Relacje-Interpretacje Nr 2 (26) czerwiec 2012

Komentarze

Transkrypt

Relacje-Interpretacje Nr 2 (26) czerwiec 2012
Relacje n­ter­pre­ta­cje
ISSN 1895–8834
Kwartalnik Regionalnego Ośrodka Kultury w Bielsku-Białej
25. lalkarskie święto nad Białą
O miłości w Königshütte
Nr 2 (26) czerwiec 2012
Kamienicki Dom Kultury
Uczniowski Kongres Kultury
Rozmowa z Tadeuszem Biernotem
45/45. Kajtek i Monika
Międzynarodowe Festiwale
Sztuki Lalkarskiej
Wiśniowy sad, Lwowski Teatr Woskresinnia,
Lwów, Ukraina (2010)
Magiczna kulka, Komedianci, Czeskie Budziejowice,
Czechy (2008)
Legenda o lalce, Hong Kong Puppet and Shadow
Art Center, Hongkong (2010)
Agnieszka Morcinek
Na okładce:
Krabat, Krabat Ensambl: Figurentheater
Wilde & Vogel–Florian Feisel–Grupa Coincidentia,
Niemcy/Polska (2012)
Michał Strokowski
Relacje n­ter­pre­ta­cje
25 Międzynarodow ych Festiwali
Sz tuki Lalkarskiej
Kwartalnik Regionalnego
Ośrodka Kultury
w Bielsku-Białej
Okładka/wkładka
1
6
Rok VII nr 2 (26) czerwiec 2012
Lalkarskie święto według...
Teatralne rendez-vous nad Białą
Adres redakcji
ul. 1 Maja 8
43-300 Bielsko-Biała
telefony
33-822-05-93 (centrala)
33-822-16-96 (redakcja)
[email protected]
www.rok.bielsko.pl
Z festiwalowych wspomnień Lucyny Kozień
Recenzja
10
Materiał na tragedię
Magdalena Legendź
Upowszechnianie
13
Krzepki sześćdziesięciolatek
Marcin Zarębski
17
Odpowiedzi mamy w sobie
Magdalena Legendź
25. MFSL: Muubajka, Divadlo Piki, Słowacja
Archiwum
Bielsko-Biała. Ludzie i budowle
25
Strzygowscy
Piotr Kenig
Uczniowski Kongres Kultur y
29 Kongres odmieniany
przez ­przypadki
Agata Chyla
31
Wernisaż Rozstanie
Katarzyna Becker
32
Barwne rozstanie
Dominika Wandzel
Tadeusz Biernot: Adrianne
(Adrianne Pieczonka),
akryl, pastel, olej, płótno
Krzysztof Morcinek
W galeriach
20 Kajtek i Monika – ojciec i córka
Małgorzata Słonka
22
33
Oczy, które patrzą...
Agata Chyla
34 Rozmaitości
36 Rekomendacje
Galeria / Wkładka­
45/45. Kajtek i Monika
Monika Kałuża: Kura maderska, gwasz, pastel
Poszukiwanie siebie
Z Tadeuszem Biernotem
rozmawiała Agata Smalcerz
25. MFSL:
Cyrk sześcianów,
The Train Theatre, Izrael
Eldad Maestro
Redakcja
Małgorzata Słonka
redaktor naczelna
Opracowanie graficzne, DTP
Mirosław Baca
Wydawca
Regionalny O
­ środek Kultury
w Bielsku-Białej
dyrektor Leszek Miłoszewski
Rada redakcyjna
Ewa Bątkiewicz
Lucyna Kozień
Magdalena Legendź
Janusz Legoń
Leszek Miłoszewski
Artur Pałyga
Jan Picheta
Maria Schejbal
Agata Smalcerz
Maria Trzeciak
Urszula Witkowska
Druk
Augustana, Bielsko-Biała
Nakład 1000 egz.
(dofinansowany przez
Urząd Miejski w Bielsku-Białej)
Czasopismo bezpłatne
ISSN 1895–8834
Lalkarskie święto
według...
Od 25 do 30 maja po raz dwudziesty piąty dwumiasto nad Białą wypełnią teatry zwane lalkowymi,
ich twórcy i miłośnicy. To teatralne święto ważne jest nie tylko dla nas, mieszkańców Bielska-Białej
czy regionu. Ma swoje miejsce w pamięci, a często i w sercu wielu ludzi świata teatru, dla których pozostaje – wraz z legendarnym Teatrem Lalek Banialuka – symbolem sztuki lalkarskiej. Jak nas widzą?
Miasto-festiwal
Wiele jest festiwali teatralnych w Polsce i na świecie.
Miewają rozmaite formuły i rozmaitych adresatów. Są festiwale lalkowe i eksperymentalne, komediowe i uliczne,
są Szekspirowskie, przyjemne, kameralne, są studenckie,
dziecięce etc., etc. Ale de facto dzielą się na dwie główne
grupy: festiwale odbywające się w miastach oraz miasta-festiwale. W tych drugich na czas festiwalu całe miasto
staje się teatrem, a wszyscy jego mieszkańcy i przyjezdni goście – widzami. Tak jest chociażby w Edynburgu,
Awinionie, Spoleto, Charleville-Mézières, Mistelbachu
czy Szybeniku. Tak jest również w Bielsku-Białej.
W parzyste lata przez jeden majowy tydzień włodarzem miasta staje się festiwal teatrów lalek. Z teatralnych
sal wylewa się na ulice i place, opanowuje galerie sztuki, restauracje, hotele, a nawet ratusz! Ba, potrafi wspiąć
się na szczyt Szyndzielni! Nic więc dziwnego, że to festiwal znany i ceniony w całym świecie teatralnym. Kolejka zgłaszających się teatrów rośnie z każdym rokiem,
ale kryteria selekcji są niezmiennie srogie i dopuszczaR e l a c j e
Liliana Bardijewska
ją do udziału tylko najlepszych. Polacy też nie mają taryfy ulgowej – są dla nich zaledwie trzy, cztery miejsca
wśród kilkudziesięciu prezentacji.
Ta ostra selekcja nie dotyczy naturalnie widzów!
Wręcz przeciwnie! Nie ma chyba wielu mieszkańców
Bielska-Białej, którzy podczas festiwalu nie widzieliby przynajmniej jednego spektaklu. Na ten majowy tydzień zjeżdżają pod Szyndzielnię teatromani z całej Polski i połowy Europy. Nigdy też nie brakuje tu studentów
wydziałów lalkarskich z Wrocławia i Białegostoku, którzy tworzą pełen młodzieńczego wigoru festiwalowy off.
Na ten czas Bielsko-Biała staje się lalkarską giełdą, miejscem, gdzie spotykają się twórcy z różnych stron Polski
i świata, gdzie rodzą się nowe pomysły i przyszłe inscenizacje. Wszystko to sprawia, że festiwal nie kończy się
wraz z opadnięciem kurtyny po ostatnim spektaklu i odjazdem ostatniego szczudlarza. Trwa nadal – w twórczych przyjaźniach, w planowanych projektach, w nadziei na ponowne spotkanie za dwa lata. Festiwalu, trwaj!
Dziwolągarium: uliczne
akwarium, reż. South Miller,
Les Sages Fous,
Trois-Rivieres, Kanada
(2006)
Archiwum MFSL
I n t e r p r e t a c j e
1
Marta Guśniowska
Słów kilka...
Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku-Białej jest wydarzeniem niezwykłym. Czeka się na
niego dwa lata! A potem żałuje się, że tak szybko minął.
Pozostaje jednak to, co najważniejsze – inspiracja. Czasami zainspiruje cały spektakl – najczęściej jednak mały
gest, lalka, przedmiot, mina, grymas, element scenografii czy zwykłych kilka nut.
Pamiętam mój pierwszy bielski festiwal... Byłam wtedy świeżo upieczonym młodym dramaturgiem – niedługo po pierwszej premierze. Zachwycało mnie wszystko! Tam po raz pierwszy zobaczyłam spektakle Vogla,
Trantera czy Dudy Paivy. Niezwykłe formy, piękne lalki
i tysiące pomysłów na własny teatr – wszystko to oszołomiło młodą pisarkę, której jedyna styczność z tym teatrem ograniczała się do wizyt w rodzimym przybytku
sztuki i zagłębiania się w meandry własnej, nieodgadnionej wyobraźni.
Dziś mogę powiedzieć, że widziałam już więcej. Nie
„wiele”, ale więcej. Jako dramaturg i dramatopisarz oglądam spektakle realizowane w Białostockim Teatrze Lalek
lub tam zapraszane. Jeżdżę na festiwale i liczne premiery. Teraz już może nie wszystko mnie aż tak zachwyca...
Ale festiwal w Bielsku-Białej i panująca na nim cudowna
atmosfera – będą zachwycać mnie zawsze!
2
R e l a c j e
Wiwisektor, reż. Klaus
Obermaier, Klaus Obermaier
& Chris Haring, Wiedeń,
Austria (2006)
Tomasz Wójcik
Sprzedana narzeczona,
­Divadlo Drak, Hradec
­K rálové, Czechosłowacja,
reż. Josef Krofta (1990)
Josef Ptáček
Joanna Braun
Ciało rozbite i scalone
Interesowałam się nim już wcześniej: pracując w 1978
roku w bielskiej Banialuce nad Wicehrabią przepołowionym Itala Calvina. Wiele lat później, na bielskim festiwalu w 2004 roku, zobaczyłam spektakl Klausa Ober­
maiera i Chrisa Haringa: D.A.V.E. – digital amplified
video engine, w którym projekcja na ciele tancerza rozbijała je i scalała, fascynując i przerażając równocześnie,
bo było to nagie, bezbronne ciało, a nie przepołowiona
drewniana lalka.
Dwa lata później, w 2006 roku znowu spektakl Ober­
maiera i Haringa Wiwisektor, i tym razem Grand Prix
festiwalu za „prowokujący dialog człowieka z techniką, który budzi zachwyt, a jednocześnie obawy o przyszłość tego dialogu”. Rzeczywiście budził zachwyt, tym
bardziej że równie perfekcyjny spektakl sprzed dwóch
lat jakby zaledwie dotykał pewnych form i ich symbiozy z ciałem w ruchu; był bardziej pokazem zadziwiających możliwości niż spójną wypowiedzią.
Wiwisektor to już mocna prezentacja wirtualnego
matriksu, napędzana muzyką o zmiennej pulsacji, dającej w efekcie galopujące elektroniczne przyspieszenie,
a w niej człowiek taki, jaki był zawsze – starający się wejść
w swój czas. Teraz dopiero zdałam sobie sprawę, że silna inspiracja D.A.V.E. zaowocowała moją wystawą towarzyszącą Wiwisektorowi, czyli Wotarium, prezentującą
tak przepołowionego wicehrabiego, jak i – pars pro toto
– 36 świętych szczątków z różnych religii, kultur, praktyk duchowych: formy niepełne, kalekie... Z nadzieją na
ich teatralne zmartwychwstanie.
I n t e r p r e t a c j e
Ida Hledíková
Joanna Rogacka
MFSL. Obecność obowiązkowa
Festiwal w Bielsku-Białej powstał – jak wszyscy wiemy – w 1966 roku z inicjatywy Jerzego Zitzmana, ówczesnego dyrektora Banialuki, który w ten sposób chciał
zwrócić uwagę środowisk opiniotwórczych na swój teatr.
Festiwal rychło wypromował teatr bielski, ale też inne
polskie sceny lalkowe, oraz samo miasto, które w kilka lat później stało się gospodarzem jednego z największych w świecie festiwali lalkarzy.
Pamiętam ten dzień, kiedy przed 35 bodaj laty wysiadłam po raz pierwszy na ostatniej stacji pociągu relacji
Warszawa–Bielsko-Biała. Przyjezdnych witały dziesiątki narodowych flag rozpostartych nad dzisiejszą ulicą
3 Maja. Miasto na czas jednego tygodnia (najpierw co
roku, później co dwa lata) zdominowane było przez korowody przemieszczających się ze spektaklu na spektakl
widzów, przez grające uliczne teatry i niemilknący od
rana do nocy festiwalowy gwar.
Na bielskim festiwalu należało bezapelacyjnie bywać.
Dla wielu z nas, zwłaszcza przez dwie pierwsze dekady,
był on oknem na świat, jedyną szansą na poznanie znaczących spektakli i artystów, zjawisk i kultur różnych
kontynentów, niezwykłych i ciekawych ludzi. Festiwalowa oferta programowa konfrontowała tradycyjne teatry narodowe z trendami nowoczesnego lalkarstwa, lalkowy teatr środkowoeuropejski z teatrem światowym,
spektakle dla dzieci z przedstawieniami dla dorosłych.
Był jeszcze jeden powód obowiązkowej obecności na
bielskim festiwalu. Tutaj właśnie zawiązywały się i kultywowały wielkie i trwałe przyjaźnie – artystyczne, międzyludzkie, serdeczne.
R e l a c j e
Cienie Bradshawa,
realiz. Richard Bradshaw,
Living Dodo Puppets,
Bowral, Australia (2006)
Tomasz Wójcik
Byliśmy ciekawi...
Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku-Białej jest za każdym razem świętem miłośników
sztuki teatru. Ma bogatą historię – deski teatru Banialuka mogłyby dać najlepsze świadectwo o tym wszystkim,
co się na nich działo. Teatralne perełki z całego świata,
dzięki mądrości kierownictwa festiwalu, zawsze znajdowały drogę do Bielska-Białej, a z nimi ciekawi nowinek widzowie i zagraniczni goście. Przybywaliśmy tutaj
i nadal przybywamy uczyć się, patrzyć jak bardzo zmieniła się i ciągle zmienia estetyka naszego „małego”, ale
atrakcyjnego teatralnego gatunku, jakim jest teatr lalkowy. W czasach, kiedy świat był podzielony, bielski festiwal był niezwykłym miejscem, gdzie ten świat otwierał się przed nami – nie tylko świat artystyczny. W tym
niezwykłym tygodniu czuliśmy powiew wolności różnych artystycznych doświadczeń, poetyk, estetyk i tradycji. Byliśmy ciekawi, co się stanie po usunięciu żelaznej
kurtyny, chcieliśmy wiedzieć, czy festiwal w Bielsku-Białej zachowa swą atrakcyjność. Teraz już wiemy, że
jest on ważny w każdym okresie, ba! znowu prezentuje to, co najnowocześniejsze, najatrakcyjniejsze i cenne. Jest festiwalem najwyższej jakości, poszukującym
i prowokującym.
Do festiwalu mam stosunek osobisty – tu, tak kiedyś, jak i obecnie – spotykam niezwykłych i wspaniałych ludzi z kręgu teatru Banialuka oraz ich przyjaciół,
doskonałych specjalistów i artystów. Związek z nim
jest wspólnotą na całe życie! Kochany Festiwalu, życzę
Ci pięknego jubileuszu, wiele „żywej wody” na następne lata. I proszę o wybaczenie mojej nieobecności. Będziemy Ciebie i Was Wszystkich wspominać na kongresie UNIMA w Chinach!
Wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy tak
hojnie wspierają festiwal i nim zarządzają!
Podróż pod parasolem,
reż. Jean-Pierre Lescot,
Théâtre d’Ombres
Jean-Pierre Lescot,
Fontenay, Francja (1980)
I n t e r p r e t a c j e
3
Jacek Malinowski
4
Białystok, kwiecień 2012
Czytam notatkę sprzed kilku lat, kiedy jako student
reżyserii udałem się na Międzynarodowy Festiwal Sztuki
Lalkarskiej w Bielsku-Białej... Dziś jestem zawodowym
reżyserem, związanym z Akademią Teatralną, mam za
sobą pracę w wielu teatrach, staram się z każdym dniem
zgłębiać wiedzę na temat teatru...
Muszę przyznać, że bardzo wyraźnie pamiętam
tamten czas spędzony w Banialuce. Z pewnością stało
się tak, jak przewidywałem wówczas. To miejsce zyskało status szczególnego doświadczenia, które można porównać z mitycznym przeżyciem, do którego wracam
co pewien czas. Na stałe utkwiły we mnie obrazy, kadry
ze spektakli, które zobaczyłem, a inspirujące sceniczne
zdarzenia do chwili obecnej stanowią impuls do rozmyślań nad nowym scenariuszem, nad koncepcją sceniczną. Myślę również, że udało mi się spotkać w te zaczarowane dni wielu wartościowych ludzi związanych
ze sztuką lalkarską, z którymi zresztą przyjaźnię się po
dzień dzisiejszy. Ten szczególny rodzaj atmosfery, jakiej doświadczyłem, jest punktem odniesienia w mojej
codziennej pracy. Realizując rozmaite plany, staram się
do niej wracać, zarażając miłośników teatru pokładami
wyzwolonej wyobraźni, jaka zadomowiła się w lalkarskich przestrzeniach. Myślę, że był to jeden z tych momentów, w których zdobyłem przekonanie, iż warto spędzić życie na poznawaniu tej pięknej dziedziny sztuki.
Cała prawda, Marionnettes
de la Rose des Vents,
Lozanna, Szwajcaria (1984)
Teatr lalek z Hawany,
Kuba (1984)
Bogdan Ziarko
Pan Twardowski,
insceniz. Monika Snarska,
Państwowy Teatr Lalek
Guliwer, Warszawa (1970)
Edward Hartwig
Kartki z pamiętnika
Teatr Banialuka, Bielsko-Biała, maj 2004
Z każdej ciekawej wyprawy, tym bardziej teatralnej,
należy zostawić coś w pamięci. Temu służy ta kartka
w pamiętniku, pamiętniku studenta reżyserii Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Dziś wyjeżdżam
z Bielska po arcyciekawej uczcie teatralnej, wysmakowanej i bogatej w rozmaite formy artystyczne. Trudno będzie rozstać się z tak urokliwym miejscem, gdzie udało
się poznać wielu wspaniałych twórców, gdzie atmosfera
niezwykłej życzliwości i lalkarskiej pogody towarzyszyła
każdemu wydarzeniu. Będę wracać do tych dni, do zbioru wyraźnych inspiracji i przeżyć, jakie może wywołać
widowisko w odbiorcy, tym bardziej że na scenie oglądałem spektakl dyplomowy kolegów z kierunku aktorskiego, Balladę o Latającym Holendrze w reż. Michaela Vogla.
Spektakl o tyle mi bliski, że brałem udział w jego tworzeniu jako asystent reżysera. To przeżycie być może zbuduje
we mnie mit miejsca, do którego warto wracać, aby zderzać się z trendami i przeglądać się w lustrze twórczości.
