Batman: Arkham City - recenzja

Komentarze

Transkrypt

Batman: Arkham City - recenzja
Batman: Arkham City - recenzja
Poniedziaek, 17.10.2011, godzina 13:05, autor: Rafał "Mastermind" Dziduch, ID: 5458
Twórcy Batman: Arkham City cel mieli prosty, bo recepta na udaną kontynuację, choć nie łatwa do zrealizowania, znana jest od lat.
Trzeba po prostu dać graczom to, co już znają w o wiele większej dawce. W przypadku przygód „człowieka w rajtuzach” ta technika
sprawdziła się świetnie. Batman śmiga po większym mieście (poprzednio tylko więzienie na wyspie), walczy z większą ilością wrogów, spotyka więcej komiksowych bohaterów i ma w zanadrzu większy arsenał gadżetów. Czy można chcieć czegoś więcej?
Praktycznie każdy element Batman: Arkham City, o którym pomyślę, zrealizowany jest według powyższej zasady. I to zrealizowany świetnie! Weźmy choćby walkę, która stanowi sporą część (jeśli nie kwintesencję) zabawy. Pod względem mechaniki nic się nie zmieniło. Możemy atakować z powietrza, skradać się i ogłuszać wrogów (nawet kilku jednocześnie), albo przystępować do otwartej konfrontacji. Poszczególne starcia z przestępcami w Arkham City, angażują nawet kilkunastu przeciwników, między którymi Nietoperz porusza się niczym fryga, rozdając kopniaki i sierpowe na prawo i lewo, jednak na najwyższym poziomie trudności lepiej eliminować przeciwników z ukrycia. Zakres ruchów naszej postaci znacznie poszerzono, dlatego nawet po kilku godzinach zabawy spotykamy się z sekwencjami finiszerów, których jeszcze nie widzieliśmy. Również wrogowie otrzymali pewne wsparcie w postaci tarcz, kamizelek oraz urządzeń, które zakłócają działanie Trybu Detektywa, z którego korzysta Człowiek Nietoperz. Komiksowi „badboje” i walki Niejako znakiem rozpoznawczym pierwszej części były niesamowite postaci znane z kart komiksów i filmów. Tu nie jest inaczej, z tą różnicą, że mamy ich więcej, a jako bossowie i minibossowie są po prostu niesamowici. Nie chcąc psuć za bardzo zabawy, napiszę tylko, że w grze znaczną rolę odgrywają choćby: Joker, Pingwin, Pan Freeze, Dwie Twarze, Hugo Strange oraz wielu innych. Swoje role dostali również Kobieta-Kot (jako postać grywalna, ale tylko kiedy mamy nową grę lub wykupimy specjalny kod) i Robin (niestety tylko króciutki ­ nieuzasadniony fabularnie ­ epizod). Z przestępcami z Arkham, którzy pojawiają się roli bossów radzimy sobie w stylu typowym dla gier akcji: trzeba odkryć sposób na degenerata, a potem niemiłosiernie go skatować. Dla przykładu – niesamowite spotkanie z Salomonem Grundym musimy poprowadzić w ten sposób, aby unikać jego stalowych kul na łańcuchach, które z czasem dostaną również ognistą dopałkę. W momentach, kiedy nie atakuje, należy wysadzić przy użyciu żelu specjalne źródła energii, służące mu do podreperowania zdrówka. Z kolei podczas starcia z Panem Freeze dostajemy dostęp do specjalnych schematów, opisujących słabe strony szaleńca. W tej walce bowiem za każdym razem trzeba zastosować inny patent, bo Freeze nie daje się dwa razy nabrać na tę samą sztuczkę. Batman: Arkham City może się pochwalić również niesamowitą i bardzo wciągającą fabułą, którą prezentują odtwarzane przerywniki. Pewnie nikogo nie zaskoczę, jeśli dopowiem, że tych filmików jest więcej niż w pierwszej części i są... no cóż... jeszcze lepsze. Fabuła Batman: Arkham City toczy się osiemnaście miesięcy po wydarzeniach z Batman: Arkham Asylum. Z grubsza chodzi o to, że w odgrodzonym murem od reszty miasta Arkham City Hugo Strange
umieścił wszystkich więźniów z Arkham Asylum, a cała ta zgraja i on sam chce się teraz pozbyć Nietoperza. Z kolei Batman wpada w spore tarapaty i musi odnaleźć antidotum na rozwijającą się w jego organizmie chorobę, a w wydarzenia w mieście włączają się również przedstawiciele Ligi
Zabójców z Talią al Ghul na czele. Szykujcie się zatem na karkołomne zwroty akcji, bo są one w Batman: Arkham City bardzo częste i – co ważne – zaskakujące. Zaserwowana przez scenarzystów opowieści przygotowana została w najlepszym stylu i przypomina interaktywne kino, w którym to my kierujemy krokami głównego aktora. Z więzienia na wyspie do… miasta­więzienia W stosunku do poprzedniej części w Batman: Arkham City znacznie poszerzył się teren działań. Arkham City to dzielnica, która robi niesamowite wrażenie z rozrzuconymi w nieładzie budynkami, do których można wejść i w których wypełniamy poszczególne zadania oraz plątaniną mrocznych uliczek. Świat ma strukturę sandboksa, więc na mapie z czasem przybywa zadań pobocznych, których jednak nie trzeba wykonywać, jeśli nie ma się ochoty. Najważniejsze jednak, że niemal w każde widoczne na horyzoncie miejsce da się dotrzeć, a Batman porusza się zwinnie posługując się swoim hakiem, szybując między dachami budynków, przemykając kanałami i wszelkimi dostępnymi ścieżkami do celu, których jest tutaj całkiem sporo. Misji pobocznych i wyzwań jest