nA SIENNEJ - 12lo.warszawa.pl

Komentarze

Transkrypt

nA SIENNEJ - 12lo.warszawa.pl
Nr 5 / 7.11.2014
Nakład 40 szt.
[NA SIENNEJ]
Cena 2 PLN
NARODOWE
CZYTANIE…
Str. 10
WYŚCIG
ŚLIMAKÓW…
Po wakacyjnej
przerwie wracamy z
TEMATEM TABU!
Chcesz zabić
nudę?
Zajrzyj do działu
ROZRYWKA!
str. 13
SIENKIEWICZ NA
WAKACJACH
Str. 4 - 6
1
[NA SIENNEJ]
SPIS TREŚCI
OD REDAKCJI
str. 10
TEMAT NUMERU: Sienkiewicz na wakacjach
str. 4-6
AKTUALNOŚCI / „Dzieci polskie w Oświęcimiu”
str. 7
Kultura
str. 8
TEMAT TABU: STOP rozmnażaniu się w
miejscach publicznych
str. 13
Rozmówki koreańskie
str. 15
UWAGA!
Dnia 24 listopada o godzinie
14:30 odbędzie się spotkanie
KLUBU LITERACKIEGO… „Traktat
o łuskaniu fasoli”
TO
JEST
MIEJSCE
NA
TWOJĄ
REKLAMĘ
Rozrywka
str. 16
redaktor naczelny: Katarzyna Kujko
grafika: Katarzyna Kujko, Michał Erbel, Oliwia Ochman
z-ca redaktora: Konrad Mrozik & Kacper Ponichtera
korekta: Urszula Kamińska & Michał Kadej
felietoniści: Magdalena Janiszewska, Natalia Łabuzek, Kamila Kozłowska, Karolina Nierojewska, Dominika Kobus, Agnieszka
Chabera, Aleksandra Rybak, Ola Zagubień, Wiktoria Jakubiec, Weronika Pławińska, Malwina Kowalczyk, Weronika Kędziorek,
Agnieszka Grzybowska, Konrad Mrozik, Kacper Ponichtera, Kamila Szwejk, Dominik Owczarek, Grzegorz Roliński
2
[NA SIENNEJ]
DROGI CZYTELNIKU…
Obejmując stanowisko redaktora naczelnego szkolnej gazetki,
nie śmiałem nawet przewidywać, że jej reaktywacja spotka się z
tak dużym zainteresowaniem. Od grudnia do maja wydane
zostały cztery numery „Na Siennej”, a efekty swojego pióra
ukazała niemała ilość uczniów.
Ostatecznie ostało się dwadzieścia osób, przed którymi w tym
roku stoi zadanie wprowadzenia pierwszoklasistów do
redakcyjnego kręgu. Wiążę z tym nadzieję i wierzę, że dzięki
świeżej krwi będą w stanie podnieść poziom gazety. W tym
roku szkolnym przedsięwzięcie powierzam osobie, która do tej
pory była grafikiem - stery przejmuje Kasia Kujko i myślę, że
uda się jej kontynuować coś co do tej pory udało nam się
osiągnąć, bo mimo niejednych przeszkód, „Na Siennej” jest
czymś, co sprawia, że mam prawo być zadowolony, zarówno z
siebie, jak i tych, którzy dołożyli swoją cegiełkę (a nawet
cegiełki!) do jej rozwoju.
Podsumowując, chciałbym podziękować Pani Dyrektor Elżbiecie
Wysmołek, Pani Urszuli Kamińskiej, jak również Panu Michałowi
Kadejowi, którzy umożliwili powstanie gazetki. Od tego numeru, Drodzy Czytelnicy, będziecie mogli
mnie podziwiać w charakterze dziennikarza stałego; mam nadzieję, że pierwszy numer w nowym roku
szkolnym nie pozostawi u Was niedosytu i z chęcią będziecie czytać następne.
Dominik Owczarek
dotychczasowy Redaktor Naczelny „Na Siennej”
PS. Redakcja gazety "Na Siennej" dziękuje koledze Dominikowi Owczarkowi za cały rok wspólnej pracy, gdy w
gazetce pełnił funkcję Naczelnego. 
3
TEMAT NUMERU
[NA SIENNEJ]
WYCIECZKA PIERWSZA:
AUSTRIA - WŁOCHY
Wszystko zaczęło się 19 września…
Wyjechaliśmy na wycieczkę do
Austrii. Najpierw była bardzo długa i
męcząca podróż – 14 godzin.
Wszyscy niezmiernie narzekali na
niewygody przejazdu, ale… opłacało
się! Gdy dojechaliśmy na miejsce,
oczom naszym ukazał się piękny
widok gór, który chyba na zawsze
zapisze się w naszej pamięci.
Po przyjeździe do hotelu szybko się
zakwaterowaliśmy,
a
następnie
wyruszyliśmy pieszo na szczyt góry
Gerlitzen. Nie ukrywam… było to
trudne, zwłaszcza po tylu godzinach
podróży. Nie wszyscy byli zadowoleni,
lecz, gdy wróciliśmy, czekała na nas
przepyszna polska obiadokolacja.
Później chętnie zajadaliśmy się
przywiezionymi z Polski opiekanymi
nad ogniem jabłkami.
Nazajutrz
gondolową
kolejką
zjechaliśmy z góry, na której
mieszkaliśmy.
Następnie
odwiedziliśmy
domniemany
grób
króla
Polski
Bolesława
II Śmiałego w Ossiach. Potem
wybraliśmy się w malowniczy rejs po
jeziorze Ossiacher. Po wyjściu ze
statku czekał nas 45 - minutowy
morderczy spacer pod górę. Jednak
naprawdę było warto się tak męczyć,
by w końcu trafić do rezerwatu
makaków. Gdy zobaczyliśmy te
niezwykłe zwierzątka, wszystko co złe
uciekło w niepamięć. Obejrzeliśmy
godzinny pokaz tych niesamowitych
małpek. Potem wyruszyliśmy jeszcze
wyżej - do zamku Landskorn, skąd
niebawem wypędziła nas burza…
Schodziliśmy
na
dół
podczas
ulewnego
deszczu.
Byliśmy
kompletnie
przemoczeni.
Wieczorem
wspólnie
emocjonowaliśmy
się
meczem
siatkówki,
w
którym
reprezentowali nas
Polacy. Z dumą i
na
stojąco
śpiewaliśmy nasz hymn narodowy…
W poniedziałek mieliśmy okazję
zobaczyć istny cud inżynierii, a
mianowicie słynną zaporę w Dolinie
Spadającej
Wody,
co
było
poprzedzone
długim
przejazdem
przez
krainę
fantastycznych
wodospadów – do 350 m wysokich.
Na tamie czekał nas jeszcze spacer
nad przepaścią po szklanej tafli
widokowej… Z tamtego miejsca
pojechaliśmy prosto do niezwykłego
muzeum
Porsche
w
Gemund.
Mieliśmy okazję zobaczyć tam wiele
cudownych i drogocennych modeli
samochodów tej marki. Stamtąd
popędziliśmy na zakupy spożywcze
do Villach, a potem do
ośrodka. Wieczorem
każdy, kto chciał,
mógł uczestniczyć w
zorganizowanym
ognisku.
Było
cudownie!
Rano
czekała nas nie lada
wyprawa
nad
przepiękne, naturalne
alpejskie wodospady w Ferlach.
Później weszliśmy na Piramidenkogel,
skąd
rozciąga
się
niezapomniany widok na Alpy i trzy
malownicze jeziora. Odważni, a może
szaleńcy (!) zjechali z piramidy rurą…
Potem jeszcze wizyta w malowniczym
Welden (austriackie Saint Tropez)…
Wieczorem chętni bawili się na
dyskotece.
Następnego
dnia
wstaliśmy
wyjątkowo wcześnie. To był dzień, w
którym mieliśmy odwiedzić Wenecję.
Po kilku godzinach dojechaliśmy tam
pociągiem. Na początku mieliśmy
mieszane uczucia. Średnio nam się
podobało, lecz, gdy przeszliśmy
prawie całe miasto i zobaczyliśmy je
od każdej strony, zmieniliśmy zdanie.
Ujrzeliśmy tam, między innymi,
kościół San Rococo, bazylikę dei
Frari, Ponte Rialto, Most Westchnień,
plac
św.
Marka. W Wenecji mieliśmy czas na
spróbowanie np. tradycyjnej włoskiej
pizzy czy kupienie prześlicznych
masek. Po pełnej wrażeń podróży j
do hotelu wróciliśmy około pierwszej
w nocy. Tam czekała na nas pyszna
kolacja.
Kolejny dzień był, niestety, dniem
powrotu do domu. W czasie drogi
zatrzymaliśmy
się
w
Wiedniu.
Podziwialiśmy tam śliczne ogrody
pałacu
Schönbrunn.
Zwiedzając
wiedeński
Ring,
zaczerpnęliśmy
trochę wiedzy
na
temat
poszczególnych
budynków w Wiedniu. Udaliśmy się
także na krótki spacer po stolicy
Austrii – minęliśmy cesarski pałac
Hoffburg, zajrzeliśmy do katedry św.
Szczepana, podziwialiśmy wystawy
luksusowych sklepów wiedeńskich.
Nawet nie wiadomo kiedy minęła
nam cała podróż powrotna i nagle
znaleźliśmy się… w Warszawie.
Szkoda, że wszystko, co dobre i
przyjemne, tak szybko się kończy. Z
pewnością większość z nas chciałaby
tam zostać znacznie dłużej. Uważam,
że wycieczka była wyjątkowo udana
pomimo wielu „nieprzewidzianych
okoliczności”. Zdecydowanie wszyscy
chcielibyśmy ją powtórzyć.
Magdalena Janiszewska
4
[NA SIENNEJ]
WYCIECZKA DRUGA
Moje Jądro
Ciemności, czyli
relacja z Czarnego
Lądu
Spędziłem
dwa
i
pół
miesiąca na innym kontynencie.
Podziwiałem nowe zwierzęta, widoki,
rośliny, a przede wszystkim poznałem
ogrom nowych i fascynujących ludzi.
Nauczyłem się niewyobrażalnie wiele;
wspominam nie tylko o szkoleniu
języka, ale także o sprawach
duchowych i życiowych. Ale jak się to
wszystko zaczęło?
Cześć, jestem Konrad i
ostatnie wakacje spędziłem w Afryce.
Wyjechałem tydzień przed końcem
roku szkolnego, a wróciłem w drugim
tygodniu września. Dwa i pół
miesiąca siedziałem w Republice
Południowej Afryki i wcale się nie
nudziłem. Głównym celem mojego
wyjazdu było podszkolenie języka,
więc sumiennie uczęszczałem do
szkoły
języka
angielskiego
International House of Cape Town.
Całe dwa miesiące mieszkałem w
Capetown
(pol.
Kapsztad)
i
wynajmowałem pokój od niejakiego
Blake’a. Ale dlaczego akurat RPA?
Przede wszystkim dlatego, że moja
babcia mieszka tam już 40 lat i to ona
mi to zaproponowała. Poleciałem do
niej
(15
godzin
morderczej
niewygody) do Pretorii na ostatni
tydzień czerwca. Jak opisać można
stolicę RPA? Cicho, spokojnie i
nienaturalnie. Atmosfera dziwna,
inaczej nie mogę tego wyrazić. Dobre
miejsce na tygodniowy odpoczynek,
ale więcej bym tam nie wytrzymał.
Ciepło i tyle; kompletnie nic się tam
nie działo.
Do Capetown leciałem sam,
a mojego „gospodarza” pierwszy raz
spotkałem na lotnisku (moja babcia
znalazła go na Gumtree). Przyznam,
że trochę się bałem. Mógł się okazać
osobą typu: płać mi za miesiąc, do
zobaczenia w przyszłym, cześć! Ale
na
szczęście
przywitał
mnie
długowłosy hipis z pacyfą na
koszulce, który w pierwszy weekend
pokazał mi pół miasta i okolic. Okazał
się niesamowicie otwartą osobą,
bardzo kreatywną
i przyjazną.
