EKSPRESJE t. V - całość publikacji w pliku

Komentarze

Transkrypt

EKSPRESJE t. V - całość publikacji w pliku
Expressions
Wydawnictwo Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą
Publication of the Association of Polish Writers Abroad
Redaktor: Alina Siomkajło (Londyn)
Stale współpracuja: Marek Baterowicz (Sydney)
Włodzimierz Korcz (Warszawa)
Wojciech Ligęza (Kraków)
Andrzej Paluchowski (Lublin)
Joanna Pasterska (Rzeszów)
Janusz Pasterski (Rzeszów)
Adresy korespondencyjne:
[email protected]
19B Dorville Crescent, London W6 0HH
Expressions
Rocznik Literacko-Społeczny
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
za Granicą
Rok 2014
Tom V
Londyn 2015
© Copyright by Stowarzyszenie Pisarzy Polskich za Granicą
Adiustacja, korekta, dystrybucja zagraniczna
Redakcja „Ekspresji”
Na okładce abp Józef Feliks Gawlina.
Fot. udostępniona przez Archiwum Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii
ISBN 978-0-9570833-3-2
Printed in Poland
Korekta erratowa, łamanie, dystrybucja krajowa
Wydawnictwo Test
Bernard Nowak
ul. Skautów 5/18, 20-055 Lublin
tel. 606 359 936; e-mail: [email protected] pl
www.bernard-nowak-wydawnictwo-test.com
Druk: Oprawa Sp. z o.o., 90-019 Łódź, ul. Dowborczyków 17
Za subwencje na fundusz „Ekspresji”
Redakcja i Zarz d Stowarzyszenia serdecznie dzi kuj :
Fundacji Mateusza B. Grabowskiego
Polonia Aid Foundation Trust
oraz indywidualnym Darczy com:
Krystynie i Andrzejowi Belskim
Ninie Janczewskiej
Dorocie Jaworskiej
Elżbiecie Wernik
Ryszardowi M. Żółtanieckiemu
Od redaktora
Nie szukam lepszej formuły, kiedy znajduję doskonałą cudzą.
(W. Borowy, O poezji polskiej w wieku XVIII, 1948, s. 9)
Słuszne nagany rzadko ze złej drogi odwiodą. Sądzeni, mający
deli­katniejsze uczucia, oddają się wyrokowi potomnych i źle pisać nie
przestają, inni prawdziwie szkodliwi, wynajdą zawsze słabszą stronę
publiczności i potrafią ją sobie pozyskać. [...] Zawsze pisarze znajdą
przyjaciół, chwalców, którzy w nich i w znaczną część publiczności fał­
szywe uprzedzenia wmówić potrafią.
(K. Brodziński, O krytyce, w: Pisma estetyczno-krytyczne, t. 1, s. 148)
Zadaniem k r y t y k i je s t w s z y s t ko p o s t aw ić n a w ł a ś­ c i­w y m
m ie js c u i ot wor z yć ok no – pozostawiając resztę światłu i czaso­
wi – nic więcej. Chwalić, ganić, zalecać, stręczyć, poddawać, na­strajać,
przedawać... etc. ... to do krytyki wcale nie należy.
(C. Norwid, [Sztuka okolicznościowa], w: Pisma wszystkie, t. VI, wyd. J. Gomulicki, 1971, s. 538)
Byli niegdyś, pisywali, oddziaływali zbrojni wiedzą i pasją, wierni bezkom­­
promisowej prawdzie krytycy literaccy naszej emigracji, m.in.: Jan Bielato­
wicz, Michał Chmielowiec, Konstanty A. Jeleński, Józef Mackiewicz, Jadwiga
Maurer, Janina Katz Hewetson, Jerzy Stempowski, Tymon Terlecki, Barbara
Toporska, Stefania Zahorska.
Rok 2014
tom V
NAGRODA literacka 2014
Paweł Kądziela – Laureat Nagrody Literackiej Stowarzyszenia
Pisarzy Polskich za Granicą. Fot. Marcin Kiedio
Józef Maria RUSZAR
UKRYTY ZA SWYM DZIEŁEM
Paweł Kądziela należy do tych postaci życia publicznego i intelektu­
alnego w Polsce, które całkowicie chowają się za swoje dzieło, dlatego
aż mnie kusi, aby zacytować kilka zdań na temat kogoś innego – żyją­
cego sześćset lat temu, ale przecież charakteryzującego także bohatera
tego szkicu. W eseju Herberta Piero della Francesca czytamy o ulubio­
nym malarzu Poety:
10
Józef Maria RUSZAR
Co wiemy o jego życiu? Nic, albo prawie nic. Nawet data jego urodzenia
jest niepewna i historycy piszą po gwiazdce 1410-1420. [...] Nie można napi­
sać o nim romansu. Jest tak szczelnie ukryty za swoimi obrazami i freskami,
że niepodobna domyśleć się jego życia osobistego, jego miłości i przyjaźni,
ambicji, gniewu i smutku. Dostąpił najwyższej łaski, jaką darzy artystów roz­
targniona historia, gubiąca dokumenty, zacierająca ślady życia. Jeśli trwa, to
nie dzięki anegdocie o nędzach swego życia, szaleństwach, upadkach i wzlo­
tach. Cały został pochłonięty przez swoje dzieło.
2014 tom V
W tym porównaniu nie ma krzty przesady. W czasach, kiedy naj­
głupsza gwiazdeczka lub marny polityk musi się pławić w sławie „na
fejsiku”, pełniejszego biogramu jednego z najważniejszych animatorów
życia intelektualnego w Polsce nie sposób „wygooglać”. Jeżeli już się
znajdzie jego nazwisko, to tylko w kontekście prowadzenia dzieła jego
życia – Biblioteki „Więzi”. To za nią schował się redaktor, jak Piero za
swymi obrazami.
Łatwiej znaleźć coś na temat jego rodziców.
Geny
Ojciec, Jerzy Kądziela, urodzony w Warszawie w 1927 roku, uczest­
nik Powstania Warszawskiego, zmarł w roku 1984. Podobnie jak jego
syn, całkowicie schował się za swoje dzieło. Był sławnym redaktorem
i komentatorem pism Żeromskiego (w sumie prawie dwadzieścia pozy­
cji książkowych!), w szczególności wydawcą listów i dzienników wiel­
kiego pisarza, jego biografem, a przede wszystkim autorem zasadniczej
pracy Stefan Żeromski 1864-1925. Poradnik bibliograficzny (Biblioteka
Narodowa 1964). Nietrudno zauważyć, jak paralelne są intelektualne
zainteresowania redaktora Biblioteki „Więzi” i zmarłego pracownika
Instytutu Badań Literackich. Syn poszedł w ślady ojca, co łatwo zauwa­
żyć, czytając spis wydanych pozycji, a jego największym dziełem jest
monumentalna praca Twórczość Zbigniewa Herberta. Monografia Bibliograficzna (Warszawa 2009), zresztą dedykowana ojcu i bratu.
Matka pochodzi z rodziny ziemiańskiej, stąd i dłuższa pamięć hi­
storyczna.
Ojciec do nazwiska przywiązywał dużą wagę, pilnował właściwej artyku­
lacji i pisowni, bo mylono i wymawiano „Ziółkowski”. [...] Nosił też na palcu
[...] sygnet z herbem Jastrzębiec. Przeczytałam później, że to jeden z najbar­
dziej popularnych herbów i pieczętowały się nim liczne rody
UKRYTY ZA SWYM DZIEŁEM
11
– zapisze w swojej wspomnieniowej książeczce Teresa Żółkowska-Ką­
dzielowa, ostatnia dziedziczka nazwiska. Po synach – Łukaszu i Paw­
le – nie było jednak znać chęci kontynuowania szlacheckich tradycji.
Bliższa im była tradycja inteligencka, o której tak przenikliwie pisał
Bohdan Cywiński w Rodowodach niepokornych – biblii ówczesnej
młodzieży. Kontrą wobec ziemiańskich tradycji była też socjalistyczna
atmosfera środowiska w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej,
choć przecież i tam nie brakło „bezetów” czyli byłych ziemian. Synom
raczej nie imponowało, że za jednego z Żółkowskich wyszła rodzona
siostra Tadeusza Kościuszki, a i biskupa o tym nazwisku by się znalaz­ło.
Takie parantele raczej nie interesowały Łukasza i Pawła. Woleli śpiewać
„Nigdy z królami nie będziem w aliansach...”, a może i z biskupami?
KIK-owi intelektualiści cenią sobie niezależność, także od kościelnej
hierarchii. Katoliccy intelektualiści mają nawet tendencję do pouczania
biskupów, ale ta maniera akurat nie przeszła na ród Kądzielów. Nie­
mniej jednak Paweł Kądziela odziedziczy portrety prapradziadków.
Taka była ówczesna patriotyczna norma. W styczniu do lasu poszło
trzech starszych synów. „Najmłodszy Kazimierz w chwili wybuchu
zaledwie czternastoletni [...] donosił tylko z ojcem żywność i broń do
oddziału”. Zesłani na Syberię synowie stracili kontakt z rodziną. Jeden
zginął, drugi może i przeżył, ale nie wrócił, bo po odbyciu kary został
wysłany na „posielenije”. Tylko jednemu – Stanisławowi – udało się ja­
koś zatrzymać w Moskwie, i to jako nauczycielowi gry na fortepianie,
a więc w komfortowych warunkach, ale do Polski już nigdy nie wró­
cił. Ostał się więc jedynie ten, który był za mały, aby wyruszyć w pole
– Kazio i jego siostra Celina. Miała po kim nosić czarną suknię prapra­
babcia Pelagia.
Kazimierz ukończył rosyjskie szkoły i powoli piął się po szczeblach
urzędniczej kariery w dziale ubezpieczeń, by znaleźć się w Kielcach
z rangą „radcy dworu” i pensją 750 rubli rocznie. Z tego okresu życia
rodziny Żółkowskich zachowało się sporo informacji w młodzieńczych
NAGRODA literacka 2014
Ludwik Żółkowski jest na nim mężczyzną w sile wieku o pełnej, owalnej
twarzy i wyraźnie zarysowanej łysinie. Ubrany jest na czarno. Być może jest
to mundur, ale na ciemnym tle, z którym się zlewa, trudno to rozeznać. Por­
tret prababci Pelagii Anny jest wyraźniejszy [...] Obok przeważającej czerni
występują [w jej stroju] kolory biały i czerwony. Żałobę narodową zaczęto po­
dobno nosić jeszcze przed powstaniem, po śmierci „pięciu poległych”.
12
Józef Maria RUSZAR
Dziennikach Stefana Żeromskiego, pieczołowicie potem wydawanych
przez Jerzego Kądzielę. Sam pisarz nieco romansował z najmłodszą
córką tego „poczciwego Litwiniska”, jak nazywał ojca panny Celiny.
Żeromski zapisywał swoje afekta w dzienniku, ale nie ożenił się z in­
teligentną, wykształconą i wrażliwą panną, bo nie miała posagu, czyli
była goła jak i on sam. Celina została kimś w rodzaju „siłaczki”, choć
nie jest pewne, czy stanowiła prototyp bohaterki znanego opowiada­
nia. A młody pisarz dobrze się ożenił i wyjechał do Szwajcarii.
Dziadek Pawła Kądzieli, Paweł Żółkowski, miał zainteresowania his­
toryczne, ale silna rusyfikacja Kongresówki nie rokowała, by ewentual­
ny nauczyciel ojczystych dziejów miał jakieś pole do popisu. Na bardziej
praktyczne studia pojechał więc do Wiednia, na tamtejszą politechnikę.
Do Legionów Piłsudskiego się nie zgłosił. W listopadzie 1918 roku był już
w Warszawie i rozbrajał Niemców. Później brał udział w walkach z Ukraiń­
cami o Lwów (miał odznakę Orląt Lwowskich), a w roku 1920 w wojnie bol­
szewickiej
2014 tom V
– pisze o swoim ojcu Teresa z Żółkowskich-Kądzielowa. Jakież to typo­
we dla tamtej generacji! Zostawszy inżynierem (po odzyskaniu przez
Polskę niepodległości pracował w warszawskiej Dyrekcji Wodociągów
i Kanalizacji), tym samym potwierdził swym własnym życiem znany
socjalny schemat ewolucji polskiego ziemiaństwa, które po powstaniu
styczniowym, tracąc majątki, powoli przechodziło w szeregi polskiej
inteligencji. W 1926 w Warszawie urodziła mu się córka Teresa. Paweł
Żółkowski zmarł nagle w 1937 roku, nie doczekawszy katastrofy pol­
skiego państwa. Na nim skończyła się męska linia starego litewskiego
rodu, którego początki wywodzą się gdzieś pod Święcianami – okolicy
znanej z Ballad i romansów Mickiewicza.
Formacja
Teresa i Jerzy Kądzielowie mieli dwóch synów: Łukasza i Pawła.
Starszy Łukasz, znany działacz niepodległościowy i historyk, zmarł
w 1997 (do dziś jak się jakiś polityk chce pochwalić przyzwoitym na­
zwiskiem, to wymienia Łukasza w swej kampanii wyborczej). Miał ra­
czej naturę działacza i badacza jednocześnie, stąd jego zaangażowanie
w presolidarnościową opozycję lat 70. (jako jeden z tych, którzy jeździ­
li na procesy robotników Ursusa i Radomia, był współpracownikiem
KOR-u), następnie w powstającą NSZZ „Solidarność”, a później, już
w stanie wojennym, praca w Prymasowskim Komitecie Pomocy Oso­
bom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom. Tam zresztą – podczas
milicyjnego napadu w maju 1983 na siedzibę Komitetu w klasztorze
św. Marcina na Piwnej – Łukasz został pobity, porwany przez cywil­
nych funkcjonariuszy i wraz z kilkoma kolegami wywieziony nocą do
kampinoskich lasów, gdzie upozorowano „rozwałkę”. W wolnej Polsce
kilkanaście lat trwał proces Edwarda Misztala i Janusza Smugi – funk­
cjonariuszy odpowiedzialnych za napad i pobicie. Sprawcy nie ponieśli
kary, wręcz przeciwnie – mają się dobrze jako członkowie postkomu­
nistycznego establishmentu. I słusznie, bo losy obywateli powinny od­
zwierciedlać dzieje ojczyste, a nawet je symbolizować.
Łukasz jako historyk zajmował się przede wszystkim przełomowym
wiekiem XVIII – czasem rozbiorów i Konstytucji 3 Maja. Charaktery­
styczne, że jego praca doktorska Między zdradą a służbą. Fryderyk Moszyński 1792-1793 wyrosła z zainteresowania problematyką narodowej
zdrady i kwestią granic kompromisu dopuszczalnego w działalności
politycznej. Pytanie sprzed dwóch wieków aktualne było także w dru­
giej połowie wieku XX: Czy można, a jeśli tak, to w jakim zakresie wol­
no godzić się na uczestnictwo we władzach niesuwerennego państwa,
aby nawet w najbardziej niekorzystnych warunkach działać na rzecz
dobra wspólnego? Niestety, przedwczesna śmierć Łukasza Kądzieli prze­
rwała jego prace nad konfederacją targowicką. Ta niedokończona habi­
litacja została opublikowana pośmiertnie pod tytułem Od konstytucji
do insurekcji.
Młodszy o trzy lata Paweł także wyrastał w Sekcji Rodzin, a potem
w Sekcji Kultury – jak nazywano młodzieżówkę Klubu Inteligencji Ka­
tolickiej. Wcześniej ukończył Szkołę Podstawową nr 18 w Śródmieś­ciu
oraz Liceum im. Żmichowskiej. To dobrze znane warszawskie placów­
ki, z ciekawą historią i jednocześnie charakterystyczne dla PRL-u ze
względu na przemieszanie środowisk. Podstawówka miała kształcić ko­
munistyczne elity, stała więc na przyzwoitym poziomie, ale u­częszczały
do niej także dzieci rodzin KIK-owskich i znanych opozycjonistów.
P­odobnie było w sławnej Żmichowskiej, która wprawdzie miała swe naj­
lepsze lata już za sobą, ale ciągle było tam kilku nauczycieli z dawnego
zaciągu.
Nie nauczyciele jednak, a atmosfera liceum kształtowała młodzież,
która już wtedy miewała kłopoty z władzą, jak choćby za stawienie się
w ambasadzie sowieckiej, aby w rocznicę Wielkiej Rewolucji Paździer­
13
NAGRODA literacka 2014
UKRYTY ZA SWYM DZIEŁEM
2014 tom V
14
Józef Maria RUSZAR
nikowej wpisać się do Księgi Pamiątkowej. „Życie Warszawy” napis­ało
bowiem, że warszawiacy tłumnie odwiedzają ambasadę, aby wpisać
rocznicowe gratulacje. Obnażenie fikcji było łatwe, bo oczywiście żad­
nej księgi nie było. Tłumów też. Uczniowie zaś o mało nie wylecieli ze
szkoły. Młodzież namiętnie uczęszczała na kółko teatralne, wysta­wiając
nie tylko trefne w PRL-u Dziady, ale także Powrót posła (ach, ten koniec
Rzeczpospolitej!), a nawet montaż wierszy Zbigniewa Herberta.
Ale główną formację dawał KIK i raczkująca opozycja. Młody Paweł
Kądziela jeszcze w liceum uczęszczał na tajne komplety w mieszkaniu
Lipskich, gdzie między innymi Władysław Bartoszewski uczył historii
Polskiego Państwa Podziemnego (podręcznikiem była książka Stefana
Korbońskiego pod tym tytułem). Krzysztof Dybciak – wtedy jeszcze
magister, a nie profesor literatury – uczył w KIK-u interpretacji wier­
szy Herberta, a także literatury zakazanej. Dzieci inteligenckiej elity
warszawskiej nie miały kłopotów z dostępem do paryskiej „Kultury”
czy bezdebitowych książek, a miały możność obcowania z takimi in­
telektualistami, jak Andrzej Kijowski i Bohdan Cywiński. Były uprzy­
wilejowane, to prawda, ale też zwracały przywilej swą postawą i pracą.
Uzupełnieniem obywatelskiej i społecznej edukacji stały się „formacyj­
ne obozy” w Pewli Małej – KIK-owskim ośrodku pod Żywcem, oraz
wyjazdy w góry. Bardzo trudno dzisiaj wytłumaczyć, co dla ówczes­
nego duchowego rozwoju młodzieży znaczyło zwyczajne wędrowanie
po Tatrach czy Beskidach albo dalej – po półdzikich Bieszczadach.
Faktem jest, że na południu Polski czuło się nie tylko wiatr góralskiej
ślebody, ale spotykało się pewien typ ludzi. Było to ważne doświadcze­
nie, choć tak trudno uchwytne w opisie.
Studenckie czasy Pawła Kądzieli przypadły na okres wzbierającej
rewolucji. Paweł nie miał zacięcia działacza i w porównaniu ze swym
starszym bratem na pewno był bardziej zdystansowanym człowiekiem,
ale i on wziął udział w przemianach, choć na swój, to znaczy intelektu­
alny, sposób. Odgrywał znaczącą rolę w kołach naukowych – instytucji
żywej w Warszawie, przynajmniej na wydziałach historii, filologii, so­
cjologii i matematyki Uniwersytetu – dlatego też wraz ze swoim Kołem
Polonistów w roku akademickim 1980/81 przygotowywał projekt re­
formy programowej studiów filologicznych. Specyfiką warszawską były
też próby odrodzenia studenckiej samorządności.
Zaraz po ukończeniu studiów zaczął pracować w „Więzi”, a od 1986
roku był już najmłodszym z dotychczasowych dyrektorów Biblioteki
UKRYTY ZA SWYM DZIEŁEM
15
Dzieło
Charakterystyczną cechą Biblioteki „Więzi” są publikacje n­iszowe,
a dotyczy to nawet uznanych pisarzy, których dzieła podstawowe mogą
liczyć jeśli nie na gruby zarobek, to przynajmniej na brak straty finan­
sowej. Modelowy jest pod tym względem przypadek spuścizny po Zbig­
niewie Herbercie. Wiersze wydają Kryniccy w „A5”, na eseje ma patent
Barbara Toruńczyk i jej „Zeszyty Literackie”, ale mniej rynkowe Dramaty (niezwykle pieczołowicie opracowane przez J. K­opcińskiego) czy
wymagające benedyktyńskiej pracy teksty rozproszone Poety, to już
domena Laureata. A przecież bez Węzła gordyjskiego – monumental­
nego tomu stworzonego przez Pawła Kądzielę – wiedza o Zbigniewie
Herbercie byłaby nie tylko niekompletna, ale wręcz miejscami bała­
mutna. Po prostu bez tego grubego tomiszcza niemożliwa jest interpre­
tacja poglądów autora Trenu Fortynbrasa oraz śledzenie jego rozwoju
jako literata.
Podobnie ma się rzecz ze spuścizną Zygmunta Kubiaka. O ile ryn­
kowo zyskowne dzieje literatury, mitologii oraz historii Greków i Rzy­
mian ukazały się w komercyjnym wydawnictwie „Świat Książki”, o tyle
ważne, ale bardziej elitarne szkice i eseje tego badacza kultury śródziem­
nomorskiej mogły się ukazać już tylko w Bibliotece „W­ięzi” – a jest tego
kilka tomów. Identycznie jest ze spuścizną Andrzeja Bobkow­skiego,
Jana Lechonia, Kazimierza Wierzyńskiego, Jarosława Iwaszkiewicza
i wielu, wielu innych wybitnych pisarzy, których listy, dzienniki czy
eseje można znaleźć tylko w elitarnej serii prowadzonej przez P­awła
Kądzielę.
Są to pozycje skazane na margines zarówno przez rynek, jak i zmia­
ny cywilizacyjne, preferujące rzeczy łatwe, miłe i przyjemne, a przede
wszystkim nie wymagające wysiłku przyswojenia tradycji traktowanej
jako balast, a może i przeszkoda. Stąd jego współpraca z wybitnymi
historykami, historykami literatury oraz eseistami, za czym idą publi­
kacje prac tak różnorodnych, jak Tomasza Łubieńskiego Molier nasz
współczesny, Bohdana Pocieja Romantyzm bez granic, Andrzeja Wer­
NAGRODA literacka 2014
„Więzi”. Po odzyskaniu niepodległości przeprowadził proces unieza­
leżnienia serii od Wydawnictwa „Znak”. Tak więc niemal 30 lat kie­
ruje jedną z najbardziej intelektualnie istotnych oficyn wydawniczych
w Polsce. W czasach rewolucji i transformacji to zjawisko niemal nie­
spotykane.
16
Józef Maria RUSZAR
nera Polskie, arcypolskie, Marii Danilewicz Zielińskiej Polonica portugalskie czy dwutomowe wydanie zbioru szkiców znakomitego krytyka
literackiego Jana Józefa Lipskiego (Słowa i myśli). Bywa, że są to prace
stricte naukowe, jak Nasłuchiwanie Jacka Kopcińskiego, poświęcone
dramaturgii Zbigniewa Herberta, Dramat religijny Tołstoja Radosława
Romaniuka albo Nowojorski pasjans Beaty Dorosz, poświęcony Pol­
skiemu Instytutowi Naukowemu w Ameryce i wybitnym twórcom –
Wierzyńskiemu i Lechoniowi.
Ciekawostka i ewenement zarazem: często są to zbiory not lub sta­
łych rubryk z pism literackich, które – znikliwe – ulegają zapomnieniu,
a stanowią żywe świadectwo życia literackiego, jak Podróże po Szpargalii
Juliusza W. Gomulickiego czy Andrzeja Biernackiego Abeandry (wybór
not z „Twórczości”). Jak ważne jest utrwalenie tego rodzaju publikacji,
redaktor wie z własnego doświadczenia, skoro przez bez mała 23 lata
prowadził na łamach miesięcznika „Więź” niepowtarzalną i bezcenną
dla pamięci kulturalnej rubrykę „Zmarli”. W rzeczowych i zwięzłych
biogramach odnotowywał w niej sylwetki, dokonania i losy tak wy­
bitnych, jak i szarych pracowników narodowej kultury, budując w ten
sposób panoramę losów polskiej inteligencji końca XX wieku. Niestety,
kontynuowanie jej stało się niemożliwe, a przyczyny tego stanu rzeczy
autor wyjaśnił w kwietniowym numerze miesięcznika z 2009 roku:
2014 tom V
Ostatni to już odcinek nekrologicznej kroniki prowadzonej na tych ła­
mach od września 1986 roku. Pisząc noty o zmarłych w kraju i na obczyźnie,
wzorowałem się na pracy Piotra Grzegorczyka, Władysława Bartoszewskie­
go, Józefa Chudka i Andrzeja Biernackiego, którzy po 1956 roku w różnych
wydawnictwach ciągłych i w różnych okresach prowadzili podobne kroniki.
Zamykam tę rubrykę, gdyż na skutek mniejszej liczby wydawanych zeszytów
WIĘZI w roku, informacje tu podawane straciły na aktualności. Poza tym
wobec rozwoju Internetu większość zawartych tu wiadomości można bez
trudu tam odnaleźć. Wszystkim Czytelnikom dziękuję za życzliwość (pk).
Paweł Kądziela jest nie tylko wydawcą, ale także animatorem, kreato­
rem lub inspiratorem powstawania książek – tak opublikowano ste­
nogramy z rozmów Jaroszewicza i Gierka ze stoczniowcami Szczecina
(M. Paziewski, Debata robotników z Gierkiem). Jest także szperaczem,
który postanawia wydrukować gotowy zbiór wypowiedzi o socreali­
zmie z Polskiego Października, zatytułowany Rachunek pamięci. Ta
ostatnia pozycja jest pasjonującym dokumentem z historii mentalności
UKRYTY ZA SWYM DZIEŁEM
17
A kiedy Tyran spłodził prowokatora, a prowokator spłodził donosiciela,
i wszystko, co ludzkie, popadło w podejrzenie, zaciągnięto wartę więzienną
nad słowem.
Swoje aresztowanie w 1948 roku tak komentuje Paweł Jasienica:
Wiele przykrych i słusznych rzeczy napisano ostatnio o dawnym MBP
[Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego]. Obawiam się jednak, że jakiś
przyszły historyk gotów nie całkiem uwierzyć tym zarzutom, gotów może
nawet wysławiać liberalizm władz śledczych, które puszczały mimo uszu do­
NAGRODA literacka 2014
politycznej jako zapis stanu umysłów w roku 1956. Cenzura w ostatniej
chwili nie dopuściła tego zbioru szkiców pisarzy, którzy wzięli udział
albo wręcz organizowali socrealizm polski lat 50. (niektórzy za sowiec­
ką rewolucją opowiedzieli się już w Lublinie w 1944, a najzatwardzialsi
we Lwowie w 1939).
Pozycja tym ciekawsza, że w pierwszym szoku literaci wypowiadali
się raczej uczciwie, z poczuciem winy i zawstydzenia, a przede wszyst­
kim nie zdążyli jeszcze przemyśleć misternej linii obrony, służącej sa­
mousprawiedliwieniom – to przyjdzie z czasem, kiedy trzeba będzie
walczyć o utrzymanie się na literackim Olimpie i walczyć z „lustrato­
rami”. Pod tym względem pouczające jest porównanie z późniejszymi
o trzy dekady wywiadami Jacka Trznadla (Hańba domowa, 1986) albo
rozmowami Magdaleny Bajer (Blizny po ukąszeniu), w których – już
po odzyskaniu niepodległości – tłumaczą się byli partyjni n­aukowcy.
Książka J. Trznadla, wydana w Instytucie Literackim, spowodowała
ostra­cyzm wobec „bezwzględnego inkwizytora”, jakim okazał się Zbig­
niew Herbert, który ośmielił się powiedzieć, że chodziło o apanaże i złą
wolę, a nie jakieś „postępowe złudzenia”, ale wywiady M. Bajer prze­
szły bez większego echa. Może dlatego, że blizny nie były nadmiernie
rozdrapywane, a w realnej Polsce szybko zarosły podłością, co jest tym
łatwiejsze, że o Żeromskim nikt już nie pamięta, zwłaszcza lewica.
Ciekawe, że w czasie tzw. „odwilży” o wiele ostrzej wypowiadali się
nie tylko ci, którzy w hańbie nie brali udziału (jak Hanna Malewska
czy Jerzy Zawieyski), ale także sami zainteresowani – jeśli nie wziąć
pod uwagę biadoleń Jalu Kurka, że zawistni „pryszczaci” wcale mu nie
chcieli wydawać jego prawomyślnych dzieł, napisanych jeszcze za sana­
cji, a więc dla komunistów w heroicznym okresie. Znamienne są s­łowa
Anny Kowalskiej (powieściopisarki znanej z tematów antycznych), któ­
ra metaforycznie podsumowała:
18
Józef Maria RUSZAR
2014 tom V
nosy gorliwie składane przez prasę, nie zarządzały aresztowań, nie rozpoczy­
nały dochodzeń. Nie bronię Różańskiego. Twierdzę natomiast, że nie tylko
on i jemu podobni odpowiadają za wytworzenie atmosfery moralnej, w której
mogło rozkwitać polityczne gangsterstwo, ubrane w pozory prawa.
To jest opinia o literatach, a nie o policjantach w systemie totalitarnym.
Nie jedyna w tym eseju. Dokument epoki tym ważniejszy, że później
nikt nie ośmielił się wypowiedzieć takiej opinii publicznie bez groźby,
że zostanie zakwalifikowany do kategorii mściwych lustratorów.
Skupiłem się na publikacjach literackich, okołoliterackich i histo­
rycznych, co jest wynikiem osobistych preferencji, a przecież ważnym
wątkiem Biblioteki „Więzi” jest wychowanie katolickie, religia, a na­
wet teologia, nie mówiąc już o serii prezentującej twórców filmowych.
Rzecz w tym, że nie jest możliwe przedstawienie całości dokonań Re­
daktora i jego zespołu.
Gdyby jednak pokusić się o scharakteryzowanie osobistych zain­
teresowań Pawła Kądzieli, to można przypuszczać, że preferuje litera­
turę międzywojenną i jej światy, stąd w jego opracowaniu na przykład
wspomnienia o Antonim Słonimskim. A że wielu wybitnych poetów
II Rzeczpospolitej znalazło się po wojnie na emigracji, to bardzo czę­
sto przewija się wątek polskiego wychodźstwa, o czym świadczy cykl
przygotowanych przez niego wspomnień o Kazimierzu Wierzyńskim
i Janie Lechoniu. Zbiory tekstów, zwłaszcza zebrane z pism emigracyj­
nych, nie tylko przywracają polskiemu czytelnikowi literaturę ciągle źle
obecną w Kraju, ale też poniekąd zastępują rzadkie monografie twórców
emigracyjnych i przybliżają literacki świat polskiej diaspory oraz słabo
znany, bo dopiero od niedawna przywracany, obraz życia elit w Dru­
giej Rzeczpospolitej (tu – z nowszych publikacji – trzeba wymienić Ka­
zimierza Fudakowskiego Między endecją a sanacją. Wspomnienia ziemianina, Powroty Felicji Lilpop-Krance, Dzienniki i wspomnienia Anny
Iwaszkiewiczowej), choć w tym zestawieniu nie brak i przybliżeń cza­
sów najnowszych, jak Dzienniki z lat 1954-1957 J.J. Lipskiego czy Folklor
tamtych lat Anki Kowalskiej – rzecz o opozycji lat siedemdziesiątych.
Czy w świetle tych dokonań i zasług może kogoś dziwić, że Stowa­
rzyszenie Pisarzy Polskich za Granicą postanowiło przyznać swoją do­
roczną nagrodę Pawłowi Kądzieli?
Kraków, 16 listopada 2013
UKRYTY ZA SWYM DZIEŁEM
19
Wieczór Laureata prowadzi Jacek Ozaist – Sala Malinowa POSK. Fot. Krystyna Kulej
W oczekiwaniu na kolację w galowej części restauracji „Łowiczanka” w POSK-u. Od lewej:
dr Józef Ruszar, Katarzyna Kądziela, Paweł Kądziela (Wydawnictwo Więź), Alina S­iomkajło,
Krys­tyna Kulej, Ryszard M. Żółtaniecki, Bernard Nowak (Wydawnictwo Test), Elżbieta
W­ernik, NN, Nina Karsov (Wydawnictwo Kontra). Fot. Arkadiusz Jastrząbek
Rok 2014
tom V
Paweł KĄDZIELA
NIEZAPOMNIANY KLIMAT
Składam serdeczne podziękowania Jury Nagrody za jej przyznanie.
Dziękuję organizatorom – Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich za Grani­
cą – za przygotowanie tak pięknej uroczystości.
To dla mnie wielki zaszczyt być piątym – po Romualdzie Werniku
z Londynu, Andrzeju Doboszu z Paryża, Marku Baterowiczu z Austra­
lii i Andrzeju Buszy z Kanady – laureatem tej prestiżowej Nagrody Lite­
rackiej.
Dziękuję sponsorowi Nagrody – Fundacji Stowarzyszenia Polskich
Kombatantów w Wielkiej Brytanii. Stowarzyszenie Polskich Komba­
tantów WB to bardzo zasłużona instytucja dla niepodległości Polski;
od początku swego istnienia dbała o rozwój życia kulturalnego na emi­
gracji. Od kilkudziesięciu lat finansuje nagrody literackie. W najśmiel­
szych marzeniach nigdy nie sądziłem, że moje nazwisko pojawi się
w długim szeregu, na którego czele stoją Kazimierz Wierzyński (mój
ulubiony pisarz, któremu poświęciłem wiele lat badań) i Gustaw Her­
ling-Grudziński, którego utwory miałem zaszczyt wydawać w Biblio­
tece „Więzi”, a z nim samym spotykać się i dyskutować o wielu spra­
wach w Paryżu, Warszawie czy Lublinie.
Dziękuję doktorowi Józefowi Ruszarowi za wygłoszenie laudacji.
Potym, co usłyszałem, właściwie mógłbym już umrzeć, ale słowa Pana
Dok­tora – tak miłe dla mnie – zobowiązują do dalszej pracy.
Tak uroczysta chwila jest dobrą okazją do spłacenia długów wdzięcz­
ności.
Przede wszystkim osobom, które po wojnie mieszkały w Londynie,
a których domy i serca zawsze były otwarte dla młodego, ciekawego
świata i dziejów najnowszych historyka literatury. Miałem to szczęś­cie,
NIEZAPOMNIANY KLIMAT
21
że dane mi było poznać osobiście i wielokrotnie rozmawiać tu, nad Ta­
mizą, z wybitnymi postaciami emigracji, których dziś już nie ma wśród
nas – z panią Lidią Ciołkoszową, Stefanią Kossowska, Anielą Mieczy­
sławską, z prof. Tymonem Terleckim, prezydentem Edwardem Raczyń­
skim, a z młodszego pokolenia – ze Zdzisławem Jagodzińskim i Jerzym
Kulczyckim.
Podczas spotkań i odwiedzin u nich miałem okazję – wzrastając
w Polsce rządzonej przez komunistów – na chwilę wejść w niezapom­
niany klimat przedwojennej inteligencji warszawskiej. W aurę tej pra­
wie nieistniejącej już dziś formacji, o której Anna Micińska pisała
przed laty, że była
Dziś dziękuję im za mądrość, okazaną przyjaźń, za wszystko, co zrobili
dla suwerennej i niepodległej kultury polskiej.
Pozwólcie Państwo, że podziękuję jeszcze założycielom środowiska
„Więzi”, też już niestety nieżyjącym – Tadeuszowi Mazowieckiemu
i Wojciechowi Wieczorkowi, który zaraz po ukończeniu przeze mnie
studiów, przyjął mnie w stanie wojennym do pracy w redakcji mie­
sięcznika, a po czterech latach powierzył prowadzenie naszego wydaw­
nictwa, pozostawiając dużą autonomię w budowaniu linii programo­
wej oficyny oraz dużą swobodę w dobieraniu autorów i tytułów. Obaj
Redaktorzy zawsze życzliwie przyjmowali inicjatywy publikowania
w kraju dzieł pisarzy emigracyjnych.
Dziękuję wszystkim Państwu, że zechcieliście przybyć na tę uro­
czystość i swą obecnością ją uświetnić. Jeszcze raz bardzo serdecznie
dziękuję.
NAGRODA literacka 2014
Formacją ludzi mądrych i dzielnych. Wyrosłych i ukształtowanych w kręgu,
w którym słowo „kultura” oznaczało nie tylko wiedzę, wykształcenie, talent,
mniejsze lub większe rozeznanie w literaturze i sztuce, lecz także cały szereg
z nim związanych imponderabiliów. Takich jak honor, lojalność, wierność.
Otwartość i brak jakichkolwiek uprzedzeń. Także poczucie współodpowie­
dzialności – jeśli nie za losy świata, to na pewno za bliźnich, jakimkolwiek
mówiliby językiem.
Rok 2014
Inedita
Mateusz ANTONIUK
O LISTACH OBERTYŃSKIEJ
O tekście
Z Portabelkiem po Portugalii to tytuł umowny dla wyboru listów Beaty
Obertyńskiej, przyjęty na potrzeby niniejszej edycji. Dotyczy on specy­
ficznego i, jak można sądzić, niedokończonego tekstu literackiego o tema­
tyce podróżniczej. Objaśniający komentarz do utworu rozpocznę od zary­
sowania jego bezpośredniej genezy.
Wiosną 1936 roku Beata Obertyńska skorzystała z zaproszenia swo­
ich przyjaciół: Zofii z Wańkowiczów Romerowej (zwanej Ziutą) oraz Ta­
deusza Romera, zasłużonego dyplomaty polskiego, naówczas kierownika
poselstwa RP w Lizbonie. Trasa podróży wiodła linią kolejową ze Lwowa
do Neapolu, następnie zaś transatlantykiem – przez Syrakuzy, Algier, Gi­
braltar – do Lizbony. W gościnie u Romerów Obertyńska przebywała od
końca marca do lipca 1936 roku, po czym udała się w morsko-kolejową
drogę powrotną z krótkim paryskim postojem. Podczas kilkumiesięcz­
nego pobytu w Portugalii poetka uczestniczyła w życiu towarzysko-kul­
tom V
24
Mateusz ANTONIUK
2014 tom V
turalnym Lizbony (liczne przyjęcia, spotkania dla dyplomatów, ich rodzin
i znajomych), przede wszystkim jednak poznawała najciekawsze zabytki
oraz przyrodnicze atrakcje tego miasta i kraju. Równocześnie prowadziła
intensywną korespondencję. Obertyńska pisała regularne, obszerne listy;
najwcześniejsza data owej epistolarnej aktywności to 6 marca 1936 (list
pisany w pociągu pod Wiedniem), najpóźniejsza zaś – 23 lipca (w pocią­
gu do Lwowa). Główną adresatką była młodsza o trzy lata siostra Beaty
Obertyńskiej, Aniela z Wolskich Pawlikowska, zwana przez rodzinę Lelą
(artystka plastyczka, zajmująca się m.in. grafiką, ilustracją książkową
i malarstwem portretowym). Wolno jednak przyjąć, iż dalszym i zamie­
rzonym adresatem listów był także szerszy krąg rodzinno-przyjacielski.
Korespondencja służyła niewątpliwie podtrzymywaniu relacji z najbliż­
szymi osobami, dzieleniu się bogactwem wrażeń, doświadczeń, olśnień
oraz własnych przemyśleń na temat poznawanego (i w znacznej mierze
egzotycznego) świata. Niewykluczone, iż pisanie listów było także sposo­
bem porządkowania i utrwalania podróżniczego doświadczenia.
Jeszcze w trakcie portugalskich peregrynacji Beata Obertyńska przy­
gotowała i wysłała do redakcji „Prosto z Mostu” teksty trzech felietonów
reportażowych – zapewne zamówionych, o czym świadczy ich szybkie
opublikowanie (były to felietony: Ogród Monserratu, nr 26 z 28 czerwca;
U Kapucynków za siedmioma górami, nr 27 z 5 lipca; O królewskich karocach, nr 32 z 26 lip­ca). Artykuły te powstawały na kanwie listów do sio­
stry, wykorzystując nie tylko ich tematy, lecz także – mniej lub bardziej
„przetworzone” – zdania i akapity. Po zakończeniu podroży, już w Polsce,
Beata Obertyńska wykonała zastanawiającą pracę redakcyjną o nieoczy­
wistym charakterze. Przepisała mianowicie wszystkie listy, tworząc „cią­
gły”, liczący sto osiemdziesiąt pięć stron maszynopis. Zachowany został
przy tym pierwotny p­odział na datowane listy, natomiast istotnemu prze­
redagowaniu uległy teksty poszczególnych epistoł. Wojciech Ligęza, autor
wnikliwego studium poświęconego „portugalskiej prozie” Beaty Ober­
tyńskiej, za­uważa*:
Zniknęły rozpoczynające listy – wymyślne nieraz – apostrofy, wyelimino­
wane zostały problemy aktualne, życiowe, doraźne prośby i troski o bliskich we
Lwowie. Znaczne retusze zacierają ślady zwykłej korespondencji. Wykrystalizo­
wana wtórnie koncepcja zmierza do tego, by całości nadać wyraźniejszy kształt
podróży artystycznej. Zatem skłonny jestem używać nazwy gatunkowej „dzien­
nik”, bądź „dziennik epistolarny”, nie zaś „listy portugalskie”, nie tylko z tego
* Wojciech Ligęza, Beaty Obertyńskiej podróż portugalska, w: Zaklęte przestrzenie:
o twórczoś­ci Beaty Obertyńskiej, red. Z. Andres, Z. Ożog, Toruń 2005.
O listach Obertyńskiej
25
powodu, by nie mylić notatek Obertyńskiej z apokryfem przypisywanym mnisz­
ce portugalskiej Mariannie Alcoforado (pióra G. J. Guilleraques’a). Oczywiście
cechy epistolografii nie zostały do końca zatarte.
Na sporządzonym maszynopisie Obertyńska dokonała jeszcze ręcz­
nej autokorekty – głównie w zakresie stylistyki, ortografii i interpunkcji
– zdradzającej troskę o „doszlifowanie” tekstu. Uważna lektura pozwala
jednak stwierdzić, iż ów proces „polerowania” nie został doprowadzony
do końca – w sprawnie, niemal finezyjnie pisanym tekście zdarzają się na
przykład nieuzasadnione artystycznie powtórzenia.
W wyniku takich operacji pisarskich wyłoniła się całość o niejedno­
znacznym statusie tekstologicznym oraz genologicznym. Powstał nowy,
skomplikowany w swym działaniu, utwór prozatorski. Oparty na wcze­
śniejszych, „autentycznych” listach, reprezentujący właściwą im aurę
prywatności, familijności, a równocześnie poddający ją cenzurze i prze­
kształceniu. Zachowujący pamięć swej epistolarnej proweniencji, zarazem
jednak wychylony ku poetykom i stylistykom eseju, reportażu, dziennika
podróży. Pracowicie poprawiany (szykowany do publikacji?), a jednocześ­
nie nie w pełni dopracowany, zawieszony między brulionowym i czysto­
pisowym modusem istnienia. Nietrudno zauważyć – napięcia te decydują
o atrakcyjności tekstu dla współczesnej wrażliwości czytelniczej, rozmi­
łowanej przecież w „słabej”, „zmąconej” autobiograficzności, sylwiczności
oraz procesualności i n­iedokończeniu.
Trudno dziś rozstrzygnąć, jakie dokładnie plany wiązała autorka z wy­
konywanymi czynnościami redaktorsko-kompozycyjnymi. Jedno nie ule­
ga wątpliwości: „portugalska proza” nigdy nie została podana drukiem
jako całość. Artykuły ogłoszone w roku 1936 na łamach „Prosto z Mostu”
korespondują z odnośnymi fragmentami tekstu maszynopisowego, zre­
dagowanego po powrocie do kraju, nie są jednak z nimi tożsame. Już po
śmierci autorki, w roku 1992, fragment scalonej redakcji maszynopisowej
opublikowany został na łamach czasopisma „N­aGłos” (nr 6 i 7) pod ty­
tułem Z Portabelkiem po Portugalii, nadanym przez Jerzego Illga. Pełny
tekst opracowany przez Beatę Obertyńską po powrocie z iberyjskich wo­
jaży pozostaje wciąż nieznany szerszemu odbiorcy.
Jest to najobszerniejsza, jak dotąd, prezentacja ww. tekstu. Ponieważ
autorka nie nadała opracowywanej przez siebie całości żadnej formuły
tytułowej, powtórzony i podtrzymany został (za uprzejmą zgodą Jerzego
Inedita
O edycji
2014 tom V
26
Mateusz ANTONIUK
Illga) tytuł Z Portabelkiem po Portugalii – istniejący już w tradycji edytor­
skiej, przy tym zgrabny, cechujący się stylistycznym urokiem.
Podstawą wydania jest maszynopis sporządzony przez Obertyńską
w Polsce na podstawie wcześniejszych listów pisanych i wysyłanych z po­
dróży (maszynopis ten przechowywany jest w zbiorach Biblioteki Jagiel­
lońskiej w Krakowie). Ręczne poprawki naniesione przez autorkę zostały
każdorazowo uwzględnione.
Milcząco poprawiono ewidentne pomyłki, głównie literówki, na iden­
tycznej zasadzie przeprowadzono także konsekwentną modernizację orto­
grafii (częściowo dokonaną już przez samą pisarkę w odręcznej autokorek­
cie). Oryginalny układ akapitów został podtrzymany. Za maszynopisem
powtórzono także (nieliczne) podkreślenia. Język Beaty Obertyńskiej
cha­rakteryzuje się sporą ilością neologizmów, w tym słów zaczerpniętych
z prywatnego (familijnego, towarzyskiego) słownika rodziny Pawlikow­
skich i Wolskich. Zauważalna jest znaczna inwencja słowotwórcza i mor­
fologiczna, przejawiająca się m.in. w stosowaniu niestandardowego trybu
zdrobnień. Wszystkie te zjawiska nie zostały oczywiście naruszone. Zna­
czenie tworzonych i przetwarzanych przez poetkę wyrazów bywa trudne
do odgadnięcia – niejednokrotnie mamy bowiem do czynienia z prywat­
nym, rodzinnym kodem porozumienia między korespondującymi oso­
bami.
Istotne rozstrzygnięcie edytorskie dotyczy kwestii interpunkcji, trak­
towanej przez Obertyńską w sposób autorski i służącej celom ekspresyw­
nym. Zdecydowano się zachować i wiernie przekazać niemal wszystkie
interpunkcyjne swoistości tekstu, takie jak, na przykład, podwójne myśl­
niki. Wyjątek stanowi operowanie kropką na końcu zdania. Autorka jako
znak niedopowiedzenia wprowadza często podwójną kropkę, stosowaną
wymiennie z (rzadziej używanymi) trzema kropkami. W druku przyjęto
wszędzie wielokropek standardowy, zgodny z normami interpunkcyjny­
mi – składający się z trzech kropek.
Dla oznaczenia miejsc opuszczonych w druku zastosowany został na­
wias kwadratowy: [...]. Tekst opatrzony jest przypisami, objaśniającymi
zwroty obcojęzyczne, niektóre realia geograficzno-historyczne oraz per­
sonalne. Publikacja stanowić może asumpt do dalszej pracy edytorskiej
nad portugalską prozą Beaty Obertyńskiej.
Rok 2014
Beata OBERTYŃSKA
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
(wybór listów)
„Vulcania” 9/3. Później [...] Jest czwarta po południu i marzec w Neapolu! Na czarnozielonej
wodzie „Vulcania”. Kolos transatlantycki, biały, z czerwonymi komina­
mi, ciężki i zwalisty jak jakaś spaśna gąsienica niewiadomego motyla.
Po chwiejnych, przejrzystych schodkach, wiszących skośnie wzdłuż
boku tego kolosa, wstępujesz coraz wyżej i wyżej. Emocja i radość,
trochę strachu, ale przede wszystkim - - szczęście!! Takie, któremu nie
wypada krzyczeć, ale które darłoby się na cały głos, albo szczekało jak
pies, albo śpiewało jak ptak, w każdym razie coś robiło, żeby się wyła­
dować! No bo pomyśl sama: pogoda bez oddechu, modra, zielona, ró­
żowa, biaława – coś, na co nie ma słów! A we mnie świadomość, że oto
jadę sobie, pierwszy raz w życiu sama jedna, i to aż – do Lizbony! No
pomyśl!
„Vulcania” to kolos istotnie. Na nie wiem, ile pięter. Na zdjęciu mo­
że tego nie widać, ale z bliska aż niesamowicie. Parada jak w kinie!
Czysto, jak w niemieckiej kuchni. W ogóle wspaniale! Jest tu wszystko!
Kino, jazz, sala gimnastyczna, basen kryty i „od”, fryzjer, biblioteka, sala
gier dla dzieci, dzienniki radiowe, więc świeże, doktor, fordanser, aku­
szerka... wszystko!
Moja kabina niestety mała i bez okna, ale samotna, to znaczy na jed­
ną osobę, więc już dobrze. Łazienkę za to mam o dwa kroki od drzwi
i kąpię się co dzień w morskiej wodzie, błękitnej rzecz prosta jak aqua
marina, a tym zabawnej, że się w niej mydło ani w ząb nie pieni! Robi
Wszystkie daty stawiane przez Beatę Obertyńską odnoszą się do roku 1936.
tom V
2014 tom V
28
Beata OBERTYŃSKA
się złe i twarde i szorstkie, że ledwie w dłoniach je obrócić można, ale
ani jednej bulki z siebie nie wypuszcza. Wikt jak u króla na imieni­
ny! Obiecywałam sobie, że schudnę na okręcie, a tu tymczasem pasą
nas jak na zarżnięcie. Bronię się słabo, bo wszystko przeważnie nowe
i inne, a po wikcie Zosi (dość franciszkańskim...) nowe horyzonty
otworzyły się przed... a raczej pod moim podniebieniem! Jakieś rybki,
rybuszki, figle, faramuszki, takie i inne, a wszystkiego po uszy. Pięć
razy dziennie nas tu karmią, ale staram się jeść tylko trzy razy, co mi
się jak dotąd udaje. [...]
Dziwne miasto te Syrakuzy! Z daleka, tak jak ci pisałam, sam ka­
mień różowawy, gładki, antyczny, odbity w morzu, z białym stożkiem
Etny w głębi. Z bliska antyczności ani śladu, zieleni moc, kwiatów,
wody, cienia, chłodu, osłów, bananów, pomarańcz! W ruinach amfite­
atru i świątyni którejś z bogiń nie byliśmy, bo mój Portugalczyk nie
pozwolił mi nigdzie za nic płacić i wszystko chciał sam, a do tychże
ruin trzeba było brać dryndę, co jest dość kosztowne, więc nie chcąc
go narażać na koszta - - patrz jaka subtelna! - - powiedziałam, że jestem
zmęczona i chcę już wracać na okręt. Zamiast więc do tamtej, poszli­
śmy do dawnej świątyni Diany (w samym środku miasta), która jest
dzisiaj katedrą. Wyobraź sobie tak: kolosalny kościół z żółtawo-bia­
łego kamienia, barok ciężki, przeładowany, banalny, tyle że olbrzym.
Zaś z jego murów, resztką sił, wypruwają się tu i tam kolumny doryc­
kie, z różowego szorstkiego kamienia, niczym Dafnis wydzierająca się
z kory, która ją obrasta. Jakiż ten barok staje się bezduszny, wykrętny
i niepoważny przy cudzie i spokoju tamtych zadławionych kolumn!
Jakaś wieloramienna polipowata potwora, dusząca w ramionach bez­
bronną i nie próbującą się nawet bronić powagę antyku... Wnętrze
szkaradne. Ohydne, pomadkowe, cukierkowate figury, banalne witra­
że, plusze, podłe adamaszki i tylko od czasu do czasu, jakby dla wy­
nagrodzenia oczom, szorstka różowość tamtych, prawiecznych żłob­
kowań. Szkaradnie, choć zwycięsko wychodzi barok z tej bezgłośnej
walki. Taki „nuworisz”, którego na to stać! Ja płacę, ja wymagam, ja
mogę mieć. Także w tych Syrakuzach zauważyłam jedną rzecz, miano­
wicie, że morze przy brzegu, w słońcu jest zielono-złote, bo płyciutkie,
i bo słońce łazi po dnie jak krab w drżących, kiwających się pajączkach.
Pasażer „Vulcanii”, poznany przez Obertyńską w trakcie rejsu.
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
29
Pasażerowie „Vulcanii”, poznani przez Obertyńską w trakcie rejsu: w­spomniany
wcześniej Portugalczyk oraz „trzy razy rozwiedziony Hiszpan o szarych, kupieckich
oczach (kupiec istotnie)”.
Tu zapewne: niewielkie rzeźby, bibeloty, ozdoby.
Obertyńska pisze prawdopodobnie o Venus anadyomene (wynurzającej się z morza),
zwanej także (od nazwiska odkrywcy) Wenus Landolina – antycznej rzeźbie, eksponowa­
nej w syrakuzańskim muzeum archeologicznym i często występującej jako motyw lite­
racki (m.in. w Książce o Sycylii J. Iwaszkiewicza, w Oksanie W. Odojewskiego).
Inedita
Przecudne! Najgorzej tylko, że moi panowie nie uznają „patrzenia na
nic” i ciągnęli mnie popod sklepy z męską garderobą, a na brzegu nie
dali postać i pogapić się dowoli. Czasem mi to dojada, ale z drugiej
strony, gdyby nie oni, ani połowy tych rzeczy bym nie widziała, które
widzę. Sama nie byłabym się wybrała z okrętu do Syrakuz, a tym sa­
mym nie byłabym zwiedziła ex-świątyni Diany ani Muzeum, o którym
niżej. Trudno... Nie można niczego za darmo. Zatem to muzeum.
Ach! Co za Tanagry! Co za Wenus! Co za szkła iryzujące! Co za
amfory! Wazy! Co za – wszystko! Wykopaliska jakieś prawieczne, na­
szyjniki jaskiniowe prawie, broń, ozdoby, terepele, lalki. Jedna czarecz­
ka iryzująca, kształtu kapelusza, złoto-różowo-zielona jak jakiś motyl
niesłychany, skrzy się tak czysto i świeżo, jak gdyby była mokra. Cudo!
Różne bobki-drobki, które by człowiek kradł garściami i kochał jak
Mama swoje. Jakieś nasady do pik czy lanc, zzieleniałe najcudowniej,
mające w kształcie roślinną śmigłość, coś z szerokich liści trzcin. Łazi­
liśmy tak sobie z moim Portugalczykiem ze dwie godziny wśród tych
cudów. Nasz uśmiechnięty kupczyk wolał bowiem chodzić po sklepach
i dopiero na okręcie mieliśmy się spotkać. Była jedna chwila w mu­
zeum, której nigdy nie odżałuję, to znaczy nie odżałuję, żem przy sobie
nie miała bratniego łokcia, który bym trącić mogła. Było tak: jak wiesz,
chodzą po muzeach takie objaśniacze. Baniaki to ma na głowie jak na
żart. Gada dużo i wszystko jedno po jakiemu, bo niczego nie rozumia­
łam. Otóż trafił się w sali z cudowną, syrakuzańską Wenerą taki jeden
mały, gruby, z bielmem na oku, o gębie tłustej i błyszczącej jak wyspa­
ne dziecko. Nad tym wszystkim baniak czapki, a pod czapką wesoła
głupota i czyste sumienie... Stajemy przed Wenus... zatyka człowieka...
Cudo bez głowy i bez obu rąk, ale o torsie niesłychanym. Nasz wesoły
balon w baniaku gada. My nic. Patrzymy. On sprężyście przyskakuje do
Wenusy, coś nam pokazuje, zaniepokojony widocznie tym, że nikt na
niego nie zwraca uwagi. Dziś domyślam się, że chciał nam wytłuma­
czyć, że Wenus przecie kiedyś miała ręce, i to obie. Wtedy j­ednak było
2014 tom V
30
Beata OBERTYŃSKA
mi wszystko jedno i wcale mi tych rąk nie brakowało. Nagle nasz ba­
lon, widząc widocznie, że ma z idiotami do czynienia, postanowił rzecz
zreferować poglądowo. I oto staje sobie tuż pod cokołem, na którym
bieleje to cudo, przybiera wyraz możliwie dziewiczy, krzyżuje wstydli­
wie łapy jak kotlety, po kobiecemu, jedną tu, drugą tam, tuli kolanka
jak dwie przestraszone owce i chce nam narzucić w ten sposób pier­
wotny wygląd Wenery. Nie! To opisane jest mdłe i wcale nie śmieszne.
Ja natomiast myślałam, że się udławię, a mój Portugalczyk ditto! Tu
gęba tłusta, dziecinna, zasromana a pikantna, ten baniak, te łapy wsty­
dliwie rozpłaszczone tu i tam, to było coś nie-do-wytrzymania! Myślę,
że Wenus, gdyby była miała głowę, byłaby się śmiała razem z nami do
rozpuku. Najdroższy! Tak już chciał nam wytłumaczyć! Tak naocznie!
Boję się tylko, że już na zawsze do mojej porażonej tą śmiesznością pa­
mięci przylgnie razem z tamtym śnieżystym cudem i ta morda pod
b­aniakiem! Ale bo też to mogło człowieka porazić!
Ponieważ ćwiartka ta musi już być ostatnia, spróbuję się streszczać
i teraz, pour la bonne bouche, chcę Ci napisać o czymś, o czym pisać
nie można, bo słów nie ma. MORZE!! Pierwszy raz przecie dojrzałymi
oczami patrzę na nie z tak bliska i tak rozmaicie. Pierwszego wieczora
była pełnia. Rozumiesz? Pełnia i morze, i piana, kotłująca się pod ta­
kim gigantem, i fale, i szum, i mewy, i przód statku i jego ogon, i woda
wpadająca pod śrubę, i taka już wykręcona, stłamszona, biała, sycząca,
w szeroki gościniec rozsunięta za okrętem. I to wszystko naraz! Ko­
lor, szum, ruch, zapach... wszystko! Mam już takie moje miejsceczko na
pokładzie, skąd najlepiej wszystko widać. Dawno wiedziałam, że w pły­
nącą wodę potrafiłabym się zapatrzeć na śmierć. Teraz wiem, że woda
płynąca jest niczym wobec takiej morskiej, i że to taka dopiero duszę
z człowieka wywleka. Coś niesłychanego... Ta piana, na wodzie zielo­
nej, niemiłosiernej, równie strasznej jak cudownej, te skiby szklane,
gładkie, rozbijające się tak łatwo w proch biały i lotny, i ta nieustanność
i wieczystość tego ruchu, ta monotonia wiecznie nowa i zawsze inna!
Ta myląca, podstępna równina bez końca, coś tak bezpiecznego i nie­
winnego, że człowiek nie rozumie, dlaczego bosymi nogami nie wy­
biera się po niej, gdzie oczy poniosą? Aha! Właśnie! Daleko by uszedł!
Dostać się w takie kłębowisko piany za okrętem. Winszuję! Ta wściekła
Z języka wł. – to samo, jak wyżej.
Z języka fr. – tu: na deser, dla poprawienia smaku.
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
31
siła i zajadłość ruszonego, dotkniętego w swym majestacie żywiołu...
Śni taki bezmiar pod księżycem, ciężko przelewany, oddychający po
swojemu swoim własnym rytmem, aż tu zjawia się taki biały wieloryb
i wwierca mu się śrubami, o sile Bóg wie ilu koni, w zielone łono! Orze
wodę, odwala ją szerokimi skibami, rozmiata, ubija zieleń w białość
i mija, zostawiając długo na wodzie rozchodzącą się coraz szerzej smu­
gę. Nic się morzu nie dziwię, że się tak bezsilnie za okrętem wścieka,
nie dziwię się jednak i sobie, że stać tak mogę godzinami i gapić się do
utraty świadomości, że patrzę. Raz jeden mój poczciwy Portugalczyk
zaprowadził mnie jakimiś tajnymi przesmykami na sam dziób okrętu
i jechaliśmy tak nosem w pełnię po srebrzystej jak lód wydmie wodnej,
mając wprawdzie wiatr i pęd w oczy, ale za to i uczucie Krzysztofa Ko­
lumba wyruszającego na odkrycie Ameryki. Przynajmniej ja!
Piszę to wszystko na kilka rat w dużej sali, gdzie się kłębi od d­zieci,
ale za to gdzie są okna tak nisko, że ani na chwilę nie tracę morza
z oczu. Mewy o żółtych dzióbach i rozwianych skrzydłach wieją się tuż
za oknem, siadają na falach i huśtają się bezpiecznie jak w kołysce. Moi
panowie dawno już poszli, nie mogąc się doczekać, kiedy skończę, i wra­
cali już parę razy wabiąc mnie na pokład. W żaden też sposób nie chcą
uwierzyć, że można taki długi list pisać tylko - - do siostry! Uśmiechają
się niedowierzająco i mrugają domyślnie... Niech sobie. Dziś wieczór
mamy być w Algierze. Tam chcę nadać ten list, żeby nie przepadł, bo
choć niejednego na pewno nie zapomnę, wszystko na dale­kość zlepi
mi się w jakąś pigułę, w której trudno się będzie doszukać szczegółów.
Inna rzecz, że nie napisałam Ci pewnie ani połowy tego, co było warte
napisania, a zamiast tego napakowałam Ci potocznego śmiecia, które
mi napływa oczami do łba. No ale trudno... Czym tam chata bogata...
Błędów tu i pomyłek też więcej jak czego, ale tak d­ygocze tu wszystko
jak w pulmanie. Lub mnie okropnie, bo ja Ciebie też okropnie lubię!
11/3 „Vulcania”
Tzn. „Vulcanii”, statku, którym autorka odbywała podróż do Lizbony.
Inedita
[...] Dziś, dzięki uprzejmości naczelnego jej inżyniera, Włocha,
zwiedziłam okręt do dna, po same maszyny. Co to za niesamowite
cudo! Zupełnie jakby się człowiek dostał w jakieś milionkrotnie po­
2014 tom V
32
Beata OBERTYŃSKA
większone płuca wieloryba i patrzył z bliska na wytężoną, sprawną
pracę każdej cząsteczki tych płuc, każdego naczyńka... Muszą we mnie
pokutować jakieś opiłki Tateczkowego inżynierstwa, bo choć natu­
ralnie nie rozumiem z tego nic, napatrzyć się nie mogłam. Mądry, gi­
gantyczny organizm, funkcjonujący precyzyjnie, tłusto i gładko. Huk,
szum, wiew, upał równocześnie, bo wentylatory oszalałe rwą gorąco
w górę, a spychają na dół wiatr... Nafta, oliwa, przeźroczyste, w po­
wietrzu wiszące schodki, pomosty, sita chodników nad przepaściami.
A po obu stronach tych chodników grzbiety gorące jakiś kadłubów
lśniących od tłuszczów, skrzela stalowe dyszące tłokami, rozmachane
łokciami przekładnic czy czego, dygoczące, kulejące, przysiadające,
zapamiętałe w rozpędzie. W niebotycznej, kilkupiętrowej przestrzeni
kłębowisko rur, kominów, pasów, jakieś boilery o pojemności kilku­
nastu tysięcy litrów czy hektolitrów czegoś, kompresory, kotły, dziwa­
dła o łbach jak stalowy skafander, o oczach pełnych gotującej się oliwy,
jakieś rzędy metalowych niby-ptaków, dzióbiących, zatokowanych do
bezpamięci. Dalej rury organowe ze szkła, pełne wody i duże, czarne
krople oliwy, odczepiające się rytmicznie od dna rury i ociągliwie nie­
sione w górę, aby się potem dostać w zawiły labirynt rurek, kapałek
i żyłek i ciapnąć wreszcie w oznaczonym tempie na jakiś staw rozma­
chany. Precyzja, precyzja i jeszcze raz precyzja! Tak mi było przykro, że
oglądam te cuda tylko ja, idiota i laik, a wyobrażam sobie, co by to była
za radość dla któregoś z naszych chłopców, starych czy małych! Nie!
Mimo wszystko, człowiek to strasznie mądra bestia. Ujarzmić takiego
giganta, nie mówiąc już o stworzeniu go, wyznawać się w mimice – że
tak powiem – tych skafandrów, rur i motorów! A w tym wszystkim
te czarne, spocone męczenniki, prażone w tym dzień i noc, uśmiecha­
jące się do człowieka gościnnie, dziecinnie i poczciwie. Każdy na coś
chce zwrócić uwagę, coś objaśnić, coś wytłumaczyć, co jednak wobec
huku i dygotu powietrza, musi się ograniczyć do gestów i uśmiechów.
Na szczęście motor idzie na nafcie, nie na parze, więc nie ma tu tego
ostatecznego piekła, jakim bywa kotłownia na okrętach. Ale i tak upał
tu niemożliwy, wymieszany z mroźnym strumieniem powietrza z wen­
tylatorów. Poręcze schodków ociekają tłuszczem, tak że u stóp każdej
z tych wiszących drabin stoi uśmiechnięty drab i podaje ci kołtun pa­
kuł do wytarcia rąk. Nie masz pojęcia, jakie to zwiedzanie okrętu było
ciekawe! Potem uprzejmy inżynier zaprosił nas wszystkich razem do
swojej kabiny na koniaczek, za który skromnie podziękowałam, jako że
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
33
w południe nie cierpię alkoholu. Tam też pokazał mi fotografię swojej
mamy, starej, pomarszczonej chłopki włoskiej, z dwoma spracowanymi
rękami leżącymi w podołku i o łagodnym, drzewnym jakimś uśmie­
chu. Powiedział mi, że jest to jedyna kobieta na świecie, którą całuje
w rękę, bo ona jedna jest tego warta i godna. Inna rzecz, że strasznie
mi się z nim trudno porozumieć. Nie mówi właściwie żadnym innym
językiem prócz włoskiego, a ja po włosku tyle chyba, o ile mi się jakiś
zwrot umianej piosenki akurat nada. Chłopisko to ogromne, o oczach
psotnego dziecka a szczękach troglodyty. Budował „Piłsudskiego”
i „Batorego”, a teraz eskortuje odremontowaną „Vulcanię” z ramienia
stoczni do Nowego Jorku. Ma do mnie widoczną słabość. Przypusz­
czam, że chwyciło go za serce moje uwielbienie dla maszyn. Coś mi
nawet w ten deseń gadał. Poza tym mam pono oczy „d’una ragazza”
i uśmiech „d’innocente bambino” . Niech mu będzie...
[...]
Lizbona 12 / 3 1936
Jestem na miejscu szczęśliwie i pysznie! Napiszę dłużej, gdy tylko się
da. Dziś ani rusz, więc tylko ściskam i strasznie się cieszę, żem już tu!
Lizbona 17 / 3
Wysłałam zaraz po przyjeździe karteczkę, a dziś pukam drugą, aby
Ci powiedzieć, że jeszcze i dziś listu nie napiszę. Wpadłam w taki wir
przygotowań do bankietu w Poselstwie, że się nie da. Dość gdy Ci po­
wiem, że samych ministrów będzie sześć sztuk! I to każdy w innym
języku! Zatem dom szumi, kipi a ja z tremą na ramieniu kipię razem.
Jak się szczęśliwie przewali, opiszę Ci już wszystko razem, z kawałkiem
drogi i Gibraltarem włącznie. Zatem servus! Jadę z Ziutą10 do kwiecia­
rza, dekoratora i innych matadorów od bankietu. I wszystko byłoby
dobrze, gdybym nie miała na sobie skóry ścierpniętej ze strachu o to,
co się wykluje z tej przeklętej Nadrenii! 11
Z języka wł. – oczy dziewczyny, uśmiech niewinnego dziecka, chłopczyka.
Ziuta – Zofia z Wańkowiczów Romerowa, żona Tadeusza Romera.
11
7.03.1936 oddziały niemieckie wkroczyły do Nadrenii, będącej – zgodnie z posta­
nowieniami Traktatu Wersalskiego – strefą zdemilitaryzowaną.
10
Inedita
34
Beata OBERTYŃSKA
2014 tom V
[...]
19 / 4
Nie wiem dlaczego tak mi się jakoś zebrało, żeby dzisiejszy list zacząć
wilgotnie! Mianowicie chcę Ci napuścić w kopertę nieco ryb i morskiej
wody. Jest tu w Lizbonie akwarium, nie wiem czy w­iększe czy mniejsze
od innych po świecie, ale ponieważ mam je świeżo w oczach, wydaje mi
się najcudowniejszym, jakie w życiu widziałam! Przede wszystkim już
sam nastrój... Mroczno tam i tajemniczo i tyle światła, ile pada od tych
zaczarowanych, zielonkowato-modro-złotych i przejrzystych witryn.
Każda szyba to bajka! Bajka o cudownym tle, napuszczona ciężkim
przeźroczem wody, którego wagę wyczuwa się oczyma poprzez szkło!
Bajki rozpędzone ku górze drobną ikrą świetlistych kuleczek powie­
trza, dymiącego pośpiesznie z ukrytych w piasku rur, kuleczek, które
u dołu są drobne i prawie na mgłę rozbite, a im wyżej, tym większe
i okrąglejsze... Łyka je u samego szczytu powierzchnia lśniąca i gładka
od spodu jak tafla złotego lustra, w której odbija się skośnie i niepodob­
nie niepokój i zamęt wszystkiego, co się kłębi pod nią. Bo powiększone
i wykrzywione przez grubość tafli wodnej snują się sennie, w powietrzu
jakby, stwory nieprawdopodobne. Takie n.p. malutkie rybki o zjeżonym
grzebieniu, rybki mające kształt okrętu, z całym szeregiem fosforyzu­
jących okienek wzdłuż brzucha. Zupełnie okna kabin. Inne: długie jak
węgorze, całe w plamy zamazane, brunatno-płynne, k­łębiące się wężo­
wato całymi stadami, jedna przez drugą, jakimiś utartymi wodnymi
szlakami, systematycznie, konsekwentnie i zawsze tak samo, jak to ci
czasem umie ożyć w gorączce szlak pod sufitem i przeplatać się potem
nieustannie dookoła samego siebie. Dalej: ryby-motyle! O dużych, roz­
wianych skrzydłach, mieniących się w niektórych załamaniach świa­
tła mokrą, mroczną tęczą i skrzydłach, które pod innym nachyleniem
będą tylko strzępem nietoperzowatej błony, bezbarwnej i lepkiej. Po­
tem rybeczki jakieś rącze jak płotki, wesołe i lotne, i jak owe z „Tysiąca
i jednej nocy” pomarańczowe, zielone, niebieskie, fiołkowe i żółte, mio­
tające się z kąta w kąt całymi chmarami tak szybko, że prócz przemyka­
jącego świetlistą wodą cienia mało co z ich kształtu można schwycić
okiem. Barwę tylko... Tak jak to wróble robią czasem... Wiesz jak? Jakby
kto garść ziarna w powietrze cisnął... Otóż tak samo latają te rybeczki.
Chełbie jakieś jak abażury, z żywą, mrugającą frędzlą dokoła całego
obwodu, chełbie, którym z tajemniczej głębi białej bani wyrastają wąsy
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
35
12
Od azteckiego słowa „pejotl”, narkotyk pochodzenia roślinnego, wywodzący się
z Meksyku; w latach trzydziestych narkotykiem tym interesował się m.in. Witkacy.
Inedita
purpurowe i rozmachane, wąsy podobne do wołochatych pylników
niewiadomego kwiatu, tyle że pylników wydłużonych nad miarę i nad
miarę krętych. Dalej jakieś ciasteczka wymyślne, przyssane piętą do
kamienia, ciasteczka o kępie wiecznie zwichrzonych, amarantowych
kudełków na czubku. Rozgwiazdy rozczapierzone na płasko, owe dzie­
więciorniki podmorskich łąk, czekające bezradnie zmiłowania boże­
go... Stajesz wreszcie przed taką jedną szybą, za którą woda jest najdo­
słowniej jak akwamaryn, a piasek cytrynowo-biały... Poza tym pusto...
Lśniące banieczki bulkoczą tylko całym strumieniem w jednym kącie
i wnikają w złote lustro u szczytu. Po chwili dopiero postrzegasz, że
na dnie coś się rusza. Dwa słupki, wielkości raczych oczu, zakończone
czarną kroplą źrenicy! Tak... Naturalnie... Całe roje oczu na słupkach,
z których każde patrzy w inną stronę, zależenie od tego, jak się słupek
ruszy. Wrażenie zupełnie niesamowite! Masz przed sobą - - nic, tylko
patrzący spode łba, obleśnie i zezowato - - piasek! Nagle wszystko się
mąci i z grząskiej złotości dna wybucha w wodne powietrze p­rzedmiot
płaski i wielki jak półmisek, o rozfalowanym obwodzie, przedmiot
ma­jący kolor piasku, a konsystencję ślimaczej pięty. Na grzbiecie zaś
sterczą mu ruchome słupki oczu, którymi zazwyczaj, wkopawszy się
w dno, zezuje za żerem cierpliwie i godzinami. Mimikra kompletna,
tak kształtem jak kolorem i ten bezmyślny rozum i podstęp, owo chy­
tre strzelanie w różne strony twardą kropkę źrenicy, nagle wybuchy
z piasku i płaski powrót na dno, w którym falistymi otrząsami o­bwodu
wgniata się taki stwór na doby całe... Przecie to niesłychane! I idzie
człowiek od okna do okna, od witryny do witryny tej jakiejś wielkiej,
„panaboskiej” wystawy, oczy gubi i dech traci! Żadna fantazja, żaden
sen, żadna pejotlowa wizja12 w przybliżeniu nie potrafiłaby wymyślić
takich nieprawdopodobieństw, takich zjaw i takich cudo-dziwolągów...
A to przecie nie żaden sen, tylko znikoma cząstka tego, co gdzieś – so­
bie, nie komu – istnieje niewidziane, poznane albo nie i albo n­azwane,
albo bezimienne do dziś... Stworzone w ciemności, w najgłębszych
głę­bokościach morskich, niepotrzebne i „na wiwat”, powstaje i ginie
miliardami, w kompletnej nieświadomości własnej i cudzej – dlatego
t­ylko – że Najwyższa Świadomość raczyła w jednym z owych siedmiu
dni i o nich też pomyśleć! Ten gest! Ta wielkopańskość Przyrody, tego
2014 tom V
36
Beata OBERTYŃSKA
premiera boskich ministrów, oszałamia człowieka do znaku! Przypom­
niał mi się ten wiersz Lilki o akwarium i dobrze rozumiałam jej wo­
łanie o klęcznik i różaniec!13 Boże! Jak to cudownie, że człowiek ma
oczy! [...]
Jak się pewnie domyślasz, list ten piszę do Ciebie na kilkanaście na­
wrotów, stąd ta mieszanina wszystkiego bez ładu i składu. Ale jeszcze
tak nisko nie upadłam, żeby pisząc do Ciebie o składzie myśleć. Zatem
jazda dalej, z metra, jak idzie.
Mam żuchwy tak pełne, że nie wiem, od czego zacząć. Po prostu
d­eborduję14 od wrażeń i chcę je na gorąco wysypać w list. Otóż korzys­
tając z dnia słonecznego i bez wiatru - - jeden tu teraz taki na sto in­
nych - - wybraliśmy się autem na całe popołudnie w krajobraz. Więc
przede wszystkim znowu do owej Sintry, tego niewiadomego osypiska
skał, wyszarpujących się z równiny zielonej i łańcuchem gór wyso­kości
prawie skolskich. Z bliska wygląda to zupełnie tak, jakby się jakiś olb­
rzym bawił żwirem, jakby go zsypał na jedno miejsce w wysoki kop­
czyk, a potem zapomniał wzgórek ten na odchodnym rozkopnąć...
Jeden jednak taki kamuszek ma jak nic wielkość dużego gmachu! Naj­
bardziej przypomina to jakieś kolosalne Bubniszcze15. I tak: z jednej
strony ma to osypisko wygląd zupełnie pustynny, prócz mchu nic,
tylko głaz na głazie, zaś z drugiej, to znaczy od morza, roślinność do­
słownie podzwrotnikowa. Kipiel mokra od soków i duszna od oparów,
plątanina palm, azalii, rododendronów, paproci wielkich jak u nas lipy,
kwitnących glicynii i las kamelii o lakierowanych liściach, do których
lgną kwiaty płaskie, mięsiste, bezwonne, ale za to o takim nasileniu ko­
loru, że kolor przestaje być kolorem, a staje się czymś namacalnym, co
musi mieć także jakąś swoją wagę i ciepłotę... Zaś poprzez to w­szystko,
w rozporach tej dżungli kwitnącej, popod rosochate pachy jakiegoś kor­
kowatego drzewa czy w girlandzie bladego gronowiska glicynii – mo­
rze! Nie! Ja się z morzem nigdy nie oswoję! Zawsze mnie natchnie, za­
dziwi, zauroczy! Kwiczeć by się chciało i machać rękami, i wleźć w to
z głową, i sama już nie wiem co! Dość, że od czasu do czasu – morze.
13
Mowa o wierszu Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej pt. Akwarium w Monako,
opublikowanym w roku 1925 na łamach „Tygodnika Ilustrowanego”. Wiersz ten kończy
się frazą: „O, dajcie mi na czym uklęknąć i mój sandałowy różaniec, / a będę na nim po­
wtarzać bez końca: Naturo! miłości moja!”.
14
Wylewam, przelewam nadmiar.
15
Wieś w powiecie stryjskim, popularne miejsce wycieczkowe, pojawiające się we
wspomnieniach Beaty Obertyńskiej.
Gładziutkie tego dnia, świetliste, szafirowe, pomarszczone miejscami
drobniutko a dreszczykowato, ruchome i nieruchome równocześnie,
łagodne, bezpieczne i straszne. Jechaliśmy więc tak sobie nosem w to
wszystko, jakich kilka kilometrów za miasteczko do ogrodów Monser­
ratu.
Jest to ogród, a właściwie park bezbrzeżny, obejmujący prócz same­
go parku kilkadziesiąt morgów lasu i Bóg wie ile morgów owych ka­
miennych buł... Jest to prywatna własność angielskich przemysłowców
(fabrykanci sukna), jakiś Cook, który obecnie ma tytuł hrabiego na
Monserracie i przyjeżdża tu czasem własnym jachtem na parę tygo­
dni z dworem, liczącym czasem kilkadziesiąt osób, w tym linoskoczki,
akrobaci, aktorzy, literaci i malarze, dziennikarze i tym podobna zbie­
ranina... Zeszłego roku było to wszystko na sprzedaż za półtora milio­
na złotych, co zważywszy obszar, pałac – paskudztwo w mauretańskim
stylu, ale urządzone komfortowo i kompletnie – oraz ogród, jedyny
taki w Europie, nazywa się za bezcen... Otóż tenże ogród.
Już Byron tracił pono nad nim dech. Można powiedzieć, że jest
to jakby bezbrzeżna Arka Noego na rośliny. Wszystko, co gdziekol­
wiek na świecie rosło, kwitło czy rodziło, jest w tym ogrodzie. Każ­
da część świata ma swoich przedstawicieli, i to takich, którym czuba
nie widać z gonności i bujności – drzewa, o których chyba sam Pan
Bóg zapomniał, że je stworzył, tak są dziwne i do niczego niepodobne.
Nikt z opowiadań nie potrafi odtworzyć sobie obrazu tego parku. Bo
to tak: kompletna dzicz, wparta plecami w omszone, kilkupiętrowe, ka­
mienne ściany, przelewająca się sama sobie przez brzegi, a równocześ­
nie gazo­ny, golone co dzień jak każdy Anglik... Wodospady huczą­ce po
kamieniach jak jakieś dzikie dopływy Amazonki tuż obok gładziut­
kich, karpio-pawio-granatowych sadzawek, w których moknie o­dbicie
strzyżonych bukszpanów i tui, odbicie prute czasem i marszczone
z r­ozwagą przez powoli sunące łabędzie o wzdętych skrzydłach. Jary
głębokie i głu­che, skąd wieje chłód i próchno, i grzyb, i woń zgnilizny
roślinnej, a parę kroków dalej polaneczki pogodne, nasłonecznione,
jaszczurcze, że tak powiem – i macierzancze, które mogłyby jak nic po­
chylać się ku słońcu w jakimś Beskidzie czy Karpatach. Cały zaś ten,
nie wiem ile morgów liczący, park bełkocze, dudli, chlupocze, d­zwoni,
paple, ciapie, kapie i cmokta od wody rozmaitej, tej od wodospadów,
takiej sypkiej od fontanny, takiej granatowej od łabędzi, s­trumy­
ków, płynących ścieżką, którą idzie się razem z nimi po kamieniach,
37
Inedita
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
2014 tom V
38
Beata OBERTYŃSKA
umyślnie w wodzie poukła­danych, albo wody biegnącej przy człowieku
r­ynną umieszczoną w grzbiecie kamiennego murka, towarzyszącego ci
wykrętnie kilometrami. Jednym słowem, woda robi tam honory domu,
bo park jest tak duży, że choć zwiedza go zawsze moc cudzoziemców,
można godzina­mi nikogo nie spotkać, a ogrodnicy są tak wtopieni
w otchłań zielo­ności, że się ich wcale nie zauważa.
Nie miałam dotąd pojęcia, że istnieją tak szalenie rozmaite r­ośliny.
Czy wiesz n.p. że jest taka żyrafa, o chudej plamistej szyi, której pod
samą już brodą rośnie kilka palmowych liści o finezji najcieńszego
aspa­ragusa, a której łeb przerodził się w smutny, zwisły kołtun bru­
natnego koloru, mającego wagę kiści dojrzałych daktyli i ciągnie ją siłą
ku ziemi? Jeżeli nie wiesz, to pociesz się, bo ja także nie wiedziałam...
Teraz już wiem... Czy widziałaś n.p. roślinę kwitnącą pawimi głowa­
mi? Bo ja tak. Tyle, że paw ten ma szyję amarantową, dziób i czubek
głowy najcudowniej błękitne, niczym wiosenny zmierzch, a owa l­ekka,
kilkopałkowa korona, rozczapierzona wachlarzowato, jest ogniście po­
marańczowa... Czy znanym Ci jest drzewo, mające kształt k­rępej,
zwartej, piniowej szyszki, ale szyszki liczącej może ze trzy piętra, która
w dotknięciu jest miękka jak mech, choć z daleka robi wrażenie cze­
goś równie kolącego jak jałowiec? Albo drzewo o pniu grubym i atła­
sowo gładkim, mającym wężowate, gołe konary, zakończone niespo­
dzianie ubogą kępką ogromnych, prostych igieł, coś niby h­urtowny
skład szczotek do intymnych naczyń w państwie jakiegoś giganta.
Albo – skoro już o domowych porządkach mowa – wyobraź sobie taki
jeden krzak, olbrzymi, rozłożysty, o liściach jak agawa, aż twardych od
mocy i rozpanoszenia, krzak, który powinien by dźwigać kwiat wiel­
kości altany, jak myślisz – czym się wykpił? Oto wypuścił z siebie na
niezmiernie długiej łodydze amarantowe, konsystencji koguciego grze­
bienia – piórko do prochów! Piórko do przepędzenia kurzu z amaran­
towego mięsa... Podoba Ci się? Jakieś wierzbeczki, cienkie jak mgła,
jakieś krzaczyska o kolcach jak rożny, jakieś rozchodniczki świecące
podskórną rosą, o czerwonych ząbkowanych brzegach... Drzewa jedne
aż czarne od zieloności, inne złote, jak u nas w najsuchszą jesień złotym
umie być klon, buki czerwone, czarne, żółte, mimozy tulące uszy za
zbliżeniem się człowieka, pieprzowe drzewa o listeczkach zwiewnych
i mięciutkich, bambusy, papirusy, kaktusy... Te ostatnie - - nie wiem,
czy dzięki bliskiej Wielkanocy - - bąblą się jeszcze od czerwonych gru­
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
39
16
Wyraz utworzony od francuskiego słowa „coulant” – płynnie, łagodnie.
Inedita
złów, uczepionych w płaskiej łopacie, niczym Paschał od tych gwoździ
z kadzidłem.
Zdaje mi się, że choćbym jeszcze dwa razy tak długo gadała, nie po­
trafię Ci dać najbledszego obrazu tego ogrodu. Po prostu raj, tyle, że bez
zwierząt i ludzi. I może dlatego utarł się tu zwyczaj, że pierwszy spacer
po zaręczynach odbywa młoda para właśnie do ogrodu Monserratu.
Wiadomo... Takim zdaje się zawsze, że na całym świecie istnieje tylko
ich dwoje. Tu mogą mieć to złudzenie łatwiej i dokładniej niż gdziekol­
wiek indziej... Nad całym bowiem ogrodem trwa samotność i pustka,
jakby przed stworzeniem zwierząt i człowieka... Rośliny i woda...
Obleciawszy park i zobaczywszy co się dało, z kieszeniami kłują­
cymi od różnych popodnoszonych z ziemi szyszek, patyków i dziwolą­
gów – między innymi taki brunatny robak, spadły jakiemuś szpilkow­
cowi z gałęzi, coś długiego na pół metra, a giętkiego, jak krekoludy,
taka wężowata szyszka, pachnąca cudnie żywicą, ale gruba ledwie na
mały palec... – wróciliśmy znowu do auta i ruszyli z kopyta śliczną,
asfaltową szosą, tylko tak krętą, że aż autu w krzyżach strzyka, gdy mu
przyjdzie z wdziękiem a kulantnie16 wziąć jakiś nagły zakręt... Wzdłuż
murków, wzdłuż gąszczy, wzdłuż morza, lekko, ale nieustannie mając
się ku górze, dotarliśmy wreszcie do klasztorku Kapucynów
Król hiszpański Filip II zwykł był mawiać, że posiada w swoim pań­
stwie największy i najmniejszy klasztor na świecie. Mówiąc o najwięk­
szym miał na myśli opactwo w Eskurialu... Do dziś widnieje w zielonym
krajobrazie potężny, zwarty czworobok tej budowli, niczym kamienna,
odosobniona wyspa, oblana dokoła pustką i odludziem... A daleko...
daleko stamtąd, w głębi zagarniętej podówczas przez Hiszpanię Por­
tugalii, wtulony w lasek korkowych drzew na cyplu wiszącym wysoko
nad morzem, wśród wądołków porosłych rozchodnikiem i macierzan­
ką, krył się ten drugi, najmniejszy klasztorek pod słońcem.
Założony około 1560 przez jakiegoś don Alvaro de Castro, oddany
został zakonowi Kapucynów. Capuszjos, po portugalsku. Zalęgły się tu
te biedaki w brunatnych habitach św. Franciszka i, żyjąc z jałmużny,
przetrwały wieki na modlitwie i umartwieniach. Dziś klasztorek jest
pusty jak orzech przewiercony przez robaka. Po rewolucji rozpędzo­
no zgromadzenie na cztery wiatry, które to wiatry wróciły tu potem
i gospodarują bezkarnie w opustoszałych kątach. Nie broni im przy­
2014 tom V
40
Beata OBERTYŃSKA
stępu żadna furta, żadne drzwi... Przewlekają się z gwizdem wąskimi
korytarzykami, przysysają ciaśniej do okna maleńkie okiennice, by je
za chwilę odrzucić na skrzypiących zawiasach, szeroko, by aż stuknęły
o skałę... Wiatr i pustka, dwa zakony o niewiadomej regule, mieszczą
się dziś w tych murach... Serce by Ci się topiło na widok tego klasz­
torku! To jest coś, na co nie ma słów! Bo wyobraź sobie, że to nie jest
ż­adna budowla, tylko jakąś jaskółczą techniką polepione ze sobą ka­
mienne buły, z powykuwanymi schodeczeczkami, korytarzykami, cel­
kami i kapliczką. Zupełnie tak, jak Ci mówię. Były skały, wśród których
trzeba było zamieszkać, więc pozatykało się rozpadliny ciasno upcha­
nymi kamieniami, zalazło błotem czy wapnem i porobiło w niektórych
miejscach kawałeczki ścian, z pełnym uwzględnieniem surowej skały,
która omszała i naturalna, tworzy całe spłachcie wewnętrznych partii
budowli.
Ponieważ istniał ten klasztorek paręset lat, z czasem wkradł się tu
pewien rozczulający komfort – ba! luksus. N.p. zrobiono okap nad pa­
leniskiem i wypuszczano dym Panu Bogu w chmury a k­apucynki prze­
stały się wędzić w swojej norze. Potem, może przez wzgląd na wich­ry
dmące tu od morza, porobiono te okiennice, czyli kawałki kory kor­
kowego drzewa, uczepionej na jakichś prymitywnych zawiasach...
Okienka wielkości wprost lilipuciej! Ponieważ rozkład klasztorku zale­
żał ściśle od terenu, nie ma zdaje mi się ani dwóch dziupli skalnych,
które byłyby na tym samym poziomie. Toteż jest to wnętrze z niczym
na świecie nieporównane. Zupełnie ma się wrażenie, że się człowiek
zmienił w termita i wędruje po zawiłych labiryntach termitiery.
Refektarz, jak na ich rozmiary, jest wprost olbrzymi. K­liteczka,
w której może można by rozścielić perski modlitewnik i to z tych mniej­
szych... Ma za to trzy okieneczka, wszystkie trzy na wysokości kolan
i wszystkie trzy pełne morza, gzymsy wykute w skale, pewnie do sia­
dania i dużą szkarłupnię kory korkowej, podstawioną czterema kloc­
kami na rogach. Tenże stół uginał się pod ciężarem korzonków leśnych
i wody w kubkach z kory, gdyż, sądząc po kuchni, gotowanego nie jedli
chyba wcale. Paleniskiem jest szczerba w skale mającej jakby dwie kon­
dygnacje: na dolnej leżały szyszki czy inne smolne patyki, pod które
podkładano ogień, w górną zaś, w okrągłe, nierówno rozrzucone otwo­
ry, sadzało się jakieś naczyńka wielkości małego garnuszka i kopciło
im się na tym ogieńku pupinę... Szyszki widocznie jednak dym mają
przenikliwy, gdyż dodano ów okap, śmiesznie ciężki w zestawieniu
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
41
z paleniskiem – i tymże okapem przeciążek łagodny wysysał ż­ywiczne
swędy... Podobne palenisko znajduje się przy infirmerii. Bo była też
i infirmeria... a jakże?... Podgrzewano tam jakieś mikstury i ulepki, któ­
rymi kapucynki leczyły się wzajemnie, a gdy wypadło i ludność oko­
liczną. Srogi przeor – mający dla siebie aż dwie celki, jedną o kilka ka­
miennych stopieńków wyżej od drugiej położoną – leczył jednak na
równi z ciałem i dusze swoich owieczek... Nie zazdroszczę braciszkowi,
który coś przeskrobawszy, dostał się do ciemnicy. Jest to klatka wy­kuta
w skale tak niska, że nie wiem czy klęknąć by w niej można. Wilgoć
bucha stamtąd zastała, odwieczna, a w zupełnej, mokrej ciemności bzy­
czą – pewnie malarią obrzękłe – komary. [...]
Jedyny zbytek i to zbytek, na który mało kto mógłby sobie gdzie in­
dziej pozwolić – to widok! Boże! Co za widok! Może być, że jego rozleg­
łość potęguje się jeszcze przez ciasnotę pierwszego planu. Bo te celki to
całkiem jak ciasne czaszki a okienka jak oczy, widzące cały świat! Świat
rozlany w bezmiar Atlantyku, niebieski, zielony, świetlisty, ów rucho­
my i nieruchomy, ów łagodny i straszny, ów do którego człowiek sam
sobie wyskakuje przez własne oczy z zachwytu! Największą paradą tego
klasztorku jest taras, tym razem naprawdę rozległy, obrzeżony białym
murkiem, wzdłuż którego od wewnętrznej strony ciągnie się szeroko
kamienna ława. Zaś za tą ławą, ponad murkiem, pod kosmatymi, węź­
lastymi konarami jakiegoś niewiadomego szpilkowca - - ONO! Szafi­
rowe, w smugi świetliste, ono od deski do deski, ono n­ienapatrzone,
nienamiane - - MORZE! Gdyby reguła kapucynków polegała tylko na
patrzeniu, w tej chwili wstąpiłabym do tego zakonu i zbudowała sobie
pustelnię nosem w stronę Oceanu! Nie wierzę, aby się kto mógł kie­
dy do syta mu napatrzeć! Aha... Tylko co z newralgią? Czy kapucyn­
kom wolno zażywać „kogutki”? Chyba nie... No więc czekaj... Jeszcze
się chwilę zastanowię... I czy wolno by mi mieć mojego portabelka?17
17
Autorskie określenie małej maszyny do pisania (na temat przywiązania Beaty Ober­
tyńskiej do swoich piszących maszyn zob. Wojciech Ligęza, Pod kreską, Kraków 2013,
s. 45-46).
Inedita
Eee – to może nie wstąpię do Capuszjosów – co? Jak myślisz... Zwłasz­
cza - - zwłaszcza, że dziś, mimo światła, przeciągu, widoku, p­rzewiewu
i słońca okropnie tam jakoś smutno! Myślę, że to ta wielka krzywda,
jaka się nad nimi dokonała, kiedy ich z tych nor wygnali het precz
w świat - - im chyba stokroć większy i straszniejszy niż komukolwiek
2014 tom V
42
Beata OBERTYŃSKA
in­nemu - - została w tych kamiennych dziuplach i butwieje w w­ilgoci
i pustce. Pomyśl! Wyporpali sobie, wylepili, nanieśli, obchodząc się isto­
tnie byle czym, a właściwie niczym, lata czy setki lat - - aż tu nagle takie
„fora ze dwora”! Takie biedne karzełki za siedmiu górami, zagospoda­
rowane w swoim miniaturowym gnieździe, umartwione, zamodlone,
dobroczynne i winne Bogu ducha - - i taka noga, co to mrowisko ma­
leńkie kopnęła i rozpędziła. Nie rozumiem, co komu szkodzili w tym
pustkowiu!? Biedaki! [...]
Kościółek - - jak kościółek, kapliczka raczej, mizerna i o­puszczona,
bo to światami od ludzi, wystygła i wywietrzała, żyjąca tylko świetny­
mi wspomnieniami cudów. Te cuda są opisane - - a co cudniejsze - wymalowane w kilkunastu obrazkach, wiszących na ścianach, rzędem,
a dostatecznie nisko, by się im przyjrzeć można. Ah! Lelu! Że też czło­
wiekowi nie wypada kraść. Nie potrafię Ci opisać czaru i naiwności
tych malunków! Te różne bezradne, niemogące nic choremu pora­
dzić czarne medyki, spieszące z jakimiś retortami ku baldachimowi,
pod którym spoczywa dama wyfiokowana, w fontaziu, cztery razy
z samego szacunku malarza za duża... Ta rodzina, wijąca się na klęcz­
kach a bardzo roztargniona i zerkająca ku widzowi! Na każdym zaś
obrazku w kłębuszku obłoków jawi się Cudowna Matka Boska w sza­
tach daremnie próbujących ustrzec się przed pewnymi naleciałościa­
mi epoki, w baniatej koronie, w baniatych panierach i z wystrojonym
Dzieciątkiem na ręku. Koloreczki - - prześliczne. Nie wiem czy im tak
czas dobrze uczynił, ale poprzez całą dziecinną nieporadność znać na
nich jakiś smaczek wytrawny, może bezwiedny, ale obecny bez wąt­
pienia. Te karoce z ponoszącymi końmi! Te lektyczki cztery razy za
małe w stosunku do nadzianki! Te koafiury! Cała zaś historia i każ­
dego cudu wypisana jest wąsatymi literami tuż pod rozgrywającą się
akcją, tak, że niekiedy wyfraczone czy panierzaste figurki plączą się
w wykrętnych od wdzięczności floresach. Naturalnie, że są i późniejsze
obrazki. Ostatni z jakiegoś 1880 i coś roku, o ile pamiętam. Ale tamte
najstarsze - - cudowne! Kolorki przeważnie siwo-modry, głogowy, czar­
ny, biały, trochę szafirku... Palce lizać! - - Opowiadają także, że w tej
to kaplicy, przed każdą odkrywczą wyprawą przywódca i załoga spę­
dzali noc na modlitwie. Nie wiem, jak się tu mieścili, bo to maleństwo,
może zresztą część ich zaległa strome, kamienne schodki, wiodące do
kościółka. Wydmuch tam jak na jakimś szczycie niebotycznym! I wi­
dok! Wiesz, zupełnie, ale to zupełnie mapa! To, co dotąd widywałam
na papierze, zobaczyłam żywe, naprawdę. To niebieskie to woda, a to
zielone to ląd. I zabawnie uświadomić sobie, że to jest sam kraniec tej
Europy, tej starej wyjadaczki Europy, o której się tyle gada i gada i że
to jest naprawdę jej brzeg wzębiony, wzygzaczony skałami, wioskami
i zielonością w bezmiar Oceanu! Stoi człowiek na takim hylu i gapi się,
i wierzyć mu się nie chce, że oto patrzy światu w paszczę i że go widzi
aż po migdały! Jeżeli myślisz, że przestanę mówić o morzu, to się my­
lisz, moja kochana! Otóż morze tym się odznacza, że choćbyś patrzyła
na nie z nie wiem jakiej wysokości, to zawsze będzie wyżej od ciebie...
Zawsze masz wrażenie, że to, gdzie stoisz, czy to jest góra czy dół, jest
wgniecione własnym jakby ciężarem w głąb. To tak, jakby ktoś ciężki
stanął na środku pajęczyny krzyżaka, która się pod nim ugięła i której
brzegi dlatego jeszcze wyżej podskoczyły. Rozumiesz? Morze, gdy na
nie patrzeć z tak wysoka, jest wypukłe i pochyłe, pokryte słoneczną go­
łoledzią i nigdy tak naocznie jak wtedy nie uświadamia sobie człowiek
faktu, że cała kula ziemska jest zawinięta w ten gruby, zielony, ciężki
naleśnik wody! I to zdziwienie, że się ten wał wody, ten o tyle wyższy od
ziemi lej, piętrzący swe obrzeże Bóg wie ile pięter wyżej niej, nie wali,
nie obsuwa, nie zamyka nad nią?! Wiem. Jakieś przyciąganie czy co...
Oczy jednak o żadnym przyciąganiu nie wiedzą i dziwią się, i głupie­
ją! Ach! Jakże głupieją! Ze szczęścia! Z nienapatrzenia! Z żarłocz­ności?
Bo i tu, i tam warto by patrzeć... Tu morze jest zielone, w smugi jakieś
brązowane idące od lądu... To pewnie rozmoknięta glina brzegów...
Tam razi białością kolącą, rozmigotaną, przechodzącą w błękit stalowy
i twardy, w którym migot tężeje i gaśnie. Indziej zaś rozprzestrzenia się
szafir o kilku odcieniach, szafir rozgłaskany, rozprowadzony, roztoczo­
ny, leżący na wznak na wodzie, leniwy, ciężki i niewysłowiony! I tylko
przy brzegu, nie wiadomo po co, budzą się smugi ospałej fali i od nie­
chcenia opieniają skały, jakby się morze leniwie opędzało ziemi, jakby
ją ciągle łagodnie odpychało od siebie, z cierpliwością i słodyczą niewy­
czerpaną. Bo w taki cudowny, brylantowy dzień fale wcale nie atakują
brzegów. Przeciwnie. Chcą mieć spokój i opędzają się tylko... Łagodnie,
cierpliwie, przez sen jakby, tyle, że nieustannie...
Boże! Boże! Dlaczego ja wam tego wszystkiego pokazać nie mogę!?
Czemu tylko ja na to patrzę!? Choć robię, co mogę, wiem, że nie potra­
fię nigdy pożreć ani setnej części tego, co mi się sunie przed oczyma.
Tyle niezjedzonego zostanie po drodze! Wszyscy byście się pożywili do
syta, a tu tylko ja chłepczę tę cudność ile wlazło [...].
43
Inedita
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
44
Beata OBERTYŃSKA
Wszystko dobre jednak miewa koniec. Trza się nam było brać ku
do­mowi... Zdaje mi się, że gdybym tak jeszcze z godzinkę tam p­obyła,
byłabym się przyssała oczyma do świata mocno, jak te czarne m­otyle
w szkarłupniach do skał. Trzeba już było długą chwilę czekać na odpły­
nięcie wody spod mojej skały, a i tak piasek był ciemny i grząski, kiedy
przyciężkim kłusem nasza podróżująca sarenka uciekała przed falą... Ta
więc fala goniła mnie białopłetwa, sycząca, obrzeżona jak siatka do teni­
sa wałkiem płótna, by się zniechęcić wreszcie i cofnąć ślisko wstecz. [...]
Za pięć minut jadę na koncert Rubinsteina. Kończę więc galopem,
choć mam jeszcze mnóstwo rzeczy, o których mogłabym Ci napisać.
W ogóle ten żywot jaki tu wiodę! Ja czy nie ja - - myślę nieraz patrząc
do lustra, kiedy wyfiokowana na ostatni guzik jadę na jakiś five do ja­
kiejś ambasady! Porosłam tu w różne konieczne pióra, pod szykownym
patronatem Ziuty. Dziś jadę w komplecie czarnym, jedwabnym, z róż­
nościami białymi do tego. Kapelutek... szyk... panie tego... woalinka na
nos, tył kapelusza poddarty, przodzik przeciwnie... i dwie białe róże
z gazy usadzone nad daszkiem... Cera jak brzoskwinia, oczka wszawe...
ręce na szczęście przepadną bez śladu w rękawiczkach białych, zamszo­
wych... a jakże... bo pamiętaj, że ja tu jestem za kogoś i muszę stanąć na
wysokości tego łgarstwa...
2014 tom V
28 / 4
[...] Raut w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zaczęło się od tego,
żem poznała ministrową Monteiro na koncercie Rubinsteina. Na drugi
dzień dostaję zaproszenie. Że jednak dla korpusu dyplomatycznego był
dawany przed rautem obiad, miałam dojechać do tegoż M­inisterstwa
o dwie godziny po Ziucie. Rozumiesz? Znaczyło to, że mam jechać
sa­­ma, sama wejść, sama witać się, sama odszukać Ziutę w tłumie - w ogóle - - sama! – Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, czym jest takie oficjalne przyjęcie w ministerstwie? To setki ludzi. Obcych!
W olbrzymim, pokrólewskim pałacu... To po prostu zły sen! Ale nic...
Jak się już ofiarowałam na tę „światową”, niechże wydudlam to piwcio
do dna... Żegnałam Ziutę wyjeżdżającą przede mną – cudną, w sukni
koloru vert jade18, z takimiż soplami w uszach, oskrzydloną smugami
18
Z języka fr. – koloru oliwkowozielonego.
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
45
19
Z języka ang. – królowa w jej czarnej sukni.
Inedita
starej, złotawej, aż po ziemi się za nią wlokącej koronki – z uczuciem
skazańca. Obiecała mi solennie czekać na mnie gdzieś blisko wejścia
zaraz po obiedzie, po którym miał się zacząć raut dla ludzi spoza kor­
pusu. Dlatego mówię o Ziucie samej, bo Romer jest na Maderze i wróci
dopiero w niedzielę, razem z „Batorym”. Wystroiłam się więc jak mo­
głam, uczesałam, wymalowałam, wypudrowałam - - the queen in her
black dress 19 - - tyle, że mi ją Ziuta kazała porozpruwać gdzie się dało...
Westchnąwszy żałośnie za moimi butonami, które gdzie jak gdzie
i kiedy jak kiedy, ale wtedy właśnie byłyby mi się przydały – błyska­
jąc sadełkiem tu i tam, z sercem bijącym, cała w plamy jak zaskroniec,
wsiadłam do auta, które tu po mnie wróciło. Lelu! Pomyśl! Przecie to
wyczyn! Pałac jak twierdza... Mijamy jedną bramę, drugi dziedziniec,
trzecią bramę, trzeci dziedziniec, aż wjeżdżamy przed illuminowany
fronton pałacyszcza jak z kina! W ogóle wszystko jak z kina. Reflekto­
ry, żywe kwiaty w kamiennych wazonach, lokaj na lokaju, szwajcar na
szwajcarze, galony, liberie, wojsko - - wszystko! Wspaniałe, d­ywanami
wysłane schody w kwiatach i lampach, i lokajach, a co trzy kroki nie­
ruchomy gwardzista w białych, opiętych ineksprymablach, z białym
wodospadem piór na czaku i lśniącą szablą. A środkiem tych schodów,
w ziucinych Breitschwanzach, na trzęsących łydkach, jak gdyby nig­
dy nic - - ja! Sama! Na raut do ministerstwa w Lizbonie! Tyle, że oni
nie wiedzą, że to tylko ja... Kłaniają się jak trącone domina... Plum - plum - - plum - - wiesz jak? Pierwszy zaczął, drugi powtórzył, trzeci po­
dał dalej... Na szczęście widywałem nieraz w kinie jak światowa kobieta
wstępuje na schody i to w wieczorowej, długiej tualecie. Lekkie koleba­
nie się w biodrach, falisty ruch całego ciała, nonszalancje, wdzięk (bez
zbytniej uniżoności w stosunku do lokajów!!) Wdzięk przede wszyst­
kim! Widzisz mnie? Co się jednak nabałam, to moje... A potem ta stra­
szna chwila, kiedy już wszystko, co można było, popra­wiłam w garde­
robie i niczym nie można było odwlec chwili s­kierowania się ku salom,
skąd dochodził mnie szum i szelest „wybiegłej” na ex-królewskie po­
sadzki śmietanki towarzysko-dyplomatycznego „hajlajfu” Lizbony.
Boże! Byle tylko Ziuta była naprawdę gdzieś blisko!
Wchodzę... Pierwsza sala wielkości foyer we lwowskim teatrze... Go­
beliny, dywany, kwiaty, lustra - - ale Ziuty ani śladu. Za to k­­ilkanaście - to najgorsza ilość w takiej dużej sali - - osób obwieszonych orderami,
2014 tom V
46
Beata OBERTYŃSKA
wstęgami, szarfami jak przy kotylionie. Na moje szczęście poznaję
z daleka krzywą i obrzękłą gębę szefa protokółu - - nigdy nie przypusz­
czałam, że się nim kiedy w życiu tak ucieszę! - - i rzucam się ku niemu
jak ku desce ratunku. Pokazał mi panią domu - - której może nie była­
bym poznała w wieczorowej tualecie i bez kapelusza, bo widziałam ją
tylko raz, wtedy w loży - - więc jazda do niej w lansadach i banalite­
tach... Ona przedstawiła mi swego męża - - jedyny piękny okaz rodzaju
męskiego w Portugalii - - a potem to już tenże Minister Spraw Zagra­
nicznych poszedł ze mną po salach szukać Ziuty.
Od tej chwili najstraszniejsze się skończyło, a zaczęło ładne i cie­
kawe. Pałac jak z bajki. Sale jak z filmu, „so schon wie im Kino!”. Tua­
lety, klejnoty, kwiaty, gobeliny, szkła, obrazy - - mówię Ci, klasa! Bez
najmniejszej przesady ani wątpliwości było to najładniejsze i najwspa­
nialsze przyjęcie, jakie w życiu widziałam - - co Ci tym łatwiejsze bę­
dzie do zrozumienia, że to było właściwie pierwsze przyjęcie oglądane
przeze mnie z bliska. Przede wszystkim samo tło, a potem co niektóra
nadzianka... Ziuta i Holenderka znowu najładniejsze. Ta ostatnia m­iała
suknię z czarnego, mięciuteneczeczkiego aksamitu, a że jest wysoka
jak wieża Eiffla, miał się gdzie aksamit ten przelewać, lśnić i łamać. Do
tego cera polnej róży - - najdosłowniej - - włosy jak złoty dym, zęby jak
perły, a perły jak czereśnie... Cudna, przecudna... Męża ma tylko ferał­
ka, starygana o twarzy niemowlęcia na rozpłakaniu... Jedna żona już
od niego uciekła - - opowiadają, że ją sam, z kwiatami, płacząc, odwoził
następcy - - ta druga jeszcze nie, bo bardzo niedawno „nastała” w całej
swej świeżości, piękności i długości... Ciekawam czy równie „długo”
wytrzyma... No więc – poprzedstawiała mnie Ziuta na prawo i na lewo,
na dalekość wyciągniętej ręki, bo dalej to już nie obowiązywało i gadu­
siało się wykwintnie a o niczym, czekając na „co potem?”. Potem okazał
się koncert. Śpiewała dobrze jakaś pani w szalonej tremie i w banano­
wej sukni, ciekawe, portugalskie, ludowe piosenki i grała dobra orkie­
stra arie ze starych portugalskich oper. Potem otworzono bufet – step
obrusa, zastawiony setkami - - dosłownie - - półmisków, z homarami,
langustami, frykasami i niebieskimi migdałami. Tam to pełzała wokół
stołu chlupocząca, genialna kadź (Vacarescu20), obwieszona orderami
20
Elena Văcărescu (1864-1947) – rumuńska pisarka, poetka, tłumaczka arystokra­
tycznego pochodzenia, pisząca po francusku, znana z głośnego romansu z rumuńskim
następcą tronu oraz późniejszej działalności dyplomatycznej na forum Ligi Narodów.
47
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
i klejnotami - - wodząc nosem po półmiskach i patrząc przez lorgnon
nadzianym indykom w głąb duszy... [...]
8/6
W okresie portugalskiego pobytu Obertyńskiej występowała w Lizbonie z dwoma odczy­
tami – wydarzenia te zostały omówione we wcześniejszych listach.
21
Właść. Sebastiăo José de Carvalho e Melo (1699-1782) – osiemnastowieczny portu­
galski polityk, jeden z najważniejszych ludzi w państwie w okresie panowania Józefa I.
22
Jean-François Millet (1814-1875) – francuski malarz, reprezentant realizmu, znany
z przedstawiania scen z życia chłopskiego.
23
José Maria de Eça de Queirós (1845-1900) – wybitny pisarz portugalski, przed­
stawiciel realizmu, po II wojnie światowej niektóre jego powieści i opowiadania zostały
przetłumaczone na język polski (Kuzyn Bazyli, Mandaryn, Ród Maia, Zbrodnia księdza
Amaro, Dziwactwa pewnej blondynki).
Inedita
[...] Największy pomnik w Lizbonie, jej chluba, o którą zapyta cię
każdy Portugalczyk, to pomnik markiza de Pombal 21. Wyobraź sobie
tak: na obelisku niebotycznej wysokości, białym jak wapno, stoi ci ten
Pombal, spiżowy pan we fraku z czasów Ludwika XV, w peruce, z łyd­
kami jak balustrada. Tuż przy nim, za „pan brat” jak chart łaszący mu
się u kolan, lew. No, dobrze. Dotąd wszystko jeszcze nie najgorzej. Cóż
kiedy cała podstawa obelisku kłębi się od postaci naturalistycznych,
dziesięć razy nadnaturalnej wielkości, postaci w stylu Millet’a22, w czte­
rech grupach, przedstawiających różne tutejsze rzemiosła. Więc są żni­
wiarze, rybacy, pasterze, matki z dziećmi, starcy, żołnierze... – o ile to
też są rzemiosła... dość, że pełno tego, a wszystko razem i każde z osob­
na mdłe i jak z białego cukru. Od frontu natomiast pomnika, z nie­
wiadomych nikomu powodów tkwi olbrzymia, brązowa Pallas Atene!
Ni w pięć ni w dziewięć - - akurat ona i to taka sztywna, prymitywna
trochę, jakby kto tamtą Fidiaszową prosił siadać, bo na domiar wszyst­
kiego siedzi. I to tuż, boczek w boczek, z tamtymi białymi kolosami,
przesłodzonymi i naturalistycznymi. Kretyństwo nie Pombal!
Jest tu jeszcze i drugi, ukochany mój pomnik, który mnie zawsze
w taki dobry humor wprowadza, że śmieję się sama do siebie prze­
chodząc obok. Był taki sławny powieściopisarz - - pono istotnie feno­
men, co mi mówili nie tylko Portugalczycy, więc wierzę - - nazywaj­ący
się Essa de Kejrosz (pisze się inaczej, ale mniejsza z tym) 23. Między
inny­mi rzeczami miał kiedyś powiedzieć, że poeta jest od tego, aby
48
Beata OBERTYŃSKA
„o­krucieństwo prawdy przysłaniał welonem poezji...”. Kiedy mu przy­
szło stawiać pomnik, rzeźbiarz - - i to pono jeden z najlepszych - - po­
stanowił to właśnie głębokie powiedzonko „oddać” w marmurze.
Wyglą­­da to mniej więcej tak: na kopczyku zaniesionych kamieni, na
dwu gładkich schodkach, stoi sobie pan z krawatem, dziurką w klapie,
guzikami w porządku - - w ogóle - - pan. Trochę niżej od niego, w prze­
gibie zalotno-miłosnym, zaglądająca mu od spodu w twarz naga donna
o zapraszająco rozłożonych ramionach i uśmiechu niedwuznacznym.
Wisi jej wprawdzie od łokci jakieś prześcieradło i coś niby mokra dra­
peryjka „dekuje” kolana, ale żeby to było okrycie - - to nie. Zaś na ten
jej przegib czarowny, z najobojętniejszą miną Badedinera, ów wąsaty,
znudzony pan patrzy ponad to prześcieradło, jakby pytał: „Moje dziec­
ko, czy ty tak jeszcze długo potrafisz?” Mina dentysty zaglądającego
do paszczy pacjenta, lekarza obserwującego dziesiąty już dziś z kolei
przypadek chorobliwej zalotności u swojej pacjentki - - jednym słowem
coś rzeczowego, pozbawionego wszelkiego polotu, wypadek s­tanowczo
raczej z miejsca kąpielowego czy kliniki niż z Parnasu. I ta jego nie­
oszacowana mina człowieka, któremu „wszystko dawno zbrzydło”,
który cierpi przy tym na robaki i czeka, żeby ona przestała, bo on nie
ma ochoty. I ten jego kołnierzyk i dziurka w klapie przy tym jej dość
prononsowanym dekolcie! [...]
2014 tom V
4/7
[...] Czekajże... Teraz się dopiero opatrzyłam, żem Ci nic dotąd nie
napisała o Batagli i Alcobasie 24. To takie dwa tutejsze cuda architektu­
ry, dwie katedry w manuelińskim stylu. Bataglia uchodzi za cud pierw­
szej klasy i słusznie, jeżeli zważyć przepych, wielkość i paradę.
Katedrzysko to przebogate, pokryte rzeźbą i ozdobami, tyle że lek­
kie i coraz przejrzystsze ku górze. Szczytem zaś jej konturów bieg­nie
płot z kamiennej koronki, przerywany co dwa kroki krępą fialką, spiral­­
nie kanciatą. Wieży żadnej, tylko wysokie czoło, ku któremu d­oskakują
przejrzystym łukiem rzeźbione, boczne przypory. Portal głęboki, z sześ-­
24
Miasta, w których znajdują się sławne zespoły klasztorne (Mosteiro de Santa Maria
da Vitória oraz Mosteiro de Santa Maria de Alcobaça), perły portugalskiej architektury
i sztuki gotyckiej.
cioma Apostołami z każdej strony wejścia, a każdy Apostoł stoi w ny­ży,
która się ku szczytowi przeradza w łuk trafiający dzióbato w od­powiedni
łuk przeciwległego Apostoła... W tej też Batagli jest grób Nieznanego
Żołnierza i grób Księcia Niezłomnego. Ten ostatni śpi we wnę­ce ugina­
jącej się pod ciężarem rzeźb, a raczej w jednej z kilkunastu takich sa­
mych wnęk obiegających długim szeregiem kaplicę Infantów. Kaplica ta
jest jak jeden zakalec jakiegoś maurytańskiego znowu gotyku - - jeżeli
był taki - - coś przypominającego plaster miodu i indyjskie świątynie,
w ogóle wszystko co na świecie było paradne, przeładowane, ozdobne.
A mimo tego, wszystko razem wzięte, jest spokojne i w­spaniałe. Może
dlatego, że gubi się w półmroku i perspektywie. U Księcia Niezłomnego
zastaliśmy bukiet białych róż. Przyparty czołem do podnóża sarkofagu
więdnął sobie powolutku w kadzidlanym chłodku... Ciekawam, kto go
tu przywiózł... Ktoś pamiętliwy w każdym razie... To było jedyne żywe
w tej kaplicy... Grób Żołnierza Nieznanego to znowu ogromna płyta
z napisem, wpuszczona w posadzkę pustej, kolosalnej kaplicy. Na czte­
rech rogach tej płyty żywe, kolosalne róże - - nie przesadzam, bo wiel­
kości płytkiego talerza - - i jedna na środku. Coś niby serce. W głowach,
na wysokim trójnogu żywy, kopcący, targany przeciągiem płomień.
Kaplica jest prawie pusta, ma tylko po czterech rogach jakieś strzygi
gotyckie, wyleźnięte do pasa z muru, na łapach wsparte, i nasłuchujące,
jakby je kto wołał... I więcej nic... Jedyną jej ozdobą jest o zachodniej
porze ogromny cień rzeźbionego okna zalegający kamienną posadzkę.
Dwa nieruchome posążki żywych żołnierzy w hełmach z karabinami
czuwają u wejścia. Poza tym jest tam, jak tu wszędzie, duży wirydarz,
zamknięty ze wszystkich stron krużgankiem o łukowatych arkadach,
z których każda ma łuk zasnuty przejrzystą, nieprawdopodobnie jak
na kamień lekką, koronką. A każda inna. Tak jakby milionkrotnie po­
większone płatki śniegu „oddane w kamieniu”. Śliczne. – Opactwo to
było widać kiedyś zasobne i rozsiadłe, sądząc już tylko po kuchniach,
o jakich mi się w ogóle nie śniło. Dość, gdy Ci powiem, że jedną z nich
przepływał żywy strumień, ujęty naturalnie w koryto, tak, że wody
nie trzeba było przenosić ani wynosić, tylko się n.p. sprawianego wołu
płukało od razu w strumieniu w kuchni. Komfort, nie? Jest tam refek­
tarz wsparty na kolumnach rozpalmiających się u szczytu, refektarz,
do którego mnisi wchodzili po schodeczkach wpuszczonych w grubość
muru, obstawiony dokoła posągami królów wielkości trzy razy natu­
ralnej... Olbrzymia, rozsyczana jakby wirującymi ornamentami rozeta
49
Inedita
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
2014 tom V
50
Beata OBERTYŃSKA
okna zielenieje na dnie mrocznej, kamiennie chłodnej sali i gdyby nie
kołysanie się drzew tuż za oknem, byłoby tu śmiertelnie martwo. [...]
Specjalnością, że tak powiem, Batagli jest tzw. „niedokończona
kaplica”, ta właśnie, której szczyt miał wytrysnąć ponad całą katedrę
gonną wieżą, wspartą na dziewięciu narożnikach tej kaplicy. Tymcza­
sem czegoś zabrakło, niewiadomo, tchu, pieniędzy czy króla, który by
się o to zatroszczył, dość, że wygląda to tak, jakby ktoś ściął w pół słu­
py wody, walące prosto w niebo i jakby te kikuty skurtyzowane nie­
spodzianie, nie opadły już ku dołowi, tylko zostały „stać” na miejscu.
Najzabawniejsze jest jednak to, że nigdy nie pojmę, jakim sposobem
wyczuwa się po prostu w pustce nad nimi strzelistość tej nieistnieją­
cej wieży, jej proporcje i kontur, aż po sam szczyt, tak jakby grubość
tych narożników i ich rozstawienie wykluczało inne rozwiązanie. Coś
jakby słowo niedokończone na jednej stronnicy, a które, nim kartkę
odwrócisz, znasz już całe z sensu poprzedniego zdania. Albo jeszcze
jak taki najwyższy, niezaśpiewany ton, który przecie się słyszy, bo zna
tonację całej pieśni. Otóż tak właśnie ta wieża, której nie ma... Ona jest!
Naocznie i namacalnie prawie nad tymi gigantycznymi kikutami. I to
jest wspaniałe! Wspanialsze może od tego, gdyby była. Zdaje mi się, że
wszystko czego nie ma, jest zawsze większe od wszystkiego, co jest...
I dlatego pewnie takie wrażenie robi ta „niedokończona sonata” z ka­
mienia. Tyle, że chyba symfonia, bo to wszystko olbrzymie i na wielką
miarę... A mimo wszystko wolę Alcobaçę!
Tum to niebotyczny i pusty. Kamień złotawy, gonny, bardzo oględ­
nie obłożony ozdobami od wnętrza. Skończono właśnie rekonstrukcję
kościoła, ale nie zdążono go jeszcze zapełnić... Dzięki czemu prócz ka­
mienia nie ma w nim obecnie nic. Chłód i echo. Okna wąskie, więc
i światła niedużo. Może dlatego jest w nim strasznie poważnie i surowo.
Ale to nic. A może właśnie wszystko! Nawa wąska, gubiąca się prawie
w perspektywie, kończy się prezbiterium okrągłym, w którym ołtarz,
nie obstawiony jeszcze żadnymi figurami, można obejść dokoła, bo stoi
daleko od ściany. Właściwie nie ściany, bo żadnej nie ma, tylko szere­
żeg niskich kolumienek, garbiących się w głębi na przestrzał... Lekkie
to i pełne powietrza. W ogóle cudne. Tyle tam Pan Bóg ma miejsca!
I cicho Mu tu i przestronnie i chłodno nawet w upał! Żadnych jeszcze
ławek, żadnych obrazów, żadnych figur. Sam Pan Bóg!
W tej to Alcobasie w bocznej kaplicy natknęłam się niespodzianie
na grób Inez de Castro. Jest to kaplica ogromna, z niskim, w pałąk
zgiętym oknem i z dwoma olbrzymimi sarkofagami z kamienia. To nie
sarkofagi! To budowle. Wysokie na jakie trzy metry a długie chyba na
cztery! Całość przygniata do ziemi cztery uległe lwy, o uprzejmych, za­
spanych mordach, lwy, które udają, że im strasznie przyjemnie dźwi­
gać te bloki na grzbiecie. Boki sarkofagów pokrywa rzeźba tak gęsto
ubita, że się w niej prócz chaosu nie widzi ani sensu ani wyobrażonych
tam scen czy poszczególnych postaci. Zabij - - a nie pamiętam nawet,
czy są jakieś postacie... Może sam ornament... Pod światło stoi w do­
datku, więc całkiem to oczom przepada... Na wierzchu zaś, płaściut­
ko rozsmarowana w kamieniu, leży taż Inez. Aby ją zobaczyć, trzeba
wleźć na wnękę okna po umyślnie tam przystawionych schodkach.
I wtedy widzi się ich oboje. Bo mąż jej leży nie tyle obok, ile naprzeciw
niej. Podobno za życia swego kazał sobie zbudować ten sarkofag i tak
go właśnie ustawić. Leżą więc nogami zwróceni ku sobie po to, aby kie­
dy zagrzmi trąba Sądu Ostatecznego i kiedy oboje siądą na swych sar­
kofagach zaspani i ogłupiali - - pierwsze ich spojrzenie na siebie padło.
Żeby wiedzieli na pewno, że się w tym zamieszaniu nie zgubią i nie
rozminą... Leżą więc i czekają... On - - coś á la nasz Kazimierz Wielki,
drągal zawiesisty i brodaty, obłożony ciężkimi fałdami swej rycerskiej
szaty, przepasany pasem z olbrzymim mieczem u boku. Ona - - jak Ci
mó­wię - - rozgłas­kana na płasko, strzeliście, taka gotycka, ścięta i na
kamieniu p­ołożona ostróżka z wysokim czołem i za ciężką koroną,
która jej się jakby w tym przydługim śnie trochę z głowy osunęła. Buzia
w ciup, rączki wysmukłe, jak pączki lilii, leżą niezdale na dużej książce
do nabożeństwa, a kamienny fałdzik przy fałdziku oblepia ją od wyso­
kiego stanu, aż po dwa nosy smutnie od siebie odchylonych stóp... Leżą
tedy i czekają... No bo cóż mają robić ostatecznie? W kaplicy jest chłod­
no i zielonkowato od ruszającej się w słońcu zieleni za okienkiem.
Wystygli, zobojętniali, przestali dawno być ludźmi a stali się histo­
rią... – Ciekawa jestem, jak on dziś, z pewnej odległości, ocenia smak
owej potrawki z serc jej zabójców a ona swoje królewskie flirty za ple­
cami królowej wtedy, kiedy była jeszcze tylko damą dworu?... A może
takich detali się nie pamięta? Może wiedzą i pamiętają już to tylko, że
się kochali? A może i to już detal? Nie można wiedzieć... Stoi sobie czło­
wiek nad tymi sarkofagami i patrzy na kamienny spokój tych dwoj­
ga, a że nie stać go na nic oryginalnego, przeżuwa w myśli różne ba­
nały na temat znikomości rzeczy tego świata... A właściwie, na rozum
biorąc, powinien myśleć coś wprost przeciwnego! Znikomy o­dcinek
51
Inedita
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
52
Beata OBERTYŃSKA
czasu w jakim im dane było żyć - - im i każdemu - - w stosunku do
dłużyzny takiego oczekiwania właśnie, wydaje się tak niesprawiedli­
wie krótki, że raczej z ulgą należałoby myśleć „No, ci to sobie przynaj­
mniej u­żyli!”... Tymczasem idiota myśli inaczej. Wyrachowany, ostroż­
ny i­diota! Z pewną gorzką wyższością pyta ich: „a co pannie z tego?”,
tak, j­akby nie wiedział, że dziś już im naturalnie z tego nic, ale wtedy
było wszystko! Najgorzej zaś takiemu, co wie i jedno i drugie i takiemu,
co żałuje takich, i co z całego serca im zazdrości! Bo wtedy ani tędy,
ani tędy... Albo - - co najgorsze ze wszystkiego - - troszkę tędy i tamtędy
odrobinkę... Człowiek to jednak strasznie podła kreatura... Myślę na­
turalnie o tym, co to sobie tam stał w Alcobasie, we wnęce okna i mełł
w swoim ptasim móżdżku różne apropotne myślątka...
Napisawszy Ci to wszystko, teraz dopiero opatrzyłam się, żem Ci
nie powiedziała, że ta Bataglia to skomasowane w jedno miejsce g­roby
portugalskich królów... – Także, gdybyś mi kazała zeznawać teraz pod
przysięgą, czy ten klasztor z kuchnią, refektarzem i wariatami był w Ba­
tagii czy w Alcobasie - - tobym przysięgi odmówiła. Łyknęliśmy to jed­
nego przedpołudnia, zaraz jedno po drugim - - ot... i zlepiło mi się tak
w pamięci, że nie wiem. W każdym razie Książę Niezłomny, Żołnierz
Nieznany i niedokończona kaplica to Bataglia, a pusta nawa kościoła,
gdzie Pan Bóg Sam na Sam ze Sobą i kaplica z Inez de Castro - - to Al­
cobaca.
[...]
2014 tom V
19 / 7 „Alcantara” na pełnym morzu
skąd widać wąziutki pasek brzegów Bretanii...
Tak i jadę... Drugi dzień i drugą noc jesteśmy na morzu.
Wyjechaliśmy w piątek o piątej, odprowadzeni przez pół Lizbony. Na
zwiniętym gospodarstwie został Bobi z p. Staszewskim, drugim sekre­
tarzem poselstwa, takim Franiem ze „Szczęścia Frania” P­erzyńskiego,
człowiek aksamitny i cichutki, wsiąkający w tło, a patrzący komu by się
czym przysłużyć i na co się przydać, człowiek o najbardziej nierucho­
mej twarzy, jaką znam, tyle, że nieruchomej na słodko i cierpliwie...
Mieszkanie do siebie niepodobne. Gołe, bose, puste... Dywany jak
długie pozwijane w rulony, pozasypywane, szeleszczące od gazet.
W ogóle cały dom szeleści od gazet... Nareszcie zrozumiałam, po co
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
53
25
Obertyńska nawiązuje do sławnego trzęsienia ziemi, które nawiedziło Lizbonę 1 lis­
to­pada 1755, wywołując ogromne zniszczenia i wywierając znaczny wpływ na świado­
mość i wyobraźnię ówczesnej Europy.
Inedita
portugalskie dzienniki są takie ogromne... Kanapy, fotele, tapczany - wszystko zrobiło się białe i płaskie pod tymi płachtami. Tak, że pod ko­
niec nie było już gdzie skłonić „smutnych combrów” dla odsapnięcia...
Pakowało się bowiem w pośpiechu, jako że decyzja zapadła dość nagle
i trzeba było i zebrać się i dom zaopatrzyć na lato i wizyty pożegnalne
poskładać i sto okolicznościowych drobiażdżków... Pakując rzeczy do
szaf i skrzyń bardzo starannie segregowała Ziuta rzeczy takie, które się
mogą potłuc w czasie domniemanego pod jej nieobecność trzęsienia
ziemi i takie, które woli, żeby nie... Gdyby w roku 1755 był kto równie
przewidujący jak ona, może owo najcudowniejsze, legendarne już dziś
muzeum skarbów nawiezionych z Brazylii, owych bożków ze szczerego
złota, naczyń, sprzętów - - Bóg wie czego wszystkiego - - nie byłoby po­
szło sobie pod wody Tagu na nie wiem ile metrów i byłabyś miała ode
mnie o jeden więcej przeładowany przymiotnikami list... 25
Chodził sobie człowiek po tym ogołoconym mieszkaniu i wrywał
w pamięć to i owo, tak „na pamiątkę”, na wypadek, gdyby tu już nigdy
więcej wrócić nie miał... Zabawnie jest pomyśleć patrząc na jakiś szcze­
gół, jeszcze całkiem z bliska - - że zostanie taki sam, w niczym niezmie­
niony, podczas gdy człowiek będzie już o sto mil i może go nigdy nie
zobaczy... Tak sobie chciałam zapamiętać widziany z mego okna ogró­
dek z pochyłym daszkiem z czerwonych dachówek na pierwszym pla­
nie (daszkiem, na którym wylegiwał się zwykle „szary kot”, wróg na­
szego i jaskółek wywodzących się w ciasnym podwórku, koło kuchni),
ogródek z pergolą i huśtawką dzieci, usychającą niestety wiśnią i posa­
dzonymi przez Ziutę niedawno pieprzowymi drzeweczkami.. A potem
był jeszcze taki „kudel”, który chciałabym zapamiętać... Z szklanych
drzwi u końca korytarza widok na całą ulicę Amoreiras w dół, aż do
arkad, gdzie moja znajoma kapliczka... Zawsze gruby policjant stał tam
na środku i regulował ruch aut... Gruby, żółty jak jajecznica tramwaj
łaził sobie dobrodusznie tuż pod gankiem, sycząc drutami i dzwoniąc
ile wlazło... I była czerwona skrzynka na listy, taki pękaty słup z szero­
ką gębą, w którą idąc rano do kościoła wsuwałam moje listy do Ciebie...
A nad ulicą, ponad drutami tramwajowymi widzianymi stąd z góry,
het precz, już tam, gdzie się Amoreiras gubiła w perspektywie, jak
pastel jaki zdmuchnięty niebieściał Tag... Niby nic... ledwie skrawek,
2014 tom V
54
Beata OBERTYŃSKA
a przecie dość, by się od razu robiło chłodno od wody i świeżo... Tam
też to zawsze, nad tą dalekością wilgotną, wschodziła pełnia. Ogromna
pomarańcza windowała się wolno ku szczytowi nieba a im wyżej szła,
tym mniej robiła się podobna do pomarańczy, bo się gdzieś jej czerwo­
ne złoto podziewało po drodze, a zostawał tylko skrzepły, srebrzysty
chłód... Ale mnie chodzi o tę jedną chwilę, kiedy się zza niebieskiego
Tagu, ponad szarymi drutami ulicy jawiła pomarańczowa kula. I tak,
jak swoją wzrokową pamięć znam - - przypuszczam, że mi to zostanie...
Umiem sobie takie rzeczy nie-do-zabrania brać przecie w jakiś sposób
i mieć... – Bo nie to, żebym się nie cieszyła na powrót - - bo lubię wracać,
ale jak człowiekowi gdzie tak dobrze było, jak mnie, przybłędzie, tu, to
mu „zimno w serce” i w dołku ściska. - - Bobi, widząc „brzydkość” spu­
stoszenia strasznie był zaniepokojony, na żaden fotel wleźć nie mógł,
bo wszystko szeleściło - - chodził nam za piętami, patrzył w oczy py­
tająco, jakby przeczuwał, że tym razem na ten dość daleki spacer nie
zostanie wzięty razem.
No i został.. Została płacząca Murzynka Otavia (ta od Dżoakina,
która wraca do Włoch i robi „małżeństwo z rozsądku”), uprzejma
E­ugenia z ładnym uśmiechem bez jednego zęba i Cesia - - mała Polka,
emigrantka, którą dosłownie ledwo żywą z głodu, z całą rodziną, za­
opiekowali się Tadzikowie... (Wprawdzie potem jej rodzice mieli moc
pretensji i fochów, że to niby „my dla pana ministra to i tamto, a pan
minister nam tylko to”, ot, jak zwykle...) Dość, że cała służba stłoczona
w jednym oknie, z Bobim trzymanym za obrożę i z kotem - - dość obo­
jętnym, jak to koty - - żegnali nas łzami i machaniem chustek...
„Alcantara” to wieloryb, większy jeszcze od „Vulcanii”, tyle, że star­
szy, więc trochę mniej moderne. Ale wygodny... Mieścimy się w trzech
kabinach. Trochę było trudności z rozmieszczeniem wilka, kozy i ka­
pusty, ale się w końcu tak utasowało, że ja na tym wyszłam najlepiej, bo
mam kabinę śliczną, jasną i przewiewną, tuż obok łazienki i panuję tu
sobie jak królowa. Kwiatów nanieśli nam całe fury. Ziuta miała osiem
kolosalnych mioteł, ja cztery, więc i stół jadalny i kabiny wyglądają,
jakbyśmy jechały w podróż poślubną... [...]
Właśnie skończył się uroczysty obiad (pożegnalny dla tych, co jutro
wysiadają w Cherbourgu). Gramofon ryczał nam w plecach, menu było
ozdobne i pamiątkowe i każdy gość zastał przy łóżku jeden jadłospis
z dzisiejszą datą i starannym podkreśleniem tego, co raczył spożyć tego
pamiętnego wieczora.
Z PORTABELKIEM PO PORTUGALII
55
26
Zofia (Ziuta) i Tadeusz Romerowie.
Inedita
Dziś w nocy, około pierwszej, mamy być w Cherbourgu. Ale wyplują
nas tam dopiero o 7mej rano. Tam mamy wsiąść do pośpiesznego i być
w pięć godzin w „Palizie”, jak mówiła Lula, kiedy była malutka... Nic
jeszcze nie wiem, jak będzie ten Paryż wyglądał, ale już się wszystko
we mnie trzęsie z radości. Tylko tak krótko! Cała moja nadzieja w Ta­
dziku, który się odgraża, że mi musi co tylko się da z Paryża pokazać.
No i ostatecznie będę miała ze sobą oczy i naleje mi się nimi do gło­
wy i pamięci choćby to tylko, co można o Paryżu wiedzieć z jego łupy.
A przecie i to gratka! Dawno już zrezygnowałam, abym tam kiedykol­
wiek była... I nie tylko teraz, ale dawniej... A tu paf!! ani się spostrze­
głam, kiedy tam mam być... Naprawdę, że nie wiem za co mi Pan Bóg
dał Tadzików! 26
Zdaje mi się, że morze jest w tej chwili spokojniejsze, bo i mózg mój
mniej wzdycha. Mam się jeszcze spakować, wykąpać w słonym, lazu­
rowym ukropie! I spać! Jutro, skoro świt, zaczniemy się kłębić po kabi­
nach. – Cudownie jest budzić się rano... Kabina pełna powietrza, a po
jej białym suficie pełgają pajączki płynne i świetliste uciekającej wstecz
wody... Fale chrapią dobrotliwie o ściany, bukiet śniado-malinowych
róż pachnie tuż obok, a za drugą ścianą słyszę śmiechy i rwetes mytych
dzieci, które za chwilę wpadną do mnie na dzień-dobry. Strasznie lubię
te dzieci!
No, więc żegnam Cię na dzisiaj, a jak się tylko da, popukam jeszcze
na gorąco w Paryżu. Właściwie nie mam pojęcia, po co jeszcze piszę.
Chyba z przyzwyczajenia, bo chyba ten list wręczę Ci już osobiście...
Zostawiam list na wałku, bo a nuż w Paryżu coś jeszcze...
Rok 2014
POEZJA
Ewa CHRUŚCIEL
Dla Papuszy
Jem twoje wiersze jak jagody
Jak czarne lica lalunie
W słoiku trzymam
nietoperze na szczęście
z prześwitów wylewa się śpiew
cykad, szlary zwiastują szczęście
na śmierć.
Aby napoić Twoją duszę kupiłam dzban,
ale ty zanim umarłaś, nabrałaś wody w usta.
Ars poetica
Wypuszczam z rąk papierowe
księżyce, które unoszą się
rozpalone w górę lapis lazuli.
tom V
58
Ewa CHRUŚCIEL
Wypuszczam z rąk niebo
Wypuszczam z rąk górę
Wypuszczam się
na głębokie wody
wypuszczam lisa
spod pióra
lis wybiega na pola
napręża mięśnie, skacze
w głąb bieli
blask bije od majestatu
niezapisanej linijki
płatek słowa
co nagość ciszy
pochwyci
Lis spożywa słowa
jak święty
Wiersz
A jeśli mój wiersz
w pleśń?
2014 tom V
i farfocle?
A jeśli ciurkiem
w chłodny nurt
i słoik?
i ryba w nim
załuskowieje
Ewa CHRUŚCIEL
59
słodkowodna
i dźwiękonaśladowcza
Sączą się wiersze
Noszę je w czarze na szczęście
jak nietoperze
Oda rzeszowska I
Mój ojciec zamienia się na naszych oczach
w Cesarza Franciszka Józefa,
w modliszkę i żuka,
w antologistę
Umiera każdej nocy
w wielu postaciach
i na wielu krzyżach
na których dogorywają jego słowa
od ich piór, biała anarchia
Odys powraca w łachmanach
aż po światło przemienienia
aż po zawieszony sercomierz
Oda rzeszowska II
więc zabrał ją do domu
na obiad:
Poezja
Ojciec zaadoptował czaplę.
Żarła naszą trawę bez opanowania
60
Ewa CHRUŚCIEL
Długo się ociągała
ocierała swoje skrzydła
o próg
brodziła po przedpokoju
zakluczona
W końcu przystała na schabowy
i buraczki
Po obiedzie rozpostarła nad nami skrzydła
i rozsnuła opowieść o białych kosach,
które z ukrycia wychodzą tylko przy świetle księżyca
i głosy piękne wydają. Za dnia natomiast,
gdyby ktoś spróbował, są bardzo trudne do schwytania
Byliśmy zaskrzydleni,
tylko nasza niepiśmienna babcia
ze stuletnim garbem i landrynkami w gębie
wyczuła w dziobie czapli
olśniewający plagiat z Arystotelesa
Rok 2014
Marek BATEROWICZ
* * *
Z Drzewa Czasu
zrywam liście
odłamując gałązki
i odcinam konary
– dzień po dniu –
(rozejm przynosi sen)
trwa to dzieło zniszczenia,
aż pewnego dnia
z drzewa zostanie tylko pień
– nagi i bezlistny –
przestanie szumieć na wietrze,
zastygnie w ciszy
i w milczeniu ptaków,
które odlecą na inne drzewo,
kwitnące w odwiecznym świetle.
(Z cyklu Drzewo Czasu)
* * *
W łodygach świtu
opada widmo nocy,
spływa do wnętrza
gwiazd, tonących nad morzem.
Budzę się w łuskach ryby.
tom V
62
Marek BATEROWICZ
* * *
W labiryncie snów
szukam schodów do ciebie,
stopionej z miastem
jak cyprys pośród murów,
wbity głęboko w ciało.
* * *
W tunelu Czasu
śpiewają gdzieś legiony,
hordy Atylli,
chóry mnichów i klownów
– o, polifonio dziejów!
(Z cyklu Tanki)
Rok 2014
Józef BARAN
Podróż
unosić się nad własnym życiem
w wielkim balonie
Brasil
i widzieć w dole
pod ławicami obłoków
rafy koralowe
plankton nocy i dni
mozaikę kolorowych szkiełek
z Wawelem i Wieżą Mariacką w tle
zmalały z nagła kraik
na morskim dnie
a wszystko
jak we mgle
za siódmą chmurą
za snem
Formosa w niedzielne popołudnie
– Henrykowi i Gosi Siewierskim
Miejscowość śliczna z nazwy
z wyglądu znacznie mniej
widocznie architekta
zmorzył z gorąca sen
tom V
64
Józef BARAN
i przysnął w trakcie szkicowania
miasteczka na mapach
co zanim się zaczęło
zastygło w powijakach
zawieszone w bezczasie
rodzące się stale na nowo
nie może stać się ciałem
jak poronione słowo
przecięte szosą wpół
rozmazane w chaosie
zdjęcie co z prześwietlonej kliszy
nie umie się wykokosić
tandetne domki z gliny
i słońce słońce słońce
uliczki leniwo w miejscu
bez pomysłu drepczące
bo wszystko stapia się w końcu
w niemiłosiernym słońcu
ludzie koty na murkach
jak muchy w mazi brodzące
i tylko czasem miasteczko
rozbłyśnie jak w kurzu szkiełko
gdy przejdzie ulicą dziewczyna –
czyste wcielenie formosy
przebudzi się handlarz melonów
zatańczy przy straganie sambę
Formosa na chwilę się ożywia
przypomina sobie jak się nazywa
2014 tom V
(Formosa – miasteczko w centralnej Brazylii; nazwa pochodzi od starego, portugalskiego
słowa oznaczającego: ładny, piękny.)
Niewidzialna
skąd się wzięłaś
na Terra Brasileira
gdzie nawet niebo patrzy
twoimi gorącymi oczami
Józef BARAN
65
po burzy
rozwieszasz
tęczę uśmiechu
nad jeziorem
o nieznanej nazwie
o zmroku
wypełniasz serce
słodką muzyką cykad
zawsze obok
krok w krok
w czarodziejskiej czapce niewidce
widzialna tylko
dla mnie
i ptaszka
bem-ti-vi
który radośnie
wita każdy dzień
jak ty
Szybko zapada słońce
w Guarani das Missoes
gdy pijemy herbatę na werandzie
z Janem i jego siostrą Marią
Chcą żebym im opowiadał o Polsce
której nie widzieli i nie zobaczą
Przywiózł ją w sercu dziadek
do Guarani das Missoes
Maria od dziesięciu lat sama
Jan od czterech dni wdowiec
– Zobacz jakie to życie chwilowe
i jak samotny jest człowiek
A ile się nasiłować trzeba
ze sobą i światem
by westchnąć w końcu po latach
że wszystko to pogoń za wiatrem
Poezja
Staruszkowie w Guarani das Missoes
66
Józef BARAN
– Znam ten ból bracie
przeżyłam śmierć męża – wzdycha Maria
słońce jest coraz niżej i niżej
Guarani das Missoes
______________
Staruszkowie w oczach mi nikną
już rozmawiam z ich cieniami
Staruszkowie w oczach mi nikną
już rozmawiam z cieniami
...Już rozmawiam z cieniami
w Guarani das Missoes...
