Pobierz ten numer w formacie pdf

Transkrypt

Pobierz ten numer w formacie pdf
KWARTALNIK
ARTYSTYCZNY
KUJAWY
I POMORZE
NR 1/94
KWARTALNIK ARTYSTYCZNY 1/1292/94
Redaguje kolegium:
Ryszard Częstochow ski, R obert M ielhorski, K rystyna Starczak-K ozłow ska (red. nacz.)
Współpracują: K rzysztof D crdow ski, Leszek Engelking, Jacek G łuszek, K azim ierz H offm an,
M aria Jentys, M arek Kędzierski (Baden-Baden), M ichał K ubiak, K rzysztof L ipka, M ichał
Łukaszewicz, K rzysztof Nowicki, D anuta Paszko (M onachium ), Andrzej Pawłowski (Toronto),
K rzysztof Rutkow ski (Paryż), P iotr Siemaszko, Andrzej Stasiuk, Sław om ir Studniarz, A ndrzej
Szczypiorski, Wojciech T om asik, Lech W itkow ski
Opracowanie graficzne: K rzysztof C ander
Korekta: M a rta L audańska
Wydawca: T ea tr Polski w Bydgoszczy na zlecenie U W K iS w Bydgoszczy
PL ISSN 0867-4248
Index 36294
Copyright by Kujawy i Pomorze, Bydgoszcz 1994
Materiałów nie zamówionych redakcja nie zwraca, zastrzega sobie także prawo skrótów i zmiany
tytułów.
Adres redakcji: Bydgoszcz 85-071, Aleje Mickiewicza 2, tcl. 21-12-38
Skład i druk: „R E K L A M E X ” sp. z o.o., Bydgoszcz, tel/fax 22-89-06
W TY C H M IE JS C A C H K U PISZ
„KWARTALNIK ARTYSTYCZNY"
Bydgoszcz
•
•
•
•
•
Biuro Wystaw Artystycznych, ul. Gdańska 20
Galeria Sztuki „Kantorek", ul. Gdańska 3
Filharmonia Pomorska, ul. Libelta 16
Księgarnia „Współczesna", ul. Gdańska 5
Teatr Polski, Al. Mickiewicza 2
Kraków
• Księgarnia ZNAK, ul. Sławkowska 1
Toruń
• Księgarnia INDEX - BOOKS, Rynek Staromiejski 10
Warszawa
• Księgarnia REPRINT, Krakowskie Przedmieście 71
• Księgarnia LIBER, Krakowskie Przedmieście 24
Wrocław
• Księgarnia Wydawnictwa Dolnośląskiego, ul. Świdnicka 28
KWARTALNIK
ARTYSTYCZNY
S p is treśc i
P O E Z JA , P R O Z A , E S E J
J- L. B O R G ES
K. R U T K O W S K I
A rs Poetica, R óża i M ilton, Ein trau m , Chw ila,
S hinto (przeł. L. E n g elk in g ).................................
Ź ródła filozofii (przeł. S. S tu d n ia rz )..................
***wzwyż w ciszę zieloną (przeł. L. Engelking)
A la lune, A pologia, C oś w rodzaju pieśni
(przeł. L. Engelking) ..............................................
K ruk, Z em sta (przeł. K. Ć w ik liń sk i)................
Miejsce literatury, N ieskończoność (fragm enty)
Z teki przekładów (G . Iw anow , D . C harm s,
N. G orbaniew ska, S. A w ierin cew ).....................
D ow ód naukow y P io tra Sem encnki n a istnienie
F- H A ŁA S
W. T O M A S IK
diabła ..........................................................................
Papier (przeł. L. E n g elk in g ).................................
A ntynom ie Ingardena ............................................
30
39
40
Z Ks. Prof. Józefem Tischnerem rozm aw ia
K rystyna S ta rcz ak -K o zło w sk a ............................
44
P o rtret straconego p o k o le n ia ...............................
N a tem at S is le y a ......................................................
Milczenie ............................................................... ..
O fe lia ............................................................................
Oczy, ***tak samo ............................ :....................
50
59
60
70
76
Tl
M. O N D A A T JE
H am let ........................................................................
„T he D uke o f Buckingham ” , obrócony wniwecz
pub, N ocna jasność, Spojrzenie u m ierającej----Złodziej nazw iskiem C aravaggio
I- F IL IP IA K
R. M IE L H O R S K I
J- D A N N
K. S O L IŃ SK I
(przeł. W. S a d k o w sk i)............................................ 84
A bsolutna am nezja ................................................. 90
W izyta, U śpione pokoje, M e ta fiz y k a ............... 96
K adysz (przeł. S. S tu d n ia rz )................................ 98
Symbole znaczeń. W ybór z a g a d n ie ń ................. 105
K. JA SPER S
E. E. C U M M IN G S
W. C. W IL L IA M S
I. B U N IN
Z. B IE Ń K O W SK I
W. W O R O SZ Y LSK I
R O Z M O W Y KW A RTA LN IK A
P O E Z JA , P R O Z A , E S E J
I- Z IE M IŃ S K I
K. H O F F M A N
R- M IE L H O R S K I
K. N O W IC K I
R- C Z Ę S T O C H O W SK I
A. M. M A R C Z E W SK I
M. SIW IE C
4
8
12
13
15
23
25
80
PLA STYK A
P R E Z E N T A C JE
P. S IE M A SZ K O
R. W A R T A
E. U R B A Ń S K A
Z. T R Z E Ś N IO W S K I
P iotr Kiepuszewski ( n o ta ) ....................................
P iotr Kiepuszewski — chaos i ł a d .....................
H erm ann N its c h .......................................................
R ozw ażania nad jednym c y ta te m ......................
K ody w izualne sztuki n a jn o w s z e j......................
112
112
116
119
121
A R C H IT E K T U R A
E. U R B A Ń S K A
M. O B R E M SK I
R O Z M O W A Z A. SZW A LB E
Po Bydgoszczy .........................................................
D iinikenow ska s e c e s ja ............................................
Poczucie d ali..............................................................
127
131
134
Ciało słowem się s t a ł o ............................................
„C zy może być coś więcej d an e” .......................
A m erican d r e a m ......................................................
T aoista Pu C h a o -T e k .............................................
R a sz e w sk i...................................................................
138
139
141
143
145
VARIA
O książkach
L. E N G E L K IN G
L. W O L SK I
M . JE N T Y S
M . JE N T Y S
W. N O W IC K I
Scena
E. SŁO Ń SK A
K rajob raz po b itw ie ...............................................
148
A. W. K R A L
S. G R Z E G O R Z E W S K A
Pół wieku t e m u ........................................................
C o się czai pod p o w ierz ch n ią .............................
150
152
J. W E L T E R
T u t a m ..........................................................................
154
S p is ilu s tra c ji
P iotr K iepuszewski — Zrażony namiestnik 1990 r .........................................................................
Zdjęcie — Zbigniew B ień k o w sk i........................................................................................................
P iotr Kiepuszewski — Głupek protegowany 1990 r ........................................................................
Zdjęcie — Józef T ischner (fot. M . C h e łm in ia k )............................................................................
P iotr K iepuszewski — Bez tytułu 1992 r ...........................................................................................
P iotr K iepuszewski — Bez tytułu 1991 r ...........................................................................................
P iotr K iepuszewski — Bez tytułu 1992 r...........................................................................................
Piotr Kiepuszewski — Bez tytułu 1991 r...........................................................................................
Piotr Kiepuszewski — Pajac 1990 r....................................................................................................
Zdjęcie — P iotr Kiepuszewski ............................................................................................................
Piotr K iepuszewski — Męczennik 1990 r ..........................................................................................
P iotr K iepuszewski — Bez tytułu 1993 r...........................................................................................
P iotr Kiepuszewski — Bez tytułu 1992 r...........................................................................................
P iotr Kiepuszewski — Bez tytułu 1992 r...........................................................................................
P iotr Kiepuszewski — Bez tytułu 1992 r ...........................................................................................
Zdjęcie — H erm ann N itsch (fot. W . S zab e lsk i)............................................................................
F ragm ent kam ienicy przy ul. Cieszkowskiego (fot. A. N o w ic k i)............................................
F ragm enty portali (fot. A. N o w ic k i).................................................................................................
Promethidion — S. Słonina (fot. T. Cybulski), O stro m e c k o .....................................................
Warszawianka — G. Żem ło (fot. T. Cybulski), O stro m e c k o ....................................................
Zdjęcie — A ndrzej Szwalbe ................................................................................................................
7
23
29
43
58
69
69
83
104
111
115
115
115
115
115
115
126
133
133
133
133
Na okładce — P iotr Kiepuszewski — Namiętność udomowiona 1993 r., Kat przodownik 1989 r.
W tekście: grafika Jerzego Świątkowskiego
W yprawa nie po złote runo doskonałej fo r m y , ale konieczna ja k
miłość.
Pod przym usem m iłosnego dążenia do esencji dębu i górskiego
szczytu i osy i kw iatu nasturcji.
Ż e b y , trwając, potw ierdzały naszą hym niczność przeciw śmierci.
I naszą m y śl serdeczną o w szystkich, k tó rzy , ja k m y, byli, dążyli i
nazwać nie mogli.
Ponieważ istnieć na ziem i to ju ż za dużo na ja kieko lw iek nazwanie.
Czeslaw Milosz
4
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Jorge Luis Borges
ARS POETICA
W idzieć rzeki z m aterii czasu oraz wody
i pam iętać, że czas jest też odm ianą rzeki,
wiedzieć, że przepadniem y w w artkich nu rtach rzeki,
że tw arze przepływ ają tak sam o ja k wody.
Czuć, że godziny jaw y są jedynie snami,
co śnią, że teraz nie śnią, i że owej śmierci,
co trw oży nasze ciało, od conocnych śmierci
nic nie różni — od śmierci, które zwą się snami.
W dniu albo roku widzieć wieloznaczny symbol,
w którym się przeglądają wszystkie dni i lata,
obelgę, któ rą w tw arz nam rzucają wciąż lata
zm ieniać w m uzykę, wrzawę, w ieloznaczny symbol.
W śmierci widzieć snu rodzaj, a w zachodzie słońca
sm utne złoto, wszak właśnie tak a jest poezja —
nieśm iertelna i biedna. Pow raca poezja
ja k purpurow a róża o zachodzie słońca.
Czasam i o wieczorze człowiecze oblicze
przygląda się nam z głębi jakiegoś zwierciadła;
sztuka w inna być właśnie czymś na kształt zwierciadła,
które by objaw iło nam nasze oblicze.
M ów ią, że Odyseusz, syty dziwów św iata,
łkał z miłości, gdy w dali błysnęła Itaka
zielona i uboga. Sztuka to Itaka,
ląd zielonej wieczności, a nie dziwów św iata.
Jest też sztuka podobna do rzeki bez kresu,
co płynie, lecz trw a ciągle, jest lustrem sam ego
zm iennego H eraklita, wciąż tego samego
i zarazem innego — tej rzeki bez kresu.
PO E Z JA
5
RÓŻA I MILTON
Spośród pokoleń róż, które bez wieści
przepadły w czasu głębokiego cieniu
chcę jedną różę w yrwać zapom nieniu
choć nic nie znaczy w śród rzeczy i treści,
co kiedyś były. M nie pierwszego darzy
los darem właśnie tej w przeszłość podróży
po kw iat milczący, ostatni kw iat róży,
jaki poeta przybliżył do tw arzy,
choć nic nie widział. O, żółta lub biała,
lub ruda różo znikłego ogrodu,
czar cię zachow ał całkiem bez pow odu
i odtąd będziesz w tym wierszu pałała —
złotem , eburem , krwią — lub będziesz m roczną
ja k w jego dłoniach — różą niewidoczną.
EIN TRAUM
W iedziało to ich troje.
O na była przyjaciółką K afki.
K afka ją śnił.
W iedziało to ich troje.
O n był przyjacielem K afki.
K afka go śnił.
W iedziało to ich troje.
K obieta powiedziała przyjacielowi:
Chcę, żebyś m nie kochał tej nocy.
W iedziało to ich troje.
M ężczyzna odpowiedział: Jeśli zgrzeszymy,
K afka przestanie nas śnić.
O n jeden to wiedział.
Nie było na Świecie nikogo więcej.
K afka powiedział do siebie:
T eraz, kiedy tych dwoje odeszło, zostałem sam.
Pozostaje śnić mi siebie.
NOTA AUTORA:
Ten osobliwy kawałek został mi słowo po słowie podyktowany we śnie. Tytuł pochodzi ode mnie.
6
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
CHWILA
G dzie są wieki i gdzie są sny tych mieczów, które
m rok piekielnych otchłani obnażone śniły,
gdzie są m ury potężne, co się zawaliły,
gdzie jest D rzew o A dam a i to D rzew o wtóre?
Jest tylko teraźniejszość. T o pam ięć, to on a
czas buduje. N astępstw o i podstęp przeróżny
to zwyczaje zegara. R ok nie jest mniej próżny,
mniej płony niż historia je st różna i płoną.
M iędzy świtem a zmierzchem zieje straszna jam a
cierpień, blasków , rozpaczy, kłopotów natrętnych;
tw arz, któ ra się przegląda w spękanych i m ętnych
lustrach nocy ju ż nie jest bynajm niej ta sam a.
Dziś ulotne to kruchość i wieczność bezmierna;
nie m a innego N ieba, innego Inferna.
SHINTO
K iedy przygniecie nas nieszczęście,
w ciągu sekundy ratują nas
drobne w ypadki,
co przydarzają się zm ysłom lub pamięci:
sm ak ow ocu, sm ak wody,
tw arz, k tó rą sen nam zw raca,
pierwsze jaśm iny w listopadzie,
nieskończona żądza kom pasu,
książka, k tó rą mieliśmy za straconą,
tętno pewnego heksam etru,
krótki klucz, co otw iera drzwi do jakiegoś dom u,
zapach biblioteki lub drzewa sandałow ego,
sta ra nazw a jakiejś ulicy,
kolory pewnej m apy,
niespodziew ana etym ologia,
gładkość w ypielęgnow anego paznokcia,
d ata, której szukaliśm y,
liczenie dw unastu m rocznych uderzeń dzw onu,
ostry ból fizyczny.
Osiem m ilionów istot czczonych przez shinto
zstępuje w tajem nicy na ziemię.
T e skrom ne bóstw a dotykają nas leciutko,
dotykają i zaraz odchodzą.
Jorge Luis Borges
przcł. Leszek Engelking
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
8
Karl Jaspers
ŹRÓDŁA FILOZOFII
Ja k o system atyczne rozum ow anie filozofia poczęła się przed dwu i pół tysiąca laty, lecz
ja k o myśl m ityczna znacznie wcześniej.
Początek jednakże a źródło to całkiem odm ienne pojęcia. Początek bowiem jest wpisany
w historię i stanow i dla potom ności skarbnicę cennych spostrzeżeń. Ale pęd do upraw iania
filozofii wypływa zawsze ze źródła. T ylko ono nadaje sens współczesnej filozofii i tylko w jego
kategoriach staje się zrozum iała filozofia daw na.
Ź ródło to m oże być wielorakie. Z zadziwienia bierze się pytanie i wgląd; zwątpienie czło­
wieka w osiągniętą wiedzę prow adzi do krytycznego jej rozpatrzenia i niezmąconej pewności;
trw oga i poczucie zagubienia skłaniają go do zagłębienia się w siebie. Rozważmy teraz kolejno
te trzy impulsy.
Pierwszy: Z daniem P latona źródłem filozofii było zadziwienie. Nasze oczy obdarzyły nas
„w idokiem gwiazd, słońca i nieboskłonu.” T o zaś „pchnęło nas do zastanow ienia się nad
wszechświatem, skąd w yrosła filozofia, najwyższe d o b ro zesłane śm iertelnym przez bogów ” .
A A rystoteles pisał: „T o dzięki odczuw anem u zdum ieniu ludzie zaczynają obecnie i u zaran ia'
zaczęli filozofować: zdum ieni zrazu oczywistymi przeszkodam i, posuwali się naprzód krok
po kroku i określali trudności w ynikające z zagadnień donioślejszych — zjawiska księżyca,
słońca i gwiazd, oraz pow stania w szechśw iata” .
Zadziw ienie skłania człowieka do poszukiw ania wiedzy. Albowiem w swym zadziwieniu
uśw iadam iam sobie jej brak. Szukam tedy wiedzy, ale dla niej samej, nie po to, aby „zaspokoić
ja k ąś zwykłą potrzebę” .
Przez myślenie filozoficzne człowiek budzi się i uw alnia z jarzm a bieżących potrzeb. Nic
kierow any żadną u krytą pobudką, podziwia św iat, niebo, i zastanaw ia się, czym to wszystko
właściwie jest? Skąd się to bierze? Nie oczekuje on odpow iedzi na te pytania, żadnej korzyści,
jedynie w ew nętrznego zadow olenia.
D rugi: K iedy ju ż zaspokoję swój podziw i zdum ienie poznaniem tego, co jest, rodzą się
wątpliwości. Zgrom adziłem wiele cennych spostrzeżeń, lecz po krytycznym rozpatrzeniu nic nie
w ydaje się pewne. Postrzeganie uw arunkow ane jest narządam i zmysłów, a więc zwodnicze,
zaś uzyskane w rażenia w żadnym w ypadku nie są zbieżne z rzeczami samymi w sobie, istnieją­
cymi poza m ną, niezależnie od mej percepcji. K ategorie, jakim i się posługujem y, są kategoriam i
naszego ludzkiego pojm ow ania, i ja k o takie wikłają się w nierozw iązalne sprzeczności. N a
każdym kroku jedno tw ierdzenie obala drugie. W swym filozoficznym rozwoju chw ytam się
tedy zw ątpienia i przykładam je bezkom prom isow o do wszystkiego — albo czerpiąc przyjem ­
ność ze sceptycznej negacji, któ ra niczego nic uznaje, jed n ak nie jest zdolna sam a z siebie
p osunąć się ani odrobinę naprzód, albo też staw iając sobie pytanie: G dzie zatem m ożna znaleźć
pewność, wznoszącą się ponad wszelką w ątpliw ość i opierającą się wszelkiej krytyce?
Słynne stw ierdzenie K artezjusza — „M yślę, więc jestem ” — stanow iło dla niego niezbity
pew nik, choć on sam podaw ał w wątpliw ość wszystko inne. G dyż naw et skrajna błędność
mego myślenia, błędność przekraczająca być może granice mego rozum ienia, nie może przesło­
nić mi faktu, iż aby mylić się w myśleniu, wpierw muszę być.
ESEJ
9
System atyczne w ątpienie staje się punktem wyjścia krytycznego przyjrzenia się wszelkiej
wiedzy, a bez radykalnego w ątpienia nie może zaistnieć praw dziwie filozoficzna myśl. Pow staje
jednak zasadnicze pytanie, czy i w jaki sposób na drodze sam ego w ątpienia zyskano kiedykol­
wiek podstaw ę pewności?
Trzeci: K iedy poświęcam energię poznaniu rzeczy w Świecie, kiedy podaję w szystko w w ąt­
pliwość, aby osiągnąć pew ność, pochłaniają m nie rzeczy; przestaję myśleć o sobie, swych celach,
własnym szczęściu i zbaw ieniu. W sam ozapom nieniu zadow alam się zdobyw aniem wiedzy.
Zm ienia się to Z chwilą, kiedy staję się św iadom y siebie i swego położenia.
Stoik Epiktet powiedział: „F ilozofia budzi się, gdy uśw iadam iam y sobie w łasną słabość
i bezradność” . Jakże więc m am sobie w swej niedoli pom óc? E piktet daje taką odpowiedź:
T raktując wszystko, co m nie przekracza, ja k o konieczne i wobec m nie obojętne, lecz to, co
napraw dę zależy ode mnie, czyli sposób i treść mego myślenia, wynieść na wyżyny jasności
i wolności.
Rozw ażm y teraz naszą ludzką kondycję. Zawsze znajdujem y się w sytuacjach. Sytuacje się
zm ieniają, nadarzają się sposobności. Nic w ykorzystane, nigdy nie trafiają się ponow nie. Sam
z siebie m ogę starać się zmienić d an ą sytuację. Ale istnieją sytuacje, których zasadnicza istota
pozostaje bez zm ian, naw et jeśli chwilowo przybierają inne oblicze i nie ujaw nia się ich d ruzgo­
cąca siła: muszę um rzeć, muszę cierpieć, muszę zm agać się z losem, jestem we w ładzy przypadku,
nieuchronnie obarczam się winą. Te fundam entalne sytuacje naszej egzystencji nazyw am y
sytuacjam i „granicznym i” , skrajnym i. Znaczy to, że są to sytuacje, których nie m ożem y uniknąć
ani zmienić. U św iadom ienie sobie tych granicznych sytuacji, obok zadziwienia i w ątpienia,
stanow i najgłębsze źródło filozofii. N a co dzień jed n ak je od siebie odsuw am y, przym ykam y
na nie oczy i zachow ujem y się tak, jak b y w ogóle nie istniały. Z apom inam y, że czeka nas śmierć,
że traw i nas w ina, zapom inam y, że jesteśm y na łasce przypadku. Staw iam y czoła jedynie k o n ­
kretnym sytuacjom i obracam y je na naszą korzyść, odpow iadam y na nie planow aniem i dzia­
łaniem w Świecie, kierow ani pobudkam i praktycznym i. Lecz w obec sytuacji granicznych naszą
reakcją jest albo opuszczenie ciemnej zasłony, albo jeśli przyjm ujem y je do w iadom ości, rozpacz
i narodzenie się na nowo: stajem y się bowiem sobą dzięki przem ianie naszej św iadom ości
istnienia.
M ożem y też w yrazić ludzką kondycję inaczej — nie znajdujemy żadnego oparcia w doczesnym
istnieniu.
W swej naiwności mylimy doczesność z bytem ja k o takim . K iedy jesteśm y szczęśliwi, ra d u ­
jem y się swoją siłą, odczuw am y bezmyślną ufność, nic wybiegamy myślą poza bieżącą sytuację.
W chwilach słabości i cierpienia rozpaczam y. Lecz kiedy się wyliżemy z ran, znów popadam y
w sam ozapom nicnie i żyjemy w beztroskiej szczęśliwości.
W skutek takich dośw iadczeń człowiek jed n ak zm ądrzał. Z agrożenie, w którego cieniu
wiedzie swoje życie, skłania go do szukania sposobów zapew nienia sobie bezpieczeństwa. Swe
przetrw anie wiąże z ujarzm ieniem natury i życiem w grom adzie.
Człowiek zdobyw a władzę nad przyrodą po to, aby m u służyła; zaś dzięki nauce i technice
pragnie uczynić ją niezaw odną.
Ale m im o ludzkiej dom inacji nad n atu rą nigdy nie da się usunąć pierw iastka nieprzew idy­
w alnego, tej stale nad nam i wiszącej groźby. K oniec zaś zawsze przynosi klęskę: mozolnej
pracy, starości, chorobie i śmierci zapobiec nie m ożna. U jarzm iona przyroda służy nam nie­
zaw odnie tylko w odosobnionych przypadkach. N a tu ra rozpatryw ana w całości nie daje nam
żadnego oparcia.
Ludzie łączą się w społeczność, aby ukrócić i ostatecznie, znieść nie kończącą się walkę
wszystkich przeciw wszystkim; próbują osiągnąć poczucie bezpieczeństwa na drodze wzajemnej
pomocy.
10
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
I to je d n ak m a swój kres. A lbow iem spraw iedliw ość i w olność zapew nić może tylko państw o,
w którym każdy obyw atel poczuw a się w obec drugiego do bezgranicznej solidarności. Jedynie
wówczas, gdyby kogoś spotkała krzyw da, inni ujęliby się za nim ja k jeden mąż. T akiego państw a
jed n ak dotąd nie w idziano. W zajem nie wspierały się w opresji i potrzebie wyłącznie wąskie
grupy, a czasem tylko jednostki. A bsolutnego bezpieczeństwa nie gw arantuje żaden kościół,
żadne państw o, żadne społeczeństwo. Żyw iono to miłe złudzenie w czasach pokoju, kiedy
sytuacje graniczne były skrzętnie m askow ane.
Jest jed n ak coś, co m ożna rzucić na szalę przeciw powszechnej niepewności i zaw odności
świata: rzeczy godne w iary, rzeczy budzące zaufanie. Istnieje podstaw a, z której czerpiemy siły
— dom i ojczyzna, bracia, siostry i przyjaciele, mężowie i żony. W spiera nas historyczna tra ­
dycja, rodzim y język, w iara, dzieła myślicieli, poetów , artystów . Lecz cała ta spuścizna również
nie daje nam poczucia bezpieczeństwa, nie m ożna na niej do końca polegać. Zawsze bowiem
stykam y się z nią ja k o w ytw orem ludzkim , gdyż w Świecie nie ma Boga. T radycja prow okuje
pytania, zaś człowiek, nie tracąc jej z oczu, m usi czerpać to, co stanow i dla niego pewność, byt,
niezaw odne oparcie, z własnego pierw otnego źródła. Lecz niestały i przypadkow y ch arak ter
wszelkiego istnienia w Świecie służy za ostrzeżenie, zabrania nam poprzestaw ać na Świecie
w skazuje na coś więcej.
Sytuacje graniczne — śmierć, przypadek, w ina i zaw odność natury — staw iają m nie wobec
rzeczywistości porażki. C o m am tedy począć w obliczu całkow itej klęski, k tó rą muszę przyjąć
do w iadom ości, jeśli chcę zachow ać w ew nętrzną uczciwość?
Nie wystarczy, idąc za radą stoików , wycofać się w obręb własnej wolności niezależnego
umysłu. Stoicy bowiem nie dość radykalnie postrzegali ludzką słabość. Przeoczyli to, iż sam
umysł jest w swej istocie pusty i zależny od treści, ja k ą go wypełnimy, nie brali też pod uwagę
możliwości obłędu. Myśl stoików nie przynosi nam pociechy - niezależny umysł jest jałow y,
w yzuty z treści. Nie pozostaw ia nam nadziei, bowiem nie stw arza sposobności wewnętrznej
przem iany, ani spełnienia w miłości przez pokonanie egoizmu. N ie pozw ala nam też w ypatryw ać
ziszczenia się w przyszłości tego, co możliwe.
M im o to w swych dążeniach stoicy zm ierzają ku prawdziwej filozofii. Ich myśl, której
źródłem są sytuacje graniczne, w yraża podstaw ow y impuls, każący szukać człowiekowi o b ja­
wienia praw dziw ego bytu w realności ludzkiej klęski.
D ecydujące znaczenie m a postaw a człow ieka wobec klęski i czy ukryw a ją przed sobą,
pozw alając, aby dopiero na koniec obiektyw nie go pochłonęła, czy też dostrzega ją w całej
jaskraw ości ja k o niezm ienną granicę swego istnienia; czy czepia się fantastycznych rozw iązań
i kojących w yobrażeń czy uczciwie staw ia jej czoła, milcząc w obliczu nieprzeniknionego.
Stosunek człowieka do własnej porażki przesądza o tym , jaki się stanie.
W sytuacjach granicznych człowiek albo postrzega nicość albo przeczuw a prawdziwy byt
na przekór efcmcryczności św iata i ponad nią. N aw et rozpacz, z racji tego, iż jest możliwa,
wskazuje poza świat.
L ub ujm ując to inaczej, człowiek pragnie odkupienia. O dkupienie obiecują wielkie uniwersalistycznc religie. Z asadzają się one na obiektyw nej rękojm i praw dy i rzeczywistości odkupie­
nia. D roga religijna prow adzi do ak tu jednostkow ego naw rócenia. Tego filozofia zapewnić
nie może. M im o to wszelka filozofia jest przekraczaniem św iata, analogicznym do odkupienia.
Reasum ując: Ź ródła filozofii należy upatryw ać w zadziwieniu, w ątpieniu, poczuciu zagu­
bienia. Jej zaczątkiem jest burzliwa przem iana duchow a, k tó ra określa jej cel.
Zdum ienie natchnęło P latona i A rystotelesa do zgłębiania natu ry bytu.
Pośród bezkresu wątpliwości K artezjusz poszukiw ał nieodpartej pewności.
W obliczu cierpienia stoicy pragnęli ukojenia umysłu.
K ażde z owych dośw iadczeń zaw iera swoją w łasną praw dę, obleczoną przy tym niezmiennie
w historyczne pojęcia i język. Kiedy przysw ajam y sobie te filozofie, przebijam y tę historyczną
skorupę, docierając do pierw otnych źródeł, które płyną w nas samych.
W ew nętrzny im puls nakierow uje nas na m ocne podstaw y, głębię istnienia, wieczność.
Ale być może fundam entalnego, absolutnego źródła należy upatryw ać gdzie indziej. O dkry­
cie, iż przez zadziwienie objaw ia nam się byt, inspiruje, lecz zarazem kusi nas do porzucenia
ESEJ
U
św iata i oddania się czystej, magicznej metafizyce. N ieo d p arta pewność ogranicza się do dzie­
dziny wiedzy naukow ej, dzięki której radzim y sobie w Świecie. N iew zruszoność stoików to
zaledwie półśrodek w udręce, ocalenie przed całkow itym rozpadem , lecz sam a w sobie po zb a­
w iona jest treści i życia.
Te trzy pobudki — zdum ienie prow adzące do poznania, zw ątpienie prow adzące do pewności
i zagubienie prow adzące do jaźni — w żadnej mierze nie wyczerpują je d n ak zakresu w spół­
czesnej myśli filozoficznej.
W przeżyw anym obecnie zasadniczym punkcie zw rotnym dziejów, w dobie bezpreceden­
sowych zniszczeń oraz rysujących się czarno w idoków na przyszłość, trzy om aw iane wcześniej
m otyw y pozostają ważne, lecz nie są dostateczne. M ogą być w prow adzone w życie tylko w tedy,
gdy ludzie komunikują się ze sobą.
W przeszłości panow ała między ludźmi niekw estionow ana, oczyw ista więź — stałej społecz­
ności, instytucji, uniw ersalnych pojęć. N aw et jed n o stk a w yobcow ana m iała w pewnym sensie
oparcie w swej osobności. Uderzającym znakiem postępującego w obecnym czasie rozbicia jest to,
że coraz więcej ludzi nie potrafi znaleźć z drugim wspólnego języka, że ludzie spotykają się ze sobą
i rozchodzą, że obojętny jest im los innych, że nie m ożna liczyć na w spólnotę czy lojalność.
N abiera dziś ostrości odw ieczna i uniw ersalna sytuacja: o to może, i zarazem nie może,
zjednoczyć m nie z Innym praw da; że m oja w iara w chwilach pewności ściera się z w iarą d ru ­
giego; że zawsze istnieje ja k aś granica zw iastująca jedynie w alkę bez nadziei na pogodzenie,
nieuchronnie kończącą się unicestwieniem lub ujarzm ieniem ; że uległość i chw iejność każe
ludziom pozbaw ionym wiary łączyć się w stada albo uparcie w zajem nie się atakow ać.
N ie jest to zjaw isko błahe czy m arginalne. Byłoby tak, gdyby istniała praw da zdolna
zadow olić m nie w mej osobności. Nie cierpiałbym tak bardzo z pow odu b raku porozum ienia
między ludźmi ani nie czerpałbym tak wyjątkowej przyjemności z autentycznej kom unikacji,
gdybym mógł w absolutnej sam otności stw ierdzić na pew no, co jest praw dą. Ale istnieję tylko
w zw iązku z Innym , sam — obracam się w nicość.
K om unikow anie zrozum ienia do zrozum ienia, umysłu do umysłu, a także egzystencji do
egzystencji stanow i środek przekazu znaczeń i w artości bezosobow ych. T rzeba, aby o b ro n a
i atak stały się sposobam i nie zdobyw ania władzy, lecz odnoszenia się jednego człow ieka do
drugiego. Z m agania te to m iłujące zaw ody, w których każda ze stro n składa broń. Pewność
autentycznego istnienia zaw iera się wyłącznie w nieograniczonym kom unikow aniu między
ludźmi, którzy razem żyją i rywalizują ze sobą w wolnej w spólnocie, trak tu ją w zajem ne więzi
ja k o etap w stępny, niczego nie uw ażają za pewnik i wszystko kw estionują. T ylko w ko m u n ik o ­
w aniu wypełnia się praw da, tylko w kom unikow aniu staję się napraw dę sobą, nie tylko żyję,
lecz realizuję swe życie. Bóg ukazuje się jedynie pośrednio i tylko w miłości człowieka do
człowieka; zniew alająca pew ność jest względna i szczególna, pod p o rząd k o w an a Całości. P osta­
wa stoicka jest w gruncie rzeczy pusta i sztywna.
Zasadnicze stanow isko filozoficzne, które m am na myśli, wywodzi się z bólu w obec b raku
kom unikacji, z dążenia ku autentycznej kom unikacji, z możliwości m iłujących zm agania,
w których jaźnie jednoczą się ze sobą głęboko.
Te filozoficzne wysiłki zarazem m ają swe korzenie we w spom nianych ju ż trzech rodzajach
dośw iadczeń, które trzeba rozpatrzeć w odniesieniu do kom unikow ania człowieka do człowieka
— czy jej sprzyjają czy są jej wrogie?
M ożna zatem stwierdzić, że choć zadziwienie, w ątpliw ość i dośw iadczenie sytuacji granicz­
nych są istotnym i źródłam i filozofii, nadrzędne jej źródło stanow i wola autentycznego kom u­
nikow ania, w której zaw arta jest cała reszta. Staje się to jasn e ju ż na sam ym początku, albowiem
czy istnieje filozofia, która nie dąży do kom unikacji, k tó ra siebie nic w yraża i nie szuka słu­
chacza? Czyż sam ą jej istotą nie jest kom unikow alność, sam a z kolei nieodłączna od prawdy?
K om unikacja tedy stanow i cel filozofii i w kom unikacji mieszczą się pozostałe jej zadania:
św iadom ość bytu, oświecenie na drodze miłości, osiągnięcie spokoju.
Karl Jaspers
przel. S ław o m ir S tu d n ia rz
12
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
E. E. Cummings
*
*
*
wzwyż w ciszę zieloną
ciszę z ziemią białą w środku
pójdziesz (pocałuj mnie) sobie
tam w poranek m łodziutki
poranek z ciepłym św iatem w środku
(pocałuj mnie) pójdziesz sobie
w prost w słoneczny blask w spaniały
słoneczny blask z dniem całą gębą w środku
pójdziesz sobie (pocałuj mnie
w dół we w spom nienie swoje i
w któreś ze w spom nień i wspom nienie
ja ) pocałuj m nie (pójdę sobie)
pr/cl. Leszek Engelking
POEZJA
William Carlos Williams
A LA LUNĘ
Powoli wschodzący, powoli nabierający sił księżycu
W ybacz nam lęk nasz pełen pychy:
W ybacz nam nasz udręczony spokój!
Z apraw dę, wybacz nam , księżycu.
O krągły, jaśniejący ponad zmierzchaniem!
W ybacz nam nasze małe podróże, pow tarzane w nieskończoność!
W szystkie pętające nas tkliwości, wybacz,
O, księżycu w zenicie!
Ty bowiem, co wyznaczasz południe nocy,
Ty, co wspiąłeś się najwyżej,
Ty, księżycu, musisz rozum ieć te rzeczy.
APOLOGIA
Dlaczego dzisiaj piszę?
Pobudza mnie do tego
piękno
okropnych twarzy
nic nic znaczących ludzi:
czarnoskórych kobiet
w yrobników —
starych i dośw iadczonych —
w racających po zm ierzchu do dom u
zrzuciwszy część ubrania
ich tw arze są podobne
do starego florenckiego dębu
Także
arcydzieła waszych twarzy
wybitni obyw atele
także i one m nie pobudzają
ale
nie w ten sam sposób
13
14
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
COŚ W RODZAJU PIEŚNI
N iech wąż czeka pod
swoim zielskiem
a literatura niech będzie
ze słów, w olnych i szybkich, gw ałtownych —
by uderzać, spokojnych — by czekać,
nie zm rużywszy oka.
— m etaforą pojednać
ludzi i głazy.
Tw órz. (Żadnych idei
poza przedm iotam i) Zmyślaj!
Ł om i kam ień to mój kw iat, rozszczepia
skały.
William Carlos Williams
pr/.el. l i s z e k E ngelking
PR O Z A
15
Iwan Bunin
KRUK*
M ój ojciec byl podobny do kruka. Uśw iadom iłem to sobie, kiedy byłem jeszcze małym
chłopcem: pewnego razu zobaczyłem w „N iw ie” ilustrację, ja k ąś skałę, a na niej N apoleona
z białym brzuszkiem i w łososiowych spodniach, w czarnych krótkich bucikach, i nagle roześ­
miałem s; ' radośnie przypom niaw szy sobie rysunki z „P odróży p olarnych” Bogdanow a — N a­
poleon v,
\ł mi się tak podobny do pingw ina. A potem pom yślałem ze sm utkiem : a tatu ś
podobny jest do kruka...
Ojciec piastow ał w naszym gubernialnym mieście ogrom nie eksponow any urząd i to jeszcze
bardziej go zepsuło: myślę, że naw et pośród miejscowej elity, do której zresztą ojciec należał,
nic było człowieka bardziej uciążliwego, bardziej ponurego, m ałom ów nego i z niewzruszonym
okrucieństw em cedzącego tak słowa, ja k i uczynki. Średniego w zrostu, krępy, nieco przygar­
biony, o czarnych, gęstych w łosach, śniady, z pociągłą wygoloną tw arzą, o w ydatnym nosie,
do złudzenia przypom inał kruka, zwłaszcza kiedy ubrany we frak pojaw iał się na dobroczyn­
nych balach, w ydaw anych przez naszą gubernatorow ą i przygarbiony acz krzepki stał przy
jakim ś kiosku udającym wiejską chałupę, kręcił swoją wielką, kruczą głową, zezując błyszczą­
cymi kruczymi oczam i na tańczących, na podchodzących do kiosku i na tę bojarzynię, któ ra
z czarującym uśmiechem podaw ała z kiosku wielką, ubrylantow aną dłonią płaskie kielichy
żółtego, taniego szam pana — d o ro d n ą niewiastę w złotogłow iu i kokoszniku, z nosem tak
białoróżow ym od pudru, że wydaw ał się być sztucznym . Ojciec był od daw na wdowcem ; nas,
dzieci, miał tylko dwoje — m nie i m oją m aleńką siostrę Lilę. C hłodem i p ustką lśniły lustrzanie
czyste pokoje naszego przestronnego, służbow ego m ieszkania na drugim piętrze jednej z rządo­
wych kam ienic, frontem wychodzącej na obsadzony topolam i bulw ar między soborem a główną
ulicą. N a szczęście od blisko pół roku mieszkałem w M oskwie, uczyłem się w liceum K atkow a,
przyjeżdżałem do dom u tylko na zapusty i w akacje letnie. Tego roku je d n ak spotkało mnie
w dom u coś zupełnie nieoczekiwanego.
N a wiosnę ukończyłem liceum i przyjechawszy z M oskwy zostałem w prost oszołom iony:
nagle jak b y słońce zajaśniało w naszym wcześniej tak m artw ym m ieszkaniu — całc było o p ro ­
m ienione obecnością tej młodej, lekkonogiej dziewczyny, k tó ra dopiero co zm ieniła dotychcza­
sową nianię ośm ioletniej Liii, w ysoką, płaską staruchę, p odobną do średniowiecznej figury
jakiejś świętej wyrzezanej z drew na. U boga dziewczyna, córka nic nic znaczącego urzędniczyny,
podw ładnego ojca, była nieskończenie szczęśliwa, że natychm iast po ukończeniu gim nazjum tak
się los do niej uśm iechnął, a później i dlatego, że przyjechałem , że zjawił się w dom u jej rówieśnik.
Ale ja k aż była płochliw a, ja k aż nieśmiała w obecności ojca podczas naszych uroczystych
obiadów , w każdej chwili trwożliwie spoglądając na czarnooką, ja k ojciec m rukliw ą, ale oprys­
kliwą nie tylko w każdym geście, ale nawet i w milczeniu Lilę, k tó ra wiecznie jak b y czegoś
wyczekiwała i ciągle wyzywająco kręciła swoją czarną główką! Podczas obiadów ojciec zm ieniał
się nie do poznania: nie rzucał przykrych spojrzeń w stronę starego G urija w nicianych ręka­
wiczkach przynoszącego mu dania, co chwila coś mówił — w olno, ale mówił — zw racając się,
oczywiście, tylko do niej, cerem onialnie nazyw ając ją „łaskaw ą H eleną N ikołajew ną” , p ró b o ­
wał też żartow ać, uśm iechać się. A ona była tak zm ieszana, że odpow iadała ledwie żałosnym
uśmiechem, płoniła się na całej delikatnej i subtelnej twarzyczce — twarzyczce szczuplutkiej
blondyncczki w lekkiej białej bluzce z ciemnymi od gorącego m łodego potu pacham i, pod którą
ledwie zaznaczały się m aleńkie piersi. Podczas obiadu nie śm iała naw et na m nie spojrzeć:
wydawałem się jest straszniejszy niż ojciec. Ale im bardziej starała się m nie nie dostrzegać, z tym
* Opowiadanie ze zbioru „Parowiec «Saratów»” , który ukaże się nakładem toruńskiej oficyny MADO.
16
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
większą surow ością zerkał ojciec w m oją stronę: nie tylko on. a leja również rozum iałem , czułem,
że za tymi milczącymi staraniam i, aby m nie nie zauw ażać, a tylko słuchać ojca i baczyć na złą,
k rn ąb rn ą, choć wciąż milczącą Lilę, ukryw ał się zupełnie inny lęk — radosny lęk naszego
w spólnego szczęścia — być blisko siebie. W ieczoram i ojciec pił herbatę zajęty w swoim gabinecie
i jego dużą filiżankę ze złoconym i brzegam i przynoszono mu tam i staw iano na biurku; teraz
jed n ak pił herbatę razem z nam i, w stołowym , a przy sam ow arze siedziała ona — Lila już
wówczas spała. Ojciec w ychodził z gabinetu w długim , obszernym tużurku na czerwonej
podszewce, siadał w swoim fotelu i podaw ał jej filiżankę. N alew ała do pełna, tak ja k lubił,
i zw racała mu ją drżącą ręką, nalew ała m nie i sobie i, opuściwszy rzęsy, zajm ow ała się jak ąś
ro b ó tk ą, a on bez pośpiechu mówił rzeczy zadziwiające:
— Blondynkom , łaskaw a H eleno N ikolajew na, do tw arzy w czarnym alb o pąsowym ...
N a przykład do pani cery idealnie pasow ałaby suknia z czarnego atłasu ze stojącym , ząbkow a­
nym kołnierzem a la M aria S tuart, ozdobiona drobnym i brylantam i... albo średniow ieczna
suknia z niewielkim dekoltem i rubinow ym krzyżykiem... W salopce z ciem nogranatow ego
liońskiego aksam itu i weneckim berecie też byłoby pani dobrze... W szystko to, naturalnie,
m arzenia — ciągnął uśm iechając się. — Pani ojciec zarab ia u nas wszystkiego siedem dziesiąt
pięć rubli miesięcznie, a dzieci ma, oprócz pani, jeszcze piątkę, sam e m aleństw a, a to znaczy, że
przyjdzie pani spędzić całe życie w ubóstw ie. Ale pow iedzm y szczerze: cóż jest złego w m arze­
niach? Podniecają, dodają sił, w zbudzają nadzieję. A potem , czyż nie bywa tak, że niektóre się
nagle ziszczają? R zadko, oczywiście, bardzo rzadko, ale się ziszczają... O t, choćby taki kucharz
z dw orca w K ursku — wygrał niedaw no na loterii dwieście tysięcy, zwykły kucharz!
S tarała się udaw ać, że bierze to wszystko za miłe żarty, zm uszała się spoglądać na niego,
uśm iechać się, ja zaś, jakbym niczego nie słyszał, rozkładałem pasjans N apoleona. Pewnego
razu posunął się jednak jeszcze dalej — skinąw szy w m oją stronę powiedział nagle:
— A ten oto m łody człowiek też pewnie marzy: um rze, roi mu się, za jak iś czas tatuńcio
i m u nagle złoty deszcz spadnie. A tu będzie susza, ni jednej kropelki. U tatuńcia, naturalnie,
jest coś niecoś, dajm y na to m ająteczek z tysiącem dziesięcin czarnoziem u w sam arskiej guberni,
tylko w ątpliw e, czy się on dostanie synalkow i, który nie nazbyt wielką darzy tatu ń cia miłością i,
ja k przypuszczam , wyjdzie na pierw szorzędnego utracjusza...
T a o statnia rozm ow a m iała miejsce wieczorem , w wigilię świętych Piotra i Pawła, w dzień,
który do końca będę pam iętać. R ano ojciec pojechał do soboru, a stam tąd na imieninowe
śniadanie do gubernatora. Zresztą w dni pow szednie nigdy nie ja d ał śniadań w dom u, tak więc
i tego dnia siedzieliśmy przy stole we trójkę. Lila, kiedy zam iast jej ulubionych faw orków
po d an o wiśniowy kisiel, zaczęła przeraźliwie krzyczeć na G urija, walić piąstkam i w stół, zrzuciła
talerz na podłogę i trzęsła głową zanosząc się wściekłym szlochaniem . Jakoś udało się nam
zaciągnąć ją — gryzącą nas po rękach i kopiącą — do jej pokoju, gdzie ubłagaliśm y ją , aby
się uspokoiła, naobiecywaliśm y surow o ukarać kucharza, że ucichła w końcu i zasnęła. Ileż
lękliwej czułości mieściło się dla nas naw et w tym jednym , kiedy wspólnie usiłowaliśmy zanieść
ją do pokoju i w tedy nasze ręce stale się dotykały! N a dw orze szum iał deszcz, mroczniejące
pokoje rozśw ietlała niekiedy błyskawica i szyby drżały od grzm otu.
— T o burza tak na nią podziałała — pow iedziała radosnym szeptem, kiedy wyszliśmy
na korytarz, i nagle zaczęła nasłuchiwać. — O, gdzieś się pali!
Pobiegliśmy do stołowego, otw orzyliśm y o k n o — obok dom u z hałasem pędziła w dół
bulw aru straż pożarna. N a topole spadała gęsta ulewa — burza ju ż minęła, ja k b y ją deszcz
zgasił — w łoskocie m knących ulicą długich wozów ze stojącym i na nich strażakam i w m iedzia­
nych kaskach, z sikaw kam i i drabinam i, przy dźwięku dzw onków , zawieszonych na kabłąkach
nad grzywam i czarnych perszeronów , z trzaskiem podków na bruku, czule, szatańsko figlarnie,
ostrzegaw czo śpiewała trąb k a trębacza... Potem szybko, coraz szybciej zaczął bić na alarm
dzw on z dzw onnicy Iw ana W ojow nika na Ław ach... M y, jed n o przy drugim , blisko siebie,
staliśm y przy oknie, przez które w padał świeży zapach deszczu i w ilgotnego miejskiego kurzu,
i w ydaw ało się, żeśmy tylko patrzyli i słuchali w czujnym napięciu. Potem m ignął ostatni wóz
z jakim ś wielkim, czerwonym zbiornikiem , serce zabiło mi mocniej, czoło zdrętw iało — ująłem
jej m artw o zwisającą wzdłuż biodra rękę, błagalnie patrząc na jej policzek, a ona zaczęła
PR O Z A
17
blednąc, rozchyliła wargi, w głębokim oddechu uniosła piersi i też ja k b y błagalnie zwróciła na
mnie jasne, pełne łez oczy, ja zaś objąłem jej ram ię i po raz pierwszy w życiu om dlałem w de­
likatnym chłodzie dziewiczych ust... N ie było po tym ni jednego dnia bez naszych cogodzinnych,
mby przypadkow ych spotkań to w salonie, to w baw ialni, to znów na korytarzu, a naw et
w gabinecie ojca, przyjeżdżającego do dom u dopiero wieczorem, tych sp o tk ań krótkich a sza­
leńczo długich, nienasyconych i ju ż trudnych do w ytrzym ania ciągłym niezaspokojeniem p o ca­
łunków. Ojciec, ja k b y coś wyczuwając, ja k dawniej przestał przychodzić wieczorem na herbatę
do stołowego, znów stał się m rukliw y i posępny. Ale my ju ż nie zw racaliśm y na niego uwagi,
a ona podczas obiadów była spokojniejsza i poważniejsza.
W początkach lipca Lila zachorow ała objadłszy się m alinami, z w olna pow racając do zdrow ia
leżała w swoim pokoju, przez cały czas rysując kolorow ym i ołów kam i na dużych arkuszach p a­
pieru przymocowanych do pulpitu, jakieś bajkowe m iasta, a ona, zm uszona do przebywania przy
jej łóżku, siedziała wyszywając dla siebie białoruską rubaszkę — odejść nie było jej wolno: ju ż po
chwili Lila czegoś żądała. Ja zaś w pustym , cichym dom u praw ie odchodziłem od zmysłów z nie­
ustannego, bolesnego pragnienia, żebym mógł ją zobaczyć, całować i tulić do siebie, siedziałem w ga­
binecie ojca wyjmując co popadnie z jego biblioteki i usiłowałem czytać. T ak siedziałem i wtedy, już
Pod wieczór. I o to nagle usłyszałem jej lekkie i szybkie kroki. Rzuciłem książkę i zerwałem się.
— I co, zasnęła?
M achnęła tylko ręką.
— Skądże! Ty nie wiesz — ona potrafi dwie doby nie spać i nic jej nie jest, zresztą ja k
wszystkim w ariatom ! W ypędziła mnie, żebym szukała u ojca jakichś żółtych i pom arańczow ych
ołówków...
Rozpłakaw szy się podeszła do mnie i położyła mi głowę na piersi:
— A ch, mój Boże, kiedyż to się wreszcie skończy! Powiedzże m u w końcu, że m nie kochasz,
ze nic na Świecie nie jest w stanie nas rozłączyć!
I uniósłszy m okrą od łez buzię, gw ałtow nie objęła m nie i zapam iętała się w pocałunku. Przy­
tuliłem ją całą do siebie, pociągnąłem na kanapę. Czyż mogłem w owej chwili o czymkolwiek
trzeźwo myśleć, o czymś pam iętać? Ale na progu gabinetu słychać ju ż było lekkie pokasływanie:
wyjrzałem zza jej ram ienia — ojciec stał i patrzył na nas. Potem odw rócił się i odszedł zgarbiony.
N a obiedzie nie pojaw iło się żadne z nas. W ieczorem zapukał do m nie G urij: „T a tu ś prosi
Panicza do siebie” . W szedłem do gabinetu. Ojciec siedział w fotelu przed biurkiem i nie o d w ra­
cając się zaczął mówić:
— Ju tro wyjedziesz na całe lato do mojego m ajątku w guberni sam arskiej. Jesienią jedź
do M oskw y albo Petersburga i szukaj sobie posady. Jeśli ośmielisz się nie usłuchać, wydziedziczę
cię. T o nie wszystko: ju tro poproszę gubern ato ra, aby niezwłocznie wysłał cię na wieś etapem .
T eraz idź i nie pokazuj mi się więcej na oczy. Pieniądze na p odróż i kieszonkow e otrzym asz ju tro
rano przez lokaja. Jesienią napiszę do adm inistracji m ajątku, aby ci w yasygnow ano ja k ąś sumę
na pierwsze przetrw anie w stolicach. I nie miej nadziei, że uda ci się zobaczyć ją przed wyjazdem.
T o wszystko, mój łaskaw co, idź.
Jeszcze tej samej nocy wyjechałem do guberni jarosław skiej, do m ajątku jednego z moich
licealnych kolegów; przem ieszkałem u niego do jesieni. Jesienią, dzięki protekcji jego ojca,
otrzym ałem posadę w m inisterstwie spraw zagranicznych w Petersburgu i napisałem do ojca,
że na zawsze zrzekam się nie tylko spadku po nim, ale w ogóle wszelkiej pom ocy. Zim ą
dowiedziałem się, że on wziąwszy dymisję też przeniósł się do Petersburga — ja k mi pow iedziano
— „z prześliczną, m łodziutką żoną” . I pewnego razu w chodząc na w idownię T eatru M aryjskiego na kilka m inut przed podniesieniem kurtyny, nagle zobaczyłem jego i ją. Siedzieli w loży
blisko sceny, tuż przy poręczy, na której leżała opraw na w masę perłow ą m ała lornetka. On,
we fraku, przygarbiony niby praw dziw y kruk, uw ażnie czytał program zm rużywszy jed n o oko.
O na, sw obodna i elegancka, z w ysoko upiętym i blond w łosami, z zainteresow aniem rozglądała
się po nagrzanej, błyszczącej lustram i, łagodnie szumiącej, wypełniającej się ludźmi widowni,
na stroje wieczorowe, fraki i m undury wchodzących do lóż. N a jej wiotkiej szyi ciem nym ogniem
skrzył się rubinow y krzyżyk, delikatne, ale ju ż zaokrąglone ram iona m iała obnażone, rodzaj
peplum z pąsow ego aksam itu spięte było na lewym ram ieniu rubinow ą agrafą...
18
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Iwan Bunin
ZEMSTA*
W pensjonacie w C annes, d okąd przyjechałem w końcu sierpnia z zam iarem zażyw ania
m orskich kąpieli i m alow ania z natury, ta dziw na kobieta piła co ran o kawę i obiad ja d ła przy
osobnym stoliku z niezm iennie skupionym , ponurym wyrazem tw arzy, jak b y nikogo i niczego
nie widziała, a po kawie znikała gdzieś praw ie do w ieczora. M ieszkałem w pensjonacie ju ż blisko
tydzień i ciągle jeszcze z ciekawością przyglądałem się jej: czarne, gęste włosy, gruby w arkocz
ow inięty w okół głowy, silne ciało w czerwonej, kretonow ej sukni w czarne kwiaty, piękna,
choć nieco pospolita tw arz — i to m roczne spojrzenie... D o stołu podaw ała nam A lzatka,
piętnastoletnia dziew czynka, ale o obfitym ju ż biuście i rozrośniętych pośladkach, nadm iernie
pulchna, lecz pulchnością świeżą i dziwnie delikatną, w yjątkow o miła i głupia, na każde słowo
rozkw itająca strachem i uśmiechem; i oto, spotkaw szy ją pewnego dnia na korytarzu zapytałem :
— D ites, O dette, qui est cette dame?
G otow a ta k do przestrachu, ja k i uśm iechu, podniosła na m nie m aślane, m odre oczęta:
— Q uelle dam e, m onsieur?
— M ais la dam e brune, la-bas?
— Quelle table, m onsieur?
— N um ero dix.
— C ’est une russe, m onsieur.
— Et puis?
— Je n ’en sais rien, m onsieur.
— Est-elle chez vous depuis longtemps?
— D epuis trois semaines, m onsieur.
— T oujours seule?
— N on, m onsieur. II y avait un m onsieur...
— Jeun, sportif?
— N on, m onsieur... T res pensif, nerveux...
— E t il a disparu un jour?
— M ais oui, m onsieur...*
„T ak , tak — pom yślałem . — T eraz ju ż cokolw iek rozum iem , ale gdzie on a znika każdego
ranka? Jego ciągle szuka?”
N astępnego dnia, zaraz po kawie, ja k zawsze usłyszałem przez otw arte o k n o mojego pokoju
chrzęst żw iru w ogródku pensjonatu i wyjrzałem: ona, ja k zwykle z o d krytą głową, pod p ara­
solką tegoż co i suknia koloru, w czerw onych espadrylach szła dokądś szybkim krokiem .
Chwyciłem laskę, panam ę i pośpieszyłem w ślad za nią. Z naszej uliczki skręciła w bulw ar
C a rn o t — i ja rów nież skręciłem w nadziei, że ona w swoim niezm iennym skupieniu nic odwróci
* Opowiadanie ze zbioru „Parowiec «Saratów»” , który ukaże się nakładem toruńskiej oficyny MADO.
* — Powiedz, Odette, kim jest ta pani? — K tóra pani? — Brunetka, tam? — Który stół? — Numer dziesięć. — To
Rosjanka. No. i... — Nic o niej nie wiem. — Od dawna jest tutaj? — Od trzech tygodni. — Zawsze sama? — Nie. Był
pewien pan... — Młody, wysportowany? — Nie. Bardzo zamyślony, nerwowy.
I pewnego pięknego dnia przepadł?
— Tak, proszę pana... (fr.)
PROZA
19
się ani nie wyczuje mojej obecności. I rzeczywiście — nie odw róciła się ni razu aż do sam ego
dworca. N ie odw róciła się rów nież na dw orcu, w chodząc do przedziału w agonu trzeciej klasy.
Pociąg jechał do T ulonu, na wszelki w ypadek wziąłem bilet do Saint-R aphacl i zająłem miejsce
w sąsiednim przedziale. Było oczywiste, że nie jechała daleko, ale dokąd? W ychylałem się przez
okno w N apoule, w Teules... W reszcie, wychyliwszy się na przystanku w Treillace, zobaczyłem
ją na drodze prow adzącej do wyjścia ze stacji. W yskoczyłem z w agonu i znów poszedłem za
nią, trzym ając się wszakże w pewnej odległości. 1 tak przyszło mi iść długo — i serpentyną
szosy w dół nadm orskich urwisk, i po krętych, kam ienistych ścieżkach w śród niskiego, sosno­
wego lasu, którym i skracała sobie drogę na wybrzeże, do zatoczek w cinających się w brzeg
tej skalistej, pokrytej lasem i odludnej okolicy na stoku nadm orskich gór. Zbliżało się południe,
było skw arno, nieruchom e i gęste pow ietrze przepełniał zapach nagrzanej choiny, nigdzie
żywego ducha, najm niejszego dźw ięku — tylko jednostajny terk o t cykad — otw arte na p o ­
łudnic m orze błyszczało, m igotało wielkimi srebrnym i gw iazdam i... W końcu zeszła ścieżką nad
zieloną zatoczkę w ciśniętą między krwistej barw y skały, parasolkę rzuciła n a piasek, prędko
zzuła buty w łożone na bosą stopę — i zaczęła rozbierać się. Leżąc na kam ienistym urw isku,
pod którym zdejm ow ała m roczno-kw iecistą suknię, patrzyłem i myślałem o tym , że z pewnością
i kostium kąpielow y m a tak sam o złowieszczy. Lecz żadnego kostium u nie m iała pod suknią
" - ty lk o k ró tk ą różow ą koszulkę. Zrzuciwszy ją , cała aż brązow a od opalenizny, m ocna, jęd rn a,
ruszyła po kam ieniach ku jasnej, przeźroczystej wodzie, napinając kształtne łydki, poruszając
krągłym i pośladkam i, błyszcząc opalenizną bioder. Stanęła nad w odą — w idocznie m rużyła
°czy od jej oślepiającego blasku, — potem zaszurała w niej nogam i, przykucnęła, zanurzyła
do ram ion i odw róciwszy się położyła na brzuchu, rozchyliła nogi i przybliżyła się do piaszczys­
tego brzegu, oparłszy się oń łokciam i położyła głowę. W oddali rozlegle i sw obodnie mieniła
się kłującym srebrem m orska rów nina, zam knięta zatoczka i całe jej skaliste zacisze nagrzew ało
się coraz mocniej słonecznym żarem ; nad skw arnym , skalistym pustkow iem i m łodym , p o łu d ­
niowym lasem zawisła ta k a cisza, że słychać było ja k od czasu do czasu na leżące w dole pode
ntną ciało spływ ała z połyskujących pleców, z pośladków i z silnych, rozsuniętych nóg d ro b n a
sieć szklistej fali. Leżąc i w yglądając zza kam ieni, z każdą chwilą mocniej porażony tą w spaniałą
nagością, coraz bardziej zapom inałem o niedorzeczności i zuchwałości mojego postępku. U nio­
słem się nieco chcąc w podnieceniu zapalić fajkę, gdy ona nagle także podniosła głowę i om iotła
mnie pytającym w zrokiem od stóp do głowy, nie zm ieniając jed n ak pozycji w jakiej leżała.
W stałem , nie wiedząc, co robić i co powiedzieć. O dezw ała się pierwsza:
— Przez całą drogę słyszałam, że idzie ktoś za m ną. Dlaczego p an za m ną pojechał?
Zdecydow ałem się odpow iadać bez osłonek:
— Zechce mi pani wybaczyć, z ciekawości...
P rzerw ała mi:
— T ak, bez w ątpienia jest pan ciekawski. O dette powiedziała mi, że w ypytyw ał ją pan
o mnie, przypadkow o słyszałam, że jest pan Rosjaninem i dlatego się nie zdziwiłam — wszyscy
Rosjanie są p o nad m iarę ciekawscy. N o, ale dlaczego właściwie pojechał pan za mną?
— Z ciekawości właśnie, poniekąd zawodowej.
— T ak, wiem, pan jest m alarzem .
— T ak, a pani jest w ym arzonym modelem . O prócz tego, każdego ran k a znikała gdzieś
pani i to m nie intrygow ało — gdzie? dlaczego? — rezygnowała pani ze śniadań, co się m ieszkań­
com pensjonatów nieczęsto zdarza, no i wygląd pani był zawsze jak iś niezwykły, zawsze taka
skupiona... T rzym ała się pani cały czas z dala, milcząca, jak b y coś w sobie tając... N o, a dlaczego
nie odszedłem , kiedy zaczęła się pani rozbierać...
— N o, to zrozum iałe — pow iedziała.
I po chwili do d ała;
— W yjdę teraz. Proszę się na chwilę odw rócić, a potem przyjść tutaj. Pan m nie też za­
interesow ał.
— Z a nic się nie odw rócę — odparłem . — Jestem m alarzem , zresztą oboje nie jesteśm y
ju ż dziećmi.
20
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
W zruszyła ram ionam i.
— N o, dobrze, m nie w szystko jedno...
Stanęła w całej okazałości, przodem do mnie, w pełni swej kobiecej urody, nieśpiesznie
stąpając po kam ieniach narzuciła na głowę różow ą koszulkę, z której po chwili w yłoniła się
jej pow ażna tw arz, i opuściła ją na m okre ciało. Zbiegłem ku niej i usiedliśmy obok siebie.
— O prócz fajki, czy m a pan m oże papierosy? — zapytała.
— M am .
— Proszę m nie poczęstować.
Poczęstow ałem , zapaliłem zapałkę.
— Dziękuję.
I zaciągając się zaczęła spoglądać w dal, poruszając palcam i nogi i nie odw racając się;
naraz zauw ażyła ironicznie:
— W ięc m ogę się jeszcze podobać, tak?
— Jeszcze by nie! — zawołałem . — W spaniałe ciało, cudow ne włosy, oczy... T ylko w yraz
tw arzy jak iś bardzo zły.
— T o dlatego, że prześladuje m nie jedna zła myśl.
— T ak też przypuszczałem . Pani rozstała się z kimś niedaw no, ktoś panią opuścił...
— N ie opuścił, a rzucił. U ciekł ode mnie. W iedziałam , że to stracony człowiek, ale kocha­
łam gc... w pewnym sensie. O kazało się, że kochałam zwyczajnego niegodziwca. Poznałam go
półtora miesiąca tem u w M onte C arlo. Tego wieczoru grałam w kasynie. Stał obok, też grał,
obłąkanym wzrokiem śledził kulkę i ciągle wygrywał, wygrywał raz, drugi, trzeci, czw arty... Ja
też ciągle w ygryw ałam , widział to i nagle powiedział: „Koniec! Assez!” — i odw rócił się do
mnie: „ N ’est-ce pas, m adam e?” * „T ak, koniec” — odparłam ze śmiechem. „A ch, pani jest
R osjanką?” — „Jak pan w idzi” . — „Z atem chodźm y poszaleć!” Spojrzałam — człowiek
bardzo ju ż zniszczony, ale z w yglądu w ytw orny... C o dalej, łatw o się domyślić.
— T ak, istotnie. Przy kolacji poczuliście, że jesteście sobie bliscy, mówiliście bez przerwy,
zdziwiliście się, kiedy przyszło do rozstania...
— D okładnie tak było. I nie rozstaliśmy się. Zaczęliśmy przepuszczać wygraną. Mieszkaliśmy
w M onte C arlo, w Turbie, w Nicei, śniadania i obiady jadaliśm y w gospodach po drodze
z C annes do Nicei — wszak wie pan ile to kosztuje! — przez pewien czas mieszkaliśmy nawet
w hotelu na C ap d ’A ntibes, udając ludzi zam ożnych... A pieniędzy wciąż ubyw ało, w ypady do
M onte C arlo za ostatnie grosze kończyły się fiaskiem... Zaczął gdzieś znikać i w racać z pie­
niędzmi, choć przywoził d robne kw oty — jakieś sto, pięćdziesiąt franków ... Potem gdzieś
sprzedał m oje kolczyki, obrączkę — byłam kiedyś m ężatką — złoty krzyżyk...
I, naturalnie, zapew niał, że lada chw ila otrzym a jak ąś należność, że ma wpływowych
i zam ożnych przyjaciół i znajom ych.
— T ak, nie inaczej. Kim był, właściwie do dziś dnia nie wiem. U nikał rozm ów o przeszłości,
takich dokładnych i szczerych, a dla m nie nie m iało to większego znaczenia. N o, przeszłość
typow a dla wielu em igrantów : Petersburg, służba w elitarnym pułku, później w ojna, rewolucja,
K onstantynopol... W Paryżu, dzięki daw nym znajom ościom , zdołał się p o d o b n o urządzić
i zawsze um iałby to zrobić całkiem nieźle, a póki co — M onte C arlo albo stała możliwość, jak
mówił, zahaczenia się w Nicei u jakichś utytułow anych przyjaciół... Traciłam ju ż nadzieję,
w padałam w rozpacz, ale on tylko się uśmiechał: „B ądź spokojna, zdaj się na mnie, ju ż poczy­
niłem pewne pow ażne posunięcia w Paryżu, a jak ie dokładnie, ja k się to mówi, rzecz nie
kobiecego rozum u...”
— T ak , tak...
— C o tak?
I nagle odw róciła się do mnie, oczy jej błyszczały, daleko odrzuciła zgasły papieros.
* Dość. Czyż nie tak, proszę pani? (fr.)
PR O Z A
21
— P ana bawi to wszystko?
Chwyciłem i uścisnąłem jej rękę:
— Ja k pani nie wstyd! N am aluję panią ja k o M eduzę albo Nemezis!
— T o bogini zemsty?
— T ak, i to bardzo o krutna.
U śmiechnęła się sm utno:
— Nemezis! Jak aż tam Nemezis! N ie, pan jest dobry... Proszę dać mi jeszcze jednego
papierosa. N auczył m nie palić... W szystkiego nauczył!
I zapaliwszy znów zaczęła patrzeć w dal.
— Z apom niałem jeszcze powiedzieć pani ja k byłem zdziwiony, gdy zobaczyłem d okąd pani
jezdzi się kąpać. K ażdego dnia cała w ypraw a i w jakim celu? T eraz rozum iem : pani szuka
sam otności.
— T ak...
• Słoneczny żar spływał coraz gęstszy, cykady na rozgrzanych, pachnących sosnach terkotały,
skrzeczały coraz uporczywiej, coraz bardziej zawzięcie — czułem ja k m uszą być rozpalone jej
czarne włosy, odkryte ram iona, nogi, i powiedziałem:
— C hodźm y w cień, jest ju ż zbyt gorąco, tam dokończy mi pani sw oją sm utną historię.
O cknęła się:
— C hodźm y...
Obeszliśmy półkole zatoczki, usiedliśmy w jasnym i upalnym cieniu pod czerwonymi ska­
łami. Z nów ująłem jej rękę i zatrzym ałem w swojej. N aw et tego nie zauw ażyła.
— C óż tu kończyć? — pow iedziała. — O dechciało mi się ju ż w spom inać całą tę, w samej rze­
czy, sm utną i haniebną historię. Pan pewnie myśli, że przywykłam do roli utrzym anki to jednego,
to znów drugiego szubraw ca. N ic podobnego. M oja przeszłość też jest najzupełniej zwyczajna.
Mąż mój walczył w Armii Ochotniczej, najpierw u Denikina, później u W rangla, a kiedy znaleźliśmy
się w Paryżu został, oczywiście, szoferem, ale zaczął pić i rozpił się do tego stopnia, że stracił pracę
i przemienił w najpraw dziw szego clocharda. Żyć z nim dłużej w żaden sposób nie m ogłam . O sta­
tni raz widziałam go na M ontparnasie, pod drzw iam i „D o m in ik a” — zna pan zapew ne tę ro ­
syjską knajpkę. N oc, deszcz, a on w podartych butach drepce po kałużach, zgięty podbiega do
przechodniów , wyciąga rękę po jałm użnę, niezgrabnie pom aga, a raczej przeszkadza w ysiadać
z podjeżdżających taksów ek... Zatrzym ałam się, popatrzyłam na niego, podeszłam. Poznał mnie,
wystraszył się, zmieszał — nie może pan sobie nawet w yobrazić jak iż to w spaniały, dobry, deli­
katny człowiek! — stoi i patrzy na m nie zakłopotany: „T o ty, M asza?” Skurczony, o b d arty , nie­
ogolony, cały zarosły rudą szczeciną, m okry, drżący z zim na... D ałam mu wszystko, co miałam
w torebce, chwycił m oją rękę m okrą, lodow atą dłonią i zaczął całow ać trzęsąc się od płaczu. Ale
cóż m ogłam uczynić? T ylko posyłać mu dw a, trzy razy w miesiącu po sto, dwieście franków —
m am w Paryżu pracow nię kapeluszy i zupełnie przyzwoicie zarabiam . A tutaj przyjechałam o d ­
począć, kąpać się — i oto... N a dniach w rócę do Paryża. Zobaczyć się z nim, spoliczkow ać go
i tem u podobne, to przecież głupie m arzenie, a wie pan, kiedy należycie to zrozum iałam ? O tóż
dopiero teraz, dzięki panu. Zaczęłam opow iadać i zrozum iałam ...
— Ale m im o wszystko, jakże on uciekł?
— A ch, w tym cała rzecz, że ju ż całkiem podle. Zatrzym aliśm y się w tym sam ym pensjonaciku, w którym pan i ja okazaliśm y się sąsiadam i — i to po hotelu na C ap d ’A ntibes! —
i któregoś wieczoru poszliśmy, wszystkiego jakieś dziesięć dni tem u, na herbatę do kasyna.
N o, oczywiście, m uzyka, kilka tańczących p ar — ja już po prostu nie m ogłam bez w strętu
patrzeć na to wszystko, dosyć się napatrzyłam ! — jednakże siedzę, jem ciastka, k tó re on za­
m aw ia dla m nie i dla siebie i cały czas jakoś dziwnie się śmieje — p o p atrz, p opatrz, mówi
o m uzykantach, to praw dziwe małpy, ja k tupią, jak ie miny stroją! Potem otw iera p ustą pa­
pierośnicę, w oła boya, każe m u przynieść angielskie papierosy, ten przynosi, on w roztargnieniu
mówi „m erci” , zapłacę wychodząc, spogląda na swoje paznokcie i zw raca się do mnie: „C o za
ręce, okropność! Pójdę je um yć...” W staje i wychodzi...
22
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
— I więcej nie w raca.
— T ak. A ja siedzę i czekam . Czekam dziesięć m inut, dw adzieścia, pół godziny, godzinę...
W yobraża pan to sobie?
— W yobrażam ...
W yobraziłem to sobie bardzo dokładnie: siedzą przy stoliku, p atrzą, milczą, każde z nich
inaczej myśli o swoim nędznym położeniu... Z a szybami dużych okien przedw ieczorne niebo
i połyskliw a glazura nieruchom ego m orza, zwisają ciemniejące gałęzie palm , m uzykanci jak
nieżywi tupią w podłogę, dm ą w instrum enty, uderzają w m etalow e talerze, mężczyźni szurając
nogam i i kołysząc się do tak tu napierają na swoje p artnerki, jak b y popychali je w w yraźnie
określonym celu... Chłopiec w skórzanych kam aszach i w stroju podobnym do zielonego
m unduru podaje m u, z uszanow aniem zdjąwszy kaszkiet, paczkę „H igh-life’ów ” ...
— I cóż dalej? Pani siedzi...
— Siedzę i czuję, że ginę. M uzykanci wyszli, sala opustoszała, zapalono elektryczne światłp...
— O kna granatow e...
— T ak, a ja wciąż nie m ogę ruszyć się z miejsca: co robić, ja k z tego w ybrnąć? W torebce
m am wszystkiego sześć franków i jakieś drobne!
— O n natom iast rzeczywiście poszedł do ubikacji, zrobił tam co trzeba rozm yślając o swoim
łajdackim życiu, potem się zapiął i na palcach przebiegł korytarzem d o drugiego wyjścia, wybiegł
na ulicę... N a m iłość boską, niech pani tylko pom yśli, kogo pani kochała! Szukać go, mścić się?
Za co? Pani nie jest ju ż dziewczynką, pow inna pani wiedzieć k to to taki i w jakim znalazła się pani
położeniu. Dlaczego trw ała pani w tym pod każdym względem okropnym związku?
M ilczała przez chwilę, a potem w zruszyła ram ionam i:
— K ogo kochałam? Nie wiem. Czułam, ja k się to mówi, potrzebę miłości, której tak naprawdę
nigdy nie dośw iadczyłam . Jak o mężczyzna nie daw ał mi niczego i nie mógł dać, ju ż daw no stracił
męskie możliwości... Powinnam była wiedzieć kto to taki i w jakim znalazłam się położeniu? Oczy­
wiście, pow innam była, ale nie m iałam ochoty wiedzieć, myśleć — po raz pierwszy żyłam takim
próżniaczym, zepsutym życiem, wszystkimi jego przyjemnościami, żyłam w jakim ś zamroczeniu.
D laczego chciałam spotkać go gdzieś i zemścić się? Znów zam roczenie, n atrętn a myśl. Czyż nic
czułam, że oprócz ohydnego i żałosnego skandalu, niczego nic mogłam zrobić? Ale pan pyta: za co?
A no za to, że to dzięki niemu upadłam tak nisko, wiodłam to łajdackie życic, a przede wszystkim za
tę o kropność, za ten wstyd, który przeżyłam tego wieczoru w kasynie, kiedy on uciekł z klozetu!
Kiedy nieprzytomnie łgałam coś w kasie kasyna, wykręcałam się, błagałam, aby do ju tra wzięli w za­
staw m oją torebkę — i kiedy jej nie wzięli i z p ogardą darow ali mi i herbatę, i ciastka, i angielskie
papierosy! Zadepeszow ałam do Paryża, na trzeci dzień dostałam tysiąc franków, poszłam do k a­
syna — tam , naw et nie patrząc na mnie, wzięto pieniądze i jeszcze w ystaw iono rachunek... Ach,
mój drogi, nic jestem żadną M eduzą, jestem zwyczajną babą i do tego bardzo uczuciową, sam otną,
nieszczęśliwą, niechże m nie pan zrozumie — przecież i kura ma serce! Przez wszystkie dni od tego
przeklętego wieczoru byłam po prostu chora. I po prostu sam Bóg mi pana zesłał, ja k o ś od razu
przyszłam do siebie... Proszę puścić moją rękę, czas się ubierać, zaraz będzie pociąg z Saint Raphael...
— Bóg z nim — powiedziałem . — Niech pani spojrzy dokoła, na czerwień skał, zieloną
zatoczkę, krzywe sosny,-niech pani posłucha tego rajskiego śpiewu cykad... T eraz ju ż będziemy
przyjeżdżać tu razem . Praw da?
— Praw da.
— Razem też pojedziem y do Paryża.
— T ak.
