Polonistyka Kultura uliczna Kariera samorządowca UW Mamy Miss

Komentarze

Transkrypt

Polonistyka Kultura uliczna Kariera samorządowca UW Mamy Miss
numer 4 (12)
maj–czerwiec 2007
cena 1, 00 zł
ISSN 1895–7919
Mamy Miss Uniwerkum!
Kultura uliczna
działalność ludyczna
Kariera samorządowca UW
Polonistyka
tajemnicza głowa i tabula rasa
2
so 5%
cz w
ys ię
to ce
śc j
i!
Za stworzenie możliwości obniżenia ceny Traktora dziękujemy spółce Presspublica, wydawcy dziennika
kierownica traktora
majak
Sikret Serwis
Ania Godziuk (eŃ)
(oczapkowienie)
Korekta
Zosia Bluszcz
(rozczochranie)
Naczel
Marcin Trepczyński
(karate-puma)
Maj to przesilenie. W maju coś drży, wszystko pęcznieje, nadmiarem wzbiera i wymaja w postaci bzów, burz, pisanych prac,
juwenalijów i obfitszego o 25% Traktora. Tak, wycisnęliśmy
z Traktu Królewskiego i swych duszyczek więcej soku, bo to już
ostatni numer przed wakacjami – majowoczerwcowy.
Wymaiła nam się również Miss Uniwerku(m) – i m.in. dlatego numer
to specjalny. Jak wiadomo, demokracja jest dla mięczaków, więc ja i Rafał
Młodzki (który swe romantyczne śpiewy wydobywa na str. 9.) wracamy
do rycerskich tradycyj i wszem i wobec ogłaszamy, że Nina najfajniejsza
jest. Możecie sobie zobaczyć na rozkładówce. Jeśli ktoś koniecznie chce
wszystkim pokazać, że myśli inaczej i nie ma racji, to zapraszamy, niech
się kompromituje na ułożonych przez mostostal kafelkach czy gdzie
bądź. Ale jakby co – ostrzegaliśmy, że w naszych żyłach płynie karate.
Ponadto powstało wiele ciekawych tekstów. W gwoździu znajdziecie wywiad Ani (która za aktywność i skuteczność zostaje Mareszem Numeru) z Legendarnym Xawerym, który zadaje się z Majorem
i w ramach koła naukowego wyczynia happeningi na ulicach. Dalej ciekawostki z polonistyki (czyli – co wieść gminna niesie nt. pustej tablicy i kamiennej głowy) i germanistyki (o pewnej szatniarskiej namiętności), migawka z koncertu, a także marcowy marsz „Światło dla życia”
– widziany z dwóch stron. Nowym kołem traktora są w tym numerze
pokazane z bliska Warsztaty Analiz Socjologicznych i ich odnoszący
wielki sukces blog. W rozmowie z Arturem Tonderą poruszymy zaś
temat zmian w regulaminie studiów na UW. Następnie dwa mięsiste
wywiady. Od Kuby Zbrzeżnego, który zaplątał się w uniwerkową politykę, dowiemy się jak to jest być samorządowcem i czy łatwo nie stać
się karierowiczem. Poznamy też Monikę, która rzuciła Afrezję i orientalistów dla Klepsydry i historyków, ale zabrała ze sobą masę ludzkich
historii. I w końcu nasz ukochany translator Eugeniusz – Horacy na tacy,
voilà, Mateusz Seler – reportaż-recenzja z „Bez końca” Kieślowskiego
w DKFS i Irek, który zdradzi nam na ucho tajniki jazzu. A gdzieniegdzie
felietonowe mądrości i różne figle.
Czytajcie i poznawajcie się, drodzy Mieszkańcy Traktu. A po wakacjach – piszcie do kolejnego numeru. Póki co, niech maj nas wchłania
i wypluwa w takt wszystkiego. Chwalmy Pana, leżmy na trawie, tańczmy
i śpiewajmy. I niech tak będzie.
Naczel
Mechanik
Maciek Matejewski
(zakapturzenie)
spis traktorowych części:
na masce traktora:
Mina uwieczniona przez Lucjana.
Tr a k t o r K r ó l e w s k i – m i e s i ę c z n i k s t u d e n t ó w Tr a k t u
R e d a k t o r N a c z e l n y: M a r c i n T r e p c z y ń s k i m e r c y n @ o 2 . p l
Ł a m a n i e:
M a c i e k
M a t e j e w s k i
W y d a w c a: S t o w a r z y s z e n i e E t n o g r a f ó w
i Antropologów Kultur y „Pasaż Antropologiczny”
N
a
k
ł
a
d:
2
8
0
e
g
z.
Wa r s z a w a – Tr a k t K r ó l e w s k i – A D 2 0 0 7
kierownica . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 2
majak; Redakcja; na masce; stopka; spis części
przez szyby traktora . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 3
Ń-usy; DKFS
reflektorem traktora . . . . . . . . . . . . . . . . 4, 10–11
socjopaton; O zmianie; O czym nie można; Duchota
gwóźdź . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5
działalność KC
traktor dojedzie wszędzie . . . . . . . . . . . . . . . 6–8
Moda na sukces w szatni; Zagadka dla wnikliwych;
Esy floresy fantasmagorie; polemika z marszu
młodzkarnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9
imię Niny
w lusterku traktora . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10–11
Miss Uniwerkum
koła traktora . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12
A WAS?; Francja wybiera
traktora instrukcja obsługi . . . . . . . . . . . . . . . 13
Kłody pod nogi
tractor sum . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 14
Co powiedzieć chciał Rzymianin
la gente – mieszkańcy Traktu . . . . . . . . . . . 15–17
nowy świat; Z Afrezji do Klepsydry
co w traktora duszy gra . . . . . . . . . . . . . . . 18–19
nauka jazzu; Kieślowski
impreza w traktorze . . . . . . . . . . . . . . . . . 19–20
Fani Traktora; re: bus; młodzkarnia
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
przez szyby traktora
Koło naukowe „Bubo” przy IFK zaprasza na Letnią Szkołę Języków i Kultury Antycznej.
Gdzie? W Niedźwiedziu, w górach.
Kiedy? 19–31 sierpnia 2007
Ile? Ok 600 zł
W programie m.in. intensywna nauka łaciny i greki, wieczorne
spotkania z kulturą antyczną i inne atrakcje.
Wstępne zgłoszenia: [email protected]
Wspomnienia z poprzednich wyjazdów: http://kypris.webd.pl
(„szkoła łacińska”)
III edycja Dni Reklamy na Wydziale Psychologii UW – Proces
Twórczy w Reklamie
Studenckie Koło Naukowe Psychologii Ekonomicznej „Moderator” organizuje na Wydziale Psychologii UW konferencję
naukową poświęconą zagadnieniom związanym z szeroko rozumianą reklamą.
Kiedy? 18-19 maja (piątek i sobota). Podobnie jak w latach
poprzednich będzie podzielona na dzień „wykładowy” i „warsztatowy”. W odróżnieniu jednak od minionych edycji tym razem
skupiamy się w większym stopniu na kreatywnym aspekcie procesu reklamotwórczego.
W programie wykłady prowadzone przez najbardziej znanych
i uznanych praktyków i teoretyków reklamy, konkurs na projekt
reklamy społecznej, warsztaty, dyskusje, nagrody.
Szczegóły: www.psychologia.pl/moderator/dni_reklamy/
TEN INNY: Konkurs na tekst, zdjęcie czy bloga – „Ważne jest,
abyś zachował zdolność przeżywania, aby istniały rzeczy, które
mogą cię zadziwić, wywołać wstrząs. Ważne jest, aby nie dotknęła
cię straszna choroba: obojętność” – Ryszard Kapuściński
www.teninnykonkurs.blox.pl
Zrzeszenie Studentów Polskich w Warszawie po raz pierwszy
ma przyjemność zaprosić warszawskich studentów do udziału
w Wielkim Studenckim Turnieju Językowym. Mogą wziąć
w nim udział prawie wszyscy studenci stołecznych uczelni wyższych. Turniej obejmie cztery następujące języki: angielski, niemiecki, francuski i hiszpański.
Szczegóły: www.turniejjęzykowy.zsp.pl
Studenckie Koło Astronautyczne zaprasza na wykłady z okazji
pięćdziesięciolecia ery kosmicznej.
Gdzie? W Instytucie Techniki Cieplnej – ul. Nowowiejska 21/25,
sala T204
O godzinie 16.30.
Program: 22 maja –„Kosmiczny osprzęt – jak to zrobić?” – dr inż.
Piotr Orleański
23 maja – „Człowiek w Kosmosie” – gen. Mirosław Hermaszewski
– pierwszy polski astronom!!!
29 maja, godz. 14.00, BUW – „Dokąd zmierzamy” – doc. dr hab.
Marek Banaszkiewicz
Wstęp wolny
Jeżeli chcesz działać wśród społeczności studentów WPiA, czujesz się na siłach i jesteś gotowy, masz mnóstwo pomysłów, nie
lubisz się nudzić, to dobrze się składa, bo poszukujemy właśnie
takich ludzi. Wszelkie informacje można zaciągnąć wysyłając
wiadomość z chęcią współpracy z nami na adres: [email protected]
waw.pl lub [email protected]
23 maja, 12:00, Collegium Iuridicum III: Obrona Trepczyńskiego. Trzymajcie siusiaki!
DKF Socjologów „Pod Spodem”
zaprasza...
Lata DKF-owych doświadczeń wskazują, że w maju będzie nas
w piątkowe wieczory ciągnąć raczej na świeże powietrze niż do
sali kinowej. W pierwszym tygodniu będziemy się więc majówkować, w drugim – juwenaliować, ale już w okolicach trzeciego
piątku miesiąca zatęsknimy znów za kinowym fotelem. Dlatego w maju Pod Spodem zaprasza tylko na dwa wieczory, oba
za to niezwykle smakowite. I mroczne.
18 maja serwujemy klimat noir, w klasycznym wydaniu z 1949
roku, czyli Trzeciego człowieka Carola Reeda, z samym Orsonem Wellesem w roli tytułowej. Zaszyjemy się w ciemnych uliczkach powojennego, czarnorynkowego Wiednia, gdzie młody, kanadyjski autor
kiepskich powieści podejmuje prywatne śledztwo w sprawie tajemniczego wypadku swego przyjaciela.
Uznany przez British Film Institute za film wszechczasów, Trzeci
człowiek to spotkanie z esencją gatunku: pełna napięcia akcja, kryminalna zagadka, nagrodzone Oscarem, postekspresjonistyczne zdjęcia, oddające atmosferę zdegradowanego miasta ale i wpleciony w to
wszystko obraz moralnego chaosu lat powojennych. Plus grana przez
Welles’a postać Harry’ego Lime’a, najbardziej charyzmatycznej kanalii w dziejach kina, wzorowana na podwójnym angielskim agencie
Kimie Philbym, przełożonym autora scenariusza, Grahama Greena,
z czasów jego pracy dla brytyjskiego wywiadu.
A 26 maja oderwiemy się od czasu i przestrzeni za sprawą szwedzkiego reżysera Roya Anderssona i jego Pieśni z drugiego piętra.
Oto nadciąga nowe millenium, a z nim wydarzenia mroczne i niepokojące: niezidentyfikowane miasto-świat dusi się w wielkim korku,
ludzie próbują prześcignąć czas, a niejaki Kalle postanawia na fali
nastrojów milenijnych zrobić pieniądze na handlu krucyfiksami…
Określane nieraz mianem wielkiego filmowego majaka, Pieśni powstawały przez 4 lata, bez scenariusza, jedynie na bazie wiersza Upadek
między dwiema gwiazdami peruwiańskiego poety Césara Vallejo.
Stąd między innymi ich wyjątkowa forma: 46 długich, precyzyjnych
ujęć, spinających strukturę narracyjną, a jednocześnie będących
zamkniętymi, malarskimi realizacjami wizji poetyckiej. Całość jest
metaforą kondycji człowieka, tkwiącego w klatce mentalnych i ideologicznych konstruktów, które sam dla siebie stworzył i wśród których w końcu zaczyna się dusić. Uznane w Szwecji za najlepszy film
2000 roku, Pieśni są wciąż jedynym wyświetlanym w Polsce filmem
Anderssona, należącego do najbardziej cenionych współczesnych
reżyserów szwedzkich.
Na zakończenie semestru, 1.06, pokażemy jeden z najsłynniejszych
filmów Luisa Buñuela – Widmo wolności. To kilkanaście krótkich
historii, pełnych absurdu i czarnego humoru – anegdot i paradoksów
godnych ostatniego surrealisty światowego kina. Ale w szalonej, czasem mocno hermetycznej formie, kryją się typowe dla tego artysty
wątki krytyki społecznej oraz pytanie o znaczenie i granice wolności
w obliczu względności wartości i norm moralnych. Obrazuje je struktura odwróconego tabu: jako niestosowne przedstawione zostaje to,
co funkcjonuje w kulturze jako właściwe i powszechne, a normą staje
się to, co zwykle uznawane jest za wstydliwe lub naganne.
Buñuel napisał w swojej autobiografii: Mleczna droga, Dyskretny
urok burżuazji i Widmo wolności tworzą coś w rodzaju trylogii (...)
Mówią one o poszukiwaniu prawdy, o tym, że trzeba uciekać, gdy
tylko się zdaje, że się ją znalazło, o nieubłaganym rytuale społecznym
(…) o konieczności poszukiwań, o przypadku, o osobistej moralności, o tajemnicy, którą należy szanować”.
Zapraszamy jak zwykle na 19.15 do Domu Sztuki na Wiolinowej
14 (przy samej stacji Metro Ursynów). Na dobry początek piątkowych
majowych wieczorów.
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
Ewa Stokłuska
socjologia
reflektorem traktora
Felieton socjopatyczny
czyli słów kilka o społecznej teodycei
Ostatnimi czasy dociera do mnie, jak ważne dla mojego pokolenia jest wyznaczanie sobie celów. Klarowne plany na życie
i kariery, racjonalne ujmowanie problemów, sukcesywne rozliczanie się ze swoich pomysłów na przyszłość stały się receptą
na życie. Postrzeganie trudności czy relacji w kategoriach
racjonalnych dyrektyw stało się niezawodnym wytrychem na
poczucie bezsilności.
Małymi krokami torujemy sobie drogę do szczęścia. Postawa
zupełnie odmienna od reprezentowanej przez pokolenie naszych
rodziców. Ich generację charakteryzowały raczej wzniosłe idee
i poszukiwanie romantycznego piękna. Są to łaknienia nieskażone
chłodną racjonalnością. Mimo to znakomita większość młodego
pokolenia żywi pewną tęsknotę do wartości, które pociągały ich
rodziców. Z łatwością również pogardzają modelem ślepo racjonalnego karierowicza.
Mimo uproszczeń, których się dopuściłem, we wstępie zarysowały się dwa pytania. Po pierwsze, warto zastanowić się, gdzie jest
źródło opisywanych postaw i dlaczego obie są bliskie współczesnemu
człowiekowi. Po drugie, skąd bierze się rozłam między wartościami,
którymi żyjemy, a tymi, które nas pociągają i co sprawia, że człowiek
nagina się w którąś ze stron. Wydaje mi, że obie postawy mają źródło
w ludzkich łaknieniach. Z jednej strony szukamy potwierdzenia
naszych umiejętności. Potrzeba udowodniania swojej zaradności
owocuje racjonalnością oraz postępującym wyrachowaniem. Z drugiej strony pragniemy nadać naszemu życiu znaczenie. Rozpoczyna
się poszukiwanie wartości i pogoń za wzniosłymi ideami. Pozostaje
jeszcze drugie pytanie. Wydaje mi się, że różnica postaw wyrosła
na gruncie odmiennej świadomości społecznej. Pokolenie naszych
rodziców wyrosło w atmosferze ciągłej niepewności, lęku i napięcia.
Były to doświadczenia, które kształtują świadomość kruchości ludzkiego życia oraz niepewności losu. Współczesne pokolenie nie zostało
dotknięte tak silnym czynnikiem formującym. Stąd często spotykamy
się z myśleniem w krótszej perspektywie i związanymi z nim łaknieniami. Zdaje się zatem, że obie postawy zakorzenione są w potrzebie
poczucia bezpieczeństwa. Różnica między nimi wynika natomiast
z odmiennych sposobów postrzegania bezpieczeństwa. Pośrednio
zatem związana jest z zagrożeniami, które kształtują nas.
Wbrew pozorom obie postawy wiążą się z podobnymi konsekwencjami. Są one bowiem próbą dopasowania rzeczywistości do
własnych potrzeb. Pragmatyzm oraz potrzeba kategoryzacji, charakteryzujące nasze pokolenie, są próbą zamknięcia rzeczywistości
w realiach naszych celów i planów. Tym samym przyznajemy sobie
monopol na prawdę oraz traktujemy świat i innych ludzi fragmentarycznie. Konstruktujemy iluzoryczny, równoległy do rzeczywistości
świat. Ogranicza się on do nas samy oraz do przedsięwziętych przez
nas planów. Namiętne szukanie idei natomiast zdaje się próbą nagięcia rzeczywistości do naszych wyobrażeń i tęsknot. W konsekwencji
stajemy się niewolnikami wizji, w które wierzymy. Szukamy wciąż
potwierdzenia naszych idei w życiu, nieraz odwracając oczy od niedoskonałej, a co gorsza niespełniającej naszych oczekiwań rzeczywistości. Wolimy żyć w świecie wzniosłych słów niż rozbić się o mur
szarej rzeczywistości.