Pomagał mi w szkoleniu mojego
języka, siedział ze mną wieczorami,
rozmawiał i chciał mi pokazywać
nowe
miejsca.
W
weekendy
pracowałem w jego hipsterskim
sklepie. Przez Blake’a poznałem
bardzo
wielu
kreatywnych
i
myślących ludzi, z którymi rozmowy
miały sens i dawały do myślenia.
Przede wszystkim ludzie w RPA są
nieco inni niż w Polsce, bo obcy na
ulicach, w sklepach, gdziekolwiek, są
w większości niesamowicie uprzejmi i
mili. Krótka formułka: „Hi, how are
you?” otwierała każdą konwersację,
nieważne, czy chciałem kupić coś w
kiosku, czy po prostu zapytać o
drogę. To było coś niesamowitego.
Szkoła także okazała się
niesamowitym przeżyciem. Chodziłem
do niej od poniedziałku do piątku, od
godziny 9:00 do 15:15 z półtora-
WYCIECZKA
TRZECIA
One night in Tel Aviv
po równie klimatyczny techno łomot
w jednym z miejscowych klubów.
Jedno jest pewne. To miejsce nie
bierze
zakładników.
Stolicą
Izraela
jest
Jerozolima, ale to Tel Awiw nosi
miano
kulturalno-imprezowego
centrum kraju. Do Świętego Miasta
rocznie
pielgrzymuje
miliony
wiernych, ale to tu podążają hordami
fani dobrej zabawy. Wiedzą, co
czynią. Rozmiarami przypomina on
nam popularną niewielką pigułkę,
zatem, w tej samej formie pigułki
przedstawię Wam mój dzień z życia
na miejscu. Krok po kroku, ze
wszystkimi tego urokami – od
klimatycznego śniadania przy plaży
I tak budzę się rano,
skąpany promieniami izraelskiego
słońca, a na zegarku magicznie miga
8:00. Nie ma co marnować czasu i
wylegiwać się w łóżku do późnych
godzin
popołudniowych.
Jestem
typem człowieka, który aż nadto ceni
sobie długi sen, ale w podróżach
zawsze o tym zapominam, wychodząc
z założenia, że każda sekunda
przespana poza domem jest czasem
straconym. Nadchodzi pora na
śniadanie, a więc najważniejszy
posiłek
dnia,
który
musi
zagwarantować mi niespożytą ilość
energii na następne kilka godzin.
godzinną przerwą na lunch. Na
porannych zajęciach skupiałem się na
gramatyce angielskiej, na słuchaniu,
czytaniu i pisaniu w tym języku. Na
popołudniowych natomiast było tylko
mówienie i słownictwo. Poznałem
mnóstwo niesamowitych ludzi z
całego świata, głównie z Brazylii,
Arabii Saudyjskiej, Republiki Kongo i
Gabonu. Była tam też jedna
dziewczyna z Czech, jedna z Hiszpanii
i chłopak z Niemiec, ja byłem
czwartym Europejczykiem. To, co
mnie zafascynowało w tej szkole, to
sposób prowadzenia lekcji. Był taki,
że nawet nie myślało się, że jest się
w szkole. Nauczyciele (bardzo młodzi)
byli na równi z uczniami, a rozmowy
były naturalne.
Oprócz
ludzi
i
miasta
widziałem także lwy, tygrysy, papugi,
pingwiny, foki, flamingi, gepardy i
leopardy. Niesamowite zwierzęta,
które
na
żywo
wyglądają
majestatycznie i groźnie. Chodziłem
po górach, dotykałem palm, kąpałem
się w oceanie i codziennie chadzałem
nad wodę. Mam ogrom zdjęć i
filmów,
a
teraz
także
międzynarodowych znajomych. Do
dziś utrzymuję kontakt z Blake’iem,
paroma nauczycielami, uczniami i
ludźmi poznanymi w Cape Town.
Miejsce było pełne dobrej energii,
życzliwości i uprzejmości ze strony
ludzi. Niesamowite wrażenia, które
zapamiętam do końca życia. Jeżeli
ktoś się zastanawia nad przyszłymi
wakacjami, to śmiało może celować
w dziką Afrykę, bo to może być
niezapomniana przygoda!
Konrad Mrozik
Zazwyczaj posiłki przygotowuje w
domu, a na moim stole widnieją
typowe dla tego miejsca Szakszuka,
czyli rodzaj aromatycznej jajecznicy z
pomidorami,
pikantne
kiełbaski
Merguez, zbożowa kawa oraz chlebek
pita, który tu jest nieodłącznym
elementem każdego posiłku. Tym
razem postanowiłem nieco inaczej i
na śniadanie wybrałem się na miasto.
Idąc ulicą Jabotinsky, dzierżąc pod
pachą dzisiejszy numer dziennika
Maariv, zakupionego u znajomego
kioskarza, dochodzę na miejsce,
gdzie wita mnie moja ulubiona
kawiarnia Cafe Michal przy Dizengoff
Street 230. Nie jest to jedynie moje
ulubione miejsce, bo można tu
spotkać rano wiele niezwykłych
osobistości, które, tak jak ja, wpadły
tu
na
śniadanie
w
stylu
5
[NA SIENNEJ]
śródziemnomorskim, czyli filiżankę
mocnej kawy i garści świeżych
informacji z kraju i ze świata.
Codziennym bywalcem tego miejsca
jest Etgar Keret, izraelski pisarz
polskiego pochodzenia, autor m.in.
„Gaza blues” czy „Kolonii Knellera”,
który każdego dnia, prócz sobót,
rytualnie popija tu świeżo parzoną
kawę i tak jak ja delektuje się jej
smakiem i ciepłym, francuskim
wnętrzem tego też miejsca.
Spacerologia
Po śniadaniu wyruszam na wcześniej
zaplanowany spacer. Celem mojej
wędrówki będzie Stara Jaffa, czyli
obecnie jedna z dzielnic Tel Awiwu, a
dawniej starożytna Joppa i jeden z
najstarszych portów morskich na
świecie. Miejsce tak magiczne,
złożone,
zróżnicowane,
co
jednocześnie piękne, klimatyczne i
chwytające człowieka za serce. To tu
był biblijny port, z którego to
wyruszył prorok Jonasz, udając się do
Tarszisz. To tu był port króla
Salomona, sprowadzającego libańskie
drzewo
pod
budowę
Świątyni
Jerozolimskiej, aż wreszcie to tu
Napoleon Bonaparte w 1799 roku ze
swoim francuskim wojskiem dokonał
rzezi na miejscowej ludności. Dziś
idąc wzdłuż telawiwskiego wybrzeża
rozpościera nam się piękny widok na
Starą
Jaffę,
gdzie
nad
bliskowschodnią zabudową, arabskimi
minaretami
góruje
wieżyczka
franciszkańskiego Kościoła Świętego
Piotra, który stanie się początkiem
mojej malutkiej podróży po starym
mieście. Kościół został zbudowany w
1654 w oddaniu świętego Piotra na
miejscu średniowiecznej cytadeli.
Budowlę wzniesiono przez Fryderyka
II i przywrócona przez Ludwika IX z
Francji na początku drugiej połowy
XIII wieku. Jednak na przełomie
XVIII wieku kościół został dwukrotnie
zniszczony i przebudowany. Obecna
struktura została zbudowana w latach
1888 i 1894, a ostatnio odnowiona w
1903 roku. Miejsce to jest o tyle
ciekawe, że urzędują tu polscy księża,
odprawiający co niedzielę liturgię w
naszym ojczystym języku. I mając
okazję poznać ich i ich prace, śmiem
twierdzić, że to księża z tzw.
powołania, a za ich posługę należy
się ogromny szacunek nawet ze
strony wojujących ateuszy. Jeśli
jesteśmy już przy Polakach to warto
napomknąć, że tu Nas szanują
bardziej niż w innych częściach globu,
bo zgodnie ze starym izraelskim
porzekadłem „Romanit gana, Polanit
szana” Tu najgorszą plagą są
rumuńscy złodziejaszkowie, a Polacy
6
im jedynie pomagają. To niezwykle
budujące. Ale Stara Jaffa to nie tylko
starożytny port, klimatyczny rynek
czy polski kościół. To też jedno z
najniebezpieczniejszych miejsc na
ziemi, a właściwie jej niewielka część,
czyli Ajami. Ajami śmiało można
określić mianem żydowskiego Bronxu,
gdzie codziennie o przeżycie walczą
narkotykowe kartele, a serie z
karabinów maszynowych to odgłos
powszechniejszy od śpiewu ptaków.
Miejsce to stało się również inspiracją
do nakręcenia w 2009 filmu przez
duet Scandar Copti & Yaron Shani o
tymże samym tytule. Obraz o tyle
warty odnotowania, że jest to
pierwsza
w
historii
izraelskopalestyńska
koprodukcja
oraz
doskonale oddająca zróżnicowany
klimat życia tutaj, czego dowodem
była nominacja do Oscara za
najlepszy film nieanglojęzyczny, Złota
Kamera na festiwalu w Cannes czy
deszcz nagród na izraelskich Ofirach.
Pokarmowy orgazm
Ale Jaffa to nie tylko mafie
narkotykowe, strzelaniny i ogromna
adrenalina. To też miejsce dla
kulinarnych freaków, bo tu właśnie
mieszczą się dwa legendarne lokale,
niedaleko od siebie. Pierwszy z nich
to Abu Hasan przy 1 Ha' Dolfin
Street, czyli najlepszy hummus w
Izraelu, o renomie porównywalnej
chyba tylko do Papieża oraz Abulafia
przy głównej ulicy Yefet Street, czyli
najsłynniejsza arabska piekarnia,
gdzie ja właśnie zakupiłem swojego
rodzaju kruche pierogi z kozim serem
i
aromatycznymi
przyprawami,
typowymi dla Bliskiego Wschodu i
powolutku zmierzam w kierunku
centrum, do dzielnicy jemeńskich
Żydów na upragniony obiad. Po 20
minutach jestem na miejscu. Z dala
od miejskich arterii wita mnie
malownicza uliczka Nahila’l, przy
której w trakcie niedługiej obecności ,
miałem przyjemność poznać od
kuchni – w przenośni i dosłownie –
kulturę potomków Królowej Saby. W
Erez Yemen, niezwykle klimatycznej
knajpce z narodową , jemeńską
kuchnią, – prawdopodobnie jedną z
najlepszych
i
najbardziej
aromatycznych, jakie dane było mi
spróbować, – przeżyłem pokarmowy
orgazm. Trafić tu jest nie trudno, bo
zapachy
rozpościerają
się
w
promieniu kilku kilometrów i już z
dala można wyczuć woń jagnięcej
zupy Saltah, suszonej Dorady w
ziołach czy tradycyjnej pikantnej
pasty sahawaq. Całość o tyle
czarująca i niezwykła, jak sama
historia i kultura jemeńskich Żydów ,
z którymi miałem przyjemność
porozmawiać, poznać, by w końcu
dopełnić
wspaniałe
popołudnie
czarną herbatą z mlekiem Shahi
Haleeb w towarzystwie jazzujących
gdzieś w oddali moich żydowskich
kumpli z Sana’a. Wielkimi krokami
zbliża się wieczór, a więc ta właściwa
pora dnia, kiedy do życia raz jeszcze
budzą się młodzi mieszkańcy Tel
Awiwu. Na ulicach ogromny ruch,
kawiarniane i restauracyjne bistra
znów świecą tłumami, a ja po
sowitym posiłku mam ochotę zacząć
powolutku zabawę i nastrajanie się
na całonocny rave, dlatego też
zmierzam w kierunku Białego Miasta,
czyli 5-tysięcznego kompleksu w stylu
międzynarodowym i Bauhaus. To nie
lada gratka dla architektonicznych
zapaleńców i ziszczenie się marzeń
samego Le Corbusiera. To tu pośród
modernistycznej zabudowy kwitnie
wieczorne życie młodych Żydów i
Żydówek. To tutaj przy Rothschild 12
siadam w ukryciu i zamawiam kolejną
lampkę czerwonego wina, prosto z
najlepszych szczepów z Pustyni
Negew. Delektując się wybornym
smakiem izraelskiego wina, słuchając
rozmów
przypadkowych
ludzi,
obserwuje kątem oka
Dom
Dizengoffa,
czyli
słynną
Sale
Niepodległości, gdzie 14 maja 1948 o
godzinie 16.00 swoją niepodległość
proklamowało Państwo Izrael tym
samym, dając mi możliwość siedzenia
tutaj i wyruszenia za chwilę na, jak
się okaże, jedną z najlepszych techno
imprez w moim skromnym życiu.