— A co dalej, nie w arto planować.
— T ak, tak...
— M ożna ucałow ać dłoń?
— M ożna, m ożna...
Iwan Bunin
p r/cl. K rzysztof Ćwikliński
PO E Z JA
Zbigniew Bieńkowski (1912
—
23
1994)
Zawsze, na każdym etapie literatura jest polem bitwy, walczącymi armiami
i odniesionym zwycięstwem. Zabrzmi to paradoksem: handicapem, a zarazem
nieuniknionością literatury jest to zwycięstwo, które ona i tylko ona odniesie.
Ona bowiem uformuje, wyrazi i unieruchomi (a więc uwieczni) to wszystko, co
wrzące, przemijające, to wszystko, co nas niesie, znosi, przenosi z jednego
momentu historycznego na drugi, to wszystko, co nas umacnia i to wszystko,
co nas łamie. Jest naocznym i wiarygodnym świadkiem, kiedy mówi: było tak.
Ale przecież nie jest tylko świadkiem. Jest, być powinna, czymś więcej, czymś
najwięcej. Tej powinności je j się odmawia, przed tą powinnością je j się strzeże.
Taka jest specyfika literatury, że ażeby być literaturą, literatura musi łamać
nakazy i zakazy i zamiast być światłem korzystnym, staje się światłem ostrym
ja k nóż, zamiast być oliwą do namaszczania, staje się oliwą mądrości. Jest
z tego poczucia obowiązku wobec siebie przenikliwością, przerażeniem, okru­
cieństwem. Czyli solą w oku. I to wszystko darmo, czyli bezinteresownie, bo
na całym Świecie płacą je j za to, aby była pociechą, spokojeniem i rozrywką.
—
—
Zbigniew Bieńkowski
*
Fragment pochodzi z książki Zbigniewa Bieńkowskiego, W skali wyobraźni, Warszawa 1988 (s. 536— 537). Pisarz
odszedł od nas 23 lutego 1994 roku w wieku 81 lat.
24
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Zbigniew Bieńkowski
Ja przesta ję na m a łym , blask m i niepotrzebny,
obejdę się bez rym ów , naw et bez przecinków ,
m o żesz w łożyć m nie m ięd zy słow a najzw yklejsze,
nie m usisz dla m nie zm ieniać sw ojej p o etyki.
Jeśli m ięd zy p ła tk a m i ró ży sen m ó j składam ,
choć sen m am niespokojny ja k sen huraganu,
a na m ikro sko p ijn ym skrzy d e łk u wytchnienia
lecę w nie istniejącą p ią tą stronę św iata,
to dowód, że nie je s te m bardzo kłopotliw a.
C hcę tylko , abyś w tedy, k ied y będziesz różę
obnażał, k ie d y nagą w nagości zapachu
obejm ow ał za ch w ytem i kła d ł w m etaforę,
serce p rze z całą wieczność kw ia ta m ial otw arte,
wieczność to k ró tko trw a ła , bo przekw itająca,
lecz m nie nie wolno kró cej niż wieczność nfilować.
D opraw dy chcę niewiele, za cale wyznanie
w ysta rczy m i westchnienie nie m nie poświęcone,
b yleby choć na tyle było rozpaczliw e,
b y unieść m ogło ta k że m nie, rzecz niem ożliwą.
D opraw dy chcę niewiele, za cale w yznanie
w ysta rczy m i m ilczenie k ilk u słów najprostszych, (...)
Z p oem atu „N iesk o ń czo n o ść”
PO E Z JA
25
Wiktor Woroszylski
Z TEKI PRZEKŁADÓW POETYCKICH
W yjm ując z teki garść nie publikow anych dotychczas przekładów z poezji rosyjskiej X X wie­
ku, winien jestem Czytelnikom kilka podstaw ow ych inform acji o au torach.
G eorgij Iw anow (1894— 1958) należał do grona akm eistów — m łodych petersburskich
poetów, zbuntow anych przeciw ko starszym o pokolenie sym bolistom i skupionych w grupę,
którą dla podkreślenia, że sztukę swoją traktują głównie ja k o doskonałe rzemiosło, nazwali
byli Cechem Poetów . C entralną postacią grupy był M ikołaj G um ilow (rozstrzelany w roku 1921
przez bolszewików), a członkam i jej m.in. A nna A chm atow a i O sip M andelsztam . Iwanow
w roku 1923 udał się na em igrację i resztę życia spędził we Francji, gdzie pow stały jego naj­
świetniejsze nie tylko pod względem form alnym , tchnące bezbrzeżnym pesymizmem utw ory.
D aniel C harm s (prawdziw e nazw isko Juw aczow , 1905— 1942), p o eta, prozaik i d ram atu rg ,
był w spółtw órcą innej, pow stałej również w Petersburgu-L eningradzie, ale kilka lat po rew o­
lucji, grupy artystycznej, tzw. oberiutów . Skrót „O beriu” oznaczał O bszczestwo Riealnogo
Iskusstw a (Stowarzyszenie Sztuki Realnej), przez realność tw órcy ci (m.in. M ikołaj Olejników,
A leksander W wiedicnski) rozumieli jednak coś zgoła innego niż pod term in ten p o d kładano
w oficjalnych sowieckich enuncjacjach: świat alogiczny, szydzący ze swoich poddanych, więc
i wzajemnie zasługujący na przedstaw ienie przy pom ocy szyderczej deform acji. Obecnie uważa
się oberiutów za prekursorów europejskiego teatru absurdu (przykładem — sztuka C harm sa
Elżbieta Bam, grana i opublikow ana w Polsce wcześniej niż w Rosji, gdzie a u to r za życia
i długo po śmierci objęty był kategorycznym zakazem druku). C harm s, podobnie ja k jego
koledzy, został aresztow any i zginął w więzieniu.
N atalia G orbaniew ska (ur. 1936), poetka m oskiew ska, której w ybitny talent zauw ażyła
A nna A chm atow a, była zarazem czołow ą dysydentką, red ak to rk ą sam izdatów , uczestniczką
słynnej kilkuosobow ej m anifestacji na Placu Czerw onym 25 sierpnia 1968 przeciw ko najazdowi
na Czechosłowację. Po procesie, więzieniu i przym usow ym pobycie w zakładzie psychiatrycz­
nym wyem igrow ała w 1975 roku do Francji. T am w ydaje swoje kolejne zbiory wierszy oraz
przekłady z poezji i prozy polskiej. Umieszczony tu krótki wiersz pow stał zapew ne dawniej,
ale w ydrukow any został w najnowszym tom iku poetki Cwiet wierieska ( Kwiat wrzosu), k tóry
ukazał się nakładem am erykańskiego w ydaw nictw a H erm itage w roku 1993.
Wreszcie Sergiusz Awierincew (ur. 1937), światowej sławy u czony— filolog i badacz kultury
— od kilku lat objawił się również ja k o oryginalny poeta, odnowiciel definitywnie, wydaw ałoby
się, pogrzebanego nurtu rosyjskiej liryki religijnej. N aw iązując do tzw. wierszy duchow nych
sprzed kilku wieków, a u to r przepaja swoją twórczość, aczkolwiek nic w prost, lecz posługując
się w yrafinow anym syątemem tropów i odw ołań kulturow ych, dośw iadczeniem współczesnego
człowieka i zwłaszcza eks-obyw atela Z SR R . Jego debiut poetycki nastąpił kilka lat temu
w Polsce (Wierszem o świętej Barbarze na łam ach „W ięzi” ).
26
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Georgij Iwanow
*
*
*
Jak dobrze, że nie m a C ara.
Jak dobrze, że nie m a Rosji.
Jak dobrze, że nie m a Boga.
T ylko zorza żółtoszara,
T ylko ten firm am ent m roźny,
T ylko pusta M leczna D roga.
D obrze, że nikogo nie ma.
D obrze, że niczego nie ma.
C zarna przepaść, m artw a ziemia,
Że czarniejsza być nie może,
Bardziej m artw a, bardziej naga,
Że ju ż nikt nam nie pom oże
I nie trzeba nam pom agać.
*
*
*
W iadom o, że różnic bywa,
W iadom o — różnie bywało:
O to obłoczek przepływa,
Jak m u się ju ż przepływało.
A uta i płoty i pnie,
Jaszczurka bawi się w cieple.
... Dzisiaj zabili mnie,
Ju tro zabiją ciebie.
POEZJA
27
Daniel Charms
*
*
*
Fadiejew , Kaldiejew i Piepiermaldiejew
raz wyszli na spacer po lesie, po rosie,
w cylindrze Fadiejew, w sm okingu Kałdiejew,
a Piepiermaldiejew z zegarem na nosie.
I sokół nad nimi skrzydłam i trzepotał
w pow ozie skrzypiącym kłusując błękitem.
Fadiejew chichotał, K ałdiejew łom otał,
a Piepiermaldiejew wywijał kopytem .
Lecz raptem pow ietrze przybrało kształt kuli
i w niebo uniosło swój upał i zapał.
Fadiejew się skulił, K ałdiejew się wtulił,
a Piepiermaldiejew za drzew o się złapał.
Lecz, bracia, tchórzliw ą porzućm y niewiarę,
gdy mędrcy pląsają po lesie, po trawie.
Fadiejew z kartonem , K ałdiejew z zegarem ,
a Piepierm aldiejew z nahają w rękawie.
I huczy zabaw a, i dzieją się dzieje,
aż kury zapieją po krzakach i dachach.
Fadiejew , Kałdiejew i Piepiermaldiejew
ho-ho-ho się śmieją, hi-hi-hi, ha-ha-ha!
Natalia Gorbaniewska
*
*
*
W yroki oddżwięczały:
konw ojent krzyw onogi
wywołuje z rzeczami
« w etap ostatniej drogi.
Nie kaleczą, nie ranią
odczynione uroki.
Z parą skrzydeł u ram ion
konw ojent skośnooki.
28
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Sergiusz Awierincew
WIERSZE MOSKIEWSKIE
I. Święty Jerzy
Święta Bożego palca tajem nica:
U trzym a kopię otw arta prawica.
Ty, coś na Sm oka chrobrą podniósi rękę,
W zrok łzą umywszy tę przyjąłeś mękę.
Miecz błysnął niczym w m rokach błyskawica,
Ale jaśniejsze odeń blade lica.
Lud się raduje i cieszą się stada,
Od dom ów naszych odpędziłeś G ada.
O to ju ż czynu rycerskiego rubież.
Swe życie m łode katu ofiarujesz
N a próbow anie ogniem i żelazem.
Będziesz grodow i znakiem i nakazem .
II. Starzec z malcem
Nie, nie m ąż, co siły wieku dożył —
Starzec z malcem są tu ludem Bożym.
Ciche loty ptasie nad krzyżami.
W rót piekielnych przeciąg ich nie zmami.
Przez katow skie miejsca i biesowskie
Wiedzie wiernych szlak do M atki Boskiej.
Z łoto kopuł zmierzch p u rp u rą plami.
W rót piekielnych przeciąg ich nie zmami.
W szelkie spraw y liczyć się przestaną,
Starca z malcem płacze nie ustaną.
M ałe dziecię pojm ie przed mężami:
W rót piekielnych przeciąg ich nie zmami.
pr/.el. W ik to r W oroszylski
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
30
Krzysztof Rutkowski
DOWÓD NAUKOWY PIOTRA SEMENENKI
NA ISTNIENIE DIABŁA*
ODSŁONA 1.
S ierpień 1834 roku. P a ryż. N a b rze że W o ltero w e n u m er 15. S e m en e n ko ro zp o czyn a pracę ir d ru k a rn i
A u g u sta P inarda.
O d kiedy P iotr Sem enenko stanął nielegalnie w P aryżu, Bogdan Jański upatrzył go sobie na
ucznia. Latem 1834 roku Sem enenko miał lal 20 i ze spuszczoną głową chadzał każdego ranka
do zakładu A ugusta P inarda, łypiąc spod oka czy w bram ie byłej redakcji „Pielgrzym a Polskie­
go” przy rue de Seine, albo pod ścianam i kam ienic złuszczonymi od stru g uryny, nie czają się
przypadkiem , m im o wczesnej pory i nadciągającego upału, agenci policji.
W Paryżu P iotr Sem enenko unikał urzędników prefektury ze szczególną starannością i sk u ­
tecznie, chociaż policjanci bardzo się starali, by Sem enenkę złapać. Sypiał gdzie popadło, każdej
nocy w innym miejscu, często u braci m asońskich, albo w zam askow anych pokoikach w miesz­
kaniu C ezarego Platera.
C o praw da ktoś doniósł, że u P latera jest schowek ukryty w ścianie, za szafą, ale nie wiedział,
że schowki są dw a. Policjanci zatupali na schodach, w padli do salonu, kazali otw orzyć drzwi
szafy. P later otw orzył — a w schow ku nikogo. W drugim drżał P iotr Sem enenko.
Sem enenko pozbaw iony przez F rancuzów żołdu, ja k o niebezpieczny w róg m onarchii, jak o bin-rew olucjonista i zajadły buntow nik spod ciemnej gwiazdy, „dośw iadczał ciężkiej biedy,
najczęściej kaw ałkiem chleba i sera lub jabłkiem żyjąc”
W pruskim obozie internow ania pod Królewcem, w którym znalazł się w raz z innymi
żołnierzam i korpusu G iełguda i Chłapow skiego, przeczyta! p o d obno dzieło lm m anuela K anta.
D ostał się też pod zły wpływ pewnego m łodego oficera, który zabijał stopniow o w Piotrze
m łodzieńczy zapał katolicki. Kajsiewicz napisał po latach, że: „czytanie książek niemieckich na
leży zimowej w Prusiech i cała ta atm osfera prolestancko-racjonalistow ska. wśród której żyl.
coraz go głębiej przejm ow ała. M aterializm rewolucyjny F rancuzów dobił go do reszty” .
Poza tym Sem enenko zdążył przed pow staniem zacząć studia w Wilnie, a każdy cnotliwy
Polak przyznać musi, że wszelkie uniw ersytety tchnęły onymi czasy m aterializm em , gorszącym
praw e dusze polskie.
Spod Królew ca trafił w początkach 1832 roku do największego we Francji „d e p o t” dla
Polaków w Besaęon. Przeniknięty bezbożnym i prądam i na w skroś, w stąpił do m asonów , flirto­
wał z węglarzam i i chwycił za pióro. Wylały się spod pióra jakobińskie wiersze i rewolucyjne
pohukiw ania. Rymy spływały krwią i ziały żą d zą zemsty:
Precz tu z płaczem! Kto Izami clice koić .sur hole,
Ten zasłużył na większą, niż teraz, niedolę.
Zdała Izy od nas!...
...bo, czas bliski, gdzie moc naszej dłoni
Strąci przemierzłych królów do piekielnej toni.
PRO ZA
31
W pierwszych m iesiącach 1833 roku Sem enenko znalazł się w zakładzie dla em igrantów
Polskich w C hateauroux. Besanęon dzieli od C hateaurou x odległość p o nad 350 kilom etrów
i takiego dystansu w owych czasach (w obecnych również) nic pokonuje się dla przyjemności
oglądania w idoków lub zabytków , na dodatek w zimie, tym bardziej, że m ożna sobie z łatw ością
wytyczyć na francuskiej ziemi znacznie bardziej atrakcyjne trasy.
W żadnych dostępnych mi źródłach nie znalazłem inform acji wyjaśniającej pow ody przeno­
sin Semenenki. Praw dopodobnie policja uznała jego działania w „ d e p o t” w Besanęon za n adto
rewolucyjne i w ydała nakaz w yjazdu na zachód, do innego obozu, tak jak niegrzecznego ucznia
Przenosi się z klasy do klasy lub wręcz do innej szkoły.
18 sierpnia 1833 roku P iotr Sem enenko został przyjęty w Paryżu w poczet członków
Tow arzystwa D em okratycznego Polskiego. W sierpniu tego roku K om plet C entralny T D P
Przyjmował nowych członków m asow o, głównie z prowincji: z Le Puy, z A vignon, z Bourges. 18
sierpnia w raz z Sem enenką, przyjęto na członków T D P również innych przybyszy z C h ateau ­
roux: Józefa W ysockiego, Tom asza Krzyżanowskiego, W incentego Cyprysińskiego oraz W iktora
Zienkowicza. Nie w iadom o, czy
podobnie ja k Sem enenko
przedarli się oni do Paryża bez
zezwolenia prefekta policji. W szystko jednak w skazuje na to, że now o przyjęci dem okraci
z C h ateauroux znaleźli się w stolicy nielegalnie. Bez paszp o rtu zjawili się również ocaleni
„zaliwszczycy” : W ładysław D m ochow ski i Edw ard D uński alias M arceli K arski, ju ż wtedy
kaszlący i poskręcany reum atyzm em od leżenia po bagnach, pod zeschłym listowiem i w k o p ­
cach kartofli.
N ow o przyjęci wykazywali szczególną nadpobudliw ość w sądach, histeryczny jakobinizm
posunięty do spazm u, pałali żądzą zemsty i przelew ania krwi królów i panów . Kąsali wszystkich
naokoło, a nie m ogąc w rażyć sztyletu w carskie łono lub choćby w miękki brzuch Ludw ika
Filipa, zarzucali opieszałość i k unktatorstw o „starym ” przyw ódcom K om pletu C entralnego
TD P.
W K om plecie rolę „starych” odgrywali bracia G urow scy: A dam i Bolesław, a ta k ż e - obok
W ładysław a D ąbrow skiego, A leksandra Świętosławskiego, W alentego K rosnow skiego, M icha­
ła Dębińskiego, T eofila Klcm czyńskiego i L eonarda Rettla - K arol K aczanow ski. Z atem
w K om plecie T D P znalazło się aż trzech przyszłych księży zm artw ychw stańców . Po stronie
„m łodych”
D uński i Sem enenko, po stronie „stary ch ” — K arol K aczanow ski.
„M łodych” różniła od „starych” ocena stopnia radykalizm u o raz m etod działania A dam a
G urow skiego. „M łodzi” zarzucali mu opieszałość i nadm ierną ugodow ość w obec katów.
W spraw ie „rządów m as” właściwie się z G urow skim zgadzali. P iotr Sem enenko wybijał się
w śród „m łodych” zaciekłością i z tego pow odu został m ianow any zastępcą sekretarza K om pletu
Centralnego.
29 listopada 1833 roku obchody pow stania listopadow ego urządzono w pryw atnych a p a rta ­
m entach generała La F ayette’a. K om itet Dw ernickiego postanow ił, w obaw ie przed pow tórze­
niem się skandalu sprzed roku, gdy w rocznicę listopadow ą T adeusz K rępowiecki palnął
rew olucyjną mowę, której nie pow stydziłby się ani Robespierre, ani S aint-Just, że w imieniu
polskich em igrantów przemówią stateczni i noszący Boga w sercu
Niemcewicz i Świętosławski.
Podczas obydw u przem ów ień dem okraci gwizdali i tupali nogam i w salonach starego
generała, a ponieważ mówili po polsku. La Fayette nie zdaw ał sobie spraw y z powagi sytuacji
sądząc, że tak oto przejaw ia się bohaterski złapał w słow iańskich duszach i szczeropolskich
trzew iach rycerzy wolności. La Fayette był już wtedy m ocno głuchy, a po roku um arł.
U roczystość składała się z części polskiej i francuskiej. 1 kiedy umilkły braw a, tu p an ia
i gwizdy tow arzyszące rodzim ym oratorom , Sem enenko wyrwał się z ciżby na środek, poprosił
o głos i zapewnił, że przem ów i w języku Franków . D wernicki poczerwieniawszy, ostro zaprotes­
tował. P oparł go A dam G urow ski, prosząc La F ayette’a, by przegnał precz intruza. G enerał
zdziwi! się niepom iernie takim zachow aniem i odrzekł, że w jego w łasnym d om u panuje wolność
słowa. Więc Sem enenko w ydął pyszne usta. oparł dłoń o fortepian i zagrzm iał w zgrzytliwej
francuszczyźnie, nie m artw iąc się o składnię, gram atykę ni o.litewski akcent.
32
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
N atarł z impetem na księcia C zartoryskiego, na w steczników , klerykałów i ludu dręczycieli,
0 zło wszelkie obw inił naturalnie szlachtę. Z apalał się w m iarę m ów ienia, dum ny z własnej
odw agi, krzyczał prawie, widząc tw arz księcia nieruchom ą, pąsowe jagody Dwernickiego,
uśmiech na w argach Zienkowicza.
Sem enenko był dum ny i zarozum iały, wyniosły i pyszałkow aty, wszyscy o tym wiedzieli
1 z lewa i z praw a: bracia w olnom ularscy i czartoryszczycy. W salonie generała La Fayette’a
przekroczył widocznie sam siebie, dał popis praw dziwy bezgranicznej buty, skoro albo ludzie
księcia, albo któryś z kolegów z zakładu nazw ał go „śm ierdzącym Sem enenką, który mówi jak
wściekły pies po obchodach 29 listopada” .
Przypuszczam , że takim błotnym epitetem obrzucił Semenenkę W iktor Zienkowicz, kolega
szkolny, b rat m asoński i tow arzysz z zakładu w C h ateauroux, chociaż razem przypinali sobie
m asońskie fartuszki, całowali po trzykroć, wymieniali braterskie uściśnięcia dłoni, pili wino,
grali w karty, i dziewek kuchennych szukali po karczm ach.
Zienkowicz znienawidził Sem enenkę nagle i do kości. O krzyknął go naw et publicznie car­
skim szpiegiem i porów nał do wściekłego psa.
Zienkowicz oskarżył Semenenkę, kierując się logiką charakteryzującą myślenie Polaków od
zawsze i po wieki wieczne: poniew aż ojciec Piotra kształcił się, na polecenie carycy K atarzyny na
dw orze rosyjskim w szkole paziów i w roku 1814, ja k o praw osław ny kapitan cesarskiej gwardii,
grom adził żywność dla jegrów szykujących się do atak u na Księstwo W arszawskie, a m atka
należała do kalwińskiego zboru, ergo Sem enenko musi wysługiwać się M oskwie, czego dow iódł
niezbicie, w ygłaszając oburzającą mowę u generała La F ayette’a.
Sem enenko, zraniony i złam any w sobie, wyzwał Zienkow icza na pojedynek. D o pojedynku
nie doszło, podobno dzięki Jańskiem u, który w płynął łagodząco na obie strony, ale oskarżenie
oblepiło Sem enenkę ja k skórna choroba, więc — ja k zwykle w takich razach w śród braci
Polaków — em igranci zaczęli go starannie unikać, naw et radykałow ie.
Bo przecież nie w iadom o, jakie myśli chodziły Semenence po głowie i z czyjej działał poręki,
skoro 18 stycznia 1834 roku zażądał w ykreślenia A dam a G urow skiego z T ow arzystw a D em o­
kratycznego Polskiego. G urow ski postanow ił, zaraz po skandalu w ap artam en tach generała La
F ayette’a, w ydaw ać własny, „naukow o-socjalny” organ, poświęcony żelaznym praw om historii
i „proletariuszom ” . Pierwszy i jedyny num er pism a G urow skiego, noszącego nazwę „P rzy­
szłość” , ukazał się w dw a miesiące po listopadow ej aw anturze. W „Przedm ow ie” G urow ski
zaznaczył, że w redagow aniu pism a liczy wyłącznic na siebie i że pom iędzy nim, a pozostałym i
członkam i K om pletu C entralnego T D P w ystępuje „pew ne rozstrzelanie w ideach” .
Sem enenko nie chciał się zgodzić na żadne różnice. Skoro G urow ski myśli inaczej niż
K om plet — niech sobie idzie precz. Doszło do głosow ania. W pow ietrzu zawisła groźba nowych
pojedynków . W końcu A dam G urow ski sam poprosił o wykreślenie go z listy T D P , przyjął
carską am nestię i wrócił do Rosji, stwierdziwszy na odchodnym , w pospiesznie skreślonej
broszurze, że jego praw dziw ą ojczyzną jest Rosja, ojczyzna wszystkich Słowian, „w ielka suma
Słowiańszczyzny” , że to Rosja nosi w sobie pierw iastek życia, a Polska jest tylko trupem , który
przeszedł przez wszystkie fazy rozkładu, i że bez własnej ojczyzny nie m ożna być obywatelem
św iata, ale przywiązanie do ojczyzny m artwej jest wyrazem zaślepionej ignorancji i anarchiczne­
go sprzeciwu w obec sprawiedliwych w yroków O patrzności.
Czy to P iotr Sem enenko doprow adził A dam a G urow skiego do apostazji, knując przeciw
niemu w K om plecie C entralnym T D P? Racje zdrady hrabiego nic były aż tak proste, bo przecież
on, podobnie ja k większość em igrantów , chciał pojąć tajem nicę pow staw ania i ginięcia, istnienia
i gnicia. A ponieważ — z pochodzenia — był jed n ak Polakiem , przedm iotem jego rozw ażań
historiozoficznych stała się Polska.
P iotr Sem enenko też staw iał sobie trudne pytanie o narodow e „być albo nie być” . W piśmie
„P o stęp ” ogłosił rozpraw ę „O N arodow ości” , a w niej swe życiowe credo: „M y nie należymy do
tych, co ślepo wierzą” (wszystkie podkr. w cytow anym tekście — K. R.). Przeciwnie, przekona­
niem jest naszem , że razem z w iarą iść pow inna wiedza. Wiedzieć w co się wierzy, znać przedm iot
PR O Z A
33
czci, pojm ow ać go, oto na przyszłość zagadka religii; o to w arunek, pod którym ona ostać się
albo utw orzyć pow inna, jeżeli nie chce ponow ić tyle razy przez historię przedstaw ianego w idoku
upadania religii, ślepe nakazujących wierzenie; nakładających jarzm o na myśl ludzką. Myśl
ludzka mocniejsza jest niż wszelkie jarzm o; i dlatego skoro się na tej m ocy poczuje, zaraz w pada
we wszystkie zakątki świątyni, co ją swym obw odem zam knęła, z upodobaniem w yzyskując
miejsca słabe, burzy je, aby się na zew nątrz wydobyć, użyć swojej wolności: tym sposobem cała
budowa upada. H istoria ciągły niemal przedstaw ia widok tej walki myśli ludzkiej, z narzucony­
mi ku jej czci przedm iotam i. Dlaczego? O to że tej czci przedm ioty pokazały się być niezgodnymi
ze stanem myśli ludzkiej, z jej wysoką natu rą, z jej doskonalącą się wiedzą. Wiedza i wiara,
filozofia i rełigia, w połączeniu tylko, zainicjują ludzkość do nowego duchowego życia.
Idea narodu, tak ja k idea ludzkości, jest postępow a, doskonalna; coraz szersze puszczająca
korzenie, coraz wyżej w znosząca wierzchołek (...) N ieforem ne zrazu (narody) i ciemne w swem
jestestwie m ające przeczucia, do wielkiego z postępem posunęły się żądania, do wielkiej wzniosły
się myśli, do myśli jedności; i objaw iłyją przez jedność charak teru , jedność pojęć, jedność języka.
T ak się utw orzyły narodow ości. O statni kres przewidzieć łatw o. S próbow ały go ju ż one
nawet, chcąc się zjednoczyć w chrystianizm ie. Ale katolicka forma zepsuła wszystko.
Nie było narodow ości polskiej, nie m a narodow ości rosyjskiej. W Polsce w ładał system
szlachecki, w Rosji w łada system m ilitarny. O ba udusiły narodow ego duch a ludu, przytłum iły
jego narodow ą ideę, swojej dały panow anie.
Ten, co gada o narodowości polskiej i przed nią czołem bić każe, ten wydaje mi się podobny
owemu lunatykowi, któremu by się podobało niesłychane dziwolągi o księżycu prawić. A jed n ak ,
kiedy pod jego wpływem w ędrow ał po dachach, zam knięte miał oczy. Z zam kniętym i też oczyma
apostołow ie naszej przeszłej narodow ości na praw o i na lewo jej pochw ały rozrzucają. Nie
wiedzą i nie w idzą, co czynią. Bo by się przecież pom iarkow ali, że z dachu spaść mogą.
Ślepi są. I lubo znajdują się między nimi ludzie dostatecznie znający cel, do którego dążą,
kiedy narzucają nam narodow ość m inioną, nic chcem y jedn ak zarzutem złej w iary wszystkich tej
narodow ości stronników obłożyć. Są między nimi, którzy tę narodow ość uw ażają za wszelką
broń do w skrzeszenia Polski; ale i tu jeszcze pow tórzyć musimy: ślepi są.
Z tą narodowością walczyliśmy w ostatniej rewolucji. Przewodniczyła on a w sejmie, w rządzie,
w sztabie. I kiedy lud walczący szedł przeciw pobratym czym nieprzyjaciołom , głośno im oznaj­
miając, że i za ich wolność się bije, wtenczas znaleźli się publicyści m ający pretensję lepszego
widzenia rzeczy, którzy w uczonych rozpraw ach dow odzili, że Rosję z E uropy wyrzucić należy.
Lud mial lepsze przeczucie niż jego przew odnicy i jego publicyści. Niepochybnie narodowość
polska jak i narodowość rosyjska, pozbawione ciążących nad niemi zawad, usamowolnione w swojem rozwijaniu, zcentralizowałyby się koniecznie w narodowości słowiańskiej. Części bez swej
całości długo żyć nie m ogą i lubo dotychczas zdaw ały się obchodzić bez niej, to nic nie mówi.
Odpowiedzieliśmy ju ż na to: część żadna Słowiańszczyzny nie żyła prawdziwie, nie żyła życiem
ludu. W yw ołanie tego życia, w skazane w yprow adzi następstw o.
T ym torem pójdzie narodow ość polska. W rozległej zam ieszczona całości, w sparta na
prawdziwej posadzie, na życiu ludu, w spanialszą i większą będzie, niż kiedy. (...)
Piękną wróżymy przyszłość narodow ości słowiańskiej, piękne jej prorokujem y posłannic­
two. Ześrodkow aw szy w sobie wszystko, co E uropa m a żywiącego; objaw iona tym sposobem
w olbrzym im kształcie, będzie silnym działaczem ruchu społeczności, w jej postępie ku kształtom
coraz bardziej olbrzym im , ku coraz wyższym przeznaczeniom ” .
P iotr Sem enenko pozdstał wierny przez całe życie przesłaniu młodzieńczej rozpraw y z pisma
„P o stęp ” . C hociaż doznaw ał przeróżnych przem ian, spiralnych transgresji: najpierw naw rócił
się, później został księdzem, jeszcze później ascetą, mistykiem i filozofem oraz pow ażanym
d oktorem K ościoła. Ze wściekłego ja k o b in a, narodził się ksiądz, z dum nego m asona — zak o n ­
nik, z ateisty — o brońca czystości w iary na najwyższych urzędach papieskich. A jednak
Sem enenko nie zm ienił się wcale.
34
K W A R T A L N IK A R T Y ST Y C Z N Y
P ogardę dla „narodow ości polskiej” i wiarę w przyszłość „słow iańszczyzny” oraz w siłę
M oskwy, przejął Sem enenko od A dam a G urow skiego. Z aufania w potęgę rozum u nauczył go
K an t czytany — jeśli czytany
w pruskim obozie pod K rólewcem, a jeśli nie K ant, to lektura
saintsim onistycznych broszurek. Łącz;|c w jednym zdaniu „w iarę" ze „szkiełkiem i okiem ” ,
Sem enenko odrzucił na bok „czucie” , ale przecież za nadm iar „czucia” bracia zm artw ychw stań­
cy p okarają go srodze i na lata odepchną ze wstrętem. A zupełny b rak serca i suchość rozum ow a­
nia zarzuci mu Tow iański i zm artw ychw stański tow iańczyk, to znaczy ksiądz D uński.
Pisząc rozpraw ę do „P o stęp u ” , Sem enenko nie zdaw ał sobie spraw y z niemożliwych łam ań­
ców, które w ykonyw ało jego pióro, staw iające znaki na ćw iartce papieru ośw ietlanego lojówką
za dw a sous. Ściany i pow ała w schow ku za szafą u hrabiego Platcra migały wtedy w blasku
świeczki cieniem rewolucyjnej pożogi.
Sem enenko z najw iększą łatw ością połączył w jedno Rozum i W iarę, przecinając węzeł,
którego nie mogły rozw ikłać najtęższe umysły od czasów najdawniejszych.
A dam G urow ski m usiał im ponow ać Semenence inteligencją. Sem enenko marzył, by zostać
racjonalistą absolutnym . T ak oświecony blaskiem rozum u, wyruszy później na bój z herezją
towiańszczyzny, choć wałcząc, bezwiednie wcieli w życie ideał T ow iańskiego i wszystkich
m istyków , potępionych lub uznanych przez au to ry tet Kościoła
zwlecze z siebie starego
człowieka, narażając się, w trakcie zwlekania, na srogie „dociski” ze strony bliźnich.
Bo P iotr Sem enenko zazna sm aku władzy kapłanów i stanic bezsilny wobec obmowy,
podejrzany o najgorsze grzechy, a naw et o w iarołom stw o. Tym sposobem duch jego: jakobiński,
m asoński, bezbożny i rewolucyjny, przejdzie przez „niższe kręgi" ziemskiej o b róbki, by się
„w brudnej retorcie w ydoskonalić, wyrobić, ku wyższym piętrom krainy, ku d o b ru wyszczeblow ać...”
G dy patrzę na p ortret Piotra Semenenki. młodego kapłana, na dagerotyp rzymski z 1842
roku, przedstaw iający księdza w sutannie, w kapie narzuconej na ram iona i z rękopisem reguły
zm artw ychw stańskiej w dłoni, to nic mogę oprzeć się w rażeniu, że p atrzą na mnie oczy m istrza
A ndrzeja, a karci podbródek wydawcy „Przyszłości” , czyli A d am a G urow skiego.
W sierpniu 1834 roku P iotr Sem enenko czul się w yczerpany, sam otny i opuszczony przez
wszystkich, z w yjątkiem Bogdana Jańskiego. Rozstał się z Niewęgłowskim i z „P ostępem ".
Zienkowicz nazw ał go szpiegiem i większość em igrantów , nawet byli druhow ie z C hatcauroux.
zaczęli patrzyć na niego z ukosa, bo przecież nigdy nic nie w iadom o, czy on ukradł zegarek czy
też jem u zegarek ukradli, w iadom o zaś z pew nością, że carska policja m a długie ręce, a ściany
m iewają uszy. Przem ądrzały ten Sem enenko i wynosi się nad wszystkich, ja k b y wszelkie rozumy
pozjadał. Pyszałek. N ad głową Semenenki wisiał pojedynek, kieszeń świeciła pustką, policja
deptała mu po piętach.
Zaszedł więc P iotr Sem enenko do Jańskiego w najkrytyczniejszej chwili, w yznał w jakie
popadł tarap aty . Jański wręczył mu zaraz sum ę świeżo otrzym aną od A leksandra Jełowickiego
za korektę, a później porozm aw iał z córkam i A ugusta P inarda, który składał nad Sekwaną
polskie książki, jeszcze przed pow staniem , zm arł biedaczysko w zimie 1831 roku, ale zakład
prow adziły dalej trzy hoże Pinardów ny: A nais, K ora i Nelly, które w iadom o
robiły słodkie
oczy do polskich panów poetów , a K ora nawet m iała rom ans ze Słowackim, szybko pojęły
w czym rzecz i się zgodziły, żeby Sem enenko przychodził codziennie, ja k a to była ro b o ta, trudno
zgadnąć, może zecerka.
D o składania czcionek, zbierania ju stu n k u i czyszczenia kaszt Sem enenko się chyba zanadto
nie nadaw ał, mniejsza z tym, miał stały zarobek, więc sierpniowego ran k a, kiedy upał czaił się
w liszajach m urów i z rynsztoków znikały ostatnie plamy wilgoci, skręcał w N abrzeże W olterowe
do pracy bacząc czy bram y puste. Czul się sam otny, niekochany, zdradzony przez najbliższych
przyjaciół, oczerniony i opuszczony przez wszystkich. Z w yjątkiem Bogdana Jańskiego.
Sem enenko nie m iał dokąd pójść i nie mógł nigdzie uciec. Krył się, bał policji, Polaków
i siebie samego. Bez grosza, bez własnego k ąta, bez przyszłości, bez nadziei. Bogdan Jański
zaczął podsuw ać Semenence książki religijne i filozoficzne, ale
broń Boże
nie K anta,
PRO Z A
35
najwyżej Lam ennais, T om asza a Kem pis, w ybrane fragm enty z żyw otów Świętego Ignacego
1 Świętej Teresy z Avili.
John Iwicki przypom niał, że „działo się to w krytycznym m om encie życia P iotra, gdy był
załamany, przygnębiony i izolow any, a Jański okazał się jego najlepszym przyjacielem. Życzliwą
i łagodną perswazją udało mu się nakłonić Sem enenkę do odw ołania pojedynku. Cierpliw ością
1 modlitwą przekonał go o jałow ości dotychczasow ego stylu życia. W bardzo krótkim czasie
Jański zyskał całkowicie zaufanie P iotra, ja k o praw dziwy i bliski przyjaciel. Był to początek
nawrócenia Semenenki; zaczęła się budzić na now o jego w iara lat chłopięcych".
Budziła się w iara w Semenence, dzięki Jańskiem u, tak jak budziła się rów nocześnie w drugim
Podopiecznym — w A dam ie Celińskim, pow stańcu, poecic i w gruźliku, którego wiersze
»pachniały tow iańszczyną” , zanim jeszcze Tow iański zjawił się w Paryżu.
Jański pow oli kierow ał krokam i Celińskiego i Semenenki, obaj spraw iali dużo kłopotów ,
wierzgali duchem , buntow ali się, bluźnili, odrzucali dobro, i zapiekali w złem, aż naw et Jański
notował w „D zienniku” , że w szystko na nic, że Celiński opętany, a znaki naw rócenia u Seme­
nenki budzą co praw da nadzieję, ale nadzieję lękliwą, w końcu A dam Celiński poszedł do
spowiedzi, prosto z konfesjonału pobiegł nad Sekwanę, by w ykąpać się w rzece raz, drugi i trzeci,
odwiedził z Jańskim M ickiewicza, pożegnał i puścił w p odró ż do A gen, a niedługo potem umarł.
Na szczęście Sem enenko cieszył się wtedy dobrym zdrowiem i w końcu wyznał Jańskiem u,
ze chce do spowiedzi.
21 stycznia 1835 roku Piotr Sem enenko rozpoczął spow iedź życia u w ypróbow anego księdza
C hossottc w S aint-M ande, a 2 lutego otrzym ał rozgrzeszenie i przystąpił do K om unii Świętej.
Wszelkie dostępne źródła utrzym ują, że Sem enenko prosto z kościoła pobiegł na policję i ośw ia­
dczył, że nie w arto go dłużej ścigać, że się naw rócił, że żadnej działalności wywrotowej prow adzić
nie będzie, od rżnięcia panów , królów oraz wszelkich reprezentantów praw ow itej władzy jest
najdalszy, poniew aż w yspow iadał się i przyjął Ciało Pańskie.
P odobno „dyżurny oficer” ucieszył się niezmiernie wyznaniem Sem enenki, uwierzył święcie
W jego słowa i podsunął do podpisania papier, który śmiało nazw ać m ogę świadectwem
lojalności, skoro nawet ksiądz John Iwicki użył tego właśnie określenia: „(Sem enenko) d o b ro ­
wolnie zgłosił się do policji. Oficer dyżurny pogratulow ał mu naw rócenia na katolicyzm i dał do
Podpisania orzeczenie, uw alniające go od wszelkich form alnych oskarżeń. Poniew aż niemożliwe
było pow iadom ienie wszystkich agentów rządowych o odw ołaniu poprzednich rozkazów d o ty ­
czących Sem enenki, podpisany dokument funkcjonował więc jako świadectwo lojalności (podkr.
K. R.). Tej samej nocy spokojny sen Semenenki przerw ał agent policji, który w targnął do
Pokoju, chcąc go aresztow ać. Ku jego rozczarow aniu, Sem enenko przedstaw ił świadectwo
lojalności w ydane przez szefa policji. Niemile zaskoczony agent ledwo uwierzył w to wszystko
1 zauważył: «N aw et tym razem uciekł mi pan!»”
Wierzę, że Sem enenko prosto z kościoła w S aint-M ande pobiegł w uniesieniu na policję,
najpraw dopodobniej w stronę Cite, na główną prefekturę, skoro ksiądz Paweł Smolikowski
twierdzi, że Sem enenkę przyjął prefekt. Długi był to zatem bieg i wielce ryzykowny. Ale jeszcze
bardziej ryzykow na zdaje mi się opowieść o łatw owierności francuskiego policjanta i to przecież
nie jakiegoś drobnego agenciny, który w rozdeptanych trzew ikach i w ytartym płaszczu przesia­
duje w paryskich kaw iarniach, zapisując na m ankietach, co pijani poeci, brudnaw i malarze,
uzdrawiacze ludzkości oraz wszelkie typy spod ciemnej gwiazdy w ygadują przeciw ko władzy,
o kobietach, o własności oraz o każdej innej rzeczy pod każdym innym względem.
Sem enenko w padł przecież zziajany do prefekta, bez wcześniejszego zaanonsow ania, prawie
tak, ja k w dziesięć lal później Celina Mickiewiczowa w targnie z rozw ianym włosem do gabinetu
głównego szefa francuskiej policji, by bronić T ow iańskiego w łasną piersią i natchnionym i słowy
Przed zsyłką na g a le ry .'
Może to był tylko podprefekt, albo jaki kom isarz, ale na pew no nie stójkow y, wszystko
Jedno, zatem Sem enenko w pada, jed n a bram a, druga bram a, korytarz, schody, gabinet, po
drodze odpycha straże, albo biedacy posnęli, otw iera z im petem drzwi i pow iada, że co praw da
36
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
to jego właśnie od miesięcy szukają jak groźnego przestępcę, ale dajm y spokój, ju ż nie w arto,
bo się naw rócił i poszedł do spowiedzi, właśnie w raca z kościoła i od K om unii Świętej, właśnie
biegł od Stołu Pańskiego. Prefekt albo wyższy funkcjonariusz policji króla Ludw ika Filipa
pow staje, rozw iera ram iona, uśm iecha się pod wąsem świecącym pom adą, łzę ociera m ankietem
ukradkiem , bo nie zdążył założyć na pow rót su rd u ta, wierzy natychm iast i bez zastrzeżenia,
w ydaje zaraz Semenence zaświadczenie o nietykalności.
Z atem Sem enenko m usiał w targnąć do gabinetu sam ego prefekta, poniew aż żaden niższy
rangą policjant nie śm iałby się zachow ać w ten sposób, bo natychm iast straciłby posadę.
Z atem opow iedzm y tę scenę raz jeszcze: zm ęczony Sem enenko w pada do gabinetu i ośw iad­
cza, że ju ż więcej nie będzie, bo odnow iła się w nim łaska wiary. Że nie w arto go dłużej ścigać ani
naw et podejrzewać. I policjant wierzy mu na słowo, zwalnia od odpow iedzialności, wystawia
glejt. Od razu i bez żadnych wątpliwości. O bcem u, polskiem u em igrantow i, którego nawet
rodacy nie darzyli d o tą d ani zbyt wielką sym patią, ani zaufaniem . Zaciekłem u jakobinow i,
podejrzew anem u o konszachty ze skrajną lewicą rew olucyjną. Semenenkę m usiała uskrzydlić
odzyskana w iara, prom ieniow ał praw dą, nadzieją i miłością skoro policjant postąpił wbrew
najbardziej elem entarnym zasadom pragm atyki służbowej.
Wielkiej zaiste P iotr Sem enenko d okonał transgresji, skoro zmusił policjanta do błędu. Nie
chcę posługiwać się fałszywymi analogiam i, czczę wszelkie proporcje tak ja k dusze przodków ,
ale niektórym skojarzeniom w arto zaufać. W yobraźm y sobie, że w roku 1986 do prefektury na
Cite w pada terrorysta palestyński i ośw iadcza słodkim głosem, że nie będzie więcej podkładał
bom b, ponieważ doznał olśnienia przeglądając rano sury K oranu. Czy prefekt m iasta P aryża
wystawiłby mu list żelazny i zwolnił?
C o praw da policja Ludw ika Filipa szukała Semenenki — o ile w spraw ach związanych
z działalnością policji w ogóle rościć w ypada pretensję do pewności
nie za podkładanie bom b,
ale przecież Sem enenko publicznie w ykrzykiw ał, że chce wyżynać królów i panów w imię d obra
ludu. Z policyjnego punktu widzenia, rodzaj używanej przez przestępcę broni m a znaczenie
drugorzędne. Bom ba nie bom ba, grunt, że niepraw om yślny. Poza tym wszyscy policjanci na
Świecie od czasów starożytnych do współczesnych w yznają zasadę, że nie m a ludzi niewinnych,
są tylko źle trafieni.
Sem enenko na obszarze podlegającym kontroli policyjnej lipcowego m onarchy broni jeszcze
nie użył, ale użyć mógł lub może. Policyjne zwyczaje o raz przepisy w ykonaw cze od lat 155 nie
zmieniły się we Francji zanadto i łatwiej sobie w yobrazić diabła przem ykającego się przez ucho
igielne, niż Piotra Sem enenkę w objęciach rozczulonego policjanta. K toś m usiał użyć protekcji
tw ardych ja k dzw ony N otre-D am e. A lbo P iotr Sem enenko podpisał jeszcze inne papiery,
ponieważ jego teczka spoczyw ająca na odpow iedniej półce odpow iedniego podw ydziału w o d ­
pow iednim resorcie zajm ującym się Polakam i, nie dom ykała się z pow odu objętości, więc
dodatkow o w iązano ją sznurkiem .
R odacy, agenci i am atorzy nie próżnow ali, ciągle przysparzając pracy urzędnikom segregu­
jącym i upychającym w teczce donosy i donosiki na Semenenkę. D onos, w iadom o, to zdrowy
i powszechnie przez Polaków upraw iany gatunek literacki, a na Semenenkę pisano donosów
bardzo dużo, praw ie tyle, ile na Mickiewicza.
N aw et w roku 1853, kiedy Sem enenko cieszył się sławą wielkiego teologa, duszpasterza
i filozofa, m istyka i ascety, niejaki F erdynand K urow ski koszm arną francuszczyzną wysmażył
na niego donos do prefekta H eberta: „Ja, niżej podpisany, F erdynand K urow ski, polski oficer
na em igracji, zam ieszkały przy ulicy G alande num er 55 w Paryżu, przysięgając na sumienie
ośw iadczam , że w niedziele 31 października lub 1 listopada (jedno z dw ojga), przybyw ając do
kościoła W niebowzięcia w celu w płacenia mej należności do Banku Polskiego, spostrzegłem
w poczekalni, w której znajdow ałem się z Jakubem W ysockim , zamieszkałym w Paryżu przy
ulicy Boutebrie, K aczanow skiego i Semenenkę, dwóch polskich księży jezuitów , którzy rozm a­
wiali w pokoju sąsiadującym z tym, w którym odbyw ają się wypłaty. Ich rozm ow a zdała mi się
bardzo żywa, obaj znajdow ali się pod wpływem bardzo silnego gniewu i nadstaw iw szy ucha
PR O Z A
37
usłyszałem, że Sem enenko powiedział: «C o zrobim y z tym zgnilcem W ęgierskim. O n przejrzał
nasze spraw y i zgubił nas prawie». N a co K aczanow ski ujął głowę w dłonie i kiw ając nią rzekł:
«Cóż za nieszczęście! G odzien jest trucizny, to jedyny sposób, żeby pozbyć się tego drapichrusta!»
W ysocki m nie spytał, o kim mów ią. O dpow iedziałem , że m ow a o W ęgierskim. Wysocki
odpow iedział, że go nie zna. A ja mu powiedziałem: «Przcstań i słuchajm y» .
A rchiw a paryskiej prefektury uginają się pod ciężarem podobnych płodów , natchnionych
m uzą narodow ą, polską. Po bibliotekach — też ich nie brak. Jak policja policją, urząd urzędem,
a Francja F rancją, nic zdarzyło się tak, by naw et najbardziej idiotyczny don o s został odrzucony,
zlekceważony, nie przeczytany. D onos jes papierem , urzędnik
urzędnikiem i teczka teczką.
Żaden prefekt nie mial praw a wypuścić od tak, po prostu Semenenki d o dom u, w ydać m u glejt,
w zam ian za podpisanie św iadectw a lojalności. Bo po prostu naraziłby na szwank w łasną karierę
zaw odową. Tego urzędnik francuski nie uczyni nigdy. Prędzej udusi w łasną żonę, wytruje
dziatki, albo wyrzeknie się do kresu dni swoich czerw onego wina.
Sem enenko po spowiedzi. K om unii Świętej i tajem niczym uw olnieniu od winy, napisał list
z publicznym ukorzeniem , w którym daw ał świadectwo wierze i przepraszał wszystkich daw nych
przyjaciół i nieprzyjaciół: „Przyjaciele moi, wielka jest miłość C hrystusa, większa, niż się
spodziewać możecie, niż pojąć: boście się niektórzy odw rócili od niej. O bfituje on a dla naw róco­
nego grzesznika. D ałby Bóg, jeżelim którem u z was służył ku zgorszeniu, żeby w nim ta m oja
nieobłudna popraw a w zbudziła chęć popraw ienia się.
Nieprzyjaciele moi, a teraz bracia, zgrzeszyłem i przeciw ko wam. N ienawidziłem was,
a C hrystus kazał mi was miłować; pogardzałem w am i i źlem w am życzył, C hrystus kazał mi
modlić się za was i dobrze w am czynić. A nienawiść tę i złe życzenia nie zam knąłem w sobie,
Popierałem je słowem i czynem. Nieprzyjaciele, bracia moi, oto przychodzę was prosić, w ybacz­
cie mi, a bądźcie braćm i moim i.
. . . .
. . .
Miły mi brat w C hrystusie, Zienkowicz, przebaczy, że jego imię tu w spom nę i m oją z mm
sprawę w prow adzę. Nie zasłużyłem wprawdzie, bym uchodził za szpiega, jak on mię nazwał, bo
lubo duch zaślepienia był na mię, jed n ak Bóg nic dał upaść tak nisko i pozw olił zachow ać zgrozę
do tego rzemiosła. Zaślepienia mego, które mojem przekonaniem było, me byłem zdolny
zdradzić ludziom , mogłem je zdradzić sam em u tylko Bogu. M im o to je d n ak w cią g u obcow ania
mego z Zienkowiczcm , dałem mu zapewne pow ody d o nienawiści ku mmc, zapew ne . m e raz
obraziłem go ciężko. (...) Zienkowicz nie popierał swego zarzutu przed sądem polubow nych, ale
oświadczył, że m a inne pow ody do nienawiści. Jam nic prosił o ich zapom nienie, a cm obstaw ał
za pojedynkiem . Przejrzałem przecie, za łaską Chrystusa, który przed ofiarą kaza się z ratem
Pojednać. Jam siebie w praw dzie pierwej mu ofiarow ał, alem nie om ieszkał dopełnić p rzykaza­
nia. Byłem u b rata, z którym miałem zajście, prosiłem o zapom nienie uraz i pojednanie, a rzecz
Jawną się stała, tu m oją prośbę ponaw iam . Jeśli to mię ma upokorzyć przed św iatem , mech
się tak stanic. N iem niej jednak dziękow ać będę Chrystusow i, że mi pozwolił dobry uczynek
spełnić. (...)
Nieprzyjaciele moi; kochałem moich przyjaciół, dziś kocham ich więcej daleko ale i was na
równi z nimi. Przyjdźcie, przyjdźcie i wy d o wspólnej uczty miłości, k tó rą C hrystus dla nas zgo­
tował, dla nas postanow ił. Bądźcie zarów no dziedzicami Jego Królestwa. Przyjdzcie. Uprzejmicc
jest zaproszenie” .
„, ,
.
Piotr Sem enenko zmienił styl pisania. 1 sam też zmienił się bardzo. N agle. K iedy Kajsiewicz
go ujrzał, nie uwierzył w łasnym oczom. Z anotow ał: „Z nalazłem kilka konwersyj dziwnych
' znakom itych, jak na. przykład sławnego dem agoga Semenenkę, który dzis ja k jak i sw. Jan
Ewangelista wygląda: miłość go w szpikach przejęła; w yraz twarzy, glos, giesta, w szystko w mm
zm ieniła” .
Przem iana Semenenki spow odow ała, że Kajsiewicz się nawrócił, zamieszka! razem z nim
' z Jańskim . P iotr Sem enenko przekroczył pierwszy krąg wtajem niczenia, odm ienny od w olnom ularskich prób. Czekały go kolejne przejścia i transfiguracje. U padki i wzloty. W zloty i upadki.
38
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
N ajpierw nie poznał go Kajsiewiez. Później Sem enenko znow u się zmienił i nie poznał go
Jański. Potem T ow iański w ykrzyknął, że Sem enenko nie poznał sam ego siebie, a zm artw ych­
wstańcy nie poznali się na nim. Jeszcze później nie poznał go H ube z Jełowickim. I potem jeszcze
tak się odm ienił, że nie poznała go ze grozy M akryna. I ksiądz D uński oskarżał Semenenkę
o odm ianę twarzy. A naw et połow a jego mistycznej jedni — M arcelina D arow ska orzekła, że
zam ieszkał w nim ktoś inny.
Siedem razy Sem enenko zadziwiał przem ianą. Siedm iokrotnie próbow ał odm iany własnego
oblicza. W upalny poranek sierpniow y 1834 roku starał się ukryw ać w wątłym cieniu m urów , bo
za gardło go chw ytał lęk przed policją i Polakam i.
Krzysztof Rutkowski
*
Rozdział ten pochodzi z nic publikowanej jeszcze książki pt. Stos dla Adama albo kacerze i kapłani. Studium
w czternastu odsłonach o sporze zmartwychwstańców z towiańczykami.
i
POEZJA
39
Frantisek Hałas
PAPIER
M ówisz Papier
Daj mi kaw ałek papieru
Są tacy co znają się na welinowym i japońskim
Ten jest z drzewa
T en zaś ze szmat
a więc
niewykluczone że piszesz wiersze
a może i rachunki
i list miłosny
i nakaz aresztow ania
i m odlitw ę
na czymś
co pow stało z koszulek um arłych dzieci
łachm anów rozstrzelanych żołnierzy
szpitalnych prześcieradeł
chusteczek m okrych od łez
całunów
śliniaczków osesków
bielizny prostytutek
i czy ja wiem czego jeszcze
i na tym wszystkim
ktoś jeszcze się ośmiela
pisać te linijki
ale nie trać nadziei
uwierz że pow stał ze ślicznego pniaczka
z lasu przez który szedłeś
i niechże to będzie usprawiedliwieniem
Ale jeśli nie?
Jeśli nie?
M ówi się Papier
przcl. Leszek Engclking
i
40
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Wojciech Tomasik
ANTYNOMIE INGARDENA
Filozofia literatury R om ana Ingardena jest zjawiskiem na tyle oryginalnym , że tru d n o je
jednoznacznie przyporządkow ać którem uś z XX-wiecznych nurtów myślowych. T a odrębność
była po w ielekroć deklarow ana przez sam ego filozofa, który wolał, aby jego stanow isko
postrzegać na tle prądów epoki raczej w kontekście różnic niż ew entualnych pokrewieństw.
Budow any w ten sposób „m it odrębności” nie może jed n ak zw alniać z pytania o faktyczne
usytuow anie Ingardenow skiej koncepcji względem współczesnych jej prądów filozoficznych.
Pytanie takie postaw iła niedaw no D an u ta U licka i przekonująco w ykazała, że specyfika syste­
mu Ingardena w ynika z tego, iż sytuuje się on na przecięciu różnych stylów XX-wiecznego
filozofow ania. W głównej mierze jed n ak o specyfice systemu rozstrzyga jego stosunek do
tradcyji XIX-wiecznej. Ingarden nie zrywa całkowicie z myślą pozytywistyczną, przeciwnie
— przenosi niektóre z jej elem entów w obręb form acji wyrosłej ze sprzeciwu w obec pozyty­
wizm u, zacierając tym sam ym granicę między X IX - i XX-wiecznym stylem upraw iania hu­
manistyki.
Ingardenow ska teoria literatury m a wiele rysów w spólnych z poetykam i neoidealistycznym i,
w których badaniom faktu i przyczyny — charakterystycznym dla literaturoznaw stw a pozyty­
wistycznego
przeciw staw iana jest refleksja nad w artością i znaczeniem. Fenom enologiczną
teorię literatury łączy z estetyką neoidealizm u w yeksponow anie aktyw nej roli podm iotu w po­
znaw aniu literackiego dzieła sztuki. Ale zarazem w stanow isku Ingardena nie została przezwy­
ciężona pozytywistyczna w iara w istnienie poznania bezzałożeniowego i obiektyw nie spraw dzal­
nego. Ingardenow ska teoria dzieła literackiego jest antynom icznie rozpięta między podejściem
pozytywistycznym i antypozytyw istycznym . T akim , w którym akcentuje się przeciwstawienie
przedm iotu poznania i poznającego podm iotu, oraz takim , w którym tę opozycję się unieważnia.
Z a szczególny przejaw w spom nianej antynom ii w ypada uznać Ingardenow ską koncepcję
poznaw ania dzieła literackiego. Z jednej strony mówi się w niej o czytaniu bez uprzedzeń,
zm ierzającym do tego, by poznaw anem u dziełu „o d d ać spraw iedliw ość” . Z drugiej — zakłada
się, że relacja między dziełem i poznającym je podm iotem jest ju ż wstępnie ukształtow ana przez
ponadindyw idualne „w zorce konkretyzacji” . Inaczej rzecz ujmując: w Ingardenow skiej teorii
lektury dochodzą do głosu dw a przeciw staw ne postulaty epistemologiczne: poznania niczym
nie uprzedzonego i poznania opartego na „przed-sądach” (uprzedniej wiedzy o przedmiocie).
I w tym sensie teoria ta kładzie pom ost między hum anistyką X IX - i XX-wieczną.
O prócz dwu podstaw ow ych kontekstów myśli Ingardenow skiej — neoidealizm u i pozytywi­
zmu
w skazać m ożna jeszcze inne, nic tylko filozoficzne, ale także literackie. Specyfika teorii
Ingardena w ynika po części z tego, iż — tak ja k każdą inną d o ktrynę literaturoznaw czą
— w spółkształtow ała ją „atm osfera literacka” epoki. Dwa jej kom ponenty w ydają się odgryw ać
tu rolę pierw szoplanow ą: „pow ieściocentryzm ” i — określm y go tak — „bezideow y estetyzm ” .
Pierwszy stanow i spadek po X IX stuleciu, okresie, k tóry przyniósł „nobilitację” powieści, drugi,
przeciwnie, jest zw iązany z XX wiekiem i typow ym i dla niego hasłam i sztuki dla sztuki.
N iejednokrotnie zw racano ju ż uwagę, że Ingardenow ska teoria dzieła literackiego jest
faktycznie teorią form epickich. T o utw ory epickie, a zwłaszcza X IX -w ieczna powieść realistycz­
na, najbliższe są strukturze, ja k ą filozof chciałby widzieć w każdym bez w yjątku dziele sztuki
literackiej. Inne gatunki okazują się w tej perspektyw ie tylko m odyfikacjam i epiki. „T rochę tak
pisała przed laty Stefania Skw arczyńska — ja k b y te inne rodzaje stanow iły w stosunku
właśnie do struktury epiki swoiste w arianty.”
C entralna pozycja, ja k ą w Ingardenow skiej teorii zajm uje powieść nie jest zapew ne prostym
odbiciem literackich upodobań filozofa, choć i tych nie wolno lekceważyć. W ydaje się, że
ESEJ
41
wchodzi tu w grę raczej czynnik socjologiczny, który mógł — rzecz ja sn a — kooperow ać
z indyw idualnym i gustam i i przyzwyczajeniam i, ale który zarazem te gusty i up o d o b an ia
w znaczniej mierze form ow ał. W spółczesną Ingardenow i kulturę literacką (czy — ja k ją nazyw ał
sam filozof — „atm osferę literacką” ) zdefiniow ać by m ożna ja k o „pow ieściocentryczną” ,
rozum iejąc przez to określenie sytuację, w której gatunek powieści zajm uje w systemie literatury
pozycję dom inującą, co widoczne jest zarów no w decyzjach piszących, ja k i w zachow aniach
czytelników. W pierwszym w ypadku chodzi m .in. o zbliżanie gatunków nieepickich do stru k tu ry
powieści (przykładem niech tu będzie Lesedrama, form a d ram a tu nie respektującego w ymogów
sceny), w drugim — o uniwersalizację strategii lekturow ych charakterystycznych dla tradycyj­
nych o dm ian epiki (co dokum entow ać m oże wczesna recepcja prozy Żerom skiego). T ak pojm o­
w any „pow ieściocentryzm ” jest zasadniczym rysem kultury literackiej 2 połow y X IX wieku,
obecnym także w kulturze początków naszego stulecia, choć — ja k się zdaje - odczuw anym
wtedy ju ż ja k o pewien anachronizm .
„Pow ieściocentryzm ” Ingardena w yraża się najsilniej w teorii lektury uszczegóławiającej,
a dokładnie — w założeniu, jakie zostaje w tej teorii milcząco przyjęte. Przyjm uje się tu
mianowicie, że świat przedstaw iony dzieła literackiego w ypełniają przedm ioty jednoznacznie
określone pod względem egzystencjalnym , i że są to przedm ioty realne (tj. odpow iadające
przedm iotom znanym czytelnikowi z dośw iadczenia pozalekturow ego). T eoria lektury uszcze­
góławiającej (konkretyzacji) jest następstw em takiego właśnie rozstrzygnięcia. „K o n k rety zac­
ja ” odnosi się u Ingardena do dwu rodzajów czynności czytelniczych, przebiegających w ścisłym
ze sobą związku i w zasadzie równocześnie.
K onkretyzacja polega przede wszystkim na w zbogacaniu przez czytelnika przedm iotów
w dziele przedstaw ionych w cechy, które nie zostały pozytywnie w yznaczone przez w arstw ę
językow ą (np. wiek i biografia bohatera Mickiewiczowskich Stepówakermańskich). Ingardenowski term in wskazuje w prost na tego rodzaju zabiegi. Ale odnosi się on rów nież d o czynności
innego rodzaju — zm ierzających do usunięcia ew entualnych sprzeczności w budow ie przedm io­
tów przedstaw ionych. Sprzeczność, o jakiej m ow a, jest m.in. w łasnością przedm iotów w yzna­
czanych za pom ocą wyrażeń m etaforycznych. W yrażeniom takim poświęca Ingarden w swych
w yw odach bardzo m ało miejsca, co świadczy w yraźnie o tym, iż prototypem języka literatury
jest dla filozofa „przezroczysty” styl XIX-wiecznej prozy.
W ujęciu Ingardena m etafora stanow i zjaw isko incydentalne. C o ważniejsze je d n ak — takie,
które nie wpływa zasadniczo na zm ianę optyki, w jakiej postrzega się norm alnie dzieło literackie.
A postrzega się je głównie ja k o swoiście zorganizow any „św iat przedstaw iony” . M etafora
u Ingardena jest równie „przezroczysta” co pozostałe elementy w arstw y językow ej, a może
naw et jeszcze bardziej, skoro sprzeczność w obrębie znaczenia nazwy („suchy przestw ór ocea­
n u ” ) nie przeszkadza percypow ać wyznaczanego przez nią przedm iotu ja k o realnego, tj. po zb a­
w ionego rysów sprzecznych. W edle Ingardena w m etaforach „są intencjonalnie w yznaczone
zupełnie i n n e przedm ioty, niż te, o których przedstaw ienie właśnie chodzi” . Jeśli zatem te
pierwsze w yposażone zostały w ccchy sprzeczne, to te drugie
ja k o z założenia realne
nic
m ogą wykazywać w budow ie żadnej niekonsekwencji. (Mickiewiczowski „suchy przstw ór oce­
a n u ” jest zatem zwyczajnym stepem .)
Z kwestią „przezroczystości” języka literatury wiąże się stosunek Ingardena do czytania
(konkretyzow ania) w „postaw ie filologicznej” . Filologiczne nastaw ienie realizuje się wtedy, gdy
w arstw y przedm iotow e dzieła „chw ytane są peryferycznie” , zaś uw aga czytelnika skupia się na
organizacji językow o-znaczeniow ej tekstu. Nastaw ienie, o jakim m ow a, może pojawić się głów­
nie wtedy, gdy w alory estetyczne dzieł tkwią w ukształtow aniu stru k tu ry językow ej (nic zaś
— przedm iotow ej), skutkiem czego utw ory „dom agają się «filologicznego» sposobu czytania” .
Dla Ingardena utw ory w ym uszające na czytelniku „filologiczny” sposób lektury są „ o b ja­
wem pewnego dekadentyzm u czy b aro k u ” . M ów iąc inaczej: poznaw aniu dzieła (jego św iata
przedstaw ionego) wychodzi naprzeciw stru k tu ra, której najbliższym odpow iednikiem jest pe­
wien historyczny styl literacki, taki mianowicie, jaki ukształtow ał się w obrębie XIX-wiccznej
prozy realistycznej. I z perspektyw y takiej właśnie koncepcji jeżyka literackiego negatywnie
przedstaw ia się styl nieprzezroczysty, silnie zm etaforyzow any, bliższy raczej XX-wicczncj poezji
niż tradycyjnej (realistycznej) prozie.
42
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Stosunek Ingardena do w zorca tradycyjnej powieści nie jest wcale jednoznaczny. Niewiele
0 tym stosunku powiedzieć m ożna na podstaw ie m ateriału przykładow ego, ja k i pojaw ia się
w w yw odach filozofa. Powieść przyw ołuje się tu dość często (częściej chyba niż inne gatunki),
zwykle je d n ak w krótkich fragm entach, w celu lepszego naświetlenia tej czy innej kwestii teore­
tycznej. Ingarden kilkakrotnie wyjaśniał, że d o b ó r przykładów został określony przez rodzaj
zagadnień, które należało zilustrow ać i nie odzw ierciedla w żadnym stopniu osobistych ocen
1 preferencji. Jeśli uw zględnimy to zastrzeżenie, w ypadnie nam skonstatow ać, że stosunek
Ingardena do tego czy innego fragm entu powieści niewiele mówi o stosunku filozofa do całości
utw oru. To, że w jakiejś scenie z Zamieci Ż erom skiego dostrzega Ingarden bogactw o w arstw y
wyglądowej, nie daje jeszcze podstaw by sądzić, że takie bogactw o skłonny byłby on przypisać
całej powieści, i — w konsekwencji — oceniać całość rów nie w ysoko co analizow any fragm ent.
Ingarden w ymagał, by dzieło sztuki literackiej było percypow ane na podstaw ie realizacji
dźwiękowej (brzmieniowej); jego teoria konkretyzacji nie czyni w tej m aterii żadnych wyjątków.
Z akłada ona, że wypełnienie „m iejsc niedookreślenia” dokonuje się zawsze we wszystkich
w arstw ach utw oru, także w brzmieniowej, co znaczy m .in., iż każdy utw ór musi być odczytyw a­
ny na głos. Jest rzeczą oczywistą, że taki sposób lektury, odpow iedni dla krótkich tekstów
poetyckich, w przypadku dłuższych utw orów epickich staje się uciążliwy i narzuca potrzebę
przerw. Przerwy są zresztą w kalkulow ane w stru k tu rę powieści, której ze względu na znaczne
zwykle rozm iary nie daje się czytać nie czyniąc chwilowych choćby pauz. Powieść czyta się
tom am i, rozdziałam i, niekiedy — kilkudziesięciostronicow ym i porcjam i, z krótszym i lub dłuż­
szymi przerw am i.
G atunek powieści stw arza w ten sposób istotne zagrożenie dla percepcji estetycznej, zak ład a­
jącej nieprzerw any i niczym nie zakłócony k o n ta k t z dziełem sztuki. Z tej właśnie perspektyw y
powieść okazuje się form ą, k tó ra kom plikuje proces odbioru i utru d n ia percypow anie przez
odbiorcę ukonstytuow anego w dziele przedm iotu estetycznego. Stanisław Ignacy W itkiewicz,
którego poglądy niewiele m ają wspólnego z koncepcją Ingardena, w tej ak u ra t kwestii okazuje
się niespodziew anym sojusznikiem wielkiego filozofa. I W itkacy, i Ingarden skłonni byliby
bowiem podpisać się pod tezą, iż „pow ieść nie jest dziełem sztuki” .
W edle Ingardena powieść nie jest dziełem sztuki również dlatego, że zrosła się z typem
literatury utylitarnej, służącej w yrażaniu i przekazyw aniu jakiejś życiowej „idei” . Polem ika
filozofa z dydaktycznym pojm ow aniem literatury stanow iła w istocie spór z funkcjam i, jakie
pełniła X IX -w ieczna powieść i do których dostosow yw ała swą strukturę. Dzieło sztuki literac­
kiej przeznaczone jest — zdaniem Ingardena — do percepcji estetycznej, do pełnienia innych
funkcji nie jest ono pow ołane i naw et jeśli je czasem realizuje, to są one dla niego „pochodne
i niewłaściwe” . W powieści XIX-wiecznej na plan pierwszy wysuwa się funkcja poznaw czo-dydaktyczna. „W ystąpienie Przybyszewskiego i M łodej Polski — stw ierdzał z naciskiem Ingar­
den — było u nas pierwszym sygnałem , iż całe to pojm ow anie zadań literatury jest fałszywe” .
O dcinając się od instrum entalnego traktow an ia literatury Ingarden bronił się zarazem przed
zarzutem ulegania „bezideow em u estetyzm ow i” . A utonom ia sztuki nie oznacza bowiem , iż
dzieło literackie nie k ontaktuje się w żaden sposób z rzeczywistością. Przeciwnie, do k o n tak tu
dochodzi i to na płaszczyźnie dla człowieka najważniejszej, tj. na płaszczyźnie w artości. Dzięki
odpow iedniem u ukształtow aniu i zharm onizow aniu wszystkich warstw dzieło unaocznia jakości
metafizyczne, przez co — ja k pow iada filozof— „odsłania się nam «głębszy sens» życia i bytu
w ogóle.”
„Bezideowy estetyzm ” nie jest więc rozw iązaniem , ku którem u Ingarden ostatecznie by się
skłaniał. W yznacza ono jedynie ogólny kierunek dociekań filozofa, które z pew nością wiele m ają
do zaw dzięczenia XX-wiecznym program om sztuki bezinteresow nej, skoncentrow anej na tw o­
rzywie słow nym , co nie znaczy wcale — odw róconej od życia.
F ilozofia literatury R om ana Ingardena łączy dw a m odele sztuki; jeden, naznaczony piętnem
X IX stulecia, i drugi, uchodzący za w ytw ór naszego wieku. I również z tego względu jest ona
myślą antynom iczną.
Wojciech Tomasik
44
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
PYTAĆ PYTAJĄCYCH...
Z ks. prof. Józefem Tischnerem rozmawia Krystyna Starczak-Kozlowska
— W swej książce Nieszczęsny dar wolności cytuje Ksiądz Profesor wypowiedź Wielkiego
Inkwizytora z Braci Karamazow Dostojewskiego: „Przyniosą ei tę wolność, oddadzą ci tę wolność,
bo będą rozumieć, że jak długo będą wolnymi, nie będą szczęśliwymi. Tylko niewolnicy są
szczęśliwi.”
— W szyderczej ironii W ielkiego Inkw izytora tkwi ziarno praw dy. N o bo skąd się bierze
szczęście? Przede wszystkim z przywileju niewinności... Ludzi w kom unizm ie nie dręczyły
wyrzuty sum ienia — cokolwiek robili, nie obciążało ich sum ienia, lecz tych. którzy ich zniewolili.
T o było wielkie szczęście kom unizm u: żyć co praw da w biedzie, ale być przekonanym , że
odpow iedzialność za tę biedę obciąża innych. G dy przyszła wolność, trzeba było tę winę przyjąć
na siebie, a to rodzi lęki, stresy, poczucie zagubienia...
— Stąd ucieczka od wolności — która jest zawsze ucieczką człowieka od siebie?
Bo człowiek nie jest w tedy napraw dę w swym bytow aniu. Z ostaje pozbaw iony własnego
oblicza. Jak mówi H eidegger
działa „jak się działa” , myśli „jak się myśli” . W miejsce swego
„ ja ” odkryw a anonim ow ość istnienia. Staje się pozorem siebie.
— Co jest istotą wolności, której dziś wielu doświadcza z takim bólem i zwątpieniem?
— N ie m ożna wolności oderw ać od św iadom ości — jestem na tyle wolny, na ile to sobie
uśw iadam iam . Po analizach H eideggera, a przedtem K ierkegaarda ezy Hegla okazuje się, że
w olność nic może być w artością absolutną, choć jest w arunkiem do urzeczywistnienia ab so lu t­
nych w artości, a wśród nich człowieczeństwa. O bok praw dy w olność jest w artością nieodzowną
dla istnienia człowieczeństwa — otw iera w artości drogę w głąb człowieka.
— W Biesach Dostojewskiego Kiriłłow, aby poświadczyć swą „straszliwą wolność”, decyduje
się popełnić samobójstwo.
— P ostać K iriłłow a stała się sym bolem , poniew aż nie uciekł on od swej wolności. D ośw iad­
czam y wolności ja k o w artości czasem pozytywnej, czasem negatywnej
i nie m ożna uciec od
w yboru, bo ucieczka od w yboru leż jest wyborem .
— Jakie ślady zostawia wybór określonego charakteru wolności w człowieku?
— Zdaniem H egla, przejawem wolności są negacje i miejsca nie zapełnione w nas i w Świecie.
K om entarzem do takiego pojm ow ania wolności stała się filozofia J. P. S artre’a z okresu Bytu
i nicości: „W olność to nicość, k tó ra trw a w sercu człowieka i k tó ra zm usza rzeczywistość ludzką
d o tw orzenia siebie zam iast bycia” . A więc nicość w głębi człowieka jest jego wolnością? T ak a
w olność daje nam znać o sobie za pośrednictw em bólu, poczucia osam otnienia. N iekiedy
m anifestuje się słowem: — Nie! O dpow iedzią człowieka na absurd istnienia jest szyderstwo.
M istrzem szyderstw a był Nietzsche, którego krytyka m oralności chrześcijańskiej o p arta była
właśnie na szyderstwie. S artre kontynuuje filozofię szyderstwa.
— Czym jest doświadczanie wolności poprzez szyderstwo?
— Szyderstw o — to na płaszczyźnie m oralnej przejaw tej w olności, której zasadą jest
negacja. Człowiek dośw iadcza swej wolności na drodze odm ów ienia św iatu wszelkiej wartości.
W olność jaw i się wówczas ja k o m roczna siła, k tó ra wszystko może splugawić.
— Można przecież doświadczać wolności i przez aprobatę...
T ak, ja k o afirm ację w artości. W tedy odsłania się now a praw da o wolności: nie jest ona
wówczas anarchią, lecz odpow iedzią na anarchię. Przyw raca harm onię w walce ze sprzecznymi
R O Z M O W Y K W A R T A L N IK A
45
siłami, tkwiącymi w człowieku. A więc mój ład wew nętrzny jest następstw em ładu, jaki urzeczy­
wistniam w Świecie.
W książce pt. Św iat ludzkiej nadziei podaje Ksiądz Profesor określenie Heideggera, że
wolność spełnia się jako „podjęcie dziedzictwa” .