Pozostaje pytanie, dlaczego obie postawy wiążą się tak silnie ze
społeczeństwem. Mimo że rozpocząłem refleksją o pokoleniach,
dotychczasowe rozważania skupiały się na jednostce. Wydaje mi się,
że cały konstrukt pokoleniowy usprawiedliwia i wdraża postawy,
które starałem się przybliżyć. Trudno spojrzeć na nie nie dostrzegając ich negatywnej strony. Potrzebny jest zatem sposób na zracjonalizowanie lub uzasadnienie czy usprawiedliwienie swoich poczynań. Społeczeństwo wychowuje swoich członków do postrzegania
omawianych postaw. Jakże wielką ulgę przynoszą nam frazy: przecież takie są czasy, przecież wszyscy tak robią, przecież to normalne.
Nagle pragmatyzm i obojętność stają się koniecznością, a wzniosłe
słowa i romantyczne westchnienia jedynym słusznym sposobem
postrzegania rzeczywistości.
Mateusz Seler
socjologia
O zmianie
Gdy Nowe puka do drzwi – otwieraj!
Nigdy nie stracimy tego, co nas kiedyś cieszyło.
Wszystko, co darzymy głęboką miłością, pozostaje częścią nas.
Helen Keller
Pisanie tego tekstu zaczęłam wręcz przewrotnie od wypowiedzi amerykańskiej pisarki Helen Keller. Wszak wszystko, czym
jesteśmy, nosimy w swoim wnętrzu, niezależnie od zmieniających się czynników zewnętrznych.
Zmiana. Bo to temat niemniejszego artykułu, zwykle nam się
kojarzy ze stratą, z pejoratywnie naznaczonym procesem. Pełnego
bólu i wyrzeczeń. Albo wydaje nam się, iż zachodzi tak niepostrzeżenie. Nasza postawa do Nowego zależy od tego, co spostrzegamy, na
czym koncentrujemy uwagę. Z m i a n a t o ż y c i e .
Życie to cykl małych i dużych przeobrażeń. Naturalnym prawem
jest zmiana, następująca cyklicznie nie tylko w przyrodzie i gospodarce. Wystarczy tylko wspomnieć o następstwach pór roku. To,
co my, ludzie spostrzegamy jako oczywistość, powtarzalność, przy
bliższym poznaniu staje się konsekwencją zachodzącej zmiany. Jerzy
Zagórski pisze: czym jest na świecie trwałość/tym czym brzęczenie
kastanietów
/i w wieczne nie oblecze ciało/nic na tej ziemi dłoń niczyja/i dla
kilofów i poetów/wszystko co piękne jest/przemija/wszystko co piękne
jest przemija/wszystko co piękne jest zostaje/choć nawet czas i ten przeminie/ ludzie okrzyki drzewa burze śmieszne materie nieulękłe zwierzęta kwiaty na polanie/wszystko przemija co jest piękne wszystko co
piękne jest zostaje
Wystarczy zrobić codziennie coś w inny sposób niż zwykle i już
życie nabiera smaku. Proces Zmiany jest wyrazem Postępu. Człowiek może się ich obawiać. Wynika to z faktu, iż stałość daje (złudne)
poczucie bezpieczeństwa, zakotwiczenia, ochrony. Jednakże przekra-
czając siebie – swoje przyzwyczajenia i nawyki, podejmując nowe inicjatywy, przekraczamy strefy komfortu budując tym samym poczucie
swojej wartości i tożsamość, a to należy do tzw. higieny psychicznej,
do rozwoju osobistego.
Nie odkładajmy życia na później. Przyjmijmy z radosną odpowiedzialnością to, co zdarza się tu i teraz. Wypowiadając się na temat
zmiany, nie sposób dotknąć aspektu ściśle z nią związanego, czyli
z odwagą. Przyglądając się etymologii angielskiego słowa courage
oznaczającego odwagę, można stwierdzić, że pochodzi ono od łacińskiego wyrażenia cor oznaczającego serce. Odważne życie to życie
z sercem. Z pasją. Nie tylko pełne chłodnej kalkulacji (nie wykreślam jednak tego aspektu), ale także będące implikacją postanowień,
celów, emocji. O zmianie piszę się iż jest to często błogosławieństwo
w przebraniu. A to dlatego, że nie mamy holistycznego obrazu siebie.
Na co zdałyby się rozległe przestrzenie świata, gdybyśmy szli w za
ciasnych butach naszych przyzwyczajeń? Zmiana to możliwość pełniejszego życia. Niesie ze sobą ryzyko i konieczność dokonywania
wyboru. Wyboru, którego musimy ponieść konsekwencję. I pomimo
przeciwności, dążyć do wyznaczonego celu. Ale dopiero wtedy
możemy powiedzieć, iż doświadczamy pełni życia.
Zmiana i stałość nie wykluczają się wzajemnie. Lecz istnienie
pierwszego byt drugiego czyni możliwym. Wszak zawsze będą istnieć
miejsca, do których będziemy zdążać, jak i te, do których będziemy
wracać. Dlatego Nigdy nie stracimy tego, co nas kiedyś cieszyło.
Wszystko, co darzymy głęboką miłością, pozostaje częścią nas.
Anna Maria Werenc
animacja społeczno-kulturalna oraz dziennikarstwo
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
gwóźdź
Ludyczna działalność
Komitetu Centralnego
Rozmowa z Pierwszym Sekretarzem KN KU, Legendarnym Xawerym
6. grudnia 2006 profesor Wojtaszczyk,
prorektor do spraw studenckich, swoim
podpisem zalegalizował istnienie Koła
Naukowego Kultury Ulicznej (KN KU).
Zarząd Koła został zarejestrowany jako
Komitet Centralny (KC). Pod tym szyldem siedmiu studentów kulturoznawstwa oficjalnie ruszyło w miasto. Bawić,
prowokować, obserwować. Nie tylko
przechodniów.
Dlaczego właśnie KC?
Chcieliśmy sprawdzić reakcję
pana rektora. To dla niego politycznie ryzykowne rejestrować
takie koło. Podpisał. Ale z wywieszeniem baneru o naszej pierwszej
minikonferencji władze robiły już
trudności. Nie wiedzieć czemu.
Co za minikonferencja?
W celach propagandowych powinienem właściwie powiedzieć:
konferencja. Dotycząca Pomarańczowej Alternatywy i połączona z wystawą o tejże. Temat
z różnych powodów ciekawszy od
aktów prawnych. Ale w Starym
BUW-ie zawisnął wówczas baner
informujący o kryminalistyce czy
czymś takim. Na budynku IKP-u
mogliśmy wywiesić baner dopiero
ostatniego dnia.
A co się działo?
Gwoździem
programu
było
wystąpienie Majora Fydrycha
– człowieka, który w ostatnich
wyborach na Prezydenta Warszawy startował z ramienia Komitetu Wyborczego Krasnoludków
i Gamoni. Otrzymał wówczas
więcej głosów niż przedstawiciel
Ligi Polskich Rodzin. W latach osiemdziesiątych Major Fydrych stworzył Pomarańczową
Alternatywę, która sloganami, rysunkami
grafiti, i happeningami wprowadzała polski
socjalizm w fazę surrealizmu. Działalność
polityczną łączył z artystyczną. Na naszej
konferencji Major promował też swoją ostatnią książkę „Krasnoludki i gamonie”.
Pomarańczowa Alternatywa zainspirowała
was do stworzenia koła?
Jej historia stanowi dla nas na
Raz w centrum pewno ciekawy przedmiot badań.
Ale nie główną inspirację. Działadarliśmy się
nia happeningowe rozpoczęliśmy
sloganami na bez wzorowania się na kimkolwiek.
Jeszcze zanim stworzyliśmy koło,
cześć Legii
przeprowadziliśmy takie perfori zbieraliśmy
mance jak np. rozdawanie ludziom
pieniądze na
kwiatów na ulicy.
jej wsparcie.
Kiepsko
wtedy szło
biedakom.
Co mecz, to
przegrany.
Pomyśleliśmy,
że zbierzemy
im fundusze
na nowego
zawodnika.
Nie uzbierało
się, niestety.
Może
następnym
razem. Albo
chociaż na
piłkarzyki.
To miłe.
Reakcje były różne. Przeważało
przyjemne zaskoczenie. O to chodzi, żeby ludzi zdziwić. Raz w centrum darliśmy się sloganami na
cześć Legii i zbieraliśmy pieniądze
na jej wsparcie. Kiepsko wtedy szło
biedakom. Co mecz, to przegrany.
Pomyśleliśmy, że zbierzemy im
fundusze na nowego zawodnika.
Nie uzbierało się, niestety. Może
następnym razem. Albo chociaż na
piłkarzyki.
Jakie są dalsze plany koła?
Stadion Dziesięciolecia stanowi
na pewno dobry przedmiot antropologicznych obserwacji. Chcemy
też zająć się badaniem twórczości
Mirona Białoszewskiego. Wyłaniającą się z jego opowiadań wizją
placów, ulic i kamienic.
Dlaczego właśnie on?
Bo dużo pisał o życiu miasta. Tworzył swoją
własną Warszawę. Latarnie, tramwaje, autobusy.
A są nowe pomysły na happening?
Mamy zamiar zorganizować coś w dalszej
współpracy z Majorem Fydrychem. Ale projekty te są ściśle tajne i opracowywane przez
KC. Nie wiadomo, co z tego dotrze do członków koła, a co dopiero do szerszej publiczności (ton głosu Xawerego staje się dziwnie
poważny). To będzie nieco moherowa akcja.
Tylko tyle mogę zdradzić.
Jesteście otwarci na nowych członków?
Oczywiście, ale wychodzimy z założenia, że
szukanie nowych członków nie jest główną
działalnością koła. Nie rozwieszamy plakatów. Spotkania odbywają się nieregularnie
i nieformalnie. W różnych miejscach, niekoniecznie na terenie UW. Zapraszamy do
współpracy ludzi z różnych wydziałów, ale też
spoza uczelni. Koło powstało, byśmy mogli
poszerzać naszą działalność, a nie zamykać
się w formalnościach. Chcemy pozyskiwać
fundusze, w przyszłości wyjeżdżać do innych
miast, najchętniej w Europie Środkowej. Te
miasta nie mają wzorcowej struktury. Dzięki
temu są ciekawsze.
Działalność koła określasz jako ludyczną.
Dlaczego właśnie tak?
Bo jest związana z elementem żartu, zgrywu.
Słowo „ludyczny” dobrze oddaje nasz charakter. Nie odbiera znaczenia naszym zainteresowaniom naukowym, ale nadaje im
lekkości.
Legendarny
Xawery ma silne
opory przed
ukazywaniem
swojej facjaty
w poważnych
mediach.
Major Fydrych
jest natomiast
zjawiskiem
trudnym do
uchwycenia
przez obiektyw.
Próbowano
tego dokonać
podczas spotkania z członkami
Koła i Władysławem w piątce
w Rochu).
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
Ania Maresz
Maresz Numeru
traktor dojedzie wszędzie
Moda na suckes w szatni
germanistyczne folklora
Babski wydział – usłyszysz o germanistyce, italianistyce,
hungarystyce i innych filologicznych kierunkach. Pytanie
o modę jest więc w tym przypadku jak najbardziej na miejscu.
I owszem, panuje tu co najmniej jedna nietypowa moda, szczególnie w godzinach między 16. a 17. Zajrzyjmy do szatni. Jaki
lepszy punkt obserwacyjny moglibyśmy znaleźć?
Germaniści przykładowo kończą zajęcia o 16:30 (znaczy, ta część,
która ma większe szczęście). Schodzą tłumnie do szatni. Czyżby tylko
po kurtki? Kilka dziewczyn po odebraniu nakryć wciąż jeszcze tam
stoi. Niektóre podsiadają nawet na lewej stronie lady ze wzrokiem
utkwionym w głąb szatni. Zaglądają. Pytają o coś… Z daleka trudno
dojrzeć ich obiekt zainteresowania. Podchodzę bliżej... z prawego
rogu zaczyna wyłaniać się duży, czarny telewizor. Ten staruszek (już
dawno pełnoletni) od dwóch lat poczciwie służy paniom i panom
szatniarzom na wydziale Neofilologii. Od poniedziałku do piątku od
16.05 do 17.00 sumiennie nadaje Modę na sukces. Tak, to ta amerykańska opera mydlana, która zadebiutowała w Stanach w 1987 roku
i wciąż jest produkowana. Jako że „nie ma w tym czasie nic lepszego
do obejrzenia”, państwo szatniarze, w szczególności jedna pani, stali
się pewnego rodzaju ekspertami od Mody na Sukces. To właśnie oni
są nagabywani przez zaciekawione studentki. Skandale, intrygi – jest
o co pytać. A co z tym dzieckiem Taylor? A ta ruda to coś z Ridge’em?
Zdarzają się bowiem tacy, którzy nie obejdą się bez tych informacji,
zanim nie wyjdą z wydziału.
Od kiedy nasza ekspertka śledzi losy rodziny Forresterów i Spectra, konkurujących w świecie mody? Moje dziewczynki jeszcze do
podstawówki chodziły, a teraz to już po studiach są. Przecież serial
obchodził ostatnio 30-lecie – wtrąca pan szatniarz – ale u nas to lecą
dopiero odcinki z 2002 roku (czyli ok nr. 3300.), a oni mają już 5000
nakręconych! Nie dziwne, skoro jedna rozmowa albo kłótnia potrafi
ciągnąć się przez cztery, pięć odcinków. Bo przecież jeden odcinek to
tylko 5 minut z ich życia – tłumaczą. Ulubiony bohater? Bynajmniej
nie ten lalkowaty Ridge, tylko rudowłosa Sally Spectra, którą gra
nieżyjąca już aktorka. Ponieważ u nas serial leci z opóźnieniem, to
nieraz studentki po powrocie z Niemiec opowiadają, co u nich w telewizji widziały, co wydarzy się dalej. Widzicie drodzy współgermaniści
i przyszli filologowie – do czegoś przydają się te języki!
Ola Popiołek
germanistyka
Zagadka dla wnikliwych
czyli tabula rasa z marmuru
Na polonistyce przy sali numer 17 wiszą
cztery pamiątkowe, kamienne tablice.
Jedna z nich jest poświęcona Wacławowi
Borowemu, druga Julianowi Krzyżanowskiemu. Trzecia i czwarta są puste. Na
kogo czekają i kto zasłuży(ł) na to, by
przyszli studenci czytali jego nazwisko?
Dlaczego są puste i czy ktoś je zauważył?
Z problemem tym zmierzyły się trzy nieprzypadkowo przechodzące obok nich
osoby, studenci czwartego roku.
nie wiem, na jakim uniwersytecie wykładał
Bruckner. Na pewno pochodził ze Lwowa.
Paweł S. (w przyszłości wykładowca):
Ta jest pusta, nie wiem czemu. A na tej jest
Krzyżanowski, który wielkim filologiem był.
Ta tablica jest związana ze stuleciem jego
urodzin. Ta pusta tablica powinna być pewnie poświęcona Kleinerowi. Ale nie wiem,
dlaczego nie jest.
Masz na myśli wykładowcę czy studenta?
Widziałabym tu jakąś artystyczną duszę,
raczej spośród studentów, takich co są trochę
„pod prąd”. Ale to mi wygląda też na kryptę,
na katakumby. A ta druga, pod Krzyżanowskim mogłaby być poświęcona jego małżonce.
Kim był Kleiner?
Juliusz Kleiner był jednym z najwybitniejszym filologów polskich, prowadził Warszawskie Koło Polonistów, zajmował się
literaturą romantyzmu i teorią, napisał tekst
o tragizmie. Wykładał u nas. Radziłbym,
żeby ta tablica była dla niego.
A druga pusta tablica może jest dla Ciebie?
Bez przesady. Aż taką jednostką to ja nie
jestem...
Ale może kiedyś się staniesz?
Nie, nie przejmowałbym się tak tym.
To kto może być na tej tablicy?
Tu na górze jest Krzyżanowski, a tam jest
Borowy... Kto by mógł być pod Borowym...
Żółkiewski jest niestety niepoprawny politycznie...bo to był komuch i mogą za nim nie
przepadać. Skoro jest to tablica dla literaturoznawcy, to może... Bruckner. Tak, ta tablica
mogłaby być poświęcona Brucknerowi, ale
Ola W. (od niedawna w agencji reklamowej):
Ta tablica może czekać również na ciebie
polonisto, postaraj się! Wszystko przed tobą.
A może już się komuś należy?
Jakiemuś mężczyźnie, bo jest niedobór mężczyzn na wydziale.
Magda G. (dziennikarka z malowniczą
przeszłością rodem z komiksu):
Tablice są poświęcone wspaniałym twórcom.
Te dolne też są poświęcone twórcom, ale to
były tajne osoby i nie wolno ujawniać ich
danych osobowych. Dlatego też jest to tak
zrobione, że tylko nieliczni mogą do tego
dotrzeć.
A ty możesz dotrzeć?
Ja nie, bo ja nie jestem wtajemniczona, ale
jeśli ktoś jest wtajemniczony, to wtedy może
widzieć te ukryte litery.
Kto może być wtajemniczony?
Na pewno pan dziekan jest wtajemniczony.
Myślę, że Pan Ryba też jest wtajemniczony.
Pan Ryba?
No Pan Ryba z Akwarium. On na pewno jest
wtajemniczony, bo ma podgląd na podczerwień. Tu są zamontowane takie kamery i on
sobie w Akwarium to wszystko ogląda.
Czyli można przeczytać, co jest na tych tablicach, używając podczerwieni, ultrafioletów itd.?