Izrael słynnie z gorących dziewczyn,
równie gorących imprez, ale przede
wszystkim
z
psychodelicznego
trance’u, bo przecie nazwy Infected
Mushroom czy Astral Projection zna
nawet słabo szanujący się fan muzyki
elektronicznej. Ja jednak wielkim
fanem trance’owej muzyki nie jestem,
ale to też nie szkodzi, bo tu każdy
znajdzie coś odpowiedniego dla
siebie. Jest takie miejsce, które
odpowiada mi szczególnie - The Block
przy Salame Street 157, które
określiłbym mianem żydowskiego
Berghain
przy
jednoczesnym
zachowaniu miejscowych realiów.
Dziś tam będzie bal, większy nawet
od tego znanego z Budki Suflera, bo
przygrywać będą goście z Ostgut Ton
Nacht, a kolejno za konsoletą pojawią
się Efdemin, Marcel Fengler, Steffi i
rezydent tego miejsca Boris. I dlatego
drogi czytelniku pozwolisz teraz, ze
pożegnam sie z Toba i oddam
zabawie, a rano znow powita mnie
piekne miasto Tel Awiw.
Kacper Ponichtera
[NA SIENNEJ]
AKTUALNOŚCI
NA ŚWIECIE : Znaleziono laptop z
tajnymi dokumentami dżihadystów!
Wśród 35 tysięcy plików znajdowały
się filmy szkoleniowe dot. użycia
bomby biologicznej oraz rad, jak ją
zastosować, by dotarła do jak
największej liczby ludzi.
Państwo Islamskie opublikowało
w Internecie nagranie wideo, na którym dżihadyści grożą Rosji i Władimirowi Putinowi. Jeden z bojowników
podkreśla, że IS wyzwoli Czeczenię i
cały Kaukaz.
W Przemyślu znaleziono szczątki
noworodka, które, jak stwierdzono,
mogły leżeć tam 30 lat! Ciało zostało
ukryte pod dachem budynku, w
którym niegdyś znajdował się szpital
z oddziałem położniczym.
22 września Prezydent RP Bronisław
Komorowski powołał rząd Ewy
Kopacz.
Radosław Sikorski został nowym
marszałkiem Sejmu. Wicemarszałkiem wybrano Elżbietę Radziszewską.
1 września nowa Premier wygłosiła
swoje expose.
Islamiści zapowiadają kolejne
egzekucje. Radykałowie z Państwa
Islamskiego zagrozili, że będą zabijać
obywateli państw zachodnich, które
popierają tworzoną przez Stany Zjednoczone i wymierzoną w nich międzynarodową koalicję w Iraku lub de
facto w niej uczestniczą.
Kraków
alkoholową
stolicą
Polski. Była stolica Polski bije inne
polskie miasta pod względem liczby
punktów sprzedających trunki.
(informacje czerpane z portalu onet. pl)
NA SIENNEJ: 1 września rozpoczął
się rok szkolny 2014/2015. W tym
roku mamy aż 6 klas pierwszych!
Otrzęsiny pierwszaków odbyły się 12
września. Nasza szkoła, jak co roku,
odwiedziła Wolę Okrzejską - miejsce
urodzenia Henryka Sienkiewicza.
19 września rozpoczęła się 8
dniowa wycieczka do Austrii i Włoch.
Wycieczka
była
cudowna,
jej
sprawozdanie możecie przeczytać na
dalszych kartach naszej gazetki :)
Uczestnicy wycieczki wrócili cali i
zdrowi, z głową pełną wspomnień
oraz niezłymi zakwasami.
3 i 4 października nasza szkoła
brała udział w zbiórce Banków
Żywności "Podziel się Posiłkiem".
Jedzenie było zbierane w Ken Center
na Ursynowie. Ludzie byli bardzo
życzliwi, angażując się w tę wspaniałą
akcję.
W pierwszym i drugim tygodniu
października
klasy
pierwsze
integrowały się na wycieczce w Białce
Tatrzańskiej. Mamy nadzieję, że
rocznik '98 wrócił ze sobą zgrany i
zaprzyjaźniony.
Nasza szkoła "podskoczyła" w
Rankingu
Perspektywy.
Obecnie
uplasowaliśmy się na 51 miejscu,
otrzymując Brązowy Znak Jakości.
Jesteśmy dumni z naszej szkoły! :)
14 października nasza szkoła,
reprezentowana przez uczniów klasy
III d, wzięła udział w konkursie
wiedzy o Żeromskim (i jego pobycie
w Warszawie, organizowanym przez
XL LO im. Stefana Żeromskiego w
Warszawie. Kreatywność, spryt i
szybkość
naszego
zespołu
zaowocowała sporą przewagą - a co
za tym idzie - wygraną. Konkurs miał
formę gry miejskiej, w której
uczestnicy odkrywali ważne miejsca z
życia pisarza.
Codziennie w ramach akcji EKO
SZKOŁA organizowana jest zbiórka
telefonów komórkowych, które nie są
już nam potrzebne (sprawne lub nie).
Szkoła zbiera telefony i wysyła je do
DZIECI POLSKIE W
OŚWIĘCIMU SPRAWOZDANIE Z
WYCIECZKI
"Powinniśmy być wdzięczni ludziom,
którzy tu zginęli, ponieważ dzięki nim
możemy kochać i być kochanymi oraz
możemy mówić dumnie o sobie jako
Polakach."
26 września grupa 30 uczniów z
naszej szkoły pod opieką pani
Stoińskiej i pani Garbolewskiej
uczestniczyła
w
wycieczce
do
AKTUALNOŚCI
organizatorów
akcji,
którzy
wymieniają
je
na
pomoce
dydaktyczne i nagrody rzeczowe dla
szkoły. Celem akcji jest w przystępny
sposób
uświadomienie
uczniom
skutków
nieodpowiedzialnego
gospodarowania
sprzętem
elektronicznym oraz przedstawienie
możliwości jej ponownego, zgodnego
z przeznaczeniem, wykorzystania.
Dbajmy o środowisko i wspomóżmy
akcję! Kolejną eko akcją
jest
zbieranie zużytych baterii, które
można złożyć do specjalnego pudełka
znajdującego się w szatni. :)
29.10 odbyło się Święto
Szkoły. Był to dzień wolny od zajęć
dydaktycznych,
natomiast
każda
klasa miała różne zadania do
wykonania. Klasy pierwsze- filmik,
klasy drugie – zdrową potrawę, klasy
trzecie - herb szkoły. Zwycięzcami
zostali okazali się wszyscy, którzy w
ogóle wzięli udział. Wyróznione przez
jury zostały następujące klasy: wśród
klas I: I miejsce… 15 listopada
odbyła się akcja sprzedawania ciast
na rzecz zwierząt w schroniskach.
Dzięki
zaangażowaniu
uczniów,
rodziców i nauczycieli udało się
zebrać aż 500 zł. Dziękujemy! W
dalszym ciągu można przynosić
karmę, koce itp przedmioty, które
przydadzą
się
osamotnionym
zwierzakom.
W październiku odbył się szkolny
etap Olimpiady Wiedzy o III RP. Do II
etapu przeszli: Wacek Dzięcioł z klasy
II d i Kamil Rodak z III d W
listopadzie przewidziano eliminacje do
Olimpiady z Wiedzy o Świecie
Współczesnym. Zapisy u pana
Michała Kadeja.
Domininika Kobus
Przejeżdżając
przez
Pruszków,
mogliśmy przez okna autokaru
zobaczyć cześć obozu przejściowego
Dulag 121, z którego w sierpniu 1944
roku
ludność
Warszawy
była
przewożona m.in. do AuschwitzBirkenau i obozów w głębi III Rzeszy.
nazistowskiego
obozu
koncentracyjnego
i
zagłady
Auschwitz- Birkenau w Oświęcimiu w
ramach obchodów 70. rocznicy
deportacji
cywilnej
ludności
z
powstańczej Warszawy.
W
obozie
macierzystym
dowiedzieliśmy się, jak działał ten
obóz oraz jak wyglądało życie
więźnia. Cały obóz składa się z
kompleksu bloków i placu apelowego.
Funkcjonowały w nim budynki
administracji obozowej, Gestapo oraz
komendantura. Tuż za drutami stał
dom komendanta wraz z ogrodem –
7
KULTURA
mieszkał w nim razem z rodziną.
Widzieliśmy dowody zbrodni, czyli
przedmioty
codziennego
użytku
należące do więźniów, a świadczące o
tym, że ludzie nie wiedzieli, że już
stamtąd nie wrócą. Powiedziano nam,
jakie tortury wobec więźniów obozu
były stosowane przez Niemców - np.
kara słupka. Polegała ona na
wieszaniu więźniów za wygięte do
tyłu ręce. Więźniów duszono gazem
(cyklonem B powszechnie używanym
do
dezynsekcji)
w
specjalnie
[NA SIENNEJ]
wybudowanych do tego komorach, a
ciała
palono
w
piecach
krematoryjnych.
W
Brzezince mogliśmy zobaczyć
baraki lub ich części, które przetrwały
do naszych czasów. W niektórych
kompleksach spotkaliśmy więźniów,
którzy opowiadali, jak żyli podczas
pobytu w obozie oraz do czego dany
budynek służył.
rocznicy deportacji cywilnej ludności z
powstańczej Warszawy.
Myślę, że każdy przynajmniej raz w
życiu
powinien
pojechać
do
Auschwitz-Birkenau i w ten sposób
wyrazić szacunek dla zamordowanych
tam ludzi. Ta wycieczka skłoniła mnie
do myślenia nad wartością ludzkiego
życia.
Wera
Oglądaliśmy
też
pomnik
upamiętniający skazanych na śmierć
niewinnych
ludzi.
Mogliśmy
uczestniczyć w uroczystości 70.
__________________________________________________________________________________
KULTURA
WYWIAD NUMERU
Joanna Kołaczkowska - polska
aktorka
i
autorka
tekstów
kabaretowych,
realizatorka
niezależnej wytwórni filmowej A'YoY.
Aktualnie związana z kabaretem
Hrabi, ale jest znana także z kabaretu
Potem – klasyki polskiej sceny
rozrywkowej oraz improwizowanego
programu Spadkobiercy. Rozmowę z
artystką
przeprowadził
Konrad
Mrozik.
Konrad Mrozik: Wiem, że pierwsze
pytanie będzie sztampowe i raczej
oczywiste, ale muszę je zadać: Jak
zaczęła się ta cała kabaretowa
przygoda?
Joanna Kołaczkowska: Ech, już
tyle razy to opowiadałam.
KM: Wiem, że na początku był
kabaret Drugi Garnitur, następnie
Potem, ale mi raczej chodzi o to
dlaczego właśnie kabaret?
JK: W 1988 roku skończyłam studia
pedagogiczne. Wtedy właśnie z
Adamem Nowakiem, który mnie na
to namówił, poszłam na casting do
kabaretu Drugi Garnitur. To miało
być tylko zabawą, nie sądziłam, jak
bardzo to zmieni moje życie.