M ając na oku przyszłość człowiek sięga do przeszłości, by z jej skarbca w ydobyć to, co
ukryte. T ak dośw iadcza przeszłości i przyszłości, natom iast teraźniejszość jest mu d an a ja k o
Przeżycie w sam ym akcie sięgnięcia po dziedzictwo. N ie byłoby to możliwe bez utajonego
doświadczenia w artości. W ybieram y, aby coś wcielić w życie — a jest to zawsze w artość.
W Świecie, w którym ściera się praw da i niepraw da, spraw iedliw ość i niespraw iedliw ość, ho n o r
1 Podłość — w olność staje się afirm acją w artości pozytywnych.
Czym jest owa afirmacja wartości, czyli co stoi na przeciwnym biegunie szyderstwa?
Odpow iedział na to pytanie M ax Scheler w swej polemice z Nietzschem: jest to w spania­
łomyślność ja k o sposób oddaw ania hołdu wszelkiemu dobru . Stajemy w obronie praw dy
bo
Jest praw dą, szanujem y człowieka - bo jest człowiekiem. W spaniałom yślność jest cierpliwa,
czeka aż rzecz się odsłoni, pozw ala jej być, nie stosuje przemocy, woli roztaczać opiekę. Ma coś
z „miłującej m ądrości” . Podczas gdy szyderstw o otw iera człowieka na ab su rd , który znosi sam
siebie - w spaniałom yślność rodzi najwyższą m ądrość. W ówczas w olność przestaje być m ro ­
ź n ą siłą, k tó ra w szystko m oże splugawić.
— Tymczasem w naszym stuleciu wolność splugawila wszystko: człowiek człowiekowi zgo­
tował Oświęcim i Kołymę....
Oświęcim i K ołym a to dw a sym bole zła naszych czasów, miejsca m ów iące o klęsce
europejskiego hum anizm u, który nie zapobiegł zbrodniom przeciw ludzkości. Zauw ażm y, że nic
s;! to zwykłe zbrodnie, lecz zbrodnie uspraw iedliw ione przez myślenie, które narodziło się
w krajach o tysięclctniej tradycji chrześcijańskiej. Pytam y: ja k to było możliwe? D ziałał nie tylko
strach. A by pociągnąć za sobą ludzi, totalitaryzm um iał przemówić językiem dla nich zrozum ia­
łym. Język ten dotykał ludzkiego poczucia sacrum i sum ienia. W stalinizm ie sacrum zm ieniło
swoje miejsce — nie był nim Bóg, lecz rewolucja. B ohaterem kom unistycznego myślenia z jego
bezwzględnym podziałem na w roga i sojusznika stał się daw ny inkw izytor. W sw oim m niem aniu
rn,ał on czyste sumienie. Z adaniem totalitarnej ideologii było zapew nienie czystego sum ienia
nawet zbrodniarzom — bo polityczną działalność władzy podciągnięto pod wzniosłe cele
etyczne. N ow a etyka rodziła ideę nowego heroizm u.
— Właśnie: „nowa etyka”. W okresie komunizmu (a również i dzisiaj) wielu uznawało zasadę,
Ze nie ma stałej prawdy, istnieje tylko prawda chwili. Tak twierdził w owych czasach m.in. pewien
Poeta — decydent, który mówił też, że prawda jest jak piękna kobieta, której wyrządzilibyśmy
krzywdę, nago wypuszczając ją na ulicę. Trzeba ją odpowiednio przystroić. A więc spreparować
Prawdę....
— D otykam y tu potężnego zła naszej epoki: relatyw izm u etycznego, zgodnie z którym
każdy czyn m a dw a oblicza: dobre i złe. Oświęcim był „zly” dla ofiar, ale „d o b ry ” dla faszystów,
P odobniejak K ołym a była „ d o b ra ” dla kom unistów . T akie ujęciedobra i zła jest niedopuszczalne i Jan Paweł II w swej encyklice Veritatis splendor w yraźnie to podkreśla. W edług niego, aby
Rozum ieć działanie zła, należy przyjrzeć się strukturze czynów człowieka, ich stronie zewnętrzneJ i wewnętrznej. M ów iąc o wewnętrznej stronie czynu, jego zakorzenieniu w sum ieniu człowie­
ka, Jan Paweł II rzuca hasło: „szukajcie praw dy, a praw da was wyzwoli” . Chodzi tu o obronę
człowieka przed rodzajem „w ewnętrznej śmierci” , której przyczyną jest w olność skłócona
z Prawdą.
•— Współczesne życie było i bywa dziś źródłem takiego rozdarcia wielu ludzi.
— Ale nie m a dla człowieka innej drogi do zgody z sam ym sobą, ja k pojednanie sum ienia
z wymogami praw dy. A właśnie relatywizm m oralny prow adzi do rozerw ania więzi między
'udzką w olnością a praw dą.
■— A tym samym do kryzysu nadziei?
— N orw id powiedział: „nadzieja jest z praw dy” . Każdy kryzys nadziei jest kryzysem prawdy.
46
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
G dy odkryw am y praw dę, czy zdobyw am y w artość, k tó ra jest praw dą — zyskujem y na godnoś­
ci. U tra ta nadziei zawsze idzie w parze z u tratą poczucia w artości. G dy nie stać nas na godność,
nie stać nas na nadzieję. M uszę być kimś, by nadzieja m ogła m nie bronić. Co robić, gdy
następuje pęknięcie nadziei, gdy człowiek upad a na swoje własne dno? Sam z siebie nie jest
w stanie się podnieść — ktoś inny musi podać mu rękę. N iekoniecznie Bóg — m ogą to być słowa
drugiego człowieka, jego pom oc. Inaczej pozostajem y na dnie ja k m onady bez okien. Kryzys
nadziei w Polsce w ynika po części z faktu, że brakuje tego drugiego człowieka. K iedy ludzie się
spotykają, każdy, ja k m onada bez okien, wylewa własne bóle. Drugi słucha lub nie. T w orzą się
całe przestrzenie, całe płaszczyzny kon tak tó w bez porozum ienia.
— Ciągle natomiast obwiniamy, podejrzewamy...
— I to jest spadek po m entalności totalitarnej. N asze czasy przyjęły zasadę wyjściową:
skom prom itow ać człowieka bardziej, niż on sam siebie skom prom itow ał. Usiłowaliśmy być
m ądrzy pokazując, ze człowiek jest gorszy, niż m u się wydaje. C ała m arksistow ska herm eneuty­
ka podejrzeń zm ierzała do tego, by człow ieka dem askow ać, poniżać, wyłapywać słabości.
W ystarczyło czekać, aż podejrzenie się spraw dzi. I człowiek rzeczywiście staw ał się gorszy, niż
był w istocie. O dpow iedzią na taką postaw ę było piękne hasło, rzucone przez mego przyjaciela
w ybitnego polskiego psychiatrę, prof. Kępińskiego: „Leczyć, a nie w ydaw ać w yroki!” — Pom a­
gać, a nie sądzić. A więc dokopyw ać się w człowieku warstwy, z której m ożna w yprow adzić
poczucie w artości. N iestety i dziś m echanizm „m ielenia ludzi” siedzi w nas jeszcze głęboko.
— Jak żyć dziś w środkowej czy wschodniej Europie, w czasach przejściowych, które cechuje
taki zamęt i chaos pojęć?
— N ie m a generalnej odpow iedzi na to pytanie. T rzeba być po prostu sobą.
— Mówiąc o postkomunistycznym społeczeństwie — papież wyraził się w jednym z wywiadów,
że jest ono bardziej dojrzale poprzez cierpienie, jakie było jego udziałem w czasach totalizmów.
— Papieżowi chodziło nie tyle o dojrzałość, ile o zrozum ienie chrześcijaństw a. Rzeczywiście
w E uropie w schodniej chrześcijaństw o ja k b y ujaw niło sw oistą tw arz. Człowiek, który czytał
w obozie Ewangelię, odkryw ał Słowa Życia. T o jed n ak jest zupełnie co innego, gdy Kazanie na
górze czytać w w ygodnym fotelu, niż kiedy się je czyta w obozie koncentracyjnym . Inaczej
wówczas brzm ią słowa: „Błogosław ieni, którzy cierpią prześladow anie dla spraw iedliw ości” .
W zasadzie papież mówi, że Polacy i w ogóle ludzie wschodniej E uropy zyskali możność
głębszego odczytania Ewangelii.
— Powiedział Ksiądz Profesor, że dekomunizacja w naszym kraju jest niepotrzebna, a jedynie
ewangelizacja. Tymczasem wielu chrześcijan w Polsce uważa, że dekomunizacja jest podstawowym
obowiązkiem.
— Oni żyją iluzją. Ludzie czasam i tw orzą sobie pozornych w rogów , by stać się pozornym i
bohateram i.
— Jeszcze jeden przykład iluzji, która dostarcza człowiekowi tył" udręczeń...
— Ale jest też źródłem pociech, co praw da krótkotrw ałych. A potem wielkich rozczarow ań.
— Staje przed społeczeństwem polskim problem dojrzewania do wolności, przechodzenia od
pozoru wolności do wolności rzeczywistej. Jest to proces bardzo złożony, bo chociaż zniknęło
zniewolenie zewnętrzne — pozostało zniewolenie wewnętrzne. Co nas najbardziej zniewala?
Najgłębiej — lęk. Człowiek jest zniew olony przez swój własny, wcwn<, -zny lęk. Często
jest to lęk przed śmiercią, chorobą, sam otnością. Aby się sam em u wyzwolić — trzeba pokonać
lęk. G dy nas drugi człowiek zniewala — on nas straszy. T o jest głów ną siłą reżimów. N ęka nas
pytanie: co będzie ju tro ? C o będzie, gdy wyjdę z kryjówki?
— Jak pokonać lęk?
— Po prostu starać się być odw ażnym .
— Mówiąc o pozorach wolności dotykamy też sprawy wierności i niewierności...
— Rzecz w tym, że w olność w człowieku jest w olnością ucieleśnioną, w olnością w ciele
i poprzez ciało. C iało stw arza pewne ograniczenia, lecz stw arza również pewne otw arcie na
świat. Jedno jest istotne: trzeba powiedzieć, że tylko ludzie wolni są zdolni do wierności. Nie m a
R O Z M O W Y K W A R T A L N IK A
47
wierności tam , gdzie nie m a wolności. Człowiek jest bytem zdolnym do w ierności, ale nie poprzez
ciało, lecz przez ducha. Ciało może stać się w pew nym sensie narzędziem wierności, ale też m oże
być przeszkodą w wierności. N a tym jego w ieloznaczność polega. N iew ątpliw ie jednym z zadań
wychowania jest podciągnąć ciało do poziom u wierności.
— Ale ciało, czyli natura, zawsze będzie się wierności przeciwstawiać...
— D latego w olność jest w y z w a la n ie m się. N igdy nic m ożna powiedzieć, że jestem wolny
do końca. T rzeba jedynie powiedzieć, że się w y z w a la m .
— Mówiąc o wolności nic można nie postawić pytania o odpowiedzialność...
— Em m anuel Levinas, jeden z najwybitniejszych myślicieli, odw raca schem at, jak o b y wol­
ność była podstaw ą i źródłem odpow iedzialności — to odpow iedzialność jest źródłem wolności.
Spełniamy nasze w ybory, bierzemy w posiadanie siebie w granicach, jak ie nam zakreśla nasze
Poczucie odpow iedzialności.
— Definiując poczucie odpowiedzialności pisze Ksiądz Profesor następująco: „To utajona
w nas obecność drugiego człowieka, piętnująca nas głębiej niż wolność i wszystko inne. Bo wpierw
zamieszkała w nas Dobroć, a wolność potem.”
— M ożna jeszcze przytoczyć Levinasa: „D o b ro w ybrało m nie wcześniej nim byłem w stanie
Je wybrać. D ob ro idzie przed bytem. (...) D obro, które wezwało po d m io t do tego, by przybliżał
s'ę do drugiego, przybliżał się do bliźniego.”
— A więc wartości franciszkańskie?...
Ciągle najbardziej fascynuje nas niezwykłe przeżycie przez św. Franciszka w olności, k tó ­
ra nie jest anarchiczna, lecz pełna obow iązku. M ógł on być początkow o widziany ja k o w ariat,
8dy po odkryciu, że „m iłość jest niem iłow ana” życie swe wywrócił do góry dnem . Z akochany
w miłości, atakow ał K ościół za jej niedostatek. Przez wieki stał się patronem ruchu obecnego
w głębi chrześcijaństw a. T ak a postaw a pozw ala nam wyzwolić się z naszych kom pleksów , win
*zaszłości. Jesteśm y przez historię obolali, a filozolia franciszkańska kryje w sobie silę ew angeli­
cznej odnow y. Człowiek poszukuje osi wewnętrznej, w okół której mógłby się integrować. Tą
osią m oże być miłość...
— Tej pięknej idei nie da się zrealizować bez cnoty tolerancji. Zejdźmy na polskie podwórko:
jak zdaniem Księdza Profesora przedstawia się sprawa tolerancji w naszym kraju?
— Polska nietolerancja w yraża się przede wszystkim w głupim gadaniu. O na bardziej
świadczy o głupocie, a mniej o krwiożerczości. N iew ątpliw ie jest to elem ent polskiej głupoty, ale
lił głupotą Polacy bardziej szkodzą sobie niż innym.
— Czym jest polska głupota?
— Polska głupota — to tragiczna jednostronność widzenia spraw . N iem ożliwość podjęcia
dialogu. D ostrzeganie tylko swojego własnego pu n k tu widzenia.
— Cytował Ksiądz Profesor Heideggera: „Najbardziej daje do myślenia, że nie myślimy” ,
^zy to dotyczy Polaków w szczególności?
■— T o jest szersze zjaw isko europejskie — spraw a cywilizacji, której bardziej chodzi o to, by
zapanow ać, niż żeby poznać praw dę o Świecie. A dążenie do tego, aby zapanow ać, jest dążeniem
ludzkiej niedojrzałości. W gruncie rzeczy tylko człowiek niedojrzały chce panow ać nad drugim
człowiekiem.
— Czyli ci wszyscy, którzy chcieli opanować świat, np. Napoleon — byli ludźmi niedojrzałymi?
— O tak, z całą pewnością.
— Jak skłonić społeczeństwo do myślenia?
— T rzeba sięgnąć nie tylko do tradycji chrześcijańskiej, ale i greckiej. M łodym radzę
literaturę i filozofię grecką czytać, co w pierwszym odruchu m oże się w ydaw ać obce, ale później
Przyjdzie zachwyt. O budzić radość myślenia nie d o przygaszenia. G recy odkryli piękno dialogu —
»rozum u we dw óch” , ja k brzm i dosłow ne tłum aczenie. Ten prosty talent trzeba umieć u rucho­
mić. Będąc w W iedniu wszedłem do antykw ariatu i kupiłem Myśleć H eideggera. Pierwsze
zdanie, jak ie przeczytałem , brzm iało: „ K to chce nauczyć się myśleć, musi zacząć myśleć.”
A myśląc m oże człowiek nauczyć się krytykow ać sam ego siebie. Zmysły pozw alają poznaw ać
48
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
św iat — myślenie pom aga zm ieniać p unkt widzenia. Patrzeć na innych niejako z ich wnętrza.
M yśląc m ożna np. dojść do w niosku, że hom o sovieticus odnosi się d o każdego z nas...
— Dzisiejsza młodzież tyle ma drogowskazów — za jakim myśleniem powinna pójść?
W łasnym . Nie daw ać gotow ych rozw iązań, stosow ać zasadę Heideggera: „Pytanie jest
pobożnością myśli” . Pytać innych — H eideggera, W ojtyłę, K ołakow skiego... Pytać pytających
— ważny nurt we współczesnym myśleniu. Jak m ało u nas jest zwykłego zdrow ego myślenia,
pytania: ja k jest napraw dę? Bo taka ju ż jest kolejność rzeczy: k to pyta o praw dę — zaczyna
myśleć, kto zaczyna myśleć — pyta o praw dę. Brakuje u nas pytania o praw dę, jest natom iast
dużo łatwej i taniej m oralistyki.
— Przyjął Ksiądz Profesor na siebie niełatwą rolę proroka we własnym kraju. Przewidywał
Ksiądz procesy, które następują...
— M oże dlatego, że w ychowałem się na filozofii R om ana Ingardena, k tó ra z obserwacji
św iata, z opisu św iata czerpie swą wiedzę. U czono mnie: „Z anim zaczniesz rozum ow ać, przyj­
rzyj się temu, co napraw dę jest” . Takie stanow isko pozwala ładow ać się w istotę rzeczy. Starałem
się zawsze nie zm ieniać św iata, lecz go opisać. O pisując to, co jest, trochę w ykraczam poza czas.
— K siądz mówi o tym , co będzie — pow iedział mi kiedyś Lcch W ałęsa — a ja mówiłem o tym,
co było... Świat mi się zbyt podoba, abym usiłował go zmieniać. Jestem ja k lekarz, który zam iast
leczyć, pracę d o k to rsk ą z choroby pisze. O pisać absurdy kom unizm u, hom o sovieticus póki jest.
Ile przeżyliśmy niepokojów , sztandarów , pieśni... D obiliśm y się do wolności i znów jesteśmy
nieszczęśliwi... D ostrzec w tym ukryty p aradoks dziejów i człowieka. Jak o ksiądz ludzką historię
niejako od w ew nątrz śledzę — socjalizm w idziany przez k raty konfesjonałów , kom unizm odbity
w duszach ludzkich...
— Jaki wpływ ma na myślenie Księdza Jego rodowód góralski?
— Pytanie bardzo w ażne i istotne. M am takie głębokie przekonanie, że gdy coś nie d a się
przełożyć na język góralski — nie jest praw dą.
— Czyżby górale posiedli wszelką mądrość?
Nie, ale m ają takie sito, które pozw ala weryfikować, odróżnić głupotę od m ądrości. Co
jest m ądrością, a co głupotą — pyta Pani? Dziś najm ądrzejszy jest ten, k to ja k zobaczy rosnące
drzewo mówi, że to drzewo, a nie unosi się nad ziemią w pustosłow iu. Praw dy podstaw ow e są
zawsze proste!
— 1 to jest dewizą Księdza?
— Nie m am dewizy. S taram się ja k mogę. I to wszystko. Bardzo często nic mogę, ale zdarza
się także, że mogę, ale się nie staram ...
— I co wtedy?
W tedy zam iast zjeżdżać na nartach z góry, zjeżdżam na tyłku. N aród m a uciechę, a ja leżę
na pośladkach.
— Niełatwo być osobą duchowną, a jednocześnie tak popularną.
— Bardzo niełatwo. Ja potrzebuję dużo czasu dla siebie na refleksję, tymczasem muszę stale
czuwać, bo każde wystąpienie odbierane jest publicznie. Kiedyś, wie Pani, miałem kazanie dla
przedszkolaków i zadałem im pytanie, bo ak u ra t było święto Jan a K antego, profesora uniwersy­
tetu. — Czy trudno być profesorem uniw ersytetu? - Ach, strasznie tru d n o - powiedziały dzieci.
—Dlaczego? - pytam , a jeden chłopiec odpow iada — Bo taki to musi zawsze m ądrze gadać. 1 to
jest mój słaby punkt, niestety...
— Moglibyśmy tym wesołym akcentem zakończyć naszą rozmowę, ale korci mnie jeszcze
pytanie o sacrum pozorne. W Miłości niemilowanej mówi Ksiądz Profesor, jak to sacrum pozorne,
które w sobie nosimy, przeszkadza, wyzwala w nas negatywne emocje.
— K ażdy nosi w sobie jakieś w artości, ów kielich, którego nie pozw alam y d o tk n ąć nikom u,
a gdy ktoś uzna go za w artość pozorną — w ybucham y gniewem. Bo każdy jest przekonany, że
ten kielich jest praw dziwy, a naw et najświętszy. Widzi Pani, naw et sacrum w ym aga krytyki
i sam okrytyki. T o bardzo ważne: trzeba mieć rozum w miłości ja k i miłość w rozum ie. Proces
desakralizacji sacrum pozornego — to proces wieczny, nieustanny. K ażd a epoka m a swoje
R O Z M O W Y K W A R T A L N IK A
49
bóstwa. N a tym właśnie polega istota myślenia chrześcijan, że p o trafią oni te bóstw a zdem asko­
wać. M ów iąc prosto: wszystko, co nic jest podaniem w ody spragnionem u, co nie prow adzi do
tego, m oże okazać się sacrum pozornym .
— Czyli bliźni jest wykładnikiem tego, czy jesteśmy na właściwej drodze?
— T ak m ożna by to ująć.
— Dlaczego sam Kościół nie zawsze to zauważał? Przypomnijmy czasy Świętej Inkwizycji...
— W tedy pojaw ił się problem , który dziś też jest problem em : k to jest m oim bliźnim? Było
wówczas zawężone pojm ow anie bliźniego. U w ażano, że czarow nica wrogiem jest mego bliźnie8°. a skoro jest wrogiem mego bliźniego, to nie je st m oim bliźnim.
— Dowód na to, jak bardzo nietolerancja zagraża nam wszystkim...
O, tak, zwłaszcza tym , co m ają d o b rą wolę i nic poza tym. W Jugosław ii walczą z sobą
ludzie, którzy m ają d o b rą wolę. T ylko że znakom ite cnoty C horw atów nic zgadzają się ze
znakomitymi cnotam i Bośniaków. Czy jest możliwe, aby te cnoty się nie kłóciły, gdy w kracza
nietolerancja podszyta ciem notą?... N o cóż, w hierarchii cn ó t cn o ta roztropności, albo inaczej
cnota kom prom isu ciągle bywa staw iana, niestety, bardzo nisko.
— Jaki jest udział sztuki w wyzwalaniu człowieka z jego udręczeń?
— Bogate zagadnienie. Ju ż sam fakt, że sztuka m oże być term om etrem , ukazującym stan
duszy chorego, jest ogrom nym osiągnięciem. Człowiek poprzez k o n ta k t z nią m oże n ab rać
dystansu do sam ego siebie — a to, jak mówiłem, jedyny sposób, aby zacząć myśleć. Przez sztukę
również zbliżamy się do tego nurtu współczesnego myślenia, który nazw ałem „pytaniem p y tają­
cych” . W ielką literaturę zawsze cechow ało to, że staw ia o na p ytania — zwłaszcza takie, na które
nie ma odpow iedzi...
Rozmawiała:
Krystyna Starczak-Kozlowska
50
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Ireneusz Ziemiński
PORTRET STRACONEGO POKOLENIA
( Kilka uwag na temat kategorii czasu w powieści Ernesta Hemingway'a ,, Słońce też wschodzi”)
Uwagi wstępne
Bardzo rozpow szechniony jest pogląd, że głównym bohaterem większości najwybitniejszych
powieści współczesnych jest czas. Jak o ilustrację tej tezy przytacza się takie przede wszystkim
tytuły, jak: IVposzukiwaniu straconego czasu M. P rousta, Ulisses i Finnegans Wake J. Joyce'a,
Czarodziejska góra i Jó ze f i jego bracia T. M anna, Wściekłość i wrzask W. F au lk n era, Odmiany
czasu M. B utora, Kwartet Aleksandryjski L. D urella, Podróż do żródelczasu A. C arp en tiera czy
Sto lat samotności G. G. M arqueza i wiele innych. C hociaż powieść Słońce też wschodzi E. Hem ingw ay’a jest wielkim osiągnięciem artystycznym i nie m ożna zaprzeczyć jej dużego znaczenia
w rozw oju powieści ja k o gatunku literackiego, ani jej, ani innych dzieł H em ingw ay’a zasadniczo
nie zalicza się do zakresu tych, które zrewolucjonizow ały „czas powieściowy” . M im o to nie
ulega w ątpliw ości, że kategoria czasu jest w utw orach H em ingw ay’a jed n ą z bardziej istotnych.
W poniższych uw agach podjęty został problem dośw iadczenia czasu, zaprezentow any w po­
wieści Słońce też wschodzi.
W spom niane zagadnienie rozw ażone zostanie na płaszczyźnie św iata przedstaw ionego w po­
wieści, a więc czasu rozum ianego n ie ja k o elem ent form alnej stru k tu ry dzieła literackiego, lecz
ja k o stru k tu ra w arunkująca i w yznaczająca dzianie się poszczególnych w ydarzeń składających
się na fabułę. Inaczej m ówiąc, chodzi o czas, który wstępnie i umownie m ożna określić ja k o czas
metafizyczny, w spólokreślający sposób istnienia o raz relacje, zachodzące pomiędzy w ydarze­
niami św iata przedstaw ionego.
Czas astronomiczny
N ajbardziej czytelną, niejako pow ierzchniow ą w arstw ę powieści stanow i niewątpliwie opis
perypetii i dośw iadczeń życiowych bohaterów . U kładają się one w określony ciąg wydarzeń,
zachodzących „gdzieś i kiedyś” , a więc w określonym miejscu (miejscach) i czasie (czasach). To
„kiedyś” właśnie, wyznaczające chronologię i przebieg akcji, m ożna — przynajm niej wstępnie
— określić m ianem czasu fabuły.
C zas ten, pełniąc kilka zasadniczych funkcji względem w ydarzeń powieściowych, pozostaje
z nimi w określonych relacjach, wyznaczających jego podstaw ow ą charakterystykę. Przede
wszystkim obejm ując całość opisanych przez n a rra to ra w ydarzeń, stanow i jeden z bytowych
w arunków ich istnienia, bez którego musiałyby one „rozpłynąć się w nicości” . W arunek ów
jednakże, co wydaje się oczywiste, dotyczy nie tylko istnienia, lecz również n atury (czy przynaj­
mniej możliwości pojaw ienia się określonych cech) owych w ydarzeń, decyduje bowiem w wiel­
kim stopniu o ich podstaw ow ej charakterystyce bytowej. W ydarzenia te przecież, następując po
sobie, wypierając z istnienia minione, zapow iadając przyszłe itd., pozostają w ciągłym, jednostaj­
nym przepływie. Pow stają i giną, tw orząc nieodw racalny, jednokierunkow y, linearny ciąg. Czas
stanow i miejsce ich zachodzenia, lecz zarazem „zabarw ia je ” (a może jedynie pozw ala ujawnić
się tem u, co im m anentnie tkwi w nich samych?) skończonością, znikom ością, kruchością
ESEJ
51
bytową. O wą form ę a zarazem sposób istnienia w ydarzeń powieściowych m ożna określić
mianem czasu ontoiogicznego (metafizycznego).
Przy takiej jego charakterystyce jednakże w ydarzenia powieściowe pozbaw ione są właściwej
lm głębi oraz znaczenia. Jedynym i przysługującym i im cechami okazują się bowiem jednostajność i jednokierunkow ość przepływ u oraz następow anie p o sobie. W ystarcza to jednakże do
zastosowania względem nich określonej skali, a tym samym dokonania ich pom iaru czy „zsum o­
wania” . W tym celu jednakże trzeba poszczególne chwile (punkty czy odcinki czasowe) oznaczyć
liczbami reprezentującym i m inuty, godziny, dni lub lata. C hociaż podstaw ą ow ego d ato w an ia są
liczby, pom iar upływu czasu m usi zostać dokonany w oparciu o jakieś zjaw isko względem czasu
zewnętrznego, przez jakiś obiektyw ny zegar. K onw encjonalnie przyjm uje się, że zegarem tym
jest ruch ziemi, zarów no obrotow y, ja k i wirowy. C zas d atow any więc, kalendarzow y, jest
w sensie dosłow nym czasem astronom icznym .
M im o możliwości jego liczbowego określenia nadal pozostaje on pustą, pozbaw ioną głębi
>wartości form ą. W szystkie chwile (czy rów ne pod względem długości trw ania odcinki czasowe,
ciągi chwil) posiadają przecież taką sam ą stru k tu rę i znaczenie, różnią się jedynie pozycją
zajmowaną przez nic na osi liczbowej. W sensie ścisłym więc czas astronom iczny to jedynie pusta
’■Przestrzeń” czy „płaszczyzna” dziania się w ydarzeń powieściowych.
Czas religijny
Ten astronom iczny czas w powieści Słońce też wschodzi został dość w yraźnie określony
Przez sam ego au to ra (ściślej zaś mówiąc, pozostając na płaszczyźnie św iata przedstaw ionego,
Przez jednego z jej bohaterów , Jake’a Barnesa, pełniącego funkcję n arrato ra). A kcja powieści
usytuow ana została na początku trzeciej dekady XX wieku w E uropie ( dokładniej
we Prancji
‘ Hiszpanii). F ak t ten nadaje strukturze czasu zupełnie nowy i głębszy w ym iar, sytuując bowiem
bohaterów w określonej epoce dziejów, przenosi ich niejako w ram y czasu historycznego. Ich
obecność w tym o statnim jest przynajm niej dw ojaka. Pierwszy, może najbardziej banalny
i dlatego rzadko dostrzegany, jej aspekt określony został już przez sam kalendarz, czyli sposób
datacji czasu. Oczywista jest przecież zgoda bohaterów om awianej powieści na powszechnie
w Świecie kultury zachodniej obow iązującą datację lat od narodzenia C hrystusa. W yrazem tej
zgody jest posługiw anie się tą m iarą czasu, według której rok 1906 to tyle co 1906 lat po
Chrystusie.
A kceptacja wspólnej miary czasu jednakże w przypadku bohaterów Słońce też wschodzi
ma jedynie w ym iar pragm atyczny, m ianowicie konieczność porozum ienia się z innymi ludźmi,
bohaterow ie H em ingw ay’a zapom inają przecież, że istniał kiedyś zerowy p u n k t tego czasu,
w którym przyszło im żyć. Tym punktem było wydarzenie — w myśl religii chrześcijańskiej
~~~ absolutnie w yjątkow e w dziejach św iata, m ianowicie narodziny C hrystusa, Syna Bożego,
który przyniósł ludziom ostateczną praw dę o nich sam ych, a także w skazać im drogę do
zbawienia. L ata 20. wieku XX więc to tym sam ym około 1920 lat po w ydarzeniu, które nadało
czasowi historycznem u określoną głębię, sens i w artość, a także ostatecznie go ukierunkow ało.
Czas ten nic jest więc jedynie form ą czy sposobem istnienia lub pom iaru zachodzących w nim
zdarzeń, lecz sensow nym , wypełnionym , zróżnicow anym i celowo ukierunkow anym ich p o to ­
kiem. C o ważniejsze, posiada on ew identny rys sakralny i eschatologiczny, zbawczy. Jego
ostateczne wypełnienie bowiem m a nastąpić w absolutnie nieznanej człowiekowi przyszłości,
kiedy to otw orzą się przed ludzkością bram y istnienia wiecznego. D la zbaw ionych będzie to
wieczna szczęśliwość, dla potępionych — wieczne cierpienie.
Wielce charakterystyczne jest to, że bohaterow ie Słońce też wschodzi w owym sakralnym
Wymiarze czasu historycznego nie uczestniczą, przynajm niej na zasadzie św iadom ego zaangażo­
wania. Pozbawieni przecież zostali zdolności rozum ienia języka Bożego, m im o iż przynajm niej
niektórzy z nich (np. Jake Barnes czy Brett Ashley) jakiegoś objaw ienia, jakiejś nadprzyrodzonej
opieki czy nadziei potrzebują. Poniew aż jednak tego ko n tak tu z Bogiem ostatecznie nic udaje im
52
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
się naw iązać, m ożna powiedzieć, że z pu n k tu widzenia eschatologii czasu lata 1920., w których
ży ją,są dla nich nie sym bolem , znakiem czy drogow skazem , lecz jedynie liczbą, sum ą m inionych
lat, inaczej m ów iąc — um ow nym skrótem lub konw encją kalendarza. Tym sam ym jed n ak ich
życie ponow nie niejako pow raca (czy redukuje się) d o w ym iaru jed n o ro d n eg o , pustego, czysto
ilościowego czasu astronom icznego.
Czas historyczny
N ie m ożna je d n ak zapom inać, że lata 1920. to okres po zakończeniu I wojny światowej,
brzem ienny jeszcze jej skutkam i, stanow iący jej ślad w kulturze, polityce, życiu społecznym
i gospodarczym , a także — co w chwili obecnej najbardziej istotne — w psychice ludzi. T o drugi
w ym iar czasu historycznego, w jakim egzystują bohaterow ie Słońce też wschodzi — czas
określonej epoki dziejów. Jest to oczywiście czas zróżnicow any, niejednorodny, w ielorako
w ypełniony istotnym i lub błahym i, kró tk o - lub długotrw ałym i w ydarzeniam i o ogólnoludzkim
a naw et ogólnodziejow ym znaczeniu. M im o to je d n ak , m im o iż czas ów posiada głębie i warstwy
pow ierzchniow e, spow olnienia i przyspieszenia, został pozbaw iony nie tylko eschatologicznego
i nadprzyrodzonego sensu, lecz rów nież — ja k się zdaje — czysto doczesnego, h isto ry czn e g o
celu, d o którego miałby człowieka prow adzić.
Stąd też, dla bohaterów Słońce le i wschodzi jest to czas pozbaw iony jakiegokolw iek sensu
i jedności. Ja k o uczestnicy bądź przynajm niej obserw atorzy w ydarzeń w ojennych, nierzadko zaś
(jak Jake Barnes) ofiary wojny, zostali w tym właśnie wym iarze czasu uform ow ani; on ich
kształtow ał, on decydow ał o ich indyw idualnych losach i dośw iadczeniach a naw et życiu.
M ożna więc powiedzieć, że są w tym czasie zanurzeni, pochłonięci przezeń bez reszty. Nie
po trafią przecież od jego brzem ienia się uwolnić. C hociaż w ojna to w ydarzenie należące do
przeszłości, w yznacza je d n ak i determ inuje bez reszty ich teraźniejszość i przyszłość.
C zas historyczny jest czasem globalnym , czasem dziejącym się poza w olą jednostek a nawet
społeczeństw. Jest to — co znakom icie pokazała H. M alew ska w powieści Przemija postać
świata — potężna siła, przeciw ko której nikt nie jest w stanie skutecznie walczyć. Czasu
historycznego nie m ożna p okonać naw et intencjonalnie, przez zapom nienie, przez — ja k powie­
działby J. P. S artre
nadanie mu przez człow ieka innego sensu, unieważnienie go, zwłaszcza
jego wpływu na obecny los, na aktualnie przeżyw aną teraźniejszość.
U cieczka przecież z czasu historycznego, ja k ą podjął Jake Barnes (w spom ina o tym w rozm o­
wie z R obertem C ohnem ) okazała się pom yłką i zakończyła klęską. Człowiek — zdaniem Jak e’a
nie m oże uciec od „sw ojego” czasu. Musi znosić jego niszczycielską moc, jego absurdalny
chaos. C zas historyczny przecież, pozbaw iony celu, nic m oże ofiarow ać żadnego zbawienia,
żadnej nadziei. Język utopii do żadnego z bohaterów Słońce też wschodzi nie przemówiJedynie bowiem — ja k zdaje się sugerow ać jeżeli nie osobistym i w yznaniam i, to na pewno
postaw ą czy sposobem życia Jake Barnes — św iadom ość nieuchronności losu i zgoda nan
(N ietzschcańskie am or fali?) może przynieść pojednanie z czasem historycznym , z życiem, ze
św iatem . Pojednanie i (niestety, pozorny) w ew nętrzny spokój.
Pow staje sytuacja p aradoksalna i dram atyczna zarazem : bohaterow ie om aw ianej powieści
sam i, z pow odu takich czy innych rozgoryczeń lub słabości, sytuują się poza sakralnym ,
eschatologicznym wym iarem czasu historycznego. W ym iarem jedynym , który mógłby przynieść
nadzieję. Z anurzeni zaś bez reszty w czasie historycznym tożsam ym z epoką, w której żyją,
pogłębiają jedynie swój d ram a t i w yobcow anie, wypędzeni z czasu sakralnego (zbawczego),
wrzuceni w bezosobow y czas k alendarza, przeżyw ają każdą chwilę bądź to ja k o p ustą jednostkę
czasu astronom icznego, bądź ja k o przesyconą tragizm em jed n o stk ę czasu historycznego, utoż­
sam ionego w ich dośw iadczeniu z w ydarzeniam i bezpośrednio minionej przeszłości. O bca jest im
jed n ak historyczna pam ięć, któ ra cechuje b ohaterów powieści E. Jo h n so n a Chmury nad
Metapontem czy Czasy Jego Wysokości. W przeciwieństwie bowiem do K lem ensa Decorbie
i profesora P. Levy (Chmury nad Metapontem) cny Jo h ąn n ip ertu sa ( Czasy Jego Wysokości)
ESEJ
53
w przeszłości nie odnajdują nic, co byłoby godne ocalenia, co w zywałoby do wierności. W ich
Świecie nie istnieją też
by odw ołać się do słynnej powieści H. Malewskiej — „kam ienie, które
wołać będą". Nie istnieje żadne źródło, żaden praw zór czasu, do którego — jak chciałby
A. C arpentier
w arto byłoby w racać i z którego m ożna byłoby czerpać boską moc. Nie istnieje
tcż przyszłość, którą w arto byłoby tw orzyć od podstaw , jak chcą to czynić bohaterow ie
•J- C ortazara, może szczególnie bohaterow ie Książki dla Manuela.
Czas przeżywany
W tej sytuacji rodzi się pytanie, czym jest ludzki, indyw idualny a więc wew nętrzny, n ajb ar­
dziej intym ny czas bohaterów Słońce też wschodzi. Czy w nich sam ych, w ich najbardziej
osobistym i głębokim w ymiarze św iadom ości m ożna odnaleźć inne, niesprow adzalne do wyżej
zaprezentow anych, dośw iadczenie bądź też kształtow anie i projektow anie czasu? Innymi słowy
1T>ówiąc, czy — obok czasu astronom icznego pustych chwil, eschatologicznego czasu iluzji bądź
konwencji, oraz niszczycielskiego, globalnego czasu dziejów
m ożna dostrzec w przeżyciach
bohaterów Słońce też wschodzi jeszcze inny czas, czas osobow y, czas ludzki, stanow iący —
być może — ja k ą ś nadzieję dla każdego z nich bądź przynajm niej rodzący poczucie bezpie­
czeństwa?
Czas psychologiczny (nazywam y także czasem wew nętrznym czy przeżyw anym , a który
,r>ożna chyba również nazw ać czasem osobow ym ) jest — ja k powszechnie w iadom o — zjawis­
kiem zdecydow anie odm iennym zarów no od jednokierunkow ego, jedn o ro d n eg o i pustego czasu
metafizycznego oraz astronom icznego, ja k też od wypełnionego i zróżnicow anego w ew nętrznie
czasu historycznego. Od dwu pierwszych różni się wypełnieniem, niejednorodnością, tem pem
1intensywnością trw ania, subiektyw nym , innym u poszczególnych osób sposobem dośw iadcza­
nia i przeżyw ania św iata itd., od czasu historycznego zaś odróżnia go specyficzna dlań, elem en­
tarna choćby jedność i zw artość, dzięki jego odniesieniu do konkretnego ja (wyłączywszy,
oczywiście, przypadki tzw. rozdw ojenia jaźni). Ten zindyw idualizow any czas w ew nętrzny właś­
nie jest sposobem przeżyw ania (i w ypełniania) czasu m etafizycznego czy astronom icznego przez
człowieka, a zarazem sposobem odczuw ania i przeżyw ania czasu historycznego (zarów no w jego
dziejowym ja k i eschatologicznym wymiarze). M ożna więc powiedzieć, że jest horyzontem czy
Polem możliwości dośw iadczenia wszystkich odm ian (czy wym iarów ) czasu obiektyw nego
(ponadindyw idualnego); tym, który nadaje pozostałym aspektom czasu sens i w ażność dla
człowieka, który go w nich autentycznie zakorzenia. Człowiek bowiem o tyle tylko istnieje
w historii, o ile jej dośw iadcza a naw et - o ile ją współtw orzy.
Jeżeli chodzi o obiektyw ną długość trw ania czasu w ew nętrznego (tę w ym ierną ilościowo
liczbą godzin, dni czy lat), to wydaje się ona nieskończenie m ała w porów naniu z bezkresem
czasu metafizycznego, astronom icznego czy nawet historycznego. O statecznie bowiem obiektyw ­
na długość trw ania czasu subiektyw nego jest rów na sumie wszystkich św iadom ie przeżywanych
Przez konkretnego człow ieka chwil jego życia. M im o tej krótkości jednakże, czas ów posiada
Wprost nieograniczoną pojem ność i plastyczność. Człowiek bowiem, dzięki stru k tu rze i funk­
cjom swojej św iadom ości jest w stanie transcendow ać teraźniejszość zarów no w kierunku prze­
szłości (co znakom icie pokazał Proust), jak i przyszłości i to nie tylko swojej własnej, lecz (jak
z naciskiem podkreślał Rollo M ay) daleko przekraczającej wąskie ram y chronologii swego
Jednostkow ego życia. W w ewnętrznym dośw iadczeniu przecież wszystkie wym iary czy aspekty
czasu w ydają się sumować i nakładać na siebie, tworząc strukturę czy pole o nieskończonej wprost
rozległości i głębi. Przeżywany jest on w praw dzie ja k o aktualność, lecz oczywiście nie ja k o
aktualność punktow a, rodząca się i natychm iast pogrążająca się w nicości, lecz przepływ ająca,
Posiadająca sw oistą rozciągłość, ze swej istoty o tw arta na przeszłość i przyszłość, tzn. będąca
owocem chwil m inionych i zapow iedzią tych, co nadejdą, zaw ierająca w sobie zdolność dow ol­
nego przem ieszczania uwagi w polu czasowym — sięgania do wszystkich praktycznie w arstw
Przeszłości i przyszłości, ich uobecniania a naw et swoistej kreacji (w yobrażenia, m arzenia,
m odyfikacja w spom nień, projekty oczekiwania itd.).
54
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Powyższy, bardzo szkicowy opis czasu przeżywanego, może spraw iać w rażenie czegoś
abstrakcyjnego i schem atycznego. Schem at ten jed n ak , jeżeli odnieść go do sposobów przeży­
w ania czasu przez bohaterów Słońce też wschodzi, pozwoli lepiej ich dośw iadczenia opisać
i zrozum ieć. W tym celu trzeba bliżej przyjrzeć się sposobom dośw iadczania przez nich trzech
w ym iarów czasu, a więc przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
T o, co przede wszystkim w ydaje się narzucać w zachow aniu szczególnie Brett Ashley (lecz
również Ja k e’a Barnesa i R oberta C ohna), to nieom al m aniakalnie, nieustannie — nawet
nieśw iadom ie i wbrew niektórym słownym deklaracjom — ponaw iane próby ucieczki od
przeszłości, dążenie do jej zapom nienia czy nawet - używając bardzo w tym miejscu przydatnej
term inologii J. P. S artre’a — jej neantyzacji. Próbują oni przecież odebrać przeszłości nic tylko
ważność, znaczenie czy skutkotw órczą moc, lccz w prost sam o istnienie. T a przeszłość bowiem,
chociaż bez reszty determ inuje ich teraźniejszość czy nawet przyszłość, nie jest (i nigdy nie była)
ic h przeszłością. W całości redukuje się ona do w ym iaru globalnego i dziejowego, posiada więc
rysy ponadindyw idualne. W szystko, cokolw iek ludzie ci zachow ali z przeszłości, to frustracje,
poczucie obcości a naw et okrucieństw a św iata (jak w przypadku R oberta C ohna ju ż w dzieciń­
stwie prześladow anego z pow odu bycia Żydem ) bądź też fizyczne okaleczenia (Jake Barnes) czy
wreszcie u tratę zm ysłu m oralnego, jakiejkolw iek zdolności m oralnego osądu (Brett Ashley).
U cieczka jest oczywiście niemożliwa, poniew aż przeszłość została przez nich mim owolnie
zinterioryzow ana, stała się nieodłączną cząstką ich sam ych. Pamięć — co pokazyw ał F. N ie­
tzsche — okazuje się jednym z największych w rogów człowieka, obciąża go bowiem balastem
nienawistnej mu przeszłości. Jake Barnes wie doskonale, że przeszłości człowieka nie m ożna
odeń odłączyć, że wlecze się ona za nim bez przerwy, że jest w szechobecna. S koro tak, to
pozostaje jedynie zgoda na nią.
Przeszłość nie może więc dla bohaterów Słońce też wschodzi stanow ić źródła mocy, ba­
gażu dośw iadczeń czy wzorców postępow ania. Nie może w żaden sposób pom óc w odzyski­
w aniu utraconej tożsam ości osobowej. Jakże więc jest różna od utraconego czasu, którego
poszukiw ał i starał się ocalić (ostatecznie skutecznie) M arcel, b o h ater W poszukiwaniu straco­
nego czasu P rousta. Przeszłość Ja k e’a czy Brett nie jest godna tego, by ją ocalić. Przeciwnie, oni
— inaczej niż M arcel — znając wszechobecność czy ciągłą aktualność przeszłości, nie umieją
i nie m ogą się jej przeciwstawić. W tym w ydaniu na jej żer bliscy są raczej Sartorisom czy
S utpenom z h rabstw a Y o k napatapthw a (z powieściowego cyklu W. F aulknera), tyle że S arto ri­
som i Sutpenom dana jeszcze została św iadom ość mitycznej „zaprzcszłości” , epoki panow ania
ładu i sprawiedliwości, epoki— doskonałości, ep o k i—wzoru. Tę zaprzeszłość m ożna określić
m ianem czasu zerowego — i w tym sensie eschatologicznego. Bohaterow ie Słońce też wscho­
dź i, ydk ju ż wspomniano wcześniej, również czas zerowy, zaprzeszły, mityczny
jakkolwiek go
nazyw ać — całkow icie utracili. Pozostała im jedynie przeszłość historyczna, przeszłość k o n k ret­
nej epoki. I to tak potężna, że naiwnością w oczach n arrato ra Jak e’a Barnesa wydaje się wiara
R oberta C ohna, iż zło przeszłości m ożna — jeżeli nie zneutralizow ać, to w ykorzystać ku dobru.
O kazuje się więc, że alienacja bohaterów w czasie historycznym w yraźnie się pogłębia: to nie
oni jem u nadają sens czy ważność, nie oni też w yznaczają obszary, w których siebie tworzą.
Przeciwnie, ich czas przeżyw any, przynajm niej jeżeli chodzi o dośw iadczenie przeszłości, jest
funkcją i skutkiem dziejowej zamieci, chaosu historii. Czas wew nętrzny przestaje być subiektyw ­
ny i indyw idualny. Staje się, paradoksalnie, czasem w spólnym wszystkim, intersubiektyw nym
czasem pokolenia. Jednakow ym w dośw iadczeniu Ja k e’a, Brett czy przygodnie spotkanej fran­
cuskiej dziewczyny. W yjątkam i są może jedynie hiszpański to rread o r i — przez kilka dni swego
życia — naiw ny pisarz, R obert C ohn.
Jeżeli jed n ak nie m a ucieczki przed przeszłością, czym staje się dla człow ieka teraźniejszość,
a zwłaszcza przyszłość? Przecież to przyszłość właśnie w zwykłym ludzkim doświadczeniu
objaw ia się ja k o sw oista pustka bytu, przestrzeń możliwości i działania, m arzeń i nadziei. Brak
nadziei zdaje się ją unicestwiać a przynajm niej usuwać poza ram y ludzkiego życia. Bez nadziei
bowiem życie ludzkie staje się zam knięte, jak b y ostatecznie ju ż d o k o n an e i zakończone, pozba-
ESEJ
55
wionę przyszłości właśnie. Brak przyszłości zaś to (co podkreślał Sartre) brak w olności, a tym
samym „śm ierć za życia” .
Śmierci tej spośród bohaterów Słońce leż wschodzi nie chce się pod d ać zasadniczo jedynie
Robert C ohn. O n jeden wierzy jeszcze, że czas jest sprzym ierzeńcem człowieka, on jeden ufa
Przyszłości otwierającej się przed ludzką aktyw nością i m arzeniam i. Stąd też próbuje on tę
Przyszłość kreow ać na wzór swoich najgłębszych pragnień, uczynić ją czymś własnym. Dzięki
temu nie jest ona dla niego jedynie pow tórzeniem przeszłości czy teraźniejszości, lecz szansą
odzyskania tego, co zostało stracone — szansy życia. W tym sensie R obert C ohn przypom ina
(czy może raczej — biorąc pod uwagę chronologię dzieł E. H em ingw ay’a — zapow iada)
bohaterów np. Zielonych wzgórz Afryki, Komu bije dzwon czy wielu opow iadań, a więc
tych ludzi, którzy nie poddają się biernie w yrokom losu, ludzi, którzy jeżeli nawet będąc mniej
sentym entalni niż R obert i nie m ając ju ż złudzeń co do ostatecznego rozstrzygnięcia ich walki ze
światem, będą podejm ow ać działanie dla sam ego działania, dla wierności i ho n o ru , dla tej jednej
chwili, k tórą pam ięta się przez cale życie, m im o iż nic d a się wypowiedzieć głębi wypełniających
J;! przeżyć. Tej chwili szczęścia, której dośw iadczył Franciszek M acom ber (z opow iadania Krót­
kie szczęśliwe życie Franciszka Macombera). Tej chwili, któ ra przypom ina mistyczną ekstazę,
tej chwili, w której czas nie płynie, w której człowiek zdaje się doty k ać a naw et — w prost
uczestniczyć w tym, co wieczne.
W słow ach, które w ypow iada R obert C ohn nic m a jeszcze tej ekstazy uratow anej chwili, nic
IT>a też owej m ądrości, która zm usza do działania nic pozw alając pytać o jego sens czy racje. Jest
Jednak niezgoda na pustkę czasu, nadzieja przyszłości a naw et bunt, chociaż m oże niedojrzały
‘ ślepy. „Słuchaj, Jake — pochylił się nad barem . — Nigdy nic m asz uczucia, że życic przemija,
a ty wcale z niego nie korzystasz? Zdajesz sobie spraw ę, że przeżyłeś ju ż praw ie połow ę tego
czasu, który m asz przeżyć?
— Owszem, chw ilam i.”
I w innym miejscu: „N ie m ogę znieść myśli, że życie tak szybko ucieka, a ja właściwie wcale
2 niego nic korzystam .”
Słowa te zdradzają nie tylko nostalgię za przeszłością czy bezsilną złość z pow odu jej
bezpowrotnej utraty. W yrażają coś więcej, m ianow icie wiarę, że zawsze otw iera się przed
człowiekiem coś, co nadejdzie, co jeszcze nie jest określone ani przesądzone, co czeka dopiero na
t°, by człowiek zaczął je tw orzyć i kształtow ać. T o nieznane — to przyszłość, prześwit życia czy
też — jak b y zapew ne powiedział S artre - przestrzeń wolności czyli człowieczeństwa. Więcej,
w tych słowach odzyw a się ludzkie, nigdy nie zaspokojone pragnienie wieczności, nieśm iertelno­
ści- Być wiecznie, to być poza czasem, poza jego niszczycielską w ładzą, to istnieć na sposób
boski. C óż z lego, skoro nigdy nadzieja wieczności nie może zostać spełniona. N aw et w artości,
którym chciałoby się służyć, jak w artość honoru, czy dzieła, które chciałoby się tw orzyć na w zór
Jednego z bohaterów Dżumy A. C am usa, skazane są ostatecznie na zapom nienie i unicestwienie,
d o sk o n ale rozum ieją to Jake Barnes i Brett Ashley, dostrzegając w dążeniach R o b erta C ohna
Wyraz nieśw iadom ości bądź naiwności. Sam R obert zresztą tę swoją naiw ność w pewnym
momencie w pełni zrozum ie. U św iadom i sobie, że się łudził. Doświadczy pustki czasu. Prze­
łomem będą tutaj dni spędzone z Brett. Dla tej ostatniej dni zupełnie p odobne do innych,
Jakich tysiące przeżyła i jeszcze m oże przeżyje — jednakow o ważne (raczej: nieważne) i puste,
^ la niego zaś dni szczególnej nadziei, m oże nawet nam iastka jej spełnienia czy wręcz — zap o ­
wiedź jej trw ania i um acniania w przyszłości. On przecież głęboko wierzy, że czyny ludzkie nie
8'ną w raz z chwilą, w której zostały podjęte, że trw ają dłużej — jeżeli naw et nie sam e w sobie, to
Przynajmniej w w yw ołanych skutkach, w zrealizow anych przez nie w artościach, w podjętej
*a nie odpow iedzialności. K ażda decyzja transcenduje chwilę teraźniejszą, w której została
Powzięta i kreując przyszłość, staje się elem entem budującym coś trwałego.
T a w iara R oberta zostaje jed n ak ostatecznie złam ana. Bezpośrednią przyczyną jest postaw a
^rett Ashley, żyjącej jak b y w zupełnie innym Świecie, w Świecie bez konsekwencji, w Świecie
Jednorodnych, następujących po sobie pustych chwil. Chwil izolow anych wzajemnie, następują­
56
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
cych po sobie bez jakiegokolw iek związku: żadna z nich przecież niczego nie zaczyna ani nie
kończy, żadna z nich nie rzutuje na następne, które nadchodzą, ani nie stanow i konsekwencji czy
skutku poprzednich. W takim dośw iadczeniu czasu tracą oczywiście sens jakiekolw iek treści
obecne w słowach „odpow iedzialność” , „w ierność" itd. Jedyną treścią poszczególnych chwil
przeżyw anych przez Brett okazuje się w spom nienie wojny, k tó ra doprow adziła do ż.yciowcj
klęski cale pokolenie. W św iadom ości i dośw iadczeniu Brett panuje więc w szechw ładnie czas
historyczny, uniem ożliw iający wyjście ku przyszłości, tworzenie nowego. N aw et rom ans z m ło­
dym torreadorem niczego nie otw iera. Pogrąża jedynie w rozpaczy.
K lęska życiowa, ja k ą ponieśli Brett Ashley i Jake Barnes m iała swe źródło przede wszystkim
w niezależnych od nich w ydarzeniach dziejowych. Ich w iną jednakże, ja k się zdaje, było
poddanie się, praktycznie bez walki, temu, co nieludzkie. Sami odebrali sobie m oc kształtow ania
czasu, godząc się, że jedynie historyczna przeszłość ma m oc trw ania, s k u tk o tw ó r c z e g o
trw ania, że indyw idualna teraźniejszość to przepływ pustych chwil i nic więcej. Klęska Roberta
C ohna m a inny w ym iar i źródło: została spow odow ana nic tyle okrucieństw em dziejów, ile
postaw ą osób, w śród których przebywał. Z jednej strony jeszcze w dzieciństwie dręczony przez
antysem itów , z drugiej, w wieku dojrzałym , w chwili, gdy uwierzył, że życie zaczyna n ab ierać
ładu i sensu, jakiegoś celu i trwałości
poniżony i opuszczony przez Brett Ashlcy. To
ostatecznie bowiem właśnie jej postaw a „życia bez konsekw encji" uniemożliwiła naw iązanie
pełniejszego porozum ienia. W iną R oberta był oczywiście jego sentym entalizm i chorobliw a
w prost naiwność.
S koro jednak R obert przegryw a, skoro to właśnie Jak e m a rację, że przed przeszłością nie ma
ucieczki, zaś przyszłość ja k o taka, ja k o pole możliwości po pro stu nic istnieje (lub przynajmniej
nie jest d an a człowiekowi), to czas w ew nętrzny, przeżywany przez bohaterów Słońce lei
wschodzi redukow ać się musi do teraźniejszości i to teraźniejszości w pewnej mierze o b u stro n ­
nie zam kniętej. D okładniej mówiąc: do teraźniejszości, k tó rą — z jednej strony
oni sami
usiłują, chociaż nieskutecznie, zam knąć na przeszłość, z drugiej
niezwykle opornej wobec
wszelkich (podejm ow anych przez R oberta) pró b otw arcia na przyszłość. Tym sam ym jed n ak ich
czas to sum a pow stających i zanikających chwil teraźniejszych, ich regularny, jednostajny
przepływ. K ażda z nich jest jedynie kolejną chwilą żalu i cierpienia, św iadom ości losu i próby
pojednania się z nim. W tym dośw iadczeniu czasu jakakolw iek o dm iana wydaje się być nie­
możliwa. Czas, wbrew T. M annow i, nie m a przepastnych głębi. Jest płaski i pusty.
Czas dośw iadczany przez bohaterów Słońce leż wschodzi nie jest oczywiście chaosem
chwil, chaosem dow olnie przestaw ianych na osi czasu punktów teraźniejszych, jak ie przeżywa
np. b o h ater d ram atu W poszukiwaniu zagubionej tożsamości V. H avla ani też mnogością
i bezładem narzucanych człowiekowi bez przerwy i dezorganizujących jego życie psychiczne czy
naw et osobow ość
inform acji i w rażeń, jak to m iało miejsce w Świecie powieści J. D os Passosa.
Nie jest tym bardziej teraźniejszością trw ania, intensywności istnienia, teraźniejszością chwili
ucieleśniającej czy objawiającej wieczność, jakiej doświadczyli inni bohaterow ie H em ingw ay'a.
np. w spom niany ju ż tutaj Franciszek M acom ber czy Nick A dam s (z opow iadania Rzeka
dwóch serc) lub wreszcie pisarz i myśliwy Ernest H em ingway (bohater Zielonych wzgórz
Afryki). Możliwe, że jedynie m łody torreador, tryskający energią, pięknem, m łodością i wolą
życia tak właśnie swego czasu dośw iadcza. Jak o pełną doznań i poczucia istnienia
teraźniej­
szość. Ale i w tym modelu życia, w poszukiw aniu przeżycia chwili do ostatecznych jej granic,
tkwi
co pokazyw ał w Dzienniku uwodziciela S. K ierkegaard
iluzja. Iluzja trw ania, iluzja
pełni. T o, co czasowe bowiem — zawsze i nieodwołalnie
przem ija. N a szczęście
jak
zapew ne pow iedziałby J. L. Borges.
W Słońce też wschodzi czas ludzki jest więc linearnym , jednostajnym , pozbaw ionym — jeśli
pom inąć znajdujący się u kresu życia każdego człowieka obiektyw ny fakt śmierci
kierunku
i celu przepływem poszczególnych chwil „teraz” , przesyconych wspom nieniam i przeszłości
i układających się w ciąg pozbaw ionego sensu, straconego życia. K ażda zaś z indywidualnych
biografii staje się jedynie egzem plifikacją kategorii „straconego p okolenia” .
ESEJ
57
Uwagi końcowe
Jeśli wyżej zaprezentow any opis jest słuszny i w głównych przynajm niej zarysach odpow iada
rzeczywistym przeżyciom bohaterów Słońce też wschodzi, to nic sposób oprzeć się w rażeniu,
że jest to napraw dę dośw iadczenie tragizm u (by nie rzec - absurdu) istnienia. C zas subiektyw ny
przecież zredukow any został ostatecznie do czasu historycznego a naw et astronom icznego,
skoro życie utożsam ia się z liczbowo uporządkow anym przepływem chwil. Tc dw a czasy więc
(psychologiczny i astronom iczny), które na początku obecnych uwag scharakteryzow ane zo sta­
ły
zgodnie z codziennym dośw iadczeniem człowieka
ja k o radykalnie od siebie różne,
ostatecznie, w przypadku bohaterów om aw ianej powieści stap iają się w jeden. Nic w tym
oczywiście sensie, ja k o b y czas przeżywany wypełniał czas stronom iczny i nadaw ał mu sens, lecz
w tym, że pierwszy stał się jedynie funkcją drugiego. U tracił więc swoją specyfikę, swój ludzki
wymiar. Jeżeli do tego dołączyć wcześniejsze ustalenie, w myśl k tórego Jake, Brett czy R obert
Pochłonięci są bez reszty m inioną w ojną, ostateczny wniosek winien być następujący: ludzie ci
nie posiadają czasu subiektyw nego ja k o subiektyw nego właśnie, a więc w ew nętrznego, praw dzi­
wie własnego, rzec m ożna - intym nego. Ich czas to czas globalny, bezosobow y, m artw y.
Różnicuje go, co najwyżej, odm ienny sposób zapom inania przeszłości. Z ap o m in an ia jed n ak ,
które nigdy nie może być całkow ite.
P ozostaje oczywiście pytanie, czy bohaterow ie om aw ianej powieści są św iadom i redukcji ich
życia do obecności w czasie atronom icznym i historycznym , a więc do tego, co globalne. W ydaje
s*ę, że tak. W skazują na to choćby obaw y i nadzieje R oberta a także ostateczna rozpacz, w którą
Popada w chwili, gdy opuszczają go Brett i Jakc. Podobnym przykładem m ogą być nieudane
Próby ucieczki od przeszłości, jakie podejm ow ał Jake a także nieustanne, chociaż pozostające
Jedynie słowami, postanow ienia Brett, że wreszcie się zmieni czy też sym boliczny dialog Ja k c'a
z zupełnie przypadkow o spo tk an ą francuską dziewczyną:
„— N a co te wszystkie zegary? — zapytała dziewczyna.
— P okazują godzinę w całej Ameryce.
— N ie bujaj m nie.”
D ziewczyna zdaje się odkryw ać jakiś symboliczny sens zegara: to przecież właśnie zegar
ujednolica wielość możliwych czasów subiektyw nych, stanow i bowiem instrum ent pom iaru
czasu. Z egar w yznacza jednostajny przepływ chwil, a w ybijając godziny oznajm ia, że zostały one
bezpow rotnie ulokow ane w przeszłości, stracone na zawsze. Stad właśnie zegar daje człowiekowi
(podobnie jak kalendarz) św iadom ość i m iarę przem ijania. Nic więc dziwnego, że jeden z głów­
nych bohaterów powieści W. F aulknera Wściekłość i urzci.sk
Q uentin, zanim popełni
Samobójstwo, stłucze zegarek i wrzuci go do rzeki. Bohaterow ie H em ingw ay’a zegarów nie
niszczą, nie wypełniają też kalendarza pisaniem dzienników czy w spom nień, ja k b o h ater powieś­
ci M. B utora Odmiany czasu. Posiadają jednak św iadom ość doniosłości zegara, wagi czasu.
Świadomość la pozw ala im (może szczególnie jest to widoczne w postaw ie zajm ow anej przez
Jake’a Barnesa i Brett Ashley) nabrać dystansu do rzeczywistości, do własnego losu. Nie sposób
jednak z drugiej strony nic dostrzec, że św iadom ość la jest tępym , m onotonnym bólem. Bólem,
tło którego jednak m ożna się w końcu przyzwyczaić.
W świetle przedstaw ionej tu interpretacji czasu przeżyw anego przez bohaterów Słońce leż
>i’schodzi ja k o czasu astronom icznego, na którym kładzie swój cień czas historyczny, wydaje
się być daleko bardziej czytelne niż na początku, tytułowe wyrażenie książki. O bok bowiem
■nnych, zapewne bardziej podstaw ow ych znaczeń, odzw ierciedlać ono może rów nież właśnie
ową globalność czy astronom iczność ludzkiego czasu przeżywanego, jego m onotonię. Co
więcej, staje się bardziej jasne, dlaczego bohaterow ie powieści uw ażani są pow szechnie za
literacki portret tzw. „straconego pokolenia” , do którego należał (a przynajm niej zaliczał siebie)
sam Hem ingway. Przyzwyczaić się wszak do życia, przyzwyczaić się do pustego przem ijania
czasu
to ponieść klęskę,
Ireneusz Ziemiński
r
PO E Z JA
Kazimierz Hoffman
NA TEMAT SISLEYA
— W rzesień był w spaniały: ogród. Wszedłem do środka;
weszło nas kilkoro, był Bohr. O garnęła nas cisza
pełna nieuchw ytnych poruszeń drzew
(szelestu) z Louveciennes
— I żeście weszli?
— On nas ośmielił;
m alow any w c z e r n i pień
d a ls z e j tam wierzby (zasuplaly, niebiesko,
pod sznurek, wyciszony strumień — pisał ktoś potem )
był niczym innym jak... Widzę do dziś
ow ą scenę. Całość stoi w zachwyceniu: ranek... T ylko
tam właśnie, o —
ciche tkactw o św iatła, nagryzione czerni;},
puszcza oczko: błąd! T ak, „dziurka w m uślinie” . Był
błąd; on nas ośmielił.
— O braz miał skazę?
— T ak, wejście.
59
60
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Robert Miclhorski
MILCZENIE
N ajpierw wiersz. Prowadzony z tom u Litera. Jak wiele utw orów Kazim ierza H offm ana
z różnych okresów — noszący znam iona poetyckiej now eli'. Tu, jak i w innych w ypadkach
w liryce tego poety — strzęp rozm ow y, kró tk a w ym iana zdań, starcza za regularny, nie liczący
się z czasem dyskurs bądź długotrw ałą rozmowę.
PRO W A D ZON Y
tak, aby być trochę. D latego idą
wolniej; słychać szm er liści, kobieta milczy
jest zam yślona. Dzień mieli dobry raczej;
przez całą łąkę płynął strum ień
na jego dnie leżało światło. A potem jeszcze
ujrzeli miejsce, gdzie z wielu przedm iotów (po dw a,
po cztery) spam iętała jeden:
ostrze z metalu,
ślad G otów z północy, przem ykających dołem
tam tego wzgórza; tak im pow iedziano. (...) I
kiedy to było? Zapew ne
rzecz jest bardzo cenna. D roga skręca teraz, opada
łagodnie,
zapach dym u, palonych łodyg, nagły
od pól
czeka tam ,
gdzie byli wczoraj.
M ężczyzna przystanął. Czuje lekkie zdrętw ienie ręki
lewej. „U siądź na chwilę. I nie m ów ” jej głos
otw iera jego oczy: ściem niało. Już wieczór
i czuje się chłód od ziemi.
ESEJ
61
T o wszystko, co zostało pow iedziane. M ężczyzna i kobieta. Cisza, że „słychać tylko szmer
liści” . Rozległa przestrzeń, podkreślająca ich kruchą w niej osobność. W iersz prezentuje typow ą
dla liryki K azim ierza H offm ana sytuację synekdochiczną — część (fragm ent św iata) stanow i
o całości. T u i teraz oznacza: zawsze i wszędzie. K obieta i mężczyzna — to ty i ja , albo: pierwsi
rodzice. Czy rzeczywiście? A „ostrze z m etalu, ślad G otów z północy” ? Więc w ędrów kę tych
dwojga należałoby przesunąć nieco w czasie. Ale od jak daw na oni idą? I ja k długo jeszcze
iść będą?
O dpoczyw ają o zm ierzchu. K obieta mówi: „U siądź na chwilę. I nie m ów ” . Dlaczego? Prze­
cież cały dzień nie słyszeli swoich głosów? D latego Jej głos w ybudza G o: „otw iera jego oczy” .
Dlaczego milczą?
M aurycy M aeterlinck pow iada: „Słow a zam ienione pom iędzy ludźmi ulatują, ale milczenie,
0 ile zdołało nabrać charakteru czynnego, nic przem ija, a życie prawdziwe, to które ślad
W stawia za sobą, jest właśnie m ilczeniem.” A więc oni żyją napraw dę! Jeśli są cieniem innego
Mężczyzny i innej kobiety, to dopiero tu, ja k o cienie, istnieją n a p r a w d ę . T am byli po to,
by tu — blisko strum ienia, ognisk na polach, być zupełnie. Milcząc.
M aeterlinck w yróżnia dw a typy milczenia: czynne i bierne. B ierne, je s t jen o odblyskiem snu,
śmierci lub nicości” . C zynne jest wytężone, aktyw ne, znaczy więcej niż słow o („Słow o to rzecz
wielka, ale nie najw iększa” ). Kiedy czytam y w Skarbie ubogich M aurycego M aeterlincka2
takie o to zdanie:
„... i gdyby pierwszy z ludzi urodzonych na Świecie spotkał ostatniego m ieszkańca ziemi,
milczeliby tak sam o w pocałunku, strachu, łzach, słowem wc wszystkim co w olne od kłam stw a”
ja k o żywo staje przed oczam i ten obraz dw ojga, mężczyzny i kobiety, idących w mitycznej
przestrzeni, bezczasowej.
Ten sam m otyw pow raca również i w innych utw orach K azim ierza H offm ana; skrajną
Postać przybiera w wierszu Usłyszane w Gruzji:
Pola w blasku. G aje w cieniach.
I proste piękno tego przeczenia:
„Z ałożyć by tu m iasto”
„chodź, niech będzie syn”
Pozostaje jed n ak zagadka tytułu: Prowadzony. Dlaczego nie Prowadzeni (przez milczenie,
niewypowiedzianą konieczność)? Poniew aż to O na jest Jego przew odniczką. O na w zbrania M u
mówić, a tak napraw dę w ybudza G o ze snu (który ja k długo ju ż trwał?).
*
*
*
K ategoria milczenia — jakkolw iek w pełni nie w yjaśnia liryki au to ra Kody, zdaje się wiele
tłum aczyć z jej wew nętrznych i zewnętrznych założeń.
H offm an milczy ja k o p o eta3. Publikuje na tyle rzadko, że ogłaszane wiersze znaczą praw ie
tyle sam o, co rozlegle pauzy między możliwościami ich lektury. O szczędność w w ypow iadaniu
się w dru ku jest w przypadku Kazim ierza H offm ana niemal anegdotyczna. Poeta debiutow ał
w wieku 32 lat, rzadko publikuje w prasie literackiej, koncentrując się głównie na starannym
ogłaszaniu tom ów poetyckich. W ydał kolejno: Trzy piętra domu (1960), Zielony jesteś (1964),
Rousseau (1967), Drzewo obiecane (1971), Wiersze wybrane (1978), Kamień M oore’a (1982),
Powrót (1982), Dwanaście zapisów (1986), Kodę (1987) i Trwającą chwilę (1991). W kolejnych
zbiorach pojaw iają się często wcześniej ogłoszone wiersze — w nowych redakcjach lub w innych
^kładach problem ow ych, składających się na cały tom . Poeta pow raca także do wcześniejszych
62
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
książek, przyw ołując ich fragm enty w cytacie, m ottcie. T ytuł zbioru Drzewo obiecane np.
pochodzi z wiersza z pierwszej książki H offm ana. Owo zazębianie się m otyw ów i wewnętrzna
organizacja liryki H offm ana dały podstaw ę do utartego w krytyce poglądu nt. herm etyzm u
tego poety. O graniczenie się do liryki i eseistyki (o sztuce), brak uczestnictwa w zgiełku życia
literackiego — pogłębiły jeszcze sąd o m ilc z ą c e j o b e c n o ś c i poety. Z astanaw iający przy tym
jest fakt — że m im o stosunkow o ograniczonej popularyzacji tej liryki — krytycy w ypow iadają
się o H offm anie, ja k o o jednym z najważniejszych polskich poetów współczesnych. Milczenie
tego poety jest częścią dzieła.
M ilczą także wiersze. Eliptyczne, pełne niedom ów ień, aluzyjne w napiętym do granic mil­
czeniu. C hoć przecież K azim ierz H offm an w każdym wierszu opow iada p e łn ą historię. W głębi
duszy H offm an jest staw iającym sobie radykalne ograniczenia epikiem. N owelistą. W utw orach
typu Bliźniaczki, Joanna W. w lapidarnej formie opow iada się z w olna niemal esencję całego
życia. Innym razem, ja k w Zamyślonym — drobiazg sytuacji (Bergson nakładający kapelusz
na głowę) pełni funkcję znakom icie przygotow anej nowelistycznej pointy.
Ale to w szystko jest niejako p o z a wierszem. Poza słowami, które zostały wypowiedziane.
Jak poszczególne słowa — podkreślane wygłosem, rozstrzelonym drukiem , w yprzedzającą je
pauzą — sugerują coś więcej, niż się aktualnie oznacza.
Jednak — rozpatrując problem milczenia w poezji K azim ierza H offm ana — nie możemy
tracić z pola widzenia ogólniejszej tendencji liryki współczesnej, oddającej się we w ładanie
„zdław ionej m ow ie” . T o Valery pow iadał: „M ilczenie jest osobliwym źródłem poezji” . W swo­
ich studiach nad now oczesną poezją H ugo Friedrich dow odził rangi tej kategorii: „Pojęcie to
oznacza najsubtelniejszą delikatność, najbardziej zdum iew ającą obcość w kom binacji słów,
sugestywne echo we wnętrzu czytelnika, ciszę, k tó ra kryje w sobie to, co m a nadejść, a także
m owę spraw iającą w rażenie, iż jej następnym krokiem będzie zamilknięcie. T ak rozum iane
pojęcie «milczenia w m ów ieniu» m ożna zastosow ać do wielu utw orów nowoczesnej liryki” .
„F ragm entaryczność” , „wyrzeczenie się czasow nika” , „styl nom inalny” - o to dostrzeżone
przez F riedricha zew nętrzne objawy milczenia w wierszu4.
N ajskrajniejszym przypadkiem jest postulat M allarm eego, by wierszem była tylko milcząca
biel kartki. T o skrajność niemal absurdalna. Praw dą jest bowiem, że waga milczenia (jego
znaczenie) uzależniona została od sąsiedztw a słów.
O becność tego m otyw u u H offm ana sytuuje charakterystyczną dla tej poezji kategorię
milczenia na bogatym tle filozoficznym. Pojęcie to pojawia się u Pascala o raz u Plotyna —
w milczeniu Boga i duszy św iata. W ittgenstein nakazuje problem y metafizyczne pozostaw ić
milczeniu. G orgiasz z L eontinoi pow iadał: „G d y b y naw et coś m ożna było poznać, to nic
m ożna by tego wypowiedzieć” . W agę milczenia podkreślał też T hom as Carlyle. Nie można
jednak zapom inać, że poglądy te stoją w konflikcie z przekonaniam i wielu filozofów i myślicieli,
którzy głosili rację o myślowej (językowej) w yrażalności problem ów metafizycznych: K arla
Jaspersa, M artin a B ubera, H annah A rendt, M artin a H eideggera.
*
*
*
C ytow any na wstępie wiersz Prowadzony pojawił się w ogłoszonym w 1977 roku tomie
Litera. Po czternastu latach ów wiersz pow raca do nas, ja k o Dwoje ludzi o zmierzchu w tomie
Trwająca chwila. Zm ieniony tytuł, bardziej jeszcze przywodzi na myśl rom antyczną tradycję
m alarską (np. C. D. Friedrich Mężczyzna i kobieta patrzący na księżyc, Wschód księżyca nad
morzem)', a poszczególne fragm enty zm ieniają tu swą postać. O bszerna część utw oru została
dopisana. Milczenie mężczyzny tym razem jest ju ż bliżej określone w m otyw acji, mityczny
kontekst w ędrów ki tych dw ojga został skontam inow any ze „szczegółem ” konkretnego wspo­
m nienia (Hel), które „trw a ” . Przywołanie wiersza po długotrw ałej pauzie jest znaczące, potw ier­
dza jego w artość w oczach au to ra i artystyczną trafność, szczególnie w sytuacji uzupełnień
i korekt.
ESEJ
*
*
63
*
„L iteratu ra posługuje się milczeniem — pisze Izydora D ąm bska — w dw ojaki sposób:
pośredni i bezpośredni. Pośredni, gdy a u to r mówi w milczeniu postaci utw oru ja k o o wyrazie,
sposobie zachow ania się itp. (...). Bezpośredni w postaci pauzy, przemilczenia, niedom ów ienia,
zamknięcia, np. w utw orze lirycznym czy w pieśni, w milczeniu ja k o ekspresji postaci scenicz­
nych w dram acie.” 5
Więc, po pierwsze, bohaterow ie poetyckiego św iata K azim ierza H offm ana. (J. K. z Kody:
>,Milczy./Latami” .) Przychodzą gdzieś z m roku, w ypow iadają k ró tk ą, enigm atyczną kwestię
i odchodzą... w m rok. W Świecie H offm ana język jest ledwie cieniutką nicią łączącą nas ze sobą,
lecz to, co nas porozum iew a, znajduje się p o z a słowami. Jak b y w zgodzie z m yślą M aeterlincka:
Nieme sługi milczenia w ym iatają z nas m nóstw o śmieci, podczas gdy nie dochodzą do nas
z zew nątrz zbyteczne zgoła hałasy.” Dla bohaterów liryki H offm ana milczenie jest w y b o re m .
