marcela Prousta W
poszukiwaniu straconego czasu. Tego rodzaju metoda wizualnego zaangażowania w słowa Ewa Partum nazywa „poezją aktywną”i podobny występ przygotowuje właśnie na zaproszenie
organizatorów zbliżającego się Biennale w Sydney, gdzie cytować będzie fragment z Jamesa Joycea rzucając zapewne jego
słowa na wiatr.
Adam Czerniawski w rozmowie
z Januszem Guttnerem
Adam Czerniawski nie ma tego zwyczaju. Jego kolejny poetycki wieczór miałem przyjemność wysłuchać w Ognisku Polskim przy Exhibition Road. Jego poezja jest zwarta, wyważona i
przemyślana. Osobiste odczucia i delikatną wrażliwość pokrywa
ochronny pancerz skonstruowany przez autora. Nazwałbym to
zjawisko twórczą dyscypliną. O wybór wierszy i scenariusz zadbał Janusz Guttner, który wystąpił razem z Renatą Chmielewską. Oboje wykazali się wielkim zrozumieniem poezji
Czerniawskiego trafiając bez przeszkód do wyobraźni zebranych słuchaczy. Organizatorem tego autorskiego wieczoru, jak i
wielu poprzednich była Regina Wasiak-Taylor. Adam Czerniawski był celebrantem, a jednocześnie słuchaczem, jak reszta
widowni, zadając pytania, dając wyjaśnienia, nie ukrywając satysfakcji z udanego wieczoru.
Andrzej Dawidowski
Joanna Ciechanowska, Mervyn
Poezja aktywna
WubiegłąniedzielęotwartowGaleriiPOSKwiosennąwystawę
członkówZwiązkuArtystówPolskichwWielkiejBrytan
ii,APA.
Trudn
opisaćotejwystawiewsuperlatywach.Jejskromnośćprzypieczętow
ujeogromnaliczb
aprzeciętnychfotografii,którezagęszczająekspozycję,niemającprzytymżadnychwalorów
artystycznych.NawyróżnieniezasługujerysunekelektronicznyJoannyCiechanowskiej.Jesttoportret,ajednocześnieimprowizacja.
Zap
ewneszkicowananiewięcejniżwjednąminutę.Jeg
oświeżość
powinnabyćprzykłademdlakilkuinnychartys tówteżpok
azujących
tengatunek,aktórychwysiłkiniestetyniewyszłypozaramyprzeciętności.ZapamiętałempraceHalinyNakędy-Trepki,AndrzejaDa-
widowskiegoiMariiKalety,którzykonsekwentnieciągną
swojąindywidualnąwizję.ElaLewand
owskasprezentowałamiilustrowanytomikswoichwierszy.Ilustracjesąreprodukowanezjejobrazówpokazywanychnawcześniejszych
wystawachiwmałymformaciedoskonalewspółdziałająz
jejsłowami,któredob
rzewyr ażająnaturęizmaganiaartstki
ztrudnościamilosu.Wkontraś cie,zezdumieniempatrzęna
pracedwóchnowoprzyjętychczłonkówAPA,którychprace
sąponiżejdopuszczaln
ychstandardówiobecnyzarządAPA
ponosizatociężkąodpowiedzialność.Trzecinowoprzyjęty
art ysta,TeresaChlapowskipracujewszkleizapowiadasię
interesującopodwzględemtechniczn
ym.Ciekawyjestem
czywrazztechnikąrozwiniesięteżartystycznemyślenie,
czylitaulotnajakość,taktrudnadozdefiniowan
ia,ajednak
jasnadlawprawnegooka.JakmawiałKornel-Małcurzyński,
sąto„perłyiwieprze”.
24|
15 maja – 14 czcerwca 2012 | nowy czas
drugibrzeg
Marysia Fenrych
1953 – 2012
24 kwietnia pocztą elektroniczną przyszła do nas wiadomość od Włodka Fenrycha, naszego kolegi, dziennikarza „Nowego Czasu”:
Kiedy dwadzieścia dziewięć lat temu zostawiałem
Marysię w szpitalu i lekarze mi powiedzieli, że z takim
poziomem czegoś tam we krwi ona nie powinna żyć,
myślałem, że się z nią pożegnałem na zawsze. Dostałem ją wtedy z powrotem na następne dwadzieścia
dziewięć lat. Potem przyszły na świat dzieci, dziś dorosłe. Czy mogę nie być wdzięczny losowi? Wczoraj Marysia zmarła w szpitalu w Londynie. Widać już był
czas.
Marysiu, poznanianko, siostro poety Macieja
Rembarza, studentko psychologii w latach niewygodnych, latach nieprzyjaznych odważnej oraz walczącej
o wolną Polskę inteligencji.
Kiedy poślubiłaś Włodka, aktywnego dysydenta w
latach 70., opowiedziałaś się jednoznacznie po stronie
walczących. Chociaż sama w opozycji mało byłaś aktywna, masz jednak grubą teczkę w aktach IPN. Mężnie znosiłaś liczne przeszukania w domu, a bywało, że
i czasem bardzo nerwowe oczekiwanie aż Twój podziemny opozycjonista zostanie wypuszczony po 48 godzinach przesłuchań; jako Marysia Re (od
panieńskiego Rembarz), obok kolegów studentów z
całej Polski, byłaś częstym gościem na Rusinowej Polanie, w pięknych polskich Tatrach, u dominikanina
ojca Leonarda. W 1981 roku wyjechałaś z mężem w
podróż po Europie i 15 litopada zawitałaś do Anglii,
by do ojczyzny nie wrócić już nigdy.
Marysiu, kiedy przestały Ci pracować nerki, przeżyłaś dzięki brytyjskim lekarzom, a Twój przeszczep nerki
przetrwał dwadzieścia dziewięć lat, co jest rzadkim
osiągnięciem medycyny w skali światowej. Po przeszczepie miałaś tyle siły, aby założyć rodzinę i urodzić
trójkę zdrowych dzieci. Niedługo potem znów zaczęłaś
walkę – tym razem przez lata – z rakiem skóry, przechodząc operację za operacją, ponieważ leki zapobiegające odrzuceniu nerki obniżyły Twoją odporność i
organizm nie potrafił się skutecznie bronić przed komórkami rakowymi. Trzy lata temu wykryto u Ciebie
kolejnego, bezlitosnego wroga, raka jelit (na szczęście i
wówczas udało Ci się odeprzeć atak). Na koniec, przy
nieustannym wsparciu najbliższych przez tygodnie walczyłaś, choć już ostatkami sił, z chłoniakiem. Wycieńczona, na odejście przyzwoliłaś sobie dopiero wówczas,
gdy cała rodzina zgromadziła się u Twego wezgłowia,
trzymając Cię za ręce. Byłaś do końca dzielna i zawsze
pełna radości, którą obdarzałaś innych.
Marysiu, mimo tylu trudności, przez dwadzieścia
dziewięć lat od przybycia do Anglii i przeszczepu nerki,
prowadziłaś normalne życie. Mądrze wychowywałaś
dzieci. Czy nie jest osiągnięciem to, że dla Twoich synów czymś jak najbardziej naturalnym i zwyczajnym
jest udzielanie pomocy dzieciom sąsiadów w ich szkolnych zmaganiach, organizowanie lekcji czytania i
pomocy w nauce? A Ty z zaangażowaniem przez lata
pracowałaś w angielskiej szkole ze szczególnie trudną
młodzieżą. W przerwach od pracy. pełna entuzjazmu
podróżowałaś razem z mężem po Zanzibarze, Grecji, i
Rzymie. Jeszcze niedawno byłaś nad Zatoką Hudsona
w rezerwacie Indian Kri, a w styczniu tego roku – w
Jerozolimie.
•••
Znałam Marysię niedługo, ale nigdy nie zapomnę tych
paru spotkań z Nią i Jej rodziną, szczególnie w ich domu, przy stole, spotkań niezobowiązujących, ale uważnych i przyjaznych. Poczułam się tam, jak… w domu.
Chciano, bym tak się czuła. Marysia nie stroiła się w
piękne szaty udanej grzeczności, pozostawała sobą.
Wrażliwa i dyskretna czuwała nad wszystkimi. Mądra i
bardzo kochająca rodzinę. Cicha i skromna, ale kiedy
trzeba było – waleczna i troskliwa żona i matka.
Marysia i Jej mąż zbudowali dom przepiękny: przyjazny, otwarty, ciepły. Widać, jeśli serca otwarte, to i
dom otwarty.
Według mnie to wyjątkowe i nieprzecenione być
tak otwartym na człowieka, przyjmować go i jego
prawdę, uczyć się od niego, a z drugiej strony – nie pozostawać ślepym i głuchym na po trzeby, na prośby i po
prostu dzielić się tym, co się posiada (choćby było tego
niewiele) czy może raczej – żeby uściślić – dzielić się
tym, kim się jest. Marysia i Jej mąż zbudowali swoje
epicentrum miłości, swój przepiękny dom na skale.
Rozrósł się niebotycznie dzięki dobroci, ciepłu oraz
otwartości ich serc. I wrósł w serca. Prawdziwy i trwały,
i wiemy, że nic go nie zburzy.
Mój październikowy artykuł z okazji jubileuszu pięciolecia „Nowego Czasu”
otwierają słowa: Wszystko zaczęło się od Włodka Fenrycha. Stwierdzenie to
jest jak najbardziej prawdziwe, ale tylko w odniesieniu do kontaktów ze
środowiskiem skupionym wokół Teresy i Grzegorza. Mój emigracyjny
NOWY CZAS rozpoczął się znacznie wcześniej, a w tym wymiarze wszystko
zaczęło się od… Marysi.
Po pierwszych trudnych miesiącach adaptacji w maleńkim Hatfield,
wczesną wiosną 2005 roku postanowiłem odnaleźć katolicką parafię.
Kościół pod wezwaniem św. Piotra na Bishops Rise już od wejścia zrobił na
mnie miłe wrażenie, a krzątające się tuż przy wejściu panie uśmiechały się
życzliwie. Jedna z nich podała mi parafialny biuletyn informacyjny, a ja
nieco zakłopotany zapytałem: – Przepraszam. Od niedawna jestem w
Anglii. Gdzie mógłbym dostać tekst mszy? – Skąd jesteś? – usłyszałem
pytanie. – Z Polski. – To się dobrze składa. Jest tu jedna Polka. Zaraz ją
zawołam.
Po chwili ujrzałem niewysoką kobietę o jasnych włosach z ciepłym
uśmiechem i szczerym spojrzeniem. W trakcie mszy zwróciłem także uwagę
na długowłosego wysokiego mężczyznę, grającego na gitarze w parafialnym
zespole i śpiewającego z wyraźnie słyszalnym słowiańskim akcentem.