Wystąpiłam przed jury, kazali mi
wyrecytować wiersz, wyrecytowałam,
a jury opadły szczęki. Zaczęli mi
pochlebiać, a ja nie wiedziałam,
dlaczego, i od razu powiedzieli, że
biorą mnie do kabaretu. W Drugim
Garniturze byłam rok, aż do jego
rozwiązania. Mieliśmy wtedy skecze
oparte
głównie
na
poezji
socrealistycznej,
o
fabrykach,
robotnikach. W 1989 roku DG się
rozpadł, ale na jego miejsce w moje
życie wskoczył - sławny dziś - kabaret
8
Potem. Aż dziesięć lat, bo do 1999
roku występowaliśmy na scenie, ale
ludzie pytają dlaczego rozwiązaliśmy
naszą działalność tak nagle. Ideą
Władka Sikory, naszego lidera, było
rozwiązanie kabaretu w czasach jego
świetności i tak też zrobiliśmy.
Następnie miałam trzy lata przerwy
na swoje życie osobiste, bo już kilka
tygodni
po
ostatnim
występie
dowiedziałam się, że jestem w ciąży.
Gdy Hania już przyszła na świat i
miałam trochę czasu na odpoczynek,
Darek Kamys, z którym grałam w
kabarecie Potem, przyszedł do mnie z
nowym pomysłem na kabaret.
Miałam na początku lęk przed
porównywaniem nowego kabaretu ze
starym, bo wiedziałam, że Potem
odniósł sukces. Ale w końcu się
zgodziłam, pod jednym warunkiem:
miało być kameralnie. Granie tylko w
mieście, żeby nikt nas nie zobaczył.
Ale wyszło jak wyszło.
KM: Jakie to uczucie, gdy należało
się (i należy się obecnie) do jednych z
najlepszych polskich kabaretów?
JK: Myślę o tym, oczywiście, ale nie
pławię się w sławie. Najważniejsza
dla mnie jest praca, praca i jeszcze
raz praca. Wiem do czego dążę, do
czego dążymy jako grupa. Nie
zatrzymujemy się nad tym czy
jesteśmy dobrzy, czy może najlepsi,
po prostu wkładamy w kabaret Hrabi
serce i ogromny wysiłek. Najlepiej jak
potrafimy. Mamy świadomość, jak
jesteśmy postrzegani, ale właśnie w
ten
sposób
spełniamy
nasze
marzenia.
KM: Czy często ludzie zaczepiają
panią na ulicy? Czy piszą maile,
wiadomości o tym, że są fanami?
JK: Często spotykam ludzi, którzy
mówią po prostu „dzień dobry”,
pozdrawiają, uśmiechają się, ogólnie
są życzliwi. Czasem proszą o autograf
lub wspólne zdjęcie; jest mi
niezmiernie miło z tego powodu,
oczywiście. Ale jeszcze nikt mi nie
powiedział: Jest pani słaba, lub coś w
tym rodzaju. Oczywiście, mam
nadzieję, że do czegoś takiego nigdy
nie dojdzie. Ale taki jest problem z
kabaretami.
Spora
część
ludzi
traktuje to jak wygłupy, poza tym
jest cała masa ludzi, którzy nie mają
poczucia
humoru.
Nie
można
powiedzieć, że to coś złego, trzeba to
tylko zaakceptować.
KM: Co pani sądzi o nowo
powstałych kabaretach? Czy ma to
sens
w
dzisiejszych
czasach,
zważając na to, że trudno jest się
wybić i tak wiele kabaretów już
powstało?
JK: Sądzę, że to ma sens. Jeżeli
ludzie chcą coś przekazać, coś
powiedzieć, niech próbują i tworzą.
To właśnie ma sens, kiedy wychodzi
od młodych ludzi. Z perspektywy
doświadczenia wiem, że w pierwszym
roku
działalności
ponad
50%
kabaretów się rozpada. Jak już ktoś
chce założyć kabaret, lepiej to zrobić
w czasie studenckim, bliżej tego
stabilnego życiowo. Ale przyznaję, że
trudno się wybić. Obecnie trzeba
mieć ogromną charyzmę, talent,
osobowość. Trzeba mieć też pomysł,
jakiś nowy i świeży, coś oryginalnego
i innego. Taki pomysł miał kabaret
Ani mru mru, to, co oni robili, to było
coś nowego w Polsce.
KM: Dariusz „Kamol” Kamys w
jednym z wywiadów powiedział:
„Aśka Kołaczkowska ma coś takiego
jak nadświadomość. Ona mogłaby
absolutnie płynnie robić wszystko.
Aśka
stosuje
celowe
środki
[NA SIENNEJ]
wyrazowe, zapowietrza się, niby się
przejęzycza, po to, aby widz miał tę
pewność, że improwizuje.” Wiem, że
powiedział
to
w
kontekście
Spadkobierców, ale czy to odnosi się
też do kabaretu?
JK:
Przyznaję,
że
czasem
wykorzystuję tę technikę i to dość
celowo. Wszystko jest dla widza.
Czasem
na
scenie
coś
zaimprowizujemy
i
to
będzie
śmieszne tylko raz, jak żarty
sytuacyjne. Ale są też takie skecze, w
których scenariusz ma tylko początek
i koniec, a resztę improwizujemy na
scenie; są też żarty, które po prostu
lepiej się przyjmą pokazywane za
pomocą tej techniki. Chodzi o to,
żeby te techniki wykorzystywać
sprytnie i mądrze.
KM: Jak wygląda pisanie tekstów do
skeczy. Kto za tym stoi?
JK: Teksty piszemy i razem i osobno.
Czasem ja początek, a Kamol koniec,
czasem na odwrót. Często jest tak, że
ja wymyślam piosenkę, zapisuję jej
ideę,
a
Kamol
ją
poprawia
stylistycznie. Często mam tak, że
pomysły na krótkie scenki mi
przychodzą niespodziewanie, wtedy
je szybko nagrywam na dyktafon.
Często jest tak, że mamy skecz
Pierwszy Areopag
Sportowy za nami!
W LXIV Liceum Ogólnokształcącym
im.
Stanisława
Witkiewicza
w
Warszawie w dniu 29 października
2014 roku odbył się Areopag
Sportowy.
Wszystko zaczęło się krótko po
godzinie 11:00 od przedstawienia
głównych gości, którymi byli: Paweł
Skorb (Redaktor Naczelny) oraz
Mikołaj
Smoląg(Wicenaczelny)
z
portalu SKOKInews.com, dziennikarze
gazety ,,W ogóle’’Dominik Owczarek
(XII Liceum Ogólnokształcące im.
Henryka Sienkiewicza w Warszawie)
oraz Artur Stachyra (V Liceum
Ogólnokształcące im. ks. Józefa
Poniatowskiego w Warszawie) a także
przedstawiciel Polskiego Towarzystwa
Ekonomicznego Marcin Wroński.
Przemówienie dyrektor szkoły mgr
Beaty Zdanowicz – Garnuszek było
krótkim wstępem do uroczystego
otwarcia Areopagu prowadzonego
przez prezesa tego wydarzenia
zrobiony trochę z pomysłów i trochę z
improwizacji i szlifujemy go przez
kilka występów. Raz nie mieliśmy
puenty do skeczu przez kilka
miesięcy, a tu nagle na jednej próbie
zapytałam: A gdybym ja powiedziała
to? A potem to? – no i puenta się
pojawiła.
Mamy
kilku
autorów
tekstów,
bardzo
pomaga
nam
Władek Sikora.
KM: Czy jest kabaretowa cenzura? O
czym pani by nigdy nie żartowała?
JK: Każdy kabaret ma swoje granice.
Naszymi
są:
kościół,
polityka,
nazwiska. Nigdy nie żerujemy na
czyimś nieszczęściu, na publicystyce i
polityce, zero satyry. Nie lubimy
spraw
kościoła,
molestowania,
maltretowania
drugich
ludzi,
gnębienia dzieci. Wielu artystów nie
ma hamulców, żeby takie tematy
poruszać, ale nam się to w głowie nie
mieści. Fajnie jest odwoływać się do
haseł, które wszyscy znają i
zrozumieją, ale to jest banalne i
proste. Staramy się, żeby nasze
skecze
były
ponadczasowe
i
uniwersalne, gdzie nie poruszamy
popularnych na ten czas tematów z
pierwszych stron gazet i tabloidów.
Gender, księża pedofile – dużo tego
jest. Tak dużo jest kabaretów w
Huberta Taładaja (LXIV Liceum
Ogólnokształcące
im.
Stanisława
Witkiewicza w Warszawie). Następnie
miała miejsce rozgrzewka, czyli
pierwsza część debaty dotyczącej
sportu.
Wysłuchaliśmy
wykładu
Marcina
Wrońskiego
na
temat
ekonomicznych
konsekwencji
wydarzeń
sportowych.
Byliśmy
świadkami rozmów na temat braku
powodzenia idei Igrzysk w Polsce,
walorach
artystycznych
między
innymi spotu reklamowego oraz
całościowym
pomyśle
Zimowych
Igrzysk w Krakowie w 2022 roku.
Tematem debaty był również wynik i
zasadność
referendum
wśród
mieszkańców
Krakowa,
które
dotyczyło Zimowych Igrzysk w 2022
roku. Padały pytania czy w ogóle
Polska
potrzebuje
Igrzysk
Olimpijskich.
Zaproszony
gość,
ekonomista Marcin Wroński w trakcie
swojego wykładu przekazał bardzo
zaskakujące
i
ciekawe
dane
statystyczne.
Koszty
organizacji
wydarzeń sportowych na świecie w
latach 1960 – 2012 były średnio o
179 % większe niż pierwotnie
zakładano. Zakończeniem rozgrzewki
była odtworzona prezentacja Jagny
Polsce, które takie tematy poruszają;
że jak się trafi jeden Hrabi, który jest
inny, to z całą pewnością jest
korzystne.
KM: Ostatnie pytanie, które mnie
bardzo nurtuje: Dlaczego kabaret?
Dlaczego właśnie kabaret, a nie
komedie w teatrach czy stand-upy?
JK: Komedie w teatrach zawsze!
Zawsze marzyłam o graniu w teatrze.
Nie stand-up, bo teraz wszyscy się za
to zabierają, a ja po prostu nie chcę.
Żeby być mimem, trzeba poświęć
masę lat na warsztat, tak samo żeby
być dobrym stand-uperem. Nie mam
takiej potrzeby, żeby próbować. Jak
się za coś zabieram, to chcę, żeby to
był wulkan, torpeda, nie że sobie
popróbuję. Kabaret tak, teatr tak.
Może jakiś film kiedyś…
KM: I z tą miłą puentą zakończymy
nasz wywiad. Jestem niezmiernie
szczęśliwy, że się pani na to zgodziła,
bardzo miło mi się rozmawiało. Życzę
powodzenia w teatrze i na występach
kabaretu Hrabi!
JK: Mnie z kolei jest bardzo miło, że
poprosiłeś o wywiad! Dziękuję!
Marczułajtis – Walczak pt. ,,Zimowe
Igrzyska Olimpijskie Kraków 2022’’.
Po przerwie powróciliśmy na salę
gimnastyczna LXIV LO, by rozpocząć
2 część spotkania, batalię. W trakcie
kolejnych 2 godzin mogli wykazać się
dyskutanci. Padały pytania dotyczące
rozwoju państwa dzięki Igrzyskom
Olimpijskim. Nie zabrakło gorącej
dyskusji na temat osiągnięć naszych
sportowców i dorobku medalowego
Polski.
Lepsza
promocja
kraju
poprzez siatkówkę czy piłkę nożną?
Kto w dzisiejszych czasach chce
organizować Igrzyska Olimpijskie?
Tak trudne tematy też się zdarzały;
podgrzewały one atmosferę dyskusji.
Duża
część
dyskutantów
wypowiedziała się, iż coraz częściej
Igrzyska
Olimpijskie
organizują
państwa autorytarne, które w ten
sposób chcą pokazać swoją siłę.
Gorącą atmosferę dyskusji ostudził
spontaniczny i pełen humoru występ
artystyczny wykonany przez jednego
z dyskutantów. Trzecią i ostatnią
częścią nazwaną przez organizatorów
dogrywką, uświetniło czytane cytatów
9
[NA SIENNEJ]
przez Huberta Taładaja z książki pt.
,,FIFA Mafia’’ Thomasa Kistnera.
