na siodełku. Oni udowadniają, że na rowerze

Komentarze

Transkrypt

na siodełku. Oni udowadniają, że na rowerze
GOŚĆ KOSZALIŃSKO-KOŁOBRZESKI
IV
Miny zamiast zbóż
tekst
JUSTYNA TYLMAN
[email protected]
Z
najomi pytają, dlaczego wciąż jeżdżę i nigdy
nie mam dość. A mnie
podobają się ten wysiłek,
który trzeba włożyć w dojechanie
do danego miejsca, oraz satysfakcja, że znowu przejechałem całą
trasę o własnych siłach – mówi
Wojciech Choszcz, ósmy raz
na wyprawie rowerowej.
Dobra dusza
GOŚĆ NIEDZIELNY 2 WRZEŚNIA 2012
– Pierwszy rower zdobyłem
za pieniądze zarobione w czasie
kolędy. Rodzice zdziwili się, kiedy
w domu pochwaliłem się „nową”,
kupioną od kolegi, kolarzówką –
wspomina ks. Mariusz Ambroziewicz, organizator rowerowych wyjazdów. Zanim wybrał się na podbój
krajów Europy, wsiadał na rower
z kolegami ministrantami. – Moja
pierwsza wyprawa liczyła 11 km
w każdą stronę, pojechaliśmy z Kołobrzegu do Dźwirzyna. To była rewelacja – śmieje się.
Z czasem pokonywali coraz
dłuższe odcinki, nawet do 100
km. – Nie było internetu ani gier
komputerowych. Wspólne wyjazdy, gra w piłkę, zimą basen,
a latem kąpiele w morzu – to był
nasz sposób na spędzanie wolnego
czasu – mówi.
Miał 18 lat, gdy powiedział rodzicom, że chce objechać Polskę.
– Stwierdzili, że oszalałem – wspomina. Pojechał. Wspólnie z kolegą
zrobili 1700 km.
Kiedy po maturze przyszła
myśl o wstąpieniu do seminarium,
potrzebował czasu na spokojne
przemyślnie decyzji. Zdecydował,
że odwiedzi Monachium, bo na rowerze myśli się najlepiej. – Jadąc,
można się wewnętrznie wyciszyć
i skupić na konkretnych sprawach.
To bardzo pomaga w pokonaniu
bólu i zmęczenia. Kilometry też
szybciej mijają – przekonuje.
W seminarium poznał innego
rowerowego szaleńca – ks. Krzysztofa Kowala, od którego przejął
zwyczaj podróżowania z młodzieżą po świecie. – Na pierwszy
wspólny, wieloosobowy wyjazd
ZDJĘCIA MARIUSZ AMBROZIEWICZ
PASJONACI. Jedenaście dni jazdy
z Koszalina do Kotoru w Czarnogórze.
Prawie dwa tysiące kilometrów
na siodełku. Oni udowadniają,
że na rowerze można dotrzeć wszędzie.
Zawierzają Bogu i sile własnych mięśni.
Cel osiągnięty! Czarnogóra zdobyta! 1900 km przejechanych na
rowerowym siodełku, to wyczyn tylko dla najwytrwalszych
PONIŻEJ LEWO: Asfalt na którym można się położyć i odpocząć.
Wszyscy zgodnie twierdzili, że nie ma nic lepszego
PONIŻEJ PRAWO: Poranna toaleta na świeżym powietrzu i namiot
zamiast hotelowego pokoju-to realia rowerowych wypraw
wybraliśmy się do Afryki, pokonując dystans 5 tys. km. Była
to szkoła dzielenia się pasją z innymi i nauka, że każdy w grupie
musi mieć wyznaczone obowiązki,
bo nie da się zrobić wszystkiego samemu – wspomina. Jego rolą było
dbanie o rowery – był mechani-
GOŚĆ KOSZALIŃSKO-KOŁOBRZESKI
V
ż
na rowerze. – Nakręcił nas na wakacje na siodełku. Mówił, że takiego wyjazdu nie da się z niczym
porównać, i miał rację – wspomina Darek. Na swoją pierwszą
wyprawę wybrał się, mając 16 lat.
Przejechał wtedy 1650 km. – Do La
Salette dojechałem na pożyczonym
rowerze, ale o własnych siłach –
śmieje się. Chociaż na rowerowe
wyjazdy najczęściej wybierają się
ministranci, jechać może każdy.
– Wielokrotnie jeździły z nami
dziewczyny, które swoją determinacją i świetną kondycją potrafiły
zawstydzić niejednego chłopaka
– mówi ks. Ambroziewicz.
Darek był już na pięciu wyprawach, każdą wspomina z nieukrywanym entuzjazmem. – Można lepiej poznać ludzi i ich zwyczaje.
Nie mamy GPS, więc musimy pytać
o drogę, przez co dużo rozmawiamy z mieszkańcami odwiedzanych
krajów – mówi. Nie zamieniłby tej
formy podróżowania i zwiedzania na żadną inną. – Jadąc samochodem, nie da się tyle zobaczyć,
a człowiek nie boi się czających się