A co za tym idzie w yborem jest sam otność.
S am otność w ybrał m alarz T adeusz M ałachow ski, którem u poeta poświęcił piękny esej
Miara. M ałachow ski pojaw ia się też bodaj w wierszu Udział artystów.
„W dzień pogrzebu swej m atki T adeusz pokazał mi
gipsowy odlew jej tw arzy (...)”
I tu — w dośw iadczeniu tajem nicy istnienia wyznanie: „Patrzeliśm y w m ilczeniu.” C o brzmi
jak W ittgensteinowskie: „W ovon m an nicht sprechen kann, dariiber muss m an schweigen.”
W liryce K azim ierza H offm ana w zasadzie nie tyle milczenie stanow i pauzę wypowiedzi,
■le w ypowiedź jest przerw aniem pauzy (milczenia). Jakże często wiersz bierze swój początek
wcześniej, w milczeniu, zanim zostanie zapisany. Początek wiersza jest końcem zdania, które
nie zostało zanotow ane w całości:
„szarpną! tedy i wyszedł. Spojrzałem na nią: stała
odchylona do tyłu
jej drobna pięść tłukąca o powietrze!
gw ałtow ni byli, gw ałtowni oboje. Potem on się gdzieś uczył
i został artystą. (...)”
( M atka artysty)
albo:
„łapiem y z zew nątrz. W szelkie zam knięcie odbiera
nam w idok
kroplę
i tlen (...)”
(Glos przywołujący stary motyw)
Jeszcze innym razem na utw ór liryczny składa się w ym iana zdań, dw óch głosów bliżej nie
określonych (np. Na nowo lub Usłyszane w Gruzji). Bohaterow ie H offm ana poka/;>ni są zawsze
w tym dram atycznym m om encie, gdy m ają do w ypow iedzenia ja k ąś zobow iązującą praw dę
o własnym (naszym) istnieniu. Poza tym milczą. Szczególnym przypadkiem milczenia w tej
Poezji jest skrajna rezygnacja z pierw szoosobow ej wypowiedzi podm iotu. Kazim ierz H offm an
wybiera relację, trzecioosobow e spraw ozdanie. Istnieje jedn ak wyjątek: m istyfikacja przekładu.
Tom asz C rosby i Bert M oebe — postaci-m aski pow ołane przez H offm ana um ożliw iają w yjątek
od tej reguły narracji.
B ohaterow ie H offm ana: ci dom yślni i ci — pokazani z zew nątrz — zatopieni są w integralnej
rzeczywistości w ewnętrznej, w duchow ej ciszy. Oddzieleni tą ciszą od św iata, ja k szybą. T rochę
64
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
dekadenccy, po czechow owsku cierpiący na inercję woli, ja k b y cały czas noszący w sobie
przekonanie bohatera wiersza x x x i coraz częściej spogląda! na gałąź, że „gaśniem y w m agii” .
Skupieni nad chwilą, by „przetrw ać o mgnienie dłużej” .
K ontrast — jed n a z zasad poetyki K azim ierza H offm ana — tłum aczy nam sposób istnienia
w Świecie bohaterów au to ra Kody. Ich duchow a cichość k o n t r a s t u j e z gwarem dzisiejszego
życia. Ich milczenie jest w istocie jedyną racjonalną postaw ą człowieka w Świecie inform acyjnego
przeciągu. Ich kruchość, w aga ja k ą przyw iązują do zaobserw ow anego „dro b iazg u ” , „szcze­
gółu” (kluczowe słowa wielu utw orów ) — k o n trastu je z hiperboliczną tan d etą produktów
współczesnej cywilizacji. „Szczegół” i „drobiazg ” — to niemal wizualne oznaki cichości.
Milczenie bohaterów liryki K azim ierza H offm ana jest rodzajem świadectwa n ie w y ra ż a ln o ś c i pojedynczych problem ów egzystencjalnych. Stąd obecność w poezji au to ra Trwającej
chwili kategorii „zapisu” . Pojęcie „zapisu” przywodzi na myśl takie cechy jak: niegotowość
form uły (domyślnie: poetyckiej), jej niedostateczność i przydatność ledwie w danym momencie.
„Z a p is” (zob. tytuł tom u Dwanaście zapisów) — to jedynie p r ó b a uchwycenia czegoś, co
wszelkim zabiegom nazw ania się wymyka. Pojęcie „zapisu” im plikuje niejako pojęcie „m ilcze­
nia” , jakkolw iek się z nim nie pokryw a. Z apis — to p róba w ykroczenia poza milczenie.
*
*
*
O bsesyjność m otyw u milczenia i ciszy w poezji K azim ierza H offm ana odsyła nas do tradycji
rom antycznej, w tym do N orw ida — gdzie z rów ną intensyw nością w ątek „pow strzym yw ania
się od m ów ienia” występował. Podobieństw o m otyw u milczenia w twórczości obu poetów:
„jako m otyw u — ja k pisze o N orw idzie M aria Straszew ska — kom ponentu liryki, ja k o składni­
ka toku narracji, ja k o składnika dram atyzacji” 6, w skazuje niejako na rom antyczną
w części
założeń — proweniencję poetyckiego projektu H offm ana.
W szak u rom antyków cisza i milczenie, przeryw ane poetyckim m onologiem , kojarzone
bywały z n atu rą , z w agą „rousseuicznych sam otniczych d u m a ń ” . Mit natury pojaw ia się już
na wstępie twórczości K azim ierza H offm ana — co podkreślał swego czasu T adeusz K om en­
d a n t7 — w tom ie Rousseau, poddającym ostrej krytyce:
„Przestrzenie — Zim ne
Z am knięte. Budowle w alum inium
Beton beton
bez liścia.”
T ak ja k rom antycy, H offm an przeciw staw ia sobie naturę i m iasto (cywilizację współczesną).
M ilczenie i cisza są tu w yborem , tym razem filozoficznym.
N orw id krytykę cywilizacji podejm uje w pisanym na rok przed śmiercią Milczeniu. Lecz
jest to tylko jeden z trzech pojaw iających się w poem acie w ym iarów kategorii. Prócz tego
rozpatruje także w alory milczenia: językow y oraz filozoficzny. Problem językow y ujmuje jak o
przeciwstawienie sobie języka gram atycznego i mowy („m ow y dram atycznej” ) — w obrębie
której w ażką rolę odgryw a to, co niewypowiedziane, aluzyjne, ukryte. N atom iast milczenie
w planie filozoficznym łączy N orw id z pitagorejskim i i wschodnim i tradycjam i „sztuki milcze­
nia” . ..M ilczenie” N orw ida jest swego rodzaju summą refleksji dotyczących kategorii estetycznej
i intelektualnej obecnej na przestrzeni całego dzieła p o ety8.
U H offm ana uwrażliwienie na ciszę i pow strzym yw anie się od mów ienia pojaw ia się w nie
mniejszym repertuarze realizacji artystycznych. Jest zarów no m otyw em („znow u ta sama!
raptem cisza i wchodzi powoli w kielich nasturcji” — Odpoczywający La Mettrie), ja k i an ti­
dotum na hałas cywilizacji (już przed Rousseau). W eźmy choćby wiersz W ich oczach z diamentu:
ESEJ
65
Schowaj się za listek —
cisza w dygotaniu
(...)
wyciągnęli ram ię cisza
ważą w zrok tak palec nie
dźwignia
przesuwa się w dół
C2y m ocno zasygnalizow aną w początkach poetyckich H offm ana atencję dla „cichego” Staffa
(pierwszy wiersz z tom u Zielony jesteś), m otyw y łąki i przyrody.
Milczenie i cisza u H offm ana wiąże się również z w aloram i muzycznymi wiersza. T ak,
»symbioza poezji i muzyki, postulat wielu estetyków rom antyzm u” — ja k pisze M aria S tra­
szewska — jest też w wielu m om entach elementem konstrukcji form alnej wiersza H offm ana.
Nierów nom ierność wersów, nagle pauzy, zam ilknięcia, wyciszenia, przeciągnięcie słowa uwi­
daczniane rozstrzelonym drukiem , rozdzielenie strofy nagłą przerw ą (ciszą), urw ane zdanie,
równoważnik zdania — to wszystko służy podskórnej bądź wyrazistej muzyczności liryki
Kazimierza H offm ana. W prow adzone z nagła cytaty bądź dialogi i m onologi podkreślane
kursywą brzm ią ja k muzyczne recytatywy. P a r ty tu r o w o ś ć wierszy K azim ierza H offm ana
Jest w przem ożnym stopniu kształtow ana środkam i estetycznym i ciszy i milczenia.
*
*
*
C hoć zarazem muzyczność form alna nakłada się na muzyczność tem atyczną — ja k w wier­
szu Kocia, gdzie tytułow y finał muzyczny i tem at I Symfonii M ahlera podreślone zostały
równocześnie środkam i językowymi:
„schyłek życia, M ahler;
to przesuwanie się muzyki ku jednem u miejscu, gdzie
jest już tylko spokój
ale czas
iść.
(...)
W iersz bez początku sygnalizuje w ybrzmienie końcow ych taktów muzyki I Symfonii. Nagłe
Pauzy i cisza (podkreślona zarazem trzem a kropkam i oddzielającym i część pierwszą) oraz
Wewnętrzny rytm — im itują „now oczesne” brzmienie kompozycji. Z czasem wiersz (w drugiej
części) odnajduje stałe, regularne w ewnętrzne m etrum
zburzone w zakończeniu prozaicznym .
°rdynarnym zdarzeniem (stan wojenny? patrol? — ważność daty pod wierszem!). Wiersz
k o n stru o w a n y jest zatem z trzech części: pierwsza stanow i wybrzmienie muzyki M ahlera, d ru ­
ga — to nakładanie się poprzedniego m etrum na rytm m onologu w ew nętrznego podm iotu
1trzecia — jest gw ałtownym przerw aniem nastroju dwu poprzednich części. Finałow e zdarzenie
°stro kontrastuje jeszcze z patosem części drugiej, patosem szczególnie znacząco w yartykuło­
wanym zdaniem -w trąceniem : „przyjdź śmierci m oja, m oja radości” . Cisza i milczenie wielo­
aspektow o regulują tu i organizują kształt oraz recepcję wiersza.
66
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
W arto m oże na m arginesie tych rozw ażań nad rolą milczenia i ciszy w muzycznym wyrazie
wierszy H offm ana w spom nieć także obecność tonów pośrednich: ściszonego głosu, szeptu.
O rkiestracja liryków au to ra Dwunastu zapisów stw arza przestrzeń dla uobecnienia się tak ciszy
i milczenia, patetycznego uniesienia głosu, jak i półtonów . Podczas lektury wierszy Kazimierza
H offm ana w ielokrotnie zm ieniam y tonacje, barw ę głosu, tem po wypowiedzi i wysokość głosu.
Cały dopiero repertuar możliwości recytacji (wiersze poety posłużyły do realizacji spektaklu
Żądło perspektywy) — świadczy o wew nętrznym skom plikow aniu tej liryki, o całej gamie
estetycznych i intelektualnych reguł form alnych wiersza, projektujących jego sposób lektury.
*
*
*
Cisza i milczenie u H offm ana nie wiążą się raczej z jakim ś bliżej określonym tłem i czasem
w ydarzenia przedstaw ionego w wierszu. Tow arzyszą zarów no motywowi zm ierzchu (Strofa,
Dwoje ludzi o zmierzchu), co ranka czy południa ( Na temat Sisley'a). Często jed n ak wyrażają
m om ent „bezruchu” , „trw ającej chwili” . Z agadnienie ruchu — to osobny w ątek w liryce autora
Kody. Zasygnalizujm y jednak w tym miejscu — że milczenie i cisza tow arzyszą wrażeniu
s p o w o ln ie n ia ruchu. W wierszach H offm ana pojawia się w idoczny k o n trast pom iędzy spo­
w olnieniem wizji św iata (rzeczywistości) a dynam iką — uryw aną
konstrukcji formalnej
utw oru, kreow aną przez liczne przerzutnie. Świat w wizji H offm ana znajduje się w nieustannym
ruchu (m ijaniu) — co podkreślają tak ułam ki obrazu cywilizacji (Do Rom ie Petersona) jak
przyrody ( Przypowieść). W iersz Przypowieść je st rodzajem studium lekkiego, zwiewnego ruchu
płynnego:
puch, kłaczek z topoli
drobina w aty odłączona od palców kobiety,
(...)
zbliża się do zwartej ściany innego drzewa, bywessany przez kanalik pow ietrza, pow stały z odgięcia się linii
ze szpary
pomiędzy dw om a liśćmi — przejść
po drugiej ju ż stronie i wyżej
niecąc iskrę
łącząc się w tle ze wspanialszym jeszcze lśnieniem nieba!
W ykrojem , barw ą, przez skojarzenia
zw raca na siebie uwagę rzecz, by p r z e tr w a ć
o m gnienie dłużej
w oczach obserwującego.
Subtelna w ędrów ka puszku w pow ietrzu. O bserw acja jego płynności staje się sugestywnym
m otyw em refleksji o przem ijaniu. Ruch oznacza bolesny upływ czasu, zagrożenie istnienia i jego
bezradność wobec ontologicznych praw idłow ości — jest w wierszach H offm ana przedm iotem
osw ajania. Pozycja milczącego (cisza) podm iotu wobec św iata w yraża jego k o n te m p la c y jn ą
naturę. Milczący obserw ator spow alnia to, co w ruchu się znajduje, poprzez kontem plację
zatrzym uje „o mgnienie dłużej” . Trafnie tę regułę H offm ana ujęła Bożena Keff, widząc w tym
ESEJ
67
coś w rodzaju s t r a t e g i i S f i n k s a 9. T u milczenie wierszy H offm ana posiada w ym iar strategii
podm iotu w obec św iata.
Milczenie podm iotu — to nie tylko sprzeciw w obec ruchliwej cywilizacji współczesnej, lecz
1próba poszukiw ania ze św iatem harm onii. P o d m io t n ie ty le d o s to s o w u j e się d o r u c h l i ­
w ego ś w ia ta , ile — a r e b o u r s — z a tr z y m u j e ś w ia t, b y d o p a s o w a ć je g o r y tm d o
w ła s n e g o r y tm u w e w n ę trz n e g o .
Sytuacja podm iotu lirycznego wierszy H offm ana wobec św iata jest sytuacją obserw atora.
Milczenie dotyczy tu również refleksji, przed której wypowiedzeniem expressis verbis podm iot
(ja mówiące) uchyla się.
Stąd zapew ne tak silne związki tej poezji z m alarstw em , ostatecznie w yrażone w tomie
Trwająca chwila — w całości niemal poświęconym m alarstw u i spraw om sztuki. Obserw ujący
obraz dokonuje „konkretyzacji” tego sam ego rodzaju, co czytelnik wierszy H offm ana. O braz
(malarstwo) w ykorzystuje ten sam rodzaj niedopow iedzenia, a milczenie przed obrazem jest
naturalną form ą jego lektury (odbioru). Sytuacja obrazu jest po d o b n a do sytuacji wiersza
H offm ana — jest sytuacją pars pro toto — pokazuje się część, fragm ent, sugerując ledwie
wizję c a ło ś c i. Z arazem wiersze o m alarstw ie są rodzajem ich interpretacji; lecz w tym przy­
padku interpretacji szczególnej: przez m etaforę i niedopow iedzenie10.
*
=1=
*
Jak w przypadku wiersza Nad Wdą:
m alarz krajobrazu winien chodzić po polach
z p okorą w sercu, pam ięta pan to słowa C onstable’a
stoim y nad W dą
i patrzę na krajobraz
ciche jest św iatło łagodne są barw y trw a spokój form
to wczesne rano nocą był chłód lecz
słońce oświeca ju ż wzgórza nad w odą, po niebie w idać
dzień będzie ciepły i w szystko zm ierza ku ugrom i złotu
zm iękczając k o n tu r ruszając go zbliżyłam kształt
do innych kształtów czy pan
to widzi
milczę tak ob raz cechuje m alarska m iękkość
i ciąglę myślę bezsprzecznie jest chwila k tó ra trwa
M ężczyzna i kobieta. Jak w wierszu Prowadzony, od którego zaczęliśmy te uwagi. T u jednak
n>kt nikogo nie nakłania do milczenia. Słowa kobiety (w tam tym wierszu i w tym
mężczyzna
m ilczy ) tak napraw dę jed n ak nie przeryw ają ciszy. T o, o czym O na mówi — choć k o m uniko­
wane jest językiem , w istocie tłum aczy coś, co jest p o z a nim. Słowa układają się w pytanie
fetoryczne; odpow iedzią m oże być skinienie głowy, jakiś znak mimiczny. M ilczenie — może
być też potw ierdzeniem . „G dy usta milczą — pow iadał M aeterlinck
budzą się dusze i zaczynają pracow ać, gdyż milczenie jest żywiołem niespodzianek, niebezpieczeństw i chwil szczęścia,
Pośród których dusze biorą się sw obodnie w posiadanie.”
„ P o k o ra ” , o której mówi H offm an w wierszu Nad W dą — jest w milczeniu i kontem placji,
bohaterow ie tego wiersza porozum iew ają się w milczeniu, kontem plując ten sam wycinek św iata
0 p o ran k u , gdy „w szystko zm ierza ku ugrom i złotu” . Ani słowa kom entarza.
68
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
I tu jeszcze je d n a racja, m otyw ująca obecność kategorii milczenia w liryce Kazimierza
H offm ana. Owo W ittgensteinowskie: „O czym nie m ożna powiedzieć, o tym trzeba milczeć” .
T autologia tego filozofa zakłada istnienie sfery niewyrażalnej — i tu znajduje się p u n k t wspólny
z poetycką postaw ą H offm ana.
M ilczenie bohatera liryki K azim ierza H offm ana, przem ilczenia wierszy — są tu wyrazem
filozofii poetyckiego in tu i c jo n i z m u . Nie bez pow odu H offm an w wierszu Zamyślony przy­
wołuje postać tw órcy „filozofii życia” . T o, co jest milczeniem — nie pow inno być przedm iotem
spekulacji, gdyż i tak jest niepochw ytne.
D latego w wierszu Nad Wdą - mężczyzna i kobieta, zasłuchani w w ew nętrzny rytm świata,
bez pośpiechu kontem plują „z pokorą w sercu” — „spokój form ” . Cisza, k tó ra ich otacza
— jest zapew ne ciszą umysłu uw olnionego od nam iętności dociekania tego, co ukryte. K ształty
i form y pozw alają się odkryć, jednak to, co za nimi stoi — pozostanie tajem nicą przypisaną
milczeniu.
Robert Mielhorski
1 Zob. K. Nowicki, Poezji drzewo obiecane (w tegoż:) Pertraktacje. Warszawa 1971, s. 348.
2 M. Mactcrlinck, Skarb ubogich. Lwów 1926 (przekl. F. Mirandoli). Z togo wydania pochodzą wszystkie cytaty
w tekście.
3 O milczącej i samotniczej drodze poety pisa) niegdyś K. Pieńkosz („Literatura" 1988 nr 1). Poeta ukrył np. wia­
domość o publikacji jego utworów w prestiżowej antologii poezji polskiej wyd. w wersji językowej angielskiej i hiszpańskiej,
gdzie pojawił się wśród jedenastu wybranych współczesnych poetów polskich (Antologia współczesnej poezji polskiej
z cyklu Antologie narodowe. M adryt 1991).
4 H. Friedrich, Struktura nowoczesnej liryki. Warszawa 1978, s. 219.
s I. Dąm bska, Milczenie jako wyraz i jako wartość, „Roczniki Filozoficzne TN K U L” , t. XI, 1966 z. I (s. 73—78
dotyczą tego tematu).
6 M. Straszewska. O milczeniu i ciszy u Norwida. „Przegląd Humanistyczny” , 1964 z. 3.
1 Por. T. Komendant, Łaska szczegółu, w: K. Hoffman, Dwanaście zapisów, Bydgoszcz 1986.
“ Zob. M. Kalinowska, Mowa i milczenie. Romantyczne antynomie samotności. Warszawa 1989, s. 205—213.
‘‘ Zob. B. Keff, Nie ronię wcale, „Twórczość” 1988 nr 10.
10 Zob. J. Sempoliński, Poezja współczesna a malarstwo współczesne, „Poezja" 1971 nr 4.
70
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
K rzysztof Nowicki
pamięci Wacława Ulewicza
OFELIA
W iedziałam , że przyjdziesz, książę, chcę wiedzieć czy jeszcze żyję, chciałabym to usłyszeć
od ciebie, a le ja nie wiem czy mogę lak powiedzieć, nie m am pojęcia, a książę ju ż jest na kory­
tarzu, św iatło zapala jego tw arz, zbliża się do mego pokoju, zagląda i zaraz się cofa, jakby
w środku nic było nikogo, chyba m nie nie poznał, może pom yślał, że m nie ju ż nie ma.
N ie wiem co się stało, przecież jestem , powinien m nie d otknąć, podejść bliżej, tymczasem
książę zaraz się cofnął, jakby pomylił salę, chciałabym go zaw ołać, ale nie słyszę swego głosu, nic
m ogę udźw ignąć żadnego słowa, wybacz, książę, byłam twoją w łasnością, naw et nic w ie d z ia łe ś
0 tym , nadeszła chw ila, że m nie nie widzisz, co ja teraz zrobię, dopraw dy nie m am pojęcia.
W czoraj kobiety w białych fartuchach niosły kolację, zajrzały do pokoju, ale nie zostawiły
w ątrobianki, nie jestem głodna, ale przydałaby się chociaż bułka z kosteczką m asła, ju ż w izbie
przyjęć stało się coś niedobrego, podniosłam koszulę, ktoś z rejestracji spisywał m oje dane,
wciąż się mylił, raz byłam kobietą, to znów mężczyzną, co oni w yrabiają, przestraszyłam się.
uspokoił mnie nieco krzyż nad drzw iam i, skoro tu przybyw asz, ukrzyżujem y cię tak sam o, na
nic w iara i nadzieja, jakiś ciężar przycisnął m nie do leżanki.
W tedy po raz pierwszy pom yślałam , że nie lubię być człowiekiem, człowiek jest żałosny
1równocześnie m arny, w stydziłam się, że nim jestem , ogarnęło m nie obrzydzenie, żałow ałam , iż
nie zdążyłam obciąć paznokci ani umyć głowy, odkładałam to z dnia na dzień i teraz nie
w iadom o co to za stw orzenie leży, litość i trw oga.
Nie wiem kiedy to się stało, książę, jestem śpiącą królew ną, o budź m nie jak najprędzej,
zły czarow nik zam knął m nie tutaj, gdzie nie poznałaby m nie rodzona m atk a, choćby długo
krążyła po korytarzu, dziobała linoleum , obstukiw ała laską wszystkie kafelki, naw et w czasie
obchodu fartuchy minęły m nie bez słowa, naciągnęłam koc pod brodę, w ydało mi się, że zaraz
zginę, nie w iadom o czy ludzkość jeszcze o m nie pam ięta, moje powieki są m artw e, na myśl
0 takiej osobności, zaraz m nie zemdliło.
N ie jestem ptactw o, nie m am skrzydeł ani piór, nie byłam ptactw em dom ow ym , które bez
przerwy dziobie biedną ziemię, naszą m atkę, klękałam w zieleni, bladoskóra, biedna, żeby
m atk a zlitow ała się nade m ną, a tutaj zabrali mi wszystko, ubranie, bieliznę, słoneczny zegar,
m atka skazała mnie na śmierć, gotow a jestem zmienić skórę, sprzedać duszę, by przetrw ać
jeszcze jeden dzień.
K iedy dzw onię, w drzw iach stają siostry i znów to sam o, żadna mnie nie widzi, wyłączają
alarm , wszystko jest na swoim miejscu, czas biegnie jak chłopiec, czuję bicie jego serca, czasem
podchodzi mi do gardła, nie mam odw agi, by się poruszyć, siostry przestały się p o k azy w ać,
ju ż wiedzą, że tu nikogo nie m a, nikt nie ma praw a sięgnąć do k o n tak tu , gdzieś pow staje zwarcie
instalacji, nie m a pow odu do obaw.
W łaśnie wtedy książę ześlizguje się z telew izora, poczyna krążyć po korytarzach, siostry
mów ią, że jest piękny, wiem, że mężczyzna musi być skrom niejszy, ale sam a drżę z przejęcia,
w patruję się w niego, gdy cyzeluje jakiś epizod na ekranie, czuję na plecach ciarki, nie wiem
jak m ożna m ów ić do tylu ludzi naraz, ju ż wolę być bez głosu, milczę między obcymi, którzy
1 tak nie uwierzą, że coś nas łączyło z księciem.
PRO Z A
71
Ale gdy jestem bez głosu, przestaję istnieć, zostaje bowiem strach i niepewność, nikt mnie
nie widzi, jestem jak kłębek pościeli, nigdy nie było gorzej, mówię do księcia po imieniu, tak
dobrze się zapow iadał, odkąd wyjechał, by utknąć pośród świateł i kam er, nasz teatr podupadł
1 teraz nadaje się ju ż tylko na bazar.
Nie w iadom o kiedy to się stało, najpierw książę szedł prosto do góry, jasny ja k świeca,
pam iętam drobne kropelki potu, jak b y d o jego czoła przylgnęła stearyna, odgarniał włosy,
zawsze w biegu, obaw iałam się, że zgubi sztylet i w godzinie próby stanic bez broni, dość
rzezimieszków kręciło się po scenie, każdy był gotów za m arne w ynagrodzenie przyłożyć mu
ostrze do gardła, żeby złam ać księcia, tylko ja wiedziałam , że nigdy się nie ugnie, trzeba go
Przekonać, wtedy się zaweźmie, runie przed siebie z obn ażo n ą szpadą, spraw i łaźnię, przepędzi
wszystkich Żydów.
K toś go natchnął nienaw iścią, która rosła w nim od chwili, gdy m iał jechać do Anglii
1 odkrył list, w którym zaw arty byl w yrok, nie m ógł sobie przypom nieć kto pierwszy ujawnił
mu pochodzenie daw nych przyjaciół, chyba to nic byl dyrektor, gdyż jego życic zależało od
ułożenia sągów na dalekiej Północy, lam wszyscy um ierali jed n ak o w o , nie m ógł myśleć o teatrze,
zadeptywali go co dzień strażnicy, przytupujący na śniegu, wokół była scena, gdzie um arli
nie wygłaszali żadnych m onologów , jednak właśnie tam zobaczył swojego księcia, który skradał
się z pochyloną szpadą, żeby powiedzieć praw dę o swojej epoce.
Sami jesteśm y bezradni, nie umiemy niczego zobaczyć, gubim y się w szczegółach, tylko
książę streszcza wszystko, w ciągu kilku godzin uśw iadam ia nam kim jesteśm y, nic m a takiej
b e s t i i , której nic położyłby na ostrzu szpady, przez długie lata nie rozum iałam wszystkiego,
co mówił, w ydaw ało mi się, że recytuje, a przecież wierzył w każde słowo, rzucał nas na kolana,
(o jest wielka rola, nikt z nas poza nim nie dorósł, by udźw ignąć choćby d ro b n ą kwestię,
mówimy do siebie, jakbyśm y wciąż nie dorośli, a tymczasem p ora um ierać, próbuję coś w ytar­
gować, idzie mi słabo, choć trzym am się na nogach, nie umiem przygotow ać ostatniej sceny.
Przy łóżku staje d o k tó r, bawi się słuchaw kam i, podnosi m oją kartę w m etalowej opraw ce,
nic wiem o czym myśli, rozm aw ia ze swoim kolegą, odpow iadam na wszystkie pytania i czuję,
zc kłamię, nie um iem powiedzieć co o nich myślę, że jesteśm y takim i sam ym i ludźm i i nie m a
żadnego pow odu, by m nie tu dłużej trzym ali, nic podejm ują dyskusji, przypom inam sobie
szpitalne drzwi na fotokom órkę, podejdę do nich i wyfrunę, żaden z. nich m nie nie zatrzym a,
nie jesteśm y sobie potrzebni, utrzym uje mnie tutaj Wielki Inspicjent, który najpierw darow ał
nam życie i on jeden mógłby je zabrać.
Nie będę się skarżyć, nic potrzebuję litości, łaski bez, jak mówiły dzieci, o to m oje ciało,
którego się wstydzę, wiem, że to jest grzech, ale nic innego nie czuję, miłość odeszła ode mnie,
gdyby nie książę, pewnie bym ju ż nie żyła, ale kto wie, czy to jest jeszcze życie, m oże właśnie
um arłam i nikt o tym nie wie, nikt tego nie spraw dza, fartuchy o raz słuchaw ki nie zadają
sobie tru d u , jedno łóżko mniej, cóż to znaczy, przyjdą następni.
Nie mogę nic przełknąć, najokropniejsze są te grube talerze, gdyby choć chińska porcelana,
ale kobiety w przybrudzonych fartuchach kładą wszystko na płaskich talerzach z niebieskim
Wężem, skradającym się do góry, nie mogę patrzeć na sine jajk a, gotow ane na tw ardo ani na
sery topione w sreberkach, nie potrafię znieść zapachu rozgotow anych kartofli, czerpanych
z wielkich kotłów , kartofli, których u nas nie ruszyłoby naw et bydło, nigdy nie tknęłam tej
obrzydliwej mazi.
Nie jestem głodna, czuję tylko pieczenie, naw et nie piję, znalazłam się w ustach salowej, która
Wciąż dopytuje, kto szczy do umyw alki, przypom ina dziewczynę, którą w idziałam w m ajątku,
kiedy zechce, otw iera okno, zam ieram z chłodu, kulę się, ale on a nic sobie z tego nie robi,
Zbiera naczynia, wyciera parapety, wydaje mi się, że stoję naga, drżę, że zaraz wejdzie książę
1 zobaczy m nie w takim stanie, to byłoby straszne, na szczęście on zapom ina, jak b y m powie­
działa, d o branoc książę, musimy teraz o sobie zapom nieć, widocznie zatrzym uje się na kory­
tarzu i czeka na zaproszenie, którego nie m ogę wykrztusić.
Piękne jest życie dw orskie, kobiety um ierają z miłości, mężczyźni odjeżdżają na koniach,
służba gasi świece, ziemia pachnie ja k chleb z m iodem , ludzie wcale się nie zmienili, znów
kupują m oje opowieści, ułożone na stolikach z książkam i w mieście, którego nie znam .
72
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
W ciąż myślę o księciu, nie w iedziałam , że go zobaczę z bliska, tw arz znana ze snu i ekranów ,
ręka koścista i niecierpliwa, nie zniosłabym tego, żeby m nie teraz d o tk n ął, to niemożliwe,
właśnie opow iada dzieciom bajkę przez radio, ktoś nastaw ił głośnik na pełny regulator, książę
jest wielkim, czarnym ptakiem , którego cień unosi się nad ziemią.
M usiałam być jeszcze kobietą, inaczej bym nie pokochała księcia, m usiałam być także
mężczyzną, inaczej daw no zem dlałabym przy pisaniu, teraz płeć nic ma znaczenia, jesteśmy
w iotkim i panienkam i, to znów grubym i parobk am i, tylko jeden książę umie mnie odnaleźć
i m oże jeszcze Pan Bóg, który najlepiej wiedział, że nikom u nie uczyniłam krzywdy.
Zasypyw ałam wszystko słowami, od których dawniej kręciło mi się w głowic, nie w iadom o
kiedy usypiam, sen jest płytki, a noce krótkie, św iatło rozsadza mi głowę, wszystkie postaci
stąpają w m roku, tylko papier jest cierpliwy, pow ietrze odbiera mi przytom ność.
Tym czasem książę czeka na korytarzu, czuję ja k bije mi serce, to piękny mężczyzna, ktoś
gotow y mi go zabrać, ju ż daw no w ybaczyłam m u wszystko, jego głos unosi mnie w powietrzu,
znów wierzę, że jestem nieśm iertelna, ogarnia m nie wzruszenie, jed n ak nie wszystko przepadło,
książę m nie znów urodził, czuję, że jest blisko, tuż za ścianą, więc nie m a ju ż lej siły, k tó ra by
nas rozdzieliła.
K to tam , podeszłam do drzw i, to ja , książę, powiedział cicho, ach, chłopcze, ty zawsze
wymyślisz coś w spaniałego, krzyknęłam , wejdź, proszę, tyle lat na ciebie czekałam , najpierw
przez chwilę milczeliśmy, ale cóż znaczy ta chwila wobec wieczności tych lat, przez które
przeszłam.
M usiałam upiąć włosy, żeby nie w yglądać gorzej niż wczoraj, kiedy byłam szalona, bojąc
się, że książę nie przyjdzie, m odliłam się długo, w ydało mi się, że widzę święty obrazek z pierwszej
kom unii, był tam taki wierszyk, że serce musi być czyste.
Byliśmy sam i, wszyscy um knęli do nieba, witaj ju trzen k o , pow iedział książę, słoneczko
błękitu, zadrżałam , w ydało mi się, że on stoi w krótkich, granatow ych spodenkach i kolanów kach, które marszczą się na łydkach, przypom inając cienkie kiełbaski, kochał m nie skrycie,
a potem zniknął, wreszcie się odnaleźliśm y, ja k to dobrze, że nie poszłam do klasztoru.
T o ja , pow iedziałam nieśmiało, choć z tą tw arzą, któ rą teraz widział, nie m iałam nic
w spólnego, wejdź, proszę, a on mi na to, że pow inniśm y się śpieszyć, m usim y jechać do
notariusza, posm utniałam , podpiszę, przyłożą pieczątkę i koniec, może więcej się nie zobaczy­
my, myślisz, że oni w rócą, uśm iechnęłam się z niedowierzaniem , w rócą, potw ierdził, trzeba
zrobić porządek.
Jego tw arz rozjaśniło św iatło pokoju, tak myślisz, spytałam , nie byłam przygotow ana na
żaden pow rót, poczułam jak b y m nie nam aw iał, żeby iść na cm entarz i unieść m arm urow ą płytę,
to m nie przeraziło, pogrzebani, um ierają z chłodu, tuż za plecami księcia widzę ojca, jest blady,
w szystko zależy od nas, co teraz zrobim y, albo zostanie z nam i, albo w stąpi do nieba.
G dy złożymy odpow iednie dokum enty, ojciec się zatrzym a, nic umrze po raz drugi, opowie
ja k stryj wszystko roztrw onił, łykał ziemię w raz z lasam i, siedm iopokojow y dom mieszkalny,
stajnię, oborę, czw oraki i oficynę.
Stałam przed nimi ze ściśniętym gardłem , brakow ało mi zębów, niezbyt d o b ran a proteza
w rzynała się w dziąsła, w pokoju byl zapach stęchlizny, nasze królestw o nie było więzieniem,
byłam szczęśliwa, że książę mnie poznaje, bo przecież cała arm ia czołgów rozjechała naszą
ziemię, teraz musimy iść do notariusza, by złożyć zeznanie, że tam ta ziemia istniała naprawdęNie znałam innych mężczyzn, ale czułam , że praw dziwe piekło istnieje, od ich zapachu robiło
mi się niedobrze, tytoń i alkohol, jak iś płom ień zajm ow ał mi skórę, wypieki zdradzały wszystko,
gdybyśmy mieli iść do notariusza, muszę włożyć pom arszczone kozaczki, gruby sweter, szalik,
płaszcz i mały, brązow y kapelusz.
M iałam więc stanąć przed nim odm ieniona, gotow a do drogi, nikt z um arłych by nic
odgadł kim jestem , nie znali takich kobiet, nie w iadom o czy jeszcze są kobietam i, poczęłam iśc
ostrożnie, szukać poręczy, skradać się ze stopnia na stopień jak myszka, liczyłam na księcia, że
m nie podtrzym a, gdybym się zachw iała.
PROZA
73
Nie bój się, pow iedział książę, nic ci nie grozi, najpierw trzeba skom pletow ać papiery,
Przestałam myśleć o ojcu, może odbierzem y nasze królestw o, ale najpierw potrzebny jest mój
Podpis, potem ju ż w szystko ruszy z miejsca, dopilnuje tego orzeł udekorow any złotą koroną,
oto sprawiedliwość, któ ra mieszka w gabinetach notariuszy.
Stałam w yprostow ana przed księciem ja k daw niej, gdy chciałam , by zauw ażył m nie Pan Bóg,
jedynym mężczyzną, którego kochałam był mój ojciec, nikogo nie udaw ał, chętnie oddałabym
wszystko za jego życie, ale nikt tego nie chciał ode mnie, dopiero książę w szystko zrozum iał.
Prawdziwy anioł, słyszałam szum skrzydeł, dusza świeciła czystym światłem, zawsze podziw ia­
łam artystów , w teatrze próbow ałam zapaść się pod ziemię, nic pam iętam spektaklu, który
powiedziałby praw dę o śmierci m ego ojca, nie m iałam odw agi, by patrzeć w przeszłość, zwykle
Przesuwałam palec przez m etalow e kółeczko num erka, który otrzym yw ałam w szatni.
Brakow ało mi odw agi, kładłam zaciśniętą piąstkę do ust, gryzłam d ro b n e kostki, praw dziwy
ból pozw alał mi patrzeć na księcia i nie krzyczeć, a teraz on chce, bym poszła do notariusza,
tymczasem wszystko w yw ietrzało mi z głowy, opuściła mnie pamięć, poczułam się biedna jak
ktoś, k to jest sam w porze odw iedzin, oblizyw ałam spierzchnięte wargi, nie chciałam mu niczego
odmówić, ale rów nocześnie nie czułam nic wspólnego z ziemią ojca, przeszłość poczęła krwawić
jak wielka, n o tarialna pieczęć.
N ie wiem kto uratuje nasz honor, powinien wrócić Laertes, słyszę czyjeś kroki na korytarzu,
ukrywam tw arz w dłoniach, który z nich m nie zabije, książę przycisnął ostrze do mego serca
1 słucha czy ono jeszcze bije.
K ażdy m a to, na co zasłużył, pod paznokciam i czai się chłód, nie jad am kolacji, jestem
garstką pamięci, która wciąż się rozpada, um arli zapraszają m nie do stołu, pochylam się nad
obrusem, wszyscy poruszają ustam i, byłam bliska praw dy, ale nie m ogłam jej unieść, choć
czułam, że od tego zależy moje życie, ciężar był zbyt wielki, nigdy nie m iałam takiej odwagi,
by jej sprostać, wyciągam do niej ręce, ale praw da wciąż się oddala i ginie między nimi.
Scena jest pusta, jak zwykle szczury uciekły, punktow y reflektor szuka naszych tw arzy,
jakaś nieznana siła unosi nas w górę, widzę brygadzistów , którzy za chwilę zmienią dekoracje,
byśmy znaleźli się na zam ku, znów nie wiem co powiedzieć, a przecież człowiek istnieje o tyle,
0 ile m a coś do pow iedzenia, m am ju ż tylko epizod, a książę nie może unieść szpady, dw orzanie
rzucają się na nas, chw ytają mnie pod ram iona, czuję, że przyjdzie um ierać przy podniesionej
kurtynie.
K ażdy z tych rzezimieszków, przebranych za dw orzan, czeka na odpow iedni m om ent, by
Wepchnąć mi sztylet pod łopatkę, to jest praw dziwe m orderstw o, dlaczego nikt nie protestuje,
kulę się, ja k b y najmniejszy z nich kopnął m nie w brzuch, nogi odm aw iają mi posłuszeństw a,
upadam , przew racają m nie na plecy, ciągną za ram iona, by porzucić niedaleko kulisy, skąd
bucham ja k toczy się akcja.
Usłyszałam krzyk z dalekiej widow ni, reżyser się pieklił, że nie mogę pojąć jego koncepcji,
dw orzanie wcale nie są w Anglii, tylko czyhają w kulisach, by dopaść księcia, ale przedtem
Niuszą usunąć z drogi kilka osób, które się przy nim kręci, dekom ponując plany, czułam , że
nadchodzi godzina praw dy, książę zostanie złapany za gardło.
W idziałam to z dołu, ile trucizny jest na końcu szpady, oczy widowni spoczęły na mnie,
wtedy zrobiło mi się gorąco i znów nie wiedziałam co powiedzieć, mój kostium jest szary, spod
szlafroka wystaje nocna koszula, runęłam w ciem ność żywego obrazu, k tóry skom ponow any
tak starannie, właśnie począł się sypać, gdyż książę przybladł i ciężko oddychał.
Pod koniec wieczoru cała scena ma być zasłana trupam i, w ciągu kilku godzin m a zniknąć
Parę pokoleń, każdy m a swoją rolę do odegrania.
G dy byłam dziew czynką, zakradałam się tutaj bez biletu, a potem oddychałam pogrążona
w ciemności, słuchając ja k książę krzyczy na m atkę i grozi, że zabije wszystkich, teraz nic mogę
się ruszyć z miejsca, myślę jak stryj um ierał pod przybranym nazwiskiem, a dw orzanie pragnęli
mu dowieść w czasie niekończących się przesłuchań, że chce przem ocą obalić im perium , w re­
74
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
szcie nie zaprzeczył, przyznał naw et, iż planow ał podpalić Azję, żeby nie pochłonęła naszego
kontynentu.
Przesłuchiw any bez w ytchnienia uwierzył w swoją winę, przekonał się co czuje człowiek,
którego ciało ciągną po ziemi, teraz przychodzi się skarżyć, ale nas ju ż nic m a, wszystko zostało
pogrążone w milczeniu, um arliśm y zc w stydu, zniknęliśmy bez śladu, moje ciało jest obojętne
i martwe.
Pragnę księcia, w idow nia jest zawsze po jego stronie, lubi śledzić tę bieganinę, szarpanie,
błyskanie bronią, na mnie nikt nie zw raca uwagi, ktoś musi umrzeć cicho w kulisach, bez nadziei
i bez św iatła, gdy nie ma nic do pow iedzenia, m ogłam uciekać gdzie pieprz rośnie, byłam sza­
lona, by tu zostać i czekać na stryja, nic mogę żyć z tą trucizną, wciąż um ieram na nowo, już
jestem zm ęczona, nie wiem dlaczego czekaliśm y aż nas złapią za gardło, prawdziwi mordercy
zostaną w cieniu, właśnie dw orzanie w ycierają sztylety, gdyż skończyli swoją robotę.
M ówię do księcia, by dw orzanie przerwali tę przykrą szlachtuzę, niech każdy znajdzie swoje
miejsce w otchłani sceny, biorę do ręki m aleńki ogarek, by im pokazać drogę, której nic znam,
nasi ojcowie nie żyją, nikt nic pow inien um ierać za poległych, ale nie możemy też zapomnieć,
pam ięć rozsadza mi skronie, nic umiem dłużej milczeć, chorc stulecie wygasa na naszych oczach,
ludzkość została opuszczona przez Boga.
Jak aś obręcz ściska mi piersi, słyszę glosy z widow ni, otaczają m nie mężczyźni o ołowianych
oczach, pojaw iają się ja k cienie z jaskini P latona, niewielki płom yk rozjaśnia mi duszę, pytam
cię, książę, czy gdyby się okazało, że nie jestem ju ż kobietą, pozostałbyś przy mnie, czy też byś
zaraz uciekł z tego pokoju, nie m ogę ci obiecać, że jestem kobietą.
G dy byłam dziew czynką, pogrążyłam się po raz pierwszy w m roku widowni, trzymałam
w spoconych palcach blaszany num erek z szatni, jak b y to była przepustka do dom u, bałam się
bileterek, patrzyłam jak książę biegnie po schodach prow adzących na zam ek, by doścignąć
stryja, rzuca się w ciemność, pochłaniają go kotary.
N astępnie ktoś podpalił teatr, czuję swąd spalenizny, książę będzie się w ahał czy żyć dalej,
czy też zakończyć z podłością tego św iata jednym pchnięciem sztyletu, jego serce jest pełne
pogardy w obec zbrodni, która szerzy się dookoła, ale wie, że zm artw ychw stanie, gdyż co
wieczór, żywy czy m artw y, musi wyjść do oklasków , m nie zaś dręczy bezsenność, o d k ąd spłoną!
teatr, nie m am y widow ni, nikt nas nie słyszy.
Nigdy nie byliśmy tak blisko, książę, przechytrzyliśm y opraw ców , między nam i są dusze
um arłych w tej wojnie, ledwie starczy mi tchu, od tego m ówienia kręci mi się w głowie, nie
zostanie po m nie nawet cień na korytarzu, nic mogę zapom nieć widowni, k tó ra najpierw
oniem iała, a potem zniknęła, ktoś ją opróżnił, książę, na wszystkich fotelach obitych jasnoczcrwonym suknem rozsiadła się pustka, niebo jest pelnc reflektorów , z których każdy może nas
oślepić ja k daw niej, jednak na razie patrzym y na siebie, ja, k tó ra ocalałam z tam tej widowni i tyktóry nie dałeś się zabić.
Wszyscy opuścili widownię, a kiedy podeszli z num erkam i do żelaznych wieszaków, bileterki
ustawiły ich param i i kazały m aszerow ać tak długo, aż się wszystko wyjaśni, mężczyźni i kobiety
lak śmiesznie przebierali nogam i, jakby wszyscy jechali na row erach w niedzielny poranekjed n ak nikt nie ocalał, m im o że co wieczór w ym ieniano widownię, nic m a ju ż tam tych pan
i panów , drogi książę.
N aw et kiedy Poloniusz jęczał z bólu i m iotał się w k otarach, w idownia patrzyła na ciebie,
książę, od początku wiedziała, że on umrze, niczyje zwłoki nie robiły na niej w rażenia, nie ma
nic gorszego niż choroba duszy, a kiedy ginęła w idow nia, nikt nic protestow ał, ruchliwe zajączki
światełek pełzły między złotym i frędzlami kurtyny, k tó ra zap ad ała coraz szybciej.
Przysięgam, że nie m iałam z tym nic wspólnego, czułam , że chodzę po cm entarzu, wszyscy
plotkow ali o księciu, ja k dobrze, że pozbył się Poloniusza, w spinałam się po schodach, l u d z i e cos
tam szeptali, nie było m nie w tych szeptach, złośliwe m ordki lisków otaczały ram iona kobiet-
PRO ZA
75
nikł mnie nic kochał, schodziłam im z drogi, bałam się, że m nie rozdepczą, śmierć jest zap raco ­
wana, więc musi być bardzo zm ęczona, może jed n ak znajdzie chwilę czasu dla nich.
W spinałam się po schodach, na pierwszym stopniu stał mój ojciec, chciał coś powiedzieć, ale
ja nie słyszałam jego głosu, na drugim stopniu stała m oja m atk a, nic miałyśm y ani chwili do
stracenia, pom yślałam , że wszyscy jesteśm y dziećmi Poloniusza, na ostatnim stopniu ukazał się
stryj, nie chciał mnie przepuścić, powiedział, że widownia jest już zaryglow ana, wszyscy pobledli,
zrozum iałam , że stracili swoje płaszcze, kapelusze i parasole, zostali z pustym i rękam i, mój Boże,
gdzie się podziała m oja odw aga, którą miałam dla obcych.
Nie m ogłam się wznieść wyżej, nie potrafiłam się też cofnąć, m oje ciało wym aga pielęgnacji,
co rano próbuję się przekonać czy ono jeszcze żyje, czy potrzebuje szorow ania, szczotkow ania,
wycierania i tym podobnych.
C hciałabym się przebrać, wstaję w środku nocy, skubię kaw ałek chleba, ciem ność rozsiadła
się w m oich piersiach, nic mogę się ruszyć z miejsca, nie wiem ja k żyliśmy tutaj bez wzajem ności,
próbow ałam uwierzyć w siebie, ale nic wiem kto tam właściwie mieszka.
K siążę wciąż znika i wtedy podejrzew am , że um arł, chciałabym objąć jego głowę, książę
Wciąż się wymyka, widzę jego białe, świeżo naostrzone zęby, jestem coraz słabsza, ale wiem, że on
■'lilie słyszy, ukryty w tym pokoju, gdzieś za firanką, przygląda mi się z politow aniem , zaciskam
Pałce, książę zm aga się z bólem, w okół pełno w stążek, koralików i serdaczków , ból paraliżuje
księcia, proszę go, by nic w ychodził bez nitrogliceryny, książę słucha roztargniony, powietrze
Jest coraz cięższe, śmierć czeka na swoją okazję, m oja dusza unosi się, ja k b y chciała iść do
spowiedzi, któż jed n ak nas w ysłucha, skoro my sami nie m am y ju ż siły.
Nigdy nie m iałam widow ni, nie w iadom o czy ktoś jeszcze żyje, zniknęły wszystkie bileterki,
a ten cień jest twój, książę, we m nie jest tylko pustka, która miesza mi w głowie, nie m am języka,
nic się nie klei, stoisz z lekko przekrzyw ioną głową, wszyscy czekają, co powiesz przed śmiercią,
ale ty wcale nic będziesz um ierać, musisz staw ać do oklasków , ja mówię w absolutnym milcze­
niu, słychać czyjś kaszel z korytarza, nie ma nawet Boga, nad nam i puste niebo pobladłych
Jarzeniówek.
C iem ność w ypełnia m oją duszę, im większy ciężar, tym bardziej czuję pustkę, chyba ju ż nie
Wrócisz do Anglii, książę, widzę jak stoisz w ciemnej kulisie i czekasz na odpow iednią chwilę,
między fartucham i pojaw ia się sutanna, ona też m nie nie widzi, nie pyta kim jesteś córko, nic
wiem, proszę księdza, jestem krucha jak opłatek, nie chcę udaw ać, m oje ciało jest biedne i głuche.
K rzysztof Nowicki
76
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Ryszard Częstochowski
O C ZY
poczułem na sobie wzrok
ktoś za plecami obserw ow ał
m nie kiedy ju ż miałem skręcać
w kolejną uliczkę raptow nie
odw róciłem się lecz nikogo
za m ną nie było
jedynie szyld nad pubem z
nam alow aną tw arzą szekspira
kiwał się i skrzypiał na
wietrze
19.08.92
Canterbury
*
*
*
tak sam o ja k w glam is obok zam ku
m akbeta szum w iatru brzm iący ja k
ogień wyrwał m nie o czwartej ze snu
dzisiaj krwawe słońce wzejdzie
zapaliłem nerw ow o papierosa tym
razem las nie m usiał się zbliżać
leżałem pośród drzew
07.08.92
Westfield
Ryszard Częstochowski — rocznik 1957, poeta i publicysta. W ydal dwa tomiki poezji, publikował ni.inw „W ięzi” , „R cs Publice” , „O d rze” , „Tygodniku Powszechnym” i „Nowych Książkach” .
Andrzej Maria Marczewski
HAMLET 94
H am let
W ysoki jasny m iody ufny obserw ujący świat
K rępy ciemny dośw iadczony badający świat
W historii kina szlachetny O livier i szalony M ad M ax G ibson
D la młodzieży w Ameryce nieznany naw et z G ibsonem w roli głównej
W Europie trochę lepiej lektura
W Anglii przedm iot naukow ych dysertacji
W Polsce upostaciow any przez gwiazdy wschodzące i spadające
a naw et przez K obietę A ktorkę W ybitną
Płeć się nie liczy stwierdził reżyser
T ylko talent niepokój w nętrze
Niesie w sobie tajem nicę
Jaką?
Dziś
Czy dzisiaj możliwe są jakiekolw iek tajemnice?
Codziennie gazety i migające obrazki zalew ają nas faktam i
ukazując to co jeszcze chwilę temu było tajem nicą
spiskiem czyimś rojeniem lub m arzeniem
w potoku inform acji gubim y w łasną wrażliwość
stajem y się odbiorcam i nieszczęść
polykaczam i dram atów
przelew ana krew nic robi w rażenia
ludzkie zwłoki podają nam przy kolacji
um ierające z głodu dzieci patrzą na nas wyschniętymi oczami
gdzie my jesteśmy?
jacy my?
kim dzisiaj jesteśmy?
czy tragiczny los Ofelii m oże nas wzruszyć?
czy młodzieńczy H am let przekaże nam swój niepokój?
i co z nim zrobim y?
zabierzem y w swój nieuporządkow any świat
oswoimy go
ubierzemy w nasze emocje
zbudujem y na nim swoje życie
będziemy walczyć o praw dę godność
uczciwość
do końca?
Bo jeżeli nic
78
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
to po co nam H am let
lepszy G ibson bo śmieszny nie każe myśleć bawi nas
w ylatuje w pow ietrze strzela
płom ienie ognia owijają go z łagodną troską
kam era rejestruje
wszystkie branżow e pism a przedrukow ują zdjęcia
b o h ater naszych czasów
ulubieniec dzieci
przynajm niej w iadom o o co chodzi
nie trzeba się męczyć żeby zrozum ieć
Czy musimy sam odzielnie myśleć?
W ystarczy zjeść ubrać się
jakiś sam ochód coś na koncie pozbyć się strachu
że życie nam się nie udało
a wieczorem raj obrazków
m ożna rozm aw iać z telewizorem
bo z żoną o czym?
W ybierzemy się wieczorem do teatru? N a H am leta
H am leta H am leta a to wesołe?
T o o takim co za dużo myśli
ja też za dużo myślę a wieczorem chcę odpocząć
w rzuć ja k ą ś kasetę
Przed kim będziesz odsłaniał swoje myśli dzisiejszy Hamlecie
kto wybierze się na spotkanie z T obą
dla kogo będziesz dziś ważny
kto będzie wiedział kim jesteś
i co Cię niepokoi
a co Cię niepokoi?
Z brodnia Fałsz K łam stw o Polow anie na stanow iska W ładzę Cynizm
H am let
B ohater dram atu? W zór do naśladow ania? Przedstawiciel pokolenia?
Synonim? Czego?
Postaw y niezgody na zastany św iat niepokoju
?
Z nak zapytania pytanie
o sens życia
o człowieczeństwo w człowieku
o duszę
o tajem nicę tego co po życiu
W yjdę z długiego ciem nego tunelu
ja H am let
do was siedzących w rogu sceny
skupionych w oczekiwaniu że coś wyjaśnię odsłonię
powiem ja k żyć
przekonam
że jeżeli żyć to godnie
odrzucając pokusy
m am onę łatw ość użycie
a jeżeli się nie da?
Idź do klasztoru. Po co masz rodzić nowych grzeszników?
w ybór
79
zawsze m am y w ybór
jesteśm y wolni
każdy człowiek jest niepow tarzalną indyw idualnością
on sam
0 sobie
codziennie
decyduje
1 sam siebie nieustannie rozlicza
po co nam H am let?
lustro
C o chcem y w Nim zobaczyć
czyje odbicie
własne?
m oja tw arz mówi o moim człowieczeństwie
0 mnie
w yraża to
co chcę ukryć
to co o m nie stanow i
przeglądam się w sobie
próbuję zrozum ieć
jaki jestem
z czerni podchodzi H am let
stoim y tw arzą w tw arz patrzym y wstrzym ujem y oddech
zaczynam mówić
wyrzucam z siebie wszystko co nagrom adziło się przez lata milczenia
co boli i uw iera co przeszkadza żyć skarżę się że nie umiem
nie jestem nie potrafię
O n milczy
mówię o planach m arzeniach niespełnieniu o wielkości
jeżeli miłość to do zatracenia w ładza pełna m ajątek bezkresny
wiem ja k to sm akuje jakie jest wiem że mi się należy
mnie najm ądrzejszem u najpiękniejszem u najzdolniejszem u
tylko świat mi się nie spraw dza
1 dlatego musi pom óc
On
który wie wszystko
wie dlaczego i jak
i kto może
H am let milczy
ja mówię
dobiega końca epoka
czekam y na św iatło w tunelu
na światło
Andrzej Maria Marczewski
1‘fcmiera „Hamleta” w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego odbyła się w Teatrze Polskim
* Bydgoszczy 27 marca 1994 roku.
80
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Marek Kazimierz Siwiec
„THE DUKE OF BUCKINGHAM” ,
OBRÓCONY WNIWECZ PUB
Idę ulicą w górę
od stacji m etra nad Tam izą
do dw orca C haring Cross.
Piątek, późnojesienny wieczór
w głosach i błyskach rozładow uje swoje energie.
Nie było m nie tutaj jakiś czas
więc mocniej wciąga
mrow ienie się tłum u
przepływ ającego przez centrum m iasta.
Patrzę w lewo.
Czy to tu była solidna i m roczna, zdobiona dębem
fasada pubu „T he D uke o f B uckingham ” ?
T eraz — niewielki, zaśm iecony gruzem plac.
Stań. N iech oczy przyw ykną do m roku,
a za przepadłym i oknam i z grubego, fioletowego szkła
poruszą się cienie
i przecieknie stam tąd strużka światła.
T eraz wejdź. N a w prost bar.
Nie poznajesz barm anki
zm ienionej w śmierć - jest H allow e’en
kiedy podaje ci szklanicę m ocnego lagera.
O dejdź w głąb sali z plecakiem na ram ieniu,
zanurz się w gwar.
Spokojnie pomyśl o stalowej belce
o włos rozm iniętej z tw ą głową.
0 niezwykłej świeżości pow ietrza
1 oślepiająco jasnym błysku słońca.
G dy m achinalnie podnosisz głowę
błysk flesza. U przejm a, mila twarz.
Może w jakim ś japo ń sk im album ie rodzinnym
będą cię pokazyw ać
ja k o rodow itego londyńczyka...
W patruję się w ciemność.
G dzieś tu jestem .
G dzieś tu jest spojrzenie spode łba
ja k krótkie spięcie.
Błysk oczu s a m o tn e g o w ilk a
w a s f a lto w e j d ż u n g li.
listopad 1987— 1988
POEZJA
NOCNA JASNOŚĆ
N iebo nocy sierpniowej — bezbrzeżne.
D rżą św iatła m iasta
nad lukiem zatoki.
T aki w idok w m iastach północy
jest łuną od zniczów nagrobnych
- odpow iedzią umarłych
na wołanie żywych.
A tu, od skał nadm orskich
biegną śmiechy i błyski
nagich ciał.
W przybrzeżnej kafejce pod dębam i
kiedy m ilknie m uzyka
ludzie obejm ują się i śpiewają.
Łagodnieje tw ardy rytm wędrówki.
O pada gw ałtow ny rytm ciosów.
Jedyną ob ro n ą przed nimi
było ich przyjęcie.
U staje n apór pędu nocnego huraganu.
N aw et to stw ardniałe, nieforem ne
czego nic zdołałem w sobie obłaskaw ić
przestaje dręczyć.
Przez chwilę nie dzieje się nic.
T ylko jestem , widząc lecz nie pragnąc.
W yrzucony na brzeg tej nicogarniętcj
szczodrej nocy sierpniowej,
któ ra się we m nie rozw idnia.
sierpień 1988
81
82
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
SPOJRZENIE UMIERAJĄCEJ
W szeroko otw artych oczach umierającej
nie m a ju ż pierwszego dnia wiosny,
ani słońca przenikającego
bezlistne gałęzie
grabów za oknem ,
ani goździków ni frezji
stojących na parapecie.
T ylko ostateczny wysiłek
rozum ienia rozdziera
ich szary błękit.
I odsłania się na mgnienie
w ew nętrzna przestrzeń.
Życie czym jest.
I bliskość drugiego, i śmierć —
w stanie tak czystym,
że nie do uchwycenia.
T o spojrzenie —
praw dziwy d a r istnienia.
O d tej,
któ ra w ydała m nie światu.
21 m arca 1989
Marek Kazimierz Siwiec
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
84
Michael Ondaatje*
ZŁODZIEJ NAZWISKIEM CARAVAGGIO
(fragment powieści Ten ranny Anglik)
M Ę Ż C Z Y Z N A O Z A B A N D A Ż O W A N Y C H D Ł O N IA C H przebyw ał w szpitalu woj­
skowym od ponad czterech miesięcy, kiedy przypadkiem d o tarła doń wieść o poparzonym
rannym i jego pielęgniarce, usłyszał jej nazw isko. C ofnął się od drzwi i wrócił do pokojów
lekarskich, przez rząd których już uprzednio przeszedł, aby ustalić, gdzie się ona znajdujePrzebywał tam na rekonwalescencji ju ż od daw na i uważali go za człowieka nieodgadnionegoAle teraz przem ów ił pytając o jej nazw isko i doznali w strząsu. Przez cały czas swego pobytu
w szpitalu nigdy się nie odzywał, kom unikując się z nimi jedynie za pom ocą gestów i grymasów,
czasam i — ja k teraz — uśm iechu. Nic ujaw niał niczego, naw et swego nazw iska, wypisał tylko
na kartce swój num er identyfikacyjny, który dow odził, że przynależy do sił SprzymierzonychJego przynależność b adano dw ukrotnie, potw ierdzano ją w Londynie. C iało pokryte miał
siecią blizn. D oktorzy znów się nad nim pochylili, kiw ając głowam i nad jego zabandażow anym i
dłońm i. Był w końcu znakom itością w ym agającą uszanow ania. B ohaterem wojennym.
Dzięki tem u właśnie czuł się bezpieczny. Niczego nie ujaw niając. Niezależnie od tego,
czy traktow ali go delikatnie, czy też stosowali wybiegi lub operow ali nożem. Przez ponad
cztery miesiące nie wyrzekł słowa. Staw ał się w ich obecności dużym zwierzęciem umieszczonym
w ruinach nie opodal i raczonym stałymi daw kam i m orfiny ze względu na ból dłoni. Siadywał
w m roku na fotelu i wsłuchiwał się w głosy pacjentów w salach i pielęgniarek w magazynieT eraz jed n ak , kiedy przechodził korytarzem wzdłuż pokojów lekarskich i usłyszał nazwisko
kobiety, zwolnił kroku, zawrócił, podszedł do lekarzy i spytał, w jakim dokładnie szpitalu ta
kobieta pracuje. Powiedzieli m u, że jest to daw ny klasztor żeński, zajęty przez w ojsko nic'
mieckic, a potem zam ieniony na szpital, kiedy Sprzymierzeni odbili go po długim oblężeniuMieści się na jednym ze w zgórz na północ od Florencji. W iększą część tej budowli zniszczyły
bom bardow ania. N ie jest tam bezpiecznie. U m ieszczono w tym pałacu tym czasow o szpital
połowy. Ale zarów no pielęgniarka, jak i ranny odmówili przeniesienia ich w inne miejsce.
— D laczego nie zmusiliście tych dw ojga do przeprow adzki?
U trzym yw ała, że jego stan jest zbyt ciężki, aby go przenosić. M oglibyśmy oczyw iśc
przenieść go bez narażania jego życia na szw ank, ale nie m a teraz czp ;u na dyskusje. Jej stan
też był zły.
— Czy była ranna?
— Nie. Być może przebyła szok w czasie ostrzału. Pow inna była zostać odesłana do domuK łopot w tym, że w ojna tutaj ju ż się zakończyła. N ikogo nie jest się ju ż w stanie do niczego
zmusić. Pacjenci opuszczają sam ow olnie szpital. Oddziały kierow ane są do obozów dem o'
bilizacyjnych, zanim zostają skierow ane do dom ów .
* Powieść ukaże się nakładem wydawnictwa „M uza” w ramach Biblioteki Bestsellerów.
PR O Z A
85
— W którym oni są pałacu?
— W tym, o którym się mówi, że tam duch straszy w ogrodzie. San G irolam o. Ale ona
ma własnego ducha, tego poparzonego rannego. T w arz mu ocalała, ale jest nierozpoznaw alny.
System nerwowy uległ całkow item u rozbiciu. M ożna przesuw ać mu tuż przy tw arzy palącą
się zapałkę i nie m a żadnej reakcji. T w arz m u skam ieniała.
— K to to taki?
— N ie znam y jego nazwiska.
— N ie chce mówić?
G ru p k a lekarzy w ybuchnęła śmiechem.
— Nie, skąd, mówi, mówi przez cały czas, ale sam nie wie, kim jest.
— Skąd się tu wziął?
— Beduini przytaszczyli go do oazy Siwa. Potem przebyw ał przez pewien czas w Pizie,
a potem ... K tóryś z A rabów zapew ne zabrał tabliczkę z jego num erem identyfikacyjnym .
Pewnie ją sprzeda i odzyskam y ją któregoś dnia, a m oże i nie sprzeda. T o są cenne am ulety.
Z tych wszystkich pilotów zestrzelonych nad pustynią żaden nie odzyskał swego num eru
Klentyfikacyjnego. T eraz przebywa w tym toskańskim pałacu, a dziewczyna nic chce go opuścić.
Po prostu odm aw ia tego. Sprzymierzeni umieścili tam najpierw kilkuset rannych. A przedtem
Niemcy osadzili całą arm ię, był to ostatni p unkt ich oporu. N iektóre kom naty m ają m alow idła
ścienne, każde obrazuje inną porę roku. O bok znajduje się wąwóz. W szystko to o jakieś
trzydzieści kilom etrów od Florencji, na w zgórzach. Oczywiście będziesz m usiał do stać prze­
pustkę. Pewnie znajdziem y kogoś, kto cię na to miejsce zawiezie. N adal w szystko tam w ygląda
okropnie. Pełno zwierzęcej padliny. Zastrzelone, do połow y objedzone z mięsa konie. Ludzkie
Zwłoki zwisające głowam i w dół z m ostów . O statnie w ojenne zbrodnie. Bardzo niebezpiecznie.
Jeszcze nie d otarli do tych okolic saperzy, aby dokładnie oczyścić teren. W ycofujący się Niemcy
Palili i zaminowywali wszystko za sobą. Straszne miejsce na szpital. N ajgorszy jest trupi odór.
Trzeba by porządnej śnieżycy, żeby oczyścić ten kraj. I przydałyby się kruki.
— Dziękuję panom .
Wyszedł przed szpital, na słońce, na świeże pow ietrze, po raz pierwszy od kilku miesięcy
Wyrwał się z ośw ietlanych zielonymi lam pkam i sal, które wbiły mu się w m ózg ja k okruchy
szkła. Stal w dychając w siebie wszystko, cały dookolny pośpiech.
Przede wszystkim, pom yślał, muszę sobie spraw ić buty na gumowej podeszwie.
M uszę zdobyć gelato.
W pociągu nie mógł zasnąć, przechylał się z jednej strony ławki na drugą. Pasażerow ie
w przedziale palili. Obijał się skronią o ram ę okienną. Wszyscy byli ubrani na czarno, w agon
Wydawał się płonąć od ogników tych wszystkich żarzących się papierosów . Zauw ażył, że ilekroć
Pociąg mija jakiś cm entarz, pasażerow ie w okół niego żegnają się znakiem krzyża.
Jej stan też byl zly.
Gelato w zam ian za usunięcie m igdałków , zapam iętał to sobie. Tow arzyszył dziewczynie
J jej ojcu tam , gdzie m ogliby jej usunąć m igdałki. Rzuciła okiem na poczekalnię pełną dzieci
1 Po pro stu odm ów iła wejścia do niej. T o najposłuszniejsze i najłagodniejsze z dzieci zam ieniło
Sl? nagle w niewzruszony, nie dający się skruszyć głaz. N ikt nie śmie w yrwać niczego z jej
Sardła, m im o iż wiedza m edyczna nakazyw ała dokonanie operacji. Będzie żyć nadal z tym
czymś, jakkolw iek by „ to ” m iało wyglądać. N adal nie miał pojęcia, co to takiego te m igdałki.
Nie tknęli mi jeszcze głowy, pom yślał, to dziwne. N ajgorsze chwile przeżywał, kiedy p ró b o ­
wał sobie wyobrazić, co byliby z nim robili później, ja k ą kolejną część ciała by ucięli. Zawsze
Wtedy m yślał o głowie.
Popłoch ja k u myszy w pułapce.
Stanął z w alizką w ręku na przeciwległym końcu hallu. Postaw ił ją na ziemi i pom achał
ręką poprzez m rok ku sm ugom św iatła padającym z bocznych drzwi. Nie słychać było kroków ,
kiedy do niej podchodził, nie zaskrzypiała podłoga, co ją zdziwiło, w ydało się jej znajom e
1 miłe, że potrafił wkroczyć w intym ność jej i rannego A nglika bez zbędnego hałasu.
86
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
K iedy przekraczał smugi św iatła przecinające długi hall, rzucały za nim jego wydłużony
cień. Podkręciła knot w lampie naftow ej, poszerzając krąg św iatła w okół siebie. Siedziała
spokojna, z książką na kolanach, kiedy do niej podszedł i przykucnął przy niej ja k przyjezdny
wujek.
— Powiedz mi, co to są migdałki?
Jej oczy weń w patrzone.
— Ciągle m am w pam ięci to, ja k w ybiegałaś ze szpitala ścigana przez dw óch dryblasów.
P otaknęła.
— Czy twój pacjent tam jest? Czy m ogę zajrzeć do niego?
Potrząsnęła głow ą przecząco, pow tarzała ten ruch, aż do chwili, kiedy się znów odezwał— N o to obejrzę go sobie ju tro . Powiedz mi teraz, gdzie się m am ulokow ać. N ie trzeba
mi prześcieradła. Czy jest tu kuchnia? C ałą dziw ną p odróż odbyłem , żeby cię odnaleźć.
K iedy oddalił się w głąb korytarza, przysiadła drżąca na pow rót przy stole. Potrzebow ała
tego stołu, tej doczytanej do połow y książki, aby wrócić do siebie. O to M ężczyzna, którego
znała, odbył całą drogę pociągiem , potem przez sześć kilom etrów w spinał się z wioski na
wzgórze, przeszedł długi korytarz i d o tarł do tego stołu po to tylko, by ją ujrzeć. Po kilku
m inutach weszła do pokoju rannego A nglika, zatrzym ała się nad jego posłaniem i popatrzyła
na niego. Pośw iata księżycowa sącząca się poprzez listowie odm alow ane na ścianach. Było
to jedyne światło, które czyniło owo trompe 1'oeil przekonującym . M ogłaby zerwać któryś
kw iat i przypiąć sobie do sukni.
Człowiek nazyw any C aravaggiem rozw arł wszystkie o kna w kom nacie tak, by m óc słyszeć
odgłosy nocy. R ozebrał się, podłożył sobie ostrożnie dłonie pod głowę i na chwilę położył się
na nie rozebranym łóżku. Szum drzew, św iatło księżyca, załam ujące się na kształt srebrnej
ryby wyskakującej spom iędzy astrów rosnących na zew nątrz.
Pośw iata księżycowa przylegała doń ja k skóra, jak b y go oblano w odą. Przed godziną
w spinał się po dachu pałacu. Z jego szczytu mógł widzieć poszczególne odcinki pochyłego
dachu, dw a akry rozrytych pociskam i ogrodów i sadów , jakie otaczały pałac. O glądał sobie to
miejsce, w którym odnaleźli się we W łoszech.
R ankiem przy fontannie prowadzili niezobow iązującą rozmowę.
— S koro znalazłaś się we W łoszech, pow innaś dowiedzieć się więcej o Verdim.
— Co? — spojrzała znad pościeli, którą p rała w fontannie.
Przypom niał jej.
— Kiedyś pow iedziałaś mi, że go uwielbiasz.
H an a pokręciła głową z zakłopotaniem .
C aravaggio kręcił się wokół, po raz pierwszy przypatruje się budynkow i, badając go od
krużganków w dół, po ogród.
— T ak, byłaś w nim rozkochana. D oprow adzałaś nas do szału coraz to nowymi szcze­
gółami dotyczącym i G iuseppe’a. C óż to za człowiek! W każdym calu najwspanialszy, mówiłaśW szyscyśmy musieli ci przytakiw ać, tej przem ądrzałej siedem nastolatce.
— Ciekawe, co się z nią stało.
Rozw inęła i płukała prześcieradło w zbiorniku fontanny.
— Byłaś kimś o niebezpiecznie silnej woli.
Przeszła po płytach chodnika, traw a pleniła się w szczelinach. Spoglądał na jej czarno obute
stopy, na obcisłą brązow ą suknię. W ychyliła się przez balustradę.
— Myślę, że tu przybyłam , muszę podkreślić, że tkw iło to na dnie mego umysłu, główme
ze względu na Verdiego. N o i oczywiście, bo ty wyjechałeś, i mój ojciec wyruszył na wojnę-Przypatrz się tym sępom . Z latują się tu każdego ranka. W szystko tu jest zniszczone i pogr11'
chotane na kawałki. Jedyną bieżącą wodę w całym pałacu znaleźć m ożna tu, w tej fontannie-
PROZA
87
Sprzymierzeni rozm ontow ali wodociąg, kiedy się stąd wynosili. Myśleli, że m nie w ten sposób
skłonią do w yprow adzki.
— Pow innaś była się wynieść. M uszą jeszcze oczyścić ten rejon. Pełno tu wszędzie nie­
wypałów.
Podeszła do niego i położyła m u palec na ustach.
— Cieszę się, Caravaggio, że cię tu widzę. Cieszę się tobą ja k nikim innym. T ylko mi nie
mów, że tu przybyłeś po to, żeby m nie przekonać do w yprow adzki.
— C hciałbym gdzieś znaleźć cichy bar, gdzie podają W urlitzera i popijać bez obaw y przed
zasranymi bom bam i. Słuchać śpiewu F ra n k a Sinatry. M usim y tu ściągnąć trochę jakiejś m uzyki
powiedział — będzie d o b ra dla twego pacjenta.
— O n wciąż się znajduje w Afryce.
Przypatryw ał się jej, oczekując, że coś jeszcze powie, co byłoby do pow iedzenia o rannym
Angliku. W yszeptała.
— N iektórzy Anglicy kochają Afrykę. Część ich umysłowości wiernie odzw ierciedla pusty­
nię. W ięc nie czują się tam obco.
Patrzył, ja k potakuje sam a sobie głową. W ąska tw arz pod k ró tk o obciętą czuprynką, nic
ma ju ż zasłony ani tajem nicy skryw anej kiedyś za długim i włosami. Jedyne, co z niej pozostało,
to to, że się w ydaw ała uładzona w swym wew nętrznym wszechświecie. F o n tan n a szem rząca
z tyłu za nią, sępy, rozorany w ybucham i ogród pałacowy.
Pom yślał, że m oże w ten właśnie sposób w raca się z wojny. Poparzony człowiek, którym
trzeba się zaopiekow ać, prześcieradła, które trzeba uprać w korytku fontanny, k o m n ata po m a­
lowana na podobieństw o ogrodu. T ak jak b y jedyną rzeczą, k tó ra pozostaje, była przeszłość
zaw arta w małej kapsułce pochodzącej z daw ien daw na, z czasów na długo przed Verdim,
Medyceusze zastanaw iający się nad balustradą lub oknem , w ędrujący nocą ze świecą i w to ­
warzystwie zaproszonego architekta — najlepszego architekta w całym piętnastym stuleciu
— i zam awiający coś bardziej satysfakcjonującego dla obram ow ania w idoku.
— Jeśli tu pozostaniesz — mówi — będziemy potrzebow ali więcej żywności. Posadziłam
Warzywa, m am y w orek fasoli, ale przydałyby się jakieś kurczaki.
Spogląda na C aravaggia, m ając w pamięci jego daw ną przedsiębiorczość, naw et tego nic
Wypowiada słowami.
— Zatraciłem już całą zręczność — odpow iada.
— W ybiorę się więc z tobą — H ana oferuje pom oc. — Z robim y to razem. N auczysz mnie
kraść, pokażesz mi, ja k się to robi.