Dyskutanci i główni goście podzielili
się z nami rozmyślaniami na temat
książki, ale także, na temat polityki
oraz układów finansowych FIFY.
Przed godziną 16:00 odbyło się
uroczyste
zakończenie,
podczas,
którego rozdawane były nagrody za
Opener 2014
„Od legendarnych Pearl Jam
i
Faith
No
More,
przez
najważniejszych artystów ostatnich
lat - The Black Keys czy Jacka
White’a, po tych, którzy dopiero piszą
swoją muzyczną historię: Haim,
Bastille i Banks. – tak brzmiał Open’er
Festival 2014. Po raz kolejny,
zapewniając pełen przekrój muzyczny
i podtrzymując pozycję jednego z
najważniejszych festiwali w Europie.”tak właśnie podsumowali opener
2014 główni organizatorzy- Alter Art.
Poza wymienionymi zespołami warto
wspomnieć o innych, którzy wystąpili
na poszczególnych scenach, a w
szczególności
o
koncertowym
faworycie polskiej publiczności Foalsach. Oksfordzki zespó³ zrobi³
niesamowite
wraæenie
na
publicznoœci najbardziej znanymi
utworami takimi jak: Spanish Sahara,
My number, Inhaler, Balloons i
oczywiœcie Latenight. Ponadto na
festiwalu wyst¹pili: Lykke Li, Foster
konkurs
wiedzy
o
Igrzyskach
Olimpijskich oraz wyróżnienie dla
Laureata Złotego Asa. Obie nagrody
otrzymał Joachim Martecki uczeń XXI
Liceum
Ogólnokształcącego
im.
Hugona Kołłątaja.
The people, Mela Kotulek, Artur
Rojek, MØ, Phoenix, The Horrors,
Wild Books i inni, o których warto
poczytać na stronie alterart.pl
Zaskoczeniem festiwalu i
nowością był teatr - można było
obejrzeć spektakl ,,Dziady”, jeden z
najważniejszych
dramatów
narodowych odczytany w sposób
uniwersalny i popkulturowy. Cały
spektakl przyniósł zaskakujący efekt.
Autorem
przedstawienia
był
Radosław Rychcik. „Dziady” w jego
interpretacji to swobodne podejście
do treści, jak i formy, dyskusja z
teatralnymi
inscenizacjami
Mickiewiczowskiego dzieła i wreszcie
hołd dla wolności i tolerancji.
Fashion Stage na Open’er
Festival to niezwykła przestrzeń
modowych inspiracji, powstała z
chęci
podkreślenia
wielopłaszczyznowości
festiwalu,
który
w
swej
formule
poza
charakterem ściśle muzycznym styka
się również ze światem sztuki i mody.
W strefie tej prezentowane są
kolekcje najciekawszych młodych
projektantów i projektantek. Choć są
Trzecia edycja
narodowego czytania
W zeszłym miesiącu (06.09.2014)
obchodziliśmy w całej Polsce dzień
Narodowego Czytania – tym
razem dzieł Henryka Sienkiewicza.
Wydarzenie to zainicjował prezydent
Rzeczpospolitej Polskiej Bronisław
Komorowski. Nasza szkoła również
brała udział w tym przedsięwzięciu.
Akcja Narodowego Czytania
ma na celu propagowanie wybitnych
utworów polskiej literatury. Dzięki
niej wzmacnia się także nasza
tożsamość narodowa. Przy okazji
możemy
zasmakować
pięknego
języka, dać porwać się przygodzie i
przeżywać to wszystko wraz z
ponadczasowymi bohaterami.
W licznych miastach naszego
kraju wspólnie czytano fragmenty
Potopu Sienkiewicza. Jak to było w
10
Warszawie? Wszystko zaczęło się o
godzinie 1200 w Ogrodzie Saskim, w
którym na tę okoliczność powstała
specjalna scena plenerowa. Przez 11
godzin znani aktorzy czytali dzieło
Sienkiewicza. Wśród tych aktorów
znaleźli się:
- Adam Woronowicz;
- Piotr Cyrus;
- Jan Peszek;
- Andrzej Grabowski;
- Jarosław Gajewski;
- Anna Seniuk;
-Anna Próchniak;
Miejmy
nadzieje,
że
pierwszy
Areopag Sportowy będzie początkiem
tradycji corocznych spotkań w gronie
ciekawych młodych ludzi. Już tylko za
rok zapraszamy na równie ciekawe
spotkanie z tematem głównym
,,Doping w dwóch postaciach’’.
Kamila Kozłowska
bardzo różni, wszystkich cechują
świeże
spojrzenie
i
oryginalna
koncepcja, a 80-tysięczna publiczność
festiwalu nie wywołuje u nich tremy.
W tym roku mogliśmy podziwiać
projekty: Alicji Fraczek, Wearso,
Carbon,
Damiana
Koniecznego,
Dominiki
Gromadzińskiej,PtASZEK,
Lous oraz finalisty pierwszej edycji
programu Project Runway telewizji
TVN.
Ogólne wrażenie festiwalu bardzo pozytywne, co roku inni,
ciekawi artyści, zawsze można
znaleźć coś, co nas zainteresuje,
jeżeli znudzimy się muzyką, możemy
udać się do teatru, na zakupy, do
kina czy wziąć udział w jakiejś
zabawie. Tegoroczny festiwal różnił
się od zeszłorocznych tym, że
pojawiły się nowości takie jak: Teatr,
Here and NowStage oraz Alter Stage.
Alter Art zaczęło już sprzedaż biletów
na Opnen’er 2015; jeżeli ktoś zakupi
bilet już teraz, zapłaci za niego o
wiele mniej, ceny są bardzo
atrakcyjne. Teraz z niecierpliwością
czekamy na line-up 2015! :)
Weronika Pławińska
- Daniel Olbrychski;
- Arkadiusz Jakubik;
- Izabela Kuna;
- Olga Bołądź;
- Andrzej Seweryn.
Podczas czytania tej niezwykłej części
Trylogii
w
tle
bezustannie
towarzyszyła
nam
świetnie
dopasowana muzyka, o którą dbali
przeróżni muzycy. Adaptacją tekstu i
prowadzeniem zajął się Bronisław
Maj. Nasza młodzież przysłuchiwała
się
aktorskim
interpretacjom
głosowym oraz udzieliła licznych
wywiadów stacjom telewizyjnym i
radiowym.
Cała
inicjatywa
jest
naprawdę
fantastyczna.
Warto
chociaż raz wziąć udział w takim
wydarzeniu, które jest jak najbardziej
godne polecenia, dlatego już teraz
zapraszamy za rok, gdy sięgniemy po
„Lalkę” Bolesława Prusa.
Magda Janiszewska
[NA SIENNEJ]
Poganie w
Warszawie
W
sobotę
27
września
w
Warszawskiej Stodole odbył się
koncert zespołu Omnia. Dlaczego
warto o tym wspomnieć? Ponieważ
był jednym z koncertów podczas ich
pierwszej w historii trasy po Polsce.
To wydarzenie było zdecydowanym
‘must see’ dla fanów folku. Zespół
znany jest na całym świecie ze swojej
oryginalności. Pochodzą z Holandii,
mówią o sobie, że grają neoceltic
paganfolk. Ich utwory pisane w wielu
językach (choć przeważa angielski)
opowiadają
historie
z
różnych
krańców świata. Co ich wyróżnia
spośród innych zespołów? W muzyce
można usłyszeć wiele instrumentów,
takich jak np. lirę korbową, bodhrán
(irlandzki bęben obręczowy), harfę,
dudy oraz magiczne didgeridoo
(instrument
dęty
australijskich
aborygenów). Tym bardziej jest to
niespotykane, ponieważ możemy je
usłyszeć na żywo a nie z playbacku.
To wszystko sprawia, że ich koncerty
pełne są magii, rytmu i prawdziwego
ducha natury. Sam zespół działa w
obronie Matki Ziemi, zwierząt oraz
namawia do pokoju na świecie. I tak
oto, odziani w pióra, zwiewne stroje
oraz
malunki
na
ciałach,
przypominające pnące się gałązki,
zjawili się na naszej pięknej, polskiej
ziemi.
Długo czekałam na ich koncert, więc,
kiedy
wkroczyłam
do
Stodoły,
skakałam
z
radości
i
podekscytowania. Już na wejściu
widziałam wiele osób z długimi
dredami, tatuażami oraz kolczykami,
co sprawiło, że nawet moje niebieskie
włosy wydały się mało oryginalne.
Koncert organizowany był w ramach
Oskar Kolberg's Folk Lore Festival.
Jako pierwszy na scenę wkroczył
polski Żywiołak. Zespół, po długiej
przerwie,
reaktywował
swoją
Zdrowy rozsądek,
normalność zapomnij…
z
„No i mamy sukces w walce
satanizmem.” - głosi jeden z
działalność i, jak pokazał koncert,
słusznie. Przekazali nam niesamowitą
energię, grając mroczną i skoczną
słowiańską
muzykę.
Idealna
rozgrzewka przed główną gwiazdą. W
tym momencie warto wspomnieć o
naszej polskiej publiczności. Wszyscy
skakali, śpiewali i tańczyli, a w
przerwie między koncertami chórem
zaśpiewali jednej z osób na sali ‘ Sto
lat’. Po zakończonym supporcie dało
się zauważyć, że ludzi zaczęło
przybywać, robiło się coraz ciaśniej, a
na scenie Omnia rozpoczęła strojenie.
Za każdym razem, kiedy widać było
któregoś z członków zespołu, tłum
głośno krzyczał i klaskał. Dało się
wyczuć to zniecierpliwienie i ogromną
chęć usłyszenia w końcu muzyki,
którą do tej pory słyszało się tylko z
odbiorników, nigdy na żywo. Na
scenę wszedł wokalista Steve i zaczął
odprawiać swój ‘rytuał’, jak to ma w
zwyczaju
robić
przed
każdym
koncertem.
Po
kilku
minutach
zapanowały mrok oraz cisza. Wraz z
dźwiękami didgeridoo rozjaśniła się
sala, a zespół zaczął swoje show. Był
to taki wybuch, którego nie zapomnę
do końca życia. Na publikę rozlała się
magiczna
aura.
Wszyscy,
bez
wyjątku, zaczęli skakać, tańczyć i wić
się w rytmach muzyki. Kiedy zagrali
jeden z ich najsłynniejszych utworów
‘I don’t speak human’, salę wypełnił
śpiew fanów. Już po pierwszych
utworach wokalista Steve (Sic)
wspomniał, że są zaskoczeni tą
energią oraz radością przepełniającą
polskich fanów. Od pierwszej minuty
zaczęli się pojawiać ludzie ‘latający na
fali’. Długo by opisywać to, co się
działo w tamtych chwilach. Zespół
tańczył na scenie, bawił się muzyką,
tworząc przy tym niesamowitą więź z
publiką.
W
przerwach
muzyki
wygłaszali przemówienia o tym, że
ludzkość się zatraca, niszczy świat.
Wspominali również o tym, jak im
(zespołowi) oraz nam (publice)
wszyscy wmawiają, że jesteśmy
szaleni, nienormalni, a tak naprawdę
ludzie
boją
się
zrozumieć
odmienność, która ich przeraża. Przez
prawie 2h Stodoła zamieniła się w
miejsce znajdujące się zupełnie gdzie
indziej. Omnia zagrała dodatkowo
trzy nadprogramowe utwory, a na
samym końcu, mimo że byli
zmęczeni, zapowiedzieli, że będą na
nas czekać, aby rozdać autografy i
dać fanom szansę zrobić sobie z nimi
zdjęcia. Zeszli ze sceny z hukiem i
burzą oklasków. W podskokach
popędziłam, aby ustawić się w
kolejce na spotkanie z muzykami.