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
Sama w kąpieli. Sekret
błękitu, reż. Frank Soehnle,
Compagnie Vanessa Valk,
Stuttgart, Niemcy (2006)
Aladyn i czarodziejska
lampa, reż. Suresh Utta,
Calcutta Puppet Theatre,
Kalkuta, Indie (1980)
Subhash Nandy
Spleen. Charles Baudelaire:
poematy prozą, reż. Hendrik
Mannes, Figurentheater
Wilde & Vogel, Stuttgart,
Niemcy (2008)
Agnieszka Morcinek
Liliana Bardijewska – dramaturg, autorka
sztuk dla dzieci i młodzieży
Joanna Braun – scenograf, wykładowca ­
Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie
Halina Waszkiel
Teatralne Bielsko-Biała
Bielsko-Biała kojarzy mi się wyłącznie z teatrem lalek Banialuka oraz organizowanym co dwa lata Międzynarodowym Festiwalem Sztuki Lalkarskiej. Czy to
w czasach socjalistycznych, gdy wszelkie wyjazdy zagraniczne były bardzo utrudnione, czy później – festiwal był zawsze prawdziwym „oknem na świat”, bo nawet gdy mamy paszporty w szufladzie, a do wielu krajów
nie potrzeba wizy, mało kto ma możliwość, by podróżować sobie po świecie w poszukiwaniu ciekawych zjawisk
z zakresu teatru lalek. Bielsko-bialski festiwal pozwalał i nadal pozwala obejrzeć w ciągu paru dni kilkanaście przedstawień z różnych krajów i kontynentów, dając niepowtarzalną okazję do zapoznania się z nowymi
trendami, wybitnymi artystami, głośnymi zespołami.
Ufam organizatorom MFSL i nigdy się nie zawiodłam. Jeżeli jakiś spektakl znalazł się w programie, to
na pewno wart jest uwagi. Także uwagi krytycznej. Po
prostu warto wejść z nim w dialog. Obecność na festiwalu także przedstawień polskich (starannie wybranych)
uatrakcyjnia dyskusję i pozwala zorientować się, w jakim miejscu jesteśmy na mapie światowego lalkarstwa.
Fakt, że zajmujemy miejsce całkiem niezłe, jest też po
części zasługą festiwalu w Bielsku-Białej, bowiem „okno
na świat” uchroniło nas przed duchotą prowincji.
R e l a c j e
Marta Guśniowska – dramaturg, autorka sztuk
dla dzieci i młodzieży
Ida Hledíková – historyk teatru, wykładowca
­Wyższej Szkoły Sztuk Scenicznych w Bratysławie
Jacek Malinowski – reżyser, dyrektor teatru
Maska w Rzeszowie, w
­ ykładowca Akademii
­Teatralnej w Białymstoku
Joanna Rogacka – krytyk teatralny,
kierownik artystyczny teatru Lalka w Warszawie
Halina Waszkiel – historyk teatru, krytyk,
­w ykładowca Akademii Teatralnej w Białymstoku
I n t e r p r e t a c j e
5
Teatralne
rendez-vous
nad Białą
Z festiwalowych wspomnień Lucyny Kozień
Trochę faktów
Na początku był...
Festiwalowy plakat,
proj. Michał Kliś
Pierwszy festiwal odbył się w maju 1966 roku pod nazwą
Bielskie Rendez-Vous. Wystąpiło osiem polskich teatrów
lalek i jeden czeski – Krajské divadlo loutek z Ostrawy.
Potem nosił różne nazwy: Spotkanie Teatrów Lalek, Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek, wreszcie Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej.
Od 1998 roku festiwal ma charakter konkursowy. Poza
jury profesjonalnym od 2004 roku przedstawienia oceniane są przez jury młodych krytyków (studenci uniwersytetów i uczelni artystycznych) oraz jury dziecięce.
Szefowie festiwalu
Lucyna Kozień
– krytyk teatralny,
redaktorka, publicystka,
dyrektor Teatru
Lalek Banialuka
i Międzynarodowego
Festiwalu Sztuki Lalkarskiej.
6
R e l a c j e
Pomysłodawcą spotkań i dyrektorem czternastu edycji
festiwalu (do 1990) był Jerzy Zitzman. Formułę i kształt
kolejnych określali: Aleksander Antończak (1992–1996),
Krzysztof Rau (1998–2000), Piotr Tomaszuk (2002), Lucyna Kozień (od 2004).
Nieco statystyki
Od 1966 do 2010 roku w Bielsku-Białej wystąpiło ponad
trzysta teatrów z prawie pięćdziesięciu krajów świata.
Z Europy nie gościliśmy jedynie San Marino i Luksemburga. Ze świata oglądaliśmy zespoły z Japonii, Chin,
Hongkongu, Kuby, Tunezji, Tajwanu, Algierii, Togo, Australii, Argentyny, Brazylii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Mongolii, Izraela, Iranu, Turcji, Nowej Zelandii,
azjatyckich krajów byłego Związku Radzieckiego, Indii,
Indonezji, Wietnamu.
Najwięcej zespołów przyjechało na XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek w 1984 roku: czterdzieści pięć
– piętnaście z Polski, trzydzieści zagranicznych (z dwudziestu dwóch krajów świata). Pokazały czterdzieści siedem przedstawień.
Osobowości
W Bielsku-Białej swoją twórczość pokazywali tak ważni
artyści światowej sceny lalkowej, jak m.in. Luc Amoros
i Michele Augustin, Anton Anderle, Joan Baixas, Eric
Bass, Dan Bishop, Henk Boerwinkel, Patrick Bonté, Gustav Dubelowski-Gellhorn, Tomáš Dvořák, Josef Krofta,
Jean-Pierre Lescot, François Lazaro, Witalis Mazuras,
Claude i Colette Monestierowie, Fabrizio Montecchi,
Nicole Mossoux, Stephen Mottram, Petr Nosálek, Klaus
Ober­maier, Hoichi Okamoto, Duda Paiva, János Pályi,
Stan Parker, Roman Paska, Enno Podhel, Albrecht Roser, Ilke Schönbein, Peter Schumann, Massimo Schuster,
Frank Soehnle, Ondrej Spišák, Vojo Stankovski, George
Speaight, Neville Tranter, Michael Vogel.
I n t e r p r e t a c j e
Otwarcie festiwalu w 2010
roku, aktorzy Banialuki
Agnieszka Morcinek
Kazimierz Dejmek
i Stasys Eidrigevicius na
bielskim festiwalu (1994)
Odbywały się seminaria, sesje naukowe, spotkania literackie i fora dyskusyjne. W 1996 roku w czasie festiwalu
odbyło się posiedzenie Rady UNIMA, w którym udział
wzięli radcy Międzynarodowej Unii Lalkarskiej z dwudziestu czterech krajów świata.
Wydawnicze ślady
Plakaty festiwalowe projektowali: Andrzej Czeczot, Stasys Eidrigevicius, Tadeusz Grabowski, Michał Kliś, Aleksander A. Łabiniec, Rafał Olbiński, Andrzej Pągowski,
Ewa Pietrzyk, Waldemar Świerzy, Józef Wilkoń. A medale Bronisław Chromy. Statuetkę Grand Prix zaprojektował Bronisław Krzysztof.
Gala XII Międzynarodowego
Festiwalu Teatrów Lalek
(1986): na pierwszym
planie Stan Parker (Parker
Marionettes), Cumbria,
Wielka Brytania – po prawej
oraz Jerzy Zitzman – po
lewej
Osobliwości
Występy dalanga, wietnamskiego teatru na wodzie, teatrów z Czarnej Afryki, Indii, Indonezji i Iranu, teatru
Puncha, Karagöza, Kasperlego, Pulcinelli, teatru braci
Napoli z Katanii kultywującego autentyczny folklor sycylijski, a także Takeda Marionette Troupe z Tokio – założonego w 1660 roku i przekazywanego z ojca na syna
– czy innego japońskiego teatru, Chiryu Karakuri prezentującego sięgającą XVIII wieku i tylko na Karakuri spotykaną tradycję konstruowania i animacji lalek.
Nie tylko teatr
Każdej edycji towarzyszą wystawy, na przykład plakatu
czy masek obrzędowych i teatralnych, lalek (z kolekcji
moskiewskiego Muzeum Obrazcowa czy Muzeum Lalkarskiego w czeskiej Chrudimie albo indonezyjskich).
Prezentowana była twórczość wybitnych artystów sceny
teatralnej, m.in. Jana Dormana, Jana Berdyszaka, Jadwigi Mydlarskiej-Kowal, Andrzeja Łabińca, Joanny Braun,
Mikołaja Maleszy, Adama i Alego Bunschów, Michała
Klisia, Stasysa Eidrigeviciusa, Kazimierza Mikulskiego, Józefa Wilkonia, Evy Farkašovej, Antona Anderlego.
Był też konkurs na plakat i będąca jego efektem wystawa
(1974) – nadesłano trzysta dziewięćdziesiąt prac z całego świata. Kolejne edycje: 1976, 1978 i 1980.
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
7
Hermann, reż. Enno Podehl,
Figurentheater im Wind,
Köchingen, RFN (1986)
Bogdan Ziarko
Le Horla, reż. François
Lazaro, Compagnie François
Lazaro, Paryż, Francja (1988)
Chiński teatr cieni, Taiwan
Puppet Union – Hwa Chou
Puppet Theater, Tajpej,
Tajwan (2000)
Wielu edycjom towarzyszyły gazetki i biuletyny festiwalowe, a wśród recenzentów byli uznani krytycy teatralni, m.in. Irena Kellner, Wanda Jesionowska, Agnieszka Koecher-Hensel, Hanna Baltyn, Henryk Jurkowski,
Andrzej Multanowski, Paweł Gabara, Marek Waszkiel,
Jan Skotnicki.
Ukazało się wiele publikacji, a wśród nich m.in.: Bielskie
festiwale lalkowe/The Bielsko Puppet Festivals (1992, red.
L. Kozień), Bohaterowie teatru lalek (1992, oprac. graf.
A. Łabiniec, tekst M. Waszkiel), XV Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek w Bielsku-Białej/The XVth International Puppet Theatre Festival in Bielsko-Biała (1994, red.
L. Kozień), a także w 1979 roku nadbitka kwartalnika
„Zaranie Śląskie” opracowana przez A. Linerta i numer
specjalny „Teatru Lalek” (1994, red. J. Rogacka, L. Kozień,
H. Jurkowski, M. Waszkiel). Tegorocznej, jubileuszowej
edycji towarzyszy ponaddwustustronicowy album pod
redakcją Lucyny Kozień, zatytułowany Teatr bez granic.
Zza kulis
Niezapomniane przedstawienie
Pinokio Josefa Krofty i Lir… hiszpańskiego teatru La
Tartana.
Zaskakujące wydarzenie artystyczne
Z całym szacunkiem dla idei – prezentacja bożonarodzeniowych szopek w miesiącu kwitnących bzów...
Ironia losu
Niedoszły występ bułgarskiego teatru plenerowego. Najpierw przez parę dni padał ulewny deszcz. A kiedy przestał, w dniu zaplanowanej prezentacji, najważniejszy aktor złamał nogę...
Zapamiętani goście
Pewien mag, lekarz z Bagdadu, miłośnik sztuki lalkarskiej. Przyjechał do Polski na kilka dni, został trzy tygodnie... Oraz deputowany z Belgii, któremu w podróży
towarzyszyła cała świta: sekretarka, asystent i osobisty
lekarz... Zapamiętali go nie tylko goście festiwalowi, ale
i obsługa hotelu Prezydent.
Poza tym wielkie postaci świata kultury: Kazimierz
Dejmek, Jan Machulski, Carlos Marrodan Cassas, Olga
Tokarczuk, Tomasz Jastrun, Antoni Libera, Kazimierz
Braun i wiele, wiele innych znakomitości.
Miara wartości festiwalu
8
Prośba lalkarza angielskiego, któremu cofnięto subwencję na działalność, o interwencję u premier Margaret Thatcher.
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
Egzotyczny koloryt
Eskortowane na każdym kroku aktorki z afrykańskiej
grupy teatralnej, którym nie wolno było z nikim rozmawiać; Iranki w czadorach pilnowane przez swoich „kolegów”; zakwefione Arabki w pięknych szatach. Po prostu inny, nieznany świat.
Największe radości
W pewnym historycznym okresie, w odniesieniu do podróżujących samolotami, dotarcie na festiwal w jednym
czasie i aktorów, i dekoracji. I możliwość realizacji programu według planu organizatorów.
Największe uciążliwości
Konieczność zanoszenia do cenzora gazetki festiwalowej redagowanej każdego dnia (a właściwie nocy) i mozolnie odbijanej na powielaczu. A ponadto, w niektórych
edycjach – ciągła obecność, przeważnie w biurze prasowym, opiekunów „z ramienia”.
W zawieszeniu, realiz.
Stephen Mottram, Stephen
Mottram Animata, Oksford,
Wielka Brytania (1996)
Metamorfozy, reż. Henk
Boerwinkel, Figurentheater
Triangel, Meppel, Holandia
(1990)
Hendrik Planting
Pieśń nad pieśniami,
reż. Vojo Stankovski,
Dockteatergruppen Totem,
Uppsala, Szwecja (1984)
Osobliwe życzenia artystów
Wpisanie do rubryki „inne potrzeby” (w karcie informacyjnej) wśród wyszczególnionych dokładnie zakąsek: „szampan”. W latach osiemdziesiątych!
Dramatyczne wydarzenie
Przygoda 7-letniej dziewczynki, która zachwycona wspaniałym kolorowym balonem zaprojektowanym przez
Adama Kiliana uczepiła się kolorowych szarf i poszybowała ponad dachami miasta. Przerażonemu pilotowi
udało się wylądować na płaskim dachu dawnego domu
towarowego Klimczok. „Chciałam sobie polatać jak Pipi”
– skomentowała już bezpieczna Agnieszka...
Wpadka
Udało się ją zachować w głębokiej tajemnicy... Pominięcie w wydrukowanym programie nazwiska wysokiej rangi dygnitarza wchodzącego w skład komitetu organizacyjnego. Zaprzyjaźnieni zecerzy w nocy dodrukowali
niezbędną do okazania liczbę egzemplarzy.
Niezatarte wspomnienie gości
Nocne zakończenie festiwalu na Szyndzielni. I poranne – dla niektórych – piesze zejście do Bielska-Białej.
A co przed nami?
Sześć festiwalowych dni (25–30 maja 2012), trzydzieści
spektakli z osiemnastu krajów – na scenie, w plenerze
i namiocie. Wystawy, seminarium, warsztaty, pokazy
studenckie, czytanie sztuk... Program na: www.banialuka.pl/festiwal. A o tym, co wydarzyło się na 25. MFSL,
napiszemy w następnym numerze RI.
Zdjęcia pochodzą z archiwum festiwalowego
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
9
Materiał
Magdalena Legendź
na tragedię
Gdy myślę o tworzywie najnowszego spektaklu Teatru Polskiego, przychodzi mi do głowy Nasze miasto Thorntona Wildera,
świetnie wyreżyserowane w 1993 roku w Bielsku-Białej przez
Tomasza Dutkiewicza. Albo zrealizowane w roku 2006 przez
Jolantę Ptaszyńską – nomen omen w Chorzowie – w nieczynnej hucie Kościuszko telewizyjne widowisko Umarli ze Spoon
­River Edgara L. Mastersa. W przekonaniu o rapsodycznym charakterze przedsięwzięcia utwierdzam się jeszcze bardziej, gdy
w teatralnym programie czytam: Sprawy, o których opowiadamy, cały czas czekają na polską i śląską refleksję. Na rzetelny namysł. A jeszcze bardziej na wspólne przeżycie. Ludzie, których tym
przedstawieniem wskrzeszamy, czekają. Ten namysł nastąpił, na
wspólne przeżycie jeszcze za wcześnie?
Jan Schneider (Artur Święs)
z Elwirą (Daria Polasik)
Tomasz Wójcik
Magdalena Legendź
– teatrolog, zajmuje
się krytyką teatralną,
publicystyką, redagowaniem
czasopism i książek.
10
R e l a c j e
Całą scenę zajmuje niewysoki podest, na który z każdej strony wiodą dwa stopnie. To wielka wyłożona czerwonym suknem płaszczyzna – trochę ziemia skomunizowana, trochę ziemia serdeczna, czerwona od krwi
ofiar. Czerwony to kolor miłości. Nawet jeśli jest trudna,
jak miłość Śląska do Polski. Jeśli wziąć pod uwagę jedną
z końcowych scen (gdyby była ostatnią, miałaby niezwykłą siłę rażenia), w której główny bohater, trzymając na
kolanach zamęczoną w ubeckim obozie dziewczynę, recytuje przejmujący wiersz Rilkego, jest to także kościelny ołtarz przystrojony w czerwone barwy, jakie w ikonografii przywołują ofiarę i królewską godność Chrystusa.
Po bokach, z lóż prosceniowych zwisają hitlerowskie
flagi ze swastykami. Dziwny widok, jeśli pamięta się, że
bielski teatr nazwę „Polski” nosi dopiero od październi-
ka 1945 roku. Szybko ściągają je na ziemię wkraczający
do Chorzowa – Königshütte – czerwonoarmiści. Może
to niepotrzebny ozdobnik, a może dobrze ukazuje kontekst mających nastąpić wydarzeń.
Spektakl zaczyna się bardzo filmowym chwytem: widzimy bohatera w podeszłym wieku, który przed śmiercią wspomina swoje życie. Taka retrospektywa w teatrze
powoduje, że trudno przejąć się rozwojem akcji, skoro
widz wie, że bohaterowi nic złego nie grozi.
Przedstawienie powstało na podstawie niezrealizowanego scenariusza filmowego i ma to wady i zalety. Zaletą jest myślenie autora-reżysera obrazem, czasem ciekawie ukazującym intelektualne zaplecze historyka sztuki
(kuchenny kredens ze świętymi obrazkami jako ołtarz
czy świątynia śląskiego domu, Pieta w jednej ze scen czy
I n t e r p r e t a c j e
oświetlenie rodem z Caravaggia), a czasem sprowadzającym się do nudnego planu ogólnego. Z tego powodu
przedstawienie lepiej ogląda się z balkonu.
Z drugiej strony jest to również wadą spektaklu i uwidacznia się na przykład w grze aktorów. Próżno sili się
odtwórca głównej roli Artur Święs na cały arsenał drobnych gestów – drżenia palców, drgnięć szyi, nagłych zesztywnień, gradacji skrzywień i uśmiechów – zresztą naprawdę przemyślanych i dobrych. Mało kto je dostrzega,
bo przydałyby się tu najazdy kamery na detal, a przynajmniej zbliżenie czy półzbliżenie. A tak, jego pieczołowita praca nad rolą ginie wśród szerokich kadrów. Zamiast
napisać od nowa teatralną wersję z prawdziwego zdarzenia, gdzie węzły dramatyczne i punkt kulminacyjny byłyby wyraźne, autor zaadaptował istniejący scenariusz
na deski teatru. Jednak epicka opowieść rzadko któremu reżyserowi dobrze wychodzi, bo scena dramatyczna w zasadzie nie jest od wystawiania epiki.