— N ie zrozum iałaś. Zatraciłem napraw dę całą zręczność.
— Dlaczego?
— Z łapali mnie. Om al mi nie odcięli całych tych pieprzonych rąk.
Czasam i nocą, kiedy ranny Anglik ju ż zasypiał, albo naw et po tym, ja k sam a poczytała
sobie coś przez chwilę poza jego pokojem , szła popatrzeć na C aravaggia. Polegiwał w ogrodzie,
rozciągnięty w zdłuż korytka fontanny, patrząc w gwiazdy, bądź też m usiała doń schodzić na
dolny taras. W porze wczesnego lata tru d n o mu było pozostaw ać na noc w ew nątrz budynku.
Przez większość czasu przebywał na dachu, obok zburzonego kom ina, ale zsuwał się stam tąd
cicho, kiedy dostrzegał jej sylwetkę, gdy przechodziła przez taras i w ypatryw ała go. Z najdyw ała
go obok rzeźby hrabiego pozbaw ionej głowy, na uciętej szyi lubiły przesiadyw ać zdzićzałe
koty, na zm ianę uroczyste lub śliniące się na widok ludzkiej postaci. Zawsze utw ierdzała się
W przekonaniu, że jest jedyną istotą, k tó ra um ie go odnaleźć, tego człowieka osw ojonego
2 ciemnością, który po pijanem u utrzym yw ał, że unosiła go w niebo cala grom ada sów.
Oni oboje na wzgórzu, w oddali w dolinie św iatła Florencji. Czasem wydaw ał się jej szalony,
czasem zbyt opanow any. W świetle dnia dokładniej obserw ow ała sposób, w jak i się porusza,
sztywność jego zabandażow anych dłoni i to, ja k odw raca się całym ciałem, zam iast odw rócić
88
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
tylko głowę, kiedy ona w skazuje m u coś znajdującego się dalej na wzgórzu. Ale nie rozmawiała
z nim o tych spraw ach.
— M ój pacjent uw aża, że sproszkow ana kość paw ia jest świetnym lekiem.
Spojrzał w niebo.
— T ak.
— A więc byłeś szpiegiem?
— Niezupełnie.
W m rocznym ogrodzie czuje się lepiej, sw obodniej, św iatło lam py z pokoju rannego opada
migocąc.
— Czasam i byliśmy wysyłani po to, by coś w ykraść. I o to staw ałem się W łochem i złodzie­
jem . N ie wierzyli we własne szczęście, zdaw ali się na mnie. Było nas czterech lub pięciu. Przez
pewien czas mi się w iodło. A potem przypadkow o zostałem sfotografow any. W yobrażasz sobie?
Przebrałem się w sm oking, ten m ałpi strój, żeby wziąć udział w pewnym zgrom adzeniu,
przyjęciu i w ykraść w ażne papiery. N apraw dę byłem złodziejem. Ż adnym tam p atrio tą. Ani
wielkim bohaterem . Zrobili cnotę z mojej zręczności. Ale jed n a z kobiet przyniosła z sobą
a p a ra t i fotografow ała niemieckich oficerów, złapała m nie w jeden z kadrów , w tle, w sali
balowej. W półkroku, szm er opuszczanej przesłony spraw ił, że obróciłem głowę w tym kie­
runku. I tym sposobem cała przyszłość stała się niebezpieczna. Była to ja k aś przyjaciółka
generała.
W szystkie zdjęcia robione w czasie wojny w yw oływ ano oficjalnie w laboratoriach urzędo­
wych, pod nadzorem gestapo, tam też miałem się znaleźć, nie w pisany na żadną listę, narażony
na wykrycie przez jakiegoś funkcjonariusza bezpieczeństwa, kiedy klisza zaw ędruje do labo­
rato riu m w M ediolanie. Trzeba więc było spróbow ać w ykraść w jak iś sposób to zdjęcie.
Przyglądała się rannem u A nglikow i, którego uśpione ciało znajdow ało się zapewne o tysiące
kilom etrów stąd, na pustyni, ogrzew ane przez człowieka, który nadal zanurza palce w czarce
utw orzonej z w ew nętrznych wgłębień zsuniętych ciasno stóp i nam aszcza go, wciera ciemną
m aść w p oparzoną skórę jego tw arzy. Próbuje wyczuć nacisk tej dłoni na własnym policzku.
Zeszła na dół i ułożyła się na ham aku, odryw ając nogi od ziemi w praw iła go w ruch
w ahadłow y.
W chw ilach tuż przed zaśnięciem najsilniej odczuw a to, że żyje, przebiega myślą przez
zdarzenia dnia, zabierając każde z nich z sobą do łóżka, tak jak dziecko zabiera z sobą szkolne
książki i ołów ki. Dzień w ydaje się nieuporządkow any aż do tej chwili, k tó ra staje się czymś
na podobieństw o księgi wpływów i w ydatków , ciało jej wypełnia się historiam i i zdarzeniami.
N a przykład, C aravaggio coś jej dzisiaj ofiarow ał. Swoje motyw y, swój d ram at, swą skradzioną
podobiznę.
W yjeżdża z przyjęcia sam ochodem . O pony piszczą na łagodnych zakrętach wysypanej
żwirem drogi wiodącej ku wyjściowej bram ie, p om rukuje silnik au ta połyskującego jak atram ent
w m roku letniej nocy. Przez resztę wieczoru, podczas przyjęcia w Villa C osim a, śledził autorkę
fotografii, kryjąc się za innymi uczestnikam i balu, kiedy zw racała ap a rat w jego stronę. Teraz,
kiedy wie, że zdjęcie ju ż zostało zrobione, wie, ja k uniknąć dalszych. Podsłuchuje rozm ow y tej
kobiety, dow iaduje się, że m a na imię A nna, że jest kochanką jednego z oficerów, który na noc
pozostaje w tym pałacu, ale rankiem m a wyruszyć w drogę poprzez Toskanię. Uśmiercenie
tej kobiety albo jej nagłe zniknięcie tylko w zm ogłoby podejrzenia. W szystko co niezwykłe staje
się dziś podejrzane.
W cztery godziny później skrada się w skarpetkach poprzez traw nik, kryjąc pod sobą cień
rzucany przez księżyc. W chodzi na żw irow aną ścieżkę i ostrożnie unosi stopy nad piaskiemSpogląda ku górze, na pałac C osim a, na zalane światłem księżyca pro sto k ąty okien. Na pałac
am azonek.
PR O Z A
89
Snop św iatła z sam ochodow ych reflektorów — ja k coś nagle w ydobytego z zaczarow anej
Pończochy — w pada w pewnej chwili do pokoju, w którym się znajduje, znów zastyga w półkroku, spostrzegając w patrujące się weń oczy kobiety, na której rytm icznie porusza się mężczy­
zna, zatapiając palce w jej jasnych włosach. I wie, że rozpoznała w nim ona, m im o iż jest
teraz nagi, tego sam ego mężczyznę, którem u zrobiła zdjęcie podczas tego zatłoczonego przy­
jęcia, ponieważ przez przypadek przybrał teraz tę sam ą pozę, półobrócony ku światłu, które
ukazało jego nagie ciało w ciem nościach nocy. Światło rzucone przez sam ochód zw raca się ku
narożnikowi kom naty i znika.
Znów panują ciemności. Nie wie, czy się poruszyć, nie wie, czy on a zaw iadom i podrygującego na niej mężczyznę o obecności w ich pokoju obcej osoby. Nagiego złodzieja, nagiego
zabójcy. Czy m oże pow inien — przygotow ując mięśnie do złam ania ludzkiego k ark u — podejść
d° pary kochającej się w łóżku?
Słyszy, że mężczyzna nadal w ykonuje swe m iłosne ruchy, słyszy milczenie kobiety -— naw et
me w ydobywa z siebie w estchnienia — słyszy jej myśli, jej oczy próbujące w ypatrzyć go w ciem ­
ności. Pow inno się tu użyć w yrazu przemyśliwać. Umysł C aravaggia dochodzi do tego w niosku,
Jedna jeszcze sylaba d o dana do myślenia, tak jak m ajster napraw iający zepsute koło rowerowe.
Słowa są zmyślne, mówił mu o tym jeden z przyjaciół, zmyślniejsze niż skrzypce. Pamięć
Przywołuje jasn e włosy kobiety, białą w stążkę, k tó rą je związała.
Słyszy urucham ianie silnika sam ochodow ego i oczekuje kolejnego snopu światła. T w arz
wyłaniająca się z m roku jest wciąż strzałą weń wym ierzoną. Światło zsuwa się z tej twarzy
na ciało generała, na dyw an, by w końcu ponow nie dosięgnąć C aravaggia. Już jej nie widzi,
^otrząsa głową, wyciąga usta, ja k b y chciał przemówić. Unosi ap a rat, który trzym a w rękach,
w Jej stronę, aby zrozum iała, że to o niego mu chodzi. I zatapia się na pow rót w ciemności.
Styszy teraz pojękiw ania rozkoszy, którym i kobieta darzy k ochanka, odczuw a dum ę z tego
Porozumienia z nią. Ani słowa, żadnego ironicznego uśm iechu, po prostu układ, znak zrozu­
mienia, wie teraz, że m oże bezpiecznie oddalić się ku w erandzie i zniknąć w m rokach nocy.
Michael Ondaatje
przcl. W acław Sadkowski
* Michael Ondaatje, rocznik 1949, prozaik i poeta kanadyjski, opublikował trzy zbiory poezji i cztery powieści,
ostatnią powieść otrzyma! zaszczytną brytyjską nagrodę Bookcra.
90
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Izabela Filipiak
ABSOLUTNA AMNEZJA
(fragment powieści)
D o term inu złożenia pracy m agisterskiej zostało niewiele więcej niż miesiąc, a wciąż nie była
pew na, czy zdołała choćby zbliżyć się do najważniejszych kwestii, nie m ów iąc ju ż o ich rozwinię*
ciu; na przykład wciąż jeszcze nie rozw iązała problem u wiekuistości przedm iotów . Niewątpliwie
trw alsze i mniej zniszczalne niż ludzkie ciało czy dzieło sztuki, udow odniły też, że potrafią
przetrw ać prom ieniow anie i kataklizm y, po których ludzkość m ogłaby co najwyżej pretendow ać
do rangi m utantów . W praw dzie idea wiekuistości przedm iotów , gdyby zechciała przenieść j?
z rejonów poetyckiego dyskursu na poziom dyskusji przy kolacji z jedną świeczką i kilkoma
butelkam i węgierskiego wina, m ogłaby spotkać się co najwyżej z lekkim wzniesieniem brwi, to
jed n ak jej potencjalni słuchacze nie wiedzieli tego, co ona — że eksplozja d o k o n ała się naprawdę
i teraz wszyscy żyjemy w odw róconym Świecie, a każdy nosi w sobie ziarno doświadczonego
kataklizm u. T ragedia (jak trucizna) płynie w naszych żyłach i chcemy tego, czy nie, jesteśm y juz
m utantam i, tyle że zam iast sześciu pokrytych błoną palców w yrastają w naszej św iadom ości
przezroczyste kw iaty bólu, płaczące obficie, jeśli tylko ośmielimy się przekroczyć granicę blisko­
ści, ja k ą wyznacza nam chroniąca się przed pow tórnym zranieniem pam ięć ciała. Z daw ała sobie
spraw ę, że wypowiedzenie tej praw dy naraziłoby ją na protesty, ok rap ian e pobłażliwym śmie'
chem, dlatego w swej pracy badawczej posługiw ała się skrótow ym , eliptycznym stylem, dzięki
którem u pojedyncze zdanie nabierało powagi posągu albo przypowieści, ale prześledzenie toku
jej rozum ow ania w kontekście całości, w ym agałoby od osoby nie obeznanej z tem atem wiele
cierpliwości, a naw et uporu. T aka sytuacja odpow iadała jej jed n ak bardzo, wiedziała, że
praw da, ja k ą przeczuwa wszystkimi zm ysłami, jest zbyt nieprzyjazna i tru d n a, aby m ogła byc
czytelna dla tłum u.
Prządka, bo tak nazyw ana była na wydziale, chociaż ci, którzy chcieli popisać się mitologie^'
nymi koneksjam i, nazywali ją czasem P arką, m iała jeszcze inne spraw y do rozw ikłania. Zdaw ał0
się, jak b y czas oddania pracy, której tytuł wywoływał skrzywienie ust albo trzepot rzęs (dlateg0
nauczyła się w ypow iadać go z lekkim uśmiechem, sugerującym zażenow anie), staw ał się dla niej
czasem ostatecznej konfrontacji. Rów nolegle do odkryć literackich, prow adziła b adania nad
własnym życiem — równie owocne, i całkiem niedaw no zaczęła się w niej form ow ać nowa
definicja miłości, w ynikająca ze świeżo dokonanego rozróżnienia pom iędzy miłością w arunko­
wą i bezw arunkow ą. A by oddać się miłości bezw arunkow ej, zauw ażyła, pow inniśm y oczyścić sif
ze wszelkich oczekiwań, również takich, że nasza miłość zostanie odw zajem niona, albo że
zostaniem y za nią nagrodzeni, em ocjonalnie czy jakkolw iek inaczej. T ylko wtedy miłość stać si?
m oże form ułą najdoskonalszego w spółistnienia między nam i, a osobą, k tó rą postanowiliśmy
pokochać, ja k również między nam i, a kosm osem . M iłość bezw arunkow a w ydaw ać się może na
pierwszy rzut oka zupełnie bezużytecznym zjawiskiem, nie służy bowiem do przetargu ani
m anipulacji, niekoniecznie musi nas ulepszać, a upiększenie osoby, k tó rą kocham y, też nie jest
jej celem. Bez względu na to, ja k bardzo podobał jej się ten pom ysł, zauw ażyła, że sam a nie
zdołała nigdy przekroczyć granicy miłości w arunkow ej, oczekiwała bowiem od osoby, k tó rt
PR O Z A
91
Pokocha, by w zam ian za ofiarow ane jej uczucie d okonała pewnej prostej operacji — wyjęła
Prządkę z tego, co miało nazyw ać się jej życiem i przeniosła gdzie indziej, do tego, co było jej
życiem napraw dę. Jak w yglądałoby to praw dziwe życie, nie m iała pojęcia, poniew aż nigdy
wcześniej go nie zaznała. Jej oczekiwanie nie było pozbaw ione podstaw — to, co inni uw ażali za
jej życie, było napraw dę podsuniętym jej niegdyś falsyfikatem i nie m iało z nią sam ą nic
wspólnego. O bca, nienaturalna, czy zwyczajnie pusta stru k tu ra okazyw ała się jed n ak spraw dzo­
ną możliwością ja k o takiego istnienia, a w d o d atk u odrzucenie jej w iązało się z dużym ryzykiem.
Jednak w ybór życia, to nie w ybór kaloszy, zresztą naw et przy wyborze kaloszy lepiej jest polegać
na własnym guście. D latego P rządka znów była rozczarow ana i nerwowym gestem targała
krótkie włosy (m usiała obcinać je króciutko przy skórze, bo inaczej w yszarpałaby je sobie
w m om entach zam yślenia pełnymi garściam i) — z jednej strony kobieta, z k tó rą zw iązała się
w nadziei na jakieś niewypow iedziane spełnienie, oddała jej w szystko w zam ian za miłość,
odm ierzaną zresztą w kapryśnie skąpych racjach, a zatem pół m ieszkania, własne k o n tak ty
*możliwość stopniow ego, lecz pozbaw ionego tego napięcia, jakie przynosi niepew ność, w stępo­
wania w wyższe sfery życia akadem ickiego, a jednak czuła się w tym nowym życiu tylko trochę
mniej obco, niż w tym poprzednim . Co kilka dni odsuw ała pomysł zażycia zbieranych przez
kilka miesięcy tabletek, które swoim zwyczajem zakropiłaby kilkom a szklankam i w ódki, wypi­
janej naw et bez lodu. N ie chciała umrzeć, tłum aczyła bezskutecznie przyjaciółkom , k tóre dziwiły
s*?. jak długo m ożna podejm ow ać nieudane próby i nie nauczyć się niczego na własnych błędach.
Umieram po to, żeby żyć, oraz na znak protestu przeciw ko życiu, które nie jest moje. Śmierć jest
"'arunkiem istnienia, napisała w podsum ow aniu swojej pracy, podobnie jak w ąż zrzuca skórę,
żeby obejrzeć się w nowym i piękniejszym wcieleniu, ona o d radzała się leżąc przez tydzień
w ciemnym pokoju i nie oglądając nikogo, gdyż nadw erężone nadm ierną ilością b arb itu ran tó w
oczy nie znosiły św iatła, jelita — pokarm ów , a nerwy — akadem ickich dyskusji.
Możliwe jednak, że miłość bezw arunkow a w ogóle nie istnieje. Przez chwilę w ydaw ało jej się,
że na takie uczucie z godną pozazdroszczenia niewinnością pozw oliła sobie Izolda, k tó ra
Przecież nie m iała pow odu, żeby kochać swojego męża. Intuicja nie daw ała jed n ak Prządce
sPokoju, poza tym odczuw ała niemal m acierzyńską troskę, bo przecież sam a zainicjow ała ten
W iązek, do którego nigdy by nie doszło, gdyby pod koniec jakiejś im prezy, kiedy była ju ż
kompletnie zam ulona zażytym pod alkohol relanium , nie wskazała siostrzeńca swojej przyjaciół­
ki. (czasem mówiła, żony), tej dziewczynie o nieziemskim spojrzeniu i ruchach osw ojonego
węża. C hociaż ciąg dalszy rozw inął się spontanicznie i bez jej udziału, ja k zwykle, kiedy było ju ż
Po wszystkim, doszukiw ała się przyczyny; bo w końcu dlaczego właśnie tej dziewczynie, dlacze­
go właśnie tego chłopca postanow iła pokazać. Pom yślała, że mógł to być ak t nieuśw iadom ionej
zemsty. Izolda w ydaw ała jej się zbyt piękna i zbyt niedostępna, by o n a sam a kiedykolw iek
ośmieliła się ją uwieść. Poniew aż wiedziała równie dobrze, że potencjalnie jest w stanie uwieść
każdą kobietę, m usiała niedługo po całym w ydarzeniu przyjąć do w iadom ości, że przyczyna
rezygnacji z naw et nie rozpoczętej gry i narastającego w rażenia nieuchronnej klęski (które
bardzo szybko ogarnęło wszystkie rejony jej życia, naw et te wyższe, twórcze i duchow e) leży
Wyłącznie w niej samej — co spraw iło, że poczuła się gorzej. Św iadom ość w łasnych ograniczeń
2Wykle w yw oływała w niej niewym owny ból, za bólem następow ała furia, d la której szybko
^ u sia ła znaleźć jakiś godny zniszczenia obiekt. N agle zdała sobie spraw ę, że i tym razem
^echanizm zadziałał podobnie, uratow ała się, przenosząc to wszystko na Izoldę, i tak nic znana
jej bliżej dziewczyna, któ ra m ogła przecież zostać największą, a może naw et bezw arunkow ą
Miłością jej życia, zaślubiła tam ten dom (o którym P rządka słyszała ju ż trochę od Estery) i żyła
tam, jak najświętsza panienka, to ten, który ją zapłodnił, ulotnił się, jakby go nigdy nie było,
O staw iając za sobą m ateczkę i dzieciątko. P rządka często zastanaw iała się, w jak i sposób
wypełni się przeznaczenie zapisane w imieniu, które tam ta przyjęła za własne. Ślub zdaw ał się
S p rzeczać takiej możliwości, wyszła przecież za m łodego pastuszka, a nie starego króla. Jednak
Pastuszek zwinął żagle, a stary król pozostał na pobojow isku. P rządka nic m ogła się doczekać,
Postanowiła odłożyć tabletki do chwili, kiedy zobaczy, ja k wypełnia się ta wyrocznia.
92
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Poczucie klęski nie opuszczało jej je d n ak wcale i paraliżow ało zaw czasu każdą decyzjęK obiety, które d otąd znajdow ały się w zasięgu w zroku i stanow iły dla Prządki niewykorzystane,
bądź w ykorzystane, ale zawsze w arte pow rotu możliwości, zaczęły również znikać z pola
widzenia. N iektóre pojechały ju ż do swoich m ałych miasteczek i rodziców , zaw iedzionych, że nie
znalazły sobie męża w m etropolii. Inne ustawiły się w mieście jakoś, lepiej czy gorzej. P rządka nie
m usiała w racać do dom u i dlatego w łaśnie jej miłość do Estery nie była bezw arunkow a. Kiedy
usłyszała o tym, ja k ustaw iła się Lisiak, w pierwszej chwili gwizdnęła z podziwu. N a bezw arun­
kowy obłęd zawsze brakow ało jej odwagi.
C hociaż już. wcześniej znały się z widzenia, mijały się na korytarzu, w zależności od nastroju
w ym ieniając krótkie cześć, albo nie, zapoznały się napraw dę dopiero na sem inarium magister­
skim, gdzie zaczęły dzielić się notatkam i oraz chlebem z serem i m ajonezem . W śród wielu
możliwości artystycznej transgresji, jak ie rozw ija przed nam i życie, jedyne om aw iane na semina­
rium pisarki łatw o daw ały się wrzucić do jednego analitycznego w orka, gdyż były to albo
w ariatki, albo sam obójczynie, n arkom anka ew entualnie też m ogłaby się podpasow ać. W pierw­
szej chwili P rządka pom yślała, że szaleństw o Lisiak mieści się d oskonale w sem inaryjnym nurcie
literatury kobiecej. Podejrzew ała nawet, że tam ta nasłuchała się zbyt wielu m ądrych i podnios­
łych dyskusji (ona sam a zjawiała się na nich naw alona, albo na kacu, więc o d b ió r m iała raczej
ograniczony) i przenosząc je we własne życie, utraciła poczucie granicy między fikcją a rzeczywi­
stością. Z drugiej strony, jeśli ideałem poznaw czym miało być złączenie własnego doświadczenia
i w ynikającego zeń zapisu, a naw et bezpośrednie przenikanie jednego w drugie, zacząła odczu­
w ać wobec Lisiak swego rodzaju kom pleks niższości. N iewątpliwie tam ta, jeśli k i e d y k o l w i e k
zdecyduje się na pow rót, będzie m ogła pisać o szaleństwie, ile tylko zechce, gdyż stało się jej
własnym, osw ojonym terenem , podczas gdy o n a sam a, żeby poznać dogłębnie tajem nicę śmierci,
na tyle dogłębnie, aby m ogła uznać, że w pełni opanow ała to fascynujące ją w końcu zagadnie­
nie, m usiałaby po prostu — ni mniej, ni więcej, lecz tylko
umrzeć. Nie nam yślając się wiele.
P rządka spakow ała m anuskrypt powieści, oddany jej na przechow anie po jakiejś nieprzyjemnej
historii w szkole (która, ja k zaczynało jej się teraz wydawać, była wyłącznie dow odem na
sukcesywny rozwój p aranoi w umyśle młodej nauczycielki) i pobiegła-wyznać M istrzyni, iż zna
pew ną osobę, a raczej obie znają pew ną osobę, k tó rą właśnie niepostrzeżenie wyniosło na
P arnas, a przynajm niej na jakiś przednóżek P arnasu wydzielony dla szalonych pisarek. M istrzy­
ni jednak była zajęta pisaniem artykułu o jakiejś dziewiętnastowiecznej poetce, dla której
zanegow anie własnej tw órczości okazało się szczytem literackiego uw znioślenia
i nie miała
czasu.
Tym czasem Lisiak zadom ow iła się w klinice i postanow iła jej nie opuszczać. C odzienny
rygor i cotygodniow e wizyty w gabinecie suchej i zimnej, zasłoniętej chłodnym szkłem o k u laró w
pani o rd y n ato r (kiedy tylko przekraczała próg gabinetu, zdaw ało jej się, że zam ykając za sobą
ogum ione drzwi w stępuje tam w jakiś przedziw ny stan przeciągu duszy), przeszkadzały jej
trochę, ale nie za bardzo. T utaj była azylantką, nic dotyczyły jej przepisy i nakazy istniejące na
zew nątrz, nikt nie dopytyw ał się, dlaczego nie wyszła za m ąż na ostatnim roku studiów , nikt nie
mówł jej, że Sylvia Plath m iała dwoje dzieci i dlatego m ogła pozwolić sobie na ekscesy, zresztą
wyłącznie na papierze, a jej w łasna pisarska m ania, bo w końcu sam a zaczęła tak nazywać
nienasycone pragnienie w ychwytywania myśli i utrw alania stanów ulotności, okazała się jedn<!
z łagodniejszych w kalejdoskopie urojeń, które reprezentow ały inne pacjentki. N a oddziale
znajdow ały się bowiem przynajm niej trzy M atki Boskie, jed n a Wszetecznica Babilońska i jedna
Ifigenia — zdolne zaspokoić najbardziej w y ra fin o w a n ą potrzebę kulturow ej różn o ro d n o ściLisiak nadal, ja k zawsze dotąd , odczuw ała, że w iodącym w jej życiu uczuciem jest głęboka,
tkliw a i przepastna sam otność, ale uczucie to pasow ało nareszcie do miejsca, w którym się
znalazła. N igdy wcześniej nie czuła się też bardziej spokojna.
W yw ołana z sali rekreacyjnej na wizytę, nie zdziwiła się naw et, w ydało jej się naturalne, zC
ktoś w końcu zechce ją odwiedzić. K iedy je d n ak na d ru g im końcu k orytarza, za d re w n ia n i
p rz e g ró iik ą , oddzielającą dw a światy (tam ten, co wedle jakichś powyższych przepisów przeszedł
PRO Z A
93
test na norm alność i ten, w ypchnięty poza obszar pozornej ugody, który wszak był jej światem )
zobaczyła szczupłą, choć poszerzoną o nieforcm ny, czarny sweter figurkę Prządki, zachw iała się,
jakby coś nieoczekiwanie uderzyło ją między piersi. T ak właśnie to odczuła, ja k o najbardziej
fizyczny ból, w dzierający się pom iędzy żebra tam , gdzie według wszelkich anatom icznych
przesłanek pow inno znajdow ać się serce. Świat, który zostaw iła po tam tej stronie, zniknął
Przecież, jak tego chciała, na zawsze, jak b y zm ieciony nieodw racalną eksplozją, albo po prostu
Przysłonięty bielą fartuchów , ściszonych rozm ów i odm ierzanych codziennie po śniadaniu
kolorowych pastylek i zastrzyków , a teraz w dzierał się na now o w jedyny obszar, co do którego,
jak myślała, nikt nie będzie zgłaszał pretensji, więc m oże spokojnie uznać go za własny.
Postanowiła, że ju ż nigdy nie będzie przyjm ow ać odw iedzin, bez względu na to, co powie
królowa z lodowego pałacu, m roźna i groźna pani ordynator.
Od chwili, kiedy przestępując bram y szpitala, P rządka m usiała zostaw ić portierow i swój
dowód (co w ydało jej się zupełnie naturalnym rozw iązaniem , na w ypadek, gdyby na przykład,
zechciała tu zostać), nie m ogła nadziwić się różnicy między teoretyczno-literacką fantazją
w wydaniu młodych adeptów krytyki, a rzeczywistością (w w ydaniu w łasnym). Szpital, który
w seminaryjnych dyskusjach miał być miejscem transgresji, to jest najgłębszego przem ienienia
1 Poznawczej traum y, w której rozpoznajem y w jednej chwili własną pojedyńczość i całość,
kosmiczność i skończoność, przypom inał jej tylko jakieś koszary. Pom yślała, że przynajm niej
kryminaliści m ają jakieś podstaw y do tego, aby nadal uw ażać się za ludzi. Ludziom tutaj
zamkniętym nikt nie daw ał naw et najsłabszej nadziei, że za takich m ogą się uważać. Nie
Przypuszczała, że ta wizyta okaże się tak trudna, tym trudniejsza, iż m usiała teraz znosić
Podejrzliwe, przez chwilę połyskujące wymownie i w rogo spojrzenie Lisiak. N araz przypom nia­
ła sobie, że w Świecie przed eksplozją nie do k o n an o jeszcze podziału na cierpiące mięso i anioły.
— Dzień dobry — powiedziała.
— C oś podobnego — odpow iedziała Lisiak.
N ie widziała Prządki od kilku miesięcy (a może lat? a m oże lat świetlnych?) i zdziwiła się,
Przyglądając się jej z bliska, bo nie zauw ażyła wcześniej szarego, niezdrow ego odcienia skóry
Przyjaciółki. Pom yślała, że ciało Prządki musi być b ardzo cierpliwe, biorąc pod uwagę próby, na
Jakie w ystawiane jest przez zam ieszkującą je św iadom ość. Już wcześniej zdaw ało się jej, że
^rządka używa ciała jak alchem icznego kam ienia, próbując wciąż nowych konfiguracji, z których w końcu jedna miała wyzwolić ją z jakiegoś najbardziej intym nego uwikłania. Nic rozum iała
‘ylko, dlaczego P rządka właśnie swoje ciało, a nie najbardziej oczywiste okoliczności zewnętrzne,
lrakluje ja k o pow ód i przyczynę własnego zam knięcia, albo też, jak sam a m ów iła, ja k worek,
który kiedyś narzucono jej na głowę.
— W szkole wszystko po starem u — usłyszała przytłum iony, jakby w ydobywał się z w nętrza
Parcianego w orka, głos.
N azywały uniw ersytet szkolą, bo taka ksywa w ydaw ała im się najwłaściwsza, nazw anie tego
Uczelnią uznały za przesadę. Lisiak nie uśmiechnęła się — wszak ze zdrow ym i zm ysłami nie
tr a c iła wyczucia w tych spraw ach, ale zdaw ało jej się, jak b y odw iedzająca ją (dlaczego? tego
naWet nie starała się dociec) dziewczyna, przez przyw ołanie przestrzeni, któ ra przez jakiś czas
°dm ierzała im (odcedzała?) rytm życia, stara się obłaskaw ić miejsce, w którym znajdują się teraz.
Przezchwilę m iała ochotę wykrzywić się okropnie i zacząć przew racać oczam i, ale spojrzała na
^ g a ją c e powieki Prządki i pożałow ała jej.
— N ie chcę stąd wychodzić — powiedziała w końcu.
— Przecież nie musisz — uśm iechnęła się Prządka, z nieoczekiwanym dla siebie uczuciem
ulgi. — T utaj jest w porządku.
— N apraw dę? — zdziwiła,się Lisiak.
Sam a też uw ażała, że tutaj jest w porządku, ale nie przypuszczała, że ktoś przychodzący
2 zew nątrz też może tak sądzić. Poczuła, ja k zaciśnięte d o tąd w pięść dłonie zaczynają się
r°zluźniać. N iespodziew anie m iała ochotę się rozpłakać.
94
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
— Pewnie. Też bym tak zrobiła, ale obłęd w ym aga pewnej stanow czości i uporu. A może
naw et planow ego działania. A m nie tylko ponosi. T ylko m nie wypłuczą i od razu wysyłają do
dom u.
— P róbuj dalej — odpow iedziała Lisiak, znow u zdziw iona, bo poczuła, ja k się uśmiecha.
P rzypom niała sobie sen z ostatniej nocy, zbyt niejasny i uporczywy, by nie starała się go
zapom nieć natychm iast po obudzeniu. N acinała P rządkę cieniutkim nożykiem, najpierw
wzdłuż, na wąskie pasem ka, a później w poprzek. W szystko to odbyw ało się na wyraźnie
życzenie i było pozbaw ioną cienia przem ocy czy w yuzdania usługą. Sam ak t nie bulw ersow ał jej
wcale, ale przeszkadzało jej to, że P rządka m iała na swojej tw arzy naciągniętą inną twarz,
z czerw oną, podłużną, świeżo otw artą raną na wysokości przełyku. Postanow iła jed n ak być
dyskretna, nie dopytyw ała się o szczegóły i nacinała dalej, przekonana po chwili, że dokonuje
jakiegoś szam ańskiego obrzędu. Prządki wcale to nie bolało, chociaż na pewno nie była aniołem.
— Piszesz coś teraz? — zapytała P rządka.
— Oczywiście — rozprom ieniła się Lisiak. — Piszę piosenki i różne dialogi dla moich
kukiełek. T ak bawię się nimi, bo wiesz, co? N ie muszę się nikom u podobać.
— Podrzucisz mi kiedyś — podsunęła, na pół tylko oczekując odpowiedzi.
W ciąż m iała nadzieję, że Lisiak po swoim przeistoczeniu zbliżyła się do ideału, w którym
dokonuje się pełne złączenie przeżycia z aktem tw órczym i dlatego obaw iała się rozczarow ania.
Czy jest coś, co chroni przed rozczarow aniem lepiej, niż niewiedza? Nie m iała pojęcia.
— M ogę ci teraz przeczytać.
Lisiak sięgnęła do kieszeni nocnej koszuli i gestem, jakim zwykle wyjmuje się królika
z kapelusza, wyjęła zeń kilka w ielokrotnie złożonych i otartych na zgięciach kartek. Przemie­
rzała linijki w zrokiem , ja k b y odkryw ała zapom niany krajobraz, w końcu zaczęła czytać na głos:
TRENY
W dom u pod wielką lipą siedzi brodaty mężczyzna. Od czas do czasu spogląda na uszytą
z gałganków , naturalnej wielkości lalkę.
Wreszcie zapisuje:
Wielkieś mi uczyniła pustki w dom u m oim
M oja droga O rszulo, tym zniknieniem swoim.
Ledwo zdąży unieść pióro, by ponow nie zanurzyć je w kałam arzu, ju ż słyszy szelest w komi­
nie. W ynurza się z niego usm arow ane sadzą dziecko płci żeńskiej.
O rszulka: Jeśli i po śmierci nie dasz mi spokoju, to obiecuję, że zabiję się po raz drugiMężczyzna: M ała wiedźma! W ynoś się stąd, daj mi spokój. Skończyły się figle, teraz
nareszcie chcę zostać poetą. Nie pozwolę, żebyś m nie zniszczyła!
O rszulka: Ja jestem tylko dzieckiem. I wcale nie chciałam się w to w szystko mieszać.
Mężczyzna: O dczep się. Raz cię stw orzyłem , m ogę stw orzyć cię raz jeszcze. Ale tym razem
(wstaje, jego pow iększony cień pada na ścianę) zostaniesz m oja na zawsze.
O rszulka (skulona w kom inku): Proszę, zapom nij o mnie. Przecież ja nic od ciebie nie chcęChcę tylko umrzeć. T o znaczy wcale nie chcę umrzeć. Ale nie chcę żyć na takim obrzydłym
Świecie, więc nie m am innego wyjścia.
M ężczyzna: N ie bój się, m aleńka, to nie boli. (Podchodzi do O rszulki i wskazującym palcem
unosi jej koszulkę.) Pam iętasz, jacy razem byliśmy szczęśliwi?
O rszulka: (zatykając sobie cipkę dłonią). Niem al do końca m yślałam , że to żarty. Ręka,
palce. Lekko ja k pająki. Przez przypadek. Przez pom yłkę. T o nie może być praw da. M uszę być
nienorm alna, jeśli to m a być praw da. M uszę być chora, zboczona, zła. N ie byłam żadną z tych
rzeczy i to była praw da, ale cóż, teraz jestem um arła. U szanuj więc pam ięć po mnie, adieuA dieu.
Mężczyzna: Chcesz powiedzieć, że nic już do m nie nie czujesz?
O rszulka: (kiwa p o takująco głową). T o jest właśnie najgorsze. Nic. Ż adnego obrzydzeniaJestem w ydrążona, ale w całkiem przyjem ny sposób. Jestem lekka. Możliwe, że to śmierć tak
zm ienia ludzi.
PR O Z A
95
M ężczyzna szlochając pada na kolana i kończy pisać T R E N Y . Z ap ad ła cisza.
Lisiak m iała oczy wzniesione w górę, w patryw ała się w jak iś pu n k t, zawieszony nad głową
Prządki, któ ra zrozum iała, że nic ju ż więcej nie usłyszy.
— Jakieś dziwne — pow iedziała w końcu. N agle poczuła się zm ęczona. — Ale coś mi to
Przypomina.
Lisiak spojrzała na przyjaciółkę pytająco z przechyloną po ptasiem u głową, zdaw ało jej się
Przez chwilę, że jakieś natrętne w spom nienie zaczęło pełznąć przez św iadom ość Prządki, jak
gotowe do rozdziobania żyjątko. O trząsnęła się po chwili, p rzekonana, że chodziło jej o coś
zupełnie innego, a P rządka zdołała ju ż przysw oić sobie pewien sem inaryjny naw yk, dzięki
którem u wszystko, co napisane, musi się kojarzyć ze wszystkim.
W dłoni Prządki coś niebezpiecznie zam igotało, pojawił się w niej wielki ja k spłaszczona
główka srebrzystej cebuli, ozdobny zegarek, na którego kopercie delikatne linie łączyły się ze
s°b ą, okalając kilka cyfr i kropek na sam ym środku wypukłej, lekko zm atow ionej tarczy.
Otwierała go bardzo delikatnie, gdyż był to jedyny przedm iot, do którego odczuw ała jakiekolw,ek przywiązanie. M ów iła, że pochodził od jej dziadka, ale napraw dę kupiła go na bazarze
1n'gdy nie dow iedziała się znaczenia wyrytej na kopercie daty. C o roku jed n ak wyczekiwała dnia
P^tnastego sierpnia, w nadziei*, że, tajem nica zostanie jej w jak iś pośredni sposób objaw iona.
Zanim odchyliła kopertę, rozejrzała się jeszcze konspiracyjnie doo k o ła, ja k b y m iała zeń wycza­
rować narzędzia do rozcinania kaftanów bezpieczeństwa, ale zw inięta w kulkę w iadom ość od
tfagiczne odizolow anych pacjentów szpitala wojewódzkiego.
— M uszę ju ż lecieć — zauw ażyła chow ając zegarek na pow rót do jakiejś przepastnej,
ukrytej pod opadającym i luźno fałdam i sw etra kieszeni. — Ale jeszcze kiedyś tu w padnę.
— Jak chcesz — odpow iedziała Lisiak z nonszalancką obojętnością.
Nie odczuw ała ju ż tego bólu, który wciąż był obecny w pierwszych chwilach rozmowy. Życie
P° tej i tam tej stronie przestało się jej w ydaw ać dwiem a połów kam i, k tó re nijak nie potrafiły się
złożyć. Przypom inały raczej rozchyloną na dłoni Prządki połyskliwą kopertę antycznego czasoniierza. Postanow iła, że następnego dnia poprosi królow ą śniegu o udzielenie jej pozw olenia na
godzinny spacer w okalającym szpital parku. N aw et jeśli ryzykow ała w ten sposób, że może
zostać uznana za pow racającą do zdrow ia. Niech tam , pom yślała. Czymkolwiek by to zdrow ie
nie miało być. Z atrzym ała się przez chwilę przy oknie, kontem plując oddalającą się parkow ą
u'ejką figurkę Prządki. O kno było zakratow ane i dziewczyna przesuw ała się od p ro sto k ąta do
Prostokąta ruchem szachowego konika. M iędzy kępam i choinek połyskiwały białe oka pierw io­
snków z ukrytą głębiej niebieską źrenicą.
W racająca sam otnie wśród szum u w ysokich dębów P rządka zatrzym ała się na chwilę, żeby
utrwalić w pamięci ten szczególny szelest ocierających się o siebie gałęzi, na których ledwo coś
Zaczynało się zielenić, nieśmiałe pąki, otulające zapow iedź uporczywie pow tarzanego co roku
ezczelnego szaleństw a natury. O detchnęła głęboko, przypom inając sobie, że drzew a czekają
'•utęsknieniem na zużyty przez nią dw utlenek węgla, więc pozw alając pow ietrzu przeniknąć ją
0 głębi, czyni tylko przysługę drzewom . Spostrzegła ju ż wcześniej, że zapam iętyw anie musi być
vvjej w ypadku bardzo aktyw ną czynnością, inaczej w rażenia przenikają przez nią ja k przez sito
n,e jest w stanie ich później odtw orzyć. W ciąż nie wiedziała, czy gdyby udało jej się pokochać
■siak i nie próbow ała jej przy tym uwieść, m ogłaby nazw ać to, co odczuw a właśnie w tej chwili
ezw arunkow ą miłością.
Izabela Filipiak
96
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Robert Mielhorski
WIZYTA (wypiski z poezji obywatelskiej)
T u z wysoka w m ieszkaniu
w ynajętym na napisanie jednego wiersza
pośród dalekich sosen i kropli
deszczu w ysoko odbijających się od poręczy balkonu
w spom inam : przyszła zapłak an a
jej krucha postać którą w ostatnim m om encie chwyciłem
w ciemnym korytarzu.
ubijano kotlety na niedzielny obiad.
gołębie i w rony krążyły w m dław ym wilgotnym powietrzu.
huczący za oknam i w iatr i św iadom ość
że raptem wszyscy w okół poum ierali
spakow ali w spom nienia am bicje ból i wyjechali.
nie słuchałem choć wiedziałem o czym mówi.
przecież i ja ciągle i wyłącznie tylko o tym
potrafię mówić: o duszy śmierci sam otności
jasnych chwilach krótkich
ja k kichnięcie.
cóż miałem powiedzieć, że trzeba czekać
ale na co. że cierpienie uszlachetnia a dobro
ocala.
byłem tw ardy i chłodny, choć m ówiła
że potrzebuje ciepła i bezpieczeństwa
nie potrafiłem zdobyć się naw et na iskierkę.
to i setki podobnych sytuacji
nie będzie mi w ybaczone, katom w ybaczają ofiary
lecz m ilcząca gaw iedź obojętna
posłyszy tylko swój własny głos tam w środku ciała
ja k na szkle szczurze łapki.
tu i w Sarajewie była niedziela pusta i blada.
podałem jej płaszcz i czekałem skam ieniały
aż w inda zatrzym a się na parterze.
POEZJA
UŚPIONE POKOJE
Z cyklu Duszyczka
O bserw ujesz szelest m oich rąk w pow ietrzu
kiedy po pokoju chodzę uśm iecham się do ciebie.
N ocą
nasłuchujesz ja k szuram papciam i, ja k nietoperz
po ciem ku żyję. W idzisz wszystko, twoje spojrzenie
sekretne dogania m nie wszędzie: kiedy sztućce składam
po uroczystej kolacji usta wycieram serw etką milczę...
naw et tam , w mym głębokim cieniu gdzie skrycie
krzesam swoje czarne płom yki. S tam tąd skąd patrzę widzisz.
Zaw iły w zór dnia: obrzękłe ciszą pokoje kroki godzin
prom ień św iatła przecinający uśpione barw y dyw anu aluzją są
zawsze do czegoś ogólniejszego i prostszego zarazem .
T en m istyczny związek znaczeń kojarzonych ze sobą
naw zajem w przypadku. Oczy dostrzegają tam . Idę bezgłośnie
naw et nie rozpoznasz chwili. M oje drugie życie.
T ajem ne istnienie rzeczy ukrytych przed wzrokiem.
METAFIZYKA
Z cyklu Duszyczka
N ie pobłażajm y sobie, naw et
w skrytości. Ten głuchy budynek świecący pustką
mógłby m nie wydrążyć. Cieniste korytarze
i stare wysm ukłe okna za którym i graby
przeżyw ają nas ja k wieczność ja k niebo ja k pożądanie
chciałbyby upodobnić m nie do siebie.
Czasam i jest tak że w ypatroszone z życia budow le
żądają byśmy um ierali z podobną godnością.
W ięc trzeba żyć myślą i tylko czasem
zapatrzyć się w skw ar i bezludną uliczkę
i kobietę stukającą obcasem . Jej zwięzłe piękno
(taka jest u roda) uleczy sam otność.
T o jest pewne — los. I pyłki św iatła
wirujące w rozświetlonej krainie dzieciństwa.
T am tędy idą um arli. Ich skupione tw arze
— w tym oczy, spotykają naszą przeszłość.
T ro p ią nas. I choć chcemy zapom nieć o tym
jesteśm y im w inni kuszącą lekkom yślność.
Robert Mielhorski
97
98
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Jack Dann*
KADYSZ
Jakież twe utrapienie, Morze, że uciekasz■
— Psalm Hallela
N atan pośród rzeszy wiernych siedział w salce m odlitew nej synagogi. Był ranek, dochodziła
szósta czterdzieści. M odły prow adził stojący na bimie profesor hebraistyki, wykładający na
miejscowym uniwersytecie; obow iązkiem tym dzielił się z dw om a innymi profesoram i, którzy
również należeli do gminy. Intonow ał hebrajskie i aram ejskie modlitwy; brzm iało to ja k plusk
chłodnego strum ienia, rozbijającego się o lód. C o praw da N atan nie znał hebrajskiego, ale
potrafił trochę czytać w tym języku, na tyle dobrze, by zm ówić zacinając się kadysz — modlitw?
za zm arłych.
Ale tu w bóżnicy panow ał pośpiech. Wszyscy kiwali się nad m odlitew nikam i w czarnych
okładkach, przerzucając zapam iętale m ocno zszargane strony. N atan nie nadążał za innym1naw et wtedy, kiedy czytał czy przebiegał w zrokiem tekst angielski. O bok mężczyzn w sile wieku
modlili się żarliwie ich synowie w dżinsach i wzorzystych koszulkach, jak b y chcieli przyćm 'c
swoich ojców. Ale to starsi zawsze kończyli pierwsi i czekając na resztę ucinali sobie pogawędkę
0 futbolu. Jedynie rabin ze starannie w ypielęgnow aną brodą i wyszywaną jarm u łk ą na głowie
siedział nieporuszony naprzeciw ko swoich wiernych. G roźnie otulił się białym szalem modlitcW'
nym niczym całunem , ja k b y chcąc podkreślić, że strzeże niedostępnej dla N ata n a wiedzy
tajem nej i wiary.
W patrując się w czarną książeczkę N atan modlił się w raz z resztą.
Był ja k Saracen w świątyni Jahw e, poganin przystrojony w szal m odlitew ny i filakterie.
W czoło cisnęło go w ypolerow ane skórzane tefilin, pudełeczko kryjące w sobie s k r a w e k
zapisanego pergam inu. D o lewego ram ienia ciasno przyw iązane było drugie — długim rzeniie'
niem, który ja k w ąż oplatał jego rękę, trzykrotnie owinięty w okół środkow ego palca. Ale
zaw arte w filakteriach płom ienne słowa Jahw e nie zdołały przeniknąć przez synapsy do jeg°
krw ioobiegu, kości i ścięgien. M im o to intonow ał słowa m odlitwy, w stawał, pochylał sięZm ów ił kadysz raz, potem drugi, i przypom niał sobie, czego nie zdążył powiedzieć żon>e
1synowi, nim zabrała ich śmierć. Przypom niał sobie swe zaniedbania i złe uczynki, których nje
m ożna było ju ż napraw ić. N aw et na łzy było ju ż za późno, czuł się bowiem w środku zupeln*e
pusty, ja k porzucona tykw a zimą.
I wtedy zdał sobie spraw ę, że ju ż jest m artw y.
Jest tylko cieniem, który jakim ś sposobem w kradł się między wiernych.
N abożeństw o dobiegło końca. Zgrom adzeni w pośpiechu składali szale i owijali rzemienia^11
swoje filakterie; dochodziła siódm a czterdzieści pięć i czas było jechać do pracy. N atan p o s z e d j
w ich ślady, ale czuł się ja k autom at, ja k w łasna atra p a, ja k um arły, usiłujący naśladować
zachow anie i zwyczaje żywych.
Wyszedł z innymi z synagogi. M iał się tego ran k a spotkać ze swym stałym klientem , który
nalegał, aby wspólnie przejrzeli znow u jego pokaźny pakiet akcji. Staruszek w gruncie rzeczy
przez wszystkie te lata spłacał kredyt hipoteczny N atan a.
K iedy jechał mercedesem drogą A l A — okrężną, ale za to bardziej malow niczą tras4>
prow adzącą do jego biura w śródm ieściu F o rt L auderdale — uśw iadom ił sobie, że dziś p rzez10
nie przebrnie. Nie był w stanie po raz kolejny stawić czoła codziennem u rytuałow i pracy
PR O Z A
99
dyktow aniu, doradzaniu, w patryw aniu się w elektronow ą pustkę ekranu k om putera, udaw aniu, że życie przecież toczy się dalej.
Po prostu nie czul się na siłach...
Zaw rócił i pojechał z pow rotem do dom u w Lighthouse Point. Ocean miał teraz po prawej
r?ce. Szm aragdow y przestw ór obudził w N atanie w spom nienia rodzinnych w ypraw na plaże
Lauderdale - - M ichaela, w tedy jeszcze m ałego brzdąca, w szelkach korekcyjnych. Przypom niał
sobie, jak na plaży po raz pierwszy kochał się z Helen. O grom czystego, gwieździstego nieba
1 Mroczny, niezgłębiony ocean napełniły ją w tedy trw ogą. Płakała potem w jego ram ionach,
o p a trz o n a w morze.
Jednak kiedy mijał różow ą katedrę, zbudow aną w stylu art-deco, najbardziej rzucający się
w oczy budynek w Lighthouse Point, zdał sobie spraw ę, że nic go wcale do dom u nie ciągnie.
Jakże miał uporać się z m nóstwem w spom nień, jakim i przesiąkły wszystkie sprzęty w d om u —
meble, bibeloty, fotografie w ram kach... w spom nień, którym i tchnęły niemal same ściany?
Znow u usłyszałby szept Helen i M ichaela, wszystkie stare kłótnie, ukradkow e rozmowy,
8'nące niemal w szmerze klim atyzacji, lecz m im o to ciągle obecne...
Zostawił sam ochód na kolistym podjeździe przed dom em z czerw onym dachem i białymi
° rnam entam i — jego dom em . Przeszedł przez ulicę, do sąsiada, którego posiadłość przylegała
wProst do jednego z licznych kanałów .
Był przecież ledwie cieniem; pozostaw ało mu tylko znaleźć właściwy sposób na przejście do
krainy cieni.
2
cichą determ inacją, która tak bardzo sprzyjała mu w interesach, N atan wypożyczył sobie
lzgacz sąsiada, w arty ze sto tysięcy dolarów , i skierow ał go w stronę m orza, na spotkanie
^ bogiem.
Nic spiesząc się prowadzi! lśniące zielone „cygaro” przez sieć kanałów , wiedział bowiem , że
Parole policji strzegą spokoju oleistych, lustrzanych wód przed zam ętem pyłu i piany. Z acum o^ aric na przystaniach jachty i żaglówki kołysały się łagodnie na falach. Pracow nik stacji
l‘nzynowej z czerw onym szalikiem na szyi opierał się o pom pę sterczącą z drew nianego
P°niostu, krople paliw a na szerokich deskach mieniły się koloram i tęczy. Przybrzeżne baseny
1 terasy słoneczne luksusowych willi w pastelowych barw ach były zupełnie opustoszałe.
d o laty w ały go różne zapachy — boczku, kawy, benzyny, ale ciszę m ąciło jedynie burczenie
w°ch silników ślizgacza. Jego dziób przypom inał N atanow i przód starego, ukochanego lincolna
tak sam o był okazały, obły, i błyszczał, jak b y prosto zdjęty z wystawy.
Kiedy w ypłynął wreszcie na przytłaczający turkusow y przestw ór otw artego m orza, poczuł,
wyrywa się z niewoli, ja k ą było jego życie.
W spokojną, toczącą się w okół toń w stąpił sam czas. D o tąd pozbaw iony substancji i niewy|®żalny, czas stał się pow ierzchnią, po której m ożna było żeglować. N atan mógł teraz skierow ać
112 przed siebie, na spotkanie przeznaczenia lub śmierci, albo zawrócić w przeszłość... do wybranVch lub wszystkich wydarzeń, które jak plankton unosiły się na ruchliwej powierzchni jego życia.
Stał się wreszcie m otorem swojej duszy.
O tworzył przepustnicę do sam ego końca. Ślizgacz w yprysnął niemal z wody, k tó ra przesua'a się pod nim ja k olej, mieniący się niebieskaw ą zielenią w świetlistym p o ranku.
^ U brany w niebieski g arn itu r w jodełkę, skrojony na m odłę europejską, w ykrochm aloną białą
°szulę z zaokrąglonym i m ankietam i i bordow y kraw at w paski, N atan siedział sztywno przed
. b»cą rozdzielczą. Przed oczam i mial prędkościom ierze, sprzęgła, w skaźniki poziom u oleju
Paliwa, kom pas, ster i przepustnice.
O garnęła go cicha, pełna dostojeństw a radość. P okonał czas, przestrzeń, ból i strach.
Nie obchodziło go, ile jeszcze zostało paliwa.
Albowiem ob rał kurs na rozciągający się przed nim wieczny horyzont.
Wszystko zmieniło się z chwilą, kiedy zawiodły silniki, krztusząc się i prychając przed za­
c ię c ie m w ostateczne milczenie — ja k schorow ane płuca, które zdobyły się w agonii na ostatni
c2ący oddech. N atan poczuł nagle, jak uciska go kołnierzyk; oblał się potem . W tw arz i oczy
100
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
paliło go słońce, oślepiając białym światłem, które przez zam knięte powieki w ydaw ało się czer­
wone. O cknął się natychm iast, tak, jakby przez trzy miesiące od śmierci rodziny żył we ś n i e , jakby
brnął w ślepym zapam iętaniu przez te wszystkie naznaczone cierpieniem i poczuciem winy dniPoluzow ał kraw at, rozerw ał kołnierz. Z ab rak ło m u tchu. Słońce parzyło bez litości i nie było
przed nim ucieczki na pokładzie ślizgacza. Z darł z siebie m arynarkę. O ddychał ciężko myślą1
o tym, ja k dostać się z pow rotem do brzegu. „C o ja narobiłem ?” — spytał siebie niedowierzają­
co. Czul się ja k w gorączce — szczękały mu zęby, na przem ian było mu zim no i gorąco.
F a le z pluskiem rozbijały się o kadłub, unosząc łódź i kołysząc ją na boki. N atan poczuł, jak
m orze popycha go d o śmierci i jej nieodłącznej tow arzyszki — druzgocącej praw dy.
Spojrzał za siebie — ani śladu lądu. N ic, tylko przestw ór oceanu, przelew ające się z góry na
dół turkusow e zwały. Próbow ał odpalić silnik, ale żaden nie zaskoczył. S padło napięcie i przyga­
sły św iatełka na tablicy rozdzielczej. N atan zajrzał do bocznych schowków , ale nie było w nich
kanistrów z paliwem ani wioseł, tylko płótno, otw arte pudełko z plastikow ym i kubkam i i butel­
ka wyśmienitej whisky. Ani śladu apteczki pierwszej pom ocy ani rakietnicy — właściciel nic
przywiązywał wagi do drobiazgów , nigdy też chyba nie w ypłynął swym ślizgaczem na pełne
morze. M oże N ata n pierwszy odkręcił zaw ór na całego. Ł ódź była tylko oznaką zam ożności
właściciela, niczym więcej.
K om pas w skazyw ał W schód. Ale to nie m ogła być praw da — gdyby dziób łodzi rzeczywiście
zw rócony był w tę stronę, N atan m iałby przed sobą ląd.
Ale w schód jest przecież kierunkiem w iodącym do Boga, a m orze stało się jego objawieniemŁ ódka wznosiła się i o padała na potężniejących falach, k tó re odciągały ją coraz dalej od
brzegu. G odziny wlokły się ja k dni. N atan był głodny i spragniony. O garnął go lęk.
W ydaw ało m u się, że dostrzega coś na horyzoncie. W yprężał się, ja k mógł, trzym ając się
m ocno chrom ow anej ram y szyby ochronnej. T ak, coś m ajaczyło w oddali — chyba jak iś statek,
tankow iec. K rzyczał w szum iącą pustkę m orza, ale darem nie — ja k b y ginął w zalewie falPo kilku godzinach — kiedy już się wykrzyczał i ochrypł — przytłoczony nieskończonością
oceanu i nieba, wysuszającym żarem słońca, które zlało się w jedno z oślepiającym , bolesnym
łom otem w jego głowie, odw rócił się — ja k gdyby mógł schronić się przed słońcem w swyi11
własnym cieniu.
Jak skam ieniały, spoglądał w swoją przeszłość.
Ale niezbyt odległą, nie na tyle, aby znaleźć w niej choć chwilę ukojenia przed nadejściem
huraganów winy i udręki.
N atan pow raca do tego ranka, którego w spom nienie ciągle go pali. G oli się w łazience. na
tw arzy m a pieniste m ydło z wyszczerbionego kubka, który kiedyś należał do jego dziadkaD obiega go wołanie Heleny. Słyszy stłum ione odgłosy kłótni, któ ra trw a ju ż jak iś czas na dole
— to żona i syn znow u się sprzeczają. N ata n nie chce się w trącać.
Boi się, że poniosą go nerwy.
N atan! — krzyczy Helen, otw ierając gw ałtow nie drzwi do łazienki. — Nie słyszałeś, jak
cię w ołałam ?
T o d ro b n a, szczupła kobieta, tw arz m a tró jk ątn ą, o k oloną kaskadą ciemnych włosów. Nie
w ygląda na trzydzieści osiem lat, za to na szerokiej tw arzy N ata n a — uchodzącego za przystoj'
nego mężczyznę — czterdzieści lat odcisnęło swoje piętno, oblicze ma ogorzałe, skronie i czupO"
nę przyprószone siwizną.
M ichael znow u spóźni się do szkoły! — mówi Helen. — N ie zdążył na au tobus, a kieo>
zaproponow ałam , że go zawiozę, kazał mi się odpieprzyć.
— W cale tak nie było — w trąca się M ichael — szesnastolatek — który pojawił się n a g ie j8
plecami m atki. M a na sobie m odne pum py i starannie p o d artą koszulkę. Włosy, z a c z e s a n e o
tylu, lśnią od lakieru. Jest podobny do m atki i m a jej tem peram ent. T arg a nim złość i bezsilno*0— Powiedziałem , że pojadę następnym — w yjaśnia — i zdążyłbym , ale o na nie c h c ia ła mme
wypuścić z dom u. T eraz ju ż za późno.
— Przecież m am a pow iedziała, że odwiezie cię do szkoły.
— N ie chcę, żeby m nie zawoziła. M am jej dość.
PR O Z A
101
— Ale ze m ną pojedziesz — oświadcza Helen — a za to, co do m nie powiedziałeś, przez
tydzień nie wychodzisz z dom u.
— N ic takiego nie powiedziałem!
— N ata n , on znow u kłamie. K azał mi się odpieprzyć!
— To nieprawda — krzyczy Michael. — Nie powiedziałem „odpieprz się”, tylko „pieprzyć to ” ,
bo z tobą w ogóle nie m ożna się dogadać. W rzeszczysz tylko i co chwilę zabraniasz mi wychodzić
z domu. K upiłem już bilety na koncert R oberty Flack — zw raca się do N ata n a — i pójdę, czyjej
S1? to podoba czy nie. Cały tydzień starałem się być dla niej miły, ale to p onad moje siły.
N atan ociera tw arz z piany, usiłując zachow ać spokój.
— Rozm awialiśm y ju ż chyba o tym, ja k odnosisz się do m atki. T o się m usi skończyć...
Ale bezkonfliktow e, racjonalne rozstrzygnięcie jest niemożliwe, bowiem N atan daje się
w końcu porw ać dynam ice wydarzeń.
Napięcie rośnie.
Michael klnie i płacze w poczuciu bezsiły. Helen łapie go za koszulkę i popycha na ścianę
korytarza.
— N a m nie ju ż czas, a ty jedziesz ze m ną, cholera jasna! — krzyczy.
M ichael próbuje się wyrwać, ale m atka nic ustępuje. O d p y ch a ją w obronnym geście. Helen
traci równowagę.
W idząc to N ata n wrzeszczy — D o diabła z wami! — i wybiega na korytarz. Przestaje nad
s°bą panow ać, następuje reakcja odruchow a.
O dpycha na bok Helen i wymierza M ichaelow i policzek.
— N igdy nie waż mi się go bić! — krzyczy Helen.
Nie dając mu czasu, by się opam iętał i zdobył na przeprosiny, Helen i M ichael wybiegają
z domu.
O
zm ierzchu niebo nabrało barw y m atow ego m etalu. Ciem ne chm ury zapow iadały sztorm .
Tylko na zachodzie m ąciło szarość sączące się krw aw o słońce, nim ostatecznie skryło się
w Przezroczystej toni m orza. Zwały chm ur rozdarła błyskawica, nagle zrobiło się chłodniej.
^ ° r z e tchnęło wilgocią, k tó ra gęstniała niczym mgła, kryjąc w sobie zarodek deszczu.
G orączkow e myśli paliły N atan a nic gorzej niż zaczerw ieniona, spękana skóra. Nie miał nic
jedzenia, ani kropli wody pitnej. W pow ietrzu unosił się jedynie zapaszek benzyny i słony
°ddech m orza. Z apadł zm rok, a N ata n wciąż siedział zapatrzony w przejrzystą głębinę oceanu,
Jakby czegoś w niej usilnie poszukiw ał. N a ratunek przestał ju ż liczyć wcześniej, stracił nadzieję
w czasie wypełnionych udręką godzin popołudnia. Sam a myśl o nim stała się tak odległa ja k
"Upomnienie z dzieciństwa.
O bserw ow ał tylko i czekał. Jego umysł od żaru słonecznego zmienił się w jed n ą wielką ranę.
nic zawiódł się — z głębi coś wypływało. Przez całun zielonego m roku przebił się jakiś
iiew yraźny kształt, a za nim inne. Powierzchnię w ody zarysowały płetwy, łódź otoczyły sześcio­
metrowe rekiny-m łoty. Po nich pod pow ierzchnią pojawiły się następne: m arliny, okonie,
elfiny i b arrakudy. W szystkie krążyły w okół łodzi, aż m orze wypełniło się m nóstw em ryb
r°żnych gatunków — od m aleńkich, podobnych do cierników , po ogrom ne, niemal dw udziesto­
metrowe, usiane gw iazdkam i rekiny wielorybie.
Było ciemno, wodę oświetlał jedynie blask księżyca. Jej pow ierzchnię rozdarły d ro b n e krople
eszczu, który chłodził obolałą skórę N atan a. K ażda kropla zdaw ała się lśnić swym własnym
Srebrzystym blaskiem.
Kiedy pierwsze krople uderzyły w wodę, ryby ogarnął obłęd. Zaczęły się rozszarpyw ać, jak b y
^ Przystępie szaleńczego głodu. W ielkie białe rekiny rozdzierały i nurzały w posoce mniejsze,
a barrakudy cięły na krwaw e strzępy drobnicę.
Waliły w kadłub raz po raz niczym m łot. Ocean zaw rzał rzezią i wtedy, jak na kom endę,
r°zszalał się hukiem piorunów i potokiem deszczu sztorm . Podniosły się wysokie fale, które
I''eiTial wywróciły łódkę. O pokład rozbijały się cuchnące ryby, jak b y spadały prosto z nieba,
‘•bryzgując N atan a krwią i w nętrznościam i. Błyskawica zarysow ała pow ierzchnię księżyca,
° ry, pow iększony, przypom inał m artw e słońce.
102
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
N atan skulił się w kokpicie. Z aparł się nogam i i plecami o plastikow e ścianki — nie chciał
znaleźć się za burtą. Choć deszcz był chłodny — podobnie jak rozpryskująca się nad nim woda
m orska — każda kropla, każda drobina słonego pyłu paliła go w skórę. Raz tylko podniósł
głowę, by się rozejrzeć — w rażenie było takie, jak b y lunął ogień — ocean podśw ietlony był
niebieskaw ym płom ieniem , niebo się żarzyło.
W m orzu nadal trw ała krw aw a ja tk a .
I kiedy serce m u stanęło i oddech uwiązł w gardle
N ata n siedzi za biurkiem w swym gabinecie. Pokój ma trzy okna, ściany wyłożone są
boazerią z m ahoniu. N ata n spogląda na uróżow ane, zatro sk an e oblicze bogatej dam y w po­
deszłym w ieku, dow iadując się jednocześnie o śmierci żony i syna.
Słucha opisu w ypadku przez telefon i zam iera z przerażenia. Patrzy tylko w ogromne
szm aragdow e kolczyki klientki, jak b y klejnoty te były m aleńkim i tablicam i, kryjącymi w sobie
m ądrość S alom ona — gotow e odpow iedzi na odwieczne tajem nice życia i śmierci winy i gniewu.
Świt ukazał oczom N atan a wzdęte ciała i szczątki tysięcy ryb, które unosiły się na spokojnej
pow ierzchni oceanu niczym zniesione przez prąd szare drew no. Po niebie przem ykały obłoki,
jak b y chcąc odgrodzić lodow atą doskonałość niebios od pobojow iska poniżej. N ata n obudził się
ze w zdrygnięciem, ja k z koszm aru, by przekonać się, że nic się nie zmieniło. Z obrzydzeniem
wyrzucił do m orza węgorza i szkaradnego konika morskiego.
Poczuł w zbierające m dłości, ale w nocy trzy razy w ym iotow ał, i teraz nie miał ju ż co zwracacPróbow ał naw et posm akow ać ryby, która w padła do kokpitu, ale sam sm ród byl odstręczającyChciało mu się pić, ale morze było słone. Tyle wokół mięsa i wody, a on cierpiał z głodu i odwodnie­
nia. I był nagi. Nigdzie nie widział swoich rzeczy. Może zdarł je z siebie, aby ulżyć swej spalonej skó­
rze. Miał wrażenie, że ciało odchodzi mu od kości. Tak byl spieczony, że z rąk i twarzy leciała mu krew.
Po pokładzie p o turlała się pusta butelka po whisky, odbijając prom ienie słońca.
Mijały godziny. N atan starał się nie patrzeć na m orze, w prom ieniu wielu mil wypełnione
gnijącym i szczątkam i i sm rodem . Ale nie mógł bez końca patrzeć w niebo. Przebiegi wzrokiem
usłane padliną połacie oceanu, sargasow y szlam, który zdaw ał się nic mieć końca. Dostrzegł
błysk m ałego przedm iotu podskakującego na falach. Hyła to srebrna płytka z satynowej okładki
T ory. Rozejrzał się znow u i zauw ażył pergam in
w ypisane na nim czarne litery niczym czarne
lustra odbijały w sobie słońce i niebo. Po wodzie pływały szczątki rozbitej Arki. Otwarte
m odlitew niki przesuwały się pod pow ierzchnią ja k plastugi; ich czarne okładki zmatowiały,
złote litery zm yła woda.
Ale święte przedm ioty i kaw ałki ścierwa zdaw ały się układać w litery, znaki, zapowiedzi, któ­
rych N atan niestety nie potrafił odczytać. Kiedy sięgnął po unoszący się obok łodzi m o d l i t e w n i k ,
książka zaczęta pogrążać się w mrocznej, zacienionej toni, stając się w końcu odległym wspomnie­
niem. Kiedy wejrzał w przezroczystą i zastygłą jak przeszłość wodę, naszły go wspomnienia: Syi'awystrojonego w nowy, czarny garnitur, prowadzącego nabożeństwo Shaharis na swym bar mycwa •
w łasnego wesela w podrzędnym koszernym hotelu w M iam i Beach, Helen uwijającej się prZV
swych osiemdziesięcioletnich ciotkach, które upierały się, aby nadepnęła N atanow i na nogę 1,8
szczęście, kiedy on zgodnie z tradycją zgniatał szklankę owiniętą w serwetkę; Helen biorącej g°
w ram iona, by zaraz oznajm ić m u, że zm arł jego ojciec; ich kłótnie, nam iętne noce, s z a b a s o w e
świece; M ichaela kradnącego rodzinny sam ochód, przedstaw iającego mu pierwszą „pow ażną
dziewczynę, k tó ra jak b y bała się naw et oderw ać wzrok od talerza przy obiedzic...
W szystkie te uchw ycone p unkty zw rotne ja k b y przepływały obok siebie, niby unoszące się m1
wodzie przedm ioty.
Za m odlitew nikiem poczęły tonąć ryby i mięso, zwoje i szczątki Arki Przym ierza z plamami
soli. N atan tkwił nieruchom o, zapatrzony w spow itą delikatną m giełką pustą, zieloną toń — tak
jak b y znow u spoglądał w szm aragdow e tablice Salom ona.
M orze przypom inało lustro, tak spokojne i doskonałe, że w ydaw ało się zastygłym szm arag '
dem. Było samym czasem, a N atan ujrzeć mógł w nim swe własne odbicie.
Żeby tylko potrafił przebić się przez taflę.
U jrzałby siebie.
Ujrzałby...
PROZA
103
N atan pośród rzeszy wiernych siedział w salce modlitewnej synagogi. Czuł boską obecność.
Dawni kabaliści nazywali ją Shekkinah, oblubienicą Boga.
Był ranek, dochodziła szósta czterdzieści. C hoć nie potrafił określić zm iany, coś jed n ak
odczuwał. Przez wąskie, wysokie okna z w itrażam i sączyło się do środka sine ja k dym kadzidła
światło poranka. W pow ietrzu drgały drobiny kurzu. N atan przyw dział tałes i filakterie. Zm ów ił
błogosławieństwo, Akeidah i Shema, zaniósł też do Boga inne błagania. Siedzący w okół mężczy­
źni modlili się ja k każdego ranka. Te sam e ubrania, te sam e zapachy, ich m odlitw y niemal
hipnotyzujące w swej m onotonnej intonacji. Pewien m łodzieniec, ja k to m iał w zwyczaju,
mruczał przez cały przez nos. M odły prow adził stojący na bimie profesor hebraistyki, w ykłada­
jący na miejscowym uniwersytecie; dzielił ten obow iązek z dw om a innymi profesoram i, którzy
również należeli do gminy. Intonow ał hebrajskie i aram ejskie m odlitwy.
1 N atan poczuł obecność swoich drogich zm arłych, którzy siedzieli obok niego.
Nie mógł ich zobaczyć, nie tymi oczam i, które w patryw ały się w o krytą czerw onym atłasem
Arkę. Ale m im o to czuł ich obecność. K iedy zm aw iał modlitw y, słyszał głos syna... swój głos.
Chłopcy w wieku M ichaela chodzili nerw ow o po sali, chroniąc się za swymi m odlitew nym i
Palarni, a św iatło jak b y ich nie odstępow ało.
Może oni też czuli Shekinnah.
Helen oparła się o niego, zjaw a, ledwie uchw ytna, ale N atan wiedział, że to jego żona.
Jej ciałem był jedw ab m odlitew nego szala, oddechem — szabasow e przypraw y, palce m iała
chłodne ja k jego skórzane tefilin na czole. K iedy do niego szeptała, cała przeszłość zagęściła się
Jak stary trunek.
Jego życie stało się płom ieniem ognia, palącym i oślepiającym . Ale o na go wyzwoliła, uwoln’ła od traw iącego go od w ew nątrz poczucia winy, kiedy w znoszone w okół m odły za zm arłych
"'zbiły się w pow ietrze snując się w świetle po ran k a jak dym , by za chwilę opaść
spopielałe.
N abożeństw o dobiegło ju ż do końca i ulotniła się Shekinnah; jej święta obecność roztopiła się
Jak lód w gorącym palenisku kolejnego typow ego dla Florydy ranka. Jak b y nieświadom i cudu,
Jaki pośród nich się dokonał, zgrom adzeni składali w pośpiechu m odlitew ne szale i owijali
rzemieniami swoje filakterie; dochodziła siódm a czterdzieści i czas było jechać do pracy.
Wyszedł z innymi z synagogi. M iał tego ran k a spotkanie ze swym stałym klientem. Kiedy
Jechał swoim mercedesem drogą A 1A
okrężną, ale za to bardziej malow niczą trasą prow adzą­
cy do jego biura w śródm ieściu L auderdale — mijał ośrodki w ypoczynkowe i w spaniałe hotele,
restauracje i obskurne jadłodajnie, niezliczoną ilość tandetnych moteli z neonow ym i reklam am i
w oknach i m nóstwem plastikow ych flam ingów na traw nikach.
Spojrzał na ocean. Szmaragdowy przestwór był spokojny, jeśli nie liczyć długich grzywaczy tra ­
c ą c y c h piaszczysty brzeg. N atan wyłączył klimatyzację i nacisnął dźwigienkę, otw ierającą okna.
W darła się do środka wilgoć z charakterystycznym ostrym zapachem słonej wody. T w arz
W itana zrobiła się nagle m okra od potu i łez.
Po chwili zaw rócił na autostradę.
Elektrycznie zam ykane okna podniosły się odcinając zew nętrzny świat; w arkot klim atyzacji
Wyciszał wycie klaksonów , które przyciskali zniecierpliwieni w eterani porannej godziny szczytu;
Przez radio podaw ano w iadom ość o odnalezieniu nagiego biznesm ena, dryfującego na ślizgaczu
w Pobliżu M iam i.
A N ata n nadal czuł Shekinnah.
Słyszał głos syna, czuł delikatny, chłodny d otyk palców Helen na rękach i zroszonym czole.
Ale w odbiciu na przedniej szybie w idział wciąż siebie na m orzu
ja k spala się w słońcu.
Jack Dann
prze!. Sławom ir Studniarz
*
Jack Dann. urodzony 15 lutego 1945 roku. mieszka wraz z żoną Jeanne Van Buren Dann »’ Binghamton, w stanie Nowy
' (>rk. [y swoim dorobku pisarza i wydawcy ma ponad dwadzieścia książek. Ostatnio wydal powieść Counting Coup oraz
^ybór opowiadań o wojnie wietnamskiej In the Fields o f Firc. Obecnie pracuje nad powieścią o Leonardo da Vincim.
ęsto wykorzystuje wątki żydowskie, czego przykładem jest choćby opowiadanie „Kadysz” .
* bar myewa
żydowska uroczystość konfirmacji religijnej.
■>*-
PRO Z A
105
Krzysztof Soliński
SYMBOLE ZNACZEŃ. WYBÓR ZAGADNIEŃ
( fra g m e n ty w iększej cało ści)
W pokoju na poddaszu. On śpi owinięty w koce. Jest już zupełnie widno. Wczesne, miękkie
1delikatne jeszcze św iatło świtu wyraźniej w yodrębnia wszelkie załom y ścian i bruzdy chropaWego tynku na ścianach i suficie. W ydobyw a we w nętrzu pokoju wszelkie sprzęty, które nie
''zucają jeszcze cienia. W idoczne przez szyby okna niebo jest bezchm urne. N a jego błękitne tło
*adą się jaskraw ą zielenią cienkie pasem ka traw y, w yrastającej z p arap etu okna.
On budzi się. O tw iera oczy. D ostrzega rozm azane, zam glone zarysy ścian.
~~ Sen jeszcze dymiący.
W idziany obraz jest ja k b y płynny.
— W łzę.
Ociera wierzchem dłoni zaw ilgocone rzęsy.
Ł am iącą w zrok.
Ostrzejszym teraz spojrzeniem spogląda w okno.
— Przebił nieba niebieską skórę.
Uważnie przygląda się zielonym pasem kom .
~~ O strą zielenią: traw y języka.
Patrzy nadal w okno m rużąc oczy, przym ykając to jedn o , to drugie.
W kontrast.
Sięga z podłogi ołówek i notuje na ścianie.
— Piszę język tak ja k go czuję i słyszę.
R urka jest niewątpliwie przejrzysta, w szczególny sposób. T rw a łagodnie w przestrzeni
*‘lvvieszona. Czasem się płynnie przemieszcza. Jak statek kosm iczny w przestrzeni wszechświata.
teraz (?) opuszcza pokój m iękko, płynnie przenikając m aterię ścian, albo pozostaje nie
^U w ażona, niedostrzegalna.