Wraz ze znajomymi czekaliśmy około
godziny, aż mogliśmy stanąć z nimi
twarzą w twarz. Muszę tutaj
wspomnieć o tym, że udało nam się
uczestniczyć w kręceniu teledysku do
ich piosenki ‘Earth Warrior’, którą
nagrywali wraz z fanami. Kiedy w
końcu nadeszła nasza kolej, Jenny
oraz Steve podejrzliwie się nam
przyglądali. Zaczęliśmy wspominać o
naszym udziale w teledysku, aż nagle
z radością wstali i z zaskoczonymi
minami mówili ‘ To wy?! Nie
wierzymy!’. Zaczęli nas przytulać i
dziękować, co sprawiło, że byłam
bardzo zaskoczona. Zalał mnie ogrom
życzliwości
i
pozytywnego
nastawienia. Najbardziej zapadło mi
w pamięć to, że, mimo iż się nie
znaliśmy, nazywali nas przyjaciółmi.
Po chwili czekania na możliwość
zrobienia sobie wspólnego zdjęcia
zaczęło do mnie docierać, co się
stało. W tej chwili mogę powiedzieć,
że pomimo wielu koncertów, na
których byłam, mimo ujrzenia wielu
zespołów, które spotkałam, jeszcze
nigdy nie widziałam takiego oddania
fanom oraz miłości do muzyki.
Następnego dnia Omnia napisała
kilka słów na temat koncertów
organizowanych w Polsce. Podkreślili,
że nigdy w życiu nie spotkali się z
czymś takim. Od pierwszej sekundy
do
zakończenia
koncertu
czuli
niesamowitą energię. Zaskoczeni byli
sposobem ‘zabawy’ Polaków. Nie do
pojęcia było dla nich to, że wszyscy
znali słowa piosenek, tańczyli,
skakali. Podczas spotkań z fanami,
jak opisali, widzieli to oddanie i
szczerą radość ze spotkania z
zespołem. Nie podejrzewali, że w
Polsce znajdą tak bardzo oddanych
ludzi. Kiedy nadszedł czas na ich
powrót do domu, nie mogli pozbierać
swoich myśli i ze smutkiem opuszczali
Polskę. Zapowiedzieli, że z pewnością
powrócą do tych ‘crazy polish
pagans’. Co było ukojeniem dla mojej
duszy, gdyż od razu po wyjściu z
klubu, chciałam znowu tam się
znaleźć i cieszyć się chwilą.
Awita
internetowych portali katolickich. „Kolejny raz wygrał nie tylko zdrowy
rozsądek, ale i normalność!” Ze
„zdrowym rozsądkiem” i szeroko
rozumianą „normalnością” sytuacja,
do której powyższe słowa się
odnoszą,
ma
jednak
niewiele
11
[NA SIENNEJ]
wspólnego. Chodzi bowiem nie o
sukces w walce z niebezpiecznymi,
zbrodniczymi ugrupowaniami, a o
odwołanie wydarzenia kulturalnego,
które
miało
mieć
miejsce
6
października w poznańskim klubie
Eskulap.
4 lutego w Polsce ukazał się
dziesiąty album studyjny polskiej
black/death
metalowej
grupy
Behemoth - „The Satanist”. Jesienna
trasa koncertowa promująca płytę
obejmowała osiem miast, w tym
Poznań - centrum (prawie) wolnej
kultury, gdzie koncert pierwotnie miał
się odbyć 2 października. Rektor
Uniwersytetu
Medycznego,
do
którego kompleksu budynków należy
klub Eskulap, nie wyraził jednak
zgody na koncert w tym terminie,
tłumacząc się inauguracją roku
akademickiego.
Po
długich
i
intensywnych negocjacjach profesor
Jacek Wysocki przystał na inny
termin - 6 października. Niestety,
wbrew wszystkim wcześniejszym
ustaleniom, „mając na uwadze odbiór
społeczny” imprezy oraz „liczne
protesty mieszkańców oraz grup
wyznaniowych, a przede wszystkim w
trosce o bezpieczeństwo studentów i
pracowników kampusu” , w ostatniej
chwili odmówiono udostępnienia sali
klubu na koncert, na który sprzedano
już 700 biletów.
„Stało się. Polska została
drugim krajem po Rosji, w którym z
powodów politycznych odwołano
koncert Behemoth.” - zakomunikował
Adam „Nergal” Darski, lider grupy, na
jednym z portali społecznościowych.
Na to, by fani zespołu wyrazili swoje
niezadowolenie z zaistniałej sytuacji,
nie trzeba było długo czekać. Grupa
młodych ludzi zebrała się przed
Collegium Maius, gdzie znajduje się
rektorat Uniwersytetu Medycznego i
dumnie prezentowała transparenty z
napisem „WSTYD” wymierzone w
rektora. Myślę, że „wstyd” to niezłe
określenie
na
uleganie
grupce
zdesperowanych
fanatyków
i,
kolokwialnie mówiąc, podpieranie się
artykułem 73 naszej Konstytucji, w
którym stoi, że „Każdemu zapewnia
się wolność twórczości artystycznej,
badań naukowych oraz ogłaszania ich
wyników, wolność nauczania, a także
korzystania z dóbr kultury”.
„Stanowczo
protestuję
przeciwko
udostępnieniu
przez
Państwa sali na koncert zespołu
Behemoth, który ma odbyć się w
ramach trasy promującej płytę „The
Satanist”.
Odczytuję
to
jako
włączenie się Państwa w kampanię
promocji satanizmu w Polsce.”. Nikt
nikogo na koncert nie ciągnie siłą. Nie
lubisz takiej muzyki, a treści zawarte
w tekstach czy oprawa graficzna
imprezy Cię rażą - nie idź, ale daj iść
tym, którzy mają na to ochotę i nie
dyktuj, przy jakiej muzyce okraszonej
jakimi tekstami mają się bawić.
W
niewielu
dziedzinach
reprezentujemy poziom światowy.
Jedną z takich dziedzin jest muzyka
ekstremalna; dziedzina, w której
polskich artystów wymienia się w
światowej czołówce. Nie oczekuję, że
będzie się tę muzykę z całych sił
promować, ale myślę, że mam prawo
oczekiwać od ludzi przynajmniej
stosowania się do prostej zasady „żyj
i daj żyć innym”. To naprawdę nie
jest trudne, a bardzo ułatwiłoby życie
w społeczeństwie. Mam nadzieję, że
ludzie z czasem do tego dojdą,
zrozumieją i zaczną stosować w
praktyce. Amen.
Skadi
Tradycji stało się zadość
łut szczęścia. Później kilka osób z poszczególnej klasy
musiało na czas podać sobie wałek kolanami. Końcową
konkurencją był wyścig w workach, tu uczniowie pokazali jak
im zależy na wygranej ich klasy.
Końcowe wyniki :
1miejsce - Ib ,
2 miejsce - Id,
3 miejsce - Ia,
4 miejsce - 1c,
5 miejsce - 1 f,
Jak co roku klasy pierwsze wyjechały do Woli Okrzejskiej, by
ślubować w miejscowości, w której urodził się Henryk
Sienkiewicz. Również jak co roku zostaliśmy niezwykle miło
przyjęci przez tamtejszą Szkołę Podstawową.
Ślubowanie odbyło się na terenie Muzeum Henryka
Sienkiewicza. Po uroczystym przywitaniu i ślubowaniu odbyły
się otrzęsiny. Nagrodą główną była Palma Zwycięstwa.
Pierwsze klasy musiały zaprezentować wraz z wychowawcą
piosenkę. W tej konkurencji klasy wykazały się dużą
pomysłowością.
Następnie
przedstawiciele
klas
przedstawiały herb klasy. Konkurencją dla nauczycieli były
kalambury. Nie wszystkie hasła były proste i tu decydował
12
6 miejsce - 1e
A tak oceniła otrzęsciny jedna z klas: " Na otrzęsinach
wszyscy dobrze sie bawili. Jeśli się śmialiśmy to nie z kogoś.
Wszyscy byli mili i uprzejmi, toważyscy i zabawni. Konkursy
były zabawne i miło było patrzeć jak wszyscy się dobrze
bawią. Pogodę też mieliśmy wspaniałą. Większość klasy
mówi, że było wspaniale."
Wera i Grześ
[NA SIENNEJ]
Subkultura- sposób
na wyrażanie siebie
czy przelotna moda?
Od najmłodszych lat każdy z nas
pragnie akceptacji środowiska, w
jakim żyje. Do pewnego wieku tę
potrzebę spełnia nasza rodzina czy
szkoła. Głównym zadaniem, zarówno
szkoły, jak i rodziny jest wpajanie
dziecku
określonych
wzorców
zachowań.
Jednak
w
końcu
przychodzi okres dojrzewania, nasza
potrzeba akceptacji wzrasta, pojawia
się także nowe pragnienie
odrębności. Zaczynamy się buntować.
Przestają nam odpowiadać wpajane
przez
innych
ideały,
wzory,
autorytety. To rzecz całkowicie
naturalna.
Każdy
przez
to
przechodził, przechodzi lub dopiero
przejdzie. Pojawiają się konflikty i
nieporozumienia. Nie rozumieją nas
rodzice, nauczyciele, w ogóle dorośli,
nie rozumie nas też także spora część
rówieśników. Zaczynamy szukać,
odkrywać. Kim chcemy być? Jak
chcemy wyglądać? Szukamy ludzi
takich jak my sami. Zaczynamy
wyrabiać
sobie
swoje
własne
spojrzenie na świat, własne poglądy,
kreujemy własny sposób bycia. Swój
bunt,
odmienność
podkreślamy
zachowaniem, ubiorem, muzyką,
jakiej słuchamy. Oczywiście, nie
każdy przechodzi przez okres buntu,
ale większość z nas dobrze wie, o
czym piszę i wie, jak to jest. Ja sama
doskonale to rozumiem. Wiem też
dobrze, że podczas tego szukania
SYNDROM
SAMOISTNIENIA
Zastanów się dwa razy, gdy, po
przeczytaniu tego artykułu, będziesz
chciał wrzucić jego przekaz do worka
całkiem
obojętnej
Ci
wiedzy,
sprawiając, że, jak wiele innych, nie
wniesie on najdrobniejszej zmiany do
Twojego, rzekomo szczęśliwego i
prawdziwego, życia.
Jest
zjawisko,
z
którym
niemalże każdy się spotyka na
porządku dziennym, każdy o nim
słyszał, lecz nie każdy jest świadom
katastrofalnych konsekwencji, jakie
niesie za sobą jego stałe pogłębianie
się.
Jedni
nazywają
to
„californication”, czyli kalifornizacją.
Inni wyścigiem szczurów, jeszcze inni
własnej drogi dobrze jest mieć kogoś,
kto potowarzyszy nam w tych
trudnych
poszukiwaniach.
Potrzebujemy ludzi takich jak my,
którzy czują to samo i myślą to samo.
Tak właśnie tworzą się subkultury.
Należą do nich młodzi ludzie, którzy
podobnie patrzą na świat, podobnie
wyglądają, słuchają tej samej muzyki.
Jednak czy subkultura nadal oznacza
odmienność? Zwłaszcza teraz, kiedy
jesteśmy
wręcz
osaczeni
buntowniczym,
„subkulturowym”
wyglądem? Odniosę się głównie do
subkultur punkowych, metalowych i
grungeowych, bo to jest najbliższe
mojemu
sercu.
Koszulki z zespołami są obecnie
dostępne w prawie każdej sieciówce;
kiedyś były domeną subkultur, teraz
są zwyczajnie popularne. Punkowy
czy rockowy styl staje się po prostu
coraz bardziej modny. Nie niesie już
ze sobą żadnej głębszej ideologii,
buntu, odmienności.
Czy to źle?
Z
jednej
strony
nie.
To
upowszechnienie ma dobre strony.
Ludzie
wyglądający
inaczej,
posiadający
tatuaże,
piercing,
kolorowe włosy, dredy czy glany stają
się kimś na porządku dziennym;
coraz rzadziej są traktowani jak
margines społeczeństwa czy jak
kosmici. To zdecydowanie jest dużym
plusem.
Jednak z drugiej strony cała masa
ludzi upodabnia się do jakiejś
subkultury, zupełnie nic o niej nie
wiedząc. Wiele dziewczyn (bo to
jednak dziewczyny najczęściej) nosi
koszulki np. Nirvany, Ramones czy
Sex Pistols, nie wiedząc nawet, że
napis na ich ubraniu to nazwa
zespołu.