Kameralne dramaty Ingmara Villqista są z reguły
precyzyjnie zbudowane i konflikty między postaciami
aż pulsują. Postacie jego sztuk to zwykle indywidualności, charaktery, które z każdą sceną i słowem potrafią widza zaskoczyć. Z tego atutu autor zrezygnował na
rzecz rodzajowości i typowości. Jan Schneider (Artur
Święs) jest typowym Ślązakiem, lekarzem wcielonym
do ­Weh­r­­machtu, który potem przechodzi do polskiego
wojska, a gdy po wojnie wraca do rodzinnego Chorzowa, musi nadal być uległy i lawirować między ubekami,
rosyjskimi wyzwolicielami, polską narzeczoną i śląskimi
zwolennikami Werwolfu. Śląska dupowatość (określenie
Kazimierza Kutza) jest nie tyle wadą doktora Schneidera – zresztą Święs pokazał ją znakomicie – ale wyraża
postawę reżysera, który chciał upiec dwie pieczenie przy
jednym ogniu. Ani to do końca panorama śląskich losów, ani dramat człowieka skazanego przez historię na
tragiczne wybory moralne. A na niemal grecką tragedię był tu materiał: jeśli doktor chciał pomagać i leczyć
więźniów ubeckiego obozu w Świętochłowicach Zgodzie, musiał podpisać zgodę na współpracę z radzieckimi władzami. Albo zdradziłby swych ziomków, albo
swoje człowieczeństwo.
Znakomicie poprowadzony jest tu wątek „uwodzenia” bohatera przez komunistyczną władzę w osobie majora Kiereńskiego (Tomasz Lorek). Sympatyczny, pełen
zrozumienia dla autochtonów miłośnik opery prowadzi delikatną polityczną grę, w której zwycięża. Uśmiecha się jowialnie, klepie po ramieniu, niby jest dyskretny, ale potrafi boleśnie ukłuć lub zagrzmieć. Jak Stalin,
R e l a c j e
który „uśmiechnął się, a mógł zabić”, jak głosiło stare powiedzenie. To wielowarstwowa, wysnuta z fizyczności i oparta na kontrapunktach rola, jedna z lepszych
w dorobku Tomasza Lorka.
Część scen osadzonych w rodzajowej rzeczywistości tradycyjnego, dawnego Śląska, rządzącego się swoimi prawami, racjami i wartościami, przywodzi na myśl
literaturę realizmu magicznego. Kąpanie skatowanej
dziewczyny, wieczerza wigilijna, wesele i wreszcie finałowa scena w ogródkach działkowych powstałych w miejscu obozu śmierci należą do świetnej Grażyny Bułkowej – pani Bainer, której partneruje Kazimierz Czapla.
Do teatru rapsodycznego (ale i do antycznej sztuki
teatru) reżyser odsyła widza w pozostałych scenach. Aktorzy nie grają do siebie, nie nawiązują kontaktu z partnerem, ale wygłaszają swe kwestie zwróceni twarzami
do widowni. To jest niezłe, szkoda, że niekonsekwentne. Ale z drugiej strony, kto by to wytrzymał przez ponad dwie godziny? Jaki jest sens tego zabiegu? Czy reżyserowi chodziło o uwznioślenie, zmitologizowanie
śląskiej rzeczywistości, czy może o uniwersalizację? Ta
druga możliwość wydaje się najbardziej prawdopodobna. Uniwersalne są przecież miłość i nienawiść, zdrada
i zemsta, okrucieństwo i strach.
Między postaciami nie ma tytułowej miłości, nie
ma, bo nie może być porozumienia. Nawet między Pol­
ką Marzeną (Anna Guzik) i Ślązakiem Janem. Zawarte
małżeństwo jest próbą wyrwania się z samotności, ale
to nie może się udać, bo dzieli ich wszystko: wychowanie, odmienne doświadczenia, język.
Właśnie język jest w tej sztuce narzędziem przemocy i sceny z tym związane są najlepsze. Każdy język
Scena wesela
Jana i Marzeny
I n t e r p r e t a c j e
11
Na pierwszym planie major
Kiereński (Tomasz Lorek)
i Marzena (Anna Guzik).
W tle scena Wigilii: pani
i pan Bainer (Grażyna Bułka
i Kazimierz Czapla)
oraz Jan i Elwira
z­ awiera w sobie swoisty obraz świata, a gwara jest identyfikatorem tożsamości. Jeśli nie mówisz tak jak my, jesteś obcy, gorszy, wrogi.
Językowa przemoc zaczyna się od przepytywania
Schneidera z łacińskich terminów medycznych, co czyni major. To swoisty sprawdzian prawdomówności. Nie
mówisz jak my, więc trzeba cię sprawdzić. Następna jest
brawurowa lekcja języka polskiego, jedna z kluczowych
dla rozwoju akcji. Nie mówisz tak jak my, więc można
cię poniżyć. Anna Guzik jako Marzena jest w tym akcie
poniżania mówiących gwarą dzieci bardzo prawdziwa.
Jej rola w ogóle nieco odstaje od pozostałych, bo więcej
w niej realistycznej materii, dlatego też aktorka słabiej
wypada w scenach „rapsodycznych”. Guzik broni swojej postaci, naszkicowanej przez autora negatywną kreską – chociaż nie potrafi, chce kochać, żyć i zapomnieć
o wojnie. Tu też pojawia się pewien rys tragiczny, który
znajduje kulminację w scenie złożenia przez nią donosu.
Poruszająca jest także scena, w której zastępca komendanta obozu Zalewski (bardzo dobry Kuba Abrahamowicz) nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, każąc jej
wymawiać trudne polskie wyrazy, maltretuje więźniarkę. Nie mówisz jak my, więc można cię zabić.
Na zakończenie o zakończeniu. Nie będę wiele zdradzać, ale powiem tylko, że do finału reżyser podcho-
dził aż trzy razy. To tak jakby w arii nieumiejętnie brać
wysokie C. Rozmywa to wymowę spektaklu, a finał,
w którym śląskie postacie zakładają opaski w śląskich
barwach, przez prostactwo tego chwytu dodatkowo ją
spłaszcza. Epickiemu teatrowi niezbędny jest rytm. Tu
go trochę zabrakło, choć muzyka (znów nieco filmowa)
w pewnych chwilach ratowała sytuację.
Zdarza się, że teatr zafascynuje się historią, ale czyniąc ją bohaterką, na ogół dostaje się w jej żarna.
PS W zakłopotanie wprawia i niesmakiem napawa polityczna heca, która rozgorzała wokół spektaklu. Dwa na
ten temat słowa. Na premierze nie było RAS-iowskiej
klaki, wbrew temu, co napisała jedna z katowickich recenzentek i co zdążyła już w miasto ponieść fama. Wstawały do oklasków pojedyncze osoby, co było nawet dziwne, zważywszy na denerwujący mnie, a panujący wśród
bielskiej widowni prowincjonalny zwyczaj standing ovation niezależnie od tego, czy spektakl był świetny, taki
sobie, czy marny.
Warto też przypomnieć niektórym urzędnikom i politykom, że zabraniając teatrowi zabierania głosu w sprawach zatrącających o politykę, zwyczajnie się ośmieszają.
Skąd bowiem wziął się teatr? Czym był dla starożytnych
Greków? Miłą rozrywką czy raczej wyrazem życia religijnego i politycznego greckiego polis? Czy umieliby
w szkolnym teście zaznaczyć właściwą odpowiedź? Przypomnijmy i nowszą historię: zdjęte z afisza Dziady w reżyserii K. Dejmka wywołały protesty i demonstracje poprzedzające wydarzenia marca 1968 roku. Czy można
zatem mówić o współczesnym świecie – toż to najważniejsze zadanie teatru! – nie podejmując politycznych
wątków?
Teatr Polski w Bielsku-Białej: Ingmar Villqist, Miłość w Königs­
hütte, scenografia i reżyseria Ingmar Villqist, muzyka Krzysztof Maciejowski, premiera 31 marca 2012. Występują: Artur
Święs, Anna Guzik, Bernard Krawczyk, Tomasz Lorek, Artur
Pierściński, Grażyna Bułka, Kazimierz Czapla, Daria Polasik,
Jerzy Dziedzic, Aleksander Pestyk, Kuba Abrahamowicz, Bożena Germańska, Magdalena Gera, Sławomir Miska, Tomasz
Sylwestrzak/Adam Myrczek, Piotr Bułka.
12
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
Krzepki
sześćdziesięciolatek
Marcin Zarębski
Choć zbliża się do wieku emerytalnego, stale tętni życiem. Dom Kultury w Kamienicy rok po „sześćdziesiątce” ma się świetnie!
Już od progu słychać stłumione dźwięki muzyki
i gwar dziecięcych głosów – właśnie trwają zajęcia dla
najmłodszych grup. Po południu przyjdą starsi, młodzież i dorośli, ruch ustanie dopiero późnym wieczorem.
– Mamy stałe obłożenie wszystkich naszych sal, każdego
dnia od rana, często aż do godziny 21.00, a nawet dłużej, odbywają się różne formy zajęć. Prowadzimy 38 kół
zainteresowań, a w cyklu tygodniowym „obsługujemy”
360 stałych uczestników. Gości naszych imprez rocznie liczymy w tysiącach – mówi kierowniczka placówki,
Halina Pisowadzka, i od razu czuję, że nie doceniałem
tego miejsca, nie spodziewałem się takiego rozmachu.
Różnorodność zajęć, z jakich można skorzystać w kamienickim Domu Kultury – działającym w strukturach
Miejskiego Domu Kultury w Bielsku-Białej – rzeczywiście zwraca uwagę: od tradycyjnych, choćby muzycznych
R e l a c j e
(w tym nauka gry na instrumentach, zespół muzyczny
i chór) czy plastycznych i teatralnych, aż po rekreacyjne.
Dużym zainteresowaniem cieszy się także na przykład
koło szachowe. Co zaskakujące, udaje się przyciąg­nąć nie
tylko dzieci i młodzież. – Coraz więcej osób dorosłych
zapisuje się na nasze zajęcia. Najpopularniejsze wśród
nich są nauka gry na instrumencie, taniec towarzyski,
a także joga i aerobik – nie kryje zadowolenia Halina
Pisowadzka. – Kiedyś nasza oferta kierowana była bardziej do dzieci, ale obecnie dorośli znajdują więcej czasu
i już jako dojrzali ludzie realizują swoje marzenia z młodości, choćby o grze na perkusji. Często zdarza się, że
rodzice przyprowadzają dziecko, po czym sami zapisują się na zajęcia.
Niegdyś były jeszcze kółka rozwijające ­n ieco
zapomniane dziś dziedziny, m.in. działały koła
Pracownicy Domu
Kultury w Kamienicy po
jubileuszowym koncercie
w Teatrze Polskim. Od
lewej: Bożena Gościniak,
Dariusz Guzowski,
Małgorzata Motyka-Madej,
Bożena Błaszczyk, Halina
Pisowadzka, Irena Tomal,
Aldona Hijacent-Paleta,
Teresa Kupczyk, Anna
Słowińska, Irena Zontek,
Danuta Kubizna, Alicja
Paleta, Magdalena Koim,
Piotr Zontek
Grzegorz Madej
I n t e r p r e t a c j e
13
Archiwalne zdjęcia
z kroniki Młodzieżowego
Domu Kultury nr 1
Zespół Fenomen
na jubileuszowej gali
Teatr Manufaktura
Dziewczęta z zespołu
­Chochliki z solistką
Julią Kieczką
Małgorzata
Motyka-Madej
Marcin Zarębski
– absolwent polonistyki
Akademii Techniczno-Humanistycznej
w Bielsku-Białej, czasem
zajmuje się dziennikarstwem.
14
R e l a c j e
k­ rótkofalowców – tu można było poznać niuanse radiotechniki, fotograficzne, modelarskie oraz pracownia
krawiecka. Niemal połowa z tych cieszących się popularnością w latach siedemdziesiątych dziś już nie istnieje. Zauważalna jest ewolucja od form ściśle technicznych w kierunku artystycznym i rozrywkowym. To efekt
zmian zapotrzebowania, na które Dom Kultury powinien odpowiadać. Tego typu instytucja musi podążać
za zmianami mody wśród młodych ludzi i dostosowywać do nich swoje propozycje – w Kamienicy radzą sobie z tym doskonale od początków działalności.
Zmiany – dość częste – przez lata odzwierciedlały się w nazwach. Najpierw był to Dom Harcerza (powstał w 1950 roku), potem, jeszcze w latach pięćdziesiątych, przemianowano go na Młodzieżowy Dom Kultury,
by w 1996 zmienić w filię Miejskiego Domu Kultury. Równocześnie zmieniała się też lokalizacja – z racji
swych „podróży” po całym mieście zyskał nawet miano
„wędrującego” domu kultury. Kolejne siedziby zlokalizowane były przy ulicy Piastowskiej, w Domu Żołnierza,
w szkołach podstawowych: nr 8 (ul. W. Broniewskiego)
oraz nr 33 (os. Złote Łany), w końcu w 1988 roku osiadł
w Kamienicy.
Jest to dość specyficzne miejsce. Ta dzielnica Bielska-Białej – jak wiele innych zresztą – była kiedyś samodzielną wsią (do dziś funkcjonuje tu Koło Gospodyń).
W budynku przy ul. Karpackiej 125 (obecna siedziba
DK) znajdowała się karczma. Starsi mieszkańcy z nieufnością podchodzili do inicjatyw placówki. Dlatego początki funkcjonowania w nowym miejscu nie były łatwe,
a zdecydowana większość uczestników zajęć przychodziła spoza dzielnicy. Statystykę tę znacznie zmieniło powstanie nieopodal dwóch ogromnych osiedli: Beskidzkiego i Karpackiego, z których młodzież licznie zaczęła
uczęszczać do Domu Kultury. Dziś Kamienica się zmienia, to bardzo modna część miasta, powstaje w niej wiele
apartamentowców i domów jednorodzinnych. Wpływa
to na wzrost zainteresowania propozycjami kulturalnymi, co dostrzega Andrzej Tokarz, przewodniczący Rady
Osiedla. – Wielu mieszkańców osiedla korzysta z zajęć
Domu Kultury, ale przede wszystkim popularne są cykliczne imprezy, m.in. wystawy kwiatów, pikniki rodzinne, parafiady, koncerty czy występy grup artystycznych.
Istotna jest także współpraca z Radą Osiedla. – Naszym obowiązkiem jest współdziałanie ze wszystkimi
instytucjami na terenie dzielnicy – mówi Andrzej Tokarz – ale z Domem Kultury układa się ono wręcz wzorcowo. Ze szczególną wdzięcznością wspominam pomoc
podczas budowy sali gimnastycznej, kiedy to Dom Kultury zgodził się na udostępnienie nam części użytkowanego dotąd terenu.
Nadal jest spora grupa osób, które w poszukiwaniu
odpowiednich zajęć do Kamienicy przyjeżdżają nawet
spoza Bielska-Białej – z Czernichowa, Międzyrzecza,
Wilkowic i innych okolicznych miejscowości. Dlaczego
pokonują kilka razy w tygodniu tę odległą trasę? Bardzo często właśnie tu znajdują dokładnie takie zajęcia,
jakie im odpowiadają najbardziej – choćby naukę gry
na pianinie, na skrzypcach, gitarze basowej czy perkusji – a nie każdy dom kultury ma tak bogatą ofertę. Niekiedy decydują się na określone zajęcia ze względu na
instruktora. Tu warto podkreślić, że w Kamienicy lekcji udzielają fachowcy: Leszek Szewczuga uczy gry na
perkusji, Piotr Wolny na gitarze, a Anna Słowińska na
keyboardzie. Jeszcze do niedawna współpracował z placówką Jan Stachura, gitarzysta znanej formacji Dzień
Dobry. Pracuje tu nadal jego żona, Małgorzata, również należąca do tegoż zespołu, uczy gry na gitarze akustycznej i basowej. Główną plastyczką jest Małgorzata
Motyka-Madej, ona też wzięła na swoje barki obowiązek prowadzenia kronik dokumentujących działalność.
O tych kronikach – skrupulatnie zachowujących każde wydarzenie, przez co są prawdziwą skarbnicą wiedzy o placówce, dzielnicy i mieście, a przy tym tworzoI n t e r p r e t a c j e
nych z niezwykłą dbałością o estetykę – można kiedyś
napisać osobny artykuł...
Dla wielu osób właśnie w Kamienicy zaczyna się droga do poważnej muzycznej kariery, tak było m.in. z Rafałem Gondkiem, muzykiem Grupy Furmana, który
pierwsze lekcje pobierał tu u Haliny Król. – To bardzo
fajne, że czasem wcale nie trzeba kończyć szkoły muzycznej, żeby stać się muzykiem. Ważny jest ten początek, żeby złapać pasję do grania, pokochać instrument.
Tego czasem w profesjonalnych szkołach muzycznych
brakuje, natomiast dzięki przyjaznej atmosferze i pełnym
energii instruktorom można to znaleźć właśnie w domu
kultury. Mam na to przykłady moich dwóch uczennic,
które wcale nie studiują muzyki, a mimo to grają profesjonalnie na skrzypcach i jeżdżą po całym świecie z zespołami – opowiada Dominika Jurczuk-Gondek z zespołu Grupa Furmana, która w kamienickiej placówce jest
instruktorką gry na skrzypcach, pianinie, prowadzi zajęcia z emisji głosu i dyryguje kameralnym chórem Brevis.
Zespoły artystyczne działające w DK mają okazję występować przed publicznością podczas licznych imprez:
pikników rodzinnych, dni tematycznych (celtyckich, indiańskich itp.). Niektóre z tych imprez z czasem przerosły oczekiwania i wykroczyły poza Kamienicę, tak jest
np. z wystawami kwiatów. – Powstały one w czasach,
kiedy nie było jeszcze tak wielu miejsc, w których można pooglądać i kupić kwiaty. Wówczas było spore zapotrzebowanie na tego typu kiermasze kwiatowe, przez lata
udawało się nam robić je nawet dwa razy w roku, wiosną
i jesienią – z lekką nostalgią wspomina Halina Pisowadzka. Obecnie wystawa wraca do pierwotnego kształtu, łącząc targi z pokazami artystycznymi. – Dziś możliwość
kupna kompozycji kwiatów czy krzewów nie jest wystarczająco atrakcyjna, udaje się zrobić to w wielu miejscach,
dlatego zdecydowaliśmy się na dodanie do ogrodnictwa
odrobiny sztuki i w ten sposób łączymy kiermasz z pokazami artystycznymi.