Godzinę później w przykościelnej kawiarence dowiedziałem się, że są
małżeństwem. W domu Marysi i Włodka bywałem bardzo często. Poznałem
ich dzieci, sąsiadów i znajomych. Przed każdym wspólnym posiłkiem zawsze
na kilka sekund chwytali się za ręce, a zwyczaj ten przekazali wraz z polską
mową urodzonej już na angielskiej ziemi trójce dzieci. Marysia, mimo
wieloletniej walki z chorobą, zawsze była niezwykle pogodna, a swoje
cierpienie znosiła ze spokojem i godnością. Po raz ostatni zobaczyłem ją 13
kwietnia w ich domu. Resztką sił udało się jej posiedzieć kilkanaście minut
przy stole. Była już bardzo słaba, ale jeszcze zdążyła opowiedzieć mi historię,
jak to z Teresą z „Nowego Czasu” biegały w ostatniej chwili po flakoniki na
kwiaty przed mszą beatyfikacyjną Jana Pawła II w katedrze Westminster w
Londynie.
9 maja pożegnałem Marysię w drzwiach małego kościoła św. Piotra –
dokładnie w tym samym miejscu, w którym przed laty ujrzałem ją po raz
pierwszy. Na emigracji bliskość nie mierzy się więzami krwi. Od lat
traktowałem ich jak rodzinę w wymiarze duchowym, a tamto pierwsze
spotkanie z Marysią było zarazem moim emigracyjnym „wyjściem z
mroku”, które tym wspomnieniem chciałbym ocalić od zapomnienia.
Dorota Józefowicz
Sławomir Orwat
Wiesław Chrzanowski
1923 – 2012
Wiesław Chrzanowski urodził się 20
grudnia 1923 roku w Warszawie. W czasie
II wojny światowej walczył w szeregach
Armii Krajowej, uczestniczył w Powstaniu
Warszawskim jako żołnierz Oddziału
Specjalnego „Harnaś”. Działał również w
konspiracyjnych organizacjach, między
innymi w Stronnictwie Narodowym i
Młodzieży Wszechpolskiej.
W 1945 roku ukończył studia na
Wydziale Prawa Uniwersytetu
Jagiellońskiego. Tam uzyskał stopień
naukowy doktora i doktora habilitowanego
nauk prawnych oraz tytuł profesorski.
Pracował jako wykładowca prawa i profesor
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Prowadził zajęcia z zakresu prawa
cywilnego w Uczelni Łazarskiego.
W 1948 roku został aresztowany za
próbę utworzenia masowego ruchu
katolicko-narodowego i „obalenia siłą
ustroju Polski Ludowej”. Skazany na osiem
lat więzienia. Zwolniony po 6 latach, w
roku 1956 został zrehabilitowany.
W czasach PRL współpracował z
prymasem Polski, kardynałem Stefanem
Wyszyńskim. W 1980 roku został doradcą
NSZZ „Solidarność”, był współautorem
statutu związku.
W 1989 roku był jednym z założycieli
Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego,
do 1994 roku pełnił funkcję prezesa zarządu
głównego tej partii. Od 12 stycznia 1991 do
23 grudnia 1991 roku pełnił urząd ministra
sprawiedliwości i prokuratora generalnego
w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego.
W Sejmie I kadencji zajmował
stanowisko marszałka Sejmu. W latach
1997-2001 zasiadał w Senacie IV kadencji,
wybrany z listy AWS. W 2001 roku wycofał
się z polityki.
W maju 2005 roku został odznaczony
przez prezydenta Aleksandra
Kwaśniewskiego Orderem Orła Białego.
W 2007 roku – prezydent Lech Kaczyński
powołał go do kapituły tego orderu.
|25
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
czasoprzestrzeń
londyn
w subiektywie
Wyspy Miłościwie Nam Panującej Elżbiety II pachną
lawendą i wcale mnie ten fakt
nie dziwi. Podobnie jak naftalina (lecz w pro-naturalny
sposób) lawenda odstrasza
mole, których tu nie brak,
zwłaszcza tych książkowych.
Nigdzie indziej na świecie nie
widziałam tylu zaczytanych
par oczu, tylu palców odgrywających to samo misterium
przewracania strony, a każda
z nich na inny sposób. Czytają
podróżujący w metrze i kwiaciarki w zapomnianych
kwiaciarniach, staruszka z lupą na ławce w parku i chłopak w kawiarni, co o kawie
zapomniał. Ćmy zwyczajne
powpadały w sieci zaczekania
po teleportery, zaś oczytane
mole wiedzą, że książki mają
moc niezwykłą. Zupełnie jak
ten młody człowiek z kawiarni – widzę, że jest, ale wiem,
że go nie ma...
Tekst i zdjęcie:
Monika S. Jakubowska
STERTA
(cz. 3)
Jacek Ozaist
W
aldi wpadł na mnie z butelką
whisky w ręce. – Mamy zapasy, że hej! Pociągnął spory łyk
i podał ją mnie. Też sobie nie
pożałowałem, z tej radości, że
po dniach chudych nadchodzą naprawdę tłuste.
– Musimy sprawdzić, czy drzwi się otwierają – zakomenderowałem. – Zwłaszcza te z tyłu domu.
Poszliśmy najpierw zbadać wejściowe. W holu powitała nas wielka góra papieru, która broniła dostępu
do drzwi. Ulotki, foldery, książki telefoniczne, gazety,
listy, awiza. Może tona papieru wysoka na metr.
– Prawdziwy skład makulatury – zaśmiał się Waldi. – Masz pojęcie, jak długo trwało zbieranie?
– Ile tu płacą za kilogram? – spytałem przytomnie.
– Tu płacą tylko za metale kolorowe. Makulatury
chyba nie skupują. Rany, tutaj poległ cały las. Brzózki, świerczki, buczki...
– Waldi, nie rozkręcaj się. To tylko drzewa.
– Ale ile!
Ruszył papierowym szlakiem raz po raz grzęznąc
w jakiejś szczelinie i tracąc równowagę. Mamrotał
pod nosem typowo polskie zwroty typu: udręka, gehenna, los wraży, porażka z potężnym frontem itp.
Nagle pisnął tak cienko, że pomyślałem, iż nadepnął
na dziecięcą zabawkę.
– Co jest?!
– Widzę rękę!
– Czyją?
– A ja wiem!!!!!!?????
Zrobiło mi się słabo, lecz nadludzkim
wysiłkiem woli ruszyłem przez morze papieru na ratunek Waldiemu. Pochylał się
nad siną dłonią, która wystawała spomiędzy ulotek pizzerii i biura ubezpieczeń.
– Może to proteza. Sprawdzałeś?
– Zgłupiałeś?!
Wyrwałem mu z ręki flaszkę i pociągnąłem na raz tyle, że pewnie starczyłoby
na konkursowy łyk stulecia. Potrząsnąłem
głową, dodając sobie odwagi, ale ostatecznie nie ośmieliłem się dotknąć tej dłoni.
– Jezus Maria! To trup! – krzyknął Waldi.
– Już wiem, czemu gość się nie pokazywał.
– Chuj z nim! – wrzasnąłem – Co my
teraz zrobimy?! Waldi nie wyglądał już na
dawnego Waldiego, tylko na spietranego
nastolatka, któremu ktoś splątał sznurówki.
Uznałem, że czas najwyższy przejąć dowodzenie, bo taka gratka, jak ten dom, może
nam się już nie przydarzyć.
– Waldi, leć na górę po braciaka. Musicie załatać tę dziurę.
– A trup?
– Jest martwy, czy nie? Pytał ktoś o niego? Weź się w garść. To nasz dom.
Wielki, zwalisty Waldi długo patrzył na
mnie swoimi przekrwionymi ślepiami, po
czym zwyczajnie zasalutował i już go nie
było. Zostałem z butelką szkockiej, stosem
papieru, nieboszczykiem i wieloma sprawami do przemyślenia. Przede wszystkim było
mi głupio, ale tłumaczyłem sobie, że to
Waldi nawalił pierwszy. Nie mogłem pozwolić, by nasza paczka rozpadła się z
powodu kryzysu na szczeblu władzy. Porządzę trochę, wyprowadzę sprawy na prostą i
przekażę mu dowodzenie – pomyślałem.
Kiedy w polu widzenia pojawił się braciak,
zrobiło mi się lżej. Niejedną mordę razem
obiliśmy, wic można było na nim polegać.
– Co wyście namącili? – zapytał.
– Murowałeś trochę z braćmi Wymiot.
Przypomnij sobie co i jak. Musimy załatać
tę dziurę w suficie. Dasz radę?
– A co z górą?
– Klepki położymy i po sprawie.
– Ale ktoś musi tam zostać.
– Waldi zostanie. W końcu tam mieszka. W nocy wpuścimy go przez ogród.
– Zrobimy szalunek od dołu i będziemy
murować od góry – stwierdził Waldi, wystawiając głowę przez dziurę.
– Idź, młody...
Spojrzeli na mnie filmowo. Oto wojna.
Pośrodku dżungli bohater musi zostać
sam. Jest skazany na zagładę, ale ratuje
resztę. Nic nie da się zrobić.
– Miło było z tobą współpracować –
zagaił dramatycznie Waldi.
– Mama będzie dumna – dodał braciak
i obaj znikli mi z oczu.
Zastanowiłem się, co zrobić z taką ilością papieru. Spalić? Chyba razem z
domem. Przenieść do sąsiedniego pokoju.
Oto myśl! Znalazłem jakąś skrzynkę po
owocach i dzięki niej udało mi się przetransportować większość makulatury do
sąsiedniego pomieszczenia.
W końcu dotarłem do podeszwy czyjegoś
buta. Zawahałem się. Miałem do wyboru –
jedzenie z puszki, długie dniówki, konieczność wręczania kasy jakiejś nadętej
lafiryndzie, ciszę nocną itd., kontra święty
spokój, oszczędność, samodzielność. Nie
mogłem się poddać. Pomyślałem, że jemu i
tak wszystko jedno i złapałem tę łydkę.
– Stasiu!!! – usłyszałem i ból od serca
wypełnił mi cały przełyk. – Musisz przybić
ostatnią dechę, bo od góry nie damy rady.
– Idę!
Dali mi młotek i parę gwoździ. Spojrzałem im w twarze po raz ostatni. Byli
uśmiechnięci, rozluźnieni, dalecy od przyziemnych spraw, jak pochówek zmarłych,
sprzątanie zwłok i tak dalej.
– Przyjdziemy przez ogród. Do miłego!
Potem światło znikło, a ja zostałem w półmroku z młotkiem w ręce. Zacząłem dalej
nosić te przeklęte papierzyska.
Nie mam pojęcia ile mi to zajęło, ale w
końcu odkryłem obie nogi nieboszczyka.
Byłem przekonany, że gość padł na zawał,
wylew czy coś w tym guście i z biegiem
czasu został przysypany całym tym chłamem, wpadającym przez pocztową szparę
w drzwiach. Przypomniała mi się mama
czytająca nam Klechdy polskie, ksiądz recytujący ostatnie pożegnanie i parę scen z
filmów. Wstąpił we mnie natchniony duch.
– Panie, zmiłuj się nad duszą tego biednego człowieka, który upadł przy tych
drzwiach. I przebacz mi, że wezmę go teraz spod tych drzwi, pod którymi kalają
jego ciało ulotki różnych przyziemnych interesów. Czymże bowiem jest pizza z
trzema składnikami albo auto na raty przy
możliwości przebywania w Królestwie Niebieskim. Wezmę go, ok?