Trudno tego uniknąć, kiedy sklepy
zarzucają nas takimi koszulkami,
ubraniami w stylu lat 80, spodniami i
spódniczkami w kratę (domena
punków), butami podobnymi do
glanów
czy
ramoneskami.
Niegrzeczny, buntowniczy styl stał się
modny i nic na to nie poradzimy. A co
na to ludzie, którzy ubierali się w taki
sposób o wiele wcześniej niż to stało
się popularne? Większość z nich
krytykuje tę modę, rodzą się
konflikty,
nazywają
innych
„pozerami”. Mylnie oceniają, bo jak
ktoś może być „pozerem”, nie należąc
nawet do danej subkultury? Przecież
to, że ktoś nosi punkowe ciuchy, bo
lubi, nie znaczy, że ma identyczne
poglądy i ideały jak dana subkultura.
Czy naprawdę to, jak wyglądamy,
jest tak szalenie ważne? Moim
zdaniem nie. Każdy ma prawo
wyglądać jak chce. Wiele osób
przyjęło złą definicję subkultury.
Subkultura to nie wygląd i ubiór, to
nie jest najważniejsze. Subkultura to
LUDZIE. Ich poglądy, ideały, sposób
patrzenia na świat. Wygląd to tylko
dodatek
do
tego
wszystkiego.
Jaka jest więc odpowiedź na pytania:
Czy subkultura w dzisiejszych czasach
jest sposobem na wyrażanie siebie?
Czy może jest przelotną modą?
Myślę, że teraz bardzo modne stało
się bycie w jakiejś subkulturze,
jednak z pewnością nadal jest to
sposób na wyrażanie siebie. A jak wy
sądzicie? Odpowiedź na to pytanie i
na poprzednie pozostawiam wam
po prostu rozwojem świata, w tym
nas. Jednak ci, którzy patrzą i widzą,
słuchają i słyszą, całkiem trafnie
zauważają, że nasze wspaniałe
imperium, chodź śmiało posuwa się
naprzód, to w kierunku przepaści,
nad którą niebezpiecznie pochylamy
się właśnie MY.
W dzisiejszych czasach,
przy takim tempie rozwoju, zwłaszcza
w wielkich miastach, gdzie wszyscy
zatracają się w pogoni za sławą,
pieniędzmi i „szczęściem”, trudno o
zwolnienie. Większość żyje wśród
ludzi, a nie z nimi, gubiąc to, co w
ludzkiej naturze jest istotniejsze,
zapominając o tym, że istota tkwi nie
w celu, lecz w wędrówce. Coraz
częściej
jesteśmy
zwykłymi
materialistami, którzy na innych
patrzą jak na zysk, nie mając w sobie
bezinteresowności w zwykłej relacji
człowieka
z
człowiekiem.
Nauczyliśmy
się
funkcjonować
wyodrębnieni, stwarzając sobie „swój
własny świat”, pozwalający nam
przetrwać w brutalnej miejskiej
dżungli.
Dajemy się złapać w
pułapkę, która została stworzona
przez innych, żądnych kontroli i
fortuny. Wkraczamy w schemat, w
którym prawdziwą wartość ma to, ile
kosztowała twoja bluzka i czy aby na
pewno jest markowa, czy dodałeś
ładne zdjęcie kubka ze Starbucksa na
Instagram. Zapominamy o tym, co
naprawdę jest ważne. Zagubieni w
wirze „idealnego życia” zatracamy
prawdziwe wartości. Mało kto potrafi
teraz czerpać radość „z niczego”.
Budować szczere relacje, nieoparte
na sztucznych więziach. Kochać i być
Ola Zagubień
13
TEMAT TABU
[NA SIENNEJ]
kochanym,
okazywać
prawdziwe
emocje i uczucia, wyrażać szczere
poglądy, samego siebie – wbrew
temu, co powiedzą inni. Wszyscy żyją
w obawie przed odrzuceniem w
obliczu
swojej
odrębności
i
posiadania własnego zdania. Coraz
rzadziej można liczyć na prawdziwą
szczerość, zaufanie, poleganie na
kimś całkowicie, bo każdy nauczył się
żyć, tak naprawdę, samotnie. Nie
idziemy swoją drogą, lecz torem
wydzielonym nam przez tłum przed
nami... na oślep.
Dobrze widać to na ulicach, gdy
tysiące twarzy mija się, nawet na
siebie nie spoglądając, całkiem
obojętnie
zatapiając się np.: w
najnowszych
smartphonach
i
własnych myślach. Choć są wśród
miliona, tak naprawdę nie ma to
znaczenia, bo i tak są samotni. Widać
to w autobusach, pociągach, gdy
wolimy uciec w zakamarki własnego
umysłu, izolując się muzyką niż
najzwyczajniej,
tak
jak
kiedyś
robiono, porozmawiać z innym
człowiekiem. Jesteśmy zbyt zmęczeni
pędem, żeby przystanąć na ten
ułamek sekundy.
A jak wygląda Twoje życie? Jak
chciałbyś, aby wyglądało? Czy żyjesz
prawdziwie, czerpiąc z każdej chwili
maksimum, robiąc to, co kochasz i
kochając to, co robisz? A może, jak
większość z nas, zatraciłeś się już w
bezwzględnym
schemacie
nieustającego biegu… Pomyśl o tym,
co tracisz i o tym, co możesz zyskać.
I am a seeker
TEMAT TABU
STOP dla rozmnażania się w miejscach publicznych
Wszyscy lubimy okazywanie czułości,
uściski,
namiętne
pocałunki.
Wyzwalają one endorfiny i inne tego
typu
psychiczne
i
fizyczne
przyjemności. Miłość jest dobra!
Uprawiajmy więc miłość w każdej
formie i cieszmy się obecnością
ukochanych
osób.
W
zaciszu
domowym. Nie w szkole, na ulicy, w
pracy, kawiarni.
Zakochani
są
wspaniali!
Czułe
spojrzenia i splecione ze sobą ciała
rozczulają... Tylko na filmach. "Make
love not war"- jak najbardziej, ale po
co ma się temu przyglądać cała
Warszawa? To wspaniale, że "łączy
was coś więcej", kochacie się i
chcecie wzbudzić zazdrość u innych
ludzi. To wspaniałe dla Was, dla
odbiorców - niekoniecznie.
„PRZYCHODZI FACET
DO LEKARZA”
RECENZJA
Sam tytuł już zachęca do zwrócenia
uwagi na ten film. Każdy człowiek
obdarzony poczuciem humoru zna
chyba najpopularniejszą serię
dowcipów o nazwie „Przychodzi baba
do lekarza…”. awet jeśli są one już
tak banalne i tak denne, że
odechciewa się ich słuchać, to i tak
mają swój niepowtarzalny urok.
Francuski aktor Dany Boon
postanowił zostać alfą i omegą
przedsięwzięcia, które nazwał
„Przychodzi facet do lekarza” i trzeba
14
Odbywając
codzienne
spacery
wątpliwej przyjemności, co i rusz
napotykam na swej drodze męskie
dłonie na damskich pośladkach (i
odwrotnie), języki w gardłach i wijące
się wokół ciała partnera kończyny,
oplatające go w duszącym uścisku.
Prowokacja, a może fetysz?
Wszelakie
akty
seksualne
w
miejscach
publicznych
budzą
zniesmaczenie. Rozumiem, że żyjemy
w czasach, gdy wstyd i cnota tracą
na wartości, ale myślę, że jednak
warto raz na jakiś czas znaleźć w
sobie człowieka i pomyśleć o innych
ludziach
oraz
ich
odczuciach
(żołądkowych i psychicznych).
Praktycznie - nie wszędzie wypada to
robić. Pozwólcie ubraniom i innym
częściom garderoby pozostać na
właściwych miejscach, swoje dłonie
zamknijcie w dłoniach partnera, a
wargi zmuście do fazy spoczynku, do
momentu,
gdy
nadarzy
się
odpowiednia chwila do zmiany chwila na osobności.
Gratulacje należą się zakochanym, bo
szczęście ich spotkało - miłość w
sercu mieszka. Pożyczyć rozsądku
zdrowego im wypada - by zawsze
pamiętali, że w swej miłości nie
potrzebują oni widowni.
Malwina Kowalczyk
Teoretycznie zarazkami ze swoich ust
wymieniać możecie się wszędzie.
przyznać, że wyszło mu to świetnie.
Ale o tym poniżej.
Na samym początku warto zwrócić
uwagę na to, o kim i o czym jest ten
film. Opowiada on o 40-letnim
mężczyźnie, który, mimo tego, że jest
„zdrów jak ryba”, to często ląduje w
szpitalu lub w gabinecie u lekarza,
który
jest
prywatnie
jego
przyjacielem. Z racji tego, że główny
bohater – Romain Faubert - jest
hipochondrykiem, uważa się go za
człowieka natrętnego i skazuje się go
na odrzucenie przez społeczeństwo.
W ten oto sposób całkowicie zdrowy
Romain cierpi (już tak naprawdę) na
jedną chorobę, samotność. Jego
przyjaciel lekarz ma już dość ciągłych
wymyślonych
problemów
hipochondryka i postanawia pomóc
mu znaleźć kobietę, licząc na to, że
wyleczy go ona z obu przypadłości.
Nie jest jednak o to łatwo, bowiem
Romain reaguje histerycznie na
wszystko, co może zawierać bakterie.
Po serii nieszczęśliwych wypadków
główny bohater stanie się idolem
rebeliantów
z
fikcyjnego
i
opanowanego
przez
dyktaturę
Czerkistanu.
Na
szczęście/nieszczęście dla lekarza
jego siostra szczyci się tym, że ich
rodzina ma „czerkijskie” korzenie.
Dlaczego to tak ważny element filmu?
Przekonacie się o tym, oglądając ten
film, przy okazji świetnie się przy tym
bawiąc.
[NA SIENNEJ]
Żeby nie było oczywiście tak pięknie i
słodko, film nie przekonuje od razu.
Muszę przyznać, że na samym
początku „efektu twórczości Dany’ego
Boona” zastanawiałem się, czy jest
on wart tych wszystkich opinii i
powszechnego rozreklamowania go.
Z czasem przekonałem się, że jest.
Przecież nie sposób nie powstrzymać
śmiechu przy niektórych scenach,
które
wcale
nie
muszą
być
prymitywne,
żeby
bawić.
Hipochondria to dość dobry materiał
na
powód
do
żartów
i
reżyser/scenarzysta/aktor
grający
główną rolę postanowił to świetnie
wykorzystać. Nie jest to oczywiście
dzieło komediowe godne „Nagiej
Broni” czy „Maski”, jednak najbardziej
znany francuski aktor komediowy –
Louis de Funes nie musi przewracać
się w grobie, patrząc na poczynania
Dany’ego Boona. Osobiście polecam
ten film, jeśli chcecie „przeżyć luźny
seans”, a i ci, którzy nie lubią
prymitywnego poziomu dowcipu,
także nie będą mieli prawa narzekać.
POMARAŃCZOWA
LEGANDA
twierdzić, że, gdyby nie znane
nazwisko, szkoleniowiec nie podjąłby
się
pracy
na
tak
ważnych
stanowiskach
jak
reprezentacja
Holandii czy AZ Alkmaar. O legendach
takich jak van Basten nie powinno się
mówić źle, jednak prawdopodobnie
obejmował on funkcję trenera ze
względu na sytuację finansową,
wiadomo
przecież,
że
funkcja
eksperta telewizyjnego jest lubiana
przez
byłych
piłkarzy;
łatwo
krytykować w końcu kogoś zamiast
samemu być krytykowanym za
ewentualne słabe wyniki.
van Basten rozegrał wtedy swój
najlepszy sezon, w czasie którego
ekipa Arrigo Sacchiego triumfowała w
Pucharze Mistrzów, a rok później
włoski klub powtórzył sukces, przy
czym holenderski napastnik po raz
kolejny
otrzymał
koronę
króla
strzelców. W 1992 roku „Oranje”
dotarli do półfinału, w którym
przegrali z późniejszymi triumfatorami
– Duńczykami. Holendrzy przegrali z
nimi w serii jedenastek, podczas
której bramkarz Peter Schmeichel
obronił m.in. strzał van Bastena. W
sezonie 1992/93 Milan dowodzony już
przez Fabio Capello zmierzał pewnie
po tytuł mistrza Włoch, ale w
ligowym spotkaniu z Anconą „Super
Marco” znów doznał urazu kostki i
zmuszony był ponownie pauzować
kilka miesięcy. Wrócił pod koniec
rozgrywek,
jednak
dolegliwość
okazała się zbyt poważna, by mógł
kontynuować profesjonalną karierę i
zdecydował się ją zakończyć dwa lata
później. Po raz ostatni w barwach
Milanu wystąpił w przegranym finale
Pucharu Mistrzów z Olympique
Marsylia, mając ledwie 29 lat.