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
15
* Autorem tej nazw y był
11-letni wówczas Mateusz
Madej, dziś maturzysta, ale
nadal związany z placówką –
jest gitarzystą zespołu rockowego Lead Drivers.
Małgorzata
Motyka-Madej
16
R e l a c j e
Prawdziwie sztandarowymi imprezami DK w Kamienicy są konkursy teatrów dziecięcych i młodzieżowych. Bielskie Spotkania Teatralne regularnie odbywają
się już od dwudziestu dwóch lat. – To prawie całe pokolenie wychowane na tych imprezach – nie kryje dumy
kierowniczka. – Swego czasu chcieliśmy stworzyć również coś dla teatrów mniejszych, takich, które nie pretendują do Spotkań, działających np. w grupach przedszkolnych, dlatego powstały Szkolne Igraszki Teatralne
i odbyły się już dziewięć razy.
Z najważniejszych w rocznym programie wydarzeń
koniecznie należy wymienić niezwykłą uroczystość –
od kilku lat w Domu Kultury przyznawana jest nagroda Serca Kryształowego*. To wyróżnienie przeznaczone
jest dla osób, które w sposób szczególny poświęcają swój
czas i umiejętności dzieciom. Jest to swego rodzaju lokalny Order Uśmiechu, a jego dotychczasowymi laureatami są m.in.: Marian Wantoła – rysownik bajkowych
postaci Bolka i Lolka oraz Reksia, Tadeusz Cozac – prezes Koła Bielskiego Towarzystwa Pomocy im. św. Brata
Alberta, Tadeusz Browiński – prezes ustrońskiej Fundacji św. Antoniego, ks. Józef Walusiak – znany od lat
z pracy na rzecz młodzieży uzależnionej.
Uroczystość wręczenia Serc Kryształowych służy promocji dzielnicy i samego Domu Kultury, jednak
trzeba pamiętać, że każde takie wydarzenie wiąże się
z dużym wysiłkiem pracowników. – My robimy to dodatkowo – mówi Halina Pisowadzka – nie możemy na
czas przygotowań zawiesić codziennej działalności, zatem oprócz normalnych zajęć, które odbywają się zgodnie z harmonogramem, musimy jeszcze zorganizować
całą imprezę. To naprawdę sporo pracy.
Mimo to, rozmawiając z byłymi i obecnymi pracownikami, nie spotkałem się z narzekaniem, przeciwnie. –
Bardzo lubię tam pracować. Osoby, które tworzą Dom
Kultury, są przyjazne i chętne do współpracy. Myślę, że
instruktorzy cenią swoją pracę i uczniów – mówi Dominika Jurczuk-Gondek. Zalety dostrzega też Jan Stachura, który podkreśla rolę kierowniczki DK, Haliny Pisowadzkiej, i jej zastępczyni, Ireny Tomal. – Praca z nimi
daje instruktorom duży komfort, pozwalają na samodzielność w kwestii metody nauczania i prowadzenia
zajęć, pod warunkiem, że zadowoleni są i uczniowie,
i – w przypadku dzieci – ich rodzice.
Nic dziwnego, że w takiej atmosferze pracuje się dobrze, twórczo i że do takiego domu kultury garnie się
mnóstwo osób. Bardzo często trzeba odmówić zapisania dziecka na zajęcia ze względu na brak miejsc. Liczba
wychowanków, uczestników i kolejnych chętnych pokazuje, że obrano właściwą drogę. Podkreśla to były szef
placówki, obecnie dyrektor Miejskiego Domu Kultury,
Franciszek Kopczak. – Kiedy obejmowałem ten Dom
Kultury, był jednym z najgorszych w mieście. Wykonaliśmy jednak już wtedy dużo pracy, aby to zmienić
i dziś, gdy następcy kontynuują moje działania, widać
efekty. Oczywiście nie mogę faworyzować żadnej z podległych mi placówek, ale do kamienickiej mam osobisty stosunek, bardzo duży sentyment i cieszy mnie jej
obecna kondycja.
Radosny obraz nieco psuje bolączka kierownictwa
i pracowników, mianowicie brak miejsca. Warunki lokalowe zupełnie nie odpowiadają ilości zajęć, dlatego
też trwają one całymi dniami, jakoś trzeba pomieścić
wszystkie grupy w kilku niewielkich salach. I tak dużo
zyskuje się podczas dobrej pogody, gdy można wykorzystać zewnętrzną scenę plenerową, latem większość
imprez odbywa się właśnie tam. Mimo to pomieszczeń
po prostu nie wystarcza. Dlatego, być może, na miejscu
będą spóźnione życzenia jubileuszowe, aby to nie był koniec wędrówki „wędrującego” Domu Kultury i by trafił
on w miejsce – oczywiście także w Kamienicy! – które
ukaże pełnię jego możliwości.
I n t e r p r e t a c j e
Odpowiedzi
Magdalena Legendź
mamy w sobie
Grupa inscenizuje jedną z Opowieści chasydów Martina Bubera. Wcześniej wspólnie przeczytano dziewięć
wybranych, aby dwu-, trzyosobowe zespoły mogły zdecydować, którą z nich pokażą.
– Jak czułeś się w roli tego sprawiedliwego? – pyta
prowadzący.
– To nie była komfortowa sytuacja, bo takie patrzenie z góry jest niedynamiczne, to niełatwa rola – odpowiada mężczyzna. – A mnie ten bagaż-grzech przeszkadzał we wspinaniu się.
– Ale czułaś, że żyjesz? – pada z grupy pytanie.
– Dokładnie tak! – odpowiada kobieta.
Mężczyzna z plecakiem stoi na podwyższeniu. Nie rozgląda się, ledwo patrzy na kobietę z mozołem dążącą wzwyż. Obciążona bagażem uporczywie
wspina się po schodkach w stronę okna – ku światłu. Raz po raz poprawia
przewieszone przez ramię torby. Wreszcie udaje się jej wejść. Koniec sceny.
Pytanie do cadyka
Dziewięć osób z różnych stron Polski sobotni poranek
spędza na warsztatach bibliodramy. To już kolejne weekendowe zajęcia prowadzone w Teatrze Grodzkim w Bielsku-Białej przez Krystynę Sztukę, psycholożkę i psychoterapeutkę, oraz Piotra Kostuchowskiego, pedagoga. Razem,
od stycznia tego roku, będzie tego około stu godzin. Równolegle podobne grupy pracują na Węgrzech, w Islandii,
Turcji i Izraelu. Zajęcia są częścią międzynarodowego
projektu: Bibliodrama jako sposób edukacji międzykulturowej osób dorosłych. W czerwcu ich przedstawiciele spotkają się w Islandii, aby wymienić doświadczenia. Każdy
z zespołów poprowadzi własny moduł zajęć. Projekt zakłada też powstanie filmu i publikację książki, będących
zapisem pracy i osiągniętych celów.
Na przykrytym białą tkaniną krześle na środku
sali siada jeden z uczestników. – W tradycji chasydzkiej, inaczej niż w filozofii europejskiej, mistrz – cadyk
– nie mówi uczniowi, jak jest, ale stara się go doprowadzić do zrozumienia, samodzielnego dostrzeżenia istoty problemu – wyjaśnia prowadzący. – Wyobraźcie sobie, że macie przed sobą cadyka i możecie zadać mu
jedno ­pytanie, najważniejsze dla was w tym momencie
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
17
­życiowym. ­Zapiszcie je na kartkach. – Po chwili uczestniczka zadaje pierwsze pytanie: czy lepiej być, czy mieć?
Ku zaskoczeniu wszystkich osoba pytająca ma teraz zająć
miejsce cadyka i musi sama sobie na nie odpowiedzieć.
Kolejno padają następne pytania: jak dobrze wychowywać dzieci, czy rozpocząć studia, czemu z wiekiem czas
płynie coraz szybciej? Wyważone, interesujące odpowiedzi są skutkiem procesu porządkowania wewnętrznych wartości. – Wszystkie odpowiedzi mamy w sobie
– mówi podczas podsumowania ćwiczenia Ola nr 2 –
tylko musimy je odszukać.
Krzysztof Tusiewicz
18
R e l a c j e
Start sprintera
– Te warsztaty mają na celu zmieniać ludzkie postawy, czynić otwartymi na inność, na inne kultury i religie – mówi Piotr Kostuchowski. – Naszym problemem
jest jednorodność, wszyscy uczestnicy to chrześcijanie,
a nawet katolicy. Ponieważ nie udało nam się pozyskać
osób innych wyznań czy religii, postanowiliśmy wprowadzić teksty literackie będące świadectwem odrębności i odmienności, jak na
przykład poezję perską czy
historie chasydzkie. One
zastępują rzeczywistą międzykulturowość.
Każde zajęcia poprzedza rodzaj rozgrzewki,
krótkie ćwiczenia na przykład pomagające rozpoznawać i pokazywać stany emocjonalne czy, jak
dziś, swobodny taniec do
melodii chasydzkich albo
elementy ekspresji plastycznej. Podczas każdych
zajęć analizuje się własne
emocje, odczucia i wrażenia, a także opisuje te odczuwane wobec innych.
– Chcemy dać uczestnikom pewne techniki, na
podstawie których będą
mogli wypracować własne środki w przyszłej pracy trenerów i edukatorów
osób dorosłych. Nie są to
jednak uprawnienia zawodowe – mówi prowadzący.
Krystyna Sztuka, działająca w Międzynarodowym
Stowarzyszeniu Bibliodrama Network, jest zwolenniczką estetyzującego kierunku bibliodramy. – Wszystkie
środki dramatyczne są równouprawnione: ruch, plastyka, śpiew. Chodzi o to, aby przeżyć ciałem to, co mamy
na poziomie wyobrażeń i emocji. Tekst biblijny to tworzywo dość zmysłowe. Sensem bibliodramy jest właśnie
zmysłowe doświadczenie treści biblijnych, które służy
rozwojowi uczestnika – mówi prowadząca. Niby to proste, jednak: – Bibliodramy nie da się nauczyć teoretycznie, jak nie da się teoretycznie nauczyć startu sprintera.
Predyspozycje do udziału ma każdy, jednak na Zachodzie, aby zostać instruktorem, trzeba przejść trzyletnie
kształcenie. – Jak przy każdym oddziaływaniu psychologicznym, trzeba się nauczyć, jak nie wyrządzić nikomu szkody.
W głąb siebie
Tylko część uczestników zawodowo pracuje z dorosłymi. – Interesuje mnie dialog międzykulturowy, nie
tylko różne religie, raczej w kontekście ewentualnej przyszłej pracy – wyjaśnia swoje motywacje udziału w warsztatach Ola z Bielska-Białej. – Te zajęcia traktuję jako poszerzenie zawodowych umiejętności.
Xenia wraz z Olą nr 2 przyjeżdżają z Rybnika, gdzie
pracują z grupą dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. – Byłyśmy już w Teatrze Grodzkim na warsztatach
teatralnych, na przedstawieniu. Bardzo do nas przemawia to, co tutaj się robi. A drama i bibliodrama rozwijają
każdego, pozwalają przy pomocy książek, na podstawie
tekstów, spoglądać w głąb siebie – odpowiada Xenia na
pytanie, czemu się na te warsztaty zapisała.
Ania, teolożka i katechetka z Warki, pracuje w gimnazjum metodą dramy. Od niedawna uczniowie w ramach jednej godziny lekcyjnej na działania artystyczne
mogą zamiast muzyki czy plastyki wybrać dramę. – To
daje umiejętności wyrażania swoich emocji, wyrażania
siebie, autoprezentacji. Zwykle szkoła tego nie uczy, bo
i jak? Normalnie trudno przekazywać wartości, a drama,
szczególnie bibliodrama, pozwala na to – mówi Ania.
Beata, fizjoterapeutka w zakładzie rehabilitacji Teatru Grodzkiego, na warsztaty przyszła z ciekawości.
– Widzę na co dzień, jak ciało „gryzie” ducha. Tu uczę
się rozmawiać ze sobą, przełamywać fałszywe wyobrażenia i ograniczenia, odkrywać że są zbędne – mówi,
dodając, że przydałoby się to wielu osobom potrzebującym rehabilitacji. – Najtrudniejsze momenty są dla
mnie zawsze wtedy, gdy mam na forum coś powiedzieć
I n t e r p r e t a c j e
od siebie. Obawiam się, jak to zostanie ocenione, mimo
że wszyscy są życzliwi. Myślę, że radzę sobie z tym lepiej.
Basia z Bielska-Białej prowadzi zajęcia grupowe z osobami chorymi psychicznie, jednak początkowo myślała o samorozwoju. Należała kiedyś do ruchu oazowego
i Biblię czyta w ramach modlitwy. – Przeżyłam tu już
kilka ważnych momentów, które na mnie wpłynęły. Na
przykład, gdy odgrywaliśmy całą grupą chrzest Jezusa w Jordanie. Byłam „tylko” wodą, ale tak pochłonęła
nas ta sytuacja, tak weszliśmy w role, że poczułam niemal metafizyczny dreszcz. Sądzę też, że uda mi się wykorzystać elementy pracy na konkretnym tekście biblijnym – z pojedynczym chorym indywidualnie. Stykam
się z pacjentami różnych wyznań czy religii, a urojenia
często mają religijny wątek – mówi.
Hanna mieszka w Łodzi. Jest nauczycielką, od dziesięciu lat prowadzi w ODN-ie zajęcia z nauczycielami
metodą dramy. – Na początku nie wiedziałam, że to
jest metoda, bo weszłam w nią intuicyjnie – wspomina.
– Bibliodramę poznaję raczej dla siebie. Wprawdzie gdy
na spotkaniu Kręgu Rodzin Katolickich opowiadałam,
co tutaj w Bielsku-Białej się dzieje, wiele osób mówiło:
„Zrób to, zrób to kiedyś z nami”. Niewykluczone więc, że
zrobię, bo po agapie zawsze rozmawiamy o treściach Biblii i to jest to samo, jeśli chodzi o cel, tylko inny sposób.
Gdzie ja jestem?
Na wielkich kartonach powstają sylwetki postaci dobranych parami – w takich pozycjach i kolorach,
w jakich „widzą siebie” w spotkaniu z drugim człowiekiem. Krystyna Sztuka płynnie przechodzi od drogi,
jaką przemierzał uczeń chasydzkiego rabbiego, do poznania prawdy, do nowotestamentowej historii spotkania zmartwychwstałego Chrystusa z uczniami w drodze
do Emaus. Uczestnicy rysują też swoją drogę życiową.
R e l a c j e
Czy oba rysunki są spójne? – zastanawia się grupa, gdy
prace są skończone.
Na jednej planszy dwie postacie: pierwsza klęcząca,
druga pochyla się nad nią, a w jej środku różowo-żółta,
ciepła przestrzeń. – Tam jest źródło energii – komentuje
jedna z uczestniczek – to współgra z tym, co Ania mówiła
o swoim rysunku drogi, że w tych czerwonych punktach
staje i pochyla się nad sytuacjami, zanim pójdzie dalej.
– W którym miejscu drogi jesteś? – zadaje kolejne
pytanie prowadząca.
– No właśnie, gdzie ja jestem – zastanawia się ktoś
głośno.
– Ja mam mapę, ale droga jest średnio wyrazista,
mam kilka opcji, jak ją przejść – mówi ktoś inny.
– A ja jestem przy którymś z tych źródełek, bo czuję, że się dziś dużo napiłam – metaforycznie wyznaje Hanna.
Na innym kartonie dwie postacie pełne pasji, w dramatycznych pozach. – Ta zielona postać jest jak fasolka,
która nagle wystrzela i szybko rośnie, tu widać, że choć
to trudne spotkanie, będzie początkiem czegoś ważnego w ich życiu – analizuje uczestniczka.
Czy i te warsztaty będą początkiem czegoś ważnego?
Nawet jeśli założenia trzeba było modyfikować zależnie
od zaistniałej sytuacji? Krystyna Sztuka wyznaje, że będzie zadowolona, jeśli uda się pokazać duchowość i pomosty, jakie można budować w stronę innych kultur, bo
one otwierają w człowieku nowe duchowe przestrzenie.
– Człowiek jest bowiem powołany do rozwoju – mówi.
Krzysztof Tusiewicz
Magdalena Legendź
BASICS – Bibliodrama as a way of intercultural learning for
adults (Bibliodrama jako sposób edukacji międzykulturowej
osób dorosłych), 10.2011–9.2013, www.basicsproject.eu; dofinansowanie Komisji Europejskiej, Program Grundtvig.
I n t e r p r e t a c j e
19
Małgorzata Słonka
Kajtek
i Monika
– ojciec i córka
W Jego krótkim życiu nie było kalkulacji ani wyrachowania. Kochał życie z całym jego skomplikowaniem,
zawirowaniami. Choć mam wrażenie, że czasem go ono przerażało. Kochał kobiety, chmury i ptaki. Gwałtowny w miłości, łatwy do zranienia, coraz bardziej zmęczony, mówiący o tęsknocie, po prostu tęskniący,
stał się bezbronny. Na wpół anioł, z paczką papierosów pod poduszką szpitalną i maską tlenową na twarzy – wspomina Monika Kałuża swojego ojca, Kazimierza Wilczyńskiego.
Kazimierz Wilczyński
z córką Moniką i mamą
Archiwum domowe
* Wówczas był to Wojewódzki Dom Kultury.
Małgorzata Słonka –
specjalistka ds. wydawnictw
Regionalnego Ośrodka
Kultury w Bielsku-Białej,
redaktor naczelna RI.
20
R e l a c j e
Żył dniem dzisiejszym i niespecjalnie dbał o to
wszystko, co składa się na dossier artysty, dlatego też
jego prace są rozproszone, nie zawsze wiadomo, gdzie
ich szukać. I jest ich stosunkowo niewiele. Po kilka mają
Muzeum w Bielsku-Białej, Galeria Bielska BWA i Książnica Beskidzka, bodaj najwięcej Muzeum Górnośląskie
w Bytomiu. Dwa obrazy wiszą na ścianach Regionalnego Ośrodka Kultury, a rysunki zdobią starą kronikę tej
instytucji. Jego obrazy, grafiki, rysunki są także u osób
prywatnych. Część wymaga solidnej renowacji.
Przypomnienie sylwetki Kazimierza Wilczyńskiego to jeden z celów wystawy, która 15 czerwca zostanie
otwarta w Regionalnym Ośrodku Kultury* w Bielsku-Białej, gdzie pracował przez kilka lat. Urodził się na Wileńszczyźnie (Smorgonie, 1943). Był absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi
(Wydział Tkaniny, 1968). Po studiach związał się z Bielskiem-Białą, gdzie do 1975 roku uczył w Liceum Sztuk
Plastycznych, potem pracował w „Kronice Beskidzkiej”,
Wojewódzkim Domu Kultury i Wojewódzkiej Biblio-
tece Publicznej – rysował, opracowywał graficznie publikacje, projektował plakaty i afisze, medale, gobeliny,
reklamy, scenografie imprez, organizował plenery. Był
kilkakrotnie laureatem „Bielskiej Jesieni”, brał udział
w wystawach ogólnopolskich (m.in. Warszawa, Opole,
Katowice, Rzeszów, Poznań) i okręgowych ZPAP, także zagranicznych. Indywidualne wystawy jego twórczości zorganizowano w Żywcu, Bielsku-Białej i Szczecinie.