Myślę, że tak. Można to sprawdzić, na przykład przynieść ze sklepu takie coś do patrzenia na pieniądze, do sprawdzania czy są
prawdziwe i przystawić to do tablicy.
I co by wyszło?
Podejrzewam, że jakieś tajne szyfry. Może by
wyszło, że Bachtin był agentem służb specjalnych, albo coś w tym rodzaju.
Dlaczego takie straszne rzeczy?
Nie wiem, dlaczego. A może tu są wytyczne
budowy specjalnej ...traktora? Może jakieś
wzory części do traktora? Może jakieś specjalne profile silnika...
Uwaga! Poszukujemy osób wtajemniczonych, posiadających narzędzia do rozszyfrowywania pustych tablic, ewentualnie
wzory do rozszyfrowywania szyfrów, jako
że ciekawość świata jest rzeczą wymagającą
działania!!!
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
Ania Godziuk
przyjmie te zgłoszenia
traktor dojedzie wszędzie
Esy floresy fantasmagorie
Juve na Kampusie, piątek
Były grzmoty i strugi, ale front zdążył na czas i na Happy Sadzie
nie spadła ani kropla. Jak wiadomo proste, energetyczne granie głównie o miłości, ale mądre i jakże oczyszczające. Ukołysali lud przyjacielskością. I ochrona niezwykle życzliwa. Mało kogo rewidowali,
wreszcie bez zakazu wnoszenia np. soków marchewkowych.
– A co pan z tym piwem tak tu się opiera – pyta pani z ochrony
gościa rozmawiającego przez barierkę z kumplem, znajdującym się po
wewnętrznej stronie, tuż przy furtce–stary BUW–40 cm szerokości.
– Ale ja jestem przecież na zewnątrz!
– Nie nie, jeśli pan chce, to proszę wejść, można tędy.
Jakże miło zewsząd. Dobrze, że mogli to też odczuć licealiści, których było chyba sporo. W przerwie pokompromitował się troszeczkę
konferansjer, ach, jaki zabawny, poczucie humoru godne discopolowca z wieśniackiego wesela, wynegocjował od dziewczyny, która
weszła na scenę pocałunek w dekolt dla znalazcy kurtki.
Wreszcie Akurat i wspaniałe pieśni elfa, to skupionego przy
partiach na trąbkę, to rozciągającego ramiona w ekstazie. Śpiewam
i tańczę i jem pomarańcze, wszystko wąskie, a można szerzej (m. in.
w wąskich majtkach wąska pupa), nic tak nie leczy jak zioła, skąd się
biorą ci kosmici, esy floresy fantasmagorie – niewiele tu po mnie. I tak
wieszczył w jakby średniowiecznych melodiach w rytmie ska-rocka
z mocniejszymi uderzeniami. I unosił, i prawdą karmił.
Potem niby jeszcze Izrael, a w następne dni inne jakieś kulty, farbeny, ale mniejsza o to. I ludzie rozłożeni na oświetlonym Krakowskim. Ach pięknie szalenie.
Naczel
Jeden z najbardziej tajemniczych
wydziałów – polonistyka. Kolejna
odsłona. Tym razem sprawa dotyczy
kamiennej głowy ukrytej głęboko pod
ziemią, w okolicach szatni. Czym jest?
Czemu nie wystawia się jej na światło
dzienne? Większość studentów udzieliła wymijającej odpowiedzi. Według
nich głowa zastępuje krzesełko. Znaleźli się jednak tacy, którzy zdradzili
trochę więcej na temat tej potwornej
tajemnicy. Niestety, zeznania okazały
się sprzeczne.
Kłosa:
Oczywiście, jest to wyrzut sumienia, dla
wszystkich, którzy nie zostawiają kurtek
w szatni. Noszą całą zimę kurtki na zajęcia,
do tych małych zatłoczonych sal. Kamienny
krzyk!!! Dlatego stoi właśnie tam, obok
szatni.
Jednak niektórzy mówią, że jest to przestroga dla wszystkich miłujących wiedzę,
a uciekających od ludzi. Legenda mówi,
że jest to głowa jakiegoś profesora (chyba
językoznawcy), który tak bardzo umiłował naukę, że nie mógł zrozumieć żadnego
człowieka. W szczególności zaś studentów,
z którymi miał zajęcia. Miłość do wiedzy
rosła, a wraz z nią brak zrozumienia dla studentów na egzaminie. W końcu jego serce
zamieniło się w kamień. A po kilku latach
miarka się przebrała: kiedy kolejny raz oblał
studenta, cały skamieniał.
Jagoda:
Szczerze mówiąc nawet tej głowy nie zauważyłam, ale jest ona chyba kimś w rodzaju
Wielkiego Brata. To dlatego poloniści mają
manię prześladowczą!
nie dobrze może to być zielona idea, która
śpi wściekle. Oczywiście nie jest już zielona,
bo podczas długoletniego snu pokryła się
kurzem i patyną przeszłości. Niewykluczone
też, że jest to ostateczne, transcendentalne
signifie (wreszcie zidentyfikowane!).
Aga:
Myślę, że to jakiś polonista zbyt dosłownie
potraktował hasło: Exegi monumentum...
Kuba:
Odpowiedź jest prosta: ten kamień to spetryfikowany Kochanowski. Pisał on przecież:
„Nie dziwuję Nijobe, że na martwe ciała
swoich najmilszych dziatek patrząc, skamieniała”.
Kinga:
Całkiem możliwe, że to zwokalizowany jer.
Oczywiście twardy. Ale moim zdaniem rów-
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
Ewa Glińska
fot. Marcin Kiedio
traktor dojedzie wszędzie
Moherowa protestacja
czyli marsz przeciwko aborcji – próba relacji
Nie była to demonstracja owego dnia jedyna. Na placu Konstytucji odbywał się
kontrwiec przeciwników antyaborcyjnego fanatyzmu („przeciwników życia”, jak to
z właściwą sobie subtelnością ujęło Wiadome Radio), był on jednak znacznie bardziej
lichy i zorganizowany dalece gorzej niż manifestacja spod Sejmu. Dość dodać, że po
dwóch godzinach na placu boju pozostali jedynie policjanci i zwijająca manatki telewizja TVN. Na Wiejskiej tymczasem zbliżały się dopiero główne punkty programu.
Acelowa jest próba jakiegokolwiek streszczania wrażeń z dwugodzinnego pobytu w tłumie moherowych beretów. Zapewnić można jedynie, że była w tym epifania, poezja wysokiego lotu
i wrażenie bezpośredniego obcowania z Absolutem.
Są bowiem rzeczy, o których wydaje się, że się wydapolemika
rzyć nie powinny, a jednak się dzieją. Są ludzkie
poglądy i opinie, o których wydaje się, że zwyczajnie
nie mogą być wygłoszone serio i z powagą, a jednak Jest któryś tam dzień marca. Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi
znajdują się tacy, którzy je głoszą. I niewątpliwie bez- Pannie, wymarzony dzień na marsz dla życia. „Światło dla życia”, bo taką
pośrednie z czymś takim zetknięcie jest podniecają- nosił nazwę.
Przyszło nas dużo, miało być paru moich kumpli, koleżanek, ale ostatecznie
cym szokiem epistemologicznym, boleśnie rozkoszw kruchcie kościoła p.w. NMP na Starym Mieście spotkałem tylko licealną katenym napięciem między abstrakcją a rzeczywistością.
chetkę... We mszy św. odprawionej przez naszego Biskupa uczestniczyły głównie
Czy premier Jan Olszewski był Wielkim Mistrzem
poczciwe dziewczyny od o.Tadejusza. Z moich ktoś tam poszedł na rekolekcje do św.
Loży Masońskiej? Czy Michnik dyktuje Solorzowi
Anny, ktoś inny miał jeszcze wykłady, jeszcze któryś nie chciał się angażować, bo to
(lub odwrotnie, nie pamiętam) stopę inflacji w Polsce? Czy flaga UE jest znakiem szatana? A Żyda? (to „sprawa polityczna”. Cóż, mówię sobie, idź Gnyszka, ciebie zabraknąć nie może. No
i jestem.
akurat jasne, wszakże „wystarczy te gwiazdki przeTrzydziestoparoletni pan z synkiem chyba też czuje to, co ja. Od tej chwili trzystawić, a powstanie Gwiazda Dawida”). Wiem już,
mamy się razem. Po błogosławieństwie wyszliśmy przed kościół, gdzie już czekały
że są na świecie osoby, które znają odpowiedź na te
wspomniane wyżej dziewczyny. Oprócz nich uwijali się dziennikarze, pytając, po
pytania. Więcej, z pogardą wyższości odnoszą się
co tu przyszliśmy, dlaczego jest wśród nas tak mało młodzieży, co postulujemy, etc.
do tych, którzy ośmielają się mieć w tych sprawach
Dziewczyny dziarsko mówiły do kamerki, choć i ja miałem w tym wkład, przytomnie
wątpliwości. „Widzi Pan, musi Pan doczytać, kto to
zauważając, że większość moich kumpli jest na wykładach albo rekolekcjach wieljest mason!”.
kopostnych w św. Annie. „Ale kazali pozdrowić”. O dziwo, materiał poszedł w eter
Zresztą drogą do poznania moherowej umysłoregionalnej trójki.
wości nie jest jedynie sokratejski ideał szczerego diaIdziemy sobie z pieśnią i różańcem na ustach, choć garstka nas mała, ledwie stulogu. Niezwykłych wrażeń dostarcza również czysto
osobowa, parę osób się dołączyło,
wizualne obcowanie z radiomaryjnym marszem na
większość robiła nam zdjęcia... Idę
Parlament. Sprawne oko zaciekawionego obserwatak sobie i myślę – czy wyście powatora szybko wyłowi intrygujące elementy z morza
riowali? Czy wam rozumy pozjabiało-czerwieni. I, zaprawdę, można się wtedy poczuć
dało? Gdzie są obrońcy praw członiczym uczestnik świata obrazów Boscha lub sztuki
wieka? Gdzie są katolicy? Wszyscy
absurdu – fantasmagoryczne faetusy, często miażpodkulili ogony, tłumacząc się byle
dżone szczypcami lub w inny sposób pozbawiane
swej fizykalności, plastycznie sąsiadują z pogodnym czym, że sprawa jest taka, że jest
inna, że organizuje to ktoś, kogo
uśmiechem Karola Wojtyły, ciepło spoglądającego
nie lubię, że zostanę utożsamiony
z rozlicznych obrazów i fotografii. Przez czas jakiś
z tym, czy tamtym, że to, że owo. Że
wydawało się, że istnieje w Polsce ogólna zgoda co do
mohery, że niemohery, że Łagiewniewplątywania postaci zmarłego Papieża w doraźne
niki, że Toruń, że Wadowice, że
szarpaniny polityczne, lecz cóż, kwestia smaku nie
płody, że kremówki, że konsensus, że maybah, że liberalizm, że konserwatyzm, że
jest wśród słuchaczy toruńskiej rozgłośni zmysłem
najsubtelniej wykształconym. Zresztą czegóż się gospodarka, że JPII, że Vaticanum II, że srundum, że to, że tamto… Trzeba jasno
stwierdzić, że dyskurs trwający ponad miesiąc na temat poprawki, przerodził się
spodziewać po tym, jak latem ubiegłego roku jedna
w dyskurs na temat aborcji, stąd w dyskurs na temat Rydzyka i Tysiąca innych rzeczy.
z gazet wydrukowała obszerny artykuł dowodzący,
Dyskurs przerodził się w bełkot… bełkot, odciągający od psiego, tj. ludzkiego, oboże Jan Paweł II popierał w zasadzie karę śmierci.
wiązku bronienia praw człowieka.
Przeskok w stronę kary głównej pozwala płynnie
Sierpień 2006. Przy piwku w Browarmii rozmawiam z kolegą Krakusem o Powstaprzejść do puenty. Jak już bowiem wspomniałem,
niu Warszawskim. Przyłączyłbyś się? Przyłączyłbym się. A nie byłoby tak, że gdybym
niewykonalna jest próba rzeczowego i systematyczCię spytał w ’44, powiedziałbyś, że nie teraz, bo masz na głowie inne biznesy? Nie
nego zrelacjonowania tego wydarzenia. Zamiast tego
wiem. Chyba nie.
dodam na zakończenie, że tak jak w poemacie rozDoszliśmy do placu Piłsudskiego i odmówiliśmy Różaniec Św. Zdrowaśka po
kwitającym cała idea wiersza tkwi już w jego pierwzdrowaśce, zapalając znicz po zniczu. Dziękuję za modlitwę, dobranoc. Dobranoc.
szych słowach, tak moje wrażenia z tej manifestacji
Idę do domu, może zaraz dostanę w zęby od obrońców socjalistycznych praw człokondensują się w jednym zdaniu wypowiedzianym
wieka? Niebo ciemnieje i chmurnieje.
przez pewną starszą panią. W pewnym bowiem
momencie jedna z uczestniczek „marszu w obronie
W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczażycia”, z wyrazem
jące przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego dostosować ani uczestszczerej i niezaniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać
kłamanej pogardy
rzuciła mi w twarz: mu poparcia w głosowaniu. (JPII, Evangelium Vitae, nr 73).
„Pana to ja bym
Nie, nie mieszajmy poczciwego Dziadka, co jadał kremówki… zepsułby nam
pierwszego zabiła”.
nasze niepoczciwe bajdurzenie…
Myślę o tym i wracam do domu. A mój zadowolony Anioł Stróż idzie obok mnie.
Kraśny
fizyka, filozofia
Marsz eschatologiczny
Maciej Gnyszka
wiadomo co
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
młodzkarnia
Imieniny
Ponieważ numer jest specjalny, chciałem również zaproponować coś specjalnego. Pragnę mianowicie wykonać mały eksperyment z mózgiem, bodźcami i zezem w roli głównej. W wyniku
mamy otrzymać majowo-czerwcowy odcinek poświęcony imionom i funkcji kobiety w marketingu.
Żeby było spontaniczniej dorzucam dwa losowe elementy, które
posłużą za input – przed swoim lewym okiem i głównie w prawej półkuli mam obraz niepokojąco pięknej pani Niny – oficjalnej i świętej
jak siostra dziewczyny traktora, zaś przed okiem prawym i głównie w lewej półkuli postać złej wróżki z bajki o Śpiącej Królewnie,
z którą się chwilowo utożsamiam (tej, która nie została zaproszona
na imprezę z okazji Królewny i musiała wprosić się sama urozmaicając przy okazji dość
puste życie rodziny
królewskiej. Utożsamienie spowodowane
jest dość niziutkimi
pobudkami
redaktora Trepczyńskiego,
które spowodowały,
że ‘zapomniał’ poinformować mnie o sesji
zdjęciowej z naszą
Miss Traktora).
By
wszystkie
elementy
naszego
eksperymentu były
odpowiednio
ustalone,
przyjmujemy
w sprawie roli kobiety
w marketingu mało
kontrowersyjną tezę,
że kobieta w marketingu jest traktowana
przedmiotowo, czyli
najzwyczajniej w świecie seksistowsko. W sprawie imion chcemy
zaś przyjąć teorie-bardzo-magicznego-odniesienia®©. (Nie chodzi tutaj o jakieś naiwne realizmy. Trudno mi ze względu na brak
miejsca wdawać się w jakieś szczegóły, zamiast tego zamieszczam
w przypisach przykład, który dość dobrze ilustruje, o co chodzi.).
Dla symetrii, struktury, itd. przyjmujemy symetrię, strukturę, itd.
ludzkiej perpcepcji i pojmowania. Prócz tego, by wzmocnić dwoistości – dodajemy podwójność numeru z granicznym rozdarciem
między majem i czerwcem jako kompletnie różnymi kontynuacjami
kwietnia (zdaję sobie świetnie sprawę, że naciągane to).
Teraz, gdy wszystko mamy już zebrane – a więc Nina, zła wróżka,
teza „kobieta = mięso reklamy”, bardzo-magiczna-teoria-odniesienia®© i do tego jeszcze dwojakiego rodzaju popłuczyny po kwietniowym miksie memory and desire, możemy przystąpić do naszego
eksperymentu. Wlewamy więc wszystko powoli przez lewe i prawe
oko, do odpowiednich półkul, miksując przy tym zezem zbieżnym,
przymykam oczy aż do zupełnego zamknięcia.
Oczywiście w wersji zbieżnej, czyli tej, która – w przeciwieństwie do
skrajnie idiotycznego zeza rozbieżnego a la Sartre – czasami wygląda kpiąco
i intrygująco.
Dziękujemy Nino, że zgodziłaś się przyjąć właśnie naszą propozycję
– chodziły bowiem po mieście słuchy, że dostałaś podobne oferty z MiSMaP-u
[konkretnie z Wydziału Geografii] i od forum kognitywistycznego, byś została
odpowiednio Miss Mapy i Miss Understanding. Jeszcze raz – świetnie, że
wybrałaś nas. Miejsce dziewczyny, jak głosi ludowa mądrość – jest na traktorze.
Zadawałem się kiedyś z pewną Olą. Widziałem ją w wielu rzeczach,
podobnie jak jej imię w wielu wyrazach. Najśmieszniejsze było dostrzeganie przeróżnych homomorfizmów. Na przykład taki, przy którym brało się
dowolne wyrazy zawierające ‘olę’, a który w obrazie zawsze dawał sytuacje rozwalającej się relacji międzyludzkiej i uczuć z tym związanych. Podstawiamy
„coca-cola swawola
pierdoli cholera olewa
boli dola wola rola
sto-lat melancholii”
i od razu widzimy niewesołą sytuację podmiotu lirycznego, który został
olany. [a ciągi słów były czasami znacznie dłuższe, nawet kilkadziesiąt wyrazów!].