Marco van Basten znany jest
futbolowemu
światkowi
jako
wyśmienity
piłkarz.
Holenderski
napastnik pomimo krótkiej kariery
trzykrotnie
zdobył
mistrzostwo
Holandii z Ajaxem Amsterdam,
trzykrotnie mistrzostwo Włoch z AC
Milan, jak i tyle samo razy otrzymał
Złotą
Piłkę
tygodnika
„France
Football” dla najlepszego piłkarza
grającego w Europie czy też złoty
medal z reprezentacją Holandii na
Euro
1988.
To
najważniejsze
osiągnięcia „Super Marco”, wśród
których
trudno
doszukać
się
sukcesów trenerskich. Głośno jednak
ostatnio było właśnie o tym, że ze
względu na kłopoty zdrowotne musi
zrezygnować z funkcji pierwszego
trenera holenderskiego AZ Alkmaar.
Przyjrzyjmy się legendzie, nie tylko
jego szwankującym, niestety, od
dawna zdrowiu.
Jako trener van Basten jest
powiedzmy otwarcie – przeciętny. Po
krótkim prowadzeniu rezerw Ajaxu
Amsterdam
podjął
się
pracy
szkoleniowca reprezentacji Holandii, z
którą na Euro 2004 dotarł do
półfinału
(wynik
ten
jednak
pozostawił niedosyt), na mundialu
2006 „Oranje” musieli pakować
walizki już po 1/8 finału, a na Euro
2008 po znakomitym przebrnięciu
„grupy śmierci” nie sprostali w
ćwierćfinale Rosjanom. Możliwe, że
charakter van Bastena utrudnia mu
sukcesy na ławce trenerskiej. 49letniego Holendra cechuje to, że jest
zamknięty w sobie. Można w sumie
Jako piłkarz van Basten żył krótko,
ale wspaniale. Zaczynał karierę w
lokalnych EDO Utrecht i UVV Utrecht,
zresztą urodził się w mieście tych
dwóch klubików. W 1981 roku został
dostrzeżony przez skautów Ajaxu, a
w debiucie zastąpił na placu gry
samego Johana Cruyffa, strzelając na
dodatek
bramkę
pieczętującą
zwycięstwo nad NEC Nijmegen. W
kolejnym sezonie młokos z 28
bramkami w 26 meczach został po
raz pierwszy królem strzelców ligi
holenderskiej, a po kilku latach gry w
ojczyźnie zdecydował się dołączyć do
Milanu, gdzie miał występować w
drużynie z RuudemGullitem – także
znanym holenderskim futbolistą. W
debiucie
również
strzelił
gola,
zarówno tym pucharowym, jak i
ligowym. Jednak w październiku, po
rozegraniu trzynastu meczów, doznał
kontuzji kostki, która wyeliminowała
go z gry na pół roku. Gdy powrócił na
boisko
w
kwietniu,
zapewnił
zwycięstwo swojej drużynie i w tym
sezonie
AC
Milan
wywalczyło
mistrzostwo kraju. W czerwcu wziął
udział z reprezentacją swojego kraju
w mistrzostwach Europy, na których
Holandia zdobyła złoty medal, a van
Basten dzięki hat-trickowi w meczu z
Anglią i efektownej bramce w
półfinale z ZSRR został także królem
strzelców turnieju. Po powrocie do
Mediolanu prezes Silvio Berlusconi
zatrudnił kolejnego do „tercetu
tulipanów” – Franka Rijkaarda. Marco
Moja ocena – 4/5
Dominik Owczarek
Wpływ na rezygnację z funkcji
szkoleniowca AZ Alkmaar miał może
fakt, że po śmierci ojca, z którym był
mocno związany, u van Bastena
nasiliły się problemy z sercem. Ze
względu na pogłębiający się stres i
stan zdrowia nieulegający poprawie
Holender zdecydował pozostać w
klubie w roli asystenta swojego
dotychczasowego
„pomagiera”.
Szkoleniowiec piłkarski nieraz żyje w
ogromnym napięciu, zależnym od
passy osiąganej przez dowodzoną
przez niego drużynę. Serce czasami
nie wytrzymuje takiego napięcia –
czego przykładem jest Jock Stein,
ceniony trener. Serce Szkota nie
wytrzymało po podyktowaniu rzutu
karnego dla dowodzonej przez niego
reprezentacji. A przykładów tego typu
na pewno znalazłoby się jeszcze
kilka…
Dominik Owczarek
15
[NA SIENNEJ]
ROZMÓWKI KOREAŃSKIE
Koreański, czyli 한국어 [hangugo] opiera się na oryginalnym
systemie zapisu 한글 [Hangul], stworzonym sztucznie w XV w.
na polecenia króla Sejonga Wielkiego. Sporadycznie używany jest
też alfabet 한자 / 漢字 [Hancha], czyli znaki pochodzenia
chińskiego, ale są one nawet obowiązkowo nauczane w szkole.
Wbrew pozorom, bardzo łatwo opanować 한글, dlatego
nazywany jest ,,alfabetem jednego poranka'' lub ,,alfabetem dla kobiet''.
Składa się on z 24 znaków, które składają się na bloki od 2 do 5 znaków, jak na podanym przykładzie:
Zanim przeczytasz sposób wymowy podany w nawiasie, spróbuj, podążając za podanym powyżej przykładem, samodzielnie
przeczytać niektóre zwroty korzystając z tej tabelki:
(Znakㅇpozostaje niemy gdy stoi przed samogłoskami, które nigdy nie mogą stać same.)
Dzień dobry. - 안녕하세요? [Anjonghasejo?]. (dosł. Czy masz się dobrze?)
Cześć! - 안녕! [Anjong!]
Co słychać? - 잘지냈어요? [Dzal dzinessojo?]
Mam się dobrze. - 저는잘지내요. [Dzonyn dzal dzinejo.]
Jestem z Polski. - 폴란드사람입니다. [Polandy saram imnida.]
Miło mi Cię poznać. - 만나서반가워요. [Mannaso bangałojo.]
Jak masz na imię? - 이름이뭐예요? [Irumi błojejo?]
Mam na imię... - 저는...이에요/입니다. [Dzo nyn ... ieyo/imnida]. (mniej/bardziej uprzejmie).
Dziękuję. - 감사합니다./ 고마워요. [Kamsamnida./Komałojo] (bardziej, mniej uprzejmie)
Przepraszam. - 미안합니다. [Mianhamnida.] (mniej/bardziej uprzejmie)
Czy mówisz po angielsku? - 영어할수있어요? [Jongo halsu issoyo?]
16
ROZRYWKA
[NA SIENNEJ]
Nie mówię po koreańsku. - 한국어못해요. [Hangugo butejo.]
Do widzenia - (gdy odchodzimy)안녕히계세요. [Anjonghi kjesejo.] / (gdy zostajemy)안녕히가세요.[Anjonghi kasejo]
Do zobaczenia później. - 또봐요. [Do błajo].
Tak. - 예. [Je].
Nie. - 아니요. [Anijo.]
Dobranoc. - 굿나잇. [Gudnait.] / 잘자요. [Dzal dzayo.]
Aleksandra Rybak
ROZRYWKA
TU JEST MIEJSCE NA TWOJĄ REKLAMĘ
(zgłoszenia kieruj do redakcji gazety „Na Siennej”)
17
[NA SIENNEJ]
1. Szczęsny, 2. Kamińska, 3. Staudt, 4. Owczarzy, 5. Wojczakowski, 6. Wysmołek, 7. Włoczewska, 8. Kosiński, 9.
Kadej, 10. Szeloch, 11. Koprek, 12. Jaworska , 13. Dyjasińska, 14. Zielińska, 15. Jędrzejczak, 16. Homa, 17.
Zieliński,18. Linde
I hasło: Nauczyciele w szkole
II hasło: Errare humanum est (tłum. Mylić się jest rzeczą ludzką)
Zapytaj pierwszaka
Redakcja: Obawiałaś się pierwszego dnia w szkole?
Wiktoria, klasa 1D: Bałam się, ponieważ byłam bardzo niepewna nowego otoczenia.
Redakcja: Jak przyjęły was starsze klasy?
Marysia, klasa 1D: Przyjęli nas bardzo miło i byli pomocni.
Redakcja: Czy szkoła spełnia twoje oczekiwania?
Uczennica 1C: Tak, według mnie poziom jest całkiem wysoki, sale posiadają
dobre wyposażenie, do szkoły jest łatwy dojazd, skala ocen również spełnia
moje oczekiwania.
Redakcja: Lubisz swoich nauczycieli?
Uczennica 1C: Nie lubię tylko jednej pani. Pozostali są bardzo w porządku.
Redakcja: Jak odniesiesz się do korków na schodach?
Uczennica 1C: Nie przeszkadzają mi. Nie stoi się całą przerwę w korku, tylko
chwilę, potem idzie to dosyć szybko.
Redakcja: Czy smakuje ci jedzenie w szkolnym bufecie?
Uczeń 1A: Jeszcze nie jadłem.
Redakcja: Co pomyślałeś, pierwszy raz wchodząc do szkoły?
Uczeń 1D: „Życie boli”
Redakcja: Cokolwiek to znaczy. Dziękuję…
Wywiad przeprowadziła Kamila Szwejk
18
[NA SIENNEJ]
Michał Erbel
19
[NA SIENNEJ]
1. W tym rejonie są takie państwa jak
Haiti, Jamajka, Kuba, Bahamy
2. Popularny portal społecznościowy
3. ………… polityczny np. republika
parlamentarna
4. Polaki ………..
5. Stolica Madagaskaru
6. Dyrektor XII LO p. Elżbieta …….
7. Wyznawcy filozofii Zenona z Kition
8. Przypadek, przykład z życia
9. Towarzyszy w przepadaniu
10. Inni mają sale, a my mamy …..
11. Państwo w państwie np. Watykan
12. Do upiększania kobiet
!!!UWAGA KONKURS!!!
Kto pierwszy zgłosi się z hasłem i jego tłumaczeniem z krzyżówki do jednego z
opiekunów gazetki, wygra DARMOWY OBIAD w naszym szkolnym bufecie!
Do pierwszaczków...
Drogie moje pierwszaczki kochane!
Dopiero co z wakacji wróciliście
i zewsząd już jesteście przytłaczani.
Nauczyciele przypominają, że matura za 3 lata.
A w waszych głowach po gimnazjum tylko
dziurawa łata.
Tylko ledwo się do Sienka dostaliście.
I od razu myślicie ze dorosłymi
się staliście.
Lecz pod nauczycieli czujnym oka strażą
Drugoklasiści i maturzyści szybko was
do kultury doprowadzą.
Jeszcze mleko pod nosem i naturę gimbusa
macie
Oraz zasad w naszej szkole panujących
nie ogarniacie.
Nauczyciele na lekcjach widza tylko
dzieci wystraszone.
Które na dodatek są wiecznie rozkojarzone.
Na schodach naszych małych
się rozpychacie
I za wielkich Panów tej szkoły się macie.
Jedna wam prawdę powiem, którą pewnie już znacie:
Wy pierwszaki jak ryby - głosu nie macie.
20