Przesuwa głowę do ściany. P rzykłada policzek do chropaw ej pow ierzchni i lekko nim
Pociera.
Siostra pocałunku to niby niewdzięczność.
Odsuwa policzek od ściany i przykłada doń róg m iękkiego koca.
Chcenie, dzienie się.
Mruczy w rozm arzeniu. C hoć pow inien powiedzieć popraw nie dzianie się. N ajwidoczniej
jC<Jnak chciał pełniej zrym ow ać. Stąd ta niepopraw ność. W prow adzenie sam ogłoski ,e’ w miejCe >a’. Jakby taki przegłos?
Z obserwacji św iatła. N atężenie św iatła w zrasta. M iękkie prom ienie św itu przybierają na
. e- Jasność w zm aga się. Pojaw iają się o stro zarysow ane cienie, rzucane przez przedm ioty. Siła
l;,tła utrzym uje się niezmiennie przez kilka godzin. Jednak jego źródło nie jest stałe. Przesu‘•Jące się cienie świadczą o przesuw aniu się: łagodnym i pow olnym tego źródła. Po tym czasie
l|lężenie św iatła stopniow o słabnie. T o jest wieczór. Z aczyna się zmierzch. N atu ra św iatła staje
? Podobna do m iękkich, łagodnych prom ieni świtu. Nic jest jednak identyczna.
106
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
W pokoju panuje półm rok.
Słychać szelest papieru.
— C zytając do utraty tchu.
Rozlega się głos. Potem cichy oddech, jak b y westchnienie.
— C o wieczór (swoje) oczy owijam w gazetę.
K ontynuuje ten sam głos.
— A by śnić.
T o jest kadencja tego głosu.
N a stole stoi zapalona świeca.
— Pojąc nerw w zrokow y rwącym nurtem (notatek) słów.
W głębokim wyściełanym m iękko krześle z poręczam i, obok stołu, siedzi ja k aś postać. Ktoś— (I)T o mówi właśnie ktoś siedzący w tym wygodnym krześle.
— G dy dobijam do linii dnia.
Płom ień świecy pochyla się poruszony oddechem mówiącego.
— (Jak).
Skrzypnięcie krzesła. Niezbyt głośne. Słychać.
— (Gdy).
Szmer dopinanych dw óch guzików.
— W biały m argines.
O dgłos przełykanej śliny.
— Oczy m oje są czerwone.
Chrząknięcie.
— Tylko.
M laśnięcie.
Seledynowa rurka świeci bladym fluoryzującym blaskiem w przestrzeni pokoju. Płyn'e
powoli w pow ietrzu. D ociera do ściany i niknie w niej. Spraw ia wrażenie, że ją przenika lub*
iż to ściana ją w chłania. I znów czas staje się nie oznaczony, niewiadomy. W szystko zdaje się
składać z różnych strzępów , urywków . Fragm entów , elem entów zestawionych wyrywkowoPrzypadkow o. N iedookreśloność. Nieciągłość.
Szmer spadających raz po raz słów. W ypow iadanych jakby bez zw iązku. Czasem urasta
do poziom u. Sym bolu. Czasem jest pionow a. Zdaje się coś znaczyć. Sytuuje niby pewne sensyChoćby fluoryzująca rurka.
A b ohater narracyjny znów odzyw a się. W łaśnie w te słowa:
— G dy się mylę i trw am w błędzie — jestem ocalony od
(Rozlega się metaliczny dźwięk upadającej m onety.)
tej całej popraw ności, k tó ra jest tak m ało doskonała
(Chrzęst rozsypyw anych wykałaczek.)
skoro nie w yklucza sam a sobą tego rodzaju ułomności.
N astępuje teraz chwila ciszy na zastanow ienie. M achinalnie pochyla się i podnosi z p o d ło t1
upadłą m onetę. N abiera oddechu.
— Im dłużej...
I milknie. U kłada rozsypane wykałaczki.
— M ój błąd jest m oim św iatem i przestaje
(Tu zaw iesza na chwilę m ałą, m aleńką głos.)
być błędem. Błędem jest to więc, co jest inne względem mnie.
(K ończy ow ą głęboką myśl z narastającą satysfakcją. I chwila dzieje się niezwykle podnio* ‘ ■
sentencjonalna. Cząsteczki pow ietrza drżą szczerym aplauzem . Jest uroczyście i odświę*01^
Ze ściany wyłania się seledynowa rurka, lśniąc słabą fluoroscencją. 1 pow ietrze ze w z ru s z ^ 1'
wilgotnieje, będąc przesycone parą w odną ulatniającą się z ustaw ionego na kuchence czaji11
z gotującą się, bulgocącą w odą.
PRO Z A
107
Tak. T o wszystko okazuje się tajem ną więc pom yloną m apą. (T aką m apą bywa czasem
stary pożółkły rękopis.) S tarom odne mapy: pełno w ykw intnych zawijasów, m anierycznych
ozdobników.
— O kręty św iatła płyną przeze mnie.
T ak, taka jest anatom ia świata.
— G dy sterem otw ieram im swą skórę.
M apa linii papilarnych, zm arszczek.
— D robnym skalpelem: nazyw ają krew kolorem .
Oczywiście, tak nazyw ają owe okręty światła. N iby promienie?
— Jak o sternik otw ieram nożem.
Preparow anie jest rodzajem ekspedycji badawczej. T o tylko spraw a skali. Preparacje i ekspe­
dycje dokonują się ostrym i narzędziam i.
— Sadzawki chleba i rzeki kiełbasy.
Mosty nie otw ierają rzeki, lecz raczej ją zam ykają.
— Prozaizm , prozaizm . G dy chw ytam i osw ajam słowa w obrocie...
Tak, ten rodzaj ekspedycji — preparow ania odbyw a się za pom ocą słów.
— T o jest syntaktyzm . M ów ią inni — spekulacje. A jest jak przyłożenie...(?)
No, właśnie: następuje zawieszenie głosu na chwilę zastanow ienia.
(— Żyletka przyłożona do żyły)?
Przypuszczenie, w yrażone cicho z pow ątpiew aniem .
Tik cicho i przypuszczalnie, że niesłyszalnie i raczej nic wyrażone.
— -.igły do oka i brzytwy do języka, aby wykrwawić się...
I zabrzm iało to na wyrost, pom patycznie, patetycznie: śmiesznie i płasko.
— ...w tłusty niemy...
D odał szybko. Zam ilkł i w myślach dopow iedział najpewniej; stek bzdur. N atu raln ie użył
st°wa „tłu sty” w rozum ieniu opasły, z synonim em : niezręczny, nieruchaw y, nieprczycyjny itd.
Zupełnie zaw stydzony sam sobą. Ośmieszony nieprzyjem nie przez sam ego siebie wobec
S|ebie zaczął nerw ow o chodzić w okół stołu. T rochę prychał. Nieco sapał. Pom rukiw ał też
2n>esrnaczony. C hrząkał zdegustow any.
-Jakoś form at problem atu um knął. W ym knął się. Pokruszył, rozprysł, rozsypał. Rozmył się
"'śród narzędzi słów. Rozproszył się w obec nich. Nie został w yrażony należycie.
Więc chodzi w okół stołu. Stroi przy tym głupawe grymasy. Stroi miny.
Małość. Poczucie małości. M iałkości.
Wejść w tkankę zagadnień tak głęboko; a nie chwycić go? je?
M acha ręką. Z rezygnacją.
— N a odejście.
Słowa jednak brzm ią znów gdzieś obok. Śmiesznie. Sztucznie. Kuli głowę w ram ionach.
Wystaje. Z nów rusza w okół stołu. Co z tym zrobić? Pokasłuje.
"— Wobec.
Mówi nieco schrypniętym głosem. Prostuje głowę. Rozgląda się po pokoju. O bchodzi nadal
st°ł, lecz teraz pow olnym skupionym , rozw ażnym krokiem . T ak. Chyba właśnie tak.
' N abierz wody w kieszenie.
A rtykulacja norm alna, ton głosu pewny i zdecydow any, lecz ani wzniosły, ani patetyczny.
N a długą wędrówkę.
krótkiej chwili jak b y popraw iając się, co zabrzm iało jak uzupełnienie, dodał.
N a sam otną wędrówkę.
Znów odczekał chwilę.
N abierz pow ietrza w usta.
Stosow na pauza.
~~ N a długie milczenie.
Tak, to nieźle brzmi. Lepiej niż poprzednie — pom yślał usatysfakcjonow any nic przeryw ając
k ró w k i w okół stołu.
108
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
— W eź rybią ość na obronę.
T o ,na ob ro n ę’ dopow iedział po króciutkim m om encie ni to w ahania, ni to nam ysłu.
— G arść piasku przeciw roztargnieniu.
Skojarzyło się trafnie. W obec tego w uzupełnieniu dorzucił:
— I ucz się każdego ziarenka na pamięć.
M om entalnie w yobraził sobie klepsydrę z w olno przesypującym się piaskiem. W obec tego
sam o przez się:
— A byś spam iętał wszystkie chwile.
Cóż, że konw encjonalnie to zabrzm iało. Bynajmniej tym razem nie było to rażące ani
niestosow ne. Byle tylko nie przegadać tej chwili, by jej nie udusić w natłoku słów, nie utopie— Z ością ja k z szablą.
Rzekł bez entuzjazm u. T ak zupełnie norm alnie.
— G alopując na garści piasku.
Z k ranu do zlewu spadła kropla w ody z charakterystycznym odgłosem cichego plaśnięcia— Z bukłakam i kieszeni.
Padło w szybkim refleksie.
— U nosisz milczenie pow ietrza w ustach.
...?
— W swoje ocalenie.
...!
— Już, jedynie.
M ijają dni. M ijają noce. On leży na tapczanie owinięty kocam i. W staje jedynie po herbatę
lub coś dojedzenia. Pije i je leżąc. Od szeregu dni. Śpi lub czyta strzępy starych gazet, cokolwiek
znajdzie, stare pożółkłe listy. Rozsypujące się, zniszczone książki, pozbaw ione okładek, z któ­
rych czyta luźne stronice niekom pletnych rozdziałów. Nie db a przy tym o jakieś skoordynow a­
nie ich treści, odtw orzenie kolejności stron lub przyporządkow anie ich określonem u tytułowiC zyta więc luźne stronice pochodzące z różnych książek przypadkow o przemieszane na prze­
m ian z fragm entam i pożółkłych gazet jakichś odręcznych notatek z brulionów i starych listówZ asypia i śni oto siebie w żółtej welwetowej m arynarce pod drzewem szypułkowym. Siedź*
w zielonych szypułkach i źdźbłach roślin. To tak ogólnie.
N ie wszystkie pasem ka są jednolicie zielone. Poszczególne, pojedyncze są lekko fioletowe,
bladoseledynow e, beżowe, brunatne, brązow e to znów błękitnawe.
Przyglądając się im dokładniej okazuje się, że te tasiemki są pokryte kreseczkam i, smużkami
i plam kam i lub punkcikam i w tych różnych kolorach: żółtym , czerw onym , karminowymgranatow ym , purpurow ym , szarym , popielatym .
Patrząc szczegółowiej widać, iż te nieregularne plamy barw ne składają się z takich maleńkich
kropeczek, punkcików utkanych z tych barw.
Z lewej zewnętrznej kieszeni welwetowej m arynarki wystaje szyjka butelki, z grubego brązo­
wego szkła, zam knięta srebrnym kapslem . W prawej kieszeni znajduje się wyższa butelka z zie'
lonego szkła zam knięta korkiem . M arynarka jest pow ypychana zdefasonow ana. Sprawia wra­
żenie form y obwisłej, bulwiastej.
D rzew o szypułkow e. N a rdzeń — ograniczony, z jednej strony korzeniam i, z drugiej gal?"
ziami — naw ija się słojam i przebyty czas. I szperać w nich m ożna ja k w księgozbiorze bibliotekiOn tak siedząc pod drzewem szypułkow ym , opiera się o jego pień, k o n tak tu je się plccam1
z uzwojeniami słojów. D la ułatw ienia tego k o n tak tu poprzez soki infuzyjne, p rz e p ły w a j^
w szpuli i uzw ojeniach wyjmuje z kieszeni obie butelki. O tw iera je i popija zgrom adzony w nic*1
płyn. N a przem ian: raz z jednej, raz z drugiej.
Jest dzień. Słońce świeci. N ie skrępow ane pow łoką chm ur są prom ienie słoneczne.
Nie opodal rosną rzędem krzewy szypułkowe. R odzą one owoce z szypułkam i. Owoco"
tych się nie zrywa. K ażdy ow oc jest innego rodzaju, barw y i kształtu. Z ow oców tych korzys1*)
się pociągając za sterczącą szypułkę. Pow oduje to odwinięcie cienkiej wici z owocu. Ową wic
PR O Z A
109
należy ująć w dw a palce i przesuwać nimi wzdłuż odwijanej wici. W ówczas jej pow ierzchnia
Przekazuje osm otycznie pewne substancje poprzez błonę opuszków palców. W ówczas p o ­
wierzchnia wici przekazuje rodzaj im pulsów elektrycznych lub innej form y energii zakończe­
niem nerwów w palcach. W każdym razie w efekcie wywołuje to chwile w korze mózgowej
Podobne do przebiegów sennych, om am ów , złudzeń. Podobnie ja k wstęga ostrej traw y potrafi
rozciąć naskórek opuszki palca, tak wić rozcina rzeczywistość. Przekształca ją lub cofa w chwili
Przesuwania wici ow ocu drzew a szypułkow ego w palcach.
Budzi się. O tw iera oczy. D rży z zim na. W pokoju jest chłodno. N aciąga dokładniej na sie­
bie koc.
Panuje św iatło deszczowego dnia. D robne kropelki pokryw ają pow ierzchnię szyb okiennyeh. Są one niem al nieprzejrzyste, m atow e. Wlewa się przez nie ponure rozproszone światło.
Rozmcmłanc takie. Jego świat w ewnętrzny dzieli od niewidzialnego św iata zewnętrznego.
Jedynym widocznym obrazem zew nętrznego św iata są owe krople na szybie. Więc w patruje się
w nie, jak ich poszczególne drobiny łączą się, zlewają wzajem nie i spływają strużynam i w dół
framudze. K ropla do kropli wzbiera i spływa taką nabrzm iew ającą żyłą po czym niknie po
n'ej wszelki ślad.
T ak o to deszczowa rzeka na szybie dzieli go od świata.
— Styks.
Mruczy niewyraźnie, nadal leżąc, szczelnie ow inięty kocem. W patruje się w pęknięcie szyy> rysujące się świetlistą, ukośną zaokrągloną linią, wzdłuż której cały czas spływa tętniąca
s*ruga wody.
— O strze przyłożone do żyły.
K onstatuje.
— Jak ster; św iatło d o ciemności.
Połyskliwa linia pęknięcia migoce srebrzyście w spływającej strudze.
A by nie pom ylić rzeki życia.
W patruje się nadal w drgające krople, przym ykając na przem ian oczy, obserw ując roZcdrgany w ten sposób obraz. Przym yka oczy i otw iera je spraw dzając czy nabrzm iew ająca
~~ wybrana kropla — trw a jeszcze, czy ju ż rozlała się, spłynęła.
Jak gw iazda co m a upaść.
K om entuje swe wrażenie. Z nudzony po chwili zam yka jed n ak oczy, uk ład a się na wznak
1 °dpow iada:
W tej żegludze za horyzont oczu.
2
zam kniętym i oczam i, po chwili, jednak z pow rotem układa się na boku, m ając ciągle pod
Powiekami obraz wybranej drżącej kropli na szybie pośród innych drgających kropli.
~~ Cofnięty świat.
Mówi w zam yśleniu po czym otw iera oczy. Po kropli pozostał jedynie niknący, kurczący się
ac* strużyny w zdłuż linii pęknięcia szyby.
I ju ż przebyty.
D opow iada z westchnieniem .
^ Niespiesznie siada, narzuca na ram iona koc i owija się nim. W staje. Podchodzi do stołu,
‘erze szklankę z nie d opitą zim ną herbatą. W ylewa jej zaw artość do zlewu. O dkręca kran
Płucze w wypływającej z k ranu wodzie szklankę. Cały czas wszystkie te czynności opisuje
0 głosem akcentując rzeczowniki. O dstaw ia szklankę na zlew. U jmuje im bryk z kuchenki
trycznej. O dstaw ia szklankę na zlew. Ujm uje im bryk z kuchenki elektrycznej. Zdejm uje
°krywkę. Podstaw ia czajnik pod spływającą wodę. N apełnia go w 1/3 objętości. Zakręca
jj rck kranu. Stawia im bryk na maszynce elektrycznej. W szystko to w ykonuje niespiesznie.
^ Zcz wystający ze ściany gwóźdź przewieszony jest kabel od m aszynki elektrycznej. Ujm uje go
Wtyczkę i w cisk ają do gniazdka kontaktu. Sięga pokryw kę ze zlewu i nakryw a nią im bryk.
‘'dal półgłosem nazyw a wszystkie czynności i wszystkie rzeczowniki w tym opisie wymawia
Pewnym naciskiem. Jakby odczytyw ał instrukcję postępow ania. L ub ja k b y ow ładnęła nim
110
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
ja k a ś obsesja. Jakby w padł w dziwnego rodzaju trans. P rostuje się, unosi dłonie na w y s o k o ś ć
ram ion. Lewą dłonią przeciera czoło, o dgarnia włosy. Praw ą chw yta zsuwający się z ram ion koc.
O kryw a się nim, człapie w kierunku stołu. Siada na krześle.
— Chw ilka zadum y.
M ówi w olno oddzielając niemal wszystkie litery od siebie.
— R ozm ieniony przez przedm ioty.
Z lekkim westchnieniem wiedzie m artw ym , takim w głąb siebie zw róconym , wzrokiem.
— W słowa: tylko.
M ilknie, pociera palcem wskazującym policzek — nieważne k tóry i jakiej ręki: lewej czy
prawej.
— Chcenie się dzienie.
M ówi w zam yśleniu wolno, zawieszając swój półgłos, nie koordynując form gramatycznychN iedbały o uzew nętrznienie rozm ysłu w praw idła mowy, przenosząc jedynie swą wewnętrzną
skrótow ą, sym boliczną m owę na pow ierzchnię wypowiedzi w otaczających go ścianach. (Tak
zapew ne to się odbyw a i tak praw dopodobnie to należy nazw ać i opisać.)
— I siostra pocałunku to niby niewdzięczność.
O dezw ał się sentencjonalnie, sentym entalnie, po dłuższej chwili, niby to w yrażając intonacja
zdziwienie, niby pytanie, ja k b y ju ż z innego miejsca świata.
— S koro od jednego tak blisko w drugie.
W olno, naw et bardzo w olno dokontynuow ał poprzednią wypowiedź swą.
— A w ogóle czym bardziej jestem .
T o w ypow iada szybko, ja k b y ze w zrastającym zniecierpliwieniem.
— Słowem czy m aterią.
Kończy, nie ustaw iając jed n ak intonacji w pytanie.
Po czym znów mija bliżej nie określony odstęp czasowy.
K rzysztof Soliński
1976— 1977
112
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
----------------------------------------------------------------- N O T A B I O G R A F I C Z N A -------------
Piotr Kiepuszewski
Urodzony w 1957 roku ir Bydgoszczy. Studia na UMK »■ Toruniu, oraz if Państwowej Wyższej
Szkole Sztuk Plastycznych iv Gdańsku na wydziale malarstwa. Dyplom ir pracowni prof. Śramkiewicza w 1982 roku.
W ystawy indywidualne: Salon TPS BWA Bydgoszcz 1983; Galeria 85 Bydgoszcz 1986; Weekend
Gallery
Berlin Zachodni 1986; Galeria Autorska Kaji i Solińskiego
Bydgoszcz 1987; Galeria
Sztuki Współczesnej PSP — Toruń 1987; Ipomal Gallery
Landgraf Holandia 1991. Galeria
Sztuki „Wozownia" — Toruń 1993; Galeria „Kantorek” — Bydgoszcz 1993.
W ystawy zbiorowe: Toruń 1987— 1991; „Drci aus Polen” Muzeum Miejskie
Regensburg RFN
1988; Festiwal Malarstwa Współczesnego „Arsenał 88”
Warszawa 1988; „12 aus Polen"
Gallerie Alte Feuerwahe
Mannheim RFN 1988; Wystawa prac środowiska bydgoskiego
Le Havre
Francja 1988; „Krytycy o nas" BWA
Sopot 1989; Wystawa Malarstwa Gallerie
Lendle — Mannheim RF'N 1990; Interart Poznań 1990; Międzynarodowa Aukcja Dziel Sztuki
Hotel Marnot Warszawa—Mechelen—Tokio 1990; Wystawa Malarstwa
Centrum Sztuki
i Kultury Gammclgaard
Kopenhaga 1992; Plastyka bydgoska
Ratusz Lingby
Kopenhaga
1993; Wystawa Malarstwa. Grafiki i Rzeźby
Centrum Polsko-Angielskiego Biznesu
Lon­
dyn 1994.
Piotr Siemaszko
PIOTR KIEPUSZEWSKI — CHAOS I ŁAD
Obraz może wzmocnić u' nas przekonanie, że chaos świata oparty jest na ukrytym p o r z ą d ­
nie obalając pewności, że przekonanie to jest tylko najdziwniejszą pochodną chaosu. O braz jaW>
się zawsze ja k o kreacja ładu, uporządkow anie chaosu przeżyć, w rażeń, dośw iadczeń. Jest on
także ostateczną konsekwencją poszukiw ań, dzięki którym perm anentny bezład istnienia za*
m ienia się w logiczny, uporządkow any system linii i barw , zwany powszechnie dzieleni sztuki,
a jest ono, oprócz swej w artości estetycznej, również swoistym m ikrokosm osem , mieszczący'11
w sobie niewym ierny potencjał znaczeń i ekspresji.
F orm ula K ołakow skiego, którą posłużyliśm y się na wstępie, a która z w rodzonym a u t o r o w i
sceptycyzmem i przew rotnością traktuje porządek ja k o pewien w ariant chaosu, wydaje si?
dobrym punktem wyjścia do rozw ażań nad twórczością Piotra Kiepuszewskiego. W raż liw o ść
tego m alarza nieustannie oscyluje pomiędzy chaosem a porządkiem , a antynom ia ta — W
m oże jak iś klucz do zrozum ienia tej sztuki — stanow i nie tylko istotę jego m alarskiego „pism a lecz funkcjonuje również ja k o sposób form ułow ania przemyśleń o charakterze m o raln y 11
i kulturow ym .
M ożna by, bez ryzyka błędu, podzielić dotychczasow y d orobek twórczy P iotra na pewne
etapy. Istnieją między nimi konkretne i dość głębokie różnice, które uspraw ied liw iły b y ^
klasyfikację, istnieją też w yraźne pow inow actw a, które pozw alają dostrzegać w poszczególny^ 1
realizacjach w spólną linię rozw ojow ą, łączącą prace pow stałe w różnych okresach. N a d aje t°
twórczości Kiepuszewskiego wspólny ton i świadczy o jego konsekwencji, św iadom ości i odp0'
wiedzialności artystycznej. Etapy te nazw ałbym w kolejności następująco: okres ap ro b aty I11'1
afirm acji, okres ironii i okres negacji, bądź buntu. Określenia te ilustrują ewolucję, ja k a z:l'
chodzi w stosunku m alarza do rzeczywistości i m im o znaczących zm ian tej relacji, obserwujemy
P LA ST Y K A
113
tu konsekwencję, logikę i pew ną, pow iedziałbym , dojrzałość w w idzeniu problem ów poza­
artystycznych.
Kiedy zapytałem P iotra o jego artystyczne wzorce, wymienił tuzin nazwisk i ze cztery
znaczące kierunki. N ie jest to jed n ak wyłącznie dow ód chłonności poznaw czej, czy fascynacji
Perfekcją uznanych tw órców , jest to przede wszystkim św iadectw o olbrzym iej m alarskiej eru ­
dycji. W obrazach Kiepuszewskiego znajdziem y ślady wpływów bizantyjskich, gotyckich, rene­
sansowych, barokow ych, w yraźny kult ekspresji i koloryzm u. Jest to m alarz, k tóry szanuje
tradycję, tw órczo przekształca dziedzictwo przeszłości, m ocno zaznacza swą obecność w za­
chodnioeuropejskim nurcie kulturow ym .
Pierwsze prace Kiepuszewskiego to przede wszystkim św iadectw o doskonałego w arsztatu.
Zasadniczym elem entem płótna jest postać lub grupa. M alow ana zawsze starannie, z wyczuClem, sm akiem , delikatnym konturem , stonow aną barw ą, bez nadm iernej gw ałtow ności, czy
silnych k ontrastów , ja k b y dłonią m alarza kierow ała przede wszystkim potrzeba harm onii,
^sytuow anie postaci na płótnie, ich relacja, zaznaczona gestem lub spojrzeniem , przywodzi
na myśl teatralną aranżację. Tw arze m odelow ane światłem, gra cieni tw orząca przestrzeń,
k°gata, lecz stonow ana gam a kolorów , pew na asym etryczność, a także zm ysłowość zdradzają
wPlywy języka baroku, choć w niektórych płótnach przeważa klasyczna m iara, proporcje,
r°Wnowaga. Są to przedstaw ienia przepełnione spokojem i milczeniem, czasem jak im ś gestem
® Większej ekspresji, posiadają także w yraźną w arstw ę narracyjną, a ich sugestyw ność, bliska
holenderskiemu m alarstw u rodzajow em u, pozw ala na różno ro d n ą interpretację opow iadanych
Seen. O brazy takie ja k O-pozycja podświetlona, Czas kwitnącej pigwy, czy Odchodząc od różowej
Sc,any zdają się wyrazem ap robaty, zgody na rzeczywistość, naw et zachw ytu u rodą św iata i żyCla, widać tu również fascynację możliwościami kreacyjnym i, zdolnością n adaw ania ulotnym
VVrażeniom siły i trwałości.
Być m oże ulegam tu pewnej sugestii, odczytując wczesne prace P iotra przez pryzm at aktualn‘e tw orzonych — kolejność, w jakiej je poznaw ałem — ale wydaje mi się, że ju ż w tych
^W cześniejszych istnieje pewne napięcie, ukryty d ram at, który z czasem eksploduje ekspresją
untu i negacji. Pewien przełom zw iastuje ju ż obraz pt. Witryna radiestety M. Jest to praca,
vv której większego znaczenia zaczyna nabierać przesłanie. M alow any ja k o ilustracja radieste­
zyjnej obsesji, jest również krytyką wszelkich pow ierzchow nie traktow anych, zbiorow ych pasji,
“zkiej słabości do ulegania iluzjom, które stają się szybko obiektem kultu i zbiorow ej cgzal,acJi. O brazy te m ożna p otraktow ać również ja k o św iadectw o odwiecznych ludzkich tęsknot
ża rzeń , uporczywą potrzebę poszukiw ania substytutów m itów i baśni.
Ta niezwykle intensyw na, czasem naw et agresywna potrzeba mów ienia i w artościow ania
O czyw istości najsilniej zaznacza się w pracach późniejszych. Kiepuszewski porzuca estetyzm
Subtelnego rysunku, koloru, harm onii, tw orzy postacie szybką linią, uproszczonym konturem ,
. aJącym kształt k arykaturalny i zdeform ow any. Indyw idualność tych w izerunków zaznaczona
Jest czasem synkretycznie poprzez łączenie z przedm iotam i, definiującymi ich istotę, funkcję,
arakter. Gruba ryba śniedziejąca to zadow olony z siebie biznesm en-parw eniusz, poprzez
°jarzenie frazeologiczne uzupełniony rybim kształtem . Szparka zaangażowana to z kolei
Uc*eleśnienie fanatycznej pracow itości, pogoni za pieniędzmi, kom ercjalizm u — postać tytułow a
‘iezona jest tu z m aszyną do pisania.
Ten synkretyzm form , kształtów i przedm iotów — to św iadectw o zagubienia człowieka
Świecie współczesnym, obraz dehum anizacji i rcifikacji ludzkiej natury. Czasem postacie
arakteryzow ane są w sposób tradycyjny: m edale Zmęczonego reformatora to świadectwo
J^ ° Zi»sług, jego zrezygnow ane oblicze to z kolei w yraz bezsensowności wszelkich reform ator•ch wysiłków. W Zrażonym namiestniku, usztyw niająca kark hiszpańska kryza jest sym bolem
potocznego statusu, lecz jednocześnie politycznej zależności i wynikających z tego ograniczeń.
razy te, tak oszczędne pod względem form alnym , posiadają wielki w alor psychologiczny,
j k°m a kreskam i, prostą sym boliką kom unikuje m alarz niezwykle złożony i głęboki sens.
ednym 7 ciekawszych rozw iązań w tej grupie jest obraz pt. Głupek protegowany. W yko­
114
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
rzystał tu Kiepuszewski schem at ikoniczny tzw. „świętego z żyw otem ” . G łów na postać to
tytułow y protegow any, w tle, w m ałych, jak b y k adrow anych obrazkach, oglądam y galerię osób.
które umożliwiły m u zajm ow anie obecnej pozycji. O dw ołania do tradycji bizantyjskiej są
u Kiepuszewskiego dość częste. Czasem jest to tylko krzyżowy kształt p łótna, czasem jakiś
złoty lub ochrow y pobłysk tła, który nieodm iennie kojarzy się z ruską ikoną, czy cerkiewnym
freskiem.
Z czasem ironia zaczyna ustępow ać miejsca tonacji poważniejszej. Pojaw ia się coraz częściej
poczucie zagrożenia, m alarz rezygnuje z estetyzacji rzeczywistości, porzuca ironiczny dystans
ja k o narzędzie zbyt słabe, jego św iadom ość ożywia teraz im peratyw sprzeciwu. Konkwistador
czy Inkwizytor to figury przem ocy, nietolerancji, zachłanności i okrucieństw a. Kat przodownik
likwidujący wszelkie uznane autorytety, to sym bol ślepej, niekontrolow anej destrukcji, która
zwykle tow arzyszy szaleństw om wojen i rewolucji. O brazy z tego kręgu, wyraźnie n a r r a c y j n e ,
interwencyjne, dydaktyczne, posiadają też niezaprzeczalną w artość m alarską. W ypracowuje
teraz Kiepuszewski sw oisty język m alarskiej wypowiedzi, który przejaw ia się przede w s z y s t k i m
w dw upłaszczyznowej konstrukcji. Polega on na realizacji pewnego układu napięcia pomiędzy
figuratyw nym , najczęściej portretow ym składnikiem pierwszego planu a tłem, zawsze mocnym
kolorystycznie, ckspresyw nym , artykułującym napięcie em ocjonalne. K olory m ają tu wielkie
znaczenie, rozlana plam a złota, niebieski prosto k ąt zawieszony w szaro-ugrow ym tle, wszystko
to nadaje płótnom Kiepuszewskiego określone brzmienie, tw orzy rytm iczną, dźwięczną tekstu­
rę. M iędzy dw om a planam i obrazu istnieje w yraźna opozycja: postać, często za m a sk o w an i
zazwyczaj milcząca, niem a, uznająca swój status i wszelkie jego konsekwencje, i tlo, przestrzeń
naruszająca ten m artw y spokój, głos protestu, b u ntu, artykulacja m oralnego niepokoju, byc
może głos ofiar.
T en sposób konstruow ania p łótna właściwy je s t też pracom najnowszym . C entralnym
elem entem jest tu p ortret, m alow any starannie, dokładnie, wręcz naturalistycznie, w pełny1'1
świetle. Tw arze, statyczne, milczące, kryją w swych spojrzeniach lęk, napięcie, wewnętrzn}
dram at. U zupełnieniem tych doznań jest kontrastow e tło: przestrzeń ew okująca agresję, ;;przt'
ciw, bunt. O brazy te w yrastają z obserwacji au to ra , z jego oglądu rzeczywistości, są wyrazem
sprzeciwu w obec destrukcji systemu etycznego i pogłębiającego się kryzysu kultury, kryzy511,
który tu zauw ażany jest w bardzo konkretnych, codziennych, wręcz prozaicznych doświadcze­
niach: nietolerancji, b raku uprzejm ości, znieczulicy, zobojętnieniu, egoizmie.
M alarstw o Piotra Kiepuszewskiego mieści się w kręgu w yznaczonym przez tradycję euro­
pejskiego hum anizm u. H um anizm Kiepuszewskiego to jed n ak nic fascynacja człowiekiem'
uznanie dla jego możliwości, ślepy entuzjazm i bezgraniczna ap ro b ata. Jest to h u m a n iz ”1
trudny, w yrasta z poczucia odpow iedzialności, staw ia pow ażne w ym agania, jest rozrachunkiem
z efektam i ludzkich doko n ań i przede wszystkim ich krytyką. Kiepuszewski obserw uje defof
mację szczytnych założeń hum anizm u. Postęp, sprawiedliwość, powszechne szczęście,
rancja, wszystkie te hasła okazały się iluzją, nasz wiek ostatecznie zweryfikował w artość tyc
pojęć, ukazał człowieka ja k o szowinistę, zbrodniarza, niszczyciela i cynika. Jego twórczośc je*
zapisem postępującej dehum anizacji, gorzką refleksją nad istotą współczesności, jest to takze'
w w ym iarze znacznie bardziej uniw ersalnym , sw oista form a mediacji między chaosem świata
zew nętrznego a żywą potrzebą kreow ania estetycznego i etycznego ładu. I naw et jeśli jest
tylko ja k ą ś odm ianą powszechnego chaosu, zasługą sztuki jest to, że ocala dla nas poczuć
sensu, ukazuje św iat ja k o w ym iar tajem niczy i fascynujący, pozostaw ia nam świadectwo własn
myśli i własnych poszukiw ań.
Piotr Siemaszk0
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
116
Ryszard Warta
HERMANN NITSCH
O tw arcie w styczniu br. nowej toruńskiej galerii „T u m u lt” , połączone z wernisażem wystawy
austriackiego artysty H erm anna N itscha - to niewątpliwie jedno z najważniejszych w ydarzeń
w życiu kulturalnym rozpoczynającego się roku. R anga tej uroczystości w ynika z dw óch co
Najmniej pow odów . W zbogacenie m iasta o now ą instytucję życia artystycznego zawsze w itać się
winno z życzliwością i zainteresow aniem , tym większym, gdy trafia ono w pew ną lukę. T o ru ń
dysponuje kilkom a jedynie miejscami stałej prezentacji sztuki, uzupełnianym i raczkującym
Miedwie rynkiem antykw arycznym . Jak na dw ustutysięczne m iasto, pom ijając ju ż jego m ożli­
wości, tradycje i aspiracje, jest to rażąco m ała liczba. U ruchom ienie nowej galerii jest zatem
szczególnie pomyślnym wydarzeniem , tym bardziej, że oznacza ono jednocześnie przyw rócenie
c ia stu jednego z ważnych dla jego historii miejsc.
G aleria „T u m u lt" mieści się bowiem w rem ontow anym od kilku lat daw nym zborze ew an­
gelickim na R ynku N ow om iejskim — siedzibie Fundacji „T u m u lt” . T a w ybudow ana w 1824
roku św iątynia, zaprojektow ana w pracow ni najwybitniejszego architekta niemieckiego pierw ­
e j połowy XIX wieku, K arla F riedricha von Schinkla, sam a w sobie może być sym bolem
Przewrotności historii. Ewangelicki zbór, ju ż po odzyskaniu niepodległości atakow any z racji
Svvego architektonicznego — niedocenianego wówczas kształtu, co więcej krytykow any ja k o
felikt niemieckiego ekspansjonizm u, po wojnie został przeznaczony do celów handlow ych, by
Później przez wiele lat stać się popadającym z w olna w ruinę m agazynem . Uczynienie z niego
°srodka artystycznych w ydarzeń wydaje się być najlepszym zwieńczeniem jego, ja k widać, dość
skomplikow anych dziejów.
D ruga przyczyna, dla której w arto startow i Galerii „T um ult” poświęcić uwagę — to klasa
Ur?ądzonej tu wystawy. H erm ann N itsch, choć należy do średniego pokolenia artystów , dziś
Jest już klasykiem współczesnej sztuki europejskiej. Ten ekscentryczny wiedeńczyk, przez jednych uw ażany za niebezpiecznego szarlatana, przez innych za p ro ro k a przem ian plastyki
°statniego ćwierćwiecza, rozpoczął swą działalność na przełomie lat 50. i 60. Pierwsze jego
°brazy zdradzały fascynację niezwykle progresyw nym wtedy m alarstw em typu inform el. U praw>ana przez N itscha action-painting, a także tradycje m odernistycznej rew olty z D ad a i fu tu ­
rystami na czele, działalność M arcela D ucham pa i K urta Schw ittersa, wreszcie p op-art z całą
Jego m itologią — wszystko to m iało kapitalny wpływ na kształtow anie się koncepcji happen>ngu. Jednym z pierwszych jego teoretyków i p ropagatorów w A ustrii był N itsch, a akcjonizm
Przyniósł mu największy i nie zawsze zresztą przychylny rozgłos. C o ważniejsze
to właśnie
Medium zdeterm inow ało późniejszą jego artystyczną drogę.
W ypracow anej przed trzydziestu laty koncepcji sztuki, ujętej w form ule „O rgien und Mystericn T h eater” , pozostał artysta wierny do dziś. Stąd też w ystawa w „T um ulcie” dla znających
°euvre N itscha nie stanow i większej niespodzianki, rozwija bowiem w ątki dla tego artysty
charakterystyczne. D om inującą'jej częścią jest ponad sto dużych, niezwykle ekspresyjnych
Płócien, tworzących cykle — gladiolow y, czarno-brązow y, czarny, zielony, ochrow y oraz cykl
Sevilla — dopełniane obrazam i pojedynczymi. Podział zestawu obrazów w edług kategorii
kolorystycznych jest o tyle użyteczny, że kolorystyczna dom in an ta jest — na d o b rą spraw ę
Jedynym elem entem indyw idualizującym , a i tó raczej w ram ach cyklu niż pojedynczego płótna.
117
P LA ST Y K A
W spólny dla wszystkich obrazów jest form at, prócz tego żywiołowo tw orzona, ekspresyjna
tkan k a m alarska, reprezentująca sobą cały arsenał taszystowskich środków kształtow ania
obrazu, a nade w szystko pojaw iający się na większości prac m otyw umieszczonego centralnie,
rozprasow anego fartucha artysty (co ciekawe, nie są one m alow ane, a nakładane na obraz
tw orząc razem z płótnem podłoże m alarskich ingerencji). O wo kw estionow anie stereotypu
m alarskiego m edium jest charakterystyczne dla N itscha i jego artystycznej formacji. Informel
nigdy nic m iał wiele wspólnego z klasycznym pojęciem obrazu
zw ierciadła rzeczywistości,
miał być raczej zwierciadłem psychicznej kondycji i stanów em ocjonalnych twórcy. U Nitscha
na now ą funkcję obrazu nakładają się eksperym enty z form alnym jego kształtem . Będąc dziełem
m alarskim , m ają one zarazem wiele z instalacji i kolażu; być może są tym wszystkim naraz.
W ystaw iane w starym zborze obrazy w dość czytelny sposób odw ołują się do sym boliki
liturgicznej: rozpostarte fartuchy m alarza zbyt p odobne są w swej formie do o rn atu , by związ­
ków tych nie zauważyć. D la sam ego artysty tw orzą one stacje drogi krzyżowej. Uzupełniające
całość ekspozycji instalacje i assemblages w bezpośredni ju ż sposób czerpią ze św iata symboliki
i liturgiki chrześcijańskiej. Stale wśród nich przewijającym się rekwizytem są — ju ż tym razem
„praw dziw e” ornaty, zestaw iane z naczyniam i liturgicznym i, dziełami sztuki religijnej, wreszcie
z całym repertuarem przedm iotów nieświętych
z zestawami instrum entów chirurgicznych,
bandażam i, naczyniam i w ypełnionym i „k rw istą" cieczą, prezerwatyw ą... T a swoista żonglerka
znaczeniam i i sym bolam i, bezustanne przeplatanie się pierw iastków sacrum i profanum nie jest
je d n ak — ja k to się może z pozoru w ydaw ać — banalną, prostacką zabaw ą, czy ostentacyjna
kpiną z religijnych tabu. H erm ann N itsch, odw ołując się do najbardziej w świadomości euro­
pejskiej zakorzenionych symboli św iata transcendentalnego, afirm ując jednocześnie wszystko
to, co kojarzone m oże być ze strachem , bólem, cierpieniem — wytycza bieguny, między którymi
realizuje swoją sztukę, podporządkow aną idei ofiary i jej katarktycznego działania.
We wczesnych akcjach N itscha ów w ątek ofiary miał bardzo realny, a co za tym idzie
szokujący wymiar. Pierwsze happeningi, w których uczestniczył — -jak chociażby „F est des
psycho-physischen N aturalism us” z czerwca 1963 roku — w w ydaniu N itscha polegały na
okrutnym w swej rzeczywistości złożeniu ofiary z jagnięcia, zabitego i rozkaw ałkow anego
podczas akcji. Egzekucję tę rozpatryw ać m ożna ja k o drastyczną redakcję zasady decollageu’
epatow ania destrukcją, zniszczeniem - zasady charakterystycznej dla początków akcjonizniu
Inną jeszcze interpretację budow ać m ożna w okół typowej, zwłaszcza dla happeningu europejs­
kiego, tendencji do m aksym alnego — aż po prow okację — angażow ania publiczności i sterow a­
nia jej em ocjam i. K rw aw e ja tk i Nitscha były zapewne znacznie bardziej w strząsające niż
na
przykład akcje O yvida F alkstróm a, eksperym entującego z podłączaniem publiczności do prąduH appeningi te były jednak nade wszystko naw iązaniem do misteriów dionizyjskich. Związki te.
często podnoszone przez krytykę, wydają się być najbardziej nośne interpretacyjnie. Ku czci
D ionizosa, greckiego boga wiecznie odradzającej się przyrody, radości życia, płodności a przede
wszystkim tego, który ofiarow ał ludzkości wino, organizow ano m isteria orgiastycznc, podczas
których oddające się im bachantki, doprow adzone śpiewem i tańcem do stanu religijnej eksta­
zy, rozszarpyw ały przeznaczone na ofiarę zwierzęta. T ak jed n ak ja k instalacje N itscha nie s4
m askaradą chrześcijańskiej symboliki, tak i jego happeningow e m isteria nie były prostyo1
odgryw aniem czy udaw aniem dionizyjskich orgii. A rtysta wydaje się być urzeczony nie tylk°
ich form ą — choć ta fascynacja jest w jego działaniach w yraźna, ale, co najważniejsze, id ’
m etafizycznym sensem. R ytuał orgiastyczny nie m iał być wyzwoleniem i ekspresją popędów
— tylko dla ich zaspokojenia, a drogą czy raczej sposobem osiągnięcia katharsis. W dionizjach
celem było doznanie mistycznej łączności z bóstw em , w niemniej zrytualizow anych obrzędach
N itscha element katarktyczny prow adzić ma do rodzaju psychicznego ekshibicjonizm u, ekstaza
przy tym m a pełnić funkcje poznawcze wobec tego w ym iaru rzeczywistości, który wymyka si?
myśleniu zracjonalizow anem u. N itsch nam aw ia do patrzenia na rzeczywistość z perspektywy
tego, co drastyczne, w strząsające, budzące sprzeciw.
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
118
W instalacjach N itscha wykorzystyw anie sym boliki chrześcijańskiej jest w skazaniem na
c>ągłą kulturow ą obecność toposu ofiary, w pracach m alarskich, które są rodzajem dokum entu,
albo reliktu krwawych akcji, zw raca uwagę na jej ataw istyczne formy.
N aw et przy najbardziej ogólnikow ym szkicu twórczości artysty nie sposób pom inąć jej
°cen, jeszcze dziś spotykanych bardzo kontrow ersyjnych na nią reakcji. D ziałalność akcjonistów wiedeńskich, w tym i N itscha, wywoływała najbardziej sprzeczne reakcje, od uznania,
Poprzez obojętność, na oburzeniu kończąc. D odajm y do tego, że większość akcji kończyła się
regularnym i interwencjam i policji i sarkastycznym i opiniam i dziennikarzy o ostatecznym zdegenerowaniu się sztuki. Pytanie o H erm anna N itscha jest zatem pytaniem o granice sztuki,
0 skalę wolności twórczej. M ożna by oczywiście rozgrzeszać artystę zwodniczym nieco arg u ­
mentem, że kryteria artystyczne mijać się m ogą z kryteriam i etycznymi, a więc to, co godne
P°tępienia, bulw ersujące z etycznych względów, dla dziejów sztuki pozostaw ać m oże zjawiskiem
istotnym, w artym uwagi, a niekiedy i uznania. U spraw iedliw iać m ożna go także w jeszcze
bardziej dyskusyjny sposób — zestaw iając mianowicie postaw ę N itscha z jeszcze bardziej bul­
wersującymi działaniam i innych, współczesnych mu tw órców , ja k chociażby G in o de D om inicisa, który podczas Biennale W eneckiego w 1972 roku opłacił niedorozw iniętego kalekę,
^ ten służył za eksponat, czy obsceniczne w ystąpienia O tto M iihla i G iin th cra Brusa, podczas
których biczowanie wynajętego m asochisty nie należało wcale do najbardziej drastycznych
ePizodów. N ie zam ierzam jednak dokonyw ać oceny sztuki H erm anna N itscha w kategoriach
'Vlr>y lub niewinności. N a jed n o tylko zwrócić w arto uwagę — postaw a tw órców happeningu
była postaw ą totalną, także za cenę przekraczania przyjętych norm , co więcej przekraczanie
lo miało niekiedy ch arak ter program ow y. W ydaje mi się tylko, że byli oni na nie skazani, nie
sP°sób bowiem być rew olucjonistą przestrzegając zasad savoir-vivre’u. W racając do zabijanych
Przez N itscha jagniąt, pozostaje mieć nadzieję, iż kiedyś potw ierdzi się przeczucie, że zginęły
° ne jed n ak na ołtarzu sztuki, a nie w pracow ni szarlatana.*
Sztuka H erm anna N itscha nie jest ani ładna, ani przyjem na. Nie m a to też większego zna^en ia, nie m ogło być zresztą inaczej. W szakże to tacy tw órcy ja k W olf Vostell, Jean-Jacques
^ b e l, Joseph Beuys, by wymienić kilku zaledwie klasyków sztuki happeningu, a wśród nich
takżc bo h ater toruńskiej wystawy, byli spadkobiercam i m odernistycznej rebelii, któ ra rozbiła
chyba ju ż bezpow rotnie — klasyczne kanony tego, co piękne, a zatem tego, co jest lub co
^oże być sztuką, i tego co odrażające, szpetne albo chociażby tuzinkow e, a co skazane jest na
Margines nie-sztuki. M arcel D ucham p poprzez swoje ready-mades doprow adził plastykę do
PUnktu, w którym za dzieło sztuki m ożna było już uznać pisuar, czy pół m etra sześciennego
krysk ieg o pow ietrza, zam kniętego w szczelnym słoju. W momencie, kiedy okazało się, że sam
slereotyp obiektu sztuki daje się rozm ontow ać, m ożna było przewidzieć, że jej obszar ulegnie
Z w rotnem u powiększeniu. H erm ann N itsch to jeden z tych, którzy ustalili chyba ju ż ostateczne
" tym względzie granice. T o jeszcze jeden pow ód, dla którego tru d n o wobec tej postaci pozostać
°b°jętnym .
^Crmann Nitsch, Galeria „Tumult”, Toruń 15.01— 7.02.1994
Ryszard Warta
* Z apraszam y wszystkich do dyskusji nt. Granice sztuki. F orm a dow olna (felieton,
esej, proza). N ajciekaw sze teksty w ydrukujem y w następnym num erze „K w arta ln ik a” .
Pierwszy głos w dyskusji zamieszczamy obok.
119
PLA S T Y K A
ROZWAŻANIA NAD JEDNYM CYTATEM
,M iejm y nadzieję, że jagnięta zginęły na ołtarzu sztuki, nie u' pracowni szarlatana”
Najpierw pomyślałam, że to pozbawiony głęb­
szego sensu (proszę Autora o przebaczenie) ozdob­
nik stylistyczny, ale potem zaczęłam zastanawiać
się nad znaczeniem pojedynczych słów.
Ołtarz — mknący ku górze ołtarz gotycki, bez­
cielesny, czysty. Bogaty ołtarz barokowy, zwie­
lokrotniony perspektywą i zatracający granice prze­
strzeni. A może tu chodzi o ołtarz pogański i antycz­
ny w jego pierwotnym kształcie: cuchnący tłuszczem
i krwią zwierząt ołtarz ofiarny? Na nim dokonywała
się sakralizacja ofiary niezależnie od tego. że ciała
zwierząt służyły za pożywienie kapłanom.
Jeżeli tak, toczy sztuka jawi się jako krwiożerczy
idol wymagający cierpienia? Czy bałwan, którego
oszukujemy (vide mit o podziale części ofiarnej mię­
dzy bogów i kapłanów), lub który nas oszukuje?
Jeśli sztuka i tworzenie są bólem, to może śmierć
jagniąt to magiczne przeniesienie tego bólu z człowieka-twórcy na zwierzę?
Jeżeli sztuka jest okrucieństwem i jego ukazywa­
niem, to gdzie szukać granicy między tymi zjawis­
kami? Czy jest to granica wspólna, czy rozdzielna?
Obiektywna czy subiektywna? A jeśli subiektywna
i związana z odczuwaniem, to czego? Niesmaku,
wstrętu, przerażenia?
Człowiek podświadomie fascynuje się cierpie­
niem i okrucieństwem, jeśli tylko nie dotyczy ono
go osobiście. Takim bezpiecznym kontaktem z cier­
pieniem była sztuka. Szczególny nacisk kładziono
na to, by pokazane okrucieństwo i istota jemu pod­
dana były ,jak żywe”, bo wtedy potrafiły wzbudzić
różne odczucia: od niezdrowego zainteresowania, po
współczucie i współcierpicnic
wystarczy wspom­
nieć dramatyczne średniowieczne Piety i Ukrzyżo­
wania, Sądy Ostateczne, renesansowe przedstawie­
nia krwawych mitów. Jednak wtedy granica między
sztuką a życiem była wyraźniejsza; w naturze współ­
istniały realne kaźnic i dzielą sztuki przedstawiające
je we wzniosły, artystyczny sposób. Dziś, myśląc
o wielkiej sztuce nic chcemy (z wyjątkiem hiperrealistów), aby była mimetycznym odbiciem rzeczy­
wistości. Postulat malowania czegoś „jak żywe” za­
stępuje wykonywanie rzeczywistych gestów na rze­
czywistych przedmiotach. Takim działaniem było
morderstwo dokonane na stworzeniu tak uświęco­
nym w tradycji, jak jagnię.
Okrucieństwo... o ileż więcej okrucieństw doko­
nało się, zanim Nitsch zamordował pierwszego ba­
ranka? I przeszliśmy mimo tego okrucieństwa. Czy
tak można? Czy można zabijać dla celu tak malcg0
w obliczu życia, jak epate bourgeois? Jeśli pytam®
o sens tego działania brzmi inaczej?
Czy etyka i estetyka są — nicrozdzielne? Czy
wszystkie wymogi etyczne sztuka musi spełniaćW pierwszym impulsie odpowiedziałabym: tak! Przy*
pominając strywializowane dziś pojęcia kalos-k“'
gathos, czy cnota-arete, rozumiana jako cnota oby­
watelska, dzielność, cnota życia. W ich ujęciu to. c°
moralne, jest piękne, i na odwrót, to, co piękne, jcS*
poza pospolitym pojęciem zła czy bluźnierstwa.
Praktyka nowożytna skłóciła ze sobą zakres)'
lego, co dobre i piękne, często lam. gdzie pojawia!)'
się żądania tworzenia sztuki nic zepsutej, z d r o w e j czystej moralnie sztuka umierała lub, tracąc waf
tości artystyczne i estetyczne, stanowiła oprawę naj
bardziej okrutnych praktyk.2
Nic odważę się postawić tezy, że wielka sztuk*1
musi być amoralna, ale kategorie etyczne często n"'
przystają do niej. Wartości artystyczne i estetyczn
kryją się w czymś zupełnie odmiennym.3
Może granicą akceptowania działań sztuki f>0
woczcsncj jest własne odczuwanie? Drażnienie, k|(1
remu poddawali lub poddają widzów jej twórcy? I 1,1
granica przesuwa się wraz z postępującym z o b o jf1
nicniem na wszystko, co tragiczne, okrutne, PrZt/
kraczające normy obyczajowe, społeczne. religU1'1:
rozumowe. Dopiero przy tak wielkiej kum uW
agresji wobec niewinności stajemy zaszokow aniPrzypomina się głośna afera wokół pracy dypl0
mowej Piramida zwierząt (rzeźba zbudowana z
pchanych zwierząt). Bulwersująca? Raczej nic*'”'
czna i niepotrzebnie rozdmuchana. O ile okruch1’
stwo Nitscha nic pozostawiało widza nicporu*z°
nym właśnie przez swą realność, o tyle wypd1,1” .
zwierzaczki nie budzą żadnych gwałtownych
(przynajmniej we mnie), poza niesmakiem. Żal "
ich. ale nic widzę ich cierpienia, nic wiem, jak 1‘
czego zginęły. Czy wypchano je, aby p o k azać . J
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
codziennie giną w toku trawienia, w kole natury,
gdzie silniejszy lub bardziej perfidny (człowiek) zże­
ra słabszego? Może to tylko trójwymiarowa ilus­
tracja niemieckiej bajki Muzykanci miasta Bremy?
Zapewne powraca tu zastarzały spór Hiszpanów
1obrońców zwierząt: czy lepiej, gdy bohaterski byk
gmie na arenie corridy, czy w sterylnym boksie rzeźni- Ale ile to ma wspólnego ze sztuką?
Sztuka czy hochsztaplerstwo? Jak rozstrzygnąć
•aki dylemat, jeśli nikt nie wie, co jest wyznaczni­
kiem sztuki — dzieło, twórca, odbiorca? Idea czy
Przedmiot?
Nie chciałabym uchodzić za krwiożercze stwo­
rzenie, uważające akcje typu Lamm za przejaw wiel­
kiej sztuki. Na szczęście nigdy nic oglądałam ich
w naturze, boję się, że wtedy artysta Nitsch wystą­
piłby w roli baranka ofiarnego. Nic zniosłabym pła­
czu zwierząt i ich bezsensownej śmierci. Jednak
2 Perspektywy czasowej, wygaszającej emocje, za­
stanawiam się nad interpretacją ich śmierci. Doszu­
kuję się w niej znaczeń, wykraczających poza prze­
rażający eksperyment na widzu. Szukam symbolicz­
nych tropów działań artysty. Czy znajduję?
Może tylko uprawiam inną formę sztuki dla sztu­
ki, jaką jest interpretacja dzieła i działania artysty­
cznego.
Wszystkim interpretatorom, a także sobie dedy­
kuję słowa Marcela Duchampa: „Jeśli ktoś gotów
Jest podziwiać rytmikę suszarki do butelek, albo
120
lekką elegancję rowerowego koła, jeśli jego estetycz­
nym rozważaniom nic położył kresu wystawiony
pisuar, i mimo to będzie się upierał; to mówię mu:
bóg z tobą!”.
Ewa Urbańska
1 Dla potrzeb artykułu nieco połączyłam sokratejskie
pojęcie cnoty z późniejszymi twierdzeniami potocznymi
„piękna cnota” , „piękne zachowanie” itp.
W arto także pamiętać o podwójnej od starożytności
koncepcji piękna i sztuki, gdzie piękno jest najczęściej
wzniosłą ideą, a sztuka rozdziela się na pojęcie sztuki-techniki (głównie sztuki plastyczne) i sztuki wysokiej, wiesz­
czej, np. poezja.
2 Wystarczy wspomnieć postulaty kierujące tworze­
niem kanonów sztuki faszystowskiej i socrealistycznej. Jako
przejaw piętnowania sztuki nowoczesnej jako złej trafiamy
na wystawie Zepsutej sztuki, nie mówiąc już o stosach ksią­
żek i obrazów płonących w Niemczech; czy znacznie wcześ­
niej we florenckich stosach próżności podpalanych przez
Savonarolę, na których niemal nic spłonęły wszystkie dzieła
Botticellego uznane za „pogańskie", a więc niemoralne.
3 Przykładając kategorie moralne do oceny wieku dzieł
i arcydzieł, musiałyby one zniknąć ze sztuki z powodu po­
budek kierujących artystą, jego charakteru, czy przedmio­
tów, które przedstawiał. Najtrywialnicjszym przykładem
może być przedstawienie kurtyzany jako Madonny. Piękno
sztuki często pojmujemy w kategoriach zupełnie nieza­
leżnych od kategorii moralnych, takich jak dobro, cnota,
uczciwość.
121
PLA S T Y K A
Zygmunt Trześniowski
KODY WIZUALNE SZTUKI NAJNOWSZEJ
Przełom ikoniczny, jaki d okonał się na początku naszego stulecia poprzez kubizm i sztukę
abstrakcyjną, był podyktow any odruchem naturalnego instynktu artystycznego. Sztuka abstrak­
cyjna radykalnie zerwała z m im etyzm em , ukazała postać dzieła autonom icznego. Kubizm
natom iast uw idocznił, że o b razjest ja k najściślej zw iązany z szerszą rzeczywistością, ogarniającą
i artystę, i wiedzę, i tw orzyw o — pisał A ntoni M o n iu szk o 1. A utonom iczność dzieła sztuki oraz
jego kontekst obejm ujący artystę, wiedzę i tworzywo, ju ż dla dadaizm u stanow ił podstawę
w olności tw orzenia indyw idualnych kodów w izualnych, języka sztuki osobistej, niezależnejZadecydow ało to o tym, że dadaizm nigdy nie był „szkołą” , „kierunkiem ” , czy „stylem •
a je d y n ie — ja k to określił W erner H aftm ann — zbiorow iskiem niewielu osobow ości, ogarniętych poczuciem sw obody i inspirujących się naw zajem . Podstaw ow ym impulsem dadaizm u była
buntow nicza radość z otw ierających się możliwości nowych odkryć, k tó ra to radość przeradzała
się nieraz w gorączkow ą euforię i błazenadę. A gresywność dadaizm u — zdaniem H a ftm a n n ą
— brała się z poczucia nieokiełznanej w olności, nie zamierzającej dłużej uznaw ać i rozważać
każdego za i przeciw. D adaizm zlikw idow ał stan oczekiwania na skończone dzieło sztuki
i wytworzył sytuację, w której każde nowe dzieło było możliwe. Z kolei uliczne w ystąpień12
futurystycznego Teatru Syntezy dały początek późniejszym działaniom artystycznym i hap'
peningom .
O tw arcie testam entu dadaistyczno-futurystycznego nastąpiło w latach sześćdziesiątych na'
szego stulecia, w kontekście zdobyw ającej popularność filozofii egzystencjalnej. Punktem
wyjścia dla rozw ażań egzystencjalnych była jed n o stk a i jej indyw idualne istnienie, rozdarte
pom iędzy sferę św iadom ości i sferę rzeczy; jed n o stk a ludzka nie podlegająca społecznemu
i historycznem u zdeterm inow aniu — a więc absolutnie w olna w tw orzeniu wszelkich wartościdecydująca o sensie własnego istnienia i ponosząca odpow iedzialność za d o k o n an e wyboryBożena K ow alska2 pisała o tym okresie jak o o niezwykle zagęszczonym wydarzeniami. W sztuce
pojawił się najpierw am erykański pop-art i jego francuski odpow iednik — nowy realizma potem przez św iat przetoczyła się fala happeningów . N iem al równolegle narastały zjawisk*1
op-artu i nowej figuracji. M nożyły się environments typu konstruktyw istycznego i zbudow ane na
w zór scen z codzienności. Pojawiły się: arte povera, land art, kontestacje, body-art i inne odmiany
sztuki akcyjnej, nu rt zerowy i minimal-art, konceptualizm , hiperrealizm ... Rangę sztuki zyskiwa'
ły zbiory hobbystyczne, akty autom itologiczne, przedm ioty i gesty d o tąd pozostające p ° z;1
obszarem wszelkiej twórczości artystycznej. K ody wizualne sztuki lat sześćdziesiątych tworzono
sięgając do sfery sacrum i profanum. B udow ano jc poprzez rozm aite rekonstrukcje, z rekwizytów, gestów, banalnych przedm iotów codziennego użytku, a także poprzez zastosow anie najn0'
wszych osiągnięć techniki. Stawały się nimi organizm y żywe, w tym i ludzie, a także procesy
m entalne w form ie dokum entacji. Język sztuki lat sześćdziesiątych nie jest niczym ograniczonyK odów w izualnych nie determ inuje ani m ateriał, ani skala, ani w ykonanie, ani stro n a artystycZ'
na. N ic — dosłow nie nic. Zniesiono bariery i ograniczenia. Dziełem, czy działaniem artysty02'
nym stało się literalnie wszystko — pod w arunkiem , że ja k o takie określił je tw órca. N astąp1
niezaprzeczalny koniec aw angard. Rew olta zniosła norm y i kryteria — nie było więc ju ż czem11
K W A R T A L N IK . A R T Y S T Y C Z N Y
122
się przeciwstawiać. W sytuacji absolutnej w olności, budow ania znaczeń wszystkimi możliwymi
Srodkam i, doszło do tego, że ow a pozbaw iona jakichkolw iek ham ulców sw oboda m iała n a celu
często jedynie szokow anie widzów, a sam o budow anie znaczeń, tak istotne dla artystycznego
Przekazu w izualnego, staw ało się praw dziwym — choć przypadkow ym — m anifestem n ajb ar­
dziej intym nych obszarów osobow ości artysty, bądź też — program ow o bezmyślnym budow a­
łe m niczego. Stwierdzenie Mc L uhana, że środek przekazu sam jest przekazem , pogłębiło
Jedynie rodzący się chaos, gdyż zostało przyjęte skw apliw ie ja k o usankcjonow anie i teoretyczna
Podbudowa działań wyzbytych nadrzędnych m otyw ów pow odu twórczego. A utentycznym
Poszukiwaniom nowego języka przekazu, którym m ożna by opowiedzieć o kondycji artysty,
sztuki, kultury, człowieka drugiej połow y XX wieku, towarzyszył wielki wyścig pozornego
Nowatorstwa, gigantyczna giełda pom ysłów kierow anych — zdaniem Bożeny Kow alskiej — kon|u n kturą i wyrosłych z zimnej kalkulacji. Był to zatem czas dziania się sztuki — ja k o takiej,
Zarówno w obszarze w ażnych doko n ań , ja k i błazeństw a; sztuki pozbaw ionej pretensji do
k o rz e n ia prądów czy kierunków artystycznych w daw nym rozum ieniu. P odobnie wcześniej,
chociaż na mniejszą skalę, funkcjonow ał dadaizm . W bezprzykładnej pogoni za tw orzeniem
Nowatorskich kreacji języka sztuki zaistnieli artyści, dla których w ażny był problem sensów
1znaczeń używ anych przez siebie kodów w izualnych. Byli to między innymi: A ndy W arhol, Yves
Klein, V asarely, Piero M anzoni, Joseph Beuys, W olf Vostell... Ich postaw y artystyczne uzewnętfzniały skrajny indyw idualizm , ale jednocześnie odsłaniały nieoczekiwane obszary znaczeń.
Pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku lat siedem dziesiątych artyści sięgnęli po wideo,
efekty holograficzne, laserowe, kom puter... N iektórzy krytycy stanęli na stanow isku, że zwielo­
krotnione ekrany w ideo, tęczowe neony przeobrażające w szystko w zasięgu ich blasku, obrazy
holograficzne, barw ne strum ienie laserowe nic kryją w sobie żadnego przesłania i nie wywołują
też żadnych sprzeciwów. Sztuka elektroniki — ich zdaniem — jest zdum iew ającym zjawiskiem
schyłku czegoś, co nie zaistniało w pełni. Jest także naturalnym rezultatem zm iany statusu
s*tuki, ja k i wywalczyli tw órcy lat sześćdziesiątych. Praw dą jest, że w alorem sztuki doby elektro111ki jest przede wszystkim m edium , i że każdy w ynalazek techniczny o zaletach w yw ołania
c'ekawego efektu wizualnego autom atycznie zasługuje na uwagę ze strony tw órców . W ykorzystanie nowoczesnej elektroniki dla tw orzenia obrazów wizualnych jest jed n ak zgodne z ogólnie
P°jętą g ram atyką kodów w izualnych; a zatem istnieje szansa, że ów superelektroniczny język
^ s ta n ie przez kogoś w ykorzystany ja k o instrum ent now ego, zdecydow anie innego przesłania,
Hdź też dotychczasow a produkcja artystyczna, pow stała przy użyciu elektroniki, zostanie
O czytana ja k o szczególny rodzaj sensów i znaczeń. Alicja K ępińska3 np. z uznaniem w ypowie­
działa się o sztuce w ideo N am June Paika TV Bouddha. Podkreśliła bezszelestność użycia
techniki, k tóra — jej zdaniem — nie wybiegła przed dzieło, lecz w topiła się w nic, pow odując
'"ebywałą kom plikację w naturze jego istnienia.
Trzeba przyznać, że sztuka ziemi, w ody i nieba z uwagi na niespotykane d o tą d wymiary
Nakład pracy, koniecznej do urzeczyw istnienia każdego projektu, nie pozw oliła na to, by
■^istnieli jej kiepscy naśladow cy. Jednocześnie ow a sztuka odnosiła się do kontekstu kulturow e®°>czyniąc przekaz w ieloznacznym , ale m im o to czytelnym. Podw ójny m ur na pustyni, w ykona"y przez W altera de M arię, olbrzym ie doły M ike H eizera, kilom etrow e płachty polietylenu,
JjPakowujące wybrzeże Little Bay C hristo, spiralna grobla na wielkim Jeziorze Słonym R oberta
^ ith s o n a , rysunek z m iękko wijących się i rytm icznie równoległych bruzd zaoranej ziemi
enisa O ppenheim a — to innego rodzaju język plastyczny i innego rodzaju dzieła, uzupełniane
^ je d n o k ro tn ie refleksją czy kom entarzem artysty. G igantyczny rozm ach sztuki ziemi pozostaal w jaskraw ej sprzeczności z ograniczonym do kilku tygodni, czy naw et kilku m inut, czasem
Jei trw ania.
‘
^ Sztuka konceptualna ignorow ała media. W indując ideę, elim inow ała ze sztuki obiekt. Sol Le
. 'U pisał, że idee sam e m ogą być dziełami sztuki, i że nie muszą być fizycznie zrealizowane.
°nceptualizm nie oferow ał ostatecznych rozw iązań, gotow ych dzieł, ukończonych prac, żadego — ja k twierdził K laus G ra h — subiektyw nego dzieła sztuki. Z adaniem odbiorcy było
123
PLA S T Y K A
myślowo uzupełniać i indyw idualnie rozum ieć koncepcję. Idea artystyczna w ujęciu konceptualistów nie m ogła zaw ierać żadnego przesłania. K om unikat m usiał być jednoznaczny, dlatego tez
K osuth i wielu innych czerpało m ateriał operacyjny z logiki. K om unikaty k o n c e p t u a l i s t ó w
idealnie spełniłyby swoje teoretyczne założenia, gdyby — co podkreślał Jack Burnham
były
przekazyw ane telepatycznie. W szystkie inne formy przekazu, eksploatow ane przez konceptua­
lizm, posługiwały się językiem wizualnym. Chociaż często ów język byl m ało atrakcyjny dla oczu.
to przecież od jego atrakcyjności nie zależy w artość dzieła. Propozycje D ouglasa H ueblera.
w yobrażenia w staw ionych w jego osobę kontenerów od nieskończonej wielkości do nieskończo­
nej m ałości, bądź też dokum entacja fotograficzna 24 kolejnych miejsc znajdujących się w okreś­
lonej o d siebie od leg ło ści 15 stopni m ierzonej w G reenw ich w o k ó ł Ziemi
jest posługiw aniem
się w yobrażeniem czasu w kontekście przestrzeni. Podobnie jest w przypadku książki On
K aw ara Milion lat. Sam przedm iot w praw dzie istnieje, ale jest stereotypow y i m ało ważny. Język
owego przekazu usiłuje przeprow adzić operacje na umyśle i w yobraźni widza.
Jak w idać — początek drugiej połow y X X wieku zaistniał w sztuce ja k o okres o niezwykły111
zagęszczeniu w ydarzeń artystycznych. Ich język polaryzow ał zjawiska i dokum entow ał autenty­
czną w olność budow ania sensów i znaczeń. Pozbaw iona ham ulców sw oboda zm uszała autenty­
cznych tw órców do konkretyzacji swoich w yborów w duchu praw dy własnej twórczości. Wiclk1
wyścig pozornego now atorstw a beztrosko rozdaw ał błaznom sztuki poczucie bycia artystaUjawniła się olbrzym ia labilność kryteriów, dążeń kreacyjnych i destrukcyjnych. Presja nowator­
stwa i odkrywczości była podyktow ana poczuciem wolności i chęcią wypowiedzenia siebie
poprzez skrajną dem onstrację. Sam o istnienie, niejako — dośw iadczanie egzystencji - s t a w a ł o
się istotnym pow odem twórczym. Język sztuki najnowszej jest trudny, często w ymyka się spod
k o n t r o l i krytyki. K reuje dzieła p o z b a w io n e p r e te n s ji d o m u z e a ln e j p o n a d c z a s o w o s d Nie w olne były od tego dzieła tak przecież niedaw nego okresu stylów, kierunków i awangardK rytyka artystyczna stanęła przed problem am i, jak ie dotychczas nic miały miejsca. Polifonie7-'
ność sztuki, jej antynom ie, ostateczna detronizacja arcydzieła i uzew nętrznianie skrajneg0
indyw idualizm u nieograniczoną skalą środków
to wszystko doprow adziło do sytuacji, w której krytyka ledwo nadążała z nazyw aniem tego, co się w sztuce działo. W sposób i s t o t n )
powiększał się a p a ra t pojęciowy dotyczący sztuki — przykładem m oże być artykuł Jerze?0
Ludw ińskiego Sztuka w epoce postartystycznej
lecz jednocześnie zanikał elem ent w a r t o ś c i o ­
w ania dziel i tw órców , tak i s t o t n y w krytyce artystycznej.
Dziś, kiedy kończy się X X stulecie, wymiary sztuki są nieograniczone, każda propozyej11
możliwa do przyjęcia. N ikt nic buntuje się przeciwko sztuce, k tó ra nie poddaje się presji kulturynie tw orzy dzieł, których przesłanie możliwe by było do odczytania w jej kontekście. Sztuk*1
najnow sza w ydaje się dziś tropić zarów no sens ja k i bezsens życia, nazywać absurdy, buntująe siv
przeciw ko wszystkiem u. Z pewnością nic usiłuje niczego porządkow ać, gdyż nie m a ju ż potrzeby
porządkow ania czegokolwiek. Bycic artystą polega na uzew nętrznianiu wew nętrznego doświa1
czania św iata w oparciu o myśl i tworzyw o. Jeden artysta penetruje często bardzo odleg*Ł
obszary znaczeń. Przykładem może być politechniczność M ario M erza, który tworzy przedn»°
ty gotow e, konstrukcje liczbowe, czasze ziem ne, pręty neonow e, wiązki chrustu, paki gaZCl’
a także... upraw ia rysunek i m alarstw o. Jest to korzystanie z w olności, czy też kom plctn‘.
anarchia? A m oże artystyczne szaleństw o, w którym — jak ponoć w każdym szaleństwie
tk"
ja k aś m etoda?
Sztuka zawsze kreow ała dzieła. Jest to proces autentyczny. Dzieła sztuki z kolei z a w s z e by*)
znakiem czasu, bez względu na to, czy m ów iono o u p ad k u sztuki, czy też o j e j tryumfie. Dzl!’
sztuka buntuje się naw et przeciwko teraźniejszości, gdyż ta jest przeszłością w chwili, gdy s,lf
staje. Zbyt silnie dośw iadczam y przem ijania wszystkiego, aby sztuka dała się w m a n e w r o W 1" '
w mgliste kreow anie przyszłości, bądź też zdecydow ała się na rozpam iętyw anie przeszłości- Jes
to m om ent, w którym sztuka jaw i się ja k o coś, czego — jak pisał Stefan M oraw ski4
żadn‘‘
penetracja badaw cza nie potrafi w całości i w pełni opanow ać. Alicja K ępińska zwróciła u wag1*'
na fakt, że wielkie wystawy przeglądow e, w jak ie obfitow ał rok 1982, były p o m y ś l a n e j 11^
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
124
debata nad tym , co sztuka znaczy dzisiaj. D ow iodły one, iż sztuka zdecydow anie odw róciła się
od wszelkiej ideologii. Z astąpił ją subiektyw ny i egzystencjalny w ym iar wypowiedzi artystycz­
nych, który spraw ia, że dzieła są dzisiaj tak bardzo niejednorodne.
N ieatrakcyjny dla oczu, m onotonny język wizualny prac R o m an a O pałki jest zapisem
logicznego następstw a liczb naturalnych. O brazy R yszarda W iniarskiego to z kolei w izualna
konkretyzacja losowych, czarnych i białych sfer. W pierwszym przypadku m am y do czynienia
2 próbą opisania egzystencji w kategoriach liczbowych, w drugim zaś przypadku jest to opis
kategorii w yboru, któ rą w yznacza losow ość praw dopodobieństw a.
N a wielkiej wystawie w Jewish M useum , ju ż w 1966 roku, Ad R einhard nie zaw ahał się
Wystawić stu dw udziestu czarnych, kw adratow ych obrazów o wielkości pięć na pięć stóp. Pewna
Wewnętrzna w artość została zakom unikow ana przez artystę jednolicie czarną pow ierzchnią
Płócien.
Koji K am oji Miejsce popełnienia samobójstwa S. Sasaki zobrazow ał prętem opartym o ścia­
nę, linią i kam ieniem położonym na podłodze, oraz poziom ą, czerw oną kreską, narysow aną na
ścianie. Z danie umieszczone pod tą kreską, podobnie ja k inskrypcja w pom pejańskiej mozaice,
Wyjaśniało sens instalacji.
M atem atyczne podziały fotografii w ym agają od Janusza Bękowskiego wręcz niesam owitego
nakładu pracy, aż do m om entu, w którym m ateriał „odm ów i” posłuszeństw a. W efekcie
Powstają „o b razy ” o rozedrganej powierzchni.
H iperrealistyczne odtw orzenie wcześniej w ykonanego zdjęcia, to zgoła odm ienna stylistyka
J?zyka plastycznego, wyzwanie rzucone spraw ności a p a ratu fotograficznego.
Już w 1958 roku, w G alerie Iris C lent, Yves Klein prezentow ał w ystawę Pustka. Rzeczywiście
Pusta galeria była w ypełniona — jego zdaniem — stanam i niem aterialnej wrażliwości m alar­
skiej. Język wypowiedzi artystycznej zaproponow any przez Kleina nabiera szczególnego znaczenia w zw iązku z przedwczesną śmiercią artysty. P ustka i niem aterialność to kluczowe pojęcia,
które usiłow ał zobrazow ać Klein. Istotne znaczenie w jego przypadku m iała m istyczno-alchem iczna d o k try n a różokrzyżow ców , którą poznał w młodości. Sym bolem pustki był International
Klein Blue. W akcjach anthropometrie nagie m odelki funkcjonow ały ja k o „żywe pędzle” ,
Odbijając pom alow ane błękitną farbą ciało. Człowiek w przestrzeni to tytuł jednodniow ej gazety
Wydanej przez artystę, która zaw ierała jego zdjęcie w m omencie w ykonyw ania skoku w pustkę.