[Zacisnąłem oczy jeszcze mocniej, zeza doprowadziłem tak
daleko, jak się dało. Wciągnąłem całą objętość brudnego powietrza
do płuc. Treścią świadomości stają się różne powidzenia. Poczułem
wyraźnie ciepło w lewej części mózgu. Imię Niny pękło na dwie części. Druga sylaba zmieniła przypadek i zapętliła się w tanie rymy.
Pierwsza część imienia najzwyczajniej zniknęła. Na jej miejsce wcisnęła się reklama telefonii komórkowej, a dokładniej ta wszechobecna
z rozwiązłą kobietą żrącą mięsny tort [a więc nie era fuck-fuck czy
łatwe doładowania, a play]. Pojawiły się konkretne słowa. Szybko je
spamiętałem. Rozluźniłem się myśląc, że to koniec, ale wtedy błysnęła druga wizja, tym razem wyraźnie w prawej półkuli – trochę
bardziej spod powierzchni i znacznie bardziej obrazowa – obleśna
i bezbożna – wypisz wymaluj dr Bober. Tutaj zapamiętałem obraz
i uczucie. Otworzyłem oczy, spisałem powyższy komentarz, a następnie oba widzenia.]
Oto końcowy wynik eksperymentu:
DZIEWCZYNY Z WITRYNY
play ma jutro urodziny:
z kiepskiej gliny manekiny
plus lilowe morliny
plus więcej padliny
plus grzech bez winy...
w granicy na końcu liny
explicite miny waginy
[drugi kawałek bardziej prozą, ale za to bardziej poetycki]
Leżała [jakaś ona] naga na łące. Wkoło pełno kwiatów białych
i niebieskich. Oczy miała zamknięte, rozpuszczone złote włosy zasłaniały trzy czwarte twarzy. Nogi – w kolanach lekko ugięte, leżały
bezwstydnie rozchylone. Na jej kroczu, brzęcząc, pasły się muchy
(co chwila któraś podrywała się tylko po to, by za chwilę wylądować
z powrotem). Obok leżało 11 krowich gówien i odcięty krowi łeb. Bóg
nie jest dobry – Bóg jest miłością. Bóg nie jest landrynkiem – Bóg jest
potężnym narkotykiem. Jesteśmy mu bardziej potrzebni niż on nam.
Jesteśmy lustrem, w którym Bóg się ogląda. Nieodparta a bezsensowna chęć odmówienia współpracy. Na pocieszenie w szkole można
sobie wybrać pomiędzy religią a etyką.
Bądźmy szczerzy – wyniki eksperymentu nie powalają jakąś
specjalną ilością dobra, prawdy czy piękna. Co więcej niewiele mają
wspólnego z tytułową Niną, czy postacią złej wróżki, która niespecjalnie ciekawie namieszała. Ucieszę się niezmiernie, jeżeli komuś na tyle
zrobi się szkoda czasu zmarnowanego na przeczytanie powyższego,
że zechce go jeszcze trochę zmarnować na napisanie do mnie grubego
mejla, w którym pokazując, jakim jestem wieśniakiem, sam o sobie
co nieco powie. Na mejla chętnie odpowiem – ustaliliśmy bowiem
z redaktorem Trepczyńskim, że po wakacjach w młodzkarni mają się
znajdować głównie złośliwe, pełne goryczy, nie-pozbawione-jednakpewnego-uroku wyklinanki na osoby mniej lub bardziej wśród nas
znane. Muszę się więc dorobić – najlepiej pośród czytelników (choć
jakiś redaktor czy redaktorka też od biedy mogliby być) – jakichś osobistych wrogów. Mój osobisty adres do tego przedsięwzięcia: nie_do_
[email protected]
Rafał Młodzki
filozofia, mgr informatyki
Och kochana Nino, nachalna reklama i gorycz bycia nie zaproszonym
na sesję, na której się rodziłaś [Krakowiak: najgorsze jest poczucie bycia niezaporoszonym na ucztę życia] zastąpiła cię zupełnie – „straciłem ciebie, nim
jeszcze cię miałem, tak było napisane, sam tak napisałem”.
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
10
w lusterku traktora
Miss Uniwerkum
Demokracja się nie sprawdza. Wracamy do metod starego dobrego, a przynajmniej cholernie romantycznego średniowiecza. Oto Nina – super dziewczyna. Miss
Uniwerku. Kto ma wonty, niech nam przestawia szczękę rękawicą, jeśli nie pęka. A jak nie – niech siedzi cicho,
bo i tak nie ma racji.
Młodzki & Trepczyński
O czym nie można mówić
o tym można... śpiewać
Aktówka z plikiem partytur tylko zewnętrznie przypominała
tajemniczą teczkę sędziego Jamroza. Nuty Palestriny i Dowlanda
napięte w gotowości wyśpiewania ustami naszego sześciorga, ujrzały
światła wieczornego wagonu. Linia podwarszawskiej wukadki sączyła
się wąskim strumieniem między blokami Miedzianej, poprzez szerokie rozlewiska Reduty i Odolan aż po bezładne suburbia drzemiącej
stolicy. Kolejowy ścisk zinterioryzował mnie, wchłonął jak gąbka.
Spojrzałem na madrygał Dowlanda, który pojutrze miałem zaśpiewać
z „Imprevisti” w jednym z kościołów. Świecki tekst nie mógł sprofanować wnętrz świątyni – renesansowe słowa, zbyt kalekie by mogły
wyjawić prawdę, ledwie muskały satynowe kotary sacrum. Jakiś
chrobot przerwał stan mojego letargu, dziwnego o tej porze, kiedy
w maju ludzie grzęzną w zaspach śniegu. Nic wielkiego. W styczniu
chodziliśmy po Dynasach w krótkim rękawie.
Podniosłem wzrok. Dziewczyna z niezrozumiałą zaciekłością
walczyła z chrobotem słuchawek. Fala jałowego techno wylewała się
z nieszczelnych pluskiew, którymi piętnastolatka zatkała sobie uszy.
Skrzywiłem się po skinowsku, patrząc na współpasażerów. Biały kołnierzyk zasłonięty ścianą z żółtych stron Rzepy. Zero reakcji. Rzuciłem dziewczynie gestapowskie spojrzenie i wyciągnąłem kodeks
cywilny. Własność roju pszczół. Dudnienie dyskotekowej miazgi.
Własność roju pszczół, do cholery. Skup się!
W tym momencie ze środka wagonu wydobył się hardrockowy
riff. Dwa grafomańskie motywy doszły uszu mojego sąsiada, który
z bólem na twarzy usiłował czytać monografię o chirurgii szczękowej na Mirowie. Zawrzał we mnie gniew drażnionego tygrysa, więc
raz jeszcze spojrzałem na dziewczynę, której niezmącony spokój na
twarzy (notabene nic nieznaczącej), irytował kontrastem z dudniącą,
nieprzejednaną, odmóżdżoną porcją elektronicznych werbelków.
Własność roju pszczół, na litość Boską!
Zdusiłem w sobie pragnienie wielkiego przekleństwa, które
nasuwało mi się nieuchronnie i tym mocniej, im bardziej obojętni
byli inni pasażerowie. Widziałem ich znudzone twarze, czułem ich
wewnętrzną niechęć do tego hałasu, ale zarazem miałem namacalny
dowód na ich zupełną obojętność i bezradność. Nie był to nawet z ich
strony konkretny przeciw. Była to jakaś zupełna bierność. Zastanowiło mnie, o czym myśleli. O czym myślała ona, piętnastoletnia
bździągwa w słuchawkach.
Mózg waży półtora kilograma. Jako mokra gąbka zamknięta
w rezonującej czaszce sprawia efekt piorunujący. Niemożliwe było,4
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
11
reflektorem traktora
Duchota
na uniwersyteckim podwórku
Ninę zawiódł na podwórko KP1/NŚ69 i sfotografował dzielny
Lucjan
Zbliża się wielkimi krokami ciepła wiosna, a na uniwersytecie atmosfera wyprzedziła swój czas. I to
bynajmniej nie w związku z pogodą, na którą zawsze
można zwalić wszystkie swoje nastroje. Tym razem
wkroczyła druga z panien, nie taka może ładna, choć
równie atrakcyjna – polityka. Na nią też spada bardzo często ciężar odpowiedzialności, nieraz słusznie. Ona zresztą niczym się nie przejmuje i zazwyczaj
„robi swoje”. Teraz naprawdę się rozbrykała.
Atmosfera duchoty wisi w powietrzu już od jakiegoś
czasu. Jeszcze nie wiadomo, czy będzie burza, ale niektórzy się na nią przygotowują. Pracownicy uniwersytetu albo
szykują się na ewentualną walkę z niewiadomym złem,
albo cierpliwie czekają na rozwój wydarzeń z dystansu,
ze stoickim spokojem. Część z nich poinformowała o tym
studentów w wyniku przesadnej duchoty małych sal seminaryjnych. Działo się to na ogół między wersami, w tajemnicy albo w duchu wolnościowo-demokratycznym, explicite. Studenci rejestrują, ale nie reagują – zupełnie jak
w babcinych wojennych historiach. Choć to pewnie nie to
samo, bo demokracja niby na wszystko zezwala.
Duszne nie-wiadomo-co przenika również atmosferę
części kółek akademickich, zwłaszcza tych z zakresu
historii idei czy polityki. Jak wiadomo, filozofia filozofii
czy idea idei, polityka polityce nierówna, więc nie wszędzie jest tak samo duszno. Ale duszno jest, i to się czuje.
Ale czy rzeczywiście jest po co, że tak spytam panią Politykę, tak niemiły stan wprowadzać? Rozmowy teoretyczne
nie zawsze wiążą się z pójściem na bagnety, więc chyba nie
ma się pani czego obawiać. Pewnie nie przekona, to pani,
bo pani nigdy nie słucha, nawet Wysokiego Trybunału.
Może jednak coś do pani dotrze, w końcu nawet najtwardsi zmieniają zdanie.
Tymczasem duchota czasem ustępuje jakiejś burzy, ale
zazwyczaj dość niewielkiej i mało szkodliwej. Może dzięki
tym burzom, atmosfera się trochę rozładuje i nieznośne
ciepełko pójdzie hen. Na razie jednak każdy robi i myśli
swoje, czekając na nieprzewidziane przez nikogo,
nawet przez samą knująca
panią Politykę, zdarzenia.
Kryśka Bielecka
filozofia
4 by dziewczyna mogła myśleć o czymkolwiek. Żadna z części jej ciała
nawet nie drgała w rytmie „muzyki”. Zdumiało mnie to, a im bardziej
zażenowany byłem tym kuriozalnym kontrastem, tym bardziej rosła
moja agresja.
W końcu jednak zacisnąłem zęby i myśląc o koncercie zespołu,
pszczołach i chirurgii, spytałem uprzejmie, czy nie mogłaby odrobinę
ściszyć muzyki. Dziewczyna ani drgnęła, więc trąciłem jej ramię. Jej
wzrok wyrażał jednak pustkę. Nie wiedziałem, czy górę wzięła nade
mną litość, czy odraza. Powtórzyłem mimo to uprzejmą prośbę,
która znów nie doczekała się reakcji. Własność roju pszczół. Zacząłem przedrzeźniać dyskotekowe podrygi, ale złapawszy się na tej
upokarzającej niedojrzałości emocjonalnej, chwyciłem gwałtownie
oba ramiona pasażerki i szarpnąłem nimi w napadzie furii. Dopiero
wtedy ten dziwny manekin ocknął się z drzemki. Dziewczyna, spojrzawszy na mnie zapyziałymi oczami, przełączyła na kolejną wyrafinowaną kompozycję, po czym najzwyczajniej przyssała się do szyby
w pozie niedorozwiniętej minogi. Mężczyzna w białym kołnierzyku
nawet nie drgnął. Zbliżaliśmy się do Reguł.
Próbowałem to później wysłowić, uwolnić się z poczucia bezsiły,
jaka ogarnęła mnie po tym zdarzeniu. Mój zespół, z którym śpiewam
od roku – sekstet dryfujący po morzu muzyki dawnej, nie przyjął
mojej opowieści zbyt emocjonalnie. Uznaliśmy, że nie ma po prostu
o czym mówić. Wszyscy jesteśmy bombardowani tą quasi-prywatnością muzyki. To, co poprzez muzykę nas wyraża, zostało nam dane
w formie intymnych z pozoru, elitarnych słuchawek, które oddzielają
nas od rzeczywistości, z jaką nie chcemy się mierzyć. Dziś świat zapija
się muzyką, tak jak dawniej narkotyzował się opium. Zadowalamy
się mielonką, która sączy się nam do czaszek i drąży swoje tunele.
W hipermarketach, siłowniach, butikach. Istny koszmar. Ale ta wirtualna rzeczywistość prywatnej muzyki pluskiew wymknęła się społeczeństwu spod kontroli. Wielu nie widzi jeszcze tego problemu, ale
przyjdzie taki dzień, w którym osoba bez słuchawek będzie skazana
na kakofonię multicentrycznych źródeł dźwiękowych, które nie będą
już łączyć, jak dziś – w salach koncertowych, dyskotekach czy kawiarniach. Te aroganckie, egoistyczne sfery zindywidualizują się i oddzielą
nas od siebie nawzajem. Pasażer środków miejskiej komunikacji nie
będzie w stanie podróżować bez słuchawek bez narażenia się na rozstrój nerwowy i głuchotę. Nauczymy się
wszyscy języka migowego, tylko po to,
by stwierdzić, że nikt nie chce już z nami
rozmawiać.
I nie wiem jak wy, ale ja wtedy ucieknę
w świat Dowlanda, Lassusa czy Bacha.
I aby nie przeklinać na uliczne i autobusowe tortury, zajmę się śpiewem, by choć
przez moment czuć, że to naprawdę ja
tworzę muzykę dla innych i z innymi.
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
Mateusz Irmiński
prawo, filozofia i chór
12
koła traktora
A WAS?
rozmowa z prezesem koła, Anią Kuczyńską
Czy analizy socjologiczne mogą zainteresować kogoś spoza socjologii?
No pewnie. Na nasze spotkania przychodzą
ludzie z prawa, psychologii, filozofii, historii,
MISH-u... Każdy może przyjść i zaproponować temat konferencji czy spotkania. Niczego
nie odrzucamy kategorycznie. Możemy coś
zmodyfikować, zaprosić więcej gości, żeby
dyskusja była wyrównana. Załóżmy, że ktoś
zaproponuje temat lustracji i będzie chciał
zaprosić księdza Isakowicza-Zaleskiego. My
zasugerujemy, że warto na przykład zaprosić
również prawnika i etyka. Zadbamy o informacje, plakaty, salę... W tym też mamy już
wprawę.
Jak często odbywają się te konferencje?
Czasami nie ma ich całymi miesiącami, a czasem w jednym miesiącu potrafi być sześć.
Istny wybuch. Na naszej stronie www.warsztaty.org znajduje się archiwum dwudziestu pięciu debat, które zorganizowaliśmy. 17
maja, w sali 316 w nowym BUW-ie odbędzie
się debata „Marketing polityczny – demokracja na sprzedaż?” Gościem będzie między
innymi Gerard Neugschwandtner – rzecznik
prasowy w sztabie Schwarzeneggera.
A co poza konferencjami?
Badania.
Przeprowadzamy
wywiady
i ankiety. Czasami z własnej inwencji, a czasem zgłaszają się do nas osoby czy instytucje z zewnątrz. Członkowie Warsztatów
badali już m.in. przyczyny zamieszek wśród
demonstrujących w Budapeszcie lub pracy
pracowników firmy telemarketingowej.
Przeprowadzaliśmy badanie porównawcze
postawy wobec globalizacji wśród studentów
chińskich i polskich uczelni. Aktualnie zajmujemy się badaniem adaptacji do miasta.
Czy trzeba mieć wiedzę socjologiczną, żeby
uczestniczyć w przeprowadzaniu takich
badań?
Nie, nie trzeba. Badania przygotowujemy
w grupach, w których są osoby z większym
metodologicznym „talentem” i doświadczeniem. Tu tak samo – każdy może przyjść
i zaproponować temat badania. Albo podłączyć się pod już istniejący projekt. 26 maja
zapraszamy wszystkich na Piknik Naukowy
Polskiego Radia Bis. Będziemy prezentować
naszą działalność na jednym ze stoisk na
Rynku Nowego Miasta oraz przeprowadzać
badanie wśród uczestników, aby dowiedzieć
się, kto na piknik przychodzi i dlaczego.
Jak jeszcze można się z wami zapoznać?
Najlepiej przychodzić na konferencje lub
spotkania organizacyjne, które odbywają
się co tydzień. Żeby dowiedzieć się co, gdzie
i kiedy, wystarczy napisać do nas mejla:
[email protected] Czasem rozsyłamy informacje o spotkaniach rekrutacyjnych. Wiadomo, że nie każdy, kto przyjdzie,
decyduje się na włączenie się w działalność
warsztatów. A tych, którzy zostają, pytamy,
dlaczego przyszli, czym chcą się zajmować
tak, aby każdy zajmował się czymś,
czym się interesuje.
To znaczy, że badacie zainteresowanych badaniami?
No, tak.
Dlaczego to robicie? Te badania?
Z ciekawości i żądzy
wiedzy (śmiech).
A tak zupełnie
serio: To naprawdę
ma
praktyczne
zastosowanie. Polskie Radio dzięki naszym zeszłorocznym
badaniom zmieniło m.in. pewne kwestie
związane z reklamą tegorocznej edycji pikniku. Czujemy, że te badania są potrzebne.