Zmarł 18 sierpnia 1988 roku. Dokumentację tego, co zostało po Kajtku – jak powszechnie go nazywano – opracowała Galeria Bielska BWA, kiedy w 1992 roku zorganizowano tam jego wystawę retrospektywną.
Prof. Michał Kliś: – W jego obrazach nie ma żywiołu,
jest myślenie, porządkowanie materii, budowanie kompozycji. Od początku do końca panuje nad emocjami,
a mimo to uzyskuje efekty nadzwyczajne. Gdybyśmy popatrzeli na to pod kątem, powiedzmy, realizacji filmowych, tych związanych z apokalipsą, filmami grozy, on
to jakby przeczuwał. To może było w nim, w końcu trzy
zawały i nie ma człowieka... W rysunkach widać tęskI n t e r p r e t a c j e
notę za akwafortą, w tamtym czasie takich możliwości
nie miał. Popatrzcie na te wszystkie włókniny. Kończy
szkołę łódzką, gdzie się zajmują głównie tkaniną, nadrukiem, gobelinem, pracuje w mieście sukienników. Tu nie
może być bez znaczenia dotykanie włókna, to jest jego
materia, on przędzie kreską.
Ku zdziwieniu wielu ludzi, nie posiadam dużych, ważnych prac Taty. Nie przywiązałam się do nich. Nie zdążyłam. Myślałam kiedyś, że Tato i Jego prace będą trwać
wiecznie i o nic nie muszę zabiegać, że mamy nieskończenie dużo czasu. Nie zabiegałam... Przywiązałam się do
miłości, która miała czasem gęstość burzy, a prawie zawsze lekkość przejrzystego po niej powietrza. Nie posiadam prac Taty, ale cieszę się, że mam kamień w kształcie
serca, który nad Sołą parę godzin przewiercał nożykiem,
abym mogła nosić go na szyi. Mam laurkę kochającego
syna dla Jego Mamy, którą wielbił ponad wszystko, której zawdzięczał wychowanie mnie, do której wracał na
bliny i kołduny – pisze w towarzyszącym wystawie katalogu córka Kajtka.
Pokazanie swoistej – choć w szczegółach odmiennej –
kontynuacji artystycznych działań Kazimierza Wilczyńskiego przez jego córkę to drugi cel wystawy w bielskiej
Galerii Sztuki ROK. Monika Kałuża (rocznik 1966) studiowała na Wydziale Pedagogiczno-Artystycznym Uniwersytetu Śląskiego – w Instytucie Sztuki w Cieszynie.
Dyplom (1990) obroniła w malarskiej pracowni Zenona Moskwy. Od 1994 roku pracuje w Szkole Podstawowej nr 1 w Żywcu jako nauczycielka plastyki (od 2007
wicedyrektorka). Jej uczniowie odnoszą liczne sukcesy
w różnorodnych konkursach regionalnych i ogólnopolskich, grupowo i indywidualnie (np. praca Patrycji Barteczko reprezentowała Polskę w kalendarzu wydanym
przez Unię Europejską na rok 2011; efektem współpracy szkoły z Fundacją Braci Mniejszych przy żywieckim schronisku dla zwierząt było wydanie kolekcji kart
pocztowych z pracami dzieci). Od piętnastu lat prowadzi także grupę socjoterapeutyczną dla dzieci z rodzin
dysfunkcyjnych.
Choć malowaniu – jak na razie – nie poświęca za
dużo czasu, pokazywała je na wystawach w Bielsku-Białej i Żywcu. Są to przede wszystkim małe formy. Przełomem był rok 2011 – rok jej 45 urodzin. Właśnie tyle
lat miał ojciec, kiedy zmarł. To dało impuls do podjęcia
z większą intensywnością zaniedbanej nieco twórczości. I stąd także tytuł wystawy.
O swoich pracach mówi: Powstają często w podróży
lub są jej zapisem. Myślę o podróżach do miejsc oddaloR e l a c j e
nych, albo fascynujących bliskością. Nie ilustrują rzeczywistości, a raczej opisują lub zaledwie sygnalizują emocje
i wrażenia z nią związane. Tworzenie moje to uleganie
emocjom, magnetyzmowi czy niezwykłości banalnych
z pozoru sytuacji, często pospiesznie zarysowanych, wielokrotnie zniekształconych przez upływający czas.
Prof. Michał Kliś, patrząc na
jej prace, komentuje: – W tych
kompozycjach widoczna jest
ulotność chwili i lekkość kolorystyczna. Ich autorka ma warsztat, to po pierwsze. I ma wrodzone poczucie koloru, dostała je
w genach – a co z nim zrobi, zobaczymy. Jej pejzaże, jakby podróżne szkice, to piękne prace,
mają swoją klasę. Wykorzystuje
w nich akwarelę i gwasz, bardzo
szlachetną technikę. Widać też
dużą swobodę w rysowaniu, byłaby dobrą ilustratorką.
Tych, którzy pamiętają i tych,
którzy chcieliby ich poznać, zapraszamy na spotkanie z Kaj­
tkiem i Moniką.
Kazimierz Wilczyński
Monika Kałuża: Camara
de Lobos II, akryl, gwasz,
piórko
Galeria Sztuki ROK w Bielsku-Białej: 45/45. Kajtek i Monika – wystawa twórczości Kazimierza Wilczyńskiego i Moniki Kałuży, 15 czerwca
– 13 lipca 2012.
I n t e r p r e t a c j e
21
Tadeusz Biernot
ze swoim obrazem Feist,
akryl, pastel, płótno
Agata Smalcerz
Poszukiwanie siebie
Rozmowa z Tadeuszem Biernotem
Agata Smalcerz: Wybrał Pan emigrację, jeszcze przed
zmianą polityczną w Polsce w 1989 roku. Ci, którzy
pamiętają tamte czasy, wiedzą, że taka decyzja nie była
niczym dziwnym. Beznadzieja, brak perspektyw, marazm – dla osób z marzeniami i aspiracjami były nie do
zniesienia. Niektórzy wybierali „emigrację wewnętrzną”, inni wykonywali krok radykalny i gdy nadarzyła się
okazja, wyjeżdżali z kraju. Czy Pana wyjazd do Włoch
był rzuceniem się w nieznane, czy też miał Pan ofertę
pracy i jakąkolwiek perspektywę?
Agata Smalcerz –
historyk sztuki, publicystka,
kuratorka wystaw, dyrektor
Galerii Bielskiej BWA.
22
R e l a c j e
Tadeusz Biernot: Patrząc z perspektywy czasu, nie oceniam wyjazdu z kraju w kategoriach dramatycznych.
Proces emigracji mogę porównać do nauki pływania.
Najlepsza wiedza teoretyczna nie przyda się na wiele, dopóki się nie zanurzymy, a potem... trzeba płynąć.
Jest to zmiana otoczenia umożliwiająca poznanie nowych języków oraz nowych, ciekawych osób. Przyjaźnie, jakie nawiązałem wtedy, trwają do dzisiaj i to jest
następny z powodów, dla których odwiedzam bardzo
często Włochy, chyba częściej niż Polskę.
Kariera we Włoszech, które są mekką dla dizajnerów,
wydaje się być spełnieniem dla projektanta. Pan jednak
po kilkunastu miesiącach wybrał nowe wyzwanie i wyjechał jeszcze dalej, do Kanady. Czy była to szansa na
dalszy rozwój, większe możliwości, czy też po prostu
ciekawość świata i chęć przygody? Europejska kultura
dla młodej Ameryki jest wciąż ważnym odniesieniem.
Czy Europejczykowi łatwiej było przekonać do swoich
wizji kanadyjskiego odbiorcę i klienta niż na przykład
Włocha?
Wyjazd z Włoch do Kanady był nieprzewidzianym przypadkiem na mojej emigracyjnej drodze, czego nie żałuję, chociaż pamiętam, że pierwszego dnia po przylocie do Toronto chciałem wsiąść w samolot powrotny do
Rzymu. Od tego czasu wiele się zmieniło. Toronto stało się bardzo kosmopolitycznym centrum, gdzie trudno
I n t e r p r e t a c j e
kogokolwiek zaskoczyć odmiennością ubioru lub obco
brzmiącym akcentem.
Praca dla wielkich agencji reklamowych, wydawnictw daje na pewno satysfakcję, ale wiąże się też
z ogromnym stresem. Po wielu latach pracy dizajnera
i sukcesach w tej dziedzinie, kierowania zespołem
projektowym, wpływania na wygląd czasopism czy
reklam – wybrał Pan czystą sztukę, skupił się na malowaniu. Uwolnił się Pan od myślenia o dotarciu z przekazem do wielotysięcznego odbiorcy; teraz widownia
ograniczona jest do bywalców galerii sztuki lub gości
odwiedzających mieszkania właścicieli obrazów. Za
to „żywotność” tych dzieł, ich funkcjonowanie nie są
ograniczone do kilku tygodni kampanii reklamowej, są
niemal wieczyste. Czy to miało wpływ na Pana decyzję,
czy też po prostu doszedł Pan do punktu, kiedy może
„odpuścić sobie wyścig szczurów”?
Świat marketingu jest niezwykle pragmatyczny. W tym
świecie kreatywność jest przekładana na pieniądze i bez
względu na to, czego się dokonało w przeszłości, jest
się tak dobrym, jak dobra była nasza ostatnia kampania reklamowa.
Oczywiście coś za coś – krótkotrwała żywotność tzw.
sztuki projektowej jest rekompensowana wielotysięczną (niekiedy wielomilionową) widownią. W marketingu nie ma czasu na nudę, ale też niewiele jest czasu na
działalność kreatywną.
Poświęcenie się wyłącznie malarstwu podyktowane było
bardziej potrzebą poszukiwania niż potrzebą zmiany.
Poszukiwania samego siebie. W gruncie rzeczy ilość
pracy się nie zmieniła, wręcz przeciwnie. Wielokrotnie
jestem pytany, jak wiele czasu zajmuje mi namalowanie
tego czy innego obrazu i za każdym razem mam tę samą
odpowiedź: naprawdę nie wiem! Kiedy jestem w studiu,
zupełnie tracę poczucie czasu, czuję się jak dziecko w piaskownicy – pochłonięte kolejną nową pasją, niereagujące na to, co się dzieje dokoła.
Co pewien czas zmienia Pan rodzaj aktywności. Był Pan
pedagogiem, uczył kreatywnego myślenia, a potem
sam stosował je w praktyce. Teraz może Pan sobie pozwolić na pracę bardziej medytacyjną, skupioną na materii, niemal w samotności, choć przecież w kontakcie
z modelem: postaci na Pana obrazach to realne osoby,
znani artyści. Na pewno trudno ocenić, która z tych
dziedzin była czy jest najbliższa Pana temperamentowi,
osobowości. Czy to ewoluuje, zmienia się z wiekiem, czy
też wynikło z uwarunkowań? Właściwie to modelowy
R e l a c j e
przykład rozwoju artystycznego, każdemu artyście
można by życzyć takiej kariery...
Przytoczona lista tego, co robiłem, jest tak długa, że zaczynam mieć obawy, czy ja czasami nie mam ADHD?
Powiedzmy, że w moim przypadku to była i jest nieustanna ewolucja, która w końcu jest wbudowana w nasz system. Istotnie, dużym szczęściem jest robić to, co się naprawdę lubi. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że zawsze
robiłem wszystko, żeby temu szczęściu pomóc.
Piotr (Piotr Beczała),
akryl, pastel, płótno
Krzysztof Morcinek
W malarstwie wykorzystuje Pan niezwykłe umiejętności
portretowania. Twarze są monumentalne, precyzyjnie
odzwierciedlają podobieństwo, a jednocześnie obrazy
malowane są swobodnie, lekko, z charakterystyczną
miękkością. Proszę opowiedzieć, jak doszedł Pan do
takiego sposobu obrazowania. I druga rzecz: czy osoby
portretowane wiedzą, że je Pan maluje?
Zawsze intrygowały mnie nie tyle twarze, ile ich wyraz,
te ciche namiętności ukryte w nieruchomym, wydawałoby się, spojrzeniu, w niedostrzegalnym uśmiechu. Wolę
nie określać siebie jako portrecisty. Rysowałem i malowałem twarze z pamięci, po to, żeby przywołać nastrój.
Robiłem to, kiedy tylko miałem wolną chwilę. Była to
wewnętrzna, poniekąd terapeutyczna potrzeba. Starałem
się przywołać i odtworzyć wyraz czyjejś twarzy, a może
raczej atmosferę wokół niej. W ten sposób tworzyłem
– jak to określam – mój prywatny teatr, w którym każda twarz gra swoją rolę. Nie chodzi mi w tym przypadku o stworzenie dramatu w stylu Caravaggia (którego
notabene uwielbiam), ale bardziej o wydobycie ekspresji wynikającej z prostoty formy i środków. Hipnotyzuje mnie ekspresja twarzy malowanych przez Giotta czy
Beata Angelica. To jak oraz co maluję, można by nazwać
„przypominaniem sobie kogoś na płótnie”, jest to niekończący się proces pojawiania się i znikania, wydobywanie kolejnych pokładów z pamięci powoduje nakładanie się lub zacieranie następnych warstw na płótnie.
Jest w tym coś z życia – przemijanie.
I n t e r p r e t a c j e
23
Ostatnia seria obrazów, której część jest wystawiona
w Galerii Bielskiej BWA, to portrety znanych w świecie
operowych sław, aktorek i piosenkarek. Wiele z osób na
obrazach – jak nasz wspaniały, światowej sławy tenor
Piotr Beczała czy kanadyjska sopranistka Adrianne Pieczonka – w trakcie procesu malowania zostało włączonych do grona bliskich mi przyjaciół. Z Piotrem i jego
żoną Kasią spotkaliśmy się dosyć niedawno w Nowym
Jorku po jego występie w Metropolitan Opera.
Jest to zawsze niezwykle wzbogacające móc poznać kogoś osobiście oraz starać się dotrzeć do sedna jego sztuki.
Nadine (Nadine Labaki),
akryl, pastel, płótno
Pana wystawa w Galerii Bielskiej BWA jest pewnego
rodzaju powrotem w rodzinne strony. Przypomnijmy, że
urodził się Pan w Czechowicach-Dziedzicach, uczęszczał
do Liceum Plastycznego w Bielsku-Białej, studiował
w ASP w Katowicach. Czy to pierwsza wystawa w Polsce
od wyjazdu? Wystawiał Pan swoje obrazy w Kanadzie,
Stanach Zjednoczonych; czy także w Europie? To banalne pytanie, ale jak Pan się czuje, zatoczywszy takie koło,
spotykając się po tylu latach z przyjaciółmi, dawnymi
nauczycielami, być może swoimi studentami?
Istotnie, to pierwsza wystawa w Polsce po tylu latach –
i muszę powiedzieć, że mam tremę, co mi się raczej nie
zdarza przed wystawami. Nie wiem, z czego to wynika? Może to nostalgia (?) – pamiętam, że w latach mojej
młodości, kiedy Liceum Plastyczne mieściło się jeszcze
w zamku, moja droga do szkoły prowadziła obok BWA.
Przechodząc tędy codziennie, mieliśmy kontakt ze sztuką, a nie należeliśmy do bezkrytycznych odbiorców.
Jestem nieco stremowany, ale również bardzo się cieszę,
że mogę pokazać w rodzinnych stronach mały fragment
tego, nad czym w ostatnich latach pracowałem i gorąco
dziękuję Galerii Bielskiej BWA za zaproszenie i zorganizowanie tej wystawy.
Dziękuję za rozmowę.
Galeria Bielska BWA w Bielsku-Białej: Tadeusz Biernot
­Twarze, 1–20 maja 2012.
Tadeusz Biernot (rocznik 1954) jest absolwentem katowickiego Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie
(1979), gdzie przez wiele lat pracował jako wykładowca.
W 1989 roku wyjechał do Włoch, później do Kanady. Pracował dla znanych wydawnictw, agencji reklamowych i studiów
filmowych (m.in. Cineplex Odeon, Astral Communication,
Saatchi & Saatchi, Taxi, Alliance Atlantis, Canadian Broadcasting Corporation, The Globe and Mail), zdobył wiele nagród.
Projekt dla kanału TV Space, kanadyjskiej sieci science fiction,
otrzymał złoty medal na przeglądzie Promax Broadcast Design Awards w Nowym Jorku (2003). W 2002 roku został dyrektorem kreatywnym zespołu, który zreformował wizualnie
renomowany kanadyjski „Fashion Magazine” i stał się współtwórcą magazynu „Fashion 18” dla nastoletnich odbiorców.
Jest twórcą plakatów filmowych oraz autorem animacji do
reklam telewizyjnych i produkcji filmowych.
Od 2005 roku Tadeusz Biernot poświęcił się wyłącznie malarstwu. Jego prace znajdują się w wielu kolekcjach prywatnych w USA, Kanadzie, Anglii, Francji, Włoszech, Niemczech
i Polsce. Cykl Twarze to ponadnaturalnej wielkości malarskie
wizerunki współczesnych celebrytów – sław scen operowych,
znanych aktorek i piosenkarek.
24
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
Piotr Kenig
Niemieccy fabrykanci
z polskim rodowodem (1)
Na przełomie lat 2000 i 2001 wyburzono budynki Zakładów Przemysłu Wełnianego Welux przy
ul. Leszczyńskiej. Nowoczesne centrum handlowo-rozrywkowe Gemini Park zastąpiło jeden
z najstarszych zakładów przemysłowych dawnego Bielska-Białej – uruchomioną w 1845 roku fabrykę sukna Strzygowskich. Żaden ślad nie pozostał po przedsiębiorstwie, które przez półtora
stulecia dawało zatrudnienie kolejnym pokoleniom robotników.
Według rodzinnego przekazu familia Strzygowskich
wywodziła się z Pilzna, niewielkiego miasteczka położonego ok. 20 km na wschód od Tarnowa. Rzekome pochodzenie ze szlachty o nazwisku Strzegocki wydaje się
być późniejszą legendą, mającą uświetnić genealogię
rodu. Franciszek Strzygowski (Strzegulski, Strzigocki,
ok. 1745–1816), katolik, sukiennik z zawodu, przyjechał do Białej wkrótce po pierwszym rozbiorze Polski.