Artysta i jego zachow anie w wybranej przestrzeni i czasie, ryzykowne dysponow anie własną
°sobą, to elem enty języka, jakim posłużył się tu Yves Klein.
Pytanie o pustkę jest znam iennym pytaniem sztuki najnowszej. Staw iał je Zbigniew W arpechowski w rozw ażaniach na tem at „nic” , a także Jan Berdyszak — tw orząc o b raz potencjalny.
Dla ruchu, noszącego nazwę fluxus, mniej ważnym staw ało się dzieło-obiekt, gdyż za istotny
ll*nano proces-akcję. Był to swoisty konglom erat muzyki, akcji, m alarstw a, teatru, baletu, poezji,
happeningu, filmu.... o zdecydow anie nieprofesjonalnej orientacji. Sztuka stała się spontaniczną
rozrywką, niczym w ażnym. U niew ażniono artystę-dem iurga. Akcję w spółtw orzyła publiczność,
^a spraw ą ruchu fluxus znaczenia nabrał event — zdarzenie. W tej formie wypowiedzi znaczenia
nabralo też wszystko to, co zwyczajne, podobnie jak w perform ance. Chęć zabaw y i wolna,
n|eograniczona w yobraźnia konkretyzow ała się w sw obodnej ekspresji, przeciw - j a k pisał
^ostell — krótkow zroczności kolekcjonerów i dyrektorów muzeów. Z ruchu flu xu s wywodzi się
t;ik dziś popularna sztuka poczty — mail art, w której każda form a przekazu wizualnego,
Połączonego z tekstem , jest dopuszczalna.
W arto też w spom nieć o muzyce, wywodzącej się z tego kręgu. N iekonw encjonalne w ykorzy­
stanie instrum entów muzycznych zaproponow ał John Cage w akcjach preparow ania fortepia­
nu. N. J. Paik prezentując utw óf Jeden — na skrzypce solo rozbił instrum ent o blat stołu,
w koncercie G. Brechta, który uważał, że nie m a żadnej różnicy pom iędzy teatrem , a ja k im k o l­
wiekgestem, nastąpiło w yelim inow anie instrum entów w ogóle: muzycy w chodzą, podają sobie
r?cc, pozdraw iają publiczność i... wychodzą. Kiedy kom pozytor i m uzykolog G yorgy Ligeti
Przesiedział czas przeznaczony na prelekcję pt. Przyszłość muzyki, nic wypow iadając ani jednego
125
PLA S T Y K A
słowa, gw ałtow na i hałaśliw a reakcja publiczności — krzyki, protesty — stw orzyła... utwór
muzyczny. L a rte e facile — sztuka jest łatw a — stwierdził G iuseppe Chiari.
Język sztuki lat siedem dziesiątych zanurza! sztukę w rzeczywistość tak, aby stała się samym
życiem. Rozwijał się „T e atr L ab o rato riu m ” Jerzego G rotow skiego, w którym możliwe było
dośw iadczanie teatru na zasadzie dośw iadczania życia. A kadem ia R uchu prezentow ała swoje
Lekcje bezpośrednio na ulicy. Pojawił się striking - bieganie nago w miejscach publicznych,
które, poza przekraczaniem barier kulturow ych, było sw oistą prezentacją ak tu . Z darzyło się też
coś jeszcze... W końcowej fazie performance ( Dziesięć antyprzykazań) Zbigniew W arpechowski
przebił sobie rękę. Cris Burden w akcji Strzał został zraniony w rękę przez przyjaciela, który
strzelił do niego. G ina Pane dok o n ała Krwawej wspinaczki po drabinie o ostrych szczeblach,
raniąc bose stopy i dłonie, a następnie w Action Psyche w ykonała na własnej twarzy m akijaż—
żyletką. Franęoise Pluchard nazw ała tego rodzaju zachow anie artystki odw ołaniem się do bólu.
ja k o system u kom unikow ania. N a tym jed n ak nic koniec. Bożena K ow alska i T hom as McEvelley w spom inają o pewnym Japończyku, który rzucił się z o kna wysokiego piętrow ca, aby sobą
nam alow ać ostatni obraz... N o cóż... W chaosie wszystkiego — w szystko jest chaosem,
a my nie jesteśm y tu po to, aby być, lecz po to, aby nas nie było...
S ztuka najnow sza jest sztuką w o ln ą o d p o k o r y w o b e c tr a d y c ji. Artyści wykorzystują
każdy rodzaj działania i każdy rodzaj tworzywa konkretyzujący myśl. U kładem odniesienia nie
jest kultura, lecz indyw idualne dośw iadczanie św iata. Kiedy z dziełem identyfikuje się odbiorca
- m ożna mówić o duchow ym porozum ieniu z artystą. T a identyfikacja nie jest jed n ak spraw ą
pow szechną i łatw ą. E kstrem alny język wypowiedzi artystycznych zaw iera p r o je k c ję — n ie ­
p r z e w id z ia n y c h p r z e z a u t o r ó w — s e n s ó w i z n a c z e ń . Zawiły, bardzo osobisty sens
wypowiedzi, często nie jest możliwy do odczytania bez au to k o m en tarza, m anifestu, czy innego
klucza. W cieniu znalazła się sztuka figur, w topiona w swoją opraw ę intelektualną. Artyści
budują m iędzytekstow e układy znaczeń, w których ważne jest wszystko: dzieło (lub działanie),
miejsce, czas ekspozycji, autokom entarz, m anifest tow arzyszący wystawie... i wszystko inne, co
arty sta uzna za ważne. Tw órczość w większości przypadków jest tw órczością „n a dziś” , „na
teraz” . Stąd w nowości tkwi przede wszystkim w artość sztuki najnowszej. Penetrując obszary
znaków w izualnych, posługuje się ona wszystkimi możliwymi środkam i, m ateriałam i, gestam i
artystycznym i, rezygnując św iadom ie z popisów biegłości technicznej w ykonania dzieła, formu­
łow ania konwencji estetycznych.
Dziś w sztuce możliwe jest w szystko i w szystko może się zdarzyć. Nie m a barier limitujących
sztukę. Próbie czasu jednakże, zarów no daw niej, ja k i dziś, opierały się te dzieła, których twórcy
odrzucali pokusy łatw izny i utrzym ywali własną tw órczość w bezwzględnej dyscyplinie niezależ'
nego myślenia. Prawo posługiw ania się niczym nie ograniczoną skalą środków dla p rzek azan ia
różnych postaw myślowych i idei artystycznych, w imię potrzeby odczuw ania własnej, niczym
nie skrępow anej w olności, przysługuje każdem u. Jednakże nieliczni jedynie artyści potrafi?
z owej nieograniczonej skali w ybrać te środki, które stanow ią o istocie ich dzieł i wynikaj?
z sensu ich przesłania.
Zygmunt Trześnio wskt
1
2
3
4
Antoni Moniuszko — Ciało sztuki. PWN. Warszawa 1985
Bożena Kowalska
Sztuka w poszukiwaniu mediów. Wiedza Powszechna, Warszawa 1985
Alicja Kępińska — Energia sztuki. Wiedza Powszechna, Warszawa 1990
Stefan Morawski — Na zakręcie. O d sztuki do po-sztuki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985
127
A R C H IT E K T U R A
Ewa Urbańska
PO BYD G O SZCZY
Nigdy nic potrafiłam oprzeć się pasji klasyfikow ania i ujm ow ania rzeczywistości wizualnej
w jasne kanony i form uły estetyczne i stylowe. Skłoniło mnie to do podjęcia próby opisu
Bydgoszczy, opisu o tyle kuriozalnego, że ograniczonego zaledwie do tw oru urbanistyczno-architektonicznego, bez zam ieszkujących go ludzi. Tw oru, który najbardziej przypom ina dzie­
ło sz tu k i.1 D rugim impulsem do działania była nostalgia za przem ijającą i niedocenioną urodą
wieżyczek, szczytów kam ienic, półkolum nad fasad. T ęsknota za nikom u niepotrzebnym prze­
pychem kartuszy, herbów w nadprożach, ażurow ych balkonów , kw iatów porastających elewa­
cje, czyli tym, co stanow i osnow ę, zew nętrzny w yraz architektury końca X IX i początku XX w.
D ziew iętnastow ieczne m iasto z w yraźnie wydzielonym centrum i jasn ą siatką ulic i placom
jest zakodow ane w naszej strukturze myślenia o mieście, jest bliskie i swojskie; zwłaszcza, gd>'
po praw ie stu latach rozw oju nowoczesnej aglom eracji miejskiej okazało się, że naukow o
zaprogram ow ane m iasta-satelity to tylko sypialnie.
Jednak wiek X IX w znacznym stopniu zmienił stru k tu rę m iasta.2 Zm ienione funkcje miasta
i rozwój kom unikacji przesunęły centrum życia miejskiego z zatłoczonych rynków ku ciągom
ulic. Miejsce kształtow anego od starożytności układu krzyżujących się lub otaczających rynek
ulic zajęły ulice-drogi prow adzące z i do m iasta, wzdłuż których rozw inięto reprezentacyjni
pierzeję rynku. O tw arcie — przelotow ość zajęły miejsce postśredniow iecznego zamknięcia
w m urach obronnych.
By zrozum ieć urodę m iasta przełom u X IX — X X w. trzeba pam iętać o innym od współ­
czesnego pojm ow aniu architektury; o ile dziś istotą architektury jest bryła, to wiek X I^
upatryw ał jej w ornam encie. D opiero aw angardy i tzw. arch itek tu ra inżynierska redukują roi?
dekoracji. Prawie do końca wieku ornam ent określa styl budowli; szczególnie tam , gdzie niewiele
m ożna „zdziałać” bryłą. U kładem przestrzennym operujem y w okół budowli w olno stojących
pałaców, św iątyń, willi, ale nie w mieście przemysłowym, gdzie dom inuje potrzeba maksy­
m alnego w ykorzystania miejsa. Z m usza ona do zestaw iania dom ów razem , ew entualnie pozo­
staw iając płace-rynki i podw órza-studnic.
P raktyka architektoniczna i w ym agania zam aw iających określają podstaw ow e cele: uży*
teczność budynku zw iązana z inżynierią i w yraz estetyczny zw iązany z dekoracją. Ten ostatn 1
m oże spełnić się zaledwie we w nętrzach i kształtując elewacje budynków . Dla właściciela
zew nętrzny kształt budowli (a więc i dekoracja) świadczy o jego bogactw ie i prestiżu, a nawet
guście.
Scjentystyczna cywilizacja X IX w., przyw iązując wielkie znaczenie do wynalazczości i uży'
teczności, święci trium fy w rozw oju m etod budow lanych, w ykorzystaniu nowych materiałów,
ale bardzo długo odnotow uje zastój w kształtow aniu nowej estetyki architektonicznej. W ty***
względzie jest to okres w spółistnienia różnych koncepcji w architekturze i największego rozdźwięku między nowoczesną technologią budow laną i silnie odw ołującym i się do w cześniejszych
epok form am i stylistycznymi. W tym czasie koegzystują naukow e założenia różnych styló'v
historycznych (neostylów), dążących do czystości form y; sw obodnie łączące odm ienne od s ie b ie
stylow o elem enty eklektyczne, i architektura m odernistyczna i secesyjna poszukująca własnych
środków w yrazu zarów no w ornam entacji ja k i kształcie budynku.
^
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
128
Podłoże teoretyczne architektury nie ogranicza się do postulatów naśladow ania sztuki
i architektury daw nej, czy destylow ania z niej nowych form , ale wchodzi także w zakres
„sym bolicznego” myślenia o budow li, do zagadnień „odpow iedniości” stylu (kategorie ustalone
od XVI w. i na now o rew idow ane w praktyce X IX — X X ), stylu i kostium u architektonicznego,
stylu narodow ego w architekturze. N a naukow ych zasadach ustala się, jak i m odus czy kostium
architektoniczny3 jest najbardziej nośny treściowo dla określonego typu budow li. N ajdalej
Posuniętym rozw iązaniem tego typu wydaje się architectureparlante („arch itek tu ra m ów iąca” ),
gdzie form y m ają sugerow ać i inform ow ać o przeznaczeniu b u d y n k u 3’.
N a ile wszystkie te nurty w okrojonej na skalę średniego m iasta form ie m ożna znaleźć
Bydgoszczy (nie dajm y się ponieść m egalom anii, m im o intensyw nego rozwoju nasz „M ały
Berlin” , Klein Berlin, w idziany z pozycji Paryża, Berlina to drobiazg!)?
W ykraczając poza etap myślenia pt. „Jakie to brzydkie m iasto!” nagm innie posługujem y
się term inam i neogotyk i secesja dla określenia dw u podstaw ow ych kierunków , uchw ytnych
w bydgoskiej architekturze X IX — XX w. Czy wszystko jest secesją i neogotykicm ? Szczególnie
jeśli nie zawężymy badań do okresu 1890— 1915, a rozszerzymy go o niektóre obiekty z lat
70. i 80. X IX w. T ru d n o oddzielić od siebie i jasno sklasyfikow ać style historyczne i cklektyzmy.
Nawet secesja nie jest jednorodna; obok tej posługującej się w zarysach wykuszy, otw orów
drzwiowych i okiennych oraz dekoracji linią krzywą secesji nazywanej w Polsce „łó d zk ą” ,
mamy także secesję „prostoliniow ą” , berlińską, posługującą się zw ielokrotnionym i zgeomet ryzowanym ornam entem linearnym i dekoracją roślinną o mniej giętkich liniach. Niekiedy
w dekoracji tej architektury pojaw iają się m otyw y o rodow odzie historycznym : porządki
architektoniczne, ak an ty , rocaille, rozeta, odpow iednio przestylizow ane i uproszczone. Now e
technologie i odm ienna od renesansow ej czy barokow ej estetyka wymogły na eklektyzm ie
1 neostylach uproszczenie detalu, zaś historyczne podejście do przeszłości narzuciło puryzm
w w ykorzystaniu elem entów określonego stylu. N eogotyk, neorenesans i neobarok w ybierają
z bogatego instrum entarium stylowego niektóre motywy i łączą je w spójną całość. Eklektyzm
dokonuje tego łącząc uznane za najpiękniejsze i najbardziej nośne cechy stylu wielu epok.
K arierę robi pojęcie kostium u architektonicznego, szczególnie w naw iązaniu do XV I- X V II■wiecznej architektury francuskiej czy m anieryzm u północnego.
T am , gdzie w ym agano architektury reprezentacyjnej, niezależnie czy m am y do czynienia
2 kam ienicą, willą czy budynkiem użyteczności publicznej, chętnie odw oływ ano się do o rn a ­
mentyki najbardziej dekoracyjnej, ja k ą zapew niały form y eklektyczne, naw iązujące do renesansu i baroku, a nawet rokoka, niekiedy dając prym at form om klasycznym . W latach 90.
dom inuje w dekoracji i form ach wielkich kam ienic czynszowych i willi miejskich stylistyka
secesyjna, zastępująca dotąd stosow ane formy muszli, ak an tó w i herm m otyw am i linearnym i
1roślinnymi o rodzim ej proweniencji, czy stylizow anym i postaciam i ludzkim i. K ierując się tymi
kategoriam i, wiele budynków określanych ja k o secesyjne trzeba uznać za eklektyczne, co wcalc
°ie um niejsza ich wartości. Eklektyzm ja k o konw encja stylowa najbardziej odpow iadał randze
1Przeznaczeniu takich obiektów ja k hotel czy wielka kam ienica. W pływ miała także lokalizacja
budynku przy prestiżow ych, ważnych arteriach m iasta, takich jak ul. G d ań sk a, czy dzisiejsze
Aleje Mickiewicza (tu należy zwrócić uwagę na odm ienny typ zabudow y, jakim było budow nietwo willowe). Część dużych kom pleksów architektonicznych, np. zabudow ania A kadem ii M u ­
zycznej i pom niejsze budynki szkolne, odw oływ ała się w form ie bryły i dekoracji do motywów
barokow ych i rokokow ych, głównie naśladując założenia pałacowe, lecz uproszczone i oczysz­
czone we współczesnym duchu. Niekiedy dekorację rokokow o-barokow ą tru d n o oddzielić od
form secesyjnych, bo przenikają się one naw zajem , np. gm achy szkól: IV Liceum O gólnokształ­
cące i Technikum Kolejowe.
W ychodząc z założenia, że o architekturze secesyjnej m ów ią wszyscy historycy sztuki
w mieście, postaram się pozostaw ić to zagadnienie na uboczu niniejszych uwag, w ypunktow ując
mne zjaw iska architektoniczne uchw ytne w m aterialnej substancji budow lanej w Bydgoszczy.
W
129
A R C H IT E K T U R A
Rów nie złożonym zagadnieniem ja k secesja i m odernizm jest problem neogotyku, uznaw a­
nego w tym czasie nie tylko przez Niem ców za styl narodow y (porów naj pojęcie gotyku
nadw iślańskiego w K rólestw ie Polskim ), w form ach także naw iązujący do gotyku ceglanego.
N a zagadnienie um ow nego neogotyku w Bydgoszczy składa się kilka pomniejszych zjawisk
stylu narodow ego, z jednej strony rzeczywiście gotyku ceglanego, ale także takich neostylów
ja k postulow ane przez K. Schinkla form y Rundbogenstilu (stylu krągłołukow ego, odwołującego
się do architektury rom ańskiej i bizantyjskiej) i Spitzbogenstilu, czy tzw. stylu gdańskiego,
w którym przewijają się form y gotyckie i niderlandzkie, typowe dla renesansow o-barokow ej,
czy m anierystycznej zabudow y G dańska. N aw et obiekty, które skłonni jesteśm y uznać za
neogotyk: wzniesione z czerwonej cegły o sm ukłych wieżach i zam kniętych lukiem ostrym
otw orach okiennych znacznie różnią się od siebie. Inny w yraz estetyczny m ają praw ie „segmen­
tow e” form y przęseł kościołów ewangelickich wzniesionych w latach 10. XX w. (np. kościół
Jezuitów , czy kościół przy ul. W arszawskiej), niż form y mniejszych św iątyń wznoszonych na
obrzeżach m iasta (np. przy ul. Nakielskiej). G otyk w ydaw ał się stylem znakom itym zarówno
dla budow li sakralnych, ja k i szkół i urzędów. W tej zwartej grupie gotyckiej charakterystyce
w ym ykają się choćby kościół pw. P iotra i Paw ła, w większym stopniu naw iązujący do form
neorom ańskich i Rundbogenstilu (pow stały 1870— 74) i gm ach Liceum Ogólnokształcącego
nr I, w którym m ożna także doszukiw ać się elem entów postschinklow skich, między innymi
stylu greckiego4. W ybór form y architektonicznej przez zam aw iających nie zawsze był tak jed n o ­
wym iarow y, za przykład może posłużyć kościół pw. Serca Jezusa wzniesiony dla Niemców-katolików w stylu neobarokow ym , co znajdow ało uzasadnienie historyczne w niemieckiej
architekturze regionów katolickich — częściowo takich ja k Śląsk, Baw aria, A ustria.
W kategoriach stylu narodow ego z ostrożnością m ożna odczytyw ać form y naw iązujące do
m anieryzm u niderlandzkiego, w ystarczy wymienić takie obiekty jak: gm ach Dyrekcji Kolejo­
wej, zabudow ania przy ul. Staszica, gm ach Żeglugi Bydgoskiej, a naw et kilka kam ienic o manierystycznym kostium ie fasady. A sym ilacja tego kostium u architektonicznego ja k o narodo­
wego dokonyw ała się pośrednią d rogą poprzez naw iązanie do architektury G dań sk a (styl
gdański był uw ażany za narodow y zarów no przez Polaków ja k i Niemców).
W wielu budynkach eklektycznych w ykorzystano form y uproszczonego zdobnictw a manierystycznego o północnym pochodzeniu, np. ornam en t chrząstkow o-m ałżow inow y.
Z nacznie rzadziej spotykam y w Bydgoszczy przejawy kostium u francuskiego. Z aznacza się
on delikatnie w kilku willach miejskich i kam ienicach — użyciem w ysokich, m ansardow ych
dachów i charakterystycznym i ozdobnym i kratam i na kalenicach. Szczególny rys architekturze
mieszkalnej nadają narożne wieże, równie często naw iązujące do form średniowiecznych, jak
do baniastych form barokow ych, czy z lekka orientalnych. W architekturze willowej obok
dotąd wym ienionych tendencji naw iązuje się także do budow nictw a „szw ajcarskiego” , posłu­
gującego się elem entam i drew nianym i i konstrukcji ryglowej.
O sobny, ale istotny element architektonicznego kształtu m iasta stanow ią zabudow ania
przem ysłowe i w ojskowe, gdzie silnie zaznacza się wpływ użyteczności i „odpow iedniości’
stylu budow li na form ę. Stąd częste w architekturze m ilitarnej naw iązyw anie w kształcie budyn­
ków do „fortecy, tw ierdzy” , w ykorzystyw anie surowej stru k tu ry budow nictw a ceglanego, czy
stosow anie form uł Rund- i Spitzbogenstilu. Reminiscencje średniow iecznych m urów miejskich
m ożna odnaleźć w ogrodzeniach fabryk; za przykład niech posłuży kom pleks zabudow ań F O P
(dawniej Z akłady Blumwego), gdzie otaczający fabrykę m ur m a w yraźne cechy neogotyku.
budynek m ieszkalny (teraz biurow y) eklektyzm u o nalocie m anierystycznym , a dobudow ane
do niego pom ieszczenia biurow e cechuje konstrukcja ryglowa.
Z now oczesną architekturą m anierystyczną o uproszczonym detalu i silnych tendencjach
klasycyzujących m am y do czynienia w willowej zabudow ie Bielaw (okolice ul. Sielanka).
W niniejszym szkicu dotyczącym stylistyki architektury X IX — XX wieku zabrakło naj­
bardziej przyziem nego czynnika zw iązanego z rozwojem przem ysłu budow lanego, łącznie z wy­
tw órniam i detali architektonicznych. Prześledzenie produkcji, zwłaszcza tych ostatnich zakla-
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
130
dów, pozw oliłoby określić odpow iadający bydgoskim architektom , budow niczym i zam aw ia­
jącym typ budow nictw a i zdobnictw a. Porów nanie zw iązków między określonym i w ykonaw ca­
mi i projektantam i zapew ne pozw oliłoby wytłum aczyć podobieństw a zachodzące w stru k tu rze
1 ornam entyce wielu budynków .
K ończąc pisaną w ędrów kę po Bydgoszczy, w której pasje naukow e (jeśli o takich
mogę mówić) wzięły górę nad form ą literacką, ułatw iającą czytanie, zastanaw iam się, co
chciałam osiągnąć? Po co w ypunktow yw ałam m arginalne dla „nie zboczonego architek­
tonicznie” obserw atora zjawiska.
M am nadzieję, że udało mi się udow odnić, że pod zwałam i opadłych tynków i miej­
skiego kurzu kryje się ciekawa, różnorodna niedzisiejsza sztuka. Oczywiście, o ile upie­
ram y się włączać w zakres sztuki także architekturę.
Ewa Urbańska
' Miasto wyzwolone tutaj ze swych funkcji politycznych, gospodarczych, społecznych traktuję jako określony zespól
c«ch tworzących dzieło sztuki, przynajmniej cech formalnych czy artystycznych. W odniesieniu do sztuki byłyby to kształt,
linia, plama, kompozycja etc.; do architektury: bryła, konstrukcja, dekoracja.
2 Być może należałoby scharakteryzować tu pokrótce formy miasta od starożytności, przez obóz rzymski, miasto
średniowieczne i koncepcję idealnego miasta epoki renesansu. Z braku miejsca odsyłam czytelników do książek zajmujących się terminologią architektury np. N. Pevsner Historia architektury europejskiej w zarysie, czy do Encyklopedii
arcl>itektury.
3 Kostium architektoniczny
termin stosowany w odniesieniu do architektury XIX w., określający zdobnictwo
budowli, w którym przejmuje się tylko „zewnętrzne" cechy jakiegoś stylu z przeszłości (np. architecture parlante).
Najczęściej stosowany w zestawieniu kostium francuski w architekturze. Por. artykuły I . S. Jaroszewskiego poświęcone
architekturze XIX w.
4 Styl grecki
nazwa stworzona przez Karla Schinkla dla typu konstrukcji i dekoracji budownictwa ceglanego,
głównie kamienic. Do cech charakterystycznych należy zastosowanie ceramicznych kształtek jako elementów dekoracyj­
nych — oprawy okien, dekoracyjne fryzy. W motywach ornamentalnych odwoływał się do instrum entarium klasycznego
~~ akanty, jońskic fryzy i gzymsy etc.
131
A R C H IT E K T U R A
Maciej Obremski
Spacery po Bydgoszczy
DANIKENOWSKA SECESJA
Należąc do tej znacznej części naszego społeczeń­
stwa, posiadającej nieprzepartą skłonność do jubi­
leuszy, spróbuję dołożyć jeszcze jeden. Gdzieś lani
równo sto lat temu, ok. 1894 r.. nastąpił prawdziwy
wybuch artystyczny. Wystrzelił i rekordowo szybko
zawojował świat styl wiciu nazw: Art Nouveau (we
Francji), The Wavy Line (w Anglii), Si ile Florealc
(we Włoszech), JugendstiI (w Niemczech), czy SE­
CESJA (w Austrii i Polsce). Mimo dosyć poważ­
nych różnic środowiskowych, nad którymi ślęczą
historycy sztuki, wszędzie wspólną silą nowego stylu
był totalny bunt przeciwko dotychczasowej sztuce
(i nie tylko sztuce). Wszystko odtąd musiało być
nowe, świeże, niepowtarzalne, nieprozaicznc. arty­
styczne. Przy tak konstruowanym programie łatwo
było popaść w lon nieco pretensjonalny, w naddekoracyjność, czy wręcz w bufonadę
i to nieraz
się zdarzało.
Jednak za sprawą tych najlepszych, jak i tych
średnich też, powstały wartości niezwykle. Przede
wszystkim tam. gdzie najżywiej realizowała się idea
syntezy sztuk, jednorodności stylistycznej, nowych
źródeł inspiracyjnych. Architektura secesyjna (ta
dobra)jest właśnie takim przykładem burzenia przy­
zwyczajeń estetycznych, nawyków wprowadzanych
przez wieki w instynkt architektów.
Mam wrażenie, że tak zdecydowane zerwanie
z tradycją było główną przyczyną nierównomiernej
akceptacji rozwiązań secesyjnych. Tak naprawdę
pewne formy jeszcze dziś wywołują zdziwienie, brak
aprobaty, czy nawet oburzenie. Pamiętam, gdy przed
kilku laty, podczas dyskusji o bydgoskiej architek­
turze końca XIX i początku XX w., jeden z poważ­
nych dyskutantów szydził z altanki-z.wicńczenia ze
skądinąd ślicznej kamienicy przy PI. Teatralnym.
Generalnie, tej w pełni „desowskiej" nobilitacji
secesja doczekała się gdzieś w 70. latach. Wtedy
rozpoczęła się moda na secesyjne ramki do fotogra­
fii. świeczniki, krzesła, grzebienie, puzderka, luster­
ka, albumy, piece, łyżeczki, obrusy, makaty, sztuka­
terie, boazerie, lampy, witraże, zegary... Zaraz za
tym nastąpiła dosyć obrzydliwa tendencja s t y l i z a ­
cji na SECESJĘ. Każda nowa czy remontowana
kawiarnia, klub, restauracja zyskiwała „piękny •
secesyjny wystrój. Każda, lub niemal każda, sta­
ranniejsza książka posiadała przerywniki graficzne
żywcem wzięte ze starych nut. Plakaty im prezow e
w 70. i 80. latach to niemal pełny powrót secesjiOczywiście wszystko to było nieprawdziwe, nie­
świeże, nieszczere, liche.
Wśród zapoznanego popularnego arsenału śród'
ków architektonicznych i ornamentalnych secesjiz których udaje się wydzielić secesję berlińską od
wiedeńskiej, odeskiej czy ryskiej, zdarzają się także
kreacje fasad, wymykające się schematom, szczegół'
nie zasługujące na uwagę. Takimi „moimi” secesyj'
nymi kamienicami są ogromne budowle w północnej
części Al. Mickiewicza w Bydgoszczy. Wyliczając na
palcach wszystkie, tak dobrze znane, podręcznikowe
cechy secesji, jak linearna dekoracyjność, atektoniezność, asymetria, motywy roślinne itp., nagle stajemy
wobec kompozycji nijak nie pasujących do defin*'
cyjnych ram. To oczywiście jedna z cech prawdziwej
sztuki, lecz
z drugiej strony
może to wskazy'
wać na kolejne wątki secesyjne, które nadal pozo'
stają trochę nicodgadnione. nieopowiedziane.
Kamienice z Al. Mickiewicza w Bydgoszczy s‘szczególnie okazałe i, co warto tu zdradzić, projek'
towane z. myślą o własnych gustach architektaWłaścicielem i projektantem kamienicy pod nr I W*
J . Kem, a nr 3 - architekt
Lindcnburgcr. Jest10
ważne o tyle, że w takich przypadkach sw oboda
twórcza była zapewne większa, a i swoista w izy to "]
ka twórcza nie była bez znaczenia. Jednak mojeJ
uwagi nic zwróciła ani szczególna skala nictypoW*1
dla Bydgoszczy, ani szczególnie starannie opraeO'
wane detale i wyposażenie wnętrz, lecz. niezwyk*1pierwiastki inspiracyjne, „przebijające” w partia^1
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
ornamentalnych. Powszechnie wiadomo o roślin­
nych, orientalnych, a bywa że historycznych źród­
łach inspiracji dla scccsji, lecz wiele detali tych ka­
mienic (a przecież s;| dziełem różnych twórców)
natrętnie kojarzy się ze sztuk;* przcdkolumbijskiej
Ameryki Środkowej. Może trochę jak Erich von
Daniken, w tolteckich bogach ciągle dopatrujący s:7
kosmonautów w helmofonach. Ja natomiast w ma­
szkaronach flankujących portal kamienicy nr 3, czy
Pod balkonami nr I, a także w naświetlu wejścia
nr 7. czy portalu nr 9, dopatruję się olmcckich głów
z La Vcnta, czy słynnych meksykańskich figur z
1 uli. Nawet jeżeli nic takie były inspiracje, jeżeli
to objaw zmęczonej konserwatorskiej wyobraźni.
Jeżeli moje widzenie jest za bardzo skażone wzmian­
kowanym Danikenem. Jeżeli to jest nadinterpre­
tacja. to i tak świadczy na korzyść tych architektów
132
początku XX w., którzy w swoim buncie potrafili
tak skutecznie uciec od sztampy.
Ten jeden tylko, przecież drobny, wątek secesyj­
ny świadczy, jak bardzo słabo rozpoznana jest ar­
chitektura secesyjna naszych miast, a jeszcze mniej
znani są jej twórcy. O potrzebie rozpoczęcia syste­
matycznych badań w tej dziedzinie świadczyć może
średniej wielkości książeczka, którą przywiozłem
niegdyś z Rygi. Autor, J. A. Krastins („Der Jugcndstil in der rigaer Baukunst”), zbudował syntetycz­
ny katalog twórców i tendencji stylistycznych tego
okresu. My jeszcze takich książeczek nic mamy, to
zadanie jeszcze jest przed nami. Namawiam tylko,
by przystąpiono do niego jak najszybciej.
Maciej Obremski
134
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
POCZUCIE DALI
Z Andrzejem Szwalbe rozmawia Krystyna Starczak-Kozlowska
— Panie Dyrektorze, na naszych oczach rodzi się nowe, a Pan zam iast przyłożyć do w sp ó ł­
czesności swą wielką m iarę humanisty i pomóc nam dostrzec właściwe symptomy nowego — za­
głębia się w myślenie o przeszłości, rozwijając koncepcję Ostromecka jako Wilanowa Bydgoszczy— T ak, rodzi się nowe, ale na razie tru d n o zauważyć, z jakich trendów w spółczesności.
Szeroki jest w achlarz rozlicznych kierunków współczesnej myśli — ale czy ja k aś z nich m a oW
kam ień filozoficzny, który w szystko pozwoli zobaczyć w nowy sposób i zachwycić się praw dąW czesny nasz kapitalizm okazał się takim sam ym problem em , ja k poprzedni system. T am ten
utrzym yw ał, że m a panaceum na wszystko, ten jest bardziej szczery i ujaw nia, że nie rna
takow ego. Tym czasem ludziom potrzebny jest w ektor zasadniczy, m uszą chcieć do czegoś
dążyć, inaczej życie staje się nieciekawe — nie da się ono wypełnić tylko bieżącym zatro sk an iem
0 byt.
— A więc ucieka Pan w świat książek, filozoficznych refleksji, w przeszłość zaklętą w starej
architekturze...
— T ru d n o to tak określić, ale jeśli nie stać nas, by dostrzec coś radosnego w p r z y s z ło ś c i,
naturalnym odruchem sięga się do przeszłości, by w niej znaleźć w ypróbow any przez wiek'
p u n k t oparcia. Oczywiście ze św iadom ością, że nie jest to sposób na znalezienie się w teraźniej­
szości, a jedynie działanie ogrom nie pomocnicze.
— No więc oderwijmy się na chwilę od natrętnej współczesności i wybierzmy na wycieczkę
Ostromecka...
— Stajem y się coraz bardziej duchow o właścicielami O strom ecka. W ydaw ałoby się,
rom antyzm , który odcisnął na tym miejscu największe piętno, przeżył się nie tylko ja k o okres
w dziejach myśli i sztuki. Jeśli jednak będziemy rom antyzm odbierać ja k o postaw ę pełną in tu ic ji
1 dynam izm u w przeciwieństwie do em pirii, szkiełka i oka, jakie propagow ał klasycyzm — t0
m ożem y powiedzieć bez przesady, że naznaczył on swym piętnem dw a stulecia i w X X wieku
widzimy jego przejawy w różnych dziedzinach życia. D o jego najszczytniejszych przejaw o"
należy np. Pow stanie W arszaw skie ja k o reakcja na upodlenie, przem oc i zło faszyzmu...
— Wracając do Ostromecka: co uderzyło Pana szczególnie w tym zespole pałacowo-parkowyi1*— Jest to dla P om orza ważny obiekt zabytkow y, którem u rom antyczny park nadaje oblic#
ja k o całości. Poprzez ten kom pleks zieleni z połow y X IX wieku, powstałej na miejscu ogród0
barokow ego, zdom inow any został krajobraz O strom ecka od owego czasu, aż po dzień dzisiej'
szy. Oczywiście akcent rom antyczny jest tu zjawiskiem w ielowarstwowym . S tary pałac —' 10
klasycyzm, now y — neorenesans. Te dwie epoki w spółgrają ze sobą. W okresie rom antyzm 11
narodził się język rom antyczny, specjalny sposób w yrażania zjawisk. W idać to szczególnie uf
przykładzie Szopena, który wyszedł z klasycyzmu jeśli idzie o form ę — jest on a „żelazna •
w szechw ładna. O na to spraw ia, że duch rom antyczny nie staje się am orficzny. W przypadkl|
O strom ecka m am y podobne zjawisko: szkoła klasycyzmu przyniosła doskonałą dyscy p lin '
artystyczną. Pałac nie jest zaplanow any w edług jakiegoś poryw u
prezentuje świetny w arsz^ 1
tw órczy, podporządkow any zwartej dyscyplinie artystycznej. D oskonale z parkiem rom antycZ"
nym harm onizuje neogotyckie m auzoleum .
— Te właściwości pałacu i jego otoczenia sprawiły, że postanowił Pan wykreować „Ronią"
tyczność” właśnie w Ostromeeku?
— D o udziału w przedsięwzięciu, jesienią 1988 ro k u zaproszone zostało grono tw órco'1"
którzy przeważnie ju ż w spółpracow ali z filharm onią przy tw orzeniu galerii po rtretu kompoz)'
A RC H IT E K T U R A
135
torskiego. Wszyscy w izytowali park w O strom ecku, po czym przystąpili d o pracy twórczej.
Bronisław C hrom y dał Fortepian Chopina, rzeźbę, k tó ra z jednej strony odw ołuje się do
znanego wiersza C ypriana K am ila N orw ida, z drugiej — do słynnego w swoim czasie p lakatu
Tadeusza T repkow skiego, szukającego sym bolu muzyki chopinow skiej w wierzbach przydroż­
nych. Stanisław R adw ański z G d ańska, przez szereg lat twórczych pozostający w ko n tak tach
z filharm onią i O strom eckiem — zaznaczył swą obecność w om aw ianym cyklu kilkom a m o n u ­
mentami. Jego dziełem jest głowa C hopina z salonu koncertow ego na parterze i posąg M ic­
kiewicza ja k o utrudzonego życiem pielgrzyma z kosturem w ręku, eksponow any w blibliotece
Pierwszego piętra. W stylu klasycznym , rozm yślnie potrakto w an e ja k o fragm enty architektury
westybulu są postacie w stiuku Aliny i Balladyny, inspirow ane tragedią Słowackiego. S tan i­
sław Słonina dem onstruje swój w arsztat Promethidionem w edług poem atu N orw ida, z tym
ze w tej niesłychanie zwartej i jednocześnie w ielowątkowej m etaforze m it prom etejski zrasta się
w jedno z m item Ikara. Warszawianka G ustaw a Żem ły to zwykła dziew czyna, k tó ra zgiw czasie Pow stania, a we w spom nieniu późniejszego pokolenia łączy się z postacią z grec­
kiej tragedii, w czym zaw iera się bezpośrednia aluzja do Nocy Listopadowej W yspiań­
skiego.
— Pragnie Pan w Ostromecku zrealizować ideę jedności sztuk, ich wzajemnego przenikania się?
— W zamyśle m oim jaw i się O strom ecko ja k o siedziba sztuk, placów ka hum anistyczna
najwyższego lotu, toteż uzupełnianie się poszczególnych dziedzin sztuki, ich wzajem ne związki
nabierają szczególnej rangi. W rokokow ą i neorenesansow ą architekturę wprow adziliśm y nic
W ko współczesne i nieco dawniejsze m alarstw o oraz rzeźbę — jest tu miejsce na muzykę,
Poezję, a również teatr, który z natury rzeczy jest syntezą sztuk. M a to prow adzić do w zajem ne­
go „ośw ietlania się sztuk” , ja k mawiali rom antycy, którzy wszystkie je widzieli ja k o jed n ą wielką
sferę piękna, różnym i m ów iącą językam i. T rzeba tu uczynić zastrzeżenie: rom antyzm sam
w sobie nie staw iał piękna na najwyższym piedestale, a raczej takie w artości, ja k w olność, miłość.
Piękno m a się tu realizow ać, nie ja k w klasycyzmie, na zasadzie pewnej w yodrębnionej nici
twórczości, lecz niejako przy okazji, ja k o pochodna wielkich zm agań o w olność i godność
ezłowieczą.
— Co z romantycznego ideału piękna dostrzega Pan w parku ostromeckim?
— Zieleń arcybogata, ju ż konserw ow ana, zaczyna ożywać! Jak pięknie i zgodnie z m odą
r°m antyczną rozw iązana! Pam iętajm y, że park barokow y objaw iał się przybyszowi w całej
swojej krasie siecią subtelnych alejek, regularnych, obsadzonych przystrzyżonym i drzewami.
Przeciwnie park rom antyczny ew oluuje do myślenia o nieskończoności. N ie ujaw nia zbyt
Pospiesznie swych tajem nic, wciąż pragnie zaskoczyć nas czymś nieznanym . Wężowe zakręty
alejek tyleż odsłaniają, co i zakryw ają. Jest to skryty apel do przybysza, by w ędrow ać. T o park
Perypatetyków. N am aw ia też do kontem placji, ale w ruchu, nie w dużych grupach, lecz sa­
motnie. W p arku rom antycznym pierw iastek krajobrazow y dosięgnął szczytu.
— Park ostromecki powstał z krajobrazów lasów nadwiślańskich.
— W łaśnie. P rojektant włączył rozległe połacie lasu, polany, niewielkie tylko czyniąc ingerencje. D odał egzotyczne drzew a, uzyskał roztopienie się bez reszty p ark u w krajobrazie,
którego granicę stanow i Wisła. Po lekturze D ym itra Lichaczowa Poezja ogrodów właśnie
^ obecności Wisły widzę czynnik konstytuujący park. Rom antyczny park wym aga, ja k rzekłem,
U° swego zaistnienia ruchu, zm ienności, a któż lepiej wnosi te w artości od Wisły, k tó ra tu
b a ś n ie pięknym przełom em płynie. I to poczucie dali, niezmierzonej odległości, wym aganej od
Wielkich założeń rom antycznych, osiągam y przede wszystkim za spraw ą Wisły. Te wiślańskie
skarpy — dw a brzegi wyniosłe, zwieńczone lasem mieszanym, który biegnie po sam G dańsk
są strefą krajobrazu chronionego. Poprzez inkorporow anie do pierw otnego ogrodu całej
P’erzei leśnej, znakom icie wpisującej się w ten krajobraz, stan ą się te tereny przedm iotem troski
1szczególnej ochrony — nie zagrozi niebezpieczeństwo wycinania.
— Z biegiem czasu stanowić będą rozległy park krajobrazowy...
— Z pewnością. Dzięki W iśle pojaw ia się też pew na k arta narodow ej historii, k tó ra pow in­
136
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
na dotrzeć do św iadom ości bydgoszczan. Tymczasem pom im o zbliżenia przez F o rd o n do Wisły
Bydgoszcz pozostała grodem nad Brdą. I właśnie poprzez O strom ecko Bydgoszcz ujrzy swą
Wisłę, przebudzi się nad nią, otw orzy na nią ja k W arszaw a, T oruń, Płock. Byłoby to związane
z całą poetyką narodow ych przeżyć i tradycji, zaklętych w tej rzece. Oczywiście Wisła i tak kiedyś
weszłaby w symbiozę z Bydgoszczą, ale ja k a byłaby jakość tego wejścia? Jeżdżono kiedyś przecież
do F ord o n u na obiady i spacery, przejażdżki łódką po Wiśle... Ale takie wejście nie daje napięcia
intelektualnego, jakie wielka rzeka wnosi w organizm m iasta, gdy posiada w łasną hipostazę,
któ ra egzystuje w um ysłach ludzkich. D la w arszaw ianina Wisła jest nie tyle zbiornikiem wod­
nym. co żywą postacią, spow itą we mgłę m itów i legend. Żeby tak Bydgoszcz swoją Wisłę zaczęła
widzieć, a przestała w niej dostrzegać tylko „ciek w odny” . Tego bez udziału poetów , m alarzy nie
dośw iadczym y. T rzeba więc rzucić zaproszenie w stronę artystów : przybywajcie do O strom ecka.
twórzcie pejzaże, wiersze... T o jest program na lata następne.
— Jak wygląda Ostromecko dziś, Anno Domini 1994?
Dzieje się tam wiele nowego. D yr. E leonora H arendarska otrzym ała z U rzędu W ojew ó­
dzkiego odpow iednie fundusze i park jest leczony, kultyw ow any, m a szansę być uratowany,
rozwinięty, przeżyć swój renesans. S tary p a ła c to, ja k w iadom o, galeria w nętrz zabytkow ychm alarstw a, rzeźby, m uzeum historycznych fortepianów
jednym słowem zalążek ośrodka
kultury narodow ej. Również nowy pałac leży w zasięgu osobistych zainteresow ań F ilharm onii
Pom orskiej. T u, z inicjatywy dyr. Wydz. K ultury UW , Elżbiety Czerskiej, umieszczone zostało
podyplom ow e studium plastyczne, organizow ane przez artystów plastyków : A ndrzeja Nowac­
kiego i Janusza H etm ana. A by w pełni w ykorzystać to w spaniałe miejsce, w arto stworzyć W
także m uzeum szlachty pom orskiej i chłopstw a pom orskiego. W zbogacilibyśmy w ten s p o s ó b
swą wiedzę o Pom orzu - ujrzelibyśmy ubiegłowieczne w spólnoty m enonitów , o których pis11*
G u n ter G rass w swym Blaszanym Bębenku, a jakie dotrw ały do czasów obecnych. O bok,
w polu naszego widzenia, pojawiliby się autentyczni Holendrzy i hugenoci, którzy m asowo p rzy
byli z Francji po N ocy św. B artłom ieja. Prócz tego A ustriacy, w ygnani z Salsburga, Szwajcarzy
ciągnący do Prus Książęcych i po drodze osiadający na Pom orzu. Dzieje tych przybyszów
10
białe plam y w historii Pom orza. A przecież żyły tu znakom ite polskie rodziny P rzepędow skicnT ucholków , D ziałyńskich, Czapskich. Spraw a w ym aga długich studiów nad życiem dw orow .
wsi, osad, konw entów , rozlicznych opactw i parafii. Poprzez pow ołanie m uzeum złożylibyśn')
hołd tej nie istniejącej już warstwie: szlachcic i chłopstwu pom orskiem u, którzy byli solą tej ziem1— W świetle przytoczonych wyżej argumentów widać wyraźnie, dlaczego przywiązuje I>;,n
taką wagę do restauracji Ostromecka, odnowienia parku — do idei przywrócenia życia c alem 11
obiektowi, którą przejęła teraz Filharmonia Pomorska.
- Zawsze będę akcentow ał wagę tradycji — inaczej może w m entalności narodu wytworzy0
się ja k aś pustka. R om antyzm , na którym się wychowałem, niejednokrotnie pchał P o lak ó w ku
decyzjom niepraktycznym , ale był mieczem narodow ej w yobraźni. I właśnie jeśli idzie o w yobra­
źnię jest dziś czas na wołanie na alarm . C hodzi mi o św iadom ość estetyczną s p o łe c z e ń s tw a Z atracim y ją, jeśli nic będziemy chronić takich enklaw rom antyzm u jak O strom ecko
podob­
nie ja k chronim y piękno katedr gotyckich, renesansow ych kolum n. O strom ecko, które n o ta­
bene, przez całe swoje dzieje było w rękach polskich (Ostrom eccy, D orpow scy, M o s t o w s O Schónbornow ie), a jedynie przez 60 la t władali nim Alvenslcbenowie, w końcu i tak m ocn°
spolszczeni. T en piękny kom pleks zabytkow y, otoczony rom antycznym parkiem
pow inie'1
zapładniać naszą w yobraźnię. Jeśli chcem y upraw iać rolę pod zasiew nowego, zachow ać trzeb'1
najszlachetniejsze upraw y, z których nowe może dopiero w yrosnąć.
— Pan ma zawsze to poczucie dali... W czym dziś widzi Pan największe zagrożenie?
- W myśleniu wyłącznie biznesowym. Nie zaliczam go do myślenia nacechow anego refie'''
sją, um iłow aniem piękna. T o pragm atyczne myślenie nie może zastąpić sposobu p o z n a w a j1'
rzeczywistości, jaki niesie praw dziwa sztuka, um iłowanie tradycji. D latego z całą św ia d o m o ś c i
sięgam do przeszłości, skąd m ożna się wicie nauczyć, zwłaszcza gdy idzie o tak n iełat"'w realizacji, ale jedynie godną uwagi wizję Polski nie tylko bogatej w d obra m ate rialn e , a L
A R C H ITEK TU RA
137
widzącej, czerpiącej szczęście w tym życiu z myśli, refleksji, odczuw ania, podziw iania piękna
i m ądrości...
— Znowu doszliśmy do piękna. Można wiedzieć, czym dla Pana jest piękno?
T rudna spraw a. Jako zwykły jego p atrio ta, który starał się, by było go w naszym życiu ja k
najwięcej, a z kolei nie bardzo potrafił wyjaśnić, na czym ono polega, widzę je zarów no w owej
jasności, symetrii i skończoności kształtu klasycyzmu, ja k i w owym dionizyjskim duchu,
bliższym rom antyzm ow i. Nie m am jednolitej recepty. Jest to dla mnie niewątpliwie pierwiastek
boski, absolutny, pow odujący najczystsze, bezinteresow ne wzruszenie, przenoszący nas w wyż­
sze sfery myślenia i odczuw ania. Bałbym się bliżej określać piękno, do końca je wyjaśniać, aby
n>e było z nim tak, ja k z cudow ną zabaw ką nam daną, na któ rą nie w iadom o czyśmy zasłużyli:
gdy zaczniemy ją rozbierać, po pewnym czasie znajdujem y się w posiadaniu wielkiej ilości kółek,
sPrężynek — i czar pryska, m ożna powiedzieć, że jest ju ż po zabawie.
D odam tylko, że najbardziej odpow iada mi N orw idow skie przeświadczenie, iż dążenie do
P>ękna uw ikłane jest w podstaw ow e zm agania z przeznaczeniem , kosm osem i z Bogiem też. I że
°no sam o kształtem jest miłości.
— Może takie piękno miał na myśli Gogol, gdy mówił: „Nie powinniśmy zwracać uwagi na to,
Czy nasze słowa mają jakiś wpływ, czy nas ktoś słucha. Najważniejsze, że potrafimy pozostać wierni
Pięknu do końca naszych dni, pokochać je tak, by nie martwić się niczym, co się wokół nas dzieje...”
Ale jak zachować taką postawę w naszej zwichrowanej epoce?
M ożna i trzeba dziś widzieć w centrum zainteresow ań tę w olność, o k tó rą obecnie św iatu
n^jbardzicj chodzi, bo stał się tak liberalny. Ale m usi być ten prom ień wolności przełam any
Przez pryzm at natu ry etycznej. Z tego rodzi się Piękno.
Rozmawiała:
Krystyna Starczak-Kozlowska
138
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
VARIA
O książkach
CIAŁO SŁOWEM SIĘ STAŁO*
Rozmowa zaczyna się tak: dzięki ci boże. żeś
stworzył piękny prawdziwy i dobry... A więc kolejne
podziękowanie za piękno i doskonałość stworzone­
go świata? Nie, następne wersy nie potwierdzają
tego domysłu:
i inne przymiotniki w słowniku stów naszych
obok przypadkowy niepewny i nieprawdopodobny.
(Rozmowa będzie możliwa [ wiersz pierwszy / )
Wszystko jest więc sprawą słowa. Rozmowa bę­
dzie możliwa. Czy rozmowa będzie możliwa? Nie
wiadomo, bo w niebo spogląda się tu z dwuznaczną
nadzieją (Źródło), nic wiadomo, bo być może adre­
sat jest tylko pojęciem, tylko słowem:
między bobem a bojem
między bobrem a bólem
utknął bóg iv jednej sylabie
ojciec całej rodziny
bogiń bożnic bogdanów
bogumilów i bożyszcz
( Rozmowa będzie możliwa [ wiersz trzeci j )
bóg to jednak nie pożyczka
z perskiego
urósł samorzutnie
nie ma bowiem łączności
między Persją a Słowianami.
(Według Brucknera)
Rozmowa będzie możliwa to trzeci tomik w do­
robku Jerzego Jamiewicza (ur. 1958). Wydany zos­
tał przez łódzkie wydawnictwo „Biblioteka" przy
udziale finansowym łódzkiego oddziału Stowarzy­
szenia Pisarzy Polskich. Poprzednie dwa tomy poety
to Korytarze (1984) i Rzeczy oczywistość (1992).
Jarniewicz, wykładowca literatury angielskiej na
Uniwersytecie Łódzkim, jest też cenionym tłuma­
czem. Ogłosił między innymi wybór wierszy znane­
go poety brytyjskiego Craiga Raine’a w swym prze­
kładzie i opracowaniu. Wiele tłumaczeń, jak rów­
nież artykułów i recenzji, drukował na lamach cza­
sopism, jego nazwisko często pojawia się na przy­
kład w „Literaturze na Świecie”. Fascynację łódz­
kiego poety twórczością Anglosasów można niekie­
dy wyczuć w utworach Rozmowy. Co pewien czas
jakiś ton, układ słów, specyficzny gest poetycki, poza
przyjmowana nagle przez zdanie każe myśleć nie
tyle o wierszach jakiegoś konkretnego autora, ilc
o współczesnej poezji angielskiego obszaru języko­
wego w ogóle, niezależnie bd całego jej zróżnicowa­
nia. Poza tym jeden z zawartych w tomie tekstów,
mianowicie Słowo w klatce, związany jest tematycz­
nie z literaturą amerykańską:
tylko przedmiot choćby klatka
klatka jest metaforą pręty
chłodniejsze niż chłód porównań
ii’ przestrzennym ideogramie prorok
papużka kanarek dziwki iv obozie
których brakuje żołnierzom jemu
nie wolno pisać nie wolno się zabić
il miglior fabbro w klatce skutej
przez lepszego niż on kowacza
specjalistę w regimencie od wyzwoleń
tylko klatka aby żyć oszaleć musisz
to prezent dla literatury od wyrozumiałej
psychiatrii łączą je słowa książki konferencje
zabłocone buty żołnierza na warcie który
pieści karabin metalowy pręt metalowego
kutasa przedmiot przedmiot tylko przedmiot
pacjent pięć osiem jeden zero dwa
tłumaczy z chińskiego
Pacjentem tym jest oczywiście Ezra Pound, a
przywołane w wierszu sytuacje to uwięzienie poety
w obozie karnym armii amerykańskiej w pobliżu
Pizy, wydanie przez zespól psychiatrów orzeczeniastwierdzającego, że jest chory umysłowo, które ura­
towało go przed procesem o zdradę i zapewne suro­
wym wyrokiem i osadzenie go na kilkanaście la*
w zakładzie zamkniętym dla chorych psychiczni
przestępców.
139
V A RIA
Pound wykorzystał swoje doświadczenie z obo­
zu karnego w tomie Pieśni pizańskie. Zmienił je
w słowa. Wszystko zmienia się w słowa. Ciało uko­
chanej kobiety, nasze własne ciała. Historia. Tylko
słowa pozostają:
po dumnych Hetytach
nie pozostało nic
na ziemi jedynie ślad
>vjęzyku
pięć czy sześć słów.
(*** ,,po dumnych Hetytach")
Nic przypadkiem poezja Jarniewicza tak bardzo
osadzona jest w języku, bawi się z nim, zmaga się
z nim, wadzi się z nim, tak jak wadzi się z opatrzo­
nym piętnem zwątpienia Bogiem. Rozmowa będzie
możliwa, ponieważ istnieje język. To prawda, rze­
czywistość czasem go wyprzedza:
ulica wyprzedziła mowę.
stoję niemy przed straganem.
( Budować zacznę od owoców kiwi)
Niemniej jednak rozmowa będzie możliwa, bo ta
rzeczywistość też zmienia się w język. Jak wszystko:
a ciało słowem się stało
i mieszkało między nami
( Rozmowa będzie możliwa [ wiersz trzeci])
Rozmowa będzie możliwa. Choćby rozmo­
wa z samym sobą...
Leszek Engelking
*
Jerzy Jarnicwicz, Rozmowa będzie możliwa. „Biblio­
teka” , Łódź 1993
„C Z Y M OŻE BYĆ COŚ WIĘCEJ DANE?” *
To bardzo pomysłowa liryka. Delikatna w sfe­
rze języka, delikatna w sferze fabularnej. Pozornie
0schla. Niekiedy nieco kokieteryjna, innym znów ra­
zem przepełniona stanami niezwykłej wrażliwości,
■noże nawet nadwrażliwości.
Szlosarek stawia sobie pytania dotyczące sensu
Poezji, jej roli i znaczenia. Jest to zarazem autoana­
liza własnej twórczości. Stwierdza, że „u podstaw
Jego myślenia leżą pospolite przeżycia.” A poecie
Zaleca, by „pracował nad sobą” bo „praca czyni
■nistrza”, by „nie szukał w sobie żadnego wyjątku,
reguły, ani odstępstwa”, „nic powoływał się na gro­
by przodków”. Miast tego powinien „raczej hodo­
wać kwiaty, dokarmiać ptaki i patrzeć na ulice pełne
obcości, śladów i cieni”. Wiersz ten: Do poety?, ma
^ tytule znak zapytania, co niedwuznacznie zdaje
»ę sugerować rady, czy życzenia w stosunku do
każdego człowieka, nie tylko poety. Dla świata, życ>a, celu i sensu, roli i znaczenia zda się, że chciałby
stosować generalny postulat:
poszukaj w sobie tej strefy
pogodnej (...)
a co osiągnąć można w najprostszy sposób:
(...) trzeba tylko siebie
przemienić patrzeniem
(Opowieść)
Ceni jednostkowość i niepowtarzalność. Omijać
zdaje się symbole i reprezentatywności. Ale przecież
przez to samo odkrywa egzystencjalny wymiar losu,
a więc potwierdza jakby powszechność i uniwer­
salizm ludzkiego życia, jego doświadczeń, wzlotów
i upadków, pytań i kształtów odpowiedzi.
Jego wyobraźnia poetycka nic zatacza jakichś
nadmiernie szerokich kręgów. Nie jest też formą
eskapizmu (od rzeczywistości nic ucieka w żadnym
wypadku). Przeciwnie, wyczuwa jej najdelikatniej­
sze, najsubtelniejsze — chyba dlatego, że prywatne,
a zatem niepowtarzalne — drgnienia, chwile, zjawi­
ska. Może jak w wierszu Przedmowa, którego pod­
miot liryczny nic umie sobie odpowiedzieć: „skąd ta
rozbieżność się bierze 11 że myśl oddziela od dzieła 11
galaktyka (...)” i retorycznie pyta:
czemu autor za pióro chwyta,
zamiast chłonąć w siebie
to, co jest nadmiarem,
chwilą, błyskiem?
czemu skleja ze sobą samodzielne
słowa, chcąc utrwalić finezję
żurawia, gibką kruchość irysu,
zmierzchu freski?
Autor Wierszy różnych dysponuje specyficznym
darem obrazowania poetyckiego. W prostym, zwy­
czajnym drzewie dostrzec umie kogoś, a nie tylko
coś, potrafi dojrzeć w nim równorzędnego, co naj­
mniej, partnera. Nie jest ono przy tym jedynie ele-
140
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
m cntem otoczenia, lecz stanow i p rz e ja w p ię k n a .
I jeszcze więcej: naw et nie rośnie, a „jest” . K to wie,
czy w podo b n y do ludzkiego sposobu nie „podzi­
w ia” człow ieka, który „obserw uje je z b alk o n u ” ,
człowieka „siedzącego w fotelu", „jedzącego zupę” ,
„zastanaw iającego się” .
Szlosarek nie upraw ia - jak wielu, m oże nawet
nazbyt wiciu m łodych poetów
językow ych gier.
O piera się na klasycznym sposobie kształtow ania
m aterii słownej. Potrafi stw orzyć, i stw arza, całko­
wicie sam odzielny św iat poetycki. Z łatwością daje
się zauw ażyć w ysoka spraw ność „techniczna", w ar­
sztatow a m łodego poety. W yraźnie rysuje się tw ór­
cza indyw idualność. Rzeczywistość nic jest tu w yra­
żona przez pryzm at głosu jakiegoś pokolenia, gru­
py, itp. Jego wers odznacza się niezwyczajną płyn­
nością, fraza jest m elodyjna. Świadczyć to może
o wysokim stopniu opanow ania języka, o p anow a­
niu nad słowam i, o umiejętności poskram iania ich
m aterii. T o zaś z kolei, ja k mi się wydaje, m ożna
trak to w ać ja k o sw oistą próbę stabilizow ania, dąże­
nia d o porządku, czy wręcz chęci jego ustanaw iania.
Nie jest m ieszkańcem wieży z kości słoniowej.
Pisze w kontakcie z życiem. Bardzo szczegółowo.
Z w raca uwagę i zauw aża najm niejsze drobiazgi.
Swych postrzeżeń i obserwacji nic stara się m asko­
wać, zacierać, przesadnie m etaforyzow ać. Intere­
suje go człowiek, pojedynczy byt, którego stawia
przed zbiorow ością. Przed ideologiam i i m odam i.
W oli błąkać się po obszarach konkretnych sytuacji.
Nie wędruje po Świecie by szukać w nim, by znajdo­
wać w innych m iejscach jakichś nam iastek czegoś,
ale po to, by przede wszystkim zyskać poznanie.
A ono przybliżyć m oże, choćby o znikom ą cząstecz­
kę, d o praw dy.
Poeta nie ukryw a własnej osobow ości, w łasne­
go „ ja ” . Przedstaw ia swoje życic, czyli pokazuje
praw dę. A to w liryce m om ent najważniejszy. Rzecz
godna najwyższego podziw u, ja k o że poeta lam jest
wielki, gdzie mówić potrafi praw dziw ie o sobie,
swoim Świecie, swoich własnych m yślach, przeży­
ciach, diagnozach.
Poeta odciska po prostu swój ślad na ziemi,
w swoim czasie, dośw iadczeniu, bólu i radości swo­
ich nocy i swoich dni.
ja k pradawne odciski roślin ir kamieniu,
odciski palców
Z a sw oistego rodzaju poetyckie Credo można
by uznać wiersz Wyznanie. Jego podm iot liryczny
mówi w yraźnie, w prost i bez ogródek, że:
bardziej przemawia do mnie jasność
równina i zranione zwierzę
By następnie z naiw ną w prost szczerością przyznać.
jestem prosty nie potrzebuję zadumy poety
lubię raczej spokój cmentarzy światła miast
Z daje się przy tym w skazywać na istotne źródła swej
postawy. T ak jak rolnik „nigdy nie przeklina słońca
i ziem i", tak poeta nic powinien chyba przeklinać
języka, dow olnie gm atw ać go i wikłać, nie może
o b rażać się na czytelnika, że nic zawsze go rozum ie,
bo przecież bez języka i bez tych, którzy wiersze
czytają, nie będzie poety.
Świat wierszy A rtu ra Szlosarka spraw ia w raże­
nie bardzo przem yślanego i głębokiego w swej pr0‘
stocie system u filozoficznego, czy raczej p oetycko-filozoficznego. Cecha ta dość zdecydow anie odró­
żnia go od wielu rówieśników. Nie narzeka na nędz­
ny czas, nie rozdziera szat nad m arnością tego świa­
ta. nic epatuje wulgaryzm em języka, nic pokazuje
w ybitego „za w olność” zęba. O n po prostu żyje
w swoim tu i teraz, ciekaw św iata, ciekaw żyda»
siebie ciekaw.
Jan Wolski
*
Artuk Szlosarek, Wiersze różne, Oficyna Literacka
Kraków 1993.
VARIA
141
AMERICAN DREAM
Człowiek, klóry uosabia American dream, am e­
rykański sen czy am erykański m it, nazywa się Los.
Przyszedł bowiem na św iat za spraw ą losu. M atka,
kobieta urodziw a, lecz słaba na umyśle, zm arła mu
Przy porodzie; ojciec pozostał na zawsze nieznany.
N ow orodkiem sierotą zajął się S tary Człow iek, k tó ­
ry udzielił m u schronienia w swoim dom u i przygo­
tował d o życia o tyle, o ile uznał to za możliwe
1 potrzebne w przypadku chłopca o trw ale uszko­
dzonym m ózgu. O n to właśnie ochrzcił go m ianem
Los. I wyjaśnił m u, że „niektóre dzieci uczą się czy­
tać i pisać, ale on, Los. nigdy nic posiądzie tej um ie­
jętności. Nigdy nic zdoła pojąć wszystkiego, o czym
inni rozm aw iają lub co do niego m ówią. Będzie
pracow ał w ogrodzie, d bał o kwiaty, traw y i drzew a,
które rosną tam w spokoju. Będzie taki jak one:
cichy, pogodny w słońcu, ociężały w deszczu.”
I tak się stało. Los, dorósłszy, wyuczył się o gro­
dnictwa od starego ogrodnika, po czym przejął jego
funkcję. W krótce posiadł wszystkie tajniki sztuki
ogrodniczej. Życic jego zaczęło upływać pom iędzy
Pokojem, w którym m ieszkał sam . oddając się w k a ­
żdej wolnej chwili oglądaniu telewizji, a ogrodem ,
gdzie podlew ał kwiaty, przycinał krzewy i gałązki,
kosił trawę... Nic widywał nikogo poza Starym Czło­
wiekiem i G ru b ą Pokojów ką; nic bywał nigdzie;
nawet na krok nie oddalał się od dom u i ogrodu.
Był rzeczywiście cichy, pogodny w słońcu, ociężały
w deszczu. Po prostu był... Innych ludzi zna! wyłą­
cznie z telewizji. Więcej, siebie poznaw ał dzięki te­
lewizji. W końcu doszło do tego, że „w topił się
W e kran. Niczym prom ień słońca, podm uch świeże­
go pow ietrza czy lekki deszczyk, św iat spoza ogrodu
przeniknął Losa i Los, niby o b raz telewizyjny, wy­
płynął w św iat, niesiony siłą, której nic znał i nic
widział” .
N astąpiło to dzień po śmierci Starego Człow ie­
kieś zrządzenie losu przyjdzie mu znow u w sukurs,
poniew aż absolutnie nic m iał d okąd iść, nic posia­
dał żadnych dokum entów , żadnych pieniędzy, żad ­
nych znajom ych czy przyjaciół, na których m ógłby
liczyć. Nic miał nic poza nazwiskiem: Los.
I rzeczywiście, z pom ocą przyszedł m u... w ypa­
dek. Ledwo znalazł się na ulicy, jak iś elegancki sa­
m ochód, ruszający z m iejsca, przygniótł m u nogę,
a wtedy elegancki czarny szofer i elegancka biała
pasażerka skoczyli, aby ratow ać m dlejącego.
W chwilę potem Los m iał już. nowy dom i n o ­
wych opiekunów : p o ten tata przem ysłowego R an ­
da, osiemdziesięcioletniego starca, klóry dogorywał,
i jego żonę EE, m łodą, piękną i spragnioną miłości.
Dzień później byl najpopularniejszym człowiekiem
Stanów Z jednoczonych: prezydent w swoich p ro ­
gnozach politycznych pow oływ ał się na jego opi­
nie, a m b a sa d o r Z w iązku R adzieckiego cytow ał jego
ka. Los, o którym w dokum entach zm arłego nic
znaleziono najm niejszej w zm ianki, jak b y nigdy nic
istniał, m usiał opuścić dom . N a k az a n o m u, m ocą
praw a, spakow ać osobiste rzeczy i wynieść się bez­
doszli do w niosku, że brak przeszłości to w spaniały
plus k andydata na szefa korporacji, gdyż to, co
wlecze się za nam i, to balast, klóry niepotrzebnie
obciąża, bagno, które niebezpiecznie wciąga. N aw et
hom oseksualista, który zapałał afektem d o Rossa
0 ’G rodnicka, wyjaśnił sobie jego bierność jak o
objaw szczególnie podniecającej perwersji... Sło­
wem, każdy, kto m iał do czynienia z Czystą K artą,
zapisyw ał na niej swoje projekcje.
zwłocznie.
N ic sprzr:iw ił się. W łożył d o walizki ubrania,
które otrzym ił od O piekuna, i po raz pierwszy od
urodzenia pr/ckroczyl p róg dom u, wyszedł na ulicę
i zatrzasnął Z'i sobą furtkę. T eraz oczekiw ał, że ja ­
m ądre m aksym y, wielcy finansiści postanow ili uczy­
nić go szefem swojej korporacji, um ierający m ultim iliardcr wyznaczył m u rolę opiekuna swej młodej
żony. m łoda żona już. w nim widziała oszałam iające­
go kochanka, a służby wywiadowcze ośm iu m o­
carstw dokonyw ały cudów , ażeby znaleźć coś, c o ­
kolwiek, czym by dało się wypełnić Czystą K artę.
Albowiem Los ogrodnik, czyli - w Świecie polityki
i biznesu
Ross O ’G rodnick
zyskał teraz m iano
Czystej K arty. Jakby właśnie się urodził. Jakby ni­
gdy przedtem nic istniał. Jakby nie m iał żadnej prze­
szłości. Służby wywiadowcze m ocarstw , po k a rk o ­
łom nych poszukiw aniach, uznały to za genialny
w prost efekt autokam uflażu. R oznam iętniona ta­
jem niczością przystojnego i m łodego gościa EE
przypisała m u wielki i tragiczny zaw ód sercowy,
który zam knął m u nic tylko usta. ale i serce, być
m oże po to, aby ona m ogła je otw orzyć. Finansiści
142
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
L os ogrodnik n atom iast, przerobiony na Rossa
O ’G ro d n ick a, byt sobą: Losem ogrodnikiem , ci­
chym , pogodnym w słońcu, ociężałym w deszczu.
ku. Ó w hym n pochw alny, ogłoszony w n a jz n a k o ­
mitszym piśmie am erykańskim , sprow okow ał wście­
kły atak na pisarza w „The Village Voice” w czerwcu
Z nał się tylko na ogrodnictw ie, rozum iał jedynie
1982 roku. A utorzy artykułu pt. „N ieczyste słowo
kw iaty, drzew a, traw ę. Był powściągliwy, bierny.
Jerzego K osińskiego” zarzucili pisarzow i z Polski,
który przybył do U SA w 1957 roku, niezn ajo m o ść
ję z y k a angielskiego, wysługiwanie się tłum aczam i
i redaktoram i, słowem, hochsztaplerstw o, szalb ier­
stw o, plagiatorstw o i co tylko się dało... Pow ażne
N ie p ojm ow ał ani w ząb tego, czego chcieli od niego
ludzie: EE, am basadorow ie, politycy, finansiści,
dziennikarze. Był słaby na um yśle, um iał tylko p a ­
trzeć i milczeć, naśladow ać zachow ania ludzi tele­
wizyjnych, no i odw oływ ać się, w razie pytań, d o
pism a am erykańskie wzięły a u to ra Gry w obronę,
swych dośw iadczeń ogrodowych. W yłącznie d o nich.
ale cień, który na niego rzucono, ju ż nie przestał
Z doskonałą p ro sto tą i szczerością, z ujm ującą na­
turalnością i bezpośredniością. Z tym wszystkim ,
co pozw alało innym rzutow ać swe sny, m arzenia
i obsesje n a czysty ekran jego um ysłu. N ik t, kto
go okalać, niczym p o n u ra, brzydka aura.
Było to w roku 1982, powieść Wystarczy hyc
pow stała dw anaście lat wcześniej, gdy pisarz był
u szczytu sławy i chwały, ale czyż nie objaśnia ona
posłuchał L osa ogrodnika, nie rozum iał go dosło­
w jakiś sposób przyszłej tragedii K osińskiego? Czy
wnie. K ażdy d o patryw ał się w jego ogrodniczych
m ądrościach głębokich i w yrafinow anych aluzji,
m etafor, przypowieści. G dy Los m ówił szczerze,
zgodnie z praw dą „nie um iem pisać” , „nie umiem
czytać” , „nie czytuję żadnych dzienników ” , ludzie
pojm ow ali to tak , ja k chcieli pojm ow ać, ale nigdy
w prost i zgodnie z intencją rozm ów cy. D latego Los
ogrodnik stał się — za spraw ą przew rotnego losu
— Rossem 0 ’G rodnickiem . Czyli nie sobą, „ci­
chym , pogodnym w słońcu, ociężałym w deszczu” ,
lecz kim ś innym — K a rtą zagryzm oloną cudzymi
kulfonam i, E kranem zaśm ieconym cudzym i p ro ­
jekcjam i. G w iazdą w yniesioną na sztuczny firm a­
nie w skazuje na jej głębsze m otyw y niż tylko brutal­
ne ataki i plugaw e insynuacje „T he Village Voice ?
Los ogrodnik, prostaczek w yrzucony z og ro d u ,
wyrw any z izolacji, poddał się Am eryce, św iatu, dal
się wkręcić w tę obłędną m achinę, dał się wessac
telewizji, ale
nie d o końca. Jego „niespraw ny
m ent przez w ypadkow ą jakichś obcych sił.
Kiedy się czyta tę błyskotliw ą opowieść o Losie
wym yślonym przez Jerzego K osińskiego, myśli się
0 autorze — jego oszałam iającej karierze w USA,
niesławie, której padł o fiarą, śmierci, k tó ra, być m o ­
że, była w ypadkow ą i owej kariery, i niesławy. Pi­
sarz ów, ja k wiemy, podbił A m erykę, a potem cały
św iat Malowanym ptakiem z roku 1964, zyskując
nie tylko uznanie krytyki literackiej, ale i m ilionów
czytelników . Pow tórzył swój sukces następną książ­
ką, pt. Kroki, i jeszcze następną, Wystarczy być.
1 to był koniec jego dobrej sławy pisarskiej. Później­
nym — i właśnie dlatego przegrał. Jego klęska przy­
szła do niego od wew nątrz, nie z zew nątrz. W nim
sam ym zalęgło się zw ątpienie, on uwierzył swoim
napastnikom z „T he Village Voice” bardziej niZ
sobie sam em u. „M iękka gleba chłopięcego mózguz którego w yrastają wszystkie myśli, uległa trwałe­
m u zniszczeniu” .
Być m oże nie powinien był em igrować.
sze powieści krytyka przyjm ow ała chłodno, a n a ­
wet negatyw nie, choć czytelnicy nadal je rozchw y­
tywali.
K lęska K osińskiego zaczęła się od artykułu B ar­
bary G elb w „N ew Y ork Tim esie” w lutym 1982 ro ­
umysł stanął tem u na przeszkodzie. O bronił się nicr o z u m ie n ie m . I upartym trw aniem przy ogrodzie,
ogrodnictw ie, m im o osaczenia. Jerzy Kosiński pod"
dal się Am eryce i św iatu, zrobił wszystko, czego od
niego żądano, naw et o statn ią książkę, P ustelnika
z 69 Ulicy, napisał, by dowieść, że jednak to on jest
autorem swoich dzieł - autorem angielskojęzycz­
Maria Jentys
Jerzy Kosiński: Wystarczy być. Przełożyła Julita Wr0'
niak. Posłowie Henryk Dasko. Wydawnictwo DA CAPOWarszawa 1993 ss. 191.
V A RIA
143
TAOISTA PU CHAO-TEK
Pu C hao-tck to oczywiście nasz stary przyjaciel,
Miś o B ardzo M ałym R ozum ku, rodem z Anglii,
kochany i uwielbiany przez wszystkie dzieci i wielu
dorosłych „jak dzieci” , uroczy i niezaw odny K ubuś
Puchatek. Przem ieniony w C hińczyka przez Benja­
mina HolTa, sinologa i taoistę.
Przem ieniony? Nic. Przeciwnie. O dkryły ja k o
z octem , zanurzają w niej pałce i sm akują płyn,
sym bolizujący Istotę Życia. Pierwszy z ludzi, K ung
Fu-tse, K onfucjusz, krzywi się: życie jest dlań kw a­
śne. D rugi, Budda, ma na tw arzy w yraz goryczy,
gdyż życie jest dla niego gorzkie. Za to trzeci m istrz,
Lao-tse, uśm iecha się spokojnie i pogodnie. O n je ­
den spośród trzech widzi harm onię w Świecie, mię­
Ucieleśnienie taoizm u, czyli jednej z głównych filo­
zofii W schodu — w kulturze Z achodu. Miś o Bar­
dzo M ałym R ozum ku, ale Bardzo W ielkiej M ąd ro ­
ści. W C hinach byłby W tajem niczonym . W E uropie
Jest zwykłym, poczciwym i dobrotliw ym zw ierza­
ł e m , od którego uczą się życia m ali, a bywa, że
1więksi, czytelnicy urzekających książek A lana Ale­
dzy niebem a ziem ią, przestrzega przed naruszaniem
tej harm onii, zaleca poddanie się naturalnem u p o ­
rządkow i rzeczy. C hoć sm ak octu jest przykry, taoista, pozostający w zgodzie z okolicznościam i życia,
po trail się nim delektować. C hoć życie bywa kwaśne
lub gorzkie dla tych, którzy go nic rozum ieją, to
w istocie jest słodkie, jeśli się je właściwie pojm uje
x a n d r a Milne.