Co najbardziej lubisz w warsztatach?
To, że dodają mi pozytywnej energii. Jeżdżę
po całej Polsce i poznaję ciekawych ludzi.
Czasami, kiedy coś nie wychodzi, ma się
ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Ale gdy
widzi się zapał innych, ich chęć działania
i ilość pracy wkładanej w różne przedsięwzięcia, to gdy tylko skończy się jeden projekt, tęskni się za następnym. To uzależnia.
Ania Maresz
filozofia
Francja wybiera
Twórcy bloga
www.francjawybiera2007.blox.pl – blog WAS
Tysiące czytelników, linki w każdym internetowym artykule
Gazety Wyborczej o Francji, dobry placement na głównej
stronie portalu gazeta.pl – Komu się nie marzy? Dobrą markę,
świetne przedsięwzięcie kreuje się latami. Choć niekoniecznie,
bo tworząc blog www.francjawybiera2007.blox.pl wykazaliśmy, że można to zrobić w 26 dni.
Siedzę w ławie, laptop mam na kolanach, z refektarza obok
dobiega poranny śpiew psalmów. Zaraz skończą i westybul zapełni
się staruszkami w kraciastych marynarkach, którzy przysiądą się
do mnie, wyjmą laptopy, sprawdzą mejle i rozejdą się po salach, by
wykładać klasyczne przedmioty. To świt na Uniwersytecie Ludowym
Nørregaard w Bjerringbro w Danii. Jedno z wielu stypendiów, na
jakie wyjeżdża się z Krakowskiego Przedmieścia.
Twórcy bloga co prawda pisali swoje teksty z Paryża, Lille, Jerozolimy, Amsterdamu, Warszawy, a zarządzani byli z Bjerringbro, to jednak wszystkich łączył kampus na Krakowskim. Świeżo po powrocie
ze stypendiów, albo właśnie z nich korzystający, studiujący, piszący
magisterki lub świeżo po ślubowaniu radcowskim – i znający się jeszcze z kampusu, skojarzeni przez Warsztaty Analiz Socjologicznych.
Warsztaty Analiz Socjologicznych, z siedzibą na ulicy Karowej, podejmują nowatorskie projekty, które łamią utarte schematy
podziałów politycznych, zależności finansowych od fundacji, czy
nawet instytucjonalnych sposobów zarządzania. Wyjazdowy projekt w Budapeszcie, gdzie rozgorzały zamieszki jesienią 2006 roku,
by sprawdzić, czy również w Polsce może dojść do destabilizacji –
a teraz stworzenie nowej jakości na polskim rynku medialnym przez
codzienne analizowanie i komentowanie w internecie francuskiej
rzeczywistości przed wyborami prezydenckimi – to firmowe przedsięwzięcia warsztatów.
Blog www.francjawybiera2007.blox.pl wróci 4. czerwca, na
tydzień przed wyborami parlamentarnymi. Wciąż można dołączyć
do grona autorów, bo chętnie dzielimy się doświadczeniem: [email protected] Warsztaty Analiz Socjologicznych wkrótce przystąpią do kolejnych projektów. Bądźcie z nami.
Agnieszka Szmilewska
Francuzi potrafią wymyślić kilkanaście
taryfikacji biletów do muzeum albo nałożyć
sto różnych podatków, nie mówiąc o wymyślaniu nowych gatunków serów. Polityka
międzynarodowa, funkcjonowanie nadsekwańskiej gospodarki i gąszcz napoleońskich przepisów to konik Agnieszki, która
studiuje prawo, uczęszcza do Szkoły Prawa
Francuskiego WPiA, a w październiku jedzie na dwa lata do – ukończonego przez Sarkozy’ego – instytutu Science-Po w Paryżu.
Anna Helena Dryjańska
To Francuzki wiodą prym w filozofii feministycznej. Tym większy paradoks, że dopiero
w 1944 roku zdobyły sufraż, a posłanek
i senatorek jest wciąż mniej, niż w innych
krajach europejskich – studia genderowe
i kulturowe to zainteresowania Anny, która
studiuje socjologię oraz pracuje nad tłumaczeniem pierwszego traktatu metodologicznego w historii socjologii, napisanego przez matkę-założycielkę
dyscypliny – Harriet Martineau.
Andrzej Kozicki
politologia
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
4
traktora instrukcja obsługi
Kłody pod nogi
rozmowa z Arturem Tonderą, posłem Instytutu Filozofii
Zapisy na przedmioty już w czerwcu
i zajęcia nie kończące się egzaminem na
ocenę, wliczaną potem do średniej. Oto
największe nowości uchwalonego przez
Parlament UW i Senat UW regulaminu
studiów. Czy wszyscy są zadowoleni?
Jak skomentujesz wprowadzenie obowiazku zaliczenia na ocenę przedmiotów
nie kończących się egzaminem?
Wydaje mi się, że nowe przepisy zostały
wprowadzone pod dyktando wydziałów
kierunków ścisłych. Tam rzeczywiście mają
one sens, bo na większości zajęć te oceny
i tak się dostaje. Takich zajęć, jak u nas, nieocenialnych jest tam mało. Na wydziałach
humanistycznych te przedmioty są trudno
mierzalne. Seminarium, na którym czyta
się lektury z róznych działów filozofii. Jak
tu oceniać? Kolokwium z treści tekstów?
To byłby jakiś absurd. Wiadomo, że u nas
te oceny będą wydawane albo za obecności,
albo taśmowo wszyscy będą dostawali, mam
nadzieję, piątki. Tak czy inaczej jest to dla
nas system bezsensowny.
A zapisy na zajęcia jeszcze w czerwcu?
Nie tylko u nas, na filozofii, ale w ogóle idzie
to w złym kierunku. W odwrotnym, niż mi
się wydaje, że powinno. Wzorem uniwersytetów amerykańskich, przynajmniej zgodnie z tym, co o nich słyszałem, powinno
być tak jak u nas na filozofii, że student na
początku roku przez tydzień czy dwa chodzi do różnych wykładowców, sprawdza, co
mu się podoba, na co by chciał chodzić, trwa
taki czas wybierania i dopiero później może
dokonać ostatecznego wyboru. Tymczasem
tutaj ten wybór musi być na ślepo. To może
być jakoś rekompensowane w miarę dokładnymi syllabusami itp. Ale nie są to metody
doskonałe, podobnie system informatyczny
uniwersytetu.
4
Andrzej Kozicki
Francuski jest jedynym językiem, którym włada polski
prezydent. Polskie
przepisy wyborcze,
a co za tym idzie:
kampanie, prowadzone są na wzór
francuski – marketing polityczny i wpływ
świata wartości na sposób politykowania
intryguje Andrzeja, który studiował na
Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie,
Uniwersytecie Ludowym w Silkeborgu,
a obecnie na Uniwersytecie Ludowym
Nørregaard w Bjerringbro, niemniej wróci
dokończyć nauki polityczne na Krakowskim Przedmieściu.
Oprócz wyżej wymienionych, bloga
współtworzyli:
Bartłomiej Bartel, Aleksander Borkowski,
Paweł Grabczak, Danuta Grassa, Antoni
Heba, Adam Holzman, Wojciech Kazanecki, Sebastian Meitz, Radek Pyffel, Maja
Wojciechowska, Aleksander Z. Zioło.
Dlaczego nie padła propozycja, by nie było
to zasadą dla wszystkich wydziałów?
Było bardzo duże ciśnienie, żeby w końcu
uchwalić regulamin, bo bardzo długo nie był
uchwalany. Poprzedni w wielu miejscach był
anachroniczny. Chciano go jak najszybciej
uchwalić i wziąć się za poprawki.
Ale poprawki zaproponowała komisja parlamentarna.
Tak, ale chyba poza filozofią i lingwistyką
nikt tak strasznie nie protestował. Też była
taka groźba, że Senat będzie przeciwko,
odrzuci wszystkie nasze pomysły i wprowadzi jakiś regulamin przeciwko studentom.
Co nie wydaje mi się prawdą. Ale rzeczywiście ta przewaga zwolenników regulaminu
była przytłaczająca.
Można było ustalić, że taka jest zasada
ogólna, ale dopuszczalne są wyjątki.
Wydział czy instytut mógłby się od niej
uchylić i działać na zasadach zgodnych ze
specyfiką danego kierunku.
Za tym idzie taka myśl, która w różnych dziedzinach studiowania wygrywa na naszym
uniwersytecie. Ścierają się takie dwie wizje
uniwersytetu: jako federacji poszczególnych
jednostek i jako organizmu silnie scentralizowanego. Chyba zarówno jeśli chodzi
o regulamin studiów, jak i stupendia itp., to
wygrywa ta druga. I za tym chyba idzie takie,
a nie inne rozumienie regulaminu.
Regulamin Studiów na UW
z dnia 18 października 2006 r.
§ 17 ust. 6. Pierwsza tura zapisów na zajęcia całoroczne lub prowadzone w semestrze
zimowym albo w pierwszym trymestrze
przebiega od 1 do 30 czerwca poprzedniego roku akademickiego. Zapisy na zajęcia w semestrze letnim w pierwszej turze
odbywają się od 1 do 30 grudnia roku akademickiego, w którym będą odbywać się te
zajęcia.
§ 24 ust. 1. Wszystkie przedmioty przewidziane planem studiów, z wyjątkiem
wychowania fizycznego, kończą się egzaminem lub zaliczeniem na ocenę.
§ 31 ust. 1. Średnią ocenę etapu studiów
ustala się jako średnią arytmetyczną ze
wszystkich ocen z egzaminów i wszystkich
ocen końcowych z przedmiotów niekończących się egzaminem, składających się na
plan studiów danego etapu, z zaokrągleniem
do części setnych. Jeśli w planie studiów
danego etapu są przewidziane przedmioty
do wyboru, a student zaliczył ich więcej niż
wymaga tego plan, przy obliczaniu średniej
bierze się pod uwagę oceny najwyższe.
Zobacz Protokół z II cz. I posiedzenia
Parlamentu Studentów UW z 12 grudnia
2006 r. – pkt 5. – http://tiny.pl/d8l1
Otwarto dyskusję nad projektem Regulaminu Studiów w UW.
Wojciech Figiel (ILS) (...) Mówca stwierdził, że na jego wydziale projektowane kryteria wyliczania średniej spowodują, że nie-
Są jeszcze Rady Wydziałów. Czy mogą
wstrzymać te zmiany?
Jeśli chodzi o oceny, to na pewno Rada nie
może dokonywać żadnych zmian. Co do
zapisów, w tym roku na filozofii nie będzie
ich jeszcze na wszystkie przedmioty, tylko
na obowiązkowe. Ale w dalszej perpektywie
będą na wszystko i od tego nie ma ucieczki.
Co śmieszniejsze, na Radzie Instytutu również wykładowcy, kiedy dowiedzieli się, że
takie przepisy będą wprowadzane, reagowali
na to albo ze zdziwieniem, albo z niedowierzaniem, że ulepsza się to, co jest dobre.
Jest jakakolwiek szansa na hamowanie?
Wydaje mi się, że część przepisów, głównie te
o ocenach, to będzie po prostu fikcja.
Naczel
malże nikt nie będzie otrzymywał dyplomu
z wyróżnieniem.
Artur Tondera (IF) zabrał głos. Stwierdził, że projektowane zmiany sposobu wyliczania średniej są „absurdalne” dla studentów kierunków humanistycznych. (...)
Filip Straburzyński (IH) wyraził wątpliwość, czy odrzucenie projektowanego
regulaminu nie zepsuje stosunków Parlamentu Studentów z Senatem.
W trybie sprostowania Artur Tondera
(IF). Poseł stwierdził, że już raz odrzucono
proponowany regulamin co, jego zdaniem,
wyszło na dobre studentom UW.
Głos zabrał Seweryn Dmowski (INP).
Wyraził on przekonanie, iż jeżeli Parlament odrzuci Regulamin, to i tak zostanie
on później przegłosowany w Senacie UW.
Według niego przyjęcie Regulaminu Studiów postawi Parlament Studentów w dobrej
sytuacji na ewentualność przyszłych negocjacji z władzami UW.
Grzegorz Woźnicki (WPsych) powiedział, że nieodwracalność decyzji podejmowanych w ramach systemu USOS przyniesie
tak dużej uczelni jak UW spore zyski finansowe.
[...]
Głosowanie:
Wyniki głosowania: 87 za, 23 przeciw, 6
wstrzymujących się.
Zobacz też Protokół nr 18 z posiedzenia
Senatu UW z 18 października 2006 r. – pkt
4. – nt. poprawek § 17 ust. 6 i § 24 ust. 1
– http://tiny.pl/d8lk
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
13
14
tractor sum
Co powiedzieć chciał Rzymianin
czyli radykalny przekład dla każdego z łaciny na nasze z komentarzem i przypisami
Witajcie, witajcie! Jak minęła wam majówka? Mam nadzieję,
że wszyscy wypoczęliście i z nowym zapasem wczesnomajowych sił zgodnie ruszymy do kolejnego fragmentu naszego
tłumaczenia. Spójrzmy więc, co tym razem przygotował nam
wielki H.
quid uetat? ut pueris olim dant crustula blandi
doctores, elementa uelint ut discere prima:
Wers zaczyna się frazą „quid uetat”. „Qui” już rozpracowaliśmy
– ta onomatopeja wskazuje nam na pewne kwiczące (kwiii!!) zwierzę
hodowlane. Dopisane na końcu „d” jest kolejnym znakiem panoszącej się w wierszu angielszczyzny (pamiętamy – okres birminghamsko-plymouthski). Jest to pozostałość końcówki -ed, która w języku
Szekspira i Ali’ego G tworzy imiesłowy przymiotnikowe. Znaczy więc
„quid” tyle, co „świński” bądź „zeświniony”. Czegóż zaś dotyczy ten
niewybredny epitet? Ano chodzi o „uetat” czyli po naszemu „etat”.
Autorowi najwyraźniej nie podoba się praca kierowcy TIR-a, uważa
ją za paskudną, nieprzyjemną, i zmuszającą do podejmowania działań nie do końca słusznych moralnie (świńskich). Tajemnicze „u” na
początku może oznaczać jedną z dwóch rzeczy: albo chodzi „łetat”,
formę zbitą od łe-etat – łe należy tu kojarzyć z ekspresyjnym wyrazem
niezadowolenia, czyli płaczem („łeeee!”), albo jest to zdegenerowana
pozostałość „łże-etatu”, a więc stanowiska objętego lustracją (chodzi
zapewne o współpracę z wywiadem wojskowym Kartaginy) – kierowcy sardyńskich TIR-ów, podobnie zresztą jak same TIR-y niejednokrotnie wyrażały niechęć w stosunku do tego procesu, wskazując,
że współpraca z Kartagińczykami wcale nie jest jednoznacznie godna
potępienia (przypadek właściciela firmy rozbiórkowej, K.A.Tona jest
tu najbardziej znaczący), a także przypominając, że Kartagina niejednokrotnie zmuszała Sardyńczyków do donoszenia za pomocą słoni
(każdy, kto widział sardynkę i słonia, ma świadomość, jak skuteczna
mogła to być perswazja). Dodajmy jeszcze, że nie damy się zaskoczyć
znakiem zapytania na końcu frazy – wiemy dobrze, że autor pracę
potępia, udając jedynie, że ma co do tego wątpliwości, czego wyrazem
jest rzekomo pytająca forma zdania.
Idźmy więc dalej (metaforycznie – nie ma żadnej konieczności,
aby ktokolwiek z Was, drodzy Czytelnicy, opuszczał miejsce, w którym się aktualnie znajduje, choć możliwość taka jest, a krótki relaksujący spacer byłby w tym miejscu wręcz wskazany ze względów zdrowotnych). Następnym słowem jest „ut”, które tak naprawdę powinno
mieć formę „od” (badacze nie są zgodni, ale mamy tu chyba do czynienia z przeniesionym w zapis regionalizmem z zakresu wymowy
– jakimś mazurzeniem, kurpieniem, wielkopoleniem tudzież innym
leniem). Dowiem się zatem skąd (od kogo) pochodzi ładunek TIR-a.
Nie kryjmy tego – chodzi o wspomnianą nieco dalej Olę M., znaną
starożytnym Rzymie piosenkarkę, największą gwiazdę wysp Morza
Śródziemnego na zachód od Korfu. Jej zawód jest zresztą w tekście
podkreślony – słowo pueris po zapisaniu od końca i odwróceniu litery
„p” (by uzyskać „d” – to pierwotne odwrócenie jest kolejnym dowodem chaosu panującego w utworze) otrzymamy słowo „sirend”. Pani
Ola jest określona w wierszu jako „zasyreniona”, co jest wyraźnym
nawiązaniem do mitologicznych Syren (i ich uwodzącego śpiewu) lub
też do fabrycznej syreny (i jej wycia) – zależnie od gustu czytającego.