Tutaj poślubił w 1779 r. bliżej nieznaną Johannę Linnert
(ok. 1750–1825), po czym zmienił fach i został czeladnikiem rzeźnickim. Zasymilował się całkowicie w niemieckim środowisku miasta, w niemieckim duchu byli
też wychowani jego potomkowie. Informacje na temat
jego życia są nadzwyczaj skąpe i ograniczają się do zapisów w księgach metrykalnych. Nie dorobił się znaczniejszego majątku, a tym bardziej własnego domu, kilkakrotnie zmieniał miejsce zamieszkania. Według tradycji
rodzinnej, pod koniec epoki napoleońskiej, kiedy transportował większą ilość żywności dla wojsk austriackich,
został wzięty do niewoli przez Francuzów w okolicy Ołomuńca. Po trwającym blisko rok zatrzymaniu powrócił
R e l a c j e
Strzygowscy
schorowany do Białej, gdzie zmarł. Był ojcem dziewięciorga dzieci, z których czworo wcześnie zmarło. Trzech
synów wykształcił na sukienników.
Andreas Strzygowski (1779–1844) podjął naukę
u majstra Philippa Henslera, w 1796 r. wyzwolony został na czeladnika, a w 1800 uzyskał prawa mistrzowskie w bialskim cechu. W 1802 r. poślubił Susannę Wen­
zelis (1782–1844), córkę sukiennika. W 1806 r. jako
jeden z pierwszych uruchomił przędzarkę mechaniczną,
a w trzy lata później mechaniczną zgrzeblarkę, wchodząc
tym samym do grona miejscowych pionierów mechanizacji. Początkowo mieszkał w nieistniejącym już dzisiaj
domu nr 256 przy ul. Lipnickiej 4, a około 1820 r. nabył
zajazd Pod Zielonym Drzewem (Zum Grünen Baum)
w Lipniku 167 (później 1), na granicy Białej, i został ober­
żystą. Około 1842 r. powrócił do sukiennictwa, jednak
wkrótce zmarł. Spośród jego dwanaściorga potomstwa
czworo dzieci żyło bardzo krótko, a losy trzech synów
(Franz, Georg i Andreas) pozostają nieznane. Córka Susanna poślubiła w 1829 r. Juliusa Lauterbacha, piwowara z Wieprza k. Żywca, Marianna została w 1840 r. żoną
Ulica Szkolna, dawna
Sukiennicza, w głębi
niezabudowany teren, na
którym stał pierwszy dom
Franza Strzygowskiego
Mirosław Baca
Piotr Kenig – bielszczanin,
historyk, zainteresowany
szczególnie dziejami Bielska-Białej w XVIII–XIX wieku.
Kustosz i kierownik Muzeum
Techniki i Włókiennictwa.
I n t e r p r e t a c j e
25
Dawna ul. Główna na
­ ograniczu Białej i Lipnika,
p
po lewej parterowy zajazd
Pod Zielonym Drzewem
Andreasa Strzygowskiego
Ze zbiorów
Tomasza Libery
Zabudowa dawnej ul. Nad
Niwką w miejscu, gdzie
dzisiaj bierze swój początek
ul. W. Broniewskiego; trzeci
od lewej dom Johanna
Strzygowskiego, ok. 1970
26
R e l a c j e
­ ialskiego postrzygacza sukna Eduarda Titza, Eleonora
b
wyszła w 1839 r. za postrzygacza sukna Josefa Suchego,
a Franziska w 1842 r. za Franza Klupatego, kupca w Igló
(dzisiaj Spišská Nová Ves) na Górnych Węgrzech. Najmłodsza z rodzeństwa, Karolina, która poślubiła (ok.
1855) technika kolei żelaznych Eduarda Scobisa, powróciła na starość do Białej, gdzie zmarła w 1899 r. (była teściową bialskiego fabrykanta sukna Jakoba Vogta).
Johann Strzygowski (1786–1863) wyuczył się zawodu u majstra Karla Henslera, w 1801 r. wyzwolony został
na czeladnika, a przed 1807 został mistrzem w bialskim
cechu. Był jednym z wielu prostych rzemieślników, którzy w epoce postępującej industrializacji, w cieniu kominów fabrycznych, próbowali wieść dotychczasową egzystencję jako samodzielni sukiennicy. Jednak ok. połowy
XIX w. także i on zdecydował się na pracę w przemyśle,
spędzając czternaście ostatnich lat życia w fabryce swojego młodszego brata Franza na Leszczynach. Żonaty od
1807 r. z bialanką Susanną Then (1785–1859), spłodził
dziesięcioro dzieci, z których pięcioro szybko zmarło.
W 1833 r. wydał za mąż dwie córki: Johannę za bialskiego rzeźnika Josefa Jaroscha, a Antonię za miejscowego kuśnierza Johanna Schottka. Theresia była żoną sukiennika Josepha Zagórskiego. Losy pozostałych córek
są nieznane. Johann Strzygowski wielokrotnie zmieniał
miejsce zamieszkania, dopiero ok. 1833 r. nabył parterowy dom w Białej przy ul. Nad Niwką 56, gdzie spędził resztę życia.
Zarówno Andreas, jak i Johann nie pozostawili
w Białej męskich potomków. Ich synowie zmarli w wieku dziecięcym bądź opuścili miasto*.
Wielka kariera przypadła w udziale najmłodszemu
z braci, który awansował do grupy zamożnych fabrykantów. Ludwig Franz (1800–1891), ochrzczony dwoma
imionami, przeszedł do historii jako Franz Strzygowski
senior. W 1814 r. rozpoczął naukę zawodu w warsztacie
swojego ponad dwadzieścia lat starszego brata Andreasa, a w 1817 został wyzwolony na czeladnika i ruszył na
trwającą trzy lata obowiązkową wędrówkę. Przemierzył
na piechotę Węgry, Austrię, Bawarię i Niemcy, prowadząc dziennik, w którym odnotował szczegóły swojej podróży. Powrócił do Białej w 1820 r. po przebyciu 492 mil
(ok. 3700 km) i poznaniu 210 miast. Ze szczególną dumą
wspominał rejs statkiem po Dunaju z Wiednia do Semlina (obecnie Zemun, dzielnica Belgradu). W 1821 r. został
mistrzem w bialskim cechu sukienników, po czym poślubił młodą wdowę Dorotę Batsch z domu Rozanowicz
(Różanowicz, 1795–1859), córkę poważanego starszego
cechu Andrzeja Rozanowicza. Zaoszczędzona podczas
wędrówki kwota 300 guldenów, powiększona o dalsze
100 guldenów pożyczone od siostry Marianny, żony lipnickiego kowala Jakuba Kwaśniewskiego, umożliwiła mu
uruchomienie w tym samym roku własnej tkalni w Białej pod numerem 204, przy ówczesnej ul. Sukienniczej
(później ul. Szkolna 11, dziś niezabudowana parcela).
W następnych latach Franz Strzygowski pracował pilnie jako sukiennik. Dwa razy do roku podróżował wyładowanym do pełna własnym wozem konnym przez
Galicję aż do Czerniowców na Bukowinie, a także do
węgierskiego Pesztu, aby na tamtejszych rynkach sprzedawać swoje sukna. Często zabierał ze sobą gotowe wyroby innych mistrzów. Jedną z takich podróży, podjętą w 1828 r., niemal przypłacił życiem. Dotarł wówczas
prawdopodobnie aż do Mołdawii i Besarabii, gdzie zaI n t e r p r e t a c j e
raził się tyfusem i w drodze powrotnej, ciężko chory,
spędził kilka tygodni w szpitalu w Tyśmienicy koło Stanisławowa. Po powrocie do Białej zastał żonę w stroju żałobnym, uważany był już bowiem za zmarłego. Pechowa
wyprawa spowodowała utratę znacznej części zgromadzonego majątku i poważne kłopoty zdrowotne w ciągu następnych czterech lat.
Kolejny cios spotkał Strzygowskiego w 1833 r., kiedy
to spalił się całkowicie jego dom przy ul. Sukienniczej,
wraz z warsztatem. Po raz kolejny trzeba było rozpoczynać wszystko od początku. Jeszcze w tym samym roku
nabył za 7800 guldenów piętrowy dom w Białej przy ul.
Głównej 21 (obecnie kamienica przy ul. 11 Listopada 33),
w którym mieszkał do końca życia. Od 1834 r. zajmował się wyłącznie handlem wełną i suknem jako kupiec-hurtownik (Tuchhändler). Mimo wielu nieszczęśliwych
zrządzeń losu, takich jak procesy sądowe wytoczone
przez nieuczciwego żydowskiego wspólnika Josepha Rei­
cha (1835) czy też włamania do domu i kradzież zmagazynowanego sukna (1836 i 1839), udało mu się w następnych latach ponownie zgromadzić pokaźny majątek.
Na przełomie lat 30. i 40. XIX w. rozpoczął się okres
prosperity austriackiego przemysłu wełnianego, w tym
bielsko-bialskiego, trwający nieprzerwanie aż do rewolucji 1848 r. Z każdym rokiem wzrastało znaczenie produkcji wielkoprzemysłowej, fabrycznej, spychającej na
margines drobnotowarowe rękodzielnictwo. W sprawozdaniu z „Trzeciej austriackiej wystawy przemysłowej”, która odbyła się w Wiedniu w 1845 r., pisano: Bielsko wraz z okolicą, na granicy Galicji, liczy 13 przędzalni
z 400 maszynami i 34.000 wrzecion, ponadto [działa] 50
maszyn [przędzalniczych] u samodzielnych sukienników,
5 manufaktur z 129 krosnami i 210 mistrzów z 790 krosnami. Rocznie zużywa się tam 25.000 cetnarów wełny owczej
i produkuje ponad 62.000 sztuk sukna za 3.544.000 guldenów, produkcja jeszcze ciągle wzrasta.
R e l a c j e
W tej sytuacji, po jedenastu latach przerwy, Franz
Strzygowski zdecydował się na powrót do sukiennictwa,
ale już w całkiem inny, zgodny z duchem czasu sposób.
W lutym 1845 r. kupił za 20 000 guldenów murowany
młyn Snatschkego na Leszczynach nr 9 i w następnych
miesiącach przebudował go na fabrykę sukna. Dokonał
tego bez mistrza budowlanego, bez inżyniera, bez architekta (...), a tylko z pomocą jednego kierownika budowy
(Zimmerpolier), co z dumą podkreślał. Fabryka oddalona ok. 2 km na południe od centrum miasta stała na
granicy z bielskim Żywieckim Przedmieściem – w tym
rejonie granica Bielska i Lipnika (którego przysiółkiem
były wówczas Leszczyny) nie przebiegała na rzece Białej,
ale wzdłuż ul. Leszczyńskiej. Jeszcze w tym samym roku
koło wodne dotychczasowego młyna przysposobiono do
napędu maszyn i uruchomiono przędzalnię, w 1846 r.
budynek podwyższono o trzecie piętro, a w 1847 ruszyły
w nim tkalnia i wykończalnia. Jednocześnie funkcjonowała tkalnia w mieście w budynku przy Kudlagasse 214
(obecnie ul. I. J. Paderewskiego 5), należącym wcześniej
do Rozanowicza. Można przypuszczać, że kilka krosien
pracowało także w domu mieszkalnym fabrykanta przy
ul. Głównej 21.
Już w 1845 r. został przyjęty jako wspólnik do ojcowskiej fabryki najstarszy syn, Josef (1823–1873), wyuczony
na postrzygacza u majstra Wilhelma Gräfego w Pszczynie. Młodszy, Franz junior (1828–1904), mistrz sukien-
* Z kronikarskiego obowiązku wspomnijmy, że w tradycji rodzinnej zachowała się
informacja o jeszcze jednym
Strzygowskim, rzekomo synu
Franciszka, który miał zostać
nadleśniczym w bliżej nieznanych „dobrach arcyksiążęcych” we wschodniej Galicji. Mimo szczegółowych
badań nie udało się jednak
odnaleźć takiej osoby. Być
może chodzi o jednego z synów Andreasa?
Tarcza cechowa mistrzów
sukienniczych Andrzeja
Rozanowicza i Antoniego
Gregorczyka (1827)
Dom Franza
Strzygowskiego
(w środku po prawej),
ul. Główna 21
(dziś 11 Listopada 33),
widokówka, ok. 1910
I n t e r p r e t a c j e
27
Portret
Franza Strzygowskiego
seniora, ok. 1850
Archiwum rodziny
Strzygowskich
** Ich losy przedstawione zostaną później.
*** Typ Schönherr & Hartmann z Chemnitz w Saksonii,
Sternickel & Gülcher z Bielska oraz Smith z Anglii.
Fabryka Strzygowskich
na Leszczynach, widok od
strony wschodniej,
litografia, ok. 1870
niczy w bialskim cechu, dołączył nieco później i odpowiadał za sprawy handlowe przedsiębiorstwa. W 1853 r.,
ze względu na skalę prowadzonej produkcji, firmie przyznany został przez komisję gubernialną w Krakowie tzw.
formalny krajowy przywilej fabryczny (Landes-Fabriks-Befugniss) i nosiła ona odtąd nazwę „c.k. uprzywilejowana krajowa fabryka sukna, kaszmiru i materiałów
wełnianych Franciszek Strzygowski & Synowie” (k.k.
priv. Landesfabrik für Tuch- Kasimir- und Wollstoffe
des Franz Strzygowski & Söhne). Jej właściciele otrzymali prawo zawieszania cesarskiego orła na budynkach
fabrycznych oraz sygnowania nim swoich wyrobów.
W następnym roku z powodu znacznego zamówienia
ze strony wojska ustawiono dalsze krosna w tzw. domu
Dudzika w Białej przy ul. Sukienniczej 1 (obecnie ul.
Szkolna 5), także ten budynek został nieco później zakupiony przez Strzygowskiego. W 1855 r. w fabryce na
Leszczynach uruchomiono maszynę parową, nabytą rok
wcześniej w firmie Fürst Salm w Blansku k. Brna. Koło
wodne, napędzające dotąd maszyny i urządzenia, użytkowano nadal jako źródło dodatkowej energii. W styczniu 1858 r., po uregulowaniu spraw majątkowych pomiędzy trzema wspólnikami, firma została ponownie
zaprotokołowana w Krakowie. Wartość przedsiębiorstwa (kapitał zakładowy, zabudowania, maszyny, gotówka) wynosiła 130 550 guldenów. Franz Strzygowski był
już wówczas bogatym i poważanym obywatelem Białej,
w 1849 r. jako pierwszy przemysłowiec w dziejach miasta wszedł do wydziału miejskiego jako radny.
W 1851 r. wydał starszą córkę Julię za bialskiego kupca szkła i porcelany Ignaza Schermańskiego, a w pięć
lat później młodszą Annę Magdalenę za kupca z Opawy Konrada Brosiga. W kwietniu 1859 r. zmarła żona
Strzygowskiego Dorothea, a w następnym roku wdowiec
poślubił młodszą o ponad trzydzieści lat Annę Schermański (1833–1919), córkę posiadacza ziemskiego z Zabrzega, siostrę swojego zięcia. Synowie nie odnieśli się
pozytywnie do tego kroku i z obawy przed nowym potomstwem skłonili ojca do wystąpienia z firmy. Faktycznie, w drugim małżeństwie Strzygowski senior spłodził
jeszcze czworo dzieci**.
Od grudnia 1860 r. przedsiębiorstwo prowadzili bracia Josef i Franz junior, pod firmą Fr. Strzygowskiego
Synowie (Fr. Strzygowski’s Söhne). Swoją fabrykę stopniowo powiększali o kolejne budynki. W 1866 r. firma
wzięła udział w Wystawie Światowej w Paryżu, a jej właściciele mieli możliwość zapoznania się z najnowszymi
zdobyczami techniki w swojej branży. W tym samym
roku dokonano zakupu pierwszego krosna mechanicznego, które musiało sprawdzić się w użyciu, bowiem
następne zainstalowano w 1868 i 1870 r.*** Na Bielsko-Bialskiej Wystawie Przemysłu i Rzemiosła (1871) bracia Strzygowscy otrzymali złoty medal za swoje wyroby.
Fabryka należała już wówczas do największych w bielsko-bialskim ośrodku przemysłowym, zatrudniała 240
robotników, przeważnie ubogich, niepiśmiennych polskich chłopów z okolicy. Praca trwała od poniedziałku
do piątku, od 12 do 13 godzin dziennie.
Archiwum
28
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
Po wielu miesiącach przygotowań, 17 kwietnia 2012 roku ruszył w IV LO
im. KEN w Bielsku-Białej Uczniowski Kongres Kultury. Uczniowski, więc
jak w sztuce Tadeusza Słobodzianka Nasza klasa uczniowie odmieniali
przez przypadki to, co w kulturze istotne i co wpisuje się w interdyscyplinarny charakter sztuki tak ostatniej dekady, jak i wieków minionych. Dialog literatury, filmu i malarstwa, popkultury z klasyką, ale i dialog samego
artysty ze światem – to tematy przewodnie pierwszej edycji Kongresu.
Mianownik – kto? co?
Projekt od początku pozyskał wiele przychylnych
osób. Patronat nad nim objął Prezydent Miasta Bielska-Białej Jacek Krywult. Inicjatywę wparły także instytucje
samorządowe, prywatni sponsorzy i przyjaciele, których
zaprosiliśmy do loży na stronie internetowej. Pomysłodawczynią oraz organizatorką Uczniowskiego Kongresu Kultury była Magdalena Pawłowska, nauczycielka
literatury w IV LO im. KEN. Do współpracy zaprosiliśmy także inne bielskie szkoły: Muzyczną im. Stanisława Moniuszki oraz Zespół Szkół Plastycznych. Uczniowie pierwszej zagrali trzy koncerty, drugiej przedstawili
interpretacje Makbeta w formie animacji filmowych.
Uczniowie uczniom – tak! Uczniowie dla uczniów – tak!
Agata Chyla
Kongres
odmieniany
przez przypadki
Dopełniacz – kogo? czego? nie było na ­lekcjach
Trzy dni szkoły bez szkoły, lekcji bez lekcji. Jednak
tylko na pozór. W auli IV LO dzień w dzień gromadziła
się młodzież szkół średnich Bielska-Białej, aby poszerzyć
swoją wiedzę w sposób niekonwencjonalny, wybiegający poza ramy lektur, kluczy i podstaw programowych,
a więc w świeży, ciekawszy i bardziej przystępny dla
młodych ludzi.