2014 tom V
Deszcz
wszędzie gdzie ja
tam deszcz
w Brasilii i Kurytybie
w Sao Paulo i w Guarani
biegnie za mną
wiernie jak pies
na smyczy nieba
deszcz deszcz
deszcz deszcz
zacierając
ślady mojej obecności
jakby chciał rzec
nigdy cię tu nie było
sam przecież wiesz
że prawie wszystko
co przeżywasz
wcześniej czy później
przecieknie
między palcami
Czasu
Rok 2014
Anna AUGUSTYNIAK
A moja córka nie ma grobu
jest zdjęcie Fatimy lat trzy
arabskie linie zakręcają się w jej imię
i jest głowa rudego kota
co wąsy ułożył na kamieniu i zapatrzył w morze
pewnie narodził się z piany
a potem sam z siebie dorósł pod gorącym słońcem
dziś rano jak zwykle wskoczył na grób Fatimy
parę zgrabnych ruchów łapką
suche płatki kwiatów przepędzone
parę łyków wody z wazonu
i już można się schronić
pod płomiennymi pociągnięciami pędzla Van Gogha
to on rozkołysał cień cmentarnych cyprysów na wieki
Ciąża
myślę sobie teraz
ile szczęścia było w nas
gdy jadłaś truskawki prosto z łubianki
właśnie się pojawiły
tamtego roku chwilę wcześniej
widać już
tom V
68
Anna AUGUSTYNIAK
nic nie widać
trzeci miesiąc to co ma być widać
obie miałyśmy chęć na te truskawki
to akurat było widać
We wnętrzu pustyni
przecież to znam zwierzęta pocięte na kawałki
przyglądasz się wiszącej głowie krowy i muchom
deszcz w Kairuanie zdarza się rzadko liże spieczone
wargi nieznacznie jakby wcale nie był
chciwy a muchy uciekają tylko na chwilę
pośród wąskich uliczek w samym sercu medyny
na piętrze w białym domu
żyje wielbłąd który ma zawsze zasłonięte oczy
lśni posadzka z kolorowych kafli a on przywiązany
do dyszla kręci się wokół studni Bir Barouta
i czerpie świętą wodę płynącą z Mekki od 8 do 17.30
kiedy ręką dajesz znak już czas odejść
oddycham z ulgą bo wiem że zaraz o wszystkim zapomnisz
2014 tom V
Prześwit
z samotności można nawet wymyślić miłość
wedrzeć się w kogoś aż pomylą się języki
wodospady słów wytrzymać bez jednego słowa
mleczny opal wody która kusi
to zielonym to niebieskim połyskiem
dać się wcielić wyczekując
cudu przemienienia i tylko czasem
w światłocieniach
opuścić głowę jak wisielec
Anna AUGUSTYNIAK
Kocie ostatki przed eutanazją
psy umierają inaczej
nie dotykaj mnie mruczy kot
i zwija się w kłębek
mam do przemyślenia
jeszcze tyle spraw
przed wiecznością
69
Rok 2014
Izabela FIETKIEWICZ-PASZEK
***
Wygląda na to, że nigdy cię nie opiszę
językiem Fridy*. A tak chciałam rozkołysać
twoje imię w obcym brzmieniu, wynajętym
choćby na kilka dni.
Myślisz, że moje usta pełne od słów, których
– tak po prostu – wolno nam nie rozumieć,
mogą być piękne?
Ostatniej nocy znów mówiłam przez sen.
Brzmiało to ponoć mniej więcej tak:
Dos Desnudos en un Bosque.
Boję się, że słowa zostawiają ślady.
Zaczynam rozumieć:
rozpakujemy walizki,
przestawimy zegarki.
wynajmiemy pokój za miastem.
Nie ma żadnego Meksyku,
* Frida Kahlo, Dos Desnudos en un Bosque.
tom V
Izabela FIETKIEWICZ-PASZEK
71
wygląda na to, że wszystko znajdziemy we wnętrzu
twojej dłoni.
27/28 lipca 2010
Epilog
Tak łatwo o wrażenie, że jeśli coś ruszyć,
jakiś fragment przesunąć czy rozciąć misterne
sploty między faktami, wprowadzić inwersję
w sekwencje wydarzenia czy wstrzymać impulsy
od przyczyny do skutku, odblokować przeszłość
(wysiąść na innej stacji, spotkać innych ludzi
inne monety znaleźć, inne ścieżki zgubić),
lekko zmienić azymut albo chociaż tempo –
uda się obumarłe tkanki odbudować,
mieć znowu dawne wyjścia, stanąć na rozdrożach,
które już za plecami. I zmienić biografię.
Gdy się na cały obraz po czasie spogląda
na popiół, pustkę, żałość czy ruiny mocarstw,
tak łatwo o wrażenie, że można inaczej.
(Fragment Poematu z kanału Babinka)
Poezja
Rok 2014
Alchemia prozy
Marek Baterowicz
NIEDZIELNA WIZYTA
Tej niedzieli słońce z trudem przebijało się przez ławice chmur.
Przesuwały się po niebie powoli, z rzadka odsłaniając przesmyki błęki­
tu nad dachami kamienic. Za naszymi oknami wznosił się jednak s­tary
mur, ułożony ze średniowiecznych głazów, otaczający równie starą
świątynię i zabudowania klasztoru. Ten mur i górujące nad nim basz­
ty potrafiły zniewolić wyobraźnię, fascynowały mnie od pierwszych
chwil dnia. Moje łóżko stało na wprost okna, budziłem się więc, zawsze
mając przed oczyma ten niezwykły widok. Przenikał w serce z prze­
możną siłą, słońce czy słota – pogoda nie miała w tym wypadku żad­
nego znaczenia. Dzisiaj w porannej krzątaninie wybijało się stukanie
laski, którą podpierała się babcia Adela. Szum pary z czajnika, brzęk
naczyń oznajmiały porę śniadania. W tej symfonii dźwięków brako­
wało niespodziewanie głosu ojca, zwykle mającego wiele do powiedze­
nia, już od samego rana. Matka z uśmiechem uchyliła drzwi do naszej
s­ypialni.
tom V
2014 tom V
74
Marek Baterowicz
– A wy, śpiochy, wstaniecie wreszcie?
Spojrzałem na siostrę, jej łóżko stało bliżej pieca. Przecierała oczy
jakby oszołomiona nadmiarem światła. Najwidoczniej rozleniwiona
jeszcze po całej nocy snów. I mnie też przyjemne ciepło krążyło po
kościach, naciągnąłem więc pierzynę na głowę, odwracając się w stro­
nę ściany. Nagle zaskoczyło nas walenie do drzwi mieszkania. Matka
poszła otworzyć. Czyjeś głosy wtargnęły do środka, mącąc błogostan
poranka. Czyjeś kroki wtargnęły do przedpokoju. Nagle jakieś zamie­
szanie wypełniło nasz dom. Nieznany nam mężczyzna otworzył drzwi
sypialni, zajrzał do środka.
– To pokój dzieci... – usłyszałem głos babci.
– Nie szkodzi, obejrzymy na końcu...
Mężczyzna przeszedł przez naszą sypialnię, oglądając uważnie
ściany, po czym zniknął w pokoju z pianinem. Niedziela zapowiadała
się ciekawie, a po odgłosach zorientowałem się, że ktoś wszedł też do
gabinetu ojca. Pod pierzyną było mi dobrze, ale ciekawość przemogła
ten stan. Ubrałem się szybko, moja siostra także nie pozostała w tyle.
Poza ciekawością poderwał nas apetyt na śniadanie. Idąc do kuchni,
przez przedpokój, zobaczyłem jakiegoś mężczyznę w płaszczu. Zdzi­
wiło mnie to, bo nasi goście zwykle zdejmowali płaszcze, zostawiając je
na wieszaku. Widocznie ten pan nie był naszym gościem albo pomylił
mieszkania. I zaraz sobie pójdzie – pomyślałem... Ale pan nie wycho­
dził, a w kuchni babcia Adela załamywała ręce, krążąc pomiędzy spi­
żarnią a kredensem. Na palniku dymił czajnik z wodą, na stole leżał
pokrojony chleb i kawałki białego sera. Smarowałem kromkę masłem,
gdy do kuchni zajrzał ten pan w płaszczu.
– Może chce pan herbaty? – zapytała babcia drżącym głosem.
– A może... Ale na służbie to nie mogę...
Przełykałem chleb z serem, zastanawiając się, na jakiej to służbie był
ten pan. Mieliśmy służącą Julcię, która pomagała babci przy gotowa­
niu i w domowych porządkach. Akurat dzisiaj miała wychodne, wyszła
wcześnie rano. A na jakiej służbie był ten pan? – rozmyślałem, ale nic
sensownego nie przychodziło mi do głowy. Patrzyłem w sufit.
– Upadł ci kawałek sera, mój ty dystrakcie! – obudził mnie głos bab­
ci. Istotnie, kawałek sera leżał na podłodze. Schyliłem się, by go pod­
nieść.
– Ty niezgrabo! – śmiała się moja siostra Ania, stukając łyżeczką
o spodek.
– A ty grabo! – odpaliłem – zyg zyg marchewka!
Po śniadaniu chcieliśmy wyjść pobawić się nad Wisłą, ale mężczyz­
na w płaszczu nie wypuścił, co bardzo nas zdziwiło, a nawet zezłościło.
Wróciliśmy więc na pokoje, gdzie jacyś nieznani mężczyźni szperali
po szufladach, zaglądali w każdy kąt. Na biurku ojca leżał stos papie­
rów, a jeden łysy pan grzebał w nich z wielką uwagą. Matka siedziała
na krześle, przy stole. Bez słowa. Papierów przybywało, były tam rów­
nież stare listy. Łysy pan – z braku miejsca – przenosił papiery na stół.
Nudziło mnie to wszystko, podbiegłem więc do pianina. Otworzyłem
nuty starych tańców i melodii, zacząłem grać menueta. Po kilku tak­
tach podszedł do mnie jeden z panów, zdjął z taboretu i powiedział do
naszej mamy:
– Proszę się nim zająć, nie powinien teraz grać na pianinie!
– A co to szkodzi ? – spytała matka.
– Może dawać komuś znaki na ulicy... – wyjaśnił krótko mężczy­
zna.
– Ach tak?... – westchnęła babcia, która zjawiła się w pobliżu.
Chciałem wyjrzeć przez okno, czy rzeczywiście ktoś pod naszymi
oknami nasłuchuje tych znaków wygrywanych na klawiszach, ale ten
sam pan odciągnął mnie od parapetu. Było to coraz mniej zabawne,
a że nudziłem się setnie postanowiłem coś czytać i sięgnąłem po Iliadę w kieszonkowym formacie dla szkół, wydaną jeszcze przed wojną.
Czytanie jednak nie szło mi, dziwny niepokój rozpraszał moje myśli.
A w powietrzu czuło się strach jakiś porażający, ostry jak szkło mrozu,
chociaż byliśmy już w miesiącu kwietniu. Wyjąłem więc atlas z zarysa­
mi kontynentów i kolorowymi kredkami wypełniałem obszary państw.
Na mapie Azji granicę Chin wymalowałem na Uralu, zabierając Rosji
całe terytorium na wschód od tych gór. Kiedy żółtą kredką znaczyłem
nowe, a stworzone moją fantazją, tereny Chińczyków, podeszła do mnie
matka. Zamknęła szybko atlas i odebrała mi go, mówiąc łagodnie:
– Synku, skończysz to potem... – i wsadziła atlas między książki
wyrzucone z etażerki, a które przedtem przeglądał już jeden z naszych
niedzielnych gości.
Nie zauważył tego pan stojący przy oknie, akurat wyglądał na ulicę.
A łysy jegomość dalej przeglądał papiery w gabinecie ojca. Wróciłem
do kuchni, tam czułem się pewniej z dala od intruzów, choć mężczy­
zna w płaszczu dalej krążył po przedpokoju. Babcia kroiła placek.
– Babciu, a gdzie tata? Kiedy wróci?
75
Alchemia prozy
NIEDZIELNA WIZYTA
2014 tom V
76
Marek Baterowicz
– Oh... – uśmiechnęła się smutno babcia – pewnie nieprędko... Może
jutro? Do kościoła też nie pójdziemy, bo panowie posiedzą u nas dłu­
go... Skosztuj placka...
– To co, bawisz się ze mną? – siostra wpadła do kuchni niczym
f­ryga, roześmiana trzpiotka. – Goń mnie...
Pobiegłem więc za nią do sypialni, a w przedpokoju o mało nie zde­
rzyłem się z jegomościem w płaszczu. Siostra umknęła do pokoju z pia­
ninem, ale tam dopadłem ją pod etażerką. Mocowaliśmy się chwilę,
a że byłem starszy o dwa lata, w końcu poskromiłem jej pląsy. I teraz ja
miałem uciekać przed nią, gdy nagle pan spod okna zatrzymał mnie.
Kucnął przy nas, tak jakby chciał się bawić z nami. Uśmiechał się na­
wet miło, tak po koleżeńsku. Wyciągnął z kieszeni rewolwer, położył
go na swojej dłoni i balansował nim lekko. Nigdy przedtem nie widzia­
łem w życiu prawdziwego pistoletu, ale wiedziałem, do czego służy.
J­egomość kołysał bronią przed naszymi oczyma, w końcu spytał:
– A gdzie wasz tatuś chowa taką zabawkę?
Byłem oszołomiony, nigdy bowiem nie widziałem u ojca pistoletu.
Siostra też patrzyła bez słowa na pana z rewolwerem, w jej dużych czar­
nych oczach odbijało się coś na kształt zdumienia.
– Nie wiem – odpowiedziałem – nigdy nie widziałem takiej zabawki
u ojca...
Jegomość skrzywił się, schował rewolwer do kieszeni marynarki.
Wstał i wró­­cił na swoje stanowisko pod oknem. A nam odechciało
się zabawy w gonionego. Wróciliśmy do sypialni. Siostra wyjęła swoje
kredki, rysowała coś na kartce, a ja podszedłem do okna. Za szybą zie­
leniły się drzewa. Po drugiej stronie ulicy, za starym murem wznosiły
się baszty i wieże klasztoru na Skałce. Wydawało się, że płynęły z wia­
trem. Było to złudzenie, to obłoki przesuwały się po niebie. Ten pięk­
ny widok malowałem nieraz akwarelami, jak wszystkie dzieci w moim
wieku. Za rok skończę już dziesięć lat – pomyślałem – dostanę narty!
Koniec z jazdą na sankach, do dobre dla dziewuch... I rozmarzyłem się,
wędrując w myślach na wzgórza pod kopcem Kościuszki.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Pobiegliśmy z siostrą do przed­
pokoju, ale pan w płaszczu nas uprzedził. Wpuszczał właśnie do środ­
ka ciocię Marysię z wujkiem Wincentym. Przyszli do nas z niespodzie­
waną wizytą. Patrzyłem zdumiony, jak wujek unosi ręce do góry przed
rewolwerem, a pan w płaszczu sprawdza, czy wuj nie ma przy sobie
broni. Za chwilę każe cioci otworzyć torebkę i pokazać jej zawartość.
– No wie, pani... W tak dużej torebce to można schować granat! –
tłumaczył dowcipnie.
Babcia Adela stała na progu kuchni z poważną twarzą, podobną do
pomarszczonej oliwki.
– I dowody osobiste proszę... – komenderował mężczyzna w płasz­
czu, nie chowając rewolweru. Sprawdzał je bez pośpiechu, sylabizując
wszystkie dane. Wreszcie przepuścił gości do gabinetu ojca. Przywitali
się z naszą matką, która dalej nie opuszczała pana przeglądającego pa­
piery, listy, a nawet rodzinne fotografie. Wuj Wincenty usiadł w fotelu,
milczał. Nie namówiłbym go chyba dzisiaj, by recytował mi po staro­
grecku fragmenty z Homera... A lubił to robić, siedząc w fotelu, i cho­
ciaż nie rozumiałem ani słowa jakiś dreszcz przebiegał mi po plecach,
gdy słuchałem tych antycznych strof brzmiących niczym łopotanie ża­
gli muskanych wiatrem.
– Państwo to rodzina? – odezwał się łysy znad biurka.
– Tak jest, panie oficerze... – odparł oschle wuj.
– Aha, pomyślałem, to jakaś ważna figura. Tyle ma spraw na gło­
wie, że wypadły mu włosy. Nie byłem jednak pewien, czy trafne było
moje przypuszczenie. Ale był chyba ważnym oficerem, bo zwracał się
do wszystkich podniesionym głosem.
– O, co ja tu widzę? Zdjęcie pani z mężem, a jak mówi dopisek z tyłu,
zrobione na balu w „Patrii”! W Krynicy... No proszę, jak to się burżuje
bawili przed wojną!
– Panie oficerze, dziś też balują... – próbował żartować wuj. – Ale
nie ci sami! Teraz ten słynny hotel jest własnością ludu pracującego...
miast i wsi! – dokończył.
Oficer nie dostrzegł ironii, obracał dalej fotografię w grubych pal­
cach.
– Mało się pani zmieniła!
– Dziękuję – wykrztusiła z siebie ciocia – ale latka lecą.
– Tak, tak... Ja to wyłysiałem trochę... – wtrącił wuj Wincenty.
– Panie, co mi pan tu opowiada... To mnie nie obchodzi... Czy pan
też należy do tej organizacji, co pana szwagier?
– Co takiego? Jaka organizacja? Pierwsze słyszę...
– No... tylko bez bajeczek! – wrzasnął oficer. – My i tak wiemy...
L­epiej przyznać się bez bicia...
W tym momencie matka wyprowadziła mnie i siostrę do sypialni,
zamykając drzwi za sobą. Nie dało się nawet podsłuchiwać, od gabi­
77
Alchemia prozy
NIEDZIELNA WIZYTA
78
Marek Baterowicz
netu ojca dzielił nas jeszcze salon z pianinem. Od czasu do czasu tyl­
ko dobiegało stamtąd pohukiwanie oficera. I niewyraźny pogłos roz­
mowy. Schowałem głowę pod poduszkę, moja siostra bawiła się dalej
kredkami. Za jakiś czas wstałem i podszedłem do okna. Za szybą pły­
nęły z wiatrem baszty klasztoru i wieże kościoła na Skałce, tak właśnie
było, a nie inaczej. To ławice chmur stały w miejscu, szare i nierucho­
me jakby zakotwiczone w niebieskich zatokach. A wieże fruwały wy­
soko, wyżej niż stada czarnych ptaków kołujących nad ziemią, nad tą
ziemią, która była – jak już powoli przeczuwałem – naszą odwieczną
ojczyzną. I stary mur za oknem, otaczający klasztor, a wzniesiony ze
średniowiecznych głazów, był kamiennym dowodem tej prawdy.
ZAĆMIENIE
79
Szedłem aleją w stronę przystanku autobusów, drzewa śpiewały ob­
juczone ptakami. Ich zawodzenie drażniło uszy, nigdy przedtem nie
koncertowały o tej porze, pulsujący świergot przenikał światło dnia.
Dochodziło południe. Wiosenne słońce rozpalało się, nieliczne chmu­
ry nie dawały cienia. Rozpiąłem koszulę, mimo rześkiego wiatru. Do
przystanku brakowało może sto metrów, wcisnąłem mocniej słomkowy
kapelusz na głowę i osłaniałem się parasolem, który w Sydney wypada
nosić nawet przy słonecznej aurze. Zdarzało się bowiem, że jakieś pta­
ki atakowały przechodniów, broniąc w ten sposób swoje małe, ukryte
w gniazdach. Były to chyba sroki, także jakieś inne ptaszyska o żółtych
dziobach, które podobno przywędrowały tu z Indii. Nie miałem pa­
mięci do tych latających stworów, choć nieraz słyszałem, jak nazywali
je znajomi.
Na przystanku ujrzałem sąsiadkę, Chinkę z Hongkongu.
– How are you, Hennies?
– Not bad... – odparła jednak zasępiona – ale miałam jechać do
Hongkongu i widzisz, co się dzieje!
– Ano właśnie, oby się to nie skończyło tak, jak na Tianmen
S­quare...
– Tego się obawiam. Ależ oni są tępi w tym Pekinie... Co im szkodzi,
że studenci wybiorą swojego lidera? I tak mogliby potem go kontrolo­
wać na różne sposoby...
– Widocznie na to nie wpadli – wtrąciłem – i grożą stłumieniem
protestów...
– To byłoby straszne! Przedtem mieliśmy demokrację...
– Cały świat zwariował... A do tego ptaki dokazują w samo połu­
dnie!
– Aaa... – rzekła Hennies – one już czują zaćmienie księżyca...
– Że co?
– To nie wiesz ? Dziś wieczorem będzie zaćmienie księżyca!
– O, nie wiedziałem..., ale czy naprawdę ptaki czują to już w połud­
nie?
Alchemia prozy
ZAĆMIENIE
2014 tom V
80
Marek Baterowicz
– No pewnie, tak jak słonie i inne zwierzęta czują trzęsienie ziemi
wiele godzin wcześniej!
– Niezwykłe..., chyba żartujesz?
– Nie żartuję!
Rozmowę przerwała nam głośna muzyka. Na przystanku zjawił się
miejscowy włóczęga, który zawsze nosił torbę z radiem, słuchając ha­
łaśliwych piosenek. Najczęściej były to rockowe zespoły, które dzisiaj
zagłuszyły nam zawodzenie ptaków. Włóczęga rozsiadł się na ławeczce
i zapalił papierosa. Spod mankietu koszuli widać było zarys tatuażu.
Podrygiwał i podśpiewywał w rytm piosenki, zaciągał się i mówił coś
do siebie w australijskim dialekcie. Nieraz wyciągał rękę po jałmużnę –
papierosy kosztują. Pociągał też wino z butelki ukrytej w papierowej
torebce, by nie drażnić kierowców autobusów, którzy mieli na niego
oko i czasem, gdy nie chciał wyłączyć radia, kazali mu wysiadać.
Kiedy zjawił się pośpieszny L94, jadący do City, mężczyzna zgasił
papierosa i ściszył muzykę. W przeciwnym razie kierowca nie wpuścił­
by go do środka.
– Wiesz, lepiej jedźmy następnym autobusem, o, już nadjeżdża...
393..., bo irytuje mnie ta nieznośna kakofonia!
– OK – zgodziła się Hennies – i tak jadę tylko do Maroubra Shop­
ping...
W autobusie było zimno, jak zwykle przesadzili z klimatyzacją, i je­
chaliśmy jak w lodówce na kółkach. Do Maroubry to zniosę – pomyśla­
łem – ale jechać w tych warunkach do City? Dziękuję... Hennies lepiej
znosiła niską temperaturę. Do oceanu wchodziła od razu, lubiła pły­
wać w pobliskiej Little Bay, gdzie ją czasem spotykałem. Ja natomiast
musiałem pobawić się z falami, jeśli były zbyt chłodne, i zanurzałem
się powoli, na raty, czekając aż moja skóra oswoi się ze stanem wody.
W autobusach nie ma jednolitej temperatury, na szczęście bywają
i takie, co nie stosują klimatyzacji; często przesiadałem się z lodówki
do ciepełka, chroniąc kości i resztę organizmu przed zamrożeniem.
Nie chciałem zostać hibernatusem upiornej ery technologii.
A nowe stulecie – dopiero co rozpoczęte – nie zapowiada się lepiej
od poprzedniego. Stare konflikty i nowe wojny, które wywołują kolejne
konflikty i podsycają terror, są nieszczęściem tylu narodów. Ofiarami
terrorystów padają znowu niewinni ludzie. I tak, od Bliskiego Wscho­
du i Afryki po Daleki Wschód planeta krwawi często wstrząsana za­
machami w biały dzień. Najwięcej ich w Iraku, gdzie lata temu doszło
ZAĆMIENIE
81
do niepotrzebnej wojny. Niestety, wyzwoliła jak z lampy Aladyna jakie­
goś złego ducha, który teraz jest plagą tego regionu i dziesiątkuje żyją­
ce tam plemiona. A od niedawna wojownicy jakiegoś kalifatu mordują
wszystkich, którzy nie modlą się do ich proroka. Planeta jest w szpo­
nach rozpasanych i krwiożerczych demonów.
Pożegnałem się z Hennies i wysiadłem z lodówki na kółkach jeden
przystanek przed Maroubra Shopping, co trochę skróciło mi czas prze­
bywania w zimnie. Autobus często stoi dodatkowo na skrzyżowaniu,
czekając na zielone światło, i przedłuża się wtedy tortura. Wysiadając
wcześniej, mogłem też wstąpić do Vinnies, gdzie za dolara czy dwa
można znaleźć świetne nagrania CD z muzyką klasyczną albo ciekawe
książki. Ostatnio trafił mi się album o francuskiej Bretagne, prawie za
grosze. Tym razem udało mi się kupić tylko Sibeliusa, ale za to symfo­
nię, w której pobrzmiewają echa heroicznej obrony Finów przeciwko
rosyjskim najeźdźcom. Wstąpiłem potem do Anglican Care, tam też
były książki po dolarze, i wyłuskałem na półkach zawalonych tanimi
powieściami prawdziwą perełkę – dziennik wyprawy Jamesa Cooka,
wydany pod tytułem Hunt for the Southern Continent. Przyda się na
prezent dla kogoś, może dla Michaela w dalekiej Lizbonie?
Po drodze do delikatesów wrzuciłem list do Marisy w dalekiej Italii.
Stara miłość nie rdzewieje, choć od naszego związku mija już lat czter­
dzieści. O dziwo, ożył w listach. Minąłem Aldiego, nie lubię bowiem
stać w długich kolejkach, i kupiłem bagietkę w otwartej tu niedawno
francuskiej piekarni. Młodzi Francuzi uciekają z ogarniętej kryzysem
republiki, gdzie chyba nie rządzą już tubylcy, ale przedstawiciele Unii
Europejskiej. A jeszcze nieustanne powodzie, zwłaszcza na południu
i w regionie Var, rujnują francuskie miasteczka, pola i winnice. Ucie­
kają też masowo Włosi, spotykam ich często na przystankach autobu­
sowych. Oni również szukają pracy w Australii i nawet ją znajdują, bo
przecież w Sydney są dziesiątki włoskich restauracji. Uciekają też dla­
tego, że nawet w Rzymie za miesiąc pracy w trattorii płacą zaledwie
tysiąc euro! Tak oto antypody stają się ziemią obiecaną, a może i rajem
dla nowych imigrantów.
Za to z Afryki płyną do Europy tratwy i łódki z uciekinierami szu­
kającymi byle jakiej pracy i dachu nad głową. Tysiące ich toną w Morzu
Śródziemnym, które staje się powoli cmentarzem dla uchodźców, ale
Alchemia prozy
*
2014 tom V
82
Marek Baterowicz
następne fale desperatów już czekają na afrykańskich brzegach i kie­
rują się w stronę Sycylii albo Andaluzji. Większość z nich nie zamie­
rza jednak pozostać we Włoszech czy w Hiszpanii, gdzie bezrobocie
bije rekordy, ale próbuje przez Francję dostać się na Wyspy Brytyjskie.
Francuska policja ma więc ręce pełne roboty, na przejściu granicznym
w Mentone zatrzymuje przybyszy z Afryki i odsyła ich z powrotem do
Italii. Jak długo potrwa ten proceder? Może do końca świata?
W europejskich delikatesach na Maroubra jest wszystko – od her­
bat ziołowych z Bałkanów po francuskie pasztety i trufle, hiszpańskie
chorizos czy kiełbaski z Tuluzy, polskie p­arówki i portugalskie salami.
Ostatnio nawet pojawiły się rosyjskie pierożki, polska kapusta kiszona
i ogórki, a grecka oliwa i konfitury były tam zawsze. Podobnie jak wło­
ski pane di casa, ciemny chleb estoński czy pie­czywo z polskiej piekarni.
Trafi się i kozi ser z Hiszpanii albo z Francji, zresztą serów są tam tuziny
i wszelkiego asortymentu. I oczywiście wielki wybór oliwek, kuszących
wędlin, suszonych owoców i słodyczy. Tak, jesteśmy rozpieszczani na
antypodach, gdy w wielu miejscach planety trwają wojny i plemienne
rzezie, a tysiące ludzi przymierają głodem.
Przed delikatesami spotkałem Ekę, sympatyczną Gruzinkę i znako­
mitą pianistkę, osiadłą w Sydney od dawna. Mówi doskonale po pol­
sku, jakiś czas żyła nawet w Polsce, a jej mąż Bogusław nie znał gru­
zińskiego. Uczy gry na fortepianie w konserwatorium i prywatnie, jej
siostra pianistka także poślubiła Polaka, skrzypka; mają domek w Ma­
traville. Polacy i Gruzini trzymają się razem, a ich ojczyzny – zwłasz­
cza od niedawnej inwazji rosyjskiej na Gruzję – nie są jeszcze bezpiecz­
ne ani dla Gruzinów, ani dla Polaków. Nasze ziemie nadal są narażone
na podjazdowe wojny ze strony Moskali, a granice – niepewne. Polska
dyplomacja wstrzymała wprawdzie agresję na Gruzję, lecz prezydent
Lech Kaczyński przypłacił to życiem w odłamkach strąconego Tupole­
wa. A teraz kresy w ogniu, separatyści nie szanują nawet pasażerskich
boein­gów – na polach Ukrainy leżą jeszcze zabawki zabitych w powie­
trzu dzieci. Ale portfele rodziców – też rozerwanych szrapnelami – jed­
nak zniknęły, podczas gdy szczątki ich ciał znajdowano jeszcze wiele
miesięcy po zestrzeleniu samolotu.
To jakieś zaćmienie ludzkich serc, stokroć gorsze od zaćmienia
słońca czy księżyca. A niestety, trzeba żyć dalej na tym świecie i oglą­
dać w telewizyjnych dziennikach kolejne dowody człowieczego bestial­
stwa.
Po szybkich zakupach w lodowatym labiryncie Coles czekałem na
powrotnym przystanku, po drugiej stronie Anzac Parade. Mój autobus
miał zjawić się za pięć minut, nie zdążyłbym więc odwiedzić polskich
delikatesów, tuż za rogiem ulicy. A dwie torby z konserwami, ryżem
i słoikiem miodu i tak nie pozwalały na dodatkowe zakupy. Usiadłem
na ławce przed wietnamską piekarnią, gdzie nieraz kupowałem ciem­
ne bułki albo apple slice, wyborny na pierwsze śniadanie. Obok Grecy
oferowali kurczaki i sałaty, także cypryjskie klopsiki o tak niezrówna­
nym smaku, że mogłyby podbić podniebienie najbardziej zawziętych
jaroszów. Owa różnorodność kulinarnych propozycji była wdzięcznym
akcentem wielokulturowości na antypodach.
Na wprost mnie, na plastikowym pudle siedziała stara Australijka,
paląc papierosa. Potrafiła tak spędzić prawie cały dzień, rozmawiając
ze znajomymi i kurząc jak komin. Jej punkt obserwacyjny być może
nastrajał ją filozoficznie, nie przeczyły temu nierzadkie przekleństwa.
Dym z papierosów drażnił mnie, przeniosłem się na drugą ławkę. Tam
siedzieli pomarszczeni Chińczycy, ich dzieci zawładną kiedyś tym kon­
tynentem.
Nadjechał mój autobus, który kursował dłuższą trasą, ale za to nad
malowniczą Malabar Bay o skalistych wybrzeżach. Za kwadrans wy­
siadłem przed domem. Idąc pod drzewami, słyszałem ponownie pulsu­
jący świergot ptaków. Tym razem spotkałem Carolinę zmierzającą do
swego auta.
– Comment ça va? [Jak się masz?] – spytała. Lubiła rozmawiać po
francusku, być może z racji swych wietnamskich korzeni.
– Pas mal... [Nie najgorzej...] – odparłem, nie było sensu biadać nad
stanem planety, gdy otwierała już drzwi od toyoty – mais ce soir nous
verrons l’éclipse de lune! [ale wieczorem obejrzymy zaćmienie księżyca!]
– Ah, bon? Je vais danser... [Ach tak? Ja chcę tańczyć...] – i odjechała
aleją śpiewających ptaków.
W domu włączyłem telewizor. Była pora wiadomości i właśnie po­
kazywano szarżę policji na protestujących w Hong Kongu. Pałki nacie­
rały na parasolki. W tym nierównym starciu studenci nie mieli szans,
raz jeszcze brutalna siła była górą nad marzeniem o wolności. Pieski
świat. A za chwilę na ekranie można było ujrzeć nowe zamachy bom­
bowe w Iraku i w Afganistanie, również w Egipcie – zaćmienie ludz­
kości, zaćmienie serc, przy którym zaćmienie księżyca jest doprawdy
urokliwym kaprysem kosmosu.
83
Alchemia prozy
ZAĆMIENIE
Rok 2014
tom V
Katarzyna Latała
POWRÓT
Moje pierwsze samodzielnie wynajmowane mieszkanie znajdowało
się w starej kamienicy przy ulicy Dietla. Właściwie była to rudera −
i kamienica, i moje mieszkanie. Ciasny pokój z wysokim sufitem i kil­
koma starymi meblami, przedpokój z mosiężnymi hakami przywier­
conymi do ściany, które wyglądały jak dłonie wyciągnięte w prośbie.
Było mi ich żal, więc wieszałam na nich, co tylko popadło: parasol, ny­
lonowe siatki po zakupach, nawet rajstopy do suszenia. W ten sposób
wkrótce na wieszaku uzbierała się taka hałda rzeczy, jakby mieszkało
tu kilka osób, a nie ja sama. Przyjemne złudzenie.
Była tam też kuchnia z przeciekającym żeliwnym zlewem i łazienka
z małym okienkiem tuż przy podłodze. To wszystko, na co było mnie
stać w tamtych czasach, kiedy mój dziwaczny kraj budził się do życia,
a ja do dorosłości. Mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze.
Prowadziły do niego trzeszczące drewniane schody ze stopniami prze­
tartymi na środku od chodzenia. Przy stopniach brakowało toczonych
filarów w balustradzie. Kiedy przekraczałam próg wiecznie uchylo­
nych, skrzydlatych drzwi kamienicy, klatka schodowa witała mnie tym
szczerbatym wnętrzem. Mimo zewnętrznej brzydoty kamienica wyda­
wała mi się na swój sposób ładna. Wszystkie moje okna, z wyjątkiem
łazienkowego lufcika, wychodziły na dwie wstęgi ulicy przedzielone
szerokim pasem zieleni. Środkiem biegły tory tramwajowe. Z trawy
wyrastały kolumny wiekowych drzew. W ich cieniu przycupnęło kilka
łaciatych ławek, z których odchodził lakier. Z okna widywałam przy­
siadających na nich staruszków, czasem pijaka kontemplującego butel­
kę zbawiennego trunku lub spragnioną swojego dotyku parę. Tu czas
płynął wolno i obojętnie wobec codziennych zdarzeń. Drażniąco wol­
no jak dla mnie. Są takie miejsca, które kpią sobie z pędu do jutra, jak­
by wiedziały, że jutro nie istnieje, jest mrzonką, mirażem niespokojnej
myśli. Ale wtedy jutro jawiło mi się jako pewnik, dziesiątka, w którą
strzelę, loteria, którą wygram.
Tymczasem, pewnego jutra, wcześnie rano obudził mnie hałas za
oknem. Nie był to dzwonek zatrzymującego się na przystanku tram­
waju ani odgłos ruchu samochodowego. Hałas miał charakter bardziej
ludzki niż maszynowy. Głos za oknem śpiewnie falował, unosił się wy­
sokimi, zrzędliwymi tonami i agresywnie opadał w złości. Odsunęłam
firankę i wyjrzałam na zewnątrz. Przed kamienicą po drugiej stronie
ulicy na ławce siedziała jakaś kobieta w kapeluszu. Nie widziałam do­
kładnie rysów jej twarzy, ale mogłam dostrzec, że to nie ona artykułuje
irytujące dźwięki. Zauważyłam, że poprawiła kapelusz na głowie. W jej
ruchu był jakiś dziwny spokój i elegancja. Nikt już nie nosi takich ka­
peluszy ani tym bardziej w taki sposób. Z trudem otworzyłam okno.
Z framug posypał się biały lakier i jeszcze coś lekkiego, puszystego,
jakby pył, robota korników – domyśliłam się. Uderzyło mnie rześkie
powietrze poranka i zapach wilgotnych murów.
− ...powtarzać? − usłyszałam fragment pytania.
Spojrzałam w dół. Przed wejściem do kamienicy piekliła się czer­
wona jak indor dozorczyni o krępych, twardo stąpających po ziemi no­
gach.
− A pójdzie stąd! – krzyczała. – Tyle razy mówiłam, żeby tu nie kar­
miła gołębi! Przyzwyczają się ptaszyska i będą mi się zlatywać przed
drzwi...
− Przecież i tak zlatują – wyrwało mi się niespodziewanie, nie wiem,
dlaczego, bo jeszcze ułamek sekundy wcześniej wcale nie miałam in­
tencji, by ingerować w sytuację.
Dozorczyni zadarła głowę do góry i obrzuciła mnie złowrogim spoj­
rzeniem.
− A zlatują, zlatują! A potem mi się lokatorzy skarżą, że narobione
na parapetach.
− Kto się skarży?
− A ci... – urwała nagle i spojrzała na mnie podejrzliwie. − Skarżą
się, skarżą i już! A kogo potem spółdzielnia rozlicza? Kogo?
− Kogo? – zapytałam naiwnie, znając odpowiedź.
− No właśnie. Powiedzą, że nie dbam, nie sprzątam, że brudno. A to
nie moja wina przecież, tylko gołębi.
85
Alchemia prozy
POWRÓT
86
Katarzyna Latała
− Ale gołębi na klatce nie ma − znów wyrwało mi się wbrew mojej
woli.
Dozorczyni chwilę przemielała myśli w głowie, po czym machnęła
ręką ze złością.
− Zafajdane gołębie! A poza tym, co wy myślicie, że taka dozorczy­
ni to ma kokosy? – kontynuowała niemal z pianą na ustach, ignorując
moją uwagę.
– A pójdzie stąd, bo kijem przegonię!
Obróciła się w kierunku gołębiary, ale tej już nie było w pobliżu.
− Gdzie ona się podziała? − dozorczyni rozglądnęła się nerwowo. −
Widziała pani studentka...
− Nic nie widziałam.
− Wróci. Jutro. Takie zawsze wracają. Jak wrzody na... – dobiegło
mnie jeszcze zrzędzenie dozorczyni, gdy mocowałam się z domknię­
ciem skrzypiącego okna.
2014 tom V
*
Tego dnia śpieszyłam się na uczelnię. Siedziała na ławce, zajęta wy­
konywaniem jakiejś niesprecyzowanej czynności. Pchnięta ciekawoś­
cią, zwolniłam kroku, by móc się jej przyjrzeć. Trudno było określić jej
wiek, ale na pewno nie była taka stara, jak mi się wcześniej wydawało.
Wykałaczką wydłubywała brud spod paznokci. Miała szczupłe dłonie
i długie palce pianistki, z pożółkłymi paznokciami w kształcie mig­
dałów. Pochłonięta czynnością z początku nie zauważyła mojej obec­
ności. Poranne słońce przeświecało przez siwe, rozczochrane włosy na
bladą twarz, która w kontraście z czernią ortalionowego, wymiętego
płaszcza wydawała się biała i napięta. Jej cera była gładka i cienka jak
pergamin, niemal przezroczysta. Gdyby ją naciągnąć, pewnie przetar­
gałaby się z bolesnym szelestem. Obok na ławce leżał kapelusz. Z bli­
ska nie wyglądał tak imponująco. Wydawał się nie pasować do pory
roku – ciemny, miejscami wypłowiały welurowy stwór z błyszczącym
żywicznym okiem szpilki łypiącym z ronda. Kobieta była drobnej po­
stury. Jej chude białe nogi wystawały z czarnych, męskich, jak mi się
wydało, skarpetek, a te z zakurzonych i rozklekotanych, również mę­
skich butów. Pomiędzy jej nogami, pod ławką spoczywała żakardowa
torba podróżna. Jaskrawy wzór zlewał się w niezidentyfikowaną maź
kolorów na poprzecieranych rogach.
− Dzień dobry – usłyszałam zaskoczona brzmieniem jej głosu, bo
kobieta nawet nie podniosła głowy.
Pochylona, skupiona nad swoją niezwykłą toaletą wyglądała jak
święta z promienną aureolą odstających rzadkich włosów nad głową.
Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam nic z siebie wydusić. Pomyś­
lałam, że lepiej nie zakłócać tego rytuału, któremu oddawała się z tak
niezmąconym spokojem.
Przez kolejne dni nie pojawiła się. Jej nieobecność na ławce przed
moim oknem kłuła mnie w oczy co rano, gdy oparta o parapet pochła­
niałam rozmoczone w ciepłym mleku miękkie kawałki bułki – moje
wystawne śniadanie. Niedzielę spędziłam u rodziców pod Krakowem.
W poniedziałek wracałam do domu tramwajem. Dźwigałam rekla­
mówkę książek i plecak pełen różnych dobrodziejstw ze spiżarni mojej
mamy, która niezależnie od faktycznego stanu mojej ziemskiej powło­
ki, zawsze witała mnie gromkim lamentem: „Dziecko, jak ty schudłaś!”.
W rezultacie nie mogłam opuścić progu bez różnego rodzaju marche­
wek („od sąsiadki z ogródka, hodowana bez nawozu”), powideł śliw­
kowych („to z naszych węgierek”), mandarynek („tato kupił specjalnie
dla ciebie”), suszonego, domowego makaronu („wrzuć na gotującą się
wodę i masz gotowy”), termosu z rosołem („z wiejskiej kury, od pani
Gieni z placu targowego – zdrowiusieńki, a jaki pyszny!”). Wytaszczy­
łam cały bagaż z tramwaju i wtedy ją zobaczyłam, postać chwiejącą się
w porannym powietrzu jak fatamorgana. Siedziała na ławce w swoim
kapeluszu naciągniętym głęboko na głowę i karmiła chmarę gołębi
czerstwym obwarzankiem.
− Dzień dobry – odezwałam się, przechodząc, ale ani ona, ani żar­
łoczne ptaki nie zwróciły na mnie najmniejszej uwagi. Minęłam ją,
z wysiłkiem poprawiając plecak na ramieniu.
− Gdzie się tak spieszysz? Masz landrynki?
Odwróciłam się. Gołębiara wpatrywała się we mnie wyczekująco.
− Proszę?
− Landrynki... Skończyły mi się przedwczoraj o 12.33.
− Proszę?
− O 12.33.
− Aha... – przytaknęłam, nie wiedząc, co powiedzieć.
− To co, masz landrynki?
− Niestety nie mam landrynek – uśmiechnęłam się niepewnie.
87
Alchemia prozy
POWRÓT
2014 tom V
88
Katarzyna Latała
Już chciałam odchodzić, ale jakaś wewnętrzna siła przytrzymała
mnie w miejscu. Sięgnęłam do kieszeni dżinsów i wyciągnęłam do po­
łowy opróżnione wymięte opakowanie.
− Mam gumy do żucia. – powiedziałam. Kobieta spojrzała na mnie
z zaciekawieniem. − Miętowe – podsunęłam jej paczkę z wystającymi
srebrnymi listkami.
− To nie to samo – skwitowała, ale wzięła sobie gumę i schowała ją
do wielkiej torby podróżnej pod ławką.
− Po co ci to? – zapytała, wskazując na moje bagaże.
− Proszę?
− Po co ci te toboły?
Przystanęłam. Patrzyła na mnie z oczekiwaniem na twarzy.
− Książki, na studia... − potrząsnęłam reklamówką. – I zapasy na
wypadek bomby atomowej albo końca świata – zażartowałam, popra­
wiając pasek plecaka, który wżynał mi się w skórę ramienia.
− Ja też mam – uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Podniosła spod
ławki brudną torbę i przytuliła ją do piersi.
Torba wyglądała na pustą. Zaintrygowało mnie to.
− A co tam pani ma?
Spoważniała i spojrzała na mnie, jakby nie zrozumiała, o co mi cho­
dzi.
− Ktoś jeszcze wie? – szepnęła zaniepokojona.
− Wie?
− Nie! Nikt nie wie – ucieszyła się. – To lepiej dla nich.
− Wie, o czym? – próbowałam zrozumieć.
− O końcu świata...
− Aaa… – odparłam niepewna, jak mam podejść do tej rozmowy. –
Koniec świata.
− Jak cię tylko zobaczyłam z tymi tobołami, pomyślałam, że
wiesz...
− No i proszę bardzo. Miała pani rację – odparłam wesoło.
− Miałam – uśmiechnęła się ukontentowana i rozrzuciła gołębiom
okruchy obwarzanka.
Zsunęłam z pleców ciężar i usiadłam obok niej.
− Pani torba jest pusta – zauważyłam.
− A na co mi rzeczy? Koniec to koniec.
− To po co pani torba? – próbowałam skierować gołębiarę na tory
logiki.
POWRÓT
89
− No jak to tak bez torby w podróż? – oburzyła się. − To jak wybrać
się w drogę bez butów i bez kapelusza...
− Ale w środku nic nie ma. Nic, co mogłoby się przydać w podróży,
czy w ogóle...
− Nieprawda – ucięła zniecierpliwiona − Nic nie rozumiesz. Mam
wszystko, czego potrzebuję.
− Acha – mruknęłam, żeby ją uspokoić.
Chwilę milczałyśmy, obserwując stadko gołębi nerwowo podskaku­
jących na chudych nóżkach.
− One też wiedzą – uśmiechnęła się tajemniczo.
− Tak?
− One wiedziały pierwsze... Zawsze wiedzą wcześniej niż ludzie.
− Dlaczego tak jest? – zainteresowałam się.
Nie odpowiedziała, chwyciła torbę, wstała z ławki i wolno ruszyła
przed siebie.
− Już pani idzie? – chciałam ją zatrzymać.
− Jeszcze nie, ale cały czas się wybieram. – Spod kapelusza rzuciła
przelotne spojrzenie w kierunku kamienicy, w której było moje miesz­
kanie. W drzwiach wejściowych stała gruba dozorczyni. − Tylko nic jej
nie mów − krzyknęła gołębiara. – I tak by nie zrozumiała.
− Nie powiem – obiecałam.
Przez kolejne miesiące byłam zajęta – studiowaniem, planowa­
niem, kochaniem, rozstawaniem, szukaniem odpowiedzi, wypełnia­
niem pustki lub usuwaniem nadmiaru. Moją ekscentryczną znajomą
widywałam regularnie, zimą trochę rzadziej. Nie wiem, gdzie się wte­
dy podziewała. Nie mówiła, a ja nie pytałam. Czasem na kilka minut
przysiadałam na ławce obok niej i częstowałam ją jakimś łakociem.
Wymieniałyśmy grzeczności, rozmawiałyśmy o gołębiach, tramwa­
jach, przechodniach i zbliżającym się końcu.
Jednego dnia wracałam wieczorem z uczelni do domu. Gdy tylko
zatrzasnęłam bramę wejściową do kamienicy, skrzypnęły drzwi na
parterze i zobaczyłam wychylającą się głowę dozorczyni.
− Dobry wieczór! Przestraszyła mnie pani – chciałam uniknąć kon­
wersacji z nią, więc szybko zaczęłam się wspinać po stopniach do swo­
jego mieszkania.
− No i już problem mamy z głowy − zaczepiła mnie.
Alchemia prozy
*
2014 tom V
90
Katarzyna Latała
− To super. A jaki problem? – zapytałam, nie odwracając się w jej
kierunku.
− No z tą łachmaniarką od gołębi – krzyknęła za mną, nie ukrywa­
jąc zadowolenia.
− Tak? – zdziwiłam się i wyciągnęłam dzwoniące klucze od drzwi.
− A tak!
Włożyłam klucz do zamka w drzwiach i przekręciłam. Echo ponio­
sło ostry dźwięk po całej klatce schodowej.
− Ale tu dziś była afera... Straciła pani niezłe widowisko. Policja,
k­aretka pogotowia. Nawet ruch tramwajowy zatrzymano na godzinę.
Odwróciłam się w drzwiach zaniepokojona.
− Co się stało?
− Już wszystko pani studentce powiem! – odkrzyknęła zadowolona,
że udało jej się przykuć moją uwagę.
− Lumpy chciały zabrać jej torbę. Wywiązała się szarpanina. Łach­
maniara padła jak długa i straciła przytomność.
Zaczęłam schodzić po schodach, tak żeby widzieć twarz d­ozorczyni,
która dalej streszczała.
− Jacyś ludzie z przystanku tramwajowego widzieli całe zajście, we­
zwali policjantów i pogotowie.
− I co?
− Lumpów złapano zaraz za rogiem, dwóch pijaków, tego jednego
to ja nawet znam. On tam mieszka w tym mieszkaniu, co to dawniej...
− A co z kobietą? – przerwałam jej niegrzecznie.
− Nie wiem – odparła znudzona. − Pogotowie zabrało na sygnale.
− Gdzie?
− A co mnie to obchodzi gdzie! Co to ja policjant jestem? Zabrali to
zabrali. Przynajmniej spokój będzie.
Obróciłam się i bez słowa skierowałam na górę.
− Najlepszego pani nie powiedziałam – zachichotała. − Wie pani,
co było w jej torbie? Podobno...
Nie czekałam na wyjaśnienie. Odcięłam skrzekliwy głos d­ozorczyni,
zatrzaskując z hukiem drzwi. W progu czekały na mnie wieszaki. Ściąg­
nęłam sweter i zawiesiłam na jednej z żebrzących łapek. Wyjęłam z kie­
szeni swetra paczkę świeżych landrynek. Rozpakowałam. Wsadziłam
do ust cukierka. Kwaskowa słodycz uszczypnęła mnie w język.
POWRÓT
91
W czerwcu miasto ledwie zipało od upałów. Gołębiara więcej się nie
pojawiła. Jej obecność zaczęła blaknąć w mojej pamięci. Pochłonięta
sesją, nie chciałam się nad tym zastanawiać. Zależało mi, żeby zdać
wszystko w pierwszych terminach i jak najszybciej się obronić, bo wy­
jeżdżałam za granicę. Jutro, pojutrze, byle szybciej. Chciałam zarobić na
własne mieszkanie, coś zakończyć, coś zacząć. Żyć. I w­yjechałam. Jed­
nak wkrótce wymarzony własny kąt w okolicach K­azimierza przestał
funkcjonować w mojej wyobraźni jako cel. Moje plany się z­mieniły.
Kilkanaście lat później odwiedzałam stare kąty. Trafiłam także na
Dietla. Ulica jakby zastygła w czasie. Odrapane mury. Przygarbione
drzewa. Szarość i pustka w oknach. Tylko w asfalcie mniej dziur i ław­
ki wymieniono na nowe, a może tylko odmalowano. Ile dróg, miejsc,
ludzi, myśli oddaliło mnie od tego miejsca. Nie mogłam uwierzyć.
Siedziała tam, gdzie zwykle. W kapeluszu, z żakardową torbą, niezmie­
niona, otoczona stadem gołębi jak kamienny Adaś na Rynku. Pode­
szłam do niej wolno, żeby nie spłoszyć ptaków, a może jej − nie wiem.
Nie mogłam opanować radosnego uniesienia.
− Dzień dobry.
Nawet nie spojrzała na mnie.
− Pamięta mnie pani? Mieszkałam tutaj – pokazałam na kamienicę
naprzeciwko.
Nie doczekałam się odpowiedzi.
− W... – wymieniłam rok.
Staruszka nie zareagowała.
− Czasem rozmawiałyśmy... Ach, nieważne – mruknęłam bardziej
do siebie niż do niej. − Wróciła pani.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
− To ty wróciłaś.
Usiadłam obok niej. Sypała gołębiom ziarna z plastikowego wo­
reczka.
− Masz gumę?
Ochoczo otwarłam torebkę. Zawsze mam przy sobie paczkę albo
nawet dwie. Nerwowo przeszukałam całą zawartość torebki, ale po gu­
mach zostało tylko kilka papierków.
− Niestety nie mam – odparłam rozczarowana.
Po chwili przypomniałam sobie. Sięgnęłam do kieszeni żakietu.
Alchemia prozy
*
92
Katarzyna Latała
− Ale mam landrynki – ucieszona wyciągnęłam dłoń z dwoma
c­ukierkami owiniętymi w celofan z nadrukiem pomarańczy.
− To nie to samo – skwitowała, ale sięgnęła po landrynki. Jedną
o­dpakowała i wsadziła do ust, drugą podała mnie.
− Dobra? – zapytałam.
− Dobra.
Rozwinęłam cukierka i położyłam na język. Chwilę słychać było na­
sze mlaskanie. Ulica tętniła swoim popołudniowym rytmem, bezwol­
nie absorbując naszą obecność.
− One tu zawsze przylatują – pokazała palcem na gołębie. − To ich
miejsce.
Spojrzałam na podrygujące przed nami, pogrążone w jakimś chao­
tycznym tańcu ptaki. Nie odezwałam się, bo słowa gołębiary powoli
wsiąkały we mnie wraz z kwaśną słodyczą pomarańczowego krysz­
tałka.
Rok 2014
Jacek OZAIST
ŚCIEŻKI NIEBYTU
Przez otwarte okno wiatr łagodnie potrząsał bordową zasłoną. Na
idealnie zaścielonym łóżku leżała herbaciana róża. Lekarz wprowadził
zalęknioną, młodą kobietę w przykrótkim płaszczu i niedbale zarzuco­
nej apaszce. W ręce trzymała wypchaną po brzegi reklamówkę znanej
sieci handlowej.
– Łóżko jest do pani dyspozycji – powiedział lekarz. – Proszę się
spokojnie przygotować.
Drzwi zamknęły się bezszelestnie. Kobieta usiadła na brzegu łóżka
i zgarbiła plecy. Drżącą ręką sięgnęła po ukryty pod płaszczem tele­
fon komórkowy. Kilka razy pomyliła się, zanim wystukała prawidłowy
n­umer.
– Tato, jesteś pewien, żeby usuwać? – wyszeptała.
– Jak jasna cholera! – zdecydowany męski głos nie pozostawiał cie­
nia wątpliwości. – Inaczej nie wracaj do domu.
Kobieta podeszła do okna. Zamknęła je i pociągnęła zasłonę.
•
Piotr bardzo dobrze znosił pobyt w placówce opiekuńczej. W prze­
ciwieństwie do dzieci, które trafiły tam z domu rodzinnego, on nie znał
innego życia. To był jego dom, wychowawcy zastępowali mu rodziców,
a wychowankowie rodzeństwo. Zresztą nie pozostał tam długo. Wy­
starczyło, że podrósł i zaczął wykazywać niezwykłe cechy charakteru,
by szybko znaleziono mu nową rodzinę. Zabrało go bezdzietne mał­
żeństwo czterdziestolatków, posiadające własny dom i dobrze prospe­
rującą wypożyczalnię kaset video. Już w momencie powitania sprawił,
że przybrana matka zapłakała ze szczęścia.
tom V
2014 tom V
94
Jacek Ozaist
– To jest mama, a to tata? – spytał zaciekawiony, i kiedy usłyszał
o­dpowiedź twierdzącą, dodał z uśmiechem: – Będziemy rodziną.
Zamieszkał w małym domku na przedmieściach; miał swój pokój
i osobną łazienkę. Z początku nie umiał przyzwyczaić się do ciszy, in­
tymności, samodzielności, potem zrozumiał, że każdy człowiek ma ja­
kiś świat i nie trzeba ciągle być w grupie. Rodzice również uczyli się
życia od nowa, z nim jako postacią centralną, której trzeba podporząd­
kować wszystko. Z czasem bariery ustąpiły wzajemnej, bezgranicznej
miłości.
Ciągle zadziwiał swoją osobowością, niezwykłą na swój wiek mą­
drością, skalą wrażliwości. Od początku wykazywał inteligencję, z jaką
rodzice nie spotkali się jeszcze nigdy. Pochłaniał wiedzę w tym samym
tempie co kanapki z szynką, ciągle o coś pytał, nieustannie był ciekawy
świata i ludzi. Potrafił być męczący. W przedszkolu też wzbudzał same
zachwyty, bo predyspozycjami umysłowymi przewyższał wszystkie
uczęszczające tam dzieci. Odkrył też coś nowego – niespożytą energię,
która nie pozwalała mu odpoczywać razem z rówieśnikami. Widząc
to, opiekunki starały się pracować z nim indywidualnie. Tylko kiedy
chorował, był w stanie leżeć spokojnie.
Co jakiś czas ojciec zabierał go na ryby albo w góry, by wzmocnić
go fizycznie i odciągnąć choć na chwilę od spraw ducha, którym po­
święcał tyle energii. Początkowo Piotr niechętnie wychylał nos z poko­
ju pełnego zabawek i książek, ale już w czwartej klasie szkoły podsta­
wowej pojął, że w życiu potrzebna jest równowaga. Zaczął z prawdziwą
przyjemnością łowić ryby, a zdobywanie kolejnych górskich szczytów
traktował jako swego rodzaju wyzwanie. Razem z ojcem wygrali woje­
wódzkie zawody wędkarskie i spenetrowali większość grzbietów Tatr,
Bieszczad i Sudetów, zdobywając wszelkie dostępne odznaki PTTK.
Z mamą natomiast chętnie sprzątał dom, pomagał w kuchni czy ogród­
ku, cały czas rozprawiając na temat literatury i sztuki.
– Jak to się dzieje, że to, o czym czytamy, i to, co nas otacza, to dwie
różne rzeczy? – pytał. – Jak to możliwe, żeby teoria była tak bardzo
przekłamana przez praktykę?
Mama uśmiechnęła się z uwielbieniem. Zawsze czuł się dziwnie,
kiedy patrzyła na niego w ten sposób, lecz jednocześnie był niezmier­
nie dumny, że potrafi budzić w niej tak głębokie uczucia.
– Po to właśnie jest teoria, abyśmy próbowali realizować ją w prak­
tyce najlepiej, jak umiemy – odparła.
– Dlaczego?! – protestował. – Przecież to bez sensu!
– Jesteś, syneczku, zbyt surowy dla świata. To, co zależy od ludzi,
rzadko jest bliskie ideału.
– Więc po co nam teoria? – oburzał się z dziecinną naiwnością. –
Możemy tworzyć praktykę na bieżąco.
Mówiąc to, przekrzywił głowę, co u niego było wyrazem totalnego
skupienia na omawianym temacie. Mama westchnęła bezsilnie i pogła­
dziła jego miękkie włosy.
– Mało kto to potrafi. Większość ludzi potrzebuje ideału, do które­
go mogliby dążyć – tłumaczyła cierpliwie.
– Jakoś nie dążą.
– Próbują.
– To za mało!
Mama rozłożyła ręce w geście kapitulacji.
– Kiedy dorośniesz, sam będziesz mógł im to zademonstrować.
– I tak zrobię!
Którejś Wigilii posłali go po ostatnie zakupy. Długo nie wracał.
O­jciec już chciał za nim iść, a mama dzwonić na policję, kiedy Piotr
stanął w drzwiach z bezdomnym mężczyzną, którego spotkał po dro­
dze. Zażenowany włóczęga podobno bronił się ile sił, lecz w efekcie
uległ przejrzystej, natchnionej perswazji chłopca. Tłumaczył potem,
że ujęła go niezwykła dobroć Piotra i nie miał sumienia go zawieść.
W każdym razie ich syn zapukał do drzwi z obdartym, zarośniętym
mężczyzną o bardzo smutnych oczach.
– To jest pan Wiktor – przedstawił gościa z uśmiechem, który powa­
liłby na kolana największego przeciwnika. Zaprosiłem go na kolację,
bo strasznie mnie drażni puste miejsce przy stole. Chciałbym, żeby
symbol ożył.
– Ja... przepraszam... – wydukał nieśmiało gość.
– Prosimy dalej – mama przytomnie otwarła drzwi na oścież.
Do kolacji pozostała godzina z okładem, więc Piotr wziął gościa do
siebie. Po chwili mama przyniosła kawę i ciastka, po czym wycofała się
cicho. Obserwowali się długo. Piotr pierwszy przerwał milczenie.
– Dlaczego nie ma pan ochoty żyć?
– Przecież żyję!
– Tak?
– Tak jak umiem. Nie jestem wybredny. Nie mam wymagań. Czy to
zbrodnia?
95
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
2014 tom V
96
Jacek Ozaist
– Moim zdaniem tak.
Pan Wiktor zamyślił się wyraźnie zakłopotany. Piotr z uwagą stu­
diował jego rysy i osobliwą gestykulację, polegającą na pocieraniu
kciukiem brody. Niżej nie patrzył, bo nie mógł znieść widoku popla­
mionego płaszcza, zniszczonych spodni i dziurawych skarpet. Sama
twarz bezdomnego sprawiała wystarczającą przykrość. Była czerstwa,
miejscami zaczerwieniona od mrozu, a chorobliwą bladość cery pod­
kreślała ruda broda.
– Czuję się jak uczeń – mruknął rozbawiony pan Wiktor.
– Przepraszam. Nie taki był mój cel – jęknął rozczarowany Piotr.
– Nic nie szkodzi, ale już za późno, by cokolwiek zmienić.
– Nie wierzę. Co pana tak stłamsiło?
– Życie, mój drogi. Samo życie. Nic mi nie wychodziło, więc prze­
stałem się starać. Powiedz, czy nie wolno tak żyć?
Piotr zapalczywie pokiwał głową.
– W pewnym sensie nie wolno. To jakby wbrew naturze.
Pan Wiktor drżącą ręką uniósł filiżankę do ust i bardzo powoli
ugryzł kawałek ciasta. Potem równie wolno odmierzył słowa:
– A jeśli dla mnie natura składa się z podłości, fałszu, chciwości,
nienawiści?
– To nieprawda!
– Prawda cząstkowa, ale dla mnie podstawowa. Doświadczyłem jej.
Dlaczego miałbym jej nie ufać?
– Już nie wiem, jak z panem rozmawiać.
Bezdomny położył mu rękę na ramieniu, ale Piotr strząsnął ją szyb­
ko. Widać było, że ma ochotę rozpłakać się.
– Posłuchaj, mój chłopcze. Mało jeszcze wiesz o świecie. Coś ci
wytłumaczę. Spójrz: pchła gryzie psa, pies pchły nie gryzie. Pies cza­
sem gryzie człowieka. Człowiek też może go ugryźć, ale woli kopnąć
albo zastrzelić. Jest więc na szczycie drabiny. Został uczyniony władcą
Z­iemi, ale nie potrafi używać swojej mocy zgodnie z przeznaczeniem.
Najczęściej kieruje ją przeciwko sobie lub bezbronnej przyrodzie. Ja tak
nie chcę, więc wycofałem się na peryferie, gdzie nikt mi nie zagraża,
ani ja nie zagrażam nikomu. To przecież zdrowy układ.
– Ja też nie chcę tak żyć – obruszył się Piotr.– Czy to znaczy, że mam
rzucić wszystko i mieszkać na ulicy?
– Jasne, że nie. Masz sporo czasu, żeby znaleźć lepsze wyjście. – Pan
Wiktor nieoczekiwanie uśmiechnął się szeroko. – Widzisz, ja też się
ŚCIEŻKI NIEBYTU
97
na coś przydałem. Pokazałem ci, że z ideałami nie warto przesadzać.
Są piękne, ale zdradliwe. Muszą być kontrolowane. A teraz już pójdę.
– Nic mi pan więcej nie powie?
– Na jaki temat?
– O sobie.
Pan Wiktor zawahał się na moment. Zaciskał usta do białości, po
czym wyraz jego twarzy znacznie złagodniał. Twarde spojrzenie Piotra
zdawało się zatrzymywać go w miejscu.
– Byłem miękki i nieudolny. Nie nadążałem za tempem życia. Stra­
ciłem przez to żonę i małe dziecko. Zacząłem pić, a kiedy piłem, straci­
łem mieszkanie i wszystkich przyjaciół. Teraz mieszkam nigdzie i z ni­
kim się nie zadaję. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ziemia potrafi być
zimna...
Piotr pokiwał głową. Widać było, że szczera odpowiedź przynio­
sła mu ulgę. Bezdomny dopił swoją kawę i schował do kieszeni ka­
wałek ciasta. Wyszedł bezszelestnie przez nikogo nie odprowadzany.
W drzwiach pokoju natychmiast stanęła mama.
– Mój królewicz jest smutny? – pogłaskała go czule.
– Rozumiał mnie, ale sobie poszedł.
– Nie możesz go zmienić. Jutro spotkasz innych i potraktują cię tak
samo.
Piotr nie wykazywał ochoty do dalszej dyskusji.
– Zapraszam do stołu – powiedziała.
Gdzieś w głębi duszy Bartka zawsze mieszkał żal do świata. Za brak
domu, jakość życia, za ciągłe pomiatanie i każdą nieudaną chwilę.
W trakcie dorastania poczucie niesprawiedliwości stało się wręcz obse­
sją, która coraz bardziej izolowała go od reszty społeczeństwa. Był jak
wielka, ropiejąca rana.
Początkowo było mu nawet dobrze. Miłe panie bawiły się z nim, pil­
nowały go i pielęgnowały. Czuł się potrzebny. Później okazało się, że to
tylko ich praca i niewidzialna ręka szefa może je dowolnie wymieniać.
Pani, którą pokochał nad życie, musiała pewnego dnia odejść, a na jej
miejsce przyszła dziwna, oschła, niecierpliwa dziewczyna, która od po­
czątku nie przypadła mu do gustu.
Nagle wszystko się zmieniło. Nowa ciągle go poganiała, krytykowa­
ła i, jak całą resztę dzieciaków, miała za nic. Szybko wymyślił takty­
Alchemia prozy
*
2014 tom V
98
Jacek Ozaist
kę obronną, przypominającą łagodną odmianę autyzmu. Zamykał się
w sobie i udawał, że nie słyszy, co do niego mówią inni. Patrzył nieru­
chomo w ścianę i za wszelką cenę starał się nie ruszyć nawet powieką.
Wychowawcy i nauczyciele ciągle pytali, dlaczego przestał się uczyć,
dlaczego unika kontaktu, dlaczego nic nie mówi, lecz nie fatygował
się, by im cokolwiek tłumaczyć. Za którymś razem stracił cierpliwość.
Miał wtedy dwanaście lat. Nadchodził czas wystawiania stopni okre­
sowych, a on miał spore zaległości we wszystkim oprócz wychowania
fizycznego. Nowa przyszła do niego wieczorem, sprawdzić, czy się uczy,
i zastała go siedzącego na parapecie z podkurczonymi kolanami.
– Co ty sobie wyobrażasz?! Wydaje ci się, że jesteś na wczasach? –
Nie odpowiedział. Jak zwykle nie drgnął nawet jeden mięsień na jego
twarzy. – Rozmawiaj ze mną!
Szarpnęła go za ramię tak mocno, że spadł z parapetu i poturlał się
po posadzce. Tego było za wiele.
– Odczep się! – warknął, zrywając się na równe nogi.
– Nauka i posłuszeństwo to twoje najważniejsze obowiązki. Musisz
mnie słuchać! – wycedziła.
Pełen długo tajonej złości Bartek złapał ją za włosy i podrapał poli­
czek do krwi. Nienawidził jej rudych pukli, szpiczastego nosa i wielkich
okularów. Nie pozostała mu dłużna. Uderzyła go w twarz. Był chłop­
cem tak drobnej postury, że siła ciosu powaliła go na plecy. Poczuł przy
tym jakby mózg podskoczył mu wewnątrz czaszki. Leżał i dyszał, pa­
trząc na nią morderczym wzrokiem.
– Mam cię już dość! – wrzasnęła przestraszona. – Idę po dyrektora!
Ruszyła do drzwi. Bartek w odruchu paniki skoczył jej na plecy.
I­mpet przewrócił ją od razu, a ciężar chłopca przygniótł do podłogi.
Zaślepiony furią Bartek zaczął walić pięściami gdzie popadło, ale ona
nie przestawała krzyczeć.
– Zamknij się, zdziro!!! – zawył przenikliwie.
Złapał faliste włosy i uderzył jej głową o posadzkę. Potem jeszcze
raz i jeszcze, aż w końcu umilkła. Płacząc spazmatycznie, podniósł się
i rzucił do ucieczki. Zbiegł po schodach i wypadł na podwórko. Już wte­
dy był pewien, że nikomu nie pozwoli się więcej skrzywdzić, bo się
o­broni siłą. Przebiegł przez ogród, odbił się od betonowego murka
i p­okonał niski płotek.
Pobiegł nad rzekę po drugiej stronie ulicy. Zawsze tam uciekał, kie­
dy potrzebował samotności. Zbiegł po stromym zboczu na kamienistą
plażę. Do zmroku siedział bez ruchu i wpatrywał się w leniwie płynącą
wodę. W końcu zasnął. Wczesnym rankiem obudził go dotkliwy chłód.
Trzęsąc się niemiłosiernie, poczuł złość na wszystko i wszystkich. Na
dodatek burczało mu w brzuchu jakby nie jadł od stuleci. Zaczął tań­
czyć i podskakiwać, parodiując Michaela Jacksona, potem ruszył brze­
giem w dół rzeki. W zamyśleniu nie zauważył starszego pana w orta­
lionowej kurtce i czapeczce z daszkiem, który wędkował, siedząc tuż
przed linią wody. Mężczyzna odwrócił się przestraszony, ale na widok
chłopca uśmiechnął się życzliwie.
– Co ty tu robisz tak wcześnie?
– Chodzę sobie.
– Dziwne. Dzieci o tej porze śnią o dniu wolnym od szkoły, czyż
nie?
Starszy pan miał miłą twarz, siwe włosy i niewielki wąsik. Kiedy zo­
baczył, że chłopiec dygocze z zimna, podał mu koc i poczęstował kub­
kiem gorącej herbaty.
– Jesteś głodny?
Bartek pokiwał głową. Bułka z szynką smakowała wybornie, zwłasz­
cza że na co dzień jadał marmoladę, pasztetową i jajecznicę.
– Powiedz coś o sobie – poprosił starszy pan, kiedy bułka przepadła
w żołądku chłopca.
Bartek poczuł ukłucie niepokoju, ale po chwili zaczął kłamać jak
z nut.
– Tata się upił i zbił mamę – pociągnął żałośnie nosem, nie mogąc
uwierzyć, jakie to łatwe. – Potem chciał mi dołożyć, ale zwiałem. Lepiej
spać nad rzeką.
– Straszne.
– Ale to nic. Jak wytrzeźwieje, to przyniesie mamie kwiaty i będzie
po staremu.
– I to go rozgrzesza?
– Nie wiem.
– Zupełnie takich ludzi nie rozumiem. Wychowałem dwójkę dzieci
i nawet nie podniosłem na nie ręki. Niektórzy ludzie nie powinni być
rodzicami.
– Ale co wtedy mają robić dzieci? – zapytał drwiąco Bartek.
Starszy pan bezradnie potrząsnął ramionami. Akurat złapała ryba,
więc zajął się kręceniem kołowrotkiem. Była to maleńka płotka, którą
od razu wyrzucił z powrotem do wody.
99
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
2014 tom V
100
Jacek Ozaist
– Teraz to ja nie wiem, co powiedzieć – przyznał i zamachnął się
wędką od nowa. – Wiem tylko, że dzieci to nasz największy skarb.
Bartek zaśmiał się krótko.
– Ja nie jestem skarbem – mruknął. – Jestem ciężarem.
Wędkarz przyglądał mu się straszliwie długo, potem uśmiechnął się
zmieszany.
– Jeśli chcesz, możesz tu przychodzić codziennie – powiedział
po chwili. – Będę cię zabierał na obiad i... no, nie wiem co jeszcze...
– Nie – odparł stanowczo Bartek. – Ja lubię być sam. Najlepiej bę­
dzie, jak sobie już pójdę.
– Zaczekaj! – krzyknął wędkarz. – Masz tu, przyda ci się.
Wręczył mu zmięty banknot i serdecznie poklepał po ramieniu.
Bartek spojrzał mimochodem na papierosy, które leżały obok krzeseł­
ka dobroczyńcy.
– A dałby mi pan te papierosy?
– Co to to nie! – obruszył się wędkarz. – Jesteś za młody.
Bartek stłumił uśmiech, który błąkał mu się na ustach.
– E, nie dla mnie. Dla ojca. Na pewno już nie ma i kiedy wstanie,
znów będzie wściekły.
– To co innego. Weź.
Bez najmniejszego zażenowania Bartek sięgnął po paczkę papie­
rosów. Schował do kieszeni i spojrzał prosto w niesamowicie błękitne
oczy dobroczyńcy.
– Pan jest dobry.
– Chciałbym – odparł zakłopotany wędkarz.
Bartek ruszył wzdłuż rzeki. Po paru krokach przystanął i odwrócił
się.
– Pan jest aniołem – powiedział z powagą. – Tylko ja w anioły nie
wierzę. Niech pan lepiej wraca do nieba, bo tu się pan rozczaruje.
Odszedł szybkim krokiem. Nie chciał wiedzieć, co jeszcze ten czło­
wiek ma do powiedzenia. Zamknął oczy.
– Hej, chłopcze, zaczekaj! Mylisz się! Wszystko zależy od nas! Nie
walczymy i to właśnie jest zło!
Bartek przystanął na chwilę przy kiosku i kupił sobie zapałki. Był
syty, najedzony i rozgrzany. Łatwo znalazł połamaną ławkę w parku,
okrytą gałęziami płaczącej wierzby, sięgającymi do samej ziemi. Usiadł
wygodnie i zapalił papierosa. Zaczął palić w szkole. Chłopcy przyno­
sili codziennie coś do popalenia i choć go denerwowało, że częstują go
z litości, z biegiem czasu problem stracił znaczenie. Ważne było, żeby
zapalić.
Ćmiąc zawilgłego papierosa, zauważył leżącą na ławce gazetę, ktoś
przeczytał i porzucił. Z łatwością wyobraził sobie, że na pierwszej
stronie piszą o nim. Pobił wychowawczynię, która przebywa aktual­
nie w szpitalu, i uciekł. Poszukują go wszyscy, a rysopis jest dostępny
w każdej gazecie.
– Cześć, małolat – jakiś głos wyrwał go z przyjemnego letargu. –
Nie będziemy przeszkadzać?
Dwóch uśmiechniętych od ucha do ucha młodych mężczyzn sta­
nęło przed nim w rozkroku. Skurczył się ze strachu, ale nie zamierzał
odejść.
– Jasne, że nie.
– To spoko.
Rozsiedli się obok niego. Ten, który go zagadnął, wyjął z torby butel­
kę taniego wina i plastikowy kubek, drugi zaś wziął od niego butelkę,
uderzył pięścią w dno i wyjął korek zębami. Wypili jednym haustem.
Bartek zupełnie nie wiedział co robić. Postanowił pójść gdzie indziej,
jednak zanim zdążył się podnieść, usłyszał:
– Napijesz się?
– Pewnie! – odparł bez wahania.
Wypił. Cierpki płyn wykrzywił mu usta, zdawał się pożerać żołą­
dek. Dopiero po jakimś czasie poczuł ciepło i uśmiechnął się bez przy­
musu.
– I jak?
– Dobre.
– No widzisz! Jestem Krzysiek, a to Tomek – rzekł zadowolony
c­hłopak, który go zaczepił. – Lubimy sobie tu posiedzieć. Jest cisza,
a policja o tej ławce jeszcze nie wie. Skąd się tu wziąłeś?
Bartek obojętnie wzruszył ramionami.
– Z domu dziecka.
– Uciekłeś?
– No.
Krzysiek trącił Tomka i obaj uśmiechnęli się z uznaniem.
– Swój chłopak! Ja byłem w wychowawczym.
Bartkowi błysnęły oczy.
– Za brak rodziców?
– Nieee.... Za kradzieże.
101
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
2014 tom V
102
Jacek Ozaist
– Acha. A to trudne?
Znów się roześmiali, ale nie szyderczo. Miał wrażenie, że odnoszą
się do niego z szacunkiem i postanowił odpłacić im tym samym.
– Jak się nie boisz, to nie – powiedział poważnie Tomek. – Trzeba
mieć silne nerwy i dobry plan. Reszta kula się sama. Co zamierzasz?
– Bo ja wiem... – Bartek w ogóle się nad takimi rzeczami nie za­
stanawiał, ale nie chciał źle wypaść przed nowymi kumplami. – Może
pojadę nad morze. Nie byłem tam jeszcze, ale widziałem w telewizji.
Jest superowe.
– A z czego będziesz żył?
Bartek tępo patrzył przed siebie, bo zupełnie nie wiedział, co powie­
dzieć.
– Nie dam się złapać – odparł tylko.
Wino skończyło się dość szybko i obaj koledzy zaczęli gorączkowo
przeszukiwać kieszenie. Wysupłali parę monet, lecz ich miny mówiły,
że mają za mało. Bartek w mig podjął decyzję. Wyciągnął swój banknot
i podał Krzyśkowi, oczekując wdzięczności.
– To wszystko? – usłyszał i zrobiło mu się przykro.
– Wszystko co mam – bąknął rozczarowany.
– Zostaw sobie – rzekł dziwnie miękko Krzysiek. – Pójdziemy gdzieś
na „sępa”.
– Co „na sępa”? – obruszył się Tomek. – Są smaki, a smaki są gorsze
od kaca.
– Ja też mam smaki – dodał Bartek, wciskając Krzyśkowi pienią­
dze.
– No dobra. Tomek, gibnij się...
– Czemu ja?
– Bo masz największe smaki, a młodemu nie sprzedadzą.
Tomek podniósł się niechętnie i zniknął między gałęziami w­ierzby.
Bartek wyciągnął papierosy, czym zyskał dodatkowe uznanie nowego
kolegi. Tak bardzo podobało mu się, że ktoś poświęca mu uwagę, że
ktoś go lubi.
– Znasz w ogóle swoją matkę? – zagaił Krzysiek.
– Nie – Bartek pokręcił głową bez emocji.
– Szmata!
– No chyba.
– Żal mi cię, małolat. Chciałbym ci jakoś pomóc, ale sam ledwo krę­
cę. Tworzymy z Tomkiem zgrany duet. Tylko byś przeszkadzał.
Bartek zaciągnął się mocno i zrobił parę kółek z dymu, które szyb­
ko rozwiał wiatr. Krzysiek długo nad czymś myślał, potem odezwał się
wzruszony:
– My, odrzuceni przez świat, musimy mieć do siebie zaufanie. Tak
mi się wydaje. Chcesz dowiedzieć się paru rzeczy?
Bartek przytaknął z entuzjazmem. Zaczęli rozmawiać o tym, jak
najlepiej ukrywać się przed policją, jakie stosować metody kradzieży
i strategie przetrwania w trudnych warunkach. Bartek pilnie notował
w pamięci wszystko, co wydawało mu się przydatne do zastosowania
w przyszłości. Dowiedział się też, jak na gapę dojechać nad morze i co
robić, gdyby przypadkiem konduktor zachował się inaczej, niż zakła­
dał plan. Był strasznie zadowolony, że spotkał Krzyśka.
Kiedy wrócił Tomek, z marszu otworzyli następne wino.
– Oddaj mu resztę – nakazał Krzysiek.
Tomek spojrzał na niego z ukosa i niechętnie zwrócił pieniądze.
Bartkowi robiło się coraz przyjemniej. Wszystko wokół wirowało łago­
dnie, kontury przedmiotów zmiękły, rozmyły się. Zasnął.
Kiedy się obudził, tamtych już nie było. Powoli przypomniał sobie
wszystko i pomacał kieszenie. Pieniądze były na swoim miejscu. Park
zionął pustką. Nieliczne sprawne latarnie ledwie rozrzedzały mrok.
Bartek ruszył chwiejnym krokiem w stronę nocnego sklepu. Burczało
mu w brzuchu, mdliło go. Chciał coś zjeść i przy okazji rozejrzeć się
za możliwością zdobycia większej sumy pieniędzy. Ulica przed deli­
katesami była jasno oświetlona neonami i reflektorami wystaw pobli­
skich sklepów. Przy obrotowych drzwiach kręciło się wielu ludzi. Byli
to głównie podpici mężczyźni, którym skończył się zapas alkoholu, ale
nie brakowało też kobiet, a nawet dzieci.
Kupił ładnie opakowaną w folię kanapkę i ukrył się w jednej z bram.
Nie zdążył nawet ugryźć, gdy do korytarza z hukiem wtoczył się pijany
mężczyzna z torbą na ramieniu i usiadł pod ścianą, zwieszając ciężką
głowę. Podniecony Bartek nie zastanawiał się długo. Po raz pierwszy
w życiu miał okazję wypróbować zdolności oraz sprawdzić, czy będzie
umiał zachować zimną krew. Czuł, że los jest po jego stronie. Podszedł
na palcach do pochrapującego pijaka i ostrożnie pomacał jego kiesze­
nie. Sprawa był o tyle trudna, że śpiący założył ręce na piersi, z­asłaniając
dostęp do wewnętrznych kieszeni. Bartek cierpliwie wsuwał dłoń mię­
dzy poły marynarki i już miał sięgnąć po portfel, kiedy spadł na niego
silny strumień światła. Krew uderzyła mu do głowy. Omal nie krzyk­
103
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
104
Jacek Ozaist
nął, lecz po chwili wahania zerwał się na równe nogi i rzucił w głąb
korytarza.
– Stój!!! – krzyknął jeden z policjantów. – Bo spuszczę psa!
Bartek szarpnął klamkę drzwi prowadzących na podwórko. S­tawiły
zdecydowany opór. Wtedy szorstka dłoń policjanta zacisnęła się na jego
ramieniu.
– Pójdziesz ze mną, kolego.
2014 tom V
*
Rodzice odeszli w ciągu miesiąca, jak gdyby się umówili. Piotr miał
wówczas dziewiętnaście lat. Znów został sam na świecie – ogromnym
i pustym.
Wyjechał w Bieszczady i zaszył się w schronisku w Komańczy. Co­
dziennie robił długie, wyczerpujące rajdy, chłonąc piękno gór i rozmy­
ślając. Później przeniósł się w Tatry, z którymi łączyła go niezwykła
więź. To tam przeżywał najszczęśliwsze chwile z ojcem, odnajdywał
sekretne miejsca, uczył się rozumieć świat i samego siebie. Tatry miały
w sobie coś kojącego, lecz były przy tym bardziej zdradliwe niż Biesz­
czady. Człowiek z otwartym sercem biegł na spotkanie z ich urzekają­
cym pięknem i nieoczekiwanie zastawał je w bardzo złym humorze.
Potrafiły zaprosić wędrowca na sam szczyt i dopiero tam powitać zim­
nym wiatrem lub bijącymi na oślep piorunami. Dla Piotra stanowiły
metaforę życia.
Dwutygodniowy pobyt w górach pozwolił mu przemyśleć wiele
spraw. Przede wszystkim pojął, że czas ma wartość największą i że każ­
da chwila lenistwa bezpowrotnie przemija. Kiedy wrócił do domu, za­
czął działać natychmiast. Nierentowną wypożyczalnię kaset s­przedał
z niewielkim zyskiem, a pieniądze zdeponował w banku, by mieć z cze­
go żyć na studiach. Budynek po rodzicach, którego nie był w stanie
utrzymać, użyczył fundacji zajmującej się pomocą samotnym matkom.
Nazwał go Bezpieczną Przystanią. Miejscy notable odnieśli się do jego
planów z entuzjazmem. Burmistrz dał pieniądze na materiały budowla­
ne i meble, naczelnik lokalnego więzienia przysłał ekipę budowlańców,
opieka społeczna zapewniła węgiel i artykuły higieniczne, Urząd Pra­
cy zobowiązał się przez rok utrzymywać księgową, obsługę medyczną
i kucharki. Wszyscy obiecali pozyskać sponsorów.
Sprawy potoczyły się tak gładko, że Piotr na nowo uwierzył we wła­
sne możliwości i siły. Znów czuł się potrzebny, był na swoim miejscu.
Rok zwlekał z podejściem do egzaminów wstępnych na uniwersytet,
udzielając się przy tworzeniu Bezpiecznej Przystani, a potem z rozpędu
zdał i na medycynę, i na psychologię. Ostatni tydzień września spędził
w słowackich Tatrach oraz nad zalewem Liptovska Mara, gdzie poznał
sympatyczną dziewczynę, która także wybierała się na studia do Kra­
kowa. Polubili się i przez kilka tygodni wcale nie rozstawali. Podczas
wspólnych wędrówek Małą Fatrą wiele dyskutowali. Lucyna była ładna,
okazała się również dziewczyną inteligentną. Od października wszelkie
troski i radości dzielili przez dwa, podobnie rachunki i posiłki. Dzię­
ki spotkaniu Lucyny Piotr pokonał żałobę po rodzicach, a nawet po­
czuł się szczęśliwy. Nauka na obu kierunkach szła mu na tyle dobrze,
że szukał dodatkowych zajęć. Najpierw założył telefoniczny poradnik
„1001 porad na wszystko” i warował przy aparacie po dwie, trzy go­
dziny dziennie, pisząc jednocześnie eseje o ciekawszych przypadkach.
Popularność przedsięwzięcia wzrosła do tego stopnia, że dziekan dał
fundusze na rozwój, by inni studenci mogli odbywać praktykę i uczyli
się rozwiązywać cudze problemy.
Piotr jednak zrezygnował po kilku rozczarowaniach. Nie chciał uwie­
rzyć, że istnieją problemy, których nie da się rozwiązać za pomocą te­
lefonu zaufania. Porażkę przyjął jako zachętę do zmiany instrumentów
pracy. Odszedł z poradnika, zostawiając go w dobrych rękach, i zabrał
się za zbieranie pieniędzy dla dzieci chorych na białaczkę. Praca ta pole­
gała na zaczepianiu przechodniów i proszeniu o wolne datki do puszki.
Bardzo szybko się zniechęcił. Denerwowało go, że ludzie dopatrują się
w nim oszusta.
W ogóle nastały czarne dni. Lucyna strasznie go rozczarowała. Dla
niej był to kolejny związek, dla niego coś świeżego, absolutnie odkryw­
czego, niemal świętego. Coraz częściej mijali się bez słowa, intereso­
wali zupełnie czymś innym, czego innego poszukiwali. Dotychczas
sądził, że Lucyna jest mądra, zna się na literaturze i sztuce, wyznaje
jakąś głęboką filozofię, lecz okazała się płytka niczym kałuża okresowo
napełniana deszczem. Odeszła na trzecim roku. Dostała stypendium
socjalne oraz miejsce w akademiku. Wtedy pomoc Piotra straciła dla
niej znaczenie. Widywał ją później z innymi chłopakami tyle razy, że
w końcu zobojętniał na ten widok. Ostatecznie był jej wdzięczny, że tak
szybko pokazała, kim jest naprawdę, nie hamując go w rozwoju i nie
marnując mu czasu.
105
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
2014 tom V
106
Jacek Ozaist
Studia ukończył ze wspaniałymi wynikami, specjalizując się w psy­
chologii leczenia bólu i w onkologii. Jeszcze w liceum marzył o tym,
żeby wyna­leźć optymalny środek uśmierzający ból, taki, który byłby
jednocześnie skuteczny i nie uzależniał. W trakcie studiów stwierdził,
że to była kolejna idea nadwartościowa, jakich wielu doznał w swoim
krótkim życiu. Teraz pragnął badać nowotwory i całkowicie się temu
poświęcił, zapominając o swoich pasjach społecznikowskich.
Gdy pewnego dnia niespodziewanie odwiedziła go Lucyna, w pierw­
szej chwili pomyślał, że chce się pochwalić pracą magisterską albo
i­nnym wyjątkowym osiągnięciem, jednak szybko się rozczarował. Była
przygaszona i małomówna, w niczym nie przypominała tej roześmia­
nej, pewnej siebie dziewczyny sprzed lat.
– Przyszłam cię zobaczyć po raz ostatni – wyszeptała dramatycz­
nym głosem. – Jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego dane mi było
w życiu spotkać.
– Miło mi to słyszeć – mruknął z krzywym uśmiechem.
Przeszli do mniejszego pokoju, gdzie kiedyś mieściła się ich sypial­
nia, a teraz małe laboratorium chemiczne. Usiedli na miękkiej sofie.
Lucyna prawie nie spuszczała z niego oczu, co po pewnym czasie za­
częło mu przeszkadzać.
– Jaką mnie zapamiętałeś? – zapytała w końcu.
Piotr spojrzał w sufit, a potem przeniósł wzrok z powrotem na nią.
– Arogancką, dumną, pewną siebie.
Lucyna uśmiechnęła się z przejmującym smutkiem, z jakim wspo­
mina się osoby zmarłe. Nigdy nie widział jej w takim stanie, więc nie­
cierpliwie czekał na następne pytanie lub słowo wyjaśnienia.
– Potrafiłbyś żyć połową siebie?
– To zależy jakiej całości byłaby to połowa – odparł wymijająco.
– Połową tożsamości, świadomości...
Automatycznie pomyślał o sobie. Życie metodycznie coś mu odbie­
rało, a jednak żył pełnią siebie, zapychając dziury, regenerując się po
każdej stracie.
– Wierzę, że można zastępować ubytki.
– Dzwoniłam do poradnika, ale nikt tam o tobie nie słyszał.
Zabolało. Potem przyszła ulga, że inicjatywa ma się dobrze.
– I co z tego?
– Wobec tego przyszłam osobiście, by ci powiedzieć, że roztrwoni­
łam najważniejszą część mojego życia.
– Ty? – rzekł autentycznie wzburzony. – Jak to możliwe?!
Niby od niechcenia przytuliła głowę do jego ramienia. Nie zarea­
gował.
– Nie skończyłam nawet studiów.
Piotr zamknął oczy. Czekał.
– Straciłam dziecko.
Zacisnął zęby, nieruchomo patrząc na ścianę.
– Jestem pijana i po prochach.
Westchnął ciężko. Powoli usunął ramię spod jej głowy i spojrzał
g­łęboko w jej na wpół przymknięte oczy. Nie wytrzymała. Domknęła
powieki.
– Faktycznie, wyglądasz strasznie – powiedział bez satysfakcji.
– Nie mam już nic – wyszeptała, nie otwierając oczu. – Jestem
n­ikim. Chcę się zabić.
– Po co?
Wyglądała tak, jakby to pytanie ją zaskoczyło. Zastygła z otwarty­
mi ustami. Nerwowym ruchem wyjęła paczkę papierosów i próbowała
wytrząsnąć jednego. Była tak rozdygotana, że wypuściła je z ręki. Piotr
podniósł zmiętą paczkę, ale kiedy chciał jej zwrócić, szybko pokręciła
głową.
– Przecież chciałaś!
– Ale już nie chcę!
– Nie jesteś sobą – stwierdził rozgoryczony. – Nigdy przy mnie nie
byłaś. Nawet w tej chwili nie umiesz.
Rozpłakała się nagle. Pierwszy raz w życiu widział jej łzy.
– Bo ja już nie wiem, czego chcę.
– Po co tu przyszłaś?
– Pożegnać się.
Piotr zerwał się i zaczął nerwowo spacerować od okna do drzwi.
– Nieprawda! Przyszłaś po radę. Rzetelni samobójcy po prostu
o­dchodzą. W ciszy i spokoju. Nie czynią ze swojej śmierci ceremonii,
nie szukają widowni, nie życzą sobie, by ktoś ich powstrzymywał. Mam
r­ację?
Lucyna niedbałym ruchem otarła łzy. Przywarła do niego mocno.
Objął ją, choć wcale nie miał na to ochoty.
– Pomóż mi – poprosiła.
107
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
108
Jacek Ozaist
2014 tom V
*
Bartek po raz kolejny przekonał się, że los wcale nie jest po jego
stronie. Po dwutygodniowym pobycie w Pogotowiu Opiekuńczym
i szybkiej rozprawie w sądzie dla nieletnich został umieszczony w po­
prawczaku. Wyrok zawdzięczał pobiciu opiekunki z domu dziecka oraz
próbie zuchwałej kradzieży. Osobiście nie czuł się winny i w ogóle nie
wdawał się w dyskusje z sędziną, ani myślał okazać skruchę.
W zakładzie poprawczym szybko poznał nowych kolegów. Był pew­
ny siebie, butny i agresywny, czym zjednał sobie ich szacunek. Tworzyli
zgraną paczkę, w której każdy odpowiadał za każdego i w razie potrze­
by był gotów stanąć w jego obronie. Trudny charakter nie przysparzał
mu za to sympatii wśród wychowawców. W związku z tym zdarzało się,
że obrywał, choć sam nie wiedział za co. Wciąż nie był dość s­ilny, żeby
się bronić, ale postanowił, że kiedyś odpłaci im za wszystkie krzywdy.
Któregoś dnia trzech chłopców, w tym Bartek, zostało dotkliwie po­
bitych przez wychowawcę. Facet był pijany i z jakiegoś powodu potwor­
nie wściekły, więc starali się schodzić mu z drogi. Najwyraźniej jednak
szukał zaczepki, bo wieczorem czekał na nich pod drzwiami świetlicy.
Wybrał moment, kiedy w pobliżu nie było nikogo. Stał w rozkroku,
uśmiechając się sadystycznie.
– I co, gamonie?! – rzekł kwaśno, woniejąc wódką. – Czujecie jakąś
skruchę?
Zgodnie milczeli, żeby go nie prowokować. Patrzyli w ziemię.
– Wszystkich bym was pozabijał, ale mi nie wolno. Wczoraj takie
ścierwa, jak wy, zdemolowały mi samochód. Pracowałem na niego pięt­
naście lat!!!
Cofnęli się ostrożnie. Bladzi, pełni napięcia, bezbronni czekali, co
sta­nie się dalej. Ręce trzymali przy sobie.
– No co, gnoje?!
Bartek nie wytrzymał.
– Przykro nam – bąknął nieopatrznie.
– Wam, kurwa, przykro!!!
Wychowawca z całej siły pchnął go na ścianę, a potem uderzył pięś­
cią. Chłopiec osunął się bezwładnie. Darek schylił się, by zobaczyć, czy
coś złego mu się nie stało, i wtedy otrzymał kopniaka w żebra, tracąc
na chwilę oddech. Rozochocony wychowawca dopadł trzeciego z nich,
Grubego Jasia, lecz ten, mimo potężnego ciosu, utrzymał się na nogach.
To rozwścieczyło agresora jeszcze bardziej. Bił i kopał ofiarę z taką pa­
sją, jakby chciał wziąć odwet za całe zło świata. Bartkowi mgła spły­nęła
na oczy. Doskoczył i odepchnął wychowawcę dwa metry do tyłu.
– Kiedyś cię zabiję, sukinsynu!
Ktoś nadchodził. Wychowawca natychmiast się uspokoił, n­ieudolnie
próbując maskować uśmiechem siną twarz i przekrwione oczy. Spoj­
rzał na nich z nienawiścią.
– Mordy w kubeł, bo nie ręczę za siebie – wycedził i zniknął za ro­
giem.
Korytarzem nadeszła pielęgniarka. Widząc ją, chłopcy m­imowolnie
wybuchnęli śmiechem. Tej nocy postanowili, że kiedyś stamtąd uciek­
ną. Plan zrealizowali dwa lata później, bez Grubego Jasia, którego
wcześniej przewieziono do innego zakładu. Pewnego ranka jak zwykle
poszli do pracy w ślusarni i dokończyli dzieła. Tynk przy kratach był
już całkiem wydrapany. Pozostało jedynie wyrwać te przeklęte pręty.
Kwadrans później jechali ciężarówką w stronę Katowic. Darek chciał
tylko wstąpić do brata po kasę na dalszą włóczęgę i już nie wrócił. Poli­
cja czekała w samochodzie pod blokiem jego brata, jakby od dawna
wiedziała, że się tam pojawi. Załamany Bartek nie mógł uwierzyć, że
policjanci uwinęli się tak szybko; przecież od ucieczki minęło ledwie
kilka godzin.
Do wieczora ukrywał się, stroniąc od bardziej uczęszczanych miejsc,
żeby nie rzucać się zbytnio w oczy. Domyślał się, że patrole i tajniacy
jeżdżą po mieście, wypatrując podejrzanie wyglądających chłopaków.
Dopiero ciemność wieczoru sprawiła, że mógł zacząć poruszać się swo­
bodnie. Był strasznie głodny, a nie miał ani grosza. Na jednej z bocz­
nych uliczek pobił do nieprzytomności jakiegoś mężczyznę i zabrał mu
portfel. Później, niczym drapieżne zwierzę, ukrył się w krzakach i sycił
zdobyczą. Była to spora suma pieniędzy, książeczka PKO i bon towa­
rowy do wykupienia w PSS Społem. Klasnął w dłonie. Miał siedemna­
ście lat, czuł się silny i samodzielny. Umiał o siebie zadbać. Postanowił
uczcić sukces w jednej z dyskotek. Ochroniarze wpuścili go bez proble­
mu, myśląc, że jest dużo starszy.
Uraczył się serwowaną tam pizzą, którą zapił dwoma piwami, a po­
tem rozejrzał się za kimś do towarzystwa. Przypomniały mu się noce
w poprawczaku, pełne opowieści o seksualnych podbojach, wiedział,
że to łatwe. Upatrzył sobie niską blondynkę z dużym biustem. Była nie­
co pucołowata i okrągła, miała w sobie urok leniwego kota. Od razu
109
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
2014 tom V
110
Jacek Ozaist
mu się spodobała. Wkrótce ich stolik zapełnił się szklankami z piwem,
pucharami deserów i paczkami papierosów. Bartek miał natchnienie.
Dowcipkował, pozował na macho, prawił wyszukane komplementy –
czuł, że jest w swoim żywiole. Kiedy znudziło go błaznowanie, zaprosił
Agatę do tańca. Szał kołysania ciałem okazał się na tyle silny, że zostali
na parkiecie do zamknięcia lokalu.
– Jesteś fantastyczna! – krzyczał zachwycony.
– Wiem.
– Może pójdziemy do ciebie?
– Nie da rady. Mój stary nie cierpi chłopaków.
– Skuję mu mordę i po sprawie.
– Daj spokój. Możemy iść do parku.
Takie krótkie dialogi prowadzili do końca zabawy. Schodzili z par­
kietu ostatni, popychani przez zniecierpliwionych bramkarzy. O czwar­
tej nad ranem usiedli z butelką wina na parkowej ławce. Agata siedziała
mu na kolanach i czule obejmowała go za szyję. Kontakt z jej miękkim
ciałem był trudny do zniesienia, lecz bez końca przedłużał przyjem­
ność, bo nie miał pewności, kiedy taka sytuacja znowu się powtórzy.
– Zawsze chodzisz na dyskotekę sama?
– Jestem samodzielna. Poza tym nie wierzę w miłość i te wszystkie
bzdury.
– Naprawdę? Ja też!
– Kiedyś wierzyłam, ale się nacięłam. On tylko mnie bił i gwałcił,
a ja mu na to pozwalałam. Był dzisiaj...
– Czemu mi nie powiedziałaś? Skopałbym gnoja.
Agata pogłaskała go po policzku.
– Zemsta nie ma sensu.
Bartek zmarszczył brwi. Zastanowiły go jej słowa.
– A oko za oko?
– Ja tego nie uznaję – wzruszyła ramionami.
– Bo jesteś dziewczyną. Nie masz siły, żeby się odgryźć.
Ścisnęła go mocniej za szyję. Chciał ją pocałować, lecz zrobiła unik.
Roześmiał się, kryjąc rozczarowanie.
– Dlaczego nie wierzysz w miłość? – spytała z poważną miną.
Bartek długo milczał. Nikt dotąd nie zadał mu tego pytania i po pro­
stu nie wiedział, co odpowiedzieć. Nigdy się nad tym nie zastanawiał.
Zazwyczaj rozmyślał o nienawiści.
– Nie wiem.
– Spróbuj. Tak dla mnie.
– Hm, śmieszą mnie uczucia. One odbierają człowiekowi siłę. Dlate­
go nauczyłem się nienawidzić.
Poczuł dumę, że fajnie wybrnął z sytuacji, choć tak do końca nie
rozumiał sensu swoich słów. Agata przyglądała mu się ze smutkiem
w oczach.
– Mylisz się – powiedziała po chwili.
– Nie ucz mnie życia – prychnął z pogardą – znam je od podszewki.
Włożył jej rękę między nogi. Nie protestowała. Był nachalny i agre­
sywny, myślał, że tak trzeba. Kiedy wzięła inicjatywę w swoje ręce, po­
jął że można inaczej. Kochali się w absolutnej ciszy, jak gdyby skupiali
się nad czymś głęboko duchowym.
O świcie Agata poszła do domu, a on długo jeszcze leżał na ławce
i patrzył w niebo. Był dziwnie pobudzony. Wspominał każdą chwilę
na dyskotece i potem w parku, smakując wszystko od nowa. Opowieści
kumpli z poprawczaka były prawdą, nieprawdą jednak okazały się wy­
chwalane przez nich techniki uprawiania miłości. Pewnie fantazjowali,
nie mając pojęcia, o czym mówią.
Poszedł nad rzekę. Usiadł na kamieniach i przeliczył resztę pienię­
dzy. Z niepokojem zauważył, że roztrwonił prawie połowę zdobytej
sumy. Machnął ręką – w końcu się opłacało. Zapalił papierosa. Wol­ność
była jednak czymś szczególnym. Tak mało jej w życiu zaznał, że odczu­
wał jej smak w jakiś nadnaturalny sposób. Nikotyna o­budziła w nim
uczucie głodu. Postanowił pójść na dworzec i przegryźć coś z ulicz­nej
gastronomii. Słyszał kiedyś, że dają tam wyśmienite hot-dogi, ale jesz­
cze nie miał okazji spróbować.
Idąc brzegiem rzeki, natknął się na siedzącego wędkarza. Serce zabi­
ło mu mocniej. Mężczyzna sylwetką przypominał miłego pana sprzed
lat, ale z bliska okazało się, że to facet o szczurzej gębie i krzywym no­
sie. Zarzucił haczyk i odwrócił się do Bartka z wymalowaną na twarzy
wrogością.
– Czego tu chcesz?
– Niczego.
– To zmiataj!
– To miejsce publiczne.
– Ryby mi płoszysz!
Bartek nastroszył się i zrobił krok w jego stronę. Czerwona gęba
wędkarza przypominała mu znienawidzonego wychowawcę.
111
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
112
Jacek Ozaist
– Nie krzycz na mnie, dziadzie – wycedził, pochylając głowę do
przodu. Wędkarz zerwał się jak oparzony.
– Posłuchaj, gówniarzu...
Bartek nie czekał dłużej. Jednym ciosem powalił go na k­amienie
i poprawił kilkoma kopniakami. Kiedy leżący przestał się ruszać,
p­rzeszukał mu kieszenie. Zabrał portfel, zegarek i obrączkę. Splunął
z pogardą.
– Anioły nie istnieją – syknął i odszedł.
Nie przewidział, że pobity ocknie się i zacznie wzywać pomocy.
Szedł beztrosko w stronę mostu z papierosem w dłoni, gdy jakiś c­iężar
niespodziewanie runął mu na ramiona, a sprawna ręka zakuła go
w kajdanki. Przy moście czekał już radiowóz.
2014 tom V
*
Piotr uparcie pracował nad swym powołaniem. Miał na koncie spore
osiągnięcia, wyniki jego badań publikowała prasa w kraju i za granicą,
lecz wciąż czuł, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, że najważ­
niejsze odkrycie jest nadal przed nim. Nie były mu obce również coraz
dłuższe okresy zwątpienia, kiedy nie robił dosłownie nic. Biernie cze­
kał na cud, a kiedy ten wreszcie nadszedł, wcale nie rozpatrywał tego
w kategoriach jakiegokolwiek cudu. Był to raczej gwóźdź do trumny.
Bóg, w którego wsparcie tak nieludzko wierzył, zesłał mu nowotwór
złośliwy.
Piotr upadł na duchu i całkowicie zwątpił w swoją przydatność dla
świata i Boskich planów. Widać Stwórca uznał, że trzeba sprzątnąć
wiernego sługę, niczym jakiegoś pasożyta. Po wielu męczących dniach
i bezsennych nocach przyszło mu na myśl, że może nie jest tak źle, że
to generalny sprawdzian jego woli. Orzeźwiony tym spostrzeżeniem
zabrał się do najważniejszej walki swego życia. Mając do dyspozycji
l­aboratorium uniwersyteckie i najnowszy sprzęt, podjął desperackie
próby zatrzymania choroby, testując kolejne pomysły na sobie. Prawie
nie sypiał, nigdzie nie wychodził, z nikim się nie widywał. Po boles­
nym, pełnym niepowodzeń okresie badania reakcji białkowych przyj­
rzał się bliżej chemioterapii. Kilka miesięcy później, bardzo osłabiony
i wyniszczony przez chorobę, wyłonił dwa typy genu, które mogły od­
powiadać określonemu rodzajowi działania chemii. Pierwszy jedynie
pozorował podatność i organizm odrzucał próby, drugi spowodował
powolne zatrzymanie choroby. Tego dnia Piotr zasnął kamiennym
snem i spał ponad dwadzieścia godzin.
Rezultaty jego pracy zaczęły być widoczne nie tylko w wynikach ba­
dań, ale nawet gołym okiem. Piotr zwiększył wagę ciała i nabrał żyw­
szych kolorów. Dopiero gdy uzyskał niezbitą pewność, że określone
geny odpowiadają określonemu typowi chemii, sporządził obszerny
raport i posłał jednemu z największych autorytetów w tej dziedzinie –
profesorowi Zielińskiemu z kliniki w Bostonie. Mógł szukać pomocy
w kraju, ale nie ufał tutejszym specjalistom, którzy już parę razy od­
nieśli się do jego badań bez entuzjazmu. Wśród młodszych panował
kult sukcesu i zawiści, starsi kierowali spojrzenie ku polityce. Nie oce­
niał nikogo, nie czuł niechęci ani złości, po prostu wierzył w tak zwaną
karierę polską albo „lot bumerangu”, czyli fakt, że dopiero sukces za­
graniczny może przynieść uznanie w kraju.
W walentynki wybrał się z Lucyną na uroczystą kolację. Bardzo
chciała, więc zrobił to głównie ze względu na nią. Nie podobał mu się
termin, bo serdecznie nie cierpiał tego głupkowatego święta. Tych ser­
duszek, kwiatuszków, lizaczków, kwilenia w telewizji, śmołów-wołów
w prasie. Nie czuł miłości do takiego wymiaru. Odkąd zawiódł się na
Lucynie, starał się kochać ludzi jako całość i nie potrafił z powrotem
spersonalizować tego uczucia. Kobiety traktował z tym samym łagod­
nym dystansem, co mężczyzn, dzieci i zwierzęta. Lucyna chciała do
niego wrócić, to było jasne, jednak w okresie choroby postawił na sa­
motność i nikogo do siebie nie dopuszczał. Tymczasem ona znalazła
dobrą pracę, mieszkanie, oddanych przyjaciół. Lekka, łatwa, przyjem­
na dla każdego panienka przemieniła się w rozważną, doświadczoną
kobietę. Piotr był z niej bardzo dumny i chętnie przystawał na wspólne
wypady do kina, teatru czy restauracji. Na więcej jednak nie było go
stać.
– Weźmy jakieś fondue – zaproponowała, kiedy zasiedli przy ostat­
nim wolnym stoliku i od kwadransa czekali na któregoś ze zziajanych
kelnerów.
– Jak uważasz – uśmiechnął się. – Ja jestem wszystkożerny.
– Wiem – klepnęła go lekko w nadgarstek. – Proponowałam z uprzej­
mości.
– Ale wino zamawiam ja.
– Tak, mistrzu.
113
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
2014 tom V
114
Jacek Ozaist
Miłe były te pogaduszki. W towarzystwie Lucyny czuł się dobrze,
odpoczywał. Już nic od niego nie chciała, za to rozpaczliwie próbowała
coś z siebie dać.
– Nalegałam na to spotkanie, bo mam coś ważnego do oznajmienia.
Wydaję książkę.
Piotr nachylił się w skupieniu. Było lepiej niż przypuszczał.
– Pewna znana fundacja przyjęła mój projekt terapii poprzez sztu­
kę. W gigantycznym skrócie chodzi o to, że każdy człowiek – obojętnie
w jaki sposób – zmarginalizowany, ma w sobie cechy demiurgiczne. Je­
den potrafi śpiewać, inny malować, jeszcze inny opowiadać. A uprasz­
czając jeszcze bardziej, zawsze znajdzie się ktoś, kogo przekonamy,
że potrafi tworzyć sztukę użytkową – wyszywać, murować, dłubać
w drewnie. Byłam w takim ośrodku w Kopenhadze, który jest liderem
rynku w zakresie krzyżaków pod choinkę, podkładek pod doniczki
i desek kuchennych. Uwierzyłbyś?
– Ale co odkrywasz, jeśli oni już to robią? – zapytał zamyślony.
– Jeju, nie dołuj mnie – zaprotestowała. – Skupiam się na mechani­
zmach, nie zastosowaniu. Poza tym w zakresie zastosowania jesteśmy
pięćset lat za Duńczykami.
– Już rozumiem – pokiwał z uznaniem głową i wstał, żeby ją przy­
tulić. – Chodź do mnie...
Pierwszą od bardzo dawna intymną chwilę przerwała im sztucznie
uśmiechnięta blondynka z koszem pełnym róż na sprzedaż. Piotr po­
dziękował jej gniewnie. Usiedli na swoich miejscach zażenowani tym
nagłym zbliżeniem. W końcu zjawił się kelner. Nie kryjąc ironii, zło­
żyli zamówienie, ale kiedy dość szybko przyniósł butelkę wybornego
wina, dali mu spokój.
– Nie jego wina, że taki smak wina – zażartował jeszcze Piotr i za­
mierzał zmienić temat, gdy zadzwonił jego telefon.
– Tak? Halo! Nie słyszę dobrze. Skąd pani dzwoni? Halo!
Kilka minut słuchał, co ten ktoś miał do powiedzenia, raz blednąc,
raz wybuchając czerwienią. Oczy biegały mu dramatycznie po osobach
przy sąsiednich stolikach, ścianach i podłodze. Lucyna przyglądała
mu się z coraz szerszym uśmiechem niedowierzania. Skończył i zatań­
czył dziko wokół stolika. – Przyjęli mój projekt!!! Jadę na stypendium
do Stanów!
– Jaki projekt?
– Opowiem ci...
ŚCIEŻKI NIEBYTU
115
Minęło pięć lat. Brama więzienia musiała się przed nim otworzyć,
czy ktoś tego chciał, czy nie. Bartek odbył karę z dokładnością do kil­
ku godzin. Co parę miesięcy niepotrzebnie wzywano go przed komisję
penitencjarną, która miała zadecydować o jego szybszym powrocie do
społeczeństwa, ale jemu wcale na tym nie zależało. Lżył szanownych
członków komisji najbardziej wyszukanymi przekleństwami i opusz­
czał salkę obrad przed czasem. Czuł się dobrze z chłopakami w celi,
a na zewnątrz nie czekał na niego nikt. Agata odwiedziła go dwa razy.
Za pierwszym przyniosła rewelacje o ciąży, za którą obarczała go od­
powiedzialnością, za drugim odebrała wzgardliwą zachętę do pójścia
na zabieg. Tak mu doradzili bardziej doświadczeni towarzysze niedoli,
za co z wdzięczności obdarował ich papierosami, które przyniosła.
– Ty masz źle pod kopułą, Bartek – kręcił głową oddziałowy.
– Dowódco, ja jestem jak dziadek, co wybija komuś szybę w grud­
niu, żeby trafić na trzy miesiące i przezimować do kwietnia – uśmie­
chał się jak gwiazdor filmowy.
– Dobrowolnie stąd nie wyjdę.
– Przecież tam ci życie ucieka!
– A tu mi płynie!
Te pięć lat minęło dziwnie szybko. Może dlatego, że nie odliczał,
jak inni, każdego dnia z osobna i że nie tęsknił za nikim ani niczym.
W­ewnętrznie wcale się nie zmienił, za to na zewnątrz przybyło mu
z­namion nabytych doświadczeń. Jego twarz stężała i zrobiła się szara,
na umięśnionych wskutek treningów ramionach przybyło tatuaży.
Kiedy szedł korytarzem do wyjścia, miał na sobie otrzymane od
państwa polskiego stare spodnie, sweter i ortalionową kurtkę oraz buty
wygrane od kogoś w karty. Szedł z krzywym uśmiechem, rozstawiając
nogi najszerzej jak potrafił.
Przed ostatnią kratą wyszedł mu naprzeciw znienawidzony wycho­
wawca o nazwisku Nazim. Stanęli twarzą w twarz i mierzyli się wzro­
kiem, jak bokserzy podczas konferencji prasowej.
– Co zamierzasz? Nie masz dokąd pójść.
– To moja sprawa. Przesiedziałem od dzwona do dzwona. Zrobię, co
zechcę.
– Trzymać dla ciebie łóżko?
– Odczep się pan!
Alchemia prozy
*
2014 tom V
116
Jacek Ozaist
Bartek ostro ruszył ku kracie. Sadził tak zamaszyste kroki, że kon­
wojent nie mógł za nim nadążyć. Nazim dalej nie poszedł.
Tak się złożyło, że w ten sam dzień zakład opuszczali również tacy,
którym karę zawieszono warunkowo, więc za bramę wyszli we trzech.
Bladzi, roześmiani, zdumieni odzyskanym na nowo światem, poszli
prosto do sklepu monopolowego. Z kilkoma winami rozsiedli się na
trawie i popijając, kontemplowali wygląd przechodzących kobiet. Były
dla nich czymś z odległej bajki, bo na co dzień obcowali jedynie z pod­
starzałą, apatyczną panią psycholog i widmami seksbomb w telewizji.
Każdy z nich pochodził z innej części kraju, ale chcieli pobyć trochę
razem, zanim rozjadą się na zawsze. Bartek szczególnie polubił Ma­
riusza – barczystego, serdecznego czterdziestolatka o mętnych oczach
i zniszczonej twarzy. Kiedyś ponoć prowadził melinę z alkoholem,
za co władze PRL-u kilka razy konfiskowały mu mienie i posyłały za
k­ratki. Ostatni wyrok odbywał jednak za pobicie żony. Często spoty­
kali się w świetlicy i na spacerach, by pogadać o głupotach. Teraz Bar­
tek bez mrugnięcia okiem przyjął propozycję odwiedzenia go w domu.
R­ozstali się z kolegą i z baterią win wsiedli do pociągu na Śląsk. Pod
drodze Mariusz opowiedział, jak to było z żoną.
– Ty wiesz, że ja jestem spokojny facet. Próżno ze mną szukać dymu.
Ale ona bywa nie do zniesienia. Kiedy wypije, robi się złośliwa i głu­
pia. No i przegięła. Darła ze mną koty przez cały dzień, aż ją palnąłem
w ucho. Trochę za mocno, bo padła jak nieżywa. Zadzwoniłem po po­
gotowie, a lekarz na policję, i byłem ugotowany. Kryśka wzywała potem
wszystkich świętych, ale prokurator nie dał jej wiary, że to pieszczoty
były.
Rozbawiony Bartek nalał wina do plastikowych kubków.
– Może lepiej odpuśćmy – zaproponował pół serio.
– Damy sobie z nią radę – Mariusz machnął ręką.
– Obyś się nie przeliczył.
Kryśka przyjęła ich chłodno, ale gdy wyciągnęli butelki z winem, od
razu złagodniała. Przygotowała nawet jakieś niezbyt smaczne kanapki
i bladą, mocno przesłodzoną herbatę.
– Nalej mi też – zażądała.
– Nie, bo będziesz dymić – Mariusz pokręcił głową.
– Nie będę. Zmieniłam się.
– Słowo?
– Słowo.
Od tego momentu pili we trójkę, wypalając papierosa za papiero­
sem i żywo rozprawiając o dniach w odosobnieniu. Po kilku godzinach
Mariusz opadł na stół i zaczął niemiłosiernie chrapać. Podpita Kryśka
schowała ostatnią butelkę do szafy i udawała, że Bartka w ogóle nie wi­
dzi. Zirytowany tą zniewagą, wpatrywał się w nią bez słowa. W końcu
straciła cierpliwość i wybełkotała:
– Co się tak gapisz? Nic z tego nie będzie.
– Ależ będzie – rzekł z ironią.
– Nie sypiam z byle kim.
Wybuchnął gromkim śmiechem, ale zaraz spoważniał.
– Nie rozumiemy się. Mnie chodzi o flaszkę.
– Koniec picia. Idź do domu.
– Nie mam domu.
– To idź na dworzec.
Bartek łypnął na nią z ukosa, próbując opanować nerwy.
– Nie ty o tym decydujesz, więc się zamknij – warknął urażony.
Kryśka zerwała się jakby ją ktoś oblał wrzątkiem.
– Spadaj stąd! – wrzasnęła, próbując wziąć go pod ramię. – Wyno­
cha!
Opierał się z leniwym uśmiechem, za którym czaiła się furia. Roz­
śmieszał go upór, z jakim pijana kobieta starała się zaciągnąć go do
drzwi, lecz jednocześnie drażnił jej odpychający wygląd i barwa głosu.
– Świnio! Wynocha!
– Nie drzyj się. Mariusz śpi.
– Won, przybłędo!!!
Skrzekliwy głos, budzący pogardę wygląd starego dziecka, a może
kolejny epitet pod jego adresem – cokolwiek to było, przebrało mia­
rę. Sprężył całą siłę w pięść i uderzył. Głowa Kryśki omal nie okręciła
się wokół szyi. Zatrzymała ją dopiero ściana, która tylko wzmocniła
cios. Krew bluznęła na wszystkie strony, kilka zębów wypadło z na­
brzmiałych czerwienią ust. Uderzył jeszcze raz, potem już tylko kopał,
wkładając w to cały bagaż upokorzeń, jakich doświadczył przez lata od
innych ludzi. Nie miała prawa go tak traktować! Chciał spokojnie posie­
dzieć w domu kumpla, napić się i pogadać, a ta baba celowo robiła mu
na złość.
Gdy jego wściekłość straciła impet, przyklęknął nad n­ieruchomą ko­
bietą i długo przyglądał się jej zniekształconej twarzy. Nie r­uszała się,
nie oddychała. To było coś nowego. Pierwszy kontakt ze śmiercią c­ał­
117
Alchemia prozy
ŚCIEŻKI NIEBYTU
118
Jacek Ozaist
kiem go zaskoczył, bo nie działo się nic. Człowiek, k­tórego o­puściło
ży­cie, leżał jak kłoda. I to wszystko. Kompletny bezsens... A jednak
po chwili jakaś pomroka spadła mu na ramiona i sprawiła, że zaczął się
dusić. Nie czekał dłużej. Wybiegł z tego przeklętego domu i rzucił
się na oślep.
*
2014 tom V
Od świtu Piotr krzątał się między łazienką, kuchnią a sypialnią.
Znów nie spał, tyle że tym razem z nadmiaru radości. Wczoraj Lucyna
pomogła mu dobrać gustowny garnitur, koszulę i muchę, żeby mógł
zaprezentować się okazale. W końcu na Kongres Walki z Rakiem zjeż­
dżały największe światowe autorytety i koniecznie chciał wyglądać ina­
czej. Pozostali lekarze na pewno będą mieli sandały, adidasy i trepy.
Luźne spodnie, spłowiałe dżinsy lub sztruksy. Obszerne bluzy, golfy
i koszule w kratę. On będzie jak spod igły, bo to jego dzień.
Czesał się przed lustrem, przyglądając się swojej twarzy z odrobiną
uwielbienia. Był z siebie taki dumny! Dziś konferencja prasowa i semi­
narium poświęcone jego dokonaniom, jutro Nagroda Nobla i f­undusze
na dalsze badania. Życie jest piękne! – pomyślał. Założył buty, wyglanso­
wane tak, że mógł się w nich przeglądać, i ostatni raz zerknął w lustro.
– Mamo, tato – głos mu się załamał, a w oczach stanęły łzy – dla
was to wszystko.
Trzasnął drzwiami i zbiegł po schodach. Przed domem czekała
dłuuuuga, czarna limuzyna. Przeraźliwie chudy osobnik w smolistym
garniturze dworskim gestem zaprosił go do środka. Piotr zerknął na
jego zapadniętą twarz i przez chwilę zdało mu się, że widzi coś, o czym
dawno zapomniał.
– Pan po mnie? – zapytał z niedowierzaniem.
– Niechybnie – odparł tamten. – Gratuluję osiągnięć.
Piotr niechętnie zajął miejsce na tylnym siedzeniu. Drzwiczki zam­
knęły się lekko. Limuzyna znikła za rogiem.
*
Bartek ciągle biegł, choć zaczynało brakować mu tchu. Pusta u­lica
była pogrążona w mroku. Gdzieś z oddali dochodziły echa muzyki ta­
necznej. Nikt go nie ścigał. Uciekał przed sobą. Czuł się zbędny jak nig­
dy dotąd. Dotychczas to inni uważali go za niepotrzebny ciężar, teraz
był również ciężarem dla samego siebie. Przez te wszystkie lata niczego
ŚCIEŻKI NIEBYTU
119
nie stworzył, a tak wiele zniszczył. I zawsze śmierć była mu bliższa niż
życie.
Nagle zza rogu wyjechał długi, ciemny pojazd. Tylko silne światła
sprawiały, że w ogóle było go widać. Bartek wpadł prosto na maskę,
przetoczył się i spadł na asfalt po drugiej stronie. Zerwał się gniewnie,
kopnął z furią w bok samochodu i pobiegł dalej. Nagle na ulicy zrobi­
ło się jeszcze ciemniej – znikły gdzieś latarnie, neony, wystawy. Bartek
nic już przed sobą nie widział, lecz nie przestawał biec. Po chwili znów
wpadł na maskę samochodu. Odbił się i ominął go łukiem. Następnym
razem zrzucił kurtkę, szykując się do bójki.
– Co jest!? – wrzasnął, dodając sobie animuszu szybkimi ruchami
ramion. – Chętni do zabawy wystąp!
Drzwi otworzyły się lekko. Ktoś wysiadł. Bartek widział jedynie
z­arys smukłej, bardzo chudej postaci.
– Stary, nabierz wagi – mruknął zadowolony. – Z trupem na solo nie
idę.
– Wsiadaj, Bartek – usłyszał głos, który zmroził w nim krew. – Po­
znaj brata bliźniaka.
Wahał się. Wolał dalej uciekać.
– Znamy się? – zapytał.
– Dość już złego narobiłeś.
Zaciekawiony Bartek niechętnie wsiadł do limuzyny, która odje­
chała w ciszy.
W pokoiku panował nieznośny zaduch. Jedyne okno p­ozostawało
przez cały czas zamknięte i zasłonięte bordową kotarą. Na wąskim łóż­
ku leżała kobieta, bezmyślnie patrząc w sufit. Drzwi uchyliły się, do po­
mieszczenia bezszelestnie wszedł lekarz. Kiedy kobieta wbiła w n­iego
błagalne spojrzenie, na jego kościstej twarzy pojawiło się coś w r­odzaju
skwapliwego zadowolenia. Położył jej ciepłą rękę na czole i zbadał
puls.
– Jak się pani czuje?
Kobieta nawet nie mrugnęła powieką.
– W ogóle się nie czuję – wyszeptała.
– Wszystko poszło znakomicie. Nie będzie żadnych komplikacji.
Niedługo wróci pani do domu. Oczywiście proszę nikomu o naszym
zabiegu nie wspominać.
Alchemia prozy
•
120
Jacek Ozaist
Powiedziawszy to, posłał jej zbolały uśmiech i wyszedł. Po policz­
kach kobiety potoczyły się łzy. Przewróciła się na bok i skuliła w pozy­
cji embrionalnej. Łzy wsiąkały w poduszkę, tworząc wielką, przejmują­
cą plamę.
Rok 2014
Alina Siomkajło
Emisariuszki
Nawroty lepiej zacumowanych wspomnień garną się pod pióro – epi­
zody peerelowskiej prozy opowiadam.
W Domu Doktoranta i Asystenta, zwanym później Domem Pracow­
nika Naukowego Uniwersytetu Warszawskiego (UW), w latach siedem­
dziesiątych mieszkało zwy­k­le około dwustu akademików zatrudnio­
nych lub podchodzących do dokto­ratu na różnych wydziałach uczelni,
tuczonej okiem Komitetu Centralnego PZPR. Najliczniejszą grupę
stanowili asystenci i doktoranci socjologii i nauk politycznych, psycho­logii, peda­gogiki, zarządzania i administracji... Jeszcze l­iczniejszą –
partyjni oraz upartyjnione i niepartyjne wtyczki Służby Bezpieczeń­
stwa (SB), z racji uprawianego serwilizmu korzystające z różnych przy­
wilejów i pro­fitów. Uchowali się w Domu również akademicy trzymają­
cy się z da­leka od polityki, cichym porozumieniem zachowujący wobec
służalczego elementu dyplomatyczną rezerwę.
*
Z esbecją po raz pierwszy zderzyłam się jako studentka Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego (KUL).
Przed wyjazdem z turystyczną wycieczką na Węgry urzędnik izby
paszportowej nie mógł mi wydać dowodu tożsamości, tłumacząc nie­
moc brakiem jakiegoś podpisu. Obijając się między ścianami koryta­
rza, kilka godzin czekałam na prawomocnego poręczyciela.
Znudzona bezsensem sytuacji wyjęłam z torebki lusterko, by po­
prawić Boże dzieło. Mądre zwierciadełko pokazało nie tylko wyprane
z nadziei oblicze jego właścicielki, ale też stojącego pod oknem przy­
stojniaka jednym okiem czytającego gazetę. Drugie wlepiał we mnie.
tom V
2014 tom V
122
Alina SiomkaJło
– O co mu biega? Podrywacz? – pomyślałam i nagle zajarzyłam: –
Zjawił się, jest. Niechybnie ten ma złożyć ostatni podpis. Ciekawe, jak
długo mnie obserwuje?
Zdzieliłam palanta deszyfrującym wzrokiem. Rezygnując z pozycji
obserwatora, rzucił gazetę do kosza i dużym krokiem ruszył z miejsca.
Za chwilę urzędnik opuszczający paszportową izbę wskazał mi otwar­
te drzwi. U wnijścia zapraszał do pokoju facet z korytarza. Machnął
mi przed oczami służbową legitymacją SB. Zdążyłam uchwycić jej
brzeg i przytrzymując, odczytałam nazwisko... (Jak się później wydało,
„opiekunem” przydzielonych mu przez SB kulowców był student ostat­
niego roku historii z sąsiedniego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodow­
skiej.)
Niewiele starszy ode mnie, a może rówieśny młodzik przechwalał
się kokieteryjnie, że od niego zależy, czy dostanę pozwolenie na wy­
jazd. Wyruszając z rana po paszport, nie zdążyłam zjeść śniadania –
pusty żołądek pieklił się. Zaskakująca sytuacja dodatkowo sposobiła
do odpowiedzi ciętych.
– Następnym razem, pozwalając komuś czekać w nieskończoność
na pana podpis, proszę przynosić posiłek dla delikwenta.
Uśmiechnął się ujmująco i podsunął krzesło. Licząc na moją próż­
ność, zaczął schlebiać.
– Wiemy, że jest pani prawą ręką Profesora, u którego jest pani na
magisterskim seminarium.
– „Wiemy”, to znaczy kto oprócz pana zna tę niedorzeczność? Jes­
tem studencką płotką i pierwszy raz coś podobnego słyszę.
– Ale Profesor myśli o stypendium naukowym dla pani.
– Czy wie pan to od Profesora? Bo ja nie.
Po nieudanych zalotach zaczęło się przesłuchanie bez ogródek.
– Co pani powie o ostatnim artykule Profesora?
– Nic nie powiem. Artykułu jeszcze nie czytałam.
– Ale na pewno potrafi pani określić stosunek Profesora do władz
Polski Ludowej? – zmierzał do celu.
– Nie jestem tego tak pewna, jak pan.
– Dlaczeeego? – pytał przeciągle.
– Nie znam pana, a z obcymi nie rozmawiam o osobach, które
s­zanuję...
– A o innych profesorach..., a o pracownikach dziekanatu KUL?...
Emisariuszki
123
– Ma pan zainteresowania, które nie są przedmiotem moich badań.
W zamian mogę panu opowiedzieć na przykład o epigramatyczności
liryki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskkiej.
Propozycję zbył szyderczym uśmieszkiem.
– A co mówi pani... (tu wymienił trudne do zapamiętania nazwisko,
dodając, że należy ono do katolickiego biskupa na Węgrzech).
– Nic mi nie mówi. Pierwszy raz je słyszę. Zadziwia mnie pan pyta­
niami.
I tak potoczyła się szarpanina słowna, z której po kilkunastu mi­
nutach wybawił powracający na swoje stanowisko urzędnik. Młodzik
przyzwalająco skinął w jego stronę głową i opuścił pokój.
Robiłam urzędnikowi wyrzuty za nieuprzedzenie, że znajdę się
w jakiejś śledczej sytuacji.
– A czy ten pan nie powiedział, że nie wolno pani wspominać o tym
spotkaniu? – pytał zniecierpliwiony.
– Nie, nie zrobił takiego zastrzeżenia.
Urzędnik wyraził miną zdziwienie.
Jeleń czekał na korytarzu. Dopiero odprowadzając, napominał, bym
milczała o naszej rozmowie.
– Nie zabiegałam o to spotkanie. To nie była rozmowa „nasza” – od­
parowując, grałam mu nadal na nerwach. – W domu powiem o zajściu
mamie, a mama, jak to mama, rozniesie po całej ulicy.
– Jak będzie trzeba, to zamkniemy pani usta – straszył wyprowa­
dzony z równowagi.
– Skoro z pana taki mocarz, to niech mi pan teraz wymieni złotów­
ki na forinty, bo właśnie zamykają bank.
– Jeszcze pani zdąży – zirytowany rzucił na odchodne.
Własne rozdygotanie równoważyłam satysfakcją z dydaktycznego
wyżycia się na esbeku.
W 1964 roku decyzją władz komunistycznych rozwiązano na
KUL‑u anglistykę. Studenci wydziału, by ukończyć studia, musieli szu­
kać miejsc na innych uniwersytetach. Przyjaźniłam się z anglistką Anią
z Gdańska, która z żalem opuszczała Katolicki Uniwersytet, przenosząc
się na Uniwersytet Łódzki. Wyjeżdżała z Lublina bezpowrotnie, a nie
zdążyła, jak tłumaczyła, zdobyć koniecznego w indeksie do zaliczenia
roku podpisu czy pieczątki z ambulatorium. Prosiła o dopełnienie tej
Alchemia prozy
*
124
Alina SiomkaJło
2014 tom V
formalności i przesłanie jej indeksu listem poleconym. Własnemu in­
deksowi dawno już zapewniłam wakacje i zapomniałam, czym trzeba
było poprzedzić niezbędny cyrograf, który zapadł w pamięć na zawsze,
gdy doszło do uzupełnienia indeksu Ani.
Pielęgniarka nie identyfikowała indeksu ze studentką. Deliberując
w głowie, co począć z fantem, nie zdążyłam powiedzieć, z jaką przy­
chodzę sprawą. A pielęgniarka, czyż mogła przypuszczać, że idzie o coś
bardziej skomplikowanego niż zwykły zabieg?
– Najpierw szczepienie przeciw ospie – rzekła stanowczo.
Straciłam mowę. Wystarczyła chwila zaniemówienia, by opiekunka
zdrowia zdążyła dziabnąć mnie igłą w przedramię.
Podsuwając indeks do zaliczenia, desperowałam wewnętrznie.
– Ach tak, wyjechała nagle, bez szczepienia i bez litości nade mną...
C­zego jednak nie robi się dla dobrej koleżanki...
Niebiosa ustrzegły mnie przed powikłaniami z powodu drugiego
szczepienia. Ania dostała dowód zaliczenia roku z wybornie s­iarczystą
wiązanką słowną. Bijąc się w popiersie, pokornie wyjaśniała, jak panicz­
nie boi się szczepień, że wrobiła mnie w „podpis” świadomie, ufając, iż
wybrnę z domknięcia jej indeksu jakimś obrotniejszym od szczepienia
sposobem.
Wartko płynęły lata. Los Ani, któremu dłużna jestem osobną opo­
wieść, układał się pochmurnie – nie chciała o tym pisać. Nasza począt­
kowo ożywiona korespondencja powoli wygasła. Trzeci już rok asysto­
wałam przy Katedrze Historii Literatury KUL. Zajęcia akademickie,
a potem niesnaski pracownicze – wypełniały czas po kokardę na gło­
wie. Tak, „po kokardę”, bo było tego wyżej od dziurek w nosie, gdy
z Anglii sfrunęła odkryta kartka, mniej więcej tej treści:
Alinko, jeżeli adresu nie zmieniłaś i wieść moja dotrze do Ciebie, odpowiedz szybko. Wyszłam za mąż za Anglika. Jesteś pierwszą osobą, którą zapraszam do Londynu – pamiętam, że się za mnie zaszczepiłaś. Ania
*
Wyprawę za „żelazną kurtynę” podjęłam w okresie wakacyjnym.
Przed wyjazdem do Anglii otrzymałam wezwanie do lubelskiego
Wydziału Wyznań Rady Narodowej. Przesłuchanie prowadzili dwaj
jakby urzędnicy. Najpierw zadali mi pisanie z pamięci mego nijakiego
wówczas życiorysu. Porównywali z napisanym wcześniej, który leżał
przed nimi. Zgadzało się, nie mieli się czego doczepić. Powracali wciąż
Emisariuszki
125
do celu mego wyjazdu, pilnie oglądając nadesłane przez Anię zapro­
szenie na okres jednego miesiąca, z załączonym biletem w obie strony
na podróż pociągiem przez Niemcy, Holandię, statkiem przez Morze
Północne z Rotterdamu do Harwich (o huśtawce podczas sztormu na
Północnym – innym razem) i dalej pociągiem do londyńskiej Liver­
pool Station.
Ważny młodszy – specjalista od życiorysu – opuścił pokój wcześniej.
Sympatyczniejszy starszy nadal pracował nad moją niedorozwiniętą
świadomością. „Dobry tatuś” przestrzegał przed niespodziankami cze­
kającymi zwłaszcza niedoświadczonych podróżnych ze Wschodu po
przekroczeniu granicy Niemiec zachodnich. Opowiadał też, jak to inni
akademicy z KUL-u nawiedzają go, gdy mają do załatwienia sprawy
wyjazdu zagranicznego. Na przyszłość zachęcał do tego samego. Pod
koniec przesłuchania ciszej, zupełnie poufnie dodał:
– A jak Pani zostanie w Anglii, będzie dla nas więcej chleba w Polsce.
Podpucha – pomyślałam – chce mnie ciągnąć za język, wyobraża
sobie, że trafił na podatny grunt, że puszczę w końcu jakąś farbę.
Najścia i podchody esbeków do mnie jako najmłodszej asystentki od
początku współpracy przewidywał i przestrzegał przed nimi Profesor
(o wojennych przejściach tego dzielnego oficera wileńskiej Armii Kra­
jowej opowiada książka autobiograficzna: Czesław Zgorzelski, Przywołane z pamięci. Za niepoprawność przekonań i niepodporządkowanie
się komunistycznym zasadom usunięty został przez władze państwo­
we z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Znalazł przystań i uznanie na
Katolickim Uniwersytecie Lubelskim). Służył radą, ostrzył analitycz­
ny kunszt i zmysł krytyczny uczniów. Solidną wiedzą meblował głowy,
stawiając w nich barykady przeciwko totalitarnej sowietyzacji.
Informowałam Profesora o każdym przypadku esbeckich zakusów.
Zobowiązywał do milczenia wobec kolegów o tych zajściach. Kiedy
tylko było to możliwe, kierował moimi krokami.
Werbujących partyjniaków spokojnie wysłuchiwałam, by następ­
nie zbywać ich odpowiedzią: jeszcze do PZPR nie dojrzałam. Na esbe­
ków sarkałam, legitymowałam ich i konsekwentnie nie przyjmowałam
wciskanych mi przez nich wizytówek. Wparowywali na akademickie
spotkania, mieli na swoich usługach studentów. Krążyli w publicznych
przestrzeniach, wyłaniali się zza rogu ulicy jak nieodłączny cień. Wy­
Alchemia prozy
*
126
Alina SiomkaJło
stawali pod drzwiami mieszkania, objaśniałam przez zamknięte drzwi,
gdzie i kiedy na KUL-u udzielam konsultacji. Woleli wyczekiwać pod
kościołami i „odprowadzać” po nabożeństwach...
Robiąc ukradkowe podchody do upatrzonej ofiary, uzbrojeni byli
w szczegółową wiedzę o tym, co dzieje się na KUL-u, co piszczy w Ka­
tedrze Profesora. Dokładnie wiedzieli, który z kolegów po fachu czyim
jest podgryzaczem. Z pewnością nadawał im ktoś z wewnątrz Uczel­
ni – „koleżeńskie” podkopy rzucane mi w twarz przez esbeków zga­
dzały się z faktami co do joty.
– Proszę nie mówić do mnie źle o moich kolegach – protestowałam.
Przecząc faktom i sobie, starałam się niweczyć metody ich k­aptowania.
Zapewniali, że bez ich pomocy mam jedną drogę – „prosto do gro­
bu”. O ich najściach i szykanach pisałam, naiwna, do głuchego Mini­
sterstwa Spraw Wewnętrznych i z duszą na ramieniu przepraszałam
świat, że żyję. Wtajemniczeni życzliwi pouczali: uważaj, gdy przekra­
czasz bramy kamienic, by cię ktoś za którąś z tych bram nie ukatrupił.
A żeby auto w biały dzień nie wpadło na ciebie na chodniku, trzymaj
się zawsze tłumu.
„Intratnej” oferty tajnego etatu na KUL-u – składanej przez funk­
cjonariuszy SB, drepczących nieustannie za mną – asystentką Profeso­
ra o nieposzlakowanej godności; ani późniejszych propozycji wstąpie­
nia w szeregi PZPR, podobnie jak pracy w wojskowości, zapewniającej
otrzymanie upragnionego mieszkania, nigdy nie podjęłam.
(Kilka lat temu próbowałam odzyskać zawartość dotyczącej mnie
tecz­ki SB. Miałam nadzieję, że znów stanę się właścicielką własnych lis­
tów pisanych na esbeków. Na próżno – w lubelskim oddziale IPN o­sobie
upoważnionej do załatwienia sprawy odpowiedziano, że po moim wy­
jeździe z Lublina „teczka” poszła za mną do Warszawy. Z Warszawy
nadeszła „teczka”... pusta.)
2014 tom V
*
KUL – wspaniała, niepowtarzalna uczelnia! Czasy studenckie otu­
lam jak najlepszą pamięcią. Późniejsze, zwłaszcza pracowniczo-koleżeń­
skie relacje, pozostawiły jednak wiele niedobrych wspomnień.
W intelektualnym środowisku w sposób wyrafinowany toczyła się
niewidzialna walka o pozycje dydaktyczno-naukowe. W szermierce
bieglejsi starsi starali się pozbyć młodszych, zwłaszcza wysuwających
się do przodu.
Z domu wyniosłam przekonanie, że nawet najlepsze nigdy nie jest
wystarczająco dobre.
– Pani Alino proszę pamiętać, że lepsze jest wrogiem dobrego, wy­
wołuje zawiść otoczenia, a zoil chwyci każdy pretekst – doradzał Pro­
fesor.
Dzisiaj staram się to wyrozumieć i dystansować tamte problemy.
Na polonistyce KUL pracowników naukowo-dydaktycznych za mo­
ich czasów było wielu, studentów – proporcjonalnie mało. Wchodziła
w grę zapewne i zazdrość o wydumane przez kolegów względy Pro­
fesora, który być może częściej niż innym – z uwagi na moją młod­
szość – dawał mi posłuchanie. Na drożdżach plotek rosły jednak po­
mówienia.
– O czym Profesor z nią rozmawia? – próbowali przenikać ciekaw­
scy, których o esbeckich podchodach niebezpiecznie było informować.
Przykłady, najpierw drobiazgowe, potem coraz groźniejsze, potwier­
dzające mądrość Profesora mnożyły się jak grzyby po deszczu.
Podobnie jak inni asystenci ostatnie w akademickim roku zajęcia ze
studentami, gdy pogoda dopisywała, prowadziłam w położonym na­
przeciw Uczelni parku. Szły więc donosy do władz KUL-u, jakobym
zajęcia w ogóle przeniosła do parku. Jeden z nich, podpisany przez
starszych asystentów, trafił do Profesora, który był wówczas dziekanem
polonistyki. Wezwana do dziekanatu miałam możność ustosunkowa­
nia się do pisma na gorąco.
– Panie Profesorze – wyjaśniałam – zapomnieli napisać, że na pożeg­
nanie ufundowałam studentom lody.
Niedobrze też było być na KUL-u spragnioną wiedzy młodą niewia­
stą podobną do ludzi, niezamężną i niepoświęcającą zbytniej uwagi ro­
dzajowi męskiemu, w dodatku niewstępującą do zakonu. Zewsząd czy­
hały na taką podejrzenia, których doświadczenie stało się c­zęścią mojej
biografii. Z kolegą teatrologiem zawarłam umowę o prze­prowa­dzenie
przez niego zajęć z zakresu teatrologii w moich grupach ćwicze­­niowych,
w zamian ja miałam prowadzić zajęcia z poezji w jego grupach. Usłu­
żni natychmiast puścili plotkę, że rozbijam jego ma­łżeństwo. Znaliśmy
siłę kulowskiej plotki w aureoli – do wymiany zajęć nie doszło...
Na krajowym forum konferencji młodych pracowników polonisty­
ki (koło Szczecina) podchmieleni starsi „koledzy” wychylali toasty za
zniszczenie mnie (tam nieobecnej). Urządzano na KUL-u wymierzone
we mnie zebrania, o których miałam nie wiedzieć. Organizatorzy py­
127
Alchemia prozy
Emisariuszki
2014 tom V
128
Alina SiomkaJło
tani przez profesorów, o co w tej nagonce chodzi, oskarżali mnie o pisa­
nie pamiętników.