Nic się nie działo, więc złapałem faceta
za łydki i pociągnąłem. Tandetne, przykrótkie portki, flanelowa koszula – tyle
widziałem, reszty nie chciałem oglądać.
Zaciągnąłem go do ogrodu i zakopałem
jak należy. No może ciut płyciej, bo siły za
bardzo nie miałem.
Wróciłem do domu i właśnie wtedy
przeżyłem najstraszliwszą chwilę grozy w
moim życiu. W kilkanaście sekund po pochowaniu umarlaka usłyszałem od drzwi
hałas, który zatrzymał we mnie krew. Byłem przekonany, że mój trud poszedł na
darmo, stracimy dom, a ja zostanę aresztowany. Wrócił dawno nie widziany kuzyn
albo sąsiadce zabrakło soli...
Cisza jednak przedłużała się. Zerknąłem
zza futryny. Drzwi były w nienaruszonym
stanie. Za to na podłodze leżała świeża broszura, którą ktoś przed momentem wrzucił,
omal nie wyprawiając mnie na tamten świat
za gościem z ogrodu.
Coś przyciągnęło mój wzrok. Coś o Polish. Wziąłem folder do ręki i obejrzałem z
bliska. Polish Professional Workers....
Ale jaja – pomyślałem nie kryjąc dumy.
Rodacy kontratakują. W środku było mnóstwo ofert od naszych budowlańców,
sprzątaczek, ogrodników, kurierów, nawet
dziwek. Do drzwi ogrodowych zapukali Waldi i braciak.
– Witam w domu – powiedziałem z ulgą.
26|
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
ludzie i miejsca
Raport
z rozstrzaskanego
świata
Cudem uciekł z rąk Gestapo, dobrowolnie wszedł do
obozu w Bełżcu, w środku wojny spacerował w samym
sercu III Rzeszy. Wszystko po to, by przedstawić światu
raport o systematycznej, masowej eksterminacji Żydów.
Świat nie uwierzył.
Adam Dąbrowski
Musimy dziś opowiadać naszym dzieciom, jak
doszło do Holocaustu, jak wielu ludzi poddało
się najmroczniejszym instynktom. Ale opowiedzmy im też o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Jednym z nich był Jan Karski,
młody polski katolik – mówił pod koniec kwietnia prezydent Barack Obama o człowieku, który przebrnął przez całą okupowaną Europę, by
zawieźć na Wyspy Brytyjskie opowieść o masakrze dokonywanej w biały dzień na Żydach.
Jan Karski, który drugą połowę życia spędził
w Stanach Zjednoczonych, otrzymał właśnie
najwyższe wyróżnienie cywilne tego kraju. Tym
samym dołączył do wąskiego grona Polaków,
którzy mogą się nim poszczycić. Są to: Jan Paweł II, Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak Jeziorański, Artur Rubinstein, Anna Walentynowicz
i Lech Wałęsa. Wyjątkowość tej decyzji polega
jednak na tym, że nieczęsto się zdarza, by to
wyróżnienie otrzymywał ktoś pośmiertnie. Karski otrzymuje je w jedenaście lat po swoim odejściu. Z kolei na Wyspach całkiem niedawno
pojawiła się kolejna reedycja jego wspomnień.
RapoRt KaRsKIeGo
„Może mi nie uwierzyli, może uważali, że
wyolbrzymiam” – opowiadał na pięć lat przed
śmiercią Karski w wywiadzie dla Associated
Press. Te słowa są doskonałym podsumowaniem reakcji świata na raport, jaki przywiózł
mu Polak z warszawskiego Getta i obozu zagłady w Bełżcu. Karski rozmawiał z Anthony Edenem i Franklinem Delano Roosveltem, z
niezliczonymi dyplomatami i politykami. Reakcje? Dość podobne.
„Nie twierdzę, ze pan kłamie, po prostu
mam problem z uwierzeniem w to wszystko” –
usłyszał pewnego dnia Polak.
Bo i trudno się dziwić, że opowieści, które
Karski przywiózł ze sobą z okupowanej Polski
brzmiały niewiarygodnie. Sama relacja – nawet
w stuleciu, które już zdążyło stracić niewinność
pod Verdun i nad Sommą – wydawała się zbyt
trudna do przyswojenia. To nie przypadek, że
jednym z przełomowych momentów procesów
norymberskich było wyświetlenie filmu dokumentującego, jak spychacze wrzucają do specjalnie wykopanych dołów świeżo zagazowane
zwłoki. Obrazy te sprawiły, że nawet niektórzy
nazistowcy oprawcy zaczęli płakać. Być może
dlatego nie uwierzono suchym słowom Karskiego – po raz pierwszy w historii ludzkości, przestały one dorastać do rzeczywistości.
poWIedzIeĆ ŚWIatU
W obliczu tej przygniatającej makabry Karski
od początku do końca pozostaje wierny swojej
roli kronikarza. Jak sam pisze, szybko dochodzi
do wniosku, że najlepszy sposób relacjonowania
to suchy, wycofany, niemal reporterski ton. Dlatego właśnie starannie unika on w swojej opowieści wszelkiego wysokiego rejestru, lukrowanego zastrzyku znieczulającego. Ucieczka w
symbole, poezję czy próby interpretacji zawsze
są w takim przypadku ryzykowne i zaowocować
mogą kiczem czy estetyzacją tragedii, tak jak to
czasem dzieje się z wymuskanymi fotografiami
reporterskimi na wystawach World Press Photo,
gdzie maestria techniczna często spycha na dalszy plan konkretną, ludzką tragedię.
Dlatego Karski nie cytuje poetów i jak ognia
unika metafor (Poezja po Holocauście nie jest
już możliwa – stwierdzi potem pewien filozof).
To banalność zła, by użyć określenia Hanny
Arendt, jest tu najbardziej przerażajaća. Banal-
Jan Karski, 2000 r.
ność nazistowskiej „ekonomii mordowania” w
Bełżcu, gdzie system eliminacji Żydów doprowadzony został do chłodnej, biurokratycznej
perfekcji. Wszystko zaczynało się na peronie,
gdzie kolbami karabinów zaganiano więźniów
do bydlęcych wagonów z chlorem, który wgryzał się w skórę powodując śmierć w męczarniach. Pociąg, wyładowany po brzegi ludźmi,
odjeżdżał, by po jakimś czasie zatrzymać się w
głuchym polu. Tam stał cztery doby czekając aż
przerażająco długa agonia ofiar się zakończy.
„To efektywny sposób przeprowadzania egzekucji, a przy okazji zarazem zapobiega rozprzestrzenianiu się chorób” – zauważa z aprobatą
niemiecki rozmówca Karskiego. I tym słowom
autor nie poświęca komentarza.
dokończenie obok
Ks. Issakowicz-Zaleski:
Prawda was wyzwoli
Grzegorz Małkiewicz
To już któreś z kolei spotkanie zorganizowane przez Koło Członków Indywidualnych Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii. Cenna inicjatywa
pozwalająca zweryfikować dane na temat sytuacji w kraju w konfrontacji z
najważniejszymi graczami. Szkoda tylko, że na te spotkania nie przychodzą
jeszcze młodzi Polacy, tak liczni w Londynie. Zaczną przychodzić, czas zrobi swoje. Pewne zaszłości już przestają obowiązywać.
Ks. Issakowicz-Zaleski przyjechał do Londynu w ramach tego właśnie
cyklu na trzy spotkania, z trzema tematami, chociaż wszystkie trzy powiązane były bezkompromisową postawą księdza, którego książki i publiczne wystąpienia (Ks. Issakowicz-Zaleski jest stałym felietonistą „Gazety Polskiej”) są
często dużym problemem dla hierarchów Kościoła w Polsce.
Reprymendy hierarchów wynikają, zdaniem księdza Zaleskiego, z
błędnej oceny roli Kościoła w czasach komunizmu. – 90 proc. księży ma
nieskazitelną przeszłość, co, biorąc pod uwagę otwartą walkę władz z Kościołem, jest dużym sukcesem – podkreślał wielokrotnie prelegent.
Jego zdaniem ukrywanie prawdy o księdzach-współpracownikach SB
przez kościelnych hierarchów jest osłabianiem autorytetu Kościoła. Wzorem
dla takiej oceny sytuacji jest oczywiście doświadczenie niemieckie, a konkretnie zasługi w procesie dekomunizacji i lustracji obecnego prezydenta Niemiec Joachima Gaucka.
Joachim Gauck, będąc sam pastorem, poradził sobie z lustracją przyjmując transparentne zasady w ujawnianiu agentów Stasi. Jego autorytet
stworzył niejako ochronę w rozliczaniu historii. Nie był atakowany, tak jak w
Polsce, za wykorzystywanie symbolicznych teczek do celów politycznych.
Ks. Issakowicz-Zaleski podkreślał, że oceniając rolę Kościoła w PRL należy
pamiętać o stopniu zaangażowania służb specjalnych w infiltracji tego środowiska. Księża wystawiani byli na próby i różnego rodzaju szykany (łącznie z przymusową służbą wojskową) już w seminarium, przed święceniami.
Zwykle agenci SB posługiwali się wobec księży szantażem moralnym, groźbą ujawnienia grzesznej strony pozyskiwanego do współpracy księdza. Ale
nawet w tak ekstremalnych sytuacjach zawsze była możliwość odmowy. –
Były też takie przypadki – przyznaje ksiądz Zaleski. Wystarczyło pójść do
przełożonego, najlepiej biskupa, i ujawnić próbę werbunku.
Drugim ważnym tematem spotkań były Kresy i problem rzezi politycznych w czasie wojny i tuż po jej zakończeniu. Ks. Issakowicz-Zaleski (Ormianin z pochodzenia, którego rodzina mieszkała na Kresach) poświęcił tej
wymazywanej ze świadomości krwawej karty w naszej historii jedną ze swoich książek. Wszystkie książki przywiezione przez księdza do Londynu zostały sprzedane, a dochód zasilił konto Fundacji im św. Brata Alberta, która
pomaga niepełnosprawnym dzieciom, i którą ksiądz Zaleski od lat bardzo
skutecznie od lat zarządza. W sprawie morderstw na Kresach, podobnie jak
w sprawie lustracji, nie powinno być miejsca na jakikolwiek polityczny kompromis. Taką powinność mamy wobec tych, którzy bestialsko zostali zamordowani, bo byli Polakami, albo Polakom pomagali.
Ks. Issakowicz-Zaleski to nie tylko wielki lustrator. Kilkanaście lat temu
pod Krakowem stworzył ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci i młodzieży,
i to jest jego największa duszpasterska pasja. Nie jest łatwo, ale podopieczni
pomagają jak mogą. Kiedyś ksiądz Zaleski bezradny wobec kłopotów finansowych westchnął – tylko napad na bank może nas uratować. Usłyszał to
podopieczny i postanowił księdzu pomóc. Poszedł do kiosku Ruchu w
sąsiedniej miejscowości, by kupić poradnik, o czym poinformowali księdza
sprzedawcy. – Podobno planuje ksiądz napad na bank? – usłyszał.
|27
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
ludzie i miejsca
cieNka LiNia
Tu dochodzimy do kolejnego wielkiego
pytania związanego z Zagładą. Pytania,
na które wciąż nie znaleziono przekonującej odpowiedzi. Jak to się stało, że naród
poetów, muzyków i intelektualistów mógł
ulec podobnej zbiorowej hipnozie?