Celownik – komu? czemu? był dedykowany
­Kongres
Uczniom oczywiście! Specjalnie dla nich zostały zorganizowane warsztaty tematyczne, tak aby każdy mógł
rozwijać swoje zainteresowania pod okiem profesjonalistów. „Ćwiczenia z recenzji z wystawy prac uczniów
prof. Leona Tarasewicza” odbyły się pod patronatem Ga-
R e l a c j e
lerii Bielskiej BWA. Spotkanie z artystą dopełniło uczty
i stało się pretekstem do stawiania pytań o paski, kury
i tworzenie oryginalnej malarskiej przestrzeni. „Unikatowe formy animacji”, „Pisanie jako wyzwanie rzucone
światu”, „Słowa i dźwięki w sztetl” to w kolejności spotkania z reżyserem i malarzem Markiem Luzarem, poetą, prozaikiem i felietonistą Tomaszem Jastrunem oraz
reżyserem, aktorem i współtwórcą Teatru Pogranicza
Kultur Morochów Bogusławem Słupczyńskim. Dla ciekawych etnolektu wilamowskiego warsztat językoznawczy „Ginące języki” poprowadził dr Tomasz Wicherkiewicz z uniwersytetu w Poznaniu.
Ada Legoń
Agata Chyla – uczennica
III klasy IV LO im. Komisji
Edukacji N
­ arodowej
w Bielsku-Białej.
I n t e r p r e t a c j e
29
Biernik – kogo? co? zobaczyliśmy i spotkaliśmy
Koncert uczniów
Szkoły Muzycznej
(muzyka zespołu Queen)
Spotkanie z Tomaszem
­Jastrunem, prowadzi
­Magdalena Pawłowska
Panel dyskusyjny
na temat „polskiej duszy”:
Jacek Szpak, Adam Kazała,
Janusz Legoń, Artur Pałyga
30
R e l a c j e
Znanych absolwentów IV LO im. KEN – śpiewaczkę
operową Beatę Raszkiewicz, dramaturga Artura Pałygę,
kierownika literackiego Teatru Polskiego w Bielsku-Białej Janusza Legonia, aktora Bogusława Słupczyńskiego.
To oni współtworzyli program i warsztaty. Specjalnymi gośćmi Kongresu byli wspomniany już Tomasz Jastrun i światowej sławy rzeźbiarz Bronisław Krzysztof.
Zobaczyliśmy instalację prof. Ernesta Zawady, a także genialny film Lecha Majewskiego Młyn i krzyż.
Narzędnik – z kim? z czym? prowadzono dialog
Dialogowaliśmy, a jakże, przez całe trzy dni. „Dialog filmu z literaturą i malarstwem” na podstawie filmu
L. Majewskiego Młyn i krzyż i eseju F. Gibsona o obrazie Pietera Bruegla Droga na Kalwarię to podróż w głąb
malarskiego dzieła, którą odbyliśmy za sprawą naszej
polonistki Renaty Maślanki oraz uczennic z IV LO. Nie
mogło w takiej sytuacji zabraknąć reminiscencji z planu
filmowego. Nasz szkolny kolega Tymoteusz Król, zwycięzca Konkursu Prac Młodych Naukowców Unii Europejskiej, uczestniczył wraz z grupą mieszkańców Wilamowic w przygotowaniu ścieżki dźwiękowej do filmu.
Dzień drugi upłynął nam pod hasłem „Dialogu pop­
kultury z klasyką” i rozpoczął się od spotkania z Tomaszem Jastrunem. Było o jego blogu, erotyce, czułości,
starości, człowieku w relacji z historią. Nie mogło też zabraknąć wspomnień o paryskiej „Kulturze” i Wisławie
Szymborskiej. Następnie program przygotowany przez
nauczycielkę literatury – Jolantę Budzyńską, program
o Shakespeare’em w czasach popkultury ilustrowany
fragmentami filmu Tytus Andronikus oraz animacjami przygotowanymi przez uczniów bielskiego Plastyka.
Dzień trzeci opowiadał o „Artysty dialogu ze sztuką i światem”. Kolejny gość – światowej sławy rzeźbiarz
Bronisław Krzysztof mówił o swojej pracy, projektach
i metodzie rzeźby tworzonej metodą traconego wosku.
O jego dialogu ze światem dowiedzieliśmy się sporo z filmu Mój manifest.
Pozostała część programu związana była z teatrem,
który przywołuje pamięć o miejscach i ludziach. Nie
mogło zabraknąć zatem Tadeusza Kantora i jego „teatru
śmierci”, Umarłej klasy i Naszej klasy Tadeusza Słobodzianka, dramatu nagrodzonego w 2010 roku literacką
nagrodą Nike. Wykłady Janusza Legonia i Magdaleny
Pawłowskiej były wprowadzeniem do panelu – dyskusji o polskiej duszy w kontekście dramatu Słobodzianka i książki Anny Bikont My z Jedwabnego. Gośćmi panelu byli: ks. bp Paweł Anweiler, historycy Jacek Szpak
i Adam Kazała, teatrolog Janusz Legoń oraz dramaturg
Artur Pałyga.
Dzień trzeci zbiegł się z 69. rocznicą wybuchu powstania w getcie warszawskim.
Dopełnieniem tego dnia był warsztat teatralny na
motywach prozy Izaaka Singera.
Miejscownik – o kim? o czym? rozmawiano
O młodych zdolnych, o laureatach konkursów. Rozdano nagrody za udział w konkursach: na recenzję z wystawy prac uczniów prof. L. Tarasewicza, fotograficznym
„Kultura da się lubić” (pod patronatem Fundacji Centrum Fotografii), na logo (patronował mu dyrektor IV
LO). Doceniono również uczniów najbardziej zaangażowanych w realizację projektu.
Wołacz – o uczniowie, udało się!!!
Nowe przedsięwzięcia, zwłaszcza zrobione od razu
z takim rozmachem, wymagają od twórców odrobiny
szaleństwa i wiele odwagi. Uczniowski Kongres Kultury rzucony na głęboką wodę na całe szczęście od razu
się wynurzył i popłynął pełną parą, odstawiając po trzydniowym rejsie transkulturowym uczniów zachłyśniętych nową wiedzą z powrotem, niestety, w mury szkolne.
Pozostaje już tylko trzymać kciuki za nową edycję.
Na razie jednak idę sobie poczytać Transatlantyk Gombrowicza, w końcu to też zadziwiająca opowieść o rejsie.
IV Liceum Ogólnokształcące im. Komisji Edukacji Narodowej w Bielsku-Białej: Uczniowski Kongres Kultury, 17–19
kwietnia 2012.
I n t e r p r e t a c j e
Fragmenty recenzji uczniowskich
Katarzyna Becker
Wernisaż Rozstanie
Z czym kojarzy nam się rozstanie? Jest to nic innego jak utrata kogoś bliskiego, zerwanie więzi. Właśnie
tak zatytułowana jest wystawa prac studentów Akademii Sztuk Pięknych, którzy obronili dyplom, rozstając
się tym samym ze swym mistrzem i mentorem – Leonem
Tarasewiczem. Ten bez wątpienia wielki polski artysta
pielęgnował w swych podopiecznych poczucie jednostkowości i dodawał odwagi w kroczeniu własną ścieżką
malarską, co nie jest tak łatwe, jakby się mogło wydawać.
Zresztą, jak mówi sam Tarasewicz, szkoły plastyczne zabijają w człowieku indywidualizm. Wystawa Rozstanie
w Galerii Bielskiej BWA ukazuje sześcioro różnorodnych
artystów, którzy pod okiem swojego profesora zdołali
obronić się przed utratą wyobraźni.
Wernisaż nie ogranicza się jedynie do obrazów.
Pierwsze, co przykuwa uwagę zaraz po wejściu na salę,
to kolumny. Pomalowane w żółto-czerwone pasy są odniesieniem do kolumn w dawnej synagodze, na której
ruinach powstał budynek bielskiej galerii. Są one symbolem wiary, pamięci i różnorodności. Zalewają je kolorowe farby – tak jak nowe zalewa stare. Użycie perspektywy daje ciekawy efekt stopniowego zalewania, co widać,
kiedy patrzy się na rząd kolumn od wejścia. Wykorzystanie słupów jako elementu wystawy było pomysłem Zuzanny Ziółkowskiej, jednej z bardziej barwnych postaci, których prace zawisły na ścianach galerii. Artystkę
najbardziej interesuje zagadnienie pamięci, wpływ otoczenia na człowieka oraz emocje, co ukazuje na swych
obrazach. Każdy z nich jest także próbą odnalezienia
właściwej formy, dlatego są tak różnorodne i ciekawe.
Inną wartą wspomnienia artystką jest Elżbieta Król.
Tematem jej prac jest labirynt. Abstrakcyjne linie, poczynając od kolorowych, a kończąc na czarno-białych,
są odzwierciedleniem duszy malarki. Unika ona geometrii, aby nadać swoim pracom charakter chaosu. Jednocześnie poprzez tworzenie na planie kwadratu, będącego
R e l a c j e
symbolem ładu, ukazuje,
że zawsze jest z niego wyjście i możliwość powrotu
do uporządkowania. Każdy z labiryntów przedstawia inną historię, dotyczy
innych uczuć. Służą do
uzewnętrznienia siebie, dając tym samym ujście emocjom, zarówno tym negatywnych, jak i pozytywnym.
(...)
Najbardziej prowokacyjnym artystą okazał się Grzegorz Kozera – malarz, który poprzez odzież stara się
opisać zarówno człowieka, jak i jego historię. Jego praca pt. Los Dos może budzić i zapewne w niektórych budzi skrajne uczucia ze względu na dwuznaczny charakter. Z pewnością u wielu młodych odbiorców wywoła
śmiech, tak jak to było w moim przypadku, u starszych
być może zażenowanie. Jednak czyż nie o to właśnie chodzi w sztuce, aby w każdy możliwy sposób zainteresować i skłonić do refleksji?
Moim zdaniem większość dzieł na wystawie spełnia
to zadanie. Żadnego z artystów nie można nazwać szablonowym. Każdy z nich jest indywidualny i być może
dlatego wernisaż okazał się tak dużym, w mojej opinii,
sukcesem. W czasach, gdy malarstwo zanika, ustępując
trójwymiarowemu przedstawianiu świata oraz postępowi technicznemu, tj. komputerom i aparatom fotograficznym, pocieszający jest fakt, że są ludzie, którzy wybierają trudniejszą ścieżkę i kontynuują tak ważną formę
sztuki. Jest to jedna z tych wystaw, które naprawdę warto zobaczyć, gdyż ukazuje wytrwałość, pomysłowość,
a co najważniejsze – indywidualizm i odwagę młodych
twórców w dążeniu własną drogą.
Grzegorz Kozera, Los Dos,
akryl, płótno
Krzysztof Morcinek
Katarzyna Becker
– uczennica bielskiego
LO im. Mikołaja Reja.
I n t e r p r e t a c j e
31
Dominika Wandzel
Barwne rozstanie
32
(...)
Wystawa Rozstanie jest prezentacją piętnastu prac
dyplomowych szóstki absolwentów pracowni profesora
Leona Tarasewicza w warszawskiej ASP. Sześcioro artystów, sześć zupełnie różnych stylów, sześć odmiennych
spojrzeń na otaczającą nas rzeczywistość, jedna pracownia i jeden mistrz, którego niepowtarzalny sposób przedstawiania swoich myśli za pomocą barw, jak Tarasewicz
definiuje malarstwo, oraz niezwykła osobowość pozostawiły piętno w twórczości każdego z uczniów.
Pierwsze skojarzenie z warsztatem pana Tarasewicza jakie nasunęło mi się podczas oglądania obrazów na
wernisażu? Kolor. Niesamowita różnorodność kolorów,
nasycenie barw sprawiające, że prace stają się niezwykle
wyraziste, pełne życia i ciepła. Inną cechą wiążącą malarstwo dyplomatów ze stylem mistrza jest precyzja. Widać ją najlepiej w dziełach Aleksandry Kowalczyk, wykonanych z mistrzowską wręcz dokładnością, ale także
w obrazach Elżbiety Król, której abstrakcyjne kompozycje najbardziej kojarzą się z malowanymi przez Leona
Tarasewicza „paskami”, będącymi w rzeczywistości niesamowicie misternymi przedstawieniami odbieranej rzeczywistości i odczuć artysty. (...)
Obraz Skrawki Zuzanny Ziółkowskiej nie od razu
przykuł moją uwagę, początkowo wydał mi się wręcz
banalny zarówno w formie, jak i w treści, ale gdy poszłam do Galerii kolejny raz, by przyjrzeć się wystawie,
zmieniłam zdanie. Jest to stosunkowo duże płótno, naciągnięte na blejtram, o wymiarach 185 x 135 cm, malowane akrylem. W centralnej części można na nim dostrzec zarys ludzkiej sylwetki – głowę, ramiona i tułów,
na wyrazistym, niebieskim tle. Kontur postaci na obrazie wypełniony jest licznymi plamami w różnych kolorach i kształtach. Tym, co według mnie najbardziej
w obrazie oddziałuje na widza, jest właśnie niezwykła
gra barw, nasycenie i kontrast pomiędzy zestawionymi
ze sobą kolorami zimnymi i ciepłymi. Nie mieszają się
ze sobą, można je bez problemu rozróżnić, wyodrębnić
każdą plamę innej barwy, co sprawia, że człowiek przedstawiony przez artystkę zdaje się składać ze zbioru może
przypadkowych, ale ściśle ze sobą połączonych części –
tytułowych skrawków.
R e l a c j e
Zuzanna Ziółkowska:
Skrawki, akryl, płótno
Krzysztof Morcinek
Mogłoby to nasuwać skojarzenie z układanką czy
puzzlami, gdyby nie fakt, że postać nie jest dokończona, jej dolny kontur zdaje się zlewać, zacierać. Odbieram
ten obraz jako barwną metaforę złożoności człowieka,
ludzkiej psychiki, myśli, odczuć, ciała, osobowości, której nie da się do końca zamknąć w określonej formie, na
co wskazuje choćby niedokończenie sylwetki. Indywidualizm, niepowtarzalność i życie mogą być prezentowane przez mocne, wyraziste barwy, a jednolite, chłodne,
błękitne tło obrazuje otoczenie, rzeczywistość, w której
funkcjonuje każdy człowiek. (...)
To właśnie kolor jest elementem najbardziej oddziałującym na mnie na tej wystawie, która jest niezwykle
barwnym, nie tylko pod względem kolorystyki, ale i tematyki, stylu czy wykonania zakończeniem nauki u profesora Leona Tarasewicza. Prezentowane obrazy nie są,
jak mi się początkowo wydawało, serią kompletnie pozbawionych treści wytworów, lecz bardzo ciekawymi
pod względem różnorodnej tematyki dziełami sztuki. Zachwycają również wykonaniem, czy to w realistycznych przedstawieniach Radosława Jastrzębskiego
urzekających grą światła, czy w dość kontrowersyjnych
pracach Grzegorza Kozery przyciągających uwagę niepowtarzalnym stylem, czy wyrazistych obrazach Justyny Kisielewicz, mocno oddziałujących na widza kolorem i bogatą kompozycją.
(...)
Galeria Bielska BWA w Bielsku-Białej: Rozstanie. Dyplomanci pracowni Leona Tarasewicza i Pawła Susida, 31 marca – 22
kwietnia 2012; uczestnicy wystawy: Radosław Jastrzębski, Justyna Kisielewicz, Aleksandra Kowalczyk, Grzegorz Kozera,
Elżbieta Król, Zuzanna Ziółkowska.
Obie recenzje zostały nagrodzone w konkursie.
Dominika Wandzel
– uczennica bielskiego
LO im. KEN.
I n t e r p r e t a c j e
Agata Chyla
Oczy, które patrzą...
Kunsthistorisches Museum, Wiedeń, sala numer 10
– oczy zwiedzających utkwione w dziełach Pietera Bruegla. Wieża Babel, Walka karnawału z postem, Zabawy
dziecięce, Powrót stada, Droga na Kalwarię*. Trwa wędrówka widza pośród wielu obrazów szesnastowiecznego holenderskiego malarza. Oczy wodzą po starych
płótnach, patrzą, podziwiają, ale czy widzą, rozumieją?
Czy starają się zrozumieć? Dotrzeć do historii kryjącej
się za pejzażem? Dwie pary oczu z XX wieku popatrzyły zza okularów na twórczość Bruegla z ponadprzeciętnym zainteresowaniem i dostrzegły, że w te obrazy można „wejść”, poruszać się między przedstawionymi na nich
ludźmi i ukazać za ich pomocą inne, nowe historie. Lech
Majewski i Piotr Szulkin, filmowi reżyserzy o malarskiej
wyobraźni, wykorzystali w swoich filmach Młyn i krzyż
(2011) oraz Oczy uroczne (1976) na dwa różne sposoby
sztukę holenderskiego mistrza. (...)
Widziane okiem malarza
Lech Majewski zaczynał jako malarz, co widać w sposobie komponowania kadrów. Dialog jest tu zaledwie
szczątkową formą komunikacji. Film w jego reżyserii
jest jakby inną formą malarstwa, w której autor próbuje
zatrzymać czas i przestrzeń, uchwycić moment. Dlatego centralnym punktem Młyna i krzyża jest scena, gdy
postaci powoli nieruchomieją, a kamera wędruje między
nimi, od twarzy do twarzy, wchodząc w ich historie. Kolorystyka, pejzaż, sceneria czy kostiumy są niemal idealnym odwzorowaniem obrazu będącego inspiracją, dzięki
wykorzystaniu technologii CGI (obrazów generowanych
komputerowo). Aktorzy grali na tzw. blue screenie, czyli
niebieskim tle, do którego później graficy dodawali nałożone na siebie zdjęcia krajobrazów (np. z Jury Krakowsko-Częstochowskiej, przypominające te namalowane
przez flandryjskiego mistrza) oraz fragmenty doskonałych laserowych kopii obrazów Bruegla, do których Majewski uzyskał dostęp w wiedeńskim muzeum. Mamy
więc do czynienia z analizą obrazu ujętą w ramach fabularnego filmu, który podsumował Rutger Hauer słowami: Gdy zgodziłem się wystąpić u Lecha Majewskiego, udało mi się wejść w oczy reżysera. Mam nadzieję, że
Państwu również uda się spojrzeć na sztukę jego oczami.
R e l a c j e
Dawno temu w PRL-u...
Stacja telewizyjna, Polska Rzeczpospolita Ludowa,
1976 rok. Na pokazach debiutancki film średniometrażowy Piotra Szulkina (...) Oczy uroczne, który rok później otrzymuje Nagrodę Główną na festiwalu filmów
fantastycznych w Trieście. Potem reżyser zdobywa sławę
w kraju jako twórca autorskich filmów z gatunku science
fiction (...). Nie jest jednak autorem mainstreamowym,
mieszka i tworzy w PRL-u, używa tradycyjnych metod
kręcenia, przez co nie dociera do szerokiej publiczności,
a w roku 2011, gdy na ekrany kin oraz do zbiorów muzeów na całym świecie trafia Młyn i krzyż (okrzyczany
przez krytyków „objawieniem” i „przełomem”), nikt nie
pamięta lub nie wie, że Oczy uroczne już w pierwszej scenie nawiązują do stylistyki obrazów Bruegla.