– A czego te czyste sumienia obawiają się – uspokajał Profesor.
W okresie najlepszych wyników naukowych w moich a­systenckich
dziejach i najlepszych w porównaniu z wynikami pozostałych asys­
ten­tów zwalniana byłam przez zagadkowe siły za rzekomy brak wy­
ników – zwolnienie podpisał Prorektor. Podstępna sprawa wydała się
w porę i oparła o prezesa kulowskiego Związku Nauczycielstwa, na­
stępnie o ówczesnego Kanclerza KUL. Rektor (zakonnik) otrzymał
po­le­cenie anulowania pod owym zwolnieniem podpisu prorektora do
spraw pracowniczych. Miałam okazję słyszeć, jak podniesionym gło­
sem perswadował Kanclerzowi KUL-u anulowanie, twierdząc, że gdy
będzie musiał spełniać takie życzenia, straci autorytet. Etat został przy­
wrócony, ale relacje z rektoratem stały się nie do zniesienia (kto wie,
czy nie zasługują na przyczynkarskie opisanie do książki Dariusza Ro­
siaka, Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista?).
W podobnym do powyższego drugim przypadku odgórnego zwol­
nienia Profesor wskazał mi drogę do Prymasa Stefana Kardynała Wy­
szyńskiego. Dostąpiłam długiej niezapomnianej audiencji. Dowiedzia­
łam się wówczas, że Rektor KUL jest w podejrzanych relacjach
z wła­dzami komunistycznymi. Prymas wystosował pismo do Rekto­
rów, w którym polecił zorganizować konfrontacyjne spotkanie ze mną
pracowników polonistyki KUL mających mi cokolwiek do zarzucenia.
Do owego spotkania nie dopuszczono. Ale Prymas dostał lakoniczną
odpowiedź Prorektora, stwierdzającą, iż zgodnie z życzeniem spotka­
nie zalecone przez Jego Eminencję otrzymałam. Z Kancelarii Pryma­
sa przyszła kopia listu Prorektora. Podziękowanie za kopię kończyłam
słowami: „Od tej chwili wiem, że Prorektor KUL nie tylko mnie wpro­
wadza w błąd, ale i Waszą Eminencję”.
– Niech pani skorzysta z pomocy SB – ironicznie doradzał Rektor,
osłaniający podstępne posunięcia Prorektora.
Postawę Rektorów oglądała płomiennie temperamentna ich sekre­
tarka. Pewnego późnego popołudnia zaprosiła mnie do gabinetu Rekto­
ra. Koniak z rektorskiego kredensu rozwiązał języki. Wypłynęły na
jaśnię sprawki deponowane na moim koncie przez zakapturzonego
Rek­tora i jego zastępcę kawalera. Esbecja miała widoczne osiągnięcia.
Nie zdawałam sobie sprawy, że oko na pulsie zamieszania trzymają
profesorowie z różnych katedr polonistyki. Pewnego razu w­ypożyczyła
Emisariuszki
129
mnie na szczerą rozmowę profesor Maria od teorii powieści. Po wymia­
nie wielu spostrzeżeń doszłyśmy do wniosku, że najlepszym wyjściem
z sytuacji, w której znalazłam się zarówno ze względu na zakusy SB,
jak i zawieruchę dezinformacji, byłaby zmiana środowiska.
– Pani Alino, w warszawskim „Ekspresie” jest informacja o nieodle­
głym naborze na łączone Studia Doktoranckie Uniwersytetu Warszaw­
skiego i Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Niech
pani startuje. W kokonie tutejszych nieporozumień już nic dobrego nie
może pani spotkać.
Poturbowana kulowskim plotkarstwem łatwo zaraziłam się ryzy­
kownym wyzwaniem. Jak bardzo ryzykownym, warto poznać wspo­
mnienia i relacje absolwentów uczelni zebrane w książce Z dyplomem
KUL w Polskę (pod red. Zofii Jasińskiej i Marii Staniszewskiej, 1994);
także – Janusza Dunin-Horkawicza: Przystanek na wyspie wolności.
Pejzaż KUL-owski z partią i PAX-em na horyzoncie (1993).
W latach 70. asystentka z KUL-u bardziej niż każdy inny absolwent
nie miała szansy nie tylko na państwowym uniwersytecie. Ponadto eta­
tu na uczelni zatrudniającej trzeba się było zrzec na pół roku przed
przystąpieniem do konkursowego egzaminu (taki był warunek starań
na owe Studia). A kulowskie władze przy rozwiązaniu ze mną umowy
o pracę informowały: bezpowrotnie...
Osobliwy egzamin na Studia Doktoranckie UW czeka w kolejce do
przywołania.
Od trzech lat jako doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego pro­
wadziłam przypisane doktorantom zajęcia ze studentami i z tej pozycji
na wyrost rozglądałam się za odpowiednią pracą. Moje jakie takie na­
ukowe zaplecze dostrzegła polonistyka Uniwersytetu Marii Curie Skło­
dowskiej w Lublinie. Starałam się zatem o etat zgodnie z zaleceniami
pani Profesor, która postanowiła podać mi pomocną dłoń i wzmocnić
moim dorobkiem swój Zakład.
Wydawało się, że wszystko posuwa się bezkolizyjnie, gdy w roku
1976 posądzona zostałam przez SB – za pośrednictwem Wydziału
N­auki i Kultury Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Lublinie – o współ­
pracę z dawno rozparcelowaną, nawet po więzieniach, ogólnopolską
opozycyjną organizacją o nazwie „Ruch”. Posądzenie o to, jakobym
była prawą ręką ks. Huberta Czumy – przywódcy organizacji, podło­
Alchemia prozy
*
130
Alina SiomkaJło
żone mi tajnie łamane przez podstępnie przez pracownika SB, który
wcześniej dostał niejednego prztyczka od asystentki KUL i nie udało
mu się nakłonić mnie do przyjęcia „intraty” z jego puli, kolportował
instruktor SB do PZPR i dalej na uczelnię do Rady Uczelnianej UMCS.
A w Radzie rękę na podaniach o etat trzymał czynnik partyjny o melo­
dyjnie brzmiącym nazwisku.
Pomówienie mogło mi schlebiać, ale plotkoaktywny deszcz unie­
możliwiał otrzymanie zatrudnienia gdziekolwiek, nie tylko na którymś
z uniwersytetów.
Wystąpiłam do Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Lublinie o rewi­
zję posądzenia. Po upływie roku nadeszła odpowiedź:
Kolejne odwołania wymilczano lub odpowiadano pokrętnie nie na
temat.
2014 tom V
*
Mieszkałam w Domu UW. Najpierw jako jedyna doktorantka, a po
obronie doktoratu – habilitantka, która miała za sobą studia i asysten­
turę na Katolickiem Uniwersytecie Lubelskim, co sytuacji nie ułatwia­
ło. W oczach partyjnych i ubeckich znaczyło niedobrą przeszłość. Za­
wiesiste „twarze” wytykały kulowskie pochodzenie i nie bez słuszności
traktowały mnie jako wroga socjalistycznego systemu. Naznaczana by­
łam etykietkami: „niekompromisowa”, „kulowiec”, „opozycjonistka”.
Takich jak ja wrogów i opozycjonistów w Domu UW było więcej. Ci
ze złą przeszłością i nie najlepszą teraźniejszością przekazywali sobie
praktyczne informacje, np. kto z mieszkańców Domu jest donosicie­
lem, która portierka kontaktem...
Na usługach wiadomych służb była administracja Domu. Wiedzie­
liśmy, że oprócz posiadania wewnętrznych „wtyczek” i „czerwonych
pająków” Dom jest także na ostrym podsłuchu telefonicznym tajnych
służb, jak niosła wieść – przy kryminalnej Rakowieckiej. Krążył o tej
ulicy dowcip demaskujący rozgrywające się tam tragedie ludzkie: „Któ­
ra z ulic w Warszawie jest najdłuższa? – Oczywiście Rakowiecka, bo
wszedłszy, można z niej nigdy nie wyjść”.
Jeden z telefonów w przytułku dla akademików – niby przez przy­
padek, w rzeczywistości na przynętę – funkcjonował prawie za darmo.
Za złotówkę można było rozmawiać godzinami nawet z zagranicą. Gdy
do intratnego telefonu zaczęła ściągać Warszawa, kolejka wydłużała
się na zewnątrz Domu, blokując uliczkę Brwinowską, biegnącą po­
między akademikiem pracowników UW a naprzeciwległą szkołą, kie­
rownictwo zgłosiło kazus do Urzędu Pocztowego. Rychła odpowiedź
potwierdziła przypuszczenia. Rzekomej wady linii telefonicznej nie
dawało się usunąć bez przekopania jakiegoś kanału kablowego. A na
przekopanie nie było szans. Zorientowani, co się gra, uprawialiśmy za­
bawę w incognito – zmieniając głos i kablując uncje prawdy pod adre­
sem „opieki‑bezpieki”. Jednego z kolegów zidentyfikowano na podsta­
wie podejrzeń. Mimo że mu niczego nie udowodniono, pożegnał się
z zagranicznym stypendium.
W koszarowym akademiku mieliśmy wyłącznie dwuosobowe po­
koje. Moją współlokatorką była młodsza asystentka polonistyki UW,
która – z nadzieją na asystenturę – zaciąg w szranki PZPR uczyniła już
jako studentka. Teraz obawiała się, że dzielenie ze mną lokum przekreś­
li ją w oczach partii. Gdy się rozniosło, że jestem oskarżona o współ­
pracę z „Ruchem”, natychmiast zadenuncjowała mnie przed odpowied­
nimi czynnikami.
Usunięta zostałam z Domu Uniwersytetu Warszawskiego w sposób
zaskakująco represyjny. Pod moją nieobecność należące do mnie rze­
czy i regały z książkami wystawiono na korytarz. Portiernia otrzymała
polecenie niewydawania klucza do pokoju. Gorliwi usuwacze na moje
szczęście nie zwietrzyli bezdebitowej lektury ukrytej pod podłogą bu­
dowlanej szafy.
131
Alchemia prozy
Emisariuszki
2014 tom V
132
Alina SiomkaJło
Rozstępowała się ziemia pod nogami. Jako pierwsza z doktorantów
niepowtarzalnego Studium (dwu skłóconych wówczas ośrodków aka­
demickich) obroniłam chlubnie doktorat z nauk humanistycznych na
Uniwersytecie Warszawskim. Skończyło się skromne stypendium dok­
toranckie. Nie miałam innych źródeł utrzymania. Z kulowską prze­
szłością akademicką, po świeżych oskarżeniach o przynależność do
„opozycji” i bez zaprzedania się SB lub PZPR, znalezienie zatrudnienia
było czczą mrzonką. Podobnie przedstawiało się wynajęcie mieszkania.
Na najtrudniejszy czas dachu nad głową przy Grójeckiej w Warszawie
udzieliły mi niezawodne siostry zakonne, do których wstąpiła moja ko­
leżanka ze studiów. (Po studiach obu nam Profesor zaproponował asy­
stenturę. Ona związała się ślubami zakonnymi, ja – na moje niewieście
nieszczęście – naukowymi.)
Opatrznościowo miało się jednak wkrótce urzeczywistnić orzecze­
nie „Komisji Senatu UW d/s analizy niewłaściwych decyzji personal­
nych władz UW podjętych w latach 1968-1980” (> Aneks). W zamian
za etat przyznany mi przez solidarnościową Komisję (na czele z prof.
Kle­mensem Szaniawskim) dostałam stypendium habilitacyjne i za­
jęcia konwersatoryjne z genologii poezji dla starszych lat polonistyki.
Dziekan Wydziału Polonistyki UW wyjaśniała stan rzeczy sytuacją
przejściową. Szczególnie tym, że na Uniwersytecie powstała możliwość
otworzenia Katedry Konradystycznej pod kierunkiem dr. Zdzisława
Najdera – staliśmy więc w kolejce do jednego etatu. Gdy wydało się,
że Najder jest dyrektorem Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa, poloni­
styka musiała się rozstać z myślą o nowej Katedrze, a do unieszkodli­
wienia zatrudnienia mnie – byłej asystentki KUL – na UW tym razem
solidnie przyłożył się „czynnik” z Kadr warszawskiej uczelni. Odwo­
łania i powoływanie się na orzeczenie Komisji Senatu UW nie skutko­
wały – moja dokumentacja nieustannie ginęła.
Z racji stypendium habilitacyjnego i prowadzonego konwersato­
rium z powrotem znalazłam się w Domu Pracownika Naukowego
Uniwersytetu Warszawskiego. Naznaczona piętnem niedawnych posą­
dzeń, szczodrze częstowana wrogością zastraszonego, dbającego o wła­
sne naskórki otoczenia, musiałam mieszkać znacznie ostrożniej niż
poprzednio.
Emisariuszki
133
Jakby na przekór biegowi wydarzeń, właśnie w najostrożniejszym
okresie, letniego popołudnia wakacyjnego przed Domem między sza­
rymi blokami, trabantami i maluchami zatrzymało się pachnące „zgni­
łym Zachodem”, słonecznie uśmiechnięte autko popularnej marki Re­
nault z francuską rejestracją. Z wehikułu wysiadły rzucające się w oczy
cztery dystyngowane osoby. Wprawdzie ubrania miały jakby świeckie,
ale w tonacji czarno-granatowej – dyskretnie eleganckie. Ich duchowny
stan wyraźnie zdradzały koloratki.
Stało się. Z Sallaumines, w ramach zwiedzania Polski, przybyły do
mnie w odwiedziny trzy bardzo modern siostry zakonne: Alicja, Ewa
i Krystyna, które po kazachstańskim zesłaniu (1940-1946), po zali­
czeniu wszystkich tyfusów, po II wojnie światowej przywrócone przez
Andersa światu – później po przeprawie afrykańskiej, podczas któ­
rej uczyniły zaciąg do nazaretanek, po tułaczce po Wielkiej Europie:
Rzym, (Alicja po studiach muzyki gregoriańskiej w Turynie), Londyn,
Paryż, osiadły we Francji, gdzie w końcu dostąpiły ludzkiego żywo­
ta, pracując w parafii francuskiej węglowego zagłębia. Przybył z nimi
ksiądz Jane. Chciały pokazać Francuzowi Polskę.
Ostrzeżone uprzednio, że zatrzymają się w lokum, które duchow­
nych osób nigdy nie oglądało, i proszone, żeby z tego powodu szatek
zakonnych zbytnio nie manifestowały, Siostry zdjęły przed przybyciem,
zapewne i dla podróżnej wygody, rozłożyste kornety. Fryzury miały
starannie wyondulowane, radosne oblicza zmęczeniem niezaprószone.
Moja nowa współmieszkanka wyjechała właśnie na wakacje. Roz­
porządzałam więc całym pokojem. Na szczęście tego dnia po oknie nie
spływała zawartość żołądka mieszkającego piętro wyżej rosochatego
jak Rasputin Białorusina. Aleksowi po orgiastycznych libacjach rozum
przesuwał się tam, gdzie się kończy szlachetna nazwa pleców. Korzy­
stając z polskiego stypendium, zionął nienawiścią do, jak nas nazywał,
„Polaczków”. W segregatorze moich myśli miał miejsce pod epitetem:
zakapiorny ćwok.
Przygotowywałam posiłek w kuchni wspólnej dla mieszkańców
pierwszego piętra, podczas gdy nobliwi goście, prostując nogi po męczą­
cej podróży, przechadzali się długimi korytarzami. Zapoznawali się
z dziwiącym się im Domem.
Alchemia prozy
*
134
Alina SiomkaJło
Już sam fakt, że do mnie – byłej asystentki KUL, wielokrotnie wcześ­
niej przesłuchiwanej i podejrzewanej o Bóg jeden wie co – przybyli
g­oście zza „żelaznej kurtyny” i że były to osoby duchowne, w tamtym
środowisku stawiał w sytuacji potwierdzenia ssanych z systemowego
palca oskarżeń. Cierpłam na myśl, że na dodatek sypną się w koryta­
rzowych rozmowach z czymś trudnym do przewidzenia, a zakazanym.
To coś wisiało w powietrzu. Ze względu na Jane’a rozmawiali jednak
po francusku, a mieszkający w Domu romaniści byli w porządku.
Po załatwieniu w Warszawie jakiejś sekretnej sprawy goście wyru­
szyli w Polskę. Siostra Alicja, moja stryjeczna, jeszcze na kilka dni
wró­ciła do mnie. Dopiero wtedy zdradziła, z jaką misją przy okazji
o­dwiedzin przybyli do Polski. Przeczucia, że mogą się z czymś sypnąć,
miałam dobre.
2014 tom V
*
– Auto prowadziliśmy na zmianę. Najstarsza i najszczuplejsza z nas
tu i tam była obłożona pokaźną sumą franków, które wiozłyśmy dla
polskich Solidarnościowców w darze od robotników francuskich.
Urząd Celny przeszłyśmy bez trudności. Nikt nie robił nam rewizji
osobistej.
– Może polscy celnicy chcieli się dobrze zapisać w pamięci księdza
Francuza? – pytałam. – Sowieccy, przewracając Was podszewką do
góry w poszukiwaniu połkniętego złota, pewnie nie okazaliby takiej
delikatności.
Jakby nie było, przypadkowo kurtuazyjna izba celna wywołała na
Siostrach niezłe wrażenie, więc nabrały przekonania, że w Polsce moż­
na korzystać jeżeli jeszcze nie z wolności, to przynajmniej ze swobody,
że nie ma już prześladowań. Wiedzione chrześcijańską ufnością poczu­
ły się wyzwolone z zasłyszanych opowieści o terrorystycznym zamor­
dyzmie w peerelu.
– Po spotkaniu z tobą w Domu UW udałyśmy się we dwie na Stare
Miasto, gdzie miałyśmy przekazać pieniądze pod wskazany adres. Na
Piwnej zadzwoniłyśmy do odpowiedniej furty. Pod bramą czekało już
kilka osób. Po chwili wrota otworzył nieznany nam ksiądz. I wtedy ży­
wiołowa siostra Krystyna, która zwykle najpierw mówi, a później myś­
l­i, wyrecytowała radośnie jednym tchem: „niech będzie pochwalony...
Jesteśmy z Francji. Przywozimy pieniądze od robotników francuskich
dla robotników polskich...”. Ksiądz nie wysłuchawszy przemówienia
Emisariuszki
do końca, trzasnął nam odrzwiami przed nosem, zniknął i nikogo nie
przyjął. Krystyna w mig, ale o moment za późno, pojęła swój błąd.
– Naturalnie, człowiek zza bramy wystąpienie Krystyny przyjął jako
prowokację – wyjaśniałam.
Żeby przekazać powierzony im dar, emisariuszki musiały okupić
spontaniczność siostry Krystyny trudem znalezienia okrężnej drogi
pod wskazany adres.
Opatrzność czuwała. Misja została spełniona.
135
136
Alina SiomkaJło
2014 tom V
ANEKS
137
Alchemia prozy
Emisariuszki
138
Alina SiomkaJło
Rok 2014
O przekładzie i krytyce
Jorge Luis BORGES
LAS DOS MANERAS DE TRADUCIR*
Suele presuponerse que cualquier texto original es incorregible de
puro bueno, y que los traductores son unos chapuceros irreparables,
padres del frangollo y de la mentira. Se les infiere la sentencia italiana
de traduttore traditore y ese chiste basta para condenarlos. Yo sospe­
cho que la observación directa no es asesora en ese juicio condenatorio
(aquí me ha salido una especie de alegoría legal, pero sin querer) y que
los opinadores menudean esa sentencia por otras causas. Primero, por
su fácil memorabilidad; segundo, porque los pensamientos o seudopen­
samientos dichos en forma de retruécano parecen prefigurados y como
* Esej pierwotnie był o­publikowany w argentyńskim dzienniku La Prensa (1 sierpnia
1926); następnie włączony został do wy­dania dzieł wybranych autora – Textos recobrados
1919-1930 (Emecé, Buenos Aires 1997, s. 256-259), dostępny także na stronie i­nternetowej:
https://ferrusca.files.wordpress.com/2014/02/1997/textosrecobrados19191929compilacic
3b3.pdf (s. 183-185). W p­rzekła­dzie na język polski ukazuje się po raz pierwszy za zezwo­
leniem The Wylie Agency (Agency – Agreement # 100043637). Copyright © 1995, Maria
Kodama. All rights reserved.
tom V
2014 tom V
140
Jorge Luis BORGES
recomendados por el idioma; tercero, por la confortativa costumbre de
alacranear; cuarto, por la tentación de ponerse un poco de i­ngenio. En
cuanto a mí, creo en las buenas traducciones de obras literarias (de las
didácticas o especulativas, ni hablemos) y opino que hasta los versos
son traducibles. El venezolano Pérez Bonalde, con su traducción ejem­
plar de El cuervo de Poe, nos ministra una prueba de ello. Alguien ob­
jetará que la versión de Pérez Bonalde, por fidedigna y grata que sea,
nunca será para nosotros lo que su original inglés es para los norteame­
ricanos. La objeción es difícil de levantar; también los versos de Evaris­
to Carriego parecerán más pobres al ser escuchados por un chileno que
al ser escuchados por mí, que les maliciaré las tardecitas orilleras, los ti­
pos y hasta pormenores de paisaje no registrados en ellos, pero latentes:
un corralón, una higuera detrás de una pared rosada, una fogata de San
Juan en un hueco. Es decir, a un forastero no le parecerán más pobres;
serán más pobres. Su caudal representativo será menor.
Las dificultades de traducir son múltiples. Ya el universalmente ata­
reado Novalis (Werke, página 207, parte tercera de la edición de Friede­
mann) señaló que cada palabra tiene una significación peculiar, otras
connotativas y otras enteramente arbitrarias. En prosa, la significación
corriente es la valedera y el encuentro de su equivalencia suele ser fácil.
En verso, mayormente durante las épocas llamadas de decadencia o sea
de haraganería literaria y de mera recordación, el caso es distinto. Allí
el sentido de una palabra no es lo que vale, sino su ambiente, su con­
notación, su ademán. Las palabras se hacen incantaciones y la poesía
quiere ser magia. Tiene sus redondeles mágicos y sus conjuros, no siem­
pre de curso legal fuera del país. La palabra „luna”, que para nosotros
ya es una invitación de poesía, es desagradable entre los bosquímanos
que la consideran poderosa y de mala entraña y no se atreven a miraría
cuando campean. De la palabra „gaucho”, tan privilegiada en estas re­
públicas por nuestro criollismo, un judío me confesó que la encontraba
realmente cómica y que su conchabo sólo sería aguantable en un verso
que se viese obligado a rimar con „caucho”. La palabra „súbdito” (esta
observación pertenece a Arturo Costa Álvarez) es decente en España
y denigrante en América.
Los epítetos „gentil”, „azulino”, „regio”, „filial”, eran de eficacia poé­
tica hace veinte años, y ahora ya no funcionan y sólo sobreviven algu­
nos en los poetas de San José de Flores o Bánfield. Es cosa averiguada
que cada generación literaria tiene sus palabras predilectas: palabras
LAS DOS MANERAS DE TRADUCIR
141
con gualicho, palabras que encajonan inmensidad y cuyo empleo, al
escribir, es un grandioso alivio para las imaginaciones chambonas. En
seguida se gastan y el escritor que las ha frecuentado mucho (el hombre
avanzado, el muy contemporáneo, el moderno) corre el albur de pasar
después por un simulador o un maniático. Eso suele convenirle: toda
perfección, hasta la perfección del mal gusto, puede ubicar a un hom­
bre en la fama. Ser cursi inmortalmente, es una manera de sobrevivir
como las demás.
Hay obras llanísimas de leer que, para traducir, son difíciles. Aquí
va una estrofa del Martín Fierro, quizá la que más me gusta de todas,
por hablar de felicidad:
La dificultad estriba en la palabra „consuelo”. El diccionario de ar­
gentinismos no la considera, ni falta que hace. He oído decir que ese
consuelo es algunos pesos. A mí no me convence: ha de ser alguna mu­
chacha, más bien...
Universalmente, supongo que hay dos clases de traducciones. Una
práctica la literalidad, la otra la perífrasis. La primera corresponde a las
mentalidades románticas; la segunda a las clásicas. Quiero razonar esta
afirmación, para disminuirle su aire de paradoja. A las mentalidades
clásicas les interesará siempre la obra de arte y nunca el artista. Creerán
en la perfección absoluta y la buscarán. Desdeñarán los localismos, las
rarezas, las contingencias. ¿No ha de ser la poesía una hermosura se­
mejante a la luna: eterna, desapasionada, imparcial? La metáfora, por
ejemplo no es considerada por el clasicismo ni como énfasis ni como
una visión personal, sino como una obtención de verdad poética, que,
una vez agenciada, puede (y debe) ser aprovechada por todos. Cada lite­
ratura posee un repertorio de esas verdades, y el tra­ductor sabrá aprove­
charlo y verter su original no sólo a las palabras, sino a la sintaxis y a las
usuales metáforas de su idioma. Ese procedimiento nos parece sacrile­
gio y a veces lo es. Nuestra condenación, sin embargo, peca de opti­mis­
mo, pues la mayoría de las metáforas ya no son r­epresentaciones, son
O przekładzie i krytyce
El gaucho más infeliz
Tenía tropilla de un pelo.
No le faltaba un consuelo
y andaba la gente lista.
Tendiendo al campo la vista.
Sólo vía hacienda y cielo.
2014 tom V
142
Jorge Luis BORGES
maquinales. Nadie, al escuchar el adverbio „espiritualmente” piensa en
el aliento, soplo o espíritu; nadie ve diferencia alguna (ni siquiera de
énfasis) entre las locuciones “muy pobre” y “pobre como las arañas”.
Inversamente, los románticos no solicitan jamás la obra de arte, soli­
citan al hombre. Y el hombre (ya se sabe) no es intemporal ni arquetí­
pico, es Diego Fulano, ¿no?, es Juan Mengano, es poseedor de un clima,
de un cuerpo, de una ascendencia, de un hacer algo, de un no hacer
nada de un presente, de un pasado, de un porvenir y hasta de una
muerte que es suya. ¡Cuidado con torcerle una sola palabra de las que
dejó escritas!
Esa reverencia del yo, de la irreemplazable diferenciación humana
que es cualquier yo, justifica la literalidad en las traducciones. Además,
lo lejano, lo forastero, es siempre belleza. Novalis ha enunciado con
claridad ese sentimiento romántico: La filosofía lejana resuena como
poesía. Todo se vuelve poético en la distancia: montes lejanos, hombres
lejanos, acontecimientos lejanos, y lo demás. De eso deriva lo esencial­
mente poético de nuestra naturaleza. Poesía de la noche y de la penum­
bra. (Werke, III, 213). Gustación de la lejanía, viaje casero por el tiempo
y por el espacio, vestuario de destinos ajenos, nos son prometidos por
las traslaciones literarias de obras antiguas: promesa que suele quedarse
en el prólogo. El anunciado propósito de veracidad hace del traductor
un falsario, pues éste, para mantener la extrañez de lo que traduce se ve
obligado a espesar el color local, a encrudecer las crudezas, a empalagar
con las dulzuras y a enfatizarlo todo hasta la mentira.
En cuanto a las repetidas versiones de libros famosos, que han fati­
gado y siguen fatigando las prensas, sospecho que su finalidad verdade­
ra es jugar a las variantes y nada más. A veces, el traductor aprovecha
los descuidos o los idiotismos del texto para verle comparaciones. Este
juego, bien podría hacerse dentro de una misma literatura. ¿A qué pa­
sar de un idioma a otro? Es sabido que el Martín Fierro empieza con
estas rituales palabras: „Aquí me pongo a cantar – al compás de la vi­
güela.” Traduzcamos con prolija literalidad: En el mismo lugar donde
me encuentro, estoy empezando a cantar con guitarra y con altisonante
perífrasis: Aquí, en la fraternidad de mi guitarra, empiezo a cantar y ar­
me­mos luego una documentada polémica para averiguar cuál de las
dos versiones es peor. La primera, ¡tan ridícula y cachacienta!, es casi
literal.
1926
DWA RODZAJE TŁUMACZENIA
143
DWA RODZAJE TŁUMACZENIA
Zwykle zakładamy, że nie należy poprawiać tekstu oryginału i że
tłumacze to skończeni partacze, zdolni do fuszerki i różnych prze­
krętów. Do ich pracy przyjęło się odnosić włoską sentencję traduttore traditore [tłumacz (to) zdrajca] i już samo to zabawne powiedzenie
wystarczy, by uznać ich za winowajców. Podejrzewam, że zachodzi tu
analogia z procesem sądowym kończącym się wyrokiem skazującym
i że bezpośrednie doświadczenie nie jest doradcą w tym procesie (mi­
mowolnie zbudowałem tu swego rodzaju alegorię przewodu sądowe­
go). Osoby mające wpływ na opinię publiczną powtarzają tę sentencję
– wyrok skazujący tłumaczy – a czynią tak z różnych powodów. Po
pierwsze dlatego, że łatwo ją zapamiętać. Po drugie, ponieważ niektó­
re myśli, a raczej pseudomyśli, upowszechniane w formie efektownych
gier słów zdają się być z góry zakodowane i jakby podsuwane nam
przez nasz język. Po trzecie: mówiąc źle o innych, niektórzy ludzie po­
prawiają sobie samopoczucie. I wreszcie po czwarte: ulegamy pokusie,
aby za wszelką cenę błyszczeć. Co do mnie, wierzę, że istnieją dobre
przekłady dzieł literatury (nie mówiąc już o przekładach z dziedziny
dydaktyki czy dociekań filozoficznych), i uważam, że nawet utwory
poetyckie są przekładalne. Dowodem tego jest wzorowy przekład na
hiszpański poematu Kruk Edgara Allana Poe, dzieło wenezuelskiego
tłumacza Pereza Bonalde. Powie ktoś, że wersja Pereza Bonalde, cho­
ciaż pełna wdzięku i wierna oryginałowi, nigdy nie będzie dla nas tym,
czym dla Amerykanów jest angielski oryginał. Trudno jednak zgodzić
się z takim argumentem. Przecież wiersze zawarte w tomie poematu
pt. Evaristo Carriego będą uboższe dla ucha Chilijczyka niż dla mojego,
gdyż będą u mnie wywoływać skojarzenia z randkami na peryferiach
miast, z pewnym typem krajobrazu, a nawet ze szczegółami niezapi­
sanymi wyraźnie w tych wierszach, ale w nich ukrytymi, takimi jak:
hacjenda, drzewo figowe rosnące przy pomalowanej na różowo ścia­
nie, świętojańskie ognisko rozpalone w jakimś zaułku. Inaczej mówiąc,
wszystko to nie tyle będzie się wydawało uboższe cudzoziemcowi, ile
O przekładzie i krytyce
(przełożył Włodzimierz Korcz)
2014 tom V
144
Jorge Luis BORGES
w rzeczy samej będzie uboższe. Zdolność wyobrażeniowa cudzoziemca
będzie w tym zakresie mniejsza.
Trudności przekładania tekstu są różnorodne. Już przywoływany
pod każdą szerokością geograficzną Novalis (Werke / Dzieła, s. 207, t. III
wydania Friedemanna) wskazywał, że każdy wyraz ma jedno właściwe
sobie znaczenie, inne znaczenia konotatywne i jeszcze inne – całkowi­
cie arbitralne. W dziedzinie prozy obowiązuje zwyczajowe znaczenie
wyrazu i na ogół tłumacz nie ma tu trudności ze znalezieniem ekwiwa­
lentu w innym języku. W poezji jednak, zwłaszcza w okresach literac­
kich zwanych dekadenckimi, gdy dochodzi do rozleniwienia ludzi pióra
i zwykłego ewokowania, rzecz ma się zgoła inaczej. Tu sens wyrażenia
nie równa się sumie jego znaczeń, lecz obejmuje także to wszystko, do
czego ono odsyła. Słowa stają się zaklęciami – poezja zmierza w stronę
magii. Ma ona swoje magiczne rewiry i zaklęcia, nie zawsze działające
poza obszarem danego kraju. Wyraz „księżyc”, który dla nas sam w so­
bie jest zaproszeniem do poezji, jest czymś nieprzyjemnym dla Busz­
menów, którzy przypisują mu wielką moc i złe zamiary, co sprawia, że
nie odważają się patrzeć na księżyc podczas wypasania bydła. Pewien
Żyd wyznał mi, że wyraz gaucho [pasterz bydła], wyniesiony w naszym
regionie na piedestał przez „kreolizm”1, brzmi dla niego komicznie
i że jest on do przyjęcia w poezji co najwyżej jako wyraz rymujący się
z caucho [kauczuk]. Wyraz súbdito [obywatel, poddany] ma znaczenie
neutralne w Hiszpanii, natomiast deprecjonujące w Ameryce (ta uwaga
pochodzi od Arturo Costa Alvareza).
Określenia gentil [uprzejmy, grzeczny, delikatny], azulino [niebie­
skawy, błękitnoszary], regio [książęcy, królewski], filial [synowski]
przed dwudziestu laty były poetycko nośne, a dzisiaj już w ten sposób
nie funkcjonują i pojawiają się tylko u poetów z San José de Flores2 lub
Bánfield3. Niewątpliwie każde pokolenie literackie ma swoje ulubione
słowa – słowa-talizmany, słowa zawierające w sobie bezmiar. Posługu­
jąc się nimi, ludzie o ubogiej wyobraźni odczuwają ogromną ulgę. Ich
impet twórczy słabnie bardzo szybko, a pisarz, który często sięgał do
tych środków (człowiek postępowy, bardzo nowoczesny, zawsze podą­
żający za najnowszymi trendami), naraża się na niebezpieczeństwo, że
zostanie potem uznany za symulanta lub kogoś niespełna rozumu. To
na ogół mu odpowiada, gdyż wszelka perfekcja, nawet perfekcja w złym
guście, może doprowadzić człowieka do sławy. Uprawianie ponadcza­
sowego kiczu to jeszcze jeden sposób na to, by przejść do historii.
DWA RODZAJE TŁUMACZENIA
145
Istnieją dzieła literackie łatwe w lekturze, ale trudne do przetłuma­
czenia. Oto zwrotka z poematu Martín Fierro, którą lubię najbardziej,
ponieważ mówi o szczęściu:
Problematyczny jest wyraz consuelo [pociecha, uciecha, rozkosz].
Słownik argentynizmów nie okazuje mu względów, co więcej – w ogóle
go nie uwzględnia. Podobno ta „pociecha” kosztuje kilka pesos. Mnie to
nie przekonuje: w tym przypadku zapewne chodzi raczej o jakąś dziew­
czynę...5
Uważam, ogólnie rzecz biorąc, że istnieją dwa rodzaje tłumaczenia.
Dla pierwszej odmiany przekładu charakterystyczna jest dosłowność,
dla drugiej – peryfraza. Pierwszy odpowiada tłumaczom o usposobie­
niu romantycznym, drugi – o mentalności klasycznej. Zatrzymajmy się
przy tym stwierdzeniu, aby osłabić jego paradoksalność. Otóż osoby
o mentalności klasycznej zawsze będą interesować się dziełem sztu­
ki, nigdy zaś artystą. Będą wierzyły w absolutną doskonałość i będą
jej szukały. W pogardzie będą miały to co lokalne, dziwne, niepew­
ne. Czyż poezja nie powinna tchnąć pięknem podobnym do księżyca:
wiecznością, opanowaniem, bezstronnością? I tak na przykład meta­
fora nie jest dla klasycyzmu emfazą ani osobistą wizją, lecz dotarciem
do prawdy poetyckiej, która – raz osiągnięta, może (i powinna) stać
się udziałem wszystkich. Każda literatura posiada katalog tego rodza­
ju prawd. Tłumacz potrafi się nimi posługiwać i przekładać oryginał
nie tylko w warstwie leksykalnej, ale także składniowej i metaforycz­
nej, właściwej dla języka, na który tłumaczy. Taki proceder wydaje się
nam świętokradztwem i rzeczywiście nim bywa. Jednakże potępia­
jąc go, grzeszymy optymizmem, jako że większość metafor to nie re­
prezentacja wiedzy, lecz wyrażeń używanych bezrefleksyjnie. Słysząc
przysłówek „duchowo”, nikt nie myśli o oddechu, powiewie wiatru czy
o duchu; nikt nie widzi różnicy (nawet pod względem emfazy) między
wyrażeniami „bardzo biedny” i „biedny jak mysz kościelna”.
O przekładzie i krytyce
El gaucho más infeliz
Tenía tropilla de un pelo.
No le faltaba un consuelo
y andaba la gente lista.
Tendiendo al campo la vista,
Sólo vía hacienda y cielo.4
2014 tom V
146
Jorge Luis BORGES
Romantycy na odwrót, nigdy nie pasjonują się dziełem sztuki, lecz
człowiekiem. A człowiek, jak wiadomo, nie jest pozaczasowy ani arche­
typiczny. Człowiek to konkretny Jan Kowalski – czyż nie? – to ktoś, kto
ma określony sposób bycia, ciało, rodowód, charakterystyczny sposób
działania czy powstrzymywania się od tegoż, sobie tylko właściwy spo­
sób przeżywania danej chwili. To wreszcie ktoś, kto ma swoją historię
życia, kto ma taką czy inną przyszłość, a nawet śmierć, która jest tyl­
ko jego udziałem. Trzeba bardzo uważać, aby w tłumaczeniu nie znie­
kształcić choćby jednego zapisanego słowa, które po sobie pozostawił!
Ten szacunek dla niepowtarzalnej indywidualności człowieka, dla
wielkiej różnorodności ludzkiej egzystencji, usprawiedliwia dosłow­
ność w tłumaczeniu. Poza tym to, co odległe, co obce, zawsze jest
piękne. Novalis dał klarowny wyraz temu romantycznemu poczuciu:
filozofia z odległych terytoriów brzmi jak poezja. Z oddali wszystko
staje się poezją: góry, ludzie żyjący gdzieś daleko, wydarzenia dziejące
się w odległych rejonach. Przykłady można by mnożyć. Stąd bierze się
poetycki w swej istocie charakter naszej natury. Poezja nocy i półcienia
(Werke, t. III, s. 213). Upodobanie w tym, co odległe, wyimaginowa­
na podróż w czasie i przestrzeni, kolekcjonowanie doświadczeń życio­
wych innych ludzi – to obietnice zawarte w przekładach dzieł literac­
kich minionych epok; obietnice, które zazwyczaj pozostają w prologu.
Zapowiedziane dążenie do prawdy sprawia, że tłumacz staje się fałsze­
rzem, ponieważ aby oddać obcość w przekładzie, czuje się w obowiąz­
ku wzmacniać intensywność kolorytu lokalnego, wyostrzać zawartą
w oryginale surowość, za pomocą słownego lukrowania wywoływać
u odbiorcy przekładu uczucie obrzydzenia, cukrować aż do wywołania
mdłości i popadać w emfazę aż do zafałszowania oryginału. Jeżeli cho­
dzi o wielokrotne ponawianie wersji słynnych książek, na które pozwa­
la sobie wiele wydawnictw, podejrzewam, że ich prawdziwym celem
jest zabawa w różne warianty tekstu wyjściowego i nic więcej. Czasem
tłumacz wykorzystuje nonszalancję autora oryginału lub nonsensy za­
warte w tłumaczonym tekście, aby ukazać wersje alternatywne.
Tę grę równie dobrze można uprawiać w granicach tej samej lite­
ratury. Po co przechodzić od jednego języka do drugiego? Jak wiado­
mo, poemat Martín Fierro zaczyna się od tych rytualnych słów: Aquí
me pongo a cantar – al compás de la vigüela6 . Przetłumaczmy tę strofę
z rozwlekłą dosłownością: W tym miejscu, gdzie się znajduję, zaczy­
nam mą pieśń, przygrywając sobie na gitarze. I jeszcze wersja z zasto­
147
DWA RODZAJE TŁUMACZENIA
sowaniem górnolotnej peryfrazy: Tutaj, z gitarą mą towarzyszką, pieśń
moją zaczynam. A teraz możemy długo spierać się, która z tych dwóch
wersji jest gorsza. Pierwsza, przy całej swej śmieszności i lakoniczności,
jest nieomal dosłowna.
1926 rok
1
Hiszp. criollismo – nurt literacki w Ameryce Łacińskiej w I połowie XX wieku, eks­
ponujący tematykę lokalną, indiańską, peryferie wielkich aglomeracji, z reguły piętnują­
cy niesprawiedliwość społeczną i głoszący potrzebę przemian politycznych.
2
Nazwa stacji metra w Buenos Aires.
3
Wioska powstała w dystrykcie, obecnie znajduje się w granicach miasta Lomas de
Zamora, stanowiącego część zespołu miejskiego Buenos Aires.
4
Przekład polski Henryka Mackiewicza (José Hernández, Gaucho Martín Fierro,
Ediciones del Aguila Coronada, Buenos Aires 1990):
Nawet gauczo najbiedniejszy
miał swój tabun jednej maści
i żył sobie – spokojniejszy ...
A zaś chłopi najbogatsi,
gdy na pole swe spojrzeli,
mnóstwo bydła tam widzieli.
Tłumacz zastosował tu peryfrazę, która nie zawiera ekwiwalentu rzeczownika consuelo
(pociecha, uciecha, rozkosz) ani przymiotnika infeliz (nieszczęśliwy), co sprawia, że prze­
kład ten nie może być egzemplifikacją wywodu autora.
W przekładzie Włodzimierza Korcza:
Nie miał szczęścia ten gauczo
Dorodne stado dumą go napawało
I na uciechach mu nie zbywało.
Chłopstwo zaś przebiegłe gościńcem chadzało.
Gdy na swe pole spoglądało,
tylko hacjendę i niebo widziało.
6
Gra słów: Consuelo – hiszpańskie imię żeńskie.
Przekład Henryka Mackiewicza (José Hernández, Gaucho Martín Fierro).
Pieśń wam zaśpiewam smutną,
pod dźwięki i takt gitary.
O przekładzie i krytyce
5
Rok 2014
tom V
Wojciech LIGĘZA
GUST KRYTYKA
Czytelnik to osobliwy i rozdwojony w sobie: wierny i szykujący zdra­
dę, przewidywalny i chimeryczny, szanowany i pogardzany, niezbędny
i zbyteczny. Krytyk pełni rolę pośrednika między literaturą a czytelni­
kami – konsumentami fabuł, miłośnikami poezji, świadkami scenicz­
nych akcji. Licząc się z panującymi w kulturze tendencjami, wyławia
potrzeby odbiorców, wciela się w dyskretnego dydaktyka w sprawach
literackiej estetyki. Jest poprzednikiem w akcie lektury, czyli kimś, kto
przeczytał więcej książek i przemyślał więcej problemów niż amator
literatury.
Krytyk to tłumacz znaczeń dzieła, dobry duch wspierający pisarza,
który w odmiennym dyskursie wykłada jego idee artystyczne, rzecznik
wartości, sojusznik w sporach, programotwórca kierunków literackich,
kronikarz pisarskich pokoleń. Wymieniajmy dalej: krytyk uprawia lek­
turę specjalistyczną – wedle norm i reguł dyscypliny, układa sekwencje
dzieł, porządkuje heterogeniczny materiał literacki, ale też swoje od­
czytania konfrontuje z zastanymi głosami, wchodzi w dialog z innymi
czytelnikami-krytykami.
Może wypowiadać się w imieniu środowiska, grupy wpływów, poko­
lenia. Nie wolno krytykowi lekceważyć zjawisk zewnętrznych – w kul­
turze, społeczeństwie, polityce, ani być obojętnym na zjawisko rynku
czytelniczego. Czytając i zdając sprawę z lektury, krytyk uczestniczy
w wielorakich grach społecznych. Jego miejsce zależy od przekonań
danego czasu o miejscu i roli pisania o literaturze, od obyczajów życia
kulturalnego, ale też od krytyka, który sam ustanawia przestrzeń dia­
logu, wyznacza pozycje strategiczne, walczy o wiarygodność, zdobywa
autorytet. Zawsze jednak pozostanie głosem wśród głosów.
GUST KRYTYKA
149
Autor, wydawca i także czytelnik żądają od krytyka oceny jednoznacznej: do­
bra książka czy niedobra, kupić czy nie kupić? Krytyk zaś skłonny jest zawsze do
oceny skomplikowanej [Kłopoty krytyka (odczyt radiowy), w tomie: Słoń wśród
porcelany /.../, 1976, s. 429].
Ścigany i napiętnowany krytyk musi dramatycznie bronić swojej wol­
ności, ale też wciąż ulega rozmaitym kompromisom. Dlatego warto po­
myśleć o paradoksie samotności krytyka w społecznych grach kultury.
Zatrzymajmy się przy kwestiach osobistych preferencji, dyskursach
prywatności w krytyce, kreowanych obrazach osoby czytającej, lekturze
O przekładzie i krytyce
Z tego wyliczenia wynika, iż lektura prowadzona przez krytyków
rozszczepia się na wiele rodzajów czytania, jest wewnętrznie sprzecz­
na, a w skrajnych postaciach przypomina schizofreniczne rozdarcie,
ponieważ „ja” i „nie-ja” w jednym stoją domu. Krytyk bowiem ulega
przymusom i jednocześnie walczy o niezależność. Chcąc nie chcąc, za­
leży od instytucji (choćby od periodyków, w których drukuje) i wtedy
jego głos staje się słyszalny, ale miejsce uprzywilejowane może uwie­
rać, stąd więc rodzi się pragnienie pozycji osobnej, niezależnej. Poza
codziennymi obowiązkami oraz standardami literackiego sprawoz­
dawcy krytyk pragnąłby objawić światu osobowość, indywidualność,
wrażliwość, jak również wyrafinowanie oraz zalety stylu pisarskiego.
Mówiąc w skrócie: spontaniczny akt lektury powinien zachować swą
niepowtarzalną magię, a czytanie krytyczne nie powinno być pustym
rytuałem. Krytyk zawsze znajdować się będzie pomiędzy pańszczyzną
a posłannictwem, rutyną a olśnieniem, rzemiosłem a sztuką.
Znakomity klasyk Karol Irzykowski w Kłopotach krytyka pisał o sy­
tuacji oblężenia przez książki – nieprzeczytane, agresywne, oczekują­
ce na ocenę. Osaczenie przez żywioł literatury można przyrównać do
bibliotecznej małej apokalipsy. Zatem krytyk nigdy nie wyzwoli się od
instytucjonalnej presji, od środowiska, czyli w tym przypadku od pisa­
rzy walczących o zaistnienie, o swą literacką karierę; nie odrobi zale­
głości, nie dotrzyma obietnic i terminów, nie umknie terrorowi redak­
torów oraz regułom komercji. Czas – czynnik przemijania sezonów,
jest potężnym przeciwnikiem krytyka. Ponadto raz po raz ujawnia się
konflikt języków wartościujących, gdyż oczekiwania odbiorców i wy­
obrażenia krytyki często pozostają rozbieżne. Stwierdzenia prostego
jak wyrok nie sposób nigdy pogodzić z subtelnym wycieniowaniem
opinii. Irzykowski tak pisał:
2014 tom V
150
Wojciech LIGĘZA
con amore (bez drażniącej presji powinności), wreszcie – formach, któ­
re przełamują sztampę referowania i recenzowania. Cztery czynniki są
tutaj najważniejsze: ujawniony wizerunek własny krytyka, podmiotowa
ekspresja, gatunki pograniczne – zmieszane, nieczyste, lokujące się poza
standardami pisania krytycznego, implikowane wyobrażenia odbiorcy.
Krytyk pragnie zaistnieć jako pełna indywidualność (osoba o stylu nie
do podrobienia, nie do pomylenia z innymi). Zatem w swych apelach
wysyłanych do czytelników nie gardzi on stylem literackim. Żeby uzy­
skać ten cel, zaciera granice między wypowiedzią krytyczną a diarysty­
ką, zapiskami, brulionami prywatnymi, eseistyką, autobiografią.
„Ja” krytyka, zwykle ukryte w wypowiedziach z natury swojej
mniej osobistych niż poezja czy proza autobiograficzna, stara się prze­
bić na powierzchnię tekstu. Nie dość określony podmiot ma się dopie­
ro skrystalizować, ergo personalny ogląd literatury jest zdobywany,
łamie oczekiwania odbiorców, dookreśla się w polemikach. W artyku­
le z roku 1970, posiadającym znamiona programowe, Wrażliwość zamknięta i wrażliwość otwarta, czyli przepraszam, że lubię poezję Jerzy
Kwiatkowski tłumaczył: „Krytyka obowiązuje szczerość estetycznego
przeżycia, szczerość smaku”, dodając, iż przekonania o walorach arty­
stycznych dzieła „nie może zmienić żaden zewnątrz-poetycki system
wartości, ani żadna sztywna teoria estetyczna. Zbyt szare są wszyst­
kie teorie, zbyt zielone i złote są drzewa poezji” (Wrażliwość zamknięta i wrażliwość otwarta, czyli przepraszam, że lubię poezję, w: Notatki
o poezji i krytyce, 1975, s. 9).
Otwarta wrażliwość powstrzymać ma zapędy redukcjonistyczne, za­
tem „wizja” literatury jako całości polifonicznej zwycięża normatywne
„równanie”. Stanowisko personalne musi więc być chronione i bronio­
ne. W skład krytycznego credo wchodzić będą przekonania o prymacie
przeżycia estetycznego, prawie do manifestowania gustu, spontanicz­
ności aktu lektury. Szczerość procedur czytania na tym polega, że kry­
tyk nie może zlekceważyć intuicyjnego rozpoznania wartości ani przy­
stać na oceny dyktowane z zewnątrz. Taka wewnętrzna wolność wiąże
się z etycznym wymiarem zawodu krytyka. Paradoksu serca i rozumu
krytycznego nie sposób rozwiązać. Tak rzecz ujmuje Jan Błoński:
[...] zadaniem krytyka jest to, by podobały mu się rzeczy całkowicie różne.
Tymczasem trudno docenić rzeczy różne, mając równocześnie spoisty system
na temat literatury [Do pewnego czasu, do pewnego stopnia, do pewnego wieku,
w: Romans z tekstem, 1981, s. 309-310].
GUST KRYTYKA
151
Dzieło Prousta przeczytałem w młodości. Z tej lektury, która trwała całą
wiosnę, wyszedłem odmieniony. Pewnego dnia spostrzegłem, że inaczej patrzę,
inaczej widzę... [...] Proust, raz pokochany, nie darowuje. Działa na czytelnika
na znacznej głębokości ducha: u podstaw wrażliwości. Sprawia, że całe życie po­
zostajemy mu dłużni – ponieważ staliśmy się inni. Ten dług chciałbym – może
nieudolnie – spłacić [Widzieć jasno w zachwyceniu. Szkic literacki o twórczości
Prousta, II wyd., 1985, s. 6].
O przekładzie i krytyce
Krytyk, jeśli nie pragnie zostać doktrynerem czy pedantem literac­
kim, nie wyzwoli się od niekonsekwencji, pozostanie osobnikiem roz­
dwojonym, „niezbornym”.
W opisywanym rodzaju krytyki dystans wobec odbiorcy zostaje
skrócony, a sygnały wysyłane do czytelników mówią o tym, iż k­rytyk
nie tylko opisuje zjawiska literackie, ale ma odwagę je lubić albo od­
wrotnie. Jest więc z jednej strony profesjonalistą, wtajemniczonym
czytelnikiem-znawcą, z drugiej – amatorem w szlachetnym sensie tego
słowa. Wytrzebienie śladów emocji byłoby najfatalniejszym pociągnię­
ciem krytyka, który, przyjmując rolę człowieka-instytucji albo, co gor­
sze, pośrednika politycznych idei czy rzecznika kulturowej mody, mu­
siałby się stopniowo zamieniać w kamienną figurę.
Mocne „ja” krytyka wspierane przez „szczerą lekturę”, unikającą
kamuflaży i taktycznych przekłamań, ujawnia się w formie wyzbytej
skomplikowanych konstrukcji retorycznych, ponieważ w krytycznej
mowie znajdzie się też miejsce na wyznanie, na odsłonięcie zasady psy­
chicznego rezonansu. Lektura prowadzona z pozycji zachwytu staje się
rodzajem terapii, zachowuje bowiem przeświadczenie, iż kanon, czyli
zbiór dzieł (w sensie duchowym) niezbędnych, nie został naruszony,
ale przede wszystkim przeciwstawia się obumieraniu wartości, piętnu­
je zapaść aksjologiczną, ową „nicościującą dżumę”, jaka dotknęła kul­
turę naszego czasu.
Dodać wypadnie zdanie oczywiste: krytyk-czytelnik w krąg upra­
wianych procedur włącza olśnienie, gdyż w tym przypadku formuła
„widzieć jasno w zachwyceniu” oznacza wybór takich artystów słowa,
którzy przesądzają o tym, kim jesteśmy. Zmieniają nasze życie. Dojrza­
ła i wyspecjalizowana krytyka może być odpowiedzią albo przepraco­
waniem dawnej „czytelniczej epifanii”. Oto autobiograficzny fragment
z książki Jana Błońskiego:
152
Wojciech LIGĘZA
W dyskursie krytycznym odciska się ślad duchowego rozwoju. Po­
jawia się w tym miejscu kwestia wyboru dokonanego wedle k­ryterium
obcowania z osobowością pisarza. Ciekawa przygoda samorozwoju
wymaga wierności, zasadza się na ciągłych powrotach do umiłowa­
nych książek, zatem pierwotne oczarowanie odnawia się poprzez re­
stytucje lektury. Takie ponowienia stają się signum krytyka, jego zna­
kiem rozpoznawczym. Jako przykłady możemy podać C. Norwida
i S. Brzozowskiego bądź S.I. Witkiewicza, W. Gombrowicza, S. Mrożka,
J. Błońskiego. Czytać i powracać do lektury to trwale obcować z utwo­
rami wybranego na całe życie pisarza, a jego dokonania uczynić ważną
cząstką własnych doświadczeń. Czułe rezonowanie z dziełem ma więk­
szą wagę niż estetyzm salonowy, który polega na chimerycznych fluk­
tuacjach gustu.
Literatura inspiruje, ale też udręcza, epifanie mają bowiem drugą
stronę – lękową, depresyjną lub, ostrożniej mówiąc – mroczną w sen­
sie egzystencjalnym. Ową kwestię przybliża początek szkicu Mariana
Stali o Tadeuszu Różewiczu, napisanego z okazji wydania tomu zawsze
fragment:
2014 tom V
Różewicz był zawsze obecny w moim doświadczeniu poezji: zawsze współde­
cydował o kształcie tego doświadczenia. Nigdy nie zapomnę naiwnej i zachłan­
nej lektury Twarzy trzeciej [...], która do dziś pozostaje dla mnie jego książką
najważniejszą. [...] Obecność autora Niepokoju zawsze była dla mnie problemem,
kłopotem, duchową niewygodą. Jego wiersze prowadziły, wcześniej czy później,
„w krainę bez światła”. Uobecnione w nim dotknięcie ciemności było doświad­
czeniem zbyt intensywnym, a nawet zbyt przerażającym, by można je było znosić
spokojnie... Mówiąc inaczej: Różewicz był dla mnie przez lata całe Kusicielem
i Przeciwnikiem [Cierpiące ciało i śmiertelne słowo /.../, w: Druga strona. Notatki
o poezji współczesnej, 1997, s. 39].
Marian Stala używa określeń „obecność autora” i „doświadczenie”
czytającego, przekraczających standardy rutynowych działań krytycz­
nych. W cytowanej wypowiedzi otrzymujemy miniaturowy odprysk
autobiografii. Dawna lektura – o sile inicjacji – skonfrontowana zostaje
z aktualnym stanowiskiem krytyka-czytelnika, pojawia się też reflek­
sja o dwoistym oddziaływaniu utworów poetyckich. Zatem literatura
uwodzi i zniewala, ale też może w nas zamieszkać, stwarzając duchowe
niebezpieczeństwo. Inny, czyli pisarz, to mystagog i kusiciel, sojusznik
i przeciwnik w dramacie istnienia.
GUST KRYTYKA
153
Krytyk jako medium idei literackich przede wszystkim kształtuje
więc siebie. Wobec tego przestrzeń dialogu się zawęża, ogranicza do oso­
bistej rozprawy z powieścią czy zbiorem poetyckim. Istotna więź z dzie­
łem ma swoje stopnie intensywności. Jak pisał Marian S­tala o wierszach
Czesława Miłosza, które „pojawiają się wciąż na nowo na horyzoncie
pamięci, domagają się chwili rozmowy (tak jak domaga się uobecnie­
nia każda autentyczna wartość)” (Blisko milczenia, w: Chwile p­ewnoś­ci.
20 szkiców o poezji i krytyce, 1991, s. 27). Konieczność l­ektury mocno
zostaje zaznaczona. To właśnie dzieło przyzywa k­rytyka, a nie krytyk
wybiera dzieło i swoją uwagą je obdarza. „Rozmowa” prze­biega w prze­
strzeni aksjologicznej, czyli wartość, którą krytyk niegdyś napotkał,
poprzez odnowioną lekturę ma powtórnie zaistnieć w pełnym kształ­
cie. „Notatki o poezji” zbliżają się zatem do raptularza d­uchowego.
Lekturę z „osobistą sygnaturą” należy odróżnić od lektury egotycz­
nej, obfitej w efekty olśniewania. Nasz przypadek jest najbardziej od­
legły od tego rodzaju zamierzeń, bo głębi obcowania z literaturą nie
mierzy się częstotliwością zaimka „ja” i często bywa tak, że krytyk,
kiełznając ego, które mogłoby się nadto odbiorcy narzucać, sięga po po­
etykę dyskrecji. Powraca do wybranego artysty słowa nie po to, by za­
lśniły jego racja oraz inteligencja, lecz podejmuje lekturę z wewnętrznej
potrzeby i wówczas personalny kontakt nabiera głębi. Oto enuncjacja
Kazimierza Wyki:
Opiniotwórca – w małym odcinku tekstu – przekształca się w ana­
lityka własnej osoby, który pośrednio wypowiada się o obyczajach
życia literackiego. Kazimierz Wyka, używając małych liter, aluzyjnie
wzmiankowane tytuły z Sandauera czy Słonimskiego traktuje jako
przykłady w większej skali stosowanej praktyki. Co podkreślić należy,
autorytet w sprawach literatury o sobie i własnych upodobaniach pisze
dyskretnie, unika ostentacji, wybiera najbardziej sprawdzalne kryteria,
czyli bibliograficzny spis.
O przekładzie i krytyce
Bardzo nie lubię zaimka ‘mój’ w tym odcieniu znaczeniowym, w jakim go
używa wielu autorów. Ci, którzy piszą: moje odchylenia, moje walki nad Bzdurą,
moje przypadki, mój, moja, moje. Ci zatem, dla których ów zaimek dzierżaw­
czy jest synonimem słuszności. Tylko w pewnym określonym znaczeniu mogę
użyć owego zaimka: moja bibliografia [Kraj pełen tematów, w: Łowy na kryteria,
1965, s. 9].
154
Wojciech LIGĘZA
A teraz cytat z Jerzego Kwiatkowskiego, autora znakomitych felieto­
nów literackich, który jednak dystansował się od światopoglądu felie­
tonowego i wmawianej odbiorcy magii osobowości autora periodycz­
nych odcinków:
2014 tom V
Autor rubryki [...] nie przepada za ową specyficzną konwencją felietonowe­
go świergotania, które tylu przedstawicielom tego gatunku pozwala umieszczać
swoją osobę w centrum domniemanego zainteresowania czytelników [Korespondencja z Clermond-Ferrand, w: Felietony poetyckie, s. 124].
Co znamienne, większość cytowanych dotąd wypowiedzi znalazła
się w inicjalnych partiach tekstu. Od autoprezentacji – z „ja” ujawnio­
nym bądź ukrytym – przechodzi się do rozważań o literackim przed­
miocie. Zatem można powiedzieć, że dialog z odbiorcą toczy się w róż­
nych i zmiennych obszarach. Krytyk powinien powiedzieć, kim jest,
bo przecież rola instytucji literackiej wydaje się niepełna, niewystarcza­
jąca. I kiedy odsłonięte zostaną mikrohistorie biograficzne, albo tekst
krytyczny wzbogaci się o inkrustacje fragmentami intymnego dzien­
nika, wówczas „persona” realizująca takie standardy, jak rekomendacja
utworu czy wyznaczenie jego miejsca wśród nurtów i poetyk, zostanie
zastąpiona przez obraz osoby, która musi udowodnić, że nie jest kreacją
z papieru. W podjętej „innej rozmowie” kwestie egzystencjalno-meta­
fizyczne nie dotyczą rekonstruowanych przesłań dzieła, lecz otwierają
duchowy horyzont krytyka. Można więc myśleć nie tyle o nadużyciu
mowy krytycznej, ile o jej istotnym wzbogaceniu albo też przekrocze­
niu kręgu przewidywalności.
Kilkakrotnie dotknięte zostało zagadnienie gatunków wypowie­
dzi eksponujących osobowość autora wypowiedzi krytycznej. Formy
zsubiektywizowane, które zdają się rozsadzać ramy recenzji i skłaniać
się ku esejowi – najczęściej mają genologiczną nazwę. Wskażmy więc
rozmaite odmiany dzienników krytycznych, półprywatnych notatek
(„osobnych zeszytów”), felietonów literackich, dalej lokowałyby się
fragmenty autobiograficzne, kroniki wydarzeń literackich, o­powieści
o czytaniu – z nieupozowanym autoportretem krytyka w tle. Jako przy­
kłady posłużą w tym miejscu dzienniki, notatniki krytyczne, kroniki
literackie Kazimierza Wyki, Jerzego Kwiatkowskiego, Jacka Łukasie­
wicza, Andrzeja Kijowskiego, Mariana Stali, Tomasza Burka, Leszka
Szarugi, Włodzimierza Boleckiego... Nie są to jednak zwykle konstruk­
cje zamknięte, przeciwnie – fragmentaryczne rozpoznania i d­iagnozy
GUST KRYTYKA
155
uczestniczą w ruchu literackich idei. Dodajmy, iż ważną rolę tutaj odgry­
wają takie czynniki, jak spontaniczność, żywość reakcji, z­apisy olśnień,
co wcale nie wyklucza zatrudnień intelektu podążającego uważnie za
wyobraźnią krytyka.
Zmieszane kategorie gatunkowe wiążą się z wyznacznikami stylu.
Osobista sygnatura aktu krytycznego ujawnia się m.in. w dyskursie ga­
wędy, stylu rozmowy, swobodzie wprowadzanych dygresji, a na prze­
ciwległym biegunie – w dążeniu do skrótowości: notowaniu pomysłów,
szkiców interpretacji, zapisów fragmentarycznych itp. Weźmy znów
epigrafy z Kwiatkowskiego, który tak ujmował swe myśli o Miłoszu:
Nawet liczba orzeczeń w zdaniu zostaje ograniczona. Szybki ogląd
cech swoistych, a raczej rewelacji, jakie wprowadził Czesław Miłosz
w obieg nowoczesnej poezji polskiej, przybiera tutaj postać wyliczenia
ról-haseł, a użyte neologizmy świadczą o znakomitej inwencji słownej
krytyka. Do poetyki notatki sięgają również krytycy młodszych poko­
leń i nawet – w jakiejś mierze – ta forma uległa konwencjonalizacji.
Zapewne materiał egzemplifikacyjny należałoby rozszerzyć, ale
i bez dużej liczby przykładów stwierdzenie, że krytyka o nachyleniu
personalnym wchodzi w alianse z eseistyką i zbliża się niekiedy do
wyznań lirycznych, nie zostaje sformułowane na wyrost. Prawdziwie
empatyczna lektura, przynajmniej w jednym ze swoich wymiarów, sta­
je się odpowiedzią literacką – na literaturę. Osobną kwestię, której tu­
taj nie rozwijam, stanowi topika krytyki. Zwiększa się w tym miejscu
apelatywność przekazu, argumenty na rzecz wartości dokonań literac­
kich wzmocnione zostają nie przez analizę formy, lecz ujawniony przez
krytyka zachwyt. Krytyk podejmuje próbę zbudowania prywatnego
kanonu. I jeszcze: własna pamięć zjawisk artystycznych staje się mate­
riałem tworzonych raptularzy. Akt krytyczny, szczególnie w tekstach
obecnie powstających, wpisany zostaje w sytuacje codzienne, a zatem
odrzuca się solenne rytuały, zaprzecza dostojeństwu osoby, która ma
wydać osąd dzieła, zaś opowieść o fachowym czytaniu zdaje się płynąć
w nurcie życia, zmiennym, rozmaitym. Warto by może zatrzymać się
O przekładzie i krytyce
Prorok, prawodawca, świadek; preceptor, wykładowca, mistrz; penitent, ka­
znodzieja, objawiciel – jakże dawno nie mieliśmy wielkiej miary poetów, którzy
w tych rolach występowali. [...] Wskrzesiciel Ironii, współzałożyciel Dyskursu –
prawie obumarłych w poezji od czasów Cypriana Norwida [Notatki o Miłoszu,
w: Felietony poetyckie, s. 215, 217].
156
Wojciech LIGĘZA
przy postawie ludycznej w krytyce. O zażyłości z dziełem wybranego
pisarza, ale też niwelowaniu dystansu między literaturą sensu stricto
a krytyką świadczą – dodawane na marginesie pism głównych – persy­
flaże, pastisze, dyskretne parodie. Wtedy krytyk ludens wchodzi w uni­
wersum językowe pisarza, ale też może odpocząć od rutyny narzucanej
przez własną profesję.
Krytyk to, chciałoby się powiedzieć, dobry znajomy czytelnika, in­
teresujący rozmówca, przewodnik po świecie literatury, ale również
świadek egzystencji. Dzieli więc on z odbiorcą nie tylko upodobania
estetyczne, ale też los ludzki. Poprzez utwory literackie dociera do na­
szych udręczeń, zachwytów, niepewności oraz wtajemniczeń w rzeczy
niepojęte i niewyrażalne. Wybitnym krytykom należy wierzyć, bo pro­
wadzą amatorów literatury po drogach nieprzetartych, nie godzą się na
usankcjonowany społecznie banał i pracują nad jakością naszego zdu­
mienia. Według słów Piotra Śliwińskiego:
2014 tom V
Wiarygodność to wypadkowa znawstwa, wrażliwości i nonkonformizmu, au­
torytet zaś bywa nagrodą za konsekwencję [Przygody z wolnością. Uwagi o poezji
współczesnej, 2002, s. 36].
W tym szkicu skupiłem się na twórczości krytycznej mistrzów, któ­
rzy w czasach instytucjonalizacji oraz rytualizacji życia literackiego
musieli walczyć o prawo do prywatności. Ujawniali też siłę o­sobowości,
która z egotyzmem nie miała wiele wspólnego. Po latach okazuje się,
jak ważną rolę odgrywała indywidualna wrażliwość i niepowtarzal­
ny sposób wysłowienia diagnoz i racji. Obecnie dyskurs prywatności
w krytyce nie jest niczym osobliwym, a nawet staje się manierą. Choć
pojawiła się formacja krytyków poważnych, z pasją i znawstwem wypeł­
niających swe obowiązki, to często w codziennej produkcji krytycznej
na plan pierwszy wybija się gra, epatowanie swobodą mówienia – bez
wnikania w to, co się chce powiedzieć, oraz ujawnianie środowisko­
wych więzi.
W dobie kryzysu osobowości, tożsamości płynnej, p­odmiotowości
zmiennej – ustalanej na nowo, w czasach urynkowienia literatury
i re­klamy książki, a także pustych ekshibicji, czyli wyprzedaży prywat­
ności, warto przypominać o krytyce na serio podmiotowej.
Rok 2014
Wizerunki
Paweł Kądziela
Londyńskie lata Wierzyńskiego
Kazimierz i Halina Wierzyńscy przyjechali na stałe do Europy
w grudniu 1964 roku. Święta Bożego Narodzenia spędzili w Paryżu,
w pierwszych dniach stycznia 1965 roku dotarli do Rzymu, następnie
podróżowali po Włoszech, zwiedzili m.in. Arezzo, Asyż, Florencję. Od
lipca do października 1965 roku przebywali w Londynie. 15 września
odbył się w Ognisku Polskim wieczór z okazji pięćdziesięciolecia p­racy
literackiej poety. Podczas uroczystości przemawiali Tymon Terlecki,
Stanisław Baliński, Maria Danilewiczowa, Marian Hemar, Leopold
Kielanowski, Stefania Kossowska, Marian Kukiel, Juliusz Sakowski
i sam jubilat, który podzielił się z zebranymi wspomnieniami o począt­
kach kawiarni poetów „Pod Picadorem”. Na zakończenie poeta otrzy­
mał w darze dwa ozdobnie oprawne tomy Literatury polskiej na obczyźnie (pod redakcją Tymona Terleckiego) oraz wydrukowany przez
Stanisława Gliwę na bezdrzewnym, czerpanym papierze adres pamiąt­
kowy podpisany przez wszystkich obecnych. Halina Wierzyńska pisała
do Toli i Tymona Terleckich 24 października 1965:
tom V
158
Paweł Kądziela
Kazimierz oddał Sakowskiemu dwie teczki rękopisów, z których powinny
wyjść dwie ładne książki. [...] Pobyt w Londynie uważamy za niezwykle udany,
nawet pogoda, na którą wy narzekacie sprawiła nam przyjemność. Byliśmy blis­
cy pozostania na dłuższy czas, ale nie zdarzył się przypadek (ładne mieszkanie
w mieście), który by o tym zadecydował. Żałowaliśmy Londynu jeszcze w Pa­
ryżu.
W ostatnich latach życia ogarnął poetę „jaskółczy niepokój” – często
zmieniał miejsca zamieszkania; miesiące zimowe spędzał w Rzymie,
letnie w Londynie, przejazdem zatrzymywał się w Paryżu. Jak słusznie
zauważył Zbigniew Grabowski –
Paryż [...] wydał mu się zanadto zmaterializowany. Rzym [...] był dla niego
chłodny i obcy. Londyn wydał mu się z początku jakby namiastką ojczyzny, ale
już po jakimś czasie skarżył się na brak słońca .
W tym okresie Wierzyński kilkakrotnie wracał do projektu odwie­
dzenia Polski. Próbował przyjechać na pogrzeb Marii Dąbrowskiej
w maju 1965 roku. Jak zapamiętał Aleksander Janta
[...] w pewnych kołach padła o nim uwaga, jakoby „zerkał w kierunku Warsza­
wy”. Pamiętam jego reakcję: „Zerka w kierunku Warszawy? Ależ ja nigdy ani
przez chwilę nie odwróciłem wzroku od Warszawy”.
2014 tom V
Podobno chciał – według świadectwa Olgierda Terleckiego – „ponie­kąd
rozpoznawczo, by rozejrzeć się na miejscu i przymierzyć do tego inne­
go, nieznanego mu życia” , spędzić w Polsce lato 1966 roku. W tym też
roku dzięki namowom Marii Dłuskiej dokonał wyboru z powojennej
swojej liryki z przeznaczeniem dla krakowskiego Wydawnictwa Lite­
rackiego. Tom ten został jednak wydany dopiero w 1972 roku.
W Polsce latem 1967 roku – jak wspominała Maria Dłuska – poja­
wiła się wiadomość, że Wierzyński został zaproszony na wieczór au­
torski do kraju. Ucieszona tym profesor Dłuska napisała wówczas list
do poety, na który otrzymała odpowiedź 16 sierpnia 1967:
Korespondencja Kazimierza Wierzyńskiego, jeśli nie zaznaczono inaczej, jest cyto­
wana według rękopisów zgromadzonych przez Halinę Wierzyńską w Archiwum Kazi­
mierza Wierzyńskiego w Bibliotece Polskiej w Londynie.
Zbigniew Grabowski, Pożegnanie poety, w: Wspomnienia o Kazimierzu Wierzyńskim, oprac. Paweł Kądziela, Warszawa 2001, s. 91-92.
Aleksander Janta, Przemówienie na akademii w Nowym Jorku, w: Wspomnienia
o Kazimierzu Wierzyńskim, s. 128.
Olgierd Terlecki, Wierzyński nieprzejednany, „Życie Literackie” 1984, nr 4.
Londyńskie lata Wierzyńskiego
159
Zaproszenie jest zaszczytne i ujmujące, nie może jednak w niczym zmienić
mojej postawy i planów. Pisze Pani o honorach, uznaniu itp. Na Boga, nie chodzi
przecież o to. Chodzi o niebo więcej. Na żadne zaproszenie nie czekam, żadne­
go zaproszenia mi nie potrzeba i kiedy przyjadę – a myślę, że przyjadę kiedyś –
zrobię to bez ostentacji i w dyskrecji, bo będzie to doświadczenie najważniejsze
w moim życiu. Jak Pani wie, cała ta sprawa ma dla mnie kardynalne znaczenie.
Dylemat: wracać, czy nie wracać do ojczyzny, nurtował poetę przez
wiele lat, są tego ślady w licznych wierszach, w nieogłoszonej jeszcze
korespondencji, we wspomnieniach osób, z którymi się przyjaźnił.
Mimo tych rozterek do końca życia pozostał wierny wyborowi dokona­
nemu w latach czterdziestych, gdy po wojnie uznał, że powrót do Pol­
ski rządzonej przez komunistów był dla niego niemożliwy – jak sam
pisał w eseju Chopin i wiersze – „okazało się, że powrót do Polski byłby
powrotem do kraju bez własnej woli”.
W pierwszych miesiącach 1956 roku bardzo emocjonalnie wypo­
wiadał się na ten temat w ankiecie rozpisanej przez Związek Pisarzy
Polskich na Obczyźnie:
Cyt. wg Maria Dłuska, Powrót, w: Wspomnienia o Kazimierzu Wierzyńskim, s. 59.
Kazimierz Wierzyński, Chopin i wiersze, w tegoż: Moja prywatna Ameryka, Londyn
1966, s. 23.
Wizerunki
Dzieje nasze nie są w tej chwili zależne od Polaków, o wszystkim d­ecyduje
stolica Rosji. Jakkolwiek strasznie brzmiałyby te słowa, dzieje Polski toczą się
właściwie w Moskwie. Wiadomo, że w tym ucisku szamoce się niepodbity duch
ogromnej większości Polaków i że niekiedy udaje się mu wydostać poza kontro­
lę nastawników. Nie ma nic bardziej przejmującego, niż przedarcie się takiego
głosu i radość żeśmy go mogli dosłyszeć. Ale też nie ma nic bardziej upokarza­
jącego, niż poddańcza gorliwość mameluków moskiewskich. [...] Staram się być
najostrożniejszy oceniając ludzi w Polsce i często stawiam się w ich położenie.
Trudno mi powiedzieć, co robiłbym, gdybym był na ich miejscu, zbyt wielu
p­isarzy w kraju, ostrożność ta wydaje się zbytkiem. Ale godność ludzka jest tylko
jednym z przywilejów wolności. Prócz niej istnieje cały obszar dobrodziejstw,
które odjęto naszemu narodowi i bez których los jego napawa nas coraz boleśniej­
szą troską. Upomnieć się o nie mogą tylko ludzie żyjący poza granicami tyranii.
Nikt nam nie dawał do tego mandatu, poza naszym sumieniem i naszą miłością
dalekiego kraju. Gdybyśmy zamilkli, zaparlibyśmy się naszego sumienia, na­
szych ojców, naszej ziemi i naszego narodu. Gdybyśmy wrócili, na całym świecie
zapanowałaby głusza o utraconej wolności Polski. Za naród nasz przemawiałaby
Moskwa. Żądałaby potępienia przyjaciół jako zdrajców, a zdrajców mianowałaby
przyjaciółmi. Dyktowałaby hymny dla zbrodniarzy, których kazałaby czcić jako
160
Paweł Kądziela
oswobodzicieli. Szamocący się w tym uścisku, niepodbity duch Polski znalazłby
się zupełnie osamotniony.
Bardzo głęboko przeżył wydarzenia polskiego Października. W listo­
padzie 1956 pisał do Tymona Terleckiego:
Jeżeli wydajecie w książce ankietę „Dlaczego nie wracam?”. Trzeba wybić do­
sadnie datę i podkreślić czas, w którym odpowiadaliśmy na pytanie. Ja np. pisa­
łem, że „stolica Polski jest w Moskwie”, czy coś takiego, a teraz właśnie o to idzie
gra, i chyba stolica wróci do Warszawy. Nie chcę być głupim ani wrednym. Mam
najwyższy podziw dla krajowych Polaków, a nawet dla Gomułki i myślę, że on się
nie da zgnieść.
W ciągu następnych miesięcy entuzjazm Wierzyńskiego dla zmian
w Polsce stopniowo gasł. Przy okazji przygotowywania audycji r­adiowej
na temat Pisarz polski w kraju i poza krajem pisał w maju 1957 roku
w liście do Józefa Wittlina:
Dlaczego nie wracam? Bo opuściłem kraj, aby dać opór przemocy i to wypeł­
niło moje lata poza krajem i mimo wszystkich zmian na lepsze w kraju, nie spo­
sób powiedzieć, bym tej przemocy nie odczuwał w dalszym ciągu.
2014 tom V
Pisarz z troską obserwował wewnętrzną sytuację polityczną w Pol­
sce, interesował się położeniem środowisk twórczych, z niepokojem
odbierał wiadomości i kurczącym się z roku na rok marginesie popaź­
dziernikowej wolności.
Będąc na emigracji, Wierzyński nie izolował się od Polski, od jej
trosk, kłopotów i radości. Utrzymywał stały korespondencyjny kontakt
z rodziną i z grupą przyjaciół pisarzy, którzy żyli nad Wisłą. Systema­
tycznie czytał prasę literacką i książki ukazujące się w kraju. Z wielkim
zainteresowaniem śledził losy wybitnych, młodych pisarzy, debiutują­
cych po wojnie, o książkach niektórych z nich pisał recenzje lub mówił
o nich w audycjach Radia Wolna Europa. Dwuletni pobyt we Francji
w latach 1959-1961 był okazją do częstych spotkań z rodakami, do bliż­
szych kontaktów z Polską. W listach z tego okresu pisał z radością:
Spotykam tu dużo Polaków z kraju, głównie młodych ludzi, stypendystów
różnego rodzaju. Nieoczekiwanie inteligentni, bystrzy, głodni wiedzy i świata
[list do J. Wittlina].
Wypowiedź Kazimierza Wierzyńskiego umieszczona w broszurze: Dlaczego nie
wracamy? Londyn 1956, s. 28-30.
Londyńskie lata Wierzyńskiego
161
Nasz pobyt tu był i pozostanie na zawsze niezapomniany z powodu zetknię­
cia z Polakami, pierwszy raz w tak wielkiej ilości od 20 lat. To świetni ludzie, inni
niż dawniej, porywający i niezniszczalni [do Anieli Urbanowiczowej].
Dyskusje prowadzone w Paryżu z przedstawicielami krajowej huma­
nistyki dawały możliwość do weryfikacji rozmaitych wieści, pogłosek,
plotek, prowadziły do wyostrzenia słuchu na najróżniejsze fałsze i depra­
wacje, utwierdzały w przekonaniu o olbrzymich rozmiarach stalinow­
skich spustoszeń w kulturze, nauce, sztuce, w życiu społecznym.
Wierzyński pełen uczuć serdecznych i przyjacielskich wobec in­
nych, niezmiernie silnie przeżywał własną samotność, jego listy słane
do przyjaciół na całym świecie są dramatycznym wołaniem o pomoc,
przejmującym szukaniem oparcia i zrozumienia.
Gdybyś wiedział, jak dolega mi samotność, jak brak mi przyjaźni, jak potrze­
ba mi ludzkiej – nie mam odpowiedniego słowa pod ręką – po prostu pomocy, by
żyć, pisywałbyś do mnie częściej.
– pisał do Tymona Terleckiego 26 mar­ca 1959.
Decyzja o przyjeździe do Europy w dużej mierze podyktowana była
potrzebą bycia bliżej Polski i Polaków. Po Liście 34 wieści napływające
z kraju były raczej pesymistyczne, rozdział między władzą a społeczeń­
stwem systematycznie pogłębiał się. Na temat fasadowego, odbytego
w październiku 1966 roku w Warszawie Kongresu Kultury Polskiej, na
którym ogłoszono osiągnięcia kultury socjalistycznej Wierzyński pisał
5 listopada 1966 do Wacława Iwaniuka:
Kongres Kultury zrewoltował mnie, była to bomba propagandowa, żadnej
myśli, właściwie rozpacz, jak byśmy do tego nie byli już przyzwyczajeni.
W kręgach inteligenckich niezadowolenie z prowadzonej przez wła­
dze polityki kulturalnej nasilało się. Wierzyński pisał 21 stycznia 1966
do T. Terleckiego:
List Kazimierza Wierzyńskiego do Wacława Iwaniuka z 5 listopada 1966 roku, cyt.
za: Samotność słowa. Z listów do Wacława Iwaniuka. Józef Wittlin, Kazimierz Wierzyński, Aleksander Janta-Połczyński, oprac. i wstępem opatrzył Leszek M. Koźmiński, Lublin
1995, s. 111.
Wizerunki
Opozycja śród literatów (Słonimski, Zagórski, Kołakowski) bez efektów,
w ogóle wszędzie apatia i jeśli gdzie się co dzieje to w partii i stamtąd oczekuje się,
jeśli nie zmian to jakichś wypadków. Akcja przeciw wspaniałemu wystąpieniu
biskupów (sens listu i fronda przeciw polityce rosyjskiej, próba wyjścia z piekła
niemiecko-polskiego, które jest stale podsycane przez politykę sowiecko-polską,
162
Paweł Kądziela
wreszcie pierwsze publiczne zaznaczenie zaboru ziem wschodnich) – otóż akcja
przeciw temu jest niezmiernie agresywna i nie mija bez siania zamętu.
Kilka miesięcy później w związku z usunięciem z partii Leszka Ko­
łakowskiego, po wygłoszeniu przez niego odczytu na Uniwersytecie
Warszawskim w dziesiątą rocznicę Października – na znak solidarności
wystąpili lub zostali usunięci z partii pisarze: Jacek Bocheński, Tade­
usz Konwicki, Kazimierz Brandys, Wisława Szymborska, Igor Newerly,
Seweryn Pollak, Wiktor Woroszylski i inni. Wierzyński wydarzenia te
komentował w liście do Juliusza Sakowskiego z 30 grudnia 1966:
Z Polski ekscytujące wiadomości. Rewolta wśród pisarzy komunistycznych
coraz większa. Zbuntowali się „starzy bolszewicy” jak Flora Bieńkowska, Wy­
godzki, Stryjkowski, Brandys Kazimierz i Newerly oddali legitymacje partyjne.
W sumie protestowało ok. 25 osób, m.in. takie szmaty jak Ryszard Matuszewski,
ale i porządni ludzie jak Grześczak (32 lata), Wirpsza, Pomianowski. [...] Mówili
mi, że albo spryciarze czują koniec Gomułki i Kliszki, i zawczasu szukają innego
miejsca, albo że jest to początek ogólniejszego wzburzenia (co jest mniej praw­
dopodobne). „Opozycja” w stylu Antoniego [Słonimskiego] sądzi, że należy nie
mieszać się do kłótni „rodzinnej” i odczekać, co potrafią zrobić partyjni. Podob­
no cała Warszawa w gorączce.
*
2014 tom V
Podczas pierwszego roku pobytu Wierzyńskiego w Europie po­
chłaniały go nie tylko sprawy krajowe. Dotychczas żyjąc z dala od
lon­dyńskiego centrum emigracyjnego, nie uczestniczył oczywiście
w tam­tejszych sporach, o których informacje albo w ogóle do niego nie
dochodziły, albo dochodziły z opóźnieniem i niejednokrotnie miały siłą
rzeczy charakter fragmentaryczny. Doświadczenie k­ilkunastoletniego
pobytu w Stanach Zjednoczonych zmuszało do spojrzenia na życie kul­
turalne rodaków z szerszej perspektywy. Nic więc dziwnego, że raziła go
pewna zaściankowość „Wiadomości” redagowanych przez Mieczysława
Grydzewskiego. Wierzyński pisał 12 stycznia 1966 do J. S­akowskiego:
Skoro jesteśmy przy „Wiadomościach” jak można było wydać taki numer
gwiazdkowy, tak sentymentalny i jako literatura nędzny. Fryling nie powinien
ujrzeć światła dziennego, tak samo Winczakiewiczowa. Co znaczy list Rostwo­
rowskiego? To tylko dla Ciebie, nie chcę sprawiać Mietkowi przykrości i nieba
przychyliłbym mu po 40 latach przyjaźni, ale boli mnie ta dedykacja, a wiem,
że wszelka dyskusja na nic się nie zda, bo nic go w świecie nie przekona. [...]
O nagro­dzie też inaczej myślę niż on i zdaje się niż wszyscy. Jest to niepoważna
zabawa, która nikogo nie bawi. Nagroda nie podnosi liczby prenumeratorów ani
Londyńskie lata Wierzyńskiego
163
nie przyczynia się do poczytności nagrodzonej książki. Widzę to wszędzie, gdzie
jestem. Dyskusja nad książką jest nieinteresująca. Samo głosowanie daje wyniki
paradoksalne. Statut nagrody jest zły i wymaga korektury. Ale jak to zrobić? Już
sam wybór nowego członka Jury jest dla mnie nieprzyjemnością. Nie wiem, co
z tym fantem począć i zastanawiam się, jak mam postąpić”.
Pisarz miał na myśli rzeczywiście bardzo słabe teksty Anny Wincza­
kiewiczowej Z rąk do rąk (zamieszczony na pierwszej stronie wydania
świątecznego tygodnika) oraz obszerne, zajmujące dwie strony „Wia­
domości” opowiadanie Jana Frylinga Lux in Tenebris.
W sprawie regulaminu nagrody „Wiadomości” Wierzyński pisał
bez­pośrednio do Grydzewskiego:
Teraz co do nagrody. Uważam statut jej za nieodpowiedni. Sportowe stawia­
nie punktów 1, 2, 3 i eliminacja przez kolejne głosowania daje wyniki paradok­
salne, przypadkowe i krzywdzące. Wykazała to dotychczasowa praktyka, która
nie przysporzyła się dobrej sławie nagrody. Najlepsza książka może być tylko
jedna, inne wybitne mogą być wyróżniane. Każdy z jurorów powinien przed­
stawić przez siebie rzecz, „obronić” ją w przemówieniu, a właściwie wygłosić jej
pochwałę i potem powinno odbyć się głosowanie (o ile możności przed kolacją).
W razie równości głosów powinien rozstrzygać przewodniczący. Po wyborze
najlepszej książki można by zgłaszać jedną lub dwie do wyróżnienia. Nieobecni
jurorzy powinni przedstawić swoich kandydatów piśmiennie i głos ich powinien
się liczyć tak jak głos biesiadujących. Myślę, że powinieneś w ten sposób zreor­
ganizować statut nagrody. Nie byłoby „kiełbasy wyborczej”, kryteria byłyby su­
rowsze, a cała sprawa nabrałaby powagi, której obecnie nie ma. Zastanów się,
napisz, co o tym myślisz. Znam Twoją apodyktyczność i obawiam się, że rzucisz
ten projekt do kosza [list z 31 stycznia 1966].
Przerażający list. Napisz mi zaraz dokładnie o wszystkim. Czy to istotnie
stroke? Jakie objawy? Jak mowa, ruchy itd. Kiedy Mietek napisał mi w ostatnim
liście, że wydaje 28-stronicowy numer na Gwiazdkę, ogarnął mnie o niego lęk,
a potem złość. Przecież to niesamowita udręka. I po co to wszystko? Napisałem
mu coś w tym duchu, niestety jego nic i nikt nie przekona. [...] Musi skończyć
balansowanie między korektą a śmiercią i tę swoją ascezę pracy, która go zabija.
Wizerunki
Jesienią 1966 roku Mieczysław Grydzewski miał wylew krwi do mó­
zgu. Wierzyński dowiedział się o tym w październiku od Antoniego
Bormana. Od listopada redaktor „Wiadomości” przebywał w zakładzie
dla nieuleczalnie chorych prowadzonym przez franciszkanów „Bro­
thers Alexian” w Londynie. W kręgu najbliższych przyjaciół i znajo­
mych Grydzewskiego jego choroba wywołała poruszenie. Wierzyński
pisał do Juliusza Sakowskiego 5 grudnia 1966:
164
Paweł Kądziela
Dwa tygodnie później, 19 grudnia 1966 poeta informował W­ittlinów:
Pewnie wiecie od Frylinga o nieszczęściu Mietka. Według ostatnich wiado­
mości, które dostałem przedwczoraj czuje się lepiej, lekarze mają nadzieję, że nie­
dowład ręki i nogi minie, trudno jednak przewidzieć kiedy. Wyobraźcie sobie,
jak to na nas podziałało. W tej chwili Mietek jest w specjalnym zakładzie leczą­
cym takie schorzenia. Prowadzą go franciszkanie, a raczej „Brothers Alexian”.
W zakładzie jest stale dwu lekarzy i wszystkie urządzenia do fizjoterapii. Pokój
kosztuje tygodniowo 28 funtów, do czego dochodzą dodatkowe koszta zabiegów,
pielęgniarza itp. Mietek bywa w nienajgorszym nastroju, pozwolono mu nawet
zajmować się pismem, które prowadzi zastępczo Chmielowiec. O chorobie swojej
mówi, że to ischias. Pisać do niego należy – jak mnie poinformowano – w lekkim
tonie”.
16 stycznia 1967 Wierzyński pisał do Wittlina:
Los Mietka nie schodzi mi z pamięci. Kiedy przypomnę sobie niedolę Rafa­
ła [Malczewskiego], a przedtem jeszcze Karola Stryjeńskiego, serce mi się kraje.
Kossowska pisała: „nie martwcie się, on się wygrzebie”. Lekarze podobno twier­
dzą, że otrzyma władzę w pełni, lecz nie wiadomo kiedy. Sytuacja jest poza tym
trudna, bo nie ma pieniędzy. Niepotrzebny w tej okazałości numer gwiazdkowy
kosztował koło tysiąca funtów. Jest to suma ogromna, wydana niepotrzebnie,
nie mówiąc o tym, że był to ogrom pracy, który z pewnością miał wpływ na or­
ganizm, tak niedawno porażony pierwszym przejściowym atakiem, na którym
lekarze się nie poznali. Pisz do niego tzw. lekkie listy, odpowiedzi nie oczekuj,
bo on nie odpisuje i pomódl się. Głównym opiekunem jest Julek, rzeczywiście
g­odny podziwu w swym oddaniu. Codziennie odwiedza go, drugi wierny towa­
rzysz broni, Borman.
25 stycznia 1967 Wittlin odpowiadał:
Piszesz, że nie ma pieniędzy na jego leczenie. Więc trzeba mu jakoś pomóc –
rozmawiałem już z Rathausem – w czasie obiadu z okazji ostatnich nagród Fun­
dacji Jurzykowskich. Zasmucił się, ale powiedział, że teraz z Fundacji nie ma pie­
niędzy. Pytał też przez kogo najskuteczniej da się zrobić zbiórkę.
2014 tom V
Wiosną grupa przyjaciół wystąpiła z apelem stworzenia funduszu
„Opieki nad Grydzewskim”:
Choć pozostał w pełni władz umysłowych [...] leczenie zanosi się na długie
miesiące i najważniejszym zadaniem terapii jest utrzymanie Grydzewskiego
przy redakcyjnej pracy. Oderwanie od niej byłoby dla niego wyrokiem śmierci.
Oznaczałoby też koniec pisma, któremu niewiele równych na świecie. Grydzew­
ski przebywa w szpitalu wyspecjalizowanym w terapii poudarowej, ma tam osob­
ny pokój z własnym telefonem i możliwością codziennej styczności z redakcją.
Dzięki tej sytuacji notujemy w stanie stałą, choć niezmiernie powolną poprawę.
Niestety zakład kosztuje około 35 funtów (100 dolarów) tygodniowo, co wyczer­
Londyńskie lata Wierzyńskiego
165
pało środki, jakie dotąd mieliśmy do dyspozycji. Zwracamy się do Pana z gorącą
prośbą o udzielenie pomocy .
Stan zdrowia Grydzewskiego nie uległ poprawie. Dzięki ofiarności
i solidarności emigracji do końca życia miał zapewnioną profesjonalną
opiekę medyczną. Wierzyński, gdy był w Londynie, odwiedzał go regu­
larnie; 22 lutego 1968 pisał do Tymona Terleckiego:
Grydz bez zmian – niczym się nie interesuje, tylko „Wiadomościami”. Silvy
trzyma się kurczowo, to jego głód życia. Każdy wyjazd do niego (3 godziny z po­
bytem) to dla mnie wstrząs, mniej lub bardziej silny, ale wstrząs.
Redaktor zmarł w rok po Wierzyńskim, 9 stycznia 1970 roku.
Przyjazd do Europy ułatwił Wierzyńskiemu kontakty z emigra­
cyjnymi wydawcami, dzięki temu w roku 1966 ukazały się nakładem
Polskiej Fundacji Kulturalnej dwie jego książki eseistyczne: Cygańskim
wozem i Moja prywatna Ameryka. W styczniu 1966 roku autor poeta
pisał do Juliusza Sakowskiego, dyrektora Polskiej Fundacji Kulturalnej,
na temat pierwszego z tych tomów: „Podtytuł proponuję: Miasta, lu­
dzie, książki. W tej kolejności z przecinkami i bez kropki na końcu.
Myślniki – nigdy. Przypuszczam, że poszczególnych kawałków nie bę­
dziesz oddzielał stroną. Szkoda miejsca. Wystarczy, żeby każdy zaczy­
nał się od osobnej stronicy. Parandowskiego usuń, to słaba rzecz, na
tym skrócie zyska całość. Napisz, co stało się z felietonem o Tchórzew­
skim, bardzo dobrym malarzu z Polski. Miał pójść po Lebensteinie.
Jeśliby się zmieścił, daj go. Tam jest kilka dobrych myśli. Jeśli nie, przy­
ślij mi tekst, tak jak i Parandowskiego. O ile mógłby pójść Tchórzew­
ski kosztem poszczególnych skrótów zaznaczonych w innych tekstach,
skorzystaj z tej oszczędności, wyrzuć skróty i umieść Tchórzewskiego.
Przyślij też Spis rzeczy”. Większość szkiców opublikowanych w Cygańskim wozem powstała na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesią­
tych XX wieku, gdy Wierzyński przyjechał na kilkanaście miesięcy do
Europy i mieszkał we Francji. W tomie obok opisów podróży po Francji
i Hiszpanii znajdziemy szkice portretowe poświęcone osobom zaprzy­
jaźnionym z poetą: Wacławowi Zawadowskiemu, Andrzejowi Bobkow­
skiemu, Marii Danilewicz, Rafałowi Malczewskiemu. Wierzyński – co
Cyt. za: Tymon Terlecki, Józef Wittlin, Listy 1944-1976, oprac. i przypisami o­patrzyła
Nina Taylor-Terlecka, Warszawa 2014, s. 267-268.
Wizerunki
*
166
Paweł Kądziela
niezmiernie rzadkie – potrafił pisząc o innych, siebie usunąć w cień.
Rację miał Juliusz Mieroszewski, gdy notował:
2014 tom V
Pewne istotne rysy ludzi i sytuacji bledną i wydają się na zawsze stracone,
dopóki nie padnie na nie ciepłe światło ludzkiego uczucia. Opisywani przez Wie­
rzyńskiego zmarli przyjaciele ożywają – chciałoby się powiedzieć w jaskrawej
barwie, którą emanowali za życia. Owa naturalna zdolność ewokowania ciepła,
osobistej atmosfery wolna od sentymentalizmu decyduje o nieprzepartym uroku
pisarstwa Wierzyńskiego”10.
Autor Wiosny i wina bardzo spontanicznie reagował na pojawienie
się każdej wybitnej książki na emigracji, szczególnie cieszyło go, gdy
wychodziła ona spod pióra pisarza młodego. Miał absolutny słuch lite­
racki, bezbłędnie wychwytywał czyste tony nie tylko wśród debiutu­
jących na emigracji poetów (por. jego „ojcowski” stosunek do takich
poetów jak Wacław Iwaniuk, Jan Leszcza czy Zbigniew Chałko), ale też
wśród prozaików, stąd omówienia książek: Gustawa Herlinga-Grudziń­
skiego, Zofii Romanowiczowej, Andrzeja Bobkowskiego. Z wielkim
zainteresowaniem śledził twórczość najwybitniejszych pisarzy krajo­
wych: Marii Dąbrowskiej, Jana Parandowskiego, Zbigniewa Herberta,
Tadeusza Różewicza. Nie ograniczał się do literatury, wypowiadał się
też o malarstwie Wacława Zawodowskiego czy Jana Lebensteina.
Na próżno szukalibyśmy w pisarstwie krytycznym Wierzyńskiego
drapieżności intelektualnej na miarę Stanisława Brzozowskiego. Au­
tor zbioru Cygańskim wozem podchodził do przeczytanych książek
czy obejrzanych obrazów jak poeta, nie zaś jak zawodowy krytyk. Lecz
właśnie na tym polegała wartość i siła jego szkiców – były spontanicz­
ną reakcją na przeżycie artystyczne, w sposób bezpośredni i nieskrępo­
wany wprowadzały w świat sztuki literackiej czy plastycznej. Trudno
zgodzić się z Michałem Chmielowcem, którego raził nadmierny umiar,
„klasycyzm” Wierzyńskiego. „Nigdzie czytelnika nie drażni, nie w­ciąga
w spór, jest umiejętnym wyrazicielem wartości powszechnych i bez­
spornych”11.
Wydaje się, że była to wartość, a nie wada prozy eseistycznej Wie­
rzyńskiego. Jego szkice nieuwikłane w doraźne polemiki, w dyskusje
o modach i snobizmach estetycznych, zachowały równowagę między
10
Londyńczyk (właśc. Juliusz Mieroszewski), Kronika angielska, „Kultura” 1966, nr 5,
s. 101.
11
Michał Chmielowiec, „Cygańskim wozem”, „Wiadomości” 1966, nr 26, s. 1.
Londyńskie lata Wierzyńskiego
167
intelektem a uczuciem i dzięki temu są czytelne dla współczesnego od­
biorcy.
Wiosną 1966 roku szykował następny tom szkiców tym razem po­
święcony Ameryce, pisał do Mieczysława Grydzewskiego 24 kwietnia
1966: „Książeczkę o Ameryce chciałbym nazwać trochę swobodniej,
w anglosaskim stylu: Tędy przechodzą jelenie. Notatnik amerykański.
Czy myślisz, że to dobry tytuł?”. Książka ukazała się na Boże Naro­
dzenie 1966 roku pod tytułem Moja prywatna Ameryka, z rysunka­
mi Mariana Kościałkowskiego. Był to zbiór osobistych, lirycznych
esejów powstałych podczas ponad dwudziestoletniego pobytu poety
„pod gościnnym dachem Wolności”. Wierzyński dał wyraz w tym
tomie fascynacji nie wielkimi, pełnymi zgiełku aglomeracjami ame­
rykańskimi, czy najwspanialszymi zdobyczami cywilizacji i techniki,
lecz prowincją Ameryki. W 1946 roku opuścił Nowy Jork i zamieszkał
najpierw w Stockbridge, gdzie napisał biografię Chopina, a po dwu la­
tach przeprowadził się do Sag Harbor, miejscowości oddalonej o dwie
godziny jazdy od Nowego Jorku. Mieszkając z dala od nowojorskich
Polaków i mając z nimi prawie wyłącznie kontakt korespondencyjny,
poeta wszedł w krąg spraw amerykańskich, poznawał nowych ludzi,
podziwiał przyrodę, obserwował zwyczaje ptaków. W Mojej prywatnej
Ameryce znajdziemy portrety m.in. Johna Steinbecka, Dylana Thoma­
sa, Ezry Pounda, Jacksona Pollocka, Aleksandra Caldera. O wyjątko­
wej urodzie szkiców Wierzyńskiego pisał J. Mieroszewski:
To jest zbiór urzekających, impresjonistycznych sztychów i akwarel – utrwa­
lających sceny i nastroje prowincjonalnej, starej Ameryki. Morze, mewy, wiatr –
góry, drzewa, śniegi, ślady łapek lisich, cisza zimowych nocy i Szopen, nad któ­
rego biografią Wierzyński wówczas pracował. Takiej Ameryki istotnie nie ma.
Taka Ameryka powstała pod piórem-pędzlem Wierzyńskiego, jedyna, nowa i nie
nadająca się do powielenia”12.
Podobizny rysowane przez Kościałkowskiego (Szyszko-Bohusz uważa go za
najlepszego malarza i rysownika polskiego) są oczywiście imaginacyjne. Model
chwytał tak, jak zdołał go sobie z tekstu wyobrazić. Rzecz jasna, że jest kwestią
do dyskusji, czy tak należy postępować! Ilustrator może jednak bronić swego pra­
wa do fantazji: ani Głowa Cukru (wzniesienie pod Sag Harbor), ani mobile Cal­
12
s. 85.
Londyńczyk (właśc. Juliusz Mieroszewski), Kronika angielska, „Kultura” 1967, nr 3,
Wizerunki
Integralną częścią tomu Wierzyńskiego były ilustracje Mariana
Kościał­kowskiego. Pisał o nich Józefa Wittlina 16 stycznia 1967:
168
Paweł Kądziela
dera, ani nawet lot gęsi nie odpowiada rzeczywistości. Jeśli wszystko może być
pretekstem do deformacji artystycznej (czytaj: wyrażać Twoje wrażenia z tekstu),
dlaczego postać ludzka ma być nietykalna i naturalistyczna? Ja nie bronię Koś­
ciałkowskiego, tylko komentuję jego punkt widzenia. Ciekawe, że ilustracje te
mają swoich entuzjastów i mają też przeciwników”.
*
2014 tom V
W pierwszych dniach marca 1967 roku odbył się w Paryżu zjazd pol­
skich poetów i ich tłumaczy13. Spotkanie doszło do skutku z inicjatywy
Konstantego A. Jeleńskiego, zaś organizatorami były trzy wydawnic­
twa – Editions du Seuil, Doubleday, Hanser Verlag – które opubliko­
wały w połowie lat sześćdziesiątych trzy antologie poezji polskiej: w ję­
zyku francuskim opracowaną przez Jeleńskiego, w języku angielskim
opracowaną przez Czesława Miłosza i w języku niemieckim opraco­
waną przez Karla Dedeciusa. W konferencji brali udział zarówno pisa­
rze i krytycy krajowi (m.in. Jarosław Iwaszkiewicz, Zbigniew Herbert,
Adam Ważyk, Mieczysław Jastrun, Julian Przyboś, Zbigniew Bieńkow­
ski, Jan Błoński, Jerzy Kwiatkowski) jak i emigracyjni (Jan Brzękowski,
Czesław Miłosz, Marian Pankowski, Kazimierz Wierzyński). Było to
pierwsze na taką skalę oficjalne spotkanie pisarzy krajowych i emigra­
cyjnych. Program czterodniowych obrad był bardzo bogaty, swoje re­
feraty wygłosili m.in. Adam Ważyk, Zbigniew Herbert, Artur Między­
rzecki, Karl Dedecius. Poza częścią merytoryczną była to okazja do
spot­kań towarzyskich, nie zawsze przyjemnych. Wierzyński w liście
do Juliusza Sakowskiego z 2 kwietnia 1967 roku pisał:
Informacje z Paryża nie są ścisłe. Nie odegrałem tam żadnej roli i czułem
się odosobniony. Nic krajowców nie obchodzimy. Przez tydzień nikt z nich nie
zapytał mnie słówkiem o cokolwiek albo o kogokolwiek na emigracji. [...] Miłosz
okazał się na zjeździe bardzo aktywny. Wszyscy mówią, że jest w złej formie, ja
tego nie wyczułem, póki nie przeczytałem okropnych ględzeń (czy to są wiersze?)
w ostatniej „Oficynie”. To rzeczywiście jest coś gorszego niż „zła forma”. Poza
tym tryska życiem, pewnością siebie, inteligencją i pychą. Z Jarosławem mia­
łem scysję i sprawiłem mu przykrość, czego żałuję. Nie lubię nikomu sprawiać
przykrości, nie mam tego w naturze. Ale życie rozdzieliło nas tak, że nigdy nie
wyjdziemy na jasne wody, więc ten jeden kamyk więcej ani nic nie pogorszy, ani
nic nie poprawi. W sumie nieprzyjemne i pewnie niepotrzebne spotkanie. Jedyni
ludzie, a którymi można było mówić szczerze i otwarcie to Ważyk i Puzyna.
13
Zob. Zofia Romanowiczowa, Zjazd polskich poetów z ich tłumaczami, „Wiado­
mości” 1967, nr 23, s. 2.
Londyńskie lata Wierzyńskiego
169
Do Iwaszkiewicza autor Kufra na plecach miał zadawniony żal
o brak jego podpisu pod Listem 34 oraz o bardzo ugodowy stosunek
do władz komunistycznych w Polsce. Kontakty z Miłoszem miały cha­
rakter ambiwalentny – obaj pisarze lubili się towarzysko, ale wzajem­
nie raczej nie cenili swojej poezji, wywodzili się z całkiem odmiennych
tradycji estetycznych i filozoficznych.
*
Latem 1967 roku podczas wieczoru poetyckiego Zbigniewa Herber­
ta w domu Krystyny i Czesława Bednarczyków w Londynie, na którym
był Kazimierz Wierzyński, doszło do bardzo niemiłych zajść. Autor
Pana Cogito sam tak rzecz opisał w liście do Czesława Miłosza z 3 sierp­
nia 1967: „Czasem, ale nie za często, widuję się z Kaziem Wierzyńskim,
który uważa Dolinę Issy za nowego Pana Tadeusza. Pozostałe jego sądy
literackie są mniej trafne, a czasem zgoła głupawe. Namawiał mnie do
wybrania wolności. Wypiłem mu przeto butelkę wiskacza i nareszcie
powiedziałem, co o nim myślę i o jego postawie oraz twórczości. Przez
trzy dni potem skarżył się na serce”14. Bogdan Czaykowski, przy okazji
publikacji swojej korespondencji z Wierzyńskim, tak relacjonował to
spotkanie:
Herbert czytał swoje wiersze, popijając z butelki. Po ukończeniu czytania
ostro zaatakował emigrację. Sens ataku był wg. Andrzeja [Buszy, świadka zda­
rzenia – PK] mniej więcej taki, że emigranci robią z siebie cierpiętników, a na­
prawdę cierpią ludzie z kraju, cierpi on, Herbert. Według Andrzeja to, co mówił
Herbert miało charakter self-pity i było raczej ogólnym wymyślaniem emigracji,
chociaż mogło się także odnosić osobiście do Wierzyńskiego. Wierzyński, wg
Andrzeja, znalazł się bardzo godnie i próbował wybuch Herberta załagodzić15.
14
Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Korespondencja, oprac. Maciej Tabor, Barbara
Toruńczyk, Warszawa 2006, s. 86
15
Bogdan Czaykowski, Nota do korespondencji: Kazimierz Wierzyński – Bogdan
Czaykowski, „Fraza” 2005, nr 3, s. 210.
Wizerunki
Po kilku miesiącach w liście do Bogdana Czaykowskiego z 11 paź­
dziernika 1967 Wierzyński pisał: „Herbertem byłem zaszokowany, nie
wierzyłem oczom i uszom, a ponieważ to był mój «herzpinkel» od lat,
trudno było mi przełknąć tę agresję. Nie mogę zrozumieć, co się z nim
stało i dzieje”. Herbert we wspomnieniu opublikowanym po śmierci
Wierzyńskiego na łamach „Tygodnika Powszechnego” oddawał mu
sprawiedliwość:
170
Paweł Kądziela
Był z samej istoty swego temperamentu zaprzeczeniem stereotypu emigranta
z politycznej szopki. Wiem, bo go znałem. Była w nim żywa, autentyczna pa­
sja, niezgoda, ale także pilne nasłuchiwanie tego, co dzieje się w kraju, cierpliwa
uwaga dla racji odmiennych. Gniew, oburzenie, wstyd – wszystkie formy gorz­
kiej miłości – ale nigdy obojętność, żółć czy wyniosłość wieszcza, o które poma­
wiała go plotka16.
*
Po wakacjach spędzonych w Grecji, jesienią 1967 roku Wierzyńscy
sprowadzili się na stałe nad Tamizę. W liście z 26 września 1967 Wie­
rzyński podawał Tymonowi Terleckiemu nowy adres: „18 Queens Gate
Terrace SW7. Przeprowadzamy się tam 15 października wzięliśmy
mieszkanie w domu kombatantów i tam chcemy się urządzić. Nie mogę
dłużej mieszkać w walizkach”. Zamieszkali w typowej wiktoriańskiej
zabudowie Londynu w domu Stowarzyszenia Polskich Kombatantów
w dzielnicy nazwanej przez Anglików podczas wojny Polish corridor.
W pobliżu znajdowały się polskie restauracje, kawiarnie, księgarnie,
sklepy, nieopodal mieściło się „Ognisko” i Instytut Sikorskiego. Po­
eta miał tam namiastkę życia polskiego. Halina stopniowo u­rządzała
mieszkanie, „wszystko – wspominała Aniela Mieczysławska – wyda­
wało się ładne i swojskie, a atmosfera, którą stwarzali państwo domu –
urzekająca”. 17 grudnia 1967 Wierzyński pisał do Józefa Wittlina:
Od 15 października mamy nowe mieszkanie, do którego Halina znosi coraz
to nowe rzeczy z wszystkich londyńskich pchlich targów. Z okna widać Kensing­
ton Park, który łączy się z Hyde Parkiem.
2014 tom V
Silnym przeżyciem dla Wierzyńskiego i kręgu pisarzy z nim zaprzy­
jaźnionych była lektura świeżo wydanego w Londynie pierwszego tomu
Dzienników Jana Lechonia. Wierzyński pisał do Tymona Terleckiego
7 lutego 1968:
Nie spodziewaj się po tej książce miłych rzeczy, nerwowość odebrała Lecho­
niowi spokój w sądach o ludziach, zmieniał swoje opinie, wycofywał się z nich,
był niesprawiedliwy. [...] On się sam oskarża ostrzej niż wszyscy Chmielowcy
na świecie mogliby to zrobić. Rzecz w tym, że jest to najtragiczniejsza spowiedź
p­oety, który zaczął jak geniusz, a potem znalazł się w trudnościach aż do ostat­
niego potrzasku nie do odwikłania. Miałem z nim najboleśniejsze konflikty
w życiu, pewnie Ci o nich mówiłem albo pisałem, ale wobec tej odważnej nie­
mocy i poczucia klęski twórczej, wszystko blednie – jest to męczeńska księga ob­
16
Zbigniew Herbert, O Kazimierzu Wierzyńskim zapiski do wspomnień, „Tygodnik
Powszechny” 1972, nr 14, przedruk w: Wspomnienia o Kazimierzu Wierzyńskim, s. 105.
Londyńskie lata Wierzyńskiego
171
umierania wewnętrznego, dziennik walki ze sobą, próba ratunku i poszukiwanie
zwodniczej nadziei.
Miesiąc później dzielił się z Józefem Wittlinem refleksjami w liście
z 15 marca 1968:
„Dziennik” Leszka wstrząsnął mną do głębi. To rozpaczliwe wołanie o ra­
tunek i nadzieję. Nikt go nie usłyszał na czas, może dlatego, że tyle w nim było
sprzeczności. Niesprawiedliwe i zmienne sądy o ludziach, od czego niestety i Ty
ucierpiałeś, tłumaczyć można pobudliwością i nerwami, ja czekam na dalsze
tomy, aby także dowiedzieć się o sobie niesprawiedliwych rzeczy.
Następne tomy Dzienników Lechonia ukazały się już po śmierci Wie­
rzyńskiego, w roku 1970 i 1973.
Święta Bożego Narodzenia 1967 roku spędzali w Londynie. Wierzyń­
ski pisał do Wittlinów 17 grudnia 1967:
My będziemy świętować we dwoje, obawiam się, że bez kolęd i dopiero na
I i II dzień ruszymy między ludzi. Śniegu ani śladu, mrozu też nie ma i jeśli to
się utrzyma, będzie jak kiedyś było w Brazylii – najdziwniejsze Święta, jakie prze­
żyłem.
W listach z lat 1966-1969 coraz częściej poeta dzieli się z przyjaciół­
mi wiadomościami o złym stanie zdrowia, o przebytych chorobach.
Wiosną 1966 roku skarży się Grydzewskiemu na dolegliwości okulis­
tyczne. 5 sierpnia 1967 liście do Tymona Terleckiego pisał:
Dwa miesiące leczyłem się na nie wiadomo co, teraz czuję się dobrze. Wszyst­
kie bóle minęły. Ale czas straciłem doszczętnie, nie mogłem w ogóle myśleć, ani
pracować.
W następnych latach także pojawiają się sygnały o pogarszającym
się zdrowiu. Pisze do Tymona Terleckiego, 8 listopada 1968:
Nie najweselej u nas, męczą mnie nędzne choróbska, Halina też kwęka.
Chciałbym gdzieś wyjechać, ale kończy się na tym, że marznę tu, biegam od den­
tysty do okulisty, źle pracuję i diabli mnie biorą.
Przez cały czas pobytu w Europie Wierzyński współpracował z Ra­
diem Wolna Europa. Uczestniczył w dyskusjach przed mikrofonem
RWE, wygłaszał pogadanki radiowe. Jesienią 1966 roku brał udział
w dyskusji przed mikrofonem rozgłośni RWE razem z Michałem
Chmie­lowcem, Juliuszem Sakowskim i Pawłem Zarembą na temat ob­
razu współczesnej Polski w trzech książkach: Marka Hłaski Pięknych
Wizerunki
*
172
Paweł Kądziela
dwudziestoletnich, Piotra Guzego Krótkim żywocie bohatera pozytywnego i George`a Flemminga Polska mało znana. Wówczas Wierzyński
mówił:
Książki te dają nam czarny obraz Polski. Ale z góry chciałbym powiedzieć, że
nie jest dla nas rozkoszą rozrabiać ten kolor, że nie mamy takich intencji, jak o to
posądza się wciąż emigrację w pismach rządowych. Nie kochamy się w biedzie
polskiej, nie cieszymy się niepowodzeniami Polski, przeciwnie – podziwiamy
wysiłek naszych uczonych, prace archeologów, geologów, wynalazców, zachwy­
ca nas muzyka, podbija teatr. Podziwiamy te zdobycze, to jest dla nas wyraz ge­
niuszu twórczości polskiej. Ale zadręcza nas, doprowadza do rozpaczy niedola
Kraju, cofanie się Polski wstecz. Nie tylko w porównaniu z Rumunią i Czecho­
słowacją, co obserwuje każdy bezstronny człowiek, który ma możność takich po­
równań”17.
Ten nastrój rozpaczy i w jakimś sensie sytuacji beznadziejnej pojawia
się także w prywatnej korespondencji poety. 17 listopada 1966 Wie­
rzyński pisał do Tymona Terleckiego:
2014 tom V
Potem wpadłem w wiersze. Chciałem napisać coś jak większą całość, zrobio­
ną z kilku fragmentów, pamflet na rządy i nierządy w Polsce, bardzo gwałtowny
i ostry. Napisałem kilka wariantów – i rozleciało się w rękach. Teraz patrzę na tę
kupę papieru z niechęcią, obrzydzeniem i żalem do samego siebie. Przyjechałem
do Europy i nie chcę stąd wyjechać, bo tu bliżej kraju, bez Polski żyć nie mogę,
im gorzej tam tym bardziej mnie to przejmuje – i nagle nie umiem nic z tego po­
wiedzieć. Może to już starość i zabójcza skleroza. Miało być coś w rodzaju Dwienacat` – choć to złe porównanie, bez sentymentalizmu tego zresztą przepięknego
poematu.
Zrozumiałe jest, że w wypadku Wierzyńskiego protest wobec skażo­
nej złem polskiej rzeczywistości musiał przybrać formę utworu lite­rac­
kiego, w którym przemówiłby głosem pełnym i suwerennym, nie uwi­
kłanym w najróżniejsze – groźne w swych konsekwencjach – krajowe
ułudy dobra i zła, prawdy i fałszu. Stąd pomysł napisania cyklu wierszy
na temat zawiłych, tragicznie poplątanych losów powojennej Polski.
Zwątpienie w umiejętność lirycznego wypowiedzenia rzeczy ważnych
przy jednoczesnej świadomości, że jest „lirykiem uczuć p­owszechnych”,
którego poezja – jak pisał Zbigniew Herbert – „nadawała imiona zbio­
rowemu doświadczeniu, reagowała na zdarzenia istotne, była kroni­
ką nadziei i rozpaczy, sejsmograficznym zapisem doli narodu”18 – nie
17
18
„Wiadomości” 1966 nr 45, dod. „Na Antenie” 1966, nr 43, s. III
Zbigniew Herbert, O Kazimierzu Wierzyńskim zapiski do wspomnień, s. 109.
Londyńskie lata Wierzyńskiego
173
dawała mu spokoju. Wierzyński nie był w stanie zagłuszyć żywiołu
historii, często powracał do pracy nad cyklem wierszy, który pod ty­
tułem Czarny polonez będzie miał pierwodruk w paryskiej „Kulturze”
w marcu 1968. Wiosną tego roku ukaże się pierwsze wydanie poematu
w Instytucie Literackim w Paryżu.
Odgłosy dochodzące z kraju pogłębiały wewnętrzny imperatyw po­
wiedzenia wprost prawd gorzkich i bolesnych. Praktyka przemilczania,
zasłaniania, ucieczki od krytyki rzeczywistości stała w sprzeczności –
w ocenie Wierzyńskiego – z elementarnym wyczuciem moralnym, z ra­
cjami społecznymi, prowadziła do dalszego rozlewu hipokryzji i zakła­
mania. Wierzyński doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że pisząc te
wiersze, wpisuje się w tradycję literatury polskiej znaczoną nazwiskami
Norwida, Słowackiego, Żeromskiego, tradycję „rozrywania ran pol­
skich, żeby nie zabliźniły się błoną podłości”.
W drugiej połowie lutego 1968 roku, już po zdjęciu z afisza Mickie­­
wiczowskich Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Na­
rodowym w Warszawie, po manifestacji studentów Uniwersytetu War­
szaw­skiego na Krakowskim Przedmieściu, pod pomnikiem Adama
Mickiewicza, po nadzwyczajnym zebraniu Oddziału Warszawskiego
Związku Literatów Polskich, na którym zebrani pisarze uchwalili słyn­
ną rezolucję, Wierzyński pisał do Tymona Terleckiego:
Wielki ruch i ekscytacja. Nie wiem, czy po tym zbiorku rozszarpią mnie
w kraju, czy też przemilczą te wiersze, ale czuję ulgę, że wyrzuciłem z siebie tę
okropność, która mnie wprost dusiła od dwu lat. Tam, to znaczy w kraju straszna
sytuacja. Nie ma listu bez alarmu, czasem zdumiewająco ostrego i bez kamufla­
żu. Inni piszą o „potwornej zimie” w sposób wystarczająco przejrzysty. W ostat­
nich czasach miałem tu dwa niezmiernie interesujące spotkania. Moczar wojuje
z Gomułką otwarcie i wszędzie wygrywa. Najważniejszym współpracownikiem
Moczara jest Piasecki. Wszyscy oczekują zmian w rządzie, bo tak dalej „być nie
może”. Aresztowania, sądy, wyroki właściwie kapturowe, antysemityzm oszalały
i – o dziwo – z oporem społeczeństwa [list z 22 lutego 1968].
Proces upolitycznienia młodych (30-35) i młodzieży nie wygaśnie. Czy wy­
łoni się z nich siła, do której dołączą się robotnicy i czy będzie aktywna – to jest
kwestia. Myślę, że tak – jeśli Czesi utrzymają się przy swoim liberalizmie, w Ro­
sji nie osłabną nurty, które raz po raz się objawiają, a więc uspokoiłem się, ale
drżę i chyba już drżeć nie przestanę. Tu jest się o niebo bliżej spraw polskich niż
w Ameryce i to mi odpowiada. Że Czarny polonez ukazał się w tym okresie, nie
Wizerunki
Dwa miesiące później dodawał:
174
Paweł Kądziela
jest oczywiście palcem Bożym, ale jednak jakąś iskrą z tamtego płomienia [list
do Tymona Terleckiego z 19 kwietnia 1968].
Terlecki odpowiadał 27 marca 1968:
Dziękuję za przesyłkę z Czarnym polonezem. Jesteśmy nim oboje poruszeni,
przejęci, wstrząśnięci. To jest pisane ropą z rany, zapiekłą krwią. I ukazało się tak
bardzo – niestety! – w porę. Bądź przygotowany, że Ci to nie ujdzie płazem, że
staniesz się bête noire, czarniejszą niż kiedykolwiek dotąd. Mam nadzieję, że się
z tym liczyłeś i wytrzymasz to spokojnie.
Podczas lektury Czarnego poloneza od razu rzuca się w oczy, jak moc­
no – mimo 30 lat trwającej emigracji – jego autor zrośnięty był z t­kanką
polską, jak głęboko tkwił w rzeczywistości krajowej, jak świetnie orien­
tował się w groźnych niebezpieczeństwach, które obezwład­niały duszę
polską. Zwracał na to uwagę Jan Józef Lipski:
2014 tom V
Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie Czarny polonez Kazimierza Wie­
rzyńskiego. Byłem po prostu wstrząśnięty, nie mogłem zrozumieć jak poeta, któ­
ry od tylu lat nie był w kraju, potrafił tak wspaniale oddać jego atmosferę. Czyta­
łem ten poemat tak, jakbym czytał utwór poety krajowego, żyjącego wśród nas19.
Również Michał Głowiński uznał Czarny polonez za „najlepszy obok
Poematu dla dorosłych Adama Ważyka, utwór w dziedzinie poezji poli­
tycznej napisany po wojnie”.
W Czarnym polonezie Wierzyński wykorzystywał wszystkie dostęp­
ne środki, by wytrącić rodaków z letargu – odpoetyczniony, zwulgary­
zowany język, nieregularną, pozbawioną rytmizacji budowę stroficzną,
częste dysonanse rytmiczne, nasiąknięty prozaizmami język, oszczęd­
ność w stosowaniu metafor. W warstwie tematycznej Wierzyński nie
pomija żadnego z zasadniczych wątków współczesności. Opisuje i ana­
lizuje podporządkowany prawu mimikry polski styl istnienia, jak pisał
Tadeusz Nowakowski „Nie pociągał go patriotyzm z landrynką, wolał
piołun”20. Poemat Wierzyńskiego miał niewątpliwie wpływ na młode
pokolenie poetów tzw. Nowej Fali, jest istotnym ogniwem w dziejach
polskiej poezji powojennej.
Nie wszyscy jednak doceniali Wierzyńskiego. Czesław Miłosz od­
niósł się z rezerwą wobec tego poematu, pisał krytycznie, że „jeżeli
19
Literatura nie boi się nacisków. (Autoryzowana rozmowa z Janem Józefem Lipskim
przeprowadzona przez Józefa Garlińskiego), „Pamiętnik Literacki” 1984, t. VIII, s. 11.
20
Tadeusz Nowakowski, „Piszę pod rozpacz, pod gniew”. O „Czarnym polonezie” Kazimierza Wierzyńskiego, „Wiadomości” 1968, nr 36, s. 1.
Londyńskie lata Wierzyńskiego
175
[Wierzyński] zwariował, to nie powód, żeby go drukować”21. Obca była
przyszłemu Nobliście tradycja romantyczna, obcy był kostium reto­
ryczny, w jaki Wierzyński swój poemat przyodział. W liście z 22 marca
1968 polemizował z Miłoszem Jerzy Giedroyc:
Zupełnie nie zgadzam się z Twoją oceną [...] Wierzyńskiego. [...] Czarny polonez jest dzisiaj chyba bez przesady znany i deklamowany przez całą młodą inteli­
gencję [...]. Sytuacja w kraju jest dla mnie jednoznaczna, liczyłem się z podobnym
rozwojem wypadków i zamierzam konsekwentnie swoją linię kontynuować. Po
raz pierwszy mam trochę optymizmu, gdyż widzę, że obecne pokolenie jest bar­
dziej rozsądne i realistyczne niż pokolenie „Po prostu”.
Półtora roku później, 5 grudnia 1969 Giedroyc dodawał: „Co znaczy,
że Wierzyński dał się nabrać, pisząc Czarny polonez? Tak napisać może
tylko ktoś, kto się zupełnie oderwał od rzeczywistości krajowej”22.
„Kultura” piórem Juliusza Mieroszewskiego broniła Wierzyńskiego23,
a w prywatnym liście do Miłosza wypowiedział się Józef Czapski. Mi­
łosz komentował to tak:
Dla Józia moja wstrzemięźliwość oznacza, że na naród polski się wypinam,
że mnie jest dobrze w Ameryce, więc polskością gardzę itd. Niestety, faktem już
jest, że mam do Polaków odrazę, zarazem myślę, co mam robić, żeby przeciw­
działać jakiejś psychopatologii zbiorowej, która nie rodzi się dzisiaj, tylko dzisiaj
wychodzi na powierzchnię24.
Wiosną 1968 roku Wierzyński bardzo aktywnie zabiegał o w­yra­
że­nie protestu zachodnich środowisk intelektualnych do władz PRL
w spra­wie dyskryminowania inteligencji w kraju. Pisał do Tymona
Terlec­kiego 12 kwietnia 1968:
21
Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Listy 1964-1972, oprac. Marek Kornat, Warszawa
2011, s. 165.
22
Tamże, s. 296.
23
Londyńczyk (właśc. Juliusz Mieroszewski), Kronika angielska, „Kultura” 1968,
nr 11, s. 79.
24
Czesław Miłosz, Konstanty A. Jeleński, Korespondencja, oprac. Henryk Citko, Ra­
dosław Romaniuk, Barbara Toruńczyk, Warszawa 2011, s. 99.
Wizerunki
Drugi miesiąc żyję tym, co się w Polsce dzieje. Jeśli uprzytomnisz sobie, co
znaczył List 34 i porównasz to z tą masą i krwią protestu, docenisz, że to histo­
ryczne zdarzenie. Czy PEN Club amerykański się nie odezwie? [...] Miłosz pono
przygotowuje protest profesorów. Czy już się gdzieś ukazał? Co o tym wiesz? Czy
możecie w Chicago zrobić jakieś oświadczenie profesorów? Takie rzeczy są ko­
nieczne, właściwie jedyne, na które można mieć wpływ. Nie pasuj – to nieoczeki­
wana sprawa. Wielkie zmiany w powietrzu. Może jeszcze wrócimy”.
176
Paweł Kądziela
18 maja 1968 poeta dodawał:
Protest bardzo dobry, zrób jak najszybciej podpisy i ogłoście to w „New York
Timsie” i wszędzie, gdzie się da. Jeden tekst powinien pójść do ambasady PRL
w Waszyngtonie albo wprost do Warszawy, do Gomułki. W poniedziałek ma
wyjść ostatecznie stąd list PEN Clubu po miesiącu zachodów, śniadań i gadania.
Trzeba, żeby wystąpił też PEN Club amerykański, zaznaczając, że dwu członków
Zarządu Sekcji Polskiej – Jasienica i Kisielewski zostało bestialsko spostponowa­
nych, a jeden z nich pobity. [...] Rozdział między społeczeństwem a reżymem –
zawsze głęboki – teraz stał się przepastny. Napór a właściwie terror – nieustanny.
W sprawach kulturalnych – pogrom. Studentów zaangażowanych biorą do woj­
ska: branka! Ale opór nie słabnie. Kisielewski (po pobiciu) pojechał do Zakopa­
nego i w postoju furmankowym znalazł stosy darów i kwiatów.
Sam Wierzyński przed mikrofonem Radia Wolna Europa polemizo­
wał ze słynnym przemówieniem Władysława Gomułki wygłoszonym
podczas zebrania w Sali Kongresowej aktywu partyjnego po wydarze­
niach marcowych:
Działalność reżymu jest antypaństwowa. Imieniu Polski w świecie reżym
wyrządził krzywdę nieobliczalną, w kraju rozognił stosunki nie do wytrzyma­
nia. Wszystko co szlachetne pokrywa wszystkim co barbarzyńskie. Złą przysłu­
gę oddaje także Sowietom. Historia związała z nimi dzisiaj nasz kraj, lecz polska
myśl polityczna szuka innych form współżycia niż służbista gorliwość. O tym co
działo i dzieje się w Polsce dowiadujemy się drogą okólną. Prasa krajowa nie po­
wiedziała jednego słowa prawdy o przyczynach i przebiegu wydarzeń. [...] Zapeł­
niły się areszty. Zamknięto katedry uniwersyteckie. Zdymisjonowano profeso­
rów. Wyrzuca się pisarzy z ich organizacji. Odbiera się ludziom pracę i możność
wyżycia. Nastał terror, groźby nie ustają. Naprawdę zepchnięto nasz kraj w ciem­
ne wieki, jak to określił życzliwy nam cudzoziemiec i jak za nim musi powtórzyć
Polak. W nowej nocy protest manifestantów jest protestem narodu. Jako pisarz
myślę z największym uznaniem i serdecznością o kolegach, o ich odwadze, o ich
szlachetnej racji, która może oświeci niepewnych siebie, o ich waleczności, która
może stanie się porywającym przykładem”25.
2014 tom V
*
Rok 1969 nie zaczął się pomyślnie dla poety. 20 stycznia 1969 pisał
do Tymona Terleckiego:
Źle z nami. Przechorowaliśmy się na grypę – chyba najgorszą z gryp – pół
miesiąca Halina, a potem drugie pół miesiąca ja, czyli miesiąc straconego życia.
25
Kazimierz Wierzyński, Wieki ciemne, „Wiadomości” 1968, nr 21, dod. „Na Ante­
nie” 1968, nr 62, s. III.
Londyńskie lata Wierzyńskiego
177
Coś z tego świństwa zostało mi jeszcze w uchu i daje mi przedsmak głuchoty.
Chcemy gdzieś wyjechać, może na południe.
W tym czasie Wierzyński pracował nad nowym tomem poetyckim
zatytułowanym Sen mara, do którego weszły wiersze pisane już w Eu­
ropie, podczas wędrówek po Italii, Grecji, Szwajcarii. Włączył także
Wierzyński do tego tomu utwór napisany 25 stycznia 1969, w dzień po­
grzebu Jana Palach w Pradze, Na śmierć Jana Palacha.
Chciał też wykończyć rozgrzebany (prace nad nim rozpoczął w 1962
roku, nadając do kraju pogadanki z cyklu Poet`s Diary) Pamiętnik poety, w którym opowiadał dzieje swojego życia od 1907 roku, gdy był
uczniem gimnazjum w Stryju do września 1939, kiedy wyjechał z Pol­
ski. Wierzyńskiego ogarniało wiele wątpliwości związanych z ostatecz­
nym kształtem tej książki. 20 kwietnia 1966 zwierzał się Tymonowi
Terleckiemu: „To co chcę opracować to nie są pamiętniki, co to jest,
sam nie wiem, opowiadanie o wierszach, tytułu nie mam także, sło­
wem wszystko w negliżu”. Pół roku później, głęboko przejęty chorobą
Grydzewskiego, pisał do niego 16 października 1966:
Zwrócę się Ciebie z tekstem mojej nowej pracy o czasach naszej młodości, bo
jak Ci już mówiłem, nie czuję się na siłach, by go wykończyć bez Twojej pomo­
cy, korekty, kontroli, zmian, poprawek, ulepszeń, bez sprawdzenia cytatów, bez
wyniszczenia obcych słów, bez wygubienia przecinków przed «że», bez użycia
«wśród» zamiast «śród», bez ustalenia ortografii ze szczególnym uwzględnie­
niem przymiotników zaczynających się od «nie» i bez wielu innych rzeczy, które
znasz tylko Ty jeden na świecie.
Maria Danilewicz w liście z 6 sierpnia 1967 radziła poecie, aby przy
pisaniu Pamiętnika poety wykorzystał Słownik geograficzny Królestwa
Polskiego (pod red. Filipa Sulimierskiego):
Tymon Terlecki w liście z 2 lutego 1967 apelował:
Staraj się powiedzieć jak najwięcej o pisaniu, o warsztacie, o chemii i alche­
mii poetyckiej. Nie wstydź się niczego. [...] Bądź szczery z sobą i z nami. Nie bój
Wizerunki
Proszę spojrzeć pod Stryj, Borysław – każdą nazwę interesującą Pana – znaj­
dzie Pan bardzo szczegółowy i odświeżający wspomnienia opis poszczególnych
miejscowości. Warto także spojrzeć do Ludu Polskiego Kolberga, do wstępu do
odpowiedniego tomu, są tam prawdziwe skarby. Wspominam z rozczuleniem to,
co pisał Pan o Matce i o okresie dzieciństwa, o kolejach, o Cyganach. Podejrze­
wam, że ukrywa Pan przed nami wiele takich pięknych wspomnień, jakąś wielką
dawkę klasycznego spokoju, na którym wykiełkowały dawne, radosne wiersze
Pana – powinien to Pan z siebie wyrzucić wierszem czy prozą, jak łaska.
178
Paweł Kądziela
się, że to może naruszyć samoistne istnienie Twoich wierszy (źle napisałem „sa­
moistne istnienie” zamiast artystyczną autonomię, samowystarczalność Twoich
wierszy). To może być jedyna książka w swoim rodzaju.
Książki tej Wierzyński nie ukończył. Z wersji brulionowej została
wydana przez niżej podpisanego w 1991 roku26.
*
W czwartek 13 lutego 1969 poeta od rana pracował nad k­orektą
nowego tomu wierszy Sen mara, przygotowywanego dla I­nstytutu
Lite­rackiego w Paryżu. Przed południem telefonował do Marii Danile­
wiczowej, kierowniczki Biblioteki Polskiej w Londynie z prośbą o spraw­
dzenie w encyklopedii czy ośmiornice mają ramiona czy macki. Naj­
widoczniej poprawiał wiersz S.O.S., którego druga zwrotka brzmi:
„Trudno odgadnąć ostatnią godzinę, / Instynkt nieszczęścia, / Wstręt
do siebie, / Nienawiść istnienia. / Każdy chce się ratować, / Ale jak? /
S.O.S.”.
W środku dnia, czując się nie najlepiej, postanowił pójść do swego
doktora Józefa Helda, przyjmującego w przychodni na Rutland Gate.
Gdy czekał w poczekalni, nagle zrobiło mu się słabo. Wezwano ambu­
lans i zawieziono go do szpitala St. George`s. Po latach Stefania Kos­
sowska wspominała:
Kazimierz leżał w małym pokoiku, twarzą do wejścia, rozmawiał z Haliną,
wyglądał pogodnie, nie na przejętego chorobą. Zawał był mały. – „Nie przejmuj­
cie się” – powiedział do nas27.
2014 tom V
W nocy Kossowska odebrała telefon z wiadomością o śmierci poety. Na­
tychmiast pojechała do szpitala, gdzie przyjechali też Stefania i Juliusz
Sakowscy. Przyjaciele zaopiekowali się wdową, zajęli się pogrzebem,
który odbył się w piątek 21 lutego. Najpierw nabożeństwo w Bromton
Oratory, potem uroczystości na Fortune Green, na zielonym cmenta­
rzu na Hampstead, gdzie przemawiał Edward Raczyński.
Grób Kazimierza był początkowo w jednym rzędzie z innymi, potem został
przeniesiony na oddzielone od innych grobów duże, narożne miejsce, pod wiel­
kim rozłożystym drzewem. Po paru miesiącach stanął tam piękny, prosty nagro­
bek: potężny, nieregularny blok kamienny z ręcznie wykutym napisem28.
Kazimierz Wierzyński, Pamiętnik poety, oprac. Paweł Kądziela, Warszawa 1991.
Stefania Kossowska, Jubileusz i śmierć, w: Wspomnienia o Kazimierzu Wierzyńskim,
s. 156.
28
Tamże, s. 156.
26
27
Londyńskie lata Wierzyńskiego
179
Gustaw Herling-Grudziński zapamiętał:
14 lutego rano poczta przyniosła w Neapolu świeży numer „Wiadomości”
z jego wierszami z podróży do Grecji w roku 1967. Przyglądałem się długo wła­
manej w nie dużej fotografii, która przedstawiała go wchodzącego z żoną pod
górę na Akropolu. Per caritá! – wyrwało mi się w duchu. W tej chwili zadzwonił
telefon. Był to telefon z Paryża z wiadomością o jego śmierci.
Jerzy Giedroyc pisał 17 lutego 1969 w liście do Jerzego Stempow­
skiego:
Bardzo jesteśmy poruszeni nagłą śmiercią K. Wierzyńskiego. Właśnie na
dzień przed śmiercią dostałem jego piękny wiersz Na śmierć Jana Palacha. Chciał­
bym w numerze kwietniowym zorganizować wielogłos pożegnanie Wierzyń­
skiego, krótkie teksty nie przekraczające 2-3 stron. Czy nie zachciałby Pan wziąć
udziału w tym wielogłosie?
Jarosław Iwaszkiewicz pisał w kwietniowej „Twórczości” z 1969 roku:
Widziałem go jeszcze dwa lata temu. Był równie piękny jak za czasów mło­
dości, może jeszcze piękniejszy: nic ze starca, a wszystko z dojrzałości i wielkiej
goryczy emigracyjnych doświadczeń. Mówił mi przykre rzeczy, ja jemu tak­
że. I właśnie w tym się okazało, że nie jesteśmy sobie obojętni, że chcemy obaj
dać, co tylko możemy, naszej polskiej literaturze. Myślę, że ten jednolity, pięk­
ny, żywiołowy i jakby rudymentarny człowiek, który nie miał powrócić ciałem
do ojczyzny, powinien do nas wrócić duszą – to znaczy swoimi utworami, które
zbyt mało są znane w kraju, a przecież są tworem bardzo wybitnego i bardzo
prawdziwego poety. Metamorfozy jego powinny być bardziej uwidocznione, bo
w nich odbija się w znacznym stopniu cały los inteligenta, poety, pisarza polskie­
go w pierwszej połowie dwudziestego wieku.
Był emigrantem politycznym z wyboru i głębokiego przekonania. Jego tu­
łaczka po świecie była protestem przeciw krzywdzie, której Polska doznała. Był
poetą mierzącym wagę swoich słów, człowiekiem nieugiętym w swoich przeko­
Wizerunki
W drugiej połowie lat siedemdziesiątych Halina Wierzyńska posta­
nowiła przenieść doczesne szczątki poety do Warszawy. 15 kwietnia
1978 odbył się pogrzeb Wierzyńskiego na Starych Powązkach. Trum­
na spoczęła w Alei Zasłużonych, niedaleko grobu przyjaciół pisa­
rza – Leo­polda Staffa i Marii Dąbrowskiej. Podczas mszy św. w koś­ciele
ss. Wizytek w Warszawie 19 kwietnia 1978 homilię wygłosił ks. Jan
T­wardowski.
Decyzja wdowy wywołała duże poruszenie wśród londyńskiej emi­
gracji niepodległościowej. Na łamach londyńskiego „Tygodnia Polskie­
go” z 22 kwietnia 1978 głos zabrał Leopold Kielanowski:
180
Paweł Kądziela
naniach. Dzwony Warszawy powinny były go witać, jak niegdyś witały przybycie
do kraju prochów Juliusza Słowackiego.
Stefania Kossowska rozpisała wśród członków jury nagrody „Wia­
domości” ankietę, w której stawiała następujące pytania:
Czy prochy pisarzy emigracyjnych, zaangażowanych politycznie, nawet jeśli
wypowiedzieli oni kiedyś życzenie „by spocząć w Polsce”, powinny być prze­
noszone do dzisiejszej Polski, do której nie wrócili za życia? Czy mamy prawo
odbierać im szanse powrotu do kraju kiedyś, gdy ten powrót stałby się gestem
narodowym, a nie prywatną sprawą?
2014 tom V
Na ankietę odpowiedziało 12 osób: Bronisław Przyłuski, Edward
Raczyński, Ignacy Wieniewski, Józef Łobodowski, Wacław Iwaniuk,
Wiktor Weintraub, Maria Danilewicz Zielińska („Wiadomości” 1978,
nr 28), Józef Mackiewicz („Wiadomości” 1978, nr 29), Tadeusz Nowa­
kowski, Stanisław Baliński, Henryk Paszkiewicz, Stefania Kossowska
(„Wiadomości” 1978, nr 30). Zdania były podzielone, jedni uważali,
że wyrażoną za życia wolę pochówku w Polsce należy uszanować, inni
kategorycznie twierdzili, że doczesne szczątki pisarza mogą wrócić do­
piero w chwili odzyskania przez Polskę niepodległości. Większość re­
spondentów kładła akcent na to, że ważniejsze od miejsca w­iecznego
spoczynku jest udostępnienie czytelnikom w kraju całego dorobku lite­
rackiego Kazimierza Wierzyńskiego. Mogło się to dokonać dopiero po
1989 roku.
Rok 2014
Anna Augustyniak
Redaktor „Grydz”
Ostatni numer tygodnika „Wiadomości Literackie”, wydawanego
w Warszawie przez ponad 15 lat, ukazał się 3 września 1939. Kilka dni
później założyciel tygodnika i redaktor naczelny Mieczysław Grydzew­
ski opuścił Polskę na zawsze. Razem ze Słonimskim, Sobańskim i Tu­
wimami przekroczył granicę w Zaleszczykach, a potem przez Rumunię
i Włochy dotarł do Paryża. Tu, w stolicy Francji, szybko skupia wokół
siebie pisarzy i publicystów. I już wiosną następnego roku wznawia wy­
dawanie pisma. Ma to być kontynuacja warszawskiego tygodnika. Po­
moc finansowa pochodzi od prywatnych ofiarodawców. „Wiadomości”
otrzymują też zasiłek rządowy. Początkowo Grydzewski obawia się, że
uzależnienie od funduszów rządowych utrudni mu pracę. Gdy jednak
dostaje gwarancję, że będzie miał pełną swobodę działania, przystępu­
je z energią do pracy.
Istnieje jeszcze kwestia tytułu. Grydzewski przewiduje, że jeśli
„Wiadomości” wyjdą pod dotychczasowym tytułem, pozostali w Kraju
współpracownicy pisma mogą być narażeni na represje ze strony oku­
panta. Dlatego nadaje tygodnikowi nazwę „Wiadomości Polskie, Poli­
tyczne i Literackie”.
Pierwszy wojenny tygodnik ukazuje się w niedzielę 17 marca 1940.