Słowo „dant” zawiera jedną zbędną literę – „t”. Bez niej mamy
„dan”, po małej korekcie – „and”, czyli „i” (i znów angielski). Nadawców jest więc więcej. Spójrzmy dalej – „crustula”. Cru, pochodzące
od „crew”, oznacza pewien zespół ludzi, załogę, grupę wykonującą
razem pewną pracę (pamiętacie „cruribus” z wiersza o ukradzionej
rurce do samochodu?). Dalej liczebnik „stu” wskazuje na liczność
grupy, a „la” – na czynność, która ich łączy. Chodzi oczywiście o śpiew
(rozumiecie? „lalala”, śpiewanie... jasne?). Mamy więc do czynienia
ze stuosobowym chórem czy też chórkiem, wspierającym wokalnie
Olę M. w czasie tras koncertowych. A co z „blandi doctores”? Ta
fraza jest dokładniejszym opisem chóru – składa się on seksowych
tlenionych pielęgniarek w króciutkich spódniczkach i wydekoltowanych bluzeczkach. Jakkolwiek by to nie było oczywiste, Szanownym Czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnień. Po pierwsze, choć
mamy w oryginale do czynienia ze słowem „doctores” – liczba mnoga
(liczbus wielus) od słowa „doktor” – to jednak wykluczone jest, abyśmy mieli do czynienia z lekarkami, w starożytnym Rzymie kariera
lekarza zamknięta była dla blondynek. Zakaz ten wprowadził Senat,
głównie po to, aby zapobiec zalewowi rynku usług medycznych przez
jasnowłosych Słowian, którzy z dyplomami medyków przyjeżdżali
do Europy Środkowowschodniej, wykorzystując różnice w pensjach
i cenach miedzy Italią i Barbarią do praktyk dumpingowych i nieuczciwej konkurencji. Zostawała im tylko kariera pielęgniarska. Po
drugie, można mieć wątpliwości, na jakiej podstawie wygłaszam sądy
na temat atrakcyjności pielęgniarek i ich ubioru. Każdy jednak, kto
ma podstawową choćby wiedzę o rzymskiej kulturze, wie, że inaczej
wyglądające lub ubrane pielęgniarki (czy też nauczycielki, uczennice,
policjantki, krawcowe, operatorki obrabiarek czy frezarek) po prostu
na scenie by się nie pojawiły. W tym względzie kultura masowa od
czasów antycznych nie uległa większym zmianom.
Ale to nie koniec wymieniania nadawców paczki. Na końcu jest
jeszcze „elementa uelint ut discere prima”. Cóż to za dziwo? Na pewno
jakieś części („elementa”). Ale czego? Ano elit! W słowie „uelint”,
zgodnie z zasadami arytmetyki bowiem litery „n” oraz „u” się znoszą,
jako swoje odwrotności (jak 3/7 i 7/3). Elity są „ut”, czy „od” czegoś,
a więc skądś, to elity jakiegoś miejsca. Miejsce to kryje się w sformułowaniu „discere prima”. Mamy tam dwa słowa: disce i reprima (odstęp
między wyrazami rzecz jasna się przesunął). „Disce” to „disco” tak
naprawdę (jak podobne są e i o...), czyli dyskoteka. A „reprima”? To
skrót od „reprymenda”, która wedle Słownika Języka Polskiego oznacza „ostre upomnienie”. W istocie jednak chodzi o coś znacznie cięższego niż upomnienie. Mowa tu o pewnym zjawisku prawno-instytucjonalnym dawnego Rzymu, które nosiło nazwę „dyskoteki karnej”.
Instytucja ta powstała w miejsce galer, zsyłania na które zaprzestano
z powodu przeciążenia szlaków morskich (galery stały w korkach
miast płynąć, przez co kara stawała się zbyt lekka). Osoby skazane
za ciężkie przestępstwa lądowały w takich przymusowych bawialniach, gdzie poganiacze batami zmuszali do zabawy przy okropnej
muzyce i zbyt drogich napojach. Ciągły taniec wyniszczał organizm
nie gorzej niż wiosłowanie, straszliwe dźwięki były gorszą torturą
psychiczną niż odosobnienie na morzu i miarowe walenie w bęben,
a drożyzna w barze była formą kary materialnej. W wierszu mamy do
czynienia z „elitą” takich placówek, stałymi bywalcami, a więc wieloletnimi wyrokowcami, być może zdrajcami stanu, zabójcami czy coś
w tym stylu. W każdym razie i oni nadali część tajemniczej przesyłki
jadącej na sardyńskim TIR-ze.
Zobaczmy więc, co nam wyszło w tych trudnych translatorskich bojach o skuteczne przetłumaczenie fragmentu dorobku wielkiego H.
01/81. WOLNOŚĆ-PRZYMUS. Sardyński TIR
(Dużo jeździ, zawsze sam wybiera dokąd)
z DHL-u. W niej/na niej golonka i okulary do czytania
dla kur; magiczna niemiecka galanteria skórzana.
Świńska robota? [Towar] Od piosenkarki Oli M. oraz jej
stuosobowego chórku blond
seks-pielęgniarek, [a także] części śmietanki karnych dyskotek.
I to by było na tyle, jak mawiał swego czasu Wielki Mniemanolog!
I niech was prowadzi moc Słownika!
prof. dr hab. Eugeniusz Przypał-Sakramencki
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
15
la gente – mieszkańcy Traktu
Budujemy nowy, lepszy świat!
o karierze w samorządzie
Rozmawiam z Jakubem Zbrzeżnym,
posłem Parlamentu Studentów UW,
członkiem Demokratycznego Klubu
Parlamentarnego PS UW, studentem II
roku MISH-u, byłym wiceprzewodniczącym Zarządu Samorządu Studentów
KMISH UW, pełniącym zaszczytną rolę
kochanka Karoliny.
Jak się zaczęła Twoja przygoda z samorządem?
W czasie obozu integracyjnego w Poroninie
organizowanego przez ZSS KMISH. Wtedy
to mogłem poznać tzw. działaczy samorządowych. Ci starsi studenci objaśniali nam,
nowo przyjętym studentom, meandry funkcjonowania MISH-u – nie tylko kwestie
układania planów czy zapisów na egzaminy,
ale mówili także o działalności samorządu.
Zdecydowanie był to mój pierwszy kontakt
z samorządem faktycznie aktywnym.
Skąd się wzięło dalsze zaangażowanie
w strukturach samorządowych?
Po obozie integracyjnym zaproszono część
pierwszoroczniaków na spotkanie, na kultowej już Mazowieckastrasse, tj. u naszego
obecnie szefa samorządu Adama Puchalskiego. Co mnie skłoniło do udziału w tym
spotkaniu? Na pewno nie chęć instytucjonalnego wiązania się z samorządem – władza
świecka nigdy mnie nie pociągała. Wynikało
to raczej z pewnego długu wdzięczności
zaciągniętego wobec przyszłych mishowców.
Uważałem, że i ja powinienem im pomóc
w odnalezieniu się w kolegium, tak jak starsi
koledzy pomogli mnie.
Rozmowę przerywa nam telefon – mój rozmówca stale znajduje się pod komórką.
Dobiega mnie rozmowa o rozliczeniach
i pomysły na rozwiązania problemów z dyscyplinami badawczymi w planach mishowców.
Innym powodem była chęć włączenia się
w tworzenie MISH-u, z którym – przyznam
to szczerze – bardzo silnie się zidentyfikowałem, na polu naukowym i społecznym. Ta
fascynacja jest zresztą pewną moją niezdrową
obsesją, która objawia się w pewnych ideologicznych zapędach związanych z liberalizacją
procesu nauczania – i nie tylko. Chciałbym,
by w przyszłości dokonała się istotna zmiana
w strukturze studiowania na uniwersytecie
– by student uzyskał pełną wolność w zakresie wyboru przedmiotów, a co za tym idzie
także pracowników naukowych, z którymi
współpracuje. Ideałem byłoby indywidualne
kreowanie interdyscyplinarnego programu
nauki przez studenta. Chciałbym także, aby
pomiędzy studentami a ich opiekunami
nawiązywana była partnerska relacja, oczywiście wszystko to z zachowaniem pewnych
kurtuazyjnych zachowań.
Wprowadzasz swoje idee w życie?
W zakresie moich możliwości – tak, robię
to w pośredni sposób. To objawia się choćby
dzisiaj, kiedy to wszystkie wydziały dostosowują swoje zasady studiowania do nowego
regulaminu studiów, który obowiązuje już
od przyszłego roku akademickiego. Regulamin porządkuje wiele kwestii związanych
z USOS-em, w wielu aspektach niedogodnego dla studenta MISH-u. ZSS KMISH pracuje nad tym, aby zagwarantować studentowi dotychczasowe prawa, a także zapewnić
pełną swobodę wyboru przedmiotów oraz
rezygnowania z nich. I tu właśnie jest wielkie pole do popisu dla samorządu – należy
zadbać o te kwestie i postarać się wykorzystać tę szansę. Tu właśnie widać, jak bardzo
samorządy to organizacje prostudenckie,
a nie działające dla konkretnych zysków.
Jak dalej potoczyły się Twoje losy?
W trakcie wspomnianego spotkania okazało się, że wiąże się ono także z tworzeniem nowej listy na wybory samorządowe.
Jak mówiłem – z początku nie chciałem się
instytucjonalizować. Ostatecznie jednak, po
rozmowie z innymi, uznaliśmy wspólnie, że
funkcja członka zarządu Kolegium MISH-u
będzie odpowiednią do pomagania w pracy
samorządowej. Zostałem zatem wpisany na
listę, weksel podpisałem i sytuacja potoczyła się dalej sama. W następnym roku
akademickim przez cały pierwszy semestr
byłem wiceprzewodniczącym ZSS KMISH.
Dało się to pogodzić z poważnym studiowaniem; miałem pewien komfort psychiczny,
że spokojnie zdążę się rozliczyć z egzaminów. To wszystko zajmuje dużo czasu także
dlatego, że związane jest z życiem towarzyskim i jego animowaniem. Mam tu na myśli
teatr, operę czy wyjazdy z programem kulturalnym.
Obecnie pełnisz funkcję posła w Parlamencie Studenckim UW? Kolejny stopień
w karierze?
Co do funkcji – odradzano mi obejmowanie
mandatu posła UW, dostarczając czarne wizje
tegoż parlamentu, jako instytucji określanej
czasami słowami nawet niecenzuralnymi.
Ja tym opisom troszeczkę nie dowierzałem,
a nawet jeżeli było w tym trochę prawdy
– uważałem, że warto się zaangażować i coś
zmienić. Tak naprawdę to wszystko zależy
od podejścia – czy potraktujemy politykę
– tą wielką i tą małą – jako bagno, czy raczej
uznamy, że warto wziąć sprawy w swoje ręce
i pójść na wybory, albo samemu czynnie się
zaangażować.
Czy nie przychodzi Ci czasami myśl, iż
wciągnęło Cię to za bardzo?
Cóż, faktycznie, bardzo się zaangażowałem.
Swoistego rodzaju kulminacją był pierwszy
semestr tego roku akademickiego – kampanie wyborcze organizowane na co najmniej
sześciu kierunkach. Czas im poświęcony
całkowicie przytłoczył pierwszy semestr, ze
szkodą dla nauki. To dlatego z części funkcji
– oprócz mandatu poselskiego – postanowiłem zrezygnować, oddając je w ręce osób,
moich zdaniem, bardzo kompetentnych.
Muszę przyznać, że przez samorząd wycofuję się trochę z życia towarzyskiego. Miałem
jednak nadzieję, która się zresztą ziściła, że
moi prawdziwi przyjaciele przeczekają te
moje samorządowe „szaleństwa”.
Podobno znajomi samorządowcy śmieją się
czasami z Twojej wizji dobrego samorządowca – mógłbyś ją nam zaprezentować?
Oczywiście, z przymrużeniem oka – olimpijczyk z elitarnego liceum, umiejący podzielić
czas pomiędzy naukę a działalność samorządu, nawiązujący do najlepszych wzorców
Republiki rządzonej przez uczonych-filozofów. Samorządowiec nie będący porządnym studentem, nie zrozumie problemów
innych – pilnych – studentów, a to ci właśnie powinni być przedmiotem szczególnego
zainteresowania Uniwersytetu. Aby umieć
zaradzić różnym problemom, należy je znać
– nie tylko teoretycznie. Nie jest łatwo spełnić te wymagania – ja też mam z tym czasami
problemy. Żeby równocześnie kontynuować pracę i naukę, trzeba czasami wybierać
– albo zdać część funkcji, albo wziąć półroczny urlop dziekański i nadrobić zaległości
naukowe.
Nie żal Ci tego czasu? Mógłbyś go w końcu
poświęcić na pogłębianie wiedzy i samokształcenie.
Nie, w żadnym wypadku. Choć nauka jest mi
bardzo miła i wiążę z nią moją przyszłość,
to myślę, że wiek lat 20 jest za wczesny, żeby
zdecydować o swojej przyszłości w sposób
bardzo precyzyjny. Dzięki pracy samorządowej zdobyłem dużo doświadczenia i poznałem sferę działalności, o której do tej pory nie
wiedziałem zbyt wiele, a która była mi bliska
ideowo. Nie odrzucam możliwości zapisania się do jakiejś partii politycznej i zaangażowania się w samorząd, np. terytorialny,
zainteresowanie się tą większą polityką.
Jest to jedna z dróg, oprócz pracy naukowej.
Myślę też, że można te dwie rzeczy połączyć.
Wzdrygam się przed, parafrazując wyśmiane
przez Witkacego młodopolskie hasło, „nauką
dla nauki” – wolę naukę, która będzie realnie
wpływać na polskie społeczeństwo.
To bardzo ambitne założenie!
Gdybym nie zaangażował się w pracę samorządową, miałbym więcej czasu na udział
w różnych konferencjach czy na pisanie
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
4
16
la gente – mieszkańcy Traktu
Z Afrezji do Klepsydry
rozmowa z Moniką, o gościach, Hiszpanii i pracy w barze
Zna ją każdy, kto choć raz odwiedził Afrezję. Każdemu powie coś wesołego, czasem zagada. Ze wszystkimi jest po imieniu, bo to kobieta na luzie. Teraz objęła
władztwo nad Klepsydrą. Monika, bo
o niej mowa, po długich pertraktacjach
zgodziła się na wywiad dla Traktora.
Siemka. Mówię „Siemka” a nie „Dzień
dobry pani”, bo Ty chyba ze wszystkimi
jesteś na koleżeńskiej stopie. Z wykładowcami też?
To zależy od wykładowcy. Jak ktoś jest młody
i na luzie, to czemu nie? W Afrezji można było
pozwolić sobie na więcej, tam ludzie byli bardziej wyluzowani. Zresztą ze studentami też
różnie bywa. Kiedyś przychodził do Afrezji
jeden prawnik, a przy okazji filozof, którego
nie mogłam za nic przekonać, żeby nie mówił
do mnie „Proszę pani”. Próbowałam go rozruszać, ale się nie dało. Kiedyś powiedziałam
do jednego sztywnego kolesia, żeby nie gadał
takich drętwych rzeczy, tylko poszedł na
browara. A on na to z oburzeniem: „Jak pani
tak może?”
O, tak. Tęsknię za orientalistyką, z tym
wydziałem jest związanych wiele moich
wspomnień. Mam tam też więcej tematów
do rozmowy z ludźmi, a w historycznym
klimacie nie czuję się najlepiej. Tutaj jak się
przyjdzie, to wszyscy gadają o średniowieczu
itd. I zdecydowanie za dużo mówią o bitwach
– ja jestem pacyfistką! Z historii interesuje
mnie życie społeczne, nie wojny. A jeśli już,
to właśnie w aspekcie społecznym, życie
codzienne podczas wojen. Poza tym lubię
gadać o językach obcych. Na orientalistyce
ludzie najczęściej znali po pięć, sześć języków, a tutaj tylko angielski i angielski…
A różnice np. w ubiorze są?
Są. Na orientalistyce spotyka się różne
wyczesy, ludzie chodzą ubrani po indyjsku, po afrykańsku, są metale i fani raegge.
Historycy wolą klasykę. Kiedyś do Afrezji
przychodziła studentka, która wyglądała jak
żywcem wyjęta z powieści Jane Austin: kapelusz robiony na drutach, długa suknia z podwyższonym stanem. Mówię ci, rozważna
i romantyczna!
Przeniosłaś się z Afrezji do Klepsydry.
W końcu historia to twój macierzysty
wydział. Czy jest jakaś wyraźna różnica
między klimatem na orientalistyce a tym
na historii? Mówisz, że tam było więcej
luzu...
Pamiętasz jakieś inne ciekawe postacie?
O, w Afrezji pojawiało się mnóstwo odjechanych egzemplarzy, nie tylko orientalistów
zresztą. Do dziś pamiętam Olgierda, który
robił różne imprezy typu szamanizm etc.
Czasem wpadał do wykładowców po jakieś
ale nie miałbym tej wielkiej satys4 publikacji,
fakcji z pracy dla MISH-u. Byłbym też chyba
rach samorządowych. Daleka bardzo droga
z kampusu na Wiejską.
uboższy o brak owej perspektywy pracy politycznej, która jest jedną z dróg wpływania na
nasze społeczeństwo. Są to próbki naszego
przyszłego poważnego życia publicznego
i politycznego zarazem.
Czy to wszystko nie działa trochę na zasadzie „z samorządu studenckiego do pałacu
prezydenckiego”?
Były przewodniczący samorządu studentów
UW, między innymi dzięki owej funkcji,
startował w wyborach do samorządu Warszawy z listy PO – było to takie bezpośrednie
przełożenie. Część tych najpoważniejszych
samorządowców łączy swoje losy z dalszą
pracą w tzw. polityce. Krzywdzące byłoby
jednak mówienie, że wszyscy samorządowcy
angażują się tylko po to, by wybić się na polu
walki politycznej. Z pewnością poznanie
struktury i działania parlamentu studenckiego, tworzenia się „układu” może być
cennym doświadczeniem – choć oczywiście
nie koniecznym dla startowania w wybo-
Nie przeradza się to czasami w zwyczajne
karierowiczowstwo?