w krzakach węży, bo chroni go blacha – mówi Darek.
kiem. Do dziś uczestnicy wypraw
nie mogą się nadziwić, jak szybko
łata dziurawe dętki.
Dobry rower niezbędny
Tegoroczna, szesnasta już wyprawa wyruszyła na początku
sierpnia. Spod koszalińskiej katedry startowało ośmiu rowerowych zapaleńców. Mieli pokonać
1700 km i tylko raz przekroczyć
magiczną liczbę 200 km na jednym etapie – w rezultacie przekroczyli ją cztery razy. Ale nikt
nie miał pretensji, przyzwyczaili
się, że trasa na papierze zawsze
jest krótsza od tej rzeczywistej.
Celem był Kotor w Czarnogórze.
W ciągu 11 dni odwiedzili siedem państw. Nie wszędzie było
bezpiecznie. – Zadzwoniłem się
swojego kolegi kapelana, który
był na ostatniej misji stabilizacyjnej w Sarajewie. Powiedział,
że dziwi się, że trasa przebiega
przez Bośnię będącą najbardziej
zaminowanym krajem w Europie.
Kiedy pada deszcz, miny wypływają na drogi. Musieliśmy się
bardzo pilnować – przyznaje
ks. Mariusz. Na młodych podróżnikach właśnie Bośnia wywarła
największe wrażenie.
– Tam nadal widać, jak ogromne spustoszenie robi wojna: podziurawione przez kule ściany
domów, przydrożne znaki ostrzegające o zaminowanych polach,
a do tego susza, która doskwiera
ludziom – wspomina Bartek Liptak. Mimo ciężkich warunków
mieszkańcy pozostają życzliwi
i gościnni. – Nie żałowali nam
nawet wody, która jest dla nich
na wagę złota – dodaje.
Chłopak lubi rowerowe wyprawy, bo uczą pokory, lepszej
relacji z Bogiem i drugim człowiekiem. – Gdy pedałujesz przez
prawie osiem godzin w ciągu dnia,
jedynym pragnieniem człowieka
jest krótki odpoczynek, jakiś posiłek i trochę wody, żeby się umyć.
Wszystko inne traci na znaczeniu
– mówi Bartek.
Ks. Mariusz uważa, że pokonywanie kolejnych kilometrów
prowadzi nie tylko do celu na mapie, ale przede wszystkim ma pomóc w umocnieniu wiary. Nie byłoby to możliwe bez codziennej
Eucharystii. W tym roku starali się uczestniczyć w życiu odwiedzanych parafii. Uroczystość
Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny spędzili w Sarajewie,
które w większości zamieszkują
muzułmanie. – Na jednej ulicy
stoją katedra, cerkiew i meczet.
Taka mieszanka kulturowo-religijna nikomu nie przeszkadza
– mówi ks. Mariusz. – W Czarnogórze też nie było problemu,
że jesteśmy katolikami, a oni
są prawosławni. Dialog jest w tych
stronach czymś naturalnym.
Przecież jesteśmy z rzymskiej
cerkwi – przyznaje duszpasterz.
Co roku w głowie ks. Ambroziewicza pojawia się myśl, że dana
wyprawa będzie już ostatnią,
bo pod górę podjeżdża się ciężej
albo nogi bolą bardziej niż kiedyś. Ale zaraz łapie się na tym,
że są przecież miejsca, które warto
zobaczyć. W przyszłym roku planują odwiedzić Gruzję. – To prawie 3 tys. km, więc czasu też będzie trzeba zarezerwować więcej.
Już zaczynam odkładać pieniądze
na ten wyjazd – przyznaje Darek.
‡
2 WRZEŚNIA 2012 GOŚĆ NIEDZIELNY
– Bez odpowiednich rowerów
nie mogliby pokonywać codziennie tylu kilometrów. Nie może
to być popularny góral z supermarketu, bo na takim daleko się
nie zajedzie. – Mówię uczestnikom, jaki mają mieć sprzęt, by potem nie byli rozczarowani, że zepsuty rower nie pozwala pokonać
trasy – mówi ks. Mariusz.
Przyznaje, że uczestnicy rowerowych wypraw zabierają tylko
to, co najpotrzebniejsze. Przed
wyjazdem każdy uczestnik powinien przejechać połowę dystansu,
odwiedzić lekarza i dentystę, żeby
nie narazić kolegów na bankructwo w jakimś drogim kraju, gdyby
wizyta była konieczna.
Darek Pszczoła z Białogardu
jest jednym z tych, których ks. Mariusz namówił do podróżowania
Z rzymskiej cerkwi
Obowiązkowy postój w Częstochowie. Na Jasnej Górze pokłonili
się przed Matką Bożą i prosili o szczęśliwą drogę

Podobne dokumenty