Adam Nowicki w wydawanym wówczas w Chicago „Dniu Polskim”
wita pismo Grydzewskiego, podając do wiadomości, że gazeta na szes­
nastu wielkich szpaltach papieru przedstawia się doskonale. W nada­
niu nowemu tygodnikowi nazwy, którą Paryż już zna sprzed osiem­
dziesięciu kilku lat, kiedy to ukazywały się tu „Wiadomości Polskie”
wydawane przez Waleriana Kalinkę i Juliana Klaczkę – ówczesnych
tom V
182
Anna Augustyniak
polskich emigrantów, widzi autor również objaw poszanowania trady­
cji narodowej.
Na pierwszej kolumnie umieszcza Grydzewski tekst Ksawerego
Pruszyńskiego Literatura emigracji walczącej:
Należy nam piszącym otrząsnąć się przede wszystkim z całej grozy 1939
roku, grozy, w której naprawdę na przestrzeni jednego miesiąca, odżyło raz jesz­
cze wszystko to, co w całym tysiącleciu historii polskiej było koszmarne, ponure
i tragiczne.
2014 tom V
I dalej przekonuje, że to, co się stało, należy brać na warsztat, póki jesz­
cze lepkie od krwi poległych i póki czerni ręce sadzą spalenizn, by wal­
kę, w której sam nie bierze udziału, przynajmniej uczcić pieśnią.
W przedwojennych „Wiadomościach Literackich” Grydzewski pro­
gramowo odżegnywał się od polityki, teraz miało się to zmienić do tego
stopnia, że pod koniec wojny grozi istnieniu pisma – na dwa lata zostaje
wstrzymany jego druk. Wtedy redaktor zaprasza do współpracy publi­
cystów, którzy w swoich tekstach będą szukać odpowiedzi na pytania
o przyszłość Polski również w kontekście politycznym. Nadal gazeta
ma być szeroką trybuną, a jej treści – dostępne dla każdego czytelnika,
niezależnie od jego poglądów czy przekonań. Niemniej piórem księdza
Augustyna Jakubisiaka redaktor naczelny, zespalając w jeden amalga­
mat europejskość i polskość, rozpoczyna krucjatę przeciwko wszelkim
totalizmom: faszyzmowi i bolszewizmowi. I tej linii tygodnik nigdy nie
zmieni.
Paryski epizod Grydzewskiego kończy się po trzech miesiącach, gdy
do stolicy Francji wkraczają wojska niemieckie. Redaktor tak wspomi­
na to w Radiu Wolna Europa w 1953 roku:
Najazd niemiecki na Francję po kilku zaledwie miesiącach istnienia „Wiado­
mości”, zmusił nas do przeniesienia się do Anglii. Ale licząc na cud nad Sekwaną
redakcja pozostała niemal do ostatniej chwili w Paryżu. Ostatni paryski numer
„Wiadomości” stanowi niezmierną rzadkość i zarazem curiosum bibliograficz­
ne. Był on jak wszystkie numery „Wiadomości”, postdatowany i dlatego nosi datę
23 czerwca, tzn. datę o dwa dni późniejszą do wejścia Niemców do Paryża”.
Ksawery Pruszyński, Literatura emigracji walczącej, „Wiadomości Polskie, Politycz­
ne i Literackie” 1939, nr 1, s. 1.
Mieczysław Grydzewski, Wiadomości – od wojny, „Wiadomości”, nr 35-36-37/1979,
s. 2.
Redaktor „Grydz”
183
Kolejny raz wojna wygania polskich uchodźców. Tym razem ucie­
kali z Francji do Wielkiej Brytanii. 11 czerwca wyruszyli z Paryża. Je­chali autem Antoniego Bormana z poetą Stanisławem Balińskim. Led­
wo się mogli zmieścić. Mieli mało pieniędzy, więc zapobiegliwy B­orman
przytaszczył walizkę z zapasami żywności. Baliński upierał się, żeby
zamiast ogromnego kufra Grydzewskiego zabrać futro, k­tóre będzie
można sprzedać na czarnym rynku. Redaktor bez kufra ani myś­lał
ruszać w podróż. Zdenerwowany dowodził, że ma tam swoje najcen­
niejsze rzeczy. Pozostali w końcu ustąpili. I nigdy nie wydałaby się za­
wartość walizy, gdyby w czasie podróży nie trzeba było przeładowy­
wać auta, by zmieścić bańki z benzyną. Wszystkie bagaże rozsypały się,
ubrania mieszały z dokumentami i jedzeniem, a z kufra Grydzewskie­
go wyleciała jedynie... góra papierów. Po latach Baliński pisał:
Było coś tak patetycznego w tym widoku, w ruchach Grydzewskiego, w jego
zakłopotaniu i troskliwości przy zbieraniu tych papierów, że uklękliśmy przy
nim i zaczęliśmy mu pomagać. Zbieraliśmy rękopisy jakichś wierszy Słonim­
skiego, Kazia [Wierzyńskiego], Tuwima, jakieś kartki z niewyraźnym pismem
Lechonia, jakieś afisze z Komedii Francuskiej, jakieś papiery zabazgrane hiero­
glifami i egzemplarze korektorskie z numeru na 20 czerwca 1940, który nigdy nie
miał się ukazać. Do tego dochodziły jeszcze ogromne pudłowate matryce z ogło­
szeniami firm paryskich, o które zabiegał Borman dla „Wiadomości”: ogłoszenia
wiecznych piór Parkera, mydeł Bourgeois, wędlin polsko-francuskich... Obok
nas szumiała nieprzytomna rzeka uciekających samochodów, z dachami pokry­
tymi dywanami i pościelą francuskich mieszczan. Na niebie furkotały raz po raz
niemieckie aeroplany, słońce prażyło obłędnie. A Grydzewski, nie zważając na
samo­chody, na samoloty, na upał, zapominając jakby o dramatycznym pr­zełomie
życia – zbierał te swoje archiwa i papiery. Dotąd go widzę na tej szosie, na tym
słońcu, na tym upiornym zakręcie historii.
Wykrzyknąłem: na miłość Boską, co pan robi? Pan nic nie wie co się dzieje.
Odbywa się pospieszna ewakuacja, przed wieczorem jeszcze cały rząd wyjedzie.
[...] Profesor Kot wprowadził pana w błąd. Widocznie nie chce pana dopuścić do
Londynu i pozostawia pana we Francji. Grydzewski patrzył na mnie ze zdumie­
Stanisław Baliński, Patrząc w stronę wspomnień, w: Książka o Grydzewskim, „Wia­
domości”, Londyn 1971, s. 16.
Wizerunki
Dotarli do Libourne. Adam Pragier (1886-1976) wspomina, jak na­
zajutrz po kapitulacji Francji, 18 czerw­ca 1940 spotkał b­ar­dzo zaafe­
rowanego Grydzewskiego, który pochwalił się, że minister Kot zlecił
mu jak najszybsze przygotowanie nowego numeru pisma i znalezienie
pomieszczenia dla redakcji.
184
Anna Augustyniak
niem i widziałem, że mi nie wierzy. Wymogłem na nim tylko tyle, że zdecydował
się pójść do MSZ i porozumieć z Wszelakim.
Grydzewski musiał rzeczywiście odwiedzić Jana Wszelakiego, se­
kretarza generalnego MSZ, odpowiedzialnego za ewakuację z Francji,
bo dostał przepustkę na statek. Był to węglowiec „Chorzów”, służący
do przewożenia chemikaliów, który, jak wspominał Grydzewski, wiózł
ładunek nieskończenie cenniejszy niż waliza z materiałami „Wiadomoś­
ci”. Były tam 74 paki i skrzynie żelazne, a w nich arrasy wawelskie,
miecz koronacyjny Łokietka zwany Szczerbcem, chorągiew turecka
zdobyta pod Parkanami i mnóstwo innych pamiątek historycznych
oraz radiostacja ambasady francuskiej i archiwum szyfrowe MSZ. Sta­
tek zatrzymał się u brzegu Kornwalii, dalsze 460 km Grydzewski prze­
był pociągiem.
2014 tom V
Za oknami pociągu, pod łagodnym słońcem, przewijała się zielona wieś
angielska, ogrody, parki, boiska sportowe, szmaragdowe łąki ze stadami krów
i owiec, z rzadka pola falujące pszenicą. Większości uchodźców ten bukoliczny
obraz wydawał się widokiem z innej planety: Oni tu nie wiedzą, że jest wojna.
Był 23 czerwca po południu, gdy Grydzewski znalazł się w Londynie
na dworcu Paddington. I podobnie jak większość uchodźców nie wie­
dział wtedy, że ostanie tu już na zawsze. W Paryżu został skład papieru,
który miał służyć do wydania następnego numeru i całe wyposażenie
redakcji. A jednak trzy tygodnie później w Anglii ukazuje się następny
numer „Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich”. Jest 14 lipca
1940 i spragnieni rodacy mogą wziąć do ręki polskie pismo. Jak Mieczy­
sław Grydzewski to zrobił? Jak zdobył nowego wydawcę w wojennym
Londynie? Jak udało mu się tak szybko zebrać wokół siebie współpra­
cowników? Nakład liczy zaledwie 5 tysięcy egzemplarzy, a mimo to
odtąd tygodnik będzie regularnie docierał i do uchodźców polskich
w Wielkiej Brytanii, i do oddziałów polskich w Azji oraz Afryce.
Grydzewski zamieszkał w londyńskim hotelu w pobliżu Russell
Square. Adam Pragier wspomina, że duży hotelowy hall był czymś
w rodzaju polskiego parlamentu. Na rozstawionych tam fotelach i ka­
napach siedzieli co wybitniejsi polscy uchodźcy i prowadzili dysputy,
a między nimi szybkim krokiem rano i wieczorem przemykał Gry­
dzewski, bo on jeden już wtedy pracował. Potem redaktor przenosi
Adam Pragier, Czas teraźniejszy, Londyn 1975, s. 40‑41.
Jan Wszelaki, Z Angers do Londynu, „Wiadomości”, nr 35-36/1960, s. 3.
Redaktor „Grydz”
185
się do Bloomsbury na Bedford Way i znajduje pokój w XVIII-wiecznej
kamienicy. Któregoś dnia niemiecka bomba roztrzaskuje okna i ścia­
ny, a rozrzut odłamków rani kilkoro ludzi. Również Grydzewskiego.
Zjawiają się lekarz, pielęgniarka i straż z obrony przeciwlotniczej. Po
opatrzeniu ran polecono redaktorowi iść do szpitala na prześwietlenie,
by wykluczyć obrażenia mózgu.
Grydzewski krzyczał, żeby dali mu święty spokój, bo jutro z samego rana
musi łamać numer. Wyperswadowaliśmy mu w końcu, że może być o 2-ej w nocy
prześwietlony, a z rana pójść do drukarni. Za żadną cenę świata jednak nie chciał
się zgodzić, żeby go do szpitala (który był blisko) zaniesiono na noszach. Więc
odbył się dziwaczny pochód. Najpierw szedł Grydzewski z lekarzem i pielęgniar­
ką, za nimi nosze, wreszcie ludzie z obrony przeciwlotniczej. Prześwietlenie
okazało, że wewnętrznych obrażeń w czaszce nie było, więc Grydzewski przebył
resztę nocy w szpitalu, a z rana poszedł do drukarni, złamać numer. Także i ten
numer pisma wyszedł bez opóźnienia.
Po tym wydarzeniu zostało Grydzewskiemu jedynie kilkanaście szwów
na łysej, ale jakże twardej czaszce.
I tak redaktor trwał na swym cotygodniowym posterunku wydaw­
cy „Wiadomości” aż do lutego 1944, kiedy to Rząd Królewskiej Mości
cofnął tygodnikowi przydział papieru. Wówczas pismo przestało ist­
nieć. Grydzewski i teraz wypełnił sobie dni po brzegi. Najpierw zajął
się porządkowaniem napływających tekstów od rozrzuconych po ca­
łym świecie korespondentów, którzy nie wiedzieli o zamknięciu pisma.
Później przystąpił do zbierania materiałów do kolejnych antologii na
zamówienie Ministerstwa Informacji i 2. Korpusu. Miał zamiar w ten
sposób zapełnić lukę, jak powstała po zamknięciu „Wiadomości Pol­
skich”. Starał się zagospodarować czytelników i dać im namiastkę
p­olskości. Zaczął od książki Wiersze polskie wybrane. Antologia poezji
od „Bogurodzicy” do chwili obecnej. Gdy pracował nad gromadzeniem
materiału,
Adam Pragier, Czas teraźniejszy, s. 44.
Wizerunki
późnymi wieczorami przychodził do Białego Domu do Sakowskich, schodziliś­
my się tam chyba co wieczór i nieprzytomny z uniesienia czytał nam odgrzebane
w Britiszu wiersze Lenartowicza. [...] Samo nazwisko dawnego poety wydawało
się szacowną mumią, a tu nagle Grydzewski wykrywa złote żyły poezji w czarno­
ziemiu polskiej mowy. Jakim triumfującym wzrokiem wodził po nas, kiedy nam
186
Anna Augustyniak
2014 tom V
czytał te śliczne rytmy i dźwięczne rymy, jak mu błyszczały aksamitne oczy, naj­
piękniejsze, jeśli nie jedyne piękne co w nim było.
Wiersze polskie wybrane miały dwa wydania: pierwsze (1945) uka­
zało się nakładem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia
Pub­licznego, drugie (1946) – nakładem wydawnictwa Orbis London.
Niestety dwie inne antologie: Opowiadania polskie wybrane oraz zbiór
esejów Szkice polskie wybrane, które ułożył i były gotowe do druku,
nigdy się nie ukazały. Częściowo korzystał z nich potem, zamieszcza­
jąc fragmenty w reaktywowanych dwa lata później „Wiadomościach”.
Teraz zaś, w 1944, na wieść o upadku powstania warszawskiego, jak
sam pisze w kilkunastostronicowym tekście Na 150-lecie rzezi Pragi.
O próbie rehabilitacji Suworowa, stara się oświetlić postać Suworowa
ze wszystkich stron, obiektywnie i stronniczo. Powołuje na świadków
kronikarzy, biografów i poetów. Jest nie tylko historykiem walki Pola­
ków z wojskami rosyjskimi dowodzonymi przez Suworowa, ale i detek­
tywem, bo żeby dać świadectwo okrutnej i masowej rzezi bezbronnych
i niewinnych mieszkańców Warszawy, prowadzi skrupulatne kweren­
dy – w bibliografii do szkicu przytacza ponad 70 pozycji angielskich,
rosyjskich, niemieckich, francuskich i polskich, które obficie w tekście
cytuje, choć równolegle z pozycji historyka czuje niedosyt informacji,
co tłumaczy tym, że szkic oparty jest na materiałach dostępnych tyl­
ko w warunkach emigracyjnych, więc tematu nie wyczerpuje. A jed­
nak udaje mu się starannie odmalować szturm Pragi, przywołać hor­
dy barbarzyńskiej wściekłości, które w ciągu kilku godzin pozbawiły
życia 20 tysięcy ludzi, i przedstawić Suworowa jako monstrum, które
w ciele małpy zamyka duszę rzeźnickiego psa i bawiąc się pośród koś­
ci uprzednio pomordowanych, delegację polską wita słowami: „Vivat
i mir wieczysty z walecznym polskim narodem!”.
Nic dziwnego, że pełen emocji tekst zaraz w listopadzie 1944 roku
drukowano w nowojorskim „Tygodniku Polskim” redagowanym przez
Lechonia i Wierzyńskiego, a w 1945 ukazał się w Londynie w formie
książeczki (tym razem z nazwiskiem Grydzewskiego i przedmową
Zygmunta Nowakowskiego). Na 150-lecie rzezi Pragi wychodzi też we
Włoszech nakładem Oddziału Kultury i Prasy 2. Korpusu w serii Biblio­
teki „Orła Białego”. W tej samej serii redagowanej przez Jerzego Gied­
roycia, w Drukarni Polowej A.P.W. w Rzymie, Grydzewski pod swoim
Marian Hemar, Grydz, w: Książka o Grydzewskim, s. 86.
nazwiskiem wydał także 69-stronicową książkę Henryk Dąbrow­ski: wizerunek twórcy legionów polskich. Złożył w jeden tom p­isma gene­rała
oraz teksty historyków i pisarzy o nim: Szymona A­skenazego, Wacława
Berenta, Józefa Drzewieckiego, Alfreda Młockiego, Adama Skałkow­
skiego oraz Stefana Żeromskiego. Przedmowę napisał gen. Wła­dysław
Anders. Anonimowo zabiera się za gromadzenie materiałów do anto­
logii. Tym razem ukazują się w wydawnictwie J. Rolls Book Co. Ltd.,
bo M.I. Kolin, jako że dotychczasowy edytor, z którym Grydzewski
współpracował w ciągu lat, zakończył działalność, oraz w londyńskim
Orbisie. Zbiory, w sumie 16 książek, od 1945 do 1947 roku, w­ychodziły
sukcesywnie w dwóch seriach: Biblioteka „Wczoraj i Dziś” oraz Biblioteka „Ziemi Naszej”. Wystarczy wymienić tytuły, by zauważyć, jak sze­
roki był krąg zainteresowań Grydzewskiego, także chęć zapewnienia
Polonii choćby namiastki polskiej kultury: Ojczyzna i wolność, Dyplomatyka i łowy, Święty płomień, Na angielskim brzegu, Wspomnienia
i wspominki, Szósta kolumna (poświęcona Rosji), Na romantycznym
szlaku, Kalejdoskop warszawski (reakcja na upadek powstania warszaw­
skiego i zniszczenie miasta, wypisy z dzieł 28 pisa­rzy), Niezłomni (Rej­
tan, Kościuszko, Dąbrowski, Pułaski, Poniatowski, Łukasiński, San­
guszko, Zawisza, Konarski, Wiśniowski, Traugutt, Okrzeja, Piłsudski),
Postaci kobiece w prozie i malarstwie polskim (z 20 ilustracjami na od­
dzielnych planszach), Wspomnienia o Mickiewiczu, Jednodniówka Pisarzy Polskich. „A wiesz Ty, co z Polską będzie..?”, Magazyn rzeczy ciekawych i użytecznych. Duch gniazda, Pamiętnik wędrow­ca. Dziewczyna
z Champs-Elysees, Biblioteka londyńska. Balast serdeczny, Almanach
historyczno-literacki. Wiek klęski. Grydzewski antologie budował w ten
sam sposób, dzieląc każdą z nich na dwie części: współczesną, czyli za­
mówione przez niego nowe teksty najczęściej dawnych współpracow­
ników tygodnika, oraz zawierającą archiwalne informacje wyszperane
przez niego w bibliotece British Museum. Poszczególne tomy zaopa­
trzone są w bibliografię, krótkie biogramy autorów lub bohaterów szki­
ców oraz w ilustracje.
Pracując nad antologiami, Grydzewski wciąż wierzył, że wkrótce
wznowi „Wiadomości”. Przygotowywał się do tego, zbierając materiały.
Miał ich pełne teki. Niektóre traciły aktualność, o te lepsze walczył,
żeby ukazały się w którymś z wychodzących na emigracji pism. Naj­
częściej zanosił je do „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza”,
którym kierował jego uniwersytecki kolega Jan Czarnocki, i wiele arty­
187
Wizerunki
Redaktor „Grydz”
188
Anna Augustyniak
kułów z tek Grydzewskiego ukazywało się w druku, choć nie obywało
się bez sprzeczek między redaktorami, np. w kontekście artykułu Fer­
dynanda Goetla:
– Ludzie z kraju mają do niego pretensje – skrzywił się [Czarnocki], gdy
G­rydzewski położył mu rzecz na biurku. – Zarzucają Goetlowi zbytnią uległość
wobec Niemców. – Nie czytałem ani jednego słowa, którego Goetel powinien by
się wstydzić – zaoponował Grydzewski. – A prócz tego nie mogę nikogo osądzać
za zachowanie się tam, gdzie sam nie byłem. Skąd mogę wiedzieć, jak ja bym
wytrzymał piekło okupacji? Artykuł jest ciekawy, napisał go znakomity autor.
To mi wystarcza.
2014 tom V
W prasie polonijnej wojennych lat można znaleźć ponad 50 tekstów
samego Grydzewskiego. Krył się pod pseudonimem Scrutator. O czym
pisał w swoich rubrykach Polonica w książkach angielskich i Sprawy polskie w książkach angielskich? Były to recenzje nowości wydawniczych
woluminów angielskich. Redaktor wyłuskiwał choćby drobiaz­gi z bro­
szur, pism, a nawet ulotek, jeśli mówiły o polskiej historii albo miały
znaczenie dla współczesnych spraw naszego kraju. Marek Święcicki pi­
sał, że Grydzewski swoimi drapieżnymi oczami wyłapywał rzeczy na
serio i błazeńskie, posępne i śmieszne, dowody erudycji i okazy igno­
rancji. Artykuły zamieszczał w nowojorskim „Tygodniku Polskim”,
„Polsce Walczącej” redagowanej przez Tymona Terleckiego, „Orle Bia­
łym” wychodzącym we Włoszech, dwutygodniku „W drodze” i naj­
popularniejszej wśród londyńskiej emigracji gazecie „Dziennik Polski
i Dziennik Żołnierza”, który jako „Dziennik Polski” na wyspach bry­
tyjskich ukazuje się do dnia dzisiejszego. Równolegle zaczął odnawiać
kontakty z ocalałą z Holokaustu resztką rodziny i przyjaciół. Wysyłał
listy, książki, ubrania i paczki do Polski, Szwecji, Francji i wszędzie
tam, gdzie go o to proszono. Wypytywał o los matki, aż od kuzynki
Zofii Wilczyńskiej, dostał informację:
O Matce Twej wiem tylko tyle, że odzyskała przytomność i do ostatniej c­hwili
otoczona była troskliwą opieką. [...] Ciesz się, że nie miałeś się o kogo martwić
podczas wojny i teraz też nie obawiasz się o nikogo.
Czy cała to prawda o życiu Grydzewskiego? Nie, bo liczba osób,
o które się niepokoił, które wspomagał i które będzie wspierał przez
resztę swojego życia, jest ogromna. Oszczędza na wszelkich wydatkach,
Marek Święcicki, Liberał i apostazja, w: Książka o Grydzewskim, s. 238.
List Zofii Wilczyńskiej z Paryża, 25 VII 1945.
Redaktor „Grydz”
189
nie odkłada żadnych pieniędzy, nie zabezpiecza się na starość, śle pacz­
ki potrzebującym. Odnajdzie też wkrótce kuzynkę ze strony matki,
młodszą od siebie o 26 lat Marię Rundo zwaną Tuśką, której rodzina na
długo przed wojną zamieszkała na Złotej w kamienicy Grycendlerów.
Po wyzwoleniu z obozu koncentracyjnego pisała do Grydzewskiego ze
Szwecji, gdzie została skierowana na leczenie:
Drogi Wuju, szczęśliwa jestem, że mam wreszcie okazję wyrazić Wujowi
ogromną wdzięczność nie tylko w swoim imieniu, ale także i w imieniu matki
i Basi za pomoc, jaką okazał nam Wuj przed wojną i w czasie wojny. [...] Nikt
przecież z naszej rodziny oprócz Wuja nie interesował się nami tak serdecznie. Ja
przede wszystkim jestem wdzięczna za książki, które zawsze były dla mnie naj­
większymi skarbami i najwięcej radości mi sprawiały. Słyszałam jeszcze w War­
szawie, że redagował Wuj za granicą jakieś pismo literackie, chciałabym wie­
dzieć, jakie to pismo i czy nadal wychodzi? Poza tym ciekawa jestem bardzo czy
zamierza Wuj wrócić do kraju i jak ocenia się sytuację naszego państwa wśród
Polaków w Londynie10.
Koniec września 1945:
Dzisiaj przysłano mi Twoje ostatnie listy. Mietku nie umiem Ci wyrazić w ja­
kim stopniu podniosły mnie one na duchu. Jestem po prostu upojona11.
List Marii Rundo ze Szwecji, 10 V 1945.
List Marii Rundo ze Szwecji, 25 IX 1945.
12
List Marii Rundo ze Szwecji, 20 XI 1945.
10
11
Wizerunki
Maria dostaje wiadomość, że jej narzeczony pisarz, Tadeusz Bo­
rowski odnalazł się w Monachium. W czasie wojny oboje trafili do Au­
schwitz. W 1943 roku Maria wpadła w „kocioł” w mieszkaniu przy ulicy
Grzybowskiej w Warszawie. Następnego dnia, w tym samym mieszka­
niu aresztowany został Tadeusz Borowski – szukał jej tam. Maria pi­
sze do Grydzewskiego, że korespondencja między Szwecją a terenami
Rzeszy nie istnieje, więc drogą wojskową podała Borowskiemu adres
wuja. „Wybacz mi moją bezczelność i jeśli Ci to nie sprawi trudności
prześlij mi te listy, o ile dojdą do Ciebie”12. Grydzewski przesyła listy
Borowskiego, który jest oszołomiony szczęściem z odnalezienia narze­
czonej. Jej pierwszy list umie na pamięć. Cieszy się, że po tylu latach
i po tylu obozach koncentracyjnych znów będą razem, że Tuśka będzie
jego żoną! A ona przebywa wciąż na leczeniu w Szwecji i u progu 1946
roku pisze do wuja:
190
Anna Augustyniak
Dostałam list od matki. [...] Matka poświęciła Tobie obszerny ustęp w swo­
im liście. Pod względem uczuciowym stoi on na równi z hymnem starożytnych
Egipcjan na cześć Nilu13.
Odkłada pieniądze i kupuje dla Grydzewskiego prezent; przez zna­
jomego, który wyjeżdża do Anglii, podaje mu rękawiczki – to wszystko
na co może sobie pozwolić. Grydzewski odpisuje, że podobają mu się
i przesyła jej kolejne leki, pieniądze i „Wiadomości”, które znów zaczął
wydawać.
„Wiadomości” oczy na świat otwierają, mnie szczurowi z zaułka skandynaw­
skiego”14,
2014 tom V
Ciekawa jestem, czy wyobrażasz sobie jakie znaczenie mają dla nas emigran­
tów „Wiadomości”. Mnie się zdaje, że większe niż wszystkie wydawnictwa razem
wziąwszy. Chociaż ogłuchłam i oślepłam [pisze po tym, co przeżyła w obozie
koncentracyjnym] „Wiadomości” budzą mnie zawsze15.
Kontakt urywa się, gdy Maria wzywana przez narzeczonego wraca
jednak do Polski, gdzie Borowski zaangażowany w komunizm decy­
duje się na pracę dla wywiadu. Oboje przeżyli Oświęcim dzięki Armii
Czerwonej, to zaważyło na ich pozytywnym stosunku do Sowietów.
Wierzą, że komunizm kiedyś ulegnie przeobrażeniu, że czas zbrodni
przeminie. Gdy Maria w 1951 roku urodzi córkę Małgorzatę, Tadeusz
odwiedzi ją w szpitalu, a po powrocie do domu popełni samobójstwo.
Rok po wojnie, wraz z wypłynięciem na powierzchnię polskiego ty­
godnika, przed redaktorem Grydzewskim rozsunęła się ostatnia kur­
tyna. Tym razem będą to „Wiadomości” bezprzymiotnikowe. Winietę
tytułową nowego pisma zaprojektował w 1946 roku Edward Burrett,
angielski grafik i typograf. Była to karykatura Grydzewskiego w posta­
ci jamnika w kapeluszu, z egzemplarzem gazety w pysku. Pies „patrzył”
redaktorskimi oczami. To trzecie wcielenie tygodnika kultywował bę­
dzie Grydzewski przez kolejnych 20 lat, aż do opanowującej go cho­
roby. A że przez całe życie był dla innych hojny, w trudnych chwilach,
gdy znalazł się w szpitalu chorobą na wpół obezwładniony, nie zawiodą
go polscy i żydowscy przyjaciele. Wspólnie wystosowali apel do świa­
ta – przemawiając do serc ludzi dobrej woli, proszą o wparcie finanso­
we niezbędne dla opieki nad redaktorem, który mimo dwóch udarów
List Marii Rundo ze Szwecji, 2 I 1946.
List Marii Rundo ze Szwecji, 24 VII 1946.
15
List Marii Rundo ze Szwecji, 1 VIII 1946.
13
14
Redaktor „Grydz”
191
i połowicznego paraliżu pozostaje w pełni władz umysłowych. W ten
sposób Hemar, Sakowski, Raczyński, Wierzyński i Janta-Połczyński
tworzą oficjalny fundusz „Opieki nad Grydzewskim”. Proszą o drobne
datki, które złożyłyby się na 35 funtów tygodniowo. Tyle, ile w londyń­
skim zakładzie Braci Aleksjanów, kosztowało wówczas zapewnienie
opieki lekarskiej i pielęgniarskiej Grydzewskiemu. Charytatywny czyn
wspominał Hemar:
Kiedy nasz apel poszedł w świat, odzew był zdumiewający. Ze wszystkich
stron świata zaczęły przychodzić pieniądze, co więcej, deklaracje stałych wpłat
comiesięcznych. Dalecy, dawni przyjaciel, znajomi i nieznajomi, wierni, gorliwi,
z życzeniami poprawy, ze słowami modlitwy, wszyscy, tak jakby te „Wiadomoś­
ci” liczyły czytelników na dziesiątki, na setki tysięcy trzymali go przez trzy lata
przy życiu16.
Walka Grydzewskiego od początku choroby skazana była na niepowo­
dzenie.
Kiedyś, w czasach warszawskich, dowcipny Hemar ułożył nagrob­
kową fraszkę dla Grydza:
Nie płaczmy. Tutaj leży ostatni z Grydzewskich.
On jest już korektorem „Wiadomości Niebieskich”17.
Grydzewski był nagrobkiem wówczas zachwycony i dopowiadał jesz­
cze –
Wydawca: Duch Święty. Redaktor: Grydzewski18.
Teraz, w pokoiku szpitalnym, przypomniał sobie o fraszce i powiedział
zupełnie poważnie, że oto nadszedł czas, żeby ją dać do druku...
Po śmierci Grydzewskiego do redakcji „Wiadomości” z całego świa­
ta płynęły listy i telegramy kondolencyjne. Władysław Anders pisał:
Z wielkim smutkiem dowiedziałem się o śmierci założyciela i redaktora „Wia­
domości”, śp. Mieczysława Grydzewskiego, wielkiego dziennikarza i publicysty.
Oddaję hołd jego bezkompromisowej i nieugiętej walce o wolność Polski, którą
prowadził w najcięższych nawet warunkach do końca swego życia.
Marian Hemar, Grydz, w: Książka o Grydzewskim, s. 89.
Tamże, s. 88.
18
Tamże.
16
17
Wizerunki
Jan Nowak Jeziorański z Monachium pod smutnym wrażeniem
śmierci doktora Grydzewskiego przesłał osieroconym „W­iadomościom”
wyrazy głębokiego żalu od Rozgłośni Polskiej RWE. Egzekutywa Zjed­
2014 tom V
192
Anna Augustyniak
noczenia Narodowego piórem przewodniczącego Kazimierza Sabbata,
premiera i prezydenta RP na uchodźstwie, łączyła się z powszechnym
smutkiem emigracji polskiej, która wie najlepiej, jak wielką postacią był
Grydzewski i jak nieprzemijające zasługi wniósł w życie narodu pozba­
wionego ojczyzny. Poeta Jan Rostworowski napisał, że nie znał wśród
ludzi za granicą bardziej namiętnego Polaka i równocześnie oświe­
conego liberała, a też wrażliwego romantyka o żelaznych zasadach;
„Umarł człowiek, którego kochałem i po którym płaczę”, dodał. Alek­
sander Moroz z północnej Anglii, czytelnik tygodnika, wstrząśnięty
wieścią o śmierci redaktora, pisał, że zastanawiał się, czy ktokolwiek
może dorównać temu niepospolitemu umysłowi i oddać należną mu
daninę w postaci pochwał; „Może kiedyś, gdzieś, ktoś wypowie ostat­
nie słowo o nim, który swój kraj kochał i był mu oddany całym ser­
cem”, sumował. Józef Wittlin z Nowego Jorku odnotowywał, że zmarły
był arką przymierza między dawnymi i młodymi laty; „Przerzucał on
w Polsce mosty nad przepaściami, które dzieliły polityczne poglądy”.
Kajetan Morawski pisał, że Grydzewski, opuszczając wojenną ojczy­
znę, kawałek Polski uniósł w sakwie i dzielił się nim z rozsianymi po
świecie czytelnikami, jak wigilijnym opłatkiem. Karol Poznański, któ­
ry utworzył w Londynie Komitet Obywatelski Pomocy Uchodźcom
Polskim, opłakiwał Grydza razem z psem; „Grydz był przyjacielem
naszego wilka Ronniego, zawsze przynosił mu łakocie, choć kłócili­
śmy się często, ale lubiłem go bardzo”, notował. „Cóż to był za człowiek
i cóż za centralna postać w kulturze polskiej bez mała przez pół wieku,
pisarz i lekarz na obczyźnie” – pisał Wit Tarnawski. Natalią Czerniak
wstrząsnęła wiadomość o śmierci redaktora: „Gorzkie uczucie pustki
i utraty, bo i komu mam przesłać wyrazy współczucia? Żył i pracował
samotnie, więc – kolegom, przyjaciołom, współpracownikom? Chyba
najbardziej – nam czytelnikom”. Podobnie uzna inny czytelnik, Ma­
rian Axel: „Mam wrażenie, że to nie ja powinienem złożyć komuś kon­
dolencje, ale mnie się one należą”. Elżbieta Jeżycka z Montrealu, która
z Armią Andersa przemierzyła cały szlak bojowy, donosiła, że choć nie
wie czy redaktor był wierzący, zmówiła pacierz w jego intencji. Przy­
szły dziesiątki, setki kondolencji. Pisała Irena Krzywicka, Leopold Tyr­
mand Konstanty Jeleński i Miłosz. Józef Czapski z Maisons-Laffitte
podsumuje: „Za każdym moim pobytem w Londynie spotykałem go,
ale dopiero w ostatnich latach poznałem tego człowieka tak żarliwego
i tak młodego, i tak ideowego”. Stefan Płoński z Caracas doda, że był
Redaktor „Grydz”
193
Zbliżyłem się do dyskutujących i spojrzałem na nalepkę przyklejoną do ob­
dartego starego muru. Omal nie krzyknąłem na głos. Nalepka głosiła, że zmarł
w Londynie Mieczysław Grydzewski. Nalepka zapowiadała odprawienie mszy
św. za duszę zmarłego redaktora. Poszedłem na tę mszę św. i zauważyłem, że do
grupki ludzi, których spotkałem przed kościołem dołączyło wielu innych, którzy
w skupieniu i ciszy brali udział w żałobnym nabożeństwie.
Wizerunki
Grydzewski najwyższej klasy wyrazicielem wzniosłego zawołania „za
naszą i waszą wolność”, na niekrwawym placu boju, jakim jest walka
ideologiczna. Władysławowa Sikorska uzna, że zmarły był nie tylko
płomiennym patriotą, lecz przede wszystkim wielkim arystokratą du­
cha. Przedwojenna aktorka, Kazimiera Skalska wiedziała, że był chory,
ale „ważne było że wciąż żyje, istnieje między nami. Dzisiaj wspomi­
nam okres warszawski, nasze psie pokrewieństwo – bo nasze airedale
teriery żeniły się...”. Kolekcjoner druków i sztuki rytowniczej Leopold
Wellisz powie, że redaktor podtrzymywał ducha i opromieniał życie
tysięcy Polaków na obczyźnie. Dla Biblioteki Polskiej w Londynie to
strata jednego z najwierniejszych czytelników i przyjaciół – u­bolewała
Maria Danielewiczowa. Ks. Kamil Kantak z Bejrutu donosił, że za
duszę śp. Grydzewskiego odprawił mszę świętą. Irena Bączkowska,
która zadebiutowała w „Wiadomościach” opowiadaniem Jeziora, wy­
znała, że nigdy nie zapomni chwili, gdy w roku 1942 w Lizbonie po
wyrwaniu się spod okupacji niemieckiej czytała „Wiadomości”, nie
zapomni ani ich stanowiska, ani znacznie bardziej jasnego spojrzenia
na rzeczywis­tość polską od tego, co głosili ci, którzy mieli wielki głos.
Dla Zofii Malczewskiej z Montrealu, żony Rafała, strata Mieczysława
Grydzewskiego była nie tylko jej startą, ale wszystkich Polaków, tak na
emigracji, jak i w kraju, bo i tam jego wpływ mimo przeszkód docierał.
Przyszły listy z Polski, większość niepodpisana, niektóre informowały
o tym, że n­awet w polskich gazetach pojawiły się wzmianki o śmierci
Grydzewskiego. Ot, choćby „Polityka” z 17 stycznia 1970 dała krótką
notkę o śmierci Grydzewskiego, założyciela „Skamandra” i „Wiado­
mości Literackich”, oczywiście przemilczając 30-letnią działalność
redak­tora na obczyźnie. Korespondenci z Polski donosili, że za duszę
Grydzew­skiego w kościele św. Marcina na Starym Mieście przy ulicy
Piwnej odprawiono mszę św., podczas której zgromadziło się ponad sto
osób. Paweł Łysak z Nowego Jorku dzielił się spostrzeżeniami z p­lacu
przed kościołem Zbawiciela, na którym bardzo żywo rozmawiała grup­
ka l­udzi:
194
Anna Augustyniak
Nekrologi ukazały się też w zagranicznej prasie. Już 15 stycznia 1970
brytyjski „Times” zamieścił niekonwencjonalną informację kondolen­
cyjną:
Śmierć Grydzewskiego odczują jako wielką stratę setki poetów i pisarzy pol­
skich na wygnaniu, odmawiający powrotu do komunistycznej Polski. Dla nich
„Wiadomości” pod redakcją Grydzewskiego stały się nie tylko miejscem, gdzie
ich zdolności dochodziły do głosu, ale i ośrodkiem walki o wolność i swobodę
wypowiedzi, ideały, których bojownikiem redaktor był przez całe życie w ciągu
swej długiej służby literaturze polskiej.
Rok 2014
Józef Maria Ruszar
EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA
Różewicza relacje z Bogiem
Czy obraz Jezusa i Jego nauki w wierszach Tadeusza Różewicza to
próba przełożenia sytuacji sprzed dwóch tysięcy lat, czy raczej drwina
z chrześcijaństwa? Na pierwszy rzut oka – to ostatnie. Czytamy wiersz
Widziałem Go z tomu zawsze fragment. recycling (1998) i otrzymujemy
obraz kalekiej epifanii, ośmieszającej Jezusa, który przypomina odra­
żającego kloszarda, a może tylko papieża ubranego w zgrzebne stare
sweterki i starą wycieraczkę, karykaturalnie imitujące szaty pontyfikal­
ne. Wszystko usytuowane jest w otoczeniu cywilizacyjnych odpadów,
ilustrujących wielki duchowy śmietnik człowieka u schyłku XX wie­
ku. Opis degrengolady ludzkiej i duchowego ubóstwa skonstruowany
został za pomocą podniosłego słownictwa, co nie tylko dziwi u Róże­
wicza, ale też potęguje wrażenie rozbieżności formy i treści, kontrast
materii i ducha:
spał na ławce
z głową złożoną
na plastykowej torbie
płaszcz na nim był purpurowy
podobny do starej wycieraczki
na głowie miał czapkę uszatkę
na dłoniach fioletowe rękawiczki
z których wychodził palec
wskazujący i ten drugi
(zapomniałem jak się nazywa)
zobaczyłem go w parku
tom V
196
Józef Maria Ruszar
między nagim drzewkiem
przywiązanym do palika
blaszaną puszką po piwie
i podpaską zawieszoną
na krzaku dzikiej róży
ubrany w trzy swetry
czarny biały i zielony
(a wszystkie straciły kolor)
spał spokojnie jak dziecko
poczułem w sercu swoim
(nie pomyślałem lecz poczułem)
że to jest Namiestnik
Jezusa na ziemi
a może sam Syn Człowieczy
chciałem go dotknąć i
zapytać
czy ty jesteś Piotr?
ale ogarnęło mnie
wielkie onieśmielenie i
oniemiałem
twarz miał zanurzoną
w kłakach rudej brody
chciałem go obudzić
i spytać raz jeszcze
co to jest prawda
2014 tom V
pochyliłem się nad nimi
poczułem zepsuty oddech
z jamy ustnej
a jednak coś mi mówiło
że to jest Syn Człowieczy
otworzył oczy
i spojrzał na mnie
zrozumiałem że wie wszystko
EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA
197
odchodziłem pomieszany
oddalałem się
uciekałem
w domu umyłem ręce
Zdegradowana Ewangelia
Pierwsza, literalna interpretacja, która zakłada szyderstwo, powia­
da, że być może jest to obraz słusznej ucieczki od marnej cywilizacji
i na tym polega głęboka wiedza kloszarda, żebraka, który pańskim ge­
stem odrzuca blichtr tego świata, by dotknąć żywej egzystencji poza za­
przedaną złotemu cielcowi społecznością. W takim odczytaniu utwór
ten wpisywałby się w cykl wymierzony w moralno-intelektualno-eg­
zystencjalną nędzę współczesności pozbawionej Boga – tym razem
z dodatkiem zdegradowanych ewangelicznych i kościelnych rekwizy­
tów, karykaturalnie odciskających swą dawną świetność i wzniosłość
w wulgarnej formie, czy też „foremce”, by użyć słowa samego poety.
Purpura Zbawiciela, do której przywiązani są wierni, zamieniona
została na starą wycieraczkę. Czapka uszatka i dziurawe fioletowe rę­
kawiczki są karykaturalnymi atrybutami ikonograficznymi portretów
papieży i kardynałów. Widać, że Różewicz, historyk sztuki, ma pod
powiekami portrety Juliusza II pędzla Rafaela i Tycjana. Przywoła­
nie znanych płócien pozwala poecie liczyć na skojarzenie czytelnicze,
dzięki czemu aluzje do dostojności znajdą swój kontrast w opisywanej
nędzy. Trzy kolory sweterków mają prawo kojarzyć się z podstawowy­
mi barwami szat liturgicznych. Także sceneria w wierszu przywołuje
Wzgórze Czaszki (czaszkę symbolizuje tu chyba puszka po piwie), które
Oryginalny portret Juliusza II, jako zmęczonego, brodatego starca (broda zapusz­
czona na znak pokuty za utratę Bolonii) znajduje się w londyńskiej National Gallery.
Inne, podobne portrety można zobaczyć w Uffici (płótno przypisywane Tycjanowi) czy
Palazzo Pitti (kopia nieznanego malarza) we Florencji (za: Alexander Auf der Heyde, National Gallery London, wyd. HPS, 2007).
Różewicz wymienia trzy z podstawowych czterech kolorów szat liturgicznych. Bia­
ły ornat używany jest w mszach Okresu Wielkanocnego i Narodzenia Pańskiego oraz
w święta i wspomnienia Chrystusa Pana, w święta maryjne oraz gdy święty nie był mę­
czennikiem. Zielony – to kolor szat w okresie „zwykłym” (per annum). Czarny kolor uży­
wany jest w mszach pogrzebowych oraz w Wielki Piątek (a raczej był, bo obecnie częściej
zastępowany jest kolorem fioletowym, ale należy przypuszczać, że Różewicz kolory szat
liturgicznych pamięta z dzieciństwa). Ciekawe, że poeta nie wymienił koloru męki, czyli
Wizerunki
198
Józef Maria Ruszar
2014 tom V
było pozamiejskim śmietnikiem, zdegradowanym miejscem kaźni nie­
wolników i przestępców, ponieważ terenu miasta nie wolno było kalać
brudną krwią. Zamienić chustę Weroniki na podpaskę – to ze strony
autora prowokacja. Nagie drzewko przywiązane do palika dałoby się
w tym kontekście odczytać jako obraz genealogicznego drzewa Jessego
i jego ostatniej gałęzi czy też drzewa krzyża, ale jakoś rachitycznego,
zbyt słabego, by unieść owoc zbawienia. Nawet dzika róża przywołuje
religijną i kościelną symbolikę, nasuwając obraz Marii cierpiącej pod
krzyżem.
Nic w tym wierszu nie jest przypadkowe, każdy obraz „śmieciowego
świata” ma odnośny symbol w Ewangelii lub może być tak zinterpre­
towany, jednak wszystkie elementy świata wyłaniającego się z utworu
Różewicza występują w formie silnie zdegenerowanej, brudnej, wręcz
obrzydliwej czy odrażającej. Nic dziwnego, że spotkanie ze współcze­
snym Jezusem (Synem Człowieczym lub jego Namiestnikiem, Pio­
czerwonego (w Liturgii Męki Pańskiej, męczenników i apostołów, Zesłania Ducha Świę­
tego).
To przypuszczenie należy do najbardziej ryzykownych, ale wydaje się, że jest uza­
sadnione ogólną tendencją do „podmieniania” elementów tradycji Męki Pańskiej na za­
mienniki współczesnego „śmieciowego świata”.
Róża ma w chrześcijaństwie bardzo wiele odczytań symbolicznych. Czerwona róża
jest symbolem męczeństwa, w szczególności Jezusa na krzyżu: jej kolor i pięciokrotność
okwiatu mają mieć związek z pięcioma ranami Chrystusa, a kolce nawiązują do korony
cierniowej. Róża, jako delikatny kwiat wyrastający spośród kolców, jest także symbolem
Marii jako osoby niepokalanie poczętej wśród grzeszników. Jednym z określeń Marii jest
przecież Róża Syjonu, innym – pojawiającym się w litanii loretańskiej – Róża Duchowna
(Rosa Mystica), co może być również nawiązaniem do pojawiającej się w Pieśni nad pieśniami róży Saronu. Jest to przeciwieństwo innego znaczenia róży – symbolu przemijania
rzeczy doczesnych. Symbolika róży dała również początek chrześcijańskiemu różańcowi
(zob. na ten temat Józef Marecki, Lucyna Rotter, Symbolika roślin: heraldyka i symbolika
chrześcijańska, Kraków 2007). Kwiat ten ma także rozbudowaną symbolikę w kulturze
europejskiej (zob. Pierre Grimal, Słownik mitologii greckiej i rzymskiej, Wrocław 2008).
Kwiat róży był wielokroć przywoływany w poezji młodopolskiej – jako symbol przemi­
jania, nietrwałości i śmierci. W wierszu Herberta z kolei emfaza pada na kolce krzaka
dzikiej róży, które można czytać jako znaki podniety do męczeństwa i wyrzeczenia.
Nowy Testament właściwie wymiennie używa określeń Syn Człowieczy i Syn Boży
(mesjańskie tytuły Jezusa, wskazujące na szczególny związek Pomazańca – Chrystusa
z Ojcem Niebieskim), mówiące o istotnej relacji Boga do człowieka oraz niezwykłym
wydarzeniu, jakim jest Wcielenie. W Starym Testamencie tytuł Syn Boży przybiera róż­
ne znaczenia. W liczbie mnogiej odnosi się do tych, którzy stanowią orszak Jahwe, jemu
służą i są jego wysłannikami, a pierwszymi synami w historii świata byli Kain i Abel (co
wskazuje na ciągłą jeszcze bliskość ludzi i Boga). Także upadli aniołowie w księgach apo­
kryficznych (Księga Henocha) nazwani są Synami Bożymi.
EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA
199
trem) kończy się higienicznym zabiegiem. Taka antyreligijna lektura
jest spójna i dałaby się uzasadnić, gdyby nie istotne elementy wiersza,
które prowokują interpretatora, nakazując dalsze poszukiwania sensu.
Chrystus i apostołowie w garniturach
Tak na przykład przedstawia odmowę religijną współczesnego Jonasza Zbigniew
Herbert w wierszu Jonasz z tomu Studium przedmiotu. Piszę o tym w książce Stróż brata
swego. Zasada odpowiedzialności w liryce Zbigniewa Herberta, Lublin 2004, s. 115-118.
Wizerunki
Jeśli zaś przeciwnie, przyjmiemy, że wiersz nie ma na celu poniże­
nia chrześcijan i wiary, to staje się on wirtuozerskim przeniesieniem
realiów z czasów Jezusa na dzień dzisiejszy, zabiegiem przydatnym
w katechezie, homiletyce i innych działaniach duszpasterskich Kościo­
ła. Mogłoby to być świadectwo współczesnego Piłata, jakiś rodzaj ne­
gatywnej epifanii człowieka, który ucieka od przesłania Ewangelii lub
ucieka jak Jonasz skrywający się przed niebezpieczną misją. Co „po­
czuł w sercu swoim” bohater wiersza, domniemany Piłat XX czy XXI
wieku, wyraźnie odwołujący się do biblijnego pojęcia serca poznające­
go Boga, a jednocześnie odrzucający myśl spekulatywną?
Zacznijmy od uwagi biograficznej. Tadeusz Różewicz ukończył his­
torię sztuki, a – jak sam powiada – pół życia spędził w galeriach i mu­
zeach. Jest mu więc znany zwyczaj dawnych artystów (przynajmniej
do czasów renesansu i baroku) przedstawiania Jezusa jako im współ­
czesnego. Nie jest przypadkiem, że także na podstawie obrazów reli­
gijnych można badać zmianę mody i ubioru na przykład w średnio­
wiecznych krajach włoskich czy niemieckich. Dopiero później pojawiła
się idea „historycznego”, a raczej – jak by powiedział Nietzsche – anty­
kwarycznego malowania postaci biblijnych. W XX wieku nastąpił po­
wrót do tego rodzaju praktyk, ale traktowany już raczej jako rzadka
pozytywna prowokacja, której celem jest uzmysłowienie konieczności
wcielania Ewangelii w każdych czasach, a więc także dziś, tu i teraz.
Na ogół jednak intencją artysty jest wyrażenie malarskimi środkami
kerygmatycznej prawdy, że nauki ewangeliczne nie są czymś historycz­
nym, zamkniętym, lecz aktualnym i żywym.
Różewicz stosuje technikę, którą można nazwać epifanią negatyw­
ną, to znaczy taką, gdzie sacrum przejawia się nie w mocy, potędze
i chwale, lecz w słabości, upadku, a nawet upodleniu Zbawiciela. Do­
200
Józef Maria Ruszar
mniemany Namiestnik Piotr to nie wyzłocony, przedstawiony w litur­
gicznych szatach papież z dekoracyjnych obrazów Rafaela czy Tycjana,
ale łachudra i obszarpaniec, po prostu brudny, zapijaczony, cuchnący
wódką włóczęga z dołów społecznych. Nawet jeśli to Syn Człowieczy,
pokazany jest jako postać dość odrażająca, z którą kontakt wymaga
ablucji. Obraz w wierszu byłby więc w takim kontekście uwspółcześ­
nioną wersją istoty spotkania sprzed dwóch tysięcy lat: rzymskiego
arystokraty z kłębiącą się żydowską hołotą, która niespodziewanie
przywiodła przed jego oblicze brudnego, poturbowanego i spoconego
od modlitw obszarpańca, który podawał się za Syna samego Boga.
Piłat był człowiekiem wykształconym i wiedział, choćby od Home­
ra, że olimpijscy bogowie miewali kontakty z ziemiankami, ale w ta­
kich wypadkach ich owoc zwykle dziedziczył po boskiej części stadła
jakieś nadzwyczajne moce i piękno. Tymczasem podsądny nie wyglą­
dał dostojnie, nie mówiąc już o tym, że ten dziwny bóg Hebrajczyków
podobno miał inne obyczaje, a na dodatek brak mu ciała, bo – jak mó­
wią – jest wyłącznie duchem (tu wiedza Namiestnika może nie była
głęboka, ale przecież nie mogła zbytnio odbiegać od stanu rzeczywis­
tego, wszak cesarski wywiad dysponował obszerną dokumentacją na
temat zwyczajów i religii poddanych ludów). Na skutek estetyzacji
Męki Pańskiej nie bierzemy pod uwagę szkaradności sytuacji, z jaką
miał do czynienia wysoki urzędnik rzymski, który skazywał jakiegoś
brudnego i groteskowego proroka pogardzanego ludu, śmierdzącego
potem, krwią i kurzem, zmaltretowanego i pociesznie przystrojonego
w purpurowy płaszcz, który – ku uciesze gawiedzi – zafundował mu
Herod. Ikonografia męki Pańskiej, a także teologiczne wywyższenie
Syna Bożego, spowodowały, że współcześni chrześcijanie na ogół nie są
świadomi ani prawdziwego okrucieństwa, ani sytuacyjnego poniżenia
Jezusa.
Zauważmy, że Jezus został pierwotnie odesłany do króla żydowskiego, który na po­
śmiewisko kazał go ubrać w „lśniący płaszcz”, a przed Piłatem stanął dwa razy (Łk 23,
1‑16; Mt 27, 1-31; Mk 15, 1-20; J 18, 28-19, 16). Wszystkie przytaczane w tym artykule
cytaty z Pisma Świętego podaję za: Biblia Tysiąclecia, Poznań 2003.
Wczesne chrześcijaństwo nie uprawiało werystycznej sztuki i akcentowało Chrystu­
sa zwyciężającego śmierć, co nadal jest aktualne w sztuce prawosławia. Ale nawet z naj­
bardziej okrutnie namalowanych scen ukrzyżowania czy biczowania płynie ku odbiorcy
piękno malowanych obrazów, które zmienia psychiczny odbiór krwawych wydarzeń. To
mam na myśli, pisząc o estetyzacji Męki Pańskiej. I Różewicz, i Herbert należeli do poe­
tów, którzy rozumieli tę dwuznaczność każdej sztuki przedstawiającej zło i okrucieństwo.
2014 tom V
EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA
201
Współczesny Piłat, jeśli tak określimy bohatera wiersza Tadeusza Ró­
żewicza, odnosi równie przykre wrażenia z kontaktu z domniema­nym
Synem Bożym, co prowadzi do końcowego umycia rąk. Gest formalnie
ma inne znaczenie – jest zmyciem śladów odrażającego spotkania, ale
swoją wagą wykracza poza możliwość li tylko dosłownej interpretacji.
Bo zauważmy, że bohater wcale nie miał fizycznego kontaktu z brud­
nym kloszardem, któremu zadał identyczne pytanie jak dwa tysiące lat
temu. Nie jest to więc zabieg higieniczny, lecz symboliczny – powtórka
„gestu Piłata”, czyli odmowa współudziału, odmowa odpowiedzial­
ności, odmowa przyjęcia przesłania. Tyle że inaczej wygląda jego ius
gladii, jego prawo miecza: może skazać współczesnego Jezusa tylko na
śmierć cywilną, na odtrącenie, ale nie wysłać do pretorium ku uciesze
żołnierzy.
Czy jest to wiersz „religijny”? Z całą pewnością tak, jeśli nie upie­
ramy się, by przypisywać go konkretnemu wyznaniu, bo przecież jego
zakorzenienie w nauce chrześcijańskiej jest bezsporne. Mamy do czy­
nienia z opisem współczesnego doświadczenia odmowy przyjęcia za­
sad Ewangelii, a konkretnie uznania w każdym człowieku „bliźniego
swego”, co jest istotą przesłania Jezusa, wyrażoną w pouczeniu, które
Chrystus skierował do uczonego w Prawie, gdzie miłość do Jahwe i mi­
łość do człowieka zostały zrównane (por. Łk 10, 25-29; Mt 22, 35-40;
Mk 12, 28-34). Takie wyznanie mógłby złożyć niejeden wierzący i prak­
tykujący chrześcijanin, człowiek sprawiedliwy i religijnie wykształcony
oraz niezakłamany w swojej wierze. W tym sensie nie jest z mojej stro­
ny żartem czy prowokacją stwierdzenie, że wiersz mógłby być „p­omocą
duszpasterską” w przygotowaniu do rachunku sumienia gorliwego wy­
znawcy, aby uświadomić mu grzech braku miłości bliźniego. Że tak zo­
stał pomyślany, nie ulega wątpliwości, mimo jego wyzywającego stylu
wypowiedzi, stojącego w sprzeczności ze zwykle słodkawą modłą wy­
powiedzią kaznodziejów i katechetów.
Wierszem Widziałem Go Różewicz prowokuje wiernych, nie jest to
jednak pustota „artystycznych prowokacji” obrażających chrześcijan
(krzyż w moczu, darcie Biblii, genitalia na krzyżu itp. chece). Prze­
ciwnie. Nie ma w nim swawoli i frywolności, lecz śmiertelna powaga
Wizerunki
W obliczu Sądu Ostatecznego
202
Józef Maria Ruszar
2014 tom V
i zarzut. Wskazuje się tu na praktyczne odrzucenie niegodnego członka
sytej społeczności, przy deklarowanej chrześcijańskiej miłości bliźnie­
go. Punktów stycznych z nauką Jezusa można w wierszu znaleźć wiele,
jak choćby aluzję do spotkania z bogatym młodzieńcem, który spełniał
wszystkie warunki bogobojności, ale przeląkł się wezwania do rozdania
wszystkiego ubogim i podążenia za Jezusem.Najważniejszym kontek­
stem utworu Różewicza jest jednak pouczenie o Sądzie Ostatecznym,
na którym zostaną zadane pytania o spotkaniu Syna Człowieczego,
a sprawiedliwi podsądni zdziwią się: „Kiedy widzieliśmy Cię głodnym
i nakarmiliśmy Ciebie? Albo spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy wi­
dzieliśmy Cię [...] nagim i przyodzialiśmy Cię? [...] A Król im odpowie:
Zaprawdę, powiadam wam: wszystko co uczyniliście jednemu z braci
moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (całość pouczenia: Mt 25, 31‑44). Jest to ten fragment Ewangelii, który wyjaśnia istotę naśladow­
nictwa Jezusa jako praktykowanie miłości bliźniego10 i przedstawia
kryteria Sądu Ostatecznego. To dlatego bohater wiersza – Różewicz pi­
sze o tym wprost – odchodzi „pomieszany”, tak bowiem objawia się
kontakt z bóstwem, ale tak też odszedł ewangeliczny młodzieniec, któ­
Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie:
„Pójdźcie, błogosławieni u Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo,
przygotowane dla was od założenia świata!
Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a przyodzialiście mnie;
byłem chory, a odwiedziliście mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.
Wówczas zapytają sprawiedliwi:
„Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie?
Albo spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem
i przyjęliśmy Cię lub nagim i przyodzialiśmy Cię”.
Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?”
A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu
z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 34-40).
10
Poniekąd jest to także nawiązanie do Lévinasa, który powiada, że Inny, czyli bliźni,
objawiając swoją Twarz, staje się naszym Nauczycielem i onieśmiela epifanią swej Twarzy.
W późnych wierszach Różewicza Lévinas jest często obecny jako ten, który „ukradł mu
Twarz” (wyrażenie z tempus fugit, ze zbioru Wyjście). W tym „śmieciowym poemacie”
znajdujemy też liczne odniesienia do filozofii dialogu i jej przedstawicieli, często wymie­
nianych z nazwiska (Buber, Rosenzweig, Lévinas). Bonhöfferowi poświęcony jest wiersz
nauka chodzenia (także z tomu Wyjście). Związki poezji Różewicza z filozofią dialogu
analizuję w niepublikowanej tu części szkicu.
EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA
203
remu żal było wyrzec się odziedziczonych bogactw11. Pomieszanie jest
jednak przede wszystkim wynikiem odmowy solidarności z potrzebu­
jącym bliźnim. Nie zapominajmy, jakie są konsekwencje tego rodzaju
postawy: odrzucenie na wieki. Mówiąc językiem teologii: wieczne po­
tępienie. Oto poetyckie rozeznanie dla „śmieciowego świata”.
*
Analiza i interpretacja wiersza Widziałem Go nie może uciec od co
najmniej dwóch kontekstów. Pierwszy jest natury biograficznej. Tade­
usz Różewicz żył lat 90 z okładem, z czego przez ponad 70 lat pisał
wiersze. Uchodził wprawdzie za czołowego polskiego poetę-ateistę (co
z­resztą spowodowało jego kąśliwą uwagę w wierszu poświęconym Ja­
nowi XXIII, Jest taki pomnik12), ale przez ten długi twórczy okres swego
życia napisał dziesiątki wierszy odwołujących się, w taki czy inny spo­
sób, do Boga. Były to bardzo różne etapy i wyrażały różnorakie e­mocje.
Jako kilkunastoletni gimnazjalista pisywał wiersze stricte religijne
i niezbyt oryginalne do Matki Boskiej. Jako młodzieniec dwudziesto­
paroletni, oszukany przez Boga i ludzi, postanawia zabić Pana Zastę­
pów i w wierszu Kuglarz świętości13 narzeka, że słowa są zbyt słabe, aby
śmiertelnie ugodzić Boga (z kontekstu wynika, że chodzi o Boga His­
torii, tak jak rozumieli Go Izraelici w Starym Testamencie). Niemniej
jednak próbuje Go zabić, czego wyrazem jest kilka tomików wierszy
11
„On zaś, gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty” (Łk 18, 18-23,
Mt 19, 16-22; Mk 10, 17-22).
12
Papież Jan XXIII, a ściślej jego koszmarny pomnik we Wrocławiu, błogosławi poe­
cie jeszcze zanim został ogłoszony świętym Kościoła katolickiego:
błogosławisz mi
Tadeuszowi Judzie z Radomska
o którym mówią że
jest „ateistą”
ciągle mnie pytają
co pan myśli o Bogu
a ja im odpowiadam
nieważne jest co ja myślę o Bogu
ale co Bóg myśli o mnie (UZ, X, 148).
13
Wiersz nie wszedł do żadnego tomiku poety, ale został przytoczony w monografii
Tadeusza Drewnowskiego: Walka o oddech. O pisarstwie Tadeusza Różewicza, Warszawa
1990, s. 71-72.
Wizerunki
ale mój Dobry Papieżu
jaki tam ze mnie ateista
204
Józef Maria Ruszar
z lat 40. i 50., w tym sławne wiersze jak Niepokój i Ocalenie z tomu
Niepokój. Krótko mówiąc, przez kilkanaście lat od zakończenia wojny
w twórczości tej dominuje uraza i chęć odwetu za klęskę, która spotka­
ła poetę, jego rodzinę (śmierć ukochanego brata Janusza) i Polskę. Ale
już od lat 60. w kolejnych tomach pojawiają się wiersze wyrażające żal
za utraconym Bogiem, smutek z powodu przerwanego kontaktu z Oj­
cem. Im starszy poeta, tym żal większy, a wyznania bardziej osobiście
sformułowane. Poza tym zmienia się figura Boga: to już nie starotesta­
mentowy Pan Historii, ale ewangeliczny Ojciec, za którym się tęskni,
oraz Jezus to pojawiający się, to znikający z oczu. Pesymizm poety wy­
raża się przede wszystkim figurą opuszczenia.
W przypadku tej konkretnej analizy, kontekstem jest także w­iększa
całość – przygotowywana przeze mnie książka analizująca biblijne mo­
tywy i metafory w twórczości Różewicza. Bo trzeba powiedzieć (a nie­
wielkie rozmiary tego szkicu powodują, że nie można tu przeprowadzić
szczegółowego dowodu), że Różewicz jest jednym z najbardziej zanu­
rzonych w Biblii poetów polskich XX wieku (a może nie tylko ostatnie­
go stulecia). Co więcej, mamy do czynienia z dogłębnym przeżyciem
i zrozumieniem Ewangelii, a nie tylko z operowaniem toposami, arche­
typami czy figurami biblijnymi.
Rok 2014
Wojciech Ligęza
Między Polską a światem
Rozmowa z Kasprem Pawlikowskim
Wojciech Ligęza: Chciałbym rozpocząć naszą rozmowę od czasów medyckich. Istnieją obrazy przechowywane w pamięci, które od dzieciństwa towarzyszą nam przez całe życie. Czy w Twoim przypadku tak się też zdarza?
Kasper Pawlikowski: Oczywiście, że są takie zapisy w pamięci, często
kojarzone z wizualnymi doznaniami, na które nakładają się doznania
innych zmysłów i uczucia – bojaźni czy przyjemności. Jakie to wyobra­
żenia? Przede wszystkim powraca obraz wielkiej swobody – zwyczajnej,
fizycznej, czyli przestrzeń dużego parku, ale z drugiej strony ta swobo­
da blisko graniczy z samotnością. Nie miałem kolegów w moim wieku,
tylko dwie siostry. Ojciec był porywczy i zasadniczy, matka mniej, ale
utrzymywał się dystans między mną a rodzicami, tak że nie zawsze mały
Kasper mógł dzielić się z nimi tym, co przeżywał i o czym myślał. Inna
rzecz to relacje między dworem w Medyce a światem zewnętrznym. Mó­
wiło się o sąsiedztwie, ale sąsiedztwo oznaczało następny majątek, dwór
i zamieszkującą tam rodzinę. Zwykle ci ludzie nie żyli z nami w bez­
pośredniej bliskości. Byłem tego świadomy dość wcześnie, a głębsze
rozumienie przyszło z czasem. Powiedzmy więc o doświadczeniu gra­
nic. Dwa obrazy – swobody i samotności – zakodowały się w pamięci.
WL: Powiedziałeś po Proustowsku o smaku i wrażeniach wizualnych.
Czy był to jakiś odpowiednik magdalenki maczanej w herbacie czy raczej obraz ogrodu-labiryntu, w którym dziecko odkrywało świat?
KP: Czy masz na myśli przestrzeń międzyludzką, relacje z ludźmi, z któ­
rymi – pomimo samotności – się spotykałem? Bo przecież był ogrod­
nik, był stróż, a także przyjeżdżający z wizytą sąsiedzi...
WL: Myślałem o przestrzeni dworu, parku i okolicy, ale także o przestrzeni międzyludzkiej, która nas kształtuje.
tom V
2014 tom V
206
Wojciech Ligęza
KP: To się mocno utrwala w postaci pytań – kim jesteśmy w odniesie­
niu do rodziny, jakie miejsce tam zajmujemy. Potrzebna jest tutaj kul­
turalna charakterystyka, świadomość, że ktoś w rodzinie pisze, a ktoś
inny maluje. Pokolenia wstecz mają również znaczenie, by dać przy­
kład dziadka Jana Gwalberta... Odczuwałem to silnie i myślałem o tym
później – w latach szkolnych, że jesteśmy bogaci kulturowo. Odkrywa­
łem czytanki oraz historie w podręcznikach, w których wkład istotny
miały osoby z rodziny. Nie wiem, czy odpowiedziałem na pytanie?
WL: Tak, tak. Kultura w rodzinie. To nas prowadzi w stronę ciekawego zagadnienia. Czy odczuwałeś swoją inność? Nie powiem, że to była pozycja
uprzywilejowana, ale jednak wzrastałeś w Medyce, miejscu szczególnym
i nawet jeśli nie będziemy używać górnolotnych sformułowań, trzeba podkreślić, że był to ważny ośrodek kultury. Jak to na Ciebie oddziaływało?
KP: Między rodzeństwem pojawiła się różnica. Otóż moja siostra była
od wczesnego dzieciństwa zainteresowana sprawami intelektu, nie
t­ylko książkami oraz ideami, ale też zagadnieniami religii, natomiast
ja, który cierpiałem na dysleksję, miałem poczucie, że jej nie d­orównuję.
I to szło za mną przez jakiś czas, ale kiedy opuściłem dom i znalazłem
się w szkole, i kiedy – po jej ukończeniu – zaczęła się wojna, „inność”
była tym, co dodawało mi sił. Dysleksja – głupstwo, gdyż dość wcześ­
nie przyszło zrozumienie pewnych fenomenów społecznych. Później
przeprowadziło mnie to przez wiele kultur, których doświadczyłem –
szczęśliwie.
WL: Rozwinąć warto poprzednią kwestię: gdy weźmiemy do ręki podręcz­
nik Balickiego i Maykowskiego „Mówią wieki”, to okaże się, że w programie szkolnym umieszczone zostały teksty z kręgu Twojej rodziny. Jak się
to odbiera, jak to odbierali koledzy?
KP: Z zażenowaniem. Nie lubiłem się nigdy chwalić, ale poczucie, gdzie
jestem, skąd pochodzę, było ważne. Koledzy czytali. Pojawiało się naz­
wisko Beaty Obertyńskiej, która o jakimś nurku pisała czy o czymś
innym, nie tylko zresztą Obertyńskiej, ale i moje własne – za sprawą
dziadka czy pradziadka. Zażenowanie, ale wewnętrznie przyjemne...
WL: Wtedy podręcznik nie jest abstrakcją ani czymś nieludzkim, bo
przemawia głosami najbliższych.
KP: Tak.
WL: Czy, wyłączając rodzinę, zapamiętałeś wybitne osobowości, które
bywały w Medyce?
KP: O tak. Pamiętam osoby raczej wzrokowo niż celebralnie. Oczywiś­
cie o tym, że byli wybitni, dowiedziałem się o wiele później, częściowo
z zapisów rodzinnych. Natomiast sylwetki niektórych z nich zapisały
mi się całkiem wyraźnie. Byli między innymi Stanisław Wyrzykowski1,
Józef Retinger2, Stanisław Stroński3, Władysław Szafer4, Stanisław Głą­
biński5, Stanisław Pigoń6, Stanisław Wasylewski7, Stanisław Grabski8,
pani Marusia Kasprowiczowa9, Rozwadowski, syn generała10.
WL: Medyka to mógłby być temat dłuższej rozmowy, ale musimy dążyć do uzyskania obrazu całości. Trwał pewien ład, zdawałoby się, odwieczny. Tradycyjny sposób życia polskiego oparty na wzorach kultury
ziemiańskiej i postziemiańskiej istniał bardzo długo i nagle się skończył.
Czy zapamiętałeś moment graniczny?
KP: Mówisz o końcu, czyli o kataklizmie wojny... Mój ojciec11 był zie­
mianinem de facto, bo się zajmował majątkiem, ale jego przygotowanie
teoretyczne było niewielkie; przez jakiś czas przebywał w Dublanach
u swojego ojca i tam zyskał pewne doświadczenie. Oni wszyscy, włą­
czywszy ojca i dziadka, mieli umysły eklektyczne i zainteresowania
bardzo szerokie. Najlepszy dowód, że mój dziadek Jan Gwalbert12 –
ekonomista i rolnik, pisał o nawozach i hodowli byków, lecz skończył
wiadomo na czym – na mistyce Słowackiego. Mój ojciec tak samo: pro­
wadził gospodarstwo (włączał się w procesy ekonomiczne kraju), a pa­
sją jego była literatura, poezja oraz kolekcjonerstwo archiwaliów.
Dziadkowie mieli duży wpływ na moje wychowanie. Starali się
zwracać uwagę na tematykę społeczną i, by mnie z nią oswoić, dziadek
kazał sobie czytać artykuły w prasie. Ja zaś strasznie dukałem i wsty­
dziłem się, że nie potrafię czytać płynnie. Przygotowywali mnie do
roli, jaką miałem odegrać w społeczeństwie, jakakolwiek by ona była.
Przyszedł krach i wszystko oczywiście wzięło w łeb. Jak dzieciństwo
i przeszłość wpłynęły na zachowania w innym otoczeniu, najpierw
w dalszej rodzinie – z zaboru pruskiego, potem we Włoszech i w kolej­
nych miejscach? To mnie uposażyło w siłę wewnętrzną. Nie miałem
kompleksów, że nie jestem dosyć dobry. Może jedynie w Anglii czułem
się niepewnie: umysł pracował na poziomie osiemnastolatka, podczas
gdy język – na poziomie piątej klasy szkoły powszechnej (śmiech). To
sprawiało pewną trudność, ale uposażenie wzięte z domu, o którym
mówiłem, dawało mi „szwung” – by tak to nazwać, i siłę przebicia.
WL: Chciałbym Cię zapytać o wyjazd z Medyki. Jak odbyła się ewa­
kuacja dworu, ale też – jak zapamiętałeś zamknięcie pewnego etapu ży-
207
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
208
Wojciech Ligęza
cia? Ruszyłeś w szeroki świat. Jak to się przedstawiało od strony faktografii?
KP: To pamiętam dokładnie. Zawsze mnie to uderzało, że ojciec, który
mieszkał i pracował w Medyce, miał swoje archiwum złożone w czte­
rech dużych skrzyniach z dykty. Wyobraź sobie, były tam półki, ale
też wieczka, które można było przykręcić i od razu skrzynie zabrać.
Do Medyki wróciłem na początku wojny, bo wcześniej przebywałem
w Zakopanem (z powodu choroby straciłem jeden rok gimnazjum).
Gdy nadciągnęło zagrożenie, w ciągu jednego dnia skrzynie zostały
zaśrubowane i załadowane na wóz drabiniasty, który ojciec wziął z fol­
warku – i w cztery konie wyjechaliśmy z domu. Pamiętam, że ojciec
dokładał na wóz jeszcze różne rzeczy, na przykład sztandar Lelewela
z powstania styczniowego oraz co cenniejsze pamiątki kultury. Srebra,
biżuteria i inne cenne przedmioty zostały. Nie było wiadomo, co się
zdarzy. Zatem wyjeżdżaliśmy dla bezpieczeństwa w nieznane. Wozem
drabiniastym dotarliśmy do Lwowa. Po drodze jedno koło u wozu po­
psuło się i trzeba było pojazd reperować. Podróż trwała ze dwa dni...
We Lwowie powstało pytanie, dokąd najbezpieczniej dowieźć archi­
wum i gdzie je złożyć.
Zaświecie, dom Wolskich, to znaczy mojej matki i Beaty Obertyń­
skiej, nie było miejscem wystarczająco bezpiecznym. Dom prywatny to
jednak nie to samo, co instytucja. Rodzina była związana przez wiele
dziesiątków lat, jeżeli nie przez stulecie, z Zakładem Ossolińskich, tam
więc konie dociągnęły wóz drabiniasty i w podziemiach Ossolineum
skrzynie zostały złożone. Parę dni później ojciec wyjechał za granicę.
WL: A jakie były Twoje dalsze losy?
KP: Zostałem we Lwowie – na Zaświeciu, które było miejscem na
ubo­czu, względnie bezpiecznym dla ludzi. Zjechały tam różne osoby
z rodziny i znajomi, przeważnie z prowincji. Ciotka Beata p­rzyjechała
z Odnowa, gdzie przebywała przez lato, Bączkowscy – ze swojego ma­
jątku, Romanowscy, Cieleccy oraz tacy czy inni. Duży dom pomieścił
nas wszystkich. Przebywaliśmy tam niecały rok, z tym że w czasie
pierwszych dni wojny i bombardowania przenieśliśmy się do naszych
znajomych – rodziny Czartoryskich na ulicy Długosza. Była to liczna
rodzina, do której z kolei ściągnęli różni ich znajomi. Nazwisko Reyów
z liczną dzieciarnią utkwiło mi w pamięci. Dla dodania sobie odwagi
przez dziesięć dni mieszkaliśmy razem. Tam staliśmy się świadkami
szokującego wkroczenia armii sowieckiej, którego się nikt nie spodzie­
wał. Ten pierwszy dramat przeżyłem dogłębnie. Niebawem wróciliśmy
na Zaświecie. Tak zakończył się dla mnie etap wolnej Polski i mojego
dzieciństwa.
WL: Zamknięcie Medyki i przewiezienie archiwum przypomina opis
opuszczenia przez Beatę Obertyńską dworu w Odnowie. Od tego epizodu zaczyna się „W domu niewoli”. Ale pytam o coś innego. Pojawia się
oto obcy żywioł, czyli Armia Czerwona, a zapewne czegoś takiego mieszkańcy Lwowa wcześniej nie widzieli. Czy odkryłeś wówczas nieznaną
j­akość, która była albo niepokojąca, albo nawet – fascynująca?
KP: Jak najbardziej. Do fascynacji wrócę później – w innym kontekście.
Przede wszystkim odczuwałem zawód z powodu poderwania wiary
w wartości moralne, w zmowie obu sąsiadów Polski. W odróżnieniu od
starszego pokolenia, nie mogłem przyjąć, że taki fakt mógł mieć miej­
sce. W innych rejonach z zachodu napierały nieprzyjacielskie wojska
niemieckie, a tu, do dogorywającego w konwulsjach kraju, po cichut­
ku, sunęły hieny ze wschodu. Świat mój i wartości wpajane od zawsze
załamały się w tym czasie. Całe harcerstwo, bojowość, „nie rzucim zie­
mi”, „nie oddamy ani guzika”, wszystkie hasła, którymi nas karmiono,
pierzchły w okamgnieniu. Cyniczna zmowa sąsiadów uderzyła mocniej
niż fizyczny strach. Tak, przeżyliśmy to wielkie rozczarowanie jako
podważenie moralnych wartości. Parę miesięcy potem Sowieci z­aczęli
wyłapywać poszczególne osoby, które pod bagnetami, indywidualnie
lub w grupach, prowadzili. Po zasypanej śniegiem ul. Pełczyńskiej czte­
rech striełków prowadziło kobietę środkiem ulicy. Jakżeż moje serce
było z nią. Nie brakowało innych dramatycznych obrazów.
Miałem niewiele lat i pierwszy raz korzystałem ze swobody od ro­
dzicielskiej pieczy – odkrywałem wtedy Lwów na własną rękę. Ojciec
wyjechał, a ja korzystałem z tego, że matka zajęta była siostrami, ponad­
to musiała zarabiać na nasze utrzymanie. Mieszkaliśmy wprawdzie na
Zaświeciu, ale trzeba było przecież nas wyżywić. Łazikowałem tu i tam,
stawałem w ogonkach po chleb, rozmawiałem z ludźmi – i to włą­czenie
się w eklektyczne tworzywo ludzkie mieściło się na innym poziomie
niż dotychczas. Wszystko mnie ciekawiło. Wtedy szczerze pokochałem
Lwów – poznawany od strony miejskiej, ulicznej, codziennej, aczkol­
wiek w wojennej atmosferze.
WL: Czyli istniały obok siebie równolegle dwie historie: mała, prywatna i zbiorowa, wielka. Opowieść kojarzy mi się z „Przedwiośniem”; pod
nieobecność ojca bohater poddawany jest rozmaitym siłom i kuszeniom.
209
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
210
Wojciech Ligęza
Musi więc wykazać sporo charakteru, by wybrać to, co wybrać powinien.
Poza tym życie, które obniża swój standard, jest chyba interesujące...
KP: Chowano mnie pod kloszem, a tu otwarły się wrota na szerszy
świat. To było fascynujące; bez wątpienia wojna należała do przeżyć
ciekawych. Należało mieć charakter, jak mówisz, by wybrać to, co na­
leży, ale w owym wieku pokus było wiele i właśnie ich mnogość i wielo­
rakość pozwalała na wybory, nie zawsze właściwe. Ale doświadczenie
było bogate i trwałe.
WL: Młody człowiek musi się w którymś momencie zbuntować. Kiedy
się zbuntowałeś?
KP: Ciekawe pytanie. Nie wiem, czy potrafię ten moment przyszpilić,
w pewnym okresie bowiem, po ideach harcerstwa i po patriotycznym
wychowaniu, zwartość, nawet okupanta niemieckiego, odbierałem jako
coś imponującego. Oczywiście był to wróg i zdarzyło się, co się zdarzyło,
ale mój bunt miałby impet, gdyby świat dawnych wartości się nie roz­
padł. Wtedy nie miałem powodów i chyba nie było buntu, bo i najbliżsi,
i społeczeństwo, cierpieli niedolę. Bunt się zwrócił do bezprawia i wo­
bec wroga. Ciekawe, że jednocześnie organizacja niemiecka, w przeci­
wieństwie do sowieckiej, była imponująco sprawna i zwarta. Patrzyłem
na Niemców z odrazą i niepokojem, ale imponowali mi. Wybacz, nie
odpowiadam ci wprost na pytanie. Myślę, że tym, co nazywać można
moim buntem, było załamanie wiary we wpajane wartości, tak różne
od rzeczywistości. To przyszło później. Anglia, dużo później, łączy się
z tego rodzaju przeżyciem. Czy nie wychodzę z opowieścią za daleko?
WL: Nie, zmierzajmy do Anglii...
KP: Alianci mieli nas bronić, jakoś chciałem włączyć się w ich wojenny
wysiłek w kampanii wojennej II Korpusu, a tymczasem i tu doznaliśmy
wszyscy zdrady. To była wtórna zdrada. Wiesz, jak cię zdradzą paro­
krotnie, to tworzy się w psychice jakby powłoka znieczulenia. Załama­
nie wiary, co staje się zalążkiem sceptycyzmu. W najlepszym wypadku
rezultatem jest zimny racjonalizm.
WL: Zdrada staje się normą, prawda?
KP: Już wtedy zyskujesz odporność, delikatne miejsca zasklepiają się
i narasta odporność. Zatem Anglia była dla mnie ważnym przeżyciem
w kontekście tego, o czym mówiłeś. Łączyła się z wewnętrznym bun­
tem osobistym przeżywanym zbiorowo. Wtedy byłem już dorosły.
WL: Jako młody człowiek trafiłeś do II Korpusu generała Władysława
Andersa. Musiała pojawić się decyzja, a za decyzją szły fakty.
KP: Otóż przed samym zajęciem Rzymu, w trakcie, jak się p­osuwały
armie alianckie na północ, utworzony został przez nie przyczółek w Net­
tuno, na południe od Rzymu. Ponieważ byłem młodocianym entu­
zjastą wojska i akcji oswobodzenia – zmówiłem się z moim równolat­
kiem, Stasiem Janikowskim, i uciekliśmy z naszych domów, myśląc, że
przejdziemy do aliantów przez linię frontu. Nie tylko nie udało się, ale
zostaliśmy schwytani przez Niemców, którzy nas pobili, potem posta­
wili pod mur na rozstrzelanie. Przeżyliśmy trudne chwile, ale myślę,
że młody wiek nas uratował. Miałem wtedy piętnaście lat. W k­ońcu
Niemcy zagnali nas do przewożenia amunicji. Przez trzy tygodnie
dowo­ziliśmy, wraz z Włochami z łapanek ulicznych, amunicję z Rzy­
mu na front. Ponieważ nasz włoski był płynny, podaliśmy się za Wło­
chów i rozmawialiśmy między sobą tylko w tym języku, Niemcy nie
wi­edzieli więc, że jesteśmy Polakami. Dziś myślę, że w tym stadium
kampanii chodziło im bardziej o siłę roboczą. Jednego razu podczas
rejsu z Rzymu daliśmy nogę, uciekliśmy z naszej ekipy, i obaj wróci­
liśmy do naszych domów w Rzymie. Tu muszę odsłonić rąbek rodzin­
nych stosunków i powiedzieć o innym silnym przeżyciu. Otóż ojciec
wziął mnie na „zasadniczą” rozmowę. Przyznał, że to, co zrobiliśmy,
było odważne, ale pouczył, że człowiek, który podejmuje się jakiejś ak­
cji, jest sądzony wedle kryterium osiągnięć. Były to twarde słowa, zwa­
żywszy, że uważałem naszą ucieczkę za godną pochwały. Pomyślałem,
że nie wszystkie zamierzenia udają się, czyż jemu się wszystkie uda­
wały? Złośliwa myśl zaświtała – jak by rodzice się czuli, gdyby istotnie
nas rozstrzelano, choć bez osiągnięcia celu? W Rzymie byli też jednak
inni, m.in. prałat Meysztowicz, który przy świadkach gratulował mi,
twierdząc, że był to akt bohaterski, z którego powinienem być dumny.
Nie trzeba mi było więcej. Zmitygowało to mojego ojca.
Armia aliancka posuwała się na północ i, ścigając nieprzyjaciela,
utknęła chwilowo pod Monte Cassino. Niedługo potem, w euforii lud­
ności, Rzym został wyzwolony, w kwietniu 1944 roku. Wtedy ponow­
nie uciekłem z domu, tym razem by stanąć przed komisją poborową
Korpusu i zgłosić się do wojska na ochotnika. Miałem 16 lat. Ku mo­
jej radości zostałem przyjęty i wysłany do bazy na południu Włoch na
przeszkolenie. Nie miałem wtedy jeszcze skończonego gimnazjum, ale
czynnik ten nie był w owym czasie dla mnie istotny. Przyświecało mi
postanowienie: „idź się bić”. Chciałem być częścią zbiorowości wojsko­
wej, brać udział w rzeczach ważnych, w odwecie na Niemcach za Pol­
211
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
212
Wojciech Ligęza
skę. Odbyłem przeszkolenie, lecz jakkolwiek edukacja nie była dla mnie
wtedy ważna, okazała się ważna dla mojego ojca. Droga do podchorą­
żówki stała się dla mnie wobec tego niedostępna. Ojciec interwenio­
wał u generała Andersa, bym został zwolniony i ukończył gimnazjum
[śmiech] i potem wrócił do wojska. Tak się też stało – wróciłem po małej
maturze. Dla mnie sytuacja była o tyle nietypowa, że przez cztery lata
pozostawałem we Włoszech jako uchodźca, podlegając różnym lokal­
nym rygorom wobec cudzoziemców. Z dnia na dzień znalazłem się po
stronie armii wyzwoleńczych, czyli w owej chwili „okupanta”. Znając
dobrze język i obyczaje, byłem pomocny w wielu sytuacjach i akcjach.
WL: Zanim zapytam o środowisko rzymskie i włoskie, chciałbym wrócić
do brakującego w naszej rozmowie ogniwa, mianowicie nie opowiedziałeś o tym, co się zdarzyło w Twoim życiu między Lwowem o Rzymem.
KP: Wychodząc ze Lwowa, przekroczyliśmy otwartą przez kilka czy
kil­kanaście dni granicę w Przemyślu. Komisja radziecko-niemiecka
prze­puściła nas, matkę z nami czworgiem, i tak przeszliśmy przez most
kolejowy pod niemiecką okupację. Przejście tego odcinka wydawało
się niekończące. Po niemieckiej stronie zostaliśmy poddani przymuso­
wym prysznicom i odwszawianiu. Pojechaliśmy do Krakowa, gdzie
przy­garnęli nas dawni znajomi.
W Krakowie mieszkaliśmy przez miesiąc czy dwa na ulicy Siemi­
radzkiego, u pani Sypniewskiej, o ile pamiętam nazwisko, następnie
pojechaliśmy na wieś. W rodzinie mieliśmy krewnych Zawiszów, ciot­
ka Zofia z Zawiszów Kernowa13 była właścicielką majątku w Goszycach
pod Krakowem. Ciotka Kernowa, gorąca patriotka, w swoim małym ma­
jątku przechowywała przygodnych „spalonych” wojskowych, Żydów
i uchodźców.
W tym samym czasie ojciec, który przebywał we Włoszech, w­szczął
starania o nasz wyjazd z Polski, używając różnych dróg dyplomatycz­
nych, wiodących przez kancelarię generała Ciano i samego Duce. Nie­
stety, gdy podanie doszło do Krakowa, niemiecki gubernator Frank od­
mówił wypuszczenia nas. Nie dając za wygraną, ojciec zwrócił się, tym
razem przez wpływowe osoby, do dworu panującego Savoia. Tym ra­
zem rodzina królewska wstawiła się u władz „osi” i dostaliśmy pozwo­
lenie na wyjazd do Włoch. Wczesną wiosną 1942 roku bryczka z Go­
szyc zawiozła nas na dworzec w Krakowie. Przejazd do Wiednia, gdzie
przyjęła nas ciotka-babka Helena Wesler, jedna z sióstr naszej babki
Abramowiczówny, był niewiarygodnie gładki jak na wojenne czasy. Po
dwóch dobach ruszyliśmy w dalszą drogę do Rzymu. J­echało się jak
za dawnych, przedwojennych czasów. Zatrzymali nas Włosi na granicy
włosko-austriackiej z powodu braku autoryzacji wjazdu do Włoch. Po
nocy w prowincjonalnym gasthausie przyszło odpowiednie pozwolenie
i dojechaliśmy do Rzymu. Pełne emocji spotkanie z ojcem miało miej­
sce na stacji Termini. Nie widzieliśmy się od 1939 roku.
WL: Dziękuję za uzupełnienie. Wracajmy do głównego nurtu o­­powieści.
Po wyzwoleniu byłeś żołnierzem w Rzymie. Ukształtowało się tam
pol­skie środowisko kulturalne. Jakie były Twoje obserwacje w tamtym
c­zasie?
KP: Ten rozdział mocno się zapisał w mojej pamięci. Po walce pod
Monte Cassino polskie oddziały wkroczyły do Rzymu. Z II Korpusem
pojawiło się wielu znajomych, którzy przeszli przez Rosję. Wiele osób
znało nas sprzed wojny, toteż radość nie tylko spotkania się ponownie,
ale samego faktu przeżycia, była ogromna. Nasze mieszkanie w Rzy­
mie stało się miejscem spotkań coraz to nowych znajomych, z którymi
odkrywaliśmy się nawzajem. Łączyły nas przyjaźnie, koligacje, zain­
teresowania i wspólna kultura. Wolna Polska była dla nas daleko za
hory­zontem, ale oto ona, w polskich mundurach wojska, stanęła przed
naszym progiem. Oto jasny punkt w całej wędrówce, zarówno dotych­
czasowej, jak i – o czym się nie wiedziało – tej, która miała nastąpić.
WL: Czy mógłbyś powiedzieć, jak potoczyły się dalsze wypadki? Rozumiem, iż razem z armią znalazłeś się w Anglii.
KP: Brytyjczycy, ewakuując armię okupacyjną z Włoch, postawili wa­
runek, że przyjmą wszystkich wojskowych i ich polskie rodziny na tak
zwane rozmieszczenie, za wyjątkiem tych, którzy się pożenili z Włosz­
kami. Było ich sporo, bo czas przecież mijał i wielu zawarło już z­wiązki
z lokalnymi kobietami. Mogli oni wjechać do Anglii, ale bez żon. Z tego
powodu wielu byłych wojskowych zostało we Włoszech, tworząc zalą­
żek włoskiej Polonii. Jako wojskowy ewakuowałem się do Wielkiej Bry­
tanii, zabierając rodziców i siostrę. Nasz przyjazd do Anglii odbywał
się etapami. Rodzice znaleźli się na krótki okres w Walii, podczas gdy
ja, jeszcze jako wojskowy, przebywałem w obozach w Szkocji i Anglii
przez przeszło rok.
WL: A co działo się po demobilizacji? Musiało pewnie nastąpić ustatkowanie, może chwilowe. Czy miałeś poczucie, że przyszłość będzie jasna,
czy przeciwnie, trudna do przewidzenia, pozbawiona jakiegoś wyrazis­
tego planu?
213
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
214
Wojciech Ligęza
KP: Daleko było od poczucia ustatkowania i większości z nas wszystko
wydawało się niebywale mgliste. Moja znajomość angielskiego była na
bardzo niskim poziomie, nie mogłem więc włączyć się w lokalne życie
towarzyskie, a rynek pracy był również ograniczony, zważywszy tysiące
zdemobilizowanych mężczyzn szukających zarobku. Życie miało swoje
wymagania, chwytałem się więc takich prac, jakie się nadarzały, nawet
kelnerowałem przez jakiś czas, co zadziwiająco szybko p­rzyczyniło się
do moich postępów lingwistycznych. Część kwalifikujących się kole­
gów poszła na uczelnie. Zawodowcy starali się – ze zmiennym szczę­
ściem – wskoczyć w swoje zawody. Nie mogłem podjąć studiów, gdyż
nie znałem dostatecznie języka, a ponadto moje świadectwa szkolne nie
były wystarczające, by dostać się na uczelnię. „Z­awieszony” między
generacjami zapisałem się do dwuletniej szkoły handlowej w S­zkocji.
Gdy się wojna zaczęła, koledzy, starsi o dwa lata czy nawet o rok, byli
prawie autonomiczni. To „prawie” pozwalało im podciągnąć się pod
dorosłych. Mogli pójść do podchorążówek, zapisać się na studia, awan­
sować w kadrach, „być dorosłymi”. Ja natomiast byłem „za mały”, zaw­
sze w taborach między kobietami i dziećmi, potem w w­ojsku zawsze
junior, w strefie „pomiędzy” – pomiędzy chłopięctwem a dorosłoś­cią.
W tym świetle można zrozumieć moje wybryki, ucieczki tu i tam Na
przestrzeni lat musiałem podjąć wyzwanie odnalezienia się w obcych
dla mnie kulturach, językach, kodach, obyczajach, co jednak odróż­
niało mnie od starszych, których wdrożenie w „dawne czasy”, ich
głęboko zakorzenione przyzwyczajenia, dobrze ugruntowana kultura
i – z drugiej strony – trudności językowe nie sprzyjały brytyjskiej ada­
ptacji. Natomiast mnie impet, młodociana energia i poczucie bogactwa
kulturowego bardzo i w tym pomogły. We Włoszech język francuski,
który w owych czasach był nam wpajany od dzieciństwa, był mi po­
mocny w opanowaniu włoskiego. Natomiast Anglia okazała się trudna
do przyswojenia. Obyczajowość, zwyczaje, mentalność i oczywiście ję­
zyk na poziomie dorosłych stanowiły barierę niełatwą do pokonania.
Wszystko tam znajdowałem inne od tego, co znałem. Przyłożyłem się
jednak, nająłem prywatnego nauczyciela, uczęszczałem do domów
dziew­cząt, z którymi wychodziłem i musiałem konwersować, robiłem
sążniste wypisy – aż się udało. Pamiętam moją pierwszą opasłą książkę
po angielsku, przez którą się przebiłem z równie grubym towarzyszą­
cym słownikiem, co dało mi niemałą satysfakcję. Było to Gone with
the wind14. Wtedy już byłem „dobry”. Późniejsza Kanada – to głupstwo,
coś łatwego. W owych czasach semikolonialnych przybysz z Wielkiej
Brytanii nie miał trudnego wejścia. Niedługo po przyjeździe zacząłem
uczyć emigrantów angielskiego... [śmiech].
Wracam jednak do pytania. Po zwolnieniu z wojska moja przysz­
łość wy­dawała się bardzo mglista. Nie miałem planu życiowego, co
przy d­użym ładunku energii i dynamiki stwarzało niebezpieczny ma­
teriał wybuchowy. Po ukończeniu szkoły handlowej wstąpiłem na poli­
technikę w Londynie – uczelnie dokształcające, ale dużo mi dały, jeżeli
chodzi o wdrożenie w brytyjski świat.
Ze względu na obcość lokalnej kultury polska diaspora w Londy­
nie była silna. Początkowo trzymaliśmy się zwarcie: młodzi z młody­
mi, starsi ze starszymi. Rozpatrywaliśmy różne możliwości: rozma­
wiało się o tym, jaka będzie przyszłość, gdzie kto wyjedzie, jaką pracę
można podjąć i tak dalej... Piętno tymczasowości mocno przenikało
atmosfe­rę. Różne plany życiowe wykluwały się w tej sytuacji. Jedni
obmyś­lali emigrację za morze do Argentyny, Brazylii, inni do Kanady,
jeszcze inni – do Australii czy USA. Wiedząc, że sprzęt będzie dobrym
wy­posażeniem na emigracji, ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, za
odprawę wojskową zbierali sprzęt, przydatny zwłaszcza w tych pierw­
szych z dwu wymienionych krajów. Były tam spychacze, kopaczki, wy­
ciągi wysokościowe, zakupione tanio z powojennego demobilu. Inni
pożenili się z Angielkami i założyli rodziny, pozostając w większości
w Wielkiej Brytanii. Znowu nie znalazłem się w żadnej z tych grup, bo
do założenia rodziny jeszcze mi było daleko, nie wiedziałem też, gdzie
wyjechać. Wiedziałem jednak, że muszę opuścić Wielką Brytanię. Był
to, jak mówiłem, okres tymczasowości, tu dopiero, wobec Brytyjczy­
ków, rebeliancki. Ciekawa analogia przecięta ławicą czasu. Niemców
nienawidziłem, ale imponowali mi. Nielubieni za zdradę Brytyjczycy
imponowali mi jednak układem społecznym, stabilnymi in­stytucja­
mi, naoliwionym systemem administracyjnym, który świetnie działał,
racjonalizmem, tolerancją. Ale właśnie ten tradycjonalny porządek
draż­nił mnie. Miły i artystyczny łaciński bałagan w porównaniu ze
szwaj­carską pedanterią ma swój powab. Nie opuszczało mnie jednak
poczucie obcości i rankoru.
Ojciec namawiał mnie, a nawet poczynił kroki... Czy nie wybiegam
zbytnio w przód, Wojtku?
WL: Nie, tak jest dobrze...
215
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
216
Wojciech Ligęza
KP: ...żeby wyemigrować do Argentyny. Nie wiem, dlaczego akurat do
Argentyny, może miał tam znajomych, może myślał, że wyjazd się uda,
podczas gdy mnie to zupełnie nie odpowiadało i wybrałem miejsce po­
łożone bliżej Europy, skąd mógłbym przyjeżdżać do rodziców i znajo­
mych. Brałem pod uwagę wpływy kultury francuskiej, z którą byłem
uczuciowo związany. Dlatego też Kanada wydawała mi się racjonal­
niejszym celem.
Jeżeli chodzi o rodziców, to sytuacja ich była bardzo trudna. Źród­
łem utrzymania pozostawała praca mojej matki15, która zarabiała, ma­
lując portrety. Malarstwem zdołała nas przecież utrzymać przez cała
wojnę. Weszła w krąg arystokracji włoskiej i była poszukiwana jako
portrecistka. Teraz Anglia. I co? Zaczynamy od nowa, czyli matka
znów pracowała na utrzymanie ojca, siostry i jej kosztownej edukacji.
Ojciec nie miał zatrudnienia. Na samym początku proponowano mat­
ce malowanie krawatów. Oczywiście odmówiła. Niedługo potem, choć
bez przygotowanej reklamy, wykazała się talentem i po paru latach sta­
ła się na powrót poszukiwaną portrecistką, do tego stopnia, że po kilku
latach malowała portrety przedstawicieli angielskiego domu panujące­
go. W każdym razie zarabiała, podczas gdy ojciec szukał tylko różnych
miejsc, w których mógł być aktywny. Pod koniec lat czterdziestych
założył Instytut Kultury Polskiej16, w którym organizował wykłady –
zdaje się, że raz na miesiąc, zapraszając emigranckich „speców” jako
prelegentów. Byli między nimi Tymon Terlecki17, Tadeusz Felsztyn18,
Marian Szyszko-Bohusz19, Władysław Folkierski20.
WL: Gdzie się to mieściło?
KP: The Polish Research Center21 udostępniło swój lokal. Nie pamię­
tam adresu. Władze angielskie sprzyjały takim inicjatywom, chodziło
o to, żeby dać Polakom sprzyjające warunki kulturowego bytowania.
Zresztą bardzo rozsądnie, z ich punktu patrzenia. Mój ojciec prowadził
tę instytucję, ale to mu nie przynosiło pieniędzy. Za artykuły, które pi­
sał do polskiej prasy, nie można było liczyć na zarobki, nie działał sys­
tem honorariów.
W Londynie było kilka ośrodków, wokół których skupiało się pol­
skie życie kulturalne: „Wiadomości” Mieczysława Grydzewskiego, na
najwyższym poziomie, miały swoją orbitę adherentów i autorów, któ­
rzy kultywowali się nawzajem. Katolicki Ośrodek Wydawniczy „Veri­
tas” z własną drukarnią i wydawnictwem uchodził chyba za największy
i najbardziej znany. Publikowano tu tygodniki po polsku i w innych ję­
zykach uciemiężonych krajów oraz wydawnictwa książkowe. „Dzienik
Polski” i „Dziennik Żołnierza”, spuścizna organu propagandy II Kor­
pusu od czasów palestyńskich, były jedynymi gazetami codziennymi
w polskim języku w Wielkiej Brytanii. Istniały też inne pomniejsze
wydawnictwa, jak „Leopolis”, „W Drodze”, z których każde p­rzyciągało
swoich klientów, zarówno twórczych, jak odbiorczych.
WL: Jak wyglądał wasz dom w Londynie? Czy możliwe było, choćby
w jakiejś mierze, odtworzenie Medyki?
KP: W żadnym wypadku nie było to możliwe. Zajmowaliśmy dwupo­
ziomowy apartament na czwartym i piątym piętrze. Na samej górze
mieszkała ciotka Obertyńska, a jeden pokój wynajmowało się loka­
torom. Dół zajmowali rodzice i niekiedy moja siostra, która ucząc się
w Anglii, przebywała w internacie, ale przyjeżdżała do domu na week­
endy. Pokój ojca zapełniały książki i różne archiwalia, a w drugim po­
koju mieściła się jadalnia, która służyła również jako sypialnia matki.
Sam miałem do użytku osobny pokoik, w którym przemieszkiwałem,
zatrzymując się w domu przejazdem. Było to skromne mieszkanie
w londyńskim standardowym, szeregowym budynku przy ulicy Maida
Vale. W tej sytuacji nie było mowy nawet o wznowieniu atmosfery Me­
dyki. Atmosferę tworzyli rodzice, książki, jakimi się otaczali, ich zain­
teresowania i rozmowy, które prowadzili.
WL: Mówiąc o Medyce, miałem na myśli przyzwyczajenia kulturalne,
przedłużenie linii intelektualnej. Czy w londyńskim domu powstało
małe środowisko kulturalne?
KP: O tyle o ile. Niekiedy przychodziły osoby bliskie rodzicom – po­
krewieństwem, przyjaźnią czy zainteresowaniami. To ostatnie zwykle
rzutowało na poprzednie – przy wspólnych zainteresowaniach łatwo
było o przyjaźń. Mieszkanie nie nadawało się do przyjmowania, ponie­
waż było za małe, ale bywali tam przecież goście tacy, jak Krzeczuno­
wiczowie22, malarz Pacewicz23, Wika Weiss24, Hanka Załęska25, i inni.
Można by więcej nazwisk wydobyć z pamięci, ale pomimo tych wizyt
życie kulturalne w emigracyjnym domu rodziców raczej było ograni­
czone. Po roku 1963 zaczęli się pojawiać goście z Polski. Między nimi
młodzież, dzieci z młodszego pokolenia. Wizyty te stawały się dla obu
stron radosnym wydarzeniem. Żywy kontakt z krajem stanowił anti­
dotum na skostniały świat emigracyjny. Niektórzy przyjezdni z Polski
„wybierali wolność” i zostawali na Zachodzie. Przez nasz dom prze­
winęli się członkowie rodzin Wolskich, Woźniakowskich, Turowiczów,
217
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
218
Wojciech Ligęza
Szczepańskich. Nie mieszkając już w domu, nie wszystkich spotyka­
łem.
Ale życie kulturalne toczyło się też poza domem. Sprzyjały mu róż­
ne spotkania, wykłady, zebrania. Nazwiska i wkład osób takich, jak Ta­
deusz Sulimirski26 czy Carton de Viard, zapisały się żywo w pamięci.
W kręgu kameralnym, rodzinnym, przeglądaliśmy prasę, dyskutowali
o polemicznych artykułach, o zagadnieniach współczesnych. Była to
namiastka życia intelektualnego.
W tym okresie kontakty kulturalne z Polską były ograniczone, szcze­
gólnie wobec decyzji Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie o niepu­
blikowaniu w kraju. Od początku lat sześćdziesiątych rodzice z­aczęli
jednak co roku odwiedzać Polskę, zatrzymując się w naszym domu
w Zakopanem. Dochodziły często różne wiadomości od znajomych,
którzy mieli kontakty z krajem. Tego rodzaju wymiana i koresponden­
cja w starszym pokoleniu przedłużała, tak to nazwijmy, przedwojen­
ne tradycje medyckie, jeżeli w ogóle można o nich w tym kontekście
m­ówić...
WL: Teraz pytanie szczegółowe, ale nie odbiega ono od tematu. Czy
uczestniczyłeś w wieczorach autorskich Beaty Obertyńskiej?
KP: Owszem, ale i tu nie we wszystkich, gdyż nie zawsze byłem blisko.
W 1953 roku wyjechałem do Kanady i mój bliski kontakt z rodzica­
mi, siostrą i ciocią Dziodzią zredukował się do korespondencji i spo­
radycznych wizyt. Zanim wyjechałem do Kanady, mieszkałem poza
L­ondynem. Ciotka parokrotnie dała się namówić na występy publiczne,
ale robiła to z dużymi oporami. Miewała wieczory autorskie w Ogni­
sku Polskim lub w POSK-u, być może też w Stowarzyszeniu Kombatan­
tów. Pamiętam dobrze proces poprzedzający jej publiczne wystąpienia.
Zawsze oponowała, kiedy ktoś rzucił myśl o spotkaniu autorskim. Jak
to ona: „ja nie potrafię, nie napisałam niczego n­owego”, „nie mam nic
do powiedzenia prócz odgrzewanych kotletów” itd. Dziwiło mnie to,
gdyż po skończeniu szkoły dramatycznej i pracy w teatrze powinno jej
to było przychodzić łatwo. Tymczasem pojawiały się argumenty wspie­
rające – na przykład: „nie mam co na siebie włożyć”... Spotkania takie
kończyły się jednak wielkim powodzeniem. Jej aktorstwo wyjawiało
się w samej deklamacji jej własnej poezji. Po występach zwykle promie­
niała, bo zawsze były udane. To samo obserwowałem w Kanadzie. Nie
wiem, czy pamiętasz, jak podczas konferencji naukowej w Rzeszowie
mówiło się o strachu, o niepokoju ciotki, obawiającej się, że się nie uda.
Niepokój ten był chyba wrodzony i nie myślę, że miał związek z prze­
życiami wojennymi. Te osadzone były w innej płaszczyźnie.
Ciotka pracowała w „Veritasie”, gdzie skupiało się życie kulturalne.
Pojawiało się w redakcji wielu autorów piszących artykuły, recenzen­
tów literackich, naukowców, członków kleru. Myślę, że była dla nich
atrakcją. Wiem, że wychodzę poza temat, który mi dałeś, ale per extenso i tytułem tła dodam, że w „Veritasie” wychodziły wtedy dwa czasopi­
sma – „Życie” prowadzone przez redaktora Jana Tokarskiego oraz „Ga­
zeta N­iedzielna” pod redakcją Jana Bielatowicza. Ten ostatni wdrażał
mnie w arkana sztuki korektorskiej i przekazał wiele pereł mądrości.
WL: Jeżeli chodzi o wyjazd do Kanady, to powiedziałeś o względnej bliskości Europy, wspomniałeś o związkach z kulturą francuską. Ale czy pojawił się impuls bezpośredni wywołujący nagłą decyzję, że tam płyniesz?
KP: Sądzę, że było to pochodną dwóch probierzy. W tamtym wieku moje
„hormony przedsiębiorczości” musiały być w zenicie n­adprodukcji.
One to były przyczyną mojej dwukrotnej ucieczki z domu. Szuka­łem
wyzwań. Drugim bodźcem była niechęć do Wielkiej Brytanii. Choć
miałem w Kanadzie znajomych, nikogo nie poprosiłem o pomoc lub
kontakty. Po prostu kupiłem bilet, wsiadłem na statek i p­opłynąłem.
Jak nie znajdę locum, będę spał w parku – myślałem. To był ów duch
przedsiębiorczy, który oczywiście wyparował z hormonami i obrósł
d­obrobytem. Wyruszyłem z 48 dolarami w kieszeni, z workiem, w któ­
rym był cały mój dobytek, i jakoś się zainstalowałem. Wybór miejsca
polegał na trafieniu palcem w środek mapy. Rozumowałem naiwnie, że
zaczynając od środka, najlepiej jest poznawać kraj. Winnipeg był w cen­
trum. Okazało się, że nie musiałem spać w parku. Zacząłem szukać
pracy, rzecz najważniejsza. Znalazłem ją, chodząc po domach wydaw­
niczych i drukarniach i czytając ogłoszenia.
Kilkudniowa jazda pociągiem z portu w Halifaksie była niezwykła.
Podróżowałem przez pół Kanady do tegoż Winnipegu, przez prerie,
przez kraj Ontario i północne okolice kraju. Było to w kwietniu, więc
śnieg już zaczął tajać, tu i tam powstawały bajorka. Obrazy za o­knami
pociągu nawijały się na szpulę mojej pamięci jak niekończący się film.
Człowiek łapał z powietrza informacje, podsłuchiwał rozmowy, chło­
nął. W końcu zawiązywała się komitywa. Gdy dotarłem do Kanady,
moja lojalność angielska pojawiła się samorzutnie [śmiech]. Patrzyłem
ze zdumieniem, na tempo zmian, zależne od otoczenia i tworzywa spo­
219
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
220
Wojciech Ligęza
łecznego. Może nawet od geografii. Czy mam tu postawić przecinek
czy kropkę?
WL: Jak uważasz.
KP: W mieście Regina, stolicy prowincji Saskatchewan, na wschód od
Winnipeg, poszukiwali akurat kogoś z moimi kwalifikacjami. Z miej­
sca dostałem pracę, dobrze płatną. Mój pracodawca przyjechał na sta­
cję, zabrał mnie do siebie, mieszkanie już miałem przygotowane... Po
trzech miesiącach kupiłem używany samochód. W Regina, w dużym
domu wydawniczym, gdzie pracowali Kanadyjczycy należący do fran­
cuskiej kultury (frankofonii), pierwszy raz dane mi było zaobserwować
ich charakterystykę poza ich prowincją Quebec. Zauważałem, że pu­
blicznie wstydzili się przyznawać do swoich francuskich korzeni. Gdy
się jednak dowiedzieli, że przyjechałem z zewnątrz, zawiązała się mię­
dzy nami miła komitywa. W pracy nigdy nie rozmawialiśmy po fran­
cusku, tylko wtedy, gdy byliśmy sami. To dało mi do myślenia na temat
struktury demograficznej Kanady.
Pewnego dnia pojawia się u mnie ktoś, kogo znałem z widzenia, ale
nie potrafiłem skojarzyć w takim miejscu jak tu. Okazało się, że był to
Piotr Czartoryski27, który z rodziną trzy lata wcześniej wyemigrował
do Kanady i mieszkał w Reginie. Wydzierżawił tam farmę, co w owych
czasach było warunkiem dla emigrantów. Prowadził ją wspólnie z zię­
ciem i hodował bydło na ubój. O moim pobycie w Reginie dowiedział
się z listu Wandy Krasińskiej28, swojej siostrzenicy. Półtoraroczny p­obyt
i spotkanie z Piotrem wypełniło wiele luk w mojej znajomości stosun­
ków, struktur i kultury.
W Montrealu, w rejonie francuskim, mieszkało już wielu znajomych,
których miałem zamiar odwiedzić. Byli tam: Józef P­awlikowski29 z ro­
dziną, państwo Stachiewiczowie30, Tadeuszowie Romerowie31, Przem­
kowie Potoccy32 i wielu innych, którzy przybyli do Kanady wcześniej.
Po przyjeździe na wschód rozpocząłem studia na francuskim Uni­
versité de Montréal. Po czterech latach dostałem „patent” i otrzymałem
pracę w ONZ jako redaktor dokumentów specjalistycznych. Po ośmiu
latach postanowiłem porzucić biurową pracę i włączyć się w żywszy
nurt.
WL: Była taka w Montrealu, nazywała się „Expo”.
KP: Była i to całkiem imponująca. To było ciekawe doświadczenie za­
krojone na międzynarodowy wymiar. Ekipa organizacyjna składała się
z amatorów – w tym sensie, że nikt z zespołu nie był ekspertem od
międzynarodowych wystaw. Każdy wnosił doświadczenie, jakie miał,
i przychodził ze swoim pomysłem, dokładał, co mógł, żeby się udało.
Jest to lekko powiedziane, ale całość przypominała kampanię wojsko­
wą, która wypracowuje strategię, kryteria osiągnięć, jednym słowem
toczy walkę. Pracowało się w zgranym zespole ludzi, z absolutną moty­
wacją do osiągnięć. Wystawa była wielkim osiągnięciem narodowym
m­ojego kraju. Myślę, że po tym wspaniałym sukcesie, kraj ten stał się
jeszcze bardziej moim.
WL: Z Montrealu trafiłeś do Ottawy i podjąłeś pracę w międzynarodowych programach pomocy dla krajów słabiej się rozwijających. Czy to
były programy edukacyjne?
KP: Nim włączyłem się w program wsparcia rozwijającym się krajom,
przeszedłem staż w kanadyjskiej służbie zagranicznej i imigracji, gdzie
moim zadaniem była rekrutacja pracowników i formowanie kadr. Dy­
daktyka była osnową moich studiów uniwersyteckich i na tym etapie
postanowiłem się im oddać. Zastosowanie znalazło się rychło w progra­
mach pomocy rozwoju „trzeciego świata”, jak się to wtedy nazywało.
Od tego czasu kilka innych, politycznie poprawniejszych nazw prze­
winęło się przez słownictwo międzynarodowe. Oznaczało to prze­de
wszystkim pomoc w rozwoju szkolnictwa w krajach, gdzie było ono
zaledwie podstawowe lub nieistniejące.
WL: Tak, bo odsłania się związek między edukacją a życiem. Czy edukacja może się praktycznie przydać, oprócz tego, że człowiek wzbogaci
się wewnętrznie?
KP: Bardzo zasadnicze pytanie. Zapewne sam tematowi poświęciłeś
niemało rozważań. Myślę, że należy rozróżnić między uczeniem się,
nabywaniem wiedzy i doświadczenia a uczeniem instytucjonalnym.
To ostatnie, ponieważ jest prowadzone i wspierane z funduszów spo­
łecznych, musi mieć odniesienie do ich korzyści. W jednym i w dru­
gim przypadku społeczeństwo odnosi korzyści z edukacji, niemniej
programy nauczania instytucjonalnego powinny być ustawione tak,
by przygotowywać abiturientów do korzystnego – i dla nich, i dla spo­
łeczeństwa – włączenia się w życie zbiorowe. W różnych krajach róż­
nie to wyglądało. Prócz filozofii edukacyjnej, w krajach rozwijających
się w dużej mierze zależało to w praktyce również od funduszy. W In­
diach na przykład można było spotkać doktorantów, którzy pisali na
maszynie podania dla petentów. W Afryce było trochę inaczej, bo ist­
nieje współzależność między miejscami na uczelni a ilością i wysoko­
221
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
222
Wojciech Ligęza
ścią stypendiów, co w rezultacie sprowadza się do kontroli przez czyn­
niki administracji państwowej. Po drugie, ekonomie afrykańskie nie
są (nie były) podatne na unowocześnienia. Co do mnie, bo o to py­
tasz, bardzo lubiłem swoją pracę, która polegała na analizach systemów
szkolnic­twa w różnych krajach. Na podstawie takich analiz minister­
stwa e­dukacji w krajach słabiej rozwiniętych dostawały subwencje dla
szkolnictwa – albo ich nie dostawały. To zależało.
WL: W związku z pracą, ale i bez związku, dużo podróżowałeś. Które
z Twoich podróży były najważniejsze?
KP: Podróż do Indii i do Nepalu była bardzo pouczająca, dla mnie od­
krywcza. Indie, które były dla mnie terra incognita, wyłoniły się c­ałym
swoim bogactwem głębokiej kultury i mentalności. Dopiero zbliżenie
się do niej daje pojęcie o tym egzotycznym świecie. W A­fryce Połu­
dniowej natomiast doświadczyłem instytucjonalnej struktury społecz­
nej, gdzie de facto w owym czasie istniała dyskryminacja rasowa. Nie­
łatwo było przeniknąć ich psychiczną współzależność. N­ależało przede
wszystkim zgłębić charakterystykę i potrzeby tworzących się kadr.
W czasie, kiedy się tym zajmowałem, w RSA obowiązywała jeszcze po­
lityka apartheidu. Kanada w sposób potajemny d­okształcała rdzennych
mieszkańców południowej Afryki, przygotowując ją do nadchodzących
zmian, ale o tym nie wolno było mówić, gdyż taka pomoc mogła była
mieć poważne reperkusje polityczne i być odbierana jako inge­rencja
w wewnętrzne sprawy państwa. W ramach tego programu Kanada
przyjmowała osoby z państw rozwijających się – na dokształcanie. Po
zakończeniu programu abiturienci musieli powrócić do swoich krajów
na nie mniej niż dwa lata, a potem, gdyby chcieli, mogli emigrować.
Zatem, w pewnym sensie, musieli zwrócić swojemu społeczeństwu, co
nabyli jego kosztem. Mówię o tym, w ramach Twojego pytania, jakie
były moje najciekawsze podróże. Zahacza to również o pytanie po­
przednie.
WL: Dotąd niczego nie powiedzieliśmy o Twoich pasjach. Na przykład
o tym, a nie jest to byle co, że przejechałeś przez Afrykę na motocyklu
albo że odkrywasz w sobie artystę, zajmując się rzeźbą. W Twoim życiu
pojawiają się elementy niespodzianki, wspomniałbym też o niepokoju
poszukiwania. Tak to przynajmniej odczytuję.
KP: Twoje dociekliwe pytanie przymusza mnie do sprawdzania się.
Odpowiedzi należy szukać w rozbieżności zainteresowań mojej natury
z jednej strony, a z drugiej – z warunków, w których żyłem. Przez całe
życie cieszyłem się doskonałym zdrowiem i energią, co kusiło do podej­
mowania działań wymagających sprawności i podejmowania ryzyka,
takich jak ucieczki z domu, alpinizm (również w Himalajach), podróż
do Rosji, wyprawa motocyklowa po Afryce i w Ameryce Północnej.
Z drugiej strony, od dzieciństwa żyłem w świecie kultury s­łowa, lite­
ratury i sztuki. Myślę, że atmosfera wywarła na mnie niemały wpływ,
chociaż warunków na rozwinięcie talentów nie miałem. Chyba wprost
przeciwnie. Przebijałem się przez dwie inne kultury, w których przy­
szło mi żyć i pracować. Twój zwrot „poszukiwania i odkrywania” jest
bardzo trafny. Myślę, że każdy z nas przechodzi etap, w którym proces
wiedzie przez odkrywanie w sobie siebie. W moim przypadku doszu­
kiwanie się drzemiących zarodków zabrało wiele czasu. Ale czas został
wreszcie uwolniony od ekonomicznych musików. W młodości ciągoty
i chęć twórczości artystycznej były efektem osmotycznym. Żyłem od
dzieciństwa w świecie artystycznym w szerokim tego słowa z­naczeniu.
To uposażenie nauczyło mnie odbierania zjawisk wedle twardych kry­
teriów estetycznych i wyrobiło smak. Umiejętność ubierania myśli
w słowa „swędziała” od dawna, bardziej niż wypowiadania ich orator­
sko. By umieścić to wszystko w kontekście bytu, myślę, że gdybym nie
był miotany w wielu kulturowych i językowych tyglach, jedna z po­
wyższych dziedzin mogłaby się objawić talentem. Ale stało się inaczej,
gdyż wyzwania życiowe zmusiły mnie do adaptacji, nazwijmy to – do
oportunizmu w sensie źródłowym tego słowa. W rezultacie ostatnie
trzy dekady życia dały mi pole do rozwoju piśmienniczego, ale nie lite­
rackiego, w innym języku i wprzęgniętego w cele pragmatyczne. Tam­
ten nurt drzemał do czasu, kiedy przedpole opustoszało z materialnych
potrzeb. Przed emeryturą postanowiłem poddać próbie moje zdolności
(lub ich brak) artystyczne, zapisując się do szkoły sztuk pięknych. Już
„na swoim” zacząłem rzeźbić i wystawiać, co dało mi dużą satysfakcję.
WL: Ale przecież szereg tekstów powstało. Nie ma powodu robić tajemnic, szczególnie w „Ekspresjach”, w których opublikowany został fragment Twoich pamiętników. W tych poszukiwaniach słowo też ma duże
znaczenie.
KP: Chciałbym, żeby tak było. Wewnętrzna potrzeba wypowiadania się
w piśmie wymaga jednak znajomości nie tylko medium, ale i o­dbiorcy.
Moje językowe perypetie piśmiennicze oddaliły mnie od polskiego
języka o lata świetlne i dopiero od czasu powrotu do Polski, dziesięć
lat temu, z trudem staram się wejść weń ponownie. Istotnie, udało mi
223
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
224
Wojciech Ligęza
wypuścić spod ręki kilka pozycji. Są nimi wspomnienia z dzieciństwa,
inne to artykuły w periodykach. Próbowałem przetłumaczyć kilka
własnych tekstów z angielskiego, ale nie przeszły przez cenzurę Kaspra.
Tylko w wyjątkowych przypadkach tłumaczenia bywają lepsze od ory­
ginału. Niestety, tu tłumacz nie był dość wykwalifikowany.
WL: Pewnym stylem uwzględniającym przyjęte sposoby komunikacji?
KP: Ciekawy proces, bo jakkolwiek tłumaczenia bywają bardzo d­obre,
to jednak odbiór jest sprawą kultury. Chodzi o prawdę nadawania,
a nie o płynność przekazu. Uderzyło mnie to po przeczytaniu Imperium Kapuścińskiego w tłumaczeniu angielskim. W trakcie czytania
wiedziałem, że nie oddaje on tego, co autor mówi w polskim oryginale.
Ale o tym wiedziałem ja, nie anglojęzyczny odbiorca. Wiedziałem, bo
byłem kulturowo bliski tego tematu.
WL: Czyli przekładasz nie z języka na język, lecz z kultury na kulturę.
Spotykałeś się z wieloma kulturami, z wieloma językami. Twoja osobowość od tej strony jest niezwykle bogata, jak i biografia, jak losy. Chciałbym w tym miejscu zapytać, jak widzisz swoją tożsamość kulturową.
Z jednej strony pozostajesz otwarty na wielojęzyczną rozmaitość, właśnie na wiele kultur, czego my, osiedleni nad Wisłą, możemy tylko zazdrościć, a z drugiej – więź z Polską i polskością jest przez Ciebie mocno
podkreślana.
KP: Szeroki temat, wychodzący poza ramy tej rozmowy. Bywają eta­
py, na których dokonują się utrwalenia azymutów życiowych. Mówię
w liczbie mnogiej, gdyż mogą dokonywać się więcej niż raz, ale jeden
jest zasadniczy, bo związany z samookreśleniem jednostki. W jedno­
rodnym społeczeństwie jest to wynik naturalnego procesu. Inaczej
bywa, gdy człowiek wyrzucony jest za burtę owej macierzy. Na tym
etapie zagadnienie polskości sprawiło mi niemałą rozterkę. Byłem
zmuszony wziąć wytyczne na daleką przyszłość, w której rozdwojenie
kulturowe stało się nieodzowne. Zwłaszcza, gdy jeden odłam w tych
widełkach był tak silnie zakodowany. Nie liczyłem na powrót do Pol­
ski, tym bardziej że rząd polski pozbawił nas obywatelstwa. W dalekich
parażach Kanady nie miałem kontaktu z zagadnieniami kraju. Stosu­
nek do niego zaczął się zwapniać i ulegać atrofii. Jednocześnie miałem
wielkie luki w wiedzy i doświadczeniu Polski. Polskość to daleki punkt
odniesienia, jakby życiowe wskaźniki, które chciało się wpleść w życie
ale jak? Pytanie, kim naprawdę jestem, nie zmusza do określenia kraju
pochodzenia. Natomiast ów kraj pochodzenia i jego kultura były in­
tegralnym składnikiem mojej osobowości. Wybór Kanady jako kraju
osiedlenia okazał się błogosławieństwem dla emigrantów, którzy mogli
nieść ze sobą swoją polską tożsamość. Tak jak Włosi, Ukraińcy, Por­
tugalczycy. W innym kraju byliby na marginesach społecznych albo
musieliby się wcielić w nurt kraju i zapomnieć o pochodzeniu. Mimi­
kra nakazywała wielu, by zmienić nazwiska. Takich dylematów nie
miałem nigdy. Już wtedy uświadomiłem sobie, że mogę funkcjonować
jednocześnie w dwóch układach odniesienia. Nie przewidywałem, że
drugi stanie się pierwszym.
WL: Właśnie. Jak wyglądał Twój powrót do Krakowa? Czy Polska czymś
Cię zaskoczyła? Bywałeś tutaj, przyjeżdżałeś, ale pozycja wizytującego
jest inna, niż kogoś, kto się osiedlił na stałe.
KP: Zupełnie inna. Mój powrót do Krakowa zaskoczył mnie moim
powrotem do Krakowa – i do kraju. Mówię tak, gdyż Kraków – tak
ze względu na historię mojej rodziny, jak rodziny, którą tu założyłem,
jest trwałym magnesem. Dziwne uczucie, które mogę przyrównać do
całkiem fizycznego doznania, gdy zaledwie kilka gramów może prze­
ważyć kierunek ruchu bryły. Okazało się, że nie były to ani bryły, ani
gramy. Była to tkanka żywego organizmu, która została chwilowo wy­
łączona i dopiero teraz powróciła na swoje miejsce. „Swoje miejsce”
zostało rozpoznane dopiero po powrocie. Można by zrobić analogię:
tak jak w Kanadzie byłem Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia,
tak w Krakowie jestem Polakiem kanadyjskiej proweniencji. Ale jakże
rozbieżne są owe tożsamości. Niemniej uczucie jeszcze jednej emi- czy
imigracji jest unikalnym doświadczeniem, podobnym do nanoszenia
żywego obrazu na dawną kliszę. Wielką różnicą w moim stosunku do
kraju za dawniejszych lat jest jego wolność. Rzeczywistość PRL, mimo
powiązań rodzinnych, była mi obca i odległa. To byli „oni”, nie „my”.
Waga programowej malevolence, zburzenie domu rodzinnego, gnębie­
nie obywateli, represje – oddaliły mi kraj rodzinny. Zapewne byłoby
inaczej, gdybym z Polski nigdy nie wyjechał. Trudno mi sobie jednak
to wyobrazić. Mój absolutny brak rozeznania w tutejszych systemach
administracyjnych, biurokratycznych czy prawnych labiryntach, nie
mówiąc o „znajomościach”, które ułatwiają życie obywatela, byłby nie
do pomyślenia jako materiał do życia tutaj, gdyby nie moja Żona – kra­
kowianka, i rodzina, którą założyłem.
225
Wizerunki
Między Polską a światem
2014 tom V
226
Wojciech Ligęza
WL: Koło się zamknęło, historia rodzinna wróciła do Krakowa. Czy
przypuszczałeś, że tak będzie?
KP: Nigdy. Oczywiście jest Medyka, ale bez jej fizycznej obecności.
Natomiast Kraków, miasto trzech poprzedzających mnie pokoleń, jest
nieustającym źródłem codziennych odkryć. Każda wizyta w Bibliotece
Jagiellońskiej stawia mi przed oczyma historię rodziny, koresponden­
cję, nawet moją własną. Odkryłem, że o kilka domów od miejsca, gdzie
mieszkam, stoi kamienica, w której ojciec mój spędził osiem lat na pen­
sji. Na Ryku Kleparskim mój pradziad Mieczysław miał dużą p­osesję
wychodzącą na rynek, jak ją ojciec mój opisuje w swoim pamiętni­
ku. I Mieczysław, i jego syn, i mój ojciec uczęszczali do Gimnazjum
św. Anny na Groblach. Z okna mojego mieszkania widzę na Biskupiej
bramę prowadzącą do mieszkania moich ciotek Dzieduszyckich. Go­
ścinność Waszego domu i później Twoje odsłanianie mi zabytkowych
kościołów, wbitych w zakamarki miasta, i innych cudów, wszystko to
złożyło się na niekończący się proces integracji „imigracyjnej”.
WL: Tak, bo następuje rozdwojenie tożsamości i przesunięcie w czasie.
Nie z bezpośredniego oglądu, lecz ze słyszenia i lektury może powstać
inny obraz zdarzeń.
KP: Stwierdzenie prowadzi w jeszcze inny wymiar: do jakiego stopnia
właśnie ta nasza jaźń jest zdolna znosić owo rozdwojenie i roztrojenie?
Bo chyba nie ma analogii z biologicznymi procesami mutacji. Jakie
z tego konsekwencje w dużym, antropomorficznym wymiarze? Nie tu
miejsce na roztrząsanie zagadnienia, ale pytanie nadal dźwięczy. Gdy
mówisz o rozdwojeniu w czasie, jest ono całkiem istotne, bo relikwie
niedawnej przeszłości, architektura, miejsca i kurhany to jedno. Mało
się tu zmienia, a koła zmian nie obracają się wartko. Natomiast roz­
dwojenia warstwic doznaję nie tylko w sześćdziesięcioletniej luce czasu
mojej nieobecności, ale też w luce pokoleniowej.
WL: Emigracja jest zarazą, ale jeżdżenie po świecie, bycie w różnych
kulturach okazuje się darem.
KP: Frapowało mnie kiedyś, do jakiego stopnia zarysowuje się roz­
dźwięk między emigrantem a nie-emigrantem. Lądujesz, przyjeżdżasz,
rozmawiasz lokalnym językiem i na ogół biorą cię za takiego samego
jak oni. A gdzie pan mieszkał pod okupacją? Był pan w AK? Powstanie
warszawskie, 1956 rok? PRL? Upadek komunizmu? Solidarność? Pa­
mięta pan? No, a jak papież przyjechał do Polski? Patrzysz na faceta,
który cię ma za matoła. Niczego z tego nie doświadczyłeś. Nie wiesz,
Między Polską a światem
227
* Przypisy Anna Pawlikowska.
1
Stanisław Wyrzykowski (1869-1949) – młodopolski poeta, pisarz, uznany tłumacz
Edgara Allana Poego. Był partnerem Ireny Vorel, znanej ówcześnie astrolożki.
2
Józef Retinger (1888-1960) – zagadkowa postać, pisarz, literaturoznawca, niezwykle
skuteczny polityk działający zwykle prywatnymi kanałami, wolnomularz. Był wycho­
wankiem Władysława Zamoyskiego, absolwentem Sorbony. Karierę polityczną rozpoczął
w roku 1917 jako doradca prezydenta Meksyku. W czasie II wojny światowej był zaufa­
nym Władysława Sikorskiego. Jest jednym z inicjatorów i współzałożycieli Wspólnoty
Europejskiej, organizatorem kongresu w Hadze, założycielem Klubu Bilderberg, między­
narodowego nieoficjalnego stowarzyszenia najbardziej wpływowych osobistości świata.
3
Stanisław Stroński (1882-1955) – romanista, publicysta, polityk związany z ruchem
narodowym, autor pojęcia „Cud nad Wisłą”, które służyło endecji do minimalizowania
roli Józefa Piłsudskiego w bitwie warszawskiej.
4
Władysław Szafer (1886-1970) – botanik, profesor UJ, wieloletni dyrektor krakow­
skiego Ogrodu Botanicznego.
5
Stanisław Głąbiński (1862-1941) – prawnik, publicysta, działacz Narodowej Demo­
kracji, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, w latach 1928-1935 senator
RP. Aresztowany przez Sowietów, zmarł w więzieniu w Charkowie.
6
Stanisław Pigoń (1885-1960) – wybitny historyk literatury polskiej, wydawca, pro­
fesor UJ, znawca twórczości Adama Mickiewicza. Jako syn ubogiej chłopskiej rodziny
z najwyższym trudem zdobył wykształcenie.
7
Stanisław Wasylewski (1885-1953) – publicysta, krytyk literacki, autor licznych ksią­
żek dotyczących historii obyczajów i dziejów Lwowa.
8
Stanisław Grabski (1871-1949) – polityk, ekonomista, poseł RP, członek rządu Win­
centego Witosa, brat wielkiego reformatora polskiej gospodarki okresu międzywojenne­
go, Władysława. W czasie I wojny światowej jego sekretarzem w Polskim Komitecie Ra­
tunkowym był Michał Pawlikowski (zob. przyp. 11).
Wizerunki
ale odczekujesz. Gdy już jesteś zupełnie zgnębiony wyszeptujesz: ale
nie mieszkam w Polsce. Nie wierzą ci, przecież mówisz po polsku, czy­
tasz… Ciąg dalszy do dokomponowania. Ten rozdźwięk może się za­
trzeć, ale nie można go pokonać.
WL: Kasprze, dziękuję za rozmowę, nie dręczę więcej. Także za cierpliwość jestem Ci wdzięczny. Nagraliśmy około 80 minut i coś z tego spiszemy. Pewnie jesteś już bardzo zmęczony, ale nie przerywałem, bo utrzymy­
waliśmy się w rytmie.
KP: Dziękuję Ci przede wszystkim za sprowokowanie i przymuszenie
mnie do refleksji nad zagadnieniami, które pozostawią sequitur. Zadzi­
wiające, jak bieżące zjawiska mogą rzutować na wydarzenia z dalekiej
przeszłości. Przeszłość żyje dzisiaj. Dziękuję, żeś stał się w tym wywia­
dzie agent provocateur.
2014 tom V
228
Wojciech Ligęza
9
Marusia Kasprowiczowa (1887 lub 1892-1968) – Rosjanka, z domu Bunin, żona Jana
Kasprowicza, założycielka jego muzeum w domu na Harendzie. Po śmierci męża była
przez wiele lat związana z Michałem Choromańskim.
10
Tadeusz Rozwadowski (1866-1928) – generał broni WP, konstruktor i wynalazca,
w czasie zamachu majowego wystąpił zbrojnie przeciwko Józefowi Piłsudskiemu, po czym
wraz trzema innymi generałami został aresztowany. Jego zwolennicy byli przekonani, że
przyczyną jego śmierci po zwolnieniu z więzienia było otrucie.
11
Michał Pawlikowski (1887-1970) – pisarz, wydawca, działacz Stronnictwa Narodo­
wego, twórca cennego Archiwum Pawlikowskich, przekazanego w 2000 roku w darze dla
Biblioteki Jagiellońskiej przez jego syna Kaspra.
12
Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939) – ekonomista, publicysta, wydawca dzieł Ju­
liusza Słowackiego, taternik, pionier ochrony przyrody w Polsce, założyciel i wieloletni
redaktor naczelny pisma „Wierchy”. Twórca i właściciel zakopiańskiego Domu pod Jed­
lami, czołowego przykłady stylu zakopiańskiego propagowanego przez Stanisława Wit­
kiewicza.
13
Zofia z Zawiszów Kernowa (1889-1971) – poetka, publicystka, działaczka niepodleg­
łościowa, podczas I wojny światowej pracowała w wywiadzie wojskowym Legionów Pol­
skich i w POW, do II wojny właścicielka dworu w Goszycach pod Krakowem, opisanego
m.in. przez Jana Józefa Szczepańskiego w opowiadaniach Koniec legendy i Trzy czerwone
róże.
14
Przeminęło z wiatrem, powieść autorstwa Margaret Mittchel, która stała się kanwą
znanego filmu w reżyserii Victora Fleminga z 1939 r.
15
Aniela (Lela) z Wolskich Pawlikowska (1901-1980) – malarka, portrecistka, ilus­
tratorka. Córka poetki Maryli Wolskiej. Studiowała m.in. u Wojciecha Weissa i Ka­zimierza
Sichulskiego. Przed wojną uczestniczyła w licznych wystawach zbiorowych i indywidual­
nych, po wojnie, na emigracji poświęciła się niemal wyłącznie malarstwu portretowemu.
16
Instytut Kultury Polskiej został utworzony w roku 1948 z inicjatywy Michała Paw­
likowskiego przez Ministerstwo Oświaty rządu RP na uchodźstwie. W ciągu pięciu lat
działalności odbyło się tam ok. 300 wykładów. W latach 1948-1951 dyrektorem Instytutu
był Antoni Słonimski.
17
Tymon Terlecki (1905-2000) – historyk teatru, krytyk literacki, pisarz i eseista. Był
jednym z głównych animatorów emigracyjnego życia literackiego i naukowego w Europie
i w USA. Współpracował z Radiem Wolna Europa oraz z „Kulturą” paryską, był prezesem
Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie.
18
Tadeusz Felsztyn (1894-1963) – historyk wojskowości, publicysta, oficer WP. Wal­
czył w Legionach Polskich, w czasie II wojny światowej był więźniem sowieckim w Ko­
zielsku i Griazowcu.
19
Marian Szyszko-Bohusz (1901-1995) – malarz, krytyk sztuki, publicysta. Mąż C­icely
Saunders, lekarki, twórczyni medycyny paliatywnej.
20
Władysław Folkierski (1890-1961) – przed wojną profesor UJ, historyk literatury
francuskiej, działacz Stronnictwa Narodowego. Na emigracji nie zaniechał działalności
politycznej, był m.in. ministrem wyznań religijnych w rządzie RP na uchodźstwie.
21
Polski Ośrodek Badań Naukowych powstał we wrześniu 1939 r. jako instytucja ma­
jąca wspierać naukę polską na gruncie brytyjskim. Po wojnie przekształcił się w polsko‑brytyjską placówkę naukowo-wydawniczą, która wspierała polskich uczonych i studen­
tów, wydawała polskie prace naukowe w języku angielskim, a także sprawowała pieczę
nad utworzonym w 1948 r. Instytutem Kultury Polskiej.
Między Polską a światem
22
Kornel Krzeczunowicz (1894-1988) – ziemianin, poseł na Sejm RP, oficer kawalerii.
Po demobilizacji pozostał w Wielkiej Brytanii, zajął się publicystyką i literaturą histo­
ryczną, a także działalnością rolniczą. Żonaty z Heleną z Lubienieckich.
23
Kazimierz Pacewicz (1895-1974) – oficer kawalerii, malarz po studiach u Józefa Pan­
kiewicza. Większość jego prac znajduje się w Muzeum Regionalnym w Siedlcach.
24
Ludwika Weiss von Weissenfeld (ur. ok. 1913 – daty śmierci nie udało się ustalić) –
więźniarka sowieckich łagrów, żołnierz II Korpusu WP, przypuszczalnie związana z wy­
wiadem brytyjskim.
25
Anna Ślubicz-Załęska (1915-2000) – prowadziła w Londynie salon, którego bywal­
cami było głównie młode pokolenie polskiej emigracji.
26
Tadeusz Sulimirski (1898-1983) – doktor praw i filozofii, archeolog, antropolog,
rotmistrz kawalerii WP, przed wojną docent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie,
potem rektor Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie.
27
Piotr Czartoryski (1909-1993) – z Pełkiń, podoficer AK, inżynier.
28
Wanda Krasińska (1927-1999).
29
Józef Pawlikowski (1892-1982) – profesor L’École Polytechnique de Montréal,
współtwórca i pierwszy dyrektor Polskiego Instytutu Naukowego (PIN), utworzonego
w 1942 r. w Montrealu, początkowo jako oddział nowojorskiego Polish Institute of Arts
and Sciences of America.
30
Wanda Stachiewicz z domu Abraham (1895-1995) – absolwentka Uniwersytetu
Jana Kazimierza we Lwowie oraz Sorbony, inicjatorka utworzenia w Montrealu Polskiego
Instytutu Naukowego, a następnie Biblioteki Polskiej, którą prowadziła niemal do końca
życia. Była żoną generała Wacława Stachiewicza.
31
Tadeusz Romer (1994-1978) – dyplomata, ambasador RP w Portugalii, Japonii
i ZSRR (1942/43). Będąc w Tokio w czasie wojny, niósł pomoc polskim obywatelom, głów­
nie Żydom, którzy uciekali z Polski dzięki japońskim wizom. Po wojnie wykładał litera­
turę francuską na McGill University w Montrealu, pełnił też funkcję prezesa PIN. Jego
żoną była Zofia z Wańkowiczów (1897-1981), siostra Melchiora, osoba niezłomna i od­
ważna.
32
Przemysław Potocki (1927-2003) – był kolegą Autora z II Korpusu.
229
Rok 2014
tom V
Celina Kumorek
Febronia
Okoniny Nadjeziorne – wieś rozrzucona na śródleśnej polanie
w Bo­rach Tucholskich, między Jeziorem Okonińskim a linią kolejową
Bydgoszcz–Gdynia. Sięgając roku 1865, obszar okonińskich dóbr wy­
nosił 1636 mórg i był w posiadaniu dwóch właścicieli stanu szlachec­
kiego – Piotra Behlau i Alberta Omanna. Cztery lata później posiadłość
Alberta przeszła w użytkowanie Luizy von Rehden. W początkach XIX
wieku wieś liczyła 184 mieszkańców, w roku 1934 – 258. Pod koniec
lat trzydziestych przeszło 418-hektarowy obszar został rozparcelowa­
ny. W wyniku parcelacji sporo polskiej ziemi znalazło się w posiada­
niu ludności niemieckiej. Przed I wojną światową tereny wojewódz­
twa Zachodnio-Pomorskiego oprócz Polaków zamieszkiwali Niemcy,
Prusacy i Żydzi. Zmieniały się nazwy polskiej miejscowości: Okoniny
Nadjeziorne, Niemieckie Okoniny Nadjeziorne, w odmianie pruskiej –
Deutsch Okonin, w niemieckiej – Deutsch Okonin lub Okoniam See.
W okresie międzywojennym mieszkańcy wsi udawali się do pracy
sezonowej w Niemczech lub do kopalń we Francji. Uroczyście obcho­
dzili święta kościelne i narodowe rocznice. Szczególnie pielęgnowali
w pamięci odzyskanie niepodległości, powrót dostępu Polski do morza
i dzień imienia marszałka Józefa Piłsudskiego.
*
W Okoninach Nadjeziornych mieszkała rodzina Szlachcikowskich.
Febronia urodziła się w Cekcynie koło Śliwic 10 lutego 1921, jako córka
Jana Szlachcikowskiego i Anastazji z domu Wilkowskiej, najmłodsza
Dane dotyczące miejscowości wg książki: Adam Węsierski, Przeszłość śliwickich wsi
w faktach i fotografii, t. II, Śliwice 2012.
z dziesięciorga rodzeństwa: trzech braci (Staszek, Franek, Leon) i sied­
miu sióstr (Marta, Helena, Franciszka, Cecylia, Bolesława, Wanda).
O ojcu mówiono, że był bardzo przystojny, o matce – bardzo pobożna.
Codziennie w godzinach wieczornych rodzina odmawiała różaniec,
a w niedziele jeździła do kościoła bryczką na czterech kółkach. – Mama
dali mi takie wyjątkowe imię słowiańskie – mawiała Febronia. Dzieci
zwracały się do rodziców z dużym szacunkiem, w liczbie mnogiej.
Przed wybuchem II wojny światowej Febronia zaręczyła się z Fran­
kiem, synem ziemianina. Zaprzysięgli sobie dozgonną wierność. Wraz
z obrączką, jeszcze przed pójściem do wojska, Franek ofiarował Febro­
ni siebie.
Wiodło im się nieźle. W 1937 roku Szlachcikowscy posiadali ponad
27‑hektarowe gospodarstwo w Okoninach Nadjeziornych. Jan Szlach­
cikowski drogą kupna nabył duży dom, jak się później okazało od
folksdojcza. Dopiero po wojnie dowiedzieli się, że budynek był zadłu­
żony.