Karierowiczowstwo... Jest takie zagrożenie,
zawsze. Jest wiele stanowisk, które czasami
łatwo zdobyć, czasami decydują o tym nie
kompetencje, ale „układ”. Fakt – zdarza
się, że osoby niekompetentne znajdą się na
ważnych stanowiskach. Te szczeble kolejnych funkcji... W pewnym momencie człowiek może się nawet nie zorientować, gdy
jego celem stanie się zdobywanie kolejnych
stołków. Dla mnie taki człowiek staje się
wtedy jednak trochę śmieszny – nie należy
przeceniać funkcji samorządowych, choć są
pewne stanowiska rzeczywiście wyjątkowo
prestiżowe: do nich należy moim zdaniem
marszałek Parlamentu Studentów UW czy
studencki senator UW.
Jesteś ideowcem?
Nie mnie się na ten temat wypowiadać.
W sensie posiadania pewnej wizji uniwersytetu, jego organizacji i społeczności
studenckiej – owszem. Staram się ją
realizować – czy to przy pomocy nauki
czy działalności na UW, choć moim
poglądów nie uważam za jedynie
słuszne.
Uważasz, że spełniasz się w roli
posła?
Odpowiem podobnie jak poprzednio.
Na to pytanie powinni odpowiedzieć
ci, którzy dali mi mandat posła i samo-
tłumaczenie z chińskiego. Był bardzo oryginalny. Jak złapał fazę, to potrafił recytować
Mickiewicza po rosyjsku i ukraińsku. Albo
składał ręce i powtarzał „Ommm…”. Wtedy
przerażeni klienci od razu zabierali kawę
i uciekali.
To musiał być widok godny uwagi.
W młodości Olgierd wyglądał jak Marlon
Brando – wiem, bo widziałam jego zdjęcie
w dowodzie. Któregoś roku pojechał do Chin
i wrócił… ekhm, trzy razy większy od Marlona Brando. Strasznie lubiliśmy sobie dogryzać. On uważał, że jak sobie nie docinamy, to
jest nudno, więc fruwały różne chamskie
teksty. Któregoś dnia powiedziałam mu „Idź
w cholerę!”, a on poszedł. I więcej nie wrócił.4
4
rządowca. Mogę powiedzieć tylko to, że staram się wywiązywać się ze swoich funkcji jak
najlepiej.
Co uważasz za swoje najważniejsze dokonanie w dotychczasowej działalności?
Myślę, że bardzo ważna była sprawa lustracji
na uniwersytecie. To właśnie w czasie ponadczterogodzinnego w późnej porze wieczornej
posiedzenia PS UW odbywającego się po
uchwałach Rady WPiA a przed głośnymi
uchwałami Senatu UW, gdy debatowaliśmy
o projekcie uchwały dotyczącej lustracji pracowników naukowych UW, którego byłem
wnioskodawcą, rola parlamentarzystów była
najbardziej znacząca i widoczna. Ostatecznie
nie zgodzono się na zaproponowaną przeze
mnie pierwszą uchwałę wzywającą pracowników naukowych do nieskładania oświadczeń lustracyjnych, ale wspólnie w ramach
specjalnej komisji opracowana została przy
moim także istotnym udziale wersja kompromisowa (wyrażająca szacunek PS UW dla
tych, którzy nie składają oświadczeń), która
została uchwalona zdecydowaną większością głosów przy quorum – które o g.23:00
nieczęsto jest zachowane. Te debaty, głosowania, przedstawianie projektów, przerwy
w obradach, dyskusje w kuluarach – to było
bardzo budujące doświadczenie, szczególnie
w momencie, gdy tyle mówi się o zagrożeniach demokracji w Polsce. I choćby dla tych
kilku godzin warto było zaangażować się
w samorząd.
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
Karolina Kalinowska
polytologia
la gente – mieszkańcy Traktu
też jednego gościa z Erasmusa,
4
4 Wspominam
Emila, archeologa. Ten Emil podrywał
wszystko, co się rusza, ale miał problemy, bo
zupełnie nie znał języków. Typ wyjątkowo
niekumaty. Kilka lat w Polsce i ani słowa się
nie nauczył… Pamiętam, jak raz próbował
oczarować moją koleżankę, której talenty
językowe też pozostawiały wiele do życzenia.
Ona usiłowała zaprosić go na jakąś imprezę,
a on ją do siebie do pokoju – ani w ząb nie
mogli się dogadać! Słuchałam tego i pękałam
ze śmiechu!
A wykładowcy też byli odjechani?
O wiele bardziej niż tu. Pewien profesor
z romanistyki zawsze na przywitanie całował
mnie w rękę i mówił „Bonjour, madame!”.
Prowadził bardzo długie seminarium, ale był
tak dobry, że zawsze przed zajęciami kupował wszystkim studentom kanapki i coś do
picia.
A bywa że jakiś student przychodzi
i zaczyna opowiadać, że znowu nie zdał
albo go dziewczyna rzuciła?
Jasne! Zawsze wtedy staram się ich wysłuchać i pocieszyć. Czasem przychodzą po rady,
więc im doradzam, ale nigdy nie wtrącam
się na siłę. Nie każdy ma ochotę się śmiać,
zwłaszcza gdy rzuciła go panna.
Znana jesteś ze swojego upodobania do
Hiszpanii, jej kultury i języka. Kiedy
zaczęła się twoja fascynacja wszystkim, co
hiszpańskie?
To się chyba wzięło z seriali wenezuelskich,
które oglądała moja rodzina, ale przez długi
czas nie miałam inwencji, żeby się zabrać
do nauki języka. No i w liceum uwielbiałam
film Desperado, zwłaszcza piosenkę tytułową. Baaardzo lubiłam wtedy Banderasa.
Potem zrobił się bardziej hollywoodzki niż
hiszpański, ale ostatnio wraca do poprzedniego stylu.
Wszystkim?
Na to seminarium
Aż w
końcu
przychodziło chyba Kiedy on mi sam powiedział, że miał zaczęłaś uczyć się
z pięć osób, więc dziadka w Wehrmachcie!
hiszpańskiego...
nie tak dużo musiał
To był impuls.
kupować tych kanapek. W ogóle na orienta- Któregoś dnia do Afrezji przyszła studentka
listyce wykładowcy byli bardzo wyluzowani.
iberystyki z hiszpańską książką pod pachą.
Czasem urządzali zajęcia w Afrezji, przy
Wzięła zapiekankę, usiadła i zaczęła czytać.
kawce.
Zobaczyłam tę książkę i pomyślałam: „Kto
wie...”. Podeszłam do dziewczyny i spytałam
Ludzie lubią przychodzić do Klepsydry, bo
ją, czy mogłaby mnie uczyć i za ile. Zgodziła
tu zawsze jest sympatycznie, dobra muzyka się i potem uczyłyśmy się w różnych kawiagra... A ty miałaś jakąś taką ulubioną
renkach.
knajpkę w czasach studenckich?
Właśnie Afrezję! Kiedy studiowałam, na
Zaraziłaś już kogoś hiszpańskim bakcyhistorii nie było knajpy. Połowa budynku lem?
należała do biologii, dopiero w dwa tysiące Próbuję zarazić redaktorkę prowadzącą ten
czwartym czy trzecim historycy przejęli cały wywiad… (śmiech) Tak, zaraziłam niejedną
budynek. Przedtem cała historia łaziła do
osobę. Pamiętam chłopaka, który dzięki
Afrezji. A tu można było co najwyżej pooglą- mnie zapisał się na lektorat. Widzisz, dla
dać zakonserwowane skorupiaki.
mnie po jednej stronie jest hiszpański, a po
drugiej pozostałe języki. Hiszpański to też
Często rozmawiasz ze studentami o różwięź łącząca mnie z ludźmi. Kiedyś przychonych rzeczach, przypomina mi to scenę ze
dził do Afrezji jeden koleś z afrykanistyki,
starego filmu: barman za barem i ktoś opoktóry strasznie marudził. Ciągle mówił,
wiada mu historię swojego życia. Jak ktoś
że w innej kawiarence to mają ekspres taki
przychodzi i widać wyraźnie, że ma doła,
a taki, a w Afrezji nie… Okropnie denerwuto...
jący. Robiłam znudzoną minę, gdy tylko się
Pytam: „Co kolega taki smutny?” albo mówię
pojawiał. Aż do momentu, gdy dowiedzia„Browara dawno się nie piło” czy coś w tym łam się, że spędził 4 lata w Wenezueli i był
rodzaju. Staram się pocieszyć, rozweselić. Jak
tancerzem flamenco. Wtedy mój stosunek do
mi się jakiś kawał przypomni, to opowiem.
niego zmienił się diametralnie.
Nigdy nie jest tak, że „dwa pięćdziesiąt i do
widzenia”. Chyba, że ktoś nie ma ochoty na Tancerzem flamenco? Chłopak?
pogaduchy. To widać po minie. Czasem trafi Faceci są bardziej wytrzymali fizycznie.
się typ, którego zupełnie nie da się rozweselić
Występ flamenco trwa ze 3 godziny, trzeba
i wtedy odpuszczam. Z wykładowcami też mieć niezłą kondychę, żeby to wytrzymać.
lubię porozmawiać. Pod warunkiem, że tą
osobę znam i nie miałam z nią nigdy proble- Brunetka, opalona... Wziął Cię ktoś kiedyś
mów w czasach studenckich.
za Hiszpankę?
Zdarzyło się. Raz hiszpańscy studenci z Erasmusa usłyszeli, że mówię po „ichniemu”
i spytali, czy jestem Hiszpanką. Powiedziałam, że nie, ale i tak było im miło. Hiszpanie bardzo się cieszą, kiedy ktoś uczy się ich
języka. Kiedyś miałam taką fazę, że każdego
cudzoziemca pytałam, czy jest Hiszpanem.
Raz trafiłam na Niemca – myślałam, że
się obrazi, ale był wyjątkowo wyluzowany,
z poczuciem humoru. Nie uraziły go nawet
moje dowcipy o dziadku w Wehrmachcie.
No wiesz...
Kiedy on mi sam powiedział, że miał dziadka
w Wehrmachcie! To w ogóle była bardzo
śmieszna historia. Taka blondyna, która
wtedy ze mną pracowała, Anka, strasznie
lubiła Niemców i ten chłopak jej się podobał.
Raz w Afrezji poprosiła mnie, żebym zagadała do jednego Niemca, bo ona nie miała
odwagi. Zgodziłam się. Powiedziałam mu
nawet, że jestem fanką Bayern Monachium!
A teraz coś z zupełnie innej beczki. Jakie
dania najczęściej zamawiają wykładowcy?
Wbrew pozorom to pytanie nie jest bez
sensu, sesja idzie, może zmienię dietę...?
Przez żołądek do mózgu...
Najpopularniejsze są pierogi i naleśniki, ale
z serem i z jabłkiem. Ze szpinakiem nie mają
powodzenia, chociaż są bardzo dobre. Profesorowie uwielbiają też lavazzę. Czasem przychodzą tylko na lavazzę, jak się dowiadują, że
akurat nie ma, to idą sobie.
Lubisz swoją pracę?
Lubię. Jestem osobą dynamiczną, nie lubię
jak się nic nie dzieje. Tu mam stały kontakt
z ludźmi, rozmawiam z nimi, poznaję nowe
osoby. Nie znoszę siedzieć bezczynnie,
patrzeć na drzwi i czekać aż ktoś przyjdzie.
I na koniec: co cię przekonało, żeby otworzyć się przed Traktorem?
W poprzednim numerze był wywiad z doktorem Wróblem. Znam go jeszcze z czasów
studenckich. Teraz chętnie bym do niego
poszła na zaliczenie. (śmiech – Moniki, i pąs
– mój)
Dziękuję za wywiad w imieniu Stowarzyszenia Traktorzystów.
Ależ proszę.
Magdalena Gotowicka
Wydział Permanentnej Inwigilacji
Artykuły, wywiady, reportaże, felietony, zdjęcia, skargi i zażalenia dawajcie do Naczelnego:
[email protected]
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
17
18
co w traktora duszy gra
Nauka jazzu w weekend
czyli kilka porad i albumów godnych polecenia dla początkujących słuchaczy
Z moich doświadczeń wynika, że jest wielu ludzi, którzy chcieliby zapoznać się z jazzem i polubić ten gatunek, ale materia
ta wydaje im się na tyle trudna i nieprzejrzysta, że zniechęcają
się szybko lub czują się zagubieni w swoich poszukiwaniach.
Dlatego postanowiłem podzielić się swoją dotychczasową
wiedzą i pomóc początkującym słuchaczom w ogarnięciu tego
zagadnienia. Być może ci średniozaawansowani słuchacze też
dowiedzą się czegoś nowego.
Dość powszechnie panuje przekonanie, że dobrze jest zaczynać
od smooth jazzu, bo jest on „lekkostrawny”. Myślę, że to dobry kierunek, aczkolwiek nie polecam składanki The Best Smooth Jazz... Ever,
ponieważ zawiera ona niefortunny zbiór standardów i innych klasycznych dla jazzu utworów wielkich wykonawców oraz popowych
piosenek mało znanych wokalistów. Ani jednego, ani drugiego nie
nazwałbym smooth jazzem. Smoth jazz to gatunek, który określiłbym
jako jazz o brzmieniu popowym, łagodnym, w dużej mierze aranżowany i bez skomplikowanych solówek. Znakomitym przykładem
są płyty Pat Metheny Group Letter from Home czy Imaginary Day.
Odradzam natomiast na początek albumy tria tego gitarzysty, gdyż
jest to rasowy jazz i może być nieco hermetyczny. Polecam również
innych artystów smooth jazzowych takich jak: trębacz Chris Botti czy
wokalistki Norah Jones, Katie Melua i Victoria Tolstoy (co ciekawepotomkini Lwa Tołstoja). Jednym z pierwszych zespołów grających
w tym stylu był Spyro Gyra, do którego również odsyłam.
Tym, którym smooth jazz wydaje się przesłodzony lub zbyt
łagodny (zapewne większości fanów rocka) proponuję albumy w stylu
jazz-rock/fusion. Klasycznym zespołem jest Mahavishnu Orchestra
gitarzysty Johna McLaughlina. Polecam płyty The Inner Mounting
Flame i Birds of Fire. Pianista Chick Corea prowadził dwa zespoły
fusion: Return to Forever Chick Corea Electric Band. Oba bardzo
godne polecenia. Do tego stylu zalicza się także grupę Weather Report,
aczkolwiek jest to bardziej fuzja jazzu i world-music niż jazzu i rocka.
Absolutnie odradzam początkującym album uznawany za pionierski
w tym stylu czyli Bitches Brew Milesa Davisa (‘69), ponieważ oscyluje on w stronę free, a konotacje z rockiem są nikłe (ósemkowy puls,
obecność elektrycznych instrumentów). Współcześnie jazz-rocka gra
wiele zespołów takich jak: Tribal Tech, Dave Weckl Band, Vital Information, Matalex, Metro, CAB, a także zespoły gitarzystów takich jak
Mike Stern, Alan Holdsworth i John Scofield.
Myślę, że wielu osobom do jazzu nieprzekonanym spodobają
się piosenki Franka Sinatry, czy jego współczesnych naśladowców
(zarówno w interpretacji wokalnej jak i big bandowych aranżacjach)
takich jak Michael Buble czy Harry Connik Jr z płytą Come By Me.
Oczywiście można również zacząć od słuchania klasycznego
jazzu. Doskonały na początek jest album Milesa Davisa Kind of Blue
(‘59). Jest to płyta powszechnie uważana za najlepszą w historii jazzu,
dlatego można ją kupić bez zastanowienia. Przy okazji zawiera ona
muzykę prostą i przejrzystą pod względem formy i harmonii. Posiada
również spokojne, ciepłe brzmienie, więc nadaje się do słuchania przy
różnych okazjach. Znakomita szczególnie do kolacji przy świecach
i do sypialni.
Ponieważ utwory z Kind of Blue weszły do kanonu standardów,
chciałbym powiedzieć trochę o standardowych formach w jazzie.
Wśród laików panuje przekonanie, że jazz jest muzyką o trudnej do
określenia formie, w przeciwieństwie do piosenki popularnej z jej
budową zwrotkowo-refrenową. Nic bardziej mylnego. Otóż najczęściej
spotykane formy to 32-taktowa AABA i 12-taktowy blues. Zacznijmy
od pierwszej. Zawiera ona dwukrotnie powtórzoną 8-taktową melodię (część AA), potem następuje inny 8-taktowy motyw lub ten sam
od innego dźwięku (część B), i znowu powrót do pierwszego (część A).
Tak jest w znanej piosence Franka Sinatry „Strangers in the Night”,
czy w utworze „So What?” z Kind of Blue. Do melodii w AABA jest
dopisany jakiś akompaniament harmoniczny, czyli akordy. Po zagraniu tej melodii zwanej tematem następują solówki, czyli improwizacje na bazie tej samej harmonii po formie AABA. A więc solista na
bieżąco tworzy własne melodie pasujące do tych akordów dopisanych
pierwotnie do tematu. Na koniec następuje powrót do tematu. Oto
przykładowy schemat utworu:
AABA AABA
AABA
AABA
AABA AABA
temat, solo trąbka, solo sax tenor, solo sax alt, solo piano, temat
Oczywiście improwizowane melodie solisty nie układają
się w porządku: ośmiotaktowa fraza, potem jej powtórzenie itd.
W solówce melodia jest dowolna, a jedynie harmonia i ilość taktów
się powtarza. Cała forma AABA zwana jest chorusem. Często solista
gra więcej niż jeden chorus swojej improwizacji, chcę jedynie pokazać
tę prawidłowość.