Czy III Rzesza to moment radykalnego zerwania, chwila szaleństwa, a może
logiczna kontynuacja pewnych wątków w
historii i myśli Niemiec? Czy to odwrócenie się od subtelności poezji Schillera, a
może przeciwnie: po prostu akceptacja
dla jego skrajnie niedemokratycznych poglądów politycznych?
Albo szerzej: czy fabryki śmierci to
świadectwo tymczasowego uśpienia rozumu, a może właśnie jego ponure zwycięstwo? Może, jak chcą Horkheimer i
Adorno, chłodna racjonalność Shoah była
ostatecznym triumfem rozumu instrumentalnego – ponurą degradacją, a zarazem
logiczną kontynuacją wiary w
Oświeceniowy Rozum?
Choć po latach diagnozy filozofów
Szkoły Frankfurckiej bywają nieco histeryczne (przypomnijmy, że Adorno dosłuchał się ciężkich kroków żołnierzy
Gestapo w synkopowanym rytmie jazzu)
– wciąż zawierają ważne ostrzeżenie. Nawet najjaśniejszy „rozumny” dzień może
zostać dialektycznie przekształcony w najgłębszą noc. I to w mgnieniu oka. Doskonały przykład znajdujemy pod koniec
książki, gdzie Karski opisuje spotkanie ze
starym znajomym, który w czasach Republiki Weimarskiej był typowym liberalnym
inteligentem, których deficyt doprowadzi
zresztą wkrótce Weimar do kryzysu legitymizacji i upadku. Gdy nasz rodak puka
do jego drzwi, bada ostrożnie, jak wiele z
tamtego łagodnego liberała pozostało w
jego znajomym. Szybko odkrywa, że jego
rozmówca został niemal całkowicie wypłukany z owych liberalnych intuicji. Dziś,
notuje Karski, jedyne co z nich pozostało
to powtarzana w kółko fraza: Fuehrer wie,
co robi.
Gdyby Karski przyjął inną formę
swoich wspomnień, zapewne przypomniałby nam jak niewiele czasu minęło
od kiedy Berlin zamiast stolicą Tysiącletniej Rzeszy był kolorowym, roztańczonym miastem Brechta, Grosza,
Langa i Junga. I jak niewiele lat dzieliło
ponure serce państwa Hitlera od miasta
odtworzonego tak doskonale w Kabarecie z Lizą Minnelli w roli głównej. Ale
Karski-kronikarz nie stawia tych pytań.
Zauważa tylko, jak łatwo miękki, łagodny język liberalnej demokracji ustąpił u
jego znajomego wyznaniu wiary w Hitlera.
Powiedz żydowskim przywódcom, że
to nie jest kwestia polityki czy strategii.
Powiedz im, że trzeba potrząsnąć światem, aż po fundamenty – apelowali do
Karskiego przywódcy podziemia podczas spotkania w zrujnowanej podwarszawskiej willi. Światem nie udało się
potrząsnąć. Jan Karski miał długo poczucie absolutnej klęski. Jego opowieść
odbiła się od uszu świata jak od muru.
Jego książka i wspomnienia – skrzętnie
unikające estetyzującego patosu – stanowią mimo wszystko doskonałe ostrzeżenie
na przyszłość. Ostrzeżenie dla wszystkich
współczesnych inkarnacji żółtowłosego
chłopca o anielskim głosie śpiewającego
swój przerażający hymn na końcu Kabaretu. A to bardzo wiele.
Jan Karski, Story of a Secret State:
My Repor t to the World, Penguin, 2011
Profesorowie i studenci przed ambasadą RP
w Londynie, po uroczystości wręczenia dyplomów
Wbrew czasoprzestrzeni: PUNO i UJ
Dziś
Nie przyszliśmy do Ambasady RP w Londynie,
żeby podziwiać nasze garnitury, spódniczki, marynarki i wypolerowane buty. Stukot obcasów
tłumiły puszyste dywany, a elegancja naturalnie
wpisywała się w przepych złotych kotar, kryształowych żyrandoli i obrazów z dawnych epok.
Przyszliśmy w niedzielę, 25 kwietnia, żeby z wyciągniętą prawą ręką przejść przez szpaler gotowych do złożenia gratulacji dłoni: prof. Bogdana
Szlachty, dziekana Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ; Barbary Tuge-Erecińskiej, ambasadora RP; prof. Haliny
Taborskiej, rektora Polskiego Uniwersytetu na
Obczyźnie; prof. Macieja Szpunara, wiceministra spraw zagranicznych. W lewej ręce trzymaliśmy dyplomy studiów podyplomowych
Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie – Polsko-brytyjskiepartnerstwostrategicznewUEiNATO– wręczone
przez kreatora i kierownika studiów prof. Arkadego Rzegockiego.
Uroczystość skupiona była przede wszystkim na
podziękowaniach i podsumowaniu studiów, z muzyką klasyczną w tle. Na początku przeniesiono nas
z Londynu do odwiecznej siedziby UJ, Krakowa –
usłyszeliśmy gromki hejnał mariacki wygrany na
trąbce przez drobną 11-letnią Clarę Falkowską. Jej
ojciec – skrzypek, adwokat, a jednocześnie nasz
wykładowca, Damian Falkowski wraz z pianistą
Bartoszem Barasińskim zabrali nas w podróż w
czasie i przestrzeni śladami muzyki Szostakowicza,
Chopina, Paderewskiego, de Falla i Wieniawskiego.
Mimo konieczności zignorowania pękniętej struny
skrzypiec, nie pozostali obojętni wobec owacji na
stojąco i prośby o bis. Oprócz motywów muzycznych, w ambasadzie równie często brzmiały słowa
zadowolenia, gdyż ostatecznie pokonano trudności
organizacyjne, biurokratyczne i finansowe, i wręczono 25 studentom dyplomy. Liczba mnoga nie
jest tu przypadkowa: każdy z absolwentów otrzymał dwa odrębne dokumenty, sygnowane odpowiednio przez UJ i PUNO.
WczoRaj
Dyplom oprócz oceny zawiera szczegóły programu
studiów. 150 godzin wykładów i zajęć praktycznych
na tematy historii i współczesnej sytuacji Polski i
Wielkiej Brytanii, strategii polityki zagranicznej
tych państw, ich miejsca w NATO i Unii Europejskiej, znaczenia geopolitycznego Europy Środkowo-Wschodniej, relacji polsko-brytyjskich.
Wykładowcami były osoby szczególne, specjaliści w swoich dziedzinach – naukowcy z polskich i
zagranicznych uczelni, politycy, pracownicy instytucji NATO-wskich czy unijnych. Prowadzący zajęcia zostali pozbawieni tradycyjnej szansy
zanudzenia studentów. Kolejne osoby pojawiały się
na jednych lub dwóch zajęciach i znikały, pozostawiając po sobie adres emailowy i niedosyt. Część
wykładów prowadzona była w języku polskim,
część w angielskim. Te drugie zwykle wygłaszane
były przez akademików czy polityków mających
polskie korzenie lub przynajmniej sympatyzujących
z Polską. Wspólny język błyskawicznie zawiązywał
nić porozumienia ze studentami. Podczas rozmowy
o kształcie Unii Europejskiej z wykształconą w
Wielkiej Brytanii dr Martą Golonką, preferującą
angielski jako język nauki, Marcin zaczął: – Inmy
opinion”, po czym machnął ręką ze zniecierpliwieniem: – Po polsku będę mówił!. I mówił.
Poczucie niewyczerpania tematów po wykładach powoli przeradzało się w głód intelektualny,
a ten pozwalał wyjść myślami daleko poza rutynę. Koniec zjazdu dla studentów PUNO-UJ
oznaczał powrót do pracy kelnerki, sprzątaczki,
menedżera coffee shopu, bankowca, nauczycielki
matematyki czy kierowcy śmieciarki. Rozproszeni w okolicach Londynu reprezentanci wykształconej Młodej Emigracji zbierali się co drugi
weekend na zjeździe. Wbrew opinii, że emigracja
zarobkowa skupia się wyłącznie na pogoni za pieniądzem. Nie za chlebem, ale również po wiedzę
przylatywały regularnie na studia do Londynu
dwie dziewczyny z Polski.
To także dzięki takim osobom, mimo koniecznego zawężenia tematycznego zajęć, studia nie stały się abstrakcyjne i przesiąknięte detalami
powodującymi ból ręki notującego. Przeciwnie –
notatki zastąpiły prezentacje multimedialne, a same wykłady często dotyczyły teraźniejszości i znanej rzeczywistości. Zmuszały do konfrontacji z
własnymi doświadczeniami. Końcowe pytania do
wykładowcy często miały charakter osobisty, a regularnie poprzedzał je rozbudowany wstęp typu: –
Kiedy dwa tygodnie temu byłem w Polsce...; –
Mam 17-letniego syna, który...; czy też: – Kiedy
pracowałem przy budowie autostrady...
Dzielenie się własnym doświadczeniem sprawiało, że dyskusje przybierały dość często charakter
nie tyle merytoryczny, co emocjonalny. To nie podniesiona ręka, ale podniesiony głos gwarantował
włączenie się do rozmowy. Dla osób spokojnych i
nastawionych pokojowo było to pewne zagrożenie,
czego sama miałam okazję zasmakować. Podczas
wykładu o współczesnych mediach z prof. Stanisławem Mockiem próbowałam wyrazić swoje zdanie.
Moje pojedyncze słowa ginęły jednak w gwarze
dryfującej coraz dalej dyskusji. Zaczynałam raz,
drugi i trzeci. Wreszcie – poddałam się. Siedzący
obok Albert, widząc moją rozpacz, wyciągnął na
pocieszenie michałka. – Prosto z Polski – skusił
mnie. Dyskretnie włożyłam całego cukierek do ust.
I wtedy usłyszałam: – A mnie interesuje zdanie koleżanki, która studiowała dziennikarstwo.
Szereg głów wymierzonych w moją stronę pozbawił mnie wątpliwości: to o mnie. Złote myśli o
odpowiedzialności dziennikarzy musiał zastąpić
palec wskazujący na wypchany policzek. Poznałam
słodki smak zaprzepaszczonej szansy.
Ten incydent miał miejsce w Ognisku Polskim
przy Exhibition Road. Ośrodek myśli niepodległościowej i kulturalnej o korzeniach sięgających II
wojny światowej nie był wybrany przypadkowo.
Podobnie wyznaczenie na regularne zjazdy siedziby POSK-u (Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego) czy zaproszenie na wykłady do Instytutu
Sikorskiego miało precyzyjnie wymierzony cel.
Miejsca te uświadamiały uczestnikom studiów, że
są częścią życia emigracyjnego w Londynie i to od
nich zależy jego jakość i kontynuacja.