W czasie działań wojennych wielu mieszkańców zostało wcielonych
do wojska niemieckiego. Niektórym z nich udało się uciec, inni dostali
się do niewoli alianckiej i dalej kontynuowali szlak bojowy w wojsku
polskim na zachodzie, oddając życie za ojczyznę. Przykładem bracia
Paweł, Edmund i Leon Schillerzy. Paweł powrócił szczęśliwie do kraju
po wojnie, zaś Edmund i Leon (zginął w bitwie pod Arnhem) polegli
i spoczęli na ziemi holenderskiej.
Niektórzy mieszkańcy tamtych okolic zostali zmobilizowani do
wojska. Znalazł się wśród nich Alfons Podlewski ze Śliwiczek, który
uczestniczył w bitwie pod Krojanami niedaleko Chojnic, gdzie dostał
się do niemieckiej niewoli. Z tej wsi pochodził również Julian Kawczyń­
ski, który jako żołnierz gen. Andersa brał udział w kampanii wrześnio­
wej i w bitwie o Monte Cassino.
Wsie śliwickie często nawiedzały niszczycielskie pożary. Groźny
ogień z niewyjaśnionych przyczyn wybuchł w zabudowaniach gospo­
darza Pliszki w czerwcu 1931 w Rosochatce. W nocy z 18 na 19 g­rudnia
1931 w nadleśnictwie w Sarniej Górze spłonął budynek mieszkalny. Po­
tem pożoga wojenna na trwałe odbiła się w świadomości mieszkańców
śliwickich terenów. We wsi Laski Piec w 1942 spaliła się część zabu­
dowań, pożar wzniecił prawdopodobnie Niemiec Schmit. Wieś długo
nie mogła się otrząsnąć z tragedii. 12 lipca 1944 partyzancki patrol
za­trzymał urzędników niemieckich i skonfiskował przewożone przez
231
Wizerunki
Febronia
2014 tom V
232
Celina Kumorek
nich karty żywnościowe, odzieżowe, dokumenty aprowizacyjne oraz
pieczęcie. W rewanżu hitlerowcy całą ludność wioski z­gromadzili
w z­aminowanym budynku szkolnym i tylko dzięki wstawiennictwu
pewnej wpływowej rodziny ładunków nie zdetonowali.
Nieszczęścia nie omijały Szlachcikowskich. Ich domostwo ogień
l­izał dwukrotnie. A gdy wkroczyło regularne wojsko niemieckie, ofi­
cerowie niemieccy wybrali sobie u Szlachcikowskich stołowanie. Lubili
potrawy z grzybów. Marta postanowiła truć Niemców muchomorami.
Gorzkie muchomory trzeba było wielokrotnie gotować. Nie wiedząc
o tym, że chcąc nie chcąc wygotowała z grzybów całą truciznę, do­
prawiła je ostrymi przyprawami, podała i czekała na rezultaty. Zjedli,
podziękowali i bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu następnego
dnia poprosili o jeszcze.
W roku 1941 zmarł na zawał serca ojciec Febroni. 18 lutego 1945,
podczas wkraczania do Śliwiczek oddziałów sowieckich, hitlerowcy
wysadzili w powietrze dom, w którym schroniła się przed działaniami
wojennymi duża grupa Polaków. Zamordowani spoczęli na cmentarzu
położonym w środku wsi – nazwiska pogrzebanych rodzin uwiecznio­
ne zostały na przytwierdzonej do krzyża tablicy.
Groza padła na okolicę, gdy pojawili się Sowieci. Dziewczęta mu­
siały przed nimi uciekać i chować się po różnych kryjówkach. Wyzwo­
licieleskie żołdactwo radzieckie gwałciło, kradło, a czego nie dało się
ukraść, niszczyło.
Po wojnie dwaj synowie powrócili do domu. Anastazja gorąco mo­
dliła się o powrót trzeciego. Gnębiła ją myśl, że być może Franek nie
przeżył wojny. Prosiła Boga, żeby zobaczyć chociaż jego kości. Któregoś
dnia dotarł do domu cień człowieka – po wyjściu z obozu koncentra­
cyjnego żywy trup oczekiwanego syna. Mówiono, że matka wymodliła
jego powrót, ale Frankiem długo się nie nacieszyła. Wkrótce zmarł.
Pod koniec wojny do gospodarstwa Szlachcikowskich przyczołgał
się zabiedzony i chory na tyfus uciekinier z likwidowanego przez eses­
manów obozu koncentracyjnego Stutthof – Janek Sobolewski. Padał
deszcz, doskwierało zimno, chory i wycieńczony Janek zemdlał i wpadł
do rowu. Esesmani nie dobili go, co można nazwać cudem, a może
żal im było kuli dla domniemanego trupa. Janek oprzytomniał, wstał
i przedzierał się przez Bory Tucholskie, w końcu dobrnął do domostwa
Szlachcikowskich. Zlitowali się nad obcym wynędzniałym człowie­­kiem.
Ukryli go i otoczyli opieką. A kiedy wyzdrowiał, przydał się w gospo­
darstwie. Opowiadał, że cebula z magazynu więziennego urato­wała go
od szkorbutu.
Janek urodził się w 1915 w Sejnach (woj. białostockie) jako trzeci spo­
śród pięciorga rodzeństwa (Apolonia, Marysia, Jan, Antoni, Bolesław).
Obiecali sobie z siostrą Marysią, że poświęcą życie służbie Bogu. Mary­
sia udała się do zakonu w Warszawie, a potem wyruszyła do Włoch. Po
wojnie znalazła się w Anglii (Pittsford). Janek wstąpił do seminarium.
Gdy wybuchła wojna, został aresztowany i osadzony w obozie koncen­
tracyjnym Stutthof. Wykonywał tam różne prace, między innymi był
magazynierem i elektrykiem, co umożliwiało mu poruszanie się po
obozie i potajemne pomaganie innym więźniom. I tak np. pomógł
w ucieczce grupie Estończyków. Jedna z uratowanych przez niego osób
po wojnie zajmowała wysokie stanowisko we władzach Estonii. W jej
imieniu poszukiwania Janka prowadził publicysta z Krakowa, który
odnalazł jego rodzinę dopiero w latach sześćdziesiątych.
Zawsze uśmiechnięty, kochający ludzi i wszystkim pomagający Ja­
nek poprosił mamę Febroni, Anastazję, o rękę córki. Matka, jak to mat­
ka, początkowo nie chciała wyrazić zgody – miała starsze od Febro­ni
niezamężne córki. Ale on zdecydował, że: „ta, albo żadna”, i osiągnął
cel. Po ślubie zawiózł żonę do swoich rodziców, którzy niestety nie byli
zadowoleni ze zmiany planów życiowych syna. Marzyli przecież, że
Janek będzie księdzem. Febronia stała się w ich oczach „jabłkiem”, na
które dał się skusić syn. Pomimo że Janek nie przyjął jeszcze święceń
kapłańskich, nie wróżyli mu szczęścia. On zaś postanowił, iż po okru­
cieństwach, jakich doznał w obozie koncentracyjnym, po oglądaniu
żniwa śmierci, założy rodzinę i będzie miał dużo dzieci.
Poślubieni pojechali na Pomorze, do Szczecinka, gdzie wcze­
śniej osiedlił się brat Janka Antoni z kuzynką Stasią, późniejszą jego
żoną. Stasia – elegancka, dbająca o swój wygląd panna łatwo wpadała
w męskie oko. Febronia miała z tym problem, nie chciała więc pozo­
stać w Szczecinku. Była już w zaawansowanej ciąży, gdy Janek znalazł
mieszkanie w Pieszycach. Spakowali się i wyruszyli samochodem cię­
żarowym. W drodze do Pieszyc Febronia spadła z plandeki samocho­
du – szczęśliwie nie odbiło się to na jej zdrowiu.
Mieszkanie w Pieszycach przypadło jej do gustu: duże, słoneczne.
Janek nadal szukał jednak gospodarstwa rolnego, które mogłoby być
gwarantem, że nie dotknie ich głód i bieda. Znalazł gospodarstwo oko­
ło 60 km od Wrocławia – w Miechowicach Oławskich. Tu urodziły się
233
Wizerunki
Febronia
2014 tom V
234
Celina Kumorek
Sobolewskim trzy córki: Renata, Urszula i Alina. Dziewięciomiesięczna
Alusia zmarła na zapalenie płuc. Pochowano maleństwo na cmentarzu
we Wiązowie. Natomiast Renia urodziła się ze zwichnięciem stawu bio­
drowego. Założono jej gips na bioderko i nóżki, usztywniając dziecko
na pół roku w pozycji szpagatu, ale to nie pomogło. Febronia mówiła, że
położna Niemka, która przyjmowała poród, „nie miała dob­rej ręki” –
wszystkie dzieci, którym pomogła przyjść na świat, miały zwichnięcia
stawów biodrowych. Ponadto Febronię męczyły wątpliwoś­ci, czy do­
brze postąpiła, decydując się na podróż w zaawansowanej c­iąży.
Janek nie zagrzał długo miejsca w domu. Zapisał się na studia
w NOT-cie (Naczelnej Organizacji Technicznej) we Wrocławiu. Na­
jął chłopaka do pomocy w gospodarstwie, sprowadził Febroni siostrę
Cecylię, a potem jej narzeczonego Józefa. Wyprawili im wesele. Janek
udzielał się społecznie, miał ładny głos – śpiewał i grał na organach koś­
cielnych w Wiązowie. Współpraca z porywczym mężem Cecylii jednak
nie układała się. Janek pomógł więc młodej parze przeprowadzić się do
wolnego gospodarstwa na drugim końcu wsi.
Okres przypadał na odgórny przykaz „3 x TAK”. Wprowadzano
w Polsce gospodarkę kolektywną, czyli kołchozy. Janek i Febronia mogli
pozostawić w swoim gospodarstwie tylko jednego konia, jedną krowę,
dwie świnki i domowe ptactwo. Każde hodowlane zwierzę ponad wy­
znaczony limit zmuszeni byli przekazać do kołchozu. Każdy gospodarz
był również zobowiązany do odpracowania określonej liczby godzin
w Państwowym Gospodarstwie Rolnym (PGR). Najbardziej żałowali
klaczy i źrebaka, do którego Renia bardzo się przywiązała i płaczem
żegnała konie wyprowadzane z ogrodzenia na wieczne nieoddanie.
Przejazdy do Wrocławia zabierały sporo czasu, Janek nie miał kiedy
odpracowywać godzin w kołchozie. Znalazł więc mieszkanie na obrze­
żach Wrocławia, w osiedlu „Popiele”, gdzie w roku 1954 Sobolewscy się
przeprowadzili. Było to duże gospodarstwo rolne za Odrą. Rzeka wy­
znaczała granicę dzielnicy Sępolno. Brzegi Odry łączył most im. Bole­
sława Chrobrego. Dalej wzdłuż rzeki ulica Monopolowa prowadziła do
wytwórni spirytusu, zakładów chemicznych i wytwórni superfosfatu.
W połowie tej ulicy skręcało się w prawo i wzdłuż sadu droga wiodła
do dużej bramy z furtką. Na środku podwórza otoczonego mieszkalny­
mi budynkami stała pompa z korytem na wodę. Po prawej stronie do
budynków dobudowano szopę, nieopodal – po budowlanej przerwie –
w dużej oborze ze strychem składowano słomę i siano. Po lewej stronie
rozciągał się sad i rzucał się w oczy okazały, elegancki jednopiętrowy
dom z krużgankiem (przed wojną mieszkali tam właściciele gospodar­
stwa), do którego przylegała brama wiodąca do ogrodu. W później­
szym czasie dobudowano tam mały domek stróża, nieco dalej mieściły
się magazyny i piwnice. Gospodarstwo rolne od zakładów fabrycznych
oddzielał wysoki mur z czerwonej cegły. Za oborą – dwa stawy: duży
płytki i mały głęboki. Droga za osiedlem prowadziła półkolem wzdłuż
dużego stawu. Z lewej strony ciągnęły się pastwiska (okólniki), które
przedzielał jednopiętrowy biały dom. Wzdłuż drogi rosły olbrzymie
dęby. Droga skręcała w prawo i wiodła przez mostek łączący duży
i mały staw. Niemcy wykopali stawy i usypali wysoką górę, na której
wybudowali dwa budynki z czternastoma potężnymi piwnicami. Skła­
dowano w nich lód dla miasta. W czasie wojny jeden z tych budynków
zburzyła bomba. W drugim, który ocalał, jako że miał półtorametro­
wej grubości mury, mieściło się czteropokojowe mieszkanie na piętrze.
Za mieszkaniem nad piwnicami po wojnie powstała przechowalnia
słomy i siana.
Właśnie na to mieszkanie trafił Janek. Wszystkie inne były już zaję­
te, w tym jednym prawdopodobnie nikt nie chciał się osiedlić. Przed­
siębiorczy mężczyzna w pomieszczeniach urządził kuchnię, spiżarnię,
łazienkę i dwie sypialnie. W korytarzu założył piec centralnego ogrze­
wania, a na strychu nad mieszkaniem umieścił skrzynię, z której zimą
rozchodził się aromat przechowywanych jabłek. Na parterze zbudował
kurnik, pod schodami – chlewik i miejsce na jedną krowę, a w piwnicy
wydzielił dwie kondygnacje. W górnej przechowywał węgiel i drzewo
na opał, w dolnej – warzywa okopowe. Pogłębił studnię i założył hy­
drofor doprowadzający wodę do całego mieszkania. Po wykarczowa­
niu krzaków koło domu powstał ogród opasany drucianą siatką wła­
snoręcznie zrobioną przez Janka.
Górę porastały krzewy, drzewa akacji i lipy. Na drugim krańcu
domu znajdował się wyciąg z wózkiem, na którym przed wojną trans­
portowano ze stawów lód do piwnic. Teren okrążała droga prowadząca
do skrzyżowania z ulicą Mydlaną (nazwa ulicy podobno wywodziła się
od tego, że zaraz po wojnie kręciło się tam wiele bezdomnych psów –
złapane przerabiano na mydło). Dochodziło się tędy do d­wupiętrowego
domu. Mieszkał w nim dróżnik kolejowy i mieścił się tu zakład wyro­bu
gumowych rękawic. W zakładzie zatrudniano niewidomych, inwa­lidów
wojennych. Kierując się w lewo Mydlaną, dochodziło się do prze­jazdu
235
Wizerunki
Febronia
2014 tom V
236
Celina Kumorek
kolejowego i dalej do ulicy Kowalskiej. W prawo można by­ło dojechać
do drogi łączącej miasto ze wsią Swojec. Za torami rósł pas drzewek –
„szkółka” ciągnęła się za ulicą Kowalską aż do cegielni, w której przez
jakiś czas po wojnie wypalano cegły, potem obiekt zamknięto i zdewa­
stowano. Pozostał po nim tylko czerwony komin, budynki i zalew po
wydobywanej glinie – glinianki, gdzie po kilku przypadkach utonięć
nie wolno było się kąpać. Pasmo drzewek przecinało pole rolne aż do
rzeki Widawy.
Do mieszkania na pierwszym piętrze prowadziły przylegające do
bocznej ściany domu wysokie schody z czerwonej cegły. Wchodziło się
do niego przez ciężkie drewniane drzwi frontowe; na korytarzu pod­
łoga była kamienna, podłogi w pokojach z drewnianych desek, w sy­
pialniach – drewniane podłogi malowane czerwoną farbą, a w kuchni
z desek heblowanych. W soboty podłogę w kuchni trzeba było szoro­
wać ryżową szczotką i mydlaną ciepłą wodą, a spłukiwać zimną, aby
deski nie siniały. Wyposażona w węglową płytę kuchnia miała duży
piekarnik opalany drewnem, toteż w wilgotne, bezwietrzne dni po roz­
nieceniu ognia kopciło się w niej niemożliwie.
Właściciele nie zapomnieli zabrać ze sobą starego strażnika Mrucz­
ka, który upodobał sobie siedzenie na schodach prowadzących na strych
i nie pozwalał dzieciom tam wchodzić, broniąc przejścia podniesieniem
łapy i groźnymi pomrukami.
We Wrocławiu Janek znalazł pracę, został kierownikiem w zakła­
dach elektryczno-remontowych. Któregoś dnia wrócił do domu roz­
trzęsiony: spotkał capo z obozu Stutthof, który dzierżył teraz wysokie
stanowisko. Następnego dnia nie mógł go już odszukać – zniknął jak
kamfora.
Febronia sprawdzała się jako przykładna gospodyni. Zajmowała się
domem, dziećmi, doiła krowę, karmiła świnie, prowadziła hodowlę
kur, uprawiała ogródek... Janek zaopatrywał dom w potrzebne rzeczy
i dbał o zwierzęta. Kupił psa Lorda, krasulę Narcyzę i dwie b­ezimienne
świnki. Pracował zawodowo, prowadził gospodarstwo i studiował.
Miał wielu przyjaciół, pomagał rodzinom – swojej i Febroni. W domu
przebywało zwykle pełno gości: rodzina z północno-wschodniej Polski
i przyjaciele Janka odwiedzający gościnny dom w soboty i niedziele.
Febronia krzątała się i zwijała jak tylko potrafiła, za co Janek kochał
ją w dwójnasób, a wszyscy chwalili urodę gospodyni i jej zaradność.
Dom ożywał szczególnie przed Bożym Narodzeniem. Odbywało się
wtedy świniobicie, wyrabianie kiełbas, kaszanek, pasztetów i wędzenie
wędlin w metalowej beczce przykrytej jutowym workiem. Nad kuchnią
suszyły się podwędzone szynki i kiełbasy. Pachniało wędzonką i świe­
żymi wypiekami.
W 1955 urodził się Sobolewskim upragniony syn. Dostał imię
„Bogusław”. Boguś był oczkiem w głowie taty. W podzięce za Bogu­
sia zmajstrował więc dla Febroni pralkę z jednofazowym motorkiem
i sam przeprowadził pierwszą próbę prania. Wlał gorącej mydlanej
wody, włożył do pralki swoje brudne robocze spodnie, załączył i zajął
się inną pracą. Pralka pracowała pół dnia, aż Janek przypomniał sobie,
że trzeba ją wyłączyć. Ze spodni zostały tylko strzępki. Tak niekiedy
wyglądały początki automatycznego prania. Janek postarał się również
o dużą zepsutą przemysłową lodówkę, którą długo reperował.
Po trzech latach od ostatniego porodu Febronia ponownie zaszła
w ciążę. Janek postanowił skończyć z pracą w zakładzie. Podał swoją
kandydaturę na przewodniczącego Spółdzielni Produkcyjnej, która po­
wstała na „Popielu”, i został zatwierdzony. Planował, że w przyszłości
wykupi dom ze stawami na własność, chociaż w owym czasie prywat­
na własność (bez prawa dziedziczenia) przysługiwała tylko na 99 lat.
Od tygodnia Janek prosił robotników, by koniecznie zaorali pole,
jako że trzeba siać. Sam miał jeszcze do załatwienia jakieś sprawy w po­
przednim miejscu pracy. Zirytował się po powrocie, gdy zobaczył, że
pole nie zostało zaorane. 8 września 1958, wczesnym rankiem poszedł
po traktor i choć Febronia prosiła, żeby tego nie robił, rozpoczął orkę
części pola położonej za górką, na której stał dom. Febronia przygoto­
wywała właśnie obiad, gdy 3-letni Boguś uciekł jej do ojca. Janek wziął
go na traktor. Renia wróciła ze szkoły i wołała tatę i brata na obiad.
Janek wysłał synka do domu, a sam postanowił dokończyć orkę. Przy
ostatniej skibie w połowie pole zwężało się i starego typu „Ursus” –
z olbrzymimi dwoma kołami z tyłu i małymi z przodu – tracąc rów­
nowagę, spadł z około czterometrowej skarpy. Duże koło ześlizgnęło
się i traktor przekoziołkował, przyciskając Janka. Widząc to, stojąca na
ganku Renia zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Wypadek widzieli również
pasażerowie samochodu osobowego, który zatrzymał się przed szla­
banem kolejowym. Przygodni ludzie natychmiast pospieszyli Jankowi
z pomocą, wydobywając go spod traktora.
Wezwana została karetka pogotowia. W szpitalu stwierdzono zła­
mania miednicy i popękanie jelit. Natychmiast po wypadku Febronia
237
Wizerunki
Febronia
2014 tom V
238
Celina Kumorek
zostawiła w domu dzieci i udała się do szpitala. Janek był przytomny.
Martwił się, że rodziny nie zdążył zabezpieczyć finansowo. Przekazy­
wał Febroni, że w jego kieszeni są pieniądze. Mówił, że ma motor do
odebrania... i że w jego biurku są plany i umowa z rachunkiem za wy­
konanie robót na kwotę 30 000 zł.
W nocy został zoperowany. Podczas wizyty lekarze otoczyli jego
łóżko i stwierdzili po łacinie, nie wiedząc, że on zna łacinę, iż pacjent
nie przeżyje, ponieważ dostał zapalenia otrzewnej. Janek zareagował
słowami: „uśmierciliście mnie!”. Żył jeszcze pięć dni. Wraz ze śmier­
cią Janka wszystko przepadło jak kamień w wodę. Mruczek, jakby coś
z tego rozumiał – zajął się zrzucaniem z wieszaka w korytarzu ubrań
swego pana.
Na pogrzeb przyjechała rodzina Janka. Febronia została z trojgiem
dzieci i w siódmym miesiącu ciąży z czwartym. Wszyscy potrafili wdo­
wie współczuć, gorzej było z niesieniem pomocy – każdy miał swoje
problemy. Apolonia (najstarsza siostra Janka) pocieszała, że jak Fe­
bronia będzie teraz w biedzie, to przecież nie samotna, ale z dziećmi.
Tego „pocieszenia” Febronia nigdy nie zapomniała. Kuzynki mieszka­
jące we Wrocławiu pomagały, ale mogły niewiele. Każda miała swoją
rodzinę.
Świat Febroni zawalił się – męża zabrakło w niezwykle ciężkich cza­
sach. Nie miała pojęcia, jak załatwić węgiel na zimę. Udała się po zboże
dla kur do magazyniera, u którego Janek miał swój przydział – ten od­
prawił ją z kwitkiem: „zboże myszy zjadły”. Po wielu trudnościach dro­
gą sądową odebrała „motor”, który sprzedała, co pozwoliło jej przeżyć
z dziećmi najtrudniejsze chwile. Antek – brat Janka, pracował w mły­
nie w Szczecinku i co roku przed zimą przysyłał Febroni woreczek
mąki, co również pomagało przetrwać najgorsze.
Miała trudny poród. Zdzisiu urodził się w szpitalu. Bezdzietny
doktor, kolega Janka, proponował Febroni, że zaadoptuje niemowlę,
ale się nie zgodziła. Wróciła do dzieci. Ponieważ Janek z jednej pra­
cy się zwolnił, a w drugiej nie przepracował jeszcze trzech miesięcy,
dostawała tylko niewielką rentę dla dzieci. Zasoby kończyły się i Fe­
bronia musiała podjąć zarobkową pracę w Spółdzielni Produkcyjnej
na „P­opielu”. Do roboty na polu zabierała ze sobą niemowlaka. Ukła­
dała Zdzisia w cieniu drzew. Robiła przerwy w pracy na przewijanie
i karmienie piersią. Kobietom pracującym w Spółdzielni nie podobało
się, że ma tyle przerw. Zaczęły szemrać między sobą, więc brygadzi­
sta przeniósł Febronię do przetwórni owoców i warzyw, która mieściła
się w dostosowanych do tego pomieszczeniach magazynowych w „Po­
pielu”. Dodatkowo wzięła pilnowanie w nocy bydła w oborze.
Boguś i Zdzisiu pozostawali pod opieką starszych sióstr. Nie obyło
się bez nieszczęśliwych wypadków. Boguś, bawiąc się zapałkami, dwa
razy wywołał pożar, a Zdzisiu, raczkując, przekoziołkował po scho­
dach. Innym razem, gdy umiał już chodzić, wdrapał się na parapet
niedo­mkniętego okna i spadł z pierwszego piętra. Miał wiele szczęścia,
bo doznał tylko obrażeń twarzy. Być może duch ojca uchronił go przed
większym okaleczeniem. Był bardzo podobny do ojca.
Dzieci rosły, Renia ukończyła szkołę gastronomiczną i po wielu
niepowodzeniach (bez znajomości bardzo trudno było znaleźć pracę)
zatrudniona została w stołówce. Dokarmiała więc rodzinę, przynosząc
zupy, kotlety, surówki – resztki stołówkowego jedzenia. Ula zajmowała
się braćmi – opiekowała się, chodziła na wywiadówki, odrabiała z nimi
lekcje w domu – i uczęszczała do Technikum Handlowego.
Pomimo pięciu ciąż Febronia była wciąż zgrabna i podobała się
męż­czyznom. Umiała się gustownie ubrać, a raz w roku otrzymywała
paczki ubraniowe z UNRRY (United Nations Relief and Rehabilitation
Administration). Niekiedy dostawała je także z PCK (Polski Czerwo­
ny Krzyż) z witaminami dla dzieci. Paczki te stanowiły wielką pomoc
i r­adość dla rodziny.
Pewnego dnia przed dom zajechał czarny peugeot. Z samochodu
wysiadł Franek, były narzeczony Febroni. Febronia ciągle nosiła jego
obrączkę, nawet wtedy, gdy wychodziła za Janka. Franek po wojnie, gdy
dowiedział się, że Febronia wyszła za mąż, pozostał we Francji i tam
się ożenił. Kiedy jego żona zmarła, a Febronia owdowiała, przyjechał,
by się z nią spotkać.
Wybrali się w podróż w rodzinne strony. Przypominali sobie s­tare
czasy. Wrócili po paru dniach. Febronia była nim jednak z­awie­dziona –
to nie był już ten sam Franek, więc wyjechał. Na pożegnanie rzekła
mu bezpardonowo, żeby bez zębów i peruki nie wracał. No i więcej
się nie pokazał.
Febronia poznała Greka, który prowadził sklepik na Swojcu. Cho­
dzili ze sobą parę lat. Miał się żenić, aż tu nagle przyjechała do niego
z Grecji żona z córką. Później Febronia zakochała się w przystojnym,
o gęstych czarnych włosach Ignacym. Pracował w spółdzielni, był żo­
naty ze znacznie starszą kobietą. Pomagał Febroni w ciężkich pracach
239
Wizerunki
Febronia
2014 tom V
240
Celina Kumorek
domowych, przywoził paszę dla kur i świnek, które ciągle jeszcze hodo­
wała, co zabezpieczało dzieci przed głodem.
Nieakceptowana przez otoczenie znajomość Febroni z Ignacym na­
rażała ją i jej dzieci na niebezpieczne przygody. Pewnego dnia na Fe­
bronię napadła żona Ignacego z dwiema dorosłymi córkami, wspoma­
gane przez „dobrą” sąsiadkę Febroni. Próbowały pozbawić ją wzroku,
ale Febroni udało się wyrwać ze szponów napastniczek. Do obrony ro­
dziny dorósł wreszcie starszy syn Febroni, który przerwał dramatyczny
romans matki.
Czas płynął, dzieci rosły, Febronia wynajmowała jeden pokój loka­
torom. Znalazła pracę w fabryce lakierów jako strażnik. Nie zgodziła
się na posiadanie broni, którą nosili przy sobie strażnicy, w zamian na
obchód po fabryce brała silnego psa.
Ula ignorując brak zgody matki, wyszła za mąż za Zbyszka, kolegę
z podwórka. Zamieszkali u jego rodziców. Zbyszek miał przed sobą dwa
lata służby wojskowej w lotnictwie. Za brak posłuszeństwa Febronia
początkowo wyklęła córkę z rodziny, ale gdy urodził się wnuk Piotruś
nie odmówiła pomocy. Po dwóch latach mieszkania u rodziców Zbysz­
ka młodzi z dzieckiem przenieśli się do wolnego po lokatorach pokoju
u Febroni. W tym czasie wodę do domu na górce trzeba było przywozić
na wózku z wodociągu za stajniami „Popiela”. Wybrano bowiem piach
z pola, które Janek niegdyś orał, i zamieniono je na miejskie wysypisko
śmieci. Zatruło to wodę w studni, a zamiast pachnących łanów zbóż,
traw i kwiatów, w powietrzu unosił się cuchnący dym i muchy.
Zięć, którego Febronia nie darzyła sympatią, unikał konfliktów z teś­
ciową. Atmosfera w domu nie była jednak najlepsza. Ula ciężko zacho­
rowała, lekarze nie dawali jej więcej niż trzy miesiące życia. Na „Popie­
lu” doszło do kilku śmiertelnych zachorowań na raka. Przypuszczalnie
chorobę powodowały ulatniające się niedaleko osiedla opary z zakła­
dów wytwórni superfosfatu.
W momencie, kiedy młodzi wprowadzili się do Febroni, dom był
już w trakcie rozbiórki. Po wielu staraniach Ula i Febronia o­trzymały
o­sobne przydziały na mieszkania w dziesięciopiętrowych blokach bu­
dowanych z gotowych betonowych segmentów. Ci z przydziałami czuli
się uszczęśliwieni, bo wtedy okres oczekiwania na mieszkanie w nor­
malnym trybie określano na 10 do 20 lat. Mieszkanie z małymi poko­
jami trzeba było wyposażyć w nowe meble. W nowym mieszkaniu Fe­
bronię dwukrotnie okradziono. Kradzieże zdarzały się często w owym
cza­sie – ludzie w blokach zaczęli myśleć o wzajemnej pomocy. Na parte­
rze każdego dużego bloku osadzano więc pilnującego porządku stróża.
Boguś poszedł do wojska, a Zdzisiu ukończył średnią szkołę i zna­
lazł pracę w ślusarni. Bardzo przykładał się do pracy i szybko awan­
sował. Po wojsku zrobił maturę, ożenił się i urodziła mu się córeczka.
Kiedy nadarzyła się okazja, Boguś wyjechał na kontrakt do Iraku.
Zdzisiu zaciągnął się do służby w jednostce Straży Pożarnej. Później
jako ochotnik zgłosił się do gaszenia pożaru nowo odkrytego szybu
w Karlinie na północy Polski. Pożar gasili trzy miesiące. Z Rosji spro­
wadzano specjalne armaty gaśnicze. Zdzisiu opowiadał, że cała okolica
była zalana ropą unoszącą się również w powietrzu. Po pół roku zacho­
rował. Leczony z przeziębienia, zaczął tak chudnąć, że zupełnie stracił
siły i nie mógł wstawać z łóżka. Pogotowie zabrało go do szpitala, gdzie
stwierdzono wysokie stężenie cukru we krwi. Od tej pory dostawał
z­astrzyki z insuliną. Ożenił się jednak i urodzili mu się dwaj zdrowi sy­
nowie. Zdzisiu dbał o swoją rodzinę, ale nigdy nie zapomniał o mamie
Febroni. Jak tylko wykroił trochę czasu, przyjeżdżał do mamy i poma­
gał jej: coś kupił, coś naprawił w domu, doradził. Pracował społecznie.
Został przewodniczącym związku zawodowego „Solidarność” w Stra­
ży Pożarnej na Dolnym Śląsku, pomagał w pracach budowlanych nowo
powstającego kościoła w dzielnicy, w której mieszkał z żoną, dziećmi
i teściową.
Boguś wrócił z Iraku i za zarobione tam pieniądze wyremontował
swoje mieszkanie. Kafelki do łazienki kupił za dolary w Peweksie. Był
z mieszkania bardzo dumny.
Febronia żyła życiem swoich dzieci. Ich szczęście było jej s­zczęściem,
ich zmartwienia jej zmartwieniami. Przeżywała ich choroby i niepo­
wodzenia w małżeństwach. Doradzała swym dzieciom, by za wszelką
cenę dbały o dobro własnych rodzin. P­owtarzała, że partnera moż­na
zawsze znaleźć, ale ojca dzieci powinny mieć jednego, że nikomu nigdy
nie pozwoliła poniewierać własnymi dziećmi.
Pomimo złych prognoz Ula przeżyła rentgeno- i kobaltoterapię.
Konsekwencją rentgenowskich naświetlań było trzeciego stopnia popa­
rzenie szyi i części obojczykowej; z poparzeniową skazą musiała nau­
czyć się żyć. Wróciła do pracy. Mąż jej wyjechał na kontrakt do L­ibii,
a ona postanowiła uzupełnić swoją edukację, podejmując studia. S­iostra
Renia często do niej przyjeżdżała i opiekowała się jej synem. Ula za­
chorowała ponownie, a po 3-letniej obserwacji poddała się ryzykownej
241
Wizerunki
Febronia
2014 tom V
242
Celina Kumorek
operacji, która zakończyła się sukcesem. Pomimo problemów zdrowot­
nych ukończyła Akademię Ekonomiczną. Jej mąż wrócił z Libii, zacho­
rował jednak na cukrzycę i przeszedł na chorobową rentę. Nie dostoso­
wywał się do wskazań lekarzy – zdrowotne powikłania przyspieszyły
jego odejście.
Febronia pozostała tylko z najstarszą córką. Renia poświęciła się
młodszemu rodzeństwu i do końca opiekowała się matką. Do 72. roku
życia Febronia dorabiała nieco do emerytury. Renia pracowała na pół
etatu w aptece. Boguś i Zdzisiu pomagali im uprawiać działkę i przy re­
montach mieszkania. Z czasem było jednak coraz trudniej. Renia prze­
szła dwie operacje wymiany stawu biodrowego. Zdzisiu musiał brać
trzy razy dziennie insulinę, przeszedł na wcześniejszą emeryturę; nadal
udzielał się społecznie. Febronia wyraźnie podupadała na z­drowiu.
Niszczyły ją przewlekłe choroby – stawów i wieńcowa serca. Zdzisiu by­
wał u mamy coraz częściej, martwił się o nią. Dwa tygodnie po śmierci
Jana Pawła II jechał samochodem do garażu na serwis. Wyjeżdżając
z Wrocławia, gdy był już na moście, uderzył błotnikiem w nadjeżdża­
jący z naprzeciwka ciężarowy samochód. Zginął na m­iejscu.
Febronia nigdy nie pogodziła się ze śmiercią syna. Mówiła, że c­zuje
obecność Zdzisia siedzącego przy niej na łóżku. Teraz opieka nad całą
ro­dziną spadła na barki Bogusia. Febronia poważnie z­achorowała na
serce, a dodatkowo, po usunięciu kamieni z woreczka żółciowego,
groziło jej zapalenie otrzewnej – musiała się poddać drugiej operacji,
wprawdzie udanej, ale słabe serce nie wytrzymało. Zmarła 5 lutego
2010.
Doskwierało zimno, padający śnieg usypał wysokie białe zaspy. Na
pogrzeb przybyła rodzina, znajomi z dawnego „Popiela”, po którym
nie pozostało ani śladu (zasypano bowiem stawy, wyrównano górkę
i wybudowano na jej miejscu zakład samochodowy Volvo). Na placu
rzędami stały samochody. W dawnych zakładach spirytusowych moż­
na było wynająć lokal na różne okazje – i tam zorganizowana została
stypa po pogrzebie Febronii.
Najmłodsza z dziesięciorga dzieci Szlachcikowskich odeszła jako
ostatnia. Została pochowana w grobie z mężem Jankiem, na cmentarzu
Sępolna.
.
Rok 2014
O książkach
Marian KISIEL
TRZY HISTORIE MIŁOSNE
Adam Czerniawski: Gry i zabawy (Sports et divertissements). Lublin: Norbertinum,
2013
Zadebiutował jako prozaik w r­oku
1958 opowiadaniem Dlaczego tylko na
eksport? Miał już za sobą książkowy de­
biut poetycki (Polowanie na jednoroż­
ca, 1956), a także trochę publikacji poe­
tyckich i krytycznych na łamach p­rasy
emigracyjnej i krajowej. P­ierwszy zbio­
rek opowiadań opublikował w roku
1964 (Części mniejszej całości), drugi –
w 1975 (Akt). Po latach ogłosił Koncert
życzeń (1991), a następnie prawie całą
prozę zebrał w tomie Narracje ormiań­
skie (2003). W 2013, a więc p­ięćdziesiąt
pięć lat po debiucie, ukazały się Gry i za­
bawy (Sports et divertissements). Oto –
w skrócie – historia edycji p­rozatorskich
Adama Czerniawskiego; w sumie dwa­
dzieścia utworów, rozpisanych na czte­
ry tomiki samodzielne i jeden wybór.
Małe narracje Czer­niawskiego – ina­
czej niż poezja – publikowane były rzad­
ko, rzadko również komentowane przez
krytyków. Jeżeli gdzieś pojawiały się ja­
kieś gruntowniejsze opinie, zawsze od­
syłały do Witolda Gombrowicza. Wy­
stawiona przez autora Trans-Atlantyku
rekomendacja Części mniejszej całości:
„Warto przeczytać” – zaciążyła na póź­
niejszej lekturze. I nawet jeśli nie była to
lektura pobieżna, jak Michała Chmie­
lowca, Alicji Lisieckiej czy Przemysła­
wa Czaplińskiego, to zawsze ów patro­
nat wysuwał się na miejsce pierwsze, jak
gdyby w Czerniawskim k­ażdorazowo
zmartwychwstawał Gombrowicz. Że na
początku patronował on młodemu pro­
zaikowi, to oczywiste. „Drugim moim
patronem był Kafka” – mówił w wy­
wiadzie z Magdaleną Czajkowską. Pa­
troni jedno, a literatura co innego. Pro­
za Czerniawskiego ma swoją własną
poetykę, własną składnię i semantykę.
tom V
2014 tom V
244
Marian KISIEL
Jest poważna i humorystyczna, korzy­
sta z rozmaitych języków, by je z sobą
zderzać, odkrywać ich wielo- i dwu­
znaczność. Dlatego pisałem przed laty,
że ustawia się w poprzek tradycji, a nie
naśladuje jakiejś jej cząstki. „Mój typ
absurdu przejawia się w braku związ­
ku między tym, co się mówi, a tym, co
się rzeczywiście robi” – argumentował
Czajkowskiej.
Gry i zabawy to trzy narracje o miło­
ści. Podobnie jak czasami we wcześniej­
szej prozie, miłość jest tematem wpro­
wadzającym nas do świata, który się
opowiada. Warto zaakcentować „mow­
ny” charakter tej prozy. Czerniaw­ski
opowiada, co wynika z jego przekona­
nia, że proces pisania z jego dawnymi
regułami musi zostać poddany krytyce
i odrzucony. Proza staje się w mowie,
w rozmowie, a jej dialogiczna struktu­
ra lepiej służy wydobyciu znaczeń niż
klasyczny opis. W tym sensie, jak to
kiedyś zauważył Przemysław Czapliń­
ski, „rozmowy u Czerniawskiego czę­
sto zmieniają się w spowiedź, egzamin
czy przesłuchanie”.
Tak jest i teraz. Sielanka to spowiedź,
rozmowa i przesłuchanie, Ś­wiatłocień
Olgi to rozmowa, tekst w tekście (cytat)
i notatka, a W ogrodzie nauk i rozko­
szy – wszystko w jednym. M­ężczyzna
mówi o kobiecie, która jest nieuchwyt­
na jak zjawa, jest zamordowana w przy­
pływie zazdrości, szaleństwa lub lęku.
Światy fikcyjne – z literatury i dla li­
teratury tworzone – wymieniają się ze
światami możliwymi, miejsca przypi­
sane są do przestrzeni, w których by­
wał, przebywał lub mieszka sam Czer­
niawski, nazwiska prawdziwe w szpa­
lerze postaci sąsiadują z imionami z ta­
niej i elitarnej prozy.
Chciałoby się powiedzieć, że t­aki dia­
log tekstów, osób i tematów s­łuży jed­
nemu: wyrażeniu „dramatu nieuchwyt­
ności «ja»” (jak mówił autor w rozmo­
wie z Beatą Tarnowską). Skoro prawda
i fałsz, zdarzone i wyobrażone, będą­
ce i możliwe jednakowo g­oszczą w na­
szym życiu, trudno odrywać je od sie­
bie, ponieważ ich wzajemne uzupełnia­
nie się świadczy o naszej wolności. Jak
napisał Czapliński: „w świecie pozor­
nie logicznym wolność osiąga się ak­
ceptując absurd”.
Mamy więc romanse absurdalne, po­
nieważ możliwe i urojone j­ednocześnie,
z życia przeniesione do literatury. Męż­
czyźni – z narratorem autobiograficz­
nym – są kochankami lub świadkami
(słuchaczami) miłości niespełnionych,
szalonych i szaleńczo zapętlonych. Dra­
maty są melodramatami, które bronią
się przed ckliwością przywołaniami
róż­nych opowieści, cytatami skądś za­
czerpniętymi. Literatura ma tłumaczyć
życie, a życie dawać szansę l­iterackie­
mu tematowi. Autentyczność mierzy
się z nie­autentycznością, język rozmo­
wy z językiem pisanym, polski współ­
czesny z polskim dawnym, obce wtręty
tyleż nam mówią o rzeczywistym świe­
cie bohaterów, co uzasadniają ich krea­
cyjny byt.
Nie są Gry i zabawy etiudami literac­
kimi, gdzie autor bawi się historiami mi­
łosnymi na wzór Nerona i Sabiny Pop­
pei, Heinricha von Kleista i Henriet­ty
Vogel, Sixtena Sperre’a i Elviry Madi­
gan. Można by wysnuć p­rzypuszczenie,
że ten motyw leży u źródeł Sielanki. Ale
nawet jeśli literatura z życiem wchodzą
tutaj w zaplot nierozerwalny, to jego
konsekwencją i tak pozostaje „dramat
nieuchwytności «ja»”, absurd spójno­
ści opowieści. To, co było, m­oże dobrze
oddawać to, co jest, ale to, co jest, nie
może wejść w przeszłość, żeby zaczerp­
nąć z niej jakąś pewną interpretację.
Adam Czerniawski przywołuje his­
torie miłosne, stają się one tematem
narracji i tematem rozmowy, uzmysła­
wiając nam, że z wszystkich rzeczy
świa­ta tego tylko one są tym, co w­arte
opowiedzenia, wskrzeszenia w opowia­
daniu, nawet jeśli będzie ono niespój­
ne, kapryśne, pozbawione przyczyny
i skut­ku, zawiłe, labiryntowe. Tylko
w historiach miłosnych to jest pewne,
że inaczej nie da się ich opowiedzieć,
jak klucząc.
Odbiorca, który w tych opowiada­
niach jest jakością wewnątrztekstową,
ponieważ konsekwentnie uczestniczy
w prowadzonych rozmowach, jest ich
świadkiem, a czasami ma się wrażenie,
że jakby z jego powodu toczy się ta la­
biryntowa narracja, ma okazję przeżyć
po raz pierwszy i kolejny dramaty świa­
ta, które są piekłem szalonych miłości.
A nadto – rozsmakować się w kunsztow­
nie „tkanej” opowieści, przejść labirynt
narracji, błądzić za narratorem i odnaj­
dywać wszystko rozjaśniającą puentę.
Czy jest to proza z ducha Gombrowi­
cza i Kafki? A może, jak napisał jeden
z czytelników internetowego blogu „La­
birynty. Magazyn”: „Adam Czerniaw­
ski wyimaginował coś w klimatach Al­
lana Edgara Poe z nieokreślonymi lek­
kościami bytu Milana Kundery. I jesz­
cze więcej, ale co jeszcze – napisać nie
umiem, bo dla mnie za wysokie to lite­
rackie sfery”...
Niewątpliwie jest to proza, która
przywołuje fabuły nieznane, a jakby
nam znane; leniwie się toczące, a jakby
spiętrzone; zaczerpnięte skądś, a jak­
by z naszego doświadczenia i pamięci.
Pozwala rozkoszować się aluzjami do
rzeczywistości kultury i świata lektur,
a zarazem trzyma nas blisko jednej hi­
storii, która nie jest jednoznaczna, bo
skrywa się za swoją własną tajemnicą.
Sabina Poppea, kochanka, intrygantka,
zbrodniarka i ofiara szalonej miłości,
zabita przez szalonego męża, spoglą­
da na nas z okładki Gier i zabaw, prze­
słaniając się jedwabnym tiulem, niby
zakrywając swoją nagość, a przecież
czyniąc ją bardziej ponętną. Tak samo
z narracjami Adama Czerniawskiego –
umykają nam w jednoznaczności, choć
swoją jednoznaczność starają się nam
przekazać.
Podtytuł, albo drugi – ujęty nawia­
sowo – tytuł, odsyła nas do etiud Erika
Satie, gdzie rysunek sąsiadował z nu­
tami. U Adama Czerniawskiego sporo
jest aluzji (wprost i ukrytych) do mu­
zyki. Być może cukierkowe ilustracje
ze Sports et divertissements, sąsiadujące
z prowokującym, niespokojnym dźwię­
kiem mają stać się lustrem dla senty­
mentalnych historii zapisanych w języ­
ku nierealistycznej narracji.
W każdym razie proza ta daje tyle za­
dowolenia w lekturze, że każdy może się
w niej rozsmakować. Miłośnik intrygi
zobaczy w niej jakąś detektywistyczną
opowieść, pożeracz romansów – histo­
rię namiętności i zbrodni, a poczciwy
literaturoznawca – klasyczne mixtum
compositum, gdzie fragmen­taryczna
narracja odsyłać będzie do prozy meto­
dologicznej. Dla mnie nato­miast proza
ta po raz kolejny p­okazała Mistrza, któ­
ry w codziennych histo­riach przedsta­
wił przeszłe i obecne, praw­dziwe i wy­
myślone, proste i zapętlo­ne namiętno­
ści. Jakby chciał przez to powiedzieć,
że „gry i zabawy” miłosne są tym, co
zmienia nie tylko bieg życia, ale także
i świata. I że radość miłości niesie z so­
bą żądzę śmierci.
245
O książkach
TRZY HISTORIE MIŁOSNE
246
Małgorzata ŁUKASZUK
Małgorzata ŁUKASZUK
„W MILENIJNEJ OTCHŁANI” WIELOPOLIS
2014 tom V
Adam Czerniawski, Wielopis wielopolis, Lublin: Norbertinum; 2014
1
Nadal nie widzę tej książki jako ca­
łości. Mimo wskazówek autora i mi­
mo tytułów rozdziałów, które określa­
ją problemowe czy tematyczne centra
zgromadzonych pod nimi fragmentów,
nie mogę odgadnąć jej koncepcji, decy­
zji o umieszczeniu i układzie poszcze­
gólnych części, elementów scalających
obraz autora i styl narracji. Nie jest ta
książka esejem, choć w wielogatunko­
wej strukturze Wielopisu (cytat w ty­
tule tej recenzji to dwa ostatnie słowa
ostatniego fragmentu w książce, s. 328)
ta forma mówienia o „ważnych spra­
wach” człowieka wydaje się mocna. To
raczej gatunkowa hybryda, rozkołysa­
na emocjami autora, ale i stabilizowa­
na jego pewnością. To opowieść o kilku
wątkach i, może, kilku autorach narra­
cji, z których tylko jeden jest eseistą,
bo kolejni to publicysta, krytyk, recen­
zent, historyk, socjolog, logik, staro­
żytnik, koneser, biograf, Europejczyk,
emigrant, indywidualista...
Co zatem stanowi temat książki? Czy
jest nim któraś z wyrazistych twarzy,
które autor publicznie u­dostępnia? Nie­
wyczerpane uniwersum świata i jego
zdarzenia, z których n­ajważniejszym
jest wiarygodność kultury, a może wła­
sna twarz? A może surowe reguły p­racy
tłumacza, krytyka, badacza i czytelni­
ka? Czy też – koniunktury, rynek wy­
dawniczy, zasady r­ynkowej o­becności
i nieobecności; „mafia krakowsko-po­
znańska” i dystans wobec nowoczes­
nej(?) huma­nistyki(?), którą nie zawsze
cenię. Lub – pamięć, a w niej nie tyl­
ko bezpieczeń­stwo azylu, ale i buchal­
teria bez „żalu rozrzutnika”? I jeszcze –
p­ogłosy współczesnej historii, nauki,
filo­zofii, socjologii, etnologii, antropo­
logii.
Czasem muszę sobie zatem przypo­
minać, że spoiwem tej książki, niewąt­
pliwie autobiografizowanej i nieszablo­
nowej formalnie, jest naprawdę empiry­
czny autor, urodzony w M­iszewie,
współtworzący „Kontynenty”, promu­
ją­cy literacką powagę i wadzący się
o nią, odnotowujący spotkania z ludź­
mi i naj­cenniejszą sztuką, naturą, filo­
zofią. Pod natłokiem dygresyjnych
o­koliczności, jakie trafiły do W­ielopisu
w formie skom­plikowanych p­rzytoczeń
w­ywiadów, wymiany k­orespondencji
czy publikacji, zapominam więc, że
autonomia dzieła jest dziś tak bardzo
krucha? Albo inaczej: chcę widzieć
w ksią­żce więcej lub coś innego, niż zo­
stało p­owiedziane? I dlatego, miast re­
lacjonować, co i jak zostało tu n­apisane
i ułożone w rozdziały i ich cząstki, a co
odnotowuje wszelakie, zróżnicowane
i czę­sto antynomiczne przejawy życia
twórcy w świecie, uparcie wypatruję
jed­nego z nich?
Wpatrując się zatem w obraz poety‑pisarza-tłumacza, szukając dla Wielo-
pisu kontekstowego wsparcia, sięgnę­
łam po cytat, który nie jest przywołany
w leżącej przede mną książce Adama
Czerniawskiego. Może usprawiedliwi
ten dodatek to, że skoro cytaty i kon­
teksty (nie tylko) kulturowe są tutaj ob­
fite, jeszcze jeden nie zaburzy porząd­
ku, jeśli o porządek w ogóle tu szło. Jest
w tym cytacie także przytoczenie, myśl
Stanisława Brzozowskiego o Blake’u:
ta twórczość wymaga jeszcze u nas skom­
plikowanych komentatorskich zabiegów,
osobnej, od gruntu rozpoczynającej pre­
zentacji, by zaistnieć prawdziwie, ożyć
w kulturze, która jej jeszcze sobie nie przy­
swoiła. Jest tu do pokonania trud ogrom­
ny. Czy opłaca się podejmować to zadanie?
Czy dla jednego dzieła warto pokonywać
przeszkody tak wielkie?
Brzozowski zostawił w P­amiętniku,
wśród zapisków z roku 1910, odpo­
wiedź:
Blake ma dla mnie znaczenie niezrów­
nane. Jest on dla mnie wielkim świadkiem.
Dość pomyśleć o nim, by od razu wydobyć
się na poziom wielkiej myśli.
(W. Juszczak, „Laokon” Blake’a, w: tenże, Fak­
ty i wyobraźnia, Warszawa 1973, s. 85. Stąd
cytat: S. Brzozowski, Pamiętnik, Lwów 1913).
Zapisuję to „wielopiętrowe” przyto­
czenie nie z uwagi na wielkość i ta­
jemnicę Blake’a, choć i jego myśl jest
w Wielopisie obecna. To w książce Czer­
niawskiego obecność skromna, ale nie­
ba­gatelna: Blake, Trakl, Leśmian i Kar­
powicz są poetami, „którzy – pisze
Czer­niawski – tworzą własne światy,
w których stale przebywają”. Inni są za­
absorbowani tylko sobą. Jeszcze i­nni,
i właśnie z ich powodu przywołałam
cy­tat z książki Wiesława J­uszczaka, bę­
dącej znakomitym komentarzem do
fe­nomenu wyobraźni historyka s­­ztuki i wyobraźni historycznej poety, są
„ś­wiadomi otaczającego ich świata,
świado­mi realiów c­odziennego ż­ycia,
świado­mi historii” (131). Wśród nich
Czerniawski wymienia Różewi­cza,
Nor­wida, wielkich świadków i „wielkie
myśli” – to poeci-przyjaciele nie tylko
w języ­kowej wspólnocie, obecni zarów­
no w ostatniej książce Czerniawskie­go,
jak i w jego długoletniej p­racy trans­
latorskiej, w samej poezji w­reszcie.
Sięgnęłam po ten cytat, bo przede
wszystkim pozwalał mi odbić się od za­
pisywanych także w Wielopisie, a zaw­
sze tak nieznośnych dla mnie, niewta­
jemniczonej, okoliczności nawet nie
życia, ale paskudnych zakrzywień ko­
niunktur, metodologii, gierek i rozdań,
pod których presją jestem i ja. Bo chy­
ba nie o nich, i nie o kiepskiej biesia­
dzie, trwającej w Serialu polskim, miał
być ten tom? Rozsiane po nim, a zagęsz­
czone np. w ostatnich rozdziałach (Poe­
ci, Malarze, Portrety pamięciowe, Ciem­
ności) refleksje poety i człowieka kultu­
ry skłaniają do myśli, że miał być i on
tomem o ważnych sprawach twórcy,
któ­ry ma od zawsze wiele słów do swej
dyspozycji. Nowych słów? Właści­wie
nie; raczej składanych na nowo, prze­
glądanych i podświetlanych „pod ką­
tem”. Z tych słów, zapamiętanych i wy­
branych, z ich łączeń w metafory, prze­
łamań przerzutniami i elipsami, i tego,
co między nimi, co obok nich, ponad
nimi i w ich wnętrzu – z nich zatem
może pisarz zrobić wszystko, co dla nie­
go i czytelnika ważne. Oczywi­ste i nie­
wyrażalne, pewne i niejasne, zamknię­
te i nieskończone, banalne i uniwersal­
ne. Więc: literacko prawdziwe. A skoro
i ciszę się robi i „mówi” w literaturze
z jej wielu słów i znaków, tym bardziej
słowa nadają się do mówienia spraw
prostych czy potocznych. Tylko może
to trudniejsze z jej zadań? Najbardziej
niewdzięczne?
247
O książkach
„W MILENIJNEJ OTCHŁANI” WIELOPOLIS
2014 tom V
248
Małgorzata ŁUKASZUK
2
W kolejnej książce, po jaką przyszło
mi ostatnio sięgać, Edward Balcerzan
pisał, że granice poezji są „granicami
doświadczenia poetyckiego”, a „ele­
mentarne doświadczenie poetyckie po­
jawia się w procesie obcowania człowie­
ka z językiem potocznym” (Badacz i jego prześmiewca, w: tenże, Kręgi wtajemniczenia, Czytelnik. Badacz. Tłumacz.
Pisarz, 1982, s. 74). Ta zasada miała
obowiązywać w semiotycznej lekcji li­
teratury i dyskursu literaturoznawcze­
go, ale nie o semiotykę czy struktura­
lizm mi teraz idzie. Zresztą nie pomo­
głyby mi w czytaniu Czerniaw­skiego,
gdy on np. czyta i tłumaczy Treny Ko­
chanowskiego, gdy recenzuje Książeczkę o człowieku Ingardena lub dystansu­
je się od niezbyt fortunnych uogólnień
ze szkicu o Lacanie.
Jest w literaturze i inna potoczność.
Ta, która niewątpliwie „paskudzi” pa­
mięć, a najbardziej szkodzi poezji – jej
pisaniu, czytaniu, tworzeniu i słucha­
niu – i jej twórcy. To „wulgarna codzien­
ność” (określenie autora Wielopisu),
któ­ra w każdym przypadku drażni.
Na­dal pytam samą siebie, co sprawiło,
że tą złą potocznością są aż tak bardzo
i­ntensywnie nasycone pretensje Czer­
niawskiego-poety-prozaika-tłumacza?
Szybko dowiedziałam się, że p­retensja
jest stała i nieprzejednana, nie mam jed­
nak informacji, czemu ma służyć wielo­
krotne jej kierowanie ku czytelnikowi,
co ona ma „więcej” z kolejnej potycz­
ki np. z „grupowatością” (czytaj: głup­
kowatością – M.Ł.), która jest groźna
dla „gigantów takich jak ja”, „znaw­
ców”, co to wiedzą lepiej niż sam poeta;
z „pato­logicznym obskurantyzmem”
D­erridy, Lacana i Kristevy; z diagnozo­
waniem emigracji przez krytyków i hi­
storyków krajowych itd. Korzystając ze
stylu takich fragmentów książki, przy­
znaję, nie zawsze „chwytam” intencje
zagęszczonego zamieszczenia polemik
w stylu: „Nie chwytam celowości tego
semantycznego niuansu. Że mam ra­
cję, przyzna chyba każdy, kto dotarł do
mojego Krótkopisu oraz tekstu Książę
Poetów o sobie w numerze 4. bydgoskiej
»Metafory« z 1991 roku” (A. Lisiecka,
Kto jest „Księciem poetów”? czyli rzecz
o Adamie Czerniawskim i innych). To
znaczy wiem, aż nadto, czym są powo­
dowane krytyki Miłosza i Barań­czaka
(bo są kiepskimi tłumaczami i złymi
propagatorami polskiej poezji); krajo­
wych wydawnictw i ich osobistości – od
„Czytelnika”, przez „Wydawnictwo Li­
terackie”, A5, „Znak”, „Ethos”; tłuma­
czenia, skandalicznego, Bema pa­mięci
żałobny rapsod przez Jerzego Peterkie­
wicza, innych tłumaczy, k­tórzy kosz­
marnie „rymują” słowa polskie na an­
gielski. Ba, sam Norwid popełniał „ga­
fy”, bo rymował, choć z czasem zaczął
się uwalniać od przymusu rymowa­
nia... Czyli poznałam wszechstronnie
skomentowany powód urazu i gniewu.
Tylko po co tu o nich tyle słów, zdań,
akapitów, stronic?
Napisałabym, że jest – na szczęście –
w książce Czerniawskiego i inne obco­
wanie z potocznością i że ono przewa­
ża. Tyle tylko, że to nagromadzenie
różnych potoczności jest mieszaniem
porządków: zawsze ryzykownym, chy­
ba że jest zrealizowane mistrzowsko.
Problem z lekturą tej książki jest i ta­
ki: jedynie bardzo cierpliwi czytelnicy
po jej lekturze podkreślą, że w zaczep­
kach poety, tłumacza, człowieka wiel­
kiej wrażliwości estetycznej, wiedzy
i pa­mięci jest wola dokumentacji także
tych zjawisk, bo, niestety, składają się
na zaszpuntowany n­azwiskami i ko­
niunkturą obraz aktualnego nie-życia
„W MILENIJNEJ OTCHŁANI” WIELOPOLIS
literackiego. Że pogłosy utarczek czy
krzywych spojrzeń trafiły do Wielopisu, bo tak naprawdę Czerniawski nie
walczy „z”, ale walczy „o”. I że rzeczy­
wistym celem przytaczania rozmów
(lub ich braku), lis­tów (lub ich bra­
ku), publikacji (lub ich braku) nie jest
w książce tylko konfuzja czy satysfak­
cja z dzisiejszej mizerii procedur udo­
stępniania literatury, a już na pewno
nie fakt, że skoro szkice zostały napisa­
ne, to domagają się druku, ale jest nim
przede wszystkim powaga wiernoś­ci s­­o­
bie, uczciwości, długoletniej obec­noś­
ci, staranności p­racy translatorskiej,
odpowiedzialnego uprawiania poezji,
czy­tania i oglądania świadectw. I tak:
Czerniawski, sprzeciwiając się trakto­
waniu go jak awanturnika, przytacza
swe rzetelne i wręcz pochlebne opinie
o Miłoszu-poecie, na co ten zrewanżo­
wał się donosem do Giedroyca; to Mi­
łosz „ma uraz”, stąd jego p­ielęgnowane
kalumnie; krytyka Barańczaka zaś wy­
nika z jego karygodnych posunięć w ro­
li tłumacza oraz profesora na najważ­
niejszych katedrach polonistyki na
świecie.
książki, ale przede wszystkim w jej me­
tafragmentach, Adam Czerniawski za­
pisuje jedną z najistotniejszych powin­
ności poezji: ewokacji kształtów i pojęć
realnych, bo tylko takie mogą dać pod­
stawę metaforom, wizjom i metafizyce.
Tak, na uboczu mojej lektury pozo­
stawiając przykre przyczyny emocji,
chcę odczytywać także ryzykowne py­
tania, jakie zadaje autor dziełom obroś­
niętym komentarzem – np. pytanie
o wątek erotyczny w Fatum. Zdaniem
Czerniawskiego erotyzm byłby „sytu­
acją groźną” w przypadku Norwida,
więc bronimy go przed nim; a przecież
Sfinks w ikonografii jest coraz bardziej
kobiecy... Pisze więc autor Wielopisu:
3
W efekcie takich retrospekcji, z któ­
rych najwięcej w książce dotyczy Nor­
wida i Różewicza, także Kochanow­
skiego, Karpowicza, Rilkego, Trakla,
Celana, Baudelaire’a, Eliota, następo­
wała i moja rewizja nieznośnych zra­
zu podszeptów, okoliczności i przewin,
zwłaszcza z pierwszej części książki,
choć i potem obecnych „co i rusz”, z za­
skoczenia stawiających mnie, przecięt­
ną i z prowincji, w głupiej sytuacji. I po­
jawiała się ciekawość innej jakości Wielopisu, tyle że ponownie zagłuszana
szumem „nowoczesnej” gadaniny. Bo
przecież w polemicznych fragmentach
Powinnam zatem ponowić moją lek­
turę Fatum, bo i ja winnam znaleźć od­
wagę stawiania pytań odważnych? Tyl­
ko że nadal, i niestety także po lekturze
szkiców historyków literatury, choć hi­
storyków niebanalnych i naprawdę nie­
skostniałych w metodologiach (a nie
odnotowywanych przez Czerniawskie­
go), skupiam uwagę na innej zupełnie
konstatacji autora, „przyczepionej” do
perory o erotyzmie. Rzecz w tym, że
zawsze zaczynam czytać ten Norwido­
wy fragment od wersu ostatniego. I ta
ostatnia linijka utworu wystarcza mi za
argument, by stwierdzić, że nic w wier­
szu nie upoważni mnie do mówienia
249
O książkach
Malarz (Norwid) bada tu nagie ciało ko­
biety, domyślamy się, że kobiety. Ale jest
to spojrzenie chłodne, odrzucające, k­tóre
zmusza ucieleśnione wrogie fatum do
u­cieczki. [...] Fatum znaczy los, a los nie
musi, tak jak w utworze Norwida, ozna­
czać „nieszczęścia”. Bywają przecież losy
szczęśliwe. Może więc przytłumiony, nie­
wykorzystany erotyzm poety stał się jego
nieszczęściem? Czy Zbigniew Czajkowski
odważyłby się nad tym pytaniem zastano­
wić?
2014 tom V
250
Małgorzata ŁUKASZUK
o „ucieczce” nieszczęścia. Pisze Nor­
wid: „I nie ma go”. I nie ma.
Kolejna pouczająca rewizja w Wielopisie – w sprawie Rozebranej. List –
o tym, że przesłana na konferencję in­
terpretacja wiersza, zrobiona przez au­
tora Wielopisu, wywołała... konsterna­
cję i że miał rację Gomulicki, widząc
w utworze alegorię rozbioru Polski –
zostaje opatrzony komentarzem zrazu
zaczepnym („Niestety, norwidolog po­
trafi być głuchy na walory poetyckie”;
są na nie głuche całe tabuny norwido­
logów; „Czy to autorytet Gomulickie­
go zmusza norwidologów do przyjęcia
tej interpretacji jako jedynej, czy po­
dobnie jak on, pozbawieni są wyobraź­
ni”). Przebiwszy się przez ten szum,
przykre pogłosy i nazwiska, odnajdu­
ję w książce Czerniawskiego staran­
ną i wieloaspektową, dającą do myśle­
nia próbę zrozumienia wiersza, w któ­
rym nic już nie powinno być do zrozu­
mienia, skoro utwór ten, co pamiętam
z własnych, a odległych lat studenc­
kich, nadal sztampowo służy edukacji
polonistycznej. Byłam tymczasem na­
prawdę zaskoczona zaangażowanym
rozważaniem sensu jednej z figur Nor­
widowego tekstu: mitu Akteona, który,
czego Czerniawski skutecznie dowo­
dzi, w Rozebranej nijak się ma do „spra­
wy polskiej”, może „trochę” w wierszu
obecnej. Stąd „interpretacja erotyczna”,
czytam, broni się koherencją, w efekcie
i sprawa Polska się tu znajdzie, i tra­
giczny mit Akteona.
Może lepiej by mi się czytało Wielopis, gdyby ta inna, pouczająca i inten­
sywna lekcja wierszy, sczytanych, ob­
lepionych interpretacjami, pojawiła się
nie przy okazji korespondencji „pose­
syjnej” czy kłopotów z redaktorami.
Tyle że tak właśnie, bluszczowato i za­
czepnie, zrobiona została ta książka.
Tak jakby potrzebny był autorowi mo­
ment pierwszy potoczny i przykry, by
z pełną energią zabrzmiał głos kryty­
ka. Gombrowicz wiedział, że nie każdy
krytyk „ma głos” i nie każdy powinien
go używać. I dlatego tak usilnie szu­
kam w książce głosu „praktyka”, poety,
tłumacza, konesera, żyjącego współ­
czesnością wspólną. Bo ten właśnie za­
wodowy, profesjonalny głos wymawia
dobre, autonomiczne miejsca książki,
także te, w których utarczka personalna
przełożona zostaje na problem warszta­
tu specjalisty, który dokonując wyboru
wiersza do przekładu, napotyka trud­
ności nie tylko w samej „nieprzetłu­
maczalności” słów, wyrażeń i kontek­
stów utworu, ale także w jego anachro­
nizmach, zaskoczeniach, niespój­ności.
Bo – co wynika z kolejnej, przytoczonej
w Wielopisie wymiany listów (z Czaj­
kowskim, Różewiczem – że to może
Maria Kalergis wchodzi do wanny...) –
nadal nie można „wytłumaczyć” przej­
ścia od frywolnej zwrotki pierwszej do
tragicznego losu Akteona. On nic nie
jest winny; nie podglądał Diany; uj­
rzał ją niechcący – i się przeraził. Czy­
li – gdyby zostać przy interpretacji Go­
mulickiego – zaborcy „niechcący” ro­
zebrali Polskę...? Przecież Norwid, pi­
sze Czerniawski, nie mógł przewidzieć,
że „zostanie uznany za prekursora mo­
dernizmu”; nie mógł przewidzieć twór­
czości Eliota, Pounda. A gdyby nie było
„tych wszystkich ruchów awangardo­
wych”, Norwid byłby uznany co naj­
wyżej za paseistę; „Nie byłby wówczas
prekursorem, lecz ślepą uliczką”, ewen­
tualnie twórcą „hermetycznych dziwo­
lągów”...
4
Książka Czerniawskiego ma zatem
i ten, ważny dla mnie, walor: jest opo­
wieścią o „tłumaczeniu” pisarzy i „tłu­
maczeniu się” pisarza – realnego kon­
kretu, prawdziwej jakości. Można te
powinności wprowadzić do metareflek­
sji. Można – i to także czyni Czerniaw­
ski – zapisać je w retrospektywie „dzie­
ciństwa” i dorastania do dojrzałości
(np. w paraleli z Burzą). Można wresz­
cie pokazać, a tak dzieje się w książce,
jak się realizują w praktyce, w profesjo­
nalnym oglądzie całości, jeśli ma być to
całość logiczna i wiarygodna. Ale, za­
razem, te dwa ogromne zadania pisa­
rza wymagają może nieco innej narra­
cji aniżeli p­roponowana w wielu częś­
ciach Wielopisu? Przy czym nie mam
nic przeciwko mieszaniu porządków
narracji: jednostkowego życia i obiek­
tywizowanego dyskursu. Co prawda
Janusz Sławiński przestrzegał niegdyś,
zwłaszcza profesjonalnego badacza po­
ezji, by porządków nie mieszał. Rzecz
dotyczyła podmiotu poezji. Czy też do­
tyczyła osoby, bo podmiot, jako kon­
strukt, mało mnie, gdy czytam wiersze,
interesuje? A może – jak chce dzisiejsza
pseudokrytyka – „śladu”, tropu, mi­
mu? Znakomity badacz i krytyk (wy­
starczy przeczytać jego szkice o wier­
szach Białoszewskiego) zabronił zatem
„mieszać” status „ontologiczny «ja»”,
o którym badacz poezji nieuchronnie
musi mówić, skoro zabiera się za ko­
mentowanie wiersza terminami, „które
mają charakter interpretacyjny” (J. Sła­
wiński, O kategorii podmiotu lirycznego, w: tenże, Prace wybrane, t. 2: Dzieło
– język – tradycja, 1998, s. 64-73). Trud­
ność z przestrzeganiem tej zasady, sfor­
mułowanej u nas w połowie lat sześć­
dziesiątych, wynika już z tego, że raczej
i zawsze tą macierzystą materią „zja­
wiska podmiotu” nie jest wyabstraho­
wana, czysta i stabilna „semantyczna
materia utworu”, ale właśnie okolicz­
ności – nie tylko epistemologiczne czy
aksjologiczne, ale – zwyczajnie – bio­
graficzne i (to zabrzmi zapewne lepiej)
egzystencjalne, gdy życie zostaje ujęte
w słowa.
Sprawiła mi prawdziwą satysfakcję
żywa reakcja Czerniawskiego na spek­
takularne przeoczenie humanistyki,
zaplanowane dziś jako dehumaniza­
cyjna metoda obowiązująca. Chodzi
o „okruszynę” okoliczności, które na­
zywa się zapewne interpretacyjnymi,
a które Adam Czerniawski odnajdu­
je np. w absolutnie, zda się, zasklepio­
nym w norwidologicznych przeświad­
czeniach wierszu [jak gdy kto ciśnie...].
Nie zamierzam tu rekonstruować mo­
jej lektury tego wiersza i odsączać to, co
w niej moje, a co zapewne brzmi wie­
loma odczytaniami: krytyków – ale
i samych poetów. Wreszcie – badaczy.
Innych jednak niż ci, z którymi spiera
się Czerniawski, z którymi ja, właśnie
dzięki moim lekturom, chcę się w du­
żej mierze zgodzić. Na jedną wszakże
zbieżność chcę zwrócić uwagę.
Czechowicz, który jest „nie najgo­
rzej” obecny w Wielopisie (bo nie był
„zapamiętałym awangardystą”), w planie akacji sięgnął właśnie po ten bar­
dzo wyjątkowy wśród wyjątkowych
wierszy Norwida. Utwór znakomity
i jakże znany, obrośnięty wytrawnym
komentarzem, jest jednym z tych, które
wybrał i Adam Czerniawski-tłumacz.
Wiodąc spór o poezję i o siebie-poetę
z badaczami, wydawnictwami, literata­
mi i środowiskiem, uznał ten wiersz za
jeden z niewielu u Norwida, w których
można się doszukać jakiejś „okruszyny
żalu do kogokolwiek”, cienia smutku.
Przy czym właśnie w tej mistrzowskiej
formule smucenia się jest, pisze Czer­
niawski, rzeczywista wartość poetycka
wiersza (s. 104; inne wiersze wymienio­
251
O książkach
„W MILENIJNEJ OTCHŁANI” WIELOPOLIS
252
Małgorzata ŁUKASZUK
ne przez autora: Moja piosenka, Z pokładu „Margaret Evans”, Ciemność). To
smutek wart poezji nie tylko dlatego, że
Norwid znalazł wyjątkowy sposób mó­
wienia o nim, ale i dlatego, że (doczy­
tuję to, co nie jest wprost powiedziane
w Wielopisie) jest „lokowany” w praw­
dziwych okolicznościach życia, w cier­
pieniu, niedostatku i złu materialnym,
a nie tylko – metafizycznym.
Nie radzę bagatelizować tego kontek­
stu, wszak znakomici badacze, a nadal
wrażliwi czytelnicy Norwida, słyszeli
ten inny głos w wierszu Jak... Nie jest
głosem sprowadzalnym do dogmatów
kultury, literatury, sztuki. Słyszą go też
poeci i we własny sposób ujmują w sło­
wa, konstrukcje, wyobraźnię. Praw­
dzie niedoli w niektórych wierszach
Norwida przydali rolę „wiarygodno­
ści poetyckiej”, innej od prawdopodo­
bieństwa czy trafności diagnoz zapisa­
nych szyfrem porównań, alegorii, prze­
milczeń. Pisze więc np. Danuta Zamą­
cińska:
2014 tom V
Coraz bardziej rozbudowane porówna­
nia, coraz konkretniej wskazujące na ro­
dzaj przeżycia, osobę, która jest źródłem
i przeżycia, i porównań, nie pozostawiają
wątpliwości, co jest: „Jak... Tak”. Tymcza­
sem Norwid, znów nieufny, powiedziawszy
wszystko, co trzeba metodą poety – dodaje:
„[...] lecz nie rzeknę nic – bo mi jest smęt­
no”. Jak to „nie rzeknę nic” – pyta czytelnik
– skoro aż tyle rzekłeś i przecież od pierw­
szej linijki widzę, że ci „smętno”! Niemniej
komentator i tu mówi o „wymownym mil­
czeniu”.
(Poznawanie poezji Norwida, w: taż, Słynne
– nieznane. Wiersze późne Mickiewicza – Słowackiego – Norwida, 1985, s. 57-100; s. 81).
Czechowicz, gdy składa swe wczesne
wypowiedzi programowe, był radykal­
nie nowatorski i antyromantyczny. Póź­
niej napisał: „Źródło sztuki musi być
czyste. [...] sztuka ma nie tyle charakter
poznawczy, ile analogiczny do poznaw­
czego i dlatego w jej sprawach powin­
na obowiązywać surowa etyka i dyscy­
plina jak w rzeczywistej filozofii” (Odpowiedź na ankietę); „poezja wszelkich
czasów [...] wyraża właściwie jedną tyl­
ko rzecz w najrozmaitszych modyfika­
cjach, wyraża nastawienie człowieka do
zagadnień m­etafizycznych” (Treść i forma w poezji). Rzecz w tym, że metafi­
zykę robi się w dobrej poezji tylko z au­
tentyku, z faktu niefalsyfikowalnego.
Gdy Adam Czerniawski p­rzytacza
utwory, gdy czyni je argumentem w spo­
rze z badaczami, widzę tę mocną świa­
domość poetyckiej prawdy, wiarygod­
ności, zakotwiczenia. Tak w jego wła­
snych Lustrach i refleksjach:
Jak się wydostać
ze szponów refleksji? Spalić muzea,
mieć pamięć motyla, zrzucić nadwagę
pojęć i zdań, czyli stracić także
doznania zmysłowe, kochać nieświado­
mie,
być splotem narządów, reakcji, być nie
sobą,
nie wiedzieć o niczym.
jak i w Norwidowym fragmencie, opa­
trzonym komentarzem: „jedna z naj­
piękniejszych zwrotek w poezji pol­
skiej”:
Wchodzą w wąwóz i toną... wychodzą
w światło księżyca
I czernieją na niebie, a blask ich zimny
omusnął,
I po ostrzach, jak gwiazda spaść nie mo­
gąca, prześwieca,
Chorał ucichł był nagle i znów jak fala
wyplusnął...
Nie dziwę się zatem, gdy autor Wielopisu przytacza swoje orfickie wiersze,
oczywiście – z odwołaniem do obec­
ności mitu choćby w 55 sonetach Ril­
kego i innych realizacjach. Bo nie pi­
sze Czerniawski o motywie literackim,
pisze o sekwencji życia. We fragmen­
cie Norwid (i Słowacki) w A­msterdamie
Czerniawski mówi o „intymnym zwią­
zku autora z jego własną twórczością”
oraz o Norwidzie-nauczycielu, który
dał mu lekcję „wartości pisarstwa do­
rosłego, poezji egzemplifikującej zwar­
tość, ironię, dowcip i preferującej nie­
dopowiedzenie nad retorykę, koturno­
wość i gadatliwość”; poezji „nie skom­
ponowanej z samych uczuć”; p­oezji,
w której „jest też miejsce na b­ystrość
inteligencji”. W efekcie Norwid „do­
star­czył [...] zbawiennej przeciwwa­
gi s­il­nym nihilistycznym kierunkom
mo­dernizmu, reprezentowanym przez
urynał Duchampa i poezję dadaistów”.
W ten sposób „intymny” związek auto­
ra z jego własną twórczością zyskuje
trzeci konieczny element – autor i j­ego
twórczość są, nieuchronnie, zakorze­
nione w dziele cudzym. Dziele kon­
kretnym, lub – w najogólniejszym uni­
wersum kultury, której macierzystym
impulsem i tak jest życie. Ta oczywis­
tość, wręcz banalność zasady procesu
historycznoliterackiego i tradycji kul­
turowej, nie jest koniunkturą czy ilu­
zją. Ma też – co z satysfakcją odkry­
łam w wielosłowiu Wielopisu – meryto­
ryczne rozwinięcie.
5
Daje mi satysfakcję niezgoda Czer­
niawskiego na założenia koncepcyj­
ne niewątpliwie świetnego referatu (na
konferencji w Amsterdamie w 2007 ro­
ku poświęconej twórczości Słowackie­
go i Norwida; s. 123): Między Baudelaire’em i Mallarmem, czyli o wizji sztuki.
Są „zadziwiająco zgodne teoretyczne
wypowiedzi tych trzech”, ale jest i ich
odmienna „praktyka”. Warto tę różni­
cę przypominać, skoro dziś r­odzimi
egzorcyści nowoczesności stawiają Nor­
wida i właśnie Mallarmego w jednym
„modernistycznym” punkcie zerowym
„imitowania imitacji”, od którego po­
noć powinno się dziś zaczynać poezję
i kulturę.
W tym samym fragmencie książki
Czerniawski podpowiada mi kolejną
ważną zasadę swojej twórczości. Dys­
kusja o Królu Duchu utwierdziła auto­
ra Władzy najwyższej w przekonaniu,
„że to jest dziedzina, w której nie po­
trafiłbym się swobodnie poruszać, że
Słowacki, którego przestałem czytać
już dawno, nie jest moim poetą”. Oce­
na to rzecz gustu, ale także opracowy­
wana w książce własna biografia pisa­
rza i konkretyzowane tu reguły jego
warsztatu: odmierzanie, ile w poezji
po­winno być uczuć, a ile dyscypliny
nieretorycznej. Próbuję więc, mozol­
nie, pozbierać rozproszone w książce
informacje o tym, czym poezja w­łasna
Czerniawskiego nie powinna być. Do
ne­gatywnego rejestru trafiają m.in.:
zbytnia duchowość, modernistyczny
urynał, głu­pota dadaistów, stężenie
awan­gardyzmu, niewiarygodność ży­
ciowa, stan egzaltacji.
Norwid, Różewicz, Czaykowski, tak­
że Kochanowski są partnerami p­oety.
Nie Miłosz. Nie mam jednak szans,
by zgodzić się z w­ieloma spostrzeże­
niami Czerniawskiego (np. o zakorze­
nieniu Miłoszowej poezji w Oświece­
niu); odciąga mnie od tego meritum
nieznośny punkt zerowy tych rozpo­
znań („W roku 1962 napisałem i w ro­
ku 1963 ogłosiłem...”; „najwspanialszy
poeta w historii ludzkości” chłodno
przyjął esej; s. 165). Czerniawski tak
intensywnie gani polskie piekiełko, że
w szumie ciążącym na dużych partiach
jego książki trudno mi odnieść się do
mądrej opinii o Miłosza braku odwagi
w korzystaniu z językowej energii gło­
253
O książkach
„W MILENIJNEJ OTCHŁANI” WIELOPOLIS
254
Małgorzata ŁUKASZUK
2014 tom V
sów cudzych, odmieniających twarz
poety i jego emocje. I jak – na drugim
biegunie – mam skonstatować praw­
dę zdania o Czaykowskim, który osią­
gnął w poezji „wydestylowaną prosto­
tę, którą uzyskuje się wraz z wiekiem”
(176). Stąd spierać się o interpretacje
mogę tylko wtedy, gdy Czerniawski na­
prawdę sprawdza konkretne słowa i ich
grupy; wydają się łatwe, zbyt oczywiste
i znane, ale mówią co innego, gdy au­
tor wydobywa je z rozbudowanych po­
ematów, odnosząc je do własnej pamię­
ci i wrażliwości, a zwłaszcza – proble­
mów, jakie sprawiają w procesie tłuma­
czenia.
6
Wielopis jest zatem zrobiony z wielu
słów, w jakiejś części: za szybkich i za
jaskrawych, mających być krytyką ma­
ło poskładanego świata małych i za­
wziętych ludzi. Fragmenty zamieszczo­
ne w książce powstały w porządku wła­
snego życia i tylko wola autora ujawnić
może jego szczegóły. Ciągle się jednak
zastanawiam, co mogło być wspólnym
impulsem dla zawartości kolejnych
rozdziałów? Czy była tym powodem
silna wola dawania „prawdy o sobie
wbrew...”? To ona tłumaczyłaby poja­
wiające się właściwie w każdym z frag­
mentów nieskuteczne „poskramiania
pokusy” zbytniego zbliżenia tego, co
z życia, i tego, co literackie, a zwłasz­
cza: „umiejscowienia siebie w kącie pa­
noramy dzieła” (185-186). Czytam do­
słownie to zdanie: kąt panoramy dzieła
to na pewno zaciszne miejsce, ale czy
wyostrzające zmysły, by stąd było lepiej
widać?
Niewątpliwie poszczególne e­pizody
historii własnej pisarza w książce Czer­
niawskiego stają się centrami znaczeń
wielorakich, po części i n­iepoetyckich,
ale w ich poetyckiej wykładni – nie
zaprzeczają światu i nie żywią się je­
go „beznadzieją”, choć mogą rejestro­
wać jego irracjonalność. D­owiaduję się
więc, i zgadzam z tą opinią, że utwo­
ry poetyckie, a zwłaszcza prozatorskie
Czerniawskiego są stylizacją świata –
czasem ironiczną, ale zawsze, w inten­
cjach, pozwalającą „o­szczędnie” dozo­
wać opis (196). Z drugiej strony, na­
prawdę nie jest walorem książki
skromność słów, kontekstów, p­amięci
i okoliczności. Tematy, nazwiska, utwo­
ry i zdarzenia powracają, są dodatko­
wo odnoszone do własnych świadectw
sprzed wielu lat, z poprzednich całości
eseistycznych, z wymiany myśli mię­
dzy przyjaciółmi i tymi, których autor
za przyjaciół nie uzna.
W różnych ujęciach, w wielu miejs­
cach, w listach, wywiadach i odczy­
tach, artykułowana jest w Wielopisie
koncepcja poezji jako oderwania lite­
rackiej ekspresji od uczuciowości, za­
pewnienia minimum autonomii (od
propagandy politycznej, ale też moral­
nej i religijnej). Poezja musi być w swym
tekstowym kształcie przetłumaczalna.
Nie ma w niej miejsca na postmoder­
nistyczny szum-bełkot. Ma być pisana
z poszanowaniem czytelnika i od czy­
telnika wymaga szacunku. Przy zacho­
waniu tych reguł w Wielopisie pełniej
widziałabym znakomite odkrycia auto­
ra (np. o konsekwencji obrazowej u Ró­
żewicza); czytelny byłby „bezwzględ­
ny autobiografizm” interpretacji wysp
szczęśliwych – i wysp umarłych, „prze­
kraczania Acherontu” i zstępowania do
Hadesu (233-234). Ujrzałabym szybciej
pozorność niekonsekwencji między
pospieszną wykładnią romantyzmu
(jako utwierdzającego stereotyp poezji
natchnionej) a (jakże celnym) postrze­
ganiem niepowagi Konrada (237-238).
KSIĘGA KULTURY
Jak, dopowiedzmy szybko, miał być
poważny bohater, którego pierwotnie
umieszczono „w kozie”?
7
Na koniec cytat z Wielopisu, choć
prze­ze mnie „zredagowany”, by dwa
255
gło­sy: pytający i odpowiadający – zbie­
gły się w jeden „wart poezji”:
Chodzi tu o świadomość faktu [...], który
naiwnie rejestruje fakty istnienia [...]. (241)
I dla takich fragmentów, odkryć, ostrze­
żeń warto Wielopis przeczytać.
Marek BATEROWICZ
KSIĘGA KULTURY
Opus magnum, które powstawało
przez długie lata, a częściowo u­kazało
się drukiem w pismach krajowych –
jak autor wymienia na wstępie – miało
dwa zasadnicze źródła, w których nie­
jako „dorastał” (z krótkopisu) ów „wie­
lopis”, ogłaszany w odcinkach w „Twór­
czości” i we „Frazie”.
Wielopis wielopolis to dzieło z gruntu
polifoniczne, obejmuje rozmowy z au­
torem, listy i polemiki, rozdziały po­
święcone poetom, malarzom i osobom,
z którymi Czerniawski stykał się pod­
czas ziemskich wędrówek (vide Portrety pamięciowe), a kończy je garść wspo­
mnień. Opatrzone tytułem Ciemności
są jakby zapisem zapaści naszej cywi­
lizacji – od lat Holokaustu i okupacji
po konflikt bliskowschodni, szczegól­
nie bliski Czerniawskiemu, ponieważ
– jak pisze – „Palestyna jest również
moją ojczyzną” (309). W tym miejscu
wypada przypomnieć życiową trajek­
torię autora, który jako 7-letni chłopiec
wraz z matką i siostrą wyjechał z oku­
powanej Polski w roku 1941, by przez
Wiedeń, dotrzeć do Stambułu i połą­
czyć się tam z ojcem, który opuścił kraj
we wrześniu 1939 roku. Rodzina Czer­
niawskich wiele lat spędziła w Palesty­
nie, gdzie Adam ukończył szkoły w TelAwiwie i Bejrucie, odkrywając wieloet­
niczność tego regionu i poznając uży­
wane tam języki. Ukończył też polską
Junacką Szkołę Kadetów w obozie Bar­
bara w Palestynie, a w roku 1947 wraz
z rodziną osiadł w Londynie, gdzie
kontynuował studia.
Od czego zacząć omówienie tak bo­
gatego i niezwykłego dzieła? Już w sa­
mym tytule jest aluzja do doświadczeń
autora wędrującego po planecie, by­
walca wielu metropolii – od Wied­
nia, Stambułu, Jerozolimy, Tel-Awiwu,
Londynu, Edynburga, Nowego Jorku,
Vancouver, Toronto, Chicago, Paryża
po Warszawę. Wielopolis mógłby być
zatem idealnym przydomkiem autora.
O książkach
Adam Czerniawski, Wielopis wielopolis, Lublin: Norbertinum, 2014
2014 tom V
256
Marek BATEROWICZ
Adam Czerniawski – obywatel plane­
tarny – przeżywa intensywnie współ­
czesność i jej okruchy pulsują w jego
wierszach, lecz być może lepiej czuje się
w towarzystwie Kochanowskiego lub
Norwida, których utwory przełożył na
angielski niemal po mistrzowsku, jak
ocenili to znawcy ich poezji. Wybit­
ne osiągnięcia Adama Czerniawskiego
w dziedzinie przekładów poezji przy­
niosły mu szereg nagród, takich jak
np. nagroda Polskiego Funduszu Wy­
dawniczego w Kanadzie (rok 2000).
O afekcie Czerniawskiego do poezji
Norwida czytamy na wielu stronicach
dzieła. Warto jednak uwagę szczególną
zwrócić na strony 112-124, gdzie są też
wynurzenia autora o odkryciu Norwi­
da za sprawą Literatury polskiej Man­
freda Kridla, wydanej w Nowym Jorku
w roku 1945. Norwid – tak bliski Czer­
niawskiemu – podbija nawet serca wie­
lu cudzoziemców, o czym świadczy re­
lacja z seminarium norwidowskiego,
na którym referaty o twórczości auto­
ra Fortepianu Szopena wygłaszali nie
tylko Europejczycy, ale i Tony Lin –
Chińczyk z Berkeley, władający płyn­
nie językiem polskim. Pouczające są
też polemiki Czerniawskiego z innymi
tłumaczami Norwida, albowiem przy­
bliżają nam utwory poety i zarazem ar­
kana warsztatu tłumacza.
Nie inaczej z Kochanowskim, jego
treny przełożone przez Czerniawskie­
go pozwoliły Zachodowi lepiej poznać
nasz wiek złoty, czyli literaturę wieku
XVI, a kulturalny rozkwit Rzeczypo­
spolitej kontrastuje tu z absolutną pust­
ką po stronie Moskali. Nie dysponowa­
li oni nawet oficynami wydawniczymi,
pierwszą biblię rosyjską wydano w Pol­
sce w roku 1580, bo w Moskwie – w sto
lat po wynalazku Gutenberga! – nie by­
ło drukarni, jak przyznaje P. Kropotkin
w Russian Literature (New York, Mc
Clure, Phillips&CC, 1905, s. 19). I zno­
wu warto prześledzić polemiczne stro­
ny w Wielopisie (42-51) o kontrower­
syjnych ocenach Urbańskiego przekła­
dów trenów, dokonanych przez team
Heaneya–Barańczaka, Mikosia i Czer­
niawskiego. Znacznie lepiej od Urbań­
skiego sprawę ocenili studenci poloni­
styki w Chicago korzystający z tłuma­
czeń Heaneya–Barańczaka, a którzy
do­piero dzięki przekładowi Czerniaw­
skiego zrozumieli Jana z Czarnolasu
(vide ich list do autora, s. 51). Ważne
są też sądy Bohdana Czaykowskiego
na ten temat – jego zdaniem Heaney–
Barańczak w pogoni za rymami posta­
wili na „watowanie tekstu”, przez co
w ich tłumaczeniu „mniej wyraźnie niż
w przekładzie Czerniawskiego ujawnia
się struktura uczuciowo-i­ntelektualna
arcydzieła Kochanowskiego” (50). Czer­
niawski przekładał też Staffa, Różewi­
cza (pozostając w ścisłym kontakcie,
a nawet przyjaźni z poetą), S­zymborską
(tu kontakt był luźniejszy, a n­oblistka
nie zechciała przyjąć zaproszenia do
szkockiego zamku, akurat admini­stro­
wanego przez Czerniawskiego). Ob­szer­
ne rozdziały w Wielopisie mają Norwid
i Różewicz, godne są doprawdy wnikli­
wej lektury.
Dorobek Czerniawskiego na polu
tłumaczeń polskiej poezji doceniono
w Toronto, gdzie Fundacja Władysła­
wa i Nelli Turzań­skich przyznała mu
nagro­dę za „mistrzowskie przekłady,
które przybliżyły anglojęzycznemu od­
biorcy twórczość wymienionych wcześ­
niej poetów – od Kochanowskiego po
Szymborską.
Osobny rozdział ma także Bohdan
Czaykowski, poeta emigracyjny, które­
go chyba przedstawiać e­migrantom nie
trzeba. Wiele atramentu przelano w spo­
KSIĘGA KULTURY
cze innych poetów. Następny fragment
przenosi nas do świata muzyki, nato­
miast rozdział zamyka opis festiwalu
poezji w Indiach oraz wzmianka o lon­
dyńskiej wystawie Matisse-Picasso. To
świadczy o różnorodności zawartych
w Wielopisie relacji i odwołań do świa­
ta kultury.
Nawet piąty rozdział książki: The
Dark Backward and Abysm of Time,
chyba najbardziej biograficzny, nie jest
wolny od tych reminiscencji – autor
przytacza fragmenty z Szekspira, wy­
znaje, że Hamleta i Burzę zabrałby ze
sobą na przysłowiową bezludną wyspę
(185). Jest tam też interesująca rozmo­
wa autora z Magdaleną Czajkowską na
temat korelacji między poezją a prozą,
w której Czerniawski mówi o swym po­
dziwie dla Gombrowicza i Kafki, przy­
znaje też, że jego proza jest bliska twór­
czości Harolda Pintera. W rozmowie
tej jest również miejsce na wzmiankę
o Brzękowskim i jego pojmowaniu po­
ezji antywalorów. O kontaktach z Gom­
browiczem czytamy jeszcze dalej (198‑189), a rozdział kończy retrospektywa
związków z Różewiczem i tłumaczeń
jego sztuk teatralnych i poezji. Pada
też zdanie: „Sam Różewicz donosi mi,
że wielu wrogów przysporzyła mi moja
z nim przyjaźń i promocja jego twór­
czości” (205).
Wydaje się, że nie tylko to przyspo­
rzyło kłopotów autorowi Wielopisu,
który jest tego świadom i cytuje sąd
Pawła Dudziaka w tejże kwestii:
Adam Czerniawski jest kontrowersyjną
postacią polskiej sceny literackiej i uczest­
nikiem wielu polemik – nie tylko literac­
kich. Jego bezkompromisowość, szczerość
i odwaga intelektualna (ostre oskarżenia
kierowane zawsze imiennie, na przykład
pod adresem Czesława Miłosza czy Sta­
nisława Barańczaka, wydawnictw, czaso­
O książkach
rach o Antologię poezji polskiej na obczyźnie 1939-1999 pod redakcją Czay­
kowskiego, albowiem – jak zdradza
nam Czerniawski – „została w pew­
nych kołach zbojkotowana, dlatego że
znalazły się w niej utwory poetów, któ­
rzy zdecydowali się zadomowić w Kra­
ju Rad” (154). Istotnie, rzecz dość kon­
trowersyjna, bo emigracja nie k­ojarzy
się pozytywnie z takim politycznym
wyborem. Także Czerniawski określił
tych „azylantów” jako „zdrajców i łaj­
daków” (154).
W Wielopisie pomieszczona jest
ogromna suma informacji o wielu twór­
cach, także tłumaczach i oczywiście
odkrywamy wiele osobistych wspom­
nień autora. To bogactwo przytłacza,
czytelnik nieraz ma wrażenie, iż poru­
sza się w labiryncie niezwykłych epizo­
dów czy przekazów i niemal tonie jak­
by w oparach przytoczonych polemik,
które stanowią pokaźną część omawia­
nej tu książki. Są i relacje ze spotkań
z poetami (jak np. z Miłoszem; s. 165),
a przy okazji dowiadujemy się, co o ich
twórczości myśli autor. Nie zawsze te
opinie trafiają do przekonania poetom,
o czym świadczy reakcja Miłosza na
esej Czerniawskiego ogłoszony w pary­
skiej „Kulturze” (1963), a opis ich wza­
jemnych animozji jest godny szczegól­
nej uwagi (165-168). Wydawać by się
mogło, że autor bardziej ceni poezję
Czaykowskiego niż Miłosza, sam Wielopis dedykowany jest bowiem pamięci
Bogdana Czaykowskiego (1932-2007).
Być może zaważyła tu ich długa przy­
jaźń, czego kapitalnym dowodem są
wiersze dedykowane sobie wzajemnie,
a dla potomności zacytowane w książ­
ce (169-172). Przytoczone wiersze, opa­
trzone czasem komentarzem innych
poetów (np. Karpowicza, s. 172/3), wy­
wołują skojarzenia z utworami jesz­
257
258
Marek BATEROWICZ
pism, krytyków i badaczy) przysparzają
mu licznych wrogów z wielu środowisk,
przez które bywa lekceważony i margina­
lizowany... (71)
Wyłania się zatem pytanie, czy Czer­
niawski ma zawsze rację? L­ektura Wielopisu pozwala dać odpowiedź afirma­
tywaną w wielu przypadkach, aczkol­
wiek sprostowania wymaga stwierdze­
nie (zamieszczone nawet na odwrocie
książki), że
mafia krakowska wykreowała kandydaturę
Szymborskiej, aby zablokować kandyda­
turę Różewicza, tak jak poprzednio w po­
dobnym celu wykreowała kandydaturę Mi­
łosza.
2014 tom V
Otóż w tym przypadku chodziło o za­
blokowanie nagrody Nobla dla Herber­
ta, w czym zresztą brał udział cały
układ postkomuny w III RP, a nie tyl­
ko lewicowo nastawieni poloniści z UJ.
A co do kandydatury Miłosza, to moż­
na założyć, że lansowano go także na
Zachodzie. Pewne opinie mieszczą się
w kategorii de gustibus non est disputandum, jak np. przekonanie Czer­
niawskiego, że „Różewicz jest naszym
najważniejszym żyjącym poetą” (230).
A dla innych tym najważniejszym po­
etą będzie Herbert albo Miłosz.
O korektę prosi też następujące zda­
nie:
Co powoduje polski marazm intelektu­
alny? Zapewne żywe wciąż komunistycz­
ne nawyki kontrolne, zapewne świeżo
wzmocnione, odwieczne władcze ambicje
Kościoła. (64)
Po pierwsze, jaki marazm? Wystar­
czy przypomnieć tu dorobek takich in­
telektualistów, jak prof. Ryszard Legut­
ko, prof. Andrzej Nowak, prof. Z. Kra­
snodębski czy prof. K. Szczerski, prof.
W. Wolniewicz i wielu, wielu innych.
Polska myśl jest w wybornej kondycji,
jest atoli spychana na margines przez
układ postkomuny i przez środowi­
sko michnikowszczyzny kontrolujące
stale wysokonakładowe wydawnictwa.
Czerniawski piętnuje też owe „komuni­
styczne nawyki kontrolne”, ale zarzu­
ty pod adresem Kościoła są chybione.
O jakich „władczych ambicjach” my­
śli tu autor? Są one wręcz niemożliwe
w przypadku rozdzielenia Kościoła od
państwa, natomiast to właśnie państwo
(nawyk komunistyczny jeszcze?) ataku­
je Kościół, a nawet dąży do jego znisz­
czenia. Kościół nie ma „władczych am­
bicji”, natomiast powinien zawsze stać
na straży duchowości, moralnego prze­
słania dla ludzkości, więc także dla na­
szego kraju. Niestety, głęboki apel Jana
Pawła II o „ludzi sumienia” dla Polski
pozostaje nadal bez echa.
Opus magnum Adama Czerniawskie­
go natomiast odpowiada jakby na in­
ny apel Wojtyły: Dajcie świadectwo...
i Wielopis wielopolis pozostanie wiel­
ką księgą kultury, pełną ważnych py­
tań i nurtujących nas problemów lite­
rackich. W dodatku księga ta wykracza
poza kulturę, niekiedy penetruje dzieje
świata. I w tych historycznych polemi­
kach Czerniawski staje w obronie Pol­
ski:
Gdyby Żydzi wreszcie uznali i zaczęli
respektować kolosalne polskie straty za
Hitlera i Stalina, miałoby to doniosłe zna­
czenie moralne i walnie przyczyniłoby się
do redukcji żydowsko-polskich resenty­
mentów. Nie tylko Żydzi zdolni są cierpieć.
(308)
Dodajmy, że Wielopis wielopolis,
opatrzony indeksem osobowym, za­
wiera też kolorowe reprodukcje ulu­
bionych obrazów autora, tym samym
mocniej podkreślając status tej pozycji
jako księgi kultury.
ŚLAD RZECZY – ŚLAD MYŚLI
Na zakończenie rodzi się sugestia, by
Adam Czerniawski pomyślał też o wy­
daniu wyboru swych wierszy, opo­
* Jednocześnie z nadesłaniem recenzji
M. Baterowicza ukazały się Poezje z­ebrane
A. Czerniawskiego, deliberowane w re­cen­
zji M. Łukaszuk: Ślad rzeczy – ślad myśli
[red.].
259
wiadań i esejów – w edycji podobnej
w koncepcie do „antologii osobistej”
Borgesa, albowiem Wielopis wielopolis
przedstawia go nam raczej jako tłuma­
cza i polemistę, a to daje niepełny obraz
jego kreatywności.
Małgorzata ŁUKASZUK
ŚLAD RZECZY – ŚLAD MYŚLI
1
Czekałam na poezje zebrane, a ich
lekturę zaczynam od ostatniego wier­
sza. Nie wiem, czy powstał najpóźniej.
Kolejność miewała jednak znaczenie.
A ja chcę moją chwilę zbliżyć jak naj­
bardziej do współczesności poety. Się­
gając po fragmenty, czytam więc tomi­ki
wspak. Z trudem p­owstrzymuję się, by
nie pomijać rozbudowanych sekwencji.
Szukam w tomikach najskromniejsze­
go wiersza-dokumentu, który da opar­
cie i rękojmię rzeczom świata, a wśród
nich rzeczy najbardziej konkretnej
i podstawowej – taką, zawsze, w poezji
jest „ja”. I wydaje się, już dawno prze­
stały mieć dla mnie sens zdania ty­
pu: „sprawą tej poezji jest życie”. Szu­
kam więc „śladu prawdy”, która nie jest
prawdopodobieństwem, bo o nie w lite­
raturze najłatwiej. Szukam wiarygod­
ności doświadczenia, odmiennego od
emocji czy uczuć.
Pisząc o oparciu i rękojmi, udzie­
lanych przez cierpliwe i staranne do­
świadczanie rzeczy świata, przepisałam
tu jedną z konstatacji Paula Ricoeura.
Dokonując krytyki pojęć: „dokument”
(zapis) i „ślad” (zasób), twierdził, że ma­
terialność dowodów nie jest niezbędna,
by relacja o ich historii była prawdziwa.
Dowody to dowolne „ślady”, p­oddające
się interpretacji i tym cenniejsze, im
bardziej „nie przeznaczone do naszej
wiadomości”. I jeszcze – istotą „śladu”,
istotą „odcisku obecności” jest krzy­
żowanie się „tego, co egzystencjalne,
z tym, co empiryczne” (Poetyka opowieści: historia, fikcja, czas, w: tenże,
Czas i opowieść, t. 3: Czas opowiadany,
przekł. U. Zbrzeźniak, 2008, s. 168-169
i 177 – Archiwa, dokument, ślad).
2
Poezje zebrane Adama Czerniawskie­
go kończy Sąd Ostateczny – datowany
O książkach
Adam Czerniawski, Poezje zebrane, Lublin: Norbertinum, 2014
260
Małgorzata ŁUKASZUK
na VII 2005 zapis podróży. Opisano
mi jej kolejne etapy, przywołano „pło­
mienne” barwy i kierunki, odnotowa­
no materię ziarnistego powietrza. By
podróż stała się ostatnią, nastąpić po­
winna „utrata świadomości miasta”...
Że nie nastąpi, choć to wiersz w Poezjach zebranych naprawdę ostatni, de­
cyduje zakończenie utworu – a w nim
najbardziej retoryka i znak wykrzyk­
nienia:
[...]
Któż to powiedział, że człowiek
nie może być świadkiem własnego po­
grzebu!
(306)
Któż powiedział? Mnie, czytelnikowi,
chyba najwyraźniej ze współczesnych
poetów powiedział to Białoszewski,
gdy „na melodię podwórzowych zawo­
łań” składał wersy o meandrach „spo­
sobów przeżyć śmierci”, której – jak
czytam na końcu monodramu – „nikt
podobno nie przeżył”.
3
2014 tom V
[...] Mija przeszło cztery tysiące lat od kie­
dy w krainie Sumeru, w mieście Ur, dwie
kobiety komponowały najdawniejszą zna­
ną nam poezję. [...] Szukałem tych kobiet
od dawna. Znalazłem je niespodziewanie
w Ledig House w Omi. [...] W skromnej
biblioteczce zasobny słownik [...] i dwa
zbiory poezji: cieniutki tomik wierszy Ro­
berta Frosta w oryginale antologia Die Erfindung der Poesie [Wynalazek poezji], od
tych sumeryjskich kobiet i Safony [...]
– tak zaczął Czerniawski ostatnią część
Poezji zebranych (Wynalazek poezji).
Jest poetą, który zna wagę swego pisa­
nia. I potrzebuje dla swej poezji orygi­
nalnego punktu zerowego. Ten zaś od­
najduje nie w świecie, ale w słowniku
kultury i w słowniku słów o niej? Tak­
że w słowniku poezji, gromadzącym
niekiedy słowa proste, nagie i banal­
ne, jak te, które zapisał Tadeusz Róże­
wicz w wierszu Czas na mnie... (z tomu
Płaskorzeźba; 1991). Różewicz zapi­
sał ich najpierw dużo więcej, ale i tym
razem, przygotowując wiersz do dru­
ku, skrócił „fabułę”, zredukował ję­
zyk, pociął tekst. Z rozmowy najważ­
niejszej, bo ostatniej, pozostawił słowa,
które chciał zachować i wypowiedzieć.
Z rzeczy świata tym razem nie zostawił
Różewicz nic poza czasem, brzegiem,
m­amą:
Czas na mnie.
czas nagli
co ze sobą zabrać
na tamten brzeg
nic
więc to już
wszystko
mamo
tak, synku
to już wszystko
a więc to tylko tyle
tylko tyle
więc to jest całe życie
tak całe życie
To nie tak miało się skończyć? Wyda­
wało się, że dla Czerniawskiego ważne
będą rzeczy świata, a nie słowa o nich.
W wierszu Co przewiozę na t­amten
brzeg, który dedykuje „T. R.” i zamiesz­
cza w Poezjach zebranych (301), jest
ich tak wiele, są tak barwne, sycące
i nasycone; są materią i pamięcią; ma­
ją kształt i liczbę, miejsce w hierarchii,
miejsce we własnym życiu poety:
Ten jedwabny szalik i pierwszą miłość,
Kieliszek wina, garść wspomnień, gałąz­
kę bzu,
Parę nałożnic, berło i miecz,
Boską komedię, dialogi Platona i widok
Delft;
Amforę powietrza i sakwę sucharów.
ŚLAD RZECZY – ŚLAD MYŚLI
rach Czerniawskiego, domyślają się,
rozstrzygają, interpretują i oceniają
świat, zarówno monumenty, jak i dro­
biny losu. Czynią go, czyniąc religię
i politykę, wojnę i pokój, zło i dobro.
Poeta zaś kolekcjonuje zmieszane gło­
sy działań i afektów z tamtego i tego
czasu, bo świat – jak powiadają ludzie
– „nie ma początku ni końca” (280):
Władcy proklamują się bogami
święci wymierają
idole zmartwychwstają
kapłani składają się w ofierze
poeta wspomina
Beatrice, dolce [...]
Poeta wspomina, poeta zapewnia, po­e­ta
donosi... Musi wydobyć słowa z „kłę­bu
dźwięków”, „spłukać je”, „prze­badać”,
by pokryły się starym „połys­kiem me­
tafor i rymów” (282). Czerniawski nie
pomniejsza – co nieczęste w naszej
współczesnej poezji, ale przecież i w niej
znajdujące mocne miejsce – zadań po­
ety, który „ma za sobą wieki ludzkiej
trwogi” (U schyłku XX wieku). Zara­
zem zachowuje dystans wobec tych po­
winności, bo ogranicza je czujna goto­
wość odróżnienia tego, co jest ideałem
humanistów, od tego, co naprawdę po­
ezją nie jest i stać się nie może.
To konieczne dziś rozróżnienie: poe­
zja – wierszowana publicystyka, w niej
zaś także publicystyka emocji i uczuć.
I kolejna, także ważna dla tego zbioru
wierszy, antynomia: wzniosłość reto­
ryki–wzniosłość prostoty. Szukam tej
prostoty; znajduję ją w Tak blisko, tak
daleko:
w lesie są tylko drzewa
[...]
To zaledwie jeden wers z siedmiu, w do­
datku nie ostatni w wierszu. Inny i nie­
częsty w tomie Czerniawskiego „głos”
rzeczy świata, która jest, i mówi. Tyl­
O książkach
Kto powiedział, że biografia poety
nie powinna nas obchodzić? Tyle że
poeta zachowuje wobec niej dystans,
„podaje” ją nam z dyskrecją, a zarazem
„opakowaną” uśmiechem i lekką styli­
zacją, bo przywilejem poety jest i wy­
obraźnia, i pamięć. O czym? Zawsze
o tym, co naprawdę ważne. Bo w poezji
pisze się tylko o tym.
Ważne są w tej poezji osoby. Im de­
dykuje Czerniawski wiersze, ich notat­
ki kartkuje, o zapamiętanej bliskości
ich dłoni, twarzy i słów nie zapomina.
Ważne są ślady wzruszeń czy olśnień,
także ich daty, miejsca, o­koliczności,
dysonanse. Ważne jest także to, co
z definicji nie-poetyckie: historia, po­
lityka, ale i drobiazg czyjejś nieistotnej
biografii, z którego nawet rubryki to­
warzyskie nie skorzystają.
Dużo jest w Poezjach zebranych tych
ważności, powstają więc kolaże: jak
fragment, po pierwsze, zatytułowany
Dzień najkrótszy, najdłuższa noc, po
dru­gie, opatrzony podtytułem (Trzy sonety dla Laury), po trzecie, uzupełnio­
ny mottem z autora włoskiego (– D. A.),
po czwarte – cytujący różne głosy i za­
chowujący różne formy ich zapisu, po
piąte – podzielony na cząstki, po szó­
ste – własnym głosem człowieka empi­
rycznego zbierający te echa wspomnień
i integralne cytaty... (290-294). Czer­
niawski „przełamuje” wiersze graficz­
nie, by z szumu rzeczy i zdarzeń świa­
ta odróżnić scalającą opinię (Wtorek,
17 lip­ca 2001 roku; Babilon V). I właści­
wie zawsze każe z uwagą odczytywać
zwłaszcza zakończenie utworów.
Tak czy inaczej wiersze Adama Czer­
niawskiego są przede wszystkim „his­
torią ludzkości”, jak w tytule j­ednego
z utworów (280-282). Są w tej h­istorii
zgromadzone rzeczy świata, ale to nie
one mówią, lecz ludzie, którzy w utwo­
261
262
Małgorzata ŁUKASZUK
ko: jest, i mów i. W Poezjach zebranych przeważa logika rzeczy, zdarzeń
i znaczeń, postrzeganych i interpreto­
wanych w ich postulowanej, a gubionej
dziś, celowości i poszerzonym kontek­
ście. Przykład znakomity:
Sączy się światło
przeszywa dzban
dzban świat filtruje
a sączy miód
Przez okno świat
miód do dzbana leje
dzban promienieje
dzieli i nagina
słodzą barwią
usta dłonie
2014 tom V
(Dzban, VI 1995)
4
Próbujemy wciąż odróżnić doświad­
czenia śladu rzeczy (wiedzy pocho­
dzącej od przedmiotu) od śladu myśli
o niej (wiedzy imputowanej przez pod­
miot). Co jednak z tych poważnych roz­
różnień, z ich niuansów i paradoksów,
wziąć mam do recenzji tomu wierszy,
nawet jeśli ma ona kształt eseju kry­
tycznego? Trudno mi znaleźć nie-po­
ważne rozróżnienia, zwłaszcza gdy czy­
nią je poeci. Nie-forma daje nie-prze­
życie, powiedział Białoszewski w jed­
nym z wywiadów. Adam Czerniawski
zna wartość „formy”, więc – i przeży­
cia. Widać to w całym tomie, od jego
fragmentów końcowych po ostatnie.
Poeta sprawdza różne formy wiersza
i poetyckich próz; sięga po historycz­
ne gatunki (np. fraszek, dytyrambów,
lamentacji, elegii, a czasem „elegii”
[w formie sonetu]; (84), by umieścić
w nich zawsze nieoczekiwane „zdarze­
nia”; korzysta z różnych rejestrów języ­
ka, w tym – pozaliterackiego i hiperli­
terackiego; cytując innych poetów, ich
praktyką poetycką „odnawia” wzorzec;
zapisuje minicykle (np. Babilon); kon­
frontuje czytelność z nieprzejrzystoś­
cią; układa komentarze i przypisy; za­
pisuje „rzuty iluminacji”. A zwłaszcza
rozmawia.
Pamiętam jednak, jak dużą rolę przy­
znał Czerniawski autentyzmowi do­
świadczenia. To zaś, w poezji, nie jest
tożsame z przeżyciem, uczuciem, emo­
cją. Wydobycie „okruszyny żalu do ko­
gokolwiek”, „cienia smutku” w wierszu
(Jak gdy kto ciśnie...) Norwida, pozwoli­
ło Czerniawskiemu na inną lekturę te­
go utworu (Wielopis wielopolis...). Wart
poezji, i mający wiarygodność poetyc­
ką – pisał Czerniawski – jest nie „spo­
sób mówienia” o smutku, ale to, że „od­
był” się on naprawdę, w prawdziwych
okolicznościach, w rzeczywistym cza­
sie i miejscu.
5
Ślad rzeczy – ślad myśli o niej... W tej
poezji przeważa druga z możliwości.
Świat to przecież wielość, w której jest
wszystko; w niej zaś najtrudniejsza
jest ułomna i fałszująca wielość słów; to
z nich poeta musi więc wybrać, kreśląc
„powoli niepewnie”, prawdziwe:
Są kamienie, lasy, góry i jeziora
są jastrzębie, smoki, blizny i wspomnienia
są też zachody słońca, rysy na ścianach,
mity i groby,
są jeszcze słowa na ustach
w sercu, w radio i w teczkach
jest próżnia, deszcz, muzyka i zwątpienie
Wszystko jest
jest też kartka papieru
biała
a na niej powoli niepewnie
jawią się ciemne kreślenia
(Inwentarz, 1994)
„Wszystko jest”; sens tego wersu,
który oddziela świat (strofa pierwsza)
ŚLAD RZECZY – ŚLAD MYŚLI
imiennych niemieckich pejzażystach
i o mędrcu z rodzimego Królewca,
a między te pamięci wkłada Czerniaw­
ski historię Dziewczyny w oknie. Pa­
limpsest poetycki nawarstwia „współ­
czesności” cudze i własne, w tym także
próby Ostatniego wiersza. Czerniawski
kształtuje język swych utworów „wielo­
poziomowo”, konfrontuje rygor pro­
fesjonalisty z paradoksami i dystanso­
wością metadyskursów.
Wewnętrznie oddziela „kadry” pa­
mięci, spacjuje quasi-poematy nume­
racją, wprowadza inny krój czcionki.
Pilnuje czytelnika, by nie zboczył ze
ścieżki lektury. Nie zdziwiło mnie za­
tem, gdy w zakończeniu jednej z naj­
dłuższych całości tego tomu – Lustra
i refleksje – napisał:
Jak się wydostać
ze szponów refleksji? Spalić muzea,
mieć pamięć motyla, zrzucić nadwagę
pojęć i zdań, czyli stracić także
doznania zmysłowe [...]
Widziałam przecież kiedyś w tym frag­
mencie głos poety mocno stającego
naprzeciwko profanom. Teraz jednak
właśnie dziwię się, że nie ma być tych
doznań w pojedynczym, znakomitym
poetycko wersie wiersza własnego: „w
lesie są tylko drzewa”. Świat „czeka /
świat chce być odkryty / [...] odnalezio­
ny rozebrany rozdarty do krwi” – pisze
Czerniawski. I jeszcze (Poświata):
Walka trwa czy ja zwyciężę
czy świat
godziny świata są policzone
To niezwykłe rozstrzygnięcie Jaku­
bowego zmagania daje mi jeszcze jedną
„nauczkę”. Zakończenia utworów, tak
zawsze mocne w poezji Czerniawskie­
go, są jakby punktem zerowym do ko­
lejnych wierszy, poematów, próz, ilumi­
nacji, palimpsestów, kolaży. Poeta chce
O książkach
od myśli o nim (strofa druga), chciała­
bym odczytać dosłownie, bo konkre­
tami powinny być rzeczy „wiezione na
drugi brzeg”. Jest zatem w świecie
wszystko, co warto zabrać – ale m­oże
i za dużo, i nie takie? Za dużo w tych
rzeczach o słowa, które do nich przy­
lgnęły, przykleiły się i drażnią? Te spo­
za „kartki papieru”, którą ma do dys­
pozycji poeta. Za dużo też w świecie
rzeczy, których człowiek sam nie zdo­
łał ujrzeć, nie zdołał dotknąć?
Sporo w całościowym tomie Czer­nia­
w­skiego wierszy programowych i me­
tadyskursu o poezji, poecie, słowach,
obrazach, pamięci. O jej powinnoś­
ciach? A może – o konsekwencji, z ja­
ką warto nią i o niej mówić? Niekiedy
pojawia się sarkazm, czasem – preten­
sja lub wyimek środowiskowy. Kilka
utworów składa się w cykl o nie-Her­
bertowskim „człowieku, który m­yśli”.
On „d­omyśla”, „odrealnia” świat swo­
im wzrokiem, swoją pamięcią (P­odob­no
w roku 1911, 1991). Wcześniejszy od nich
jest cykl Incydentów: w dolinie, w świą­
tyni (164-165), ten zaś jest poprzedzo­
ny podzielonym na pięć częś­ci Pentagramem. Inne utwory z tego tomu czy­
telnik sam może ująć w c­ykliczną for­
mę „rzutowego” rozpoznawania „grozy
i radoś­ci” – „ładu czy chaosu” (Asurbanipal i inni). Poezje stają się jakby
katalogiem z fiszkami ważnych i nie­
zapomnianych odkryć. Olśnień? Zapa­
miętań?
Czerniawski nie ogranicza st­atystyki
figur języka poetyckiego. Nie reduku­
je „fabuł” poetyckiego zdarzenia. Pa­
mięcią powagi słów w­ypowiedzianych
przez kogoś ukrytego za i­nicjałami do­
pełnia porządek własnej relacji z dnia,
z wizyty lub wyjazdu. Relacji niepo­
ważnej? Jeśli już, to nader rzadko. Po­
stuluje: „Nie zapominajmy więc” o bez­
263
264
Małgorzata ŁUKASZUK
nas zatrzymać przy swej wiedzy o świe­
cie i jego mieszkańcach. Podtrzymuje
tę współobecność, „dokładając” nowe
obrazy i głosy, ujawniając okoliczno­
ści ich odkrycia lub zdobycia. Otacza je
troską – odkurza, naprawia i nadpisuje
to, co się zatarło lub zatraciło. Tworzy
„album” wielorakich i wieloważnych
„glos” pamięci i teraźniejszości. Nie­
odmiennie „prostuje ścieżki” błądzą­
cym specjalistom od metafizyki, kultu­
rowości, erotyki, publicystyki.
6
Powoli zanika w tej poezji ton nie­
zobowiązującej Autopsji, „żartobliwe­
go” dialogu z sobą, z krytykiem i bada­
czem, z innymi poetami, z przeszłością
i potomnością. Przeważy go surowsza,
obwarowana pamięcią, dykcja „lekto­
ra” spraw ważnych, który prowadzi de­
batę. A sprawą ważną w tej debacie jest
dla Czerniawskiego także (zwłaszcza?)
poezja – Rzecz o poezji, 1959, rozbita na
głosy, na cody, przesłania, przemowy,
apologie itd. Rzeczą poważną jest dla
Czerniawskiego także biografia, choć
nie „autobiograficzna”.
W wierszu Słuchając któregoś kwartetu Schuberta pisze:
2014 tom V
Dane jest mi słyszeć niesłychane zespoły
dźwięków
[...]
są doświadczenia
których nigdy nie pomieszczę w grani­
cach tego życia.
Zacytowałam pierwszy i dwa o­statnie
wersy utworu, pomijając jego „w­nętrze”
o strategii broni nuklearnej, przecho­
dzących (czy jak u Holderlina...?) dziew­
czętach, świętych obcowaniu, śmiertel­
nych czarownicach itd., bo już te trzy
wersy dają mi kolejną lekcję lektury.
Chciałabym przecież, o zgrozo, by by­
ło w tej poezji już na wstępie prościej
i skromniej: miast „niesłychanych ze­
społów dźwięków” – poezji wystarczy­
łyby dźwięki pojedyncze. One b­yłyby
do pomieszczenia „w granicach t­ego
życia”, a jednocześnie pozostałyby wy­
starczająco wielkie, aby zaświadczyć
o niezwykłości, pięknie, trwodze i ta­
jemnicy „spoza” tu, teraz. Powracający
w tomie wierszy Czerniawskiego mo­
tyw Babilonu, chyba najczęstszy z to­
picznych „śladów” przeszłości u tego
poety, nie pozwala na takie sztuczki.
Nad rzekami wygnaństwa, figury ży­
cia i figury śmierci, pojedyncze dźwię­
ki przecież nie brzmiały, nie było tam
jednej liry ani jednej wierzby, nie było
samotnego niewolnika.
Powoli, i konsekwentnie, zanika w to­
miku senne obrazowanie i metaforyka
iluzji. Wycisza się ton poufałych zwie­
rzeń, nieco obniża się frekwencja ozna­
czeń dostępnych zmysłami. Słowa nie
będą jednak nigdy w tej poezji „poje­
dyncze” i „odróżnione”. Domagają się
kontekstów, niosą barwy i dźwięki świa­
ta, rejestrują sekwencje odbytych w nim
zdarzeń. W zdarzeniowości, w dzianiu
się spraw świata, rozpoznajemy bez tru­
du „drogę przemijania”:
7
Letnie słońce przez rozbitą szybę ład
wprowadza do cielesnej rupieciarni
kobiety, która nie jest już obrazowana
muzyką.
(Kształt kobiety w muzyce)
„Jeśli powiada Augustyn”, jeśli nama­
lował Le Turner, jeśli napisano w Dialogach... Poeta „sam z siebie” niczego nie
wywiedzie. I świat „sam z siebie” nie
ma istnienia. Ponad nimi czy poza ni­
mi jest w tej poezji i władza, i mądrość,
i konieczność. A przede wszystkim
śmierć. Od najwcześniejszych u­tworów
zamieszczonych w tomie, poprzez ko­
lejne „wizerunki człowieka poczciwe­
go” (93), po ostatni utwór ona – jako
temat i persona dramatu – organizu­
je tkankę obrazową tych wierszy, po­
ematów, próz, cykli. „Przeżyć” śmier­
ci niepodobna, ale dlaczego ma z reto­
ryki pasowania się z nią nie skorzystać
pisarz-erudyta, chcący sprawdzić, czy
nie uda się „przeżyć ją”, więc: doświad­
czywszy, żyć nadal.
Pokoleniowo Czerniawski jest tym
świad­kiem współczesności wspólnej,
któ­ry „z wojny wyszedł cało”, ruiny
„zna z fotografii” (Lamentacje). Miejs­
ce niewypełnione „taką” historią, zaj­
muje mała historia „biurokratów” oraz
nieco „sentymentalna” historia „z okre­
su dojrzewania”. A przede wszystkim:
coraz wyraźniej odzyskiwana kul­tura.
Przy czym jej pojmowanie jest tu szcze­
gólnie odrębne: kulturowość nie jest ab­
straktem, wiązką ogólników, idei i ka­
nonów. Kulturowość ma w tym pisar­
stwie charakter „praktyczny” – jest
spraw­dzalna przez „pióro” i „rękę” oraz
cały szereg figur języka.
Trochę za Kierkegaardem (t­akże tu
obecnym) napisałabym więc o r­oli bi-­
b­lijnych czy mitologicznych pre-tek­
stów w tej poezji jako probierzy dla „za­
wieszenia” nie etyki, ale „wyobraźni”.
Biblia i mitologie dają p­unkty zaczepie­
nia dla chcącego wypełnić s­woją r­olę
poety. „Sprawdzanie” Golgoty, o­fiary
Izaaka, drogi do Emaus nie odbywa się
u Czerniawskiego według wzorów wia­
ry–niewiary, zawierzenia–r­ozpaczy. Pi­
sarz nieodmiennie zatrzymuje się na
progu poezji jako języka „wyrażają­cego
niewyrażalne”, a przecież tylko „ludz­
kie”.
8
Utwory wcześniejsze Czerniawskie­
go, z lat 50. XX wieku, są – w zapropo­
nowanym przeze mnie porządku lek­
tury – sprawdzaniem „polet­ka poetyc­
kiego”, przeszukiwaniem ob­szarów „re­glamentowanych” pod z­asiew tych, in­
nych, pożądanych roś­lin. W w­ierszu
Oczy szeroko otwarte, datowanym na
VIII 1958 r., jest mowa i o mocy wyob­
raźni, i o jej „ograniczeniach”. „Z tej
i tamtej / strony moich oczu – z tej
czy z tamtej” (71) mogły­by wyłonić się
r­óżne ścieżki poezji. Zastanawiam się,
z nowej już perspektywy roku 2015, na
którą z nich tę poezję wprowadziłby Ja­
nusz Sławiński, gdy w latach 60. pod­
jął „próbę porządkowania doświad­
czeń” debiutujących po 1956 roku. Nie
lingwizm, nie poezja konkretu, więc
– wyobraźni? Tyle, że Czerniawski nie
debiutował wśród krajowych krytyków
i badaczy. Bez tego „kontekstu”, który
zresztą dziś naprawdę coraz mniej zna­
czy, wiersze pierwsze w Poezjach zebranych p­ozostają świadectwem... termi­
nowania? Nie brzmi to dobrze, więc już
zmieniam język dyskursu.
Pisze Czerniawski: „zdefiniujmy żub­
ra: jest to zwierz barokowy / o s­iedmiu
łapach” (Grzybobranie, I 1958). Cała
„reszta wiersza” to ekspansywne korzy­
stanie z „dóbr”, świetna zabawa stylis­
ty od „maślaków, pieczarek i rydzów”,
także „skrzydełek”, konsumpcji, zgni­
lizny. To pastisz klasyki czy jamby XX‑wieczne? Dowcip i koncept czy prosto­
ta i peryferie? Pieśń filaretów (nie ocze­
kiwałam tego tytułu, a przecież jakby
uprzedziłam jego pojawienie się w mo­
jej lekturze) to kolejne ogniwo awan­
gardowego entuzjazmu, czy doprowa­
dzenie „biblioteki” do granicy śmiesz­
ności? Gdybym napisała, że widzę,
słyszę w tych wierszach Przybosia czy
Tuwima, a później – Wata i Różewicza,
może Rymkiewicza, może Grochowia­
ka, na pewno i oczywiście Norwida,
265
O książkach
ŚLAD RZECZY – ŚLAD MYŚLI
266
Janusz PASTERSKI
nie uszłabym cało z potyczki poe­ta–
krytyk. Nie zapiszę więc żadnego wię­
cej nazwiska.
Orfeusz, Odys, Eklezjasta – to nie
nazwiska. To „mity – mitów”. To próby
definicji. Z wierszy pierwszych, „pró­
bujących” z wyobraźni i kultury wyod­
rębnić to, co okaże się naprawdę osobi­
ste, prywatne i wiarygodne, wybieram
Topografię wnętrza (X 1957). To cztery
regularne strofy, z jakże ważną w wier­
szach Czerniawskiego „poświatą senty­
mentalno-romantyczną” w kodach każ­
dej, ale zarazem z ukonkretnianiem
przestrzeni i czasu, z prostotą rzeczy
i spraw. To wiersz „autentyk” i właśnie
dlatego tak wiele tu „kon­wencji”:
Osiedliśmy w krainie górzystej i zalesionej
jest tu kilka jezior i strumyków, obłoczki
watolinowe przewalają się po laurowym
przestworzu, a wieczorami, nim wzejdzie
nów,
płynie dźwięk fujarki czy fletu.
Raz na tydzień listy i gazety [...]
[...]
Jest też stara karczma i kościół. [...]
[...]
Zaś łaciata mgła porannego jeziora
polifonicznych liści skrzydeł łopoczących
promieni ptaków karkołomnego słońca
rozchyla szaty prute łodzią miejscowego
kustosza utajonych pszczół.
Janusz PASTERSKI
KRYTYK PRZENIKLIWY
2014 tom V
Jan Darowski, Eseje, posłowie Jana Wolskiego, Rzeszów: Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne „Fraza”, 2013
Jeśli jednym z zadań historii litera­
tury jest przywracanie pamięci o twór­
cach pomijanych, zapomnianych czy
niedocenionych, to wydanie Esejów Ja­
na Darowskiego może być modelowym
przykładem słuszności tego r­odzaju
działań. Rozproszone na p­rzestrzeni
kilku dekad, publikowane w emigracyj­
nych pismach londyńskich, paryskiej
„Kulturze” i w pismach krajowych, a po
części także pozostawione w maszyno­
pisach teksty odsłaniają niezwyk­ły do­
robek publicystyczno-krytycz­ny poety,
prozaika, krytyka, tłumacza i współre­
daktora miesięcznika „Kontynenty –
Nowy Merkuriusz”.
Jan Darowski (1926-2008) był posta­
cią nietuzinkową, choć niezbyt znaną
poza środowiskiem literackim polskie­
go Londynu. Pochodził z Górnego Ślą­
ska i jak wielu Polaków z tamtych stron
został w wieku 17 lat wcielony do ar­
mii niemieckiej i wysłany na front za­
chodni. Przy pierwszej sposobności we
wrześniu 1944 roku przeszedł na stro­
nę aliantów i zgłosił się do wojska pol­
skiego. Odbył przeszkolenie pancerne,
został nawet instruktorem, ale w sytu­
acji zakończenia wojny i demobilizacji
zmuszony był szybko do samodzielne­
go zadbania o własne życie na obczyź­
nie. Niestety, nie udało mu się pod­
jąć studiów filozoficznych, do których
przymierzał się z zapałem. Uniemożli­
wiła je choroba oczu i uszu, także kło­
poty z uzyskaniem stypendium. Pisa­
ła o tym kronikarka życia polskiej emi­
gracji:
W długim rejestrze żalów do urzędni­
ków angielskich i polskich przyznających
stypendia na studia wyższe, zapisać należy
na najboleśniejszym rachunku pozbawie­
nie go możliwości normalnych wyższych
studiów. Ekwiwalent zdobył w samotnym
trudzie, pracując po nocach, po całodzien­
nej pracy zecerskiej.
(M. Danilewicz Zielińska, Szkice o literaturze
emigracyjnej, 1992, s. 331).
Ostatecznie Darowski podejmował
rozmaite prace fizyczne (m.in. przy od­
budowie brytyjskiego p­arlamentu), a od
1954 roku pracował w kilku drukar­
niach w wyuczonym jeszcze w okupo­
wanej Polsce zawodzie zecera. W tym
okresie nawiązał współpracę z mie­
sięcznikiem „Merkuriusz Polski i Życie
Akademickie”, gdzie w 1958 zadebiuto­
wał kilkoma wierszami. Następnie na­
leżał do zespołu redakcyjnego pisma
młodego pokolenia emigracji „Konty­
nenty – Nowy Merkuriusz” i związanej
z nim grupy literackiej. Był to czas jego
największej aktywności twórczej. Pub­
likował wiersze, eseje, przekłady, reda­
gował anglojęzyczny dodatek „Oficy­
ny Poetów” pod nazwą „Polish Poet­ry
Supplement”, został laureatem nagro­
dy Fundacji im. Kościelskich (1969).
Tłumaczył na angielski poezję Biało­
szewskiego, Bursy, Herberta, Karpo­
wicza, Miłosza, Różewicza, Szymbor­
skiej i Wata. W paryskiej „Kulturze”
ogłaszał w kilku seriach swoje rozwa­
żania literackie, historyczne i kulturo­
we, ujęte w cykl Z notatnika. W 1969
roku opublikował tom wierszy Drzewo sprzeczki, uhonorowany Nagrodą
im. Tadeusza Sułkowskiego. W drugiej
połowie lat 70. i w dekadzie następnej
drukował znacznie mniej – uwikłały
go kłopoty rodzinne, zawodowe i zdro­
wotne. Mimo to nadal pisał eseje Z notatnika i wiersze, które wydał w roku
1990 w zbiorze Niespodziewane żywoty.
Marzył o przyjeździe do Polski (nigdy
nie przyjął brytyjskiego obywatelstwa),
ale nie zdążył już tego zrealizować.
Zmarł w Londynie 4 lip­ca 2008 roku.
Dorobek eseistyczny J. Darowskie­go
pozostawał przez długi czas rozproszo­
ny, a w dużej mierze również nieopu­
blikowany. Pisarz rozpoczął jego po­
rządkowanie, ale przedwczesna śmierć
je przerwała. Archiwum pisarskie Da­
rowskiego trafiło do Biblioteki Uniwer­
sytetu Rzeszowskiego, gdzie m.in. gro­
madzone są dokumenty kultury literac­
kiej przedstawicieli polskiej emigracji
niepodległościowej. Ten krok zapocząt­
kował podjęcie szerszych badań nad je­
go twórczoś­cią literacką i krytyczną,
czego efektem s­tała się o­publikowana
w roku 2012 monografia „Trzeba się
trzymać pięknych przy­zwyczajeń”. Twór­
czość Jana Da­row­skiego. Studia i s­zkice,
zredagowana przez Zenona Ożoga
i Ja­na Wolskiego. Równocześnie Stowa­
rzyszenie Literacko-Artystyczne „Fra­
za” podjęło się wydania serii Dzieła
Jana Darowskiego pod redakcją Jana
Wolskiego, w której ramach opubli­
kowana została po raz pierwszy auto­
biografia poety pt. Unsere (2012) oraz
zbiór E­seje (2013). W przygotowaniu
pozostaje jeszcze tom Poezje. Dzięki
projektowi Jana Wolskiego utrwalona
zostanie cała spuścizna pisarska jedne­
go z ciekawszych twórców londyńskiej
267
O książkach
KRYTYK PRZENIKLIWY
2014 tom V
268
Janusz PASTERSKI
emigracji, niesłusznie przez długi czas
pozostającego w zapomnieniu.
Obszerny tom Eseje składa się
z trzech części. Pierwszą, najobszer­
niejszą, stanowią teksty ułożone przez
samego pisarza, przejrzane i poprawio­
ne, opatrzone tytułem Gotowe do druku. Znalazły się tutaj najbardziej znane
szkice Darowskiego, w większości po­
chodzące z cyklu Z Notatnika. W czę­
ści drugiej – Małe eseje, zebrane zosta­
ły zapisy w formie notatek lub miniatur
aforystycznych, natomiast w ostatniej
części – szkice krytycznoliterackie, wy­
dobyte z „wersji roboczych, maszyno­
pisowych, wydruków komputerowych,
nierzadko zachowujących odręczne ko­
rekty lub uzupełnienia, bądź opubliko­
wanych w czasopismach” (z posłowia).
W ten sposób udało się ocalić całość
dorobku eseistycznego i krytycznolite­
rackiego autora Drzewa sprzeczki.
Zbiór ten, postrzegany z perspekty­
wy całości, odsłania zadziwiającą spój­
ność myślową, mimo heterogenicz­noś­
ci gatunkowej czy szkicowości wie­lu
pozostawionych notatek. Jan Darow­
ski to niezwykle uważny obserwator
współczesności, którą opisuje nie t­ylko
z wielką pasją i przenikliwością, ale
też z intelektualnym dystansem, właś­
ciwym oglądowi historycznemu. Nie
ule­ga wątpliwości, że te dwa punkty
widzenia stanowią o sile eseistyki Da­
rowskiego. Londyński eseista pojmo­
wał zadania krytyka z dużą powagą,
domagając się od niego odpowiedzial­
ności i jasnego określenia, „w imię ja­
kich hierarchii wartości etycznych
i estetycznych wydaje opinię i jakie
kryteria społeczne przyświecają jego
działalności” (Oblicze krytyka). Taka
postawa była dla niego kwestią uczci­
wości i szacunku dla autora. Sam był
przecież poetą i krytykiem, dla którego
zagadnienie to nie było sprawą oczywi­
stą. W polemice z Adamem Czerniaw­
skim dowodził, że to połączenie obu
ról rzadko przynosi oryginalny rezul­
tat, zwłaszcza gdy poeta zamienia się
w krytyka w obronie własnych wierszy:
„Któż potrafi być wystarczająco obiek­
tywnym wobec sie­bie i swego dzieła?”
(Poeta jako krytyk i mit o Narcyzie). Je­
go zdaniem nie da się również pogo­
dzić „pisania z pełne­go doświadczenia
życiowego i pisania z wieloletniej prak­
tyki w grze słownej” (Memo dla krytyki), obie praktyki bowiem wzajemnie
się wykluczają. Mimo tych autoograni­
czeń Darowski potrafił łączyć wrodzo­
ny temperament krytyczny z wrażli­
wością na słowo poetyckie (Agniesz­
ka Nęcka nazwała to występowaniem
w roli „podwójnego agen­ta” (Poeta j­ako
krytyk. Glosa do sporów o literaturę, w:
„Trzeba się trzymać pięknych przyzwyczajeń”. Twórczość Jana Darowskiego.
Studia i szkice, red. Z. Ożóg, J. Wolski,
2012, s. 274). Dał tego dowody, oma­
wiając wnikliwie na przykład poezję
Mirona Białoszewskiego (RzeczOwistość abstrakcji) czy Tadeusza Sułkow­
skiego (Twarz Tadeusza S­ułkowskiego).
Podejście autora Rachunku zachcianko­
wego do kwestii języka było bardzo bli­
skie także Darowskiemu. Traktowanie
języka w jego najczystszej postaci, nie­
sfunkcjonalizowanej, lecz związanej
z samą rzeczywistością. „Tym jest właś­
nie prawdziwa poesis – pisał w szkicu
RzeczOwistość abstrakcji – p­rawdziwe
źródło duchowej twórczości”. To szcze­
gólne zainteresowanie językiem zao­
wo­cowało głośnymi w­ystąpieniami
w sprawie zapóźnień i niewielkiej funk­
cjonalności polszczyzny w stosunku do
innych języków, zwłaszcza angielskie­
go. W kilku esejach Darowski z wielką
siłą pers­wazji analizował ów determi­
nizm językowy i jego wpływ na dzieje
narodów i ich kultury. W polemice z Jó­
zefem Ł­obodowskim stawiał gorzkie
p­ytania: „gdzie światowe monumenta
p­ięciu wieków piśmiennictwa polskie­
go? Gdzie jego myśl reli­gijna, poważ­
na filozofia, p­rzełomowe dzieła nauko­
we, gdzie dramat, powieść na poziomie
chociaż rosyjskiej [...]?” (O fabrykach
lemonów i innych fantastycznych owoców). Podkreślał strukturalne ograni­
czenia języka polskiego, brak klarow­
ności dźwiękowej i pojęciowej, „zbyt
wąską bazę” oraz niewielką energię we­
wnętrzną. „Jasności, precyzji, elastycz­
ności nam brak – dowodził. – Zbyt
wiele ruchów ciężarowych w­ykonujemy
w naszym języku, zbyt mało precyzyj­
nych. Myś­limy mało­wydajnie, «z grub­
sza», i bez entuzjazmu. Bo zresztą jak,
z takim polisylabicznym bagażem, ta­
kim przeładowaniem spółgłoskowy­
mi dźwiękami?” (Język, kultura i dzieje). Opublikowane w 1972 i 1973 roku
w „Wiadomoś­ciach” eseje wywołały
polemiczne wystąpienie Czesława Mi­
łosza, który potraktował je jako „na­
paść na dzieje całej Słowiańszczyzny
i dzieje Polski, i to od strony języka”,
choć równocześnie doceniał inspiru­
jącą siłę przemyśleń Darowskiego. Nie­
stety, paryska „Kultura” odmówiła pu­
blikacji repliki londyńskiego pisarza,
którą poznajemy dopiero w tym tomie
esejów z­ebranych. Odwaga stawianych
tez, mimo iż z niektórymi trudno się
zgodzić, wyróżnia zaangażowany styl
myślenia autora Esejów, jego bezkom­
promisowość i nieczęsty na emigracji
krytycyzm wobec narodowych tema­
tów.
Równie przenikliwie wypowiadał się
Jan Darowski na temat oczekiwań śro­
dowisk emigracyjnych na stworzenie
wielkiej powieści, która byłaby epickim
obrazem skomplikowanej współcze­
sności. Jego zdaniem są to pragnienia
złudne i nierealne, bo sytuacja pisarza
zamkniętego w diasporze oznacza po­
dwójne wykluczenie – zarówno z kraju,
z którym łączy go tylko język i histo­
ria, jak i ze społeczeństwa brytyjskie­
go, w które nie zdążył/nie chciał wro­
snąć. I na nic dobra znajomość języka,
gdy istotą położenia jest wyobcowanie.
Pytał wprost: „W jakim to społeczeń­
stwie jesteśmy dostatecznie o­becni,
by móc być nie tyle już jego prawdomównymi, ile autentycznymi świad­
kami?”. I odpowiadał: „Bez wspólne­
go języka z Anglią i bez wspólnej treści
z Polską – żegnaj nasza powieści” (Nieobecność i kara). Nie pozostawał też
obojętny na literaturę angielską. Ce­nił
szczególnie prozę Josepha Conrada, Ja­
mesa Joy­ce`a i Dawida Herberta Law­
rence`a. Tego ostatniego nazwał „wul­
kanem północy”, który jednych pa­
rzy, a drugich użyźnia (Wulkan północy). Z kolei Tomasza Mertona uważał
za wielki autorytet moralny i okreś­lił
jako „odważ­nego pielgrzyma, który ce­
lowo unika łatwych dróg i bitych goś­
cińców, szukając własnej, indywidu­
alnej drogi i kierując się tylko kompa­
sem własnego, dobrze przebadanego
su­mienia” (Drogowskaz z nami idący).
Co ciekawe, Darowski w odróżnieniu
od wielu innych pisarzy nie potępiał
powszechnej potrzeby pisania i publiko­
wania. Grafomania była – w jego prze­
konaniu – niezbędnym p­odglebiem,
na którym rozwija się literatura piękna.
To powszechność pisania tworzy kli­
mat sprzyjający arcydziełom i rodzeniu
się prawdziwych pisarzy (O grafomanii
i literaturze).
Bardzo ciekawie i zaskakująco współ­
cześnie brzmią też uwagi Darowskiego
na temat duchowej kondycji człowieka
269
O książkach
KRYTYK PRZENIKLIWY
2014 tom V
270
Janusz PASTERSKI
współczesnego i sytuacji dwudziesto­
wiecznej kultury. Tę ostatnią w wiel­
kiej mierze określa proces dechrystia­
nizacji czy też – mówiąc językiem Elio­
ta – zanik wyobraźni religijnej. W ese­
ju Ku nowej syntezie z roku 1969 pisarz
dopominał się o nową formułę reli­
gijności, godzącej wiarę z wiedzą. Za­
uważał z przekonaniem: „Są oznaki, że
wchodzimy obecnie w nowy okres wia­
ry – okres oczyszczania się jej i uwal­
niania od starych, zwietrzałych emocji
i zużytych pojęć, które obecnie tylko
przeszkadzają w jej dalszym rozwoju”.
W dechrystianizacji nie widział czyn­
nika destrukcji, lecz sposób ocalenia
wiary w świecie współczesnym i przej­
ścia do „nowej, wyższej syntezy”. Starał
się patrzeć na sprawy wiary z perspek­
tywy historii i dziejów kultury, chociaż
mogło to budzić skojarzenia z niechę­
cią do katolicyzmu.