Film oparty jest na średniowiecznej legendzie o przerażającym Panu i ciążącej na nim klątwie „urocznych
oczu”, których spojrzenie może sprowadzić natychmiastową śmierć. (...) Historia nie ma jednak tradycyjnie rozumianej narracji, fabuła opiera się na grze swobodnych
skojarzeń wizualnych. Nie znajdziemy tutaj ani jednego
dialogu, przez opowieść prowadzą nas chóralne śpiewy lub
melorecytacje stylizowane na ludowe śpiewki, dzięki czemu widz może skupić uwagę na malarskich kadrach. Pojawia się np. scena przedstawiająca pracujących chłopów
„zrobiona” w sposób ewidentnie brueglowski. W zwolnionym tempie widzimy obrazy płaskie, ze złamaną perspektywą, tak aby móc w jednej przestrzeni dużo zawrzeć:
parę rzędów statycznych ludzi, wykonujących umowne
ruchy, którzy są wtopieni w tło (...). Ten charakterystyczny sposób płaskiego wypełnienia kadru niewielkimi postaciami ewidentnie wskazuje na twórczość Pietera Bruegla (...). W ogóle cała sceneria przypomina krajobrazy
z Drogi na Kalwarię (zupełnie jak później u Majewskiego), gdyż akcja toczy się pośród białych, samotnych skał
Jury Krakowsko-Częstochowskiej, a zamek Pana jest jakby żywcem wyjęty gdzieś z drugiego planu obrazów flandryjskiego mistrza. Z kolei zmiana kolorystyki (zdjęcia
w sepii) i spowolnienie ruchu sugerują, że obraz widziany jest z punktu widzenia nieobecnego obserwatora – zupełnie jakbyśmy ponownie stali w sali wiedeńskiego Kunsthistorisches Museum.
(...) Mimo ogromnych różnic w sposobie przedstawienia Brueglowskich obrazów w filmach Oczy uroczne oraz Młyn i krzyż, możemy dostrzec w nich tę samą
wrażliwość reżyserów związanych ściśle z malarstwem,
przez co oba dzieła odkrywają przed nami świat urzekający sugestywnością plastycznej wizji.
* Wł. Droga krzyżowa.
I n t e r p r e t a c j e
33
ROZMAITOŚCI
Carole Benzaken, Megillah-ben-Adam, 2011,
instalacja
Archiwum Galerii Bielskiej BWA
7
S
aviv, saviv (Wokół, wokół) to tytuł wystawy
(22.02–25.03, Galeria Bielska BWA) Carole Benzaken, mieszkającej w Paryżu. Została przygotowana specjalnie dla Bielska-Białej. Artystka odwiedziła
miasto w 2009 roku. Odkrycie, że tutejsza galeria
sztuki powstała na zgliszczach synagogi, którą we
wrześniu 1939 roku zburzyli hitlerowcy, podziałało
jak wyzwanie. Multimedialny projekt nawiązuje do
starotestamentowego proroctwa Ezechiela mówiącego o przejściu przez dolinę śmierci i o zmartwychwstaniu. Znaleźć się tuż nad przepaścią, tak blisko
tego, czego znieść się nie da – musiałam wrócić,
żeby sfilmować, opracować tę wystawę, obok
otwierającej się otchłani. Wrócić i zakończyć podróż
na Auschwitz-Birkenau – notowała podczas pobytu
w Bielsku-Białej Carole Benzaken. W październiku
2011 roku pierwszą ekspozycję związaną z bielskim projektem zaprezentowała w Muzeum Sztuki
i Historii Judaizmu w Paryżu. W Galerii Bielskiej
BWA nastąpiła odsłona obejmująca m.in. ponad
30-metrową wstęgę z wybranymi cytatami z księgi
Ezechiela Megillah-ben-Adam, prace malarskie Od
drzwi do drzwi, Strange Fruit oraz prace na papierze.
Carole Benzaken (ur. 1964, Grenoble) jest absolwentką Supérieur d’Arts Plastiques i École Nationale
Supérieure des Beaux Arts (1990), laureatką m.in.
nagrody Marcela Duchampa (2004). Wystawiała w Musée National d’Art Moderne w Paryżu
i w MoMA w Nowym Jorku. Jest ważną postacią
europejskiej sceny artystycznej. Ekspozycja Saviv, saviv, której organizatorem jest Ars Cameralis Silesiae
Superioris w Katowicach, powstała we współpracy
z Galerią Bielską BWA, paryskim Muzeum Sztuki
i Historii Judaizmu oraz Galerią Nathalie Obadia,
Paris/Bruxelles.
34
R e l a c j e
marca 30-lecie świętowała Bielska Orkiestra
Kameralna Bielskiego Centrum Kultury. Powstała
w 1982 roku w ówczesnym Wojewódzkim Domu
Kultury. Jej pierwszym szefem był dyrygent i kompozytor Tadeusz Kocyba, a od kilkunastu lat jest nim
altowiolista Witold Szulakowski. Tworzy ją grono
profesjonalnych muzyków, wychowanków bielskiej
szkoły muzycznej, na co dzień pracujących m.in.
w Orkiestrze Filharmonii Śląskiej czy Narodowej
Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. BOK koncertuje w Domu Muzyki, a także
w obiektach sakralnych miasta. Ma zróżnicowany
repertuar – od muzyki baroku do współczesnej,
a także utwory popularne i rozrywkowe. Podczas
wielkich imprez, jak np. Festiwal Kompozytorów
Polskich, kiedy partytura wymaga zwiększonej
obsady, przyjmuje nazwę Bielskiej Orkiestry Festiwalowej. Z BOK stale współpracują lub współpracowali
jako dyrygenci m.in. Mirosław Jacek Błaszczyk, Jerzy
Salwarowski, Kazimierz Kryza. Występowała także
pod batutą Sławomira Chrzanowskiego, Krzesimira
Dębskiego, Andrzeja Marki czy Andrzeja Zubka i in.
W koncertach biorą udział wybitni polscy soliści,
tak śpiewacy, jak i instrumentaliści – w jubileuszowym zagrali Leszek Możdżer i Krzysztof Jakowicz.
Orkiestra koncertowała w wielu miastach Polski,
a także za granicą (Słowacja, Czechy, Niemcy,
Włochy, Holandia), wykonując głównie muzykę
kompozytorów polskich.
osoby patronów (św. Maksymilian, św. Jan Kanty,
św. Jan Sarkander), a także fakt, że mamy na tym
terenie inne wyznania, przede wszystkim Kościół
ewangelicko-augsburski, zatem ekumenizm jest tu
na miarę świadectwa wiary. Jest takim elementem
z pewnością i to, że z terytorium diecezji bielsko-żywieckiej pochodził Jan Paweł II. Na drugą część
obchodów złożyły się dwa wykłady (bpa Piotra
Gregera o nauczaniu Biskupa Bielsko-Żywieckiego
w odniesieniu do świętych tej ziemi i ks. prof.
Edwarda Stańka o dynamizmie wiary) oraz koncert
Chóru Akademii Techniczno-Humanistycznej pod
dyrekcją Jana Borowskiego – i było to efektowne
zwieńczenie jubileuszu (świetne opracowania,
znakomite wykonanie, różnorodność, począwszy
od muzyki sakralnej, przez utwory folklorystyczne,
po szlagiery muzyki rozrywkowej).
K
ontynuacje. Rodzina Januszewskich to pierwsza
z cyklu wystaw zrealizowanych przez Fundację
Kuźnia Sztuki z Żywca. Projekt „Kontynuacje – wystawa dorobku artystycznego twórców powiatu
żywieckiego” (dofinansowany przez Starostwo
Zdzisław Marian Januszewski: projekt rzeźby
Archiwum Kuźni Sztuki
D
iecezja bielsko-żywiecka powstała z wydzielonych terenów archidiecezji krakowskiej i diecezji
katowickiej na mocy bulli Totus Tuus Poloniae
Populus papieża Jana Pawła II z 25 marca 1992
roku. U podstaw powstania kilkunastu nowych
diecezji i nowych metropolii znalazło się dążenie
do tego, by Kościół mógł być bliżej wiernych.
Biskupem ordynariuszem diecezji został ks. prałat
Tadeusz Rakoczy. Od tego momentu minęło 20
lat. Jubileuszowe uroczystości odbyły się 24 marca. Rozpoczęły się Mszą św. w bielskiej katedrze.
W homilii bp ordynariusz przywoływał elementy
budujące tożsamość kościoła lokalnego, m.in.
I n t e r p r e t a c j e
Powiatowe) jest próbą pokazania dokonań żywieckich artystów, począwszy od XVIII wieku do
chwili obecnej.
Artystyczne tradycje rodziny rozpoczyna pochodzący z Kresów Wschodnich Stefan Rola-Januszewski
(1897–1980) – związany z Żywcem od 1931 roku,
nauczyciel, żołnierz kampanii wrześniowej i Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich (po wojnie
pozostał na emigracji). Pokazano jego akwarele z widokiem m.in. żywieckiego kościoła pw. Narodzenia
NMP czy Babiej Góry. Na wystawie znalazły się też
prace synów: Jerzego (1928–1993; absolwenta ASP
w Krakowie, szefa teatralnych pracowni malarskich
i dekoracyjnych m.in. Groteski w Krakowie, Guliwera i Teatru Wielkiego w Warszawie oraz Telewizji
Polskiej) i Zdzisława Mariana (ur. 1931; absolwenta
Liceum Technik Plastycznych w Bielsku-Białej i ASP
w Krakowie; nauczyciela m.in. w bielskim Plastyku).
Prace pierwszego to ciekawe akty kobiece i męskie
wykonane śmiałą kreską, przypominające erotyczne
rysunki Jerzego Nowosielskiego. Twórczość Zdzisława Mariana prezentują grafiki, formy rzeźbiarskie
wykonane z drewna i blachy miedzianej, projekty
materiałów reklamowych Festiwalu Folkloru Górali
Polskich. Najmłodszą przedstawicielką rodziny jest
Małgorzata Gabryel, córka Zdzisława, absolwentka
PLSP w Bielsku-Białej oraz Uniwersytetu Śląskiego.
Uprawia rzeźbę ceramiczną.
W galerii Towarzystwa Miłośników Ziemi Żywieckiej
wystawa prezentowana była od 30.03 do 30.04,
od 15.05 do 15.06 można ją oglądać w Bibliotece
Publicznej w Wilkowicach, a w sierpniu w Galerii
Sztuki Zamek w Suchej Beskidzkiej.
F
estiwal „Sacrum in Musica” odbywał się od 16
do 19 kwietnia. 17.04 koncert w Bielskim Centrum Kultury (główny organizator) dali Finkelshtein
Baruh ben Yankel – wielki kantor w Petersburgu
i Moskwie – z męskim chórem Zimrah z synagogi
w Moskwie. W kilku utworach towarzyszył im
zespół klezmerski Yosef-Kapelye z Moskwy. B. Finkelshtein ponad 15 lat występował na deskach
teatrów operowych. Potem został kantorem.
Zdobył międzynarodowe uznanie, nagrał kilka
płyt. Prowadzi działalność społeczną w Gminie
Żydowskiej Petersburga, uczy śpiewu kantoralnego
(Wilno, Moskwa, Mińsk, Petersburg, USA, Izrael).
Wykłada w Konserwatorium Petersburskim. Zimrah to niejako następca chóru, który istniał przed
1917 rokiem. Odrodził się po pieriestrojce (1990).
W repertuarze ma fragmenty żydowskiej liturgii,
a także rosyjski i żydowski folklor, również utwory
światowej klasyki. W jego brzmieniu bez trudu daje
się usłyszeć najlepsze tradycje rosyjskiego śpiewu
chóralnego. Koncertuje na całym świecie, bierze
udział w festiwalach. W szabat i z okazji świąt
uczestniczy w nabożeństwach w synagodze moskiewskiej lub w synagogach Europy czy Ameryki.
Pozostałe koncerty festiwalowe dali: Bielska Orkiestra Festiwalowa, chór Resonans Con Tutti z Zabrza,
Alicja Majewska i Marek Bałata (pieśni sakralne
z muzyką Włodzimierza Korcza), Valaam Closter
Chants z Petersburga (muzyka starocerkiewna)
oraz The Adventist Vocal Ense z Londynu (gospel).
Różnorodność i wyśmienite wykonawstwo są za
każdym razem gwarantem niezwykłych przeżyć dla
publiczności uczestniczącej w festiwalu.
(oprac. ms)
Jerzy Januszewski – grafika
Archiwum Kuźni Sztuki
R e l a c j e
Aleksander Dyl
31
marca zmarł Kazimierz Pietraszko z Buczkowic (ur. 1924), artysta nieprofesjonalny.
Z zawodu cieśla, m.in. współtwórca kościoła na
Górce w Szczyrku. Rzeźbić zaczął stosunkowo późno (lata 70. XX wieku), co było wotum wdzięczności
wobec Boga za dwukrotne ocalenie od śmierci
jeszcze w czasie wojny i podczas dwukrotnego
zawału serca. Jego twórczość oscyluje wokół tematyki religijnej. Najczęściej jest to Chrystus Król
lub też frasobliwy, ukoronowany cierniem, upadający pod krzyżem, a także postacie biblijne ze
Starego i Nowego Testamentu, których żywoty
poznawał bardzo dokładnie, w szczegółach często
obecnych w rzeźbach. Smukłe, wykonane długimi
pociągnięciami nożyka czy dłuta, zazwyczaj jedynie
lakierowane, rzadko malowane (fragmenty). Pracował w lipie, klonie, świerku, jabłoni, brzozie. Od
niedawna uczestniczył w konkursach. Swoich prac
raczej nie sprzedawał (jedynie komuś podarował),
można je za to oglądać w kościołach (m.in. Buczkowice, Łodygowice, Rycerka Dolna, Kraków – kościół
św. Anny). Jest również twórcą przydrożnych krzyży
i kapliczek, w tym milenijnej w pobliżu własnego
domu. W 2007 roku mogliśmy podziwiać jego rzadko oglądane prace na wystawie Nestorzy beskidzkiej rzeźby ludowej w Galerii Sztuki Regionalnego
Ośrodka Kultury w Bielsku-Białej, wraz z twórczością
Józefa Hulki i Antoniego Mazura.
I n t e r p r e t a c j e
35
REKOMENDACJE
BIELSKO-BIAŁA
13. Ogólnopolski Festiwal Piosenki Aktorskiej
dla Dzieci i Młodzieży „Śpiewanko”
14–15 czerwca, Dom Kultury w Hałcnowie
Informacje: MDK – Dom Kultury w Hałcnowie,
ul. Siostry Małgorzaty Szewczyk 1,
tel. 33-816-23-28, www.mdk.beskidy.pl,
[email protected]
CIESZYN
2. Międzynarodowy Tydzień Czytania Dzieciom
– 5. Międzynarodowy Festiwal Czytania nad Olzą
2–7 czerwca, Biblioteka Miejska w Cieszynie
Informacje: Biblioteka Miejska, ul. Głęboka 15,
tel. 33-852-07-10, www.biblioteka.cieszyn.pl,
[email protected]
23. Międzynarodowy Festiwal Teatralny
„Bez Granic”
7–10 czerwca, Cieszyn, Czeski Cieszyn, Ostrawa
Informacje: Biuro Fe­sti­wa­lo­we, ul. Men­ni­cza 20,
tel. 509-138-409, www.borderfestival.eu,
[email protected]­der­fe­sti­val.eu
ŻORY
6. Festiwal Twórczości Religijnej „Fide et Amore”
3 sierpnia – 28 września, żorskie świątynie
Informacje: Miejski Ośrodek Kultury,
ul. Dolne Przedmieście 1, tel. 32-434-24-36,
www.mok.zory.pl, [email protected]
ŻYWIEC
Wakacje ze Śrubką
2–30 lipca, Klub Śrubka
Informacje: Klub Śrubka, ul. Grunwaldzka 13,
tel. 33-475-07-93, www.srubka.zywiec.org.pl,
[email protected]
2 5 . M i ę dzynarodowy
S t u dencki F estiwal
F olklorystyczny
25 sierpnia – 2 września, Bytom, Cieszyn,
Koszęcin, Katowice, Ustroń, Zabrze, Żory
Informacje: Stowarzyszenie Kultury i Folkloru
Ziem Polskich Patria, Katowice, ul. Bankowa 12,
tel. 32-359-19-49, festiwal.us.edu.pl,
[email protected]
4 9 . T ydzie ń K u lt u ry
B eskidzkie j
28 lipca – 5 sierpnia, Wisła, Szczyrk, Żywiec,
Maków Podhalański, Oświęcim, Istebna, Ujsoły,
Jabłonków
w tym:
43. Festiwal Folkloru Górali Polskich w Żywcu
23. Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne
w Wiśle
65. Gorolski Święto w Jabłonkowie
18. Festyn Istebniański w Istebnej,
34. Wawrzyńcowe Hudy w Ujsołach
Informacje: Regionalny Ośrodek Kultury
w Bielsku-Białej, ul. 1 Maja 8, tel. 33-812-69-08,
www.rok.bielsko.pl, www.tkb.art.pl
Więcej informacji o imprezach
w województwie ­śląskim na stronie:
silesiakultura.pl
Dzień otwarty Muzeum Drukarstwa
9 czerwca
Informacje: Muzeum Drukarstwa, ul. Głęboka 50,
tel. 33-851-16-30, www.muzeumdrukarstwa.eu,
[email protected]
MILÓWKA
Przegląd Piosenki Religijnej
2–3 czerwca, stadion LKS
Informacje: Gminny Ośrodek Kultury,
ul. Dworcowa 1, tel. 33-863-73-99,
www.milowka.pl, [email protected]
WISŁA
25. Wojewódzki Przegląd Dziecięcych Zespołów
Folklorystycznych
9–10 czerwca, amfiteatr im. Stanisława Hadyny
Informacje: Regionalny Ośrodek Kultury,
ul. 1 Maja 8, tel. 33-812-69-08,
www.rok.bielsko.pl, [email protected]
Agata Tomiczek-Wołonciej
36
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
GALERIA
Kazimierz Wilczyński, Monika Kałuża
malarstwo
rysunek
Kazimierz Wilczyński:
Żółty anioł, olej, płótno, 1971
(wł. Regionalny Ośrodek Kultury
w Bielsku-Białej)
Monika Kałuża:
Funchal, akryl, piórko, 2011
Zatoka Camara de Lobos, akryl, 2011
Gody, pastel, akryl, piórko, 2010
Kazimierz Wilczyński:
Wiosna, rysunek piórkiem, 1977 (wł. Lucyna Szulc)
Zima, rysunek piórkiem, 1977 (wł. Lucyna Szulc)
Aleksander Dyl

Podobne dokumenty