Tymczasem przyszłość emigracji oswajała się
ponownie z porzuconą dawno rolą studenta. Po latach, które minęły od obrony pracy magisterskiej,
powszechnie odczuwano pewne zaniepokojenie koniecznością napisania pracy podyplomowej i egzaminu. Równocześnie nie zapomniano o tradycjach
studenckich. Najlepszy dowód to gęsta od wykrzykników kartka krążąca podczas ostatniego wykładu
zjazdu: Impreza!
Raz zamiast zwykłego Imprezapojawił się pomysł Bruksela! Tydzień później kilkanaście osób
spotkało się przy Victoria Coach Station, żeby ruszyć na kontynent. Celem podróży było uczestnictwo w publicznym przesłuchaniu w Parlamencie
Europejskim w sprawie katastrofy w Smoleńsku (o
tej wyprawie pisaliśmy w numerze 181 „Nowego
Czasu”), jej środkiem – autobus National Express
oraz prom. Choć współpasażerów mogły wprawić
w osłupienie, a już z pewnością w bezsenność autokarowe nocne Polaków rozmowy, to już w samym
Europarlamencie grupa z wyczuciem wpisała się w
krajobraz sztywnych mankietów. Na przesłuchanie
zjawiliśmy się w ostatniej chwili przed rozpoczęciem, bo panie, ale i panowie, na dłuższą chwilę
zniknęli ze swoimi walizkami w kabinach toalet, by
ulec przeobrażeniu ze zmęczonego całonocną podróżą studenta w poważnego człowieka.
Podczas zjazdów rytm wykładów wyznaczały
przerwy z ich punktem kulminacyjnym – wspólnym obiadem w górnej restauracji POSK-u. Burzliwe rozmowy o polityce, Polsce, Anglii, życiu i…
kotletach schabowych nieraz powodowały niewielkie opóźnienia w rozkładzie zajęć.
PRzeDWczoRaj
Porozumienie między Polskim Uniwersytetem na
Obczyźnie a Uniwersytetem Jagiellońskim zostało
podpisane 27 kwietnia 2011 roku przez rektorów
obu uczelni – stronę krakowską reprezentował prof.
Karol Musiał, londyńską – prof. Wojciech Falkowski, poprzedni rektor PUNO. Najstarszy uniwersytet polski i najmniejszy uniwersytet świata
kształcący polskich emigrantów nieprzerwanie od
grudnia 1939 roku połączyły się, by stworzyć szansę rozwoju i współpracy tym, których określa się
nowym „straconym pokoleniem”. Wyciągnięta w
ich stronę ręka została mocno i pewnie uściśnięta.
Anna Bigaj
28 |
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
czas na relaks
Z Robertem Sową, szablą polskiej gastronomii, mistrzem kulinarnym –
jednym z najbardziej wpływowych mężczyzn w Polsce rozmawia Mikołaj Hęciak.
mANIA
GOTOWANIA
Nasza kuchnia pachnie
miodem, kiszonkami,
chlebem na zakwasie…
na koloniach dzieci wojskowych, później
praca, jaką podjąłem w Austrii. Tam odkryłem, że zawód kucharza to bardzo
ciężka praca, ale jakże przyjemna. Odkryłem też, że to piękny zawód. W Austrii dowartościowano mnie jako kucharza, bo
tam znacznie wcześniej niż u nas odkryto
kulinaria i gotowanie, odwiedzanie restauracji stanowi styl życia. Ja dzisiaj porównuję go ze sztuką.
Czy rzeczywiście w dzisiejszych czasach można mieć na coś wpływ w naszym kraju?
– Hmm… dobre pytanie na początek. Ja jestem
optymistą i wierzę, że jako kucharz mam chociaż
niewielki wpływ na upodobania kulinarne Polaków.
Staram się proponowac nowinki, a zarazem kultywowac nasze rodzime tradycje.
Czy zgodzi się pan, że kuchnia naszego kraju,
której jest pan orędownikiem, jest mało rozpoznawana na Zachodzie?
– Nie zgodzę się z panem. Mamy wiele wspaniałych
produktów, potraw, które są rozpoznawalne na całym świecie, a z całą pewnością w Europie. To, czym
my, Polacy, możemy zachwycać świat to dziczyzna,
gęsina, a do niej doskonale pasują wszelkie tradycyjne dodatki – grzyby marynowane, jagody, konfitury
z borówek, a także powidła z jeżyn.
Dzięki wytrwałości jest pan jednym z
najpopularniejszych polskich kucharzy, obsypanym wieloma nagrodami i
wyróżnieniami. Które z nich było wyjątkowe lub najważniejsze?
– Na pewno Oskary Kulinarne, tytuł Mecenasa Dobrego Smaku – Nagroda Europejskiego Forum Przedsiębiorczości,
Gentleman Roku 2009, Luksusowa Marka
Gentlemana 2009 w kategorii Mistrz Sztuki Kulinarnej, Medal Kulinarnego Instytutu Francuskiego. Jestem też dumny z tego,
że wraz z Kurtem Schellerem, Grzegorzem
Kazubskim i Henrykiem Nieciejowskim
udało nam się za pośrednictwem mediów i
poprzez inne działania zmienić wizerunek
kucharza. Staliśmy się elitą i to jest powód
do dumy! Kreujemy smaki i to jest to!
Co zmieniło się w polskiej gastronomii?
– Kuchnia polska, jak większość kuchni narodowych, stale ulegała przeobrażeniom, które w ostatnich latach stały się szczególnie widoczne. Wśród
znaczących przyczyn tego zjawiska należy wymienić
olbrzymie zmiany zasad żywienia, otwarcie Polski na
świat i zainteresowanie kuchniami innych narodów.
Jedzenie nabiera coraz większego znaczenia w naszym życiu. Celebracja z nim związana stała się modą, rozrywką, sposobem spędzania wolnego czasu.
Programy kulinarne, książki kucharskie, sławni restauratorzy, medialni kucharze to hity naszej rzeczywistości. Aby przekonać się, jaka jest polska kuchnia,
trzeba zastanowić się, czym ona pachnie, sięgnąć po
dawne przepisy. Przygotowując dania starać się gotować tak, aby były one możliwe jak najmniej tłuste,
a przede wszystkim zgodne z naszymi upodobaniami. Dla mnie nasza kuchnia pachnie miodem, kiszonkami, chlebem na zakwasie. Zachęcam, abyśmy
chętniej sięgali po olej lniany, olej rzepakowy albo
niedoceniany i trochę zapomniany olej rydzowy
(przysmak Wielkopolski). Żubrówka, miody pitne,
które świetnie komponują się z naszą kuchnią, nalewki, nie tylko klasyczne ze śliwek i wiśni, ale też np.
z orzechów czy z dodatkiem przypraw korzennych
to nasze fantastyczne rodzime smaki. Polską kuchnią
można się świetnie bawić – wykorzystujmy w przepisach bryndzę, podhalański oscypek, miody, piwa
miodowe, a także szeroką gamę miodów pitnych.
Zbliża się EURO 2012. Cała sportowa społeczność europejska czeka na to wydarzenie. Pan
osobiście zna wielu naszych piłkarzy. Jak pan
ocenia szanse biało-czerwonych ?
– Jako pasjonat piłki nożnej i wierny kibic oczywiście będę trzymał kciuki za naszą reprezentację i do
końca będę miał nadzieję, że zajdziemy wysoko.
A czym różni się dieta piłkarza od diety Kowalskiego, który jednak dba o zdrowie?
– Ważnym obowiązkiem kucharza reprezentacji jest
planowanie. Niezależnie od klimatu i pory roku
podstawę diety piłkarzy stanowiły potrawy śródziemnomorskie, urozmaicane sezonowymi produktami – wiosną i latem były to truskawki, szparagi,
świeży szpinak, chłodnik. Kiedy przychodziła pora
na grzyby, wykorzystywałem kurki – jednak tylko po
meczu, bo przed występem jedzenie grzybów było
niewskazane. Przed końcem zgrupowania piłkarze
mogli zjeść typowe polskie, ciężkawe dania – żur,
schabowego, sznycla czy kaczkę. Wszystko po to, żeby nie tęsknili za rodzimą kuchnią.
Pracuje pan po 16 godzin nie wykluczając weekendów. Czy żona i córka są w
stanie panu to wybaczyć?
Komu łatwiej jest pokazać kunszt – piłkarzowi,
czy kucharzowi?
– Zarówno piłkarz, jak i kucharz, aby być doskonadługą drogę cwiczeń, doskonalenia swoich umiejętności. Oba zawody potrzebują też talentu,
predyspozycji. Ale, tak jak każdy zawód, tak i te wymagają zamiłowania.
Zdaje się, że to atmosfera domu rodzinnego pomogła panu w wyborze kariery. Ale, panie
Robercie, skąd ta wytrwałość? Zawód kucharza jest pełen poświęceń.
– Moja mama świetnie gotowała, tata również doskonale radził sobie w kuchni, i to przede wszystkim wspomnienia z dzieciństwa i domu rodzinnego
zadecydowały o wyborze drogi życiowej. Zawsze
wspólnie z braćmi pomagaliśmy w domu podczas
gotowania i zawsze sprawiało mi to ogromną przyjemność. Podobało mi się, imponowało, że można
tworzyć fantastyczne kompozycje na talerzu, dobierać wyszukane smaki. Podjałem decyzję o szkole
gastronomicznej już w połowie szkoły podstawowej,
pomimo drwin kolegów, – w tym czasie ten zawód
nie cieszył się dużą popularnością. Na pewno podłechtał moją ambicję pierwszy tytuł szefa kuchni
– Zdecydowanie tak. Mojej pracy poświęcam kilkanaście godzin na dobę plus weekendy. W roku mam tylko trzy, może cztery
weekendy wolne. Jeśli mam kilka wolnych
chwil w domu, to myślę czy program, który
właśnie nagrałem, dobrze wyszedł. Myślę o
stworzeniu nowego menu, o wyszukaniu
nowych połączeń smaków, nad mobilizacją
innych do kreatywności, chęci tworzenia
czegoś nowego w kulinariach, o tym, jak
zarazić innych swoim entuzjazmem, pasją,
chęcią do działania. Pracuję dużo, często
wyjeżdżam i nie ma mnie w domu. Do tego potrzebny jest wyrozumiały partner, taki, jakim jest moja żona Monika. Cenię w
mojej żonie to, że popiera moją drogę kariery, zawsze i nieustannie mnie wspiera.
Doskonale rozumie moją pasję i wie, że żyję pracą. Partnerstwo w związku cenię sobie ponad wszystko. Monika to mądra
kobieta i dodam nieskromnie – piękna.
Wie, że ja bez kulinariów, bez swojej pasji
byłbym człowiekiem niespełnionym.
Niedawno ukazała się najnowsza pana
książka. Co nowego proponuje pan
czytelnikom?
– Po kilkunastu latach podróżowania ma
się wielu znajomych kucharzy i szefów
kuchni w wielu rejonach Polski. Poznałem
różne smaki i o tym jest książka Życie kocha jeść. Zaakcentowałem w niej przede
wszystkim siłę polskiego produktu – regionalnego, autentycznego. Są to produkty,
które poznawałem zarówno w Małopolsce,
jak i na Podlasiu, Mazowszu, na Kaszubach, w górach – w całej Polsce. W książce,
oprócz przepisów, są opisy regionów i naszych wyjątkowych specjałów, jak nalewki,
miody, sery czy bardzo modna dziś gęsina.