Eseistyka Jana Darowskiego ma ce­
chy dojrzałego i niepospolitego pisar­
stwa, prowokuje bowiem do myślenia,
stawiania pytań i szukania odpowie­
dzi. Jej autor podejmował tematy nie­
łatwe, często budzące kontrowersje. Ja­
ko przedstawiciel młodszego pokolenia
emigrantów występował przeciw posta­
wom zachowawczym i konserwatyw­
nym, domagał się prawa do własnego,
odrębnego głosu, bywał bezkompro­
misowy i prowokacyjny. Równocześnie
wyraźnie odsłaniał własne stanowisko
ideowe, pamiętając o jasności i precy­
zji dyskursu krytycznego, a także o je­
go społecznym znaczeniu. Jego rasowy
temperament p­olemiczny prowadził
go niekiedy w stronę tez trudnych do
obronienia (np. w s­prawie oceny poe­
zji Norwida) lub nadto powierzchow­
nych. Ale pamiętać też należy, że po­
za okresem przynależności do redakcji
czasopisma „K­ontynenty – Nowy Mer­
kuriusz” Jan Darowski funkcjonował
na marginesie normalnego życia lite­
rackiego i intelektualnego. W konsek­
wencji pozostawał autsajderem, pole­
gającym na własnej intuicji, lekturach
i przekonaniach. Jednak jakby wbrew
tym wszystkim okolicznościom w ese­
jach dostrzegamy twórcę o wysokiej
kulturze, śmiałej wyobraźni i błyskot­
liwej inteligencji, mocno zakorzenio­
nego w rzeczywistości. Jan Wolski traf­
nie nazwał go profesorem bez własnej
katedry, a więc osobą o wyrazistych
poglądach, lecz pozbawioną s­zerszego
grona słuchaczy i stałej możliwości wy­
powiedzi.
Jeśli za podstawowe wyznaczniki ese­
ju uznać przenikliwą indywidualność,
erudycyjność, otwartość, dialogowość
i niesystemowość, to próby Darowskie­
go w pełni wyczerpują jego modelowe
rysy. Autor Niespodziewanych żywotów
jest myślicielem niebanalnym, łączą­
cym subiektywizm refleksji z dążeniem
do uniwersalności i ponadczasowości.
Ma pełną świadomość tego, że sytua­
cja jednostki, wizja świata i człowieka
odzwierciedla rzeczywisty stan współ­
czesnej kultury. Dlatego próbuje raczej
„badać niż sądzić”, eksperymentować,
zapraszać do dialogu. A przed dzisiej­
szym czytelnikiem odsłania wyjątko­
wą złożoność sytuacji egzystencjalnej
i twórczej polskiego pisarza emigranta,
który z mozołem próbuje wykorzystać
swoje położenie do diagnozowania nie
tylko „blasków i cieni” doli wychodź­
cy, ale i wspólnej wszystkim teraźniej­
szości.
WIDZIANE Z DOŁU
271
Andrzej PALUCHOWSKI
WIDZIANE Z DOŁU
O pamiętniku Bronisława Goliszewskiego
1
„Historia jest wiedzą o ludziach; na­
leżałoby dodać: o ludziach w czasie”
– powiada Marc Bloch w sławnej swej
Pochwale historii. I cytuje ironiczne
zdanie Woltera na temat jego ojczystej
historiografii: „Wydaje się, że od 1400
lat byli w kraju Gallów sami królowie,
ministrowie i generałowie”.
Osobliwe koleje narodzin książek
spra­wiły oto, że w ostatnich latach,
w niewielkiej odległości czasowej, otrzy­
maliśmy: dzieło Zbigniewa S. Siemasz­
ki Generał Anders w latach 1892-1942
(2012) oraz Bronisława Goliszew­skiego,
żołnierza Andersa, Pamiętnik znaleziony na strychu (2014). W dwoistej per­
spektywie poznajemy jedno z najdo­
nioślejszych wydarzeń Drugiej Wojny:
epopeję formowania wojska polskie­
go w Związku Sowieckim i szlaku bo­
jowego Armii Andersa (we wspomnie­
niach Goliszewskiego aż po demobili­
zację Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej
Brytanii; w monografii o Generale – do
chwili wyjazdu Armii z Rosji). A za­
tem: w perspektywie wielkiej polityki,
perspektywie „generałów” oraz w opty­
ce szarego, „zwykłego” żołnierza. Ina­
czej mówiąc: w kategoriach tradycyjnie
pojętej historii politycznej, skupiającej
uwagę na ważnych postaciach i wyda­
rzeniach, zachodzących jak gdyby na
powierzchni życia społecznego – oraz
w perspektywie wiedzy o losach zwy­
kłych ludzi, o społeczeństwie ludzkim,
gdzie człowiek to nie tylko homo politicus czy homo oeconomicus, ale też homo religiosus, homo faber, homo ludens,
nawet homo nascitur poeta, wreszcie...
miles gloriosus. Nieprzepłacone przeży­
cie poznawcze czytelnika: koleje losu
polskiego w Sowietach tamtych lat –
widziane „z góry” i „z dołu”.
Wprawdzie Bronisław Goliszewski
nie jest zupełnie zwykłym człowie­
kiem, w latach 1935-1939 był bowiem
zastępcą dyrektora Urzędu Skarbowe­
go w Krzemieńcu, a być urzędnikiem
państwowym w Drugiej Rzeczypo­
spolitej to było coś! Niemniej jest Go­
liszewski maleńkim składnikiem ma­
chiny wojennej. W obszernym przecież
tekście pamiętnika tylko pięciokrotnie
wymienia nazwisko swego najwyższe­
go dowódcy, gen. Andersa. Są to do­
słownie wzmianki; trudno je nazwać
samodzielnymi opiniami o Generale.
Jaki dystans!
A przecież poznajemy wyrazistą oso­
bę, niezależnie myślącego prawego czło­
wieka, chciałoby się powiedzieć: czło­
wieka sumienia, wrażliwie reagującego
na otaczające go zjawiska, w szczegól­
ności żywo i odważnie zachowującego
się wobec krzywdy ludzkiej.
O książkach
Bronisława Goliszewskiego Pamiętnik znaleziony na strychu. Od Krzemieńca
przez Londyn do Sopotu 1939-1950-1978, redakcja i opracowanie Paula Jadwiga
Wojtacka, Londyn–Lublin: Wydawnictwo Werset, 2014.
272
Andrzej PALUCHOWSKI
Jego wzór osobowy to marszałek Jó­
zef Piłsudski, „Wielki Wódz” (s. 144).
J­ego antybohater to Stalin, „c­zerwony
kat z Kremla” (137), „marszałek pań­
stwa zbirów i legalnych bandytów”
(138), „naj­większy miłośnik dzieci
i młodzieży” (117). Kilkunastokrot­
nie pada to imię w zapiskach Goli­
szewskiego. Niemal zawsze w sąsiedz­
twie soczystych określeń i inwokacji; tu
ulega zawieszeniu chrześcijańska po­
stawa autora.
2014 tom V
O, podły czerwony terrorysto, chcesz wy-­­
niszczyć całą ludzkość, a przede wszyst­kim
Polaków, którzy zawsze byli solą w oku są­
siada ze Wschodu, reprezentowanego czy
to przez białego, czy czerwonego satrapę.
O, ohydny krwiożerco! Utoniesz we własnej
krwi. Za­płacisz stokrotnie za naszą krzywdę,
za utratę zdrowia, za rozbicie rodzin, za
śmierć ojców, matek, dzieci i naszych roda­
ków [133].
Goliszewski jest, przy całym swym
idealizmie i egzaltacji patriotycznej, bar­
dzo trzeźwym i krytycznym obserwato­
rem świata. C­harakteryzuje się zwłasz­
cza bystrym i niezależnym widzeniem
stosunków ludzkich w polskim śro­
dowisku wojskowym. Byłoby trudno
wskazać w innych relacjach wspomnie­
niowych o Armii Polskiej w ZSRS opi­
nie równie ostre i bezwzględne, jak te,
które znajdujemy w Pamiętniku znalezionym na strychu. Opinie te dotyczą
głównie kręgu oficerskiego. Arogan­
cja, bezczelne lekceważenie podwład­
nych, nadużywanie alkoholu, rozwią­
złość obyczajowa (autor jest szczegól­
nie wrażliwy na rozwydrzenie wobec
kobiet!) – te i inne przejawy aberracji
moralnej przeżywa Goliszewski bo­
leśnie i bardzo osobiście. Ów realizm
czyni z jego opowieści tym cenniejsze
źródło historyczne. Jest to z pewnością
jeden z rysów charakterystycznych wy­
różniających go wśród pamiętnikar­
skich ujęć tego „andersowskiego” epi­
zodu naszej historii.
Powtórzmy to, co wielokrotnie kon­
statowano w ostatnich latach w n­aszej
publicystyce: nadal obraz Drugiej Woj­
ny, traktowany od strony losów oso­
bistych i społecznych Polaków, jest –
w oczach ludzi wychowanych w Kraju
i mających w pamięci i doświadczeniu
przede wszystkim okupację niemiec­
ką – zdecydowanie jednostronny. De­
formacja ta jest w decydującej mierze
następstwem wieloletniej p­ropagan­dy
komunistycznej. To wciąż poważne
nie­dokształcenie krajowego społeczeń­
stwa! Czyn edytorski Pani Wojtac­kiej –
zwłaszcza dlatego, że urzeczywist­nio­
ny i rozpowszechniany w Polsce – jest
więc ważnym elementem walki o po­
ziom i właściwe proporcje wiedzy na­
szego społeczeństwa o losach n­arodu
w szczególnie ważnym okresie n­ajnow­
szych dziejów. Oczywiście mamy boga­
tą literaturę wspomnieniową o kolejach
życia polskiej ludności kresowej i jej
d­­oli w Sowietach. Ale – mimo coraz licz­
niejszych wznowień k­rajowych – jest
ona znacznie lepiej znana wśród emi­
grantów.
Książka Goliszewskiego włącza się
w tę wielką rodzinę tekstów i w ich są­
siedztwie winna być rozpatrywana.
Wy­mieńmy niektóre ważniejsze z nich:
Józefa Czapskiego Wspomnienia starobielskie (1944) i Na nieludzkiej ziemi (1949), Beaty Obertyńskiej (pseud.
Marta Rudzka) W domu niewoli (1946),
Herminii Naglerowej Ludzie sponiewierani (1945) i Kazachstańskie noce
(1958), Anatola Krakowieckiego Książka o Kołymie (1950), Gustawa Herlin­
ga-Grudzińskiego Inny świat (1953),
Wła­dysława Andersa Bez ostatniego
roz­działu (1959), Hanny Świderskiej
WIDZIANE Z DOŁU
ta [spotkana w Czelabińsku] z pooraną
zmarszczkami twarzą, ze zmartwień
i przeżyć, gdyż nie była zbyt stara” (91),
czy wreszcie „polski Żyd z Kołomyi na­
zwiskiem Geldharb, osiadły w Kairze
od trzydziestu pięciu lat” (165), bezin­
teresownie pomagający polskim żoł­
nierzom w podróży do Luksoru.
To, co powiedzieli o komunizmie
i mechanizmach jego terroru np. Her­
ling-Grudziński czy Józef Mackiewicz,
jest z całą pewnością poza zasięgiem
intelektualnych możliwości Goliszew­
skiego. Tym mocniej podziwiać win­
niśmy siłę jego żywiołowego sprzeciwu
moralnego i całkowitą odporność na
jakiekolwiek miraże „świetlanej przy­
szłości” najlepszego z ustrojów. Impo­
nuje jego nieugiętość charakteru. Mó­
wiąc po prostu: zachował, w piekiel­
nym otoczeniu, elementarną zdolność
rozróżniania dobra i zła. Temu impe­
ratywowi jest bezwzględnie wierny.
I w tej właśnie postawie objawia się je­
go wspólnota z takimi głośnymi świad­
kami sowieckiego doświadczenia, jak
Czapski, Herling czy Wiktoria Kraś­
niewska (pseudonim Barbary Skargi).
Oto pośmiertny tryumf Drugiej Rze­
czypospolitej i jej wielkiej siły eduka­
cyjnej. To byli ludzie decydująco ufor­
mowani w tamtym okresie.
2
Zasługę edytorską i komentatorską
Pauli Jadwigi Wojtackiej trzeba obda­
rzyć uwagą nie mniejszą niż sam tekst
pamiętnika. To nieczęsty dziś przypa­
dek pasji, dociekliwości i sumienności
w opracowaniu dokumentu historycz­
nego. Polacy mieszkający w Londynie
być może pamiętają, że przed laty tekst
Goliszewskiego publikowała W­ojtacka
w odcinkach w periodyku „M­leczko.
Tygodnik Polski”. (Ona sama pisze
O książkach
(pseud. Janina Kowalska) Moje uniwersytety (1971), Stanisława S­wianiewicza
W cieniu Katynia (1976). Pamiętajmy
też o dwóch bezcennych antologiach:
P­olacy w ZSRS (1939-1942), opracowa­
nej przez Marię Czapską (1963), oraz
W czterdziestym nas matko na Sybir
zesłali, opracowanej przez Grossów
(1983).
Piękny to rozdział w piśmiennictwie
polskim XX wieku. Powiedzmy otwar­
cie: w jego kontekście trudno przyznać
książce Goliszewskiego miano ściśle pi­
sarskiej wybitności. Reakcje autora by­
wają (nieświadome) konwencjonalne;
obserwacje – niekiedy bardzo banalne;
nużąca jest notoryczna powtarzalność
opinii politycznych; narracja bywa roz­
wlekła, a jej wątki także powtarzalne.
Ale – obok tego – wiele jest reakcji
właśnie niekonwencjonalnych, kryty­
cz­na niepoprawność polityczna, empi­
ryczne widzenie rzeczywistości, bez na­rzu­cania jej jakichkolwiek sztanc ide­o­
logicznych, patrzenie na świat bez ró­
żowych okularów o­bowiązującego o­p­
tymizmu. Przy tym niejeden tęgi pisarz
mógłby pozazdrościć Goliszew­skiemu
umiejętności zobaczenia i za­pisania
szczegółu, który u­trwala się w czytelni­
ku i porusza jego wyobraź­nię. Najczę­
ściej są to upamiętnienia spotkanych
epizodycznie ludzi, narysowanych kil­
koma kreskami, jak ów „młody chło­
paczek, może 15- lub 16‑let­ni, bardzo
miły, z dużą fantazją, skazany za to, że
wraz z kilkoma kolegami wydłu­bali
Stalinowi na portrecie oczy” (67), jak
„znany bandyta i dywersant Szpara­
ga, [...] najlepszy współlokator celi wię­
ziennej, który nie pozwolił nikomu zro­
bić krzywdy” (68), jak „lejtnant Czer­
wonej Armii, którego skazali na osiem
lat za to, że na froncie fińskim trafił do
niewoli” (76), jak anonimowa „kobie­
273
2014 tom V
274
Andrzej PALUCHOWSKI
o tym zresztą we Wprowadzeniu od wydawcy). Wówczas odkrywczyni d­zieła
niemal nic nie wiedziała o autorze.
W następnych latach zgromadziła im­
ponujący materiał, który pozwolił jej
zbudować duży i frapujący kontekst hi­
storyczny dla Pamiętnika.
Najpierw więc – we wspomnianym
Wprowadzeniu (9-21) – za­ciekawiająco
opowiedziała o odkryciu rękopisu Go­
li­szewskiego na strychu „podczas po­
rząd­kowania domu przeznaczonego na
sprze­daż” oraz o kolejnych etapach bliż­
szego rozpoznawania tego z­jawiska,
potem o kłopotach redakcyjnych i edy­
torskich związanych z publikacją.
Następnie, jako przemyślany wstęp
do opowieści Goliszewskiego (wszak
Krzemieńczanina), zamieściła ś­wietny
dokument Antoniego Jagodzińskiego
Początki okupacji sowieckiej w Krzemieńcu (23-39), wydobyty z Archi­wum
Krzemienieckiego,
zdeponowanego
w Bi­bliotece Polskiej w Londynie. (Au­
tor to ojciec Zdzisława J­agodzińskiego
[1927-2001], znakomitego dyrektora Bi-­
blioteki, dobrze znanego w polskim śro­
dowisku emigracyjnym w Londynie!).
W bogatych, umieszczonych na koń­cu, aneksach znalazły się: B­iografia starszego wachmistrza Bronisława Go­ła-­
szewskiego odtworzona na p­odstawie
d­okumentacji wojskowego a­rchiwum
brytyjskiego (Aneks 1); Listy B­ronisława
Goliszewskiego z Sopotu do Jagodziń-­
skich (Aneks 2); Sylwetki mieszkańców
posesji 2A Shirley Road w Londynie,
gdzie zachował się pamiętnik B.G., tj.
Wiktorii Puszczańskiej oraz jej dwóch
mężów: majora pilota Bolesława J­ana
Kaczmarka, zm. 1951, i M­ieczysława
Mielniczuka-Puszczańskiego, zm. 1990
(Aneks 3); Opowiadania wojenne Mieczysława Puszczańskiego (Aneks 3A);
słowniczek Krzemieńczanie. Biogramy
niektórych uczestników opisywanych wy-­
darzeń, zawierający życiorysy jedenas­
tu postaci, m.in. Stefana i Haliny Czar­
nockich oraz obydwu Jagodzińskich
(Aneks 4).
Dodajmy bardzo interesujący mate­
riał fotograficzny (obejmujący także ry­
sunki Goliszewskiego).
Wreszcie komentarze do tekstu głów­
nego! Nie są to zdawkowe p­rzypisy. Ta
robota jest miarą dociekliwej skrupu­
latności edytorki i jej dbałości o czy­
tel­nika książki. Niekiedy ta komenta­
torska staranność może się wydać zbyt
daleko idącą pedanterią. Na przykład
wówczas, gdy – przy okazji wzmianki
Goliszewskiego o „wyrzuceniu” z Pol­
skiej Akademii Literatury n­otorycznego
plagiatora Wincentego R­zymowskiego
– umieszcza w przypisach nie tylko
zwięzły biogram tego pseudopisarza
i in­formację o PAL, ale także pełną lis­­
tę członków Akademii (177)! Trudno
j­ednak zaprzeczyć, że i w tym jest prze­
cież pożytek dla czytelnika.
W innych przypisach – ileż intere-­
sujących i ważnych informacji, np.
o Związku Rezerwistów w II Rzeczy­
pospolitej (66), o „Kongresie Intelektua­
listów w Obronie Pokoju” we Wroc­ła­
wiu w 1948 roku (233-234). Cenne są
li­czne wiadomości biograficzne, np.
o ks. Janie Kapuście (125), Stefanie
Sta­rzyńskim (47-48), Janie Masaryku
(226-227), Folke Bernadotte (228)...
Na szczególną uwagę zasługuje swo­
ista konkordancja stosowana przez
edytorkę: liczne fakty i sytuacje opi­
sywane bądź tylko rejestrowane przez
Goliszewskiego konfrontuje raz co raz
w przypisach z relacjami, znanymi nam
z innych źródeł. W tym charakterze
przywoływana jest często książka An­
dersa Bez ostatniego r­ozdziału, a także
np. Haliny Czarnockiej Od Warsza-
O POTRZEBIE ISTOTNEGO KONTAKTU
wy przez Krzemieniec do Londy­nu czy
o. Adama Franciszka S­tudzińskiego OP
Wspomnienia kapelana Pułku 4 Pancernego „Skorpion” spod Monte C­assino.
„Naocznych świadków” tych w­ydarzeń
wyszukuje Wojtacka nie tylko w doskonale znanej sobie l­iteratu­rze przed­
miotu. Zbiera t­akże relacje żyjących
dziś osób s­tarszego po­kolenia, k­tóre do­
świadczyły doli i przeżyć analogicz­nych
do losów Goliszewskiego (np. Hanna
Zbirohowska-Kościa, z domu Czarnocka; „Wielokrotnie korzystaliśmy z jej
bezcennych wskazówek i informacji do­
tyczących krzemieńczan”; 267). W ten
275
sposób rzecz Goliszewskiego stała się
pokaźnym kompendium wiedzy o Po­
lakach w opresji sowieckiej.
Jakże często autorzy nieporównanie
wybitniejsi nie znajdywali tak staran­
nego opiekuna edytorskiego. Zadanie
swoje wykonała Pani Wojtacka z wy­
raźnie detektywistyczną „żyłką” doku­
mentacyjną i – po prostu – z wielką mi­
łością do przedmiotu pracy, czego do­
wodzi popisowe Zamknięcie od wydawcy (265-271). Współczesność nieczęsto
daje nam podstawę do stwierdzenia:
natus est nobis editor verus.
Ewa BUGAJ
O POTRZEBIE ISTOTNEGO KONTAKTU
Józef Baran, Sławomir Mrożek, Scenopis od wieczności (listy), posłowie Wojciech
Ligęza, Poznań: Zysk i S-ka Wydawnictwo, 2014
Nie sądzę jednak, żeby – w naszym przypadku – należało stracić
kontakt. W twoich listach zawsze jest coś, co mnie interesuje, a co
pozwala mi napisać list nie tylko towarzyski, ale taki, nad którym
muszę pomyśleć.
Mam nadzieję, że jest tak samo w drugą stronę. Mam nadzieję,
że tak będzie, choć dobrze wiem, że być nie musi. Naprawdę nie
wiadomo, co się stanie, jacy będziemy. Jeżeli wtedy kontakt mię­
dzy nami zaniknie, będzie to jeszcze jeden naturalny koniec.
Oddana do rąk czytelników k­siążka
Scenopis od wieczności, zawierająca
ko­respondencję między Sławomirem
Mrożkiem i Józefem Baranem, to fascy­
nująca lektura zarówno dla wielbicieli
twórczości obu pisarzy, jak i dla tych,
którzy z tymi autorami stykają się po
raz pierwszy. O ile w dorobku literac­
kim Józefa Barana nie spotkaliśmy się
do tej pory z taką formą wypowiedzi,
O książkach
(Sławomir Mrożek do Józefa Barana – 22.01.1976)
2014 tom V
276
Ewa BUGAJ
o tyle w przypadku Mrożka jest to ko­
lejny tom epistolograficzny autora Tanga. Scenopis od wieczności rości sobie
jednak prawa do pewnej oryginalności.
Korespondencja z Janem Błońskim,
Wojciechem Skalmowskim, Stanisła­
wem Lemem, Adamem Tarnem, Erwi­
nem Axerem i Gunnarem Brandellem
skupia się głównie na zagadnieniach
związanych z literaturą i procesem
twórczym. Wątki osobiste tej korespon­
dencji, nawet jeśli się pojawią, nie sta­
nowią głównego tematu. Koresponden­
cja z Błońskim, Skalmowskim i Lemem
to wymiana myśli autorów tego same­
go pokolenia. Urodzeni w latach trzy­
dziestych, zaprzyjaźnieni ze sobą kore­
spondenci dzielą te same doświadcze­
nia i znajdują się na podobnym etapie
drogi twórczej. W przypadku listów
z Brandellem krytyk staje się dla Mroż­
ka swego rodzaju „mistrzem”.
W relacji Mrożek–Baran, to właśnie
autor Tanga wchodzi w rolę Mistrza,
po raz pierwszy wymieniając poglą­
dy z młodszym od siebie o 17 lat in­
terlokutorem. Urodzonego w 1930 ro­
ku Mrożka dzieli od Barana nie tylko
różnica pokoleń, ale i ogromna różni­
ca doświadczeń. W chwili rozpoczę­
cia korespondencji, co ważne – zainicjo­
wanej przez Mrożka, Baran ma 27 lat
i wtedy od­notowuje pierwsze sukcesy
literackie. Poeta osadzony jest li t­ylko
w rzeczywistości PRL-u. Mrożek na­
tomiast to już 44-letni doświadczo­
ny dramatopisarz, twórca opowiadań
i innych krótkich form prozatorskich.
Choć fizycznie nieobecny w Polsce,
wzbudza w kraju szereg kontrowersji
i uważany jest za jednego z najlepszych
pisarzy swego – a czas pokazuje, że nie
tylko swego – pokolenia. Mrożek do­
świadczył tragizmu wojny, „zahaczył”
o socrealizm, by następnie odciąć się
od panującego w kraju ustroju i wyje­
chać na Zachód.
Ty i ja żyjemy w dwu różnych światach,
które dopiero razem złożone do kupy mogą
dać jakie takie pojęcie o całym świecie. Ja
zapomniałem o tamtym. Ty jeszcze nie po­
znałeś tutejszego. (S. Mrożek)
List od Sławomira Mrożka z 1974 ro­
ku jest dla Józefa Barana „listem z nie­
ba” (o czym czytamy we wstępie książ­
ki). Czy któryś z interlokutorów przy­
puszczał, że korespondencja między
nimi nabierze aż takiego rozmachu
i otrze się o tyle istotnych kwestii, trud­
no orzec. Czytając listy, nietrudno za­
uważyć, że pisarzy, oprócz wspomnia­
nych różnic łączy pasja zrozumienia
roli artysty w świecie i właśnie to ze­
tknięcie tak odmiennych, a zarazem
w pewnych wymiarach d­oświadczenia
podobnych osobowości pozwoliło twór­
com otworzyć się na siebie. Dodatko­
wym punktem wspólnym jest Borzę­
cin, z którego pochodzą autorzy i który
od czasu do czasu pojawia się w listach
w formie rozważań poświęconych ży­
ciu na prowincji.
Odwiedzając Borzęcin, Józef Baran
poszukuje śladów Mrożka, rozmawia
z osobami, które go pamiętają i stają
się dla poety źródłem wiedzy o latach
młodości dramatopisarza. Ze wszyst­
kich tych spotkań poeta zdaje Mroż­
kowi relację w listach. Zarówno Baran,
jak i Mrożek z pewnym odcieniem no­
s­talgii, ale i nastawieniem krytycznym
wracają do miejsca urodzenia:
Ja, który kocham jakoś tam po swojemu
Borzęcin – po przyjeździe na miejsce za­
czynam nim pogardzać. Szczególnie te nie­
piękne uczucia dochodzą do głosu, gdy idę
na sumę niedzielną i widzę tych samych lu­
dzi w tych samych ponumerowanych ław­
kach, jak się modlą czy udają, że się modlą,
a potem wychodzą z sumy podobni do
O POTRZEBIE ISTOTNEGO KONTAKTU
To, co piszesz o Borzęcinie, doskonale
rozumiem, ale nie tylko umysłowo, dosko­
nale rozumiem to emocjonalnie. Pamię­
tam mój żal, nie wiadomo do kogo i c­zego,
że moi najbliżsi, moja rodzina, są tacy,
jacy są, że żyją, jak żyją, a jakimi żeby byli
i żeby tak żyli, tak bardzo nie chciałem.
Moje z tego upokorzenie i moja młodzień­
cza wściekłość, która nieraz obracała się
w głupie strony, ale nigdy przeciwko tym
ludziom.
(S. Mrożek)
Korespondencja między a­utorami
obej­muje lata 1974-2002. Znaczący dla
niej jest rok 1978, kiedy to kontakt li­
stowny, na skutek spotkania pisarzy
w Paryżu, traci swój rozmach. W nie­
wysłanym do Mrożka liście Baran przy­
znaje, że rozczarowały go spot­kania
z Mistrzem:
[...] wyglądały inaczej, niż wyobrażałem
sobie to wcześniej. Otóż działałeś na mnie
krępu­jąco, pewnie pokazałem Ci się od na­
iwnej strony. Zdaje się, że i Ty rozmawiałeś
ze mną nie tak, jak byś sobie tego życzył,
albo jak by sobie życzyły tego listy, które
wymienialiśmy.
Bezpośrednie zetknięcie się ze skom­
plikowaną osobowością autora Tanga
powoduje, że wymiana myśli powoli
zanika. Od tego momentu pisarze ko­
respondują ze sobą coraz rzadziej, szu­
kając nowej formy wzajemnego kontak­
tu, a gdy takowej nie odnajdują „rozsta­
ją się”, by po latach spotkać się już jako
równoprawni partnerzy.
To wszystko nie znaczy, że listów już
nie pisuję i pisywał w ogólne nie będę. Jak
widzisz (czytasz), właśnie piszę, i to dosyć
spory. Jest to jednak list szczególny, bo ani
nie taki jak kiedyś, ani też konwencjonal­
ny. Zresztą listów konwencjonalnych na
pewno do Ciebie pisywał nie będę, ale też
i takich jak kiedyś już nie mogę
(S. Mrożek, list z 12.03.1980).
Pisarze bardzo szybko odchodzą od
formalnego zwracania się do siebie
(„Sza­nowny Panie”, „Drogi Panie Józe­
fie”, „Drogi Ziomku”, „Drogi Mistrzu
Sławomirze”), przechodząc na „Ty”.
Są szczerzy wobec siebie, nie próbują
przybierać żadnych masek, udawać czy
też grać kogoś, kim nie są. Baran pisze
o rozterkach młodego poety i mężczy­
zny, Mrożek – o dylematach dojrzałe­
go już pisarza. Na podobną szczerość
względem własnej osoby Mrożek zdo­
bywa się chyba tylko w Dziennikach,
choć niekiedy odnosimy wrażenie, że
mimo deklaracji (diariusz to dokument
prywatny) autor Tanga nie ustrzegł się
autokreacyjnych pokus. Listy do Józe­
fa Barana pozbawione są tego aspektu.
Jednocześnie Mrożek skupia się w nich
na opisywaniu jedynie własnych myśli
i uczuć, ograniczając rzeczywiste zda­
rzenia ze swego życia do konieczne­
go minimum. Jak twierdzi: „Potrze­
ba dyktuje mi listy, a jest to potrzeba
wniosków, nie potrzeba opisywania
materiałów do tych wniosków.” Znacz­
nie więcej faktów autobiograficznych
odnajdujemy w listach Barana, m.in.
takich, jak: pobyt w szpitalu, stan zdro­
wia, zmiany miejsca zamieszkania, wy­
jazdy, spotkania z ludźmi. Nic i nikt nie
wymusza na pisarzach podtrzymywa­
nia kontaktu. Piszą do siebie, gdy na­
chodzi ich na to ochota i gdy faktycz­
nie mają sobie coś istotnego do powie­
dzenia.
Napiszę do Ciebie, kiedy będę miał coś
ciekawego do powiedzenia. Wcale N­asze
Listy nie muszą się przeplatać. Myślę, że
powinno być w naszej korespondencji dużo
wolności.
(J. Baran do S. Mrożka, 11.12.1974)
Pisarze podobnie postrzegają r­olę
twór­czości w życiu człowieka oraz jej
wartość. Zarówno dla Mrożka, jak i dla
O książkach
owieczek gnanych na pastwisko, a potem
na rzeź. (J. Baran)
277
278
Ewa BUGAJ
2014 tom V
Barana prawdziwe pisarstwo w­yrasta
z doświadczeń podmiotowych – by móc
tworzyć, trzeba wpierw coś przeżyć.
Tylko taka literatura ma szansę prze­
trać próbę czasu. Pojęcie „wielkości”
według korespondentów jest względne,
natomiast liczy się najbardziej jednost­
kowy kontakt czytelnika z twórczością
konkretnego pisarza.
Sławomir Mrożek bardzo oszczędnie
wypowiada się na temat wierszy Józe­
fa Barana. Ceni je za brak rozdźwięku
pomiędzy Baranem-człowiekiem a Ba­
ranem-poetą. W ujęciu pisarza jest to
poezja, której nie trzeba odnosić do
jakichkolwiek prądów poetyckich czy
szkół, by dostrzec jej autonomiczną
wartość. Mrożek postrzegał Barana ja­
ko wybitnego poetę, o czym świadczy
choćby fakt, że jego tomiki należały
do nielicznych, jakie autor Tanga po­
siadał i czytał. Oto wypisy ukazujące
niektóre kryteria wyboru lektury przez
Mrożka:
Kiedy jestem sam na sam z książką,
waż­ne i właściwe jest tylko to, co się dzieje
między mną a tą książką.
Mnie nie interesuje, pod czyim „wpły­
wem” jesteś i na kogo wpływasz (nazwiska
poetów, „okresy”, szkoły) – w tym sensie,
w jakim to interesuje zawodowych kryty­
ków. Ani jakiego rodzaju jest Twoja meta­
fora. Jak zawsze – nie tylko w wierszach –
interesuje mnie, jak bliźni daje sobie radę
z życiem, tym samym, które i mnie przy­
padło.
[...] dostałem Twoją książkę (W bł­ysku
zapałki). Odnajduję w niej Ciebie tak samo,
jak w Twoich listach. To ważne, że jest jed­
ność osoby w pisaniu publicznym i prywat­
nym, to świadczy, że pisanie takiej osoby
ma sens.
Pisarze okazują się również wnikli­
wymi obserwatorami i badaczami kon­
dycji człowieka. To zaskakujące, z ja­
ką trafnością niektóre ze spostrzeżeń
uczynionych w latach 70. m­inionego
wieku odnoszą się do zjawisk nam
współczesnych.
Mnie raczej przeraża dowolność oraz
ludzka pycha i beztroska, która w naszym
stuleciu uwielbiła dowolność, pomyliła
wolność z dowolnością (skutki tego są co­
raz wyraźniej przerażające). (S. Mrożek)
To jest pewnie problem dzisiejszej cy­
wilizacji, że chce się łatwo, przyjemnie
i szybko być kimś, nie przyjmując na barki
konsekwencji, jakże ciężkich i złożonych,
zwykle dramatycznych. (J. Baran)
Dyskutując o literaturze i jej wiel­
kich twórcach (m.in. o Gombrowiczu,
Tomaszu Mannie, Cannetim, Mickie­
wiczu, Norwidzie), interlokutorzy nie
obawiają się formułowania odważnych
sądów:
Przeczytałem trzy tomy listów Mickie­
wicza, gdzie były i jego relacje z emigracji
w Paryżu. Pomyślałem o Tobie. W sumie
przygnębiająca lektura. Mickiewicz w III
tomie prawie ni razu nie wspomina o lite­
raturze, wyrósł z niej jak z krótkich spode­
nek, ale to, co robił, nie było wcale mądrzej­
sze – Towiański i jego kółko różańcowe
(Mickiewicz zupełnie dewocieje), potem
zakładanie legionów, też z rezultatem
miernym. (J. Baran)
Wśród tematów poruszanych w tej
korespondencji warto zwrócić uwagę
na kwestię relacji międzyludzkich (mi­
łość, przyjaźń), temat śmierci i przemi­
jania, filozofii życia wyznawanej przez
autorów, wątku podróżowania – zarów­
no jako fizycznego przemieszczania się,
jak i wypraw w głąb siebie.
Mrożek i Baran nie tylko wymienia­
ją się myślami. Dla przebywającego po­
za granicami kraju Mrożka Baran sta­
je się źródłem informacji dotyczących
„życia” jego tekstów w kraju oraz kry­
tyki twórczości. Warto podkreślić, że
młody poeta nie stroni od wyrażania
KSIĄŻKA Z TYGLA RODEM
własnych opinii na temat ukazujących
się sztuk Mrożka czy też publikowa­
nych w „Dialogu” Małych listów. Mając
świadomość wielkości mistrza, potrafi
spojrzeć na jego twórczość krytycznym
okiem. Wyspa róż nazywana jest przez
Barana poematem, urwanym, niedo­
kończonym, wywołującym niedosyt.
Jeden z Małych Listów poeta określa ja­
ko przegadany, w Dziennikach Mrożek
„biadoli”, a Baran zastanawia się, gdzie
zniknęła typowa dla wypowiedzi lite­
rackich pisarza powściągliwość słowa.
Odnajduje również niekiedy punkty
wspólne własnej poezji i prozatorskiej
twórczości Mrożka (na co wskazuje
np. tomik Na tyłach świata jako kore­
spondujący z opublikowanym w „Dia­
logu” f­elietonem Prowincja).
Baran-edytor umieszczając w przy­
pisach dokładne notki b­ibliograficzne,
umożliwia nam odszukanie wspomnia­
nych w listach tekstów Mrożka. Poeta
umieszcza w przypisach również ko­
mentarze do własnych wniosków i spo­
strzeżeń, odnosząc się do nich niekie­
dy z przymrużeniem oka („Boże, ależ
279
ja plotę, ale wikłam!”). Są one również
cennym źródłem wiedzy na temat pol­
skiej rzeczywistości lat 70. oraz kolei
życia Józefa Barana.
Scenopis od wieczności zamykają tek­
sty prozatorskie Józefa Barana poświę­
cone lekturze Dzienników Mrożka,
spotkaniu na Wawelu – w marcu 2012
roku, z okazji otrzymania przez Mroż­
ka orderu Ecce Homo, oraz pogrzebo­wi
pisarza. Jednoznacznie wynika z nich,
że mimo przerwania korespondencji
Sławomir Mrożek niezmiennie towa­
rzyszył poecie na jego drodze twór­
czej. Mądrzejszy o lata doświadczeń,
spełniony jako poeta i twórca tekstów
prozatorskich Józef Baran pozostaje
„uczniem” i jednocześnie partnerem
Mistrza Mrożka.
Omawiana książka to prawdziwa
perełka wśród świecidełek współczes­
nej sztucznej biżuterii literackiej, któ­
ra zbyt często karmi dzisiaj tematycz­
ną miałkością i prócz wypełniania cza­
su chwilową rozrywką nie stawia przed
czytelnikiem poważnych pytań – nie
zmusza do wartościowej refleksji.
Mateusz ANTONIUK
KSIĄŻKA Z TYGLA RODEM
1
Wojciech Ligęza – znakomity histo­
ryk literatury, autor ważnych prac nau­
kowych poświęconych polskiej poezji
emigracyjnej, monografista twórczości
Wisławy Szymborskiej, profesor Uni­
wersytetu Jagiellońskiego – przez w­iele
lat współpracował z łódzkim pismem
O książkach
Wojciech Ligęza, Pod kreską, Kraków: Krakowska Biblioteka Stowarzyszenia
P­isarzy Polskich, 2013
280
Mateusz ANTONIUK
„Tygiel Kultury”. A dokładniej: gospo­
darował tam na własnej felietonowej
rubryce, publikując pomiędzy rokiem
1996 a 2012 kilkadziesiąt tekstów. Pis­
mo (niestety, oby nie definitywnie!)
zawiesiło działalność (czy raczej: b­yło
zmuszone ją zawiesić z powodów finan­
sowych). Rubryka tymczasem doczeka­
ła się zasłużonej kanonizacji – a­rtykuły
w niej ogłaszane zostały scalone i zapre­
zentowane w książkowej postaci.
Pod kreską – taki tytuł nosi najnow­
sza książka profesora Ligęzy, będąca
autorskim wyborem „Tyglowych” fe­
lietonów, uzupełnionym o teksty pu­
blikowane na innych łamach („Dekada
Literacka”, „Kraków”, „Rzeczpospoli­
ta”, „Topos”). Całość poprzedzona zo­
stała godną uwagi rekomendacją w po­
staci przedmowy świetnego poety Ja­
nusza Szubera. Łącznie „pod kreską”
znalazło się niemal pięćdziesiąt „mi­
niatur” czy, jak powiada autor, „hy­
bryd” i „chimer” tekstowych, oscylu­
jących między poetykami i gatunkami
eseju, felietonu, recenzji, opowiadania,
autobiografii czy dziennika.
W przedmowie do książki autor tak
opisuje swe przedsięwzięcie:
2014 tom V
By nie tłumaczyć się zbyt długo, powiem
od razu, iż czym innym jest pojedynczy
tekst w miesięczniku, a czym innym zbiór,
który musi zostać skomponowany. Ergo
z tekstów pisanych od okazji do okazji sta­
ram się ułożyć w miarę spójną całość.
Co do mnie, sądzę, iż w efekcie iście
tyglowego za- i wymieszania powstała
książka spójna, to znaczy, owszem, nie­
jednorodna, rozmaita i w­ielobarwna,
ale też zachowująca tematyczno-stylis­
tyczną, formalno-gatunkową integral­
ność. Jednakże owa spójność nie jest
tu sprawą najistotniejszą. Wypada bo­
wiem powiedzieć najpierw i przede
wszystkim to, iż z „Tygla” i z tygla (to
znaczy z „Tygla” – czasopis­ma i z tyg­
la felietonowo-eseistycznego pisarstwa
Woj­ciecha Ligęzy) wyłania się książ­
ka piękna i mądra, książka ofiarowu­
jąca dar prawdziwie cenny: niebanalną
przyjemność czytania. W gruncie rze­
czy wszystko, co chcę w moim szkicu
dopowiedzieć, jest tylko u­zasadnieniem
tej pierwszej, najogólniejszej opinii.
2
Zatem: na czym polega (dla mnie,
w moim przypadku) przyjemność czy­
tania książki zatytułowanej Pod kres­
ką? Odpowiedź, jaką mogę zapropo­no­
wać, brzmi: jest to przyjemność wydep­
tywania własnych lekturowych ścieżek
wiodących „wszerz i wzdłuż” k­siążki,
przyjemność odnajdywania rozma­i­
tych porządków scalających poszcze­
gólne felietony w linie wątków, w kon­
stelacje tematów. Poprzestanę na wska­
zaniu dwu przykładów.
Zawodowo i osobiście i­nteresują
mnie archiwalne prehistorie dzieł li­
terackich – bruliony, autografy czy
m­aszynopisy, dokumentujące proces
twórczy, będą­ce swoistym śladem krea­
cyjnego działania, wysiłku. Z zacieka­
wieniem i prawdziwą satysfakcją od­
najduję zatem wśród zgromadzonych
w Pod kreską esejów i felietonów mini­
cykl szkiców poświęconych t­ematyce
archiwalnej. Felieton Rękopis i ręka
jest o­pisem nowojorskiej wystawy The
Hand of the Poet, eksponującej manu­
skrypty najsłynniejszych dwudziesto­
wiecznych poe­tów amerykańskich. Ale
jest też czymś więcej: subtelną reflek­
sją nad doświadczeniem obcowania
z autografem zamienionym w ekspo­
nat muzealny.
Rękopisy płyną w górę rzeki czasu. [...]
Bytują w krainie pomyłek oraz artystycz­
nych przeczuć. Słowa skreślone i wersje po­
niechane opowiadają o niepewności i błę­
dach, a więc o najbardziej ludzkiej stronie
wszelkiego pisania. [...] Naocznie można
się więc przekonać, jakie piekło rozciąga
się między umysłem a ostrzem stalówki.
Po przeczytaniu tak brawurowego pas­­
susu wypada przytaknąć stwier­dz­eniu,
iż sztuka felietonu jest sztuką „pat­rze­
nia się inaczej”, a felietonista umie zo­
baczyć to, na co patrzą wszys­cy, w spo­
sób sobie tylko właściwy, niepowta­
rzalny.
Od eseju Rękopis i ręka linia czyta­
nia wiedzie do dwu dalszych szkiców,
w których przedmiotem uwagi staje się
już nie autograf, lecz maszynopis, za­
tem nie ręka prowadząca stalówkę po
kartce papieru, ale ręka wystukująca na
klawiaturze „co pomyśli głowa”. W fe­
lietonach Maszyna do pisania oraz Mała portable Wojciech Ligęza występu­
je jako wytrawny historyk literatury,
snujący opowieść o motywie maszyny
do pisania w polskiej poezji (w­ywołane
zostają wiersze Stefana Napierskiego,
Konstantego Ildefonsa G­ałczyńskiego,
Jacka Łukasiewicza, Zdzisława Jasku­
ły czy Juliana Kornhausera). Zarazem
otrzymujemy opowieść drugą, równo­
ległą, przedstawiającą (pasjonujące nie­
raz) biografie maszyn „rzeczywistych”,
używanych przez Melchiora Wańko­
wicza, Beatę Obertyńską, Zbigniewa
Herberta. Słowem, maszyny, o których
i na których pisano literaturę stają się
przedmiotem erudycyjnej, chwilami
żartobliwej i anegdotycznej, chwilami
zaś melancholijnej narracji. Nie zabra­
kło w niej – a jakże! – momentu auto­
biograficznego. Historyk literatury sta­
je się bowiem przez moment dziejo­
pisem opowiadającym biografię dwu
własnych maszyn do pisania. (A do­
dam jeszcze dla rozbudzenia ciekawo­
ści: nietuzinkowe to biografie!)
Tak oto spomiędzy tekstów umiesz­
czonych w Pod kreską wyodrębnić moż­
na trzy szkice układające się w swois-­
ty „tryptyk skryptualny”, w niewielką
(o­b­jętościowo) a zarazem przeboga­
tą (w od­niesienia, szczegóły, dygresje)
przypowieść o pisaniu literatury – i to
pisaniu pojętym najściślej dosłownie,
materialnie, fizycznie.
Pora wskazać drugi pomysł na czy­
tanie książki Wojciecha Ligęzy, drugą,
tym razem dłuższą ścieżkę lekturową.
Najogólniej mówiąc, koncept ów po­
lega na czytaniu Pod kreską jako – tak
bym to najchętniej określił – amator­
skiej eseistyki antropologiczno-kultu­
rowej. Określenie to wymaga rzecz ja­
sna uzasadnienia.
Nazwałem książkę Wojciecha Ligęzy
eseistyką o zakroju antropologicznym
i kulturowym, mimo że słowa te – na­
der dziś lubiane przez akademicki dys­
kurs humanistyczny – nie pojawiają się
Pod kreską bodaj ni razu. Rzecz jed­
nak nie w terminologicznej etykietce,
lecz w temperamencie intelektualnym,
w stylu myślenia. Można mianowicie
wskazać cały szereg tekstów, w k­tórych
właściwym obiektem uwagi staje się
człowiek kulturowo zdeterminowany,
to znaczy zawieszony w sieci (mniej lub
bardziej uświadamianych, często bez­
wiednie przyjmowanych) rytuałów, mi-­
tów, archetypicznych wzorców zacho­
wań i symboli. Z taką refleksją spot­ka­
my się w szkicu Fajerwerki, gdzie autor
zapytuje o sens wystrzeliwania sylwe­
strowych rac; tak dzieje się w eseju Dar
Tatr, w którym turystyczne „obco­wanie
z naturą” opisane zostaje jako percypo­
wanie świata poprzez filtr kultury; po­
dobnie sprawy się mają w wielu innych
pomieszczonych Pod kreską zapiskach.
Dlaczego jednak nazwałem tę antro­
pologiczno-kulturową eseistykę mia­
281
O książkach
KSIĄŻKA Z TYGLA RODEM
2014 tom V
282
Mateusz ANTONIUK
nem „amatorskiej”? Spieszę z wyjaś­ ie­niem. Słowo „amatorska” znaczy tu
n
naj­pierw i przede wszystkim: uprawia­
na con amore, z lubością, z zamiłowa­
niem. A zarazem: bez zobowiązań, ja­
kie zaciąga dyskurs o ambicjach pro­
fesjonal­nych, akademickich. Profesor
p­iszący „pod kreską” nie musi wprowa­
dzać ar­senału podręcznikowych p­ojęć
i kategorii (a więc, na przykład, pi­
sać o „praktykach kulturowych”), nie
m­usi ich następnie definiować (co zwy­
kle oznacza: dokonywać wyboru spo­
śród istniejących definicji, wybór zaś
uzasadniać), nie musi w ogóle używać
słów „antropologia”, „kulturowy”. Nie
pisze wszak akademickiej rozprawy
czy podręcznika. Choć, oczywiście, nie
rezygnuje przy tym ze swej erudycji –
jeśli tylko zechce, może powołać się na
rozumienie pojęcia „hekpirozy”, wyło­
żone przez Umberto Eco...
Lekturowe wędrowanie, k­luczenie,
błą­dzenie po esejach i felietonach Woj­
ciecha Ligęzy jest zatem przyjemnoś­
cią, pożytkiem, szczęśliwą przygodą.
Tę książkę warto czytać w­ielokrotnie,
w rytmie kapryśnego powtórzenia: „od
okładki do okładki”, ale też „na chy­
bił trafił”. Pokazałem pokrótce ścież­
kę „manuskryptologiczną” i „kulturo­
wą”, mógłbym dalej opowiadać o in­
nych ścieżkach, jakie zdążyłem wydep­
tać w czytelniczym obcowaniu z tą
piękną książką. Byłaby to na przykład
ś­cieżka tekstów o muzyce, ścieżka o­po­
wieści o przedmiotach domowego
użyt­ku oraz meblach, ścieżka melan­
cholijnych nieco wspomnień z „epoki
n­iebieskiego mundurka”.... przykłady
nietrudno mno­żyć. To naprawdę książ­
ka przyjazna w czytaniu. Lepiej byłoby
zresztą powiedzieć: przyjacielska.
3
A może warto pokusić się o jedno
jeszcze zapytanie, bardziej podejrzli­
we, ciekawskie? Wypada mianowicie
spytać, co sprawia, że Pod kreską jest
lekturą tak sugestywną i atrakcyjną,
dzięki czemu tak barwnie i intensyw­
nie opowiada o licznych, różnych, mo­
zaikowo poukładanych tematach? Jak
została zrobiona – za pomocą jakich
chwytów pisarskich – eseistyczna, fe­
lietonowa książka Wojciecha Ligęzy?
Zabawmy się więc w formalną anali­
zę. Do charakterystycznych gestów pi­
sarskich, wielokroć ponawianych przez
autora Pod kreską, należą niewątpliwie
cytaty, kryptocytaty, parafrazy i trawe­
stacje, aluzje, słowem: rozmaite formy
„nastawienia na cudzą mowę”. Felieto­
nista mówi, rzecz jasna, głosem swoim,
własnym i niepowtarzalnym, ale w gło­
sie tym słychać echa innych literackich
tembrów i tonacji.
Istotnym tropem retorycznym oka­
zuje się także personifikacja. Wyraża
się w niej, jak sądzę, swoista potrze­
ba użyczania osobowości tak zwanym
przedmiotom nieożywionym. Lub, in­
aczej mówiąc, potrzeba nawiązywania
empatycznej nieomal więzi z rzeczami.
Przedmioty to zagadki, które należy roz­
szyfrować. Czy były zawsze, poprzedzały
nas na tym świecie? O czym pamiętają?
Dlaczego niektóre z nich skazaliśmy na
zagładę, poniewierkę, służbę u obcych?
Czy kiedy nas przeżyją, okażą współczu­
cie, tęsknić będą, a może szydzić? Rzeczy
bez ustanku snują opowieści. Jeśli się od­
powiednio wsłuchamy, będzie można się
sporo dowiedzieć. Trzeba jednak zachować
krytycyzm, gdyż w swych monologach
rzeczy mistyfikują przeszłość. Odgrywają
komedie. Lubią dorabiać sobie genealogię,
kompensować klęski.
KSIĄŻKA Z TYGLA RODEM
chwyty pisarskie nakładają się na sie­
bie, harmonizują i domykają – w ten
sposób wyłania się zgrabna, z maestrią
zaaranżowana, całość.
4
Pod kreską, najnowsza książka pro­
fesora Wojciecha Ligęzy, jest zatem
książką erudycyjną, bogatą w pasjonu­
jące dygresje, ciekawe tematy do odstą­
pienia, niepokojące glosy i dopowie­
dzenia. Autor objawia się tu nie tylko
jako znawca polskiej i światowej litera­
tury, ale też jako wytrawny meloman,
rozumny wędrowiec po salach muzeów
i galerii. A przy tym wszystkim – rzecz
to bardzo istotna i warta podkreślenia
– cała ta erudycyjna, koneserska war­
stwa opowieści pozbawiona jest cie­
nia snobizmu, pretensjonalności. Życie
pośród dzieł sztuki – czytanych, oglą­
danych, słuchanych, wywoływanych
z pamięci – jest tu czymś najzupełniej
oczywistym, naturalnym.
Dalej, Pod kreską to niewątpliwie
książka ambiwalentna, niejednoznacz­
na w swej wymowie. Zapewne przewa­
żają w niej tonacje jasne, barwy ciepłe:
wiele tu czystego humoru, anegdoty,
dowcipu. Ale, z drugiej strony, książ­
ka nie pozbawiona jest momentów me­
lancholii i (rzadziej jeszcze, lecz rów­
nież) żalu, rozgoryczenia, rozczarowa­
nia. Dodajmy: jeśli melancholia wiąże
się głównie z „przemijaniem postaci te­
go świata” (np. elegijna proza Na progu
jesieni), rozgoryczenie i rozczarowanie
wypływa raczej z zaniepokojenia kie­
runkiem, w jakim zmierza współczes­
ność w swoich najbardziej tandetnych,
agresywnych i prymitywnych przeja­
wach. Takich na przykład, o których
opo­wiadają Rozmowy europejskie –
gorzki tekst, zakończony następującą
puentą:
O książkach
W kolejnych akapitach cytowane­
go eseju zapoznajemy się z biografia­
mi i narracjami starego, wytwornego
kredensu odnalezionego przez autora
w... wiejskim kurniku, karcianego sto­
lika, który „przybył z uzdrowiska”, czy
wreszcie lampy, co służyła ongiś księ­
dzu kanonikowi, dziś zaś, jak czytamy,
„współuczestniczy w powstawaniu te­
go tekstu”. Taka, swoiście „mitotwór­
cza”, wrażliwość na rzeczy przypomina
w pewnej mierze małe prozy Zbignie­
wa Herberta, poświęcone przedmio­
tom codziennego użytku.
I wreszcie trzeci chwyt pisarski, bli­
sko spokrewniony z poprzednio oma­
wianym – prozopopeja. Na tym tropie
retorycznym ufundowany jest zwłasz­
cza ostatni z tekstów pomieszczonych
w Pod kreską – Dziennik Gawota. Ga­
wot to muzyczno-taneczne imię psa,
któ­ry „zaszczyca swą przy­jaźnią” au­
tora książki. Ów pies właśnie „pisze”
diariusz relacjonujący, dzień po dniu,
przygody własne oraz swego pana. Ma­
my tu zatem do czynie­nia z klasycz­
ną prozopopeją, z fikcją personalną:
autor „mówi psem” – o samym sobie,
autor „pisze psem” – o samym sobie,
autor „patrzy psem” – na sa­mego s­iebie.
Felie­tonista bawi się zatem w próbę
„penetrowania psiości”, pró­bę przenik­
nięcia „psiego odczuwa­nia świata”, do­
skonale zdając sobie sprawę z tego, iż,
w gruncie rzeczy, uprawia jeszcze jed­
ną odmianę ukrytej, zakamuflowanej
introspekcji. „Inni w felietonie to prze­
cież ja” – pisze profesor L­igęza w słowie
wstępnym do całej k­siążki. Notabene
dokonuje przy tym dyskretnej parafra­
zy: cytowane zdanie jest przecież tra­
westacją sławnej, rewelatorskiej ongiś
formuły Rimbauda: „ja to ktoś inny”.
I tak właśnie od prozopopei wracamy
do cytatu... Figury, tropy retoryczne,
283
284
Alina Siomkajło
Ale co możemy ofiarować Europie? Bar­
dzo wiele. Idąc od początku: a­bominacje,
afery, afronty, anarchię, anatemy, a­nomalie,
anse, antagonizmy, antysemityzm, ap­rak­
sję, arogancję, ataki, awantury, bałagan,
banialuki, bełkot, bigosowanie, bluzganie,
brud, blamaż, bufonady, buble, burdy...
I tak do końca alfabetu.
Bo przecież felietonista żyje nie tylko
pośród arcydzieł literatury, malarstwa
i muzyki – felietonista percypuje także,
wszystkimi zmysłami, pejzaż ulicy.
Jest zatem Pod kreską książką-mie­
szaniną, tekstową miksturą ważoną
z wielu wątków, motywów, tematów.
I to miksturą o wybornym smaku, bo
świetnie przyrządzoną. W r­ezultacie –
rozbudzającą apetyt na kolejne daw­ki
i porcje. Wspomniałem już, iż książka
ta świetnie nadaje się do lektury wie­
lokrotnej, wznawianej: „na w­yrywki”,
„na chybił trafił” lub wedle wytyczo­
nych przez czytelnika linii i s­zlaków.
Ale warto dodać, iż w książce da się
wytropić pewną wzmiankę, dającą na­
dzieję na kolejną czytelniczą przygo­
dę, na nową odsłonę eseistyczno-felie­
to­nowego pisarstwa Wojciecha Ligęzy.
Powiada bowiem autor:
W tym tomie nie zamieszczam relacji
z podróży i rozważań o podróży, dość licz­
nie reprezentowanych w „Tyglu Kultury”.
W przyszłości, jak ufam, złoży się z tego
materiału osobna książeczka.
Istotnie, „podróżopisarstwo” to także
żywioł narracyjny bliski Wojciechowi
Ligęzie. Tematyka podróżnicza zazna­
cza się już w zebranych „pod kreską”
tekstach – czasem w formie poważnej
(uwagi o motywie awiacji w twórczoś­ci
Józefa Wittlina), czasem anegdotycznej
(pobudzająca wyobraźnię wzmianka
o „krótkotrwałej karierze clocharda”,
jaka stała się udziałem autora w Me­
diolanie). Zapowiedź następnej, stricte
już „podróżniczej” opowieści może za­
tem cieszyć. Póki co jednak – mamy tę,
ze wszech miar godną polecenia i prze­
czytania, książkę z tygla rodem.
Alina Siomkajło
Przygoda wydawnicza
2014 tom V
Tylko dla żądnych świadomości
Regina Wasiak-Taylor, Ojczyzna literatura. O środowisku skupionym wokół Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Londyn: Oficyna Poetów i Malarzy, 2013
Autorkę książki Ojczyzna l­iteratura –
s­ekretarza, od 2014 także wicepre­zesa
ZPPnO, podziwiamy w polskim Londy­
nie około 30 lat jako garnącą się do or­
ganizacji i pielęgnowania idei nie­pod­
ległościowych publicystkę-społecz­ni­cę
na emigracyjnym posterunku „sztuk
zaangażowanych”.
Tytuł Ojczyzna literatura wobec by­
tu­jących w kulturze polskiej ojczyzn:
Krasickiego, Mickiewicza, Nor­wida,
Tuwima, Herlinga-Grudzińskiego...,
i w Marszu skautów – „Ojczyźnie mi­
łej służ” – narzuca się odwieczną boha­
terszczyzną i posłannictwem. Niektó­
rzy grymaszą, że nie jest poprawnie
wyważony, że lepiej brzmiałby w for­
mie: Ojczyzną literatura, Literatura ja­
ko ojczyzna lub z łącznikiem znaczą­
cym jedność: Ojczyzna-literatura.
Zbiór mieści 14 szkiców i 13 wywia­
dów z pisarzami, aktorami, plastykami,
wydawcami mniej lub bardziej utrwa­
lonymi w polskiej kulturze. Jest wybo­
rem epizodycznych tematów z kręgu
ZPPnO i z jego obrzeży. Dzieląc arty­
kuły na „Szkice” i „Wywiady”, au­torka
wprowadza większe urozmai­cenie ro­
dzajowo-gatunkowe: kolaże wspomnie­
niowe, portretowe, biograficzne, roczni­
cowe i nekrologowe.
Czytelnik wda się w rozmowy z po­
jałtańskimi emigrantami: Stanisławem
Gliwą, Zbigniewem Zaniewickim, Zdzi­
sławem Jagodzińskim. Pozna bliżej Kre­
sowiankę – pisarkę Irenę Bączkowską
i jeszcze mniej znanych poe­tów: Inkę
Czechowiczównę, Z­bigniewa Chałkę;
także zauroczone p­olszczyzną i pol­
skością Angielki – Rosemary Hunt‑Woodfall i Ninę Taylor-Terlecką, his­
toryków – Zbigniewa S. Siemaszkę,
J­ózefa Garlińskiego... Zapewne do gu­
stu odbiorcy przypadnie opowieść
„za­słyszana” (s. 10) Był dom [pisarza].
Nie pytajmy, skąd autorka bazująca na
„słuchu” czerpie informacje i cytaty?
Nie inaczej rzecz ma się w szkicu O polskiej poezji i angielskiej prozie Jerzego
Pietrkiewicza [...] – p. Regina dostrzega
(101) ludowy etos najczęściej postrze­
gany przez badaczy twórczości pisarza.
Szkice Reginy Wasiak-Taylor są przy­
stępne. Oferują uproszczone opiniowa­
nie, potoczną narrację aktywizowaną
gawędziarskimi jarzeniówkami i inny­
mi smakołykami, które – gdy stosow­
nie uładzone – nie rażą, czego nie da się
powiedzieć o dywagacjach p. R­eginy na
łamach prasowych. Dziwią więc pas­
susy wypowiedzi, w których autorka
przekracza własne ograniczenia stylis­
tyczno-poprawnościowe, mimo że nad­
używa kolokwializmów i przejaskra­
wień słownych rzędu: błyskotliwy, wy­
bitny, doskonały..., obliczonych na wy­
wieranie wrażenia, popis i sensację.
Autorce przyświecają szczytne cele,
m.in. odkrywanie „wielkości”, ale ubó­
stwem źródłowych świadectw, migaw­
kowymi uwagami i samoafirmacją re­
alia środowiska emigracyjnego stawia
w krzywym zwierciadle. Przeinacza
fakty, pisząc na przykład: „Orędowni­
kiem tej pracy [Ojczyzna literatura] był
od początku dr Adam Wierciński, mój
wykładowca polonistyki na Uniwersy­
tecie w Opolu” (11) – Regina Wasiak
ukończyła Wyższą Szkołę Pedagogicz­
ną w Opolu w 1977, a nie polonistykę
powstałego w 1994 Uniwersytetu. Za­
wirowanie uprawia w wielu notach
biograficznych, weźmy biogram Niny
Taylor-Terleckiej (283): „Dla niej za­
rząd ZPPnO zmienił statut i przyjął do
organizacji pisarkę pochodzenia obce­
go”. Przypomnijmy więc: nie Zarząd
zmienił statut, ale uczynił to samo­
wolnie prezes Garliński w 1990 roku,
po niewyrażającym zgody na tę zmia­
nę walnym zebraniu w 1989. Na despo­
tyczną przemoc prezesa zawieszeniem
swego członkostwa w Związku zare­
agowali wówczas pp. Bednarczykowie.
Krystyna Bednarczyk powróciła do
ZPPnO po 14 latach, w 2005, by z me­
ty kandydować na prezesa organizacji.
Pełniący wówczas tę funkcję Krzysz­
tof Muszkowski wymagał od p. R­eginy
uczciwej pracy (usuwa go nadal z l­isty
285
O książkach
Przygoda wydawnicza
2014 tom V
286
Alina Siomkajło
p­rezesów w cenzurowanych sprawo­
zdaniach z dzia­łalności Związku). –
A we włas­nej nocie biograficznej (284)
p­rzyznaje sobie współautorstwo ksią­
żek, których autorzy nie zaoferowali
jej tego (ale nie mogą protestować, bo
opuścili już ziemski świat).
Dryfowanie bez kompasu. Przyjrzyj­
my się najdłuższemu w książce artyku­
łowi Pod mostem i na Parnasie – krót­
kiej monografii (tak w recenzji Londyńska Ojczyzna literatury kwalifikuje
szkic Mieczysław Orski). Mimo że p.
Regina o Oficynie Poetów i Malarzy,
jak twierdzi (10), pisała „kilkadziesiąt
razy”, jej próba monografii mnoży po­
ważne wątpliwości.
Monografia – sposób komunikacji li­
terackiej systematyzującej temat chro­
nologicznie i wszechogarniająco – wy­
maga od autora pełnej wiedzy mery­
torycznej i warsztatowej sprawności,
m.in. wykazania się znajomością opra­
cowań poprzedników z danego ob­
szaru. Artykuł p. Reginy przetwarza
– świetne zresztą – Czesława Bednar­
czyka Wspomnienia drukarza i wydawcy londyńskiej oficyny: W podmostowej
arkadzie (OPiM 2003), i korzysta z lis­
tów archiwum Oficyny, płynąc na fali
truizmów i legendarnych „hymnów”
na jej cześć.
Autorka bagatelizuje poświęcone
wy­dawnictwu syntezy posługujące się
krytycznym ekwipunkiem, nie oddaje
sprawiedliwości dotychczasowym ba­
daniom. Czytelnik nie uświadczy w jej
artykule ani jednego spośród zasadni­
czych dla monografii OPiM opraco­
wań: E. Pytasz, M. Pytasz: Bednarczykowie jako wydawcy (rekonesans), w: Pisarz na obczyźnie, praca zbior. pod red.
T. Bujnickiego i W. W­yskiela (1985);
J. Kryszak, Oficyna Poetów i Malarzy
(1992); M. Leska, Londyńska Oficyna
Poetów i Malarzy Czesława i Krystyny Bednarczyków w latach 1949-1995
(OPiM 1998); S. Galij-Skarbińska,
W. Polak, Sprawozdanie Janusza Kryszaka z pobytu w Londynie w sierpniu
i wrześniu 1987 roku, „Archiwum Emi­
gracji” (2007, z. 9); A. Paluchowski, Radość czytelnika, w broszurze: Sześćdziesięciolecie Oficyny Poetów i Malarzy [...]
(2008); przedr.: „Pamiętnik Literacki”,
t. XXXVII (Londyn 2009). – Sławiąc
Oficynę, nie aktualizuje tematu przed
podaniem książki do druku. Przecho­
dzi do porządku nad pozostałymi wy­
dawnictwami polskiego Londynu, nie
plasując OPIM w ich kontekście.
Z właścicielką OPiM wiodłyśmy dłu­
gie rozmowy. Odwiedzała mnie, gdy
czuła się osamotniona. W d­arowanych
mi jej Wierszach wybranych p­ozostał
ślad naszych spotkań: Drogiej Pani
Alinie Siomkajło z podziękowaniem za
m­iły ostatni dzień 2006 roku. – Opo­
wiadałam kiedyś p. Krystynie, z jakim
narażeniem Hanna Świderska przemy­
cała z Kraju zakazane druki. Mocno za­
protestowała: to nieprawda! Ja wanami
woziłam książki do Polski i z powrotem
i nikt mnie nie kontrolował. Zdobyłam
się na ripostę: bo u Pani miesiącami
mieszkał Kryszak... – Jeżeli archiwum
OPiM nie zostało „wyczyszczone”, są
do wglądu rachunki wskazujące sumy,
jakie Oficyna otrzymywała z Ameryki,
z czym Krystyna Bednarczyk nie kry­
ła się. Nie zdradzała też świadomości
spraw agenturalnych.
Z renomą bez glejtu. Ojczyzna literatura, długo obmyślana przez Regi­
nę Wasiak-Taylor jako ostatnia edycja
Oficyny Poetów i Malarzy, jest nie lada
dziwolągiem wydawniczym. Ukazała
się po śmierci właścicieli wydawnictwa
(Czesław Bednarczyk zmarł w 1994,
Krystyna Bednarczykowa – w 2011)
pod nazwą wydawnictwa nieistnieją­
cego właściwie od roku 1995, chociaż
podtrzymywanego klinicznymi krop­
lówkami niemal do końca życia właści­
cielki.
Dzieło p. Reginy tak spieszyło na
uroczyste przekazanie (28 listopada
2013) archiwum OPiM Katedrze Edy­
torskiej przy polonistyce U­niwersytetu
Jagiellońskiego, że nie zaczekało na­
wet na sporządzenie indeksu nazwisk.
Gdyby nie zdążyło, p. Regina straciła­
by szansę wieczystego rozgłosu w aka­
demickich pracach badaczy archiwum
OPiM. Część nakładu – bez indeksu,
a część z indeksem, obie z datą wydania
„2013”, mimo że druga porcja egzemp­
larzy ukazała się w 2014, chyba tuż
przed promocją (19 marca) Ojczyzny
literatury w Ambasadzie RP w Londy­
nie. Na próżno by jednak szukać n­oty:
Wydanie II uzupełnione indeksem,
2014; mimo że książka posiada aż dwie
metryki.
Pani Regina nie wykazuje się posia­
daniem dokumentu – goodwill – świad­
czącego o nabyciu uprawnień do uży­
wania nazwy OPiM po śmierci właści­
cieli, a wraz z nazwą do korzystania ze
splendoru Oficyny. ISBN Ojczyzny lite­
ratury nie identyfikuje wydawcy ani
autora książki. Na jakiej podstawie
R. Wasiak-Taylor czerpie profity z pre­
stiżu śp. K. i Cz. Bednarczyków oraz
prowadzonej przez nich Oficyny Po­
etów i Malarzy?
Ojczyzna literatura ilustrowana ryci­
nami sławnych malarzy, grafików, ty­
pografów: Stanisława Gliwy, M­ariana
Kościałkowskiego, Mariana S­zyszko‑Bohusza, Franciszki Themerson, Fe­
liksa Topolskiego, Marka Żuławskie­
go..., nie zawiera informacji o nabyciu
praw autorskich do ich wykorzystania.
Wzmianka „Zamieszczone prace po­
chodzą z archiwum OPiM” (287), nie
usprawiedliwia przywłaszczania ilu­
stracji. Byłoby to kolejne łamanie przez
autorkę książki powszechnie obowią­
zujących zasad...
Ponadto, czy Joanna C­iechanowska –
autorka szkicu czytającej d­ziewczynki
(Evy Pettersen, Norweżko-Angielki),
mogła przypuszczać, że jej rysunek
zdobiący okładkę nie otrzyma w met­
ryce objaśnienia i że wylansowany bę­
dzie na promocyjnych plakatach książ­
ki jako „EX LIBRIS REGINY WASIAKTAYLOR”?
Latarnia w ciemności? Światłem
w mroku Ojczyzna literatura nie jest,
bo też na terenie penetrowanym przez
p. Reginę nie ma ciemności. Jeżeli ciem­
ność panuje, to w książce niespełniają­
cej choćby zarysu wiedzy o środowisku
literackim Związku Pisarzy Polskich na
Obczyźnie. Oprócz własnych artyku­
łów publicystycznych autorka niczego
na tym polu nie porządkuje. Nie pre­
zentuje minimum stanu badań – przy­
najmniej w postaci zbiorczych przypi­
sów lub bibliografii istniejących waż­
niejszych prac o uprawianym przez nią
poletku. (Wybór takiej bibliografii kła­
nia się w Zarysie dziejów Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, zob.: „Eks­
presje. Rocznik Stowarzyszenia Pisarzy
Polskich za Granicą” t. I, Londyn 2011).
Obce są autorce kryteria wartościowa­
nia i etyka badacza.
Być może z Ojczyzny literatury do­
wie się wiele ktoś, kto w ogóle nie zna
opisywanego środowiska. Czytelnika
o szerszych horyzontach literackich,
historyka, badacza – książka dopusz­
czająca się bałamucenia faktów, prymi­
tywizowania istniejących interpreta­
cji, budząca różnej natury poważne za­
strzeżenia, może jedynie zniesmaczyć.
287
O książkach
Przygoda wydawnicza
2014 tom V
288
Alina Siomkajło
Przygoda wydawnicza p. Reginy
w kilku odsłonach: Słowa w­stępnego,
Przedmowy, artykułów, szaty zewnęt­
rznej książki i w świetle retrospekcji
(zwłaszcza gdy znane są kulisy wyda­
nia), nie zaniedbuje autopropagandy.
Przedstawiany przez autorkę świat nie
istnieje autonomicznie – każdy szkic
wzbudza konterfekt autorki.
Habent sua fata libelli – książki m­ają
swoje losy. Nie zawsze tak idylliczne, jak
wskazywałaby na to ich promocyjno‑reklamowa donośność.
Pani Wasiak-Taylor przjęta została
do Związku Pisarzy Polskich na Ob­
czyźnie w połowie lat 80. Świeżo przy­
byłą z Opola adeptkę radiowego dzien­
nikarstwa bezkrytycznym mandatem
zaufania obdarzył prezes Józef Garliń­
ski – historyk II wojny światowej. Za­
czynała karierę sekretarki Związku P­i­
sarzy wtedy, gdy osoby z Kraju zmuszo­
ne do podjęcia emigracji padały o­fia­rą
pomówień ww. prezesa o w­spółpracę
ze Służbami Bezpieczeństwa PRL.
Zrozumiałe, że jako członek obczyź­
nianego Związku Pisarzy (wymagają­
cego wówczas od kandydata przynajm­
niej jednej autorskiej książki) wydania
publikacji książkowej pożądała przez
około 30 następnych lat. W roku 2008
otrzymałam od niej maszynopisy –
zrzutkę surowych pod względem opra­
cowania pierwocin pt. Sylwetki pisarzy
[...]. Szkice i rozmowy. Do materiałów,
jak wyjaśniała, przekazywanych mi za
radą dr. Adama Wiercińskiego z Opola
dołączyła liścik:
Pani Alino,
proszę przeczytać i poradzić mi jak to szybko uporządkować i wypuścić. Bardzo chciałabym to zrobić zaraz po 28 października,
aby się znalazło pod choinką –
pozdrawiam
Regina
A że o wydaniu „sylwetek” autorka
myślała od lat zapobiegliwie, świad­
czyła poprzedzająca artykuły opinia
ze stycznia 2005 roku: około 2/3 stro­
nicy, wystukane na zwykłej maszynie
do pisania, z odręcznym podpisem Jó­
zefa Garlińskiego (autor nie używał
komputera). Opinia nosiła znamiona
ręki i stylu tego 92-letniego wówczas,
bliskiego kresu życia człowieka (zmarł
w listopadzie 2005). Po miesiącu Regi­
na Wasiak-Taylor zgłosiła się po teksty.
Marginesy kilku maszynopisów opi­
sałam wcześniej ołówkiem, zalecając
zaopatrzenie tekstów w przypisy od­
syłające do istniejących źródeł i zrezy­
gnowanie z efekciarstwa stylistyczne­
go. Namawiałam na osobne wydanie
wywiadów, a w późniejszym czasie po­
danie do druku bardziej zobowiązują­
cych, a niedojrzałych „sylwetek”. Uwa­
żałam, że w przeciwnym razie p. Re­
gina wyda tę rzecz „pod rodzinną po­
duszkę”.
O pomysłowości p. Wasiak ś­wiadczą
obecne na jednej ze stronic metrycznych
nazwiska recenzentów wewnętrznych:
Bonifacy Miązek, Jolanta C­hwastyk‑Kowalczyk. In­teresujące, kto u recen­zentów zamawiał opinię wydawni­czą
dla nieistniejącego od lat w­ydaw­nictwa.
Zauważa także redaktor „Nowego Cza­
su” Grzegorz Małkiewicz (Od Redakcji, Londyn 2014 nr 8), jak
Kuriozalny [...] jest zapis: „Published
by Poets and Printers Press” z podaniem
adresu nieistniejącego wydawnictwa (103
Colindeep Lane, London). Mam nadzieję,
że nowy właściciel domu śp. państwa Bed­
narczyków nie otrzymuje zamówień na tę
„ostatnią” pozycję Oficyny. Jest jeszcze je­
den szczegół świadczący o wydawniczym
nadużyciu: numer ISBN podany w książ­
ce. Żadnej książki pod takim numerem po
prostu nie ma. Zainteresowany pozycją ba­
dacz otrzymuje informację: Sorry, we could
not find any information for this book. This
is unusual.
Casus „emigracyjny”. Drukowane
w książce jako Słowo wstępne pismo dr.
Józefa Garlińskiego zawiera niebłahą
informację: „Po odwołaniu stanu wo­
jennego [w PRL] nie wróciła do kraju,
osiedliła się w Wielkiej Brytanii”. Że
na zabliźnieniu realiów osiedlenia się
mogło p. Wasiak zależeć, okazało się
w czerwcu 2009 roku, po odtajnieniu
przez Zbigniewa Bereszyńskiego doty­
czącej jej teczki SB. Wydało się wtedy,
iż przebywająca w Londynie w o­kolicy
stanu wojennego pseudoemigrantka
zawarła pierwsze małżeństwo z Brytyj­
czykiem (którego nazwiska nie znamy)
i kursując między Londynem a Polską,
nadal spotykała się w Kraju z prowa­
dzącym ją oficerem SB, że stan w­ojenny
nie przeszkodził jej w kontynuowaniu
„dialogu operacyjnego”.
Słowo wstępne w książce Ojczyzna
lite­ratura rozmija się także z orygina­
łem pisma dr. Garlińskiego pod wzglę­
dem poprawności i oceny znikomego
w roku 2005 dorobku za p­ublicystyczne
ćwierćwiecze p. Reginy. Dzięki datom
pod felietonami prawie 300-stronico­
wej książki nietrudno zauważyć, że Jó­
zef Garliński mógł mieć wgląd mniej
więcej do około 1/3 wydrukowanego
dzisiaj materiału. Doświadczenie pub­
licystyczne R. Wasiak-Taylor w teraź­
niejszym objawieniu Słowa w­stępnego
ocenione jest hojniej niż w znanej mi
opinii. Zrobiłam kopię tej cenzurki
i dobrze ją schowałam. Kiedyś wypły­
nie na powierzchnię niesfornych pa­
pierów. Podróbki pisma J. Garlińskiego
mają też Fundacje, w których p. Wasiak
składała podania o dotacje na wydanie
książki.
Sztuka „wypływania”. Ojczyzną lite­
raturą sztuka „wypływania” Reginy
Wasiak-Taylor weszła w fazę najwyż­
szego rozwoju. Wyższa Szkoła Pedago­
giczna sposobiła do nauczania w szko­
łach – pracy w szkolnictwie jednak nie
podjęła. Znalazła chwilowy przystanek
w opolskim radio, gdzie molestował ją
szef. Do sądu nie mogła go podać – po­
siadał jej pamiętnik i „kompromitujący
ją materiał fotograficzny” (Z. Bereszyń­
ski, Regina Wasiak w dokumentach SB,
masz. z czerwca 2009). Oparta na chę­
ciach szczerych (bez dorobku i nauko­
wego treningu) próba zdobycia stypen­
dium z Fundacji Kościuszkowskiej nie
wypaliła. Chciała, jak się zwierzała
ofice­rowi SB, „wypłynąć”. Zaciąg zao­
wocował tytułem Kontakt Operacyjny
(KO). Wypływanie zaczęła praktyko­
wać za granicą.
Nadużywając zaufania sędziwych
i naiwnych, pasożytując na zmarłych,
penetrując środowisko, pisząc d­onosy
i inne fałszywki, uchyleniem się od lu­
stracji doprowadzając w roku 2009 do
rozłamu w ZPPnO, świetnie zorgani­
zowała się w zarządzie tegoż Z­wiązku.
Za swoją działalność na niwie społecz­
nej, protegowana przez byłego T­ajnego
Współpracownika SB Andrzeja Mora­
wicza – m.in. b. prezesa Ogniska Pol­
skie­go w Londynie, b. męża zaufa­
nia (!) w Polonia Aid Foundation Trust
(zawie­szonego wreszcie w czynnoś­
ciach członkostwa Powierników Rady
PAFT: zob. Komunikat PAFTu, „Dzien­
nik Polski” Londyn, 10 X 2014) – otrzy­
mała Złoty Krzyż Zasługi (> Krystyna
Kulej, Sprawy niezałatwione. Sprawozdanie niekonwencjonalne, „Ekspresje”,
t. II, Londyn 2012, s. 191-192). A teraz
wydała książkę w nieistniejącym od lat
wydawnictwie.
Z obfitości przypadków rodzi się pro­
gnoza. Sekretarz-wiceprezes ZPPnO
zapewne sięgnie po doktorat Polskiego
289
O książkach
Przygoda wydawnicza
290
Alina Siomkajło
Uniwersytetu na Obczyźnie, po temat
z wydeptanego przez badaczy podwór­
ka: Oficyna Poetów i Malarzy, Nagroda
literacka Związku Pisarzy Polskich na
Obczyźnie, Środowisko ZPPnO... Gdy­
by doktorat miał dotyczyć OPiM, radzę
p. Reginie spieszyć się. W Polsce rośnie
akademicka konkurencja – na majowej
konferencji (2014) w Białymstoku mgr
Justyna Wysocka (UJ) wygłosiła refe­
rat Londyńska Oficyna Poetów i Malarzy wobec polskiego życia literacko-artystycznego w kraju i na ob­czyźnie. Na
pewno wielu studentów bada już pod
fachowym okiem archiwalną spuści­
znę OPiM dla magisteriów, a ci z magi­
sterką – dla doktoratów.
Podsumowując słowami Jerzego Le­
ca, można powiedzieć: „Moralność upa­
da na coraz wygodniejsze posłania”.
Związek Pisarzy Polskich na Obczyź­
nie, wykorzystując d­wuznaczność wy­
razu „wydawnictwo” (oficyna wy­dawni­
cza i ogłoszone drukiem d­zieło), wy­
daje w roku 2014 w podwarszawskim
Wydawnictwie LTW (w Łomiankach)
tom XLVII „Pamiętnika Literackiego”.
Czy szach­raj­stwo zostanie zauważone
przez redakcję krajowego k­wartalnika
„Pamięt­nik Literacki” ukazującego się
w Polsce od 1902 roku? – W metryce
związkowego „Pamiętnika” zatajony zo­
stał bowiem adres wydawcy i dru­karni.
Piracki Związek symuluje posiadanie
drugiej własnej oficyny, tym razem
i dru­karni.
Można współczuć Reginie Wasiak, że
w młodości nabawiła się etycznego dal­
tonizmu, ale też osobom, które przy­
czyniły się do wydania tej książki.
Recenzyjne pustaki. Pojawiło się ich
w roku 2014 wiele (m.in.: M. Orski,
Londyńska Ojczyzna literatury, „Od­
ra”, nr 2; P. Gulbicki, W poszukiwaniu
dawnych wielkości, „Tydzień Polski”
Londyn, nr 77; Książka cenna i rzadka,
„Nasza Polska”, nr 26; A. Konikiewicz,
Podwójne epitafium, „Rzeczpospolita”
[wersja internetowa]; W. Kaliszewski,
Ostatnie słowa, „Nowe Książki”, nr 8;
Bonifacy Miązek, „Pamiętnik Literac­
ki” Londyn 2014. Szczególnie poruszy­
ła mnie wypowiedź Krzysztofa Masło­
nia – Emigracyjny przypadek – jako że
ukazała się w tygodniku „Do Rzeczy”
(nr 28), który sobie cenię.
Wybaczcie, Panowie R­ecenzenci,
określenie „pustaki”. Niestety, od­bior­
cę chóru laurkowych głosów Waszych
recenzji, osobę śledzącą życie lite­rackie
i społeczne polskiego środowiska emi­
gracyjnego ogarnia najpierw „śmiech
pusty, a potem litość i trwoga”. Ale je­
stem dla Was pełna wyrozumiałości,
jako że informacja o tym, co i jak dzieje
się w polskim Londynie, najwidoczniej
nie dociera do Was, a jeśli dotarła, to
ka­nałami sterowanymi przez au­torkę
omawianej edycji.
Obecnie uzupełniona recenzja ukazywała
się fragmentarycznie w roku 2014 w lon­
dyńskim „Nowym Czasie”.
Rok 2014
Archiwum pamięci
Krzysztof Szwagrzyk
ŁĄCZKA – NARODOWY PANTEON
W ciągu kilkudziesięciu lat istnienia w Polsce systemu komunis­
tycznego kwatera „Ł” – słynna Łączka Cmentarza Wojskowego na
Powązkach w Warszawie, była jedną z najściślej strzeżonych tajemnic
totalitarnego państwa. Szczelnym kordonem milczenia objęto wszyst­
kie informacje dotyczące ukrytych pod jej powierzchnią szczątków
kilkuset zamordowanych w więzieniu mokotowskim, w kazamatach
UB oraz Informacji Wojskowej. W odróżnieniu od innych więziennych
kwater na wojskowych Powązkach nazwisk pogrzebanych tam ofiar
nie zewidencjonowano w księdze cmentarnej. Wśród blisko trzystu
skazanych na wymazanie ze zbiorowej pamięci Polaków znaleźli się
Żołnierze Niezłomni: oficerowie i żołnierze Armii Krajowej, Wolności
i Niezawisłości, Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Zjednocze­
nia Wojskowego oraz „cichociemni”, powstańcy warszawscy, kawalero­
wie „Virtuti Militari” i skazani pod fałszywymi zarzutami oficerowie
Ludowego Wojska Polskiego.
tom V
292
Krzysztof Szwagrzyk
Historia Łączki w powszechnej świadomości zaistniała głównie
dzięki wydanej w Londynie w 1990 roku książce Małgorzaty Szejnert –
Śród żywych duchów, a w mniejszym stopniu poprzez stosunkowo nie­
liczne wzmianki o Łączce zamieszczone w szeregu opracowań i wspo­
mnień.
Pierwsze pochówki na specjalnym, usytuowanym w skrajnym, odle­
głym od bramy głównej nekropolii polu grzebalnym „Ł” rozpoczęły się
w drugiej połowie kwietnia 1948 i trwały nieprzerwanie do 1956 roku.
Wówczas nekropolia znajdująca się w sąsiedztwie Cmentarza Wojsko­
wego na Powązkach była cmentarzem komunalnym. Ciała straconych
przewożono z więzienia początkowo wozem jednokonnym, a od 1949
roku samochodem ciężarowym z plandeką. Transportowane z reguły
we wczesnych godzinach rannych zwłoki wrzucano do przygotowanych
wcześniej dołów, następnie pospiesznie zasypywano i wyrównywano
teren.
Wstępną wiedzę o lokalizacji tajemniczego miejsca posiadły nielicz­
ne rodziny pochowanych na Łączce ofiar komunizmu. Ich informato­
rami byli z reguły usiłujący zachować anonimowość grabarze. W roku
1992 wdowa po jednym ze straconych zeznawała:
Po otrzymaniu wiadomości, że mąż nie żyje zaczęłam szukać miejsca pocho­
wania po różnych cmentarzach. Wreszcie na starym cmentarzu komunalnym,
przylegającym do cmentarza wojskowego Powązki, grabarz i pilnujący, mieszka­
jący przy cmentarzu Grzelak, powiedział mi, żebym poszła prosto aleją do końca
i będą odciski drewniaków. Musiało to być bezpośrednio po śmierci męża około
lipca 1952 r. Miejsce to było pilnowane i obserwowane na pewno. Ja nie zrobi­
łam grobu tylko stawiałam znicze i kwiaty. Wbiłam krzyż, gdy wyrosły drzewa.
Małgorzata Szejnert, Śród żywych duchów, Londyn 1990; wyd. II, Warszawa 2012.
Mieczyslaw Chojnacki, Mokotowskie więzienie. Rozprawa – wyrok – pobyt w ogólnej
celi śmierci, „Zeszyty Historyczne WiN-u” 1992, nr 1; Stanisław Krupa, X Pawilon. Wspomnienia AK‑ow­ca ze śledztwa na Rakowieckiej, Warszawa 1989; Zbigniew Lazarowicz,
„Klamra” mój ojciec, „Zeszyty Historyczne WiN-u”, 1995, nr 7; Władysław Minkiewicz,
Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939-1954, Warszawa 1990; Władysław Siła‑Nowicki, Wspomnienia i dokumenty, do druku przygotowała Maria Nowicka-Marysz­
czyk, Wrocław 2002; Andrzej Sołdrowski, Spisani na straty, Wrocław 1996; Tadeusz Swat,
Niewinnie straceni w Warszawie 1945-1956, Warszawa 1991; wyd. II, Warszawa 1994; ten­
że, Przed Bogiem i historią. Księga ofiar komunistycznego reżimu w Polsce lat 1944-1956:
Mazowsze, Warszawa 2003; Krzysztof Tarka, Komendant Wilk. Z dziejów Wileńskiej Armii Krajowej, Warszawa 1990; Jerzy Woźniak, Droga do wolnej Polski, Wrocław 2011.
2014 tom V
ŁĄCZKA – NARODOWY PANTEON
293
Urzędowe potwierdzenie dokonywania pochówków więziennych
na Łączce nastąpiło wiosną 1956 roku i było prawdopodobnie jedy­
nym efektem działalności Komisji pracującej pod kierownictwem za­
stępcy prokuratora generalnego PRL Kazimierza Kosztirki, powołanej
do życia na wniosek rodzin straconych 3 grudnia 1952 w więzieniu
przy ul. Rakowieckiej pułkowników Wojska Polskiego – Aleksandra
Kity i Mariana Orlika. Celem komisji było ustalenie, „gdzie znajdują
się zwłoki rozstrzelanych z wyroku Najwyższego Sądu Wojskowego
w dniu 3 grudnia 1952 r. Kity Aleksandra i Orlika Mariana”. Komisja
ustaliła, że grzebaniem zwłok straconych zajmował się funkcjonariusz
więzienia Władysław Turczyński. Z jego zeznań wynikało, że zwłoki
osób, na których wykonano kary śmierci, chowane były na cmentarzu
cywilnym na Powązkach, powstałym już po wojnie. Na samym koń­
cu nekropolii na ten cel wyznaczony został teren w kształcie czworo­
boku o wymiarach ok. 20 x 20 x 26 x 39 m. Po otrzymaniu polecenia
pochowania zwłok Turczyński udawał się w dzień na cmentarz i tam
kopał grób (początkowo przy pomocy niemieckich jeńców pracujących
w więzieniu, potem – więźniów). Zwłoki od dłuższego czasu wożono
samochodem (początkowo furmanką), przy czym podjeżdżano sa­
mochodem pod sam grób i wprost z samochodu składano je do dołu.
Przeważnie chowane były bez trumien, w niektórych przypadkach
w półtrumnach, tzn. w skrzynkach z desek. Doły kopano na głębo­kość
półtora do dwóch metrów; jak wynika ze śladów, stwierdzonych na
miejscu, miały one długość mniej więcej 2 m, a szerokość 60-70 cm. Po
włożeniu zwłok do dołów zasypywano je i zrównywano z ziemią. Jak
podał Turczyński, raz chował do jednego grobu zwłoki jednego stra­
conego, innym razem kilku ofiar – w zależności od tego, ile osób miał
danej nocy pogrzebać. Groby kopane były kolejno w sześciu rzędach,
począwszy od prawej strony. Kolejność ta była niekiedy naruszana,
zdarzyło się bowiem, że gdy samochód miał trudności z podjazdem do
danego miejsca, zwłoki chowano na tym samym terenie, ale w zupełnie
IPN BU 2188/517, Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskie­
mu – Instytut Pamięci Narodowej w Warszawie, akta śledztwa w sprawie ustalenia miejsc
pochówku osób, na których wykonano wyroki śmierci (1944-1956). Zeznanie Marii Ro­
mer-Kędzierskiej z 23 IV 1992 r., t. I, k. 262-264.
Tamże, t. III, k. 8.
Archiwum pamięci
Rozmawiałam z kierownikiem cmentarza Sokolnickim, pytałam czy wie, co się
dzieje. Milczał, nie potwierdzał i nie zaprzeczał. To mnie utwierdzało”.
2014 tom V
294
Krzysztof Szwagrzyk
innym miejscu. W sporządzonym 12 kwietnia 1956 protokole komisja
stwierdziła brak jakiejkolwiek dokumentacji więziennej wskazującej,
gdzie pochowani zostali poszczególni straceni. W konkluzji podkreś­
lono, że „aczkolwiek wiadome jest, na jakim terenie zwłoki rozstrze­
lanych są pochowane, nie można obecnie ustalić, gdzie konkretnie
i w którym grobie zwłoki te się znajdują”.
Prace komisji prowadzone były w bardzo trudnych warunkach,
gdyż całe pole pochówków więziennych wraz z sąsiednimi kwaterami
zostało przykryte półtorametrową warstwą nawiezionej ziemi, w wy­
niku czego na powierzchni Łączki nie pozostały żadne ślady po doko­
nywanych tam wcześniej pochówkach.
Przeprowadzona w latach 1955-1956 operacja niwelacji obszaru kwa­
tery „Ł” i jej okolic doprowadziła do zatarcia wszelkich śladów po do­
konywanym tam przez lata procederze. Mimo to rodziny ofiar komu­
nizmu dwukrotnie, w roku 1956 i 1960, wystąpiły do władz o wydanie
zezwolenia na ekshumację zwłok. W obu przypadkach wnioskodawcy
otrzymali odpowiedź odmowną, zaproponowano im natomiast ufun­
dowanie na koszt państwa symbolicznych nagrobków z nazwiskami
straconych. Po uzyskaniu akceptacji części rodzin zbudowano pomni­
ki, rozmieszczając je w różnych kwaterach cmentarza.
W roku 1964 cmentarz komunalny Powązki (wraz z kwaterą „Ł”)
przyłączono do cmentarza wojskowego. Wówczas także wytyczone zo­
stały nowe kwatery i ciągi komunikacyjne; w tym kilkumetrowej sze­
rokości droga przebiegająca pośrodku dawnego pola więziennego.
Rok po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce na kwaterze „Ł”
i wydzielonej z niej kwaterze „Ł II” rozpoczęto pochówki zasłużonych
dla „władzy ludowej”. W latach 1982-1984 na szczątkach zamordowa­
nych na Mokotowie pochowano blisko dwustu wyższych oficerów Woj­
ska Polskiego, w tym sędziów stalinowskich, funkcjonariuszy Mini­
sterstwa Bezpieczeństwa Publicznego i oficerów Informacji Wojskowej.
W roku 1992, po wielu latach starań rodzin i bliskich pomordowa­
nych na Mokotowie ofiar komunizmu stanął na Łączce charakterys­
tyczny pomnik w kształcie więziennego muru.
Tamże, t. III, k. 8-9.
Tamże, t. III, k. 10.
Tadeusz Swat, „Przed Bogiem i historią”. Księga ofiar komunistycznego reżimu w Polsce lat 1944-1956. Mazowsze, Warszawa 2003, s. XXIX-XXX.
Tamże, s. XXX.
ŁĄCZKA – NARODOWY PANTEON
295
Przełom w mrocznej historii Łączki nastąpił dopiero w latach 20122014, gdy Instytut Pamięci Narodowej razem z Radą Ochrony Pamię­
ci Walk i Męczeństwa podjął wspólne działania w celu odnalezienia
pogrzebanych tam szczątków więźniów. W efekcie realizowanych
w dwóch etapach prac archeologiczno-ekshumacyjnych, w okresach
18 lipca – 24 sierpnia 2012 i 13 maja – 7 czerwca 2013, na powierzchni
kilkuset metrów kwadratowych odnaleziono szczątki stu dziewięćdzie­
sięciu czterech osób, w tym prawdopodobnie dwóch kobiet, zamordo­
wanych w latach 1948-1956. Aż trzy czwarte ekshumowanych nosiło
ślady po stosowaniu katyńskiej metody uśmiercania. W kilku przypad­
kach natrafiono na skazańców ze skrępowanymi ramionami. Zwłoki
więźniów znajdywano w dołach kryjących szczątki od dwóch do dzie­
więciu więźniów. Stwierdzono, że niekiedy szczątki nowych ofiar do­
kładane były do mogił wcześniej pochowanych. Ogromna większość
ofiar pochowana została w różnego rodzaju ubraniach: w mundurach,
w ubraniach cywilnych, więziennych i w butach. Rzadkością były przy­
padki nieodnalezienia w badanych dołach śladów po odzieży i obuwiu.
Ułożenie szczątków i badania archeologiczne pozwoliły stwierdzić, że
zwłoki uśmierconych w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie
jedynie sporadycznie chowano w drewnianych skrzyniach, najczęściej
wrzucano je bezpośrednio do dołów.
W oparciu o wyniki badań genetycznych imiona i nazwiska odzys­
kało trzydziestu sześciu tych pogrzebanych, po których wszelki
ślad miał zaginąć. Wśród nich znaleźli się m.in. słynni „cichociem­
ni”: mjr Hieronim Dekutowski, ps. Zapora, i mjr Bolesław Kontrym,
ps. Żmudzin, także ostatni dowódca Narodowych Sił Zbrojnych
ppłk Stanisław Kasznica i legendarny dowódca V Wileńskiej Brygady
AK mjr Zygmunt Szendzielarz, pseud. Łupaszko.
Trwają prace nad odnalezieniem i identyfikacją szczątków gen. Emi­
la Fieldorfa – „Nila”, rotmistrza Witolda Pileckiego, mjr. Łukasza Ciep­
Zidentyfikowane ofiary komunizmu z Łączki: Abramowski Stanisław, Borowiec
Władysław, Borowski Henryk, Budelewski Bolesław, Bukowski Edmund, Czeredys Jan,
Czerwiakowski Julian, Częścik Bolesław, Dekutowski Hieronim, Gajdek Adam, Gło­
wacki Stefan, Groński Roman, Kasznica Stanisław, Kita Aleksander, Kontrym Bolesław,
Kuliński Zygfryd, Łukasik Stanisław, Łukaszewicz Józef, Miatkowski Jerzy, Mieszkowski
Stanisław, Olechnowicz Antoni, Orlik Marian, Pawłowski Henryk, Pelak Tadeusz, Przy­
byszewski Zbigniew, Rakoczy Karol, Smoliński Eugeniusz, Sosnowski Dionizy, Szendzie­
larz Zygmunt, Szymanowski Zygmunt, Świder Ludwik, Tomaszewski Aleksander, Tudruj
Edmund, Walicki Wacław, Wasilewski Arkadiusz, Widelski Ryszard.
Archiwum pamięci
296
Krzysztof Szwagrzyk
lińskiego, mjr. Adama Lazarowicza i ponad dziewięćdziesięciu innych
pogrzebanych na Łączce. Do ukończenia poszukiwań niezbędne jest
przeprowadzenie trzeciego, najtrudniejszego etapu badań na obszarze,
na którym w latach 1982-1984 usytuowano blisko dwieście pomników
zasłużonych dla „władzy ludowej”. Trwają prace zmierzające do wpro­
wadzenia przez polski parlament zmian legislacyjnych umożliwiają­
cych przeniesienie tych pomników w inne miejsce, bez czego dalsze
działania archeologiczno-ekshumacyjne na tym terenie są niemożliwe.
Toczy się też dyskusja społeczna wokół powinności państwa polskie­
go wobec leżących na Łączce wybitnych postaci antykomunistycznego
oporu i pilnej potrzebie budowy na niej panteonu narodowego.
Po upływie dwu lata od rozpoczęcia ekshumacji na kwaterze „Ł” po­
wązkowskiego Cmentarza Wojskowego szczątki blisko dwustu boha­
terów nadal spoczywają w ponumerowanych trumienkach w chłodni
Cmentarza Północnego w Warszawie, a szczątki ponad dziewięćdzie­
sięciu pozostałych ofiar wciąż przygniata ciężar peerelowskich pomni­
ków z lat osiemdziesiątych, m.in. – sędziów stalinowskich, funkcjona­
riuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i oficerów Informacji
Wojskowej.
Rok 2014
Andrzej Suchcitz
Źródła do biografii ARCYBISKUPA Józefa Gawliny
W INSTYTUCIE POLSKIM I MUZEUM
IM. GEN. SIKORSKIEGO W LONDYNIE
Wśród wszelkich denominacji kapelanów Polskich Sił Zbrojnych na
Zachodzie (PSZZ) zdecydowanie wybija się postać czołowego duszpa­
sterza katolickiego – Józefa Gawliny. Mimo doniosłej posługi duszpa­
sterskiej wieloletni biskup polowy Polskich Sił Zbrojnych doczekał się
zaledwie jednej skromnej biografii. Józef Gawlina nadal czeka zatem
na biografa, który – jeśli zechce podejść do tematu rzetelnie – stanie
przed poważnym zadaniem zebrania materiału potrzebnego dla za­
dośćuczynienia biografii monograficznej, przed problemem dotarcia
do wielu archiwów tak w Kraju, jak i za granicą. Celem niniejszego ar­
tykułu wskaza­nie przyszłemu biografowi ścieżek ułatwiających dotar­
cie do materiałów na dany temat w zbiorach londyńskiego Archiwum
Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego (AIP).
Przede wszystkim należy stwierdzić, że zespół akt Ordynaria­tu Po­
lowego Polskich Sił Zbrojnych, a więc z­asadniczego zbioru akt dotyczą­
cych działalności bp. Gawliny podczas II wojny światowej, nie znajduje
się w Instytucie, lecz w Archiwum Polskiej Misji Katolickiej w Anglii
i Walii (APMK). Natomiast w Instytucie materiałów związanych z te­
matem trzeba szukać w różnych pokrewnych zespołach archiwalnych,
co wiąże się z koniecznością uprzedniego (przed rozpoczęciem poszu­
kiwań) uporządkowania materiałów do życiorysu bp. Gawliny.
Oczywiście w AIP materiał dokumentacyjny do przedwojenne­
go okresu jest bardzo fragmentaryczny i raczej należy go poszukiwać
w krajowych archiwach kościelnych, w Centralnym Archiwum Woj­
skowym i w Archiwum Akt Nowych. W zbiorach Instytutu w odnie­
Kazimierz Biegun, Arcypasterz Polski wygnańczej biskup polowy WP Ksiądz Józef
Feliks Gawlina (1892-1964), Warszawa 1993.
tom V
2014 tom V
298
Andrzej Suchcitz
sieniu do ww. okresu można znaleźć tylko niektóre materiały w zespo­
łach archiwalnych Ministerstwa Spraw Zagranicz­nych oraz Ambasady
RP przy Stolicy Apostolskiej. W pierwszym z nich znajduje się m.in.
interesująca notatka dotycząca mianowania ks. Józefa Gawliny bisku­
pem polowym Wojska Polskiego. Jak wiemy z historii, sprawa nomi­
nacji nie była całkiem bezbolesna i trwała wiele miesięcy. Ks. Gaw­lina
nie był bowiem pierwszym kandydatem rządu polskiego. Najpierw
proponowano ks. Mauersbergera, który nie kwalifikował się jednak do
zatwierdzenia przez papieża Piusa XI. Natomiast kandydat papieża –
o. Rzy­mełko, z powodów politycznych nie był aprobowany przez stro­
nę rządową. Ksiądz Gawlina, trzeci z kolei kandydat, wysunięty przez
nuncjusza apostolskiego w Warszawie, nie spotkał się ze sprzeciwem
rządu. Chociaż notatka w tej sprawie nie została podpisana, jej auto­
rem mógł być Jan Szembek, wiceminister spraw zagranicznych.
Kontynuując wątek nominacji na biskupa polowego, przechodzimy
do zespołu akt ambasady RP przy Stolicy Apostolskiej. Jest to duży
zbiór materiałowy za la­ta 1921-1970. Jako źródło do historii polskiego
Kościo­­ła – zespół przebogaty. Badacz koniecznie powinien się zapo­
znać z jego zasobem. Główną podgrupę z kręgu omawianego tematu
stanowią teczki zatytułowane „Watykan a Polska” – zbiór dokumenta­
cji od roku 1929. Pod datami 1932 i 1933 znajdujemy więcej dokumen­
tów dotyczących dymisji biskupa polowego Stanisława Galla i posunięć
związanych z mianowaniem ks. Gawliny na to stanowisko. W ogóle
zespół akt ambasady jest jednym z tych zespołów, które należy cierpli­
wie przeglądać, ponieważ tu znajdują się różne materiały do życiorysu
bp. Gawliny, szczególnie gdy chodzi o lata powojenne, kiedy to został
mianowany Duchowym Opiekunem Emigracji – okres, w którym jego
główną siedzibą był Rzym.
Ambasador Kazimierz Papée miał dobrą i bliską współpracę z Bi­
skupem, co naturalnie ułatwiało załatwianie róż­nych spraw tak poli­
tycznych, jak i społecznych. Mówił Gawlina nieraz wobec ambasadora
o swoim „niepodległoś­ciowym stanowisku”. Akta te dobrze ilustrują
natężenie pracy i liczbę wizytacji, które Biskup podejmował, odwiedza­
Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego (IPMS), A.11E/ 1513, notatka w spra­
wie Biskupa Polowego, Biskupa Franciszka Lisowskiego i Biskupa Augustyna Łosińskie­
go, s. 1-3.
IPMS, A.44.249/5, pismo ambasadora K. Papee do Ministra Spraw Zagranicznych
w Londynie z 6 października 1949.
Źródła do biografii ARCYBISKUPA Józefa Gawliny
299
jąc skupiska rodaków rozrzucone po całym ś­wiecie. Ambasador Papée
odnotował, że bp Gawlina:
Drugim wziernikiem w sprawy wiążące bp. Gawlinę są akta am­
basady znajdujące się w zespole Ministerstwa Spraw Zagranicznych,
z którym to urzędem ambasador korespondował, składając regularne
sprawozdania z rozmów i spotkań, m.in. z biskupem Gawliną.
Powróćmy do okresu wojennego. Dokumentacja dotycząca Biskupa
Polowego z samej definicji i zakresu obowiązków odnosi się nie tylko
do spraw wojskowych, co znaczy, że należy szukać śladów jego dzia­
łalności w całym szeregu zespołów polityczno-dyplomatycznych. Mam
na myśli przede wszystkim akta Kancelarii Cywilnej oraz Gabinetu
Wojskowego Prezydenta RP Władysława Raczkiewicza. Nie chodzi
tylko o akta o charakterze oficjal­nym, lecz także o półprywatną ko­
respondencję kierowaną do Prezydenta przez różne osoby. Następnie
akta Prezydium Rady Ministrów, indywidualnych ministerstw oraz
placó­wek dyplomatyczno-konsularnych. W tym przypadku czeka na
badacza żmudna praca kwerendowa, ponieważ potrzebna mu doku­
mentacja ma charakter pojedynczych dokumentów w bardzo rozprze­
strzenionych zespołach. Jednym z ciekawszych wątków tej dokumenta­
cji są stosunki pomiędzy Biskupem Polowym a Naczelnym Wodzem,
zarazem premierem generałem Władysławem Sikorskim.
Biskup Gawlina był osobą stanowczą i zasadniczo pros­tolinijną. Ge­
nerał natomiast, choć równie stanow­czy, miał raczej nierówny charak­
ter – raz popadał nad czymś w zachwyt, innym razem to samo potę­
piał. Bardzo czuły na jakąkolwiek krytykę, szybko dawał znać o swoim
niezadowoleniu, aby po wysłuchaniu wyjaś­nień i spokojnej refleksji po­
wrócić do koleżeńskiego nastroju. Wspomnienia arcybiskupa Gawli­ny
nader dobrze ilustrują te sytuacyjne nastroje. Wiadomo, że gen. Sikor­
ski nie był zbyt zachwycony wizytą bp. Gawliny w Stanach Zjednoczo­
nych Ameryki Północnej w 1943 roku, ponieważ wizyta nie była z nim
uzgodniona. Generał przyjmował informacje nie zawsze sprawdzone
IPMS, ogólna sygnatura zespołu MSZ: A.11 i A.11E.
Archiwum pamięci
po dłuższej nieobecności musi zająć się sprawami bieżącymi swojej Kurii,
a przede wszystkim starać się ją zorganizować i zdobyć na nią środki finanso­
we. Sprawy tej Kurii rozrastają się ogromnie, korespondencja napływa z całego
świata.
300
Andrzej Suchcitz
i był szybki w osądach. Biskup Gawlina niejeden raz padł ofiarą takiej
postawy Generała. Podczas podróży Biskupa po Stanach Zjednoczo­
nych różne infor­macje, przeważnie przekazywane przez anonimowych
Amerykanów polskiego pochodzenia, przedostawały się do Londynu,
np.:
2014 tom V
że ksiądz Biskup polowy miał jakoby niezgodnie z istniejącym stanem rzeczy
przedstawić sprawę opieki nad Polakami w Rosji i na Środkowym Wschodzie
oraz wysiłki Rządu w tym kierunku. Fałszywe dane, które ogłosiła prasa, powo­
łując się na księdza Biskupa, zostały podchwycone i wykorzystane przez wrogą
nam propagandę... w wystąpieniach swych, których tendencja była jakoby anty­
rządowa... Mimo dwukrotnego żądania z mej strony nie otrzymałem dotąd żad­
nych wyjaśnień. Oczekuję, odwrotnie telegraficznych wyjaśnień...
Tak depeszował Sikorski do ambasadora Ciechanowskiego z przezna­
czeniem depeszy dla Biskupa. Tak też powsta­wały nieporozumienia
i okresy zmniejszonego zaufania wobec Duszpasterza wojskowego.
Jak wynika z arcyciekawych i przejrzyście napisanych wspomnień Ar­
cybiskupa, dopiero osobiste spotkania Generała z Biskupem Polowym
w maju i czerwcu 1943 roku rozwiały wątpli­wości i nieporozumienia.
Generał, jak było to w jego zwyczaju, wyleciał na Gibraltar pełen zapa­
łu, oczekując szybkiego powrotu Gawliny do Londynu, gdzie chciał go
wykorzystać do różnych akcji politycznych na rzecz celów wojennych.
Cierpliwe studiowanie rejestrów akt Rady Ministrów przy­niesie bio­
grafowi Biskupa Polowego niejedną cieka­wostkę i niejedno wyjaśnie­
nie. Jakby uzupełnieniem wątku politycznego jest działalność biskupa
w Radzie Narodowej oraz w poszczególnych jej komisjach, których był
członkiem. Są to raczej stenogramy niż sprawozdania, a więc czytamy
wypowiedzi bis­kupa Gawliny verbatim w danej chwili.
Jednak w okresie wojennym głównym kierunkiem pra­cy Józefa
Gawliny jako biskupa polowego była praca duszpasterska wśród żoł­
nierzy. Poczynając we Francji wiosną 1940 roku, następnie w Szkocji,
na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz na terenie Związku Sowiec­
kiego r­ozwijał intensywną działalność na rzecz zapewnienia żołnie­
rzowi polskiemu odpowiedniej opieki duchowej. Chciał zapewnić każ­
demu oddziałowi (od samodzielnego batalionu wzwyż) kapelana, co
wymagało mianowania odpowiednich kandydatów, których zdobycie
IPMS, PRM.98/2 dok.38, depesza gen. Sikorskiego do bp. J. Gawliny, 20 kwietnia
1943.
Źródła do biografii ARCYBISKUPA Józefa Gawliny
301
Prezydent RP Władysław Raczkiewicz i bp Józef Gawlina podczas wręczania sztandaru
1. Oddziałowi Rozpoznawczemu. Szkocja, 27 kwietnia 1941
Msza św. w Katedrze West­min­sterskiej w 150. rocznicę
uchwalenia Konstytucji 3 Maja.
Klęczy arcybiskup Westminsteru
kard. Arthur Hinsley, przy ołtarzu bp Jó­zef Gawlina. Londyn, 3 maja 1941
302
Andrzej Suchcitz
w tamtym czasie nie było łatwe. Akta naczelnego dowództwa, szczegól­
nie G­abinetu Naczelnego Wodza, w pewnej mierze p­ozwalają śle­dzić
starania Biskupa o kapelanów, jak i problemy, z którymi się borykał –
jako generał brygady służby czynnej podle­gał strukturom wojskowym
w zakresie w­yznaczonych obo­wiązków służbowych. Z punktu widze­
nia pracy wśród żołnierzy bardziej miarodajnym źródłem są k­roniki
oddzia­łowe. Wykonując mozolną pracą badawczą, moż­na prześle­dzić
niemal każdą wizytę Biskupa w oddziałach lądowych i lotniczych.
Często opisy odwiedzin są poszerzone, niekiedy zawierają fotografie,
także osobiste wpi­sy Biskupa Polo­wego. Nie tu jednak miejsce, aby wy­
liczać wszystkie źródła. Jako przykład niech posłuży zapis w kronice
14 Pułku Piechoty 5 Dywizji Piechoty, gdzie kronikarz o­dnotowuje
wrażenie, jakie Biskup Polowy wywarł na żołnierzach pod­czas odwie­
dzin 13 i 14 Pułku Piechoty w lipcu 1942 ro­ku w Błagowieszczence:
2014 tom V
podobała się nam wszystkim bezpośredność w stosunku do nas i byliśmy zado­
woleni, że biskup nie życzy sobie defilady, która przy tutejszym upale [dałaby] się
nam we znaki.
Jednym z zagadnień przebijających się przez kroniki wojskowe z te­
renu Związku Sowieckiego jest liczba masowych bierzmowań, których
Biskup udzielał. Trzeba pamiętać, że przez dwa lata sowieckiej niewo­
li polska młodzież była pozbawiona możliwości przygotowywania się
do tego sakramentu pod opieką księży. I prawie we wszystkich kroni­
kach oddziałowych można napotkać informacje o wytężonej pracy bp.
Gawliny. Liczba przebytych przez Biskupa mil w różnych warunkach
atmosferycznych, w różnym czasie, wprawia w podziw nad jego nie­
zmordowaną energią, zarazem obowiązkowością. Owo kronikarskie
kalendarium daje świadectwo działalności człowieka czynu, ogromnej
pra­cowitości i mocnego charakteru. Mógł przecież duszpasterzować
zza biurka, a podejmował trud bycia tam, gdzie znajdowali się polscy
żołnierze i ich rodziny.
To, że biskup Gawlina towarzyszył II Korpusowi na całym jego szla­
ku bojowym we Włoszech – chociaż Korpus miał własnego szefa Dusz­
pasterstwa Kato­lickiego w osobie ks. dziekana Włodzimierza Cień­
skiego – pozwalało Józefowi Gawlinie odwiedzać zarówno oddziały na
IPMS, C.219/III, Kronika II batalionu 14 Pułku Piechoty, zapis na 1 lipca 1942.
Źródła do biografii ARCYBISKUPA Józefa Gawliny
303
pierwszej linii, jak też tyłowe – przede wszystkim sanitarne. Tam, gdzie
istniała potrzeba, „łatał dziury” w pracy kapelana wojskowego.
W zbiorze Referatu Odznaczeń Gabinetu Naczelnego Wodza znaj­
duje się wniosek o nadanie biskupowi polowemu Srebrnego Krzyża
Orderu Virtuti Militari. Wniosek był wystawiony przez gen. Andersa,
który p­isał:
W okresie walk o Monte Cassino [bp Gawlina] osobiście odwiedzał wszystkie
wysunięte punkty opatrunkowe. W braku odpowiedniej liczby kapelanów sam
pełnił tam w ogniu artylerji nieprzyjacielskiej obowiązki kapłańskie.
Jego pełna spokoju i dostojności postawa budziła uznanie i szacunek żołnie­
rzy oraz podtrzymywała ich na duchu w krytycznych chwilach boju.
Ludzie ci, przebywający niemal stale w środowisku nie polskim i przeważnie nie
katolickim, narażeni są na powolne zatracenie ducha religijnego i narodowego.
Jeśli chodzi o opiekę duszpasterstwa p­olskiego, jest ona w stosunku do wyżej wy­
mienionych prawie całkowicie uniemożliwiona, bo księża kapelani nie są w sta­
nie, mimo najlepszych chęci, owe angielskie wizytować. Zachodzi więc obawa,
że pewna część z pośród powyższego personelu może być dla sprawy polskiej
w przyszłości s­tracona.
IPMS, A.XII.85/5 dok.1, wniosek o nadanie Orderu Virtuti Militari V klasy ks. Bi­
skupowi Polowemu Józefowi Gawlinie.
Archiwum pamięci
Zatrzymując się przy odznaczeniach, zauważmy, że w zespole akt
Referatu Odznaczeniowego Kancelarii Prezydenta RP znajdują się do­
kumenty dotyczące nadania Biskupowi w 1951 roku Wielkiej Wstęgi
Orderu Odrodzenia Polski przez Prezydenta Augusta Zaleskiego.
Wracając do pracy Gawliny w charakterze b­iskupa po­lowego pod­
czas wojny, podobnie jak w aktach wojskowych, tak i w aktach Polskich
Sił Powietrznych znajdują się ślady jego działalności. W podzespole
obejmującym akta szefostwa Duszpasterstwa Sił Powietrznych zgroma­
dzone są interesujące materiały w sprawie utworzenia służby dusz­
pasterskiej i jej obsady dla lotnictwa, włącznie z pismami i uwagami
Biskupa Polowe­go. Właśnie w tych aktach znajdziemy ciekawy doku­
ment obrazujący, jak Biskup starał się dbać nie tylko o potrzeby ducho­
we zgrupowanych oddziałów, lecz także o poszczególne osoby. Jedną
z jego bolączek była sprawa indywidualnych lotników, którzy zostali
przydzieleni do jednostek brytyjskich. We wspomnianym dokumencie
zwracał Inspektorowi PSP gen. obserwatorowi Stanisławowi Ujejskie­
mu uwagę na to, że:
304
Andrzej Suchcitz
2014 tom V
Zalecał ściągnięcie owych lotników do polskich oddziałów lub przy­
najmniej skomasowanie ich w większych grupach.
Dla biografa bp. Gawliny ważną grupą dokumen­tów są Rozkazy We­
wnętrzne Biskupa Polowego. Nie stanowią one kompletu i obejmują
okres od 1941 do 1946 roku. Nie będę się zatrzymywał przy tym ze­
spole dokumentacji, ponieważ większość tych tekstów autorstwa bisku­
pa Gawliny została opublikowana w specjalnym zeszycie Parafialnego
Od­działu Instytutu Polskiej Akcji Katolickiej (IPAK) przy parafii pw.
św. Andrzeja Boboli w Londynie. Gorąco polecam tę publikację.
Warto też zwrócić uwagę na niezmienne podkreślanie przez Gaw­
linę wartości chrześcijańskich oraz narodowych. Cały dział rozkazów
dziennych jednostek i oddziałów PSZ jest dodatkowym cennym źród­
łem in­formacji na temat ceremoniału i przebiegu wizyt biskupa polo­
wego w poszczególnych oddziałach.
Podczas nabożeństwa. Dundee (Szkocja), 4 maja 1941
IPMS, LOT.A.V.38a, pismo bp. J. Gawliny do gen. obserwatora Stanisława Ujejskie­
go, 20 marca 1941.
IPMS, R.1549 – R.1554, Rozkazy Wewnętrzne Biskupa Polowe­go WP.
Źródła do biografii ARCYBISKUPA Józefa Gawliny
305
Innym źródłem do biografii Józefa Gawliny jest Dział Kolekcji
Osobowych i Rzeczowych. W poszczególnych spuś­ciznach można od­
naleźć wiele ciekawych dokumentów do danego tematu. Nie sposób
wszystkie tu w­ymienić, a jest z czego wybierać, ponieważ znajduje się
w tym dziale ponad 730 zespołów dokumentów. Natomiast dla ilustra­
cji bogactwa materiału warto przytoczyć kilka najbardziej istotnych
przykładów. Pierwszy taki zespół dotyczy gen. Władysława Sikorskie­
go. W jego oficjalnym Dzienniku Czynności można prześledzić do­
kładnie np. ile razy i kiedy spotykał się z Józefem Gawliną. Jest tam
częściowy wybór dokumentacji, mówiącej o tym, co łączyło Biskupa
z Sikorskim. Wydaje się, że najbardziej znamienny dokument tej ko­
lekcji pochodzi z teczki akt wydobytych z morza po katastrofie w Gi­
braltarze, w której zginął gen. Sikor­ski ze świtą. Jest to list napisany
przez bp. Gawlinę 25 czerwca 1943, dotyczący sprawy awansu Biskupa
na generała dywizji. Bp Gawlina rozważnie wyjaśnia, dlaczego chce
pozostać w stopniu generała brygady, mimo że etat biskupa polowego
równa się stopniowi generała dywizji. Warto przypomnieć, że w okre­
sie przedwojennym uzyskanie tego stopnia łączyło się z aprobatą wa­
runków, które dlabp. Gawliny były absolutnie nie do przyjęcia. Kończy
więc list słowami:
Kolejnym zespołem w dziale, który zawiera ważne materiały, szcze­
gólnie dotyczące okresu p­owojennego, jest spuś­cizna gen. Władysława
Andersa. Znajduje się w niej korespondencja między abp. Gawliną i gen.
Andersem z lat 1947-1964. Wśród wielu poruszanych w tej korespon­
dencji tematów przykładowo wymienię sprawy: uchodźców polskich
w Niemczech, dążeń do zjednoczenia emigracji niepodległoś­ciowej,
cmentarzy polskich we Włoszech, pomocy dla Kraju, W­ypadków
10
IPMS, KOL.1/6, list bp. J. Gawliny do Naczelnego Wodza, 25 czerw­ca 1943.
Archiwum pamięci
Pan Generał zapowiedział mi awans, nie dodając żadnych od siebie warun­
ków, co sobie wysoce cenię.
Celem uniknięcia jednak komentarzy, które w naszej atmosferze stanowisko
moralne i Pana Generała i moje podrywać by mogły, proszę Pana Generała o za­
niechanie awansu mojego na generała dywizji.
Osobiście jestem Panu Generałowi wdzięczny, że miał zamiar przywrócić
stan prawny, a co do reszty sądzę, że na dotychczas zajmowanym stopniu, zaosz­
czędzając Polsce wydatków, będę mógł nadal w miarę sił służyć Bogu i Ojczyź­
nie10.
306
Andrzej Suchcitz
P­oznańskich, kwestie polityczne emigracji czy ustosun­kowania się
do Episkopatu w Polsce i nie zawsze łat­wych dla polskich władz pań­
stwowych na uchodźstwie wypowiedzi Prymasa11. Z innych spuścizn
wspomnę dokumentację pozostałą po ks. dziekanie Janie Brandysie –
z którym bp Gawlina nie miał najłatwiejszych stosunków – a także do­
kumentację po ks. prałacie Tomaszu Reginku12.
Ostatnim wartym wnikliwych badań działem omawianego archi­
wum jest Dział Rękopisów i Maszynopi­sów. Znajdują się w nim prze­
różne materiały: sprawo­zdania, relacje, opracowania itp. – na wszel­
kie możliwe te­maty. Ostrożne przeglądnięcie inwentarza p­rzyniesie
biografowi biskupa niejedną niespodziankę. Przykładem niech bę­
dzie „Kartka z pamiętnika” Stefana Korgula, który w 1964 opracował
wspomnienie wzbogacone fotografiami z wizyty bp. Gawliny w Cen­
trum Szkolenia Armii we Wrewskoje koło Taszkentu, 10 czerwca 1942.
Z wielką dokładnością odtwarza tę wizytę, kończąc wspomnienie hu­
morystycznym akcentem świadczącym o pogodnym usposobieniu bi­
skupa Gawliny:
2014 tom V
Jako sprawozdawca z ramienia referatu Oświatowego Centrum, wszędzie to­
warzyszyłem Ks. Biskupowi, mając przy sobie fotografa. Bardzo często wypadło
mi zanotować jakąś ważniejszą wypowiedź Ks. Biskupa, a gdy podczas obiadu
Ks. Biskup wygłaszał przemówienie, a ja skrzętnie notowałem co mówi, w pew­
nym momencie przerwał mowę i zwracając się w moją stronę zapytał: „Panie,
czy Pan jest dwójkarzem czy kronikarzem, że wciąż [Pana] widzę coś notujące­
go?” Gromko odkrzyknąłem: Kronikarzem Ekscelencjo! Wywołało to ogólną we­
sołość13.
Wnikliwy badacz natrafi na teczkę Biskupa nawet w Ekspozytu­
rze Sądu Polowego dowództwa Etapów Ar­mii Polskiej na Wschodzie.
Spieszę zapewnić, że nie chodzi o sprawę karną, lecz o dochodzenie po
wypadku samochodowym, w którym poszkodowani byli bp Gawlina
i ks. kanonik Stefan Pietruszka, jadący z Jerozolimy do Betlejem, by
odprawić pasterkę w 1942 roku. Na taksówkę wiozącą duchownych,
na drodze tuż za grobem Racheli, najechał samochód należący do pa­
IPMS, KGA/ teczki 116-118.
IPMS, KOL.342, spuścizna po ks. prał. Janie Brandysie, i KOL.452, spuścizna po
ks. prał. Tomaszu Reginku.
13
IPMS, B2257, Stefan Korgul, Ks. Biskup Polowy Józef Gawlina w Rosji w 1942 roku.
11
12
lestyńskiej policji. Szczęśliwie obeszło się bez większych obrażeń i Bi­
skup dotarł do miejsca, w którym miał odprawić pasterkę14.
Zajrzyjmy jeszcze do zespołu akt Ambasady RP przy Stolicy Apo­
stolskiej, gdzie ambasador Kazimierz Papée do 1958 roku był w pełni
uznanym przedstawicielem legalnego rządu RP rezydującego w Lon­
dynie, a do 1970 pełnił obowiązki administratora ambasady. Akta
obejmują cały okres egzystencji abp. Gawliny na emigracji. Toteż gdy
Arcy­biskup zmarł we wrześniu 1964 roku, na ręce ambasadora Papée
wpływały liczne kondolencje, również składane przez obcych ambasa­
dorów i włoskich polityków. W liście do profesora Oskara Haleckie­
go ambasador Papée pisał: „[...] Wytworzyła się wyraźna próżnia: o jej
wypełnienie zaczyna się obecnie ciężkie zmaganie.”15.
Należy pamiętać, że oprócz bogatego źródła doku­mentacyjnego
w Archiwum Fotograficznym I­nstytutu można znaleźć setki, jeże­
li nie więcej, zdjęć uwieczniających osobę Biskupa Polowego. Wybór
tych f­otografii oglądaliś­my na wystawie trwającej od 27 września do
3 paździer­ni­ka 2014 w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Lon­
dynie. Zbiór ilustruje wszelkie miejsca odwiedzane przez Biskupa Polo­
wego, spotkania ze znaczą­cymi politykami, dyplomatami, z wyższymi
oficerami, a przede wszystkim ze zwykłymi żołnierzami, których Józef
Gawlina otaczał najtroskliwszą posługą duszpasterską.
Ponadto Archiwum Instytutu Polskiego w Londynie po­­siada wiele
filmów z czasów wojny, na których oglądamy bp. Gawlinę w akcji, np.:
gdy odprawia mszę św. przed inauguracyjnym posiedzeniem Rady Na­
rodowej, czy film przedstawiający spotkanie Biskupa z polskimi żoł­
nierzami we Fran­cji wiosną 1940 roku.
Poszukiwania w Archiwum Instytutu Polskiego postawią biografa
abp. Gawliny przed niemałym wyzwaniem. Brak centralnego zespołu
skupiającego materiały związa­ne z osobą i działalnością Arcybiskupa
oznacza, że badacz – jak już wspomniałem – ma przed sobą kwerendę
rozproszoną po różnych zespołach Archiwum. Jednak bez zadania so­
bie tego trudu nie otrzyma pełnego obrazu tej nieprzeciętnej postaci.
Jak można się było zorientować, materiały są bardzo różnorodne, a za­
razem istotne w odtworzeniu sylwetki Biskupa Polowego, jego rozle­
14
IPMS, A.XII.88/1225, akta w sprawie wypadku samochodowego, któremu ulegli
b­iskup polowy Józef Gawlina i ks. kan. Stefan Pietrusz.
15
IPMS, A.44.515/17, list amb. Kazimierza Papée do prof. dr. Os­kara Haleckiego,
27 września 1964.
307
Archiwum pamięci
Źródła do biografii ARCYBISKUPA Józefa Gawliny
308
Andrzej Suchcitz
głej działalności w różnych okresach życia, na różnych kontynentach
i w różnych okolicznościach politycznych. Wyzwanie trudne, ale gwa­
rantujące biografowi satysfakcję i poczucie dobrze spełnionego obo­
wiązku naukowego, którego owocem miałoby być powstanie komplek­
sowej biografii tego niezwyk­łego Kapłana-Żołnierza.
Rok 2014
Jadwiga Kowalska
ORDYNARIAT BISKUPA POLOWEGO WP JÓZEFA GAWLINY W ARCHIWUM POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W ANGLII I WALII
Polska Misja Katolicka (PMK) w Londynie powstała w roku 1894,
jako jedna z pierwszych polskich instytucji na terenie Wielkiej Bryta­
nii. Na przestrzeni XIX wieku zdefiniowano pięć wielkich fal uchodź­
stwa polskiego, które znalazły schronienie na Wyspach Brytyjskich.
Byli to ludzie otoczeni aurą bohaterskiej walki o wolną Ojczyznę, o pra­
wa człowieka i obywatela. Zostali przyjęci w tej części Europy z god­
nością, którą ugruntowywali swoją postawą przez kolejne lata życia
na obczyźnie. Historyczne przemiany, rozgrywające się w latach 1939‑1945, przywiodły na Wyspy Brytyjskie nową falę Polaków i status
P­olaka‑uchodźcy zatoczył przysłowiowe koło.
Kampania wrześniowo-październikowa, kończąca się dla Ojczyzny
klęską, nie zabiła ducha walki w ledwie odro­dzonym narodzie polskim,
który w piątym pokoleniu wywalczył prawo do posiadania własnego
Państwa. Kontynuowano działania bojowe poza granicami K­raju. Na
skutek nietypowych warunków walk toczonych na wszystkich fron­
tach II wojny światowej, które zasilał polski żołnierz, nastąpiły zmia­
ny jurysdykcji Ordynariatu Polowego z terytorialnej na personalną.
W Kościele kato­lickim Ordynariat Polowy – jako jednostka admini­
stracyjna – odpowiada diecezji. Z definicji obejmuje żołnierzy i ich ro­
dziny na terenie jednego, danego kraju. Stojący na czele Ordynariatu
biskup polowy Józef Gawlina, który objął tę zaszczytną funkcję jeszcze
w 1933 roku, kontynuował posługę w czasie trwania II wojny świato­
wej. Był ofiarnie wspomagany pracą wojskowych kapelanów poszcze­
gólnych jednostek przechodzących kolejne reorganizacje, właściwe dla
Księga Pamiątkowa Polskiej Misji Katolickiej w Londynie, oprac. P. Sawicki, Londyn
1944, s. 7-40.
tom V
310
Jadwiga Kowalska
znamiennych warunków, w jakich znajdowały się Polskie Siły Zbrojne
na Zachodzie.
2014 tom V
*
Trudno jednoznacznie określić początki Archiwum PMK w Anglii
i Walii, zaryzykuję stwierdzenie, że jest to najstarsza polska placówka
archiwalna na terenie Wielkiej Brytanii. Ze względu na pełnioną rolę
od początku swojego istnienia gromadziła dokumentację dotyczącą
ludności polskiej lub polskiego pochodzenia.
Polska Misja Katolicka budziła zaufanie i wraz z upływem kolejnych
lat potwierdzała potrzebę swojego bytu. Poza materiałami kancelaryj­
nymi, które wytworzyła na przestrzeni lat, stała się także miejscem,
w którym pozostawiano pod opieką cenne dokumenty. Trzeba pamię­
tać, że w 1945 roku istniały jeszcze archiwa polowe, a przejmujący nie­
formalną rolę „narodowego archiwum”, Instytut Historyczny im. gen.
Si­korskiego stawiał pierwsze kroki i dopiero budował swoją pozycję.
W tym samym okresie pracowały niezależnie liczne polskie komórki
archiwalno-muzealne.
Najprawdopodobniej, kończąc wojskową posługę i wyjeżdżając do
Rzymu, bp Gawlina niepewny dalszych losów swego przydziału, pozo­
stawił w Londynie pod opieką Misji dokumentację Ordynariatu Polowe­
go. Zaznaczę tutaj, że ta niewielka część, która wyjechała z Biskupem
do Rzymu – 58 jednostek archiwalnych, znajduje się w polskim koście­
le pw. św. Stanisława, przy Placu Weneckim.
Pozostawione w Londynie materiały obejmują 308 jednostek archi­
walnych typu metrykalnego – z rozbiciem geograficznym lub podzia­
łem według jednostek wojskowych, uwzględniających poszczególne
szpitale wo­jenne – dodatkowo uzupełnionych s­korowidzami i indek­
sami. Łącznie stanowią one około 465 tys. stro­nic dokumentów. Sama
korespondencja dotyczy przede wszystkim kwestii metrykalnych i gro­
bownictwa. Ponadto archiwalia zawierają ewidencję zgonów, urodzin,
chrztów, rzadziej sakramentów bierzmowania i małżeństwa. Sporo
miejsca zajmuje strona formalna tych zagadnień, jak chociażby po­
świadczenia stanu wolnego czy postępowania towarzyszącego for­
malnej procedurze zgonu z akcentem położonym na kwestię uznania
Zespół „Ordynariat Polowy Biskupa J. Gawliny” ze względu na trwający proces po­
rządkowania archiwaliów PMK nie posiada jeszcze sygnatur.
ORDYNARIAT BISKUPA POLOWEGO WP JÓZEFA GAWLINY
311
Polska szkoła żeńska w Szkocji. Siedzą (od lewej:) gen. Józef Haller, abp Józef Gawlina, NN; pierwszy od prawej w rzędzie drugim – Wojciech Dłużewski [brak daty]
Bp Józef Gawlina celebruje uroczystość Bożego Ciała. Perth (Szkocja), 15 czerwca 1941
2014 tom V
312
Jadwiga Kowalska
kogoś za zmarłego; także załatwiania spraw w przypadku ponownego
wchodzenia w związki małżeńskie czy poszukiwania osób zaginionych
w czasie wojny.
Należy pamiętać o specyficznej sytuacji Polaków, jaką wytworzyła
rzeczywistość wojenna i pozostawanie poza gra­nicami Kraju. Na pod­
stawie dokumentacji archiwalnej możemy odtworzyć sprawy kapela­
nów wojskowych, ich nominacji i przebiegu służby wraz ze szczegó­
łami nadawania odznaczeń. Przedmiotem omawianej korespondencji
archiwalnej są przydziały, przeniesienia i uposażenia.
Podobnie jak historia polskiego duszpasterstwa emi­gracyjnego, tak
też przedstawia się historia ludności cywilnej we wszystkich k­rajach,
które podczas i po wojnie tworzyły dla niej tymczasowe obozy i o­siedla.
W tym miejscu warto uświadomić sobie rozpiętość terytorialną proble­
matyki, obejmującą: Węgry, Rumunia (włącznie z obozami internowa­
nych), Francja, Rosja Sowiecka, Belgia, Holandia, Szkocja, Anglia, Pa­
lestyna, Liban, Egipt, Włochy – wreszcie: Indie, Afryka, Meksyk, Nowa
Zelandia, aż po obozy w Niemczech i Hiszpanii. A po roku 1945: Ame­
ryka Północna, Kanada, Wenezuela, Argentyna oraz Tasmania i Au­
stralia.
W archiwum PMK znajduje potwierdzenie szeroko rozumiany pro­
tektorat duszpasterski roztaczany nad rodzinami wojskowymi wyznania
rzymskokatolickiego, uwzględniający zagadnienia konwersji i apostazji,
dialogu z Kościołem prawosławnym i ewangelickim oraz z wyznawca­
mi judaizmu. Jest to temat wciąż czekający na naukowe opracowanie
na podstawie archiwaliów. Podobnie zresztą jak i korespondencja doty­
cząca: praktyk religijnych, pielgrzymek, poświęceń lokali i przedmio­
tów, sprzętu liturgicznego i kaplicznego – zgromadzona w 40 pudłach
i stanowiąca około 80 tys. stronic dokumentów.
Wstępne rozpoznanie i częściowe opracowanie zasobu archiwalne­
go MPK stwarza możliwość pogłębienia wiedzy ogólnoorganizacyjnej
i szczegółowej z zakresu posługi kapłańskiej w sytuacji wojennej oraz
w warunkach uchodźczych. Wyłania się z tych archiwaliów rzadko po­
dejmowana sprawa powołań kapłańskich i zakonnych oraz historia pol­
skich seminariów w Edynburgu, Bejrucie, Rzymie i Paryżu. Można na
podstawie tych materiałów poczynić spostrzeżenia o trosce nad stroną
moralną życia wojskowych i ludności cywilnej zdominowanej przez
ciężkie, nienaturalne warunki wo­jenne, a następie powojenne z całym
bagażem doświadczeń i obcych kulturowo trudów życia c­odziennego,
k­tóremu towarzyszyło nieustanne pragnienie połączenia rozdzielonych
rodzin.
Wreszcie ogromny materiał dotyczący powstawania ośrodków pa­
rafialnych w okolicach hosteli i obozów przejś­ciowych; w skupiskach
zamieszkałych przez Polaków po 1945 roku na Wyspach Brytyjskich.
Szczegól­nie w trudnym okresie demobilizacji i adaptowania się na
gruncie obcego kulturowo kraju zamieszkania. Materiałem uzupełnia­
jącym jest korespondencja z polskimi organizacjami oraz zgromadze­
niami zakonnymi żeńskimi i męskimi pracującymi na terenie objętym
polską jurysdykcją.
Warto zatrzymać się na chwilę także nad tematem wojskowych
kompetencji na terenie, który od lat podlegał uprawnieniom cywilnym
znajdującym się w gestii Misji. Ta podwójna jurysdykcja zrodziła bar­
dzo interesujące zjawisko.
Biskup Gawlina zaraz po przekroczeniu granicy wraz ze Sztabem
Naczelnego Wodza we wrześniu 1939 roku oraz po zorganizowaniu
kapelanów na Węgrzech i w Rumuni udał się do Stolicy Apostolskiej
z prośbą o potwierdzenie swych uprawnień do personalnej jurysdyk­
cji podczas pobytu poza granicami własnego Państwa, co też uzyskał
w pierwszych dniach października. Po opuszczeniu przez ludność cy­
wilną – nie tylko przez rodziny wojskowych – Związku Sowieckiego
Biskup Polowy został także ordynariuszem wszystkich Polaków, którzy
wyszli z Rosji, rozciągając tym samym opiekę nad Rodakami, którzy
na skutek działań wojennych znaleźli się poza Krajem. Po aresztowa­
niu przez gestapo księdza prymasa Hlonda w czerwcu 1944 roku Stoli­
ca Apostolska mianowała bp. Gawlinę Protektorem Emigracji na czas
niemożności wykonywania tych zadań przez Prymasa. Jednakże Pro­
tektorat nie dawał uprawnień jurysdykcyjnych, dlatego też w roku 1945
Gawlina otrzymał Ordynariat nad Polakami, którzy w wyniku wojny
znaleźli się na terenie Austrii i Niemiec. Wraz z zakończeniem działań
wojennych i rozpoczęciem działalności Polskiego Korpusu Przyspo­
sobienia i Rozmieszczenia bp Gawlina – dla utrzymania jak najdłużej
zwierzchnictwa duchowego nad polskim wojskiem – zdemobilizował
się, bez formalnego przystępowania do PKPR-u.
Powojenne starania Józefa Gawliny o uzyskanie pozwolenia na po­
wrót do Polski zakończyły się niepowodzeniem, choć trudno jednozna­
cznie określić przebieg sprawy pejoratywnie, gdyż dzięki temu biskup
Gawlina został w Rzymie jako rektor najstarszego polskiego kościoła.
313
Archiwum pamięci
ORDYNARIAT BISKUPA POLOWEGO WP JÓZEFA GAWLINY
314
Jadwiga Kowalska
Natomiast Ordynariat Polowy działał pod jego kuratelą za sprawą wi­
kariusza generalnego dla wojsk lądowych, morskich i powietrznych
w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech, ks. prałata Bronisława Michal­
skiego, który zresztą wstąpił do PKPR-u. Według dyrektyw Stolicy Apo­
stolskiej Polacy mieszkający w hostelach i obozach podlegali polskiemu
prawodawstwu, wprowadzał je w czyn ks. Michalski na równi z lokalną
władzą miejscowego biskupa ordynariusza, któremu obok ludności lo­
kalnej byli przyporządkowani Polacy mieszkający poza obrębem wyżej
wspomnianego obozu. Budziło to sporo niejasności, jednakże tak od
strony prawnej zostało zalecone i egzekwowane. Niezależnie od kwestii
wojskowej, kościół polski w Londynie, w którym podczas wojny jak i po
odbywały się wszelkie uroczystości patriotyczno‑r­eligijne z udziałem
władz państwowych i wojskowych, pracował niezmien­nie z no­minacji
arcybiskupa Westminsteru. Niezależnie od wszelkich wojskowych i postwojskowych ustaleń, niekiedy wypełniając luki i przejmując konsek­
wencje niejasnych zarządzeń. W roku 1948 za sprawą ks. prymasa
Hlonda i z nadania Stolicy Apostolskiej nastąpiło wyraźne rozdziele­
nie jurysdykcji wojskowej i cywilnej pomiędzy Rektora PMK w Anglii
i Walii ks. Staniszewskiego i ks. Michalskiego. Jurysdykcja wojskowa,
tym samym Ordynariat Polowy, z­akończyła działalność te­oretycznie
wraz z zamknięciem ostatniego „obozu”– w 1968 roku.
Bardzo cenne i ciekawe dla historyków zajmujących się sprawami
polskiego duchowieństwa poza granicami Kraju w omawianym okre­
sie archiwalia, zgromadzone w zespole „Ordynariat Biskupa Polowe­
go Józefa Gawliny”, pomimo rzeczywistości wojennej zachowały się
i przetrwały do dnia dzisiejszego. Zawierają m.in. unikalny materiał do
identyfikowania wciąż nieznanych miejsc pochówku wielu osób oraz
okoliczności śmierci członków wielu rodzin.
Rok 2014
Jerzy MYSZOR
DUSZPASTERZ ŻOŁNIERZY I WYGNAŃCÓW
BISKUP JÓZEF GAWLINA W ZWIĄZKU SOWIECKIM*
Likwidowana do 1939 roku katolicka struktura kościelna w ZSRR
praktycznie przestała istnieć. Wszystkie diecezje i administratury
apostolskie pozbawione zostały kierownictwa. Pozostał tylko admi­
nistrator leningradzki, którym był w owym czasie Francuz – jedyny
w Leningradzie ksiądz – o. Cl. Fr. Florent. Podobna sytuacja zaistniała
w Moskwie, gdzie służył amerykański asumpcjonista o. Leopold Braun.
Podlegał on opiece ambasady amerykańskiej, przebywał na jej terenie
i pełnił również obowiązki administratora apostolskiego Moskwy.
Często można zetknąć się z informacją, że w przededniu II wojny
światowej spośród duchowieństwa katolickiego w ZSRR pozostał czyn­
ny tylko o. Braun w Moskwie i o. Florent w Leningradzie. Inni księża
przebywali w tym czasie w łagrach (niektórzy po przebyciu kilku lat
więzienia znaleźli się za granicą), zostali rozstrzelani albo zmarli w wię­
zieniu, łagrze czy na zesłaniu. W Kościele katolickim zabrakło bisku­
pów, a co więcej Kościół pozostawał – z wyjątkiem ks. Brauna, dzięki
ambasadzie amerykańskiej – bez kontaktu ze światem zewnętrznym.
Tak w kilku zdaniach tytułem wstępu można by streścić ogrom
zniszczeń i dewastacji życia religijnego w Związku Sowieckim, by
uzmysłowić niezwykłą sytuację, jaką w roku 1942 zastał biskup Józef
Gawlina podczas oficjalnego pobytu na terenie Związku Sowieckiego,
* Artykuł jest rozwinięciem fragmentu Wstępu do opracowania Biskup Józef Gawlina w Związku Sowieckim, edycja dokumentów i wprowadzenie Jerzy Myszor, Warszawa
2013, s. 21-32.