Jeśli się pow szechnie twierdzi, że wszyscy Wielcy
Mistrzowie M ądrości przychodzą do nas ze W scho­
du. to Puchatek jest
według Benjam ina I loffa
^przeczeniem tej krzywdzącej dla nas tezy, jak o
i właściwie w ykorzystuje...
U m ożliw ia nam to M ądrość. Uniem ożliw ia
Inteligencja, czyli przeszkadzający umysł. W edług
prastarej księgi „T a o T e C hing": „M ądrzy nic są
uczeni, uczeni nie są m ądrzy” . Puchatek nie jest
Przemiłe wciclcnic M ądrości Z achodu. Jest też d o ­
wodem, że M ądrość W schodu i M ądrość Z achodu
|° jedno, to po prostu M ądrość. T ak a sam a po tej
1 Po tam tej stronie św iata.
Już w imieniu P uchatka, w pierwszej jego syla­
bie, tkwi zawiązek tao — czytam y na pierwszych
b ronach książki H offa. Chińskie słow o P'u znaczy
bowiem N icociosany Kloc, czyli n aturalny, prosty,
^Wykły, uczciwy. Drzewo rosnące w zagajniku, rzecz
"'sw ym naturalnym stanie. M iś Puchatek taki w ła­
śnie jest. I dlatego osi;jga to, czcgo chce. Jego cichy,
Prosty, refleksyjny um ysł-zw icrciadło pozw ala mu
Widzieć rzeczy, jakim i są, i docierać do wewnętrznej
datury.
uczony, przeciwnie, robi wrażenie przygłupa. gdy
m u każą nazwać tę czy tam tą rzecz. Za to nieza­
wodnie trafia w sedno rzeczy i zawsze znajduje to,
czego szuka; potrafi napraw dę pom óc tam , gdzie
inni tracą energię na pozorow anie pom ocy. R ozu­
mie, poniew aż m a B ardzo M ały R ozum ek, prze­
ciwnie niż K rólik, który nigdy nic nie rozum ie, p o ­
A to są ideały tao. Puchatek uosabia je w sposób
doskonały, ale — przy swoim Bardzo M ałym R o­
zumku — nic a nic o tym nie wic, jest po prostu P 'u,
^■eociosanym Klocem . Kiedy Benjam in H off, pisZąc swój taoistyczny kom entarz d o „K u b u sia Puch atka” , odw ołuje się do pom ocy M isia, len z d ra ­
dza zupełny brak zainteresow ania,nazw am i, uczonością, wiedzą. Za to chętnie służy rym ow ankam i,
W których zawiera się wszystko.
Dlatego a u to r kom entarza musi i jem u, NicocioSanem u Klocowi, objaśnić, co to jest tao. Czyni to
?-a pom ocą starego alegorycznego chińskiego m alo­
widła, w yobrażającego T rzy N auki Chin. Tc Trzy
^ a u k i to trzej ludzie, którzy stoją w okół kadzi
niew aż m a Rozum . Innym i słowy: M iś rozum ie,
poniew aż jest prosty. K rólik nic a nic nie pojm uje,
poniew aż nie jest prosty. M iś jest kochany dla swej
prostoty. K rólik budzi rozm aite uczucia, nic zawsze
najlepsze, z pow odu swej przem ądrzałości i zaro zu ­
m iałości. D la M isia życie jest radosne, poniew aż nic
go nie kom plikuje. Dla K rólika nic jest takie, p o ­
nieważ pełno w nim kom plikacji. Puchatek popeł­
nia wiele głupstw , które zawsze w ychodzą mu na
dobre. Królik nieustannie potrzebuje pom ocy M i­
sia. M ądrość naszego bohatera jest użytkow a. Inte­
ligencja K rólika, K łapouchego czy zwłaszcza Sowy
jest abstrakcyjna, a więc ograniczona i wobec ży­
cia bezradna. W yraziście charakteryzuje ją taoista
C huang-tse:
„Studzienna żaba nic m oże sobie w yobrazić oce­
anu ani też letni ow ad nie pojm ie lodu. Jak więc
naukow iec m oże zrozum ieć tao? Jest on ograniczo­
ny przez swą w łasną uczoność” .
M ózg, uczony umysł chętnie nadaje rzeczom
nazwy. T o wydaje m u się najważniejsze. Ale wobec
144
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
rzeczy ja k o takich jest bezsilny: nie zetnie drzew a,
nie zasadzi kw iatu. T o, co żywe, jest poza nim. On
nie m a pojęcia o C zym ś Więcej. C oś W ięcej to dzie­
dzina N ieociosancgo K loca, czyli naszego sym pa­
tycznego zw ierzaka, który najbardziej sobie ceni
dotykalne i konkretne m ale Conieco do zjedzenia.
Przez nie bowiem , przez Conieco, dociera do
W ewnętrznej N atu ry rzeczy. Nie umie powiedzieć,
czym ona jest. Potrafi ją objaśnić jedynie za pom ocą
dziecięcej rym ow anki:
„Entliczek Pentliczek, Entliczek Pak,
M ucha nie kica, a fruw a ptak.
Daj mi zagadkę, a ja powiem tak:
Entliczek Pentliczek, Entliczek P ak ...”
W pozornie bezsensownej wyliczance tkw ią p o d ­
staw ow e zasady tao: że Rzeczy Są T akie Jakie Są;
że m ają swoje miejsca i funkcje; że trzeba rozpoznać
ich naturę i właściwie je w ykorzystyw ać; że nie nale­
ży ich zm ieniać. T rzeba też uśw iadom ić sobie swoje
ograniczenia, nie przew alczać ich, ale umieć ze sła­
bości w ydobyw ać siłę. M ądry zna swoje ogranicze­
nia, a głupiec nic. M ądry wic, C o Jest G rane. W ie­
dząc, nic da się ogłupić. G łupiec, nic znający swej
W ew nętrznej N atury, nic rozum iejący siebie, a za­
tem nie m ający dla siebie szacunku, p odda się c u ­
dzym wpływom i zagubi się. „ D ro g a Polegania N a
Sobie — stwierdza Benjamin H off — rozpoczyna się
od akceptacji siebie i tego, na co nas stać i co jest dla
nas najlepsze.” I zaraz prosi Puchatka o objaśnienie.
O trzym uje, oczywiście, dziecięcą rym ow ankę:
„Ja k daleko m ożesz biec,
S koro nie wiesz, K toś Ty Jest?
Ja k osiągnąć możesz coś,
Jeśli nie wiesz, Czy M asz Dość?
A ja k nic wiesz, Co Uczynić,
Kiedy w ybór cię nie minie.
W tedy w szystko, co uzyskasz,
W rzucić możesz do ogniska.
D a najlepszy wynik to,
Jeśli poznasz, K to, Czy, C o .”
Inne zasady tao i P uchatka to: nie odżegnywać
się od swych negatyw nych cech, lecz je rozpoznać,
a rozpoznaw szy — przem ienić w pozytyw ne. Zło
m oże być zawsze surow cem dla dobra. W każdym
z nas jest coś Szczególnego i trzeba to zachow ać.
W każdym Brzydkim K aczątku drzem ie Ł abędź,
trzeba tylko go rozpoznać.
T aoizm P uchatka przejaw ia się też w stosow a­
niu zasady W u Wei, czyli w działaniu bez działania,
„bez wścibskicgo, nachalnego, egoistycznego w y­
siłku” , sprzecznego z n a tu rą rzeczy, z harm onią
św iata. Słowem, w działaniu, które bierze początek
w naturalnej wrażliwości, we wczuciu się w rytm
rzeczy. „K iedy działasz zgodnie z zasadą W u Wci.
okrągły kołek wchodzi w okrągłą dziurkę, a kwadra­
towy — w kw adratow ą. Bez napięcia, bez wysiłku.
Egoistyczna Ż ądza stara się w epchnąć okrągły ko­
łek w kw adratow ą dziurkę, a kw adratow y kołek
w okrągłą dziurkę...” Puchatek dobrze rozumie tę
zasadę i — pom agając przyjaciołom w wydobywa­
niu się z tara p ató w
korzysta z tego, co m u podsu­
wa sam a natu ra. Zc znakom itym skutkiem . Umysł
bowiem poddany W u Wei „płynie ja k w oda, odbija
ja k zwierciadło i odpow iada jak ccho” . Jest wrażh'
wy na okoliczności. W walce
ustępuje sile, przemocy, i w ten sposób pokonuje ją. W pracy nic szuka
N agrody, nie dąży do niej. Człow iek, który stosuje
się do W u Wei, nigdy nie jest Zajętym Krzysiem albo
N ajętym Brysiem, czyli zapędzonym , zadyszanym ogłupionym producentem i użytkow nikiem nie®1'
czonych „ d ó b r” cywilizacji, który nic widzi, nic sty'
szy, nie rozróżnia, nie pojm uje...
T aki człowiek widzi i słyszy, bo patrzy i słu c h a
T aki człowiek rozróżnia: ważne od niew ażnego, czy
wew nętrzne od zewnętrznego. Jest św iadom y i j c!il
szczęśliwy. Świadom y swej niepowtarzalności i szczf'
śliwy dzięki niej. Św iadom y swej m ocy i szczęśliwyże um ie jej używać. Pełen w iary w siebie. Pełen troski
i współczucia. Dzielny. Albowiem dzielność poci'0'
dzi z troski. Ł acińskie słowo cor
scrcc i angielsk|C
courage - odw aga jeden m ają rdzeń. D la takie®0
człowieka Nic jest czym ś, a C oś jest niczym. O p r°z'
nia on swój umysł, aby widzieć, słyszeć, rozumie*”
czuć... T ylko Pusty Um ysł widzi to, co m a prze
sobą, podczas gdy napchany wiedzą i inteligencji
m ózg zastanaw ia się i myśli, wciąż myśli..., a mal°
czym się napraw dę przejmuje.
Jakże cudow na, tw órcza jest pełnia Niczcg0,
a jak żałośnie biedna pustka W ielkiego N a p c h a n c g 0
Umysłu! W księdze „T a o Tc C hing" L ao-tsc nap'"
sal: „ D la zdobycia wiedzy
codziennie coś d °'
daw aj. Dla zdobycia m ądrości - codziennie c0>
odrzucaj” .
R ozum iał dobrze tę zasadę nasz uroczy Miś, K u'
buś Puchatek, który tkwił zawsze po uszy w Tu i rc
raz, cieszył się m ałym Conieco, niezaw odnie pom*1
gał potrzebującym , gdyż rozum iał i czuł, jak niez*1
leżne, o jasnym umyśle, w szystkow idzącc D zicck1’;
które posiadło m ądrość W ielkiego Nic — Dt°&
W szechświata, i właśnie d o tarło do Z a c z a ro w a n i0
Miejsca, skąd rozpościera się w idok na cały świa1aż do styku nieba z ziemią.
Maria Jenl)'s
Benjamin HofT: Tao Kubusia Puchatka. Dom Wyd;1"
niczy „Rebis” , Poznań 1993 ss. 132. „Biblioteka
Myśli” .
VA RIA
145
RASZEWSKI (1925— 1992)
N adanie honorow ego obywatelstwa m iasta Byd­
goszczy znanem u em igracyjnem u pisarzowi T ad eu ­
szowi N ow akow skiem u, który tutaj właśnie w G im ­
nazjum im. Rydza Śmigłego otrzym ał m aturę, tutaj
odnosił swoje pierwsze sukcesy literackie
że przy­
pom nim y tylko N agrodę M łodych PA L. którą d o ­
stał będąc jeszcze licealistą, jest faktem znam ien­
N ow akow ski urodził się w Olsztynie, ale właś­
nie Bydgoszcz uznał za m iasto, z którym jest zw ią­
zany najsilniej. T eraz Bydgoszcz uhonorow ała N o ­
wakowskiego. M iejmy nadzieję, że stanic się tak
również z inną postacią, w yw odzącą się z Bydgosz­
czy — z w ybitnym , w m oim przekonaniu najw ięk­
szym polskim historykiem teatru w naszym stuleciu.
Prof. dr. Zbigniewem Raszewskim.
W dziejach naszej kultury teatralnej i samej n a u ­
ki o sztuce scenicznej Raszewski zajm uje miejsce
szczególne. M ożna powiedzieć, że jest klasykiem
Polskiej teatrologii, nauki m łodej, któ ra na dobre
nym.
rozwinęła się w naszym stuleciu, głównie za spraw ą
Leona Schillera, B ohdana Korzeniewskiego. Józefa
Szcz.ublewskicgo, Jerzego G ota, Stanisław a Kaszyń­
skiego i właśnie Zbigniewa Raszewskiego.
Stw orzył 011 fundam enty polskiej nauki o tea­
trze, dając syntetyczny rys dziejów sceny ojczystej
(Krótka historia teatru polskiego), redagując Sło­
mnik Biograficzny Teatru Polskiego i tw orząc iście
m onum entalną pracę o życiu i twórczości W ojcie­
cha Bogusławskiego. Nie sposób wym ienić wszyst­
kich książek i zasług prof. Raszewskiego dla pol­
skiej kultury — jest to tem at na obszerne o pracow a­
nie. Raszewski zajm ow ał się d ra m a tu rg ią R ittncra
(ciągle u nas niedocenianego) pisał o Z apolskiej,
przez całe lata w spółredagow ał (razem z prof. B oh­
danem K orzeniew skim ) „Pam iętnik T eatraln y ” , pi­
smo bez precedensu w europejskiej tradycji teatral­
nej, założone jeszcze przez L eona Schillera, który
rnożna przypuszczać
w zorow ał się na m agazynie
E. G . C raiga „T he M ask” (pism o to jed n a k istniało
nieporów nanie krócej niż nasz „Pam iętnik T ea tra l­
ny”).
W św iadom ości polskiego środow iska teatral­
nego Zbigniew 0 szewski uchodzi' -■> św ietnego hi­
storyka teatru, Którego cechował wybitny zmysł
syntezy. M ało kto przypuszczał, iż Raszewski jest
takż' 'nikliwym obs'’torem naszej codziennoś­
ci. W ielkim zaskoczeniem było opublikow anie rok
tem u jego Raptularza, dotyczącego lal 1967/68.
O kazało się, że Raszewski skrzętnie n otow ał co w aż­
niejsze rozm ow y, spotkania i w rażenia z przedsta­
wień. M ało tego
Raszewski w w ydanym Raptu­
larzu zanotow ał klim at polityczny tam tych czasów.
W rezultacie Raptularz Raszewskiego jest d o k u ­
m entem o wielkim znaczeniu - odtw arza całą h a ­
niebną aferę zw iązaną ze zdjęciem Dziadów M ic­
kiewicza w reżyserii K azim ierza D ejm ka, ze sceny
T ea tru N arodow ego przez ówczesnych decydentów .
Raszewski opisuje swoje spotkania z. Dejmkiem
w najbardziej dram atycznych m om entach. L ektura
zupełnie rewelacyjna nie tylko dla ludzi zaintereso­
wanych dziejami teatru polskiego, ale również
złow rogim i m echanizm am i politycznym i.
O d pewnego czasu nieoceniony miesięcznik „T e­
a tr ” drukuje fragm enty Raptularza z innych lat.
Poznajem y tutaj jak b y innego Raszewskiego
m o­
żna powiedzieć paradoksalnie, że w swoich zapis­
kach odsłania on przed bardziej wnikliwym czytel­
nikiem swój w arsztat historyka. O to Raszewski uda­
je się na defiladę pierw szom ajow ą, ale nie po to, by
św iętować, lecz
by obserw ow ać całą teatralność
tego obrzędu. Liczy więc sam oloty, różnego typu
pojazdy, obserw uje reakcje tłum u i... trybuny. Szu­
ka konkretów , które budują całą teatralność w ido­
w iska.
W Raptularzu (zarów no w ydanym ja k o druk
zw arty, jak też we fragm entach zam ieszczonych
w „T e atrz e ” — rzecz p odała d o d ru k u c órka uczo­
nego M agdalena Raszewska), a u to r Bogusławskiego
posługuje się ju ż innym stylem niż w swoich pracach
naukow ych. Jest to język sk ró tu , m etafory, im pre­
sji. Plastyczny, ale wyzbyty emocji. M ożna powie­
dzieć, że dyscyplina intelektualna Raszewskiego p o ­
w strzym yw ała go przed nadużyw aniem emocji, n a­
wet w tedy, gdy byłyby one na miejscu...
Raptularze Zbigniewa Raszewskiego są niezwy­
kłymi przyczynkam i do najnow szych dziejów na­
szej sceny. Ale — jak się okazało — to nie wszyst­
ko. Raszewski był z d ucha bydgoszczaninem i przez
całe lata zbierał m ateriały dotyczące dziejów m ia­
sta, a także zapisyw ał swoje w nim przeżycia. I lak
pow stał Pamiętnik gapia, drukow any w odcinkach
w ubiegłym roku w tygodniku „K ujaw y i Pom orze”
146
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
(rzecz ukazała się w książce, nakładem w ydaw ni­
ctw a „P o m o rze” ). Jest to znów niezwykły zapis spe­
cyfiki m iasta podczas okupacji, odbiegający znacz­
nie od znanych nam „lakierow anych" relacji, pióra
różnych autorów , związanych kiedyś z PZ PR . Książ­
ka ta skłania d o rcfieksji nad przeszłością Bydgosz­
przez wiele lat. Raszewski uznaw ał czynne zajm o­
wanie się historią teatru polskiego za zajęcie o pierw­
szorzędnym znaczeniu. M iał dotkliw ą świadomość,
iż w przeszłości zbyt m ało zajm ow ano się grom adze­
niem dokum entacji, dotyczącej dziejów ojczystej
czy i m ożna powiedzieć, że stanow i suplem ent do
sceny. Niestety wielu ludzi teatru wykazyw ało daw­
Obozu Wszystkich Świętych N ow akow skiego. (Oczy­
niej karygodną niefrasobliw ość w traktow aniu do­
kum entów teatralnych, takich jak stare afisze, ręcz­
nie przepisyw ane egzem plarze, św iadectwa m ater­
ialne przedstaw ień. Na dodatek zaw ieruchy wojen­
ne, które co rusz przewijały się przez nasz kraj,
wiście d o „bydgoskiej" części lej powieści). Pisze R a­
szewski w Pamiętniku gapia: — „N aw iedziły nas (...)
nowe klęski. W 1942 Forster ogłosił u nas «deutschowanie». Był to zw rot nagły, raptow ny, p odyktow a­
ny rozpaczliwym brakiem rezerw. W B. oderw ał od
nas część m ieszkańców. W iększość tych ludzi nigdy
nie przestała być Polakam i, bo narodow ości tak
łatw o się nic zm ienia, do k o n ał się jednak now y p o ­
dział, ze wszystkich znanych mi najbardziej złow ro­
gi i brzem ienny w skutki. Kiedy najw yższa fala
«deutschow ania» przeszła, AK oceniała liczbę Po­
laków , którzy obyw atelstw a nic zmienili na jakieś
40.000. (Ogół ludności w 1939 : 140.000, z tego
ponad 90 proc. Polaków ).”
Raszewski przed laty opublikow ał książkę Z tra­
dycji teatralnych Pomorza. Wielkopolski i Śląska
(1955), ponoć zbierał także m ateriały do encyklopedii
poświęconej Bydgoszczy. Podczas okupacji przyszły
uczony był w Bydgoszczy szoferem („Schutzangehóriger des D cutschen Reichcs” ), działał w kółkach
sam okształceniow ych, a nawet — prow adził polski,
więc zakazany, tea tr lalkowy.
Pow ojenne losy Zbigniew a Raszewskiego nic
były ju ż zw iązane z Bydgoszczą
nic było tutaj
studiów polonistycznych, opuścił więc m iasto, gdzie
spędził piętnaście lal. N a trw ałe związał się z W ar­
szaw ą, pracując w Instytucie Sztuki PA N a także
w ykładając w PW ST.
Śm ierć prof. Zbigniewa Raszewskiego w r. 1992
spraw iła, iż w naszej nauce o teatrze pow stała d o ­
tkliw a luka, praktycznie niem ożliwa d o wypełnienia
spraw iły, iż zniszczeniu uległy całe kolekcje doku­
m entów teatralnych. M ow a nie tylko o czasach da­
wnych, ale także o historii najnowszej — w Powsta­
niu W arszawskim pożar strawił daw ne afisze i egzem­
plarze, z których korzystali M odrzejew ska, R apacki
i inni lum inarze naszej sceny.
Prof. H a n n a M ałkow ska, prapraw nuczka W oj­
ciecha Bogusławskiego, ostatnia posiadaczka rę­
kopisu Dramaturgii
podręcznika gry scenicznej
autorstw a właśnie Bogusławskiego, u c h o d z ą c z W ar­
szawy zam urow ała rękopis w skrytce w swoim do­
mu. Po wojnie znalazła pustą skrytkę... Po latach
szczęśliwym zbiegiem okoliczności odnalazła się ko­
pia Mimiki, części Dramaturgii, przechow ana gdzieś
w jakim ś kufrze. I tyle właściwie wiemy o Wojciechu
Bogusławskim — nauczycielu aktorstw a...
Zbigniew Raszewski, nam ów iony przez profB ohdana Korzeniew skiego podjął b e n e d y k t y ń s k i
trud, by napisać biografię Bogusławskiego. Zebrał
właściwie wszystko, co m ożna było zdobyć. Czy
przyszli badacze dopiszą rozdział do biografii au to ­
ra Krakowiaków i górali?...
Wiesław Nowicki
„ Teatr - szczególnie w jego namacalnym, cielesnym aspekcie widzimy jako
miejsce prowokacji, wyzwania, które aktor rzuca samemu sobie, ale i pośrednio
innym. Teatr ma znaczenie tylko wtedy, jeśli pozwala nam przekroczyć
stereotypy naszego widzenia, wyjść poza nasze konwencjonalne odczuwania i
obyczaje, poza nasze kryteria osądu - wyjść nie dla samego wyjścia, ale po to,
abyśmy mogli doświadczyć rzeczywistości i rezygnując ju ż z wszelkich
powszednich wybiegów i wykrętów, w stanie kompletnej bezbronności odsłonić,
oddać, odnaleźć siebie. ”
Jerzy Grotowski
„ Teatr dzięki swej fizycznej stronie i dlatego, że żąda w y r a z u rozwijającego
się w p r z e s t r z e n i, wyrazu jedynie rzeczywistego, pozwala się spełnić
organicznie i całkowicie magicznym środkom sztuki i słowa niczym odnowionym
inkantacjom ”
Antonin Artaud
„ Teatr, w którym Niewidzialne staje się Widzialne... "
Peter Brook
Tym, którzy głębiej czują i piękniej potrafią to wyrazić
- artystom sceny z okazji ich święta - Międzynarodowego Dnia
Teatru
najlepsze życzenia składa
redakcja KWARTALNIKA ARTYSTYCZNEGO
148
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
KRAJOBRAZ PO BITWIE
Z apytany, jak i wpływ m a em igracja na pisarza,
T adeusz N ow akow ski odpow iada:
„Język rodzinny to przeżycie metafizyczne. Pi­
sarz m a jed n ą ojczyznę: język. Z tego nie da się
wyem igrow ać. W zasadzie em igracja procesom kre­
acyjnym sprzyja, zwłaszcza gdy pisarz podejm uje
tem aty w kraju zakazane. T rzeba powiedzieć sobie
jedno: w każdym kraju pisarz jest em igrantem we­
w nętrznym . R ozłąka zaostrza spojrzenie — opisuje
się wszak raj utracony... Ciśnienie nowego św iata
pow oduje, że zarów no d o b ro ja k i zło, które tam
przywieźliśm y — rozrasta się.”
T ak, niew ątpliw ie m ożem y mówić o w yostrzo­
nym spojrzeniu pisarza, gdy na emigracji sięga po
lem at polski. Obóz Wszystkich Świętych, w ydruko­
w any w 1957 r. przez em igracyjne wydawnictwo
„L ibella” , tłum aczony na wiele języków , nic mial
tylko szczęścia w kraju — dopiero w 1990 r. m ógł
ukazać się nakładem „C zytelnika” (wcześniejsza,
bydgoska próba d ru k u zakończyła się rozrzuceniem
składu).
„P am iętam , więc jestem ” — m ówi N ow akow ski
wskrzeszając na kartach powieści przedwojenną Byd­
goszcz, m iasto, w którym spędzi! dzieciństwo i m ło­
dość. T ru d n o się dziwić, że po latach w ędrówek po
Świecie kraj lat dziecinnych jaw i m u się ja k o u traco ­
na A rkadia. W ątek bydgoski wydaje m u się szcze­
gólnie ważny — sam określa Obóz ja k o książkę
o Bydgoszczy, a nie o Papenburgu (gdzie w obozie
dla uchodźców główny bo h ater, Stefan G rzegor­
czyk, przeżywa swój czas teraźniejszy - rok 1947):
„ T o właśnie Bydgoszcz jest tym bohaterem w idzia­
nym przez m giełkę nostalgii, a jednocześnie jakim ś
prom ieniem św iatła w tunelu, w jakim znaleźli się
ludzie bezdom ni, bez ojczyzny” .
A jednak w ątek bydgoski nie grzeszy bynajm niej
arkadyjską sielankow ością — b o h ater uwikłany
w d ra m a t rodzinny przeżywa tu swe tru d n e dojrze­
w anie. Przyw ołane przez w itraż pamięci przeżycia
wczesnej m łodości sąsiadują z w ątkiem dipisow sko-papenburskim , dając o braz polskiej duszy, ro z d ar­
tej przez pow ojenną rzeczywistość em igracyjną. Słu­
sznie podkreślała krytyka, że N ow akow ski burzy
mit Polaka— bohatera wojennego, „w aureoli patrio ­
tycznych c n ó t” . O kazuje się, że wspólnie przeżyte
cierpienie nic b ra ta bynajm niej polskich uchodźców
rozdziela ich zawiść, korupcja, głupota wreszcie.
O braz „polskiego piekła” jest gorzki, ale praw dzi­
wy. „Z an u rzo n y w polskości aż do b ólu” pisarz nie
w ykoślawia p o rtretu zbiorow ego Polaków owego
czasu, wskazuje na przyczyny inercji dipisów: to
w ojna i bezdom ność w ykrzywiła ich losy i sum ienia.
M oże dlatego T adeusz N ow akow ski m ial wicie
zastrzeżeń d o adaptacji powieści, dokonanej trzy
lata tem u w T eatrze im. Słowackiego w Krakow ie.
Reżyser, M ikołaj G rabow ski, nie tylko pom inął wą­
tek bydgoski, ale i przedstaw ił, zdaniem au to ra , po­
wieść ja k o „groteskę G om brow iczow skiego a u to ­
ram en tu ” . „Sprow adził wszystkie syndrom y pol­
skości do skrajnego idiotyzm u przez gwałtow ne kon­
trap u n k ty i ko n trasty pom iędzy zadęciem n a ro d o ­
wych frazesów, a ośm ieszającą dcm askacją głupoty
i tro m ta d rac ji” — jak pisał Janusz M ajcherek na
lam ach „ T e a tru ” (nr 6, 1991 r.)
T o tylko część
praw dy — skw itow ał N ow akow ski tak ą próbę wi­
wisekcji swej powieści, gdy przybył w styczniu 1994
do Bydgoszczy na wręczenie m u honorow ego oby­
w atelstwa tego m iasta i prem ierę kolejnej adaptacji
Obozu Wszystkich Świętych, dokonanej przez A nd­
rzeja M arię M arczewskiego.
Jak przenieść na scenę tę prozę zw artą, dynam i­
czną, błyskotliw ą a gorzką? Są powieści, w których
dom inuje akcja, fabuła, dialogi i te łatw o p odda­
ją się adaptacji. Obóz — to rzecz o rozdarciu we­
w nętrznym b ohatera, o rozterkach człow ieka, który
próbuje zrozum ieć swe miejsce w historii, ale nie
m oże zaaprobow ać ani „polskiego k o tła ” uchodź­
ców, ani się od niego oderw ać, a d o kraju nic widzi
możliwości pow rotu. Ucieczki w przeszłość, w czas
m iniony są tylko rozpaczliw ą pró b ą odnalezienia
swej tożsam ości. A by oddać tę sytuację psychiczną
podporucznika G rzegorczyka (K rystian N ehrebe­
cki) M arczewski umieszcza go na obozow ej pryczy,
ale każe m u w spom nieniam i wciąż pow racać do
m iasta nad „bluszczow ą rzeką” i rodzinnego dom u.
niszczonego przez głośny rom ans ojca (Andrzej Bła­
szczyk) z a k to rk ą rewiową. W tych partiach zabra­
kło obrazu przedwojennej Bydgoszczy z jej pow a­
bem, utraconym pięknem , gam ą barw i dźwięków.
O ptyka m iasta, spow itego w ciem ne barw y um o­
wnej scenerii przez T adeusza N apicrałę, nic urasta
do poziom u „pieśni nad pieśniam i” , zaw artej łap1'
darnie w owej żarliwej litanii au to ra : „ M adonno
z różą, co w bydgoskiej świecisz farze, błogosław
naszem u m iastu” . Sam gród nad Brdą nie staje się
bohaterem pierwszej części spektaklu, pojaw ia sl?
V A RIA
149
tylko jak b y m im ochodem w w ędrów kach ojca 7. sy­
k o tła ” , naw et za cenę przyznania się d o nie popeł­
nem, którzy zwróceni d o widowni zdają się widzieć
nionych win. N ie m a bowiem ucieczki od polskości,
ową farę, w spom inają o dacie jej pow stania i p o ­
tej „miłości pierwszej i ostatniej” , ja k pow iada autor.
czątkach m iasta.
Jest ta inscenizacja zharm onizow anym wysił­
R om ans z a k to rk ą D ianą Voss (Sabina Studziń­
kiem całego zespołu. Nie chodzi tu o jakieś wielkie
ska) toczy się w ciasnych pokoikach na tle w spom ­
role bo takich nie m a, rzecz w tym , że każdy w yko­
nianej m rocznej scenerii, któ ra dopiero w scenach
nawca rozum ie swój udział w całości i staje się jak b y
z lat wojny w spółgrać będzie z atm osferą przem ocy
jednym z trybików wielkiej m achiny. C hw ilam i ten
i gw ałtu, zadanego m iastu. I ten m om ent zdaje się
w spólny wysiłek zasługuje na m iano kreacji z bioro­
być dla M arczew skiego ważniejszy. Interesuje go
wej, któ ra nie może pozostaw ić widza obojętnym .
bowiem nie tyle „pieśń nad pieśniam i” o rodzinnym
Spytam y, co się n a to składa, że tru d zespołu p o d n o ­
mieście pisarza, co ukazanie uniw ersalnego w ym ia­
si się nagłe d o rangi sztuki, wciągając zarów no a k to ­
ru ludzkiego losu schw yanego w pułapkę historii.
ra ja k i widza? N ie o n ow atorstw o sceniczne tu idzie,
R ozpoczynają się sceny zbiorow e, w których m iesz­
M arczewski wic, że w teatrze „w szystko ju ż było”
czanie poczciwego grodu stan ą się ofiaram i p o n u ­
i nic stara się udow odnić, że stw arza coś absolutnie
rych w ydarzeń, jak ie w pierwszych dniach wojny
nowego. Przeciwnie, woli pro sto tę od udziwnień.
rozegrały się w Bydgoszczy. M arczew ski wskrzesza
A nalizując sposób k onstruow ania na scenie rzeczy­
wielkie egzekucje na Starym R ynku, ukazuje tra ­
wistości, m ożna zauw ażyć b rak n a rra to ra i jak b y
giczną p ostać prezydenta Barciszcwskiego (Piotr
film ową technikę budow ania scen: nagłe skojarze­
M ilnerowicz) i innych m ieszkańców , skazanych na
nia b ohatera, jego reakcje i w spom nienia z przesz­
śmierć, w śród nich harcerzy i dzieci. T e sceny tak
łości przesuw ają się niczym uryw ane fragm enty fil­
trudne w realizacji — jeśli chce się odejść od utrw a­
mowej taśm y. T echnika sw oistych klisz pamięci
pozw ala zderzyć ze sobą G rzegorczyka chłopca
lonego zwłaszcza w film ach o tem atyce wojennej
i G rzegorczyka dojrzałego mężczyznę. Przeżycia,
pewnego stereotypu — udało się M arczewskiem u
podane w k rótkich sccnach-kadrach, konkretyzują
zrealizować z dynam iką i piętnem autentyzm u. U de­
rza spraw ne operow anie tłum em , dobrze zorgani­
się czasem w wizjach rodem z Naszego miasta W il­
dera — np. gdy um arli z kręgu bliskich bo h atera
zow any ruch, narastające napięcie. Podesty, prze­
rozpoczynają swój korow ód przez jeg o pokój...
rzucone przez widow nię wzdłuż i wszerz, przydają
M ożna by jeszcze długo rozbierać tę inscenizację
tym scenom rozm achu, ogarniają widzów z wszyst­
na części. Ale jak opisać ow ą iskrę elektryczną, k tó ­
kich stron, czyniąc ich niejako bezpośrednim i św iad­
ra nagle przeskakuje między sceną a widownią? C o
kami rozgryw anych w ydarzeń. M arczew ski nie boi
się na to składa? M arczew ski odpow iada: „K lasa
się nawet odcienia pew nego patosu w postaw ie gi­
literatury, któ ra musi elektryzow ać, w ypełniać wy­
nących bydgoszczan, w ich m aszerow aniu ku śm ier­
obraźnię, nadaw ać rzeczom codziennym w ym iar
ci poprzez owe podesty. Z dają się oni rosnąć i
uniw ersalny, niepow tarzalny. Im pet teatru , który
olbrzym ieć w tym m arszu. T o nie groteska, lecz
literaturze nada ciało, to dosłow ne, aktorskie i tchnie
Praw da o zbiorow ym dośw iadczaniu historii.
O
ile część I wzrusza pow ikłaniem losu bo h atera w nie d uszę...” W łaśnie — to się zdarzyło na bydgo­
skiej scenie: teatrow i udało się w ydobyć uniw er­
i jego rodziny (na uwagę zasługuje tu piękna postać
salny w ym iar powieści, stw orzyć rzecz o człowieczej
m atki w w ykonaniu W andy O strow skiej), a także
egzystencji w czasach przełom ow ych, czy o ludzkim
tragedią m iasta, część II, rozegrana w obozie dipilosie w ogóle. A także o patriotyzm ie, który jest
sów, w prow adza posm ak sarkastyczno-satyryczny
przejaw em zbiorow ej egzystencji. T ak właśnie wi­
poprzez rysunek niektórych postaci z obozu uchodź­
dział główne przesłanie swej powieści sam au to r.
ców, np. bibliotekarka B iedronka i m ajor K osko
M arczewski zbudow ał now ą jakość środkam i teatru
(Iw ona Żelaźnicka, Sław om ir Żem ło). A jednak
i nie zagubił w tym działaniu ducha powieści, prze­
w obozow ej rzeczywistości zarysow any został k o n ­
ciwnie — go uwypuklił. M oże dlatego nastąpiło to
flikt postaw i zachow ań nie według czarno-białych
sprzężenie zw rotne, którego tak pragną inscenizapodziałów . B unt przeciw korupcji staje się próbą
torzy: w pewnym m om encie a k to r i widz poczuli się
obrony podstaw ow ych w artości. W iele wnosi tu sil­
na postać ks. H eniasa (M arian ę ze rsk i) i jego słowa:
„Specyficzne w arunki niczego nic tłum aczą. Ludzie
powinni być ludźm i przede wszystkim w specyficz­
nych w arunkach” .
Z agubiony w m eandrach własnego losu, w pisa­
nego w ironiczny cudzysłów historii por. G rzegor­
czyk próbuje odciąć się od dipisów poprzez m ałżeń­
stw o z córką D iany Voss (M ałgorzata W itkow ska),
co kończy się rejteradą i pow rotem do „polskiego
jednością.
Ewa Słońska
T eatr Polski w Bydgoszczy, Tadeusz Nowakowski:
Obóz Wszystkich Świętych. Adaptacja, inscenizacja i reży­
seria: Andrzej Maria Marczewski. Scenografia: Mariusz
Napierała. Muzyka: Tadeusz Wożniak. Ruch sceniczny:
Jerzy Wojtkowiak.
150
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Z cyklu Teatr wczoraj i dziś
PÓŁ WIEKU TEMU W SZYSTKO BYŁO NOWE,
W SZYSTKO PIERWSZE...
U św iadom iłem sobie, że mija w łaśnie pięćdzie­
siąt lat od wznow ienia życia teatralnego w' Polsce po
drugiej wojnie św iatowej. Pół w ieku tem u trw ał pier­
wszy, a właściwie „przedpierw szy” sezon teatralny
w wyzw alanym spod hitlerow skiej okupacji kraju.
Sezon, któ ry oznaczam y d a tą 1944/45. W roku 1944
otw ierano stopniow o teatry po prawej stronic W i­
sły, zapisyw ały one ju ż swój pierwszy sezon - jesz­
cze wojenny. W pierwszych m iesiącach 1950 roku
otw ierano teatry już w całym kraju. W W arszaw ie
pierwszy grał T ea tr Powszechny w adaptow anej sali
praskiego kina. W K rakow ie I kwietnia 1945 roku
Stary T e a tr dał prem ierę Męża doskonałego Jerzego
Zaw ieyskiego i w ten sposób rozpoczął swoją pow o­
jen n ą działalność. W ojna wszakże jeszcze trw ała,
a zakończyć się m iała dopiero za miesiąc i dni parę.
W num erze I -2/1946, również ledwo zaczyna­
jący swój żywot, miesięcznik „ T e a tr" starał się zsu­
m ować ów pierwszy pełny sezon teatralny po w oj­
nie, określony d a tą 1945/46. „U schyłku bieżącego
sezonu teatralnego, a jednocześnie w rok po zak o ń ­
czeniu w ojny, p o ra spojrzeć na slan życia teatraln e­
go w Polsce, uchwycić ogólnym rzutem oka ch ao ty ­
czny jeszcze o braz organizacyjny naszego te a tru ."
l ak zaczął się wstępny artykuł w spom nianego n u ­
m eru miesięcznika, napisany przez M ichała R usin­
ka, kierującego departam entem teatru w M inister­
stwie K ultury. Podsum ow yw ano owe początki i dy­
skutow ano o przyszłości, bliższej i dalszej. A u to r
cytow anego arty k u łu podaw ał, że pod koniec tego
pierwszego pow ojennego sezonu działało na terenie
kraju 38 zaw odow ych teatrów dram atycznych, w
tym 31 na ziem iach dawnej Polski i 7 na Ziem iach
O dzyskanych. Rusinek zaznacza, że ilość ta o d p o ­
w iada praw ie dokładnie czasom przedw ojennym
(według Rocznika Statystycznego 1939, w roku 1938
działało w Polsce 36 stałych scen). Podkreśla również
żywiołowy pęd widza ku teatrow i. „O bserw ujem y
pisze
w wielu m iastach tak bogatą frekwencję,
o jakiej darem nie m arzyły dyrekcje przedw ojennych
teatrów .”
I znalazło się na tych scenach miejsce dla czter­
nastu praprem ier nowych sztuk polskich. T o z dzi­
siejszego punktu widzenia bardzo dużo, ale M ichał
Rusinek dom aga się jeszcze więcej, na przykład d o ­
pom ina się o w ystawienie (cytuję) „ w y k o ń cz o n ej już
sztuki znakom itej polskiej pisarki M arii D ąb ro ­
wskiej Stanisław i Bogumił. Sztukę tę zapow iadał
w 1946 r. (w program ie inaugurującej powojenny
T e a tr Polski w W arszawie Lilii Wenedy) A rn o ld
Szyfm an i jego kierow nik literacki, Jarosław Iwasz­
kiewicz. D laczego wtedy d o prem iery nic doszło,
dokładnie nic w iadom o. M oże w arto by było
dla
historii teatru
dociec przyczyny?
D odam tu na m arginesie, że obie napisane przez
M arię D ąbrow ską sztuki w prow adzili na nasze sce­
ny dopiero Jerzy K rasow ski i K rystyna S k u sza n k a.
Praprem iera sceniczna Stanisława i Bogumiła odby­
ła się w r. 1965 w T eatrze Polskim we W rocław iu
w reżyserii Skuszanki. Piszę „sceniczna” , bowiem
trochę wcześniej wystawiła sztukę Telewizja (O śro­
dek W arszaw ski) w reżyserii Jerzego KrasowskiegoPraprem ierę Geniusza sierocego wyreżyserował K ra­
sowski w Teatrze Ludowym w Nowej 1łucie w r. 1959.
Po raz drugi wystawił tę sztukę w T eatrze N a r o d o ­
wym tuż przed jego pożarem w 1985 roku.
W tym początkow ym , prow izorycznym jeszcze,
w dużym stopniu im prow izow anym okresie naszego
pow ojennego te a tru , w yróżniało się re p e rtu a ro w o
i artystycznie kilka scen polskich, które R usinek
w przyw oływ anym tu artykule „ T e a tru ” trafnie ty­
puje, dając krótkie uzasadnienia swego sądu.
A zatem będzie to T ea tr W ojska Polskiego w Ł o­
dzi, który jeszcze przed pow rotem Leona Schillera
z Lingcn i objęciem przez niego dyrekcji tej łódzkiej
sccny, stal się czołowym teatrem polskim (jego za­
czątkiem był teatr wojskow y, który przybył do kraju
z arm ią polską z Z S R R , kierow any przez W ładysła­
wa Krasnow icckicgo). W sezonie 1 9 4 5 / 4 6 głów ny"'1
w ydarzeniam i były tu przedstaw ienia f'anta:eg°
w reżyserii Osterwy oraz Elektry G iraudoux, przy g o ­
tow anej przez E dm unda W iercińskiego
obydwa
w znakom itej obsadzie aktorskiej. Z agrali tam Alek­
sander Zelwerowicz, Jacek W oszczcrowicz, Jan Kre­
czm ar. Jan in a R om anów na, Elżbieta B arszczew ska,
m łodziutka Zofia M rozow ska i inni, starsi i calkic"’
m łodzi, początkujący
ci, których przy g o to w ał
dla pow ojennego teatru podziem ny Państwow y *n ‘
stytut Sztuki T eatralnej.
SCE N A
D ruga sccna łódzka
T ea tr Powszechny T U R,
wystawiający w tym sezonie z dużym sukcesem Szel­
mostwa Skapcna M oliera w reżyserii Józefa Wyszom irskiego z Jackiem W oszczcrowiczcm w roli
tytułowej.
O dbudow any w im ponującym tem pie przez A r­
nolda Szyfm ana w arszaw ski T e a tr Polski, otw arty
17 stycznia 1946 r. Lilią Wenedą Słow ackiego w re­
żyserii Juliusza O sterwy. W obsadzie tego przedsta­
wienia błyszczały nazw iska Elżbiety Barszczewskiej,
Seweryny Broniszówny, Leokadii Pancewicz-Lesz­
czyńskiej, W ojciecha Brydzińskiego, G ustaw a Buszyńskiego, Stanisław a G rolickicgo, M ieczysława
Mileckicgo. Z aś Ślaza na prem ierze i w pierwszych
kilkunastu spektaklach zagrał sam O sterw a.
T ea tr w T oruniu pod dyrekcją W ilam a Horzycy
i głośna jego inscenizacja Za kulisami N orw ida.
T ea tr im. W yspiańskiego w K atow icach, gdzie
zjechał ze Lwowa, wraz z g rupą a k torów , Bronisław
D ąbrow ski. O bjął dyrekcję i wystawił na początek
Wieczór Trzech Króli, pierwszego Szekspira na p o ­
wojennej polskiej scenie.
Stary T ea tr w K rakow ie, zorganizow any i p ro ­
w adzony przez Jerzego R o n ard a Bujańskicgo, a p o ­
tem A ndrzeja Pronaszkę. O tw arto przy nim Studio,
czyli po prostu szkolę a k to rsk ą, z której wyszło
wielu w spaniałych a k to ró w , że wymienię tylko T a ­
deusza Ł om nickiego. D ano aż cztery praprem iery
sztuk polskich, w śród nich Męża doskonałego Z a­
wieyskiego i Dzień jego powrotu Nałkow skiej.
K ierow any przez K arola A dw entow icza kra­
kowski T ea tr Pow szechny D om u Ż ołnierza, w k tó ­
rym odbyła się praprem iera Dwóch teatrów Sza­
niaw skiego
przez długie jeszcze lata najlepszej
rodzim ej sztuki, ja k a pow stała po wojnie.
*
*
*
Rzecz charakterystyczna, że w tych pierwszych
num erach pism a „ T e a tr” z 1946 roku dom inują
problem y repertuaru now o otw ieranych scen. I że
ton wypowiedzi na ten tem at jest prawic identyczny
u wszystkich zabierających głos.
W artykule M ichała R usinka znalazły się takie
słowa: „C hcem y otw orzyć zam knięty niem al do tąd
tea tr dla Szekspira, M oliera, W yspiańskiego, Sło­
wackiego, Ż erom skiego, Fredry, dla znakom itych
wznowień polskich i obcych, za którym i stęskni­
151
liśmy się przez sześć lat w ojny..." W tym num erze
1 2/1946, oraz „T eatrze” z 1946 r., a także w n a ­
stępnym . pism o drukuje szereg w ypowiedzi w rozpi­
sanej przez redakcję ankiecie zatytułow anej „O n o ­
wy rep ertu ar teatrów polskich” . W arto niektóre za­
cytow ać.
Jarosław Iwaszkiewicz: „ R epertuar współczesne­
go tea tru polskiego pow inien składać się z trzech
w arstw: dużo poezji rom antycznej, dobry i ostrożny
w ybór pisarzy drugiej połowy dziew iętnastego wie­
ku i początków dw udziestego
oraz ja k najwięcej
literatury dzisiejszej.”
Wojciech Bąk (w num erze 3.): „Przyszłość teatru
polskiego uzależniona jest przede wszystkim od re­
p ertuaru. O d nowego rep ertu aru , niekoniecznie w
znaczeniu czasowym tego słow a, lecz w istotnym
i głębokim . T o znaczy od rep ertu aru nic banalnego
i «gw arantow anego», ale śm iałego i now ego nawet
wtedy, gdy sięga do najstarszych zabytków litera­
tury dram atycznej
i m oże tym nowszego wtedy.
Słowo «nowy» w sztuce oznacza tylko niebanalny
i niepospolity. Sztuka praw dziw a jest bowiem za­
wsze «now a» bez względu na wiek. T rzeba tylko tę
now ość uchwycić i przedstaw ić. I w sztuce klasycz­
nej i nowoczesnej. T eatr, który um ie to zrobić, jest
«nowym » teatrem , jest co więcej wielkim teatrem ,
takiego zaś pragniem y. N ow ość nie o p a rta na tyni
założeniu - jest złudzeniem .”
W iłam H orzyca w artykule „G łów ne zadania
teatralnych kierow nictw artystycznych” („ T e a tr",
nr 4/1946) napisał: „P u n k tem wyjścia, a zarazem
celem ostatecznym staje się dla nas wszystkich, a dla
tea tru polskiego w szczególności, o r g a n iz o w a n ie
w y o b r a ź n i n a r o d o w e j, zbiorow ej, społecznej.
(...) Jeśli pielęgnować będziem y na scenie „balucczyznę" i wszelaką inną przeciętność, jeśli teatr
Dziadów stanie się dla współczesnych m item , ledwie
wspomnieniem , to rzecz pewna, że żaden nowy K o n ­
rad nie postaw i stopy na scenie polskiej. Ugrzężnicm y w m ieliznach. (...) O rganizow anie tej w yobraźni
to najpierwsze, czołowe i właściwie jedyne zadanie
te a tru ."
Pięknie pow iedziane. I przez długi czas po roku
1945, a zwłaszcza 1948, paląco aktualne. Ale nieprzestarzale pozostaje chyba d o dnia dzisiejszego,
(c.d.n.)
Andrzej Władysław Kral
152
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
Rozważania w antraktach...
„...CO CZAI SIĘ POD POWIERZCHNIĄ...”
I.
T adeusz Slobodzianek uw ażany jest za n a ­
Merlin d o tarł również na XVI Bydgoskie S pot­
dzieję polskiej dram aturgii. Jego sztuka Merlin", n a ­
k ania T eatralne i tu odczucia wzbudził podobne.
pisana specjalnie dla białostockiego „T ow arzystw a
O ddajm y zresztą spraw iedliw ość tem u przedsta­
W ierszalin", zaw ędrow ała na W arszaw skie S p o t­
wieniu: jest ono skonstruow ane bardzo atrakcyj­
kania T eatralne. U tw ór ów jest, ja k słusznie zauw a­
nie, spraw dzoną ju ż m etodą P iotra T om aszuka,
żył Janusz M ajcherek w „T eatrze” , „nicow aniem
który w białostockim teatrze „T ow arzystw o W ier­
w artości i znaczeń” . N iestety tylko nicow aniem , z
szalin" łączy żywego a k to ra z lalką, wyrzeźbioną
którego nic w ynika nic poza czarno-białą w swej
z drew na, nieruchom ą, przypom inającą ludow ego
istocie praw dą, że św iat i człowiek jest siedliskiem
św iątka. K ażdy rycerz m a swego odpow iednika w
wszelkiego zła. Przyw ołując legendarną opowieść
takiej rzeźbie, wsadzanej podczas w ypraw na drew ­
o królu A rturze i rycerzach O krągłego Stołu, Słobonianego konia. K rw aw e rozgryw ki toczą się nic mię­
dzianek historię każdego z nich z osobna i w szyst­
dzy żywymi aktoram i, Iccz podtrzym yw anym i przez
kich razem czyni argum entem koronnym dla swej
nich lalkam i na ofiarnym stole. Ten stół — wielki
z góry założonej tezy, iż dzieje ludzkich, z pozoru
ołtarz św iata, arena dziejów ludzkości
podpiera­
heroicznych, zm agań są po brzegi w ypełnione li tyl­
ny jest przez cztery uskrzydlone sm oki, sym bolizu­
jące cztery żywioły, jeden okrutniejszy od drugiego.
ko grzechem i zbrodnią.
O to rycerze A rtura wyruszają kolejno na zdobycie
Owszem , jesteśm y urzeczeni urodą plastyczną spek­
św. G raala, lecz na drodze każdego z nich staje bestia
taklu, jego podniosłą atm osferą, spotęgow aną przez
przybierając postać nagiej dziewicy. Jest to
jeden
m uzykę W aldem ara W róblew skiego i m ajestatycz­
z siedmiu grzechów głównych, uniemożliwiający reali­
ny rytm całości. Szybko spostrzegam y jednak że
zację zam ierzonego czynu. Szerzą się w iarolom stw a,
o to karm ią nas realizatorzy tak spow szedniała już
praw dą o relatyw izm ie w artości i dwuznaczności
sprzeniewierzenia i zdrady — i one to spraw iają, że
wszyscy rycerze A rtu ra, tak rozsławieni za m ęstw o
wszystkiego na tym Świecie. Nic ma w takim widze­
w średniowiecznej legendzie, zginą w końcu w h a ­
niu rzeczywistości nic odkryw czego zważywszy, że
niebnej bratobójczej walce łącznic z królem , zaś k ró ­
w paja nam je literatura od półwiecza. Posłuchajm y,
lowa G inew ra spłonie za zdradę na stosie...
co o tym sądzi poeta i pisarz, noblista, badacz litera­
Dziwny i niezwykły starzec M erlin (A leksander
tury i jej interp retato r, Czesław Miłosz:
Skow roński) odsłania przed nam i tę p o n u rą historię
„D ługo zajm owałem się literaturą w tym stule­
na tle dziejów B rytanii, a naw et św iata, celebrując
ciu i było to jak w ytarzać się wc wszystkich odm ia­
ją niczym misterium zła. On również przegra — zesta­
nach gniewu, wściekłości, gryzącej ironii, sarkazm u
rzeje się na naszych oczach i rozsypie w proch nic d o ­
i rozpaczy (...). Pisząc dzisiaj należy liczyć się z ba­
czekaw szy miłości niesam owitej siostrzyczki z ak o n ­
rierą „nic w ypada" i wygląda na to, że nic wypada
nej Viviany (Jo an n a K asperek), k tó ra o b d arzo n a
pokazyw ać pogodnej twarzy, bo ta zdaje się św iad­
darem proroczym z mściwą satysfakcją doczeka się
czyć, że jej właściciel żyje w „ raju głupców ” (•••)
spełnienia wszystkich swoich czarnych przepowiedni.
Z nikły cenione niegdyś słowa ja k „ p raw d a ” i „Pięk­
„K iedy stąd wyjdziecie, opow iedzcie tę historię
n o ", skoro w iadom o co kryje się za nimi: instynkty,
innym ”
zwracają się realizatorzy spektaklu d o wi­
pożądania, w alka o władzę człowieka nad człowie­
downi, ale co tu opow iadać? P iotr Gruszczyński, któ­
kiem, mężczyzny nad kobietą i ze stronicy zad ru k o ­
ry obejrzał podczas zim owych stołecznych ko n fro n ­
wanego papieru należy odczytyw ać nic to, co na niej
tacji teatralnych łącznic z Merlinem pięć p odobnych
stoi, ale co czai się pod pow ierzchnią...”
w tonacji spektakli, skw itow ał swe w rażenia jednym
Czasam i nic się nie czai, lecz jest po prostu wyło­
żone na stół, jak to było w Merlinie. C ała literatura
zdaniem : „ Jak o ś gorzko i głupio. O to nasz wiek
i sztuka ugrzęzły nic od dziś w ukazyw aniu ciem­
odbity w zwierciadle X X III W arszaw skich Spotkań
T eatraln y ch ” . („T ygodnik Pow szechny” 8/94).
nych instynktów człowieka i staje się to coraz bardziej
153
SCE N A
nużące. M oże dlatego Kieślowski, który w ostatnich
swych film ach w yłam ał się z tej m aniery i zaczął
mówić innym językiem , zdobył taki rozgłos na obu
półkulach. Św iat stanął zdum iony, że o to m ożna
nie nadużyw ając słów, przyw rócić czynom ich m o­
ralny w ym iar.
*
*
*
de wszystko Tułam (spektakl om aw iany dokładniej
w art. Jerzego W cltera). Schaeffer staw ia odwieczne
pytania: na ile św iat jest teatrem , jak ie są granice
m iędzy grą a życiem i jak w tej grze przybieram y
G om brow iczow skic gęby... M ąd ra, i zawsze wcią­
gająca widza zabaw a w teatr.
*
*
*
3.
Bydgoskie S po tk an ia T eatraln e — ten o b ro s­
2.
Piotr Tom aszuk i Tadeusz Słobodzianek przy­
ły ju ż tradycją, kam eralny festiwal co ro k u pokazuje
wieźli na XVI Bydgoskie Spotkania T eatralne rów ­
to, co najbardziej interesujące w kraju w zakresie
nież swój drugi spektakl: Tulajgroszek. Jest to też
m ałych form . C o roku też Eugeniusz K am iński za­
rodzaj m isterium , rozgryw anego przy pom ocy ży­
prasza do bydgoskiej R esursy na zakończenie prze­
wych ak to ró w i ich odpow iedników — drew nianych
glądu wielkich tw órców narodow ej sceny na u ro ­
rzeźb. Ale ile tu świeżości i spontaniczności! Św iat,
czystość wręczenia Z łotego W aw rzynu G rzym ały.
jak w Merlinie nic jaw i się w Tulajgroszku ja k o
Jest to dziś najbardziej prestiżow a nag ro d a dla pol­
spow ita czarnym kirem jaskinia ciem nych pożądań,
skiego a k to ra , co orzekł sam G ustaw H oloubek,
lecz ja k o arena odwiecznej walki d o b ra i zła. U kaza­
przew odniczący K apituły Z łotego W aw rzynu, w
ne z tej perspektyw y dzieje wiejskiej społeczności
skład której w chodzą tacy ak to rzy i krytycy, jak:
pogranicza białorusko-polskiego m ają w sobie zna­
T eresa Budzisz-K rzyżanow ska, A nna Polony, H a­
mię autentyzm u. W ykorzystano bogaty folklor wy­
lina W iniarska, A ndrzej H a u sb ra n d t, Jerzy K oenig,
m ienionych obszarów tw orząc baśń, przeznaczoną
W iesław M ichnikow ski, W ojciech N atanson, Z big­
bardziej dla dorosłych, niż dla dzieci, baśń przenik­
niew Zapasicw icz... K ażdego roku K apituła zbiera
niętą refleksją o ludzkim losie. W biednej wiosce
się na Z am ku W arszew skim by w ybrać a k to ra , k tó ­
odbyw a się ludow a zabaw a, zaloty, ślub, pokładzirego sztuka zasłużyła na trw ałą pam ięć n aio d u .
ny, narodziny dziecka... Bieda wytycza jego dalsze
O soba, której n a d an o W aw rzyn, wchodzi potem
losy: oddane przez ubogich rodziców w ędrow nem u
w skład K apituły z głosem decydującym — w ubie­
handlarzow i poznaje, co to d iabelska siła pieniądza.
głym roku był nią Jerzy T rela, a sam a uroczystość
0 duszę chłopca walczy anioł i diabeł, który przy­
nadania łączy się zawsze z pięknym w ystępem , przy­
wdział postać owego handlarza... Spektakl nag ro ­
gotow anym przez członków K apituły — znakom i­
dzony w ubiegłym roku kilkakrotnie, m .in. na festi­
tych ak to ró w polskich. W tym roku nic odbyła się
walu w E dynburgu, stanow i przykład jakże udane­
uroczystość w ręczenia nagrody. Nic zdążyła jej ode­
go pow rotu d o źródeł teatru. A ktorzy mogli p o k a­
b rać tegoroczna laureatka: R y s z a r d a H a n in . T a
zać pełnię swych możliwości, nic musieli przybierać
wielkiej klasy a k to rk a odchodząc od n as u dow odni­
m aski chłodu i cynizm u.
ła raz jcszczc praw dziw ość pow iedzenia Cam usa:
O bok poszukiw ań „T ow arzystw a W ierszalin”
„Śm ierć nadaje kształt m iłości” . Istnieje w człowie­
m ożna było podczas bydgoskich konfrontacji zoba­
ku coś, co m ożna by nazw ać „wychyleniem się poza
czyć tea tr w artościow y, a nic roszczący sobie pre­
śm ierć” . Tej łaski dostępują ci, którzy obdarzają
tensji do żadnych eksperym entów , przeciwnie, p ro ­
nas swym talentem , pasją i wew nętrznym światłem .
gram ow o tradycyjny, zagrany tak, że kłania się
M ogą oni, jak mówi K azim ierz W yka, „wychylić się
W pas stary Stanisław ski ze swym nakazem wciela­
poza ścianę zapom nienia” i funkcjonować nadal w p a­
nia się w postać aż d o całkow itego roztopienia się
mięci zbiorow ej. N ależy d o nich ta d ro b n a i krucha
w niej. T ea tr Stu i jego 33 omdlenia wg Czechowa
kobieta. Jej akto rstw o również stanow i przyczynek
w adaptacji reżyserii Zbigniew a Z apasicw icza i z je ­
d o dyskusji o granicach teatru i życia. I o m ądrości
go aktorskim udziałem
to kunszt charakteryzacji
w znoszenia się ponad a ktualne m ody i m aniery. Jej
1 farsow ości, doprow adzonej do im entu (chwilami
kreacje — to nie było „tarzan ie się we wszystkich
lekko przerysow anej). M ożna się pośm iać lub o d ­
rzucić ten gatunek teatru, nic m ożna m u odm ów ić
odm ianach gniewu, wściekłości, gryzącej ironii, sar­
wdzięku i poezji. A także refleksji nad tym , czym jest
kazm u” . Przeciwnie, zagrała ja k b y na p rzekór m o­
sztuka ak to rsk a, zwłaszcza że Z apasicw icz trzy o p o ­
dzie wiele ról najtrudniejszych: ludzi dobrych, zwłasz­
w iadania Czechow a połączył interm edium , którego
cza kochających m atek. I były to postaci pełnow y­
tem atem są zwierzenia starego a k to ra (K rzysztof
m iarow e, nakreślone ja k o ś tak p rosto i naturalnie
Stclm aszck). T ym akcentem arty sta włączył się w
poprzez ściszenie tonu, pozorną szorstkość. U m iała
nurt kilku przedstaw ień, zaproszonych d o Bydgosz­
pokazać, że praw dziw a pro sto ta stoi bardzo blisko
czy, które zdaw ały się zgłębiać istotę teatru. A więc
wielkości. I że pod pow ierzchnią życia czają się nie
A rtu r Barciś i jego Gra — ten musical na jednego
tylko ciem ne instynkty i pożądania...
wykonaw cę, odsłaniający duszę a k to ra , jego kom ­
Maria Grzegorzewska
pleksy, rozterki, zakulisow e tajem nice... N o i na­
154
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
TUTAM...
Po co oni to robią?
T akie pytanie pojaw ia się zawsze w spotkaniu
z rzeczą now ą czy nietypow ą, na przykład taką, jak
kolędnicza w ypraw a T ea tru W iejskiego „W ęgajty” .
T ea tr m ożna upraw iać wszędzie, ale niezwykle
w ygodne jest upraw ianie go w dobrze wyposażonym
budynku, uzbrojonym w dziesiątki ludzi obsługują­
cych sceniczne doko n an ia, przyciągającym regular­
nie kilkudziesięciu lub kilkuset widzów. Statystycz­
nie rzecz biorąc tak a form a teatru jest najp o p u lar­
niejsza i popularnie nazywa się teatrem tradycyj­
nym. Nic miejsce tutaj na dyskusje, ja k głęboko
sięgają w historię przeróżne tradycje teatru i która
bardziej zasługuje na takie nazw anie. Faktem jest.
że dla przeciętnego widza budynek teatru z „ tra d y ­
cyjnym " podziałem na scenę i widownię i „tradycyj­
ną ” ram ą sceniczną jest wyjściową konw encją tea t­
ralną i wszystkie inne zjawiska m ierzy on odległo­
ścią od tejże konwencji.
Ale naturalnym losem konwencji jest ich kostnie­
nie, schem atycznienie, widz się do konwencji przy­
zwyczaja. D ochodzi d o sytuacji, w której po jednym
zdaniu czy geście widz zna ju ż całość, uw aga jego
usypia, usypia jego wrażliwość. T o, co dzieje się na
scenie, staje się c o raz bardziej przezroczyste, a poza
schem atycznym gestem i słowem a k to ra rozciąga się
tylko nieogarniona pustka.
„T radycyjny" teatr wciąż o party jest n a litera­
turze, ja k o tworzywie podstaw ow ym . Tym czasem
literatura dram atyczna, przeżywająca obecnie stan
wielkiej stagnacji, nie stw arza w ystarczających p o d ­
niet dla teatru. D arem ne staje się w ertow anie no­
wych „D ialogów ” . T w órcy teatralni nie znajdują
now ych, atrakcyjnych tekstów .
W ydaje się, że po Becketcie sytuacja literatury
dram atycznej przypom ina tę po Eurypidesie. G e­
nialny a u to r doprow adza d ra m a t do granic m ożli­
wości rozw oju i potem pow stają tylko rzeczy gorsze.
Oczywiście życie zawsze czyni atrakcyjnym i nowe
fabuły o ch arak terze publicystycznej aktualności,
ale nie ma to nic w spólnego z rozwojem d ra m a tu
ja k o pewnej form y sztuki.
N astępne, dorów nujące jakością Eurypidesow i,
d ram aty historia europejska zanotow ała dopiero po
dw udziestu wiekach. T ea tr oczywiście istniał cały
czas, ale w zupełnie innym środow isku.
T ea tr od-literacki przegryw a z kinem , telewizją,
tempem informacji gazetowej. Nic było z tym jeszcze
tak żle w czasie sztucznego uatrakcyjniania teatru pr/ez
cenzurę. W w arunkach wolności twórczej pow stają
coraz nudniejsze przedstaw ienia według coraz nu­
dniejszych dram atów lub coraz nudniejszych a d ap ta ­
cji prozy, które rzadko są czymś więcej niż słabo prze­
traw ione nowe kom binacje starych fabuł i obrazów.
Oczywiście jest tu parę chlubnych w yjątków , ta­
kich jak Lupa czy Jarocki
dobry reżyser nawet
w ychodząc od literatury nie zapom ni o proporcji
wszelkich tworzyw. Za m ało jednak tych wyjątków,
aby zmienić ogólny o braz tea tru „tradycyjnego".
Bcckctt, podobnie ja k Eurypides, doprowadzi!
dram at do ostateczności. D alsza droga jest niem o­
żliwa, po prostu nie istnieje. Bcckctt zgłębił i o b n a ­
żył wszelkie granice m ożliwości bytow ania d ram atu
w teatrze, co, całkiem niesłusznie, pojm ow ane bywa
ja k o kryzys teatru w ogólności. T aki pogląd jest
w dużej m ierze wynikiem ulegania tyrańskiej władzy
filologa w teatrze.
W sytuacji lego im pasu twórczego pojaw iają się
teksty Bogusława Schaeffera, posługujące się ba­
nalnym i m otyw am i fabularnym i, pełne krótkich
skeczów, rozłam ań stereotypów zachow ania a k to ­
rów i widzów, św iadom ie groteskow ego teoretyzo­
wania. N ie sposób znaleźć tu jakiejś oryginalnej
myśli. W szystko ju ż było.
Ten w orek drobiazgów skom ponow any jest je­
dnak w taki sposób, że ze wszystkich dowcipówdrobnych napięć, karkołom nych kojarzeń m oty­
wów wyłania się całość o niezwykle logicznym prze­
biegu, precyzyjnej konstrukcji, pełnych napięcia ryt­
m ach i tem pach, utrzym ujących cały czas uwagę
widza na najwyższym poziom ie. Całość tak jest za­
leżna od w ykonania aktorskiego, że bez doskona­
łych a ktorów traciłaby jakikolw iek sens.
L iteratura sam a zrezygnow ała ze swojej dom i­
nacji, a tea tr stał się intrygujący, bo „niekonw encjo­
nalny” , zaskakując widza w każdym momencie, ki­
piąc w każdym m om encie swoją obecnością. Teatr
niezwykle żywy i niezwykle teatralny, to jeden /C
sposobów przezwyciężenia kryzysu, jak i na teatr
ściągnął kryzys dom inującej literatury. I n i e b e z zna­
czenia jest tu fakt, że pierw szą profesją S chaeffera
było kom ponow anie.
SCEN A
155
Ale islota schaefferowskiej zabaw y dostępna
jest tylko widzowi w m iarę w ykształconem u, koja­
rzącem u w lot wszelkie niuanse niew innie i niepo­
zornie drążące głębie teorii teatru, a szczególnie
sztuki aktorskiej. W ym aga to um ysłu intelektua­
listy i znawcy, który świetnie p orusza się pośród
m yślowych kom binacji odnośnie szczegółów histo­
rii, konwencji i obyczajów teatralnej sztuki, razem
z Schaefferem nabudow ując na tym wszystkim ko­
lejną, now oczesną w arstw ę znaw stw a.
Zdecydowanie jest coś niezdrowego w takim , p a ­
chnącym erudycją, samoopisic którejkolwiek ze sztuk.
N aw et jeśli czynione jest to z lak bezpretensjonalną
lekkością, ja k u Schaeffera. Sztuka zbył długo zajęta
traw ieniem swoich własnych problem ów , oderw ana
od rzeczy prostych, naiw nych i wiecznych zawsze za­
czyna przypom inać węża pożerającego własny ogon.
Schaeffer znajduje wyjście z takiej sytuacji czego
przykładem — Tułam.
W ostatniej scenie tego przedstaw ienia (myślę tu
o doskonalej realizacji Jacka O rłow skiego w T eatrze
Powszechnym w Łodzi*, (gdzie aktorzy: B arbara
Lauks i Bronisław W rocław ski stali się rów norzę­
dnym i partneram i a u to ra ) dw oje ak to ró w , g rają­
cych d o tąd sym ultanicznie dwie p ary postaci, w sp o ­
sób tru d n o uchw ytny dla w idza zrzuca z siebie grane
dotąd postacie i, naw iązując robionym właśnie m a­
kijażem gdzieś d o pantom im y D cburau czy cy rk o ­
wych klow nów , m ówi sobie wzajem — „kocham
C|ę” . Czynione jest to w absolutnej pow adze, n a ­
leżnej takim słow om , a jednocześnie nie anuluje d o ­
tychczasowej zabaw y ani nic osłabia napięcia. Te
Proste słowa stają się wypełnieniem zabaw y, uzu­
pełnieniem, odniesieniem jej d o pchli św iata, prze­
skoczeniem ponad wszelkie precyzje intelektual­
nych opisów.
O to ile trzeba konwencji przerobić, przekom binow ać i wreszcie zrzucić z siebie, zrzucić bez ironi­
zow ania, bez ośm ieszania, bez nienawiści, bez żad­
nego um niejszania ich roli, po prostu zrzucić z sie­
bie, z zachow aniem pełnego szacunku dla tych wszy­
T ak więc rozwój d ra m a tu i teatru oznacza tu
skojarzenie z daw ną ep o k ą, pełną — dla dzisiejsze­
go przcintclcktualizow ancgo widza
sentym enta­
stkich konwencji stanow iących etapy rozw oju teat­
ru aż do teraz, a więc stanow iących fundam ent. O to
ile trzeba zrzucić z siebie dla owej szczerości słów
..kocham cię” , tak, aby a k to r m ów iący te słowa
uniknął nawet cienia banału.
dzieci d o słońca, księżyca i gwiazd. Czy to wynikało
z jakichś niezwykłych zdolności i um iejętności k o ­
lędników? Nic, to było tylko i wyłącznie wynikiem
sposobu, w jak i były słuchane!
Ledwie że udram atyzow ane wypow iedzenie lub
wyśpiewanie jasełkow ych tekstów i pieśni w wiej­
skiej chacie lub świetlicy daje w rażenie „odczynia­
n ia" teatru w strząsającego połow ą św iata. T o zno­
wu poprzez reakcję widza, który szczęśliwie nic p o ­
trafi oceniać, klasyfikow ać i porów nyw ać tego, co
widzi. Nagle zgaszenie św iatła, podniesienie głosu
Ola takiego efektu nie wystarczy dziś oczywiście
napisanie jednego Tułam. T rzeba było pewnie napi­
sać tyle właśnie tekstów , ile ich Schaeffer napisał,
tw orząc po drodze jeszcze jed n ą
schaeffcrow ską
konwencję.
Z resztą finałow a scena Tułam nic jest wolna od
ściśle określonej konwencji teatralnej
dzięki klownowskiem u m akijażow i
w stronę liryzmu.
kierującem u przecież nas
lizmu. Rozwój oznacza pętlę, zakreśloną w historii
d o czasu, w którym cała la teoretyczna wiedza jesz­
cze nie istniała. T o także, a może przede wszystkim ,
poszukiw anie, jak uczynić dziś w teatrze rzecz n aj­
prostszą, elem entarną, ja k odw ołać się do najp ro st­
szego ludzkiego o d ruchu, tak. by rzeczy najprostsze
ukazyw ały się w calcj pow adze swej ważności.
Lccz takie poszukiw anie m ożna prow adzić w zu­
pełnie innym kierunku. Nic
m ozolnie wybijając
ścieżkę d o serca widza poprzez nieprzyjazny gąszcz
erudycji i przyzwyczajeń, ale poszukać dla teatru
widza dziewiczego. I m im o że w' większości dyskusji
0 kondycji teatru brak w yeksplikow ania tego faktu,
widzów takich jest w bród.
W tym m om encie dochodzim y do węgajckicgo
kolędow ania. T o właśnie jest poszukiwanie i o d n a j ­
d y w a n ie takiego widza. Oczywiście błędem byłoby
myślenie, że to jedyny cel. Nic zam ierzam tu także
wskazywać na jakiekolw iek hierarchie cclów. C zy­
telnik niechaj pam ięta, że spraw y teatralne są tu
arbitralnie przeze mnie w ybranym narzędziem opisu.
W idz odnaleziony, tym razem w olsztyńskich
wsiach, żyje daleko od m iasta, od „tradycyjnego”
teatru. I dlatego reaguje inaczej. T u w szystko jest
proste i każda pieśń, każdy praw ic gest sięga i ziemi,
1 nieba. W szystko
bez względu na to czy zad u m a­
nie. czy zabaw a
dotyka z pełną pow agą n ajb ar­
dziej elem entarnych spraw ludzkich, bez żadnego
cudzysłow u, bez żadnej św iadom ości konwencji.
Pam iętam z zeszłorocznego kolędow ania u Łem ków
w Beskidzie Niskim słowa pieśni:
Jasne sonce
to pan hospodar
Sribrnyj misac
to e hospodinia
Dribni zirki
to c ichni ilitki
Słowa te, śpiewane po wejściu kolędników do
chałupy, przestaw ały być słowam i pow szechnie zna­
nej tu pieśni. Staw ały się pierwszym , jedynym i p o ­
tężnym przyrów naniem gospodarza, gospodyni i ich
tworzy tea tr pełny, teatr w m aksim um przeżycia
i wrażenia. A k to r grający kozę w skakuje pod kołdrę
gospodarza i przełam uje tym wszelki op ó r. Jakie to
156
K W A R T A L N IK A R T Y S T Y C Z N Y
niezgodne z wszelkimi norm am i dobrego zachow a­
nia! Ale nie tu, nie w sytuacji najścia przez kolędni­
ków, bo to nic zwykła tow arzyska w izyta, a teatr
prawdziwy.
narzekajm y, że kolędow anie to coś peryferyjnego,
niedostępnego dla norm alnej publiczności, jak a ś ta­
ka bliżej nieokreślona zabaw a. T o punkt widzenia
m ieszkańców m iasta, którym wydaje się, że ustalają
Jakże daleko stąd d o subtelności Schaeffera. Czy
n a pew no daleko? W Tutam jednym z ważniejszych
m om entów w ciągania widzów do beztroskiej zab a ­
wy jest ten, kiedy B arbara L auks siada na kolana
jednem u z widzów. Czyżby i to, i koza były po prostu
dojściem absolutnie różnym i drogam i d o tego sa­
te właściwe norm y oceniania tylko dlatego, że piszą
więcej książek i drukują więcej gazet.
Św iadkam i kolędniczej wypraw y w ciągu dnia
jest podobnie wiele ludzi, ile ich m oże obejrzeć, rów ­
nież w ciągu jednego dnia, przedstaw ienia Tutam.
I tu, i tam są po prostu ludzie.
Schaefferowski tytuł rozw iązuje się w tym miej­
scu ja k przedziw ny kalam bur, ja k bywa nieuświa­
m ego m om entu? A i pun k t wyjścia jest przecież, p o ­
dobny; i fakt nie do przecenienia: obie te drogi wyni­
kają z fascynacji m uzyką. O bie są też udaną próbą
odpowiedzi na pytanie, ja k w yprow adzać teatr z kry­
zysu; obie są sięgnięciem d o zjawisk w swej prostocie
najczystszych.
Nie dałoby się przenieść ani Tutam do wiejskiej
chaty, ani kolędników d o miejskiej instytucji teatru.
Ale sita przeżyw ania teatru w obu przypadkach jest
równie w ielka, rów nie istotne są to zjawiska. I nie
dom ione, a genialne przeczucie istoty trw ającego
m om entu.
Jerzy Welter
*
Spektakl pokazany na tegorocznych XVI Bydgos­
kich Spotkaniach Teatralnych.

Podobne dokumenty