W tej książce zebrałem przepisy od lat królujące na polskich stołach, ale przedstawiłem je w nieco innej, unowocześnionej
wersji. Tradycyjną polską kuchnią można
się wspaniale bawić wykorzystując najnowsze zdobycze wiedzy i techniki. l dlatego
podtytuł mojej książki brzmi: Nowoczesna
kuchnia z regionalnymi akcentami.
Czy są takie książki, które powinny
znaleźć się na półce każdego kucharza
i miłośnika dobrego jedzenia?
– No cóż, ja uwielbiam książki kulinarne i
mam swoje małe miejsce na ziemi – bibliotekę na strychu w moim domu, gdzie lubię
usiąść wieczorem z drinkiem po ciężkim
dniu pracy i zrelaksować się, czytając stare
przepisy. Mam kilka białych kruków. Najbardziej cenię Kuchnię polską (z 1961 roku), Hering’s Dictionary of Classical and
Modern Cookery (niemieckie wydanie z
1985 roku), którą otrzymałem od ostatniego szefa kuchni TSS Stefan Batory – Grzegorza Jóźwiaka, oraz Larousse
Gastronomique (Paryż, 1938).
Pana kulinarne autorytety?
– Niezmiennie Alain Ducasse i Gordon
Ramsay – jedni z najbardziej znanych i cenionych szefów kuchni na świecie, zarządzający dzisiaj kilkoma renomowanymi
restauracjami. To również Paul Bocuse, ale
przede wszystkim Kurt Scheller, który
uczynił bardzo wiele dla polskiej sztuki kulinarnej. To on pokazał mi drogę, którą powinienem iść i będę mu za to zawsze
bardzo wdzięczny. To on nauczył Polaków,
jak się jada na świecie i jak fantastyczną
dziedziną jest „poezja kulinarna”, że potrawy mogą być nie tylko smaczne, ale też podane z finezją, szczyptą szaleństwa.
Jak i kiedy kucharz ma szansę stać się
kompozytorem, wirtuozem?
– To splot wielu czynników: smaku, bo
spróbowałem coś, gdzieś, widzę danie
oczami duszy, tzn. jem oczami i oczywiście
nie zapominam o sezonowości produktów,
takich jak truskawki, szparagi, kurki, grzyby
leśne. Przepisy powstają w głowie, na papierze, w garnku, na patelni, na talerzu.
Mogę to porównać do pracy kompozytora.
Kompozytor słyszy dźwięki, ja czuje smak,
on słyszy utwór, ja w myślach układam potrawę, ale jeszcze do końca nie wiem co.
On układa partyturę, zaczyna spisywać nuty, ja spisuję produkty. On ustawia swoją
orkiestrę, ja instruuję kucharzy, on ma instrumenty, ja ma produkty spożywcze, on
kreśli w partyturze, ja w recepturach, on
zaczyna gwydobywać dźwięki, ja gotuję.
Na koniec powstaje dzieło oceniane w filharmonii lub moje na talerzu przez gości.
Trend w kuchni panu najbliższy?
– Zdecydowanie cross-cooking. Odkrywanie starych, zapomnianych przepisów z
kuchni staropolskiej, wykorzystywanie pro-
|29
nowy czas | 15 maja – 14 czerwca 2012
czas na relaks
Smakołyki wodzą
mnie na pokuszenie
Pamiętam ten specyficzny smak i konsystencję
do złudzenia przypominającą schłodzoną
margarynę. Pakujesz do ust, gryziesz i
chciałoby się napisać, że wszystko się rozpływa.
Jednak miast boskiego smaku i niebiańskich
rozkoszy miałam zęby oblepione brązową
mazią, która za cholerę nie chciała odkleić się
od podniebienia. Na opakowaniu napisane:
Wyrób czekoladopodobny. Wszystko inne też
było do-czegoś-podobne, więc
czekoladopodobna czekolada nikogo nie
dziwiła. I byłoby tak szaro i do-czegoś-podobne,
gdyby nie wuj John z kolorowej Ameryki.
Krewny z exportu przyleciał na chwilę, w garść
wcisnął pięć dolców i można było pędzić na zakupy do Pewexu. Ten zaś jak kolorowy koliber, rzucony między nastroszone bure gmachy banku
zbożowego i sklepu „Społem”. Wyposzczone komuną oczy ślizgały się po barwnych opakowaniach, a półki uginały pod ciężarem zachodnich
dobrodziejstw. Pewex pachniał, a zapachu takiego
dziś już nie uświadczysz. W mojej głowie ustawiona jest wielka komoda z dziesiątkami szuflad. Na
jednej z nich widnieje napis: Rejestr zapachów
rzadkich lub wymarłych. Gdzieś pomiędzy babcinym sernikiem na zimno a kościankami (czyt. atlasy anatomiczne dla studentów medycyny)
schowany jest, od zawsze, zapach Pewexu.
No więc ze starannie złożoną piątką w maminym portfelu, pomaszerowałam do tych
pachnących bram raju. Donaldy, sztuk dziesięć,
obowiązkowo i bezdyskusyjnie. Do tego mleczny, szwajcarski Lindt w niebiańsko-błękitnym
papierku. – Nie, nie w rączce! Rozpuści się!
Mój obiekt westchnień wylądował w maminej
torebce, a mnie wydał się dziwnym fakt, (spostrzeżeniem tym dzieliłam się ze wszystkimi), że
czekolada jest taka rozpustna.
duktów regionalnych, ale w połączeniu z kuchnią europejską i azjatycką, czyli podanie pieczonego tuńczyka z chili, z emulsją z chrzanu
wasabi i kozim serem, lub danie polskie – pierogi z wędzonym i surowym łososiem, smażone
na oliwie z oliwek, podane z rukolą, suszonymi
pomidorami i kaparami z sosem balsamico.
Już niebawem otwiera pan swoją pierwszą
restaurację w Warszawie.
– Każdy kucharz od najmłodszych, uczniowskich lat marzy o własnej restauracji. Ja również. Przez wiele lat oddawałem serce i
umiejętności restauracji hotelowej, w której szefowałem przez siedemnaście lat, służyłem też
radą i wiedzą reprezentacji Polski w piłce nożnej przez siedem lat, ale od zawsze w głębi serca miałem wizję mojej wspaniałej, jedynej,
autorskiej restauracji. W której każdy z gości
czuje się wspaniale, a ja mogę im dogadzać.
Widziałem oczyma duszy elegancką salę, stoliki, wspaniałą zastawę, fantastyczne dekoracje,
biel obrusów, perłę porcelany, srebrny błysk
wypolerowanej zastawy i sztućców…
I takie miejsce powstało.
– Chociaż czekałem na nie długo, to warto
było! Moje marzenie się spełniło i powstał lokal, który mieści się przy ul. Czerniakowskiej,
róg Gagarina, w sercu nobliwej dzielnicy
Warszawy – Mokotowa, w bardzo bliskim sąsiedztwie wielu apartamentów, biur, ambasad, a także chluby Warszawy – Parku
Łazienkowskiego. Jednopoziomowa, przestronna, elegancka restauracja, doskonała na
bizneswe lunche, małe konferencje, wyjątkowe kolacje, imprezy rodzinne, kameralne spotkania w gronie przyjaciół lub
współpracowników, w towarzystwie doskonałych alkoholi okraszonych dymkiem wspaniałych cygar, np. podczas pasjonujących
wydarzeń sportowych. To tu powstała Restauracja Sowa & Przyjaciele. Należy wspomnieć, że kiedyś była to kultowa knajpa na
Sielcach (cześć mokotowskiego Czerniakowa ,
trzymająca należyty fason i nazywała się „Sielanka”, w latach siedemdziesiątych zamieniona na „Karczmę Słupską”. W części głównej
będzie 100 miejsc oraz miejsce dla mnie i
mojego Studia Kulinarnego, na szalone, wyjątkowe pokazy i warsztaty kulinarne. Znajdzie się też miejsce dla wyśnionego chef’s
table, gdzie będę mógł gościć kilkanaście bliskich mi osób na kameralnych kolacjach przy
świecach, dobrym alkoholu i oczywiście smakołykach, którymi będę czarował podniebienia gości. Pragnę, aby to miejsce było
ośrodkiem życia kulinarnego, a zarazem kulturalnego stolicy. Jestem otwarty na wszelkie
nowinki kulinarne i podpowiedzi moich gości.
Ta restauracja to moje życie, moja pasja, moja
przygoda! I obiecuję, będziemy trzymać fason.
Dziękuję za rozmowę i na koniec proszę o
przepis dla czytelników „Nowego Czasu”.
WĄTRÓBKA JAGNIĘCA Z
ORZECHAMI WŁOSKIMI I ZIOŁAMI PODANA NA
GRZANKACH Z PIECZYWA
ORKISZOWEGO
Składniki dla czterech osób:
4 x 120 g wątróbki jagnięcej
2 łyżki oleju słonecznikowego do smażenia
2 łyżki masła
2 łyżki mąki pszennej
2 łyżki mielonych orzechów włoskich
1 pęczek natki pietruszki
2 wyciśnięte ząbki czosnku
4 pokrojone w piórka szalotki
½ pęczka szczypioru z dymki
100 ml białego wina
Sól morska, majeranek, grubo mielony pieprz
indyjski do smaku
Sposób przygotowania:
Wątróbkę osuszyć papierowym ręcznikiem i
oprószyć mąką. Wymieszać orzechy, posiekaną natkę pietruszki, czosnek, szalotki i
pokrojony szczypior.
Na rozpuszczonym maśle i oleju obsmażyć
wątróbkę wedle własnego gustu (sugeruję
czas smażenia po 2 minuty z każdej strony).
Gotową wątróbkę zdjąć z patelni i odstawić
W domu moje pucołowate paluszki dopadły
tabliczkę. Przy pomocy języka na brodzie i
zmarszczonego staraniami czoła próbowałam
nie zniszczyć opakowania, które w tamtych
czasach było przedmiotem pożądania i nieomal
religijnego kultu. Nie rozerwać, nie pognieść, a
sposobem uwolnić czekoladę. Udało się.
Wyłamałam pierwsze dwie kosteczki...
– Reszta na później! – zawyrokowała mama.
Nie chciałam na później! Chciałam już!
Teraz! Wszystko i szybko! Jednak bez słowa
protestu przyglądałam się dwóm lśniącym
kawałkom czekolady. Zanim wylądowały w
otwartej oczekiwaniem buzi, ścisnęłam mocno,
by sprawdzić czy rzeczywiście czekolada jest tak
rozpustna jak mi zasugerowano.
Dziś czekolada nie jest towarem
deficytowym, a sklepy nie straszą pustymi
oczodołami wystaw. Mnie też nie znajdziecie
tam, gdzie maszerowałam trzydzieści lat temu.
Przechadzam się ze znajomym między
straganami przy londyńskim Southbank Centre.