Roman Dzwonkowski, Kościół katolicki w ZSSR 1917-1939. Zarys historii, Lublin
1997, s. 45-49.
tom V
316
Jerzy MYSZOR
gdzie powstał problem natury teologicznej: czy może istnieć Kościół
bez jednego chociażby biskupa?
*
Z Listu Cypriana (List 66,8), żyjącego w III wieku biskupa Kartagi­
ny, do niejakiego Florentina czytamy:
2014 tom V
Powinieneś wiedzieć, że biskup jest z Kościołem a Kościół istnieje w łączno­
ści z biskupem, i gdyby ktoś nie był w łączności z biskupem, to nie jest w Kościele
[...].
Doświadczenia Kościoła katolickiego z przeszłości, biorąc dla przy­
kładu sytuację Kościoła w Japonii po straszliwych prześladowaniach
w XVI wieku, wskazują jednak, że wiara katolicka może przetrwać bez
biskupa, a nawet bez duchownego. Ceną tego rodzaju przetrwania jest
nie tylko życie w ukryciu, na marginesie życia społecznego, ale postę­
puje za nim inercja i brak możliwości ewangelizacji – „idźcie i nauczaj­
cie”, która należy do podstawowych funkcji Kościoła.
Wspomniany wyżej bp Cyprian stwierdza, a za nim powtarza tra­
dycja Kościoła, że wprawdzie może przetrwać wiara w Boga, to jednak
Kościół, jako zorganizowana, w pełnym tego słowa znaczeniu wspólno­
ta, w której realizuje się Kościół, jako instytucja zbawienia, może istnieć
tylko w łączności z biskupem. A – jak wiemy – biskupów w Związku
Sowieckiemu już przed II wojną światową zabrakło.
Co pozostało z katolickiego Kościoła? Pozostali wierni – używając
słownictwa biblijnego: owce bez pasterza. Pozostali też nieliczni wę­
drowni duchowni, żyjący w stałym zagrożeniu życia. Wygnańcy polscy
zachwali w pamięci wyuczone w dzieciństwie modlitwy, przestrzegali
zgodnego z zasadami moralnymi postępowania i próbowali na miarę
możliwości świętować uroczystości religijne, takie jak Boże Narodze­
nie, Wielkanoc i inne święta.
Jak wspomina ks. Włodzimierz Cieński, w tych dramatycznych
okolicznościach za katechizację, głównie za przygotowanie do chrztu
i Komunii św., brali spontaniczną odpowiedzialność rodzice, czasem
rodziców zastępowało w tym starsze dzieci, które niosły prawdy wia­
ry w życie swych młodszych, dorastających sióstr, braci. Wędrowny
Św. Cyprian, Listy, tł. Władysław Szołdrski, wstępem opatrzył Marian Michalski,
t. 1: PSP, Warszawa 1969.
DUSZPASTERZ ŻOŁNIERZY I WYGNAŃCÓW
317
Poświęcenie Cmentarza Lotników. W tle widoczni: Prezydent RP Władysław Raczkiewicz,
gen. Władysław Sikorski, gen. Lucjan Żeligowski. Newark, 16 lipca 1941
Archiwum pamięci
Poświęcenie sztandaru Polskich Sił Powietrznych. W głębi siedzą: gen. Władysław Sikor­ski
i brytyjski marszałek lotnictwa Sir Charles Portal. Swinderby, 16 lipca 1941
318
Jerzy MYSZOR
ksiądz w gruncie rzeczy po krótkim egzaminie chrzcił, udzielał ślubów
i szedł dalej.
Drugi obszar życia religijnego – jako pozostałość po wspólnotowym
Kościele – stanowiło duszpasterstwo w formie ukrytej, niejawnej, m.in.
w łagrach i więzieniach. Kapłani w konspiracji sprawowali sakramen­
ty, przede wszystkim chrzcili, spowiadali, odprawiali msze św. Czynili
to oczywiście w innej niż na wolności formie – dostosowanej do wy­
jątkowych warunków. W tym miejscu warto wspomnieć świadectwo
ks. Tadeusza Fedorowicza, który za zgodą biskupa lwowskiego Bolesła­
wa Twardowskiego wybrał wygnanie razem z deportowanymi w głąb
Związku Sowieckiego. Trzeba było bowiem nieść posługę duszpaster­
ską poza strukturami kościelnymi, zazwyczaj sprawować ją w ukryciu,
dostosowując znane praktyki do zastanych okoliczności. Przykładem
niech będzie sakrament spowiedzi. Ksiądz Fedorowicz wspomina po
latach:
2014 tom V
Spowiadałem przeważnie chodząc po lesie. Gdy mnie dziś pytają, kto mi dał
jurysdykcję do spowiadania, odpowiadam, że Stalin, a tak naprawdę, prawo koś­
cielne przewiduje takie sytuacje i daje pozwolenie.
18 października 1939 po przybyciu do Paryża Gawlina formalnie
podjął obowiązki biskupa polowego Wojska Polskiego, a tym samym
Polskich Sił Zbrojnych na obczyźnie, i rozpoczął organizowanie służby
duszpasterskiej. Rząd ZSRR w umowie podpisanej 30 lipca 1941, a zna­
nej jako układ Sikorski–Majski, uznał, że zawarte w roku 1939 traktaty
radziecko-niemieckie, dotyczące zmian terytorialnych Polski, utraciły
swą moc. Układ polsko-sowiecki przewidywał współdziałanie pod­
czas wojny z Niemcami, przywrócenie stosunków dyplomatycznych –
w tym utworzenie w ZSRR polskiej armii. W paragrafie I protokołu do
„układu” rząd sowiecki udzielił tzw. amnestii wszystkim obywatelom
polskim, pozbawionym swobody na terytorium Związku Sowieckiego,
którzy tam się znaleźli bądź jako jeńcy wojenni, bądź na innej podsta­
wie, co w domyśle oznaczało aresztowania i deportacje.
Trwa dyskusja nad liczbą obywateli polskich deportowanych ze
wschodnich terenów Rzeczypospolitej w głąb Związku Sowieckiego po
agresji z 17 września 1939. W latach 1940-1941 na odległe tereny ZSRR
Włodzimierz Cieński, Wspomnienia z Rosji. Wyprawa duszpasterska do polskiej ludności zesłańczej w Dolinie Fergany, „Marianum w Służbie” 1981, nr 1 (147), s. 7-13.
Tadeusz Fedorowicz, Drogi Opatrzności, Lublin 2011, s. 44.
deportowano przypuszczalnie około miliona kilkuset tysięcy oby­
wateli. Według ówczesnych szacunków ambasady RP w Kujbyszewie
mogło to być nawet od 1,5 do 1,8 miliona osób. Członkowie Komisji
Historycznej Polskiego Sztabu Głównego oceniali, że cztery wielkie de­
portacje objęły łącznie do miliona 200 tys. obywateli polskich. Prze­
bywający w Związku Sowieckim Polacy zostali rozrzuceni niemal po
całym terytorium tego państwa. Największe ich skupiska odnotowano
w północno-europejskiej części ZSRR, w obwodzie archangielskim,
w republice Komi – w obwodzie kirowskim, na Uralu, Syberii, w pół­
nocnym Kazachstanie, na Ałtaju i w Azji Środkowej. Część Polaków
skierowano do pracy w Zagłębiu Donieckim i w ośrodkach naftowych
na Kau­kazie.
Wieść o tworzącej się armii rozbudziła nadzieje wśród polskiej lud­
ności; wedle ówczesnych szacunków około 300 tys. więzionych żoł­
nierzy i od 500 tys. do 1 mln ludności cywilnej ruszyło w drogę do
punktów zbornych, które gen. Anders zorganizował w Buzułuku oraz
w miejscowościach Tatiszczewo pod Saratowem i Tockoje, między
Kujbyszewem a Czkałowem (Orenburgiem). W styczniu i lutym 1942
w rejon stacjonowania wojska polskiego przybyło już kilkaset tysięcy
osób, głównie Polaków. Sowieckie wyliczenia różnią się wyraźnie od
szacunków polskich. W świetle urzędowych danych w 21 miejscowo­
ściach przebywało 292 tys. osób, w tym 124 tys. Polaków. Najwięcej
w Samarkandzie – 65 tys., i Krasnojarsku – 27 tys. Ambasada RP, wraz
ze swoimi 20 delegaturami, do końca roku 1942 uruchomiła w ZSRR
około 800 placówek niosących pomoc cywilom.
Myśl o wyjeździe do Związku Sowieckiego zrodziła się w Ga­wlinie
po podpisaniu umowy Sikorski–Majski. Generał Sikorski uległ jed­
nak argumentacji ambasadora Stanisława Kota i uwarunkował wyjazd
Gawliny do ZSRR od zgody strony sowieckiej. Biskup Gawlina spotkał
się również ze strony Sikorskiego z zarzutem, że przy okazji akcji dusz­
pasterskiej chce zaspokoić swe ambicje polityczne. Ostatecznie decyzja
o możliwości podróży do Związku Sowieckiego przyszła do Londynu
przed 27 października 1941.
Stanisław Kot, Rozmowy z Kremlem, Londyn 1959, s. 85-87. Por. Biskup Józef Gawlina w Związku Sowieckim, s. 23.
Tamże, s. 128-129.
319
Archiwum pamięci
DUSZPASTERZ ŻOŁNIERZY I WYGNAŃCÓW
320
Jerzy MYSZOR
2014 tom V
Poświęcenie szpitala im. Ignacego Paderew­skiego. Edynburg, 17 października 1941
Posiedzenie inauguracyjne Towarzystwa Polsko-Szkockiego. Edynburg, 18 października 1941
DUSZPASTERZ ŻOŁNIERZY I WYGNAŃCÓW
321
19 kwietnia 1942 bp Gawlina przekroczył granicę ZSRR i po krót­
kim pobycie w Moskwie rozpoczął trzymiesięczną wizytację oddziałów
Armii Polskiej – w południowej Rosji, Uzbekistanie i Kirgizji. Strona
sowiecka postawiła warunek, że wizyta może mieć charakter wyłącz­
nie wojskowy, czyli nie powinna obejmować opieki duszpasterskiej nad
ludnością cywilną. Jak okazało się w pierwszej fazie pobytu, ze wzglę­
dów propagandowych władze sowieckie tolerowały posługę duszpa­
sterską biskupa również wśród cywilnej ludności. Gawlina już w ZSRR
dowiedział się, że wiosną 1942 roku pracowało tam 54 księży (w tej
liczbie było 17 zakonników) obywateli polskich, w tym 39 w wojsku,
a 15 w duszpasterstwie cywilnym. Księża pochodzili z diecezji: Wilno,
Lwów, Łomża, Pińsk – po dwóch, po jednym z diecezji: Chełmno, Kra­
ków, Mohylew, Lublin, Łuck i Przemyśl. Ponadto dwóch duchownych
obrządku greckokatolickiego pochodziło ze Lwowa i z Kanady. Również
z obrządku bizantyjsko-słowiańskiego (tzw. neounia) było dwóch du­
chownych. Przynależność kilku (sześciu?) księży była ambasadzie pol­
skiej nieznana. W chwili przybycia Biskupa Polowego w ZSRR trwały
już prace organizacyjne mające na celu ustanowienie przede wszystkim
duszpasterstwa wojskowego, ale władze polskie miały na uwadze także
duszpasterstwo ludności cywilnej.
Uwolniony z więzienia jezuita ks. Kazimierz Kucharski został akre­
dytowany przez rząd RP w charakterze szefa duszpasterstwa cywilne­
go przy ambasadzie polskiej w Kujbyszewie. Bp Gawlina, utwierdzony
specjalnymi pełnomocnictwami przez Stolicę Apostolską, miał inne
plany. Ks. Kucharski nie cieszył się zaufaniem polskich środowisk
skupionych przy ambasadzie w Moskwie, a następnie w Kujbyszewie.
Biskup Gawlina uważał, że utrudnienia, z jakimi spotykał się ten du­
chowny, potwierdzone przez wotum nieufności wyrażone przez Stolicę
Apostolską, były wynikiem wewnętrznych intryg w kołach rządowych.
Ponadto sytuacja w ZSRR nie sprzyjała tego rodzaju działalności. Po­
lacy deportowani w roku 1939 rozproszeni zostali po całym ówczes­
nym Związku Sowieckim, zwłaszcza po jego wschodnich obszarach.
Funkcja duszpasterza ludności cywilnej w tak skomplikowanej sytuacji
Kamil Kantak, L’Aumonerie Militaire Polonaise en U.R.S.S. (1941--1942), [w:] Sacrum Poloniae Millenium. Rozprawy – szkice – materiały historyczne, t. VIII-IX, Rzym
1962, s. 424.
Archiwum pamięci
*
322
Jerzy MYSZOR
2014 tom V
była co najmniej iluzoryczna. Gawlina przeniósł więc ks. Kucharskiego
do duszpasterstwa wojskowego, co stało się pretekstem dla władz so­
wieckich do likwidacji stanowiska kapelana przy ambasadzie polskiej
w Kujbyszewie.
Drugim problemem spornym, między biskupem polowym a koła­
mi rządowymi, stała się nominacja szefa duszpasterstwa wojskowego.
Zgodnie ze Statutem Duszpasterstwa Wojskowego – zatwierdzonym
przez Stolicę Apostolską 27 lutego 1926, a wprowadzonym w życie
rozporządzeniem premiera Piłsudskiego i ministrów – biskup polowy
stał na czele duszpasterstwa sił zbrojnych. Miał prawo mianować wika­
riuszy generalnych, wyznaczać dziekanów, stojących na czele duszpa­
sterstwa wojskowego w okręgach wojskowych, określać ich czynności,
mianować kapelanów wojskowych, sprawować jurysdykcję nad kape­
lanami należącymi do rezerwy armii oraz nad duchownymi powoła­
nymi do służby sanitarnej. Statut określał także, kto należy do parafii
wojskowych – wymieniał szczegółowo różne kategorie osób cywilnych
i związanych z wojskiem, w tym rodziny wojskowych.
Statut Duszpasterstwa został uzupełniony o rozkaz Naczelnego Wo­
dza z 16 marca 1942: „Biskup Polowy jest Szefem Duszpasterstwa Pol­
skich Sił Zbrojnych”. Dekret watykańskiego Sekretariatu Stanu z 3 paź­
dziernika 1942 uzupełniał kompetencje biskupa polowego, oddając
mu jurysdykcję nad ludnością cywilną deportowaną, podążającą wraz
z Armią Polską10. Ten ważny dokument dotarł do bp. Gawliny już po
wyjściu ze Związku Sowieckiego – regulował władzę biskupa polowego
na terenie Iranu, a więc na obszarze, na którym rozciągała się już ju­
rysdykcja delegata apostolskiego Alcide Mariny.
Sprawą specyficzną, nieprzewidzianą w Statucie, była funkcja dzie­
kana wojskowego dla Armii Polskiej w ZSRR, którym we wrześniu
1941 został ks. Włodzimierz Cieński, oraz nierozstrzygnięta oficjalnie
i praktycznie sprawa dziekana cywilnego dla rodzin wojskowych. Zda­
niem Zbigniewa S. Siemaszki obsada szefa duszpasterstwa w­ojskowego
Józef Gawlina, Wspomnienia, opr. Jerzy Myszor, Katowice 2004, s. 244; Janusz Od­
ziemkowski, Służba duszpasterska Wojska Polskiego 1914-1945, Warszawa 1998, s. 168.
Zob.: Kapelani wrześniowi. Służba duszpasterska w Wojsku Polskim w 1939 r. Dokumenty, relacje, opracowania, praca zbior. pod red. Wiesława Jana Wysockiego, Warszawa
2001, s. 179-187.
10
Por. Biskup Józef Gawlina w Związku Sowieckim, s. 182‑183.
DUSZPASTERZ ŻOŁNIERZY I WYGNAŃCÓW
323
była w pełni uzależniona od woli biskupa polowego11. Faktem jest, że
Gawlina, będąc jeszcze w Londynie, we wrześniu lub na początku paź­
dziernika 1941, mianował ks. majora Czesława Wojtyniaka (si v­ivit)
szefem duszpasterstwa wojskowego w ZSSR. Siemaszko twierdzi, że
Gawlina wysłał do Andersa dwa dekrety, przywiezione prawdopodob­
nie przez gen. Bohusza-Szyszko. W pierwszym dekrecie wyznaczał
na szefa duszpasterstwa ks. Czesława Wojtyniaka, a w drugim – gdy­
by z jakiegoś powodu ks. Wojtyniak nie objął tej funkcji – ks. Józefa
Panasia. Gdyby i on był nieosiągalny, wyboru miał dokonać według
własnego uznania gen. Anders, z zastrzeżeniem, że wybór ten zostanie
zatwierdzony przez bp. Gawlinę. Księża Wojtyniak i Panaś już nie żyli,
o czym na Zachodzie nie wiedziano. W związku z tym 3 września 1941
gen. Anders powierzył stanowisko szefa duszpasterstwa katolickiego,
dziekana Armii Polskiej w ZSRR, ks. prałatowi Włodzimierzowi Cień­
skiemu12.
Pomijam dyskusję na temat okoliczności mianowania ks. Cieńskie­
go na szefa duszpasterstwa katolickiego w powstającej armii Andersa.
11
Zbigniew S. Siemaszko, Generał Anders w latach 1892-1942, Londyn–Warszawa
2012, s. 261-262.
12
Korespondencja Augusta Hlonda i Józefa Gawliny w latach 1924-‑1948, wyd. i opr.
Jerzy Myszor i Jan Konieczny, Katowice 2003, s. 240.
Archiwum pamięci
Z wizytą w Szkocji. Od prawej gen. Józef Haller. Perth 1941
2014 tom V
324
Jerzy MYSZOR
Dla historyków wojskowości to z pewnością ważna sprawa, pozwala­
jąca m.in. określić relacje między bp. Gawliną a gen. Andersem oraz
zakres kompetencji przydzielonych Cieńskiemu. Brak jednak doku­
mentów źródłowych opisujących tę procedurę. Nawet Cieński opowia­
da, że podczas spotkania z Andersem 34 września 1941 widział oba
dekrety Gawliny – pierwszy, mianujący ks. Wojtyniaka wikariuszem
generalnym (biskupa polowego), i drugi, mianujący ks. Panasia dzieka­
nem wszystkich polskich formacji wojskowych w Rosji. Widział także
osobisty list Gawliny do Andersa, w którym Biskup zgadzał się na mia­
nowanie ks. Cieńskiego dziekanem, w dalszej kolejności, najwyższego
stopniem kapelana wojskowego „albo kogo uzna, do czasu zatwierdze­
nia przez nowy dekret Biskupa” (polowego). Stanowisko przyjął Cieński
tymczasowo, choć z wyrzutami sumienia, a całą rozmowę przedstawił
zaraz w liście do Gawliny, któremu posłał także swój życiorys. Dalej we
wspomnieniach streszcza swoją rozmowę z Gawliną w czerwcu 1942.
W świetle listu Gawliny do Hlonda z października 1941 obsada sta­
nowiska szefa duszpasterstwa przedstawiała się następująco: pod koniec
października gen. Sikorski zakomunikował Gawlinie, że sprzeciwia się
nominacji ks. Wojtyniaka, żąda natomiast, aby Gawlina wyznaczył na
to stanowisko ks. Włodzimierza Cieńskiego. Za tą nominacją kryło się
poparcie ambasadora Kota. W październiku 1941 Gawlina na wnio­
sek gen. Andersa mianował, mimo zastrzeżeń natury zdrowotnej, ks.
Cieńskiego szefem duszpasterstwa wojskowego dla żołnierzy powstają­
cej Armii Polskiej w ZSRR13.
Przystępując do organizacji duszpasterstwa wojskowego, ks. Cień­
ski miał do dyspozycji tylko 10 księży. Swoim zastępcą mianował
ks. Tadeusza Kozłowskiego. Po przybyciu z więzień i obozów kolejnych
księży Cieński przydzielił im duszpasterstwo w formujących się dywi­
zjach piechoty. Każda dywizja otrzymała po siedem etatów kapelanów
i dziesięć etatów pomocniczych dla służby kościelnej. Ponadto utwo­
rzono etaty kapelanów w szpitalach oraz w Ośrodku Organizacyjnym
i w Centrum Rezerwy. Przeniesienie na początku 1942 roku oddziałów
z Buzułuku do południowych rejonów Związku Sowieckiego (na gra­
nicy Rosji i Kazachstanu, do Kirgizji, Uzbekistanu i Turkmenii) spo­
wodowało nowe przydziały. Wprawdzie władze sowieckie zezwoliły
na tworzenie wyłącznie duszpasterstwa żołnierzy i ich rodzin, jednak
13
Biskup Józef Gawlina w Zwiazku Sowieckim, s. 185.
tolerowały posługę religijną świadczoną przez kapelanów wojskowych
również wobec ludności cywilnej14.
Sprawy religijne w Wojsku Polskim regulował rozkaz Gawliny, wy­
dany jako rozkaz gen. Mariana Kukiela z 20 marca 1940 (a więc jeszcze
we Francji), który dotrzeć miał do Armii Polskiej w ZSRR we wrze­
śniu 1941 roku. Księża otrzymali jurysdykcję w sprawach spowiedzi,
ważnie i legalnie błogosławili związki małżeńskie. Należało prowadzić
katalogi metrykalne: chrztów i ślubów oraz zgonów, o czym świadczą
zachowane dokumenty zgonów wraz z dokładnym określeniem miejsc
pochówku na cmentarzach w uzbeckich miejscowościach – Kermi­
ne (obecnie Nawoj), Kenimech i Narpaj. 27 grudnia 1941 ks. Cieński
w „Rozkazie Wewnętrznym nr 1”, opartym na „Rozkazach wewnętrz­
nych” Gawliny i wspomnianym wyżej rozkazie z 20 marca 1940, przy­
pominał zakres władzy biskupa polowego i drogę służbową załatwiania
spraw przez kapelanów (obowiązek nadsyłania okresowych raportów
i sprawozdań z pracy duszpasterskiej), porządkował praktyki religij­
ne. Kapelani formacji stanowiących samodzielne jednostki i kapelani
samodzielnych centrów szkolenia, obozów, stacji, szkół, szpitali kon­
taktowali się z ks. Cieńskim bezpośrednio, pozostali – przez swoich
szefów duszpasterstw. Mieli oni obowiązek utrzymywania stałego kon­
taktu z żołnierzami, przestrzegania czasu trwania nabożeństw, które
powinny być „zwięzłe”, kazania powinny nie przekraczać 15 minut,
a msze św. trwać co najwyżej pół godziny. Kolejne sprawy, które wyło­
niły się w ciągu następnych miesięcy pracy duszpasterskiej, regulował
„Rozkaz wewnętrzny nr 2” ks. Cieńskiego. Żołnierze zostali zaopatrze­
ni w modlitewniki i śpiewniki, które nadeszły w transportach. Przy tej
okazji doszło do wydarzenia, które mogło być nieobliczalne w skutkach
dla misji bp. Gawliny15.
Dewocjonalia rozdawał osobiście bp Gawlina. Przy tworzącej się ar­
mii powstała mała oficyna wydawnicza, w której por. Tadeusz Birecki
drukował tygodnik „Orzeł Biały”. Nieodzowny dla każdego kapłana
mszalik, drukowany przez Bireckiego, ułożyli księża Kantak i Kozłow­
ski. Z ważnych wydarzeń należy odnotować zmianę wyznania przez
Tamże, s. 26; Beata Szubrawska, Ambasada polska w ZSRR w latach 1941-1943,
Warszawa 2005, s. 65; Zbigniew Werra, Działalność duszpasterska w 2. Korpusie Polskich
Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa 1941-1947, Warszawa 2009, s. 89
i inne.
15
Biskup Józef Gawlina w Związku Sowieckim, s. 188.
14
325
Archiwum pamięci
DUSZPASTERZ ŻOŁNIERZY I WYGNAŃCÓW
326
Jerzy MYSZOR
gen. Andersa, z luterańskiego na katolickie. Anders dokonał konwersji
na ręce Biskupa Polowego 27 czerwca 1941 w Jangi-Jul, co warto skon­
frontować z fragmentami wspomnień Gawliny. W ciągu kilka miesięcy
pobytu na terenie Kazachstanu Biskup bierzmował, udzielał święceń
kapłańskich. W swoim życiorysie pisze:
2014 tom V
[...] udzielałem sakramentu bierzmowania 11 000 żołnierzom i 1496 dzieciom,
odwiedziłem szpitale wojskowe i cywilne [...] i sprawdzałem naukę religii w szko­
łach i sierocińcach. Nauka religii w szkołach i sierocińcach jest dobrze przepro­
wadzana. [...]. To, że dzieci praktykują zasady wiary dzieje się nie dzięki kape­
lanom, ale dzięki matkom i polskim kobietom, które zajmują miejsca księży
i wykazują pełną gorliwość religijną16.
Spotkania z Gawliną gromadziły zarówno wojsko, jak i ludność cy­
wilną. Odprawiano wówczas msze św., spowiadano, przygotowywano
do sakramentów. Możliwość oficjalnej manifestacji wiary, łącząca się
z gorącym jej przeżywaniem, widoczna była szczególnie podczas po­
lowych mszy św. Biskup zaświadcza, iż w roku 1942 do wielkanocnej
Eucharystii przystąpili „wszyscy” żołnierze. Nawet, jeśli tę uwagę po­
traktujemy jako pewne uogólnienie, należy sądzić, że w warunkach,
w jakich znaleźli się wygnańcy, pozostała im tylko nadzieja w Bogu,
wyrażająca się w praktykach religijnych.
Do jednej z najbardziej spektakularnych akcji zalicza się wypro­
wadzenie tysięcy polskich i żydowskich sierot z „nieludzkiej ziemi”
do Iranu. Z pisanych przez Gawlinę fragmentów wspomnień o dzie­
ciach przebija ogromna o nie troska. W pamięci Biskupa utkwił widok
kilkulatków w Teheranie, zakopujących w ziemi „na czarną godzinę”
skromny zapas przydziałowego chleba. Po ewakuacji z ZSRR w Ira­
nie znalazło się ponad 115 tys. Polaków, w tym około 25 tys. cywilów,
a wśród nich 13 tys. dzieci. Cztery i pół tysiąca tych dzieci nosiło już
mundury – to junacy i junaczki, nazywani wówczas przez prasę w USA
najmłodszymi żołnierzami świata17..
Wokół księży gromadziła się także miejscowa ludność, zarówno
prawosławni, jak i muzułmanie. Trochę humorystycznie wspomina
Gawlina dramatyczne próby rabinów usiłujących wydostać się z Rosji
sowieckiej:
Tamże, s. 327
Tadeusz Bugaj, Dzieci polskie w ZSRR i ich repatriacja 1939-1952, Jelenia Góra 1986,
s. 23 i nn.; Biskup Józef Gawlina w Związku Sowieckim, s. 246.
16
17
DUSZPASTERZ ŻOŁNIERZY I WYGNAŃCÓW
327
Rabini, których uratowałem, poprosili mnie o mundury oficerskie, ażeby móc
uchodzić za kapelanów, [mówili:] „Pan Biskup jest naszym ojcem. Te bolszewiki
nas nie chcą wypuścić. To Pan Biskup nam da mundury, a my będziemy kapelana­
mi. My tych mundurów nadużywać nie będziemy – tylko aż do granicy, a potem
je złożymy.” [Gawlina znalazł wyjście z sytuacji:] urządziłem sprawę trochę ina­
czej, wystawiając każdemu potwierdzenie, że jest z zachodu Polski, skąd w 1939 r.
zwrócił się do mnie do Paryża o przydział na rabina, ażeby z Hitlerem walczyć.
Biskup Józef Gawlina udziela błogosławieństwa, obok rotmistrz Zbigniew Kiedacz. Jangi-Jul, czerwiec 1942
18
Józef Gawlina, Wspomnienia, Katowice 2004, s. 208.
Archiwum pamięci
W pamięci Biskupa p­ozostał widok Żydów odjeżdżających pierw­
szym transportem z Jangi-Jul, którzy wołali: „Niech żyje taka Polska!”18
Wizytacje Biskupa działały budująco zarówno na Rosjan (prawosław­
nych i agnostyków, nie wyłą­czając funkcjonariuszy sowieckiego apa­
ratu administracyjnego), jak i na muzułmańskich Uzbeków, Kirgizów,
Kazachów i Tadżyków. Dokonywały odnowy ży­cia religijnego.
328
Jerzy MYSZOR
Ostatnie dni pobytu bp. Gawliny na terenie ZSRR były szczególnie
pracowite. Do końca miał n­adzieję, że zostanie mu umożliwione pozo­
stanie w ZSRR z resztą Polaków. Co wieczór urządzał rekolekcje dla
księży, spośród których wybrał najgorliwszych i najbardziej zdetermi­
nowanych, zlecając im misję nielegalnego pozostania w granicach ra­
dzieckich. Jednak żadnemu z nich to się nie udało19.
W niedzielę 30 sierpnia 1942, na dwa dni przed wyjazdem ostat­
niego transportu, Biskup wygłosił w Jangi-Jul kazanie pożegnalne
do tych, którzy mieli pozostać. Wskazując na ludzką nieświadomość
p­lanów Bożych, pozostawiał im przesłanie: „A nuż smutek obróci się
w radość”...
Na zakończenie warto przytoczyć także słowa gen. Georgija Ż­ukowa,
delegowanego przez NKWD do spraw Armii Polskiej, który o polskim
duszpasterstwie i jego efektach w miejscach, gdzie istniało, wyraził się
w bardzo obrazowy sposób:
2014 tom V
Tego, coście sprawili przez dwa miesiące, nie odrobimy przez lat dwadzieś­
cia20.
19
Biskup Józef Gawlina w Związku Sowieckim, s. 294; Józef Gawlina, Wspomnienia,
s. 256-257.
20
Biskup Józef Gawlina w Związku Sowieckim, s. 355.
Rok 2014
Abp Szczepan Wesoły
Gorliwość duszpasterska ARCYBISKUPA JÓZEFA GAWLINY
Wspomnienie
Jak wynika z tematu, mam ukazać postawę śp. arcybiskupa Gaw­
liny – duszpasterza wyjątkowego, całkowicie oddanego pasterskiemu
posłannictwu. Z konieczności narzucanej przez konferencyjną wypo­
wiedź moje świadectwo, odtwarzane z pamięci na kanwie życiorysu
Arcybiskupa, ma oczywiście charakter skrótowy.
Koniec XIX wieku to okres pomyślnego odrodzenia polskości, czyli
świadomości patriotycznej w zaborze austriackim, rosyjskim, ale i pru­
skim. W wyborach do pruskiego parlamentu przed I wojną światową
ze Śląska został wybrany działacz narodowy Wojciech Korfanty, który
po zaprzysiężeniu przystąpił do Koła Polskiego w tym parlamencie.
Józef Feliks Gawlina (ur. 18 listopada 1892 w miejscowości Strzyb­
nik koło Raciborza), uczeń gimnazjum w Raciborzu, jeszcze przed ma­
turą zorganizował potajemnie wycieczkę do Krakowa, znaleziono też
w jego domu książki pisane po polsku, które wówczas były zakazane.
Gdy sprawa się wydała, został wydalony z gimnazjum z tzw. wilczym
biletem, co oznaczało, że nie może być dopuszczony do matury. Czuł
powołanie do kapłaństwa i pragnął wstąpić do Seminarium Duchow­
nego we Wrocławiu, a warunkiem nieodzownym przyjęcia było posia­
danie świadectwa maturalnego. Jeździł więc od gimnazjum do gim­
nazjum, ale jego nazwisko wszędzie było już „trefne”. Skierował swoje
kroki do nowo powstałego gimnazjum w Rybniku, do którego przyjęto
go po złożeniu egzaminu z wcześniejszych lat gimnazjalnych. W roku
1914 zdaje maturę, dostaje się do Seminarium i na studia teologiczne
Uniwersytetu Wrocławskiego.
Ale wybucha właśnie I wojna światowa. Dwudziestoletni Gawlina po­
wołany zostaje do pruskiej armii. Jest ranny, lekarze – Ślązacy z pocho­
tom V
2014 tom V
330
Abp Szczepan Wesoły
dzenia – ułatwiają przyjęcie go do szpitala we Wrocławiu, bliżej uczel­
ni. Jako rekonwalescent przygotowuje się do egzaminów semestralnych.
Lekarzom nie udaje się jednak wybronić go od służby wojskowej. Zo­
staje wypisany ze szpitala i włączony do tzw. korpusu pruskiego w Me­
zopotamii. Dochodzi do zawieszenia broni, ale cały korpus jest przez
Brytyjczyków wzięty do niewoli i zatrzymany w obozie jenieckim, a po
roku rozwiązany. Po zwolnieniu z obozu Gawlina wraca do Semina­
rium we Wrocławiu. W czerwcu 1921 otrzymuje święcenia kapłańskie
i przydział do probostwa ks. infułata Jana Kapicy. Przed święceniami
ma rozmowę z Rektorem, który oznajmia mu, że uważany jest za ak­
tywnego Polaka i dlatego nie otrzyma parafii. Józef Gawlina może być
jedynie wikariuszem.
Jest to okres wielkiego rozbudzenia polskości i patriotyzmu na Gór­
nym Śląsku. Gdy po plebiscycie z powodu niesprawiedliwego podziału
Śląska wybucha III Powstanie Śląskie, arcybiskup wrocławski kardynał
Jerzy Kopp mianuje proboszcza w Tychach ks. Kapicę swoim delegatem
dla przyznanej Polsce części diecezji wrocławskiej. Natomiast Gawlina
po święceniach otrzymuje nominację na asystenta ks. infułata Kapicy.
A oto trochę ciekawostek związanych z tym, co powiedziałem. Ar­
chidiecezja Gnieźnieńska była w tamtym czasie sede vacante. Miała też
różne zwyczaje, które należało zachować przy wyborze następcy. Osta­
tecznie spośród kandydatów wybrano dwóch księży – Edmunda Dal­
bora i Jana Kapicę. Kandydaci musieli przed nominacją przedstawić się
cesarzowi pruskiemu, który dokonywał ostatecznego wyboru. Ks. Gaw­
lina wspominał, że ks. Dalbor był bardzo przystojny, natomiast Kapica
– intelektualnie i organizacyjnie na dobrym poziomie, ale przystojnoś­
cią nie grzeszył. Gdy kandydaci zostali przedstawieni cesarzowi, ten
z miejsca zdecydował: tylko Dalbor.
Ks. Kapica wrócił do parafii w Tychach, gdzie miał bardzo dużą
po­moc w wikarym. Tychy były ośrodkiem polskiego duszpasterstwa.
Wkrótce Stolica Apostolska administratorem apostolskim Śląska mia­
nowała salezjanina Augusta Hlonda. Pierwszą siedzibę ofiarował mu
ks. Kapica i on przedstawił późniejszemu biskupowi ks. Gawlinę jako
zdolnego organizatora. Nowy administrator apostolski mianował Gaw­
linę sekretarzem kurii diecezjalnej.
Mówił mi kiedyś Edward Raczyński, przez jakiś czas polski amba­
sa­dor przy Lidze Narodów w Genewie, że Polska musiała podpisać
uchwałę o mniejszościach narodowych. W uchwale znajdował się m.in.
paragraf o tym, że Niemcy mieszkający w Polsce mieli zachowywać
wszystko to, co stosują Polacy w swoim kraju. A więc np.: kiedy od­
prawiano trzy msze św. w języku polskim, to musiały być o­dprawiane
także trzy msze w języku niemieckim. Nieszpory po polsku, więc tak
samo nieszpory po niemiecku i nie tylko. Niemcy stale przysyłali do
Ligi Narodów zażalenia, że są ograniczani, że są prześladowani itd.
Ks. Gawlina napisał specjalną broszurę Die Wahrheit über das Martyrium der Deutschen Katholiken in Polen, w której wykazał, że skargi
na ograniczanie języka niemieckiego są nieprawdziwe. Z jednej strony
istniała potrzeba uzasadnienia, że oskarżenia Niemców są niepraw­
dziwe, a z drugiej – potrzebna była agencja, która by informowała Koś­
ciół w Polsce, co dzieje się w życiu Kościoła powszechnego. Kardynał
Hlond polecił zatem Gawlinie zorganizowanie Biuletynu Informacyj­
nego i utworzenie Katolickiej Agencji Prasowej (KAP).
Gawlina otrzymał mały pokoik u salezjanów w Rzymie. Do swo­
jej dyspozycji miał tłumacza i sekretarkę. Arcybiskup pisał, że za kil­
ka tygodni po nominacji wychodziły już w kilku językach wiadomości
o wydarzeniach w Kościele polskim. Nie zawsze miał czas na posiłek,
ale Biuletyn KAP-u ukazywał się regularnie. (W Warszawie Gawlina
miał dużą opozycję. W niektórych ośrodkach mówiono: „Co się tu ten
Ślązak tak szarogęsi w stolicy”?)
Gdy Agencja Prasowa wprowadzona została jako Katolicka Agencja,
ówczesny prałat Gawlina (miał za sobą dopiero osiem lat kapłaństwa,
ale był już prałatem Jego Świątobliwości) poprosił kardynała Hlonda
o pozwolenie powrotu do diecezji. W tamtym czasie po śmierci pro­
boszcza w Chorzowie (zwanym wówczas Królewską Hutą) zwyczajem
diecezji dla kandydatów na wolne stanowisko organizowano konkurs.
Gawlina stanął do konkursowego egzaminu, w którego rezultacie zo­
stał mianowany proboszczem parafii św. Barbary.
Prężna parafia pomagała wiernym w gospodarowaniu wolnym cza­
sem – organizowała liczne młodzieżowe grupy, KSMP (Katolickie Sto­
warzyszenie Młodzieży Polskiej) męskie i żeńskie, różne bractwa, soda­
licje, teatrzyki, chóry...
A oto, jak wyglądało spotkanie Piłsudski–Gawlina (opis spotkania
pochodzi od papieża Piusa XI). – Po nominacji Gawlina udał się do
Bel­wederu, by przedstawić się Józefowi Piłsudskiemu. Marszałek przy­
witał go słowami: „ja księdza nie chciałem na biskupa polowego, ale
Papież mianował, więc ja przyjmuję”. Pod koniec rozmowy Marszałek
331
Archiwum pamięci
Gorliwość duszpasterska ARCYBISKUPA JÓZEFA GAWLINY
2014 tom V
332
Abp Szczepan Wesoły
powiedział: „niech ksiądz stanie, bym mógł się przyjrzeć” – bp Gawli­
na miał postawę oficera. Dodał także, że nawet gdyby ich współpraca
nie układała się, nie będzie mógł nominata zwolnić z uwagi na zły stan
jego zdrowia.
Po śmierci marszałka Piłsudskiego sytuacja w wojsku pod wzglę­
dem etycznym stawała się trudnawa. Na najwyższym szczeblu, czyli
w Sztabie, wielu wyższych rangą wojskowych pozostawało w pomie­
szanych bądź rozbitych związkach małżeńskich, dochodziło więc do
licznych rozwodów.
Wybuch wojny w 1939 sprawił, że marszałek Rydz Śmigły wezwał
biskupa Gawlinę do przebywania, zgodnie z regulaminem, w miejscu
postoju Sztabu Generalnego. Biskup otrzymał też nakaz przekroczenia
granicy i przejścia do Rumunii – z przydziału wojskowego dostał sa­
mochód i kierowcę, co dało mu pewną swobodę działania. Zostawił sa­
mochód w stodole, nawiązał kontakt z nuncjuszem apostolskim w Pol­
sce abp. Cortesim, który przedostał się już do Rumunii i wystarał się
o paszport, także o wizę dyplomatyczną dla Gawliny.
W Rzymie przebywał już kardynał Hlond, który radził Biskupowi,
by prosił Piusa XII o zatwierdzenie dla siebie jurysdykcji nad tworzą­
cą się Armią Polską we Francji. Bp Gawlina starał się zatem u P­apieża
o jurysdykcję nad wojskiem polskim organizowanym poza Polską.
Mógł odwiedzać formujące się oddziały.
Po upadku Francji armia polska powstawała głównie w Szkocji, a po
uderzeniu Hitlera na Sowiety i podpisaniu uzgodnień Sikorski–Majski
organizowano armię polską w Rosji. Misja sprawdziła się w tworzeniu
armii (temat przedstawił już prof. Jerzy Myszor > ww. artykuł).
Warto pokrótce przypomnieć pewien szczegół z relacji gen. Sikor­
ski – bp Gawlina. Problem miał charakter personalny – brakowało
w wojsku kapłanów. Uchowali się tylko ci, którzy przeżyli więzienia
i obozy. Czterem diakonom biskup udzielił święceń kapłańskich. Na
początku ewakuacji do Persji część księży zadeklarowała, że zostaje
w Sowietach. Władze sowieckie oświadczyły jednak, że jeżeli księża nie
wyjadą z wojskiem, zostaną aresztowani.
Razem z wojskiem przetransportowano kilkanaście tysięcy ludnoś­
ci cywilnej – przeważnie rodzin wojskowych. Papież Pius XII prawie
natychmiast, gdy dotarła do Rzymu wiadomość o przybyciu wojska
polskiego i tzw. rodzin wojskowych do Persji, mianował bp. Gawlinę
ordynariuszem personalnym dla polskiego wojska i ich rodzin. Lud­
Gorliwość duszpasterska ARCYBISKUPA JÓZEFA GAWLINY
333
Biskup Polowy podczas p­odróży
po Stanach Zjednoczonych
Ameryki Północnej. Filadelfia,
luty 1943
Akcja charytatywna na rzecz protes­tu
przeciwko znęcaniu się nad polskimi
dziećmi w Niemczech. W pierwszym
rzędzie pośrodku bp Józef Gawlina.
Londyn – Westminster Central Hall,
26 września 1943
Archiwum pamięci
Po defiladzie. Od prawej: gen. Władysław Anders, gen. Władysław Sikorski,
w głębi gen. Bronisław Rakowski; od lewej gen. Tadeusz Klimecki. Środkowy Wschód, maj/czerwiec 1943
2014 tom V
334
Abp Szczepan Wesoły
ność cywilną władze brytyjskie rozmieszczały po koloniach brytyj­
skich: w środkowej i południowej Afryce, Indiach, Nowej Zelandii.
W Palestynie znalazło się kilku starszych księży niezdolnych do miesz­
kania w bushu. Jak więc zapewnić wysiedleńcom opiekę duszpaster­
ską? – to stanowiło główny problem bp. Gawliny. Księży nie bierze się
przecież z ulicy. Jedynym wyjściem w tej sytuacji było umówienie się
z prowincjałami polskich prowincji zakonnych w Stanach Zjednoczo­
nych, by na czas wojny oddelegowali kilku księży, którzy zajmowaliby
się duszpasterstwem emigrantów z Rosji. Wymagało to obecności bp.
Gawliny w Stanach Zjednoczonych. Biskup prosi więc gen. Sikorskiego
o pozwolenie wyjazdu do USA w celu zorganizowania duszpasterstwa
uchodźcom z Sowietów. Gawlina pisze trzy listy do gen. Sikorskiego,
ale nie otrzymuje żadnej odpowiedzi. Tymczasem ludzie budują kapli­
ce, kościółki i proszą o przysłanie księży.
Biskup Gawlina zwołuje kilku doświadczonych kapłanów, przed­
stawiając im konieczność zorganizowania duszpasterstwa. Wyjaśnia,
że tego oczekują od niego wierni. Pyta, czy po napisaniu trzech listów
może bez zezwolenia rządu jechać do Ameryki, aby tam werbować
księży. Księża jednogłośnie potwierdzają zapotrzebowanie ludności
na kapłanów. Niestety w „rządzie londyńskim” powstaje wówczas po­
dejrzenie, jakoby bp Gawlina nie przestrzegał zasady lojalności wobec
rządu, którego jest członkiem. Genera Sikorski, a także inni członko­
wie rządu robią z tego wielką awanturę. Sikorski odbiera zamieszanie
jako duży afront i objaw nielojalności. Tymczasem wyjazd Gawliny nie
miał charakteru politycznego, ponieważ chodziło o zaspokojenie po­
trzeb duchowych ludności cywilnej. Gen. Sikorski – człowiek wielkich
zalet, swoją postawą zdradzał niekiedy minusy charakteru; był bardzo
wrażliwy na punkcie własnego autorytetu. W rozmowach z Biskupem
sprawy się jednak wyjaśniały. Niestety, w niedługim czasie po porozu­
mieniu doszło w 1943 do katastrofy lotniczej w Gibraltarze.
Mamy skłonności do pewnego idealizowania relacji między Kościo­
łem a państwem, a rządem polskim. W okresie dwudziestolecia między­
wojennego te relacje były zewnętrznie poprawne. Natomiast w rzeczy­
wistości istniało wiele różnych spięć. Św. o. Maksymilian uważał, że
były one wynikiem „wolnomularstwa”, które wtedy rządziło. Po roku
1939 na sztandarach wojskowych umieszczano hasło „Honor i Ojczy­
zna”. Dopiero po tragicznej śmierci gen. Sikorskiego, gdy Naczelnym
Wodzem został gen. Kazimierz Sosnkowski, na sztandary wojskowe
wróciła idea „Bóg – Honor – Ojczyzna”.
Jeszcze inny problem. Arcybiskup Gawlina napotykał duże trudnoś­­
ci wydawnicze. W czasie wojny w Anglii papier był wydzielany, a że
wśród Polaków istniały ciągłe nieporozumienia w sprawie tego przydzia­
łu, rząd angielski wyznaczył pewną pulę papieru, którą przekazywał
rządowi polskiemu w Londynie, aby rząd na uchodźstwie trudnił się
zaspokajaniem polskich zapotrzebowań na papier. Bp Gawlina wspo­
minał, że chcąc regularnie wydawać katolicki periodyk, często trze­ba
było interweniować w sprawie zaopatrzenia w papier. Ponieważ nigdy
nie miał pewności, czy otrzyma dostawę, wydawał ukazujące się nie­
regularnie broszury. A wielu redaktorów drukowało prywatne p­isma,
w których zamieszczano również opinie antykatolickie i a­ntypapieskie.
Będąc na Środkowym Wschodzie, bp Gawlina za swoją pensję na­
był maszynę drukarską i w 1943 zaczął wydawać wojskowy tygodnik
religijny Armii Polskiej „W Imię Boże”. Pismo kontynuowane było do
roku 1946 – po przetransportowaniu II Korpusu do Włoch.
Rok 1944 był dla Polaków rokiem bohaterstwa, ale i okresem wielu
klęsk. Bohaterstwo – na frontach; klęski – przy stołach dyplomatycz­
nych. Niestety, zachodni alianci ulegali we wszystkim Stalinowi. Rosło
w wojsku rozgoryczenie. Wydawało się, że po pokonaniu Trzeciej Rze­
szy przyjdzie kolej na pokonanie Sowietów. Tak myśleliśmy. Był to wy­
nik braku naszego rozeznania w mentalności rosyjskiej. Amerykanie
uważali, że Roosevelt porozumiał się i dogadał ze Stalinem – takie było
pobożne życzenie. Prezydent Roosevelt zmarł krótko po zakończeniu
wojny. Jego następcą zgodnie z konstytucją Stanów Zjednoczonych zo­
stał wiceprezydent – władzę przejął Truman, który przejrzał program
działania Stalina, a Churchill ogłosił istnienie „żelaznej kurtyny”. I tak
rozpoczęła się zimna wojna, bez walk między Stanami Zjednoczonymi
Ameryki Północnej a Sowietami.
Rok 1944 przynosi udział w walce o wyswobodzenie się z nazizmu.
II Korpus Wojska Polskiego wchodzi do walki na froncie pod Monte
Cassino; walczą praktycznie wszystkie oddziały wojsk. Niemcy zatrzy­
mują ofensywę aliantów na kilka miesięcy. Ostatecznie w drugim ata­
ku front zostaje przełamany, w wyniku czego w bardzo krótkim czasie
alianci wchodzą do Rzymu. Bitwa spowodowała wiele ofiar. Niemymi
ich świadkami są dzisiaj cmentarze wokół Monte Cassino.
335
Archiwum pamięci
Gorliwość duszpasterska ARCYBISKUPA JÓZEFA GAWLINY
2014 tom V
336
Abp Szczepan Wesoły
Arcybiskup Gawlina jest razem z żołnierzami. Pracuje jako zwykły
kapłan w wysuniętym punkcie sanitarnym, dokąd znoszono z pola
walki rannych żołnierzy. Rodzą się obawy, że Niemcy mogą zaatako­
wać punkt sanitarny. Na szczęście obawy okazały się płonne.
W alianckich sztabach wojennych znajdował się tzw. front drugiej
kategorii – dla aliantów, ale również dla niewojskowych w zachodniej
Europie. Najważniejsze było pokonanie wojsk niemieckich na ziemi
niemieckiej. Front zachodni w walkach miał wiele zwycięstw. Główne
bitwy rozegrały się na terenie Normandii oraz Monte Cassino, Ancony
i innych miast włoskich zdobywanych po 18 maja. Arcybiskup Gawlina
organizował w Korpusie spotkanie papieża Piusa XII z żołnierzami.
6 maja żołnierze lądują w Normandii. Zmieniała się pogoda, ale
mimo mgły rozpoczętą operację desantową trzeba było kontynuować.
Przełamanie przez Niemców tzw. wału atlantyckiego okupione zostało
mnóstwem ofiar. W normandzkich walkach polskie jednostki, zwłasz­
cza 1 Dewizja Pancerna, odegrały kluczową rolę pod Falaise Chambo­
is. Po zwycięstwie nad najważniejszą armią w Niemczech, Dywizji tej
przypadło wyzwalanie Holandii i Belgii.
Abp Gawlina swoją obecnością służył żołnierzom na zdobywanych
terenach. Holendrzy byli wdzięczni wyzwalającej Dywizji Pancernej za
usiłowania, by teren podczas walki nie został zniszczony, jak również
za to, że żołnierz polski nie dewastował zabytków, zwłaszcza architek­
tonicznych. Wiadomo już było, że wojna się kończy.
A oto przykład ratowania jeńców. Niedaleko niemiecko-holender­
skiej granicy stał obóz koncentracyjny, w którym więziono Niemców,
ale tych, którzy pozostawali w opozycji do Hitlera. Patrol czołgów
1. Dywizji miał za zadanie zbadać, gdzie znajdowały się obiekty nie­
mieckie. Do czołgistów podszedł mieszkaniec tego terenu, Niemiec,
który poinformował, że blisko w lasach jest obóz koncentracyjny. Za
sugestią Niemca dowódca patrolu zmienił kurs i rzeczywiście jego
oczom ukazał się wskazany obóz. Zorganizowany został patrol i z wiel­
ką szybkością czołgi natarły na obóz, posuwając się na przełaj przez
ogrodzenie z kolczastego drutu. Strażnicy SS nie mieli innego wyjścia,
jak poddać się czołgistom.
W obozie jenieckim znajdowało się kilkaset dziewcząt z AK, kobiet‑żołnierzy. W pierwszej chwili nie wiedziały, co to za wojsko przełama­
ło bariery obozu, aż jedna odczytała „Poland” z naszywki na mundurze
Gorliwość duszpasterska ARCYBISKUPA JÓZEFA GAWLINY
337
Na tle samolotu, od prawej: biskup polowy WP J. Gawlina, gen. Kazimierz Sosnkowski w rozmowie z kapitanem Marynarki Wojennej i gen. Stanisławem Kopańskim. Włochy, wiosna 1944
Podczas audiencji u papieża Piusa XII: w rzędzie pierwszym bp Józef Gawlina pośród żołnierzy
II Korpusu, obok Biskupa po lewej gen. Anders, za Generałem (po lewej) Eugeniusz Lubomirski, obok dr Kazimierz Papée – ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej, i płk [?] Szymański, za nim (po prawej) Ludwik Łubieński, za Arcybiskupem (po prawej) ks. Walerian Meysztowicz. Watykan, 20 czerwca 1944
2014 tom V
338
Abp Szczepan Wesoły
żołnierza z patrolu. Radość nie miała granic – zawdzięczały wolność
polskim żołnierzom.
Dwa dni później w obozie zjawia się abp Gawlina; odprawia mszę
św. i udziela sakramentów. Żołnierze AK przekazują Arcybiskupowi
biało-czerwoną opaskę ze znakami AK, którą później Gawlina ofiaro­
wał Papieżowi.
Dwa dni później Józef Gawlina jest już w Paryżu, mimo że dojazd
z Holandii do Paryża nie był prosty. W Paryżu pisze relację z bieżących
wydarzeń, ale śpieszy się, by zdążyć do Bawarii, gdzie w obozie w Da­
chau znalazło się kilkuset polskich kapłanów. Zaraz potem jedzie dalej,
do Monachium.
De facto jeszcze trwała wojna. Zawieszenie broni nastąpiło dopiero
8 maja. Trzeba było niezwykłej odwagi, żeby jechać przez całe Niemcy,
by angażować księży obozowiczów do duszpasterstwa.
Ilu tych uchodźców było, dokładnie nie wiadomo. Historycy przyj­
mują, że około dwa miliony dipisów (DP – Displace Person) – jeńców
wojennych więzionych w obozach koncentracyjnych począwszy od
września 1939, mężczyzn i kobiet – nie wróciło do Kraju po zakoń­
czeniu wojny. Rodziny ze wschodnich ziem (uciekinierzy przed armią
sowiecką, ludność polska ze wschodnich województw), liczne większe
i mniejsze oddziały wojska, głównie ze Stanów Zjednoczonych i Wiel­
kiej Brytanii. Całe miasto Wilhelmshafen oficjalnie poddało się 1. Dy­
wizji. Burmistrz i żołnierze składali przysięgę przed polskimi oddzia­
łami.
Zaraz po zawieszeniu broni biskup polowy Gawlina otrzymał od
Piusa XII jurysdykcję nad Polakami i polskimi księżmi. Mógł więc
posyłać księży do prawie wszystkich obozów. Tysiące ludzi trzeba było
nakarmić i ubrać, na miarę skromnych możliwości organizować na­
uczanie i katechizację dzieci... Od maja do końca roku 1945 Biskup Po­
lowy odwiedził 83 obozy na terenie Europy Zachodniej.
Alianckie dowództwo usiłowało przekonywać ludzi do p­owrotu
na ziemie rodzinne. Bp Gawlina ustanowił we Frankfurcie kurię die­
cezjalną dla Polaków w Niemczech. W wyniku wojny Europa z­ostała
podzielona na zachodnią i wschodnią. „Wielka trójka” p­odzieliła Polskę
na połowę, oddając Rosji jej ziemie wschodnie. Z m­iejsca wprowadzo­
no w Polsce komunistyczne metody władzy: zsyłki, ła­pan­ki, aresztowa­
nia, łagry itd. Około półtora miliona l­udności ze wschodniej Polski siłą
przesiedlono na tzw. ziemie o­dzyskane, c­zyli poniemieckie. O zmusza­
Gorliwość duszpasterska ARCYBISKUPA JÓZEFA GAWLINY
339
nych siłą do przesiedlenia w PRL-u nie było wolno pisać. Teoretycz­
nie mogli oni podejmować pracę, ale Labor Exchange proponowały
zatrudnienie w ramach EWG (Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej).
Z czasem wielu, często ze słabą znajomością języka angielskiego, po za­
poznaniu się z warunkami mogło otrzymać lżejszą pracę.
Zresztą rząd brytyjski (Ernest Bevin) uległ związkom zawodowym,
zapewniającym, że Polacy będący w Labor Exchange, otrzymają pracę
jako niewykwalifikowani robotnicy. Trwało to krótko, kilka miesięcy.
Ale okazało się, że otworzyły się możliwości w studium wieczorowym,
do którego przyjmowano w zależności od zdolności i wykształcenia. Po
ukończeniu tego studium Polak mógł być przydzielony do prac biuro­
wych. Natomiast różne agencje rządowe w Stanach Zjednoczonych, re­
krutujące na emigrację do USA, preferowały niemieckich uchodźców.
Emigracja polska z przełomu XIX i XX wieku znalazła się na naj­
niższym szczeblu brytyjskiej drabiny społecznej, ponieważ Polacy nie
znali języka angielskiego i w większości nie mieli wyuczonego zawodu.
Posyłano ich zatem do najtrudniejszych działów produkcji, w­ykonywali
Archiwum pamięci
W szkockim zamku, na klatce schodowej polskiego Szpitala Wojennego nr 1, w tle gen. Anders ogląda wnętrze budynku. Taymouth Castle, 1 kwietnia 1945
2014 tom V
340
Abp Szczepan Wesoły
najtrudniejszą i najgorzej płatną pracę. Tworzyli tzw. getta społeczne.
Budowali kościoły, wokół których rozwijało się życie towarzyskie i spo­
łeczne. Nie zakładali banków.
W tym czasie w Ameryce rządzili tzw. WASP (White Anglo Saxon
Protestant), negatywnie nastawieni do Kościoła katolickiego i do pol­
skiej społeczności. Amerykanie chętnie przyjmowali Niemców zna­
nych z „ordnungu” – dokładności i systematyczności. Polacy wkładali
jednak wiele wysiłku w to, by ich dzieci otrzymały dobre wykształce­
nie. Utrzymywali parafialne szkoły podstawowe, także High Schools
(szkoły średnie). Emigracja po II wojnie miała duży procent osób ze
śred­nim wykształceniem. Polaków nie było komu bronić – wierna
wal­ce z komunizmem emigracja ideowa nie utrzymywała kontaktów
z ambasadą PRL.
W Stanach Zjednoczonych starsi kapłani i grupa osób świeckich,
tzw. Polonusów, zorganizowała oficjalnie uznany Polski Komitet Emi­
gracyjny. Pierwszy prezes – ks. prałat Kowalczyk, który ten Komitet
sponsorował, pochodził ze strefy okupacyjnej amerykańskiej. Były też
inne inicjatywy...
Biskup Gawlina organizował sieć duszpasterstwa, której przed wojną
nie było (np. w Argentynie, Australii, Chile, RPA, Tanzanii czy w Szwe­
cji). Gdy po śmierci kardynała Hlonda bp Gawlina otrzymał nominację
na protektora emigracji, centralny punkt koordynacyjny przeniósł do
Rzymu, przy kościele św. Stanisława.
Należało utworzyć w każdym kraju rektoraty Polskiej Misji Katolic­
kiej. Głównie w krajach europejskich i w tych krajach, w których przed
wojną nie było rektoratów. Formalnie istniał jeden Rektorat w północ­
nej Francji, skupiającej kilkadziesiąt tysięcy polskiej emigracji znajdu­
jącej pracę w kopalniach węgla. Przedwojenna emigracja w północnych
departamentach Francji związana była politycznie tylko z PPS (Polską
Partią Socjalistyczną). Na tych terenach utworzone zostały takie struk­
tury duszpasterskie, jak: dekanaty, organizacje kapłanów itp. Bujnie
rozwijało się życie organizacyjne i społeczne – wspomagały je w Sal­
laumines polskie nazaretanki. W Europie, zwłaszcza w Anglii, działał
Instytut Polski Akcji Katolickiej (IPAK). Już w roku 1944 bp Gawlina
pisał list do polskiej emigracji, inspirujący założenie Akcji Katolickiej.
Dbał, by rozwijało się życie społeczne Polaków w Belgii.
Po II wojnie władze komunistyczne werbowały emigrantów do
powrotu do Polski. Zdecydowana większość przyjęła jednak postawę
Gorliwość duszpasterska ARCYBISKUPA JÓZEFA GAWLINY
Biskup Gawlina z okresu pobytu w Rzymie,
październik 1945
341
Biskup Polowy w mundurze generalskim.
Rzym, październik 1945
Polscy pielgrzymi z Londynu. Rzym, lipiec / sierpień 1950
2014 tom V
342
Abp Szczepan Wesoły
n­iepodległościową. Biskup Gawlina odwiedzał te miejscowości, w któ­
rych zawiązały się skupiska polskie i omawiał możliwości polskiego
dusz­pasterstwa z lokalnymi biskupami. Rodziły się zupełnie nowe
potrzeby, np. w Argentynie, gdzie osiedliło się kilka tysięcy żołnierzy
II Korpusu, żonatych z Włoszkami, którym rząd brytyjski wzbronił
wjazdu do A­nglii.
W Brazylii, gdzie egzystowała już emigracja polska sprzed I wojny
światowej, w prowincji Missiones, głównie w S. Paolo, osiedliło się wie­
lu dawnych żołnierzy II Korpusu. Wcześniejsza emigracja, rolnicza, nie
przyjmowała nazwy „emigracja”, wolała określenie „kolonizatorzy”.
Prawie sto tysięcy emigracji polskiej z Niemiec przyjęła Australia.
Pierwsi księża, którzy przyjechali z tymi emigrantami, podawali się za
robotników, gdyż tylko robotnicy mieli możliwość przekroczenia gra­
nic Australii.
Wszystkie te emigracje wymagały opieki duszpasterskiej, a kapła­
nów brakowało. Jedną z cech charakterystycznych działalności bp. Gaw­
liny było to, że wszędzie, gdzie tylko mógł, zakładał seminaria. W ten
sposób duże seminarium powstało w Paryżu, a w Rzymie – Papieskie
Ko­legium. Liczniejsze seminarium dla kleryków w wojsku polskim
otworzył w Bejrucie. Pojedynczych kleryków umieszczał też w mniej­
szych seminariach w Szkocji, w Liverpool...
W międzyczasie Jan XXIII powołał Sobór Powszechny, więc i spe­
cjalne komisje – antypraeparatorie, których zadaniem było opracowa­
nie zagadnień do przedyskutowania podczas obrad Soboru. Wśród
nich była także komisja dotycząca spraw biskupów i zagadnień dusz­
pasterskich. Jej sekretarzem z woli Jana XXIII został abp Gawlina. Od­
wiedzając wiele państw, poznając różne struktury organizacyjne, zdo­
był znaczne doświadczenie. Ponadto był poliglotą – z łatwością władał
językiem włoskim, francuskim, angielskim, niemieckim. No i swobod­
nie posługiwał się łacińskim. A łacina była językiem soborowej kores­
pondencji i w ogóle Soboru Watykańskiego II. Jak się później okazało,
biskupi z tzw. trzeciego świata i większość młodych biskupów nie mia­
ła wprawy ani łatwości posługiwania się łaciną – mieli oni jednak księ­
dza z Kurii Rzymskiej pełniącego funkcje sekretarza i administratora.
Przekazując sugestie dotyczące Soboru, wysyłali je do Komisji Sobo­
rowej. Abp Gawlina często sam tłumaczył i przesyłał teksty po łacinie,
a prace prowadzące do Soboru trwały prawie trzy lata.
Gorliwość duszpasterska ARCYBISKUPA JÓZEFA GAWLINY
343
Abp Józef Gawlina i ks. proboszcz Kazimierz Sołowiej
podczas nabożeństwa w kościele pw. św. Andrzeja Boboli. Londyn, 11 czerwca 1962
Archiwum pamięci
Podczas wystawy książek Veritasu. Od lewej: stoi tyłem rektor Pol­skiej Misji Katolickiej
ks. Władysław Staniszewski, gen. Władysław An­ders, abp Józef Gawlina, płk [?] Kosiba, ks. Kazimierz Sołowiej, NN, Wojciech Dłużewski. Londyn 1957
344
Abp Szczepan Wesoły
Brał czynny udział w przygotowaniach emigracji do uroczystości
Mi­lenium. Organizował spotkania księży i omawiał z nimi możliwości
upamiętnienia tysiąclecia chrześcijaństwa.
Zmarł niespodziewanie 21 września 1964 w Rzymie. Miał przema­
wiać w Auli Soborowej. Biskupom świata zamierzał przypomnieć po­
stać i ciągle aktualne nauczanie Pawła Włodkowica (ok. 1370 – ok.
1435). Nie dane było Józefowi Gawlinie uczestniczenie w zakończeniu
Soboru i w emigracyjnych obchodach Sacrum Poloniae Millennium.
Prezentowane wyżej konferencyjne teksty ukazały się jako nad­bitka – publika­
cja zmodyfikowana graficznie, uzupełniona wstępem pt. 50. Rocznica śmierci [...] pióra
R­ektora PMK ks. prałata Stefana Wylężka oraz Biogramem abp. Gawliny w opracowaniu
Jad­wigi Kowalskiej.
Rok 2014
Krystyna ORŁOWICZ
STOWARZYSZENIE „KRESY” WE FRANCJI
Prezentacja konferencyjna
Szanowni Państwo, mam zaszczyt uczestniczenia w tej niezwykłej
konferencji* i bardzo serdecznie dziękuję organizatorom, a w szczegól­
ności Panom Andrzejowi Paluchowskiemu i Mariuszowi Olbromskie­
mu, za możliwość wzięcia udziału w tym zacnym zgromadzeniu.
Jak w innych krajach, tak i we Francji polska diaspora jest liczna,
w szczególności w regionie paryskim, w którym żyję już 40 lat. Tu
założyłam rodzinę, tu urodziły się moje dwie córki. Wychowałam je
w polsko-francuskiej dwukulturowości – w oparciu o wiedzę historycz­
ną i rodzinną.
Przez 24 lata prowadziłam prywatną Wyższą Szkołę Językową akre­
dytowaną przy Akademii Paryskiej. Środki wypracowywane przez
Szkołę w dużej mierze przekazywane były dla instytucji oświatowych
na Wschodzie, kształcenie dzieci i młodzieży w polonijnych szkołach
i ośrodkach kultury polskiej. Wielokrotnie byłam na dawnych, kreso­
wych terenach polskich, Białorusi, Litwie; dwukrotnie – na Ukrainie.
Jak tylko to było możliwe, starłam się zachować rodzimą polskość,
szerzyć ją w kręgach stowarzyszeń polonijnych, stwarzając – jak wspo­
mniałam – strukturę edukacyjną dla osób pochodzenia polskiego na­
pływających do Francji, szczególnie dla młodych przybywających w la­
tach dziewięćdziesiątych. Szkoła, którą założyłam, była ukierunkowana
na kształcenie językowe przybyszy z Europy Środkowej i Wschodniej.
Uczęszczało do niej również wielu chętnych z Ukrainy. Wspierani byli
pomocą społeczną i administracyjną, zwłaszcza w okresie początkowe­
go pobytu, kiedy nie mieli środków na opłacenie kształcenia.
Stowarzyszenie „Nazareth Famille” deklarowało się jako k­ulturalnooświatowe. W ramach upowszechniania polskiej kultury organizowa­
tom V
2014 tom V
346
Krystyna ORŁOWICZ
liśmy więc spotkania, konferencje oraz wystawy pokazujące dorobek
znakomitych pisarzy, malarzy, architektów, budowniczych, działaczy
społecznych i innych zasłużonych dla kultury polskiej na Kresach
Wschodnich.
Wiedza o bogatej historii Polski, w jej znaczeniu kulturowym, roz­
ciągłości geograficznej i dokonaniach w tym zakresie na przestrzeni
dziejów Europy jest obowiązkiem każdego Polaka w Kraju i na emi­
gracji. Tak też macierzyste, kulturalno-oświatowe Stowarzyszenie „Na­
zareth Famille”, założone w Paryżu, postawiło sobie za jedno z zadań
przypominanie i utrzymanie więzi z tą częścią Narodu Polskiego i ziem
polskich, które pozostały poza obecnymi granicami Rzeczypospolitej
Polskiej.
Od początku swojej działalności Stowarzyszenie „Nazareth Famille”
utrzymuje łączność szczególnie z Rodakami na Białorusi, Litwie, Ukra­
inie i w Czechach, na Zaolziu. Liczne kuturalno-oświatowe spotkania
międzynarodowe dają możność wymiany doświadczeń, uczestniczenia
w wycieczkach i pielgrzymkach narodowych, zapewniają niesienie po­
mocy materialnej – są owocne dla obu stron.
Trwająca nadal współpraca rozwija się w kierunku promocji kul­
tury, architektury i literatury kresowej, mimo że krzewienie wiedzy
o polskich Kresach na gruncie paryskim nie jest łatwe. Prezentacji do­
konujemy w różnych formach: w postaci wystaw fotograficznych, pre­
lekcji, konferencji o tamtejszym folklorze, promocji książek mówiących
o wartościach kultury pozostającej za wschodnią i południową granicą
Polski, szczególnie tej z okresu II Rzeczypospolitej. Działalność pro­
mocyjna zgromadziła grono zainteresowanych, których sercu bliskie są
utracone wartości miejsca urodzenia, dzieciństwa, dziedzictwa rodzin­
nego i kulturowego dorobku.
Właśnie te nieformalne spotkania, na których przekazywaliśmy so­
bie własne przeżycia, pamiątki, literaturę kresową, relacje z podróży,
stworzyły specyficzny klimat i podstawę do powstania samodzielnej
organizacji.
W wyniku licznych spotkań zebrała się grupa osób szczególnie
zwią­zanych z kresową kulturą poprzez związki rodzinne, kulturowe
i sentymentalne. Osoby te, żyjąc we Francji, zachowały głęboką więź
z przeszłością własną oraz przodków i zapragnęły zgromadzić się w od­
dzielnym stowarzyszeniu.
STOWARZYSZENIE „KRESY” WE FRANCJI
347
Informując o utworzeniu Stowarzyszenia „KRESY” w Paryżu, liczę
na wsparcie chęcią współpracy, przynależnością do Stowarzyszenia
i na wzbogacanie jego działalności członkowskim wkładem w każdej
postaci.
Aby przybliżyć Państwu zakres działalności naszego Stowarzysze­
nia, szczególnie w ostatnich sześciu latach jego istnienia, zarazem mo­
jej w nim prezesury, wymienię coroczne konferencje, na które zapra­
szani są wybitni prelegenci uniwersyteccy, historycy, pisarze z Polski
w sposób interaktywny, pobudzający do żywej dyskusji, do prezentacji
własnych poglądów i spostrzeżeń, a także do dzielenia się historią na­
szych kresowych rodzin i doświadczeniami życiowymi.
Bo przecież aby dotrzeć do Francji z Kresów, trzeba odbyć długą
drogę, pełną zawiłości i niespodzianek, ale też wielkich wartości za­
chowanych do końca życia przez naszych przodków i wyniesionych
z rodzinnych domów kresowych przez ich potomków.
Archiwum pamięci
W maju 2007 powołane zostało Stowarzyszenie Kresowian we Fran­
cji. Wybrano Zarząd i pod nazwą Association des Polonais des Confins
en France „KRESY” stowarzyszenie zarejestrowano oficjalnie w Prefek­
turze Policji w Paryżu w październiku 2008.
Ma ono na celu:
– podtrzymywanie i promocję kulturowego i historycznego dzie­
dzictwa Kresów polskich,
– rozwijanie kontaktów z Polakami i organizacjami polonijnymi –
kulturalnymi, charytatywnymi, działającymi na dawnych ziemiach
Kró­lestwa Polskiego,
– organizowanie wystaw, kolokwiów, seminariów – spotkań po­
święconych historii i kulturze Kresów,
– międzynarodową współpracę i wymianę w ramach rozwoju kre­
sowej kultury,
– organizowanie wycieczek, wizyt historyczno-kulturalno-oświato­
wych na tych ziemiach,
– organizowanie kolonii, towarzyskiej i turystycznej wymiany, piel­
grzymek narodowych, wieczornic kresowej kultury,
– tworzenie, odnawianie i wyposażanie ośrodków kulturalnych
i historycznych związanych z kulturą Kresów polskich,
– publikowanie i udostępnianie dokumentów, książek, czasopism,
płyt CD i DVD propagujących kulturę polskich Kresów.
2014 tom V
348
Krystyna ORŁOWICZ
W oparciu o dorobek Stowarzyszenia kulturalno-oświatowego „Na­
zareth Famille” udało się nam zaprezentować w Paryżu 4 wystawy fo­
tograficzne, przygotowane przez pana Stanisława Wierzgonia z opol­
skiego oddziału Wspólnoty Polskiej. Wystawy dotyczące: architektury
Wilna, Kresów jako ziemi wielu wyznań, pamiątek kultury polskiej na
Kresach, tamtejszych śladów Jana III Sobieskiego.
Dwukrotnie prezentowaliśmy wiedzę historyczną tej części Polski
we francuskim, prestiżowym Międzynarodowym Liceum Montaigne
w Paryżu na lekcjach historii dla młodzieży polonijnej sekcji polskiej.
Wszystkie wystawy poprzedzone były solidnymi wykładami zwią­
zanymi tematycznie z częścią wizualną, dodatkowo oprawione insceni­
zacją teatralną lub poetycką. Prelegentami naszymi byli goście z Litwy,
Białorusi, Ukrainy, a także profesorowie z Polski, którzy uzupeł­niali
naszą wiedzę historyczną. Zaprosiliśmy również polskich poetów z Wil­
na oraz reprezentację organizacji polskiej z Kamieńca Podol­skiego
i ze Lwowa. Z Grodna zaś przybył Zarząd Polskiej Macierzy Szkol­
nej oraz 50 polskich nauczycieli, których – przy współpracy z warszaw­
skim oddziałem Wspólnoty Polskiej – gościliśmy we Francji ponad ty­
dzień.
Utrzymując kontakty z Polską Macierzą Szkolną na Zaolziu, na
Kresach Południowych, przyjęliśmy liczną grupę nauczycieli języka
polskiego, historii i geografii Polski w celu zaznajomienia ich z naucza­
niem tych przedmiotów we Francji oraz zapoznania z kulturą i archi­
tekturą tego kraju.
Podstawą istnienia Stowarzyszenia „Kresy” we Francji są obowiąz­
kowe, comiesięczne zebrania, poprzedzane przekazywaną członkom
pisemną informacją programową o każdym spotkaniu. W ten sposób
wszyscy zapoznają się z tematyką i aktualnościami, przygotowują wła­
sne wypowiedzi, ustosunkowują się do propozycji dalszej działalności.
Dwa razy w roku, z okazji Bożego Narodzenia i Świąt Wielkanoc­
nych, spotykamy się świątecznie przy suto zastawionym stole, degustu­
jąc potrawy kresowe, czasem przyprawione francuskim akcentem
kulinarnym. Na tych uroczystych zgromadzeniach gościmy naszych
księ­ży – opiekunów duchowych, oraz gości z innych stowarzyszeń.
Inną formą naszej działalności jest uczestnictwo w różnych świę­
tach narodowych, uroczystych mszach św., udział w różnego rodzaju
wydarzeniach kulturalnych ogólnopolonijnych organizowanych przez
inne stowarzyszenia w Paryżu, jak również na północy Francji, gdzie
od wielu lat współpracujemy z tamtejszą społecznością polonijną zgro­
madzoną wokół polskiej parafii św. Stanisława w Dourges. Braliśmy
wielokrotnie udział w różnych uroczystościach związanych z promocją
kultury polskiej na tamtym terenie i wspólnie urzeczywistniliśmy kil­
ka imprez promujących wiedzę historyczną o Kresach.
W ubiegłym roku z inicjatywy naszego Stowarzyszenia został zre­
alizowany program „Integracja przez kuchnię – Smaki wileńskie” dla
IV i V pokolenia Polonii w północnej Francji. Uroczysty obiad kreso­
wy przygotowany przez panie z rejonu wileńskiego degustowało ponad
200 osób. Impreza odbywała się w okresie przedwielkanocnym. Sprze­
dawane więc były wileńskie palmy wielkanocne, także inne rękodzieła
regionalne.
Owocem współpracy z tamtejszą społecznością polonijną są rów­
nież wspólne wyjazdy wycieczkowo-pielgrzymkowe. I tak w 2012 roku
odwiedziliśmy Litwę, w okresie wakacyjnym trzy członkinie Stowa­
rzyszenia odbyły koleją transsyberyjską niezwykłą podróż na Syberię;
przywiozły z niej bardzo ciekawe wrażenia, którymi dzieliły się pod­
czas zebrań. W 2013 nasza droga wiodła do Rzymu, Asyżu, Cascia
i Monte Cassino, a w roku bieżącym – do Ziemi Świętej i ponownie na
Litwę. Wcześniej były wycieczki po Francji i Belgii, gdzie odnajdywaliś­
my polskie pomniki historyczne.
Wszystkie wspólne spotkania, wyjazdy, uczestnictwo w imprezach
zacieśniają więzi między członkami Stowarzyszenia, promieniują ak­
cjami kulturalnymi na inne organizacje, budząc głębsze zainteresowa­
nie historią naszego kraju na przestrzeni dziejów.
Ponieważ nie posiadamy własnego lokalu, korzystamy z gościnnoś­ci
pomieszczeń Stowarzyszenia Polskich Kombatantów we Francji. Wy­
kłady, konferencje oraz prelekcje dla szerokiej publiczności polonijnej
odbywają się w prestiżowym Centrum Dialogu księży pallotynów,
działającym w Paryżu od ponad 40 lat.
Utrzymujemy także żywy kontakt z Polonią w Południowej Kali­
fornii, jak również przez wiele lat, aż do jej rozwiązania, z organizacją
Pomoc Polakom na Wschodzie. Osobiście brałam pięciokrotnie udział
w zebraniach i spotkaniach z tamtejszymi organizacjami oświatowokulturalnymi, z żyjącymi jeszcze Sybirakami, którzy są żywymi po­
mnikami naszej historii.
Nabytą wiedzę, zapiski historyczne zdobyte podczas wymienionych
wypraw, przekazujemy innym w trakcie spotkań, przydają się w dys­
349
Archiwum pamięci
STOWARZYSZENIE „KRESY” WE FRANCJI
350
Krystyna ORŁOWICZ
kusjach podczas konferencji historycznych, np. w Bibliotece Polskiej
w Paryżu.
Utrzymujemy kontakt z polonijnym wydawnictwem News of Polo­
nia w Los Angeles. Drukujemy tam artykuły pokonferencyjne lub po­
wyjazdowe. Ukazują się one w „Głosie Katolickim” – tygodniku Pol­
skiej Misji Katolickiej we Francji, również w „Kurierze Wileńskim”.
W roku 2014 powstała nasza strona internetowa (www.kresyenfrance.
wix.com/kresy), którą ciągle uzupełniamy.
Jeszcze raz dziękuję za możliwość uczestniczenia w tym wspania­
łym spotkaniu, z którego wykładowe materiały oraz zdobyta literatura
przekazane zostaną członkom Stowarzyszenia „Kresy” w Paryżu.
Wierzę, że nawiązane tu interesujące kontakty naukowe i osobiste
zaowocują dalszym rozwojem działalności naszego Stowarzyszenia,
a zdobyta w Krzemieńcu wiedza historyczna, dokumentacja literacka
i fotograficzna wzbogaci nasze następne spotkania i pobudzi do dal­
szych inicjatyw.
* Doroczne spotkanie polsko-ukraińskie w Krzemieńcu na temat „Dialog dwóch kul­
tur”, wrzesień 2014.
Rok 2014
KONFERENCJE 2014
Marcin NABOŻNY
ISTOTA I METODOLOGIA BADAŃ
NAD POLONIĄ I DUSZPASTERSTWEM POLONIJNYM
Migracja jest zjawiskiem od wieków wpisanym w dzieje Polski. Z różnych
przyczyn rzesze rodaków opuszczały ojczyznę, m.in. w poszukiwaniu lepszych
warunków egzystencji. Dzieje polskiej emigracji i Polonii nigdy nie były obojęt­
ne Kościołowi. Za migrantami wyruszają duszpasterze, którzy otaczają opieką
emigrantów we wszystkich miejscach ich osiedlenia.
Losy Polonii i Polaków za granicą są też tematem ciągłej refleksji. Zajmują­
cy się problemem od roku 1972 Ośrodek Badań nad Polonią i Duszpasterstwem
Polonijnym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II zorganizo­
wał 7 maja 2014 (w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej) konferencję naukową
„W krę­gu badań nad Polonią i Duszpasterstwem Polonijnym. Istota i metodo­
logia badań”.
Konferencja przebiegała w czterech sesjach. Podczas pierwszej (pod kierow­
nictwem ks. dr. Romana Nira) ks. prof. Edward Walewander (KUL) porównał
dawne i obecne aspekty badań nad Polonią. Następnie prof. Krystyna Romani­
szyn (Uniwersytet Jagielloński) omówiła dorobek i nowe wyzwania metodolo­
gii badań migracyjnych. Wskazała, że dotychczas badania Polonii w przewadze
koncentrowały się na zagadnieniach historycznych, natomiast nowszą emigra­
cję interesują również problemy socjologiczne badane metodą internetową.
tom V
2013 tom IV
352
Marcin NABOŻNY
Ks. dr Adam Romejko (Uniwersytet Gdański) na przykładzie Wielkiej Bry­
tanii prezentował teorię mimetyczną badań polonijnych. Mottem referatu czy­
niąc słowa René Girarda: „Ludzkie zachowanie jest determinowane nie przez
to, co się właściwie stało, ale [przez] interpretację tego, co się stało” (Rzeczy
ukryte od założenia świata), przybliżył zebranym tego francusko-amerykań­
skiego – ur. 1923 w Awinionie – historyka, literaturoznawcę, antropologa,
twórcę interdyscyplinarnej teorii mimetycznej. Ks. Romejko wskazał autorów
zajmujących się twórczością Girarda, skupiając uwagę na dwóch tematach: „Po­
lonia brytyjska w świetle teorii mimetycznej” oraz „Teoria mimetyczna a inne
społeczności emigranckie”. W ramach pierwszego, biorąc pod uwagę 11 powie­
ści oraz 9 filmów o Polakach w Wielkiej Brytanii, podjął zagadnienie: „Powieść
i film a mimetyczny ogląd społeczności polskiej w Wielkiej Brytanii”. Wątek
grupował wg kluczy: Polska „macocha”, brytyjska „ziemia obiecana”, polska
sieć społeczna, „stara” i „nowa” emigracja, przyjaźń i zmysłowość jako droga
wejścia w społeczność brytyjską, stereotyp Polski i Polaków. Następnie skupił
się na mimetycznej interpretacji życia politycznego Polaków w Wielkiej Bryta­
nii, rozpatrując kręgi tematyczne: „ofiara” jako czynnik budujący i integrujący
społeczność polską, od przeciętności do heroizmu – mitologizowanie społecz­
ności polonijnej, walka o przywództwo w środowiskach polonijnych, stereotyp
obrazu Polaków w brytyjskim przekazie medialnym, serial Londyńczycy (sezon
1 i 2) jako wydarzenie polityczne.
Definicję duszpasterstwa polonijnego sformułował w swym wykładzie ks.
dr hab. Józef Szymański z Włocławka. Wskazał on na biblijne źródło emigra­
cyjnego duszpasterstwa, jego normy prawne, nakaz zawarty m.in. w dokumen­
tach Soboru Laterańskiego IV z roku 1215, w Kodeksie Prawa Kanonicznego
z 1917 (kanon 216) – tam o parafii personalnej dla emigrantów. Przypomniał,
że temat ten był poruszany na Soborze Watykańskim II, przez papieży Piusa
XII i Pawła VI, Stolicę Apostolską, jak również twórców Kodeksu Prawa Ka­
nonicznego z roku 1983, w którym znajdują się m.in. normy prawne dotyczące
parafii personalnych dla emigracji. Istotną rolę w kształtowaniu duszpaster­
stwa emigracyjnego odegrały też orędzia papieskie na Światowy Dzień Mi­
granta i Uchodźcy.
Ks. Roman Nir (Instytut Historii i Archiwistyki Polonijnej w Chicago)
przedstawił inicjatywy badawcze i wydawnicze Stowarzyszenia Naukowego
„Polska w Świecie”. Misją działającego od 2002 roku Stowarzyszenia jest rekon­
strukcja ciągle nie w pełni zbadanej najnowszej historii Polski i emigracji oraz
wspieranie współpracy środowisk naukowych w kraju i na obczyźnie. Owocem
tej działalności są: czasopismo „Przegląd Polsko-Polonijny” (od 2011), konfe­
rencje oraz wiele publikacji, takich jak: Polski misjonarz na argentyńskiej ziemi,
W nieustannej trosce o polską diasporę, Studia z dziejów harcerstwa na obczyźnie (dostępne online).
Mgr Sylwia Patyra-Pytka (KUL) zapoznała słuchaczy z problemami i per­
spektywami współpracy Biblioteki Uniwersyteckiej KUL z Polonią. Wymie­
niając płaszczyzny tej współpracy, dokonała ogólnej charakterystyki kontak­
tów sprzyjających dotychczasowym układom, powiększaniu księgozbiorów
i pozyskiwaniu nowych obszarów współpracy.
Dr Bartosz Walicki (dyrektor Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy w Soko­
łowie Małopolskim) prezentował Sanktuarium Matki Bożej Królowej Ś­wiata –
Opiekunki Ludzkich Dróg jako miejsce modlitwy i refleksji naukowej nad
Polonią. Obszar sokołowski od dawna był terenem intensywnej emigracji. Re­
ferent zaznaczył, że z historią słynącego łaskami Sanktuarium wiązane są wy­
niki naukowych osiągnięć środowiska sokołowskiego.
Drugiej sesji przewodniczył prof. Tomasz Panfil. Ks. prof. Dominik Za­
miatały CMF (Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie)
mówił o duszpasterstwie polonijnym w latach 1945-1989 w dokumentach
Urzędu ds. Wyznań zgromadzonych w Archiwum Akt Nowych (AAN). Pod­
kreślał konieczność w badaniach nad duszpasterstwem polonijnym odniesień
do dokumentów znajdujących się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie,
gdzie przechowywane są bogate zbiory archiwalne Urzędu ds. Wyznań – or­
ganu administracji państwowej podległego premierowi i rządowi, który reali­
zował zadania Urzędu Bezpieczeństwa. Kadrę tego urzędu zasilali byli klery­
cy, eks-księża i eks-zakonnicy. Urząd powstał w kwietniu 1950 roku. Składał
się z trzech sekcji: ogólnej, Kościoła katolickiego i innych wyznań. Pod koniec
lat 50. powołany został wydział ds. zakonów, który zajmował się działalnością
polonijną. Zainteresowanie tą tematyką rozwijało się w latach 1950-1963/64,
1964-‑1980. Ks. profesor dokonał też ogólnej charakterystyki dokumentów
AAN, wskazując na potrzeby i problemy ośrodków polonijnych, na relacje
Urzędu ds. Wyznań z ambasadorami innych krajów oraz innymi organami
władzy państwowej. Zdaniem autora referatu z dokumentów tych jasno wyni­
ka, że władze starały się wykorzystać polskie duszpasterstwo emigracyjne do
swoich celów, dlatego np. organizowały konferencje osób udających się do pra­
cy na misjach.
Ks. dr Wiesław Wójcik TChr (dyrektor Instytutu Duszpasterstwa Emigra­
cyjnego im. Kard. Augusta Hlonda w Poznaniu) dał wykład na temat nowej fali
emigracji polskiej w Unii Europejskiej. Jako krajowy moderator ruchu emigra­
cyjnego w Polsce, posiadając bogate doświadczenie, przybliżył statystyki do­
tyczące polskich środowisk emigracyjnych, także niosących posługę duchową
duszpasterzy. W świecie pracuje zatem dla rodaków ponad 5 tys. polskich du­
chownych. W Europie Zachodniej w 1250 kościołach odprawiane są msze św.
w języku polskim. Mimo że skala duszpasterstwa emigracyjnego jest imponu­
jąca, zasmuca fakt, że w polskojęzycznym duszpasterstwie poza granicami kra­
ju uczestniczy tylko około 7% Polaków.
W ramach konferencji wykład Kronika parafialna jako źródło do dziejów
emigracji (na przykładzie Osieka Jasielskiego) wygłosił ks. dr Sławomir Zych
(KUL), wskazując nowe obszary badań emigracyjnych i źródło inspiracji do
prowadzenia tych badań – księgi metrykalne.
353
KONFERENCJE 2013
ISTOTA I METODOLOGIA BADAŃ NAD POLONIĄ
2014 tom V
354
Marcin NABOŻNY
Kolejny referat, dra Pawła Janowskiego (KUL), dotyczył czasopism polonij­
nych jako źródła historycznego. Analiza zawartych na ich łamach treści powin­
na pomóc w realizacji podjętych tematów, jak również wskazać nowe obszary
zainteresowań i odpowiednią dla nich literaturę.
Problematyka polonijna w Encyklopedii katolickiej była tematem wystą­
pienia dr. Edwarda Gigilewicza (KUL), który zapoznał zebranych z dotyczącą
Polonii terminologią zawartą w słownikach i encyklopediach. Pojawiła się ona
w okresie międzywojennym w Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Guten­
berga – terminem „Polonia zagraniczna”. W encyklopediach powojennych nie
ma hasła „Polonia”. Zaczęto go używać w latach 70. XX wieku (np. Słownik
PWN, 1978). W Encyklopedii katolickiej, która miała być uzupełnieniem ha­
seł z Wielkiej encyklopedii powszechnej, od samego początku obecny był temat
duszpas­terstwa polonijnego, które przedstawiano przy okazji opracowywania
haseł dotyczących poszczególnych krajów, zgromadzeń zakonnych. Hasło „Po­
lonia” znajduje się w tomie wydanym w roku 2011; znajdziemy tam informacje
na temat m.in. polonijnych czasopism i parafii, Polskich Misji Katolickich...
W kolejnym przedłożeniu – Problematyka badań naukowych podejmowanych na łamach „Studiów Polonijnych”, dr Witalij Rosowski (KUL) przybliżył
zebranym historię powstania i funkcjonowania „Studiów Polonijnych” uka­
zujących się od 1976 roku (jak dotąd – 34 tomy). Profil czasopisma obejmuje
historię i czasy współczesne, zwłaszcza okres po wstąpieniu Polski do Unii Eu­
ropejskiej (rok 2004). W piśmie opublikowano już ponad 320 artykułów, 250
recenzji, omówień i ponad 100 jednostek materiałów archiwalnych – dokumen­
tów związanych z życiem Polaków poza granicami ojczyzny. Zgodnie z profi­
lem działalności Ośrodka Badań nad Polonią i Duszpasterstwem Polonijnym
KUL przeważają w „Studiach [...]” zagadnienia duszpasterstwa polonijnego. Od
lat 90. XX w. rozpatrywana jest w piśmie także tematyka wschodnia. Istotne
miejsce zajmuje bibliografia polonijna. Ostatnie numery dostępne są online.
W wykładzie Polonia w sieci Weronika Gigilewicz (KUL) poddała analizie
to aktualne zagadnienie, zwłaszcza Polonii na portalach społecznościowych.
„Polonia w sieci” to jakość powstała pod wpływem nowych technologii, któ­
re zmieniają myślenie i funkcjonowanie wielu użytkowników, zwłaszcza mło­
dych. Tworzy się w związku z tym tzw. społeczeństwo sieci. Internet, osłabiając
„więzi” międzyludzkie, dostarcza informacji i otwiera przed człowiekiem nowe
możliwości. Warto więc poddawać te zjawiska refleksji naukowej. Autorka sku­
piła uwagę na portalu społecznościowym, jakim jest Facebook. Wyłoniła z nie­
go 27 profili, które stały się tematyczną podstawą referatu; jako klucz wyboru
profili posłużyły dostępne informacje, takie jak: status, cel profilu, częstotli­
wość aktualizacji. Jej zdaniem obecność w sieci niekiedy zaprzecza funkcjonu­
jącym definicjom Polonii. Referentka dokonała podziału wyselekcjonowanych
profili wg grupy docelowej (terytorium, zasięg), wg celu (integracja, wsparcie,
podtrzymywanie poczucia polskości, kontakt z rodakami, informowanie o Po­
lonii, kraju zamieszkania) i zawartości stron. Zdaniem referentki strony te pod­
trzymują poczucie polskości. Jednocześnie dzięki zaistnieniu Polaków i Polonii
w sieci, ich rzeczywistość wymyka się dawnym i obiegowym opiniom.
Trzecia sesja, prowadzona przez ks. prof. Józefa Wołczańskiego, była okazją
do wysłuchania wykładu prof. Andrzeja Chodubskiego (Uniwersytet Gdański)
o badaniach nad Polonią na Kaukazie. Autor przypomniał, że od wieków korze­
nie polskości, słowiaństwa wiązane są z Kaukazem (m.in. przez Mickiewicza),
także jako miejscem zesłań. Zachowało się około 50 pamiętników opisujących
ten region. Pierwszymi podróżnikami po Kaukazie byli Polacy – wybudowali
tam 40 świątyń. Autor podkreślał zasługi Katolickiego Uniwersytetu Lubel­
skiego oraz Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie w utrwalaniu i pogłębianiu
badań o Kaukazie. Postulował większe zainteresowanie Polonią mieszkającą
w Gruzji i Azerbejdżanie.
W kolejnym wystąpieniu ks. dr Roman Nir zapoznał słuchaczy z dokumen­
tacją źródłową do dziejów parafii polonijnych w archiwach amerykańskich.
Ks. Nir od wielu lat prowadzi kwerendę w archiwach Stanów Zjednoczonych.
Stąd też jego przedłożenie poza wartością merytoryczną było swoistym świa­
dectwem poszukiwań w tych archiwach.
Mgr Daniel Kiper (KUL) zaprezentował analizę statystyczną polskiego
czaso­piśmiennictwa w Stanach Zjednoczonych przełomu XIX i XX wieku. Od
ok. połowy XIX wieku do roku 1918 wydano tam 427 pism. W tym czasie Sta­
ny Zjednoczone zamieszkiwało ok. 2 milionów osób pochodzenia polskiego.
Najwięcej pism polskich wydawano w Chicago (107), w Nowym Jorku, Buffa­
lo, Milwaukee. Jeśli chodzi o częstotliwość ukazywania, to wśród omawianych
czasopism odnotowano 307 tygodników, 30 dzienników. 67 miesięczników,
12 dwutygodników, 1 półrocznik.
Referat prof. Jacka Knopka (Uniwersytet Mikołaja Kopernika) na temat dia­
spory polskiej i duszpasterstwa polonijnego w Afryce przedstawił słabo znaną
sytuację Polaków na tym kontynencie. Autor zaznaczył, że pierwsze jednostko­
we kontakty Polaków z Afryką miały miejsce już w średniowieczu, a ich zwarte
grupy docierały tam w XIX i XX wieku. W latach 40. XX wieku największy
napływ Polaków na Czarny Ląd związany był z przybyciem żołnierzy Andersa
wraz z rodzinami. W koloniach brytyjskich utworzono dla nich 25 obozów,
a po II wojnie światowej zostali ewakuowani na Wyspy Brytyjskie. Jednak
część z nich zdecydowała się pozostać w Afryce. Polska nie miała stosunków
dyplomatycznych z RPA – utrzymywała je za pośrednictwem Wielkiej Bryta­
nii. Owocem współpracy były m.in. pobyty i studia Afrykańczyków w Polsce
i małżeństwa mieszane. Duszpasterstwo polonijne w Afryce, zwłaszcza w Pół­
nocnej, napotyka duże problemy. Polska Misja Katolicka funkcjonuje jedynie
w RPA.
Dr Jerzy Kuzicki (Uniwersytet Rzeszowski) prezentował wyniki wielolet­
nich badań z zakresu specyfiki badań nad duchowieństwem Wielkiej Emigra­
cji w latach 1831-1863. Wystąpienie oparł na charakterystyce księży, docelo­
wych krajów i źródeł do zagadnienia. W ramach Wielkiej Emigracji najwięcej
355
KONFERENCJE 2014
ISTOTA I METODOLOGIA BADAŃ NAD POLONIĄ
2014 tom V
356
Marcin NABOŻNY
duchownych udało się do Francji i Anglii. W każdym z tych krajów panowała
odmienna sytuacja społeczno-polityczna. Zróżnicowana literatura przedmiotu
wymagała zastosowania różnych metod badawczych. Materiały archiwalne do
opracowywania zagadnienia znajdują się m.in.: w Archiwum Watykańskim,
Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej, archiwum prywatnym Piusa IX, ak­
tach nuncjatury wiedeńskiej i paryskiej; w archiwum zmartwychwstańców
w Rzymie.
Podczas czwartej sesji refleksją objęty został stan badań nad dziejami Pol­
skiej Misji Katolickiej we Francji. Początki tamtejszego duszpasterstwa pol­
skiego przedstawił o. dr Marian Brudzisz CSsR z Krakowa. Jako oficjalną datę
założenia Polskiej Misji Katolickiej we Francji – najstarszej ze wszystkich tego
rodzaju instytucji – przyjmuje się 19 czerwca 1922. Duszpasterstwo polskie we
Francji funkcjonowało jednak od czasów powstania listopadowego.
Kształcenie księży polskich w wiedeńskich instytutach teologicznych i na
Uniwersytecie Wiedeńskim w XIX i na początku XX wieku oraz posługa księ­
ży na rzecz Polonii – to tematy przedłożenia krakowskiego historyka ks. prof.
Stanisława Piecha (Uniwersytet Papieski Jana Pawła II), który rozpoczął od
stwierdzenia, że władze austriackie przywiązywały znaczną wagę do odpo­
wiedniego kształcenia i wychowania duchowieństwa. W stolicy monarchii
tworzono specjalne seminaria duchowne. Kształcono w nich kleryków z róż­
nych diecezji państwa Habsburgów. Funkcjonowały więc: Królewskie Grecko­
katolickie Seminarium Duchowne, zwane Barbareum (1775-1784), Wiedeński
Konwikt Miejski (1802-1884) i Greckokatolickie Seminarium Centralne (1852‑1983). Przez ponad sto lat (1816-1919) działał Wyższy Instytut Kształcenia
Księży Diecezjalnych, zwany Augustineum, a następnie Frintaneum. Wszyst­
kie te instytucje, zdaniem ks. Piecha, formowały duchowieństwo w ideologii
państwowej. Po ich ukończeniu księża pełnili ważne funkcje w strukturach ko­
ścielnych Galicji. Autor zidentyfikował 1350 księży diecezji galicyjskich. Wśród
nich było 23 późniejszych biskupów, 170 profesorów i wykładowców oraz 620
księży zajmujących się duszpasterstwem parafialnym. Jeśli chodzi o posługę
duszpasterską księży studentów w środowisku polonijnym w Wiedniu, autor
zaznaczył, że początkowo proszono ich przede wszystkim o głoszenie kazań
w Wielkim Poście, potem także w niedziele i święta. Po powstaniu listopado­
wym domagano się stałego duszpasterstwa.
Dr Irena Wodzianowska (KUL) mówiła o źródłach archiwalnych do dzie­
jów Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej w Petersburgu, przeniesionej
tam w 1847 roku z Wilna. Podobnie jak wiedeńskie ośrodki, o czym mówił
autor poprzedniego wystąpienia, Akademia Duchowna w Petersburgu miała
wychowywać do pełnienia wyższych stanowisk państwowych. Istniała 76 lat.
Łącznie przez ten okres studiowało w niej 1300 kleryków, z których większość
stanowili Polacy. Obowiązki wykładowców pełniło ponad 100 osób. Materia­
ły do dziejów tej instytucji (ponad 2 tys. jednostek archiwalnych) znajdują się
w Centralnym Archiwum Państwowym w Petersburgu.
Ks. prof. J. Wołczański (Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie)
przedstawił referat Specyfika badań i źródła do dziejów duszpasterstwa K­ościoła
rzymskokatolickiego po 1945 r. na dawnych Kresach Południowo-Wschodnich
Rzeczpospolitej. Autor, znawca wschodnich tematów, przybliżył zebranym mało
znaną sprawę powoływania następców abpa Baziaka po 1946, aż do 1991 roku,
kiedy to nastąpiło reaktywowanie struktur Kościoła rzymskokatolickiego na
Ukrainie. Wskazał na instytucje gromadzące archiwalia, jak również na wiele
prywatnych zasobów, które niestety często ulegają rozproszeniu bądź bezpow­
rotnemu zniszczeniu.
Działalność salezjanów na terenach byłego ZSRR po roku 1945 była tema­
tem wykładu ks. prof. Waldemara Witolda Żurka SDB (KUL). Dowiedzieliśmy
się, że salezjanie od 116 lat pracują na ziemiach wschodnich. Po 1945 pozostało
na tamtych terenach (zwłaszcza na Wileńszczyźnie) dziewięciu członków zgro­
madzenia. Dotąd, z powodu utrudnionego kontaktu, nie było dużego zaintere­
sowania ich historią. Obecnie salezjanie pracują na Litwie, Ukrainie, Białorusi,
w Mołdawii, Kazachstanie i Gruzji, prowadząc około 30 placówek.
Ks. dr Stanisław Tylus SAC (Wyższe Seminarium Duchowne Stowarzysze­
nia Apostolstwa Katolickiego w Ołtarzewie) ukazał działalność pallotynów na
rzecz Polonii. Pallotyni zawsze kładli nacisk na działalność wśród emigracji,
do lat 30. XX wieku prowadzili ją przede wszystkim na terenach Francji i Uru­
gwaju. Stan badań w tym zakresie ocenił jako niezadowalający.
Dr Robert Zapart (Uniwersytet Rzeszowski) referował status Biskupa Polo­
wego Wojska Polskiego Józefa Gawliny i jego relacje z władzami RP na uchodź­
stwie w latach 1939-1945. Dla autora inspiracją do zajęcia się problemem była
prowadzona na łamach „Kroniki Paryskiej” polemika prof. Tadeusza Wyrwy
(1926-2010) z abp. Szczepanem Wesołym na temat napięć pomiędzy Gawli­
ną a Sikorskim. Referent podkreślał ważność archiwaliów znajdujących się
w Londynie, zalecając konfrontowanie ich z materiałami z innych źródeł. Do
pełnego ukazania tematu brakuje źródeł sowieckich i brytyjskich. Pewne jest,
że Gawlina był biskupem personalnym o dużych prerogatywach określonych
po konkordacie z 1925 roku; papież rozszerzył jego jurysdykcję na wszystkich
Polaków poza granicami kraju.
Ostatni referat, prof. Tomasza Panfila, dotyczył źródeł zagranicznych do
duszpasterskiej posługi ks. gen. Witolda Kiedrowskiego (1912-2012) – uczest­
nika bitwy nad Bzurą, ranny pod Kutnem; współtwórcy państwa podziemne­
go, trzykrotnie przez Niemców aresztowany i torturowany. Przebywał w kilku
koncentracyjnych obozach, skąd czterokrotnie uciekał. Zgłosił się do bp. Gaw­
liny, działał na południu Niemiec, a w 1947 trafił do Paryża. Zachowane po
nim materiały są rozproszone, część znajduje się w Paryżu, część w Pelplinie.
Ks. gen. W. Kiedrowski to postać zasługująca na całościowe opracowanie bio­
graficzne.
Podczas konferencji medalem koronacyjnym Matki Bożej z Sokołowa z roku
2013 oraz pamiątkowym dyplomem za działalność na rzecz Polonii odznacze­
357
KONFERENCJE 2014
ISTOTA I METODOLOGIA BADAŃ NAD POLONIĄ
358
Marcin NABOŻNY
ni zostali: dr Anna Łucka, ks. dr Roman Nir, prof. Krystyna Romaniszyn, prof.
Andrzej Chodubski, ks. prof. Waldemar Żurek SDB, ks. prof. Józef Szymański,
prof. Jacek Knopek, redakcja Instytutu Leksykografii KUL, ks. prof. Józef Woł­
czański, ks. prof. Edward Walewander.
Konferencja przebiegała pod patronatem honorowym: metropolity przemys­
kiego abp. Józefa Michalika, bp. Wiesława Lechowicza – przewodniczącego
Komisji KEP ds. Polonii i Polaków za Granicą, delegata KEP ds. Duszpaster­
stwa Emigracji Polskiej, ks. infułata Stanisława Jeża – Rektora Polskiej Misji
Katolickiej we Francji, oraz Instytutu Leksykografii KUL i Biblioteki Uniwer­
syteckiej KUL.
Rok 2014
Janusz PASTERSKI
V ŚWIATOWY KONGRES NAUKI POLSKIEJ
W dniach 20-23 czerwca 2014 odbył się w Warszawie V Światowy Kongres
Na­uki Polskiej (Fifth World Congress of Polish Studies), zorganizowany przez
Polski Instytut Naukowy w Ameryce (Polish Institute of Arts and Sciences in
America, PIASA) – organizację naukowo-kulturalną, istniejącą od roku 1942,
skupiającą badaczy i ekspertów z wielu dziedzin nauki, a także twórców sztuki.
PIASA stawia sobie za cel integrowanie i prezentowanie osiągnięć nauki p­ol­
skiej w Ameryce, równocześnie dba o wzmacnianie i poszerzanie relacji pol­
sko-amerykańskich. Ostatnie konferencje PIASA organizowane były w Bosto­
nie (2012) i Waszyngtonie (2013). W Polsce poprzedni kongres PIASA odbył się
w roku 2000 w Krakowie.
Tegoroczny kongres, którego współorganizatorami były również Uniwer­
sytet Warszawski, Polish American Historical Association, Muzeum Historii
Polski, Instytut Pamięci Narodowej oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych
RP, zgromadził ponad dwustu naukowców ze Stanów Zjednoczonych, Polski
i jedenastu krajów europejskich. Obrady plenarne pod hasłem „An Apprecia­
tion of Jan Karski”, poświęcone zostały słynnemu kurierowi polskiego państwa
podziemnego, a później profesorowi nauk politycznych Uniwersytetu George­
town w Waszyngtonie. W roli prelegentów wystąpili: Robert Kostro (Muzeum
Historii Polski), Andrzej Żbikowski (Uniwersytet Warszawski), Wojciech Bia­
łożyt (Fundacja Edukacyjna Jana Karskiego) i Sławomir Dębski (Centrum
Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia). Obok sesji plenarnej odbyło się
48 se­sji tematycznych, dotyczących polskiej i amerykańskiej historii, ekonomii,
polityki, medycyny, fizyki, religii, socjologii, sztuki i literatury.
W tym multidyscyplinarnym kongresie kilka spotkań poświęconych zo­
stało literaturze. Ujęto je w cykle: „Crossing Borders” (Przekraczanie granic),
„Literature Across Borders” (Literatura ponad granicami) oraz „Polscy pisarze
w Stanach Zjednoczonych po II wojnie światowej. Najnowsze badania” (sesja
w języku polskim). W czasie spotkań w ramach pierwszego cyklu przedmio­
tem zainteresowania stała się twórczość Witolda Gombrowicza, analizowana
podczas panelu „The Transnationalism of Witold Gombrowicz” (Daniel Bal­
tom V
2014 tom V
360
Janusz PASTERSKI
derston, Łukasz Tischner, Tul`si Bhambry) oraz „Witold Gombrowicz`s Kro­
nos” (Jerzy Jarzębski, George Zbigniew Gasyna, Aleksander Fiut, Małgorzata
Smorąg-Goldberg). W cyklu spotkań pod hasłem „Literature Across Borders”
poruszono wiele różnych tematów, a wzięli w nich udział: Silvia G. Dapia (Two
Ways of Thinking About Crime: Gombrowicz`s „A Premeditated Crime” and
Borges`s „Emma Zunz”), Adam Kozaczka (Noble Virtues and Warlike Masculinities: The Shared Language of Polish and Scottish Literary Nostalgia in the
Long Nineteenth Century), Christine Kenison (Borderland or Promised Land:
a Comparative Analysis of Gustav Freytag`s „Soll und Haben” and Władysław
Reymont`s „Ziemia obiecana”) i Krystyna Illakowicz (Miss America Goes Shopping: Perceptions of American Women in Poland in the 1920s and the 1930s).
Stosunkowo najobszerniejszy był cykl spotkań badaczy zatytułowany „Polscy
pisarze w Stanach Zjednoczonych po II wojnie światowej. Najnowsze badania”.
Objął on trzy sesje, podczas których wystąpili naukowcy z polskich uniwersy­
tetów. W sesji pierwszej wyniki swoich badań zaprezentowali: Wojciech Ligę­
za (Szkicowanie Ameryki Północnej w utworach polskich emigrantów), Wacław
Lewandowski (Ameryka Kazimierza Wierzyńskiego), Józef Olejniczak (Józef
Wittlin w nielubianym mieście) i Beata Dorosz (Jan Wolny – nieznany pisarz
polityczny w „Tygodniku Polskim” Jana Lechonia 1945-1947). W sesji drugiej
udział wzięli: Ewa Kołodziejczyk (Czesław Miłosz w Biuletynie „Poland of Today” 1946-1950), Aleksander Madyda (Najnowsze badania życia i twórczoś­ci
Zygmunta Haupta – tendencje i postulaty), Grażyna Kubica-Heller (Proza etno­
graficzna Alicji Iwańskiej) i Alicja Szałagan („American Dream”. Maria Kuncewiczowa w Stanach Zjednoczonych). Wreszcie w sesji trzeciej z referatami
wystąpili: Janusz Pasterski (Problem dwukulturowości w poezji Andrzeja Buszy
i Bogdana Czaykowskiego), Jolanta Pasterska (Zakorzenienie w pamięci. Przypadek Floriana Śmiei) oraz Grażyna Borkowska (O twórczości Anny Frajlich).
Kilka wystąpień poświęconych literaturze znalazło się również w innych
panelach tematycznych. W sesji „Trajectories of Seeing and Belonging: U.S. and
Poland” (Trajektorie postrzegania i przynależności) referaty wygłosili: Nadine
Schwakopf (Alea iacta Est, Or: How Poetry Takes Place. Constellations of Signs
in Stanisław Dróźdż`s Works), Diana Lech (Rebellion and the Inescapability of
Form: Gombrowicz`s Ivona and Mrożek`s Tango). W sesji „Between Inclusion
and Exclusion: Excess, Transgression, and Recycling” (Między włączeniem
a wykluczeniem: nadmiar, transgresja i recykling) wystąpili: Łukasz Siciński
(Between Language and Reality: Rubbish in Miron Białoszewski`s Prose) i Łukasz
Wodzyński (Liquid Borders: Modernity and the Rise of the New Woman in Stefan Żeromski`s „A Story of Sin”).
Zagraniczni uczestnicy kongresu mogli także skorzystać z możliwości zwie­
dzenia Warszawy, a szczególnie Muzeum Historii Żydów Polskich, Starego Mia­
sta, Centrum Nauki Kopernik, pałacu w Wilanowie czy Zamku Królewskiego.
Na zakończenie zjazdu zorganizowane zostało spotkanie z Leszkiem Balcero­
wiczem, byłym wicepremierem i prezesem Narodowego Banku Polskiego.
V ŚWIATOWY KONGRES NAUKI POLSKIEJ
V Światowy Kongres Nauki Polskiej w Warszawie był prawdziwym wyda­
rzeniem naukowym, cenną okazją do dyskusji i wymiany doświadczeń bada­
czy z różnych krajów. Jego ważną częścią była refleksja nad literaturą polską
i sytuacją pisarzy, zwłaszcza na emigracji. Następny doroczny kongres PIASA
odbędzie się w czerwcu 2015 w kanadyjskim Toronto.
361
Rok 2014
tom V
Dobrosława PLATT
XXXVI SESJA STAŁEJ KONFERENCJI MUZEÓW, ARCHIWÓW I BIBLIOTEK POLSKICH NA ZACHODZIE 17–21 września 2014
Już po raz trzydziesty szósty spotkali się przedstawiciele polskich placówek
przechowujących dziedzictwo narodowe na Zachodzie, tym razem w auli Jana
Pawła II przy polskim kościele św. Stanisława (via delle Boteghe Oscure 15)
w Rzymie.
Sesję MAB zorganizowały cztery instytucje mające swoje siedziby w Wiecz­
nym Mieście: Kościół i Hospicjum św. Stanisława, Fundacja Jana Pawła II –
Ośrodek Dokumentacji Pontyfikatu, Fundacja Rzymska Margrabiny J.S. Umias­
towskiej i Papieski Instytut Studiów Kościelnych.
Miejsce, w którym odbywała się Sesja, miało specjalne znaczenie. Kościół
i Hospicjum św. Stanisława w Rzymie, położone w centralnym punkcie miasta,
niedaleko Piazza Venetia, zostały przyjęte do Stałej Konferencji dopiero w roku
2011. Członkowie Konferencji po raz pierwszy więc mieli okazję poznać tę naj­
starszą poza krajem polską instytucję i jej historię.
Kardynał Stanisław Hozjusz, pełniąc funkcję wielkiego penitencjarza w Rzy­
mie, zatroszczył się o godne miejsce dla polskich pielgrzymów, w którym mo­
gliby się zatrzymać, uzyskując duchowe i materialne wsparcie. Papież Grze­
gorz XIII wyznaczył na ten cel zniszczony kościół św. Salvatore, a jego remont
i przebudowę kardynał Hozjusz rozpoczął natychmiast po przejęciu w 1578
roku. Świątynia, konsekrowana w 1591, otrzymała wezwanie św. Stanisława.
Fundatorami przedsięwzięcia byli królowa Anna Jagiellonka i jej mąż, król Ste­
fan Batory, a także rody magnackie. Odtąd instytucja ta uczestniczyła w wyda­
rzeniach historycznych kraju, także najbardziej dramatycznych, kiedy Polska
znalazła się pod zaborami. Po zajęciu Rzymu przez Napoleona hospicjum zaję­
ło jego wojsko, a po roku 1815 car, jako król Polski, zajął je na potrzeby Rosjan,
natomiast kościół św. Stanisława przemienił w prawosławną cerkiew. Admini­
strator carski sprzedał niemal wszystkie przedmioty historyczne i artystyczne,
pozostawiając jedynie niewiele cennych dzieł. W 1920 roku obiekt stał się po­
nownie własnością narodu polskiego, pod kuratelą arcybiskupa krakowskiego,
z nominalną administracyjną zależnością od kurii rzymskiej.
Po wielokrotnych remontach w miejscu hospicjum pojawił się znakomity
hotel – Hosianum Palace, w którym ulokowani zostali uczestnicy omawianej
Sesji MAB. Odnowiony kościół służy nie tylko pielgrzymom – mieści się przy
nim również Centralny Ośrodek Duszpasterstwa Emigracji.
O historii i zabytkach kościoła św. Stanisława opowiadał jego były rektor
ks. abp Szczepan Wesoły.
Ks. prałat Jan Główczyk, administrator Kościoła i Hospicjum św. Stanisła­
wa, zadbał zarówno o konserwację dzieł sztuki (obrazy Siemiradzkiego, Styki,
portret Jana III Sobieskiego, monstrancja ufundowana przez ks. Józefa Ponia­
towskiego), jak i o uporządkowanie oraz konserwację archiwów (m.in. bulla
o erekcji kościoła i hospicjum z 1578 roku). Jak się okazało, w archiwum tym
znajdują się także materiały i pamiątki związane z 2. Korpusem, o czym mówił
ks. Główczyk, wygłaszając referat Dokumenty i pamiątki po 2. Korpusie w Archiwum i Kościele św. Stanisława w Rzymie.
Temat, wokół którego koncentrowała się treść referatów tej Konferencji,
d­otyczył bowiem 2. Korpusu. Ten właśnie temat, zgłoszony został podczas ob­
rad poprzedniej Stałej Konferencji w Budapeszcie, kiedy dowiedzieliśmy się, że
z okazji 70. rocznicy bitwy na Monte Cassino powstanie tam, po wielu latach
starań, centrum informacyjne. Odwiedzający to miejsce, a także klasztor bene­
dyktynów, obcokrajowcy na ogół nie wiedzieli, jakie są przyczyny stworzenia
tak wielkiego cmentarza w tym właśnie miejscu i dlaczego ginęli tu Polacy. Do­
piero 70. rocznica tragicznej bitwy skutecznie wpłynęła na ulokowanie – w nie­
wielkim co prawda budynku przy wejściu na cmentarz – stałej wystawy, która
ostatecznie otrzymała nazwę: Muzeum Pamięci 2. Korpusu Polskiego.
Architektoniczną koncepcję Muzeum przygotował pan Pietro Rogacień, syn
uczestnika bitwy o Monte Cassino. W pawilonie o kształcie rotundy, zbudowa­
nej z lokalnego kamienia, mieści się wystawa multimedialna, która ilustruje
deportacje Polaków na Syberię, powstanie Armii gen. Andersa i jej drogę przez
Bliski Wschód do Włoch, kampanię włoską i losy żołnierzy po wojnie. Scena­
riusz tej wystawy napisali prof. Krystyna Jaworska i Paolo Morawski. Podczas
sesji prof. Krystyna Jaworska, wygłaszając referat Koncepcja i cele wystawy przy
Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino, przygotowywała uczestni­
ków do następnego dnia, podczas którego zwiedzaliśmy Muzeum Pamięci na
Monte Cassino.
Zwiedzanie tego Muzeum, oddanie hołdu żołnierzom poległym w bitwie
o Monte Cassino i msza św. odprawiana na cmentarzu stanowiły niezwykły
i bardzo ważny, choć ostatni, punkt programu Sesji.
Każda Sesja Stałej Konferencji podzielona jest na dwie części: otwartą i za­
mkniętą.
W „otwartej” części uczestniczą nie tylko członkowie Konferencji, ale także
zaproszeni goście, reprezentujący instytucje z Polski – nie tylko biblioteki i ar­
chiwa, ale także urzędy i ministerstwa, z którymi współpracują polskie insty­
tucje na Zachodzie.
363
KONFERENCJE 2014
XXXVI SESJA STAŁEJ KONFERENCJI MAB
2014 tom V
364
Dobrosława PLATT
W pierwszej części pierwszego dnia Sesji (18 września) zgromadzonych
w Auli Jana Pawła II witali: ks. abp Szczepan Wesoły, Wojciech Ponikiewski,
ambasador RP przy Kwirynale, także inicjator powstania Muzeum Pamięci
Piotr Nowina-Konopka, ambasador RP przy Watykanie.
Jacek Miler, dyrektor Departamentu ds. Polskiego Dziedzictwa Kulturowe­
go za Granicą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Joanna
Kozińska-Frybes, zastępca dyrektora Departamentu Współpracy z Polonią
i Polakami za Granicą Ministerstwa Spraw Zagranicznych, informowali o for­
mach współpracy tych departamentów z polskimi placówkami kulturalnymi
za granicą. Natomiast o współpracy merytorycznej mówili: dr Tomasz Makow­
ski, dyrektor Biblioteki Narodowej w Warszawie, Ryszard Wojtkowski, zastęp­
ca Naczelnego Dyrektora Archiwów Państwowych, oraz Andrzej Pieczunko,
zastępca dyrektora Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów Instytutu
Pamięci Narodowej.
Inauguracyjny referat Jan Paweł II a Monte Cassino wygłosił ks. dr Andrzej
Dobrzyński, dyrektor Ośrodka Dokumentacji Pontyfikatu Jana Pawła II.
Następnego dnia (19 września) referaty wygłaszali przedstawiciele różnych
instytucji polskich na Zachodzie.
Porannej części drugiego dnia Sesji przewodniczyła Anna Buchman, dy­
rektor Muzeum Polskiego w Rapperswilu. Wystąpienia prelegentów koncentro­
wały się wokół osób związanych z 2. Korpusem: Ewa Jędruch (Instytut Józefa
Piłsudskiego w Ameryce) mówiła o Bronisławie Wysłouchowej, Głównej Inspektor PSK na Środkowym Wschodzie i we Włoszech; Henryk Mittelstadt (Bibliote­
ka Polska im. Ignacego Domeyki, Buenos Aires) prezentował referat Ksiądz Jan
Malinowski – dzielny kapłan 2. Korpusu, wykonawca krucjaty o wolność Polski;
Dobrosława Platt (Biblioteka Polska POSK w Londynie) – Włodzimierz Kołtonowski, nieznany artysta Andersa; Witold Zahorski (Biblioteka Polska w Pary­
żu) – Wokół śmierci gen. Władysława Andersa.
Jeszcze w tej części Sesji problematykę ogólną w swych referatach podej­
mowali: Jan Andrzej Konopka (Muzeum im. T. Kościuszki w Solurze) – Ignacy
Jan Paderewski w polskich sprawach wojskowych (I i II wojna światowa), Euge­
nia Maresch (Studium Polski Podziemnej) – 2. Korpus – machinacje polityczne
i gotowość do boju.
Część popołudniowa, której przewodniczył prof. Stanisław Latek (Polski In­
stytut Naukowy w Kanadzie i Biblioteka im. Wandy Stachiewicz w Montre­alu),
w całości niemal poświęcona była problematyce archiwów 2. K­orpusu. Teofil
Lachowicz (Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, Nowy Jork)
przedstawił Działania Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce
na rzecz zachowania dziedzictwa 2. Korpusu Polskiego gen. W. Ander­sa; An­na
Buchman opisała Dokumenty byłych żołnierzy 2 Korpusu w archiwum Muzeum Polskiego w Rapperswilu; ks. Hieronim Fokciński (Papieski I­nstytut Stu­
diów Kościelnych w Rzymie) wygłosił referat Materiały do dziejów 2. Kor­pusu
w PISE; przedmiotem rozważań Stanisława Morawskiego (Fundacja Rzym­
XXXVI SESJA STAŁEJ KONFERENCJI MAB
365
ska Margrabiny J.S. Umiastowskiej) była Tematyka związana z 2. Korpusem
w działalności Fundacji. Natomiast Losy polskich zwycięzców spod Monte Cassino w realiach powojennych przedstawiła Jadwiga Kowalska (Instytut Polski
i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie).
Rzymskiej Sesji MAB towarzyszyła wystawa 2. Korpus gen. W. Andersa: his­
toria i pamięć, przygotowana przez ks. Hieronima Fokcińskiego.
Część „zamknięta” każdej sesji pozwala członkom Stałej Konferencji we
własnym gronie omawiać sprawy związane z instytucjami, które reprezentu­
ją, a także sprawy Konferencji oraz ustalać miejsce i tematykę kolejnych posie­
dzeń. Na ogół treść rozważań tych posiedzeń nie jest przekazywana szerszemu
gremium. Jednak już na Sesji w Budapeszcie pojawiła się potrzeba ich jawności.
W Rzymie kontynuowany był bowiem temat listu członków Stałej Konferencji
do Wicemarszałek Senatu Marii Pańczyk-Pozdziej, która uczestniczyła w bu­
dapeszteńskiej Sesji i wysłuchała wówczas zastrzeżeń przedstawicieli instytucji
członkowskich co do sposobów dofinansowywania instytucji przechowujących
dziedzictwo narodowe na Zachodzie.
Zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami instytucje zarejestrowa­
ne poza granicami kraju mogą starać się o dofinansowanie swych projektów
tylko poprzez instytucje zarejestrowane w Polsce. Dla muzeów, bibliotek i ar­
chiwów polskich zarejestrowanych na Zachodzie jest to oczywiste utrudnienie.
Odpowiednie instytucje w kraju nie zawsze mogą występować o dofinansowa­
nie naszych przedsięwzięć, ponieważ inne przepisy ograniczają te możliwości.
Oznacza to, że nasze starania o realizację niektórych projektów trwają czasem
latami i nie przynoszą żadnego efektu. Już więc na Sesji w Budapeszcie wystą­
piliśmy do Senatu RP z następującym postulatem, który został sformułowany
w liście do Pani Wicemarszałek Senatu RP z 16 września 2013:
Senat RP wystąpi z inicjatywą ustawodawczą, której istotą będzie zmiana obowiązu­
jącej ustawy o finansach publicznych w takim zakresie, aby instytucje, zarejestrowane
poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej, zajmujące się gromadzeniem, przechowywa­
niem, zachowaniem i udostępnianiem zbiorów, tworzących zasób dziedzictwa narodowe­
go, mogły otrzymać dotację na pokrycie części ich działalności bezpośrednio od Ministra
właściwego do spraw kultury i dziedzictwa narodowego.
W moim przekonaniu, w związku z przedstawionymi powyżej możliwościami
wsparcia przez MKiDN instytucji emigracyjnych, jak również w odniesieniu do postula­
tu przekazanego przez Panią Dobrosławę Platt, Dyrektor Biblioteki Polskiej w Londynie,
zgłoszone dezyderaty wymagają zmiany ustawy o finansach publicznych. Konieczne są
zatem w pierwszym rzędzie konsultacje tych propozycji z Ministerstwem Finansów,
które dysponuje decydującym głosem w tej sprawie.
KONFERENCJE 2014
Pismo to Pani Wicemarszałek skierowała do zaopiniowania przez ministra
kultury i dziedzictwa narodowego. (Tego się nie spodziewaliśmy, wydawało się
nam bowiem, że opinię w tej sprawie powinien wydać minister finansów.) Mi­
nister Bogdan Zdrojewski odpowiedział:
366
Dobrosława PLATT
Na Sesji rzymskiej podsumowaliśmy więc te nasze starania i – upoważnio­
na przez członków MAB – przygotowałam w imieniu MAB kolejne pismo do
Pani Wicemarszałek, z datą 22 września 2014, zaakceptowane przez wszystkich
obecnych na Sesji przedstawicieli instytucji członkowskich i kończące się sfor­
mułowaniem:
Oczekujemy, że obchodząca w tym roku jubileusz 25-lecia wolna Rzeczpospolita,
zechce wreszcie rozwiązać problem pomijania w przepisach dot. finansów publicznych
instytucji emigracyjnych, chroniących Jej dziedzictwo narodowe przez cały okres ogra­
niczeń narzuconych zniewolonemu państwu.
Ponownie więc zwracamy się z prośbą o rozpoczęcie przez Senat RP działań umoż­
liwiających legalne dofinansowywanie tych instytucji dla dobra utrzymywania dziedzic­
twa narodowego, zgromadzonego poza granicami Kraju, w należytej kondycji.
Jak się później dowiedzieliśmy, pismo to zostało przekazane do zaopinio­
wania przez Ministerstwo Finansów, ale nie otrzymaliśmy jeszcze odpowiedzi.
Sesja rzymska zakończyła się ustaleniem przyszłorocznego miejsca Konfe­
rencji. Odbędzie się ona w Muzeum Polskim w Rapperswilu. Będzie to prawdo­
podobnie ostatnie posiedzenie na zamku, w którym Muzeum Polskie istniało
od 1870 roku. Zrujnowany wówczas zamek wyremontował i wydzierżawił na
pomieszczenie pamiątek historycznych i dzieł sztuki hrabia Władysław Plater.
Decyzją gminy Jona-Rapperswil do roku 2017 Muzeum musi zamek opuścić.
Rok 2014
Marek PACUKIEWICZ
POLSKIE ZMAGANIA Z CONRADEM
Kraków jest jednym z najważniejszych miejsc na mapie opisującej nie tylko
biografię, ale i tożsamość kulturową Josepha Conrada. To tutaj w 1869 roku
przybył przyszły autor Lorda Jima wraz z ojcem, Apollem Korzeniowskim, ma­
jąc za sobą gehennę zesłania i śmierć matki. To właśnie tutaj umarł i pochowa­
ny został ojciec Conrada, a jego pogrzeb przerodził się w ogromną patriotycz­
ną manifestację. Ostatecznie Kraków stał się bramą wiodącą pisarza w szeroki
świat, ale też miejscem, do którego powrócił po latach, w roku 1914, w przeded­
niu I wojny światowej, stając twarzą w twarz z własną przeszłością. Kraków jest
zatem nie tylko punktem na Conradowskiej mapie, ale też węzłem łączącym
zróżnicowane i liczne wątki biografii pisarza. W pewnym sensie Kraków po
dziś dzień pełni rolę klucza otwierającego dostęp do ukrytych aspektów men­
talności pisarza: czasami z patriotyczną atmosferą ówczesnego Krakowa łączy
się decyzję Conrada o wyjeździe; w tym kontekście do roli symbolu urasta po­
grzeb ojca pisarza, który tak sugestywnie przedstawił Jan Lechoń w wierszu Na
śmierć Conrada.
Nie sposób zatem wyobrazić sobie lepszego kontekstu dla konferencji na te­
mat „Polskie zmagania z Conradem” niż Kraków właśnie. Sam pisarz uczynił
go sceną swoich zmagań z tożsamością w słynnym szkicu Z powrotem w Polsce.
Miasto to wydało również wielu wybitnych polskich conradystów. Jednak nie
tylko chwalebna „conradowska” przeszłość predestynuje Kraków do pełnienia
honorów. Decyduje o tym również teraźniejszość, dynamicznie projektowana
przez „Conradianum” – Ośrodek dokumentacji i badania twórczości Josepha
Conrada. Ponieważ to właśnie „Conradianum” we współpracy z Polskim To­
warzystwem Conradowskim zorganizowało krakowską konferencję, warto po­
święcić mu kilka słów.
Zob. Zdzisław Najder, Życie Josepha Conrada-Korzeniowskiego, Gaudium, Lu­
blin 2006, t. 1, rozdz. I, oraz Grzegorz Zych, Miejsca związane z Conradem w Krakowie
(1869-1874, 1914), http://www.conradianum.polonistyka.uj.edu.pl/index016.html (dostęp:
19.11.2014).
tom V
368
Marek PACUKIEWICZ
2014 tom V
Ośrodek dokumentacji i badania twórczości Josepha Conrada powstał
zimą 2006 roku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego z inicja­
tywy prof. Zdzisława Najdera, prezesa Polskiego Towarzystwa Conradowskie­
go; funkcję kierownika Ośrodka powierzono prof. Jolancie Dudek, która pełni
ją do dzisiaj. Już w 2007 roku Ośrodek zorganizował dużą międzynarodową
konferencję pt. „The Reception of the Workof Joseph Conrad – Readers Real
and Implied” w 150. rocznicę urodzin Konrada Korzeniowskiego.
Jak czytamy na stronie internetowej „Conradianum”, „Celem Ośrodka
J. C. jest kształcenie przyszłych znawców twórczości pisarza oraz promocja
polskich studiów nad Conradem w łączności z wysokiej klasy specjalista­
mi z całego świata”. Z zadań tych wywiązuje się „Conradianum” doskonale,
o czym świadczy duża liczba odwiedzających Ośrodek oraz regularne spotka­
nia conradystów, polskich i zagranicznych, którzy prezentują i omawiają swoje
najnowsze projekty badawcze. Ośrodek przyciąga badaczy także swoimi zbio­
rami: znaleźć tu można zarówno bardzo duży księgozbiór zawierający polskie
i zagraniczne opracowania na temat Conrada, jak również conradiana przeka­
zane przez prof. Najdera, wśród których znajdują się np. materiały wykorzysta­
ne do przygotowania słynnej biografii pisarza. Ponadto „Conradianum” wy­
daje rocznik w języku angielskim pt. „Yearbook of Conrad Studies (Poland)”,
w którym można znaleźć najnowsze teksty polskich i zagranicznych badaczy
i zaznajomić się z najważniejszymi prądami conradystyki. Co więcej, od roku
2011 w Ośrodku mieści się siedziba Polskiego Towarzystwa Conradowskiego.
Można zatem powiedzieć, że Kraków jest obecnie centrum polskiej conrady­
styki.
Warto wspomnieć o jeszcze jednym fakcie łączącym Ośrodek z krakowską
pamięcią o Conradzie. Otóż, jak wskazał Stefan Zabierowski, w budynku Po­
lonistyki UJ przy Grodzkiej 64, przy tzw. Arsenale, gdzie obecnie mieści się
„Conradianum”, niegdyś urzędował gen. Karol Kuk, który w roku 1914 wydał
zezwolenie na wyjazd Josepha Conrada z rodziną do Wiednia, kiedy wybuch
I wojny światowej zaskoczył ich w czasie wizyty w Polsce. Funkcja Ośrodka,
jaką jest przybliżenie światowej conradystyce polskich kontekstów określają­
cych twórczość pisarza, koresponduje z tym wydarzeniem
Nie dziwi zatem, że organizowana przez Ośrodek w daniach 28-29 wrześ­
nia 2014 roku konferencja „Polskie zmagania z Conradem” została wpisana
Warto odwiedzić stronę internetową „Conradianum”: http://www.conradianum.
polonistyka.uj.edu.pl/. Można tam znaleźć nie tylko informacje dotyczące samego Ośrod­
ka, ale też bieżące wiadomości na temat działalności Polskiego Towarzystwa Conradow­
skiego, jak również najważniejsze fakty z życia i twórczości Josepha C­onrada.
Jolanta Dudek, Garść informacji o Ośrodku dokumentacji i badania twórczości Josepha Conrada, http://www.conradianum.polonistyka.uj.edu.pl/index011.html (dostęp:
19.11.2014).
Stefan Zabierowski, Conrad-Korzeniowski i „Arsenał”, http://www.conradianum.po­
lonistyka.uj.edu.pl/index011.html (dostęp: 19.11.2014).
w program obchodów jubileuszu 650-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego, ani
fakt, że odbywała się ona w szacownych murach Collegium Maius, w Sali im.
Michała Bobrzyńskiego. Miejsce to jest nie tylko prestiżowe, ale i symbolicz­
ne. Otóż właśnie tutaj, sto lat wcześniej, Joseph Conrad oglądał zdeponowane
w Bibliotece Jagiellońskiej rękopisy swojego ojca. Tak więc kiedy conradyści
mieli okazję pochylić się w czasie obrad nad problemem tożsamości pisarza,
historia niejako zatoczyła koło.
Konferencja udowodniła, że rozważania nad polskim zapleczem i tożsa­
mością Conrada mogą inspirować do wieloaspektowych badań nad jego twór­
czością. W dalszym ciągu nie zawsze dobrze rozpoznany polski kontekst do­
określa i konkretyzuje najistotniejsze wątki badawcze conradystyki, dopisując
do nich nowy, kulturowy wymiar. Świadczy o tym niezwykle zróżnicowany
program konferencji.
W pierwszej kolejności należy wspomnieć o referatach bezpośrednio podej­
mujących problem polskości Conrada i polskiej tradycji conradystycznej. Przede
wszystkim zamykający obrady szkic historyczny autorstwa prof. Stefana Zabie­
rowskiego (Uniwersytet Śląski) pt. Był jednym z nas. Polska recepcja twórczości
Josepha Conrada uznać można za swoiste kompendium polskiej conradystki.
Autor przedstawił kolejne pokolenia conradystów polskich w szerokim, histo­
ryczno-kulturowym kontekście, wskazując, które wątki conradowskie i w ja­
kim czasie padały na grunt polskiej tradycji. Z kolei dr Joanna Skolik (Uniwer­
sytet Opolski) w szkicu Conrad under Polish Eyes, or is Conrad still „one of us”?,
prezentując historię swoistej „legendy Conrada” w literaturze i krytyce polskiej,
zadała ważne, tytułowe pytanie o to, czy Conrad jest wciąż w Polsce obecny.
Niestety, biorąc pod uwagę kolejne cięcia w szkolnych zestawach lektur, można
mieć obawy co do dalszej obecności Conrada w szerszym obiegu. Swego czasu
na zebraniu Polskiego Towarzystwa Conradowskiego prof. Najder ubolewał, że
Conrad jest stale obecny na łamach prasy francuskiej, gdzie przywoływany jest
w kontekście omówień najnowszych wydarzeń politycznych w skali globalnej,
tymczasem w Polsce nawiązania takie pojawiają się rzadko, a jeśli już, to jedy­
nie w kontekście odległej przeszłości. Krakowska konferencja napawa jednak
optymizmem i wiarą, że Conrad wciąż jest jednym z nas, a jego twórczość ko­
responduje i wpływa na nasze myślenie również współcześnie; często nawet nie
wiedząc o tym, „myślimy Conradem”, podejmując te same wzory kulturowe,
które ukształtowały również pisarza.
W poczet tekstów dotyczących polskiej conradystyki należy zaliczyć rów­
nież otwierający konferencję referat dr Agnieszki Adamowicz-Pośpiech (Uni­
wersytet Śląski) Conrad’s Visit to Cracow under Polish Eyes. Autorka w niety­
powy sposób, bo przez pryzmat polskich tłumaczeń Conrada, prezentuje jego
obecność w Polsce. W tym przypadku badaczka zwróciła uwagę uczestników
konferencji na pierwsze tłumaczenie tekstu Poland Revisited z 1924 roku. Oka­
zuje się, że tłumacząc ów tekst – opublikowany w specjalnym, przygotowanym
po śmierci pisarza numerze „Wiadomości Literackich” – Bronisława Neufel­
369
KONFERENCJE 2014
POLSKIE ZMAGANIA Z CONRADEM
2014 tom V
370
Marek PACUKIEWICZ
dówna nie tylko dokonała skrótów, ale też zogniskowała swoją uwagę na samej
tylko wizycie w Krakowie (świadczy o tym tytuł: Conrad w Krakowie w 1914);
wszystko po to, aby ukazać pisarza przede wszystkim jako Polaka (choć w jego
tekście można znaleźć również fragmenty rozliczeniowe). Z kolei Karola Za­
górska nie pominęła wyrażanych przez Conrada obaw związanych z wizytą
w kraju, ale również w jej tłumaczeniu (Podróż do Polski, „Tygodnik Powszech­
ny” 1951) tekst został skrócony. Referat dr Adamowicz-Pospiech uzmysłowił
słuchaczom, że proces przekładu jest zawsze mocno zakorzeniony w kontek­
ście kulturowym, zatem dokonuje również uzgodnienia sensów pomiędzy czę­
sto zróżnicowanymi wzorami kulturowymi. Warto podkreślić, że autorka już
od dawna z imponującą precyzją bada polskie tłumaczenia Conrada, aby poka­
zać, w jaki sposób Polacy przeglądają się w lustrze jego twórczości, które wątki
i sensy są przez tłumaczy eksponowane, a które, z racji odmienności angielskiej
tradycji literackiej, całkowicie pomijane.
Kolejną grupę referatów stanowią szkice poświęcone analizie koligacji
i nawiązań pomiędzy twórczością i światopoglądem Conrada a twórczością
wybranych polskich autorów. Prof. Anna Szczepan-Wojnarska (Uniwersytet
Kardynała Stefana Wyszyńskiego) zaprezentowała referat „There is a ray of sun
in whatever he says”: Hope management in Conrad’s prose according to Rafał
Blüth’s interpretation, z kolei prof. Wiesław Ratajczak (Uniwersytet Adama
Mickiewicza) przedstawił szkic Leszek Prorok wśród sukcesorów Conrada. Po­
staci Rafała Marcelego Blütha i Leszka Proroka wpisują się w tradycję poszu­
kiwania wątków religijnych i metafizycznych w twórczości pisarza; w związku
z tym prof. Szczepan-Wojnarska zwróciła uwagę na personalistyczny kontekst
odczytań Conrada, natomiast prof. Ratajczak – na filozofię dialogu. Z obydwu
referatów wyłoniła się niejako „jasna strona Conrada”, a wątek „metafizyczny”,
który niejednokrotnie zastanawiał conradystów, nie tylko wpisany został przez
autorów w szeroki kontekst filozoficzny, ale też, dzięki osadzeniu w kontekście
polskiej krytyki literackiej, oglądany oczami konkretnych badaczy i twórców,
nabrał wyrazistości. Dla przeciwwagi dr Grażyna Branny w trakcie dyskusji
przypomniała o roli ironii conradowskiej, która nie zawsze, jej zdaniem, była
uwzględniana przez „poważną” polską krytykę.
Z kolei dr Karol Samsel (Uniwersytet Warszawski) oraz piszący te słowa
przywołali w kontekście twórczości Conrada dwie, na pozór zupełnie odmien­
ne, postaci – Stanisława Lema oraz Jana Józefa Szczepańskiego – jednak w oby­
dwu przypadkach osią rozważań stała się kwestia wartości i słynnej deklaracji
„oddawania wierności widzialnemu światu”. Karol Samsel w szkicu Conrad
Stanisława Lema. Trudne powinowactwa z wyboru pokazał m.in., jak odmien­
Autorka niedawno opublikowała niezwykłą pracę, która zainteresuje zarówno czy­
telnika zafascynowanego Conradem, jak i interesującego się problematyką tłumaczenio­
wą: Agnieszka Adamowicz-Pośpiech, Seria w przekładzie. Polskie warianty prozy Josepha
Conrada, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2013.
ną lekcję wyciągnęli Lem i Szczepański z twórczości Conrada. O ile Lem po­
stulował być może ostrożniejszą, bardziej zracjonalizowaną etykę człowieka
uniwersalnego, o tyle propozycja Szczepańskiego zogniskowana była na czło­
wieku kontekstualnym, tym samym ten pierwszy prezentuje postawę rozumie­
jącą, drugi bardziej zaangażowaną, a przez to być może bardziej „irracjonalną”.
Z kolei piszący te słowa w szkicu Wspinaczka z Conradem. Wątki alpinistyczne
w twórczości Jana Józefa Szczepańskiego przedstawił analogie pomiędzy etyką
conradowską a alpinistyczną oraz, w oparciu o zmianę modelu doświadczenia
pomiędzy XIX i XX wiekiem, zwrócił uwagę na różnice w sposobie kreowania
krajobrazu przez obydwu pisarzy.
Na uwagę zasługują również referaty stanowiące analizę konkretnych
utwo­rów Conrada lub prezentację szerszych problemów jego twórczości.
Prof. Andrzej Juszczyk (Uniwersytet Jagielloński) zaprezentował referat Między porządkiem a anarchią – utopijne elementy w powieściach politycznych Josepha Conrada. Centrum swoich rozważań uczynił słynną powieść Nostromo,
wskazując nie tylko wyraźne nawiązania do utopii Tomasza Moore’a w sferze
ideologicznej, ale też, jak na płaszczyźnie symbolicznej skonstruowana jest
w powieści „utopijna” przestrzeń Sulaco. Z kolei mgr Monika Malessa-Dro­
homirecka, obecny kustosz „Conradianum”, przedstawiła szkic Obraz kobiet
w prozie Conrada – historia Winnie Verloc, starając się „wydobyć z mroku” roz­
liczne konteksty określające funkcje kobiet w prozie Conrada – począwszy od
ról społecznych, poprzez współczesne wzorce zachowań, na dyskursie nauko­
wym skończywszy. Oba referaty pokazują, jak blisko problemów nowoczesnej
Europy lokuje się twórczość Conrada i jak precyzyjnie je odzwierciedla.
Mgr Agata Kowol (Uniwersytet Jagielloński) w szkicu „Oh, I hope he won’t
talk!” – Confronting the Other in „Amy Foster” zebrała wszystkie najważniejsze
chyba wątki określające kulturową inność w noweli Conrada, która powszech­
nie uznawana jest za najwyrazistsze świadectwo bolesnego doświadczania
obcości przez pisarza. Autorka przypomniała, że obraz kulturowej obcości
kształtowany jest nie tylko w sposób dyskursywny, ale też w oparciu o kultu­
rowe różnice proksemiczne – zwłaszcza polscy conradyści dostrzegają analogię
pomiędzy Yankiem Gooralem a pisarzem, którego akcent, gest, podstawowe
modele zachowań „zdradzały” do końca życia. Natomiast mgr Katarzyna Koć­
ma (również UJ) przedstawiła przetworzenia Jądra ciemności we współczesnej
literaturze popularnej; co ciekawe, fabułę tę szczególnie upodobała sobie litera­
tura science-fiction.