Druga ważna forma to 12-taktowy blues. Nie należy go mylić ze
stylem bluesowym (np. B.B. Kinga czy T. Nalepy), choć w tym stylu
jest to często spotykana forma. Warto mieć jednak na uwadze, że jest
to forma stosowana w jazzie i (sic!) muzyce rozrywkowej, szczególnie rock’n’rollu i soulu. Przykładowe utwory to „I feel good” Jamesa
Browna, „Rock around the Clock” Billa Haley’a, „Heartbreak Hotel”
Elvisa Presleya, „What’d I Say” Ray’a Charlesa, „You Shook Me”
i „Lemon Song” Led Zeppelin czy „Freddie Freeloader” z Kind of Blue.
Przykładowy schemat bluesa w tonacji C-dur. Literki oznaczają
nazwy akordów, a nie części utworu. Jeden akord przypada na jeden
takt:
C C C C F F C C G F C C
Jeżeli ktoś się na tym nie zna to nic nie szkodzi, można bowiem
ten schemat wysłyszeć po wielokrotnym przesłuchaniu powyższych
utworów. Te 12-taktów też jest chorusem i zwykle solo zajmuje kilka
chorusów (a temat jeden chorus).
A więc forma może być prosta („So What?” ma tylko jeden akord
w części A i jeden w części B), ale to wykonanie wybitnych muzyków
sprawia, że na pierwszy „rzut ucha” nie słychać żadnej schematyczności. Na przykład pianista może grać inny akompaniament w temacie a inny w solówkach lub nieoczekiwanie zmienić niektóre akordy
zgodnie z zasadami harmonii, lub pominąć pewne fragmenty i pozostawić coś w domyśle. Solista również może stosować różne sztuczki,
w rodzaju celowego zagrania jakiegoś dźwięku nie pasującego do
danego akordu itp. Bas i perkusja też mają swoje pole do popisu. Możliwości są nieskończone, a więc jeżeli zaczynacie przygodę z jazzem
i idziecie na koncert jakiegoś wybitnego i doświadczonego muzyka,
to nie dziwcie się, że niewiele rozumiecie, bo on tyle rzeczy zostawia
w domyśle i tak potrafi łamać zasady, że nie macie szans się połapać.
Dlatego dobrze jest słuchać standardów w starych wykonaniach.
Szczególnie polecam jazz wokalny, gdyż bardziej przypomina muzykę
popularną np. Ellę Fitzgerald czy Billie Holiday. Warto przy tej okazji wspomnieć o Dianie Krall, której muzyka jest dość przystępna,
a często wysokiej próby). Kanon standardów obejmuje przynajmniej
kilkaset utworów o różnej stylistyce, więc trudno się znudzić. Czasem
spotykam się z pogardliwym stosunkiem do standardów u niektórych
laików, co świadczy o ich nieznajomości jazzu. Są to często bardzo
wysmakowane kompozycje i mogą być źródłem niemałej muzycznej
uciechy.
Na koniec trzeba zaznaczyć, że jeszcze nikt się niczego nie nauczył
w weekend, a już na pewno nie słuchania jazzu, dlatego należy się
uzbroić w potężne zapasy cierpliwości. Pierwszą jazzową płytą, którą
kupiłem była Tutu Milesa Davisa (‘86) i o ile teraz wydaje mi się to
łatwy funky-jazz, o tyle na początku nic w niej nie słyszałem. To
było jak magma wylewająca się z głośnika, która wykrystalizowała
się z czasem pod wpływem wielokrotnego przesłuchiwania tej płyty.
Ten wysiłek aktywnego słuchania pozwolił mi uporać się z wieloma
trudnymi albumami, dlatego warto go podjąć i cierpliwie czekać na
rezultaty.
Z literatury polecam „Wszystko o jazzie” Joachima Ernsta
Berendta. Sporo można się też dowiedzieć z amerykańskiej wersji
Wikipedii. W „Encyklopedii jazzu” Dionizego Piątkowskiego możecie sprawdzić biografie znanych artystów (również polskich). Ale
przede wszystkim zachęcam do przeczytania autobiografii Milesa
Davisa. Niedawno wyszła w nowym tłumaczeniu, choć wolę stare, ale
to pewnie rzecz gustu. Łatwo się
ją czyta, bo Miles do intelektualistów nie należał, a znajomość jego
życia i twórczości otwiera bramę
do jazzu, gdyż to on ukształtował
większość jazzowych gatunków.
Miłego słuchania!
Irek wsłuchujący się w płytę
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
Irek Piętowski
filozofia, melomaństwo
co w traktora duszy gra
Spotkanie z Kieślowskim
DKFS-u z Kieślowskim spotkanie
Spotkanie z „Bez końca” Kieślowskiego poprzedziła awaria
metra. Chwilę przed godziną zero rozdzwoniły się telefony
dkfowiczów. Paniczne wołania Łukasza, który był odpowiedzialny za wieczór, rozkosznie rozbrzmiewały w naszych
słuchawkach, skutecznie podkręcając napięcie. „Kto jest na
miejscu? Kto przyjmie gościa... ja się nie wyrobie.” Ze sporym
opóźnieniem dotarłem na miejsce. Cichcem przemknąłem na
wolne miejsce i zacząłem oglądać.
Akcja rozgrywa się w Polsce stanu wojennego. Przez cały film
towarzyszy nam zmarły adwokat – Antoni Zyro. Podobnie jak my
przygląda się ludziom, z którymi był związany. Fabuła koncentruje
się wokół dwóch wątków. Pierwszym jest sprawa przywódcy strajku,
którą mecenas Zyro pozostawił niezamkniętą. Staje się ona tłem do
poznania mecenasa Labradora, u którego Antoni praktykował, i jego
asystenta. Oni bowiem staną się obrońcami strajkowicza. Drugim są
decyzje żony nieboszczyka.
Wybory, które obserwujemy w filmie, są doskonałym opisem ludzkich postaw. Narwany aplikant gotów poświęcić wszystkich na rzecz
idei. Stary mecenas, który marzy o wyrwaniu się z bierności i permisywizmu, jednak ostatecznie pozostający przy swoich bezpiecznych
metodach i przekonaniach. Żona, która nie potrafiąc się odnaleźć
w nowej rzeczywistości, tuła się bezskładnie starając się uciec od
przerastających ją problemów. Strajkowicz, który nic nie rozumiejąc,
wybiera bunt – najprostszą formę odizolowania się. Wszyscy ścierają
się na swój sposób ze stanem wojennym i z codziennością. Zmarły
nie pozostaje bierny. Raz po raz ingeruje w świat żywych. Jego wskazówki oraz ślady jego ziemskiej działalności stają się doskonałą lekcją
dla bohaterów. Na tle świadectwa życia mecenasa Zyro dostrzegamy
miałkość póz bohaterów. Rysujący się kontrast postaw budują przede
wszystkim porażki. Ukazują one skupienie bohaterów na rzeczach
nieistotnych i pozornych, przekonanie o istotności spraw, którym
się oddają, oraz wiarę w wagę własnego zaangażowania. Ostatnia
scena szczególnie silnie zderza bohaterów z rzeczywistością, ukazując ułudność ich światów. Nie śledzimy przebiegu procesu strajkowicza. Trafiamy do sali sądowej, którą przyozdabiają pojedyncze osoby
– nasi bohaterowie. Beznamiętnie wypowiedziany wyrok i głucho
spuszczone głowy. Oskarżony został uznany winnym. Dostał jednak
wyrok w zawieszeniu, więc zostaje wypuszczony na wolność. Salę
wypełnia jednak poczucie przegranej. O ich porażce bowiem zdecydowały postawy bohaterów.
Postawa mecenasa Zyro przepełniona była przekonaniem o własnej niedoskonałości, które stawało się gruntem do szukania prawdziwej wolności dla siebie i innych. Bohaterowie szukali sposobów na
manifestacji postaw a nie ich źródła. Stary Labrador prowadził teoretyczną akrobatykę, rozmyślając o słuszności taktyk adwokackich.
Lawirował między dwoma sposobami postrzegania swojego udziału
w sprawie strajkowicza: „jestem już na to za stary” oraz „może trzeba
im pokazać”. Fasadowość ideologii aplikanta pokazała jego rozmowa z oskarżonym. Przekonywał go do kontynuowania głodówki
i do głośnego procesu. Miał to być sposób na wykrzyczenie swoich
przekonań. Nie liczy się dla niego oskarżony, lecz własne przekonania. Żona Andrzeja zderza się natomiast ze swoją przeszłością. Nie
chciała dostrzec tego, że jest szczęśliwa i kochana. Wolała żyć oklepanym marazmem i kontestacją. Po śmierci męża szuka zapomnienia
w nowych relacjach, hipnozie, zaangażowaniu się w sprawę strajkowicza. Stara się zbudować nową, bezpieczną iluzję. Nikomu nie przyszło do głowy szukać w tym całym zamieszaniu drugiego człowieka.
Nikt nie wpadł na pomysł, że wolność jest związana z wyborami,
a nie z systemem politycznym, wyrokiem sądu, pięknymi słowami.
W powyrokową ciszę wdziera się, czytany przez mecenasa Labradora,
list zmarłego. W zupełnie poetycki sposób mecenas Zyro zdaje w nim
sprawozdane z samego siebie.
Po filmie dkf, po raz kolejny, zaskoczył uczestników. Naszym gościem był Adam Borowski. Działał w „Solidarności” i był współzałożycielem „Solidarności walczącej”. Rozmowa popłynęła sama. Szeregi,
spiętych lekką i wręcz anegdotyczną narracją, historii z czasów stanu
wojennego trzymały słuchaczy w napięciu. Pomysł, by zderzyć film
z realiami historii, ostatecznie pozwolił mi zapomnieć o poprzedzającym pokaz zamieszaniu. Pochłonął mnie i, sądząc po twarzach, również resztę widzów.
Mateusz Seler
socjologia
Z cyklu: Fani Traktora
W tym numerze prezentujemy fankę z Paryża.
Przedstawiamy Wam Lidię G., w kręgach uniwersyteckich znaną
jako Grom. JN-OO (Grom. Jutrzenka Nauki – Optymistyczny Obieżyświat). Lidka kolekcjonuje wszystkie Traktory Królewskie i szerzy
sławę naszego pisma na Polach Elizejskich, we francuskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w paryskim metrze, a ostatnio też
w Szwajcarii. Doskonale radzi sobie z logogryfami, rebusami i innymi
zagadkami, które drukujemy dla naszych Czytelników w celach rozrywkowych. Na szczególną uwagę zasługuje to, że Lidka G. kolekcjonuje wszystkie wywiady zamieszczone w naszym piśmie. Po przeczytaniu wywiadu z doktorem Wróblem zintensyfikowała się w niej chęć
powrotu do ojczyzny. Grom. JN-OO w przyszłości chciałaby zostać
politykiem i rozgromić nieciekawą sytuację w jej ojczystym kraju nad
Wisłą.
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
19
20
impreza w traktorze
rebus!
super!
majdan
czyli traktorowy hydepark
www.traktorkrolewski.za.pl
Kasia Kapała istnieje
Studiowała slawistykę i pisała
świetne teksty do Traktora.
W tym roku zaczęła jeszcze
dziennikarstwo...
Zlituj się, mam 6 prac rocznych do napisania+licencjat+9 egzaminów.
W tym tygodniu w ogóle nie chodzę na uczelnię tylko piszę. Czasem na
informacje dziennikarską coś skrobię, ale póki co nic do Traktora się
nie nadaje (są to newsy o kredytach świątecznych i tego typu bzdetach
nieciekawych)
Pozdrawiam nacza i ekipę
A co prawnicy?
Znowu praktykują biblioteczną okupację. Przychodzą sobie na trzy
godziny przed startem usosowych zapisów na zerówki, zajmują komputery i czekają.
Obok stoją inni i też czekają. Na miejsce, bo może się któreś zwolni.
Ale oni również nie przyszli tu, by znaleźć coś w internecie.
– Na zapisy przyszedłem – wbiega uśmiechnięty młodzieniec.
– Oj, już nie znajdziesz miejsca – śmieje się pani w szatni na parterze
Collegium Iuridicum III. – Już od dawna pozajmowane. I tak cały
tydzień będzie.
A dlaczego? Bo ktoś odkrył, że gdy się loguje z uniwerku, to USOS
się nie wiesza i można się zapisać w pierwszej kolejności. No
a przecież trzeba zapisać się na korzystną zerówkę, łatwo zdać, mieć
piątki, super pracę i 50 tys. zł miesięcznie. I siedzą w piwnicy, a na
powierzchni brzemienny wodą maj.
Raport
Na polonistyce ktoś nam zrywa plakaty – bardzo nieładnie. A na
filozofii na oczach sprzedającego właśnie napój Kamila jakaś niekulturalna pani zdarła plakat Laissez Faire’a i manifestacyjnie go
podarłszy – ulotniła się. Kto może, niechaj zwalcza wieśniactwo na
UW. Może lewatywa ich uspokoi.
Co to w ogóle za wystawa? Sam nie wiem...
O recepcji sztuki nowoczesnej
I mówi Ania: chcę ci wreszcie oddać kasę za Traktory. No dobra, to
gdzie? Teraz?... W Zachęcie jestem.
Marcin. Paweł. Miło mi, to cóżeście takiego w tej Zachęcie oglądali?
No i prowadzą mnie po pokojach. Jakieś meble dziwaczne, pokojowa
„żelazna kurtyna”, a na piętrze wielka sala z żółtymi prostokątami.
I ani sekundy na zrozumienie, tylko wypluwamy z siebie kolejne głupoty, a to jest na pewno wielkim pojemnikiem na okulary, o, rybosamochody (tak jak królikokaczka). Żelazna kurtyna, stańmy, gdzie
teraz jesteśmy – twierdzenie Banacha? To nie stół bilardowy – budzi
nas Paweł – tylko na tym się formuje te fotele i kanapy (etui na okulary), ale zaraz zapada się z nami w brednie, że tu to lodowisko, a to
Alicja w tej krainie od razu by zjadła, bo niebieskie i czerwone. Pod
ścianą opiekacz do ziemniaków i już coś o ziemniakach olbrzymach.
No i chyba tak tylko można nawiedzać takie wystawy. Ta nowoczesna! Żółte prostokąty w wielkiej białej sali nie były dla mnie
obrazami. Ale jakoś nieskończenie w niej odpoczywałem. A może
właśnie tak się powinno?
Naczel
Na filozofii
przed przerwą majową buszowała JO Komisja Akredytacyjna.
Z opowieści pracowników naukowych znamy jej główne ustalenia.
1. Dyscyplina leży. Spóźniamy się nawet pół godziny, wychodzimy
przed końcem i tylko jeden wykładowca zareagował na ten proceder.
2. Mamy za wysokie oceny - nie zgadzają się z krzywą Gaussa. 3. Za
wysoko są oceniane niektóre magisterki - np. ktoś kto ma średnią 3,5
może dostać 5 za pracę. Jak to możliwe? 4. Mamy niebywale słabe
warunki lokalowe. Czyżby?
Naczel
Redakcja
Martina Parsera Kwiatki
odcinek wtóry
Zaaferowany – jak na filozofa przystało – planem, jak przed
końcem roku podatkowego zbić Fortunę i pobitej odebrać
przynajmniej milion dolarów, nie byłem w stanie znaleźć odpowiedniej ilości czasu i koncentracji, by starannie opracować
kolejne kwiatki czcigodnego Martina Parsera.
Nie chcąc jednak zostawiać czytelników bez niczego [tak przy
okazji – dziękuje za setki mejli], zdecydowałem się opublikować dwa
kwiatki, które z oddaniem wartym lepszej sprawy kontemplowałem
podczas przeszłych świąt,
ecce flosculi:
Młody Zarathustra, na długo przed tym, nim wybrał się w góry,
wczuwszy się w postać celnika z łukaszowej Ewangelii [tutaj odnośnik i przypis na poziomie Biblii Tysiąclecia w stylu „por. Łk 18, 11nn”]
podobno otarłszy łzy głębokiego wzruszenia wyłkał: “Panie, dzięki Ci,
że nie jestem jak ten faryzeusz”.
Mówią, że trochę starszy Zarathustra w swej sławnej i głębokiej
[czy to nie paradoks?] „Mowie o Wolności” posłużył się zabiegiem retorycznym o dość podejrzanej skuteczności: Jeżeli któregoś z was, ojców,
syn poprosi o kamień, czy poda mu chleb? Albo o węża, czy zamiast
węża poda mu rybę? Lub też gdy prosi o skorpiona, czy poda mu jajko?
Jeśli więc wy, choć w mizernym stopniu wolni jesteście, możecie umożliwiać realizacje wolności swoim dzieciom, o ileż bardziej Dziecie-AjonHeraklita z Ziemi, da Ciało Wolności tym, którzy mu rozkazują! [tutaj
znowu odnośnik i przypis niby BT – por. Łk 11, 11-13]
Pragnę jeszcze poinformować – co w kwietniu przeoczyłem – że
na moim egzemplarzu Kwiatków, na ostatniej stronie ołówkiem był
podany adres samego Martina Parsera. Ośmielam się podać go do
publicznej wiadomości – [email protected]
***
Traktor Królewski, nr 4 (12) 2007
Rafał Młodzki
filozofia, mgr informatyki

Podobne dokumenty

mamusie na kampusie

mamusie na kampusie zajść w ciążę. Któż z nas, facetów, nie miewa chwil zadumy, kiedy to siedząc przy kominku pogładziłby się po idealnie okragłym brzuszku, porozmawiałby morsem z kopiącym w środku brzdącem, a parę mi...

Bardziej szczegółowo