Trwa Festiwal Czekolady i gdzie okiem sięgnąć
– smakołyki wodzą mnie na pokuszenie...
Sprzedawcy uśmiechają się słodko, podsuwając pod nos czekoladowe guziki, jajka, płatki,
skrawki, ścinki, kosteczki i tabliczki. Czekoladą
pachnie ciasto, papryczki pływają zanurzone w
czekoladzie, czekoladowym likierem wypełnione
butelki. W dwóch słowach – czekoladoholizm
pospolity... Objawy? Dyskretny uśmiech, przymknięte powieki i ekstatyczne pomruki. Tony
szczęścia na jeden metr kwadratowy – Tim
Burton i jego „Charlie” z Fabryki Czekolady
wiedzieliby o czym mówię.
Tekst i zdjęcie:
Monika S. Jakubowska
w ciepłe miejsce. Na pozostałym ze smażenia tłuszczu krótko obsmażyć orzechy
połączone z natką, czosnkiem, szalotką i
szczypiorem, wlać białe wino i doprawić do
smaku. Delikatną wątróbkę jagnięcą podawać na tostach. Przed podaniem skropić
sosem orzechowo-ziołowym.
Dla Czytelników „Nowego Czasu” mamy
dwie książki z autografem Roberta Sowy.
Rozlosujemy je wśród czytelników, którzy
prześłą do redakcji najciekawsze przepisy
na ulubione danie.
30|
15 maja – 14 czerwca 2012 | nowy czas
co się dzieje
kino
This Must Be The Place
paradokumentalny o swoim uwięzieniu. Planuje podczas niego przyszłość,
zajmuje się psem, ogląda telewizję. I
mówi do nas o swoim kraju.
BFI Southbank, do 24 maja
Genialna rola Seana Penna w ciepłym,
ale unikającym taniego sentymentalizmu dziele włoskiego reżysera Paolo
Sorentino. To opowieść o starzejącym
się rockmanie, stanowiącym połączenie Roberta Smitha i Ozzy'ego
Osborne'a, który pewnego dnia wyrusza śladami... nazistowskiego kapo,
który prześladował w Oświęcimiu jego
ojca. Brzmi dziwnie? Owszem. Ale
sam film – śmieszny i wzruszający zarazem, pachnący nieco dziełami
Giuseppe Tornatore – ogląda się doskonale.
Ta seria nigdy nie słynęła z wybitnego
wyrafinowania. Humor jest tu dość
prosty i dosłowny, ale często – choć z
niejakim zażenowaniem – odkrywamy,
że się śmiejemy. Problemy bohaterów są wydumane, ale wciągające, a
oni sami – przerysowani, ale sympatyczni. Najnowsza odsłona słynnej
serii komediowej American Pie.
Goodbye First Love
Grove Razors at Troy Bar
Odtrutka na sentymentalne, schematyczne komedie romantyczne czy
łzawe melodramaty. Reżyser, Mia
Hansen-Løve zrobiła film szczery, pozbawiony sentymentów, a jednocześnie poruszający. To opowieść o tym,
jak miłość, nawet ta pierwsza, nastoletnia, może pozostawić na ludzkiej
psychice ślad na tyle głęboki, że powraca echem nawet w wiele lat
później. Tak właśnie dzieje się w przypadku głównej bohaterki, którą
poznajemy, jako nerwową piętnastolatkę. Potem przeskakujemy do następnej fazy jej życia. Ma karierę, jest już
pewniejsza siebie, ale cień pozostał...
Zespół grający muzykę fusion prowadzony przez Tomasza Żyrmonta.
This is Not A Film
Poruszające dzieło irańskiego reżysera
prześladowanego z powodów politycznych. Jafar Panahi przebywa w
areszcie domowym. Dostał od rządu
szlaban na robienie filmów fabularnych, postanawia, więc zrobić obraz
oskarżał mieszkańców Alabamy o rasizm. Panowie z Lynyrd Skynyrd się
wkurzyli i odpowiedzieli kawałkiem
Sweet Home Alabama. Tak się złożyło, że stał się on ich największym
przebojem – być może jedynym, który jest dziś rozpoznawalny dla
szerszej publiczności. A szkoda, bo
ich blues-rock podlany folkowym klimatem broni się świetnie i teraz.
Hammersmith Apollo oferuje nam
dość rzadką szansę zobaczenia kapeli
na żywo.
American Reunion
Piątek, 3 czerwca, godz 20.00
Hammersmith Apollo
2 Queen Caroline St, W6 9
Jack White
muzyka
Czwartek, 24 maja, godz. 20.30
TROY BAR,
10 Hoxton Street, N1 6NG
OLD STREET
Jools Holland
Staromodny, ale zadziorny rhythm'n
blues podlany troszkę swingiem i doprawiony charyzmatyczną
osobowością Hollanda zabrzmi w Fairfield Halls w Croydon. Miejsce dość
kameralne, ale w takiej nieformalnej
scenerii Jools Holland czuje się najlepiej. Wszyscy, którzy kojarzą go
głównie z muzycznego talk show,
gdzie rozmawia z wielkimi osobistościami muzyki popularnej będą mogli
się przekonać, że i on dysponuje pokaźnym talentem.
Czwartek, 24 maja, godz. 19.00
Fairfiled Halls
Park Lane Croydon, CR9
Cypress Hill
Weterani hip-hopu powracają. Ich hip-hop to lata świetlne od opowiastek o
ładnych dziewczynach i szybkich samochodach, jakimi zwykle raczą nas
raperzy z mainstreamowych stacji radiowych. Panowie dodają do bitów
ostre brzmienia i bezkompromisowe
teksty. Na ich koncercie możemy się
spodziewać prawdziwego przekroju.
Usłyszymy klasyczne kawałki z ich liczącej już niemal ćwierć wieku kariery,
a także materiał z najnowszej EP-ki.
HMV Forum
9-17 Highgate Rd, Kentish Town,
NW5 1JY
Mało kto jest chyba w stanie zliczyć
wszystkie wcielenia, w jakich zaprezentował się nam Jack White. The
White Stripes, The Racounteurs,
Two-Star Tabernacle... White porusza
się swobodnie pomiędzy przeróżnymi
stylami muzycznymi. Raz jego charakterystyczny głos słychać na tle
Zeppelinowskich riffów, innym razem
oferuje nam coś z tradycji country &
western. Właśnie wydał nową płytę,
paradoksalnie pierwszą pod własnym
nazwiskiem.
Encounters Festival. R.U.T.A. to
spotkanie dwóch muzycznych
światów. Na jednej scenie zobaczyć
można punkowych wokalistów, żywe
legendy polskiej sceny niezależnej:
Pawła „Gumę” Gumolę z Moskwy,
Roberta „Robala” Materę z Dezertera,
oraz muzyków z czołowych formacji
polskiej sceny world music, takich jak
KzWW, Orkiestra RIVENDELL,
Mosaic, Chłopcy Kontra Basia.
Piątek, 22 czerwca, godz. 19.00
Hammersmith Apollo
2 Queen Caroline St, W6 9
teatr
6 czerwca
King’s Place York Way, N1 9AG
The Great Gatsby
R.U.T.A.
Lynyrd Skynyrd
Punk-folkowa supergrupa z Polski,
wystąpi po raz pierwszy w Wielkiej
Brytanii w ramach Songlines
W 1971 roku Neil Young napisał słynny utwór Southern Man, w którym
Zielone światełko na drugiej stronie
brzegu, zapierające dech w piersiach
przyjęcia. Wszystko to powraca w inscenizacji klasycznej powieści
T-TALK
Dzwoń Tanio do Polski
Korzystaj z tej samej karty SIM
Używaj serwisu T-Talk i dzwoń za darmo na numery 0800
Używaj kredytu na rozmowy z dowolnej
Używaj serwisu T-Talk i dzwoń tanio na numery 0845/0870
komórki lub telefonu domowego
Używaj wygodnej opcji automatycznego doładowanie konta
Nie musisz posiadać kontraktu z Auracall
Możesz doładować konto na wiele sposobów
Polskojęzyczna Obsługa Klienta
1 Doładuj
£10
kredytu
Wyślij
NOWYCZAS
na 65656
(koszt £10 + std.SMS)
£5
kredytu
Wyślij
NOWYCZAS
na 81616
(koszt £5 + std.SMS)
Przy doładowaniu
przez Internet
Stawki do Polski
na tel. domowy
.70
1
pence/min
2.00
1.45
pence/min
pence/min
Stawki do Polski
na komórkę
5
.90
pence/min
7.00
5.10
2 Zadzwoń
Wybierz
*
0370 041 0039
i postępuj zgodnie z
instrukcją operatora. Proszę
nie wybierać
ponownie.
pence/min
pence/min
Najniższe ceny dostępne na
www.auracall.com/polska
Polska Obsługa Klienta: 020 8497 4622
*T&Cs: Ask bill payer’s permission before using the service. SMS costs £5 or £10 + standard sms. Calls billed per minute, include VAT & apply from the moment of connection. The charge is incurred even if the destination number
is engaged or the call is not answered, please replace the handset after a short period if your calls are engaged or unanswered. Connection fee varies between 0p & 25p depending on the destination. Calls to 03 number cost standard
rate to a landline and can be used as part of the bundled minutes. We will automatically top-up your T-Talk account with the initial top-up amount when you will have 3 minutes talk time remaining. To unsubscribe text AUTOOFF to
81616. Credit expires 90 days from the last top-up. Rates are subject to change without prior notice. Prices correct at 28/02/2012. This service is provided by Auracall Ltd.
|31
nowyczas | 15maja– 14czerwca2012
co się dzieje
Francisa Scotta Fitzgeralda. Wilton's
Music Hall zabiera nas w dekadencki
świat Ameryki lat dwudziestych i wybiera z powieści raczej lżejsze
akcenty. Rzecz jasna dramat tytułowego bohatera wciąż jest tu obecny,
strach przed światem opuszczonym
przez Boga również. Ale tym razem
najważniejsze są niekończące się
przyjęcia ze świata, którego już nie
ma.
Wilton'sMusicHall
1GracesAlley,e18JB
educatingRita
Przystosowana do współczesnych realiów opowieść o Pigmalionie
zakochanym w swej kreacji. Nieco
lżejsza i niż sztuka Bernarda Show
sztuka podejmuje podobne wątki.
Opowiada o nieco zgorzkniałym profesorze, który podejmuje się
„przemienić” prostą dziewczynę. Funduje jej wszechstronną edukację,
która ma pomóc jej nadgonić rzekome zacofanie.
MenierChocolateFactory
51-53SouthwarkStreet,Se11Te
TheLion,TheWitchandthe
Wardrobe
Po raz kolejny grupka dzieci odkryje w
szafie portal do innego, bajkowego
świata pełnego faunów, elfów, gadających zwierzaków, zamieszkanego
również przez wiele nikczemnych
stworów. Tym razem autorzy inscenizacji zadbali jednak o wprowadzenie
dwóch istotnych zmian. Podobno stonowano wszelkie “elitarne” akcenty
(w końcu w oryginale dzieci pochodziły z zamożnego rodu). W dodatku ta
wersja jest nieco mroczniejsza aniżeli
na przykład niedawne wersje filmowe
książki Lewisa.