W podobnym kręgu analiz sytuują się referaty zaprezentowane przez gości
z zagranicy. Prof. Margreta Grigorova z Bułgarii (Uniwersytet św. Cyryla i Me­
todego) przedstawiła szkic Joseph Conrad w tekstowym i filmowym zwierciadle
„Życia Pi” i „Wszystko stracone”. Autorkę interesowały nie tylko bezpośrednie
nawiązania, ale też, szerzej, sposoby przetworzenia stosunku do żywiołu i na­
tury; prof. Grigorova zwróciła uwagę na analogie w prezentowaniu morza oraz
fakt, że w twórczości Conrada prawie nigdy nie spotykamy obrazu zwierząt.
371
KONFERENCJE 2014
POLSKIE ZMAGANIA Z CONRADEM
372
Marek PACUKIEWICZ
Prof. Olena Tkachuk z Ukrainy (Uniwersytet im. Tarasa Szewczenki) zaprezen­
towała referat The concept of the gentleman in the works of Joseph Conrad, wpi­
sując szlacheckość pisarza w szeroki, europejski kontekst. Wreszcie dr Brendan
Kavanagh (Uniwersytet Cambridge) przedstawił bardzo ciekawy referat Invigorating electric belts: The Ghosting of Vibration in „The Secret Agent”, w którym
zanalizował powieść Tajny agent w kontekście teorii termodynamiki i infor­
macji, wskazując na wibracje głosu jako jeden z istotnych, pozadyskursywnych
elementów kształtujących model świata i komunikacji w tej powieści.
Podsumowując, konferencja przyniosła wiele niezwykle interesujących ar­
tykułów poruszających znane i mniej znane wątki twórczości Josepha Conrada.
Co ważne, większość artykułów skojarzyła te problemy z polskim kontekstem
biografii Conrada oraz z głównymi wątkami polskiej conradystyki. Wydaje mi
się, że ten kontekst towarzyszył nam przez cały czas, także podczas zwiedza­
nia Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Collegium Maius, jak również
w trakcie uroczystego bankietu w Grand Hotelu – tym samym, w którym sto
lat temu zatrzymał się pisarz. Niewątpliwie Conrad był z nami – i jest jednym
z nas.
Rok 2014
Grzegorz BĄK
POETA POLSKI I MADRYCKI
W dniach 15-16 października 2014 na Uniwersytecie Complutense w Ma­
drycie odbyła się konferencja naukowa „Józef Łobodowski (1909-1988): poeta
polski i madrycki” / „Józef Łobodowski (1909-1988): un poeta polaco y madri­
leńo”, zorganizowana przez Instytut Filologii Romańskiej, Filologii Słowiań­
skiej i Językoznawstwa Ogólnego madryckiego uniwersytetu we współpracy
z Instytutem Kultury Polskiej w Madrycie i pod patronatem Ambasady Rze­
czypospolitej Polskiej w Królestwie Hiszpanii.
W roku 2006 ten sam Instytut zorganizował seminarium pod tytułem „Jó­
zef Łobodowski i Jerzy Giedroyc: madrycka »Polonia« i paryska »Kultura«”.
Wspomniane spotkanie inicjowano w ramach obchodów roku Jerzego Gie­
droycia. Madrycka polonistyka wspierała też inne działania służące przypo­
mnieniu i upamiętnieniu wielkiego polskiego poety, który połowę swego życia
spędził w stolicy Hiszpanii. Wspólnie z Polsko-Hiszpańskim Stowarzyszeniem
Kulturalnym „Forum” poloniści poświęcili wieczór Józefowi Łobodowskiemu
w madryckiej Ambasadzie RP i przyczynili się do odsłonięcia tablicy pamiąt­
kowej w barze „Anjupe” (ul. Gaztambide 59, Madryt), w którym poeta tworzył
swoje dzieła.
W konferencji „Józef Łobodowski (1909-1988): poeta polski i madrycki”
uczestniczyli badacze polscy i hiszpańscy. Sympozjum zostało zainaugurowane
przez Ambasadora RP w Madrycie – Tomasza Arabskiego i przez prof. Grzego­
rza Bąka – koordynatora Filologii Słowiańskiej na Uniwersytecie Complutense.
Niestety, w inauguracji nie mógł wziąć udziału prof. Fernando Presa, dyrektor
Instytutu, osoba niezwykle zasłużona dla rozwoju studiów polonistycznych
w Hiszpanii. W pierwszym dniu konferencji uczestniczył Piotr Potocki, ostatni
delegat w Madrycie Rządu RP na uchodźstwie w Londynie.
Wykład inauguracyjny Poezja Józefa Łobodowskiego wygłosił prof. Wojciech
Ligęza z Uniwersytetu Jagiellońskiego, jeden z najwybitniejszych znawców lite­
ratury emigracyjnej i twórczości bohatera spotkania. Jego wypowiedź – przed­
stawiająca najważniejsze tematy i cechy charakterystyczne poetyki Łobodow­
skiego – stanowiła rodzaj wprowadzenia do konferencji. Następnie Ewa Łoś,
tom V
2014 tom V
374
Grzegorz BĄK
dyrektor Muzeum Literackiego im. Józefa Czechowicza w Lublinie, mówiła
o związkach Łobodowskiego z tym miastem, o lubelskiej biografii i o moty­
wach lubelskich w jego twórczości. Natomiast dr Ludmiła Siryk (z Uniwersy­
tetu Marii Curie-Skłodowskiej) podjęła temat Ukrainy w dziele i działalności
Łobodowskiego – zagadnienie niezwykle ważne ze względu na wkład pisa­
rza w zbliżenie polsko-ukraińskie. Tej kwestii nie sposób przecenić. Niestety,
w Polsce rola Łobodowskiego na tym polu jest mało znana i niedoceniona, po­
nieważ w Kraju ciągle jeszcze na tej postaci kładzie się cień cenzury PRL-u,
przez którą całym pokoleniom Polaków nie dane było poznanie choćby nazwi­
ska pisarza.
Ostatni referat pierwszego dnia konferencji dotyczył stosunku poety do Ro­
sji i jego udziału w ruchu prometejskim. Referat przygotował dr Paweł Libera
z Instytutu Historii PAN. Ponieważ autor nie mógł przybyć na konferencję do
Madrytu, jego wypowiedź została odczytana. Podkreślając zdecydowanie an­
tysowiecką postawę Łobodowskiego, dr Libera zwracał uwagę na wielki szacu­
nek pisarza dla kultury i literatury rosyjskiej, której Łobodowski był wybitnym
tłumaczem na język polski, a jego doskonałe przekłady ukazywały się w wy­
dawnictwach emigracyjnych. Badacze (Wojciech Ligęza, Ewa Łoś, Ludmiła
Siryk, Paweł Libera) przedstawiający referaty podczas pierwszego dnia kon­
ferencji, należą do niewielkiego kręgu osób, dzięki którym postać Łobodow­
skiego zaczyna być znana i coraz bardziej doceniana w Kraju. Pierwszy dzień
konferencji zakończył się poczęstunkiem, na który Instytut Kultury Polskiej
w Madrycie zaprosił prelegentów i publiczność. Przy hiszpańskim winie uczeni
i przyjaciele poety rozmawiali o madryckim odcinku życia i twórczości pisarza
– okresie mniej znanym, bo niewystarczająco zbadanym.
Drugi dzień miał charakter wspomnieniowy. Prof. José Luis Orella (z Uni­
wersytetu San Pablo CEU w Madrycie) opowiadał o studentach, stypendystach
katolickiej organizacji Pax Romana. Dzięki tej organizacji kilkuset uchodźców
politycznych z krajów Europy Środkowo-Wschodniej studiowało na Uniwersy­
tecie Complutense (do roku 1970 – Uniwersytet Centralny) i mieszkało w Ko­
legium św. Jakuba Apostoła, nieopodal budynków uniwersyteckich. Najwięk­
szą grupę stypendystów stanowili studenci polscy i ukraińscy. To właśnie Józef
Łobodowski doprowadził do zbliżenia obu tych grup, których przedstawiciele
w czasie II wojny światowej stali po przeciwnej linii frontu. Następnie prof.
Grzegorz Bąk zaprezentował referat o Hiszpanii w poezji bohatera konferencji
i o jego przekładach poezji hiszpańskiej na język polski (publikowanych m.in.
w londyńskich „Wiadomościach Literackich”). Łobodowski był wyśmienitym
tłumaczem poezji hiszpańskiej, uczestnicy sympozjum mogli odebrać piękno
i precyzję tych tłumaczeń we wspaniałej interpretacji Emilii Król, polskiej ak­
torki mieszkającej i pracującej w Madrycie. Emilia Król wcieliła się w postać pi­
sarza, przypominając wywiad udzielony przez poetę madryckiemu czasopismu
„Polonia. Revista ilustrada”, z którym Łobodowski współpracował.
Kolejnym punktem programu była projekcja filmu dokumentalnego z za­
pisem wywiadu z Kazimierzem Tylką-Dobrzańskim (zmarłym w 2013 roku),
najbliższym madryckim przyjacielem poety, jednym z najwybitniejszych
przedstawicieli hiszpańskiej Polonii. Uczestnicy konferencji usłyszeli o wielu
ciekawych i nieznanych epizodach życia Józefa Łobodowskiego na uchodź­
stwie w Madrycie. Po zakończeniu projekcji filmu głos zabierali obecni na sali
przyjaciele i znajomi poety, m.in. Amelia Bolivar, żona Kazimierza Tylki (Ka­
zimerz i Amelia to madrycka rodzina pisarza), i jej syn Ignacio Tylko, także
poeta Jerzy Radłowski, Lech Piekutowski, Helena Babecka, córka Karoliny
Babeckiej (warto wspomnieć, że Karolina Babecka i jej ojciec Juliusz Babec­
ki, delegat PCK przy Poselstwie RP w Madrycie reprezentującym Rząd RP na
uchodźstwie w Londynie, wspólnie wydawali czasopismo „Polonia. Revista
ilustrada”), prof. Wojciech Ligęza, pisarka Elżbieta Wittlin-Lipton (córka Józe­
fa Wittlina), Elżbieta Bortkiewicz, tłumaczka literatury polskiej...
Ksiądz prof. Marek Raczkiewicz (z Uniwersytetu Comillas w Madrycie)
przekazał uczestnikom konferencji (prelegentom i publiczności) dar w postaci
drugiej części serii wydawniczej Polonica Matritensis, której jest redaktorem.
Druga część Polonica Matritesnis składa się z dwóch tomów, zawierających
artykuły poświęcone przeszłości i teraźniejszości Polonii hiszpańskiej. Nato­
miast prelegenci z Polski przekazali Bibliotece Wydziału Filologii Uniwersy­
tetu Complutense cenne książki poświęcone Józefowi Łobodowskiemu, które
wzbogacą uniwersytecki księgozbiór polonistyczny.
Dla gości z Polski konferencja była wspaniałą okazją do poznania przyjaciół
Łobodowskiego, jak również do zebrania nowych, cennych informacji o życiu
poety w Hiszpanii. Debata na ten temat toczyła się dalej – już po zakończeniu
konferencji – w polskiej restauracji „La Polonesa”. Państwo Joanna i Lech Pie­
kutowscy zaprosili prelegentów i uczestników sympozjum na kolację do swojej
restauracji. Przy polskich daniach i hiszpańskim winie rozmawiano i dyskuto­
wano, m.in. o przyszłych projektach badawczych.
Uczestnicy konferencji odwiedzili miejsca związane z Józefem Łobodow­
skim, przede wszystkim bar „Anjupe” i budynek, w którym przed laty mieściło
się Kolegium św. Jakuba Apostoła.
Na podkreślenie zasługuje odzew, z jakim konferencja spotkała się w hisz­
pańskim środowisku polonijnym. Wśród konferencyjnych słuchaczy znaleźli
się liczni przedstawiciele organizacji polonijnych i polskich szkół regionu Mad­
rytu. Nie zabrakło również zainteresowanych tym sympozjum Hiszpanów, za­
równo znających język polski (np. studenci madryckiej polonistyki), jak i nie­
znających, gdyż dzięki pomocy Instytutu Kultury Polskiej referaty wygłaszane
po polsku tłumaczone były symultanicznie na język hiszpański.
375
KONFERENCJE 2014
POETA POLSKI I MADRYCKI
Rok 2014
tom V
Jolanta PASTERSKA
O LITERATURZE POLSKIEJ OBU AMERYK
u źródeł Wisły
W pięknym, mgłą osnutym hotelu „Green Hill” w Wiśle – miejscu, rzec
by można symbolicznym, gdzie swoje źródła bierze „Rzeka polskich rzek” –
w dniach 17-19 listopada 2014 zebrali się uczestnicy Międzynarodowej Kon­
ferencji Naukowej „Literatura polska obu Ameryk (II)”. Było to już drugie
spotkanie poświęcone problemom literatury polskiej tworzonej na obu kon­
tynentach amerykańskich. Pierwsze miało miejsce w roku 2012 w Cieszynie.
Jego owocem jest obszerny, bo liczący ponad 650 stron tom Literatura polska
obu Ameryk. Studia i szkice. Seria pierwsza pod redakcją Beaty Nowackiej
i Bożeny Szałasty-Rogowskiej, wydany z zachowaniem najwyższych standar­
dów edytorskich przez Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego i Polski Fundusz
Wydawniczy w Kanadzie (Katowice–Toronto 2014). Mnogość zarysowanych
zagadnień, tematów podjętych w publikacji, na którą złożyło się czterdzieści
rozpraw i szkiców, wymownie dowodzi, że problematyka, z którą przyszło się
zmierzyć badaczom, to jedynie początek przysłowiowej góry lodowej. Dysku­
sja cieszyńska otworzyła bowiem nowe możliwości przed badaczami literatury
emigracyjnej, pozwoliła na inne spojrzenie i ocenę zjawisk historycznoliterac­
kich obserwowanych w przestrzeni obu Ameryk. Temat polsko-amerykańskich
związków nie tylko literackich okazał się w dalszym ciągu interesujący i godny
szczegółowego namysłu. Dlatego na zaproszenie organizatorów, a byli nimi In­
stytut Nauk o Literaturze Polskiej im. Ireneusza Opackiego i Zakład Literatury
Współczesnej Uniwersytetu Śląskiego, reprezentowani przez dr Bożenę Szała­
stę-Rogowską, do Wisły przybyli badacze literatury emigracyjnej z University
of Oxford, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytetu Jagiel­
lońskiego, Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, Uniwersytetu Gdańskiego,
Uniwersytetu Łódzkiego, Uniwersytetu Zielonogórskiego i Uniwersytetu Rze­
szowskiego. Sympozjum uroczyście otworzył prodziekan ds. rozwoju i promo­
cji Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego prof. zw. dr hab. Marian
Kisiel, który przypomniał historię cieszyńskich spotkań „emigracyjnych”,
a następnie zaprezentował ich pokonferencyjny plon w postaci wspomnianego
tomu. Do tego głosu przyłączył się dr Mariusz Jochemczyk, który w imieniu
Dyrekcji Instytutu Nauk o Literaturze Uniwersytetu Śląskiego powitał zebra­
nych gości i życzył im owocnych obrad.
Dyskusja o literaturze polskiej obu Ameryk toczyła się wokół kilku charak­
terystycznych kręgów tematycznych.
Pierwszy dotyczył obrazu Ameryki widzianej przez polskich pisarzy-emi­
grantów. Temu zagadnieniu były poświęcone wystąpienia: dr. hab. Kazimierza
Adamczyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Świat nieprzedstawiony. Ameryka
w literackich świadectwach II emigracji; dr hab. Grażyny Maroszczuk z Uniwer­
sytetu Śląskiego „Spotkanie, którego nie będzie”. „Na wierzbach... nasze skrzypce” Juliana Stryjkowskiego; dr hab. prof. UŚ Elżbiety Dutki z Uniwersytetu Ślą­
skiego, „Kraj wielkiej samotności”. Ameryka w auto/bio/geo/grafii Julii Hartwig;
dr. hab. Zdzisława Marcinowa z Uniwersytetu Śląskiego, Ameryka Kazimierza
Wierzyńskiego; dr. hab. Radosława Siomy z Uniwersytetu M­ikołaja Koperni­
ka w Toruniu, Warsaw Mountain i okolice – Ameryka Rafała Malczewskiego;
dr. Mariusza Jochemczyka z Uniwersytetu Śląskiego, Odkrywanie Ameryki –
przypadek Haliny Poświatowskiej; dr. hab. Pawła Majerskiego z Uniwersytetu
Śląskiego, O „Dwóch rozmowach (Oak Park/Puszczykowo/Oak park)” Tymoteusza Karpowicza, Andrzeja Falkiewicza, Krystyny Miłobędzkiej. Nurt ten został
wzbogacony o ustalenia związane z obrazem Ameryki widzianej oczami mło­
dych pisarzy amerykańskich polskiego pochodzenia – przedstawiła je w swoim
wystąpieniu dr Sonia Caputa z Uniwersytetu Śląskiego, Kultura etniczna Polonii amerykańskiej w twórczości amerykańskich autorów polskiego. Głos t­rzeciego
pokolenia: proza Leslie Pietrzyk i Anthony`ego Bukoskiego.
W tej grupie tematów ważne miejsce znalazły ustalenia dotyczące literackie­
go opisu obu Ameryk zarejestrowanego przez autorów, którzy wykorzystują do
swojej relacji gatunek reportażu. Temu zagadnieniu swoje wystąpienie „Tkwią
w Kanadzie po uszy”. Jadwiga Jurkszus-Tomaszewska i Adam Tomaszewski
po­święcił dr Jan Wolski z Uniwersytetu Rzeszowskiego. Jego głos współgrał
z referatami traktującymi o młodszej generacji reporterów: dr Moniki Wisz­
niowskiej (Uniwersytet Śląski), Obraz Stanów Zjednoczonych we współczesnym
reportażu polskim. Rekonesans; mgr Katarzyny Frukacz (Uniwersytet Śląski),
„Czymże są niepokoje przy ich niepokojach?” Historyczne fale emigracji polskiej
do Stanów Zjednoczonych w reportażach Małgorzaty Szejnert; dr Aleksandry
Dębskiej-Kossakowskiej (Uniwersytet Śląski), Niepokoje amerykańskie Jana Józefa Szczepańskiego.
Drugi krąg tematyczny wyznaczył problem nowych odczytań twórczości
pisarzy emigracyjnych. Refleksję nad tą kwestią podjął prof. zw. dr hab. M­arian
Kisiel z Uniwersytetu Śląskiego, który dokonał oryginalnej interpretacji dwóch
wierszy Floriana Śmiei (Utracone i odzyskane – o dwóch wierszach F­loriana
Śmiei). Dr hab. prof. UR Jolanta Pasterska z Uniwersytetu Rzeszowskiego
w referacie Matka Polka na wygnaniu. O bohaterkach prozy Danuty Mostwin
wskazała na nowatorskie kreacje kobiet-emigrantek. z kolei dr hab. Joanna
Kisiel (UŚ) mówiła o Bezsenności Barańczaka, zaś dr Miłosz Piotrowiak (UŚ)
377
KONFERENCJE 2014
O LITERATURZE POLSKIEJ OBU AMERYK
2014 tom V
378
Jolanta PASTERSKA
przeprowadził interpretację dwóch liryków Wierzyńskiego – Wojna z oddali.
O dwóch wierszach Kazimierza Wierzyńskiego. Dr Bożena Szałasta-Rogowska
(UŚ) swoje wystąpienie skoncentrowała na problemie Mitu rodzi(n)nego w poezji Marka Kusiby. W tej przestrzeni rozważań znalazły się także wystąpienia
mające na celu przywrócenie z „niepamięci” takich twórców emigracyjnych, jak
Anna Frajlich, Wacław Liebert i Jerzy Kossowski. Referaty wygłosili: mgr Anna
Fiedeń z Uniwersytetu Rzeszowskiego – Anna Frajlich jako poetka emigracyjna: mgr Katarzyna Niesporek z Uniwersytetu Śląskiego – Przestrzenie utracone
w poezji Anny Frajlich; dr Agata Paliwoda (UR) – Twórczość prozatorska Wac­
ława Lieberta, oraz dr hab. prof. UR Janusz Pasterski (UR) – Brazylia i polscy
emigranci w cyklu powieściowym Jerzego Kossowskiego „Ta krew nie plami”.
Ostatni krąg tematyczny tworzyły zagadnienia dotyczące specyfiki polskie­
go środowiska literackiego na kontynencie amerykańskim. O wieczorach lite­
rackich Stowarzyszenia Akademików Polskich barwnie opowiadała prof. Nina
Taylor-Terlecka z University of Oxford (Życie literackie w Chicago 1964-1978,
czyli o wieczorach Stowarzyszenia Akademików Polskich). Dr Ewa K­ołodziejczyk
z Uniwersytetu Łódzkiego zaprezentowała wyniki badań nad cyklem tekstów
Miłosza pt. „Życie w USA” (Czesław Miłosz o emigracji polskiej w cyklu „Życie
w USA”), dr hab. Rafał Moczkodan z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w To­
runiu omówił Strategie krytycznoliterackie Wiktora Weintrauba (na przykładzie
współpracy z londyńskimi „Wiadomościami”); dr hab. Piotr Millati z Uniwer­
sytetu Gdańskiego przeprowadził analizę amerykańskiej publicystyki kon­
serwatywnej Leopolda Tyrmanda. Natomiast dr hab. Małgorzata Krako­wiak
z Uniwersytetu Śląskiego zreferowała źródła wzajemnych relacji Jana Lechonia
i Józefa Czapskiego (Z powodu Polski, z powodu Ameryki), dr Beata Hebzda-So­
łogub z Uniwersytetu Zielonogórskiego przybliżyła rolę Adama Lizakowskie­
go jako promotora polskiej kultury w Chicago („Jestem strażnikiem polskości
w Ameryce. Adam Lizakowski – promotor polskiej kultury w Chicago). Tę płasz­
czyznę rozważań domykał referat mgr Ewy Bartos z Uniwersytetu Śląskiego
O nekrologu w twórczości pisarzy emigracyjnych.
Każdą z wyróżnionych sekwencji tematycznych kończyła dyskusja, a o waż­
kości poruszanych tematów świadczy fakt, że ożywione rozmowy nie kończy­
ły się wraz z zamknięciem obrad, ale rozbrzmiewały w hotelowych kuluarach
do późnych godzin nocnych (dyskutantów nie skusiła nawet oferta hotelowego
SPA).
Obrady podsumował prodziekan ds. rozwoju i promocji Wydziału Filo­
logicz­nego prof. zw. dr hab. Marian Kisiel, który zwrócił uwagę na potrzebę
kontynuowania badań nad literaturą obu Ameryk. Zaprezentowane wyniki na­
ukowych eksploracji pozwoliły bowiem na nakreślenie zarówno panoramicz­
nego, jak i szczegółowego opisu polskiej literatury, tworzonej zwłaszcza
w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Natomiast w dalszym ciągu otwar­
tym i słabo spenetrowanym polem badań pozostaje literatura polska Ameryki
Łacińskiej. Godnym namysłu jest także podjęcie próby (prze)wartościowania
O LITERATURZE POLSKIEJ OBU AMERYK
dorobku literatury polskiej obu Ameryk, reinterpretacji twórczości pisarzy
o uznanym już dorobku literackim, ale i przybliżenia dorobku pisarskiego
tych, którzy jako migranci lub potomkowie emigrantów niepodległościowych
osiedlili się za Atlantykiem po roku 1989.
Uczestnicy Międzynarodowej Konferencji Naukowej „Literatura polska obu
Ameryk (II)” z radością przyjęli zatem zaproszenie na kolejne spotkanie w Wi­
śle (za dwa lata). I znowu Polacy u źródeł Wisły będą rozmawiać o Polakach
osiadłych w dorzeczu La Platy, Hudson River czy Fraser River – jak bowiem
pisał w wierszu Rzeki Czesław Miłosz: „I szum wasz koło przystani, jak wtedy
w sobie słyszę. / Na przywołanie, objęcie, i na ukojenie”.
379
Rok 2014
tom V
Marcin NABOŻNY
WYBITNE POSTACIE
POLSKIEJ EMIGRACJI POWOJENNEJ
Wojskowi
Prawda znana: dzieje naszego narodu składają się z historii poszczególnych
jej obywateli. Patrząc na bogatą przeszłość Ojczyzny, nawet zawężając wejrze­
nie do ostatniego wieku, łatwo zauważyć Polaków, których życie i dzieła na
trwałe wpisały się w dzieje Polski. Pod tym względem faktem szczególnym
dla badaczy przeszłości jest II wojna światowa, której konsekwencją stała się
masowa emigracja wybitnych synów i córek polskiej ziemi, w tym – zasłużo­
nych na polu walki. Stąd też niezwykle cenną inicjatywą, ukazującą osobistości
polskiego świata wojskowego, wydaje się międzynarodowa konferencja nauko­
wa zorganizowana 3 grudnia 2014 w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej KUL
przez Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Fundację Armii Krajowej w Lon­
dynie i Ośrodek Badań nad Polonią i Duszpasterstwem Polonijnym Katolickie­
go Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II w Lublinie.
Tematem konferencji – jak wskazuje tytuł tej relacji – byli wybitni wojskowi,
którzy znaleźli się wśród polskiej emigracji powojennej. Spotkanie zgromadzi­
ło osoby od wielu lat zajmujące się tym zagadnieniem. Zgromadzonych powitał
ks. dr Sławomir Zych, po czym krótkie przesłanie do uczestników skierowa­
li: mgr Małgorzata Trojnacka – zastępca dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej
KUL, prof. Jacek Gołębiowski – dyrektor Ośrodka Badań nad Polonią i Dusz­
pasterstwem Polonijnym KUL, dr Robert Zapart z Fundacji Armii Krajowej
w Londynie i mgr Mariusz Olczak z Archiwum Akt Nowych.
W swoistym studium prozopograficznym prelegenci przedstawili życie
i dokonania osób świeckich i duchownych, działających na emigracji – zawsze
w służbie narodu polskiego. Taką osobą był m.in. zmarły w Londynie generał
dywizji Janusz Głuchowski (1888-1964), którego sylwetkę ukazał mgr Krzysz­
tof Głuchowski z Rio de Janeiro. Referat pod nieobecność autora odczytał
dr Paweł Janowski z KUL. Postać generała Tadeusza Pełczyńskiego (1892-1985)
przedstawiła mgr Tesa Ujazdowska z Londynu. Z kolei działacza emigracyjnego
we Francji Stanisława Łuckiego (1917-2013) przybliżyła jego małżonka dr Anna
Łucka. Aktywność emigracyjną i wojenne ścieżki ks. majora Wojciecha Artura
Rojka (1906-1988), dziekana Obrony Warszawy, więźnia niemieckich obozów
koncentracyjnych, kapelana Polskich Sił Zbrojnych w Stanach Zjednoczonych
i Kanadzie ukazał ks. prałat Roman Nir z Instytutu Historii i Archiwistyki Po­
lonijnej w Chicago. Natomiast osoby, miejsca i wydarzenia z życia polskiego
filozofa, historyka logiki i żołnierza – o. Józefa Marii Bocheńskiego OP (1902‑1995), w świetle jego wspomnień, zarysował Paweł Sieradzki z KUL. Ciekawą
drogę ks. kapitana Mieczysława Bossowskiego (1915-1994) z Armii Krajowej do
Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie przedstawił ks. dr hab. Józef Szymański
z Włocławka. Polacy byli także niezwykle aktywnymi działaczami polityczno‑wojskowymi, o czym w swoim referacie przypomniał dr Robert Zapart z Uni­
wersytetu Rzeszowskiego, przybliżając postać działacza politycznego i emigra­
cyjnego w Wielkiej Brytanii Zygmunta Czarneckiego (1900-1989).
Konferencja ukazała, że dla badań omawianych zagadnień nieodzowne jest
gromadzenie materiałów dokumentujących działalność Polaków na emigracji.
Stąd też bardzo ważne w swej treści były referaty przygotowane przez pracow­
ników Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Dwa z nich omawiały znajdujące
się w zasobach tego archiwum dokumenty osób działających na terenie Sta­
nów Zjednoczonych, w tym Janusza Zawodnego (1921-2012) – przedstawione­
go przez mgr. Bartosza Nowożyckiego, oraz Andrzeja Pomiana (1911‑2008) –
przybliżonego przez mgr. Zbigniewa Króla. Podsumowujący charakter miał
referat mgr. Mariusza Olczaka, który omówił materiały archiwalne dotyczą­
ce innych działaczy emigracyjnych, znajdujące się w zasobach Archiwum Akt
Nowych, w którego obrębie pod koniec lat 90. XX wieku utworzone zostało Ar­
chiwum Czynu Niepodległościowego i Archiwum Polonii. Jak nazwa wskazuje
celem powstania tych działów jest przede wszystkim gromadzenie i opraco­
wywanie materiałów archiwalnych dotyczących życia i działalności środowisk
polonijnych. Referujący wskazał jednocześnie na bogate zbiory z całego świa­
ta (około 600 metrów), z których warto korzystać dla gruntownego poznania
i dokumentowania udziału Polaków w życiu społeczno-polityczno-wojskowym
na emigracji.
Oczywiście, niniejsze sprawozdanie jedynie sygnalizuje podejmowane na
konferencji ważkie kwestie. Dlatego też jej uczestnicy z dużą nadzieją przyjęli
wiadomość o zamiarze organizatorów opublikowania materiałów pokonferen­
cyjnych. Miejmy zatem nadzieję, że będzie okazja do szczegółowego zapozna­
nia się z losami i dokonaniami bohaterów sympozjum. Konferencja wskazała
między innymi na potrzebę ciągłego pochylania się nad dziejami naszej Ojczy­
zny w rozległym zagranicznym kontekście. Dzieje Polski przekraczają bowiem
granice administracyjne Kraju. Składają się na nie również integralnie powią­
zane z Polską historie poszczególnych osób, które żyjąc na emigracji, tęskniły
za wolną Polską i skutecznie walczyły o jej wolność.
381
KONFERENCJE 2014
WYBITNE POSTACIE POLSKIEJ EMIGRACJI POWOJENNEj
Rok 2014
tom V
Barbara ZEZULA
ARCHIWALIA DO DZIEJÓW
POLSKIEJ EMIGRACJI POLITYCZNEJ
z lat 1939-1990
W dniach 3-5 grudnia 2014 w Warszawie (w Centrum Edukacyjnym IPN
„Przystanek Historia”, ul. Marszałkowska 21/25) odbyła się międzynarodowa
konferencja „Archiwalia do dziejów polskiej emigracji politycznej z lat 19391990”, zorganizowana przez Instytut Pamięci Narodowej (Biuro Edukacji Pu­
blicznej i Biuro Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów), Naczelną Dyrek­
cję Archiwów Państwowych i Archiwum Akt Nowych. Osobą odpowiedzialną
za jej sprawną organizację był dr Sławomir Łukasiewicz, pracownik lubelskiego
Oddziału IPN i koordynator Centralnego Programu Badawczego Biura Eduka­
cji Publicznej IPN „Polska emigracja polityczna 1939-1990”.
Konferencję otwierali: prezes IPN dr Łukasz Kamiński, dyrektor Archiwów
Państwowych prof. Władysław Stępniak i delegat Konferencji Episkopatu Pol­
ski ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej bp Wiesław Lechowicz.
Językiem konferencji był język polski. Ze względu na napięty program sta­
rano się referaty ograniczać do dwudziestu minut. W zaplanowanej przez or­
ganizatora kolejności prezentowane były polskie ośrodki emigracyjne: Wielkiej
Brytanii, Francji, Włoch, Niemiec, Szwajcarii, Stanów Zjednoczonych, Kanady
i Australii. W ostatnim dniu pracownicy polskich archiwów i bibliotek obrazo­
wali zespoły archiwalne i zbiory biblioteczne dotyczące emigracji powojennej.
Przedstawiciele Polskiego Radia zapoznali zebranych z zasobami wypowiedzi
Polaków żyjących poza Krajem zachowanych na taśmach dźwiękowych w Ar­
chiwum Polskiego Radia.
Po roku 1945 nowe życie rozpoczynali członkowie Rządu Polskiego na
uchodźstwie i jego urzędnicy, zdemobilizowani żołnierze Polskich Sił Zbroj­
nych i Armii Krajowej, przywódcy stronnictw politycznych, organizacji spo­
łecznych, ludzie nauki, sztuki i kultury oraz ich rodziny. Rozrzuceni po całym
świecie, działając w powoływanych związkach, stowarzyszeniach, ogniskach
polonijnych, pozostawiali po sobie ślad w postaci materialnych dowodów wła­
snej działalności, przede wszystkim w dokumentach archiwalnych, jako auto­
rzy książek, dzieł sztuki, redaktorzy czasopism...
Prelegenci omawiali najbardziej wartościowe zespoły archiwalne lub cenne
zbiory biblioteczne własnych jednostek organizacyjnych, przedstawiali też inne
formy działalności na rzecz Polaków w Kraju i za granicą, takie jak: szeroka
pomoc świadczona emigrantom lat 80., organizowanie zbiórek i transportów
z pomocą materialną dla rodaków żyjących w trudnych warunkach w Kraju
czy podtrzymywane stypendia dla polskich naukowców, archiwistów i biblio­
tekarzy (przyznawane m.in. przez rzymskie fundacje Lanckorońskich i mar­
grabiny J. Umiastowskiej). Ogromne znaczenie dla „zniewolonych umysłów”
w komunistycznej Polsce miał kolportaż emigracyjnych publikacji do kraju,
wspieranie podziemnej „Solidarności”, zaopatrywanie bibliotek w publikacje
obcojęzyczne służące rozwojowi wolnej nauki w Polsce, rozdawnictwo wśród
Polaków przybywających na Zachód emigracyjnych miniaturowych wydań
prohibitowych czy przekazywanie w konspiracji dokumentów i materiałów
w postaci mikrofilmów – także drogami kościelnymi.
Podkreślano zaangażowanie hierarchów polskiego Kościoła katolickiego,
by wspomnieć tylko Stefana Kardynała Wyszyńskiego, Stanisława Kardynała
Dziwisza i biskupa Szczepana Wesołego. Polscy księża i zakonnicy odegrali
wielką rolę w jednoczeniu Polaków w zakładanych parafiach, które stanowiły
nie tylko centrum życia religijnego, ale także ośrodki życia społecznego i kul­
turalnego. Świadkami tej różnorodnej działalności są archiwa parafialne i za­
konne, księgi, dokumenty osobiste duchownych i ich korespondencja, wyda­
wane gazetki i biuletyny. Archiwa kościelne pozostają nadal kopalnią wiedzy
dla badaczy polonijnych spuścizn.
Kilka wystąpień poświęconych było kolejnej dużej fali emigracji postsoli­
darnościowej i jej działaczom w różnych krajach, m.in. w Niemczech. Do tej
pory nie została opracowana synteza „Solidarności” prezentująca ruch w róż­
nych aspektach, jego wpływ na polską emigrację i na ruch związkowy w kra­
jach Europy, np. we Włoszech.
Prelegenci dzielili się informacjami o zbiorach opracowanych już i wyda­
nych drukiem inwentarzy, katalogów i monografii, które poddano digitalizacji,
także danymi o miejscach udostępniania informacji (np. w Kanadzie, o działal­
ności polskiej emigracji – począwszy od zarobkowej w XIX wieku – danych na­
leży szukać w federalnej instytucji archiwalnej Library and Archives Canada,
założonej w 2004 roku w Ottawie). Wiadomo, gdzie znajdują się emigracyjne
materiały archiwalne wymagające prac porządkowych i bibliograficznego opi­
su (np. w Instytucie Papieskim Studiów Kościelnych w Rzymie i Centralnym
Archiwum Polonii w Orchard Lake) czy też naukowego opracowania (np. czeka
na badaczy bogata korespondencja w zbiorach Towarzystwa Historyczno-Lite­
rackiego w Bibliotece Polskiej w Paryżu czy ogromna korespondencja i inne
dokumenty życia społecznego w Archiwum Instytutu Literackiego w Maisons‑Laffitte).
Dużym problemem jest zachowanie i ochrona prywatnych zbiorów pol­
skich emigrantów. Obecni ich właściciele (najczęściej członkowie rodziny)
383
KONFERENCJE 2014
ARCHIWALIA DO DZIEJÓW POLSKIEJ EMIGRACJI POLITYCZNEJ
2014 tom V
384
Barbara ZEZULA
rozpraszają je i przekazują do różnych ośrodków państw, w których przyszło
im żyć, lub do instytucji krajowych. Ochrony instytucjonalnej pozbawione są
dokumenty prywatne i rodzinne, wytworzone przez nieliczną grupę Polaków
żyjących w państwach Ameryki Południowej. Zdecydowanie lepsza sytuacja
jest w Australii, gdzie dobrze funkcjonują polonijne stowarzyszenia oraz mu­
zea i archiwa w Melbourne i Queensland.
Wielu referentów akcentowało zaangażowanie bibliotekarzy i archiwistów
z Biblioteki Narodowej, Polskiej Akademii Umiejętności, Uniwersytetu Miko­
łaja Kopernika, Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, Uniwersytetu Marii
Curie-Skłodowskiej, Instytutu Pamięci Narodowej i Archiwów Państwowych
w porządkowanie, katalogowanie i naukowe opracowywanie zbiorów polonij­
nych w licznych instytucjach na kontynencie europejskim i amerykańskim.
Prace te możliwe są m.in. dzięki uzyskiwanym grantom i przyznawanym sty­
pendiom naukowym. Bieżącym zadaniem jest koordynowanie archiwalnych
działań krajowych z pracami zagranicznymi. Należy pamiętać, że dla funk­
cjonowania instytucji polskiej diaspory ważne są źródła ich dalszego finanso­
wania, a są to głównie: fundacje, składki członkowskie, donacje i inne formy
wsparcia udzielanego przez państwowe organa krajowe.
Jako niezwykle ważne podkreślano wyszukiwanie prywatnych materiałów
polskich emigrantów o wartości archiwalnej, ustalanie prawa własności i za­
dbanie o należyte miejsce ich przechowywania. Wypłynęła kwestia dyskusyj­
na: czy mimo braku możliwości właściwego zabezpieczenia lokować dorobek
polskich emigrantów w miejscu powstania materiałów, czy też przekazywać te
zbiory do instytucji w Polsce, z nadzieją na ich konserwację, opracowanie, digi­
talizację i udostępnienie szerszej publiczności.
Polskie archiwa, Polskie Radio, Ośrodek KARTA i biblioteki podejmują co­
raz szerszą współpracę z polonijnymi organizacjami przy realizacji projektów
digitalizacji i opracowania zbiorów, np. fotografii z zasobów Instytutu Piłsud­
skiego w Londynie. W bazie SEZAM tworzonej przez Naczelną Dyrekcję Ar­
chiwów Państwowych umieszczane są dane o zespołach archiwalnych z Cen­
tralnego Archiwum Polonii w Orchard Lake. Cenne dla badaczy wydają się
decyzje o skanowaniu wybranych materiałów archiwalnych i o ich udostępnia­
niu przez najbardziej popularną wyszukiwarkę Google.
Te ważne dla Polonii i Polaków zagadnienia były poruszane na zakończe­
nie konferencji, w dyskusji panelowej. Wzięli w niej udział: Eugenia Maresch,
Małgorzata Kot, Andrzej Suchcitz, Marek Zieliński, Władysław Stępniak, Rafał
Leśkiewicz i Mariusz Olczak. Podjęto także wspólną decyzję o wydaniu dru­
kiem materiałów pokonferencyjnych, co nie było pierwotnym zamierzeniem
organizatorów spotkania ze względu na zapis filmowy każdego dnia konfe­
rencji.
Wykaz referatów:
Andrzej Suchcitz, Źródła do dziejów Państwa Polskiego na emigracji w zbiorach
Instytutu Polski i Muzeum im. Gen. Sikorskiego;
Grzegorz Pisarski, Biblioteka Polska w Londynie;
Teresa Szadkowska-Łakomy, Jagoda Kaczorowska, Archiwa harcerskie;
Eugenia Maresch, Przegląd aktualnych zasobów Studium Polski Podziemnej
w Londynie do dziejów polskiej emigracji okresu zimnej wojny;
Anna Stefanicka, Wybrane materiały ze zbiorów Archiwum Józefa Piłsudskiego
w Londynie [referat niewygłoszony];
Zbigniew Król, Zbiory z Fawley Court zdeponowane w Licheniu;
Ewa Rutkowska, „Odcisk serca i ślady życia”. Wybór materiałów źródłowych ze
zbiorów archiwalnych Towarzystwa Historyczno-Literackiego / Biblioteki Polskiej w Paryżu;
Maria Wrede, Inwentarz Archiwum Instytutu Literackiego Kultura;
Aneta Nisiobęcka, Francja wobec emigracji polskiej w latach 1930-1944 (referat
na podstawie kwerendy w archiwach departamentalnych Francji);
Magdalena Heruday-Kiełczewska, Polska emigracja polityczna po 1945 roku
w zbiorach francuskich Archiwów Narodowych;
Ks. Hieronim Fokciński, Zbiory Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych
w Rzymie w badaniach nad polską emigracją we Włoszech po 1945 roku;
Stanisław Morawski, Zbiory Fundacji Rzymskiej im. J.Z. Umiastowskiej;
Krystyna Jaworska, Archiwum Ogniska Polskiego w Turynie na tle historii emigracji niepodległościowej we Włoszech;
Witold Zahorski, O wolną Polskę w Rzymie. Archiwa Witolda Zahorskiego
[ojca];
Karina Garsztecka, Materiały emigracji „Solidarnościowej” w archiwum Forschungsstelle Osteuropa an der Universität Bremen (Instytut Badań Europy
Wschodniej przy Uniwersytecie Bremeńskim);
Peter Raina, Zbiory prywatne;
Berenika Koźbiał, Fundacja „Archivum Helveto-Polonicum” we Fryburgu i jej
zbiory;
Marcin Chumięcki, Muzeum Polonii w Orchard Lake;
Marek Zieliński, Iwona Korga, Najważniejsze zbiory Instytutu Piłsudskiego
w Ameryce dotyczące polskiej emigracji politycznej;
Bożena Leven, Materiały do dziejów polskiej emigracji po 1939 roku w zbiorach
Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce;
Teofil Lachowicz, Materiały do dziejów emigracji politycznej w USA po II wojnie światowej w zbiorach archiwum Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej
w Ameryce;
Eva Wolynska, Zbiory Connecticut Polish American Archives w Central Connecticut State University w New Britain w stanie Connecticut;
385
KONFERENCJE 2014
ARCHIWALIA DO DZIEJÓW POLSKIEJ EMIGRACJI POLITYCZNEJ
386
Barbara ZEZULA
2014 tom V
Małgorzata Kot, Halina Misterka, Zbiory Biblioteki i Archiwum Muzeum Polskiego w Ameryce i możliwości ich wykorzystania w badaniach nad polską emigracją polityczną;
Anna Reczyńska, Źródła polonijne do badań nad migracjami oraz polską diasporą w Kanadzie w drugiej połowie XX w.;
Stanisław Latek, Zbiory Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie i Biblioteki
Polskiej w badaniach nad dziejami polskiej emigracji politycznej okresu zimnej
wojny;
Monika Ostrowska, Źródła archiwalne do dziejów Polonii w Quebec – stan zachowania (komunikat);
Gabriela Pawlus-Kasprzak, Polscy Emigranci w Zbiorach Library and Archives
Canada, 1945-1956;
Michał Kasprzak, Na rzecz Polski: materiały do dziejów zaangażowania Kościoła katolickiego i polskiej emigracji „Solidarnościowej” w Kanadzie;
Krzysztof Smolana, Archiwalia polskiej emigracji politycznej w Ameryce Łacińskiej;
Paweł Pietrzyk, Archiwalia do dziejów emigracji polskiej na terenie Australii;
Rafał Leśkiewicz, Dokumenty zagranicznych ośrodków polskich w zasobie Instytutu Pamięci Narodowej;
Mariusz Olczak, Działalność Archiwum Akt Nowych w dziedzinie zabezpieczania dokumentacji polskiej emigracji politycznej i Polonii – Archiwum Polonii;
Violetta Urbaniak, Źródła do dziejów polskiej emigracji z lat 1939-1990 w zasobie Archiwum Państwowego w Warszawie;
Maria Wrede, Nabytki z lat 1998-2014 dotyczące emigracji i Polonii 1939-1990
w zbiorze rękopisów Biblioteki Narodowej (komunikat);
Tadeusz Krawczak, Źródła do dziejów Polskiego Rządu na Uchodźstwie w zasobie Archiwum Akt Nowych;
Adolf Juzwenko, Źródła do dziejów polskiej emigracji po 1945 r. w zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich [referat niewygłoszony];
Barbara Zezula, Zbiory Biblioteki Uniwersyteckiej KUL w badaniach nad polską
emigracją polityczną okresu zimnej wojny;
Joanna Lewandowska, Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”;
Monika Krzencessa-Ropiak, Europejskie Centrum „Solidarności”;
Mirosław Supruniuk, Zbiory i prace Archiwum Emigracji w Toruniu;
Dariusz Kuźmina, Polonijna Biblioteka Cyfrowa;
Barbara Berska, Źródła do dziejów polskiej emigracji w zasobie Archiwum Narodowego w Krakowie;
Waldemar Listowski, Archiwum Polskiego Radia;
Andrzej Mietkowski, Portal Polskiego Radia.
Rok 2014
Alina SIOMKAJŁO
POZOSTAŁE KONFERENCJE 2014 O TEMATYCE EMIGRACYJNEJ
Londyn, 12-13 kwietnia
III Konferencja z cyklu Szkolnictwo polskie poza granicami Rzeczypospoli­
tej Polskiej od roku 1918: „Szkolnictwo polskie w Ameryce Północnej i Połud­
niowej oraz w Australii i Nowej Zelandii”, z inicjatywy Zakładu Dydaktyki
Polonijnej Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie (PUNO, Charity C­ommission
nr 298510) we współpracy z Uniwersytetem Jagiellońskim przebiegała w loka­
lach Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego. I Konferencja, 2012, zasię­giem
tematycznym obejmowała „Szkolnictwo polskie w Wielkiej Brytanii i Republi­
ce Irlandii”, II Konferencja, 2013 – „Szkolnictwo polskie w Europie Zachodniej
i Środkowo-Wschodniej”. Wymienione Konferencje dedykowane były pamięci
ostatniego prezydenta RP na Uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego.
Cele III Konferencji: analiza i ocena edukacyjnego dorobku szkolnictwa
polskiego na danych terenach – dla poznania osiągnięć, problemów, potrzeb
oraz integrowania środowisk dydaktycznych i badawczych polskiego szkolnic­
twa na wszystkich kontynentach.
Konferencję otwierała rektor PUNO prof. Halina Taborska. Referaty gło­
sili: prof. Władysław Miodunka (UJ, Polska), o. prof. Antoni Herkulan Wró­
bel OFM (Argentyna), o. Olaf K. Bochnak OFMBern (Argentyna), ks. Ryszard
Taraszka (PMK, Anglia), prof. Witold Chmielewski (Uniwersytet Jana Kocha­
nowskiego, Polska), dr Jolanta Tatara (Polska Szkoła im. Jana Pawła II, USA),
prof. Dorota Proszałowicz (UJ, Polska), prof. Rafał Stobiecki (UŁ, Polska), dr
Joanna Pyłat (PUNO, Anglia), prof. Jolanta Chwastyk-Kowalczyk (Uniwersy­
tet Jana Kochanowskiego, Polska), dr Wacław Osadnik (University of Alberta,
Kanada), prof. Tom Urbaniak (Cape Breton University, Kanada), mgr Marinna
Łacek (The Polish Teacher Association in New South Wales, Australia), dr hab.
Ewa Lipińska (UJ, RP), mgr Jadwiga Kowalska (Instytut Polski i Muzeum im.
gen. Sikorskiego, Anglia),
Wśród referowanych i dyskutowanych tematów znalazły się: problemy wie­
lokulturowości, zasady funkcjonowania szkół przedmiotów ojczystych, kształ­
tom V
388
Alina SIOMKAJŁO
cenia językowego i kulturowego dzieci i młodzieży polskiej poza granicami oj­
czystego kraju; – wybrane zagadnienia polskiego szkolnictwa pomaturalnego
i wyższego, regulacje prawne w krajach osiedlenia wobec szkolnictwa mniej­
szości narodowych, szkolnictwo polskie w prasie emigracyjnej i w materiałach
archiwalnych, nauczanie religii w kształtowaniu narodowej tożsamości mło­
dzieży pozostającej poza macierzystym krajem, rola nauczyciela, aspekty po­
lonistyki i polskiego szkolnictwa wyższego na emigracji... Autorzy referatów
uwzględniali historię i uwarunkowania kolejnych fal emigracji polskiej w róż­
nych częściach świata. W kontekście dawnego debatowano nad dzisiejszym
stanem szkolnictwa polskiego poza granicami Kraju. Zapowiedziano pokonfe­
rencyjne monograficzne opracowanie polskiego szkolnictwa na antypodach.
Londyn, 17 maja
2014 tom V
Sympozjum Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie (PUNO) zorganizowa­
ne przez Zakład Badań nad Emigracją Polską oraz Zakład Kultury Literac­
kiej i Artystycznej PUNO, poświęcone Zdzisławowi i Hannie Bronclom oraz
Fundacji ich Imienia. Referaty prezentowali: mecenas Irma Pietroń (człon­
kini Board of Trustees) – Słowo wstępne na temat założycieli i Fundacji „The
Hanna and Zdzisław Broncel Charitable Trust”; prof. Ewa Lewandowska-Tara­
siuk – „Zostanie po mnie szelest kart...” – o poezji Zdzisława Broncla; Magda­
lena Górka – Hanna Broncel – życie i działalność inicjatorki Fundacji; Regina
Wasiak-Taylor – Materiały drukowane w archiwum Zdzisława Broncla – krytyka literacka i artystyczna; Wojciech Płazak – Zdzisław Broncel w BBC – własne
drogi radiowca; Wojciech Klas – Prezentacja fragmentów słuchowiska radiowego o Zdzisławie Bronclu autorstwa Jerzego Tuszewskiego; dr Joanna Pyłat – The
Hanna and Zdzisław Broncel Charitable Trust – powstanie i rola fundacji. Sym­
pozjum, pod kierownictwem prof. Haliny Taborskiej, prof. Ewy Lewandow­
skiej-Tarasiuk i dr Joanny Pyłat, odbyło się w Sali Multimedialnej Polskiego
Ośrodka Społeczno-Kulturalnego.
Białystok, 30-31 maja
Druga w Białymstoku, licząca 65 referatów międzynarodowa megakonfe­
rencja „Paryż – Londyn – Monachium – Nowy York” poświęcona powrześnio­
wej emigracji niepodległościowej na mapie nie tylko polskiej kultury. Obra­
dy przebiegały w auli Wydziału Filologicznego Uniwersytetu w Białymstoku
i w Sali Konferencyjnej hotelu Esperanto. Organizatorzy: Instytut Filologii
POZOSTAŁE KONFERENCJE 2014
389
Polskiej, Zakład Teorii i Antropologii Literatury – Uniwersytet w Białymstoku
oraz Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Na­
rodowi Polskiemu, Oddział w Białymstoku. Imprezy towarzyszące: wystawy
– „W 70. Rocznicę powstania »Polski Walczącej« 1939-1949” (Biblioteka UwB
im. Jerzego Giedroycia); „Jan Karski – Człowiek wolności” (Muzeum Historii
Polski); wieczór poetycki „Czym pachnie Kanada, czy naprawdę murawa po
drugiej stronie płotu jest zieleńsza i jak ma się język do myśli – o poszukiwaniu
miejsca dla siebie” w wykonaniu Romana Sabo-Walsha i Przyjaciół (Muzeum
Podlaskie); koncerty (Opera i Filharmonia Podlaska). Zapowiadała tę konfe­
rencję w ubiegłorocznych „Ekspresjach” (t. IV, Londyn 2014) Violetta Wejs-Mi­
lewska.
Obrady IV Kongresu Polskich Towarzystw Naukowych na Obczyźnie tym
razem toczyły się na temat „Nowoczesne nauczanie tradycji ojczystych – Sybi­
racy i młodzież”. Honorowy patronat objął prezydent RP Bronisław Komorow­
ski. Gościem honorowym był ambasador Meksyku w Polsce Ricardo Villamu­
eva Hallal. Organizatorzy: Polska Akademia Umiejętności, Oddział Krakowski
Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Projekt współfinansowany ze środków
Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu na realizację zadania
„Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2014 r.”
Referaty wprowadzające: Od Wielkiego Wybuchu do Gułagu – Jak usprawiedliwić historię wszechświata – ks. prof. Michał Haller, Co Polska wniosła do
dziejów Europy? – prof. Henryk Samsonowicz.
W trzech równoległych sesjach, czterech panelach i warsztatach dla nauczy­
cieli rozwijano tematykę historyczną: „Zsyłki Polaków na Syberię w XIX i XX
wieku”, „Źródła do dziejów Sybiraków w archiwach polskich i zagranicznych”,
„Diaspora polskich Sybiraków w świecie i ich organizacje”, „Świat po Sybira­
kach. Jak upamiętniać i przekazywać dziedzictwo Sybiraków”; oraz edukacyj­
ną: „Szkolnictwo polskie w świecie” (perspektywa krajowa i diaspory), „Stan
i potrzeby szkolnictwa polskiego w świecie”, „Zagadnienia edukacji między­
kulturowej”, „Wpływ domu, szkoły i grupy rówieśnej na zachowanie polskości
na obczyźnie”, „Nowoczesne nauczanie dziejów sybirackich”, „Komunikowa­
nie międzykulturowe”, „Polskie podręczniki do nauczania języka polskiego
jako obcego / odziedziczonego – jak z nich korzystać?”
Obradom towarzyszyły imprezy – koncerty: Leszka Wójtowicza (Duża
Aula PAU), Jacka Wójcickiego Pejzaż horyzontalny (Galeria Sukiennice), kon­
cert kameralny kwartetu smyczkowego Alla Breveu (u Prezydenta Miasta Kra­
kowa); projekcja filmów o tematyce sybirackiej, wystawa „Z sowieckich łagrów
KONFERENCJE 2014
Kraków, 4-7 września
390
Alina SIOMKAJŁO
do Meksyku. Odyseja polskich uchodźców z Santa Rosa”. Kongres zakończono
finałową galą i mszą św. w Katedrze na Wawelu.
2014 tom V
Londyn, 27-28 września 2014
W 50. rocznicę śmierci Arcybiskupa Józefa Gawliny – Biskupa Polowego
Wojska Polskiego, w polskim kościele garnizonowym pw. św. Andrzeja Bo­
boli (zachodni Londyn) zorganizowane zostało przez Polską Misję Katolicką
w Anglii i Walii (PMK) oraz przez Instytut Polski Akcji Katolickiej w Wielkiej
Brytanii (IPAK) 2-dniowe sympozjum. Witając zebranych, Rektor Polskiej Mi­
sji Katolickiej w Anglii i Walii ks. prałat Stefan Wylężek otwierał konferencję.
Uczestniczyli w niej m.in. przedstawiciele Konsulatu Generalnego RP i pol­
skich organizacji społecznych działających w Londynie.
Dr Andrzej Suchcitz, kierownik Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum
im. gen. Sikorskiego (IPMS) w Londynie, prezentował przechowywane w IPMS
materiały źródłowe dotyczące bp. Gawliny, ilustrując je źródłowymi cytatami
oraz materiałem filmowym ze zbiorów IPMS.
Jadwiga Kowalska, dyrektor Archiwum Polskiej Misji Katolickiej w Anglii
i Walii, zapoznała słuchaczy z nieznanymi dotąd archiwaliami Ordynariatu
Polowego Biskupa Gawliny, które po wojnie zostały złożone w PMK. Referent­
ka zwróciła uwagę na rozproszenie dokumentacji dotyczącej ww. Ordynariatu.
Ks. prof. Jerzy Myszor – Wydział Teologiczny Uniwersytetu Katowickiego
skupił się w swym wystąpieniu na wizycie biskupa Gawliny w Rosji Sowieckiej
i jego duszpasterskiej posłudze w szczególnym środowisku i momencie histo­
rycznym zarówno dla Wojska Polskiego, jak też dla ludności cywilnej.
Żywe wspomnienie abp. Szczepana Wesołego, który znał Józefa Gawlinę
z bezpośrednich kontaktów, opisy scenek sytuacyjnych dające wyobrażenie
o rysach charakteru wybitnego Duszpasterza, przybliżyły słuchaczom tę nie­
zwykłą postać.
Następnie konferencja przeniosła się do Galerii Polskiego Ośrodka Społecz­
no-Kulturalnego na otwarcie poświęconej Józefowi Gawlinie wystawy. Ekspo­
zycję (15 plansz) przygotowali Jadwiga Kowalska i Andrzej Suchcitz. Za stronę
techniczną odpowiadał Paweł Sieradzki. Wystawa ukazała Biskupa podczas
pełnionej posługi kapłańskiej i jako czynnego uczestnika wydarzeń – zarówno
z życia wojskowego, jak i na gruncie cywilnym – dotyczących spraw polskich.
Zdjęcia wybrane zostały ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Si­
korskiego oraz z Archiwum Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii.
28 września abp Szczepan Wesoły celebrował mszę św. za duszę śp. Józefa
Gawliny; koncelebrowali: ks. prałat Stefan Wylężek, ks. prof. Jerzy Myszor i go­
spodarz parafii ks. proboszcz Marek Reczek. Po sumie nastąpił dedykowany
Józefowi Gawlinie program słowno-muzyczny.
POZOSTAŁE KONFERENCJE 2014
Londyńskie obchody 50. rocznicy śmierci abp. Jozefa Gawliny były kon­
tynuowane najpierw w parafii Chrystusa Króla na Balham w Londynie, a na­
stępnie w kilku polskich miastach. W wielu miejscach w Polsce prezentowano
wspomnianą wystawę, organizowano wykłady i sympozja: 6 X w Warszawie
(na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i w Ordynariacie Polo­
wym, w kościele pw. Świętego Krzyża), 6 XI w rodzinnych Józefa Gawliny Ka­
towicach (na Uniwersytecie Śląskim), także w Łowiczu i Skierniewicach...
391
Rok 2014
Listy do redakcji
tom V
394
Listy do redakcji
Listy do redakcji
Do Pani Redaktor
Czytam tom IV (Rocznik 2013, wyd. Londyn 2014) „Ekspresji”, który z uwagi na
bogatą treść i piękno języka znamionuje wysoka wartość literacka. Każdy czytelnik dowie się i nauczy z tej wielodziałowej publikacji bardzo wiele. Zamieszczenie
t­ekstu w „Ekspresjach” jest bezspornie zaszczytem!
Szczególnie zainteresowała mnie biografia Romana Brandstaettera (s. 222-245)
w ujęciu Krzysztofa Tochmana, pragnę więc podzielić się kilkoma uwagami. A­utor
„wizerunku” przekazuje czytelnikowi ważne i nowatorskie treści o walorach dokumentalnych. Dokument obejmujący całe życie Brandstaettera w oryginalnej
dyspozycji właśnie w „Ekspresjach” zamieszczony został po raz pierwszy! Niespotykane są w znanych mi dotychczasowych ujęciach biograficznych podane tutaj
wyczerpująco przypisy. Zawierają one solidne i bogate źródłowe wiadomości. Auto­
ra b­iograficznego wizerunku prowadziła dobra intuicja i podejście metodyczne. Na
pewno każdy autor, który zechce pisać na temat Brandstaettera, będzie zobowiązany do odwoływania się do tej biografii.
Ks. Jan Kanty Pytel
Poznań, 6 listopada 2014 r.
[List przekazany za pośrednictwem dr. Krzysztofa Tochmana]
395
Rok 2014
Przypadki i wpadki
Panią Izabelę Fietkiewicz-Paszek bardzo przepraszamy za przeoczenie Jej
biogramu w Notach o autorach w tomie IV „Ekspresji”. Biogram zamieszczamy
w niniejszym wydaniu.
*
Do ostatniej strofy wiersza Beaty Obertyńskiej Do prajabłoni („Ekspresje”
t. IV, Londyn 2014, s. 34) wkradła się pomyłka: zamiast „jesień” powinno być „je­
leń”. Dziękujemy prof. Janowi Skoczyńskiemu z Uniwersytetu Jagiellońskiego za
uwagę.
*
Redakcja przeprasza za przeoczenie dwóch błędów rzeczowych w Biogramie
abp. Józefa Gawliny zamieszczonym w opublikowanej wcześniej nadbitce (Arcybiskup Józef Gawlina. Biskup Polowy Wojska Polskiego, 2015) artykułów z V tomu
„Ekspresji” – dział „Archiwum pamięci”. Na s. 14 nadbitki jest: „Madrytu”, po­
winno być: „Madytu” (> o abp. Gawlinie w „Madycie” [spolszczenie łac. Mady­
tus] http://www.catholic-hierarchy.org/diocese/d2m14.html); jest: „W roku 1957
Papież mianował go arcybiskupem diecezjalnym”. – Abp Gawlina nie posiadał
nominacji na urząd arcybiskupa diecezjalnego.
tom V
398
Przypadki i wpadki
Agentów nie ma – pozostały metody
4 Stycznia 2015 13:16 Regina Taylor <[email protected]> napisał(a)
Mgr Zbigniew Bereszynski
[………………………….]
Szanowny Panie,
uprzejmie proszę o zapoznanie się z Listem Otwartym.
W związku z nasilającą się wokół mnie kampanią nienawiści prowadzoną głównie
przez Alinę Siomkajło oraz redakcję „Nowego Czasu” nie widziałam innego wyjścia
i skorzystałam z tej formy publicznego oświadczenia.
W podjęciu tej trudnej decyzji wspierał mnie prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Andrzej Krzeczunowicz.
Z wyrazami szacunku
Regina Wasiak-Taylor
W następstwie powyższego dr Zbigniew Bereszyński skierował list do „Tygo­
dnia Polskiego” z prośbą o sprostowanie „nieścisłości” popełnionych w Liście
otwartym. List dr. Bereszyńskiego ani sprostowania światła nie ujrzały.
Oskarżana o „kampanię nienawiści” zapewniam Czytelników, że nikt ze Sto­
warzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą nie prowadzi żadnej działalności prze­
ciw p. Wasiak-Taylor. Mimo to, nieodróżniająca wypowiedzi merytorycznych
od żenująco naiwnych jej zmyśleń, pozująca do roli ofiary sekretarz Związku
Pisarzy Polskich na Obczyźnie nie zrywa wciąż z nieuczciwą metodą kolporto­
wania tzw. Listów otwartych do urzędów i osób prywatnych w polskim Londynie
i w Kra­ju – wymierzonych we mnie, w Stowarzyszenie Pisarzy Polskich za Gra­
nicą i w „Ekspresje” (zob. m.in. odpowiedź na wcześniejszy List otwarty: Komentarz Redaktora do „Wyjaśnienia” Katarzyny Bzowskiej, „Ekspresje” t. III, Londyn
2013, s. 347-349 ).
Oczywiście, celem robótek p. Wasiak-Taylor jest wprowadzanie w błąd opinii
publicznej (zob.: Grzegorz Małkiewicz, Odpowiedź zamknięta na List otwarty...;
Alina Siomkajło, Otwarty na opak, „Nowy Czas” 2015, nr 01/211).
À propos: ciekawe, czy prezes ZPPnO Andrzej Krzeczunowicz wie, w jak nik­
czemnych sprawach używane jest przez p. Wasiak-Taylor jego nazwisko?
Złodziejaszek Łapczyński i ignorant Koźmiński
Autorom, Czytelnikom, poważnym redakcjom należy się ostrzeżenie: w pol­
skim Londynie grasuje łasy na gotowe wytwory pióra złodziejaszek. 23 stycznia
399
Przypadki i wpadki
2015 w „Dzienniku Polskim” ukazał się podpisany przez Andrzeja Łapczyń­
skiego list pt. Pogoda dla emigracji. Jest to miejscami zniekształcony tekst mego
artykułu, stanowiącego wstęp do tomu IV „Ekspresji” (Londyn 2014).
Oryginalny tekst został pocięty i połatany językowym kiepstwem – cel i sens
listu są niezrozumiałe. Kradzież, której dopuścił się Andrzej Łapczyński, zgod­
nie z prawem autorskim kwalifikuje się do zawłaszczenia i zniszczenia „własności
intelektualnej”. Współodpowiedzialny za zawłaszczenie Naczelny „Dziennika” /
„Tygodnia Polskiego” z trzykrotnej prośby o podanie do druku interwencji w po­
wyższej kwestii wyłgał się cynicznie lekceważącym e-mailem:
From: Jaroslaw Kozminski <[email protected]>
To: ‘alina siomkajlo’ <[email protected]>
Sent: Wednesday, 28 January 2015, 13:49
Szanowna Pani
Pan Andrzej Łapczyński pisuje listy do redakcji Dziennika od szeregu miesięcy. Niektóre z nich drukujemy. Może Pani spotkać pana Łapczyńskiego w POSKu niemal codziennie. Nie sądzę aby był konspiratorem.
Pozdrawiam
Jaroslaw Kozminski
editor-in-chief
Gratuluję p. Koźmińskiemu wyboru „listów”! Od lat można tylko podziwiać,
z jaką umiejętnością Editor-in-chief, manipulujący faktami, autorskimi tekstami
i ludźmi, zaniża poziom polskiej gazety emigracyjnej.
redaktor „Ekspresji”
Rok 2014
Komunikaty
NAGRODA POETYCKA
im. KRYSTYNY I CZESŁAWA BEDNARCZYKÓW
Kapituła konkursu o Nagrodę Poetycką im. Bednarczyków
na posiedzeniu 25 listopada 2014 roku nominowała do nagrody
pięć tomików poetyckich wydanych w roku 2013:
Miłosza Biedrzyckiego Porumb,
Tadeusza Dąbrowskiego Pomiędzy,
Małgorzaty Lebdy Granica lasu,
Krzysztofa Lisowskiego Poematy i wiersze do czytania na głos,
Łukasza Nicpana Do czytającej list.
Nagroda została przyznana ex aequo
Krzysztofowi Lisowskiemu oraz Łukaszowi Nicpanowi.
Uroczysta gala finałowa odbyła się 15 grudnia 2014 roku
w Kamienicy Pod Gruszką. Werdykt ogłosił przewodniczący konkursowej
kapituły prof. Wojciech Ligęza, w obecności władz dziekańskich W­ydziału
Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, przedstawicieli krakowskiego
oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz zaproszonych gości.
Nominowani otrzymali zaprojektowane i wykonane przez
Teresę Frodymę grafiki, inspirowane działalnością artystyczną państwa
Bednarczyków, oraz pamiątkowe dyplomy. Zwycięzcy zaś, dodatkowo –
nagrody pieniężne ufundowane ze środków finansowych przekazanych
na ten cel Uniwersytetowi Jagiellońskiemu w zapisie testamentowym
Krystyny Bednarczykowej.
Spuścizna archiwalna patronów Nagrody, twórców Oficyny Poetów i Mala­
rzy – londyńskiego domu wydawniczego i drukarni, jednego z ośrodków
kultury polskiej na emigracji – jest przechowywana, badana i udostępniana
w Pracowni-Archiwum OPiM przy Wydziale Polonistyki UJ.
tom V
402
Komunikaty
OGÓLNOPOLSKI KONKURS POETYCKI
im. Rodziny Wiłkomirskich
Konkurs, wpisujący się w działalność powstającego Muzeum R­odziny
Wiłkomirskich, organizuje Stowarzyszenie Promocji Sztuki
Łyżka Mleka z siedzibą w Kaliszu.
Na Konkurs należy nadesłać zestaw zawierający 3-5 wierszy
w czterech egzemplarzach maszynopisu do 15 października 2015 r­o­ku
(decyduje data stempla pocztowego) na adres: Aneta Kolańczyk,
ul. Kubusia Puchatka 27, 62-800 Kalisz, z dopiskiem „Konkurs.”
Każdy utwór należy zaopatrzyć w godło, które powinno się znaleźć
także na dołączonej do zestawu kopercie zawierającej kartkę z danymi
autora: imię, nazwisko, wiek, adres zamieszkania i e-mailowy, numer
telefonu, oraz stwierdzenie: Oświadczam, że jestem autorką/autorem
nadesłanych na konkurs wierszy, które nie były wcześniej publiko­
wane ani nagradzane na innych konkursach.
Organizator nie ogranicza tematyki utworów, jednak przewiduje do­
datkową kategorię: wiersze inspirowane muzyką (przy tych utworach
należy dopisać hasło „Wiłkomirscy”).
Pula konkursowych nagród wynosi 5000 zł.
O podziale nagród decyduje Jury w składzie: Wojciech Kass – przewod­
niczący, Aneta Kolańczyk (Teresa Rudowicz), Tadeusz Olszewski.
Ogłoszenie wyników Konkursu nastąpi 14 listopada 2015 roku,
podczas V Ogólnopolskiego Festiwalu Poetyckiego im. Wandy Karczew­
skiej, w Centrum Kultury i Sztuki w Kaliszu. Utwory nagrodzone
zostaną opublikowane w wydawnictwie podsumowującym sezon
aktyw­ności kulturalnej Stowarzyszenia Promocji Sztuki Łyżka Mleka.
Pełny regulamin konkursu dostępny jest na stronie internetowej:
www.lyzkamleka.poezja-art.eu.
Rok 2014
Z kalendarza 2014
Rok 2014 zapisał się jako rok okrągłych rocznic: 100-lecia wybuchu I wojny
światowej; 75. rocznicy inwazji ZSRR na Polskę i utworzenia Rządu Polskiego na
Uchodźstwie; 70. rocznicy: wybuchu Powstania Warszawskiego, zdobycia Monte
Cassino, wyzwolenia Bredy (Holandia) przez żołnierzy gen. Stanisława M­aczka,
wysiłku zbrojnego żołnierzy polskich w 1944; 50. rocznicy ś­mierci Arcy­biskupa
Józefa Gawliny – Biskupa Polowego Wojska Pol­skiego, 25-lecia pierw­szych wol­
nych wyborów w powojennej Polsce; 15-lecia przyjęcia Polski do NATO; 10-lecia
przystąpienia RP do Unii Europejskiej.
W polskim Londynie obchodzono: 75-lecie powstania Polskiego Uniwersytetu na
Obczyźnie, 65-lecie polskiego zespołu tanecznego Mazury w Anglii, 50-lecie Pol­
skiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego (POSK-u), 30-lecie Sceny Teatralnej
w pol­skim Londynie, 10-lecie Sceny Poetyckiej POSK-u.
W stulecie urodzin Sejm ustanowił rok 2014 rokiem Jana Karskiego (1914-2000)
oraz Andrzeja Panufnika (1914-1991).
styczeń
12: XXII Finał WOŚP organizowany przez Jerzego Owsiaka: w Londynie, Liver­
poolu, Peterborough, Southampton. Akcja charytatywna tym razem na zakup
specjalistycznego sprzętu dla oddziałów dziecięcej medycyny ratunkowej i god­
nej opieki medycznej dla seniorów. Zaangażowani czynnie w akcję m.in.: Amba­
sador RP w Londynie – Witold Sobkow, Fundacja Hurricane of Hearts, artyści
polskiej sceny muzycznej... W Londynie zebrano £ 26 616.25 (ok. 130 000 zł).
18: tradycyjny opłatek i noworoczne spotkanie Związku Artystów Scen Polskich
za Granicą (Sala Malinowa POSK-u) na zaproszenie Prezes ZASP Ireny Del­
mar‑Czarneckiej i Wiceprezes Otelli Szczepańskiej. Goście honorowi: Rektor
Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii ks. prałat Stefan Wylężek, Prezyden­
towa Karolina Kaczorowska, Konsul Generalny RP w Wielkiej Brytanii I­reneusz
Truszkowski, Anna Maria Anders, Karolina Maczek-Skillen. W programie: kon­
cert dedykowany Artystom przeszłych pokoleń, z udziałem Macieja O’Shea –
bas-baryton, Pawła Ulmana – fortepian. Kolacja z lampką wina, loteria.
tom V
404
Z kalendarza 2014
25: spotkanie z dr Magdaleną Białonowską, autorką książki Andrzej Stanisław
Ciechanowiecki. Kolekcjoner, marszand i mecenas. POSK – Sala Malinowa. Orga­
nizatorem Biblioteka Polska w Londynie.
25-26: spotkania z Robertem Tekielim – dziennikarzem, prezenterem telewizyj­
nym, autorem książek. Tematy: „Zagrożenia duchowe a współczesna cywilizacja”,
„Walka o Polskę, rodzinę, wiarę”, „Komu służą media w Polsce”. Organizatorem
Koło Członków Indywidualnych Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii.
26: prezentacja sztuki Doroty Masłowskiej Między nami dobrze jest – 29. spek­
takl Sceny Poetyckiej (Jazz Cafe, POSK). Współpraca z Polish Artist in London.
Obsada: Renata Chmielewska, Teresa Greliak, Tatiana Judycka, Joanna Kańska,
Konrad Łatacha, Wojciech Piekarski, Margot Przymierska, Magdalena Włodar­
czyk, Justyna Wnęk. Dźwięk Arkadiusz Kozubek. Reżyseria Helena Kaut-How­
son.
29: koncert Konfraterni Artystów Polskich w Wielkiej Brytanii zorganizowany
przez Barbarę Bakst. W programie: Beethoven, Prokofiev, Ratusinska, Ashton.
Wykonanie: Eva Mizerska – skrzypce, Emma Abbate – fortepian. Londyn – Sala
Teatralna POSK.
30: Opłatek Rektorski w Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii (2 Devonia
Road, Islington, London). Program wieczoru: msza św., dzielenie się opłatkiem,
kolędowanie, spotkanie przy stole.
luty
3: pogrzebowa msza św. w kościele pw. św. Andrzeja Boboli w Londynie za
śp. inż. Aleksandra Pawła Prus-Kleckiego (ur. 26 I 1927 w Wilnie, zm. 21 I 2014
w Londynie) celebrowana przez: rektora Polskiej Misji Katolickiej w Anglii
i Walii ks. prałata Stefana Wylężka, kanclerza PMK ks. Krzysztofa Tyliszczaka,
proboszcza parafii ks. Marka Reczka, ks. prałata Bronisława Gwiazdę. Śpiewała
I­wona Januszajtis. Przemawiały Krystyna Mordalska i reprezentantka Koła Po­
laków z Indii Wanda Kuraś. 3 kwietnia 2014 prochy A.P. Prus-Kleckiego złożone
zostały w krypcie Kolumbarium przy kościele Andrzeja Boboli. – Był potom­
kiem zesłanych na Sybir powstańców styczniowych. Architekt, projektant – m.in.
t­erminalu 3. lotniska Heathrow i rzeźb w kościele pw. św. Boboli. Od roku 1972
posiadał tytuł kustosza tego kościoła, w 2012 jako pierwszy otrzymał Order „Bo­
bolana”.
5: inauguracja w londyńskim Barbican Centre muzycznego roku Andrzeja Pa­
nufnika w 100-lecie urodzin kompozytora i dyrygenta. Londyńska Orkiestra
Symfoniczna (London Symphony Orchestra) wykonała pod batutą Michaela
Francisa dwa utwory Panufnika: Symfonię nr 3 (Sinfonia Sacra) i Kołysankę. Serię
koncertów z jego utworami organizował Instytut Adama Mickiewicza oraz In­
stytut Kultury Polskiej w Londynie, m.in.: 27 lutego w filharmonii w Liver­poolu
koncert skrzypcowy w wiodącej sekwencji wykonany przez Vadimowa Repino­
Z kalendarza 2014
wa, a 31 marca w londyńskim Southbank Centre Roxanna Panufnik wykonała
Modlitwę kompozycji ojca. Zwieńczeniem obchodów „100-lecia” był listopadowy
Panufnik Day w Kings Place.
marzec
1: uroczystości ustanowionego przez Lecha Kaczyńskiego Dnia Pamięci „Żołnie­
rzy Wyklętych” (Londyn). W programie: wykład „Realia antykomunistycznego
podziemia” prof. Leszka Żebrowskiego, otwarcie wystawy „Dla Ciebie, Polsko
i dla Twojej chwały. Żołnierze Wyklęci Pomorza i Kujaw” – ekspozycja I­nstytutu
Pamięci Narodowej i Studium Polski Podziemnej (galeria POSK); część artystycz­
na „Biesiada piosenki żołnierskiej” (Sala Teatralna). Prowadzenie i organizacja
Janusz Wajda i „Pokolenia”.
1: wieczór Laureatów Nagród Literackich Związku Pisarzy Polskich na Obczyź­
nie za rok 2013. Nagrody otrzymali: za całokształt twórczości – prof. dr Jerzy
R. Krzyżanowski z USA (laudacja dr Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, fundator
Andrzej Krzeczunowicz); za najlepszą książkę roku 2012 – Wojciech Karpiński
z Francji za książkę Twarze (laudacja –Andrzej Krzeczunowicz); za upowszech­
nianie kultury i literatury polskiej na świecie dr Charles S. Kraszewski z USA
(laudacja – ks. prof. Janusz A. Ihnatowicz, fundatorzy – Józef i Nina J­anczewscy);
za najlepsze opracowanie naukowe roku 2012 dotyczące emigracji W drodze do
utraconej Itaki. Prasa, książki i czytelnictwo na szlaku Samodzielnej Brygady
Strzelców Karpackich (1940-1942) oraz Armii Polskiej na Wschodzie 2. Korpusu
(1941-1946) – Oskar Stanisław Czarnik (laudacja – dr Beata Dorosz, fundator –
Hanna Reszczyńska-Essigman). Wieczór Laureatów dotowała Ambasada RP
w Londynie oraz Irma Stypułkowska.
2: Salon Literacki w Ognisku Polskim. W programie: kabaret Dany Parys-W­hite
i Aleksego Wróbla, prelekcja dr. Wojciecha Karpińskiego z Paryża na temat „Mo­
je życie z «Zeszytami Literackimi»”. Przy sztaludze Andrzej Maria Borkowski.
9: prapremiera filmu Secret Sharer inspirowanego nowelą Josepha Conrada (Jó­
zefa Konrada Korzeniowskiego), wg scenariusza i w reżyserii Piotra Fudakow­
skiego – producenta, scenarzysty, reżysera filmowego, zdobywcy Oskara (2006)
za film Tsotsi, nagrodzonego w 2014 przez międzynarodowe jury polskiego festi­
walu filmowego w Ameryce za wybitne osiągnięcia w sztuce filmowej, zdobywcy
nagrody „Wings Award” dla twórców kina poza Polską. W rolach głównych Secret Sharer Jack Laskey i Zhu Zhu. Projekcja z okazji 50-lecia Polskiego O­środka
Społeczno-Kulturalnego, w Sali Teatralnej POSK. Organizatorzy: Biblioteka Pol­
ska w Londynie oraz Joseph Conrad Society. Po projekcji dyskusja z udziałem
autora filmu i prof. Roberta Hampsona, znawcy twórczości Conrada. Oficjalna
brytyjska premiera 23 czerwca 2014 w londyńskim kinie Curzon Mayfair.
12: projekcja filmu Maestro Rodziński w Ambasadzie RP w Londynie – o polsko‑amerykańskim światowej sławy dyrygencie Arturze Rodzińskim (1892-1958)
405
406
Z kalendarza 2014
– z udziałem reżysera filmu Bożeny Garus-Hockuby. Producent: BiS Film, Polish
Television, National Audiovisual Institute. Gości podejmował Ambasador Wi­
told Sobków.
23: z okazji 75-lecia istnienia występ jubileuszowy największego (120 tancerzy)
polskiego zespołu tanecznego „Mazury” w Queen Elizabeth Hall.
kwiecień
5: wieczór pamięci w 63. rocznicę zamordowania mjr. Zygmunta Szendziela­rza –
„Łupaszki”. Projekcja filmu Łączka w reżyserii Arkadiusza Gołębiowskiego. Pre­
lekcje: „Żołnierze Niezłomni” i „Ekshumacja Ofiar totalitaryzmów na „Łączce”
– dr hab. Krzysztof Szwagrzyk. Promocja książki Patryka Kozłowskiego Zygmunt
Szendzielarz „Łupaszko” 1910-1951 i otwarcie wystawy na ww. tematy. Organiza­
cja 93. Krąg Starszoharcerski pgK „Nadzieja” im. Jana Pawła II w Londynie. Pro­
wadzenie druhna Grażyna Pietrykowska.
5: debata otwarta, temat „Sytuacja Polonii na Wyspach”, z udziałem Janusza Pa­
likota i Ryszarda Kalisza. Sala Teatralna POSK. Materiał sfinansowany ze środ­
ków Koalicyjnego Komitetu Wyborczego Europa Plus Twój Ruch.
6: uroczystości upamiętniające 74. rocznicę zbrodni katyńskiej rozpoczęte mszą
św. w kościele pw. św. Andrzeja Boboli, następnie przebiegające pod Pomni­
kiem Katyńskim na Kensington Cemetery Gunnersbury, pod kierownictwem
przewodniczącego Fundacji Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Wielkiej
Brytanii Czesława Maryszczaka: wprowadzenie sztandarów oraz polskiej i bry­
tyjskiej flagi, przemówienie Ambasadora RP w Londynie Witolda Sobkowa, mod­
litwy, składanie wieńców, odśpiewanie hymnów narodowych.
6: Koncert Galowy aranżowany przez Barbarę Bakst – prezes Konfraterni Ar­
tystów Polskich – z okazji 50-lecia Polskiego Ośrodka Społeczno-K­ulturalnego.
Sopran – Magdalena Molendowska, bas – Piotr Lempa, fortepian – Marek Rusz­
czyński, i Zarębski Piano Qintet (Esther Kim, Sabina Kołodziej, Tom Widdi­
combe, Chris Brown, Alasdair Macaskill). W programie arie i pieśni Moniuszki,
Chopina, Mozarta, Verdiego, Belliniego.
27: kanonizacja błogosławionych papieży: Jana XXIII (Angelo Giuseppe Ron­calli,
1881-1963) zwanego Papieżem Dobroci – pontyfikat od roku 1958; oraz najzna­
mienitszego Polaka z rodu Słowian Jana Pawła II, po śmierci zwanego Wielkim
(Karola Wojtyły, 1920-2005) – na tronie Piotrowym od roku 1978. Świętymi Koś­
cioła katolickiego papieże zostali ogłoszeni w Watykanie, na Placu św. Piotra.
Kanonizację Jana Pawła II przygotował Benedykt XVI. Obrząd kanonizacyjny
sprawował papież Franciszek (I) w obecności wiernych całego świata, ponad
700 bis­kupów i 150 kardynałów. Kanonizacyjną mszę św. transmitowano bezpo­
średnio z Rzymu na cały świat.
Z kalendarza 2014
maj
2: „Pan Tadeusz” w Jazz Cafe (POSK). Poemat Adama Mickiewicza w nowej wer­
sji scenicznej zespołu Scena Poetycka, w reżyserii Wojciecha Piekarskiego; wy­
konawcy: Joanna Kańska, Dominika Dwernicka, Damian Dudkiewicz, Janusz
Guttner, Adam Hypki.
17: inauguracja Muzeum Pamięci II Korpusu Polskiego (w przeddzień uroczys­
tości 70. rocznicy zdobycia Monte Cassino) przy Polskim Cmentarzu Wojennym
na Monte Cassino, gdzie spoczywa ok. 1000 poległych Polaków. Muzeum po­
wstało z inicjatywy Związku Polaków we Włoszech oraz Ambasady RP w Rzy­
mie. Fundusze na wzniesienie pawilonu zbierano w USA, Kanadzie, Wielkiej
Brytanii, Włoszech i w Polsce. Projektował architekt Pietro Rogacień. Stała eks­
pozycja wg scenariusza prof. Krystyny Jaworskiej i dr. Paolo Morawskiego. Wy­
posażona w multimedialne stanowiska wystawa opowiada historię prowadzącą
od inwazji niemieckiej na Polskę, poprzez deportacje Polaków na Syberię, formo­
wanie się II Korpusu i jego przejście z Bliskiego Wschodu do Włoch, udział pol­
skiego żołnierza w walkach o wyzwolenie, a po losy żołnierzy gen. Andersa w la­
tach powojennych. W otwarciu muzeum uczestniczyli m.in.: premier RP Donald
Tusk, wdowa po ostatnim prezydencie na uchodźstwie – Karolina Kaczorowska,
córka gen. Andersa Anna Maria Anders-Costa, weterani, harcerze.
17: w związku z 10. rocznicą przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, na wnio­
sek przewodniczącej POSK-u Joanny Młudzińskiej, w Sali Teatralnej miała miej­
sce debata na temat „10 lat w Unii – Bilans dla Polski” zorganizowana przy po­
mocy Ambasady RP w Londynie. W debacie udział wzięli: wiceprezes Zarządu
Fundacji Demos Europa Krzysztof Blusz, dyrektor programowy Centrum Euro­
pejskiego Natolin dr Marek Cichocki. Rolę moderatora pełnił redaktor Krzysztof
Pszenicki.
17: sympozjum Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie (PUNO) poświęcone
Zdzisławowi i Hannie Bronclom oraz Fundacji ich imienia; zob. dział Konferencje 2014 w niniejszym tomie „Ekspresji”.
18: koncert pt. „Muzyczno-Satyryczne Wibracje” w wykonaniu zespołu DNA
Artist Bar. W Jazz Cafe (POSK) „Gorące rytmy, liryczna mżawka, satyryczny
rój w ulach – porcja artystycznego miodu w kilodżulach”. Prowadzenie w języku
p­olglish Dana Parys-White i Janusz Finder.
23: prezentacja sztuki Dziób w dziób Maliny Prześlugi przez „Teatr przy stoliku –
próby czytane” Sceny Poetyckiej POSK-u i PaiL London. Udział wzięli: Adam
Hypki, Dominika Mari, Katarzyna Paradecka, Zuza Tehanu, Patryk Wilkicki,
Adam Wittek, Magdalena Włodarczyk. Reżyseria Margot Przymierska, muzyka
Karol Stańczak. Po przedstawieniu dyskusja.
30-31: druga w Białymstoku międzynarodowa megakonferencja „Paryż – Londyn
–Monachium –Nowy York”; zob. dział Konferencje 2014 w tym tomie „E­kspresji”.
407
408
Z kalendarza 2014
31: wykład „Spory o ‘polski’ model konserwatyzmu” prof. Retta Ludwikowskiego
– dyrektora Instytutu Prawa Porównawczego i Międzynarodowego w Columbus
School of Law w waszyngtońskim Katolickim Uniwersytecie Ameryki oraz dy­
rektora prog­ramu Międzynarodowego Handlu i Biznesu, prowadzonego wspól­
nie z Uniwersyte­tem Jagiellońskim w Krakowie. Organizowała Biblioteka Polska
w Londynie. Sala Malinowa POSK.
czerwiec
5: londyńska premiera monodramu A kaz tyz ta Polska, a kaz ta na podstawie
Wesela i Wyzwolenia Stanisława Wyspiańskiego, według scenariusza, reżyserii
oraz w inscenizacji aktora Olgierda Łukaszewicza, prezesa krajowego Związku
Artystów Scen Polskich. Wystawienie w Ambasadzie RP w Londynie zorganizo­
wał Związek Artystów Scen Polskich za Granicą na czele z prezes Ireną Delmar,
z udziałem organizacyjnym Grzegorza Stachurskiego. Dochód z przedstawienia
przeznaczony na pomoc dla Domu Artystów Weteranów Scen Polskich im. Woj­
ciecha Bogusławskiego w Skolimowie.
10: spotkanie z Jarkiem Garlińskim (synem dr. Józefa Garlińskiego), tłumaczem
na język angielski opublikowanego w 2012 Raportu Witolda Pileckiego (pierwsze
wyd. 1945) – The Auschwitz Volunteer: Beyond Bravery. Captain Witold Pilec­
ki: [Auschwitz prisoner No. 4859]. Organizatorem spotkania Biblioteka Polska
w Londynie.
15: prezentacja Konfraterni Artystow Polskich w Teatrze POSK: pokaz dwóch
filmów o tematyce muzycznej „Serce Chopina” i „Bronisław Huberman – por­
tret”. Reżyser filmów Piotr Szalsza uczestniczył podczas spotkania z publicznoś­
cią w dyskusji.
20-21: konferencja „Polish Military Leadership in the Second World War” zorga­
nizowana przez British Commission for Military History i przez Polish Heritage
Society (UK), przy udziale Instytutu Polskiego i Muzeum im, gen. Sikorskiego
oraz Ambasady RP w Londynie – w Royal College of Defence Studies, Seaford
House. Tematem objęci zostali: gen. Anders, gen. Maczek, gen. Sosabowski i Pol­
skie Siły Powietrzne podczas II wojny światowej.
23: recital fortepianowy w wykonaniu Anny Marii Stańczyk w Ambasadzie RP
w Londynie – inauguracja 75-lecia Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie. Do­
chód ze sprzedaży biletów przeznaczony na działalność PUNO.
lipiec
6: nowa wersja sceniczna Pana Tadeusza Adama Mickiewicza w Teatrze Ogni­
ska im. Mariana Hemara w Londynie. W wykonaniu gościnnie występującego
zespołu Sceny Poetyckiej POSK-u. Reżyseria – Wojciech Piekarski, oprawa sce­
niczna – Magdalena Rutkowska Hun, aranżacja wieczoru – Maja Lewis.
Z kalendarza 2014
6: koncert fortepianowy w wykonaniu Ewy Tytman (Jazz Cafe, POSK) zorga­
nizowany przez Polską Fundację Kulturalną, wydawcę „Dziennika Polskiego”
i „Tygodnia Polskiego”.
sierpień
1: w 70. rocznicę wybuchu (1944) Powstania Warszawskiego – uroczysta msza św.
w kościele garnizonowym pw. św. Andrzeja Boboli w Londynie celebrowana
przez ks. proboszcza Marka Reczka.
4-15: wystawa fotograficzna „I Feel Ewery Stone of the Road” w 70. rocznicę Po­
wstania Warszawskiego, inspirowana pamiętnikami babki (żołnierza Armii Kra­
jowej) Hanny Katriny Jędrosz (z domu Witkowskiej). Galeria POSK-u, Londyn.
17: Święto Żołnierza Polskiego organizowane przez Fundację Stowarzyszenia
Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii. – Koncelebrowana msza św. w koś­
ciele pw. św. Andrzeja Boboli w Londynie. Następnie w Teatrze POSK-u: przemó­
wienie minister Bożeny Żelazowskiej – zastępcy szefa UdSKiOR. Prelekcje gło­
sili dr Paweł Sieradzki „O wolną Ojczyznę i Europę. Wysiłek zbrojny żołnierzy
polskich w 1944 roku” i Jadwiga Kowalska „Uchodźcza epopeja byłych żołnierzy
PSZ na Zachodzie”. W części artystycznej wystąpili uczniowie rzeszowskiego Ze­
społu Szkół Muzycznych (nr 1): Aneta Nurcek, Artur Zawora, Dawid Lisowski.
Program zapowiadali harcerze: Marysia Suchcitz i Paweł Jarzębowski. Uroczys­
tość przygotowała Barbara Orłowska wespół z J. Kowalską.
wrzesień
3: koncert zorganizowany przez prezesa Konfraterni Artystów Polskich w Wiel­
kiej Brytanii Barbarę Bakst. W programie koncertu: Beethoven, Chausson, Cho­
pin, Franck. Wystąpiły artystki związane z Royal Academy of Music: Maria
Włoszczowska – skrzypce, Nicola Eimer – fortepian. Sala Teatralna POSK.
4-7: obrady IV Kongresu Polskich Towarzystw Naukowych na Obczyźnie (Kra­
ków). Zob. dział Konferencje 2014 tego tomu „Ekspresji”.
6: uroczystość imieninowa z okazji św. Stefana, imiennikiem – Rektor Polskiej
Misji Katolickiej w Anglii i Walii ks. prałat Stefan Wylężek. Spotkanie poprze­
dzone koncelebrowaną mszą św. w kościele M.B. Częstochowskiej na Devonii
(Londyn). Homilię wygłosił J.E. ks. bp Edward Dajczak. Aperitif i poczęstunek
w salonach PMK w Anglii i Walii.
13-14: spotkanie z pierwszym kapelanem „Solidarności” ks. Stanisławem Mał­
kowskim oraz z dziennikarzem śledczym Wojciechem Sumlińskim, poprze­
dzone mszą św. w kościele Our Lady of Grace & St Edward (London, Chiswick).
Tematy: „Polityka przekłamań w sprawie zamordowania błogosławionego ks. Je­
rzego Popiełuszki” (Sala Malinowa, POSK), 14 IX „Kulisy działalności Wojsko­
wych Służb Informacyjnych” (53 Cromwell Road South Kensington, SW7 4SF).
Rozmowy przy lampce wina (The Rembrandt Hotel 11 Thurloe Place, London).
409
410
Z kalendarza 2014
Organizowało Koło Członków Indywidualnych Zjednoczenia Polskiego w Wiel­
kiej Brytanii.
17: oficjalne otwarcie nowej siedziby Wydziału Konsularnego i Wydziału Ekono­
micznego Ambasady RP w Londynie, w budynku przy 10 Bouverie Street (City
of London, EC4Y 8DP), w którym mieści się również Instytut Kultury Polskiej
i pracuje ok. 60 osób. Nowe pomieszczenie Konsulatu Generalnego posiada m.in.
dwie sale multimedialne i salę konferencyjną.
17: w 75. rocznicę inwazji ZSRR na Polskę – prezentacja monodramu adaptowa­
nego wg satyrycznej powieści Sergiusza Piaseckiego Zapiski oficera Armii Czerwonej. Reżyseria Sławomira Gaudyna. Wystąpił Edward Kiejzik. Organizatorzy:
Biblioteka Polska w Londynie i Polskie Studio Teatralne w Wilnie. Teatr POSK.
21: spotkanie z prof. Antonim Dudkiem nt. „III Rzeczpospolita – bilans pierw­
szego dwudziestolecia”. Sala Malinowa POSK. Organizatorem Biblioteka Polska
w Londynie.
25: Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” nadawanym przez
Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego został uhonorowany prof. Jan Wik­
tor Sienkiewicz z toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika (Wydział Nauk
Historycznych), kierownik Zakładu Historii Sztuki i Kultury Polskiej Polskiego
Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie. Odznaczenie wręczone zostało podczas
otwarcia VII Forum Kultury Regionu Warmii i Mazur.
27-28: sympozjum naukowe Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii oraz In­
stytutu Polskiej Akcji Katolickiej (IPAK) zorganizowane w kościele pw. św. An­
drzeja Boboli w Londynie. Temat: „Ksiądz arcybiskup Józef Gawlina – Biskup
Polowy Wojska Polskiego”. Referaty (zob. Archiwum pamięci w tym tomie „Eks­
presji”) prezentowali: dr Andrzej Suchcitz – Źródła do biografii abp. Józefa Gawliny w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie, Jadwiga
Kowalska – Ordynariat Biskupa Polowego Józefa Gawliny w zbiorach Archiwum
Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii, ks. prof. Jerzy Myszor – Biskup Polowy
Józef Gawlina – duszpasterz polskich żołnierzy i wygnańców na terenie Związku
Sowieckiego (1941-1942), abp Szczepan Wesoły – Gorliwość duszpasterska abp.
Józefa Gawliny. Wystawa w POSK-u poświęcona abp. Józefowi Gawlinie. 28 IX:
msza św. w kościele garnizonowym pod przewodnictwem abp. Szczepana Weso­
łego i program słowno-muzyczny dedykowany abp. Józefowi Gawlinie.
30: spotkanie z prelegentem Zbigniewem Siemaszką na temat „Demobilizacja
polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. 1945-1951”. Czytelnia Biblioteki Polskiej
w Londynie, POSK. Książkę dr. Jerzego Radomskiego pod wymienionym tytu­
łem zaprezentowała i spotkanie prowadziła dyr. Biblioteki dr Dobrosława Platt.
październik
3: koncert zorganizowany przez prezesa Konfraterni Artystów Polskich w Wiel­
kiej Brytanii Barbarę Bakst. W programie koncertu: Beethoven, Chausson,
Z kalendarza 2014
Chopin, Franck. Wystąpiły artystki związane z Royal Academy of Music: Maria
Włoszczowska – skrzypce, Nicola Eimer – fortepian. Sala Teatralna POSK.
4: wystawienie na scenie Teatru Polskiego (POSK) opery Halka Stanisława Mo­
niuszki (libretto Włodzimierza Wolskiego). Reżyser Richard Fawkes, dyrygent
Stephen Ellery.
5: wieczór Laureata Nagrody Literackiej roku 2014 Stowarzyszenia Pisarzy Pol­
skich za Granicą Pawła Kądzieli z Warszawy – pisarza zasłużonego bezintere­
sowną i niestrudzoną pracą wydawniczą i autorską dla Emigracji Niepodległoś­
ciowej; redaktora, autora, wydawcy, dyrektora Wydawnictwa Więź. Nagrodę
SPPzG za całokształt twórczości sponsoruje Fundacja Stowarzyszenia Polskich
Kombatantów w Wielkiej Brytanii. W programie uroczystości: laudacja (zob.
Ukryty za swoim dziełem w tym tomie „Ekspresji”) w wykonaniu dr Józefa M­arii
Ruszara z Krakowa, uroczyste wręczenie nagrody – przedstawicielka Zarządu
Fundacji SPK WB Barbara Orłowska, dyplomu – prezes SPPzG dr Alina Siom­
kajło; słowo Laureata. Ambasadę RP w Londynie reprezentowała konsul Renata
Wasilewska-Mazur. Spotkanie w londyńskim POSK-u prowadził Jacek Ozaist.
10: wieczór autorski (POSK) „Wyroby duchowe Bernarda Nowaka” – u­czestnika
strajku w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego, Świdnik; drukarza i bezdebito­
wego wydawcy, wielokrotnego kuriera do Paryża; – pisarza (autora m.in. po­wieści
Cztery dni Łazarza, Taniec Koperwasów, opowiadań Smolice Nr 86, dziennika li­
terackiego Wyroby duchowe, Przewodnika po Lublinie); – redaktora i wydawcy
prowadzącego Wydawnictwo Test; – prezesa (2005-2011), następnie sekretarza
Oddziału Lubelskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, członka Stowarzyszenia
Wolnego Słowa, wydawcy „Ekspresji”. Fragmenty powieści czytał i na pytania
odpowiadał Autor. Prowadziła Alina Siomkajło.
13-14: spotkanie z pierwszym kapelanem „Solidarności” ks. Stanisławem Mał­
kowskim oraz z dziennikarzem śledczym Wojciechem Sumlińskim p­oprzedzone
mszą św. w kościele Our Lady of Grace & St Edward (London, Chiswick). Te­ma­
ty: „Polityka przekłamań w sprawie zamordowania błogosławionego ks. Jerzego
Popiełuszki” (Sala Malinowa, POSK), 14 IX: „Kulisy działalności Wojskowych
Służb Informacyjnych” (53 Cromwell Road South Kensington, SW7 4SF). Roz­
mowy przy lampce wina (The Rembrandt Hotel 11 Thurloe Place, London). Or­
ganizowało Koło Członków Indywidualnych Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej
Brytanii.
16-19: II Festiwal Poezji Słowiańskiej w Londynie: poezja, muzyka, prelekcje,
gale... Goście: z Białorusi, Bułgarii, Chorwacji, Irlandii, Litwy, Polski, Rosji,
Rumunii, Serbii, Słowenii. Imprezy w Jazz Cafe i Sali Teatralnej POSK, wizyta
w Ambasadzie RP w Londynie, w Szkole im. Lotników Polskich, w Bibliotece
Polskiej, spotkanie poświęcone Bułatowi Okudżawie. Organizatorem festiwalu
Grupa KaMPe z Aleksandrem Wróblem na czele.
411
412
Z kalendarza 2014
17-18: inauguracja roku akademickiego 2014/2015 Polskiego Uniwersytetu na
Obczyźnie (PUNO) w Sali Teatralnej POSK-u. Przemówienie Ambasadora RP
w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Witolda Sob­
kowa; wręczenie Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski prof. Halinie
Taborskiej, rektor PUNO; przemówienia Patronów Honorowych PUNO; wykład
inauguracyjny „Prof. Cezaria Baudouin de Courtenay Ehrenkreutz-Jędrzejowi­
czowa – docentka, emancypantka, mistrzyni” – dr Agnieszka Kościańska z Insty­
tutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego; wręczenie
świadectw absolwentom studiów podyplomowych i uczestnikom zajęć Uniwer­
sytetu Trzeciego Wieku. Doktoraty honoris causa otrzymali: prof. Andrzej Żaki
– laudacja prof. Jolanta Chwastyk-Kowalczyk; prof. Alicja Moskalowa – laudacja
prof. Ewa Lewandowska-Tarasiuk. Koncert Chóru Schola Gregoriana pod dyrek­
cją Grzegorza Salamońskiego. Jubileuszowe przyjęcie w restauracji Łowiczanka.
18 X: msza św. w kościele pw. św. Andrzeja Boboli za zmarłych profesorów i in­
nych pracowników oraz za pomyślność żyjących przedstawicieli PUNO.
18: koncert w hołdzie św. Janowi Pawłowi II przez Zjednoczenie Polskie w Wiel­
kiej Brytanii. Sala Teatralna POSK. Wystąpił Chór Ave Verum, gościnnie – Woj­
ciech Piekarski. Dochód przeznaczony na Fundację „Dzieło Nowego Tysiąclecia”
wspierającą kształcenie uzdolnionej ubogiej młodzieży w Polsce.
19: uroczysta msza św. w kościele pw. św. Andrzeja Boboli w XIV Dzień Papieski
(12 X) z okazji 75. rocznicy utworzenia Rządu Polskiego na Uchodźstwie oraz
powstania Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Inicjatorem Społeczny Komitet
Budowy Pomnika „Dla Nich” na czele z prezes ZASP za Granicą Ireną Delmar.
25: odsłonięcie i poświęcenie pomnika Jana Pawła II na skwerze Jana XXIII
przy Katedrze Notre Dame. Pomnik z brązu (statua 3,6 m wysokości, 1,5 tony
wagi) – dzieło rosyjskiego rzeźbiarza gruzińskiego pochodzenia Zuraba Cerete­
liego – erygowany po czterech latach oczekiwania na odpowiednie miejsce w Pa­
ryżu. Artysta podarował pomnik Polskiej Misji Katolickiej we Francji, wyrażając
w ten sposób „wdzięczność za rolę odegraną przez Jana Pawła II w obaleniu ra­
dzieckiego totalitaryzmu”. W uroczystości odsłonięcia uczestniczyli m.in.: rektor
Polskiej Misji Katolickiej we Francji ks. infułat Stanisław Jeż, mer Paryża Anne
Hidalgo, abp Paryża kardynał Andre Vingt-Trois, metropolita łódzki abp Marek
Jędraszewski.
25-26: poetycko-kabaretowy spektakl jubileuszowy „Te nasze piękne lata”, wy­
stawiony dla uczczenia 50-lecia POSK-u, 30-lecia Sceny Teatralnej w polskim
Londynie i 10-lecia Sceny Poetyckiej oraz jej 33. premiery. Scenariusz i reżyseria
Helena Kaut-Howson, opracowanie muzyczne Maria Drue i Daniel Łuszczki.
26: wernisaż Autom Exhibition / Wystawy jesiennej Stowarzyszenia Polskich
Artystów w Wielkiej Brytanii (APA), otwartej od 27 X do 7 XI 2014 w Galerii
POSK-u. Atrakcją – goście w maskach „Mask looking at Masks”.
Z kalendarza 2014
28: Polak z Wielkiej Brytanii – Stanisław Motyka, globtroter, społecznik – w ra­
mach kampanii: Polska. Spring into new, za promowanie Polski za granicą zo­
stał pierwszym laureatem europejskiej nagrody Polonijny Społecznik Roku 2014.
W Ambasadzie RP w Londynie statuetkę wręczał ambasador Witold Sobków.
listopad
5: promocja bilingwalnego albumu Dyplomacja polska w okresie II wojny światowej /Polish Diplomacy during the Second World War opracowanego przez b. am­
basadora Marka Pernala. Wieczór autorski w Ognisku Polskim (Londyn, South
Kensington) na zaproszenie Ambasadora RP Witolda Sobkowa i prezesa Ogniska
Nicholasa Hugh Kelsey’a. Prezentację prowadził były szef BBC Polish Section
Krzysztof Przenicki.
9: obchody Remembrance Day pod Pomnikiem Cenotaph (Whitehall) – z udzia­
łem byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych (miejsce w Kolumnie D3) za stara­
niem Fundacji Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii.
10: z okazji Narodowego Święta Niepodległości uroczyste przyjęcie w Ambasa­
dzie RP w Londynie. Gości podejmował Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej
w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Witold Sob­
ków.
16: 25-lecie konsekracji kościoła w Bristolu połączone z pamięcią o 100. rocznicy
Niepodległości: msza św. koncelebrowana przez dziewięciu księży pod przewod­
nictwem abp. Szczepana Wesołego i Rektora Polskiej Misji Katolickiej w Anglii
i Walii ks. prałata Stefana Wylężka. W uroczystości uczestniczyli konsul general­
ny przy Ambasadzie RP w Londynie Ireneusz Truszkowski oraz konsul ds. polo­
nijnych Ines Czajczyńska-DaCosta. Przygotowali m.in.: ks. proboszcz Stanisław
Łabuda, Aneta Nowacka, Marek Kowalewski, Maria Górska i ministranci.
grudzień
6-7: „Kabaret Pod Egidą” Jana Pietrzaka w Londynie z programem „Humor i Oj­
czyzna”. 6 XII – Teatr POSK; 7 – Klub Orła Białego, Balham High Street. Impre­
sario Jerzy Jarosz.
7: otwarcie wystawy „Jerzy Giedroyc i jego dzieło. Dorobek Biblioteki «Kultury»”
w Galerii POSK-u, zorganizowanej przez Bibliotekę Polską w Londynie oraz In­
stytut Literacki – Fundacja Kultury Paryskiej. Dofinansowanie ze środków Mi­
nistra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
7: Salon Literacki w Ognisku Polskim (Londyn) zorganizowany przez Związek
Pisarzy Polskich na Obczyźnie. W akcji: Sławomir Koper – publicysta, pisarz,
historyk z zamiłowania, z prelekcją „Muzy i alkohol w literaturze polskiej”; przy
sztaludze Piotr Kirkiłło, przy fortepianie – Daniel Łuszczki, balet – Lizzie Taylor.
Udział: Janusz Guttner i poetessy, Zbigniew Choroszewski, Wojtek Klas, Adam
413
414
Z kalendarza 2014
Komorowski, Billy Maxwell, Zuzanna Przybył, Marlena Psiuk, Regina Wasiak‑Taylor.
7: w Chicago zakończył się pierwszy kurs studiów podyplomowych z zakresu na­
uczania języka polskiego jako obcego. Idea kursu powstała w 2006 na Katolickim
Uniwersytecie Lubelskim. Prowadzony był przez wykładowców KUL: Wiolettę
Próchniak, Marię Łaszkiewicz, Annę Majewską-Wójcik, Magdalenę Smoleń-Wa­
wrzusiszyn. Na studia podyplomowe dla nauczycieli polonijnych uczęszczało
30 pedagogów, nauczycieli języka polskiego. Projekt wsparty przez Ministerstwo
Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
8: prelekcja Sławomira Kopera – publicysty-historyka, autora książek – na te­
mat „Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych”. Sala multimedialna,
POSK. Organizował Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie.
19: Koncert Świąteczny w Ambasadzie RP w Londynie. W programie: Andrzej
Panufnik – Warszawskie dzieci; Witold Lutosławski – Jedno słowo, jeden znak;
A. Schütz – Czerwone maki na Monte Cassino; Fryderyk Chopin: Życzenie, Piosenka litewska, Moja pieszczotka, Śliczny chłopiec, Z gór, gdzie dźwigali, Nokturn
b-moll op. 9 nr 1; Karol Szymanowski: Pieśni kurpiowskie op. 58: Leciały zórazie,
Wysła burzycka, Uwoz mamo, U jezioreczka. Wykonanie: Eliza Safjan – sopran,
studentka Susan Waters w Guildhall w School of Music and Drama; Julia Sa­
mojło – fortepian, ukończyła Akademię Muzyczną w Bydgoszczy, studiowała na
Uniwetrsytecie Muzycznym w Warszawie oraz w Guildhall School of Music and
Drama w Londynie. Wspólnie śpiewane kolędy i galowa biesiada.
21: Adam Czerniawski w POSK-u (Jazz Cafe) – 80. urodziny „Księcia polskich
poetów”. W programie przygotowanym przez Związek Pisarzy Polskich na Ob­
czyźnie: dr Magdalena Rabizo-Birek w laudacji i dyskusji, wiersze i proza Adama
Czerniawskiego – czytali: autor, Janusz Guttner, Alicja Krivicky; utwory Chopi­
na w wykonaniu Pawła Ulmana, stoisko z książkami.
22: Wieczerza Wigilijna dla samotnych zorganizowana przez Polską Misję Ka­
tolicką w Anglii i Walii przy kościele M.B. Częstochowskiej (2 Devonia Road,
Islington) w Londynie.
Rok 2014
Noty o autorach
Mateusz Antoniuk (Polska) – ur. w 1980. Literaturoznawca, absolwent Uniwer­
sytetu Jagiellońskiego. Autor książek: Kultura małomówna Stanisława Lacka.
W kręgu młodopolskiej świadomości mowy i milczenia (2006), Otwieranie głosu.
Studium o wczesnej twórczości Zbigniewa Herberta (2009); publikował m.in. na
łamach „Tekstów Drugich”, „Ruchu Literackiego”, „Dekady Literackiej”, „Kwar­
talnika Artystycznego”. Pracownik Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiel­
lońskiego, stypendysta Beinecke Rare Book & Manuscript Library, Yale Uni­
versity (2014); zainteresowania badawcze: historia literatury polskiej XX wieku,
krytyka genetyczna, badanie materialnej dokumentacji procesu twórczego.
Anna Augustyniak (Polska) – ur. 1976 w Wieluniu. Absolwentka Wyższej Szko­
ły Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza i filologii polskiej Uniwersytetu
Warszawskiego. Dziennikarka („Tygodnik Powszechny”, „Znak”, „Gazeta Wy­
borcza”, „Odra”, „Midrasz”), reporter telewizyjny („Dekalog po dekalogu”, „Kie­
dyś w Afryce”, „Testament Przemka”, „Paczka”, „Życie Edyty” i in.) i radiowy
(audycje literackie m.in. o Jastrunie, Bobkowskim, polskich pisarkach współcze­
snych), autorka monografii biograficznej Hrabia, literat, dandys. Rzecz o Antonim
Sobańskim (2009), prozy poetyckiej Kochałam, kiedy odeszła (2013, nominacja
do Nagrody Literackiej Gryfia 2014), tomu wierszy Bez ciebie (2014), opowiadań
w antologiach: Na słowiczej, Przy stole, Na piętrze. Członkini Stowarzyszenia
Kongresu Kobiet i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą.
Józef Baran (Polska) – ur. 1947 w Borzęcinie. Poeta, dziennikarz. Ukończył Tech­
nikum Górnicze w Wałbrzychu i filologię polską w krakowskiej Wyższej Szko­
le Pedagogicznej. Debiutował w 1969 w tygodniku „Życie Literackie”. Od 1975
m.in.: naczelny redaktor tygodnika „Wieści”, redaktor w „Gazecie K­rakowskiej”
i „Dzienniku Polskim”. Autor ponad 30 publikacji książkowych, wielu tomików
poezji, np.: Nasze najszczersze rozmowy (1974), Na tyłach świata (1977), W błysku
zapałki (1979), Pędy i pęta (1984), Czułość (1988, 1989), Pacierz Szwejka (1992),
Mała kosmogonia (1994), Zielnik miłosny (1995, 1996), Epifania słoneczna (1997),
tom V
416
Noty o autorach
Dom z otwartymi ścianami (2001), Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana (2004).
Jego wiersze wchodzą do szkolnego programu, inicjują liczne piosenki, publiko­
wane są w krajowych i zagranicznych antologiach, tłumaczone na kilkanaście
języków świata. Laureat licznych nagród, m.in.: im. Andrzeja Bursy, im. Stanisła­
wa Piętaka, Fundacji Kościelskich w Genewie, im. Władysława Orkana i Miasta
Krakowa.
Marek Baterowicz (Australia) – ur. 1944 w Krakowie. Poeta, prozaik, publicysta,
tłumacz poezji krajów romańskich, latynoskich i Quebec’u. Romanista – doktorat
w University of New South Wales (1998). Jako poeta debiutował na łamach „Tygod­
nika Powszechnego” i „Studenta” (1971). Debiut książkowy – Wersety do świtu (1976).
Wydał języku francuskim tomik poezji Fée et fourmis (Paris 1977). W 1981 ukazał
się poza cenzurą zbiór jego wierszy Łamiąc gałęzie ciszy. Od 1985 na emigracji –
najpierw w Hiszpanii, a od 1987 w Australii. Autor wielu zbiorów poezji, publiko­
wanych głównie w Sydney: Serce i pięść (1987), Z tamtej strony drzewa (Melbourne
1992), Miejsce w atlasie (1996), Cierń i cień (2003), Na smyczy słońca (2008). Wy­
bór jego wierszy w wersji polsko-włoskiej Canti del pianeta (tłumaczył Paolo Sta­
tuti) wydała oficyna Empirěa (Rzym 2010), a tomik bibliofilski Status quo Oficyna
FJ w Toronto (2014). Opublikował też kilka książek prozą, m.in. powieść z okresu
stanu wojennego Ziarno wschodzi w ranie (Sydney 1992). W 1992 odwiedził Pol­
skę. Laureat nagród: Circe Sabaudia (Rzym 1985), Pegaz (Sydney 2004), Białe pióro
(„Gazeta Polska” 2008), Nagroda Literacka 2012 SPPzG za całokształt twórczości
(> Ekspresje”, t. III, Londyn 2013). Członek Krakowskiego Oddziału Stowarzysze­
nia Pisarzy Polskich i zarządu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą.
Grzegorz Bąk (Hiszpania) – ur. 1966 w Zakopanem. Slawista, hispanista i histo­
ryk. Profesor madryckiego Uniwersytetu Complutense. Autor i współautor prac
na temat historii Polski i historii relacji polsko-hiszpańskich, m.in.: F. Presa,
G. Bąk (red.), Las lenguas y culturas de los países de la ampliación europea [Języki
i kultury nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej] (2003); F. Presa, G. Bąk,
A. Matyjaszczyk, R. Monforte, Soldados polacos en Espańa durante la Guerra de
Independencia 1808-1814 [Żołnierze polscy w Hiszpanii podczas hiszpańskiej Wojny o niepodległość 1808-1814] (2004). Tłumacz literatury polskiej: S. Lem, Paz en
la Tierra [Pokój na Ziemi], tłum. G. Bąk i M. Velis (2012).
Jorge Luis Borges – ur. 1899 w Buenos Aires, zm. 1986 w Genewie. Argentyń­
ski humanista, pisarz, poeta, tłumacz, erudyta. Światowy rozgłos zyskał dzię­
ki takim dziełom, jak tomy opowiadań: Historia universal de la infamia (1935;
Powszechna historia nikczemności, 1976), Ficciones (1944; Fikcje, 1972), El Aleph
(1949; Alef, 1970), El informe de Brodie (1970; Raport Brodiego, 1999), El libro de
arena (1975; Księga piasku, 1980), tomy poetyckie: Antología personal (1961), El
hacedor (1960; Twórca, 1974), Nueva antología personal (1968; Antologia osobista, 1974), Elogio de la sombra (1969; Pochwała cienia, 1977), zbiory esejów, m.in.:
Inquisiciones (1925; Poszukiwania, 1990), Historia de la eternidad (1936; Histo-
Noty o autorach
ria wieczności, 2006), Otras inquisiciones (1952; Dalsze dociekania, 1999), Nueve
ensayos dantescos (1982; Dziewięć esejów dantejskich, 2007). Prezes Związku Pi­
sarzy Argentyńskich (1950-1953), profesor literatury angielskiej i amerykańskiej
na Uniwersytecie w Buenos Aires, od 1962 członek argentyńskiej Akademii Lite­
ratury, honorowy członek Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk, Boston. Lau­
reat wielu nagród literackich, m.in.: argentyńskiej Państwowej Nagrody Literac­
kiej, Międzynarodowej Nagrody Wydawców, Nagrody Alfonso Reyesa (Meksyk),
Nagrody Cervantesa (Hiszpania), Nagrody Miasta Jerozolimy (Izrael). Doktor
honoris causa m.in.: Universidad de los Andes (Kolumbia), Uniwersytetu Oks­
fordzkiego (Wielka Brytania), Uniwersytetu Columbia (Nowy Jork, USA), Uni­
wersytetu w Santiago (Chile), Sorbony (Francja), Harvarda (USA), Uniwersytetu
Tokijskiego (Japonia. Komandor francuskiego Orderu Sztuki i Literatury (1962),
Orderu Imperium Brytyjskiego (1965); odznaczony m.in. Orderem Zasługi Re­
publiki Włoskiej (1968) i francuskim Orderem Legii Honorowej (1983).
Ewa Bugaj (Polska) – ur. 1983 w Łodzi. Bibliotekarz. Magister komparatystyki
Wydziału Polonistycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego i doktorantka tej uczel­
ni. Od 2012 pracuje w Bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego. Publikuje w „Krytyce
Literackiej”, m.in. wywiad z Jakubem Pawlakiem i Józefem Baranem.
Ewa Chruściel (USA) – ur. 1972 w Rzeszowie. Poetka, tłumacz. Absolwentka
anglistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz studiów doktoranckich w Illi­
nois State University w USA. W Colby-Sawyer College (New Hampshire, USA)
prowadzi zajęcia na temat twórczego pisania i współczesnej poezji. Debiutowała
w 2003 tomikiem Furkot. W 2009 wydała tomik Sopiłki, w 2011 tom prozy po­
etyckiej w języku angielskim – Strata (pierwsze miejsce w międzynarodowym
konkursie Emergency Press), w 2014 – Contraband of Hoopoe. Biuro Literackie
wydało (2013) w jej i Miłosza Biedrzyckiego tłumaczeniu wiersze Jorie Graham.
Publikuje w czasopismach polskich: „Odra”, „Nowa Okolica Poetów”, „Studium”,
„Fraza,” „Topos”, „Pracownia”, „Zeszyty Literackie”, „Tekstualia”, i amerykań­
skich: „Boston Review”, „Colorado Review”, „Jubilat” „American Letters and
Commentary”, „Aufgabe”.
Izabela Fiedkiewicz-Paszek (Polska) – ur. 1972 w Kaliszu. Poetka, eseistka, re­
daktorka. Autorka książek poetyckich: Portret niesymetryczny (2010), Próby
wyjścia (2011), kilkudziesięciu tekstów piosenek (w tym dla zespołu współcze­
snej muzyki żydowskiej Rozmark Café), recenzji, felietonów. Poza polską prasą
literacką jej wiersze ukazały się we Francji – Voix d’encre (2008), w Czarnogó­
rze – Quest (2011), i w Anglii – antologia Free over Blood (2011). Redaktorka ma­
gazynu „Migotania. Gazeta Literacka” (2009-2014), kwartalnika „sZAFa” (20072013), obecnie współpracuje z dwumiesięcznikiem „Topos” i z kwartalnikiem
„EleWator”. Pomysłodawczyni i współzałożycielka Stowarzyszenia Promocji
Sztuki Łyżka Mleka, w którym pełni funkcję sekretarza. Laureatka konkursów
literackich (m.in. Konkursu na Najlepszy Poetycki Debiut Książkowy Roku na
417
418
Noty o autorach
Festiwalu Złoty Środek Poezji – Kutno 2010, Ogólnopolskiego Konkursu Poezji
Tanga – Kraków 2013). Wyróżniona Nagrodą Prezydenta Miasta Kalisza (2011).
Pracuje nad zbiorem non fiction opowiadań pt. Raport z kanału Babinka.
Paweł Kądziela (Polska) – ur. 1958 w Nadarzynie. Historyk literatury, edytor,
badacz zasłużony bezinteresowną i niestrudzoną pracą wydawniczą i autorską,
m.in. dla Emigracji Niepodległościowej; dyrektor Wydawnictwa Więź – Czło­
wiek-instytucja. Absolwent (1984) filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskie­
go. W 1982 podjął pracę w „Więzi”. W stanie wojennym (1981-1984) współpra­
cownik Prymasowskiego Komitetu Pomocy Internowanym i Ich Rodzinom. Od
1986 szef wydawnictwa Biblioteki „Więzi”. Prowadząc elitarną serię humanistycz­
ną, kieruje oficyną blisko 30 lat. Na łamach „Więzi” publikuje artykuły od 1980
roku; w latach 1987-2009 prowadził rubrykę „Zmarli”, w której odnotowywał
biogramy ludzi kultury. Autor artykułów w prasie krajowej i emigracyjnej. Edy­
tor pism, m.in. Andrzeja Bobkowskiego, Józefa Czapskiego, Marii Czapskiej, Ma­
rii Danilewicz Zielińskiej, Jana Lechonia, Antoniego Słonimskiego, K­azimierza
Wierzyńskiego, Józefa Wittlina. Wydawca Węzła gordyjskiego oraz innych pism
rozproszonych 1948-1998 (2001, wyd. 2 – 2008), Zbigniewa Herberta, korespon­
dencji z lat 1949-1967 Herberta z Jerzym Zawiejskim (2002) i Dramatów (2008)
Herberta. Autor dwutomowej monografii bibliograficznej Twórczość Zbigniewa
Herberta.(2009). Członek Polskiego PEN Clubu, warszawskiego Klubu Inteligen­
cji Katolickiej i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą.
Marian Kisiel (Polska) – ur. 1961 w Jędrzejowie. Krytyk literacki, historyk li­
teratury polskiej XX wieku, poeta. Profesor zwyczajny Uniwersytetu Śląskiego,
członek Komitetu Nauk o Literaturze PAN. Opublikował dziewięć tomików
wierszy: Nie śnijcie mnie w waszych snach (1983), Kronika nocy (1992), Gdy stoję
tak nieruchomo (1993), Bliżej zimy niż lata (1995), Wypominki (2009), Czułość
(2011), Było i się zmyło (2012), Droga (2013), C’est la vie (2014), a także kilkanaście
książek krytycznych, m.in. U podstaw twórczości Adama Czerniawskiego (1991),
Świadectwa, znaki (1998), Od Różewicza (1999), Zmiana (1999), Pamięć, biografia, słowo (2000), Pokolenia i przełomy (2004), Przypisy do współczesności (2006),
Ananke i Polska (2010), Ruiny istnienia (2013), Critica varia (2013).
Włodzimierz Korcz (Polska) – ur. 1948 w Wałbrzychu. Absolwent Wyższego Stu­
dium Języków Obcych Uniwersytetu Warszawskiego (1971), wykładowca w Ka­
tedrze Iberystyki UW (1972-1975) i w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW
(1975-1979 i 1990-2013). Tłumacz literatury hispanoamerykańskiej (Enrique
Anderson Imbert, Historia literatury hispanoamerykańskiej. Epoka współczesna,
PWN, Warszawa 1986; eseje Carlosa Fuentesa i Octavio Paza – w miesięczniku
„Literatura na Świecie”). Tłumacz przysięgły języków hiszpańskiego i niemiec­
kiego. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą.
Jadwiga Kowalska (Wielka Brytania) – historyk, archiwista. Absolwentka Kato­
lickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Od 2002 pracownik Instytutu Polskiego i Mu­
Noty o autorach
zeum im. gen. Sikorskiego, następnie – zastępca kierownika Archiwum IPMS.
Od 2014 także archiwistka Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii. Członkini
i skarbnik Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie oraz Rady Nauko­
wej Centrum Dziedzictwa Kulturowego Polonii. Autorka Food for Poland Fund:
historia działalności 1980-1993, redaktor albumu Generał Władysław Sikorski.
Żołnierz, polityk, mąż, ojciec / General Sikorski. Soldier, Politician and Family
Man oraz wystawy (2013) poświęconej gen. Sikorskiemu.
Celina Urszula Kumorek z domu Sobolewska (Wielka Brytania) – ur. 1949 we
Wiązowie (Wrocławskie). Absolwentka Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu.
Od 1985 w Wielkiej Brytanii. Uczęszczała na kursy: angielskiego, księgowości,
pedagogiczny, komputerowy. Pierwszą w Anglii oficjalną pracę „dinner lady”
podjęła w szkole angielskiej. W ciągu 17 lat uczyła polskiego języka w polskiej
szkole sobotniej w Londynie i pracowała w administracji biura Stowarzyszenia
Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii. Po przejściu na emeryturę zaliczyła
kurs opieki nad starszymi. Odznaczona: Złotą Odznaką Polskiej Macierzy Szkol­
nej, Medalem Pro Patria UdSKiOR, Złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci
Narodowej ROPWiM, Kombatanckim Krzyżem Zasługi SPK WB, Srebrną i Zło­
tą Honorową Odznaką SPK WB.
Katarzyna Latała z domu Winiarska (Wielka Brytania) – ur. 1974 w Krakowie.
Literatka. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego (filologia polska, reklama)
i University of the Arts London (Copywriting). Od 2004 w Londynie. W latach
2007-2009 współpracowała z „Dziennikiem Polskim i Dziennikiem Żołnierza”.
Opublikowała m.in. W krainie wietrznych deszczowców, w: Na końcu świata napisane. Autoportret współczesnej polskiej emigracji (2008), Don Kichot, w: Oto
właśnie ballada, która o tym opowiada... (2008). Pisze utwory sceniczne: Makao,
Meta („Ekspresje”: t. III, 2013; t. IV, 2014). Złożyła do druku tom opo­wiadań.
Członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą.
Wojciech Ligęza (Polska) – ur. 1951 w Nowym Sączu. Historyk literatury, krytyk,
eseista, profesor tytularny na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu J­agiellońskiego.
Wykłada w Stu­dium Artystyczno-Literackim UJ. Autor książek: Jerozolima i Babilon. Miasta poetów emig­racyjnych (1998), Jaśniejsze strony katastrofy. Szkice
o twórczości poetów emigracyjnych (2001), O poezji Wisławy Szymborskiej. Świat
w stanie korekty (2002), Pod kreską – teksty z lat 1996-2013, (2013); współautor to­
mów zbiorowych, m.in.: Pamięć głosów. Studia nad twórczością Aleksandra Wata
(1992), Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny. Topika polskiej współ­czesnej poezji emigracyjnej (1995), Poszukiwanie realności. Literatura–Dokument–Kresy. P­race ofiarowane Tadeuszowi Bujnickiemu (2003), Portret z początku wieku. Twórczość Zbig­
niewa Herberta – kontynuacje i rewizje (2005). Autor kilkuset rozpraw, szkiców,
recenzji, felietonów literackich publikowanych w pismach krajowych i zagra­
nicznych. Wiceprezes Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Pol­skich.
Otrzymał Nagrodę Fundacji im. Turzańskich w Toronto (2001) oraz Nagrodę
419
420
Noty o autorach
Ministra Edukacji Narodowej i Sportu (2003). W 2011 odznaczony Srebrnym
Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Małgorzata Łukaszuk (Polska) – ur. w Polsce. Historyk i krytyk literatury. Ab­
solwentka (1987), doktor nauk humanistycznych (1993), profesor Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego – kierownik Katedry Krytyki Literackiej KUL. Od
1997 współpracownik Wydziału Historyczno-Filologicznego Towarzystwa Na­
ukowego KUL, od 2005 współredaktor pisma „Colloquia Litteraria”, od 2009
członkini komitetu redakcyjnego serii wydawniczej „Problemy romantyzmu”,
od 2010 redaktor naczelny serii wydawniczej „Pisane, czytane”. Autorka licznych
artykułów oraz publikacji książkowych, m.in.: „... i w kołysankę już przemieniony płacz...” Obiit natus est... w poezji Aleksandra Wata (Londyn: Kontra, 1989),
„Niby ja”. O poezji Białoszewskiego (1997), „Wizje splątane z historiami”. Autobiografia liryczna poety (2000).
Jerzy Myszor (Polska) – ur. 1950 w Chełmie Śląskim. Duchowny katolicki (świę­
cenia w 1975), prałat; prof. dr hab. nauk humanistycznych w zakresie historii no­
wożytnej i współczesnej, doktor teologii, kierownik zakładu Teologii Patrystycz­
nej i Historii Kościoła na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Od
2000 przewodniczący Kolegium Redakcyjnego „Śląskich Studiów HistorycznoTeologicznych”. Współredaktor „Materiałów i Studiów z Dziejów Śląska”, czło­
nek Komisji Historycznej przy Konferencji Episkopatu Polski. Autor i redaktor
ok. 40 druków zwartych, m.in.: Historia diecezji katowickiej (1999), Leksykon
duchowieństwa represjonowanego w PRL 1945-1989 (t. 1-3, 2002-2006), współau­
tor opracowania Korespondencja Augusta Hlonda i Józefa Gawliny (2003), autor
oprac. Józef Gawlina. Wspomnienia (2004).
Marcin Nabożny (Polska) – ur. 1982 w Strzyżowie (woj. podkarpackie). Du­cho­
wny katolicki. W latach 2001-2007 studiował w Wyższym Seminarium Duchow­
nym im. św. bp. Józefa Sebastiana Pelczara w Rzeszowie. Magisterium uzyskał na
Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Święce­
nia kapłańskie przyjął w 2007. Wikariusz (2007-2009) w parafii pw. św. M­ichała
Archanioła w Nockowej, katecheta w Szkole Podstawowej i w Gimnazjum w Iwie­
rzycach. Studia specjalistyczne (2009-2011) w Instytucie Historii Kościoła KUL
uwieńczył licencjatem z historii Kościoła. W 2012 ukończył specjalizację z archi­
wistyki kościelnej. W 2013 otrzymał odznaczenie „Za opiekę nad zabytkami”
Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Członek Stowarzyszenia Archi­
wistów Kościelnych, Stowarzyszenia Archiwistów Polskich, Katolickiego Stowa­
rzyszenia Dziennikarzy, Stowarzyszenia Promocji i Rozwoju Gminy Iwierzyce
„Kuźnia” oraz Komisji Badań nad Antykiem Chrześcijańskim przy KUL. Autor
i redaktor ośmiu publikacji książkowych i ponad dwustu artykułów.
Beata Obertyńska (1898-1980) – znana poetka, nowelistka, autorka (ps. Marta
Rudzka) wspomnień Z domu niewoli. Zob. m.in.: „Ekspresje” t. IV: Wojciech Li­
gęza, Odzyskiwanie głosu w dziale Poezja, Kasper Pawlikowski, Ciocia Dziodzia
Noty o autorach
[...] – Wizerunki; Współcześni polscy pisarze i badacze literatury: słownik biobibliograficzny, red. J. Czachowska, A. Szałagan, t. VI, Warszawa 1999; Encyklopedia polskiej emigracji i Polonii, red. K. Dopierała, t. III, Toruń 2004.
Krystyna Orłowicz (Francja) – ur. w Polsce. Absolwentka romanistyki (1968)
Uniwersytetu Wrocławskiego, dyplom studiów wyższych (1972-1974) I­nstytutu
Języka Francuskiego dla Cudzoziemców – Sorbone Nouvelle w Paryżu. Nauczy­
ciel: języka francuskiego (1968-1978) w VIII Liceum Ogólnokształcącym we
Wrocławiu, tłumacz / interpretator (1978-1980) w przedsiębiorstwie Sonarem
(Algeria), lektor w Uniwersytecie Śląskim, dyrektor Sekcji Języków Romańskich
Akademii Wychowania Fizycznego; języka polskiego w szkołach emigracyj­
nych – od 2000 w Szkole Polskiej przy Ambasadzie RP w Paryżu, języka francu­
skiego – Liceum Międzynarodowe w Saint-Germain-en-Laye. Organizator m.in.
III Forum Oświaty Polonijnej w Paryżu (1999), założyciel w 2007 Stowarzyszenia
„Kresy” we Francji, praca misyjna – Jamajka )2008, 2010); dyrektor (1989-2012)
Wyższej Szkoły Językowej, Nazareth, w Paryżu. Członkini Stowarzyszenia Szkoła
Polska w Paryżu, Rady Stowarzyszenia Narodowego Kongresu Polonii we Fran­
cji. Od 2001 członek honorowy Polskiej Macierzy Szkolnej na Białorusi i Zaolziu.
Odznaczenia: Złoty Krzyż Zasługi RP, dwa Medale Senatu Odrodzonego, Order
Zasługi – Polonia Mater Nostra Est, Medal Zasługi PMS na Białorusi, Krzyż Ka­
walerski Orderu Zasługi, Order Zasługi PMS na Zaolziu.
Jacek Ozaist (Wielka Brytania) – ur. 1972 w Bielsku Białej. Dziennikarz, p­oeta
i prozaik. Absolwent (2001) filmoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. W Lon­
dy­nie od roku 2004. Pracuje w branży gastronomicznej. Autor zbioru wierszy
P­esymfonia (2003), powieści Podsta­wiony (2005), zbiorów opowiadań Szorty (2003,
2012), Szorty 2 (2007). W przygotowaniu po­wieść Wyspa. Współpracuje z czaso­
pismem londyńskim „Nowy Czas”. Członek Stowarzysze­nia Pisarzy Polskich za
Granicą.
Marek Pacukiewicz (Polska) – ur. 1978. Kulturoznawca, doktor h­abilitowany,
adiunkt w Zakładzie Teorii i Historii Kultury Instytutu Nauk o Kulturze i Stu­
diów Interdyscyplinarnych Uniwersytetu Śląskiego. Autor książek: Dyskurs antro­
pologiczny w pisarstwie Josepha Conrada (2008), Grań kultury. Transgresje alpinizmu (2012), oraz tomiku wierszy Budowa autostrady (2012).
Andrzej Paluchowski (Polska) – ur. 1933 w Częstochowie. Krytyk i historyk
literatury, bibliotekarz, bibliotekoznawca i bibliofil, znawca piśmiennictwa pol­
skiej emigracji politycznej po 1939 oraz wydawnictw „drugiego obiegu” z lat
1976-1989. Absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (filologia polska).
W latach 1972-1997: wicedyrektor (do 1975) i dyrektor Biblioteki Uniwersytec­
kiej KUL. Autor licznych rozpraw naukowych, artykułów i prac edytorskich.
Współautor m.in.: Matka Boska w poezji polskiej (1959), Portrety uczonych polskich (1974), udział edytorski w przygotowaniu wykładów Wacława Borowego
O poezji Mickiewicza (1958, 1999); autor antologii 70 żywotów (1975), współre­
421
422
Noty o autorach
daktor wyboru prac Borowego Studia i szkice literackie, t. 1-2 (1983). W latach
1991-2005 członek i uczestnik prac Komitetu Wydawniczego Dzieł Mickiewicza
(tzw. Wydanie Rocznicowe). Członek Towarzystwa Naukowego KUL i Towarzy­
stwa Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej. Otrzymał Nagrodę im. A. Mic­
kiewicza dla najlepszego bibliotekarza w Polsce (1998). Odznaczony Medalem za
Zasługi dla Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (2004) i Krzyżem Koman­
dorskim Orderu Odrodzenia Polski (2008).
Jolanta Pasterska (Polska) – ur. w Kraśniku. Historyk i antropolog literatury,
profesor nad­zwyczajny w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Rzeszow­
skiego. Kierownik Pracowni Badań i Dokumentacji Kultury Literackiej. Opubli­
kowała ponad 100 prac naukowych po­święconych zwłaszcza polskiej literaturze
emigracyjnej i migracyjnej. Autorka książek: Świat według Tyrmanda. Przewodnik po prozie (1998), „Lepszy Polak?” Obrazy emigranta w pols­kiej prozie na
obczyźnie po 1945 roku (2008). Redaktor i współredaktor 17 monografii, m.in.
Obszary kultury. Księga ofiarowana Profesorowi Krzysztofowi Dmitrukowi w 70.
rocznicę urodzin (2011); „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Rzeszowskiego. Seria
Filologiczna. Histo­ria Literatury – 6. Tematy i Konteksty. Wielka Emigracja –
Druga emigracja niepodległoś­ciowa – (E)migracja końca XX wieku” (2011); Polonistyka w Europie. Kierunki i perspek­tywy rozwoju. Redaguje serię Z archiwum
pisarza – ukazało się 6 tomów, tam m.in.: Z. Rak­lewska-Braun, K. Braun, Bracia
Adamowiczowie. Pierwsi polscy zdobywcy Atlantyku (2011); F. Śmieja, Zapiski
o świcie (2012), K. Braun: Mój Teatr Różewicza (2013); Mój Teatr Norwida (2014).
Janusz Pasterski (Polska) – ur. 1964 w Gorlicach. Historyk literatury polskiej XX
wieku, krytyk, poeta, redaktor. Magisterium (1989) i doktorat (1999) w Wyższej
Szkole Pedagogicz­nej w Rzeszowie, habilitacja (2012) na Uniwersytecie Śląskim
w Katowicach. Profesor w In­stytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Rzeszow­
skiego, w latach 2002-2007 prodziekan Wydziału Filologicznego UR, od 2012 –
dyrektor Instytutu. Autor książek: Tristium liber. O twórczości literackiej Stefana
Napierskiego (2000), Inne wyzwania. Poezja Bogdana C­zaykowskiego i A­ndrzeja
Buszy w perspektywie dwukulturowości (2011); tomów poezji: Plac Kromera (2009),
Mity i kamienie (2013). Współredaktor dwutomowych wydań: Proza polska na
obczyźnie. Problemy – dyskursy – uzupełnienia (2007) oraz Inna literatura? Dwudziestolecie 1989-2009 (2010). Sekretarz zarządu Stowarzyszenia Literacko-Ar­
tystycznego „Fraza” i redaktor kwartalnika „Fraza” – prowadzący działu poezji
i autor felietonów z cyklu „Notatnik otwarty”. Redaktor tomów poe­tyckich i an­
tologii studenckich.
Kasper Pawlikowski (Polska) – ur. 1927 w Medyce. Literat, rzeźbiarz, redaktor,
pedagog. Podczas okupacji niemieckiej pobierał lekcje na kursach tajnych w po­
wiecie proszowskim. Gimnazjum ukończył (1942) w Rzymie, gdzie wyjechał
z r­o­dziną. Tego samego roku przeszedł przeszkolenie w II Korpusie W­ojska Pol­
skiego; w 1945 przyjęty do podchorążówki. Po demobilizacji związał się w Lon­
dynie z Ośrodkiem Wydawniczym Veritas. W 1953 wyemigrował do Kanady.
Noty o autorach
Tam w 1956 na Université de Montreal uzyskał licencjat z nauk politycznych
i slawistyki. W 1958 podjął pracę w Organizacji Narodów Zjednoczonych jako
redaktor dokumentów specjalistycznych. Podczas przygotowań do w­ystawy
światowej EXPO’67 w Montrealu pełnił funkcję dyrektora wykonawczego.
W 1970 przeniósł się do Ottawy – w University of Ottawa uzyskał magisterium
na W­ydziale Pedagogiki. Został zaangażowany w Ministerstwie Imigracji jako
instruktor w for­mowaniu kadr, po czym podjął pracę w rządowych programach
p­omocowych dla krajów rozwijających się, doskonaląc się w analizach systemów
szkolnictwa i kadr. Jedną z jego pasji stała się rzeźba – już na emeryturze odbył
studia w Ottawa School of Art. Pisze, opracowuje dokumenty rodzinne. W 2007
przeniósł się z rodziną do Krakowa.
Dobrosława Platt (Polska / Wielka Brytania) – ur. we Wrocławiu. Polonistka, bi­
bliotekoznawca i bibliotekarz. Absolwentka (1978) filologii polskiej Uniwersytetu
Wrocławskiego; stopień doktora na podstawie pracy Kazania pogrzebowe z przełomu XVI i XVII w. Z dziejów prozy staropolskiej (1992) uzyskała w macierzystej
uczelni w 1988. Pracowała w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Polskiej Akademii Nauk na stanowiskach od młodszego bibliotekarza do star­
szego kustosza. W latach 1987-1990 kierownik Działu Rękopisów, 1990-2008
wice­dyrektor Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich Polskiej Aka­
demii Nauk, od 1995 – fundacji Zakład Narodowy im. Ossolińskich; 2008-2010
prezes Zarządu Wydawnictwa Zakładu Narodowego im. Ossolińskich; od 2011
dyrektor Biblioteki Polskiej w Londynie. Kuratorka wielu wystaw, autorka kata­
logów wystaw, redaktorka Inwentarza rękopisów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, t. 12; autorka artykułów i prac edytorskich. Inicjatorka serii Archiwum
Jana Nowaka-Jeziorańskiego, w ramach której opracowała: Jan Nowak-Jeziorań­
ski – Jerzy Giedroyc, Listy. 1952-2000 (2001) oraz Jan Nowak-Jeziorański, Polska
droga do NATO / Polish Road to NATO (wstęp Jerzy Koźmiński, 2006). Poza tą
serią w jej opracowaniu ukazał się tom: Jan Nowak-Jeziorański – Zbigniew Brze­
ziński, Listy. 1959-2003 (2014).
Józef Maria Ruszar (Polska) – ur. 1952 w Pruszkowie. Eseista, badacz, krytyk
literatury, działacz opozycji. Absolwent (1977) filologii polskiej Uniwersytetu
Jagiellońskiego. W latach 1976-1978 studiował filozofię na Papieskim Wydziale
Teologicznym. Doktor filologii polskiej Uniwersytetu Stefana Kardynała Wyszyń­
skiego. W 1978 odmówił złożenia przysięgi w Szkole Oficerów Rezerwy – prze­
niesiony został do Wojskowego Obozu Specjalnego. W 1979 współpracownik
„Spotkań. Niezależnego pisma młodych katolików”, aktywny w warszawskim
KIK-u. Pracownik w niezależnym „Tygodniku Solidarność”. W 1981 interno­wany
w ośrodkach odosobnienia. Od 1980 do 1990 rozpracowywany przez Wydz. II/
V Dep. IV/ Wydz. XIV Dep. I MSW w ramach SOR krypt. Port. Były pracownik
redakcji miesięcznika „Więź”, stypendysta Katholische Akademische Ausländer
Dienst w Bonn. Od 1984 na emigracji w RFN i w USA. W latach 1984-1993 praco­
wał w Radiu