zatrzęsienie (po skończeniu wątku głównego mamy na liczniku dopiero niewiele ponad 30% całej gry), więc poszukiwacze wszelkiego typu znajdziek będą w siódmym niebie. Dość powiedzieć, że samych trofeów Riddlera rozrzucono w mieście 400 sztuk i wcale nie jest tak, że się o nie potykamy, bo zostały fajnie poukrywane i czasem trzeba nieźle kombinować, żeby do nich dotrzeć. Fani nie powinni też przegapić wyzwań Riddlera, misji, w których tropimy Deadshota oraz wielu innych smaczków. W mieście rozrzucono też miejsca z misjami typu Augmented Reality Training. Testują one umiejętności szybowania, bujania się na linie, nurkowania oraz przyspieszonej eksploracji terenu. Pomyślne zakończenie celów daje rozmaite bonusy i ulepszenia (np. Grapnel Boost – szybsze poruszanie się przy pomocy batszponu). Batman
doczekał się w swoim drugim występie dla Rocksteady Games kilku nowych gadżetów, z których bardzo przyjemnie się korzysta. Do lubianych (m.in. batszponu i batarangu) dołączyły np.: granaty dymne, które pomagają nam wydostać się z gorącego obszaru; wybuchowy żel, który służy teraz nie tylko do znajdowanie przejść, ale również do ogłuszania wrogów; specjalny zamrażacz, który umożliwia nam zatykanie rur, unieruchamianie wrogów czy pływanie na lodowych krach. Przyda się również deszyfrator, dzięki któremu (przy pomocy minigierki) otworzymy zamknięte przejścia. Podobny efekt osiągniemy w wielu miejscach stosując impuls elektryczny, który uruchomi wyłączone urządzenia. Co ciekawe, można go również używać w walce, co da nam kilka cennych sekund po sparaliżowaniu przeciwnika. W miarę postępów gry zdobywamy specjalne punkty, które umożliwiają nam kupowanie nowych umiejętności (w tym specjalnych kombinacji ciosów) oraz rozwijanie już znanych (np. lepsza ochrona przed uzbrojonymi przeciwnikami). Sam rozwój postaci jest bardzo przejrzysty, wszystko wyjaśniają stosowne podpisy wraz z podanymi kombinacjami ciosów, jeśli takie są wymagane. Malownicze Arkham City W Batman: Arkham City można też miło spędzić czas podziwiając same miasto oraz grafikę, jaką zaserwowali nam twórcy. Poszczególne miejscówki noszą wyraźne ślady postaci, które w nich przebywają. Tak na przykład w siedzibie Dwóch Twarzy spodziewać się można przedmiotów, które posiadają swoje dwa odmienne oblicza, a u Jokera czegoś na kształt „chorego wesołego miasteczka”. Poziom animacji i grafiki wszystkich napotkanych postaci jest bardzo wysoki, doskonale widać wszelkie najdrobniejsze detale, grymasy twarzy, a ruszające się szybko gałki oczne Jokera, które miały oddać w jednej ze scen jego zdenerwowanie, zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Oczywiście w parze z oprawą graficzną idzie również udźwiękowienie, które fenomenalnie buduje klimat. Na szczęście wszystkie głosy pozostawiono w oryginale (Mark Hamill powraca w roli Jokera i robi to genialnie), implementując w polskiej wersji tylko napisy (na wszystkich dostępnych platformach sprzętowych), ale to zdecydowanie trafiona decyzja. Koniecznie wspomnieć muszę jeszcze o misjach, w których występujemy w roli Kobiety Kota. Przyjaciółka Batmana ma zarówno odmienny wachlarz ciosów, jak i dostępnych gadżetów, choć nie tak szeroki, jak w przypadku głównego bohatera. Selina Kyle do przemieszczania się i huśtania między budynkami używa bicza. Z kolei ostre pazury na rękawicach służą jej do łapania się ścian i krawędzi. Potrafi również przemieszczać się po stalowych sufitach, co daje sposobność do ataków z wysokości oraz otwierania specjalnych przejść. Kocica nie ma elektronicznych gadżetów jak Batman, ale w walce bicz sprawdza się całkiem sensownie. Da się np. przy jego pomocy rozbroić przeciwników z karabinami i powalić na ziemię. W starciach przydają się także kulki (do ogłuszania), oraz kolce (pozwalają trzymać wrogów na dystans). Szkoda tylko, że epizodów z Kobietą Kot
jest w grze zaledwie kilka i że nie wszyscy zobaczą tę zawartość. Jeśli nie wpisze się specjalnego kodu (wymagane połączenie z netem i XBL­em), Kocica wystąpi tylko w filmikach. Batman: Arkham City to świetna gra, która bez wątpienia powtórzy sukces swojej wielkiej poprzedniczki. Z pewnością to jeden z poważniejszych kandydatów na grę roku i w zasadzie powinniśmy już zakładać się o to, ile nagród zdobędzie. Osobiście nie zauważam w niej wad, a maksymalnej oceny nie przyznaję jedynie dlatego, że osobiście bardzo irytują mnie działania twórców ograniczające dostęp do określonych części gry (vide: patent z Kobietą Kotem). Poza tym, o Batman: Arkham City mogę się wyrażać tylko w samych superlatywach – przedstawiona z rozmachem fabuła, krwiści bohaterowie, obszerny teren działań i niezliczone misje poboczne składają się w sumie na tytuł, który pochłonie wiele godzin świetnej zabawy. Mnie przejście wątku głównego zajęło ok. 14 godzin i zachęcam do dzielenie się swoimi osiągnięciami w naszej specjalnej sekcji.