ThreesixtyTheatre
KensingtonGardens,W22UH
wystawy
Bauhaus
Radykalna, synkretyczna i odważna –
taka była balansująca na granicy architektury i sztuki twórczość grupy
Bauhaus. Jeden z najbardziej wpływowych ruchów w architekturze
modernistycznej powstał w Weimarze w latach trzydziestych. W taki czy
inny sposób swój akces do niego złożył szereg twórców: Anni Albers,
Wassily Kandinsky, Paul Klee, László
Moholy-Nagy czy Ludwig Mies van
der Rohe. Echa założeń szkoły odnaleźć można i w Londynie, choć który
akurat nie oferuje nam jakiejś oszałamiającej liczby modernistycznych
budynków. Warto się jednak wybrać
na Hampstead, by zobaczyć słynny
budynek Isokonu, przy projekcie którego palce maczał Walter Gropius,
wygnany z Niemiec przez Nazistów –
tak jak reszta artystów kojarzonych z
ruchem. Poza tym, sam brutalistyczny
Barbican nosi na sobie z pewnością
Bauhausowskie piętno...
Barbican
SilkStreet,eC2y8DS
picasso:VollardSuite
- Można powiedzieć, że to ostatnia
wielka premiera dzieł Piccassa – mówi kurator wystawy Stephen Coppel.
Zajmuje ona ledwie jeden pokoik,
wejście jest darmowe, a w środku
znajdziemy serię niewielkich, często
wykonanych jakby na prędce akwafort. A jednak. Organizatorzy pękają z
dumy. – Ta seria nigdy wcześniej nie
była pokazywana publicznie. To pierwszy raz.- podkreśla z dumą kurator.
Prace powstały w latach trzydziestych. Artysta wykonał je na
zamówienie słynnego dwudziestowiecznego kolekcjonera sztuki
Ambroise'a Vollarda. Nigdy wcześniej
nie zebrano ich w jednym miejscu by
wystawić na widok publiczny. Wśród
przewijających się tu tematów jest
seks, świat antyczny, studio rzeźbiarza oraz minotaur. Dlaczego akurat
minotaur? – Bo Hiszpan identyfikował się z jego niespożytą energią.
Uważał go niemal za swoje alter ego
– tłumaczy Coppel. Z czasem zwierzę nabrało też innego wymiaru. Pod
koniec lat trzydziestych Picasso je
oślepił. W mgnieniu oka stwór stał się
zupełnie bezbronny. Symbolizować to
miało bezradność Europy wobec coraz bardziej przerażającego widma
faszyzmu. – Te rysunki łączą się ściśle z wielkim antywojennym
arcydziełem artysty – Guernicą – tłumaczy Coppel.
outofFocus
Mondrian/nicholson
Ogólnie rzecz biorąc, szał na modernizm po pierwszej wojnie światowej
był w Europie raczej domeną kontynentalną. Wyspy jakoś mu się oparły.
W samym Londynie trudno jest znaleźć ślady po “modernistycznej
rewolucji”. A jednak wiatry historii
przywiały tu wielu twórców, którzy
zmuszeni zostali do ucieczki na Wyspy przed Nazistami. Wśród nich był
Piet Mondrian. Wystawa w Courtauld
Gallery dokumentuje przyjaźń malarza
z urodzonym na Wyspach Benem Nicholsonem.
nam Oliver Balch, dziennikarz zajmujący się wielkim azjatyckim krajem, który
od dłuższego już czasu puka do drzwi
rozwiniętego świata. I w końcu się do
stuka, bo Indie słyną dziś z doskonałych informatyków, ale także z coraz
większej liczby ambitnych, nieszablonowo myślących przedsiębiorców.
Wtorek,31maja,godz.19.00
FrontlineClub
13norfolkplace,W21QJ
Miastaafilozofia
Dla Hegla to była Jena, dla Kanta -
Królewiec, a dla Sokratesa Ateny. Dodajmy do tego Paryż Sartre'a czy
Oxford Russellla i okaże się, że niemal
każdy wielki filozof związany był w jakiś sposób z określonym miastem.
Czy miało to wpływ na rozwój zachodniej filozofii? Ten ciekawy, choć dość
nietypowy, temat podejmie wykładowca Westminster University dr David
Cunningham.
niedziela,29maja,godz.20.00
TheWheatsheaf
25Rathboneplace,W1T1DG
SW79pn
CourtaldGallery
StrandLondon,WC2R0Rn
Wystawawiosenna
Czym zajmują się, czym fascynują i co
chcą nam pokazać polscy artyści żyjący na Wyspach? Wystawa wiosenna
twórców należących do Zrzeszenia
Polskich Artystów Plastyków może
dać nam odpowiedź na to pytanie.
GaleriapoSK
238-246KingStreet,W60RF
wykłady/odczyty
CZyTAnIeWIeRSZy
ZBIGnIeWAHeRBeRTA
Wystawa stawia sobie ambitny cel:
chce uchodzić za przekrój tego, co
dzieje się we współczesnej fotografii.
Pewnie dlatego trudno tu znaleźć jakąś myśl przewodnią. Co, jak co, ale
akurat w tej dziedzinie sztuki różnorodność środków wyrazów
szczególnie rzuca się w oczy. Zapewne jednak kuratorom o takie właśnie
wrażenie chodziło. Być może stąd tytuł? Ekspozycja prezentuje dzieła
artystów takich jak Katy Grannan, David Benjamin Sherry czy John
Stezaker.
Ognisko Polskie i Związek Pisarzy
Polskich na Obczyźnie
zapraszają na Rozbieranie mitologii
Pisarka Magda CZAJKOWSKA, opowie o latach przyjaźni ze Zbigniewem
Herbertem i jego żoną Katarzyną oraz
o wspólnych podróżach po Morzu
Śródziemnym i Grecji. Utwory pisarza
czytają: Renata Chmilewska i Janusz
Guttner. Wstęp: wolne datki
10 czerwca (niedziela), godz. 16.00
OGNISKO POLSKIE, II p
SaatchiGallery
DukeofyorkHQ,King'sRoad,
SW34SQ
InDIe:
rewolucjaprzedsiębiorców?
55princesGate,exhibitionRd,
Takie pytanie zadawać będzie sobie i
FeSTIWALoWe LATo nA WySpACH
Festiwale muzyczne to brytyjska
specjalność. Gdzie w tym roku
będzie się można bawić?
Jaki ś cza s tem u eks perc i wi es zczyl i
zm ier zch epok i wi el kich fest iwalu , któ ra t r wała na Wys pach Br yt y jsk ich o d końc a la t sześc iesi ąt ych. Powód? Rynek ju ż si ę ni m i
n asyci ł, a publ icz noś ć c oraz częśc iej decydowa ła s ię n a pozos tan i e w dom ach, s zczegól n ie, że os t atn im i czasy legendarn e br yt y jski e
la to n as n i e rozpies zcza. W zes złym ro ku parę
i mprez zos t ało moc no pr zyci ęt ych, a jedn ą
czy dwi e nawet odwoł an o.
N ie wiadom o, c zy te pro gn ozy o każą si ę
prawdzi we, al e być m oże war to dm uchać na
zi mn e i z apl an ować sobi e wyja zd na k tórąś z
tegoroc znych i mprez m uzycznych. Wybór jes t
duży.
dbywają si ę w o kol iDownloadFestivalOd
cach Zamk u Donn i ngton w Derby. W men u
ci ężkie br zmi eni a tr zech zes połów: Mat ali cc a,
P rodigy i Bl ack Sabbat h z Ozzy' m n a wo kalu.
Jeśli kto ś gus tu je w in nych kl im atch m oże
wybrać si ę na gi gan t yczn ą i mprezę w Wal ii .
Festiwalescapeintothepark reklam uje
si ę jako n ajwi ęks ze świ ęt o m uzyki danc e w
k r a j u.
Al tern at ywą jest SouthwellFolkFestival na któr ym zag rają mi ędz y in nymi Jool s
H o l l a nd o r a z D o u g i e M a c L e a n c z y B r a s s
Mon key.
Fan i mu zyki j azz i fu si on spot ka ją si ę zapewne n a TheLunarFestival.. Pos łu ch ają
taki ch ar ty st ów, jak Benja mi n F ran ci s L ef twi ch , F i on n Regan c zy Ri ch ard James .
Oc zywiśc ie n ajważni ejsz ą im prezą dla fan ów
podobnych dźwi ęków będzie E ly Fol k Fest ival, któr y o rgan izowany j es t j uż po raz dwudzies t y si ódmy. Ty m razem pojawi ą si ę tut aj
Sh ow o f H an d, The Bl ues Ba nd, L ady Mais er y, Ewan McL el lan , Ri ch ard Di gan ce, Mrs Ac kroyd i Jez L owe.
L ondyń czyc y już os tr zą sobi e zęby n a odbywający s ię w poło wi e li pca HardRock
Calling . Na je dnej z tr zech rozs s tawio nych w
sł ynnym s toł ec znym park u s cen zo ba czymy
taki ch wykon awców, jak S oun dgarden , Iggy
Pop (z th e S tooges !) i Ma rs Vol ta. A do tego
Amy Macdon al d, John Fogert y z legen dar nej
for macj i C reeden ce Cl ear wat er Revival i A li son Krauss z zes po łem. Główn e gwi azdy ro bią wrażeni e. Kli mat amer ykań ski ego
przedmi eś cia pr zybl iży n am Br uc e Spr in gs t een, a an gi elski fo lk i af r ykańs kie br zmi eni a
połąc zy n a na szych oczach P aul Si mon .
Br uc e wys t ąpi t rochę wc ześ ni ej n a legen darnym IsleofWightFestival.. Będą go
wspi erali : Noel Gall agh er ze swoą nową g r upą, a t akże wetera ni gr u nge' u, Pearl Jam .
Swo ją m ieszan kę n owej fal i, fol ku i amer ic any zaprezen tu ją n am n ato mi as t pano wi e z
gr u py Tom Pett y & Hear tbreakers . S zczególni e ten os tat ni wys tęp może być gratką, bo
To m i s pó łka r zadko o st atn io zapusz czal i s ię
do Eu ropy.
Inn a atrakcj a to l on dyński Lovebox,, po ś wi ęcony n owoc ześ ni ejszym , o bf i ci ej podl anym elektron iką i kam pem dźwi ękom. W
połowi e li pc a będzi emy t am mo gli wyrobi ć
sobi e opin ię n a tem at ko ntrowersy j nej L any
Del Rey. Zagra równ ież i kon a l at os iemdzi esi ąt ych, Grac e Jon es. Opróc z tego Bobby Woma c k , H o t C h i p i C r y s t a l C a s t l e .
Li s ta art ys tów, któr zy za grają n a tej t rzy dni owej i m prezi e jes t jednak gi gant yczn a i
war to ją pr zeanal izować s amem u.
AdamDąbrowski
WHERE
The Crypt
St George the Martyr
Borough High Street
London
SE1 1JA
WHEN
1-4 June 2012
WWW
arteriaposterexhibition.tumblr.com
FREE ENTRY

Podobne dokumenty